Na wydaniu Władysław Orkan Chatka była pod lasem nieduża — gontem kryta, jak zwyczajnie chaty... W chacie mieszkał gazda niebogaty; przy nim żona i córunia Rózia... Dziewczę miało lat szesnaście może, choć jej ludzie liczyli coś więcej — dość, że zrosła ponad wiek dziecięcy i, jak dziewka, umiała żąć zboże, zbierać trawę dla bydląt w wyrębie, bielić latem na kamieńcu płótno... Była smukła i ładna „na gębie“, ale zawsze była jakaś smutna... Przecież znała cudną swą urodę — bo się nieraz zapatrzyła w wodę i czytała w tym zwierciedle jasnym o swych oczach i o licu krasnym... Czemuż jednak smutna była — czemu?... Ludzie po wsi mówią rozmaicie — każdy jednak sądzi „po swojemu“, a najwierniej opowiada życie... Raz, pod wieczór, stary Wojciech powrócił z żoną z jarmarku. Rózia w czasie ich nieobecności napasła krowy, podoiła — i właśnie miała się zbierać do „skrobania“ na wieczerzę, kiedy starzy weszli do izby... — Niech bedzie pochwolony!... — Na wieki... Tak wos długo nie widać...— ucałowała rodziców w ręce. — No, juześ nagotowała?... — E, ka ta... telo roboty. To to, to owo się zrobiło i tak dzień wnetki śleci... — usprawiedliwiała się Rózia. Ojciec tymczasem wyciągał z rękawa „chazuki“ pokupione drobiazgi, jak: sól, łaty na kierpce etc. Kobieta zdejmowała wierzchnie spódnice i „katanki“, i wieszała je rzędem na „zyrdce“. Rózia wrzuciła oskrobane ziemniaki do garnka, nakładła suchych drew na „nolepę“ i podpaliła chrustem... Pomień buchnął do góry i oświecił sczerniałe czeluście. Dym kłębił się koło „poleni“ i okiennicą pchał się na strych lub schylał do niskich odrzwi, chyłkiem wychodząc do sieni. Drwa były suche, ogień się napalił spory, „wnetki“ też wieczerza była gotowa. Wszystko troje obsiedli miskę i spożywali „dor boski...“ Jedli jakiś czas w milczeniu, odmuchując gorące ziemniaki, gdy matka, spoglądając na. córkę — odezwała się „niby od niechcenia“: — Walek sie nos pytoł o cię na jarmarku... Rózia spojrzała na matkę, zrozumiała dobrze to zagadnienie, nic jednak nie odrzekła... Myśl tylko jakaś niemiła chwilkę stanęła jej w umyśle, bo czoło nerwowo ściągnęło się fałdami, a oczy jaśniej zaświeciły... — Przysed ku nom — hej!... wołoł nos na wino, ale sie nom spiesyło do chałupy... — mówiła dalej matka oczekując od córki jakiego słowa. Ale Rózia milczała uparcie... — Mówił, ze tu zaźry Me do nos ze strykem i pogodo nieco jaśni... A ty co na to?... — spytała córki wprost, widząc, że ta jej nie słucha. — Przystałabyś na niego?... — E, róbcie, jak chcecie!... — odpowiedziała niechętnie córka. — Dyć nie ten, to ten, ale zawse kogosi przyjąć trzeba — odezwał się po chwili ojciec. — Jo juz robić nie zdolę, a tu zawdy trza cosi koło chałupy ździupierzyć. Jak nie obrobis gruntu — to sie tyz nicego nie spodziewoj!... Ho! Mocny Boze! zeby jo se doł rady, to by jo jesce o nikim nie myśloł. Dyć nom dobrze, pokiela my sami... Przydzie zięć — to wto wie, jaki bedzie!... Cy cie usłuchnie abo co... Przeźrys to cłeka od razu? No, ale coz — kie cłek se juz nie poradzi. Gwołtem trzeba kogosi przyjąć!... Tak sobie ojciec „labiedziół“, a córka słuchała i żałość wielka ściskała jej serce... — Dyć prowda — ze wceśni cy późni musi wyjść za kogo... Od niej rodzice spodziewają się pociechy jakiej na starość. Dyć robić ni mo kto — duchem by się zdało iść za mąz... Ale coz — kie ij rają syćkich, ino nie tego, kogo by ona chciała. Wstali od wieczerzy i każde jęło się „jakiesi roboty...