Z TAMTEJ STRONY.  Zabielało coś między krzyżami cmentarza, jakby wiatr poruszył płachtę ofiarną, przewinęło się jak szmatek mgły wstającej — i ot, przy furtce rozwalonej stanął cień ludzki.  Ale go tylko ujrzały sosny, co na warcie tam stały, i zaszumiały znagła.  — Skądżeś, nieboże?  — A stamtąd! — cień szepce, dal błękitną wskazując.  — Czego?  — Do swoich, po pacierze, po pamięć!  — Nie idź! nie idź! — wołają czarne, ciężkie gałęzie, zabiegając mu drogę, rozkładając ramiona.  Wskroś nich cień się prześlizguje na drogę piaszczystą, i po tym ciężkim szlaku odbiega, płynie, jak rybitwa po wodzie — wprost na księżyc, co stoi nad siołem.  Powietrze go nie trąca, cień od niego nie pada, a przecie jest, i idzie, wielką tęsknicą i potrzebą niesiony.  Zboża go widzą, i lelaki, i drzewa — wszystko, co mowy nie ma i własnego rozumu, tylko boży.  Nawet go poznaję brzozy przydrożne. Tenci jest, co przed kilku laty z roboty i na robotę chadzał — uznojony, młody, wesół. Tylko się ustroił teraz w godowe szatki — wiadomo w gości idzie — na chwilę, do swoich. Stopy jego już rosy nawet nie otrącą, trawy nie schylą, ręce źdźbła nie zerwą, głos nawet szmeru owadu nie zagłuszy.  — Ha! on z tamtej strony idzie.  Wiatr jest cichy i wonny. Nad zbożem pył kwietny się unosi i pachnie, dołem ruczaj biegnie, czasem gwiazdka obleci, czasem błędny ognik nad moczarem się zatli — we wsi mrugają światełka, psy szczekają, śpiew płynie od pastuszych obozów.  Cień idzie to zbożem, to drogę, to wodę, kwapiąc się, wpatrzony, zasłuchany. W jasności się roztapia, w mroku szarzeje. Spotyka go pies tropiący zająca — staje, nagle umilkły — patrzy chwilę, podkurcza ogon, i zajęczawszy dziwnie, mija.  Na mostku dudnią bose stopy. To kobieta z dzieckiem na ręku szuka zabłąkanych gęsi. Dziecko zdziwione oczęta wlepia w brzozę przydrożną, porusza główką, coś szepleni, rączką macha i uśmiecha się.  Kobieta mimowoli tam oczy zwraca. Nikogo niema pod brzozą — uchodzi kilka kroków, ogląda się, jakiś ją lęk ogarnia, ciekawość trwożna — tak tam liście się dziwnie ruszają. Nic nie widzi strasznego, a jednak przyśpiesza kroku, jedną ręką drobinę swą przyciska do serca, drugą dziecko i siebie krzyżem osłania. Poszli — niemowlę kwilić poczyna. Cień już za mostkiem jest, kędy się płoty zaczynają — już doszedł kołowrotu i krzyża.  Czy to wiatr wrota rusza — zaskrzypiały, choć nikogo w nich nie widać, przemknęły się i znowu zawarły.  Dziwi się temu stary wartownik skulony u węgła narożnej chaty, i długi czas tam patrzy apatycznie — potem zasypia.  Już duch ulicą idzie, a przy każdej chacie pies na niego skomli żałośnie, tuląc się do ściany, cisnąc do izby.  — Czego się to psy niepokoją? — pyta, obzierając się, chłopak z gromady prowadzącej konie na nocleg.  — Coś chodzi! — odpowiada tajemniczo drugi. Teraz się wszyscy obzierają, a jednocześnie ścisnąwszy piętami konie, pomykają chyżo, i czują na plecach dreszcz zimny — strachu.  A duch za nimi patrzy z żalem — koledzy to przecie jego, chciałby z nimi krzynę pobawić, pohasać — czego tak zmykają od niego? Rozpłynęli się w mroku, tylko tentent wskazuje, dokąd poszli — i piosenka, którą przodownik dla otuchy zaśpiewał.  Cień dalej idzie, skręca w podwórko dobrze znane. Tu życie zaczął i skończył — tutaj go przecie pamiętają, poznają pewnie.  Przyklęka na przyźbie, do szybki się przytula. O! są wszyscy; siostra i szwagier, braciszek mały i matka.  Uderza w okienko raz i drugi, ale nikt go nie uważa. Rozmawiają starsi o troskach codziennych, malec fujarkę urządza. On pierwszy coś słyszy, coś czuje.  — Cyt, ktoś stuka do szyby! — powiada.  Rozmowa ucicha na chwilę — wszyscy tam zwracają oczy i słuch.  — Et, ćmy biją się do światła ze dworu! — decyduje szwagier.  — A może ktoś nas podgląda, a tymczasem dobierają się do komory! — niespokojnie odzywa się siostra.  — Toby Kruczek szczekał! — uspokaja mąż.  — A może to kto z tamtej strony! — szepce matka i wzdycha, przypominając tych, co na nią tam czekają. — Może to mój stary już mnie woła. Moja pora nadchodzi!  Wzdycha znowu, i poczyna rachować swe łata, ale wtem wnuczek odzywa się w kołysce, więc bierze go do rąk, nagle rozpromieniona, cała zajęta tem nowem przywiązaniem i hodowankiem.  — Matko, to ja, Janek! — woła cień, wpatrzony w nią błagalnie, ale go nikt nie słyszy, nikt witać nie wychodzi.  Tylko Kruczek nie szczeka. Siedzi na przyźbie i patrzy na niego. Oczy jego błyszczą w ciemności i kiedy niekiedy porusza ogonem. Poznaje chlebodawcę, ale podejść nie śmie, połasić się nie ośmiela, węszy i dziwi się, że postać ta nie ma woni. Czegoś mu dziwno!  W chacie ogień przygasa, i do spoczynku się zabierają, gdy wtem pies wybiegł za czemś do wrót, podniósł pysk w górę i zawył razy kilka. Pod okienkiem już niema gościa...  Teraz już wieś śpi. Tylko tam świeci się, gdzie ktoś chory leży, tylko lelaki i nietoperze zataczają kręgi, i gdzieś po strychach sowy hukają złowieszczo.  Cień idzie środkiem ulicy z głową zwieszoną, wolno, nie trzymając się prostej drogi, jak liść wiatrem gnany, bez celu.  Czasem staje, i jakby zawrócić miał, okręci się na miejscu — ale idzie znów dalej.  Nareszcie nieśmiało wstępuje do jednej zagrody. Malw i nasturcyi pełen ogródek, do okna zaglądają wisienki.  W tym gąszczu tuli się duch, do kielicha malwy usta przykłada i szepce:  — Zastukaj ty do szyby, zastukaj. Mnie ludzie nie słyszą. Może ty wywołasz kogo z izby.  Kwiaty od jego tchnienia stulają się i więdną, a łodyga się pochyla, trąca okienko.  — Kto tam? — pyta cichy głos ze środka.  Niema odpowiedzi, tylko znowu szelest tajemniczy.  Okienko się otwiera ostrożnie, dziewczyna w niem staje, i wygląda, i słucha, i czeka. Bieliznę jej i lica srebrzy miesiąc, w oczy zaziera, pieści kształty. Taka piękna w tem świetle!  — Kto tam? — pyta cichutko, wychylając się naprzód — czy to ty, Stachu?  Nie, to nie Stach — on na łące z końmi, to ktoś inny, zdaleka gość!...  Ale ona go nie widzi, choć od księżyca jak w dzień jasno — tylko widzi, że malwy chyboczą się jak żywe, i po gałęziach wiśniowych dreszcz chodzi. A przecie wiatru niema — taka cisza i spokój dokoła. Tedy i ją lęk porywa, zamyka okienko, drżąc wraca do posłania, i oczu odwrócić nie ma siły, a tu i miesiąc po ścianie zaczyna tańczyć, a za ścianą dziwny szmer. To rosa pada — a jej tak serce bije, niepokój oddech tamuje! O gdybyż już światło. Ale jeszcze nie świta — jeszcze duch ma czas wrócić, skąd przyszedł.  Znów się sunie ulicą, i teraz wyraźnie słyszy żebraczka stara, nocująca pod płotem, że coś płacze żałośnie.  Podnosi głowę i chwilę nadsłuchuje.  Potem, jakby zrozumiała, składa ręce kościste i bezzębnemi usty poczyna szeptać:  — Duszyczkom zapomnianym i opuszczonym, racz Panie swą światłość przybliżyć, do Siebie ich przygarnąć. Amen.  — Cyt — już płacz umilkł, tylko słychać głębokie odetchnienie ulgi, a na ulicy coś zamajaczyło — mknąc jak puch ostowy. Gołąb, nie gołąb! Już pierzchło.  Księżyc łuk swój zatoczył, i teraz z nad cmentarza patrzy — na kogoś wyczekuje. Na ziemię rzucił od siebie pasmo srebrne, i na tę ścieżkę wybiega cień — w swoję powrotną drogę. Wyżej się wspina, i wyżej, coraz bardziej tracąc ludzkie kontury, coraz chyżej wzlatując, aż się stapia ze srebrem, i niknie, i blednie w różowem na wschodzie zaraniu. Ten już nie przyjdzie raz drugi z tamtej strony — do swoich — po pamięć.