ELIZA ORZESZKOWA 
GLORIA VICTIS 
2 
ONI 
(. 1863) 
...By w zamknitym, cichym pokoju wieczr zimowy, dugi, gdy ta dawna znajoma 
moja, z twarz na wiato lampy obrcon, z wntrza gbokiej zadumy mwia: 
- Pytanie twoje o moje wspomnienia, proby twoje, abym swoje wspomnienia twojej 
pamici powierzya, przenosz dusz moj utsknion w wiosn ow, w w sen, w ow 
godzin, ktr niegdy zegar przeznacze wydzwoni wielkim gosem. 
Wiosna przemina, sen zgas, godzina umara i dusze ludzkie pozostay za nimi daleko, 
wirem ycia coraz dalej unoszone, lecz wiecznie ich pomn. 
O, wiosno! kto ci widzia w naszym kraju, 
Pamitna wiosno. ...................................... 
Kto ci widzia, jak bya. ......................... 
Obfita we zdarzenia, nadziej brzemienna! 
Ja ciebie dotd widz, pikna maro senna! 
Przesuna mi si o wczesnym poranku ycia, jak sen zoty i krwawy, znikna. Po 
wiecie rozlaa si ciemno. W ciemnoci miaam dusz wiecznie utsknion i za sonecznymi, 
zotymi snami gonic - po polach, nad ktrymi stay cisze guche i hasay ponure 
wichry. 
Chcesz okrucha, momentu, fragmentu tej wiosny. Dobrze. Posuchaj! 
I 
Miaam lat dwadziecia, lecz pomimo modoci tak wczesnej, dla przyczyn, ktre pomijam, 
bo z moj osob tylko byy w zwizku, wiedziaam o wszystkim, co si dokoa 
dziao, i nikt z niczego tajemnicy przede mn nie czyni. To tumaczy, e w momencie 
owym znajdowaam si w tym domu i e byam wiadkiem sceny tej, bardzo uwanym i 
wzruszonym. 
Dom by jednopitrowy, obszerny, na biao otynkowany, majcy przed sob dziedziniec 
bardzo rozlegy, a za sob wysokie oparcie drzew ogrodowych. Wszystko, co otaczao 
dom ten i znajdowao si w jego wntrzu, oznajmiao dostatek wielki i smak wyksztacony. 
Piknie tam byo, zamonie, wytwornie i dotd spokojnie. 
Ale teraz anio spokoju z ziemi tej odlecia i rozlao si po niej wrzenie guche, bo tajemnic 
okryte, tym namitniejsze i tym tragiczniejsze. Byo to wrzenie serc i gw w kotle 
niewoli, pod pokryw tajemnicy. 
W obszernym i ozdobnym wntrzu domu toczyy si gwarne rozmowy trzydziestu 
okoo mczyzn rnego wieku i rnej powierzchownoci. Na dnie gwaru tego czu byo 
nie wypowiedziane, lecz niespokojne oczekiwanie. 
4 
Byli to czonkowie organizacji powstaczej paru powiatw poleskich, oczekujcy na 
przybycie jednego ze wspobywateli swoich, ktry dzi przed nimi mia zoy owiadczenie, 
e przyjmuje dowdztwo nad miejscowym oddziaem zbrojnym lub e je odrzuca. 
Prawie powszechne byo zdanie, e nie odrzuci, ale pewnoci zupenej nie posiada nikt. 
Nikt z obecnych nie zna go z bliska, wielu nic znao go wcale. Jednak od kilku ju miesicy 
imi jego wymawiane byo w okolicy bardzo czsto. 
- On jeden mgby! - mwiono. - On tylko jeden! 
I czoa mwicych powlekay si trosk, bo jeeli on nie zechce, nikt w tych stronach 
nie potrafi. A rkom nieumiejtnym, sztuce wojskowej obcym, zadanie to powierza... 
Nietrudno byo przypuszcza, e nie zechce, bo zadanie posiadao wag i groz rzeczy 
niezmiernie wysokich i niebezpiecznych. 
Ten, kto zadania tego mia si podj, musia posiada bary Atlasa i serce gardzce 
mieczami Damoklesowymi. Mnstwem mieczy najeone byo to zadanie i krwawiy si na 
nich napisy: Odpowiedzialno, Mka, mier. Trzeba byo porzuci wszystko, co byo 
mie, kochane, spokojne, bezpieczne, a pj pomidzy te miecze, w ich byskawice i w 
ich mordercze szczki. Trzeba byo zwyciy albo zgin; trzecie wyjcie z koa ich nie 
istniao. Zwyciy za atwo nie bdzie; owszem, stokro trudniej anieli poprzednikom, 
ktrzy w epizodach minionych tej ju prawie stuletniej walki - nie zwyciyli. Wic trzeba 
byo mie gow zapalon takim poarem idei, aby w jego blaskach olepn cakowicie na 
samego siebie, na wszystko, co nie jest przedmiotem tej idei i jej ofiarnym. otarzem. 
Trzeba byo w samej nawet klsce, zza zason czasu dostrzeonej, widzie krwawe, lecz 
niemiertelne ziarno przyszego zwycistwa i umie na grb wasny patrze renic nie 
tylko niewzruszon, lecz jeszcze rozradowan przez myl i nadziej, e kiedy, w pokole 
i czasu oddali z emanacji przez grb ten wyziewanych powstanie krwi przelan uniemiertelniony 
Arcyzwycizca, Duch. 
Zdarza si wprawdzie mogo, e w koo to wstpowao, w krater ten wskakiwao uniesienie 
lekkomylne, uniesienie modziecze, nie znajce faktw, liczb, monoci, niemonoci, 
wzgardliwie omijajc wszystko, co nie jest dz serca, mar wyobrani. 
Ale o nim wiedzieli wszyscy, e w sile mskiej wieku bdc, modziecem ju nie by, 
e wiele wiedzia, umia, e w rzemiole wojskowym by biegy. W tych stronach poleskich 
urodzony, modo daleko std przepdzi, w wojnach bra udzia, twarde prawo elaza 
i liczby zna. Pukownik jednego z uczonych dziaw ogromnej armii, drog mia 
przed sob dalek, moe z wysokimi szczytami u kresu. I nagle rozsta si z t drog, zerwa 
z przeszoci, wyrzek si przyszoci, do rodzimej swej wsi poleskiej powrci, w 
niej osiad. Niedawno, zaledwie przed miesicami. 
Nikt go tu z bliska nie zna, wic nikt nie wiedzia, na jak miar pier jego skrojona. 
Bo posiada rozum, umiejtno, biego w fachu, nie zawsze znaczy to by czowiekiem 
majcym serce wielkie. 
Kto wie, jak postpi? 
Poselstwo, przed niewielu dniami do niego wysane, odpowiedzi stanowczej nie przywiozo. 
Przyrzek, e dzi przed zgromadzonymi czonkami organizacji stanie i postanowienie 
swoje owiadczy. 
Tymczasem nie przyjeda. 
Pora dnia ju pna. Waciwie dzie ju si skoczy. W salonach suba zapalia lampy. 
Jasne wiato rozlao si po obrazach, sprztach, kwitncych rolinach, obciajcych 
stoy ksikach, dziennikach, albumach. Przez kilka okien otwartych na wieczr kwietniowy, 
dziwnie cichy i ciepy, wlatywa zapach narcyzw i miesza si w powietrzu z jasnym 
wiatem lamp. 
Jasno i wonno byo w salonach, jednak stawa si poczo chmurnie i duszno. 
Rozmowy leniwiay, gwar gosw przycicha, na czoach osiaday chmury. 
5 
Gospodarz domu, urodziwy i rosy brunet, w rednim wieku, z czoem wyniosym i 
ustami przybierajcymi czsto zarys mdrych, lecz sarkastycznych umiechw, z kilku 
starszymi gomi przechadza si po salonie, coraz wicej milczcy i roztargniony. Oni, ci 
gocie, z pobyskujc srebrem siwizn na gowach, kiedy niekiedy przystawali, przysuchiwali 
si czemu, zdawali si na co oczekiwa. 
Co chwila kto wysuwa si z salonu, wychodzi na ganek domu i w zmierzch agodnego 
wieczoru wpatrzony wyta wzrok i such. 
Inni otwierali lece na stoach dzienniki, albumy, lecz atwo byo zgadn, e kart, na 
ktre patrzyli, nie widzieli, z myl okoo czego innego krc. 
Inni jeszcze u otwartych okien stojc zamieniali si pgonymi sowami, czsto milk-
nc, w zamyleniu. 
Wrd tych u okien stojcych najwyraniej dzi dostrzegam szlachetn twarz Wadysawa 
Orszaka. Postaw mia cik nieco, ruchy powolne i mow nieco powoln, rozwan. 
Starzej nad swoje lat czterdzieci wygldajcy, oczy zmczone i smutne wznosi ku grze, 
ku zawieszonym za oknem mrocznym bkitom, a pod bujnym, ciemnym wsem agodnymi 
jego usty poruszay ledwie dostrzegalne drgania. Jakby modli si. Moe. wiato 
lampy pozacao mu ciemne wosy i brod, na szerok pier spadajc. 
Najmodsi z towarzystwa do nas, kobiet, si zbliyli. Nas, kobiet, byo tylko dwie. Gospodyni 
domu, adna, wiotka, troch tylko ode mnie starsza, tu przy mnie na maej kanapce 
siedziaa. Zbliy si do niej i do mnie bardzo wysoki, atletycznie zbudowany brunet, 
ktrego dla rysw rzymskich i cery poudniowej Scypionem czasem nazywano. Powierzchowno 
to bya czowieka miaego, mocnego w uczuciach i woli. Oczy pony jak 
czarne diamenty, usta pod czarnym wsem gorzay purpur. Przy nim niebawem stan typ 
modzieczy zupenie odmienny. Poudnie i pnoc. 
Postawa wysmuka, raczej wta ni silna, twarz biaa, wosy zote, wesoo niemal 
dziecinna w bkitnych oczach. Synny na szerok okolic z namitnoci myliwskiej, ze 
znakomitej jazdy konnej, z wprawy strzeleckiej. Przeszo krtka bardzo, lecz w ktrej 
nic nie zapowiadao polotu ku gwiazdom lub pocigu ku otchaniom. Trzeci, ktry si 
zbliy, jeszcze prawie student, przez nas z powodu pokrewiestwa bliskiego po imieniu 
Florentym nazywany. Ze studiw uniwersyteckich przywiz z sob demokratyzm gorcy, 
zawzity, w myli, sercu i mowie wci jakby pacierz odmawiajcy deklinacj: lud, ludowi, 
dla ludu, przez lud, w ludzie... Ogorzay, barczysty, czy w sobie z demokratycznym 
sposobem mylenia nieco te demokratyczn, umyln rubaszno ruchw i sowa, gdy z 
szarych oczu patrzaa na wiat mikka, litociwa, wci ku wyynom wzlatujca dusza marzyciela. 
Stanli przed nami i zaczli mwi o nim. 
- Spotkaem si z nim, widziaem go, to czowiek niezwyky, na wodza stworzony. 
Przyrzek, wic przyjedzie... Tacy ludzie, gdy co przyrzekn... 
- Rzecz prosta, e przyjedzie. Czy dowdztwo przyjmie? nie wiadomo... 
- Przyjmie niezawodnie... 
- Dlaczego niezawodnie? 
Gospodarz domu zbliy si do ony i z cicha rzek: 
- Jest ju tak pno, e kazaem podawa wieczerz. Pro goci, Stefuniu! 
Wysokie czoo przeszywaa mu zmarszczka niezadowolenia i w zarysie ust tkwi wy
raniejszy ni kiedykolwiek sarkazm. Jeden ze stojcych przed nami modziecw z 
drgnieniem ironii w gosie zapyta: 
- Pan ju zwtpi? 
- Zwtpiem. 
- Ja nie. 
6 
- Ani ja. 
Gospodarz zawoa: 
- Szczliwa modo! 
- Dlaczego szczliwa? - zapytay trzy mode gosy, w ktrych brzmieniu czu byo ju 
rozniecajc si iskr tych sporw, uraz, zaale, ktre od roku, moe wicej, wybuchay 
tu pomidzy ludmi starszymi a modszymi co dzie, co godzin, gorce, czasem namitne 
i gwatowne. 
Gospodarz domu sympatii modego pokolenia nie posiada, o! nie, za ironi, za to, co 
nazywao ono chodem uczu, moe troch za dum czowieka wysoko wyksztaconego i 
monego. Tym razem jednak znik mu z ust bez ladu wyraz ironii. 
- Dlatego - odpowiedzia - e modo to wiara, ktra uszczliwia, gdy wtpienie boli. 
Mwi szczerze. Z wyrazu czoa i oczu zna byo, e go co dojmujco, gboko bolao. 
Wkrtce wchodzilimy wszyscy do wielkiej sali jadalnej, w ktrej dugi st, okryty naczyniami 
stoowymi, byszcza w rzsistym wietle lamp i wiec. 
W gbi sali, naprzeciw drzwi, przez ktremy wchodzili, rysowaa si na jasnym tle 
ciany kolumna z czarnego drzewa, z okrgym wyrniciem w gowicy. By to starowiecki 
zegar, a pod sufit prawie wznoszcy swe oblicze wielkie, okrge, biae, czarnymi 
zmarszczkami wskazwek przeorane. Wyglda jak symbol czasu, z gry i obojtnie spogldajcy 
na ludzkie zachody, niepokoje, losy. 
By moment krtki, w ktrym zebrani, na znak gospodyni domu oczekujc, otaczali st 
w postawach stojcych. Ona, stojc rwnie, na kilka osb nieco spniajcych si oczekiwaa. 
Po sali pyn niegony szmer rozmw, dwie nasze kobiece suknie rzucay na 
czarne to ubra mskich plamy jasne i w blasku lamp wietliste. 
W tym wanie krtkim momencie za oknami rozleg si turkot k. Szmer gosw rozmawiajcych 
umilk, sal zalega cisza. Nikt nie usiad. Po wszystkich twarzach rozla si 
wyraz zaniepokojenia; niektre z nich troch poblady. 
Gospodarz domu spiesznie do przedpokoju wyszed i po minutach kilku ju spnionego 
gocia obecnym przedstawia. 
Po wielkiej sali, w rzsistym wietle, wrd ciszy zupenej i trzydziestu paru oczu w 
jednym punkcie utkwionych, rozlego si imi i nazwisko - Romualda Traugutta. 
Jednoczenie w gbi sali, prawie pod sufitem, zabrzmia metaliczny, basowy dwik. 
Zegar z bia twarz w czarnej obwdce uderza zacz godzin. Dziesi z kolei dwikw 
metalicznych, gbokich pyno gr, gdy dokoa stou brzmiay nazwiska goci, z 
ktrymi gospodarz domu przybyego najpniej zaznajamia. 
Przyczyna opnienia z atwoci wyjanion zostaa: jaki prosty i pospolity wypadek 
w kilkumilowej podry po zych jeszcze drogach wiosennych. 
Mia lat trzydzieci sze i na wiek ten wyglda, wzrost redni, budow ciaa wicej 
spryst i szczup ni siln, a w ruchach atwych, pewnych siebie, w postawie wyprostowanej 
co, co przypominao typy wojskowe. Od pierwszego wejrzenia rzucaa si w 
oczy gboka czarno jego wosw, tak obfitych, e dwie ich fale, jedna nad drug, wznosiy 
si nad czoem niadym, ksztatnym, przernitym od brwi a prawie po wosy pionow 
lini gbokiej zmarszczki. Oczu nieatwo byo dostrzec, bo okryway je szka okularw, 
lecz wrd owalu niadej twarzy uwag zwracay usta bez umiechu, spokojne i powane. 
Moe ta powaga ust i ta zmarszczka na czole przedwczesna sprawiay, e w powierzchownoci 
tej uderza przede wszystkim wyraz myli surowej, skupionej, maomwnej. 
Nic mikkiego, gitkiego, ugrzecznionego, nic z atwoci wylewajcego si na zewntrz. 
Tylko myl jaka panujca, przeogromna, nieustannie w milczeniu, w skupieniu 
pracujca, i pod jej pokadem jaki tajemny upa uczu, ktry na czole wypali przedwczesna 
zmarszczk i gorcym kolorytem powlk milczc twarz. 
7 
Zna byo, e daleko chtniej milcza, anieli mwi. Do rozmowy o rzeczach potocznych, 
ktra toczya si w czasie wieczerzy, miesza si rzadko i obojtnie, krtkimi sowy. 
W zamian niepodobna byo nie dostrzec, e wzrokiem bada otaczajce, wieo poznawane 
twarze. Moe w duchu, gotujcym si do spenienia jednego z najdramatyczniejszych aktw, 
jakie przez duch czowieczy spenionymi by mog, zapytywa o warto i si swoich 
w dramacie wspaktorw. 
Cicho za odchodzc sub pozamykay si drzwi sali; wszyscy siedzieli w milczeniu 
dokoa dugiego stou, z ktrego zdjte ju byy okrywajce go wprzd naczynia. 
Gospodarz domu w postawie stojcej przemawia. 
Mwi o tym, e niedawno jeszcze przeciwny by rozpoczynajcemu si w kraju ruchowi 
i powstrzymywa go usiowa, nie dlatego, aby mniej od kogokolwiek pragn wolnoci 
i szczcia kraju, ale e pora nie zdawaa mu si wybran trafnie ani siy do przygotowanymi, 
ani szansom zwycistwa rwnymi szansom klski, ktra jeeli nastpi, przyniesie 
nastpstwa wagi nieobliczalnej, najpewniej bardzo cikiej. Mniema, e cierpliwe 
oczekiwanie na moment sposobny, na zbieg okolicznoci dla walki pomylny, na powikszenie 
si i zasobw do niej, nie mniej jest warte od rzucenia si w walk ze szlachetnym i 
choby bohaterskim zapaem w sercu, lecz bez naleytej orientacji w gowie, bez wagi w 
rku i arytmetycznej tablicy przed oczyma. 
- Czcicielem rozumu jestem i tych szkieek mdrca, ktre wymiewa ma prawo poezja, 
lecz ktrych polityka sprzed oczu usuwa nie powinna. Dlatego odradzaem, walczyem 
z prdem, usuwaem si na stron. Byem biay... 
Przy sowach ostatnich podnis gow i miaym spojrzeniem spotka si z niechtnymi, 
ironicznymi umiechami, ktre na kilka twarzy wystpiy. 
- Nie sam jeden w zgromadzeniu tym jestem, ktrym tak myla i nazw t nosi. 
Wszak znajduj si tu wspmylcy moi, nieprawda? 
Wyej jeszcze podnis gow, na odpowied czeka. Powanie kilka gosw odpowiedziao: 
- Tak. 
Wic mwi dalej: 
- Teraz uderzy ju dzwon, wielki dzwon historyczny, i nie biaym, ale czarnym byby 
ten, kto by na dwik jego guchym pozosta. Istnieje co, co gdy raz nad powierzchni 
ziemi wystpi, zgadzone z niej by nie moe. Tym czym jest fakt. Fakt zbrojnej walki 
sta si. Znaczna cz kraju w ogniu jej ju stoi. Jakkolwiek niebezpieczestwa czy niepodobiestwa 
mgby dla niej i przez ni spostrzega rozum, on rwnie wskazuje, e 
przeciw niebezpieczestwom i niepodobiestwom, przeciw habie take, ktra zuchwaych 
a niedonych okrywa, orem ratunkowym moe by tylko nasza jedno. Mdry 
syn domu ostrzega przed rozniecaniem ognia nieostronym i niewczesnym, lecz kiedy dom 
ju gore, szalonym byby, wicej - przekltym byby, gdyby nad nim nie roztoczy ramion 
czynnych, ratujcych! Przekona czowieka godzina kada odmienia nie moe, ale w godzinie 
kadej inne by mog obowizki. Obowizkami godziny, ktra wybia w kraju naszym, 
s dla nas: jedno i ofiarno. W nich nadzieja... Bez nich zginiemy... 
Wstrzyma si, z gow spuszczon milcza, myla. Rumiece na policzki, blaski gorce 
w oczy wstpowa mu zaczynay. 
- S to przyczyny, dla ktrych, gdy fakt sta si i godzina nowego obowizku uderzya, 
wstpiem do organizacji powstaczej tej poleskiej ziemi i na czele jej stanem. I od momentu, 
w ktrym rozum mj zatwierdzi haso: jedno i ofiarno! siebie samego i 
wszystko, co moje: dom, majtek, w potrzebie wolno i ycie, siy rozumu, jakimi rozporzdzam, 
i pragnienie serca najgortsze z tych, ktrych zaznaem kiedykolwiek, zoyem 
na usugi sprawy. 
8 
U przeciwnego koca stou zabrzmiay ciche brawa, wyszeptywane przez te same usta, 
ktre przed chwil umiechay si ironicznie i niechtnie. Ale mwicy, na ten szmer 
przyjazny, tak jak przedtem na nieprzyjazne umiechy obojtny, mwi koczy: 
- W charakterze nowo mianowanego naczelnika organizacji ziemi poleskiej, w imieniu 
jej i w obecnoci jej czonkw, zapytuj pana Romualda Traugutta, czy przyjmie dowdztwo 
nad uformowanym przez organizacj zbrojnym oddziaem tej ziemi? 
Niewysoki, szczupy, wyprostowany i tylko z pochylonym nieco czoem, na ktrym 
upa wewntrzny wypali pod falami kruczych wosw przedwczesn zmarszczk, wsta z 
krzesa Romuald Traugutt i odpowiedzia: 
- Z dalekich stron powrciem tu z myl, e usugi moje mog by teraz potrzebne ojczynie. 
Zawd, ktremu si oddawaem, przysposobi mi do ofiarowanego mi zadania, 
wic je przyjmuj. 
Krtkie to byo, proste, skromne, wypowiedziane gosem majcym brzmienie czyste i 
metaliczne. 
Dokoa stou wszyscy powstali i pochylili si w milczcym ukonie, po czym sal zalega 
chwilowa cisza. Cisza serc, oblewajcych si potajemnymi zami wzruszenia i cisza 
grozy, ktr oddychaj momenty wyroczne; i ta jeszcze cisza, z jak nad tym biednym 
wiatem kdy wysoko wa si na szalach przeznaczenia losy ludzi i narodw. 
Pierwszy cisz przerwa Traugutt. 
- Prosz organizacj o zdanie spraw z dziaa dla uformowania oddziau przedsiwzitych 
i dokonanych, z liczebnoci tego oddziau, uzbrojenia i wszechstronnych zasobw jego 
oraz o mapy powiatu i powiatw ssiednich, czyli topograficznego terenu, na ktrym 
rozwija si bd przysze dziaania wojskowe. 
Gos to by nieco inny ju od tego, ktrym przemawia przedtem. Pobrzmiewaa w nim 
nuta rozkazu, czu byo czowieka, ktry z zadaniem raz na siebie przyjtym artowa nie 
bdzie, i fachowca, ktry wiedzc dobrze, czego da mu naley, dania swe stawi bez 
prnych dodatkw i omwie. 
Bardzo rycho zjawiy si na stole mapy mniejsze i wiksze, lecz przed ich rozwiniciem 
z kolei mwi zaczynali ci, ktrzy penic w organizacji urzdy dziesitnikw i setnikw 
zdawali spraw ze zgromadzonych przez siebie dziesitkw i setek przyszych 
zbrojnych partyzantw, cyfry niedue zreszt, bo oddziay partyzanckie z samej natury tego 
rodzaju wojny liczne by nie mog, potem nazwy broni, iloci jej i gatunki. 
Wdz z twarz ku mwicym podniesion sucha; w szkach, ktre osaniay mu oczy, 
zapalay si, przygasay, migotay odbicia wiata, czasem pytania krtkie zadawa, czasem 
zsuway si mu brwi czarne i zmarszczka na czole pogbiaa si widocznie. Raz tylko po 
rysach milczcych przepyna, wnet znikajc, smuga radoci. Byo to wtedy, gdy przemwi 
naczelnik zorganizowanej w powiecie poczty obywatelskiej, Wadysaw Orszak. 
Jak zwykle ociay nieco w poruszeniach, jak zwykle powoli i rozwanie mwi zacz 
o potrzebie otaczania partii zbrojnej piln stra tych, ktrzy w domach pozostan, 
rozcigania dokoa niej takiej niby sieci drutw telegraficznych, z mnych woli i serc wyprzdzionych, 
ktre by wiat z ni i j ze wiatem, i jeszcze ludzi jednomylnie z ni dziaajcych, 
a rozproszonych po wiecie - wizay. 
Z twarz nad wiek przywid, agodn, od ktrej na piersi spywaa ciemna, gsta broda, 
z oczyma, w ktrych zmczonym, lecz czystym bkicie byo co z bolesnych upaw, 
ktre dugo pony tajemnie i bezpoytecznie, mwi o tym, gdzie, jak, przez kogo przewoone, 
przenoszone bd wiadomoci, ostrzeenia, dania, wskazania. 
Taka poczta nie jest najpodrzdniejsz czci rozpocztego dziea; owszem, jest jego 
czci bardzo wan. Musi by zwinna, ostrona, umiejca lata i peza, przelizgiwa 
si i umyka. Ale znaleli si ludzie do roboty tej odpowiedni i pan naczelnik przebaczy, 
e nie samych starych do niej zabrano, lecz take troch modych, ktrzy ju w partii su
9 
y nie bd, dopki ona w okolicach tych pozostanie. Potem, gdy losy walki przenios j 
w miejsce inne, i ci z ni si pocz, ale tymczasem do tej straniczej roboty trzeba take 
troch si niesteranych i z zapaem modoci oddanych sprawie. Bo przecie... 
- Bo przecie partia to serca bijce i krew gorca kilku setek ludzi, to... dziecko marze 
naszych, zabiegw, nadziei, e raz przecie nie jak niewolnicy z duszami zabitymi, lecz jak 
ywi ludzie y bdziemy. Trzeba tedy nad ni czuwa, trzeba krwawym zapasom jej troskliwym 
czuwaniem dopomaga!... 
Pochyli twarz, ktra wraz z czoem pogia si w mnstwo fad i zmarszczek, z agodnej 
zwykle stajc si pospn. Z kadej jej zmarszczki i z kadej jej fady wyglday gorzkie 
myli, cikie smutki, dugo w milczeniu i niemocy przeuwane. Powoli, gosem guchym 
znowu mwi zacz: 
- Powiedziaem: niewolnicy z duszami pozabijanymi. Tak jest. Kiedy rce skute i usta 
zakneblowane, to i dusza zrazu usypia, a potem mrze. Byli tacy, ktrzy powiadali: Czego 
wam brak? spokojnie sobie yjecie, w dostatkach... po co zdrow gow pod ewangeli 
kadziecie? Ot to... zdrow gow! miech gorzki z takiego zdrowia! Nic nam nie byo 
wolno: ani czyni, ani gono mwi, ani ludu naszego z jarzma niewoli i ciemnoty wyzwala, 
ani ycia swojego przerabia, polepsza. Tylko: jedz, pij, pij i gnij! To wolno. 
Niedobrze ci z tym? Powinno by dobrze, a jeeli nie jest, to milcz! Jeeli sarkniesz gono 
lub palcem poruszysz - na Sybir! I tak byo tyle lat. Boe mj! tyle dziesitkw lat! Byli 
tacy, ktrzy w tym bocie poznajdowali sobie rne rozkosze i nimi si potruli, ale byli inni. 
Boe! Ty jeden wiesz, ile ci inni cierpieli! jak im wasne myli paliy wntrznoci, jak z 
nich wasne siy i ochoty, do niczego nie uyte, rzay zaduszane, cigle konajce i nigdy 
nie mogce skona! Najlepsze lata ycia przechodziy nam, jak ten dym szary, ktry po 
ziemi si czoga, a gdy sprbuje wznie si w gr, zy wiatr zaraz o ziemi go cinie i po 
botnistej powierzchni jej rozcignie... Tak duej nie mona byo y. Ja wiem, e siy nasze 
mae, wic czerwonym by nie miaem. Ale i biaym nie byem take, nie! Za wielem 
cierpia, za wielem przysuchiwa si miertelnemu rzeniu duszy wasnej i dusz bliskich, 
abym biaym mg by. A teraz co do tej motyki porywajcej si przeciw socu, to myl, 
e... Bg jest z nami i e sprawa nasza to sprawa boska. Tedy... jaki tam koniec bdzie, to 
bdzie, powinno swoj... powinno swoj czymy. 
Bardzo wzruszony, z drcymi wargami i pobladym czoem na krzeso opad, ciko 
oddycha, a po krtkim milczeniu doda ju tylko: 
 Poczta obywatelska powinno swoj speni. Rcz. 
Wtedy to wanie na milczc twarz naczelnika oddziau zbrojnego spada smuga radoci 
i cho prdko zgasa, oczy jego, zza szkie je osaniajcych, tkwiy dugo w szlachetnych, 
smutnych, przedwczenie uwidych, zoranych rysach Orszaka. 
Teraz rozpostaro si na stole kilka map rnej wielkoci i wieniec gw pochyli si 
nad nimi, gdy w gwarze rozmowy brzmiay liczne nazwy dworw, wsi, miasteczek, uroczysk. 
adna droga elazna wwczas jeszcze stron tych nie przebiegaa i byo w nich troch 
gocicw szerokich i mnstwo drg, droyn, ktre w kierunki rne rozbiegay si po 
niecignionej okiem rwninie. 
Byy w tych stronach okolice yzne, ludne, falujce bujnymi zboami, gsto strzelajce 
ku niebu grupami topoli, ktre przyozdabiay dwory, i krzyw, ktre stroway u wrt 
wiosek. 
I byy pustkowia niemal bezludne, kpami wilgotnych k wysadzane, wodami mokrzade 
wiecce, przemawiajce tylko gosami hulaszczych wichrw lub wdrownych ptakw, 
dla stp obcego przybysza grone mierteln grzza trzsawisk. 
I byy tam jeszcze lasy wielkie, gbokie, lasy odwieczne, przez wieki toporem nie dotykane, 
wspaniae przybytki natury samotnej i dzikiej, obdne labirynty, z drogami wia
10 
domymi tylko zwierzom je zamieszkujcym i ludziom o barach potnych, wzroku bystrym, 
strzaach celnych, ktrzy nad ich niepokalan caoci strowali. 
I by tam na koniec wrd wielu wd innych, przez natur po ziemi tej rozlanych, jeden 
szlak wody nieszeroki, przez rce ludzkie na powierzchni jej dobyty i nazwany Kanaem 
Krlewskim. 
Podnis si wieniec gw znad map na stole rozoonych i po ustach rozbiegy si sowa: 
- Za Kana Krlewski! Do lasw horeckich. 
Tam partia uda si i obz zaoy miaa. 
Przedtem jednak zgromadzi si musi. Z ziemi rozlegej, z rwniny dla oka bezgranicznej, 
z rozsianych po niej dworw, miasteczek, chat leniczych, zagrd drobnoszlacheckich, 
na jednym punkcie zgromadzi si musi. Na punkcie przedstawiajcym uatwie najwicej, 
niebezpieczestw najmniej. 
Romuald Traugutt podnis znad mapy twarz i wymwi: 
- Dwr dziatkowicki. 
A po krtkiej chwili, spojrzeniem po zebranych wiodc, zapyta: 
- Czy waciciel Dziatkowicz jest tutaj obecny? 
- Tak; ja jestem wacicielem Dziatkowicz. 
Traugutt mwi zacz: 
- Wadzy dyktatorskiej nie posiadam. Mienia i wolnoci ludzi na niebezpieczestwo 
wystawia bez dobrowolnego zgodzenia si ich na to nie mam prawa. Miejscu, ktre bdzie 
punktem zbornym partii, i wacicielowi jego zagro niebezpieczestwa powane. 
Dwr spalony, majtek zabranym, waciciel jego uwizionym i surowo karanym moe 
zosta. Zgromadzenie si partii w Dziatkowiczach przedstawia dla niej korzyci znaczne, 
lecz ktre wwczas tylko osignite bd, jeeli waciciel miejsca tego, z pen wiedz o 
moliwych nastpstwach swego czynu, zgodzi si go dokona! 
Ju w poowie przemwienia tego podnis si z krzesa w wysmuky, zaledwie dojrzay 
blondyn z bia twarz, wesoymi oczyma i drobnym wsem zotym nad ustami, ktre 
dotd zdaway si zna tylko miech, pie i pocaunki; w myliwiec namitny, na szerok 
okolic ze znakomitej jazdy konnej i strzaw celnych synny, w z przeszoci bardzo 
jeszcze krtk, lecz w ktrej nic nie zapowiadao polotu ku gwiazdom lub pocigu ku 
otchaniom... 
O! od dawna zszed ju z tej ziemi w krain nieznan, ktra tam kdy po drugiej stronie 
rzeki ycia ley, zszed z niej po dugich cierpieniach wygnania, ubstwa, czysty do 
koca, mny do koca, gwiadzie modoci swej i otchani, ktra mu ycie poara, bogosawicy 
do koca. Zszed z tej ziemi samotny, bezdzietny... i wolno mi imi jego wymwi, 
a tobie je gono powtrzy. Moe na nie, jak na mogi, spynie promie jakiego 
rozrzewnionego oka, ktre samo kocha gwiazdy i otchanie... 
Podnis si z krzesa Gustaw Radowicki i z oczyma jak dwa bkitne pomienie gorejcymi 
rzek: 
- Nie tylko zgadzam si, ale skoro to dla partii ma by korzystne, ciesz si, e wanie 
te moje kochane Dziatkowicze korzyci tych dostarczy mog. I w zamian o jedno tylko 
pana naczelnika prosz, aby mi byo pozwolone... 
Zmiesza si jako, spuci oczy, moe przed tkwicym w nim wzrokiem naczelnika. 
Jednak po chwili dokoczy: 
- Aby mi byo pozwolone nalee w partii do oddziau jazdy... Teraz znowu zamiay 
mu si oczy i usta. 
- Bo e bd suy w partii, to ju dawno postanowione i wiadome. Jake! Setnikiem 
przecie jestem. Stu ludzi chtnych do pjcia zebraem, a sam miabym nie pj! To 
11 
przecie przez gow nigdy mi przej nie mogo. Ale prosz, aby mi wolno byo suy w 
jedzie, bo ja na koniu to do wszystkiego, a pieszo to jako... tak jako... Ale prosz tylko 
- i jak pan naczelnik rozkae, tak si stanie. Tylko to jeszcze powiedzie musz, e mam 
konia El Raszyda, takiego, co to w sam raz... do takiej suby w sam raz... 
Zmiesza si znowu, umilk. 
Naczelnik za z twarz wci ku niemu podniesion tkwi w nim wzrokiem i na usta - 
pierwszy raz, odkd tu przyby - wykwita mu poczyna umiech. Wykwita, bo dziwnie 
wiey by, szczery, perowy od rzdu zbw biaych, ktre w nim bysny. Przy tym una 
radoci twarz mu opyna i z czoa spdzia pospn zmarszczk. Z wesoym prawie gestem 
zawoa: 
- Ale owszem, zgadzam si, aby pan suy w jedzie, i nawet... Tu gos jego nabra tonw 
zupenie wesoych. 
- Poniewa pan ma konia El Raszyda, co to w sam raz, mianuj pana swoim adiutantem. 
A po brzegi zotych wosw z radoci zarumieniony modzieniec przed naczelnikiem 
zoy gboki ukon i siadajc, ku wysokiemu brunetowi, ktrego czasem Scypionem nazywano, 
z porozumiewawczym skinieniem gowy rzuci zagadkowe sowa: 
- A co, Feliksie! Widzisz! I ja z tob... 
Zna o czym wtpili wsplnie i zna, e tamten wybiera si take do jazdy. Ale teraz 
wsta z krzesa swego naczelnik: 
- Skoczone s na dzisiaj narady nasze. Mwc nie jestem. Mniemaem zawsze, e 
sowem najwymowniejszym z tych, ktrymi czowiek do wiata przemawia moe, jest 
czyn. Jednak teraz, gdy Bg pozwoli, e przystpuj do czynu, o ktrym zawsze marzyo 
serce moje, z serca wyrywaj mi si sowa, tylko co przez pana Orszaka powiedziane: 
Sprawa nasza to sprawa boska. To jest rwnie prawd, co pan Orszak powiedzia, e 
niewola zabija dusze, a ja z tej prawdy wyprowadzam wnioski, e nikomu nie wolno zabija 
dusz ludzkich, i odwrotnie: duszom ludzkim nie wolno pozwala, aby ktokolwiek je 
zabija. Oto jest prawo nasze do walki, ktr przedsibierzemy, i oto dlaczego sprawa nasza 
jest spraw bosk. Nie na podboje i nie po upy idziemy, ale po odbir wydzieranego 
nam dobra boskiego. Dobrem boskim - cnota ludzka, cnoty nie ma bez wolnoci. Jeeli 
wygramy, wygran nasz bdzie zbawienie duszy narodu, jego czci i jego doczesnego 
szczcia; jeeli przegramy, rzek krwi przez nas przelanej inni zapyn do wolnoci. Ale 
jakikolwiek bdzie nasz koniec, powinno nasz czymy. Z nadziej czy przeciw nadziei, 
ale z prawd i z Bogiem! My z prawd i ze sprawiedliwoci, wic z Bogiem. W tym nasza 
moc. My z Bogiem. 
Nie patrza na nikogo, spojrzeniem bdzi w grze i cho umilk, wargi mu wewntrznymi 
sowy jeszcze drgay, gdy twarz i postaw oblewaa jaka od ziemi oderwana, ze 
soc mistycznych wybysa ekstaza. W takich ekstazach wbrew ziemskim rachubom rodz 
si niezomni ksita czynu i z pieni triumfu w duchu, wbrew mczarniom ciaa, umieraj 
mczennicy. 
Wieniec twarzy, od wzrusze i znuenia bladych, otacza dugi st, i w sali, ktr zalego 
milczenie, zegar pocz wybija godzin. Z biaego oblicza w czarnej obwdce, spod 
sufitu patrzcego, wypyny cztery z kolei dwiki metaliczne, gbokie. 
Czy oczy ludzkie dugim czuwaniem zmczone byy, czy lampy przygasay, ale rzsiste 
ich wiato zdawao si teraz rozprasza w kurzaw mnstwa wieccych atomw, ktre 
przed oczyma migotay, drgay, majc linie otaczajcych twarzy i przedmiotw. Pomienie 
dopalajcych si wiec stay w wysokich kandelabrach wielkie, jaskrawe, z nitkami dymu 
u chwiejcych si wierzchokw. Powietrze nasycone oddechami ludzkimi, moe czstszymi, 
ni to bywa w momentach powszednich, stao si duszne i gorce. 
12 
Kto zbliy si do jednego z okien, na ocie je otworzy i za tym otwartym oknem 
ukaza si dziw, cud: dziwnie cudny i pikny poranek wiosenny. 
Niepokalany bkit nieba, jasna zielono ogrodu, osypana brylantami rosy. Biae 
gwiazdy narcyzw nad trawami, mnstwo fiokw w trawach, rozoyste jabonie w rowym 
i grusze w biaym rozkwiciu. Potoki woni i fale powietrza napojonego ros. I wszystko 
od nieba do ziemi, od szczytw drzew wysokich do drobnych traw i kropel rosy, w 
wielkim, penym, zotym wietle soca wyrane, wypuke, wyodrbnione, jasne, pozocone. 
Od doznanych wzrusze drce i wzajem wspierajce si o siebie, my, dwie kobiety, 
prawie dzieci, szeroko otwartymi oczyma patrzaymy to na w rajski obraz za oknem, to 
na sal napenion wiatem tym, sproszkowanym, migoccym, dymnym i twarzami 
ludzkimi o czoach zbrudonych i zmczonych oczach... 
Poemat i dramat. 
Raj i czyciec. 
Pogoda i burza. 
II 
Kto wiosny owej przesypia cae noce? Kto zna wczesne i spokojne sny? O pnej, 
nocnej godzinie po grobli, ktra wrd dwu rzdw wierzb wznosia si nad dwoma rozogami 
k, pdzi na koniu czowiek szar burk owinity. Ca szybkoci bystrego konia 
pdzi, U koca grobli obszerny dwr okry, na dziedziniec jego jak wicher wpad i konia 
przed gankiem domu osadzi. 
Na ganku szarzao w zmroku kilka postaci mskich i bielao kilka sukien kobiecych. 
Gos jaki zapyta: 
- Kto? 
Jedziec, z konia zaskakujc, odpowiedzia: 
- Posaniec. 
Wszed na ganek i cicho mwi zacz: 
- Partia z Dziatkowicz ku lasom horeckim idzie i na dwie godziny we dworze, z ktrego 
posaniec przybywa, stana. 
Naczelnik partii wzywa najbliej zamieszkujcych czonkw organizacji, aby dla pomwienia 
z nim o rzeczach wanych przybyli. Jak najprdzej, gdy ani minuty duej nad 
dwie godziny partia si tam nie zatrzyma. Kilku takich jak on posacw rozleciao si w 
strony rne, jemu tu pdzi co ko wyskoczy rozkazano. I tak samo powraca z uwiadomieniem, 
czy wezwani przybd. Jest jeszcze kartka do pani... 
Nie skoczy mwi, gdy ju para ludzi, mczyzna i kobieta, ku stajniom przez dziedziniec 
biega. W moim rku szelecia kartka z piciu sowami: 
Przyjedaj take. Jeste potrzebna. Stefania. 
Sub stajenn budzi? Strata czasu. Do powozu konie zakada? Kto by tam teraz myla 
o powozach! 
Kilka minut upyno i ju przed stajni sta ko do linijki zaprzony. 
Nie wiesz, co to linijka? Taka gadka, zwyczajna deska, pomidzy czterema koami 
pooona i suknem obita. Nic wicej. Wskie to, niezmiernie lekkie, dla gospodarzy do 
jedenia po droynach i miedzach polnych... Kobiety rzadko tym jedziy, jednak czasem, 
w takiej postawie, jak jed na koniu. 
Towarzysz mj uj lejce, ja za nim ju siedziaam. 
Trzy wiorsty drogi tylko. Linijka nasza jak strzaa prua powietrze, turkocc po twardej 
grobli, prawie doganiajc pdzcego przed ni na koniu posaca. Noc bya gwiadzista, 
troch wietrzna. Wierzby lekko chwiay si i szemray po obu stronach drogi. 
13 
Wpadlimy na wielki dziedziniec latarniami owietlony, mrowiskiem ludzkim pokryty. 
Latarnie na drzewach, na supach u cian budynkw, i w czerwonawym ich wietle 
mrowisko ludzkie, poruszajce si i gwarne. 
Czamary, bluzy, krtkie sukmany, szerokie pasy, skrzane, wysokie obuwia, czapki jak 
an kwiatw, amarantowe, szafirowe, biae. Na plecach strzelby, u pasw pistolety. Duy 
pk kos, pionowo w dugie trzony oprawionych, sta oparty o cian domu i w wietle latarni 
nad nim wiszcej byszcza jak stalowe soce. Ruch, gwar, szum ludzkich krokw i 
gosw. Nawoywanie, wydzwaniajce imiona i nazwiska, rozmaite rozmowy, tu i wdzie 
wybuchy miechu. W mrocznych gbiach dziedzica, pod gospodarskimi budynkami konie 
r i parskaj, rysuj si mtne sylwetki wozw i ludzi, w pobliu domu, na przestrzeni 
najlepiej owietlonej, pobrzkuj nad dugimi stoami naczynia gliniane i szklane. 
Mnstwo postaci i twarzy; ogromna rozmaito ich zabarwienia i wyrazu. S tu synowie 
domw zamonych, dzieci dostatku i elegancji, z niestartym pitnem ich w poruszeniach 
i odziey. S modzi uczeni, dzieci myli i wiedzy, z niepozbytym ich wiatem na 
czoach i oczach. S wszyscy niemal stranicy lasw o barach szerokich, wzrokach nieco 
ponurych, lecz bystrych, do przebijania gstwin i mrokw nawykych. Jest caa modzie 
zagrd drobnoszlacheckich, rana, miaa, o umiechach atwych i zamaszystych ruchach. 
I jest jeszcze nieco postaci wtych, najmniej wyranych, zdajcych si by cieniami, ktre 
id za tamtymi. Tych, z miasteczek, gdzieniegdzie ze wsi chopskich, z jakich moe drg 
losu obdnych i nieszczliwych, przywiody tu hasa, ktre sennymi duszami wstrzsny, 
nadzieje przyszoci lepszej, ktre czarem spyny na z teraniejszo. 
Kiedy linijka nasza przez tum ten z wolna si przesuwaa, z ganku domu zbiega i naprzeciw 
niej biega wiotka, adna kobieta w biaej sukni, za rce mnie z linijki zeskakujc 
pochwycia, mwic spiesznie: 
- Przyjechaa? To dobrze! Daj zlecenie mnie i tobie, przez nas innym. Chod prdko! 
Weszymy razem do wntrza domu, ktre w porwnaniu z dziedzicem wydawao si 
dziwnie pustym i cichym. 
Sala jadalna owietlona bya, ale pusta. Nikogo niej nie byo. Tylko biae oblicze zegara 
patrzao na ni z wierzchoka czarnej kolumny i u otwartych okien wiatr porusza firankami. 
W przylegym salonie kilku ludzi, przy jednym ze stow siedzc, pgosem rozmawiao. 
Zaraz w progu rzuciy mi si w oczy kruczoczarne wosy Traugutta. Gdymy si 
powoli i troch niemiao zbliay, on wanie mwi: 
- Sam nie chciabym tego, ale jake inaczej szpiegostwo, donosicielstwo ukrci? Prawa 
wojskowe dla postpkw takich zawsze i wszdzie maj kar mierci. Jednak czy zastosowanie 
jej w tym przypadku nie pocignie skdind nastpstw dla sprawy szkodliwych? 
Gospodarz domu, z brwi zmarszczon, odpowiedzia: 
- W okolicznociach, rd jakich si znajdujemy, objaw energii i rzucenie postrachu na 
ywioy nam nieprzyjazne wydaj mi si koniecznymi... 
- A ja - przerwa Orszak - bybym za okazaniem wspaniaomylnoci, ktra moe uj 
nam serca. 
- Ideologia! - sarkn gospodarz domu. - Odwyklimy od energicznych czynw i jak 
mde panienki gotowimy dostawa spazmw na widok kropli krwi. 
- Zdaniem moim - ozwa si kto inny - sam pan naczelnik o, losie czowieka tego 
rozstrzyga powinien. Tylko. Do nas to nie naley. 
- Byoby to piatowym umywaniem rk? - z najsarkastyczniejszym ze swych umiechw 
rzuci gospodarz domu i mwi dalej: 
14 
- Jestemy naturalnymi doradcami naczelnika i co do mnie, w charakterze doradcy, gosuj 
za okazaniem energii, za rzuceniem postrachu, czyli - za mierci szpiega i donosiciela. 
Byli tak bardzo rozmow zajci, e zaledwie teraz nas spostrzegli. 
Po krtkich powitaniach gospodarz domu bez adnej zwoki przedstawi to, czego organizacja 
od nas daa. Byy to zadania majce zwizek z potrzebami ekonomicznymi partii, 
waciwie z pewnymi ich szczegami, ktre teraz dopiero, po jej zgromadzeniu si, na jaw 
wystpi mogy i wystpiy. Trzeba byo usun pewne braki, zadouczyni wikszym, 
ni rachuby poprzednie wskazyway, wymaganiom, zapobiec mogcemu zdarzy si nieprzygotowaniu 
i niedostatkowi. Rzeczy tych drobnych i zarazem do trudnych kobiety 
dokona mogy z wiksz ni mczyni atwoci, z mniejszym niebezpieczestwem. 
Szo nie o jedn ani o dwie kobiety, ale o cay legionik kobiecy, roztropnie i trafnie dobrany. 
Na wzgld ostatni kilka gosw nacisk pooyo. Omyki w wyborze mogy pocign 
z sob nastpstwa nieobliczone. 
Przymiotami legioniku, majcego krzta si po okolicy rozlegej i nad ktr niezawodnie 
po wystpieniu partii nieprzyjaciel stra baczn rozcignie, musiay by: zwinno ruchw, 
ich spokj i ich niejako naturalno. Druga cecha niezbdna: umiejtno ujmowania 
dla roboty swojej serc i chci ludzkich. A trzecie: umiejtno milczenia. I czwarta 
jeszcze: odwaga. 
- I przytomnoci umysu w adnym wypadku nie traci! - z przyjacielskim ku nam umiechem 
doda Orszak. 
Suchaymy szczliwe, przejte, skupione; w piersiach gray nam bohaterskie pieni, a 
po gowach ju przelatyway myli: kto, gdzie, jakim sposobem? Ku mwicym pochylone, 
w sowa ich zasuchane, z ogniami na policzkach, bez adnej o tym wiedzy swojej 
mocno ciskaymy si za rce. 
Wtem usyszaymy gos Traugutta. Spojrzenie jego zza szkie okularw spoczywao na 
nas uwane, przenikliwe, lecz nie surowe; owszem, wewntrznym umiechem rozjanione. 
Do otaczajcych rzek: 
- Paniom tym w zupenoci zaufa mona. A potem do nas: 
- Z ufnoci powierzamy wam te na pozr drobne, lecz w rzeczywistoci wane interesy 
polskiego onierza. 
I tak jak wwczas, po modzieczym i entuzjazmu penym owiadczeniu waciciela 
Dziatkowicz, usta rozkwity mu wieym, szczerymi perowym umiechem. Snad umiechy 
na t twarz surow najacniej wywoa widok modoci, ktra na ksztat wiecy przed 
otarzem palia si przed obliczem ideau pomiennie i prosto. 
Jeszcze kilka zapyta, odpowiedzi, przestrg, uwag i uczuymy, emy tu ju niepotrzebne. 
Pocigaa nas ku sobie wielka sala stoowa. Nie bya ju pusta. Kilkunastu ludzi weszo 
tu z rojnego dziedzica i nietrudno byo odgadn, e znajdowali si pod wpywem wzruszenia, 
moe nawet wzburzenia, ktre na wodzy trzymane, objawiao si jednak w szeptach, 
gestach, wyrazach twarzy. 
Byli tam bliscy znajomi nasi, towarzysze zabaw i zaj, krewni. Uderzya nas zmiana, 
ktra w nich zasza. Wydawali si wzrostem wysi i wyrazem wicej mscy ni przedtem. 
Postawy i poruszenia ich nabray energii i prostoty, oczy staego i silnego blasku. Strzelb 
przy sobie nie mieli; tylko u pasw pobyskiway pochwy kryjce w sobie rn krtk 
bro. 
By tam ze swym rzymskim profilem twarzy i wzrostem wszystkie inne przenoszcym, 
Scypionem czasem zwany, Feliks Jagmin, by Radowicki szafirow konfederatk z fantazj 
u boku trzymajcy, by demokrata w zacity, wiey eks-student Florenty, byli Artur i 
15 
Henryk Ronieccy, synowie ojca, ktry za biaego ogoszony, przez to znielubiony, teraz 
dwch synw mia w partii; may Tarowski, dziwny chopak, biay i rowy jak panienka, 
botanista uczony, a z dobrej woli nauczyciel dzieci chopskich w pobliskim miasteczku; 
dwaj modzi medycy, ktrzy w partii funkcj lekarzy obozowych peni mieli; i inni jeszcze, 
dobrze znani, bliscy... 
Rozmawiali z sob gosami przytumionymi. Mona byo dosysze sowa: 
- To niepodobna! To sta si nie moe. 
- Pjdmy! przedstawmy! powiedzmy zdania nasze! 
- Od tego rozpoczyna? Nigdy! Byoby to dla nas wstydem... 
- Faszywym krokiem wzgldem ludu... 
- Kimkolwiek jest, czowiek ten pochodzi z tutejszego ludu, na tej ziemi si urodzi. 
I wiele innych zda oderwanych, z ktrych niepodobna byo wyrozumie, o co chodzi, 
ale ktre objawiay uczucia zatroskania, obrzydzenia, niepokoju, na wodzy trzymane, powcigane, 
jednak wybiegajce na zewntrz w gestach ramion, w marszczeniach brwi, w 
byskach oczu. 
Zamieniymy z nimi przyjacielskie ucinienia doni i zapytaymy, o co idzie, co stao 
si lub ma si sta. miao mogymy zapytywa. Pomidzy nimi i nami, wobec idei i 
dziaa w imi jej przedsibranych, panowaa rwno zupena. 
Florenty, cay w ogniu, z oczyma zmartwionymi, jedn z nas za rk pochwyci. 
- Chodcie! poka. I opowiem. 
Szymy z nim na dziedziniec. Poszli za nami Artur Roniecki i Marian Tarowski. 
Prdko przez ten dziedziniec przebrn byo teraz niepodobna. Wszdzie gromadki i 
tumiki ludzkie, ruszajce si, rozmawiajce. 
Mnstwo po drodze przywita, krtkich rozmw, prb o dobre yczenie na drog, o 
dobr pami dla odchodzcych w drog. W drog blisk, a jednak dalek i dla wielu bezpowrotn. 
Nieraz oczy zapieky nas od ez, kilka razy spostrzegymy w innych oczach 
szklist ich powok. Ale byy to sekundy, po ktrych wracaa rano gwarna i wesoa, w 
uczuciach wezbranych, w wyobrani rozkoysanej rdo swe majca. 
Raz, gdymy tak szy, witajc i razem egnajc, ciskajc rce ludzi, zamieniajc z nimi 
krtkie sowa, po dziedzicu rozleg si huk przeraliwy. Jakby co ogromnego upado i 
rozbio si na mnstwo szcztkw, jakby mnstwo metalowych ostrzy wzajem o siebie 
uderzyo. Byy to kosy, ktre wskutek nie wiedzie jakiego wypadku zelizny si po 
cianie, o ktr byy oparte, i upadajc sypny w powietrze gar dwikw, tak samo jak 
ich eleca ostrych. Podniesiono je natychmiast i umieszczono na miejscu uprzednim, 
gdzie znowu w wietle latarni rozbysy jak stalowe soca. 
Ale przez wypadek ten, czy moe przez wraenie na niektrych sprawione, wywoany, 
rozleg si w powietrzu zbiorowy wybuch miechu. 
Jednak im wicej wraz z towarzyszami swymi oddalaymy si od domu, tym wicej 
tum ludzki rzednia i tym wyraniej w gwiadzistym zmroku wystpoway przed nami 
ciany budynkw gospodarskich i otaczajce je rozoyste drzewa. Ze sfery wiata i haasu 
weszymy w sfer cienia i wzgldnej ciszy. Na znacznej przestrzeni palio si tu tylko 
kilka latar, w ktrych wietle dostrzec byo mona sylwetki osiodanych koni i w milczeniu 
dokoa nich poruszajcych si niewielu ludzi. Gwiazdy za to wyraniej ni tam 
iskrzyy si na niebie, wiatr szeleci w czarnych drzewach i od traw podnosia si rzewica 
wilgo rosy. 
Prdko obok nas idc Florenty opowiada: 
- Zaledwie wyszlimy z Dziatkowicz, drog nam zabieg chopak wiejski, moe trzynastoletni, 
i cay drcy, przelkniony, do Jagmina, ktry z poow jazdy na czele partii jecha, 
aosnym gosikiem woa zacz: 
16 
- Stjcie, panoczku, stjcie! Zatrzymajcie si, jeeli Boga kochacie! Jagmin konia powstrzyma, 
nam to samo uczyni rozkaza i z sioda pochyli si ku chopcu, ktry mu jak 
zapisan kartk papieru podawa. Rozwin kartk, przeczyta i nam pokaza. Byo to 
ni mniej, ni wicej, tylko oznajmienie posyane do wojska, e wyszlimy z Dziatkowicz, 
ilu nas jest, w jakim udajemy si kierunku. Wszystko wyledzone, wyszpiegowane i donoszone. 
My do chopca: 
- Kto jeste? 
- Suga dziakowy. 
- Gdzie mieszkasz? 
- U dziaka. 
- Dlaczego nie u rodzicw? 
- Nie mam rodzicw, pomarli. 
- Kto ci t kartk da? 
- Dziak. 
Kaza dziecku co tchu z t kartk do miasteczka biec i oficerom j odda. Widzicie, 
gagan jaki! Nie chopak, ale dziak! Chopaka Jagmin na konia podnis, przed sob na 
siodle posadzi i zapytuje: 
- Czy wiesz, co w tej kartce napisane? 
- Wiem - odpowiada. 
Sysza, jak dziak onie swojej czyta. 
- Dlaczego nam j odda? 
Tu dzieciak rozpaka si, zmczyy go ju pytania, czy czego zlk si, Jagmin po 
wosach go pogadzi, w gow pocaowa i znowu: 
- Dlaczego nam j odda? Nie bj si niczego. Dobrze uczyni i dzikujemy ci za to, 
ale dlaczego? 
Spuci kudat bin i tak cicho, e ledwiemy dosysze mogli: 
- Jak zobaczy was, to poaowa... Pki nie widzia, to lecia tam, gdzie dziak kaza, a 
jak zobaczy, to poaowa, bo... bo... dziak przed on swoj mwi, e oni was wszystkich 
jak kaczki wystrzelaj... 
- Mia po trochu racj dziak! W czystym polu i niespodziewanie. Ale co o tym dziecku 
chopskim mylicie? Jakie serce zote? Jaka natura tkliwa!? 
- Jeeli nie kama! - flegmatycznie odezwa si idcy za nami Artur Roniecki. 
Florenty oburzy si. 
- e chopskie dziecko, to ju zaraz kama miao! Wstyd si, Arturze! 
Tamten, z jednostajn wci flegm, odpowiedzia: 
- Nie dlatego, e chopskie, ale dlatego, e ludzkie dziecko, a temu, co mwi dzieci 
ludzkie w ogle, nie dowierza trzeba... 
- Take filozofia! A sam caowae chopca, a mlaskao... - Sentyment we mnie obu
dzi... 
- W nas wszystkich. 
Odebra go od Jagmina emirski, od emirskiego tu obecny filozof, od filozofa ja go w 
obroty wziem, ode mnie kto inny. Dziw, emy go na mier nie zacaowali. Omieli 
si, prawie rozswawoli, mia si zacz i rnych czci odziey naszej dotyka: 
- Jakie u was czapki adne! A jakie pasy! A strzelby, a jej! Wecie mnie z sob... 
strzelb dajcie... 
Rozkosz nie malec! Gdyby by cho troch starszy! Ale bben taki! Za wczenie go 
jeszcze na bale z sob bra! 
17 
- Ale c z kartk? 
- Jagmin zawrci konia i z ni do naczelnika, a naczelnik jak z bicza trzs, natychmiast: 
ten, ten, ten, do dziaka niech jad! Rce i nogi mu zwiza, oczy zawiza, tu 
przywie! Marsz! Marsz!. U niego wszystko tak: w trybie rozkazujcym, w tempie 
szybkim. Dziak, bestia, bliziuteko mieszka, wycieczka kwadransa nie trwaa. Wrzeszcza, 
kl, plu, drapa, a pistolety musiay z pochew wyle. To pomogo. No i jest tutaj z 
nami. 
Tu gos mu nieco cich, spowania: 
- Powieszony ma by! 
Zadraymy obie i usyszaymy za sob szczeglny dwik, wychodzcy z ust Ronieckiego, 
jakie przecige: pfuuu! Wygldao to na powstrzyman ch splunicia. 
A obok Ronieckiego idcy may Marian Tarowski szepn: 
- Zy pocztek! Bd co bd... czowiek bezbronny! 
- Cicho, nie mw nic! Moe posysze! 
Stanlimy jak do ziemi przykuci, w milczeniu. 
O kilka krokw przed nami sta pod rozoystym drzewem prosty wz chopski w jednego 
konia zaprzony i w pobliu wo szarzay o drzewo oparte dwie rose postacie 
strujcych nad nim ze strzelbami na plecach powstacw. 
Na wozie wyranie w gwiadzistym zmroku wida byo cienkiego i wysokiego czowieka, 
w dugim, a prawie do stp ubraniu, z rkoma u piersi zwizanymi i ze szmat 
biaego ptna, ktra zasaniaa mu wraz z oczyma znaczn cz twarzy. Gow mia 
okryt tylko gstymi, siwiejcymi wosami, siwiejca rwnie broda opadaa mu na zwizane 
sznurami rce. Sploty sznurw krpujcych nogi ukazyway si spod skraju dugiej 
odziey. 
Jeeli kiedy czowiek ten - jak opowiada Florenty - wrzeszcza, plu, kl, drapa, teraz 
mu to ju przeszo. Teraz ju wiedzia, e znajduje si na samym dnie niedoli, e nic go nie 
uratuje, e lada chwila mierci ohydn zgin musi. mier t widzia moe pod przytwierdzonymi 
do renic powiekami, wiszc i koyszc si na tych samych sznurach, ktrych 
twarde obrcze na nogach i rkach swych uczuwa. Moe tuay si mu po gowie 
przypomnienia rne i z serca wyciskay zy, moe to serce piek ogie nienawici i po 
czonkach rozleway si gryzce strumienie ci; najpewniej miertelny strach krople krwi 
cina mu w sople lodw i wkna nerww sta w nieme od przeraenia struny. 
Cokolwiek czu i myla, by w tej chwili upostaciowaniem tej mki, ktra ju nie ma 
ani gosu, ani sw, ani jkw i tylko jak wiatr niewidzialny ciaem czowieka koysze. Na 
wozie siedzc koysa si nieustannie. Z siwiejcymi wosami na gowie i u piersi, z bia 
chust na twarzy to w ty, to naprzd odgina sw cienk i wysok posta, miarowo, nieustannie, 
w milczeniu kamiennym. Widok za tego miarowego, powolnego, wiecznego 
koysania si daleko wicej, niby to zdziaa mogy krzyki i przeklestwa, patrzcym 
krew w yach zatrzymywa, w pamici ry si na zawsze. 
Nie wszystkim jednak patrzcym. Jeden z tych, ktrzy ze strzelbami na plecach pod 
drzewami stali, odezwa si gosem od miechu nabrzmiaym: 
- Pokony wybija... jak przed ikon! 
Zamieli si obaj. Leni stranicy to byli, chwaty dzielne i chopy uczciwe, lecz z nietknit 
jeszcze w duszach pierwotn si nienawici, zacite i mciwe, z t si, ktra podobno 
w wojnach zapewnia zwycistwo. 
Roniecki z cicha ich upomnia: 
- Nie trzeba mia si z nikogo, kto popad w nieszczcie. 
- Oho! A w jakie nieszczcie szelma ten chcia nas wprowadzi! Mwic to nie miali 
si ju, raczej warczeli. Oko za oko, zb za zb. Zemsta straszliwa, lecz kto na wojn idzie, 
18 
musi j z sob bra, a my i ci najblisi towarzysze nasi szlimy na wojn bez niej... Ju 
nam byo niepodobna duej na mk czowieka tego patrze. 
Wracalimy do domu spiesznie, w milczeniu. Raz tylko towarzyszka moja przemwia: 
- A c stao si z chopcem? Jeeli tam powrci, przeladowa go bd. 
 Ale gdzie tam! Jagmin tu go na koniu swoim przywiz i std zaraz do rodzicw 
odesa, o opiek nad nim proszc. Bdzie mu tam jak w niebie... syn prosi... 
W sali jadalnej, zaraz u drzwi, towarzyszw naszych wymwki i zapytania spotkay: 
- Gdzieecie byli? Czekamy na was! Do naczelnika idziemy, ale bez ciebie, Arturze, 
nie mona. Ty przemwisz... 
- Dlaczego ja? 
- Bo najspokojniejszy, a tu trzeba... 
- Dobrze w garci si trzyma. Macie racj. Potrafi. 
- Idmy wic. Historia rzeczywicie przykra. 
- Tarowski susznie mwi: zy pocztek! 
- Ptlic wisielcz rce brudzi! 
- Bezbronnego zwycia... 
- To jest syn chopski! 
- Jednej z chopami wiary! 
- Obruszymy przeciwko sobie lud! 
- Chodmy! Czas ucieka! 
- Chodmy! 
Do salonu we czterech weszli i przed Trauguttem, ktry wrd kilku czonkw organi
zacji siedzia, w postawach penych uszanowania stanli. Postawy ich byy uszanowania 
pene, ale w oczach, na czoach, na wargach co takiego im drgao, palio si, migotao, e 
wprzd, nim sowo z ust ktregokolwiek wyj mogo, Romuald Traugutt gestem energicznym 
rami ku nim wycign i gow podnoszc rzek: 
- Niech panowie nie mwi. Prosz nie mwi nic. Wiem, o co idzie. Byo to bystre 
przeniknicie tych gw zapalonych i tych niezaprawionych do posuszestwa woli; byo 
to przytomne zapobiegnicie sowu jakiemu, ktre mogo z ust si zerwa, niosc z sob 
konieczno kary i niepodobnego do naprawienia nieszczcia. 
Przez chwil milcza, prosto w twarze ich patrzc, a z tym samym spokojem w gosie, 
ktrego mia pene oczy i postaw, mwi zacz: 
- Idzie o czowieka, ktry dopuci si wzgldem nas szpiegostwa i donosicielstwa. 
Prawo wojskowe ma dla postpkw takich kar mierci. Tym razem jednak, z przyczyn 
mnie wiadomych, uaskawiam tego czowieka. Niech odwieziony bdzie o wiorst kilka od 
domu tego i tam wrd pola pozostawiony. Zasony z oczu ani wizw z rk i ng nie 
zdejmowa. Panowie Jagmin, Radowicki i Roniecki wz z jecem eskortowa bd i natychmiast 
po spenieniu rozkazu mego tu powrc. 
Na zegarek spojrza: 
- Partia wychodzi std za p godziny. 
Trzej wymienieni przez naczelnika modziecy zoyli gbokie ukony i spiesznie dom 
opucili. Czwarty, Florenty, obok nas przechodzc do uszu nam szeptem rzuci: 
- Co za gowa! Z oczu nam awantur wyczyta i sam niby tak postanowi. 
Czy niby, czy istotnie sam tak postanowi, odgadn trudno byo. Dugo siedzia zamy
lony i milczcy. Gospodarz domu pierwszy przerwa milczenie. Czu si widocznie niezadowolonym, 
po ustach mu szpilki ironii biegay. 
- Bdziesz mia, panie naczelniku, robot dug i trudn. 
- Z czym? 
19 
- Z poskramianiem fantazyj naszych, sentymentw naszych, warcholstwa naszego. 
miem zapyta: czy dobrze si stao, e ustpie? Podnis gow Traugutt i twardo odpowiedzia: 
- Nie ustpiem; ostateczn decyzj tylko powziem. Potem agodniej ju nieco doda: 
- Czowiek ten, do godnoci urzdu cerkiewnego podniesiony, jest przecie chopem. 
Modziecy ci mieli suszno. Nie od mordowania chopw zaczyna nam naley. Nie 
ustpiem przed nimi, ale zdanie ich po rozwadze podzieliem. 
Wsta z krzesa. Odbicia wiata w szkach, ktre na oczach mia, iskrzysto od ruchu 
gowy zapony. 
- Ilekro zgodnie z przekonaniem swoim bd mg zapobiec wybuchowi warcholstwa, 
zapobiegn mu; ilekro przekonaniu memu w drodze on stanie, poskromi go. 
Przy ostatnich sowach rka jego ruchem pomimowolnym spada na zawieszone u pasa 
pistolety. 
Trzej jedcy pod ganek domu podjechali, z koni zaskoczyli. 
- Siedzi sobie niedaleko drogi na zagonie - flegmatycznie opowiada Roniecki - i czeka, 
a go kto przechodzcy albo przejedajcy z pt wyzwoli. Zapewne stanie si to niebawem, 
a im pniej si stanie, tym dla nas lepiej bdzie. I jedno tylko mam do zarzucenia 
ekspedycji, to, e jakim sposobem opaska kupidynowa z oczu mu si zsuna i e nas ujrza, 
a ujrzawszy pozna. 
- C z tego wynikn moe? 
- Ano to tylko, e w razie... okolicznoci nieprzyjaznych my na jego miejscu, jak lenik 
Grzegorz si wyraa, zadyndamy! Poszli naczelnikowi oznajmi, e rozkaz jego speniono. 
Latarnie na dziedzicu i gwiazdy na niebie przygasy, wczesny wit wiosenny rozbkitnia 
zaczyna powietrze, gdy Traugutt w otoczeniu cywilnych towarzyszw swych na ga
nek domu wyszed. Zaraz te po dziedzicu rozleg si donony, metaliczny gos jego: 
- W szeregi formuj si! Jazda na ko! 
Spiesznie Radowicki do wodza si zbliy i z uszanowaniem mwi: 
- onierze zapytuj, czy wolno im dzie i pochd rozpocz odpiewaniem hymnu. 
Wdz gow znak potwierdzajcy uczyni, adiutant za z brzegu ganku na cay dziedziniec 
krzykn: 
- piewanie pozwolone! 
Na dziedzicu odbyway si szybkie, milczce ruchy. Dziesitnicy i setnicy piechot w 
szeregi ustawiali, jazda wsiadaa na przyprowadzone od stajen konie. 
Traugutt zawoa: 
- Jagmin z poow jazdy naprzd! 
Przebiega przed gankiem gar jedcw na piknych koniach, z szablami u bokw, 
konfederatkami nas egnajc i u pocztku drogi, ktra z dziedzica wychodzia w pole, jak 
wryta przed szeregami pieszymi stana. Druga, zupenie do tamtej podobna, stal za 
dwoma nieco wyosobnionymi i na siodach nieruchomymi jedcami. Byli nimi wdz partii 
i jego mody adiutant. 
Chwila milczenia, kamiennej ciszy porannej w powietrzu coraz bielszym od szybko 
powstajcego dnia, a na znak dany przez wodza stan w strzemionach mody adiutant i w 
ciche, biae powietrze rzuci okrzyk dwicznego gosu: 
- Naprzd! Marsz! 
Wtedy jak fala, ktra szumnie, lecz powanie pynie, zaczli odjeda, odchodzi. Stpania 
ludzkie i koskie szemray gosem przyciszonego wiatru i nad szumem tym wybuchna 
pie kilkuset piersi mskich. 
20 
Z pieni t szli i jechali powoli, rwno, w porzdku niezmconym, pomidzy dwoma 
rzdami strzelistych topoli, naprzeciw jutrzence, ktra za topolami szlakiem ranym daleki 
skon nieba powleka. 
W byskach sonecznych, ktre na szlaku jutrzenki drga poczy, pyna nuta i 
brzmiay coraz dalsze sowa pieni. 
Ganek domu peen ludzi wezbra silnym biciem serc i szeptem bagalnym: 
- Boe, bogosaw! 
Byli tam tacy, ktrzy ramiona ze splecionymi domi ku oddalajcym si wycigali, i 
tacy, ktrzy oczy zasaniali domi. Orszak w niebo patrza. Z czoa gospodarza domu wynioso 
znikna bez ladu i przewleky si po nim chmury cikich myli, gdy usta, z ktrych 
ironia bez ladu znikna, szeptay: 
- Boe, zmiuj si! 
......................................... 
... Nie pobogosawie, Boe! 
Nie zlitowae si, o, Boe! 
Dlaczego? 
Czy tam, w wiatoci niebieskiej, dowiedz si o tym ci, ktrzy tu yli i pomarli w piekielnej 
ciemnoci? 
III 
Kto wiosny owej spostrzega kwitnce re? Kto sucha pieww sowiczych? 
Dla kwiatw i dla pieni, dla wiosennych marze, zachwytw, spoczynkw nie byo 
czasu, woli, myli, pamici. Lasy pony. 
Z horeckich lasw wylatyway czstsze wieci i rozlatyway si po przestrzeni szerokiej, 
budzc w sercach i gowach gbokie i wierne echa. 
Poczta obywatelska w energicznym rku Wadysawa Orszaka dziaaa nieustannie, 
wic powstacw ze wiatem i ludzi po wiecie rozproszonych pomidzy sob. Czowiek 
ten, ktremu nadaremna tsknota do wysokiego ycia czynu strawia ca rado 
modoci, z radoci teraz rzuci si w to ycie i wraz z garci pomocnikw swoich by 
wszdzie, dowiadywa si o wszystkim, ostrzega, doradza, wiat uwiadamia o tym, co 
dzieje si w gbi lasw, i gb lasw o tym, co czyni i przedsibierze wiat. 
Tym sposobem poznawane, wewntrzne ycie obozu budzio uczucie radoci, nie wolne 
przecie od pewnego uczucia grozy. 
Kdy tam, na otoczonej odwiecznymi drzewami rozlegej polanie lenej odbyway si 
wiczenia wojskowe, nieustanne, pracowite, pilne, majce ochotnikw nieumiejtnych 
przemieni w onierzy sztuki swej wiadomych. Wzbudzao to dla wodza szacunek powszechny 
i przy opowiadaniach o jego cikiej, niezmiernej pracy wzbijajcy si do stopnia 
czci. Ale zarazem panowaa tam karno tak surowa, nawet sroga, e ludzi, dotd 
sprawom wojskowym obcych, zdumieniem przejmowaa. Kto tam - modzieniec zaled
wie dorosy - ju z rozkazu wodza rozstrzelanym zosta. Kto inny by losu takiego bardzo 
bliski. Za brak posuszestwa. A posuszestwo atwe nie byo, nie! Regulamin panowa 
koszarowy czy klasztorny, z niezomnym dla kadej godziny przeznaczeniem, z nieubaganym 
dla kadego czowieka obowizkiem, z karami, ktre u szczytu miay kar mierci 
dla kadego, bez wzgldu na to, czy bogaty by albo ubogi, uczony albo prostak, najmodszy 
albo najstarszy. Wobec sposobu ycia, ywienia si, spoczynkw nocnych, pracy wymaganej 
- zrwnanie si doskonae stanw, umysowoci, przyzwyczaje. Ujcie wszystkich 
woli w elazn obrcz obowizku, przecignicie nad wszystkimi gowami nieugitej 
21 
linii rwnoci. I groby cikiej dla wszystkich, ktrzy by t obrcz przekroczy, nad t lini 
wzbi gowy prbowali. 
Ludziom, do wrae gwatownych, do czynw krwawych, do dni surowo spdzanych 
nie nawykym, jak mdym panienkom sprowadzao to na skr dreszcze przeraenia, ale 
milczeli, czasem mwic tylko: Tak snad trzeba! Niemniej wiedzieli wszyscy, e tam, 
w gbi lasu, obok wroga zewntrznego czai si i grozi ten jeszcze, ktrego czowiek kady 
w samym sobie nosi. 
Siwi ojcowie nisko pochylali zamylone gowy i matki ukradkiem zy z oczu ocieray. 
Po zacisznych ktach domw i w cienistych alejach ogrodw pakiway dziewczta. W 
ksiycowe noce widzie byo mona u okien otwartych klczce postacie z twarzami 
podniesionymi ku osrebrzonemu niebu albo u supw gankowych wyprajce si w powietrzu 
osrebrzone ramiona z zaamanymi domi. Gdy po dugich czuwaniach domy usypiay, 
w ciemnych pokojach odzyway si krtkie krzyki, niewyrane mowy, tskliwe woania. 
To krzyczeli, mwili, woali ludzie picy. 
Lecz w dni biae, na miejscach odkrytych, jawnie i gono nikt nie wyrzeka, nie paka, 
nie buntowa si przeciw niczemu. Duma wstpia w gowy i zabraniaa im jawnej aoci, 
a w piersiach tkwia i ao gasia ta rado tajemniczego pochodzenia, ktra sczy si z 
ofiary przed ukochanym otarzem zabijanej i krew jej przemienia w oliw. 
Zreszt na biadania, pakania, szemrania czasu nie byo. 
wawo i pracowicie po dworach, dworkach, zagrodach wypiekano ciemne chleby, wyrabiano 
biae sery, sporzdzano zasoby ywnoci trwaej, odziey rozmaitej. 
Powozw na drogach prawie wcale wida nie byo, gsto w zamian turkotay wozy i 
wzki, lekkie a pakowne, wyskakiway z nich przed progami niskich domostw kobiety wysmuke 
i biae, wpaday do wietlic, w ktrych znad gospodarskich statkw podnosiy si 
na ich spotkanie postacie kobiece inne nieco, rumiane, tgie, ogorzae, lecz tak samo jak 
tamte jakim socem witecznym czy dusznym rozgrzane i rozpromienione. 
Bywao wtedy w tych wietlicach, czyli pokoikach, izbach, mnstwo gwaru zoonego 
z rozmw, zapyta, opowiada, wzdycha, wykrzykw, pocaunkw. miay si z nas barczyste 
i silne szlachcianki, gdymy obok nich nad statkami gospodarskimi stojc, do 
wsplnej roboty rkawy na szczupych ramionach zawijay; miaymy si ze szlachcianek, 
gdy zapytyway, czy te modzi panowie, co s w partii, na takim ciemnym, cho i 
smacznym chlebie poprzestawa zechc. miaymy si wszystkie razem, ilekro robota 
jaka bardzo si nam udaa albo nie udaa. A gdymy jak dobr nowin bd z lasu 
otrzyman, bd w gazetach wyczytan, przyniosy i opowiedziay, zrazu rado powszechna 
wybuchaa, potem chwiaa si w niepokojach, wtpieniach, a przemieniaa si 
w rozrzewnienie zoone z radoci, niepokojw, wtpie, nadziei i wycigay si ku sobie 
wzajem ramiona wte i silne, biae i ogorzae, spotykay si w pocaunkach usta... Jak 
pierwsi chrzecijanie w Chrystusie kochaymy si w Polsce. 
Zatrzymyway si rwnie wozy i wzki nasze przed niszymi jeszcze ni tamte progami 
siedlisk lenikw, sug dworskich, rnych ludzi maych, teraz dla oczu naszych 
wielkich, dla serc drogich. Zamieszkiway je rodziny przez mw, synw, braci opuszczone. 
Nie mogo by, by ciaom ich chleba, a duszom pociechy brakowao. Dzieci bywao 
tam mnstwo; na odgos naszych wzkw jak na spotkanie dobrej nowiny wylatyway z 
wesoym haasem. Smutne ony umiechami wdzicznymi rozjaniay twarze, a stare matki 
wlepiay w nas renice spowiae, gdy wargi jak usche licie dray i szeleciy szeptem: 
- Daj, Boe! Daj, Boe! 
Potem wozy i wzki nasze, tak przedmiotami rnymi napenione, e a od nich kolorowe 
i pachnce, zwinnie przetaczay si od dworu do dworu coraz dalej, coraz dalej, ku 
Kanaowi Krlewskiemu, za kana... 
22 
Czasem na znak przez Orszaka lub pomocnikw jego dany wszystko zatrzymywao si, 
stawao, suchao: Teraz nie mona! Szpiegi kr! Wojska przechod! Albo: Nie tymi 
drogami! Tamtymi! Tamtymi! Bezpieczniejsze! Zwoki bolay; nie byway te nigdy dugie. 
Zawsze znajdoway si sposoby, jeeli nie te co wprzdy, to inne. I znowu, czasem z 
objazdami dalekimi, przez okolice wpierw nie znane, brzegami k wieccych szkem 
wodnych rozleww, skrajami lasw obrzeajcych bezludne ugory, od dworu do dworu, 
coraz dalej... 
Nieraz w drodze zapaday nad nami gwiadziste lub pochmurne noce, nieraz o sinym 
witaniu mijaymy jakie domostwo niskie, z grzdami jaskrawych kwiatw przed progiem 
i woay na nas stamtd znajome gosy, abymy zatrzymay si, odpoczy... Byway 
cudne wschody soca na niebie, rane od jutrzenek, gdymy, bezsenne i spragnione, piy 
z glinianych kubkw mleko pieniste, nad oblanymi ros grzdami ognistych nasturcyj i 
piwonij. 
I tylko - niestety - wozy i wzki nasze nie zatrzymyway si nigdy przed chatami 
chopskimi. 
Chaty te byy przed nami zamknite - niestety! 
Zamykay je przed nami rnice wiary i mowy, bdy przodkw naszych - niestety! 
niestety! 
I bya to skaa, o ktr rozbia si nawa nasza, na straszliwe morze wypuszczona - niestety! 
Na ktrej pikny agiel nasz rozdar si - niestety! 
Z ktrej po krtkim dniu sonecznym spyna na nas noc ciemna, duszna, zimna, nieprzebyta 
- niestety! 
Zamknita przed nami chata chopska bya to ta skaa - niestety! niestety! niestety! 
Staczali bitwy... 
Rozumiesz, e naocznym wiadkiem ich by nie mogam, a chocia wiele, wiele razy 
suchaam opowiada o nich naocznych wiadkw, zrozumiesz, e dla ich malowania potrzeba 
rki, do czego innego ni moja zaprawionej. 
Do czego zaprawiaa si rka moja, ty wiesz! Na tym wiecie bratobjczym, od zoci 
tym i od krwi czerwonym, zaprawiaa si ona do zdejmowania z nieba wysokich, czystych, 
kojcych bkitw. Szalona bya? To prawda. Lecz nie wymagaj teraz od niej farb 
czerwonych. 
To jednak powiem, e stoczyli kilka pomylnych bitew z wojskami, ktre ich po zarolach, 
cieniach, labiryntach lenych szukay, cigay, tym nowym dla siebie sposobem 
wojowania niecierpliwione, rozjtrzone. 
Tak nieraz kraje inne broniy si od niewoli albo zrzucay z siebie niewol za tarczami 
swoich gr i ska. Mymy grskich zason ani skalnych wierzchokw nie mieli, tylko t 
jedn tarcz zielon, odwieczne gniazdo rodu, z ktrego teraz rd uczyni sobie twierdz, a 
raczej wiele twierdz z osadzonymi w szumicych cianach ich zaogami. 
Drobne liczb musiay by te zaogi, aby przez t drobno wanie posiada lekko, 
atwo przenoszenia si z miejsca na miejsce, rozlatywania si i zlatywania na ksztat ptakw, 
ktre przed myliwcem umykaj, a sposobno pomyln dostrzegszy spadaj na 
niego gromad skrzydlat, dziobat, zawsze rozlecie si i znowu zlecie gotow. 
Drobnymi zaogi te z natury by musiay, ale take i bardzo licznymi. Aby starczy, aby 
skutecznie czoo stawi ogromnemu i w formy regularne uksztatowanemu wojsku, ilo 
ich musiaaby by ogromna, musiaaby powierzchni kraju usia tak gsto, jak gsto 
gwiazdy usiewaj sierpniowe niebo. Bya niewielka, bya za maa. Skurczya j, wzrost jej 
zatamowaa, do stanu poogi szerokiej, zwyciskiej nie dopucia - niestety! - zamknita 
chata chopska. 
23 
W zielonej twierdzy lasw horeckich zaoga okazaa si dzieln i mn. Tygodnie 
upyway, bitwy byy staczane, a ona nie przestawaa trwa, przeciwnie, miaa niebawem 
wzrosn w liczb i si przez poczenie si z inn jej podobn, ktr ze stron niezbyt dalekich 
wid ku niej... 
Jak dzwonek, radosn wie ogaszajcy, zabrzmiao w ustach ludzkich imi: Leliwa. 
Byo to przybrane imi; ukrywao si pod nim inne, nam zreszt wiadome. Bi od imienia 
tego blask piknej sawy, szy przed nim opowieci do legend podobne. Ci i owi mwili, 
szeptali: Gdy si dwaj tacy wodzowie, gdy si dwa takie oddziay pocz... I upatrywali 
w tym poczeniu zawizek narodowego, regularnego wojska albo spodziewali si po nim 
jakiego czynu tak rozgonego, zwycistwa tak potnego, e jak byskawica firmament 
rozwieci, jak prdem elektrycznym ludmi wstrznie i wszystkich do walki pocignie, 
moe nawet chat chopsk przed ni otworzy. 
Takie byy marzenia - ale niechaj nie mwi nikt, e urojenia. Niechaj nikt marze wielkich 
z prnymi urojeniami nie miesza, bo na dnie ich czstokro spoczywa prawda, ktrej 
tylko twarda tocznia zej rzeczywistoci zici si nie daa. Dusza ludzka, do wielkoci 
stworzona, o niej w roztsknieniu ni. Sny nie sprawdzaj si, lecz w nich jest prawda, nie 
w wichrach, ktre kurzawy marne z ziemi podnosz, z nich dla niej mogi usypuj. Otworzy 
si kiedy mogia i wyjdzie z niej zwyciska prawda snw wielkich... 
Gromadziy si naprzeciw zaodze twierdzy horeckiej wojska liczne. 
Dlaczego a tak liczne, przyczyn byo wiele. Wytrzymao jej i trwao zadziwiay, 
budzc bdne przypuszczenia o jej liczbie i zasobach; zwycistwa przez ni odnoszone 
upokarzay, gnieway, jtrzyy. Trzeba raz z tym skoczy. Pochd Leliwy przez lasy i 
moczary, powolny i skryty, zupenie tajemnym jednak ani cel jego nie znanym zosta nie 
mg. Niedobrze w zamian znana, cieniami lasw, pustkowiem moczarw okryta bya oddziau 
tego sia. Gbokie lasy, bezludne pustkowia, drogi tylko przez klucze wdrownych 
ptakw wykrelane tajemnic dobrze strzeg, a w kadej tajemnicy tkwi ziarnko grozy i narzdziem 
optycznym najwicej powikszajcym przedmioty jest ich tajemniczo. Trzeba 
tedy przeszkodzi zlaniu si dwch oddziaw, ktre gdy si dokona, przedstawi niewiadom 
siy i celw najbliszych. Na koniec, nie byo takiego argusowego oka, ktre by w 
kadym dniu i o kadej godzinie wiedzie mogo, czy ju nie dokonao si, wczoraj moe, 
ubiegej nocy moe, przed godzin moe... A jeeli si to ju stao? Przeciw cyfrze niewiadomej 
wystpowa musiaa cyfra wielka... Takie byy przyczyny, dla ktrych przeciw zaodze 
twierdzy horeckiej wyprawi musiano ilo wojska w stosunku do jej iloci wielk. 
O tym, e tak by miao, wiedzielimy i wiedzia obz. Nie darmo Orszak i pomocnicy 
jego pracowali. Niewiadomym tylko pozostawa dzie, w ktrym wojska ku lasom horeckim 
przycign. 
Do dnia tego sposobiono si w obozie; do nastpstw jego przysposobi si musiaa organizacja. 
W wypadku kadym przewidywana bya liczba znaczna rannych, a w wypadku rozproszenia 
znaczniejsza jeszcze tych, ktrzy schronienia krtszego lub duszego potrzebowa 
bd. 
Okazaa si konieczno zgromadzenia pewnego zasobu chtnych si ludzkich w jak 
najwikszym pobliu miejsca przyszej i zapewne niedalekiej w czasie walki. 
Dwr z duym, murowanym domem, troch na ruin wygldajcym, zaniedbany, smutny, 
prawie ponury w swych biaych brzozach i prawie czarnych wierkach. Mieszka w 
nim czowiek samotny, od dawna cik niemoc zoony, i panowaa towarzyszca zwykle 
niemocy i samotnoci cisza. 
Lecz w tym momencie ani cika niemoc, ani orszak jej, z odosobnienia i smutku zoony, 
przeszkod by nie mogy. Przeciwnie, odosobnienie, zaniedbanie, sawa grobu, w 
24 
ktrym przecigle dogorywa czowiek ju prawie umary, dobroczynnie usuway podejrzenie, 
przypuszczenie, e zakra si tu moga jakakolwiek fala wrzcego dokoa potoku. 
Zakrada si jednak i adnym gonym objawem nie zdradzaa swego istnienia. Biae 
brzozy i ciemne wierki zdaway si ocienia grb. 
W pokojach wysokich, od dawna zaniedbanych, wrd sprztw nielicznych i cian 
prawie nagich zwinnie krztay si kobiety, dugie rozmowy staczali mczyni. Pierwsze 
stale tu przebyway; drudzy zjedali si, to rozjedali w sposb najmniej dla oczu i uszu 
ludzkich wyrany. 
Nad stoami wznosiy si stosy sporzdzanych szarpi, banday, rodzaju rnego bielizn 
i odziey; u cian bielay troskliwie usane pociele; gdzie indziej waono, mierzono, przysposabiano 
kuchenne i spiarniane zasoby. 
W noc chmurn i ddyst kto do drzwi prowadzcych na ogrd zapuka. 
 Kto tam? 
Za szklanymi drzwiami staa posta w ciemnoci czarna, lecz gos znajomy wymwi 
imi znane. To jeden z przebywajcych w obozie lekarzy. 
Pieszo przeszed przestrze dzielc obz od kanau, wpaw przeby kana i przyszed 
tu, aby udzieli rozporzdze czy wskazwek tyczcych si przyszych rannych. 
Godzin tylko zabawi i przed wschodem soca z powrotem znajdzie si w obozie. 
Odziey osusza nie bdzie, bo nie warto czyni tego przed powrotnym wkrtce rzuceniem 
si do wody. Wic wod ociekajcy, pijc pospiesznie rozgrzewajcy napj mwi nam, co 
w domu znajdowa si powinno, co czyni, jak sobie w wypadkach rnych radzi, w razie 
gdyby aden z lekarzy obozowych nie stawi si na chwil odpowiedni, Sta si to 
atwo moe, dla tej choby przyczyny, e aden moe ju nie y. I o tym jednak pomyle 
naley, aby nieyjcych czy uwizionych kto yjcy i wolny zastpi. Kogo, skd do zastpstwa 
wezwa? Zaraz te oznajmi, uprzedzi: gdzie, kiedy. 
Przed wschodem soca mody lekarz znowu Kana Krlewski przepywa i ciekami 
lenymi ku obozowi dy, a niewiele pniej, o wczesnym poranku niepozorna bryczka z 
dwiema siedzcymi na niej kobietami przetaczaa si od zaniedbanego dworu do miasteczka 
o mil kilka oddalonego. 
Rowej jutrzenki dnia tego na niebie nie byo, szare chmury wschd soca zasaniay, 
na piaszczystej, nudnej drodze d wiatr silny i biczami zimnego deszczu smaga. W mgle 
deszczowej karowate soniny na tych piaskach wyglday jaowo i ndznie; po obu 
stronach drogi tu i wdzie wysokie dziewanny, cae w kwiecie, przez wiatr miotane, zdaway 
si rozpacza i ocieka tymi zami. Czarne wrony na zarola zlatujc krakay. Na 
sercu lea ciar niewiadomego pochodzenia: moe w smutku natury przeczucie smutku, 
o! jakiego smutku ycia! 
W miasteczku panowa wielki ruch, pomimo e przestraszona ludno mao ukazywaa 
si na mokrych dnia tego uliczkach. Ruch pochodzi od wojska, ktrego liczba znaczna 
tylko co tu przybya, a kiedy odej std miaa, nikt nie wiedzia. Nie zaraz jednak pewno, 
bo oficerowie i onierze roztasowywali si po domostwach; plecy onierskie byy ju bez 
tornistrw, grzbiety koskie bez siode. Szare od deszczu powietrze napeniay czerwone i 
te plamy mundurw, sylwetki zwierzt, wozw, adunkw na wozach, panowa zamt i 
hasa ycia niespokojnego, ktre przystanwszy na chwil, wzdo si but i pewnoci 
swojej nieprzemoonej siy. 
Wrd pstrokacizny wojskowych ubra i natoku miaych ruchw przesuway si, 
przebiegay postacie mieszkacw, pokorne, pieszce, wylke, z twarzami pobladymi; z 
wrzawy grubych gosw wyrzynay si piskliwe krzyki kobiet i pacze niemowlt. 
O poudniu dnia tego przyjecha do nas Orszak i oznajmi: 
- Jutro! 
25 
Dlaczego a jutro, skoro do miejsca tak bliskiego ju nadcignli? Czekaj zapewne na 
nadcignicie innych... 
Przed zmrokiem naczelnik organizacji uda si do obozu dla pomwienia z naczelnikiem 
partii. Prowadzi go przez las, jemu nie znany, wybornie go znajcy stary stolarz 
Antoni, ktry syna mia w partii. Wczoraj tu przyszed z miasteczka, w ktrym warsztat 
swj posiada, z zapytaniem, co tam z naszymi sycha. A teraz mia si pod biaym wsem 
i rce zaciera cieszc si: Chopca mojego zobacz! 
Niewiele przed pnoc powrcili i z twarzy naczelnika organizacji wida byo, e nie 
zadowoli go wynik rozmowy. Z Orszakiem i starym Ronieckim, ktry o pnym wieczorze 
tu przyby, dugo w noc po cichu rozmawiali. Zdaje si, e szo o to, aby Traugutt 
unikn bitwy z si tak przewaajc, przez cofnicie si w cigu nocy dalej, gbiej w lasy, 
ktre czyy si z horeckimi, i e on na to si nie zgodzi. Zdaje si, e przyczyn niezgodzenia 
si byy niedogodnoci gruntu, ktre przypieszonym pochodem przebywa 
wypadaoby, i obawa, aby rozkaz cofania si nie osabi odwagi i ufnoci w siebie wieego 
onierza. 
Noc bya bezsenna i niespokojna. Wiele niepokoju przyczyniaa Czernicka, ona nadlenego, 
ktrej m, strzelec wymienity, i syn dwudziestoletni, jedynak, byli w partii. Gospodyni 
doskonaa, kobieta pracowita i uczciwa, bya nam tu w zajciach naszych bardzo 
uyteczna i lubiymy j, cho po kryjomu umiechaymy si czasem z jej gadatliwoci 
niezrwnanej, gosiku piskliwego i niezwykle wysokiej a cienkiej figury, u ktrej szczytu 
aonie jako stercza z tyu czaszki cieniutki, czarny, spiralnie zwinity warkoczyk. Z t 
Czerniusi nasz, weso zwykle, czynn, ran i a nadto mwn, tej nocy nie wiedzie, 
co si stao. Wstpi w ni jaki duch niepokoju, strachu, tsknoty, nad ktrym nic zapanowa 
nie mogo. I by to duch w gadatliwej kobiecie tej bardzo dziwny, bo jak grb milczcy 
i tylko przymuszajcy j do cigego chodzenia, snucia si dokoa nas, patrzenia w 
twarze nasze maymi, czarnymi oczkami, z ktrych wygldaa jaka niewysowiona i adnym 
sowem nie wyraana mka. Do spoczynku pooy si nie chciaa, je ani mwi z 
nami nie chciaa, robi nic nie moga i tylko z aosnym warkoczykiem swym u szczytu 
dugiej i cienkiej figury, z drobn, t twarz, w mce nieprzemoonej skurczona chodzia 
wci, chodzia, snua si pod cianami, dokoa stow, a za ni chodzi po cianach 
dugi i cienki jej cie. Zatrzymywaa si czasem u otwartych drzwi pokoju, w ktrym mczyni 
rozmawiali, i zdaje si, e podsuchiwaa ich rozmow... Ta przez dugie godziny 
nocne w milczeniu grobowym chodzca wci i chodzca z mk na twarzy posta przypominaa 
nam owego na wozie koyszcego si wci i koyszcego dziaka. Mdlay i bolay 
od jej widoku wszystkie nerwy. 
Dzie wszed soneczny, upalny, duszny, ze szmatami chmur, przewczcymi si pod 
wyiskrzonym niebem. 
W pokoju wysokim prawie pustym kilkanacie osb, kobiet i mczyzn, stao u szczelnie 
pozamykanych okien patrzc przez wielkie, lecz mtne od zaniedbania szyby na przechodzce 
i przejedajce wojsko. 
Przejedao i przechodzio szerok, piaszczyst drog za bram i ogrodzeniem dziedzica 
tak blisko, e mona byo wyranie dostrzega postacie oddzielne, barwy ubra i 
koni. 
Rozoyste gazie drzew rosncych za oknami cz szczegw zasaniay; rozchyla 
je, to znowu czy wiatr do silny i byo to tak, jakby niewidzialne jakie rce rozsuway, 
to zasuway zielone firanki, przed obrazem ruchomym, jaskrawym, byszczcym, przesuwajcym 
si dugo... dugo... 
Szli i jechali, szli i jechali, z krtkimi czasem przerwami wrd oddziaw. Ubranie ich 
w wietle sonecznym iskrzyo si od barw i metalw, bronie byszczay, kroki monotonne 
szumiay, niekiedy gucho grzmiay. 
26 
Sia. Sia liczby i elaza. Sia wielka. Nie setki ju mniejsze lub wiksze, jak wprzdy, 
ale tysice. 
W pokoju panowao milczenie, szmerem oddechw nawet nie mcone, bo przecigajca 
przed oczyma sia kada si na oddechach, tamowaa je i dawia garda. W tym milczeniu 
czyj gos wymwi: 
- Jenera! 
Kilka powozw z wolna toczyo si po piaszczystej drodze. Jeden z nich nalany by jaskraw 
czerwonoci i zawieciy w nim jakie srebrne wosy. Kilka rumianych twarzy 
dokoa tej srebrnej gowy, mnstwo jedcw i koni dokoa powozu od pozacanych brzw 
byszczcego. 
Bya chwila, w ktrej zdawa si mogo, e powz stanie przed bram dworu - i krew 
w yach zastyga. Wysid z powozu, wejd do domu, moe bd szukali tego, czego dom 
ten peny, moe bd zapytywali o to, o czym ustom naszym mwi przed nimi za cen 
ycia niepodobna... 
Ale nie; to tylko w grzskim piasku koa powozu obroty swe zwolniy. Stangret, z ramionami 
w czerwonych rkawach jak struny wypronymi przed piersi w czarny aksamit 
ubran, gwizdn, konie okryte mosidzem byszczcym i brzczcym ruszyy prdzej, 
powz min bram, za nim w otoczeniu jedcw przesun si jeszcze i jeszcze jeden. 
Sztab jeneralski. Za powozami penymi ludzi modych jeszcze, jak na bal wystrojonych, z 
oywieniem gestykulujcych, znowu wojsko piesze, konne, potem jeszcze bryki wojskowe 
na zielono pomalowane, adunkami spitrzone i na koniec proste wozy chopskie, potrzebom 
jakim onierskim suy zapewne majce. Wiele chopskich wozw; powo nimi 
ludzie w szarych siermigach i baranich czapach, nad twarzami ciemnymi, obrosymi, 
obojtnymi, znudzonymi. 
Do jednostajnie przed obu zapanikami zamknitej chaty chopskiej zapukaa sia, ludzi 
tych z niej wyprowadzia i za sob prowadzia. Milczcy Sfinks leniwie i obojtnie cign 
za tysicogowym kolosem, a zbiorowe oblicze jego spod czap baranich zdawao si mwi: 
Musz! i Wszystko mi jedno! 
Na koniec opustoszaa piaszczysta droga i nic ju na niej nie byo oprcz tumanw kurzawy 
tymi strzpami opadajcej na pobliskie drzewa. 
Odstpilimy do okien i usiedlimy, gdzie komu byo najbliej. Nikt nic nie mwi, 
zdaje si, e nikt nikogo i nic dokoa nie spostrzega. Myli w gowach milczay, na sercach 
leay bryy lodu. 
Sucy ukaza si we drzwiach otwartych i dziwnie cichym gosem oznajmi podany 
obiad. Nikt dugo nie czyni najmniejszego poruszenia, a potem kto wsta i przymkn 
drzwi pokoju, w ktrym krztaa si suba i podzwaniay naczynia stoowe. Powszednie 
widoki stay si dla dusz nieznone, powszednie potrzeby w ciaach umilky. Nic, tylko ten 
kolos, ktry tylko co przed oknami przecign, tylko ta sia elazna, ogromna i przed 
oczyma, w uszach jej byski, barwy, brzki, turkoty, ttenty... 
Zupenie niepodobna mi powiedzie, ile czasu upyno do tej chwili, do tej niespodziewanej 
tak rycho chwili, w ktrej za domem, nie w bezporedniej jego bliskoci, ale w 
niewielkim oddaleniu uderzy w powietrze stuk ogromny - i my wszyscy zerwalimy si 
na nogi, z jednym u wszystkich okrzykiem: 
- Strzelaj! 
Potem krtki pomidzy nami zgiek zapyta, zadziwie. 
- Ju! tak rycho? Jak to? gdzie tak blisko? Oni przecie w gbi lasu... a strzay u jego 
brzegw, nad kanaem. 
Porodku przestrzeni dzielcej dwr od kanau wznosio si wzgrze do wysokie, nie 
wiedzie jak wrd paszczyzny tej powstae. Na piaszczystych jego zboczach rosy soniny 
cienkie i rzadkie, krzaki jaowcowe, mchy i czombry. 
27 
Szerokim otworem pozostay za nami drzwi domu, pustk stany pokoje domu; bieglimy 
ku wzgrzu i nie dosiglimy jeszcze wierzchoka, gdy las zahucza potnym, przecigym 
grzmotem. 
Tak, las zagrzmia. Bo gdy z tej strony niedalekiego i nieszerokiego szlaku wody nieprzejrzan 
wstg ludzi i koni rozwijao si wojsko, gdy na rnych punktach powierzchni 
wodnej, bliskich, dalszych, dalekich, wida byo przebywajce wod jego oddziay, strona 
tamta, przeciwna, pusta bya i bezludna. Nic tam nie byo krom nierwnego w swej szerokoci 
psu ki nadbrzenej i za ni, pogitej w zagbienia i wypukoci, ciemnej ciany 
lasu. 
W ciemnej, nieruchomej, milczcej cianie lasu grzmiao i byskao, po czym stawaa 
si ona znowu ciemn, nieruchom, milczc. 
Budzia si w zaczarowanym paacu swoim straszna ba... 
Jaki wrd nas przytumiony gos wymwi: 
- Parti na brzeg lasu przyprowadzi... 
Inny wnet doda: 
- Przeprawy przez kana broni... 
- Nie, nie! Tego dokaza by nie potrafi i wie o tym. onierza swego na duchu podnosi!... 
Naczelnik organizacji do Orszaka, Ronieckiego i innych starszych rzek: 
- Oznajmia, e bitw przyjmuje... 
Jeeli w sowach tych bya ironia, to na wskro przejmowa j bl. 
Wielkie masy zbrojne wobec niespodzianki, ktra je zaskoczya, spokojne byy i milczce. 
Poruszay si z powolnoci rzeczy cikich, ktre utrzymywane s przez doskonae 
karby na liniach staych i prostych. adna drobina nie odrywaa si lunie od tej potnej 
caoci, aden zamt nie objawia si w elaznym tym porzdku. Liczne i z oddala czarne 
jej oddziay na wielu jednoczenie punktach przebyway wod i przebywszy j okryway 
szlak nadbrzenej ki. 
A las na to wyadowywanie si u stp jego siy najeonej elaznymi ostrzami patrza 
przez do dugie chwile w milczeniach kamiennych i zdawa si mogo, e w nim nic nie 
istniao krom drzemicej w zakltym paacu bani, a znowu nagle co na zielonym jego 
podou zrywao si z ogromnym stukiem, ktry ciemne lady swoje tu i wdzie na ce i 
wodzie pozostawia. 
Tu i wdzie na k i wod upadao co, co z oddalenia miao pozr plam drobnych i 
ciemnych. Podnoszono to i skadano na wozy chopskie, u ktrych nie byo ju powonikw. 
Sfinks na odgos grzmotw, rozlegajcych si u brzegu lasu, rozproszy si na gromadki, 
ktre przestrzeni jak najwiksz od tego, co si dziao, ycie wasne odgradza usioway. 
Kilka jego baranich czap zabiego a na nasze wzgrze i zza cienkich sonin wychylao 
oblicze ciemne, wosem zarose, czasem ciekawe, czasem zoliwe, najczciej 
obojtnie mwic: Nie obchodzicie nas ani jedni, ani drudzy i walka wasza nic nas nie 
obchodzi. Wszystko nam jedno! 
Tak na toczce si po grskich wyynach boje Ateczykw z Lacedeittoczykami z 
przyziemnych siedlisk swych spoglda musieli heloci. Jeszcze raz grzmotem przemwi 
las, jeszcze i jeszcze raz, a umilk. 
