Bóg wie kto Eliza Orzeszkowa Tygodnik Mód i Powieści Pismo illustrowane dla kobiet R. 51, 1909, no 1-5, Warszawa, 1909 ELIZA ORZESZKOWA. BÓG WIE KTO. (rok 1863.)  ...A teraz, opowiem z dziejów wiosny owej historyjkę śmieszną.  Jakto, — dziwisz się, — pośród tragedyi takiej — śmiech? O, moja droga, życie jest zlepem gliny i marmuru, uplotem sznurów pereł i sznurów korali.  Wszystko bywa i bywa razem, w jednym momencie czasu, — w jednem sercu ludzkiem. ∗  Dziewięć nas wszystkich było i miały widok ciekawy, a śmiem powiedzieć — i ładny, ktoby nas dnia owego, w tym pokoju i naokoło stołu tego widział.  Przyjeżdżajcie! przyjeżdżajcie!  Stefuniu, Oktuniu, Klemuniu, Maryniu, Wincusiu, Tosiu, przyjeżdżajcie! przyjeżdżajcie i zabierajcie się do szycia!  A może i pani hrabina przyjechać i szyć, szyć, szyć z nami zechce?  Naturalnie! — odpowiada — z chęcią wielką, z radością!  I śliczną Inkę, pani Teresy ubogiej, ale tak zacnej córkę, zaprosić trzeba? A jakże! naturalnie! czemużby nie?  Dość, że wówczas, kiedy zaśmiałam się, wszyscy się śmieli, kiedy zapłakałam, wszyscy przybiegali pytać: Czego? czego? kiedy oddalałam się, wszyscy wołali: nie odchodź! a kiedy zawołałam: przybywajcie! wszyscy przylatywali.  Przez całe przedpołudnie — powóz za powozem, powozik za powozikiem — przed ganek domu zajeżdżają.  — Jak łan kwiatów! — poetyzować zaczynam.  — Jak maki, z bławatkami zmieszane! — rumieniąc się i zcicha poetyzowanie kontynuuje Stefunia.  Mężatką już jest od lat kilku i panią dużego, bogatego domu, a nic jeszcze nie zdołało, choćby o pół tonu, podnieść skali jej nieśmiałego głosu, ani od częstych rumieńców ochronić twarzy — białej wśród bardzo czarnych włosów.  — Nie jak maki, ani żadne inne kwiaty, ale — jak wielki trzykolorowy sztandar wyglądać będą!  Zrazu duży był gwarek głosów. Oglądanie materyi, chwalenie, ganienie, narady, zwrócone do mnie zapytania.  — Ile ich uszyć mamy?  Krótko, lecz z dumą odpowiadam.  — Sto.  Aż krzyknęły.  — Tak wiele!  — Daleko więcej trzeba. Części tylko podjęłam się za siebie i za was.  — A no, dobrze! Zrobi się! Szkoda nawet, że nie więcej. Zawiniemy się i dzień, dwa, trzy...  — Tydzień, dwa! — reflektuje Klemunia.  — Niech sobie i tydzień albo dwa! Kamieniem zasiądziemy i będziemy szyć, szyć, szyć...  Zaczynajmy tedy! Dobrze, ale, nim szycie rozpocząć, skroić wprzód trzeba. Według formy — tej oto! Która najlepiej kroić umie? Wincusia umie! Oto nożyce, prawdziwie krawieckie, doskonałe!  — Dużo go jest, więc choćbym go trochę i napsuła... Ale baranków, wiecie co, że baranków zdaje się... mało...  Westchnienia trwożne.  Wincusia tonem żałosnym:  — Boję się! niech kto inny...  Ba! łatwo powiedzieć! ale kto?...  — Może pani hrabina umie?  — Jak żyję, nie kroiłam nic!  — Oktuniu! może ty...  Amazonka, igłą z nicią przez kaszmir przewlekając i z głowy jasnozłotej z nad roboty nie podnosząc, głośno na cały pokój, na nutę słynnej wówczas aryi: „Rachelo, kiedy Pan, w dobroci niepojęty“ — zaśpiewała i zatrelowała.  — Nie u-miem — nie u-miem — dajcieee mi — święęę-ty — poooo-kój!  — Jezus Marya! Co ty wygadujesz, Marylko!  — Bóg wie, co pleciesz!  — Nie znasz się!  — Nieszczęście przepowiadasz...  — Tu żartów niema! To byłoby nieszczęście!...  — O nowem sprowadzaniu ani myśleć!...  — Gdzież tam! czasu już niema...  