 
Eliza Orzeszkowa 
Hekuba 
2 
I 
Star nie bya jeszcze; nie miaa wicej nad lat czterdzieci i w pierwszej modoci swej 
adn by musiaa, bo wyranie lady tego pozostay w zgrabnym rysunku twarzy jej, niepospolicie 
piknych oczach, w obfitoci wosw, teraz jeszcze do kolan dugich i barw gorejcego 
zota majcych. 
Ale nie w gowie byy jej modo i pikno; dbaa o nie jak o pite koo u wozu. Gdy jej 
kto z ssiadw artem raz powiedzia: Pani Teresa, gdyby adnie ubraa si i uczesaa, a 
kroczkiem troch mniej zamaszystym chciaa chodzi, toby jeszcze liczn kobietk by moga! 
 zdziwia si zrazu, potem si rozgniewaa i ssiada ofukna: 
 Take koncept! Nieche mi pan Ignacy gowy gupstwami nie zawraca, a powie lepiej 
czy poyczy mi tego grochu na zasiew, po ktry przyjechaam, czy nie poyczy, bo jeeli nie, 
to siadam na bryczk i jad! Czasu nie mam! 
Wiecznie czasu nie miaa, pieszya, biegaa, o co staraa si, co pilnego do czynienia 
miaa. Co czynia? Boe wielki! Ani wyliczy, ani opowiedzie! Wszystko, co czyni trzeba 
byo majc folwarczek malutki, dzieci szecioro i ma ktry by naprzd hulak i marnotrawc, 
potem prniakiem i pieczeniarzem, a potem umar i j wdow pozostawi. 
Niektrzy na pracowito jej fenomenaln, ruchy energiczne, na oczy byszczce, a niekiedy 
a gorejce, spogldajc mawiali: Co za temperament! I mieli suszno. Niezwyko 
temperamentu bya tym wanie, co losami jej zarzdzao. 
Niegdy omnastoletni, adn, do posan i szeroko spokrewnion bdc tak si bya w 
ssiedzie nicponiu zakochaa, e perswazje ani wzbraniania adne nie pomogy. 
 Hulaka  mwiono jej  prniak, baamut, bankrut! 
A ona: 
 Nie ma na wiecie aniow. Kady czowiek ma wady i on je ma take. Ale ja go z wadami 
i pomimo wad kocham i nigdy, a do grobowej deski kocha nie przestan! 
A kiedy matka i najblisi krewni stanowczo maestwu temu opiera si prbowali, 
owiadczya, e w razie stawiania. jej dalszych przeszkd z domu ucieknie, ani domyl si, 
jakim sposobem i kiedy ucieknie, z wybranym swoim w jakim ustronnym kociku lub 
wemie, a potem matk i krewnych o przebaczenie poprosi. e przebacz, to dla niej wtpliwoci 
nie ulega, bo j kochaj przecie  i jak jeszcze! A w dodatku szczcie jej przeprasza 
ich za ni bdzie. Bo ona pomimo wszystkich przepowiedni czarnych i kraka kruczych ani 
na chwileczk o przyszym szczciu swym nie wtpi. 
Znajc j wszyscy wiedzieli, e to, co mwi, moe prn grob nie by. Tak yw i 
mia bya, tak dzielnie matce w gospodarstwie dopomagaa, tak ochoczo do kadej zabawy 
albo roboty stawaa, e kozakiemdziewczyn j nazywali. Moga bardzo atwo uczyni to, 
na co inne stworzenie, potulne i niemiae, zdoby by si nie potrafio. 
Przy tym zdawao si nawet, e ten kocioek ustronny i takie w drodze niezwykej zoenie 
dowodu mioci wybranemu posiada dla niej mogy urok pewien poetyczny czy romantyczny, 
bo za poezj w ogle przepadaa i pomimo niezwykej ywoci swej do marzycielstwa 
miaa skonno. Duo za pnoc nieraz w poemacie jakim zaczyta si umiaa albo na 
piknie zachodzce soce, na adny widoczek leny, na k bogato rozkwit zapatrzy si 
tak, e jak ze snu budzi j byo trzeba, a gdy wybrany zasiad do fortepianu i gosem bardzo 
miym piewa zaczyna: Stj, poczekaj, moja duszko, skd drobniuchn strzyesz nk 
albo: Dwa gobie wod piy, a dwa j mciy, do najciemniejszego w pokoju kcika usuwaa 
si i po wieej jak jutrznia jej twarzy cichuteko spywa zaczynay perliste zy. 
4 
Matce, krewnym, przyjacikom, wszystkim, ktrzy j przed zym wyborem i losem 
ostrzegali, mawiaa: 
 Od ruiny majtkowej posagiem swym go wyratuj, do porzdnego ycia przyzwyczai 
si, bo mi kocha. A czy moe by na wiecie szczcie wiksze, wysze, jak wyratowa, 
uszczliwi, uszlachetni, udoskonali czowieka kochanego? 
I gdy to mwia, piwne renice jej sypay zotymi skrami, a policzki przemieniay si z 
patkw jaminowych w psowe re. 
Nie byo rady. Pobrali si i po krtkiej przerwie, ktra zdawaa si urzeczywistnia marzenia 
kozakadziewczyny, w sercu, w gowie, w sposobie ycia jej wybranego wszystko poszo 
po dawnemu. Tak jak dawniej pocz prniaczy, w karty gra, na huczne polowania 
jedzi, rnym paniom i nie paniom gowy zawraca, jej posag i resztki majtku swego galopem 
roztrwania. 
Uszlachetnienie i udoskonalenie kochanego czowieka nie uday si, czy i szczcie take? 
Naturalnie, ale tego domyla si tylko mona, bo pani Teresa pomimo prawdomwnoci i 
wielomwnoci swej o losie swym i wszystkim, co on jej przynis, jak grb czy kamie milczaa. 
Bya w milczeniu tym ambicja skarg i uale si nie znoszca czy pomimo wszystkiego 
trwajce kochanie? Jedno i drugie, zapewne, lecz moe wicej drugie ni pierwsze. 
Moe pani Teresa naleaa do tych natur gbokich, w ktre gdy raz kochanie zapadnie, to go 
ani gorzkie zy zawodu zala, ani palce elazo blu wypiec nie s zdolne. 
I to tylko wiedzieli wszyscy, e jak przedtem ma, tak potem dzieci, gdy na wiat przychodzi 
zaczy, kochaa z czuoci i troskliwoci niezmiern, entuzjastycznie, bez granic. 
Inaczej wida kocha nie umiaa i taka wanie mio musiaa by koniecznym i wierzchokowym 
wykwitem jej natury. 
Sprowadzia te mio ta w jej yciu dalszym nastpstwo do osobliwe. 
Kiedy ostatecznie majtkowo zrujnowani, ona i m jej, z trojgiem ju dzieci, zamieszkali 
w folwareczku malutkim, jedyn ju ich wasno stanowicym, p. Teresa wnet obejrzaa si 
po nieduych kawakach pola, ki, lasu, po zabudowaniach gospodarskich, po rachunkach 
dzierawcy, ktry im w maym domku miejsca ustpowa, i zabraa si do pracy. 
Zrozumiaa, e wiosczyzna ta, w cich samotno rwnin poleskich rzucona, stanowia 
warsztat jedyny, na ktrym wyprz i wytka trzeba byo byt tych, ktrych kochaa, e ten 
domek pod somian strzech, pomidzy stare lipy i grusze wtulony, musi sta si opok dla 
stp drobnych, dla dugiej przyszoci jej dzieci i e ona jedna tka na warsztacie, opok 
przed skruszeniem si uchowa potrafi. Pomocnika, tym bardziej wyrczyciela, nie miaa, 
nie! Wic do warsztatu i opoki zabraa si sama wawo, energicznie i rozpoczo si dla niej 
ycie twarde, szorstkie, jak wr sieczk wypenione drobiazgami, ktre tak jak dba sieczki 
byy dla dotknicia ostre i kujce, dla oczu szpetne i przykre. 
On, licznych i mniej albo wicej majtnych krewnych majc, jedzi od dworu od dworu, 
tu tygodnie, tam miesice bawic si i bawic, dla obyczajw gadkich i humoru wesoego 
wszdzie mile witany i widziany, zawsze jeszcze paniom podobajcy si i przypodobajcy, 
adnie piewajcy, na polowaniach umiejcy strzela celnie, a potem o nich najmieszniejsze 
anegdoty opowiada. 
Do domu zaglda kiedy niekiedy, w zgrabnych ramionach dzieci czas jaki pohuta, on 
pieszczotami i czuociami osypa, a potem poziewa z nudy, wyciga si w caej dugoci 
na sprztach, nad nieszczciami swymi biada zaczyna, a po niedugim czasie nastpowaa 
pora humoru piekielnego, pospnoci grobowej, fukania na wszystko i wszystkich, czasem 
nawet grb rychej, a bodaj nawet samobjczej mierci, a na koniec, duej ju ycia w tej 
norze, w tej dziurze, w tym czycu ziemskim wytrzyma nie mogc, odjeda znowu, aby 
po tygodniach lub miesicach powrci na dnie niedugie. I zdarzyo si, e nigdy ju nie 
powrci. W domu daleko mieszkajcych krewnych srodze na polowaniu przezibiwszy si  
umar. Pani Teresa za dugo po nim z twarz od paczu spuchnit chodzia. Patrzcy ww
5 
czas na ni mawiali pomidzy sob: Ma te kogo tak dugo i wiele opakiwa! Ona jednak 
pakaa dugo i wiele. Tak ju bya... 
Zreszt jak przedtem, tak i w dalszym cigu chodzia po polach, dozorowaa robotnikw, 
strowaa nad ork, mck, zasiewem, sianokosem; niwem, dogldaa inwentarza, z pomoc 
paru dziewek ogrody uprawiaa, nierzadko wasnorcznie gotowaa straw, a w dugie 
noce zimowe szya odzie dla siebie i dzieci. O pierwszych brzaskach dziennych, na mrz, 
deszcz, nieyc, wichur czy na rajskie od ros wieych i wita bkitnych poranki letnie, 
pierwsza wychodzia z domu, aby nieliczn czelad budzi, wraz z ni roboty dzienne rozpoczyna. 
Oprcz tego czsto do ssiednich wsi i miasteczek jedzia, wszystko, co trzeba byo, 
sprzedajc, kupujc, braki rne zapeniajc, stratom zapobiegajc, o mnstwo drobin tego 
twardego bytu dobijajc si z trudem, z targiem, z trosk, od ktrych nieraz poty perliste na 
czoo jej wystpoway. W dodatku zupenie ju nie wiadomo jakim sposobem czy jakim cudem 
zdoaa rd tego wszystkich trzech synw z kolei do szk przygotowa i wysa, crk 
jako tako wyedukowa i dwoje dzieci najmodszych, drobnych jeszcze, doglda... 
C dziwnego, e od lat wielu ju w sposb taki yjc stracia form. Byo to wyraenie 
jednego z ssiadw, ktry patrzc raz na ni przez pokj idc, z cicha rzek do obecnych: 
 Pani Teresa zupenie stracia form... 
I prawdziwym to byo do tego stopnia, e gdy sza, to z pewnego oddalenia trudno byo 
powiedzie na pewno, czy to kobieta albo mczyzn idzie, albo z bliska znowu, kady nic o 
niej nie wiedzcy dugo namyla by si musia przed zadecydowaniem, do jakiego stanu 
spoecznego i poziomu cywilizacyjnego niewiasta ta naley. 
Nie bya wcale oty, a jednak w pasie, ramionach i caej sobie bya grub. Pochodzio to 
ze zgrubienia czy rozrostu muskuw, ktre wci. mocoway si z chodem, gorcem i fizycznym 
trudem, a nadawao jej pozr bryowaty, ciki, dziwnie znowu sprzeczajcy si z 
ywoci i energi ruchw. Po dawnych jaminach i rach jej. twarzy ladu ju nie pozostao 
i ogorza, zgrubia skr powleczona twarz ta zachowaa tylko pikny zarys ust i 
czoa, a take te due, w niepospolicie pikn opraw ujte oczy, ktrych piwne renice teraz 
jeszcze umiay w chwilach wzruszenia czy zamylenia sypa zotymi skrami lub wieci jak 
gwiazdy. 
Ale do tego stracenia przez pani Teres formy wicej jeszcze od zgrubiaoci muskuw i 
twarzy. przyczyniao si ubranie. Bye to by dla wytwornych i strojnych ssiadek skad 
dziww nad dziwami w tym ubraniu, ktre nigdy nic wiedzie nie chciao o modzie i elegancji, 
a wiedziao tylko o tanioci i wiecznym braki czasu! Wic spdnice jakie zbyt krtkie, a 
co gorsza, z jednej strony dusze, z drugiej krtsze, kaftany jakie le skrojone i z pierwotn 
prostot uszyte, buty grube i stukajce; chustka na gowie zamiast kapelusza. I tylko wosy... 
Do tych pani Teresa sabo snad miaa, bo zawsze lnice i w gadki warkocz zaplecione 
zwijay si z tyu jej gowy na ksztat ogromnego wa, ktry by mia barw mienicej si w 
blasku soca uski kasztana. 
Zapracowaa si pani Teresa, zaniedbaa sam siebie i stracia form꒒, lecz nie zdawao 
si to jej martwi ani zawstydza, ani zraa do bywania kiedy niekiedy w domach ssiedzkich, 
do brania udziau w licznych nawet zebraniach towarzyskich. By w niej pocig do ycia 
towarzyskiego; weso pomidzy ludmi bywaa, mwn. Gdy z bryczuszki, w dwa mae 
koniki zaprzonej, przed domem ssiadw wysiadszy krokiem swoim zamaszystym i stukajcym, 
w sukni z jednej strony krtszej, z drugiej duszej, do piknego, wykwintnego, 
ludnego salonu wchodzia, na ustach miaa umiech szeroki, ktry rzd zbw jak pery biaych 
odsania, a na powitanie rce obecnych tak mocno w stwardniaych od pracy doniach 
ciskaa, e niektrzy a z blu sykali. Na kanapie albo jakim paradnym fotelu j posadzi 
zupenym byo niepodobiestwem. 
Wykrcaa si od zaprosin, zawieruszaa si pomidzy towarzystwem, gdzie to tu, to wdzie 
sycha byo, jak caowaa si z paniami, artowaa z panw, o rnych rzeczach i spra
6 
wach rozprawiaa gosem przyzwyczajonym do przemawiania w polu, w ogrodach, w stodole, 
wic zbyt dononym i niekiedy wpadajcym w tony tak grube, e trudno byo z dala zrozumie, 
czy to jest mskie albo niewiecie mwienie. 
Ale u siebie w domu, w Leszczynce swojej, gdy nikt obcy na ni nie patrza, miewaa czsto 
czoo zmartwione, a oczy pene zadumy czy tsknoty. Nieraz gdy w gorce niwa po dniu 
na skwarze sonecznym spdzonym z pola do domu powracaa krok jej zamaszysto sw 
utraca i powolnym stawa si, zmczonym, a wzrok ku grze podniesiony bka si po obokach 
przez letni przedwieczerz malowanych i zoconych. Zbaczaa nieraz z drogi wprost do 
maego dworku prowadzcej wchodzia na czk przydron i tam wrd mietlic rozczochranych 
i koniczyn kwitncych siadaa. 
Rozczochrane mietlice, koniczyny wysokie, gronami biaych pere obwieszone, szczawie 
o potnych, czerwonych kitach ogarniay j i zasaniay a po szyj, tak e nad t topiel puszyst 
i rnobarwn wida byo tylko jej gow z bujnym, ognistym warkoczem i z twarz 
od znoju wilgotn. Lekkie wiatry przedwieczorne muskay wtedy t twarz uznojon, a przed 
oczyma od zmczenia przygasymi powstawaa nad niedalekim lasem zorza wieczorna, zota 
i rowa. I patrzay wtedy oczy te na zawieszajc si pomidzy niebem i ziemi zason 
wietln, patrzay, podziwiay, modliy si, wielbiy, a poczynay nabiera od niej blasku, a 
powracay do nich sia i rado ycia, a marzce, smutne, rozmodlone, zachwycone nad gstwin 
mietlic, koniczyn i szczawiw  wieciy jak gwiazdy. 
Zdarzao si rwnie, e w noce zimowe, za domem biae od niegu, w domu ciche od 
powszechnego upienia, ogarniay j zadumy do fal gorzkich, pospnie szemrzcych podobne. 
Dzieci w przylegym pokoju spay spokojnie; a ona w izdebce swojej u jedynego jej okna 
przy, wietle maej lampy odzie ich naprawiaa. Wysoki stos biaych pcien wznosi si 
przed ni na stole, wiatr za oknami szumia, czasem ga wiatrem poruszona sucho i twardo 
w szyb zastukaa lub wierszcz odezwa si pod piecem. 
Z gow pod wiatem lampy pochylon szya; lecz nieraz iga wysuwaa si z jej palcw i 
czoo na do opadao. Z czoem i oczyma zakrytymi doni siadywaa nieruchomo i tylko 
czasem, jakby czemu dziwujc si bezdennie lub nad czym bolenie biadajc, gow powoli 
wstrzsaa lub w obie strony koysaa. Dziwowaa si tak losowi wasnemu? Biadaa nad 
omyk w dniach kwitncej modoci popenion? 
Niekiedy take wrd takiej zadumy nocnej z ust jej wychodzi poczynay nuty piosenki 
starej: Dwa gobie wod piy... Nigdy wicej nad ten pocztek piosenki nie zanucia, 
opamitywaa si zaraz, milka... Byo to echo od wiosny ycia w t noc zimow przywiane, 
echo i odbysk mioci jedynej w yciu, zawiedzionej, zdeptanej?... 
Ale w ssiednim pokoju jedno z dzieci niespokojnie poruszyo si na posaniu, drugie 
wrd snu krzykno. 
Pani Teresa, w mgnieniu oka na nogach, biega ku sypialni dziecicej, a gdy po chwili, 
przekonawszy si, e nic zego nie zaszo, powracaa, oczy jej, usta, twarz caa janiay od 
bogiego umiechu. 
 Robaki moje, kwiatki, brylanty, pociechy, skarby moje! 
Wrd licznych jej znajomych byli tacy, w ktrych budzia, szacunek lub podziw, i tacy, 
ktrych bawia albo nudzia, ktrzy te j po trochu wymiewali. Do powszechnie zreszt 
przyczepiano do niej nazw Virago. ycie za inn jeszcze nazw obdarzy j miao... 
7 
II 
Tej wiosny syn najstarszy pani Teresy, dwudziestoletni student od paru lat w dalekiej stolicy 
przebywajcy, razem ze skowronkami do Leszczynki zlecia i ju z powrotem nie lecia. 
Gdyby pani Teresa do powrotu go namawiaa, nie usuchaby pewnie, ale ona nie czynia tego 
i raz go tylko oburkliwie, krtko zapytaa: 
 C bdzie, Julek? Nie pojedziesz? 
 Nie, matuchno  odpowiedzia.  Nie pojad... 
Czoo jej zbiego si w dwie grube zmarszczki i przez chwil staa ze wzrokiem w ziemi 
wbitym, pospna i zgnbiona. Potem jednak gow podniosa i spokojnym gosem ju rzeka: 
 Ano! C robi? Kiedy inaczej by nie moe... 
 Nie moe, matuchno! 
 Ja to i sama wiem. A kiedy inaczej by nie moe, to i basta! 
Do gospodarstwa odesza. Ale kiedy z pkiem kluczy w rku sza przez may dziedziniec 
do wirna, w ktrym rne zapasy ywnociowe si mieciy, krok jej ciszy i powolniejszy 
by ni zwykle. 
Bg jeden tylko wiedzia, z jakimi trudnociami, przeszkodami, troskami zdoaa ona syna 
tego do szk przygotowa, w szkoach utrzyma, do stoecznego uniwersytetu wysa. Par 
razy kto z krewnych dopomg nieco, i oto za lat trzy Julek skoczonym medykiem zostanie, 
a jakim bdzie medykiem i jakim czowiekiem, to ju ona jedna tylko wiedzie moga, 
ktra go najlepiej ze wszystkich ludzi znaa i tyle ju dziww o jego zdolnociach, o jego duszy, 
o jego przyszoci wyroia. W rojeniach tych zreszt wcale nie wszystko byo urojeniem 
i powszechne zdanie w okolicy panowao, e pani Teresie syn najstarszy dobrze si uda. W 
zimie, ktra t wiosn poprzedzia, ssiedzi czsto syszeli j mawiajc: 
 Oho! Niech no tylko Julek nauki skoczy, i na wasnych nogach stanie, to ja ju o przyszo 
Janka, Olka, Broci i Ludwinki spokojn bd. Chobym i oczy zamkna, choby na 
Leszczynk nieurodzaje i inne klski spady, on zgin im nie da! 
 A dlaczeg to pani  kto raz zauway  wszystkie dzieci wymieniajc o pannie Inie 
zapomina? 
Na to pytanie rado na twarzy jej zgasa i oczy niespokojnie zaczynay migota. 
 Inka! no, c Inka! omnacie lat koczy, ju dorosa... 
 Za m rycho j pani wyda, co? 
 Moe... pewnie... na to przecie rosn dziewczta... 
 Patrze tylko, jak chopiec jaki porwie j od pani!... Jake, takie licznoci... 
 A pewnie, e liczna jest! co prawda, to prawda!  rozpromieniaa si znowu pani Teresa, 
lecz wnet z nowym zaniepokojeniem oczu i czoa dodawaa: 
 Tylko e ta liczno tak samo nam, kobietom, nieszczcie jak szczcie sprowadza 
moe. At! W rku Boga los ludzki! Jak Bg da!... 
Zna byo, e wspomnienie o licznej Ince niepokj w niej budzio, ale dlaczego, nikomu 
o tym nie mwia. Waciwie dziewczynie tej, za ktr gdy tylko si gdziekolwiek ukazaa, 
panowie jak soneczniki za socem si obracali, na imi byo: Michalina, ale ona imi to 
zbyt ladajakim znajdujc, gdy tylko dorosa, zacza wszdzie, gdzie tylko moga, nazywa 
si i podpisywa: Ina. Dla dogodzenia jej wszyscy tak samo nazywa j zaczli, bo dogadza 
jej kady czu potrzeb, mus niemal. Nie bya liczn? 
Dzie by kwietniowy, bardzo pogodny i ciepy. Wiosny tej kwiecie przyszed na wiat 
takim, jakim zazwyczaj maj przychodzi. Przedwczesne upay dopieka zaczynay i wszystko 
przedwczenie rozzieleniao si, rozkwitao W Leszczynce szare ciany maego domu oblewa 
blask soca, na strzech, mchem bkitnawym poplamion, lipy kady pene listowia 
gazie, przed kilku maymi oknami kwito na grzdach troch narcyzw i piwonii. Na ma
8 
ym dziedzicu, budowelkami gospodarskimi otoczonym, i w znacznie wikszym ogrodzie 
owocowym i warzywnym panowaa cisza, ktr napenia niezmierny, radosny gwar ptactwa. 
Mnstwo tego pierzastego drobiazgu gniedzio si tu w grubych drzewach i metalicznym 
szczebiotem jak winem musujcym napeniao czar krysztaow czystego powietrza. 
Julka ani Inki nie byo w domu. On teraz czsto puszcza si na wyprawy po ssiedztwie i 
caym powiecie, j ssiadki na do dugo zabray, aby im w jakich pilnych zbiorowych robotach 
pomagaa. Pani Teresa sza z ogrodu warzywnego, gdzie kilka kobiet wiejskich jak 
zielenin na zagonach rozsadzao, a dwie kilkoletnie dziewczynki, w krtkich sukienczynach, 
wysoko nagie ich nota odkrywajcych, krok w krok za ni wrd agrestowych krzakw 
dreptay. Niezwykle namylona pani Teresa zdawaa si nie sysze dwch cienkich gosikw, 
ktre tu za ni, to po kolei, to razem, woay: 
 Mamciu! Mamusiu! Matuchno! Mamciu! 
Mylaa. Jak on teraz, ten Julek, czsto wyjeda z domu, jak si pomidzy rozmaitymi 
ludmi po wsiach i po miasteczkach krci, a gdy powraca, jaki mu czasem ar pali si w 
oczach. Zawsze mia takie oczy byszczce, ale teraz to tak zupenie jakby kto aru w nie nasypa... 
Nic nigdy o tym, gdzie by i co robi, nie mwi nawet przed matk. Tak i powinno 
by; ona do niego o to adnej pretensji nie ma, ale sama domylaa si, e snad, ju, ju... 
pora nadchodzi... Oj, cika pora... Tak si boi, tak si okropnie boi... 
Mamciu! Mamusiu! Matuchno! 
Nie syszy. Westchna gono. 
Za ojczyzn, za wolno, prosta to rzecz i naturalna. Ona to dobrze rozumie: Ona tak samo 
myli i czuje jak Julek. Czy chciaaby, aby on myla i czu inaczej? Nie! bro Boe! za tchrza 
i za gagana miaaby go, gdyby tak byo. Wolaaby do grobu go pooy nieli widzie 
tchrzem i gaganem. Ju dawno powiedziaa sobie, e inaczej by nie moe i  basta! Ale na 
sercu ma taki ciar, taki okropny ciar. 
 Mamciu! Mamusiu! Mameczko! 
Nie syszy. Idzie coraz powolniej i gowa jej sztywn, mulinow chust przed upaem 
osonita, coraz niej na pier opada. 
Co z tego bdzie? Co bdzie? Zamiar wielki i wity, tak, wity! ale skutek jaki? Powiadaj, 
e jeeli nikt nie pomoe... ale to jest gupie gadanie. Pomc to pomog, bo albo to ludzie 
na wiecie z kamienia s, albo z bota, aby widzc tak spraw wit, takie mczeskie 
targanie si nie ujli si, nie ratowali? W Bogu nadzieja, e tak bdzie, jak modzi Konieccy 
onegdaj mwili. Interwencja nastpi i wszystko dobrze pjdzie. 
Ale tymczasem...kule... A gdyby jedna z nich... w Julka... O, nie daj Boe! O, nie pozwl! 
Pod Twoj opiek i obron uciekamy si, wita Boa Rodzicielko!... 
 Mamo! Matuchno! Mamo! 
Na koniec usyszaa, a raczej uczua czepiajce si sukni jej cztery apki. 
 Czego chcecie?! 
Dwie drobne twarze rumiane; pyzate podnosiy, si ku niej i jedna ze miechem, druga z 
nadsaniem rzeky: 
 Je chce si! 
Splasna domi i krzyknla: 
 A prawda! To wy dzi nic jeszcze nie jady! To ja o was zapomniaam! A biedniekie 
wy moje, milekie... godne... Chodcie prdzej, chodcie do domu, chodcie... 
Ranie ju, szerokim krokiem i zacza, a przed ni dwa malestwa szybko po zielonej 
trawie bosymi stopkami przebieray, wkrtce te przez boczne drzwi domu do maej sionki 
wbiegy. Ale pani Teres, wej tam za nimi majc, w progu ogarny i prawie nad ziemi 
uniosy mskie jakie ramiona i nim opamita si zdoaa, po sionce j okrciwszy, do 
przylegego pokoju walcowym krokiem wcigny. Przy tym gos modzieczy, wesoy woa: 
9 
Dzie dobry. mamci! Dzie dobry matuchnie! Jak matuchna ma si? 
I krcc si z ni jeszcze po sieni, mia si: 
 Cha, cha, cha! 
A ona zdyszana i z twarz w ogniu krzyczaa: 
 Pu, Julek! Ach, ty swawolniku, wariacie, nicponiu! Pu, mwi, bo tchu ju nie zapi... 
I tak samo jak on miaa si: 
 Cha, cha, cha! 
A gdy wypuci j z obj, ku drzwiom od kuchni skoczya i krzykna: 
 Teleukowa! Daj malekim niadanie! 
I wnet do syna powrcia z ustami penymi zapyta: 
 No, jake masz si? Tydzie ci w domu nie byo. Daleko jedzie? Skd teraz przyjechae? 
Co si tam na szerokim wiecie dzieje? 
On j kilka razy w obie rce pocaowa, po czym, na starej kanapce usiadszy, z min uroczycie 
nastrojon mwi pocz: 
 Uczynki miosierne co do ciaa: godnego nakarmi, spragnionego napoi... a dopiero 
gdy si tego dokona, przyjd tamte, co do duszy: nie wiedzcego uwiadomi, pytajcemu odpowiedzie..: 
 No, no, ju rozumiem! Zaraz nakarmi i napoj! Oj, ty, swawolniku may! 
I ju ku drzwiom od kuchni pieszya, ale gdy okoo niego sza, za rk j pochwyci i z 
oczami ku niej podniesionymi, gosem znionym rzek: 
 A potem pjdziemy do pokoju mamy na rozmow powan. Mam do powiedzenia mamie 
co bardzo wanego... 
Ona zblada na twarzy i oczy jej zmciy si; jak gdy kto kamie na wod rzuci. 
 Co wanego...  powtrzya szeptem. 
Ale wnet uspokoia si. 
 Dobrze, pomwimy, tylko ci do zjedzenia cokolwiek przynios. 
Sam pozostawszy Julek z kanapki si zerwa i may pokj szybko wzdu i wszerz przebiega 
zacz, drobnego wsika podkrcajc, z gow pochylon, zamylony. Jednak pomimo 
zamylenia spod drobnego wsika adnym tenorem zanuci: Cicho, cicho, kto nadchodzi, 
serce mwi... I urwa. Tona piosenka modziecza w falach myli szumnie i tumnie toczcych 
si przez gow. 
Swawolnikiem by od dziecistwa najmniejszego a dotd, ale maym to nie by bynajmniej. 
Wzrost wprawdzie mierny mia, ale barki szerokie, w stosunku do wzrostu nawet za szerokie, 
co troch krpym go czynio; jednak z ksztatw i ruchw bia mu taka rzeko i ywo, 
e zgrabnym si wydawa, a przede wszystkim za doskonae upostaciowanie zdrowia i 
siy mg uchodzi. Po matce wzi czupryn gst, adny wykrj czoa i pikne, piwne, 
byszczce oczy, lecz na razowym chlebie macierzyskim policzki mu nieco zanadto spulchniay, 
tak e okrge i rumiane, przypominay pyzatych aniow na obrazach niekiedy malowanych. 
Z twarzy tej ogie modoci gorcej, namitnej a tryska si zdawa. 
Nie tak wyglda, gdy w zimie minionej cae szeregi nocy spdza w trupiarni, gdzie blady 
od bezsennoci z ciekawoci namitn bada na ciaach, ktre mier rozkadaa, tajemnice 
ludzkiego ycia. Ale teraz nie zna byo na nim ani tych nocy pracowitych i ponurych ani 
innych wraliwych, ktre w izbie studenckiej, w obokach tytoniowego dymu spdza na namitnych 
sporach i rozprawach z tumem kolegw. Teraz wszystkie prace, wszystkie przedmioty 
sporw i rozpraw, wszystkie denia i zamiary jak drobne wieczniki pogasay przed 
blaskiem jednej myli, jednej nadziei, jednego zamiaru i celu. 
Wnet po wczesnym i krtkim obiedzie rzek do matki: 
 Moe do mamy pokoju na rozmow pjdziemy, bo tam bbny najmniej przeszkadza 
bd... 
10 
 Jakie tam bbny! Janek i Olek zaraz znowu do wioski albo do lasu polec... 
 S jeszcze dwa mniejsze bbenki... 
 No, te robaki... nic jeszcze nie rozumiej! Ale id do mego pokoju, a ja tylko Teleukowej 
co powiem i tam przyjd... 
Niebawem wchodzia do tego pokoju, ktry by waciwie izdebk wsk, o jednym, na 
ogrd wychodzcym oknie, a tu za ni wysoki prg przestpiy Brocia i Ludwinka. Dwa 
te cienkie gosiki zadzwoniy: 
 Matuchno! Mamusiu! Mamciu! 
 Czego chcecie? 
Z oczyma na matk podniesionymi chwil milczay, a potem najspokojniej i najpowaniej 
w wiecie odpowiedziay: 
 Niczego! 
Z matk i przy matce by chciay tylko, a przy tym lubiy niezmiernie t izdebk, do ktrej 
wstp bez niej, z powodu rachunkw st do pisania okrywajcych, by im wzbroniony. 
Mogy sobie z tych papierw zabawki powykrawa lub na wiatr je puci. 
 No, kiedy niczego, to idcie std sobie! Do Teleukowej idcie!... 
Z zadartymi gwkami uczepiy si czworgiem rczt spdnicy matczynej i Brocia, brunetka 
niada, aonie, a Ludwinka, lnianowosa .i rowa, z gniewnym tupaniem nek, jednogonie 
zawoay: 
 Nieeeeee! 
Julek pochyli si i w mgnieniu oka jedn na jedno rami, drug na drugie pochwyciwszy, 
znad ziemi je podnis. 
 E! Niech robaczki troch sobie przy Teleukowej popezaj! Tu niepotrzebne! 
miejc si z izdebki je wynosi, a one miay si take gono i nagie, dugie, ogorzae ich 
nota koysay si w powietrzu, z ramion braterskich zwisajc. 
Pani Teresa tymczasem stana przy otwartym oknie, za ktrym rs wysoki i gsty krzak 
bzu ju rozkwita poczynajcego. Krzak ten tak zasania okna, e nic przeze wida nie byo 
oprcz kawaka bkitu niebieskiego za najwyszymi szybkami. 
Kiedy Julek powracajc drzwi za sob zamkn, izdebka zdawaa si by szczelnie przed 
wszelkim okiem i uchem ludzkim ukryt. 
 C, co mi masz do powiedzenia?  rzucia si ku synowi pani Teresa. 
Poblad twarz i zmcone renice jej widzc, uspokaja j pocz: 
 Nie to, nie to jeszcze, co mama myli. I to przyjdzie, naturalnie, ale nie teraz jeszcze. Teraz 
co innego, ale take wanego. 
I tu, u otwartego okna stojc, pocz mwi do gono, bo i po c miaby szepta, skoro 
nikogo w pobliu nie byo i nikt podsuchiwa ani myla. 
Czy tylko nikt? Co jednak za krzakiem bzowym zaszelecio i co ciemnego wrd gsto 
spltanych gazi zaszarzao Ale pani Teresa i Julek uwagi adnej na to nie zwrcili. Mao 
to skrzyde ptasich za oknami trzepoce, a byo im w tej chwili do przygldania si grom 
barw i wiate w krzakach? 
Tymczasem po drugiej stronie bzowego krzaku dwie postacie chopice, jedna niedorosa, 
a druga wcale jeszcze dziecinna, w postawach wypronych i ze skamieniaymi od wytonej 
uwagi twarzami podsuchiway. 
Tak samo jak Brocia i Ludwinka, Janek i Olek poszli jeden w matk, drugi w ojca. Wosy 
ciemne i zote, jednostajnie krtko przystrzyone, oczy piwne i bkitne, jednostajnie w tej 
chwili od ciekawoci namitnej rozbyse, cery jednostajnie przez wiosenne wiatry i upay 
opalone. Tylko e starszy wysmuky by i wydawa si sprystym. gibkim, a z twarzy bladawej 
wraliwym i zapalczywym; modszemu za krpo czy przysadzisto ksztatw czya 
si z rumiannoci, powlekajc pyzate, zupenie jeszcze dziecinne policzki. Zreszt lat 
niespena pitnacie i trzynacie, stare jakie, ju za krtkie i za ciasne mundurki szkolne, 
11 
stopy bose, lady wieej wdrwki po drogach piaszczystych i podoach lenych na sobie 
majce. 
Z kilkugodzinnej wdrwki po wsi chopskiej i lesie powrciwszy, zaraz spostrzegli, e 
pomidzy matk i Julkiem co jest, jaki sekret, niepokj. Przy stole obiadowym matka mniej 
ni zwykle mwia, nawet ich za niezgrabne jedzenie gdera zapomniaa, a Julek zamyla si 
czsto i ani razu z nich nie zaartowa. Oni od dawna ju czego domylali si, co w powietrzu 
czuli, o czym z zasyszanych rozmw pomidzy starszymi wiedzieli: W szkoach jeszcze, 
tam w miecie, skd na witeczne wakacje do domu przyjechali, wiele ju o tym, co ma 
sta si, pomidzy kolegami mowy byo. A dlaczego po przejciu wakacji witecznych matka 
do miasta i szkoy wrci im nie pozwolia? Oho! Syszeli dobrze, jak raz do Julka powiedziaa: 
W czasach takich kto wie, co z dziemi sta si moe. Niech lepiej w domu zostan. 