Zerwaa si bya ba z zielonej pocieli, krzykna i znowu opada w zaklt cisz. Teraz 
w tajemne, gbokie jej pielesze wpyway szumice, byszczce potoki. Na wielu jednoczenie 
punktach wpyway powoli, znikay, a znikny. Za nimi na ostatku wcigny 
w ciemn, uciszon cian wozy z czapami baranimi, i nic ju nie byo. 
Nic ju nie byo prcz bkitnego szlaku wody pomidzy szlakami k zdeptanych, 
chmur, ktre nabrzmiaymi szmatami chodziy po niebie, i wiatru, ktry koysa wierzchy 
28 
cienkich sosen. Mocny zapach podnosi si od rozrzuconych po wzgrzu liliowych plam 
czombru. 
Dugo, bardzo dugo nie dziao si nic wcale. Gromadka ludzi na wzgrzu stojcych i 
siedzcych z rzadka zamieniaa si cichymi sowy. Potrzeby szeptania nie byo. Drobne 
ptaki chyba, z trwogi po jaowcach i sosnach umilke, podsuchiwa by nas mogy. Lecz 
bywaj wzruszenia, ktre niemoc dotykaj gosowe struny, i momenty, w ktrych czowiek, 
na gos Boga oczekujc, swojego podnie nie mie. 
Kto cicho zapyta: 
- A teraz gdzie... gdzie... 
Kto inny podj nie dokoczone pytanie: 
- Gdzie spotkaj si? 
- Kdy... w gbokociach lasu. Ale nie zaraz! nie zaraz! 
- Takiej cikiej masie zbrojnego wojska posuwa si przez lasy gste... 
Umiechy wybiegy na twarze. 
- Nieatwo! 
- onierz nawyky do pl otwartych lasu nienawidzi... 
- Dowdcy go nie znaj... 
- Chopi drogi pokazuj... prowadz... 
Umiechy na twarzach pogasy. Serca przewierci bl. O, czasie, roznosicielu pomst 
spadajcych na gowy niewinne, najlepsze! Ale czy ta pomsta i nad gowami mcicieli take 
nie rozwiesi caunu ciemnoci? 
- Suchajcie! suchajcie! Z cichego oa lasu znowu zrywaj si zaklte banie i rozmawia 
z sob zaczynaj! Zamieniaj si grzmotami, dugimi hukami, ktre nastpuj po 
sobie coraz szybciej, coraz dusze i grzmotliwsze. 
Nie wida nic, tylko te dwa grzmoty, toczce si w gbinach lasu, wiat sob napeniaj... 
Nie wida nic; such tylko pracuje, a praca to cika. Krew od niej we wszystkich pulsach 
stuka, jak popieszne uderzenia motw. 
Kto wrd nas z cicha tumaczy: 
- Te monotonne, cikie, jakby zbite w sobie huczenia, to rotowy ogie wojska... a te 
krtsze, sabsze, jakby z mnstwa drobnych i szybko po sobie nastpujcych stukni zoone, 
to ogie naszych... 
- A podwjne, odosobnione stuknicia czy syszycie? taf, taf! - taf, taf! To nie do 
wyuczeni czy niesforni - z dubeltwek! 
Sycha krzyk. Tumny, zgiekliwy krzyk, raczej ogromne krtkie wrzanicie wzbio 
si nad cian lasu, a wnet po nim potoczy si w jego gbi rotowy ogie duszy, potniejszy 
od poprzedzajcych. To wojsko krzykno: hurra! Pchnito do bitwy nowe roty. 
Wtem za nami, obrconymi w stron lasu, gos jaki dononie wymwi: 
- Mdlmy si! 
Obejrzelimy si wszyscy. Za nami, pomidzy dwoma cienkimi pniami sosen staa 
Czernicka. Wysoka i cienka, twarz drobn i t wysoko podnosia ku niebu i wysoko nad 
gow podnosiy si jej ramiona, na ktrych chusta okrywajca plecy rozpinaa si jak dwa 
skrzyda z nici czarnych i tych utkane, przewiecone socem. Zawoaa: 
- Mdlmy si! 
I upada na ziemi, z ramionami nad gow wycignitymi, czoo do mchu suchego 
przyciskajc. Chusta rozoya si po obu jej stronach, jak omdlae skrzyda, i znad mchu 
gos silny, guchym, gbokim stkaniem podszyty, mwi pocz: 
- Chryste, usysz nas! Chryste, wysuchaj nas! Chryste z nieba Boe!... 
29 
W lesie grzmiao nieustannie. 
Kilka osb uklko, inne zostay w postawach stojcych. 
W postawie stojcej zosta naczelnik organizacji i rosy, urodziwy, ze skrzyowanymi u 
piersi ramiony, na tle ndznego drzewa, o ktre si opiera, podobny by do posgu w mylach 
straszliwych skamieniaego. Straszliwe myli rny mu czoo w mnstwo fad i 
zmarszczek, e wydawa si o dziesi lat starszym, nieli by wczoraj. Dalej nieco za nim, 
przez iglast zason gazi wida tylko dwie czaszki siwymi wosami okryte i bardzo ku 
sobie zblione. To Roniecki, biay ojciec dwch miertelnie moe ju tam zaczerwienionych 
synw, i stolarz Antoni. Snad o czym rozmawiaj, z cicha, lecz ywo, bo zza iglastej 
zasony raz w raz ukazuj si rce ich to bielsze, to ciemniejsze, czynic dziwne ruchy 
i gesty. Te rce mwi, al si, trwo, nienawidz... 
W lesie grzmiao nieustannie. 
Tu przy mnie z czoem do sosny przycinitym klczaa siostra Mariana Tarowskiego, 
modziutka Anielka. Rodzestwo to nazwano par adnych dzieci. Podobno adn, zotowos 
dziewczyn pokocha by pikny Jagmin. Teraz zote wosy rozsypay si po dziecinnie 
drobnej jej kibici, profil twarzy zasoniy i wida byo tylko dwie bardzo mae rce 
splecione tak silnie, e a krwi nabiege, przyciskajce pier wt i tak nieruchom, jakby 
oddech jej usta i ycie w niej zastygo. Po opadym igliwiu sosnowym zaszeleciy lekkie 
kroki. To Stefunia, caa blada, sza do rozcignitej na ziemi Czernickiej, przy niej uklka 
i bia rk gadzi pocza jej wosy, spiraln lini warkoczyka aonie z tyu czaszki ku 
grze sterczce. Zdaje si, e szeptaa nad jej gow jakie sowa pokrzepienia czy wspczucia, 
ktre zapewne suchu jej nie dochodziy, bo od ziemi szed wci gos donony, 
guchym stkaniem podszyty: 
- Jezu, soce sprawiedliwoci, zmiuj si nad nami! Jezu, Ojcze przyszego wieku... 
Powany gos Orszaka z wtrem kilku gosw kobiecych odpowiedzia: 
- Zmiuj si nad nami! 
W lesie grzmiao jeszcze. 
Kto kilka razy krzykn przeraliwie, po czym spazmatycznie mia si i szlocha zacz. 
To suca moja, Marylka Jaroszyska, ktrej trzej modzi bracia byli tam. Podnosia 
j z ziemi, obejmowaa, uspokajaa Klementyna Roniecka, wysmuka panna z piknymi 
oczyma i mylcym czoem. Na pomoc im pieszyo kilku mczyzn... 
W lesie grzmiao cigle. 
Klczaam na kobierczyku liliowego czombru i takie kobierczyki, mniejsze, wiksze, 
po zboczu wzgrza zbiegay coraz niej, a na biae piaski, ktre say si daleko, pod 
szlak nadbrzenej ki. Na piaski i na ki, od sosen i wierzb kady si cienie dugie, ukone, 
jak bywa zwykle o zachodach soca. Soce nisko ju stao nad samym lasem, a 
wielka twarz jego, zota, pogodna, patrzaa na nas obojtnie i spokojnie, tak jak wtedy w 
zegar znad czarnej kolumny, jak czas, wiekuista i w wiekuistoci swojej niewzruszona. 
W lesie grzmiao jeszcze. 
......................................... 
Zmrok zapada. Nie byo ju nad lasem soca. Wiatr spdzi spod nieba chmury i 
ucich. Na niebie wystpio troch tylko gwiazd bladych, jak w porach peni ksiycowych 
bywa zwykle. 
W lesie ustay grzmoty, lecz nie uczynio si w nim zupenie cicho. Po gbiach jego 
bliszych, dalszych, dalekich, szy i rozchodziy si gone, to cichsze, to zaledwie echowe 
pogosy nawoywania, hukania. 
 Heej-haaaa! Hoo-hooj!  woaa tam ba zaklta, ktra dzi w sen i milczenie zakl 
si nie moga. 
30 
Tu i wdzie, dalej, bliej, jakby kto kogo ciga, jakby kto kogo do cigania nagli. I 
wrd woa tych tajemniczych, przecigych, echowych, kiedy niekiedy gromkie, krtkie, 
podwjne wystrzay: taf-taf! taf-taf! 
Co wystrzay te znaczyy - nikt nie wiedzia. Co woania owe znaczyy - nikt nie wiedzia. 
Nagle rozebrzmia w lesie taki sam jak par razy ju przedtem krzyk gromowy, zbiorowy, 
raczej wstrznicie. To onierskie, wielotysiczne: hurra! 
Potem znowu takie same jak wprzdy woania, tylko coraz dalsze, i takie same jak 
wprzdy stuki dubeltowe: taf-taf! taf-taf! tylko coraz rzadsze... 
Wosy na gowach powstaway. 
Zza dalekiego skrtu lasu ukazywa si pocz czerwony ksiyc w peni. Godzina musiaa 
by ju pna: musiaa by nocna, gdy ksiyc w tej porze wschodzi okoo pnocy. 
Po wodzie, po piaskach, po wzgrzu rozlao si czerwonawe pwiato. Las ucich zupenie. 
Co si tam dziao? co si tam dzieje? Niepodobna byo ani dojrze, ani dosysze std 
rzucania si cia ludzkich na wody kanau; ku wodom tym przecie zwraca si z nateniem 
nasz wzrok i such. 
Ksiyc wyrasta nad lasem, a stan nad nim okrgy, ogromny, czerwony. 
W ciszy, kdy u skonu wzgrza co zaszemrao pomidzy sosnami, niezrozumiale 
zrazu, potem wyraniej: 
 Mamo! Mamo! 
Szmer to by, szept, raczej powiew smutny, jednak usyszaa go Czernicka i z krzykiem: 
Stasiek! porwaa si spomidzy sosen. Jak cie wysoki i cienki, ze skrzydem rozwianej 
chusty za plecami, w czerwonym wietle zlatywaa ze wzgrza i zlatywa z ni razem gos 
jej zdyszany, woajcy: 
 Stasiek! A ojciec? Jezu, Boe mocny! Co si stao... Ojciec gdzie? Jezu, przez mk 
i krwawy pot Twj! Ty yjesz, Stasiek! A ojciec! Co stao si?... Mw... 
Ale wysmuky i bardzo blady wyrostek, w szerokim pasie na zmoczonej odziey, mwi 
nie mg. Rk podnis do szyi owinitej szmat od krwi czerwon, zachwia si i w 
ramiona matki upad... 
Od kanau ukazywa si zaczy na ce i piaskach cienie ku nam dce, z oddalenia 
drobne, w czerwonawym wietle czarne cienie ludzkie... 
......................................... 
...Jezu, soce sprawiedliwoci. Ojcze przyszego wieku, kiedy wiek Twj i sprawiedliwo 
nad wiatem wzejd? 
31 
OFICER 
(. 1863) 
W pewien wieczr zimowy, dugi i samotny, rzeka do mnie dawna bliska znajoma 
moja: 
- Dobrze; yczenie twoje speni. Opowiada ci bd o tych dziejach dawnych, widzianych, 
syszanych, odczutych, przeytych, na dnie pamici i na dnie serca wiecznie yjcych. 
Strumie czasu po nich pyn i pod wartkimi jego falami blady niekiedy ich obrazy, 
lecz nie znikay nigdy; dzi powstaj ttnice pulsem chwili, ktra je zrodzia, rozlegajce 
si krzykami tragedii, pomalowane barwami poezji tak gbokiej, jak gbok bya ta otcha 
ofiar i mk... 
Dobrze; ja tobie w ciszy i zamkniciu cian samotnych opowiada bd dzieje te i pokazywa 
postacie, ktre je stworzyy, a ty szeroko rozemknij ciany i dzieje powtrz, a postacie 
poka szerokiemu wiatu. 
Chwila sposobna nadesza. Chwila potrzeby nadesza. Niech serca ostygajce dla ojczyzny 
przybli si do tego ula, ktry niegdy spad by na jej drog, niech odetchn woni 
jego, piekc i gorzk. 
To wo samego miszu drzewa spalonego na ofiarnym stosie. Kto j w puca swe 
wciga, tego oczy napeni si zami i serce uderzy mocno, a w tych zach i w tym uderzeniu 
wskrzenie Mio. 
Nie dla potgi elaza i zota Mio, ani dla rozkoszy pychy, ani dla triumfalnego woania 
na wiat cay: Ja! Ja! Ja! gdy drudzy grzzn w pogardzie i nieszczciu. 
Inna Mio. 
Ta, ktrej zakochane oczy obejmuj ziemi ojczyst, jak nad wszystko w wiecie rodzesze, 
milsze oblicze matki; 
ktrej przywizane oczy wpatruj si w nard ojczysty, jak w nad wszystkie inne blisze, 
milsze grono rodzonych braci; 
ktrej wierne oczy towarzysz braciom na drogach cnt, nad ktrymi rozpalaj pochodnie 
radoci; 
ktrej uwielbiajce oczy wznosz si ku dwom wielkim gniazdom, roszcym imiona 
Sprawiedliwo i Wolno; 
ktrej mdre oczy dostrzegaj, e bez wiata tych dwch gwiazd ciemna musi by ziemia 
i nieszczliwymi musz by jej narody. 
Opowiada ci bd o ludziach, ktrzy mieli w sobie mio z takimi oczyma i dlatego 
byli miszem swojego ojczystego drzewa. 
Dlatego rwnie zgorzeli na ofiarnym stosie. 
Opowiada ci o tym bd w ciszy i zamkniciu cian samotnych, a ty szeroko rozemknij 
ciany i do tych, ktrzy zaprzeczaj istnieniu w narodzie swym mioci ku wielkim gwiazdom, 
krzyknij, e kami! 
I poka im tych, ktrzy z mioci dla wielkich gwiazd ginli wtedy, gdy na przestrzeni 
rozlegej, ogromnej, nikt jeszcze samych imion ich z mioci wymawia nie umia lub nie 
chcia. 
32 
Oni mio t wzili razem ze krwi poprzednikw swoich i razem ze swoj krwi 
przelali j w swych nastpcw. Wic byli i s w narodzie naszym czciciele gwiazd. 
Wwczas penym ich by nasz kraj, ja spomidzy nich gar jedn tylko znaam. O niej 
tobie opowiada i j pokazywa bd. 
Lecz nie z porzdku, nie z kolei, nie wedug dostojestw, nie wedug dat. 
Co powiew chwili do pamici przyniesie, co wyobrania najwyraniej wymaluje, co 
wyszepcze do ucha ten gos tajemniczy, ktry skdci, z niepojtych gbin czy wyyn, 
myli i sowa nam dyktuje... 
I 
Dwr to by stary, ze starym, duym, niskim, biaym domem, ze starym, wielkim, cienistym 
ogrodem, z dziedzicem rozlegym, zasadzonym drzewami, krzewami, kwiatami. 
Dwr to by poleski, wic dookoa i z bliska otaczay go stare, gbokie i wysokie lasy. 
Od tego dworu niedaleko bkitnia na zielonych kach pas wody, niegdy tu dla celw 
handlowych wykopany, i niewiele dni mino, odkd partia powstacza pod wodz Romualda 
Traugutta przebya ten Kana Krlewski i pogrya si w gbokoci tych starych, 
wysokich lasw. W pochodzie swym, dla wytchnienia i posiku zatrzymaa si bya w tym 
dworze, a wkrtce potem, o sinym brzasku jednego z pierwszych dni czerwcowych mieszkacy 
dworu zbudzeni zostali nadpywajcym ku domowi szumem gosw ludzkich, z ttentu 
kopyt koskich, z turkotu wozw zoonym. Wojsko nadchodzio. Miao zapewne w 
lad za parti pogry si w gbie ciemnego lasu, lecz przedtem jeszcze zatrzyma si w 
tym miejscu, ktre tamtej posiku i odpoczynku udzielio. 
Nie wszyscy jednak we dworze spali, bo zanim czarny w brzasku porannym sznur ludzi 
i koni ku bramie dziedzica si zbliy, dwaj modzi mczyni z domu wybiegli i bardzo 
spiesznie skierowali si ku miejscu, gdzie u sztachet otaczajcych dziedziniec sta osiodany 
ko. Biegnc, zamieniali si krtkimi sowy. 
- Czy wielu ich jest? 
- Niewielu! Rota piechoty, secina lub dwie Kozakw. 
- Widziae dobrze? 
- Oho! Z tego dachu i przez lunet mona by prawie ich przeliczy... Byy to wic czaty, 
z lunet na najwyszym z dachw dworu czuwajce. Sprawia je modzieniec dwudziestokilkoletni, 
niewysoki, lecz silnie i zgrabnie zbudowany, w ruchach i mowie niezwykle 
ywy. Drugi rwnie mody, ale wtlejszy i powolniejszy, by wacicielem tego dworu. 
Obaj nie znajdowali si tam w ciemnych gbiach lasu dlatego, e obecno ich tu wanie 
bya potrzebn. 
U samego ju osiodanego konia dopada ich moda dziewczyna, zaledwie w bielizny 
poranne ubrana, z rozrzucon na plecach gstwin dugich wosw. 
- Olesiu! - krzykna. - Tylko ostronym bd! Prosz ci... w rce im nie wpadnij! 
Chopak z nog w strzemieniu zamia si wieo, modzieczo. 
- Cha, cha, cha! Czy mylisz, e jak zajc jednym okiem na koniu spa bd? 
Dziewczyna zamiaa si take. 
- Zmiuj si, otwieraj dobrze oczy i uszy! - W miechu jej i gosie dray zy. Z konia 
ju poda jej rk. 
- Bd zdrowa! Nie lkaj si! Przeniesie mi mj Piorun choby przez piekielne drogi. 
Waciciel domu mwi spiesznie. 
- Najgorsze to, e lasu dobrze nie znasz. Gdy wyjedziesz z obozu, o p wiorsty dwie 
drogi bd... 
- Wiem, wiem! Ju mwie... jedna na prawo, druga na lewo... 
33 
- Pamitaj wzi si na lewo... gstwina tam zaraz bdzie i za ni moczar, ktry okr
ysz... pamitaj, drog na lewo... T, co na prawo... 
- Oni i bd... 
- Niewtpliwie!... 
- Bylebym si nie spni.. 
- Oho! zabawi tu... Wszake rewizja... 
- A, prawda! 
- To potrwa dugo! 
Wypuci konia bocznymi wrotami dziedzica na drog przez drzewa przysonit i bliskim 
kresem dotykajc lasu, a brat i siostra spiesznie zwrcili si ku domowi, ktrego 
drzwi na ganek obszerny wychodzce cicho i szczelnie za nimi si zamkny. 
W tej samej chwili czoo nadchodzcej kolumny wojskowej dotykao ju szerokiej bra-
my dziedzica i nad otaczajcymi go sztachetami wzniosy si w sinych bkitach witania 
czarne ostrza kozackich pik. 
Po niewielu minutach dziedziniec napeni si tumem ludzi, koni i wozw. Z wozw, z 
karabinami na ramionach, zsiadali onierze, gdy wrd szumu krzykw i porusze ludzkich 
dononie rozlegay si rozkazy dowdcw i przed kadym oknem oraz przed kadymi 
drzwiami domu stawa na koniu w wysok pik uzbrojony Kozak. 
Otworzyo si jedno, drugie, trzecie okno domu, wyjrzay przez nie i wnet ukryy si 
gowy kobiece i mskie. Rozwary si cikie, starowieckie drzwi na ganek z czterema 
grubymi supami wychodzce i na czele kilkunastu onierzy uzbrojonych, w obszernej 
sieni przez modego gospodarza spotkani weszli do domu dwaj oficerowie. Rewizja. 
Szukali broni, ku, prochu, ludzi ukrytych, papierw zabronionych, odziey podejrzanej, 
wszelkich ladw i dowodw wspdziaania i wspczucia z tymi, za ktrymi niebawem 
uda si mieli w tajemnicze i nienawistne im gbokoci lene. O wspdziaaniu i wspczuciu 
wtpi nie mogc, szukali ladw ich i dowodw, moe te dla siebie samych jakich 
wskaza i wiate, a nie znajdujc, coraz gbiej, coraz popdliwej rozkopywali, rozkruszali, 
rozorywali dom. Z ust oficerw wypaday zwracane do onierzy rozkazy: 
- Oderwa podog! Rozbi zamek! Porozrywa pokrycie sprztw! Wysypywa ziemi 
z wazonw! Przebi cian, ktra przy uderzeniu wydaje dwik guchy! Wysadzi 
drzwi, od ktrych klucz kdy zagin! 
Stukay moty, rozlegay si i w coraz wiksz wrzaw wzrastay grube gosy, spod 
cikich butw, spod odrywanych posadzek, z rozdzieranych ostrzem paaszy materyj 
wzbijay si pod niskie sufity pokojw krztuszce i te kurzawy, obrazy ze cian paday 
na szcztki sprztw, kto kolb strzelby uderzy w zwierciado, ktre z trzaskiem byszczce 
okruchy po ruinach rozsypywao, kto inny z grubym miechem rozbija dach fortepianowy, 
a roztrzaskiwa si na drzazgi i klawiatura wydawaa pod ciosami przeraliwe 
krzyki i zgrzyty, u okien waliy si na oderwane czci posadzek wysokie oleandry, begonie, 
kalie, pozbawione ziemi, w ktrej wzrastay. Wszystko to sprawiali onierze zrazu w 
milczeniu i tylko rozkazom dwch oficerw posuszni, z coraz goniejszymi wybuchami 
gosw rozjtrzonych albo drwicych, z coraz zamaszystszymi rozmachami ramion, ubranych 
w grube i grubymi byskotkami poyskujce rkawy mundurw. Oprcz tych, ktrzy 
za przywdcami swymi tu weszli, wsuwa si zaczli inni, zrazu wahajcy si i cisi, potem 
coraz goniejsi i mielsi. Tu i wdzie w pewnym oddaleniu od oficerw wybucha poczy 
grube miechy; te i owe usta przeuway przysmaki we wntrzach sprztw znajdowane, 
gdy godne oczy z poyskami chciwoci biegay po ktach i sprztach pokojw upatrujc 
podanych upw. W powietrzu czu byo rozpoczynajc si swawol odactwa. 
Nie poskramiali jej, nie zdawali si jej spostrzega dwaj oficerowie. 
34 
Byli to ludzie zupenie do siebie niepodobni. Setnik kozacki, z wysmuk postaci urodziwego 
modzieca, ze smag cer i kruczymi wosami poudniowca, ruchy mia spokojne 
i usta najczciej milczce, niekiedy tylko pod czarnym wsem umiechnite ironicznie 
lub od znudzenia skrzywione. Ogniste oko jego odrywao si czsto od rozgldanych 
miejsc i przedmiotw, a biego tam, kdy przesuna si suknia kobieca, szczeglniej tam, 
gdzie u boku siwej kobiety w czarnej sukni ukazywaa si pikna, biaa dziewczyna, ze 
zami nieruchomo stojcymi w bkitnych oczach. 
Starszy rang i wiekiem dowdca roty pieszej, ju moe czterdziestoletni, do wysoki, 
ale pleczysty i ciki, o grubych czonkach ciaa i grubej, cho do ksztatnej twarzy, 
blondyn, z czoem bielszym od policzkw ogorzaych i rumianych, objawia w poruszeniach, 
mowie, w wydawanych rozkazach popdliwo tak gniewn i gorliwo tak gon, 
ruchliw, zawzit, e zdaway si go one wprawia w chwilowe obdy. Byy chwile, w 
ktrych wasnymi rkoma wyrywa ze sprztw zamki, rkojeci szabli ostukiwa podogi 
i ciany, biega, miota si, krzycza wydajc coraz nowe i coraz surowsze rozkazy, a siwe 
renice jego, pod rudawymi brwiami, nabieray obdnych niepokojw i poyskw. Czsto 
te, niespokojne te oczy z wyrazem niemych zapyta zatapiay si w obojtnej i niekiedy 
tylko ironicznej lub znudzonej twarzy modszego towarzysza. Zdaway si one wtedy do 
twarzy tej woa: Czy widzisz? Czy spostrzegasz? Patrz! czyni wszystko, czego potrzeba, 
wicej, ni potrzeba, wicej, ni ty czynisz... ja wiemy subie, gorliwy! 
Na dziedzicu rozleg si, a raczej wrd gwaru obozujcego wojska jak grzmot potoczy 
si ogromny wybuch krzykw i miechw. Mody gospodarz domu w okno spojrza i 
zwrci si do oficerw. 
- Panowie - rzek - onierze kufy z wdk z gorzelnianego skadu wytaczaj... 
- Tak szto? - z pogardliwym na mwicego spojrzeniem ostro zapyta kozacki setnik. 
Modzieniec odpowiedzia: 
- Upij si, a ludzie pijani pal i zabijaj... Zastanawiali si chwil w milczeniu, po 
czym z ust Kozaka, z przecigym sykniciem wypado sowo: 
- Pust! 
Ale tym razem na twarzy popdliwego i krzykliwego kapitana ukaza si wyraz wahania 
i niepewnoci. Do ucha prawie rzuci towarzyszowi pytanie: 
 Jak mylicie?... Zabroni? Moe by pocho... tam... 
Palcem poruszy ku stronie, w ktrej za oknami widnia las. 
Kozak z umiechem na czerwonych ustach odrzuci: 
 Pust'! pi-jut! Moodcami stanut! 
Za lasem soce ju wschodzi musiao, bo nad ran wstg jutrzenki wystrzelio na 
pogodne niebo kilka smug zotego wiata. Rewizja domu bya skoczona; pozostawa 
ogrd rozlegy, cienisty, w ktrym wicej jeszcze ni w cianach domu rzeczy i ludzi 
ukrywa si mogo. Oficerowie ze znaczn liczb onierzy obu broni udali si do ogrodu; 
w pokojach domu zapanowaa swawola. 
Z krzykami i miechami onierze wyprniali wntrze sprztw i naczy, zawarto 
ich ukrywajc w odziey lub wyrzucajc przez okna, z trzaskiem otwierane, na otaczajce 
dom trawy i kwiaty. Teraz prawie wszystkie te grube usta co jady albo piy i wszystkie 
ramiona byy czynne, rozmachane, wzajem ze sob mocujce si, wyprone albo chwytne. 
W tupocie stp cikich rozlegay si trzaski i brzki rzeczy amanych, rozbijanych, 
spomidzy miechw i swawolnych krzykw wybuchay niecne sowa karczemnych przeklestw 
i aja. 
Trwao to do dugo; po czym wntrze domu opustoszao, a w zamian na dziedzicu 
wrza coraz wrzaskliwszy i swobodniejszy gwar. Czu byo, e w mrowicym si tam tumie 
ludzi wizy, zazwyczaj go opasujce, rozlunia si i pka poczynaj, e siy jakie 
wewntrzne, nieposkromione gasz w nim pierwiastek czowieczy, a ze sfory spuszczaj 
35 
zwierzcy. Si tych dwie byo: palcy wntrza klatek piersiowych trunek i budzcy rozjtrzenie 
widok bliskiego lasu. Gdyby to byo pole otwarte, jasne, pospolite, wszystkim widzialne 
i znane! Ale ta ciana tajemnicza, ta zagadka, te nieznane drogi wrd mierci niewidzialnie 
zaczajonej w mrocznym cieniu... w gstwinach dla wzroku nieprzebitych... askotao 
to piersi i rozogniao mzgi zadymione oparami wdki... 
Soce wzeszo zza lasu i stano nad nim tarcz wypogodzon, zot. 
Cz dziedzica zajmowa natok koni osiodanych i zaprzonych do wozw. 
Gdzie indziej pod starymi lipami i topolami bro w kozy zoona tworzya way elaznymi 
ostrzami najeone. Promienie soca wesoo igray na powierzchni bagnetw i figlarnie 
mrugay w oczach karabinowych luf. 
Na trawnikach i na zdobicych je klombach kwiatowych blask soca wybiela do nieystej 
biaoci koszule onierzy, ktrzy, z mundurw rozebrani, mniejszymi lub wikszymi 
tumikami leeli dokoa kotw z warzc si straw i dokoa kuf wysokich, napenionych 
wdk. Koty wybuchay gstymi kbami pary, a kufy woni, ktra gasia w powietrzu 
jaminowe i rezedowe zapachy. 
U stp rozkwitych krzakw jaminowych i ranych tczowymi blaskami iskrzyy si 
szcztki porozbijanych szkie i krysztaw. Mnstwo rk ciemnych nioso ku ustom pene 
trunku naczynia, aby je potem rzuca na podeptane trawy i kwiaty, gdzie, subtelne i wyrzebione, 
rozsypyway si rojami brylantowych iskier. 
Jeziorem wyiskrzonym, zbawanionym, penym gronych pomrukw, nad ktrymi 
wzbijay si swawolne pogwizdy i pokrzyki, zdawa si by ten dziedziniec szeroko rozoony 
przed domem niskim, dugim, biaym, ze wszystkimi drzwiami i oknami szeroko 
rozwartymi i ukazujcymi wntrze zburzone, pene tej kurzawy i nierozpoznawalnych 
form rzeczy zrujnowanych i zbitych. 
Na ganku za... 
O jeden ze supw ganku oparty plecami sta mody gospodarz domu pord onierzy, 
ktrzy trzymali w rkach strzelby z osadzonymi na nich bagnetami. Na warcie tu postawieni, 
otoczyli tego, ku ktremu pchay ich ciemne instynkty, przez moment niebezpieczestwa 
obudzone i wzbudzone. Wypity trunek zaczerwienia ich policzki i rozarza renice 
pod gronie marszczcymi si czoami. Z ust paday sowa grb, przeklestw, natrzsa 
si, aja, coraz goniejsze, grubsze; i wrd coraz zapalczywszych rozmachw 
ramion coraz szybciej poruszay si w rkach bagnety. 
Wysmuky modzieniec sta wrd tej gronej wrzawy nieruchomy, z bezbronnymi ramionami 
skrzyowanymi na wtej piersi, ze wzrokiem wbitym w ziemi. Troch powych 
wosw spado mu na poblade czoo i kropla krwi wystpia na cienk warg wrd mki 
przygryzion. Na mk t skaday si uczucia rozmaite. Oczy gorzay mu spod spuszczonych 
powiek gniewem tym krwawszym, e niemym, bo do milczenia zmuszonym przez 
wasn niemoc i bezbronno. W zamian dwie wci ku niemu przeciskajce si i wci 
przez onierzy odpychane kobiety byy cae trwog, t trwog szalon, ktra oczy rozszerza, 
wszystk krew rzuca do serca, nogi wprawia w drenie. 
Gdy coraz zwao si i zaciemniao otaczajce modzieca koo onierzy i bagnetw, 
siwa kobieta w czarnej sukni z wysikiem nadludzkim przedara si ku synowi i odpychana, 
ramionami obj go nie mogc, roztaczaa je za nim jak drce skrzyda, ktre to opaday, 
grubiaskim pchniciem w d strcane, to podnosiy si znowu, gdy usta targane 
konwulsj postrachu wyszeptyway jedno tylko, wci jedno sowo: - Zmiujcie si! Zmiujcie 
si! Zmiujcie si! 
Nagle przeraliwym gosem krzykna: 
- Zabijaj! 
Bo kilka naraz bagnetw ju ostrzami oparo si o pier i skrzyowane ramiona modzieca. 
36 
Lecz w teje chwili pikna dziewczyna, w biaej, porannej odziey, wysoka i silna, 
przedara si przez las uzbrojonych ramion i obu rkoma chwytajc mordercze bronie, 
usiowaa od piersi brata je usuwa. Nie zdoaaby tego dokona, lecz rozsypay si jej od 
gowy do kolan niedbale przedtem zwinite wosy zote i z szerokich rkaww odziey 
wychyliy si przedramiona jak alabaster biae. 
Kilka grubych gosw mia si i woa zaczo: 
- Ech, krasotka! Bielekaja! Prelest' kakaja! Pagodi! Dostanie si i tobie! Atstupis, a to 
poceuju! 
Wtedy stao si co nadzwyczajnego. Siwa kobieta w czarnej sukni jak ptak zleciaa z 
ganku i leciaa przez dziedziniec ku ogrodowi, z rozpostartymi ramionami, z twarz jak 
chusta bia, z jednostajnym wci, ustawicznym, coraz goniejszym woaniem: 
- Gdzie kapitan? Gdzie kapitan! - Przed tym krzyczcym widmem rozstpoway si lub 
uchylay z drogi gromady pijanych ludzi, a u wejcia do ogrodu przed dwoma nadchodzcymi 
oficerami stano i ze splecionymi u piersi rkoma powtarza zaczo po wiele razy, 
nieskoczenie. 
- Panie kapitanie! Moje dzieci! Moje dzieci! 
Teraz i oni ju z dala dostrzegli. Rozpalone od trunku i wzburzonych namitnoci twarze 
onierzy, ostrza bagnetw ze wszech stron skierowane ku opartemu o sup ganku modziecowi, 
pikna dziewczyna, caa w spltanych zotych wosach, szarpica si w ramionach 
rkawami munduru okrytych... 
Dwaj rni ludzie, dwa rne wraenia. 
Po smagej twarzy kozackiego setnika przeleciay byskawice umiechw swawolnych i 
srogich, czerwone usta niedbale rzuciy do towarzysza sowa. 
- Niczewo siebie barysznia! Stoit ruskago satdata! 
Ale dowdca roty pieszej sw tych nie sysza. Szerokimi ramionami jego wstrzsno 
drgnienie i krew fal gwatown rzucia si mu do bielszego do policzkw czoa. 
- Ech! czort wazmi! Napilis! Nieszczastje budiet!  wykrzykn i z twarz, na ktrej 
gniew walczy z przestrachem, kroku przypieszy. Przypiesza go cigle, a biec zacz, 
biegnc wpad na wschody gankowe i zarycza. Bo ryczenie to byo raczej ni krzyk, 
grzmot to by gosu przecigy i wyrzucajcy z piersi grad wyrazw obelywych i grocych. 
Jedn rk paasz z pochwy do poowy wysuwajc, drug ku dziedzicowi wypra. 
- Precz! precz! precz! do wozw i koni! Gotowa si do odjazdu! Minuta, dwie minuty 
i ganek opustosza. Po twarzy kapitana ciekay strugi potu, ociera je chustk, mruczc 
jeszcze niezrozumiae poajania i przeklestwa. Wzruszenie, ktrego dozna, i wysiek, 
ktrego dokona, musiay by wielkimi. 
Siwa kobieta, kryjca dotd u czarnej swej sukni wzburzon i rozpakan twarz crki, 
zbliya si teraz do czowieka, ktry uratowa ycie i cze jej dzieci. Drca jeszcze i jak 
papier blada szepna: 
 Dzikuj. 
On oburkliwie zamrucza: 
 Nie za czto! nie ss czto! To moja powinno! 
Potem ruchem porywczym zwrci si do modego gospodarza domu i gosem szorstkim, 
ale nie podniesionym, nie gniewnym, mwi zacz: 
 Oj, wy bezumcy! co wy narobili! Ot nieszczcie! Ale sami... sami... sami wy winni... 
bezumcy wy! lepcy! obkacy! 
Wstrzyma si, obejrza za siebie i ujrzawszy stojcego w pobliu setnika Kozakw na 
niego i innych zawoa, aby onierze gotowali si do odjazdu, aby za minut dziesi byli 
na wozach i na koniach, rozkazywa. 
37 
Setnik, niszy rang, podnis rk do czoa, salutowa, lecz w celu spenienia rozkazu 
nie odszed, kobieta za w czarnej sukni, ju nieco uspokojona, znowu do kapitana przemwia: 
- Panie! Uratowa pan dzieci moje... od rzeczy strasznych. Pragn wiedzie, komu 
wdziczno jestem winna... jakie jest pana nazwisko? 
Rzecz dziwna! Sowa te, gosem agodnym i od wzrusze doznanych drcym wymwione, 
jakby czym twardym czy ostrym w kapitana ugodziy. 
Znowu pod suknem munduru zatrzsy si jego szerokie ramiona i znowu fala krwi a 
po brzegi powych wosw zalaa mu czoo. Z ponurym byskiem oczu, szorstko i szybko 
odrzuci: 
- Na czto wam moja famiija? Co wam do tego? 
Setnik kozacki, zamiany sw tych suchajc, mia na adnej, smagej twarzy umiech 
zagadkowy i przez ogniste oczy jego, utkwione w twarzy kapitana, przemkn bysk zjadliwego 
szyderstwa. Potem znowu przed starszym rang towarzyszem stan w wyprostowanej 
postawie, z rk do czoa podniesion. 
- Mam honor donie, e onierze strawy jeszcze nie zjedli i e naley si im... 
- Na konie wsiada! Do wymarszu! Suszat'! - krzykn kapitan i setnik z ganku zawoa: 
- Na ko! Marsz! 
Kapitan na gospodarza domu ani na dwie stojce przy nim kobiety nie spojrza, czapki 
jednak, pospnie w ziemi patrzc, uchyli, cikim krokiem z ganku zszed i na przygotowanego 
mu konia wsiadszy, z wolna pomidzy ruszajcy si tum onierzy wjecha. 
W kilka minut potem dziedziniec by ju pusty. Jeszcze jaki zapniony wz szybko 
pod stajniami przejecha, jeszcze za sztachetami, za budynkami przebiegy jedne, drugie 
strae kozackie z posterunkw zjedajce, jeszcze od oddalajcego si i sznurem na drodze 
wycignitego wojska dochodzi poszum gosw ludzkich, z turkotem wozw i ttentem 
ng koskich zmieszany, ale dziedziniec pusty by i nie byo w nim nikogo oprcz 
zdeptanych muraw, poamanych krzeww i kwiatw, byszczcych okruchw, porozbijanych 
naczy, kau rozlanego trunku i podnoszcych si nad tym wszystkim smrodliwych, 
ohydnych wyzieww. 
Pikna dziewczyna z roztarganymi wosami i nabrzmia od paczu twarz rzucia si 
ku matce, rk na las wskazujc. 
- Mamciu! Ole tam! I oni tam poszli! W rce im wpadnie! zabior... moe zabij!... 
II 
Aleksander Awicz mia lat dwadziecia pi, budow ciaa ksztatn i siln, wyraziste 
rysy twarzy i wrd smagej cery ciemnego blondyna pikne, szafirowe oczy. 
Przed rokiem wrci ze stolicy pastwa, gdzie ukoczy jakie nauki wysze, do swej 
nieduej, lecz adnie pomidzy las i jezioro rzuconej wsi rodzinnej, w ktrej zamieszka. 
W rodzinie i szerokiej okolicy nazywano go wesoym Olesiem. 
Susznie go tak nazywano; bo i teraz nawet, gdy obz powstacw opuci, a w drodze, 
ktr mia przed sob, spotka go mogy niebezpieczestwa powane, na twarzy jego ocienionej 
daszkiem maej czapki malowao si gorce, wezbrane mow obfit i umiechem 
wesoym wybuchn gotowe ycie. 
Rad by, e pomylnie i w por speni woone na niego zadanie; rad by z tego, co widzia 
i sysza w obozie; z upau uczu, ktry rozla si po wiecie i gorcym strumieniem 
wlewa si mu do piersi, z rnorodnych nadziei, ktre w tej piersi wygryway radosne 
hejnay, z tej piknej dziewczyny, ktra dzi o dnia brzasku egnaa go z trwog serdeczn, 
38 
ze swoich lat dwudziestu piciu, z wielkiego koa tworw wieych, wonnych, cichych, 
ktre go otaczao, gdy na swym ulubionym koniu wsk droyn len jecha. 
S natury ludzkie podobne do wd stojcych, ktre wszystko, co je otacza, odbij w postaciach 
sennych, mdych, nudnych, martwych, i takie, w ktrych jak w wartkich potokach 
wiat rozamuje si na tysic wietlistych, barwistych obrazw, na tysic ognisk tryskajcych 
promieniami i tczami. 
On mia natur wartkiego potoku; wiat tysicem czarodziejskich widze odbija si w 
jego silnej modoci i wraliwym sercu, krzeszc w nich wesoo. Widze rozwia i we-
sooci zgasi ycie czasu jeszcze nie miao. 
Las w to letnie przedpoudnie cichy by i chodziy po nim tylko szmery lekkich wiatrw. 
Droyna w dugich zakrtach biega pomidzy leszczynami, spord ktrych ciekawie 
wyglday biae i te oczy kwiatw. O gitkie prty leszczyny i jej chodne licie 
ocieray si boki konia, ktry czasem wesoo parska. Nad leszczynami daleko wzwy i w 
gb wzbijay si iglaste i liciaste drzewa. ywica pachniaa, ptaki szczebiotay pord 
drzew. 
Po gowie jedca przewija si raniec myli, ktrego kady paciorek mia inn barw 
i z coraz innej strony trca o serce. 
Dobrze tam dzieje si w obozie. Zuchy chopcy! jak oni dzielnie te wielkie trudy i niewygody 
znosz, jak nie auj niczego, co porzucili, nie trac zapau i odwagi! Tgo te w 
rku trzyma ich naczelnik! Cige musztry, wiczenia. I - karno! Przecie tam ju dla 
kogo nieposusznego d byli wykopali, i rozstrzelanym mia zosta... tylko mu inni wyprosili 
ycie. Co za czowiek! Jak stal hartowny, a czasem tkliwy jak kobieta. Za sprawne 
przywiezienie wieci dzikowa mu dzi oczyma wicej ni ustami i mona byo wtedy 
przez te oczy zobaczy, e dusza jego stoi w ogniu mki... 
C? nie dziw! Pukownik wojsk regularnych, w rzemiole wojennym uczony, wie zapewne, 
jak bdzie trudno. Partyzantka... No, c robi! Tak krawiec kraje, jak materiau 
staje... 
Tu droyna, ktr jecha, w gszcze zaroli wpada i przepada. Wstrzyma konia, rozejrza 
si dokoa. Las, las i tylko las. A gdzie ten moczar, nad ktry mia przyjecha, aby 
okrywszy go znale si na drodze szerokim i trudnym objazdem prowadzcej ku dworowi. 
Czy tylko po opuszczeniu obozu nie wzi si by na prawo zamiast na lewo? Gow 
mia tak pen tego, co w obozie widzia i sysza, e kto wie, czy nie popeni omyki kapitalnej? 
Trzeba zorientowa si, pomyle... 
Stan na strzemionach, aby dalej wzrokiem sign. Jakie tam w oddaleniu nieduym 
przewietlenie pomidzy drzewami, ktre rozstpuj si przed jak smug tozielon. 
Moe to wanie ta ka botnista... ten moczarek? 
Z wolna, wrd wysokich sosen, po sprystych mchach jecha ku przewietlonemu 
bkitem nieba punktowi lasu i rozwin si w nim znowu raniec myli. 
Gorzka szkoda, e nie jest tam z nimi w obozie i czasem nawet a wstyd. Ale nie jego w 
tym wola. Takim by rozkaz. Troch ludzi modych i oddanych musiao zosta na swobodzie, 
aby partii suy w inny sposb. Ale i na niego pora przyjdzie... Gdy partia przechodzi 
bdzie w okolice inne, wtedy... Czy tylko przechodzi bdzie? Czy dotrwa? Czy si 
nie rozproszy? Naturalnie, e prdzej lub pniej musi rozproszy si, lecz zgromadzi si 
znowu gdzie indziej i wtedy... Ale co dzi bdzie? co dzi si stanie? dzi... za godzin... za 
dwie... Gdy wyjeda z obozu, wrzay tam przygotowania. Poleje si krew... padn trupy... 
czyje? Kto z przyjaci, krewnych, towarzyszy jego doyje jutra? Jaki bdzie wieczr 
dnia dzisiejszego, tego piknego dnia? O, Boe! Ty stwarzasz takie jak dzisiejszy dnie 
pikne, cae bkitne i zote, a ludzie rzucaj na nie czerwone plamy! 
Smutek jak ciki kamie spad mu na serce, w ktrym zakipia niepokj o wynik bliskiej 
bitwy zrazu, a potem o daleki koniec tego wszystkiego... Moda wiara w ostateczne 
39 
zwycistwo sprawy, silna wiara w powinno, ktra, bd co bd, penion by musi, jak 
kolumny zotych domw przez podmuch wiatru targnite, zachwiay si w podmuchu wtpienia, 
ktre ostrzem strasznie bolcym przeszyo serce. 
ycie nad gaszeniem wesooci modzieczej pracowa zaczynao... 
Ale ju przyby tam, dokd pomimo zadumy cigle kierowa konia, i stan u brzegu 
nieduej czki lenej. Nie jest ona tym mokradem, ktre spodziewa si tu znale. Gdzie 
tam! Sucha i kwiecista, iskrzy si od tysicy tych jaskrw, a brzegiem jej biegn biae 
szlaki poziomkowego kwiecia. Wybiega te z niej w gb lasu par droyn wskich i cienistych. 
Ze zniecierpliwieniem doni w czoo si uderzy. Gupstwo stao si kapitalne! le pojecha! 
Od razu pewno po opuszczeniu obozu zmyli drog. 
Rozgniewany na samego siebie zastanawia si, rozglda po horyzoncie. Jedna z dwch 
drg, do lasu z czki wbiegajcych, bardziej od drugiej zwracaa si w kierunku dworu. 
Wybra j i pojecha znowu wskim pasem zielonym, pord gazi drzew, ktre co chwil 
odbijay si mu o pier id gow, smagajc boki jego konia. Rozoyste, pene wielkiego licia 
ramiona grabw, klonw, dbw zarzucay mu przed wzrokiem zasony nieprzeniknione, 
tak e niekiedy o par krokw przed sob nic widzie nie mg. Z dou drogi za to, 
spomidzy traw, ktre j porastay, spomidzy przedzierajcych si przez gazie smug 
sonecznych umiechay si ku niemu poziomki dojrzae, bujne, lnice wilgotnym poyskiem 
jak krople czerwonej rosy. Zapach bi od nich wiey jak poranek, dziki jak ten las. 
Hej, hej, eby tu bya teraz jego Tosia, to by zbieraa te poziomki, to by to bya rado! 
Jak ywa stana mu przed wyobrani dziewczyna kochana, caa w miechu i socu 
chylca si nad poziomkami, i znowu umiech promienny rozla si mu po twarzy. 
Gdyby tak teraz, w morzu zieleni, w tej ciszy i w tej samotnej dziczynie znale si z 
ni razem, we dwoje... bez tego niepokoju, ktry jak wider wkrca si w serce, bo... 
Co tam z ni dzieje si teraz, z nimi wszystkimi, z tym dworem, w ktrym dzieckiem, 
pacholciem, modziecem przey tyle godzin szczliwych? Gdy odjeda, tamci nadjedali. 
Co uczynili? Czeg uczyni nie mogli? W takich jak ten momentach ze sny 
staj si jaw, banie prawd, niepodobiestwa rzeczywistoci. Co si tam dzieje teraz? 
Moe pomienie... moe kajdany... moe trupy... Nie zdarzao si to gdzie indziej... niedaleko, 
niedawno? 
Pochyli nisko twarz i wpad w otcha zadumy drczcej jak zy sen... i Pikny ko 
gniady stpa pod nim z wolna, rwno, cicho po mikkich trawach. Do jedca gaskaa 
go niekiedy po lnicym, zaokrglonym grzbiecie, wtedy parska wesoo, zgrabn gow 
jakby w znak przyjacielskiego porozumienia podnoszc, to opuszczajc, i zna byo, e 
pomidzy tym czowiekiem a tym zwierzciem panowaa zaya przyja... 
Wtem do suchu jedca przedaro si co niewyranego, lecz wyranie obcego lenym 
szmerom i odgosom. Jakby turkot saby, jakby guchy w oddaleniu ttent. Wiatr ani drzewa 
tak nie szumi. Nie by to aden z gosw lasu... Minuta, dwie i umilko to, ustao. Ptaki 
w zamian, nie wiedzie dlaczego, zawiergotay nad wsk drog chrem prawie oguszajcym, 
lecz niepodobna byo zgadn, czy rozweselonym lub strwoonym. 
Zatrzyma konia i pocz wsuchiwa si w cisz. Nic ju w powietrzu nie byo oprcz 
lekkich szmerw wiatru po gstwinach i tego szczebiotu ptactwa, ktry ucisza si poczyna. 
Moe to oni kdy niedaleko std przechodz, przejedaj? Po raz pierwszy uderzya 
mu do gowy myl, e moe si z nimi spotka. Uderzenie to byo zrazu podobnym do 
wrztku, ktry by czowieka od stp do gowy obla. Ale prdko ostyga zaczo. Przypuszczenie 
nie zdawao si bardzo prawdopodobnym, bo las by ogromny i tamta droga 
musiaa znajdowa si std daleko. A jeeli... C? Gdzie drzewa rbi, tam trzaski lec! 
Na wojnie jak na wojnie! Uczyni to, co do niego naleao, i jedno tylko gupstwo popeni, 
40 
drog w lesie zmyli... Ale przecie i ko, majcy cztery nogi, potyka si czasem; c wic 
on, ktry ma jedn tylko gow, i w dodatku a gotujc si od rnych myli i niepokojw! 
Jecha dalej i myla, co w wypadku spotkania uczyni. No, przede wszystkim poprosi 
piknie Pioruna, aeby go, jak na skrzydach wiatru, odnis jak najdalej... jeeli bdzie 
mona, a jeeli nie bdzie mona, to... to powie... c powie? Na polowanie wyjecha... Jak 
to? Bez strzelby i nijakiej broni? Wic na przejadk... niby tak sobie... spaceruje konno 
po lesie, dla przyjemnoci czy, jak mwi stary wuj Klemens, dla mocjonu... 
Umiechn si na wspomnienie o poczciwym wuju, troch te z pomysu konnego dla 
przyjemnoci spacerowania po lesie w tej erze dziejw lasu, ale zaraz ogarno go przykre 
uczucie niesmaku. Kama, zapiera si, wykrtw uywa! Wstrtne! I najlepiej nie myle 
o tym, co si prawdopodobnie nie stanie. 
Koniec droyny, ktr jedzie, ju wida. Dotyka, jak si zdaje, koniec ten jakiej szerokiej 
drogi, ktrej jednak dostrzec niepodobna. I nic wcale o par krokw naprzd wyranie 
dostrzec niepodobna zza tych zason gazistych, co chwil nad droyn opadajcych. 
Znowu odgos jaki, obcy odgosom lasu. Jakby w pobliu powolne stpanie konia, a 
dalej, dalej, jakby poszum przyciszony, ale nie drzew i nie wiatru... 
Hej! le z nami! Tam ludzie s! Ale jacy? Kto? No, c robi? Raz kozie mier! 
Pikny gniadosz szeroko piersi roztrci, rozerwa gsty uplo gitkich gazi grabowych, 
za nimi ukazaa si droga szeroka i jedziec wychylajcy si z wskiej droyny oko 
w oko spotka si z drugim jedcem, ktry nadjecha drog szerok i szybkim, wprawnym 
ruchem konia swego przodem ku niemu obrci. 
Spotkanie to byo tak nage i niespodziewane, e oba konie jak wryte stany i obaj 
jedcy wzajem w sobie zatopili wzroki zmieszane, lecz niemniej przenikliwe i bystre. 
Czowiek pleczysty, na twarzy rumiany, w mundurze oficera rosyjskiego, bystro, podejrzliwie, 
pospnie patrzy spod brwi zjeonych na modzieca, ktry w postawie wyprostowanej, 
siedzc na piknym koniu, zatapia w nim roziskrzone oczy. Dwa rozoyste 
klony wznosiy nad ich gowami gbok arkad z przewietlonego przez soce licia. 
Milczenie trwao krtko: sekundy; po Czym basowy i oburkliwy gos oficera zapyta: 
- Kto wy takoj? 
Z wielkim spokojem mody jedziec imi i nazwisko swoje wymwi. 
- Atkuda? 
Wymieni nazw rodzinnej wsi swojej, niedalekiej std, w ktrej przebywa stale... 
Siwe oczy oficera roztropnym, badawczym spojrzeniem ogarniay go caego, od stp do 
gowy. Nie mg myli si; w zwykym, codziennym ubraniu, bez broni, bez ladw zmczenia 
w powierzchownoci wasnej i konia, na ktrym jecha, nie mg to by powstaniec. 
Wic czeg w okolicznociach... takich wczy si po lesie? Ten jaki dziwny gniew, pospny 
i nieustanny, ktry zdawa si by sta jego cech, wezbra mu w oczach i na twarzy. 
- Czego szlajeties po lesie? Rozum postradalicie, czy nigdycie go nie mieli? Ej, ty, 
Boe mj, kakije bezmozgyje ludi! 
A potem z wybuchem gosu i rozkazujcym gestem ramienia. 
- Ubirajsia k' czortu! Do domu jed! Skorej! skorej! 
Mody jedziec ukonem grzecznym czapki uchyli, po czym konia na t droyn, ktra 
w to miejsce przywioda go, zawrci. 
Oj, ty. Piorunie mj kochany, przeniee ty mi przez piekielne drogi! Bo oto, na szerokiej 
drodze, w pewnym jeszcze oddaleniu, lecz ju bliej ni przedtem ttent koni sycha, 
turkot wozw... 
Posuszny gosowi i dotkniciu pana swego ponis go Piorun po droynie lenej, przez 
zasony gaziste, ktre za nim rozwieray si, to zamykay, i nis coraz prdzej, ale krt
41 
ko... bardzo krtko. Tu, tu w pobliu rozleg si ttent biegncych koni, wrd zieleni licia 
zamigotay czerwone ozdoby ubra i dugie piki zarysoway czarne linie. Kozacy 
przedzierali si przez las ku dostrzeonemu jedcowi, drog mu zajedajc. Na czele ich 
pdzi setnik, wysmuky, zgrabny, pikny w czerwonych pasach ubrania, z czarnymi 
oczyma rozgorzaymi wrd niadej twarzy... 
Jaka suszno tkwia w dwa razy powtrzonym wykrzyku oficera: Skarej! skorej! 
Moe gdy go wydawa, przemkna mu przez gow myl o tamtych jak ptaki chyych. Ale 
ju czasu na popiech nie byo. 
- Stj! stj! - rozlego si i echami rozbiego si po cichym zielonym lesie. Ze wszech 
stron otoczony stan musia. 
Oficer pleczysty i nieco na swym cikim koniu przygarbiony ku najeonej pikami grupie 
jedcw powoli nadjeda. Teraz setnik kozacki zapytywa: 
- Kto wy takoj? 
Czy brzmienie gosu, w ktrym obok srogoci czu byo wzgardliw drwin, czy namitne 
oczy poudniowca, w ktrych byskaa iskra zowroga - co w tym czowieku i co 
w tym pytaniu targno dum pojmanego modzieca i dmuchno na arzc si w nim 
iskr gniewu. Gosem spokojnym, lecz z okiem rozpomienionym odpowiedzia: 
- Jestem czowiek! 
Kozak, z umiechem, dzielc sylaby wyrazw, zaartowa: 
- Cze-a-wiek! nie mapa? Cha-ra--szo! Ale dokd jedziecie? 
- Przed siebie... w wiat. 
- W wiat! Charaszo! Ale skd? 
- Ze wiata. 
Dwa odmienne typy, dwie rasy, dwie rne, lecz rwne sobie modziecze urody. U 
obu wzrastao, coraz gorcej kipiao to, co starzy Latyni wyrazili w przysowiu: homo ho-
mini lupus est. Oczy ich, jak sztyletami pojedynkujce si spojrzeniami, nabieray poyskw 
wilczych. 
- Ze wiata? Nie; nie ze wiata, ale od mia-tie-nikow... od mia-tieni-kow, do ktrych 
jedzilicie z ostrzeeniem... 
Mwi z wolna, dzieli sylaby wyrazw, sowa syczay mu w ustach, ktrych umiech 
urga, wyzywa. 
- Tak - odpowiedzia tamten - to prawda. Byem w obozie powstacw i stamtd jad. 
Sowa te wypady mu z piersi od burzy uczu wzdtej; szafirowe czy, roziskrzone, patrzay 
prosto w stron przeciwnika. 
W teje chwili zbliy si ku niemu dowdca roty pieszej i ze zjeonymi brwiami przemwi: 
- Jestecie aresztowani! Zsidcie z konia! 
Mia na rozkaz ich zsi z konia! O! gdyby bro w rku lub pod rk, toby w nich naprzd... 
potem w siebie... Nie mia broni... i by jecem. 
Kiedy zeskoczywszy z konia gestem poegnalnym kad do na jego szyj, usysza 
sowa powoli i ze wistem z ust kozackiego setnika wychodzce. 
- Cha-raszo! Znacie drog do mia-tie-nikow, to i nam j pokaecie. Usidcie na 
pierwszym wozie i drog pokazujcie! 
Jeniec odwrci si i znowu w twarzy Kozaka wzrok zatopi. Nie wyglda teraz wcale 
na wesoego Olesia. Blady jak ptno, czoo mia zmarszczone i wargi drce. Tymi drcymi, 
zbladymi wargami, gosem od wzburzenia wizncym w gardle wymwi: 
- Zabi mi moecie, ale nie macie prawa ly mi przypuszczeniem, e mog zosta 
zdrajc. 
42 
Czy zudzenie to byo, czy rzeczywicie usysza, e kapitan roty pieszej cicho pod najeonym 
wsem mrukn: 
- Maadiec! 
A na czarne oczy setnika kozackiego z wolna ciemne powieki opady i z ustami, ktrych 
pikna linia wykrzywia si w umiech niby drwicy, niby zmieszany, chyego konia 
swego zawrciwszy, pomkn na nim szerok drog ku nadcigajcym wozom. 
Na t drog wszed rwnie, z konia zsiadszy, pleczysty kapitan i obok jeca, przed 
onierzami, ktrzy dwa konie prowadzili postpujc, wci ku niemu twarz obraca. Nie 
mwi nic, tylko co chwil na niego spoglda, odwraca si i znowu spoglda; brwi i wsy 
jego staway si mniej najeonymi, zarys ust mniej twardym... 
I nie byo wcale zudzeniem to, co spod rudawych wsw cichym pomrukiem wyszo. 
- Ach, bezumcy... miecztatieli... nieszczastnyja ertwy!... 
Doszli do wycignitego na drodze taboru wozw. Kapitan oczyma po wozach powid 
i jeden z nich wskaza jecowi; Siedziao na nim paru onierzy. 
Twarz sw grub i rumian, od upau spotnia, nad jecem pochylajc 
szepn: 
- Osteregajtie! Nie razdraajtie ich... bo... moe by bieda! 
Ostatnie sowa wymwi po polsku. 
III 
Drog do szerok, lecz najeon korzeniami drzew starych, tworzcymi sie grubych 
i twardych garbw, powoli i ciko posuwa si tabor zoony z kilkudziesiciu wozw 
napenionych onierzami. Przed kadym z onierzy stercza na pogotowiu w rkach 
trzymany karabin z wprawionym we bagnetem. Na pierwszym z wozw jechali dwaj 
chopi ponurzy i milczcy; przewodnicy po tym ogromnym, penym drogi droyn, zaroli, 
ciemnoci, labiryncie lenym. Postrach, zapata hojna, moe instynkty jakie nienawistne 
czy zawistne, w momentach burz budzce si jak wichry, umieciy ich na tym przewodniczcym 
wozie. 
Z przodu, z tyu, po bokach jechali Kozacy pikami strcajc z drzew deszcze lici i niekiedy 
wbiegajc do lasu, gdzie kopyta koni ich krzesay z suchych mchw i gazi grady 
krtkich trzaskw, a ozdoby ubra migotay rd zieleni jak biegajce po niej czerwone 
plamy. 
Znad wozw razem z turkotem k gucho i czsto o korzenie drzew stukajcych podnosi 
si przyciszony pogwar gosw ludzkich. Czy przycisza go rozkaz przez dowdc 
wydany lub tumiy pracujce w tych licznych piersiach niepewnoci i grozy tego lasu? 
Trudno wiedzie, ale podobne to byo do gronego i zarazem trwonego pomruku zwierza, 
ktry idzie na up i rozglda si, czy nie zobaczy myliwcw. Myliwcy ukrywa si tu 
mogli za kadym zakrtem drogi, za kad firank zaroli, w kadym z niezliczonych cieniw, 
ktre wrd drzew wysokich stay jak czarne olbrzymy, gdzieniegdzie zotymi 
strzaami od soca przebijane. 
Las nabiera coraz wyszego, cilejszego podszycia i listowia, droga z nieznacznym 
skonem w d opadajca stawaa si wilgotna. Znikna z jej powierzchni garbata sie korzeni, 
ukazay si natomiast wyobienia w rnych kierunkach poczynione przez wody, 
ktre wiosn musiay tu rozlewa si szeroko, a teraz niedobrze jeszcze przez majowe ciepa 
osuszone gdzieniegdzie szkliy si w dugich bruzdach i do gbokich wdoach. 
Wyranym byo zblianie si do gruntw niskich, mokrych, ktre mniej ni inne sprzyjaj 
rolinnoci wzwy bujajcej, lecz za to z hojnoci ogromn udzielaj ycia jej tworom 
niszego wzrostu. Drzewa staway si rzadsze, nisze, ciesze, pokrzywione, skami 
osiade, czerni jak powleczone, natomiast z obu stron drogi powstaway nie ju jak 
43 
gdzie indziej zarola przezroczyste, na wyomy porozrywane, lecz nieprzerwane i gste 
natoki krzakw i karowatych czy niedorosych drzewin. 
Wz przewodniczcy skrci w bok i opuszczajc szerok drog wjecha na grobl wsk, 
z dwu stron gbokimi rowami obrzeon. W rowach staa woda biaawa, zielonaw 
pleni gdzieniegdzie powleczona; za rowami wznosiy si ciany zaroli, u gry w niezliczone 
nierwnoci postrzpione, lecz od dou przedstawiajce powierzchni ciliw, gsto 
z prtw, gazi i niezliczonego listowia zbit i spltan. 
Byy to nieprzejrzane szeregi i tumy leszczyn, malin, kalin, jeyn, maych wierzbin, olszyn 
i osin, bzw dzikich, z, sitowia, olbrzymich ajerw i kosacw, jakich traw wysokich 
i rozczochranych, jakich pasoytnych palcw i wiecw, ktre to wszystko oplatay, 
a z tych powika i upiorw, z caej tej gstwiny linii i ksztatw o tysicznych kierunkach 
i formach, w grze i w dole wychylay si biae baldachy bzw dzikich, liliowe kielichy 
kosacw, tawe gwiazdy jakich rolin bagiennych, mtnoci barwy oznajmiajce 
zbliajce si krlestwo martwych wd i grzskich topielisk. Soce rzucao na te ciany 
zielone i ukwiecone pozot dla oczu przykr i olniewajc, wrd ktrej wski szlak grobli 
przypomina czarnego wa, ktry by na socu wygrzewa pogarbion i gdzieniegdzie 
mtnie poyskujc skr. Mtnymi poyskami wiecia woda stojca w wyobieniach i 
koleinach grobli, 
Gdy wozy tabor skadajce wjechay na grobl, unoszcy si nad nimi pogwar gosw 
umilk i sycha byo tylko nie turkot, ale szum k bardzo powoli przesuwajcych si po 
rozmikym gruncie, czasem klapanie wody pod kopytami koni, czasem na jednym z wozw 
wykrzyk pijany, lecz krtki. Z gw onierzy nie ulotniy si jeszcze cakowicie opary 
wdki w godzinach porannych z kuf owych we dworze wypitej, lecz miejsce, w ktrym 
si znaleli, guchym niepokojem czy niewyranym przeczuciem pozamykao im usta i w 
zamian szeroko pootwierao oczy. 
Kapitan wyjecha na czoo taboru i sycha byo, jak z ponurymi przewodnikami zamienia 
sowa grob brzmice, to znowu w znaki zapyta zagite. Oni odpowiadali: 
- Inaczej jecha nie mona. Innej drogi do nich nie ma. Jest kdy inna, ale jeszcze gorsza 
i... dalsza... 
Na wielkim, cikim koniu, sam ciki i ponury, powraca oficer wzdu taboru i wzrok 
jego upad na siedzcego wrd onierzy modego jeca. Zawrci konia i obok wozu tego 
jecha zacz. 
Wtem stao si co tak przeraliwego jak piorun lub naga mier. We wznoszcych si 
po obu stronach grobli cianach zielonych rozleg si grzmot wystrzaw i wypady z nich 
roje ognistych byskawic. Spomidzy jadcych na czele Kozakw paru spado z koni, pod 
paru innymi konie upady, na wozach te wida byo cikie postacie, walce si na wznak 
i bro z rk wypuszczajce. 
Zasadzka; jeden z najstraszniejszych rodkw przysugujcych wojnom partyzanckim. 
Na wskiej grobli powsta ruch peen zamtu i podniosa si wrzawa pena krzykw. 
onierze zeskakiwali z wozw i bez adu, zarwno jak bez widzialnego celu, strzelali 
do zaroli; przestraszone konie skrcay wozy, ktre stajc w poprzek drogi lub w poowie 
wywracajc si do roww, czyniy niemoliwym jakiekolwiek formowanie si onierzy w 
szeregi lub oddziay; gibcy Kozacy na chyych swych koniach przeskakiwali rowy i usiowali 
wdziera si w gstwiny, ktre stawiay opr i z ktrych co minut nowym grzmotem 
i z nowymi byskawicami wypada rj pociskw; ciaa ludzkie pociskami dosignite 
paday na rozmok ziemi grobli, na koa i brzegi wozw, pod kopyta rozszalaych koni, 
do wody, napeniajcej rowy. Powietrze napenio si wrzaw ludzk i zwierzc, gromami 
i grzmotami strzaw, kbami prochowego dymu. 
Wrd piekielnego tego zgieku i zamtu kapitan z wielk przytomnoci i odwag gosem 
i ruchami usiowa w t dziwn walk wla ducha porzdku i jednoci. Ale potny 
44 
gos jego, wyrzucajcy z szerokiej piersi sowa komendy, zatapia si we wrzawie, a formowane 
przez niego szeregi i oddziay wnet chwiay si i rozpraszay, raone z przodu i z 
tyu, zza obu cian 
zaroli ukrywajcych wroga. Zziajany ko jego za wielki by i za ciki do obracania 
si na przestrzeni wskiej, wrd bezadnego cisku ludzi i rzeczy. Par razy tylne nogi jego 
zelizny si do rowu; par razy stan dbem przed nagle upadajcym trupem koskim 
czy ludzkim. Po twarzy kapitana lay si strugi potu, w oczach wiecia rozpacz, kule 
jak gwidce pszczoy latay dokoa gowy jego i ramion. Jedna rozdara mu rkaw munduru 
i drasn musiaa rami, lecz on nie zdawa si czu tego ani spostrzega; z szybkoci, 
na jak tylko liczne przeszkody pozwalay, pdzi ku garci onierzy, ktra plecami 
odwrciwszy si do pola bitwy, poczynaa biec ku pocztkowi grobli. Zabieg jej drog, 
gosem gromi i baga, ruchami paasza zachca i napdza, a powrcia, aby zwikszy 
na grobli zamt cia i huk wystrzaw, ku niewidzialnym celom kierowanych. 
Cz Kozakw, pod wodz setnika przeskoczywszy rowy, zdoaa przedrze si w zarola 
i sycha tam byo wcieke krzyki, zgszczone strzay, z trzaskiem pkajce pod naporem 
koskich piersi gazie drzewne czy pod koskimi kopytami koci ludzkie. 
Nie trwao to wszystko jeszcze nad wier godziny, a ju wod w rowach stojc i traw 
nad rowami tu i wdzie zabarwiaa krwawa czerwono. 
Aleksander sta na wozie, u ktrego dyszla z szyj ruchem mczeskim wykrcon lea 
zabity ko. Bezbronne rce zaciska okoo jakich sterczcych na wozie przedmiotw i 
cay naprzd podany, wzrok szeroko rozwartych oczu wyta ku ziejcym kulami i 
ogniem zarolom. Zdawa si mogo, e dusza z niego wysza i znajdowaa si po tamtej 
stronie zielonej ciany, pomidzy tymi, ktrych kule lada chwil zada mu mogy mier. 
Nie byo takiej sekundy, w ktrej by nie mg zgin i... myl okropna! - zgin z rk, ktre 
kocha. Czy myl ta przechodzia mu przez gow, dokoa ktrej ze wistem i gwizdem 
przelatyway kule? Czy moe nie mia w gowie adnej wyranej myli oprcz tej jednej, 
palcej, e nie jest, e nie moe by tam... z nimi? Sam nigdy w przyszoci sprawy przed 
sob zda nie mg. Ale co chwila pot zimny oblewa mu czoo i oddech zatrzymywa si 
w piersi w oczekiwaniu czego niewyranego, niepojtego... wyjcia ich moe zza tej ciany, 
ktra ich zasaniaa, skrzyde moe, ktre by jego do nich przez t cian przeniosy, 
mierci moe. Nagle zadra od stp do gowy i trzscymi si wargami krzykn: 
- Apolek! 
Z obkanymi prawie pobyskami oczu wpatrywa si w modzieca, ktry ruchem gibkim 
wypad spomidzy zaroli i u stp ich na jedno kolano przyklkszy, ze strzelb do oka 
przyoon strzela pocz. Zuchway ten rycerzyk, w zapale modzieczym nie do zapewne 
rozkazom wodza posuszny, zapragn moe spotka si oko w oko z tymi, z ktrymi 
walczy, dokona wiele, dokaza wicej od innych. Wyskoczy zza osony, na jedno 
kolano uklk, strzela... karmazynowa konfederatka zsuwaa si mu z ciemnych wosw 
odsaniajc gadkie i ogorzae czoo, oczy nieco zmruone napeniaa uwaga wytona, a 
na usta pod drobnym wsem wystrzeliwa umiech niemal chopicej przekory. Nagle zawoa: 
- Ole! A ty tu skd? 
Dostrzeg stojcego na wozie jeca, lecz natychmiast o nim zapomnia, znowu ze 
strzelb do oka przyoon mierzy, strzela, a staa si z nim rzecz jak piorun szybka i 
miertelna. 
Z zaroli wypad setnik kozacki na koniu, z ktrego uda krew cieka i ktrego ju wspina, 
aby rw z powrotem na grobl przeskoczy, gdy zuchway rycerzyk w karmazynowej 
czapce zmierzy do niego, wystrzeli i - Kozak, w pier kul ugodzony, spad z konia, rozcign 
si u stp zaroli. A w chwil potem tak krtk, e w niej powieka ludzka zaledwie 
45 
mrugn by zdoaa, z grobli na drug stron rowu przeleciaa kula inna i utkwia w czole 
rycerzyka, ktry pad take... 
Wwczas Aleksander uczu na twarzy gorcy oddech konia, a tu przy uchu jego zaszemra 
ciki szept kapitana: 
- Kto eto? Kto eto? 
Sta na koniu blady jak kreda i palcem na zabitego powstaca wskazujc, z obkanymi 
prawie oczyma modego jeca zapytywa: 
- Apolek? Razwie eto Apolek? Apolek? 
- Tak, Apolek. 
Dwie piersi: oficera i jeca, szybko, z guchymi jkami dyszay. 
- Karowickij? 
- Karowicki. 
- Boh mj! - krzykn kapitan i by to krzyk przeraenia, blu, nie wiedzie jeszcze jakiego 
uczucia, ale ktre piersi rozrywao. 
U stp zaroli, u brzegu mtnie poyskujcej wody, leeli niedaleko siebie na zielonej 
trawie rozcignici dwaj urodziwi modziecy, jeden czerwonym, drugi czarnym pasem 
przepasani, jeden z rozdart i skrwawion odzie na piersi, drugi z czarn i sznurek krwi 
sczc plam pord czoa. Gowy ich okryte byy czarnymi i ciemnymi wosy, a czapki 
daleko na zielon traw odrzucone dwoma rnymi odcieniami czerwonoci iskrzyy si w 
sonecznym wietle. I przegldao si iskr nieruchom wiato soneczne w szkle martwych 
ich oczu... 
IV 
Od dnia klski, ktr w lasach poleskich ponis oddzia pieszego i konnego wojska, od 
dnia, w ktrym wsplnie z kilku towarzyszami poleg w bitwie Apolek Karowicki, a 
Aleksander Awicz do wizienia znajdujcego si w miecie najbliszym przez resztk pobitego 
wojska odwieziony zosta, kilka tygodni upyno. 
Na wiecie by ju lipiec upalny i duszny. Na szerokie pola kady si pod cinajcym je 
sierpem obfite zboa i pyny szelesty zotej somy. W rzekach, jeziorach, strumieniach 
lenych i brodach kowych wysychay wody; nad zotymi polami, nad kncymi w 
upale kami, nad lasami stojcymi w kamiennych ciszach, szerokie koa pod wyiskrzonym 
sklepieniem nieba zataczay uczce si lata bociany. 
Trzypitrowy gmach wizienny wznosi si nad niskimi domkami miasteczka, jak 
wszystkie wizienne gmachy ponury, nagi, sczerniay, zamknity. U dou jego, na dziedzicach 
i na pitrach niszych rozlegay si czasem haasy, krzyki, rozmowy, szczki 
broni, lecz okna rzdu najwyszego, pod czerwonymi gzemsami dachu zdaway si przez 
otwory krat elaznych oddycha milczeniem i samotnoci. 
Im wyej, tym samotniej. Nie dochodziy tam z dziedzicw i piter niszych adne 
gosy ludzkie i nie dochodzi may, uliczny gwar miasteczka. Czasem tylko sycha byo 
krtkie rozmowy zmieniajcych si szyldwachw, wlokce si kroki dozorcw lub zgrzyty 
kluczy obracanych w zamkach otwieranych i zamykanych cel. Im wyej, tym pikniej. Z 
tych okien, wysoko wzbitych nad ziemi, wzrok mg dostrzega troch zotego pola, ktre 
miasteczko otaczao, pasek lasu za polem i w poudnie czarne sylwetki bocianw zataczajce 
pod niebieskim bkitem szerokie koa. Bociany z oddala znacznego wydaway si 
bardzo maymi: w zamian wielka zawsze twarz soneczna, co wieczora po skonie nieba 
spywaa za pasek lasu i zapalay si potem nad nim zorze wieczorne. 
46 
Im wyej, tym smutniej. Na skrawek przestrzeni wolnej, na ptaki skrzydlate, na niebo i 
wiato niebieskie patrzc, te wysoko usadzone okna wizienne zdaway si by oczyma 
nalanymi czarnoci nocy. 
Za jednym z tych okien, w izbie wiziennej jak wszystkie wizienne izby ciasnej, niskiej, 
sczerniaej i ponurej, Aleksander Awicz siedzia pod cian na wskim zydlu i czyta. 
Przed niewielu dniami posiad pozwolenie otrzymania z zewntrz kilku ksiek i nie 
wiedzia zupenie, czemu lub komu t ulg w losie swym mia przypisa. 
Bo a do tych dni ostatnich surowo postpowania z nim rwn bya cikoci jego 
przewinienia. Za jego to waciwie spraw wojsko ponioso klsk od ostrzeonych przed 
nim powstacw, czyn ten stwierdzi wasnym wyznaniem, sam w lesie uczynionym i po 
kilkakro ju powtrzonym przed obliczem komisji ledczej. I zachowanie si jego przed 
tym zbiorowym obliczem do agodnoci skania nie mogo. Na mnstwo zadawanych mu 
zapyta nie mia nigdy odpowiedzi adnej oprcz staego potwierdzenia czynu, ktrego 
dokona sam. Nalea do najodporniejszych, najtwardszych. Do najmniej mwnych take, 
bo czu, e gdy raz otworzy usta, wszak znowu jak pomie zagorze moe w uniesieniu 
takim, z jakim setnikowi kozackiemu rzuci swoje wyznanie. 
Znis wiele - i cierpienie przecigno po nim swj rylec i swj pdzel. Schud i spowiao 
mu na twarzy mskie jej przedtem zabarwienie. Na czole wyryy mu swe blade pitno 
dni guche i noce bezsenne, w oczach odbia si tsknota otoczona wspomnieniami i 
ustpujca tylko przed niepokojem penym grobowych widm. Jednak z modzieczych 
tych oczu blask i ogie nie zniky i na poblade usta przypomnienia rzeczy minionych 
sprowadzay niekiedy umiechy, z ktrych lada promie ycia wykrzesa mg dawny 
miech wesoy i pusty. Ale wysubtelnia i wyduchownia. W wyszczuplonym ciele czu 
byo jak spryn, ktra wyprostowywaa je dumnie, i jak pie z nut smtn, lecz 
wzbijajc si wysoko. 
Przez ma, otwart w oknie szybk powia wiatr i z lekka porusza mu zacz na gowie 
ciemnopowe wosy. Jakby rka jaka opucia mu na gow orzewiajc pieszczot, 
jakby co z zewntrz na niego zawoao. Ksika wypada mu z rki. Porwa si, prawie 
swawolnym ruchem dawnego Olesia na zydel wskoczy, przy oknie stan, przez otwart 
szybk patrze zacz. Patrza na zawieszon nad dalekiem paskiem lasu twarz soca, 
ogromn i jaskraw, na szmat zotego pola, po ktrym na ksztat czarnych kropel roiy si 
malutkie z oddalenia istotki, i gboka bruzda cierpienia przerna mu czoo. 
W tej chwili w ogromnym zamku zazgrzyta klucz i zza drzwi nieco uchylonych basowy 
gos mski zapyta: 
- Pozwalajetie? 
Ze zdziwieniem wizie spojrza na tego grzecznego gocia, ktry przed wejciem do 
celi wiziennej o pozwolenie wejcia do niej prosi. 
By nim oficer do wysoki, barczysty i ciki, z twarz grub, cho do ksztatn, z 
czoem od rumianych policzkw bielszym i rudawymi nad nim wosami. Srebrna, wska 
tama z zawieszonym na niej paaszem ukon lini przepasywaa mu piersi i plecy okryte 
obcisym mundurem. 
Cela bya ciasna; drzwi jej znajdoway si o kilka krokw od okna, u ktrego, z zydla 
zeskoczywszy, sta Awicz. Oficer zatrzyma si o krok jeden przed drzwiami, ktre zamkny 
si za nim i znowu kluczem obracanym w zamku zazgrzytay. 
- Nie chciabym miesza - zacz - i jeeli nie w czas przychodz... 
Mwi niezmiernie zepsut polszczyzn. 
- Owszem - wahajcym si gosem i wpatrujc si w gocia odpowiedzia wizie.-
Wszake to pan by... tam... z wojskiem?... Czy moe myl si? 
Nie odpowiadajc na zapytanie, go spod rudego wsa mrukliwie wymwi: 
47 
- Mam honor rekomendowa si: Apolinary Karowicki. 
- Karowicki?... Apolinary? - z ruchem najwyszego zdziwienia zawoa wizie. 
Skoni si oficer. 
- I Karowicki, i Apolinary. Dziwi si pan... nu, rne suczaje na wiecie bywaj... 
- Krewny moe biednego Apolka? Oficer rk po biaym czole powid. 
- To by mj stryjeczny brat. Jego ojciec i mj ojciec byli rodnymi brami. 
W celi oprcz wskiego zydla przy cianie, ktrego jeden koniec wizienn pociel 
okryty naladowa ko, znajdowa si jeszcze stoek drewniany i krzywy, brudny, z popkanych 
desek zbity st. Oficer postawi stoek przy krzywym stole i usiad. 
- Ja przyszed, aby z panem o nim pomwi... ja tego chopca lubi... on mnie by dorog... 
ja dzi tu w wizieniu cay dzie dyurnym... wic pomyla sobie: pjd, rozpytam 
si o niego... kiedy? jakim sposobem? bo ja nigdy nie spodziewa si... On w Moskwie 
uczy si. Dwa lata uczy si tam i do starszego brata na wita wielkanocne pojecha. Nu 
da! Jak pojecha, tak i nie powrci. Oni tu swj majtek gdzie maj... wic pan jego pew-
no znae? Czy pan jego znae? 
- Z bliska, mieszkalimy w ssiedztwie niedalekim. 
- Da! da! Jak tylko mnie pan tam... w lesu, swoje nazwisko powiedzia, ja zaraz przypomnia 
sobie, e gdzie je sysza, a potem i to przypomnia, e od Apolka sysza... On 
mnie wszystko opowiada, jak dzieckiem by, kogo zna, z kim bawi si... Ach, nieszczastnyj! 
jak on tam popad? Kto jego namwi? Taki mody... i dobr! Ach, dobr! Kakoje u 
niewo byo dobroje, czystoje, dietskoje sierdce! 
Zwiesi gow i ao gboka rozlaa si mu po twarzy. Przy tym wida byo, e w 
chwili wzruszenia na usta jego cinie si mowa, do ktrej przywyk i w ktrej by biegym. 
Podnis po chwili gow i spotka si oczyma z utkwionym w niego zdziwionym wzrokiem 
winia. Iskra gniewu zamigotaa mu w chmurnych oczach. 
- Pan dziwisz si! Czego dziwi si? Dlaczeg to Apolek bratem moim by nie mg. 
Na wiecie rne suczaje bywaj. Ot, dwch rodnych braci byo, daleko od siebie 
mieszkali. Jeden zosta si przy majtku, a drugi go straci i jak straci, na sub poszed... 
w twierskiej guberni suy. Nu da! Tak Apolek by syn jednego brata, a ja by syn drugiego... 
dieduszka nasz mia imi Apolinary i nas obydwch tak nazwali. Ale stryja ja nie 
zna, bo on rano umar i ja do tego czasu nigdy tu nie przyjeda, a teraz uwy! ze swoim 
pukiem przyjecha, eby miatie uspokaja. I oto co zobaczy! Apolka zabitego zobaczy... 
chopca, mego miego brata! 
Przywizanie do polegego powstaca, dziwne jako w grubym czowieku tym, tkliwie 
ujmowao modego winia i zaciekawia go ten oficer z natur, jak si zdawao, do zoon. 
Zapyta, jakim sposobem mg tak z bliska zna stryjecznego brata, skoro nigdy do-
td w kraju nie by. Oficer z popiechem odpowiedzia: 
- Ju mwi, e on dwa lata by w Moskwie, a ja tam wtedy z pukiem sta. Nu wot my 
gdzieci spotkali si... jedno nazwisko... pyta si on mnie, czy nie krewny! A ja ju wiedzia, 
kto on, i mwi: Ja wasz stryjeczny brat. Tak on, sierdiecznyj, za szyj mnie obj... 
Zatrzs mu si gos w gardle, grubym konierzem mundura otoczonym. 
- Familii ja nie mam, nikogo swego na swietie nie mam... krew odezwaa si... polubi 
brata... I jak nie polubi? Taki dobry, sierdieczny chopak. I krasowiec e on by! I on mnie 
polubi, cho czasem i sierdzi si na mnie, nu tam, za rne gupstwa, ale zawsze potem 
przychodzi i mwi... Ty biedny... co ty winien... 
Zamilk, ramieniem uczyni gest rozpaczy. 
- Co tam ju gada! Co opowiada. Mino, propao! Ju jego na wiecie nie ma... 
Ale... 
48 
Wyprostowa si, chmurne jego oczy z wyrazem proby utkwiy w twarzy winia. 
- Ale teraz ja przyszed pana prosi, eby pan mnie wszystko o nim opowiedzia: jak si 
to stao? Jak do tego przyszo? Kto go namwi? 
Opowiadanie byo krtkie. Nikt go nie namawia i przyszo do tego w sposb prosty. 
Chopak by ywy, szlachetny, kocha kraj, kocha ide, unis go ten prd, ktry unosi 
innych. 
Oficer sucha z gow spuszczon, w ziemi patrzc. 
- Glupost'! - sarkn. 
- Co jest guposti? - umiechn si Awicz. 
- A wot, te wszystkie wasze idee i p   d y ! 
- Wiele by o tym mwi - z nowym umiechem rzuci wizie. 
- Ja i chciaby z panem wiele o tym pomwi... chciaby bardzo... Nu, ale to pniej, 
kiedy ja tu inszego dnia przyjd... a teraz ot, co ja jeszcze chc panu powiedzie... 
Donie na kolanach opar, okcie z fantazj nieco rozstawi; do chmurnych oczu jego 
zabdzi niky umiech. 
- Ja nie tylko dlatego tu przyszed, aby o Apolka rozpyla si, ale i dlatego take, nu da! 
dlatego, eby si pozna z panem... wy mnie tam w lesie podobali si... Na koniu jedzicie 
jak wojenny czowiek i wot, miao wy wtedy w oczy kozackiemu setniku patrzyli; jak on 
wam t gadk nizost' powiedzia, to u was iskry posypay si z oczu i odpowiedzielicie 
jemu dobrze! Nu, i odwaga to bya! Z goymi rkami pomidzy sztykami i pikami! Ja wtedy 
pomyla sobie: maadiec! 
- I nawet powiedzia to pan, syszaem - z wytryskujc na twarz wesooci zamia 
si wizie. 
- Nieueli tak? Powiedzia? Nu, moe i powiedzia. Mnie wtedy wszystko we rodku 
przewracao si, a jak we mnie wszystko we rodku przewraca si, to ja wtedy czasem sam 
do siebie gadam. 
mia si. mieli si obydwaj. 
- A czeg panu wtedy wszystko przewracao si we rodku? Uczyni gest niechci, 
spospnia znowu. 
- Dugo by o tym gada. Moe kiedykolwiek pniej, jak inszego dnia przyjd. Ale teraz 
powiem jedn rzecz, eby pana pocieszy! Ja widzia, e pan konie lubisz i tego, na 
ktrym pan jechae, oczyma przeprowadzae na poegnanie, tak jakby z przyjacielem 
egna si. To pikny ko i bestia rozumny. Ja nie chciabym, eby on w zym rku zmarnowa 
si i dlatego poprosi, eby jego mnie oddali. Tamten mj stary ju by i za ciki. 
Nu, da! Ten ko u mnie jest teraz i ja mog pana pocieszy, e on zdrw i e ja z nim obchodz 
si jak z dzieckiem. 
Winiowi rzeczywicie oczy paliy si z radoci. 
- Mj Piorun! mylaem, e zabity albo e go mcz, godz... Dzikuj panu i za dobre 
dla niego chci, i za mi o nim nowin. Lubiem... nie! kochaem to pikne, rozumne 
zwierz, w ogle przepadam za komi! 
- To tak jak ja! - zawoa oficer. - Od dziecistwa za komi przepadaem i cho my z 
nieboszczykiem ojcem w miasteczku mieszkali, to maym bdc zawsze adnako cho 
szkapy jakiej dopadn i lec na niej na miasteczko na zamanie karku, tylko e u nas w pieszych 
pukach oficerskie konie nietgie! Ot ten paski... jak on nazywa si? Piorun? Dobrze, 
ja bd go tak nazywa... takie rozumne zwierz przywyka do swego... jak to powiedzie. 
- Imienia! 
49 
- Da! da! i jak na niego zawoa tym imionem, do ktrego przywyk, to gow odwraca 
albo jak dziecko za czowiekiem idzie. Ten paski Piorun to krwi angliczaskiej ko, 
prawda? 
- Pkrwi - odpar wizie. 
- Takie czasem najlepsze. 
Przez kilka minut rozmawiali o rnych rasach koni, ich przymiotach i przywarach. 
Oywili si obaj. Wizie zamia si raz gono i wesoo; oficer zmieni si do niepoznania 
w tej poufaej gawdzie o przedmiocie wsplnie ulubionym. Zacz ju nawet z mniejsz 
ni przedtem trudnoci mwi po polsku i czasem zatrzymujc si wrd mwienia 
zapytywa: jak to powiedzie?... 
- Przepraszam pana, e zapytam - zacz wizie - ale chciabym wiedzie, gdzie si 
pan urodzi. 
- Gdzie ja urodzi si? W majtku ojca, w wileskiej guberni, ale cztery lata mia, kiedy 
ojcu ten majtek za dugi sprzedali, i on zacz o sub stara si. Sub prdko on znalaz, 
ale a w twierskiej guberni! I my tam wyjedali, kiedy ja piciu lat jeszcze nie mia. 
Ale dlaczego pan mnie o to pyta si... 
- Tak... - z wahaniem odpowiada Awicz. - Mwi... pan zapomnia!... 
Oficer rk machn. 
- Ech! jak ja dzieckiem by, to w domu zawsze po polsku mwi, ale jedenacie lat 
mia, kiedy do korpusu ojciec odda... Ju on wtedy, przyzna si, troszk pi i by bardzo 
biedny, a w korpusie na rzdowy szczot nic nie kosztowao... Tak ja tam i zapomnia... a 
potem gdzie byo przypomina? Jak z Apolkiem czsto widywa si, to troszk sobie przypomnia, 
bo on inaczej jak na swoim rodnym jzyku rozmawia nie chcia... 
- Jak to swoim, czy i nie paskim take? Chyba matka... przepraszam, e jeszcze zapy
tam, kim bya matka paska? 
- Jak to kim? 
- Jakiej narodowoci? 
- Narodnosti? Jakieje ona moga by? Tak samo w wileskiej guberni urodzia si... 
Polka... 
Wp miejc si, wp z przykrym uczuciem Awicz zawoa: 
- Ano to pan z pochodzenia jest Polakiem cakowitym!... Spospnia znowu oficer. 
- Z praischodienja da... no, co znaczy praischodienje? Ot, powiem panu, e ja, nim tu 
z wojskiem przyjecha, nigdy o takich rzeczach nie myla. Nie przywyk. A jeeli kiedy i 
pomyla, to zawsze tylko tyle, e takie rzeczy pono niczewo nie znacz. I teraz dopiero ja 
zacz o nich myle... i zaczo mnie zdawa si, e one co znacz. 
Spojrza na zegarek. 
- Adnako mnie pora! Zasiedzia si ja u pana. Czy pan pozwolisz mnie czasem przychodzi? 
Sympatju ja mam do pana i bardzo pana auj. Rozejrza si po celi. 
- Smutno tu siedzie... samemu... w niewygodach? A? 
- Niewesoo. Ale teraz mniej smutno, bo ksiki czyta pozwolili i nawet nie wiem, 
skd ta aska. 
Dziwny umiech przewin si po zmarkotniaej ju przedtem twarzy oficera. Byo w 
nim figlarnoci troch i wewntrznego triumfu, ktre jednak prdko zgasy. Na ksik lec 
na zydlu spojrza. 
- Ja czyta nie przywyk... ale temu, kto przywyk... 
- Temu, kto przywyk - podj Awicz - ksika dawa moe chwile szczcia w nieszczciu... 
- Nu, to dobrze, e pan j teraz masz! Podnis si ze stoka. Westchn. 
50 
- Nie chce si i! Niby to pan zamknity siedzisz, a ja po wolnym wiecie chodz, a 
adnako moe panu... jak to powiedzie... moe panu i nie gorzej ni mnie. Bo jaki to 
wiat? Brzydki, pody wiat... krew ludzka na nim si leje... ludzie jedni drugich nienawidz... 
I najgorsze to, e czowiek sam siebie nie rozumie i czasem sam na siebie chciaby 
plun... To i nie chce si czasem po tym wiecie chodzi! 
Gbokie, gnbice cierpienie rozlao si mu po twarzy. 
- To przyjd pan znowu kiedykolwiek, skoro ta moja nora tak si panu podobaa - 
uprzejmie rzek Awicz. 
- Przyjdu... mnie mona do pana przychodzi. Nikomu nie mona, a mnie mona... 
- Dlaczeg to? Oficer zniy gos. 
- Plecy, widzisz pan, mam! Wot, dlaczego. 
- Jak to plecy? Co to? 
- Wot takie plecy, co mnie od wszystkiego broni... Mnie dlatego i po tym nieszczciu 
w lesie z rotnawo komandirstwa nie zrzucili. Drugi by tak polecia, e jejej! a mnie on broni, 
przez to ja i do pana przychodzi mog, kiedy tylko zechc... 
O krok jeden sta przed Awiczem, w postawie wahajcej si, z wyrazem Zmieszania na 
twarzy. 
- I sam nie wiem - zacz - czy mog panu rk poda, czy nie mog? 
Awicz poda mu rk, ktr do oficera obja silnym, troch drcym 
uciskiem. Co na ksztat uszanowania i rozczulonej niemiaoci odmalowao si w tej 
chwili na jego twarzy. 
Odchodzi. U drzwi odwrci si jeszcze. 
- Wiesz pan co?... Ja myle sobie zaczynam, e adnako takie rzeczy musi by wiele 
znacz. Idziesz z wojskiem na miatienikow i gaz na gaz spotykasz si z bratem... z bra-
tem, ktrego jak swoje ycie lubisz. I twego brata zabija to wojsko, ktremu ty sam zakomenderowa: 
strzela! Wot, co takie rzeczy... 
Gos mu si w gardle zaama. Szybkim ruchem obrci si ku drzwiom i z twarz 
przyoon do znajdujcego si w nich okrgego otworu krzykn: 
- Atwarit'! 
Brzmienie okrzyku tego byo znowu grube, twarde, ostre i przypominao Awiczowi kapitana 
wykrzykujcego sowa komendy na owej grobli. 
Nie dziw, e w sposb taki znowu przemawia zaczyna, wszake z tej celi wiziennej 
wychodzi na wiat wolny! 
V 
Par dni mino i znowu w porze niezwykej ciki klucz zazgrzyta w grubym zamku, 
ale tym razem za otwierajcymi si drzwiami gos kobiecy mody i wiey spyta: 
- Czy mona? 
Ach, Tosi gos! 
Aleksander jednym skokiem by ju przy drzwiach. 
- Ciotko! ciotko droga! najmilsza! zota! 
Caowa rce siwej kobiety w czarnej sukni, a potem obie swoje wycign ku piknej 
dziewczynie, ktrej bkitne oczy stay w blasku radoci i ez. Z tymi byszczcymi oczyma 
i filuternym umiechem na twarzy bledszej i chudszej ni przedtem, z rkoma uwizionymi 
w jego rkach, mwia: 
- Widzisz, Olesiu, widzisz! Musiae jak zajc jednym okiem spa na koniu, bo wpade 
im w rce! 
51 
Po czym z oczu jej wypyny zy, ktre je tak byszczcymi czyniy, i wtedy mona 
byo pozna, e wiele przez tygodnie ostatnie pakaa. 
Ale jakim cudem, jakim cudem przyj tu mogy, skoro nikomu nie pozwalaj. Tak, one 
same tego nie rozumiej. Odmawiano dotd i odmawiano pozwolenia na widzenie si z 
winiem i czyniono to w sposb przykry, szorstki. Nagle zmiko to, zagodniao i pozwolili... 
na krtko wprawdzie, ale nawet bez wiadkw. Do jednak o tym. Tysice rzeczy 
jest do powiedzenia. Mieszkaj teraz w pobliu tego miasteczka u krewnych, bo dwr 
zrujnowany... 
- Jak to zrujnowany? 
- W czasie rewizji. - Opowiedziay o niej wszystko. 
Ot dwr razem z majtkiem uleg urzdowemu opisowi, ktry jest wstpem do konfiskaty. 
Kazano im stamtd wyjecha. Syn jednej, a brat drugiej uwiziony, nie tutaj, gdzie 
indziej go powieli, a one tam za nim jecha jeszcze nie mog... 
Teraz matka mwic o synie rozpakaa si, ale dwoje modych patrzao na siebie z niebem 
w oczach. 
Potem o partii, ktra rozproszya si bya, lecz wkrtce znowu zgromadzia si kdy 
dalej, o uwizionych i zabitych, o wtych nadziejach, o okropnych trwogach, o caej tej 
tragedii przeraliwej, ktrej jednak echa do tych cian nie przenikay. 
Z dwu par oczu modych i zakochanych niebo szczcia znikno, a powrciy do nich 
ponure trwogi i przeszywajce ale ziemi ze wszystkich ziem globu najnieszczliwszej. 
Potem jeszcze: jak ci tu jest? co jadasz? jak sypiasz? czego ci trzeba? Moe pozwol 
przysa! Moe pozwol znowu przyj! Bd do miasteczka przyjeday, bd prosiy... 
Jak si skoczy? Boe miosierny... jak si to wszystko skoczy dla niego, dla nich, dla 
wszystkich, dla sprawy? 
I czas ju ubieg, ostrzego o tym pukanie do drzwi dozorcy. 
Wstali wszyscy troje z wskiego zydla. Matka wzia za rk crk i z lekka j ku modemu 
winiowi przybliajc, drcymi wargami mwia: 
- Oddaj j tobie, Olesiu! Dotd byam przeciwn... bo pokrewiestwo bliskie, a maestwa 
pomidzy krewnymi... podobno... I jeszcze jedno: o czym innym dla Tosi marzyam... 
Kada matka ma dla dziecka swego jakie marzenia... Widzisz, spowiadam si... 
Ale teraz, mj Olesiu, kiedy ty taki nieszczliwy i taki dzielny syn ojczyzny... zostae i 
moim synem... Gdy tylko bdziesz wolny... 
Nie moga mwi dalej od wzruszenia, a oni oboje przed ni klczc kolana jej obejmowali. 
Dozorca, wci do drzwi pukajc, sysza w celi wiziennej pacz nie tylko niewieci, 
lecz, jak mu si zdawao, i mski take. 
Odeszy. Wizie pozosta sam. W gowie mu szumiao, w piersi serce jakby wyroso, 
tak dawio zami co chwila wzbierajcymi. Wstyd paka jak dziecko albo kobieta! Mazgajem 
nigdy nie by. Owszem, by przecie wesoym Olesiem. Ale teraz te kilka tygodni 
mki rnej, a po nich taka rado... 
Czy tylko bdzie wolnym? W zupenoci nie. Wyrok na niego spa majcy mg by 
tylko mniej albo wicej srogim; wolnoci zupenej mu nie powrc. Wiedzia o tym, ale 
wiedzia te i o czym innym, co mu bl wiadomoci tamtej niemal w uczucie szczcia 
zamieniao. Wiedzia, e na adnej drodze i w adnej otchani, w aden czas burzy i w a-
den czas soty nie opuci go kobieta, ktr kocha. 
W kilka godzin potem caego w ogniu, w marzeniach, w niepokojach znalaz go wchodzcy 
do celi oficer. Zrazu gow tylko przez uchylone drzwi wsuwajc, zapyta: 
- Czy nie mieszam? 
- Nie! Nie! Nie przeszkadza mi pan w niczym. Prosz wej! Chciaem nawet zobaczy 
si z panem. 
52 
Wszed powitaniem tym wyranie uradowany i do dziwnie na twarzy jego, najczciej 
ponurej, wyglda umiech filuterny, z jakim pyta: 
- A co? Krewne paskie byy? 
- Byy, panie, byy! Tak ciesz si, e je widziaem, i tylko si dziwi... 
- Czemu pan si dziwisz? 
- e pozwolili... 
Oficer znowu na jednym w celi stoku drewnianym usiad, donie na kolanach opar i 
okcie z fantazj rozstawi. 
- Che, che, che - z cicha zamia si - che, che, che! A siwe oczy jego, w rozgorczkowanej 
twarzy winia tkwice, miay w sobie co jakby opiekuczego i zarazem dumnego; 
zdaway si cieszy jego radoci i zarazem mwi: A widzisz, co ja mog! A widzisz, 
jaki ja! 
- Wot kiedy ju do tego przyszo, to ju panu powiem, jak to byo. Na grube drzwi zamknite 
niespokojne wejrzenie rzuci i ku Awiczowi pochylony szepta: 
- Tu jest taki czowiek, co na bardzo wysokim postie stoi. To mj towarzysz z korpusu 
i my ju w korpusie bardzo jeden drugiego lubili, A potem to ja raz z wielkiego nieszczcia 
go wyratowa. Mniejsza o to, jakie to byo nieszczcie i jak ja jego ratowa, ale cho 
on na wysokim postie stoi i wiele moe, a ja may sobie czowiek, tak byo i on nigdy o 
tym nie zapomnia. On mnie lubi, to mj prawdziwy drug... 
- To s plecy paskie i pan si do nich za mn wstawia... Potakujco gow skin. 
- Ja nawet skama przed nim i powiedzia, e pan jeste mj plemiannik. 
Aleksander by wzruszony. 
- Dzikuj! Nie wiem, czemu przypisa... 
- Nu wot! Czemu przypisa? Ja pana polubi... kak to od razu... jeszcze tam w lesie... 
pan Apolka znae i ja nawet przypomnia sobie, co on mnie o panu mwi... 
- Nie, nie! To nie to... - ywoci zaprzeczy wizie. - Pan w ogle musisz by... 
Mwiy mi przecie krewne moje, jakie nieszczcia sta by si mogy... eby tam wtedy 
pana nie byo! 
- Mwiy, mwiy panu o tym! 
Oczy rozbysy mu uciech, ktra jednak prdko zgasa. 
- Nu, da! Ale co w tym osobnego? Zwierzem by chyba trzeba by... 
- A jednak - nie bez pewnej ironii przerwa Aleksander - gorliwym pan jeste w swojej 
subie. W czasie rewizji owej sroszy pan by od towarzysza swego i potem, tam... na 
grobli... sam widziaem, z jak gorliwoci, z jakim zapaem... 
Wyprostowa si oficer i z wielk powag w postawie i na twarzy przerwa: 
- To by mj obowizek. Raz ja na sub poszed, to ju uczciwie suy powinien. Ja 
z tego chleb jem i powinien robi to, za co mnie chleb ten daj, inaczej ja bybym zdrajc, 
a zdrada to paskudna rzecz, brudna. Palt; to sam kozackiemu setnikowi powiedzia i ja 
wtenczas pana polubi! to pan; wiesz... 
- Nie mog odmwi panu susznoci. Tak jest, jak pan mwi - z tak sam powag, z 
jak mwi oficer, odpowiedzia wizie. 
- Nu, da! Mnie kazali zrobi rewizju, to ja powinien by j zrobi jeszcze lepiej, jakby 
j inny robi... 
- Dlaczego jeszcze lepiej... 
- A wot widzicie dlatego, e ja polskiego praischodienja czowiek... to na mnie podejrzenie 
moe pa, e zdradzam... i podejrzywa mnie o to setnik kozacki, to ja jemu chcia 
pokaza, e czest' i sowiest' moje czystej Ale bezbronnych zabija i... rne tam poszosti 
dokazywa... nikt nie kae.. 
53 
to do suby nie naley. Nu, da! Do suby oficerskiej to nawet naley, eby tego nie 
byo... Widzisz pan, e ja i w jedn stron, i w drug stron tylko obowizek swj speniam... 
Pochyli twarz, zamyli si. 
- Zdaje si wszystko dobrze... W wojsku suysz, na wojn idziesz, robisz to, co naczalstwo 
kae, obowizek swj speniasz, niczego innego tu i by nie moe... a adnako... 
ciko... jej, jej! jak ciko, jaki al... Wszystko przewraca si we rodku... 
Ostatnie sowa wymawia z czoem opartym na doni, szeptem cikim, takim, jakby 
przemawia do ziemi, w ktr wlepia wzrok zmcony, ponury. 
- Dlaczego tak ciko? Czego taki al? - ze wspczuciem i ciekawoci 
zapyta Awicz. 
