ROZDROŻE. I.  Wyminiesz groble grzązkie, wyminiesz wydmy bezdenne, wyminiesz lasy korzeniste, a rozdroża tego nie wyminiesz, skoro ci w strony te dalekie droga wypadnie. Z zachodu czy ze wschodu, na północ czy południe objedziesz, a przecie w końcu wbiegnie ci tor na wzgórek i owo rozdroże ujrzysz przed sobą — i westchniesz. Jak nie wyminiesz doli i niedoli, jak śmierci nie obejdziesz, tak i rozstaju tego.  Krzyż na ziemi czynią drogi — główne ramię szerokie — to trakt pocztowy, boczne ramiona węższe — to jedno w bór wiedzie, drugie do wsi dalekiej.  Krzyż nad ziemią stoi — na piaszczystym wzgórku, i stoją dwa dęby rosochate — na których ten krzyż stary się oparł, bo długie lata pamięta.  Była jesień późna, kiedy to rozdroże pierwszy raz ujrzał Jasiek Czarny.  Jechał Jasiek w strony owe za chlebem, za dolą, za przyszłością.  Z boru się wydostał i w dal oczy ciekawe posłał, i tak go coś nagłe za piersi chwyciło — niby strach, niby zgroza.  Leżał ten kraj przed nim — płaski — nagi, jak het wzrokiem dolecieć.  Nad grzęzawicami mgła zimna się stała, po szuwarach płatały się pajęczyny, chłód szedł z ziemi i wicher gwizdał, na. niebie zbałwanione stały chmury śniegu. Bielała tylko zaspa piasku, na której ów krzyż stał i dęby. Stanęł sam z siebie konik Jaśkowy zhasany, spojrzał Jasiek ku górze, westchnął, czapki uchylił i tak zapatrzony pozostał. II.  Na dębach liście zeschły, lecz nie opadły i szeleściały złowrogo — na ramieniu krzyża wrona siedziała i spoglądając na człeka, krakała:  — Czegoś tu? Czegoś tu? A pod dębami kobieta samotna, w łachmanach, zbierała żołędzie.  Wicher się naigrawał z jej szmat, szarpał je — i do kości chłodem przejmował.  Zawołał Jasiek kobiety, ale zamiast podejść, uciekła — więc on do krzyża się zbliżył.  Wtedy i kobieta się zbliżyła.  — Daleko do dworu? — spytał Jasiek.  — Het daleko! — odparła ponuro.  Ruszył dalej Jasiek — raz jescze na to rozdroże się obejrzał i westchnął:  — Pusty kraj, jak moje życie!  I pojechał śmiało — boć młody był — ni w nieszczęście nie wierzył, ni w śmierć — daleką.  A przecie nie wyminie nikt swej doli, jako i rozdroża owego.  Zabiegło ono znowu raz przed Jaśkowe oczy i znowu konik sam z siebie stanął.  Ale i wtedy kwitły i szuwary i trawy, maiły się dęby rosochate — na wzgórku pasterków gromadka grała na ligawkach i stoki wydmy pokryły macierzanki i powoje pachnące. W konarach dębowych roiło się od ptasząt śpiewających. Przekręcił Jasiek czapkę z fantazyą i zaciął konika.  Powietrze błękitne i ciepłe w pusty kraj niosło jego piosenkę. III.  Nie wyminął ci on owego rozdroża i w pewną noc czarną, kiedy raz ostatni tamtędy wypadła mu droga.  Ile mu sądzono było, tyle drogi ubiegł, tyle dni przepracował, tyle nocy cichych przespał.  Sądzenie swoje z sobą nosił, a potem go ono nosiło, gdy już wszelką moc stracił.  Wyliczone człowiekowi lata wieku, wyliczone siły, wyliczona droga. Ale on sam lata przeznacza, on sam siły kieruje, on sam drogę wybiera, i tam gdzie go kres zastanie, on zostać musi, jako liść co opada, czas swój odbywszy.  Nie zwrócił Jasiek z drogi, gdy go zgroza i strach za piersi chwyciły, nie zawrócił, gdy śpiewał.  W ową noc cichą kresu dobiegł.  Nie wyminął rozdroża, tylko na niem pozostał już na wieki.  Teraz gdy jesień zasuszy liście dębowe i odkryje konary, widać na jednym długie pasmo konopne, wystrzępione i przebutwiałe, jak owe sznury po dzwonnicach cmentarnych, które często niewidzialne dłonie targają niesfornie.  Wicher to pasmo porusza monotonnie, ale żaden się dzwon nie odzywa.