Przędze Eliza Orzeszkowa PRZĘDZE I. Z PYŁÓW PRZYDROŻNYCH SAM NA SAM — CHOCHLIK-PSOTNIK — DWIE CIEŃ — NIEPOPRAWNY II. Z FANTAZYI TYTAN, FAUN I NIMFA — PO CO? — ROCZNICA CZEGO SZUKAŁ PO ŚWIECIE SMUTEK? — PYTANIA WARSZAWA Z PYŁÓW PRZYDROŻNYCH SAM NA SAM  — Kaziu, nastaw samowar!  O Kazi powiedziała:  — Niema zdolności! Będzie szwaczką.  Potem sąsiadka głos zabiera i, przechodząc wprost do kazania niedzielnego, giestem pełnym namaszczenia powtarza wyjątek z budującego kazania, lecz ogromnie tekst egzageruje, poczem spogląda na sąsiadkę, wzdycha i dodaje:  — Tak, tak!  Pani Antonina wzdycha także i powtarza:  — Tak, tak!  — Schiller, Byron, Wiktor Hugo, Mickiewicz, Słowacki...  Słowa rozmowy, jakkolwiek wymawiane z cicha, dolatywały uszu pań siedzących na kanapie. Pani Antonina zajaśniała, jak słońce.  — Słyszy pani, jakie to u nas rozmowy się prowadzą?  Pani Aniela od przyjacielskiego współczucia uśmiechnęła się szeroko.  — A jakże! Tacy rozumni i wykształceni oboje!  — Żeby tylko nie ta jej choroba! — szepnęła wdowa po jeometrze i naraz zgasła jak zdmuchnięta świeca.  Na szezlongu, w cieniu komody, melodyjny choć przyciszony głos kobiecy mówił:  — Don Carlos, Childe Harold, Ernani, Konrad Wallenrod, Balladyna...  — Paru z tych dzieł nie czytałem.  — Przeczytamy je razem. Dobrze?  — Będę wdzięczny; będzie pani Beatryczą moją!  Pani Antonina mrugnęła powiekami ku sąsiadce.  — A co!  Sąsiadka odmrugnęła.  — Aha!  — Bardzo interesującą historyę opowiadasz... — łagodnie, lecz nie bez smutnej ironii zauważyła pani Antonina.  Kazia po przyjacielsku uścisnęła rękę pana Zbigniewa.  Pan Zbigniew odpowiedział:  — Poszli, proszę pani. Wygrałem sprawę.  Pochyliła się ku siostrze.  Klementyna z niecierpliwością przerwała:  Kazia wiedziała o tem.  Klementyna zwróciła się do pana Zbigniewa.  — Od czego zaczniemy nasze wspólne czytanie?  — Ułożenie programu należy do pani.  — Więc od jutra «Don Carlos».  — Znakomicie!  — Czego pan nie umie! wszystko!  — Jedno nadewszystko.  — A co?  — Co pan umie nadewszystko? Co?  — O, tak! Bardzo chcę ogródka przy domu. Lękam się tylko, aby ustronne mieszkanie...  Z cichym, głębokim śmiechem Klemunia zawołała:  — A toby też było pięknie!  — Czujesz się szczęśliwą?  — Kochasz mię?  Teraz, przez okna sali resursowej leją się tony polki, szczerze wesołe, skoczne, roztrzpiotane. W bawialni dwa głosy z intonacyą żalu zamieniają się słowami:  — Dobranoc, skarbie mój!  — Dobranoc, Zbigniewie!  Słychać szelest długiego pocałunku, którym usta, ozdobione ładnym wąsikiem, przylgnęły do pięknej ręki kobiecej.  — Ale Klemunia, panie! Drogi, kochany panie, proszę prędzej mówić, bo mama nadejdzie!  — Mama... — powtórzył lekarz; — otóż to! Mama!  Głowa z siwymi włosy i bladą twarzą w złotych okularach pochyliła się w krótkiem zamyśleniu.  — Powiedzieć? nie powiedzieć? Na wszelki wypadek trzeba powiedzieć. Tyś silna...  Zawahał się. Kazia drżała.  — Co? co? co może nastąpić?  — No cóż? nagła śmierć!  — Tylkoż nie zemdlej!  — A mama? mama?  Od połowy pokoju wrócił.  — Jak ryba! — z zapałem zawołała.  — I serce zdrowe? co?  Powieki jej zamrugały prędko, prędko, twarz znowu stanęła w ogniu, ale z błyskiem białych zębów wśród warg uśmiechniętych zażartowała:  Kazia poszła do kuchni, oba łokcie oparła o stół, twarz zakryła dłońmi.  