- A wot, eby ja sam o tym wiedzia, to byby kontent. Zdaje si, co tu takiego? Gupostiej 
narobili... miatie, bunt. Uspokoi trzeba. Na to wojsko i na to ja oficer. mierci nie 
boj si! Trusem mnie Pan Bg nie stworzy. Adnako taki al, taki smutek, taka jaka we 
rodku trudno... Myl, ja myl, co mnie takiego stao si i nie rozumiem. 
Nie rozumia tych instynktw, ktre pracowa w nim zaczy, i tej iskry, ktra w nim 
spaa dugo, a teraz rozpala si zaczynaa w piekce pomi. 
- Pooenie okropne! - szepn Aleksander, potem z ywoci zawoa: 
- Dlaczego pan wprzd, nim tu z wojskiem przyby, dymisji swej nie zada? 
Nic dorwna by nie mogo zdumieniu, z jakim oficer oczy na niego podnis. 
- Do dymisji! - powtrzy z osupieniem. - W odstawku! A co ja bym potem na wiecie 
robi? 
Bya w tym powiedzeniu prawda gorzka i twarda. Co on by robi w jedenastym roku 
ycia do korpusu oddany i ze wszystkich na tym wiecie robt znajcy tylko sub wojskow, 
ale za to, jak nie bez pewnej chluby mwi, znajcy j jak rzadko kto wybornie i 
lubicy j, chlubicy si ni dotd... Tylko teraz co takiego dziwnego z nim si stao... 
W dusz sw gboko nie spoglda. Nie przywyk. Byy chwile, e gniew ogromny 
zrywa si w nim przeciw tym bezumcom, obkacom, ktrzy temu wszystkiemu byli 
winni, i gdy sam jednak w oficerskim mieszkaniu swoim o nich myla, zdawao mu si, e 
ich nienawidzi, e nimi, e ich gupot gardzi, e z rozkosz starby ich z powierzchni ziemi. 
Ale trzeba byo jednego tylko spotkania, jednego widoku, jednej czasem o nich wieci 
zasyszanej, bohaterskiej lub tragicznej, aby znowu jakie szatany dranice i szarpice do 
wntrza jego wstpiy. Pomidzy szatanami tymi odkry raz jednego, ktremu na imi: 
wstyd. Ani cienia pojcia nie mia o tym, czego by mia si wstydzi. Jednak ten to szatan 
wanie wszystk krew rzuci mu do twarzy, gdy w czasie owej rewizji w owym dworze 
kobieta wdziczna mu za zbawienie swych dzieci zapytaa go, jak si nazywa. Karowicki! 
Brzmienie tego nazwiska... Za nic w wiecie nie zdoaby go wwczas gono wymwi. A 
setnik kozacki z ironi na niego patrza, lepiej moe go rozumiejc ni on sam siebie! 
Ani na chwil ju dnia tego nie odzyska tej rubasznej i dobrodusznej wesooci, ktra 
niekiedy pospn twarz jego rozjaniaa. Bawi te krtko, ale przed odejciem zapyta 
jeszcze Aleksandara, czy ta pikna panna, ktra go dzi razem ze sw matk odwiedzia, 
jest jego narzeczon. 
Dzi wanie odbyy si ich zarczyny. 
- Dzi? gdzie? tu? jak to? 
Awicza zdumienie jego rozmieszao. 
C w tym dziwnego? Kochaj si z sob od dziecistwa, ale dotd matka sprzeciwiaa 
si ich chciom z powodu pokrewiestwa i innych tam jakich swoich chci czy zamiarw... 
I dzi wanie powiedziaa, e ju si nie sprzeciwia, e ich z sob zarcza. Oficer 
znowu by zdziwiony. 
54 
- Wot kak! Wprzdy nie zgadzaa si, a teraz kiedy pan... zgubiony czowiek... zgodzia 
si. Nu, eto ju takie... jak to powiedzie... bagorodstwo, e czowiekowi a w gowie krci 
si. Ale jake to bdzie? Czy pan myli, e pana tak i puszcz std, bez adnego nakazania? 
To by nie moe. Zel pana, gdzie gorzki pieprz ronie, i majtek pewno odbior... 
Szczliwy umiech rozla si po twarzy winia. Znionym nieco od rozmarzenia gosem 
odpowiedzia: 
- Wiem o tym, ale i tego rwnie pewien jestem, e narzeczona moja nie opuci mi ani 
w ubstwie, ani na wygnaniu i e w kadej otchani, wrd kadej burzy czy soty ycia 
bdziemy sobie nawzajem pomoc i zbawieniem. 
Oficer sta przez chwil milczc i w ziemi patrzc. Po biaym jego czole przepyway 
powstajce i znikajce zmarszczki. Byy to fale podnoszone przez myli nowe, dziwne, w 
ktre wpatrywa si, ktre wyrozumie usiowa? I moe nie tylko przez myli. Wyraz 
rozmarzenia, okrywajcy twarz winia, i w jego oczy wstpi. Odbia si w nich jaka nagle 
powstaa tsknota. 
- licznie pan to powiedziae... wot poezja to prawdziwa... prawdziwa... i wiara w 
czowieka, ktrego lubisz... 
A potem z wybuchem zmieszanych uczu przyjani i zazdroci. 
- Nu, da! szczliwy z pana czowiek! 
- Cho zgubiony? - umiechn si Aleksander. 
- Nu, nie ze wszystkim zgubiony. Ale cho w bied wpad, adnako szczliwy! 
Gdy odchodzc szed ku drzwiom, kroki jego ciszymi zdaway si by ni zwykle. 
Do dugo potem nie powraca, a przyszed znowu i zaraz po powitaniu powiedzia, 
e czu si niezdrw i e mu w ogle na ciele i duszy niedobrze. Wic po co, myla sobie, 
mia tu w usposobieniu takim przychodzi? Myla nawet te i o tym, aby ju wcale nie 
przychodzi i obecnoci sw winiowi nie miesza, nie dokucza... 
- Bo gdzie mnie do was? I co wam ze mn za zabawa? Wy grny czowiek, a ja zwyczajnie, 
z nizmiennosci... (z nizin). 
Ale nie mg wytrzyma. Co go tu cignie. Chciaby o niektre rzeczy zapyta si, pogada 
o nich i jeeli Awicz pozwoli, to jeszcze ten raz... 
Ale owszem, owszem! Nie tylko ten raz, lecz ile razy tylko zechce. Czy nie odda jemu 
i bliskim mu osobom przysug wanych? Czy pomimo wszystko, co ich dzielio, nie 
byli zwizani wsplnoci ziemi rodzinnej i moe czym wicej jeszcze?... 
- Czyme? czyme? Jakie midzy nami moe by podobiestwo? - naglco dopytywa 
si oficer. Wida o to podobiestwo szo mu bardzo. 
- Czy pan czuje si szczliwym? - wzajemnie zapyta go Awicz. Uczyni rk gest 
gwatowny. 
- K. czortu takoje szczastje! 
- No, widzisz pan! Jeden z nas w taki sposb, drugi w taki, a obydwaj... 
- Rozumiem ju, rozumiem, i to jest prawda! - ponuro w ziemi patrzc dokoczy oficer. 
Policzki jego byy daleko mniej ni przedtem rumiane i pene, nawet plecy zdaway si 
mniej szerokie i mundur obejmowa je mniej ciasno. 
Bardzo wyranie schud i poblad. Awiczowi rwnie kady ubiegajcy dzie powleka 
twarz coraz widoczniejszym pitnem wiziennej mki. Szafirowe oczy jego wydaway si 
ogromnymi wrd wyszczuplonej twarzy, mode ciao, swobody ruchu pozbawione, nabrao 
porusze ociaych, pier przyzwyczajona do powietrza, przestrzeni szerokich i 
wolnych chwilami z trudnoci oddychaa. 
Przez kilka minut na siebie patrzyli, a potem jednostajnie, porozumiewawczo wstrzsnli 
ku sobie gowami. 
55 
Oficer na stoku siedzia, ale okci z fantazj nie rozstawia, opar je na kolanach i gow 
w obie donie ujwszy mwi: 
- Ja o Apolku cigle myl... W dzie jeszcze nic, ale w nocy to on cigle nade mn 
stoi, tak jak ja jego tam na trawie widzia, z t czarn dziur porodku czoa... Pytam ja jego... 
On by rozumny chopiec, szkoy skoczy i z drugiego kursu uniwersytieta... To ja 
jego pytam si: Jakim sposobem ty, taki rozumny chopiec, nie wiedzia i nie rozumia... 
Ale nie tylko on! Wy wszyscy z nauk, z rozumem, jakim sposobem mogli tego nie wiedzie 
i nie rozumie, e to bezumje jest - sumaszestwie, naprzeciw takiej potgi stawa... 
Pytam si ja jego: Po co ty, kochany chopcze mj, z motyk przeciw socu skaka? On 
mnie nic nie odpowiada, ale na drug noc znw przychodzi, staje nade mn z t dziur w 
czole i tylko gubami porusza, a mnie zdaje si, e te guby mwi: To ty sam, bracie, zakomenderowa 
onierzowi: strzela! 
Wtenczas ja do niego krzycz, e powinno swoj speni, a u niego znowu guby poruszaj 
si i mwi: Ty dobrze zrobi, ale ty i paka po mnie nie powinien, bo ja wrogiem 
by tego, komu ty przysiga suy. Nu, to i co, e dobrze zrobi i e nie powinien paka? 
Ja paczu, bo on dorog mnie by, bo to bya moja krew... I wy wszyscy moja krew, ja 
to poczu teraz, kiedy was pozna... 
Podnis nagle gow, w twarzy Aleksandra zdziwione i bolejce oczy zatopi. 
- Bye pan kiedy w Petersburgu? 
Pytanie byo niespodziewane, odpowied twierdzca. Jake nie? Zna dobrze to miasto, 
cztery lata przeby tam uczc si, przed rokiem zaledwie stamtd powrci. Oficer wci 
zdumionymi oczyma na niego patrza. 
- Jakie bogactwa? A? Jakie paace, wszystko z drogocennych kamieni budowane? 
Marmur, granit, malachit, zoto wszdzie a ciek. Jakie parady! A  e w i e wojenne widziae 
pan? A? 
I bogactwo, i paace, i parady, i rewie Awicz widzia i nawet z bliska si im przypatrywa. 
- A jakie s siy armii naszej, czy pan wiesz? 
I pewny, e o tym przedmiocie wizie dostatecznych wiadomoci posiada nie mg, 
j szczegowo mu go wykada. Tyle to i tyle korpusw, dywizyj, pukw w piechocie i 
kawalerii, na takie i na takie rodzaje i oddziay podzielon jest artyleria, a w kadym z oddziaw 
znajduje si tyle i tyle armat, koni i ludzi. Najdzielniejsi wodzowie, czyli jeneraowie 
korpusw i dywizyj, nazywaj si tak a tak, maj za sob takie a takie bitwy zwyciskie, 
dowiadczenie wojskowe, wszystko, czego potrzeba, aby kadego nieprzyjaciela, 
choby najsilniejszego, pobi, zgnie, zmiady... 
Dugo opowiada, wylicza, wyjania, a im duej mwi, tym gortsz stawaa si jego 
mowa. W uczuciu poszanowania, do czci posunitego wzgldem tej potgi ornej, ktr 
sowami malowa, w uczuciu chluby, e sam czsteczk tej potgi stanowi, znika si 
zdaway i milkn te zgryzoty, zwtpienia i ale, od ktrych jednak wyszczuplay i poblady 
mu policzki, ktre sprowadzay mu noce bezsenne, z widmem zabitego brata stojcym 
u wezgowia. 
W zamian poczyna go ogarnia gniew, ktry nim rzuca i przez gardo jego krzycza w 
czasie rewizji owej w owym dworze. 
Pocz biega po celi wiziennej, brwi najeajc, ramionami rozmachujc. 
- I wy, wy, gar ludzi niewojennych, maa gar, bez armii, bez armat, bez kreposti, 
bez sawnych wodzw, bez skarbu, przeciw takiej potdze wystpili! Wied' eto bezumje 
jest, sumaszestwie, samoubijstwo, czort znajet, szto takoje... I eby to gupie ludzie robili, 
ciemne, ale nie! Midzy tymi, co robili, mao gupich i ciemnych. Sam kwiat narodu... sa
56 
mo jego wiato... Ja tego zrozumie nie mog i ja by was za to... czort pobieri, kara, do 
turmy sadza, zsya... 
Nagle znowu na stoku siad i w obydwie rce gow schwyci. 
- Oj, Apolek ty, Apolek, bracie ty mj nieszczliwy! ty mnie na tamtym wiecie nie 
przeklinaj za to, e ja tak mwi! Mnie skorbno, zatostno, mnie straszno, mnie wszystko 
we rodku przewraca si, kiedy ja to mwi... Ty by rozumniejszy ode mnie, nauk mia... 
a teraz kadej nocy do mnie przychodzisz... Czemu ty mnie nie powiesz, co ty myla, w 
co ty ufa, co tob rukowodito, kiedy to robili? 
W chwili gdy tak pyta, do agodna z bratersk poufaoci spocza mu na ramieniu. 
- Ja powiem ci o tym, bracie Apolka, co nim rzdzio, kiedy on to robi. On kocha ojczyzn 
i wolno. Czy ty wiesz, co to ojczyzna? Czy ty wiesz, co to wolno? Nie! ani 
jednej, ani drugiej ty nawet nie widzia. I jeszcze: on nienawidzi niewoli. Czy ty wiesz, 
co to niewola? Nie, ty nigdy nie uczu, czym jest ona, bo sam by jej sug. I jeszcze: on 
kocha dawn chwa narodu swego. Czy ty wiesz, jak bya ta chwaa? Nie: tobie nikt nie 
ukaza ani jednego promienia jej korony; ani jednego strzpa jej purpury. Wic zrozumie 
nie moesz, co w nierwn t walk pchno Apolka, co w ni pchno nas wszystkich, jakie 
burze szalej w piersi czowieka deptanego stop przemocy, i jakie niepokonane zapay 
zrywaj go spod tej stopy, aby wyprostowa si, gow podnie, ramiona wypry i sta 
si z raba czowiekiem, czowiekiem wolnym... To s prawa natury, ktre w nas przemwiy, 
to wola Boga, ktry kademu z ludzi i z narodw da dusz osobn i woln, to krzyk 
naszej duszy do wiata, do ziemi, do nieba, e yjemy i e yjcych nikt nie ma prawa 
wtrci do mogiy. Zginiemy - dobrze, ale ten krzyk nasz, krwi i zami ocieky, zostanie 
w powietrzu i tym, co po nas przyjd, umrze nie da i sennych zrywa bdzie z puchowych 
pocieli, i stanie si snem czarnym i snem zotym narodu, i choszczcym go do wiecznej 
walki biczem, a wtedy dopiero przebrzmi, kiedy zwyciy - idea. 
Ale czy ty myla kiedy, co to jest idea? Nie; ty mwisz: idee to gupost'. Wic nie rozumiesz 
tego, e idee to sia potniejsza od twojej piechoty i kawalerii, od twoich armat i 
sawnych jeneraw, bo wojsko ich to najlepsze ludzkie gowy i serca, a polem ich bitew to 
wieki. Dzi pociskami armatnimi na proch starta idea odrodzi si jutro, i jej by musi prdzej 
czy pniej zwycistwo ostateczne, i ona jest rozumem wyszym nad cyfr twojej armii, 
nad twoje petersburskie granity i malachity, nad twoje szyderstwa i gniewy - bo jest 
sam prawd wiata i Boga. 
Upad na zydel Aleksander zmczony, wzruszony i szybko dyszaa mu pier wyszczuplaa 
w powietrzu wiziennym, a o krok przed nim siedzcy na stoku podnis twarz z 
czoem bladym i siwymi oczyma, ktre pod rudawymi brwiami gorzay jak ule. 
- Ja zrozumia... Moe nie wszystko, ale wiele z tego, co pan mwie, ja zrozumia. 
Tak jest. Idea to nie glupost'. Moe wy albo wasze naledniki i zrobi tak, e na wiecie 
y bdzie lepiej. A teraz ja ot co powiem! Nie pan jeste czowiekiem zgubionym, cho 
pana Sybir czeka, ale ja... dlatego, e o takich rzeczach nigdy nie myla, nie wiedzia... ja 
czowiek zgubiony... eby i jeneraem zosta, to czuj!... e adnako zgubiony! - Podnis 
si ze stoka, na zegarek spojrza. 
- A wsio taki na sub trzeba. Wstrzsn silnie rk winia. 
- Dzikuj panu! dzikuj! dzikuj! 
Za co tak gorco i dugo dzikowa! Czy za rozjanianie przed nim ciemnoci, w ktre 
wpatrywa si przestraszonymi oczyma? Czy za obudzanie mu w gowie myli wyszych 
nad bagnety, armaty, malachity, granity i wojskowe rewie? Czy moe za to braterskie  y, 
ktre w gosie Aleksandra zabrzmiao mu echem gosu Apolka? 
W dniach nastpnych jeszcze kilka razy ukaza si w celi wiziennej, na krtko jednak, 
bo mia jakie wane zajcia subowe, ktre mu czas zabieray. Rozmawiali jednak ze so
57 
b, cho zawsze niedugo o rzeczach rnych, powszednich i niepowszednich, oficer winiowi 
troch o yciu swoim opowiada, o oficerskim yciu, ktre poza czynnociami subowymi 
wypeniay karty, kobiety, hulanki. On tyle tylko, e pijakiem nie by. Zreszt 
wszystko tak jak inni... 
- Pode ycie! - rzek raz. - Co tak y, to moe i lepiej tak jak Apolek... Potem Awicz 
przez czas jaki go nie widywa, a dnia pewnego... 
VI 
Dnia pewnego kapitan Apolinary Karowicki wyszed od przyjaciela swego stojcego 
na wysokim postie jakby oguszony i olepy, tak przeraony i zgnbiony. Co czarnego 
wisiao mu przed oczyma, co cikiego leao mu na gowie, co strasznego wstrzsao 
jego sercem. 
Na wiecie sierpie ju by; nad ziemi w te cierniska ubran czas pyn w szacie 
czarnej i skrajami jej tu i wdzie zaczepia o sucho na bkitach nieba wyrysowane linie 
szubienic. 
Lasy opustoszay i gosy ornych bojw przestay ju przeraa ptactwo zbierajce si 
ju do jesiennych odlotw; natomiast zaludniy si i przeludniy wizienia; zaludniy si i 
przeludniy elazne wozy uwoce gromady ludzkie w krainy nieprzejrzanych oddali i niezgbionych 
cierpie. 
Zadzwoniy po miastach i drogach kajdany, rozbiego si po szerokim kraju sowo: 
k a  o  g a. 
Stay smuke topole woskie nad dachami dworw wiejskich i w cichej pogodzie sierpniowej 
milczce suchay rozlegajcej si u stp ich szumnie, dumnie, zwycisko mowie 
dotd nie suchanej, mowie obcej. 
Czy topole te byy wysze od czarno i sucho na bkicie nieba rysujcych si linij szubienic? 
I czy sporodka niw w te cierniska obleczonych patrzay one na te linie, ktre 
wznosiy si u niskich cian miasteczek i u wysokich murw miast? 
Kade miasteczko i kade miasto posiadao swoje szubienice. Stay si one towarzyszkami 
ludzi, widokiem ich oczu, przedmiotem myli i zapraw chleba. 
Od wielkorzdcy kraju do miast i miasteczek przyby rozkaz, aby w kadym z nich 
pewna liczba ludzi dostaa na szyje powrozy. Niezbdnie i jak najrychlej. 
Liczba tych przedmiotw najwyszej kary i pomsty cile zostaa dla kadego z miast i 
miasteczek oznaczona. Tu miao ich by trzy, tam pi, wdzie dziesi itd. Wybr nalea 
do tych, ktrzy na kadym miejscu badali i doledzali winy. Powiedzia o otrzymanym 
rozkazie kapitanowi Karowickiemu przyjaciel jego wysoko postawiony, i o tym rwnie, 
e na miasteczko, w ktrym si znajdowali, przypado przyszych wisielcw trzech. 
Na kogo wybr padnie, przyjaciel nie wiedzia, lecz to z alem powiedzie musi i do tego 
dawnego swego wsptowarzysza przygotowa, e pa on moe pomidzy innymi na 
plemiannika tego wsptowarzysza, to jest Aleksandra Awicza. 
- Jak to? Bg z tob! To by nie moe! To tylko dla tych, co z wojska uciekli albo tam 
co strasznego... Ale on... 
On! przez niego to, przez niego waciwie zgina caa prawie rota wojska, zabity zosta 
mody i zdolny oficer kozacki, spad na wojsko taki wstyd. 
- Zrozumieje ty, Apolinar, e to wina ogromna, a twj krewny powiksza j jeszcze 
postaw, jak wobec komisji zachowuje. Wyznaje wprawdzie swoje przestpstwo, lecz e 
popeni je, nie okazuje ani cienia alu. I nic wicej oprcz tego, e je popeni, wyjawia 
nie chce. Skryty jest, hardy, popdliwy. Wymykaj si mu czasem wobec sdziw sowa 
nieogldne, ktre wprawdzie powstrzymuje prdko, ale ktre gdy raz padn, ju ich w pa-
mici nie zatrze. Sdziowie go nie lubi i uwaaj za jednego z najniebezpieczniejszych, 
58 
najszkodliwszych. S przy tym obarczajce go zeznania ludzi postronnych. Szerzy bunt, 
namawia do niego innych, zgromadza bro, suba jego dowozia do obozu miatienikow 
ywno... Bardzo, bardzo jest prawdopodobnym, e wybr sdziw pomidzy innymi i na 
niego take padnie. Zrozumieje, Apolinar, e ja nie jestem czonkiem komisji, e to do 
mnie nie naley i e powtarzam tylko, com sysza od innych, a powtarzam dlatego, e ciebie 
jak swoj dusz lubi i chc, aby o tym, co mocno zaboli, dowiedzia si z ust yczliwych. 
Ot to bieda mie krewnych pomidzy takimi... i jeszcze ich lubi! Ja ciebie auj, 
gaubczyk, i wszystko, co w mocy mojej, czyni bd, aby si to odmienio, aby to nie nastpio. 
Ale wszechmogcym przecie nie jestem i jeeli nawet od szubienicy go wykrc, 
to ju od katorgi za nic... Jeeli nie na szubienic, to do katorgi musi pj... Jeeli nie za 
przestpstwo swoje, to za hardo i zamknito, za to, e sdziw swoich le dla siebie 
usposobi. Na to ju nic ja poradzi nie mog... 
Nie by przyjaciel na wysokim postie stojcy czowiekiem zym, by nawet czowiekiem 
wdzicznym i litociwym. 
Jedno jeszcze dla krewnego przyjaciela uczyni moe. Uprosi czonkw komisji, aby go 
raz jeszcze przed sob postawili i sprbowali, czy si nie upamita, czy nie zmiknie, czy 
nie wyjawi rnych tam rzeczy, o ktre dotd nadaremnie go zapytywali. Mogoby to ich 
uagodzi i nieco dla niego zjedna... 
- Ju ja tak zrobi, e on jeszcze raz do komisji wezwanym zostanie, a ty, Apolinar, popracuj 
nad nim, eby spokornia, zmik, wyjawi... 
Podzikowa oficer swemu wysoko postawionemu przyjacielowi za jego przyja, za 
jego dobre chci, ale dugo mwi nie mg, bo co go za gardo chwytao i za czaszk, tak 
e mow i myli mia zmcone. Tyle tylko, e jeszcze zapyta: 
- Jak prdko nastpi to moe? 
- Co? 
- Nu, jak prdko bdziecie wiesza? achn si przyjaciel. 
- Pamiuj, Apolinar! czy to ja? 
- Nie, nie ty, nie ty, gaubczyk, ale jak prdko? 
- Za tydzie, za dziesi dni najdalej. W rozkazie stoi: rycho! 
- Dobrze. A to wezwanie do komisji? 
- Moe za dni pi albo sze... nie prdzej, bo oni tam roboty maj propast'! 
- Pozwolisz dowiadywa si? 
- Jake! naturalnie. - Co dzie? 
- Co dzie, Apolinar, ja k twoim usugami jeszcze... nigdy do nie odpac... 
Schodzi ze schodw wysoko postawionego przyjaciela jak oguszony i olepy i gdy na 
ulic wyszed, jeszcze ciemno czerwona przed oczyma mu wisiaa. Dobry by przyjaciel 
dla niego i dla jego plemiannika, ale sprawiedliwie rzek, e wszechmocy w rku swym nie 
dziery. 
Zapomnia kapitan Karowicki o tym, e skama przed przyjacielem i e Awicz krewnym 
jego nie jest. Par razy nazwa go w myli swoim plemiannikiem, a nieustannie czu, 
e go serce i gowa bol, jak bywa tym, ktrzy id za pogrzebem najdroszych krewnych. I 
jeszcze gorzej, bo o pogrzebie, e nastpi, cho przez dzie czy przez dwa ju wiadomo, a 
to spado tak niespodziewanie. Wiedzia i przedtem, e biedy jakie sta si musz. Pewno 
majtek odbior, na Sybir wyl; jednak nic by to jeszcze... Taki zuch i bez majtku, i na 
wygnaniu... zwaszcza z t narzeczon... Z wygnania ludzie wracaj... Ale szubienica! 
Katorga albo szubienica! I wybieraj tu, czowieku, co gorsze, a co lepsze! Jedno i drugie 
jak poczwary w oczy mu patrz. Szubienic widzi tak wyranie, jakby rzeczywicie przed 
nim staa, i dzwonienie kajdan syszy. I stuk motw take, wist batw... Czort znajet, jaki 
to wiat! jakie ludzie! jakie ycie nasze! 
59 
Przeszed ulice miasteczka, nic i nikogo nie widzc, a wyszed w pole. Tu powiewy 
wiatru nieco go otrzewiy. Stan, na zegarek spojrza, pomyla: moe jakie obowizki 
subowe? Moe do nich powraca trzeba? Nie; na szczcie dzi wszystko ju wypeni, 
co do wypenienia byo, i a do koca dnia mia czas wolny. Poszed wic dalej drog bielejc 
pord tych ciernisk i wkrtce pleczysta posta jego ze zwieszon gow znikna 
w pobliskim lesie. 
Wieczr zblia si i nad lasem tylko ju rbek tarczy sonecznej wida byo, gdy do 
miasteczka powraca. Kilka godzin przepdzi sam jeden w mylach samotnych, kdy tam 
chodzc po drogach lenych lub siedzc na obalonych kodach, pod parasolami sosen, przy 
wiergocie ptactwa, w zapachu wilgotnych mchw. 
Czy to samotno i natura tchny w niego spokj i ukojenie? Bo rysy mia ukojone, 
kark wyprostowany i krok spokojny, rwny. Szed prdko i gdy znalaz si na ulicach miasteczka, 
i zacz jeszcze prdzej. Szed prosto w kierunku wizienia. 
Gdy tylko zamkny si za nim drzwi celi Awicza, bez sowa powitania zapyta: 
- Gdzie mieszka narzeczona paska? 
- Ale ona i matka jej dzi tu byy! - wesoo zawoa Awicz. 
- To moe jeszcze w miasteczku? 
- Nie; odjechay std prosto do domu... 
- A gdzie ten dom? gdzie ten dom? jak nazywa si ten majtek? Ile wiorst std? - sypa 
pytaniami oficer i teraz znowu mona by w oczach jego dostrzec mk duszy, gorczk 
ciaa. 
Awicz ucieszony nowym widzeniem si z narzeczon mia si. 
- Na co panu te wiadomoci? I co znacz te pytania? Nieche panu nie przychodzi do 
gowy zakocha si w mojej narzeczonej... 
- artujecie, a ja serjozno... 
Upad na stoek raczej, ni na nim usiad. Rk powid po czole. 
- Ja zmczony! Ale ot co jest... po dieam suby mnie na wie-posyaj. Moe tam 
gdzie blisko narzeczona paska mieszka. Chciabym wstpi, poznajomi si, uszanownie 
jej i jej matce zoy... 
Awicz uprzejmie odpowiedzia: 
- Owszem, owszem! Rade bd panu. Ciotka moja ma zawsze zy w oczach, kiedy o 
panu wspomina. Rycza - mwi - to rycza i obrzydliwie onierzy aja, ale od strasznych 
nieszcz wyratowa! I za to, e widywa mi mog, bardzo panu s wdziczne. 
Uciesz si, gdy je pan odwiedzi. Nie masz pan przy sobie notatnika i owka, to bym nazw 
majtku zapisa, bo trudna do zapamitania i moesz pan zapomnie albo przekrci. 
Mia przy sobie jaki zeszycik przy penieniu suby potrzebny i poda go razem z 
owkiem Awiczowi. Ten mia ju pisa, ale wstrzyma si i namyla. 
- Moe t nazw i ktrdy tam jecha po rosyjsku panu zapisa... atwiej pan wyczyta... 
moe w jakim popiechu. 
Potwierdzajco skin gow i uwanie patrza na Awicza krelcego w maym zeszycie 
sw kilka po rosyjsku. 
- Pan tego jzyka nienawidzisz? 
- Jzyk miabym nienawidzi? A c on winien. Czy to on podbija, bierze w niewol, 
krzywdzi, gnbi? 
Umiechny si powane dzi usta oficera. 
- Nu, da! ale ludzi, co tym jzykiem gadaj, to pan pewno uas kak nienawidzisz. 
Awicz ramionami wzruszy. 
60 
- Nie wszystkich. Tych, ktrzy mi matk morduj i braci drcz, nienawidz, ale tych, 
co yj gdzie tam daleko ani mylc o tym i adnej korzyci z tego nie odnoszc, tylko 
auj, bo zo jak jad przenikajc cay organizm i w nich przeciec moe. Wiesz pan co... 
Tu zerwa si z zydla i z energicznymi gestami koczy: 
- Z moj natur nienawi si nie godzi. Ja bym wola wszystkich ludzi kocha, ze 
wszystkimi by w zgodzie... C, kiedy taki jeszcze wiat! 
- Taki jeszcze wiat! - jak echo powtrzy oficer. Ale wizie o rzeczach bolcych dzi 
dugo mwi nie chcia. By cay rowy od dzisiejszego widzenia si i od dzisiejszej rozmowy. 
Wzrok jego upad na szybk w oknie otwart. 
- Jaka cudna zorza! - zawoa. - Spjrz pan! 
Nad pasem lasu say si istotnie purpury zorzy ju prawie jesiennej, jaskrawej, a smtnej. 
Podszyway je ognie przysonite, tajemnicze, i wypywao znad nich jezioro bladego 
zota. 
Dwie pary zamylonych oczu ludzkich przez okienko wizienne patrzao na t pyszn 
ozdob nieba. Wizie po chwili mwi zacz: 
- Czy pan nic na t zorz patrzc oprcz niej nie widzisz? Czy panu nic na powierzchni 
jej si nie przedstawia? Ja widz. Mnie si przedstawia tu, na tym zotym jeziorze, dom 
mj rodzinny nad jeziorem stojcy, moja kochana Jeziorna, ktrej ju moe nigdy nie zobacz. 
Niedue to, nie wspaniae, ale takie mie, drogie, z kadym nerwem mego ciaa, z 
kad strun mej duszy zwizane. Oto tu, nad t fioletow chmurk, stoi dom niewielki jak 
nasze wszystkie, biay i z gankiem, tam dalej topole, woskie, a tam stary wiz porodku 
dziedzica, po ktrym biegnie pies, Nestor, ulubieniec mojej nieboszczki matki... 
Zamia si jako z cicha i z kolei wskaza na pas ciemnego fioletu, w dalekich gbiach 
nalany pomiennym ogniem. 
- A na tym pasie ciemnym i w gbi gorejcym, wiesz pan, co widz? Chat sybirsk 
dalek, dalek, pod wiatami pnocnej zorzy stojc i na progu jej nas dwoje... A pan co 
widzisz? Czy nic wcale? To by nie moe! Powiedz pan szczerze... 
Umilk w poowie wyrazu i wzrok szybko z zorzy na towarzysza przenis, zdziwiony 
gwatownym jego ruchem. Oficer gwatownie cofn si od okienka i oczy zakry rk, 
ktra draa. I on zobaczy co na zotym jeziorze zorzy. Zobaczy sucho zarysowane na 
nim czarne linie... 
Rk od oczu odejmujc zacz spiesznie: 
- To nic! to nic! Oczy od patrzenia na t wiato zabolay. Mnie ju czas i. Ze trzy 
dni bd jedzi po subie i pana nie zobacz. Bd pan zdrw! 
By ju przy drzwiach. Zatrzyma si jeszcze. 
- Bd zdrw! - powtrzy. 
A potem przez okrge okienko we drzwiach: 
- Atwarit'! 
Ale mniej jako gono i twardo ni zwykle. 
Z atwoci otrzyma trzydniowy urlop i u koca dopiero dnia trzeciego do miasteczka 
powrci. Zaraz poszed do wysoko postawionego przyjaciela. 
- Dokuczam ci ja, goubczyk, ale to ju ostatni raz... Potem nigdy ju nie bd. C z 
tym wezwaniem mego plemiannika do komisji? kiedy? 
- Jutro wieczorem! 
Rado bysna mu w oczach. 
- Wieczorem! to dobrze, dobrze! 
- Z czego ty tak ucieszy si, Apolinar? 
61 
- Cay dzie jeszcze mie bd do namawiania... Namawiaj, namawiaj, aby upokorzy 
si. Od tego zaley wszystko. 
- Ale, drogi, uczy ty mi jeszcze jedn ask. Niech ja jego sam do komisji prowadz. 
Nie onierze, ale ja sam. Z onierzami, widzisz, jak bdzie szed, to w nim znowu zbuntuje 
si polska i szlachecka dusza, a ze mn, to co innego. Ja go jeszcze przez drog do 
ostatniego momentu... rozumiesz? Ostatnie wraenie. 
- Rozumiem! Jak ty, adnako, Apolinar, zmizernia, i jaka pieczal w twoich oczach! Ja 
ciebie auj. Poprosz, aby ci dali bumagu... pa prikazanju... 
Kapitan Karowicki obj ramionami wsptowarzysza lat chopicych, nie wiedzie 
dlaczego popatrza na niego dugo, dugo i na koniec serdecznie go ucaowa. 
- Bg niech bdzie z tob! Bg niech bdzie z tob! Ja tobie z serca dzikuj... za 
wszystko! 
- Co tobie? Jakby dokd wyjeda i egna si! Ale prawda, e tu teraz yjc rozum 
postrada mona. Uasy takije! Ju ja posa prob, aby mnie std przenieli, cho na 
Kamczatk, byle gdzie indziej. Nie mog duej wytrzyma i rk swoich w tym wszystkim 
marat' nie chc. 
Z dziwnie uspokojon, wypogodzon twarz wyszed kapitan od przyjaciela swego. 
Targa go przedtem niepokj, czy to wezwanie do komisji nie wypadnie w godzinach 
dziennych, cho mia nadziej, e stanie si to wieczorem, bo komisje, ogromn iloci posiedze 
obarczone, dniami i nocami pracoway. Teraz upewni si o czym dla siebie bardzo 
wanym i to mu dawao wygld czowieka zadowolonego. I jeszcze, niewiele o tym 
mylc, czu w gbi rado, e przyjaciel wysoko postawiony, ten dobry, kochany czowiek, 
chce kraj ten opuci i rk swych uasami tymi nie marat'. 
Namawia Awicza, aby spokornia, zmik, wyjawi to, co komisja zapytywa bdzie, 
ani myla. Wiedzia naprzd, e namawianie skutku by nie osigno, a potem nie chcia, 
aby za cen choby ycia jego i swego, nie chcia, aby si tak stao. Chtnie tylko w myli 
spraw sobie z tego zdawa, ale czu bardzo wyranie, e gdyby si tak stao, gdyby Awicz 
upokorzy si, zmik, pocz wyjawia, byoby to dla niego czym takim jak zamienie 
soca lub rozsypanie si w proch tych ksztatw, ktrymi zachwycay si jego oczy. 
Jednak pomimo e z przeprowadzenia winia do miejsca posiedze komisji nie zamierza 
czyni takiego uytku, o jakim przyjacielowi mwi, rado milczca, ale gboka napenia 
mu oczy, gdy przyobiecan bumag wzi do rki. Schowa j za mundurem u piersi 
i jeszcze kdy na kraniec miasteczka poszed, kdy do dugo bawi, a na koniec, 
godzin oznaczon nieco wyprzedzajc, uda si do wizienia. Wchodzc do celi Awicza 
rzek od razu: 
- Jeste pan wezwany do komisji i ja mam pana tam zaprowadzi. Na winia wiadomo 
ta wywara wraenie przykre. Nie spodziewa si jej; myla, e ledztwo zastao ju 
ukoczone. Ale jeeli trzeba, to trzeba! Czego ci ludzie chc jeszcze od niego? Czego si 
po nim spodziewaj? Powinni byli przecie zrozumie, e nie wytocz z niego ani jednego 
sowa wicej nad to, co ju powiedzia. Prdko to nastpi? Dzi? Jutro? Zaraz? Oficer 
uprosi, by mu pozwolono tam go zaprowadzi, bo moe przecie nie tak przykro bdzie, 
jak z feldfeblem i onierzami? Aleksander ze wzruszeniem rk mu cisn. 
- Jaki ty dobry dla mnie, bracie! 
- Nu, co tam! co tam! ja by dla ciebie Boh znajet szto!... 
Dziwne u ludzi bywaj czasem przeczucia, te uprzedzajce wypadki rzuty duszy. W tej 
chwili dwaj ci ludzie po raz pierwszy zaczli sobie mwi: ty! 
- Nu - rzek oficer - czas nam w drog! 
Przez otwr w drzwiach zawoa: 
- Smatrytiel! 
62 
Wezwany dozorca natychmiast wszed do celi; Karowicki papier zza mundura wyjty 
mu pokaza: 
- Po prikazanju... 
Wyszli obaj z celi, przeszli rne korytarze i wschody, przed wyjciem z budynku Karowicki 
znowu komu papier pokazywa. Szyldwachy wszystkie rotnego dowdcy salutowali. 
Gdy znaleli si na ulicy, oficer winia pod rami uj i krokiem i zacz. Aleksander 
odetchn pen piersi. 
- Ach - rzek - powietrzem wieym oddycha cho przez chwil, co za rozkosz! Ale 
dlaczego idziemy tak prdko? 
I nie da towarzyszowi czasu na odpowied, bo sobie o czym przypomnia. 
- Ale, ale! Widziae narzeczon moj i jej matk! Bye u nich? Jak 
maj si? Co tam sycha? 
Uliczki miasta byy ciemne i prawie puste; kiedy niekiedy tylko dwaj spiesznie idcy 
ludzie spotykali si z niepozornymi, pieszcymi, obojtnymi na wszystko, co ich samych 
nie otaczao, przechodniami. Jednak oficer do szeptu prawie gos zniy odpowiadajc: 
- Twoja narzeczona to cud kobieta! Odwana, dla ciebie na wszystko gotowa. Wot Polki 
to kakija! Ja dawniej adnej nie zna! My z ni wiele, wiele mwili o rnych tam... naradzali 
si i ja tobie powiem, e u niej nie tylko krasata i serce, ale i rozum... 
Mwic przypiesza coraz kroku. 
- Czego my tak biegniemy? - zadziwi si znowu Aleksander. 
- Tak trzeba! - odpowiedzia oficer i w gosie jego zabrzmiaa nuta 
wydajcego rozkazy kamandira. 
U koca wskiej uliczki wida ju byo jednopitrowy budynek, w ktrym zasiadaa 
komisja. Wszystkie okna budynku tego byy owietlone, przed gankiem palia si latarnia i 
w wietle jej poyskiway bronie szyldwachw. 
Jeszcze kilka, jeszcze kilkanacie krokw i oficer nagym ruchem skrci w jakie ciasne, 
brudne przejcie pomidzy jakimi wp rozwalonymi lepiankami i potkami, winia 
za sob pocigajc. 
- Co to? Dokd? Gdzie idziemy? 
- Milcz! - szepn oficer i jakkolwiek szept to by, zabrzmia w nim twardy, niemal 
grony rozkaz. 
Ramieniem jak elazn obrcz opasywa rami winia. Lepianki i potki staway si 
rzadsze, mona byo wrd zmroku dostrzec ukazujce si za nimi pole. 
Rami Aleksandra pomimo elaznego ucisku oficera dre zaczo. 
- Co to jest? Dokd mnie prowadzisz? Co chcesz uczyni? Nie odpowiada i po minucie 
znaleli si ju za miasteczkiem. Wieczr by do pny i pomimo gwiazd usiewajcych 
niebo ciemny, bo szmaty chmur tuay si pod gwiazdami, gnane i rozganiane przez 
wiatr, ktrego prawie jesienne podmuchy z lekka szumiay po gadkim polu. 
Na wskiej ciece, przerzynajcej pole, tu i wdzie rosncymi nad ni krzakami ocienionej, 
oficer zwolni kroku i szeptem mwi zacz: 
- Ty nie wiesz, e tobie grozi mier... na szubienicy albo katorga. Ja o tym dowiedzia 
si i nie mg przecie z rkoma zaoonymi czeka. Ja pojecha do twojej narzeczonej i 
my z ni wszystko uoyli. Ty bdziesz wolny... 
- Wielki Boe! - wykrzykn Aleksander. 
- ... ... cicho! - zasycza oficer i narzeka zacz. - Oj ty Boe mj! jaki pyki charakter! 
tu trzeba jak myszy cicho... a on krzyczy! Suchaj i nie mw nic! Ja wszystko powiem... 
Szybko idc, z gow ku gowie towarzysza przyblion, mwi: 
63 
- Przez las ten przelecisz wiorst trzy, za lasem bdzie kareta szeciu komi zaprzona, 
z dwiema damami. Potem jeszcze mnstwo szczegw i na koniec: 
- O wicie w drugiej guberni ju znajdziesz si, a tam granica awstryjska niedaleko, bd 
tacy ludzie, co tobie... 
Jeszcze troch szczegw i wskaza! 
Aleksander nie odpowiada, oguszony, wstrznity, do utraty oddechu pocigany naprzd 
przez towarzysza, ktry znowu kroku niezmiernie przypieszy. 
Ju znajdowali si blisko lasu. Pod lasem na tle zmierzchu zarysoway si sylwetki 
osiodanego konia i czowieka za uzd go trzymajcego. Dostrzegszy nadchodzcych 
czowiek lejce na szyj konia zarzuci i jakby pod ziemi zapad, tak w mgnieniu oka znikn. 
A ko z gow ku nadchodzcym obrcon zara nagle, krtko. 
- Piorun! Mj Piorun! - krzykn Awicz i rzuci si na szyj piknego zwierzcia, a ono 
zgrabny pysk na ramieniu mu pooywszy wydawao chrapania urywane, w ktrych czu? 
byo pieszczot i rado. 
Ale pomidzy witajcych si przyjaci wmieszao si rami rkawem mundura okryte, 
gos niecierpliwy rozkazujco wymwi: 
- Do tego! Wsiada na ko! 
Ale teraz w postawie Aleksanda tkwi wyraz oporu. 
- Nie chc... a ty? Odpowiesz przecie za mnie, przeze mnie zginiesz! Za nic w wiecie. 
Wracajmy, wracajmy co najprdzej! Z pobaliwym umiechem oficer gow wstrzsn. 
- Wot! niby to rozumny, a dziecko! Czy ty myla, e ja i dla siebie ratunku nie obmyli? 
Ja zdradzi, ja przeciw obowizkom i prawu suby postpi, ja przyjaciela oszuka. To 
jake ja mgby tutaj pozosta? Ja tak samo jak ty uciekn. 
- Czy podobna! Wic razem! Czemu nie razem? Potrzsn znowu gow oficer, lecz 
w znak przeczenia. 
- Nie mona razem. Ja sobie inn drog pryduma. A ty o mnie bd spokojny. Ani na 
kar, ani na hab ja nie dam si. Za wier godziny i mnie, tak jak ciebie, ju tu nie bdzie. 
Widzc, e Aleksander w wahajcej si jeszcze postawie przy koniu stoi, do na ramieniu 
mu pooy. Oczy jego z gbokim, bolesnym baganiem, z bliska zatapiay si w 
oczach Awicza. 
- Siadaj! prdko! i le! Zrb mi t ask. Ja wrg ojczyzny... 
W piersi mu co zatkao. 
- Niech to przynajmniej zrobi, e jej dobrego syna wyratuj! Niech to przynajmniej 
ja... dla ojczyzny... 
Awicz roztworzy ramiona. Spoili si w ucisku silnym, lecz krtkim. Oficer napdza: 
- Prdzej! prdzej! 
Ej, Piorunie, koniu mj kochany, przeniee ty mnie na wiatrowych skrzydach przez 
piekielne progi! 
W polu w pobliu lasu, pod rozoyst grusz dzik oficer wsuchiwa si w ttent konia, 
ktry oddala si, cich w lesie, a ucich zupenie. Wyj zegarek zza mundura, nisko 
pochyli si nad nim, dojrza pomimo zmroku godzin i minut. Ju od piciu minut powinien 
by tam razem z winiem, nic to! jeszcze pi minut spokojnie czeka bd. Opar 
si plecami o drzewo, ktrego rozoyste gazie okryway go grubym cieniem i patrza na 
szmaty chmur przepywajce pod gwiazdami. Przepyway bardzo prdko i podobne byy 
do ogromnych ptakw z poszarpanymi ciaami i skrzydami. Gwiazdy to ukazyway si, to 
znikay. Bezbrzena samotno rozlewaa si po gadkim polu i po gstym zmroku, w ktrym 
sam jeden, z szelestem lekkim, lata chodnawy wiatr. 
Czowiek pod dzik grusz stojcy znowu przybliy do oczu zegarek! 
64 
Teraz ju tam niepokoi si zaczli... Do kieszeni mundura sign i w kilka sekund 
potem pod rozoystymi gaziami drzewa hukn rewolwerowy wystrza. 
Jednoczenie posta w zmroku niewyrana, lecz ciemna i cika, runa u stp drzewa 
na zroszone trawy. 
......................................... 
...Ej, serce czowiecze, jakie ty psoty srogie niekiedy patasz tym, ktrzy w uderzenia 
twoje nie wsuchiwali si nigdy... 
Ej, krwi, od rodu ojczystego w dziedzictwie otrzymana, jak ty czasem obojtnie po yach 
czowieczych krysz, a wzburzysz si i zaponiesz zgryzot mierteln! 
Ej, ty niewolniku biedny, ktremu palce ziemskiego pana ugnioty dusz w ksztat dla 
niego podany, co uczyni, gdy ta dusza ockna si i krzykna, e tak pragnie zosta, 
jak stworzy j Pan Niebieski? 
65 
HEKUBA 
(. 1863) 
Star nie bya jeszcze; nie miaa wicej nad lat czterdzieci i w pierwszej modoci swej 
adn by musiaa, bo wyrane lady tego pozostay w zgrabnym rysunku twarzy jej, niepospolicie 
piknych oczach, w obfitoci wsw, teraz jeszcze do kolan dugich i barw go-
rejcego zota majcych. 
Ale nie w gowie byy jej modo i pikno; dbaa o nie jak o pite koo u wozu. Gdy 
jej kto z ssiadw artem raz powiedzia: Pani Teresa, gdyby adnie ubraa si i uczesaa, 
a kroczkiem troch mniej zamaszystym chciaa chodzi, toby jeszcze liczn kobietk by 
moga! - zdziwia si zrazu, potem si rozgniewaa i ssiada ofukna. 
- Take koncept! Nieche mi pan Ignacy gowy gupstwami nie zawraca, a powie lepiej, 
czy poyczy mi tego grochu za zasiew, po ktry przyjechaam, czy nie poyczy, bo 
jeeli nie, to siadam na bryczk i jad! Czasu nie mam! 
Wiecznie czasu nie miaa, pieszya, biega, o co staraa si, co pilnego do czynienia 
miaa. Co czynia? Boe wielki! Ani wyliczy, ani opowiedzie! Wszystko, co czyni trzeba 
byo majc folwarczek malutki, dzieci szecioro i ma, ktry by naprzd hulak i 
marnotrawc, potem prniakiem i pieczeniarzem, a potem umar i j wdow pozostawi. 
Niektrzy na pracowito jej fenomenaln, ruchy energiczne, na oczy byszczce, a niekiedy 
a gorejce, spogldajc mawiali: Co za temperament! I mieli suszno. Niezwyko 
temperamentu bya tym wanie co losami jej zarzdzio. 
Niegdy omnastoletni, adn, do posan i szeroko spokrewniona bdc, tak si 
bya w ssiedzie nicponiu zakochaa, e perswazje ani wzbraniania adne nie pomogy. 
- Hulaka - mwiono jej - prniak, baamut, bankrut! A ona: 
- Nie ma na wiecie aniow. Kady czowiek ma wady i on je ma i take. Ale ja go z 
wadami i pomimo wad kocham i nigdy, a do grobowej deski, kocha nie przestan! 
A kiedy matka i najblisi krewni stanowczo maestwu temu opiera si prbowali, 
owiadczya, e w razie stawiania jej dalszych przeszkd z domu ucieknie, ani domyla 
si, jakim sposobem i kiedy ucieknie, z wybranym swoim w jakim ustronnym kociku 
lub wemie, a potem matk i krewnych o przebaczenie poprosi. e przebacz, to dla niej 
wtpliwoci nie ulega, bo j kochaj przecie - i jak jeszcze! A w dodatku szczcie jej 
przeprasza ich za ni bdzie. Bo ona pomimo wszystkich przepowiedni czarnych i kraka 
kruczych ani na chwileczk o przyszym szczciu swym nie wtpi. 
Znajc j wszyscy wiedzieli, e to, co mwi, moe prn grob nie by. Tak yw i 
mia bya, tak dzielnie matce w gospodarstwie dopomagaa, tak ochoczo do kadej zabawy 
albo roboty stawaa, e kozakiem-dziewczyn j nazywano. Moga bardzo atwo 
uczyni to, na co inne stworzenie, potulne i niemiae, zdoby by si nie potrafio. 
Przy tym zdawao si nawet, e ten kociek ustronny i takie na drodze niezwykej zoenie 
dowodu mioci wybranemu posiada dla niej mogy urok pewien, poetyczny czy 
romantyczny, bo za poezj w ogle przepadaa i pomimo niezwykej ywoci swej do marzycielstwa 
miaa skonno. Duo za pnoc nieraz w poemacie jakim zaczyta si 
umiaa albo na piknie zachodzce soce, na adny widoczek leny, na k bogato roz
66 
kwit zapatrzy si tak, e jak ze snu budzi j byo trzeba, a gdy wybrany zasiada do 
fortepianu i gosem bardzo miym piewa zaczyna: Stj, poczekaj, moja duszko, skd 
drobniuchn strzyesz nk albo: Dwa gobie wod piy, a dwa j mciy, do najciemniejszego 
w pokoju kcika usuwaa si i po wieej jak jutrznia jej twarzy cichuteko 
spywa zaczynay perliste zy. 
Matce, krewnym, przyjacikom, wszystkim, ktrzy j przed zym wyborem i losem 
ostrzegali, mawiaa: 
- Od ruiny majtkowej posagiem swym go wyratuj, do porzdnego ycia przyzwyczai 
si, bo mi kocha. A czy moe by na wiecie szczcie wiksze, wysze, jak wyratowa, 
uszczliwi, uszlachetni, udoskonali czowieka kochanego. 
I gdy to mwia, piwne renice jej sypay zotymi skrami, a policzki przemieniay si z 
patkw jaminowych w psowe re. 
Nie byo rady. Pobrali si i po krtkiej przerwie, ktra zdawaa si urzeczywistnia marzenia 
kozaka-dziewczyny, w sercu, w gowie, w sposobie ycia jej wybranego wszystko 
poszo po dawnemu. Tak jak dawniej pocz prniaczy, w karty gra, na huczne polowania 
jedzi, rnym paniom i nie paniom gowy zawraca, jej posag i resztki majtku swego 
galopem roztrwania. 
Uszlachetnienie i udoskonalenie kochanego czowieka nie uday si, czy i szczcie 
take? Naturalnie, ale tego domyla si tylko byo mona, bo pani Teresa pomimo prawdomwnoci 
i wielomwnoci swej o losie swym i wszystkim, co on jej przynis, jak grb 
czy kamie milczaa. Bya w milczeniu tym ambicja, skarg i uala si nie znoszca, czy 
pomimo wszystkiego trwajce kochanie? Jedno i drugie zapewne, lecz moe wicej drugie 
ni pierwsze. Moe pani Teresa naleaa do tych natur gbokich, w ktre gdy raz kochanie 
zapadnie, to go ani gorzkie zy zawodu zala, ani palce elazo blu wypiec nie s zdolne. 
I to tylko widzieli wszyscy, e jak przedtem ma, tak potem dzieci, gdy na wiat przychodzi 
zaczy, kochaa z czuoci i troskliwoci niezmiern, entuzjastycznie, bez granic. 
Inaczej wida kocha nie umiaa i taka wanie mio musiaa by koniecznym i 
wierzchokowym wykwitem jej natury. 
Sprowadzia te mio ta w jej yciu dalszym nastpstwo do osobliwe. 
Kiedy ostatecznie majtkowo zrujnowani, ona i m jej, z trojgiem ju dzieci, zamieszkali 
w folwarczku malutkim, jedyn ju ich wasno stanowicym, pani Teresa wnet 
obejrzaa si po nieduych kawakach pola, ki, lasu, po zabudowaniach gospodarskich, 
po rachunkach dzierawcy, ktry im w maym domku miejsca ustpowa, i zabraa si do 
pracy. 
Zrozumiaa, e wioszczyna ta, w cich samotno rwnin poleskich rzucona, stanowia 
warsztat jedyny, na ktrym wyprz i wytka trzeba byo byt tych, ktrych kochaa, e ten 
domek pod somian strzech, pomidzy stare lipy i grusze wtulony, musi sta si opok 
dla stp drobnych, dla dugiej przyszoci jej dzieci i e ona jedna tka na warsztacie, opok 
przed skruszeniem si uchowa potrafi. Pomocnika, tym bardziej wyrczyciela, nie 
miaa, nie! Wic do warsztatu i opoki zabraa si sama wawo, energicznie i rozpoczo si 
dla niej ycie twarde, szorstkie, jak wr sieczk napenione drobiazgami, ktre tak jak 
dba sieczki byy dla dotknicia ostre i kujce, dla oczu szpetne i przykre. 
On, licznych i mniej albo wicej majtnych krewnych majc, jedzi od dworu do dworu, 
tu tygodnie, tam miesice bawic si i bawic, dla obyczajw gadkich i humoru wesoego 
wszdzie mile witany i widziany, zawsze jeszcze paniom podobajcy si i przypodobujcy, 
adnie piewajcy, na polowaniach umiejcy strzela celnie, a potem o nich najmieszniejsze 
anegdoty opowiada. 
Do domu zaglda kiedy niekiedy, w zgrabnych ramionach dzieci przez czas jaki pohuta, 
on pieszczotami i czuociami osypa, a potem poziewa z nudy, wyciga si w 
caej dugoci na sprztach, nad nieszczciami swymi biada zaczyna, a po niedugim 
67 
czasie nastpowaa pora humoru piekielnego, pospnoci grobowej, fukania na wszystko i 
wszystkich, czasem nawet grb rychej, a bodaj nawet samobjczej mierci, a na koniec, 
duej ju ycia w tej norze, w tej dziurze, w tym czyciu ziemskim wytrzyma nie mogc, 
odjeda znowu, aby po tygodniach lub miesicach powrci na dnie niedugie. I zdarzyo 
si, e nigdy ju nie powrci. W domu daleko mieszkajcych krewnych srodze na polowaniu 
przezibiwszy si - umar. Pani Teresa za dugo po nim z twarz od paczu spuchnit 
chodzia. Patrzcy wwczas na ni mawiali pomidzy sob: Ma te kogo tak dugo i 
wiele opakiwa! Ona jednak pakaa dugo i wiele. Tak ju bya... 
Zreszt jak przedtem, tak i w dalszym cigu chodzia po polach, dozorowaa robotnikw, 
strowaa nad ork, mck, zasiewem, sianokosem, niwem, dogldaa inwentarza, 
z pomoc paru dziewek ogrody uprawiaa, nierzadko wasnorcznie gotowaa straw, a w 
dugie noce zimowe szya odzie dla siebie i dzieci. O pierwszych brzaskach dziennych, na 
mrz, deszcz, nieyc, wichur czy na rajskie od ro wieych i wita bkitnych poranki 
letnie, pierwsza wychodzia z domu, aby nieliczn czelad budzi, wraz z ni roboty 
dzienne rozpoczyna. Oprcz tego czsto do ssiednich wsi i miasteczek jedzia, wszystko, 
co trzeba byo, sprzedajc, kupujc, braki rne zapeniajc, stratom zapobiegajc, o 
mnstwo drobin tego twardego bytu dobijajc si z trudem, z targiem, z trosk, od ktrych 
nieraz poty perliste na czoo jej wystpoway. W dodatku zupenie ju nie wiadomo, jakim 
sposobem czy jakim cudem zdoaa rd tego wszystkiego trzech synw z kolei do szk 
przygotowa i wysa, crk jako tako wyedukowa i dwoje dzieci najmodszych, drobnych 
jeszcze, doglda... 
C dziwnego, e od lat wielu ju w sposb taki yjc - stracia form. Byo to wyraenie 
jednego z ssiadw, ktry patrzc raz na ni przez pokj idc, z cicha rzek do obecnych: 
- Pani Teresa zupenie stracia form... 
I prawdziwym to byo do tego stopnia, e gdy sza, to z pewnego oddalenia trudno byo 
powiedzie na pewno, czy to kobieta albo mczyzna idzie, a z bliska znowu kady nic o 
niej nie wiedzcy dugo namyla by si musia przed zadecydowaniem, do jakiego stanu 
spoecznego i poziomu cywilizacyjnego niewiasta ta naley. 
Nie bya wcale oty, a jednak w pasie, ramionach i caej sobie bya grub. Pochodzio 
to ze zgrubienia czy rozrostu muskuw, ktre wci mocoway si z chodem, gorcem i 
fizycznym trudem, a nadawao jej pozr bryowaty, ciki, dziwnie znowu sprzeczajcy si 
z ywoci i energi ruchw. 
Po dawnych jaminach i rach jej twarzy ladu ju nie pozostao i ogorza, zgrubia 
skr powleczona twarz ta zachowaa tylko pikny zarys ust i czoa, a take te due, w 
niepospolicie pikn opraw ujte oczy, ktrych piwne renice teraz jeszcze umiay w 
chwilach wzruszenia czy zamylenia sypa zotymi skrami lub wieci jak gwiazdy. 
Ale do tego stracenia przez pani Teres formy wicej jeszcze od zgrubiaoci muskuw 
i twarzy przyczyniao si ubranie. By e to by dla wytwornych i strojnych ssiadek 
skad dziww nad dziwami w tym ubraniu, ktre nigdy nic wiedzie nie chciao o modzie i 
elegancji, a wiedziao tylko o tanioci i wiecznym, braku czasu! Wic spdnice jakie zbyt 
krtkie, a co gorsza, z jednej strony dusze, z drugiej krtsze, kaftany jakie le skrojone i 
z pierwotn prostot uszyte, buty grube i stukajce, chustka na gowie zamiast kapelusza. I 
tylko wosy... Do tych pani Teresa sabo snad miaa, bo zawsze lnice i w gadki warkocz 
zaplecione, zwijay si z tyu jej gowy na ksztat ogromnego wa, ktry by mia 
barw mienicej si w blasku soca uski kasztana. 
Zapracowaa si pani Teresa, zaniedbaa sam siebie i stracia form, lecz nie zdawao 
si to j martwi ani zawstydza, ani zraa do bywania kiedy niekiedy w domach ssiedzkich, 
do brania udziau w licznych nawet zebraniach towarzyskich. By w niej pocig do 
ycia towarzyskiego; weso pomidzy ludmi bywaa, mwn. Gdy z bryczuszki, w dwa 
68 
mae koniki zaprzonej, przed domem ssiadw wysiadszy, krokiem swoim zamaszystym 
i stukajcym, w sukni z jednej strony krtszej, z drugiej duszej, do piknego, wykwintnego, 
ludnego salonu wchodzia, na ustach miaa umiech szeroki, ktry rzd zbw 
jak pery biaych odsania, a na powitanie rce obecnych tak mocno w stwardniaych od 
pracy doniach ciskaa, e niektrzy a z blu sykali. Na kanapie albo jakim paradnym 
fotelu j posadzi zupenym byo niepodobiestwem. 
Wykrcaa si od zaprosin, zawieruszaa si pomidzy towarzystwem, gdzie to tu, to 
wdzie sycha byo, jak caowaa si z paniami, artowaa z panw, o rnych rzeczach i 
sprawach rozprawiaa gosem przyzwyczajonym do przemawiania w polu, w ogrodach, w 
stodole, wic zbyt dononym i niekiedy wpadajcym w tony tak grube, e trudno byo z 
dala rozrni, czy to jest mskie albo niewiecie mwienie. 
Ale u siebie w domu, w Leszczynce swojej, gdy nikt obcy na ni nie patrza, miewaa 
czsto czoo zmartwione, a oczy pene zadumy czy tsknoty. Nieraz gdy w gorce niwa 
po dniu na skwarze sonecznym spdzonym z pola do domu powracaa, krok jej zamaszysto 
sw utrca i powolnym stawa si, zmczonym, a wzrok ku grze podniesiony bka 
si po obokach przez letni przedwieczerz malowanych i zoconych. Zbaczaa nieco z drogi 
wprost do maego dworku prowadzcej, wchodzia na czk przydron i tam wrd mietlic 
rozczochranych i koniczyn kwitncych siadaa. 
Rozczochrane mietlice, koniczyny wysokie, gronami biaych pere obwieszone, szczawie 
o potnych, czerwonych kitach ogarniay j i zasaniay a po szyj, tak e nad t topiel 
puszyst i rnobarwn wida byo tylko jej gow z bujnym, ognistym warkoczem i 
z twarz od znoju wilgotn. Lekkie wiatry przedwieczorne muskay wtedy t twarz uznojon, 
a przed oczyma od zmczenia przygasymi powstawaa nad niedalekim lasem zorza 
wieczorna, zota i rowa. I patrzay wtedy oczy te na zawieszajc si pomidzy niebem i 
ziemi zason wietln, patrzay, podziwiay, modliy si, wielbiy, a poczynay nabiera 
od niej blasku, a powracay od nich sia i rado ycia, a marzce, smutne, rozmodlone, 
zachwycone, nad gstwin mietlic, koniczyn i szczawiw - wieciy jak gwiazdy. 
Zdarzao si rwnie, e w noce zimowe, za domem biae od niegu, w domu ciche od 
powszechnego upienia, ogarniay j zadumy do fal gorzkich, pospnie szemrzcych podobne. 
Dzieci w przylegym pokoju spay spokojnie, a ona w izdebce swojej u jedynego jej 
okna przy wietle maej lampy odzie ich naprawiaa. Wysoki stos biaych pcien wznosi 
si przed ni na stole, wiatr za oknami szumia, czasem ga wiatrem poruszona sucho i 
twardo w szyb zastukaa lub wierszcz odezwa si pod piecem. 
Z gow pod wiatem lampy pochylon szya, lecz nieraz iga wysuwaa si z jej palcw 
i czoo na do opadao. Z czoem i oczyma zakrytymi doni siadywaa nieruchomo i 
tylko czasem, jakby czemu dziwujc si bezdennie lub nad czym bolenie biadajc, gow 
powoli wstrzsaa lub w obie strony koysaa. Dziwowaa si tak losowi wasnemu? 
Biadaa nad omyk w dniach kwitncej modoci popenion? 
Niekiedy take wrd takiej zadumy nocnej z ust jej wychodzi poczynay nuty piosnki 
starej: Dwa gobie wod piy... Nigdy wicej nad ten pocztek piosnki nie zanucia, 
opamitywaa si zaraz, milka... Byo to echo od wiosny ycia w t noc zimow przywiane, 
echo i odbysk mioci jedynej w yciu, zawiedzionej, zdeptanej?... 
Ale w ssiednim pokoju jedno z dzieci niespokojnie poruszyo si na posaniu, drugie 
wrd snu krzykno. 
Pani Teresa, w mgnieniu oka na nogach, biega ku sypialni dziecicej, a gdy po chwili, 
przekonawszy si, e nic zego nie zaszo, powracaa, oczy jej, usta, twarz caa janiay od 
bogiego umiechu. 
- Robaki moje, kwiatki, brylanty, pociechy, skarby moje! 
69 
Wrd licznych jej znajomych byli tacy, w ktrych budzia szacunek lub podziw, i tacy, 
ktrych bawia albo nudzia, ktrzy te j po trochu wymiewali. Do powszechnie 
zreszt przyczepiano do niej nazw Virago. ycie za inn jeszcze nazw obdarzy j 
miao... 
II 
Tej wiosny syn najstarszy pani Teresy, dwudziestoletni student od paru lat w dalekiej 
stolicy przebywajcy, razem ze skowronkami do Leszczynki zlecia i ju z powrotem nie 
odlecia. Gdyby pani Teresa do powrotu go namawiaa, nie usuchaby pewnie, ale ona nie 
czynia tego i raz go tylko oburkliwie, krtko zapytaa: 
- C bdzie, Julek? Nie pojedziesz? 
- Nie, matuchno - odpowiedzia. - Nie pojad... 
Czoo jej zbiego si w dwie grube zmarszczki i przez chwil staa ze wzrokiem w ziemi 
wbitym, pospna i zgnbiona. Potem jednak gow podniosa i spokojnym gosem ju 
rzeka: 
- Ano! C robi? Kiedy inaczej by nie moe... 
- Nie moe, matuchno! 
- Ja to i sama wiem. A kiedy inaczej by nie moe, to i basta! Do gospodarstwa odesza. 
Ale kiedy z pkiem kluczy w rku sza przez may dziedziniec do wirna, w ktrym 
rne zapasy ywnociowe si mieciy, krok jej ciszy i powolniejszy by ni zwykle. 
Bg jeden tylko wiedzia, z jakimi trudnociami, przeszkodami, troskami zdoaa ona 
syna tego do szk przygotowa, w szkoach utrzyma, do stoecznego uniwersytetu wysa. 
Par razy kto z krewnych dopomg niech i oto za lat trzy Julek skoczonym medykiem 
zostanie, a jakim bdzie medykiem i jakim czowiekiem, to ju ona jedna tylko wiedzie 
moga, ktra go najlepiej ze wszystkich ludzi znaa i tyle ju dziww o jego zdolnociach, 
o jego duszy, o jego przyszoci wyroia. W rojeniach tych zreszt wcale nie 
wszystko byo urojeniem i powszechne zdanie w okolicy panowao, e pani Teresie syn 
najstarszy dobrze si uda. W zimie, ktra t wiosn poprzedzia, ssiedzi czsto syszeli j 
mawiajc: 
- Oho! Niech no tylko Julek nauki skoczy i na wasnych nogach stanie, to ju ja o 
przyszo Janka, Olka, Broci i Ludwinki spokojn bd. Chobym i oczy zamkna, 
choby na Leszczynk nieurodzaje i inne klski spady, on zgin im nie da! 
- A dlaczeg to pani - kto raz zauway - wszystkie dzieci wymieniajc, o pannie 
Inie zapomina? 
Na to pytanie rado na twarzy jej zgasa i oczy niespokojnie zaczynay migota. 
- Inka! no, c Inka! Omnacie lat koczy, ju dorosa... 
- Za m rycho j pani wyda, co? 
- Moe... pewnie... na to przecie rosn dziewczta... 
- Patrze tylko, jak chopiec jaki porwie j od pani... Jake, takie licznoci... 
- A pewnie, e liczna jest! co prawda, to prawda! - rozpromieniaa si znowu pani Teresa, 
lecz wnet z nowym zaniepokojeniem oczu i czoa dodawaa: 
- Tylko e ta liczno tak samo nam kobietom nieszczcie jak szczcie sprowadza 
moe. At! W rku Boga los ludzki! Jak Bg da!... 
Zna byo, e wspomnienie o licznej Ince niepokj w niej budzio, ale dlaczego, nikomu 
o tym nie mwia. Waciwie dziewczynie tej, za ktr gdy tylko si gdziekolwiek 
ukazaa, panowie jak soneczniki za socem si obracali, na imi byo: Michalina, ale ona 
imi to zbyt lada jakim znajdujc, gdy tylko dorosa, zacza wszdzie, gdzie tylko moga, 
70 
nazywa si i podpisywa: Ina. Dla dogodzenia jej wszyscy tak samo nazywa j zaczli, 
bo dogadza jej kady czu potrzeb, mus niemal. Nie bya liczn? 
Dzie by kwietniowy, bardzo pogodny i ciepy. Wiosny tej kwiecie przyszed na 
wiat takim, jakim zazwyczaj maj przychodzi. Przedwczesne upay dopieka zaczynay i 
wszystko przedwczenie rozzieleniao si, rozkwitao. W Leszczynce szare ciany maego 
domu oblewa blask soca, na strzech, mchem bkitnawym poplamion, lipy kady pene 
listowia gazie, przed kilku maymi oknami kwito na grzdach troch narcyzw i piwonij. 
Na maym dziedzicu, budowelkami gospodarskimi otoczonym, i w znacznie wikszym 
ogrodzie owocowym i warzywnym panowaa cisza, ktr napenia niezmierny, radosny 
gwar ptactwa. Mnstwo tego pierzastego drobiazgu gniedzio si tu w gazistych 
drzewach i metalicznym szczebiotem jak winem musujcym napeniao czar krysztaowego 
czystego powietrza. 
Julka ani Inki nie byo w domu. On teraz czsto puszcza si na wyprawy po ssiedztwie 
i caym powiecie, j ssiadki na do dugo zabray, aby im w jakich pilnych zbiorowych 
robotach pomagaa. Pani Teresa sza z ogrodu warzywnego, gdzie kilka kobiet wiejskich 
jak zielenin na zagonach rozsadzao, a dwie kilkoletnie dziewczynki, w krtkich 
sukienczynach, wysoko nagie ich nota odkrywajcych, krok w krok za m wrd agrestowych 
krzakw dreptay. Niezwykle zamylona pani Teresa zdawaa si nie sysze 
dwch cienkich gosikw, ktre tu za ni, to po kolei, to razem woay: 
- Mamciu! Mamusiu! Matuchno! Mamciu! 
Mylaa. Jak on teraz, ten Julek, czsto wyjeda z domu, jak si pomidzy rozmaitymi 
ludmi po wsiach i po miasteczkach krci, a gdy powraca, jaki mu czasem ar pali si w 
oczach. Zawsze mia takie oczy byszczce, ale teraz to tak zupenie, jakby kto aru w nie 
nasypa... Nic nigdy o tym, gdzie by i co robi, nie mwi, nawet przed matk. Tak i powinno 
by; ona do niego o to adnej pretensji nie ma, ale sama domyla si, e snad ju, 
ju... pora nadchodzi... Oj, cika pora... Tak si boi, tak si okropnie boi... 
- Mamciu! Mamusiu! Matuchno! 
Nie syszy. Westchna gono. 
Za ojczyzn, za wolno, prosta to rzecz i naturalna. Ona to dobrze rozumie. Ona tak 
samo myli i czuje jak Julek. Czy chciaaby, aby on myla i czu inaczej? Nie! bro Boe! 
za tchrza i za gagana miaaby go, gdyby tak byo. Wolaaby do grobu go pooy nieli 
widzie tchrzem i gaganem. Ju dawno powiedziaa sobie, e inaczej by nie moe i - 
basta! Ale na sercu ma taki ciar, taki okropny ciar. 
- Mamciu! Mamusiu! Mameczko! 
Nie syszy. Idzie coraz powolniej i gowa jej, sztywn, mulinow chust przed upaem 
osonita, coraz niej na pier opada. 
Co z tego bdzie? Co bdzie? Zamiar wielki i wity, tak, wity! ale skutek jaki? Powiadaj, 
e jeli nikt nie pomoe... ale to jest gupie gadanie. Pomc to pomog, bo albo 
to ludzie na wiecie z kamienia s, albo z bota, aby widzc tak spraw wit, takie mczeskie 
targanie si, nie ujli si, nie ratowali? W Bogu nadzieja, e tak bdzie, jak modzi 
Konieccy onegdaj mwili. Interwencja mocarstw nastpi i wszystko dobrze pjdzie. 
Ale tymczasem... kule... A gdyby jedna z nich... w Julka... O, nie daj Boe! O, nie pozwl! 
Pod Twoj opiek i obron uciekamy si, wita Boa Rodzicielko! 
- Mamo! Matuchno! Mamo! 
Na koniec usyszaa, a raczej uczua czepiajce si sukni jej cztery apki. 
- Czego chcecie?! 
Dwie drobne twarze, rumiane, pyzate, podnosiy si ku niej i jedna ze miechem, druga 
z nadsaniem rzeky: 
- Je chce si! 
71 
Splasna domi i krzykna: 
- A prawda! To to wy dzi nic jeszcze nie jady! To ja o was zapomniaam. A biedniekie 
wy moje, milekie... godne... Chodcie prdzej, chodcie do domu, chodcie... 
Ranie ju, szerokim krokiem i zacza, a przed ni dwa malestwa szybko po zielonej 
trawie bosymi stopkami przebieray, wkrtce te przez boczne drzwi domu do maej 
sionki wbiegy. Ale pani Teres, wej tam za nimi majc, w progu ogarny i prawie 
nad ziemi uniosy mskie jakie ramiona i nim opamita si zdoaa, po sionce j okrciwszy, 
do przylegego pokoju walcowym krokiem wcigny. Przy tym gos modzieczy, 
wesoy woa: 
- Dzie dobry mamci! Dzie dobry matuchnie! Jak matuchna ma si? I krcc si z ni 
jeszcze po pokoju, mia si: 
- Cha, cha, cha! 
A ona zdyszana i z twarz w ogniu krzyczaa: 
- Pu, Julek! Ach, ty swawolniku, wariacie, nicponiu! Pu, mwi, bo tchu ju nie 
zapi... 
I tak samo jak on miaa si: 
- Cha, cha, cha! 
A gdy wypuci j z obj, ku drzwiom od kuchni skoczya i krzykna: 
- Teleukowa! Daj malekim niadanie. 
I wnet do syna powrcia z ustami penymi zapyta. 
- No, jake masz si? Tydzie ci w domu nie byo. Daleko jedzie? .Skd teraz 
przyjechae? Co si tam na szerokim wiecie dzieje? 
On j kilka razy w obie rce pocaowa, po czym, na starej kanapce usiadszy, z min 
uroczycie nastrojon mwi pocz: 
- Uczynki miosierne co do ciaa: godnego nakarmi, spragnionego napoi... a dopiero 
gdy si tego dokona, przyjd tamte, co do duszy: nie wiedzcego uwiadomi, pytajcemu 
odpowiedzie... 
- No, no, ju rozumiem! Zaraz nakarmi i napoj! Oj, ty, swawolniku may! 
I ju ku drzwiom od kuchni pieszya, ale gdy okoo niego sza, za rk j pochwyci i z 
oczami ku niej podniesionymi, gosem znionym rzek: 
- A potem pjdziemy do pokoju mamy na rozmow powan. Mam do powiedzenia 
mamie co bardzo wanego... 
Ona zblada na twarzy i oczy jej zmciy si, jak gdy kto kamie na wod rzuci. 
- Co wanego... - powtrzya szeptem. Ale wnet uspokoia si. 
- Dobrze, pomwimy, tylko ci do zjedzenia cokolwiek przynios. Sam pozostawszy 
Julek z kanapki si zerwa i may pokj szybko wzdu i wszerz przebiega zacz, drobnego 
wsika pokrcajc, z gow pochylon, zamylony. Jednak pomimo zamylenia spod 
drobnego wsika adnym tenorem zanuci: Cicho, cicho, kto nadchodzi, serce mwi... I 
urwa. Tona piosnka modziecza w falach myli szumnie i tumnie toczcych si przez 
gow. 
Swawolnikiem by od dziecistwa najmniejszego a dotd, ale maym to nie by bynajmniej. 
Wzrost wprawdzie mierny mia, ale barki szerokie, w stosunku do wzrostu nawet 
za szerokie, co troch krpym go czynio; jednak z ksztatw i ruchw bia mu taka rzeko 
i ywo, e zgrabnym si wydawa, a przede wszystkim za doskonae upostaciowanie 
zdrowia i siy mg uchodzi. Po matce wzi czupryn gst, adny wykrj czoa i 
pikne piwne, byszczce oczy, lecz na razowym chlebie macierzyskim policzki mu nieco 
zanadto spulchniay, tak e okrge i rumiane przypominay pyzatych aniow, na obrazach 
niekiedy malowanych. Z twarzy tej ogie modoci gorcej, namitnej a tryska si zdawa. 
72 
Nie tak wyglda, gdy w zimie minionej cae szeregi nocy spdza w trupiarni, gdzie 
blady od bezsennoci z ciekawoci namitn bada na ciaach, ktre mier rozkadaa, 
tajemnice ludzkiego ycia. Ale teraz nie zna byo na nim ani tych nocy pracowitych i ponurych, 
ani innych wrzawliwych, ktre w izbie studenckiej, w obokach tytuniowego dymu 
spdza na namitnych sporach i rozprawach z tumem kolegw. Teraz wszystkie prace, 
wszystkie przedmioty sporw i rozpraw, wszystkie denia i zamiary jak drobne wieczki 
pogasy przed blaskiem jednej myli, jednej nadziei, jednego zamiaru i celu. 
Wnet po wczesnym i krtkim obiedzie rzek do matki: 
- Moe do mamy pokoju na rozmow pjdziemy, bo tam bbny najmniej przeszkadza 
bd... 
- Jakie tam bbny! Janek i Olek zaraz znowu do wioski albo do lasu polec... 
- S jeszcze dwa mniejsze bbenki... 
- No, te robaki... nic jeszcze nie rozumiej! Ale id do mego pokoju, a ja tylko Teleu
kowej co powiem i tam przyjd... 
Niebawem wchodzia do tego pokoju, ktry by waciwie izdebk wsk, o jednym, na 
ogrd wychodzcym oknie, a tu za ni wysoki prg przestpiy Brocia i Ludwinka. Dwa 
te cienkie gosiki zadzwoniy: 
- Matuchno! Mamusiu! Mamciu! 
- Czego chcecie? 
Z oczyma na matk podniesionymi chwil milczay, a potem najspokojniej i najpowaniej 
w wiecie odpowiedziay: 
- Niczego! 
Z matk i przy matce by chciay tylko, a przy tym lubiy niezmiernie t izdebk, do 
ktrej wstp bez niej z powodu rachunkw st do pisania okrywajcych, by im wzbroniony. 
Mogyby sobie z tych papierw zabawki powykrawa lub na wiatr je puci. 
- No, kiedy niczego, to idcie std sobie! Do Teleukowej idcie!... 
Z zadartymi gwkami uczepiy si czworgiem rczt spdnicy matczynej 
i Brocia, brunetka niada, aonie, a Ludwinka, Inianowosa i rowa, z gniewnym 
tupaniem nek, jednogonie zawoay: 
- Nieeeeee! 
Julek pochyli si i w mgnieniu oka jedn na jedno rami, drug na drugie pochwyciwszy, 
znad ziemi je podnis. 
- E! Niech robaczki troch sobie przy Teleukowej popezaj! Tu niepotrzebne ! 
miejc si z izdebki je wynosi, a one miay si take gono i nagie, dugie, ogorzae 
ich nota koysay si w powietrzu, z ramion braterskich zwisajc. 
Pani Teresa tymczasem stana przy otwartym oknie, za ktrym rs wysoki i gsty 
krzak bzu ju rozkwita poczynajcego. Krzak ten tak zasania okno, e nic przeze wida 
nie byo oprcz kawaka bkitu niebieskiego za najwyszymi szybkami. 
Kiedy Julek powracajc drzwi za sob zamkn, izdebka zdawaa si by szczelnie 
przed wszelkim okiem i uchem ludzkim ukryt. 
- C, co mi masz do powiedzenia? - rzucia si ku synowi pani Teresa. 
Poblad twarz i zmcone renice jej widzc, uspokaja j pocz: 
- Nie to, nie to jeszcze, co mama myli. I to przyjdzie, naturalnie, ale nie teraz jeszcze. 
Teraz co innego, ale take wanego. 
I tu, u otwartego okna stojc, pocz mwi do gono, bo i po c miaby szepta, 
skoro nikogo w pobliu nie byo i nikt podsuchiwa ani myla. 
Czy tylko nikt? Co jednak za krzakiem bzowym zaszeleciao i co ciemnego wrd 
gsto spltanych gazi zaszarzao. Ale pani Teresa i Julek uwagi adnej na to nie zwrcili. 
73 
Mao to skrzyde ptasich za oknami trzepoce, a byo im w tej chwili do przygldania si 
grom barw i wiate w krzakach? 
Tymczasem po drugiej stronie bzowego krzaku dwie postacie chopice, jedna niedorosa, 
a druga wcale jeszcze dziecinna, w postawach wypronych i ze skamieniaymi od 
wytonej uwagi twarzami podsuchiway. 
Tak samo jak Brocia i Ludwinka, Janek i Olek poszli jeden w matk, drugi w ojca. 
Wosy ciemne i zote, jednostajnie krtko przystrzyone, oczy piwne i bkitne, jednostajnie 
w tej chwili od ciekawoci namitnej rozbyse, cery jednostajnie przez wiosenne wiatry 
i upay opalone. Tylko e starszy wysmuky by i wydawa si sprystym, gibkim, a z 
twarzy bladawej wraliwym i zapalczywym, u modszego za krpo czy przysadzisto 
ksztatw czya si z rumiannoci, powlekajc pyzate, zupenie jeszcze dziecinne policzki. 
Zreszt lat niespena pitnacie i trzynacie, stare jakie, ju za krtkie i za ciasne 
mundurki szkolne, stopy bose, lady wieej wdrwki po drogach piaszczystych i podoach 
lenych na sobie majce. 
Z kilkogodzinnej wdrwki po wsi chopskiej i lesie powrciwszy, zaraz spostrzegli, e 
pomidzy matk i Julkiem co jest, jaki sekret, niepokj. Przy stole obiadowym matka 
mniej ni zwykle mwia, nawet ich za niezgrabne jedzenie gdera zapominaa, a Julek 
zamyla si czsto i ani razu z nich nie zaartowa. Oni od dawna ju czego domylali 
si, co w powietrzu czuli, o czym z zasyszanych rozmw pomidzy starszymi wiedzieli. 
W szkoach jeszcze, tam w miecie, skd na witeczne wakacje do domu przyjechali, 
wiele ju o tym, co ma sta si, pomidzy kolegami mowy byo. A dlaczego po przejciu 
wakacyj witecznych matka do miasta i szkoy wrci im nie pozwolia? Oho! Syszeli 
dobrze, jak raz do Julka powiedziaa: W czasach takich kto wie, co z dziemi sta si moe. 
Niech lepiej w domu zostan. Julek zauway, e rok czasu w szkole strac, a ona odpowiedziaa: 
Niech lepiej rok strac, a ywi i cali zostan! Ot, co zaszo! Aby ywi i cali 
zostali! Inni to maj prawo rozporzdza si swoim yciem i swoj caoci, a oni niech 
przy fartuszku maminym siedz i hab choby okrywaj si, zdrajcami kraju zostaj, byleby... 
Bo zdrajc kraju jest i hab okrywa si ten, ktry teraz... A skde pewno, e 
Julek ywy i cay zostanie? Jednak zamierza czyni to, co mu serce czyni rozkazuje, ku 
czemu cignie go przykad wszystkich bohaterw rzymskich i polskich, a mama na to zgadza 
si... Dlaczeg to jemu wolno, a im nie? Wzgldem starszego brata co na ksztat zazdroci 
uczuli i od dawna ju kroki jego ledzi, rozmowom przysuchiwa si zaczli. Ale 
na podsuchiwanie zdobywali si dzi po raz pierwszy. Jake mona byo nie doby si, 
skoro tu za progiem stojc niechccy usyszeli byli, jak Julek mwi: Do mamy pokoju na 
rozmow pjdziemy, bo tam bbny najmniej przeszkadza nam bd! Na te sowa w starszym 
a co zagotowao si, zawrzao. Syszysz, Olek? - bbny! A Olkowi zy zakrciy 
si w bkitnych oczach. Cicho jak myszy may dom dokoa obiegli, na awce pod krzakiem 
bzu przysiedli i w stron okna do izdebki matczynej such wytyli. Janek wypry 
si jak struna i ku matczynemu oknu cay wygity, rk kurczowo brzeg awki ciska, 
Olek za zgarbi si, napuszy i rumiane policzki tak wyd, jak gdy czasem na rozkaz 
matki ogie w samowarze rozdmuchiwa. 
Suchali. Jakkolwiek Julek nie znia bardzo gosu, jednak pomimo woli moe znia go 
nieco, wic wszystkiego, co mwi, sysze nie mogli i w such im wpaday czasem zdania 
niecae, czasem wyrazy oderwane: 
Dzi po zachodzie soca... wprost do Dbowego Rogu... tu nie zajad... 
A potem dopytywanie matki: Wiele tam tego bdzie? 
I odpowied Julka: Szabel... rewolwerw... kos... 
Jankiem od stp do gowy dreszcz wstrzsn. Jedn rk ciskajc brzeg awki, drug 
brata za kolano pochwyci. 
- Syszysz, Olek? syszysz? Ten dre zacz jak w febrze. 
74 
- Aha! szab... szab... szab... le... 
- Ciiii-cho! 
Matka mwia znowu: 
- Motyki do kopania ziemi wzi trzeba... 
A Julek: 
- Ja z Teleukiem. Czy on w domu? 
- Pewnie... powiem mu... 
Chwila milczenia, po czym znowu Julek mwi: 
- Tylko z chopcami... eby nie widzieli... 
- E! Take! gupstwo! Bazenki te, co oni... 
- Niech mama tak... niech mama tak nie... oni i bardzo nawet... spostrzegam... 
- Nie moe by! Swawole im jeszcze w gowie i Janek w ksikach cay... 
- No, no! Tak si mamie... materia palny... 
- Spa im i ka... dla twojej spokojnoci... 
Tu drzwiczki z izdebki matki do pokoju dziecinnego prowadzce przecigle zaskrzy
piay i jednoczenie dwa cienkie gosiki rozlegy si tak dononie, e a za oknem sycha 
byo: 
- Mamciu! Matuchno! Mamo! 
- Ot, ju tam i wjechay mae - sarkn Janek. - Wszystkiemu koniec bdzie. Zmykajmy! 
Chykiem zerwawszy si z awki, w pobliskiej gstwinie drzew i krzakw zniknli. 
Tam, za gst zason z zieleni na ziemi siedzc, dugo, zawzicie pomidzy sob szeptali. 
Nad ich gowami, blisko ku sobie pochylonymi, i czoami w srogich namysach, jak u starych 
ludzi zmarszczonymi, moda zielono lici powiewaa i na zabj pieway ptaki. 
Pani Teresa z izdebki swej wypada, dwa robaczki za drobne rce nie prowadzc, ale 
cignc. 
- Niech dzieci grzeczne bd... bo do kta i ka i krzesami pozastawiam! Prosz mi 
zaraz gdziekolwiek spokojnie usi i ksieczk z pieniami czyta, a za mn teraz nie azi... 
bo przepdz... do ktw... 
Wiedziay robaczki czy jak je Julek nazywa bbenki, e gdy matka takim tonem 
przemawiaa, artw nie ma. Cichutko wic wysuny si z domu i na wschodce maego 
ganku do drewnianego supka przytulone, nad ksiczyn drobne gowy pochyliy tak, e 
a prawie zetkny si z sob ich ogorzae czoa i zmieszay si wosy lniane i brunatne. 
Ksiczyn, w okadce zszarzaej i zmitej, antykiem bya, starym dokumentem rodowym, 
w ktry z rozkosz wczytyway si niegdy oczy pani Teresy, gdy bya dzieckiem, 
potem Julka w teje porze ycia, potem Janka i Olka. Spadaa w dziedzictwie z matki na 
dzieci, z dzieci starszych na modsze, bya pierwszym drukiem, ktry oczy ich poznaway, 
pierwsz opowieci, ktra im w krwi i mzgu zatliwaa iskr przyszego pomienia. Teraz 
na kolanach Broci otwarta, pokymi kartami odbijaa na tle spowiaej sukienczyny z 
rowego perkalu. 
Brocia nie bez pewnej jeszcze trudnoci czyta zacza: 
- Mieczy-saw Stary... 
- Nie chc Miecislawa... - przerwao jej kapryne sarknicie Ludwinki. 
Cierpliwie starszy robaczek kilka kartek przerzuci i zacz: 
- Wadysaw Ja... 
Ale modszy przerwa znowu: 
- Nie chc Wladislawa... 
- No to czego chcesz? 
75 
Porwaa Ludwinka ksiczyn z kolan siostry i na swoich j rozoywszy, z wydtymi 
od wysiku wargami przez chwil karty przewracaa. Po czym zacza z wielkim trudem i 
jkaniem: 
- L-e-le--i-e-k - Lesiek. 
- Daj! 
- Przez dworakw opuszczona Helena w stroju niedbaym... 
Duy ptak furkn spod niskiego dachu i nad gowami dzieci przemknwszy, lotem 
strzelistym pomkn w dal. 
- Jaskka! 
Nie wiedzie czego porway si i nie wiedzie czego na cae gardzioka miejc si pobiegy 
w t sam stron, w ktr jaskka uleciaa. 
A pani Teresa pierwszy raz w yciu zapewne zdawaa si o samym istnieniu najmodszych 
swych dzieci zapomina. W kcie dziedzica, pomidzy szarymi cianami stodki i 
wirna, z chopem barczystym i rosym, w siw siermig ubranym rozmawiaa. By tak 
rosym, e aby w twarz mu patrze, gow wysoko podnosi musiaa, wic z wysoko podniesion 
gow, z rkoma zwykym sobie ruchem na kbach opartymi, mwia o czym 
dugo, cicho, a oczy jej w cieniu szarej stodki jak iskry byszczay. 
Chop dugiej jej mowy wysucha milczc, z twarz nad jej gow pochylon. Na twarzy 
jego grubej, w grube fady pogitej, gstym wosem siwiejcym z dou zarosej, nie 
odbijao si wraenie adne. Nieruchoma, zaspana jakby czy leniwa, podobn bya do 
rzeby z grubego kamienia, ktry barw sw chleb razowy przypomina. Jednak z bliska 
mona byo dostrzec, e z tej niemej, ciemnej twarzy chopa oczy spoglday na podniesion 
ku niemu gow pani Teresy mikko jako i przychylnie, a zarazem nieco z ironi. 
Rzecz dziwna! pod krzaczystymi, obwisymi brwiami siwe oczy chopa byskay iskr ironii. 
Po dugim, milczcym suchaniu, bez adnego poruszenia w postawie, tak samo cicho, 
jak ona mwia, a przy tym powoli, senliwie jako czy leniwie przemwi: 
- Ej, pani! Szczo z toho bud? Czy wy to tylko rozumnie i dobrze robicie? Czy z tego 
biedy wielkiej dla was nie bdzie? Czy wy dzieci swoich... 
Nie pozwolia mu dokoczy, ale porywczo szepta zacza: 
- Teleuk tego nie rozumie! Ja to Teleukowi kiedykolwiek wytumacz! Tak ju stao 
si i inaczej by nie moe, a kiedy inaczej by nie moe - to i basta! Ja Teleukowi jak 
przyjacielowi wszystko powiedziaam i jak przyjaciela prosz... ale kiedy Teleuk nie 
chce, to i nie trzeba... to my sami... 
Ju uniosa si obraz czy ambicj, caa rumiecem oblaa si i ruch do odejcia uczynia, 
ale chop poufale za rkaw jej sukni uj. 
- Zaczekajcie, pani! Ot, wy zawsze taka prdka! Jak do dobroci, tak i do zoci prdka! 
Po ustach, jakby z ciemnego kamienia wyrnitych, umiech mu si przelizn pobaliwy 
i wnet znikn. Znikna te z oczu iskra ironiczna. 
- Co ja sobie myl, to myl, ale zrobi, jak kaecie... Ja wszystko zrobi, co kaecie... 
ja wasz poddany... 
Pani Teresa a achna si, a krzykna: 
- Gupi Teleuk jest ze swoim poddastwem! Najpierw to, e nie ma ju poddastwa, a 
potem, czy, kiedy jeszcze byo, ja Teleuka za poddanego uwaaam czy za przyjaciela? a? 
Niech Teleuk zee, e za poddanego... a? 
On rk wzgardliwie machn. 
- Et, z bab gada, wod mle. Czy ja o takim poddastwie gada? Ja w poddastwo do 
was poszed wtedy, kiedycie wy rkami wasnymi z ony i dzieci moich zaraz srog 
cierali... 
Pani Teresa aosnym ruchem rce rozoya. 
76 
- C, kiedy nie udao si! 
- Z on udao si... z nimi nie... ale ja od tego czasu wasz suga, wasz pies... Czego 
tylko ode mnie chcecie, to zrobi... bdcie spokojni... co sobie myl, to myl, ale zrobi... 
- Niech Teleuk nic sobie nie myli, dopki ja nie wytumacz. Kiedykolwiek wszystko 
opowiem i wytumacz. Ale tylko... 
Z nogi na nog przestpowaa, myl jak zaniepokojona. 
- Niech tylko Teleuk nikomu o tym nie mwi, nikomu a nikomu... Chop ze wzgar
dliwoci niewypowiedzian ramionami wzruszy. 
- Ot, pani niby to, a kiedy baba, to taki i durna! 
Odwrci si i ju odchodzi, silny, rosy, z pochylon kamienn twarz., Ona, z rkami 
opartymi o biodra, miejc si, za nim patrzaa. Wrci jeszcze. 
- A koy to bud? - krtko zapyta. 
- Gdy tylko ciemnieje... 
- Gdzie te cztery wielkie dby? 
- Aha. Ja tam ju bd. 
- W Dubowym Rohu? 
- Aha! 
Dzie dobiega do koca, soce zaszo, zorza wieczorna zagasa, na bez miesicznym 
niebie wieciy gwiazdy. 
Nieszerok drog, pord pola do bliskiego lasu prowadzc, dwoje ludzi szo szybkim 
krokiem i zamieniao si nielicznymi sowy. 
- Czy bye w Lubinowie? 
- Byem... a jake! Tam my czsto... 
- Inka tam jest? 
- A jest. 
- Widziae j? 
- Naturalnie; jake mgbym nie widzie! Ona przecie zawsze midzy rwienicami 
jak lilia midzy... jake tam... niech bdzie midzy... trawami. 
- Take brednie! Powiedziaby lepiej, co ona tam robi? 
- C Inka moe robi? Kadego, kto si na oczy jej nawinie, kokietuje! 
- Julek! 
- No i c takiego? Albo mama sama o tym nie wie? Zreszt one tam wszystkie konfederatki 
dla nas szyj, koszule jedwabne i rne tam rnoci... oprcz tego piewaj sobie, 
szczebiocz. 
Kobieta westchna gono. 
- Julek... 
- Co, mamo? 
- eby ty ze mn o siostrze cho raz serio porozmawia! 
- Kiedy bo, moja mamo, o Ince trudno jest mwi serio. 
- Gupstwo! Dlaczeg to? 
- Bo w niej samej niczego serio nie ma. Dziewczyna pusta, w piknoci swej, jak nasza 
szlachta okoliczna mwi, zadufana i w Leszczynce nudzi si piekielnie, a jak w wiat wyleci, 
to sobie fruwa. Psychologia nietrudna i nieosobliwa. 
- Aha! ale bieda osobliwa moe by... 
- Jaka tam bieda! Za m pjdzie - i ju. 
77 
Umilkli. Z obu stron drogi, w zbou ju dobrze podrostym, przebiegay ciche szelesty, 
szmery, moe chody glist i kretw albo podloty ptakw nad wieo uwite gniazda. Las by 
ju blisko; w ciemnej cianie jego co wirkno, gwizdno i na chwil umilko, a po 
zmroku gwiadzistym, nad polem cicho szemrzcym rozleg si gony, dwiczny, przeczyci 
srebrny tryl. Rozleg si, p minuty trwa i umilk. Julek podnis gow. 
- Sowik! - szepn i w szepcie tym jak w zwierciadle ludzkiego serca odbia si tajemniczo 
wieczoru, gwiazd, ciemnego lasu i sowiczego trelu. 
- Wczenie w tym roku sowik... - zacza pani Teresa i nie dokoczya. 
- Oj, ten rok! ten rok! ten rok! 
Sowa te, jak z podmuchem wiatru, wyszy z jej piersi z cikim, trzscym si wes
tchnieniem. 
A w teje chwili, w lesie znowu, lecz w dalszej jego gbi, w innej stronie, zabrzmia 
taki sam jak przedtem tryl srebrem dzwonicy, przez oddalenie od tamtego cichszy i tak 
jak tamten umilk, a bujne runie po obu stronach drogi i u brzegw ich majaczce w zmroku 
drobne twarze kwiatw zdaway si w nieruchomoci sucha, czeka. 
- Syszysz, Julek? Ten drugi to wanie tam zapiewa... 
- W Dbowym Rogu? 
- Gdzie te cztery najstarsze dby rosn... 
- Mama i w ciemnociach dby te rozpozna? 
- Oj, oj! Ile razy ja tam byam. Ile ja tam... 
Miaa ju powiedzie - przepakaam! ale wstrzymaa si, umilka. Zawsze wstyd jaki 
czy hardo niepokonana wstrzymyway j od gonego wspomnienia o przelanych kiedykolwiek 
zach. Wic milczc sza dalej i tylko mylaa o tym, ile razy w dnie letnie albo i 
jesienne biega t drog, wpadaa do tego lasu i ku owym dbom dya, aby w gstym 
cieniu ich listowia ukry dol swoj i z nich wyciekajce zy. Dwa gobie wod piy... 
Mj Boe! ile razy, gdy piosnka ta gosem kochanym piewana przebrzmiaa dla niej - 
wci jednak brzmic dla innych - jeden z gobi wi si z blu i paczu na mchach szmaragdowych, 
u potnych stp czterech najstarszych w tym lesie dbw! 
Teraz sza ku temu miejscu ucieczek swych od oczu i uszu ludzkich z myl ukrycia w 
nich czego innego ni zy i szlochania. 
Weszli do lasu i gdy szybko szli naprzd, omijajc pnie drzew i gste sploty gazi 
przed sob rozchylajc, ogarniay ich miejscami ciemnoci grube, a miejscami, tam gdzie 
rozsipoway si nieco drzewa, zmroki przezroczyste, z lekka przez gwiazdy rozwietlone 
i u dou, przy samej ziemi, usiane drobnymi twarzami, ktre zdaway si patrze na gwiazdy. 
Byy to anemony obficie i bujnie rozkwite, te narcyzy lene, ktre nocami nawet odrzynaj 
si od ciemnoci biel nieyst. Dwa sowiki to tu, to tam odezway si z kolei, 
ale krtkimi nutami, ktre wnet milky. Jakby prboway tylko swych instrumentw muzycznych, 
jakby je nastrajay... 
Wtem przed dwojgiem ludzi przez las idcych stana grubsza, gstsza, wysza ni 
gdziekolwiek indziej ciemno i z ciemnoci tej gruby, stumiony szept zawoa: 
- Pani! pani! To to tu!... 
- Teleuk? Tak, tak! to tutaj! A turkotu nie syszae jeszcze? Czy od strony Dzitkowicz 
turkotu nie sycha? 
I stana jak wryta; o par krokw od niej stan te jak wryty Julek. W ciemnoci za 
ozwa si ten sam co wprzdy gruby szept: 
- Ot i jad! 
78 
Suchali. W dalekiej jeszcze gbi lasu toczy si turkot powolny, koa jakie z guchymi 
stukami uderzay o wystajce nad ziemi korzenie drzew czy o wystajce nad mchami lenymi 
kamienie. 
Suchali i w turkot ten powolny, a coraz bliszy, wyraniejszy wsuchani, nie usyszeli 
kilku szelestw, ktre ozway si w pobliu. 
Kdy w pobliu, w zaroli leszczynowej, zamaa si z guchym trzaskiem ga nadeptana 
czyj stop, zaraz potem kto bardzo ostronie, jednak nie bez szelestu przelizn 
si wrd leszczyn i gdyby oczy dwojga nieruchomych ludzi nie byy wytone w 
stron, od ktrej zblia si turkot, mogyby dostrzec dwie mae postacie, dwa raczej mae 
cienie, ktre wyliznwszy si spomidzy leszczyn, szybkim jak myl ruchem zanurzyy 
si w padajc od drzew potnych ciemno. 
Jednoczenie Julek na spotkanie turkotu zupenie ju niedalekiego poskoczy i po lesie 
rozeszo si trzykrotnie powtrzone, krtkie, lecz przenikliwe gwizdnicie. 
U stp grubej, wysokiej ciemnoci, ktra przestrze pomidzy czterema potnymi dbami 
zawart napeniaa, zatrzyma si wz dwukonny, wysoko czym naadowany i kto 
wysmuky, zgrabny, sprystym ruchem modzieczym z niego zeskoczywszy, w mgnieniu 
oka przed pani Teres si znalaz. 
- Pan Gustaw - szepna - pan sam? 
- Naturalnie, e sam. To najbezpieczniej. Takiego Teleuka, jak pani, nie mam. 
W rk ja na powitanie pocaowa. 
- Julek, do roboty! a! i Teleuk jest! Tym lepiej! We trzech prdzej pjdzie! 
We trzech! Zapewne! Bez pani Teresy rachowa modzieniec z wozem naadowanym 
przybyy. Jeszcze tego wiat nie widzia, eby ona, gdy robota piln bya, sama lub wesp 
z innymi do niej si nie zabraa. 
- Teleuk! Ile rydli przyniose? 
- Cztery, pani. 
- Ot, sprytny! Wzi jeden i dla mnie. 
Chop spokojnie odpowiedzia: 
- Wiadomo. 
I dwign z wozu grub wi przedmiotw jakich, szczelnie w co owinitych, ktre 
gdy w silnych ramionach je podnosi, metalicznie i ostro szczkny. 
Niedaleko stamtd, za grubym pniem dbowym, jaki may cie, przysiadszy do ziemi, 
zaszepta: 
- Syszysz, Olek? 
A zza ssiedniego pnia szept inny, jak li na wietrze drgajcy, odpowiedzia: 
- Sza... sza... szab... le!... 
Byo to tak, jakby dwa mae robaki po ostrych koczynach traw przepezay i nie mogli 
tego usysze ludzie krztajcy si okoo wozu, tym bardziej e w teje chwili, kdy blisko, 
jak zdrj z podziemia, wytrysn z ciemnoci rozgony, peny ju teraz piew sowika. 
Cztery stare, najstarsze w lesie dby splatay w grze liciaste gazie i bya to jakby 
kaplica napeniona ciemnoci, ze stropem gdzieniegdzie uctkowanym zotymi oczyma 
gwiazd. Unosia si nad t ciemn kaplic nieprzerwana pie sowicza, a na podou jej 
poruszay si sylwety czworga ludzi i kiedy niekiedy pobrzkiwa metal. Pobrzkiwania te 
to dusze, to krtsze, to mniej, to wicej ostro, zdaway si towarzyszy sowiczej pieni, 
tak jak akordy instrumentu muzycznego towarzysz ludzkiemu piewowi. Czasem jeszcze 
wydawa si to mogo rozmow tonw podniebieskich, czystych, wolnych, wzlotnych, z 
przyziemnymi, ostrymi, gronymi zgrzytami. 
