Dwie kartki z życia nauczyciela Władysław Orkan Smutnie i ponuro przedstawia się górska okolica w czasie zmiennego powietrza marcowego... Deszcz i śnieg, na przemian zsyłają nieba na ziemię skał, kęp i wiecznej nędzy... Z nędznych chat, daleko od siebie porozrzucanych, wyłażą nędzniejsi jeszcze ludzie, osłabieni jałowym życiem jak muchy wiosenne i tęskne oczy zwracają ku słońcu... Liczą dni i przyrost światła słonecznego — wyczekując wiosny, która dla nich wszystkie mieści nadzieje... Złudzeni jaśniejszym przebłyskiem słońca, wnet popadają w pierwotną odrętwiałość, gdy ciepłe słonko zakryje się białą chmurą śnieżną i mokre płatki śniegu lecą jak manna, która ziębi, nie karmi... Lichą drożyną wiejską wloką się fury — jedna za drugą... Zgłodniałe koniska dobywają ostatnich sił, ciągną jedle i buki po kamienistej drodze, pędzone przekleństwy i jeszcze wyrazistszymi razami batów. Czasem litośny właściciel ramieniem koniowi pomoże — i rzec by można, że to drugie bydlę, któremu nędza kazała mieć jeden cel z tamtym: dowlec drzewo do fabryki, by za krwawo zarobiony grosz żywności kupić i popchnąć jakoś biedę... Przy kamienistej drodze dom stoi drewniany, mało różniący się od innych chałup wiejskich; napis tylko nade drzwiami wskazuje, że to szkoła, mieszkanie „pana prefesora" i świątynia wiedzy dla nędznie okrytej dziatwy... Właśnie dzwonek przebrzmiał po rannej nauce. Wysypała się dziatwa na drogę... Małe biedactwo, skulone od zimna, spieszy każde w inną stronę na obiad... Obiad!... nigdzie chyba nie ma większej ironii, jak w tym znaczeniu użyte słowo. Na cały ich obiad składają się: ziemniaki od rana przygrzane i parę łyżek owsianego żuru... W pokoju „pana prefesora", który służy za sypialnię, kancelarię i bawialny pokój, jeżeli kiedy jest takim — dwóch ludzi się znajduje: pan nauczyciel, który co dopiero z izby szkolnej wyszedł, i młody pan Władysław R., który z wizytą zawitał w nędzne progi nauczycielstwa. Żona nauczyciela Z** w kuchni przyrządzaniem obiadu zajęta. — Jak ci się tu, Michale, powodzi?... — zapytał nauczyciela pan Władysław. — Jak zawsze... — brzmi odpowiedź tonem przygnębienia. — Wlecze się życie z dnia na dzień wśród utrapień rozmaitych... — Jakich na przykład?... — pytał dalej troskliwie gość. — At, nie warto i gadać!... — machnął ręką pan Michał. I nastała chwila milczenia, w czasie której oczy nauczyciela posunęły się przez okno po smutnym polu marcowym, a wyraz ich był taki sam jak posępnego powietrza: przygnębiony i apatyczny. Pan Włdysław z bólem czytał w obliczu nauczyciela całą jego ponurą epopeję życia. Milczenie przerwał krzyk dziecka w kuchni, które się niewyraźnym głosem czegoś domagało, czy od mamy, czy też od starszego brata. Pan Michał drgnął, odwrócił oczy od okna i spojrzał na przyjaciela... — Tak — począł z rozgoryczeniem — jesteś w szkole, to chlipaj kurz w ciasnej izbie, unoszący się spod stóp kilkudziesięciu dzieci; przyjdziesz do domu odetchnąć, to dzieci „chleba!" wołają — żona mówi, że brak jej tego lub owego — a tu licha pensja i na pół miesiąca nie wystarczy!... — Ludzie na wsi zowią mię: „panem profesorem..." Co za ironia!... Ucz teraz tyle dzieci w ciasnej izbie, męcz się z nimi jak wół — to co za to zyskasz? Niechęć ze strony chłopów. Bo, proszę ciebie — dzieci chodzą nieregularnie, w domu