Dziś miesiąc, jak raz dziś miesiąc, towarzysząc jej z magazynu do domu, powiedział:  — Byłbym najszczęśliwszym, gdybym mógł odbyć z panią przechadzkę tak długą, jak całe życie.  Przecież to były oświadczyny. Więc ona odpowiedziała:  — Dobrze, ale niech pan przyjdzie do nas, aby poznać mamę i Klemunię.  — Dobrze — powtórzył — ale pozwoli mi pani dziś jeszcze rączki swoje ucałować?  — Dobrze — powtórzyła — ale powiem mamusi i Klemuni, że pan jutro przyjdzie.  — Jutro przyjdę.  U bramy domu, w cieniu wieczoru, pocałował ją w obie ręce i — w usta.  Wtem spojrzała na buchający parą samowar.  — Może pan chce herbaty? Jest gotowa.  Klemunia mówiła z cicha:  Tchu jej trochę zabrakło.  Brak tchu był jeszcze większy.  — Nie mów już nic, Klemuniu; gdy rozbiorę cię i będziesz spokojnie leżała, opowiesz wszystko.  Błękitny szlafroczek, zdjęty lekkiemi jak motyl rękoma Kazi, już leżał na krześle; Kazia przyklękła i zdejmowała z drobnych stóp siostry śliczne pantofelki z pomponami. Nad pochyloną jej głową przeleciał szept:  — Tak mi nie dobrze, Kaziu!  Ręce, zdejmujące drugi już pantofelek, drgnęły; Klemunia jęknęła.  — Tak nagle zdejmujesz!  — Przepraszam, Klimciu!  — Bo widzisz, jestem ci wdzięczna, ty dobra, ale kiedy ten okropny ból w piersi nadchodzi...  — Czy czujesz, że nadchodzi?  Wtem nagle za oknem coś huknęło, zagrzmiało, zaśpiewało i — umilkło.  — Jezus, Maryo! — krzyknęła Klemunia i z obłąkaniem w oczach zaczęła szeptać:  Kazia ogarnęła ją ramionami i do piersi przytuliła.  — Nic! nic! nie lękaj się! to muzyka! w resursie bal. Już od godziny nie tańczą, pewno wieczerzę jedzą. Przy wieczerzy toasty. To akompaniament do toastów!  Głowę jej położyła na poduszkach, nogi wyciągnęła na pościeli, leciuchno okryła kołdrą.  Postała przy zamkniętych drzwiach izdebki matczynej i wróciła do łóżka siostry.  Klementyna szepnęła:  Wiedziała, czem siostrę zająć może.  Klemunia szepnęła:  — A z czego?  — Wiesz? prawie z niczego. Wełna z trochą jedwabiu. Dwa kolory trochę przygasłe: bleu fané i bleu malade. Myślę, że powinnaś koniecznie mieć w wyprawie taką suknię. Wizytowa; będziesz przecie potrzebowała sukni wizytowej...  — Kiedy tak mało pieniędzy na tę wyprawę...  — Bądź spokojna. Już ja się postaram, abyś miała taką suknię...  — Wolałabym w jednym kolorze...  — To zrobię w jednym...  — Ale w przygasłym...  — Naturalnie; czy jeszcze się boisz?  — Nie; strach przeszedł. Ale znowu ból... Aa, nieznośnie!... daj może kompres...  Traf! Traf! Wiwat! Trąby, bębny, flety, klarynety huknęły, zagrzmiały, krzyknęły, zaśpiewały i umilkły.  Z nad białych poduszek, z podścieliska czarnych, wielkich, lśniących włosów, wzbił się cichy okrzyk:  — Ach! Ach!  Potem, w przywróconej pokojowi ciszy głębokiej, powiało westchnienie długie, zakończone czkawką tylko jedną, głośną. Kazia rzuciła się na siostrę.  — Mama! Mama! Mama! Co tu robić? — zaszeptała Kazia i nieprzytomnie okręciła się raz dokoła siebie.  — Czy to Kazia?  — Ja, Mamo!  — Czy zasnęła?  — Zasnęła.  — Muzyka jej nie budzi?  — Nie budzi.  — Czego ci głos zadrżał?  — Klemunia śpi dobrze?  — Doskonale.  — A czego ty tu przyszłaś?  — Wody się napić.  — Po ciemku?  — I po ciemku znajdę...  — Klemunia śpi?  — Śpi.  — Chciałabym spojrzeć na nią.  — Lampa zgasła. Niech mama idzie spać...  — Okryłam. Dobranoc mamie.  — Klemunia śpi spokojnie?  — Najspokojniej.  — Wcale się nie skarżyła. Dobranoc mamie.  — A to szkło! Znowu nastąpiłam...  — Nie obudzę.  Nagle za oknem, okrytem roletą, rozlała się nuta walca. W resursie skończono jeść wieczerzę, toasty umilkły, tańce rozpoczęły się na nowo.  La! la! la! la! la! la! leciał ciemną ulicą, walc balowy i tłumem tonów wpadał do szufladki z jednem oknem, w której Kazia, kluczem i zasówką, na długą noc zimową, zamknęła się sam na sam z trupem siostry.  Lampa zgasła. CHOCHLIK-PSOTNIK DWIE  Dzwonek zabrzęczał w przedpokoju: garderobiana, jak motyl barwna, przez pokój przebiegła.  — Czekaj! — zawołała Elwira Roza i z końcem palca do ust przyłożonym, z biegającemi oczyma, zamyśliła się.  To pomyślawszy, szybko garderobianej rozkaz wydała:  — Pani mnie nie poznaje?  Głośno i swobodnie zaśmiała się Elwira Roza.  — Naturalnie! cóż to dziwnego! Nigdy bym nie poznała pani, taka pani zmieniona. To coś nadzwyczajnego, jak pani się zmieniła... Ale proszę, niech pani usiądzie!  Gestem królowej, dającej posłuchanie zbuntowanej poddance, wskazała gościowi otomanę, a sama usiadła na jednym z fantazyjnych fotelików.  Po głowie Elwiry Rozy krążyły myśli.  A Liwska myślała:  — Czy pamięta pani, jak, dziećmi będąc, razem łowiłyśmy siatkami motyle?  Elwira Roza zaśmiała się znowu.  — Nie żyje — odpowiedziała Liwska.  Liwska odpowiedziała:  — Nie żyje także.  — To nieszczęście! — szepnęła Liwska.  — Co?  — Nie módz płakać po matce...  Spojrzenie jej znowu smutne i miękkie spoczęło na Elwirze Rozie, która, spotkawszy je, spuściła powieki, znowu je podniosła, znowu spuściła, aż zawołała z głośnym śmiechem:  — Ot, pani to musiała naprawdę wiele płakać, taka pani jest zmieniona... Ja panią dawną przed oczyma mam, jak żywą. Pani okropnie się zmieniła!  Liwska, ze spokojnym uśmiechem i lekkiem wzruszeniem ramion, odrzekła:  — A dlaczegóż pani tak wiele chodzi?  — Pani lekcye daje? Pani jest guwernantką?  — Jestem nauczycielką...  — Dlaczego to panią tak dziwi?  — A cóż się z nim stało?  — Pani ma słowika w klatce?  — Okrutni? — zadziwiła się Elwira Roza.  Nagle zawołała:  Liwska uśmiechnęła się.  — Czy to przypadkiem nie Julek Liwski...  I natychmiast poprawiła się.  — Pan Julian Liwski jest mężem pani?  Bardzo blada i zmieszana Liwska przerwała.  — Nie żyje?  — Od lat kilku.  Wstrzymała się. Oczy jej były roziskrzone.  — Choroba ciężka, długa...  Z zadziwieniem na twarzy, Liwska odpowiedziała:  — To coś nadzwyczajnego! Długo?  — Nie; niedługo, kilka lat.  Głową przecząco wstrząsając, Liwska cicho odpowiedziała:  — Pani nie wierzy? — zapytała.  — W co takiego?  — W Boga.  Elwira Roza wysoko podniosła brwi.  Gdy czyniła to, złote frendzle stołeczka, jak niezliczone nogi pajęcze, wiły się po spłowiałych arabeskach perskiego kobierca.  — Niech pani na tem nogi postawi, wygodniej będzie.  — Pani chodzi na lekcye?  — Najczęściej; chociaż jeżdżę też tramwajami...  Elwira Roza, ciągle w stronę patrząc, przerwała:  Liwska przestała mówić i znowu spojrzała na zegarek.  — Już teraz, to koniecznie powiem, z czem przyszłam. Czas ucieka. Otóż, syn nieboszczki siostry pani, Rózi...  — Nieboszczki! — zawołała Elwira Roza.  — Pani nie wie, że Rózia już nie żyje?  Przecząco wstrząsnęła głową.  — Dopóki żył?  — Już dorosły?  Elwira Roza zaszeptała:  — Okropność! — szepnęła.  Znowu umilkła i ze spuszczonemi oczyma czekała, aż usłyszała głośny szept.  — To coś nadzwyczajnego! kamienie! kamienie! Naturalnie, że powiem, poproszę, każę. Oho! zaskacze mi on, jak ja mu zaśpiewam! Proszę być pewną... proszę wierzyć...  — Anielko!...  Ślepy słowik zaśpiewał. CIEŃ NIEPOPRAWNY  — Julek! Julek! A chodź-no prędzej, bo czekać na ciebie nie myślimy!  — Julku! Julku! — zabrzmiał srebrzysty głos dziewczęcy — chodź prędzej, bo jakże będę mogła pokazać ci to najlepsze miejsce rydzowe, skoro nie wiedzieć gdzie będziesz?  Zawahała się, raz jeszcze zawołała:  — Julek! Julek!  — Ho, ho! Hej, hej!  — Po co? — jednomyślnie zapytują.  — Rydze rozdeptane! Mnóstwo rozdeptanych rydzów!  — Musisz chyba mieć kosz dobrze już napełniony rydzami, skoro zabawiałeś się oskubywaniem chmielu!  Tu parsknął głośnym śmiechem!  — Widzisz, com ja uzbierał!  — I ja tyleż!  — A ja więcej jeszcze.  — Ja najwięcej!  — Są jeszcze i całe! Są! Są!  — Muchomor, syrojeszka, uschły liść klonowy, zwiędły kwiat wielkiego chabru, garść rozpierzchłych dzwonków, których delikatne tkanki już kurczą się i więdną. Nic więcej? Cha, cha, cha, cha!  Umierali ze śmiechu, niektórych gniewał czas marnie stracony, wszyscy popisywali się obfitością własnych zdobyczy.  — Patrz, jakie nasze koszyki pełne, pełniuteńkie rydzów! Smaczna z nich będzie wieczerza, nieprawda?  Uczuł drżącą niepewność człowieka, który nie wie, dokąd kroki swe skierować, gryzący żal za utraconemi dobrami i gorzki, jak morska woda, smutek samotności.  Wtem, wypadkiem, wzrok jego spotkał się z rozciągniętą nad ciemnym pasem lasu świetną smugą zorzy wieczornej.  Purpury, obrębione złotem, fijoletowe żagle, pływające po krwawych morzach, zamki z wieżami gorejącemi w płomiennych pożogach, góry wzdęte od błyskawic i nurzające czoła w srebrzystych śniegach...  Patrzał...  — Co jest za wami? Co za tobą, świetna smugo zorzy wieczornej? II Z FANTAZYI TYTAN, FAUN I NIMFA BAŚŃ GRECKA  Galatea milczała, lecz wzrok jej tkwił nieustannie w zgrabnych, figlarnych, ruchliwych rożkach fauna.  — Jakie zabawne masz rożki, Akisie — zauważyła; — nigdy jeszcze takich u żadnego fauna nie widziałam.  Uwagą tą ucieszony, Akis rzucił na fale kaskadę śmiechu, świeżego, jak wiosna.  — Cóż mówiono? — zapytała Galatea.  — Galateo! Galateo! Galateo!  Enceladus mówił dalej:  Enceladus mówił znowu:  Ów zaś, po chwili spoczynku, rozpoczął:  — Czy chcesz, o Galateo, stać się światłem więźnia, siłą zwyciężonego, szczęściem męczennika? PO CO? BAJKA  — Powiedz! powiedz! — jednogłośnie przemówiły: Ostróżka fijoletowa, Powój różowy, Chryzantema i duży, żółty Rumian farbiarski, a Bylica, chwilę pomilczawszy, odpowiedziała:  — To jest mydło.  — A bodaj cię osty zakłuły i bluszcze ziemne na śmierć udusiły! Bodaj cię wiatr srogi złamał a kret czarny z łona ziemi wyrzucił! Bodaj ci korzenie pędraki poprzegryzały, a łodygę miliony mszyc oblazły!  