“ Kiedy już Rózia posprzątała po izbie, a rodzice mieli iść spać, ona ucałowała rękę matce i ojcu i odezwała się z prośbą w głosie: — Kie juz tak koniecnie mom iść za kogo — to mie tyz dajcie za Jadzynego Wojtka... Mój tatusiu!... — Hę, za Jadzynego Wojtka?... E, coz se ty mos w głowie?... Przyniesie on mi co do chałupy — abo co?... U nich przecię bieda kroćsetno, zeby siekierom nie ucion!... Ani mi o nim nie wspominoj!... — Przecię i my ni momy wiela... — ośmieliła się zauważyć córka. — Co? ni momy wiela?... To trza, zeby było więcy!... Jak przydzie zięć z piniądzmi — to pola dokupi i bedzie... A na coz jo cie chowoł, zebych z ciebie ni mioł zodnego skrzepienio na staroś! O Wojtku ani myślij!... — Hej! — potwierdziła żona. — Nie tacy sie trafiają... — kończył ojciec. — Jak widzą ludzi porządnych, ućciwych, to sie zewsąd garną!... Jantek od Majerza obiecowoł pięć stówek. A Walek pedzioł dziś na jarmarku, ze mu ociec do i siedem... A Wojtek coz mo? Ani stówki nie uzgarnuje!.... To by mi był zięć!... — On pracowity — to sie dorobi... — broniła Rózia. — Ho! dorobi sie ta, jak ni mo z cego!... Dyć i jo pracowoł przez telo lot, a coz mom?... To, co i przedtem... Podobo ci sie, ze na tworzy gładki. I gładkości niedługo, moje dziecię. Przyjdzie niescęście, chorość — i juz po ni. Zreśtom i Walkowi nic nie brakuje!... Jest se chłop, jak sie patrzy. — O, nie wybieroj, Róziu! — ozwała się matka. — Dobrze, ze mos z cego wybierać. Myślis, ze oni się o ciebie dobijają?... Jakbyś gruntu ni miała, to by sie tu zoden nie obróciół!... To nie downe casy — kie patrzeli jesce na urodę. Dziś lada jaki trzop wyjdzie za chłopa, jak ino mo pole i chałupę. A ładne dziewki siedzą za piecem, ze ni mają piniędzy. Dziś ludzie ino na stówki patrzą. — Wojtek sie ta zaś na grunt ani na stówki nie oglądo!... — zaprzeczyła córka. — Bo som nic ni mo!... — odparł ojciec. — Jakby mioł, to by ci sie nie zalecoł!... — Zaś ta nie godojcie!... — Ty, nie godoj nić, ino słuchoj, jak ci ojcowie kozą! Ty nos nie przemądrzej, bo my dłuży na świat patrzeli!... Przecię każdy ociec z duse by rod jak nolepi lo swego dziecka... Ino słuchoj rodziców, nie swoje wóle, zebyś sie kiedy nie sparzyła! A padom ci naprzód, jak przydzie Walek ze strykem na nomowiny — zebyś nie pokazowała zodne niechęci!... Rózia już nic się nie odezwała nie chcąc przeciągać dłużej przykrej rozmowy. Rodzice też zabierali się do spoczynku. Więc i ona rozczesała długie, jasno-lniane włosy, związała je tasiemką i zmówiwszy pacierz weszła do łóżka... Myśli przykre majaczyły jej po głowie. Chciała do snu myślą przywołać przed oczy Wojtusia — jakiś zły duch podstawiał jej przed wyobraźnią obrzękłą twarz Walka... Wreszcie bolesne jakieś uczucie wyparło łzy do ócz ze serca; owinęła