Cień Cień – opowiadanie Stefana Grabińskiego ze zbioru Na wzgórzu róż Cień – wiersz Stanisława Jachowicza ze zbioru Upominek z prac Stanisława Jachowicza Cień – utwór Jana Kasprowicza ze zbioru O bohaterskim koniu i walącym się domie Cień – utwór Bolesława Leśmiana ze zbioru Sad rozstajny Cień – wiersz Władysława Orkana Cień – opowiadanie Elizy Orzeszkowej ze zbioru Przędze Cień – opowiadanie Edgara Allana Poe ze zbioru Opowieści nadzwyczajne Zobacz też Cienie Zobacz w Wikipedii hasło Cień ←Ślimak i róża Cień Baśnie Hans Christian Andersen Dzwony→ Przekład: Cecylia Niewiadomska. Tytuł oryginału: "Skyggen, 1847". CIEŃ.  I skinął głową. Cień skinął także.  I rozgniewało go takie zuchwalstwo.  To mogło go rozgniewać.  Powróciwszy do domu, uczony pisał książki o wszystkiem, co na świecie poznał, co jest prawdą, co jest piękne i dobre. — Tak upłynęło dni wiele, lat wiele.  Wiele lat upłynęło.  — Proszę! — rzekł, — ale nikt jakoś nie wchodził.  — Z kim mam honor? — spytał uczony.  — Słowo — cień, — szepnął gość z dziwnym uśmiechem.  — Wszystko, panie, i to ci pragnę opowiedzieć, ale — doprawdy, to nie duma z mojej strony — lecz jako człowiek wolny, z mojem wykształceniem, nie mówiąc o stanowisku, majątku, stosunkach, doprawdy chyba mam prawo wymagać, abyś mi pan „ty“ nie mówił?  I wyszedł.  — Dziwne, dziwne zdarzenie! — powtarzał uczony.  I znowu upływały dni i lata.  Cień zjawił się powtórnie.  — Jak się pan miewa? — spytał.  — Pańska podróż długo potrwa? — zapytał uczony.  — Ależ to szaleństwo!  Wkońcu zachorował.  Raz przemówił serdecznie:  — Wzrośliśmy razem i jesteśmy dzisiaj nierozłączni, po co ten „pan“ między nami? Czy nie lepiej, jak przyjaciele, mówić sobie po imieniu?  I odtąd dawny cień mówił „ty“ do swego pana.  — To jednak trochę zawiele! — pomyślał sobie uczony, ale nic nie powiedział i tak pozostało.  — Pańska choroba polega na tem, że nie masz cienia — rzekła.  — Jakto? — rzekła królewna, zadziwiona i ucieszona zarazem.  Wkrótce przybyli razem do ojczyzny narzeczonej.  — Nikt ci nie uwierzy; — zupełnie szczerze radzę: bądź rozsądny, przyjacielu, nie zmuszaj mię, ażebym wezwał pomocy straży.  — Idę wprost do królewny!  Cień udał się do pokoju przyszłej żony.  — Straszną chwilę przeżyłem — odparł cień, siadając — nic dziwnego, że nie mogę zapanować jeszcze nad wzruszeniem. Wyobraź sobie tylko — biedny mój cień zwaryował! Co za przykrość! Zdaje mu się, że się stał człowiekiem, i nie dość na tem — że ja jestem jego cieniem!  — Rozumie się. Biedny cień mój! wątpię, czy kiedy odzyska przytomność.  — Smutna konieczność! Wierny sługa od lat tylu! — wzdychał cień, niby głęboko zmartwiony.  — Jesteś szlachetny! — rzekła wzruszona królewna.  Nieszczęśliwy uczony ich nie słyszał, więzienie było puste, — niewiadomo, gdzie go pochowano. CIEŃ.  — Słowo — cień, szepnął gość z dziwnym uśmiechem. ←Zez Cień ze zbioru Na wzgórzu róż Stefan Grabiński W willi nad morzem→ CIEŃ.  Był to czas, kiedy w zawiłym błędniku zdarzeń, który zowią życiem, zacząłem zdobywać przeglądające z półmroku oryentacye, gdy zaczepiwszy wątek kłębka o pierwszy wyraźniej rysujący się gzems, snuć go jąłem za sobą w pochodzie ku świetlniom.  Planowałem pracę na szerszą skalę, która miała objąć we formie rozprawy wyniki mych dotychczasowych dociekań nad istotą bytu i tajemnicą jego przejawów.  W wędrówce podjętej już dawno, kontynuowanej w tym czasie bez śladu znużenia, z żarem chwil wymarszu miał to być niejako pierwszy etap. Okryty pyłem gościńców pielgrzym przystanąłem na małą godzinę w przydrożnej gospodzie, by rzucić krótkie spojrzenie na przestrzeń przebytą, zakląć w zwarty znak, wyniki przeżyć i zaczerpnąwszy tchu we falującą pierś, ruszyć na dalsze przewiady.  Pisałem „O symbolach w przyrodzie”. Tytuł na pierwszy rzut oka nieco za ciasny ze względu na zakres pracy. Właściwie chodziło o symbolikę ukrytą nie tylko w samej przyrodzie organicznej, ale też kreślącą swe tajemne ruchy w t. zw. świecie martwym, w przedmiotach, niemniej w sferze wyższej: w zdarzeniach i wypadkach. Symbolizm rozciągnięty w ten sposób na wszelkie zjawiska życiowe sprowadzał je na jeden, wspólny poziom, jednocząc we wielką podziemnemi wiązaniami spojoną całość; ujęty pod tym kątem stawał się wykładnikiem powszechnego związku rzeczy.  W przeprowadzeniu mych poglądów posługiwałem się raczej metodą intuicyjno bezpośredniej introspekcyi, niż teoryami ewolucyi, które oddawały zresztą usługę li tylko w sferze t. zw. przyrody wogóle; tam, gdzie wchodziły w grę zbiegi okoliczności zbyt trudnych do przewidzenia, by można je uważać za wytwór kierującej świadomie psychiki, lub gdzie przykuwały zdumioną uwagę widza tępe, „bezduszne” przedmioty — tam z natury rzeczy musiałem rzucać utartą drogę i przejść w dziedzinę mniej uchwytną choć niemniej istotną.  Na zakończenie zamierzałem podać rodowód symbolizmu w sztuce i wykazać jego ścisłe pokrewieństwo z odpowiednimi przejawami w życiu i naturze. Zasadniczą różnicę między pierwszym a tymi ostatnimi upatrywałem oczywiście w tem, że symbolizm w życiu jest zawsze żywiołowy, naiwnie swobodny i siebie nieświadom, gdy jego odpowiednik w sztuce z istoty rzeczy wynikiem celowo i świadomie kształtującej twórczości. Zapewne i artysta jako „syn ziemi”, jako najmilsze jej dziecię intuicyą i wyobraźnią zawierając w symbol myśl swoją, jest też żywiołowym przejawem pandemondium bytu, lecz przejawem siebie świadomym, w którym współpracuje potężna inteligencya. Dlatego symbolizm życiowy nazwałbym „dziewiczym” w jego naiwnej odruchowości, w niewinnym wylewie szczerości. Symbolizm artystyczny pozostawałby do niego w tym samym stosunku, co logika do geometryi, która jest niejako uświadomieniem miar i funkcyi ziemi.  Zadanie miałem o tyle trudne, że tylko do jego mniejszej części znalazłem materyał wprawdzie surowy, w bezładzie, który należało spolaryzować w odpowiednim kierunku, lecz w każdym razie nagromadzony i wyczekujący — lwią część pracy musiałem wykonać najzupełniej sam, bez jakiejkolwiek pomocy, obracając się w dziedzinach mało, lub całkiem dotąd nieznanych, jak zagadka dziwnych. Miało to swój urok niezaprzeczony, jak cudowne błąkanie się po obcem, po raz pierwszy w życiu widzianem mieście — lecz też i wymagało dużo nakładu uwagi i wytężenia myśli.  Czując, że spokój absolutny jest tu niezbędnym warunkiem, porzuciłem gwar stolicy i przeniosłem się na cichą, kilka mil odległą prowincyę. Spragniony odosobnienia, w obawie, by codzienność stosunków z ludźmi nie wtargnęła niszcząco w zacisze mych rozmyślań, wynająłem do wyłącznej dyspozycyi mały, zielony domek na końcu miasteczka, otoczony gęstym żywopłotem krzaków bzu, ligustru i czeremchy.  Roztasowałem się prędko i zachęcony niezmąconym spokojem zabrałem się pilnie do pracy. Szła żwawo i sprawnie, bo było mi tu dobrze, wygodnie i ustronnie. Wieczorami, gdy znużony całodziennym wysiłkiem myśli odkładałem pióro, przeciągając się w starym, pilśniowym fotelu, napływały z ogródka przez otwarte okna balsamiczne wonie kwiatów i drzew, wsiąkały ściszone przestrzenią skargi słowików z blizkiego bugaju.  Czas był przecudny; lipcowe wieczory opiłe ciepłem słońca, wstrząsane rzeźwym dreszczem dalekich błyskawic uspasabiały marząco, nęciły słodką pokusą w dal rozsrebrzoną księżycem. Cicho przekręcałem klucz w zamku i szedłem na długą przechadzkę, by niejednokrotnie wrócić z niej aż koło północy.  Podczas jednej takiej wycieczki zapędziłem się w okolicę dość odległą, zalesioną i obcą. Chociaż było widno jak w dzień, zabłądziłem i kilkakrotnie wracałem na to samo miejsce. Wkońcu przebłyskujące z poza drzew nikłe światełko wybawiło mnie z matni i wpadłem na jakąś drogę, która wijąc się poprzez bór, łączyła swem przedłużeniem z gościńcem do miasteczka. Uradowany z drogowskazu, począłem zbliżać się ku zbawczemu ognikowi i po kwandransie znalazłem się koło czworobocznego domku, tuż u wylotu szczęśliwie przebytego lasu. Była to najprawdopodobniej leśniczówka: domostwo niewielkie, od strony traktu oparkanione palisadą. Świeciło się tylko w jednem oknie wychodzącem na bór; reszta budynku nurzała się w grubej poćmie nocy.  Pociągnięty mdłym blaskiem zeszedłem z drogi i dla wypoczynku usiadłem w promieniu światła na pniu jesionu, znać świeżo zwalonego, tuż niemal pod samem oknem. Odetchnąwszy z uczuciem ulgi po forsownym marszu, wyciągnąłem fajeczkę, nałożyłem i zapaliwszy, wlepiłem zamyślony wzrok w jasny czworokąt szyby. Oczy przykute magnetycznie do wyraźnie odcinającego się na tle mroków okna, zrazu nie odróżniały szczegółów, opętane światłem; dopiero po chwili przyzwyczaiwszy się, popatrzyłem uważniej.  Okno było szczelnie przysłonięte jakąś białą chustą, z poza której przyświecał owalny płomień pełgającej mętnie nocnej lampki. Na tym przepojonym skąpo światłem ekranie rysowały się silnie jakieś cienie. Tknięty mimowolnie dziecinną ciekawością, zacząłem je studyować. Nagle uchwyciwszy linie dokładniej, omal że nie krzyknąłem z przerażenia, odruchowo zrywając się z kłody ku oknu. Istotnie, to co ujrzałem na zasłonie, musiało wstrząsnąć choćby najmniej wrażliwym widzem.  Na chuście widniały sylwety trzech ludzi. Od lewej krawędzi ekranu wysuwał się śmiały profil męskiej głowy z linią nosa orlo zaciętą, czołem otwartem, bardzo odrzuconem wstecz. Na poziomie lekko tylko naszkicowanego torsu wyraźnie znaczyły się ręce złożone jakby do strzału z rusznicy, której cień wydłużał się pod kątem ostrym ku prawej ramie okna. Tam odrywała się od futryny pochylona mocno w stronę morderczej broni sylwetka znać ugodzonej już kulą ofiary. I to była postać mężczyzny, lecz o niemiłych, niemal odstraszających rysach twarzy; niskie czoło, nos niekształtny sprawiały wraz z nieforemnej budowy czaszką wrażenie przykre, odpychające. Nieszczęśliwy widocznie trafiony w serce, gwałtownie zgiął się ku przodowi, chwytając się kurczowo lewą ręką za pierś.  W środku, między tymi dwoma ludźmi czernił się profil trzeciego mężczyzny w postawie siedzącej, gdyż chwiejący się bez przerwy cień głowy przypadał znacznie niżej, zajmując spodnią część ekranu.  Zauważywszy okropną scenę zrzutowaną widmowo na białem tle, chciałem w pierwszej chwili wpaść do wnętrza domu i ująć zabójcę. Lecz po sekundzie namysłu opanowałem się i nie spuszczając oka z zasłony, stałem jak wryty bez ruchu. Powoli wyłaniały się refleksye spokojniejsze, uświadamiały szczegóły, na które zrazu, pod wpływem pierwszego wrażenia nie zwróciłem uwagi.  Oto przedewszystkiem nie mogłem pojąć, dlaczego żaden huk wystrzału nie doszedł mnie z wnętrza na chwilę przed spojrzeniem w okno. Że obraz przedstawiał sytuacyę już po daniu ognia, o tem świadczyła wymownie pozycya trafionego po jego prawej stronie: ten człowiek słaniał się widocznie ku ziemi porażony śmiertelnym pociskiem; słaniał się, lecz — rzecz osobliwa — nie padał: jakby skrzepł w momencie, w którym miał runąć. Lecz i tamten drugi — morderca broni nie spuszczał, trzymając ją wciąż na wysokości piersi.  Obaj zdali się skamienieć w postawach, w jakich ich ujrzała tragiczna chwila: dwa cienie czarniały znieruchomione, bez śladu drgnienia, jak zaczarowane.  Było coś okropnego w tej nieruchomości, w tem przedłużeniu momentu.  Tylko cień głowy człowieka poniżej tej dziwnej grupy zdradzał objawy życia: chwiał się od czasu do czasu ruchem słabym, drżącym, lecz wyraźnym. Coś bolesnego leżało w tym ruchu, coś z bezbrzeżnej rezygnacyi wobec faktu dokonanego, coś z poddania się rozdeptanego robaka.  A wkoło panowała cisza doskonała, cisza nocy letniej, niezmącona niczem; żaden głos nie dochodził z groźnego domu, żaden dźwięk nie przerywał bezdni milczenia.  Długo patrzyłem osłupiały w zagadkowe cienie, w niecierpliwem oczekiwaniu zmiany w ich układzie; nadaremno: tamte dwa kreśliły wciąż temi samemi liniami tę samą chwilę, wciąż poruszała się w bezradnym smutku głowa trzeciego. Raz tylko porwał się, wyprostował i całą postacią rzucił ku strzelającemu, jak gdyby usiłując powstrzymać w czynie; lecz niemal w tejże sekundzie cofnął wyciągnięte ramiona, opuścił bezwładnie wzdłuż ciała i ciężko opadł w poprzednią pozycyę: cień skurczył się, zmalał, gdzieś zapadł po szyję i znów poruszała się tylko biedna głowa beznadziejnie smutnym chybotem...  Tak minęła długa jak wieczność godzina. Daleko na wschodzie poczęło szarzeć; niebo przybierało barwy mętne, nieokreślone, gwiazdy ze złotych przechodziły w bladożółte i gasły. Dniało...  Wtem światełko w oknie rozbłysło się i zaraz potem zgasło. Cienie znikły, rozpłynęły się; bielała tylko na ramach sztywnie zaciągnięta zasłona, jak duże, bielmem zaszłe oko.  Spojrzałem na zegarek: była trzecia nad ranem. Znużony długim chodem i bezsennie spędzoną nocą, zawróciłem na gościniec i po pół godzinnej wędrówce wkońcu wpadłem na drogę, która zawiodła mnie do domu.  Chociaż śmiertelnie zmęczony zapuściwszy rolety, rzuciłem się na łóżko, nie mogłem odrazu zasnąć; pora snu minęła, drażnił świt zazierający już przez szyby. — Zapaliłem papierosa i leżąc na wznak z przymkniętemi oczyma, przemyśliwałem przygodę u końca przechadzki.  Nasuwały się powoli refleksye rozstrzelone, pozornie błądzące samopas, zdezoryentowane w swej izolacyi — szły z nich łańcuchy związków, próby wydobycia powinowactw, cienka przędza nieuchwytnych pokrewieństw — układały się wreszcie w zwartych liniach wyosobnione teorye, zakreślały wyraźnym konturem skrystalizowane hipotezy...  Cień! Co za dziwne słowo! Coś zredukowanego do niesłychanie wątłej formy, coś rozrzedzonego niezmiernie aż do przejrzystości na wylot, coś eterycznie cienkiego. Blade, prawie znikome i stąd szczególnie lekkie: przesuwa się niepostrzeżenie, ukradkiem, znika niespodzianie. Wyraz niesamowity.  Grecka „skià“ jakby zarzuceniem gęstej, mrocznej zasłony na światło dnia: coś płonęło i zgasło, coś pełgotało i zmierzchło — znać tylko kopeć snujący się leniwą falą, czuć tylko swąd...  Czyż nie słychać zgłuszonego jęku dzwonu zapuszczonego we wodę w przedziwnej „umbra“ latyńskiej: niby przedzgonne westchnienie, niby daleki pogłos uderzonego metalu; coś odezwało się i zgłuchło, coś zadźwiękło i wyczerpane wsiąkło w przestrzeń...  Umbra, l'ombre, l'ombra — słowa smutne jak wszystko, co przemija i rozsiewa się w dali...  Cienie zmarłych — wyrażenie dziwne niby długie, wlokące się całuny, lekkie bojaźliwie mary.  Bezcielesność cienia, jego znikomość irrealna i pierwiastek nieokreślonej niesamowitości zda się źródłem szczególnej hipostazyi: symboliczne zestawienie duszy, ducha i zmarłych z cieniem.  Cień jest naiwną projekcyą naszej jaźni na zmysłowym ekranie ziemi. Jest on zawsze zindywidualizowany; znać go tylko, gdy wyosobniony; stąd potrzeba mu światła, bez którego nie rozepnie tajemnych swych sieci. Jest przeciwstawianiem jednolitej ciemności, bo ta złą i niemoralną.  Stąd dziwny lęk przed własnym cieniem; może zdradzić, wydać czasem to, czego się w sobie samym nie przeczuwało. Sobowtóry są wogóle zjawiskiem niemiłem.  Czy nie zastanawia, że cień rysuje zawsze tylko profil? Znaczy to, co najwyrazistsze, podkreśla rysy zasadnicze, znamienne; reszta go nie obchodzi, odrzuca ją jako rzecz mogącą zwieść mniej wprawnego obserwatora. Ludzie z profilu wyglądają często całkiem inaczej, niż en face i — wierniej, prawdziwiej. W pozycyi en face wyraz twarzy rozlewa się na obie jej połowy i rozwadnia, słabnie. Cień bywa nieraz genialnym karykaturzystą.  Stąd odruchowy strach, jaki wzbudza. Nikt nie lubi, gdy go podpatrują.  Cień jest jakby duszą wszech rzeczy, zrzutowaniem ich najwewnętrzniejszej istoty, uświadomieniem ukrytych znaczeń.  Dlatego jest ciemny i ponury, jak wszelka głębia — należy do kategoryi zjawów dyonizyjskich; cierpienie mu blizkie. — Pod ochroną jego posępnych skrzydeł boleje od wieków Lucifer przedziwny, trawi się własną porażką Marsyas nieszczęśliwy. Szatany chętnie tulą się w cieniste ustronia.  Cień jest poziomem wspólnym, na którym schadza się świat żyjący z t. zw. martwym: wszystko, co istnieje, ma swój cień. Cechą jego jednoplanowość; usunął łudzącą perspektywę i wszystko cisnął na jedną płaszczyznę, dokonując bajecznego zrównania wszech rzeczy, które przedstawia w krzywiznach i prostych.  A iż podchwytuje to, co podziemne, wyświeca, co tajemne i nieznane, przeto jest wrogiem dnia słonecznego i dziennych konwenansów. Cień najsilniejszy jest w południe. Gdy słońce uderza w ziemię najgorętszym miotem, że wszystko rozżarzone do białości, jasne, jak prawda i zda się bez śladu wątpliwości — wtedy on zarzuca najsoczystsze ekrany — przestrzega przed pozornością promienną Apolla. Jest ciemnym wyrzutem dźwigającym się z zakątów dyszy podczas złocistej, strugami wina perlącej biesiady. Memento mei!!...  Majaki myśli osnuwały mnie coraz gęstszemi złożami, że ukołysany mocnym ich obrzaskiem, zasnąłem. Spałem długo. Gdy zbudzony turkotem przygodnego wozu rozwarłem ociężałe powieki, słońce już skłaniało się ku zachodniej stronie. Ubrałem się i wyszedłem na miasto. Obraz z ubiegłej nocy nie dawał mi spokoju, zajmując sobą podrażnioną uwagę. Czułem, że chcąc pracować dalej w obranym kierunku, muszę rozwiązać ten problem, który nadciągnąwszy z horyzontu niepokojącą chmurą, domagał się uporczywie, by się nim zająć dokładniej.  Należało zacząć od mieszkańca podleśnego domku. Zasiągnąłem tedy języka i niebawem dowiedziałem się, że jest nim stary leśniczy, niejaki Żręcki. W okolicy uchodził za dziwaka. Przyjęty przed laty do służby w lasach hr. S., spełniał obowiązki sumiennie i bez zarzutu. Hrabia nie mógł się go nachwalić i chociaż Żręcki był już człowiekiem starym i steranym podobno burzliwą młodością, nie chciał go zastąpić innym.  Lecz od ludzi stronił ponury starzec. — Unikał wszelkich hucznych zebrań, uciekał, jak przed zarazą, przed gwarem miasteczka i z wielką niechęcią, tylko na usilne nalegania hr. S. urządzał dworskie polowania. — Spotykano go też rzadko w miejscach ludniejszych, podczas małomiasteczkowych kiermaszy. Zaszywał się na cały dzień w borach, które znał na wylot, lub też gdy pora uwalniała go od włóczęgi po lasach, ślęczał w domu. U siebie nie przyjmował nikogo, sam rzadko tylko niedzielami po południu zaglądając do jednej z mniej odwiedzianych oberz, gdy zmuszony brakiem wyszłych ładunków, spieszył do miasta po świeży zapas.  W tych warunkach nie spodziewałem się łatwego wyświetlenia zagadki, jaka ciemnymi konturami rozsiadła się na zasłonie jego okna. Musiałem czyhać dopiero na sposobność, któraby pozwoliła mi zbliżyć się do dziwaka, spoufalić się z nim i zbadać naocznie wnętrze. Tymczasem urządziłem parokrotnie porą nocną wycieczkę w stronę leśniczówki, by przekonać się, czy cienie nie znikły, czy nie padłem ofiarą chwilowego przywidzenia.  Lecz okazało się, że to, co widziałem po raz pierwszy, nie było wcale czczą złudą: w każdym razie ten sam dziwnie straszny obraz ciemniał na białym muślinie. — Owa sztywna niezmienność podnieciła mnie jeszcze bardziej i niecierpliwie wyczekiwałem na upragnioną okazyę zawarcia bliższej znajomości ze Żręckim.  Wreszcie nadarzyła się. Pewnej niedzieli zaszedł do wspomnianej gospody po naboje. Lecz transport spodziewany zawiódł i starzec zniechęcony zabierał się powrotem do swojej samotni. Mając w domu sporo ładunków, postanowiłem wyzyskać sytuacyę i bezzwłocznie przystąpiłem doń z propozycyą, czyby nie zechciał przyjąć odemnie potrzebnej amunicyi. Żręcki spojrzał zrazu nieufnie, lecz, że widocznie brak naboi odczuwał bardzo dotkliwie, uścisnął mi z wdzięcznością rękę na znak zgody. Wtedy przedstawiłem się i zaprosiłem go do siebie, by wręczyć mu worek z kulami. Przystał, choć widocznie z ociąganiem się. Znalazłszy się w zacisznem mem ustroniu, nagle jakby ukojony odludnym wyglądem domu, uspokoił się. Jego siwe, zmęczone oczy przestały tedy rzucać naokół spojrzenia napół dzikie, napół wylękłe, ruchy nabrały powolności właściwej podeszłemu wiekowi. Obecność ludzi znać go denerwowała. Mimo to widziałem, że rwał się do lasu, pragnąc jak najprędzej załatwić sprawę. Chciał mi płacić za proch i kule, lecz stanowczo odmówiłem. Starzec długo wahał się, czy ma przyjąć ofiarowany podarek, wreszcie jednak na usilne me prośby nie tylko ustąpił, lecz dał się nawet zatrzymać do wieczora. Czas spędziliśmy nader przyjemnie. Żręcki był człowiekiem ogromnie miłym i w obejściu niezwykle łagodnym. Chociaż większą część życia spędził w lasach lub na awanturniczych wyprawach, nie brakło mu pewnej subtelności uczuć i delikatności w obcowaniu.  Sprawiał dziwne wrażenie. Wyglądał na człowieka, który wiecznie czegoś się lęka, nagle nasłuchuje, czy nie nadchodzi ktoś niepożądany. Niespokojnie biegające oczy starca powlokła jakaś smutna zaduma, szczególnie odbijająca od ich ruchliwości.  Wyraźnie unikał wszelkich szczegółów osobistych, zwłaszcza tych, które mogły rzucać pewne światło na przeszłość. Mówił o rzeczach ogólnych lub bieżących, na które miał pogląd trafny, pełny praktycznej mądrości życia. Był, zdaje się, głęboko wierzący, wnioskując z paru powiedzeń nacechowanych duchem religijno-mistycznym.  Na ogół podobał mi się bardzo i starałem się zaraz tego pierwszego wieczora zaskarbić sobie jego względy. Jakoż wysiłki moje uwieńczył pożądany skutek. Żręcki począł spoglądać na mnie wzrokiem coraz spokojniejszym, a równocześnie życzliwszym i z większą dozą ufności. Gdyśmy koło 8-mej wieczorem rozstawali się niedaleko leśniczówki, do której go odprowadziłem, miał łzy w oczach i serdecznie mi ściskał rękę. Żegnając się, umówiliśmy się o schadzkę za parę dni; starzec obiecał mnie wziąć z sobą na głuszce.  Tak zawiązana znajomość nabrała wkrótce cech niemal zażyłej przyjaźni. Żręcki z ochotą wdawał się ze mną w długie rozmowy, wśród których zwolna, niespostrzeżenie uchylał rąbka z swej burzliwej przeszłości. Z opowiadań tych dowiedziałem się, że w młodości włóczył się po całym świecie, odbył parę kampanii w rozmaitych częściach świata, poczem ożenił się z piękną, ukochaną kobietą. Lecz utraciwszy żonę niebawem, znów rozpoczął włóczęgę, która steranego laty, po przebyciu długiego więzienia z powodu przestępstw politycznych, wreszcie zapędziła w lasy hr. S.  Tu postanowił dokonać niespokojnego żywota.  Chociaż przytoczył mi wiele szczegółów z swej awanturniczej przeszłości, mimo to z pewnych luk w ciągłości opowiadania wnosiłem o niejakich przemilczeniach; nie chciał, czy nie mógł wszystkiego powiedzieć.  Chociaż stosunki moje z nim były prawie przyjazne, przecież nie zaprosił mnie ani razu do siebie; widywaliśmy się w miasteczku, na polu, na drogach leśnych, lub u mnie w domu. Trochę mnie tym irytował, gdyż właśnie na wnętrzu leśniczówki najwięcej mi zależało. Ponieważ wpraszać się gwałtem również nie chciałem, choćby z obawy wzniecenia podejrzeń, więc nie pozostało mi nic innego, jak podstęp. Użyłem go choć niechętnie.  