książki nie wezmą w rękę, a ojciec dalejże na „pana profesora", że nic nie uczy!... Zrobisz zaś wykaz nieuczęszczających, ojciec zapłaci karę — to znów klnie, wymyśla, że go zdzierasz!... I tak zawsze. Przyjdzie inspektor — to dziwi się małemu postępowi, mnie dyscyplinarkę wytacza... I za co?... Za to, że z prawdziwym poświęceniem pracuję, chcę, by dzieci dorósłszy nie były takimi ciemnymi jak ich ojcowie... I to jest moje życie. Nie o takim ja marzył wstępując w ten stan najnędzniejszy. Mnie on wtedy zdawał się apostolskim. Myślałem, że wszedłszy między ten lud nasz kochany, z zapałem spełnię nasz obowiązek patriotyczny — oświecania go książką i słowem, przykładem i zachętą... Z czasem poznałem marność tych ideałów. Spotykając wszędzie niechęć i nieufność ze strony chłopów, ostrą krytykę z góry, trapiony przy tym nędzą i ciągłym staraniem się o chleb codzienny, zwłaszcza gdy Pan bóg i rodziny mi przysporzył, wówczas rzekłem sobie: „Nic nie warto robić!..." Machinalnie spełniam już teraz obowiązki — życie zabiło we mnie zapał, z jakim wszedłem do tego zawodu, i dziś jestem maszyną rozstrojoną, w której tylko odnajdziesz same dźwięki: zwątpienia, goryczy, prawie że rozpaczy! Takie jest moje życie... Przestał — i łzy stanęły mu w oczach; podparł głową i w bezmyślną pogrążył się zadumę... Pan Władysław słuchał uważnie dawno niewidzianego przyjaciela; współczuł z nim serdecznie... Teraz wstał — podszedł ku niemu i ująwszy rękę przyjaciela, uścisnął ją ciepło, przyjacielsko... To była cała jego odpowiedź na skargę dawnego kolegi. Drzwi od kuchni otwarły się i weszła młoda żona niosąc obiad: talerz kapusty i dwa talerze ziemniaków ze słoniną... — Proszę pana!... — rzekła zwracając się do gościa; po czym wyszła do kuchni. Pan Michał uśmiechnął się gorzko, westchnął i prosząc przyjaciela dodał: — Niewykwintny obiad, jak widzisz... — O! — podjął Władysław — wyśmienite! To mój przysmak... I zasiedli zmiatając w milczeniu gorące ziemniaki... W czasie obiadu urywaną wiedli rozmowę o małoznaczących stosunkach miejscowych. — Wiesz co, Michale — podjął pan Władysław, gdy skończyli obiad — podobno sejm polepszył wam płace... — Tak — odrzekł ironicznie pan Michał — przyznali nam procent, prawie jak jałmużnę na odczepne, zapowiadając z góry, że to nam powinno wystarczyć na dłuższy szereg lat, żeśmy już od wszelkich żądań powinni nadal odstąpić. Czy to nie ironia!... Panowie w sejmie drwinki z nas stroili mówiąc, że się mamy dobrze — a jeden nawet na tyle był bezczelny, że stawił jako przykład tłustego nauczyciela w swojej wsi!... Więc cóż mamy robić?... Petycje chyba słać do Wiednia na ręce posła wrogiej nam narodowości?... — A ja ci powiem, Michale, coś lepszego... — No?... — Złączcie się razem i solidarnością silni — wy, bracia jednego zawodu, stworzywszy swój własny organ, który by był wyrazem waszego położenia, rozwińcie swój program, który by odpowiadał chęciom waszym, rozwińcie go społeczeństwu przed oczy!.. Dalej — zjednoczeni kształćcie się samopomocą!... Inteligencja wy, szczepiciele oświaty, wybujajcie ponad jednostki innych zawodów!... A wtedy — wy, silni, możecie stanąć śmiało i rzec społeczeństwu: „My, odłam inteligentny spośród was — żądamy stosownego wynagrodzenia za naszą pracę!..." Sejm, jeśli jest reprezentacją narodu, musi ustąpić