Z powodu ograniczeń technicznych tekst Chłopów w wersji do druku został podzielony na części: Jesień Zima Wiosna Lato Chłopi Władysław Reymont Jesień I JESIEŃ. I.  ...Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.  — Na wieki wieków, moja Agato, a dokąd to wędrujecie, co?  — We świat, do ludzi, dobrodzieju kochany — w tyli świat!... — zakreśliła kijaszkiem łuk od wschodu do zachodu.  — Wypędzili was Kłębowie, co? A może to ino niezgoda?.. może...  Nie zaraz odrzekła, wyprostowała się nieco, powlekła ciężko starymi wypełzłemi oczami po polach ojesieniałych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach.  Trza było... roboty już la mnie nie miały... na zimę idzie, to jakże — darmo mi to dadzą warzę, abo i ten kąt do spania?...  A na zimę we świat, po proszonem.  A jużta Jezusiczek przenajsłodszy biedoty opuścić nie opuści.  — Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju!  — Idźcie z Bogiem — idźcie — szeptał zakłopotany, podnosząc ją z ziemi.  — Walek... brózda krzywa... te.... — zawołał, unosząc się nieco, i chodził już oczami, krok za krokiem za parą tłustych siwków, ciągnących pług ze skrzypem.  Cicho było, ciepło i nieco sennie.  Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu, przymglonem kurzawą słoneczną; na wysokim, bladym błękicie leżały gdzie niegdzie bezładnie porozrzucane ogromne białe chmury, niby zwały śniegów, nawiane przez wichry i postrzępione.  A pod niemi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola, niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów — misa, przez którą jak srebrne przędziwo, rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka z pod olch i łozin nadbrzeżnych. Wzbierała w pośrodku wsi w ogromny podłużny staw i uciekała na północ wyrwą wśród pagórków; na dnie kotliny, dokoła stawu leżała wieś i grała w słońcu jesiennemi barwami sadów — niby czerwonożółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu, od której do lasów wyciągało się długie, splątane nieco przędziwo zagonów, płachty pól szarych, sznury miedz, pełnych kamionek i tarnin — tylko gdzie niegdzie w tej srebrnawej szarości rozlewały się strugi złota — łubiny żółciły się kwiatem pachnącym, to bielały omdlałe, wyschłe łożyska strumieni, albo leżały piaszczyste senne drogi i nad niemi rzędy potężnych topoli zwolna wspinały się na wzgórza i pochylały ku lasom.  — Na sprzedanie prowadzisz, co?  — Co tam słychać, Moszku?  A potem leciał od lasu chłopak z butelką, ale ten, ujrzawszy księdza przy drodze, okrążył go zdala i biegł naprzełaj pól do karczmy.  To znowu chłop z sąsiedniej wsi wiózł zboże do młyna, albo żydówka pędziła stado kupionych gęsi.  — Doórz do brzózek i do domu... na nic się konie zmachają.  I poszedł wolno miedzami, odmawiał półgłosem modlitwy i jasnem, pełnem kochania spojrzeniem ogarniał pola...  Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco:  — Szczęść Boże w robocie!  — Boże zapłać, dziękujemy! — odpowiedzieli razem, prostując się, i ruszyli wszyscy do ucałowania rąk dobrodzieja kochanego.  — A Borynowe.  — Bóg zapłać dobrodziejowi, zdrów się chowa i coś niecoś bałykuje.  — No, zostańcie z Bogiem.  — Panu Bogu oddajem.  — Lepszego to na całym świecie nie znaleźć — zaczęła któraś z kobiet.  — Kto? — spytała Anna, podnosząc się.  — A stara Agata.  — Na żebry...  — Biednemu to zawsze, na ten przykład, wiatr w oczy — dorzucił jeden z komorników, stary, wynędzniały chłop z krzywą gębą.  — Kopta no, ludzie, kopta — popędzała Anna nierada tokowi rozmowy.  — Ale, kawalery zawdy — rzekła insza kobieta.  — A tyle dziewuch się starzeje, albo i służby szukać idzie...  — A ktoby krowy doił, ktoby opierał, ktoby kole gospodarstwa abo i śwyń chodził...  — I patrzy ino kogoby puścić pod pierzynę, któren aby mocny! — dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka.  — Józek Banachów posyłał z wódką — nie chciała.  — Cie... dziedziczka zapowietrzona.  — Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! toby już grzech i obraza boska była... — szeptały do siebie, kopiąc i nie podnosząc głów.  — A bo to co robi, ino żre, a wysypia się, to nie ma urodna być...  A potem już zrzadka pogadywały to o tem, to o owem, aż i zamilkły, bo któraś dojrzała, że od wsi rżyskiem, bieży Józka Borynianka.  Jakoż i ta nadbiegła zziajana i już zdaleka krzyczała:  — Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało.  — Jezus Marja, a której?..  — A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę...  — Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej... — zawołała z ulgą Anna.  — Ojca to niema?  — Duchem ci lecę, w to oczymgnienie.  Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichem omroczonem powietrzu.  — Ale szkoda, ta graniasta to cielna krowa.  — I... nie na biedaka trafiło.  — A bo to Hanka nie gospodyni.  — Hale, albo to Boryna nie mógłby grunt oddać Antkowi, co?  — A sam pójdzie do nich na wycug, co?... Starzyście, Wawrzku, a docna jeszcze głupi — zaczęła żywo Jagustynka. — Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, może się ożenić, a głupiby był, żeby dzieciom zapisywał.  — Już dwie żony pochował.  — Niech se pochowa i trzecią. Panie Boże mu pomóż, a niech dzieciom póki żyw nie daje ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. — Ścierwy, wyrychtowałyby go, kiej moje mnie. Dałyby mu wycug! że na wyrobekby chodził, z głoduby zdychał abo i na żebry po proszonem szedł. Oddaj ino co masz dzieciom — to ci oddadzą, rychtyk ci tego starczy na sznureczek, abo i na ten kamień do szyi...  — Czas, czas! słońce już zaszło. Aj, nie chodź kiele woza — Aj, nie trzymaj się osi, Aj, nie daj chłopu gęby, Aj, choć cię pięknie prosi.  — Cie, głupia, wrzeszczy, kieby ją kto ze skóry obdzierał. II II.  — Granula, biedoto, granula! — wołała łzawo, aż buchnęła płaczem i lamentem serdecznym.  — A możeby Ambroży co poradził? — zaproponowała któraś.  — Prawda, na chorobach on jest znający — zawtórowali.  — Bieżyjno Józia. Na Anioł Pański dzwonili, to musi jeszcze być przy kościele. Laboga, a jak ociec nadjadą, będzie to pomstowanie, będzie. — A przeciech my niczego niewinowate! — narzekała płaczliwie.  — Nie pleć byle czego po próżnicy — mruknął, podcinając konie.  — Graniasta, najlepsza krowa, ażeby was, ścierwy, pokręciło, kiej tak pilnujecie — rzucił lejce synowi i z batem w garści pobiegł przodem.  — Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu — tłumaczyła się cicho Hanka.  — A bo ty co kiej widzisz! — krzyknął z wściekłością. — A bo ty stoisz o moje!  — Ziemniaków w polu dużo? — zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce.  — A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków.  — Trzeba dzisiaj zwieźć.  — Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią.  — Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj zwieźć. — Deszcz ano być może.  — Witek! Witek! — jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał.  Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął z małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz.  — Gdzie Witek pasł krowy? — zapytał, krając potężny glon chleba z bochna, jak przetak wielkiego.  — Na dworskich zagajach, i borowy go stamtąd wygonił.  — Ścierwy, zmarnowali mi bydlę.  — Przecięch, tylo krowa, to się i zlachała w tem gonieniu, że się w niej cosik zapaliło.  — Dziadaki psiekrwie. Paśniki są nasze, w tabeli stoi kiej wół, a one cięgiem wyganiają i pedają, co ich.  — Drugich też powyganiali, a chłopaka Walkowego tak zbił, tak zbił...  — Ha! do sądu trza abo i do komisarza. Trzysta złotych warta, jak nic.  — Pewnie, pewnie — przytakiwała rada niezmiernie, że ociec się udobruchali.  — Śpią se kiej dziedzic, a ty parobku rób — mruknął ze złością, bo ojcowe chrapanie rozlegało się aż na ganku.  Poszedł na podwórze i raz jeszcze przyjrzał się krowie.  — Juścik ojcowa krowa, ale i nasza strata — rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza.  — Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko.  — Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził.  — Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki — szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły narozcież.  — Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry — rzucił Antek.  I już nie mówili, słychać było tylko, grochot zsypywanych na klepisko ziemniaków.  — Józia, a gospodarz źli?..  — O Jezu, spierą cię, chudziaku, spierą... tak pomstowali — odpowiedziała, wytykając ku światłu głowę i osłaniając ręką twarz, bo krowa chlastała ogonem, oganiając się od much.  — Ale... bom to winowaty... ale... borowy mię wygnał i jeszcze chciał kijem sprać, inom uciekł... a granula zarno się jęła pokładać, a porykiwać, a stękać, żem do chałupy przygnał...  Zamikł, ale słychać było ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem.  — Witek... a nie bucz kiej ciele, bo ci to pierwszyzna, że cię ociec spierą?...  — Juści, że nie pierwszyzna, ale zawdy tak się bojam... bo nijakiej wytrzymałości na bicie nie mam...  — Głupiś, parobek tyli a boja się... już ja przełożę tatusiowi...  — Przełożysz, Józia? — zawołał radośnie — bo to borowy mię wygnał z krowami, bo...  — Przełożę Witek, ino się już nie bojaj!..  — Kiej tak... to naści tego ptaka! — szepnął z radością i wyjął z zanadrza drewniane cudło. — Obacz ino, jak się sam rucha.  — Bociek, Jezu, a dyć się rucha kiej żywy! — zawołała zdumiona, odstawiła szkopek, przykucnęła przed progiem i z najżywszą radością i zdumieniem patrzyła.  — Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?  — A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie — o... — odwrócił go, i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję, podnosił nogi i szedł.  Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić jego ruchami, tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka — podziw w nich był a zdumienie.  — Józia! — rozległ się głos Boryny z przed chałupy.  — A czegoj?... — odkrzyknęła.  — Chodzi ino.  — Kiej dojem krowy.  — Pilnuj tu, bo idę do wójta — powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory — niema tutaj tego znajdka, co?  Pykał od czasu do czasu i wlókł się wolno; bolały go wszystkie kości, i żale za krową raz wraz go markociły i rozbierały.  — A teraz co?...  — Niech będzie pochwalony zabrzmiał jakiś głos.  W oknach się świeciło i pieski ujadać poczęły.  Wszedł prosto do świetlicy.  — Wójt doma? — zapytał tłustej kobiety, klęczącej przy kołysce i karmiącej dziecko.  — Zarno wrócą, pojechał po ziemniaki. Siadajcie Macieju, a dyć i ci też czekają na niego — wskazała ruchem brody dziada, siedzącego przy kominie; był to ten stary ślepiec, wodzony przez psa; czerwonawe światło szczap ostro opływało jego ogromną, wygoloną twarz, łysą czaszkę i szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruch mo tkwiące pod siwemi, kr aczastemi brwiami...  — Skąd to Pan Bóg prowadzi? — zapytał Boryna, siadając po drugiej stronie ognia.  — Ze świata, a skądżeby gospodarzu — odpowiadał wolno rozlazłym, jęczącym, iście proszalnym głosem i nadstawiał pilnie uszów, a wyciągnął tabakierkę.  — Zażyjcie gospodarzu.  Maciej zażył rzetelnie i kichnał raz po raz trzy razy, aż mu łzy w oczach stanęły.  — Tęga jucha! — i rękawem tarł załzawione oczy.  — Niech wam będzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy.  — Wstąpcie jutro do mnie, krowem dorznął, to się tam jaka sztuczka la was znajść znajdzie.  — Bóg zapłać... Boryna, widzi mi się, co?..  — A juści, żeście to rozeznali?.. no, no.  — Po głosie ino, po gadaniu.  — Cóżta we świecie słychać? Wędrujecie cięgiem.  — Moiściewy, a cóżby! A to źle, a to i dobrze, a to i różnie, jak we świecie. A wszyscy piszczą, a narzekają, jak przyjdzie dziadowi co dać abo i drugiemu, ale na gorzałę mają.  — Prawdę rzekliście, bo ano tak i jest.  — Ho, ho! tyle roków się człek telepie po tej świętej ziemi, to się i wie różnie.  — A gdzieście to podzieli tego znajdę, co was prowadzał łoni — zapytała wójtowa.  — Poszedł se ścierwa, poszedł, wyłuskał on mi dobrze torbeczki... Miałem coś grosza od ludzi ochfiarnych, com go niósł na wotywy do Czestochowskiej Panienki, to mi jucha podebrał i poszedł we świat! Cichoj Burek! bo to pewnikiem wójt! — pociągnął sznurkiem, i pies warczeć przestał.  Zgadł, bo wójt wszedł, bat rzucił w kąt i od progu wołał:  — Żono jeść, bom głodny kiej wilk — jak się macie Macieju, a wy czego dziadu?..  — Ja do was wedle tej mojej sprawy, co ma być jutro.  — Siadajcie Macieju z nami, zjecie co jest — zapraszała wójtowa, kładąc trzecią łyżkę.  — Bóg zapłać. Przyjechałem z boru, tom se już dobrze podjadł...  — Bierzcie się ano za łyżkę, nie zaszkodzi wam, teraz już wieczory długie...  — Długi pacierz i duża miska, jeszcze bez to niktoj nie pomarł — rzucił dziad.  Boryna wzdragał się, ale wkońcu, że słonina mocno raziła mu nozdrza, przysiadł się do ławki i pojadał zwolna, delikatnie, jak obyczaj kazał.  A wójtowa raz wraz wstawała i dokładała kartofli, to mleka przylewała.  Dziadowski pies się kręcił i skamlał zdziebko do jadła.  — Cichoj Burek, gospodarze ano jedzą... i ty dostaniesz, nie bój się... — uspokajał go dziad i wciągał nozdrzami smakowitą woń, a przygrzewał ręce przy ogniu.  — To Jewka was podobno zaskarżyła — zaczął wójt, podjadłszy nieco.  — A ona ci! żem to jej zasług nie wypłacił. Zapłaciłem, jak Bóg w niebie, i jeszczem ponadto, z dobrego serca księdzu za chrzciny dał worek owsa...  — Ona powieda, że ten dzieciak to...  — W imię ojca i syna. Wściekła się, czy co?  — Ho, ho! stary z was, a jeszcze majster! — Wójtowie poczęli się śmiać.  — Staremu prędzej się przytrafi, bo praktyk ci jest i znający! — szeptał dziad.  — Ona skarży na was.  — Zakatrupię ścierwę, cygana pieskiego!  — Ale do sądu trza wam iść.  — U wdowca, to kiej między wilkami owca — powiedział znowu dziad.  — Bobyście się Macieju ożenili i miałby kto gospodarstwa pilnować.  — Dopieroby na wsi wydziwiali — powiedział Boryna.  — Hale — ludzie wama zwrócą krowę abo i co poradzą, abo i kiele gospodarstwa chodzić będą, abo się nad wami użalą — zagadała gorąco wójtowa.  — Albo i ciepłą pierzynę narządzą — zaśmiał się wójt. — A we wsi tyle jest dziewuch, że jak się idzie między chałupami, to bucha kiej z pieca...  — Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu się zachciewa...  — A Zośka Grzegorzowa na ten przykład, śmigła, piękna i wiano niezgorsze.  — A cóżto Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi.  — Ktoby ta miał dobra i grontu dosyć — zaoponował dziad.  — Ni, Grzegorzowa nie la nich — podjął wójt — za mdła i młódka to jeszcze.  — A Jędrkowa Kasia — wyliczała dalej wójtowa.  — Zmówiona. Wczoraj Rochów Adam posyłał z wódką.  — Jest ci jeszcze Stachowa Weronka.  — Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze.  — A wdowa po Tomku, jakże to jej... całkiem jeszcze do żeniaczki...  — Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kożuch po nieboszczyku.  — A Ulisia tego Wojtka, co to za kościołem siedzi?..  — I... to la kawalera... z przychowkiem, chłopak mógłby już być do pasionki, ale Maciejowi tego nie potrza, ma już pastucha swojego.  — Jestci jeszcze, jest tego nasienia pannowego, ale ino wybieram takie, coby pasowały la Macieja.  — A zabaczyłaś o jednej, coby była la nich w sam raz.  — Którna?..  — A Jagna Dominikowa?  — Prawda, całkiem o niej przepomniałam.  — Sielna dziewucha, a rosła, że bez płot nie przejdzie, bo żerdki pod nią pękają... a piękna, biała na gembie, a urodna kiej jałowica.  — Jagna — powtórzył Boryna słuchający w milczeniu wyliczania — a to powiedają o niej, że łasa na chłopaków.  — Ale, był to kto przy tem, to wie! Pleciuchy pletą byle pleść, a wszystko ino przez zazdrość — broniła mocno wójtowa.  — Ja też nie powiedam sam z siebie, ino tak pogadują. — Ale trza mi iść —— poprawił pasa, wraził węgielek we fajkę i pyknął parę razy.  — Na którą to w sądzie? — zapytał spokojnie.  — Na dziewiątą napisane w powiestce. Musicie do dnia wstać, jeśli na piechty.  — I... źróbką se wolno pojadę. Ostańcie z Bogiem, dziękuję wama za pożywienie i somsiedzką radę.  Maciej sam nie wiedział, dlaczego nie poszedł prosto do domu, a wybrał dłuższą drogę, może, aby przejść koło domu Jagny, a może, aby zebrać nieco myśli i pomedytować.  — Wrzeszczałyby juchy, wrzeszczały! — pomyślał o dzieciach, ale wnet fala mocy i pewności zalała mu serce i skrzepiła głuche jeszcze, wahające postanowienia.  — Urodna jucha, to urodna! — myślał. Ja za wodą, ty za wodą, Podam ci ją na listeczku, A naści-że kochaneczku... III III.  — Zaraz Kuba, zaraz! — i przytulał się do legowiska.  Gospodarz spali jeszcze, w oknach chałupy zapalały się krwawe brzaski zórz, a gęste, białe mgły zwlekały się zwolna ze stawów, kołysały ciężko i posuwały wgórę podartemi szmatami.  — Hale! aligant jucha, wybiera se pchły, kiej baba na wesele!  — ...Ziemniaki do połednia zwieziemy, a pod wieczór do lasu, po ściółkę — nie bój się, ściółka lekka, nie zgonię cię...  — Hale, parob żydowski! Żreć, tobyś choć i czysty owies żarł, a do roboty cię niema, bez bata jucho z miejsca nie ruszysz, co?  — Zjadłbyś i ty, co? To naści–że chlebaszka, naści! — Wyjął z za pazuchy kawałek i rzucił, pies pochwycił i schował się do budy, bo świnie ano leciały mu wydrzeć.  Westchnął do tego jadła i powlókł się budzić Witka...  — Słońce ino, ino — zarno się pokaże... Krowy trza wypędzać.  Gospodarz zaspali dzisiaj, bo słońce już weszło i rozczerwieniło szrony i zapaliło łuny w wodach i szybach, a z chałupy nikt się nie pokazywał...  — Pomarzły, czy co?  Ale Kuba wziął ino w rękę, przyłożył do ucha dmuchnął w oczy i rzekł:  — Lećta se do matuli, lećta — szeptał, patrząc, jak jaskółki siadały na kalenicy obory, czesały się dziobkami i szczebiotały jakby dziękczynienia.  A Łapa siedział przed nim na zadzie i skomlał uciesznie, a co który ptaszek wyfruwał, rzucał się za nim, biegł kilka kroków i zawracał zpowrotem stróżować.  — Ale, złap wiater w polu — mruczał Witek i tak się zatopił w rozgrzewaniu jaskółek, że ani widział, kiedy Boryna wyszedł z za węgła i stanął przed nim.  — Ptaszkami się ścierwo zabawiasz, co?  Porwał się, by uciekać, ale już gospodarz chwycił go krótko za kark i drugą ręką szybko odpasywał szeroki, twardy pas rzemienny.  — Adyć nie bijcie, adyć! — zdążył krzyknąć jeno.  — Takiśto pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa się zmarnowała, co... Ty znajdku, ty pokrako warsiaska! ty! — i bił zapamiętale, gdzie popadło, aż rzemień świszczał, a chłopak wił się kiej piskorz i wrzeszczał:  — Nie bijta! Loboga! Zabije mię! Gospodarzu!... O Jezu, ratujta...  — Jezu, zabili mę, zabili mę! — ryczał i tak pędził, aż mu reszta jaskółek wylatywała z za pazuchy i rozsypywała się po drodze.  Trzasnął drzwiami i poszedł na swoją stronę.  — Rychło daj jeść, bo trza mi jechać…  Złość w nim zbierała, aż poklinał zcicha i rzucał szmatami po izbie a butami.  — To niby kiej zamrę! Poczekaj jucho, poczekaj — myślał ze złością. — Póki się ino rucham, nie powąchasz ty ani zagona! Widzisz go, mądrala!  Kartofle już mocno perkotały w kominie, gdy Józka przyszła od udoju i wnet narządziła śniadanie.  — Józka! A mięso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie się już zwiedziały, to się ich tu naleci, ino nie borguj nikomu. Pośladek ostaw la nas; zawoła się Jambroża, to zasoli i przyprawi…  — A dyć i kowal umieją…  — Ale, podzieliłby się kiej wilk z owcą.  — Magdzie będzie markotno, że to nasza krowa a ona nawet nie obaczy.  — To la Magdy wytnij jaką sztuczkę i zanieś, ale kowala nie wołaj.  — Dobryście tatulu, dobry.  — Hale córuchno, hale! Pilnuj tutaj, a już ci bułeczkę przywiezę, abo i co.  Podjadł se niezgorzej, opasał się pasem, przygładził poślinioną dłonią zwichrzone i rzadkie włosy, ujął bat i jeszcze się rozglądał po izbie…  — Bym czego nie przepomniał. — Chciało mu się zajrzeć do komory, ale się powstrzymał, bo Józka patrzała, więc się przeżegnał i ruszył.  A już z wasąga, zbierając w garść parciane lejce, rzekł Józce na ganek:  — Skończą ziemniaki, to zaraz iść grabić ściółkę, kwitek jest za obrazem. A niechta zetną jakiego grabka abo i chojkę — przyda się.   Wóz ruszył i już był w opłotkach, gdy Witek mignął pod jabłoniami.  — Zahaczyłem...? prru... Witek! Prru! Witek, puść krowy na łąki, a pilnuj, bo cię jucho spierę, że popamiętasz!  —  Ale, pocałujta mę gdzieś... — odkrzyknął hardo znikając za stodołą.  — Będziesz tu pyskował, jak zlezę, to obaczysz...  Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawo złocistym kobiercem, pociętym gęstemi pręgami cieniów, jakie rzucały pnie topoli, bo słońce zboku świeciło.  Dopiero pod lasem przecknął na dobre i wstrzymał konia.  — Wschodzi niezgorzej — szepnął, przyjrzawszy się pod światło szarym zagonom, ordzawionym krótką szczotką wschodzącego żyta.  — Kawał pola, a przyległo do mojego, kieby kto z umysłu narządził. Żyto, widzi mi się wczoraj posiały. — Ogarnął pożądliwem spojrzeniem zbronowane zagony, westchnął i wjechał w las.  — Srokowe wesele — deszczu będzie wiele. — Przypiął parę batów źrebicy i jechał kłusem.  Sądy nie były jeszcze zaczęte.  — Jacek! buciki panienkom!  — Zaraz, zaraz!  Samowar już niby wulkan huczał i buchał płomieniami.  — Jacek! wodę panu do mycia.  — Dyć zara, zrobi się wszyćko, zrobi! — I spocony, nieprzytomny, ganiał po sieni, aż dudniło, powracał, dmuchał i znowu leciał, bo pani krzyczała:  — Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje pończochy?!..  — Ale! ścierwa nie samowar!  — Cichojta ścierwy, bo ano sąd idzie!..  Sądy się rozpoczęły.  Skazany zaocznie.  Sprawa o woranie się.  Odłożona z braku dowodów.  Sprawa o kradzież leśną, w borze sędziego; stawał rządca — oskarżeni chłopi z Rokicin.  Skazani na kary pieniężne lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie.  Nie przyjęli wyroku, pójdą do apelacji.  I tak głośno zaczęli wykrzykiwać na niesprawiedliwość, bo las był wspólny, serwitutowy, aż sędzia skinął na Jacka, i ten zagrzmiał:  — Cichojta, cichojta, bo tu sąd nie karczma.  I tak szła sprawa za sprawą, kieby skiba za skibą, równo i dość spokojnie, czasem tylko podnosiły się skargi, abo chlipanie, abo i przekleństwo, ale te Jacek wnet przyciszał.  Z izby ubyło nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyło tyle nowych, że stali zbici kieby w snop, że nikto poruszyć się nie mógł i zrobił się taki gorąc, iż ani odetchnąć, aż sędzia polecił otworzyć okna.  Teraz szła sprawa Bartka Kozła z Lipiec o kradzież świni u Marcjanny Antonówny Pacześ. Świadkowie: taż Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek i t. d.  — Świadkowie czy są? — zapytał ławnik.  — Jesteśmy! — zawołali chórem.  Boryna, który dotąd samotnie a cierpliwie stał przy kracie, przysunął się nieco do Paczesiowej przywitać, boć to była Dominikowa, matka Jagny.  — Oskarżony, Bartek Kozioł, bliżej, za kratę.  Niski chłop przepychał się ze środka tak gwałtownie, aż kląć poczęli, że depcze po kulasach i przyodziewek ozdziera.  — Cichojta ścierwy, bo prześwietny sąd mówi! — krzyknął Jacek, wpuszczając go.  — Wy Bartłomiej Kozioł?  Chłop drapał się frasobliwie po gęstych, równo obciętych włosach; głupowaty uśmiech skrzywił mu suchą, wygoloną twarz, a małe rudawe oczki chytrze skakały po sędziach niby wiewiórki.  — Wy Bartłomiej Kozioł? — zapytał znowu sędzia, bo chłop milczał.  — Dyć juści, onci Bartłomiej Kozioł, dopraszam się łaski prześwietnego sądu! — piszczała ogromna kobieta, wpychając się siłą za kraty.  — A wy czego?  — Dopraszam się łaski, a dyć ja żona tego chudziaka, Bartka Kozła — i kłaniała się ręką do ziemi, aż wyrurkowanym czepcem zawadzała o stół sędziowski.  — Świadkujecie?  — Niby to za świadka? ni, jeno dopraszam się...  — Woźny, wyrzuć ją za kratę.  — Wychodźta kobieto, bo nie la was tu miejsce... Chwycił ją za ramiona i pchał zadem.  — Dopraszam się prześwietnego sądu, kiej mój ano nie dosłyszy na ten przykład... — krzyczała.  — Wychodźta, póki po dobremu — i aż jęknęła, tak ją ciepnął na kratę, bo ani kroku po dobroci ustąpić nie chciała.  — Wyjdźcie, będziemy głośno mówili, to choć on Kozioł a usłyszy!  Zaczęło się wreszcie badanie.  — Jak się nazywacie?  — Hę?.. a, przezywam?.. Przeciech wołali mę, to niby wiedzieć wiedzą...  — Głupiś. Jak się nazywacie? — indagował nieubłaganie sędzia.  — Bartek Kozioł, prześwietny sądzie — rzuciła żona.  — Ile lat?  — Hę?.. a, lat?.. bo ja to pomnę! Matka, wiele to ja mam roków?..  — Pięćdziesiąt i dwa, widzi mi się, będzie na zwiesnę.  — Gospodarz?..  — I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz.  — Był już karany?  — Hę?.. karany?..  — Czy siedzieliście w kozie?  — To niby w kreminale?.. karany?.. Matka, byłem to w kreminale, hę?..  — A byłeś Bartku, byłeś, a to cię te ścierwy dworskie o to zdechłe jagniątko...  — Juści, juści... na paśniku znalazłem zdechłe jagnię... wzionem, co miały psy rozwłócyć... poskarżyły, przysięgły, com ukradł, sąd przysądził... wsadziły mę i siedziałem... Niesprawiedliwość jest ino, niesprawiedliwość... — mówił głucho i obzierał się nieznacznie na żonę.  — Oskarżeni jesteście o kradzież maciory Marcjannie Pacześ! Wzięliście ją z pola, zagnali do domu zarznęli i zjedli! Co macie na swoją obronę?..  — Hę? Zjadłem! Żebym tak Boga przy skonaniu nie oglądał, że nie zjadłem... Moiściewy, zjadłem!.. o świecie, świecie rodzony, ja zjadłem — wołał żałośnie.  — Cóż macie na swoją obronę?  — Obronę?.. miałem to co rzec, matka?.. Juści, baczę; niewinowatym, świni nie zjadłem, a Marcjanna Dominikowa, na ten przykład, szczeka bele co kiej ten pies, że ino chycić za ten paskudny pysk a sprać... a...  — O ludzie, ludzie!.. — jęknęła Dominikowa.  —  To już sobie później zrobicie, a teraz mówcie, jakim sposobem świnia Paczesiowej znalazła się u was?..  —  Świnia Paczesiowa... u mnie?.. Matka, co to wielmożny dziedzic rzekli?..  — Baczę, juści że baczę, bo prosiak to był a nie świnia żadna; dopraszam się łaski wielmożnego sądu, niech słyszą, com ano rzekł, i przywtórzę; prosiak to był a nie świnia; białny prosiak a kiele ogona abo i zdziebko poniżej, czarnołaciaty.  — Ty złodzieju świński! ty zbóju! ty!.. — i rozczapierzyła palce, jakby go chycić chciała.  Ale Bartkowa rzuciła się do niej z krzykiem.  — Co, biłabyś go, suko jedna, biłabyś, czarownico, kacie synowski, ty!  — Uciszyć się — zawołał sędzia.  — Mówcie Bartłomieju, mówcie wszystko a prawdę.  To tak było.  — A potem zarznęliście i zjedli, prawda? — rzekł sędzia rozbawiony.  — Wszystko?.. a cały zad to gdzie?.. — syknęła złowrogo Dominikowa.  — Widziałaś, co? Widziałaś! — wrzasnęła Kozłowa, przyskakując z pazurami.  — A kartofle z organistowego dołu, to kto?... A cięgiem cosik komuś we wsi ginie, to gąska, to kury, to sprzęt jaki — ciągnęła nieubłaganie.  — Ty ścierwo! Coś ty robiła za młodu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami, to ci tego nikt nie wypowiada, a ty kiej ten pies...  — Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spierę, że... Wara!... — ryknęła wielkim głosem, ugodzona jak w żywe mięso.  — Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepnę! — uciszał Jacek, podciągając parcianek.  Zaczęło się przesłuchiwanie świadków.  Potem zawezwano Marcjannę Piesek i innych.  Po przerwie i odczytaniu wyroków, przyszła na stół sprawa Boryny.  — Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, prześwietny sądzie!  — Cygani jak ten pies — mruknął Boryna ze zgrozą.  — Ja cyganię?! A dyć wszystkie, a dyć całe Lipce wiedzą, że...  — Żeś suka i latawiec...  — Wielmożny sądzie, a przódzi to mi ino mówili: Jewka, Jewuś, i jeszcze słodziej, a to mi paciorki przywieźli, a to często gęsto bułkę z miasta i mówili: naści Jewuś, naści, boś mi najmilejsza... a teraz, o mój Jezu, mój Jezu!... — poczęła ryczeć.  — Cygan jucha, możem cię jeszcze pierzyną przyodział i mówił: śpij se, Jewuś, śpij!...  Izba zatrzęsła się śmiechem.  — Wielmożny sąd sam obaczy, czyje ono; o ten ci sam nos kiej kartofel, te same bure ślepie i kaprawe... Kropla w kroplę nikt jenszy, jeno Boryna!... — wołała.  Ale już i sąd nie mógł powstrzymać się od śmiechu, a naród aż huczał z uciechy, przyglądali się dziecku, to Borynie i raz wraz ktoś powiedział:  — To ci pannica, kiej ten pies odarty ze skóry!  — Boryna wdowiec, ożeniłby się z nią, a chłopak zdałby się do pasionki...  — Lenieje ci ona, kiej krowa na zwiesnę.  — A urodna! jeno grochowinami przytrząść i w proso wsadzić — wszystkie gapy uciekną...  — Już i tak psy uciekają, kiej Jewusia bez wieś idzie!...  — A gębusię ci ma, kiej pomyjami wymalowana...  — Bo gospodarna, raz w rok się myje, coby na mydło nie wydawać...  — Żydom w piecach pali, czasu nie ma, to i nie dziwota!.  Sprawa skończyła się na niczem.  Wyszedł zaraz ze sądu i, czekając na Dominikową, jął medytować i rozważać w sobie całą tę sprawę. Nie mógł zrozumieć poco i dlaczego skarżyła?  — Coby mu z tego przyszło?  — Bóg zapłać, pijcie przódzi, Macieju!  — Siadajcie Dominikowa ze mną, ckno samemu, pogwarzym...  Mało wiele pogadywali, choć siedzieli wpodle siebie na przedniem siedzeniu.  — Wykopaliście ta już co? — zagadnął wreszcie.  — A juści. Obrodziły latoś niezgorzej.  — Przychować będzie wama łacniej.  — Gorąc ci taki, kieby we żniwa.  — Rzekliście.  — Myślicie...  — Oczy swoje mam i miarkuję se zdziebko...  Milczeli znowu z pacierz dobry.  — Któren nie probant — co wie? Obaczycie!  — La zapisu! Kiej te świnie! Za tę morgę, to i młódka najczystsza a pójdzie, choćby za dziada z pod kościoła...  Milczeli długo.  — Nie idzie na lepsze, nie.  — Ma iść, kto ich to zniewoli?  — Dobry czas na miądlenie. Zlezę przy nich, bo jest tam i Jaguś moja.  — Nic mi z drogi, to was podwiezę...  — Dobrzyście, Macieju, że jaże mi dziwno... — uśmiechnęła się chytrze.  — Szczęść Boże na robotę! — zawołał Boryna do Jagny, która miądliła skraja zarno; w koszuli była ino, a w czerwonym wełniaku i w chustce na głowie od kurzu.  — Bóg zapłać! — odrzuciła wesoło i modre, ogromne oczy podniosła na niego, i uśmiech przeleciał przez jej urodną, opaloną twarz.  — Suchy, córuchno, co? — pytała stara, obmacując obmiądlone garście.  — Dzieucha kiej łania... W sam raz — rozmyślał. IV IV.  Była niedziela — cichy, opajęczony i przesłoneczniony dzień wrześniowy.  — Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz — upominał poważnie.  — Dyć baczę, Kuba, baczę.  — To czegój ślepiasz po sadach?  — Zjadłbyś! a sadziłeś je to, co? Powtórz „Wierzę".  — Głupiś! Jabłka są Kłąbowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz!  — Aleście je wzieni z dziedzicowego pola...  — Widzi mi się, co źróbka idzie w Michałową koniczynę — krzyknął gotowy do biegnięcia.  — Nie bój się o źróbkę a patrz pacierza...  Kończył wreszcie, ale już nie mógł wytrzymać, przysiadał na piętach, wykręcał się na wszystkie strony, a zoczywszy bandę wróbli na śliwkach, śmignął w nie grudką ziemi i śpiesznie bił się w piersi.  — A ochfiarowanie to zjadłeś kiej ulęgałkę, co?  Powiedział ochfiarowanie i z wielką ulgą wziął się do śpiącego Łapy i jął z nim baraszkować.  — Ale, gził się cięgiem będzie, kiej ten cielak głupi.  — Poniesiecie dobrodziejowi ptaszki?  — Poniesę...  — Spieklibym w polu.  — Spiecz se ziemniaków. Co mu się zachciewa!  A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy.  Ksiądz chodził po ogrodzie z brewjarzem w ręku, ale raz wraz potrząsał gruszą to jabłonką, że słychać było ciężkie pacanie owoców o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niósł do domu.  — Cóż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy.  — Juści... dyć parę kuropatków dobrodziejowi przyniosłem.  — Bóg ci zapłać. Chodź za mną.  Zaczęło się nabożeństwo.  — Beczycie, Kuba, kiej ta koza żydowska! — szepnął mu ktoś z boku.  — Bóg zapłać — usłyszał z lubością.  Procesja obchodziła kościół.  — Uważaj, niedojdo!  — Pokraka, kulas jeden! — rzucali mu, poszturchując nierzadko.  — Jagna, poczekaj — krzyknęła za nią matka, witając się z Boryną.  — Całkiem kiej na tym obrazie! — zawołał bezwiednie, siedząc już w ganku.  — Kto, Kuba? — pytała Józia, szykująca obiad...  — Pono ptaszki nosiłeś dobrodziejowi? — zagadnął Boryna.  — Nosiłem, nosiłem! — Położył znagła łyżkę i jął opowiadać, jako go to ksiądz wezwał na pokoje, jako tam pięknie, że tyla księgów.  — Kiedy to on wszystkie przeczyta? — ozwała się Józia.  — Kiedy? A wieczorami! Chodzi se po pokojach, popija arbatę i cięgiem czyta.  — Musi być... nabożne wszyćkie — wtrącił Kuba.  — Przeciech nie lementarze.  — A gazety to co dnia stójka przynosi — dorzuciła Hanka.  — Bo w gazetach piszą, co się dzieje we świecie... — ozwał się Antek.  — I kowal z młynarzem trzymają gazetę.  — I... to i taka kowalowa gazeta! — rzekł urągliwie Boryna.  — Takutka sama kiej księża — powiedział ostro Antek.  — Czytałeś? wiesz?  — Czytałem i wiem, a bo raz!  — I nie zmądrzałeś nic z tego, że się zadajesz z kowalem.  — La ojca to ino ten mądry, co chocia z półwłóczek ma abo i ogonów krowich z mendel.  — Zawrzyj gębę, pókim dobry! A to ino okazji szuka, żeby się kłyśnić! Chleb cię to rozpiera widzę... mój chleb...  — Ością on mi już stoi we grdyce, ością...  — Szukaj se lepszego, na Hanczynych trzech morgach będziesz jadł bułki.  — Będę żarł ziemniaki, ale mi ich niktój nie wymówi.  — Nie wymawiam ci i ja...  — Pewnie, że jest lepiej.  — To se idź i posmakuj.  — Z gołemi rękami nie pójdę.  — Kijek ci dam, cobyś się miał czem od piesków oganiać.  — Ociec! — wrzasnął Antek, zrywając się z ławki, ale opadł zaraz, bo Hanka ujęła go wpół, a stary popatrzył groźnie, przeżegnał się, jako że już było po obiedzie i, odchodząc do izby, rzekł twardo:  — Idzie... gęste kiej szczotka... — mruknął i obejmował oczami te morgi, które obsiewał za odrobek ojcu.  — Gęste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej bór! — mówiła Hanka, patrząc na sąsiednie zagony.  — Bo rola lepiej doprawiona.  — Mieć ze trzy krowy — toby i ziemia się pożywiła.  — I konia swojego.  — I przychować co na sprzedaż. A tak, co? każdą plewę, każdą obierzynę ociec rachują i mają za wielgie rzeczy.  — I wszystko wypomina!..  Zamilkli nagle, bo uczucie krzywdy zalało im serca żalem, gniewem i głuchym, szarpiącym buntem.  — Ino osiem morgów by wypadło — wykrzyknął bezwiednie.  — Przeciech!...  — Słać śle... — odpowiadał, myśląc o czem innem.  — Śpisz to?...  — Słucham, gadaj se, gadaj, to ci ulży! A jak skończysz, to mi powiedz...  A karczma stała na końcu wsi, za plebanją, na początku topolowej drogi.  — Półkwaterek ino krzepkiej! — zarządził wreszcie.  — W szkło? — zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.  — Juści że nie w but!..  — Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?  — Gdzieby... nowy Rok to?...  — Może dolać araku?  — Ale... nie chwaci... — Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.  — Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!..  — Zarobiliście w lesie?... — pytał Jankiel cierpliwie.  — Nie w lesie... — ptaszków, com je w sidła chycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotówkę...  — Złotówkę za sześć! Jabym za każdego dał Kubie dziesiątkę.  — Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?.. — zdumiał się.  — I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci!..  — Przyniesie Kuba?..  — Zastrzeliłby Kuba sarnę?..  — Kuba umie strzelić?..  Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo...  — Owsa?.. Przeciech koniom od pyska nie odejmę... — to jedno zrozumiał.  — Poco brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...  — To niby... — wytrzeszczał oczy i kalkulował.  — Jakże... złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. — zagrzmiał nagle, bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły.  — Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do djabła!.. — „A chto będzie za mną gonił?... za mną gonił...“ — „Oto ja... oto ja... oto ja...“ — odbąkiwały stękające basy, a bębenek trząsł się ino, a chichotał, a baraszkował i wrzawę czynił brzękadłami.  Magdusia właśnie ciągnęła go w kąt, do nalepy i cosik mu mówiła płaczącym głosem, a on jej na to raz wraz powiadał:  — Oskubałabym ci ten łeb barani, żebyś mnie tak zrobił! — wykrzyknęła Jagustynka, która zawsze bywała tam, gdzie i wszyscy, bo chociaż nie pijała, że to mało kiedy był ten grosz gotowy, ale zdarzyć się mogło, co kum postawił półkwaterkę jaką, abo powinowaty drugą, bo się jej ostrego języka bali. Toć i Franek, choć był pijany, a zląkł się jej i zamilknął, bo wiedziała o nim różne różności, jakto we młynie gospodarzy, a ona, że to już była podpita nieco, ujęła się pod boki, przytupywała w takt i nuż wykrzykiwać:  — Prawdę mówię, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyraźnie jak wół... Nie tak ludzie żyją we świecie jak u nas, nie. — Co jest? Dziedzic ci panuje, ksiądz ci panuje, urzędnik ci panuje — a ty ino rób a z głodu zdychaj i każdemu się nisko kłaniaj, żebyś po łbie nie oberwał...  — A grontu mało, że niedługo to i po zagonie na człowieka nie starczy!  — A dziedzic ma sam więcej niż dwie wsie razem...  — Powiadali wczoraj na sądach, że nadawać będą nowe grunta.  — Jakie?  — Czyjeżby — a dworskie!  — Ale! daliśta dziedzicom, to odbierać będzieta! Ale, cudzem już się rządzą — krzyknęła Jagustynka, nachylając się do nich ze śmiechem.  — ...I sami się rządzą — ciągnął dalej kowal, nie zważając na babie powiedzenie nic — a wszyscy we szkołach się uczą, we dworach mieszkają i panami są...  — Gdzie to tak? — zapytała Antka, któren zaraz skraju siedział.  — W ciepłych krajach! — odrzucił.  Nie pomstowała nawet, tylko, powstawszy, rzekła wesoło:  Naród gruchnął śmiechem, a ona wyszła zaraz, pomstując zcicha.  Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.  — Ociec Kubów złodziej nie był — to i syn jego złodziej nie jest.  — Cie!.. spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia a pacierze mówił będzie... — mruczał, idąc ku domowi, i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko a i raz wraz właził na płoty, to na budulec, leżący gdzie niegdzie przed chałupami, i klął...  Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzie niegdzie, zrzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą miotały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzie niegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadania psów.  A na drodze przed karczmą Jambroży taczał się ze strony na stronę i śpiewał wciąż, nieustannie, aż do wytrzeźwienia: Da Maryś moja, Maryś! Da komu piwo warzysz? Da komu piwo warzysz!.. Da Maryś moja, Maryś!.. V V.  Jesień szła coraz głębsza.  Hej! jesień to była, późna jesień!  Jesień to była, rodzona matka zimy.  — Przed świtaniem trza ruszyć!  — Słyszałeś, com ci rzekł?  — Napij się, Kuba, i rzeknij swoje słowo,  — Postąpię ci coś niecoś...  — Juści... Hale... Prawda... — bąkał srodze zawstydzony, i ciemny rumieniec oblał mu twarz.  — I... inom bliżej ołtarza chciał być...  — Pewnie, że nie moja, pewnie.  — Cztery papierki i rubla zadatku dołoży — to ostanę.  — Cie... Kuternoga jeden, jak bryka. Kuba! — krzyknął ostro stary.  — Opiekuny, psiekrwie, zawżdy najlepiej wiedzą!  I z Lipiec wychodzono od wczesnego rana.  Tyle narodu szło, jakby wieś cała wychodziła.  — Cóż to, na piechty, Macieju?  — La zdrowia... Niech będzie pochwalony.  — Na wieki. Siadajcie z nami, zmieścimy się! — proponowała organiścina.  — Bóg zapłać. Doszedłbym, ale jak powiadają, zawżdy milej duszy — kiej ją wóz ruszy — odrzekł, sadowiąc się na przedniem siedzeniu, plecami do koni.  Podali sobie przyjaźnie ręce z organistami, i konie ruszyły.  — A pan Jaś skąd się wziął, to już nie w klasach? — zapytał chłopca, siedzącego z parobkiem i powożącego.  — Przyjechałem tylko na jarmark! — zawołał wesoło organiściuch.  — Zażyjcie, francuska... — proponował organista, pstrzykając w tabakierkę.  Zażyli i pokichali solennie.  — Cóż tam u was? Sprzedajecie co dzisiaj?  — Bogać ta nie, powieźli dodnia pszenicę, a kobiety pognały świnię.  — Aż tyle! — wykrzyknęła organiścina. — Jasiu, weź szalik, bo chłodno! — zawołała do syna.  — Ciepło mi, zupełnie ciepło — zapewniał, lecz, mimo to, okręciła mu czerwonym szalem szyję.  — Abo to wychody małe? Już niewiada, skąd brać na wszystko...  — Do świąt jeno.  — Wróci do dom, czy też do urzędu pójdzie?  — Moiściewy, a cóżby w domu robił na tych piętnastu morgach, a mało to jeszcze drobiazgu!... A czasy ciężkie, jak z kamienia... — westchnęła.  — Pochowków nie brakuje przeciech — dorzuci ironicznie Boryna.  — Ale i z tego, że ludzie o zbawienie swoje ani tych w czyścu ostających nie zabiegają. Proboszcz nieraz o tem mówił do mojego.  — I cóż, do urzędu pójdzie?..  — Co? mój Jaś do urzędu, na pisarka? Nie potom sobie od gęby odejmowała, żeby skończył szkoły, nie. Do seminarjum pójdzie, na księdza...  — Na księdza!  — Powiedali, że to od młynarczyka.  — Spóźnita się!  — Zdążym na czas! — odkrzyknęła Jagna ze śmiechem.  — To Jagusia Dominikowa?  — Ona ci sama, ona — powiedział Boryna, patrząc z oddalenia na nią.  — Bardzo ładna — rzucił chłopak.  — Jak wszystkie dziewki — powiedziała organiścina pogardliwie.  — Juści że gładka. Udała się dzieucha, to też niema tygodnia, żeby kto do niej z wódką nie posyłał.  Było też tego, było, że ani przeliczyć, ni objąć, gdzieby zaś tam kto poradził.  A za nimi ciągnęły się rymarze z chomontami na kołkach i uprzężą rozwieszoną.  A potem powroźnicy, i ci, co sieci sprzedawali.  A kołodzieje, a garbarze.  — Sprzedajeta, co?  — Świnie drogie?  — Bogać tam drogie, spędzili tyla, że niewiada, kto to rozkupi.  — Są ludzie z Lipiec?  — Już też i ckno tak siedzieć.  — Wiele dają za maciorę?  — Pojadłyśmy już chleba.  — Kupię wam i kiełbasy, ino sprzedajcie a dobrze.  — Powiedziałem siedem, to powiedziałem.  — Sześć i pół daję, więcej nie można, pszenica ze śniedzią.  — Jak ci, parchu, lunę przez ten pysk paskudny, to ci wnet zaśniedzieje, ale pszenica czysta jak złoto.  — Co się gospodarz gniewa, kupię nie kupię, a potargować można.  — Co, na dwór skargę podajecie?  — Dużo to wskóracie!  — Swojego darować nie daruję.  — Dajcie mi złotówkę.  — Naco ci?  — Nie masz to swoich? Cięgiem ino w ojcowę garść uważasz...  — Wasza wygrana, jak amen w pacierzu. Jeszczeby! krowa zdechła i chłopak choruje z przestrachu! Dobra nasza! — zatarł ręce i szukał papieru na stole.  — Hale... kiej zdrowy chłopak.  — Nie, bił ino chłopaka sąsiadów.  — Szkoda, toby było jeszcze lepsze. Ale to się jakoś zesztukuje tak, że będzie i choroba z pobicia i zdechła krowa. Niech dwór płaci.  — Juści, o nic nie idzie ino o sprawiedliwość.  — Zaraz sie napisze skargę. Frania, a ruszno się wałkoniu! — krzyknął i tak mocno kopnął leżącą, że podniosła rozczochraną głowę. — Przynieś no gorzałki i co zjeść...  Boryna się na wszystko zgodził skwapliwie, bo miarkował, że dwór mu wszystko zapłaci i z nawiązką.  — Galanta, la Jędrzycha?  — Juści, Szymkowi już kupiłam.  — Nie za mała to będzie?  — Takusińką ma ci głowę, kiej moja...  — Piekny z ciebie byłby parobeczek...  — Abo i nie! — zawołała zuchowato, bakierując nieco czapkę...  — Wnetkiby cię tu godziły do siebie...  — Hale... inom za droga do służby. — Zaczęła się śmiać.  — Jak komu... mniebyś ta za droga nie była...  — I w polu robićbym nie robiła...  — Jakże to?  — Zziębłaś, Jaguś, to się ździebko ogrzejesz...  — Gdziebym zaś z wami szła na wódkę!..  — To ci śliczności, mój Jezus kochany! — szeptała, przystając przed wstążkami, które, uwieszone w górze, kołysały się na wietrze, niby tęcza paląca.  — Która ci się widzi, Jaguś, to se wybierz... — rzekł po namyśle, przezwyciężając skąpstwo.  — Hale, ta żółta w kwiaty, z rubla kosztuje abo i dziesięć złotych!  — Nie twoja w tem głowa, weź ino...  — Dziedzicówna jaka przebrana, czy co? — szeptali.  — Uważacie, co?  — Co mi ta z tego, kiej nie moje! — rzuciła ostro paciorki i śpiesznie już szła zachmurzona i smutna.  — Jaguś, a to przysiądźmy se ździebko.  — Ale, do matki mi czas.  — Nie bój się, nie odjedzie cie.  Przysiedli na jakimś dyszlu wystającym.  — Sielny jarmarek — rzekł po chwili Boryna, rozglądając się po rynku.  — Przecież nie mały! — Poglądała jeszcze ku kramom z żałością i często sobie westchnęła, ale już ją odchodziła smutność, bo powiedziała:  — Tym dziedzicom, to dobrze... Widziałam dziedziczkę z Woli z panienkami, to tyla sobie kupowali, że aże lokaj za nimi nosił! i tak co jarmark!  — Kto cięgiem jarmarczy — temu długo nie starczy.  — Im tam wystarczy.  — Potrzymaj no to, Jaguś, bo mnie trzeba zajrzeć do Antka.  — Jest to na jarmarku? — Oczy jej pojaśniały.  — Ostał przy zbożu, tam ano w ulicy. Weź sobie Jaguś, to la ciebie — dodał, widząc, że Jagna zdumionemi oczami wodziła po chustce.  — Moje to, prawdę mówicie?  — Zaśbym tam ocyganiał cię!  — I uwierzyć trudno. — I rozkładała ciągle chustkę, to wstążkę.  — Ostaj z Bogiem, Jaguś.  — Bóg wam zapłać, Macieju.  — Wykopaliśta już?  — Docna!  — Nie wiecie, co u Kłębów?  — A co z wami?  — Zdrowi, a wy nie chorujecie?  — Zmówcie pacierz za tatula — szepnęła Jagna, wtykając jej pieniądz.  — Przychodzili.  — I żaden ci się nie uwidział?...  — Żaden. Ostajcie z Bogiem, a na zwiesnę do nas zajrzyjcie — powiedziała prędko i poszła do matki, którą ujrzała zdala z organistami.  Przywitali się i szli wpodle siebie, milcząc.  — Skończycie to ze mną, hę? — zaczął ostro kowal.  — Niby z czem? Mogłeś mi to samo i w Lipcach powiedzieć. — Zły już był.  — Przecież już cztery roki czekam.  — Przybaczyłeś se dzisiaj! To se jeszcze poczekaj ze czterdzieści, kiej zamrę.  — Już i ludzie mi redzą, żeby do sądu podać... ale...  — Podaj. Powiem ci, gdzie skargi piszą, i na pisarza dam rubla...  — Ale se myślę, że po dobremu się zgodzimy... — skręcił chytrze.  — Prawda, z kim nie wojną — z tym zgodą.  — Sami to miarkujecie niezgorzej.  — Mnie ta z tobą ni zgody, ni wojny nie potrzeba.  — Napiłbym się czego, postawicie?..  — Jakże gadać. Ociec tyla dzisiaj sprzedaje, to muszą uważać, komu pieniądze na precenta dać...  — Macieju! Mówię wam, Macieju, że Pan Jezus...  — Komu Maciej, to Maciej, a tobie wara! Widzisz go juchę. Zapanbrat świnia z pastuchą. — Ozeźlił się srodze.  A kowal, że to już po dwóch mocnych, nabrał rezonu i rzekł cicho:  — Ociec, powiedzcie to słowo — dacie, czy nie?  — To spłatę dajcie.  — Rzekłem, słyszałeś?  — A bo i pewnie.  — Zabronić, nie zabronię, ale...  — Jak mi się spodoba to z wódką poślę choćby jutro.  — Mówiłeś to tak, Michał?...  I jarmark dobiegał już końca.  Mrok zapadał prędko ciężki i mokry.  Miasteczko pustoszało i milkło. VI VI.  Deszcze się rozpadały na dobre.  Już od samego jarmarku świat zwolna zatapiał się w szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej przędzy utkane.  Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi jesienne.  Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde, źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu.  A z pod ciężkich chmur, skłębionych nad ziemią, z pod zielonawych szarug wychylały się chwilami szmaty pól poczerniałych, przemiękłych, rozpłaszczonych — to wybłyskiwały strugi spienionej wody, płynącej brózdami, albo czerniały drzewa samotne na miedzach, jak przygięte, nabrzmiałe wilgocią, trzęsły ostatniemi łachmanami liści i szamotały się rozpacznie, niby psy na uwięzi.  Drogi opustoszałe rozlały się w błotniste, gnijące kałuże.  Krótkie, smutne, bezsłoneczne dnie wlekły się ciężko przegniłemi smugami światła, a noce zapadały czarne, głuche, rozpaczliwe bezustannym, monotonnym chlupotem...  Przerażająca cichość ogarnęła ziemię.  Umilkły pola, przycichły wsie, ogłuchły bory.  Cicho było we wsi, tylko gdzie niegdzie młócono po stodołach, ale i zrzadka, bo wieś cała była na kapuśniskach.  I u Dominikowej dzisiaj wycinano.  Pod wieczór to już było i jakby się ździebko mroczeć zaczynało, to stara raz wraz wychodziła przed dom i patrzyła w mgły, ku młynowi i nasłuchiwała, czy nie jadą jeszcze?..  — Parobek z ciebie tyli, a miętki jesteś w grzbiecie, kiej kobieta po rodach — szepnęła pogardliwie, wsypując kapustę do półkoszków, wysłanych słomą.  Szymek przywstydzony mamrotał coś pod nosem, skrobał się po kołtunach i zaprzęgał konia.  — Spiesz się, Szymek, bo noc! — naganiała go, znosząc co chwila kapustę na wóz.  Jakoż i noc nadchodziła, mrok gęstniał i czerniał, a deszcz się wzmagał, że tylko pluskało po rozmiękłej ziemi i rowach, jakby kto ziarnem sypał.  — Józia! skończycie to dzisiaj? — zawołała do Borynianki, która z Hanką i Kubą wycinała wpodle.  — Skończymy! Bo i czas do domu, taka plucha, że mnie już do koszuli przejęło. Jedziecie to już?  — Juści. Noc zaruteńko i taka ćma, że się drogi nie rozezna. Jutro się zwiezie resztę. Sielną macie kapustę! — dodała, pochylając się ku nim i patrząc na majaczące w mgle kupy.  — I wasza niezgorsza, a już co korpiele to macie największe...  — Z nowego nasienia była rozsada, dobrodziej przywieźli z Warszawy.  — Jagna! — ozwał się znowu z mgieł głos Józi — wiecie, a to jutro Walek Józefów śle z wódką do Marysi Pociotkowej...  — Jak się tatuś z trzecią nie ożenią! — zakrzyczała Jagustynka, gdzieś z trzeciego zagona.  — Mybyśwa ojcu nie dali, oho!.. — zawołała energicznie Józia.  — Ostajcie z Bogiem — rzuciła do sąsiadek.  — Powiedz ino, kiedy potrza, a przyjdę, Józia, przyjdę...  — A w niedzielę chłopaki wyprawiają muzykę u Kłębów, wiecie to?  — Wiem, Józia, wiem.  — Spotkacie Antka, to powiedzcie, że czekamy, niech się pośpieszy — prosiła Hanka.  — Dobrze, dobrze...  — Nie trza było tyle kłaść na jednego konia! — ozwał się jakiś głos z grobli.  — To wy Antoni?...  — Juści.  — Wracacie to? — szepnęła cicho.  — To dopiero ciemnica, co? — wykrzyknęła.  — Boisz się, Jaguś? — szepnął, przysuwając się bliżej.  — Hale, bałabym się ta...  — A oczy to się wam świecą, jak temu wilkowi... że dziwno...  — A bo to matka mi dadzą...  — Przyjdź, Jaguś, przyjdź... — prosił cichym, przyduszonym głosem.  — Chcecie to? — zapytała miękko, zaglądając mu w oczy.  — A przyjdziesz?...  Oprzytomniał ją turkot młyna, obok którego przejeżdżali i szum wody, płynącej na koła i z pod stawideł otwartych, bo przybór był ogromny. Woda z rykiem głuchym spadała nadół i, rozbita na białą miazgę, kłębiła się i jaśniała w rzece, rozlewającej się szeroko.  W domu młynarza, stojącym zaraz przy drodze, już się świeciło i przez szyby przysłonięte firankami widać było lampę, stojącą na stole.  — Mają lampę, kiej u dobrodzieja, albo i we dworze jakim...  — Bo to nie bogacze... Grontu to ma więcej od Boryny i na precenta pieniądze daje i na mieleniu to nie okpiwa, co? — ciągnął Szymek.  Dowlekli się wreszcie do chałupy.  — Skończyliście, Jaguś?  — Kto to? — zapytała Jagna zdziwiona.  — Kostucha waszej dziewusze na imię...  — Ale?... — zagadnęła Dominikowa pytająco.  — Prawdę mówię. Dobrodziej był z P. Jezusem u Bartka za wodą...  — Cie... na jarmarku widziałam go zdrowym...  — O cóż, kiedy?..  — Że to kary boskiej niema na tych zabijaków — ozwała się Jagna.  — Przyjdzie, nie bój się, Jagno, przyjdzie — rzekła twardo stara, wznosząc oczy na obrazy święte.  — A kto już pomarł, nie wstanie — szepnął Jambroży cicho.  — Siadajcie do miski, zjecie co jest.  — Nie od tegom, nie. Miseczce jednej, bele dużej, poradzę jeszcze — podkpiwał.  — Wam to ino przekpiwania w głowie i zabawa.  — Tyla i mojego, tyla, na cóż mi turbacje, hę?  — Dobrodziej w domu? — zagadnęła pod koniec.  — A gdzieby na takie błoto? Jak Żyd w książkach siedzi.  — Mądry ci on, mądry...  — I dobry, że nie znaleźć lepszego... — dodała Jagna.  — Nie pletlibyście bele czego.  — Były pono u was swaty?  — Abo to jedne.  Jagna poczerwieniała z ucieszności.  — Parobek?.. — zapytała stara, nawijając na furkoczące po podłodze wrzeciono.  — Gospodarz na całą wieś, rodowy... ale wdowiec.  — Dziecków cudzych kolebała nie będę...  — Odchowane, nie bój się, Jaguś, odchowane.  — Na poniewierkę takiemu Jagny nie dam.  — Nie próżno mówią, żeście we wsi najmądrzejsza...  — Ale i za starym też uciechy nijakiej dla młódki...  — A bo to do uciechy niema młodych.  — Staryście kiej świat, a pstro wam jeszcze we łbie — powiedziała surowo.  — I... gada się, byle ozór nie skiełczał.  Zamilkli na długo.  — Stary uszanuje i na cudzy grosz niełasy — podjął znowu Jambroży.  — Nie, nie, ino obraza boska z tego bywa.  — Mógłby zapis zrobić — rzekł serjo, wytrząsając fajkę na trzon.  — Więcejby on dał, niźli wziął, więcej...  — Rzekliście!  — Co wiadomo, nie z wiatru wziąłem ani z pomyślonku, nie od siebie przyszedłem...  — Jakże? ma to przysłać?  — Któren?  — Nie wiecie to? a dyć tamten! — wskazał przez okno na światła, ledwie migocące przez staw u Boryny.  — Jak ci się widzi, Jaguś?...  — Jakże? — pytał Jambroży, powstając z ławki.  — Niech przysyłają... zrękowiny nie ślub jeszcze... — odrzekła wolno.  Jagna wciąż siedziała nieruchoma i milcząca.  — Jaguś... córuchno... co?...  Stara przędła dalej i mówiła cicho:  Wbiegła Józka zadyszana, przypadła do komina, wylewała z trepów wodę i rzekła:  — Jaguś, jutro u nas obieranie, przyjdziesz!  — Przyjdę.  — Któren to?  Cisza znowu objęła izbę. VII VII.  Nazajutrz, dzień był tak samo zadeszczony i posępny.  — Niech będzie pochwalony!  — Na wieki... Mateusz!  — Jam-ci, Jaguś, ja...  — Puść... Mateusz... Matula...  — Wyjdziesz to do mnie, Jaguś, co? — prosił.  — Wróciłeś to już ze świata? — rzekła stara, jakby go dopiero spostrzegając.  — Do Jagusi przyszedłem, nie do was — hardo zawołał, bo go już złość brała.  — Krzyczycie, kiej wrona, że wieś cała usłyszy...  — Niech usłyszą, niech się zlecą, niech wiedzą, żeś się Jagny przyczepił, kiej rzep psiego ogona, że i ożogiem trudno cię odegnać...  — Żebyście nie kobieta, tobym wam a ździebko żebra zmacał za powiedanie takie...  — Spróbuj, zbóju jeden, spróbuj, psie... — pochwyciła za żelazny pogrzebacz.  — Cichoj, Jaguś, nie płacz... nie... a to oczy ci się zaczerwienią, kiej królikowi, i jak to pójdziesz do Borynów?  — Czas to już? — spytała po chwili, spokojniejsza nieco.  — Nie uwarzyć ci to mleka?  — Pójdę już!  U Boryny już było sporo ludzi.  — Ba, zestroiły się, kiej na wesele! — ozwała się któraś starsza.  — A Jaguś, to kiejby ją kto w mleku wymył — zaczęła złośliwie Jagustynka.  — Poniechajcie — szepnęła, czerwieniąc się.  — Całe lato go nie było.  — Jakże, dwór stawiał we Woli.  — Majster jucha, bańki nosem puszcza — rzekł któryś z parobków.  — Jagustynka to nikomu dobrego słowa nie dadzą — zaczęła jakaś dziewczyna.  — Wiecie, pono ten stary wędrownik już przyszedł?  — Będzie dzisiaj u nas — zawołała Józia.  — Skąd on jest?  — Marcycha pono zległa, wiecie to? — zaczęła Kłębowa.  — Kiedy baczycie, to i ostawcie la siebie — zakrzyknęła ostro Jagustynka.  — Byłam już za chłopem... za Mateuszem widzi mi się... nie, za Michałem, tak, bo juści Wawrzon był trzeci... — mruczała, nie mogąc utrafić.  — Ale, siedzita i nie wiecie, co się stało! — zawołała, wpadając zadyszana, Nastusia Gołębianka, Mateusza siostra.  — A to młynarzowi ukradli konie!  — Kiedy?  — Takie konie, kiej te hamany!  — Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a złapałbym, tobym ubił na miejscu, jak psa wściekłego — wykrzyknął jeden z parobków.  Ale te wywody przerwał Boryna, wchodząc do izby.  I piły, odwracały się, przysłaniały twarz ręką, resztę chlustały na ziemię, krzywiły się, mówiły „mocna“ i oddawały kieliszek Borynie.  Tylko Jagna uparła się i nie piła, mimo próśb i namawiań.  — Nawet i smaku gorzałki nie znam i nie ciekawam — powiedziała.  Ale rychło skończyli i podnieśli się z Bóg zapłać gospodarstwu.  — Niech wam pójdzie na zdrowie.  — Na wieki — odrzekli chórem.  — Mleka i chleba daj mi, Józiu, a wystarczy.  — Jest jeszcze i ździebko mięsa... — ozwała się nieśmiało Hanka.  — Nie, Bóg zapłać, mięsa nie jadam.  Przymilkli z początku i przypatrywali mu się z życzliwą ciekawością, ale gdy przysiadł do jadła, rozmowy i śmiechy podniesły się na nowo.  Tylko Jagna poglądała często na wędrownika ze zdumieniem, że to taki człowiek, jak wszystkie, a u grobu Jezusowego był, pół świata zeszedł i cudów tyla widział... Jak to tam może być w tym świecie? Gdzie to iść, żeby tam zajść?.. Naokół przeciech ino wsie, a pola, a bory, a za niemi też wsie i pola i lasy... Ze sto mil trza iść, abo i z tysiąc — myślała i miała dziwną ochotę się spytać, ale gdzieby to zaś mogła, wyśmiałby ją jeszcze...  — A przestań, bo Jagusia płacze... — zawoła Nastka.  — Nie... to ino tak... ozbiera mnie zawdy granie... nie... — szeptała zawstydzona, kryjąc twarz w zapasce...  Ale chłopak grać nie przestał, tyla, że teraz rznął od ucha siarczyste mazury, a obertasy takie, aż dziewczyny usiedzieć nie mogły, ino ściskały dygoczące z uciechy kolana, a rzucały ramionami, parobki przytupywali raz wraz i podśpiewywali wesoło — izba napełniła się wrzawą, a tupotem i śmiechami, aż się szyby trzęsły.  — Co się stało?  — Pewnie to Witka robota — zauważył Boryna.  — Pan Jezusby tam miał pieska, jak wszyscy ludzie?... — wątpiła Jagustynka.  — A żebyście wiedzieli, to miał i Burkiem go przezywał...  — Hale... No! Cie... — odzywały się ciekawe głosy.  Roch milczał chwilę, a potem podniósł siwą głowę, okoloną długiemi, równo nad czołem uciętemi włosami, utkwił blade, jakby wypłakane oczy w ogniu i ozwał się cicho, przebierając palcami ziarna różańca...  ...... W owy czas daleki...  A cienia nikaj, ni osłony.  — Naści głupi chlebaszka, kiejś głodny — i rzucił mu z torby.  A Pan Jezus przyszedł na odpust.  Na odpuście narodu, jak drzew w boru; abo tej trawy na łąkach — aże gęsto.  — Wściekły pies, wściekły pies!  — Pójdź tu Burek, przespieczniejszyś ty przy mnie, niźli w borze.  I chcieli przez moc psa z pod Pana Jezusowej kapoty wziąć, a zakatować.  Aż się Pan Jezus ozgniewał i krzyknął:  — Nie ruchaj jeden drugi! To się łajdusy i pijanice psa boita, a Pana Boga to się nie boita, co?..  A potem, kiedy już odchodził, to powiada:  I odszedł Pan Jezus we świat tyli.  A obejrzy się — Burek siedzi tam, gdzie go obronił.  — Burek, a pódzi ze mną, cóżto, sam głupi ostaniesz?..  I poszli już wszędzie razem.  I bez bory szli i bez wody — całym światem.  I kiej umęczonego powiesili na krzyżu, to Burek siadł i wył...  ...lizał raz wraz te święte, przebite goździami, konające nóżki Panajezusowe i wył... wył... wył...  — Pójdź Burek ze mną!  Amen. Pan Bóg stworzył byka. I stworzył wołu — ... i wół jest!  — Jagustynka to wszystko wiedzą...  — Jak temu psu Jezusowemu było przez pana, tak kobieta obyć się nie obędzie bez bicia... to i Jagustynce markotno... — rzucił któryś z parobków.  Taka była Jagustynka...  — Same najpierwsze dziewczyny jucha stary se zwołał!  Jakoż prawdę rzekł, bo były same gospodarskie córki, rodowe — i z wianem.  Jagustynka na odchodnem rzekła w głos:  — Hale! no...  — Co robić, moiściewy, co robić, zrządzenie już takie boskie, że pomarła...  — Jaguś! — szepnął, wychylając się z ciemności z pod płota jakiegoś.  Przystanęła, poznała głos jego i poczęła ździebko dygotać.  — Odprowadzę cię, Jaguś! — Obejrzał się — noc była ciemna, bez gwiazd, wiatr huczał górą i miotał drzewami.  Objał ją wpół mocno i tak przytuleni do siebie zginęli w ciemnościach. VIII VIII.  — Nie! — cudeńka prawicie! Jakżeby, to dzieci dorosłe i sam już w latach!  — A moje po bracie! a Koprzywianki, a Nastusia, a drugie! to nie gospodarskie, nie śwarne, nie poczciwe, co?...  — Będzie się ona dopiero nadymała! i tak, kiej ten paw chodzi a głowy zadziera.  — Antek nie ustąpi, jakże nowa gęba do miski — rzekł któryś.  — Bez zapisu się tam nie obejdzie.  — Dominikowa niegłupia, już ona wszystkich wyrychtuje.  Stary pozostał w domu.  — Czarownica jucha, wierci ślepiami kiej świderkiem! — myślał.  Przystawała ino przy nim raz wraz, aż wkońcu rzekła:  — Nie idzie wama dzisiaj robota.  — A nie idzie, psiachmać, nie idzie.  — Sodoma tutaj będzie, mój Jezu! Sodoma! — myślała, odchodząc. — Dobrze stary robi, że się żeni, dobrze! A toby mu dały taki wycug dzieci, jak mnie!  — Całe dziesięć morgów pola jak złoto dałam i co?... — splunęła ze złością. — Na wyrobki chodzę, na komornicę zeszłam!..  — Na psa taka robota!  — Gryzie was coś na wnątrzu.  — A gryzie, gryzie...  Jagustynka przysiadła na przyźbie, wyciągnęła długą nić, zwinęła na wrzeciono i cicho, trochę z obawą rzekła:  — Przeciech nie macie się z czego markocić, ni turbować.  — Wiecie to.  — Nie bójcie się, Dominikowra mądra, a Jagna też pomyślenie ma.  — Rzekliście! — zawołał radośnie i przysiadł wpodle.  — Jakże, mam oczy.  Milczeli długo, przetrzymując się wzajemnie.  — Na wesele mnie zaproście, to wam takiego Chmiela zaśpiewam, że rychtyk w dziewięć miesięcy chrzciny wyprawicie... — zaczęła ironicznie, ale widząc, że stary się schmurzył, dorzuciła innym tonem:  — Dobrze robicie, Macieju, dobrze. Jak mój pomerł, żebym była sobie poszukała chłopa, to nie komornicąbym była, nie... Głupia byłam, zawierzyłam dzieciom, na wycug poszłam, gront odpisałam i co?...  — Ja ta nie odpiszę ni zagona! — rzekł twardo.  — Rychło idzieta, co?  — W te minuty, zarno Szymon przyjdą.  — Poczekam na was tutaj; odpiją, to zabierzcie kobiety, przychodźcie duchem — zawołał za nimi.  — Kumotrze? — ozwał się po chwili wójt.  — He?  — Wyprawi abo i nie wyprawi! — odrzekł zgryźliwie, że to mruk był.  — Nie nasza to rzecz.  — Hale... dzieci nas wyklinać będą...  Weszli zaraz do chałupy Dominikowej.  W izbie było widno, zamieciono, czysto — spodziewali się ich przecie.  — Zwieźliście już kapustę, co?  — Targujcie — zawołała wesoło.  — Jałowicębyśmy na ten przykład zatargowali.  — Ho, ho! drogo stoi; nie na bylejakim postronku ją powiedzie!  — Ze śrebła poświęcanego mamy powrózek, a z takiego, to choćby i smok a nie zerwie się... No, wiela matko? — i jął wyciągać butelkę z kieszeni...  — Płone to stanie — bo bez przychowku, płone...  — Szukajcie drugiej, moja może poczekać.  — Rzekliście!..  — Dyć wiem, Pietrze, i uważam.  — Oj, prawda, prawda, ty matko I jeszcze dopłać komu — Żeby wziął z domu...  — A bo ja wiem?.. Niewolić jej nie będę, cóż, Jaguś, odpijesz?..  — I... ja ta wiem... — pisknęła, odwracając do okna zaczerwienioną twarz.  — Posłuszna! Pokorne cielę dwie matki ssie... — dorzucił Szymon poważnie.  — W wasze ręce, matko!  — Pijcie z Bogiem, aleście jeszcze nie rzekli, kto taki? — powiedziała, że to nieobyczajnie wiedzieć naprzód, nie od dziewosłębów.  — Kto? A samci Boryna! — wykrzyknął, przechylając kieliszek.  — Stary! wdowiec! — wykrzyknęła niby z zawodem.  — Stary! Nie obrażajcie Pana Boga! Stary, a sąd miał jeszcze niedawno o dziecko!  — Prawda, ino że to nie jego było.  — Jakże, gospodarz taki i zadawałby się z pierwszą lepszą! Pijcie, matko...  — Wypićbym wypiła, ino że to wdowiec, a staremu prędzej z brzega do Abramka na piwo, to potem co?.. Dzieci macochę wyżeną i...  — Mówili Maciej, coby bez zapisu nie było... — mruknął Szymon.  — Przed ślubem chyba!  Dziewosłęby zmilkli, dopiero po chwili wójt nalał nowy kieliszek i zwrócił się z nim do Jagny.  — Napij się, Jaguś, napij! Chłopa ci raimy kiej dąb, panią se będziesz i gospodynią na wieś całą, no w twoje ręce, Jaguś, nie wstydaj się...  Wtedy kieliszek obszedł wszystkich pokolei. Stara podała chleb, sól, a wkońcu i wędzonej, suchej kiełbasy na przegryzkę.  — Juści... inom se myślała zawdy, wnuczków się doczekam na pociechę...  — W karczmie to zrękowiny będziemy odprawiać?  — Po staremu, jak ojce nasi robili, ja, wójt, wama to rzekłem — wierzcie.  Kobiety się ździebko przyodziały świąteczniej, i wnet wychodzili.  — Trudno dom na boskiej opatrzności ostawić.  Poszli do karczmy.  — A Pan Jezus rzekł: weź se robaku niewiastę, żeby ci się chudziaku nie cniło samemu. Amen! — bełkotał Jambroży, ale że więcej godziny popijał, to juści, że w języku ni w nogach mocny już nie był.  Zaraz też na szynkwasie Żyd postawił arak, i słodką, i asencję, a do tego śledzie, placek z szafranem i jakieś wymyślne kukiełki z makiem.  — Jedzta, pijta, ludzie kochane, braty rodzone, krześcijany wierne! — zapraszał Jambroży. — Miałem i ja kobietę, ino już całkiem nie pomnę gdzie... widzi mi się, że we Francji... nie, w Italji to było, nie... alem teraz ostał sierotą... Powiedam wam, że co starszy krzyknął: Szlusuj!  — Pijcie-no ludzie! Pietrze, zaczynajcie — przerwał mu Boryna, przyniósł za całą złotówkę karmelków i wtykał je Jagusi w garście. — Naści, Jaguś, słodziusieńkie są, naści.  — Hale... szkodujecie się... — Wzdrygała się.  Synowie się też popili, bo Jambroży, to wójt, przepijali do nich gęsto i zachęcali.  — Pijta, chłopaki, zmówiny to Jagny, pijta...  — Wasza Jagusia, Macieju, wasza.  — Bóg wam zapłać matko za córkę. — Ułapił ją za szyję i całował.  — Obiecaliście zapis zrobić, co?  — Zapis! a co po zapisie, co moje to i jej...  — Wara im od mojego! Wszystko moje — to i Jagusine wszystko. Śmierć nie wybiera Dziś człowieka — jutro jagnię Równo jej popadnie...  — Jeszczem krzepki, ze dwadzieścia roków strzymam — nie bójcie się!  — Nieboja wilcy zjedli.  — Takim rad, że mówcie, czego chcecie! Chcecie, bych zapisał te trzy morgi koło Łukaszowych.  — Najlepsze pole moje!  — Juści, la Jagusi zapiszę...  — Kiedy?  — Bóg wam zapłać — szepnęła, wyciągając doń rękę.  — Napijcie się do Jagny tej słodziuśkiej...  — Gospodarz jestem, psiachmać!... Komu wola, niech idzie... Chcę pić, to pił będę... Żydzie gorzałki!  — Cichoj, Szymek, cichoj, bo cię spierą! — jęczał łzawo Jędrzych, też już mocno pijany, i odciągał za kapotę brata.  — Do domu, chłopaki, do domu! — syknęła Dominikowa groźnie.  — Gospodarz jestem! Chcę ostać, to ostanę i gorzałkę pił będę... dosyć już matczynego panowania... a nie... wygonię... psiachmać...  — Gospodarz jestem, psiachmać... gront mój... moja wola robić... gorzałkę pił będę... Żydzie araku!.. a nie... wygonię...  — Szymek! Loboga Szymek, chodzi do domu, matula idą! — jęczał Jędrzych i płakał rzewnemi łzami.  — Czarny był... jak ten sagan był czarny... — zmierzył do mnie... ale trafisz mę gdzieś... wraziłem mu bagnet w kałdun... zakręciłem, że ino chrupnęło... pierwszy!.. Stoimy... stoimy, a tu naczelnik wali... Jezu Chryste! sam naczelnik!.. chłopaki... powiada... narodzie... powiada.  — Pijecie se, gospodarze! Ho, ho, i wójt, i sołtys i Boryna! Wesele czy co!  — Nie co insze. Napijcie się z nami, panie młynarzu, napijcie — proponował Boryna.  Przepili znów kolejką.  — Kiejście tacy, powiem wam nowinę, że wytrzeźwiejeta!  Wytrzeszczyli na niego nieprzytomne oczy.  — A hycel, psie krótki! Sprzedał naszą porębę, sprzedał! — krzyknął Boryna i w zapamiętałości grzmotnął butelką o ziemię.  — Sprzedał! Prawo jest i na dziedzica i na kużdego, prawo jest... — bełkotał pijany Szymon.  — Nieprawda! ja, wójt, wama mówię, że nieprawda, to wierzcie!  Młynarz poszedł, a oni jeszcze długo w noc radzili i odgrażali się dworowi. IX IX.  Zbiegło dni parę od zmówin Jagusinych.  Deszcze ustały, drogi ociekły i stężały nieco, wody spłynęły, że ino po brózdach, a gdzie niegdzie i po nizinach a łęgach, siwiły się mętne kałuże — kiej te oczy zapłakane...  Bolesna, głucha cisza przygniotła świat.  Od zórz wschodnich, co się jeszcze żarzyły blado, kieby ta miedź stygnąca, z pod sinych chmur, zaczęły płynąć stada wron i kawek...  Szły wysoko, wysoko, że ledwie okiem rozeznał i ledwie uchem pochwycił tę dziką, żałosną wrzawę krakań, podobną do jęków nocy jesiennych...  A dzwony biły wciąż.  — Ciężka zima będzie! — mówili ludzie.  — Mój ty Jezu kochany! Mój Jezu! — wzdychali i podnosili szare jak ta ziemia twarze i topili oczy beztrwożne w tajemnicy i szli spokojnie składać ofiary i pacierze za zmarłych.  Wieś była jakby zatopiona w ciężkiej, żałośliwej ciszy — jeno jękliwe, proszalne śpiewania dziadów z pod kościoła dochodziły czasami.  Jakże, dzieci wiedziały już o wszystkiem.  A wczoraj, w niedzielę wyszły pierwsze zapowiedzi starego z Jagusią...  — Huknęło, że Jezus! — Myślałem, że to dziedzic abo borowy strzelają...  — Hale... juści... dawnom nie strzelał, tęgom nabił i gruchnęło kiej z harmaty...  — Toście zaraz z wieczora poszli?..  — W lesie ostała, co? — pytał chłopak rozgorączkowany opowieścią.  — Śniadanie! — krzyczała z przed domu Józka.  — Ino cicho być, wezmę cię, wezmę!  — Ale.. proch to, myśli głupi, że darmo dają...  — A czy to można do zakrystji boso, co? — pytał cicho.  — Kupisz ty sobie jeszcze buty, kupisz...  — Prawda, prawda! — baczysz to jeszcze?  — Bajesz! — rzucił wzgardliwie.  — Kościołów tyla, to i nie dziwota!  — Pewnie, bo skądżeby dzwonienia były?  — Witek, dałeś to już na wypominki?  Przed wrótniami, a nawet i wśród mogił pod murem, stały rzędy beczek-solówek, a obok nich rozkładały się gromady dziadów.  Chór modłów, śpiewów, imion wypominanych jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrótniami, a ludzie przechodzili — szli dalej, rozpraszali się wśród mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskróś mroków i gąszczów drzew i traw zeschniętych.  Głuchy, przyciszony trwożnie szept pacierzy drgał w przyziemnej ciszy; czasem szloch bolesny zerwał się z mogił; czasem lament żałosny wił się w rozdzierających skrętach wśród krzyżów; to jakiś nagły, krótki, nabrzmiały rozpaczą krzyk jak piorun rozdzierał powietrze, albo ciche płacze dziecięce — sieroce płacze kwiliły w omroczonych gąszczach niby pisklęta...  Kuba wyjął z zanadrza parę oszczędzonych skibek chleba, rwał je w glonki, przyklękał i rozrzucał po mogiłach.  — Pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! — szeptał z przejęciem.  — Wezmą to? — pytał cicho Witek zatrwożonym głosem.  — Przyjdą to?...  — Żeby swoich nawiedziły! — powtórzył z drżeniem Witek.  — Pan Jezus se chodzi dzisiaj po świecie! — szeptał Witek i oglądał się bacznie...  — Ale, zobaczysz ta... to ino święte widzą abo i zasie pokrzywdzone najbarzej...  Noc była coraz głębsza, wiatr mocniej targał drzewami, że długie warkocze brzóz zamiatały po mogiłach, a białe ich pnie, niby w gzła śmiertelne przyodziane, majaczyły w mrokach... Ludzie się rozchodzili... światła gasły... śpiewy dziadów umilkły... milczenie uroczyste, a pełne dziwnych szelestów i głosów przejmujących, zapanowało wśród mogił... Cmentarz jakby się napełniał cieniami... tłumem widm... gąszczem mrocznych zarysów... gędźbą rozjęczonych a cichych głosów... oceanem dziwnych drgań, ruchem ciemności... błyskami trwogi, niemem łkaniem... tajemnicą, pełną przerażenia i zamętu — aż stado wron zerwało się z kaplicy i z krzykiem uciekały na pola, a psy w całych Lipcach poczęły wyć długo, rozpaczliwie, żałośnie...  A gdzie niegdzie, starym zwyczajem świętym, gospodynie wystawiały na przyźby resztki wieczerzy, żegnały się pobożnie i szeptały...  — Naści, pożyw się, duszo krześcijańska, w czyścu ostająca...  Wśród ciszy, smętku, rozpamiętywań, lęku płynął ten wieczór Zaduszek...  Siedzieli wszyscy na ławach przed kominem, ino Antek pod oknem. A Roch przegarniał raz wraz kijaszkiem wągielki i cichym głosem mówił:  . . . „Niestraszno umierać, nie, bo —  „I złość jako te osty się pleni i w bory urasta! X X.  ...Na ambonie i każdemu zosobna to mówię, ale wy jak te psy, tylko nastajecie jeden na drugiego, tylko... — wiatr resztę słów wepchnął mu do gardła, że ksiądz się srodze zakasłał, a Antek nic nie rzekł, szedł wpodle i wypatrywał w mrokach, pomiędzy drzewami.  — Przeciech zawżdy sama chodziła...  — Dobrze pamiętam! — odparł ze złością.  — Sprawiedliwości chcę ino.  — A pomsty szukasz, co?  — A idź, któż cię trzyma! — rzucił porywczo ksiądz.  — Przeciech całe trzy morgi! — rzucił urągliwie.  — Żonę i dzieci masz, toś o tem pamiętać powinien.  — Baczę ja dobrze baczę... — mruknął przez zęby.  — Co to, znowu pijatyka, co?  — Karczma prawie pełna! — szepnął ksiądz, przystając przy topoli, skąd było dobrze widać przez okno całe wnętrze, zapchane ludźmi.  — Przecież niecały sprzedał, jeszcze tyle zostało!  — Jakto?... — zapytał wystraszonym nieco głosem.  — Antek! Rozum ci się ze złości pomieszał, czy co? Głupstwa pleciesz, mój drogi!  — Ojcowa ona już, ojcowa!  — Ojcowa jest Jagna, ojcowa! — przerzekał raz po raz, a coraz ciszej — jako ten pacierz, by go nie zapomnąć.  — A co? — zapytał po chwili.  — Byłeś pono u Dobrodzieja? no i co?  — A cóżby, nic. W kościelebym to samo usłyszał.  — A chciałeś co innego? — zaśmiał się ironicznie.  — Ksiądz przecie, uczony... — mówił usprawiedliwiająco Antek.  Ale Antkowi już się odechciało sprzeciwiać.  — Pójdę do izby — rzekł po chwili.  — Uczy się to? — zauważył, bo chłopak sylabizował głośno i wodził zastruganym patykiem po literach.  — Już od kopania, panienka z młyna mu pokazują, bo mój czasu nie ma.  — Roch też uczy już od wczoraj w ojcowej izbie.  — Chciałam i ja tam słać Jaśka, ale mój nie da, że to u ojca i że panienka więcej uczona, bo w szkołach była we Warszawie...  — Pewnie, pewnie... — powiedział, byle coś rzec.  — A Jasiek taki zmyślny do lewentarza, aż się panienka dziwuje.  — Jakże... kowalowe nasienie przecież... syn takiego mądrali...  — Przekpiwasz się, a on najlepiej powiada, że póki ociec żyją, to zawżdy zapis mogą odebrać...  — Juści, wyrwij wilkowi z gardła, wyrwij! Sześć morgów grontu! To my u niego z kobietą za parobków prawie służym, a on obcej zapisuje, leda komu...  — Kłócił się będziesz, a pomstował, a rady u ludzi szukał, a prawował — to cię jeszcze z chałupy wygoni... — mówiła cicho, oglądając się na drzwi.  — Kto to powiedział? — zawołał głośno, zrywając się ze stołka.  — Cichoj ino... tak ludzie mówią, cichoj!.. — szeptała lękliwie.  — Nie ustąpię, niech mę przez moc wyciepnie, do sądu pójdę, prawował się będę, a nie ustąpię — krzyczał prawie.  — I głową muru nie przebijesz, choćbyś i trykał jak ten baran! — powiedział kowal, wchodząc do izby.  — To co zrobić? Mądre rady masz la ludzi, to poradź...  — Złością ze starym nie wygra! — Zapalił fajkę i jął mu przekładać, tłumaczyć, łagodzić i tak kręcić, aż się Antek poznał i krzyknął:  — Ty z nim trzymasz!  — Za sprawiedliwością jestem.  — Dobrze ci za nią zapłacił.  — Jeśli zapłacił, to nie z twojej kieszeni.  — A z mojej, psiachmać, z mojej! Dobrodziej jucha z cudzego. Dosyć już wziąłeś, to ci niepilno.  — Tylem wziął, co i ty!  — Hale, tyle... a statki, a szmaty, a krowę, a ileś wycyganił od ojca? Baczę dobrze i te gąski, te prosiaki i kto tam zliczy! A ciołek, co ci go dał niedawno, to nic?  — Mogłeś i ty brać.  — Złodziej nie jestem ni ten cygan!  — A ja złodziejem jestem, ja?...  Przyskoczyli do siebie, gotowi się chycić za orzydla, ale opadli wnet, bo Antek rzekł ciszej:  — Nie mówię tego do ciebie... Ale swojego nie dam, choćbym miał skapieć...  — I... nietyla ci tam o ten grunt idzie, widzi mi się... — rzucił drwiąco kowal.  — Ino o co?  — Latałeś za Jagną, to ci teraz i markotno.  — Widziałeś?... — krzyknął ugodzony jakby w samo serce.  — Są takie we wsi, co i widziały, a nie raz...  — Coś rzekł, co?  — Rzeknij to słowo, rzeknij!  — Urzędnik jestem, miarkuj się Antek, byś nie żałował.  Ulżyło mu rzetelnie, spokojniejszy wrócił do domu, ino tym jednem markotny, że niepotrzebnie pokłócił się ze szwagrem.  — Teraz już wszyscy będą przeciwko mnie! — myślał nazajutrz rano przy śniadaniu i ze zdumieniem zobaczył kowala, wchodzącego do izby.  — Co tu wykładać, kiej zapis zrobił!  — Przeciw temu nie powstawaj w oczy a przychwalaj i mów, że dobrze robi i zapis, miał wolę, to zrobił... niech ino resztę nam przyobieca — tobie i mojej, a przy świadkach! — dodał chytrze.  — A Józka i Grzela? — zapytał z niechęcią.  — Wielka parada, cztery morgi — na mnie i na twoją...  — Co ty, Antek? co ty? — bełkotał przestraszony, bo Antek puścił kosę i szedł ku niemu blady ze strasznemi oczami.  — Trza temu zapobiec! — zdecydował natychmiast i, mimo obawy przed Antkiem, zawrócił zpowrotem do Borynów.  — Jest gospodarz? — zapytał Witka, któren wprost domu smagał kamieniami na gęsi, pływające po stawie.  — Hale, jest tam! poszli przecie do młynarzów, zapraszać na wesele...  — Zajrzę do młyna, czy jagłę zrobili. — Dłużyło mu się w domu czekać.  Ale szedł wolno, przystawał a medytował... — Juści, kto go ta wie, co zrobi.  — We młynie prędzej się ich doczekam! — szepnął i poszedł nadół.  Siedział pod oknem, wsparty na kijaszku, i wodził oczami po izbie, to na dzieci, co były cicho się zbiły w kąt, to na Hankę spozierał... siwy był całkiem, wargi mu się trzęsły i głos miał słaby, jakby ptaszęcy, a w piersiach mu cięgiem rzęziało...  — Jedliście śniadanie, co? — pytała cicho.  — Popaślibyście gęsi, to dzieci przypilnowali...  — Wszystkobym robił, Hanuś, wszystko — szeptał cichutko.  — Laboga! a czemuście to nam nic nigdy nie rzekli, że wam tak źle...  — Jakże... córka... on dobry człowiek, ale cięgiem na wyrobku... jakże...  Boryna na obiad nie przyszedł.  — I dobrodzieja prosili?... — wykrzyknęła Hanka.  — Zanosi się u was na coś.  — Pewnie, że ojciec nie będzie sobie żałował niczego — szepnęła kowalowa rozżalonym głosem.  A tu już za tydzień ślub...  Mroczało już na świecie.  — Wszystkie! Jak na sąd jaki!  — Nie na sąd, ino do was przyślim z proszeniem — rzekła nieśmiało kowalowa.  — A czemuż to i twój nie przyszedł?...  — Robotę ma pilną, to ostał w domu...  — Czego chcecie, mówcie? — zawołał ostro, zniecierpliwiony milczeniem.  — A to... mów Antek... a to przyszlim wedle tego zapisu... — jąkała kowalowa.  — Zapis zrobiłem, a ślub w niedzielę... to wam rzeknę!  — To wiemy, ale nie o to przyślim.  — A czego?  — Zapisaliście całe sześć morgów!  — Bom tak chciał, a zechcę, to w ten mig zapiszę wszystko...  — Jak wszystko będzie wasze, to zapiszecie! — powiedział Antek.  — Dziecińskie, nasze.  — Głupiś jak ten baran! Grunt jest mój i zrobię z nim, co mi się spodoba!  — Zrobicie abo i nie zrobicie...  — Ty mi wzbronisz, ty!  — A ja, a my wszystkie, a nie, to sądy wam wzbronią — krzyknął, bo już nie mógł ścierpieć i buchnął zapamiętałością.  — Sądami mi wygrażasz, co? Sądami! — Zamknij ty gembę pókim dobry, bo pożałujesz! — krzyczał, przyskakując do niego z pięściami.  — A ukrzywdzić się nie damy! — wrzasnęła Hanka, podnosząc się na nogi.  — Sprzątacie zato z trzech morgów.  — Jak wam krzywda, idźcie se poszukać lepiej.  — A przeciwcie się, dużo o to stoję...  — Ino zapis odbierzcie — dorzuciła przez łzy Hanka.  — To czemu pyskuje!  — Głupiaś. Widzisz ją, mojem się tu będzie dzieliła. Nie bój się, na wycug do waju nie pójdę... — rzekłem!  — A my nie ustąpim. Sprawiedliwości chcemy.  — Coś powiedziała?... — zaryczał stary, przyskakując do niej...  — Zasypałeś obroki koniom? — zapytał Kuby.  — Przeciech...  — Gdzie Witek?  Rano nazajutrz, skoro wstał, zajrzał na drugą stronę. Antek leżał jeszcze, twarz miał obwiązaną w okrwawioną szmatę, ale się uniósł nieco.  — Żeby mi do połednia już was nie było! — zawołał jeszcze z sieni.  Antek i na to nie odrzekł, jakby nic nie słyszał...  — Józka, zawołaj Kubę, niech założy kobyłę do wozu i wywiezie ich, gdzie chcą!  I wynosili się.  A u starego obiad jedli w ponurem milczeniu.  — Pojadę do miasta, to ci trzewiki kupię.  — Kupicie, tatulu? Naprawdę kupicie?...  — Kupię ci, kupię ci i co więcej, ino dobrą córką bądź, o gospodarstwie pamiętaj!  — To i na kaftan mi kupcie, taki, jak ma Nastusia Gołębianka.  — Kupię ci, córko, kupię...  — I wstążek, ino długich, bobym nie miała na wasze wesele.  — Co ci ino potrza, mów, a wszystko miała będziesz, wszystko. XI XI.  — Śpisz to, Jaguś?...  — Markotno ci, córko, co? — spytała ciszej... z lękliwą nadzieją w sercu...  — Jaguś! Wstań, córko, czas już! Ewka zaraz przyleci do gotowania, a tyla jeszcze roboty!  — Pogoda to? — pytała, podnosząc ociężałą głowę.  — Nie stoję tam o to — burknęła zniecierpliwiona.  — Tyla mi z nich pociechy, co z wczorajszego dnia! — wykrzyknęła i rozpłakała się — a z pasierbami zgodę powinnaś trzymać! — dodała, obcierając oczy.  — Józka dobra dziewczyna, Grzela jeszcze nierychło wróci z wojska... a...  — Kowali trza się strzec.  — Przecież oni się z Maciejem sielnie obserwują...  — Ma w tem kowal jakieś wyrachowanie, ma! Ale pilnowała go będę... Z Antkami najgorzej, bo się pogodzić nie chcą... i Dobrodziej wczoraj zgodę chciał zrobić... nie przystali...  — A bo Maciej jest jak ten zły pies, żeby ich z chałupy wygnać! — wykrzyknęła namiętnie.  — Co ty, Jaguś, co ty? A dyć Antek najbarzej wygadywał na ciebie i gront chciał odebrać i pomstował a zarzekał przeciw tobie, że powtórzyć trudno.  — Antek przeciw mnie? Ocyganili was, a żeby im ozory paskudne poschnęły...  — A czemuż to jego stronę trzymasz, co?... — zapytała groźnie.  — To możebyś mu i zapis oddała... co?...  Na niebie modrem i niskiem ani jednej chmurki nie było.  A i wewnątrz wyporządzone było galanto.  — Zdążę jeszcze, zdążę... — odpowiadała krótko i dała wnet spokój nalepianiom — brakło jej cierpliwości... — Wysypała podłogę kolkami jedlinowemi, to stoły pokryła cienkiem płótnem, to porządkowała w komorze, abo się przemawiała z braćmi, lub wychodziła przed dom i patrzyła długo w świat. A żadnej radości w sobie nie czuła, żadnej. Myślała jeno, że się wytańcuje a muzyki nasłucha i śpiewów, na co łakoma była. Była jak ten dzień jasny, roziskrzony a martwy jesienią i ogłuchły. Żeby jej wszystko nie przypominało, że to wesele dzisiaj, nie baczyłaby o tem. Boryna wczoraj, na rozpleciny, dał jej osiem sznurków korali, wszystkie, jakie mu zostały po nieboszczkach... Leżały na dnie skrzynki, nawet ich nie przymierzała... Nie stała o nie, nie stała dzisiaj o nic... Leciałaby tylko gdzieś, przed się, choćby w cały świat... ale gdzie? Abo to wiedziała! Mierziło się jej wszystko, a do głowy wciąż wracało powiedzenie matczyne o Antku... — Jakże, onby wygadywał, on?... Nie mogła wierzyć, nie chciała... bo aż się jej na płacz zbierało!... A może!.. wczoraj, kiedy prała w stawie, przeszedł i ani nie spojrzał! A jak szli rano do spowiedzi z Boryną, spotkali go przed kościołem... z miejsca zawrócił jak przed złym psem... A może?... Niech szczeka kiej taki, niech szczeka!..  — Chodźcie prędzej, bo Kuba was pilno potrzebuje — przynaglał chłopak.  — Gorzej mu to?  — Jaguś, i tobie trza się śpieszyć, druchen ino patrzyć — naganiała matka.  Słońce się już przetoczyło z południa i proszyło bladem, jesiennem światłem, że ziemia błyszczała jakby oroszona, okna buchały płomieniami, staw lśnił się i migotał, przydrożne rowy pobłyskiwały wodą jakby szybami — wszystek świat był przesycony światłem dogasającej jesieni i ciepłem ostatniem.  Ogłuchła, niema cisza obtulała rozzłoconą ziemię.  Dzień się dopalał jaskrawo i zwolna przygasał.  Ale w Lipcach huczało jakby na jarmarku.  Jak tylko przedzwonili na nieszpory, muzyka wywaliła się od wójta na drogę.  Najpierwsze szły skrzypki w parze z fletem, a za niemi warczał bębenek z brzękadłami i basy, przystrojone we wstęgi, wesoło podrygiwały.  Za muzyką szły oba dziewosłęby i drużbowie — sześciu ich było.  A wszystko chłopaki młode, dorodne, kiej sosny śmigłe, w pasie cienkie, w barach rozrosłe, taneczniki zapamiętałe, pyskacze harde, zabijaki sielne, z drogi nieustępliwe — same rodowe, gospodarskie syny.  Walili środkiem drogi, kupą całą, ramię przy ramieniu, aż ziemia dudniła pod nogami, a tak radośni, weselni i przystrojeni pięknie, że ino w słońcu grały pasiaste portki, czerwone spencerki, pęki wstęg u kapeluszów i, rozpuszczone na wiatr, kiej skrzydła, kapoty białe...  Krzykali ostro, podśpiewywali wesoło, przytupywali siarczyście i szli tak szumno, jakby się młody bór zerwał i z wichurą leciał... — Wychodź, druhenko, wychodź, Kasieńko, Na wesele czas — Będą tam grały, będą śpiewały Skrzypice i bas — Pójdzie do dom wczas!  Hej! jak mazury mazurami nie było śliczniejszej!  Wnet drużbowie zrobili rumor i gruchnęli z całych piersi: Rozgłaszaj, skrzypku, rozgłaszaj! A ty, Jaguś, ojca, matkę przepraszaj — Rozgłaszaj, flecie, rozgłaszaj! A ty, Jaguś, siostry, braci przepraszaj!..  Za nią druchny prowadziły Macieja.  Na ostatek zaś, całą drogą waliła wieś cała. A moja Jaguś, po tobie płaczą... Hej! A da śpiewają, śpiewają sobie — A da na smutek, Jagusiu, tobie... Hej!  Pochodzili z dobry pacierz, nim skończyli.  — Z mazurska chłopcy, a krzepko!  .......Muzyka rznęła siarczyście, zapamiętale, z mazowiecka...  Wnet się pobratali gorąco, bo muzyka zaraz zamilkła i zaczął się poczęstunek.  — Kwiatuszków szukacie? byście dziewczyny czego innego nie pogubiły po nocy.  Słuchał to ich kto?  — Nie damy! — huknął któryś.  — Cicho, trzeba, kiej urzędowa osoba powiada...  — Szkoły nam takiej nie potrzeba! — powiedział Boryna.  — A nie potrzeba — powtórzyli inni chórem.  — A niby od czego? — wrzasnął ten z Woli, podrywając się z ławy.  — Niech cechują, na wycięcie poczekają... — wtrącił Boryna.  — Do komisarza ze skargą pójdziemy.  — Ani jednego chojaka ściąć nie pozwolić!  — Skargę do sądu podać! A dokoła drużbeczkowie, dokoła; Zapraszajcie dobrych ludzi do stoła! Adyć my już poprosili — już siedzą. Dajcie ino co dobrego — to zjedzą!  Kucharki wraz z drużbami wnosić poczęły dymiące, ogromne donice z jadłem i przyśpiewywały: A w nim kurę z pierzem!  A przy drugiej potrawie: Jedz-że siaki taki!  Muzyka zaś zasiadła pod kominem i przygrywała zcicha piosneczki różne, by się smaczniej jadło.  — Jaguś, kuntentna jesteś, co? Śliczności ty moje! Jaguś, nie bój się, dobrze ci u mnie będzie, jak i u matuli nie było lepiej... Panią se będziesz, Jaguś, panią... dziewkę ci przynajmę, byś się zbytnio nie utrudzała... obaczysz!... — pogadywał zcicha, a w oczy miłośnie patrzył, na ludzi już nie bacząc, aż się na głos przekpiwali z niego.  — A bo też spaśna, kiej ta lepa.  — Stary kręci się i nogami przebiera, niczem ten kogut!  — Użyje se jucha stary, użyje! — wołał wójt.  — Jak ten pies na mrozie — mruknął zgryźliwie stary Szymon.  Kucharki znowu zaśpiewały: By se chudzielce podjadły!  — I przypodchlibiaj, za szyję często ułapiaj.  — Bo — prawił — Pan Jezus nam rzekł i święci apostołowie, co wszystko w w łacińskich książkach jak wół stoi wypisane, że lepiej zabić, niźli masz zgorszyć, bo jako te niewiniątka zgorszysz, to jakby mnie samego, tak stoi w piśmie świętem — bo niepomiarkowanie w piciu, w jadle jak i w uczynkach srogo karanem będzie, to wam ludzie kochane mówię — bełkotał niewyraźnie, bo nie po jednym już był, ni po dwóch...  — Kalikant jucha, zabawy będzie ludziom bronił.  Kucharki znowu z miskami nowemi szły i śpiewały: Będzie teraz gospodarzom za szkodę płaciła!  — Wysadzili się, no, no! — dziwili się ludzie.  — Jakże, z tysiąc złotych kosztuje wesele...  — A Jagna siedzi jak ten mruk.  — Maciej zato ślepiami świeci kiej żbik!  — Kiej to próchno, moiściewy, kiej próchno!  — Będzie on jeszcze płakał.  — Czemu to ona dzisiaj nie przyszła?  — Jakże, leda dzień zlegnie...  — Mateusz ino czeka tego!  — Hale, hale?  — Przykłada każdy a widział kto?  — To niby po próżnicy pogadują!  — I inni mają oczy widzące, mają...  — Pewnie, Pan Jezus nierychliwy, ale sprawiedliwy...  — Przecie to i wstyd, chłopy tyle a wszystkie kobiece roboty robią...  — By sobie ino Jagusia rączków nie powalała!  — A po pięć morgów mają i żenićby się już mogli!  — Tyle dziewczyn jest we wsi...  — A wasza Marcycha najdawniej czeka i grunt przyległy do Paczesiowego!  — Baczcie na swoją Frankę lepiej, by się czego z Adamem nie doczekała!  — Stara jest piekielnica, to wiadomo, ale chłopaki też niezguły i ciamajdy!  — Tyle paroby a matczynej kiecki boją się puścić!  — Puszczą się... już dzisiaj Szymek cięgiem chodzi za Nastką Gołębianką.  — Ociec ich był taki sam — dobrze baczę, a stara zamłodu nielepsza od Jagusi!...  — Jaki korzeń taka nać! — taka córka jaka mać!  Podali naostatku, dla wybranych, krupnik, miodem i korzeniami zaprawiony, a reszcie szczodrze stawiali tęgą okowitę i piwo.  — Źle jest na świecie! Juści! Marnacja człowiekowi, a to biedowanie jeno...  — „Na braci Pan Jezus stworzył ludzi a wilkami są la siebie!  — „Prawda, prawda i dmucha w duszę kiej w to zarzewie przygasłe, aż chciwość, i złość, i wszystkie grzechy rozdmucha!  — „Juści, któren głuchy jest na przykazania, ten ochotniej słucha piekielnej muzyki!  — „Drzewiej nie tak bywało! Posłuch był, poszanowanie starszych i zgoda!  — „I grontu każden miał, co ino mógł obrobić, a pastwisk, a łąk, a boru.  — „A o podatkach kto kiedy słyszał?  — „Abo drzewo kupował kto?... Jechał do boru i brał, ile komu było potrza, a choćby i tę najlepszą sosnę czy dęba!.. Co było dziedzicowe, było i chłopskie.  — „A teraz ni dziedzicowe, ni chłopskie — żydoskie ino, abo i kogo gorszego.  — „Ścierwy! Piłem do was, pijcie do mnie! Usadziły się jakby na swojem — pijcie-no, dobre twoje, dobre i moje, by sprawiedliwość we wszystkiem była...  — „Juści, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus rzeknie: „Do tela twoje — od tela moje, człowieku“.  — „Tem ci polski naród stojał — to i tak ma być aż po wiek wieków Amen!  — „A cierpliwością i bramy piekielne przemoże“. Da powoli, powoli — Da od stołów wstawajcie! Po trzy grosze za potrawę, Po dziesiątku za przyprawę — Da kuchareczkom dajcie!  Śmieli się też, śmieli, mój Jezus!  A potem w „Przepiórkę“.  I w „Świnkę“ się zabawiali!  A naostatek któryś z drużbów, widzi mi się, Tomek Wachnik, bociana pokazywał; w płachtę na głowę się przyokrył, a z pod niej za dziób długi kij wypuścił i klekotał tak zmyślnie, kiej bociek prawdziwy, aż Józia, Witek i co młodsze, zaczęły za nim gonić i krzyczeć: Twoja matka w piekle, Co ona tam robi? Dzieciom kluski drobi. Co złego zrobiła? Dzieci pomorzyła.  Kobiety wyprowadzały z komory, Jagusię nakrytą białą płachtą, i usadziły ją w pośrodku, na dzieży, pokrytej pierzyną — druchny porwały się nibyto ją odbić, ale starsze i chłopi bronili, więc się zbiły naprzeciw i smutno, jakby z płakaniem w głosach zaśpiewały: Po wianeczku tuż — Kornet wity, czepiec szyty, To la ciebie przyzwoity, To na główkę włóż!...  Odsłonili ją wtedy. Da że pójdziesz za wdowca, Da uwiłabym ci wieniec, Da z samego jałowca!  A insze jeszcze barzej przytykliwe i kolące.  Najpierw Jagusia musiała wkupywać się do gospodyń!  Więcej niźli trzysta złotych zebrali!  I tańcowali!  ...Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujące, ucinaną, brzękliwą nutą i skokliwemi przyśpiewkami sadzone, jako te pasy nabijane, a pełne śmiechów i swawoli; pełne weselnej gędźby i bujnej, mocnej, zuchowatej młodości i wraz pełne figlów uciesznych, przegonów i waru krwie młodej, kochania pragnącej. Hej!  Takie to tany nieopowiedziane szły za tanami.  Takoż się zabawiali na weselu Jagusinem z Boryną!   Jakoby łąki i żniwne pola i sady rozkwitłe zeszły się na gody i porwane wichurą poszły społem w długi, zawrotny, ognisty korowód!  Muzyka to ich wiedła, to granie, te piosneczki...  ...Basy pohukiwały do taktu i buczały drygający niby bąki, a flet wiódł wtór i pogwizdywał wesoło, świergotał, figle czynił jakby nasprzeciw bębenkowi, któren ucieszny wyskakiwał, brzękadłami wrzaskliwość niecił, baraszkował i trząsł się, jako ta żydowska broda na wietrze, a skrzypice wiedły, szły na przedzie, niby ta najlepsza tanecznica, śpiewały zrazu mocno a górnie, jakby głosu próbowały, a potem jęły zawodzić szeroko, przenikliwie, smutnie, kieby rozstajami płacze sieroce kwiliły, aż zakręciły w miejscu i spadły znagła, nutą krótką, migotliwą, ostrą, jakby sto par trzasnęło hołubcami i sto chłopa zakrzykało z pełnej piersi, aż dech zapierało, i dreszcz szedł po skórze, i wnet jęły kołować, pośpiewywać, zawracać, drobić, przeskakiwać a śmiać się i weselić, że ciepło do serca szło i ochota do łbów biła kiej gorzałka... to znowu śpiewały tą nutą ciągliwą, żałosną i płakaniem kiej rosą osnutą; tą nutą naszą, kochaną, serdeczną, pijaną mocą wielką i kochaniem, i wiedły w tan ostry, zapamiętały, mazowiecki. Zbierajcie się, weselnicy, już nam czas! Daleka droga, Głęboka woda, Ciemny las! Znów się zabawimy, Jutro powrócimy, Na popas!  Ale nikt ich nie słuchał! XII XII.  — Łapa! Łapa! Wróciłeś to, piesku, wróciłeś, biedoto! — wykrzykiwał, rozeznawszy psa, i aż przysiadł na progu z radości. — Głodnyś, chudziaku, co?  Rychło obaj zasnęli.  A ze stajni obok położonej wołał Kuba słabym, schorzałym głosem, wołał długo, ale Witek spał jak kamień, dopiero Łapa, poznawszy głos, jął zajadle szczekać i targać kapotę, aż przecknął.  — Czego? — mamrotał przez sen.  — Wody! Tak me rozbiera gorącość... wody!  — A Łapa! Wróciło psisko od Antków!  — Używają se gospodarze, używają — westchnął ciężko.  — Młynarze byli?  — Byli, ino rychlej poszli.  — Narodu dużo?  — Kto by ta porachował?... aż się przelewało w chałupie.  — Przyjmowali suto?  — Przenosiny kiedy?  — A dzisiaj na odwieczerzy.  Witek poszedł spać.  — Żeby choć te oczy napaść.. żeby...  Budził się czasami, wodził pustym wzrokiem i, nic nie rozeznawszy, zapadał znowu, leciał w martwą, trupią ćmę.  Ale dzień był jeszcze daleko.  A Witek mimo rozespania pobiegł na wesele.  Dobrze po śniadaniu, obudziło go porykiwanie krów głodnych i niewydojonych i piekłowanie Jagustynki, która, zaspawszy jak i drudzy, krzykiem nadrabiała przy obrządzaniu gospodarstwa.  — Dopomóżcie, poredźcie — prosił cicho.  — Zamrę?  — Zamrę, powiadacie?..  — Po dobrodzieja by ano posłać, co?  — Dobrodzieja! — wykrzyknął zdumiony. — Dobrodzieja przywieść tutaj, do stajni, do mnie?.. Co wama po głowie chodzi?  — A cóżto, z cukru jest i rozpuści się w tem łajnie końskiem? Ksiądz jest od tego, by gdzie go do chorego proszą, szedł.  — Jezus! a miałbym to śmiałość, w ten gnój do mnie?..  — Głupiś jak ten baran! — Cisnęła ramionami i poszła.  — Sama głupia, ani wie, co powiada... — mruknął oburzony srodze, opadł ciężko na barłóg i długo jeszcze rozmyślał. — Zachciało się babie... hale, Dobrodziej kochany po pokojach se chodzi... z książek poczytuje... z Panem Bogiem rozmawia... i do mnieby go wołać?... te kobiety, to ino aby ozorem mleć... głupia...  — Schudłaś, biedoto, schudłaś! — Głaskał ją czule i całował po rozdętych nozdrzach. — Nie bój się, wyzdrowieję rychło, to wnet ci boki podkrzepię, choćby i czystym owsem...  — Jakie to zmyślne juchy! — szeptał. — Takiemu ptaszkowi, a Pan Jezus rozum daje, że wie, gdzie pożywienie znaleźć. Cicho, Łapa, niech się pożywią i wspomogą biedoty, bo i na nich zima przyjdzie. — Przyciszał, bo pies skoczył wypędzać rabusiów.  — Wypędź Łapa. Dziadaki jedne, wszystkiego im zawżdy mało!  — Wygoń, piesku, wygoń! Swarzą się juchy, kiej te baby!  — Cicho-no!  — Gotują się do przenosin!  — Stary Pietras do karczmy idzie — mruczał. — Walentowa wykrzykuje... pewnie gąski czyje przeszły na jej stronę... Piekielnica nie baba! Kozłowa widzi mi się... juści... bieży i krzyczy... juści ona!... Pietrek Rafałów... rajcuje jucha, jakby miał kluski w gębie... księża kobyła po wodę jedzie, tak... postaje... zawadza kołami... jeszcze se kiedy kulasy połamie...  — Nogeś pono wykręcił?  — A obaczcie i poredźcie.  — I panna przy rodach tak nie kwiczy! — mruknął urągliwie.  — Kiej boli! A dyć nie szarpcie! Jezus! — wył prawie.  — A to cię uszlachtowali! Pies ci łydkę wyżarł, czy co? — wykrzyknął zdumiony, bo łydka była poszarpana, zaropiała, noga spuchła jak konew.  — To... ino nie powiedajcie nikomu... borowy me postrzelił... ino...  — Prawda... śruciny siedzą pod skórą kiej mak... zdaleka do cię wygarnął? Ho, ho! kulas widzi mi się na nic już... kosteczki chroboczą ano... Czemuś to zaraz mnie nie wołał?  — Takiśto majster! Taki se zcicha pęk, lelum polelum, a z dziedzicem zajączkami się dzieli... Cie... ale kulasem za tę spółkę zapłacisz...  Obejrzał raz jeszcze i srodze się strapił.  — Za późno, o wiela za późno!  — Poredźcie, poredźcie — jęczał wystraszony.  Już nic nie odrzekł, ino rękawy zakasał, wydobył ostry kozik, nogę ujął krzepko i jął wydłubywać śruciny i ropę wyciskać.  — Do szpitala musisz iść... — mruknął cicho.  — Do szpitala?... — Nieprzytomny był jeszcze.  — Nogę?...  — Urznęliby? — pytał, nie mogąc pojąć.  — Nie, bojam się, nie... do szpitala...  — Głupiś!...  — Hale, będą ci się pytali, głupi!  — Urznąć i zaraz wyzdrowieje... — powtarzał Kuba po jego wyjściu.  Noga przestała go boleć po opatrunku, zdrętwiała tylko aż do pachwiny, a po całym boku czuł jakby mrówki łaziły, nie zważał na to, bo się głęboko zamedytował.  Robili przenosiny Jagusi do męża.  Młódź podśpiewywała czasami, to kuma jaka zawiedła, chłop któren wrzasnął: „da dana“, ale wnet cichli, ochoty jeszcze nie było i ziąb wilgotny przejmował do żywego.  Dopiero kiej nawrócili w Borynowe opłotki, druchny zaśpiewały: A płakała dziewczyna, Jak jej ślub dawali; Cztery świece zapalili, W organy zagrali. Myślałaś dziewczyno, Że ci zawsze będą grać?... Wczoraj trochę, dzisiaj trochę... A na całe życie płacz...  Nie zazdrościć to losu takiego?..  Wzdychały żałośnie i raz po raz któraś zcicha rzekła:  — Umiały sobie pomagać, umiały!  — Czemuż to wasza Ulisia nie wyszła?  — I drugie też bez to samo.  — Taka, to ma szczęście...  — Bo wstydu nie ma.  — A dyć chodźcie — wołał Jędrzych. — Muzyka gra, a w izbie ani jednej kiecki, że niema z kim tańcować!  — A kulasami po ludziach nie rzucaj!  — Jutro powiecie...  — Nie gęsior przeciech, to nijak mu na oczach wszystkich!  Gruchnęli śmiechem, bo Jagna uciekła na drugą stronę.  Kobiety też dogadywały, co im ślina przyniesła na język.  Wnet się wrzawa wzmogła i wesołość ogarniała duszę, wójt pomógł rzetelnie, ale i gorzałka zrobiła swoje. Boryna nie żałował i flachę puszczał częstą kolejką; tańce też szły raźniejsze i gęstsze, śpiewać już poczynali, przytupywać i coraz większem kołem taczać po izbie.  A na to już zjawił się Jambroży, przysiadł zaraz, nieledwie przy progu, a łakomemi oczyma wodził za flachą.  — Wam ino tam głowę wykręca, gdzie kieliszki dzwonią! — rzucił wójt.  — Brzękliwe są; a któren spragnionego napoi, zasługę ma! — odparł poważnie.  — Naści wody, worku skórzany.  — Co smakuje bydlęciu, szkodzi człowiekowi! Powiedają: „kogo woda zbawi, to zbawi, a gorzałka każdego na nogi postawi“.  — To pijże okowitkę, kiejś taki kalkulant.  — Przepijcie, wójcie! Powiedają i to: „chrzest przyjmuj wodą, ślub polewaj wódką, a śmierć płakaniem“.  — Dobrze powiadają, pijcie drugi...  — Czemuż to?  Izba gruchnęła śmiechem.  — Z Jagustynką was zmówimy! — wołały kobiety.  — Gorzałkę lubi i pyskata tak samo — dodawały drugie.  — Żółtek! Niechrzczony! Kobyli syn!  — Cichojta! Przyjąć go czem, gorzałki mu dać! — wołał wójt.  Boryna wyniósł flaszkę i częstował. Jankiel kieliszek wytarł kapotą, głowę nakrył i wypił, a drugim poprawił.  — Zostańcie, Jankiel, nie streficie się! Hej! muzykanty, zagrajcie żydowskiego! niech Jankiel potańcuje — wołali ze śmiechem.  — Mogę potańcować, to nie grzech!  — Do misek chodźta, ludzie, bo stygnie!  — Jambroży ino cyganią, aż się kurzy i myślą, że mu kto wierzy...  — Wół tak samo poredzi, albo i lepiej.  — Jambroży po księdzu wynoszą, to myślą, że ino sami mądrzy!  — Wpuść cielę do kościoła, a też ino ogon wyniesie! Głupia! — mruknął zelżony.  — Gospodyni moja kochana! A dyć, kiej ta dworska pani, tak se godnie poczynasz i radzisz!  — I... poniecha! zmusi go do tego ktoś drugi, zmusi...  — Boryna?  — Hale, Boryna! jest ktoś mocniejszy od obu... jest...niech-no ten czas nadejdzie, a zobaczycie sami... — uśmiechnęła się chytrze. — Witek, odegnaj-no psa, bo szczeka, aż uszy bolą, i rozpędź tych chłopaczysków, szyby jeszcze powygniatają i ogacenie rozniesą.  — Witek! poczekajno! — wołał Roch, stojący przy węgle od podwórza, w cieniu. — Wywołaj Jambrożego, powiedz, że pilna sprawa, poczekam na ganku.  — Kościół się pali, czy co?  — Niech zdycha, a nie przeszkadza ludziom jeść. Byłem na odwieczerzy u niego i mówiłem jusze, aby się do szpitala szykował, nogęby mu urznęli i wnetby wyzdrowiał!..  — Jezus, Marja! Jakto, sam sobie obciął?..  Kuba otworzył naraz oczy i wodził niemi dosyć przytomnie.  — Boli cię to?  — Nic a nic. Sił się ino wyzbyłem docna, ale zdrowszym!  Leżał spokojnie i ani krzyknął, gdy mu Jambroży nogę składał, mył i krępował w zmoczone szmaty.  — Księdza mu trzeba przywieźć póki przytomny!  — Pójdę po niego, zwlekać nie można!  Wyprowadzili konie na drogę i Roch siadł.  — Nie ostawię go samego, nie zapomnę.  — Kuba, przejedzcie ździebko, użyjcie i wy wesela!  — Bóg ci zapłać! Kiełbasa widzi mi się, czujna, wieje od niej.  — Dyć umyślnie przypróżałam, byście posmakowali. — Wraziła mu miskę w ręce, bo ciemno było w stajni. — Wypijcie przódzi wódkę.  Wszystko wypił do dna.  — Posiedź ździebko, tak mi się samemu ckni...  Począł glamać, pogryzać, żuć, ale nie mógł nic przełknąć.  — Weselą się, co?  — Takie wesele, tyla narodu, żem w życiu nie widziała większego.  — Borynowe przeciech, to nie dziwota! — szepnął z dumą.  — Jakże... urodna, piękna na gębie kieby jaka pani dworska!  — Wójt jest?  Zmęczył się i zamilkł, i jakby zasypiał.  Jóźka odeszła śpiesznie.  — Cesiu! Ceś, Ceś... — zawołał, przytomniejąc.  — Podjem se choć raz dosyta! Dostaniesz piesku swoje, dostaniesz, nie skomlij ino...  A czasem jeść próbował, albo szeptał cicho, serdecznie:  — Ceśka, Ceś, Ceś!  I wyżej leciała, dalej, dalej, aż tam...  ...Aż tam zaś, gdzie już nie dosłyszy człowieczego płakania, ni żałosnego skrzybotu duszy wszelkiej...  ...Tam zaś, gdzie ino pachnące lilje wioną, gdzie kwietne pola miodną słodkością szumią, gdzie ciekną rzeki gwiezdne po dnach barwionych rzęsiście, gdzie wieczny dzień.  Tam się ano rwała dusza umęczona i odpocznienia tęskliwa, Kubowa dusza.  Śnieg sypał jakby przez gęste sito, padał prosto, równo, jednostajnie, bez szelestu i pokrywał dachy, drzewa, płoty i ziemię całą, jakby podbielonem, szarawem przędziwem, albo tem pierzem niedartem.  Rychtyk i wesele się skończyło, mieli się jeszcze wieczorem zebrać w karczmie na poprawiny, ale teraz już poczęli rozchodzić się do domów.  Tylko drużbowie z druchnami i muzyką na czele zebrali się kupą przed gankiem i zaśpiewali wraz jednym głosem ostatnią piosneczkę: Dobranoc państwu młodym, Dobranoc! Dobrą nockę oddajemy, Sami służką ostajemy, Dobranoc!  A Kuba w ten sam czas składał duszę swoją pod święte Pana Jezusowe nóżki. Zima I ZIMA. I.  Nadchodziła zima...  — jeszcze się barowała z jesienią i porykujący tłukła po sinych dalach, jako ten zwierz srogi i głodny, że niewiada było, kiej przeprze a skoczy i lutemi kłami weżre się we świat...  — jeszcze czasami prószył śnieg nikły, płowy — jesienny śnieg  — jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodowem światłem mżące — dnie trupie, że ptactwo z krzykiem uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ — w niezgłębioną topiel chmur  — jeszcze noce były jesienne: oślepłe, głuche, zamętne a pełne strzępów mgieł i brzasków gwiazd pomarłych — rozgniłe noce dygotliwego milczenia, przenikniętego zduszonym krzykiem trwogi; pełne wzdychów bolesnych, szamotań, nagłych cichości, wycia psów, targań marznących drzewin, żałosnych głosów ptactwa, szukającego schronisk, strasznych wołań pustek i rozstajów, zgubionych w ciemnicy, łopotów jakichś lotów, cieniów zaczajonych pod ścianami zdrętwiałych chat, pełzających hukań, zjaw przerażających, nawoływań nierozeznanych, mlaskań okropnych, przeszywających jęków  I rosła zima, rosła codzień, co godzina, co to oczymgnienie.  Aż przyszła.  A najrychlej przyleciały zapowiednie wici.  Wrzask poszedł po świecie, zamęt, szumy, świsty, kurzawa.  Chmury, stratowane ostremi kopytami wichrów, uciekały jakby chyłkiem na bory i lasy, niebo się przecierało, dzień znowu zaświecił ołowianemi oczami, stwór wszelki odetchnął z ulgą.  Dopiero przed samą św. Łucją przyszła odmiana.  — Choćby i ten najlekciejszy wiaterek a zakurki będą — szepnął rankiem, na drugi dzień, stary Bylica, wyzierając przez okienko.  — Niechta będą, zarówno mi jedno! — burknął Antek, dźwigając się z pościeli.  — Naleciało go tyla, że i na całą zimę starczy — zagadał znów stary, wychuchując szybkę, obrośniętą zielonawym, grubym lodem, by w świat popatrzeć.  — Weronka swoim pacierzem dzień zaczyna! — szepnął urągliwie Antek, okręcając nogi nagrzanemi przed kominem onuczkami  — Przyuczyła się trajkotać, to i trajkocze, chocia nie potrza, ale to nie bez złość, nie... — jąkał cicho stary.  — Twoja wola. Panu Bogu oddaję.  — Przyjdą te Żydy? — spytała wreszcie.  — Powiedziały, że przyjdą.  Wróciła do izby.  — Antek! — powiedziała ostro, śmiele, gotowa wszystko wypowiedzieć  — Mówiłeś, by przyszli po krowę? — rzekła cicho i dziwnie miękko.  — Ni, w Sikorowem obejściu naszczekują — powiedziała, wyjrzawszy.  — Musimy to przedać, co?  — A jakby zbrakło paszy, to się dokupi.  — Owsianki chyba, bo żytniej starczy do zwiesny. Ociec, odwalcie kopczyk, trza zajrzeć, czy ziemniaki nie przewiane.  — Siedźcie, za ciężka la was robota, ja odkopię.  Podniósł się, zdjął kożuch, zabrał łopatę i wyszedł przed dom.  — A dobrze. Wyjdź no, widzi mi się, że idą Żydy! Trza krowę wywieść przed dom!  — Juści, że Żydy a nie kto drugi, juści, że te zapowietrzone — zawołała ze złością.  — Co chcecie? — spytał wreszcie starszy, siwy Żyd.  — Trzysta złotych.  — Trzysta złotych, za tę chabaninę! Wy Antoni chory jesteście, czy co?  — Ty mi od chabanin na nią nie pyskuj, byś czego nie oberwał! Widzisz go, krowa młoda, na piąty rok ledwo idzie, spaśna — wrzeszczała Hanka.  — Sza... sza... w handlu gniewu niema o to słowo... bierzecie trzydzieści rubli?  — Powiedziałem swoje!  — I ja mówię swoje, trzydzieści jeden... no, trzydzieści jeden i pół... no, trzydzieści dwa — dajcie rękę... no, trzydzieści dwa i pół... zgoda!  — Rzekłem.  — Ostatnie słowo, trzydzieści i trzy! Nie, to nie! — powiedział flegmatycznie i oglądał się za swoim kijem, a starszy zapinał chałat.  — Za telachną krowę!.. adyć bójcie się Boga, ludzie... krowa kiej obora, sama skóra warta z dziesięć rubli... za telachną krowę... oszukańce, Chrystobije... — jąkał stary, oklepując krowę, jeno, że nikto nie zważał na niego.  — Przestałabyś, a to jak to ciele buczy i buczy — krzyknął Antek, siedząc przed rozłożonemi na stole pieniędzmi.  — Rycz, to ci ano ode łba odciągnie, jakeś głupia i wyrozumienia nie masz! Naści pieniądze, popłać gdzieś winna, kup coć potrzeba a resztę schowaj! — podsunął kupkę pieniędzy, a pięć rubli papierowe schował do pularesu.  — Naco ci tyla pieniędzy?  — Naco! z kijem tylko nie pójdę.  — Gdzie się to wybierasz?  — We świat, roboty poszukam, gnił tutaj nie będę!  — Organista potrzebuje do młocki!  — Nie dogaduj! — wrzasnął ze złością.  — Antek! — krzyknęła rozpaczliwie.  — Czego? — już z sieni nawrócił.  — Cóżto, ceckał się z tobą będę, może jamorował! Nie to mi w głowie — zatrzasnął drzwi i poszedł.  — Gdzieby najpierwej?...  — Gdzie taką hurmą walą? — spytał Jankla, stojącego na progu.  — Wygrają to?  — Wam coś jest?  — I... coby zaś miało być... — puśćcie do alkierza.  — Zapłaćcie! — krzyczał Jankiel, zabiegając mu drogę. — Zapłaćcie, ja wam borgować nie będę.  — Z drogi, psiakrew Żydzie, bo cię zakatrupię! — wrzasnął z taką mocą, że Żyd zbladł i spiesznie się usunął.  Antek ino gruchnął w drzwi i wybiegł.  — Za chłopa to zjecie, ale i za dziecko nie zrobicie...  — Adyć się spieszę, Hanuś, inom się zadychał ździebko, tom tego powietrza łapał... pierunem będzie... pierunem... — jąkał przestraszony.  — Dobrze, Hanuś, napalę, przypilnuję, a kapusta jest w rynce, baczę, Hanuś, baczę...  — A te postronkowe wzięłam, nie potrza wam przecież, jeść macie, szmaty macie, czegóż wam więcej?...  — A wasz co robi?  — Antek... a poszedł szukać roboty!  — Hale, w karczmie mój robił nie będzie! — wykrzyknęła.  — Niech sobie śpi, niech wypoczywa, kiedy taki pan! Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.  — Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!  — Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się...  — Nie, gąsków nie sprzedam.  — Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.  — Niedoczekanie twoje, parchu jeden! — szepnęła, wychodząc.  — Nie krzycz mi tu, świnio jedna! — wrzasnął głos z sieni wywartej. — Wezmę kija, to wnet zmilkniesz! A wynoś mi się w te pędy, do Franka idź, łajdusie jeden!  Powiedła Hankę przez długą sień.  — Te, trąba, zjadłeś fis, jak skwarek! — powtórz od Laudamus pueri...  — Z pszenicy to?  — Spróbujcie.  Podał jej jeszcze gorący opłatek.  — Zaśbym tam śmiała jeść!  — Na prawo w pierwszem kółku, to Matka Boska, św. Jan, Pan Jezus, a w drugiem kółku... widzicie...żłób, drabinę, bydlątka... dzieciątko Jezus na sianie, św. Józef, Matka Boska, a tu klęczą trzej królowie... — objaśniała organiścina.  — Po bracie sierota, na organistę u mojego praktykuje, z łaski jeno mój go uczy, cóż robić, trza się i nadszarpnąć a krewniakowi pomóc...  Hanka się rozgadała, pomału, jękliwie a dała upust żalom swoim i turbacjom. Od trzech tygodni, pierwszy raz mogła się wygadać dosyta.  — Obaczcie, sucha i miętka.  — Musi być z dworskich owiec, śliczna wełna...  — A jakby wam było potrzeba mąki, kaszy, grochu, to powiedzcie, dam wam, policzymy się w robocie.  — Odeślę wam przez parobka.  Jeszcze raz podziękowała, ale ciszej jakoś i chłodniej — zazdrość ją ugryzła w serce.  — Oj prawda, święta prawda! — szepnęła, przypominając organistów.  Noc cicha, mroźna, granatowa, osypana gwiazdami, jakoby tym piaskiem srebrnym, obtulała zaśnieżoną ziemię, drzewa stały bez ruchu, pochylone pod ciężarem śniegów, uśpione, niepojęte w tej cichości, jaka się rozlewała nad światem, niby białe cienie widm, niby stężałe opary, śniegi skrzyły się ledwie uchwytnie, głos wszelaki zamarł, że tylko coś, jakby szelest drgających gwiazd, jakby tętna ziemi przemarzłej, jakby senne dychanie drzew zmartwiałych — drżało w mroźnem powietrzu. A Hanka stała, wciąż, niepomna na czas biegnący, ni na szczypiące, ostre zimno. Przywarła oczami do domu, piła go, obejmowała sercem i brała w siebie z całą mocą głodu i marzenia.  — Hanka! — wykrzyknęła zdumiona.  — Dziwujesz się, jakbym już storgła i po śmierci straszyła!  — A do młyna.  — We młynie teraz robi, na młynarczyka praktykuje?  — Dobrze młynarz płaci?  — Aż tyla! Pięć złotych i...  — Ten judasz zawsze ma co robić.  — Tną to już poręby?  — W lesie to siedzicie, czy co, że wam niewiadomo?  — Ato żebyście wiedzieli, rąbią, ale na przykupnem.  — Juści, naszego przecież nie pozwolą tknąć...  — Prawda, kto ta bogaczów zmoże, kto ich przeprze... A zajrzyj, Nastuś, do nas.  — Krowę zjadacie! — powiedział, zgarniając pieniądze do szuflady.  — Cóż poradzić, kamieni przecie nie ugryzie.  Zła była.  — Niema to młocki we wsi?  — Przyzwyczai się jeszcze, przyzwyczai! Szkoda mi chłopa, choć wilkiem patrzy i nieustępliwy, rodzonego nie uszanował, ale szkoda człowieka...  Stanęła wystraszona, nic nie rozumiejąc.  Zbladła i poczęła się trząść w sobie.  — Mógł się już wziąć do roboty, zarazby mu wywietrzały z głowy kochania.  — Gospodarski syn to...  — Co też panu w głowie powstało, co? — zawołała prędko.  — Czy to ma przyjść? — zapytała cicho.  — Niech przyjdzie, choćby jutro. Co to wam, czego beczycie?..  — Nie, nie, to ino z mrozu...  — Za Jagusią lata, za Jagusią...  — Może i nieprawda, może ino cyganił...  Antka jeszcze nie było.  — Przywieźli wełnę Hanuś, we trzech workach przywieźli...  — Niech ci Pan Jezus odpłaci za dobrość — szepnęła rozrzewniona i zaraz też narządziła sutą kolację i rychło dzieci spać położyła.  — Że to nikt ani się pokaże, tom umyślił waju odwiedzić — rzekł prosto.  Dziękowali mu też ze szczerą i głęboką wdzięcznością.  — Mróz niezgorszy, co?  Ze zdumieniem spojrzeli na Kłęba.  — Widziałem pod Wolą, na tej drodze za młynem, wiecie, gęsty ślad, jakby całe stado szło naukos drogi, przyglądałem się, alem myślał, że to pańskie psy polowe, a to wilki musiały być... — powiedział żywo Antek.  — Byliście to i w porębie? — zagadnął Kłąb.  — Nie, powiadali ino ludzie, że tną ten przykupny las, przy Wilczych dołach.  — A jak nasz bór zaczną?... — zapytał Stacho.  — Nie damy! — rzucił krótko i mocno Kłąb. — Pobarujemy się, niech dziedzic zobaczy, kto mocniejszy, on czy cały naród, niech zobaczy.  Antkowie ostali sami.  Hanka po długiem wahaniu, po wielu nieśmiałych wzdychach, spytała wreszcie:  — Znalazłeś jaką robotę?  — Szukałem, ale choćbym i dostał, nie pójdę ze wsi, nie będę się tłukł po świecie jak ten pies bezpański — szepnął po długiem milczeniu.  — Chodziłaś pytać? — krzyknął.  — Śpisz to? — przysunęła się nieco bliżej.  — Kiej śpik mię odszedł.  — Może i pójdę, juści, trzeba ich, trzeba... — odpowiadał, nie myśląc o tem.  — Idź, Jantoś, idź... — prosiła miętko i zarzuciła mu rękę na szyję i szukała gorącemi ustami jego ust ledwie dyszących.  Ale on nie drgnął nawet, nie odpowiedział, nie poczuł jej uścisku, nie wiedział o niej, szeroko otwartemi oczami patrzył w tamtej oczy, w Jagusine modre oczy.  — Pewnie topora nie macie? — zagadnął Mateusz, schodząc nadół i witając się z nim przyjaźnie.  — Z siekierą przyszedłem, bom nie wiedział.  — Sielny las, drzewa kiej świece.  — Niezgorzej wam idzie, niezgorzej! — zauważył Bartek.  — Wychodź! Wychodź!  — Mało to bierze! — odmruknął Bartek.  — Psiakrótka, tak mię gnaty bolą, że ruchać się nie mogę! — wyrzekał.  — To ino tak zrazu, boście niezwyczajni, niewłożeni... — tłumaczył stary.  — Przejść przejdzie, wiem. Przyniesiesz to Hanuś obiad?  — Przyniesę, a gdziebyś to latał taki karwas drogi, przyniesę...  Poszedł zaraz, bo trzeba było równo z dniem stawać na robocie.  I tak mu się zaczęły dnie ciężkiej, znojnej pracy.  — Poniechajcie go, płacą mu zato, by poganiał! — Nie rozumiał stary.  — Bo mi zimno — rzucił byle co.  — Daleko to do onej Kalwarji?  — Pewnikiem stara.  — Są i mądre pono, są... — rzekł melancholijnie.  — To i białe wrony pono są, ino, że nikto ich nie widział!  — Nie mieliście to swojej kobiety, co?  — Schodzi, wciągać! — wrzeszczał chłop od pił.  — Prędzej tam Bartek, nie stójcie, bo i piły staną — wrzeszczał Mateusz.  — Gnoju mieli urzucić z pod jałówki, a samam wolała ci przynieść!  — Cóż tam? — spytał, dojadając.  — Obżarł się i tyla.  — Sprzedasz to?  — Jak uważasz, tak zrób, twoja w tem głowa.  — Co mi ta po tem — mruknął niecierpliwie.  — Organista jeździł po snopkach — powiedziała po chwili, ale już nieśmiało.  — Cóżeś dała?  — Rozumiem, od organisty wziąć...  — Dyć nie płaczę, nie... ale weź od młynarza z półkorczyka jęczmienia na kaszę, to taniej wyjdzie, niźli gotową kupować.  — Jacek mu było, znałem go dobrze! — zawołał Bartek, wchodząc na ten czas do izdebki.  — Żywie, bo coś ze dwie niedziele temu jak przyjechał.  — O Kubę! nie jednemu psu Łysek.  — Wychodźta, co to, do podwieczorku będzieta połedniowali!  Antka porwała złość, że wybiegł i zawołał:  — Nie drzyj się po próżnicy, słyszymy wszyscy  — Obżarł się mięsem, to krzykaniem ulgę sprawia kałdunowi — powiedział Bartek.  — I... krzyczy, by się przed młynarzem zasłużyć — dorzucił któryś.  — Przy jadle się wylegają, poradzają, gospodarzy juchy udają a całych portek nie pokażą... — mamrotał wciąż Mateusz.  — Do was pije, Antoni, do was!  — Dobryś mi ty, dobry mi i on, dobry mi każdy, któren rzetelnie pracuje.  — To ino mnie przez złość pan jemu postąpił.  — A, bo cisnę wszystko do stu djabłów, i niech se pan sam staje do roboty — groził.  Nikogo!  — Mogłeś przyjść i pomóc!  Odwrócił się i poszedł, nie obejrzawszy się nawet na tamtego, któren z rozdziawioną gembą na środku drogi ostał.  — Ociec nie mogliby to iść zasypywać!..  — Sam pójdę, to pewniej kasza będzie! — I poszedł śpiesznie, zły był, wzburzony i tak na wnętrzu rozciepany, jako to drzewo samotne na wichurze, a przytem drażniło go wszystko w chałupie, niecierpliwiło, a najbardziej te obmacujące, złodziejskie oczy Jagustynki.  — Kto na zwiesnę za czem bryka, od tego zimą umyka! — dorzucił ze śmiechem inny.  Uwalił się prawie na worach i jakby drzemał nieco ze znużenia.  Antek przysunął się bliżej, prawie w progu stanął a blady jak trup z zaciśniętemi pięściami, skurczony w sobie, gotowy do skoku.  — Widzieliście to, inaczej na wsi mówili... — zapytał któryś...  — Jakże, raz to byłem u niej w komorze, raz mi się to żaliła na niego!  — Łżesz jak ten pies! — krzyknął Antek, przestępując próg.  — No, no, wiecie, moiściewy, tego jeszcze nie było — szeptali między sobą.  — Nie będziesz się ścierwo przechwalał więcej, żeś u Jagny w komorze bywał! — szepnął nienawistnie i splunął.  W domu nic nie powiedział, choć Hanka jeszcze nie spała, zajęta przędzeniem, ale rano nie poszedł do roboty, był pewny, że go odprawią, zaraz jednak po śniadaniu przyleciał sam młynarz.  — Chodźcież do roboty, co macie z Mateuszem, to wasza sprawa, nic mi do tego, a tartak stać nie może. dopóki nie ozdrowieje, prowadźcie robotę, cztery złote i obiad będę wam płacił.  — Nie pójdę, da pan tyle, co Mateuszowi, stanę i niegorzej poprowadzę.  Młynarz się wściekał, targował, ale przystać musiał, bo nie było rady, zaraz go też zabrał i poszli.  Hanka nic z tego jeszcze nie pojęła, bo o niczem nie wiedziała. IV.  W wigilję przed Godnemi świętami, już od samego świtania wrzał przyśpieszony, gorączkowy ruch w całych Lipcach.  Żaden krzyk nie rozdarł zakrzepłego milczenia pól, żaden głos żywy nie zadrgał, ni nawet poświst wiatru nie zaszeleścił w suchych roziskrzonych śniegach — ledwie niekiedy, czasami, od dróg, zgubionych w zaspach, tłukł się jękliwy głos dzwonka i skrzyp sani, ale tak słabo i odlegle, że jeszcze nie chycił całkiem, nie rozeznał, skąd i gdzie, a już przebrzmiało i zgoła przepadło w cichościach.  — Kolędę niesą!  — Pan Jaś dawno przyjechał?  — Dopiero w niedzielę, trzy dni temu  — Tak, od Wielkiej nocy, tak! — rzekł ciszej i spuścił oczy.  — Cóż tu u was słychać? — zapytał, aby przerwać pytania niemiłe.  — Kuba podobno w tym czasie umarł!  — Co wy też mówicie!  — Aż do Trzech Króli.  — Hale, Witek, dałeś pić źrebięciu?  — Jagusia, a chodźże, chleb trzeba przesadzić! — wołała stara.  — Nie dźwigaj dzieży, Maciej wyniosą!  Nic nie rozumiała.  — Nieprawda, zdaje się wam ino! — zaprzeczała gorączkowo.  — Nie cieszy cię to, widzę?  — Coby zaś miało cieszyć, mało to kłopotów, a tu jeszcze nowe utrapienie.  — A niechta, a niechta!  — Bo nie chcę i tyle!  — Jest! Jest! — wrzasnął naraz Witek..  — Czas wieczerzać, kiedy słowo ciałem się stało!— rzekł Roch.  Uroczysta cichość zaległa izbę.  — Kubowa dusza! — szepnęła Józka.  — Nie pleć, ktosik potrzebujący; w ten dzień, nikto nie powinien być głodny, ni ostawać bez dachu — odezwał się Roch, podnosząc się drzwi otwierać.  — Cie!.. słuchasz to Szymek! — ale wnet milknął, karany srogim wzrokiem matki.  — Nawet tej kolebeczki nie miała biedota!  — Dziw, że to nie zamarzło!  — Rządzi on tu i tak niemało — szepnęła Jagustynka.  — Gdzie ci tak pilno! — syknęła stara, bacząca na wszystko.  — Na wieś pójde, gorąc mię rozbiera... — bełkotał zestraszony.  Ruszyli wszyscy do obory a Witek ze światłem przodem.  — A koniom to nie dacie? — zagadnęła Józka.  Wracali do izby a Roch mówił:  — Jezus kochany! Wszystko! to i ta ziemia, i te kamienie! — wykrzyknęła Jagna. — Wstań, duszo, ożyj, zasługuj się nieba! — Bo i robaczek najmniejszy i ta trawka chwiejna, wszystko się po swojemu zasługuje i po swojemu chwały Pańskiej dostępuje. A w tę noc jedną na rok cały wszystko się podnosi, przecyka, nasłuchuje a czeka tego słowa!  — U ojca razem posiedzim i społem pójdziem na pasterkę — tłumaczył kowal.  — Siadajcie, siadajcie... milej będzie w kupie, a toć wszystkie będziemy razem, Grzeli ino brak.  A Rocho jął opowiadać historje różne, przygodne na dzień dzisiejszy, a między drugiemi i taką:  — „Bóg się rodzi, moc truchleje!“  Ruszyło się naraz wszystko, ale zbóje poniechali chłopa, widząc w tym cudzie przestrogę, i razem już poszli za temi głosami anielskiemi do stajenki onej, pokłonić się Narodzonemu! wraz z nimi, co ino żyło na ziemi i w powietrzu.  Trzymając się za ręce i dygocząc ze strachu a żegnając się raz po raz, wsunęli się do obory, pomiędzy krowy.  — Siwula, siwula!..  Nie odrzekła ni tem słowem jednem, postękiwała ino, żuła, ruchała gembulą, pomlaskując ozorem.  — Cosik się jej stało, że nie odpowiada, może za karę.  — Łaciata! Łaciata!..  — Mowę odmień, nie szmaty! — rzuciła Jagustynka.  Umilkli naraz, bo ostry, przenikliwy głos sygnaturki przedzierał się do izby.  Jakoż w pacierz może wyszli wszyscy prócz Jagustynki, która ostała domu pilnować, a głównie by dać folgę uciśnionemu sercu.  Noc była mroźna, roziskrzona gwiazdami, modrawa  I z Woli nadchodził naród, a wiedli się całymi familjami, jak te krze jałowcowe, co zawżdy zwartą kupą rosną; nie wyrosłe, średniaki same, a pękate kiej wory, prędkie jednak, wyszczekane, sielne procesowniki, zabijaki niemałe, a szkodniki leśne, w szare kapoty ze sznurami czarnemi przybrani i pasami czerwonemi okręceni.  Nadciągnęła i szlachta Rzepecka, co to wedle gadki: „worek ino a płachta“, albo, że się ich piąciu krowiego ogona trzyma a we trzech jedną czapkę mają — ci szli kupą, milczkiem, zpodełba patrzący i zgóry, a kobiety swoje, jakoby dwórki jakie wystrojone i wielce urodne, białe na gembie, świergotliwe, wiedli w pośrodku i mocno uważali.  — „W żłobie leży, któż pobieży“.  — „Kolędować małemu!“  — Jaguś! Jaguś! V.  I tak wciąż wkółko, to jedno, to drugie, to dziesiąte przychodziło na nią, że się opamiętać ni wyrwać z pod tego nie mogła — nic, tylko zmora musiała ją dusić, albo Zły nagabywał i do grzechu sposobił.  — „Gniew boski i potępienie wieczne na takie“ — usłyszała wyraźnie głos księdza i jego czerwoną twarz i wyciągnięte, grożące ręce widziała przed sobą.  — Kędy się to szykujesz?  — Da ci to matka iść, co?  — Pewnikiem to zrobi, pewnikiem! — dogadywał Jędrzych, trwożnie wyglądając na drogę.  — A żebyś wiedział, zrobię, na złość zrobię, do Płoszków pójdę, do karczmy pójdę, z chłopakami pił będę! — wykrzykiwał hardo.  — Wiecie, a to moja rózga zakwitła! — krzyknęła do chodzącej Jagny.  — Jaka rózga?  Przyniosła ostrożnie garnczek, wypełniony piaskiem, w którym tkwiła spora gałąź wiśniowa, obsypana delikatnym kwiatem.  — Trześnia, kwiatuszki różowe i pachnące! — szepnął Witek poważnie.  — A prawda, trześnia!  — Zakwitła rózga, prawda, ale nie la ciebie Józia, tobie jeszcze rzemień potrzebny, abo i co twardsze! — rzekła zaraz na wstępie.  — A la mnie zakwitła, samam w noc Jędrzejkową ucieła, samam...  — Młódka jeszcze jesteś, to pewnie la Nastki ślub wróży! — tłumaczyła Jaguś.  — Cudeńka prawicie!  — Mój Jezus! I nie przemarzła!  Boryna się zniecierpliwił i nie chciał o tem mówić więcej.  Ale już na to Boryna się nie odezwał, więc Jagustynka zwróciła się do Nastki.  — Jakże tam Mateuszowe boki, lepiej?  — Mateusz, cóż mu się to stało?..  Rozpłakała się.  — O co się pobili? — spytała później Jagna.  — O ciebie! — warknęła ze złością stara.  — Juści, mówcie prawdę.  — Cygan paskudny, cygan!  — Widzisz ją, jak to kurczęciu pazury jastrzębieją.  — Za nieprawdę, tobym zabiła zaraz! Cygan ścierwa!  — Co ci to, Jaguś, co?  Odsunęła go szorstko.  — Dziad ten, niezguła!  — Taki dałby radę wszystkim! Mocarz ci on, mocarz! — myślała z tkliwością. — Gdyby się zjawił teraz, w tem oczymgnieniu! nie oparłaby mu się, nie!..  — Wyjdź! za bróg wyjdź — powtarzała bezwiednie Antkową prośbę.  — Wytrzeszcza ślepie i myśli, że mnie tem nastraszy, głupia — pomyślała Jagna, wróciwszy do domu.  Wieczór też już był zapadł, wieczór cichy, omdlały jakiś, świąteczny; mroczno było na świecie, światłości gwiezdne pomdlały w mętnem niebie, że ino gdzie niegdzie tryskał promień jaki, śnieg prószył, opadał zwolna, bez szelestu, migotał za szybami i snuł się nieskończonem, kłaczastem przędziwem.  — Ja tobym spała najlepiej przy graniu — zaśmiała się Jagustynka.  — A zaraz polecę, zaraz! — zawołała skwapliwie, a w ogniach cała.  — Możesz i zaraz, pójdę z tobą.  — A gdzież to twój?  — Coś często teraz jeździ do dworu! — rzuciła znacząco Jagustynka.  — Przeszkadza to wama.  — Pewnie Antek, nie doczekał się i... — porwała się zestraszona.  — Bez was stanowić nie możem...  — Boć pierwszym we wsi jesteście.  — I choć przez urzędu, a gromadzie przewodzicie...  — Kużden się na was ogląda.  — Ludzie kochane, kiej nie miarkuję, z czem przychodzicie?  — Rzną żydoskie z Rudki, nie wicie to?  — Nie wiedziałem, czasu niema chodzić pomiędzy ludźmi i przepytywać...  — A samiście najpierwsi pomstowali na dziedzica...  — Bom myślał, że nasze poręby sprzedał...  — A czyjeż to sprzedał, czyje? — zakrzyczał Caban.  — Juści, że na przykupnem.  — Sprzedał i na przykupnem, ale sprzedał i na Wilczych dołach i ma ciąć...  — Bez naszego przyzwoleństwa ciął nie będzie.  — Juści, drzewo już wycechowali, las rozmierzyli i po Trzech Królach rąbać zaczną.  — Kiedy tak, trzeba jechać ze skargą do komisarza — rzekł Boryna po namyśle.  — Od zasiewów do żniw, nie każdy będzie żyw! — mruknął Caban.  — A jak kto na śmierć chory, na nic mu i dochtory! — dodał Walenty z krzywą gembą.  — Skarga tyle sprawi, że, nim urząd zjedzie i zabroni, to już i pniaków nie ostanie po naszym lesie, a jak to było w Dębicy, baczycie?  — Z dworem, to jak z wilkiem, niech ino jedną owcę spróbuje, wnet całe stado wybierze.  — Nie trza dać, by się znarowił.  — Rzekliście mądre słowo, Macieju; jutro po kościele mają się gospodarze zebrać u mnie, by cosik postanowiła gromada, tośwa przyszli waju zaprosić na naradę.  — Wszystkie przyjdą?..  — Wszystkie, a zaraz po kościele...  — Jutro... Cóż, kiej koniecznie muszę jutro jechać do Woli, prawdę mówię, dzielą się tam gospodarką krewniaki, a swarzą i procesują, obiecałem się rozsądzić, by się sierotom krzywda nie stała, jechać muszę, ale co postanowicie, to tak wezmę, jakbym uradzał społem.  Wyszli markotni nieco, bo chociaż wszystkiemu przytwierdzał i zgadzał się na wszystko, co mówili, dobrze poczuli, że z nimi szczerze nie trzyma.  — Hale, uradzajcie sobie, ale beze mnie! — myślał — wójt, ni młynarz, ni co pierwsi nie pójdą z wami! Niech się dwór dowie, że nie nastaje na niego, prędzej zapłaci za krowę... i będzie się chciał godzić zosobna... Głupie... do ostatniego chojaka pozwolić mu ciąć... a potem dopiero w krzyk, do sądów, areszt położyć, przycisnąć — dałby więcej niźli zgoda. Niech se radzą, poczekam na boku, nie pilno mi, nie!..  Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, nakazał parobkowi rychtować sanie.  — Późno to wrócicie? — pytała z przyczajoną w sercu radością.  — Na odwieczerzu, a może i później.  — Weźcie mnie ze sobą! — szepnęła cicho.  — Hale. Któż w chałupie ostanie? — zdziwił się mocno.  W parę chwil już była gotowa, i ruszyli zaraz z przed domu ostro, z kopyta, aż sanie zamietły.  — Myślałech, żeś gdzie w śniegach uwięzła! — szepnął przekąśliwie.  — Matka w chałupie?  — Cóż tam na wsi? — zagadnął naśmieszliwie.  — Dziedzic przejechał, nie wiesz to?  — Pewnie, jak komu mus... — uśmiechnęła się wątpiąco.  — Gdzie to Józka? — spytał po chwili.  — Pewnikiem u Nastki, cięgiem tam przesiaduje.  — A bo jej się cni, powiada.  — Ale, zabawy se będzie szukała.  — Nie możesz to przykazać?  — Pójdziecie to? — spytała cicho.  — Dziedzic już przejechał!  — Dawno? Przywieraj drzwi prędko.  — A dyć jeszcze słychać brzękadła!  — Sam jechał?  — Pójdziecie do niego? — zapytała cicho, z tchem przytajonym.  — Cóżeś się tak utytlał?  — Pewnie — dobrześ się musiał z chłopakami za łby po śniegu wodzić...  — Wiater mię obalił...  — Drzyj obleczenie, drzyj, jak cię jucho rzemieniem pogrzeję, to zapamiętasz.  — Kiej prawdę mówię... tak wieje, tak ciepie, że ustoić trudno...  — Może zapomnieli... — zauważyła Jaguś.  — Jakże, o mnieby zapomnieli...  — Głupiaś, nie powiadaj, na czem się nie rozumiesz...  Witek wsunął się cicho i rzekł nieśmiało:  — Gospodyni!  — Czego?  — Nie dziwota, dworskie przecież, nie chłopskie!  — Jezus, jeszczem takich smoków nie widział!  — Wyjrzyjno, ktosik jest w ganku.  — Pozwólcie się ogrzać i wytchnąć nieco! — rzekł prosząco.  — Siadajcie, Witek, przyrzuć na ogień — zarządziła zmieszana.  — Borynowy to dom, Macieja Boryny? — zagadnął, odczytując z papierka.  — Ojciec w domu?  — Mój poszli na wieś.  — A siedźcie, przecie ławki ni ognia nie ubędzie.  — Ciężka zima latoś — szepnął.  — Dziękuję, gdybyście mieli herbatę!..  — A dobrodziej pono cięgiem arbatę piją — wtrącił Witek.  — Wrzątku niby!  — Ugryzie, pies zły! — szepnął mimowoli.  — Kto to lepił? — wskazał na światy, wiszące u sufitu.  — To ja! — pisknęła rozczerwieniona Józka.  — Kto tak wymalował? — zawołał zdumiony, przystając przed wycinkami, jakie były nalepione na ramach obrazów, a gdzie niegdzie i wprost na ścianie.  — Nie może być! — wykrzyknął.  — Samam strzygła, to juści wiem!  — I samiście to wymyślili, co?  — Sama, adyć każde dziecko we wsi to potrafi.  — Służył u was Jakób Socha? — zagadnął nieznajomy.  — Naszego Kuby szukaliśta? — zawołał Witek wzruszony.  — Skądże mnie znacie?  — Postrzelili go, krew go uszła i pomarł, pomarł! — wołał Witek przez łzy.  — Długo był u was?  — A zawżdy, jak ino pamięcią sięgnę, to zawżdy służył u Borynów.  — Poczciwy był podobno? — pytał nieśmiało.  — I jak jeszcze, cała wieś może przyświadczyć, wszyscy, nawet dobrodziej płakali na pochowku i nic nie wzięli za nabożeństwo.  — A mnie pacierza uczył i strzylać uczył i kiej rodzony ojciec opiekę trzymał nade mną! i po dziesiątku czasem dawał i... — wybuchnął płaczem na przypomnienie.  — A pobożny był, cichy, pracowity parobek, że nieraz dobrodziej sam go chwalił...  — Na waszym cmentarzu pochowany?  — Zaśby indziej?  — Ja wiem gdzie, pokażę. Jambroży mu krzyż postawił a Rocho wypisał na deseczce wszystko, że, choć zawiane śniegiem, trafię i doprowadzę — zawołał Witek.  — A to zaraz pójdźmy, aby przed nocą zdążyć.  — Panu Bogu oddajem!  — I na plecach je noszą!  — Dużo takich we wsi?  — Przeciech niemało. Ino gospodarze mają gronta, a insze na komornem siedzą i na wyrobki chodzą, abo do służby się godzą.  — I często po drzewo chodzą, co?  — Długo Kuba chorował, opowiedz wszystko.  — Zajrzałbyś do dzieci kiedy.  — Nie ma ich to w domu? — rzekł niby obojętnie, ale aż zadygotał.  — Gospodyni w domu? — zapytał ciszej.  Witek zaś pobiegł do chałupy.  — Sama wydoję, odpocznij se, kiedyś się tak spracowała!  — A dójcie sami, znowu z połowę mleka ostawicie w wymionach! — dogryzała Józka.  — Zawrzyj gębę! — wrzasnęła rozgniewana, wdziała trepy, podkasała wełniaka, zabrała skopki i poszła do obory.  Wieczór już był zapadł, wiatr ustał, kurzawa się uciszyła, ale niebo wisiało czarne, bezgwiezdne, wezbrane chmurzyskami, niskie; śniegi szarzały posępnie, jakaś żałosna, zmęczona cichość przygniatała świat, żaden głos ze wsi nie dochodził, a jeno gdzieś od kuźni szło dalekie, głuche bicie młotów.  — Pietrek!.. — zawołała.  — Cicho Jaguś, cicho!  — Antek!  — Cóż ci to rzeknę, co? — szepnęła rozpłakanym głosem.  — A mnie też nieletko, nie...  — Myślałaś to kiej o mnie, Jaguś, myślałaś?..  — Prawda. Cyganił o tobie, tom mu pysk stulił, a każdemu zrobię to samo!  Drzwi trzasnęły od chałupy i ktosik prędko leciał przez podwórze, prosto do obory, że Antek ledwie zdążył skoczyć do żłobów i tam przywarować.  — A to Józia kazała przynieść cebratki, bo świniom trza żarcie narządzać.  — Weź obie, weź! — ledwie wykrztusiła.  — Kiej Łysula nie wypiła jeszcze, potem przyletę.  Witek pędem poleciał, słychać było, jak znowu drzwi trzasnęły, dopiero Antek się wysunął z ukrycia.  — Wróci ścierwa... pójdę pod bróg, zaczekam, wyjdziesz, Jaguś?  — Bojam się...  — Przyjdź, choćby godzinę abo i dwie, a czekał będę, przyjdź!.. — błagał.  — Jaguś! Jaguś!..  Stary patrzał na nią zpodełba, dziwnie jakoś.  — Szukałem cię w oborze a nie uwidziałem...  — Cóżto, pono Mateusz już zdrowy, chodzi?..  — Hale, zdrowy tam!  Zdumiał się tym wielce i zaczął wymiarkowywać, coby to mogło znaczyć, biedził się niemało, rozważał, deliberował, każde słowo zosobna w głowie obracał, aż wkońcu wyraźnie z tego wyszło, że dziedzic wysłał pana Jacka na niego, by się wywiedzieć, co to naród powie o porębie.  — Powiedział i o was się wypytywał.  — Nie, u Szymona cały czas siedziałem — powiedział i zamilkł.  Nie przyznał się, jak wielce go bolało to pominięcie i że radzili bez niego!  — Prosił go nie będę — zawołał ostro.  — Naszego nie będą.  — A cóż poradzą te biedaki, co? — jęknął.  — Ale wiele pomóc może, wiele — rzucił smutnie Rocho. VII.  A teraz co począć?  Mateusz się uniósł i zawołał:  — Boryna! a chodźcie-no do mnie.  — Masz sprawę, to pierwszy przystąp — powiedział ostro, myśląc, że Mateusz zaczepia.  — Przyszedłbym, jeno się jeszcze ruchać bez kijaszka nie mogę — odparł miętko.  — Twoja prawda, twoja, sam to przytwierdzam i nie strachu a po dobroci... Aleś mnie przyrychtował, no, żywą krew oddawałem, ziobra mi popękały, do ciebie piję, Antek, co tam, poniechaj złości, ja ci już nie pamiętam, choć mnie jeszcze plecy bolą... aleś ty chyba krzepciejszy, niźli Wawrzek z Woli?..  — Nie zbiłem go to na odpuście we żniwa, jeszcze się pono lekuje...  — Wawrzona! Powiadali o tem, alem wierzyć nie wierzył. Żydzie, haraku z esencją a w ten mig, bo przetrącę! — krzyknął.  — Ale coś pyskował przed chłopami, to nieprawda? — pytał cicho Antek.  — Nieprawda, przez złość ino gadałem, tak sobie... nie, gdzieby tam zaś... — wypierał się, przeglądając pod światło flaszkę, by mu prawdy z oczów nie wyczytał.  — Bom to co rzekł?  — Mówię ci, nie daj się póki czas — radził chytrze, pociągając go zwolna za język.  — A jak i potem nie przejdzie? — rzekł smutnie.  — Przepij-no do mnie, docna mi zaschło w gardzieli! Psiachmać sobacza z babami, niektóra chuchro takie, co kieby dmuchnął, nakryłaby się nogami, a często i największego mocarza wodzi kieby to cielę na postroneczku, mocy pozbawi, rozumu pozbawi i jeszcze na pośmiewisko światu poda! Djable nasienie, ścierwo, mówię ci, pij do mnie!  — W twoje ręce, bracie, w twoje!  — Bóg zapłać, mówię ci, pluń na to djable nasienie, przecież rozum swój masz...  — Ślachta, ścierwy, worek i płachta! — że to za szlachtę się uważali.  — Dziedzice, pół wsi jedną krowę doi! — dorzucił zjadliwie drugi.  — Żydoskie paroby!  — Będą tu ludziom odbierać robotę.  — Wyczeszemy wam kołtuny, że bez łbów pouciekacie!  Obaj sielne bogacze, że szukać daleko!  Galante parobki!  Sosze ślina z gemby cieknie, a Pryczek ma ślepie kaprawe!  Przynieśli oną wagę, ustawili, a on prawi:  Takuteńko było i z narodem.  — Cóż uredzili? — zapytał.  — Nie trza pozwolić — rzucił krótko Mateusz.  — Któż to go powstrzyma, któż zabroni? — zaczęli wykrzykiwać.  — Któż jak nie wy?  — Źle jest, całkiem źle.  — A nie tak powinno być!  — Juści, że młodych powinni przypuścić do gruntów i do rządów.  — A samym na wycugi iść!  — Ja wojsko odsłużyłem, lata mi idą, a tego co moje dać nie chcą! — krzyczał Płoszka.  — Każdemu czas na swoje.  — A wszyscyśmy tutaj pokrzywdzeni.  — A najbardziej Antek!  — Kiedy oni z dziedzicami trzymają!  — Cichocie-no, bo kowal ano ze starszym idzie! — szepnął Mateusz.  — Na chrzcinach u wójta się uraczyli.  — Wyprawia to dzisiaj? — zapytał Antek.  — A to co za jeden ? — wykrzyknął Balcerek.  — Czego on może chcieć?  — Czego, a niczego, tak se chodzi ino po wsiach, z chłopami gada, niejednemu pomoże, na skrzypkach przygrywa, dzieuchy piosneczek uczy, głupawy jest pono.  — Kończno, Grzela, coś zaczął! kończ!  — To samo uradzali u Kłęba.  — Uradzali, ale nie zrobią, bo kto pójdzie za nimi.  — Gospodarze pójdą.  — Nie wszystkie.  — Jak Boryna poprowadzi, to i wszyscy pójdą  — Jeno niewiada, czy Maciej zechce.  — To Antek poprowadzi — wykrzyknął zapalczywie Balcerek.  Nie chcieli go słuchać długo i jaki taki przekpiwał. Ozeźlił się też srodze i powiedział:  — Boryna z Jagusią i dzieuchami! — zauważył któryś.  Antek, któren chciał coś odpowiedzieć Grzeli, zmilknął i poleciał oczami za Jagną.  — Przyszliście na muzykę, czy na zmówiny Małgośki!  — Co dnia wyczekuję, co dnia... — szepnął cicho.  — Odstąp ździebko, puść!.. — prosiła cichutko, boć pełno było ludzi dookoła.  — Obertasa chłopacy, a ostro!  — Jeszcze, Jantoś, jeszcze ździebko!  — Ociec, a to Antek tańcuje z macochą aż ludzie wydziwiają! — szepnęła.  — Idź swoją drogą i ludzi nie zaczepiaj! — krzyknął stary, odwracając się do niego.  — Bijcie tego zbója, bijcie, tatulu!..  — Puśćcie ją, puśćcie! — bełkotał Antek zgoła nieprzytomnie i przysuwał się z pięściami, gotowemi do darcia.  — Czego ci potrza? — zapytał.  — Chodź do domu, późno już — prosiła, powstrzymując łzy.  — Idź sama, nie pójdę z tobą! Mówię ci, odejdź! — krzyknął groźnie, a potem nagle, niewiada laczego, nachylił się do niej i w samą twarz powiedział: — żeby mnie w kajdany skuli, w lochu zamknęli, wolniejszymbym był niźli przy tobie, słyszysz, wolniejszym!  Hanka zapłakała żałośnie i poszła.  Nie mówili nic ze sobą, bo Hanka rzewnie płakała. – Nie tykajcie matki! – Niech ci ta świętą ostanie! Prawda i to, że każden potrzebuje świętości jakiejś. – No, wiecie, jeszcze nie widziałem oswojonego bociana dziwne, dziwne! – A bo i nie wiem, po co go było trzymać, jeno ludzi krzywdził! – Siadaj, nie marudź! – nakazała Nastka wskazując miejsce wpodle siebie. – Hale, kogo to ukrzywdził, cheba jednych głupich abo psów obcych? Chodził se jak ten dziedzic po stancji, myszy łowił, wszystkim ustępował, a wydali go! – szepnął z wyrzutem chłopak. – Powiestkę wama przyniosłem, macie się jawić na sądy jutro w południe. – Do zjazdu o krowę? – Tak to i stoi, o krowę ze dworem! – No, juści, że wiem, dosyć się przecież napomstowali na was inni, że nikomu zarobić nie pozwalacie. IX Zaraz za wsią poszli gęsiego przywianymi miedzami ku borom ledwie czubami widnym w kurzawie, a jeszcze dalekim. – Chodźcie prędzej, w lesie będzieta odpoczywały! – nawoływała niecierpliwie. Ale kobietom się nie spieszyło, odpoczywały często przykucając na śniegu, głowami od wiatru, kiej to stado kuropatew, i rajcowały z cicha, zaś na jej wołania Filipka mruknęła niechętnie: – Hanka gania jak ten pies za wroną i myśli, że rychlej co złapie... – Na co to jej zeszło, chudziaczce – szepnęła współczująco Krakalina. – Nawygrzewała się dosyć w Borynowej chałupie, najadła tłusto, nasmakowała dobrości, to może teraz i biedy popróbować. Człowiek całe życie przymiera głodem, haruje jak wół, a nikto nawet nie polituje. – A przódzi to nas nawet nie pozdrawiała... – Moiściewy, chleb daje rogi, a głód nogi, powiedają. – Chciałam kiejś pożyczyć terlicy, powiedziała, że ma la siebie. – Prawda, że ona ta otwartej ręki la ludzi nie miała, wynosiła się nad drugie, jak wszystkie Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda ! – Po sprawiedliwości, ale ten Antek łajdus, no! – Juści, że łajdus, juści. Ale i to wiadomo, że kiep, suczka nie chce, pies nie weźmie, każdy chłop poleci, jak go kiecką przywabią. – Gdyby na mnie padło, na środku drogi zdarłabym Jagnę za łeb, a wyzwała, a skleła, a kudłów naczesała, żeby całe życie pamiętała. – Przyjdzie i do tego, jeśli czymś gorszym się nie skończy! – To już takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza była, nie. – Chodźma; wiater nisko podbiera, to na noc może ustać. Dowlekli się wnet do lasu i porozchodzili, a blisko, by móc się skrzyknąć łacno do powrotu. Mrok ich ogarnął i pochłonął całkiem, że ledwie gdzieniegdzie ślad jaki ostał. Bór był stary, ogromny, wyniosły; sosna stała przy sośnie nieprzeliczoną ciżbą, gęstwą nieprzebraną, a tak śmigłą, prostą i mocarną, że widziały się kiej te wielgachne słupy z opleśniałej miedzi, majaczące w mroku szarozielonych sklepień nieprzejrzanymi rzędami – posępne, lodowe brzaski biły z dołu od śniegów, zaś w górze, przez strzępiaste konary, niby wskroś zdziurawionych strzech, świtało niebo białawe i mętne. – Las rąbią przy Wilczych Dołach, gęsto się wali – szepnął stary nasłuchując nad ziemią głuchych drgań. – Nie marudźcie, do nocy siedzieć nie będziemy. A zewsząd wraz z noc szło tysiące głosów, podnosiły się z ziemi, syczały górą, grzmiały wszędzie, jakieś poświsty kieby batami siekły naokół, to grania nierozeznane drgały nad ziemią, to szumy borów huczały niby ta organowa muzyka w czas Podniesienia, to jakieś krzyki, długie, żałosne, rozdzierały powietrze, jakby krzyki ptaków zbłąkanych, jakieś skowyczące, straszne łkania, to chichoty, to te ostre, suche poświsty topoli kołyszących się w mętnych, białawych kurzawach, niby straszne majaki z powyciąganymi ku niebu ramionami. – Ojcowe! – szepnęła dojrzawszy białą łysicę źrebicy i ruszyła nie czekając. – Bylicę zabrali Bartek, siedział ano pod drzewem i płakał, jadą za nami. – Wasza prawda, Macieju, ale też ziąb, no, wartałoby do karczmy na rozgrzewkę wstąpić. – Troje nas cierpi biedę, a niezadługo będzie czworo! Dam to wtedy radę, co? – Wracaj, psiakrew! – ryknął porywając ją przez siłę do izby. Okrwawiony był, bez czapki, kożuch miał porozrywany, twarz osmoloną i dziki, nieprzytomny ogień w oczach. X – Niechby się mnie czepiła, nie darowałabym! – wykrzyknęła Tereska żołnierka. – Hale, jakby o tobie co dnia nie pyskowała po wsi szepnęła urągliwie Balcerkowa. – Słyszeliście, przywtórzcie! – zakrzyczała rozczerwieniona, boć wiadomym było, że z Mateuszem dobrze się znała. Niedźwiednik pochwalił Boga, zapiał potem kiej kokot, zabeczał jak baran, zarżał niby ogier rozgrzany i zaczął wykrzykiwać: – Pokażemy wraz! Hej! graj, piszczało! tańcuj, misiu, tańcuj! – zakrzyczał kropiąc go kijem, a na to piszczałka wrzasnęła przebieraną nutą, chłopaki rypnęli kijami w podłogę i nuż przykrzykiwać, wodziciel udawał różne głosy, a niedźwiadek jął skakać na czworakach, ruchał uszami. kłapał ozorem, wierzgał, za dzieuchami gonił, a wodziciel niby go to powstrzymywał, a pytą wokół prał, co wlazło, i krzykał: – Nie znalazłaś se mężyny, naści, babo, grochowiny! – Bił me, tom się bronił! – Za bicie przede mną sprawa, ale i sprawiedliwość ja w ręce trzymam. – Takim głodny, takim spragniony, takim obolały! – jęczało konisko. – Rzekłem swoje, ruszaj precz, wilkom cię każę jeszcze szczuć i poganiać... – Poorzą tobą, podpasą, to jesienią powrócim cię wyprząść! – powiedziały. – Ni nawet najtajniejsze pomyślenie, ni chęć jaka paskudna – dorzucił Rocho. Po polach błądzili ciemnych, prześwietlonych widziadłami, co jak żagwie buchały krwawą pożogą; na one ruczaje szli srebrne, pełne śpiewań nierozeznanych, tajemnych wołań, plusków; w bory zaklęte, gdzie rycerze, wielkoludy, zamki one; widma straszliwe, smoki piekielnym ogniem zionące; po rozstajach stawali strwożeni, gdzie upiory z chichotem przelatywały, gdzie potępionych głosem jęczą wisielce, a strzygi z nietoperzowymi skrzydłami przelatują; błądzili po mogiłkach za cieniami pokutujących samobójców; w pustych rozwalonych zamkach i kościołach słuchali głosów dziwnych, patrzeli się nieskończonym korowodom mar przerażających, w bojach byli, pod wodami, gdzie śpiące jaskółki, poplątane w girlandy, budzi o każdej wiośnie Matka Boża i na świat wypuszcza. – Hale, kiedym dobrze widziała za oknem, łeb kiej ceber i ślepie czerwone! Zwołał tedy Jastrząb gromadę, wybrał co tęższych parobków, konie, wozy i wnet ruszyli rankiem jakoś po mszy świętej! Kieby piorun w niego trzasnął! Oto kiedy on wojował i nieprzyjacioły Pańskie gromił, przyszedł do chałupy mór i pobił mu wszystkie dzieci... pierun spalił... wilki wydusiły stada... źli ludzie rozgrabili... sąsiady zabrały ziemię... susze wypaliły zboża... grady wytłukły resztę... że nie ostało nic, ziemia jeno a niebo. Podniosła ją świętymi rączkami, otarła te łzy żałośliwe, przytuliła do serca i powiada tkliwie: – Prowadź do chałupy, może ci co poredzę, służebnico wierna. Obejrzała chorego i zafrasowało się wielce serce miłościwe. I jeszcze długo w noc tak się społecznie zabawiali. XI – Jaguś! – Co? – Miarkowałem, że cię u Kłębów zastanę i razem wyjdziemy... – Do dom chciałam bieżyć, a zniewoliłeś... – Nie chciałaś to, Jaguś, co?... – Hale... nieraz myślałam, by się tak stało... nieraz... – Myślałaś tak! Myślałaś – szeptał namiętnie. – Zaśby nie, Jantoś! a cięgiem, cięgiem... Tam za przełazem niedobrze... – Prawda... tutaj nikto nas nie spłoszy... Sami jesteśmy... Noc była ciemna i boleśnie wzburzona, głucha, a pełna dziwnego ruchu, pełna lęku, niepochwytnych drgań, trwożnych szmerów, przyczajonych zjaw i nagłych stawań rzeczy niewytłumaczonych a przerażających; czasami z nagła spod zwałów ciemnicy wybłyskiwały widmowe bladości śniegów, to jakieś lodowe, wilgotnawe, ropiące brzaski pełzały w wężowych skrętach wskroś cieniów, to znowu noc jakby zawierała powieki, mroki spadały czarną, nieprzeniknioną ulewą i świat cały przepadał, że oczy, nie mogąc się uchwycić niczego, zsuwały się bezsilnie w samą głąb przerażenia i dusza drętwiała, przywalona głuchą martwotą grobu, a chwilami rozdzierały się przysłony cieniów, pękały jakby gromem rozprute i przez straszliwe rozpadliny chmur widać było w głębokościach granatowe, pola ugwieżdżonego, cichego nieba. – Już me rozum odchodzi!... – Wilki ozdarły zajączka. – Od wiatru siedzim, to i nie zwąchały. – Bojam się... chodźmy już... ziąb mnie przejmuje... – wstrząsnęła się. Ale wnet podnosili się z oniemień, radość buchała w nich pożarem, weselny ton rozbrzmiewał w duszach, uskrzydlał mocą takiego szczęścia i tak. rwał do podniebnego lotu, że ni wiedząc wybuchali namiętnym, nieprzytomnym zgłoła śpiewem... ...Pieśń dzika i wzburzona płynęła rwiącym potokiem z serc wezbranych i biła we świat wszystek zwycięskim krzykiem miłości... ...I jako krzew ogrnisty płonęła w chaosie mroków i nocnego mętu... ...To była chwilami jakby ciężkim, druzgocącym warkotern wód, zrywających lodowe okowy... ...Ledwie dosłyszalnym, brzękliwym a słodkim poszumem dzwoniła, niby fala zbóż kołyszących się w słońcu... – Jaguś ! – szepnął zdumiony m głosem, jakby spostrzegając ją przy sobie. – Dyć to ja! – odparła jakoś łzawo i cicho. XII Śnieg padał bez przerwy i z wolna pokrywał wszystko szklistą powłoką, ale miejscami topniał od przytajonych żarów. a niekiedy z porozwalanych kup siana wytryskiwały strugi czarnego dymu i buchał blady, trzeszczący płomień, ale wnet rzucali się nań chłopi z osękami, dusili trepami, bili kijami i przywalali śniegiem. Właśnie byli rozwlekli taką roztlałą kupę, gdy któryś, bodaj chłopak Kłębów, wygarnął osękiem jakąś opaloną szmatę i podniósł wysoko. – Jagusina zapaska! – wrzasnęła urągliwie Kozłowa, boć już dobrze wiedziano, co się stało. – Pogrzebta no, chłopaki, może najdzieta tam jeszcze jakie portki!... – Hale! wyniósł je całe, tyle że mógł zgubić na drodze. – Dzieuchy już szukały, ktosik je uprzedził. – Bych Hance odnieść – gadały wybuchając śmiechem. – Skoro jeno powiedzieli, że Boryna się pali, zaraz mnie tknęło, że to Antkowa sprawa – przerwała jej któraś. – Cichocie, powiadacie, jakbyście na oczy widzieli. – Widzieć nie widziałam, ale skoro tak wszystkie powiedają... – Jeszcze w zapusty bąkała o tym tu i owdzie Jagnustynka... – Ani chybi, wezmą go w dybki i posadzą w kreminale. – Kaj się to zbierasz tak rano? – zapytał Antek. – Do kościoła, Popielec dzisiaj – odrzekła niechętnie i wymijająco. – Nie sporządzisz to śniadania? – Idź se do karczmy, Żyd ci jeszcze poborguje – wyrwało się jej niechcący. – Spróbuj ano, tknij choćby, a obaczysz! – warknęła chwytając za maglownicę, gotowa bronić do upadłego, tak groźna i rozjuszona, że cofnął się zmieszany tym oporem niespodziewanym. – Tanio cię kupił, glonkiem chleba jak tego psa – mruknął ponuro. Organy huczały przejmująco, a cały naród śpiewał w jeden głos, chwilami zaś urywały się głosy, ścichały organy i z chóru, jakoby gdziesik spod nieba, rozlegał się płaczliwy, urywany głos organisty, czytającego rozważania męki Panajezusowej. Pod jakimś drzewem siedział długo, zapatrzony w noc i zasłuchany w cichą, trwożliwą i straszną jakąś gędźbę drzew. – Sprawiedliwie! Sprawiedliwie! – szeptał z najgłębszą pokorą, pełnią serca skruszonego, strachem śmiertelnym przejęty i tą mocą wsi potężną. – Sprawiedliwie mówił... swoją prawdę powiadał... ale ja mojego nie daruję... żebym skapiał, nie daruję, psiakrew!... Krzyknął zapamiętale wygrażając pięściami wsi całej i wszystkiemu światu!... Nacisnął czapkę i poszedł do karczmy. XIII Milknęły wtedy kłótnie, przygasały spory, dobrość przejmowała serca i wesołe półkrzyki leciały po wsi, przepełniały domy radością i drżały świegotliwymi głosami w powietrzu ciepłym. Nie ozwał się na to, a jeno do Jagny rzekł: – Weź łopatę i bieżyj pomóc Pietrkowi, trza wodę spuścić ze sadu, bo może wleźć do kopców. Ruszajże się prędzej, kiej mówię! – krzyknął. Przygarnął ją do siebie mocno i zaczął całować po twarzy. – Gorzałka jedzie od ciebie kiej z kufy! – szepnęła odchylając się z obrzydzeniem: – Bom pił, śmierdzi ci już moja gęba. – Hale, o gorzałcem myślała jeno! – powiedziała miękciej i ciszej. – Byłech i wczoraj, czemuś to nie wyszła? – Ziąb był taki, a i roboty przeciech mam niemało. – Jantoś! – jęknęła przerażona. – Cichoj, póki swoje powiedam? – krzyknął groźnie podnosząc pięście. – Prawdę powiedam! A kiej do tego przyszło, to mi już wszystko zarówno, wszystko! – Trza mi lecieć, wołają mnie ano! – jąkała chcąc uciekać, zestraszona wielce, ale ją przychwycił za rękę, że ni drgnąć nie mogła, i chrypliwym, złym, pełnym nienawiści głosem gadał: Poruszył się nagle naród, pomruk głuchy poszedł po izbie, tłum się zakołysał gwałtownie, rozbłysły dziko oczy, sto pięści naraz wyrwało się nad głowy, i sto piersi ryknęło wraz, kieby piorunami. – Nie damy! Nie damy! – huczeli, aż się karczma zatrzęsła od mocy. – Zawdy naród krzywdzili, jak ino mogli. – Kiej takie głupie barany jezdeśta, to niech waju zapędzają, kaj chcą... – Nie dać się, nie dać! Gromadą iść, rozgonić, las odebrać! – Zakatrupić krzywdzicieli! – Prawda! prawda! Łąka dobra dwa pokosy–daje – dworska juści; najlepsze pole – dworskie, las – dworskie – wszystko – przytakiwali. – A ty, narodzie, na piaskach siedź, łajnem się ogrzewaj i zmiłowania Pańskiego czekaj! – Odebrać lasy, odebrać ziemię! Nie dać swojego! Noc się wlekła długo i ciężko, oprzędzając dusze trwogą, niepokojem i strasznymi snami, pełnymi mar i widzeń gorączkowych. – Nie, nie! nie dać! Rozpędzić, zakatrupić, nie dać!