Ręce błagalnie złożyła i głosikiem cienkim zawołała:  — Pani Czernickiej tu poproś. Powiedz, że prosimy bardzo żeby przyszła!  — Czernisi! Czernisi na ratunek zawołać!  — Czernisiu, ratuj! Oto baranki!... Sto konfederatek uszyć! Zmiłuj się, zrób tak, aby wystarczyło! Popatrz, pomiarkuj, wymierz, skrój!  Patrzała, miarkowała, na wszystkie strony baranki obracała, milcząc. Zły znak, że milczy. Żaden grek w obraz Pytyi trwożniejszego wzroku nie wlepiał, niż nasz był w tej chwili.  — Cóż? Jak pani Czernicka o tem myśli?  — Co myślisz, Czernisiu?  A ona z zastanowieniem i tonem uroczystym odpowiada.  — O nożyczki proszę...  — Są! są. Oto są! Moja Czernisiu, moja złota, miarkuj, rozmiarkuj!  Ciężar nam wszystkim z piersi spadł. Już kiedy Czernisia czemś się zajmie i o coś się postara... „O młodości... Śnie na kwiatach, Śnie mój złoty...“  Czemże są kwiaty młodości? marzeniem, co więdnie w jesieni. Czem jej złoto? Nadzieją, co w ogniu życia topione, po drogach jego z serca wycieka.  W ciszy różowego pokoju o jaskrawości trzech kolorów, na wszystkie strony rozrzuconych, rozległ się przyciszony, z głębokiem, piersiowem brzmieniem, głos kobiecy, który mówić zaczął: „O, matko Polko, gdy u syna twego Dawne Polaków duma i szlachetność.“  Z robotą i rękoma na kolana opuszczonemi, z bladem czołem, naprzód nieco podanem, Klemunia Boniecka mówiła wiersz, wszystkim nam dobrze znany, przez wszystkie prawie na pamięć umiany. Nie deklamowała, — mówiła. Mówiła powoli, zcicha, spokojnie: „Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem, By przed katowskim nie zbladnął obuchem, Ani się spłonił na widok powroza.“ „Zwyciężonemu za pomnik grobowy Zostaną suche drewna szubienicy, Za całą sławę krótki płacz kobiecy, I długie, nocne rodaków rozmowy...“  U szyi jej, na czarnym staniku połyskiwała ramka stalowa, obejmująca portret Kościuszki.  — Moj Stasik maleńki...  Wtem — u bocznego stolika zagrzmiało, runęło; jakby się trąba nad gruzami zburzonego Jeruzalemu rozległa.  To Czernisia nos utarła. A potem, przez chwilę jeszcze, wielką chustą łzy, po twarzy ciekące, ocierała.  Gwar powstał, panowie weszli i śpiewaczkę otoczyli, prosząc, aby jeszcze co zaśpiewała. Więc nastąpiły „Les adieux“ Szuberta i „Bywaj, dziewczę, zdrowe, Oj[czy]zna mię woła“.  A czas uciekał.  — Oktuniu, dość śpiewania! szyć trzeba!  Oktunia ani na mgnienie oka szyć nie przestając, pełnym głosem, na nutę „Rachelo, kiedy Pan“ śpiewa:  — Niech dają nam święęę — ty — poooo — kój!  Wtem, turkot kół na dziedzińcu. Ktoś przyjechał. Tosia zarumieniła się, Ince igła z palców wypadła.  — Może wesoły Oleś! — żartujemy z pierwszej.  — Może p. Gustaw! — drażnimy się z drugą.  — Pójdę, dowiem się kto przyjechał.  — Owszem prosimy. — Wybiega i rychło, z greckim noskiem, na kwintę spuszczonym, powraca.  — Pan Burakiewicz przyjechał — mówi.  — Memento mori!  — Jak w klasztorze, gdy na Silentium zadzwonią...  — Jak u kamedułów, — szepnęła Stefunia.  — Dla czego nie rozmawiamy? — Rozmawiajmyż!  — Przeczytajmy cokolwiek!  — Niech kto głośno poczyta!  Więc słuchając pieśni słynnego francuza, cudnej pieśni, z wężowej gardzieli płynącej, szyłyśmy, szyły, szyły, czasem łzę rozrzewnienia z rzęsy ocierając, czasem twarze z nad roboty podnosząc i porozumiewawczo zamieniając się zachwyconemi, rajskiemi uśmiechy.  — Zabrakło!  — Jezus Marya! Krzyknęłyśmy wszystkie i, zerwawszy się na równe nogi, otoczyłyśmy Czernisię, z której wyszło to słowo fatalne.  Z długiemi, cienkiemi ramionami, wzdłuż figury długiej i cienkiej opuszczonemi, stała Czernisia zasmucona, zmięszana, a my, oniemiałe zrazu z konsternacyi, załamywałyśmy ręce, lub z desperacyą niosłyśmy je ku głowom.  Więc tedy zabrakło!  — Do ilu zabrakło?  — Wykroiłam siedemdziesiąt ośm... już przy końcu coraz węższe, węższe paski kroiłam... ale panie Boże ratuj!... więcej nie wyszło. Do dwudziestu dwóch zabrakło!  Chyba do panów pobiedz i prosić, błagać, aby coprędzej do miasta posłali do tego dalekiego... Ba! czasu za mało... za mało... i jak tam jeszcze sprawi się ten posłaniec...  Niech która z nas sama pojedzie!  Bieda! gorzka nawet bieda! Takiej drobnostki nawet nie módz porządnie zrobić! Wstyd! Wiemy, że winy w tem naszej niema, jednak wstydzimy się czegoś... może złośliwe żarty męzkie z roboty niewieściej przeczuwając.  — Proszę pań, przez przedpokoj teraz przechodziłam i futro pana Burakiewicza widziałam... Takie śliczne baranki! Siwe takie, delikatne, od tych delikatniejsze... śliczne!  — I całe takie futro barankowe ma? — głosami osłabłemi zapytujemy.  To prawda! Żeby choć zobaczyć! Pójdźmy zobaczyć!  Wniosek uczyniony jest przez Wincusię, która z wielkiemi nożycami w ręku nad stosem pokrojonych kaszmirów stoi, wszystkiemi swemi stalowemi szpilkami, broszkami, klamrami, błyska i wygląda bardzo energicznie.  — Pójdźmy zobaczyć! pójdźmy!  Zbitą gromadką skupiłyśmy się w przedpokoju dokoła wieszadeł, na których, — o Boże miłosierny! — futro pana Burakiewicza z baranków siwych... takie śliczne...  Ciche wykrzyki i głośne westchnienia. Żeby to którego ze znajomych panów własność była! Możebyśmy wyprosiły, wypłakały... na klęczki choćby paść... A tak, nieznajomy jegomość, Bóg wie kto... skąpiec też pewnie, ani myśleć o proszeniu... Myśmy wprawdzie wszystkie a wszystkie swoje suknie i inne ubiory jedwabne oddały... ale to co innego... kobietyśmy! A panów wogole o cokolwiek prosić, to probować kamienie gryźć... zwłaszcza jeszcze takiego... Bóg wie kogo!  — Jabym jedną połę ucięła — i już!  Skamieniałyśmy, zamarłyśmy z przerażenia, którem propozycya ta nas przejęła, ale potem wskrzesłyśmy i poczęły zamieniać z sobą słowa cichutkie, szybkie, spojrzenia porozumiewawcze, palące... Aż przyszła sekunda, tak, na zegarze czasu zadzwoniła sekunda (jeżeli wogóle zegar jakikolwiek sekundy wydzwania), w której, kilka ust jednogłośnie i z determinacyą jak śmierć stanowczą wyszeptało.  — Wincusiu odkroj połę!  Do Czernickiej się zwróciła.  Sztuka byłaby u cudzego futra połę uciąć — porządnie! Więc też Czernisia obu rękoma za głowę się schwyciła.  — Święty Boże, święty mocny! Jabym cudze futro... i jeszcze u takiego... Onby mię potem, spotkawszy, wyłajał, albo i wybił... I paniom też nie radzę. — Tylko, że rzeczywiście potrzebne, nie dla kogoś jednego, ale dla szczęśliwości publicznej potrzebne...  Otóż to! Dla szczęśliwości publicznej! W tem rzecz! I jej samej, Czernisi, mimo protestu, oczy na futro p. Burakiewicza patrzą, jak czarne żużełki błyszczą.  A Wincusia z nożycami nad rozłożonem futrem, jak dziób głodnego ptaka rozwartemi, rozpaczliwie woła.  Więc Wincusia mruganiem naszem ku niej i gestami zachęcającemi na duchu wzmocniona, na odwadze do szczytu najwyższego wzbiła, mocno stopami oparła się o ziemię, ramieniem, w nożyce zbrojnem, dziwny jakiś gest wykonała i — czach, czach, czach!...  Od dołu aż do pasa, cała jedna poła pięknego futra oderznięta, z wierzchem z watą, podszewką, ze wszystkiem, co do niej należało. I tylko, gdy futro na wieszadło powróciło, strzępy podszewki i kawałki waty z otwartej jego rany żałośnie się ku dołowi zwieszały...  — A jednakowoż nie wystarczy!  Ochłonęłyśmy z żalu. Ośm na sto — odsetek nieduży. Niech już tam! cóż robić? Nie pójdziemy przecie drugiej poły p. Burakiewiczowi ucinać!  Wtem, na drugim końcu domu, kędyś w okolicach przedpokoju, jakieś niewyraźne stuknięcie, chody, i nagle głosy męzkie podniesione, bieganie, krzyki...  Trzeba iść, wszystko wyznać, pana Burakiewicza przeprosić, ile kompensaty pieniężnej żądać będzie, zapytać.  — Chodźmy!  — Chodźmy!  Więc naprzód winowajczynie, potem, przez solidarność koleżeńską, te które w przestępstwie czynnego udziału nie przyjmowały, za niemi Czernisia, zatroskana ale i z zaciekawieniem w czarnych oczkach, a na ostatku Marylka — kusicielka, jak kot przestraszony, pod ścianami cichutko się prześlizgująca.  W drodze zaskoczyło nas pytanie: która do p. Burakiewicza pierwsza przemówi? Cóż? Gospodyni domu naturalnie... O, ciężka minuto pokuty i umartwienia. Ale niema co! Mają racyę! Mnie wypada pierwszej głos zabrać przed tym jegomością nieznajomym, wielkim jakimś — Bóg wie kim!  — Ja z pomocą ci przyjdę!  A ja za sobą słyszę głosy innych.  — I płaciły...  Staję, dygam, rękę ku p. Burakiewiczowi wyciągam. W tejże chwili gospodarz domu, wypadkiem zaszłym bardzo rozgniewany i wtargnięciem naszem aż do osłupienia zadziwiony, ulega jednak przyzwyczajeniu, rzec można, nałogowi towarzyskiemu i aktu prezentacyi dokonywa.  — P. Burakiewicz — moja żona...  — Przyszłyśmy przeprosić pana... bardzo, bardzo pana przepraszamy... bo to my... to jest, głównie ja, właściwie ja...  — Ja... my... zrobiłyśmy to... ucięłyśmy tę połę...  — Cóż to? panie dobrodziejki żarty jakieś ze mnie, kpinki, drwinki... niech dyabli porwą...  Na widok tak rozsrożonego nieprzyjaciela, mnie głos zupełnie posłuszeństwa odmawia, ale wysuwa się z za mnie Wincusia i głośno, rezolutnie rzecz przekładać zaczyna.  — Bardzo, bardzo przepraszamy! — rozlega się za mówiącą, na różne tony chór niewieścich postaci w najgrzeczniejszych pod słońcem dygach ku ziemi przysiada.  Teraz ja znowu występuję.  — Niech pan będzie łaskaw powie, ile to futro... ile mamy panu zwrócić... na odkupienie zepsutego futra... my najchętniej... zaraz...  I znowu dziewięć dygów, z towarzyszeniem chóru.  — Bardzo pana przepraszamy i niech pan będzie łaskaw powie — ile za to zepsute futro...  Na twarz jego, jakby nagle pobladłą nieco, wybijać się poczęła pilna uwaga zrazu, potem radość... jakaś rozrzewniona, promienna radość.  — Tedy panie dobrodziejki w takim celu moje futerko pokiereszowały! Na czapeczki dla tych... co tam idą... za... za ojczyznę... Niech mię dyabli wezmą, jeżeli nie jestem kontent, wdzięczen...  — Bo to, panie dobrodziejki moje, stary jestem i sam już nie mogę... a syna nie mam... i obcy tu osiadłem, nikomu nieznajomy... tedy nikt mnie nie ufa, nikt odemnie niczego nie żąda... a ja z serca i duszy radbym... czemkolwiek, radbym przyczynić się... służyć...  — A może... — zaczął, — może więcej potrzeba... może jeszcze uciąć?...  Ażeśmy się zatrzęsły od zdziwienia i od — tajonej radości. Lecz nie wypada tak odrazu propozycyi zdumiewającej przyjmować! Więceśmy chórem i pojedyńczemi głosami wołały:  — Dziękujemy! dziękujemy bardzo panu! Pan bardzo dobry! ale nie możemy nadużywać... I bez tego nie wiemy, ile za taką szkodę...  — Co tam: ile jakie tam: ile? To ja paniom dobrodziejkom wieczną wdzięczność... niech mię dyabli porwą, jeżeli kłamię, że wieczną wdzięczność... i jeżeli więcej potrzeba... jeżeli, wogólności mówiąc, czegokolwiek potrzeba...  Tu, na czoło orszaku wysunęła się z pomiędzy towarzyszek Oktunia i w amazonce swej zgrabna, śmiała, a na twarzy tak wyglądająca, jakby wnet z uniesieniem: „Rachelo, kiedy Pan“ zaśpiewać miała, rzekła:  — Jeżeli prawdę wyznać mamy, to nam jeszcze do dziesięciu... oszycia barankowego brakuje...  — Brakuje! — wykrzyknął, — a co? Przeczuła dusza moja, że jeszcze brakuje...  Zerwał z wieszadeł smutne ruiny futra swego i nam je podawał, to jednej, to drugiej wprost w ręce wciskał.  — Proszę, proszę! Niech te szelmy barany szczęścia tego dostąpią... zaszczytu tego... i ja razem z niemi...  — Czy podobna? Ależ niepodobna! Jakże pan bez futra pojedzie! Dziś tak chłodno! I nam aż tyle niepotrzeba!  — Niepotrzeba aż tyle! No to drugą połę tylko... do dziesięciu czapeczek drugą połę... Pewno jak raz wystarczy...  W ręku Wincusi dziwnie jakoś w porę nożyce błysnęły i zadzwoniły.  — Ot i nożyczki są! — p. Burakiewicz zawołał; — dzięki Bogu, są nożyczki... za pozwoleniem pani dobrodziejki...  — Niech sąsiad będzie łaskaw tak zaraz nie odjeżdża... Może obiad zjemy razem... Konie do stajni niech odejdą...  Nie przez grzeczność, nie przez zwyczajną grzeczność po raz pierwszy do domu swego p. Burakiewicza, jako gościa, zapraszał. W głosie jego czuć było wzruszenie.  A p. Burakiewicza zaprosiny te i ich serdeczność — rzecz dziwna! — nie ucieszyły, lecz zadziwiwszy zrazu, rozlały po nim owszem zasmucenie czy zamyślenie. Ciszej nieco niż mówił zwykle, odpowiedział:  Ale czerwonemi rękoma machać począł.  — Ej nie! Ej nie! Z duszy, z serca dziękuję, ale nie! Odwykłem... nie przywykłem... dyabłami jak parobek sadzę... w samotności mnie najlepiej... ogródek swój pielęgnuję... drzewka to moje dzieci... dumki smutne, moi goście. Żegnam państwa dobrodziejstwa, żegnam, dziękuję!  I szedł ku wyjściu w swojem dziwnem figarze, z żałosną frendzlą.  Ale my znowu tak bez niczego rozstać się z nim nie mogłyśmy i przy drzwiach go dopadłszy, — Boże drogi! — czegośmy mu nie nagadały! jakiemiśmy go miłemi, serdecznemi słowy nie osypały! Zdaje się, ze hrabina parę razy pieszczotliwie go po ramieniu pogłaskała.. Zdaje się nawet, — choć tego nie zupełnie pewna jestem, — że czerwone policzki jego, srebrnawą kądzielą otoczone, od Oktuni, Wincusi i odemnie dostały trzy całusy... KONIEC. Przypisy ↑ Brak części tekstu. Tekst (zaznaczony kolorem szarym) uzupełniono na podstawie PBI.  (c d. n.)  2)  — O nożyczki proszę... „Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem, Wystąpił problem z korektą tej strony. długą, czarną kresą przerzynając, rozważnie, uroczyście.  (d. c. n.)  3)  (d. c. n.)  4)  (d. n.)  5)