waszym żądaniom. — Bardzo to ładnie — przerwał pan Michał — w teorii rzeczywiście cudnie się przedstawia!... Wszak mamy swój organ... — Który nędzę stuoką kreśli i jest głosem krzyczącej mewy, głosem, w którym drgają tylko struny rozgoryczenia!... — Bo inaczej być nie może!... — Może. Jeśliby ten organ występował imieniem tych jednostek, które, same inteligentne, pełne nauki, a przy tym pełne ideałów i poświęceń, rzuciły się na ten gorzki zawód — to zgoda;; ale zważ, że to jednostki dość nawet rzadkie. Większość — powodowana czy to słabością ducha, czy też prostym filisterstwem — żyje z dnia na dzień bez samokształcenia. Co miała wiedzy — traci ją z czasem i niczym się nie różni od przeciętnego robotnika... Ta większość kieliszkiem tylko uprzyjemnia swój żywot. — Bo musi!.... — przerwał z goryczą pan Michał — pcha ją do tego nędza... — Dobrze, pozwól!... a gdzie siła ducha?... — U tych ludzi jej nie szukaj. Jeśli była w nich, to ją troski i ciągłe szamotanie z losem złamią... — A gdzie te jednostki? ta lepsza część z was? Ci powinni ich pociągnąć za sobą i zmusić moralnie, w imieniu polepszenia bytu, do nauki!.... Lud, starając się o polepszenie bytu — oświeca się. Lud was wyprzedza — was, odłam mający prawo zwać się „inteligentnym!...." Podnieście wśród siebie poziom inteligencji; a zobaczycie, czy milczeniem pominą wasze głosy!... Przyznaj, że u was lenistwo górą. Mówicie, że polepszenie bytu wypędzi lenistwo i zachęci do pracy... Ha! może. A z drugiej strony może je powiększyć. Natomiast wy, skupiając się, pracując nad sobą, zmusicie ich moralnie do poparcia was!... — To tylko teoria... — Wiedz, że każda teoria staje się praktyką, gdy wchodzi w życie... — Więc jak ją myślisz w życie wprowadzać?... — Jak rzekłem. Łącznością, solidarnością można tylko działać. Potrzeba najpierw ludzi, którzy by zainicjowali tę myśl: wszak ona i tak w każdym z was rozumniejszych tkwi... Brak tylko energii! Potrzeba wieców — gdziebyście się zbliżyli, poznali myśli i dążenia każdego... Potrzeba wam pisma, które by energicznie popierając wasze żądania dało prócz tego wyraz waszej inteligencji w świetnych artykułach, pisanych przez was samych... Dalej — potrzeba konkursów zawodowych, o nagrodach pieniężnych, by zachęciły biednych a zdolnych — do pracy... Dalej... — Dobrze, dobrze — przerwał pan Michał — na to potrzeba najpierw pieniędzy, a ten środek chyba nam — przyznasz — najdalszy. — Po części nie tak daleki, jak się zdaje... Jest was siła — z małych ofiar tysięcznych powstają miliony!... Potrzeba wam tylko ludzi. O, to najważniejsze... Sądzę, że ludzi tych u was nie brak; tylko są oni ukryci; zdolni, inteligentni, a zniechęceni, jak i większość... Tych rozruszają wiece, zgromadzenia, pogadanki — wreszcie owa siła, którą muszą zobaczyć, gdy się złączycie!... — Optymizm, nic więcej — mówił sucho pan Michał. — Czy nam pozwolą się zgromadzać?... urządzać wiece?... Mamy my czas na pogadanki?... Toć powiedzą, że nam konferencje powinny wystarczyć — i basta... — Ja sądzę —ciągnął dalej pan WładysŁaw — że czas się znajdzie. Jest dużo świąt. A wiece i zgromadzenia gwarantuje konstytucja... — U nas?... Ha! ha!... — roześmiał się gorzko pan Michał — chyba nie wiesz, drogi, jak my jesteśmy zależni — wprost teroryzowani. U nas, gdzie istnieje ten sławny