– krzyczeli, a twarze szare, chmurne, zasępione rozbłysły wnet kiejby piorunami, sto pięści zamigotało w powietrzu i sto gardzieli zaryczało, a gniew zatrząsł sercami. Cichość zalegała bory, ziąb przeciągał ostry i słaby brzask zórz oczerniał czuby i sypał się gdzieniegdzie na śniegi blade. Jeno na Wilczych Dołach grzmiały huki walących się raz po raz drzew, bicie siekier i przeszywający, zgrzytliwy pisk pił. Walili bór!... Więcej niźli czterdzieści chłopa pracowało od samego świtania; kieby to stado dzięciołów spadło na bór, przypięło się do drzew i kuło tak zawzięcie i zajadle, że drzewa padały jedne po drugich, poręba rosła, pocięte olbrzymy leżały pokotem niby łan stratowany, a jeno kajś niekaj niby te osty kwarde sterczały smukłe nasienniki pochylając się ciężko jako matki żałośnie płaczące nad pobitymi, kajś niekaj szeleściły smutno krze nie docięte, to jakaś drzewina – mizerota, której topór nie chycił, dygotała trwożnie – a wszędy, na płachtach śniegów podeptanych, niby na tych całunach ostatnich, leżały pobite drzewa, kupy gałęzi, wierzchoły martwe i kloce potężne, obdartym i poćwiertowanym trupom podobne, zaś strugi żółtych trocin rozsączały się w śniegach kieby ta żałosna krew lasu. Jęk jeno rozbrzmiewał po lesie, ziemia drgała cięgiem od zwalonych drzew, siekiery waliły bez przestanku, zgrzyt pił nie ustawał, a świst gałęzi, niby ten wzdych ostatni, przedzierał powietrze. – Ludzie jakieś idą całą gromadą – rzekł któryś przyłożywszy ucho do drzewa. Podniesły się wrzaski nieludzkie, przekleństwa, kwiki przetrącanych koni, jęki rannych, głuche a gęste razy kołów, szamotania chrapliwe i dzikie pokrzyki pobojowiska. – Ociec! Mój Jezus! Ociec! – wrzasnął strasznym głosem, porwał go na ręce, przytulił do piersi i zaczął wniebogłosy krzyczeć: – Ociec! Zabili go! Zabili! – wył kiej ta suka, gdy jej dzieci potopią. Szli mocno, głośno, hałaśliwie, tocząc jarzącymi oczami po tym borze zdobytym, któren chwiał się nad głowami, szumiał sennie i sypał na nich rosisty opad osędzielizny, kieby tymi łzami pokrapiał. Naraz Boryna otworzył oczy i długo patrzał w Antka, jakby sobie nie wierząc, aż głęboka, cicha radość rozświeciła mu twarz, poruszył ustami parę razy i z największym wysiłkiem szepnął: – Tyżeś to, synu?... Tyżeś?... I omdlał znowu. Wiosna I Czas był wiosenny o świtaniu. Mgły się zakolebały z nagła, wzdęły i ruchający ciężko, niby wody roztopów wiosennych, biły w czarne pola albo zasie, kieby dymy kadzielne, wionęły sinym przędziwem ku niebu. – Jezus mój! Jezusiczku kochany! – pojękiwała ledwie przysiadując nieco i jakby zgarniając ten świat wszystek w roztrzęsione radością i wielce czujące serce. Hej! zwiesna ci to ogarniała przyziemne, pokrzywione chaty, zaglądała pod strzechy miłosiernymi oczyma, budząc struchlałe, omroczone role serc człowiekowych, że dźwigały się z utrapień i ciemnic, poczynając wiarę na lepszą dolę, na obfitsze zbiory i na tę wytęsknionej szczęśliwości godzinę... – Księże żyto, bujne, sielnie się ruszyło!... Prawda kiej wędrowała we świat orał pod nie rolę parobek, a dobrodziej siedzieli se gdzieś tutaj, baczę dobrze... I znowu kusztykała wzdychając ciężko i łzawo wlokąc oczyma. – Cie, Płoszkowe żyto... musi być późne albo i wymiękło ździebko. – Wycierpieli się ludziska niemało, nabiedowali! – westchnęła przysłaniając oczy dłonią, bo naprzeciw od wsi szły jakieś chłopaki. – A od kogo to kupione? – zagadnęła. – Od Kłębowej! – odparł mocując się z biało–czerwonym ciołkiem, któren się opierał, zawracał i pobekiwał żałośnie. Śniadania musieli warzyć, bo kurzyło się z kominów, a gdzieniegdzie z wywartych okien buchały zapachy gotowanych ziemniaków. – Na jarmarek musiały pojechać abo co? – myślała, baczniej się jeszcze rozglądając po chałupach. Wójtowe stodoły żółciły się nowym drzewem spośród sadów bezlistnych, a Gulbasowa chałupa, obok stojąca, miała oberwane poszycie, że łaty dachu widać było kiej te żebra nagie. – Wiatry zerwały, ale wałkoniowi nie chciało się naprawić! – mruczała. Wpodle zaś Pryczki siedziały w starej pokrzywionej chałupinie, powybijanych szyb wyzierały słomiane wiechcie. A oto i sołtysowa chałupa, szczytem do drogi, na starą modę. Za nim też Płoszków dom, na dwie strony zamieszkany. – Wasza prawda; gospodyni... a tom ledwie już dowlekła kosteczki... dojdę se już pomaluśku a wrychle, dojdę... – Do Kłębów śpieszycie? – A gdzież bym to szła? Krewniaki przeciech... – Radzi was przyjmą, torbeczki dygujecie niezgorsze, a jakiś grosz też być musi w supełkach, to juści, że chętliwie przypuszczą waju do krewniactwa. – Zdrowi bych są? nie wiecie? – markotne jej były te przekpinki. – Zdrowi... jeno Tomek, że słabował ździebko, to się teraz lekuje w kreminale. – Kłąb! Tomasz! Nie powiedajcie, bo mnie nie do śmiechu ! – Rzekłam, a dołożę, że nie sam siedzi, a z dobrą kompanią, bo z całą wsią... I morgi nie pomogą, kiej sąd przyskrzybnie drzwiami a okratuje. – Jezus Maria, Józefie święty! – jęknęła, jako słup stając w zdumieniu. – Bieżcież rychlej do Tomkowej, to się tam napasiecie nowinkami barzej drujkimi niźli miód. Hi, hi! świętują se chłopy aż miło! – zaśmiała się urągliwie, a złe jej oczy strzeliły nienawiścią. – Do cna, widzę, zwątleliście, nie do roboty już wama, nie! – rzekła ciszej rozpatrując jej twarz siną, obrzękłą i dziwnie pokurczoną postać. Zakłopotała się tym oglądem i strapiła, że nie tylko wyręki mieć z niej nie będzie, ale gotów się jeszcze kłopot nawiązać. Snadź przeczuła to Agata, bo się lękliwie, przepraszająco ozwała: – Nie bójcie się, nie będę waju zawalała miejsca ni cisnęła się do miski, nie, wydychne se ino i pójdę... chciałam jeno obaczyć wszystkich... popytać... ale se pójdę... – Łzy cisnęły się do oczu. – Jezu mój miłościwy! Maryja! – jęczała Agata. – Widzę zawdy i do samej śmierci nie zabaczę, jak ich brali... – Wzieni mojego z chłopakami... wzieni Płoszków... – Wzieni Pryczków... – Wzieni Gołębiów... – Wzieni Wachników... – Wzieni Balcerków... – Wzieni Sochów... –...a tyla jeszczech drugich wzieni, że więcej niźli pięćdziesiąt chłopa popędzili do kreminału... – Juści, pomogą tam dochtory, gdzie chto na śmierć chory! Zmilkły wyczerpane wspominkami. Kłębowa zapatrzyła się wskroś sadu na daleką topolową drogę, wiodącą do miasta, i popłakiwała z cicha nos cięgiem ucierając... Otoczyli ci ją zwartym kołem tając przydechy i dziw jej nie zjadając rozgorzałymi oczyma. II Nazajutrz była Palmowa Niedziela. Młyn gdziesik hurkotał bez przestanku, a jakaś niewidna rzeczka mrowiła się po kamieniach cichuśkim, przytajonym bełkotaniem. – Leda godzina kluć się będą – myślała nasłuchując cichego, ledwie odczutego dziobania w jajach. – Pietrek! Dzień ano kiej wół! – zakrzyczała bijąc pięścią we drzwi stajni, a posłyszawszy mruczenie i odsuwanie zawory wywarła drugie zaraz drzwi do obory. Krowy leżały rzędem przed żłobami. – Witek! A to śpi pokraka, kiej po weselu! Westchnąwszy nad nim żałośnie; trzasnęła znowu trepem w wiaderko ciskając rozsrożonymi oczyma po śpiącej. – Ani się waż! siedź, póki nie zamrze! waruj swojego! – nakazywała srogo stara. Nieraz do północka zasnąć nie mogła, chłodząc rozpaloną całunkami twarz o zimną ścianę wzburzona do dna i pełna w kościach onych słodkich, prażących ogniem wspominań! – Witek! a poproś pięknie tej dziedziczki na śniadanie! – wrzasnęła znowu Hanka. Jagna, kieby przecknęła, otarła łzy, doczesała włosów i poszła śpiesznie. – Przyniosłeś to już gałązek z palmami? – Zaraz polecę, ino zjem – tłumaczył się, śpiesznie dojadając. Jagna położyła łyżkę i wyszła. – Znowuj bąk ją jakiś ukąsił! – szepnęła Józka dolewając barszczu Pietrkowi. – Nie każden umie trajkotać tak cięgiem jak ty. Doiła to już krowę? – Zabrała szkopek, to pewnie poszła do obory. – Hale, Józia, trza dla siwuli makuchu ugotować. – Już siarę odpuszcza, próbowałam dzisiaj. – Odpuszcza, to leda dzień się ocieli... – Ciołka będzie miała! – rzekł Witek podnosząc się od jadła. – Głupi! – szepnął pogardliwie Pietrek popuszczając ździebko obertelek, że to był niezgorzej podjadł, i zapaliwszy od głowni papierosa wyszedł razem z chłopakiem. Kobiety w milczeniu wzięły się do roboty. Józka zmywała naczynia, a Hanka słała łóżka. – Pójdziecie do kościoła z palmami? – Idź z Witkiem, Pietrek też może, niech jeno konie obrządzi; ja ostanę, przypilnuję ojca i może Rocho wróci akuratnie i co nowego przyniesie od Antka... – Nie powiedzieć to Jagustynce, żeby jutro przyszła do ziemniaków? co? – Juści, same nie wydołamy, a na gwałt trza je przebierać. – A i gnój już by rozrzucać! – Pietrek jutro na południe ma skończyć wywózkę, to od obiadu weźmie się z Witkiem do rozrzucania; co czasu zbędzie, to i ty pomożesz... Wrzask gęsi podniósł się przed oknami, wpadł zadyszany Witek. – Że to nawet gęsiorom spokoju nie dajesz! – Szczypać me chciały, tom się ino obraniał! Rzucił na skrzynię cały pęk wilgotnych jeszcze od rosy złotakowych rózeg osypanych baźkami, Józka jęła je układać zwięzując czerwoną wełną. – Bociek to kujnął cię w czoło? – spytała go po cichu. – Zdrowy całkiem i dobrej myśli. Choć strażnik nas pilnował, rozmawiałem z nim dobrą godzinę. – W tych żelazach siedzi? – wykrztusiła strachliwie. – Cóż znowu!... zwyczajnie, jak i drudzy!... nie jest mu tam tak źle, nie bójcie się. – Bo Kozioł rozpowiadał, jako tam biją i do ściany przykuwają. – Może tak i bywa gdzie indziej... za co inszego... ale Antka nie tknęli – powiadał. Spletła ręce z radości, a uśmiech kiej słońce przemknął po niej. – A na odchodnym zapowiedział, byście na nic nie bacząc wieprzka zabili jeszcze przed świętami, bo i on chce święconego zażyć. – Głodzą go tam chudziaka, głodzą! – jęknęła zawodliwie. – Kiej ociec mówili, że jak się podpasie, to przedadzą – zauważyła Józka. – Mówili, ale kiej Antek przykazują zabić, to jego teraz wola pierwsza po ojcowej – podniesła ostry, nieustępliwy głos. – I jeszcze mówili, abyście na roli kazali robić wszystko, co potrzeba, na nic się nie oglądając. Powiedziałem, jako tu sobie zmyślnie poczynacie. – Rzekł to co na to ? powiedział? Radość ją warem oblała. – To mi powiedział, że jak zechcecie, poredzicie wszystkiemu... – A poredzę, poredzę! – szepnęła z mocą i oczy jej rozbłysły nieustępliwą wolą. – Cóż tu u was nowego? – Będzie to mógł, kiej dobrodziej zapowiadał, co jutro dwóch księży przyjedzie słuchać spowiedzi? – Czas znajdzie!... wie, że gorzałki żałować nie będę, a on jeno poradzi galanto szlachtować i mięso sprawić. Jagustynka też pomoże. – To bym raniuśko jechała do miasta po sól i przyprawy... – Zachciało ci się przewietrzyć!... nie potrza: wszystkiego dostanie u Jankla, sama tam zaraz pójdę i przyniesę. – Józka! – krzyknęła jeszcze za nią – a gdzie to Pietrek z Witkiem? – Pewnikiem poszli na wieś, bo Pietrek wziął skrzypice. – Spotkasz ich, to przypędź, niechby z szopy koryto przynieśli przed chałupę, trza je będzie rankiem wyparzyć. – Hanka! Powiedział wyraźnie i mocno, aż struchlała w sobie. – Dyć jestem. Nie ruchajcie się ino, doktór wzbrania – szeptała zestrachana. – Co tam na świecie? Głoś miał rozbity, obcy jakiś. – Zwiesna idzie, ciepło... – jąkała. – Wstali to?... czas w pole... Nie wiedzieli, co rzec, spoglądając na siebie; ino Magda ryknęła płaczem. – Swojego bronić! nie dajta się, chłopy! – Jęczmiona by siać pierwsze... Do mnie, Chłopy!... ratunku!... – krzyknął naraz strasznie, wyprężył się i padł w tył, oczy mu się zwarły, zarzęział. – Umiera!... Jezus!... umiera!... – wrzeszczała Hanka targając nim z całej mocy. A Magda wnet zapaloną gromnicę wtykała mu w bezwładną rękę. –Księdza, prędzej, Michał!... – O tym dziedzicowym bracie, głupim Jacku, mówimy – objaśniała któraś. Nie mogła jednak wyrozumieć, o czym mówią, gdyż psy zaczęły coś głośno szczekać w opłotkach, aż znowu wyjrzała podszczuwając jeszcze. Łapa rzucił się zajadle w sad... – Huzia go, Łapa!... Weź go, Burek!... Huzia!... Ale psy zmilkły nagle i powróciwszy skamlały radośnie. I niejeden raz tego wieczoru było tak samo, że wstało w niej jakieś strachliwe podejrzenie. – Pietrek, a zawrzyj wszystko na noc, bo musi być, ktosik to penetruje, a swój, że psy nie chcą docierać. Rozeszli się wnet wszyscy i wkrótce śpik ogarnął cały dom, jeno Hanka poszła jeszcze sprawdzić, czy drzwi pozawierane, a potem długo stojała pod ścianą trwożnie nasłuchując... – We zbożu... to juści w którejś z beczek... By ino me kto nie ubiegł!... Zimny pot strachu ją oblał i serce gwałtownie zakołatało. Prawie że nie spała tej nocy. III – Ziąb tu u ciebie, że jaże po łystach liże. Wzdrygnęła się, bo jakoż chałupa przeciekała kiej przetak i maziste błocko pokrywało podłogę. – Będzie!... nim słońce wzjedzie, oczy rosa wyje: któren pieniądz ma, temu duda gra, a ty, biedaku, handluj głodem i ciesz się, że jeść kiedyś będziesz!... – Braknie ci to czego? – spytała nieśmiało. – Ociec, co to wama jest? Przykucnęła przy nim. – Nic, córuchno, nic, tyle że me frybra trzęsie i w dołku okrutnie ściska... – A bo tu ziąb i wilgoć kiej na dworze. Wstańcie i przyjdźcie do nas, dzieci przypilnujecie, bo wieprzka bijemy. Jeść się wama nie chce? – Jeść!... juści ździebko... bo to zapomniały mi wczoraj dać... jakże... i sami jeno ziemniaki ze solą... a to Stacho w kryminale... Przyjdę, Hanuś, przyjdę... – pojękiwał radośnie gramoląc się z barłogu. Hanka zaś, pełna myśleń o Jagnie, które ją bodły kiej te noże ostre, poleciała śpiesznie do karczmy czynić zakupy. W chałupie już zastała niemały rwetes przygotowań. Jambroży nagrzewał się przed kominem wiodąc swoim zwyczajem przekpinki z Jagustynką, tęgo zajętą wyparzaniem statków, aż para zapełniła całą izbę. – Czekałem na was, bych przedzwonić pałą po łbie świntuchowi! – Żeście to pośpieszyli tak rychło! – Rocho me zastępuje w zakrystii, Walek księży zakalikuje organiście, a Magda kościół podmiecie. Narychtowałem wszystko, by ino wama zawodu nie zrobić! Księża dopiero po śniadaniu wezmą się do spowiedzi. Ale też ziąb dzisiaj, jaże kości truchleją! – wykrzyknął żałośnie. – Zęby w ogniu suszą i na ziąb narzekają! – zdziwiła się Józka. – Głupia, na wnątrzu zimno, jaże mi ten drewniany kulas stergnął. – Zaraz naszykuję wama rozgrzywkę, Józia, namocz duchem śledzie. – Dajcie, jakie są, jeno sporo gorzałką zalać, to galanto sól wyciągnie. – A wy zawdy po swojemu, bych o północku w kieliszki zadzwonili, wstaniecie radzi na pijatykę – zauważyła złośliwie Jagustynka. – Prawda wasza, babciu, ale widzi mi się, że wama cosik ozór skiełczał i radzi byście go też w gorzałce pomoczyć, co? – śmiał się zacierając ręce. – Jeszczech byś me, stary zbuku, nie przepił. – Dosyć zabawy! do roboty, ludzie! – zawołał naraz zrzucając kożuch, zakasał rękawy, poostrzył jeszcze na osełce noża, wziął z kąta tęgą pałę do rozcierania ziemniaków la świń i ruszył żwawo na dwór. Podstawili niecki, krew chlusnęła kiej z sikawki, aż na ścianę chlewa, i jęła z bulgotem spływać parując niby wrzątek. – Pódzi, Łapa! widzisz go, juchy mu się chce, post przeciek! – ozwał się wreszcie odganiając psa i dysząc ciężko. Zmęczył się był nieco. – W ganku oparzycie? – Do izby wniesę koryto, przecież trza go uwiesić do rozbierania. . – W izbie ciasno, myślałam. – Hale, łaznowski proboszcz długo nie strzyma, powiadali, że mu gospodyni cięgiem porcenelę podawać musi! – Babciu, pilnujcie nosa, poniechajcie księży! Nie lubił tego. – Zawrzyjcie gębę: wara wam od księży! – wybuchnął zeźlony. – Rocho są w kościele? – podjęła śpiesznie Hanka, również wielce nierada pyskowaniom Jagustynki. – Siedzą od samego rana, do mszy służył i co potrza, obrządza. – A kajże to Michał? – Poszedł z organiściakiem do Rzepek, po spisie. – Gęsią orze, piaskiem sieje i niezgorzej im się dzieje! – westchnął Jambroży. – Organista z górą dwadzieścia roków w Lipcach siedzi; parafia duża, pracuje, zabiega, grosza szczędzi, to się i dorobił – tłumaczył Jambroży. – I... niecałe trzydzieści dałam, niecałe! – odpowiedziała z prześmiechem Hanka. – Borynowy wieprzek! – wybuchnął naraz nie mogąc już powstrzymać złości. – Jaki to zmyślny, nawet po ogonie rozpozna czyj!– szydziła stara. – Niby jakim prawem żeście zarżnęli! – zakrzyczał wzburzony. – Jakże! boć w beczkach stoi zboże do siewu! – zawołała, niby nie rozumiejąc. Zaklął z cicha, ale się teraz utwierdzał coraz bardziej że ona coś wie; wyczytał to z jej twarzy zamkniętej i z oczu zbyt przyczajonych i trwożnych. – A com waju zawierzył, nie rozpowiadajcie... – Pleciuch to jestem, któremu pilno z nowinkami po kumach?... – Dyć przestrzegam ino... Ale pilnujcie dobrze, bo skoro już raz staremu zaświtało we łbie, to może mu się leda pacierz całkiem rozwidnić... – No... niechby przyszło do tego co rychlej!... Obrzucił ją lepkimi ślepiami raz i drugi, poskubał wąsów i wyszedł, odprowadzany jej oczyma, pełnymi przytajonej szydliwości. – Judasz, ścierwo, zbój! – Człowiek chętliwie se folguje i rad zawżdy sposobnością wymawia... – Przepijcie, gospodyni, do mnie, ja to nie organista!– wykrzyknął Jambroż. – Niech ino szkło brzęknie, to was zarno grzysi ponoszą – mruknęła Dominikowa zabierając się do opatrzenia głowy chorego. – Cie... komu sygnaturka sprawia, że bije się pięścią pokutnie, a drugiemu zaś flaszkowy pobrzęk to czyni, że wpodle za kieliszkiem maca... – Leży se ten chudziaczek, leży i o Bożym świecie nie wie! – zawołała żałośnie nad Boryną. – I jadł kiełbasy nie będzie, i gorzałki nie posmakuje?– ciągnęła tym samym sposobem, a wielce szydliwie Jagustynka. – Wama ino prześmiechy na pamięci! – zestrofowała ją gniewnie. – A cóż to? płakaniem biedy se odejmę? Tyla mojego, co się pośmieję. – Kto sieje zło, niech se smutki zbiera i pokutę odprawuje!... – Nie darmo powiedają, że Jambroż, choć przy kościele służy, a gotów się by i z grzychem pokumać, bych jeno sobie pofolgować i użyć! – rzekła wyniośle Dominikowa obrzucając go srogimi oczyma. – Przeciwić się dobremu i ze złym kumać potrafi, któren jeno nie baczy, jaką potem weźmie zapłatę – dodała ciszej, jakby grożąc. – Laboga, jaże me mdli od tych smaków! – westchnął Witek pociągając nosem. – Nie wywąchuj, bo możesz co oberwać! Krowy ano pój, siano zakładaj i sieczkę na noc zasypuj... Późno już! Kiedy to obrządzisz?... – Pietrek zaraz przyjdzie, sam przeciek nie uredzę... – A kajże to poszedł? – Nie wiecie?... pomaga sprzątać po drugiej stronie!... – Co? Pietrek! ruszaj bydło obrządzać! Krzyknęła naraz Hanka w sień z taką mocą, że Pietrek w ten mig poleciał w podwórze. – A przyłóż kulasów i sama se izbę wyporządź!... widzisz ją!... dziedziczka jakaś, rączków se szczędzi, parobkiem się wyręcza! – wołała rozłoszczona do ostatka wywalając jednocześnie na stół z garnka dymiącą się wątrobę i dutki, gdy jakiś wóz zaturkotał i dzwonek zajęczał na dworze. – A to ksiądz z Panem Jezusem jedzie do kogoś!...– objaśniał Bylica akuratnie wchodząc do izby. – Któż by zachorzał? nie słychać było!... – Za wójtową chałupę pojechali! – krzyknął przez okno zadyszany Witek. – Ani chybi do któregoś z komorników... – A może do waszych, do Pryczków, tam ano siedzą... – Niech przyjdzie, to dam niecoś. Ociec, la Weronki zabierzecie, miała wczoraj zajrzeć... – Cóż poredzić? któryż to ma tylachna, by wszystkiej biedzie zaradził? – Nie powiadałem wama wczoraj, czego nam szukać potrza... Wysilał się na spokój. – Przede mną cyganiliście, jedno by mi piaskiem oczy zasypać, a robicie drugie. Przejrzałam już wasze judaszowe zamysły, przejrzałam... – Hanka, stul pysk, bo ci go przymknę! – zaryczał złowrogo. – Zajrzę do was którego dnia wieczorem, a teraz wama jeno rzeknę: Poniechajcie jej, róbcie swoje, a resztę Pan Jezus sprawi... Pochwalił Boga i poszedł na wieś. IV – Tych kamieni bym dała! – Kijaszkiem przyłożyła! – Cichocie, kobiety, by was nie skarali za ubliżenie urzędowi! – Niech karzą, niech wezmą do kozy, do oczu stanę choćby największemu urzędowi i wypowiem wszystko, w jakim to ukrzywdzeniu żyjemy!... – A niech się zjawią, wnet jakaś bieda pada na kogoś. – Psa mi ano we żniwa w polu ustrzelili!... – Mnie zaś do sądu podali, że się sadze zapaliły!... – A mnie to nie, żem to łoni len suszyła za stodołą? – A jak to sprały Gulbasiaka, że kamieniem na nich puścił!... Krzyczały spólnie, ciżbiąc się do Rocha, aż uszy zatykał od wrzasku. – A dyć przyciszcie się! Gadaniem nic nie poredzi! Cichocie!... – wołał. – Jakże... kto groch sieje w Wielki Wtorek – za garniec zbierze worek! – odkrzyknęła. – Nim dosiejesz, już ci pierwszy wzjedzie! Ale za gęsto, Maryś, za gęsto... niechby wyrósł, to zwieje się w kołtuny i położy! Pokazywał, jak siać z wiatrem, bo głupia nie zmiarkowała się, siejąc jak popadło. – A Wawrzon Socha mi powiedział, jakoś do wszystkiego sposobna! – rzekł od niechcenia idąc wpodle bruzdą pełną błota. – Mówiliście to z nim?... – wykrzyknęła przystając nagle, by tchu złapać. Sczerwieniła się strasznie, ale bojała pytać. Rocho się jeno uśmiechnął, ale odchodząc powiedział: – We święta mu powiem, jak się to sielnie przypinasz do roboty!... – Poredzim, Rochu, poredzim, ino bez te ścierwy kamienie pług wyskakuje, a i kobyła ciągnie do źróbka... – tłumaczył się z płaczem starszy, kiej mu Rocho odebrał pług i rznął skibę założną, przyuczając zarazem trzymania kobyły. Stary też, zgarbiony, przemykał pod samymi płotami, ledwie widny w tej dziwnej szarości zmierzchu, kieby ze startego na proch szkła uczynionego. – Jeśli do wójta idziecie, we młynie pono, w chałupie go nie ma! – Jagustynka zjawiła się przed nim niespodziewanie. Zawrócił ku młynowi bez słowa, nie cierpiał bowiem tego pleciucha. Dopędziła go wnet i drepcąc pobok, zaszeptała prawie w same uszy: – Zajrzyjcie do moich Pryczków abo i do Filipki... zajrzyjcie!... – Bym co pomógł, to zajrzę... – Tak skamlały, abyście do nich zajrzeli... przyjdźcie!... – gorąco prosiła. – Dobrze, jeno przódzi muszę z wójtem pomówić. – Bóg zapłać! Pocałowała go w rękę roztrzęsionymi wargami. – A wam co? Zdumiał się, bo zawżdy byli z sobą jakby we wojnie. – O sieroty my biedne, sieroty nieszczęśliwe!... – jęczała boleśnie, że niejednej łzy się puszczały z żalu. Myśleli, że rozum do cna stracił. Naraz poruszyli się wszyscy, rozstępując a chyląc pokornie do ziemi, bo proboszcz ano nadszedł niespodziewanie. – Wściekł się czy co? czyj to? – pytał ksiądz chroniąc się ździebko za baby. – Dyć to Kruczek, nasz... juści, żal mu szkody... czujący piesek... – jąkał Bylica idąc go przyciszać. Rozwinęła jej przed oczyma trzy ruble. – Niech mu Bóg da zdrowie! – wykrzyknęła Weronka całując ten papierek. – Poczciwy, że drugiego nie naleźć! – dodała Hanka. Chciała go zabrać do siebie. Stary ostał przy rumowiskach, w progu ano siedział opatrując bok pieskowi. – Zbierajcie się ze mną, u Weronki na nowym ciasno, a u nas przeciech znajdzie się la was kąt jakiś. – Nie pójde, Hanuś... juści... ostanę... urodziłech się tutaj, to i zamrę. Co się go naprosiła, co mu się naprzekładała, nie chciał i nie. – W sieni se legowisko wyszykuję... juści... a jeśli każesz... to do waju jeść przyjdę... dzieci ci za to przypilnuję... juści... Pieska ino zabierz, bok mu skaleczyło... juści... stróżować ci będzie... czujny wielce. – Zwalą się ściany i jeszcze was przygniecie! – prosiła przekładając. – I... dłużej przetrzymają niźli człowiek niejeden... Pieska weź... Nie nalegała już więcej, skoro nie chciał. Po prawdzie i u niej było ciasno, a ze starym nowy kłopot by był. Przykazała Pietrkowi wziąć Kruczka na postronek i do chałupy prowadzić. – Stanie za Burka, któren gdziesik uciekł. Niezguła dopiero! – krzyknęła niecierpliwie, gdyż Pietrek nie mógł dać rady psu. – Głupi... gryzł tu będzie... tam źreć co dnia dostaniesz... juści, a w cieple się wyleżysz... Kruczek! – napominał go stary pomagając brać na sznurek. Pobiegła przodem, bych jeszcze na odchodnym zajrzeć do siostry. Zdziwiła się, zastawszy w izbie kilka kobiet i Weronkę znowuj rozpłakaną. – A czym to sobie u was zasłużyłam na tyle dobrości? czym? – biadoliła. – Niewiela możem, wszędy bieda, ale co przynieślim, bierzcie, bo ze szczerego serca dajem – przemówiła Kłębowa wtykając jej w garść spory węzełek. – Takie nieszczęście was spotkało! – Nie z kamienia przeciech naród i kużden z biedą się zna. – I przez chłopa jesteście, jak drugie. – To w taką porę waju ciężej niźli inszym. Skowronki wyśpiewywały rozgłośnie, a z pól, od borów, z niebieskawych dali, całym światem płynęło rzeźwe, wiośniane powietrze, przejęte ciepłą wilgocią i miodnym zapachem topolowych pąków. – Że to wy wiecie o wszystkim! no, no! – Na oczach głupie szyćko robią, to przejrzeć łacno. Wełniak przedaje ostatni, by Mateuszowi święta sprawić! – szydziła złośliwie. Michał organistowy niósł za nim miednik z wodą święconą i kropidło. Hanka wyszła go przyjmować aż na drogę. Spieszył się, wpadł prędko do chałupy, odmówił modlitwę, pokropił dary Boże i zajrzał w siną, obrosłą twarz Borynową. – Bez zmiany? co? – A juści, rana się prawie zagoiła, a im nic nie lepiej. Nagadała, czego nikto nie pojął, i poszła na rezurekcję. V Cichość z nagła objęła kościół, jakby tego zwiesnowego przypołudnia, kiej to słońce przypiecze pola, wiater ustanie i przygięte zboża se kłosami gwarzą, a jeno gdziesik wysoko, pod niebem modrym, skowronkowe pieśni słodko podzwaniają... La wszystkiego stworzenia dzień radości nastaje, jeno nie dla nich... chudziaków pokrzywdzonych... Wszystkie społem do chałup powrócą radośnie zażywać świąt, odpoczynku, jadła, zwiesnowego słońca, przyjacielskich ugwarzeń, jak Pan Bóg przykazał, jeno nie te opuszczone lipeckie sieroty... A gdy wnet potem ksiądz zaintonował u ołtarza pieśń Zmartwychwstania, kiej organy wtórem huknęły z całej mocy, kiej dzwony zaśpiewały na cały świat, a dobrodziej z Przenajświętszym Sakramentem jął zstępować ku narodowi w sinym obłoku kadzideł i dzwonnej wrzawie, pieśń buchnęła ze wszystkich gardzieli, zakolebała się ciżba, palący wicher uniesienia osuszył łzy i porwał dusze, iż naraz społem, kiej ten bór człowieczy, rozchwiany i śpiewający jednym, ogromnym głosem, ruszył procesją za proboszczem, któren monstrancję dzierżył przed sobą, że jakoby słońce złociste, słońce promieniejące rozgorzało nad głowami, płynąc z wolna skroś gęstwy nieprzeliczonej, wskroś świateł jarzących, w kadzielnych dymach ledwie dojrzane, śpiewaniami opowite i przez oczy wszystkiego narodu, i przez serca wszystkie z miłością niesione... Obchodzili kościół we środku a wolniuśko, noga za nogą, cisnąc się w strasznej ciasnocie i śpiewając z całej mocy, a organy wciąż grały, a dzwony bezustannie biły... Alleluja! Alleluja! Alleluja! Huczał kościół, aż mury się trzęsły, śpiewały serca wszystkie i gardziele, a te głosy płomienne i ogniem nabrzmiałe niby żar–ptaki rwały się z krzykiem wesela ogromnym, kołowały pod sklepieniami, kiejby poślepłe w upale, i w noc wiośnianą płynęły, na słońca się gdziesik niesły, we wszystek świat, kaj jeno uniesieniem dusze człowiecze sięgają... Niesło się ogromne i płomienne wskroś mgieł przyziemnych; wskroś sadów i chałup, i pól, że ptaki zaśpiewały radośnie, wody dzwoniły weselnym bełkotem, bory zaszumiały, wiater powiał, zatrzęsły się młode liście, a ziemia zadrgała, że gęste runie zbóż zakolebały się cichuśko i rosy kiej łzy posypały się na ziemię. Hej! wesoły dzień nastał! Chrystus nam zmartwychwstał! Alleluja! Już ano konie czekały przed chałupą, kiej wpadła zadyszana Jagustynka. – Mało co nie czekałam na waju!... – Toście już po święconym? – westchnęła żałośnie pociągając nosem. – Znajdzie się jeszcze la was, siadajcie, przegryźcie coniebądź... Słońce szło w górę, jasnością zalewając świat, ciepło się podnosiło, że już muchy brzęczały po szybach, jaskółki zapamiętale chlustały wskroś przejrzystego powietrza, staw mienił się w ogniach, drzewa zaś, kiejby spławione w zieleni, polśniewały świeżyzną rozlewając miodne zapachy; z pól ogromnych, opłyniętych niebieskością, bił niekiedy chłodnawy, ziemią przejęty ciąg i skowronkowe śpiewania; wszystek świat tchnął zwiesnową cichą lubością, a od wsi, ledwie widnych w dalekościach, słoneczną pożogą przemglonych, niesły się czasami jędrne krzykania i huki pistoletowych strzelań! – Żeby jej tak zapachnęło to łajno diabelskie! – Niech jeno ociec ozdrowieją, zarno upomnę się o korale, pięć sznurków ostało długich kiej bicze i jak groch największy! – Skończyliście polne roboty? – Tyle jeno, że ziemniaki wsadzone i groch posiany. – U drugich i tyla nie zrobione! – Zdążą jeszcze; powiedali, co puszczą chłopów na Przewody. – Któż to taki wiedzący powiadał? – A różni mówili w kościele! Kozłowa zbiera się iść prosić dziedzica... – Głupia, dziedzic to ich więzi czy co? – Bych się wstawił, to może by puścili... – Wstawiał się już nieraz i nie pomogło... Zamilkli na długo. – Baczę, kiej to w Lipcach wszystkiego piętnastu gospodarzy siedziało – zaczął znowu Bylica wyciągając nieśmiało palce ku tabace Rochowej. – A teraz siedzi czterdziestu! – podsunął mu tabakierkę. – Sporo musi wiedzieć od swojego, jeno się boja popuścić... Juści, że przyległe ziemie rodne, łąki dwukośne, juści... – rozmyślał głośno stary, wpatrzony w podleskie pola, kaj widać było za stogami dachy zabudowań folwarcznych, jeno że Rocho nie słuchał, bo dojrzawszy Kozłową stojącą nad stawem z kobietami, poszedł do nich prędko. – A pozwoli ci to matka, kiejś w chałupie potrzebny do mycia garnków i macania kur! – zawołała Nastka. – Bo się ozgniewam i pójdę do Marysi Balcerkówny! – Idź, już tam Marysia czeka na cię z pomietłem albo czymś gorszym... – A niech cię jeno dojrzy, to zaraz pieski pospuszcza. – Nic, Józia... nic... – szeptał pomieszany. – Kuręście dusili... pióra jeszcze ano lecą... – Inom kogutowi trochę z ogona wyrwał, bo mi potrza la mojego ptaka. Ale nie nasz kogut, nie, Józia! Gulbasiak skądciś przyniósł... swojego... – Pokaż! – rozkazała surowo. Cisnął jej pod nogi na pół żywego ptaka, całkiem oskubanego z piór. – Idźcie do dom, bo tam na was czeka pan Jacek!– szepnął mu Rocho. – Na mnie czeka... pan Jacek... dyć lecę... na mnie?... no... no – jąkał zdumiony, całkiem wytrzeźwiawszy, i poszedł. – Przyjdę rano... odpocznijcie sobie: strząśliście się mocno... by wam nie zaszkodziło. – A niechbym już raz zdechła i więcej nie cierpiała! – wybuchnęła. Pokiwał głową i wyniósł się bez słowa, jeno przed chałupą pieski cosik rozszczekane gniewnie przyciszał do budy zapędzając. – Wama cosik niezdrowo po wczorajszym? – szepnęła Jagustynka susząc plecy przed kominem. – Juści, trzęsie się we mnie i cięgiem me kopie, mgli me przy tym... – Zląkłem się, byście tego zbytnio do serca nie wzięli!