Tu Chryzantema cienkim głosikiem grubemu głosowi Rumiana zawtórowała:  — Bodaj cię słodkie krople rosy z daleka omijały! Bodajby nigdy nie musnęło cię skrzydło motyle!  — O, piękne, czyste, rozległe, wonne pole! Z więzienia, do którego wtrąciły mnie złe losy, ślę ku tobie łzę wygnańca i uśmiech, którym w duszy tęskniącej rozkwita wspomnienie!  Bławatek posiadał ten rodzaj głosu, który nazywa się tenorem, a Rumian żółty, motyw jego podejmując, basem czystym i głębokim, chociaż nieco zbyt grobowym, pieśń ciągnął dalej:  — O, miedzo moja rodzinna, miedzo zielona, Rumianami potężnymi, braćmi mymi najeżona, koronkami przytulii, puchami kocanek zasłana, czy w tej chwili z nieba wysokiego padają już na cię krople rosy słodkie, przeczyste, perliste?  — A teraz!  — Ach, nic tak nie boli...  — ..... jak chwile szczęścia   Wspominać w niedoli!  — Nie przerywaj jej, Dzwonku — jednogłośnie poprosiły Ostróżka, Bławatek i Powój; — z przyjemnością, tego co mówi, słuchamy i ulgę to nam w cierpieniach przynosi.  — Co tam kichanie! Mnie do lubego kąkolu mego tak tęskno... tęskno...  A żółty Rumian grobowym basem swym rozpoczął:  Lecz przerwała im śpiew ten Bylica:  — Ja opowiem!  — Ciekawam, jaka to będzie bajka! Pewnie pańska i wykwintna!  A Chryzantema, pomyślawszy chwilę i śnieżne płatki w krąg promienisty roztaczając, mówić zaczęła:  — Byłam raz w Niemczech...  — Oho! aż tak daleko! — mruknęła z przekąsem Bylica; lecz kwiat promienisty, przerwą tą niezmieszany wcale, ciągnął dalej:  — Byłam raz w Niemczech i rozkwitłam w ogródku pewnej dziewczyny ślicznej, złotowłosej, imieniem Gretchen, która szalenie rozkochała się była w pięknym brunecie, Fauście. Pewnego ranka, ślicz... oj! oj, oj! Kachu! kachu! kchu, chu, chu, chu! Kurzawa z uli...cy... do gard... gard...ła! Kachu! kchu! aj, aj!  — A czchi! a czchi! — Bławatek kichać począł, a gruby Rumian, kurzawą okryty, według zwyczaju swego klątwami wybuchnął:  — A bodajby cię ulewa niebieska do twardej ziemi przybiła! Bodajby cię zimne wiatry do piekła zawiodły, abyś dyabłom, nie kwiatom, gardła zasypywała!  Gdy uspokoili się nieco, Bławatek pierwszy do Chryzantemy przemówił:  — No, i co dalej?  Chryzantema, jakkolwiek kaszlem mocno zmęczona, mówiła dalej:  Po krótkiem jeszcze milczeniu opowiadaczka rzekła:  — Odpowiedziałam: kocha!  — Już tedy przyszła ostatnia godzina nasza! — zaszeptały kwiaty i umilkły. ∗ ∗  — Mi-si! plę-dzej!  — Nie pad-nij!  — Mi-mi!  — Chleb-ka!  — Kodź!  — Nie pad-nij!  — Nie pla-kaj!  — Bulki!  — Cio to?  A Mimi odpowiedziało:  — Ca-ca!  Pierwszy Bławatek rozwarł swe duże, szafirowe oko i, z głębi łodygi westchnienie ulgi wydając, przemówił:  — A ja — ozwała się Chryzantema — najwyraźniej dostrzegam dwa czerwone goździczki...  — Czyżbyśmy się znowu na pole, pomiędzy kwiaty dostały? — zapytał Dzwonek.  — Ładne dzieci! — zadzwonił Dzwonek.  — Try-li-li! Try li-li-li! ROCZNICA  — O dziwny, przydrożny kwiecie, któryś płakał wtedy, gdym szła w parze ze szczęściem i płaczesz teraz, gdy samotna, usta spieczone przykładam do szorstkiej kory drzewa! Ktoś ty jest dziecko? czego płaczesz?  — Ktoś ty dziecko? Czego płaczesz? Byłeś w dniu święta mego i jesteś w dniu żałoby. Płakałeś, gdy byłam w raju, i płaczesz znowu, kiedy przebywam pustynię. Drogiem mi jesteś. Drogiem jest każde ziarnko piasku, które wynosimy na sukni z przechadzki po krainie szczęścia. Obojętnie wówczas ominęłam cię, bo w krainie szczęścia świeci słońce oślepiające i głos najdroższy w niebieskie unosił mnie lazury. Ale teraz mam oczy gorące od płaczu i widzę lepiej. Powiedz, kwiecie przydrożny, jakie uderzyły w ciebie grady, jakie sparzyły cię piołuny? Możeś głodne? Mam dom pełen chleba i mleka, pójdź do mego domu. Gdy w białem mleku zaróżowieją twe blade usta, bólowi memu ubędzie czerwoności. Możeś głodne, nie chleba, ale pieszczoty? Pójdź mi na ręce. Dopóty oczy twe poić będę słodyczą pocałunków, aż oschną w nich słone łzy. Możeś po zmarłych rodzicach sierotą? Pójdź mi na serce. Jemu również odumarło szczęście!  Idzie ich szukać. Idzie szukać biednych kwiatków przydrożnych, pobladłych... sierocych... CZEGO PO ŚWIECIE SZUKAŁ SMUTEK PYTANIA Maryi Konopnickiej w hołdzie czci dla poetki, miłości dla kobiety,  ofiarowuję  Autorka.  «Wówczas jeden z dowódzców powstał wśród zgromadzenia i tak przemówił: Przypominasz sobie, o królu, rzecz pewną, przytrafiającą się niekiedy w chwilach, gdy wraz z hrabiami i thanami swymi zasiadasz u stołu? W sali płonie na kominie ogień, a na podwórzu śnieg pada i huczy zimowa burza. Wtedy mały wróbel z szybkością strzały przelatuje przez salę. Jednemi drzwiami wleciał, drugiemi wyleciał. Chwila, w której tu był, przemknęła szybko. Z ciemności wyleciał, w ciemności zniknął. Tak samo człowiek, szybko przebiega salę życia, a za bramą, którą wchodzi i za tą, którą wychodzi, panuje ciemność.» (Z Legend staro-brytańskich). I.  Ktoś otworzył okno; fala rzeźwego powietrza z falą ptasich szczebiotów wtargnęła do pokoju i światło buchnęło obfite, bo młoda kobieta odgarnęła firankę, wzniosła oczy ku niebu i rzekła:  — Pogoda cudna!  — Co tam?  — Bóg wie!  Walka.  Skrzydło żałoby zatrzepotało w kącie, nadzieja do ziemi przypadła, sercami w piersiach zatargał strach. Młoda kobieta w cieniu firanki zapłakała, ktoś pod ścianą wymówił: Boże!  Dziadek zapytał:  — Ile godzin?  — Już dużo!  — Zdrowaś Marya, łaskiś pełna...  — Pan z Tobą — westchnął dziadek.  — Błogosławionaś między niewiastami...  Dziadek, zapatrzony w ptaki, rzekł:  — Jaskółki!  Ktoś z pod ściany odpowiedział:  — Wiosna!  — Przyleciały!  — Módl się za nami grzesznymi...  — Cyyt! — syknął dziadek.  Za drzwiami zamkniętemi słychać odgłos rzeźkich i śmiałych stąpań.  Rozmowa! Głośna, rzeźka! Wszyscy wstali. Oczy tkwiące w zamkniętych drzwiach oschły z wilgotnego szkliwa, rozszerzyły się; świecił w nich strach. Minuta płynęła długo, jak godzina; przepłynęła, drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwoje ludzi: kobieta w białym czepku, brzemię jakieś małe, białe w ręku podnosząc, rzekła: — Syn!  Mężczyzna z nad białego czepca kobiety wymówił:  — Zdrowa!  Wtedy pokój napełnił się gwarem. Opadły z gardeł pętlice i głosy dobywały się z nich wolne, śmiałe, śmiejące się, ciekawe. Pękły na sercach obręcze i serca rozszerzyły się, odetchnęły rozkoszą, oblały się ciepłem, w którem stajała skamieniałość rysów. Oczy błyszczały, ustami wstrząsały uśmiechy, ramiona wyciągały się, obejmowały i splatały. Okrzyki wesołe, żarty przyjajacielskie, kroki lekkie, wołania pieszczotliwe, pieszczoty w przelocie rzucane — radość! Świegotały wróble w różowawych gałęziach drzew; pływały jaskółki po błękitach; padały z dachu brylanty roziskrzone; iskrzyły się, wzlatywały, śpiewały serca w złotej radości... Zniknęło z kąta skrzydło żałoby, zniknęła nadzieja słabopióra; po pokoju, sama jedna, zwijała się złota radość.  