tajny donos — ty sądzisz, że się każdy zechce narażać tam... u góry?... W takim razie pozwól, że ci powiem, iż patrzysz z boku, położenia muszego nie znasz dokładnie; masz wprawdzie idealne zamiary i chęci, które niestety zawsze chęciami zostaną... Ty myślisz, że i w samym naszym zawodzie nie znajdą się ludzie, którzy nam zechcą w takim razie szkodzić?... Wszak sam powiedziałeś, że większość nas to ludzie bez wyższej inteligencji... Czy oni zrozumią doniosłość łączenia się, samokształcenia i tak dalej?... Już to tak zostanie... I pan Michał zwiesił głowę z jakąś nieokreśloną apatią, a Władysław milcząc patrzył się długo w jego zawiędłą twarz, oko bez życia — i pomyślał: — Jeśli wszyscy tacy — to szkoda i mówić!... Żal mi ich... Ot, co stosunki nasze robią z ludzi... To maszyny!... Dzwonek odezwał się na strychu... Dzieci poczęły napływać do izby szkolnej... Niezadługo i pan Władysław R** żegnał się z przyjacielem, z żoną jego i ubrawszy się wyszedł przed sień; za nim postępował jeszcze, wyprowadzając gościnnie, nauczyciel... — Odwiedzisz mnie jeszcze?... — spytał. — Jeśli dłużej zabawię, owszem... — No, do widzenia!... Trzeba iść do klasy. Dzieci wrzeszczą. Lada dzień spodziewam się inspektora... Do widzenia!... Ucałowali się — rozstali... Gwar dzieci nagle ustał za wejściem „pana prefesora", jak za jakim zaklęciem czarodziejskim. Pan Władysław wsiadł do sanek, ukłonił się jeszcze do okna nauczycielowi — i słychać tylko było monotonny głośny pacierz dziatwy, to drobne dzwonki mknących po gładkiej gołoledzi sanek... W powiatowym miasteczku L** ruch panował wielki... Jarmark — więc mnóstwo ludzi ściągnęło z okolicy i z dalsza. Krzyki, nawoływania przekupniów, kłótnie handlujących Żydów, beczenie ciągniętych na rzeź cieląt, ryki głodnego bydła, śpiewy hałaśliwe ubłoconych pijaków, wszystko to zlewa się w jeden hałas jarmarczny, niesłyszamny w innych zbiegowiskach, li tylko na jarmarkach mający miejsce... Dodać potrzeba, że jarmark odbywa się w czasie przejściowym z zimy do wiosny, błoto więc, mieszane tysiącami stóp, przelewa się jak rzeka brudnej lawy... Gdzieniegdzie można napotkać sterczący z błota but lub „kierpiec", zwyczajne obuwie ludu podkarpackiego. Pijany nie dba, kierpiec zostawił w błocie i idzie dalej boso, choć to przecie jeszcze zimowy czas... Prócz kotłującego różnobarwnego tłumu, toczących się w ciżbie wózków, obłoconych długobrodych hałatników, najwięcej gromadzi się „luda" przy straganach, jatkach, miejscu dla bydła i przy czerwonej „prepinacyi..." Tam już największy hałas. Przyjęte jest u ludu, że każdy prawie z bliższa ciągnie na jarmark, czy ma co sprzedać, kupić, czy też nie ma... Przynajmniej pogwarzy ze znajomymi, poskarży się na biedę, dowie się, czy bydło tanie, a co najważniejsza, upije się „przy okazyi..." Tacy, przejrzawszy jarmark, siedzą w „prepinacyi" do późnej nocy, gdzie biorą czynny udział przy każdym „litkupie" znajomych sprzedawców... Dobrzy do gwary, do „kompanii", póki im te litkupy języków nie poplączą i nie zwalą pod ławy karczemne... Ot, i teraz pełno ludzi w propinacji. Ciżba, zaduch, kotłowanie i hałas nieopisany... Każda izba nabita, w sieni nawet i przed sienią stoją ludzie. Tu jakaś kobieta ciągnie chłopa za „chazukę" i wymyśla wrzaskliwie; tam paru czerwonych parobczaków namawia nieśmiałe