– zaczął. – I... niczego chwała Bogu nie wziął... zapóźnił się... – przyciszyła głos. – Miarkujecie, kto?... – Dałabym głowę, że kowal. – To chyba na cosik upatrzonego polował? – Juści... jeno że mu się wypsnęło, do waju tylko mówię... Przyszliśmy tu po dyngusie! Zaśpiewamy o Jezusie, O Jezusie, o Maryje – Dajcie nam co, gospodynie!... Na nieszpór już przedzwaniali, kiej gruba Płoszkowa, odwiedziwszy przódzi Borynę, wchodziła do Hanki. – Pewnie, lata idą... Byliście u kogo na Budach? – Tak sobie ino chodziłam, święto przeciek. Nabożna? – tknęła nieśmiało książki. – Nie, o krajach dalekich i o morzach! – Jezu! o morzach! A te obraziki też nie święte? – Zobaczcie! – podsunął jej pod oczy książkę i pokazywał. On zaś, prawie niewidny la oczu, uroczystym, cichym głosem powiadał: – "Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowości." – "Dufajcie, bo pokrzywdzone zawżdy górę wezmą." – "Ochfiarną krwią i trudem trza posiewać człowieczą szczęśliwość, a któren posiał, wzejdzie mu i czas żniwny miał będzie." – "Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu Pańskiego nie siądzie." – "Kto ino wyrzeka na złe, nie czyniąc dobra, ten gorsze zło rodzi." Długo powiadał, a tak mądrze, że nie spamiętać, i coraz ciszej a rzewliwiej, że zaś go noc całkiem okryła, to się zdawało, jakoby ten głos święty z ziemie wychodził albo że to głos pomarłych pokoleń Borynowych, co w noc tę Zmartwychwstania Bóg je na świat odpuścił i prawią teraz ze zmurszałych ścian, z drzew pochylonych, z gęstej nocy, ku przestrodze a opamiętaniu rodzonych. Dusze się wszystkie ważyły na tych słowach, bijących w serca jak dzwon, i niesły się w omroczone utęsknienia, w niepojęte dziwy marzeń. Nikto nie dosłyszał nawet, że psy zaczęły w całej wsi ujadać, ktoś krzyczał na drogach i zadudniały bieganiny. – Podlesie się pali! – zawrzeszczał jakiś głos przez sad. Wybiegli na drogę. Prawda była: dworskie budynki na Podlesiu stały w ogniu, płomienie kiej czerwone krze wybuchały z ciemności. – A słowo ciałem się stało! – szepnęła Jagustynka Kozłową wspominając. – Kara boska przychodzi. – Za naszą krzywdę! – krzyżowały się w ciemnościach głosy. Drzwi chałup trzaskały, ludzie w dyrdy a na pół odziani wpadali na drogi, a coraz większą kupą cisnęli się na most przed młynem, skąd widać było najlepiej, że może w jakiś pacierz cała wieś już się stłoczyła. Pożar zaś urastał co chwila, folwark stojał na wzgórzu pod lasem, więc chociaż o parę wiorst od Lipiec, widać było jak na dłoni wzmaganie się ognia. Na czarnej ścianie lasu roiły się ogniste jęzory i wybuchały krwawe, skłębione chmury. Nie było wiatru i ogień wynosił się coraz wyżej, budynki płonęły kiej smolne szczapy, czarne dymy waliły słupami, a krwawy, zwichrzony brzask rozlewał się w ciemnościach rzeką ognistą i chwiał się już nad borem. Przeraźliwe ryki rozdarły powietrze. – Wołowina się pali, nie uratują wiele, bo jedne drzwi. – Stogi się teraz zajmują! – Już stodoły w ogniu! – wołali strwożeni. Ksiądz nadbiegł, kowal, sołtys, a w końcu i wójt skądciś się zjawił, ale choć pijany, że ledwie się trzymał na nogach, zaczął wrzeszczeć i wyganiać ludzi, bych na pomoc lecieli dworowi. Ale nikt się z tym nie śpieszył, a jeno zły pomruk zerwał się w ciżbie: – Niechaj chłopów puszczą, to polecą ratować! I nie pomogły klątwy ni groźby, ani nawet proboszczowe płaksiwe błagania: naród stojał nieporuszony i w ogień ponuro patrzał. – Psiekrwie paroby dworskie! – zakrzyczała Kobusowa pięścią grożąc. Że tylko wójt wraz ze sołtysem i kowalem pojechali do ognia, i to z gołymi rękoma, gdyż ani bosaków, ni wiader nie pozwolili zabierać z chałup. – Kijami tego, któren ruszy! Na stracenie ścierwę! – zawrzeszczały jak jedna. A cała wieś się już zebrała, do najmłodszych, co je rozkrzyczane na ręku przyhuśtywali, i kłębili się wielką, ponurą ciżbą, że mało kto się odzywał, a i to szeptem, paśli jeno chciwe oczy i wzdychali, bo w każdym sercu krzewiły się przytajone srogo radoście, że to za lipeckie krzywdy Pan Bóg dziedzica ogniem pokarał. Do późna w noc się paliło, a nikto do dom nie poszedł: czekali cierpliwie końca, że to już jedno morze ognia przewalało się nad folwarkiem i biło spiętrzonymi falami w niebo, zapalone snopki z dachów i gonty roznosiły się krwawym deszczem, a od czerwonych łun, co jak ogniste płachty wiewały w ciemnościach, zrumieniły się czuby drzew i dachy młynicy zaś staw jakby kto potrząsł bladym zarzewiem. Turkoty wozów, krzyki łudzi, ryki, straszna groza zniszczenia biły z pożaru, a wieś wciąż stała, jakby ten żywy mur w ziemię wrosły, a pasący oczy i dusze odemstą... Zaś od karczmy rozlegał się ochrypły głos pijanego Jambroża: Dziś Maryś moja, Maryś! Da dobre piwo warzysz! VI – Co tam chłopaki robią? – zapytała Hanka po długiej chwili. – Pietrek orze ziemniaczysko pod górką, a Witek we wałacha bronuje zagony pod len na świńskim dołku. – Mokro tam jeszcze? – Juści, trepy całkiem więzną, ale po zbronowaniu rychlej przeschnie. – Nim się też ziemia wygrzeje do siewu, może już wstanę... – O sobie teraz pamiętajcie, a roboty wama nikto nie ukradnie! – Wydojone to krowy? – Samam doiła, bo Jaguś pod oborą szkopki ustawiła i gdziesik poszła. – Wypuściliście to maciorę? – Legła pod ścianą, ale prosiaki śliczne, okrągluchne kiej te bułeczki. Bylica stanął we drzwiach i zająkał: – Cie, taki szlachcic, dziedziców brat! – dziwiła się stara. – Zrobił se legowisko pobok mojego i siedzi. Wychodziłem, to na progu papierosa kurzył i wróble ziarnem przynęcał. – A cóż to jadł będzie? – Garnuszki ze sobą sprowadził i arbatę cięgiem warzy a popija... – Na darmo tego nie robi, cosik w tym być musi, że taki pan... – Na wschodzie – tu wieje... – Na północy – tu ziębi... – Na zachodzie – tu ciemno... – Na południu – tu grzeje... – A wszędy strzeż się złego, duszo ludzka, i jeno w Bogu miej nadzieję. – Niby nabożna, a taka guślarka z Dominikowej! – śmiał się wójt. – Pacierz pomaga, ale i zamawianie nie zaszkodzi, wiadomo! – szepnęła Płoszkowa. Obejrzał się trwożnie i pchając jej za gors karmelki szepnął: – Naści, Jaguś, przyjdź o zmierzchu do alkierza, to dam ci cosik lepszego. I nie czekając odpowiedzi, do izby śpiesznie powracał. – Ho, ho, ciołek wam się zdarzył, dobrze go przedacie – mówił rozpinając kapot. – Na chowanie pójdzie, bo to z dworskiego gatunku. – Profit będzie pewny, ile że młynarzowy byk już do niczego. Ucieszy się Antek z takiego przychowku. – Mój Jezu! kiej on go obaczy? kiej? – Niezadługo, ja to wama powiadam, to wierzcie. – Dyć wszystkich z dnia na dzień czekają. – Mówię, że leda dzień się zjawią, cosik się ta przeciek z urzędu wie... – A najgorsze, co pola nie chcą czekać. – Jak się w porę nie obsieje, to straszno myśleć o jesieni! Wóz jakiś zaturkotał. Józka wyjrzawszy za nim powiedziała: – Proboszcz z Rochem przejechali. – Ksiądz po wino do mszy się wybierał – objaśniał Jambroży. – Że to Rocha wziął na probanta, nie Dominikową! – drwiła stara. Nie zdążyła się odciąć Dominikowa, bo kowal wszedł i wójt podniósł się do niego z kieliszkiem. – Spóźniłeś się, Michał, to gońże nas teraz! – Prędko was, kumie, zgonię, bo tu już po was lecą... Co jeno domówił, wpadł zadyszany sołtys. – A chodźże, Pietrze, pisarz ze strażnikami na was czekają. – Psiachmać, że to ni pacierza spokojności! Hale cóż, urząd pierwszy... – Odprawcie ich prędko i powracajcie. – Do roboty, kumy, w pola, kto ma sprawę do gospodyń, powinien wiedzieć, kaj nas szukać. Hale, niedoczekanie ich, byśmy na bele przykaz rzucały wszystko i szły wystawać pod drzwiami kiej psy, trąby jedne! – krzyczała, srodze zaperzona. – Gospodyni, a to Cygany do wsi idą! – Masz diable kaftan, tego jeszcze brakowało. Zawołaj Pietrka drzwi pozamykać, bych czego nie porwały. Przed dom wyszła zatrwożona wielce. – A pono takie czary i zamawiania potrafią, jaże strach mówić! – pisnęła któraś. – Prawda, niechby cię ochuchała, a już by ci wąsy wyrosły na łokieć. – Prześmiewacie!... Opowiadają, że chłopu ze słupskiej parafii, co ich pono wyszczuł psami, to Cyganicha jeno mignęła jakimś lusterkiem przed ślepiami, a zaraz całkiem zaniewidział. – I podobno ludzi, w co chcą, przemieniają, nawet we zwierzaki. – Kto się spije, ten się sam najlepiej we świnię przemienia. – Hale, a ten gospodarz z Modlicy, co to łoni na odpuście beł, nie łaził to na czworakach, nie szczekał?... – Zły go opętał, przeciek dobrodziej wypędzali z niego diabła. – Jezu, że to są na świecie takie sprawy, jaże skóra cierpnie!... – Bo złe wszędy się czai, jak ten wilk kiele owiec. Trwoga wionęła przez serca, że skupiły się barzej, a Witek rozdygotany strachem cicho szepnął: – A u nas też cosik straszy... – Nie pleć bele czego! – powstała na niego Jagustynka. – Nie puszczę latawca, niech se do rana posiedzi na dworze – wygrażała zasuwając drzwi. Niby pszczelny rój obsiadł ziemię pachniącą i roił się pracowicie w cichości bladego zwiesnowego dnia – że jeno skowronki rozgłośniej śpiewały ważąc się gdziesik niedojrzane, wiater też przewiał niekiedy, zatargał drzewiny, rozwiał przyodziewy kobietom, przygładził żyta i w bory uciekał z chichotem. Sutszą też wieczerzę kazała Hanka narządzić i podać im na stole pokrytym czystą płachtą. Rocho wszedł był właśnie, za stołkiem się rozglądając. – Temu się najbarzej zdumiewają nasze chłopy, co ludzie z Rzepek zjechali Lipcom pomagać! – rzekł cicho. Mgły rychło się rozwiały i pola stanęły na słonecznej jaśni, że jak okiem sięgał po lipeckich ziemiach, pociętych pasami zielonych ozimin, wszędy czerwieniały wełniaki, orały pługi, wlekły się brony, wodzone przez dziewki, gmerały się rzędy kobiet, sadzących ziemniaki, a gęsto po czarnych i długich zagonach chodziły chłopy przepasane płachtami: pochyleni ździebko i nabożnym, sypkim rzutem ręki rozsiewali ziarna w spulchnione, czekające role... – Juści! pomagali, ale gospodarzom, bogaczom jeno... zaszlochała Filipka. – Nama jako zapowietrzonym nikto się nie pokwapił wspomóc... – Nikogój głowa nie zaboli o nas, sieroty... Dasz, Jasiu, na zapowiedzie! Słuchaj ino, tatuś jedzie, Dudni na moście – da dana! Dudni na moście! A chłopaki im na to odwracając się z wozów: Teraz, Maryś, takie ziąby – Zskrzytwiałyby dziewosłąby ; Dam w Wielkim Poście... da dana! Dam w Wielkim Poście!... Dzwoniły młode głosy po rosie i we wszystek świat się niesły radosne. VII Chłopy wracają! Piorunem ta wieść runęła i kiej płomień rozniesła się po Lipcach! Prawda–li to? I kiedy? I jak?... Nikto jeszcze nie wiedział. – Chłopy wracają! Chłopy wracają! – rwał się krzyk nad wszystką wsią, przez, sady leciał hukliwie, z każdej chałupy bił kiej dzwon radosny, z każdego serca buchał płomieniem i z każdej gardzieli się wydzierał. Hale cóż, kiej i tamój było pusto! Deszcz zacinał przysłaniając szarą kurzawą szeroki, wyboisty gościniec; gliniaste wody rowami waliły, w bruzdach burzyła się woda i drogą też szorowały strugi spienione, a rozkwitłe ciernie, brzeżące zielonawe pole, skulały zziębłe kwiaty. Wrony kołują górą, to plucha przejdzie! – rzekła któraś próżno wypatrując. Kupą już wracali, dziad w pośrodku wlókł się huśtający na kulach i nogach pokręconych, wypierał naprzód ogromną, ślepą twarz. Policzki miał czerwone i spaśne, oczy bielmem zasnute, brwie siwe i krzaczaste, nochal kiej trąbę, a brzucho niezgorzej wzdęte. Cierpliwie słuchał, aż wymiarkowawszy przerwał im trajkoty: – Marysia Balcerkówna!... Nastka Gołębiów!... Ulisia sołtysowa!... Kłębowa Kasia!... Sikorzanka Hanusia! – wołały wszystkie. – Ho! ho! sam ci to kwiat pannowy wyszedł! Widzi mi się, co wam było pilno do parobków, a dziadem musita się kontentować!... he? – A nieprawda! po ojców wyszlim – zawrzeszczały. – Loboga, dyć ślepy jezdem, ale nie głuchy! – aż baranicę głębiej nacisnął. – Powiedziały we wsi, że już idą, tośmy wyleciały naprzeciw! – A tu nikaj nikogo! – A dał Pan Jezus zwiesnę, sprzykrzyły mi się pokoje i dworskie przypochlebstwa, zacniło mi się za chałupami i tym światem szerokim... Hej, deszczyk ci to siepie kiej czyste złoto, ciepły i rzęsisty, i rodzący, jaże świat pachnie młodą trawą... Kaj to lecita? Dzieuchy?! – Kumie, czy to wszystkie wracają? – spytała lękliwie – Napisane, co wracają, to wracają! – Razem brali całą wieś, to i razem puszczą! – ozwała się któraś. – Wstąpcie, kumo; przemiękliście ździebko! – zapraszała wójtowa, ale Hanka nie chciała, naciągnęła zapaskę na czoło i pierwsza ruszyła z nawrotem. Wolniuśko jeno szła, ledwie dychająca z radości a strachu zarazem. – Przytwierdził i nawet z papieru o tym przeczytał. – Przeczytał, to juści, że pewne! Chwała ci, Panie, powrócą chudziaki, powrócą gospodarze! – szeptała gorąco rozwodząc ręce. Łzy posypały się jej z wyblakłych oczu, aż Hanka się zdumiała. – Myślałach, że zapomstujecie, a wy w bek, no, no!... Powiedła je zaraz Jagustynka przez przełaz nad polną drogą, kaj tuż przy brogu leżały czarne, przesiąkłe wodą zagony. – Musi, miemiecka to moda, bo jak Lipce Lipcami, zawdy się ziemniaki krajało na tyla, chyla oczków miały – kwękała sprzeczliwie Gulbasowa. – Moiście, przeciek dzisiejsi ludzi nie głupsi wczorajszych... – Hale, tera jajo chce być mędrsze od kury i stadu przewodzić... – Ady byś choć wiechciem wytarł wałacha! – wsiadła na Pietrka, wyjeżdżającego do gnoju, ale parobek cosik mruknął złego i pojechał. Do stajni potem zajrzała, ale jakby po nową zgryzotę – ano klacz obgryzała pusty żłób, a źrebak, utytłany kiej świnia, słomę wyciągał z podściółki. Dziecko jakoś matyjasiło skamląc i popłakując. – Cicho, maluśki, cicho!... wróci tatulo, przywiezie ci kuraska... wróci, synka na koń wsadzi... cicho, maluśki: A, a, a! kotki dwa! szare bure obydwa!... Wróci tatulo, wróci! – przyśpiewywała huśtając go i chodząc po izbie. – A może i wróci! – potwierdziła sobie przystając nagle. – Podziękuj Bogu, że gorszegoś nie oberwała! – rozczapierzyła się groźnie. – Spróbujcie: inom jedna sierota, ku mojej obronie nikto nie stanie, ale uwidzicie, czyje ostanie na wierzchu! Odgarnęła włosy z twarzy i srogie, pełne zawziętości oczy uderzyły kieby nożem, jaże Hankę z miejsca taka złość poniesła, iż jęła wytrząsać pięściami a krzyczeć, co ino ślina przyniesła. Jaże się zakrztusiła z krzyków. – Robię, co robię, a każdemu wara do mnie jak temu psu! – wrzasnęła nagle, odrzucając włosy na plecy, kiejby tę przygarść lnu najczystszego – Konia przywiedłam, bo dzieci go płoszyły... – zaczęła nieśmiało. – Ojciec, krzyknij na Walka, niech go odbierze! Te, ryfo jedna, konia samego porzucasz, żeby nogi połamał, co? – gruchnęła na parobka. Jasio, spostrzegłszy Jagnę, jeno śmignął oczyma po ojcach i rękę do niej wyciągnął. – Zostańcie, Jaguś, z Bogiem. – Do klasów to już? Za serce ją cosik ścisnęło, jakby żal cichy. – Na księdza go odwożę, moja Borynowo! – napuszała się dumnie. – Na księdza! Podniesła zdumione oczy na niego. Siadał właśnie na przednim siedzeniu, plecami do koni. – Będę dłużej patrzał na Lipce! – zawołał ogarniając przytulającym spojrzeniem opleśniałe dachy ojcowej chałupy i te sady, lśniące rosami a kwiatami obwalone. Konie ruszyły truchcikiem. Obejrzała się; bryka już zniknęła, turkot jeno dochodził i głosy pozdrowień zamienianych z przechodzącymi. – Czemuż to? – Błysnęła ślepiami srogo, po matczynemu. – I... nic... A to me znowuj kulas rozbolał... – zająkał strachliwie. – Cichoj, ścierwy – rzucił patykiem w sień na rozgdakane kwoki. – Antek! – wyszeptała cichuśko, serce jej wezbrało westchnieniem i przypominki przewiały przez pamięć kiej te mgły nikłe i kiej sen cudny, ale dawno już śniony. Może i wróci! – dumała. – A już najbarzej Grzela przed waszą maglownicą... – Nie wam przestrzegać poczciwości, któraście Bartka Kozła kobieta!.. – rzekła twardo, prostując się wyniośle. Rzeka migotała w słońcu i wiła się pokrętnie wskroś łąk zielonych, nabitych kajś niekaj kępami żółtych i białych kwiatków. – Byle nie tak, jak mój zeszłoroczny: schylać się nie było po co. – Kuropatkom się udał: sporo się ich tam wywiedło – żartował cicho. – Juści, pan jadł kuropatwy, a moje siwki zębami dzwoniły o żłób... – Obrodzi się, to już księdzu dobrodziejowi z furkę jaką użyczę. – Bóg zapłać, bo i koniczyna zeszłaroczna nietęga; jeśli susze przyjdą, przepadnie! – westchnął żałośnie i zaczął znowu śpiewać. – Ho, ho! tym już groch powschodził... – A prawda!.. wczesny być musi, rola doprawiona i idzie kiej bór. – Ja siałem jeszcze na Palmową, a dopiero kły puszcza – Bo u do dobrodzieja na tym dołku zimnica, a tu grunt cieplejszy. – I jęczmiona już im powschodziły, a równe, jakby siewnikiem posiane. – Modliczaki dobre gospodarze, na dworską modę w polu robią. – Tylko na naszych polach ani znaku jeszcze owsów i jęczmionów. – Spóźnione wszystko, deszcze też przybiły, że nieprędko się ruszą. – I spaprane, że niech Bóg broni! – westchnął ksiądz żałośnie. – Darowanemu koniowi w zęby nie zaglądają – zaśmiał się kowal. – Te, wisusy, uszy poobrywam, jak nie przestaniecie! – krzyknął proboszcz na chłopaków śmigających kamieniami za stadkiem kuropatw, szorujących w poprzek zagonów. Straszna złość ją zatrzęsła... – Ty pokrako zapowietrzona!... ty świniarzu!... Poważ się jeszcze kiej mnie tknąć, to ci kulasy poprzetrącam!... Dam ja ci jamory, jaże się juchą oblejesz!... – krzyczała rzucając się z grabiami. – Dobrze ci tak! dobrze! Ale przychodziły i takie chwile, że zaczynało im być siebie żal, że byłyby zagwarzyły przyjaźnie, że każda ino czekała zaczepki, by odrzeknąć poczciwym słowem, że nawet przystawały wpodle, zezując ku sobie wyczekująco, gdyż ustępowała zawziętość, przymierały zadawnione gniewy, a pospólna dola i opuszczenie kłoniły je ku sobie coraz bliżej... jeno co nie skłoniły, bo zawdy je cosik powstrzymywało: to płacz dziecka, to wstyd jakiś, to nagłe ocknienie w pamięci krzywd, jaże i w końcu rozniesło je daleko i zawziętość znowu w sercach zawrzała, złoście sprężyły dusze i oczy poczęły się żgać błyskawicami nienawiści. – Dobrze ci tak! dobrze – syczały z cicha, prażąc się ślepiami, znowu gotowe do kłótni, do bitki nawet, bych całą złość wywrzeć na drugiej. Na szczęście, do tego nie przyszło, bo Jagusia zaraz po kolacji wyniesła się do matki. Wieczór był ciemny, ale cichy i ciepły; gwiazdy jeno z rzadka przebłyskiwały w płowych głębokościach; na moczarach leżały białe, grube kożuchy oparów, żaby zaczynały rechotać, a niekiedy zabłąkało się jękliwe kwilenie czajek. Ziemię zaś otulały mroki, że jeno kajś wynosiły się na jaśnię nieba drzewa pospane, sady szarzały jakby wapnem skropione, a bijące zapachami niby z trybularzówv rozżarzonych; wiśniowy kwiat pachniał i bzy ledwie roztlałe, pachniały zboża, wody i te ziemie przewilgocone, a każden kwiat czuć było z osobna i wszystkie razem wionęły upajającym, słodkim zapachem, jaże w głowie się kręciło. Wieś jeszcze nie spała, ciche pogwary trzęsły się od progów i przyźb, tonących w ciemnościach, zaś drogi, przysłonione cieniami drzew, a jeno niegdzie porznięte świetlistymi pręgami z okien bijącymi, mrowiły się od ludzi. Jaguś niby to do matki zmierzała, a jęła kręcić nad stawem, kołować, przystając coraz częściej, bo prawie co krok natykała się na jakąś parę, mocno splecioną i cicho gwarzącą. Spotkała i brata z Nastusią: trzymali się wpół całując zapamiętale. Wlazła też niechcący na Marysię Balcerkównę z Wawrzkiem: gdziesik pod płotem, w grubym cieniu stojali, przytuleni do siebie i o Bożym świecie nie wiedzący. Rozpoznała po głosach i drugie, że z każdego cienia nad wodą, spod płotów, zewsząd roznosiły się szepty, dyszące słowa, upalne westchnienia, jakieś dygoty i szamotania. Cała wieś zdała się wrzeć ukropem miłowań i lubością, że nawet i te skrzaty ledwie odrosłe, a i to wodziły się z chłopakami, gżąc się a przeganiając po drogach. Obmierzło jej to nagle, że wzięła ich wymijać, kierując się prosto do matki, ale przed domem spotkała się oblicznie z Mateuszem; nie spojrzał nawet na nią mijając kiej to drzewo; wiódł się z Tereską trzymając ją wpół i cosik jej prawiąc... Przeszli, a ona jeszcze słyszała ich głosy i przytłumione śmiechy. Zawróciła nagle i już w dyrdy, jakby goniona przez wszystkie psy, uciekała do chałupy. A wieczór cichy, wiośniany, pachnący, nabrzmiały radością powitań, przejęty świętą cichością szczęścia, płynął niepowstrzymanie. Gdziesik w nocy, w rozpachnionych sadach czy na polu, fujarka zaświergoliła tęskną nutą, jakby do wtóru tym szeptom i całunkom, i radościom. Zaś na moczarach żaby zarechotały wielkim chórem, niekiedy jeno przerywanym, a drugie, we stawie przymglonym kiej oko zasypiające, odpowiadały im przeciągłym, sennym, coraz cichszym hukaniem... aż dzieci, baraszkujące po drogach, jęły się z nimi przemagać i krzyczeć przekomarzając: Reh! reh! reh! Bocian zdechł! Ja rada, ty rada, obie my rade! Rade! rade! rade!... . VIII – Nie rozbierę więcej, to darmo. Mateusz to by pewnikiem poredził. – Nie, nie! – poczerwieniała strasznie i cicho jęła prosić: – Nie mów mu o liście, Nastuś, nie powiadaj... Z księżego podwórza, płotem jeno odgrodzonego, roztrzęsały się wrzaskliwe głosy drobiu, kaczki trzepały się w kałużach, młode indyczki biadoliły kajściś pod płotem, zaś indory gulgocąc rozczapierzały skrzydła, podskakując zajadle ku prosiętom, wylegującym w błocie, gołębie podrywały się sprzed stodoły, krążyły w powietrzu i spadały co trocha na czerwone dachy plebanii kiej ta chmura śniegowa. Wilgotnawe a rzeźwe ciepła buchało z pól, sady rozkwitłe pławiły się w słońcu, jabłonie obwalone kwiatem wynosiły się z zieleni kiej białe chmury opylone zorzami; pszczoły z cichuśkim brzękiem leciały na pracę, kajś już i motyl zamigotał kiej ten płatek kwiatowy, to stado wróbli z niemałym wrzaskiem spadało z drzew na płoty. Teresce naraz łzy się puściły z oczu i ciurkiem pociekły. – Organista jest w domu? – spytała, twarz odwracając. – A kajby. Dobrodziej wyjechał, to się wyleguje kiej ten wieprz. – Dobrodziej pewnie na jarmark? – Juści, byka mają kupować. – A mało to już ma różnego dobra? co? – Kto ma dosyć, to chciałby jeszczek więcej – mruknęła dziewka. Tereska zmilkła, zrobiło się jej strasznie żałośnie, że to ludzie mają wszystkiego po grdykę, a ona ledwie się, pożywi, głodując często. – Gospodyni idą! – zawołała dziewka, ruchając mocno koziełkiem w kierzance, jaże śmietana wypryskiwała wokoło. – Jazgocz se, pani wójtowo, jazgocz, pieski cię nie przeszczekają! – wołała. – Złodziejką me przezywa! Słyszyta, ludzie! Do sądu podam, jak Bóg w niebie, wszyscy słyszeli. Ja ci ukradłam, masz świadki, ty torbo?.. Wójtowa, chyciwszy jakiś kołek, na drogę wypadła i docierając kiej pies rozwścieczony, jazgotała zajadle: – Ja ci kijem przytwierdzę! ja ci zaświarczę! jak ci... – Podejdź, pani wójtowo! Tknij me jeno, świńska kumo! tknij me, ty sobacza pokrako! – zawrzeszczała wybiegając naprzeciw. Odepchnęła męża, któren ją powstrzymywał, i rozkraczywszy się pod boki się ujęła krzycząc urągliwie: – Bij me, bij, a kryminał cię nie minie, pani wójtowo!... – Zawrzyj pysk, bym cię pierwej do kozy nie zapakował! – krzyknął wójt. – Psy se wściekłe zamykaj, boś od tego, babę swoją weź lepiej na postronek, bych się ludzi nie czepiała! – gruchnęła nie mogąc już wytrzymać. – Urzędnik do cię mówi, pomiarkuj się, kobieto! – zawołał groźnie. – Gdziesik mi twój urząd – rozumiesz! Groził mi będzie, widzisz go, sameś może płótno wzion la jakiej kochanicy na koszulę. Gromadzkich pieniędzy już ci nie starczyło, boś je przechlał, pijanico. Nie bój się, wiedzą, co wyrabiasz. Posiedzisz se i ty, panie urzędniku, posiedzisz! Wrzask się rozniósł na całą wieś, wystrachane kury gdakały po sadach, psy jęły szczekać, baby podniesły lamenty, tłocząc się dokoła bezradnie, aż dopiero nadbiegłe chłopy rozerwali bijących. – Laboga, nie zdzierżę! Wszystkie ziobra mi przetrącił! Ratujta, ludzie, ratujta, bo pomrę!... A Magda wtórowała lamentliwie: Dochodziło południe, kiej Mateusz skończył oglądanie; a dzióbiąc toporem jeszcze tu i owdzie po bokach, rzekł stanowczo: – Zetlałe do cna, samo próchno, nic z tego nie postawi, to darmo... – Dokupiłbym niecoś nowego, może by... – szepnął błagalnie Stacho. – Dokupcie na całą chałupę, z tego gnoju nie wybierze ni jednego bala. – Bójcie się Boga! – Dyć przyciesie jeszcze by wytrzymały, węgary jeno dać nowe... ściany też by podporami wesprzeć... klamrami ściągnąć... dyć... – jąkał stary Bylica. – Kiejście taki majster, to sobie stawiajcie, ja z próchna nie poredzę – rzucił gniewnie naciągając spencerek. Nadeszła na to Weronka z dzieckiem na ręku i jęła wyrzekać: – A cóż my teraz poczniemy, co? – Ze dwa tysiące trzeba by na nową! – westchnął frasobliwie Stacho. – Hale, cheba o jednej izbie ze sionką. – Przeciech coś by drzewa dostał z naszego lasu... juści, żeby tylko chyla tyla... a resztę dokupię... juści... chwaciłoby... W urzędzie prosić... – Dadzą to teraz, kiej bór w procesie!... przecież nawet zbieraniny wzbronili. Poczekajcie z chałupą do końca sprawy! – radził Mateusz. – Czekaj tatka latka, a kajże się to na zimę podziejem? kaj? – wybuchnęła Weronka i zapłakała żałośliwie. – Tak mię to, Jaguś, witasz? co? tak?.. – Jakże to mam inaczej? Może cię za kolana podjąć i dziękować, żeś se o mnie przypomniał? – Baczę, jakeś to me łoni przyjmowała. Siedzieli tam jeszcze przy michach, na dworze. Zakurzył papierosa siedząc pod ścianą. Kłęby pogadywali o powrocie z wojska Grzeli Borynowego. – Wraca to już? – zapytał spokojnie. – Nie wiecie to? Dyć razem z Jaśkiem Tereski i Jarczakiem z Woli. – Na żniwa się obiecują. Tereska latała dzisia z listem do organisty, bych przeczytał. Powiadał mi o tym. – To ci nowina! Jasiek powraca! – zawołał bezwolnie. Zmilkli wszyscy, jeno ślipia obleciały po sobie, a kobiety się sczerwieniły powstrzymując śmiech. Nie pomiarkował i jakby rad wieści, powiedział spokojnie: – Dobrze, co powraca; może przestaną obgadywać Tereskę. – Właśnie, cięgiem już deliberuję, do której by przepić. – Prędko wybieraj, a w druhny me proś, Mateusz – pisknęła Kasia, najstarsza. Gruchnęli śmiechem, jaże się gołębie porwały z dachów. – Prawdę mówię. Przymierzałem u niejednej, ledwie mi do pół łyst sięgają, jakże bym to zimą wyspał? cheba w butach, co?... Zgromiła go Kłębowa, iż zbereżeństwa gada przy dzieuchach. Rozpowiadał uciesznie, jaże chłopaki kładły się ze śmiechu, jeno Kłębianki podniesły wrzask na niego, że stary krzyknął: – Cichojta! skrzeczą kiej te sroki na deszcz. Nie zaraz się uspokoili, więc by przerwać te przekpinki, zapytał: – Byłeś to, Mateusz, przy wójtowej wojnie? – Nie. Mówili, co Kozłom sielnie się dostało. – Kto jeno o drugich stoi, tego bieda wydoi! – mruknął pykając smacznie. – Hale, raz na dzień! Młode i zdrowe, to i źreć potrzebują. – Nie dociągniem. Tyla narodu. Dziesięć gąb, a brzuchy mają kiej ćwiercie. Trza będzie cosik zaradzić. – O jałówce myślisz, co? To ci zapowiadam, że przedać jej nie pozwolę. Rób se, co chcesz, a bydlątka nie dam. Zapamiętaj sobie. Zatrzepał rękoma, kiejby od osy uprzykrzonej, i gdy odeszła, jął znowu fajkę zapalać. – Psiachmać baba... Potrza, to i jałówka nie ołtarz! – Gospodarz taki... juści... jakżeby... dziadówkam ino... Łkała w sobie cichuśkim, żalnym skrzybotem, podnosząc wypłakane oczy ku niemu. Stary siedział na łóżku. Wychudły był, siwa broda jeżyła mu się na żółtej twarzy kiej szczeć, głowę miał jeszcze obwiązaną, ruchał cosik sinymi wargami. Pochwalili Boga, nie odrzekł ni się poruszył. – Nie poznajecie to nas? – ozwał się Kłąb za rękę go biorąc. Jakby nic nie wiedział, nasłuchiwał niby tego świegotania jaskółek lepiących gniazda pod strzechą lebo tego szmeru gałęzi szorujących po ścianach i w okno niekiedy zaglądających. – Macieju! – rzekł znów Kłąb wstrząsając nim zdziebko. Chory drgnął, oczy mu się zatrzęsły, obejrzał się na nich. – Słyszycie? dyć Kłąb jestem, a to Balcerek, wasz kum; poznajecie, co? Czekali patrząc mu w oczy. – Sam tu, chłopy! Do mnie! Bij psubratów! bij! – krzyknął z nagła ogromnym głosem, podniósł ręce jakby w obronie i zwalił się na wznak. Józka wpadła na krzyk i jęła mu głowę obwalać mokrymi szmatami, ale on już leżał cichy, a w szeroko otwartych oczach lśnił jakiś strach śmiertelny. Wyszli pokrótce, sfrasowani i pełni zgrozy. – Trup ci tam leży, a nie żywy człowiek! – rzekł Kłąb odwracając oczy na chałupę. Józka znowu skrobała ziemniaki na ganku, dzieci bawiły się pod ścianą, a w sadzie spacerował Witkowy bociek, zaś wiater przysłaniał gałęziami okno wywarte. Szli czas jakiś w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli. – Każdemu przyjdzie na to, każdemu – szepnął łzawo Kłąb. – A każdemu... wola Boża, cóż, nie poredzi... Hale, mógł jeszcze pożyć jaką porę, żeby nie ten las... – Pewnie. Zginął, a drugie się z tego pożywią – westchnął. – Raz kozie śmierć... mało się to naharował? – I nama też może niezadługo przyjdzie za nim iść. Patrzeli kwardo we świat, w pola rozkołysane, na bory widne jak na dłoni, na role zieleniące, na ten dzień jasny, ciepły i zwiesnowy, i dusze im kamieniały w rezygnacji a poddaniu się woli Bożej. – Nie zmienić tego człowiekowi, coć mu przeznaczone, nie... I z tym się rozeszli. Zaś drudzy tegoż jeszcze dnia i następnych poczęli nawiedzać chorego, jeno co tak samo nikogo nie poznawał, że w końcu zaprzestali. – Jemu tylko pacierze o prędkie skonanie potrzebne – powiedział ksiądz. – Pożywił się jeden, niech się ta pożywią i drugie! – powiadali starzy kiwając głowami. I tak czas schodził, że męt we wsi był coraz większy. Aż tu któregoś dnia gruchnęło po chałupach: – Niemcy w karczmie popasają! – Na Podlesie pewnikiem ciągną – rzekł ktoś domyślnie. – Niech jadą z Bogiem!... co wama do nich? – przekładał drugi. Zeszło się sporo narodu i jak się naprędce dało, przybrali kapliczkę w zieleń, a kwiaty, ktosik śmieci wygarnął, ktosik żółtym piaskiem wysypał, że nawtykawszy w ziemię u stóp figury świeczek i lampek zapalonych, wraz jęli klękać nabożnie. Kowal przyklęknął na przedzie, przed progiem, zarzuconym tulipanami a głogiem różowym i pierwszy zaczął śpiewać. Było już dobrze po słońcu, mroczało, niebo na zachodzie paliło się jeszcze we złocie całe i bledziuśką zielenią przytrząśnięte, czas był cichy, obwisłe warkocze brzóz jakby się lały ku ziemi, zboża stanęły przygięte, kieby zasłuchane dźwiękliwy bełkot rzeczki i to cichuśkie strzykanie koników polnych. Ostatnie stada do obór ściągały; od wsi, z pól, z miedz już niedojrzanych buchały niekiedy jazgotliwe śpiewki pastusze i długie, przeciągłe poryki. Zaś naród śpiewał, wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem: Dobranoc, wonna lilija, Dobranoc! Zapach młodych brzóz powiał ze smętarza i wraz też słowiki jęły jakby próbować gardzieli, wyciągać rwaną nutą, wzbierać mocą, jaże w końcu buchnęły złote, spienione strugi, jaże polały się te trele perliste, te kląskania cudne i te lube, rzewliwe zawodzenia, zaś niedaleko ze zbóż ozwały się też pana Jackowe skrzypice przywtarzając ludziom tak słodko, cichuśko a przejmująco, jakby to te żytnie, rdzawe kłosy dzwoniły o się, to złote niebo lebo przyschła ziemia taką pieśnią zagrała majową. I już wraz śpiewali wszystkie, i naród, i ptaszkowie i skrzypice, a kiej na to oczymgnienie ustawali, kiej słowiki tak się zaniesły, aże cichło, a struny jakby tchu nabierały, wtedy nieprzeliczony żabi chór podnosił rechotliwe głosy i grał zgodliwym skrzekiem i nukaniem przeciągłym. I tak już szło na przemiany. Długo się owo nabożeństwo ciągnęło, jaże kowal zaczął przyśpieszać, wydzierał się mocno, nad drugimi górując; a często wołał za siebie: – Pośpieszajta się, ludzie... – że to opóźniali się z nutą niektóre. A nawet raz huknął na Maciusia Kłębowego: – Nie drzyj się, jucho, boś nie za bydłem! Że zgodliwie już poszło, i głosy podrywały się razem kiej te stada gołębie i krążąco, z wolna unosiły się ku niebu ciemniejącemu. Dobranoc, wonna lilija! Dobranoc! Niepokalana Maryja! Dobranoc! Mrok już zgęstniał i noc ciepła i cicha świat otulała, zasie na niebie występowały gwiazdy rosą roziskrzoną, kiej się zaczęli rozchodzić. Dzieuchy, wpół się pobrawszy, zawodziły po drogach. Hanka powracała jeno z dzieckiem na ręku i srodze czegoś zadumana, gdy przysunął się kowal i wpodle szedł. Nie ozwała się; dopiero przed domem, widząc, iż nie ostaje, rzekła: – Wstąpicie to, Michał? – Przysiędę w ganku i powiem co wam – szepnął cicho. Ścierpła nieco, szykując się jakąś nową biedę posłyszeć. – Byliście pono u Antka? – pierwszy zaczął. – Byłam, ale mnie do niego nie puścili. – Tegom się i bojał. – Mówcie, co wiecie! – mróz ją przeszedł. – Co ja ta wiem?... tyla jeno, co mi się udało ze starszego wyciągnąć. – A co? – wparła się w słupek i dziecko mocniej przycisnęła do siebie. – Powiedział, że Antka, przed sprawą nie wypuszczą. – Laczego! – ledwie wyjąkała, dygot ją trząsł i łamał. – Dyć... przeciek adwokat mówił, co może puszczą. – Hale, żeby im uciekł! Tak przez niczego nie puszczą! Wiecie, przyszedłem dzisiaj do was całkiem po przyjacielsku. Co tam pomiędzy nami było to było; obaczycie kiedyś, żem był praw... Nie wierzyliście mi... wasza wola... ale teraz wysłuchajcie, co rzeknę, a jak księdzu na spowiedzi, tak prawdę powiem... Z Antkiem jest źle! z pewnością ciężko go zasądzą, może na dziesięć lat. Słyszycie to?... – Słyszę, ale nic a nic nie wierzę – uspokoiła się nagle. – Każden nie wierzy, póki nie przymierzy; prawdę wam rzekłem. – Zawdy taką mówicie – zaśmiała się wzgardliwie. Ciepnął się i jął gorąco upewniać, jako teraz z prostego przyjacielstwa przyszedł, bych poredzić. Słuchała chodząc oczyma po obejściu, już się parę razy podnosiła niecierpliwie: krowy ano nie wydojone porykiwały w oborze, gęsi były nie zapędzone na noc i źrebak gonił się w opłotkach z Łapą, a chłopaki rajcowały w stodole. Nie wierzyła mu juści ani słóweczka. – Niech się wygada, może się wyda, z czym przyszedł – myślała trzymając się na baczności. – Cóż poredzić? co? – odpowiadała, byle coś rzec. – A, rada by się nalazła – powiedział ciszej jeszcze. Odwróciła się do niego. – Dać wykup, to go puszczą jeszcze przed sprawą, a potem to już se poredzi, choćby i do tej Hameryki... nie zgonią... – Jezus, Maria! Do Hameryki! – krzyknęła bezwolnie. – Cichocie, jak pod przysięgą mówię, tak dziedzic radził. "Niech ucieka – powiada – najmniej dziesięć lat... zmarnuje się chłop..." Wczoraj mi mówił". – Uciekać ze wsi... od grontu... od dzieci... Jezu... – to ino zrozumiała. – Dajcie jeno wykup, a resztę to już Antek postanowi, dajcie... – Skądże to wezmę?... Mój Boże, w tyli świat... od wszystkiego. – Pięćset rubli chcą! Przeciek macie te ojcowe... weźcie je na wykup... policzym się później... byle jeno ratować... Skoczyła na równe nogi. – Jako ten pies cięgiem jedno szczekacie! – chciała odejść. – Ciepiecie się jak głupia – rozgniewał się. – Tak se ino powiedziałem... Hale, będzie się tu honorować o bele słowo, a tam chłop w kreminale zgnije, Powiem mu, jak to zabiegacie, by mu ulżyć. Przysiadła znowu, nie wiedząc już, co myśleć. Opowiadał szeroko o tej Jameryce, o ludziach znajomych, które tam pojechały, że listy piszą, a nawet pieniądze przysyłają la swoich. Jak tam dobrze, jaką wolę ma każden, jakie bogactwa zbierają. Antek mógłby zaraz uciekać: zna Żyda, któren już niejednego wyprowadził. Mało to już takich uciekło! Zaś Hanka mogłaby jechać potem la niepoznaki. Grzela wróci z wojska, to spłaciłby z ojcowizny, a nie, kupiec się też rychło znajdzie. – Poradźcie się księdza, obaczycie, co wama przytwierdzi moje słowa. Poznacie, żem prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno przed nikim ani pary z gęby, bych się strażnicy nie zmiarkowali, zaś wtedy i za tysiące go nie puszczą, a jeszcze w kajdany zakują – zakończył poważnie. – Skąd wziąć na wykup! tylachna pieniędzy! – jęknęła. – Znam kogoś z Modlicy, kto by dał na dobry procent... znam i drugich... pieniądze by się nalazły... Moja w tym głowa... pomógłbym. I długo jeszcze radził a namawiał. – Rozważcie, trza rychło postanowić. Odszedł cicho, że ani spostrzegła, kiej się zapodział w nocy. Późno już było, w chałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby stróżując gospodyni, na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadach. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem przez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kurzawy; staw polśniewał wskroś drzew kieby tafla lodowa... Aże dzwoniło w uszach od tej cichości a słowiczych kląskań i zawodzeń. Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby przykuta. – Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego! – myślała jedno w kółko. Groza ją przejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i przerażeniem. Łapa zaczął wyć na podwórzu, słowiki ścichły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum przeleciał. – Kubową duszę obaczył! – szepnął Witek żegnając się strachliwie. – Głupiś! – skarciła go, spać wypędzając. – Kiej przychodzi, do koni zagląda, obroku im dosypuje... bo to raz? Nie słuchała już, cichość znowu spadła na świat, słowiki zaśpiewały, a ona siedziała kieby zmartwiała, powtarzając niekiej z męką i strachem: – W cały świat uciekać! Na zawsze! Jezu miłosierny! Na zawsze... IX Chory naraz zwrócił się do niego. – Poznajecie mnie, Macieju, co? Poznajecie? Borynie leciuśki przyśmiech wionął po twarzy, oczy się zatrzepały i jął ruchać sinymi wargami, ale głosu nie dobył. – Jak Pan Jezus przemieni, to możecie jeszcze wyzdrowieć. – Dobrze, coście mi Antka wspomnieli. Wstępowałem do miasta. – Toście go może widzieli? – Nie było czasu. – Jeździłam niedawno, nie puścili me do niego. Bóg wie, kiej go obaczę. – Może i prędzej, niźli miarkujecie – rzekł z uśmiechem. – Jezus, co wy powiadacie! – Ojciec mi dali na ratowanie Antka, przykazując, abym nikomu ni słówkiem nie pisnęła. Wama pierwszemu się zawierzam. Jakby Michał... – I tyś przyszedł na nasze podwórko... juści... galantyś, widzę... Bóg ci zapłać... zaraz cię Mateusz do ostrego kantu wyrychtuje... na przyciesie zdatnyś... sucho miał będziesz, nie bój się... – Jakby do żywej osoby mówi – szepnął zdziwiony Rocho. – Jezus, tego jeszcze w Lipcach nie bywało – jęknęła któraś. – Żeby to parobek z dziewką, ale to gospodarz, ociec dzieciom i wójt! – A Boryna ze śmiercią się mocuje, wody mu nie ma kto podać, a ta... – Ja bym ją ze wsi wyświeciła! ja bym ścierwę rózgami pod kościołem siekła! – zaczęła znowu wrzeszczeć Kozłowa. – A nieprawda! – wrzasnął naraz Pietrek, parobek Borynów, przedzierając się z pięściami do Grzeli – któren tak szczeka, łże jak pies! – Zawrzyj i ty pysk, parobie jeden! nie twoja sprawa, pilnuj se końskich ogonów! – gruchnął na niego Stacho Płoszka. – I bacz, byś czego przódzi nie oberwał – dodał Wachnik. – A od gospodarzy ci zasie, kołtunie jeden! – dorzucił jeszcze któryś na odchodne. Jagustynka musiała cosik zmiarkować, bo rzekła jakby niechcący: – Jagna bez grzechu nie jest, ale wójt najwinniejszy. – Prawda, i jemu powinni zapłacić za wszystko, jemu! – przytwierdzała tak zajadle Hanka, jaże Pietrek spojrzał na nią dziękczynnie. – Głupiś! Łapie w ogon se zajrzyj! Hale, boćka schowaj: ksiądz przyjdzie z procesją i jeszcze go obaczy i pozna – przestrzegała ciszej. U drzwi Twoich stoję, Panie!... Czekam na Twe zmiłowanie... Aż liście trzęsły się od głosów i ostatnie kwiaty z drzew leciały Przed Borynami ksiądz odczytał pierwszą Ewangelię i odpocząwszy ździebko, powiódł naród do młynarzowego ołtarza. A czasami, kiej naród ździebko ustawszy milknął, że ino tupot nóg się rozlegał, w onej cichości nagłej skowronki było słychać na polach, kukułka gdziesik kukała zawzięcie i jaskółki świegotały pod strzechami, zaś dzwony bimbały bezustannie; biły z wolna, a długim, mocnym i gorącym głosem. Moja Maryś, nocuj me; nocuj me! Powiedziałeś, że mnie weźmiesz Skoro żytko, jarkę zeżniesz; A tyś zeżon i owiesek – Teraz szczekasz kieby piesek – Oj dana, da dana!.. – Wiechcie, jucha, z butów powytrzącha! – szeptał Jambroży, robiąc łakomie grdyką ku pijącym pobok:– A wali kulasami kiej cepem: jeszcze mu się rozlecą! – dodał głośniej, bliżej się podsuwając. – Baczcie ino, żebyście sami czego nie stracili – mruknął Mateusz, stojący ze swoimi kamratami. – Gorzałki bym się z wami napił na zgodę – rzekł śmiejąc się Jambroży. – Smolipysk jucha, zawdy tam wzejdzie, kaj go nie posiali! – buchnął Mateusz. – W twoje ręce, Michał! – dodał zaraz, tłumiąc gniew. Kowal wypił i nadrabiając miną ozwał się żartobliwie: – Nie łasym cudzych sekretów, a nic tu, widzę, po mnie... – Rzekłeś! Dobrze wama z Miemcami w piątki na sperce z kawą, to jeszcze lepiej będzie dzisiaj, we święto... – Powiadasz Płoszka bele co, jakbyś się napił... – odburknął. – Powiedam, co wiadomo, że co dnia z nimi hańdryczysz. – Kto mi robotę daje, temu robię, nie przebieram. – Robotę! co inszego ty z nimi obrabiasz – rzekł ciszej Wachnik. – Jakeś i z dziedzicem nasz las obrabiał – dodał groźnie Pryczek. – Widzi mi się, co na sąd trafiłem... cie! jak to wszystko wiedzą. – Dajta mu spokój, robi swoje bez nas, to i my weźmy się do swojego przez niego – powiedział Grzela patrząc mu ostro w ślepie rozbiegane. – Kiejby was strażnik dojrzał przez okna, pomyślałby, co się zmawiacie na kogo! – niby to drwił, ale wargi mu się ze złości trzęsły. – Może i tak, jeno nie na ciebie: za małaś figura, Michał. Nacisnął czapkę i wyszedł trzaskając drzwiami. – Przewąchał cosik i na zwiady przyleciał. – Gotów teraz iść słuchać pod okno. – O sobie jeszcze co takiego usłyszy, że mu się odechce. – Cichojta no, chłopcy! – zaczął Grzela uroczyście. – Mówiłem już wama, co Podlesie nie przedane jeszcze Miemcom, ale leda już dzień mogą pojechać do aktu, a nawet mówili, co na przyszły czwartek. – Dyć wiemy i trzeba na to zaradzić! – zawołał niecierpliwie Mateusz. – Radź, Grzela: na książce umiesz, gazetę czytujesz, to ci łacniej. – Bo jak Miemce kupią i zasiędą o miedzę, to będzie jak w Górkach: powietrza prosto zbraknie do dychania w Lipcach i z torbami pójdziemy albo do Hameryki. – A ojce jeno się we łby skrobią, wzdychają i zaradzić nie poredzą. – I z gospodarek nam nie ustąpią! – rzucali jeden po drugim. – Wielka rzecz Miemcy! siedziały takuśko w Liszkach a nasi ich wykupili co do jednego, że zaś w Górkach było inaczej, to same chłopy winowate: piły, procesowały się cięgiem i torby se wygrały. – To i z Podlesia możem wykupić i przegnać! – wołał Jędrek Boryna, stryjeczny Antka. – Łacno mówić: teraz nie ma za co kupić; chociaż tylko po sześćdziesiąt rubli morgę sprzedają, a potem to znajdziesz z jakie tysiąc złotych za to samo?... – Żeby ojce wydzieliły każdemu, co jego, a prędzej by poredził. – Bo pewnie, juści! Zaraz bym wiedział, co robić! – zawrzeszczeli. – O głupie, głupie! To starzy z całego ledwie się przeżywią, a wy na działach chcecie nazbijać pieniędzy! – przerwał im Grzela. Zmilkli naraz, bo juści taką prawdę rzekł, jakby obuchem zwalił w ciemię. – Dobra nasza, chłopcy! Żydzie, gorzałki! – krzyknął Płoszka we drzwi. – Za trzy morgi boru rychtyk by nam wypadło dwanaście pola! – A nam z dziesięć, cała gospodarka! – I niechby dodał co niebądź krzaków na opał. – A za paśniki mógłby dać choć po mordze łąki. – I nieco budulcu na chałupy! – wołali jeden przez drugiego. Ani sposób już było do nich mówić, tak ich ponosiło. Żyd w te pore przyniósł flachę, wysłuchał i ścierając na stole porozlewaną gorzałkę powiedział nieśmiało: – Mateusz ma kiepełe: mądrą radę daje. – Cie! Jankiel też na Miemców, no! – zakrzyczeli zdumieni. – Ochrzciłem cię, Wojtek, i twojej kobiecie tak dzwoniłem, jaże mi kulasy popuchły: postaw kieliszek bracie! A postawisz całą półkwaterkę, przedzwonię jej na wieczne odpoczywanie i drugą babę ci naraję... młodą, jedrną kiej rzepa! Postaw, bracie, półkwaterkę... X – A żeby was, głąby jedne, siarczyste pieruny rozniesły! – klął Mateusz. – To kiej sroki na deszcz krzyczą i krzyczą. Dyć to ciele prędzej zrozumie ludzką mowę niźli kobieta mądre słowo! – wyrzekał głęboko zniechęcony. – Daj spokój, Grzela, nie trafisz z niemi do rozumu: trza by każdą sprać abo żebych twoja była, to cię wtedy może posłucha – żalił się smutnie. – Wiem dobrze, że u rejenta jeszcze aktu nie podpisali – Mnie się przysięgali, jako już po wszystkim. – Mówię, co wiem, i gdyby dziedzic znalazł lepszych kupców... – To przeciek Lipce nie kupią, nikt groszem nie śmierdzi... – Grzela tu jakoś kalkuluje i zdaje mi się... – Grzela! – przerwał gwałtownie – Grzela się pcha na pierwszego, a głupi naród bałamuci i do złego jeno prowadzi... – Zobaczymy, jak to wyjdzie, zobaczymy! – mówił Rocho uśmiechając się nieco, gdyż kowal jaże wyrywał se wąsy ze złości. – Jacek z kancelarii! – zawołał spostrzegając stójkę w opłotkach. – Dla "Anny Maćwiejówny Boryna" papier z kancelarii! – recytował Jacek wyciągając jakąś kopertę z torby. Hanka przybiegła i niespokojnie obracała papier, nie wiedząc, co z nim począć. – Przeczytam – rzekł Rocho. Kowal chciał mu zajrzeć przez ramię, ale Rocho zamknął prędko list i rzekł najspokojniej: – Sąd was zawiadamia, Hanka, że możecie się z Antkiem widywać raz na tydzień. Hanka, opatrzywszy stójkę, wróciła do izby, zaś Rocho dopiero po odejściu kowala poszedł za nią, wołając radośnie: – Gospodarz wracają! Antek wróci! Jaże z onej radości Jagnę jęła zapraszać, bych razem poszły, ale Jagna nie chciała, wolała pozostać. – Wynoś mi się, wyrodku przeklęty!... Wynoś się!... – ryczała nieprzytomnie. – Pódę z tobą, Szymek, we świat, pódę! – skamlał rzewliwie popłakując. Wkrótce i uspokoiło się całkiem. Dominikowa ucichła, od kościoła roznosiło się ciche, brzęczące granie organów i głosy śpiewań tchnęły wskroś sadów rozełkanym, pieściwym trzepotem. – Ni... jeno mi niedrujko na świecie, nie... – odwróciła oczy. – Bym ci co pomógł, zaradził... – rzekł serdecznie. – Hale? uciekłeś wtedy na ogrodach i jużeś się nie pokazał... – Boś me skrzywdziła!... Śmiałem to? Jaguś... – pokorny już był i dobry. – Aleć potem wołałam za tobą, nie usłuchałeś... – Wołałaś to, Jaguś? naprawdę?!... – Rzekłam!... Wydrzeć bym się mogła, a nikto by się nie pokwapił!... Kto ta stoi o sieroty?... Skrzywdzić to każden gotowy i sponiewierać! Łuna oblała jej twarz, odwiodła głowę i w zakłopotaniu jęła rozgarniać wodę nogami. Mateusz też się cosik zamedytował. – Ostaj z Bogiem!... Musiał uciekać, aby jej wójta nie wypomnieć. – Uciekasz, a cóżem ci to znowu za krzywdę zrobiła?... Wylękła była i rozżalona. – Nie... nie... jeno. – mówił prędko, zaglądając w jej modre, przepłakane oczy, a żal, tkliwość i gniew nim miotały – jeno przepędź tę pokrakę od siebie, przepędź, Jaguś... – prosił gwałtownie. – Abom go to przyciągała? abo go to trzymam! – krzyknęła gniewnie. Mateusz stanął niepewny i wielce skłopotany. Płacz ją chwycił, łzy jak groch sypnęły się po rozognionej twarzy. – Niech zwołują: przeciek nie uchwalim! – zaśmiał się Kłąb. – Byłby zaraz. z tego nowy podatek z morga, jak w Dołach. – Pewnie; ale skoro naczelnik przykaże, to usłuchać musimy – zauważył sołtys. – Cóż on tu ma nam do rozkazywania? Niech se strażnikom przykazuje, by wespół ze złodziejami nie kradli. – Zuchwale se poczynasz, Grzela! – ostrzegał sołtys. – Już niejednego ozór dalej powiódł, niźli mu się chciało. – Wójtem chcecie zostać, a głupiście kiej but dziurawy! – dorzucił mu Grzela. Szli w milczeniu. Twarze były surowe, miny zadzierzyste, a oczy wynosiły się hardo, nieustępliwie. Skręcili prosto do zabudowań folwarcznych, starą zachwaszczoną drogą, że kiejby kwietna wstęga leżała wskroś zbóż zielonych; nędzne żyta niebieszczały od modraków spóźnione owsy żółciły się całe od ognich, pszenice wymiękłe a przypalone czerwieniały od maków, zaś ziemniaki ledwie co wschodziły. Opuszczenie było widne na każdym kroku i niedbalstwo. – Prosto żydoska gospodarka, jaże patrzeć boli! – mruknął któryś. – Najgorszy parobek, a jeszcze lepiej w groncie robi! A chłopy już dochodziły, coraz ciężej szli jeno i wolniej, powstrzymując sapania i kije zaciskając; serca się zatłukły, gorący dygot warem oblewał krzyże, gardziele zasychały, ale grzbiety się prężyły i ślepie rozgorzałe hardo wżerały się w Miemców, a z twarzy kieby zastygłych biła surowa zawziętość i nieustępliwa moc. – Niech będzie pochwalony! – rzekł Rocho po niemiecku, przystając, a za nim półkolem stanęła gromada cisnąc się i przywierając ramionami. Niemcy chórem odpowiedzieli, nie ruszając się z miejsc. Jeno ten stary, ze siwą brodą, podniósł się i pobladły wodził oczyma po ciżbie. – Ze sprawą przyszliśmy do was – zaczął Rocho. – To siadajcie, gospodarze, z Lipiec, widzę, jesteście, to ogadamy po sąsiedzku! Johan, Fryc, ławek dla sąsiadów. – Bóg zapłać, sprawa krótka, to postoimy. – Nie musi być krótka, kiedyście całą wsią przyszli! – zawołał po polsku. – Bo wszystkich zarówno obchodzi. – Jeszcze trzy razy tyle ostało w domu! – powiedział z naciskiem Grzela. – Bardzośmy wam radzi, a kiedyście przyszli pierwsi, to może piwa się z nami napijecie... na sąsiedzką zgodę... Nalejcie no, chłopcy... – Wychlaj se sam! Jaki szczodry! Nie na piwo przyślim! – zakrzyczeli gorętsi. Rocho ich przyciszył oczyma, a stary Niemiec rzekł kwardo: – No, to słuchamy! – Czyście wy wszyscy powariowali? – wołał stary podnosząc ręce. – Wzbraniacie nam kupować ziemię! Dlaczego? Z jakiego prawa?... – Wszarze przeklęte! – Zbóje! Psy śmierdzące! – wrzeszczeli po swojemu wijąc się w kupie kiej przydeptane gadziny. – Niech no który strzeli, a wszystkie wsie tu zlecą. – Zastrzelisz, pludro, jednego, to cię drudzy kijami zatłuką jak psa parszywego. – Nie zaczynajcie, Szwaby, bo z chłopami nie zdzierżyta. – A waszego mięsa i głodny pies nie tknie. Chłopi wracali wolno, rozpięte kapoty powiewały niby białe skrzydła; szli gwarnie, przystając co chwila, któryś już śpiewał, jaże bory oddawały, jensi gwizdali z uciechy, to gwarząc obejmowali gorącymi ślepiami podleskie ziemie. – Gronty łacno podzielne! – rzekł stary Kłąb. – Juści, gospodarki można by wykrajać kiej plastry miodu, jedna w drugą; i każda z łąką i paśnikiem. – Byle jeno Miemcy ustąpiły! – westchnął sołtys. – Nie turbujcie się, już my w tym, że ustąpią – zapewniał Mateusz. – Wziąłbym tę ziemię z kraju; przy drodze – szepnął Pryczek Adam. – A mnie by się widziały w pośrodku, te z figurą – rzekł inszy parobek. – Ja bym się darł o te od Woli. – Cie, żeby tak dostać na ogrodach po foliwarku! – Jaki mądrala, najlepsze by chciał! – Wystarczy la wszystkich po kawale – uspakajał Grzela, bo już byli się sprzeczać zaczęli. – Jeżeli dziedzic się zgodzi, a odda wam Podlesie, to niemała praca was czeka, niemały trud – ozwał się Rocho. – Wydolim! wydolim wszystkiemu! – wołali radośnie. – Owa! nie straszna praca na swoim! – Nawet wszystkim dziedzicowym ziemiom byśmy poradzili. – Niech jeno dadzą, a obaczycie! – Człowiek bych się wparł w ziemię kiej drzewo i niech mu kto poredzi, niech poprobuje wyrwać! Rozgwarzali się między sobą, coraz prędzej idąc, bo już od wsi zaciemniała gromada kobiet biegnących naprzeciw. XI – A kaj Antek? – krzyczała z proga Józka nadziewając przez głowę wełniak. – Za trzy dni dopiero go puszczą, ale powróci już niechybnie – odpowiadała spokojnie, całując dzieci, a rozdając im kukiełki. Witek też wyleciał ze stajni, a za nim źrebak, któren ze rżeniem jął się dobierać do klaczy, Pietrek wyciągał z wasąga sprawunki. – Koszą to? – pytała siadając zaraz w progu, by dać piersi najmłodszemu. – Wysoka i gęsta, nabierą se siana, no! – rzekł drugi stając obok. – Byle ino pogodnie sprzątnęli – rzekł trzeci rozglądając się po niebie. – Skoro człowiek łąkę kosi, leda baba deszcz uprosi – zaśmiał się czwarty. – Prawda to była po inne roki, ale nie latoś! – zaczynaj, Mateusz. Kosiarze siedzieli nad samą rzeką, pod kępą olch wyniosłych, wyjadając z dwojaków. Mateuszowi przyniesła jeść Nastka, wyrobnikom żaś Hanka z Jagustynką; przysiadły na trawie w słońcu i nakrywając chustami głowy słuchały ciekawie. – Ja od początku zawdy mówiłem jedno, że nie dziś, to jutro Miemcy się wynieść muszą! – mówił Mateusz wy – skrzybując garnczek. – Ksiądz tak samo utwierdza! – przywtórzyła Hanka. Gdy Hanka przyleciała, jeszcze siedział na literkach i wołał: – Kajście mi buty zapodzieli! – dawajcie prędzej. – Zaraz przyniesą z komory, zaraz... – uspakajała wylękła, gdyż wydawał się całkiem przytomny i groźnie toczył oczami. – Zaspałem, psiachmać – przeziewnął szeroko: – Już biały dzień, a wy śpita. Kuba niech brony szykuje, siać pojedziem – rozkazywał. Stali przed nim, nie wiedząc, co począć, gdyż naraz przechylił się i leciał bezwładnie na ziemię. – Nie bój się, Hanuś... zemgliło me... Antek w polu, co? W polu? – powtarzał, kiej go znowu ułożyli na pierzynie. – Juści... od świtania... – jąkała bojąc się przeciwić. Uciekała wtedy na świat, strach ją wyganiał. Patrzyła zza drzew na łąki, pełne narodu i radosnej wrzawy. I odchodziła z płaczem. Szła do matki, ale ledwie głowę wetknęła do ciemnej izby, ledwie ją owiał zapach leków, cofała się pośpiesznie: I znowu płakała. Wszystek świat pogrążał się w głębokiej cichości odpoczywania. Na wsi gasły światła jedne po drugim, jak oczy snem przywierane. Księżyc się wtoczył na granatowe, wysokie niebo, gwiezdnym migotem przesiane, i wznosił się coraz wyżej, leciał kiej ptak wlekący wskroś pustek srebrzyste skrzydła, chmury spały kajś niekaj, pozwijane w puszyste, białawe kłęby. – Kto me woła? – myślał dotykając się drzew. Łapa, chodzący wciąż przy nim, zaskomlał cosik, że przystanął, westchnął głęboko i rzekł wesoło: – Prawda, piesku, pora siać... – Juści... pora siać... – powiedział znowu i ruszył raźnie kole szopy opłotkami wiedącymi na pole, natknął się na bróg ów nieszczęsny, spalony jeszcze zimą i już postawiony teraz na nowo. Nieprzenikniona cichość biła z pól, zamglone dale łączyły ziemię z niebem, z łąk pełzały białawe tumany i wlekły się nad zbożami kiej przędze, obtulając je niby ciepłym, wilgotnym kożuchem. Wyrosłe, zielonawe ściany żyta pochylały się nad miedzę pod ciężarem kłosów, zwisających kieby te rdzawe dzioby piskląt, pszenice szły już w słup, stały hardo, lśniąc czarniawymi piórami, zaś owsy i jęczmiona, ledwie rozkrzewione, zieleniały kiej łąki w płowych przesłonach mgieł i światła. Drugie kury już piały, noc była późna, pola, pogrążone w głęboki sen odpoczywania, jakby dychały niekiej cichuśkim chrzęstem i jakimś echem dziennych zabiegów i trosk – jak dycha mać, kiej przylegnie wpośród dzieciątek, dufnie śpiących na jej łonie... I w oną żywota jego porę ostatnią cosik dziwnego zaczęło się dziać: niebo poszarzało kiej zgrzebna płachta, księżyc zaszedł, wszelkie światłości pogasły, że cały świat oślepł nagle i zatonął w burych skołtunionych topielach, a coś zgoła niepojętego jakby wstało gdziesik i szło ciężkimi krojcami wskroś mroków, że ziemia zdała się kolebać. Przeciągły, złowróżbny szum powiał od borów. Zatrzęsły się drzewa samotne, deszcz poschniętych liści zaszemrał po kłosach, zakołysały się zboża i trawy, a z niskich, rozdygotanych pól podniósł się cichy, trwożny, jękliwy głos: – Gospodarzu! Gospodarzu! Zielone pióra jęczmion trzęsły się jakby w płaczu i gorącymi całunkami przylegały do jego nóg utrudzonych. – Gospodarzu! – zdały się skamleć żyta zastępujące mu drogę i trzęsły rosistym gradem łez. Jakieś ptaki zakrzyczały żałośnie. Wiater załkał mu nad głową. Mgły owijały go w mokrą przędzę, a głosy wciąż rosły, olbrzymiały, ze wszystkich stron biły jękliwie, nieprzerwanie: – Gospodarzu! Gospodarzu! Dosłyszał wreszcie, że rozglądając się wołał cicho: – Dyć jestem, czego? co?... Przygłuchło naraz dokoła, dopiero kiej znowu ruszył posiewać ociężałą już i pustą dłonią, ziemia przemówiła w jeden chór ogromny: – Ostańcie! Ostańcie z nami! Ostańcie!... – Pódziże, duszko człowiecza, do mnie. Pódziże, utrudzony parobku... Zachwiał się Boryna, roztworzył ręce, jak w czas Podniesienia: – Panie Boże zapłać! – odrzekł i runął na twarz przed tym Majestatem Przenajświętszym. Padł i pomarł w onej łaski Pańskiej godzinie. Świt się nad nim uczynił, a Łapa wył długo i żałośnie... Lato I I tak się ano było zmarło Maciejowi Borynie. – Tyla ano człowieczej szczęśliwości! – mamrotał rozdziewając zmarłego. – Kostucha, kiej się jej spodoba, ułapi cię za grdykę, praśnie w pysk, zadrzesz giry na księżą oborę i oprzej się! Nawet Jagustynka była jakaś markotna, bo wyrzekła żałośnie: – Tyrał się jeno chudziaczek po świecie, to lepiej, co i pomarł. – A juści, bo mu to jaka krzywda była! – Ale i dobrości też nażył niewiela. – Któż to jej zażywa do syta! Coby największy dziedzic, coby nawet sam król, a kłopotał, a zabiegał, a cierzpiał będzie. – Tyle jeno było jego, co głodu nie zaznał a chłodu. – Co to głód, matko. Turbacje gryzą barzej wszystkiego. – Prawda, czym to sama nie praktyk! A jemu Jagusia zapiekała do żywego mięsa, dzieci też nie żałowały. – Dzieci miał dobre i nijakiej krzywdy od nich nie zaznał – wtrąciła Jagata przerywając głośne modły. – Pilnujcie lepiej pacierza. Hale, żałoście wyciąga za nieboszczyka, a uszów dobrze nadstawia na nowinki – warknęła Jagustynka. – Bo złe dzieci tak by się nie biadoliły. Posłuchajcie ano... – Chodźcie do kościoła, przywieźli do chrztów czworo dzieci. – Niech poczekają, nie ostawię rozbabranego. – Wyręczę was, idźcie, Jambroży – namawiał kowal, jakby chcąc się go pozbyć. Hanka przywiedła Mateusza, bych wziął miarę na trumnę. – Jeno mu domowiny nie żałuj, niechta chudziak rozeprze się choćby po śmierci – powiedział Jambroż smutnie. Wnet ci wyrychtował warsztat w sadzie i robił poganiając ostro Pietrka przysłanego mu do pomocy. – By ci ten zły ozór skołczał – mruknęła. – Po dybkach ciężą kulasy, to niełacno pośpieszać – dorzucił urągliwie, zeźlony daremnym poszukiwaniem pieniędzy. Nie odrzekła, wyglądając znowu na drogę. Hanka, nie mogąc sobie nikaj naleźć miejsca, poszła jaże na przełaz, bych odmówić pacierze. – I pomarli se ano, pomarli! – rozmyślała żałośnie, przesuwając ziarna różańca, ale pacierz jeno niekiedy przychodził na wargi, boć w głowie i sercu miała jakoby ten kołtun zwity zmyśleń przeróżnych a strachań niemałych. Zamodliła się znowu na długą chwilę, powłócząc rozełzawionymi oczami po ziemiach, stojących we słońcu kieby w tej złotawej przyodziewie; wykłoszone, bujne żyta gmerały rdzawymi wisiorami, czarniawe jęczmiona polśniewały kiej ta woda głęboka, zaś jasnozielone owsy, gęsto przerosłe żółtą ognichą, pławiły się trzepotliwie w cichym, nagrzanym powietrzu. Jakiś ptak wielgachny ważył się nad rozkwitłą koniczyną, co niby okrwawiona chusta leżała na skłonie wyżni. Kajś niekaj boby tysiącami białych ślepiów stróżowały przy ziemniakach, a tu i owdzie na dołkach lny niebieściły się bledziuśkim kwiatem, niby te przymrużone od blasków dziecińskie oczy. Kajś w pobliżu cosik zatrzeszczało, obejrzała się uważnie; pod wiśniami o płot pleciony wsparta stojała Jagusia, jakoś smutnie wzdychająca. – Pewnikiem do księżego byka! – ozwała się Płoszkowa goniąc oczami krowę, szarpiącą się na postronku. Za nogi jeno go obłapiły, nie śmiejąc się już w niczym przeciwić. – Ja wam tu dam! Widzicie ich, zbereźniki! – krzyknął na organiściaków, zazierających spoza płotów. – Cóż, jak się wam podoba mój byczek, he? – Śliczności! Lepszy od młynarzowego! – przytakiwała Hanka. I śpiewali zrazu rozgłośnie, alej kiej ustał wszelki ruch i zwaliła się niezgłębiona cisza nocy, wnet jął ich morzyć śpik, tęgo wodząc za łby, że wyciągali coraz ciszej i mamrotliwiej, nie przecykając nawet wtedy, kiej Łapa przychodził i z cicha skamlący polizywał nasadlone buty nieboszczyka. Pobiegła z krzykiem do stajni. – Pietrek! Wstawaj! Deszcz pada! Koniczynę trza lecieć kopić, bo na nic przemięknie! Witek, wałkoniu jeden, krowy wyganiaj! Na wsi już przepędzili! – wołała ostro wypuszczając z chlewów gęsi, które z radosnym gęgotem leciały taplać się w kałużach. Zajęczały żałobnie dzwony, wynieśli czarne chorągwie, rozbłysnęły światła, Stacho poniósł krzyż, a księża zaśpiewali: – "Miserere mei Deus". Księża pieśń rozpłynęła się kajściś w powietrzu, że sroga cichość zwaliła się na dusze, jeno dzwony jęczały wciąż, biły ponurym głosem, wołały cosik w niebo pochmurne, ku lasom i w dale zamglone, skowronki śpiewały nad polami, wóz niekiej zaskrzypiał, szarpały się chorągwie, chlupało błoto pod nogami, a te bólne, sieroce płacze kwiliły nieustannie. Juści, co przywtórzyli skwapnie i gorąco, jakby czepiając się zestrachanymi duszami tej pieśni serdecznej. I już tak rozśpiewani, a pełni jakowejś dufności weszli na smętarz. – Któżeś to i czego potrzebujesz? – Borynam z Lipiec i miłosierdzia Pańskiego proszę... – Tak ci to już braty dopiekły, żeś się zbył żywota, co? – Wszystko powiem – rzecze Maciej – jeno ozewrzyjcie wrotnie, święty Pietrze, bych mnie ozgrzało choć ździebko Pańskie zmiłowanie, bom przemarzł na lód w onej tułaczce ziemskiej. Święty Pietr ozwarł nieco, ale nie puszcza go jeszcze i rzecze: – Indziej też nie lepiej, ale już w lipeckiej najgorzej. A święty Pietr jął w palce trzaskać, brwie srożyć, oczami toczyć i rzekł wytrząchając pięścią ku ziemi: Trącił go któryś i na ucieszne powiadki wyciągał. – Nie ruchaj mę, bom żałosny! – odburknął – pomrę wnet, pomrę... Psi po mnie jeno zawyją i baba w garnek rozbity zadzwoni – mamrotał płaczliwie. – Jakże, toż przy chrzcie Macieja byłem!... Na jego weselu tańcowałem! Ojców jego chowałem! Dobrze pamiętam! Mój Jezu, i tylachno już różnego narodu oklepałem, tylum już przedzwaniał... A teraz pora na mnie!... – Coś w tym być musi, że tak zgody szuka! – Ano co, że mu jej potrza barzej niźli nam. – A my możemy se poczekać, możemy! – wołał pijany Sikora. – Wy możecie, ale drugie nie mogą! – wrzasnął zeźlony Grzela, wójtów brat. Jęli się już kłócić a przemawiać, bo jeden prawił swoje i drugi też swego dowodził, a trzeci obu się przeciwił zaś insi mamrotali: – Niech odda bór i ziemię, to zrobim zgodę. – Nie potrza zgody, nowe nadziały przyjdą, to i tak wszystko będzie nasze. Niech psiachmać z torbami pójdzie za krzywdę naszą. – Żydy go duszą, to chłopów o pomoc skomle. – A przódzi to ino wiedział krzyczeć: z drogi, chamie, bo batem! – Mówię wama, nie wierzta dziedzicowi, bo każden z nich jeno zdradę chłopskiemu narodowi gotuje – wołał któryś barzej napity. – Słuchajta no, gospodarze! – zakrzyknął naraz kowal. – Powiem wam mądre słowo: jak zgody dziedzic chce, to potrza z nim tę zgodę zrobić i brać, co się da, nie czekając gruszków na wierzbie. Na to powstał Grzela, wójtów brat, i zawołał: – Święta prawda! Chodźta do karczmy, tam się naradzim. – A ja stawiam la całej kompanii – dodał ochotnie kowal. – Ociec! Laboga, ociec! – i zapłakała strachliwie. – Na to Jagustynka strzepnęła palcami trzy razy i rzekła ważnie: – Nie bucz, przeszkadzasz duszy odejść w spokoju; płacze ją ano trzymają przy ziemi. Wywrzyjcie drzwi, niech se ta wędrownica odleci na Jezusowe pola... Niech się poniesie w spokojności. Aż Hanka zaśpiewała rozdygotanym, zduszonym głosem: Wszystkie nasze dzienne sprawy! Przywtarzali gorąco i z niezmierną ulgą. II Dzień był bardzo cudny, prawdziwie latowy. – I nie szczęściło się im na Podlesiu. Krowy im pono padły. – Prawda, nie wiedli za sobą ani jednej. – Kobus mogliby powiedzieć! – wyrwał się któryś z chłopaków, ale Kłąb krzyknął ostro: – Głupiś kiej but! Na paskudnika pozdychały, wiadomo... – Dobrodzieje, znaku nie zrobi, choć z jajka uleje! – mamrotał Sikora, jaże go Kłąb trącał, bych zaprzestał. – Wiecie – trzepała zaziajana – a to spadły zapowiedzie Szymka Dominikowej z Nastusią. – No, no, a cóż na to powiedzą Dominikowa? – A cóż by, udry na udry pójdzie ze synem. – Nie poredzi, Szymek w swoim prawie i lata też ma. – Niezgorsze się tam zrobi piekiełko, niezgorsze – wyrzekła Jagustynka. – Mało to i tak swarów, mało obrazy boskiej – westchnęła Hanka. – Słyszeliście to już o wójcie? – zagadnęła Płoszkowa niesąc pobok niej swój brzuch spaśny i tłustą, czerwoną gębę. – Dyć tyle miałam z pochówkiem i tylachna cięgiem nowych turbacji, że ani wiem, co się tam na wsi wyprawia. – A to starszy mówił mojemu, jako w kasie brakuje dużo. Wójt już lata po ludziach i skamle o pożyczki, aby choć chyla tyla zebrać, bo leda dzień przyjedzie śledztwo... – Jeszczech ociec mówili, co na tym skończyć się musi. – Wynosił się, puszył, przewodził, a teraz zapłaci za swoje państwo! – To mogą mu zabrać gospodarkę? – A mogą, zaś kiejby nie chwaciło, to se resztę odsiedzi w kreminale – gadała Jagustynka – używał jucha, niechże teraz pokutuje. – Dziwno mi też było, co nawet na pogrzebie się nie pokazał. – Cóż mu ta Boryna, kiej on z wdową przyjacielstwo trzyma. – Co wy robicie najlepszego, co? – jęknęła przykucnąwszy za nim, bych się chronić od ludzkich oczów. – Hanuś... a dyć ja... a dyć... – Chodźcie mi zaraz do domu! Jezus, taki wstyd! Chodźcie!... Nadeszła na to Hanka przystając przy furcie. – Szukacie to kogo? – zapytał kusztykając do niej. – Nie widzieliście kaj mojego ojca? – Bylicy! Gorąc, że niech Bóg broni, to pewnikiem śpi se kajś w cieniu... Te! jedrona pałka! – krzyknął znowu i pogonił za chłopakiem. – Siadajcie se pod chałupą – zwróciła się doń Hanka krzątając się kole obiadu. Przysiadł na przyźbie, kule odłożył, pieska puścił na wolę i pociągał nochalem, miarkując, zali już jedzą i w której stronie. Właśnie byli zasiadali do obiadu pod drzewami, Hanka wyłożyła jadło na miski, że szeroko rozniesły się posmaki. – Kasza ze słoniną, dobra rzecz. Niech wama pójdzie na zdrowie – mruczał dziad wietrząc zapachy i oblizując się łakomie. – By tak z miseczkę kwaszonego mleka la ochłody! – westchnął dziad. – Zarno wam przyniesę! – spokoiła go Józka. – Dużoście dzisiaj wykrzyczeli? – zapytał Pietrek ciągnąc ospale łyżkę. – A przyjdźcie na noc – zapraszała Józka. – Niech ci Jezus da zdrowie, co pamiętasz o sierocie. – Sierota jucha, a kałdun to już ledwie udźwignie – przekpiwał Pietrek patrząc, jak się toczył środkiem drogi, grubachny kiej kłoda, i kijaszkiem macał przeszkody. – A juści, gdzieby zaś taki krowy pasał – przeczyła niemile dotknięta. Stanęła naprzeciw kiej wryta, zapatrzona w niego rozgorzałymi oczami, a z warg czerwonych polał się cichy lśniący pośmiech; słodziuśki niby te miody. – Pomogę mu, Jaguś, we wszyćkim pomogę – przytwierdzał Jędrzych. – Przeciech i my Nastusi we świat gołkiem nie dajemy. Tysiąc złotych dostanie gotowymi pieniędzmi – wyrzekł Mateusz. Kowal odciągnął go na bok, cosik mu szepnął i poleciał. Spojrzała oczami, co to jakby mu do nóg leciały z podzięką. – Co mi ta pieniądze, takiś dobry... takiś... – szeptała rozpłomieniona. – A z wieczora przychodź, przódzi czasu miał nie będę. Obejrzał się na nią jeszcze z proga, uśmiechnął i wszedł do sieni. Ślepy dziad siedział w ganku, nastawiał gęby na chłodnawy wiater, mruczał pacierz, a pilnie nasłuchiwał Witkowego boćka; któren kręcił się wpodle rychtując przyczajonym dziobem w jego nogi. – Cie... Żebyś skisł, zbóju jeden! A to me kujnął! – mruczał zbierając pod siebie kulasy i machał wielkim różańcem, bociek odleciał parę kroków i znowu zachodził przemyślnie z boku z wyciągniętym dziobem. – Słyszę cię dobrze! Już ci się nie dam. Jaka to jucha zmyślna! – szeptał, ale że w podwórzu rozległo się granie, to oganiając się kiej niekiej różańcem zasłuchał się w, muzyce z lubością. – Józia, a kto tak szczerze rzępoli? – A Witek! Wyuczył się od Pietrka i teraz cięgiem i dudli, jaże uszy puchną! Witek, przestań, a załóż koniczyny źrebakom! – wrzasnęła. Skrzypki umilkły, zaś dziad cosik se umyślił, bo skoro Witek przyleciał pod chałupę, rzekł do niego wielce dobrotliwie: – Weź tę dziesiątkę, kiej tak galancie wyciągasz nutę. Chłopak uradował się ogromnie. – A zagrałbyś to i pobożne pieśnie, co? – Co ino posłyszę, to wygram. Uciekła i patrzała w młynarzowe okna, buchające światłem, gwarami a brzękiem talerzy. Słyszała każde jego słowo, każdy skrzyp podłogi, nieustanne cykanie zegaru i nawet ciężkie przysapki organisty. A Jasio takie cudeńka prawił, że niczego nie rozumiała. – Jezu mój, Jezu miłosierny! – wyrwał się jej z piersi cichy jęk. Jasio powstał, wychylił się cały i jakby patrząc na nią zawołał: – Kto tam? Zamarła na chwilę, przytaiła dech, serce przestało bić i jakby zdrętwiała w jakimś świętym strachu, dusza uwięzła kajś w gardle i pełna szczęsnego niepokoju chwiała się w oczekiwaniu. III – Pójdę już, Hanuś! – prosiła Józka pokładając głowę na ławkę. – A zadrzyj ogona kiej cielak i leć! – zgromiła ją odrywając oczy od różańca. – Kiej me tak cosik spiera w dołku i tak me mgli... – Nie przeszkadzaj, zaraz się skończy. – Kozły też penetrują po wsi, jeno czekać, jak komu co grubszego ukradną – rzucił kowal. – Nie bajcie! Ratują się, biedoty, jak mogą, wczoraj Kozłowa przedała organiścinie kaczęta, to się ździebko wspomogła... – Mądrala jucha, musi być od Cyganów! – Postawcie mu wiadro gorzałki, to może wyjdzie! – zaśmiała się organiścina, siedząca nad stawem przy stadzie kacząt pływających kiej te żółciuśkie pępuszki; rozczapierzona kokosz gdakała na brzegu. – Śliczne stadko, to pewnie od Kozłowej? – pytała Hanka. – Tak, i ciągle mi jeszcze uciekają na staw. Tasiuchny! taś, taś, taś, taś! – zwoływała rzucając na przynętę przygarściami jagły. Ale kaczki szorowały na drugi brzeg, że poleciała za nimi. – Oglądacie, jakby co ubyło! – Nie kupuję kota we worku! – Lepiej wy znacie wszyćko niźli ja sama! – wyrzekła z przekąsem, rozlewając kawę w garnuszki. Dłużyło się już wszystkim, aż pierwszy kowal zaczął: – Więc jakże zrobimy z działami? Hanka drgnęła i prostując się powiedziała spokojnie, snadź po dobrym namyśle: – A cóż ma być! Ja tu jeno stróżuję mężowego dobra i stanowić o niczym prawa nie mam. Antek wróci, to się podzielita. – Kiej tam on wróci, a tak przeciech ostać nie może. – Ale ostanie! Mogło tak być przez cały czas ojcowej choroby, to może być, póki Antek nie powróci. – Nie on jeden jest do podziału. – Aleć on najstarszy, to jemu się po ojcu należy objąć gospodarkę. – Hale, takie ma prawo jak i drugie dzieci. – Może weźmiecie i wy, jak się tak z Antkiem ułożyta. Kłóciła się przeciech z wami nie będę, nie moja w tym wola stanowi. – Jaguś! – podniesła głos Dominikowa – przypomnijże o swoim. – A po co, przeciech dobrze pamiętają... Hanka poczerwieniała gwałtownie i kopiąc Łapę, któren się nawinął pod nogi, wyrzekła przez zęby: – Juści, co krzywdę dobrze pamiętamy. Wójtowa wywarła już gębę kiej wrótnię i zjątrzona do żywego jej ślepiami, pomstowała wywodząc zajadle jej przewiny. – Pyskujesz bele co; boś sie opiła złością! – przerwała jej stara – ale twój ciężko odpowie przed Bogiem za Jagusine nieszczęście. – Juści, odpowie, bo ano zwiódł niewinowate dzieciątko! Juści, dzieciątko, co z każdym rade szuka krzaków! – Zawrzyjcie gębę, bo chociem ślepa, ale jeszczech zmacam drogę do waszych kudłów – groziła zaciskając kij w garści. – Sprobujcie! Tknij me jeno, tknij! – wrzeszczała wyzywająco. Hance naraz łzy zalały oczy, pamięć zdrad Antkowych tak boleśnie wgryzła się w serce, że ledwie już zabełkotała: – A korale mi oddajcie, moje są po matce, moje... Jagna zaczęła je odwiązywać ze szyi, ale się nagle powstrzymała. – Nie, nie oddam! Maciej mi dali, to już są moje! Józka poczęła piekłować, jaże Hanka musiała ją skrzyczeć, bych dała spokój, bo Jaguś jakby ogłuchła na zaczepki, a wyniósłszy wszystko swoje poleciała po Jędrzycha. – Coś letko wama idą schedy, letko! – ozwał się drwiąco Mateusz. – Teraz jeno wygońcie Józkę, a już wszystko będzie wasze a kowalowe... Podniesła na niego niespokojne oczy. – Nie zwodzicie mnie aby? – nie śmiała już zawierzyć. – Kogóż to bronicie, pokrzywdzonej czy swojej kochanicy? Sypnął koniom takie baty, jaże z miejsca poniesły! IV Wszyćko tam stojało na rozcież wywarte, ale wszędy leżała niezgłębiona cichość śpiku. Pietrek chrapał rozciągnięty pod stajnią, konie gryzły obroki pobrzękując łańcuchami uździenic, zaś krowy nie powiązane na noc w oborze porozłaziły się w podwórzu, leżały przeżuwając i glamiąc oślinionymi gębulami, podnosząc ku niej ciężkie, rogate łby i czarne, niepojęte gały ślepiów. Zapędziła Józkę do obierania ziemniaków, dała piersi dziecku i okrywszy się w zapaskę rzekła: Na kapuśniskach nie było jeszcze nikogo, jeno czajki kołowały nad zagonami, a boćki chodziły kiwający, pilnie bobrując. Pachniało bagnem i surowizną tataraków a trzcin, co poobsiadały kępami stare, zapadłe doły torfowe. – Piękny czas, ale widzi mi się, na spiekę idzie – ozwała się któraś. – Dobrze, co wiater przechładza. – Bo rano, barzej on suszy niźli słońce. – Robotnice! Czekają, aż im rosa przeschnie, żeby se nie zamoczyć kulasów – szydziła Hanka. – Nie każdy tak łasy na robotę jako wy! – Bo nie każdy tak musi harować, nie każdy! – westchnęła ciężko. – Wasz wróci, to se odpoczniecie. – Pytał o mnie! Niech ci Pan Jezus... Niech ci... – zaniesła się radością. – Przecie, a taki sprzeciwny, a taki zmyślny, dorwie się jeno bata, to zara trzaska i gęsi wygania – przykucnęła przy nich. – Pietras, powiedz: tata! powiedz. – Dobrze wam gadać, a mnie już kiszki marsza grają. – Laboga, do cna przepomniałam. Józka, łap no te żółte kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip! A może jajków przódzi, co? A może chleba? świeży i masło wczorajsze! Urżnij łby i sparz wrzątkiem! Wnet je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć! – La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś – jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością. – Urzekł ją ten wisielec czy co? Do cna zgłupiała. – Zarno się ona pocznie wynosić a nos zadzierać, obaczycie! – Niech jeno Antek wróci do dawnego, to jej rura zmięknie – poredzały. – A kajże to Jagna? – latał zdumionymi oczami po pustej izbie. – A kaj! u matki! Wygnałam ją! – rzekła twardo, podnosząc na niego oczy. – Ho, ho! żółtocha dusi len! – wykrzyknął stając przy zagonach niebieskich od kwiatów, ale gęsto poprzerabianych żółciznami – kupiła siemię zapaskudzone i nie przewiała! Głęboka cichość szła górą nad ziemiami, rozpalone powietrze jaże ślepiło migotem, ziejąc takim skwarem, że skroś tych białawych, roztrzęsionych płomi jeno niekiej przeleciał bociek ważąc się ciężko na omdlałych skrzydłach i zaziajane wrony przefrunęły. Skowronki śpiewały kajś niedojrzane, niebo wisiało wysokie, rozpalone i czyste, że tylko gdzieniegdzie warowała na tych niebieskich polach jakaś biała chmurka, kieby ta owca zbłąkana. Chłód zawiewał z omroczonych, cichych głębin, tylko kajś niekaj podartych słonecznymi pazurami. Zalatywało grzybami, żywicą i rozprażonym bajorem. – Dał wam radę, pyskacze! Akuratnie bywa takusieńko z ludźmi! Więcej zrobi z niejednym pogrozą niźli skamłaniem – rozważał. Z boru zaczęły klekotać kołatki a porykiwania ciągnących stad. Podniósł Pietrusia i ruszył bokiem topolowej przepuszczając stada, idące z leśnych pastwisk. Stój, siwulo, stój! Skopkę mleka dój! Kazała cię matka prosić, Żebyś mleka dała dosyć, Stój, siwulo, stój! – Zawarłabyś ano gębę, gospodarz w chałupie! – skarciła ją Hanka dźwigając picie la ostatniej krowy – zaraz tu będzie posłuch – dodała. Odebrał jej cebratkę i stawiając ją krowie powiedział ze śmiechem: – Drzyj się, Józia, drzyj, a to szczury prędzej uciekną z chałupy... – A zrobię, co mi się spodoba! – warknęła harno i zaczepnie, ale skoro odeszli, przycichła zaraz, bocząc się jeno na brata i pyrchając nosem. Hanka zwijała się teraz kole świń, tak skwapnie dygując ciężkie cebrzyki z żarciem, jaże jej pożałował, bo rzekł: – Niech chłopaki zaniesą, za ciężko, widzę, na ciebie! Poczekaj, zgodzę ci dziewkę, bo Jagustynka tyla, ci pomaga, co ten pies napłacze. Kajże to ona dzisia? Przyszedł Mateusz z