79 
Oku we wntrze tej kaplicy patrzcemu trzeba byo tylko oswoi si z ciemnoci, aby 
rozpozna robot poruszajcych si w niej ludzi. Wykopywali doy, pograli w nie 
przedmioty z wozu zdejmowane i nakrywali je warstwami ziemi penej zi i mchu. Wida 
byo szerokie chwilami rozmachy ramion pani Teresy i silnie w jej rkach uderzajce o 
ziemi narzdzie pracy. 
Pracowali w milczeniu, czasem tylko kilku sowami przerywanym. 
- Niech mama odpocznie! 
- Take gadanie! Na tamtym wiecie wszyscy wieczny odpoczynek mie bdziemy! 
A potem szept przybyego z wozem modzieca: 
- Oj, zmczyem si! I odpowied pani Teresy: 
- Take dziw! Rczki do roboty nie przyzwyczajone! 
Potem, pracy nie przerywajc, troch zdyszanym gosem mwia: 
- A ja powiem, e nie szkodzioby panom, oj, nie szkodzioby dobrze sobie czasem 
pomacha siekier czy tam kos albo nad pugiem obla si takim potem, eby z nim ra
zem wszystkie gupstwa, a to i grzechy z koci i duszy powychodziy... 
Dwa modziecze gosy zamiay si, a ona w odpowied miechowi temu sarkna: 
- Nie ma czego mia si: prawd mwi! elaco rydla gboko w ziemi pograjc 
dodaa: 
- Nie do Julka to mwi... on od dziecistwa do roboty nawyk... 
- Do mnie pani to mwi? 
- A pewnie! Mao to grzeszkw: polowanka, baliki, koniki, pieski, zawracanie gwek 
dziewcztom... No, czy nie byo? Niech pan Gustaw sam powie... mao to tego byo?... 
On po krtkim odpoczynku znowu do kopania ziemi si zbierajc odpowiedzia: 
- Ju nie bdzie. 
Nie art ani al, ani smutek, lecz uroczysta powaga w odpowiedzi tej brzmiaa. Czu w 
niej byo potny wiew czasu, ktry w daleko niezmierzon odnis od ludzi baliki, koniki, 
pieski i dziewczce gwki. 
- Ty, Julku, do domu teraz nie wrcisz, ale ze mn pojedziesz... potrzebny! 
- Wedle rozkazu, panie setniku! 
Dugo pracowali. Ju i drugi sowik kdy tam dalej na dobre si rozpiewa, i konie u 
wozu, zniecierpliwione dugim staniem, parskay i czasem wydaway krtkie renia, gdy 
pani Teresa, narzdzie pracy na ziemi rzucajc, rzeka: 
- Skoczone! Teraz wy sobie jedcie, a ja z Teleukiem do domu powrc. 
Teleuk zbiera rydle i w jakim krzaczystym schronieniu pomidzy dbami je skada. 
- Nie zabierzesz tego do domu? 
- Ot! eby jeszcze nie picy ludzie zobaczyli! Ju ja lepiej wiem, kiedy po to przyj 
trzeba. Bdcie spokojna, pani. 
Po kilku minutach nikogo ju pomidzy starymi dbami nie byo. W gbi lasu odzywa 
si czasem turkot wozu coraz sabszy i dalszy. Na drodze, pord pl od lasu biegncej, 
dwoje ludzi popiesznie szo ku majaczcemu w swych gruszach i lipach dworkowi. 
Wtedy z gstwin leszczynowych, zza potnych pni dbw, wyskoczyy dwa mae cienie 
ludzkie i rzuciwszy si ku sobie, szybko, namitnie zaszeptay: 
- Teraz, Olek! Teraz albo nigdy! Ziemia wieo poruszona, odkopa atwo... 
- I rydle s... 
- Widziaem, gdzie schowa. 
- I ja! i ja! 
- Szabel nie mona - za due, ale pistolety... 
80 
- I kinday... 
- A jake... Naboje do pistoletw te... 
- Tylko, Olek, z caej siy kopa... z caej siy... 
- Bo drugi raz ju tak nie zdarzy si... 
- Ju ty mnie nie ucz, Janek, jak sam... 
- Chodmy prdzej! 
- Prdzej, prdzej! 
Znikneli w ciemnej kaplicy dbowej i nic ju w lesie sycha nie byo oprcz dwu pie
ni sowiczych, ktre tony i trele zachwycone, rozmarzone, romantyczne, to razem, to na 
przemian rzucay pod wiecce nad ciemnym, nad cichym lasem gwiazdy. 
III 
Ze wsi chopskiej, do ktrej dobry kawa drogi by z Leszczynki, a w ktrej dzi robotnikw 
do pilnej jakiej roboty gospodarskiej zamawiaa, pani Teresa biega droyn poln 
bez tchu prawie i caa potem oblana, bo ranek duszny by i upalny. Zdyszana, z policzkami 
gorco zarumienionymi, ze wzrokiem zakopotanym, do kuchni bocznymi drzwiami domu 
wpada i wnet zawoaa: 
- Teleukowa! a malekie gdzie? 
Kobieta w chopskim ubraniu, od kuchennego ognia twarzy nie odwracajc, odpowie
dziaa: 
- Z Julkiem w pole poszli... 
- A chopcy? 
- W sadzie siedz... czytaj... 
- Jedli co? 
- O jej! Moe wy, pani, co zjecie? 
- Nie chc! Nie mam czasu! Do obiadu zaczekam... 
Nie miaa czasu na jedzenie; musiaa w rachunkowej ksice co zapisa, bo potem za
pomni, do ogrodu, gdzie dziewczta warzywa pey, zlata, do lochu, gdzie dzi udj bez 
niej postawili, skoczy... 
Wic jak wicher gono za sob drzwi zamykajc par izb przebiega, ku tej, ktra nazw 
jej pokoju nosia, dc, gdy wypadkiem na okno otwarte spojrzawszy, jak do ziemi 
przykuta stana i oczyma, w ktrych to gniew, to al iskry zapala, na ogrd za oknem 
otwartym zieleniejcy patrzaa... 
Po ogrodzie... 
Jaka to ksiniczka czy dama wielkowiatowa lub dworska w szacie biaej, czarnymi 
ctkami nakrapianej, srebrn obrcz przepasanej przechadza si po tym biednym ogrodzie 
bez alei cienistych, bez drg gracowanych, bez kwiatw wyszukanych? A moe jest to jakie 
zjawisko zaziemskie, ktre na chwil tylko tu zleciao, bo wrd starych drzew owocowych 
i agrestowych krzakw, miejscami wrd zielsk dzikich, przesuwa si powoli, niedbale, 
nigdzie nie dc, na nic nie spogldajc, czasem tylko bia rczk zrywajc z 
krzaku listek, ktry wnet roztargnionym czy zniechconym gestem z palcw wypuszcza. 
Na wydeptanej wrd trawy ciece stopki, adnymi pantofelkami okryte, ostronie stawia, 
aby nimi jakiego kamyczka czy twardej kpki trawy nie dotkn, ale e sukni biaej w 
czarne kropki nie podnosi, wic malowniczo wlecze si za ni ona po trawie, jeszcze tu i 
wdzie pobyskujcej ros. Poyskuje te na niej opasujca kibi tama srebrna i w jasnym 
zocie wosw kunsztownie utrefionych jak ogniska blaskw iskrz si gwiazdy z polerowanej 
stali wyrobione. 
81 
Pani Teresa w krtkiej, szarej spdnicy i mulinowej chucie na gowie, z twarz od 
potu byszczc i yami tak od upau nabrzmiaymi, e zdawao si, i wnet krew z nich 
wytrynie, staa przed otwartym oknem jak w ziemi wryta i patrzaa, a skoczya do okna 
i tak gono, e po caym ogrodzie si rozlego, zawoaa: 
- Inka! Inka! 
Strojna gwka ksiniczki czy zaziemskiego zjawiska bia jak lilia twarzyczk obrcia 
ku domowi i gosik srebrny, delikatny, sodki odpowiedzia: 
- Id, mamciu, id! 
Bya biaa jak lilia, w kadym poruszeniu wiotkiej kibici delikatna i asodn; doskonale 
nakrelony owal jej twarzy przypomina madonny na obrazach malowane, usta porwna 
mona byo do delikatnie zarowionego patka ry, oczy pod zotymi rzsami i dugimi, 
sennymi jakby powiekami miay agodny blask ciemnych szafirw i marzce spojrzenie 
wygnanego na ziemi anioa. 
Gdy w ubouchnej izdebce, bawialni zwanej, stana, zdawa si mogo, e pomidzy 
biao tynkowane i nieco zszarzae jej ciany, pomidzy stare, z tego drzewa sprzty, na 
podog z grubych desek, pod sufit z cikich belek - anio zlecia. 
- Dzie dobry, mamusiu! 
I pogarna si ku zgrubiaej, czerwonej, na grub, szar spdnic opuszczonej rce 
matczynej, ktr jednak pani Teresa porywczym ruchem cofna. 
- Nie cauj mi w rk! Nie na czuoci ci zawoaam! nie! Ce si tak, ledwie wczoraj 
do domu powrciszy, za krlewn zaraz przebraa? Sukienka najlepsza ze wszystkich, 
jakie masz, dlatego pewnie sprawiona, aby j rankami po mokrej trawie cigaa. I skd u 
ciebie te byszczce srebrnoci si wziy... ten pasek... te szpilki, co ich sobie we wosy 
ponatykaa... Ja ci ich nie daam, sama pewno nie kupia... a oczy mi od nich bol! Skd 
je wzia? 
Gdy pani Teresa mwi zaczynaa, rysy modej dziewczyny na mgnienie oka zmciy 
si i rozedrgay, a oczy bystro bysny. Ale byo to tylko mgnienie oka, po ktrym z anielsk 
agodnoci w gosie i umiechu odpowiedziaa: 
- Ten, pasek, moja mamciu, od Klemuni Konieckiej dostaam, a te szpilki darowaa mi 
Tosia Awiczwna... 
- Take ebraczka! - zawoaa pani Teresa - jak Boga kocham, ebraczka! Od czowieka 
do czowieka chodzi i jamun do worka zbiera... Nie wstyd ci te byskotki od bogatszych 
panien przyjmowa, aby ci za pozbawion ambicji... 
- To s, mamciu, przyjaciki moje i mama sama... Ale pani Teresa skoczy jej nie 
daa i czerwone rce w pici zaciskajc mwia, raczej krzyczaa: 
- Oj, jakbym ja ci t fryzur na gowie rozczesaa, gadko w warkocz prosty zaplota! 
Jakbym ja z ciebie te byszczada wyebrane i t sukienk witeczn, a u dou ju zafldran 
cigna i w perkalow spdniczk ci ubrawszy do roboty jakiej zasadzia! A 
prawd powiedziawszy i z tymi i przyjacikami twymi zrobiabym to samo. aob narodow 
nosz!... Oprcz czarnego i biaego koloru adnych nosi nie wolno, zotych rzeczy 
nosi nie wolno... ale za to te czarne i biae gaganki popatrze tylko jakie i zamiast zotych 
cacek, srebrne, stalowe... Takze aoba! Po ojczynie... po wolnoci... po tych, co na pewn 
prawie mier id, aoba... A ty panny wiatowe i z posagami naladujesz... to, co one 
w salonach i parkach swoich, ty w tych izbach i pomidzy tymi pokrzywami robisz... o 
tym tylko mylisz, eby we wszystkim do nich by podobn, i w stroju, i w minach i... w 
nicnierobieniu. 
A zachysna si z zapau, a zachrypa od krzyku i na chwil umilka, a gos dziewczcy, 
jednostajnie zawsze cichutki i delikatny, zacz znowu: 
- Mama sama... 
82 
Zatrzsa si pani Teresa od dwu tych sw po raz ju drugi usyszanych. Snad dotkny 
w niej one jakiego punktu, ktry niepokoi, bola... 
- Co: ja sama? - krzykna. - Dlaczego powtarzasz cigle: Mama sama? Co: ja sama? 
- Mama sama chciaa, abym ja do tych panien bya podobna, kiedy mi na edukacj do 
pastwa Awiczw oddaa... 
Prawda! To prawda! Raz jeden pani Teresa pozwolia sobie unie si prnoci, prnoci 
za to liczne, nad ycie kochane dziecko swoje, zapragna dla niej upiksze innych 
jeszcze ni te, ktrymi przyobleka j sama natura, i gdy ta poczciwa Awiczowa powiedziaa 
raz do niej: Oddaj mi Michalink (jeszcze wtedy Michalink j wszyscy nazywali) 
na czas jaki... z moj Tosi niech uczy si przy guwernantkach... nie wytrzymaa, 
oddaa... a teraz ona mwi... Mama sama... I sprawiedliwie mwi... 
Odwrcia si plecami do crki, twarz do okna, w rkach, ktre ochony ju od upau 
i przyblady, mia koce mulinowej chustki i gboko zmczonym wzrokiem patrzaa w 
ogrd. Poczucie sprawiedliwoci usta jej zamkno. A w oczach i po ustach Inki przemkn 
figlarny, moe nawet zoliwy umieszek, lecz znikn natychmiast, gdy z jednostajn 
zawsze sodycz mwi zacza: 
- Ja, moja mamciu, do innego ni tu otoczenia, do innego spdzania czasu przywykam... 
ja mam w sobie takie potrzeby, takie gusta... troch subtelniejsze, wysze... I czy 
to moja wina, e jestem biedn dziewczyn... 
Gowa pani Teresy w sztywnej biaej chucie tak nisko opada, jakby j kto z tyu czaszki 
ku doowi popchn. To prawda. C ona winna temu, e ojciec majtek roztrwoni, a 
matka pozwolia jej nabra tych potrzeb i gustw, ktre przy majtku to jeszcze jako tako... 
cho zawsze... ale bez majtku... - Jezus Maria! A to co? Co ty robisz, Inka? Ja gniewam 
si... daj mi pokj! 
Bo Inka po nagym umilkniciu matki, gow jej na pier opadajc ujrzawszy, ruchem 
jak myl szybkim ku niej poskoczya i obu ramionami grub kibi jej objwszy, liczn 
twarzyczk sw do jej ramion, piersi, policzka przytula i pocaunkami okrywa je zacza. 
- Niech mamcia nie gniewa si, moja mamciu, niech si ju mamcia na mnie nie gniewa! 
Szpilki te z wosw powyjmuj, pasek z siebie zdejm... tylko sukni tej nie zdejm, bo 
jak zbrudzi si, to Teleukowa wypierze... 
- Sama wypierzesz! - gronym jeszcze tonem burkna pani Teresa, ale rozgniewany 
przedtem wyraz jej twarzy topnia, znika. 
- No, dobrze ju, dobrze! Sama wypior! Albo to raz praam... sobie i nie sobie... Tylko 
ju teraz niech zgoda bdzie... moja mamciu zota, brylantowa, kochana... 
aszczcymi si, mikkimi, kocimi ruchami przytulaa si do matki, okrcaa si dokoa 
niej, ze liczn gwk w ty wygit, swymi szafirowymi, marzcymi oczyma w twarz jej 
patrzaa... 
Ach! te jej oczy szafirowe, ze spojrzeniem marzcym, czuym, spod dugich, jakby sennych, 
jakby rozkosz wiecznie upojonych powiek... Oj, te jej tak niegdy namitnie, bezpamitnie 
kochane ojcowskie oczy! Co one jej przypominay! Jakie chwile, jakie zudy, 
jakie upojenia nigdy nie zapomniane one jej przypominay! Wydao si w tej chwili pani 
Teresie, e ona to dziecko, to wanie, najwicej, najnamitniej spomidzy wszystkich 
swoich dzieci kocha, i sama nie wiedziaa, jak, kiedy ramiona jej w szorstkich rkawach 
kaftana otoczyy abdzi szyj crki, a usta pocaunkami osypywa zaczy czoo alabastrowe 
i t fryzur jasnozot, ktr przed chwil tak bardzo pragna rozczesa i w prosty 
warkocz zaple. Inka miaa si, a pani Teresie ten cichutki, pieszczotliwy, wesoy mieszek 
wpywa do serca strug roztopionego miodu i w gowie obudza myl: Niech ju 
tam! modziutkie to takie i liczne, agodne, kochane! 
83 
Wtem tu za oknem ozway si dwa cienkie gosiki dziecinne: 
- Mamuchno! Mamciu! Mamusiu! 
I jednoczenie modzieczy gos mski woa: 
- A c to za czuoci i romanse mama tu z Inka wyprawia! A zazdro bierze patrzc... 
No, czy ja nieprawd czasem mwi, e mama Ink najwicej z nas wszystkich kocha! 
Szeroki, bogi umiech rozwiera usta i ca twarz pani Teresy oblewa. Pier jej zatrzsa 
si od gonego, szczliwego miechu. 
- Nieprawda! - woaa. - Nieprawda, bo ja z wami wszystkimi jestem kobiet nieszczliw, 
nie wiedzc nigdy, ktre z was wicej, a ktre mniej kocham... Raz zdaje si, 
e to, a drugi raz, e tamto, i na ktre patrz, to zdaje si wicej kocham... Ot, wiecznie 
kopoty z wami! 
Julek tymczasem dwie mae siostry z ziemi podnis i na otwartym oknie posadzi, a 
one wnet uczepiy si sukni matczynej, rozsypujc po niej przyniesione z pola pki traw i 
kwiatw. Szczebiotay przy tym, o przechadzce ze starszym bratem odbytej opowiadajc, a 
i on take co tam o runi zboowej, o trawach na ce ju wysokich mwi. Blask soneczny 
obejmowa ich wszystkich paszczem zotym, kwiaty polne pachniay, pod okapem dachu 
wiegotao na zabj ptactwo, na ramieniu pani Teresy, iskrzc si stalowymi gwiazdami 
w zotych wosach, z wdzikiem opieraa si liczna gwka Inki. A sama pani Teresa, 
kwiatami polnymi osypana, sonecznym blaskiem oblana, miaa pozr istoty ywcem 
do nieba wzitej i w raju przebywajcej. Jednak po chwili zaniepokoia si nieco i oczyma 
zacza po ogrodzie czego szuka. 
- Gdzie tam w ogrodzie Janek i Olek... Julek miechem wybuchn: 
- Ha, ha, ha! Mamci do penego romansu Janka i Olka ju zabrako! Do sistr malutkich 
zwrci si: 
- Niech robaczki polec, chopcw wyszukaj i tu przyprowadz... 
- A pewno! pewno! - rajsko miaa si pani Teresa. - C to oni gorszego od was? Co 
gorszego? 
Robaczki ju z okna ku ziemi swoje nagie, dugie, ogorzae nota spuszczay, aby na 
wyszukanie braci lecie, gdy z drugiej strony domu, na dziedzicu, rozleg si turkot zajedajcej 
przed ganek bryczki. Inka drgna. 
- Pan Gustaw przyjecha. 
- Skd wiesz, e to pan Gustaw? 
- Wczoraj widziaam go... 
Janek nagle mia si przesta. 
- Tak, mamo, to on by musi... wczoraj ju spodziewaem si... 
Odbieg na spotkanie gocia, odbiega, wosw swych domi dotykajc, i do ssiedniej 
izby wlizna si Inka, robaczki w zieleni ogrodu znikney, a pani Teresa przez par minut 
sama jedna staa jeszcze u otwartego okna, jak skamieniaa, jak ze snu rajskiego obudzona 
do rzeczywistoci strasznej... Przestrach spdzi z jej twarzy gorce przez chwil rumiece; 
blem skrzywiy si usta rajsko przed chwil rozemiane. 
Pan setnik przyjecha... 
I zaraz po wyskoczeniu z bryczki, Julka pod rami wziwszy, do ogrodu z nim poszed. 
Tam, cicho i ywo rozmawiajc, chodzili po dzikich trawach i wydeptanych ciekach, a 
zza krzaczystej zaroli, ktra ogrd owocowy od warzywnego oddzielaa, wychodzc ujrzeli 
naprzd Janka, ktry na ziemi siedzc zdawa si zatopionym w czytaniu rozwartej na 
kolanach ksiki, a potem Olka lecego na trawie z twarz ku niebu obrcon i tak picego, 
e a z lekka sobie pochrapywa. Gdy koo nich przechodzili, 
84 
Janek przed gociem czapki uchyli i wnet znowu w czytaniu si zanurzy, a Olek nie 
tylko nie obudzi si, ale goniej jeszcze zachrapa. Minli ich, Julek na chopcw uwanie 
popatrzy. 
Brzegiem warzywnego ogrodu przez chwil jeszcze szli, a w inn stron skrcili i pomidzy 
drzewami zniknli. Wtedy Olek porwa si z trawy i do starszego brata przyskoczy. 
Bkitne oczy zdaway si mu a wyskakiwa z orbit, gos trzs si. 
- Syszae, Janek? Syszae? Ju, ju... jutro wy... wy... wychodz... 
Ale Janek gniewa si czego na brata. 
- Gupi jeste z tym udawaniem picego... czy kto moe uwierzy, e o tej porze... A 
Julek pewno domyli si, e udajesz... 
Krpy, pyzaty Olek wyprostowa si jak rozgniewany kogut. 
- No i co, jeeli domyli si? Czy to on mj pan i wadca? A co usyszaem za to, lec 
przy samych krzakach, jak oni za krzakami szli, to usyszaem... A ty nic nie syszae... 
nie wiesz... 
- Czego nie wiem? 
- A tego, dokd pjd. 
Zerwa si na rwne nogi Janek. 
- A ty sysza? wiesz? dokde? dokd? 
- Aha! A scyzoryk, ten nowy od Julka, oddasz mi? to powiem... 
Janek do kieszeni sign i bohaterskim ruchem przedmiot dany bratu oddajc, tonem 
wzgardliwej nieco wyszoci rzek: 
- Masz i mw. 
Wtedy Olek, ku samemu uchu jego nachylony, szepn: 
- Do lasw horeckich... 
I w teje chwili zakopota si czego czy zawstydzi. 
- Ale ten scyzoryk - zacz - to we go sobie, Janku, na powrt... ja tylko artowaem... 
ja nie sprzedawczyk ani ju taki chciwiec spod ciemnej gwiazdy... 
Na pacz mu si prawie zebrao. 
- Mazgaj jeste i tyle - odpar Janek - ten scyzoryk i bez tego ju bym ci dzi darowa. 
My teraz inne scyzoryki mamy, prawda? Ot, pogadajmy, jak zrobi, eby cel nasz osign. 
Cel nasz wielki i w tym tylko bieda, e my jestemy mali... Mali! - powtrzy i zamia 
si z ironi. 
- Ehe! - doda Olek. - Mona by maym, a odwag mie wiksz ni u niejednego z 
wielkich. Ale oni tego nigdy nie zrozumiej... 
- Oni nas nie rozumiej i nigdy zrozumie nie bd mogli! My dla nich robaki... niewolnik!... 
Tak wyrzeka chopak o szczupej, smagej, wraliwej twarzy i wysmukym, wybujaym 
wzrocie. Spospnia przy tym, schmurzy si, zmarszczyo mu si czoo pod gstwin 
krtko ostrzyonych wosw. Olek blisko przy nim na trawie usiad, rami na szyj mu zarzuci 
i pociesza: 
- Ja z tob! My razem... nie tylko bracia, ale i przyjaciele... nieprawda, Janek! 
- Tak, tak, Olku! - oywi si i rozpromieni Janek - na walk, na czyn mny, choby 
na mier razem, ale nie na hab, nie na hultajskie ycie i gnicie, wtedy gdy inni... 
Pan Gustaw tymczasem po skoczonej rozmowie z Julkiem wita na maym ganku do-
mu pani Teres i jej crk. Zdziwia si liczna Inka na widok zamylonej i milczcej 
twarzy ssiada, zawsze wesoego, mwnego, i przez gow jej zaraz przemkna myl: 
Brzydko dzi uczesaam si i w tym konierzyku nie bardzo mi do twarzy, dlatego pewno 
taki obojtny... Ale pani Teresa zupenie innej przyczynie zmian w panu Gustawie zasz 
85 
przypisa musiaa, bo jakby nogi posuszestwa jej odmwiy, ciko na awce usiada i 
daremnie drenie gosu pohamowa usiujc, gocia, aby koniom do stajni odej pozwoli 
i do obiadu z nimi zasiad, prosi zacza. Ale on bardzo czego roztargniony i do rozmowy 
nie usposobiony, brakiem czasu wymawiajc si, ju chcia j egna. 
- Take popiech! - wesoej swej rubasznoci prbujc zawoaa, lecz nie udaa si rubaszno 
ani wesoo i ju tylko zgniecionym jakby gosem poprosia, aby cho troch, 
cho chwileczk z nimi posiedzia. 
Chciaa widocznie powiedzie mu o czym czy o co go zapyta, a on na zmcone oczy 
jej i twarz przyblad patrzc, posusznie na awce usiad. 
- Ot - zacza - chciaabym wiedzie zdanie pana... bo Konieccy modzi niedawno tu 
do Julka przyjedali... obaj: Henryk i Artur, i mwili o interwencji mocarstw, e bdzie... 
e na pewno bdzie... A pan jak o tym myli? Bo widzi pan, ja kobieta prosta, pracujca, 
nic wcale o takich rzeczach... a jednak to jest rzecz bardzo wan ta interwencja... wic 
jak pan, panie Gustawie, o tym myli? 
Modzieniec wysmuky, zotowosy, z adnym owalem twarzy niewieciobiaej i bkitnymi 
oczyma, dziwnie zamylonymi dzi i razem rozgorzaymi, zmiesza si nieco i po 
chwili z wahaniem w gosie odpowiedzia: 
- Czy ja wiem, droga pani. Mwi niektrzy, e ta interwencja bdzie... Modzi Konieccy 
w to wierz, a ojciec ich nie wierzy. I wszyscy tak samo: jedni wierz, a drudzy nie 
wierz. Jednak wicej jest wierzcych ni niewierzcych... to moe i bdzie... Ja tam nie 
wielki polityk i nie wdz, tylko onierz... Wodzowie powinni rzeczy takie do dna zgruntowa 
i wszystko na pewno obliczy... a my co? Na nas woaj: Idcie! Serce i honor 
mwi nam: i! Idziemy... i na... Bo wol! 
Rce pani Teresy kurczowo si zacisny. 
- O, Boe! - zaszeptaa i na modego ssiada zapatrzya si z jak czci pen pokor. 
Znaa go, od kiedy dzieckiem i pacholciem by, widywaa na balikach, na konikach licznych, 
u boku panienek najadniejszych... a teraz... taki mody - dwadziecia cztery lata mu 
chyba, nie wicej - i bogaty... porzuca wszystko, idzie, a tak mu oczy gorej i czoo biae 
wznosi si mnie, dumnie, gdy mwi: Idziemy! Szacunkiem gbokim, mioci pier 
rozpierajc zdjta z awki powstaa i gestem bogosawicym ramiona przed siebie wycigajc 
rzeka: 
- Nieche wam Bg bogosawi... niech bogosawi! 
I miaa w tej chwili pani Teresa form, nabya w tej chwili formy niewiasty mnej, 
ktra trwog wasn pod nogi wzi, a rzeczom podniebieskim, wiecznym, wielkim bogosawi 
umie. 
Pan Gustaw w obie bogosawice rce j caowa i razem egna si. Czasu nie mia, 
odjecha musia. Ona cicho go zapytaa: 
- Kiedy? 
- Jutro - rwnie cicho odpowiedzia. 
Sowa te dosyszaa Inka i gdy pan Gustaw rk na poegnanie jej podawa, anielsko w 
twarz mu patrzc wyszeptaa: 
- Konfederatk pana sama wasn rk uszyam... szafirowa z biaym barankiem... 
Umiechn si i podzikowa, ale obojtnie jako, z roztargnieniem. Anielskie spojrzenia 
tak piknej jak Inka dziewczyny dzi wadzy nad nim nie miay. Ona spostrzega to i 
rowe usta jej wydy si jak u zmartwionego dziecka, a przez gow przewina si 
myl: Jacy oni teraz zrobili si nudni!... nieznoni!... 
Pani Teresa za, jakby nic wanego nie zaszo i zaj nie miao, ju pieszcym si, szerokim 
swym krokiem do domu wchodzia. 
- Godni musicie by... pora je obiad... pjd pomc Teleukowej, aby prdzej byo... 
86 
Zaledwie odesza, Inka obrcia si ku Julkowi, ktry milczc przy supie ganku sta i 
wdzicznie ku niemu pochylona wpatrywaa si w niego z wyrazem takiego podziwu i 
uwielbienia, jakby z nieba tylko co zlecia, jakby nadprzyrodzonym zjawiskiem w tej 
chwili jej si wydawa, a nagle ramiona ku niemu wycigajc zawoaa: 
- O, bohaterze mj! Bracie! Jaka to duma, jakie szczcie mie brata bohatera, brata, 
ktry... 
Nie moga dokoczy, bo on miejc si, za podniesione rce j pochwyci i ku doowi 
je skaniajc, troch wesoo, a troch z irytacj w gosie mwi zacz: 
- Nie ple, Inka, nie deklamuj! Boe drogi! To ty i mnie ju nawet kokietowa zamierzasz! 
Dla wprawy zapewne, co? Ale daj pokj! Teraz na takie rzeczy nie pora! Ot, lepiej 
pomwmy z sob powanie... Mam z tob o czym powanym do pomwienia... chod! 
Pocign j ku awce i gdy obok siebie usiedli, z gow ku jej gowie pochylon mwi 
zacz: 
- Suchaj, Ineczko, to, co ci teraz powiem, wane jest jak obowizek najwitszy, jak 
sumienie, jak boskie i ludzkie prawo. Kiedy... odejd, mama bdzie bardzo niespokojna, 
bardzo smutna... Razem ze mn odejdzie od niej najstarsze jej dziecko, ju zupenie dojrzae, 
ktre ju przyjacielem jej by mogo, pomocnikiem, a w potrzebie opiekowa si ni 
i j broni... po mnie ty przy niej zostaniesz... najstarsza... Moja Inko, przejmij si ty t 
myl, e pociech, pomoc, a w razie... nieszczcia jakiego... wsparciem i opiek jej by 
powinna... 
Tu Inka mow mu przerwaa. 
- O, Julku! ja kocha umiem, ja kocha pragn, ja powicenie uwielbiam i u ng ma-
my lee bd... 
- Znowu deklamujesz! Kt tu o powiceniu i o leeniu u ng mwi. To twj obowizek, 
Inko. Bo pomyl tylko, czym mama dla nas bya... jak kochaa nas, jak za nami przepadaa... 
Gdyby nie jej praca, zabiegi, starania, bylibymy w ndzy i w ciemnocie pogreni... 
Ona to wyywia nas i wyksztacia... Teraz, Inko, w tym cikim dla niej przejciu ty 
jej cho w czci wypa si z dugu wdzicznoci. Nie o leenie u ng jej idzie, ale nie 
martw jej niczym, pomagaj jej, modszymi dziemi zajmij si... strze, aby jej nie martwiy... 
Szczeglniej Janka i Olka... miej na oku... 
W sieni za otwartymi drzwiami ozwao si woanie pani Teresy: 
- Dzieci! dzieci! Na obiad chodcie! 
Ale teraz Inka, przerywajc mow brata, z twarz smutnie spuszczon, mwia: 
- Mj Julku! ty nie rozumiesz mi, ty mi nigdy zrozumie nie chciae... Ja przecie 
niczym mamy nie martwi... ja kiedy jestem w domu, to wszystko, co trzeba, robi, cho te 
wieczne zachody i kopoty, cae to ycie w Leszczynce... Czy ty, Julku, nie rozumiesz tego? 
Moje myli, moje marzenia... Czy ty tego nie rozumiesz? Mnie trzeba innego ycia... 
- Ale rozumiem, rozumiem - przerwa Julek i wstajc z awki mwi jeszcze: 
- Po deklamacji nastpia deklinacja zaimka osobowego: ja, mnie, dla mnie. Ej! niewysoko, 
Inko, i niedaleko lec myli i marzenia twoje. Nic tu mwienie twoje nie pomoe, bo 
serduszko twoje uszek nie ma! Chodmy lepiej na obiad! 
Wkrtce po obiedzie Julek braci modszych zawoa, aby z nim na przechadzk w pole 
poszli. Chopcom, gdy usyszeli to woanie, a oczy zabyszczay i Olek nagle jak piwonia 
zaczerwieniony do Janka szepn: 
- Moe nam co wanego powie, moe na koniec przekona si, e my nie... bbny i 
przynajmniej wiedzie o wszystkim powinnimy. A Janek z przyblad nieco twarz wyprostowa 
si i odpowiedzia: 
- Moe powie, abym z nim szed... Olek zatrzs si cay. 
- A ja? a ja? a ja? 
87 
Starszy z uczuciem wyszoci zrazu na modszego spojrza, ale potem co tkliwego zawiecio 
mu w oczach i ruchem opiekuczym, niemal ojcowskim do sw szczup i nerwow 
na gowie Olka pooy. 
- Bd spokojny, Olek, ja ci nie opuszcz... ja jemu powiem, e albo my obaj z nim, 
albo... bez niego! 
Olek uczyni z ramion dwa uki nad gow rozwarte i wysoko nad ziemi dwa razy podskoczy. 
Zza wga domu Julek zawoa: 
- Czemu nie idziecie, chopcy? Chodcie prdzej! Poszli drog poln ku wiosce szarzejcej 
w oddali, za wiosk daleko... Po dwch albo i trzech godzinach chopcy z dugiej 
przechadzki powracali, ale bez starszego brata. Niedaleko ju dworku spotkali si z Teleukiem 
i Julek zawrciwszy si z nim ku lasowi poszed, braciom mwic, aby bez niego 
szli do domu. 
Zamyleni byli obaj i wydawali si bardzo czym zmartwionymi. Po odejciu Julka nic 
zrazu do siebie nie mwili, tylko Janek zniecierpliwionym ruchem nogi co moment kamyki 
z drogi zrzuca, a Olek z policzkami, jak do rozdmuchiwania samowara wydtymi, na 
podobiestwo miecha gono sapa, czasem wzdycha. Po chwili starszy ze zniecierpliwieniem 
w gosie sarkn: 
- Czego tak sapiesz i wzdychasz... a miech kowalski w oczach staje! Nic tu wzdycha
nie nie pomoe... zastanowi si trzeba, pomyle... 
- Aha! - jkn modszy, a starszy z zamyleniem mwi dalej: 
- Bo nie mona powiedzie, aby Julek zupenie susznoci nie mia... Mama jest bardzo 
zacn kobiet i ciko na nas pracowaa i pracuje. Dla takich matek jak ona dzieci maj 
obowizki, to prawda, temu zupenie zaprzeczy nie mona... co? 
W odpowiedzi Olek zaszepta: 
- Ja mam bardzo kocham... 
A Janek z powag wielk zacz znowu: 
- Przypumy, e o kochanie tu nie idzie... i ja do mamy przywizany jestem... bardzo... 
ale tu dwie mioci ze sob walcz... rozumiesz? Przecie i Julek mam kocha, a jednak... 
wida w nim inna mio t zwyciya, a w takim razie dlaczegby i w nas zwyciy 
nie miaa... Ale tu, widzisz, idea obowizku zachodzi... zrozumiej to... i-de-a, rzecz najwaniejsza 
w wiecie. Julek przemawia do mnie w imi i-de-i, obowizku, tego obowizku, 
ktry nam rozkazuje... 
- Ehe! - triumfujco jako zawoa Olek - a dla ojczyzny to obowizku nie ma? a? Jeeli 
tu mio i tam mio, to i z obowizkiem tak samo... tu obowizek i tam obowizek... 
A z czegomy powstali - prawi dalej, krp posta sw prostujc i pyzat, rozrumienion 
twarz wysoko podnoszc - jeeli nie z tej ziemi? Co nas ogrzewao, jeeli nie to soce? 
Skd wszystkie uczucia i myli nasze, jeeli nie od tych przodkw, ktrzy... no, ty sam 
wiesz, co to ojczyzna! Wszystko, co byo i co jest... z czego nasze ciao i nasza dusza... ty 
sam wiesz... A my niby to obowizkw dla niej nie mamy! miech powiedzie! Jeeli pomidzy 
dwiema miociami okropny los nas postawi, to tak samo i midzy dwoma obowizkami... 
A? czy nie tak? 
- Tak - po chwili zastanowienia zgodzi si Janek - i ty to bardzo dobrze wy rozumowae... 
Nawet nie spodziewaem si... Ale tym gorzej dla nas. Jestemy postawieni w pooeniu 
- tragicznym! 
Na bladej, nerwowej twarzy jego i w piwnych oczach rozla si wyraz cierpienia. Olek, 
tak wymowny przed chwil, zamilk i smutnie zwiesi gow. Z chmury nabrzmiaej byskawicami 
i gromami, ktra nad krajem caym staa, oderwa si ciemny obok, spyn na 
88 
te gowy dziecinne, wkrad si pod ich czaszki wichrem szumicym, ogniem byskawico
wym... 
Przed sam ju bram dworku Olek podnis gow i rzek: 
- Brutus dwch rodzonych synw zabi... 
Janek pomyla chwil. 
- To prawda; ale synowie Brutusa zdrajcami ojczyzny byli, a mama... 
Olek dokoczy mu nie da. 
- I Timeleon zabi rodzonego brata... 
- Brat Timeleona tyranem by, a mama... Sprbuje zabi mam! czy mgby... a? 
Olkiem jakby dreszcze lodowate od stp do gowy wstrzsny i a krzykn: 
- Co ty wygadujesz, Janek. Wiesz, ty czasem bywasz okropny... 
- Ano widzisz! Na nic si nam nie zdadz Brutusy i Timeleony. Pooenie jest zupenie 
inne i na wiecie kady za siebie myle musi. Musimy, Olku, wiele zastanawia si i myle, 
Julkowi cakowicie susznoci odmwi nie mona... 
- A dlaczeg on sam... - zaszepta jeszcze uparty Olek, ale zobaczyli idc naprzeciw 
nich matk i tak jak nigdy przedtem pogarnli si ku niej spiesznie i pieszczotliwie. Nawet 
Janek, do pieszczot zazwyczaj nieskonny, z powag, opiekuczym jakby gestem, ramieniem 
j otoczy. Ale ona wyraz twarzy miaa roztargniony i oczy gboko zmcone. Z roztargnieniem 
zapytaa: 
- A gdzie Julek? 
Powiedzieli, e z Teleukiem ku lasowi poszed. 
- No, to idcie do domu, a ja na spotkanie Julka pjd... Wiedziaa, dlaczego z Teleukiem 
poszed, i wiedziaa, e jeszcze do domu powrci, ale serce jej palia taka ao i tsknota, 
e w domu ani dokoa domu miejsca sobie znale nie moga i teraz na spotkanie 
syna przez pola jak wicher pognaa, aby go cho o wier godziny prdzej zobaczy... 
przez t wier godziny jeszcze na niego popatrze... 
Powrcili razem, kiedy ju dobrze, po zachodzie soca byo i pani Teresa zaraz do Teleukowej 
powiedziaa: 
- Daj dzieciom wieczerz i malekie niech po wieczerzy zaraz id spa. My z Julkiem... 
Nie dokoczywszy posza z synem do swego pokoju, ktrego drzwi z wewntrz na zasuwki 
pozamykaa. 
I nikt nie widzia ani sysza, co oni tam z sob przez te ostatnie godziny mwili, jak si 
egnali... 
Inka na maym ganku siedziaa, z twarz na do opuszczon, z poczuciem krzywdy 
ponoszonej w sercu. Dotd wszystko, co si wkoo niej dziao, zajmowao j, cieszyo, nawet 
wyobrani jej rozpalao, tak e otaczajcym wydawa si mogo i ona sama najmocniej 
przekonan bya, e uczucia powszechne s rwnie i jej uczuciami. 
Przy zbiorowym dokonywaniu przygotowa rozmaitych, a w licznym gronie rwienych 
lub nieco zaledwie starszych od niej kobiet bawia si wybornie; ruch gorczkowy, 
ktry w okolicy zapanowa, stwarza liczne sposobnoci do zebra gwarnych, do rozmw 
oywionych, rd ktrych jeeli nie czym innym, to piknoci swoj janiaa i pocigaa. 
Ale od pewnego czasu zacza uczuwa, e w oczach ludzkich przygasa, maleje, e modzi 
panowie zajmowa si ni przestaj, e w ogle co w powietrzu otaczajcym ogromnie j 
przerasta, gasi, rzuca jaki cie czy tumik na jej dziwnie bujne i niecierpliwe nadzieje, 
pragnienia. I oto powrcia do Leszczynki i ani wie, kiedy znowu wyjecha std bdzie 
moga... a tu zawsze nie raj, o! nie! Lecz teraz, gdy Julek odejdzie i takie zmartwienie w 
domu zapanuje... I za co to wszystko na ni spada? Dlaczego to wanie jej modo ma 
by przytoczon, zatrut tymi wszystkimi powagami, obawami, utrapieniami... 
89 
Drzwi domu na ganek prowadzce ze stukiem si otworzyy i wypada z nich pani Teresa, 
a za ni wyszed Julek, ktry zatrzyma si przed siostr, po rk jej sign i tak mocno 
j cisn, e a troch zabolao. Gbokim przy tym wejrzeniem w twarz jej patrza, ale 
ani jednego sowa nie wyrzekszy zbieg z ganku dopdzajc matk, ktra ju przez dziedziniec 
gnaa ku stajni, przed ktr Teleuk konia do maego wzka zaprzga. Gwiazdy 
na niebie wieciy... 
Inka powoli do wntrza domu wesza. Jake inaczej, o! jake inaczej poegnanie z bra-
tem sobie wyobraaa! Gdy przedtem na myl jej przychodzio, e ono kiedy nastpi, nie 
wiedzie dlaczego przed wyobrani jej stawa rycerz z pkiem pir nad gow, ktry siostr 
do piersi przyciska, mwic do niej o jakich rzeczach wzniosych, poetycznych. 
...A tu bez sowa, z tym tylko ucinieniem rki, takim silnym, e a piercionek, ktry 
od Tosi Awiczwny w prezencie dostaa, bolco jej w palec wpi si... I ten jednokonny, 
brzydki wzek z Teleukiem w baraniej czapie na gowie... 
Wzek z Teleukiem w baraniej czapie na gowie za bram ju turkota; pani Teresa od 
stajni do domu z powrotem gnaa. W poowie dziedzica nagle stana, uczuciem, ktre 
znaa ju nieco, ale ktremu podda si nie chciaa, ogarnita. Byo to takie uczucie, jakby 
sia jaka niewidzialna porywaa j i usiowaa o ziemi cisn. Zrywao si w niej pragnienie 
rzucenia si na ziemi, uderzenia o ni czoem, wyszarpania z niej rkami garci 
piasku czy trawy. Dowiadczaa ju bya tego razy par niegdy, niegdy w dawnych 
swoich blach serdecznych; potem, gdy ze mierci tego, ktry je sprawia, ble serdeczne 
przeminy, i to j opucio, a teraz znowu... Ach! z ramionami rozkrzyowanymi na ziemi 
pa i czoem o ni bi... Ale nie! Nie uczyni tego! Mn musi by i rozsdn... Jeszcze 
przecie nic takiego... jeszcze Julek ywy i zdrowy kdy tam do Dziatkowicz jedzie... 
jeszcze moe Bg tarcz obrony swej... Ach, tak! padnie na ziemi i czoem o ziemi uderzy, 
ale... przed Bogiem, przed Chrystusem na krzyu... 
Znw biec zacza, do domu wbiega, par izb przebiega i w swojej izdebce przed zawieszonym 
na cianie krucyfiksem starym, ktry pamitk po dziadku jej by, zrazu na 
klczki, a potem z ramionami rozkrzyowanymi jak duga na ziemi upadla. 
Gwiazdy na niebie wieciy, kilka zotych oczu przez mae okno patrzao na ciemn posta 
kobiec rozcignit na ziemi przed bielejc na czarnym krzyu postaci Chrystusa. 
W gbokim zmroku izdebki rozchodzi si szmer modlitwy pgonej, arliwej, jak powiewami 
wichru westchnieniami przerywanej, a nagle umilk. 
Pani Teresa przestaa si modli, podniosa znad ziemi gow, uklka, podniosa si z 
klczek, powstaa i szybko jak wiatr z izdebki wypada. Gdy mwia i woaa: Chryste, 
zmiuj si!, uczua nagle ogromne, ogromne pragnienie ujrzenia innych swoich dzieci. 
Tamten odjecha, o, Chryste! moe na zawsze! Ale te inne pozostay przy niej i ona zobaczy 
je musi, zaraz, natychmiast, spojrze na nie, popatrze na nie musi. Zdawao si jej, 
e umrze albo nie wiedzie, co si z ni stanie, jeeli zaraz, natychmiast ich nie ujrzy, nie 
przekona si, e s zdrowi i cali, e s przy niej, e je posiada... 
Wypada z izdebki swojej wprost do tej, w ktrej zazwyczaj sypiali i uczyli si Janek i 
Olek. 
- A to co? - krzykna. 
Mae ka chopcw, w ktrych byo im ju od do dawna troch za krtko i troch za 
ciasno, puste byy. Pociele nawet z nich znikney... Pani Teresa w mgnieniu oka znalaza 
si w kuchni. 
- Teleukowa! - zawoaa - gdzie s chopcy? Dlaczego pocieli ich... 
Chopka w czerwonym, okrgym czepku na gowie szya przy wietle maej lampki; 
podniosa znad roboty okrg, dobroduszn twarz i wesoo odpowiedziaa: 
- Ot, powycigali sobie sienniki do ogrodu i pod lip spa si pokadli. Nocka ciepa; 
nic im to nie zaszkodzi. 
90 
Ale naturalnie! C im moe zaszkodzi, e noc przepi pod gwiadzistym niebem, w 
przeczystym powietrzu ogrodu? Albo jedn noc tak przespali? I zdaje si, e w ogrodzie tym 
nie ma jednego takiego drzewa, u ktrego stp nie prbowaliby w cigu dziecistwa swego 
urzdza podobnych noclegw. Ale pani Teresa musiaa ich zobaczy, musiaa koniecznie 
wieczoru tego na nich picych czy czuwajcych popatrze. Wysza tedy do ogrodu i dugo 
szuka nie potrzebowaa. O kilkanacie krokw od domu ujrzaa pord trawy, na pociokach 
szczupych, u stp lipy rozoystej, szarzejce w nieruchomoci ich postacie. 
Zbliya si. Spali. Janek oddycha rwno i cicho, Olek gono sapa i z lekka pochrapywa. 
Pochylona patrzya na ich niewyranie rysujce si twarze, suchaa ich sennych 
oddechw, a na zmcone i zmartwione dzi rysy; wypywa pocz umiech. 
- Robaki moje! Brylanty! Skarby moje - gonym szeptem wymwia i powolnym gestem 
nad gowami chopcw znak krzya uczyniwszy, spokojniejszym ju krokiem ku domowi 
odesza. W myli jej, przez odjazd Julka wzburzonej i rozwichrzonej, porzdkowa 
si, rozwidnia znowu zaczo! C? Tamtego nie ma, ale te s... S i bd. Robaki jeszcze 
mae. Jeden, dwa, trzy, cztery, pi... Jeszcze pi brylantw, pi skarbw pozostao przy 
niej! Sza do izdebki, w ktrej Inka wesp z maymi siostrami sypiaa. 
A gdy zamkny si za ni drzwi domu, Janek i Olek ywym ruchem na swych pociokach 
pod lip usiedli. 
- Syszae? - zapyta starszy. 
- Aha! Mylaa, e pimy, i mwia: Brylanty, skarby moje! a potem... 
- Przeegnaa nas! bogosawia... Jednak, wiesz... Olek... 
I zamilk. 
- Co, Janku? 
- Ej, nic! Tak sobie tylko pomylaem... 
- Co pomylae? 
- Ot, pomylaem, co by to byo jednak... gdyby mama tak nas wszystkich trzech... 
wszystkich trzech... 
- Co? 
- Stracia! 
Rozpacznym ruchem Olek buchn na sw pociok i zaszepta: 
- Bieda! bieda! bieda! Pewno! Szkoda mamy! 
Ale bardzo wkrtce mrukliwym tonem ozwa si: 
- Po co ma zaraz traci? Czy to kady, kto idzie na wojn, musi by zabity? 
- Musi, nie musi, ale moe - rozwaa Janek. 
- A gdyby i tak - zrywajc si znowu, zawoa Olek. - A pamitasz, co Katarzyna Sobieska 
synomswoim powiedziaa,gdyszlina wojn?Z  a   z a mi alb o na  a   za 
 h p o w  a  a j  i e ! Tak i my... Z tarczami albo na tarczach do mamy powrcimy. 
- Gupi jeste! adnych tarcz teraz w wojskach nie ma, to jedno, a drugie, e gdyby i 
byy, nikt by nas na nich mamie odnosi ani myla... Ty wiecznie z tymi swymi historycznymi 
przykadami... Ot, mylmy lepiej, jak zrobi, co wybra... co powici... 
Teraz obaj pod lip siedzieli i obaj czoa na donie spucili. Myleli, walczyli. By w 
nich zaczerpnity z otaczajcej atmosfery ar uczu egzaltowanych, bdziy we krwi 
spadkowe po przodkach instynkty rycerskie; majaczy na dnie dzieciom waciwy instynkt 
naladowczy; zrywaa si wyobrania ku przygodom, wraeniom, czynom nadzwyczajnym. 
To z jednej strony, a z drugiej wyrzutem dokuczliwym gryza serca sowami starszego 
brata z codziennej drzemki obudzona mio dla matki, paka w sercach litony nad ni 
al. 
91 
IV 
Dawno ju, przed dziesiciu czy jedenastu laty, kiedy najmodszych robaczkw pani 
Teresy na wiecie jeszcze nie byo, a najstarszy ledwie do szk si wybiera, okolic, w 
ktrej znajdowaa si Leszczynka, nawiedzi go okrutny. Po drogach przerzynajcych 
pola, po zagonach pod wiosenn siejb zaoranych, u ciemnych cian lasw chodzi pocza 
straszna pani, a prawie do nieba wysoka, w szacie czarnej, z twarz trupi, bielejc 
wrd czarnych przeson, ktre daleko za ni rozwieway si, jak olbrzymia chorgiew czy 
chusta. Kdy przesza, powietrze stawao si zaprawione woni trupw i zapalonych 
gromnic; ktrego z siedlisk ludzkich dotkna swoj chust czy chorgwi, tam pod strzechami 
czy dachami znajdoway si trupy, a w oknach chat czy domw byska poczynay 
te wiateka smutnie migocce, ktre dniem i noc pal si przy ciaach zmarych. 
Na imi przeraliwej tej pani byo: Zaraza. 
Od do ju dawna podobno chodzia po caym kraju, teraz tu przysza i chorgwi czy 
chust sw dworku w Leszczynce dotkna. 
A zdarzyo si, e wwczas wanie w izbie do maego domku ju przez pani Teres 
przybudowanej mieszka z rodzin tak samo jak u pani Teresy liczn chop nazywajcy si 
Panas Teleuk. 
Parobkiem by i zarazem furmanem, i zarazem jeszcze najstarszym w gospodarstwie 
pomocnikiem byego dzierawcy folwarku; pani Teresa znalaza go tu do Leszczynki 
przybywajc i zatrzymaa. Gdyby nawet, na mocy posiadanego wwczas prawa, nie zatrzymywaa, 
pozostaby z woli wasnej, bo w rodzinnej chacie jego a trzech braci starszych 
z rodzinami licznymi siedziao i ta izba widna, obszerna, ktr przybudowaa dla 
niego pani Teresa... ta izba uszczliwiaa go, wprost uszczliwiaa, z tego powodu, e 
przestronne i wesoo w niej byo czworgu jego dzieciom. 
Chop to by wtedy mody, ale jak wszyscy chopi polescy wicej milczcy anieli 
mwny, w ruchach ociay, w wejrzeniu pospny. Wysoki wzrost jego, silne bary, niada 
cera twarzy uderzay si fizyczn zdrow i wielk, lecz dusza zdawaa si mie wzrost 
przez co wypaczony, bo z jednej strony ukazywaa si ognist i bujn, a z drugiej senn i 
leniw. T stron duszy Teleukowej, ktra wyrosa najbujniej, zapaaa najgorcej, bya 
mio rodzicielska. Z Nastk swoj oeni si wbrew woli braci, ktrzy w prymy go da, 
czyli z dziedziczk chaty i roli oeni usiowali, i y z ni w zgodzie wielkiej, w czstych 
szeptaniach poufnych, we wsplnych nad wszystkim naradach, niemniej zdarzao si, e i 
do niej tak samo jak do innych ludzi caymi dniami sowa adnego nie przemwi albo w 
zej chwili wykrzycza j i nawet pi nie byle jak na plecy jej opuci. 
Ale z dziemi... O! to ju byo wcale co innego. To ju by tajemniczy zdrj jaki, z ktrego 
lay si mu do serca, wic te i z twarzy, z oczu, z ruchw i mowy wytryskiway rano, 
ywo, wesoo i czsto, dziwna w tym cikim, twardym chopie, niewiecia 
czuo, skowrocza polotno i piewno. 
Czworo ich mia; starsze ju gsi albo owce pasy, modsze spdnicy matczynej jeszcze 
si trzymay; ale on wszystkie, i starsze, i modsze, po kadym powrocie od roboty na rkach 
a do niskiego sufitu podnosi i podrzuca musia, a potem je sobie na kolanach, na 
ramionach sadza i huta, i przypiewywa im, i gwarzy z nimi, a kiedy na kark, na 
grzbiet, na gow niemal mu waziy, mia si tak gono, e miech ten a cay dworek 
napenia odgosem serdecznej, jak pier chopska szerokiej radoci. W niedziel i wita 
za bram dworku je wyprowadza i na jakim bliskim kawaku pastwiska albo ugoru mona 
go byo widzie, jak lea na wznak, wszystkie je na sobie majc, huta je na ramionach 
i nogach i gada do nich, a czasem zrywa si i w poskokach, od ktrych ziemia trz 
si zdawaa, ugania si z nimi poczyna. Potem, kiedy oddala si od dzieci albo kiedy one 
92 
si oddalay, wracay mu znowu do ciaa ruchy leniwe czy senliwe, do warg milczenie 
chtne, a do roztropnych oczu obojtno lub te pospno wejrzenia. 
Pani Teresa od pierwszego poznania si z nim polubia go za t niezwyk mio ojcowsk, 
a on polubi j, jak si zdawao, od tej chwili, gdy daa mu na mieszkanie zamiast 
uprzedniej, ciasnej i ciemnej, izb now, przestronn i jasn. Hulay bo po niej, hulay 
dzieciaki jego, stajc si coraz tustsze i rumiasze, a i Nastka w paacu takim yjc pokraniaa, 
powagi jakby a razem i wesooci nabraa, tak e czciej ni dawniej pocz za ni, 
gdy przez izb przechodzia, oczami wodzi. Szczliw zdawaa si by ta rodzina chopska, 
szczliwsz ni ta, ktra obok niej nie w jednej, ale w kilku izbach mieszkaa, i rozumia 
to dobrze Teleuk. Ot, o pani Teresie mawia do ony: Pani ona niby to, a nieszczliwa. 
 w e g o tak jak nie widzi nigdy, a na detyny swoje pracuje, horuje. 
Mogo si zdawa, e jak ona jego za szczegln mio ojcowsk polubia, tak on j za 
jej nieszczcie i za to, e na detyny swoje horowaa, uszanowa i take polubi. 
Wtem straszna pani z trupi twarz a do nieba sigajc nadesza i dotkna kocem 
rozwianej chusty swej domu w Leszczynce, a waciwie tej jego izby, ktr Teleuk z rodzin 
zamieszkiwa. Napenia si wwczas izba ta jkami, krzykami, zsiniaymi i wijcymi 
si w blach ciaami i jeden tylko ojciec rodziny na nogach pozosta, osowiay, zmartwiay, 
bezradny. Jak w kamie obrcony, dnie i noce w najciemniejszym kcie izby na 
awie przesiadywa, szeroko rozwartymi oczyma na krztanie si pani Teresy okoo chorych 
patrza. Bo zakrztna si ona okoo nich z energi sobie waciw, z nie dajc si 
niczym zrazi litoci gorc i czynn. O lekarza w zakcie tym byo tak trudno, e prawie 
niepodobna, pielgniarek jakichkolwiek sama nazwa bya tam nieznana. Ale pani Teresa 
miaa jak ksiczyn w wypadkach podobnych doradcz, jak szafk z flaszeczkami i 
przyrzdami leczniczymi, wiedziaa wic, co czyni, i czynia niezmordowanie, odwanie. 
Odwagi potrzebowaa wicej jeszcze ni energii, bo i roztropno wasna, i jaka bawica 
wtedy u niej stara krewna ostrzegay j przed niebezpieczestwem przeniesienia trujcego 
oddechu strasznej pani z izby Teleukowej do piersi wasnych dzieci. Ale roztropnoci 
swojej i przestrogom starej krewnej po krtkim namyle stanowczej odpowiedzi udzielia: 
- Take paskudztwo! ebym ja dla swego strachu ludzi w nieszczciu takim nie ratowaa! 
A strach w niej jednak by, o, by! I ona jedna tylko wiedziaa, jakich miertelnych 
dreszczw peny. Wic te dzieci swoje na wszystkie strony okadzaa, ocieraa, zapobiegawczymi 
rodkami poia, star krewn zaklinaa, aby je przed wszystkim, co za szkodliwe 
uchodzio, strzega, i znowu do tamtych wracaa, godzinami caymi zsiniae i pokurczone 
ciaa rozcierajc, rozgrzewajc, lecznicze pyny warzc i w usta spieczone wlewajc. 
Przyszo do tego, e samemu Teleukowi, ktry przecie zdrw by, przemoc niemal, z 
krzykiem i gniewem poywienie wmawiajc prawie wkada do ust musiaa, bo u koca 
tych dni straszliwych, gdy dwoje dzieci jego ju w trumienkach z izby wyniesiono, skamienia 
on do ostatka, mow jakby utraci i oczy mia jak sowa we dnie, czerwone i nieprzytomne. 
Potem ucicho wszystko; Teleukowie w swojej widnej, obszernej izbie we dwoje ju 
tylko pozostali i raz, gdy pani Teresa krztaa si dokoa eczek Julka i Inki, ktrych 
welon strasznej pani z lekka dotkn, do pokoiku, w ktrym si znajdowaa, weszli. witecznie 
ubrani byli oboje i wyrazy twarzy mieli witeczne, uroczyste. Spojrzawszy na 
nich pani Teresa pomylaa: 
Masz tobie! Przyszli pewnie prosi, abym ich od suby uwolnia. Nie mog pewno 
wytrzyma tu, gdzie ich nieszczcie takie... 
A oni zbliyli si, przed ni stanli i oboje ruchem jednostajnym pokonili si jej nisko, 
a do stp, tak e prawie ziemi czoami dotknli. 
- Take pokony! - zawoaa. - Wiele ju razy Teleukowi mwiam, aby nigdy... 
93 
Ale on, jakby sw jej nie syszc, powoli, zgniecionym gosem mwi zacz: 
- My przyszli podzikowa wam, pani, e nasze dzieci nie bez ratunku poumierali i e 
Nastka przy yciu zostaa... 
- Co tam! co tam!... - z oczyma, ktre zami nabiegy, przerwa chciaa, ale on jakby 
znowu jej nie sysza. 
- My przyszli powiedzie, e my przy was do mierci... jak psy ostaniem i dobra waszego, 
dzieci waszych... pani... 
Nie dokoczy, bo w piersi jko mu co straszliwie i gos w szlochu si zaama, a 
Nastka to ju paczem a rykna i chciaa znowu do stp pani Teresy czoem przypa, ale 
ona wp j schwycia i w policzki wycaowaa, a potem jego gow obu rkami do siebie 
przycigna i - take wycaowaa. 
- Biedniekie wy moje! kochaniekie! nieszczliwe! Dzieci tak potraci! Czy ja nie 
rozumiem... 
O! jak rozumiaa! zy jej zmieszay si ze zami Nastki, bo on, Teleuk, nie paka, tylko 
na twarzy postarzaej mia ju t mask z zastygego jakby przeraenia i cierpienia 
sklejon, ktra pozosta miaa na niej na zawsze. 
Przed odejciem rzek jeszcze: 
- My z wami, pani, do mierci... i co tylko bdzie trzeba... co tylko skaete, zrobim... 
Dotrzymali obietnicy. Zostali, wszystko, co trzeba byo, robili, pomocnikami jej, wyrczycielami, 
doradcami stali si, razem z ni dzieci jej hodowali. Byli ca jej sub, innej 
nie miaa i nie potrzebowaa, a kto wie, czy pod ciarem trosk swoich i twardej swej pracy 
nie ugiaby si nieraz, gdyby nie oni... Dusza chopska, tak samo jak ze strony mioci 
rodzicielskiej, ukazaa si bya w tym wypadku bujnie i piknie wyros ze strony 
wdzicznoci... C dziwnego, e pani Teresa w kilka dni po odjedzie Julka przysza wieczorem 
do kuchni i naprzeciw Teleukw za stoem siedzcych na awie usiada. Nastka, 
jak zwykle o tej porze bywao, szya, a on co z drewna pik i motkiem majstrowa. Widzc 
j wchodzc zapyta: 
- A szczo, pani? Moe potrzeba czego... 
- Niczego mi nie potrzeba, niczego ja od was nie chc - cicho jako odrzeka pani Teresa 
i dodaa: - Przyszam pogada z wami... 
Zmienia si nieco przez te dni par, przymizerniaa na twarzy i spowolniaa w ruchach. 
- Mka taka - zacza - niepokj taki, miejsca sobie w domu dobra nie mog, roboty 
adnej do koca zrobi nie mog... Nic nie wiem, co si tam dzieje... musz jutro do pana 
Orszaka pojecha, on pewno wie, moe ju bitwa jaka bya... pojedziemy jutro, Teleuk, 
do pana Orszaka... 
- Dobre, pani, pojedziem - odpowiedzia chop i gow znad roboty podnisszy, po raz 
pierwszy, odkd przysza, na ni popatrzy, a popatrzywszy zacz: 
- Oj, biedy wy sobie narobilicie, pani, biedy! I na szczo heto? Wyrs wam synek jak 
ten dbek gadziusieki, jak ten modzieczyk na obrazie w cerkwi malowany, a wy jego 
posali tam, gdzie mier i zgubienie... Nie przeszkodzili, nie zabronili... 
Dziw to by, e Teleuk mwi tak wiele, i snad przedmiot rozmowy bardzo ju dopieka, 
skoro do takiego rozgadania si go skoni. I mwiby duej jeszcze, gdyby mu Nastka 
nagle bardzo i z ferworem w mow nie wpada: 
- A to! - rk z ig i nici wysoko podnoszc zawoaa. - Ju my z Panasem cigle o 
tym gadamy i gadamy... Co wam, pani, stao si? To wy dzieci swoje zawsze lubili, to 
wy za nimi przepadali i wiata nie widzieli, a teraz pozwolili, nie przeszkodzili synowi na 
zgub i! Takiego gobka miego, takiego moojczyka krasnego wy z chaty swojej tam, 
gdzie strzelaj i rbi, wygnali... 
94 
I gadaa, gadaa w ferwor coraz wikszy wpadajc, a robot z kolan na ziemi zrzucia, 
a porwaa si z awy, czego do pieca poleciaa i znowu na aw wrcia, ramionami rozmachujc, 
lamentujc, pani Teresie za zgubienie syna wyrzuty czynic. Zna byo, e ona 
tego houbczyka miego, tego moojczyka krasnego nie na arty sama lubia. I nie dziw! 
Wesp z matk hodowaa go, strzega, gdy by may, a gdy dors, przyjazdami jego ze 
szk do domu cieszya si, nigdy inaczej jak zdrobniaym imieniem go nie nazywajc i z 
przekomarzania si z ni wesoego chopca, z figlw, ktre jej pata, do rozpuku si 
miejc. Teraz za to pakaa... zy jak groch sypay si na twarz jej okrg, rumian, na 
osaniajc pier szar koszul. 
Pani Teresa wyrzutw czynionych jej przez czas jaki w cierpliwym milczeniu suchaa, 
ale wida byo, e silia si na t cierpliwo. I dugo wytrzyma nie moga. Musiaa przecie 
tym ludziom dobrym, ale ciemnym, tym pomocnikom i przyjacioom swoim kochanym, 
ale nic nie rozumiejcym, wytumaczy, wyjani. O zgub syna, o zgub Julka j 
obwiniali! Moga pod ciarem tego obwinienia miao w oczy im patrze? A w stopy i 
w gardo piec j zaczo. Zerwaa si z awy, krzykna: 
- Suchaje, Nastka! Umilknije! Take rozgadaa si! Wy tego nie rozumiecie! Wy o 
tym nic nie wiecie! Posuchajcie! Wytumacz, opowiem! 
Nastka umilka i uszu nadstawia. Nie dlatego umilka, aby krzyku pani Teresy zlka 
si, ale dlatego, e ciekawo j zdja. Z natury bya wszelkich opowiada i nowin, 
wszystkiego, co tylko mwionym by mogo, ciekaw bardzo. Ale i Teleuk, cho z pozoru 
niczego nieciekawy, wzrok w twarzy pani Teresy utkwi, a ona, widzc ich uspokojonych 
i suchajcych, mwi zacza o pocztkach, przyczynach i celach wszystkiego, co 
si w tej chwili tu i na przestrzeni caego kraju stawao i dziao. Z pocztku nieatwo to jej 
szo. Od umiejtnoci jakiegokolwiek nauczania ludzi i wykadania im przedmiotw abstrakcyjnych 
o sto mil bya odleg, a do dugich zastanawia si nad przedmiotami tymi i 
dobierania dla nich odpowiednich sw i wiza ogromnie nie nawyk. 
Jednak, z zasobu nauk dziecinnych, z licznych zasysze, z czyta czstych niegdy, a 
potem cho rzadkich, lecz zdarzajcych si kiedy niekiedy, wydoby moga wiadomoci 
ilo znaczn, a z serca, przez ktre razem ze krwi przepyway uczucia pewnego rzdu, 
polay si jej i na usta wybiega zaczy coraz obtitsze, czsto dla niej samej niespodziewane 
sowa. Gdy tylko zacza mwi, od mowy wasnej zacza pon. Krlowie, rycerze, 
bohaterzy, poeci, potga, wietno, sawa; a potem klski, upadki, niedole, krzywdy 
srogie, deptanie ludzi przez ludzi, gwacenie praw boskich i ludzkich - wszystko, co niosa 
z sob niewola, wszystko, czym nci, zachwyca, janieje wolno... I mge tu by wybr? 
I mogo by wahanie? I moga syna odwraca od swoich wasnych witoci? I 
moga doradza mu podo, sobkostwo, tchrzostwo? Nie! tak jak si stao, sta si musiao 
- i basta! Nie jest wyrodn matk, nikt od Teleukowej lepiej o tym nie wie, ale nie 
moe te by wyrodn crk, a jest przecie crk ojczyzny tak jak wszyscy, ktrzy z ona 
jej powstali i na nim yj, s jej dziemi... I tak dalej, i tak dalej mwia, prawia, opowiadaa, 
przekonywaa, w zapale czasem zrywaa si z awki i w postaci stojcej ramiona rozkadaa 
szeroko albo w gr je podnosia, albo ze splecionymi rkoma przed siebie wycigaa. 
Wtedy na cianie kuchenki ma lamp sabo owietlonej powstawa za ni cie jej 
chwiejcy si czarny i patetyczne gesty jej powtarza. 
A z twarz w ogniu, od mwienia i zapau zadyszana, umilka. Ze wzrokiem znieruchomiaym 
i rozwartymi usty nagle jako umilka. Rozpomienione jej oczy dugo nie widziay 
dokoa nic, nic, w wewntrzne wizje swoje zapatrzone, a nagle zahaczyy, e Nastka 
spaa. Na przedramiona skrzyowane na stole gow spucia i usna. Od jak dawna 
spaa, nie wiadomo, lecz nie od paru minut zapewne, bo sen jej wydawa si gboki... 
Teleuk nie spa, ale czy dugiej mowy pani Teresy sucha, czy nie sucha, odgadn 
byoby niepodobna, tak nie zmienione w swej zwykej nieruchomoci, tak adnym by
95 
skiem w pospnoci swej nie rozjanione byy rysy jego twarzy. Zmczonym tylko wydawa 
si, bo przepracowa dzie cay i pora bya pna. Cikim te ruchem powsta z awy 
i ociale rk ku wosom niosc rzek: 
- Spa pora, pani! A to i wita niezadugo zacznie! 
on za rami potrzs. 
- Nastka! Spa si kadnij! 
I tylko gdy ku drzwiom izby swojej z pochylon twarz zwrci si, na krtk, na krciutk 
jak sekunda chwil w sennym oku jego bysna ironia. 
Z tej strony, ze strony, o ktrej pani Teresa tak dugo dzi prawia, dusza chopska posiadaa 
wzrost stumiony, bya lep, guch, niem... 
Pani Teresa staa chwil jeszcze porodku kuchni, z czoem nagle w kilka fad zmarszczonym 
i wzrokiem wbitym w ziemi, a za ni sta na cianie czarny cie jej i z pochylon 
take gow w ziemi patrza. 
Wzia potem lampk ze stou i przywiecajc ni sobie do sypialni crek posza. Malekie 
spay gboko w biaych pociokach swych, rowe i spokojne, Inka, na wp rozebrana, 
w gbi izdebki wskiej i dugiej przed lusterkiem wosy sobie na loki zawijaa, pasemka 
ich dokoa szmatkw papieru okrcajc. 
Mnstwo ju biaych papierowych strkw sterczao nad poow jej gowy, gdy z drugiej 
poowy na obnaone, alabastrowobiae rami zota fala spywaa swobodnie i obficie. 
Bya tak w zajciu swym pogrona, e wejcia matki nie spostrzega, za pani Teresa w 
progu ze swoj lampk stojc i na ni patrzc z politowaniem drwicym troch, a troch 
aosnym, gow wstrzsaa. 
- Take robota! - gono burkna i cofna si z progu ze stukiem drzwi za sob zamykajc. 
Nazajutrz do Wadysawa Orszaka o dwie mile od Leszczynki mieszkajcego pojechaa. 
Przed wyjazdem do crki rzeka: 
- Musz po wiadomo pojecha... Rady sobie inaczej nie dam... Julek mwi, abym si 
w kadej potrzebie do pana Orszaka udawaa i e on zawsze najwicej o wszystkim wiedzie 
bdzie. A ty, Inka, nie sied z zaoonymi rczkami; wyrcz mi, malekich popilnuj, 
sukienk Ludwinki napraw... wczoraj j porozdzieraa. 
Na bryczk par koni zaprzonych i przez Teleuka powoon siada i pojechaa, a 
niewiele przed wieczorem wrcia z twarz w ogniu i rkoma, ktre gdy mulinow chust 
sw z gowy zdejmowaa, widocznie dray. Do spotykajcej j na ganku Inki rzucia si z 
agodnym szeptem: 
- Lada dzie... ju lada dzie... jutro, pojutrze... moe jutro... 
- Co, mamo? co? 
Inka take wiadomoci nie tylko ciekaw bya, ale namitnie oczekiwaa, podaa. Jake! 
W tej guszy, w tej monotonii, w tej nudzie eby cho jakiekolwiek urozmaicenie, wra
enie. 
- C, mamciu? Co? co bdzie lada dzie, moe jutro? 
Pani Teresa wybuchna: 
- Bitwa!... ju ku lasom horeckim wojsko idzie... I dziwnie jako na miejscu si zakrciwszy, 
jak wicher wleciaa do domu, gdzie biegy na jej spotkanie dwa cienkie radosne 
gosiki. 
- Mama powrcia! Mamo! Mameczko! Mamciu! - A w tej samej chwili, na ganku, z 
ktrego Inka zesza, aby powolnym, zniechconym krokiem po ogrodzie bdzi, Janek i 
Olek przysunli si ku sobie, cali drcy i tak na twarzach pobledli, e rumianego Olka 
zaledwie by w tej chwili pozna byo mona. Stali za Inka, gdy matka z bryczki wysiada, 
syszeli, co mwia. 
96 
- Wo... wojsko ju idzie! - trzsc si jak w febrze szepta Olek. 
A Janek ze spuszczon twarz milcza i tylko szczupymi palcami mi karty trzymanej 
w rku ksiki. Gdy twarz podnis, oczy mu tak byszczay, jak nieraz u pani Teresy w 
chwilach zapau bywao. Julek i on odziedziczyli po matce te piwne oczy, ktre wrd 
pewnych stanw psychicznych przemieniay si w zarzewia gorejce. Chopic, smuk, 
spryst posta sw wyprostowa i z powag tak wielk, e niemal uroczycie rzek: 
- Teraz, Olku, albo nigdy. Pjd! Pogadamy! 
Tej nocy nikt w Leszczynce dobrego snu nie mia. Pani Teresa wprawdzie z przyzwyczajenia 
i zmczenia usna okoo pnocy, lecz wkrtce potem z pokoiku jej wychodzi 
poczy i po caym domu si rozchodzi jakie dziwne, senne, przecige nawoywania czy 
przyzywania. adnego imienia, adnego wyranego sowa w dwikach tych z upionej 
piersi wychodzcych rozrni nie byo podobna, ale nabrzmiaymi one byy tak aoci 
i tsknot, tak tsknie, pospnie, przewlekle rozchodziy si po ciemnych izbach, e Inka, 
jak codziennie bywao, do pna zawijaniem lokw zatrudniona, zerwaa si sprzed lusterka 
i z lampk w rku do izdebki matki pobiega. Pani Teresa miaa zwykle sen twardy i nie 
przebudzio jej wejcie crki, ktra zobaczywszy j upion i po izdebce rozejrzawszy si, 
znowu przed lusterko swe wrcia, ale ju do zawijania lokw nawet ochoty pozbawiona. 
Ze stukiem lampk na stole postawiwszy, gniewnym ruchem wzity do rki grzebie odrzucajc 
zaszeptaa: 
- Boe mj! ja nie wytrzymam! eby to od tych wszystkich smutkw gdziekolwiek 
uciec mona byo! Boe mj! Jaka ja nieszczliwa... nieszczliwa! 
Oczy miaa pene ez, ktre te dwoma sznurkami po piknej twarzy popyny, pikniejsz 
jeszcze j czynic. Patrzaa te na odbite w lusterku swoj pikno i swe zy. 
- I po co mi ta pikno? Co mi z niej? Po co mi ona... w tej dziurze... wrd tych 
smutkw?... 
Gdy tak z zaamanymi rkoma i dwoma sznurkami ez na policzkach szeptaa, w tej samej 
chwili z izdebki pani Teresy znowu wypyno i po ciemnym domu rozpyno si 
senne, przecige, tskne bezbrzenie, aosne woanie czy baganie. 
Kogo tak przez sen przyzywaa czy bagaa? Syna, ktry lada dzie w ogniu bitwy znale 
si mia, czy Boga, ktrego ukrzyowany obraz w gbokim zmroku mtnie biela? 
Teleuk take wczeniej ni zwykle, bo u samego pocztku witania z pocieli wsta i 
Nastki nie budzc drzwiami do ogrodu prowadzcymi z domu wyszed. Czego niespokojnym 
by musia, bo niezwykle szerokim krokiem poszed ku lipie, pod ktr chopcy od 
niedawna nocleg sobie zaoyli, a na rozpostartych u stp drzewa pociokach nikogo nie 
ujrzawszy stan jak wryty, jeden tylko przecigy dwik z ust wydajc: 
- Aaaa! 
Przed noc widzia, na wasne oczy widzia, jak pokadli si tam do snu i bliskimi 
unicia si zdawali, a teraz... Wstali snad wrd nocy i dokdci poszli. Dokd? Nie zastanawiaby 
si nad tym Teleuk w innym czasie, bo mao to dokd niedorose chopcy 
takie lata mog! Ale teraz mia podejrzenie pewne i obawy... niedobrze okrelone... niejasne, 
ale mia. Powstay w nim one ju wtedy, gdy z Julkiem i dziatkowickim panem bro 
w Dbowym Rogu zakopan odkopujc spostrzeg, e ziemia poruszon bya, e kto tu po 
nich z rydlem okoo niej chodzi... A potem Julek i dziatkowicki pan z wielkim zdziwieniem 
spostrzegli, e pudo z pistoletami odbite i e w nim dwch pistoletw brakuje. A 
potem jeszcze i dwch noy jakich, co to ich panowie sztyletami czy kindaami nazywali, 
zabrako... Ale dugo o tym nikt wtedy nie mwi; czasu nie byo... Tylko znowu kiedy 
Julka do Dziatkowicz wiz, prosi on jego zacz, aby chopcw na oku mia, aby przed 
wasnym dziecistwem strzeg ich, bo kto wie, jakie gupstwa do gowy przychodzi im 
mog... Wszystko to Teleuk miarkowa sobie w gowie, jedno do drugiego przykadajc, 
a teraz zaniepokoi si i wszystkie kty ogrodu obszedszy, szerokimi krokami ku wsi 
97 
chopskiej poszed. Bawi do dugo, a powrci snad z powzit wiadomoci jak, bo 
z wielkim popiechem konia do wozu zaoywszy, nikogo w domu ze snu nie budzc, za 
bram dworku wyjecha i skierowa si w stron lasw horeckich. O tym, co teraz dziao 
si i dzia si miao w tych lasach, od pani Teresy wiedzia. Konia zaprzgajc i potem na 
wozie siedzc, czsto z ust wydawa dwik przecigy: 
 Aaaaa! Aaaaa! 
Dziwienie si wielkie i zgryzota w tym dwiku brzmiay. I wyglda Teleuk na wozie 
swym ponuro, czasem tylko gniewnie. 
- Oj, daby ja im za to, daby! 
Biczem w powietrzu szeroko zamachn, znowu gow na pier opuci i i w pospny 
kamie, ksztat czowieka na wozie majcy, zastyg. 
A oni, gdy Teleuk w pogo za nimi z Leszczynki wyjeda, ju Kana Krlewski 
wpaw przepynwszy ku horeckiemu dworowi zmierzali. 
Nie wytrzymali tedy, poszli. Na wie o bliskiej bitwie, o wojsku ju nadchodzcym, 
rozbujaa si ich wyobrania tak szeroko i mocno, krew w yach chopicych zawrzaa tak 
gorco, e wszystkie inne uczucia umilky, wahania ustay. rd nocy, pod lip, w wietle 
pobyskujcych zza jej gazi gwiazd najnowsz odzie skrzanymi paskami przewizan i 
niekoniecznie cae obuwie przywdzieli, pistolety i kinday za odzie schowali i wszystko 
to rkoma z niecierpliwoci drcymi uczyniwszy, cichutko odeszli. 
Do partii poszli. 
A jeeli naczelnik nie zechce ich tam przyj? Moe i on tak jak inni bbnami ich nazwie, 
do domu wraca kae? 
Myl to bya piorunujca, ale otrzsnli si z niej prdko. 
Nie, tak by nie moe! Naczelnik wielkim czowiekiem jest, a ludzie wielcy wszystko 
wiedz i rozumiej. On ich zrozumie, on im powie: Zostacie, rycerze modzi! Walczcie z 
nami i z nami zwycicie lub zgicie! 
Zwyciy albo zgin! Co za czar w trzech tych wyrazach! I naczelnik wypowie je do 
nich niezawodnie, a Julek zawstydzi si, e cho brat i - bohater, tak, bo pomimo wszystko 
bohaterem jest jednak, ich zrozumie nie potrafi i - oceni! Tak; nie potrafi on oceni 
w nich takiej samej odwagi i takiego samego rzutu do bohaterstwa, jakie w nim byy. Teraz 
przekona si. 
Drog do dworu horeckiego dobrze znali. Gdy Inka cztery lata z pann Awiczwn si 
uczya, matka jedzia tam czsto i ich z sob czasem zabieraa. Niezbyt daleka to zreszt 
bya droga. Trzy mile niespena. Rozkosznie j w kilka godzin przebyli, bo cudne byy 
wieo i jasno poranku i cudniejszymi jeszcze napeniajce je uczucia. Czuli si krzepcy, 
silni, letcy, nade wszystko wolni. 
Zdawao si im, e okowy jakie z nich opady i e lec, nie id, ale wprost na niewidzialnych 
skrzydach lec ku przygodom nadzwyczajnym i zadziwiajcym, ku czynom 
potnym, do ktrych pryy si ich ramiona i zaciskay drobne pici, ku socu jakiemu 
wirujcemu w oddaleniu ogromnym i rozrzucajcemu na wiat cay olniewajce, czarujce 
kolory i blaski. 
Mieli zamiar przej koo dworu horeckiego w sposb taki, aby przez nikogo tam spostrzeonymi 
nie zosta i w pobliu dworu tego, w miejscu dobrze im znanym do lasu 
wej. Lecz z pewnej ju odlegoci dostrzegli, e we dworze dzieje si co niezwykego... 
Jaki tum ludzi na dziedzicu rozlegym, jakie byski metalowe w powietrzu, jaka 
wrzawa grubych gosw. Za zason krzaczystych wierzb, ktre ciek poln obrzeay, 
zbliyli si jeszcze nieco, wzrok wytajc i jednoczenie zaszeptali: 
- onierze! Wojsko! 
Z atwoci domyle si mogli, e wojsko to wkrtce pj miao tam, dokd i oni dyli. 
Jednoczenie z tym domysem uczuli oblewajce ich od stp do gowy gorco. Gor
98 
co zapau i niecierpliwoci. Ach! znale si ju tam - znale si co prdzej tam, gdzie 
bdzie walka, niebezpieczestwo, pole do urzeczywistnienia marze tak dugo snutych, 
ambicyj tak dugo skrywanych, bo przez ludzi nie zrozumianych i poniewieranych. Tyle 
jednak rozwagi im zostao, e zrozumieli potrzeb odejcia std jak najszybszego i przedostania 
si do lasu w miejscu od tego odlegym. Tak uczynili. Jak myszy polne po zagonach 
i miedzach, pod krzakami i drzewami, gbi roww u brzegw pl przeliznli si, 
przesmyknli i daleko, tam dokd ju z horeckiego dworu aden bysk ani odgos nie dochodzi, 
do lasu wbiegli. Tu zziajani, bez tchu prawie, cali jeszcze od przeprawy przez wod 
mokrzy, na mchy lene pod sosnami upadli. 
- Ot, szczcie! - szybko i gono oddychajc zawoa Olek. 
Janek nic nie odpowiedzia, ale na bladawej twarzy, ku przezierajcym przez sosny bkitom 
niebieskim zwrconej, mia wyraz ekstazy. Porwa si te wkrtce z ziemi. 
- Chodmy! 
Olek, cho nieco ciszym ruchem, na nogach stan. 
- Chodmy! 
Dobrze! lecz w ktr stron lasu skierowa si im wypada? Wiedzieli, e by ogromny i 
czy si z lasami innymi, a w jakim punkcie jego znajduje si to, ku czemu d, skde 
im wiedzie? Pierwsza to bya troska, ktra po opuszczeniu Leszczynki na nich spada, 
lecz nie przywizywali do niej wagi wielkiej. Olek zawoa: 
- Ot, wielkie rzeczy! Bdziemy lasem i, i, i, a znajdziemy... 
- Zapewne! Nie poow kuli ziemskiej przecie jest ten las! Co przecie dojrzymy czy 
usyszymy, co nam wskazwki jakiej udzieli. 
Poszli i - szli, szli, szli... po ciekach przez trzody wydeptanych i po mchach sprystych, 
trawach wysokich, wrzosowiskach suchych, po drogach nieszerokich, w mnstwo 
kolein wyrzebionych, pomidzy kolumnadami wyniosych sosen i wierkw, przez gstwiny 
zaroli i wiklin, nad ktrymi konary odwieczne rozpocieray stare jak sam ten las 
drzewa liciaste, gaziste, jak czary winem musujcym, ptactwem wiegoccym napenio
ne... przez te wiegoty ptactwa i metaliczne, chralne brzczenie owadw, przez rozcignite 
od krzaku do krzaku zote smugi soneczne, przez spadajce od spltanych konarw 
pachty czarnych cieniw - szli, szli, szli. 
Mali, wielkoci otoczenia pomniejszeni, jak u zmczonych i zarazem pieszcych si 
bywa, szczupe ciaa naprzd pochylajc, z daszkami czapek gboko na oczy osunitymi 
wynurzali si z cieniw gbokich, przebywali osonecznione polany, zatapiali si w gszczach 
zaroli, wynurzali si z nich na cieki lub drogi, po ktrych przesmykiwali si na 
ksztat zajcy, ktre na widnych przestrzeniach zdwajaj szybko biegu, instynktem gnane 
ku cieniom, schronieniom, zasonom. 
Nie syszeli szczebiotu ptactwa ani brzczenia owadw, nie spostrzegali wychylajcych 
si zewszd kwiatw ani zrywajcych si spod stp ich motyli, nie uczuwali grznicia 
stp w pagrkach mrwczych ani czerwonych szram, ktrymi im jaowce i wierki znaczyy 
twarze i rce. 
Szli, szli, szli, gusi i lepi, a jednak ze wszystkimi siami istot swych skupionymi we 
wzroku i suchu. Skupionymi i wytonymi a do blu, a do zapierania oddechu w piersi, 
a do obezmylenia wytonymi, w oczekiwaniu, w poszukiwaniu namitnym prawie do 
szau, upragnieniu jakiego odgosu, przebysku, czego, czegokolwiek, co powiedziaoby 
im, oznajmio, wskazao: tam! tam! tam! idcie, zlecie pomidzy zbrojnych, odwanych, 
bohaterskich z okrzykiem: I my, i my! 
Okrzykiem tym, w miar, jak czas upywa, piersi ich coraz wicej nabrzmieway. Pot 
perlisty wystpowa na czoa, oblewa policzki, u Janka coraz bledsze, u Olka coraz czer
99 
wiesze i czsto tak wydte, jak bywao, gdy na rozkaz matki ogie w samowarze rozdmu
chiwa. 
I nic, nic, nic. adnego odgosu ani bysku, ani koloru, ktry by oznajmia, ukazywa. 
O poudniu Olek zajcza. 
- Sidmy troch... 
I upad na ziemi pod rozoystym drzewem. Janek niechtnie stan przy nim. Starszy i 
sprystszy, mniej czu zmczenie. Ale w zamian uczu, e jest godnym. 
- Olek, daj chleba! 
Chopak nagym ruchem postaw lec na siedzc zmieni i obu domi po bokach si 
uderzy. Zmieszaniem zamigotay mu bkitne oczy. 
- Zapomniaem wzi!... - zajcza. 
Ale Janek ze spokojem przyj smutn t jednak wiadomo. 
- No, c robi? Nic dziwnego, e zapomnia... Takemy si pieszyli. 
Obok brata na trawie usiad. 
- Troch godu! co to znaczy? Czy tak jeszcze na wojnach bywa? 
A Olek doda: 
- Spartanie to nieraz i bez wojny po trzy dni nic nie jadali, aby tylko hartu... 
Wyprostowa si nagle. 
- Syszysz, Janek? 
- Sysz... sysz... suchajmy! 
C usyszeli? Jakie w oddaleniu pewnym szemranie i niewyrany, przez oddalenie 
tumiony pogwizd... Odzywao si to i milko, ale od ta innych poszumw i pobrzmiewa 
lasu odskakiwao. 
- Moe to... 
- Moe tam... 
I zerwali si na rwne nogi. W kierunku niewyranego szemrania i pogwizdywania poszli 
i szli, szli, szli, a przyszli na dolink ma, u brzegu ktrej wytryskiwa nie wiedzie 
skd strumyk wody srebrzystej, perlistej, przez dolink pyn i szemra, brzcza, jakby 
mow ludzk, spieszn, tajemnicz naladowa. Nad strumykiem za rosy w miejscu pewnym 
do gromady zbiegnito brzozy biaokore, a w listowiu ich wilgi te skakay i gwizday. 
Uklkli nad strumieniem, pili wod srebrzyst, perlist, potem ni twarze i rce omyli i 
dalej poszli. 
Do pna popoudniowa godzina znalaza ich siedzcych na dywanie z traw, jak patami 
niegu usypanym kpkami kwiecia poziomkowego. Gdyby to byy jagody! Ogromnie 
przedwczesnym tej wiosny wszystko byo w naturze i kwiat ten by przedwczesnym, 
jagody te zdarzay si ju tu i wdzie, ale w tym miejscu ich nie byo, a im gd doskwiera. 
Wczoraj we wzruszeniu niezmiernym wieczerzy do ust wzi nie mogli. Ju przeszo 
dob ca nie jedli. Jednak niby umowie jakiej posuszni o godzie nie mwili ani sowa. 
Co do zniesienia przyszo, odwanie musz znie i bro Boe nie jcze ani narzeka po 
babsku! Oprcz godu zmczenie we wszystkich czonkach czuj, bo od pnocy wci 
id i id. Przez otwory niezupenie caego obuwia nabrali peno cia obcych, igie sosnowych, 
wiru, ktre kuj i do krwi rani spieczone stopy. Ale to wszystko nic. Te wszystkie 
rzeczy cielesne mnie i w milczeniu znios. Zmartwienie cikie i troska gryzca ich 
w tej chwili, to bkanie si po lesie ju tak dugie. Od wczesnego ranka a dotd bkaj 
si i - nic! Moe od celu swego oddalaj si coraz, zamiast do niego si przyblia? Bieda! 
Co tu robi? eby cho czowieka jakiego zobaczy, zapyta! 
- eby to, tak jak dawniej bywao, pustelnicy po lasach mieszkali! - westchn Olek i 
dalej snu marzenia. 
100 
- Taki pustelnik przyjby nas w swojej lepiance czy jaskini, nakarmiby i drog nam 
pokaza... A teraz co? Nie ma na wiecie pustelnikw. 
- Za to lenicy s, tylko e adnego spotka jako nie moemy; dlatego pewno, e prawie 
wszyscy w partii. 
- Szczliwi! 
- Aha! Im nikt nie broni. Owszem, woali ich, uatwiali. 
I znowu: co tu robi? W ktr stron i, w ktr nie i! 
Na pociech czy dla uspokojenia pistolety zza odziey powyjmowali i dugo ogldali je 
ze stron wszystkich. 
- liczne - zadecydowa Olek. 
- Co tam, e liczne! Wane to, e doskonale nios... 
- Uhu! jak to ja wtedy do tej wiewirki trafiem... 
W lesie, daleko od leszczynkowego dworku po wielokro ju broni tej prbowali puka
jc z niej i pukajc. Olek raz wiewirk zabi. Naboi te wydali na to sporo, lecz mieli przy 
sobie zapas ich jeszcze znaczny. 
- A scyzoryki? 
W dziecinnych rkach, niedawno wod srebrzyst, perlist omytych, ukazay si z pochew 
dobyte, szerokie, w poowie zakrzywione noe. Promie soca w stalowej powierzchni 
ich zocicie zabyszcza. Bysk ten jakby podrzuci ich w gr. 
- Idmy! 
Poszli znowu, ale szli wolniej ni wprzdy. Tu i wdzie zza drzew przerzedzonych widzieli 
tarcz soneczn, ju duo ku zachodowi podsunit. Gdzie indziej krya si ona 
przed nimi za gstwinami nieprzeniknionymi, przez ktre na nich, na trawy, krzaki i w 
powietrze sypa si zoty deszczyk rozpylonych iskierek sonecznych. Wrd jednej wanie 
z gstwin takich o such ich obio si co nadzwyczajnego, grzmot nie grzmot, turkot 
nie turkot, co co gucho potoczyo si lasem, w oddaleniu znacznym, niewyrane, potne, 
toczyo si czas jaki - a umilko i po chwili niedugiej, po dwu minutach moe, znowu 
si potoczyo. 
Wrd przerastajcego ich albo do szyi im sigajcego listowia krzakw, nad ktrymi z 
kolei listowie drzew rozpocierao puap zaledwie przejrzysty, stali jak w ziemi wryci, 
suchali, a Olek krzykn: 
- Strz... strz... strzelaj! 
- Strzelaj! - potwierdzi Janek i bez porozumienia si, bez sowa, nagle, jednomylnie, 
z jednostajn szybkoci przez gstwin, w ktrej odgos grzmotu ich znalaz, w stron 
odgosu tego biec zaczli. Ramionami, ktre nabray sprystoci i mocy, rozgarniali, rozrywali 
przed sob uploty gaziste, rozdzierali je swymi ciaami, przeskakiwali nogami, 
ktre zdaway si by w tej chwili ze stali i elastyki utworzone. 
Daszki czapek zsuny si im prawie na oczy, policzki przez li szorstki wci chlastano 
okryy si czerwonymi plamami, szramami i spod szram, spod plam przeglday bladoci, 
wielk bladoci szalonego zapamitania w jednej myli, w jednym deniu. By to 
sza. Teraz to ju sza ich nis, podrzuca, wieci im w nieprzytomnych prawie oczach, 
wista i rzzi w oddechu tak gonym i spiesznym, i zdawao si, e wnet, wnet szczupe 
ich piersi rozerwie. Wszystko, co w naturze chopicej jest porywem do przedwczesnych, 
lecz wabicych czynw, wszystko, co jest w niej uporem, ambicj, i wszystko, co we krwi 
i duszach chopcw tych byo grnym miowaniem i marzeniem, w tej chwili, w chwili 
bezprzytomnego biegu w stron usyszanych odgosw bitwy kipiao w nich, szalao... 
Ale pod szaem, w ciaach ich niedorosych, zgodniaych, tuaczk wielogodzinn 
umczonych, pracowao co innego jeszcze; pracowao w nich i ogarniao je stopniowe, 
przezwyciane, przemijajce, powracajce, a na koniec niepodobne do przezwycienia 
101 
- mdlenie. Mdle im poczy ramiona i nogi, mdla, rwa si, dawi oddech, przed oczy 
nasuwaa si mga czerwono ctkowana. 
- Nie mog! - zajcza Olek, bo kolana ugiy si pod nim i jak dugi run na ziemi, u 
stp sosny wyniosej, wyniosej. 
Janek nie rzek nic i nie upad, ale usiad obok lecego brata z oczyma zgasymi, bardzo 
blady. 
Teraz otaczay ich sosny wyniose, wyniose, bardzo rzadko rozstawione. Wspania 
kolumnad stay na podcielisku gadkim, tak jak najgadsza posadzka gadkim i od opadego 
igliwia powo lnicym. 
Powo lnia gadka posadzka lasu pod ukonie kadcymi si na ni smugami sonecznego 
wiata, a gowice kolumn szeroko rozpostartymi koronami gazi zdaway si wpiera 
w bkitne niebo. Cisza tu panowaa. 
Po ciszy gbokiej, czystej, wonnej, wrd rzadko rozstawionych na powo lnicej posadzce 
kolumn zotawych, toczyy si niezbyt oddalone, do nawet bliskie grzmoty... 
Grzmoty strzelania zbiorowego. A pomidzy nimi, w przestankach krtkich, stuki strzaw 
pojedynczych. 
- Bitwa! - zaszepta Janek. 
- Bi... bi... bit... 
Olkowi oddech mar w piersi, nie mg wyrazu dokoczy. 
- Blisko gdzie! 
- Blisko. 
- Lemy! 
Porwali si z ziemi, znowu biec zaczli i niedu przestrze przebiegszy znowu na 
ziemi upadli. 
- Jeszcze troch - zaszepta Janek - jeszcze troch odpocz... Powieki opaday mu na 
oczy, przed ktrymi bkay si szmaty mgy mtnej, w czerwone kropki. Ale minuta caa 
nie upyna jeszcze, gdy przez t mg ujrza co takiego, co mu czonki wyprostowao i 
krew ca do serca rzucio. 
- Widzisz? Widzisz, Olek, widzisz? tam! 
- Widz! widz! widz! 
I ten siedzia ju wyprostowany, a oczy pony mu jak ogniki bkitne. 
Widzieli gromadk jedcw, ktra wyonia si skdci od strony grzmotw, spord 
gstwin, i biega kolumnad widn, na lunych przestrzeniach, po smugach sonecznych, 
lecych na posadzce powo lnicej. Gucho po mchu i igliwiu ttniay kopyta ich koni, 
jaskrawo migotay w zotej mgle sonecznej jak krew czerwone ozdoby ich ubra, wysoko 
byskay ostrza ich dugiej, nad ubranymi w czerwie gowami sterczcej broni... Niewielu 
ich byo; dziesiciu, dwunastu. Drobny oddzia wojskowy, moe z rozkazem kdy posany, 
moe stra stanowisko zmieniajca. 
Pod jedn z kolumn zaszemra szept chopicy wezbrany, zdyszany: 
- Kozaki! 
A po sekundach kilku drugi szept bezprzytomny, gwatowny: 
- Strzelajmy! 
Na jedno kolano przyklkli obaj, czapki z gw im pospaday, wargi trzsy si, oczy 
pony, w rkach byskay pistoletowe lufy. 
- Janek! Razem!... razem... czy ju? 
Tamten tonem komendy wojskowej gono, uroczycie mwi: 
- Strzela! 
102 
Jak dwa kamienie w przezroczyst wod i w cisz kolumnady gbok, czyst, wonn, 
pady dwa strzay. 
Konie kozackie stany zrazu jak wryte, a potem zwrciy si w stron strzaw. 
Nie widzieli i nie byliby zapewne dostrzegli dwch drobnych postaci przy ziemi szarzejcych 
w oddaleniu. Teraz na koniach chyych, kolumny zotawe wymijajc lecieli ku 
nim... 
Zakotowao si, zahuczao, zastukao u stp sosny wyniosej. Kul w rami ugodzony 
Olek na iglicow pociel upad. Janek sta miertelnie blady, ale wyprostowany i tylko powieki 
mrugay mu prdko, prdko nad oczyma jakby olepionymi krwist czerwieni 
ubra tych jedcw, ktrzy z koni zeskoczywszy otoczyli go koem huczcym, ciasnym. 
W huczeniu mowy ich gniew wrza, ale take i miech pobrzmiewa... miech gruby, moe 
nienawistny i moe wzgardliwy, jednak nie dajcy w peni wezbra gniewowi. Jakiego to 
nieprzyjaciela tu napotkali? Taki to zasadzk tu na nich uczyni! Rzemienie nahajek par 
razy wisny w powietrzu i na szczupe plecy nieprzyjaciela opadszy ku ziemi zwisy, pistolety 
utkwiy za czerwonymi pasami. 
- Cha, cha, cha, cha! 
Ale nie wszyscy miali si, niektre z twarzy wsatych i ciemnych byy srogie i grone. 
Dowdca zawoa: 
- Bra ich! Na ko z nimi! Do naczalstwa! 
Lecz w teje chwili z piersi Janka wydar si krzyk radoci taki, z jakim istota ludzka na 
zgub sw oko w oko patrzca wita ratunek, zbawienie. Ujrza przeciskajc si przez 
mundury kozackie siermig chopsk i zawiecia mu wrd kozackich twarzy blada, bardzo 
blada, lecz niewstrznita, tak jak zawsze nieruchoma, niema twarz Teleuka. Wowym 
skrtem Janek wylizn si z rk, ktre ju porwa go miay, i jednym skokiem 
znalaz si przy chopie, rce na szyj mu zarzuci, do piersi jego piersi przylgn. 
A on, w siwej siermidze, zdj z siwiejcych wosw czap barani i ramieniem pachol 
ogarniajc, nisko a do samej ziemi pokoni si temu spord onierzy, w ktrym 
domyli si zwierzchnika. 
- Oddajcie mi, panie, te detyny! To mae jeszcze... gupie! O! gdyby to nie by chop! 
Za wstawiennictwo takie daby w okup wiele. 
Ale z chopami ogldnie, niemal mionie postpowa przykazano. Od chopskich plecw 
nahajce kozackiej - wara! 
Wic tylko gos niecierpliwy zapyta: 
- Kto ty taki? 
On z pokonem znowu a do ziemi niskim: 
- Ja chop. 
A potem gosem powolnym mwi jeszcze: 
- Ja nie miatienik, ja chop. I oni nie miatieniki, oni - dzieci. 
- Twoje? - krzykn dowdca. Gow przeczco wstrzsn. 
- Nie moje... ale matk maj... 
Rk do wosw podnis; co wypowiedzie chcia, sowa przychodziy mu z trudnoci. 
Jednak zacz: 
- Ona nie pani... z bied yje, na nich pracuje, horuje. 
Dowdca cierpliwo tracc krzykn: 
- No, to i j do turmy, na Sybir... czort niech j wemie. 
A do podwadnych zwrci si: 
- Bra ich! 
Sekund kilka i ju obaj znaleli si na siodach, ramionami onierzy, ktrzy na nie 
wskoczyli, ogarnici. 
103 
Teleuk raz jeszcze u strzemienia dowdcy a do ziemi si pochyli. 
- Zlitujcie si... panoczku... - zacz. 
Ale nad podnoszc si znad ziemi gow jego zabrzmia okrzyk: 
- Pjd precz! precz! 
Gdyby nie by chopem! By nim, wic nietknity pozosta i widzia jedcw odbiegajcych 
wrd sosen rzadko rozstawionych, na koniach zgrabnych i lekkich, w rowym 
pyle powiaty sonecznej. Przez mgnienie oka zobaczy na rkawie odziey Olka wielk 
plam koloru krwistego, a potem twarz Janka blad jak ptno, oblan deszczem ez. Znad 
ramienia kozackiego zwracaa si ku niemu twarz Janka woajc: 
- Teleuk, powiedz mamie... 
Zaguszy cienki gos chopicy ttent odbiegajcych koni. Teleuk sta chwil z gow 
w namyle czy w alu koyszc si w obie strony, a ruchem niespodzianie u niego szybkim 
rzuci si ku stojcemu opodal swemu wozowi. 
Siad na wz, wstrzsn lejcami i penym kusem niewielkiego, lecz dobrze dogldanego 
konia puci si za gromadk jedcw. Z postawy naprzd podanej, ze wzroku przed 
siebie wytonego, ze sposobu, w jaki konia do popiechu naglc rozmachiwa biczem, 
odgadn by mona, e za znikajcymi mu ju z oczu jedcami lad w lad jecha, a w 
potrzebie choby ladw ich szuka, choby daleko, najdalej, dogania ich zamierza... 
......................................... 
Dwa, moe nawet trzy dni przemino po stoczonej w lasach horeckich bitwie. Pani Teresa 
siedziaa w kuchni na awie i suchaa opowiadania stojcego przed ni Teleuka. Tylko 
co do Leszczynki powrci. Nastka z twarz od paczu opuch ujrzaa go przez okno 
przed stajenk podjedajcego i do izb przylegych przeraliwie krzyknwszy: Pani, Panas 
powrci! z szalonym miechem radoci na spotkanie jego z domu wypada. W domu 
day si sysze gone stuknicia drzwi, gone, popieszne kroki i do kuchni wbiega pani 
Teresa. Jednoczenie w drzwiach przeciwlegych ukaza si Teleuk kurzem dalekiej snad 
drogi okryty, na twarzy zmizerowany i wicej ni kiedy ponury; z biczem w rku sta 
przed siedzc na awie kobiet i gosem powolnym, mow jakby senn opowiada. 
Domyli si, dokd chopcy polecieli, we wsi parobek jaki widzia ich po pnocy 
przechodzcych, i w ktr stron poszli, powiedzia; pogoni za nimi, w drodze nie dogoniwszy, 
do obozu powstaczego jecha, dugo odnale go nie mg, po lesie wielkim bdzi, 
strzelanie usyszawszy, ku miejscu, z ktrego dochodzio, jecha i ot, na co trafi! Zabrali 
chopcw. Prosi: Oddajcie! to to detyny! Nie posuchali i razem z nimi do naczalstwa 
polecieli. On za nimi gna - dogna, naczalstwa prosi: Oddajcie, to detyny jeszcze 
niewyrose, gupie! Nie posuchali. Dalej powieli. On za nimi. Z miasteczka do miasteczka. 
Gdzie stawali, on take stawa i - prosi: Oddajcie! pucie! to to detyny! Matk 
maj! Tak a do powiatowego miasta, o dziesi mil std zajecha, ale tu ju prosi nie 
mg, bo do naczalstwa go nie dopuszczono. Tyle tylko, e dowiedzia si... chopcy w 
turmie posadzeni... Jak rozbjniki czy koniokrady w turmie siedz... Szczob ich! 
Reszty rozpocztego przeklestwa gono nie dopowiedzia i nie wiadomo byo, kogo 
przeklina: detyny, ktre tyle biedy naczyniy, albo tych, ktrzy prb jego tylokrotnych 
nie posuchali, lecz gdy przestawszy mwi, na okno, za ktrym w zielonoci majowej 
ptaki wierkay, nieruchomo patrze zacz, oczy mia tak samo jak po stracie wasnych 
dzieci niby u sowy we dnie krwi zasze i osupiae. 
Wszystko, co tylko wiedzia, opowiedzia, oprcz tego, e Olek, gdy go na siodo brano, 
mia na rkawie odziey wielk plam krwistego koloru, oczy zamknite i twarz tak blad, 
jak bya u jego nieboszczyka Wasylka, gdy go do sosnowej trumienki skadano. Tego jednego 
tylko nie powiedzia. Matki aowa. 
Pani Teresa wysuchaa powolnej mowy jego w nieruchomoci kamiennej, adnym 
sowem, adnym ruchem jej nie przerywajc. 
104 
Co przez te ostatnie dni i noce przeniosa, troch opowiaday o tym policzki jej przychude 
i obwise, powieki nabrzmiae i zaczerwienione, czoo gboko zorane, ale wszystkiego 
opowiedzie nie mogy. 
Ach, te dni i te noce, kiedy Janek i Olek zniknli, i Teleuk kdy przepad, kiedy o 
bitwie i o Julku nie byo wieci adnej, kiedy godzinami caymi biegaa, dokd tylko moga, 
w poszukiwaniu synw zniknionych, kiedy po wiadomoci o synu zagroonym, sama 
sobie powoc, jedzia do Orszaka i w domu go nie znalazszy bez wiadomoci powrcia. 
Teraz suchajc opowiadania Teleuka, kocami palcw, ruchem prdkim, cigym 
skubaa, poszarpywaa fad swojej szorstkiej spdnicy. Wzrok miaa na opowiadajcego 
podniesiony i usta nieco rozwarte. 
Teleuk po chwilowym milczeniu rzek jeszcze: 
- Jedcie, pani, do miasta. Was moe do naczalstwa dopuszcz... Was moe posuchaj... 
wam moe oddadz... Trzscymi si wargami wyszeptaa: 
- Take historia! 
I nagle ruchem ywym podniosa si z awy. 
- Tak! tak! Jecha trzeba. Robaki moje ratowa... Zaraz, zaraz... eby tylko czegokolwiek 
o Julku si dowiedzie!... Ale to nic! Tam dowiem si pewnie. Mj Teleuku! par 
koni do bryczki... Zaraz... Tylko rzeczy troch upakuj... ich i swoje... w jednych koszulach 
tam... 
Spiesznym krokiem sza przez kuchni i nagle uczua, e znowu tak jak po odjedzie 
Julka co j chce o ziemi cisn... Ta sama moc wewntrzna, ktra z przeszytych blem 
piersi ludzkich wywouje krzyki, jki, wyrzekania gone, ni dziwnie jako zakrcaa na 
nogach i na ziemi usiowaa cisn. Nie krzyczaa, nie kaa, nie wyrzekaa, ale ach! ramionami 
rozkrzyowanymi na ziemi pa i czoem o ni bi! Lecz nie uczyni tego, nie. 
Take gupstwo! Jeszcze przecie nic takiego... 
Do izdebki swojej wbiega z gow pen myli, skd pienidzy na drog wzi, gdy 
wzrok jej spotka si ze stojc u okna postaci Inki. Jak posg boleci peen wdziku staa 
u okna z zaamanymi na sukni rkoma, ale z rowymi usty, wydtymi gniewnie, i szafirowymi 
oczyma poyskujcymi ostro... ostro. Gniew j na modszych braci porywa. Jeszcze 
i oni. Jeszcze i tego trzeba byo, aby do reszty pieko z ycia uczyni! Wzdrygna si 
caa, podniesiony gos matki usyszawszy. 
- Inka! co tak stoisz jak malowana! Syszaa przecie, co si stao. Jecha musz. Zaraz... 
Do wsi pobiegn, do arendarza, pienidzy na drog dosta... a ty rzeczy moje i chopcw 
z! 
Dziewczynie twarz rozbysa jak nag nadziej czy radoci. 
- Mamy i chopcw rzeczy? Przecie moje take! Przecie i ja z mam pojad... 
- Ty? A po co? eby koszt utrzymania si w miecie powikszy? Przy kim, pod czyj 
opiek malekie zostan? 
- Teleukowa opiekowa si nimi bdzie. 
Twarz pani Teresy, przedtem nieco przyblada, ognicie si zaczerwienia. Ju i w tych 
paru dniach miertelnej dla niej mki wszystkie zoci j chwilami bray na t krlewn w 
wiecznych lokach na gowie, z wiecznie opuszczonymi na sukni rkoma, tak obojtn na 
wszystko, co si dziao, tak bezczynn, tak w samym nawet sposobie pocieszania czy 
uspokajania jej niezrczn i nienaturaln. 
Przysza bya na przykad raz do izdebki matki i jak duga przed ni na ziemi upada. 
Pani Teresa zlka si. 
- Co ty robisz! Inka! Co tobie?... 
A ona twarzyczk liczn znad ziemi podnoszc szepta pocza: 
105 
- Ja u ng mamy lee bd... Dopki Janek i Olek do domu nie wrc... Czy ja mamie 
zastpi ich nie mog? Czy ja nie mog by dla mamy wszystkim... wszystkim... 
Gow na kolanach mamy poo... 
- Take romanse! - zawoaa pani Teresa. - Potrzebne mi twoje leenie u ng i mam ja 
teraz czas gow twoj na kolanach trzyma. Wsta i pu mi, bo do pana Orszaka zaraz 
jad, o Julku czegokolwiek dowiedzie si... A ty, ot, lepiej zamiast na ziemi lee i bzdurstwa 
ple, id malekich w ogrodzie poszukaj i nagldnij, aby sobie czego: nie zrobiy... 
Tak dziao si wczoraj czy przedwczoraj, a teraz pani Teresa caa w ogniu, z gestami 
rozgniewanymi do crki mwia, e w domu zosta musi, Teleukowej w gospodarstwie i 
dogldaniu malekich pomaga, j w wielu rzeczach, ktre inaczej zaniedbaniu ulegn wyrcza. 
Ale niedugo mwia, bo i na alabastrow twarz Inki wbiy si rumiece gorczkowe 
a gos ze sodkiego i przyciszonego sta si ostrym i dononym, gdy mwi, a raczej 
woa zacza, e nie zostanie tu za nic, za nic, e za bryczk matki jak pies pobiegnie, ale 
w tej dziurze sama jedna z tymi chopami nie zostanie. 
- Ja nie wiem, czego mama ode mnie chce. Ja nie wiem, za co mi mama nie lubi! Ja 
kuchark ani niak by nie mog! Ja nie do tego stworzona! Mnie i tak ycie to obrzydo! 
Jeeli mama mnie z sob nie wemie, to chyba zwariuj albo umr... 
Zaamywaa rce, z miejsca na miejsce przebiegaa, dziwne spojrzenia z roziskrzonych 
oczu na matk wyrzucajc. Mieszay si w tych spojrzeniach gniew, al i co na ksztat 
niechci, moe do stopnia nienawici czy wstrtu posunitej. Po raz pierwszy w sercu Inki 
uczucia te wzgldem matki ozway si tak wyranie. Zawsze w najtajniejszej gbi myli 
swoich uwaaa j za kobiet trywialn, grubym pospolitociom ycia oddan, wzniosym 
marzeniom niedostpn. Ale teraz, z tym swoim przywizaniem do tych bbnw, ktre 
tyle zego naczyniy, a obojtnoci dla niej, z tymi swymi rkoma grubymi, z tym swoim 
grubym gosem, z t twarz jakby w pocie cierpienia skpan budzia w niej uczucie bardzo 
do wstrtu, do fizycznego wprost wstrtu podobne. Jednak, rzecz dziwna, pomysem 
jakim nagle w gowie powstaym uderzona opanowaa si, ama rce i gniewnie po pokoju 
rzuca si przestaa, do matki przypada i obejmujc j mikkimi, okrgymi, kocimi 
ruchami owija si dokoa niej zacza. I w oczy jej znowu sodkimi, marzcymi oczyma 
zagldaa, i gosem znowu sodkim, przyciszonym prosia. 
- Take umizgi - oburkliwie zacza pani Teresa, ale zna byo, e ju mika. 
Gdy tamtych nie ma, nieche ta z ni bdzie. Przy tym czasy takie niespokojne. Bg 
tylko wie, jacy ludzie wczy si po wsiach mog i modziuchne to stworzenie bez opieki 
tu zostawia... czy bezpiecznie? A gwna rzecz to, e jej samej w tym nieszczciu z 
chopcami lej bdzie cho jedno to dziecko swoje mie przy sobie... 
- No dobrze ju, dobrze! Co robi? Pewno, e malekich i gospodarstwa nikt lepiej od 
Teleukowej... No, to ju jed ze mn... rzeczy skadaj! ja tymczasem do arendarza polec... 
Ale nie poleciaa, bo od strony dziedzica rozleg si turkot k i zanim Inka z bawialnej 
izby wybiec zdoaa, wszed do niej Wadysaw Orszak. 
Powany, z twarz szlachetn i zmczon, o ruchach i sowach powolnych, a duszy 
ognistej i czynnej, organizator i naczelnik poczty obywatelskiej wszed do izby o tych, 
starych sprztach i belkowanym, niskim suficie, blady, ze wzrokiem zmconym. Zatrzyma 
si u progu, twarz pochyli, moe w ukonie powitalnym, moe w zmieszaniu. Pani Teresa 
rzucia si ku gociowi. 
- Byam wczoraj u pana... w domu nie zastaam... ona pana... pani Karolina, nic nie 
wiedziaa... C bitwa? Julek? 
Obu rkami rk jego trzymaa, krzyczcymi z godu oczyma w twarz mu patrzc. On 
gosem przytumionym mwi zacz: 
106 
- Bitwa pomylna... ale Julek... 
- Co? - krzykna pani Teresa. 
- Z obowizku przyjechaem oznajmi... raniony... 
- Jezus, Maria! 
Teraz on obie rce jej w donie swe uj i mocno je ciska. 
- Raniony ciko... 
Pani Teresa szeroko otworzonymi oczyma patrzaa mu w twarz, ktra pod jej wejrze
niem w otoczeniu ciemnego zarostu blada. I oczy mskie, znuone powleky si szkli
wem. 
Po izbie rozleg si przeraliwy kobiecy krzyk: 
- Zabity! 
Zaprzeczenia nie byo. 
Wyrwaa rce z rk Orszaka i przez izb sza, nie wiedzie w jakim celu ku drzwiom 
izdebki swojej, z oczyma suchymi, z ustami rozwartymi sza, a w pobliu drzwi tych na 
ziemi upada. Teraz to ju nie opara si mocy wewntrznej i nawet o opieraniu si jej nie 
pomylaa. Runa jak duga z ramionami rozkrzyowanymi, z palcami tak wpitymi w desk 
grubej podogi, jakby jej w niej pogra, jakby j nimi rozdziera usiowaa. Gowa 
jej czoem o podog uderzya i potem nieruchom pozostaa, a tylko z piersi dobywa si 
pocz dwik bez sw, nieustanny, dziwny, do tego podobny, jaki wydaje czasem nad 
rozogami biaych niegw wyjcy wiatr zimowy... 
Orszak do Inki mwi: 
- Odjedam... musz. Za godzin najdalej przyjedzie tu ona moja, ktr matka pani 
powaa i kocha, a tdy do miasteczka przejeda bdzie, bo... brat jej uwiziony... 
Obfitymi zami oblan bya teraz twarz Inki, gdy dokoa matki na ziemi lecej biegaa, 
proszc, modlc si prawie, aby wstaa, usiada, rozpacza przestaa. Sama w tej chwili 
uczua bl i przeraenie. Serce jej uszka troch pokazao. Julek zabity! Julek nie yje! Julka 
ju nigdy nie zobaczy! Na chwil zniknea sobie z oczu i serca. Deszczem ez paczc, 
co czyni, nie wiedzc, biegaa wci dokoa rozcignitej na ziemi matki; schylajc si 
nad ni, dotykajc jej, proszc... 
Ale pani Teresa poruszenia najlejszego nie czynia. Jak koda citego drzewa leaa 
wci z czoem wpartym w podog, z palcami w ni wpitymi, i tylko to wycie przytumione, 
monotonne, nieustanne... 
A w drzwiach izby, on gono zawodzc na stron usuwajc, ukaza si Teleuk. 
Do ony rzek: 
- Malekie wyszukaj... przyprowad... 
Nad pani Teres stan i mow jak zwykle powoln, tylko gosem nieco podniesionym 
mwi zacz: 
- Pani A to Janka i Olka ratowa trzeba... A to Olek to nawet i kul utrafiony... 
Nad ziemi ochrypy, zdawiony gos krzykn: 
- Jezus, Maria! 
I cikie ciao kobiece, w szarej, szorstkiej sukni, z rozplecionymi na plecach wspania
ymi wosy, nad ziemi dwiga si poczo. Z nieszczcia i przeraenia jednego podnosio 
je inne nieszczcie i przeraenie. Teleuk uj je w dwie wielkie donie i stan na 
nogach mu dopomg. 
- Olek raniony? 
- A to. 
- Ciko? 
- Pewno nie, bo ot tu! 
107 
Na ramieniu swym ukaza miejsce, gdzie odzie chopca miaa czerwon plam. 
- Wyzdrowieje... Bg da... Ale to detyna... kiedy boli, to matki woa... i Janek bardzo 
paka... 
- Robaki! Skarby moje! Teleuk! konie zakadaj! Inka, skadaj rzeczy! Wtem dwie 
drobne istotki przez Teleukow do izby wepchnite, dwa cienkie, aosne czego gosiki: 
-Mamciu! Matuchno! Mamusiu! 
Wszystkimi czterema apkami uczepiy si szyi matki i do twarzy jej drobne gowy 
przytulajc, z jednej strony ciemnymi, z drugiej jasnymi jak len wosami ocieray potoki 
lejcych si po niej ez. 
V 
W miasteczku powiatowym sza do mieszkania dostojnika, przewodniczcego komisji, 
sdowej, z prob o pozwolenie widywania si z synami uwizionymi i wygldaa dziwnie. 
Na tle ulicy maomiasteczkowej, ale szerokiej i ludnej, niskimi domostwami ostawionej, 
ale rnorodnych typw i strojw ludzkich penej, wygldaa dziwnie. 
Bo nigdy przedtem ulice miasteczka tego ludnoci tak rozmaitej i tak licznej jak teraz 
nie miay. Wida, sycha i czu tu byo zmieszanie plemion, stanw, jzykw, kipienie 
namitnoci, zalatujcy z przestrzeni szerokich wiew walki i grozy. 
Peno przywodzcych na pami wojskowe parady i bale ubra oficerskich: byszczce 
mundury i ore, biae rkawiczki, postawy butne, srebrem ostrg i ostrzami paaszw 
brzczce; gdzieniegdzie przewizki czarne, podtrzymujce w bitwach nadwyrone ramiona 
lub osaniajce na czoach niedobrze jeszcze zgojone rany. 
Peno strojw kobiecych, z pir, kwiatw sztucznych u on, matek, przyjaciek oficerw 
i poczynajcych napywa ze stron dalekich urzdnikw. 
Liczni mieszkacy wsi, o twarzach ogorzaych, wosach siwiejcych, i liczniejsze nad 
mieszkacw ich mieszkanki, w sukniach o tej gorcej porze letniej biaych, zastpujcych 
surowo teraz cigan i karan czarno aoby narodowej. Ojcowie, bracia, ony, siostry 
winiw, coraz liczniej z szerokiej okolicy napywajcych. 
Wrd mundurw byszczcych, jedwabiw szeleszczcych, sukien rnobarwnych i 
biaych pani Teresa sza wskim chodnikiem tak samo jak w Leszczynce chodzi bya 
zwyka, wic waciwie nie sza, ale pdzia, rkami bez rkawiczek z popiechu troch 
rozmachujc, w sukni czarnej i czarnym rwnie, odwiecznym jakim, paskim, wci na 
ty gowy zsuwajcym si kapeluszu. 
Przed chwil zaledwie do miasteczka przyjechaa, Ink w najtej naprdce izdebce do-
mu zajezdnego zostawia, a sama, ju rozwiedziawszy si, dokd i do kogo i jej wypada, 
pdzia rd ludzi nie widzc ich, nie syszc ani nawet spotykanych niekiedy znajomych 
spostrzegajc. 
Nie do ludzi, nie do przygldania si im ani do oddawania ukonw teraz jej byo! Gorza 
w niej, piek j w piersi, stopy jej znad ziemi podrywa ogie dzy i niepokoju: dzy 
ujrzenia synw, niepokoju o to, czy ujrze ich bdzie jej wolno. A spodem pyny myli 
drce o los tych zagroonych i myli rozpaczne o tamtym... na wieki straconym. I dlatego 
tylko myli rozpaczne o tamtym nie ciskay j o ziemi, e krzyoway si z nimi i upada 
jej nie daway myli drce o tych... 
Wtem mska posta drog jej zastpia i gruby gos przy samej prawie twarzy jej przemwi: 
- Pozwlcie, barynia (pani)! Wy w traurie (w aobie). 
Chciaa usun natrta i pdzi dalej, lecz ciemne palce policjanta przedrami jej ujy 
tak silnie, e stan musiaa. 
108 
- A to co? Czego pan chce ode mnie? 
- Wy w czarnej sukni! W czarnych sukniach chodzi nie dozwolono. 
Ach, tak! Syszaa o tynii ale wyleciao jej to z gowy. Przypomniaa sobie teraz. 
- Take historia! A kiedy ja innej sukni nie mam! Jak wicher odwrcia si, zanim policjant 
opamita si zdoa, odbiega i do pierwszego lepszego sklepiku wpadajc zawoaa: 
- Wstki dajcie! Kolorowej! Najkolorowszej! prdzej! 
- Najkolorowszej? To moe czerwonej? 
- Niech bdzie czerwona! Wszystko jedno! 
Kupia wstk bardzo szerok, a tak czerwon, e na jej widok wszystkie byki ze 
wciekoci rogi by ku niej nastawiay, i skleciwszy z niej natychmiast kokard wielkoci 
olbrzymiej u szyi j sobie do sukni przypia. Nosia j odtd stale i na ulicach miasteczka 
z dala ju, z dala po tym punkcie jaskrawym pozna mona byo, e ona to idzie. 
Wobec czerwonoci motyla rozpinajcego u jej szyi ogromne skrzyda znika sprzed 
oczu ludzkich nadzwyczajny ksztat jej przedwiecznego, paskiego kapelusza, znika niezwyky 
rwnie w pierwotnej prostocie swej krj jej czarnej sukni, lecz nie znikaa, 
owszem, widoczniejsz i wypuklejsz stawaa si maska tragiczna, poczynajca twarz jej 
obleka. Na ty gowy wci zsuwajcy si kapelusz odkrywa czoo, ktre bruzdy zgryzot 
we wsze strony ry poczynay i pod ktrym wielkie, piwne oczy byway czasem a do dna 
zmcone, uciekajce jakie, strachliwe i rozmigotane, a czasem ogniem pospnym i staym 
gorejce, przywodziy na myl pochodnie pogrzebowe. Wiele ju dni od przybycia jej do 
miasteczka upyno. Na powietrze gorce, na blask soca zocisty szeroko otwarte byo 
okno W mieszkaniu przewodniczcego komisji sdowej, a e dom by jednopitrowy, niski, 
przechodnie uliczni widzie mogli w ciemnawej gbi pokoju paajc czerwon kokard 
pani Teresy. Widzie te mogli, jak z szerokimi gestami rk ogorzaych mwia o 
czym do mczyzny, ktrego tylko wzrost wysoki, kruczy zarost smagego profilu i 
byszczce ozdoby ubrania w gbszym cieniu pokoju widzie byo mona. 
Wysoki, w obcisym mundurze, zgrabny i wykwintny, twarz mia poudniowca, wrd 
kruczego zarostu owaln i smag, a w czarnych jak noc oczach pomienisto poudniowego 
soca. 
Synem Kaukazu, czerkieskim kniaziem by, w yach swych mia zmieszan krew 
dwch narodw, zwyciskiego . i zwycionego, ale w ustach mow i w sercu uczucia 
zwycizcw. Dostojnikiem by, topr gniewu i kary trzymajcym nad du przestrzeni 
ziemi poarem objtej i przez nieszczcie oranej coraz szybciej, gbiej. Nosi tytu kniazia 
i ludno tej ziemi, nazwisko jego rzadko wymawiajc, mwia o nim wprost i tylko: 
knia. 
Do czsto pani Teresa do kniazia przychodzia, o pozwolenie widywania si z synami, 
o mono zaspokajania nonych ich potrzeb proszc, o bieg i moliwy koniec sprawy 
zapytujc. Nie bardzo umiaa prosi. Czasem mwia: 
- Zmiujcie si, ksi, to to dzieci... 
Lecz wnet z tonu proby wpadaa w ton wyrzutu albo przekonywa usiujcej prawdomwnoci. 
- Ja matka! Do mnie tylko dzieci, dopki nie dorosn, nalee powinny! Ja broni im nie 
dawaam i do partii i nie kazaam, bo to jest gupstwo, aby dzieci w takie rzeczy si 
wdaway, ale skoro uczyniy to gupstwo, ja jedna ukara mam prawo, mnie odda ich 
trzeba, bo mnie jednej Bg da prawo, i nie tylko Bg, ale ta praca moja, te moje zgryzoty, 
kopoty, ktre ja dla nich... 
Tu spostrzega, e z wezbranego serca skarga wybucha zaczyna, wic powcigna 
si, milka, ale nie moga zatamowa drogi zom, ktre w oczach jej staway, szkliste. 
109 
Wysoki, wytworny knia, oczu z niej nie spuszczajc, pswkami odpowiada. Widocznym 
byo, e zadziwiaa go i moe po trochu bawia. Ta twarz tragiczna, nad t co 
moment przekrzywiajc si kokard czerwon, ta gowa miao podniesiona, z oczyma 
oszklonymi powstrzymywan z caej siy z... Przypatrywa si jej, mwi pozwala. 
Mow jej rozumia. Dwoma rnymi jzykami rozmawiali ze sob, ale rozumieli si 
wzajemnie. Ramiona krzyujc na piersi i mruc z lekka swe poudniowe oczy mwi: 
- Modszym synom nie dawalicie broni, sami wzili, ale starszemu dalicie j... bo dla 
starszego to nie byo gupstwo... co? cha, cha, cha! 
mia si z lekka, niezbyt zoliwie, owszem, lekkomylnie raczej i lekcewaco. W jej 
oczach zy jak na zaklcie nagle osychay. Ze spuszczon twarz, ponuro i krtko rzeka: 
- Sam wzi, nie broniam! 
- I le zrobilicie! - artowa jeszcze knia. - Ot, i zgin starszy syn wasz... 
Podniosa gow i przerwaa: 
- Za dobr spraw, za wi... 
I nie moga dokoczy wyrazu, bo poknite kanie gardo jej zdawio. Knia odwrci 
si i urzdowym tonem zapyta, po co dzi przysza i czego od niego daa. 
Innym znowu razem zauway: 
- Atmosfera w domu wida taka bya, skoro malczugany (malcy) tacy zrobi to mogli... 
Nu, sami przyznajecie, jaka tam u was w domu atmosfera by musiaa... a? 
Wzruszya ramionami: 
- Atmosfera? A jaka w moim domu atmosfera by moga? Wiadomo, e polska. Czy 
chisk miaa by albo angielsk? Take pretensja! Polk jestem i dzieci moje w atmosferze 
polskiej hodoway si... Ale do walki wystpowa to tym robakom maym nie pora 
jeszcze bya... 
Knia znowu ku ogromnemu biurku swemu odwrci si i urzdowym tonem gosu 
mwi zacz. 
Teraz pani Teresa przed siedzcym sdzi synw swoich stojc mwia: 
- Bo niech tylko ksi zastanowi si i sam powie. Ksie jest przecie czowiekiem cywilizowanym, 
a moe i dobrym... Czy ja wiem? W kadym narodzie ludzie i li, i dobrzy 
bywaj. Prosz pomyle i powiedzie, czy to jest sprawiedliwie i czy to jest adnie dzieci 
w turmach zamyka, jakie ledztwa sdowe nad nimi zaprowadza? Przecie ani nie dla 
rozboju, ani dla hulanki, nie dla pienidzy ani dla swawoli, ale ze szlachetnego serca, na 
ofiar... za sprawiedliwo... 
Brwi kniazia, jak krucze pira czarne, drgny, rozdy mu si nieco cienkie, wraliwe 
nozdrza, z ust purpurowych wyszo syknicie gniewne. Ze sprztu, na ktrym w postawie 
niedbaej siedzia, wsta i wyprostowany, ironicznie mwi zacz: 
- Za wiele mwicie i... za miao! Patrzcie, abycie sami nie znaleli si tam, gdzie s 
wasze mae gieroje (bohaterzy). 
Ruchem tak nagym, e a czerwony motyl u szyi jej podskoczy, pani Teresa gow w 
ty odrzucia i zawoaa: 
- A jeeli znajd si tam, gdzie s dzieci moje, to i c? Take groba! Drczycie innych, 
drczcie i mnie. Gotowa jestem. O dzieci swoje lkam si, nie o siebie! 
Ale w chwili gdy to mwia, spojrzenie kniazia pobiego za otwarte okno i nieprdko 
ju powrci do niej miao. Spotka si musiao z czym bardzo miym i pocigajcym, bo 
razem z uwag cakowicie si od niej odwrcio. 
Z wyrazem zachwycenia, moe rozkochania, najpewniej podania namitnego knia 
patrza na stojc pord wskiego chodnika Ink. Za otwartym oknem posta jej ukazywaa 
si jak obraz blaskiem sonecznym wymalowany, ramami otoczony. 
110 
Na tle sonecznego blasku staa pikna dziewczyna w wionie ycia, w nienej bieli 
sukni, w jasnym zocie wosw, w zadumie marzcej, smtnej i niewymownie sodkiej. 
Wicej ni linie rysw i ksztaty kibici uderza w niej i oczy ludzkie do niej przykuwa 
ten wyraz sodyczy niewymownej, delikatnoci niemal rozwiewnej, smtku marzycielskiego. 
Zdawa si mogo, e tu, tu skrzyda rozepnie i do nieba uleci albo piewem anielskim 
rozebrzmi, albo z tsknoty za rajem zami brylantowymi zapacze. 
Na wyjcie matki z domu tego czekaa. Nie wiedzie dlaczego napara si dzi i z 
matk. Dla pani Teresy waciwie byo to: nie wiedzie dlaczego; ona wiedziaa. 
- Zaczekam na ulicy wyjcia mamy stamtd... 
Czekaa. Staa na chodniku i powolnym ruchem wzniesionych ku grze renic cigaa 
biae kwiaty pywajce po bkitnym morzu, niemniej wiedziaa i czua, e przez otwarte 
okno patrz na ni, lgn do niej, ogniem j oblewaj oczy mskie, czarne i pomienne, 
pikne oczy. 
Rumieniec czerwieszy, ni po delikatnoci cery i ksztatw jej spodziewa by si mona, 
co chwil a po brzegi wosw twarz jej powleka i znika, aby po chwili jak zorza wypyn 
znowu - rowe usta czasem drgay. Knia rumiece i drgnienia wzrokiem chwyta, 
spomidzy warg purpurowych byskay mu w umiechu biae zby. Wiedzia, e ona 
wie o nim, cho na niego nie patrzy, tak jak ona czua nie patrzc, e on j pochania 
wzrokiem. Bya to rozmowa bez sw. Nie po raz pierwszy pomidzy Inka i kniaziem si 
zdarzaa. 
Wnet po przyjedzie swym do miasteczka Inka uderzon zostaa postaciami, ubraniami, 
wielu cechami ludzi, ktrym podobnych nie widywaa dotd nigdy. W mundurach obcisych, 
wyprostowani i mnstwem wieccych ozdb byszczcy, mieli w sobie ten rodzaj 
elegancji i gracji, ktry zawsze i wszdzie ludziom wojskowym towarzyszy, ale ktry dla 
jej oczu by nowym zupenie, niepodobnym zupenie do tego ich rodzaju, wrd ktrego 
wzrosa. 
Ruchy ich, brzmienia gosw, miechy rozlegajce si czsto na ulicy i we wntrzach 
domostw, miay w sobie t miao - i wesoo, z jakimi chodzi po wiecie i patrzy na 
wiat - si. Sia ora pobrzkujcego o kamienie bruku i rzucajcego w wietle sonecznym 
poyski jak stal ostre i jak zoto wietne. Sia ogromu, ktry zwycia nieraz i by 
pewnym, e zwyciy znowu. Sia cia zahartowanych w musztrach, nie rozsabionych w 
myleniu, ktre cae i z chciwoci podaj si ku radoci ycia i jego rozkosznym uyciom. 
I jeszcze: jaki rozmach szeroki, jaka hulaszcza swoboda i zwyciska, triumfujca duma. 
W szeroko od ciekawoci otwarte oczy dziewczyny rzucay si, wyobrani jej ku sobie 
cigny nowo, egzotyczno, byskotliwo, pewnego rodzaju malowniczo. Bi w ni 
stamtd powiew jaki nierozumiany, nienazwany, lecz upalny, woni jakich, radoci nieznanych, 
i nienazwanych peen... 
Zacza roi. 
W ciasnej, brzydkiej, dusznej izdebce zajezdnego domu, w upale nocy letnich, obok 
matki po caodziennych trudach i wzruszeniach picej, zacza roi. 
To s rycerze. Rycerskie postawy i ubiory. 
Przypominaa sobie Julka do partii odjedajcego, prost jego odzie pasem skrzanym 
objt i wzek jednokonny z powocym Teleukiem w baraniej czapie. Takie to 
byo proste, pospolite, prozaiczne. 
Przypominaa sobie rozmowy i twarze pana Gustawa, modych Konieckich, Julka i innych 
jeszcze z tej modej gromadki, ktr znaa. Tacy w czasach ostatnich zamyleni bywali, 
powani, powanymi rozmowami zajci i takie to bywao smutne... nudne! 
A ci s tak weseli, pewni siebie i na tak szczliwych wygldaj, jakby adne nieszczcia 
ani niebezpieczestwa, ani smutki, ani nudy na wiecie nie istniay. 
Dobrze te im pewnie na wiecie! 
111 
Niektrzy wprawdzie nosz czarne opaski na czoach. Ranieni snad w bitwie... moe 
tej samej, w ktrej Julek! Ile razy przypomni sobie o nim, serce jej uszki pokazuje i oczy 
staj si wilgotne. Ale bo i po co to ludziom wojny sobie wytacza i nawzajem zabija, 
mczy? Wiedziaa wprawdzie dokadnie, wiedziaa, po co i o co ta wojna, lecz wszystkie 
inne myli tumia w niej myl: 
A ja co temu wszystkiemu winn jestem? Za co ja mam pokutowa? 
I serce z uszkami gboko do wntrza wtulonymi milko, a gosy inne, niezrozumiane, 
nienazywane, z gwatem, z gniewem, z niecierpliwoci woay: 
Mnie wszystko jedno! Ja chc ycia, radoci, wietnoci! Ja chc szczcia! 
Tak roia rd nocy, a z rana w wieo kupionym, adnym kapelusiku ulic miasteczka 
biega. Dotd udrczeniem jej byo, e takiego nie miaa; uczucie wstydu, wprost cierpienia 
dotkliwe sprawia jej ten, w ktrym przyjechaa ze wsi. 
O tym, aby od matki nowy otrzyma, myle byo niepodobna. Wic po krtkim wahaniu 
posza do jednej z towarzyszek starszych, majtniejszych i z najwdziczniejszym 
przymileniem si swym poprosia: Poycz. Nie spotkaa si z odmow i teraz w kapelusiku 
nowym i licznym ze sklepu, w ktrym nabya go, wybiega, gdy uderzyy j, wprost 
jak dwa pomienie uderzyy w ni i warem j oblay oczy idcego naprzeciw niej mczyzny, 
jak noc czarne oczy wrd smagej twarzy, pod kruczymi brwiami paajce. Jak dotknicie 
elaza rozpalonego spojrzenie to w policzki j zapieko. Syszaa, czua, e on z 
drogi swej zawrci i szed za ni. Wiedziaa, kim by. Par ju razy z daleka go bya dostrzega. 
On moe po raz pierwszy spostrzeg j i zauway. Ale jak zauway! lepiec 
chyba nie dostrzegby wytrysego mu na twarz wyrazu zaciekawienia i nagej ekstazy miosnej. 
Idc i za sob syszc stpanie jego rwne, silne, mylaa: 
Jaki wysoki, zgrabny. I ten mundur jego, zdaje si, e a iskrzy si, a paa... 
Iskrzyy si, paay w blasku sonecznym ozdoby bogatego munduru kniazia. 
Knia! Nie znaa dotd ludzi tytuy takie noszcych, bo ich w rodzinnej okolicy jej nie 
byo. Czarem powiao na ni od wyrazu tego. Nie mylaa o tym, skd czar pochodzi. Pochodzi 
z wyobraenia o bogactwie, potdze, z niepospolitoci rwnie i nowoci. Nieraz 
ju przedtem czua ciekawo, jak wyglda moe czowiek majcy tytu ksicia. Teraz 
wiedziaa. By mody, pikny, wietny. 
A do bramy zajezdnego domu, w ktrym z matk mieszkaa, szed za ni. Chcia moe 
dowiedzie si, gdzie mieszka, i duej na ni patrze. Syszaa wci za sob kroki jego 
rwne, silne, czasem ostrog srebrn pobrzkujce. U bramy domu stana i profilem ku 
ulicy obrcona nie na niego spojrzaa, lecz kdy w gr, w gr. Miaa z tym spojrzeniem 
wyraz tsknoty niewymownej, czystoci anielskiej i wiedziaa o tym. On za, na chodniku 
przystanwszy, patrza wprost na ni, miao i ciekawie, z zachwyceniem. Trwao to bardzo 
krtko, moe p minuty, lecz zadzierzgno pomidzy nimi ni, ktrej on znikn nie 
pozwoli. Kilka ju razy odtd znalaz si na jej drodze i suchaa potem rozlegajcych si 
za ni stpa jego rwnych, silnych, z lekka i czasem srebrem ostrogi pobrzkujcych. 
Kilka ju razy policzki jej oblay si warem, gdy oczy na sekund, na czas mrugnicia powieki 
spotykay si z jego czarnym, poncym spojrzeniem. I ksicym. I spywajcym na 
ni spord wietnego munduru. 
Ale nie zamienili si dotd sowem adnym. Bya to dotd niema gra szukajcych si 
nawzajem wzrokw i wyobrani, krzyujcych si z sob nici, ktre elektrycznoci napojone... 
Lecz po c gry takie opowiada? Rzecz to powszednia i powszechna, pospolita i 
na wszystkich szczeblach ywego stworzenia znana. Ince jednak wydawao si przygod 
nadzwyczajn, triumfem upajajcym, przedsmakiem czy przebyskiem czego nad wszystko 
miego i upragnionego... 
Teraz ujrzaa matk opuszczajc mieszkanie kniazia. Z zupenie prawie wygadzonymi 
na czole zmarszczkami, z radoci w oczach do crki przypada. 
112 
- Chodmy! Chodmy! jake dugo czeka na mnie musiaa. Ale ciesz si! Przyrzek 
wyda rozporzdzenie, aby Olek przez par tygodni jeszcze w szpitalu pozosta. Wzmocni 
si troch chopak w wygodach lepszych i moe przestanie lka si tak okropnie celi wiziennej. 
I codziennie z obydwoma widywa si nam pozwoli. Tak, mnie i tobie. Ja nawet 
dla ciebie nie prosiam. Sam powiedzia: Moe i dla crki pozwolenie wemiecie; trzeba, 
aby siostra braciszkw gierojw odwiedzia. Nie rozumiem, skd on wie, e ty na wiecie 
jeste. Ale zreszt nic dziwnego, oni wszystko o nas wiedz. 
Po drobnych ustach Inki umieszek si przewin. Nie spostrzega go pani Teresa, mylami 
i troskami swymi zajta. 
- Do szpitala, do Olka teraz polec, powiem mu, e go jeszcze ani dzi, ani jutro do 
turmy nie wezm, a potem dowiem si, co z Jankiem dzi... bo wczoraj taki by jaki zdesperowany, 
pospny, e a mnie strach zimny obla. A ty pjdziesz ze mn do braci? 
- Nie, mamciu, pani Awiczowej i Tosi przyrzekam, e dzi u nich... e dzi u nich w 
szyciu jakim pomog... 
- Kiedy przyrzeka, to dotrzymaj, i dobrze, e cho troch robot jak si zajmiesz... 
Ide do Tosi w t stron, a ja do Olka pjd w tamt... U zbiegu dwch ulic stany; pani 
Teresa rzeka jeszcze: 
- Wiesz, Inka, ten knia, to moe i niezy czowiek? Nie wytrzymaam dzi i moe zanadto 
prosto z mostu prawdy mu nagadaam, a nasroy si - plecami do mnie, a twarz 
do okna si odwrci. Ale prdko jako zagodnia i z wielk grzecznoci wszystko, o co 
prosiam, zrobi. 
Przez oczy i usta Inki znowu umieszki przeleciay, ale pani Teresa ju na ni nie patrzaa; 
pdzia w stron szpitala wiziennego. 
Bya ju tam nieraz. Wkrtce po przybyciu tutaj znalaza si w tej sali widnej, duej, 
gdzie na szeregach pocieli szczupych leay szeregi postaci w biae ptna owinitych, 
sztywnych. Sztywno cia i ciasno obejmujcych je opasek czyniy je podobnymi do 
mumij na dnie sarkofagw wycignitych, lecz w biaym wietle, ktre sal przez nie 
osonite okna zalewao, jak wypukorzeby z tego wosku odrzynay si od bielizny pocieli 
twarze z rysami przez wychudnicie zaostrzonymi i oczyma paajcymi gorczk lub 
blem. I jak nad mumiami, gdy dwignite s w gr wieka sarkofagw, unosiy si nad 
postaciami tymi wonie mde, ckliwe, wonie zi i mineraw na leki przerobionych, zaprawione 
z lekka zapachem krwi. 
Ranieni w zbrojnych walkach z obydwch stron walczcych. 
Na jednej z pocieli leaa posta od wszystkich innych mniejsza, w wyszczupleniu 
swym i spowijajcej j bielinie zupenie maa; z daleka ju pozna mona byo, e dziecinna. 
Wychud bya, twarz miaa t, z rysami wyostrzonymi i oczyma, ktre rd nich 
bkitnoci turkusw wieciy. 
Gdy pani Teresa po raz pierwszy do sali tej wchodzia, dziecko to krzykno: Mama! i 
ruchem namitnym pado w objcia, ktre je dugo obejmoway, koysay, do piersi tuliy 
bez sw. A potem: 
- Robaku mj! Skarbie mj! Dziecko ty moje nieszczliwe, najmilsze! A cecie wy 
najlepszego razem z Jankiem uczynili! Czy ja mogam przypuszcza, aby wam to w gowach 
powsta mogo! To dzieciaki z was jeszcze, siy nie majce, nic o takich rzeczach 
nie wiedzce i nie umiejce... Ach, ze wy dzieciaki, niegodziwe, eby tak bied na siebie 
i na mnie... 
On, rce jej pocaunkami poerajc, ze szlochami szepta: 
- Niech mamusia nie gniewa si, niech mamusia przebaczy... my mamcie nieszczliw 
uczynili, ale mymy myleli, nam zdawao si, my w sobie czuli... 
Z now moc w ramiona go schwycia, ju pocieszajc, szepcc: 
113 
- Podrzucio was co w gr, biedaki moje, jak te listeczki, ktre wiatr podrzuca ku 
niebu wysokiemu, ku piknej gwiedzie was podrzucio... ale przedwczenie, ale nadaremnie! 
Chwaa Bogu, e yjecie! Doroniecie i wtedy... A ja na was nie gniewam si, nie! Za 
pode chci, za pode postpki ja bym was karaa, przekla... A tak to tylko niedoroso 
rozumkw waszych... nieszczcie... 
I zaraz: 
- Jake tam z ran twoj? Czy bardzo boli? Ach, ty robaku mj, biedaku, dzieciaku niegodziwy, 
najdroszy... 
Rana, ktr Olek otrzyma, mierteln nie bya, jednak bya cik. Co mu w ramieniu 
kula kozacka porwaa czy zgruchotaa, tak e dotd nie wiadomo byo, czy kiedykolwiek 
cakowit wadz w nim odzyska; przy tym na koniach kozackich, na wozach trzscych 
bez opatrunku dziesi mil wieziony, krwi mnstwo utraci i matczyne tylko oczy pozna 
w nim teraz mogy pyzatego, rumianego chopca, ktry gdy policzki wyd i sapa pocz, 
samowar czy miech kowalski obecnym si przypomina, a gdy si z czego cieszy, to z ramionami 
w pkrg nad gow wycignitymi na okie wysoko podskakiwa. 
Inaczej wcale ni Olek powita matk Janek. 
W celi wiziennej, ktr z towarzyszem daleko od siebie starszym podziela, znalaza 
go milczcym, zamknitym w sobie, nie po dziecinnemu jako ponurym i smutnym. Rce 
matki ucaowa, ale nie przeprasza, o nic i o nikogo nie zapytywa, mwi mao i niechtnie, 
w ziemi albo kdy w stron ze zmarszczk na czole chopicym patrza. Zaci si, 
zaskali si w uczuciu i myli, e uczyni dobrze, e uczyni tak by powinien i e tylko nie 
udao si. dem w sercu, gorycz w piersi, wstydem na twarzy nieudanie si to mu osiado. 
Czasem wyglda tak, jakby nagle ruba blu wkrca si mu w serce zaczynaa; z ust 
wykrzywionych syknicie wychodzio, wzrok stawa si osupiaym albo bdnym. 
Raz pokaza matce czerwonosine prgi i plamy, ktre na szyi, rkach, plecach mia od 
kozackich nahajek i onierskich kolb, a pokazawszy rozpaka si gono. Lecz wnet powcign 
pacz. 
- Niech mama nie myli, e ja z blu! Nie bardzo boli, i o bl mniejsza! Ale jak oni... 
oni... jak oni... mieli mi bi. 
Caa krew uderzya mu do twarzy, szczupe rce zaciskay si w pieci tak mocno, e 
si paznokcie w donie a wpiy. 
Pani Teresa perswadowaa. 
- Moje dziecko! wycie przecie strzelali do nich; c dziwnego... 
Porywczo przerwa: 
- Ja wiem! ja wiem! Na wojnie jak na wojnie! I gdyby mi byli ranili tak jak Olka albo 
i zabili... ale bi... bi... mi nie mieli prawa! ja nie niewolnik! 
Pani Teresa dziwnie si umiechna. Boleniejszymi bywaj czasem umiechy nad jki. 
Z tym umiechem a z czoem w mnstwo fad zbiegym syna w ramionach trzymajc 
nad gow mu szeptaa: 
- Ty niewolnik... biedny robaczku mj! Ot to, e niewolnik ty... niewolnik... 
Nieprdko odwaya si powiedzie mu o tym, co stao si z Julkiem. Chopak zblad 
bardzo i wargi tak dre, e a lata mu zaczy. Odwrci si i z czoem do wiziennego 
muru przycinitym namitnie szepta: 
- Szczliwy Julek! Kochany, biedny Julek, szczliwy, szczliwy! 
O tego syna swego pani Teresa wicej jeszcze niepokoia si ni o tamtego. Tym, ktrzy 
j o synw zapytywali, odpowiadaa: 
- Janek ciej od Olka raniony... wewntrzn ran ma, utajon, ale ja j widz... Ach, 
gdybym go do Leszczynki i... gdybym ich obu do Leszczynki zawie moga... W mig obaj 
by wyzdrowieli... a tak... Bg jeden wie... Bg jeden chyba... obroni... 
114 
Leszczynka! Palc tsknot tryskajce marzenie o raju, wrd tego brudnego, zakurzonego, 
kamieniami wysanego, dusznego miasteczka, w tej sali szpitalnej... 
Zaognia si jako dnia pewnego rana Olka, dokucza zacza, gorczk sprowadzia. 
Pani Teresa w godzinie przepisanej na sposb aden od dziecka cierpicego oderwa si 
nie mogc o mono pozostania przy nim przez noc ca stra i sub szpitaln ubagaa. 
Powiedzie mona, e wypakaa sobie t krtk noc letni, ktra na zachodach okoo chorego, 
na cichych szeptaniach z nim jej zesza, a on usn, a ona w sali stkajcymi oddechami 
picych i mdymi zapachami lekw napenionej, przy odsonitym oknie siedzc i 
na szmat nieba porannego patrzc nagle jako i strasznie do Leszczynki zatsknia. 
Teraz tam wzbijaj si znad ziemi mgy poranne, jakby krepy biae rozwlekaj si w 
powietrzu, znikaj, a naprzeciw okna jej izdebki, jak raz naprzeciw tego okna wystpuje z 
ciemnej prgi lasu rubinowa wstga jutrzni... Drzewa w ogrodzie stoj jak z kamieni wykute, 
tak nieruchome, jak w nieruchomo zaklte i wsuchane, w co wsuchane, cho nic 
nie sycha i cisza panuje taka, e szelest ptasiego skrzyda szumem wichru wyda si 
mgby. Ale ptaki pi jeszcze... Niemym powietrzem przelatuj tylko lekkie chodki - 
dreszcze witu. 
O! przez minut, przez jedn, odetchn tamtym powietrzem porannym, przeczystym... 
I raz choby spojrze na an zoranej ziemi, co pod prg lasu i pod wstg zorzy wyciga 
dugie, ciemne zagony... na drzewa, ktrych listowie od wystpujcego zza jutrzni soca 
dostaje zotych podszewek... na ros, ktra po dbach trawy, po ziarnach piasku, po liciach 
poczyna drga, byska i gra... 
Ach, zebra, ach, zgarn w objcia dzieci, wszystkie dzieci, ktre jej pozostay, i znale 
si z nimi w Leszczynce. Jakie marzenie rajskie, jakie pragnienie piekce, rozcigajce 
ciao i dusz na torturach tsknoty nieskoczonej!... 
Rozmarzya si pani Teresa u okna sali szpitalnej siedzc, roztsknia si tsknot nieskoczon 
i przez trwanie godziny dowiadczaa mki godu, ktry nasyconym, i pragnienia, 
ktre napojonym by nie mogo. Ale by to w yciu jej tutejszym jakby sen, krtki sen 
i razem piekielny. Rzeczywisto twarda, sroga, pochaniaa j, porywaa, po bruku miasteczka 
wci z miejsca na miejsce nosia. 
Teraz niosa do Olka dobr nowin, e jeszcze czas jaki w szpitalu zosta bdzie mu 
wolno. Bo nie wiedzie dlaczego dzieciak pocz ogromnie lka si turmy. Nie by w niej 
jeszcze, nie wiedzia, jak wyglda, i stworzy o niej sobie wyobraenie jakie fantastyczne, 
straszne. Moe dlatego, e by fizycznie sabym, albo e wyobrani jego wstrzsna owa 
scena lena i potem jazda dziwna, fantastyczna, na koniu kozackim, w zmrokach zapadajcej 
nocy. Tuli si do matki z baganiem: 
- Tylko niech mi tam nie zabieraj... niech mi nie zabieraj do wizienia!... 
A Inka, u zbiegu dwch ulic z matk si rozstawszy, nie w kierunku mieszkania pani 
Awiczowej i jej crki posza, ale w tym, ktry do pewnej mao uczszczanej przechadzki 
publicznej prowadzi. 
Nie miaa ochoty najmniejszej towarzyszy matce do wizienia i szpitala. 
Maych braci aowaa czasem, e cierpi, ale byy to chwile przelotne; w ogle za nie 
czua szczeglnej do nich tsknoty, a w zamian takie miejsca udrcze i smutku jak wizienie 
i szpitale budziy w niej odraz tak, jakiej dowiadcza musi ryba do suchego piasku 
lub jakiej niektrzy ludzie na widok krwi i ran dowiadczaj. Od atmosfery cierpienia 
czynio si jej mdo, nudno, sabo i zaraz po gowie chodzi zaczynay myli, e wszystko 
to jakie niepotrzebne, nieadne, nieznone i e ona jest wcale do czego innego stworzona. 
Do czego mianowicie bya stworzon, dokadnie tego przed sob nie okrelaa, ale nieraz 
widok fruwajcych ptakw i latajcych motyli nasuwa jej myl: Szczliwe, wolne! bawi 
si sobie w blasku sonecznym, na kwiatach! 
115 
Dzi dya na spotkanie umwione, zaciekawiajce i przyjemne, spni si moga, 
wic przypieszaa kroku, a oczy jej przy tym niezwykle byszczay. 
Ta nowa znajoma jej, na ktrej spotkanie spieszy, to bardzo, bardzo mia kobieta, moe 
najmilsza ze wszystkich znanych jej dotd kobiet. Poznaa j wczoraj na przechadzce. 
Bo jak w Leszczynce po wpdzikim ogrodzie, tak tutaj, po nieduym, ju prawie zamiejskim 
parku czsto bdzia, bez celu, krokiem powolnym, czasem listki z krzakw 
smtnym ruchem zrywajc, rojc, na kad posta spotykan szeroko oczy ciekawe a przeliczne 
otwierajc. 
I wczoraj wanie, gdy po dugim takim wrd drzew bdzeniu na awce pod drzewem 
usiada, zbliya si do niej ta pani, ktra przedtem kilka razy na drogach i drkach parku 
z ni si rozmijajc z bardzo miym umiechem jej si przypatrywaa. 
Nie bardzo ju moda, ale czerstwa i wawa, troch, zanadto otya, jednak zgrabna, w 
licznie zrobionej sukni z szeleszczcej ce-su-czy, gsto koronkami przyozdobionej. Na 
czarnych wosach kapelusik zoony z kwiatw bzu, nad ktrymi mae, biae pirka bardzo 
lekkie, jak nici srebrnej pajczyny powieway. Wesoo si stawao od samego widoku tej 
twarzy okrgej, rumianej, dobrodusznej, jej oczu jak dwie czarne pereki wieccych, jej 
liliowych bzw na gowie, pirek nad nimi polatujcych i zotej biuterii wrd koronek 
migoccej. 
Na awce obok Iny usiada i wnet ku niej z ogromnie miym umiechem si zwracajc, 
ogromnie uprzejmym gosem przemwia: 
- Pozwlcie zaznajomi si! Ja was dawno ju spotykam i patrzc na was dziwi si, e 
w takim brzydkim miasteczku tak jak wy pikno zobaczy mona. 
Gorcym rumiecem twarz Iny spona i w piersi uczua rozlewajc si po niej rozkosz. 
Tak ju dawno, dawno nikt na ni uwagi nie zwraca i nic podobnie miego jej nie 
mwi. Z cicha, ale uprzejmie odpowiedziaa, e nie mieszka stale w tym miasteczku, e ze 
wsi z matk przyjechaa. Nieznajoma zamiaa si swobodnie, gono. 
- Wiem, wiem! Ja nawet wiem, jak si nazywacie i kto jest wasza matka. J take widuj 
na ulicy. Ot, mona powiedzie, e crka do matki niepodobna! Wy przy swej matce 
jak kniahini (ksina) przy chopce wygldacie... 
Z pewnym zaniepokojeniem i zmieszaniem Ina przerwaa: 
- Moja mama zajta bardzo zawsze... na ubieranie si i nic takiego nie ma czasu... ale 
bardzo zacna jest, dobra. 
- Ale ja nie o tym... nie o tym... - z energicznym gestem bronia si nieznajoma. - 
Ona pewno najlepsza... to nawet wida... Tylko wy na jej crk nie stworzona... Taka delikatna, 
biaa z kroszecznymi (drobniutkimi) rczkami i nkami... prosto kniahini, csudo! 
(wprost ksina, cud!). 
Oczkami wieccymi jak czarne pereki po caej postaci Inki wodzia, wyraz podziwu i 
zachwycenia twarz jej okrywa. Byo w tym podziwie i w tym zachwyceniu co dziwnie i 
szczerze naiwnego. 
Jeeli w zaznajamianiu si z Inka i miaa uboczny cel jaki, to jednak niewtpliwie 
sprawiao ono jej samej yw przyjemno. Mwia okaleczon i wyrazami obcymi atan 
polszczyzn, tak jak mwi ci, ktrzy niedokadnie jej si wyuczyli albo niegdy jako ojczystej 
uywali, a potem zapomnieli. Z dalszego cigu rozmowy okazao si, e bya to dla 
nieznajomej mowa wpojczysta. miejc si, mwia: 
- Ja troszk Polka. U mnie ojciec  u  k i by, a matka Polka. Tak mnie troszk czasem 
i cignie do Polakw... 
Po twarzy Inki rozla si wyraz zdziwienia. 
- Wy zadziwili si! Czeg wy tak zadziwili si! Nu, ju wiem! Tego, e moja matka 
bya Polka, a za ruskiego posza. Cha, cha, cha, cha! U was predrazsudok (przesd) jest, e 
116 
tak eni si albo za m wychodzi nie trzeba... Nu, gupost' to, pustiaki! (gupstwo, 
drobnostki). Biedn dziewczyn bya i kiedy j dobry los spotyka, czemu by z niego skorzysta 
nie miaa? I czasy wtedy spokojniejsze byy, ale to wszystko jedno. W kadym 
czasie predrazsudki to gtupost' i tylko y ludziom przeszkadzaj. Adnako (jednake) 
trzeba, abym wam powiedziaa, jak si nazywam i kto ja taka. 
Powiedziaa jakie nazwisko i poprosia, aby Inka j Helen Iwanwn nazwaa. A m 
jej w wojsku suy i jest adiutantem kniazia Borysa Elpidorowicza. 
Oczy Inki bysny i zupenie pomimo woli, z nagym oywieniem twarzy powtrzya: 
- Kniazia! 
Gono, swobodnie zamiaa si znowu Helena Iwanwn. 
- Wiecie, kto to knia Borys! Zauwaylicie go! Nic dziwnego! On u nas pierwszy krasawice 
(pikno mska) w caym wojsku! A jaki dobry, miy czowiek! Z mem moim 
jak brat z bratem yje i ja sama dusz za niego... Ale pozwlcie dowiedzie si, jak wasze 
imi. 
- Ina. 
Helena Iwanwn ucieszya si czego tak bardzo, e a w rce biaymi rkawiczkami 
ocignite klaska zacza. 
- A co? Tak on mnie i mwi. On, znaczy si knia, sysza raz, jak matka na was imieniem 
tym woaa, a ja sprzeczaam si i mwiam, e takiego imienia nie ma... 
Wargami, ktre troch dray, Inka szepna: 
- Knia mwi o mnie... 
- A wy mylicie, e on nie mwi o was? My z mem ju ca niedziel (tydzie) 
miejemy si z niego, e o niczym innym jak tylko o was mwi nie moe. Bogini was 
nazywa: 'est une deesse! mwi. Wczoraj spotka si z wami na ulicy i zaraz do mnie 
przyszed. Wiecie, Heleno Iwanwno - mwi - e gdyby j do Petersburga zawie i na 
wielkim wiecie pokaza, wszystkim by gowy pozawraca moga. A jemu samemu to ju 
i dobrze zawraca si od was w gowie. Nu, ale ja sobie gadam i gadam a mnie do domu 
czas! Pozwlcie dowiedzie si, jak imi waszego ojca? 
- Ojciec mj od dawna ju nie yje. Na imi byo mu Julian. 
- Biedniaka wy! (biedniaczka) tak rano (wczenie) bez ojca zostalicie i... i z tak 
matk! Nu, tak do widzenia, Ino Julianwno. A kiedy zobaczymy si? Moe jutro znw na 
spacer tu przyjdziecie? I ja przyjd. Pogadamy sobie i ja znowu na wasze liczko cudne popatrz. 
A o ktrej godzinie? U mnie o tej porze czasu najwicej... 
Umwiy si, e nazajutrz zejd si znowu na tym miejscu, o godzinie czwartej, a teraz 
ju nieco pniej jest i Ina pieszy... pieszy... Co j pcha, na skrzydach niesie ku tej wystrojonej, 
wesoej kobiecie, ktra wczoraj mwia jej rzeczy tak mie, tak mie, e a spa 
w nocy nie moga. Jakby jej kto wrd ciszy nocnej do ucha szepta sowa: 'est une deesse! 
A potem: O niczym wicej jak tylko o was mwi nie moe. I jeszcze: Borys! Borys! 
Knia Borys! licznie imi to brzmi... 
Zaszelecia pomidzy drzewami jedwabna suknia Heleny Iwanwny, inna ni wczoraj 
i jeszcze adniejsza, jak srebrne pajczynki rozwieway si na kapeluszu jej mae, biae 
pirka, gdy ujrzawszy In na jej spotkanie biega. Kaczkowatym krokiem biega i z umiechem 
radosnym rce Iny pochwyciwszy w oba policzki j ucaowaa. Mona by z powitania 
tego wnosi, e znaj si od dawna i kochaj si serdecznie. Ale te nie udan i nie 
obudn bya serdeczno Heleny Iwanwny. Rubaszna i naiwna, bya ona, owszem, samorzutn, 
szczer. Potrzebn na co Helenie Iwanwnie bya Ina, niewtpliwie, ale e podobaa 
si jej i budzia w niej sympati, to rwnie byo niewtpliwe. 
- Przyszlicie! Jak to dobrze! Mylaam ju, e moe nie przyjdziecie, i zaczynao mi 
robi si smutno! Ja was polubia! Od pierwszego spojrzenia polubia ja was za wasz 
117 
modo, za wasz pikno, za wasz jak tak... anielsk... Ju nie wiem, jak powiedzie! 
Na was patrze to tak samo jak mid sodki je. Za wami wszyscy przepada musz! 
Powiedzcie prawd: wielu ju mczyzn za wami si w    z y  o ? Wielu na was 
eni si chciao? Moe ju enicha... przepraszam... narzeczonego macie? A? powiedzcie! 
Pod czuym, wesoym i razem bystrym, widrujcym spojrzeniem czarnych, wieccych 
oczek rumienia si Ina, ale zarazem czua nieopisan bogo. Czua, e jest przez t kobiet 
lubion, podziwian, uwielbian. Z cichym te umieszkiem szepna: 
- Nikt jeszcze nie owiadczy si o mnie i narzeczonego nie mam. Osiemnacie lat dopiero 
zeszej zimy skoczyam. 
- To to modo! Boe mj! Jaka to liczna rzecz taka pierwsza, ranna (wczesna) modo! 
Wy, Ino Julianwno, jestecie jak kwiat, co jeszcze niezupenie z puczka (pka) si 
rozwin... Ale zawsze jak to by moe, abycie enicha, przepraszam... narzeczonego 
jeszcze nie mieli? Was ju od matki porwa byli powinni... Wy ju powinni by niewiest 
(narzeczon) albo i on jakiego polskiego pana, wielkiego pana... bo wam trzeba w zocie 
chodzi, karetami jedzi, na wielkim wiecie byszcze... Jakim sposobem stao si, e tak 
nie jest jeszcze? Powiedzcie? 
Inka z cicha i z wdzikiem wielkim histori okolicy swej w latach ostatnich opowiada 
zacza. aoba narodowa od lat dwch... tacw ani innych wesoych zebra adnych nie 
bywao. A potem wszyscy coraz wicej zajtymi by poczli rzeczami powanymi, publicznymi 
i nikt o zabawach ani rnych... takich rzeczach wcale nie myla... 
Helena Iwanwna z politowaniem aosnym i razem wzgardliwym gow wstrzsa zacza. 
- O miatieu (o buncie) myleli... do miatiea przygotowywali si... do nieszczcia 
swego... do zguby swojej... 
I zacza ubolewa nad nierozwag, nad szalestwem tych, ktrzy gowami swymi mur 
przebi prbowali, ktrzy z motyk na wojn przeciwko socu wybrali si, ktrzy zdrowe 
szyje dobrowolnie pod ostry miecz wycigali, bo Rosja to mur, to soce, to miecz... a oni 
co? wariacja jaka chyba do nich przystpia! I po co? o co? za co? 
Ina niemiao szepna: 
- Za ojczyzn! 
- Z o   a w  i e ! (dajcie pokj), Ino Julianwno! - zamiaa si Helena Iwanwna. - 
Wy taka modziutka, powtarzacie, cocie syszeli... wierzycie w to, w co wam wierzy 
przykazano, a tymczasem na szerokim wiecie, ktrego nie znacie... 
Mwi zacza o tym, e na szerokim wiecie wszyscy rozumni ludzie od dawna ju w 
takie predrazsudki (przesdy) wierzy przestali. Ziemia wszdzie jest jednakowa i soce 
jednakowe, i czowiek szczliwym albo nieszczliwym by moe tak samo w jednym 
kraju jak i w innym. Ot, na przykad matka jej: Polk urodzia si, za  u  k i e g o posza 
i c jej zego stao si? Nic wcale. Naprzeciw (przeciwnie). Wesoo sobie ycie przeya i 
j, crk swoj, przed mierci dobrze za m wydaa. Albo knia Borys Elpidorowicz. 
Przecie ojciec jego Czerkiesem by i za modu nawet do zbuntowanych nalea, razem z 
Szamilem przeciwko Rosji wojowa, ale potem do rozumu przyszed, wiar  u  k  
przyj, na ruskiej oeni si, wielkim generaem zosta i ot, syn jego o czerkiestwie swoim 
ju i zapomnia! Takich ludzi na wiecie peno jest, i to s rozumni ludzie. Bo jeeli nawet 
i dopuszcza (przypuszcza) pojcie ojczyzny, to przecie do wielkiej, silnej, szczliwej 
przyjemniej i wygodniej jest nalee ni do maej, sabej, upokorzonej (podbitej). Trzeba 
tylko rozum mie, a zaraz pokae si, e wszystkie tepredrazsudki to tylko mki rne ludziom 
zadaj, a czasem nawet i zgub im przynosz, jak teraz na przykad tym, ktrzy ten 
bezrozumny miatie podnieli... 
Mwia z przejciem si, z zapaem. Zna byo, e we wszystko, co mwi, bardzo 
szczerze i bardzo naiwnie wierzy. Mae, biae pirka trzsc si nad jej kapeluszem so
118 
wom jej potakiwa si zdaway. A Ina w milczeniu, nie potakujc i nie zaprzeczajc, suchaa. 
Zaprzecza odwagi by moe nie miaa, bo Helena Iwanwna wydawaa si jej kobiet 
rozumn i wiat dobrze znajc, ale i chci nie czua, bo sowa syszane zgodnie jako 
odpowiaday temu, o czym przelotne, lkliwe i niejasne myli przez wasn jej gow 
przelatyway. Milczaa i ze smutnie pochylon twarz oskubywaa listki z zerwanej przedtem 
gazki krzewu. A na zatrudnionych t robot drobnych jej rkach spocza pulchna, 
bia rkawiczk ocignita do Heleny Iwanwny. 
- Czego wy taka smutna, Ino Julianwno! Wam do twarzy z tym smutkiem, ale mnie 
was al i ja by chciaa pocieszy was, rozweseli! I knia zauway, e u was wyraz twarzy 
taki smutny czasem, smutny. Wczoraj on do mnie mwi: Ona, Heleno Iwanwno, z tym 
swoim smutkiem tak wyglda, jak angie (anio), ktremu do nieba ulecie chce si... Ale 
ja by zobaczy da, jak ona mieje si... Mnie ciekawo bierze zobaczy, jak ona wyglda, 
kiedy j wesoo opanuje, kiedy szczcie na twarzy jej zawieci. Nu, to wy, Ino 
Julianwno jak kiedy jego spotkacie, umiechnijcie si, wesoo umiechnijcie si... on taki 
szczliwy bdzie... Ale co to? Widzicie? Jakie to przysowie polskie... moja matka czsto 
je powtarzaa... O wilku mowa, a wilk... 
Umilka i rozpromieniona z umiechem szerokim ku nadchodzcemu kniaziowi przyjacielsko 
i porozumiewawczo gow wstrzsa zacza. 
Wrd drzew maego parku w wietnym mundurze, wyprostowany, wysoki, zgrabny, 
iskrzcy si i byszczcy, szed krokiem swoim rwnym, silnym, z lekka srebrem ostrogi 
brzczcym i w pobliu dwch kobiet na awce siedzcych znalaz si, rk ku czou w 
ukonie wojskowym podnis. Ale na Helen Iwanwn, ktr ukonem tym wita, nie patrzy. 
Spod brwi kruczych czarne jego spojrzenie w twarzy Iny utkwione byo z takim wyrazem, 
jakby j nim przebi, spali lub wchon w siebie pragn. 
A ona z oczyma ku niemu podniesionymi, z un rumieca na twarzy umiechna si. 
Umiech to by figlarny troch i rzewny, troch niemiay i zalotny. Jemu za na twarz 
sprowadzi byskawic radoci, w ktrej zajaniaa, zadrgaa i rozbysa wzajemnym 
umiechem koralowych warg. Nie zatrzyma si jednak, kroku nawet nie zwolni, poszed 
dalej i wkrtce za drzewami znikn. 
Helena Iwanwna, caa jaka rozemiana, rozedrgana, szeptaa: 
- Dlatego nie zatrzyma si i przy nas nie usiad, e jemu nie wypada. Na takim wysokim 
postie (stanowisku) znajduje si, e ostronym by musi, i na kady swj krok zwaajcym. 
Ale przeszed tdy, to tylko dlatego, aeby na was spojrze. Jemu tdy droga nigdzie 
nie prowadzi, tylko sysza ode mnie, e wy tu o tej porze... Ale czego wy tak pobledlicie, 
gobko? Czego wy tak stalicie si bledziutk? Serduszko wida zabio mocno? 
co? powiedzcie szczerze. Ja nikomu nie powiem... Polki skryte s, wiem o tym, i dumne... 
one o lubieniu swoim nieatwo mwi... ale wy inna ni wszystkie... modziutka, szczera, 
taka prosta... powiedzcie, zabio mocno serduszko? podoba si wam nasz knia krasawiec 
co? co? 
Ina rzeczywicie poblada tak, jakby krew wszystka do serca jej zbiega. Z twarz pochylon 
i piersi szybko dyszc odszepna: 
- Tak. Bardzo! 
A Helena Iwanwna, nisko ku niej pochylona, mwi zacza, e c w tym dziwnego, 
e to takie proste, naturalne i nawet liczne, poetyczne, wzruszajce. Oboje modzi, pikni! 
On, cho mody, tak karier ju zrobi, tak wysoko stan i stanie wyej jeszcze, bo tu, w 
miasteczku tym i w tym kraju nie zostanie dugo, nie! Lada tydzie, lada dzie moe 
otrzyma wezwanie do stolicy na stanowisko wysze... A jaki dobry! Dopty stara si, prosi, 
pisa, dopki i dla ma Heleny Iwanwny miejsca wyszego i znowu u boku swego 
nie otrzyma. I oni wic oboje razem z nim do stolicy wyjad lada dzie, lada tydzie, cze
119 
go zreszt Helena Iwanwna bardzo pragnie, bo tu y niewesoo. Co za porwnanie z yciem 
w takim Petersburgu! Nu, ale jej pora do domu powraca... Wstaa z awki. 
- Ach! jak mnie trudno rozstawa si z wami! Nu, polubia ja was! Ot, wiecie co? 
Chodcie wy do mnie! Odwiedcie mi! Zaprowadz was do mieszkania swego! Chodcie, 
duszeka, gobka! 
Serdecznie, mocno rce Iny w swoich ciskaa, w oczy jej czule patrzc. Nigdy moe 
niczego Ina nie pragna tak gorco jak pj z t kobiet i sucha j mwic o jej piknoci 
i... o kniaziu. Jednak wahaa si. 
- Nie wiem doprawdy... bo gdyby mama dowiedziaa si... gdyby znajomi... 
miechem znowu wesoym i troch urgliwym wybuchna Helena Iwanwna. 
- Matki boicie si! tego, co znajomi o was powiedz! Glupost', broscie (porzucie) wy 
te guposci, Ino Julianwno! U was, Polakw, predrazsudok propast'! Jak zaczniecie: A 
Pan Bg? A ojczyzna? A matka i ojciec? A grzech? A k  i o  d z ? A ludzie? to czowiek 
w tym cae swoje szczcie utopi moe! Broscie to wszystko! Chodcie do mnie! 
Poka wam dwie suknie, ktre mi m w siwpryz (niespodzianka) z Petersburga sprowadzi. 
Nikogo teraz nie bdzie u mnie. We dwie sobie pogadamy. Czekolady filiank wypijecie. 
Chodcie! 
Ina ruchem nagym, z oczyma nagle roziskrzonymi, rami na szyj jej zarzucia i mikkimi 
swymi, kocimi ruchami; caa przytulajc si do niej, zaszeptaa: 
- Pani dla mnie taka jest dobra, dobra! Nikt dla mnie tak dobrym nie jest jak pani! U 
nas wszyscy czym innym zajci i ja zawsze sama jedna... sama jedna... marz... tskni... I 
mnie nikt nie rozumie... Pani jedna mi zrozumiaa... Z pani tak mio, tak wesoo, przyjemnie. 
Pjd! Niech ju tam sobie, co chce, bdzie! Pjd z pani! Chodmy! 
VI 
Prawd mwia Inie Helena Iwanwna, e lada dzie lub tydzie knia na stanowisko 
wojskowe inne mianowanym i do stolicy pastwa wezwanym mia zosta. 
Niewiele dni mino, odkd Ina po raz pierwszy now znajom sw odwiedzia, gdy po 
miasteczku rozbiega si wie, e knia bardzo wkrtce ma je opuci, a na urzdzie, 
przez niego dotd sprawianym, zastpi go kto inny. 
I wnet nad myl, wyobrani, nadziejami i obawami mnstwa ludzi potnie zapanowa 
krtki wyraz: kto? 
W momentach gbokich skce, burzliwych zbawanie uczu i spraw ludzkich, gdy 
spomidzy nich znika spokojna posta prawa, a z mieczami zapdliwymi w czerwonych 
rkach zawisaj nad nimi gniew i zemsta, wagi niezmiernej nabiera rka or gniewu i zemsty 
dzierca. 
Bywaj wwczas rce wicej albo mniej czerwone; takie, ktre zabijaj, i takie, ktre 
tylko rani, takie, ktre wytaczaj morza ez i krwi, i takie, spod ktrych wylewaj si tylko 
ich strumienie. 
I bywaj rwnie na ziemi takie momenty i miejsca, w ktrych rany srogie miast 
miertelnych, strumienie ez i krwi miast ich morza - wydaj si szczciem. 
Spomidzy czerwonych rk, ktre teraz nad krajem tym zawisy, rka kniazia nie bya 
najczerwiesz. Bya ona od wielu innych mniej zacit i mciw. 
Moe dlatego, e pyna w. niej krew ludu niedawno jeszcze wolnego i wolno sw 
miujcego albo e kierowao ni serce w stron radoci ycia cae przechylone, jej tylko 
namitnie podajce, a we wszystkim innym widzce jedynie drogi, ktre do niej wiody. 
Nie bya to ju wiosna, lecz by to ju prawie schyek lata. Bya to pora odlotw nadziei, 
nalotw klsk. 
120 
Mury gmachu wiziennego rozsadzaa liczba mieszkacw coraz wzbierajca, wic 
przelewano j do budynkw innych, licznych, bagnetami zbrojnych stray najeonych. 
Deszcz wyrokw spada na dachy tych budynkw i wyprowadza spod nich ludzi na Sybir, 
do katorgi, na szubienic. Pada deszcz ten spod rk sdziw. Tutaj sdzi najwyszym by 
dotd knia, a teraz... 
Kto? Jaki? Co zmiana przyniesie? 
Dla tumu gw osiwiaych i gw niewiecich, ktre si tu. dokoa wizie zbiegy, 
bya to zagadka ociekajca krwi. I byo to widmo czego niewiadomego, na ktrym serca 
i wyobranie upatryway mniej albo wicej gste plamy krwi. Serca dray, wyobranie 
bujay po polach grozy. 
Pani Teresa miaa dotd nadziej, e chopcy oddanymi jej zostan. Knia by dla niej 
uprzejmy, coraz wicej nawet uprzejmy, a przy tym roztargniony, czym dalekim zajty. 
- ledztwo jeszcze nie skoczone - mwi - bdcie cierpliwi; gdy ledztwo skoczonym 
bdzie, zobaczymy, co z waszymi maymi gierojami robi... 
I zaraz o czym innym bardzo widocznie myle zaczyna. Nie przywizywa do postpku 
dzieci tych wagi zbyt wielkiej... 
Moe sam braci modszych, maych jeszcze ma - mylaa pani Teresa - albo po prostu 
serce dobre. Czemu by nie? W kadym narodzie zdarzaj si ludzie li i ludzie dobrzy... 
A teraz ten nowy jaki przyjedzie... przed samym wyrokiem wanie. Jaki czowiek 
nowy, niewiadomy, nieznany, obcy, moe nienawidzcy, moe okrutny wyrok na Janka i 
Olka wydawa bdzie. 
W gowie jej si od myli tej mcio i do blu tak w serce kuo, pieko, e nigdzie 
dugo usta ani usiedzie nie mogc, prdzej jeszcze ni zwykle od znajomych do znajomych 
biegaa po wiadomoci, po rady. 
Wiadomoci? jakie? Nikt jeszcze nic nie wiedzia. A rady? Jedna tylko bya: czeka 
cierpliwie. 
Pani Teresa w gniew wpadaa. 
- Take rada! Cierpliw mam by, kiedy mi dzieci w oczach nikn! Istotnie, do nieruchomoci 
i zamknicia wiziennego, do napeniajcego cele wizienne wiecznego zmroku 
nie nawykli chopcy w oczach nikli, na ksztat kwiatw powietrza i soca pozbawionych 
widli. Obaj ju teraz byli w turmie, ale nie razem. Widywa si nawet im nie pozwolono. 
ledztwo skoczonym jeszcze nie byo. wiadkw wezwano: Teleuka, on jego, wocian 
ze wsi najbliej z Leszczynk ssiadujcej. Wrd ogromnego nawau spraw adnej 
rycho zaatwi nie byo podobna. 
Janek tymczasem coraz gbiej pogra si w tej melancholii dziwnej, w ktr czasem 
nieszczliwe dzieci zapadaj. Zdawa si moe wtedy, e drobne duszyczki ich koysz 
si nad otchani, ktrej ciemnoci przejrze nie umiej i znad ktrej odlecie nie mog. 
Raz w przystpie rozczulenia zwierzy si matce. 
- Mnie cigle i cigle chodz po gowie myli, dlaczego wiat jest taki! Dlaczego s na 
nim takie niesprawiedliwoci i nieszczcia? Dlaczego ludzie nie s lepsi? Dlaczego z chci 
i zamiarw najlepszych skutki najgorsze wynikaj? A kiedy tak ju na wiecie jest i by 
musi, to - po co y! I tak mi czasem, mamciu, nie chce si ju y! I tak mi le... chciabym 
nie myle o tych rzeczach... ale nie mog... musz... Mamcia mwi, e trzeba zgadza 
si z wol Boga, bo On mdry jest i wie, dlaczego tak wiat stworzy... To prawda... 
ja wiem... chciaabym... ale nie mog... I tak mi le... 
Z gow obu domi objt, zgarbiony, w podog wizienia wpatrzony jak may desparat 
zwtla posta sw w obie strony koysa. 
I dusza jego niedorosa koysaa si nad otchani ycia w demony zamieszkujce j 
wpatrzona, truchlejca... 
121 
Innym razem przez cae dwa dni ywnoci adnej tkn nie chcia i na bagania matki 
guchy, rozjtrzony, ponury, w ciemnym kcie celi siedzc milcza tak uparcie, e ani jednego 
sowa wydoby z niego nie moga. A na trzeci dzie, gdy przysza, uklk przed ni i 
wyzna, e postanowi by ycie sobie odebra... Innego sposobu adnego nie majc, przez 
zagodzenie si... Ale to bardzo trudny sposb, dugi... nie wytrzyma, okropnie si wstydzi 
tego, e nie wytrzyma, cho z drugiej strony moe to i dobrze stao si, bo tej jeszcze 
przykroci matce nie sprawi... 
Tym razem nie sprawi, ale kt pani Teres mg upewni, e innym razem znowu ta 
sama myl nie zawita mu w gowie, ktra znajdzie sposb atwiejszy, krtszy... 
A z Olkiem inna znowu bya bieda. Tego rana zupenie jako zagoi si nie moga i 
osabiony, coraz chudszy, cigle matk o przebaczenie baga, do stp jej rzucajc si, paczc. 
Poczucie winy popenionej tak gboko w serce dziecinne mu zapado, e a obudzio 
w nim skruch wyegzaltowan i niezdrow. U ng matki lec, najsroszymi wyrzutami 
siebie samego obarcza, przestrogi im obu przez Julka dawane przypomina i powtarza. 
Pani Teresa gniewem udanym uspokaja go prbowaa. 
- Take mazgajstwo! Paksa i mazgaj jeste! Ale na wspomnienie o Julku sama zalaa 
si zami i malca od stp swoich podwignwszy, na awie obok siebie sadzc, zapytywaa: 
- C wicej wam powiedzia? Co on wam w czasie ostatniej tej przechadzki z wami 
mwi? Przypomnij sobie dobrze... powtrz wszystko... 
A gdy Olek sowa brata dobrze zapamitane powtarza, jej si zdawao, e syszy gos z 
tamtego wiata mwicy, i zapragna, ach, jak zapragna przestpi granic dwch 
wiatw i na tamtym najstarszemu dziecku swojemu, najrozumniejszemu, najlepszemu, na 
pier ju msk, na pier ju opiekucz, przyjacielsk pa krzyczc: Patrz, jakam ja 
biedna, ratuj! 
Oprcz tej biedy z synami uwizionymi miaa jedn jeszcze, gorzk i cik, o ktrej 
nikomu nie mwia, ktr owszem, przed ludmi taia, lecz o ktrej mylaa, gdy czerwon 
kokard sw, dobrze ju przybrudzon i zgniecion z daleka wiecc, od Janka i Olka do 
mieszkania swego ulicami miasteczka biega. 
Przez okno jednego z niskich domkw patrzao na ni biegnc kilka znajomych twarzy 
i jedna wskazujc j innym wymwia: 
- Hekuba! 
Modziutki gosik jaki zapyta: 
- Co to Hekuba? 
A ten sam co wprzdy wyjania pocz: 
- Priama, trojaskiego krla ona, ktra u zwalisk Troi z alu po synach pobitych i crkach 
porwanych... Kto inny przerwa; 
- Przecie pani Teresa synw tylko... a crki... Inne gosy mwi, szepta zaczy: 
- Kto wie? kto wie? kto wie? co sta si moe z crk jej... In? Z In dziay si rzeczy 
niezwyke, dla ktrych rozpoznania pani Teresa nie miaa do czasu i swobodnej myli, 
lecz ktre sprawiay na niej wraenie mtnego, niewyranego, snujcego si dokoa niej 
widma. Niby nic; adnego widocznego objawu nieszczcia, ale jaki gorzki oddech, ktry 
zblianie si jego zapowiada. Co nieokrelonego a dokuczajcego powtarzajcymi si 
wci ukuciami w serce. Co, czemu zapobiec i czego odpiera niepodobna, bo nie ma 
wyranej przyczyny i nazwy, co jednak jest, nadchodzi, czyha, wyziewa z siebie wonie 
trucizny i pierwsze byskawice burzy. 
Gina matce z oczu Inka na dugie godziny, a zapytana, gdzie bya, usiowaa zrazu 
tumaczy si albo pieszczotami usta matce zamyka, lecz pani Teresa spostrzega i czua, 
122 
e tumaczenia byy wykrtne, pieszczoty nieszczere. Wkrtce przecie i one ustay. Odpowiedzi 
Inki staway si coraz mielsze, hardsze, czsto gniewne i niemal wzgardliwe. 
- Gdzie bya? Dlaczego powracasz tak pno? Mwia, e ca poow dnia u Konieckich 
spdzisz. Wiem, e tam ani zajrzaa. Gdzie wic bya? 
Inka, ktra w swoim nowym kapelusiku do izdebki bya wbiega, stana jak wryta. 
- Moja mamo! Byam, gdzie mi si podobao... Kady czowiek na wiecie idzie, gdzie 
chce, i robi, co mu si podoba, a ja przecie niewolnic niczyj nie jestem i te wieczne indagacje 
mamy s dla mnie nieznone, okropne... 
Mwic to szarpaa zdejmowane z rk rkawiczki i gorczkowo zarumieniona, niezwykle 
byszczcymi oczyma nie na matk, lecz kdy w stron ukonym, rozjtrzonym spojrzeniem 
patrzaa. Bya wtedy upostaciowaniem uporu i zniecierpliwienia wrzcego powstrzymywanym 
gniewem. Nie zawsze jednak moga czy chciaa powcign gniew. 
Wybucha z niej czasem sowami, ktrych niepodobna byo spodziewa si z usteczek tak 
drobnych, rowych, sodkich. 
- Ja nie wariatka, aby mi trzeba byo pod kuratel bra, i niech mama faworytw 
swoich, Janka i Olka, ktrzy tyle biedy narobili, musztruje, ale nie mnie, ktra doros jestem 
i wiem, czego mi trzeba i co robi. 
U tej delikatnej, powiewnej, sodkiej i smtnej dziewczyny z samego dna natury jej zapewne 
dobyway si szorstkie, grube pierwiastki i byo to jakby osuwanie si zason aksamitnych 
z nieociosanego drewna. Zdumiona i przeraona pani Teresa rce zaamywaa. 
- Bj si Boga, Inka, po jakiemu to do mnie mwisz? Take ton! Take sposb mwienia 
do matki! 
Z wyranym obrzydzeniem kocami palcw Inka zdejmowaa ze stou nie dojedzon 
przez pani Teres kromk razowego chleba i szklank wypitym przez ni mlekiem pobielon. 
Drwicy umieszek odpowiedzi jej towarzyszy. 
- Czy to do matki innym tonem jak do innych ludzi mwi trzeba? Wiem, wiem, syszaam... 
Ale s to, moja mamo, przesdy, o ktrych dawno ju rozumni ludzie zapomnieli, 
i tylko... u nas jeszcze... 
Milka, bo teraz pani Teresa w uniesienie wpadaa, gniewem wybuchaa, wyrzuty jej 
czynic, natarczywie zapytujc: kto jej gupstw takich do gowy nakad? kogo widuje? do 
kogo chodzi? jakie szalestwo do gowy jej przystpio? Dlaczego teraz wyglda cigle 
tak, jakby w gorczce bya, jakby nie wiedziaa sama, co mwi lub czyni? 
Inka najczciej nie tumaczya si, nie odpowiadaa; czasem jednak gwatownym jakby 
poruszeniem wewntrznym rzucona przypadaa do matki, klkaa przed ni i z gow do 
kolan jej przycinit jczaa: 
- Nie mog, mamciu, nie mog inaczej... nie mog inn by... nie mog... Wtedy pani 
Teresa obejmowaa j, wosy jej gaskaa, prosia: 
- Czego nie moesz? Co ci jest? Co ci si stao? Iniu moja! cru! powiedz? wszystko 
matce powiedz... wytumacz... uspokj mi... Ale ona ju zrywaa si z ziemi i odchodzia 
mwic: 
- Nic, nic, moja mamo! Po co ja mam mwi, kiedy mama nie zrozumie mnie, nie zgodzi 
si ze mn... my, ja i mama, takie rne jestemy, takie inne... 
I ju sw matki zdawaa si nie sysze, kdy daleko, daleko zapatrzona, ku czemu 
dalekiemu umiechnita, kdy daleko myl, utsknieniem, marzeniem przebywajca. 
Myl, marzeniem, utsknieniem przebywaa cigle w adnie umeblowanym, pachncym 
buduarku Heleny Iwanwny, w ktrym wiele chwil miych, a kilka cudnych ju przeya. 
Kilka ju razy jednoczenie z ni na czekoladzie u Heleny Iwanwny by - knia. 
O, cudne chwile, wrae nowych i rozkosznych pene, od szarej, prozaicznej rzeczywistoci 
dalekie, dalekie - poetyczne, liczne! 
123 
O, liczny, miy, zgrabny, wytworny, z takimi oczyma wymownymi - czowiek! 
Ksi! Knia! jak ten wyraz brzmi dziwnie! Tak zupenie, jakby blaski zota i kolory 
tczy, i jeszcze tony wspaniaej muzyki rozleway si w powietrzu. 
Rozmawiali z sob po francusku. Ona do jzykw obcych ma zdolno wielk i tego 
przez cztery lata u pani Awiczowej spdzone wyuczya si wcale niele. Ach, jak on widocznie 
ucieszy si, gdy usysza j mwic po francusku. Moe myla, e nie bd mogli 
rozmawia z sob z powodu tej rnicy jzykw. J e  z  z e by! jak mwi Helena 
Iwanwna. 
Ale bo i po co na wiecie s te wszystkie pomidzy ludmi rnice! Ot, yliby ludzie z 
sob w zgodzie, jednostajnie mwic, czujc, wierzc i wszystkim byoby dobrze, i 
wszystkich by nieszcz tych nie byo. Prawd mwi Helena Iwanwna, e tylko przesdy 
ludziom na drodze do szczcia staj. To jest kobieta bardzo rozumna i dowcipna. Jak 
zabawnie wymiewaa wczoraj wiar w to, e Pan Bg sucha w niebie tych pacierzy, ktre 
ludzie tu na ziemi szepcz. W drugim pokoju mwia siedzisz i nie syszysz, a jake z takiej 
dalekoci sysze by mia? Wszystko to s przesdy - mwia. - Pozby si ich tylko 
trzeba, a zaraz wszyscy na wiecie ludzie stan si szczliwi i weseli... 
Moe te o  i s tacy weseli, e pozbyli si, jeeli nie wszystkich jeszcze, to wielu 
przesdw? Ach! jacy oni weseli! Raz na czekolad oprcz kniazia i adiutant jego, m 
Heleny Iwanwny, przyszed, kilku oficerw z sob przyprowadzajc, wkrtce te dwie 
panie jakie wbiegy, licznie ubrane, mode jeszcze, adne. Powsta ruch, gwar, wszyscy 
dokoa okrgego stou w jadalnym pokoju zasiedli, ale nie wszyscy czekolad pi chcieli, 
wic gospodarz domu do sucego zawoa o wino szampaskie, ktre gdy przyniesiono i 
pi zaczto, wesoo staa si taka, jakiej Ina nigdy jeszcze w yciu swoim nie widziaa. 
Wesoo to bya swobodna, gona, poufna, pena gestw szerokich, miechw jak 
grzmoty gonych, komplementw skadanych piknym rczkom, nkom, oczkom. Toasty 
rne wznoszono, a kiedy adiutant kieliszek swj podnoszc wnis zdrowie Iny Julianwny, 
to wszyscy jak krzyknli jednym gosem: Hurrra!, to a szyby w oknach zabrzczay; 
j za, In, czy od wina wypitego, czy od rozmaitych napeniajcych j uczu ogarna 
wesoo taka, jakiej dotd nigdy nie dowiadczaa. Dzikowaa wszystkim, kaniaa 
si, na komplementy miao odpowiadaa, a z artw, ktre dokoa kryy, miaa si tak 
gono i swobodnie jak nigdy. Wtedy knia, ktry obok niej siedzia i przez cay czas rne 
mie jej rzeczy mwi, szepta zacz, e on zawsze widzie j pragnie weso, szczliw, 
bo nie ma na wiecie takiego szczcia, ktre by samo do stp jej nie upado proszc, aby 
przyj je chciaa. 
I nie wiadomo, co powiedziaby wicej, bo w tej wanie chwili zaszo co takiego, co 
wszystkich jakby ukropem oblao czy lodem oboyo. Jedna z tych pa, ktre tam byy, ni 
std, ni zowd zacza przez st bardzo gono i ze miechem mwi do kniazia co - o 
jego onie, e niby ona z Kaukazu, gdzie przebywa, przez lunet na niego patrzc widzi, 
jak on si tu znajduje i... co tam jeszcze podobnego. Na twarz kniazia chmura spada 
ciemna i grona. Helena Iwanwna oczyma i rkoma znaki jakie do mwicej robia i 
wszyscy z nadzwyczajnym popiechem, goniej jeszcze ni przedtem rozmawia o rnych 
rzeczach zaczli, ale czu byo, e co niedobrego zaszo, e zgrzyt jaki przerwa 
harmoni, ktra dotychczas w towarzystwie tym panowaa. 
A jej, Inie, zrobio si niewypowiedzianie aonie i smutno. Nie umiaaby powiedzie 
dlaczego, ale wiadomo, e knia jest onaty, ca jej pier nagle zami napenia. Nie 
chciaa okaza tego, ale Helena Iwanwna sama spostrzec musiaa, bo przybiega i za szyj 
j objwszy w samo ucho szeptaa: 
- Niczewo! (nic to) duszeka! Niczewo! On onaty i razem nieonaty! Ja ci to pniej 
opowiem i wytumacz. 
124 
A potem do fortepianu usiada i z wielkim zapaem bardzo hucznie walca gra zacza, 
przy czym zaraz utworzyy si dwie pary tancerzy i st dokoa w walcu obiega zaczy. 
Knia po chwili wsta take i z ukonem do taca j zaprosi. Wyprostowany, brzkiem 
ostrg tylko kania si i wzrokiem tylko - ale jakim! prosi. Ona od dwch ju lat przez 
cay czas aoby narodowej nie taczya wcale, a za tacem przepadaa i wiedziaa, e taczy 
bardzo adnie. Czua sama, e jest caa rowa i e w caej sobie ma dziwne gorco i 
drenie. Staa przed nim ze spuszczonymi powiekami, podnie ich nie mogc, a on kibi 
jej ramieniem opasa i unis w taniec. Ale raz tylko st okrgy dokoa w walcu obiegli, 
po czym znalaza si w saloniku ssiednim, w ktrym nie byo nikogo. I tu... Ach! dalej ju 
Inka wspomnie swych w sowa przyobleka nie moga. W gowie jej si mcio, oddech 
w piersi ustawa, siy omdleway... Na klczkach przed sob go widziaa i... 
A to, e knia Borys jest onaty, znaczenia adnego nie ma, gdy Helena Iwanwna 
wytumaczya jej, e oeni si nadzwyczaj modo, z namowy rodzicw czy tam krewnych, 
nigdy kobiety tej nie kocha, a teraz nienawidzi jej i do rozwodu z ni idzie. Wkrtce te 
rozwd otrzyma i wolnym bdzie. Czy nie mwi jej zreszt wwczas, w tym pustym saloniku, 
e j jedn, In, na caym wiecie kocha i e jest to jego pierwsza mio prawdziwa. 
Sowa te Helena Iwanwna w zupenoci potwierdzia. 
- Uwleka si nieraz innymi kobietami - mwia - ale tak jak za tob, duszeka, za 
adn nie szala. C to znaczy, e jest onatym, kiedy ony nie kocha? Jedna tylko na 
wiecie jest rzecz wana: mio. Wszystko inne - to gupocie, na ktre tylko naplu! 
Gdy po kilku godzinach u Heleny Iwanwny spdzonych Ina do ciasnej, dusznej, ubogiej 
izdebki domu zajezdnego wbiega, ogarniao j uczucie budzenia si ze snu rozkosznego 
i wietnego, a wpadania do otchani rzeczywistoci, ponurej i szpetnej. 
Obrzydzeniem i alem nad sam sob bezgranicznym przejmoway j ciany i sprzty 
tej izdebki, szklanka pobielona wypitym przez matk mlekiem, rozsypane na stole okruchy 
razowego chleba. Pona wstydem na myl, co by to byo, gdyby on... ten pikny, wietny 
czowiek, w swoim piknym, wietnym mundurze wszed tutaj i zobaczy... Prawem 
odziedziczenia moe powtarzaa w myli nazwy niegdy przez jej ojca Leszczynce nadawane. 
Gdyby knia zobaczy t dziur, t nor, ten czyciec ziemski! Bola j po prostu 
sam widok tej izdebki; dawio powietrze, istotnie duszne i przykre, ktrym w niej oddychaa. 
zy poykajc mwia sobie, e ona do rzeczy tak prozaicznych i szpetnych stworzon 
nie jest, e jak rybie wody, ptakowi powietrza, potrzeba jej rzeczy poetycznych i 
piknych. I szczerze, gboko, z caej siy wierzya, e mieszkanie Heleny Iwanwny, ze 
sprztami jaskraw materi obitymi i gracikw byszczcych albo zabawnych pene, to 
pikno, a uczucia, ktre namitne spojrzenia i szepty kniazia w niej budziy, to - poezja. 
I gdyby jeszcze moga tu by sam jedn, swobodnie wspomina, marzy... Ale to cige 
tutaj towarzystwo matki, jej zapytania i wyrzuty, jej zgryzoty i nocne pacze... ach, i 
ten sposb ubierania si jej, mwienia, chodzenia, samo brzmienie jej gosu, sama ciemno 
skry oblekajcej twarz i rce. Ju i dawniej, od dziecistwa prawie razio to j i niechci 
napeniao, lecz w sposb nieokrelony, guchy. Teraz wszystko przed oczyma jej 
uwypuklio si i wyroso, a w myli nabrao okrele wyranych i miaych. Teraz przychodziy 
chwile, w ktrych miao przed sob wyznawaa, e matka budzi w niej uczucie 
bardzo podobne do odrazy, takiej zwyczajnej, fizycznej odrazy, jaka czasem przejmuje rce 
biae i delikatne przy dotykaniu rk sczerniaych i zgrubiaych, jak czasem nerwami 
spragnionymi pieszczoty aksamitnej wstrzsa twarde i szorstkie dotknicie. 
Ale zdarzay si te chwile inne, nie wiedzie skd pochodzce: z gosu natury, ze 
wspomnie dziecistwa moe pochodzce, chwile, w ktrych In fala uczu nie nazwanych 
a nagych ku matce rzucaa. Wtedy z ramionami dokoa grubej kibici zarzuconymi i z 
gow na jej kolanach szeptaa: 
125 
- Mamciu! Mamciu kochana! Ja wiem... ja wiem... ale nie mog... doprawdy, mamciu, 
ja inaczej nie mog... nie mog... 
O czym wiedziaa? czego nie moga? Nie powiedziaa tego nigdy, nie potrafiaby powiedzie, 
bo w uczuciach i mylach jej panoway chaos i zamt, wiay burzliwe wichry, 
leciay przewiecone jaskrawym wiatem tumany kurzawy. A pani Teresa na te pieszczoty 
i bekotliwe wyznania crki w sposb rozmaity odpowiadaa: niekiedy wzajemn pieszczot 
i drcej troskliwoci penymi zapytaniami, ale niekiedy, gdy czua si bardzo, bardzo, 
prawie nad siy, zgnbion, zgryzion, strwoon, zmczon, niecierpliwym sarkniciem 
i gniewnymi sowy: 
- Nie wiem - mwia - czego nie moesz i co si z tob dzieje, ale czuj, e co niedobrego 
si dzieje i e wysa ci std musz... do Leszczynki pojedziesz... ju pisaam do 
Teleuka, aby po ciebie przyjecha... i pan Koniecki w tych dniach do domu jedzie, zabierze 
ci, i moe u nich, u Konieckich, nim do Leszczynki przyjad, przesiedzisz... Tu nie 
zostaniesz... Niak twoj tu by czasu i siy nie mam... a pociech i pomoc 
matce by nie umiesz... serca nie masz... 
Wtedy Ina z wybuchem obrazy i alu zrywaa si od kolan matki i caa w ogniu, ostre 
byskawice z oczu wyrzucajc, woaa, e ani do Leszczynki, ani do Konieckich nie pojedzie 
za nic, za nic, e prdzej da si zabi, anieli tam pojedzie, e matka jej nie kocha, e 
jest ona nieszczliw i od nieszczcia swego choby na koniec wiata uciec by pragna. 
Potem obie milky, rozjtrzone, obraone, rozalone i reszt dnia lub wieczora spdzay 
w milczeniu, czasem ukone, niechtne lub niespokojne wejrzenia na siebie rzucajc. 
A przyszed dzie, ktry ukaza Ince dwa zwierciada, w zwierciadach dwie przyszoci 
i rzek: Wybieraj! 
Kiedy pani Teresa spiesznie biega z wizienia do domu, aby zobaczy, czy jest tam jej 
crka, a jeeli nie jest, szuka, gdzie jest, jak nieraz ju bywao, i u wszystkich znajomych 
o ni si dowiadywa, Inka w najodludniejszym miejscu zamiejskiego parku z Helen 
Iwanwn rozmawiaa. Za oson drzew i krzeww na maej awce bardzo blisko siebie 
siedzc szeptem obie mwiy. Mwiy cicho, szybko, niezmiernie ywo, wzajem sobie 
mow przerywajc, jak mwi zwykli ludzie spiesznie naradzajcy si i silnie wzruszeni. 
- Wic za trzy dni - szeptaa Inka - wic ju za trzy dni... wyjedacie... a c ja poczn, 
co ja poczn, co ja nieszczsna poczn... ja z desperacji nie wiem, co sobie zrobi... 
zwariuj chyba, utopi si... 
Za rkaw sukni j chwytajc Helena Iwanwn w mow jej wci wpadaa. 
- Ale posuchaj, duszeka, posuchaj tylko... mwi mi nie dajesz... cigle przerywasz... 
Ja mwi, e jest sposb tak zrobi, aby nie potrzebowaa desperowa, wariowa... 
Ale Ink burza rozpaczy porywaa, oguszaa, myli i uwag jej od towarzyszki odrywajc. 
Czoo rozpalone w obu doniach ciskaa, zy po zbladych policzkach jej pyny. 
Jednak szybko, nieprzerwanie, gwatownie szeptaa: 
- Mama o niczym nie wie, ale domyla si, niepokoi si, wyrzuty mi robi, chce mi do 
Leszczynki albo do Konieckich, ssiadw naszych, wyprawi. Ja nie chc do Leszczynki! 
Ja nie chc do Konieckich! Tam grb! Tam noc! Ja nie chc grobu! Ja lkam si nocy! Ja 
teraz dopiero poznaam, co to prawdziwe ycie, co rado, co szczcie... 
Paczem zaniosa si, a Helena Iwanwn doni usta jej zamyka prbowaa. 
- Ja tobie mwi, duszeka, e jest sposb... posuchaj tylko! Jest sposb, aby od 
grobu i nocy... 
- Jaki sposb! Nie ma adnego sposobu! Wszake wyjedacie, Heleno Iwanwno... i 
on... za kilka dni... O, Boe mj. Boe! ju za kilka dni... 
126 
Zniecierpliwiona czy rozczulona, obu tych zreszt uczu zapewne dowiadczajc, Helena 
Iwanwna jak sp gwatownie dziewczyn szlochajc w ramiona swe porwaa, do boku 
swego przycisna i gow jej jak na poduszce na piersi swej oparszy, w samo prawie 
liczne uszko spod licznego kapelusika wygldajce szepta zacza. Cicho szeptaa, dugo 
szeptaa, czasem krtkie pocaunki po twarzy Iny rozsiewajc, czasem miejc si cichutko, 
pieszczotliwie. Z szeptania jej wybijay si niekiedy sowa goniej nieco wymawiane: 
knia... rozwd... lub... lubienie... Petersburg... kniahini... bale... rysaki... m krasowie... 
Ina nie pakaa ju, lecz dre zacza i tak draa, e Helena Iwanwna zlka si moe, 
aby z awki nie spada, bo z wielkim szelestem czesucssowych, bombiastych rkaww 
mocniej jeszcze do siebie przycisna, szepta, chichota, caowa nie przestajc, a na koniec... 
Po chwili do dugiej zgrabne, szczupe, w biay mulin obleczone ramiona dziewczyny 
wycigny si ku grze i szyj przyjaciki, troch krtkaw, troch grubaw, z tak 
nagoci i moc objy, e a na czarnych jej wosach przekrzywi si kapelusz z kwiatw 
bzu upleciony i rozkoysay si we wszystkie strony jego mae, biae pirka. 
Oznaczae ten milczcy, namitny, dugi ucisk Inki trwog czy rado lub wdziczno, 
tulenie si pod opiek czyj i oddawanie si w moc czyj, czy wszystko to razem 
zmieszane, wzburzone, skbione w jeden poryw, w jedn dz, w jeden sza? 
Wkrtce potem Ina do mizernej izdebki swej wchodzia, a pani Teresa zadziwia si ujrzawszy 
j tak agodn, cich, czu, jak tu nie bywaa ju od dawna. Zaraz ode drzwi pogarna 
si ku matce i dziwnie pokorna, zamylona, w obie rce j pocaowaa. Potem jakby 
zapytania i wyrzuty uprzedzi pragnc, mwi zacza, e bya w parku, e teraz tam 
spiree przepysznie kwitn i Leszczynk jej przypomniay, e jutro pjdzie z matk do wizienia 
i troch kwiatw tych braciom zaniesie. Zapalia ma lampk i zacza przy wietle 
jej sukni matczyn w kilku miejscach rozdart naprawia. 
Pani Teresa niedowierzajco i niespokojnie zrazu na crk patrzaa, lecz wkrtce rado 
boga do serca wstpowa jej zacza. 
Jaka ona liczna, jaka mia, gdy tak uspokoi si, zagodnieje, nad robot jak zot 
gwk sw pochyli! Bajecznie do ojca podobna! Te same oczy i wosy... te same wady i 
ten sam czar! I tak samo... raz anio, raz szatan! 
A Inka szya i niekiedy szafirowe oczy swe z anielskim spojrzeniem na matk podnoszc 
mwia, e szkoda, ach, jaka szkoda i jakie nieszczcie, e wyrok na Janka i Olka nie 
knia, ale ten jaki nowy i niewiadomy wydawa bdzie... 
- A ty skd wiesz o tym? - zadziwia si pani Teresa. 
Z agodnym wzruszeniem ramion odpowiedziaa: 
- Syszaam... wszyscy o tym mwi... Knia wczoraj urzd swj zoy i dzi ju w 
komisji nie zasiada. 
Syszaa o tym istotnie od niego. On dzi u Heleny Iwanwny, blisko, blisko niej siedzc 
i rk jej w swojej trzymajc, mwi: 
- Ja na braci waszych, Ino Julianwno, wyroku wydawa nie bd, bo z gry przykazano, 
abym by srogim... wic kamienia tego nie poo i dou tego nie wykopi pomidzy 
tob a sob, ty moja ukochana, upragniona... 
Gorco aru i wino upojenia napeniy jej pier i gow, gdy teraz delikatnymi nimi 
dziur w sukni matczynej cerujc sowa te wspominaa. Miaa takie uczucie, jakby ta dziura 
i to cerowanie w palce j pieky, jednak cerowaa dalej cierpliwie, i gdy po chwili oczy 
na matk podniosa, co na ksztat alu w nich bysno. Na myl, co za dni par stanie si, 
sta si musi, co pomidzy ni i matk jej jak kamie i jak d - o, jak gboki, legnie, serce 
jej uszka pokazao... na chwil. 
127 
Pani Teresa z zacinitymi kurczowo rkoma, z gboko wpadymi oczyma siedziaa na 
ku zdruzgotana, zgnbiona. Synami zajta, o pienidze na dalszy pobyt w miasteczku 
skopotana, nikogo ze znajomych w ostatnich dniach nie widujc, o tym, e zmiana dla niej 
straszna ju zasza, nie wiedziaa. 
Co teraz nastpi? o Boe, co nastpi? I kiedy nastpi? Rycho zapewne, rycho. Wz albo 
przewz. Niebo albo pieko. Z Jankiem i Olkiem do Leszczynki nowrci albo... 
Dwa dni upyny i - wyrok zapad... Podpisaa go rka od rki kniazia czerwiesza... 
rozkazowi zreszt otrzymanemu z gry posuszna. 
Zsyka do Permu, w czasie jak najkrtszym pod zbrojn stra mali buntownicy odwiezionymi 
zostan do najbliszej - jednak dalekiej - stacji kolei elaznej, a stamtd parowozem 
na granic dwch czci kuli ziemskiej, pod stopy Uralu... 
......................................... 
...Z twarz, ktra powlekaa si barw ziemist, z powiekami w pociemniaych oczodoach 
od paczu krwawymi pani Teresa staa przed wiziennymi wrotami i patrzaa na 
oddalajcy si dwukonny wz... Dopki tylko dojrze je byo mona, patrzaa na coraz 
dalej oddalajce si, oddalajce dwie mae, blade twarze, ktre na wozie obracay si ku 
niej, jak opatki wiecc wrd podniesionych dokoa luf i bagnetw. 
Gdy na zakrcie drogi znikney - odesza. 
Nie biega, nie pdzia; sza powoli z piersi ciko dyszc, z plecami po raz pierwszy 
w yciu przygarbionymi. 
Nic dokoa nie widziaa, nie syszaa, o niczym nie mylaa. Dusza jej krwawym gwodziem 
przybita do. tych maych, bladych twarzy, ktre tylko co w oddaleniu sprzed oczu 
jej zniky, wloka si za nimi caa, wsuwaa si pomidzy otaczajce je bagnety, krelia 
nad nimi obronne i opiekucze krzye, caowaa, egnaa spakane oczy Olka, jak ptno 
zbielae, lecz hardo zacinite usta Janka. 
Na ksztat ranionego zwierza, ktry instynktem gnany czoga si ku legowisku swemu, 
aby pa na nie i skomlc z blu ran swoj liza, pezaa raczej ni sza ku swej najtej, 
mizernej izdebce... 
Tu, na drzwi izdebki spojrzawszy, przypomniaa sobie. 
A Inka? 
Gdzie jest Inka? Miaa wnet za ni przybiec do wizienia i ostatnie godziny te spdzi z 
brami, a tylko na chwil czego jeszcze do miasteczka... 
- Zaraz przybiegn, mamciu, zaraz przybiegn... 
Miaa kapelusz na gowie, w rku parasolk, na policzkach rumiece silne i w oczach 
zy... 
- Niech mamcia idzie, ja zaraz przybiegn... 
Odbiega, wrcia, ucisna matk. Dziwnie ucisna, mocno, dugo. Ale pani Teresa 
nie dziwia si. W dniu tak strasznym, w tym piekielnym dla niej dniu... e crka zapakaa, 
ucisna, c dziwnego? 
Jednak nie przysza! C to znaczy? Gdzie jest? Co si z ni dzieje? 
Niecierpliwie, silnie, gono pchna przed sob drzwi izdebki. Wesza. 
Nie ma Inki. 
Co si dziao w tej izdebce, co si tu dziao! 
Szuflada starej, krzywej komody, w ktrej Inka swoje rne molinki, paski chowaa, w 
caej szerokoci wycignita, pusta. 
Miejsce na cianie, gdzie sukienki swoje zawieszaa, puste. 
Jezus, Maria! 
Na stole, o szklank z nie wypitym mlekiem oparta, karta papieru jej rk zapisana. 
O Jezus, Maria! 
128 
Moja kochana mamciu! Mnie bardzo przykro, ja bardzo auj, e mamcie rozgniewam 
i zmartwi, ale inaczej nie mog! Nie mog! Kiedy mamcia czyta to bdzie, ja daleko ju 
std... daleko... Mnie nawet smutno, e mam porzucam, ale tak kocham, tak nad ycie, 
bez granic kocham... Mama zna jego... to knia Borys... I on kocha mi szalenie, bez granic, 
ale ja nie z nim jad, tylko z pewn przyjacik jego i moj, u ktrej te w Petersburgu 
mieszka bd, dopki lubu z sob nie wiemiemy... A kiedy ju zostan on kniazia, 
co wkrtce nastpi, wszystkim nam bdzie lepiej. On dla Janka i Olka powrt do domu 
wyjedna, a Broci i Ludwink ja zaopiekuj si, aby im edukacj wietn... 
Byo tam pisma wicej jeszcze wiele: wyraniejsze od innych wystpoway wrd niego 
sowa: mio, szczcie, przesdy, wszdzie ojczyzna moe by, wszystkie wiary 
sobie rwne, ale pani Teresa czyta dalej nie moga, bo z trzscych si rk jej wypada 
kartka papieru i szeroko, szeroko rozwary si te rce, a potem gono klasny w donie, 
gdy z ust tak jak ta kartka zbielaych wypad krzyk: 
- ajdaczka! 
Pad krzyk ten w cisz izdebki jak kamie w wod i dugo po nim nic nie nastpowao. 
Jak w kamie obrcona staa pani Teresa z rkami rozpostartymi, z oddechem w piersi 
krtkim i wiszczcym, z czoem, wargami i policzkami drgajcymi. W ciemnych gbokich 
oczodoach, pod zakrwawion od ez powiek gorzao pomi gniewu i morze pogardy 
rozlewao si po ustach, gdy wychodzi z nich pocz dyszcy, syczcy szept: 
- A niedoczekanie twoje, aby ty... dziemi mymi... opiekowa si miaa... ty... ty... 
I nagle krzyk znowu przeraliwy, ogromny, podobny tym, jakimi matki wtrz zabijaniu 
gwodziami trumien ich dzieci. 
- Inka, dziecko moje! Jezus, Maria! Inka moja, Inka! 
Runa na ziemi, ramiona na niej rozpostara, palce wbia w desk podogi, czoem o 
podog uderzya i - nieruchom pozostaa, a tylko z piersi jej dobywa si poczy 
dwiki bez sw, gone, nieustanne, podobne do szlochw suchych i nigdy skoczy si 
nie majcych, podobne do tego wycia, z jakim niekiedy nad rozogami niegw lataj zimowe 
wiatry. 
......................................... 
Tak u zwaliska zburzonej Troi Hekuba, Priamowa ona, wya z aoci po synach pobitych 
i uwizionych crkach. 
......................................... 
129 
BG WIE KTO 
(. 1863) 
...A teraz opowiem z dziejw wiosny owej historyjk mieszn. 
- Jak to - dziwisz si - pord tragedii takiej - miech? O, moja droga, ycie jest zlepem 
gliny i marmuru, uplotem sznurw pere i sznurkw korali. 
Perowe gamy miechu nad koralow strug krwi, cie nocy na jutrzni porannej, cie 
grzechu na szacie anioa, na zotogowiu zy - skaczcy i ubielony klown w ponurej celi 
smutku. 
Wszystko bywa i bywa razem, w jednym momencie czasu - w jednym sercu ludzkim. 
Pewien pisarz synny, ilekro kreli sowo: ycie, tylekro obok umieszcza w nawiasie 
inne: galimatias. 
Galimatias taki, e niech ju w nim samo tylko oko Boe rozrnia glin od marmuru, 
rdz, ktra plami patek biaej ry, od spalonego w arach sonecznych jej serca, miechem 
dzwonice pery - od sznurw korali, ciekcych kroplami krwi... 
I to zwa jeszcze, e im serce gbsze, im klawiatura jego szersza i ciesze, zwinniejsze 
palce, ktre klawiszami poruszaj, tym czstszymi by w nim musz spotkania chmur z 
bkitem, wybielonych klownw z czarnymi, smutkami rdzy z biaoci, ez ze miechem... 
* 
Oj, byymy, byy za miech ten nasz dugo gderane! Oj, bytyemy za ten nasz figiel 
gromione! 
Bo i trzeba byo modoci bujnej, lekkomylnej, rozbawionej, rozpieszczonej, aby figla 
podobnego spata; bo i trzeba byo szczcia duego, aby za pokuty nie ponie... 
Dziewi nas wszystkich byo i miaby widok ciekawy, a miem powiedzie - i adny, 
kto by nas dnia owego w tym pokoju i naokoo stou tego widzia. 
W pocztku marca powiedziano nam: robi szarpie i bandae, szy koszule jedwabne i 
konfederatki; a tu marzec koca swego dobiega - i jeszcze nie wszystko gotowe. 
Wielemy ju zrobiy. adna z nas ju ani jednej szalki albo szmatki jedwabnej nie posiadaa, 
bo wszystkie poszy na te koszule, co to si ich brud i robactwo nie imaj. Skrzynki 
te sporej wielkoci - z puchami szarpi, niegami bielizny rnej napenione. Ale konfederatki... 
Zaledwie przed paru dniami barankowe oszycie do nich przywieziono. 
Nie nasza wina! Miasteczko dalekie - i nikt w nim dotd o takich ilociach futerek barankowych 
ani sysza. Z wikszego i jeszcze dalszego miasta sprowadzone, spniy si, 
lecz gdy tylko przybyy, wnet we wszystkie 
strony rozleciay si po ssiedztwie wici, na piln, nag, wspln robot zwoujce. 
- Przyjedajcie! przyjedajcie! 
- Stefuniu, Oktuniu, Klemuniu, Maryniu, Wincusiu, Tosiu, przyjedajcie! przyjedajcie 
i zabierajcie si do szycia! 
130 
- A moe i pani hrabina przyjecha i szy, szy, szy z nami zechce? 
- Naturalnie! - odpowiedziaa - z chci wielk, z radoci! 
- I liczn Ink, pani Teresy ubogiej, ale tak zacnej crk, zaprosi trzeba? 
- A jake! naturalnie! czemu by nie! 
Do okrgej dziesitki jednej zabrako, ale om przyjechao, a e do mnie przyjechay, 
wic byam dziewit. 
Przyjechay do mnie, bo ja wwczas - oho! - miaam skarb! Skarb ten miaam rany i 
zoty, ktry nazywa si mio ludzka. 
Nie wiem za co. Moe za modo, moe za wielk ywo, moe za to, e serce nosiam 
na doni, takie gorce, e strumienie cieplika dokoa rozlewao - i od tcz, ktre w nim 
gray, roziskrzone. 
A moe to i nie by skarb rzeczywisty, ale tylko w jego rzeczywisto wiara? Ju teraz i 
nie zdoam w tej mojej pierwszej, bujnej modoci rozrni, co byo prawd, a co tylko 
wiar, jeszcze przez adne zmienne albo zimne usta nie zdmuchnit. 
Do e wwczas, kiedy zamiaam si, wszyscy si miali, kiedy zapakaam, wszyscy 
przybiegali pyta: Czego? czego?, kiedy oddalaam si, wszyscy woali: Nie odchod, 
a kiedy zawoaam: Przybywajcie! - wszyscy przylatywali. 
Przez cae przedpoudnie - powz za powozem, powozik za powozikiem - przed ganek 
domu zajedaj. 
Oktunia, zgrabna, jak ulana, w amazonce i kapelusiku z pirkiem, jak z angielskiego 
sztychu zdjta, konno przyjechaa. 
Pani hrabina, pikna, silna brunetka, jedn histori tragiczn za sob, a drug przed sob 
majca, dzi wyskoczya z karety miejc si i czarne byski detw, ktre sukni jej 
okryway, na wszystkie strony rozsiewajc. Ink matka przysaa wzkiem jednokonnym, 
przez chopa w baraniej czapie powoonym. 
Niewiele przed poudniem wszystkie byymy ju zgromadzone w rowym pokoju. 
Salonik nieduy, do wikszego przylegajcy, i taki rowy jak modo moja. Na rowo 
modoci mojej poczynay wypywa niemiao jeszcze pezajce lub szybko przelatujce 
chmurki, ale w pokoju firanki u drzwi i okien, obicie na sprztach, arabeski na cianach 
- rowe. Tylko przez dwa okna zza festonw firanek szare niebo marcowe i szara 
mgieka marcowego deszczyku zaglday, sprzeczajc si z kwiatami. Bo tu i owdzie, na 
gzemsie kominka, na etaerkach, stoach, pomidzy biaymi kolumienkami, zdobicymi 
biurko starowieckie, w wazonach i wazonikach - roliny kwitnce. Oprcz kwiatw na 
gzemsie kominka jest jeszcze kot czarny, ktry u ram wielkiego, mskiego portretu w kb 
zwinity pi, a chrapie. Przez okna w szarej mgiece wida drzewa, drzewa, drzewa, a poniewa 
bezlistne s jeszcze, wic rd nich ciemne od wilgoci szlaki alei, alei, alei... 
Ciasno dzi w rowym pokoju. Przeciwko zwyczajowi porodku stoi dugi st, a dokoa 
stou na dziewiciu rowych krzesach siedzimy wszystkie dziewi, rowe od powita 
serdecznych i serdeczniejszego jeszcze nad nie zapau. 
Na wysokich porczach krzese, ju i wwczas starowieckich, na kanapie rozoystej, 
na bocznych stolikach, etaerkach, biurku - rozwieszone, rozoone materiay weniane 
trzech kolorw. Biao, amarantowo i szafirowo. 
Pokj wyglda jak wielkich rozmiarw sztandar narodowy. Pstro i peno. Tak peno, e 
ilekro ktra z nas wstanie i po pokoju si obrci, tylekro co biaego, amarantowego lub 
szafirowego skdci cignie i za sob pocignie, a inne przestrzegaj: Ostronie! Kaszmir 
splami si moe! Bo z kaszmiru tych trzech kolorw szyj si konfederatki. Jak w 
nich partia adnie wyglda bdzie! 
- Jak an kwiatw! - poetyzowa zyczynam. 
131 
- Jak maki z bawatkami zmieszane - rumienic si i z cicha poetyzowanie kontynuuje 
Stefunia. 
Matk ju jest od lat kilku i pani duego, bogatego domu, a nic jeszcze nie zdoao 
choby o p tonu podnie skali jej niemiaego gosu ani od czstych rumiecw ochroni 
twarzy - biaej wrd bardzo czarnych wosw. 
- Nie jak maki ani adne inne kwiaty, ale - jak wielki trzykolorowy sztandar wyglda 
bd! 
Sowa te z szerokim gestem ramienia wymwia najwysza spomidzy nas wzrostem i 
oczy najsmutniejsze, a czoo najbledsze majca Klemunia Koniecka. Najpowaniejsz te 
spomidzy nas bya moe dlatego, e najstarsz, bo miaa ju lat a dwadziecia pi. Z 
drugiego koca - cyfra wiekw naszych zamykaa si omnastu latami licznej Inki. 
W pokoju pstro, ale na nas pstrocizny adnej nie ma, o, nie! aoba narodowa. Suknie 
czarne, ozdoby z detu lub polerowanej i kunsztownie wyrabianej stali. Wosw tylko caa 
gama: od kruczoczarnych, przez rne odcienie zota, do jasnych jak len. 
Zrazu duy by gwarek gosw. Ogldanie materii, chwalenie, ganienie, narady, zwrcone 
do mnie zapytania. 
- Ile ich uszy mamy? 
Krtko, lecz z dum odpowiadam: 
- Sto. 
A krzykny: 
- Tak wiele! 
- Daleko wicej trzeba. Czci tylko podjam si za siebie i za was. 
- Ano dobrze! Zrobi si! Szkoda nawet, e nie wicej. Zawiniemy si i dzie, dwa, 
trzy... 
- Tydzie, dwa! - reflektuje Klemunia. 
- Niech sobie i tydzie albo dwa! Kamieniem zasidziemy i bdziemy szy, szy, 
szy... 
Zaczynajmy tedy! Dobrze, ale nim szycie rozpocz, skroi wprzd trzeba. Wedug 
formy - tej oto! Ktra najlepiej kroi umie? Wincusia umie! Oto noyce, prawdziwie krawieckie, 
doskonae! 
Rosa, zgrabna, hoa, stalowymi szpilkami u szyi, pasa i wosw byskajca Wincusia, 
w odwanej i ranej postawie u stou staje, materie przed sob rozkada i - czach, czach, 
czach! 
Okazuje si, e nieosobliwie umie. Ju par kawakw kaszmiru zepsua, lecz to jeszcze 
maa bieda. 
- Duo go jest, wic choby go troch i napsua... Ale barankw, .wiecie co, e barankw 
zdaje si... mao... 
Westchnienia trwone. 
- Tak, tak, bardzo ich jako mao! Bro Boe, nie wystarczy. 
Wincusia tonem aosnym: 
- Boj si! niech kto inny. Ba! atwo powiedzie! ale kto?... 
- Moe pani hrabina umie? 
Wstrzsna si przeczco, tak e a czarne byski detw dokoa siebie rozsypaa. 
- Jak yj, nie kroiam nic! 
- Oktuniu! moe ty... 
Amazonka, ig z nici przez kaszmir przewlekajc i gowy jasnozotej znad roboty nie 
podnoszc, gono na cay pokj, na nut synnej wwczas arii: Rachelo, kiedy Pan w dobroci 
niepojty - zapiewaa i zatrelowaa: 
132 
- Nie u-miem - nie u-miem - dajcieee-mi wi-ty - pooo-kj! 
Marylki Jaroszyskiej zawoa, panna suca to jest, ktrej trzej bracia do partii id. 
Ufa jej mona, jak zreszt caej subie. 
Przywoana wbiega. Sukienka w aobne kratki, gowa w loczkach, ywa, fertyczna, 
miaa. Dowiedziawszy si, o co chodzi, okiem znawczyni futerka barankowe siwe i biae 
obejrzaa, po czym ze wzruszeniem ramion: 
- I to ma do stu czapeczek wystarczy, jeszcze takich kwadratowych! arty chyba! Le
dwie moe do szedziesiciu wystarczy. 
- Jezus, Maria! Co ty wygadujesz, Marylko! 
- Bg wie, co pleciesz! 
- Nie znasz si! 
- Nieszczcie przepowiadasz... 
- Tu artw nie ma! To byoby nieszczcie!... 
- O nowym sprowadzaniu ani myle!... 
- Gdzie tam! czasu ju nie ma... 
- Krj, Marylko! Zaczynaj kraja! Zobaczysz, e wystarczy... 
Rce bagalnie zoya i gosikiem cienkim zawoaa: 
- Boj si! Jak mam kocham, nie wystarczy, a potem panie powiedz, e le wy miar
kowaam i e to moja wina! 
Nic tak atwo do pasji doprowadzi nie moe jak strach. Strachem zdja mi przepowiednia 
Marylki, wic wpadam w pasj i nie woam ju, ale krzycz, wprost krzycz: 
- Pani Czernickiej tu popro. Powiedz, e prosimy bardzo, eby przysza! 
- Czernickiej! Czernickiej! - powtarza za mn chr kilku gosw, a inne woaj: 
- Czernisi! Czernisi na ratunek zawoa! 
ona to nadlenego, w oficynie mieszkajca z mem i z synem jedynakiem, ktrzy 
obaj do partii i maj. O, ta na wszystkim zna si! Gdy idzie o gospodarstwo i wszelkie 
inne takie rzeczy, wszystko robi umie i robi gorliwie, sumiennie. 
Wchodzi. Wysoka taka, e my przy niej liliputki, a taka od gry do dou cienka i rwna, 
e ni gadko wyprdzion przypomina. U szczytu gwka maa, z ma twarzyczk t 
i maymi oczkami czarnymi, a z tyu gowy ubouchny warkoczyk, spiraln lini sterczcy 
nad wosami, tak wygadzonymi i byszczcymi, e zdaje si by bardzo obcisym czepeczkiem 
z czarnego atasu. Czarn sukni na sobie ma i na czole pod czarnym atasem 
wosw zmarszczki bardzo sympatyczne, bo o jakich poczciwych troskach i trudach opowiadajce, 
wyranie opowiadajce. 
Ciekawie na nas i na robot nasz spoglda i wezwaniem uradowana, z umiechem kania 
si na wszystkie strony. A z naszej strony zgiek wykrzyknikw: 
- Czernisiu, ratuj! Oto baranki!... Sto konfederatek uszy! Zmiuj si, zrb tak, aby wystarczyo! 
Popatrz, pomiarkuj, wymierz, skrj! 
Patrzaa, miarkowaa, na wszystkie strony baranki obracaa milczc. Zy znak, e milczy. 
aden Grek w obraz Pytii trwoniejszego wzroku nie wlepia, ni nasz by w tej 
chwili. 
- C? Jak pani Czernicka o tym myli? 
- Co mylisz, Czernisiu? 
A ona z zastanowieniem i tonem uroczystym odpowiada: 
- Nic nie myl. I nic teraz ostatecznego nie powiem. Straszy nie chc i obiecanek
cacanek nie lubi. Moe wystarczy. Moe nie wystarczy. Dobrze miarkowa i wymiarkowa 
trzeba. Ale - e zrobi wszystko, co w monoci czowieczej jest, o tym panie upewniam, 
bo przecie to nie dla kogo tam jednego, ale i dla szczliwoci publicznej robota. 
133 
Lubia czasem Czernisia mwi grnie i t szczliwo publiczn jako tak sama sobie 
wymylia, bo ilekro dwa te wyrazy wymawiaa, stawaa si troch rozrzewnion i zarazem 
uroczyst. 
- O noyczki prosz... 
- S! s. Oto s! Moja Czernisiu, moja zota, miarkuj, rozmiarkowuj! Ciar nam 
wszystkim z piersi spad. Ju kiedy Czernisia czym si zajmie i o co si postara... 
Przy naszym stole z krajaniem swoim zmieci si nie moga, wic gdy przy bocznym 
stoliku, rne fraszki i fataaszki z niego zdjwszy, nad gr barankowych futerek stana, 
to zdawa si mogo, e rowe to pokoju przerna kresa czarna i duga, u szczytu w 
kropk ze sterczcym ku grze ogonkiem zaopatrzona. 
Milczenie na dugo rowy pokj zalego; tylko w nim osiem par rk z igami w palcach 
- to podnosi si nad pochylone gowy, to opada, i dwoje noyc to otwiera si, to zamyka, 
a czasem zgrzyta. Noyce Wincusi dziaaj w tempie spiesznym, Czernisi w powolnym, 
ostronym. Patrzymy czasem na ni, gdy czynno krojenia na chwil zawieszajc 
przypatruje si rozoonej na stole sztuce barankw, wzrokiem j przemierza, z palcem 
do ust przytknitym rozmyla, rozwaa, i dobra nadzieja do serc nam wstpuje. 
Nadzieja! Tej pene byymy nie tylko co do oszy u kwadratowych czapek. Najrniejszymi 
gosy piewaa ona w wionianych gowach naszych, ktre dotd czubkami fryzur 
zaledwie wychyliy si na wiat zawodny, okrutny, i w sercach naszych gorcych, a wrcych, 
ktre brzegami warg zaledwie ostrych brzegw pucharu jego dotkny. 
O, modoci... 
nie na kwiatach, 
nie mj zoty... 
Czyme s kwiaty modoci? Marzeniem, co widnie w jesieni. Czym jej zoto? Nadziej, 
co w ogniu ycia topiona po drogach jego z serca wycieka. 
Za oknami szary deszczyk marcowy my i my; z przeciwnego koca domu dochodz 
czasem brzmienia mskich gosw niewyranie i na dugo milkn. Cisza. 
W ciszy rowego pokoju, o jaskrawoci trzech kolorw na wszystkie strony rozrzuconych, 
rozleg si przyciszony, z gbokim, piersiowym brzmieniem gosu kobiecy, ktry 
mwi zacz: 
O, matko Polko, gdy u syna twego 
W renicach byszczy geniuszu wietno, 
Jeli mu patrzy z czoa dziecinnego 
Dawnych Polakw duma i szlachetno... 
Z robot i rkoma na kolanach opuszczonymi, z bladym czoem naprzd nieco podanym 
Klemunia Koniecka mwia wiersz wszystkim nam dobrze znany, przez wszystkie 
prawie na pami umiany. Nie deklamowaa - mwia. Mwia powoli, z cicha, spokojnie: 
Wczenie mu rce okrcaj acuchem, 
Do taczkowego ka zaprzga wo: 
By przed katowskim nie zbladn obuchem 
Ani si sponi na widok powroza... 
Mwia powoli, z cicha, spokojnie. Tylko w gbokim jej gosie pobrzmieway czasem 
nuty blu i smutku, a w siwych renicach, ktre spod wypukego czoa kdy w oddali 
tkwiy, pon ogie spokojny, rwny, silny. 
134 
Zwycionemu za pomnik grobowy 
Zostan suche drewna szubienicy, 
Za ca saw krtki pacz kobiecy 
I dugie nocne rodakw rozmowy... 
U szyi jej na czarnym staniku poyskiwaa ramka stalowa obejmujca portret Kociuszki. 
Szy nie przestajc, wiersza na pami umianego suchaymy tak, jak gdybymy po raz 
pierwszy w yciu go syszay: z przypieszonym biciem serc, z wilgoci na rzsach. Hrabina 
westchna gono; moe o swoich dwch synkach malutkich pomylaa. Oktunia 
szepna: 
- Mj Stasik maleki... 
Wtem - u bocznego stolika zagrzmiao, runo, jakby si trba nad gruzami zburzonego 
Jeruzalem rozlega. 
To Czernisia nos utara. A potem przez chwil jeszcze wielk chust zy po twarzy ciekce 
ocieraa. 
Aby zasiadaniem do stou przerwy dugiej w robocie nie sprowadza, niadanie do rowego 
pokoiku przynie kazaam. Na pny obiad to ju do sali jadalnej pjdziemy, ale 
teraz, byle jak, byle co, byle czasu traci jak najmniej! Co za szkoda, mj Boe, e czowiek, 
gdy ma co lepszego i milszego do roboty, bez jedzenia obej si nie moe! Niech 
tam w sali jadalnej panowie dzi sami jedz, a my tutaj prdziutko! Panom dzi tutaj przychodzi 
nie wolno, bo swymi artami, wiecznym swoim sprzeciwianiem si tylko by przeszkadzali. 
Przyszli jednak. Trzech domowych byo i czwarty go. W przerwie niadaniowej przyszli, 
gdy Oktunia, bezkresny tren amazonki swojej podnisszy, do salonu przylegego wybiega, 
przy fortepianie usiada i silnym sopranem na cay dom zapiewaa: Rachelo, kiedy 
Pan, w dobroci niepojty... 
Gwar powsta, panowie weszli i piewaczk otoczyli, proszc, aby jeszcze co zapiewaa. 
Wic nastpiy Les adieux Szuberta, i Bywaj, dziewcz, zdrowe, Ojczyzna mi 
woa. 
A czas ucieka. 
- Oktuniu, do piewania! szy trzeba! 
Zerwaa si od fortepianu, w trenie amazonki zapltawszy si, o mao nie upada, lecz 
zwinna jak sarna, z wizw si wywina i krzesa swego dopadszy ju szyje, szyje. A my 
panw nie tylko z rowego pokoju, ale w ogle z poblia swego wydali usiujemy. 
Niech sobie na drugi koniec domu id, niech nam co prdzej z oczu schodz, niech nam 
nie przeszkadzaj. 
Oktunia ani na mgnienie oka szy nie przestaje, penym gosem, na nut Rachelo, kiedy 
Pan, piewa: 
- Niech daj nam wi-ty - poooo-kj! 
Nie chc zrazu odchodzi, opieraj si, prosz, a na koniec oguszeni, zakrzyczani oddalaj 
si, a w rowym pokoju znowu milczenie, szycie, rce to podnosz si, to opadaj, 
czasem stalowa iskra na staniku lub w splotach wosw bynie, czasem noyce zazgrzytaj. 
Bo Wincusia i Czernisia bez przestanku kroj i kroj: pierwsza ranie i szybko, druga - 
row cian wci dug, czarn kres przerzynajc, rozwanie, uroczycie. 
Wtem turkot k na dziedzicu. Kto przyjecha. Tosia zarumienia si, Ince iga z palcw 
wypada. 
135 
- Moe wesoy Ole! - artujemy z pierwszej. 
- Moe pan Gustaw! - dranimy si z drug. 
Ale e nic wcale oprcz niewyranych w oddali gosw i krokw dosysze niepodobna, 
wic Inka podnosi na nas oczy i z najsodsz swoj mink proponuje. 
- Pjd, dowiem si, kto przyjecha. 
- Owszem, prosimy. 
Wybiega i rycho z greckim noskiem na kwint spuszczonym powraca. 
- Pan Burakiewicz przyjecha - mwi. 
No, kiedy pan Burakiewicz, to nic wcale nas ta wizyta nie obchodzi. Z widzenia go tylko 
znamy, i to - rzadkiego. Ssiad, adny majtek w pobliu ma, ale panuj jakie tam 
przeciwko niemu uprzedzenia. Wane to, e niezbyt dawno w strony te przybyy krewnych 
ani dawnych znajomych tu nie ma. Obcy i - Bg wie kto. Ale waniejsze jeszcze, e towarzyska 
strona jego niezmiernie wiele podobno do yczenia pozostawia. Elegantem podobno 
chce by i raz do kocioa przyjecha tak obficie jakimi okropnymi perfumami oblany, 
e pewna ssiadka nasza, osoba sabowita i wielce trefna, zemdlaa i z awki kocielnej 
spada, a modlcy si gdzie w pobliu marszaek Boniecki tak si rozkicha, e a mu nos 
nieco spuch. Napoleona III stale podobno nazywa Bonapart, na istnienie kocowego e w 
tym nazwisku na aden sposb zgodzi si nie chcc, i czsto gsto do mowy swej diaba 
miesza, jako to: pal go diabli! niech go diabli porw! diabli wiedz, co to znaczy etc. I 
szelm take miesza. Kto sysza go mwicego: Diabli wiedz, co ten szelma Bona-
part dla nas za pazuch swoj chowa, a raz zapytany, jak mu si jaka panna podoba, odpowiedzia: 
liczna szelma jak sto diabw! 
Czek tedy niewyksztacony i nieuobyczajony prostak. Ekonomski syn podobno czy co 
podobnego. Bg wie kto. Ale mymy o tym wszystkim ze syszenia wiedziay. Z interesami 
tu i wdzie przyjeda czasem, lecz tylko przez gospodarzy domu przyjmowany, gospodyniom 
ich nigdy przedstawianym nie bywa. 'etant pas presemable, do towarzystwa 
nie nalea. Ale te mona byo powiedzie, e si do niego wcale i nie garn. Bezenny, 
niemody. y na stronie, nikomu si nie narzuca, spokojnie sobie starzejc i siwiejc, 
gdy par razy spostrzegszy go w kociele i pobliskim miasteczku, wiedziaymy, e ma 
srebrn siwizn na gowie i wok twarzy. A twarz ta, mocno rumian cer wanie do nazwiska 
mu przypadaa, dwojgiem tylko oczu bardzo bkitnych i byszczcych rd czerwonoci 
oglnej wiecca. Byo to tak zupenie, jakby kto w wikowy burak wprawi 
dwie od rosy byszczce niezapominajki i wszystko razem na srebrnej kdzieli pooy. 
Nic wcale tedy nie obchodzio nas to, e pan Burakiewicz za interesem jakim zapewne 
do gospodarza domu przyjecha, i szyymy dalej, w robocie i milczeniu pogrone, gdy 
nagle gos na uroczyst nut nastrojony wymwi: 
- Memento mori! 
To Oktunia, rce na kolana opuciwszy i aosnym wzrokiem po nas wodzc, sowa te 
pogrzebowe wymwia i dodaa: 
- Jak w klasztorze, gdy na silentium zadzwoni... 
- Jak u kameduw - szepna Stefunia. 
- Dlaczego nie rozmawiamy? Rozmawiajmy! 
Aha? Dlaczego nie rozmawiaymy! atwo to powiedzie: rozmawiajmy! Kiedy rce 
niewprawne co z wielkim staraniem i nie mniejszym zapaem robi, usta a oddymaj si 
lub a zaciskaj si z gorliwoci, z wysilenia, a gowa im sw adnych nie podpowiada. 
- Przeczytajmy cokolwiek! 
- Niech kto gono poczyta! 
136 
- Dobrze! Ale w takim razie jedna para rk od roboty si oderwie. No, niech tam! Godzink 
jak, dwie - para rk poprnuje, za to innym przyjemniej pracowa bdzie. 
Skoczyam do ssiedniego salonu, wziam ze stolika ogromnie wwczas czytywan, 
rozrywan broszur, w ktrej Edmund About dokonywa nowego pod iau Europy i wyznacza 
w nim szerokie miejsce Polsce wielkiej, potnej, niepodlegej. Powszechnie 
utrzymywano, e pisarz ten by powiernikiem, zausznikiem cesarza francuskiego Napole
ona III i e, jak by pan Burakiewicz powiedzia, B o  a p a   ten sam mu j podyktowa. 
Wic kombinacje polityczne szerokie i gbokie, zakrelanie nowych wcale granic pastwowych, 
cakowite przemalowywanie mapy europejskiej - i kolorem najrowszym z 
rowych wymalowano na niej przyszo Polski. A kiedy Bonapart tak myli, takie uka
da plany i ywi pragnienie, to ju najpewniej tak si stanie, koalicja pastw zachodnich na 
rzecz nasz si zawie i wszystkie te zmiany drog pokoju albo drog wojny przeprowadzi. 
I trzeba tylko, abymy sami rk i serc nie opucili, abymy w mnej walce nie ustali, 
abymy jej sztandar jak najdzielniej, jak najwytrwalej rozwijali - a Zachd z pomoc nam 
przyjdzie, i triumf sprawiedliwoci, wolnoci, triumf Polski, ktra od tak dawna za dwie te 
idee cierpi i walczy - radosne surmy i trby rozgone hymny i peony na wszystkie cztery 
strony wiata rozgosz. Tak pisa na rozkaz podobno pana swego zausznik i powiernik 
Bonaparta. A gdy sowa pisania tego, ywym gosem odczytywane, rozlegay si po rowym 
pokoju. Boe! jak radoci skakay nam w piersiach serca, jakie gorce hymny i peany 
wypiewyway wioniane nasze gowy! Na cze wspaniaomylnego i rycerskiego 
wiata, na cze Bonaparta i sprzymierzecw jego, na cze bliskiego, niezawodnego, 
ogromnego triumfu Polski hymny i peany wypiewyway gowy wioniane i wrzce serca 
nasze... 
A e potem te gowy i serca - tak zwiedzione! - przez ycie szy i do mogi doszy, na 
wiat i ludzi przeklestwa nie rzuciwszy - dziw! 
Lecz wtedy - kiedy walce tej witej i tak przez obcych nawet podniecanej dopomaga 
- to dopomaga, ze wszystkich sil, kad krwi kropl, kad iskr ducha! Caa krew nasza 
i cay duch nasz rway si, pdziy do - dopomagania i szczliwe czyniyby wszystko... 
Ale tymczasem nic jeszcze do czynienia nie byo oprcz szycia. 
Wic suchajc pieni synnego Francuza, cudnej pieni, z wowej gardzieli pyncej, 
szyymy, szyy, szyy, czasem z rozrzewnienia z rzsy ocierajc, czasem twarze znad 
roboty podnoszc i porozumiewawczo zamieniajc si zachwyconymi, rajskimi umiechy. 
Nagle - w drcy czsto od wzruszenia gos czytajcej, w wymowne sowa francuskie 
wpado podniesionym gosem wymwione jedno tylko sowo polskie: 
- Zabrako! 
- Jezus, Maria! - krzyknymy wszystkie i zerwawszy si na rwne nogi otoczyymy 
Czernisi, z ktrej wyszo to sowo fatalne. 
Z dugimi, cienkimi ramionami wzdu figury dugiej i cienkiej opuszczonymi, staa 
Czernisia zasmucona, zmieszana, a my, oniemiae zrazu z konsternacji, zaamywaymy 
rce lub z desperacj niosymy je ku gowom. 
Wic tedy zabrako! 
- Do ilu zabrako? 
- Wykroiam siedemdziesit om... ju przy kocu coraz wsze, wsze paski 
kroiam... ale Panie Boe ratuj!... wicej nie wyszo. Do dwudziestu dwch zabrako! 
Klska nie tak ogromna, jak przepowiadaa Marylka, jednak klska. 
Panie Boe ratuj! bo innego ratunku znikd nie wida. Chyba do panw pobiec i poprosi, 
baga, aby co prdzej do miasta posali, do tego dalekiego... Ba! czasu za mao... za 
mao... i jak tam jeszcze sprawi si ten posaniec... 
137 
Niech ktra z nas sama pojedzie! 
atwo powiedzie! Kadej co na przeszkodzie stoi i zawsze ten czas, ten czas! Lada 
dzie przecie wszystkiego od nas zada mog, a tu - niegotowe! Stefunia mwi, e od 
ma swego wie, e lada dzie... a kiedy naczelnik organizacji tak mwi... 
Bieda! gorzka nawet bieda! Takiej drobnostki nawet nie mc porzdnie zrobi! Wstyd! 
Wiemy, e winy w tym naszej nie ma, jednak wstydzimy si czego... moe zoliwe arty 
mskie z roboty niewieciej przeczuwajc. 
Kiedy tak biedujemy i rodki ratunku wymylamy, adnego wymyle nie mogc, drzwi 
od pokojw dalszych uchylaj si nieco i przez wski otwr niemiao zrazu wyglda 
utrefiona adnie gowa Marylki Jaroszyskiej, a potem wysuwa si ze szczeliny cakowicie 
i dziewczyna, z filuternym jakim ognikiem w oczach, do rowego pokoju wchodzi. W 
mioci wasnej troch zadranita, troch moe za drzwiami podsuchiwaa, jak sprawa z 
barankami si rozstrzygnie i co Czernisia o niej powie, a teraz wesza i z cicha, spokojnie, 
lecz z czym filuternym w umiechu i w oczach mwi zacza: 
- Prosz pa, przez przedpokj teraz przechodziam i futro pana Burakiewicza widziaam... 
Takie liczne baranki! Siwe, takie delikatne, od tych delikatniejsze... liczne! 
A policzek na do opucia z podziwu nad licznymi barankami pana Burakiewicza. 
A my na wie t a zadrafymy od srogiej, piekcej, od zjadliwej podliwoci czy 
zazdroci. Jeeli jest na wiecie oskoma moralna, tomy wtedy na pewno jej dowiadczyy. 
Ot, czowiek szczliwy, ktry takie baranki ma! 
- I cae takie futro barankowe ma? - gosami osabymi zapytujemy. 
- Calutekie! - Marylka odpowiada, a filuterne ogniki w oczach a arz si i umieszki 
po ustach jej a skacz. 
- Niech panie pjd i zobacz, e nie kami - mwi. 
To prawda. eby cho zobaczy! Pjdmy zobaczy! 
Wniosek uczyniony jest przez Wincusi, ktra z wielkimi noycami w rku nad stosem 
pokrojonych kaszmirw stoi, wszystkimi swymi stalowymi szpilkami, broszkami, klamrami 
byska i wyglda bardzo energicznie. 
- Pjdmy zobaczy! pjdmy! 
Nie przez aklamacj, bo nie jednomylnie wniosek przyjty zosta; Klemunia, Stefunia, 
hrabina i jeszcze kto z miejsca si nie ruszyy, ale pi poszo. 
Aby do przedpokoju doj, trzeba byo przez dwa due i dwa mniejsze pokoje przej. 
Szymy. Pochd otwieraa Wincusia, noyce przez roztargnienie wci w rku trzymajc, 
potem dwoma parami Oktunia z Tosi i ja z Inka, a za nami w ariergardzie dybaa na dugich 
swych nogach Czernisia, czarn, dug kres przesuwajc po obrazach i zwierciadach 
u cian zawieszonych. 
Zbit gromadk skupiymy si w przedpokoju dokoa wieszade, na ktrych - o Boe 
miosierny! - futro pana Burakiewicza z barankw siwych... takie liczne... 
Ciche wykrzyki i gone westchnienia. eby to ktrego ze znajomych panw wasno 
bya! Moe bymy wyprosiy, wypakay... na klczki choby pa... A tak, nieznajomy jegomo, 
Bg wie kto... skpiec te pewnie, ani myle o proszeniu... Mymy wprawdzie 
wszystkie a wszystkie swoje suknie i inne ubiory jedwabne odday... ale to co innego... kobietmy! 
A panw w ogle o cokolwiek prosi, to prbowa kamienie gry... zwaszcza 
jeszcze takiego... Bg wie kogo! 
Gdy tak biedujemy i lamentujemy, gwka Marylki Jaroszyskiej zza ramion naszych 
si wysuwa... Nie wiedzie, skd si wzia, bo z nami tu nie sza i pniej zapewne cichutko 
si wsuna, a teraz a loczki jej nad czoem od energii trzs si i rce szeroko si 
rozkadaj, gdy ogromnie rezolutnie mwi: 
- Ja bym jedn po ucia - i ju! 
138 
Skamieniaymy, zamarymy z przeraenia, ktrym propozycja ta nas przeja, ale potem 
wskrzesymy i poczy zamienia z sob sowa cichutkie, szybkie, spojrzenia porozumiewawcze, 
palce... A przysza sekunda, tak, na zegarze czasu zadzwonia sekunda 
(jeeli w ogle zegar jakikolwiek sekundy wydzwania), w ktrej kilka ust jednogonie i z 
determinacj jak mier stanowcz wyszeptao: 
- Wincusiu, odkrj po! 
Wezwana, caa w byskawicach swoich stalowych ozdb i w ognistych wypiekach, ktre 
na policzki si jej wybiy, jak jastrzb jaskk, jak chart zajca, jak podobno szatan dusz 
potpion, futro pana Burakiewicza porwaa i ju je na stole przedpokojowym rozoya, 
gdy nagle zawahaa si... 
- Jake to? Tak z wierzchem, z wat, z podszewk razem ci?... 
Do Czernickiej si zwrcia: 
- Czernisiu, porad! Sama odkrj! Ty to porzdnie przynajmniej zrobisz! 
Sztuka byaby u cudzego futra po uci - porzdnie! Wic te Czernisia obu rkami 
za gow si schwycia. 
- wity Boe, wity mocny! Ja bym cudze futro... i jeszcze u takiego... On by mi 
potem, spotkawszy, wyaja albo i wybi... I paniom te nie radz. Tylko e rzeczywicie 
potrzebne, nie dla kogo jednego, ale dla szczliwoci publicznej potrzebne... 
Ot to! Dla szczliwoci publicznej! W tym rzecz! I jej samej, Czernisi, mimo protestu 
oczy na futro pana Burakiewicza patrz, jak czarne uelki byszcz. 
Stawi jednak opr namitnociom i z obu rkoma ku gowie podniesionymi, po wiele 
razy wyszeptujc: wity Boe, wity mocny! A niech mnie Anieli Strowie strzeg i 
broni - szerokimi krokami z przedpokoju umyka i przez dug perspektyw innych pokojw 
kres dug i czarn ku pokojowi rowemu szybko sunie. 
A Wincusia z noycami nad rozoonym futrem, jak dzib godnego ptaka roztwartymi, 
rozpaczliwie woa: 
- Marylko! pjd, odkrj! Wprawniejsza... Gdzie Marylka?... - Ehe! Ju jej i ladu w 
pobliu naszym nie byo. Zemkna! Radzi i kusi, to radzia i kusia, ale kiedy do czynu 
przyszo, znika. Tak jak Czernicka zlka si zapewne sztuk podobn pata nieznajomemu 
jegomociowi, brutalowi podobno. Bg wie komu... 
Wic Wincusia, mruganiem naszym ku niej i gestami zachcajcymi na duchu wzmocniona, 
na odwadze do szczytu najwyszego wzbita, mocno stopami opara si o ziemi, 
ramieniem, w noyce zbrojnym, dziwny jaki gest wykonaa i - czach, czach, czach!... 
Od dou a do pasa caa jedna poa piknego futra odernita, z wierzchem, z wat, 
podszewk, ze wszystkim, co do niej naleao. I tylko gdy futro na wieszado powrcio, 
strzpy podszewki i kawaki waty z otwartej jego rany aonie si ku doowi zwieszay... 
W rowym pokoju byo troch sprzeczki pomidzy tymi spomidzy nas, ktre dziaay, 
a tymi, ktre z miejsc swych si nie ruszyy, troch wewntrznych wtpie o godziwo 
dokonanego czynu, troch niepokoju w ruchach i zamylenie na czoach, lecz bardzo 
wkrtce wygadzio si znowu jezioro. Co tam! Jako to bdzie! Panu Burakiewiczowi 
strat poniesion mona zwrci. Zapacimy, ile zada, i niech sobie inne futro kupi, a teraz 
mamy baranki! mamy! mamy! I rzecz kapitalna. Reszta marno, czczo, przemijalno! 
A Czernisia, siedzc przy bocznym stoliku, wierzch z wat od futra odpruwa. Py, dobywajcy 
si z prutych materyj, delikatn mgiek jej mae oblicze przysania, a zza 
mgieki dobywa si gos: 
- A jednakowo nie wystarczy! 
- Nie wystarczy! I to jeszcze nie wystarczy!... 
- Do dwunastu pewno wystarczy, ale do jakich omiu - dziesiciu... zabraknie! 
139 
Ochonymy z alu. Om na sto - odsetek nieduy. Niech ju tam! c robi? Nie 
pjdziemy przecie drugiej poy panu Burakiewiczowi ucina! 
Wtem na drugim kocu domu, kdy w okolicach przedpokoju, jakie niewyrane stuknicie, 
chody i nagle gosy mskie podniesione, bieganie, krzyki... 
le. Minuta sdu i kary nadchodzi. Dotd nie przyszo nam do gowy, e nadejdzie. 
Troch dreszczw po plecach przebiega. Ale nic; z nisko pochylonymi nad robot gowami 
siedzimy i szyjemy. Wincusia, krojc kaszmiry noyczkami, tak zgrzyta, e w uszach widruje, 
Czernisia porze. Milczenie. I tylko uszy ku stronie przedpokoju nastawione, nasuchujce, 
co si tam dzieje. A tam zaczyna dzia si co okropnego... 
Otwieraj si ze stukiem drzwi, Marylka z przestrachem na rozczerwienionej twarzy 
wpada i z przypieszonym oddechem mwi: 
- Co to bdzie? Co to bdzie? Pan na sub tak gniewa si, e niech Bg broni... Kae 
mwi, kto to zrobi, a oni nie wiedz... a pan myli, e kami, i coraz wicej gniewa si... 
i Jzef a pacze. 
Nie skoczya jeszcze mwi, gdy mymy ju z krzese si zerway. Nie, nie! Na sub 
gniewu i wyrzutw niesprawiedliwych ciga nie mona! Nie mona, aby przez nas poczciwy 
Jzef paka. 
Trzeba i, wszystko wyzna, pana Burakiewicza przeprosi, ile kompensaty pieninej 
da bdzie, zapyta. 
- Chodmy! 
- Chodmy! 
Wic naprzd winowajczynie, potem przez solidarno koleesk te, ktre w przestpstwie 
czynnego udziau nie przyjmoway, za nimi Czernisia, zatroskana, ale i z zaciekawieniem 
w czarnych oczkach, a na ostatku Marylka - kusicielka, jak kot przestraszony pod 
cianami cichutko si przelizgujca. 
W drodze zaskoczyo nas pytanie, ktra do pana Burakiewicza pierwsza przemwi. 
C? Gospodyni domu naturalnie... O, cika minuto pokuty i umartwienia. Ale nie ma co! 
Maj racj! Mnie wypada pierwszej gos zabra przed tym jegomocia nieznajomym, 
wielkim jakim - Bg wie kim! 
Oktunia i Stefunia z obu stron szepcz mi przy twarzy: 
- Ja z pomoc ci przyjd! A ja za sob sysz gosy innych: 
- I ja! i ja! i ja! Wszystkie bdziemy przyznaway si, przepraszay... 
- I paciy... 
Drzwi, z sali jadalnej do przedpokoju prowadzce, na ocie rozwarte, zna po nich 
wielkie pdy, z jakimi tu ludzie wbiegali i wybiegali. A dokoa wieszade - pieko wre. 
Panowie i lokaje skupieni, osupiali, pan Burakiewicz rozmachuje rkoma i krzyczy, gospodarz 
domu na sub krzyczy, stary Jzef czerwona chust oczy sobie z ez ociera, kredensowy 
pomocnik jego cienkim gosem wrzeszczy, e jak Boga kocha, nie wie, kto to 
zrobi... 
Wejcie nasze, takie gremialne, sprawia dywersj i ten efekt wywouje, e wszyscy 
milkn i patrz, co to za taka procesja niewiecia idzie... A my prosto ku panu Burakiewiczowi 
zmierzamy i przed nim stajemy, to jest, ja przed nim staj, a towarzyszki moje za 
mn, jak mur, a za nimi jeszcze Czernisia i Marylka. 
Staj, dygam, rk ku panu Burakiewiczowi wcigam. W teje chwili gospodarz domu, 
wypadkiem zaszym bardzo rozgniewany i wtargniciem naszym a do osupienia zadziwiony, 
ulega jednak przyzwyczajeniu, rzec mona, naogowi towarzyskiemu i aktu prezentacji 
dokonywa: 
- Pan Burakiewicz - moja ona... 
140 
A pan Burakiewicz twarz ma czerwiesz jeszcze ni zwykle i wrd niej oczy bkitne 
wprost supem od zdumienia stoj. Zdaje si, e na widok tych jedenastu niewiast, nie 
wiedzie czego przed nim zjawionych, o poniesionej krzywdzie na chwil zapomnia. Z 
bardzo niezgrabnym ukonem rk czerwon i szorstk rki mojej dotyka, a ja mwi zaczynam. 
Cicho mwi, bo mi w piersiach dry i w gardle dawi. Jednak mwi: 
- Przyszymy przeprosi pana... bardzo, bardzo pana przepraszamy... bo to my... to 
jest, gwnie ja, waciwie ja... 
- Nie, nie, to my wszystkie... - odzywaj si za mn chrem towarzyszki moje. 
- Ja... my... zrobiymy to... uciymy t po... 
- Co? - jakby kto z pistoletu wypali, wyrywa si z ust pana Burakiewicza i wida po 
nim, e we wcieko wpada zaczyna. 
- C to? Panie dobrodziejki arty jakie ze mnie, kpinki, drwinki... niech diabli porw... 
Na widok tak rozsroonego nieprzyjaciela mnie gos zupenie posuszestwa odmawia, 
ale wysuwa si zza mnie Wincusia i gono, rezolutnie rzecz przedkada zaczyna. 
Mowa jej zwyka jest, ale treci pena. Krtko, lecz dobitnie opowiada, co i jak byo, i 
e to ona, ona wanie ot tymi noyczkami po futra ucia i teraz noyczki te tu przyniosa 
na dowd (osobliwy zaprawd dowd!), e nikt inny tylko ona to uczynia, wic bardzo, 
bardzo przeprasza... 
- Bardzo, bardzo przepraszamy! - rozlega si za mwic na rne tony chr niewiecich 
postaci, w najgrzeczniejszych pod socem dygach ku ziemi przysiada. 
Teraz ja znowu wystpuj. 
- Niech pan bdzie askaw powie, ile to futro... ile mamy panu zwrci... na odkupienie 
zepsutego futra... my najchtniej... zaraz... 
I znowu dziewi dygw z towarzyszeniem chru. 
- Bardzo pana przepraszamy i niech pan bdzie askaw powie, ile za to zepsute futro... 
Co myleli i czuli, jak wygldali wiadkowie sceny tej, nie wiem, bo w nadzwyczajnym 
zmieszaniu swoim o istnieniu ich prawie zapomniaam, ale w pana Burakiewicza wlepiam 
oczy nierozumiejce, zadziwione, bo dzia si z nim i na twarz jego wybija si poczo 
co doprawdy niespodziewanego, nadzwyczajnego. 
Na twarz jego, jakby nagle poblad nieco, wybija si pocza pilna uwaga zrazu, potem 
rado... jaka rozrzewniona, promienna rado. 
Ju kiedy Wincusia przemawiaa, histori konfederatek niewykoczeniem na czas zagroonych 
opowiadajc, gniew znikn mu z oczu i ukaza si w nich wyraz ciekawej, skupionej 
uwagi. A potem bysna rado. Nie wiem, czy ostatnie sowa nasze o pieninym 
wynagrodzeniu szkody zrzdzonej sysza, bo mu powieki dziwnie jako mruga i wargi 
pod srebrnym wsem drga zaczy, jakby przez gwatownie cisnce si na nie sowa 
miotane. A wybuchn: 
- Tedy panie dobrodziejki w takim celu moje futerko pokiereszoway! Na czapeczki dla 
tych... co tam id... za... za ojczyzn... Niech mi diabli wezm, jeeli nie jestem kontent, 
wdziczen... 
Stentorowy gos dre mu zacz, wargi ju wprost latay, a niezapominajki, w burak 
wikowy wprawione, cae byy oblane byszczc ros. 
- Do diaba cikiego! Czeg ja tak irytowaem si tu, gniewaem. Przepraszam, bardzo 
przepraszam! Szelma ze mnie i - dure! Ale teraz to dzikuj paniom dobrodziejkom, 
sto razy, sto tysicy razy dzikuj... dzikuj... za to, e cho to, cho tym... cho tym kawakiem 
sukmany mojej... 
Przy ostatnich wyrazach rzuci si ku nam ruchem tak gwatownym, e a pomimo woli 
niecomy si w ty cofny, i pocz nas jedne po drugiej w rce caowa. Pocaunki te jak 
141 
wystrzay pistoletowe rozlegay si po przedpokoju, a w przestankach gos gruby, chropowaty, 
w tej chwili czuoci jak, smutkiem jakim przejty, mwi: 
- Bo to, panie dobrodziejki moje, stary jestem i sam ju nie mog... a syna nie mam... i 
obcy tu osiadem, nikomu nie znajomy... tedy nikt mnie nie ufa, nikt ode mnie niczego nie 
da... a ja z serca i duszy rad bym... czymkolwiek, rad bym przyczyni si... suy... 
Ju wszystkie nas jedenacie z kolei, bo Czernisi i Marylk take, w rk pocaowa, 
gdy naga myl jaka strzelia mu do gowy. Znieruchomia, przez par sekund oczyma 
zamylonymi po nas wodzi. 
- A moe... - zacz - moe wicej potrzeba... moe jeszcze uci?... Aemy si zatrzsy 
od zdziwienia i od tajonej radoci. Lecz nie wypada tak od razu propozycji zdumiewajcej 
.przyjmowa! Wicemy chrem i pojedynczymi gosami woay: 
- Dzikujemy! dzikujemy bardzo panu! Pan bardzo dobry! ale nie moemy naduywa... 
I bez tego wiemy, ile za tak szkod... 
- Co tam: ile, jakie tam: ile? To ja paniom dobrodziejkom wieczn wdziczno... niech 
mi diabli porw, jeeli kami, e wieczn wdziczno... i jeeli wicej potrzeba... jeeli, 
w oglnoci mwic, czegokolwiek potrzeba... 
Tu na czoo orszaku wysuna si spomidzy towarzyszek Oktunia i w amazonce swej 
zgrabna, miaa, a na twarzy tak wygldajca, jakby wnet z uniesieniem: Rachelo, kiedy 
Pan zapiewa miaa, rzeka: 
- Jeeli prawd wyzna mamy, to nam jeszcze do dziesiciu... oszycia barankowego 
brakuje... 
- Brakuje! - wykrzykn. - A co? Przeczua dusza moja, e jeszcze brakuje... 
Zerwa z wieszada smutne ruiny futra swego i nam je podawa, to jednej, to drugiej 
Wprost w rce wciska. 
- Prosz, prosz! Niech te szelmy barany szczcia tego dostpi... zaszczytu tego... i ja 
razem z nimi... 
Wzruszone, zdziwione, oniemielone, cofaymy si, dygaymy nie mia daru przyjmowa... 
Hrabina pierwsza pochwycia jedn z rk, ktre go podaway, i mocno j cisna, 
po czym ta czerwona, szorstka rka od jednej do drugiej doni niewieciej przechodzia, 
ciskana, wstrzsana, nie po wiatowemu, nie po salonowemu, ale po prostu, serdecznie. I 
mwiymy cigle: 
- Czy podobna? Ale niepodobna. Jake pan bez futra pojedzie! Dzi tak chodno! I 
nam a tyle nie potrzeba! 
- Nie potrzeba a tyle! No, to drug po tylko... do dziesiciu czapek drug po.... 
Pewno jak raz wystarczy... 
W rku Wincusi dziwnie jako w por noyce bysny i zadzwoniy. 
- Ot i noyczki s! - pan Burakiewicz zawoa. - Dziki Bogu, s noyczki... za pozwoleniem 
pani dobrodziejki... 
Wychwyci z rk Wincusi noyce ruchem tak niesalonowym, e a sykna troch z 
blu, i w mgnieniu oka resztki baranw swych na stole rozoywszy: czach, czach, czach! 
Krojc mrucza: 
- Twarda bestia ten baran... ale i noyce szelmy tpe... niech ich diabli... 
A gdy pikne niegdy futro adnej poy ju nie miao, zacz pozostao na siebie 
wkada. 
- Panie dobrodziejki mwi, e dzie dzi chodny, ale ja sobie z tego kpi... Zdrw jestem... 
chwaa Bogu, i mog choby w mrz bez futra A tu jeszcze piersi i plecy okryte... 
Wcign na plecy to dziwne ubranie, ktre tak zupenie jak niewiecie f i g a  o wygldao, 
tym tylko od niego si rnic, e byo z rkawami i e z cicia, przez noyce operacyjne 
zadanego, zawisy mu ku doowi bajecznie aosne strzpy waty, sukna i podszewki. 
142 
Ale teraz otoczyli go panowie, wszyscy trzej domowi i go. Gospodarz domu prosi: 
- Niech ssiad bdzie askaw tak zaraz nie odjeda... Moe obiad zjemy razem... Konie 
do stajni niech odejd... 
Nie przez grzeczno, nie przez zwyczajn grzeczno po raz pierwszy do domu swego 
pana Burakiewicza, jako gocia, zaprasza. W gosie jego czu byo wzruszenie. 
A pana Burakiewicza zaprosiny te i ich serdeczno - rzecz dziwna! nie ucieszyy, lecz 
zadziwiwszy zrazu, rozlay po nim, owszem, zasmucenie czy zamylenie. Ciszej nieco, ni 
mwi zwykle, odpowiedzia: 
- Dzikuj panu dobrodziejowi, bardzo dzikuj... ale odwykem... a prawd powiedziawszy, 
do takich kompanij i nigdy przyzwyczajony nie . byem... Jak dzik - odyniec 
pomidzy drzewami lenymi, tak ja samotny pomidzy ludmi chodz i nikt mnie bratem 
ani swatem nie jest. Szelma dola taka... ale co robi? Kiedy Panu Bogu tak podobao si... i 
ju niedugo... stary jestem... wic niedugo ju na tym diabelskim wiecie... Ale ot, o co ja 
pana dobrodzieja poprosz... 
W obie rce wzi rk gospodarza domu i, dziwnie proszco w oczy mu swymi byszczcymi 
niezapominajkami patrzc, znionym nieco gosem mwi: 
- Niech panowie bd askawi w kadej potrzebie, takiej oglnej... w'kadej okazji takiej, 
co to grosza albo troch pracy jakiej potrzeba, do mnie odzywaj si... Ja chc... ja 
dam... czymkolwiek przysuy si... matce... bo przecie i ja... syn jej... a e los szelma 
pomidzy samych obcych na ten wiat mnie rzuci, to ja i nie narzucam si nikomu... a tylko... 
diabli wiedz, co w sercu siedzi i spokojnoci nie daje... 
Zaczli go wszyscy czterej coraz cilej otacza, coraz serdeczniej zaprasza. Niech do 
nich przyjeda, niech si bliej z nimi zapozna, oni take odwiedza go bd. 
Ale czerwonymi rkoma macha zacz. 
- Ej, nie! Ej, nie! Z duszy, z serca dzikuj, ale nie! Odwykem... nie przywykem... 
diabami jak parobek sadz... w samotnoci mnie najlepiej... ogrdek swj pielgnuj... 
drzewka to moje dzieci... dumki smutne moi gocie. egnam pastwa dobrodziejstwa, egnam, 
dzikuj! 
I szed ku wyjciu w swoim dziwnym f i g a  z e , z aosn frdzl. 
Ale my znowu tak bez niczego rozsta si z nim nie mogymy i przy drzwiach go dopadszy. 
Boe drogi! czegomy mu nie nagaday! jakimimy go miymi, serdecznymi sowy 
nie osypay! Zdaje si, e hrabina par razy pieszczotliwie go po ramieniu pogaskaa... 
Zdaje si nawet - cho tego niezupenie pewna jestem - e czerwone policzki jego, 
srebrnaw kdziel otoczone, od Oktuni, Wincusi i ode mnie dostay trzy causy... 
I potem dopiero, po odjedzie pana Burakiewicza, odby si nad nami sd, nie sd parw, 
bro Boe, ale daleko wyszy, bo naszych i wszelkiego stworzenia panw. 
A kiedy przy obiadowym stole bardzo ju gderaniem nas nudzili i wyrzutami oburzali, 
Czernisia, ktra z nami dnia tego obiad jada, wyprostowaa na krzele swoj dug posta 
i z czarnymi oczkami jak uelki gorejcymi rzeka: 
- A mnie si zdaje, prosz panw, ze kiedy pan Burakiewicz przebaczy i jeszcze podzikowa, 
to i przez wszystkich przebaczonym i zapomnianym by powinno... Nie dla 
samych siebie przecie panie po t ucinay, ale dla szczliwoci publicznej... 
Miaa suszno Czernisia. Po dniu tym i po caej tej wionie nastpia u nas taka szczliwo 
publiczna, e a - ha! 
143 
GLORIA VICTIS 
(. 1863) 
Lecia wiat wiatem, ciekawy, niespokojny, sucha gwarze, opowiada wd, zb, 
kwiatw polnych, drzew przydronych i - szumia. Szumia o wszystkim, co widzia, co 
sysza na szerokim, wielkim, na przedziwnym wiecie, i lecia, a przylecia do krainy, w 
wody, trawy i drzewa bogatej, ktra nazywa si Polesie litewskie. 
Hej, przestworza wolne, przestworza rozoyste wiatrowi prdkiemu, na rwninach, co 
skraje niebios dokoa podpieraj bez przeszkd, bez zason. Nie uderzy si tu wiatr prdki 
o adn gr ani o aden pagrek, nie powstrzyma lotu jego adne wysokie miasto i chyba 
tylko las przed nim stanie z obliczem ciemnym i nad kami bezkresnymi, nad rozlanymi 
po nich wodami zaszepcze sowo: tajemnica! 
Ale dla wiatru las tajemnic nie ma. S to dwaj przyjaciele. Przenika wiatr lene gstwiny 
od skraju do skrajo i one mu wszystko, co widziay, syszay, opowiadaj. Przenikaj 
si wzajemnie i w noce gwiadziste, w dnie od niegu biae, w wieczory jesienne od chmur 
pospne, od deszczu szemrzce, wiod ze sob dugie przyjaci rozmowy. 
Lecia tedy wiatr nad Polesiem, gdy letnie soce miao si ku zachodowi i w blasku jego 
smki na kach stay zarumienione jak zorze, a wody oblekay si w barwy tczowe. 
Na wodach, w szyby wieloramienne, w strugi leniwe rozlanych, janiay fiolet, purpura i 
zoto, a nad nimi, w powietrzu, rozpocieraa si cisza bkitna, gboka. 
Wiatr ciszy nie mci, albowiem nie by z wiatrw takich, co grzmi i hucz, wstrzsaj 
i obalaj, ale z takich, co kochaj wiat. Lata po wiecie, aeby zbiera jego prawdy i banie, 
minione dzieje, wyronione jki, echa staczanych walk, aeby zbiera pyki jego nadziei, 
ule jego alw, tony jego pieni i nie je w przestrze, w dal, w czas, w pamicie, 
w serca... 
Przelecia wiatr prdki nad kami rozlegymi, agodn pieszczot muskajc w locie 
rumiane smki i czerwone szczawie, agodn swawol w drobne fale marszczc tczowe 
wd powierzchnie, a rozwina si przed nim wstga wody wcale ni tamte innej, cicho 
stojcej w korycie, rkoma ludzkimi wyobionym. 
Wiedzia wiatr, co to za woda i jak si nazywa. Przed poow stulecia tu by i wiedzia, 
e jest to Kana Krlewski. Hej, hej, ten pasek wody bladobkitnej, sennej, jaka mu to 
przeszkoda! 
Zanim motyl zdoa wzbi si z przybrzenej trawy na szczyt situ, u ktrego zwin do 
snu pozacane skrzyda, wiatr przelecia nad Krlewskim Kanaem i oko w oko spotka si 
z roztoczonym jak wzrokiem sign, wysokopiennym, cienistym, przezroczystym lasem. 
Odkd tu by, p stulecia upyno, jednak pozna przyjaciela. 
- Jak si masz? - zadmucha wesoo. Las w odpowiedzi zaszumia: 
- Witaj, miy latawcze! 
I wlecia wiatr do lasu uradowany, zwinny, przelatywa wrd wierkw, brzz, olch, 
dbw, ramionami owijajc pnie starych przyjaci i skrzydami na ich konarach skadajc 
pocaunki przywitalne. 
144 
- Jak si macie? - szemra i szepta. - Cocie przez czas ten widziay, syszay? Co si 
tu u was, dokoa was, dziao, stawao? 
A stare wierki, dby, brzozy rozoyste, ramionami powiewajc, odpowiaday: 
- Dziay si tu i staway rzeczy dziwne, rzeczy gone, dzwonice, paczce, rozlegajce 
si krzykami, jkami... 
- Co, co, co si dziao? Jakie, jakie, jakie rzeczy? - z szybkoci niezmiern szumia, 
pyta wiatr, gdy po to tylko istnia, aby dzieje ziemskie zbiera i po ziemi je roznosi albo 
nawet niekiedy pod samo niebo wznosi i niebu pokazywa. 
Po lesie bkay si wiata zachodzcego soca, w szerokie, zote pasy ubierajc pnie 
drzew starych, na mchach i paprociach migoczc mnstwem iskier, w rozkwitych rach 
dzikich zapalajc rubinowe serca. 
R dzikich, traw, paproci pen bya polana bardzo rozlega, wyniosymi drzewami 
zewszd otoczona, na ktr wiatr wlecia i wnet po niej uwija si pocz z szybkoci 
nadzwyczajn, wznoszc si i opadajc, badajc, szukajc, na rne tony szumic: 
- Co si tu dziao? Co si tu, na tej polanie, dziao? Co osobliwego, co nadcodziennego 
dzia si tu musiao! Czuj krew! O! dugo, przedugo ziemia wydaje z siebie wo krwi 
swych dzieci, ludzi! Sysz jki! O, dugo, przedugo powietrze trzyma pod obliczem nieba 
jki dzieci jego, ludzi! Tu by bj jaki i tu byy zgony! Tu byy rany, ttenty koni, krzyki! 
Mwcie, drzewa kochane, opowiadajcie mwcie! 
Drzewa milczay, tylko po ich gaziach przebieg dreszcz lekki, krtki, jakby z zimna 
nagego powstay, co dziwnym byo w ten ciepy dzie letni. 
A wanie w tej chwili wiatr z gwatownoci u niego niezwyk, z szumem namitnym 
zapytywa pocz: 
- A to co? a to co jest takiego? Tego natura nie uczynia! To uczyniy rce ludzkie? Tu 
nigdzie natura pagrkw nie usypywaa! Ten usypany jest przez ludzi! Kto? po co? dlaczego? 
A tene krzyyk na pagrku, wrd liliowych dzwonkw. Boe, jak may, prosty, 
biedny! - co znaczy? Mwcie, drzewa, o mwcie, bagam! 
Wtedy db wyniosy i silny, ktremu kpa zwisajcych w d gazi czynia brod dug, 
brzoza wysmuka i caa w dugich, ku ziemi opadajcych warkoczach, wierk wyprostowany, 
w hemie z iglic strzelist na szczycie, odpowiedzieli chrem przyciszonym 
szumw: 
- To jest mogia! 
- Taka wielka, taka wielka, taka wielka mogia! - zadziwi si wiatr. Brzoza westchna: 
- A krzyyk tak may! A db zagada: 
- pi w niej wiele serc mnych, spalonych na otarzu... 
- Wiele serc, a krzyyk jeden - zadziwi si znowu wiatr. 
Brzoza znowu westchna: 
- I taki may, biedny! 
Wyprostowany wierk potrzsn hemem zdobnym w strzelist iglic i przemwi: 
- Jam najwyszy w tym lesie, najdalej widz, wiem: s na ziemi bohaterzy wieczeni i 
nie wieczeni, majcy pomniki i ich nie majcy. Nabonie wiatr wyszepta pytanie: 
- Jeste to mogia bohaterw? 
- Bezimiennych - odpowiedzia wierk. 
A dzwonki liliowe, gsto dokoa krzyyka rosnce, cicho zadzwoniy: 
- Pomarych modo, modo... 
- I w mkach - szepna ra dzika u szczytu pagrka rosnca, przy czym od rubinowego 
serca swego oderwaa patek jeden i na pagrek go rzucia. 
145 
Upad patek, do motyla podobny, na trawy wysokie, a ra westchna: 
- Ja jedna kwiaty na t mogi rzucam. Co lata, od pstulecia prawie, rzucam na ni 
wonne patki moje, ja jedna! 
Tu znowu odezway si dzwonki liliowe: 
- A my dzwonimy pacierz aobny. Co lato, od pstulecia prawie, wydzwaniamy nad 
ta mogi pacierz aobny... my jedne! 
Wtedy wiatr prdki pooy si na pagrku mogilnym, znieruchomia. Ludzie widzie 
by go nie mogli, lecz drzewa, trawy, kwiaty widziay. 
Ciao jego przezroczyste, powiewne, z krysztau i szronu utkane, wyduyo si na pagrku 
w skrtach wowych i tysicem zotych odbi zawieciy w nim blaski zachodzcego 
soca. wieciy i migotay byszczce odbicia te w skrzydach jego ogromnych, ktre 
jak fale pynnego krysztau opady na trawy polany, we wosach jego, ktre jak pajcza 
tka ze szronu rozpostary si nad polan, w ramionach jego, ktre jak krysztaowe kolumny 
wznosiy si ku drzewom, gdy w powietrzu pyno szemranie bagalne, ciche. 
- Mwcie, o, starzy wiatru prdkiego przyjaciele! Wy, co przez wieki mieszkacie w 
wityni dumania i czoami niebotycznymi podpieracie stropy samotni nieskoczonych, 
zamyleni wiadkowie dziejw ziemi, tysicoustni a milczcy stre mogi lenych, bezimiennych, 
zapomnianych, nieuczczonych, wypiewajcie mi o tej mogile strof ycia i strof 
mierci, abym mg unie j pod niebo i pokaza niebu, a potem nie nad ziemi w 
przestrze, w dal, w czas, w pamicie, w serca... 
Ostatni rbek tarczy sonecznej za skraj ziemi zasun si i znikn. Natomiast zorza 
wieczorna w purpurze i pomieniach podniosa si za lasem i las napenia wiatami poogi. 
W powietrzu, pomidzy limi drzew, na krzakach i trawach, rozsypay si okruchy 
wietnej uny niebieskiej, majce czerwono i ognisto poncych kropel krwi. 
Stary, potny db, paajcymi kroplami krwi na gazistej brodzie wiecc, rozwar 
szerokie ramiona, powia nimi w powietrzu i tak szumie zacz: 
......................................... 
- Przyszli tu w kilkuset ludzi i rozoyli si obozem gwarnym, tumnym, pstrym od 
odziey rozmaitej, pobyskujcym orem rozmaitym. 
Jedn tylko cz odziey mieli jednostajn: czapki czworoktne barwy amarantusw 
albo polnych chabrw i jedn cech wspln wszystkim: modo. Samo lato ycia, lato 
gorce, kwitnce patrzao z ich twarzy, jeszcze znojem trudw i walk nie dotknitych, janiao 
w oczach, po brzegi penych zapau i nadziei. Rozoyli si obozem, zbudowali ze 
splecionych gazi namiotw kilka: dla wodza, dla co lepszych koni, dla przyszych rannych; 
u rozpalonego ogniska zgotowali sobie posiek wieczorny i gdy roboty byy ju 
skoczone, a na niebo nad lasem wzeszy gwiazdy, wzbili ku niebu i ku gwiazdom chr 
silnych gosw, piewajcych hymn skargi, ufnoci i proby. Hymnu tego my, drzewa, suchaymy 
zdumione, wtrujc mu szeptem ciekawoci penym: Co to bdzie, co to bdzie? 
Wodzem ich by czowiek witego imienia, ktre brzmiao: Romuald Traugutt. Pytasz, 
dlaczego witym jest to imi? Albowiem wedug przykazania Pana opuci on on i 
dzieci, dostatki i spokj, wszystko, co pieci, wszystko, co raduje i jest ycia pont, czarem, 
skarbem, szczciem, a wziwszy na ramiona krzy narodu swego, poszed za idcym 
ziemi t supem ognistym i w nim zgorza. Nie tutaj zgorza. Nie w tej mogile pi. Kdy 
daleko. Ale wwczas na czele hufcu tego na t polan przyszed i patrzyymy na niego 
my, drzewa. 
Po razy wiele w czasach dalekich spod gazu niewoli, ktry t ziemi toczy, wzbija 
si by sup ognisty ku obiecanej krainie wolnoci wiodcy i gromady ludzi za nim szy. 
Wzbi si i teraz, gromady ludzi za nim poszy, ta bya jedn z nich, a on jej przywodzi. 
Widziaymy jego czarnowos gow z oczyma myliciela i umiechem dziecka. Oczy 
146 
mia mdre, smutne - podobno bratem bliniaczym mdroci bywa u ludzi smutek - a 
umiech wiey, perowy, z kropl sodyczy dziecicej albo niewieciej. Przez czoo niade 
palec tragicznych przeznacze wczenie przecign mu zmarszczk surow, niekiedy a 
gron. 
I gos jego syszaymy z brzmieniem jak stal dzwonicym, rozkazujcym, niekiedy a 
gronym. Tak grzmie musia w wwozie termopilskim gos Leonidasa. 
Skd wiemy o Leonidasie? Pra-pra-ojcom naszym opowiaday o nim pra-pra-ojce 
wiatrw prdkich i nikt nie zgadnie, kdy, jak, kiedy o rzeczach wielkich i o rzeczach 
wiecznych rozpowiadaj wiatry drzewom, drzewa chmurom, chmury gwiazdom, gwiazdy 
duchom, a banie i pienie, wieci i powieci pyn jak wiat szeroko i jak wieczno dugo... 
Czy Leonidas wiedzia, e gdy wwz termopilski trupami hufca swojego zasypie, stopa 
niewoli ziemi greckiej nie dosie? Jeeli wiedzia, bogo mu byo uciea t krwaw 
zapor i jako piecz skada na niej siebie! 
Ten nie wiedzia. W ornych sprawach ludzkich biegym by, biego ta w dalekowidztwo 
wzrok mu zaostrzaa, spostrzega wyaniajc si zza dnia ofiar i boju potworn, 
czarn noc. 
Jednak szed i prowadzi, bo tak bya moc supa ognistego, ktry wwczas nad ziemi 
wzbi si, tak tsknota za obiecan oczekiwian, za upragniona, pomiennie kochan krain 
wolnoci i takim by krzy narodu jego, ciki, nieznony... 
Ale nie o nim teraz opowiada bd. O nim potem, dugo. Dug by winna powie o 
mu wielkim, ktry po sobie zostawi imi gone. 
Teraz o jednym z bezimiennych, z najmniejszych, z najmodszych, o tym, nad ktrego 
gow niemal chopic rka niewiecia ten may krzyyk zasadzia. 
Pikny maj by na wiecie, kiedy tu przyszli. Konwalie kwity obficie jak nigdy, niedaleko 
std nad bkitn strug w kalinowych krzakach piewa sowik. Zielono byo na tej 
polanie od modych traw i paproci, kwiecisto od konwalij i r dzikich, wonno, zoto i ciepo 
od wiosny. Gdy oni przyszli, uczynio si na niej szumnie, dumnie i wesoo. Tak, tak, 
wesoo. 
Nie niewolnicy to byli, na arkanie przemocy do boju cignici, lecz dobrowolni ofiarnicy 
wysokich otarzy. Ze wiatem idei w gowach, z ogniem mioci w sercach, gowy i 
serca nieli wysoko. Byli silni, mieli, gwarni i czy uwierzysz, wietrze prdki? -. byli 
szczliwi. Zapewne uwierzysz, bo wiedzie o tym musisz, e na Gwiedzie, ktra nazywa 
si Ziemi, dusze ludzkie i szczcia ludzkie istniej w mnstwie odmian i e, jak motyl na 
kwiat wybrany, dusza ludzka zlatuje zazwyczaj na t odmian szczcia, ktra najwicej 
do niej samej jest podobn. Ich dusze przycigno ku sobie to szczcie, co rozkwita na 
wysokich grach i ma kielich purpurowy, a koron uplecion z cierni. 
Nie tylko przyszli, lecz take i przyjechali. Grzmiaa ziemia od biegu osiodanych koni i 
powietrze iskrzyo si od byskw obnaonych szabel, ilekro stalowy gos wodza zawoa: 
- Jazda! 
Na czele jazdy wybr wodza postawi modzieca o postawie wyniosej i czarnym, 
iskrzcym si oku. Mody Herkules z ksztatw, Scypio rzymski z rysw. Rodzinny dom 
jego sta niezbyt std daleko, od podstaw do szczytu opleciony bluszczem, otoczony gstwin 
drzew odwiecznych, rozogiem pl yznych. Spod zielonych bluszczw wyszed, 
tutaj przyby i z posuszestwem dziecka, z popiechem kochanka bieg na swym strojnym, 
ognistym arabie, ilekro rozleg si gos wodza, woajcy: 
- Jagmin! 
Wtedy czapka kwadratowa krwawia si mu nad czarnymi jak noc wosami, do leaa 
na gowni szabli, a za silnymi ramiony lecia poszum niewidzialnych skrzyde... owych 
dawnych. 
147 
Ale ten mj, ten mj may... (maym Tarowskim nazywano go w obozie.) ani tak silny 
by, ani tak urodziwy, ani nawet tak bogaty, aby na drogocennym, strojnie przybranym 
biegunie tu przyby. Dlatego wanie ulubiecem moim stal si, e by wty, drobny, na 
twarzy rowy i biay, a oczy mia jak u dziewczyny agodne, niemiae, czyste i tak bkitne, 
jak te niezapominajki, ktre tu czasem u stp moich rosn. Przebrana dziewczyna 
czy ledwie dorose chopi! Wcale te niedawno mino mu lat dwadziecia. Jednak moe i 
dlatego jeszcze ulubiecom moim rycho sta si, e we mnie ciekawo obudza. 
Dziwne w wieku tak modym przepastne zadumy osiaday mu niekiedy w oczach dziewiczych, 
agodnych, a po twarzy rowej i biaej przepyway takie uny gorce, jakby tam 
w nim, we wntrzu tej jego wtej, chopicej postaci co pono, gorzao. 
I przedtem zreszt, zanim tu przyby, ju go lubiem. Mwiy o nim pomidzy sob te 
trawy rozczochrane, ktre wiecznie pochylaj si ku sobie i o czym mwi jedne drugim 
musz. Mwiy o nim rzeczy mie, adne. W ciche wieczory szeptw ich suchaem. 
Urodzi si nie w tych stronach, kdy daleko, a w te strony przywia go w prd grny, 
ktry wwczas wiatem pyn i ludzi wysokich rzuca w ramiona i pod stopy maluczkich. 
On, ten may, wysokim by wiedz i myl. Szybko podbija musia ich krain, skoro tak 
wczenie sta si jednym z jej mieszkacw. By modym uczonym, takim, co si u ludzi 
nazywa naturalist. Mgby by na szerokim wiecie wstpowa na drogi wysokie. Wstpi 
na niziutk. Przyby w te strony, aby sw myl i wiedz rozdawa maluczkim. Dlaczego w 
te strony wanie? Nie wiem. Ale to rzecz pomniejsza. Przeznaczenie welonem tajemnicy 
osonite trzyma w doni koczan z tysicem trafw, ktrymi uderza w ludzi i rzuca nimi 
jak pikami po wiecie przestrzeni i po wiecie zdarze. 
Przyjecha by do pobliskiego std miasteczka i uwi tam sobie gniazdo niedue, codziennie 
napeniajce si szczebiotaniem pisklt ludzkich. Nie przyjecha sam jeden. 
Przywiz ze sob dziewczyn, siostr modsz, w sposb bajeczny, prawie a zabawny do 
niego podobn. Ta sama drobno wzrostw, wto ksztatw, te same rysy cery i na rysach 
rozlane wyrazy. I kochali si, kochali! Podobno odumarli im wszyscy bliscy i byli na 
wiecie tylko we dwoje. Samotno serc sierocych i wsplno zagrody rodzinnej, kdy 
daleko starymi lipami ocienionej, skrzepiay wze u kolebek zadzierzgnity. Skrzepiaa go 
jeszcze zapewne jednostajno tych gwiazd, ktre rzdz ludzkimi ukochaniami, chciami, 
pracami. Pracowali razem. Brat uczy siostr, siostra pomagaa bratu i zawsze byli razem, 
we dwoje: w szkole w domu, na ulicach miasteczka, na drogach polnych i lenych. A zabawnie 
byo patrze na t park ludzi modziutek, ma, jasnowos, rowotwarz, 
wiecznie ze sob sprzgnit i wiecznie ze sob rozmawiajc, naradzajc si, zagadan, 
z byskami w bkitnych oczach i wesoymi umiechami na rumianych ustach. Ona go nazywaa 
Marysiem, a on j Anielk. 
Dobrze im byo ze sob i kady z atwoci mg zgadn, e dobrze im byo na wiecie. 
Wkrtce jednak przyszed czas, e na ulicach miasteczka, na polnych i lenych drogach 
poczli ukazywa si nie we dwoje ju, ale we troje. Towarzyszem ich czsto bywa zacz 
w modzieniec spod zielonych bluszczw, z postaw wynios, siln, i ze niadym 
profilem Rzymianina, ktry to potem na tej polanie mia dowodzi jazd. Ten zewntrznie 
wcale do nich podobnym nie by; owszem, jakby innej rasy by, czerwieszej krwi, spod 
zamaszystszego, potniejszego mota natury. Pomimo to zawizywao si pomidzy tym 
trojgiem co coraz serdeczniejszego: przyja? mio? jedna i druga razem? - a dnia 
pewnego, za spraw nowego towarzysza, dziewczyna zapakaa krtko, lecz rozpacznie. 
Byo to tak. W lesie, tym, co tu za miasteczkiem, siedziaa z bratem na obalonej kodzie 
i oboje z gowami ku sobie pochylonymi przygldali si jakiej pierzastej trawie, po 
ktrej peza drobny jaki owadek, gdy tamten spiesznie nadszed i przed nimi stan. Szuka 
ich i znalaz. Od do ju dawna wiedzia, gdzie, kiedy najatwiej znale ich moe. 
148 
Zmieniony by, jaki nie taki jak co dzie. Oczy mu gorzay, spod czarnego wsa usta 
zdaway si krwi tryska, burza uczu wstrzsaa niadym czoem. Stan przed nimi, bez 
sowa powitania odkry gow i rk po kruczych wosach powid, a rka ta, dua, silna, 
biaa, herbowym sygnetem na palcu byszczca, troch draa. Zrozumieli i - zawizaa si 
szybko rozmowa. 
- Ju dzie oznaczony? 
- Oznaczony. 
- Kiedy? 
- Za dni dziesi. 
- Gdzie? 
- W Dziatkowiczach. 
- Dokd? 
- Za Kana Krlewski, do lasw horeckich. 
Tu gos dziewczyny zawoa: 
- Ju! 
A on brata jej zapyta: 
-Postanowienia nie zmienie? 
- Chybaby dusza moja zmienia si na inn! 
- Wic razem? 
- Razem! 
- Za dni dziesi do mnie i ze mn tam, gdzie bd wszyscy... 
Zamilkli, bo rozmow przerwa im pacz niewieci. Z twarz ukryt w drobnych doniach 
Anielka kaa, i byo to kanie rozpaczne. 
Wiedziaa, e to si stanie, lecz kiedy ju, ju stawa si miao, tak paka pocza, e 
a cae wte jej ciao w tym pakaniu kurczyo si i drao, a jasne wosy rozsypyway si 
po ramionach i na szar sukienk przez palce przeciekay strumienie ez. Ale niedugo, 
niedugo. Mocowaa si z kaniami, z zami - i ustay. Wstaa i ramionami otoczya szyj 
brata. Przycisna si do piersi jego mocno, mocno i odrywajc si od niej powtrzya kilka 
razy: 
- Id, Marysiu, id! 
Twarz jej, od ez mokra, stana w umiechu takim, co to blem usta kurczy, i rumiece 
z niej znikny. Ale posta drobn z caej siy wyprostowywaa i w oczach brata topic swe 
biedne, mnie ze zami walczce oczy, powtarzaa: 
- Id, Marysiu, id! Trzeba! 
W wieczr dnia tego w maym ogrdku, gdzie roso kilka jaboni i troch bzw kwito, 
dwa gosy z cicha z sob rozmawiay. Gos dziewczcy prosi: 
- On silny duchem, ale ciaem saby, w wiczenia mskie niewprawny... Od dziecistwa 
ksika, nauka, grne myli i zamiary... Odwany, lecz sia skd? Kocha, jak kocha, 
ja jedna tylko wiem, ale czy zdoa? Nie tu urodzony, nikogo tam swego mie nie bdzie. 
Pan nigdy niczego si nie lka, to pozna atwo. Wic pan nie wie, co to trwoga taka... jak 
szyba lodu na sercu, jak n w sercu. O, panie... bdcie wy tam czsto razem... 
On przyrzeka: 
- Tam, gdzie nikogo swego mie nie bdzie, ja bd mu swoim. Przyjacielem mu bd, 
bratem, w potrzebie obroc. I jak razem odchodzimy, tak razem tam bdziemy pier z 
piersi, dusza z dusz... I razem powrcimy... albo... 
Z szerokiej piersi namitne westchnienie wzbio si pomidzy wonie bzw i bzy tylko 
widziay, jak nad dwojgiem rk dziewczcych, drobnych, drcych nisko pochylia si mska 
twarz z rzymskim profilem i jak usta mskie, purpurowe, gorce lgny si do nich po
149 
caunkami dugimi... Pierwsze to byy pocaunki, na rkach tych przez te usta skadne. Czy 
i ostatnie take? Potem oczy ich zatony jedne w drugich i przy wietle gwiazd wiele sobie 
powiedziay. Moe usta powiedzie pragny wicej jeszcze, lecz w tej godzinie wyrocznej... 
nie mogy. Czy kiedykolwiek powiedz? Przeznaczenie stoi za ludmi, welonem 
tajemnicy zasonite, i w doni trzyma koczan z tysicem zdarze... 
Lecz daj mi spocz chwil, wietrze prdki! S ludzie i losy, o ktrych bez spoczynku 
dugo mwi nie mog takie nawet, jak ja, dby silne. Dreszcze po konarach mi biegn i na 
licie wystpuj krople chodne. 
......................................... 
Chodna rosa na las padaa i bujne jej krople gsto usiay gazist brod silnego dbu. 
Toczyy si te one z wolna po dugich warkoczach brzozy, rozpylonym srebrem wieciy 
na trawach, krzakach, liliowych dzwonkach, na patkach r dzikich, ktrych serca, niedawno 
rubinowe, przygasay, ciemniay. 
Przygasao, ciemniao rwnie nad lasem niebo, za przezroczyst zason drzew janiejc 
ju nie krwawym pomieniem, lecz bladym zotem zorzy. Od tego bladozotego jeziora, 
na niebie zawieszonego, szy lasem wiata smtne, blade, przedwstpne goce nocy, i 
rozpywaa si od nich po lesie melancholia zadumana, tskna... 
Ale noc nie nadchodzia jeszcze i na niebie nie byo gwiazd, tylko gdzieniegdzie pyny 
po nim od zorzy oboki przezroczyste, do pir zotawych albo do bladych rumiecw 
podobne. 
Pod zotawym pirem niebieskim w mdlejcych blaskach dziennych wyprostowany 
wierk zachwia szczytem ciemnym, ramiona jego zadray i wkrtce rozwary si szeroko, 
a nad polan popyn szum gboki i dumny najwyszego z lenych drzew. 
- Jam najwyszy w tym lesie, najdalej wzrokiem sigam i widz najwicej. 
Widywaem walki, ktre staczali oni w oddaleniu to wikszym, to mniejszym, niekiedy 
tak wielkim, e ich odgosy dochodziy tu jak guche turkoty, toczce si za skrajem firmamentu 
lub jak wzdte poszumy lasw, gdy targa nimi przelatujcy Wicher-Gwat. 
Wtedy tu, na tej polanie, panoway cisze letnie, gorce i wonne, motyle wieszay si na 
kwiatach, a na mchach i trawach igray w promieniach sonecznych skrzydlate owadki. 
Sowik te w kalinach piewa zaczyna i drobne ptactwo, przez gwar odegnane, przywabione 
przez cisz, pomidzy gazie nasze powracao. 
A tam, we wciekociach zwierzcych, w podrzutach miertelnych kbiy si ciaa 
ludzkie, i we wrzawie bojowej, w stuku gromw, w ulewie ogromnych byskawic krew z 
nich cieka na trawy, mchy, kwiaty, i wsikaa w drc od huku i haasu ziemi... 
Ale ja tobie, wietrze prdki, rzeczy tych, niegdy widzianych, syszanych nie opowiem. 
Gamami szumw swoich czsto opowiadam ziemi o jej smutkach, zagadkach, ponnych 
nadziejach i pewnych mogiach albo w wichrzyste noce o rzeczach gbokich i wiecznych 
rozmawiam z chmurami. 
Lecz ludzkich walk krwawych opiewa nie umiem. Nie do tegom stworzony ja, mieszkaniec 
pokojw lenych, dajcy gniazdom ptasim przytuek bezpieczny i cienie kojce 
roztaczajcy nad wszystkim, co od skwarw usycha i mdleje. 
Tykom dra od radoci i szumem swym piewa niebu dzikczynne: hosanna! ilekro 
tu powracali ywi i zwyciscy. 
Zwyciskimi powracali nieraz i cho im na uznojonych czoach rozlewaa si duma 
triumfu, w szeregi karne wycigali si na gos wodza, w milczeniu oczekujc sw jego 
rozkazw. 
On serca ich w rku swym trzyma i umia podbija je w gr. Odkrywa przed szeregami 
czarnowos gow i za to, e byy posuszne jak dzieci a jak lwy odwane, e sile 
przemagajcej rozproszy si nie day, e wstydem nie splamiy krzya, ktry przyjy na 
swe ramiona - dzikowa. Ale i wtedy jeszcze, gdy dzikowa, gos jego rozlega si jak 
150 
bojowe dwiki i nie byo w nim sodyczy ani pieszczoty, hart tylko by i wola elazna, 
trzymajca mocno wodze ich woli. Im za od tych dzikczynie stalowych i krtkich na 
twarze, znojem oblane, prochem opalone, kurzaw okryte, spada blask wniebobiorcej radoci. 
A potem byy tu opowiadania, rozmowy gwarne, ogniska, buchajce wonnym dymem 
jaowcw, wesoe renie koni, bogie spoczynki na mchach i trawach, szepty modlitw w 
wietle gwiazd i brzmienia przyciszonych hymnw chralnych, z pomienn pokor wzbijajce 
si ku Temu, ktry jest nad gwiazdami. 
Raz gdy wrcili tak, nie rozproszeni, nie osabli, lecz owszem, w odwadze i wytrwaniu 
umocnieni, a na gos wodza: W szeregi, formuj si! stanli przed nim murem zwartym, 
on jednego z nich przez chwil wzrokiem szuka i znalazszy, skinieniem ku sobie przywoa. 
I kt wtedy, jak mylisz, wietrze prdki, przed nim stan? Oto ten may Tarowski w 
tej chwili, o! wcale, wcale do biaej i rowej dziewczyny niepodobny. Plamy krwi mia na 
odziey i rkach, a pord twarzy, przez dymy i kurzaw uczernionej, oczy byskay mu 
niespokojnie, bolenie, prawie ponuro. Stan w zwyczajnej sobie postawie, nieco niemiaej, 
i czeka. 
Wdz w milczeniu patrza na t posta wt, ladami walki cikiej okryt, na te rce 
drobne, a zakrwawione i co z czuoci ojcowskich albo z braterskich rozrzewnie przepywao 
mu po surowym czole. Potem wskazujc go wycignitym w milczeniu szeregom 
rzek: 
- ycie mi dzi uratowa. Cudem odwagi je uratowa; cud, e nie zgin sam. Dziw, e 
w tym dziecku mieszka taki lew! Nie za to wdzicznym mu, e yj, lecz za to, e was 
jeszcze, jako klamra, sprzgam i e jeszcze razem z wami su nie adnemu panu ziemskiemu, 
ale Umczonej, e jeszcze su. Uczcijcie w nim dzielnego rycerza Umczonej! 
Ja mu dzikuj. 
Tu ramieniem szyj tego maego otoczy i co z anielskich tkliwoci czy radoci wykwita 
poczo mu na usta, a rozkwito w umiech serdeczny, perowy, wiey i bardzo 
dziwny pod czoem tragicznym. 
Byo tam, byo potem dokoa tego maego powinszowa, uniesie, uciskw, zapyta, 
opowiada. Kto widzia, opowiada; kto nie widzia, zapytywa. Zdaje si, e tam, za olchami, 
na rce go porwali i wysoko na rkach podnieli, e dowdca jazdy, w herkulesowym 
ucisku go trzymajc, dugo mu co o siostrze, o pannie Anieli szepta!... Jake! 
Uratowa klamr t drogocenn, ktra ich sprzgaa, wiedz, ktra ich wioda, wol, ktra 
ich wol trzyma umiaa w okowach wytrwania i rozpomienia ogniem nadziei - choby 
przeciwko samej nadziei! Powszechn tu bya wieczoru tego jaka dziwna, dobra, braterska 
rado. 
I na nim jednym tylko, ktry radoci tej by przyczyn, wcale jej zna nie byo. Wyglda 
tak, jakby podziela j chcia, ale nie mg. Na pytania ledwie sowem krtkim odpowiada 
lub nie odpowiada nic; uciski odwzajemnia, lecz by rd nich jakby we nie, 
jakby w zamyleniu roztargnionym. 
Omy z siebie w strudze bkitnej kurzaw, krew, dym prochowy i mia twarz znowu 
bia i row, nawet nie ogorza, bo jak u niektrych niewiast bywa, nie imay si jej 
biaoci spieki soneczne. Lecz myla o czym cigle, niespokojnie, prawie pospnie, jakby 
dusza jego koysaa si nad przepaci pen wtpie, zapyta, zagadek. 
Tak gdy gwiazdy wzeszy, pooy si pod t brzoz i gdy wszyscy ju spali, nie spa. 
adne z nas, drzew, tego niepokoju i smutku jego zrazu nie zrozumiao. Jam pierwszy 
zrozumia. Nie do tego by stworzony. Jak ja, ktry z niebem czsto o rzeczach wielkich i 
wiecznych rozmawiam, nie stworzonym do opiewania krwawych bojw ludzkich, tak on, 
151 
w geniuszu natury i grnych mylach ludzkich rozkochany, do bojw tych stworzony nie 
by. Do czego innego by stworzony. 
......................................... 
- Znaam go z bliska, znaam dobrze jego myli i mioci - zaszeptaa brzoza, ktrej 
gste listowie, w spywajce ku ziemi warkocze zaplecione, srebrzyo si jeszcze gdzieniegdzie 
od wieczornej rosy, a suknia z biaej rosy przewiecaa zza dugich warkoczy. 
Znaam go z bliska, znaam dobrze jego myli i mioci, bo dokoa mnie, z ziemi od pobliskiego 
strumienia wilgotnej wyrasta tum ogromny rolinek przerozmaitych, przyziemnych, 
drobnych, wrd ktrych krzta si, peza, biega, podlatuje drugi tum rwnie malutkich, 
przyziemnych, przerozmaitych owadkw, robaczkw, a on, ten may, z drobiazgiem 
tym przebywa lubi dziwnie i wwczas tylko na rowej twarzy jego janiao 
szczcie spokojne, bogie, gdy z nim przebywa. On doprawdy drobiazg ten kocha i 
ksztatw jego, ycia jego ciekaw by namitnie. 
Susznie powiedzia wierk wysoki, e by on rozkochany w geniuszu natury, ale ja tylko 
wiem, bom temu przygldaa si nieraz, jakie on z tym geniuszem rozmowy dugie, 
ciekawe prowadzi. I miosne rwnie, bo tak ju jest pomidzy ludmi, e ciekawe i dugie 
rozmowy prowadzi oni zwykli tylko z przedmiotami swojego kochania. Przedmiotem 
kochania jego bya natura, lecz powstao przeciw niej kochanie drugie, tym pomienniejsze, 
e bolesne, i tu go przywiodo. O tamtej kochance zupenie zapomnie nie zdoa i 
przed obliczem mierci, ktra co dzie spotka go moga, stojc, wzrokiem i dusz wpatrywa 
si jeszcze w jej oblicze. W przerwach suby obozowej, w godzinach odpoczynku 
to bywao. 
Inni, odpoczynkowi po cikich trudach radzi, zbieraj si w gromadki, gwarz, wspominaj 
i nieraz miech wesoy wzbija si od nich nad tym polem bliskiej mierci, a on jak 
zwykle chtnie milczcy, cichy, chodzi w pobliu moim pod tymi olchami cienistymi, po 
tym gaju kalinowym, nad strumieniem i co chwil na ziemi pochylony czego midzy 
zikami czy owadkami upatruje, szuka, a znalazszy w palcach albo w doni podnosi i 
przyglda si, wzrok i pami w tym zatapiajc - szczliwy! 
Raz trzej, czterej towarzysze jego przyszli tam i zapytali, czego szuka tak pilnie i czemu 
tak bacznie si przypatruje. Trzyma wtedy w palcach jakie pirko zielone, w dziwnie 
subtelny sposb wykrojone i wyrbkowane, wic swoim cichym, agodnym gosem mwi 
im zacz o tym, jaka to jest rolina rzadka, jak on pragn znale j kiedykolwiek, nie zasuszon 
w zielniku, lecz yw, jaki kraj oddalony, zamorski jest jej krajem rodzinnym, jak 
przez ldy i oceany wiatr nasiona jej tu przynis i jaki to cud natury te wdrwki na 
skrzydach wiatru, od bieguna do bieguna ziemi, nasionek tak drobnych jak pyki. Innego 
dnia to samo powtrzyo si z powodu owadka zotawego, ktry trwonie uwija si mu po 
doni, a innego jeszcze z powodu wspaniaej korony nenufaru, ktra u brzegu strumienia 
rozkwita, a ktr on zerwa i w rku trzyma, twarz pochylon w upajajcej woni jej zatapiajc. 
Towarzysze w cis gromadk wok niego skupieni patrzali, suchali, wszyscy go 
wzrostem, szerokoci ramion, mskimi zabarwieniami twarzy przewyszajc. Czapki ich 
czworoktne wyglday na tle zielonym jak ogromne chabry i amarantusy, na odziey 
mieli twarde, szerokie pasy i u pasw elazem pobyskujc bro. I dziwnie byo patrze, 
jak te twarze ogorzae, pitnem zmcze i niepokojw trawicych naznaczone, pochylay 
si ciekawie nad drobnym pirkiem rolinki albo zotawym ciakiem owada i jak na te skazane 
gowy ukojenie i odpoczynek spyway z cichych sw maego towarzysza, z zielonych 
tkanek roliny, ze zotawych skrzydeek owada, ze nienych patkw wonnej lilii 
wodnej. 
Oto do czego by stworzony. I jeszcze do tych myli, ktre przyjacielowi opowiada 
wtedy, gdy wszyscy spali, a on, nie pic u stp moich, na gstych trawach lea. 
152 
Tamten nie spa take. Sen z oczu spdzaa mu myl o tej zagadce ogromnej, w ktr 
ziemia ta i najlepsi jej synowie uplatali si, jak w krwaw pajczyn, i moe jeszcze o pozostaej 
daleko, tsknicej pewno, paczcej moe Anielce. Przyszed do brata Anielki i 
dugo obaj leeli u stp moich, twarzami ku sobie obrceni, w milczeniu nocy rozmawiajc 
tak cicho, jak cicho pacz moje warkocze, gdy z lekkim szemraniem spywaj z nich 
na traw majowe deszcze nocne. 
Cicho byo. Na jednym z kracw obozu ko czasem zara, na innym z piersi upionego 
czowieka wyrwa si okrzyk guchy albo wiono cikie westchnienie. Kto w ostatniej 
bitwie raniony jcza pod dbem w uplecionym z gazi namiocie, zza drzew otaczajcych 
polan, na przestrzeniach mdo owietlonych przez gwiazdy wida byo czarne posgi 
uzbrojonych i nieruchomo stojcych stray. 
Oni dwaj, na siebie wzajem albo na gwiazdy patrzc, rozmawiali o tych czasach dalekich, 
w przyszoci dalekich, ktre bd albo nie bd, ktre jeeli bd, wodami ukojenia 
i oczyszczenia obmyj wiat, w ktrych podobno miecze maj by przekute na pugi, a jagnita 
sen spokojny znajdowa u boku lww... 
O przyszoci wiata, po wiekach walk, zbrodni i mk rozkwitej w raj niewinnoci, pogody 
i zgody, mwili z tsknot, z zachwyceniem, upragnieniem. 
Szeptem cichym marzyli o tym celu przedalekim, ku ktremu rzek wrzc i wieczn 
pyn marzenia ludzkich gw i serc najwyszych, a nie wiedzcych nigdy, czy kiedykolwiek 
rzeka do celu swojego dopynie. Ach, bl i rozpacz tych marze bez ziszczenia, 
upragnie bez nasycenia, zagadek bez rozwizania! Ach! niezgbiony tego wszystkiego 
smutek! 
- Bo chocia przedmiot walki najdroszy jest i wity, przelana w niej krew ludzka trucizn 
w yy spywa i rany zadane ranami kad si na tych, co je zadaj. Gniew, bl, 
mier to spy pasce si na trupach radoci, sodyczy i nadziei ludzkich. Zy rd przeciw 
sobie samemu szpony ich wystawiajcy! Ndzny rd, krtko yjcy, ktrego synowie nawzajem 
sobie skracaj ycie! Nieszczsny rd, zewszd w ciele swym i w duchu swym 
zagroony, ktrego synowie nawzajem ciaom i duchom swoim gro! O! kiedy bdzie 
inaczej? Czy kiedykolwiek bdzie inaczej? Dlaczeg nie urodziem si w tej porze pnej, 
gdy wiat bdzie innym, albo w tak wczesnej, aby oczy moje nie potrafiy otworzy 
si na to, e mgby by innym, gdyby, gdyby ludzie byli inni! 
Po krtkim milczeniu ze smutnym umiechem mwi pocz wiersz staroytnego poety: 
- Ba niesie, e Prometeusz do pierwiastku gliny, bdcej podstaw istoty czowieczej, 
wla po kropli kadego z pierwiastkw zwierzcych, samo serce czowiecze zaprawiajc 
chciwoci wilcz i wciekoci lwi. 
To jest przyczyna tych pomst i gnieww, ktre w ludzi uderzaj zgonami strasznymi, i 
to jest przyczyn, e wal si w gruzy gmachy wspaniae, e lemiesze wojsk wrogich rozorywuj 
way podbitych grodw. 
- Horacjusz? - zapyta towarzysz mwicego i w teje chwili z porywczym gestem silnego 
ramienia znad trawy si podnis. 
- Podbitych grodw! - powtrzy, chwil milcza, a zawoa: 
- Teraz inaczej by nie moe!... Podbitych grodw... Teraz walka to powinno!... 
Gos cichy, ale stanowczo brzmicy, namitnemu wykrzykowi temu odpowiedzia: 
- Teraz inaczej by nie moe. Dopki gwat, dopty wity przeciwko gwatowi gniew! 
Dopki krzywda, dopty walka! Przez krew i mier, przez ruiny i mogiy, z nadziej czy 
przeciw nadziei walka z piekem ziemi w imi nieba, ktre na ziemi zstpi... 
- Moe zstpi... 
- Kiedy... 
- Gdy nas ju na ziemi nie bdzie. 
153 
Tak oni czasem w zmrokach nocnych rozmawiali z sob, gdy obz spa i dokoa obozu 
na przestrzeniach mdo przez gwiazdy owietlonych wida byo czarne posgi uzbrojonych 
stray. 
A przyszed dzie... 
......................................... 
...Szept brzozy znia si, taja, umilk; przemwi w zamian brodaty, silny db: 
- A nadszed straszny dzie. Stra daleka przyniosa oznajmienie... Bo okrom bliskiej, 
wok obozu rozstawionej, mieli oni stra swoj dalek, ktra tu przynosia oznajmienia, 
ostrzeenia, wieci. Przyniosa je ona tak, jak krlewicz bajeczny dy do zamku zaczarowanej 
krlewny: przez zarole cierniste, wrzaw upiorw napenione, przez moczary bagniste, 
najeone paszczkami smokw. Czasem stranik gin w ucisku upiora lub w 
paszczce smoka, czasem dociera celu. 
Z daleka ju sycha byo ttent biegncego przez las konia. 
- Haso? 
- Z nadziej czy przeciw nadziei! 
Wpad na polan mody jeddziec na koniu zdyszanym, z twarz oblan potem. Poudnie 
skwarem pieko. Kilka gosw przyjanie zawoao: 
- Kali! Pan Kalikst! Jak si masz? 
Ale on na powitania czasu nie mia. Z konia zeskoczy. 
- Gdzie naczelnik? Prowadcie! Prdzej! 
Polan szed spiesznie, przybysza nie widzc, modzieniec wysmuky, w szafirowej 
czapce na zotych wosach. Adiutant wodza. Kto do niego zawoa: 
- Radowicki! Od poczty obywatelskiej... wysaniec! Do naczelnika 
prowad! 
Adiutant i pose obywatelskiej poczty donie sobie ucisnli. Koledzy szkolni, ssiedzi. 
Razem weszli do namiotu wodza. Obz zalega cisza. Tak cisz martw na powierzchni, a 
drc w gbiach, dyszy natura w przedchwili burzy piorunowej i wichrzystej. 
Wkrtce do namiotu wodza weszli wezwani dowdca jazdy i paru towarzyszy innych, 
kunsztu ornego mniej lub wicej wiadomych. Narada. 
Oczekiwanie trwao dugo, a Romuald Traugutt przed namiot swj wyszed i otrzymane 
wieci ogosi. 
Biy z nich pioruny bliskiego boju i wicher mier wia. 
Wojsko ogromne nadciga, ju opasuj las, oddziay jego piesze i konne ju jak rzeki 
szumne lasem pyn. Przez las drzew przedzieraj si lasy luf, pik, bagnetw. Za godzin, 
za dwie tu bd. Pose wie przywiz drog dug i trudn, lecz przywiz j jeszcze w 
por. Sto strzelb na jedn strzelb. Sto pik na jedn szabl. Jak w baniach. Lecz bywa to 
prawd. Czy zlkn si tej prawdy? Kime s? Nie niewolnikami s przez gwat i przemoc 
cignitymi na pola krwawe, ale dobrowolnymi ofiarnikami wysokich otarzy. 
Wic nie opuci ich duch ofiary i duch mstwa! I duch tej mioci, ktra ich tu przywioda. 
Ci, co zgin, bd siewcami, ktrzy samych siebie rzuc w ziemi, jako ziarno przyszych 
plonw. Bo nic nie ginie. Z dzi zwycionych dla jutrzejszych zwycizcw powstaj 
ore i tarcze. Lecz oni z siebie dobd wszystkie siy, wszystkie swe siy mstwa, 
karnoci, wytrwania, aby zwyciy. Bojowy okrzyk ich: W imi Boga i ojczyzny! Z 
tym okrzykiem na mier czy na zwycistwo do boju! 
Tak mwi. Sowa jego rozlegay si od brzega do brzega obozu, dwiczne, krtkie, 
coraz goniejsze, gortsze i jak iskry sypay si na gowy tumu, a jak an kwiatw na ce 
zakoysa si tum ten i wyrzuci z setek piersi wzdtych grzmotowy okrzyk zapau. 
154 
Potem zakotowao tu, zawrzao. Siodanie koni, przydziewanie zbroi, woanie komend, 
formowanie si szeregw, gone rozkazy, ciche zlecenia. Kipia ruch, dzwoniy gosy, ttniay 
koskie kopyta, bro byskaa w powietrzu penym sonecznego zota i upau. 
Pose poczty obywatelskiej mia odjeda, znowu drog ug i nudn powraca tam, 
skd przyby. Wprzdy jednak zatrzyma konia przed jednym ze sformowanych ju oddziaw 
pieszych i onierzowi spomidzy wszystkich najmniejszemu wzrostem poda 
przedmiot tak drobny, ze zaledwie dostrzec si dajcy, mwic: 
- Od siostry! 
By to skrawek papieru niezmiernie drobno zapisany i zwinity w sposb taki, aby go w 
potrzebie z atwoci pokn byo mona. Takie wwczas listy pisano ze wiata do obozw. 
Dowdca jazdy na piknym swym arabie obok szeregw bieg, zobaczy, ku Tarowskiemu 
gow skin. 
- Od panny Anieli? 
Zamienili si spojrzeniami, na twarzach ich bysn umiech. By to kwiat rk dziewczyny 
z daleka rzucony na te otwarte mogiy. Co pisaa? Nie dowiedzia si o tym w tej 
chwili jej brat, bo rozlega si gona komenda, wic skrawek papieru spiesznie u piersi 
skry. Czy dowie si kiedykolwiek? 
Potem wycigali std w porzdku, w milczeniu, a na opustoszaej polanie pozostay 
tylko trawy zdeptane, kwiaty konajce i namioty puste. Namiot dla rannych, u stp moich 
stojcy, w tej godzinie ich odejcia pustym by tak jak i inne. Napeni si mia wkrtce. 
Nie odeszli daleko. Plan bitwy by podobno kunsztowny, biegy. Obrona i zarazem napa. 
Zasadzka ukryta w nieprzeniknionej dla oka gstwinie, a na luniejszych przestrzeniach, 
za kadym drzewem przyczajone oko lufy i na kadym plku mchowym czy paprociowym, 
w kadej cienistej alkowie z gazi dobyte z pochew szable. 
Dziwnie to wszystko wygldao, mwi ci, wietrze prdki, e dziwnie to wygldao 
wrd uctkowanej kwiatami zielonoci lenej i wrd majowych pdw sosen, ktre w 
milczeniu upalnej pogody swe jasne, wieloramienne wieczniki podnosiy nad twarzami 
ciemnymi, skamieniaymi w milczcym oczekiwaniu. 
Chodziy tam po tych twarzach poruszenia i byski rozmaite: niecierpliwoci, zapau, 
wytonego nasuchiwania, strcanych przez wol na dno duszy bolw i trwg. W powietrzu 
wolnym od szczebiotania ptakw, ktre zlknione odleciay, czu byo oddechy kilkuset 
piersi ludzkich, namitne, niespokojne. 
A z gbi lasu przypywa pocz szum coraz wzrastajcy... wzmaga si, przyblia, 
coraz ogromniejszy... Jakby powietrzem nadlatywao, jakby doem lasu nadchodzio co 
straszliwego... 
- Baczno! Gotowa bro! 
Rozkazowi temu, ktry rozleg si tu prawie za mn, odpowiedzia z oddali gos inny, 
tak samo rozkazujcy, krtki. I byo ju wida... Szara masa ogromna, posuwajca si naprzd 
z trudem i powoli wrd gstych drzew, po ziemi najeonej sztywnymi prtami latoroli, 
zasanej sieciami podstpnych wiklin. Trudno jej byo i. W szumie jej krokw trzaskay 
amane, stukay rbane gazie. 
Ale ju wyranie byo wida... I wtedy... Zastukay, zastukay za drzewami, po zarolach, 
gste, pojedyncze, szybko, szybko po sobie nastpujce wystrzay i rj byskawic 
krtkich, ognistych, rozsypa si wrd drzew i zaroli. 
Wnet od strony nadchodzcych buchn i potoczy si ogromny, dugi grzmot i zarazem 
sun stamtd poczy gste kby dymu. Rotowy ogie karabinw, zbity w sobie, ciki, 
odpowiedzia posiekanemu ogniowi strzelb, na znacznej przestrzeni rozsypanych. 
Bya to rozmowa dwu rnych ze sob grzmotw; dray od niej ze zgrozy najsilniejsze 
drzewa lasu. 
155 
Czy dugo trwaa? 
Dugo. Godziny upyway. 
W dymach, ktre staway si morzem napowietrznym, kbicym si i ciemnym, szara 
masa, wyduona w ksztat kolumn, to roztaczana w ksztat pobrczy, przybliaa si 
znowu i znowu cofaa. Niewygodnie jej byo, ciasno i wrd zason lenych, ogniem ziejcych, 
trwonie. Ale rosa wci, rosa, gstniaa, na odlegociach coraz wikszych, dalszych. 
Tysice coraz nowe, konne, piesze. Jak rzeki wezbrane, o wodach nieprzebranych. 
Ale te tysic zapr, przeszkd w tym wiecie lenym, napenionym tworami nieposusznymi, 
majcymi we wasnym swym krlestwie swoj wol i swoj moc. Tysice te tych 
stukw szybkich zza drzew i spomidzy zaroli, ktre razem z rojami ognistych byskawic 
rzucay roje pociskw celnych. 
Ilekro rozdzierao si na chwil napowietrzne morze dymu, wida byo bliej i dalej, z 
jednej strony i z drugiej, postacie ludzkie rozcignite na mchach i wiklinach, jak czarne, 
lece cienie. 
Po obu stronach paday trupy. Lecz nie wszyscy upadajcy byli trupami. Upad std 
niedaleko i rozcign si na paprociach may Tarowski. Ale y... 
Od pocztku bitwy, za rosochat olch na jedno kolano klczc, nabija strzelb, celowa 
i strzela, bez ustanku, zapamitale, szybko, z wpraw, ktr obdarzyy go wiczenia 
obozowe. Jakby nigdy pragnieniem by nie bieg ku rajskiej erze wiecznego pokoju wiata, 
jakby nigdy razem z poet nie wyrzeka na wlan w serce czowiecze kropl wciekoci 
lwiej... Co lwiego czy tygrysiego byszczao mu w oczach o rozpalonym bkicie, pod 
czoem cignitym w jedn zmarszczk uwagi wytonej i zacitoci srogiej; w lini srog 
jak krwawa uraza zaciskay mu si usta albo rozwarte, dyszce, w pier wt chony 
we dymu, ziejce prochow woni. 
Wtem nadleciao co majcego w szarym dymie podobiestwo do wyduonego ciaa 
czarnej pszczoy i w rami go ugodzio. Rami to zwiso u boku, strzelba z rki wypada, 
chcia porwa si z klczek, zachwia si i na wysokie paprocie upad. Ale y, i po dugiej 
chwili dwie pary silnych ramion zdjy go z okrwawionych paproci i wniosy do tego namiotu, 
u stp moich stojcego, ktry ju nie by pustym. 
Pod dachem wysokim, z zielonych gazi uplecionym, na mchowych i paprociowych 
pocielach leao ju kilkunastu ludzi, w ktrych trzewia lub czonki da swe pogryy 
czarne pszczoy. Nad nimi, od jednego do drugiego przechodzc, przyklkali dwaj ludzie z 
twarzami zatroskanymi, z czoami oblanymi potem, z rkoma czynnymi. Lekarze obozowi. 
Ale wwczas dokoa polany tej stawao si ju bardzo gorco. Z coraz czstszymi, z coraz 
duszymi, gstszymi grzmotami karabinowego ognia, szara masa zbliya si ju na 
odlego, z ktrej mona byo rozpoznawa wzrokiem pojedyncze postacie, twarze, ubrania, 
bronie. Z elaznym prawem liczby zaokrglaa si ona w obrcz i opasywaa polan 
coraz zupeniej, coraz bliej. Ludzie z tej i z tamtej strony poczli spotyka si oko w oko i 
zwiera si pier z piersi. 
W stukach i grzmotach obustronnych ogni dym gstnia, napeniony ognistymi byskawicami, 
krzykami, przeklestwami i wybijajcymi si nad wszystko gosami komend krtkich, 
zdyszanych, coraz pieszniejszych, zapalczywych, miertelniejszych. Duszno i 
ciemno od dymu wzrastay; 
lay si w nich strumienie potu, cieky strugi krwi. Coraz cianiej stawao si tam, wrzaskliwej, 
krwawiej, wcieklej, przeklciej. Pieko, pieko, mwi ci, wietrze prdki, szalao 
w tym naszym cichym, wonnym, kwiecistym, niewinnym raju lenym. Pieko ludzkie. 
I zdawa si mogo, e nad to, co si ju dziao, nic na ziemi straszniejszego dzia si 
nie moe. A jednak... 
Kiedy na ludzi spogldasz, wietrze prdki, nie mw nigdy: Tu kres ich tragedii! Bo 
nikt wrd wszechwiata odgadn ani obliczy nie zdoa tego szczytu najwyszego, na 
156 
ktry wzbija si mog ich tragedie, ich zbrodnie i ich niedorwnany we wszechwiecie 
bl. I oto... 
Zza gstwiny olch i osin, zza tej, co to, widzisz, naprzeciw mnie, spord krzaczystych 
zaroli wyrasta, wysun si oddzia wojska konnego, lasem pik dugich nad gowami najeony, 
nad koskimi grzbietami pochylony i krzyk wydajc przeraliwy pocz przez pust 
polan ku temu namiotowi pdzi. Zoczy namiot ten ludzi peen i pdzi ku niemu pocz, 
ku namiotowi, w ktrym si i broni pozbawieni leeli ludzie ranni, a nad nimi z rkoma 
czynnymi klczeli lekarze. 
Pdzi oddzia, zbrojny w piki, na koniach chyych pochylony, z krzykami przeraliwymi, 
z twarzami opalonymi w ogniu bitwy, i szalaa mu w yach wcieko lwia... 
Lecz za mn tu rozleg si gos stalowy, wrzask boju przewyszajcy: 
- Jazda! na obron rannych. 
W mgnieniu oka z dowdc swym na czele wlecieli na polan. Czarni od dymw piekielnych, 
na zziajanych koniach wypadli zza drzew i zaroli, naprzeciw tamtym, z podniesionymi 
szablami w rkach... 
Soce miao si ku zachodowi i zza dymu wiecio tarcz z rozarzonej miedzi. Na ten 
poczet leccy, na jego spalone twarze i obnaone szable pad rdzawoczerwony blask, bezpromienny, 
ponury. W tym blasku dopadli namiotu, ju przez tamtych okronego, z wt 
cian gazi ju rozwalon. Straszliwy panowa tam tok i rozlegay si nieludzkie wycia i 
ryki. Ca si rozpdu koni w tok ten uderzyli, z rk sypic byskawice szabel i pistoletowe 
strzay. Dowdca czarnowosy, do Archanioa z mieczem pomiennym podobny, 
pierwszy szerokiego otworu doskoczy i jakby nogi konia jego ziemia do siebie przykua - 
stan. 
O, Jezu! Nie byo ju w namiocie rannych ani lekarzy. Byy tylko trupy w krwi broczce 
i jeszcze otrzymujce nowe rany, umilko albo w strasznym konaniu charczce. A w porodku 
tego pola mordw dokonanych dokonywa si ju ostatni. Na ostrzach, kilku pik 
osadzony i wysoko wzniesiony w powietrze may Tarowski twarz bia jak chusta wystawia 
na rdzawoczerwony blask soca. Mczeska twarz ta, o umierajcych oczach, z 
czerwonym sznurkiem krwi od zotych wosw do ust, konwulsj wstrzsanych, poznaa 
jednak przyjaciela, rka szybkim ruchem rzucia ku niemu jaki przedmiot czerwony i gos 
mdlejcy zawoa: 
- Jagmin! siostrze! 
Ostatni dar, ostatnia myl, ostatnie sowo! Jak ptak czerwony chusta krwi ociekajca 
zleciaa na szerok pier dowdcy jazdy, lecz w teje chwili upad pod nim ko jego, kul 
ugodzony i on sam wrd toku, dymu, wrzasku, stuku wystrzaw, ulewy ognistych byskawic 
- znikn!... 
...Przesta szumie db brodaty i cisza nocna zalega polan. Bo noc ju nadesza, 
mroczna, ale nie ciemna: przezroczysta, gwiadzista, majowa. 
Na pagrku mogilnym, na wysokich trawach wiatr lea, tak lekki, e nie uginay si 
pod nim ku ziemi wysokie trawy. Ogromne skrzyda jego aonie zwiny mu si u bokw 
i smutnie rozsypay si po ziemi wosy ze srebrzystych szronw pajczo uprzdzione. W 
wyduonych skrtach jego krysztaowego ciaa blado wieciy odbicia gwiazd i z odbi 
tych jedno tylko wzrastao w blask i wielko, a wzroso w pomyk gorejcy, od ktrego 
taja pocz kryszta jego piersi. Taja od gorejcego pomyka kryszta piersi wiatru 
prdkiego i cieka na wysokie trawy z szemraniem tak cichym, z jakim pacz warkocze 
brzozy, gdy z nich na ziemi spywaj majowe deszcze nocne. Tak na bezimiennej, zapomnianej, 
nieznanej mogile lenej paka wiatr. I cicho znad traw zaszeleci: 
- A ten krzyyk? 
Ciche nad sam ziemi odpowiedziao mu dzwonienie: 
157 
- My, mae dzwonki liliowe, my, mae dzwonki, litoniemy chodziy jej rozpalone 
czoo i piy lejce si z oczu jej zy. 
Po latach, po wielu, o smtnej jesieni przysza tu ciemna, drobna i u stp pagrka twarz 
pada na zioa. 
Biedn twarz! Bo nie bya ju bia ani row; biao jej i rowo wypio z niej 
ycie. Biedne ycie! Bo nie wiemy, co tam na wiecie czynia, a w oczach staa odbita samotno 
tsknica, gorzka. 
Biedne rce, niegdy caowane tak mionie! Biedne oczy niegdy tak podobne do bkitnych, 
dziewiczych, czystych oczu brata. 
On nieprzespanie spa na dnie pagrka tego, z ostatnim jej pozdrowieniem, szczypteczk 
prochu, na piersi w proch rozsypanej. 
I tamten... 
Leaa na pagrku do zi zkych tulc twarz uwid i na ich kobiercu rozcigajc 
sukni sw ciemn, biedn... 
Mymy wtedy nie miay kwiatw, jake? w jesieni! wic tylko liciem chodnym objymy 
twarz jej od paczu gorc i zy piymy, co dugo pyny z oczu. 
Dugo. Nieprdko z ziemi wstaa i ten krzyyk may, ktry przyniosa z sob, wrd odyg 
naszych utkwia. Potem drobna jej posta odesza w zmierzch wieczorny, wrd tych 
drzew zniknea i nie wrcia ju wicej nigdy... 
......................................... 
...Teraz zaszumia potny, brodaty db: 
- I pyny lata za latami... 
O kadej wionie ptaki przylatyway tu gromadnie, wiewirki po wierkach taczyy i 
w trawach biegay, pezay, podlatyway drobne owadki, robaczki. Re dzikie odkwitay i 
zawieszay si u koron ich motyle. Soce kado na trawy szerokie pachty zote. Od zrz 
wieczornych egloway niebem rumiece obokw. W zmrokach nocnych wieciy wysokie 
gwiazdy lub cikie, ciemne cauny nisko rozwieszay chmury. Pyny dnie za dniami, 
noce za nocami... 
W gbokie jesienie huczay tu wichry, szumiay ulewy, szemray deszcze nieskoczone, 
a w nieyste, szkliste zimy my, drzewa, wznosiymy nad tym wzgrzem grobowce ze 
szka szronw i z marmuru niegw, zimne, biae, koronkami obwieszone, brylantami osypane. 
Czasem na te grobowce zlatyway stada wron lub kawek, krakaniem grobowym powietrze 
napeniajc, albo w krlewskiej postawie zatrzyma si wrd nich jele wspaniay, 
przebiego stado kz pochliwych, drobny zajc przemkn znaczc na niegu zygzaki 
ciemnych ladw. Pyny wiosny za wiosnami, zimy za zimami... 
I dwie rzeczy byy niezmienne. Zawsze staa tu wysoka od ziemi do nieba samotno z 
obliczem niemym. 
I cigle pyn tdy niemiertelny strumie czasu, niestrudzenie szemrzc: Vae victis! 
vae victis! vae victis!... 
......................................... 
...Wiatr prdki ju nie paka. Krysztaowe ciao jego wstawa poczo nad wzgrzem 
mogilnym i coraz wysze, silniejsze, potniejsze, roso. 
Wstawa i na ksztat powiewnej kolumny wzrasta do wierzchokw drzew, wysoko nad 
ich wierzchoki, jeszcze wyej, cay w gniewnym szumie podnoszcych si znad ziemi 
skrzyde, w zawierusze wosw roztaczajcych si naok olbrzymi sieci pajcz, wiecc 
szklistym szronem. A, niebotyczny, wzdty, niezliczonymi odbiciami gwiazd roziskrzony, 
roztoczy skrzyda latawca-olbrzyma, na las cay rzucajc okrzyk: 
- Gloria victis! 
I zerwa si z mogiy, wzlecia nad las, szlakiem powietrznym dotar ciemnego nieba i 
do gwiazd mrugajcych, do srebrzystych drg mlecznych zawoa: 
158 
- Gloria victis! 
A potem znowu ku ziemi spyn i, niespokojny, gniewnym czy witym szaem zdjty, 
szumicym szlakiem ciemnoci przerzynajc, nad polami, nad wodami, nad lasami, nad 
miastami i wioskami, na ca kul powietrzn, ktra obejmuje ziemi, i na cae sklepienie 
niebieskie woa: 
- Gloria victis! 
Zdumieway si, woania tego suchajc pola, wody, lasy, wsie i miasta, zdumiewaa si 
kula ziemska i kula powietrzna, w zdumieniu zapytujc, kto nad wiatem gosi t ogromn, 
niesychan, t fantastyczn, niespodziewan nowin! Czy ba dostaa skrzyde i nocami 
pocza wiatu przedziwne rzeczy opowiada? Czy tak woaj duchy strcone z planet innych? 
Czy senne rojenia? Zjawy bezcielesne? Zudy? I zali przemienienie wiata gos ten 
zwiastuje lub jego skoczenie? 
A wiatr prdki od nieznanej, bezimiennej, wielkiej mogiy lenej lecia i lecia, niosc i 
niosc w przestrze, w czas, w pamicie, w serca, w przyszo wiata triumfem dalekiej 
przyszoci rozbrzmiewajcy okrzyk: 
- Gloria victis! 
159 
DZIWNA HISTORIA 
I tskno za dol, za zot, 
Co j jak oki wiatr zmiata, 
Jest skryt za tob tsknot, 
Anima immaculata. 
Henryk Skirmuntt: Poezje 
Za oknami staa czarna noc listopadowa i wzdychaa podnoszcym si, to opadajcym 
szumem wiatru. 
W duym pokoju, penym ksiek i obrazw, panowaa cisza i dotykane dalekim wiatem 
lampy mtnie majaczyy iskry pozot na ksikach i zarysy obrazw na cianach. 
Rozmowa nasza, coraz cichsza, staczaa si z rzeczy powierzchownych i powszednich 
ku tym, ktre zwykle spoczywaj na dnie pamici bezsenne, lecz milczce i przemawiaj 
tylko w wita ufnych rozrzewnie. 
Wysmuka, wta, siwiejca, ze ladami niedawnej jeszcze piknoci na opatkowej 
twarzy, siedziaa obok mnie z czoem pochylonym i gbokim wejrzeniem oczu, w ktrych 
odbiy si na zawsze oblicza wielkich smutkw. Gdy mwia, drobne wargi jej podobnymi 
staway si do drcych patkw pobladej w upaach ry. 
- Wyrzekasz, e nie rozlegaj si dzi po wiecie czyny wielkie, majce moc obudzania 
wielkich myli. Skarysz si, e na wyobrani tw pospolito serc i losw ludzkich sypie 
maki upienia, e jak wzrokiem zatoczy na nic nie dzieje si piknego czy straszliwego, 
lecz wielkiego, dziwnego. 
Moe nie masz susznoci; moe to wina nie tylko wiata, lecz i twojego wzroku. Moe 
w pobliu twoim dziej si rzeczy straszliwe lub pikne, ktrych ty odkry nie umiesz w 
mgle pospolitoci. A pospolito, czy pewn jeste, e pospolitoci jest a do dna i na 
dnie swym nie ukrywa pierwiastkw, choby zacztkw takich, e gdyby je dostrzec potrafia, 
na widok ich oczy twe szeroko otworzyyby si od zdziwienia? 
Szczeglniej o duszach ludzkich sdw rychych i wzgardliwych nie wydawaj nigdy, bo 
diamentw i piknoci, korali blu, uli poarw, ktre drzemi w ich jdrach tajemnych, 
ani domyla si czasem mona pod grub zason powszednich spraw i dni. Trzeba umie 
zason t odgarn ze statuy, a niekiedy odgarnia j wicher zdarze. 
Pragniesz historii dziwnej... Za oknami stoi czarna bezoka noc i wzdycha. Taka cisza w 
tym pokoju i tam w gbi, to mtne migotanie pozot na oprawach ksiek... Posuchaj!... 
......................................... 
Miaam lat dwadziecia. W braku rodzicw wczenie zmarych wychowywa i wyksztaci 
mnie brat. Wiesz dobrze, kim i jakim by brat mj. Umys niepospolity, lecz stokro 
niepospolitszy jeszcze charakter. Stworzony na wodza, przez krtki moment ycia 
swego by sawnym wodzem. Ale przedtem z czuoci niemal macierzysk i oddaniem 
zupenie ojcowskim przygotowa mi do ycia. Nie ma te stw, ktrymi wypowiedzie 
bym moga, jak silnie byam do niego przywizana, jak byam mu wdziczna za to, e 
gowie mej da wicej wiata, a sercu wicej ciepa, ni ich zazwyczaj miewaj dziew
160 
czta mego wieku i mego stanu. Bo o tym, abym kiedykolwiek umysowe wiato swe na 
chleb powszedni przerabia bya zmuszona, nikt ani pomyle nie mg. Bylimy bogaci. 
Jednak miaam lat dwadziecia, kiedy pomidzy mn a tym najdroszym bratem, opiekunem 
i mistrzem moim, pad kamie obrazy. Nie przestaam kocha go, ale zamknam 
przed nim serce. Nie wybuchnlimy widocznymi znakami pornienia, lecz zwtlia si w 
nas ta najwaniejsza w harfie przyjani struna, ktr jest zaufanie. 
Przestaje by przyjacielem naszym ten, przed kim przestajemy otwiera na ocie serce 
i pokazywa wszystko a wszystko, co w nim jest. Przestaam serce otwiera przed bratem, 
poniewa wzgardliwie i niechtnie spojrza raz na to, co od brzegu do brzegu wypenia je 
zaczynao i stawao mi si bardzo drogim. Raz tylko okaza swoj niech i wzgard; wystarczyo 
mi to do szczelnego ust zamknicia. A on pomimo szczelnie zamknitych ust 
moich domyla si, co byo w moim sercu, i obraony, zmartwiony milcza take. 
Mwilimy z sob o wszystkim oprcz tej jednej rzeczy, ktra obchodzia nas najywiej, 
wic pomimo przebywania w cianach jednego domu i pomimo przeszoci czcej 
nas mnstwem wspomnie drogich, czulimy si dalekimi od siebie, rozczonymi. 
Oboje mielimy w sobie t obraliwo, ktra nie wylewa si w sowach, lecz owszem, 
zapadajc w milczenie, nabiera od niego trwaoci i goryczy. 
Przyczyn mojej obrazy bya wzgardliwa niech ku temu, co we mnie obudzio pocigi 
tak niezmoone, e przeci je moe tylko niezmoony rwnie n przeznaczenia. 
Wwczas to wanie zaczy rozlega si po wiecie hasa i woania, poprzedzajce zazwyczaj 
ten huk gromowy, z jakim spadaj na ludzko tragiczne momenty jej dziejw. 
Ku tragicznemu momentowi ycia naszego i dziejw oglnych, ku jednemu z tych momentw, 
ktre na nici pojedynczych istnie spadaj jak noe nieubaganych przeznacze, 
ja i brat mj, ten brat najdroszy, ktrego imi sta si miao wkrtce... 
O! sawnym i drogim! 
Zblialimy si z duszami rozczonymi. I patrz tylko, patrz, jak ywioowo rwcym 
jest to uczucie, ktre od kraca do kraca wiata i od kresu do kresu wiekw chodzi po 
kwiatach, po motylach, po ptakach, po ludziach i kto wie, moe po gwiazdach, jeeli na 
gwiazdach cokolwiek oddycha rozkosz i boleci ycia! Ono to rozlunio nasz zwizek, 
przedtem tak cisy... 
Bo i o c nam poszo? Poszo nam o modego ssiada... 
By to waciwie modszy brat jednego z naszych ssiadw, nie mieszkajcy w tej okolicy, 
mnie dotd nie znany, ktry w odwiedziny przyjecha do domu brata. Raz weso 
gromadk wpadlimy do tego domu i zaledwie wpadszy wypadlimy znowu, aby pobiec 
do lasu. Wtedy po raz pierwszy go spotkaam... 
Czy syszysz, jak gboko westchna za oknami ta czarna noc? I teraz jeszcze toczy si 
to westchnienie coraz cichsze, coraz guchsze, coraz dalsze, a tu, w pobliu, wzdyma si 
poczyna nowe... 
Zielony dzie majowy. Las szmerami zefirw rozszeptany, mode pdy soniny jak pki 
wiec w kandelabrach wyprostowane i jasne w sonecznym zocie, na murawie usianej 
deszczem jaskrw i bratkw, wysoki krzak ry dzikiej w penym kwiecie. 
Szlimy po murawie rozmawiajc, zrywajc jaskry i bratki, gdy on ujrzawszy nas, niespodziewanym 
spotkaniem zdziwiony i zabawiony, stan u wysokiego krzaku dzikiej ry. 
A mnie od pierwszego spojrzenia przewina si po gowie myl, e jest mu w rach 
ogromnie do twarzy. 
Gdy na powitanie nasze odkry gow, to z poyskami ciemnego zota we wosach, z 
czoem biaym, z oczyma i ustami rozbysymi od umiechw wydawa si wrd rozradowanego 
obrazu wiosny wcielon radoci i yciem. Wydawa si bokiem tego lasu 
piknym i nie znajcym z ycia nic oprcz radoci. 
161 
Szo nas tam razem rwienic kilka, lecz tak si jako zoyo, e przez krtk chwil 
rozmawialimy z nim u ranego krzaku tylko we dwoje. 
Powiedziawszy mi swoje nazwisko doda, e w odwiedziny do brata przyby na krtko, 
ale teraz widzc, e okolica ta nie jest urokw pozbawiona, zabawi pewnie dugo. 
Niektre z r przekwitay i powiewami wiatru trcane zrzucay mi troch patkw na 
rce i suknie. Jeden upad na jego zote wosy i dra tam jak rowy motyl. 
Potem szlimy ju razem. Ze swobod i wdzikiem ulubieca losu i wiata czyni nam 
honory tego lasu, pokazujc cieki najkrtsze i do najcienistszych ustroni wiodce, drzewa 
najwyniolejsze, polany najbogatsze w soce i w kwiaty. Kwiatw, ktre dla nas zrywa, 
miaymy pene rce, a cieki, ustronia i polany pene byy naszych jasnych sukien i 
wesoych gosw. 
Co do mnie, prawie nie widziaam cieek, polan i ustroni, bo oczy moje on jeden tylko 
napenia, i wstyd mi wyzna, ale wyznam prawd, e w tym pierwszym ju spotkaniu zakochay 
si w nim moje oczy... 
Spjrz, jak tam w gbi pokoju, w sabym dotkniciu dalekiego wiata lampy mtnie 
majaczy na obrazie pachta biaoci, a nad ni wisz biae plamy jak z prni patrzce oczy 
bez renic... 
Wiem! to obraz zimy. nieg na rwninie, i na gaziach drzew kwiaty niegowe... 
nieg jak marmur twardy i pod niebem chmurnym matowo biay zaciela szerok rwnin, 
gdy kulig huczny, rozdzwoniony, rozemiany wypad z bramy naszego wiejskiego 
dworu, piknego, wielkiego dworu. Bez celu, bez plamki na kilka godzin w przestrze szerok, 
w pd szybki, po gadkich marmurach, pod rzewe pocaunki lekkiego, mronego 
powietrza! 
Byo to zrzdzeniem wypadku czy jego zrcznoci, nie pamitam, a moe nie wiedziaam 
nigdy, ale jechalimy razem, tylko we dwoje. Konie jego, cztery konie stepowe, 
wp dzikie, unosi poczy sanie z szybkoci tak niezmiern, e zdawao si, i nie dotykajc 
ziemi, sun powietrzem. Lecz jeli byo w tej szalonej jedzie niebezpieczestwo jakie, 
mnie ono na myl nawet nie przyszo, tak zaja mi walka czowieka z tymi potnymi 
zwierztami, ktre w pogoni z wichrem mogyby, zda si, wicher przegoni i same jak 
cztery ogniste wichry pdziy, leciay z ciaami wyduonymi, z pomiemi grzyw puszczonymi 
na wiatry, wydajc z paszcz radosne czy grone chrapania, wyrzucajc spod kopyt 
odamy rozbitych marmurw lub iskry krzesane z drzemicych pod marmurami krzemieni. 
Moe nie spodziewa si, e przyjdzie mu stoczy t walk, a moe chcia stoczy j 
przed moimi oczyma, nie wiem, ale u samego jej pocztku obrci ku mnie twarz zupenie 
spokojn i poprosi, abym si nie lkaa. Kilka sw tylko, lecz w spojrzeniu, ktre na 
mgnienie oka zatopi w mej twarzy, bysna sia tak pewna siebie, e uczuam sodycz ufnoci 
zupenej. 
Stojc obok mnie, w doniach, ktre wydaway si elaznymi, ciska wodze dugie i tak 
wyprone, e wyglday jak czarne struny nacignite na biaej harfie powietrza, ktrego 
ostre wisty wydaway si ich dwikami. 
Pomimo szalonego pdu sa postawa jego ani na jedno mgnienie oka nie utrcaa niezachwianej 
posgowoci swych linii, ani jedno drgnienie nie przebiegao twarzy pobladej i 
tylko pod futrzan opask czapki zote brwi zbiegy si nad oczyma, w ktrych osiada i 
wiecia byskawica wytonej woli. Na wargach czerwonych mia ten wzgardliwy 
umiech, z jakim sia wiadoma siebie i skupiona poskramia niewiadome i rozkieznane 
siy. 
Przebiega mi przez gow myl, e nie inaczej pewno Grecy przedstawiali sobie Faetona, 
gdy sonecznymi rumakami gna po sklepieniu niebieskim. 
162 
W wistach powietrza, w piekcych pocaunkach mrozu, w stuku bryzgajcych spod 
kopyt koskich marmurw niegowych, w byskawicowym migotaniu mijanych drzew, ludzi, 
zasp nienych, lasw dalekich, ptakw wysoko leccych, z twarz w pomieniach i 
piersi pen dziwnej rozkoszy, nie odrywaam oczu od jego twarzy pobladej, brwi cignitych, 
ust umiechnitych ze spokojn wzgard, ramion potnych, a jednak spokojnych 
i - kochay si, kochay w nim moje oczy. 
Wkrtce jechalimy ju w sposb zwyczajny, rozmawiajc zwyczajnie o rzeczach, o ludziach, 
a nagle zamyli si, dugo patrza na skon nieba, ktry rbkiem seledynowosrebrnym 
rozdziela chmury szare od biaej ziemi, i w oczach jego odmalowaa si bezbrzena 
tsknota. Wskaza mi wietlisty rbek. 
- Jak tam jasno!... 
Z twarz ku mnie zwrcon doda: 
- I pani taka jasna... jasna! 
Potem, ze wzrokiem znowu utkwionym w dal wietlist, rzek z cicha: 
- S na wiecie ludzie pociemnieli, ktrzy pragn jasnoci... tak pragn! 
I zaraz o czym zwyczajnym, powszednim mwi zacz, ale nie by ju wcieleniem radoci 
ycia. Jakby alem czy tsknot powiao na niego od jasnoci niebieskiej i - mojej. 
Wtedy to po powrocie z tej dugiej zimowej przejadki rzuciam si bratu na szyj i 
chciaam powiedzie mu wszystko, ale przy pierwszych sowach moich zmarszczy brwi 
gronie i niemal gniewnie zawoa: 
- Jak to? ten wietrznik, marnotrawca, prniak! 
Ramiona moje zesztywniay i opady z braterskiej szyi. Umilkam i odtd milczelimy o 
tym oboje. 
Zdanie brata mego podzielaa w zupenoci tak zwana opinia publiczna. Uchodzi powszechnie 
za czowieka z umysem pospolitym i z charakterem lekkim, sabym. Uchodzi 
za jednego z tych, ktrzy w mowie potocznej nazywani s ludmi bez charakteru. Podobno 
w adnej szkole i w adnej nauce nie dotrwa a do koca. Synem rodziny majtnej bdc 
w ten sposb z jedynym bratem podzieli si znacznym majtkiem, e jemu pozostawi 
ziemi z ca surowoci trudw i szlachetnoci obowizkw do jej posiadania przywizanych, 
a na swj dzia zada i otrzyma t rzecz, dajc swobod wszystkim chciom, 
niechciom, dzom, kaprysom czowieka, ktr s pienidze. Znaczn te ich cz straci 
ju w czasie niedugim i w stronach dalekich. 
Tych rodzinnych stron swych prawie nigdy dotd nie odwiedza, a teraz przepdza w 
nich ju miesice dugie, jak wszyscy odgadywali, z powodu owego spotkania w maju, u 
krzaku dzikiej ry. 
Wszyscy to odgadywali i usiowali, wedug wyraenia pospolitego, otwiera mi oczy. U 
jednych nosi on przezwisko koniarza, z powodu namitnego rozmiowania w hodowaniu i 
ujedaniu koni. Inni napomykali o licznych podbojach sercowych i - gorzej jeszcze... 
A ja? Ja wiedziaam, e nikt nie kamie i e wszystko jest to prawd, ale nie ca. Wiedziaam, 
e przypisywane mu niedostatki i przywary s w nim istotne, ale e jest te co 
nad to, czego prcz mnie nikt nie spostrzega. 
Czym byo to, co sama jedna w nim spostrzegam? cile okreli niepodobna. Domysy 
i przeczucia raczej ni spostrzeenia. 
Czasem w oczach zazwyczaj wesoych jakie chwilowe zapatrzenie si w dal i w tym 
zapatrzeniu si wyraz tsknoty bezbrzenej. Jakby pod byszczcymi prochami pustego 
ycia, w sercu rozpala si rubin krwawy i piek serce tak, e a oczy w dal biegy po ratunek. 
163 
To znowu wrd rozmowy pospolitej albo pochej kilka sw odskakujcych od niej 
dziwnie, kilka sw tylko, lecz zabrzmiaa w nich nuta czci albo litoci, albo wzruszenia, w 
ktrym zaama si i uton gos. 
Jakie stopienie si miechu w westchnienie, jakie ciepo w postpku czy sowie, do 
skrytej pieszczoty podobne... Czy ja wiem? Chwilki przelotne, promyki drobne, dwiki 
wnet milknce, same przeczucia, same domysy, lecz ktre iskrami sypay si w serce. 
Mylaam, e musz, musz prdzej czy pniej opa z niego ze prochy ycia; e musi, 
musi on prdzej czy pniej stan przede mn i przed wiatem wyszym, czystszym 
nad wasne swe ycie. 
Nieprdko potem przeczytaam w jakiej ksice zdanie, e ludzie bywaj czasem gorsi, 
a czasem lepsi od wasnych swych postpkw, ktre czsto, wbrew ich najgbszej naturze, 
zrzdzone s przez rne wypadki i wpywy. Nie umiaam jeszcze wwczas myle 
jasno, ale zdanie to byo we mnie, wicej w uczuciu ni w myli. Czuam, e w tym lekkomylnym 
czowieku z yciem marnotrawnym i prniaczym istnieje jaki popd w dal i 
w gr, e istnieje w nim jaka ao i tsknota. 
Po czym ao? Za czym tsknota? 
Przysza chwila, e powiedzia mi to sam. Wkrtce po owym szalonym kuligu przysza 
pikna chwila brylantowych szronw na drzewach, a zotych snw w upojnych szczciem 
sercach naszych. 
......................................... 
Podaj mi ten wiersz modego poety, ktrymy czytay dzi razem: 
W przestrzeni przez sionce zalanej 
Cienie si ciel bkitnie, 
Na ziemi w puch biay przybranej 
Gazka kada szkem kwitnie... 
Bkitne cienie say si po biaych puchach, zacielajcych las, i na nieruchomych 
wierkach kada gazka szkem kwita, gdymy si spotkali u drzwi otoczonego wierkami 
domku lenika. 
Czy wypadkiem? Tak si zdawao, lecz w rzeczywistoci i tu leay na dnie domysy 
czy przeczucia moje i jego. Faktem jest niejasnym moe, lecz najzupeniej prawdziwym, 
e z oddalenia, bez porozumienia si gosem czy okiem, odgadywalimy nawzajem swoje 
myli i zamiary. Nie po raz to pierwszy ju wiedziony tym odgadywaniem zamysw i 
upodoba moich przybywa tam, gdzie byam, i nie po raz pierwszy ja ze swej strony odgadywaam, 
e on przybdzie... 
Wic cho nie oczekiwaam, jednak nie zdziwiam si, gdy w biaej alei lenej... 
Jecha alej nien tworzc razem z piknym wierzchowcem swym i biaoci lasu obraz 
z zimowej czy z rycerskiej bani. 
Za chwil dowiedzie si miaam, jak bardzo, jak wcale nie by dumnym; pniej w 
szacie z grozy i rozpaczy przyj do mnie miaa wiadomo, jak bardzo, jak niezmiernie 
by sabym. Ale wwczas, gdy wrd cichych szkie szronu i marmurw niegu zblia si 
ku lenemu domkowi, bia z niego sia i duma syna rycerskiego rodu. We krwi mie je musia 
razem z rycerskim wdzikiem; mylaam, e musi rwnie mie je w duszy. Patrzc na 
zbliajcego si mylaam, e tu, tu jedziec wycignie silne rami i dokona wielkiego 
czynu lub w turniejowej gonitwie zwycizca, na ostrze miecza przyjmie wieniec chway. 
Byy to tylko pozory, zudzenia? Tak!... Nie!... I tak, i nie. 
Zeskoczy z konia i w mgnieniu oka znalaz si u stp moich, na klczkach. Krzyknam 
ze zdziwienia, bo dotd nie byo pomidzy nami nic... Zarczay si dotd z sob promienie 
cz naszych, umiechy ust, brzmienia gosw, ale powiedzianego nie byo nic... 
164 
Teraz rce moje uwizione byy w jego doniach, a z ust mu pomiennym potokiem lay 
si sowa mioci i - rozpaczy. 
Rozpaczy? Czowiek ten mody, pikny, bogaty, ktry tam u ranego krzaku wyda mi 
si upostaciowaniem samej tylko, samej jednej radoci ycia, rozpacza. 
Bledszy ni wtedy, gdy walczy z szaem swych stepowych koni, ze zot brwi bolenie 
cignit i oczyma do ciemnych otchani podobnymi, mwi, jak mocno, jak gboko 
mnie kocha i jak gboko, rozpacznie czuje si mojej mioci niegodnym. 
Domek lenika chwilowo opustoszay by ze swych mieszkacw; bylimy sami. Bylimy 
sami w biaej izbie, za ktrej maymi oknami ciko na gaziach wierkowych wisiay 
wielkie kwiaty niegu i tylko niewidzialna, w ciemnym kcie jego duszy zaczajona, 
bya z nami - straszna nasza dola. 
Lecz jakimkolwiek by i cokolwiek w przyszoci popeni mia ten czowiek, widziaam 
go wtedy szczerym a do dna. Wyznawa przede mn wszystko, co w nim i w minionych 
dniach jego byo saboci i win, a pokora tych wyzna miaa w sobie przejmujce 
krzyki cierpienia. 
Cierpia. Te niepochwytne drgnienia duszy, ktre spomidzy ludzi wszystkich sama 
jedna w nim spostrzegaam czy przeczuwaam, byy alem palcym, tsknot bezbrzen. 
- Czy pamitasz ostatni strof tego wiersza modego poety? 
I tskni za dol, za zot, 
Co j jak oki wiatr zmiata, 
Jest skryt za tob tsknot, 
Anima immaculata! 
Czowiecz prawd, gbok, cho rzadk, zamkn w strofie tej mody poeta. 
Byam wwczas wiadkiem palcej tsknoty czowieka za postradan czystoci swej 
duszy, niezmiernej aoci jego nad tym, e w dniach prniaczych i pochych przepada 
mu jego anima immaculata. 
To upragnienie czystoci i te namitne rzuty ducha ku podwigniciu si z nizin na wyyny 
byy najgbsz przyczyn rozkochania si jego w dziewczynie tak doskonale czystej 
i myli swe na wyynach trzymajcej, jak podwczas byam. Serce jego uczepio si mnie 
jak nici, po ktrej wspi si mogo do krain wietlistych. Z probami o szczcie mieszay 
si mu na ustach proby o wsparcie, o takie wsparcie, jakiego kropla rosy uycza rolinie 
okrytej przydron kurzaw. Marzy, e gdy mu podam rk, podwignie si z kurzawy. O 
czynach dobrych, o trudach wytrwaych, o cnocie czystej roi tyle prawie, co o raju mioci 
podzielonej. 
Odsaniao si w nim przede mn ogromnie tkliwe rozrnianie strony ycia ciemnej od 
jasnej i ogromne podanie przebywania po stronie jasnej. Dlaczego tyle razy zsuwa si 
z niej na ciemn? 
Z jake rozumn i z jake dobr pokor wyznawa przede mn te braki natury i te 
wpywy wiata, ktre wobec pokus i pont rozmaitych czyniy go sabym! Bo nie by z 
rzdu tych sabych, ktrzy nie maj w sobie siy, lecz z tych, w ktrych z si razem 
mieszka sabo. 
I ta wanie sia jego, truta, paraliowana, zwyciana przez sabo, przerabiaa si na 
palc tskno za marzonymi wiecznie i wiecznie niedociganymi strefami wiata, na 
ao za umknionym z doni, za znikym w odmtach ycia, za postradanym tym ptakiem 
niebieskim, o skrzydach z lazuru i krysztau, ktremu na imi: anima immaculata. 
Suchaam i sowa jego uderzay o najwysze niebiosa mego serca. 
Mylaam, e tylko czowiek z dusz wielk moe tak dobrowolnie i a do dna ukazywa 
swoj mao przed istot, ktra mu jest drog i ktrej poda; mylaam, e ta roz
165 
dzierajca mowa jego jest czynem piknym i e do ycia piknego zdolno niezmiern 
posiada musi ten, kto posiada tak aosne jego upragnienie. 
Wic odpowiadaam mu zrazu zami tylko, ale potem uczuam, e myl moja dostaje 
skrzyde, i pomiennym natchnieniem porwana mwi mu zaczam wszystkie te sowa 
mowy ludzkiej, ktre pocieszaj, koj, pieszcz, kochaj, dwigaj... wszystkie dobre, 
pikne, jasne, gorce sowa mowy ludzkiej... 
I wtedy to, wrd tej rozmowy, zakochaa si w nim moja dusza... 
A zmierzch, od wiszcych za oknami kwiatw niegowych biay, znalaz nas na awie 
lenego domku siedzcych obok siebie z poczonymi domi i owinitych lazurami takich 
marze, jakich bezchmurnie sucha by mogo lazurowe oblicze nieba. 
Bez ogldania si na ludzkie zadania i opinie, na ch czy niech najdroszego mi do-
td czowieka, mielimy cicho i skromnie zalubi si w maju, miesicu pierwszego spotkania 
si naszego i rozkwitania po lasach dzikich r. 
A potem ile nadziei, ufnoci, sodyczy, postanowie wielkich i niemal bohaterskich - 
ach! - niemal witych zamiarw! 
Nut bohaterstwa, niemal witoci, on pierwszy wla w te rojenia nasze. Mniema, e 
za przeszo jego odebraa mu prawo do szczcia, do tak wielkiego szczcia, jakie posiad 
wraz z moim kochaniem, i e t z przeszo odkupi mu potrzeba jakim wyrzeczeniem 
si, jakim trudem, dokonaniem jakiego czynu czy zadania. 
Myl ta bya tak surowa, e nie mogam zrazu wyrozumie jej do gbi. Odkupienie za 
przez dobro? Pokuta? Dobrowolne zadawanie sobie cierpie na onie szczcia? Lecz gdy 
wyrozumiaam, wzlecielimy razem ku tym najwyszym strefom, na ktrych rzadko bardzo 
bywaj ludzkie marzenia. 
Mielimy majtki nasze rozda na dziea mioci i miosierdzia, a sami y zaledwie bez 
niedostatku, nie podajc i nie szukajc adnych uciech innych oprcz tej niewymownej, 
e naleymy do siebie, e jestemy z sob, e trzymamy si za rce i e dusze nasze trzymaj 
si za skrzyda... 
Mielimy wzbija myli nasze ku najwyszym szczytom wiedzy, a serca rzuca w ogniska 
uczu najszerzej po ziemi rozpostartych. Mielimy wsplnymi siami czyni to, czego 
nikt nie uczyni, i zaj tam, kdy nikt nie zaszed, nie przez dum, lecz przez pokor wanie 
i z wdzicznoci za to szczcie niewymowne, e jedno dla drugiego jestemy na ziemi... 
O, modoci! O, wiaro i sio modoci! Raju serc! Locie dusz! O, oczy niegowych 
kwiatw, ktrecie przez drobne szybki patrzay w nasze rozpromienione ogniem witym 
oczy! O, szumie lasu, ktry o zmierzchu z cicha wtrowa pocz sodkim naszym szeptom. 
Czyli to wszystko zudzeniem tylko byo, mar tylko, ponnym okamywaniem si 
ponnych dusz czowieczych? 
- Tak! Nie!... i tak, i nie! 
Domek lenika opuciam z zarczynowym pocaunkiem na ustach i z dusz w ekstazie. 
Ale... 
Daj chwil spocz przed spojrzeniem w przepa! 
Ale w maju nie wziam lubu... 
Umwilimy si, e przyjdzie on wkrtce do brata mego, aby mu o zamiarach naszych 
oznajmi i o zgodzenie si na nie prosi. Wymaga tego nie tylko obyczaj powszechny; 
wymagao tego serce moje, nie mogce przecie wyrzuci z siebie uczu wdzicznoci, 
przywizania i obowizku. 
Myl o tym spotkaniu si ich i o tej rozmowie napeniaa mi trwog niewypowiedzian. 
Pomidzy dwoma tymi ludmi stao co na ksztat nienawici, do wytumaczenia wcale 
nie trudnej. Wobec surowych zasad moralnych i obywatelskich brata mego, wobec jego 
doskonale czystej i bardzo czynnej przeszoci, przeszo czowieka, ktry marnie albo i 
166 
wystpnie dotd trwoni lata, siy i majtek, bya achmanem godnym tylko wzgardy. Ten 
drugi za zazdroci, strasznie zazdroci tamtemu nieskazitelnoci, powagi, nie urzeczywistnionych 
jeszcze, lecz ju przewidywanych przeznacze, z ktrych przegldao blade i 
moe krwawe, lecz ukoronowane oblicze bohaterstwa. 
Ta wzgarda z jednej strony i ta zawi z drugiej, ktre leay na samym dnie wzajemnych 
dla siebie uczu tych dwch ludzi, pozostayby pewnie bierne i nie wypowiedziane 
na zawsze, gdyby nie wzmaga ich, nie rozjtrzy i ostatecznie do krzyku nie pobudzi wypadek, 
ktrego ja byam przyczyn. 
Ach, nie myl, e by to krzyk rozgniewanego, grubiaskiego gosu! Byli obaj ludmi 
dobrze wychowanymi i najlejsze podniesienie gosu, adne sowo obraliwe czy obelywe 
nie dosigo pokoju ssiedniego, zza zamknitych drzwi pracowni mego brata. I dziwnie 
krtko trwaa toczca si za tymi drzwiami rozmowa; i nie wiem, w ktrej sekundzie 
tych kilku minut pad grom, ze zwarcia si dwch tych chmur wystrzelony... 
Ale gdy drzwi si otworzyy, zobaczyam na twarzy czowieka kochanego poraenie od 
gromu. Co osupiaego i razem namitnie obraonego, co zego i zarazem tragicznego 
rozlewao si po jego miertelnie zbladej twarzy i wiecio w sztyletach oczu bolesnych i 
ostrych. 
Rzuciam si ku niemu, ale gestem rki powstrzyma mi z dala do siebie i biaymi 
wargami wyszepta: 
- Tutaj... nie! Pod dachem tego czowieka... nigdy! Jeeli wytrwasz, jeeli zechcesz, to 
gdzie indziej... 
Nie mia prawie oddechu w piersi. Nieprzytomnie prawie cisn mi obie rce, zdaje si, 
e bez ez zatka, i wybieg z domu. 
Stanam przed bratem caa w dreniu i w pomieniu, zamierajcym gosem pytajc, co 
mu powiedzia. 
Tak samo jak tamten blady i w oczych rozgorzay, ale zawsze panujcy nad sob, zawsze 
silny i stanowczy, nic mi nie powtrzy, z niczego si nie tumaczy, tylko z wielkim 
spokojem w postawie i gosie rzek, e acniej by umar, niby przysta na to, abym zostaa 
on tego - otrzyka. 
Nie odpowiedziaam ani sowa, lecz nazajutrz nie byam ju pod dachem swojego rodzinnego 
domu. Byam pod dachem swojej bliskiej krewnej, kobiety nieskazitelnej, ale 
wyrozumiaej, kochajcej mi, agodnej. Byo to owo gdzie indziej, o ktrym w strasznej 
chwili wspomnia i za ktre, po dniach paru, z radoci niewypowiedzian, z wdzicznoci 
bez granic, na klczkach mi dzikowa. 
Trwaam wic. Pomimo e kade wspomnienie o bracie rozdzierao mi serce, trwaam 
w uczuciach swoich i w zamiarach, i nade wszystko, o Boe! ty wiedzia, e nade wszystko 
trwaam w pragnieniu, w namitnym i zachwyconym pragnieniu ratowania wznoszenia, 
zabawiania tej duszy ukochanej, tak sabej i razem tak silnej, tak poplamionej i tak za czystoci 
stsknionej, ktra wszystkie swoje saboci, siy, plany i tsknoty tak prosto i szczerze, 
pokornie i wzniosie zwierzya sercu memu i doniom mym powierzya, pomocy ich 
wzywajc. 
Ale w maju nie wziam lubu, bo wanie gdy po lasach rozkwity re dzikie, brat mj 
i on zniknli mi z oczu. Porwa i unis ich wiatr wypadkw. Wtedy to imi brata mego 
rozbrzmiao po wiecie saw krtk, lecz gon i wit... 
Nie powiedziaam ci za jeszcze, jak nazywa si tamten. Odwr oczy! Nie patrz na 
mnie, gdy imi to wymwi bd... A gdy wymwi je, miej lito!... 
Stefan Niegirycz... 
...Nie miaam litoci i krzyknam: 
- Zdrajca!... 
167 
A ona, jakby wiedziaa, e cios tego sowa spa na ni musi, ani drgna, tylko na dug 
chwil umilka, po czym z westchnieniami czarnej nocy zczy si znowu jej cichy 
gos. 
- e mia w przyszoci sta si czym innym jeszcze, o tym wiemy my dwoje, ja i mj 
brat, a ty dowiesz si zaraz. Ale prawd jest, co powiedziaa. Zdradzi towarzysza i wodza 
swego, ktrym by brat mj. Sta si przyczyn srogich cierpie i miertelnych jego niebezpieczestw. 
Imi swoje od pierwszej do ostatniej goski okry hab. 
Co nim spowodowao w tej chwili fatalnej, gdy przed ludmi majcymi rozstrzyga losy 
ich obydwch sta si tak wszystkomownym? Trudno rozbiera i straszno dochodzi. 
Podobno w tych grubych cianach, wrd ktrych przebywali razem, co chwila wybuchay 
pomidzy nimi spory krtkie, lecz miertelne jak zatrute ostrza, paday sowa ranice 
sroej od kul i mieczy... Albo wiem wszystko? Domylam si tylko wielkoci obraz po 
okropnoci zemsty. Domylam si te rozstroju nerww i mzgu, nagle przerzuconych z 
szampaskiej czary uycia w cykut trwg i udrcze. Nikt mi o tym nie opowiada dokadnie. 
Jedne tylko usta, raz jeden, miay odwag cz winy przypisa ofierze zbrodni... 
Moe nie myliy si. Nie wiem. Niech Bg to osdzi. 
Odzyskawszy mono rozporzdzania si swoj osob i swoim majtkiem opuci 
strony rodzinne i znikn. Z pocztku ten i w jeszcze tu lub wdzie zobaczy go lub o nim 
usysza, lecz po paru latach zgina wszelka wie. Moe na drug pkul wiata odjecha, 
moe umar. Nie wiedzia nikt i nie dowiadywa si nikt. Lej staje si na ziemi i 
piersiom ludzkim, gdy taki czowiek znika. 
Kiedy brat mj przez nadzwyczajny zbieg okolicznoci strasznej mierci uniknwszy 
odjeda na kresy innej czci wiata, ja ziemi u stp jego wosami swymi zamiotam, z 
krwawym paczem bagajc, aby mi krwaw omyk moj przebaczy... 
......................................... 
W gbi pokoju, dotykane dalekim wiatem lampy, majaczyo na obrazie niade rami 
wycignite z toporem nad ciaem bielejcym u kamiennego otarza. 
- Kain! - szepnam. 
- e mia w przyszoci dalszej sta si czym innym jeszcze, wiemy dotd my dwoje 
tylko, ja i mj brat, a ty zaraz si dowiesz... 
......................................... 
Jak yam w pierwszych latach, ktre potem nastpiy, ten tylko zrozumie, kto sam 
przez czas dugi codziennie usypia i budzi si w zach. 
Bywaj czasem momenty z takim nagromadzeniem nieszcz, e gry tej starannie 
odmalowywa nie potrzeba, bo ktokolwiek pierwsze zarysy jej zobaczy, uczu musi na sobie 
jej cie. 
Z gniazda zielonego, nad polami szerokimi, nad strumieniami przeczystymi, nad murawami 
aksamitnymi i alejami drzew odwiecznych zawieszonego, wypadam na bruk miejski, 
pomidzy mury miejskie, w zgiek, w tok, w kurzaw, w, zaduch, w czst obaw 
godu ciaa, w cigy gd serca. 
Nikt z moich najbliszych w pobliu moim nie pozosta, najbliszy, a teraz po dwakro, 
po trzykro najdroszy brat mj cierpia w oddali nieprzejrzanej. O  znikn ze wiata - i 
gdyby znikn by z mojej pamici! Ale nie. 
W kad noc bezsenn i w kadej chwili bezczynnej, jak w ciemn topiel, rzucaam si 
w niepojt, w przeraliw zagadk jego duszy i jego przeznacze... 
Czy pewn jeste, e po zabiciu Abla Kain, na kresy wiata odchodzc, o kadym 
wschodzie soca nie upad twarz na ziemi ze wstydu przed socem i zgrzytajcymi zbami 
nie gryz ziemi z rozpaczy, e jeszcze widzi soce? Czy nie przypuszczasz, e nocami 
chodzio za Kainem widmo Abla i oddechem swym skrcao mu wosy na gowie, w 
ksztat wijcego si w mkach pomienia? 
168 
Jeeli mniemasz, e wielcy winowajcy s zawsze ostatnimi wrd ludzkoci, jeste w 
bdzie. Ten z nich, ktrego serce cho raz w yciu miao sen o cnocie, to krl ndzarzy. 
Po niezliczone razy oczyma wyobrani widziaam go na jakich dalekich drogach, upadajcego 
twarz na ziemi ze wstydu i gryzcego ziemi z rozpaczy. Po niezliczone razy 
nawiedzaa mi mara winowajcy, ktry w noc ciemn idzie ze zjeonymi jak pomie wosami 
nad gow, gdy tu za ni id nieubaganie blade widma jego ofiar. 
Czasem z pogard odpychaam te widzenia, czujc wstrt ku samej sobie za to, e nawiedza 
mi one mog i e - o, cikie wyznanie! - krzesz mi w sercu lito. A czasem z 
si opada i do walki niezdolna, dawaam folg litoci i jakim rzutom serca bolesnym, w 
ktrych woao ono, e chce podziela z winowajc brzemi jego haby i razem z nim i 
jednym szlakiem ciemnym, pod jednym paszczem strasznego krlowania nad wszechndz 
ziemi - i i dusz jego z plam obmywa wiernym pomimo wszystko kochaniem, a 
moe z obmytej, z oczyszczonej dobywa znowu te pikne wiata, o ktrych wiedziaam, 
e w niej byy. 
Wiedziaam, e byy, i nic nie mogo zabi we mnie tej wiary, a przecie nieraz po ktach 
sypialni, prnej snu, a penej ciemnoci, chichotaa najstraszliwsza towarzyszka bezsennych 
nocy czowieka: ironia. 
Moe w jakiej dalekiej stolicy, zamiast wi si w mczarniach, pawi si on w rozkoszach, 
moe nie ponury paszcz krla ndzarzy, lecz wykwintny frak balowy ma na ramionach, 
moe ze zotymi poyskami we wosach, w tych licznych wosach, na ktrych tam w 
domku lenym kadam kojce i bogosawice donie, u warg czerwonych trzyma puchar 
upoje i znowu jest podobnym do boka radoci ycia, ohydnej teraz radoci? 
Takich chichotw ironii suchajc, twarz tonam w mokrej od ez poduszce i caa siebie 
rzucaam w dalek dal, pod stopy brata - bohatera, hymnami serca wielbic cnot czyst, 
pocaunkami omywajc rany witego cierpienia. 
Ale potem znowu... 
O, wierz! bya to mka wielka! 
Lecz ycie powszednie, a zwaszcza ycie powszednie ludzi ubogich, to szary, monotonny 
deszczyk, ktrego krople malutkie a niezliczone padaj, padaj, padaj na myl i 
serce, a skrzyda myli przybij do ziemi i serca rubiny pogasz. 
Z majtnej crki wiejskiego dworu staam si biedn dziewczyn, ktra w ciasnych izdebkach 
domku, stojcego nad rynsztokiem miejskiego zauka, caodzienn prac zarabiaa 
na codzienny kawaek chleba. 
Po miastach, po miasteczkach wiele nas wwczas byo takich gobic wypadych z 
gniazd puchem wysanych na ostre kamienie bruku. Trzeba byo na kamieniach wi gniazda 
z ostw i piounw. Wiy je, jak umiay, gobice, zrazu drce od strachu, blu, gniewu, 
lecz wkrtce pod rk Bo ukorzone, coraz mniejsze i na koniec spokojne tym spokojem, 
ktry panuje w dni monotonnych, szarych deszczykw. 
Soca nie ma, na szczytach wieyc zote iglice pogasy, wiat szary, skrzyda duszy 
opade i tylko kdy na dnie pamici czerwieniej ary wspomnie o nadziejach, o tczach, 
o lotach pod gwiazdy. 
Mieszkania tych przybyszek od pl, k, lasw i ogrodw rozkwieconych, w najtaszych 
dzielnicach miasta i w najniszych domkach tych dzielnic, pozna mona byo po 
obfitoci rolin kwitncych za maymi oknami, po dobywajcej si zza okien muzyce fortepianowej, 
po wybieganiu z drzwi lub bram domkw postaci kobiecych, czsto adnych i 
zgrabnych, zawsze ciemno i tanio ubranych, pieszcych do pracy. 
Pracoway, jak mogy: szyy, uczyy, wiele jeszcze robt rnych... czy ja wiem? byleby 
yjc mc na wiat patrze okiem czystym, cho niezmiernie prdko i wczenie utrcajcym 
blaski modoci. 
169 
Ja uczyam. Nieprzeliczone s te dzikczynienia, ktre w mylach i listach posyaam 
bratu za to, e sama umiaam tak wiele i dobrze. Mieszkay razem ze mn w trzech malutkich 
pokojach dwie dalekie krewne moje, z ktrymi w momencie przeomowym mocno 
wziymy si za rce, aby siami wsplnymi znosi ycie. Bo nie byo ju dla nas mowy 
ani myli o czymkolwiek innym, jak tylko o znoszeniu ycia. 
Z pocztku bywao nam czsto trudno, godno i chodno, ale potem uoyy si jako 
sprawy nasze we wzgldn i sta pomylno. Ja i Cesia biegaymy z lekcji na lekcj, 
Rzia siedziaa za hafciarskimi krosnami i dogldaa nieduego gospodarstwa. Godziny, 
podobne do kropel monotonnego deszczyku, skaday dni, z dni powstay lata, ktre tworzyy 
dziesitki lat... 
Jednak na te dugie lata nasze oprcz kropelek szarego deszczyku sypay si take 
drobniutkie kwiatki uciech. Tak ju stworzony jest czowiek, e z piounw choby wydobywa 
sobie musi krople miodu; mymy je wydobyway z tkwicych nam we krwi upodoba 
i z serc, ktre stwardnie ani zamarzn nie mogy. 
Wic sabe echa od rodzinnych ogrodw naszych, te roliny u okien, ktre oczyma coraz 
nowych koron kwiatw patrzay w nasze zmczone oczy, troch muzyki o szarej godzinie, 
troch czytania w dzie witeczny, ubogie dzieci, ubodzy starcy... 
Tych ostatnich wprowadziy nam w ycie zote serce i praktyczna rka Rzi. Bya ona 
pord nas Mart posiadajc sztuk wypiekania dziesiciu chlebw z jednej garci mki i 
zarazem Mari olejki nieskoczonego miosierdzia wylewajc pod stopy ludzkiej ndzy. 
Wszystko to razem nadawao yciu barwy niewietne wprawdzie, lecz chronice ycie 
przed bladoci trupi. Ze wszystkiego te tego wynikno, e przyszed do nas ten niemy 
tracz... 
Ten niemy tracz, ktrego Ra przyprowadzia raz z ulicy, aby ogrza si i posili, wyda 
si nam zrazu czowiekiem dziwnym i mnie nawet troch przestraszy. 
Trzymajc w rku list od brata przed chwil otrzymany, weszam do jadalnego pokoiku 
i nie spostrzegajc obecnoci czowieka obcego poczam gono dzieli si z towarzyszkami 
treci listu, gdy nagle one krzykny ze zdziwienia, a ja cofnam si z przestrachem, 
bo kto mi do ng upad. 
Nie wiedzc ani kto, ani co, ani dlaczego, widziaam tylko zwyczajn siermig robotnicz, 
rzemieniem przepasan, jak gow osiwia i jakie rce sine, ylaste, szramami i 
guzami okryte, ktre usioway pochwyci brzeg mojej usuwajcej si sukni. W miar jak 
usuwaam si, siermiga peza ku mnie po pododze, rce latay w powietrzu jak licie 
przez wiatr targane i czoo jakie pomarszczone, krwi nabiege, kilka razy uderzyo o de-
ski podogi. Sycha byo przy tym kania czy wykrzyki, czy jki chrapliwe i przerywane, 
jakby kto ryk mordowanego zwierzcia na drobne kawaki posieka. 
Towarzyszki moje, do silne, fizycznie, prdko podniosy z ziemi i na stron nieco 
usuny tego czowieka, a gdy on, nagle ucichy i spokorniay stan u okna, zobaczyam 
bardzo zwyczajnego pokornego biedaka w siermidze wyrobniczej, w grubym i onieonym 
obuwiu, z twarz tak ukryt w gstwinie zarostu, e wida byo tylko krwawo czerwone 
powieki i nad krzaczastymi brwiami czoo zke, pene zmarszczek. Wosy spltan 
gstwin okrywajce gow, ogromny zarost twarzy i zwisajce na powieki krzaki brwi 
miay barw ciemnego popiou. 
Ndzarz! Tym wikszy ndzarz, e niemowa. 
Rzia, ktrej litociwy wzrok od do dawna ju ciga go wrd miejskiego ubstwa, 
powiedziaa nam, e czowiek ten such posiada, ale mow wskutek wypadku jakiego podobno 
utraci ju do dawna, e widywaa go przedtem piujcego drzewo na znajomych jej 
podwrkach, lecz e teraz chory, pracowa nie moe, wic... 
170 
Ale naturalnie, ma si rozumie, niech przychodzi jak najczciej! Tylko co znaczya 
ta dziwna scena? Poniewa niemym bdc nie by guchym, wic po cichutku szepnymy 
sobie do uszu, e zapewne... troch obkany. 
Tym wikszy ndzarz. 
A kiedymy pomidzy sob szeptay, on wyj zza siermigi bia tabliczk i owkiem 
co na niej skreliwszy poda j Rzi. Zobaczyymy jeden tylko wyraz: Przepraszam. 
Litery byy niezgrabne i zygzakowate. C dziwnego? Prosty tracz! I w dodatku mia rce 
zsiniae od zimna i szramami, guzami okryte od piy czy moe i od innych jeszcze narzdzi 
cikiej pracy. 
nieg tego dnia lea na ziemi, na dachach, zasypywa powietrze, oblepia szyby okien, 
napenia wntrze domu matowym biaym wiatem. 
Pamitam!... W biaym powietrzu pokoju niemy tracz siedzia przy maym stole nad 
umieszczon przed nim ywnoci i dugo nie jad. Gowa jego nisko pochylona i twarz 
gsto obrosa tak wyglday, jakby je okrywaa gruba warstwa popiou, a posta zgarbiona, 
od grubej siermigi bryowata, odrzynaa si na nienym tle okna plam ciemn, cik, 
smutn... 
Pamitam, e w chwili owej, nie wiedzie skd, moe od nienej biaoci tego dnia 
zalatywa ku mnie zaczy echa z dalekiej przeszoci, z wczesnej modoci! 
Las zasany marmurem siniejcych niegw, szklane kwiaty szronu po drzewach, w 
biaej alei jedziec na piknym koniu... za maymi oknami wielkie oczy niegw na gaziach 
wierkowych, u kolan moich zota gowa modzieca: 
I tskno za dol, za zot, 
Co j jak oki wiatr zmiata... 
Ach, pozwl zamilkn na chwil, odpocz. 
......................................... 
Umilka. Cisza napeniajca duy pokj, koczya: 
Jest skryt za tob tsknot, 
Anima immaculata! 
......................................... 
List, dnia owego otrzymany, przynis mi nieskoczenie radosn wie, e za kilka 
miesicy zobacz brata. Po dwudziestu kilku latach nieobecnoci mia przyby, aby na 
zawsze ju w pobliu moim pozosta. Rodzina jego - bo tam, daleko, zalubi jedn z dalekich 
krewnych naszych i mia liczne podobno dzieci - przybdzie nieco pniej, a on j 
wyprzedzi w celu urzdzenia wygodnego rodzinnego gniazda. Wygodne, pikne gniazdo 
dla rodziny swej usa moe, bo wraca z majtkiem znacznym. 
Pierwszy pocztek nowego tego majtku napenia mi zawsze wdzicznoci dla jakiego 
bezimiennego, wielkiego serca. Bo przed wielu laty kto przysa bratu memu znaczn 
sum pienin, tak zrcznie imi swoje ukrywajc, e pomimo stara jego i moich odkry 
go byo niepodobna. Daru tego zwrci nikt nie mg, poniewa nikt nie wiedzia, kdy 
znajdowao si i jakim byo jego rdo. Fakt w zreszt, jakkolwiek niezwyky, nie by w 
gruncie rzeczy bardzo dziwnym i wiadczy tylko o tym, e bywaj na ziemi serca wielkie, 
zdolne do uwielbienia, wspczucia i niesienia czynnej pomocy przedmiotom tych uczu. 
W rozumnych i energicznych rkach brata mego z pierwszej tej cegy wyrs obszerny 
gmach. Mniejsza o to, co budowa, ale e w prac sw wkada jedn ze swych cech najbardziej 
znamiennych, ktr bya do zacitoci posunita stao uczu i de, wic 
uwieczya j pomylno. A e przy tym posiada szczcie rodzinne... 
171 
Wicher nieszczcia chosta przez czas do dugi odwan t gow i biczem ognistym 
zacina te silne ramiona, lecz pod Bo rk ucich potem i gowa podniosa si znowu z 
peni swych myli niezomnych, a ramiona wypryy si do trudw i do rozkoszy ycia, 
z peni swych si niepospolitych. 
Od otrzymania listu owego dugie miesice przeminy, zanim w pokoikach naszych 
rozleg si krzyk szalonej radoci, z jak upadam w szeroko przede mn rozwarte objcia 
brata. 
Przepyn po nas strumie czasu i obojgu przysypa wosy srebrem, mnie przedwczenie, 
jemu tak piknie, e zdaway si by koron promienn, ktra zwieczya jego troch 
tylko zmczone czoo. Zdrowym ujrzaam go, silnym, penym dawnych niezomnych myli 
i uczu, prawie modym. 
Bywaj takie supy, ktre z wichrzystej burzy dobywaj si proste, nienaruszone, z 
gowicami tak jak przed burz dumnie i strojnie podniesionymi ku niebu; lecz s to supy 
wykute z jednej bryy drogocennego kamienia. 
Biada wrd wichrw i byskawic tym, ktrych wntrznoci tocz odamy piknych 
kruszcw w roztokach lichej gliny! 
Z gwarem zapyta, opowiada, miechu zmieszanego z paczem, wykrzykw radoci, 
roztapiajcych si w westchnienia, wprowadziymy gocia drogiego do maej jadalni naszej 
i razem z nim zasiadymy u tego stou, przy ktrym przez lata dugie po niezliczone 
razy smutne usta nasze z utsknieniem i uwielbieniem imi jego wymawiay. 
By to jeden z tych obiadw, ktrych nikt je nie chce, bo wszyscy nasyceni s przez 
rado, i ktrych nikt je nie ma czasu, bo wszystkie usta zajte s mwieniem. Zdaje si, 
e z pocztku wszyscy czworo mwilimy razem, zaledwie si nawzajem rozumiejc, i 
cho potem rozmowa staa si porzdniejsz nieco, gorczkowego ttna dugo utraci nie 
moga. 
Z gorczkowymi, rumiecami na policzkach suchaam brata mwicego o zamiarach 
swych osiedlenia si w wielkim miecie i rozpoczcia tam jakiej trudnej i ogowi uytecznej 
pracy, gdy krztajca si dokoa stou Rzia dotkna mego ramienia z cichym 
szeptem: 
- Spjrz! Niemy! 
Spojrzaam w kierunku wskazywanym i oczy moje, z ktrych przez brzegi wylewaa si 
rado, ujrzay widok, z ktrego przez brzegi wylewa si ciki smutek. 
Przy maym stoliku u okna siedzia niemy tracz, ktrego obecnoci nikt z nas, oprcz 
Rzi, w zawierusze wzrusze nie spostrzeg. Bya to zreszt istota tyle w yciu naszym 
znaczca, ile dla czowieka znaczy moe wrbel godny i zziby, ktremu on przez okno 
sypnie z litoci gar ziarn czy okruchw. Od roku prawie przychodzi tu do czsto, a nie 
znaymy jego imienia, mwic o nim zwykle: niemy tracz albo wprost: niemy. Spotykaam 
go te niekiedy na ulicach miasta, ale nigdy nie prosi mi o jamun. Rzi, owszem, 
prosi w sposb do dziwny i ktry j wzrusza, bo nie wyciga nigdy rki ani wydawa 
tych przykrych skomle, ktre zazwyczaj wychodz z garde ludzi pozbawionych mowy, 
lecz tylko wte ciao jego w grubej siermidze i gowa osypana popioem chyliy si w 
pokonie jak grb milczcym i w ktrym Rzia wyczytywaa pokor gbok i bolesn. 
Zdawao si, e przez ten rok opad ju by na ostatnie dno ndzy. Zarabia na chleb nie 
pozwalaa mu choroba dawna, ktr uproszony przez nas lekarz uzna za nieuleczaln. 
Wiedziaymy, e jeli nie dni, to miesice lub tygodnie ycia tego ndzarza byy policzone. 
Teraz przy maym stoliku... 
Ten may stolik by miejscem, na ktrym zwykle Rzia ywia naszych ubogich goci. 
Ilu ich, najrozmaitszych: kobiet i mczyzn, starcw i dzieci, siadywao przez te dugie 
172 
lata tam, u okna, zawieszonego z zewntrz zieleni ciasnego podwrka w lecie, a biaoci 
jego w zimie! 
Teraz bya jesie i klon rosncy za oknem zawiesza je firank z pokych lici, na 
ktrej tle ciemn, cik plam odrzynaa si posta niemego tracza, dziwna w tej chwili 
posta! 
Siedzia tak zgarbiony i z tak nisko pochylon gow, e twarzy jego wcale wida nie 
byo, tylko opadaa mu z niej na piersi puszcza wosw twarz obrastajcych, przez co i 
gowa, i pier jego wydaway si grubo osypanymi popioem. Rce niedue, sine, opuche, 
szramami i guzami okryte leay na siermidze okrywajcej kolana, a spod obwisych 
krzakw brwi kapay na siermig, na kolana i na rce due, rzsiste zy. Paday one w ciszy 
kamiennej. Czowiek ten cay wydawa si w tej chwili wykutym z ciemnego kamienia 
i mona by myle, e w tej kamiennej postaci co tajao i wyciekao z niej cikimi, cichymi 
kroplami. 
Ani kania, ani westchnienia, ani najlejszego poruszenia. Tylko ze zgarbionych plecw 
zwisajca ta gowa osypana popioem i spod obwisych brwi padajcy na pokaleczone rce 
ten deszcz cikich, cichych ez... 
Rzia szybko przybliya si ku niemu i zacza bardzo cicho zapytywa go czy pociesza, 
a on gowy nie podnoszc, wyj zza siermigi swoj bia tabliczk i rk, ktra, 
trzsa si jak li na wietrze, ledwie czytelnymi znakami napisa znowu jeden tylko wyraz: 
Przepraszam! W kilka minut potem nie byo go ju w pokoju. Rzia chciaa wyj 
za nim, zapyta, moe pocieszy, ale przemwi do niej o czym najdroszy go nasz, 
wic pobiega ku niemu z odpowiedzi, zapominajc... 
Wszyscymy po kilku minutach zapomnieli o niemym traczu, pacz jego przypisujc 
temu blowi, jaki w czowieku wszechstronnie nieszczliwym obudza musi widok ludzi 
szczliwych. A mymy byli dnia tego tak weseli i szczliwi, e nie spostrzeglimy nawet, 
i wiadkiem tej wesooci i tego szczcia naszego jest ten ndzarz. 
Wkrtce te zapomnielimy o jego istnieniu i gdy dni upyway, a on nie przychodzi, 
jedna tylko Rzia zatroszczya si czasem o to, co si z nim dzieje, lecz i ona, zatroszczywszy 
si na chwil, zapominaa. 
W rozmowach z bratem, we wzajemnych spowiadaniach i zwierzaniach, w przywoywanych 
z przeszoci wspomnieniach wsplnych, w ukadaniu zamiarw na przyszo 
jeszcze dug, szybko przemkny mi tygodnie, prawie miesice, gdy w tej jasnej pogodzie, 
tak dla mnie nowej, ycie znowu przeraliwie zazgrzytao. 
Godzina bya przedwieczorna i bylimy w domu sami tylko z bratem, gdy kto z domowych 
poda mi list, przez jak biedn dziewczynk z przedmiecia podobno przyniesiony, 
z tego najbiedniejszego przedmiecia, co to po skonie wybrzea opuszcza ku rzece 
szary rj chatek, lepianek. List nieksztatny, szorstki, z moim nazwiskiem na kopercie, 
skrelonym pismem nieksztatnym, zygzakowatym. 
Takie pismo gdzie ju widziaam... nie pamitam! A! na tabliczce niemego tracza. 
Wic on to zapewne albo kto bardzo do niego podobny pisze z prob... 
Rozdaram kopert, otworzyam arkusz grubego papieru, wzrok mj przypadkiem upad 
najpierw na podpis i - jakby mi kto w plecy obuchem uderzy, tak porwaam si z siedzenia. 
Musiaam bardzo zmieni si na twarzy, bo brat przyskoczy do mnie, pytajc z niepokojem: 
- Co to? Co ci jest? 
Tyle tylko miaam przytomnoci, aby mu pokaza podpis na licie i krzykn: 
- Patrz! Patrz! 
Wtedy i on krzykn take: 
- Stefan Niegirycz! Kto? Skd? Gdzie? 
173 
A ja, z dawicymi si w gardle woaniami: - Gdzie? gdzie? gdzie? - biegam do kuchni, 
w ktrej zapewne bya ta dziewczynka. Brat szed za mn. 
Dziewczynka niedua, podlotek chudy i blady jak gd, suszya przy kuchennym piecu 
swe zmoke od deszczu achmany. Przez dwoje naraz ludzi z wielkim gwatem zapytywana, 
zalka, ledwie moga odpowiada. 
- Niemy tracz prosi... zanie... przed mierci... 
- Umar? 
- Czy ja wiem? Gadali, e zaraz umrze... 
- Wic jeszcze yje? 
- Czy ja wiem? Moe ju umar... 
- Lemy! Co tchu wystarczy, lemy! Moe jeszcze... moe jeszcze... 
Okrciam si na miejscu, chwytajc i opuszczajc z rk rne odziee, dopadajc ju 
drzwi w jednej sukni... 
Ale brat, powiedziawszy dziewczynce, aby nie odchodzia bez nas, opasa mi ramieniem 
i zaprowadzi do pokoju, gdzie poda mi list. 
- Trzeba przeczyta... - rzek. 
Prawda! Trzeba przeczyta. Moe tu jakie danie, wyjanienie... W oczach co chwil 
stawao mi si ciemno, jednak czytaam, a brat sta przy mnie z twarz litociw, wci 
mi ramieniem opasujc. 
Nie jestem niemy. aden wypadek nie pozbawi mi mowy; odjem j sobie sam. 
Wkrtce potem, gdy mow zgubiem siebie i innych, zaczem szarpa sobie wosy na 
gowie, krzyczc do Boga: czemu mi pierwej mowy nie odebra? Z tego przysza mi myl, 
e mog j teraz sam sobie odebra... - za pokut! 
Tak uczyniem. Postanowiem, e nigdy ju w yciu nie przemwi adnego sowa do 
adnego czowieka, i dotrzymaem. Ju wicej ni dwadziecia lat mino, odkd do adnego 
czowieka, adnego sowa... 
Niememu czowiekowi ciko y, ale dla mnie w tej cikoci bya jedyna pociecha, 
bo mylaem sobie, e to taka kpiel, ktra obmywa moj plam, nie przed ludmi, ale 
przed moj wasn boleci. Im trudniejsze byo ycie, tym mniejsz stawaa si bole. 
Bez tego nie zdoabym jej znie... 
Moe le si wyraam i pani mi nie zrozumie, ale zapomniaem ju wiele sw i jak 
trzeba je ukada... Przepraszam, e tak le i niezrozumiale pisz, ale zapomniaem pisa... 
- Wielki Boe! - jkn brat mj i silniej ogarn mi ramieniem, bo musia uczu, e 
nogi pode mn dr i mog upa. 
Cay majtek swj oddaem temu, ktry cierpia z mojej winy. C mogem wicej? 
Rozdabym, pokroiwszy, samego siebie, gdyby to byo na co potrzebne, ale e nie, wic 
oddaem majtek. Nie zaraz to zrobiem. Z pocztku mylaem, e bd mg y tak, jak 
pierwej. Ale nie. Wszystkiego prbowaem i wszystko mi byo coraz gorsz trucizn... 
A ta trucizna laa si we wszystko ze mnie samego, z tych plam, ktre na mnie byy, a 
zwaszcza z tej ostatniej. Byem pomidzy ludmi, ktrzy o nich nie wiedzieli, i ludzie 
zreszt prdko zapominaj... ale ja sam wiedziaem i nie mogem zapomnie... 
Spowied kocielna nie wystarczya. Ta pokuta, ktr ksidz po spowiedzi mi wyznaczy, 
nie bya adnym cierpieniem, a jam cierpie poda, jak czowiek nieczystociami 
oblany poda strumienia czystej wody. Wic bez mowy i bez majtku puciem si w dalekie 
strony... za t win i za wszystkie inne... i za to, e nie dotrzymaem tego, co tobie, 
pani! przyrzekaem w tym domku lenym... 
174 
Tu nastpowao co bardzo trudnego do wyczytania, bo rka od saboci drca, od pisania 
odwyka, od narzdzi cikiej pracy guzami okryta, skrcia litery w zawikany wze 
kresek i zygzakw. Jednak po chwili wyczytaam: 
Czy pamitasz?... 
Rce prawie nieprzytomne ku gowie podnoszc, list na ziemi upuciam, ale brat mj 
podnis go i gow m na piersi swej opierajc czyta dalej: 
Jako czowiek ubogi i niemy pojechaem w strony dalekie i szukaem pracy. Pan Bg 
mi nie opuci. Na kawaek chleba zarabiaem zawsze, najczciej jako robotnik po fabrykach 
albo tragarz, albo tam co innego, do czego mowa najmniej potrzebna... 
Ubogi czowiek bez mowy musi wiele cierpie, zwaszcza jeeli by pierwej bogatym i 
prnujcym; ale ja mogem ju tylko y - cierpic! Bez tego roztrzaskabym sobie gow 
kul rewolwerow albo o jaki mur. I z pocztku bardzo mylaem, aby tak zrobi, ale 
potem zawstydziem si tego mylenia jak nowej plamy. Uciekbym tym sposobem od samego 
siebie, ale wstpibym do grobu tak samo, jak byem: poplamionym. 
Kilka lat temu zaczem sabn i opanowaa mi ta choroba, z ktrej teraz umieram. 
Wtedy zapragnem strasznie zobaczy raz jeszcze w yciu swoje rodzinne strony. Nie 
miaem pienidzy na drog, wic troch pieszo, troch o godzie, troch o zebranym chlebie 
dostaem si tutaj i zaczem najmowa si do piowania drzewa. Ale ju nie zdoaem 
dugo. Nie jestem tak stary, jestem modszy od twego brata, pani, ale czasem jedno ycie 
tyle znaczy, co dziesi. 
Bg da mi to szczcie, e ciebie zobaczyem. Nie potrafiem tego szczcia znie po 
cichu, bo byo ono pene boleci... Za to, e upadem wtedy przed tob na ziemi i e krzyczaem 
z okropnej trudnoci powstrzymania si od mowy, ktrej miaem pene piersi i pene 
usta... przepraszam! 
I za to przepraszam, e list ten pisz. Przez wiele dni go pisz, bo tak mi trudno... ale 
odel przed sam mierci. Miaem postanowienie, aby nigdy nie dowiedziaa si, co si 
ze mn stao i kim by niemy tracz. Ale zabrako mi siy do pozostania na zawsze czarnym 
w twojej pamici... Nie mogem! Boe mj! ty wiadkiem, e tego jednego nie mogem! 
Niech ona nie myli, e po wszystkim, co stao si i gdym j utraci, piem szampana i rne 
tam inne... 
Poka list ten bratu i wstaw si za mn, aby przebaczy!... 
I ty mi przebacz! Tyle lat przeszo, jestem teraz jak ci proci ludzie, ktrzy prawie nie 
umiej pisa... Wszystko stoi mi przed oczyma, jak gdyby wczoraj byo... Ten kulig, moje 
stepowe konie, taki jasny rbek nieba nad niegiem. .. domek leny... 
Jeszcze dwa wiersze pisma, prawie zupenie ju nieczytelnego. Kilka sw tylko do 
poowy wynurza si z chaosu znakw. 
Bg... moe... do grobu... z czyst dusz... 
Jak przez mg zobaczyam poblad twarz brata. Silny ten czowiek obu rkoma ciska 
gow, zbielaymi usty szepcc: 
- Boe! Boe! Boe wielki! A potem zawoa: 
- Chodmy! Nie! Jedmy! Prdzej! 
Jadc trzymaam na kolanach chud dziewczynk, ktra wskazywaa drog. Wkrtce 
przybylimy do miejsca, od ktrego jechanie stao si niepodobnym i pucilimy si pie
175 
szo, biegiem spiesznym, w gstym ju zmierzchu, przez labirynt uliczek, podwrek, ruder, 
potw, mietnisk, a przewodniczka nasza zawoaa: 
- Tu! tu! 
I we wntrzu niskiej chaupy znikna. 
Maa izdebka z ciemnymi cianami i w wietle ndznej lampki, mtnie majaczce postacie 
ludzkie, z ktrych jedna ujrzawszy nas wchodzcych, stumionym gosem rzeka: 
- Ju! Ju! 
W tym nawet siedlisku ndzy mona byo po uciszonych postaciach i gosach rozpozna, 
e mier ju tu jest; kto milczcym gestem wskaza zamknite, niskie drzwiczki. 
Prosiam brata, aby na chwil tu pozosta, bo chc by sama jedna... Otworzyam niskie 
drzwiczki i cicho je za sob zamknam. Tam nie izba ju bya, lecz nora bez okna, z wilgotn 
ziemi zamiast podogi. I nie lampka ju choby ndzna, lecz gliniany kaganek z 
tym pomykiem nad odrobin tuszczu. Dym kaganka szed w ciemno, a pomyk jego 
czerwon plam znaczy sprchnia cian. 
Pod plam czerwonego wiata, grubym okryciem zasonite, martwe na niskim legowisku 
wzdymay si ksztaty czowiecze. Cikie, kamienne ksztaty, z twarz ginc we 
wosach osypanych popioem. 
Oparam si o niskie odrzwia i staam zmartwiaa jak ten trup... 
By niegdy zielony dzie majowy... Las, mode pdy soniny, jak pki wiec w kandelabrach, 
jasne w sonecznym zocie, deszcz jaskrw na murawie, wysoki krzak ry dzikiej... 
Patki rane padaj mi na rce i sukni - jeden upad na jego zote wosy i dry jak 
rowy motyl... 
Pierwsze spotkanie nasze. 
I oto jak spotkalimy si po raz ostatni. 
......................................... 
Umilka. W gbi pokoju, dotykane dalekim wiatem lampy, mtnie majacz iskry pozot 
na ksikach i zarysy obrazw na cianach. Za oknami stoi bezoka noc listopadowa i 
w czarnym onie toczy westchnienia coraz gbsze, coraz guchsze, coraz dalsze... 
176 
MIER DOMU 
Haas grubych rozmw, miechw, sprzeczek; tum koni przez rnych ludzi za uzdy 
trzymanych i byda, ktremu na szyj powrozy zarzucaj; tum chopw. ydw, zagrodowcw, 
szary, sierminy, chci zysku rozgrzany, rozgadany, rozmachany, oczami spod 
zmitych czapek poyskujcy. Wrd tumu, przed rozwartymi wrotami stodoy, stajen, 
obr, na podcielisku somy brudnej i zmitej - kocz stary, kabriolet jeszcze nowy i adny, 
par bryczek, wozy, z ktrych na jednym bkitno pomalowana mocarnia, na innych pugi 
z poyskujcymi lemieszami, brony zbami do gry obrcone, spltane nogi od stow i 
stokw, grube, czerwone szafy, nadwerone albo i poamane, bezimienne i bezksztatne 
sprzty, narzdzia, graty, rupiecie. To wszystko na wielkim, gadkim dziedzicu, z ktrego 
strony jednej stoi wysoka gstwina drzew, prawie pozbawionych lici, z drugiej, za sztachetami, 
tu i wdzie rozwalonymi, le pod biaym niebem pola brunatne, rozlege, upione. 
Pod gstwin drzew, ktra zason z ciemnych koronek wznosi si nad biaym, dugim 
domem, na gbokim ganku przez cztery grube supy wspieranym stoi st z brudnym kaamarzem, 
z troch szarych papierw, z pirem w atramencie powalanym i ze starym 
dzwonkiem, ktrego rczka naladuje figlarnie wykrzywion mapk. Przy stole trzy nie 
zajte w tej chwili krzesa: z obu stron ganku po sze okien, niewiele nad ziemi wzniesionych 
- wszystkie pozamykane szczelnie, a wewntrz nagie. Nad gontowym dachem o 
szerokim u dou okapie i spiczastym szczycie, na drzewie najwyszym, sterczy przez wiatr 
zapewne wykrzywione gniazdo bocianie. 
Drzwi domu starowieckie, okryte rzeb naladujc gste nabicie gwodmi, roztwieraj 
si szeroko i kilku ludzi z wielkim stukiem grubego obuwia wynosi z nich sprzt dugi 
i ciki. Jakby na dane haso, cz tumu haasujcego dokoa koni, byda i wozw z popiechem 
rzuca si ku gankowi. Zapewne panowie urzdnicy skoczyli ju je niadanie i 
wnet zaczn prowadzi dalej przerwan na p godziny licytacj. Konie, bydo, narzdzia 
gospodarskie, graty zawalajce oficyny i spichrze ju s sprzedane i nabyte; teraz kolej na 
sprzty domowe. Ho, ho, ciekawa to rzecz sprzty takiego starego domu; bardzo starego, 
bo Joachim ogrodnik, ktry ju ze siedemdziesit lat ma, najpewniej opowiada, e zbudowano 
go za modoci jego dziadka. Nazbiera si te tam musiao rzeczy rnych przez 
czas tak dugi i przez ycie tylu pokole. Tote mody Franu Kulik, w najblisze zapusty 
oeni si majcy, gwatownie ludzi rozpycha i z rkami zuchwale na kbach opartymi 
staje najbliej ganku. Ale mynarz Zawruk i handlarz Mendel nikomu na licytacjach ustpowa 
nie przywykli; wic piermi jak taranami o stalowe okcie buczucznego zagrodowca 
tuk, a oczami poeraj ustawion na brzegu ganku kanap dug, gbok, ca z 
mahoniu, z ogromnymi porczami i obiciem, na ktrym rd ta ciemnego bledniej dwa 
spowiae, na kanwie wyszyte pejzae. Dawno ju te pejzae wyszytymi zostay, bardzo 
dawno, bo stary Joachim by chopcem kredensowym i moe jeszcze dziesiciu lat nie 
mia, kiedy starsza pani wyszywaa je w krosnach takimi piknymi wczkami, e pocigay 
one wzrok i rce malca, ilekro froterujc posadzk na krosna okiem rzuci. Wtedy te 
starsza pani bya jeszcze mod i do piknej roboty nie zbliaa si inaczej jak z wesoym 
177 
nuceniem. Czasem gdy pana nie byo w domu, a dzieci bawiy si w ogrodzie, sama jedna 
siadywaa nad krosnami, przy otwartym oknie, przez ktre wlatyway szelesty lici, zapachy 
kwiatw, miechy dzieci. Szya i nucia. Ile razy nawloka ig, tyle razy zanucia, a 
czasem i zapiewaa tak gono, e po caym domu si rozlego. Jak raz w wigili imienin 
pana rymarz Jerzy obi t kanap ciemn materi z tymi wprawionymi przez ni pejzaami. 
Pan by bardzo kontent, gocie, ktrych na imieniny peno si nazjedao, robocie nadziwi 
si nie mogli. Joachim doskonale dzie ten pamita, bo jad w kredensie wiele smacznych 
rzeczy i paru rwienikom przez goci przywiezionym pokazywa w rosncych za 
ogrodem olchach gniazda szpakw i dudkw. Kiedy za jak koty wazili na te drzewa, od 
domu bi gwar muzyki, rozmw, brzczenia stoowych naczy. wiat sta w zieleni, dom 
w wesooci. Nie dziw wic, e to wszystko wybornie pamitajc, starowina w dugiej do 
kostek siermidze wspina si na palce, suchymi rkoma zawiesza si na porczy ganku, 
kocist szyj wypra i tak usilnie, uparcie wpatruje si w spowiae pejzae kanapy, e a 
te powieki pod siwymi brwiami poczynaj mu prdko, coraz prdzej mruga. Ale w teje 
chwili pomidzy grubym i zaboconym jego obuwiem a porcz ganku cichuteko przesuwa 
si stworzenie, ktre take co pamita, i ostronie tum ludzki wymijajc zblia si 
do kanapy. Jest to pies nieduy, bardzo chudy, z t, zjeon od zaniedbania sierci, z 
kiciastym spuszczonym ogonem i niezmiernie smutnymi oczyma w biaych obwdkach. 
Przybieg, a raczej przypez do kanapy, obwcha j i pysk do niej przyoywszy zacz po 
cichu skomle. Kochana kanapa! ty pies pamita wybornie, e nazywano j w domu 
kanap babuni, e siadyway na niej osoby, ktre on kocha i ktrych rce delikatne i 
przyjazne z pieszczot przesuway si po jego gadkiej podwczas sierci. On nawet niekiedy 
i na pejzaach tych siadywa mia prawo, a teraz nie moe nawet na nie popatrze, 
bo ludzie cisn si dokoa tumnie, gwatownie, a skurczony, do ziemi przypady wcisn 
si musi pod kanap, gdzie zwija si w kbek i cigle po cichu skomli. Ludzie tymczasem 
tak cile otoczyli st z kaamarzem, papierami i dzwonkiem, e z siedzcych przy nim 
urzdnikw wida tylko jedn czapk z byszczc gwiazdk, jeden profil blady i ostry i 
jedn chud dug rk, ktra przerzuca papiery. Wskie usta bladego profilu gono i dobitnie 
wymawiaj kilka wyrazw, zakoczonych goniej jeszcze i dobitniej wymwionym 
zapytaniem: 
- Pi! Kto da wicej? 
Franu Kulik, czerwienic si, gbokim basem woa: 
- Pi pidziesit! 
Mynarz przez Kulika uproszony milczy, ale handlarz miarkujc, e zawsze to czysty 
maho, piskliwie krzyczy: 
- Sze! 
Blady profil powtarza: 
- Sze! Po raz trzeci! Kto da wicej? 
Kulik w pomieniach cay, z zamaszystym gestem wykrzykuje: 
- Siedm! 
- Kto da wicej? 
Milczenie. Mendel rozwaa i wtpi: a kto na takim starowieckim gracie siedzie zechce? 
Nikomu za innemu spord obecnych kanapa z pejzaami na nic wcale przyda si 
nie moe. Wic chuda duga rka, ktra przed chwil przerzucaa papiery, wyciga si do 
dzwonka, chwyta figlarnie wykrzywion mapk i silnie ni wstrzsa. W powietrzu rozlega 
si dzwonienie przenikliwe. Kulik tryumfujcy wydobywa zza kurty skrzany woreczek z 
pienidzmi i przystpuje z nim do stou. 
Teraz mnstwo ju rzeczy napenia gboki ganek, a ludzie ciko stukajcy butami 
wynosz z domu coraz to inne i przed schodami ganku ustawiaj. S to najrniejsze 
178 
sprzty, w stylach mniej wicej nowych, i te sprzedaj prdko i atwo. Trudniej idzie z 
biurkiem starowieckim, bogato brzami nabijanym i zdobnym u gry w dwa zwierciadeka. 
Do drogo je ceniono, a w caym zgromadzeniu nie ma ani jednej pary oczu, ktra by 
umiaa zachwyci si harmonijnymi liniami i surowym bogactwem tej starej pamitki. 
Tylko stary Joachim cigle u porczy ganku zawieszony wpatruje si w ni wytrzeszczonymi 
oczyma, bo bardzo dobrze pamita, e kiedy ogrodnikiem ju bdc przychodzi do 
starszego najpierw, potem do modszego pana, a potem jeszcze do wdowy po modszym z 
zapytaniem, przedstawieniem, prob, starszego i modszego, i wdow po modszym znajdowa 
czsto siedzcych przy odchylonej klapie tego biurka, w ktrego mnstwie szuflad i 
szufladek chronio si mnstwo gospodarskich i innych papierw. Modszego szczeglniej 
widzi w tej chwili przed sob jak ywego. Rachmistrz z niego by wielki; przy tym biurku 
siadywa wtedy jeszcze, gdy wszyscy we dworze spali, pisa w ksigach cyfry, podkrela, 
rachowa. Modziutkiego syna tylko zawczasu rachowa nie nauczy, bo zaledwie dorsszy 
rozkocha si w gwiedzie, wzlecia ku niej jak orze i zgin jak mucha, a raczej jak 
li jesienny: ponioso go gdzie daleko i - przepad. 
- Dwadziecia! Po raz trzeci! Kto da wicej? 
- Dwadziecia i jeden! - woa siwy jegomo w szaraczkowym surducie i troch jeszcze 
wahajcy si, z machniciem rki dodaje: 
- Co robi? Niech ju cho i takie lusterka dla dziewczt bd w chacie! Figlarnie wykrzywiona 
mapka, chud rk wstrzsana, przenikliwie dzwoni. Nabywca, z ustami od luboci 
rozwartymi, wysuwa szufladki nad klap umieszczone, a w jednej z nich znalazszy 
arkusik papieru, od gry do dou zapisany, niedbale rzuca go na ziemi. Ale stojcy obok 
jegomostk, ysy, troch krzywy, w elegancko skrojonym i mocno wytartym paltocie, poktny 
doradca z ssiedniego miasteczka, schyla si popiesznie, arkusik podnosi i do oczu 
przyblia. Nu dokumencik jaki albo co takiego, z czego da si cho troch pocign! 
Czytajc mruczy: Moja mamo zota! Mj brylantowy ojczuszku! Chocia z Henrykiem 
jest mi jak w raju, myl, wspomnieniami, tsknot serdeczn czsto bywam z wami! 
Przeskakuje oczami jedn stronic, drug, trzeci, a u dou czwartej wyczytawszy: Z 
mioci bez granic rce wasze cauj, Helenka, pogardliwie wymawia: gupstwo! i 
znowu arkusik rzuca na podog, gdzie go w minut par rozdeptuj i strzpami na obloconych 
podeszwach roznosz ludzie, cisncy si ku widokowi nowemu. Bo ot i ona sama, 
ta Helenka, ktra matk nazywaa zot, a ojca brylantowym, licznie wymalowana 
olejnymi farbami, w biaej sukni, z r przy zotym warkoczu, cienka w pasie, wta. Ona 
i obok niej ten chopak, ktry to tak dalece rachowa nie umia, e za gwiazd zaofiarowa 
ycie, gwiazdy nie dosta i ycie utraci. Dumny, ognisty chopak, ciemnymi oczyma spod 
zotych wosw jak ywy patrzy z portretu. 
