Na zarobek Władysław Orkan Ludzie po sumie wyszli z kościoła i rozprószyli się po rynku, gromadząc się tu i owdzie w większe gromadki... Niech na przykład dwoje ludzi stanie i pocznie gawędzić — zaraz podchodzi trzeci i czwarty, a każdy rad się przysłuchać, „co tyz ta mówią“. Już to ciekawość ludu leży w jego naturze. Ot i teraz gromadkę młodych parobczaków, którzy żywo o czymś rozprawiają, otoczyli kołem starsi gazdowie, to kobiety, a każde uszu nadstawia, to „oździawia gębę“, by przecie co zarwać z ogólnej rozmowy. — O cymze to tak rozprawiają, imoiściewy? — pyta jakaś stara kobieta, która co dopiero nadeszła, stojącej obok kumoszki. — O swoim wyjeździe, moi kochani, hej!... — To się syscy zabierają na ten zorobek... a ktoz tu we wsi ostanie?... — No, pytojciez sie ich ta! kie przecie we świecie zarobią, a tu bieda kroćsetna. Nawet na sól nie wystarcy, a niestoboze na zycie i przyodziewek... — Dyć prowda...— potwierdziła kumoszka. A tymczasem w pośrodku zgromadzonych dorodny parobczak rozpowiadał szeroko, jak on to słyszał od Kuby Brzesiaka, który był w Peszcie, jak tam dobrze płacą za robotę, jakie tam życie wygodne itp. — Tam ino sperka, a światły chleb. Paru gazdów obliznęło się. Światły chleb — to u nich coś szczególnie apetycznego. Przyzwyczajeni do owsianego placka, jak kupią „kukiełkę“ na jarmarku, gdy im zbędzie centów od niezbędnych wydatków — toż to w chałupie uciecha! — I kiez sie naprowdę zabierocie?... — spytał gazda stary mówiącego parobka. — Kieby jak noprędzy! Choćby pojutrze... — odpowiedziało paru. — Dyć wiesna nadchodzi, trza zarobić co do chałupy... — A duzo wos jedzie? — Ho! sporo. Jasiek od Grzędy, Wojtek od Cieśle, Jędrek od Porębskich. Nazbiero sie nos z pięćdziesięciu. — E, dyć i z Hameryki pisą nasi — podjął drugi gazda — ze sie im ta nieźle powodzi. Zarobią ją po dwa dulory na dzień. — A kieloz to w dulorze? — spytała ciekawie jakaś kobieta. — Bedzie z półtrzecia reńskiego... — objaśniał gazda. — Oj rety! To jaze telo!... — dziwowała się kobiecina. Na uboczu stało parę dziewcząt, poglądając smutnie na odjeżdżających. Niejedna myślała o „swoim, cy tyz wnetki wróci, cy o niej nie zabocy. Godają, ze w Peszcie niemało dziewek — to i łocwo mogą ij odbić chłopca...“ Długo jeszcze rozprawiała gromadka; wreszcie poczęli się rozchodzić ludziska, to na nieszpór, to do chałupy. „Ot, zycanie“ — każdy w swoją stronę. Rynek się opróżnił, tylko jeszcze pod wieczór paru pijaków szukało drogi po omacku albo Izaak jaki starozakonny przesunął się spacerując powoli w swoim długim półjedwabnym chałacie... Minęło parę dni. Pochmurno było na niebie i na ziemi, dżdżysto i posępno, jak „zycanie przed wiesną...“ Śnieg ledwo się stopił na kamienistej powierzchni, a już, dysząc zimą, występowała szara, mokra ziemia, deszczem i trudem chłopa urobiona z rozsypanych kamieni — sam rozsypujący się piaskowiec, zmuszony wilgocią coroczną i mozolną uprawą wydawać karmę jałową dla chłopa. Zaorane wertepy skalne, dawniej pastwiska — świecą drobnymi kamieniami, między którymi gdzieniegdzie tylko ziemia się przesypuje. Jałowa gleba — jałowy owoc wydaje; jałowe też życie górala. Wioska cała doliną spływającej roztoki się ciągnie; chałupy koło wody rozłożyły się osiedlami. Ale przyrastająca ludność pcha się z doliny po stokach ku górze, zaorywuje pastwiska, kleci po bokach góry nędzne chaty, a gdy na szczyt dojdzie, gdzie już ostatek pastwisk i tłoków — to wtedy chyba na gwiazdy sięgnie po ziemię, bo jej tu zabraknie... A to niedługi czas do tego! Nie dziw, że lud szuka zarobku, gdzie tylko o jakim zasłyszy; nędza wypycha go z chaty... Ot i teraz... drogą, która wiedzie koło wody do miasteczka, widać wlokących się po dwu, po trzech rosłych, ale zmizerowanych, młodych ludzi. Idą z zawiniątkami na kolej... Ona przeniesie ich od krainy nędzy do tych wymarzonych miejsc, gdzie tak łatwo zdobyć parę „papierków...“ Tak łatwo tam przychodzą „piniądze“. — E, coz to za trudnoś — myślą sobie — ino sie robi dwanoście abo dziesięć godzin na dzień, a weźnie sie za to siedem sóstek! Kie na to trza we wsi dwa dni abo i więcy robić... Cały rok bozy cłek haruje i haruje, a nika nic!... Dłub w tym gruncie i dłub, a on cie jesce nie zdole wyzywić... Takie myśli przesuwają się po głowie odjeżdżającym i nadzieja prędkiego zarobku już im naprzód rozjaśnia wybladłe twarze... Na godzinę, w której kolej odchodzi, zgromadziło się sporo ludzi na dworcu. Z każdej wsi ciągnął ktoś; około dwiesta ludzi czekało na pociąg. Niebawem nadjechała „masyna“. Lud rzucił się do wagonów... Za parę minut pociąg ruszył i powiózł młodych nędzarzy „na zorobek...“ Na dworcu zostali załzawieni ojcowie, szlochające głośno matki i parę dziewcząt, które odprowadziły „swoich“. — Niech-ze ich ta Pon Bóg prowadzi, Matka Nojświętso!... — polecali Bogu odjeżdżających znajomi i bliscy... I „przemkło“ pół roku... Lato gorące, przeplatane częstymi burzami, załoniło się w uciekającej przeszłości... Stodoły były tylko do połowy wypełnione. Grad poniszczył chleb na polu, a co grad nie zbił lub woda nie zabrała, to zepsuły długie słoty w czasie zbiórek, a do reszty i dziki pomogły jeszcze na zagonach wymłócić. — Jak tu z takim lichym zasobem ognać długą zimę?... — wysila się mózg strapionego gazdy... na próżno? Pozostaje chyba jeszcze jeden ratunek: zarobek... W chałupach, gdzie mężowie lub syny poszli jeszcze z wiosną „do światu“ — tęskno wyzierają i oczekują ich niecierpliwie... — Dyć pisali parę razy, przysłali nawet po kilkanaście ryńskich, ale tu ku zimie trza tego i owego; moze tyz zarobili co więcy i przywiezą... W niedzielą po sumie, na rynku, gdzie jedyne miejsce do wspólnych dla całej wsi żalów i skarg — zbierają się coraz liczniej i częściej ciekawe gromadki; a wszystkie gwarzą tylko jedynie o zasłyszanym powodzeniu zarobkujących, to o ich bliskim powrocie... I rzeczywiście — w jedną taką niedzielę, z początkiem adwentu można było wśród ludu rozróżnić kilku, a nawet kilkunastu „po pańsku“ ubranych, którzy coś ciekawego naokół rozpowiadali, bo ich słuchano pilnie, a gęste gromadki otaczały ich dookoła... — To sem nie tak, jak myślicie... — mówił jeden z owych pół-panków, przybrany w surdut i wysokie buty. — Tam nie je neni tak dobre, jak ludzie śprechują... Na wikt, to wystarcy, łebo na odzienie; na posyłanie ale do domu — to nie wystarcy. Jak nadejdzie becalunek, to się hnetki rozleci. Na faierant ni ma, co by do miasta na Budzinśtad wyjść wedle śpacyrunku... Ludzie słuchali go uważnie, a matka, stara kobieta, napatrzeć się nie mogła synalkowi, że „tak przepiknie wyglądo, kieby nie przymierzając jaki pon abo ślachcic“. Imponowały jej szczególniej pomarszczone buty wysokie i „mierne“ słowa, często używane, których nie rozumiała, a gdy się jej sąsiadki pytały ciekawie, czy przecie syn przywiózł co „dudków“, odpowiadała: — Piniędzy, bo nie przywióz zodnych. Ale coz sie dziwić! Dyć przecię i tam trza jeść i ubrać sie nie byle jako, bo to nie między swoimi... Za to tyz ubroł sie nolezycie i na tworzy go przybyło. Casu nie marnowoł, bo przecię i po mimiecku godo, i po madziarsku... Zawdy sie to przydo!... On wom juz tak, wicie, od malućka był przyściepny do syćkiego! Radowała się biedna matka... ha! było czemu. Ludzie słuchają, a kiwają głowami i dziwują się, gdy przybyli opowiadają cudaczne dziwy o tym „przepięknym landzie“. Dziewczęta tylko niektóre posmutniały, że się ci „swoi jakosi poodmieniali...“ Żadna nie ma jakoś śmiałości przystąpić, zagadać, jak przedtem... I oni już nie patrzą na nie jak dawniej. — Skoda chłopców — mówiły do siebie. — Tak im było pieknie w naskim stroju, a w tych burnusach wyglądają jak śwoby. Musiały ich odmienić tamtejse dziopy... Niejedna też popłakała na boku... Żal jej było tamtego — ten „jakisi inaksy... inaksy!...“ A stary gazda Jontas, co to bacował jeszcze za dawnych czasów — poglądał spod oka na tych „cudoków“, jak ich nazwał — i machnąwszy ręką, odchodząc szeptał do siebie: — Hej! Nie te to casy, nie te... Downi by cie wyśmioli, jakbyś sie pokozoł w tych burnusach między swoimi... a dziś? E dyć ten zorobek, ten zorobek... — labiedził stary — dyć coz z niego?... Do chałupy nic nie przyniesie... Jako bieda była — tako bedzie... Przynomni, jak siedzieli w domu, to choć obycajów starych pilnowali... A dziś — ot co?... Pośli we świat, wiary zabocyli, ojcyste gwary sie juz wstydzą, jakiesi cudzoziemskie wyrcenia ino słychać... Przyodziewku to na tym zodnego; ani to chazuki, ani poćciwego kapelusa... Wnetki sie we światowców poprzemieniają. Drzewi ka ta kto słysoł o jaki kolei?... Wozem sie jeździło, po ludzku, abo sie sło na nogach... Jak wto roz za zycio był w Krakowie na odpuście — to juz była wielgo rzec!... Dziś — kielo to luda do Pesztu, to do Ostrawy, to... diascy wiedzą kany!... A to syćko nic dobrego.. Jesce do Hameryki — pol grzechowie!... Tam przecię i zarobi, i do chałupy przyśle, a o swoich nie zabocy, bo to kajsi precki za morzem, to sie i za swoimi stęskni... Ale do tych miastów — to niescęście całe!... Ta no, bieda gniecie... Ludziska sukają sposobu do zycio... Coroz więcy luda wychodzi ze wsi, a nic nie ubywo... Dziś ni mają z cego zyć, a z cegoz bedą potem, jak sie ich więcy namnozy!... Fabryki sie wnetki przepełnią i zarobku nie stanie... Hej! bedzie to źle, bedzie!... Ale coz poradzis? Dyć trudno mają sie potem sami wiesać pomiędzy sobą!... Boze! nie dejze tyz tego docekać mnie i moim dzieciom... Tak labiedził stary gazda i wsparty o poręcz pod kościołem długo jeszcze myślał cosi w sercu i rozważał... Wreszcie machnął ręką: — Dyć wólo Bosko na syćko!... — rzekł głośno i poszedł powolnym krokiem do kościoła, bo „juz na niespór sygnowali... Hej!...“