Grzelą, wójtowym bratem, przyszedł Stacho Płoszka, Kłąb ze synem, stryjeczny Adam i drugie. – Wyglądalim cię jak kania deszczu! – rzekł Grzela. – A cóż, trzymały me i trzymały kiej wilki! Ani sposób było się wydrzeć! Zasiedli na przyźbie w cieniu, jeden Rocho siedział pod oknem we świetle, lejącym się szeroką smugą aż w sad. Wieczór był cichy, nagrzany i sielnie rozgwiaździony, skroś drzew błyskały światełka chałup, staw mruczał niekiedy jakby wzdychając, a wszędy pod ścianami przechładzali się ludzie. Antek rozpytywał się o różnoście, gdy Rocho mu przerwał: V – Pietrek, przynieś no drewek – krzyknęła sprzed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona przy wyrabianiu chleba. – Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy poprzetrącam – groziła obtaczając na nowo podziurawione bochenki. Przyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło. Bór stojał cichy, rozprażony, pachnący i kieby ździebko przymglały w słonecznej ulewie, że jeno niekiedy zaruchały się cichuśko zielone podszycia i z głębin buchał ciąg przejęty żywicą abo i jakieś pobłąkane głosy i ptasie śpiewania. Antek rozciągnął się na trawie i kurzył papierosa, ale jakby przez coraz głębszą mgłę widział dziedzica skaczącego na koniu po podleskich polach i jakichś ludzi z tykami. Wielgachne chojary; kieby z miedzi wykute, wynosiły się nad nim rzucajac po oczach chwiejny i morzący śpikiem cień. Już się był całkiem zapadł w cichość, gdy zaturkotał jakiś wóz. – Organistów parobek na tartak wozi, juści – pomyślał unosząc ciężką głowę i opadł z powrotem, ale już nie zasnął, gdyż ktosik wyrzekł: – Pochwalony! Komornice wychodziły posobnie z lasu z brzemionami drzewa na plecach, zaś w końcu wlekła się Jagustynka, zgarbiona pod ciężarem prawie do ziemi. – Odpocznijcie, a to wama już oczy na wierzch wyłażą. Przysiadła wpodle, wspierając brzemię o drzewo i ledwie zipiąc. – Nie la was taka robota – szepnął ze współczuciem. – Juści, co już całkiem opadłam ze sił. – Pietrek, a gęściej kupki, gęściej! – krzyknął do parobka. – Czemuż to waju nie wyręczą? Jeno się skrzywiła odwracając zaczerwienione, bólne oczy. – Takeście jakoś zmiękli, że ani was tera poznać. – I krzemień puści pod młotem – jęknęła zwieszając głowę – bieda chybciej przeźre człowieka niźli rdza żelazo. – Ciężki latoś przednówek nawet la gospodarzy. – Kto ma jeno lebiodę z otrębami, temu nie potrza mówić o biedzie. – Hanka! – krzyknął zakładając se pług na ramiona. Przyleciała rozwrzeszczana i rozczapierzona kiej kokosz. – A to wydzierasz się, jaże na całą wieś słychać! – Swojego bronię! Jakże, pozwolę to, bych mi cudze świnie pyskały po zagonach! Tyla szkody robią, to mam być cicho? Niedoczekanie, nie daruję! – wykrzykiwała, jaże przerwał jej ostro: – Ogarnij się, a to wyglądasz kiej nieboskie stworzenie! – Hale, do roboty będę się przybierała kiej do kościoła, juści. – Konie masz, porządek wszystek gotowy, a parob jeno się wałęsa kole chałupy. Niezgorzej płacą – szepnął zachętliwie. – Jakże, nie poznałabym cię to? – oglądała się lękliwie za siebie na kapuśnisko, kaj czerwieniały jakieś kobiety. – Kajże się to kryjesz, że ani sposobu cię uwidzieć? – Kaj? Wygnała me twoja z chałupy, to siedzę u matki... – Dyć i o tym rad bym z tobą pomówił. Wyjdź, Jagno, wieczorkiem za smętarz. Powiem ci cosik, przyjdź! – prosił gorąco. – Hale, żeby me kto jeszcze obaczył! Dosyć mam już za dawne... – odrzekła twardo. Ale tak molestował, tak skamlał, że skruszało jej serce, zaczynało jej być żal. – A cóż mi to nowego powiesz? po cóż to me wołasz? – Czym ci to już taki całkiem cudzy, Jaguś? – Nie cudzy, ale i nie swój! Nie w głowie mi takie rzeczy... – Jeno przyjdź, a nie pożałujesz. Bojasz się za smętarz, to przyjdź za księży sad, nie baczysz to kaj? Nie baczysz, Jaguś?... Jaże odwróciła głowę, takie pąsy na nią uderzyły. – Nie pleć, dyć mi wstydno... – zesromała się wielce. – Przyjdź, Jaguś, choćby do północka czekał będę... – To poczekaj... – odwróciła się nagle i poleciała na kapuśnisko. Patrzył za nią łakomie i przejęły go takie luboście i takie płomia wzburzyły krew, że gotów był lecieć za nią i brać ją choćby na oczach wszystkich... Ledwie się już pohamował. – Nic, jeno ta spieka tak me rozebrała! – pomyślał rozdziewając się spiesznie do kąpieli. Przechłodził się galancie i jął deliberować nad sobą. – Że to człowiek słaby kiej ten paździerz, bele co go poniesie... – Dziesięć roków! Dziesięć roków – szeptał niekiedy, drętwiejąc w strachu: – Nasmaruj wóz i wyporządź, będziesz od jutra woził na tartak. Parob zaklął siarczyście. Nie szła mu w smak taka robota. – Zawrzyj gębę i rób, co ci każą! Hanuś, daj trzy miarki owsa na obrok, a koniczyny przynieś im z pola, Pietrek, niech se podjedzą... – Rada juści dobra jak każda rada, jeno gdzie pieniądze?... – Nastusia ma swoje tysiąc złotych, na zadatek chwaci... – A kajże to jeszcze chałupa, lewentarz, porządki, zasiewy? – Kaj? A tu! A tu! – wrzasnął naraz Szymek wyskakując przed nich a trząchając zaciśniętymi garściami... – Tak się to mówi, ale czy uredzisz? – mruknął Antek niedowierzająco. – Dajcie mi jeno ziemię, a obaczycie, dajcie! – zakrzyczał z mocą. – To nie ma się co głowić, a jeno iść do dziedzica i kupować! – Poczekaj, Antek, zaraz, niech no se wszyćko w myślach ułożę... Ksiądz cięgiem chodził mamrocąc pacierze, po gwiazdach włóczył oczami, a niekiej przystawał, pilnie nasłuchując, i gdy się jeno ruszyło co niebądź kajś pod wsią, zawracał spiesznie, gderząc niby gniewnie na konie. – A gdzieżeś to polazł, siwy? W Kłębową koniczynę, co? Widzicie ich, jakie to łajdusy! Smakuje wam cudze, co? A batem chceta po portkach? No, mówię, batem! – pograżał wielce srogo. – Z duszy serca rad bym ci pomógł, ale cóż ja mogę... Czekaj, mszę świętą odprawię do Przemienienia Pańskiego na twoją intencję. Zapędź mi konie do stajni, późno! No, mówię – ci, późno, czas spać! Milczeli stojąc tuż przy sobie, biedro w biedro. Księżyc świecił im prosto w twarze. Dyszeli ciężko, szarpani gryzącymi spominkami, oczy im pływały w zakrzepłych łzach żalów i udręki. – Nie tak to me kiedyś witałaś! – rzekł smutnie. Rozpłakała się nagle i rzewliwie kiej dzieciątko. Ale i on porwany żalami zasyczał przez zaciśnięte zęby: – To ja ci kazałem ostać moją macochą? Ja cię też pewnie niewoliłem, byś się tłukła z każdym, kto jeno chciał, co? – Pewnie za złodziejami? – dorzucił Antek śmielej, wynosząc flachę z komory. – I za złodziejami, i za drugim! Przepijcie do nas, gospodarzu! Napił się z nimi. Przypięli się do jajecznicy, jaże łyżki dzwoniły. Wszyscy siedzieli cichuśko kiej te przytrwożone trusie. Strażnicy wymietli miskę do czysta, przepili jeszcze gorzałką i starszy obcierając wąsy rzekł uroczyście: – Dawno was wypuścili z turmy, a? – Niby to pan starszy nie wiedzą! Rozdygotał się ździebko. – A gdzież to Rocho? – spytał nagle starszy. – Któren Rocho? – zrozumiał w mig i znacznie się uspokoił. – Podobno u was żyje kakoj to Rocho? Medytował długo i w końcu powiedział: – To bedzie, co Bóg da! Trza poczekać na sprawę. Że na nic się zdały chytre kowalowe zabiegi. VI – Uwal się już raz i nie przeszkadzaj! – mruknął zgniewany Mateusz przewracając się na drugi bok. Szymek przywarł na chwilę, a skoro tamten znowu zachrapał, jął się cicho przebierać ze sąsieka, gdyż mu się przywidziało, jako do stodoły, kaj spali, już się wdzierają mąty pierwszych świtań. Omackiem zbierał po klepisku narzędzia, jeszcze wczoraj nagotowane, i tak się śpieszył, że mu raz po raz cosik leciało z rąk z przeraźliwym brzękiem, jaże Mateusz klął przez śpik. Ale nad ziemiami leżały jeszcze ciemnice, jeno gwiazdy były już bladawe, na wschodniej stronie ździebko się przezierało i pierwsze kury biły skrzydłami krzykając zachryple. Szymek zebrał w taczki, co jeno miał, i skradając się cichuśko kole chałupy wydostał się nad staw. Wieś spała kiej zabita, nawet pies nie zaszczekał, a w cichości słychać było jeno bulgotanie wody przeciskającej się przez zapuszczone stawidła młyna. Na drogach, przycienionych sadami, było jeszcze tak ciemno, że ledwie kajś niekaj zamajaczyła bielona ściana, zaś staw tyla jeno przezierał z nocy, co tym lśnieniem odbijających się gwiazd. Ale dochodząc matczynej chałupy zwolnił kroku, pilnie nasłuchując, gdyż w opłotkach jakby ktosik chodził z cichym a nieustającym mamrotem. – Kto tam? – posłyszał naraz głos matki. – Przygarnę ja was, sieroty kochane, i nie opuszczę, póki życia! – mamrotał ściągając kożuch na rozmamlane piersi, bo go był chłód ździebko przejmował, i wsparłszy się w krzyż plecami, zapatrzony w świtania zachrapał rychło zmorzony śpikiem. – Dopomóż, Jezu miłosierny! Rodzona mać me ukrzywdziła, Tobie się jeno oddawam, sierota! pomóż! Dyć, kiej ten ostatni, na ciężki wyrobek staję! Juści, com grzeszny, ale me spomóż, Panie miłosierny, to już na mszę dam abo i na dwie! Świec nakupię, a jak się dorobię, to nawet baldach sprawię! – prosił i przyobiecywał, serdecznie przywierając wargami do krzyża, obszedł go na kolanach, ucałował pokornie ziemię i wstał wielce skrzepiony i dufny w siebie. – Mojaś ty! Moja! Nikto mi cię nie wydrze! I współczując tej biedocie zachwaszczonej, płonej, nieurodzajnej i opuszczonej, dodawał pieszczotliwie kieby do dzieciątka: – Poczekaj ździebko, sieroto, uprawię cię, napasę, wyceckam, że rodzić będziesz jak i drugie. Nie bój się, dogodzę ci, dogodzę. Słońce się podniesło na pola i zaświeciło mu prosto w oczy. – Panie Boże zapłać! – wyrzekł przymrużając oczy. – Na gorąc znowu idzie i susze – dodał, bo wynosiło się srodze rozczerwienione. Pokrótce ozwała się i sygnaturka na kościele, a nad lipeckimi kominami podnosiły się z wolna modrawe słupy dymów. – Podjadłbyś se tera, gospodarzu, co? – przyciągnął pasa – jeno ci już matka dwojaków nie przyniesą, nie – westchnął smutnie. – Juści, to ziemi pewnie ugryzie! A jak to przezimujemy? – Moja w tym głowa, nie turbuj się! O wszyćkim deliberowałem i wszyćkiemu najdę zaradę! – Odsunął puste dwojaki, przeciągnął koście i powiódł ją pokazując i tłumacząc. – W tym miejscu stanie chałupa! – zawołał radośnie. – Stanie! Z błota ją pewnie ulepisz kiej jaskółka! – Słuchać me powinieneś, pomiarkuj jeno, kto do cię mówi. – Dyć wiem, juści... jeno matula przykazali – jąkał płaczliwie. – Co tam matula! mnie się posłuch należy, gospodarz jestem. Muzykanty wyrznęły chodzonego, podniósł się wrzask, rypnęły obcasy, zaskowyczały dyle, zaśpiewały piosneczki, zakręciły się pary, to i Szymek ułapił wpół Nastusię, kapotę rozpuścił, czapę zbakierował, da dana gruchnął, wysforował się na pierwszego i najgłośniej krzykał, najzapamiętalej bił w podłogę, najostrzej zawracał i toczył się bujnie, wesoło, rozgłośnie, kiej ten potok nabrany zwiesnową mocą. – Święta prawda! Nastuś! Nastuś! – skoczył kiej wilk do dziewczyny, przycapił ją kajś w sadzie i nie popuszczając z garści, całował i skamlał: – Wygonisz me to, Nastuś? wygonisz, najmilsza, w taką noc? Matka nalazła se jakąś sprawę w sieni, a Jagustynka rzekła na odchodnym: – Nie broń mu, Nastuś! Mało dobrego na świecie, a zdarzy się kieby to ziarno ślepej kurze, to je z pazurów nie popuszczajta. Rozminęła się w opłotkach z Mateuszem, któren, dojrzawszy przez okno, co się w izbie święci, krzyknął do Szymka: – Na twoim miejscu już bym to dawno zrobił! I pogwizdując leciał na wieś szukać uciechy. Ale nazajutrz o świtaniu Szymek stanął na robotę jak zawdy i pracował niestrudzenie, tylko kiedy mu Nastuś przyniesła śniadanie, to łakomiej sięgał jej warg czerwonych niźli dwojaków. – A zdradź me ino, to ci łeb wrzątkiem obleję – groziła wpierając się w niego. – Ciesz się, człowieku, dzisia, bo jutro zapłaczesz! – i gonił ślepiami kieliszek. – Na psa urok! Dobra wróżba, będą się wama dzieci darzyć. Nastusia ździebko poczerwieniła się, a Szymek, wspierając wóz na wybojach, zagwizdał zuchwale i hardo potoczył ślepiami. – Ludzie kochane, a czymże się ja wam odsłużę – szeptała wzruszona. – A choćby dobrym słowem – odparła Sikorzyna dając jej kawał płótna. Jak się dorobisz, to oddasz biedniejszym – dodała rozsapana Płoszkowa wyciągając spod zapaski niezgorszy kawał słoniny. I nanieśli jej tyla, że mogło starczyć na długo, a któregoś zmierzchu Jasiek przywiódł im swojego Kruczka i uwiązawszy go pod chałupą uciekał jakby oparzony. Śmiali się niemało rozpowiadając o tym Jagustynce wracającej z boru, stara skrzywiła się wzgardliwie i rzekła: – W przypołudnie zbierał la cię, Nastuś, jagódki, ale matka mu odebrała. VII – Czy to już połednie? – Kole północka być musi, wszystkie śpią. – Prawda, ciemno! Wybierz wróble spod kalenicy, piszczą jak wypierzone! – Trusia kochana, trusiuchna, od matuli cię wzieni, sieroto, od matuli. – Niech ci j będzie na zdrowie! – zawołała przez płot i zniknęła. Leciała do brata niosąc mu cosik w zanadrzu. Zastała Nastusię przy krowie chlipającej z cebratki, Szymon stawiał jakąś przybudówkę i sielnie gwizdał. – Macie już krowę? – zdumiała się niezmiernie. – A mamy! Co, nie śliczna? – mówiła z pychą Nastusia. – Sielna krowa, musi być z dworskich, kiedy kupiliśta? – To niby pan Jacek dał wam krowę! – Zaśby się nalazł kto drugi taki poczciwy la biednego narodu! – Prawda, dał przeciek Stachowi drzewa na chałupę i tyla wspomaga! – Święty prosto człowiek, że już co dnia pacierz za niego mówię! – Byle ci jeno kto nie wyprowadził bydlątka. – Co mieliby mi ukraść krowę! Jezu, ady bym ślepie wydarła, ady bym w cały świat poszła za nią! Pan Jezus nie pozwoli na taką krzywdę! Do izby wprowadzę ją na noc, póki Szymek nie wystroi obórki. Jaśkowy Kruczek też dopilnuje bydlątka! Moja pociecha kochana, moja najmilejsza! – szeptała obejmując ją za szyję i całując po gębule, jaże krowa zajęczała, pies jął naszczekiwać radośnie, kury się rozgdakały zestraszone, a Szymek gwizdał coraz głośniej. – Cichoj, Jaguś, dyć gościńca ci przywiozłem – i wtykał jej w ręce korale. – Jasio przyjeżdża, przyjeżdża – szeptała niekiedy, porywając się nagle jak ptak i leciała, porwana wszystką mocą oczekiwań i tęsknic, jakoby naprzeciw doli swojej i nieopowiedzianemu szczęściu. VIII Od czasu do czasu pisarzowa wytykała oknem spaśną gębę i krzyczała: – Śpiesz się, Magda! A żebyś kulasy połamała, tłumoku jeden! Dziewka przelatywała co trochę przez pokoje, jaże dudniało i brzęczały szyby, jakieś dziecko jęło się wydzierać wniebogłosy, kajś za domem gdakały wystraszone kury, a zziajany stójka jął ganiać kurczątka rozpierzchające po zbożach i drodze. – Widzi mi się, co będą ugaszczali naczelnika – rzekł któryś. – Pono wczoraj pisarz przywiózł cały półkoszek napitków. – Schlają się jak łoni. – Ale ty, Michał, z nami trzymasz, co? – przytarł go natarczywie Mateusz. – Cicho tam, ludzie, dyć to nie karczma! – Pietrze, a chodźcie ino, cosik wama rzeknę! – zawołał do niego Kłąb. – Hale, nie ma tu żadnego Pietra, a jeno urzędnik! – odburknął wyniośle. Wzięli na ozory to powiedzenie, jaże się kałduny zatrzęsły z uciechy, gdy naraz wójt zakrzyczał uroczyście: – Rozstąpta się, ludzie! Naczelnik! Jakoż powóz ukazał się na drodze i podskakując na wybojach zakręcił przed kancelarią. Naczelnik podniósł rękę do czoła, chłopi pozdejmowali kapelusze, zaległo milczenie, wójt z pisarzem przypadli wysadzać go z powozu, a strażnicy stanęli przy drzwiach wyprostowani kieby kije. – Wstydzą się chlać na oczach! – Lepiej, bo każden jeno grdyką robi, a po próżnicy ślinkę łyka! – pogadywali. – Kiej tak, uchwalmy prędko podatek i do domu! – zaproponował wójt. – Więc cóż, wszyscy jednogłośnie zgadzacie się? – zapytał uroczyście pisarz. – Nie! Nie chcemy! Nie! – wrzasnął Grzela i za nim kilkudziesięciu. – No co, głosujemy na szkołę? Mówcie, Płoszka! Jakże zrobim?... Kajże to Grzela? Przykazuje głosować: Głosujmy, ludzie, głosujmy! Wrzało coraz głośniej; gdy Grzela wystąpił i powiedział śmiało: – Na taką szkołę nie uchwalimy ani grosza. – Nie uchwalimy! Nie chcemy! – wsparło go ze sto krzyków. Naczelnik zmarszczył się groźnie. – Każde stworzenie ma swój głos, a jeno nam przykazują mieć cudzy. – I cięgiem przykazy, a ty, chłopie, słuchaj, płać i czapką ziemię zamiataj. – Pokrótce to bez pozwoleństwa nie puszczą i za stodołę. – Kiej takie wielmożne, to niech przykażą świniom, bych zaśpiewały kiej skowronki! – huknął Antek, zatrzęsły się śmiechy, a on wołał rozjuszony: – Albo niech im gęś zaryczy. Jak to zrobią, to uchwalim szkołę. – Każą podatki, płacim; każą rekruta, dajem, ale wara od... Dopiero któryś ze sołtysów jął walić kijem w pustą beczkę, stojącą pod okapem, jaże zahuczała kiej bęben, wtedy ludzie oprzytomnieli nieco, ściszając się nawzajem. Naczelnik nie mogąc się doczekać cichości, zakrzyczał zgniewany: – Cicho tam! Dosyć tej narady! Milczeć, kiedy ja mówię, i słuchać. Szkołę uchwalcie. Wszyscy zaś poszli do karczmy i po drugim kieliszku Mateusz huknął: – A ja wam powiedam, że wszystkiemu winien wójt i młynarz. – Prawda, najwięcej namawiali a straszyli – przyświarczył Stacho Płoszka. – A że naczelnik groził, to jakby wiedział już o Rochu – ktoś szeptał. – Jak nie wie, to mu powiedzą. Znajdą się takie! – Kaj strażniki? – zapytał Grzela niespokojnie. – Poszli jakby w stronę Lipiec. Grzela zakręcił się po karczmie i ani spostrzegli, jak się wyniósł i szedł ku wsi miedzami rozglądając się pilnie dokoła. IX – My się jeszcze zobaczym, panie gospodarzu, i pogadamy. – A niech cie ta przódzi zaraza spotka! – odkrzyknął na odlew. – Hale, strach go sparł, to się żartem wykręca, pogadam i ja z tobą, niech no cię jeno kaj zdybię na osobności – mruczał bacząc, póki mu z oczów nie zeszli. Przez drewniane ogrodzenie widniał biały dwór, stojący w wyniosłym zagaju modrzewi, powywierane okna czerniały kiej jamy, a na słupiastym ganku siedziało jakieś państwo i snadź przy jadle, bo służba cięgiem się kręciła kole nich, szczękały statki, a niekiedy długi, wesoły śmiech dochodził. Pokręcone brzezinki stojące kaj niekaj nie dawały jeszcze cienia, żyta chyliły nad drogą ciężarne kłosy i poślepłe w żarach kwiaty zwisały pomdlałe. – Ustaliście, juści, taki gorąc – ozwał się pierwszy przystając nieco. – Nuchim; ty się spóźnisz na szabes! – upominał się płaczliwie. – Nuchim, ty pchaj, ty jesteś mocny jak kuń! – mamrotał zachętliwie. – Nuchim, nu, raz... dwa... trzy... – i rzucał się na taczkę z krzykiem rozpaczy, pchał ją kilkanaście kroków i znowu stawał. Antek skinął mu głową i przeszedł, ale Żyd zawołał błagalnie: – Pomóżcie, panie gospodarzu, dobrze zapłacę, już nie mogę, już całkiem nie mogę – opadł na taczki, blady kiej trup i ledwie dyszący. Antek zawrócił bez słowa, zwalił na taczki kapotę i buty, ujął je krzepko i pchał tak wartko, jaże koło zapiszczało i kurz się podniósł. Żyd dreptał pobok łapiąc powietrze zadyszaną piersią i gadał zachętliwie: – Będzie dobry urodzaj, żyto już spadło – zaczął z innej beczki. – A jak nie urodzi, też mniej płacą. Zawdy na stratę gospodarzom. – Piękny czas dał Pan Bóg, ziarno już suche – kruszył kłosy i pojadał. – Juści, tak se folguje Pan Jezus, co już jęczmiona przepadły. – Hale, kazaniem tyle pomoże co umarłemu kadzidłem. – Więc czymże? Zmądrzałeś, widzę, w kryminale – rzucił z przekąsem, aż Antek poczerwieniał, łypnął ślepiami, ale odrzekł spokojnie: – A zmądrzałem, bo wiem, że wszystkiemu złemu winni panowie. – Duby smalone pleciesz, a cóż ci to złego zrobili? – Aż tutaj pani zawędrowała z gęsiami? – przystanął obcierając spotniałą twarz. – Wyszłam naprzeciw Jasia, tylko go patrzeć, jak nadjedzie. – Dyć ino co wyminąłem go pod lasem. – A to cię wychudzili, kruszyno! Takiś blady, synaczku! Takiś mizerny! – Rosoły na święconej wodzie nie pasą! – śmiał się pohuśtując brata, któren jaże piszczał z radości. – Patrz no, jak się bęben umazał! – zauważyła wskazując na małego. – Dobrał się do moich jagód. Jedz, Stasiu, jedz! Spotkałem w lesie Jagusię, wracała z jagód i trochę mi usypała... – zrumienił się wstydliwie. – Właśnie przed chwilą mówił mi Boryna, że was spotkał... – Nie widziałem go, musiał gdzieś bokiem przechodzić. – Dyć to ja, Jagata! – uniesła się rozkładając ręce ze zdumienia – Jezu, pan Jasio! – Leżcie spokojnie. Chorzyście, co? – pytał troskliwie i przysunąwszy se pieniek przysiadł blisko, ledwie rozpoznając jej twarz wyschniętą kiej ziemia. – Jeno już Pańskiego miłosierdzia czekam – głos jej zabrzmiał uroczyście. – Cóż to wam jest? – A nic, śmierć se we mnie rośnie i na żniwo czeka Kłęby me ano przytuliły, bym se u nich pomarła, to pacierz mówię i wyglądam cierpliwie onej godziny, kiej kostucha zapuka i powie: pódzi, duszo umęczona. – Czemuż do izby was nie przeniosą? – Któż taki? kto? – zajrzał z bliska w jej otwarte, a jakby niewidzące oczy. – Cichocie, sroki! Jasiu, idź lepiej do ogrodu, nie wypada ci tu suszyć zębów. Jagusia jeno się uśmiechała, pełna cichej, pokornej szczęśliwości a czekania. I któregoś dnia całkiem niechcący natknęła się na Jasia, siedział pod kopcem granicznym z książką w ręku, nie mogła się już cofnąć i stanęła przed nim, okryta rumieńcem i mocno zesromana. – Cóż wy tu robicie? Jąkała się strwożona, czy aby się czego nie domyśla, – Siadajcie, widzę, żeście się zmęczyli. Wagowała się nie wiedząc, co począć, pociągnął ją za rękę, że przysiadła pobok, śpiesznie chowając bose nogi pod wełniak. Ale i Jasio był zmieszany, rozglądał się jakoś bezradnie dokoła. Pusto było na polach, lipeckie dachy i sady wynosiły się ze zbóż jakoby wyspy dalekie, wiater ździebko przegarniał kłosami, pachniało rozgrzaną macierzanką i żytem, jakiś ptak przeleciał nad nimi. – Strasznie dzisiaj gorąco! – zauważył, aby jeno zacząć. – I wczoraj przypiekało niezgorzej! – chycił ją za gardziel jakiś radosny lęk, że ledwie mogła przemówić. – Lada dzień zaczną się żniwa. – Pewnie... juści... – przytwierdzała wlepiając w niego ciężkie oczy. Uśmiechnął się i spróbował mówić swobodnie, prawie żartem: – Jagusia to co dzień ładniejsza... – Kaj mi tam do ładności! – stanęła w pąsach, pociemniałe oczy buchnęły płomieniami, a wargi zadrgały w przytajonym prześmiechu radości. – I naprawdę Jagusia nie chce iść za mąż? – Ani mi się śni, abo mi to źle samej! – I żaden się wam nie podoba, co? – nabierał coraz więcej śmiałości. – A któż by czytał takie bajdy! – buchnął wzgardliwie, głęboko zgorszony. – Bajdy! Hale, przeciek Rocho czytał o tym i z drukowanego. – Głupstwa wam czytał i same cygaństwa! – Jakże, to by se ino la cygaństwa umyślali takie cudeńka?... – A tak, wszystko bajki a zmyślenia. – To nieprawda i o południcach, i o smokach? – pytała coraz żałośniej. – Nieprawda, mówię wam przecież! – odpowiadał zniecierpliwiony. – To i o tym też nieprawda, jak to Pan Jezus wędrował ze świętym Piotrem, co?... Nie zdążył odrzec, bo nagle jakby wyrosła spod ziemi Kozłowa i stając przy nich patrzała naśmiechliwymi ślepiami. – A to pana Jasia szukają po całej wsi – rzekła słodziuśko. – Cóż się tam stało? – Jaże trzy bryki ziandarów przyjechało na plebanię. Zerwał się niespokojnie i poleciał prawie w dyrdy. Jagusia też poszła ku wsi, ale dziwnie czegoś markotna. – Pewnikiem przerwałam waju pacierze, co? – syknęła Kozłowa idąc pobok. – Zaśby ta pacierze! Czytał mi z książki takie historie, ułożone do wiersza. – Cie... a ja miarkowałam całkiem co drugiego. Organiścina pchnęła me go szukać... lecę w tę stronę, rozglądam się... pusto... tknęło me cosik, bych zajrzeć pod gruszkę... patrzę... siedzą se jakieś turkaweczki... gaworzą... Juści, miejsce sposobne... z dala od ludzkich oczów... juści... – Żeby wam ten paskudny ozór pokręciło – buchnęła wyrywając się naprzód. – I będzie cie miał kto rozgrzeszyć! – krzyknęła za nią urągliwie. X – Co się to wyrabia? – spytała Balcerkówny, wyglądającej zza węgła. – Nie wiem, toć pono wojsko idzie od boru. – Jezus, Maria! wojsko! – nogi się pod nią ugięły ze strachu. – A Kłębiak co ino mówił, że kozaki ciągną od Woli – dorzuciła lecąca kajś Pryczkówna. – Ani chybi; że jeśli mają kogo wziąć, to tylko Rocha! – Jakże, możemy go to dać, co? Rodzonego ojca, co? – krzyczał Mateusz. – Hale, nie sposób się im przeciwić, ani mowy o tym... – Niechby się kaj schował, trza go przestrzec, juści... jąkał Bylica. – A może to co drugiego, może to z wójtem sprawa – wtrącił nieśmiało Stacho. – Na wszelki przypadek lecę go przestrzec! – zawołał Grzela i buchnął we zboża, przebierając się ogrodami do Borynów. Antek siedział w ganku nakuwając sierpy na kowadełku i porwał się strwożony, dowiedziawszy się, o co idzie. – Właśnie, co jeno przyszli. Rochu, a chodźcie no do nas! – krzyknął. – Co się stało? – pytał stary wyściubiając głowę przez okno, ale nim mu rzekli, przyleciał srodze zaziajany Michał organistów. – Wiecie, a to do was, Antoni, walą żandarmy! Już są nad stawem... – To po mnie! – jęknął Rocho zwieszając smutnie głowę. – Jezus, Maria! – krzyknęła Hanka stając w progu i uderzyła w płacz. – Cicho! Trza zaradzić jakoś – szeptał Antek tężąc myślą. – Skrzyknę wieś i nie damy was, Rochu! – srożył się Michał, wyłamując sielną gałąź i groźnie tocząc oczami. – Nie bajdurz! Rochu, za bróg i w żyta, prędzej ino! Przywarujcie kaj w bruździe, póki was nie zawołam. A chybko, bych nie nadeszli... Rocho zakręcił się po izbie, cisnął jakieś papiery Józce leżącej na łóżku i zaszeptał: – Schowaj pod siebie, a nie wydaj! – A siedzi tam i właśnie czeka na waju! – mruknęła. Starszy dojrzał na stole jakieś książeczki przyciśnięte Pasyjką, skoczył do nich kiej ryś i jął je pilnie przeglądać. – Skąd je macie? – Musi być, co Rocho je położył, to se i leżą. – Borynowa niegramotna! – tłumaczył wójt. – Kto z was umie czytać? Mrok już do cna przysłonił świat, Hanka podoiła krowy i Pietrek przyjechał z boru, kiej dopiero wyszli; Antek wziął zaraz rychtować brykę, zaś Grzela z Mateuszem, la zamydlenia oczów, poszli szukać Rocha po chałupach. Dziwowali się temu, boć każden byłby przysiągł, jako siedzi schowany kajś u Boryny. Odwróciła zesromaną twarz, oblały ją palące ognie wstydu, a serce spięło się męką, ale kiej spomniał Jasia, podniesła hardo głowę. – A cóż to złego z nim wyrabiam, co? Jął wywodzić po swojemu, a przedstawiać łagodnie, na jakie to pokusy się dają i do jakiego to grzechu i zgorszenia może ich zły doprowadzić... Nie słuchała, wzdychając jeno i niesąc się myślami do Jasia, że już same wargi lśniące i nabrane krwią szeptały słodko, gorąco i zapamiętale: – Jasiu! Jasiu! – A rozjarzone oczy rwały się gdziesik kieby ptaki radośnie rozśpiewane i krążyły nad jego głową najmilejszą... – Dyć bym poszła za nim we wszystek świat! – wyrwało się jej bezwolnie, że Rocho zadrżał, spojrzał w jej oczy szeroko otwarte i zamilkł. Na skraju boru pod krzyżem zabielały jakby kapoty. – Kto tam? – wstrzymał się niespokojnie. – Jesteśma! Swoi! – Nogi mi się już plączą, że odpocznę nieco – rzekł rozsiadając między nimi. Jagusia zwaliła toboł i przysiadła nieco z boku, pod krzyżem, w głębokim cieniu brzóz. – Żebyście ino nie mieli jakich nowych kłopotów... – I... gorsze, że ano idziecie już od nas! – powiedział Antek. – Być może, iż kiedyś powrócę, być może!... – Psiekrwie, żeby człowieka gonić jak tego psa zepsutego! – buchnął Mateusz. – I za co, mój Boże, za co? – jęknął Grzela. – Że chcę prawdy i sprawiedliwości la narodu! – ozwał się uroczyście – Każdemu jest na świecie źle, ale już najgorzej sprawiedliwemu. – Nie martw się, Grzela, przemieni się jeszcze na dobre, przemieni... – Tak se i miarkuję, bo ciężko by pomyśleć, że wszystkie zabiegi na darmo. – Czekaj tatka latka, jak kobyłę wilcy zjedzą! – westchnął Antek, wpatrzony w cienie, kaj mu bielała Jagusina gębusia. – Powiadam wam, że kto chwasty wyrywa i posiewa dobrym ziarnem, ten zbierał będzie w czas żniwny! – A jak nie obrodzi? Przeciek i to się przygodzi, nie? – Tak, ale każdy sieje z wiarą, że w dwójnasób mu zaplonuje. – Juści, chciałby się to kto mozolić na darmo! Zadumali się głęboko nad tymi rzeczami. Wiater powiał, zaszeleściły nad nimi brzozy, zaszumiał głucho bór i polami poszedł chrzęstliwy szmer zbóż. Księżyc wypłynął i leciał po niebie, jakby ulicą białych chmur postożonych rzędami, drzewa rzuciły cienie przesiane światłem, lelki cichym, krętym lotem przewijały się nad ich głowami, a jakiś smutek przejmował serca. Jagusia zapłakała cichuśko, nie wiadomo laczego. – Co ci to, co? – pytał dobrotliwie Rocho gładząc ją po głowie. – A bo to wiem, markotno mi jakoś... Jagusia jaże się zaniesła szlochaniem, chłopy ukradkiem wycierali oczy. I zaraz się rozeszli. XI – Spodobał im się księży byk, to niech go sobie doją! – wykrzykiwał. Młynarzowa, też jakoś kwękająca, spłakana i z obwiązaną twarzą, wzruszała ramionami, ale jak mogła, ukradkiem zborgowała niejednemu. Nadeszła Kłębowa prosząc o pół ćwiartki jaglanej kaszy. – Płacicie zaraz, to bierzcie, ale na bórg nie dam ani ziarnka... Zafrasowała się wielce, bo juści, że przyszła bez pieniędzy. – Tomek z nim trzyma za jedno, to niechaj uprosi o kaszę. Obraziła się i rzekła wyzywająco: – Widzę, co ci markotno i żal – wtrącił ostrożnie Antek. – Zaśbym ta żałował, już mi kością w gardle stanęła. Co inszego mnie trapi. Antek się zdumiał, ale nijakoś było się rozpytywać. Wziął ją na ręce i przeniósłszy na przełaz krzyknął do Mateusza: – Pókim żyw, to ci jej krzywdy nie daruję, tak mi dopomóż, Panie Boże! – Dyć już kończę, paniczku – uśmiechnęła się kiej rozbudzone dziecko. Chciał zaraz bieżyć po księdza, przytrzymała go za sutannę. – Panienka mi dzisia rzekła: "Gotuj się na jutro, duszo umęczona!" Mam czas jeszcze, paniczku! Jutro... dzięki ci, Boże miłosierny, dzięki! – jąkała coraz słabiej, prześmiech zatlił się na jej wargach, złożyła ręce i zapatrzona kajś, w jakoweś dalekości, zapadła jakby w głęboką duszną modlitwę, a Jasio, rozumiejąc, co już zaczęło się konanie, poleciał zwoływać Kłębów. – Widzisz ją, jaka mi czuła opiekunka, szkoda tylko, że Jasio już niańki nie potrzebuje i sam sobie poradzi nos obetrzeć! – Cóżem to winowata, co? – jąkała, zgoła już nieprzytomna ze wstydu i boleści. Jagusia buchnęła płaczem, wypadła przed dom i pognała w cały świat. A Jasio stanął jakby rażony piorunem. XII Naraz porwał się za nią lecieć. – A to gdzie? – warknęła groźnie matka zapierając mu sobą drzwi. – Matka ci to mówi, rozumiesz? Z palca sobie tego nie wyssałam. – Bajki, nic więcej! Przecież to byłoby straszne! – załamał rozpaczliwie ręce. – A czemuż ją bronisz tak zawzięcie, co? – Bronię każdego niewinnego, każdego. – Głupiś jak baran. – Rozgniewała się, dotknięta srodze jego niewiarą. Wieczór był nagrzany i duszny, pachniał miód, i żyto skoszone kajś za ogrodami, powietrze było ciężkie, przejęte spieką, bielone pnie majaczyły. w mrokach niby gzła porozwieszane do przeschnięcia, kajś nad stawem naszczekiwały psy wielce swarliwie, a od Kłębów buchały niekiej żałobne, jękliwe zawodzenia. Jasio, strudzony wreszcie deliberacjami, zawrócił już ku domowi, gdy naraz posłyszał jakby z pasieki jakieś przyduszone, gorące szepty. Nie dojrzał nikogo, ale przystanął i słuchał z zapartym tchem. – ...byś skisł... puść me, puść, bo będę krzyczeć!... – ...głupia... Czego się wydzierasz? Krzywdy ci to chcę, krzywdy?... – ...jeszcze kto posłyszy. Laboga, dyć mi ziobra zgnieciesz... puść... – ...takusieńką, jak ma Jagusia, obaczysz... ino mi nie broń, Maryś, ino... – ...zarno ci zawierzę... bo ja to taka... loboga, dajże odzipnąć... – ...to ci łeb wrzątkiem oparzę kieby temu psu... – ...ino ten razik, najmilejsza... dyć cię nie ukrzywdzę... obaczysz... – ...Pietruś, loboga, Pietruś... – A przed Kłębami, wczoraj, to pan Jasio ani spojrzał... Stojała przed nim spłoniona kieby ten kierz różany, kieby ten jabłoniowy kwiat, mdlejący w skwarze tęsknicy, śliczności pełna i zgoła jakiemuś cudowi podobna. – A to dziw mi serce nie pękło! A to dziw me rozum nie odszedł. Łzy błysnęły jej u rzęs przysłaniając niby diamentami modre nieba oczów. – Jagusia! – wyrwało mu się kajś spod samego serca. – Powiedz, Jaguś, że to wszystko nieprawda? powiedz! – nalegał prosząco. Jasio rozdygotał się kiej listek wstrząsany gwałtowną nawałnicą, chciał ją odepchnąć i uciekać, ale jeno szeptał omdlałym, nieprzytomnym głosem: – Cicho, Jaguś, tak nie można, grzech, cicho! – Nie ruchajmy tego! Proszę was ze szczerego serca, byście mi odpuściły. – Złości już do was w sercu nie chowam – westchnęła ciężko Dominikowa. – Ani ja! chociem niemało przecierpiała! – wyrzekła poważnie Jagusia i posłyszawszy sygnaturkę poszła się przybierać do kościoła. – I za co to wszystko, mój Boże, za co? XIII – Juści, co ten zbój poredził zaradnie wszystkiemu! – westchnęła ciężko. – A bogać, że uredzi wszyćkiemu, nawet Nastusia się dziwuje ! – Trza by kogo przynająć abo i zgodzić parobka myślała głośno. Jędrzych podrapał się i rzekł nieśmiało: – Hale, szukać obcego, kiej Szymek gotowy... żeby mu ino rzec to słowo... – A wiesz, co rozpowiadają o tobie i Jasiu? – Nie ciekawam plotów! – odrzekła niechętnie, podnosząc zgorączkowane oczy. – Ciekawaś czy nie, a powinnaś wiedzieć, że przed ludźmi nic się nie uchowa! A kto cicho robi, o tym głośno mówią! A o tobie wygadują, że niech Bóg broni! Rozpowiedziała szeroko, czego się dowiedziała od proboszcza i organistów. – Zaraz w nocy zrobiły nad nim sąd, organista zerżnął mu skórę, ksiądz swoje, cybuchem dołożył i bych ustrzec przed tobą, wyprawili go do Częstochowy. Słyszysz to? Pomiarkujże, coś narobiła! – krzyknęła groźnie. – Jezus Maria! Biły go! Jasia biły! – zerwała się gotowa lecieć na jego obronę, ale jeno zakrzyczała przez zaciśnięte zęby: – Jaguś, trza ci jutro do spowiedzi. Lżej ci będzie, jak zbędziesz się grzechów. – Co mi tam, nie pójdę! – Nie chcesz do spowiedzi! – Aż głos jej schrypnął ze zgrozy, – Próżniaki wymyślą se co niebądź i roztrząsają se la zabawy! – mówili poważniejsi. – Juści! Pora! Naród mocen jest karać i mocen wynadgradzać! Wygnać ją ze wsi! Wygnać! – wrzeszczeli coraz głośniej. – Sprzeciwisz się to całej gromadzie? – Rzekłeś, jakbyś z nimi trzymał – zawarczał z groźnym wyrzutem. – Z nikim nie trzymam, ale i tyla mi do niej, co do tego kamienia. – Ratuj, Antek, poradź co niebądź. Laboga, już mi się we łbie mąci! pomiarkuj ino, cóż ona pocznie, kaj się podzieje? A psiekrwie, zbóje, wilki jedne. Siekierę chyba chycę i będę rąbał, a nie dopuszczę, nie dopuszczę! – Nic ci nie pomogę. Postanowili, to cóż znaczy jeden sprzeciw, nic. – Masz do niej złość! – zawrzeszczał niespodzianie. Buntował się jeszcze, ale już słuchał coraz pokorniej. – Juści, że każdy ma prawo bronić się przed wilkami, każdy. Chyciły go jakieś ostatnie żałoście i myśli, kiej lute kąśliwe wichry, owiały go mrocznym tumanem ponosząc z miejsca. Ale przed kościołem cały pochód przystanął. – Trza ją zewlec do naga i pod kruchtą wysiec rózgami! – krzyknęła Kozłowa. – Poganiaj, Pietrek, prędzej – przynaglali rozglądając się niespokojnie po niebie, przycichli jakoś, szli bezładnie bokami drogi, bo środkiem był srogi piasek, że tylko niekiedy co tam któraś zawziętsza dopadłszy wozu ulżyła se pokrzykując zajadle: – Ty świnio! ty tłumoku! A do sołdatów, łajdusie zapowietrzony ! Zwite kołtuny miedzianogranatowych chmur zwiesiły nisko spęczniałe opuchłe kałduny i coraz to któraś się rozpękła, trzaskał pierun i buchały potoki oślepiającej jasności. Niekiedy sypał rzadki grad trzeszcząc po liściach i gałęziach. Wielka, uroczysta. cichość przejęła żniwne pola, zrobiło się jakby święte nabożeństwo znojnej, nieustannej i owocnej pracy. Skończył się bowiem przednówek, stodoły były pełne, zboże sypało niezgorzej i każden, choćby najbiedniejszy, hardo podnosił głowę, z dufnością patrzał w jutro i roił se jakoweś z dawien dawna upragnione szczęśliwości. Dopiero na Podlesiu, kiej przysiadł pod figurą odzipnąć nieco, napotkał go Mateusz, rychtujący niedaleczko drzewo na kowalowy wiatrak. – Pokażcie mi drogę do Szymków! – prosił dziad dźwigając się na kule. – Nie zażyjecie u nich wywczasu! Tam jeno płacz i zgryzota! – szepnął Mateusz. – Jagusia chora jeszcze? Powiadały, jako się jej cosik w głowie popsuło... – Nieprawda, leży jednak cięgiem i mało wiele o Bożym świecie pamięta! Kamień by się nad nią zlitował! O ludzie, ludzie ! – Żeby tak zatracić duszę chrześcijańską! Ale stara pono skarży całą wieś? – Nic nie wskóra! Wszystkie postanowiły, całą gromadą, prawo mają... – Straszna rzecz gniew całego narodu, straszna! – Jaże się wstrząsł. – Juści, ale głupia i zła, i niesprawiedliwa! – wybuchnął Mateusz i podprowadziwszy go pod chałupę sam zajrzał do środka, ale rychło wyszedł obcierając ukradkiem łzy. Nastusia przędła len pod ścianą, dziad przysiadł poboki wyjął niebieską flaszkę. – Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane.