Bańka mydlana Eliza Orzeszkowa BAŃKA MYDLANA. OBRAZEK MIEJSKI.  Nigdy miasteczko nasze nie przedstawia tak doskonałego obrazu jałowéj i skwarnéj pustyni, jak w dnie letnie, w porze zachodu słońca. Bóg widzi, że nie jest ono nigdy ani świetném, ani wesołém; lecz, kiedy po dniu upalnym tumany kurzu i wyziewy kuchenne obejmują je, niby wysokim kloszem z brudnego szkła, kiedy rozpalone kamienie bruku zieją suchym skwarem, a ostatnie blaski słońca jaskrawą łunę rzucają na białe ściany kościołów i kamienic; kiedy chodniki ulic głównych zalegną czarne gromady przechadzających się żydów w długich chałatach, i żydówek w aksamitnych paltotach i kapeluszach z kwiatami, na placach chmary żydziąt gonią się i wywracają w krztuszącéj kurzawie, a na bocznych ulicach krowy, wracające z pastwiska, poważnie kroczą i z przeciągłém ryczeniem do bramy domostw pochylonemi łbami uderzają; kiedy tu i owdzie gromady jednokonnych doróżek stoją jakby w zaklętéj nieruchomości, konie drzémią, a dorożkarze w czerwonych pasach, nie mając nic innego do robienia, drzémią także; kiedy co chwila w rękach przechodniów ukazują się białe chustki, ocierające kroplisty pot z mizernych, rozpalonych, skrzywionych twarzy, albo, w pobliżu leniwie ciekących rynsztoków, przyciskające organ powonienia: wtedy, spada na miasto ocean ciężkiéj, suchéj, dławiącéj i beznadziejnéj nudy. Tam, kędyś, nad szerokiemi polami płyną wysoko różowe puchy obłoków; na zachodzie, łagodzone przez liliowe błękity nieba, wieszają się świetne tęcze z purpury i fioletu, albo ogromne, ciemne, złotem obrębione chmury, rysują fantastyczne lasy i zamczyska; upajające wonie i świeże powiewy nadchodzącego wieczora płyną powietrzem... Gdzieindziéj znowu, w murach miast wielkich i ludnych... Tu — nic. Wprawdzie, od czasu do czasu, ku rozweseleniu publicznego ducha, w czémś nakształt ogrodu, huczéć i dąć zaczynają instrumenta wojskowéj orkiestry, a przy energicznych dźwiękach tych, małomiejskie lafiryndy osoby swe wraz z akcesoryami z rozkoszą roztaczają przed wzrokiem oficerów, brzęczących ostrogami, urzędników w binoklach, i rzadszych już dygnitarskich okazów, które, oprócz binokli, noszą jeszcze na obliczach swych długie, śpiczaste bokobrody. Wprawdzie, w dość gęsto po mieście rozstawionych budkach z sodową wodą, czarowne Fryny w loczkach i kokardach świegotliwe rozhowory toczą z niezbędnymi, na każdém miejscu obecnymi, oficerami i urzędnikami w binoklach. Wesoło jest lafiryndom, Frynom, brzęczącym ostrogom, binoklom i śpiczastym bokobrodom; ale, ktokolwiek niéma szczęścia należéć do żadnéj z powyższych grup społecznych, ten, w miejscu tém i w téj porze, czuje w piersi swéj wysuszający powiew pustyni, a w głowie jego, jak w źródłach pewnych kwiaty, myśl zamienia się w kamień.  — Patrz, Jasiu! czy widzisz, Jasiu?  — Patrz, Jasiu! patrz! — zawołała znowu i stanęła.  Stosowało się to widocznie do podlotka w różowéj sukni.  Z blaszanych polewaczek, kołyszących się w rękach służącéj i podlotka, strumienie kroplistéj wody ze szmerem lały się na kwiaty, buchające silną wonią. Mężczyzna, z rozkoszą widoczną, woń tę wciągał w piersi; kobieta, splatając ręce, szepnęła:  — To téż Józia wkrótce już wyjdzie i siostrę zabierze...  Siwy jegomość zdjął okulary i podniósł głowę z nad książki; panienka w różowym perkalu, cienkim głosikiem szczebiocąc coś do rozczochranéj sługi, z polewaczką swą zbliżała się ku sztachetom. Niegrzecznie było-by stać tam dłużéj, i do cudzych kątów zaglądać. Odeszli. Chodnikiem wązkim i ostremi kamykami, jak ćwiekami, najeżonym, postępując, a o pobielany parkan jakiś, który białe ślady na odzieniu ich zostawiał, ocierając się, kobieta rzekła:  Zapytany z niecierpliwością pewną odpowiedział:  — Bagatela! niewielka różnica!  — Wielka, to wielka, ale, da Bóg, nie poumieramy ani jutro, ani po jutrze... pomału, pomału, zbierze się...  Powietrze stawało się coraz gęstszém i duszniéjszém. Najlżejszego znikąd powiewu wiatru, a tylko w zaułku z wysokiemi domami, w który właśnie weszli, smrody kuchenne, wychodzące z suteren, i opadające w dół czarne dymy kominów.  Poprostu oddychanie stało się pracą. Kobieta, ocierając także pot z czoła i twarzy i ciężko dysząc — wesoło jednak mówiła:  — Cóż robić? Jasieczku! trzeba czekać! młodzi jesteśmy. Jańcia mała... o, Boże mój! jakże gorąco! Chwała Bogu, to już blizko do domu...  — A w domu co? — ironicznie zapytał Jaś.  — Jakto: co? A herbata!... — naiwnie zawołała kobieta, lecz, rzuciwszy spójrzenie na twarz męża, do najwyższego już stopnia sposępniałą, dodała: — Zawsze tam jednak chłodniéj trochę.... odpoczniesz... i Jańcię Józia do domu już odprowadzić musiała...  — Psie życie!  — Nie zagotował się samowar? jeszcze nie zagotował się? A, moja Kasiu! jak-że można było nie nastawić go wcześniéj? pewnieś do ogrodu na muzykę latała?  — Jak Boga kocham, proszę pani...  — No, nie przysięgaj tylko! ot, dmuchaj lepiéj! mocniéj! poczekaj! ja sama podmucham!  — Już gotuje się, proszę pani. Para! o, para już idzie!  — A sztukamięsa odegrzana? Żywo, Kasiu, idźże ją odegrzewać! O Boże, mój Boże! A Jańci jak niéma, tak niéma! Już-by ją Józia dawno odprowadzić była powinna!  Posępnie zamyślony, Mirewicz usłyszał nagle obok siebie, na nutę płaczu nastrojony, głos żony:  — Jasiu! mój Jasiu! Wyobraź sobie, że Józia dotąd jeszcze Jańci nie odprowadziła...  Z przykrością przerwał bieg swych myśli.  — I cóż ztąd? Skoro poszła z panną Józefą, możesz być przecież o nią zupełnie spokojną. Wiész sama, że panna Józefa jest uosobieniem powagi i rozsądku...  Ostatnie wyrazy wymówił ze złośliwym przekąsem. Dosłyszała to Mirewiczowa.  — Mój Jasiu, nie wiem, dlaczego od czasu jakiegoś zacząłeś nie lubić Józi... Wprzódy tak admirowałeś ją...  — At! — rzekł — admirowałem... inteligentniejszą jest i wykształceńszą od innych tutejszych kobiet, a więźniowi, zamkniętemu w ciemnicy, najmniejszy promyk światła wydaje się czémś nadzwyczajném i prześliczném...  Słowa te wywarły na Mirewiczową bardzo przykre wrażenie. Nie odpowiedziała nic, ale, przy biurku męża stojąc, z oczyma w papiery wlepionemi, zamyśliła się smutnie. On milczał także; w tém na dziedzińcu ozwał się turkot dorożki i, u samych drzwi mieszkania, głos kobiecy, dźwięcznie i imponująco brzmiący, u stróźa domu zapewne zapytywał:  — Czy tu mieszka pan Jan Mirewicz?  Ze słowami temi cofnęła się do ciemnego pokoju, a bosa i rozczochrana Kasia drzwi otwierała. Po krótkiéj chwili, przybyła kobieta ukazała się w pracowni Mirewicza i, o Boże! jakim-że blaskiem zajaśniała na tle skromnych ścian tych, słabo oświetlonych, a oklejonych taniém obiciem w szafirowe kraty. Było to jakby niebieskie widzenie, zesłane na ziemię umyślnie po to, aby napoić rozkoszą znudzony i posępny wzrok Mirewicza. Wysoka, kształtna, jasna blondynka z silnemi rumieńcami na białéj twarzy, ubraną była trochę fantastycznie, lecz bardzo uroczo, w jakiéś jasne draperye, a fantastyczny kapelusik jéj, na-pół kobiecy, na-pół męzki, zuchwale i wysoko podnosił się nad jéj czołem, tak zarzuconém płowemi loczkami, że aż opadały jéj one na oczy... jakie oczy! Ach! dumnie, śmiało i zarazem wabnie patrzały one na Mirewicza, gdy uśmiechającemi się ustami wymawiała:  — Nie poznajesz mnie, Jasiu?  — Paulinka Mirewiczówna! — zawołał.  — Jakto? ty, kuzynko, tutaj? zkąd? kiedy? dlaczego?  — Z daleka! w téj chwili! Przejazdem w dalekie strony! — zawołała, śmiejąc się i, rzuciwszy na stół wykwintny parasolik, na szezląg osunęła się, a raczéj upadła, obie, ślicznie obóte nóżki, daleko przed siebie wyciągając, a zdjęty z głowy kapelusik rzucając na krzesło, na którém on, parę razy kulka przewróciwszy, znieruchomiał i zuchwale zjeżył się wysokiém swém skrzydłem.  Trzymając ręce jéj w swoich i patrząc w jéj oczy, Mirewicz, na-pół seryo, na-pół żartobliwie, mówił:  — Ależ owszem, śledzimy... śledzim... ja przynajmniéj, bardzo śledzę... w téj chwili jednak wiem, czuję i rozumiem to tylko, że jesteś śliczna!  Z gniewem niby wyrwała ręce z jego dłoni, i znowu na szezląg upadła.  — Widzę, Paulo, że jesteś kobietą niepospolitą. Jakież to szczęście dla mnie, żeś tu przyjechała! Na pustyni téj będziemy razem, choćby przez czas jakiś, pracować, myśléć... będziemy sobie nawzajem dopomagać w znoszeniu ciężkiego życia...  Ze zdziwieniem na niego spojrzała.  — Ciężkiego? a dleczegoż ma być ono ciężkiém?  Uśmiechnął się gorzko.  — Są ludzie, którym okoliczności tak się złożyły...  — Chyba głupi! — rzuciła krótko, i wstała z szezląga.  — Człowiek, mój drogi, na to jest stworzony, aby być szczęśliwym... czy nie czytałeś, co o tém napisał...  Tu zacytowała nazwisko jednego z najgłośniejszych myślicieli, i tytuł jednego z najpoważniejszych i najtrudniejszych do zgłębienia dzieł spółczesnych.  — Jakto? ty czytujesz takie rzeczy? — z uradowaniem zawołał Mirewicz.  — Jeszcze-by nie! ja tylko tém żyję...  — To pocóż tu mieszkasz?  — Muszę.  Zaśmiała się.  — Ja tego słowa nie rozumiem.  Gdy tak rozmawiali, coraz większą przyjemność w rozmowie swéj znajdując, w ciemnościach, zalegających pokój bawialny, dwa głosy szeptały także:  — Proszę pani, samowar ostygnie...  — Idź-że ztąd, Kasiu... cicho bądź...  — Sztukamięsa ostygła już zupełnie...  — Ach, zapomniałam! No, dobrze, żeś mi przypomniała... Zbiegaj co tchu do cukierni, téj najbliższéj, po ciastka... Za dwa złote, ot masz... Powiédz tylko, żeby dał świeżych, a wracając, do sklepiku zabiegnij i pół funta świéżego masła... Nie pamiętasz, czy w szafie jest jeszcze szynka?  — Żona moja, Anna; krewna, Paulina Mirewiczówna...  Jak na kobietę niepospolitą, słowa te były niezmiernie pospolitemi. Niemniéj Anna podniosła na nią oczy, takiego wyrazu pełne, jakby spójrzeniem tém, na-pół uprzejmém, na-pół nieśmiałém i proszącém, powiedziéć chciała: — „Ty elegancka i mądra, nie gnęb bardzo mnie, prostéj i głupiéj kobiety!” Gnębić jéj, w téj chwili przynajmniéj, Paula nie miała zamiaru, ale téż, w najmniejszéj mierze, chęci zabrania z nią bliższéj znajomości nie okazała. Jedném wejrzeniem orzuciwszy twarz wcale niebrzydką, lecz żadnemi loczkami nie przyozdobioną, kibić przyciężką i tak bardzo do jéj, pełnéj także, lecz kształtnéj, kibici niepodobną, fartuch, osłaniający zbyt wyfalbanowaną suknią, i broszę, wyglądającą z pod brody nakształt żółtego plastra, tak bardzo niepodobne do tych draperyi, które z grecka jakoś odkrywały znaczną część alabastrowéj szyi jéj i utoczonych ramion, — jedném wejrzeniem orzuciwszy tę pospolitą postać, zwróciła się znowu do Mirewicza i, w dalszym ciągu przerwanéj rozmowy, cytowała dosłownie jakiś ustęp z jakiéjś uczonéj książki.  Był to dość długo głos, wołający na puszczy; gyd jednak Mirewicz dosłyszał go nakoniec, i sam krewnéj swéj wezwanie to powtórzył, przechodząc przez mały przedpokój, pracownią z jadalnią dzielący, znaleźli się wszyscy troje w niemałym kłopocie, z przeciśnięciem się pomiędzy trzema kuframi znakomitych rozmiarów. Na jeden z nich, największy, wskakując, Paula rzekła:  Mirewicz spostrzegł na ustach Pauli przelotny uśmiech, i co prędzéj ujemne wrażenie, które trywialność Anny wywrzéć na nią musiała, zmodyfikować usiłował zawiązaniem nanowo przerwanéj rozmowy. Zaledwie przecież zamienili się kilku zdaniami, w kuchni, tuż obok jadalni znajdującéj się, zadzwonił głosik dziecinny, a usłyszawszy go, Anna, zapominając o maśle i gościu, rzuciła się ku drzwiom, w których téż jednocześnie ukazała się ładna, dwudziesto-paroletnia panna, za rękę prowadząca cztero-letnią, do najwyższego stopnia rozweseloną i odszczebiotaną, dziewczynkę.  — No, Andziu! — z kuchni jeszcze wołać zaczęła ładna panna — oddaję ci skarb twój w całości! Niespokojną już być musiałaś... Mniéjsza o to! My bawiłyśmy się wybornie... byłyśmy w ogrodzie, słuchałyśmy muzyki, potém zaszłyśmy do Helki, która nam dałą trochę kwiatków... potém...  Spostrzegłszy obecność w pokoju nieznanéj sobie kobiety, przestała mówić i mała Jańcia, w wyciągniętéj ku matce rączce, trzymając pęk kwiatów od Helci otrzymanych, umilkła.  — Przyjaciółka żony mojéj, panna Józefa Skiwska; krewna moja, Paulina... przepraszam cię kuzynko, Pola Mirewiczówna!  — Paula Mirewicz! bardzo mi przyjemnie poznać panią.  Ładna brunetka, z delikatnym owalem twarzy, blada i trochę mizerna, lecz bardzo zgrabna w obcisłym staniku skromnéj ciemnéj sukni, uprzejmnie skłoniła się przed nieznajomą, spójrzała na nią wielkiemi, poważnemi, pełnemi przytłumionego ognia oczyma i, usiadłszy przy stole, wnet gospodynią domu częstowaniem gościa zajętą, w pojeniu i karmieniu małéj Jańci wyręczać zaczęła. Gospodyni domu, zdomu, zdobywając się na smiałość, bardzo serdecznie i może aż nadto natarczywie częstowała Paulę, sunąc przed nią wszystko, co tylko znajdowało się na stole, dygając, zapraszając, przepraszając... Paula téż zajadała. Spore porcye mięsa i ciast, przez Annę jéj na talerz kładzione, znikały w mgnieniu oka. Monumentalny apetyt taki znamionował organizm niepospolicie energiczny, a którego energii i zdrowia nic dotąd nie wyczerpało i nawet nie nadwerężyło. Jedzenie przecież nie przeszkadzało mówieniu. Mówiła o tém, że ośm lat przebyła w wewnętrznych guberniach państwa, gdzie naprzód nauczycielką po domach obywatelskich i kupieckich bywała, a potém, w jedném z miast dużych, zajmowała się udzielaniem prywatnych lekcyi. Wybornie znając trzy cudzoziemskie języki i muzykę, dochody miała bardzo znaczne, ale sprzykrzyło się jéj bakałarzenie i powzięła inne całkiem zamiary. Teraz, kiedy dojrzała zupełnie i własne siły swe wypróbowała, wié, że straciła wiele drogiego czasu. Teraz cele jéj inne są... wyższe... Mówiąc, zwracała się wyłącznie prawie do Jana, od czasu do czasu tylko przemawiała do Józefy, któréj myślące oczy i spokojne ruchy wydać się jéj musiały więcéj obiecującemi, niż poczciwa, lecz całkiem gospodarska, powierzchowność Anny. Kiedy mówiła o dojrzałości swéj, Mirewicz ukradkiem, lecz bacznie i ciekawie, popatrzał na nią. Wiedział on dobrze, że, gdy kraj opuszczała, miała już dobrych lat dwadzieścia parę.. ośm lat była tam... rachunek prosty, trzydziestka w pełni, albo i z górą. Lecz chyba go pamięć zawodzi! Kobieta, przed nim siedząca, jest po prostu młodziutką. Białe światło lampy, wprost na nią padające, oświeca twarz dwudziestoletnią, tém więcéj uroczą, że z młodziutkiemi jéj wdziękami łączą się uroki niepospolitego umysłu i płynnéj wymowy. Uwagi te we wnętrzu swojém snując, Mirewicz mimo woli prawie wymówił:  Zaśmiała się wesoło.  — Ty najlepiéj wiész, Jasiu, że mam daleko więcéj, ale istotnie praca umysłowa... Dzięki jéj, jestem zdrowa, silna i pełna tego wewnętrznego zadowolenia, które tak zbawiennie wpływa na nasz organizm.  Po delikatnych, bladawych wargach panny Józefy, przemknął zaledwie dostrzegalny uśmieszek.  Rzecz dziwna! Dwudziestoparoletnia dziewczyna ta, o pięknie zarysowaném, lecz bladém czole i kruczych włosach, z prostotą na tył głowy w jeden splot zebranych, wyglądała cokolwiek starzéj od trzydziestoletniéj z górą Pauli... Być może, iż nie zajmowała się ona pracą umysłową, albo przynajmniéj nie zajmowała się tym jéj rodzajem, który organizmy, kobiece szczególniéj, w tak pięknéj świeżości i młodości utrzymywać umié...  Spuściła powieki i z powagą odrzekła:  I z wpół gorzkim, wpół szyderskim uśmiechem dokończyła.  — O, wierz mi, Jasiu, że w naszych jeszcze czasach, rola pionierki, usuwającéj z drogi postępu ciernie i chwasty, łatwą i błogą nie jest wcale... Kobieta, będąca przedstawicielką uswobodnienia płci swojéj z pod wiekowego jarzma, przenieść musi mnóztwo bólów, zawodów i walczyć ciężko z przesądami głupiego motłochu...  I w twarzy kuzynki-pionierki zatopił wzrok, uwielbienia pełen.  — To prawda — żywo téż i z silnym, ciemnym błyskiem w źrenicach, ozwała się panna Józefa — ja tylko sądzę, że skoro na drodze pracujących kobiet wiele znajduje się ciężkich walk i trudów, to zdanie państwa o owéj odmładzającéj i wzmacniającéj właściwości pracy kobiecéj, zostaje z tą smutną realnością w zprzeczności zupełnéj.  Mówiąc to, na Paulę i z kolei na Mirewicza patrzała, a wzrok jéj był także śmiałym, ale w téj chwili trochę ironicznym. Paula, ze zdziwieniem widoczném na nią spójrzała.  — Pani więc jesteś także... — zaczęła.  Chciała zapewne pytać, czy panna Józefa jest także pionerką, lecz ta z wesołym już uśmiechem przerwała.  Nadzwyczaj prozaiczna odpowiedź ta zmroziła Paulę.  — Przejdźmy do bawialnego pokoju, kuzynko.  — Jasiu! Jasiu! jak ty tutaj, w otoczeniu takiém żyć możesz?  — Nakoniec znalazłem kogoś, kto mię zrozumié!...  Łzy stanęły mu w oczach. Paula z wilgotnemi téż oczyma, otarła je z lekka cieniutką chusteczką. Pochwycił, pocieszając rękę tę, i gorąco ucałował.  — O, dawno! dawno już nie doświadczałem rozkoszy takiéj! — Westchnął — miéć przy sobie taką istotę, jak ty, Paulo, widziéć współczucie jéj, trzymać przy ustach tę śliczną rączkę...  — Czego ty dziś tak smutna, Anulku?  Smutna i zamyślona istotnie, Anna wstrząsnęła głową.  — No, no! przesadzasz-to, Andziu, przesadzasz! — wesoło uśmiechając się, pocieszała panna Józefa — ani ty nie jesteś idyotką, ani twój mąż nie jest geniuszem...  Bladą twarz bladéj panny oblał nagle krwisty rumieniec.  — Ależ, proszę cię, Andziu, nie łam sobie nad tém głowy, i nie domyślaj się niczego! Nic wcale między nami nie zaszło. Ot, ja poprostu na rozmowy z twoim mężem czasu nie mam. Wiész dobrze, że mam siedm godzin lekcyi dziennie, a oprócz tego, przygotowuję Helkę do zdania egzaminu w gimnazyum onwilskiém...  — Wyjedziecie więc napewno?  — O! najpewniéj! Dłużej przebywać w domu stryja, było-by gubić przyszłość Helki...  Anna przyjaźnie kobić jéj objęła.  Zaśmiała się.  — Bądź zdrowa! dobranoc! na przyszłą niedzielę znowu do ciebie przybiegnę... Jak Jańcia smaczno zasnęła!... Helka moje gdzieś nad książkami siedzi, i pewno tam beze mnie biedzi sięz jakąś trudnością... Dobranoc!  Wybiegła. Anna wstała z kanapki, i z wolna przeszedłszy przedpokój, w pracowni męża stanęła w niepewnéj i wahającéj się postawie. Czy wejść do bawialni, czy nie wejść? Grzeczność względem gościa nakazywała wejść, ale znowu przeszkodzić im może rozmawiać i on niezadowolonym z niéj będzie?... Oni tam z takiém ożywieniem i tak wesoło rozmawiają.  — Kuzynko! Paulo! droga! śliczna! powiedz-że mi nakoniec, jakie to są te twoje wysokie cele...  — Otóż nie powiem teraz... Dowiész się o tém, gdy będę ztąd wyjeżdżać...  — Wyjeżdżać! Ale ty chyba nie prędko, bardzo nie prędko wyjedziesz...  — Owszem, za dni parę najdaléj... jadę do mojéj matki, która jest bardzo słabą i pisała do mnie, abym przyjeżdżała natychmiast, bo kto wié, czy długo jeszcze żyć będzie!  — Biedna ciotka!  — Biedna mama!  — Ale ty tam długo nie będziesz?  — Jakim?  — Powiem ci to przed samym odjazdem.  Anna z lżejszém jakoś sercem pracownią męża opuściła, do bawialni już nie wchodząc.  — At! — szepnęła — zkądże-by już tak, od razu?...  Potém jeszcze pomyślała głośno:  — Wprawdzie ona taka łądna, elegancka, mądra!  Nakoniec, po długiéj chwili zamyślenia, z tryumfującym śmiechem szepnęła:  I szyła znowu.  W téj saméj chwili, w bawialni Mirewicz, trzymając w dłoniach swych rękę kuzynki, i patrząc jéj w oczy, mówił z cicha:  Na-pół ze śmiechem, na-pół ze zdziwieniem, szeroko otworzyła oczy, które, jak dwa szafiry błyszczały z po-za przysłaniających je złotawych wisiorków.  — Ależ, mój Jasiu! Ja byłam przecież mężatką!  Podskoczył aż ze zdziwienia.  — Jakto! owdowiałaś, czy rozwiodłaś się? Powiedziałaś mi przecież panieńskie swoje nazwisko...  — Bom go wcale nie zmieniała.  — Więc jakże?  Szeroko wciąż otwartemi oczyma na niego patrząc, śmiać się zaczęła głośno, serdecznie. Prędko jednak uspokoiwszy ten wybuch wesołości, stała się nawet poważną.  — Wy tu tego nie znacie — zaczęła — ale ty, Jasiu, zrozumiész... Poznaliśmy się, pokochali, i cóż? czy mieliśmy zaraz na wieki świat sobie zawiązywać? czy mieliśmy, jak owce Panurga, iść śladem całego stada? Zresztą on, gdyby i chciał, nie mógł-by, bo był z bogatéj familii, która-by za nic mu nie pozwoliła... A ja, ja byłam dumną, że mogłam jawnie i otwarcie dać dowód niepodległości mojéj, i stanąć wobec świata, jako przedstawicielka uswobodnienia kobiety z pod jarzma zwyczajów i przesądów... Szczęście nasze trwało dwa lata...  — A potém? — gorączkowo zapytał Jan.  — Z całéj przeszłości téj, żałuję tylko mojéj biednéj Reginy-Wiktoryi...  — Jakiéj Wiktoryi?  — Córeczki mojéj!  Mirewicz podskoczył znowu na fotelu i, po długiéj dopiéro chwili, zdławionym głosem zapytał:  — A cóż się z nią stało?  — Umarła! na rękach moich umarła! — cichutko szepnęła Paula, i przyłożywszy chustkę do oczu, szczerze, rzewnie zapłakała.  Mirewicz wstał i szybkim, niespokojnym krokiem, kilka razy przebiegł przez pokój, potém, przed rozrzewnioną jeszcze, ale już wypogadzającą się, kuzynką swą stanął.  — Dzięki ci, Paulo, za zaufanie, które mi okazałaś. Prawość i otwartość twoję cenię wysoko. Tak, człowiek powinien jawnie i śmiało nieść odpowiedzialność za czyny i postępki swoje. Ty postępujesz wedle przekonań swych, odważną jesteś i szczerą. Jesteś, Paulo, kobietą niepospolitą.  — Nie odjeżdżaj tak prędko!  — Zobaczę — odszepnęła — zobaczę, może...  I wnet żywo oglądając się dokoła, zawołała:  — Czuję, że mam strasznie podrażnione nerwy... chciała-bym zagrać... Ale tu fortepianu niéma...  — Ależ to niewola, mój Jasiu! — zawołała Paula. — Nie módz rozporządzić się swobodnie każdą godziną swego życia, jest to okropne!  Tym razem uczuł się nieco zdziwionym.  — O! ja spartanką jestem! Ileż to nocy nieprzespanych i dni samotnych... Zresztą, wszystko przychodzi mi z łatwością, i uczenie się jest największą moją rozkoszą!  Szafirowe oczy jéj paliły się za mgłą złocistych wisiorków, gdy Mirewicz, na dobre już odchodząc i rękę całując, mówił:  — A toż to, Helciu, czego płaczesz?  — Ogródka! — powtórzyła Józia — wiész dobrze, że nie masz jeszcze prawa myśléć o kwiatkach. Dopóki były, mogłaś bawić się niemi, gdy ich nie będzie, powinnaś umiéć nie myśléć o nich.  Helka potakująco wstrząsnęła głową, ale usta jéj drżéć zaczęły od tłumionego żalu.  Zamknąwszy tłomok, Józefa wyprostowała się i odrzekła:  — Mieszkanie nasze będzie ciaśniejsze i ciemniejsze, i jedzenie gorsze, ale za to, i ja i ty, więcéj i lepiéj uczyć się będziemy. Mówiłam ci już o tém nieraz i zawsze cieszyłaś się... Zkąd-że ci teraz przyszło do głowy mazać się nad tém, co jest nieuniknione.  Helka podniosła głowę, popatrzała na siostrę i, porwawszy się z ziemi, z krzykiem czułości rzuciła się jéj na szyję. Chłod młodéj dziewczyny stopniał, surowy wyraz ust jéj i oczu zniknął.  Usiadła, i piętnastoletnie dziewczę, jak małe dziecko, na kolanach swych posadziwszy, i ramieniem je do piersi przyciskając, drżącym trochę głosem mówiła:  — To prawda, ale nie wystarczało to na utrzymanie nas obu, i zawsze coś kosztowałyśmy stryja. Wiész dobrze, żem ja skończyła mizerną tylko pensyjkę, i tak mało umiałam, że lekcye moje były długo niezmiernie tanie. Teraz umiem już daleko więcéj; w Onwilu płacą za lekcye drożéj; zarabiać tam będę sporo, tyle, ile nam trzeba. Najważniejszą zaś rzeczą jest to, że ty tam miéć będziesz lepszych nauczycieli, z których pomocą przygotowywać się będziesz mogła do... wiész czego?  Helka, bez śladu już łez i smutku, owszem, rozpromieniona, twarz siostry pocałunkami okrywała; Józefa uścisnęła ją wzajemnie.  — Wiem — krótko i poważnie odpowiedziała Helka i, zsunąwszy się z kolan siostry, energicznie tłomok swój z książkami zamykać zaczęła.  Nic już więcéj czułego nie powiedziały sobie, tylko Józefa, włożywszy na głowę kapelusz, pocałowała siostrę w czoło.  — Andziu! Andziu! co to robisz? modlisz się, czy uczysz się czego?  Spojrzała na tytuł książki; uśmiech przewinął się po jéj ustach; spróbowała powstrzymać go, daremnie; wybuchnęła głośnym śmiechem. Książka nosiła tytuł: „Dzieje rozwijania się przyrody”. Śmiejąc się wciąż, spostrzegła na stole drugą książkę, pod tytułem: „Cywilizacya pierwotna”, i trzecią podobną na oknie, i czwartą jeszcze, wstydliwie jakby ukrytą za stojącém lusterkiem. Słowem, Anna obłożoną była książkami tak formalnie, jak gdyby przygotowywała się do examinu na stopień doktora, lub przynajmniéj magistra filozofii. Z wargami, drżącemi jeszcze od śmiechu i ze zdumieniem w oczach, Józefa zapytała:  — Co to jest, Andziu? Zkąd ci to? dlaczego?  — Probowałam uczyć się...  — Uczyć się? Z tych książek? Zkąd ci to na myśl przyjść mogło?  Tym razem Mirewiczowa, podnosząc oczy pełne łez, zawołała:  — Moja Józiu! Gdybyś ty wiedziała, ile ja od dwóch tygodni cierpię...  Nagle Józefa przypomniała sobie, że, jak raz przed dwoma tygodniami, była tu świadkiem przybycia nieznanéj wprzódy, ładnéj i wykształconéj kobiety.  — A! czy ta kuzynka twego męża...  — Nie wyjechała jeszcze... i pewno nieprędko wyjedzie... Gdybyś ty wiedziała, Józiu, jaki to żal i wstyd słuchać tak ciągle tych mądrych rozmów ich, i widziéć, jak on ją za tę mądrość uwielbia, i czuć, że gdyby nie ja, on może był-by teraz bardzo szczęśliwy...  Zalała się łzami, ale, prędko powściągnąwszy płacz i twarz z łez otarłszy, mówiła znowu:  — Ja tylko przed tobą, Józiu, wszystko powiedziéć mogę... Może ty zresztą dasz mi jaką radę... przecież i ty także uczoną i rozumną jesteś... Ot widzisz, wzięłam z biblioteki jéj kilka książek i zaczęłam czytać... Nikt o tém nic nie wié... bo czytam wtedy, gdy oni są na spacerze, a gdy mają już wracać, książki pocichutku na miejsce odkładam. Oni wiecznie na spacerach... jak tylko obiad zjedzą, idą i aż na herbatę, a czasem i około północy wracają. Miasto studyują... ja tymczasem czytam, czytam, gospodarstwa i dziecka zaniedbuję, a czytam, i tak już jest dni z dziewięć...  — I cóż?  — A cóż? — z rozpaczliwym giestem odpowiedziała Anna. — Nic. Ale to, wiész moja droga, że nic a nic. Czy już ta moja głowa taka tępa, czy to nieprzyzwyczajenie robi, ale nic nie rozumiem i nic nie pamiętam. Jednę stronicę przeczytma czasem dwadzieścia razy i ot tak, jakbym jéj wcale nie czytała... Wiem, że to o jakichś dzikich ludziach i o jakichś robakach, ale mówić o tém sposobu niéma, bo jedno drugiego w głowie nie trzyma się... poradź ty mi, Józiu, co tu robić?  Trochę jeszcze rozśmieszona, Józefa, szyję jéj ramionami objęła i w czoło ją pocałowała.  — Co tu robić? porzucić tę niemożliwą robotę. Ona nie dla ciebie. Nauczyłaś się za młodu krawiectwa i umiész suknie szyć. Mężatką będąc, z dzieckiem i gospodarstwem dużo zajęcia masz. Książki te nie dla ciebie. Gdybyś nad niemi nietylko dziewięc dni, ale dziewięćdziesiąt lat mozoliła się, nic z tego nie wyniknie, bo ani przygotowania, ani zdolności odpowiednich nie masz...  Mirewiczowa znowu z rozpaczą załamała ręce.  — Boże, mój Boże! — zawołała — cóż to będzie?...  Umilkła, a po chwili, obejmując przyjaciółkę, bardzo cicho szepnęła:  — Ja wszystko już powiem. Mnie się zdaje, Józiu, że on w niéj zakochał się...  Józefa spoważniała bardzo.  — Dlaczegoś nie rozmówisz się z nim o tém jasno, szczerze?...  — Ja? — zawołała Anna — ja miała-bym dokuczać mu jeszcze zazdrością, podejrzeniami, pytaniami... Przecież to tylko podejrzenie, pewności żadnéj nie mam... Prędzéj utopiła-bym się, niż-bym jemu dobrowolnie przykrość jaką sprawiła! Ale tak mi smutno, tak straszno!...  Z trudnością wstrzymywała się od płaczu. Zerwała się z krzesła:  — Chodź! zobacz jéj mieszkanie!  Był to duży pokój, z alkową, do mieszkania Mirewiczów donajęty, i połączony z niém drzwiami, otwierającemi się z małéj bawialni. Wprzódy drzwi te były oklejone obiciem, Teraz z obu stron osłaniały je i przyozdabiały grube, kosztowne portyery. Całe urządzenie pokoju i alkowy było kosztowne i, na piérwszy rzut oka, bardzo wykwintne. Przy nagim i sztywnym saloniku Mirewiczów, wyglądało to, jak ładne i miękkie gniazdko. Trzeba było znać się trochę na rzeczach takich, aby dostrzedz tam sporo łataniny i dysharmonii. Sprzęciki nizkie, zgrabne, wygodne, czémś błękitném obite, nie nowe już były i trochę zszarzane; spory dywan okrywał część posadzki, grubéj i główkami ćwieków sterczącéj; na ścianach kwieciste obicie wyglądało wesoło, ale pospolitym gatunkiem swym sprzeczało się z ciężkiemi draperyami dość kosztownych firanek. W alkowie, przy łóżku, zasłaném haftowaną pościelą, stały kufry podróżne, a nad umywalnią i stołem, których cerata źle naśladowała marmur, spuszczała się od sufitu wielka błękitna kula nocnéj lampy. Wykwintność tę czuć było tandetą. Ale Anna i Józefa, nie przywykłe do wspaniałości tego świata, z podziwem przepych ten oglądały. Nigdy w życiu swém nie posiadały one mieszkania z portyerami, błękitnemi lampami, śliczną szklaną szafką na książki, z wynajętym choćby pianinem i porcelanowemi, czy udającemi porcelanę, posążkami i wazonikami na etażerce, udającéj palisander i rzeźbę. Anna pomimowoli zniżała tu głos, jak w kościele.  — Wyobraź sobie, moja Józiu, ile to wszystko kosztować musiało! przez caluteńkie kilka dni chodzili, kupowali, znosili, rzemieślników różnych sprowadzali, oklejali, przybijali, ustawiali... aż wczoraj, nakoniec wszystko już urządziło się zupełnie i ucichło... Słyszałam, jak Jaś do niéj mówił: „jesteś czarodziejką, Paulo! z niczego prawdziwy raik zrobiłaś”. Piękne to: z niczego! Tu trzysta, albo pięćset rubli może wlazło!  Józia, ciekawie przypatrując się wszystkiemu, mniéj jednak od Anny zdumiona, głosu nie zniżając, rzekła:  — Ależ wasza kuzynka majętną być musi, jeśli tak znaczne robić może wydatki?...  — Bóg ją wié, moja Józiu, Bóg ją wié... czy ona bogata czy biedna... — zaszeptała Anna, a wyraz oczu jéj stał się dziwnie jakoś niespokojnym...  W téj chwili ozwały się w przedpokoju wesołe głosy. Dwie kobiety wróciły do saloniku, do którego téż przeciwnemi drzwiami, wsparta na ramieniu Mirewicza, weszła Paula. Za tą śmiejącą się i ożywioną parą ukazał się ożywiony téż i przystojny młody mężczyzna, brunet, z napoleońską bródką i żywemi ognistemi oczyma, wpatrzonemi w téj chwili w posuwającą się przed nim zgrabną kibić Pauli i ślicznie udrapowaną jéj suknią. Silnie zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, Paula rzuciła się na fotel. Józefę powitała bardzo obojętnie, Annie zaledwie głową skinęła. Wszyscy jakoś milczeli z razu. Annie wydało się, że jéj-to rozmowę zacząć wypadało.  — Śliczna dziś pogoda — ozwała się — nie tak gorąco, jak było w przeszłym tygodniu...  Urwała, bo Paula, przygryzając ponsową wargę, wstała nagle i szybko do pokoju swego weszła. Mirewicz, który zachmurzył się już był nieco, i młody człowiek z czarnemi oczyma, z-za grubych festonów portyery przesłali jéj pytanie:  — Czy można?  — Proszę, proszę! — odpowiedział srebrzysty głosik, bardzo wyraźnie tłumiący wybuch śmiechu.  Anna żałośnie na Józefę patrzała.  — Widzisz, Józiu? słyszysz?  Józefa, która uważnie przypatrywała się wszystkiemu, oba ramiona zarzuciła jéj na szyję i serdecznie ją ucałowała.  — Moja ty poczciwa, biedna Andziu! nie martw się znowu bardzo! to przejdzie!  Innéj pociechy znaléźć dla niéj nie mogła. Anna cichutko zapytała:  — Powiédz mi, Józiu, co to takiego metologia?  Nad wyrazem tym Józefa zastanowiła się chwilę.  — Nie wiem, moja Andziu... może meteorologia...  — Tak! tak!  Zwięźle i jasno Józefa wytłómaczyła jéj najogólniejsze znaczenie téj nazwy.  — A!... teraz już rozumiem, co to znaczy! Słyszałam wczoraj, jak wchodząc z Jasiem do swego pokoju, śmiejąc się, powiedział: „Ależ mój Jasiu! żona twoja jest wcieloną meteorologią”.  — Zdaje się, że jemu to przyjemnie nie było, bo nie odpowiedział nic, tylko potém, wobec niéj, serdecznie i z takiém jakiémś uszanowaniem, pocałował mię w obiedwie ręce... Drogi mój, poczciwy, najlepszy Jaś!  Znały się od dzieciństwa i łączyła ich kiedyś z sobą wspólność sieroctwa i ubóztwa. Anna, o kilka lat starsza, okazywała jednak Józefie, obok przyjaźni, uszanowanie pewne, jakie budziła w niéj zwykle każda umysłowa wyższość. Nic więc dziwnego, że wyraz skupionéj uwagi i wielkiego przejęcia się okrył dobroduszną i łagodną twarz jéj, gdy Józefa, przysunąwszy się do niéj bliziutko i, rękę jéj wziąwszy w swoję, cicho i długo mówiła do niéj. Dawała jéj rady jakieś, zwierzała się przed nią z własnych swych planów. Kiedy już pożegnać się miały, Anna pociągnęła ją do jadalni. Tu, w głębi szafy, stał spory koszyk, napełniony gospodarskiemi przysmakami i sprzęcikami.  — Przygotowałam to dla ciebie... na drogę i na nowe gospodarstwo...  Józefa rzuciła się jéj na szyję i zapłakała.  — Biedna ty, Józiu moja! bez opieki, bez pomocy, jechać tak w obcy świat i jeszcze z siostrą, którą utrzymywać i wychowywać musisz... Jak ty tam sobie radę dasz?  Ładna blada dziewczyna prędko otarłą łzy z oczu i twarzy.  — Cóż robić, Andziu? — odpowiedział. — Życie kobiety ubogiéj, a cudzego chleba darmo zjadać niechcącéj, balem być nie może. Szczęśliwą jestem, że jakkolwiek pracować nauczyłam się, a Helce, o! lepiéj i łatwiéj będzie na świecie, bo... ja jéj drogę toruję!  W pokoju Pauli tymczasem gwarno było i wesoło. Dwaj mężczyźni, próg pokoju tego przestąpiwszy, zamienili się spójrzeniem, pełném głębokiego zadowolenia.  — A co, Ludwiku? czy nie mówiłem ci? — znacząco zapytał Mirewicz.  — Ależ to raj prawdziwy? — z zachwyceniem zawołał Ludwik, i z rozkoszą na nizkiéj kanapce siadając, do gospodyni raju tego przemówił:  — Jesteś pani prawdziwą czarodziejką... Nie spodziewałem się nigdy, aby marzenia nasze kiedykolwiek tak świetnie ziścić się mogły. Prawda, Jasiu?  Ze słyszenia tylko i czytania znając wspaniałości tego świata, dwaj ci ludzie marzyli o nich jednak. Marzył o nich Mirewicz, przebywając brzydkie ulice miasta, albo, po trudach dnia, zasiadając w pracowni swéj do pisania sądowych podań; marzył téż Ludwik Ożymski nad szaremi stosami kancelaryjnéj bibuły, lub w kącie odymionéj cukierni, z brudnemi ścianami i poplamionym bilardem. W marzeniach Ożymskiego panowały piękne mieszkania, swobodne zabawy, wesołe i strojne kobiety; w myślach Mirewicza snuły się częściéj artystyczne i umysłowe rozkosze, jakieś wspólności duchowe z jakiemiś wybranemi istotami, jakieś wspólne loty w krainę wiedzy i myśli, przy szmerze pocałunków. Raz zwierzyli się sobie wzajem z tego, że niezadowoleni czują się tém, co posiadają, a pragną tego, czego posiadać nie mogą i — stali się serdecznymi przyjaciółmi. Prawnik, znaczniejsze dochody mający, ratowałw kłopotach, ściganego często przez lichwiarzy, urzędnika, który, wywzajemniając się, nauczył przyjaciela gry w bilard i oznajmiał mu o przybywaniu do Ongrodu ładnych harfiarek. Przysługi te przecież nie na wiele przydały się Mirewiczowi. Bilardu nie polubił, harfiarki odrazę w nim budziły. — Bezmyślne to i brzydkie! — powiedział wkrótce Ożymskiemu i dodał: będziemy razem czytywali!  — Dobrze! — z zapałem zawołał młody człowiek, który także czytywać lubił, ale książek kupować nie miał za co. Było ich zawsze sporo u Mirewicza. W wolnych od zajęć fachowych godzinach schodzili się, zasiadali przy stole, czytali, rozprawiali, sprzeczali się, łamali sobie głowy nad rozwiązywaniem przeróżnych społecznych i naukowych zagadnień. Mirewiczowi sprawiało to z razu przyjemność wielką, Ożymski bawił się téż dobrze. Potém jednak uczuli, że posiedzeniom tym braknie czegoś.  — Gdyby-to módz wszystkie te nabywane wiadomości w jakikolwiek sposób zużytkować! — mówił Mirewicz.  — Gdyby-to była z nami jaka piękna i wykształcona kobiéta! — wzdychał Ożymski.  Teraz zjawiło się przed nimi, częściowe przynajmniéj, wcielenie ich marzeń.  