głowę poduszką i szlochała długo... długo — aż sen-przyjaciel lekkimi objął ją ramiony i ukołysał... Na drugi dzień, ledwo wyszło słonko — Rózia zerwała się z posłania i owinąwszy się białą chustką wybiegła do wyrębu — na maliny... Zanim matka śniadanie zgotuje, ona nazbiera pełny dzbanek czerwonych jagód. Ranek był prześliczny... Słonko ledwo wytoczyło się kołem na szczyty pobliskich gór, jasnoróżowe, a już zajrzało do wszystkich chałup, o wodę szumiącą potoków uderzyło promieniami i „skrzystaliło“ wszystkie krople, lecące z wysokich skał... Ranek był wspaniały. Lasy rozodziewały się z lekkiej mgły nocnej i poczęły występować rozmaitymi kolorami drzew: buków jasnych, zielonych jodeł i czarnych smreków... Ciemniejsze smugi niższych ostępów łamią światło, jak fałdy podłużne na ciemnozielonej sukni. Ranek cudowny był... Równo-zieloną trawą jaśnieją aksamitnie polany, odbijając żywo od ciemnego tła wyrębów... Baca też brudny wychylił okopconą twarz z niskiej koleby, pozierając ciekawie ku wyrębom, „ka tyz ta owcorze pasą — haj!...“ Owcarzy nie dojrzał — musieli dalej pognać... Ale dojrzał dwie sarny, pasące się na skraju swobodnie i dojrzał jeszcze kudłaty ogon lisa, który „milckiem zemknął w krzoki...“ Baca wyszedł przed kolebę, „ciby tyz jako ka jesce owiecek nie doźreć...“ Ale wyręby puste, jak okiem sięgnąć — jeno ponad „wiersyckiem“ kołuje poważnie „oreł królewski — haj!...“ Potokiem woda huczy spadając pianą po śliskich skałach, a pod jazami na bajorach srebrnołuskie pstrągi rzucają się błyskawicznie szybko, kreśląc raz po razu ogniste smugi po powierzchni... Ponad potok ścieżka wąska prowadzi ku wyrębom... Ścieżyną w śmiałych i swobodnych podrygach kroczy dziewczę Inianowłose. Białą chustkę przez ramię rzuciło — lekki podmuch igra z nią po powietrzu, to jasne włosy podrzuca i rozplata; a dziewczyna, z dzbankiem w ręce, stąpa lekko, ledwo ziemi dotykając palcami... A co się nad wodą nachyli, to widać w zwierciedle boginkę leśną o jasnych kosach, białej szacie i smukłej kibici. Woda, figlarne lustro — odzwierciedla prawdę. Las już był blisko. Dopadła kładki, powietrzem, zwinnie jak kozica dzika przebiegła po niej i zagłębiła się w leśnej ścieżynie... Kto by patrzył, to by mu się zdało, że widziadło zobaczył senne, które rzeczywistość lasu rozwiała mu sprzed oczu... Niebawem po drzewach płynął, szeleściał i leciał dalej dźwięczny głos piosenki, którą liście liściom wiernie powtarzały: Nie dała mi matuleńka Za próg wyzierać — Ale miski myć kazała, Garnki wycierać... Hej! garnki wycierać... Moja matuś — moja droga, Robić nie kazuj! Na Halusię — na rącusie Przecię uwazuj... Hej! przecię uwazuj... Ostatnie słowa dwa razy obiły się o przeciwległą górę — i nim jeszcze echem zdołały powrócić na powrót — już nowe zadźwięczały zgłoski: Uzaliła się mateńka Rącek Haliny: Włóż wianusek — weź dzbanusek, Idź na maliny! Hej! idź na maliny... Dziewczyna wybiegła z lasu i szła dalej polaną ku wyrębom, kończąc zaczętą piosenkę: Niedalecko poza borem Hej!... poza sosną — Duze krzaki, maliniaki — Maliny rosną... Hej!... maliny