Najpierw portret panny. 
- Po raz pierwszy: Kto da wicej? 
- Po raz drugi: Kto da wicej? 
- Po raz trzeci: Kto da wicej? 
Dzierawca karczmy da najwicej, a prawd mwic, on jeden do nabycia portretu 
ch okaza. adny obrazek: powiesi go w gocinnym pokoju, w ktrym czasem nocuj 
podrni, nad kanap, z ktrej pil wielkimi kakami wypada, naprzeciw okna upstrzonego 
przez muchy i przyozdobionego dwoma kaktusami, podobnymi do poamanych koci 
mczennikw. 
A teraz portret chopca. Nikt formalnie kupowa go nie chce. Ot, tobie, chopcze, duma 
i ch pacenia za gwiazd yciem! Ledwie na koniec ten sam karczmarz, ktry naby Helenk, 
i brata jej bierze jak z aski. Niech tam ju bdzie tych obrazkw do pary: moe nocujcym 
w karczmie panom spodoba si panienka, a paniom - panicz! 
179 
Mapka brzowa a szamoce si caa, tak dzwoni; ty pies wraca od wo, ku ktremu 
odprowadza kanap babuni. Stoi teraz ta kanapa na wozie, a na jednym z jej pejzaw 
siedzi Franu Kulik z batem w rku, w przekrzywionej z fantazj czapce i z grnej swej 
pozycji do kilku ssiadw przemawiajc zanosi si basowym miechem. Bydo, uprowadzane 
za bram, ryczy, konie parskaj i czasem r. ty pies zlk si bata, ryczenia, renia, 
ku gankowi wrci i ujrza stojc przed gankiem szaf kredensow, na ktrej widok 
wyschy jego jzyk szybko obrci si dokoa wychudego pyska: nie bez racji, bo kiedy 
niemoda, skrztna i gderliwa panna Alojza lub inne osoby te cikie dbowe drzwi otwieray, 
sta on zawsze przy nich z pyskiem po kawaek pieczeni lub cukru wycignitym i - 
nie zawodzi si nigdy. Teraz wielki sprzt dbowy, cay w rzebionych szlakach, z powodu 
braku tylnych ng tak mocno w ty si przechyla, e zdaje si, wnet, wnet krzyknie od 
zdziwienia albo od przeraenia zemdleje. Jak to! wynieli go z kta, z tego kta jadalnej 
sali, w ktrym przez tyle dziesitkw lat rysoway si ciemne, cikie jego ksztaty, do 
ktrego, zdawao mu si, e przyrosy grube jego plecy! Cay w ty przegity, sprzt ten 
wydaje si przeraonym i mdlejcym, a na ganku gos ostry i donony powtarza: 
- Kto da wicej? Kto da wicej? Kto da wicej? 
Z gosem tym czy si cichszy znacznie, lecz take ostry szczebiot ptaka, ktry bardzo 
spiesznie i z wyranym zdziwieniem zapytuje: 
- Co to? co to? co to? co si tu dzieje? 
Jest to gil z czerwonym ebkiem, ktry po letnich podrach dzi wanie na zim tu 
powrci i oto - co znalaz! Sam do ju stary i nalecy do rodu gilw, ktre od niepamitnych 
czasw gniedziy si kadej zimy w bliskoci tego domu, wiele on o nim wie i 
pamita. Wntrza jego nie widzia nigdy, lecz jak wybornie s mu znanymi te okna, teraz 
nieme i nagie, gdy przedtem byy takie wesoe i strojne w zwojach firanek i zieleni wazonowych 
rolin! Albo ganek! Zawsze bywa w zimie cichy, czysty, z zamknitymi szczelnie 
drzwiami cikimi, na ktrych wypukym rysunku gil przesiadywa niekiedy, przysuchujc 
si dwiczcym za nimi gosom ludzkim. I teraz, do samego brzegu gankowego okapu 
uczepiony, czerwony ebek to w jedn, to w drug stron przekrzywiajc, z maymi oczami 
szeroko wytrzeszczonymi przysuchuje si, zastanawia, zdumiewa. Trwogi nie czuje, bo 
widzi przecie, e nikt zajmowa si nim ani myli, tylko przejmuje go al za cisz ganku i 
wesooci okien, a przy tym niepokj: czy te nie bdzie tu ju nikogo, kto by w najsrosze 
mrozy dla biednych ptaszt wysypywa na ten ganek garcie ziarn i okruch? Opowiadali 
mu przodkowie, e by to zwyczaj od dawna w tym miejscu praktykowany; we wasnym 
yciu niejednokrotnie korzysta ju z niego i nawet bardzo dokadnie przypomina 
sobie ksztaty rk, ktre przez te drzwi i okna zbawcze deszcze ziarnek na okrutny nieg 
wysypyway. Przypomina sobie rce stare, zwide, z bladymi palcami, z pomarszczon 
skr i inne: mode, ruchliwe, biae, u koczyn tylko od mrozu jak pczki centyfolii zarowione 
- i inne jeszcze, maluchne, pulchne, do rumianych jabuszek podobne. Teraz widzi 
dug, kocist, bezkrwist rk, ktra chwyta jaki byszczcy potworek, wstrzsa nim 
i dzwoni tak przeraliwie, e gil porywa si z okapu, wzbija si nad spiczasty dach domu, 
ulatuje w gb ogrodu, gdzie po chwili, na gazi jaboni ze star znajom swoj, srok o 
aobnych skrzydach, prowadzi zawzit rozmow. Na jaboni zwisaj jeszcze tu i owdzie 
czarne i czerwone licie, u stp jej sztywnie bujaj badyle srebrnikw i bodziszkw. Wiatru 
nie ma najlejszego, wic wszystko dokoa jest ciche i nieruchome, tylko gil na gazi 
trzepoce si, szamoce i czerwony ebek ku wyej nieco siedzcej sroce podnoszc szczebiota 
nie przestaje: 
- Co to? co to? co to? 
Sroka a zalega si od miechu: 
- Kra, kra, kra, kra! kra, kra, kra, kra! 
180 
Gil gniewa si zaczyna. Trzeba by srok, aby w tym wszystkim powd do miechu 
znale! Lepiej zrobiaby, gdyby zamiast mia si powiedziaa mu, dlaczego te okna, takie 
dawniej wesoe i strojne, teraz s takie nagie i nieme. 
Sroka mieje si znowu i odpowiada, e trzeba gilem by, aby nie wiedzie, i kto 
umiera, u tego oczy gasn. 
- Co? co? co? - szczebioce gil. 
Ale sroka przelatuje na drzewo inne, ktrym jest brzoza paczca, i uczepiwszy si 
wiotkiej jej gazi mieje si jeszcze. 
Gil dopdza j i na koku od potu, ktry ogrd od ki rozdziela, usiadszy, zapytuje 
jeszcze, lecz sroka jak na hutawce buja si na wiotkiej gazi brzozowej i drwi sobie z 
niego i ze wszystkiego. Wic gil na koku od pota kurczy si, napusza, pirka nastrzpia i 
psennymi oczyma patrzy na grup olch starych, tu przy pocie dzwonicych szczebiotem 
szpakw, ktre spniy si .z odlotem, a w tej chwili, przy nadchodzcym wieczorze, 
ju do snu si ukadaj. 
Nadchodzcy wieczr powoli i stopniowo napenia powietrze chodem zwikszonym i 
lekkim ciemnieniem. Tym jaskrawiej w zaledwie dojrzalnym jeszcze zmroku iskrzy si 
czerwony tyftyk na wysokich porczach wolterowskiego fotela, tym przezroczystszymi 
wydaj si galeryjki drewniane, otaczajce par eczek dziecinnych, tym wyraniejsze 
poyski wydaj ramy zocone u obrazw i obrazkw, kule szklane u lamp, amory brzowe 
u wieloramiennych wiecznikw, zwierciado u gotowalni kobiecej, metalowe figurki, z 
ktrych jedna, do dua, przedstawia czowieka w stosowanym kapeluszu, ze skrzyowanymi 
ramiony, stojcego na samotnym odamie skay. Tego i stary Joachim nie pamita, 
lecz od ojca sysza, e t figur przywiz tu z dalekiego Zachodu wracajcy jeden z 
mieszkacw tego domu i siadywa potem w wolterowskim foletu, wpatrujc si w ni 
przez dugie godziny jak w przedmiot utraconej czci i nadziei. Moe z alu po tym przedmiocie 
zestarza prdko, ludzi unika, ony nie poj i lat jeszcze duo samotnie pod dachem 
tym przeywszy umar patrzc na sztywnie z odamu skay wysterczajc figur. Joachim 
zna imi tej figury i imi jej czciciela. Ojciec mu opowiada, e drugi kademu z 
wchodzcych pokazywa pierwsz, mwic przy tym dziwnym gosem: Wdz mj! 
Oprcz tych znajduje si przed domem wiele rzeczy rnych ksztatw i rozmiarw, a 
wszystkie zdaj si porwanymi gwatownym ruchem migracji. Szybko bowiem id teraz 
sprawy na ganku; prdko jedno po drugim nastpuj pytania: kto da wicej? kto da wicej? 
czsto rozlega si przenikliwy odgos dzwonka. Robota musi by do wieczora ukoczon; 
pieszy si publiczno, piesz si urzdnicy, piesz od ganku ku bramie dwa tumy: ludzi 
i rzeczy. Pierwszy na pozr ruchliwego mrowiska, ktrego pojedyncze postacie mc 
si i wzajem uniewyraniaj, drugi, nad gowami i zgitymi grzbietami tamtego niesiony, 
wypuka si doskonale kad ze swych jednostek. Obrazy i obrazki w zoconych ramach, 
fotel czerwonym tyftykiem obity, gotowalnia na wielkich lwach drewnianych, wieczniki 
rogate, wazy wysmuke, ekrany malowane, pki toczone i rzebione, zegary o dwu czarnych 
nieruchomych palcach na bladych obliczach, figurki metalowe, pord ktrych najwiksza, 
sztywna, ciemna figura Napoleona, nad gowami i zgitymi grzbietami ludzi niesione 
poruszaj si, rozmijaj, rzucaj poyski barw, szka i metali, sun przez gadki dziedziniec 
szarzejcym powietrzem, odchodz, uciekaj. Jakby w panice trwogi lub w szale 
wdrwki zmierzaj wszystkie ku wozom i bramie, wspinaj si na wozy, wyjedaj za 
bram i tam wraz z wozami, na ktrych stoj, pitrz si, poyskuj; rozsypawszy si w 
strony rne mc czas jaki ciemnymi, ruchomymi, coraz malejcymi punktami jednostajn 
szarzyzn powietrza i martw senno pl. 
Na ganku za pozostay jeszcze tumik ludzi wybucha miechem. C to za grat pocieszny 
wysun si przeze drzwi i stan na ganku - ju ostatni! Ach, jaki pocieszny! 
Patrzc na, miechu powstrzyma niepodobna! Niby fortepianik, ktremu by ogon ucito, 
181 
niby st z dwoma rzdami zbw czarnych i wskich u gry, a u dou szerokich i jak u 
starej baby tych, wzdu popkanych. Krtki, pkaty, z obdart w kilku miejscach orzechow 
skr, stoi ten grat zabawny na bardzo adnie i subtelnie utoczonych czterech nkach, 
wyszczerzonymi zbami zdajc si pyta: kto mi wemie? 
- Trzy dwadziecia! Kto da wicej? 
Nikt nic nie daje. Patrz, ogldaj, miej si, ale na co to komu zda si! Poj nawet 
trudno, kto kiedykolwiek na fortepianiku takim mg grywa. 
Tylko Joachim wie, kto na nim grywa i e nie nazywa si on fortepianikiem, lecz klawikordem. 
Jak przez sen pamita w dalekim, dalekim dziecistwie staruszk ma, pogodn 
i jeszcze waw, gdy ze srebrnymi lokami u malutkiej pomarszczonej twarzy, w kaftanie 
aksamitnym, drogim futrem oboonym, w wielkiej sali przed klawikordem siadaa i na 
jego zbach, tak prawie tych jak teraz, kada palce wysche, jak ko soniowa biae i 
lnice. Spod tych palcw wypywaa wtedy melodia lekka, wykwintna, troch tylko posuwista, 
pauzami dla skadania ukonw gbokich punktowana, rzewnymi tonami do podnoszenia 
doni ku sercom wzywajca. Kiedy to troch poche, troch smtne, troch rozromansowane 
piewanie klawikorda z wielkiej sali rozpywao si po domu, suba na palcach 
przybiegaa pod drzwi przymknite rada posucha, jak najstarsza pani gra - menueta. 
Czasem, po menuecie, gowa jej w srebrnych lokach romansowo na bok si przechylaa i 
przy cichych akordach klawikordu gosik saby, od wspomnie melancholijny, od staroci 
dygoccy piewa: Ju miesic zaszed, psy si upiy! 
- Po raz drugi: trzy dwadziecia! Kto da wicej? 
Najbliej klawikordu stoi jegomostek chudy, ysy, troch krzywy, w kosztownym i poplamionym 
paltocie, ten sam poktny doradca, ktry to list Helenki rzuci tumowi pod nogi. 
Stoi przed klawikordem i z umiechem na ustach topicych si w rudym zarocie, z 
artobliwymi byskami w oczach przysonitych przez szka ciemne na jednym z klawiszw 
opiera palec gruby na ksztat tulipana u koca rozdty. Brzmienie delikatne, drce 
rozlega si po ganku. Nie jest to brzydkie: jakby struna harfy zadzwonia lub komar w ciszy 
nocnej zabrzcza. Wic stary grat piewa jeszcze! Ciekawo, ilu tonami piewa 
jeszcze moe! Dziesi palcw tulipanowego ksztatu opiera si na wykych, wzdu 
popkanych klawiszach, puszcza si po nich, biey coraz wawiej, uderza coraz mocniej, 
a stary klawikord brzczy cay hulaszczym, skocznym, coraz skoczniejszym, szaleczym 
tacem. Trzy nuty, powtarzane nieustannie i zawrotnie, wci i rytmicznie przerzyna krzyk 
jednej, ostry, spieszny, namitnie woajcy do taca bez koca, do szau bez uzdy, do haaliwych, 
pijanych, grubych, strugami potu oblanych podskokw. Ciko snad delikatnemu, 
staremu gratowi wydawa takie krzyki i szay, bo podskakuje, wygina si w strony 
rne, a w harfianym czy komarowym jego brzczeniu sycha takie stkanie, skrzypienie, 
dmuchanie, dyszenie, e mieje si grajcy, miej si ci, ktrzy go otaczaj, umiechaj 
si nawet urzdnicy, radzi moe chwilowemu urozmaiceniu caodziennej nucej czynnoci. 
W ten chr wesoy mieszaj si niebawem dwa jeszcze gosy. Najpierw gil, muzyk 
zwabiony, przylatuje z ogrodu, zawisa u okapu i czerwonym ebkiem z przestrachem, ze 
zdziwieniem krcc szczebioce: co to? co to? co to? Potem pies ty, do reszty muzyk 
rozalony, jak raz naprzeciw grajcego staje i z wycignitym w gr pyskiem chudym, 
przecigle, przenikliwie wyje. Ale i mapka brzowa zaszamotaa si nad stoem, dzwonek 
rozbrzmia silnie, donony gos zawoa: 
- Po raz trzeci: trzy dwadziecia! kto da wicej? 
Poktny doradca odrywa palce od klawiszw i odkrzykuje: 
- Trzy czterdzieci! 
Po czym z lekcewacym gestem do mynarza mwi: 
182 
- Czart bierz! niech go tam bbny moje do reszty roztuk! Wtedy stary czeczyna w 
dugiej do kostek siermidze jak kloc ciko opada od porczy ganku, do ktrej by uczepiony, 
mruczy co pod siwym wsem i bardzo powoli dom okrywszy, do ogrodu wchodzi. 
Wilgo, milczenie, zmrok panuj w krzyujcych si alejach szerokich i wskich, na 
kwadratach zasadzonych owocowymi drzewami i sterczcych mnstwem suchych badyli, 
w gstych grupach krzeww, na klombach, pord ktrych wiec brudn toci i biel 
przymroone kwiaty. Licie opade, wilgoci do ziemi przybite, zacielaj wszystkie drogi, 
tylko gdzieniegdzie wybija si z ich pstrego pokadu czerniejca zielono trawy. Przez 
szeregi drzew tworzcych aleje i przez gste ich grupy wida, za coraz ciemniejszymi koronkami 
gazi, niebo coraz gbiej szarzejce. Powietrzem prawie nieruchomym przelatuj 
lekkie wiatry, a ilekro nadlatuj, u stp drzew z cichutkim szelestem porywaj si 
tumanki opadych lici i troch tylko posunwszy si nad ziemi padaj znowu ociae, 
zamierajce. 
Stary Joachim, idc kasztanow alej, stopy ciko obute bardzo powoli stawia na sprystym 
podcielisku lici zwidych i mokrych. 
Idzie, staje, z gow zadart spoglda na szczyty kasztanowe, znowu idzie, zatrzymuje 
si, dziwnie starannie oglda miejsce, na ktrym staa pod wizem awa; idzie dalej, w wskiej, 
lipowej alei pacierz mrucze zaczyna i przerywa go sobie na widok brzz paczcych, 
przed ktrymi dugo kiwa gow, a skrciwszy na inn znowu drog kroki wstrzymuje 
przed wielkim klombem krzeww. Na bez koralowy patrzc, palcem dotyka oczu i 
wraca do kasztanowej alei, z ktrej skrca w inn, zoon z lip i jesionw, a znowu znajduje 
si pod wizem i od niego stpa zaczyna wzdu szeregu brzz paczcych. Tak chodzi 
po jednych wci miejscach zamylony, czasem palcem dotyka oczu, czasem rk czyni 
gesty zastanowienia, a za nim, tu za skrajem jego dugiej siermigi, chodzi stworzenie 
chude, smutne, niemiae, ze spuszczonym ogonem i pyskiem, tak cicho stpajc, e kroki 
jego na zwidych i mokrych liciach nie sprawiaj adnego szelestu. Raz przecie tam, 
gdzie lici byo najwicej, zaszeleciy. Joachim oglda si i staje. Czowiek ze spuszczon 
twarz i pies z lkliwie podniesionym pyskiem patrz na siebie przez chwil niezmierne 
smutnymi oczyma. 
- Pjd, Azor! 
ty pies uszom swoim nie wierzy, aby ktokolwiek jeszcze na wiecie mg do przyjanie 
przemwi! Stoi i czeka! 
- Pjd, Azor! 
Teraz pies mielej ju nieco za dug siermig czeczyny i zaczyna i obydwaj wychodz 
z ogrodu. 
Przed domem, na ganku i na dziedzicu ju ani ywej duszy nie ma. Odjechali, odeszli 
wszyscy. Cicho. Drzwi domu z wypukym rysunkiem zamknite; wrota obr i stajen zamknite; 
okna oficyn ciemne; czu, e i za nimi adnej duszy ywej nie ma. Cicho i pusto. 
W grze niebo gboko szare, w powietrzu zmrok, u dou ziemia mokra, zryta stopami ludzi 
i kopytami zwierzt; dalej, dokoa, ciemne, rozlege, pice pola, a pod czarnymi koronami 
drzew bezlistnych - dom dugi, bielejcy w zmroku, z zamknitymi drzwiami i 
oknami. 
Joachim z dala przed gankiem staje i na piersi kadzie szeroki znak krzya, jak to ma 
zwyczaj czyni przed lecym w trumnie umarym. Potem ku bramie i zaczyna, lecz 
przypomniawszy co sobie odwraca si i woa: 
- Azor, pjd! 
Pies, yczliwe woanie usyszawszy, wydaje ciche skomlenie radoci, biey, a gdy znajduje 
si ju tak blisko czowieka, e pyskiem skraju siermigi prawie dotyka, znowu powoli, 
bez szelestu i zaczyna. Tak jeden za drugim wychodz z bramy, przez chwil w 
183 
prostej linii przerzynaj pole, potem na boczn droyn zwracaj, malej, czas jaki majacz 
jeszcze w oddaleniu punkcikiem coraz drobniejszym, a w niezmiernym rozogu pustki, 
zmroku i picych pl znikaj. 
Wtedy nie pozostaje tu ju nikt ywy, ani nawet pies. Wieczr staje si coraz ciemniejszym, 
bo szmaty chmur pyn ju teraz pod obokami i zaczynaj spuszcza na ziemi 
deszczyk drobny i zimny. Tak upywa godzin par, po czym cisz przenikaj na wskro coraz 
silniejsze podmuchy i szumy. Przylatuj one od ki, na ktrej ciemno kbi si to 
gstsza, to rzadsza, budz w olchach szpaki, na jaboni gila, w wiotkich gaziach brzozowych 
srok, ktra wybucha chrypliwym od sennoci miechem: kra! kra! kra!. Potem 
ptaki usypiaj znowu, a wiatry od ki lec coraz szybsze, przyciszonym huczeniem napeniaj 
aleje, z lekkim trzaskiem ami suche gazki i badyle, przenikaj a do dna warstwy 
lici zwidych, ktre wzdymaj si w tumany, lec przez ciemno, rozsypuj si, padaj i 
znowu wzbijaj si, szeleszcz, lec. A w najsilniejszym podmuchu zaszamotay si 
drzewa najbliej domu rosnce i gami jak palcami w ciemne jego szyby zadudniy, zadzwoniy. 
Do ciemnego wntrza domu wnika przez okna mtna wiato, co na ksztat szarej 
godziny wobec grubej nocy, i pasami kadzie si na sufitach niskich, na gadkich posadzkach, 
na cianach od koca do koca nagich. ciany te, zalane ciemnoci, napeniaj teraz 
szepty ciche, lecz tumne, w ktrych wyranie sycha akcenty zapyta zadziwionych, 
strwoonych, coraz naglejszych, niespokojniejszych, szybszych. Zdawa si to moe penym 
trwogi i niedowierzania porozumiewaniem si mnstwa istot, ktre z rnych stron tu 
zleciawszy znalazy si wobec czego, co wprawio je w obd zdumienia. Sycha, jak wiruj 
dokoa siebie z szumem drcym i niespokojnym szeptaniem nie wiedzc, dokd i, 
gdzie szuka, kdy spocz, pocieszy si, wspomina. Zrazu w wielkiej sali zgromadzone 
rozpraszaj si niebawem po caym domu, w ktrym ju nie ma adnego spokojnego miejsca. 
W jednym z pokojw wszystkie cztery ciany obiega szmer krokw cigy, nieskoczony, 
niezmordowany, jakby czego rozpacznie szukajcy, jakby gonicy widmo, ktre 
wci ukazuje si i znika. Gdzie indziej odzywa si westchnienie, w ktrym brzmi jedna 
zgoska: Ach, ach, ach!, a naprzeciw daje si sysze stumiony okrzyk: Boe! Boe!; 
po czym westchnienie i okrzyk powtarzaj si cigle, to wzdymajc si, to opadajc, tworzc 
rozmow o nierwnym i nieznuonym rytmie. Gdzie indziej brzmi woanie, w ktrym 
czu przyzywanie kogo po imieniu, przyciszone, monotonne, cige, cige, coraz tskniejsze, 
nadaremne. Tu przez pokoje kto bardzo spiesznie biey i ze stukiem na podog 
pada; tam cieniutki gosik brzmi skarg, ktr tumi pocaunki, wnet zaguszone jkami 
przebiegajcymi wszdzie i krzyujcymi si z mnstwem biegncych w rne strony 
ka, woa, zapyta spiesznych, rozmw szemrzcych, jak ualania si przewleke i pene 
namysu obrady. W tym zgieku cichym, a jednak tumnym, gos mski, przeraony, dononie 
przemwi: Wic ju! wic ju! Inny, kaniem wzdty, odpowiedzia: Koniec! koniec! 
koniec!; inny jeszcze wzbi si gonym krzykiem: Wodzu mj!, a inny, skrzydami 
o cian tukc, powtarza dugo: Gwiazdo, gwiazdo, gwiazdo, za ktr daem ycie! 
- jeden jeszcze zaszepta: Mamo zota! mamo zota! i stopi si w paczu, a drugi 
delikatny, nieco rozromansowany, od staroci dygoccy, sabo zawid: Ju miesic zaszed, 
psy si upiy! Lecz wszystko to zaguszy wielki szum woajcy: Cicho! cicho! i 
wkrtce przemieniony w zbiorowe, ogromne, gbokie szlochanie, ktre wzdo si w lament 
przewleky, peen zawodze, narzeka, woa, wzywania Boga, opowiada brzmicych 
jak dugie recytatywa, w lament, ktry napeni dom cay od wierzchu do dou i trwa 
bardzo dugo. 
Wiatry lec od ki, na ktrej kbi si ciemnoci, szumi w olchach, hucz w alejach z 
kasztanw, lip i jesionw, wstrzsaj wiekow gow wizu, ami z maym trzaskiem suche 
gazki i badyle, podnosz z ziemi szeleszczce tumany uschych lici, szamoc ga
184 
mi drzew, najbliej domu rosncych. Te gazie bezlistne, twarde, od deszczu mokre, 
jak palcami dudni po szybach okien, za ktrymi w pustym wntrzu domu zapanowuje o 
bladym i sotnym poranku niezmcona cisza grobu. 
185 
PANNA RӯA 
Jak yj, nie dowiadczyem wikszego zdziwienia nad to, ktrym przejo mi opowiadanie 
czy wyznanie tego zacnego, wyksztaconego, przyjemnego, nade wszystko za 
bardzo, bardzo majtnego pana Seweryna Dorszy. Kiedy taki czowiek mwi, wierzy 
trzeba; a jednak, kt by przypuszcza, kt by mg si spodziewa? Wic susznym jest 
rozkaz dany czowiekowi, aby nie czyni si sdzi bliniego swego? Tak, tak! Bo czasem 
na nieznanym dnie czyjego serca ley w ukryciu taki brylant, e niech si przed nim i 
Ksi-Rejent z angielskiej korony schowa! Tylko e samo jedno widzi go oko boskie... 
Chyba jedno boskie oko widzie mogo, e ta panna Ra posiada w oglnoci jakikolwiek 
brylant, gdy dla ludzkich oczu jest to sobie taka nie zajmujca i nic nie znaczca figurka, 
co to j mona sto razy widzie, a niespodziewanie spotkawszy nie pozna, i sto razy 
spotka, a ochoty do najmniejszego zblienia si nie dowiadczy. Ani modoci, ani 
wdzikw, ani wyszej inteligencji, ani stanowiska w wiecie - sowem: nic z tego 
wszystkiego, co moe zbliajcemu si czowiekowi przynie zysk pod postaci jakkolwiek, 
wic te na zblienie zasugiwa. Bo tak: jeeli kobieta jest pikn, choby nieszpetn, 
choby tylko mod, to tam czowiek rnych przyjemnoci kapitalnych lub pomniejszych 
spodziewa si od niej moe; jeeli znowu posiada inteligencj niezwyczajn, dowcip, 
talent, to oprcz konwersacji przyjemnej i tego miego podranienia ciekawoci, ktre 
kada niezwyko obudz, jest jeszcze w perspektywie niejaki odblask, rzucany przez 
wszelk byszczc rzecz na tych, ktrzy si do niej przybliaj. Zreszt pikny umys - to 
w teraniejszych czasach najczciej, dla kobiety zarwno jak dla mczyzny, i pikna pozycja 
w wiecie; a jeli kobieta znajdzie si w posiadaniu tej ostatniej, nie przez sam siebie, 
ale przez ma - i tak dobrze, bo skd wzita, to wzita, byle bya, a ju zaraz atwiej 
dostrzec rne brylanty i w sercu, i w gowie. Lecz istnieje caa kategoria kobiet takich, i 
gdyby nagle rozwiay si w powietrzu i znikny, nikt nie spostrzegby, e ju ich nie ma, 
ani spostrzegszy, po nich westchn. Bywa to nawet czsto pracowite, uczynne, usune, 
jakby wiecznie przepraszajce za to, e yje na wiecie; a pomimo to szacunku i sympatii 
ku sobie nie obudz. Ej, nie! Siew uczu jest zbyt drogim, aby go rozrzuca po takich jaowych 
dolinkach, gdy plony wyda moe tylko na gruntach wysokich i yznych. Do takich 
dolinek naley wanie ta panna Ra, ktra w charakterze ubogiej krewnej i zarzdzajcej 
gospodarstwem ochmistrzyni przebywa w powszechnie znanym i szanowanym 
domu naszych zacnych, miych, gocinnych, majtnych pastwa Januarostwa. Mwi: naszych, 
bo mam zaszczyt ssiadowa z Dworkami i poczytywa si za bliskiego znajomego, 
prawie za domownika ich wacicieli. adny majtek i - bez dugw. Samo ju to, e pan 
January nie ma dugw, co dla ssiadw jego znaczy, bo kademu jest przyjemnie zostawa 
w znajomoci, a jeszcze i poufaej - z fenomenem. Gdyby brat pana Januarego y, z 
majtkiem byoby nieco inaczej, bo musieliby si nim podzieli. Ale ten biedny Bronek od 
dawna ju przesta po tym wiecie chodzi. Dlaczego i jakim sposobem przesta? - o tym 
dawniej w Dworkach ludzie mawiali po cichu, a potem mwi przestali, zapomnieli; pamitay 
moe sosny lasu, ktry zaczyna si bliziutko od dworu, a cign si kdy, a 
186 
bardzo daleko; pamita te musiaa panna Ra, bo wyobracie sobie pastwo rzecz trudn 
do wyobraenia, ale prawdziw, e bya ona niegdy zarczon z rodzoniutkim bratem 
naszego majtnego i kochanego pana Januarego, z tym biednym Bronkiem, co to tak marnie... 
No, mniejsza o to, ale byo potem powszechnie wiadomym, e kiedyci panna Ra 
bya narzeczon jednego z najprzystojniejszych i najmajtniejszych w okolicy naszej kawalerw. 
Sic transit gloria mundi. 
Jednak, prawd mwic, i teraz jeszcze, gdyby si kto przypatrzy uwanie, mgby w 
niej dostrzec nie tylko lady, lecz moe i pewne przetrwaoci dawnej urody. Nie bdc ju 
mod i bardzo te star jeszcze nie jest; tylko e nic wcale nikogo do przypatrywania si 
jej nie skania, a skdind znowu taka panna Ra jak wieczka przy socu musi stawa 
si niewidzialn wobec takiej pani Januarowej. Bo okolica nasza prawdziwie pochlubi si 
moe posiadaniem tej kobiety, rowej jak zorza, biaej jak mleko, hoej jak moda pani, 
okazaej jak krlowa, a w dodatku mdrej... oho! eby bya bardzo pikn - to nie: nosek 
za krtki, buzia za szeroka, wosy koloru blond za rzadkie, ale cera jak re ze niegiem, 
wzrost bujny, ciaa biaego duo, wargi koralowe. eby bya wyksztacon albo utalentowan 
- take nie, ale jest w niej sprycik taki, co to sam przez si stanowi pewien gatunek 
mdroci i to nie byle jakiej, bo prowadzcej do posiadania rnych dbr tego wiata... no, 
naturalnie, e nie tamtego, zaziemskiego, niepewnego, ale tego tutejszego, praktycznego, 
jedzcego, pijcego, i smaczno sypiajcego wiata. Ju pierwszym dowodem tego spryciku 
byo jej wyjcie za m za pana Januarego. 
Wdowiec z trojgiem dzieci, z wosami szpakowatymi, a wsem zupenie ju biaym, ze 
zbytecznymi rumiecami na tustej twarzy i ze zbyteczn tusz dla niewysokiej figury, 
nasz kochany i szanowany pan January zakocha si w dziewczynie do czerwcowego poudnia 
podobnej, ale zamanego szelga posagu nie majcej. Moe zreszt i za wiele powiedziaem, 
e zakocha si, bo i wiek nie bardzo by ju po temu, i nigdy nie nalea do rzdu 
tych, ktrzy w niebieskich migdaach smakuj. Ale w oko mu wpada, podobaa si, e za 
Dworki s majtkiem dobrym i nieobduonym, dlaczeg miaby odmawia sobie jednej 
przyjemnoci wicej w tym tak krtkim i utrapionym yciu ziemskim? A jeeli to, e si o 
pann Iz owiadczy, byo bardzo zrozumiaym, gupcy tylko dziwi si mogli, e ona te 
owiadczyny przyja. Byli tacy, ktrzy dziwili si, i tacy, ktrzy si martwili. Jaki mokos 
na maej folwarczynie siedzcy, ktry szalenie si w niej kocha, tak si jej postanowieniem 
zaalterowa, e aby w ssiedztwie niewdzicznej bogdanki nie pozosta, folwarczyn 
sprzeda i na skraj wiata pojecha. Ale to wszystko jest pustym i czczym romantyzmem. 
Fakt za tak si przedstawia, e pani Januarowa yje sobie w Dworkach jak krlowa, 
otoczona dostatkami, elegancjami, szacunkiem powszechnym i dworem, ktrego m 
jej jest pierwszym marszakiem. Bo to i wiedzie trzeba, e nasz rozsdny i skdind energiczny 
pan January bardzo, bardzo zostaje pod wpywem ony; niektrzy utrzymuj nawet, 
e cokolwieczek jej si boi. eby si ba - nie myl, bo przecie majtek do niego naley, 
a ona ma na nim tylko prawn cz i doywocie; ten za, do kogo majtek naley, jest panem 
pooenia i nikogo ba si nie potrzebuje. Ale trzydzieci lat rnicy w wieku maonkw 
- to istotnie racja wytwarzajca pewn, e tak powiem, skonno do ustpstw ze 
strony tej, na ktrej niekorzy rnica ta wypada. Bo to i energii mniej znajduje si po tej 
stronie, i zawsze jakie mimowolne poczuwanie si do winy czy do niszoci. Wic te i w 
tym maestwie, jeeli kto ustpuje przed kim, to on przed ni, jeeli kto znosi cokolwiek 
od kogo, to on od niej: tak si ju z tym pani Januarowa urzdzia; a przecie kady przyzna, 
e najwiksza mdro czowieka polega na takim urzdzeniu si, aby o ile podobna, 
najmniej znosi. S tacy, ktrzy utrzymuj, e cierpienia maj swoj dobr stron, ksztac 
serce, hartuj ducha i co tam jeszcze w tym rodzaju robi. Bajki! Zdrowie marnuj, ycie 
skracaj, zmarszczki do twarzy napdzaj, apetyt niszcz - i kady, jak moe, tak od zbawiennego 
pieprzu tego ucieka, tylko e nie kady uciec potrafi. Nasza kochana pani Tanu
187 
arowa potrafia, wiec susznie mwi, e choby nie tak to bardzo wyksztacona i rozumna, 
jednak - rozumna! Ale powracam do panny Ry. Ile razy wypadkiem stana w mojej 
obecnoci obok pani Januarowej, zawsze przychodzio mi na myl: jakie to jednak bogactwo 
kontrastw na tym wiecie istnieje. Nie jest bardzo maego wzrostu, ale e ogromnie 
zeszczuplaa, twarz ma blad i ubiera si zawsze w szar, beow sukni; wic przy 
okazalej, wieej jak zorza, wietnie wystrojonej pani Janurowej wyglda jak niteczka wta 
i spowiaa obok rozwinitej w caej okazaoci sztuki materii jaskrawej, misistej i 
szeleszczcej. Stosunek pomidzy dwiema tymi paniami jest naturalnie takim, jakim by 
musi pomidzy zwierzchniczk a podwadn - kobiet, ktrej los sprzyja, i tak, dla ktrej 
nie okaza adnej sympatii. Kiedy przed oenieniem si pan January prosi narzeczonej, 
aby zgodzia si na pozostawienie panny Ry w przyszym swym domu, bo jest krewn 
jego i zupenie ubog, a w domu tym wyhodowan, teraz za dzieci jego, osierocone po 
matce, hodujc - panna Iza chtnie na prob t przystaa, mojej siostrze za, z ktr bya 
i jest w wielkiej przyjani, zwierzya si potem: 
- A c mi to szkodzi, e ta stara panna bdzie w domu? Owszem, zajmie si gospodarstwem 
i mnie przynajmniej nudne kopoty z gowy zdejmie. Przy tym, te dwie dziewczyny... 
chopak nie tyle, bo wikszy, ale te dwie dziewczyny jeszcze mae, mogyby mi nieraz 
koci w gardle stan. Niech tam ona doglda ich i rnych tam potrzeb ich pilnuje. 
Owszem, niech zostanie w domu; jeszcze jej pensj jak wyznacz. 
Ale panna Ra chciaa z pocztku inaczej troch stosunek swj do pani domu zrozumie. 
Gospodarstwem i modszymi dziemi zajmowa si - owszem, z caego serca, z 
wdzicznoci nawet za pozwolenie, pragna. Pensyjk przyja take, bo i dawniej, nieco 
nawet wiksz, za te same czynnoci od krewnego otrzymywaa. Tylko e oprcz pracy z 
jednej strony, a pensji z drugiej, co innego chodzio jej po gowie. Wiem o tym wszystkim 
szczegowo od siostry mojej, a powiernicy pani Januarowej. Ot niebawem po przybyciu 
do Dworkw modej pani panna Ra przyklka u jej kolan i zaproponowaa, aby byy, 
to jest, aby ona i pani Januarowa byy sobie siostrami. Mwia przy tym o swoim przywizaniu 
do pana Januarego, do domu, do dzieci i o tym, e on jedynego krewnego swego 
gotow jest pokocha jak siostr. Pani Januarowa za, z odznaczajcym j zazwyczaj 
rozsdkiem, odpowiedziaa: 
- Moja panno Ro, ja mam dwie siostry i nie powiem, abymy, razem u papy bdc, 
bardzo sobie ycie nawzajem uprzyjemniay! Ja pann R szanuj i w domu moim pani 
mie bdzie wszelkie wygody, ale prnych sw nie lubi. Kochanie! siostry! po c to 
mwi, skoro my z pann R ani kocha si nie potrzebujemy, ani siostrami nie jestemy. 
Najlepiej y bez fikcji! 
Kiedy projekt zsiostrzanienia si w ten sposb upad, panna Ra w jaki czas potem 
poprosia, aby pani Januarowa j nazywaa i siebie nazywa pozwolia po imieniu: 
- Te wieczne tytuy, takie chodne!... Mw mi: Rziu, ja bd mwia: Izo. To cieplejsze 
i zblia. 
- Dobrze - odpowiedziaa pani Iza. - Mnie wprawdzie nie zimno i nie wiem, co od tego 
zaley, czy kto kogo tak albo inaczej nazywa. Ale jeli to pannie Ry zrobi przyjemno... 
A przy najbliszej sposobnoci przemwia po dawnemu: Panno Ro! Ta zrozumiaa i 
nigdy ju wicej tego przedmiotu nie dotkna. 
Jednak takie stworzenia cichutkie i bledziutkie bywaj czasem bardzo uparte: co w 
nich siedzi, jaka niewyekspensowana sympatia czy inna f i k  j a w tym rodzaju i 
wiecznie pobudza do prb, ktre si te wiecznie nie udaj. Tak i ta panna Ra: nie zraona 
kolejnym upadaniem swoich projektw, jeszcze przez czas jaki prbowaa mod 
pani domu wzi na czuo; do tytuu pani dodawaa przymiotniki takie, jak: droga, ko
188 
chana, zota, jedyna, dogadzaa jej jak maemu dziecku albo staruszce, uwielbiaa jej modo, 
wieo, urod i ten zdrowy rozsdek, od ktrego sama o sto mil z okadem oddalon 
bya. Pani Januarowa przysugi i uwielbienie przyjmowaa jako rzecz zupenie sobie 
przynalen, przymiotniki towarzyszce tytuowi pani pobaliwie znosia, lecz dalej na tej 
drodze zachodzi nie miaa zamiaru ani chci. Tote ilekro panna Ra w jaki ywszy i 
wyraniejszy sposb denia swe do wymarzonego zblienia objawia, tylekro pani Januarowa 
powstrzymywaa j sowami: 
- Dobrze, dobrze, moja panno Ro, tylko bez tych fiksacji. 
Nigdy nie nabyem pewnoci, czy pod tym ostatnim wyrazem pani Iza zrozumiaa zmylenie, 
czyli obud, albo te obkanie, czyli fiksacj; wymawiaa go zreszt zawsze z 
chwilow zmarszczk na biaym czole i lekkim wykrzywieniem koralowej wargi, ktre razem 
wzite stanowiy tak zwany grymasik, bardzo adny i z ktrym jej byo bardzo do twarzy. 
Wolno przecie kadej adnej kobiecie robi grymasiki, z ktrymi jej do twarzy! Ale 
na pann R wszystko to wywaro wkrtce wpyw stanowczo zabijajcy zudzenia: 
ochoda i ucicha - bardzo ucicha, tym bardziej e i pan January, ktry dawniej gawdzi 
z ni czasem i przyja jej okazywa, teraz, zajty mod on i cigymi gomi, prawie 
przesta do niej mwi, stopniowo prawie przesta j widzie. Z pocztku to jeszcze, dawnemu 
przyzwyczajeniu wierny, niekiedy przysiada si do niej, albo na dzie dobry i 
dobranoc w rk j caowa, ale pani Iza cichutko i ze swoim adnym grymasikiem zaraz 
go przestrzegaa: 
- Mj Janusiu, tylko bez tych fikcji. 
Czasem mawiaa: bez tych czuoci! Wic wystrzega si zacz, rycho dawne przyzwyczajenie 
utraci i do panny Ry odzywa si tylko w razie jakiej potrzeby gospodarskiej 
- krtko, sucho, zwyczajnie jak do osoby, ktra peni w domu jak czynno, ale 
sama przez si zupenie nic nie znaczy. 
Wic panna Ra ucicha, ale tak doskonale, e cho czsto bywaem w domu szanownych 
pastwa Januarostwa, nie pamitam, czy przez ostatnie kilka lat dwa razy gos jej 
usyszaem. I trudno, zaprawd, byo, aby mwia, kiedy nikt do niej nie mwi. Jednake 
dom w Dworkach jest z caego ssiedztwa najbardziej oywionym. Czemu by nie? Pokoje 
due i adnie umeblowane, jest wic czym oddycha i na czym wygodnie siedzie; przyjcie 
zawsze wymienite, bo i sta na to, i sam pan January zna si na kuchni jak rzadko kto; 
gosposia moda, hoa, pasjami lubica gra w winta. Oboje pastwo w Dworkach przepadaj 
za wintem, ale ona jeszcze wicej ni on. S tacy, ktrym si to nie podoba. Powiadaj, 
e to jaki wieo importowany do nas zwyczaj, aby biaogowa moda, silna cho 
drzewo rba, poow ycia albo i wicej przy kartach spdzaa. Dawniej, powiadaj, tylko 
stare jejmocie, gdy wnuki do snu zakoysay i raniec odmwiy, zasiaday ze starymi 
jegomociami do mariasza, na krtk godzink. Wszystko to prawda, ale naprzd, co nie 
jest, nie pisze si w rejestr - nastpnie jeden wiek do drugiego niepodobny, a nasz, to, panie 
dobrodzieju, wanie jest wiekiem dekadentyzmu, ateizmu, kosmopolityzmu, melancholii, 
panamy i winta. W czasie, o ktrym opowiadam, panama wprawdzie jeszcze nie nastaa, 
ale wint ju panowa. Rzadki te bywa i bywa w Dworkach taki dzie, eby cho 
par osb z ssiedztwa lub z pobliskiego miasta nie przyjechao, a nierzadko zjeda si 
kilka lub kilkanacie. Grywaj do godziny drugiej, trzeciej po pnocy, po czym rozchodz 
si do snu, z ktrego powstaj okoo poudnia. Na skrconej w ten sposb przestrzeni dnia 
mieci si jednak mnstwo rzeczy wymienitych, jako to: wiceniadanie, niadanie, obiad, 
podwieczorek, wieczerza, wicewieczerza. W przestankach troch rozmowy, troch fortepianowej 
muzyczki, w pikn pogod spacer, a zreszt - najmilszy ze wszystkiego wint. 
Wszyscy, ilu nas tam bywao, z wyjtkiem pana Dorszy, lubilimy go bardzo, ale pani Ja
189 
nuarowa najbardziej; bo kobieta zawsze gdy co lubi albo czego nie lubi, to ju nie artem. 
Siostra moja, Idalcia, raz miejc si powiedziaa: 
- Ten wint to kochanek Izy. 
I prawd powiedziaa. Nie ma na wiecie czowieka, ktry by nie potrzebowa wyekspensowa 
na jakikolwiek przedmiot swojej energii i uczu, a pani Januarowa nie ekspensujc 
ich wiele na nic i na nikogo... Chocia, gdyby ten najzacniejszy pan Dorsza przy caym 
rozumie swoim nie by gupi, to moe... Ale o tym potem. Do, e nasza kochana i 
mia gosposia w Dworkach naprawd nie bya wcale gosposi. W pokoju panny Ry staa 
na komodzie skrzynka pena kluczw, na stole leay rachunkowe ksiki. Czsto w czasie 
rozmowy albo i gry w karty zdarzyo si wypadkiem spojrze przez okno. Deszcz, szaruga, 
bocko, albo nieg, mrz, zawierucha taka, e cae powietrze szumi, wyje i wiszcz; a kobiecina 
wta, w szarej sukni, w watowanym kaftanie biegnie przez dziedziniec do spichrza, 
pralni, piekarni, mleczarni, do oficyny z kuchni i do tej, w ktrej si znajduj pokoje 
dla goci. Za ni lad w lad czasem kucharz z rondlami, czasem praczka z koszem 
penym bielizny, czasem inni sucy rozmaici. Raz, widzc j biegnc tak po niegu, zauwayem, 
e przy czarnym kaftaniku ma co mocno rowego. A tu i kto inny przez 
okno patrzcy spostrzeenie wyrazi: 
- Czy to panna Ra dwa rowe tulipany ze niegu wyrwaa i niesie? 
Modsza z domowych panienek, blondyneczka, Marynia, smutnym gosikiem objania: 
- Ej, nie, to u cioci rce takie czerwone od chodu. Biedna ciocia! 
A nasza kochana pani Januarowa, ktra wanie w tej chwili na zielonym stoliku koronk 
rozkadaa, rozmow t usyszawszy rzucia spojrzenie na swoj rczk do du, lecz 
jak mleko bieluchn, jak pczek tuciuchn, piercionkami wiecc, prawdziwie apetyczn 
rczk dobrze wykarmionego leniuszka. 
Przed wszystkimi tak licznymi w tym gocinnym domu zasiadywaniami do stou panna 
Ra uwija si po jadalni, dozoruje nakrycia, dyryguje lokajami, co moment na zegarek 
patrzy. Tote gdy z pani domu na czele gocie wchodz do obszernej wyelegantowanej 
sali, na st nakryty a mio spojrze: takie na nim wszystko porzdne, staranne, przyozdobione, 
wyelegantowane. Najemne rce nigdy by tego nie dokazay, aby codziennie i tyle 
razy na dzie tworzy takie arcydziea porzdku i dobrego gustu. Twrczyni za tych arcydzie 
siada sobie cichuteko przy samym kocu stou i milczy jak ryba. Gwarzymy, bywao, 
wszyscy; miejemy si; zajadajc i popijajc smaczne rzeczy wpadamy w zote humory: 
a ona je tyle, co ptaszek, dziobnie czasem co z talerza i zaraz sztuce odkada, a 
oczami albo ruchy lokajw ledzi albo przekonawszy si, e usugi idzie jak najlepiej, 
utkwi je w talerz i siada zamylona, jakby wcale do tego wiata nie naleaa. A wanie 
wtedy wzrok mj, nie wiem, jak si pocigany, nieraz zwraca si ku niej. Czy al mi jej 
byo? Czy ciekawo mi braa: co te ta kobieta czu i myle moe? Czy przypomina mi 
si jej dawny narzeczony, ten przystojny, miy, majtny Bronek? Lecz nieznacznie przypatrywaem 
si gadkim pasmom czarnych wosw, ktre ocieniay jej czoo, zawsze nieco 
pochylone i jak pajczyn drobnymi zmarszczkami osnute, a w delikatnym owalu policzkw, 
w dugoci opadajcych na nie rzs czarnych, w zarysie warg cierpliwie zamknitych 
dostrzegaem widoczne jeszcze przetrwaoci dawnej urody. Gdyby j tak ktokolwiek odchucha, 
rozweseli, uleczy, adnie ubra, jeszcze niejedna o wiele modsza schowa by si 
przed ni moga. Tymczasem jednak coraz wicej chuda i ka; a poniewa nasza pani 
Januarowa coraz wiksz nieyczliwo jej okazywaa, wic dla wszystkich stawaa si coraz 
mniej dostrzegaln, a na koniec ja jeden tylko spostrzegaem jeszcze, e yje na wiecie, 
i to ukradkiem. 
Nikt prcz mnie i siostry mojej, Idalci, nie wiedzia o przyczynie nieyczliwoci, ktra 
dla tej nic nie znaczcej osbki powstaa w sercu powszechnie szanowanej i kochanej pani 
domu. Ot przede wszystkim powiedzie musz, e okolica nasza, dziki zbiegowi po
190 
mylnych okolicznoci, jest dotd wyjtkowo bogat w obywatelstwo wiejskie zamone i 
posiadajce mnstwo zalet towarzyskich i innych. Ale jak topl woska nad wysokie nawet 
lipy i klony, tak nad ssiadw swoich wysoko w gr wystrzeliwa pan Seweryn Dorsza; bo 
o czym tylko zamarzy, znajduje si w tym czowieku: pikno postawy i twarzy, inteligencja 
wysza, krysztaowa, prosz pastwa, uczciwo i zacno, a do tego duy, formalnie, 
ju paski majtek. Z blasku czarnego oka i ze niadej cery nikt by w nim pidziesitki 
nadchodzcej albo ju i nadeszej nie odgad; a cho siwizna srebrzy si gdzieniegdzie 
we wosach kruczych i na czole zebrao si troch zmarszczek, kobiety utrzymuj, e 
mu to tylko uroku dodaje, wiadczc o wielu mylach pracujcych w tej piknej gowie i o 
cierpieniach, ktre przeby musiaa, lecz pod nimi si nie ugia ta silna posta mska. W 
domu swoim pan Dorsza posiada bibliotek, obrazy, rne inne drogocenne i rzadkie rzeczy; 
w majtkach gospodaruje znakomicie, a ssiadom suy wszystkim, co ma: radami, 
ksikami, pieninymi poyczkami itd. Ssiedzi w zamian szanuj go bardzo, ale eby 
bardzo kochali, to nie powiem. Bo kto do serc ludzkich rzek Cnot pynie, nie dopynie. 
Prosta do nich droga i najpewniejsza na gospod Wesoo i na wielkie miasto Pospolito. 
Przy tym rnice gustw i bardzo czsto mioci na przeszkodzie stoj. Pan Dorsza wiele 
rzeczy, ktre ssiedzi jego lubi, nie lubi i odwrotnie. Sztywny nieco, zawsze czym bardzo 
zajty, rzadko z kim zaprzyjania si i spoufala. Wic jednych oniemiela, innych nudzi, 
innym jeszcze w zabawie przeszkadza. Jednak pomimo to nikt nigdy zego sowa o 
nim nie odway si powiedzie, a znajomo z nim wszyscy poczytuj za zaszczyt - to 
raz, a po wtre za rdo ratunku w zej przygodzie. 
W Dworkach pan Seweryn bywa nieczsto i zachowanie si jego w tym powszechnie 
lubionym i powaanym domu byo do niezwyke. O ile my wszyscy admirowalimy pani 
Januarowa za jej okaza figur, wie cer, mdry sprycik i wyborne granie w winta, 
o tyle on okazywa si dla niej zupenie obojtnym. Grzeczno wszelk zachowywa, naturalnie, 
ale wicej nic a nic. Rozmawia z ni jak najmniej i bez upodobania, a co ju nam 
w gowach pomieci si nie mogo, to e witajc si z ni i egnajc w rczk jej nie caowa. 
Wemie, bywao, t bieluchn i tuciuchn rczk i ledwie dotknwszy wypuci ze 
swej rki. A ona a dry z chci, aby surowe jego usta pocaunek na niej zoyy - moe 
dlatego wanie, e surowe i do pocaunkw nieskonne. 
Razu jednego siadalimy do obiadu, gdy przed gankiem zatrzyma si powz pana Dorszy. 
Patrz ja, a nasza pani Januarowa oblewa si takim rumiecem, jakby kto garnek kipitku 
na ni wyla; a czoo, uszy i szyja stany w ogniu. Wnet przecie to mino i gdy 
szanowny ssiad, zaproszony do stou, naprzeciw niej miejsce zaj, siedziaa jako taka 
oniemielona, milczca, inna ni zwykle, jakby nam j kto odmieni. Przez cay obiad ani 
razu, mwic, dumnie gwki w ty nie odrzucia, ani jednego adnego grymasiku nie zrobia, 
adnej przestrogi mowi nie udzielia; bo zazwyczaj przestrzegaa go z cicha, ale 
czsto. Gdy puszcza si z kim w niezwyk serdeczno, szeptaa: Janusiu, bez tych fikcji! 
albo: Bez tych czuoci! Gdy chcia noem dopomc sobie w jedzeniu, prawie do 
ucha mu mawiaa: Janusiu, bez noa! Gdy nad podawanymi potrawami zaczyna czyni 
dodatnie albo ujemne uwagi, prosia: Janusiu, nie przy gociach! A w obecnoci pana 
Dorszy nic: ani dumy, ani grymasikw, ani przestrg mowi, ani przekomarzania si z, 
biesiadnikami - o sposb, w jaki dzi ktry w winta zagra; o to, czy ten w tamtej, a tamta 
w tym kocha si albo nie kocha; o to, czy ssiadka, o ktrej mowa, ubiera si jak ksina 
czy jak koczkodan. Milczy, oczki spuszcza i - patrzcie pastwo! - raptem o ksikach 
mwi zaczyna. Gupstwa plecie, jednak plecie, bo wie, e pan Dorsza literat wielki, wic 
cho ma literatk okaza mu si pragnie. Po obiedzie w winta gra nie chce; ma do 
kart sadza, a sama z panem Dorsz rozmawia. Trzeba przecie, aby ktokolwiek z gospodarzy 
zabawia gocia, ktry sam jeden z caego towarzystwa w karty nie gra. No, myl sobie, 
jeeli nasza pani Januarowa partyjki si wyrzeka, to ju chyba... Ale c dziwnego? 
191 
Pan January, gdy przed panem Sewerynem stanie, to jakby krzak jaowcu przed silnym dbem 
siad. A zreszt kt zgadnie, co czasem jednego czowieka ku drugiemu pocignie? 
Bysk oka czy ksztat postaci? Dwik gosu czy zza zwyczajnych oson wyraniejsze 
mrugnicie duszy? Do, e Idalcia znalaza raz w ogrodzie t nasz biedn pani Januarow 
ca we zach. Mdra, zdaje si, kobiecina, a przysza i na ni kolej zwykej gupoty 
ludzkiej. Nie zwaa na to, e Izy piknoci szkodz, i pacze! 
- Czemu ja jego, mwi, przed wyjciem za Januarego nie poznaam! Czego ja tak pieszyam 
si z wyjciem za m. Gdybym poczekaa, spotkalibymy si wolni oboje. 
Ani wtpia, e gdyby nie bya matk, on by j pokocha i wzi za on. Pod wzgldem 
podobania si mczyznom bya bardzo pewn siebie i w znacznej mierze miaa 
suszno, bo takie jak ona niewiasty najwikszy urok na pe msk wywieraj. Odalisy. 
- On taki srogi - powiada dalej - nigdy nie zechce okaza, e zakocha si w matce! 
Mniemaa, e pan Seweryn przez surowo zasad tai si z mioci dla niej i ta wanie, 
jak mwia, srogo, bya dla jej niegw socem roztapiajcym. 
- Bo co mi z tych lamazarnikw, ktrzy przede mn skacz jak wrble na sznurkach. 
Mam i bez nich jednego ju takiego! Ten - to mczyzna! 
Nie kady wie, ile rnostronnej, szczerej prawdy, naturalnej, wyszej mieci si w takim 
wykrzykniku kobiety: Ten - to mczyzna! 
Na koniec ni std, ni zowd przyczepia si do panny Ry. 
- Wiesz, Idalko - zwierzaa si przed moj siostr - to ta fldra ogaduje mi przed nim, 
jestem pewna, e ogaduje i zraa go do mnie! 
Wyraenie byo niezbyt wykwintne, ale w rozmowach poufnych pani Iza do czsto 
podobnych uywaa. Idalka we fldrze domylia si panny Ry. 
- Kiedy by miaa czas na ogadywanie? - zaprzeczy sprbowaa - zawsze tak krtko z 
sob rozmawiaj. 
- Jednak rozmawiaj! Ile razy przyjedzie, zawsze z ni cho troch porozmawia musi i 
czy uwaaa? przy powitaniu i poegnaniu w rk cauje j zawsze! U stou te cigle 
zwraca si do niej. Jakie takie uszanowanie nadzwyczajne ma dla niej i wicej ni uszanowanie, 
wprost sympati. I za co tej starej pannie takie uszanowanie okazywa? Jakim 
sposobem dla takiej zmokej kury mona mie sympati? 
- C dziwnego, moja Iziu! Znaj si od bardzo dawna. Pani Januarow a pistki cisna 
z oburzenia. 
- Gupstwa pleciesz, moja Idalciu! Znaj si! Pomidzy czowiekiem z takim stanowiskiem 
jak on a tak pch jak ona nie moe by adnej prawdziwej znajomoci. Gow 
kiwn to ju musi, bo przecie i ona jest niby to kobiet, ale zreszt i spojrze mu na ni 
nie warto! 
Spoglda jednak, i czasem, gdy oczy jego pomimo niepierwszej modoci pene blasku 
i gbi spoczyway na delikatnym owalu jej twarzy, ktremu gadkie pasma czarnych wosw 
dodaway jeszcze bladoci i ciszy, ukazywa si w nich wyraz medytacji, penej dobroci, 
litoci i smutku. 
Raz w czasie bytnoci pana Dorszy w Dworkach pani Januarow, wbrew zwyczajowi 
swemu, w obecnoci jego do kart zasiada. Tak si jako zoyo, e musiaa to uczyni. 
Go nie grajcy w karty rozmawia z modziutkim synem pana Januarego i modsz z 
dwch crek, bo starsza ju od razu z upodobaniem grywaa w winta. Po upywie jakiego 
kwadransa pani Januarow niespokojnie obejrzaa si po salonie i siedzcego przy oknie 
pasierba z ywoci zapytaa: 
- A gdzie pan Dorsza? 
Student spojrza w okno i odpowiedzia: 
- Z cioci R w kasztanowej alei chodzi i rozmawia. 
192 
Byo to na wiosn. Kwietniowe soce osuszyo ziemi, trawy zielon szczotk dobyway 
si na caej przestrzeni ogrodu, ktrego wspaniae aleje zaczynay zieleni si od 
rozwierajcych si pkw i modych listkw. Przy pierwszej sposobnoci zbliyem si do 
okna i zobaczyem istotnie par ludzi z wolna przechadzajcych si po jednej z alei. Z powodu 
odlegoci nie dostrzegem ani gestw ich, ani wyrazu twarzy, tylko za bladozielon 
koronk gazi widziaem, jak obok wysokiej, silnej postaci pana Seweryna na ksztat wtego 
cienia przesuwaa si szara sukienka panny Ry. 
Pani Januarowa odezwaa si do ma: 
- Janusiu, zadzwo! 
A do lokaja, ktry dzwonkiem przywoany wszed natychmiast, rzeka: 
- Powiedz pannie Ry, eby kazaa podwieczorek podawa. 
Zwyka podwieczorkowa pora jeszcze nie bya nadesza, ale gocinna pani domu zatroszczya 
si wida, aby gocie nie uczuli si godnymi. Niebawem te do salonu wszed 
pan Seweryn, troch chmurny, a jednoczenie powz jego zajecha przed okna domu. 
- Pan ju odjeda! - zawoaa pani Januarow, widocznie zalterowana. 
Pomimo prb obojga gospodarstwa domu na podwieczorku nawet nie chcia pozosta i 
- odjecha. Nie byo widocznym, e przyjeda tylko dlatego, aby z t star pann o 
czym pomwi? Ona za, gdymy do sali jadalnej weszli, koczya co na stole ustawia: 
spostrzegem e szczupe rce jej dray i na bladych policzkach miaa sabe rumiece. Ale 
nigdy nie zapomn wyrazu oczu pani Januarowej, gdy ogarniaa spojrzeniem t pochylon 
nad stoem gow. arzyy si te bkitne i zazwyczaj troch senne oczy, pieky, gryzy, 
nienawidziy. Przedtem ju, w drzwiach jadalni, szepna do Idalci: 
- Pan Dorsza licznie sobie przyjacik dobra! Bardzo stosowna para! Sympatia 
umieszczona bardzo waciwie i... szczliwie! Siadajc do stou, gono odezwaa si do 
ma: 
- Janusiu, wiesz o nowinie? Pan Seweryn Dorsza owiadczy si dzi o rk panny Ry! 
Nasz poczciwy pan January wytrzeszczy zrazu swoje wypuke, spowiae oczy; lecz 
chcc zasuy si onie, od do dawna nadsanej i dla niego zobojtniaej, w ton jej uderzy. 
- A winszuj! w sposb artobliwy mwi zacz - winszuj kuzynce! Bardzo rad jestem! 
Nareszcie! No, ju i pora! Kiedy wesele? 
Jakby na dane haso, zewszd posypay si arty. Zygmu przyskoczy i pieszczotliwie 
pann R obejmujc woa: 
- Zataczy ciocia ze mn na swoim weselu walczyka? A moe teraz sprbujemy... dla 
wprawy! 
Starsza z panienek miaa si: 
- Ciotka nam modym wietn parti odbiera! 
Siostra pani Januarowej, nieza nawet kobiecina, ale zawsze czego dla siebie i mnstwa 
dzieci swoich od Izi potrzebujca, z cieniutkim mieszkiem woaa: 
- No, panienki, nie desperujcie nigdy! Widzicie, e i do stu lat nie trzeba jeszcze traci 
nadziei! 
A m jej grubym basem i ohydn francuszczyzn hucza: 
- M i e w o  a  d k e j a m a i  !  z a k i u    u f  o   z a k e  ! 
Pan January ucieszony uciech ony, ktra zanosia si od miechu, troch gapiowato, 
bo bez rzeczywistej ochoty zapytywa: 
- Jake to byo? Jake to byo? 
- Jak byo? - powtrzya pani Januarowa i licznymi rczkami odpowiednie gesty ro
bic prawia: 
193 
- Poetycznie, idealnie... o zachodzie soca, w kasztanowej alei... pomidzy modymi 
listkami przechadzaa si moda para... 
- Moda, to prawda! Il f o k e l a  e  e   e p a  ! 
- eby tylko od tego wieczornego spaceru katarw nie podostawali! 
- Fi! katar i mio! Niedobrana para! 
- I pomidzy ludmi bywaj pary niedobrane! 
Jak Boga kocham, ani ja, ani siostra moja Idalcia, nie naleelimy do tego chru. Co za 
ochota ni z tego, ni z owego, tak na kogo napada! Przy tym widziaem dobrze, jak panna 
Ra przy pierwszym odezwaniu si pani Januarowej podniosa na ni oczy ogromnie 
przelknione. Nie rozumiaem, co mogo by przyczyn tak silnego przestrachu, ale jako 
al mi si jej zrobio. Potem, gdy przekonaa si, e s to jedynie arty, oczyma tylko spod 
dugiej rzsy bysna, zarumienia si bardzo mocno i wnet uspokojona pocza ukada w 
koszyku ciastka, ktre Zygmu, do taca j niby porywajc, rozsypa. W tym bysku oka i 
w tym rumiecu wystrzeli na wiat gniew, lecz wnet powcignity znikn, zostawiajc 
tylko po sobie na spokojnie zamknitych ustach umiech bardzo zagadkowy. Mona by 
mniema, e miaa si w duchu z tych, ktrzy si z niej wymiewali: jednak zarazem i 
cierpiaa. Powieki jej drgay, jak bywa zawsze, gdy kto z caej siy powstrzymuje si od 
paczu. 
- Czy widz pastwo, jaka una na niebie? Poar czy co? - zawoaem wskazujc na 
okno. 
Idalcia zrozumiaa mj zamiar i do okna skoczya. 
- Czy nie Kozioki panu pal si, panie January? 
Oboje pastwo Januarostwo byli ju u okna. Kozioki byy ich folwarkiem, o par 
wiorst od Dworkw odlegym. Powstao zamieszanie, przygldanie si niebu, sprzeczka i 
ostateczne przewiadczenie, e una, ktr wziem za odblask poaru, bya tylko wyjtkowo 
ognistym odblaskiem zachodu soca. arty sypny si z kolei na mnie. W ogle w 
Dworkach panowao upodobanie czy moda wybierania kogokolwiek z obecnych za cel 
artw. Tego lub owego, t lub ow przeladowano to zakochaniem si, to nieumiejtnym 
graniem w winta, to modoci, to staroci, to zymi interesami majtkowymi albo sercowymi 
niepowodzeniami. Dowcipy strzelay jak rakiety, miechy toczyy si jak gamy. Pacjenci, 
chcc nie chcc, miali si wraz z innymi, oczyma i myl poszukujc wrd otaczajcych, 
kogo by tu co najprdzej na nastpc swego wykierowa. I nic dziwnego. Dobrobyt, 
panie mj dobrodzieju, kompletny, czasu wolnego waciwie tyle, ile go od rana do 
nocy upywa, i towarzystwo domowe, oprcz goci prawie cigych, do liczne. 
Zygmu by adnym, zgrabnym chopakiem, troch zanadto przez ojca i macoch rozpieszczonym, 
bo pani Januarowa przed innymi dziemi go faworyzowaa i z jego przyczyny 
wpadaa nawet czasem w fikcj czy w czuoci. Nie naley jednak przypuszcza, aby tu 
byo co podobnego do historii Fedry i Hipolita. Bro Boe! Nasza pani Januarowa bya 
zbyt rozsdn, aby a takie awantury greckie wyprawia. Tylko miaa do Zygmusia sabo, 
a kiedy kobieta ma do kogo sabo, to, panie dobrodzieju, zwi chorgiewk z zapytaniami: 
a za co? a dlaczego? a do czego dy? itd. Ma sabo i kwita: wic pieci, lula, 
czym tylko moe, osypuje, wychwala, a jak ostatecznie gagatek na tym wyjdzie, gowy, 
sobie tym na zawraca, Co si tyczy pedagogiki, to mona powiedzie, e naszej kochanej 
pani Januarowej ona w gowie nawet nie postaa; wic wci dudnia mowi nad uchem; 
daj Zygmusiowi pienidzy! polij Zygmusiowi wicej pienidzy! A gdy ucze, potem 
student do domu przyjeda, wymylaa dla niego rne przysmaczki, zabawki, siurpryzki. 
Zygmu za, jak kady grzeszny czowiek, smaczne kski ycia z natury ju lubicy, 
przy tym ywy, wraliwy, umizgalski, do nauk zdolny, lecz i do zabawy skory, penymi 
nozdrzami wciga w siebie rozkoszn atmosfer domow i wyjedajc do szk, potem 
194 
do uniwersytetu, bra z sob tak znaczny jej zapas, e czym innym ywi si ju ochoty mu 
nie dostawao. Ot w gruncie rzeczy, nie mona powiedzie, aby ten miy pustak nie lubi 
panny Ry, ktra go w czasie wdowiestwa pana Januarego i potem jeszcze hodowaa i 
piecia. Owszem, podbiey czasem do niej, pieszczotliwie w oczy spojrzy, kilka sw 
uprzejmych przemwi; tylko e w dusze rozmowy z ni to si nie wdaje, bo macocha nie 
lubiaaby tego: i jak przyjemno takiemu modziecowi rozmowa z tak star pann 
sprawi by moga? Raz kwiatek jaki, ktry w rku trzyma, do szarego stanika jej przypi 
i wychwala zacz, e bardzo jej z kwiatkiem tym do twarzy. Wszyscy w miech! Naturalnie, 
bo czy jej cokolwiek mogo ju by do twarzy! Innym razem, gdy zajta przyrzdzaniem 
saaty staa plecami do caego towarzystwa obrcona, zakrad si i zrcznie par 
szpilek z wosw jej wycign. Wtedy stao si co osobliwego. Cudne to byy wosy. 
Gdzieniegdzie wia si w nich ni srebrna, zreszt czarne jak atrament, gste i bardzo dugie 
rozsypay si po plecach, spady poniej kolan i ca t wt, szar posta okryy 
lnicym paszczem atasowym. Posiadaczka tych cudw obejrzaa si zrazu z przestrachem; 
potem bysk gniewu przemkn po ciemnych renicach i zaraz zgas, rumieniec wytrysn 
na chude policzki i zaraz znikn; popiesznym ruchem w obie donie wosy zgarna, 
z tyu gowy w wze skrcia, szpilkami, ktre Zygmu jej zwrci, przypia i ze 
spokojnie pochylon gow saat przyprawia koczya. A dokoa stou miech oglny. 
- Jezus, Maria, eby a tyle wosw na gowie nosi! Czy to warto, kiedy ich nikt nie 
widzi? 
Istotnie, nikomu dotd do gowy nie przyszo zwrci uwag na to, jakie panna Ra 
ma wosy. 
- Po co cioci takie wosy? - szczebiotaa starsza z panienek, panna Kamila. - Niech 
ciocia mnie je odda: to przynajmniej zdadz si na cokolwiek! 
- Chtnie, moja Kamilko, uczyniabym to, gdybym moga - obojtnie odpowiadaa 
panna Ra siadajc na swoim ostatnim miejscu przy stole. 
- O, co w to, to nigdy nie uwierz! - zawoaa pani Januarowa.- Nikt nie rozstaje si 
chtnie z pamitkami dawnych czasw! 
A szwagier, nasz dowcipny i zarwno wesoy pan Faustyn, figlarnie ku pannie Ry 
mrugajc i znaczco chrzkajc podj: 
- Chyba ktoci... ktoci... hm, hm, co to ja wiem, a panna Ra rozumie, dugich wosw 
u kobiet nie lubi. W takim razie trzeba je ostrzyc, trzeba, bo lepiej mie piknego ma 
ni pikne wosy. 
Ten sam pan, nie najgorszy nawet czeczyna, tylko taki sobie totumfacki, ktry czsto 
na dworze krlowej siostry przebywajc i od szwagra poyczek pieninych potrzebujc, 
rad by cho facecjami wywdzicza si dobrodziejom, gdy wszyscy przy stole siedzieli, 
przyszed z ogrodu z przekwit, na wp ju z lici opad r w palcach. W granatowej 
marynarce i biaym mulinowym halsztuchu, troch siwy, troch ysy, z okrg twarz, 
mocno od upau zaczerwienion, przeszed wzdu ca sal jadaln i razem ze zwidym, 
zkym kwiatem przed talerzem panny Ry w szklance umieci. Przy tym z pociesznym 
dygiem i umizgiem rzek: 
-  k i  e  e  a m p l ,  'a  a m p l ! 
Wszyscy w miech! W jej renicach znowu bysk nagy, szybko pod spuszczonymi powiekami 
ukryty. 
Z grzecznoci kobiety przyjmujcej od mczyzny drobn przysug odpowiedziaa: 
- Dzikuj panu. Dokoa znowu miech. 
- eby tak bardzo byo za co dzikowa, to nie powiem! 
- Jeeli ciocia yczy sobie, to ja po obiedzie cay bukiet takich kwiatw cioci przynios! 
195 
- Przynie i postaw przez portretem Mickiewicza. 
- Albo lepiej przed szafk z ksikami! 
Portret jak portret, uchodzi jeszcze, bo pomimo rozsdnej atmosfery dom ten napeniajcej, 
tak wielkiego imienia do artw uywa nikt nie mia ochoty ani moe miaoci; 
lecz szafka z ksikami dawaa temat do wielu facecji. Powiadano, e bya wypchana poezjami 
na cay pokj pachncymi. 
- Wchodz do pokoju panny Ry - opowiada pani Januarowa - coci pachnie! Co to? 
Konwalie, mirt, ananas... 
- Tymianek, lilia, hiacynty - podpowiada kto bieglejszy w nomenklaturze botanicznej. 
- Jaki bardzo starowiecki zapach! Co by to mogo by? Szukam i przekonywam si, 
e to przez szczeliny szafki tak pachnie - poezja! 
Czasem zapytywano pann R, czy dlatego ma zaczerwienione oczy, e pno w noc 
czytaa poezj. Ilekro pani Januarowa uczua si niezadowolon z jakiego szczegu gospodarskiego, 
ze wzruszeniem ramion i swoim adnym grymasikiem mawiaa: 
- To poezje temu winne! 
Raz nawet pan January, rozgniewawszy si za nie do dobrze przyrzdzony pasztet do 
niadania, ze spojrzeniem rzuconym w stron panny Ry krzykn: 
- A wszystko to z powodu tych poezji! 
Raz te z powodu tych poezji zasza scena, o ktrej wspominajc rumieni si nie na 
twarzy, prosz pastwa, ale w duszy. Byo tak. W Dworkach oprcz domowego towarzystwa 
znajdoway si tylko cztery przyjezdne osoby: siostra pani Januarowej z mem i ja z 
Idalci. Bylimy wic w swoim kku i zauwaylimy, e nasza kochana pani Januarowa 
czuje si jako bardzo niedobrze. Nie eby bya - bro Boe - chor: owszem, nigdy 
zdrowiej i wieej nie wygldaa, ale jaka irytacja, zy humor, nieukontentowanie ze 
wszystkich i ze wszystkiego. Ma raz po raz przestrzegaa; na pasierbic to ju wprost co 
moment fukaa; w winta graa jak najgorzej i za wasne omyki mnie biednemu par razy 
porzdnie gow zmya. Gdyby nie uszanowanie nalene dla damy z takim stanowiskiem 
w wiecie, tak adnej i gocinnej, powiedziabym, e bya wcieka. Mj Boe! Taka adna, 
majtna, rozsdna kobieta i - wcieko! To po prostu zepsuta linia! Szkoda, ale c robi, 
skoro doskonale prostych linii pomidzy ludmi znale niepodobna. ciana bdzie 
prost, drzewo czasem bdzie prostym, droyna w ogrodzie, gdy j ogrodnik pod sznur 
wytknie, prociutko przernie muraw. A czowiek - nie! eby tam nie wiem jak by rozsdny, 
zastanawiajcy si, unikajcy fikcji, zawsze znale si musi co takiego, co jego 
lini w jedn lub drug stron wykrzywi. A najwicej namitno, najwicej, panie dobrodzieju, 
namitno... Tak i tu byo: wbia sobie kobieta wiek w gow: tego pana Seweryna, 
ktry jak nie przyjeda, tak nie przyjeda, i drugi jeszcze ten, a to, e panna Ra 
temu winna, bo j przed nim ogadaa... tam, wtedy, po kasztanowej alei z nim chodzc, 
ostatecznie ogadaa. Przy tym Idalci szepna mi przy sposobnoci, e Izi czuoci pana 
Januarego okropnie si ju przykrz. - Czuli si do mnie coraz wicej - opowiadaa po
wiernicy - a ja o tamtym myl! Wic mnie wszystkie zoci i desperacje ogarniaj! 
No, naturalnie, ale z drugiej strony byo w tym troch kobiecego marzycielstwa. Czuoci 
przykrz si? - dobrze; a Dworki z przylegociami? Jakkolwiek bd, pno w wieczr 
po wieczerzy, gdymy skoczyli ostatniego na dzi roberka, pani Januarowa oddalia 
si z salonu i po kilku minutach powrciwszy caa w ogniu i miechu przed nami stana. 
miaa si, a z oczu i nawet ze miechu iskry sypa si zdaway. 
- Chcecie, pastwo, literatk zobaczy? Prawdziw literatk? eby jej nad uchem wystrzeli, 
nie usyszy: taka zaczytana! Dlatego to przekski dotd nam nie podano. Komedia! 
Chodcie pastwo, chodcie tylko zobaczy. 
196 
Tak bardzo prosia, emy wszyscy wstali i poszli. Pan January mrukn zrazu: 
- Daje pokj tylko! Co tam ciekawego? 
Ale ona odpowiedziaa: 
- Mj Janusiu, tylko bez tych kaprysw! - Wic take wsta i poszed. Przeszlimy ja
daln sal, inny jeszcze pokj i inny jeszcze, a znalelimy si przed otwartymi drzwiami 
pokoju panny Ry. - Nic osobliwego. ciany oklejone pstrym obiciem, ko biao zasane 
pod cian, skrzynka pena kluczy na komodzie, w ktku oszklona szafka z ksikami... 
ta sawna! - i tylko jedna rzecz uderzajca: gboka cisza. W tym domu gwarnym, od rana 
do wieczora rozlegajcym si brzkiem szka i talerzy, rozmowami, miechami, gocinnymi 
powitaniami, wintowymi wykrzyknikami, pokj ten wydawa si oaz takiej ciszy, e 
sycha byo, jak za oknem stara topl w wietrze nocnym limi szelecia. W tej ciszy i w 
tym szelecie jak raz naprzeciw drzwi, w ktrych stana wesoa nasza kompania, wisia na 
cianie sporej wielkoci portret Mickiewicza i przy stole, w agodnym od bkitnawej zasony 
wietle lampy siedziaa panna Ra. Profilem ku nam zwrcona, z okciem o st 
opartym i czoem troch na do pochylonym, oczy miaa utkwione w lecej przed ni 
ksice. Drobne jej wargi, byy spokojnie zamknite, profil z wypukoci bladej kamei 
odrzyna si na tle bkitnawego wiata, ktre pogbiao czarno wosw i dawao srebrny 
poysk wijcym si wrd nich biaym niciom. Bya tak zatopion w czytaniu, e nadejcia 
i szeptw naszych zrazu nie usyszaa. Prawda, e szeptalimy bardzo po cichu. 
- A co? nieprawda, e dla malarza model na literatk! 
- I jak! o boym wiecie, czytajc, zapomniaa! 
- A jakie ksiycowe wiato u siebie urzdza! 
- Ju ksiyc zaszed, psy si upiy... 
- Tylko e Pilon to ju pewnie aden nie klanie za borem! 
- Kto wie! Ja moe co w tym rodzaju wiem! 
- Ciekawo, co ona takiego czyta? 
- Pewno co czuego! 
- Mario, czy ty mi kochasz, bo masz tak posta!... 
- A moe Darwina o pochodzeniu czowieka od mapy?... 
Autorem ostatniego konceptu by szwagier pani Januarowej, ktra parskna miechem; 
kto inny zamia si te gono. Wtedy dopiero panna Ra, jak ze snu obudzona, drgna, 
ku nam twarz obrcia, a ujrzawszy trzdk baranw we drzwiach stoczon, szybko z 
krzesa powstaa. 
- Czy czego trzeba? 
- Niczego, niczego nam nie trzeba! Jestemy tylko zaciekawieni: w czym panna Ra 
tak gboko si zaczytuje? 
- Czy to Maria Malczewskiego? 
- A moe Adolf i Maria, czyli dwoje kochankw nad brzegiem Dniestru? 
- Ej nie! Ciudziewicz pewno albo wierciakiewiczowa. 
- Po co to kuzynka wiecznie w tych ksikach siedzi i tylko powd do artw z siebie 
daje! - markotnie zagada pan January. 
Wszystko to mwic, wtargnli do pokoju i otoczyli j cisym koem. My tylko z Idalci 
zostalimy we drzwiach i najbliej nas modsza z panienek, Marynia. Tamci za gadali 
jak najci: 
- Prosz pokaza, co pani czyta! 
- Prosz lepiej troch nam gono poczyta! 
- Dobry projekt! Niech pani nas zbuduje, panno Ro! 
197 
- Albo rozrzewni... 
Ona, zrazu, jak bywao zwykle w podobnych wypadkach, oblaa si rumiecem i byskawic 
strzelia z oka; lecz zaraz spokojnie wzia ze stou otwart ksik. Tylko na 
cienkich wargach miaa ledwie dostrzegalny, ciekawy umieszek, ktry zauwayem nieraz, 
a ktry zdawa si litociwie drwi z tych, co z niej drwili. 
- Aha! przeczyta nam pani stroniczk o Adolfie i Marii... 
- A moe o sztuce misa z parmezanem... 
- Niech pastwo ju cicho bd! Suchamy! 
- Suchamy! Suchamy! 
Z takim lekkim ukonem, z jakim zazwyczaj dobrze wychowana kobieta przystaje na 
objawione jej danie. Ra rzeka: 
- Owszem. Jeeli pastwu sprawi to przyjemno, przeczytam. I gosem zrazu cichym, 
potem coraz pewniejszym i nabierajcym dwikw wcale miych i dobitnych czyta zacza: 
W Tobie ja samym, Panie, czowiek smutny, 
Nadziej kad; Ty racz o mnie radzi. 
Nieprzyjaciel mj, jako lew okrutny, 
Szuka mej duszy, aby j mg zgadzi... 
Z jego paszczki, jeli, o mj Boe, 
Ty sam nie wyrwiesz, nikt mnie nie wspomoe. 
...Boe, przed ktrym tajne by nie mog 
Myli czowiecze, w Twej stajc obronie, 
Przed adn nigdy nie uciekn trwog, Bo szczere serce w Twojej jest zasonie. 
O, sprawiedliwy sdzio, 
Ty kadego Sprawnie obdzielasz wedle zasug jego... 
Nie w takim to ja porzdku powtarzam, co czytaa, i nie wszystko chocia potem psalmu 
tego prbowalimy oboje z Idalcia na pami si wyuczy, ale co pewna, to, e suchajc, 
stalimy wszyscy jak gby z gbami pootwieranymi. Bo jake! W pokoju cicho 
tak, e sycha, jak za oknem topl szumi, par gwiazd zotych z ciemnoci nocnej przez 
szyby zaglda, ze ciany patrzy oblicze Mickiewicza, a w bkitnawym wietle kobiecina 
wta i delikatna, z wzem czarnych wosw z tyu gowy, z ksik w obu rkach, coraz 
mielej i pikniej wylewa z bladych ust nuty sowika z Czarnolasu... Powiadam pastwu, 
e fet nam sprawia! Zabekotalimy te co ni w pi, ni w dziewi, gdy umilka, i wynielimy 
si do dalszych pokoi. Duchom naszym daa w twarz i wynielimy si skonfudowani. 
Tylko przy oglnym oddawaniu dobrej nocy patrz ja, co to takiego? Zygmu 
i Marynia maj jakie takie dziwne oczy, omglone i markotne, ni to rozmarzone, ni to 
zmartwione. 
A pan January tak, aby maonka nie syszaa, do ucha mi szepn: 
- To ja jej t ksik na pamitk po Bronku oddaem. Zarczeni byli... a jake! wita 
prawda, e byli ze sob zarczeni, prawie od dziecistwa kochali si! Szczcie j omino 
i potem nigdy si ju z adnym nie spotkaa. 
198 
* 
Owszem, dowiedzielimy si niebawem, e si spotkaa, tyko... Ale nieche wszystko 
po kolei ju opowiem. 
Po owej rozmowie z pann R pod kasztanami pan Seweryn dugo do Dworkw nie 
przyjeda. Wiosna przesza, lato nastpio, Zygmu od dawna ju na wakacje do domu 
przyjecha, a szanowny ssiad, tak oczekiwany, przyjeda ani myla - wanie moe z 
powodu tego oczekiwania, bo zbyt dowiadczony by i rozumny, aby nie spostrzec w zachowaniu 
si pani Januarowej tego lub owego szczegu, z ktrym - srogim, lepiej mwic, 
surowym bdc - nie wiedziaby, co czyni. Jednak pewnego dnia na koniec przyjecha 
i trzeba nieszczcia, wtedy wanie, kiedy biedna nasza pani Januarowa bya znowu 
silnie zalterowanai, tym razem caodzienn nieobecnoci w domu panny Ry. Ta, z rana 
jeszcze oznajmia, e do wieczora w domu nie bdzie, klucze powierzya Maryni i gdzie 
sobie posza. Wszyscy pamitali, e takie caodzienne wycieczki zdarzaj si jej czasem; 
Marynia utrzymywaa, e raz na rok tylko. Rzdca powiedzia, e spotka si z pann R 
u brzegu lasu, w ktrego gbi znika mu z oczu, co usyszawszy pan January sapn gono, 
chrzkn niemiao i do ony rzek: 
- Daj pokj, rybko! ja wiem, dokd ona posza... Niech zdrowa spaceru uyje! Wielka 
rzecz, e tam raz na rok... 
ona mu przerwaa. 
- Janusiu, tylko bez tego ujmowania si! Zawsze ujmujesz si za ni. Ta kobieta ma 
szczcie! Wszyscy kochaj si w niej, moe i ty take. Trzeba tylko byo pierwej serce 
zbada, w ktr stron cignie, a ja pewno nie stanabym do rywalizacji... z tak! Wiesz, 
gdzie posza! I ja te wiem! Osiem lat ju jestem w Dworkach i co roku t sam czu histori 
sysz! Gupstwo! Przypomniaa sobie babka dziewic wieczr! W jej wieku naleaoby 
ju o tych wszystkich fikcjach zapomnie! Cay boy dzie dom bez gospodyni, bo 
przecie Kamilka i Marynia nie bd po kuchniach i spiarniach lata, aeby jeszcze ludzie 
powiedzieli, e macocha je na dziewki folwarczne obraca... 
Marynia zauwaya, e wszystko jest zadysponowane i wydane, i pani Januarowa zaraz 
na ni wpada. 
- Ty te buzi za cioteczk otwieraj. Zastpi j moe potrafisz? Do gospodarstwa duo 
ochoty zawsze miaa, prawda? Hafciki ci w gowie, muzyczka, kawalerowie, nie gospodarstwo! 
Ja te nie napdzam. C? macoch jestem! Ludzie zaraz powiedz, e przeladuj, 
gnbi. Ale ciekawam, co zrobisz, jeeli kto z goci przyjedzie? Cioteczk po nocach 
poezje czytuje, a we dnie po lasach si wasa, ty za kluczami dzwoni tylko umiesz. Nieche 
kto z goci przyjedzie: zobaczymy, czy jak kluczami podzwonisz, wszystko bdzie, 
jak potrzeba! 
Jak raz przyjecha. I kt jeszcze? Sam pan Seweryn Dorsza, ktrego dom po pasku 
urzdzony skania ssiadw do odpowiednich w przyjmowaniu go wystpw. Teraz ju i 
pan January czu si niezadowolonym, e panny Ry w domu nie ma. Wiedzia, e ona i 
crki do niczego w gospodarstwie si nie mieszaj, suba bez dozoru omyki popenia 
moe; a takie rzeczy stanowiy dla niego i w ogle w Dworkach kwesti niemaej, 
owszem, pierwszorzdnej wagi. Marynia przed zaproszeniem do stou tak gorliwie kluczami 
dzwonia, e a do ryczki miesicznej staa si podobn; jednak wystarczao jednego 
rzutu oka, aby dostrzec, e melon by le pokrajany, filianki do kawy nie takie, jak 
potrzeba, wieo przyjty lokaj bez biaych rkawiczek, moe i inne jeszcze tym podobne 
rzeczy chybione i niedoskonae. Pan January irytacj ukry i tylko goniej ni zwykle sapa; 
ukryaby zapewne i pani Januarowa, gdyby nie znalezienie si samego pana Seweryna, 
w najwyszym stopniu niestosowne. Zaledwie do podwieczorku zasiad i wanie w chwili, 
199 
gdy adna gosposia z pkiem gwodzikw w zotych wosach i z najmilszym umiechem 
zacza czyni mu wyrzuty, e tak dugo przy tym stole go nie widywaa, spojrza na puste 
krzeso panny Ry i zapyta: 
- Jednej osoby z towarzystwa pastwa nie widz. Moe chora? 
Zdawa si mogo, e silnie zaniepokojonym czu si myl, e moe by chor, i to 
wanie nasz tak rozsdn zwykle pani Januarowa z rwnowagi wytrcio. Porywczo i 
bez namysu odpowiedziaa: 
- Gdzie tam! zdrowa jak ryba, tylko posza do lasu z nieboszczykiem narzeczonym romansowa. 
Gdyby bya chwileczk namylia si, nie byaby tych sw wyrzeka, bo przecie wiedziaa, 
co, jak i przy kim mwi wypada, ale krew nie woda: irytacja! W irytacji natura 
waciwa czowiekowi wyskakuje z niego jak wilk z lasu. Pan Dorsza skrzywi si, jakby 
go co we rodku ukuo, bo gburowatoci wszelkiej strasznie znosi nie mg, a pan January, 
chcc naprawi niestosowne odezwanie si ony, ubolewajcym tonem do ssiada 
przemwi: 
- To smutna historia... bardzo smutna... 
- Znam j dobrze - odpowiedzia pan Seweryn. 
- Jest to rocznica dnia, w ktrym wszyscy poegnalimy odjedajcego... 
- Wiem o tym - odrzek znowu pan Seweryn, coraz bardziej zaspiony i sztywniejcy. 
Pani Januarowa ton ubolewajcy ma i sztywno gocia jak szpilki kuy. Jednak z 
wielk sodycz w gosie przemwia: 
- Mj Janusiu, tak o tym mwisz, jakby ten tragiczny wypadek zaszed miesic albo 
rok temu. Panna Ra jest ju tak... Dziao si to tak dawno... 
Szwagier wpad jej w mow. 
- L e k i e   a p a d e  y  ! 
A ja omieliem si wyrazi uwag: 
- Pami bywa rn, pani dobrodziejko; jedni pamitaj miesic, rok, inni przez cae 
ycie zapomnie nie mog. 
Pani Januarowa, strza mordercz we mnie z cz ciskajc, prdko odpowiedziaa: 
- Szczeglniej, jeli nic innego do pamici wpa nie mogo! 
- Owszem, tym razem mogo - odezwa si znowu pan Seweryn. Pani Januarowa z 
prawdziwie czarujcym umiechem do niego przemwia: 
- Przecie odkd pan Bronisaw odjecha, o pann R; nikt si nie stara i za m 
wyj nie moga. 
- Owszem, moga - powtrzy pan Dorsza. 
Ogromnie tym powiedzeniem nas wszystkich zadziwi, bo istotnie o adnym konkurencie 
do rki panny Ry nikt z nas nigdy nie sysza. On za milcza chwil, namyla si, a 
potem yeczk od kawy na spodku pooy i tak po prostu, jakby komu dzie dobry mwi, 
wypowiedzia: 
- Ja trzy razy owiadczaem si o rk panny Ry i trzy razy odmow otrzymaem. 
- Jezus, Maria! - podskakujc na krzele, jkn pan January. 
Pani Januarowa staa si tak bia jak obrus na stole; wiee jej rumiece do kropelki z 
twarzy znikny. A ten najzacniejszy (i najbogatszy!) pan Dorsza najzwyczajniejszym tonem 
mwi dalej: 
- Musz to pastwu opowiedzie, aby omyk usun. Panna Ra moga od lat wielu i 
dzi mogaby, gdyby chciaa, zosta moj on i pani domu w moim Tczowie. Nie 
chciaa i nie chce. Moe wiadomo o przyczynach, ktre jej wol kieruj, opini pastwa 
200 
o niej poprawi, w oczach pastwa j podniesie, pooenie, ktre zajmuje tu, polepszy. O to 
mi idzie tylko... 
Do pana Januarego si obrci: 
- Pan dobrodziej przypomina sobie, e z bratem paskim, Bronisawem, yem w 
przyjani serdecznej. Narzeczon jego znaem; podobaa mi si, ale si w niej nie kochaem 
i tyle tylko, emy stanowili trjk przyjaci. Bya to trjka romantykw. Mielimy 
wiele wiary, mioci i nadziei; Bronek za nie gow naoy, ja poszedem na dugo tua 
si po szerokim wiecie, panna Ra zostaa sam. Powrciwszy z wdrwki pojechaem 
zaraz do Dworkw, aby dowiedzie si o losach narzeczonej przyjaciela. Byy one podwczas 
wzgldnie dobre. Z pierwsz pani tego domu w przyjani i harmonii ya i jakkolwiek 
przez to, co si stao, przymiona, bya jeszcze wie, kwitnc... 
- Czy bya kiedykolwiek kwitnc? - zapytaa pani Januarowa z cicha, bo co j w gardle 
dawi zaczynao. Pan Dorsza spokojnie na ni patrzc powtrzy: 
- Bya liczn. Nie tyle moe doskonale pikn, ile pen wdziku i ycia. Bya yw i 
weso. Pani z trudnoci temu wierzy? Prawda; jest ona teraz tylko cieniem samej siebie. 
Ale nierzadko zdarza si na wiecie, e czowiek dugo idzie za samym sob, jak cie 
wierny i ciemny peznie w noc ksiycow za wesoym i wawym czowiekiem. I bywa, e 
gdy czowiek waciwie ju przemin, cie jego dugo jeszcze trwa. Ale w czasie, o ktrym 
mwi, panna Ra znajdowaa si w kwiecie modoci, a modo to taki ptak, ktry 
zza najgrubszych chmur jeszcze soca dopatrzy i cho z oowiem na skrzydach - jeszcze 
ku niemu wzbija si prbuje. Umiechna si do mnie myl wsplnego z t kobiet rozpdzenia 
chmur i wzbijania si ku socu. Pokochaem j i w sidm rocznic odjazdu 
Bronisawa, na tym miejscu, na ktrym ostatni raz go poegnaa - na ktrym dzi znajduje 
si zapewne - powiedziaem jej, e uczyni mi niewypowiedzianie szczliwym, jeeli zechce 
zosta moj on. 
- I c! I c? - zapytyway dokoa stou gosy ledwie dyszce od zdziwienia i ciekawoci, 
a pan Seweryn tonem zwyczajnego opowiadania mwi dalej: 
- Odmwia. Pakaa, dzikowaa mi za dobre dla niej uczucia i chci, ale wci powtarzaa: 
Nie mog! Tak kocham go jeszcze, tak nieustannie stoi mi on przed oczyma... tak 
kocham go, e nie mog! Potem jeszcze dodaa: tak mi go al, tak mi go al. I mwic 
to pakaa tak ciko, jakby zy z mk niezmiern dobyway si z samego dna jej serca... 
Odmwia. 
Spuszczonymi powiekami wzruszenie renic okrywajc, nie tylko spokojny, ale troch 
sztywny, pan Seweryn do pana Januarego znowu mow zwrci: 
- A po raz drugi zdarzyo si to wwczas, gdy wie mi dosza, e pan dobrodziej w 
powtrne zwizki maeskie wstpi zamierza. Bylimy ju oboje, ja i panna Ra, daleko 
starsi, lecz jeszcze nie starzy. Ja miaem lat czterdzieci par, a ona trzydzieci kilka. 
Przyjechaem, znalazem j przygotowujc dom na przyjcie nowej jego pani i w ogrodzie 
powtrzyem to, co przed kilku laty mwiem w lesie. Przychylnej odpowiedzi pragnem 
nie mniej ni przedtem: owszem, zapewne silniej, bo soce mego ycia przeszo 
ju punkt poudniowy i rzuca zaczo na wiat smugi melancholijne; czuem zalatujcy 
powiew wieczoru; tkwio we mnie gbokie i niepozbyte pragnienie stworzenia przed noc 
dla siebie i dla niej cichej i ciepej przystani. Bylimy zreszt w wieku najlepiej sprzyjajcym 
energicznej, wsplnej pracy, a take tym uczuciom, ktre gbi i twardoci wynagradzaj 
to, co im z zapau modzieczego uby mogo. Wszystko to przedstawiem pannie 
Ry i tym razem, miem pochlebia sobie, e sowa moje j wzruszyy. Zdawao mi si, 
e by moment, w ktrym wyrazy zgodzenia si na moj prob rozlegay si w jej sercu i 
przemoc na usta wybiec chciay. Nie wymwia ich jednak: prosia o par dni do namysu. 
Po dwch dniach przyjechaem znowu: znalazem j mizern, poblad, tak wygldaj
201 
c, jakby z cikiej choroby powstaa. Ale gdy o decyzj j zapytaem, wzrok jej baga 
mi o przebaczenie, a gow przeczco wstrzsaa, dugo mwi nie mogc. Potem mwia, 
e gdyby Bronek umar by w sposb zwyczajny, to moe... ale tak!... ale tak!... Jemu 
mier przedwczesna i mczeska, a mnie ycie szczliwe: c to za sprawiedliwo! Nie 
mog! To mj wity! Nie odstpi go nawet dla najlepszego z ludzi. Byo to ju co innego 
ni wprzdy. Oblubieniec namitnie kochany uleg metamorfozie; fale tsknot i myli 
przeksztaciy go w witego, a dusza umiejca czci i rozumie wito nie chciaa wyrzuci 
jej z siebie w zamian ziemskiego szczcia, ktrego jednak pragna. Z umarymi 
walczy trudno. Odjechaem zwyciony. 
Niepodobna mi nawet wyobrazi sobie, jak min mie mogem, wszystkiego tego suchajc, 
to tylko wiem, e ze trzy razy chustk do nosa z kieszeni wyjmowaem. Co schowam, 
to znowu potrzebna. Patrz, a u tego pustaka Zygmusia renice jak zza szybek pomidzy 
powieki wstawionych przegldaj, koczyk wsika w palcach krci, wyprostowany 
jak struna i zza szybek szklanych, ktre nieruchomo w oczach stoj, w pana Dorsze jak 
w tcz si wpatruje. On te nie wiem dla jakiej przyczyny do Zygmusia i do mnie teraz 
mow zwrci i ciszej ni przedtem doda: 
- Bohaterstwem dusz jej podbi na zawsze. W aureoli witego przed ni sta i jak 
wierny od otarza, od obrazu tego oderwa si nie moga. 
- Wierna! - pomimo woli wymwiem. 
- Tak, ale na wszystko jest pewna miara. Sia serca, ktre pamita i cierpi, wyczerpan 
by moe. Osiem lat znowu mino. Wieczr zapada pocz. Czas wrzyna si w czowie
ka jak pia w misz drzewa... 
Zwrci si do pana Faustyna: 
- Pan dobrodziej si myli: Le coeur a parfois des rides. 
Pan Faustyn ze zmieszaniem a zakrci si na krzele. 
- Ja... panie dobrodzieju, powiedziaem to tylko tak sobie... a  p a  a   e    ! 
A pan Dorsza znowu gwnie do mnie i do Zygmusia mwi zacz: 
- Ale czasem serce zmczone wicej jeszcze sodyczy i ukojenia pragnie anieli wiee. 
A c moe by sodsze nad otoczenie kobiety dobrej i kochanej serdeczn przyjani i 
opiek? Prawda, e soce nasze spyno ju ku zachodowi, lecz mog by jeszcze cudne 
ciche godziny o pogodnych zorzach wieczornych. Wic okoo trzech miesicy temu, w 
czasie ostatniej bytnoci mojej w Dworkach ponowiem wobec panny Ry gorc prob 
moj. 
Oczy pani Januarowej staway si prawie obkanymi. Wic to, co wymylia jako zoliw 
i nieprawdopodobn drwin, byo tak cile prawdziwym! . 
- Tym razem spotkaem si znowu z czym innym. Panna Ra powiedziaa mi, e jeeli 
dotd pamici i sercem pozostaa wiern swemu... witemu, to ju rozstawa si z nim 
dla tej odrobiny czasu, ktry pozosta jej na ziemi, wprost nie warto. Powiedziaa, i tak 
dugo ju yje ze swoj samotnoci i ze swoim smutkiem, e stay si one drug jej istot, 
nawyknieniem, treci ycia, ktrych wyrzuci z siebie i zastpi czym wcale przeciwnym 
niepodobna. Powiedziaa, e wedug stw jednej z ulubionych swych ksiek, tak ju 
dawno yje w cieniu mierci, mylc czsto nie tylko o tamtej, ale i o swojej, jako o 
wolnym wzlocie czego w niej niewiadomego, w co poza ni, niewiadomego, co wielkie 
jest i niezmierzone, a upragnione ju przez to, e musi by czym wcale innym ni wszystko, 
co jest tu. A z tego cienia, kto dugi moment w nim przebdzie, niepodobna ju wyj 
na pene wiato i z takich myli, kto dugo z nimi przestawa, niepodobna wej w krg 
szczerych uciech... To mi powiedziaa i... zawoana przez lokaja odesza, aby podwieczorkiem 
pastwa zarzdzi... 
202 
Tu zaama si jako gos pana Seweryna: umilk, a z tego milczenia korzystajc, od 
dawna ju wzburzony i silnie na twarzy zaczerwieniony nasz kochany tuciuchny pan January 
przypodnis si na krzele, rce gocia w swoje pochwyci i wstrzsajc nimi, prawie 
chlipic od paczu, mwi zacz: 
- Ja pana dobrodzieja bardzo, bardzo za kuzynk moj przepraszam... Zacnoci kobieta, 
e tak o nieboszczyku Bronku pamita, ale takiego jak pan czowieka obraa, takie szczcie 
odrzuca - jake mona! jake mona! Niech pan dobrodziej wierzy, e ja o niczym 
nie wiedziaem, bo gdybym by wiedzia... przecie spokrewnienie si z panem dobrodziejem 
byoby dla mnie zaszczytem, przyjemnoci... Teraz, dowiedziawszy si, kuzynce 
mojej uczyni gorzk, gorzk wymwk, a pana dobrodzieja raz jeszcze przepraszam za 
ni, bardzo, bardzo prze... 
Wtem: Zagrzmiao, runo w Betlejem ziemi! Pani Januarowa, nie czekajc koca 
przemwienia mowskiego, wstaa od stou, ale w taki sposb, e krzeso posuno si za 
ni z grzmotem i z wielkim stukiem na ziemi upado. Po czym ona sama dziwnie jako 
krzykna i wybuchna wielkim jakim miechem. Pokazao si, e globus hisiericus, ktry 
od pocztku tej rozmowy cigle j dawi, zupenie teraz do garda wlaz, i dostaa 
pierwszego w yciu napadu spazmw. Wic Idalcia, pan Faustyn i inni, pod ramiona j 
schwyciwszy, do dalszych pokoi uprowadzili, pan January okoo posyania po lekarzy si 
zakrztn, pan Dorsza odjecha, a w jadalnej sali tylko Zygmu i Marynia pod oknem siedzc 
co do siebie szeptali i ja przy stole wci na jednym krzele jak skaa tkwiem. Od 
tego, com sysza, w gowie mi si przewracao, i nie tylko w gowie. Z zadumy wyrwa 
si nie mogem. 
Nagle Zygmu zerwa si od okna i pdem strzay z pokoju wylecia. Marynia take 
spojrzawszy przez okno zerwaa si i jak bkitny ptak szybko wyfruna. Myl sobie: co 
oni takiego na dziedzicu zobaczyli? Czego tak polecieli? Wstaem te, do okna podszedem 
i - co pastwo myl, e zobaczyem? Oba te dzieciaki leciay na spotkanie panny 
Ry, ktra wanie w bram dziedzica wchodzia. Niosa z lasu wi liliowych dzwonkw 
i wieccych jak soce tych arnik. Lecz kwiaty te wysypay si jej do stp, gdy ten 
pustak Zygmu porwa jej rce i nisko schylony tak caowa je zacz, jakby w te pocaunki 
ca dusz swoj wlewa. A Marynia ze swej strony oba ramiona zarzucia jej na szyj, i 
bkitn bluzk jak promiennym obokiem do jej szarej, smutnej sukni przylgna. 