Pokój wygodnie i wykwintnie urządzony i piękna kobiéta, będąca połączeniem elegancyi i powagi, wdzięku i czynu.  Tak; czyn to niepospolity, wielkiego męztwa i bardzo silnéj woli wymagający, był owym ukochanym celem Pauli, o którym zaraz po przyjeździe swym tu mówiła. O imieniu i naturze jego Mirewicz dowiedział się od niéj prędko, Ożymski zaś wtedy, gdy ją po raz piérwszy zobaczył. Przychodził on na zwykłe wieczorne z Mirewiczem czytanie. W jadalni znalazł tylko Annę, zajętą przygotowywaniem wieczerzy.  — Jan w domu? — zapytał.  — O! w domu... w bawialnym pokoju, z gościem swoim. Kuzynka przyjechała...  A młoda? — ładna?  — Młoda, ładna i bardzo wykształcona...  — O!  Pośpiesznie zdjąwszy w przedpokoju paltot, biegł ku salonikowi. Przed progiem stanął w wahającéj się postawie. W saloniku panowała cisza nieskazitelna. Nikt nie rozmawiał tam i nawet nie szeptał. Po ruchliwéj i roztropnéj twarzy młodego urzędnika przebiegł figlarny uśmiech. Chrząknął głośno i po kilku sekundach wszedł. Mirewicz nagle jakoś zerwał się z kanapki, na któréj obok Pauli siedział; ujrzawszy przyjaciela, powitał go z radością.  — Paulo! Ludwik Ożymski, jedyny przyjaciel mój, z którym wspólnie myślę i uczę się; kuzynka moja, Ludwiku, pani Paula Mirewicz!  — Bardzo mi przyjemnie poznać pana!  — O, pani!  Wykrzyk ten spowodowany był widokiem kobiéty, któréj piękna kibić i strój malowniczy uroczo rysowały się w półświetle lampy, gęstym abażurem przyćmionéj. Lecz jakież było zdziwienie i zachwycenie jego, gdy Mirewicz, biorąc rękę kuzynki, z niejaką dumą wymówił.  — Przyszły doktor medycyny, Ludwiku, Paula jest tu tylko przelotem. Jedzie do Zurichu, aby w uniwersytecie tamtejszym studyować medycynę.  Ludwik oniemiał z razu. Najniespodziewaniéj znalazł się wobec kobiéty, wprowadzającéj w czyn jednę z idei tych, o których tyle wraz z Mirewiczem czytał i rozprawiał.  — O, pani! powtórzył.  Z czcią głęboką rękę jéj całując, dodał:  — Jakież-to szczęście, że pani do nas choć przelotem zawitałaś! Takich, jak pani, kobiét, niestety, my biedni nie znamy!  — A zawsze o nich marzymy... nie prawdaż, Ludwiku?  Teraz, w cieniu alkowy swéj, spacerową suknią swą zamieniwszy na szlafrok w tureckie desenie, z za ciężkiego festonu firanki wyszłą ona ku nim, z wabnym uśmiechem na ustach, a grubym tomem w ręku. Gruby tom rozwarłszy i na stole położywszy, stanęła przed źwierciadełkiem w ładnych ramkach, nad ładną etażerkę zawieszoném. Białemi palcami porządkowała złote wisiorki włosów na czole i koronkę u szyi, a, nie odwracając twarzy od źwierciadła, zapytała:  — Powiedźcie mi, co to jest za indywidualność, ta panna Józefa Skiwska?  Mirewicz spuścił oczy i nic nie odpowiedział, Ludwik za to zawołał:  — Jest to, proszę pani, wcale niebrzydka i niegłupia osoba... uczy się nawet, kształci się sama i siostrę bardzo starannie kształci; ale...  — Ale co?  — Ale... jakże to powiedziéć... natura uboga!...  — A dla czego?  — Ot, żadnych wyższych tęsknot... żadnych burz, walk...  — Uważałam to. Wygląda jak owieczka, pokornie wyciągająca szyję pod nóż społeczeństwa...  — Tak; ona walczyć nie umié. Pogodziła się i z ubóztwem swojém i ze swoją bakałarską pracą, jakby to były rzeczy najprzyjemniejsze pod słońcem... Niéma w niéj tych buntów, tego rwania się... téj nakoniec estetyczności... słowem, poczciwa sobie i niegłupia dziewczyna, ale... natura uboga!  Paula odwróciła się nagle od źwierciadła.  — Jasiu! — zawołała. — Dla czegoż ty nic nie mówisz? Uważałam już nieraz, że gdy mowa o pannie Józefie...  Żywy i wesoły Ożymski parsknął śmiechem.  — To cała historya, proszę pani!  — Ludwiku, proszę cię... zaczął Mirewicz, widocznie zakłopotany.  Ale Paula, figlarnie pogroziwszy kuzynowi, prosiła Ożymskiego, aby... opowiedział.  Bardzo zabawnie i w sposób przynoszący zaszczyt dowcipowi jego, Ożymski opowiedział, jak przed rokiem, mniéj więcéj, Mirewicz, z nudy i tęsknoty za czémś lepszém i wyższém, zajął się Józefą bardzo żywo; jak godzinami całemi prowadził z nią filozoficzne i naukowe rozmowy, w których i ona widoczną znajdowała przyjemność, jak następnie prosił ją, aby przechadzała się z nim po mieści i za miastem, na co ona z razu przystała chętnie; jak nakoniec, na jednéj z przechadzek tych, uniesiony energią i samodzielnością natury swéj, wypowiadać jéj zaczął uczucia, dla niéj powzięte, a ona... z razu śmiać się zaczęła niby puste dziecko, potém, w wielkim gniewie, nagadała mu mnóztwo rzeczy nieprzyjemnych, nakoniec, rozpłakała się i prosiła go, aby szedł sobie w inną stronę, bo ona już obok niego ani kilku kroków zrobić nie jest zdolną...  Oczy Pauli gniewnie błysnęły.  — Jasiu! jakże ty mogłeś... zająć się taką zimną, poziomą dziewczyną!  Ożymski ujął się za przyjacielem.  — Z saméj nudy, proszę pani... z tęsknoty za czémś wyższém...  Gniew Pauli przemienił się w litość. Stanęła przy Janie i włosy jego dłonią pogłaskała.  — Biedny ty, mój Jasiu! Jakże ty jesteś tu zapoznany, niezrozumiany! Ale dziewczyna ta powinna była umrzéć z radości, że ją człowiek taki, jak ty, pokochał!... Gęś!