Raz po upalnym dniu nad wieczorem rozszalała okropna burza rozświecana ogniem błyskawic, gromka posetnem echem piorunów. Deszcz lał strugami, na zmierzwionem niebie dymiły w dzikiej pogoni skłębione chmury.  Postanowiłem skorzystać z ulewy, na którą już od dawna czekałem. Wdziałem wysokie skórznie, grubą gumową kurtę i takiż kapelusz i przewiesiwszy torbę myśliwską wraz ze strzelbą przez plecy, ruszyłem ku leśniczówce.  Plan mój był prosty. Zaskoczony rzekomo przez burzę w lesie podczas dalszej wycieczki w głąb w porę spóźnioną, zamierzałem pod tym pozorem wejść pod dach Żręckiego i tu przeczekać czas jakiś, póki się trochę nie uspokoi. Upozorowanie mogło być o tyle udatne, że dom starego myśliwca stał od miasteczka w odległości znacznej, a droga pośrodku wijąca się między czystemi polami w tak straszną zlewę była nieznośna. Jako więc dobry znajomy miałem zupełne prawo do gościnności gospodarza.  Stanąwszy na miejscu, zaszedłem umyślnie od strony lasu, by spojrzawszy w okno, przekonać się, że starzec u siebie. We wnętrzu pełgotała nocna lampka, na muślinowej firance odcinała się zesztywniała w bezruchu przykra scena. Tylko cień głowy w pośrodku chwiał się jak zwykle w beznadziejnem zwątpieniu. Żręcki siedział tedy w domu pogrążony w ponurej zadumie, gdyż teraz już nie wątpiłem, że ruchoma sylweta na dolnym brzegu zasłony do niego należy.  Zapukałem gwałtownie do drzwi. Po chwili odezwały się ciężkie kroki w sieni, a wkrótce potem nieufne pytanie:  — Kto tam?  — To ja! Nie poznaje pan po głosie?  Odpowiedziało milczenie.  Zastukałem powtórnie.  — Na miłość Boską otwórz pan! Przemokłem do nitki, a do miasta daleko.  Widocznie stary nie poznał mnie, bo z poza drzwi rozległo się ponowne pytanie:  — Kto tam u licha?  Wymieniłem nazwisko. — Wtedy drzwi cicho skrzypnęły i w otworze ujrzałem Żręckiego.  Znać nie był bardzo zadowolony z niespodzianych odwiedzin, lecz racye, jakie przytoczyłem, prawdopodobnie przemówiły mu do serca; pokrywając bowiem niezadowolenie bladym uśmiechem, zaprosił mnie gestem ręki do środka, poczem natychmiast starannie zasunął skoble.  Wszedłem do sieni. Po obu jej stronach były drzwi do izb mieszkalnych. Starzec zawahał się, dokąd mnie zaprowadzić. — Była chwila, że kładł już rękę na klamce od drzwi prawych, wiodących do ciemnego pokoju od pól i miasta, naprzeciw izdebki oświetlonej lampką, owego tajemniczego wnętrza, skąd sam przed chwilą wyszedł, zaniepokojony nocnem najściem. Lecz niebawem zmienił zamiar i skinąwszy głową, wprowadził mnie do zagadkowej izby.  Skwapliwie objąłem spojrzeniem tę małą przestrzeń, do której przystępu tak zazdrośnie bronił jej mieszkaniec. Ku swemu zdumienie niu[1] ujrzałem w środku nikogo. — Oprócz nas dwóch nie było w pokoju żywej duszy. A gdzie tamci, których cienie widziałem przed chwilą na oknie? Przez jedyne drzwi, jakiemi wszedłem, umknąć nie mogli, a innych nie było. — Spojrzałem uważnie na muślinowy ekran w nadziei, że cienie znikły.  Przypuszczenie jednak zawiodło: rysowały się nadal w nieruchomo groźnej wyrazistości. Brakowało tylko profilu środkowego, gdyż ten, jak trafnie zgadłem, należał do leśniczego; stojąc teraz za źródłem światła w głębi izby, nie rzucał Żręcki na zasłonę cienistej projekcyi swej twarzy.  Rozglądnąłem się ciekawie po pokoju. Był czworoboczny, niski, zadymiony pułapem. W pośrodku stał stół prostokątny krótszym bokiem równoległy do okna. Na nim tlała gorączkowym płomieniem mała lampka, kopcąc nierówno uciętym knotem. Przy stole, nieco bliżej okna przystawione do dłuższego boku było krzesło, które prawdopodobnie opuścił przed chwilą Żręcki, idąc mi otworzyć.  Bystra obserwacya, jakiej poddawałem izbę, nie uszła znać uwagi starego myśliwca. Widocznie chcąc mnie zająć czem innem, posadził tyłem do okna i począł rozpytywać o szczegóły mej rzekomo do zbyt późna przeciągniętej wyprawy łowieckiej. Zmyślałem, jak mogłem, opowiadając to o tem, to o owem. Stary zdjął z półki trochę upieczonej dziczyzny, ja wydobyłem z torby wędlinę, otworzyłem puzdro z likworami i zaczęliśmy się raczyć na prędce zaimprowizowaną wieczerzą.  Żręcki zrazu mocno zakłopotany i usilnie starający się oderwać mnie od wypatrywania szczegółów mieszkania, powoli ożywił się i jakby zapomniał o środkach dziwnej swej ostrożności. Rozmowa nasza przybrała charakter przyjacielski, serdeczny, padały słowa ciepłe, w pół drodze do zwierzeń.  Mając teraz więcej swobody, obróciłem się wygodnie ku oknu i wodziłem bacznem spojrzeniem po otoczeniu. Gospodarz zauważył uporczywe rzuty mych oczu wciąż skierowanych w tę stronę, lecz już nie przeszkadzał. Tylko chmura, jakby bolu, przeciągała od czasu do czasu po jego zbruzdżonem głęboko czole i smutek przewijał się po zawiędłych rysach. — Ja tymczasem kończyłem mą obserwacyę z pomyślnym wynikiem.  Niebawem przekonałem się, że ów złowieszczy obraz na zasłonie utworzyły cienie rzucane przez rozmaite przedmioty zawarte w pokoju. Było ich zresztą niewiele. Opodal stołu tuż przy lewej ramie okna stał duży dębowy kredens; sprzęt był w stosunku do pokoju za wielki tak, że wsunięty we węgieł między ścianami, górnem skrzydłem zachodził trochę za okno i zasłaniał jego brzeg lewy. Na szczycie ozdobionym rzezanymi wzorami widniało parę starych lichtarzy, jakiś przedmiot klejony z kartonu robiący wrażenie rzeczy przewróconej od jakiegoś rzutu i w tej nienaturalnej pozycyi pozostającej dotąd. Z tej strony sufitu zwisał też w pobliżu kredensu bronzowy pająk, zda się zabytek lepszych czasów, lub droga pamiątka dziwnie nie harmonizująca z otoczeniem; jedno jego ramię nadwerężone opadało nieco ku dołowi, trzymając się tylko drugim końcem właściwego trzona — jak ręka odchylona od piersi z rozstawionymi kurczowo palcami... Cienie wymienionych przedmiotów złożyły sie na utworzenie widmowego wizerunku człowieka ugodzonego na lewym brzegu zasłony.  Cienie zawieszonych na nim przedmiotów przez szczególne zestawienie linii nakreśliły śmiały profil strzelającego mężczyzny.  Zapatrzony w okropną igraszkę cieni, nie słuchałem już tego, co mówił Żręcki, jakby zahypnotyzowany wyjątkowością przypadku. — Czy starzec wiedział o dziwnym obrazie? A jeśli tak, dlaczego go tolerował?  A on jakby odpowiadając na tajemne pytanie, oparł mi ciężką rękę na ramieniu i zmienionym głosem wskazując rzutem oczu okno, zapytał:  Prawda, że to okropne?  Gdy przejęty grozą milczałem, podjął:  — A ja na to patrzeć muszę noc w noc od szeregu lat bez przerwy. Co wieczora, gdy tylko zaświecę mą lampkę, tam na tym białym czworoboku pełni się to samo. I ja na to patrzeć muszę temi staremi, biednemi oczyma, jak ojciec, ich ojciec...  — Jakto musisz pan?! Co to znaczy?! Przestaw pan sprzęty, zmień ich układ, a wszystko szczeźnie jak mara!  I już się porwałem z miejsca, by bezzwłocznie wprowadzić w czyn swą radę.  Lecz Żręcki zatrzymał mnie żelazną swą ręką i posadził z powrotem na krześle:  — Ani się waż!! W tej izbie nie można przesunąć niczego choćby na cal! Tego mi czynić nie wolno! Rozumiesz?! Nie wolno!...  — Dlaczego?  — Bo... — tu zniżył głos do tajemniczego szeptu i oglądając się wkoło przerażonym wzrokiem, dokończył:  — Bo to, co tam widzisz, zaszło naprawdę przed laty...  Urwał przerażony doniosłością własnego wyznania.  Milczałem przejęty uczuciem niepojętego lęku, wpatrując się machinalnie to w cienie, to w niego.  Po długiej chwili głębokiej ciszy przerywanej tylko nikłym pełgotem lampki, Żręcki przechylił się przez stół ku mnie i mówił:  — Słuchaj pan. Tajemnicy, którą ci zwierzam, nie znał dotąd nikt prócz mnie i Boga. Ja ci ją powiem, chociaż okropna, chociaż mi życie złamała. Polubiłem cię młody człowieku — tak mi żywo przypominasz mego młodszego syna. Wiem, że może nie zdradzisz. Gdy umrę, opowiesz innym; może się na co przyda...  — ... Jak ci wiadomo, miałem kiedyś żonę. Była łagodna i cicha. Ja, awanturnik, włóczęga nieuleczalny pod wpływem tej kobiety zmieniłem się do niepoznania; zacząłem prowadzić życie osiadłe. Mieliśmy dzieci: dwóch synów — Władysława i starszego Zbigniewa. Niestety dobroczynny wpływ matki przestał na nich działać, niebawem umarła, gdy byli jeszcze nieletnimi chłopcami. Mieszkaliśmy wtedy w M...sku.  Wychowaniem sierót zająłem się z całą troskliwością gorąco kochającego ojca. Może byłem za słaby, może za dużo pobłażałem.  Rozwijali się szybko, zdrowi, silni. Lecz już od najwcześniejszych lat wystąpiły zasadnicze różnice charakterów. Zbigniew, natura chłodna, opanowana, zdradzał rychło instynkta dzikie, złe i przewrotne. Stąd poszła cicha jego niechęć do młodszego Władysława, chłopca o charakterze popędliwym, czasem nazbyt gorącym, lecz czystym i szczerym jak złoto.  Gdy dorośli, gnani odziedziczoną po mnie chętką do przygód, poszli w świat. — Nie broniłem pod warunkiem, że od czasu do czasu dadzą znać o sobie, lub sami zaglądną. Wtedy to osamotniony przeniosłem się w tutejsze strony i osiadłem w tych lasach. Nikt nie wiedział, żem ojcem dwóch synów. Niebawem otrzymałem od Władka złe wieści o starszym. Zbigniew zeszedł na manowce. Z awanturnika w szerokim, pięknym stylu stał się człowiekiem nędznym, jednostką lichą, szkodliwą. Zaczęły krążyć o nim dziwne pogłoski.  Były to burzliwe, niespokojne czasy. Kraj poniósł wiele ofiar, przelał wiele krwi dla celów szczytnych.  Władek, szlachetny młodzian całą duszą, należał do sprawy — podobno był jednym z przewódców. Zbigniew przyjął na się rolę Judasza: jak przebąkiwano, był tajnym agentem rządu rosyjskiego, brał grube pieniądze.  Wtedy to na parę dni zawitał do mnie syn młodszy. W jednej z potyczek z Moskalami otrzymał postrzał i musiał się leczyć. Przyjąłem go z radością w ojcowskie swe progi i ukrywałem w tajemnicy przed ludźmi. Nikt ani nie domyślał się obecności rannego na leśniczówce. Jakoż dzięki staraniom moim szybko przychodził do siebie...  Pewnej nocy zakołatano gwałtownie do drzwi i zanim zdołałem ukryć syna, przez wywalone odrzwia wpadł tu do tej izby, w której siedzimy, Zbigniew. Był blady, jak ściana: nasi gonili go, przyłapawszy na zdradzie. Błagał o ratunek, prosił o schronisko.  Gdy słabo odmawiałem, czyniąc wyrzuty, Władek podniecony do najwyższego stopnia widokiem zdrajcy, porwał za strzelbę i wypalił. Gdy kula chybiła, strzelił powtórnie. Zbigniew zachwiał się, coś zabełkotał i chwytając się za serce, runął martwy...  Stało się nagle, niespodzianie, w mgnieniu oka. Nie mogłem przeszkodzić bratobójstwu... Lecz należało zatrzeć ślady; musiałem ocalić zabójcę. Tej samej nocy wspólnie pogrzebaliśmy w lesie zwłoki, zmyli krew na podłodze. Władkowi pozostała tylko natychmiastowa ucieczka. Przed świtem zmieniwszy odzież, opuścił niepostrzeżenie dom. Nikt go odtąd nie widział, nikt o nim nie słyszał: przepadł bez wieści. Może zginął... Gwałtowny był i prawy...  Głos Żręckiego załamał się. Opuścił nizko głowę ku piersi i siedział w ponurem zamyśleniu. Nie śmiałem go przerywać, chociaż pytania tłumem cisnęły mi się na usta. Lecz on snać chciał tylko odpocząć na chwilę i skupić myśli. Po jakimś czasie, podniósłszy wzrok ku zasłonie, tak kończył przerwane zwierzenia:  — Zostałem tedy sam w tym pustym domu, sam z mą straszliwą tajemnicą. Nie śmiałem wychodzić pomiędzy ludzi, lękając się wszelkich wyjaśnień, któreby mogły zdradzić mego syna. Zresztą nieszczęście odstręczyło mi bliźnich; unikać ich począłem zrażony gwarem obojętnego mi życia. Skazany byłem na samotność. Całymi wieczorami przesiadywałem w tej izbie, przy blasku lampy, rozpamiętując wypadki owej strasznej nocy.  Ogarnęła mnie dziwna apatya. Nie ruszałem się prawie z miejsca, nie jadłem, nie sprzątałem. Grube warstwy pyłu pokryły sprzęty mego domu, podłoga niezamiatana przez czas dłuższy raziła wyglądem śmietnika. Opuściłem się wtedy zupełnie. Z tego odrętwienia wyrwało mnie spostrzeżenie, które uczyniłem w tydzień po wypadku.  Pewnego wieczora siedząc tu przy stole, rzuciłem mimowoli okiem na firankę i ujrzałem to... W pierwszej chwili myślałem, że halucynacya wyobraźni skupionej ciągle w jednym obrazie; lecz codzienne doświadczenie przekonało mnie, że jest inaczej, że cienie istotnie odtwarzają scenę bratobójstwa. Ten z lewej jest wiernem odbiciem profilu Zbigniewa, — strzelający oddaje w najdrobniejszych szczegółach rysy młodszego syna. — Tak wyglądali obaj w owej chwili. Nawet ruch padającego, ten konwulsyjny chwyt za serce — wszystko powtórzone z fotograficzną ścisłością. Rzecz szalona, nie do uwierzenia, a jednak prawdziwa, okropnie prawdziwa...  Tu starzec zamilkł powtórnie i smutnemi oczyma błądził po ekranie. Powodowany nieprzepartą chęcią, zapytałem:  — Sprawa istotnie zagadkowa. Lecz czy przedtem, przed wypadkiem nie zauważył pan nic podobnego?  — Ani śladu.  — Więc przedmioty nie rzucały cieni?  — Owszem, lecz te nie układały się w tę potworną scenę.  — Jakże więc to wytłómaczyć? Chyba po owej nocy zmienił pan ich układ, poprzestawiał sprzęty w pokoju?  — Bynajmniej. Nie ruszałem ich z miejsca. Bo i pocóż? Byłem tak apatyczny, że całemi godzinami siedziałem bezmyślnie na krześle.  Nie — raczej przypuszczam, że te zmiany w układzie przedmiotów, a stąd i ich cieni zaszły właśnie krytycznej nocy i to częścią w chwili samego zabójstwa, częścią bezpośrednio potem. Albowiem po zbadaniu niektórych sprzętów przekonałem się, że uległy pewnym uszkodzeniom, których przedtem nie było. Zdaje się pierwszy, chybiony strzał idąc w górę, utrącił jedno spoiwo w ramieniu pająka, powycinał owe dziwne zygzaki w skrzydle kredensu i przewrócił klejonkę z tektury na szczycie. Stąd wytworzona nowa kombinacya cieni zarysowała postać zabitego. Na sylwetę zabójcy złożyły się cienie przedmiotów zawieszonych na stojaku jego własną ręką po dokonaniu czynu. Przypominam sobie, że przebierając się na prędce do ucieczki, pozostawił swą broń wraz z kurtą myśliwską na kołkach wieszadła. Wszystko pozostało tak nieruszone do dziś dnia. Nawet strzelby z której zabił brata, nie tknąłem od owego czasu; wisi tak samo odchylona, jak przed laty...  — Fizyczne przyczyny niesamowitego zjawiska są zatem najzupełniej wyjaśnione — wtrącił nieśmiało.  — Tak, masz pan słuszność. Najzupełniej. — Żręcki patrzył mi w twarz smutnemi, drwiąco uśmiechniętemi oczyma.  — Tak — poprawiłem się — to dziwne. Coś podobnego wstrząsnąć może i najbardziej zrównoważonym umysłem. — Sprawa obłąkana...  — Może teraz zrozumiesz młody człowieku, dlaczego mimo wszystko nie chcę przestawiać sprzętów. Oto poprostu nie mam odwagi. Jakiś szczególny strach paraliżuje mi rękę wyciągniętą w tym celu. To tak, jak gdybyś chciał złamać któreś z praw natury.  Tu starzec dźwignął się ciężko i prostując zawiędłą swą postać, dorzucił z obłąkaniem w oczach:  — Słuchaj pan! Boję się, w razie gdybym to uczynił, jakiejś zemsty ciemnej, z nienacka, niespodzianej — lękam się... potępienia... Ja tego zmieniać nie mogę, nie mam siły... Ja z tym obrazem związany do końca dni moich... Gdy tylko wieczór zapadnie, coś mię ciągnie nieprzeparcie do tego pokoju, jakiś nakaz tajemny zmusza do zapalenia światła i wpatrywania się w tragedyę chwil ubiegłych.  Czasami zapomniawszy się, odruchowo wyciągam ręce ku Władkowi, błagając, by nie zabijał i znów opadam na krzesło znużony i wyczerpany, póki sen nie przymknie mi ociężałych powiek...  Skończył. Była czwarta nad ranem. — Lampka zadrgawszy ostatnim podrzutem, zagasła. Znikły złowieszcze cienie.  Odetchnąłem, otworzyłem okno. — Z dworu poczęły wchodzić cicho w izbę modre jaśnie rozbrzasku, od lasów spływał rzeźwy zapach drzew. Gdzieś na gałęziach ptaszki strzepnąwszy rosę, kwiliły zaranne skargi, budził się wiatr na dzienne znoje...  Postąpiłem ku Żręckiemu. W milczeniu podał mi rękę. Ucałowałem dziwnie wzruszony.  Wtedy objął mię jak syna i położywszy mi dłoń swą na głowie, coś cicho szeptał... Przypisy Cień. Pytał się Ignaś, roztropny chłopczyna: Ojcze! jaka to przyczyna, Że skoro słońce zaświeci, Zaraz cień widzieć się daje; Gdy ja lecę i on leci, Gdy ja stanę i on staje; A kiedy za chmurą ciemną Słońce na chwilę się wstrzyma, Próżno go szukam przede mną, Próżno płaczę, już go niema. Synu! rzekł ojciec z westchnieniem: W późniejszem życiu łatwo pewnie poznasz Podobieństwo przyjaciół z tym niestałym cieniem, Bo gdy ci tylko szczęście sprzyjać będzie, Na przyjaciołach nie zbędzie. Lecz gdy przypadkiem zmiany losu doznasz, Gdy się zachmurzy słońce szczęścia twego, Napróżno będziesz patrzył, nie znajdziesz żadnego. ←Główki dziecięce Cień CIEŃ. Anim patrzał na słońce przez lny, Anim chodził do boru po sny, — Jenom widział, jak rzucony wzdłuż Cień mój powstał by nie upaść już. Przetarł oczy i otrząsnął pył, Co był złoty i wiekowy był, W dniach zamierzchłych rozejrzał się wstecz, Przywdział zbroję i przypasał miecz. Siadł na rączy, na bułany koń, Uśmiechnięty cwałował przez błoń, Kopytami tratując na płask Kół słonecznych po murawie brzask! Dokąd zbiegłeś, konny cieniu mój? Czy z różami na śmiertelny bój? Czy do baśni, niewidzialnej stąd? Czy w umyślny gwiazd po niebie zbłąd? »Ni do gwiezdnych wyżej ziemi burz, Ni do białych niżej słońca róż, Jeno pragnę powrócić w ten kraj, Gdzie ty byłeś — drzewom dany Maj! Gdzie ty byłeś — ponad jarem dąb, Zasłuchany w zew anielskich trąb, A ja — wpobok od słonecznych wrzeń — W głębi jaru — twój dębowy cień! W snach zapadły, nieprzebyty sad, A ja — na wznak poległy u wrót — Twej zadumy wzór nikły i skrót!...« Wracaj, cieniu, konny cieniu mój, Po przez kwiaty — w ten za nimi znój, Poprzez biały na jabłoni puch — Ani chodził do boru po sny, — Jenom widział, jak w wiosenny czas Z cieniem moim Bóg spotkał się raz... Cień Władysław Orkan Idę ścieżyną i mijam zboża, Łany złociste — Pod stopy śle mi zachodnia zorza Światło rzęsiste... Krwawi przede mną miękkie trawniki, Ruń aksamitną, Ubraną w jaskry, mchy, rozchodniki, W rosę błękitną. Złocista przestrzeń chyli i gnie się, I w takt kołysze, A lekki podmuch z oddali niesie Szelest i ciszę... W oczach się mieni rozkołysana Rytmiczna fala, Gdy, w znikającej zorzy skąpana, Ognie rozpala... Dokoła kłonią poważnie kłosy Wysmukłe żyta, Tuli się kąkol, chwieją stoklosy I mak rozkwita. Bławat oczkami patrzy siwemi Na mnie z ukrycia — Idę i marzę tu, na tej ziemi, Słoneczność życia... Śnię... tędy Boska przechodzi stopa... Zboża się kładą... Nagle ujrzałem w życie twarz chłopa Śmiertelnie bladą. 4.VIII.[18]98 CIEŃ  W izbie czeladnej, czyli w tak zwanej piekarni, kilkanaście osób różnej płci wieczerzało przy długim stole, na który spływał obfity blask palącego się w piecowisku ognia.  Gospodyni, czerstwa i silna kobieta, w granatowym spencerze, z misą pełną dymiącej się strawy i sporym kawałkiem chleba w ręku, stanęła w pełnem świetle płomienia i ku jednemu z ciemnych kątów izby zawołała:  — Niemko, na! nieś babie i sam jedz!  Bo, jakkolwiek ogień rozlewał po izbie światło obfite, kąty jej zalegała ciemność, wśród której majaczyły kształty stojących na ziemi i wiszących po ścianach narzędzi i naczyń gospodarskich. Majaczyło to tam liniami krótkiemi, długiemi, okrągłemi i ostremi, a czasem, pod zabłąkanym na żelazo lub mosiądz blaskiem ognia, świeciło nietrwałymi błyskami.  Z pomiędzy tych linii widmowych i błysków błędnych, na wołanie gospodyni, podniosło się w kącie coś tak wysokiego i cienkiego, że można byłoby przypuścić, iż to jedna z żerdzi, do grodzenia płotu przygotowanych, nagle dostała życia i posunęła się na środek izby.  W pełnym blasku ognia okazało się, że był to człowiek niezmiernie wątły i tak sztywno się trzymający, jakby istotnie na żerdź był wetknięty. Długa siermięga, u dołu wystrzępiona, wisiała na nim, jak na żerdzi, a gdy znalazł się po środku izby, wypukle, na jaskrawem tle płomienia, oderznęła się mała jego głowa, z blado-złotymi włosami i brwiami, z bladym i delikatnym profilem, z mnóstwem zmarszczek, skupionych nad oczyma, których bardzo błękitne źrenice lękliwie patrzały z pod długich, blado-złotych rzęs.  Z misą pełną jadła w jednej ręce, a z chlebem w drugiej, uszedł kilka kroków tak sztywno, jakby nie był człowiekiem żyjącym, ale lalką woskową na sprężynach, poczem, na ławę pod piecem umieszczoną wstąpiwszy, wydał krótki, gardłowy okrzyk. Wtedy u szczytu pieca, prawie pod samym sufitem, z głębokiego zmroku wysunęły się dwie ręce ludzkie, małe, ciemne, z wykrzywionymi palcami i, po chwilowem błądzeniu w powietrzu, ująwszy z obu stron misę, razem z nią w głębokim zmroku znikły, a cienki, wysoki, sztywny człowiek ruchem niezmiernie zwinnym wdrapał się na piec i także zniknął. Pomiędzy zaś szczytem pieca i okopconą belką sufitu widać było tylko mętne zarysy dwóch postaci, raczej dwóch niewyraźnych cieniów i iść stamtąd poczęły odgłosy przełykania płynnej strawy i przeżuwania twardego chleba.  Niedawno jeszcze, przed kilku laty, kiedy większość siedzącej teraz dokoła stołu czeladzi była świeżo do dworu tego przybyłą, to codzienne zanoszenie na piec przez Niemka strawy dla siebie i ślepej babki stanowiło ucieszne widowisko publiczne.  Bawił ludzi ten ruch wiewiórczy, kręty i zwinny, jakim się on na wysoki wierzch pieca dostawał, bawiły też niekiedy szemrzące i chrypiące pod sufitem gadaniny starej jego babki. Podaniem stało się tu, z ust do ust przechodzącem, że kiedy chce, to cudnie o różnych rzeczach opowiadać ona umie, szkoda zaś wielka, że od pewnego czasu nigdy już opowiadać nie chciała. Bardzo stara, daleko więcej stękała i wzdychała, niż mówiła, i tylko czasem, gdy wnuk, na piec wlazłszy, siedział czy leżał przy niej, o czemś jemu szeptała i szeptała.  Bóg święty wie, o czem ta ślepa baba temu niememu chłopcu do późnej nocy niekiedy mówić mogła! Zdarzało się też, gdy ogień w piecowisku świecił już tylko kupą czerwonych węgli, a ludzie po ławach drzemali, albo i spali, ten i ów przysłuchiwał się temu szeptowi, który pod sufitem szeleścił, jak suche liście, jesienią wiatrem gnane. Lecz nikt nic wyraźnego usłyszeć nie mógł, ponieważ baba miała mowę szepleniącą i niewyraźną. Czasem zdawało się, że pacierz odmawia, a czasem, że napomina, czy lamentuje, o jakimś ojcu ciągle wspominając. Westchnie, bywało, i głośniej zaszepce: «idź do ojca», albo «poproś ojca», albo «poskarż się ojcu».  Tak samo i teraz.  W izbie czeladnej ciemno jest, ale niezupełnie, bo w głębi piecowiska wielka kupa rozżarzonych węgli czerwono świeci i przez cztery spore okna zaglądają gwiazdy pogodnej nocy. Ludzie rozeszli się i tylko kilka osób, wyciągniętych na ławach śpi, a w kącie stary Grzegorz, stróż nocny, siedzi pod ścianą i fajkę pali. Gdy wypali, położy się i zaśnie także, bo dziś nie na niego, ale na Niemka przychodzi kolej nocnego stróżowania. W ciemności zaś u szczytu izby, pod sufitem, jakby suche liście jesienne, wiatrem gnane, po przymarzniętej ziemi sunęły. Widać też tam, na tle gęstego zmroku, dwa czarne cienie, a gdy w piecowisku niedopalona głownia buchnie sinawym płomykiem, rozeznać można, że cienie te leżą obok siebie na piecu, z twarzami ku sobie obróconemi i że jeden z nich wciąż szepce, a drugi milczy i może słucha. Potem szelest suchych liści ustał, szept umilkł i jak raz w tej samej chwili głownia w piecowisku strzeliła obfitem światłem, które przedostało się aż pod sufit i ukazało, że pomiędzy jedną z belek jego a wierzchołkiem pieca jeden z cieni podniósł rękę i począł nią głaskać drugiego.  Jednocześnie ozwał się w ciemnym kącie głos starego Grzegorza:  — Niemko! A pora ci już na dwór wyjść! Pamiętaj tylko drzewa narąbać tyle, żeby mnie jutro nie było potrzeba...  Natychmiast, bez jednej sekundy zwłoki, długi, cienki cień wiewiórczym ruchem zsunął się z pieca na ziemię, a na piecu suche liście znowu zaszeleściły:  — Oj! Ojcze przenajświętszy! Oj! taki mróz, taki mróz tęgi na dworze! Oj, Ojcze niebieski!  Na dworze mróz był, ale nie tęgi, kilkostopniowy tylko; noc zimowa prześliczna, cicha, mnóstwem gwiazd wyiskrzonych patrzała na śnieg niepokalany i marzący. Z pozamykanemi oczami drzwi i okien spały we dworze domy, w ścianach zamkniętych budynków spały zwierzęta, wśród obielonych lekkim szronem drzew ogrodowych, spały wiatry na pościelach z puchów śniegowych.  Za stodołą, daleko od zamkniętych domów, rozlegać się poczęły wśród powszechnego uśpienia miarowe stukania siekiery, które kędyś, za węgłem budynku, powtarzało echo. W ciszy bezbrzeżnej co kilka sekund dawało się słyszeć głuche stuknięcie i wnet potem, nie wiedzieć w którym punkcie mroźnego przestworza, cichsze i przeciąglejsze jego powtórzenie. Wkrótce echo powtarzać zaczęło, razem ze stukaniem siekiery o drzewo uderzającej, stękanie, wychodzące z piersi ludzkiej. Cień, który pod długą ścianą stodoły rytmicznym ruchem podnosił i opuszczał rękę, wydawać począł z piersi stękania, z których każde, jak odpowiedź po zapytaniu, następowało po uderzeniu siekiery. Echo powtarzało je razem ze stukami, kędyś, nad śniegiem. Potem stuki, westchnienia i echa umilkły, a cień człowieka zaczął chodzić pomiędzy uśpionymi domami, pozamykanymi budynkami, wśród ubielonych drzew.  Po kobiercu śnieżnym, pod baldachinem wyhaftowanym w gwiazdy, stąpając powoli i zupełnie cicho, wchodził do starego, rozległego ogrodu i pomiędzy dwoma rzędami drzew nagich szedł ku wznoszącej się u ich końca kaplicy. Tu, na wschodach małej budowy, klęczał i, splecione ręce do piersi przyciskając, wzrok podnosił ku gwiazdom. Usta jego były nieruchome, ale postawa błagająca i pokorna. Zapewne, posłuszny szeleszczącym napomnieniom starej babki: «idź do Ojca! proś Ojca!» — odmawiał jakieś wewnętrzne, nikomu nieznane pacierze.  Po chwili, niekiedy dość długiej, wstawał z klęczek i znowu to tu, to owdzie przesuwając się po śniegu, kiedy niekiedy przybliżał do ust gwizdawkę, której dźwięk przenikliwy, jak ostra szpilka tkaninę, przerzynał powietrze. To gwizdanie było jego nocną mową, oznajmiał nią, że czuwa, a gdy we dnie stawała się niepotrzebną, pozostawał bez żadnej.  Nie od urodzenia był niemy; słuch posiadał i tylko mowa mu przepadła, a ponieważ rzeczą jest dość ciekawą, jakim sposobem człowiekowi mowa przepaść może, gospodyni izby czeladnej temu i owemu niekiedy opowiadała, że stało się to od ojczymowego bicia. Dziecko było małe i raz, kiedy ojczym, taki wielki, często napiły drab, porwał się, aby je wybić, zlękło się, ze strachu oczy wytrzeszczało, dech straciło i — już! Na wieki zaniemiał! Tyle co do niemoty; a teraz, dlaczego on taki chuderlawy, cienki, bez żadnego ruchu, albo życia w ciele, i wiecznie wyprostowany, jak gdyby żerdź w nim tkwiła?  Tu już stary Grzegorz głos zabierał. Długo on żył na świecie, wiele pamiętał i widział; pamiętał też, jak matka niemowy z dalekich stron w te okolice przyszła, starą matkę swoją z sobą przyprowadzając i malutkie dziecko na ręku niosąc. Za robotą przyszła, a męża znalazła, drugiego męża, którego też niebawem odumarła, poczem ten ojczym w świat kędyś powlókł się, a babka wprędce oślepła i ot, dlaczego on jest sierotą i — nikogo na świecie swego, oprócz tej ślepej babki, nie ma. Może gdzie i ma, ale nie wiadomo, bo z dalekich jakichś stron pochodzi. A co do tej chuderlawości, to kiedy jeszcze niedorosły był, chłopcy, łowiący rybę w stawie, do wody go wrzucili, nie dlatego, broń Boże, aby utopić, ale dla żartów, aby z niemowy pośmiać się.  Było to cościś w parę tygodni po Różańcowej, kiedy woda w stawie robi się już bardzo zimna; tedy on, po tej kąpieli, długo chorzał i, choć potem niby ozdrowiał, ale na zawsze już taki nikczemny pozostał. A byłby może i duży chłop, bo w dłużynę urósł, tylko już w szerokość to za nic brać nie chciało i tak w nim cościś siadło, że wiecznie jest taki prosty, jakby żerdź połknął. Może go tam co we środku przy poruszeniach boli? Nie wiadomo. Kto może wiedzieć cokolwiek o człowieku, który mowy nie ma? Tak jak zwierzę: żeby je nie wiedzieć co bolało, nie powie, bo nieme jest.  Tak tedy ciemnota, sieroctwo i chuderlawość jego były wytłómaczonemi, ale nikt już zupełnie wytłómaczyć ani mógł, ani próbował tej grupki zmarszczek, które zbiegły się w jedno miejsce i legły na czole, nad samemi oczyma, ładnie ocienionemi przez gęste, blado-złote brwi. Nie miał snadź więcej nad lat dwadzieścia parę, a drobne rysy jego, bladą skórą powleczone, miały w sobie delikatność prawie dziecięcą. Więc to zbiegowisko zmarszczek nad twarzą, prawie dziecinnie drobną i delikatną, wyglądało jak znak zapytania, lub jak zagadka...  Dziecinną twarz mając, niedawno jeszcze doświadczał czasem napadów wesołości dziecinnej i z dziećmi po łące na wyprzódki biegał. Bo była tam, tuż za tym dworem, łąka piękna, wiecznie zielona, wązkim pasem ciągnąca się wzdłuż lasu, aż do cmentarza, który gromadę krzyżów wysokości różnej wznosił pod gęstą ścianą dębów i olsz. Ale w dzień letni krzyże cmentarne zupełnie prawie kryły się w gęstej zieleni drzew i była tam tylko łąka niezmiernie rozkwiecona, światłem słonecznem oblana, wesoła od świergotu niezmiernego mnóstwa leśnych ptasząt.  Z hałasem i śmiechami, w poranki niedzielne, wypadały dzieci z piekarni i biegły na tę łąkę, a Niemko, z pod ściany oficyny, patrząc na ich rozwiewające się włosy i migocące nad trawą stopy bose, poczynał uśmiechać się, poruszać rękoma, brwiami, nogami, aż puszczał się za niemi w pogoń. W szare płótno od stóp do głowy przyodziany, bosy, u skraju łąki stawał jak wryty i z coraz rozszerzającym się na twarzy uśmiechem patrzał. Złoto, kolorowo, jasno, wesoło...  Od różowych smółek, żółtych srebrników i czerwonego szczawiu, od błękitnego nieba, złotego słońca i zielonego lasu, od śpiewu ptaków i zapachu kwiatów, rozlewało się po niebie, po powietrzu i ziemi morze radości.  Świetną, wolną, gorącą tę radość uczuwały w krwi i małych móżdżkach dzieci, wrzaskliwie uganiające się po łące jedne za drugiemi, albo za motylami, albo za niczem; uczuwał je też Niemko i zrazu, do szarego słupka u skraju łąki sterczącego podobny, puszczał się w pogoń za dziećmi, chwytał je na ręce, podnosił wysoko, puszczał, chwytał znowu, okręcał się, rozwierał szeroko ramiona, podskakiwał — szalał.  Wtedy pod blado-złotemi brwiami oczy stawały się podobnemi do turkusów rozżarzonych, na zapadłe policzki występowały rumieńce i wargi zczerwienione rozwierał szeroki uśmiech.  Ale trwało to zazwyczaj krótko. Spadało nań niebawem coś podobnego do szczypców, gaszących świecę. Gasł, ramiona opuszczał i z zamkniętemi usty od gromadki dzieci w swawoli nieukróconych odchodził. Ale do domu nie powracał.  Niedziela. Do lasu wchodził i przez czas jakiś widać było wśród zieloności leśnej błądzący, szary cień. Od drzewa do drzewa mknął, czasem znikał za pniem rozłożystego dębu i znowu ukazywał się w smudze słonecznej.  Po co tak błąkał się i wałęsał w ogłuszającym świergocie ptactwa leśnego? — nie wiadomo; zdawać się mogło niekiedy, że przypatruje się drzewom, bo z podniesioną głową długo stawał nieruchomy, a niekiedy pochylał się i coś zrywał: jagody, czy kwiaty. Potem znikał w głębiach lasu i do domu powracał, gdy słońce zachodziło i ślepa babka, w stare płachty owinięta, siedziała pod ścianą piekarni na ławie.  Ktoś litościwy na dzień boży ją wyprowadził, w cieple słońca posadził i tak już do wieczora przesiedziała sama jedna, bo ludzie w dzień niedzielny rozchodzą się zawsze w różne strony. Więc gdy zamiast słońca nad lasem stawała czerwona zorza wieczorna, a na trawy, drzewa i budynki opadał zmrok, oni we dwoje tylko obok siebie na ławie siedzieli. W zmroku głowa ślepej babki, żółtą chustą obwiązana, wyglądała z dala jak przylepiony do ściany kwiat słonecznika.  Milczeli.  Świerszcze ćwierkały w trawach, nietoperz czasem krętym lotem prześmignął w powietrzu, od ogrodu dworskiego, od bramy otwartej na szeroką drogę, od stajen, obór, dochodziły głosy zwierząt, turkoty kół, ludzkie rozmowy i śmiechy.  — A co to tak zapachniało? czomber, czy co? — szepleniącym szeptem zapytywała ślepa babka.  Niemko głową trząsł w zmroku i, sięgając za koszulę, poczynał sypać na jej kolana garście kwitnących ziół leśnych, od których biły zapachy silne i w których wilgotną świeżość zatapiać się wnet zaczynały dwie drobne, wyschłe, trzęsące się ręce.  Mdła plama, od żółtej chustki pochodząca, zgasła już w zmroku. Stali się oboje podobnymi do czarnych cieniów na tle szarej ściany i milczeli.  Ostatniej wiosny przecież Niemko nie biegał już z dziećmi po łące. Nie wiadomo dlaczego, ale do krzykliwej i ruchliwej zabawy nie wmieszał się ani razu i tylko kiedy niekiedy, w niedzielne poranki czy południa, stawał u skraju łąki i całymi kwadransami tkwił tam nieruchomie, jak wkopany w ziemię słupek. Patrzał na złote, kolorowe, jasne, rozśpiewane święto natury, na biegające dzieci, latające motyle, przepływające w górze obłoki, a potem, do lasu wszedłszy, pomiędzy drzewami i zaroślami błądził, aż w głębokie cienie zanurzał się i znikał na długo... Lecz gdy powracał, ślepej babki pod szarą ścianą piekarni już nie znajdował.  Od czasu pewnego nigdy już z izby czeladnej nie wychodziła i nawet nie złaziła z pieca. On do niej tam szedł i na okrywające ją stare płachty rzucał przyniesione z lasu garście pomiętych za koszulą łodyg i kwiatów leśnych, poczem rozpoczynały się pomiędzy belką sufitu a wierzchołkiem pieca szepty, jak suche liście szeleszczące, stękania i kaszlania, długiemi ciszami przerywane, coraz dłuższemi, bo u końca zimy ślepa babka szeptała coraz rzadziej i krócej. Ustawały wieczne opowiadania jej, czy też może użalania się, lub napomnienia, których on do późnych nocy nieraz słuchał, aż ustały zupełnie i przez kilka tygodni ślepa babka, jak niema, leżała na piecu...  Zapytywali ją czasem litościwi ludzie: dlaczego nic nie je i nie chce na majowe słońce wyjść? albo: czy śmierć już blizko siebie czuje i czy prędko umrze?  Ale ona nie odpowiadała. Może myślała, że z odpowiadania żadnego pożytku nikomu nie będzie, może już siły do mówienia nie miała, albo przed śmiercią zgłupiała zupełnie? Nie wiadomo. Jak kłoda w grube płachty owinięta, leżała na piecu nieruchoma i niema, a twarzy jej pod belką sufitu wcale widać nie było.  Czy, leżąc tak, myślała dniami i nocami o czemkolwiek, o życiu, naprzykład, o śmierci, o tem, co było w życiu i co będzie po śmierci? nie wiadomo, ale jeżeli myślała, to — o Jezu!  