rosną... Poskoczyła szybciej, widząc już z daleka krzaki obwieszone czerwonymi jagodami. Zmęczona, ciszej już nieco, zanuciła ostatnią zwrotkę: Córuś moja! przynieś malin Pełny dzbanusek — Ino musis uwazować Na swój wianusek!... Hej!... na swój wianusek! Chyżo rzuciła się ku maliniakom, obrywając paluszkami kraśne jagody i rzucając po garści do dzbana... Wnet napełniła malinami naczynie; z okopistej pełni staczały się jagody na ziemię... Odetchnęła chwilę, usiadłszy na spróchniałej kłodzie. Patrzała na dół, gdzie potok huczał wartki — i myśli jej chyżo płynęły, jak rwąca fala potoku. Patrzała w las przeciwległy — i głębokie cienie starych jodeł i buków przytrzymywały jej oko, w którym, jak w lesie, głębia smutku się rozścieliła... Patrzała na te posępne piękna czarownego widnokręgu, który szczytami gór z niebem się zlewa — i dziwnie rozkoszne uczucie, mieszane smutkiem duszy, rozpierało jej piersi, falując za lekką przeźroczą cienkiej koszulki... Usta się rozchyliły, jak dwie blisko siebie wiszące na krzaczku maliny... W chwilach podobnie czarownych — dzieci ludu słów boją się użyć na wyrażenie swego podziwu dla piękna, które czują... Wówczas pieśnią się posługują, jako mową wyższą, niecodzienną... A pieśń ta zwykle łączy w sobie i hymn dla piękna natury, i własne uczucie śpiewaka, zestawione w prostym, a rzewnym porównaniu. Dziewczyna siedząca na kłodzie patrzała na piękno, czuła je w duszy, a własny jej smutek przyjaźnił się z posępnymi kolorami otoczenia... Myśli nuciły jakieś dla jej serca dosłyszalne tylko melodie, które urywanymi, tęsknymi zwrotkami popłynęły dźwięcznym głosem ku liściom wiszącym nad jej głową: Bukowe listecki zwiesiły się w dole — Pozierają smutnie na moją niedolę... Oj! na moją niedolę... Wietrzycek liściami po konarach suści — Załoś, moja załoś juz mie nie opuści... Oj! juz mie nie opuści... Dziewicza skarga leciała po drzewach na równiane łęgi i topiła się w szumie potoku... — Oj, trza wracać... — szepnęła otrząsnąwszy się z dumań. I pochwyciwszy dzbanuszek zbiegła wartko na polanę i swobodnie, jak sarna leśna, stąpała wydeptanym chodnikiem wśród trawy „suscącej“ i karłowatych jałowców... Na pożegnanie miłej polanie zaśpiewała jeszcze znaną piosenkę: Ej... jak se jo zaśpiewom na środku polany — Ej — to mi sie odezwią w kościele organy!... A echo niosło czystą melodię i grało wysokimi tonami organowymi po bukowym lesie... Schodząc już ku potokowi, dziewczyna zanuciła jeszcze: Zebych jo wiedziała, kany mój jedyny — Zaniesłaby jo mu słodziutkie maliny... Nagle z przeciwnej strony potoka ozwał się na odpowiedź silny, męski głos: Słodziutkie maliny — słodsze twe ustecka... Przynieś-ze mi przynieś — moja kochanecka!... Dziewczyna rozśmiała się na głos i przebiegła szybko po kładce na drugą stronę... Przed nią stał z kosą na ramieniu dorodny chłopak, o smagławej twarzy i czarnych oczach jak głębia potoku. Patrzeli oboje na siebie uśmiechając się mile... — Byłaś na maliny?... — spytał chłopak. — Ehę!,.. — a ty dokąd?... — Na polanę — kosić... — Naści malin... — i chciała usypać mu ze dzbanka. — Bóg zapłać!... Zanieś