Skąd przyszedł? II.  Skąd spływała?  Owszem, światełko istniało. W ciemnościach świeciła, na brzydkim słupie zawieszona, latarnia uliczna i przez zapłakane szkiełka, słała po wodach stojących mętne i martwe połyski.  Ramiona opuścił, głowę nizko pochylił i myślał, myślał...  Co ujrzał? III.  — Nie wraca! — powtórzył inny.  — A dokąd płynie rzeka?  — Do morza bezpowrotnej fali!...  — Pamiętasz?  — Jakże daleka!  Ale szedł...  — Może zamiast ratować, podeptaćbym ich powinien?  — Ani upleść japońskiego wachlarza do zawieszenia na ścianie!  — Ani to pachnie, ani głaszcze, ani błyszczy, ani bawi!  — O co mu idzie? co zamierzył? do czego dążyć próbuje?  — Pewnie wodzem naszym chce zostać!  — Królem!  — Bożyszczem!  — Marzy o tem, abyśmy mu na głowę włożyli wieniec z dębowych liści uwity!  Usiadł na kwitnących wrzosach i puścił wzrok po krajobrazie milczącym i smutnym. Szeroki rozłóg piasku wiatry okrywają drobnem pismem nieczytelnem, dymy pastusze kreślą w powietrzu kręte hieroglify, a dalej jeszcze przerzynają je suche linie majaku wzniesionego na jałowem wzgórzu.  Po co przyszedł? IV.  Czy już nadchodzi? — zapytał w ciemności głos.  — Gdybyś była okryta purpurą, zwieńczona koroną, opromieniona blaskiem, bijącym z chwalby wszechstworzeń; gdybyś na wozie upowitym w tęcze i zaprzężonym w słoneczne rumaki, pod obłokami święciła dzień tryumfu, na klęczki przed sobą rzucając wszystko, co żyje; gdyby z rąk twoich padały perły i róże, a nad głową w wieniec rajskie kolibry wiązały się zwycięskiemi palmami — może pierś moja zajękłaby krzykiem krzywdy, że nie wiem co — szczęście. Lecz gdy oblicze twe pociemniałe od smutków niezgłębionych, srebrzysta szata na złe wiatry rozwiana, korona skruszona, pierś w ranach, stopy w łańcuchach, a tryumf w przepastnych oddalach przyszłości, o! niepoznana, zdradzana, znieważana, żałośna, u twego łona, zawieszam płomyk, który przyniosłem z sobą i który jest moją duszą, do skutych stóp twych czoło pochylam i twoją przyćmioną jasność przekładam nad słońca, które w płomiennych tryumfach przebiegają gwiaździste kobierce przestworzy. Gdy majowe bzy kwitły, dostrzegłem cię na czarodziejskiej tarczy, która z pod niebios przyświeca ziemskim nocom; przez skwarne lato szedłem ku smudze dalekiej twej jasności; a gdy miesiąc zgonu suchymi palcami do szyb mych zapukał, wezbrać pragnę we wszystką siłę, we wszystek głos, we wszystek blask, we wszystką ponętę i wiosny i lata, aby dzwonieniem skowronkowem i śpiewem słowiczym, szmerem traw nowonarodzonych i wonią zroszonych runi, purpurą róż rozkwitłych, złotem kłosów, szumem lasów, szmerem krynic, pluskiem rzecznej fali, hukiem morza, łoskotem gromów, krzykiem i pieśnią serca, które kocha — na cały świat zawołać, że jestem sługą twoim. Wolę całować rany twe, aniżeli pić jego nektary. Jestem twoim!  Co kochał? V.  Dokąd odszedł?