Aż przyszła nakoniec taka minuta, że głośno krzyknęła:  — O, Jezu!  A potem, zaczęła na całą piekarnię wołać:  — Antoś! Antoś!  Nikt przypuścićby-by nie mógł, aby do tak głośnego wołania dość siły jeszcze miała w sobie, to też ludzie, którzy, tylko co powieczerzawszy, przy stole jeszcze siedzieli, wszyscy ku wierzchołkowi pieca popodnosili głowy, a Niemko jednym skokiem z kąta izby do pieca przypadł i, jak wiewiórka, w mgnieniu oka na nim się znalazł.  Antoni tedy na imię mu było? Nikt o tem nie wiedział, a jeżeli ktokolwiek ze starszych i wiedział, to zapomniał. Niemową był, więc Niemkiem go ludzie przezwali, a po imieniu nikt go oprócz tej ślepej baby nie nazywał i po niej nazywać nie miał.  Znowu szeptała i niektórzy ludzie bardzo już pilnie wieczora tego przysłuchiwali się jej szeptowi, bo wiedzieli, że był przedśmiertnym, a wszelkie rzeczy ze śmiercią związek mające zaciekawiają, jak przepaść, w której czarny otwór spoglądając, człowiek musi zapytywać: co tam na dnie? Ale cóż, skoro dogorywająca baba tak szepleniła, że kiedy niekiedy tylko słowo jakie, albo kilka słów, uchem pochwycić było można?  Zdaje się, że porównywała ludzi do paciorków, które ręka Boska na ziemię sypie i które padają rozmaicie: na jasne pagórki, albo w ciemne parowy, na kwiaty, albo na kamienie... i nie wiadomo, co z tymi paciorkami było dalej, tylko jeszcze potem coś o jakiejś Krystynie szeptała, a stary Grzegorz przypomniał sobie, że było to imię jej córki. Pewnie prosiła, aby ją obok Krystyny pogrześć, gdyż coś o mogiłce wspominała i już może potem w nieprzytomności przedśmiertnej bredzić zaczęła o jakichś sinych płomyczkach.  — Płomyczki sine! W nockę ciemną płomyczki sine... pod lasem... oddechy zmarłych... idź, popatrz... pacierz zmów... i mój tam zaraz będzie... płomyczek siny... w nockę ciemną...  Gospodyni głową trzęsła i do ludzi zaszeptała, że to ona o tych płomykach sinych, co to w niektóre noce nad cmentarzem...  — Aha! — zgodzili się ludzie i głowami kiwali, bo wszyscy nieraz widzieli te płomyki i rozmaicie o nich mniemali, że to dusze zmarłych, albo oddechy zmarłych, albo pełgania złota w ziemię zakopanego.  A tu stara na piecu jak nie zajęczy, to aż mrowie po wszystkich poszło.  — Biedaku ty! — jęczała — oj, biedaku ty mój serdeczny! wnuku ty mój rodzony! robaku mizerny... Paciorko w ciemny dół zatoczona. Stworzenie ty Boże...  Nagle przestała jęczeć. Może już zmarła? Nie, bo, po chwilowem uciszeniu się, zaszeptała znowu.  — Ojcze niebieski! Ojcze wszechmogący! Ojcze miłosierny! Antoś! Antoś! do Ojca idź! Ojca proś!  Poczem umilkła znowu, a ludzie, widząc, że nie zaraz jeszcze zbierze się jej na ostatnie konanie, posnęli i nie wiadomo, co potem przez całą noc działo się na piecu.  Ale nazajutrz koło południa, pod ścianą izby czeladnej, na ławie, leżała, w szmaty kraciaste owinięta, figurka mała, wyschła, sztywna, jakby z wosku ulepiona, bo kolor jej drobnej twarzy i małych rąk, u piersi splecionych, nie różnił się prawie od żółtej chustki, którą głowa była obwiązana. Trochę tylko błyszczących, jak srebro, włosów wydostawało się z pod tej chustki i nad oczyma, tak głęboko zapadłemi, że wyglądały jak proste jamy, srebrne brwi odrzynały się od żółtego czoła.  Obok tego nikłego, suchego, w powijaki z kraciastych szmat owiniętego trupka, Niemko siedział na stołku, cienki, sztywny, plecami do izby obrócony i wielką gałęzią zieloną szeroko powiewał. Muchy odpędzał, które brzęczącymi rojami napełniały izbę. Trwało to już od kilku godzin. Bo zrazu, gdy wnet po powstaniu ze snu ludzie spostrzegli, że baba na piecu nieżywa już leży, powstała tu zawierucha wielka. Chcieli, wedle zwyczaju, ubierać ją do trumny, ale z Niemkiem stało się coś nadzwyczajnego.  Nie płakał, nie lamentował, rąk nie załamywał, ale tylko nikogo do zmarłej dopuścić nie chciał. Na piecu siedząc, zasłaniał ją sobą i gdy tylko ktokolwiek zbliżał się, zaczynał robić łokciami, grozić pięściami i wydawać z gardła chrapliwe, ostre krzyki. Oczy przytem, w których żadna łza nie postała, iskrzyły się mu i zataczały po białkach, jak u oszalałego.  Nikt przedtem nie przypuszczał, aby mogło w nim być tyle złości. Wyglądał tak, jakby gotów był wszystkich zbliżających się pogryźć i pozabijać. Więc dali mu pokój ludzie i usunęli się, ciekawi, co dalej będzie. Lecz nie stało się dalej nic osobliwego; to tylko, że Niemko sam, własnemi rękoma, babkę do podróży wiekuistej ubrał.  Wiedział dobrze, gdzie i jakie były wszystkie jej szmaty, więc biegał po nie do skrzynki, jak wiewiórka zeskakując z pieca i znowu na piec wskakując.  Włosy jej czesał i w malutką koskę splatał; kraciastym kilimkiem, jak powijakiem, ją owinął, głowę owiązał żółtą chustką, na sztywne stopy trzewiki wciągnął; poczem, ciężar nieduży na ręce wziąwszy, z pieca go zniósł i na ławie położył. Przytem wszystkiem oczy miał wciąż suche, błyszczące, a zwykła kupka zmarszczek stała mu na czole, nad złotemi brwiami, nieruchomo. I na nikogo zupełnie nie patrzał, tylko, gdy ktokolwiek zbliżyć się próbował, łokciami poruszać zaczynał, chrapliwie krzyczał i oczy rozżarzały się mu, jak płonące węgle.  Ludzie też, wziąwszy ze dworu rozporządzenia co do pogrzebu i po wszystko, co było potrzebne, rozesławszy, a widząc, że nic do robienia i nikogo do pocieszania tu nie było, poszli każdy do swojej roboty. Izba została pustą i zapanowała w niej cisza; tylko przez pootwierane okna wlatywały szczebioty wróble, pianie kogucie i oddalone turkoty wozów.  Niemko siedział, plecami obrócony do okien, i zieloną gałęzią lipy w jedną stronę i w drugą szeroko w powietrzu kołysał. Odpędzane muchy brzęczącą chmurą unosiły się mu nad głową, a po twarzy ciekły jedna za drugą łzy obfite.  Prawie rytmicznie poruszała się w powietrzu zielona gałąź nad małym kraciastym trupkiem; prawie rytmicznie też ciężkie łzy, staczając się z policzków, padały na szare płótno koszuli. Muchy brzęczały i koguty za oknami piały jeden po drugim przeciągle.  W niewiele dni potem Niemko począł znowu chodzić na łąkę, ciągnącą się od dworu aż prawie po kraniec lasu, lecz nie czynił tego z rana, ani w południe, tylko wieczorem późnym, gdy wszystkie roboty swoje pokończył, a kolej nocnego stróżowania nie na niego przypadała.  W głębokiej ciszy gwiaździstego wieczora, kiedy, z rzadka tylko, w krzakach na łące rosnących odzywało się ćwierknięcie świerszcza, lub senne zatrzepotanie skrzydeł ptasich, widać było cień człowieka powoli posuwający się pod lasem i zanurzający się w zmrok olsz i dębów, wśród których niewyraźnie w nocy majaczyły linie wyższych i niższych krzyży.  Pomiędzy drzewami i krzyżami ziemia zbałwanioną tam była w mnóstwo malutkich pagórków, z których na jednym chłopi, drogą poblizką wozami jadący, spostrzegali czasem nieruchomo siedzący, wysoki, cienki cień. Spostrzegłszy go, żegnali go i konia przynaglali do pośpiechu tem pilniej, że z nad pagórków, nakształt jaskrawych motyli nocnych, wzlatywały czasem języczki sinego ognia, o których nikt nic na pewno powiedzieć nie mógł, oprócz tego, że były ponurą mową cmentarza, nocy i tajemniczych wnętrzności ziemi.  A cień siedział dalej na małym pagórku, pod szeleszczącą z cicha olchą, ze stopami w zroszonej trawie. Głowę czasem opierał o pień olchy, przymykał powieki i drzemał.  Ale najczęściej oczy jego szeroko były otwarte na ciemność nocną i na wyrywające się z pod ziemi sine płomyki. Podleci czasem płomyk taki z nad blizkiego pagórka, chwiejąc się i migocąc pobłąka się nieco w gęstym mroku i nad samą głową jego gaśnie; a tu, natomiast, dwa inne wzlatują znowu i jeden za czarnym pniem drzewa migoce, a drugi na przestrzeni wolniejszej pała sinym ogniem, wzbija się wysoko i kędyś, w gęstych konarach dębu, gaśnie, gdy u brzegów cmentarza wybłyskują i po ziemi pełzają, lub w krzakach błyskają coraz inne...  Niekiedy, w mdłym blasku tych napowietrznych świec nocnych, widać parę oczu ludzkich, powolnem spojrzeniem loty ich ścigającą, albo wodzącą po trawach mokrych od rosy, zbałwanionych od pagórków i jak mdłemi gwiazdami usianych baldachami wielkich białych kwiatów. Gdy nie drzemał i nie spał, o czem w te długie godziny nocne, wśród płomyków i ziół cmentarnych, myślał? i czy zresztą o czemkolwiek myślał? Nie wiadomo. Do dworu przed samym świtem powracał i, co prędzej chwyciwszy na ramiona drąg z uwiązanemi po obu końcach wiadrami, mokry od rosy nocnej, oczepiony we włosach i na siermiędze liśćmi i ziołami, błękitne światło brzasku długą i cienką pręgą przerzynając, szedł do studni po wodę.  Przyszedł jednak taki dzień, w którym olśnił go i wrzątkiem w żyły jego wpłynął blask złotego słońca.  Było to w czerwcu. Nad światem panował dzień długi, pogodny, błękitny, kwiecisty. Słońce, zniżając się ku zachodowi, zatapiało w zwierciadlanej szybie stawu pasma złotych, drgających swych włosów. Z tą szybą stawu, z rosochatemi nad nim wierzbami, z miliardem kwiatów rozsianych wszędzie i drugim miliardem dźwięków owadzich, ptasich, zwierzęcych, krajobraz stał pod błękitną kopułą nieba świetny, lśniący, wrzał jeszcze życiem dziennem i już zapadał w marzenie wieczorne. Na tle zaś krajobrazu kolorowo i wypukle odrzynała się postać kobieca, zwolna brzegiem stawu po wodzie krocząca.  Była to duża i silna, kształtna i piękna dziewczyna wiejska, która brzegiem stawu, jakby cudem szła po błękitnej wodzie. Ale cudu nie było w tem żadnego, ponieważ u brzegu staw miał wodę płytką i tylko gdzieniegdzie znajdowały się w niej miejsca niebezpieczne. Jedną ręką przyciskając do piersi zwój świeżo upranych płócien, dziewczyna trzymała w drugiej wysoką żerdź, którą gruntowała przed sobą wodę, szukając zapewne miejsca, na którem mogłaby jak najlepiej ukończyć robotę prania. A tymczasem wyglądała, jak królowa wód. Wysoka, silna, prosta, oczy miała z topazów, a usta z koralu; żerdź jej pobłyskiwała u szczytu złotą iskrą. Wśród kolorowych paciorków, które opływały piersi, błyszczały srebrne krzyżyki i medaliki.  Jaskrawa i połyskująca szła w łagodnych światłach nadchodzącego wieczora i nogami, do kolan tylko okrytemi czerwoną spódnicą, a jakby z pozłacanego bronzu wytoczonemi, roztrącała błękit wód w tysiąc srebrnych fontann.  Nagle spojrzeniem spotkała się z czemś, co usta jej otworzyło szerokim uśmiechem. Spotkała się spojrzeniem z cienką postacią Niemka i z wlepionemi w nią jego oczyma.  Stał u brzegu stawu, chudą szyję w kierunku jej wyciągał, a wlepione w nią oczy miały w sobie tyle zachwycenia i podziwu, takie były rozżarzone i razem załzawione, że ta najpiękniejsza w całej wsi dziewczyna aż zaśmiała się głośno.  Od śmiechu tego Niemko poruszył się i ramiona mu, jak skrzydła ptasie, u boków zatrzepotały. Zaśmiał się także ochrypłym, gardłowym śmiechem i tak pochylił się naprzód, jakby chciał rzucić się na wodę i czołgać się po niej ku jej stopom. A ona zbliżała się wciąż z podniesioną twarzą, z oczyma błyszczącemi, jak ciemne topazy, ukazując perłowe zęby w koralach warg uśmiechnionych. Wtem zniknęła.  Jak widmo, czy sen, w jednem mgnieniu oka zniknęła i tylko w tem miejscu, gdzie wznosiły się przedtem jej wypukłe, potężne, jaskrawe kształty, woda kotłowała i rozbiegała się w szerokie kręgi.  Zapatrzona w oczy, które ją wielbiły, rozśmieszona nędzną postacią, od której bił ku niej ten hołd namiętny, nie zgruntowała żerdzią wody i, grunt pod nogami nagle straciwszy, opuściła się w głębinę. Lecz w temże samem prawie mgnieniu oka na brzegu rozległ się krzyk przeraźliwy i Niemko również zniknął w wodzie.  Krótką chwilę trwała walka, aż ze wzburzonych nurtów wyraźnie wychyliły się migocące w nich przedtem kształty i dwoje ludzi zziajanych, ociekających wodą, z oczyma obłąkanemi przestrachem, stanęło na gęstej murawie wybrzeża.  Pięknej dziewczynie nic złego się nie stało, skąpała się tylko i napiła trochę wody, a teraz, westchnąwszy głęboko i rękoma powiódłszy po mokrych włosach, które ciężką, bronzową falą okryły ją do pasa, rozpaczliwym ruchem ramiona wyciągnęła nad wodą i w głos zalamentowała:  — O Jezu! o Jezu! Jezu!  Płachty jej świeżo uprane pływały po wodzie. Twarz z wykrzywionemi od żałości ustami ku Niemkowi obróciła.  — Pozbierajcie! Zlitujcie się, pozbierajcie!  Ciężko dysząc, ostatka sił dobywając, brnął po wodzie, miejscami płynął i zbierał, zbierane przedmioty wynosił na brzeg i u stóp jej na trawie składał. Ona pochylała się i brała na ramię podniesione z trawy płótna. Gdy ostatnie przyniósł i, wyprostowując się, podnosił ku niej twarz oblaną wyrazem bezdennej pokory, uśmiechnęła się znowu i jedną ręką mokre płótna do piersi przyciskając, drugą po czole i policzkach głaskać go poczęła. Czyniąc to, nie mówiła nic, tylko uśmiechała się ciągle koralowo i perłowo, a w źrenicach jej migotała zalotna figlarność.  Wtedy z nim stało się coś nadzwyczajnego.  Chuda, blada, biedna twarz, ociekająca wodą, stanęła mu cała w płomieniach i promieniach, upadł na trawę i, objąwszy nogi jej, począł lgnąć do nich głową, piersią, ustami. Wydawał przytem krzyki, do żałośliwego skomlenia psa podobne.  Czy dziewczyna zlękła się tego kalekiego głosu, albo może wstrętem przejęły ją dotknięcia czoła i ust jego, dość, że cofnęła się i z brwią zmarszczoną, z zagniewanemi ustami odeszła.  On został chwilę na ziemi i w przykucniętej postawie wiódł za oddalającą się spojrzeniem błędnem, żałosnem, a potem podniósł się i, dygocąc z zimna, poszedł za nią.  Ramiona przyciskał do piersi i trzęsące się z zimna ręce przykładał do ust zsiniałych; kupka zmarszczek stała mu nieruchomo nad blado-złotemi brwiami, z pod których oczy nie przestawały ścigać odchodzącej dziewczyny.  Tak za nią, idącą w płaszczu mokrych włosów, szedł brzegiem stawu i tak, jedno za drugiem, staw okrążywszy, szli ku wsi, niedaleko w różowym pyle szarzejącej.  Od tego wieczora Niemko nie chodził już wcale na cmentarz, nad którym wzlatywały nocami sine płomyki.  Zaświeciło mu przed oczyma to słońce ogromne, w którego światło i gorąco motylimi rojami wlatuje wszystko, co żyje. Spojrzał w samą twarz rozkwitłemu latu. Padła na niego kropla zdroju, w którym warzą się miody ziemi. Co czuł i czy jakiekolwiek imię uczuciu swemu nadawał, czy radował się czemkolwiek, albo spodziewał się czego i czy znane mu były imiona nadziei i radości, nie wiadomo; ale zimnej rosy cmentarnej i sinych oddechów umarłych już nie chciał.  Ilekroć drzewa nie rąbał i wody nie nosił, do wsi poblizkiej szedł, tam do chaty Nastki Harbarówny cichutko się wsuwał i u jakichś drzwi, czy u jakiej ławy na ziemi przykucnąwszy, oczyma za nią, rzeźko po chacie krzątającą się, wodził, albo, gdy opuszczała chatę, o kilka kroków za nią wlókł się. Lecz cokolwiek robiła i gdziekolwiek znajdował się z nią razem, w izbie, na obejściu, na polu, nad stawem, zawsze i wszędzie, oczy jego zdawały się oczekiwać, czatować, czyhać na oddanie jej jakiejkolwiek przysługi.  Sposobności do tego zdarzały się rzadko; dziewczyna była silna, pracowita i pomocy nie wzywała nigdy, lecz on uprzedzał jej żądania, a gdy nic już lepszego uczynić nie mógł, to drogę jej niekiedy zabiegał i z pod stóp odrzucał na stronę suchą gałąź lub kamyk. A ilekroć to czynił, zawsze podnosił ku niej wzrok gorejący, albo przygasły i smutny, tak, jakby nim prosił ją o coś, lub o czemś jej przypominał.  Czy ogniem i słodyczą na zawsze zapadło w niego wspomnienie przelotnej jej pieszczoty i usiłował zasłużyć na podobną znowu? czy pragnął i jak pragnął, aby raz jeszcze przybliżyła mu rękę do twarzy i pogłaskała nią jego czoło i policzki, nie wiadomo; ale wkrótce wieś cała zaczęła go nazywać cieniem Nastki Harbarówny i śmiać się z niej, że zdobyła sobie takiego wielbiciela, czy konkurenta.  Było to zupełnie tak samo, jak gdyby kominiarz rozkochał się w królewnie. Ludzie drwili z obojga, a królewnie nie w smak poszło pośmiewisko ludzkie. Przedtem, pamiętając zapewne, że życie jej, to jej kwitnące i siłą wezbrane życie, uratował, kiedy niekiedy przemówiła do niego żartobliwie lub życzliwie, podziękowała za coś przyjaznem skinieniem głowy, a raz nawet podała mu do zjedzenia misę strawy, i innym razem rzuciła w niego, jak purpurową kulę, zmiętą w ręku georginię. Wtedy wielki, zmięty kwiat, ugodziwszy go w sam środek piersi, upadł na ziemię, a on, śpiesznie go podnosząc, śmiał się tak, jak przedtem nigdy się nie śmiał, z piersią drżącą od rozkoszy i oczyma pełnemi srebrnych mgieł. Kiedy więc teraz na widok jego marszczyła brwi i wzgardliwie wydymała wargi, a czasem to i wprost mówiła, żeby szedł sobie precz i dokuczać jej przestał, wszystkie ruchy i rysy jego wyrażać poczęły niezmierne zadziwienie i zlęknienie.  Za co? dlaczego? Czy podobna? mówić zdawały się wątłe plecy jego, pokornie do ściany przyciśnięte, chuda szyja, wyciągnięta naprzód, błędne ręce, szukające dla siebie miejsca i nigdzie go znaleźć nie mogące, kupka zmarszczek, poruszająca się nad blado-złotemi brwiami, które, podniesione wysoko, dziwiły się bez granic: za co? dlaczego? czy podobna? Było to przecież tak dalece podobnem, że raz zmuszony został wyjść z chaty Naścinej i nigdy już do niej nie powrócić.  Pewnego dnia, gdy nad wieczór wsunął się do Harbarowej izby, dużej i widnej, znalazł tam, oprócz Nastki, młodego i przystojnego parobka, który, u okna siedząc, wesoło rozmawiał z krzątającą się dokoła pieca dziewczyną. Więcej nikogo w izbie nie było; matka tylko tuż za oknem grzędę pełła i dzieci hałaśliwie bawiły się na podwórku.  Na obecność gościa Niemko żadnej uwagi nie zwrócił, chociaż Nastka, śmiejąc się i uwijając, często ku niemu błyszczącemi oczyma strzelała. Czy nie rozumiał, że gość ten był miłym dziewczynie? Czy nie wiedział, że był to syn najbogatszego we wsi gospodarza i mógł ją sobie zabrać na zawsze? Nie wiadomo, ale zwyczajem swoim, pod ścianą stanąwszy, na dziewczynę tylko patrzał i wszystkie zmiany, które w twarzy jej zachodziły, jak w wiernych echach powtarzały się w jego rysach. Gdy śmiała się — śmiał się, gdy dziwiła się czemuś, co przystojny chłopiec mówił — ze zdziwieniem brwi podnosił, gdy wstydliwość, czy radość wzmagały jej rumieńce — zapalały się i gorzały mu od nich oczy.  Wtem Nastka, parę grubych polan z ziemi podniósłszy, zaczęła je do okopconego piecowiska wkładać. Wieczerzę zamierzała gotować i ogień musiała rozniecić.  Młody chłop, z fantazyą na ławie rozparty, ani drgnął, ale Niemko swoim zwyczajem do drzewa przyskoczył, chcąc wyręczyć dziewczynę, jak to nieraz już przedtem czynił, gdy ona tymczasem po wodę, albo i tak sobie, nic nie robiąc, na ławie siadała.  Ale tym razem, w obecności miłego konkurenta, usłużność Niemka zawstydziła, czy zniecierpliwiła Nastkę.  — A idź-że sobie raz ode mnie! — chmurnie brwi marszcząc, zawołała, a gdy on na wykrzyk ten nie zważając, z gardłowymi krzykami, usłużny, natarczywy, próbował jeszcze polana z rąk jej odbierać, uderzyła go ściśniętą pięścią tak, że aż się pod ścianę potoczył.  Nic osobliwego, że taka tęga, silna dziewczyna aż pod ścianę takiego mizeraka odepchnęła. Ale on nie czuł obrazy, może nawet nie wiedział, co to takiego obraza, i odepchnięty, wnet znowu do niej przystąpił, obie ręce pod brodę kurcząc, bardzo zmartwiony, wlepionemi w nią oczyma pytając z gwałtem i smutkiem: za co? dlaczego?  A ją ogarnęła ostateczna już niecierpliwość i z oczyma, jak rozżarzone topazy błyszczącemi, krzyknęła:  — A czy nie pójdziesz ty choć raz ode mnie, utrapieńcze! Jak przyczepił się, tak i rady już żadnej na niego nie ma! Krzyczeć nie krzyczeć, bić nie bić, wszystko mu jedno, jak psu!  Tak była rozgniewana, że aż płacz drgał jej w głosie.  Wtedy parobczak, jak młody dąb wysoki, wysmukły, zgrabny, wstał z ławy i, drocząc się z dziewczyną, śmiejąc się, żartując, bez cienia gniewu, niedbale, jakby źdźbło słomy z ziemi podejmując, wziął Niemka za kołnierz siermięgi i, nie patrząc nawet na niego, za próg go wypchnął.  Potem drzwi chaty Nastkowej zamknęły się ze stukiem i wybuchnęły za niemi rozmowy i śmiechy dwóch wesołych głosów. Niemko zaś, nie oglądając się i głosu z siebie nie wydając, powoli przesunął się przez wieś, przez kawałek pola, okrążył staw i, jak wkopany w ziemię słupek cienki i szary, stanął w tem jego miejscu, na którem Nastkę od utonięcia wyratował. Łzy ciekły mu po twarzy to rzadkie, to rzęsiste; ręce splecione do ust przyłożył i, patrząc w wodę, dumał. Zmrok zapadł zupełny i wieczór był już późny, a on stał ciągle nad wodą i, płacząc to rzadkiemi, to rzęsistemi łzami, głęboko dumał.  O czem? Nie wiadomo.  Ale do chaty Nastki nie poszedł już ani razu i wogóle nigdzie nie chodził, tylko, na piecu w piekarni leżąc, ciężko chorzał. Lekarza nawet dobrzy ludzie parę razy do niego przyprowadzali, ale lekarz nic pomódz nie mógł.  Ciężka choroba siedziała w nim już od dawna, ale była łagodna, a rozsrożyła się dopiero od tej zimnej kąpieli, którą wziął przy ratowaniu Nastki, od tych długich, to rzadkich, to rzęsistych łez. Jakkolwiekbądź Niemko z piekarnianego pieca już nietylko po dawnemu, jak wiewiórka, nie zeskakiwał, ale nawet wcale nie złaził, kaszląc, chrapliwie oddychając, nic prawie nie jedząc i nocami nie śpiąc.  Dość ciekawą byłoby rzeczą wiedzieć, co on mógł myśleć i czuć w te bezsenne noce, gdy za drobnemi szybami piekarni świeciły na ciemnem niebie gwiazdy, lub gdy deszczyki letnie uderzały o nie ze słodkim, monotonnym szmerem. Czy tęsknił wówczas do starej babki, która niegdyś, na tym piecu i o takiej nocnej porze, szeptała mu różne opowieści, upomnienia, modlitwy? Czy myślał o tem, że wkrótce znajdzie się tam, gdzie ona teraz była i zacznie z pod mogiłki sinym płomykiem oddychać? Czy w gorączkowych rojeniach widywał przed sobą Nastkę w paciorkach czerwonych i błękitnych, idącą po wodzie stawu, z błyszczącą u szczytu żerdzią w ręku? Czy wreszcie zrozumiał, że ten silny, zgrabny, piękny parobek, który, jak źdźbło słomy, wyrzucił go za drzwi jej chaty, to przyszły jej mąż, który ją weźmie sobie na całkowitą i wiekuistą własność?  Pewna to, że, samotny zupełnie w długie szeregi godzin nocnych i dziennych, musiał coś czuć — myśleć i wspominać.  Trwało tak kilka tygodni, aż raz, niewiele przed wieczorem, do zupełnie pustej piekarni przypłynęły z dala przez otwarte okna nuty chórem śpiewanej pieśni.  Zmierzch był przepyszny: po błękitnej kopule nieba snuły się obłoki kolorowe i błyszczące, w zaróżowionem od zachodnich świateł powietrzu stało parne nieco ciepło i latały orzeźwiające wietrzyki, szerokie rżyska za dworem leżały w złotym blasku i rumianych smugach. Drogą pomiędzy rżyskami, wśród rzędów wierzb i topoli, posuwała się ku bramie dworu duża gromada kobiet wiejskich i na tle drzew zielonych, pałając od czerwieni i szafiru strojów, pobłyskując w rękach lub na ramionach stalą sierpów, śpiewała: Plon niesiemy, plon!  