matusi. Jo idę w las — to se uzbierom... — Bedzies to mioł cas, kiedy siecenie?... — Choćby przed południem — to skocę do wrębu... Milczeli oboje chwilę i patrzeli na siebie z uśmiechem. — Dawnoch cie nie widzioł!... — ozwał się chłopak. — Edyć tak, Wojtuś!... Nie pozwolają sie mi nika rusyć z chałupy... Boją sie o mnie — cy co... Zreśtą powiedziałabych ci cosi... — No?... powiedz... — Kie cie sie boję ozmarkocić... — i wesoła dotąd jej twarzyczka powlokła się smutkiem. — Powiedz!... Róziu... — prosił chłopak ujmując ją za rękę. — Dyć ci powiem. Ojcowie wcora przyśli z jarmarku i zacęli mi raić Walka — wies, tego od Grzędy... Pedzieli, ze mo przyść ze strykem na nomowiny. — No — a tyś co na to?... — Prosiłach tatusia, zeby ciebie przyjęli... — A ociec?... — Nie doł se ani w myśli przytykać!... Pedzioł tatuś, ze ni mos nic, to cie nigdy nie przyjmą za zięcia... — i rozpłakała się dziewczyna tak rzewnie, boleśnie, że aż Wojtkowi łzy się zakręciły w oczach. — Dyć nie płać... — rzekł obejmując ją lekko wpół. — Nie tak znowu straśnie, jak ci sie zdaje. Ociec sie do udobruchać... Mnie przecię ni mo nic do zarzucenio!... — Coz, kie tatuś patrzą na bogatego zięcia... — mówiło dziewczę przez łzy. — Ha! Mocny Boże! — zawołał chłopak. — Coz jo temu winien, ze ni mom gruntu?... Dyć przecię pracuję. — Coz poradzis, kie tako wólo ojca... — smutnie, wątpiąco zagadnęła Rózia. — Co?! — zakrzyknął silnie chłopak. — Pudę ka na zorobek... Przedę świat syroki! Za pół roku, za rok zdolę zarobić telo, co twój tatuś chcą. Wtedy przecię nie odmówią mi ciebie!... A ty, Róziu, bedzies cekać na mnie?... — Bedę!... — odpowiedziało silnie dziewczę. — A jakby ci sie trafiół kto lepsy... — spytał z drżeniem w głosie. — Lepsy mi sie nie trafi... a choćby był bogatsy — to i coz z tego? Bogactwa nie potrzebuję. Za ciebie pudę — za nikogo więcy!... — Jo o tobie i we świecie nie zapomnę! — zawołał chłopak z uczuciem. — Nie zapomnij... — szepnęło dziewczę i przytuliło się do niego. Ucałowali się serdecznie, aż im ptaki odezwały się w gęstwinie... — Uźrę cie jesce przed odjazdem? — spytało dziewczę na odchodnym. — Przydę do ciebie za potok, ka siano grabicie. — Przydź!... I szybko pomknęła łęgiem ku chacie, bo też już i słonko podniosło się wysoko. Matusia śniadanie pewno już dawno zgotowała!... Wojtuś oglądnął się jeszcze parę razy za nią, idąc na polanę, gdzie szereg kosiarzy uginał się regularnie nad równą, suchą trawą... Nastał wieczór... Lasy utonęły w mroku ciemnym, potok owinął się „srezogą...“ Kosiarze wracali z lasu a pasterze spędzali woły odzywając się po lesie rozmaitymi głosami — to krzykiem spragnionej wiecznie kani, to stłumionym „holokaniem“ leśnych puchaczy... Mrok wyganiał ludzi z polan — od sianograbia... Wszystko ciągło roztoką ku wsi — do chałup... I w pustej za dnia chacie pod lasem ożywiło się wieczorem. Rózia i ojcowie wrócili z polany, by się wieczerzą pokrzepić, snem odpocząć i nabrać sił do jutrzejszej roboty... Tak bywa co dzień... Ludzie tylko myślą, co na jutro, na pojutrze... Do przeszłości któż by się wracał? Ludzie biedni