dziewczęta, by choć na niedługo, „na końdecek", wstąpiły do izby szynkownej. Gwar w najrozmaitszych tonach miesza się z krzykliwym śpiewem pijanych... Ot, właśnie jakiś niemłody gazda, porządnie „zakropiony", kołysze się „na letkich kierpiołkach", a szarpie z kobietą, która się stara wyprowadzić go „do chałupy..." — Tam dzieciska głodne... Trzeba wziąć soli. Tu nicego nie wysiedzis!... — mówi kobieta uparcie... — Eh, diabli ze solom!... — odpowiada jej. — Teroz sie nie uciesę — kiez sie uciesę?... — i obejmuje ją wpół, śpiewając chrapliwie: Ani jo zagrody, ani jo piniędzy!... Syćko diabli wzięni — jesce umrę w nędzy... — To nie pij!... — krzyczy mu kobieta w uszy... — nie daj karczmarzowi. A gazda ciągnie ją do izby, kończąc: Ktoz mie tak usrocy — ktoz mie tak ugości? Jak ni ma piniędzy — do Zyda naprości!... I jeszcze zza drzwi, z hałasu się wydobywa: Pił mój dziadek jesce — i ociec mój pijoł... Wtoryz by sie synek z tatusiem wymijoł!... A w sieni parobcy, ciągnąc dziewczęta, nucą im już ciszej: Na samym wiersycku — bucek przy lescynie... Powiedz-ze dziewcyno, cy mie kochos, cy nie?... Mieszanina to poezji spadłej w jarmarczne błoto i najrzeczywistszej prozy, która dopiero w kontrastach wpada w oczy. Z małej izdebki, którą „pon prepinator" specjalnie dla inteligentników przeznaczył, wysypała się do sieni cała owa inteligencja, mieszając się z różnobarwnym tłumem... Więc było tam paru diurnistów — z urzędu podatkowego i ze sądu, dwóch najważniejszych w miasteczku instytucji, oprócz nich paru nauczycieli z okolicy. Pierwszego każdego miesiąca, w dniu odbioru pensji można ich tu spotkać. To jeden dzień w miesiącu, w którym wszyscy ci „pensyjni" czują się weseli, zadowoleni, jakby co najmniej każdy z nich dzierżył w kieszeni dyplom na szefa ministerstwa. Jeden z nauczycieli, ów apatyczny przedtem pan Michał, potknął się o nierówny bruk szerokiej sieni i z przekleństwem potoczył się ku przeciwległej ścianie... — Ho! ho! Michał już urznięty!... — zawołali chórem towarzysze kieliszka. A pan Michał chwiejąc się nucił dosłyszaną śpiewkę: Powiedz-ze dziewcyno, cy mie kochos, cy nie?... Jeden z kolegów wziął go pod rękę, wyszli przed próg. — Gdzie idziemy?... — Do mnie... na krótkiego!... — zaproponował jeden z „podatkowców". — Niech będzie!... — ozwał się pan Michał głosem przerywanym częstą czkawką... — Pół pensji diabli wzięli, niech wezmą i resztę!... — i ruszyli razem przez rzekę błota. Ludzie znajomi spotykają „pana prefesora", zdejmują z daleka kapelusze, kobiety całują go po rękach, a „dziwują się, ze pon prefesor tak nie umieją chodzić po błocie..." Bo rzeczywiście pan Michał chwiał się, słaniał na wszystkie strony; gdyby nie pomoc towarzyszy, dałby za wygraną i popłynął z falą błota na skrzydłach... alkoholu... — Gupi ten Władek!... Czy my nie ma-my ide...ałów!...— mówił głośno pan Michał do podtrzymujących go towarzyszów. — Łączmy się!... Łączm... — i czkawka nie pozwoliła mu dokończyć. Jakiś stary emeryt-tetryk, któremu jeszcze z życia obserwacja pozostała i rejkaw pytań nierozwikłanych, obchodząc z daleka błoto, o ile się dało, dojrzawszy ludzi, którzy idą prostą drogą przeciw wzburzonym falom... błota — zapytał siebie po raz setny: — Czy pijaństwo wyradza nędzę, czy nędza pijaństwo?... I po raz setny nie rozwikłał pytania...