Były to dożynki.  Na spotkanie jaskrawego i śpiewającego chóru, który nadchodził, dziedziniec dworski wrzał ruchem i gwarem. Były i tu, dokoła stołów białemi płótnami okrytych i sutem jadłem zastawionych, stroje od tamtych różne, lecz barw i połysków pełne, głosy rozmawiające i śmiejące się, krzątanina, bieganie od ganku ku stodołom, po drogach od żółtego żwiru złotych, po trawie, dokoła kwiatów. Uciecha ta podążyła z pola, uciecha wychodziła na jej spotkanie z domu; górą szły z kominów dymy rumiane i złote: w dole stubarwne astry łanami kwitły i potokami lały się wonie lewkoniowe.  Nakoniec, jaskrawa i śpiewająca gromada w bramę dworu weszła i rozpoczęła tryumfalny, powolny pochód przez kolorowy, słoneczny, rozradowany i rozwoniony dziedziniec. Plon niesiemy, plon!  Na przedzie, wyosobniona z tłumu, sama jedna, szła zwycięzczyni żniw tegorocznych, Nastka Harbarówna. Nietylko najpiękniejszą, ale też najpracowitszą była ze wszystkich dziewcząt swojej wioski; taką to już bogatą rosę darów posypało na nią niebo. Spódnicę miała w kolorowe kraty, na kształtnej piersi podwójną ilość paciorków i medalików, a nad czołem, pomimo letnich znojów białem i od radości promiennem, ogromny, strzępiasty wieniec z kłosów, przetykanych gronami jarzębin i kalin. Pod wieńcem tym oczy jej gorzały, jak rozpłomienione topazy, i policzki rumieniły się, jak stulistne róże. Tak w tryumfie swym szła przed gromadą, koralowe usta otwierając w śpiewie, wysoka, silna, płodami pola ukoronowana, jak wieszczka pól, lub jak wcielenie żyznego lata.  Jednocześnie z wejściem żniwiarek na dziedziniec, od tej jego strony, w której znajdowała się oficyna z piekarnią, iść poczęła po trawie postać wysoka i niezmiernie wątła, cała naprzód podana, w długiej siermiędze, z głową okrytą blado-złotymi włosami.  Był to Niemko.  Usłyszał na piecu zbliżającą się pieśń żniwiarek, wiedział, że to pieśń dożynkowa i może domyślił się, że Nastka przodownicą jest w tym roku, tak samo, jak była już w zeszłym. Czy raz jeszcze zapragnął ujrzeć dziewczynę? Nie wiadomo; dość, że szedł, ale nie trzymał się już tak sztywno, jakby żerdź w nim tkwiła, przeciwnie, pochylał się naprzód, całym sobą kłonił się ku ziemi, a na twarzy wychudłej miał wyraz niewymownego cierpienia. Szedł jednak i nawet kroku przyśpieszał, chcąc snadź w oddaleniu zrównać się z przodownicą i na nią spojrzeć.  Jakoż, choć nogi plątały się mu kilka razy tak, że o płot oprzeć się musiał, dosięgnął celu swego, znalazł się z przodownicą na jednej linii i począł iść zwolna z twarzą ku niej obróconą. Patrzał na nią z daleka, ale ciągle, a że przez to nie widział tego, co pod nogami było, więc wstąpił w klomb wysokich astrów i lewkonii, które go aż do pasa oblały powodzią różnobarwnych kwiatów.  Ale on kwiatów nie spostrzegał, wychylał z prześwieżej ich toni twarz oblaną rumieńcem gorączki, z kroplami potu na zmarszczonem czole, i z nad kwiecistej gęstwiny patrzał na nią, gdy, jak obraz bujnego lata, przed gankiem stanęła i gdy, pochylając się w głębokim ukłonie, pełnym siły i gracyi ruchem zdejmowała z głowy swój kłosisty, ogromny wieniec i do kogoś stojącego na ganku mówiąc, poruszała koralowemi wargami, a oczyma, jak roziskrzonemi topazami, świeciła. Aż przysłaniać ją zaczęła gromada cisnących się ku gankowi, rozgadanych i roześmianych kobiet, a równocześnie, u stołów, białem płótnem okrytych i jadłem zastawionych, ozwały się pierwsze pociągnięcia smyczkiem po strunach, pierwsze pohukiwanie basetli i dudnienie bębna. Już wkrótce, po zakosztowaniu biesiady, tańce dokoła stołów biesiadnych rozpocząć się miały.  Wtedy Niemko z trudem ogromnym wydobył się z klombu pełnego wysokich kwiatów i bardzo powoli, pod samemi sztachetami idąc i o sztachety wspierając się, wszedł do ogrodu.  Wielka aleja lipowa była pusta; cały ogród był pusty; wszystko, co w tym dworze żyło, znajdowało się na dziedzińcu. Tą aleją, którą tyle razy przebywał w noce zimowe, Niemko i teraz szedł, ale gwizdawki do ust, jak wówczas bywało, nie przykładał.  Szedł bardzo cicho i bardzo powoli, pod zwieszającemi się nizko, ciężkiemi od liścia gałęźmi lip, a za nim biegły od dziedzińca nuty skrzypiec i pohukiwania basetli i bębna. Za lipami zielonym szlakiem trawa rosła, a za trawą i sztachetami, leżało w cichej pogodzie, złote, milczące rżysko.  U końca alei kaplica stała milcząca także, z rubinami wysoko pałającymi w szybach okien.  Niemko chciał u drzwi jej przyklęknąć, ale nie zdołał. Zachwiał się, obie ręce oparł o ścianę i chwilę odpoczywał z głową zwieszoną, ciężko dysząc. Potem drżącą ręką popróbował klamki, z trudem otworzył drzwi i, do mrocznego wnętrza wszedłszy, cicho je za sobą zamknął.  Czy po umierającej głowie kręciło mu się upomnienie starej babki: «idź do Ojca»?  Nazajutrz z rana służba, przychodząca uprzątać kaplicę, spostrzegła w najciemniejszym jej kącie jakiś szary, skurczony cień.  Był to Niemko, od kilku godzin już nieżywy.  W najciemniejszym kącie kaplicy siedział skurczony, do ściany przyciśnięty, z brodą opartą na splecionych rękach i kupką zmarszczek nad wysoko podniesionemi brwiami. Tak zastygł.  Czy brwi podniosły mu się wysoko od grozy, od bólu, od jakiegoś ostatniego, zadziwionego pytania? Czy, gdy żył jeszcze i tak w kącie siedział, złote gwiazdy przez okna kaplicy patrzały na niego i czy on na nie patrzał? Czy dochodziły tu z dziedzińca dźwięki skocznej muzyki i czy on je słyszał? Czy lipy za oknami szeptały mu długie, wieczne dobranoc?  Nie wiadomo. ←Studnia i wahadło Cień Opowieści nadzwyczajne tom I Edgar Allan Poe Dyabeł na wieży→ Przekład: Bolesław Leśmian. CIEŃ. Zaiste — chociaż kroczę po przez dolinę Cienia....     Psalm Dawidowy.  Wy, którzy czytacie moje słowa, żywcem jeszcze trwacie na ziemi, — lecz ja, który je kreślę, oddawna uszedłem w krainę cieniów. Zaprawdę bowiem, wieleć dziwów się zdarzy, — wieleć tajemnic odsłoni swe oblicze, — wieleć wieków przeminie, zanim wzrok ludzki padnie na to pismo. A gdy padnie, — jedni — nie uwierzą, inni — zwątpią, — i garstka jeno szczupła znajdzie pochop do zadumy w tych znakach, które na tych oto tablicach żłobię rylcem spiżowym.  Rok ów był rokiem zgrozy, a pełnił się doznaniem uczuć możniejszych nad zgrozę, dla których niemasz na ziemi nazwy. Sporo bowiem przytrafiło się cudów i znaków, i wszędy — na ziemi i na morzu — czarne skrzydliska Dżumy rozpostarły się bezbrzeżnie. Nie uszło wszakże uwagi tych, którzy są gwiazd świadomi, że pozór nieba zapowiada klęskę, a — między inymi — ja, Grek — Ojnos, widziałem, jak na dłoni, żeśmy drogą powrotu dotarli wstecz do roku siedemset dziewięćdziesiątego czwartego, gdy — w pobliżu gwiazdozbioru Barana — planeta Jowisz zderza się ze szkarłatnym pierścieńcem straszliwego Saturna. Tym a tym właśnie potęgom niebios, jeśli się nie mylę zasadniczo, dano było okazać swą przemoc nie tylko na widomej skorupie ziemskiej, lecz i na duszach, myślach i zadumach ludzkich. Pewnej nocy, siedmiu nas było, we wnętrzu dostojnego zamczyska, w posępnym grodzie, zwanym — Ptolemaida, — a zasiedliśmy kołem kilka butli purpurowego wina z Chios'u. I nie miała komnata nasza innego wejścia, okrom jedynych wysokich drzwi ze spiżu, a kształtował te drzwi mistrz Korinnos, rzadkiem bo były dziełem rąk ludzkich, zamknięte zasię od wewnątrz. Zarówno — czarne kotary, stróżujące tej komnacie melancholijnej, oszczędzały nam widoku księżyca, gwiazd żałobnych i ulic wyludnionych. Nie mogliśmy wszakże z tą samą łatwością usunąć przeczuć i wspomnień klęski. Wokół nas, tuż — obok nas przebywało coś, w czem się nie mogłem dostatecznie połapać, — coś cielesnego i bezcielesnego, — jakieś brzemię w powietrzu, — poczucie zdławienia, trwoga raczej, — a ponad wszystko — ów straszliwy rodzaj trwania, któremu podlegają ludzie nerwowi, gdy zmysły ich drapieżnie żyją i czuwają, a władze rozumu drzemią i ciemnieją. Tłoczył nas jakiś ciężar śmiertelny. Szerzył się po naszych ciałach, po sprzętach komnaty, i po tych, z których piliśmy, — kielichach. I wszystko wokół zdało się zmiażdżone i znicestwione tym uciskiem — wszystko, prócz płomiennych jęzorów siedmiu lamp ze spiżu, które rozwidniały naszą orgię. Wydłużone w smukłe łodygi świateł — trwały tak społem, płonąc blado i nieruchomo. I w okrągłym, hebanowym stole, któryśmy wokół zasiedli, a który zwierciedlił się od świateł, każdy z biesiadników oglądał bladość swojej własnej twarzy oraz niespokojny błysk posępnych oczu swych towarzyszy. Wszelakoż dawaliśmy ujście swym śmiechom i byliśmy weseli po swojemu — spazmatycznie weseli. A śpiewaliśmy pieśni Anakreona, które są jeno szaleństwem, i piliśmy dowoli, chociaż purpura wina przypominała nam krwi purpurę. Był bowiem w komnacie jeszcze ktoś ósmy z kolei — młody Zoilus. Martwy, leżący wzdłuż całem ciałem, spowinięty w całun — był dobrym i złym duchem zebrania. Niestety! zgoła nie miał swego działu w naszej pohulance, chyba jeno, że twarz, zarazą pokurczona, i źrenice, w których śmierć do połowy tylko skwar dżumy stłumiła, zdawały się z naszego wesela wygarniać swą cząstkę o tyle, o ile martwi potrafią wygarnąć ją z wesela tych, którzy umrzeć muszą. A chociaż ja — Ojnos — wyczułem utkwione we mnie oczy zmarłego, stroniłem jednak usilnie od zrozumienia ich bolesnego wyrazu i, uporczywie zaglądając do pogłębień hebanowego zwierciadła, śpiewałem głosem donośnym i dźwięcznym pieśni poety z Teosu. Lecz stopniowo śpiew mój ustawał, i echa, rozlegając się w dali — pomiędzy czarnemi kotarami komnaty, słabły, głuchły, aż doszczętnie zamarły. I oto — z przegubów owych kotar czarnych, gdzie skonał przed chwilą dźwięk pieśni, powstał cień posępny, nieskończony — cień, podobny do owego, który księżyc, gdy utkwi na schyłku niebios, potrafi wysnuć z postaci człowieka, ale to nie był cień człowieka, ani Boga, ani żadnej znanej istoty. Mżąc przez chwilę pomiędzy kotarami, utwierdził się wreszcie — widzialny i sztywny — na powierzchni drzwi spiżowych. Wszakże cień ów był mglisty, bezkształtny, nieskończony. Nie był to cień człowieka, ani Boga, — ani boga Greckiego, ani Boga Chaldejskiego, ani żadnego z bogów Egipskich. I poległ cień na wielkich drzwiach bronzowych i pod sklepionym gzymsem, i nie poruszał się z miejsca — i nie uronił żadnego słowa — jeno się utrwalał coraz bardziej, aż znieruchomiał. I drzwi, na których cień polegał, tkwiły, o ile nie myli mię wspomnienie, tuż — nawprost stóp młodego Zoilusa, spowiniętego w całuny. Lecz my — towarzysze siedmiokrotni — postrzegłszy Cień, gdy się wysnuwał z kotar, nie mieliśmy śmiałości przyjrzenia mu się wręcz i nieodparcie, — jeno spuściliśmy oczy i zaglądaliśmy wciąż do pogłębień hebanowego zwierciadła. Aż wreszcie ja — Ojnos — odważyłem się półgłosem wyrzec słów kilkoro — tedym zapytał cienia, gdzie ma swój pobyt i jak mu na imię? I odpowiedział cień:  — „Jam jest Cień, a mam swe barłogi obok katakumb Ptolemaidy, tuż w pobliżu ponurych pustyń piekielnych, które tają we wnętrzu nieczysty kanał Charona!“.  I wówczas — wszyscy siedmiu — porwaliśmy się z miejsc, dotknięci strachem, i trwaliśmy — chwiejni i drżący na ciele i obłędni, — dźwięk bowiem głosu owego cienia należał nie do jednej istoty, jeno do całej gromady. I głos ów, zgłoska po zgłosce odmieniał barwę swego brzmienia i mętnie docierał do naszych uszu, przedrzeźniając znajome i poufne głosy tysiąca i tysiąca zniknionych druhów.