tylko w przyszłość patrzą; bieda im każe naprzód oczy obracać, z czego żyć, w co się odziać jutro, pojutrze — i tam dalej... Ludzie zabezpieczeni od myślenia o swoim bycie łatwiej mogą myślami w przeszłości postać i łatwiej tracić czas na przeżuwaniu wspomnień albo żyć tylko wrażeniami teraźniejszości. I w chatce pod lasem o przeszłości nie było co myśleć. Była ona taka jak i teraźniejszość, a może ciemniejsza. Z przyszłości żąda się zawsze światła, rozjaśnienia mizernego życia... Czy to już jest w naturze, żeby za ciemniami światła się dopatrywać?... Ledwo ludzie weszli do chałupy — a zaludniła się izba i gospodarczą krzątaniną zapełniła małą swą przestrzeń... Łuczywo zabłysło na nalepie i przycienionym światłem strzeliło na izbę... Ojciec począł ciupać cetynę na podściółkę pod bydło. Rózia z matką siadły do „skrobania“ ziemniaków — gdy się drzwi otwarły i na progu ukazał się suchy, wysoki człeczyna w podeszłym wieku. Za nim jakiś cień drugi w sieni zamajaczył. — Niech bedzie pochwolony!... — ozwał się przybyły piskliwie syczącym głosem. — Na wieki!... — odpowiedział gazda i uchylił „gnat“ ze środka izby, na którym ciupał cetynę. — Podźciez haw, kumie, dalij — siądźcie!... — zapraszał przychodnia. — Edyć, moiściewy, przeprosom piknie — ciągnął sycząco gość — bo jo tu nie som. Jes nos tu więcy... Hej!... — Je, ktoz ta taki z wami?... — zapytała mile gospodyni odwracając głowę ku drzwiom. Przybyły posunął się naprzód, a „w te razy“ wszedł za nim młody, barczysty chłop o twarzy okrągłej, wygolonej i nabrzękłej nieco. Szybko posunął do gazdy i „gaździne“, i obłapił ich za kolana. Rózia niechętnie wyciągnęła rękę na powitanie. — Jakze sie mos, Waluś?... — powitała go radośnie gaździna. — E, tak ta — chwała Bogu... — odpowiedział i usiadł na niskiej ławie. Chwilkę milczeli wszyscy, czekając, które najpierw zacznie. Goście chrząkali, to pozierali na siebie — wreszcie powstał stary i począł uroczyście: — Wiadomo wam, zacni kumotrowie, po co my przyszli... Na jarmarku Walek wspominoł. Prowda? — zwrócił się do siedzącego. — Prowda!... stryku — odrzekł tenże. — Zatem rzeksy, jak przystoi — syczał cienko kum, „strykem“ nazwany — przystępuję prosto do oracyje, coby syćko od razu wyjośnió... Rózia dorozumiewając się, o co chodzi, znalazła jakiś pilny interes i wybiegła do izdebki. „Stryk“ wyciągnął tymczasem „graniatówkę“ z rękawa, z kieszeni „serdocka“ wyjął kieliszek — i przypił czerwonym płynem do gospodarza, który siadł naprzeciw na „gnocie“. — Na zdrowie!... kumie... — Dej wom Boze — jak nodłuzy! Kolejka przeszła szybko; — Kasi sie Rózia podziała... — zauważył Walek. — Zawołojciez je, matusiu, niech sie z nami napije. — Róziu!... — podniosła głos matka — pódź ino!... Ale Rózia nie „usłuchła“ tą razą. — Otoć tak, moi kochani — ciągnął pompatycznie „stryk“ — jak sie wom nie widzi markotno, to przyjmijcie Walka do chałupy... Przystępuję prosto, bo casu ni ma na długie godania. A zreśtom i krótko to samo sie powie, co by tyz i nodłuzy godoł. Dyć Walka znocie — wiecie, ze je przecie pracowity, nie lumpok zoden, to sie go nie obowiojcie!... Gołego nie przyjmiecie, bo bedzie mioł siedem stówek cystych, a przyodziewku i norzędzi gospodarskich tyz mu nie zabraknie... W zostępstwie ojca wom to orenduję i ufom, ze przecię ozwozycie se w głowie i odpowiecie jako przychylnie... Tu skończył i spojrzał pytająco po obojgu. Wałek też, szturknięty łokciem przez stryka, skoczył do kolan ojca i matki. — Dyć mie tyz przyjmijcie, tatusiu — i wy matuś... Ojcowie zdawali się namyślać, choć oboje mieli odpowiedź na końcu języka. Po chwili, niby po długiej rozwadze, odezwał się na to ojciec: — E, dy my tu juz myśleli... Bo zięcia końcem przyjąć trzeba. Ale to tak cłek — zycanie wiecie — i pobowio sie trochę i uwazuje, co ty sie tyz nie sparzół... Walkowi — nic nie powiem — chłopok odpowiedni. Ale mi sie to mało widzi — ino siedem sto... Tu znowu powstał „stryk“ i począł się rozwodzić: że „nikt im więcy nie przyniesie — ze przecię siedem sto — to piniądz nie lada jaki“ — i długą a dosadną mową uspokoił nieco oponującego niby ojca. Matka przy tym zachowywała się biernie, a o Rózię nikt się nie spytał, jakby tu chodziło nie o jej wolność osobistą, nie o nią samą... Targowali się o nią, jakby o jakie „nie przymierzając“ bydlę, którego się właściciel o zdanie nie pyta — czy chce być sprzedanym lub nie... Gadali jeszcze długo na ten temat — rozwodzili się o gospodarstwie, o chudobie, o przychowku, aż wreszcie, ogadawszy całą sprawę ze wszystkich możliwych stron, poczęli się goście żegnać. Wałek „obłapiół“ szerokim kapeluszem parę razy tatusia i matusię na pożegnanie i wyszedł za „strykiem“, który „Ostańcie z Bogiem!“ rzucił sycząco jeszcze ze sieni... I tak się skończyły „nomowiny“. Tych „nomowin“ było jeszcze parę; bo Rózia ani wspominać sobie o Walku nie dała. Zawsze bierna, posłuszna — teraz w przeświadczeniu, że to idzie o jej los — nie hardo, ale stanowczo odpowiadała rodzicom, że za Walka „nie pudzie“. Widząc ojcowie, że nie złamią jej uporu, przestali ją namawiać. Za to w parę niedziel później zjawił się nowy konkurent, ale ten, widząc niechęć ze strony Rózi — sam się usunął... Podobał się wielom skrawek gruntu, który miał Rózi przypaść, ale jej opryskliwość dla każdego odstraszała ich i z czasem przestali o niej myśleć... „Przecię tela dziewcąt po wsi... Hej!... a i gruntów nie brakuje, byle ino stówki były. A jakoz!...“ Wojtuś zniknął... Wszyscy stracili o nim słuch; listów nikt od niego nie odbierał. „Kazby przysły z telego dola — kie on kasi jaze za morze pojechoł!...“ — mówili ludzie. A Rózia czekała cierpliwie. Rok jeden minął i drugi się zaczął — a jego nie widać... „Pedzioł, ze przyjedzie, jak ino stówki zarobi...“ Coraz częściej zachodziła nad potok... Coraz częściej i rzewniej nuciła: Wietrzycek liściami po konarach suści — Załoś moja, załoś juz mie nie opuści... Ojciec pochylił się ku ziemi ze zgryzoty. Twarz matczyna jeszcze więcej pokrajała się bruzdami — a Rózia pracowała za matkę i za siebie. Chwilami tylko wolnymi biegła nad potok i patrzała w wodę — długo... co jej też fale wywróżą?... Minął rok drugi — i trzeci się zaczął, a Rózia ciągle była „na wydaniu...“