Julek zauway, e rok czasu w szkole strac, a ona odpowiedziaa: Niech lepiej rok 
strac, a ywi i cali zostan! Ot, co zaszo! Aby ywi i cali zostali! Inni to maj prawo rozporzdza 
si swoim yciem i swoj caoci, a oni niech przy fartuszku maminym siedz i 
hab choby okrywaj si, zdrajcami kraju zostaj, byleby... Bo zdrajc kraju jest i hab 
okrywa si ten, ktry teraz... A skde pewno, e Julek ywy i cay zostanie? Jednak zamierza 
czyni to, co mu serce czyni rozkazuje, ku czemu cignie go przykad wszystkich 
bohaterw rzymskich i polskich, a mama na to zgadza si... Dlaczeg to jemu wolno, a im 
nie? Wzgldem starszego brata co na ksztat zazdroci uczuli i od dawna ju kroki jego ledzi, 
rozmowom przysuchiwa si zaczli. Ale na podsuchiwanie zdobywali si dzi po raz 
pierwszy. Jake mona byo nie zdoby si, skoro tu za progiem stojc niechccy usyszeli 
byli, jak Julek mwi: Do mamy pokoju na rozmow pjdziemy, bo tam bbny najmniej 
przeszkadza nam bd! Na te sowa w starszym a co zagotowao si, zawrzao. 
.,Syszysz, Olek?  Bbny! A Olkowi zy zakrciy si w bkitnych oczach. Cicho jak myszy 
may dom dokoa obiegli, na awce pod krzakiem bzu przysiedli i w stron okna do izdebki 
matczynej such wytyli. Janek wypry si, jak struna ku matczynemu oknu cay 
wygity, rk kurczowo brzeg awki ciska. Olek za zgarbi si, napuszy i rumiane policzki 
tak wyd, jak gdy czasem na rozkaz matki ogie w samowarze rozdmuchiwa. 
Suchali. Jakkolwiek Julek nie znia bardzo gosu, jednak pomimo woli moe znia go 
nieco, wic wszystkiego, co mwi, sysze nie mogli i w such im wpaday czasem zdania 
niecae, czasem wyrazy oderwane: 
Dzi po zachodzie soca... wprost do Dbowego Rogu... tu nie zajad... 
A potem zapytanie matki: Wiele tam tego bdzie? 
I odpowied Julka: 
Szabel.., rewolwerw... kos... 
Jankiem od stp do gowy dreszcz wstrzsn. Jedn rk ciskajc brzeg awki, drug 
brata za kolano pochwyci. 
 Syszysz, Olek? syszysz? 
Ten dre zacz jak w febrze. 
 Aha! szab... szab... szab... le... 
 Ciiiiho! 
Matka mwia znowu: 
 Motyki do kopania ziemi wzi trzeba... 
A Julek: 
 Ja z Teleukiem. Czy on w domu? 
 Pewnie... powiem mu... 
Chwila milczenia, po czym znowu Julek mwi: 
 Tylko z chopcami... eby nie wiedzieli... 
 E! Take! gupstwo! Bazenki te, co oni... 
 Niech mama tak:.. niech mama tak nie... oni i bardzo nawet... spostrzegam.... 
12 
 Nie moe by! Swawole im jeszcze w gowie i Janek w ksikach cay... 
 No, no! Tak si mamie... materia palny... 
 Spa im i ka... dla twojej spokojnoci... Tu drzwiczki z izdebki matki do pokoju 
dziecinnego prowadzce przecigle zaskrzypiay i jednoczenie dwa cienkie gosiki rozlegy 
si tak dononie, a za oknem sycha byo: 
 Mamciu! Matuchno! Mamo! 
 Ot, ju tam i wjechay mae  sarkn Janek.  Wszystkiemu koniec bdzie. Zmykajmy! 
Chykiem zerwawszy si z awki, w pobliskiej gstwinie drzew i krzakw zniknli. Tam, 
za gst zason z zieleni na ziemi siedzc, dugo, zawzicie pomidzy sob szeptali. Nad ich 
gowami, blisko ku sobie pochylonymi, i czoami w srogich namysach, jak u starych ludzi 
zmarszczonymi, moda zielono lici powiewaa i na zabj pieway ptaki. 
Pani Teresa z izdebki swojej wypada, dwa robaczki za drobne rce nie prowadzc, ale 
cignc. 
 Niech dzieci grzeczne bd... bo do kta i ka i krzesami pozastawiam! Prosz mi 
zaraz gdziekolwiek spokojnie usi i ksieczk z pieniami czyta, a za, mn teraz nie azi... 
bo przepdz... do ktw... 
Wiedziay robaczki, czy jak je Julek nazywa, bbenki", e gdy matka takim tonem 
przemawiaa, artw nie ma. Cichutko wic wysuny si z domu i na wschodach maego 
ganku do drewnianego supka przytulone, nad ksiczyn drobne gowy pochyliy tak, e a 
prawie zetkny si z sob ich ogorzae czoa i zmiszay si wosy lniane i brunatne. 
Ksiczyna, w okadce zszarzaej i zmitej, antykiem bya, starym dokumentem rodowym, 
w ktry z rozkosz wczytyway si niegdy oczy pani Teresy, gdy bya dzieckiem, potem 
Julka w teje porze ycia, potem Janka i Olka. Spadaa w dziedzictwie z matki na dzieci, z 
dzieci starszych na modsze, bya pierwszym drukiem, ktre oczy ich poznaway, pierwsz 
opowieci, ktra im do krwi i mzgu zatliwaa iskr przyszego pomienia. Teraz na kolanach 
Broci otwarta, pokymi kartkami odbijaa na tle spowiaej sukienczyny z rowego 
perkalu. 
Brocia nie bez pewnej jeszcze trudnoci czyta zacza: 
 Mieczysaw Stary... 
 Nie chc Miecislawa...  przerwao jej kapryne sarknicie Ludwinki... 
Cierpliwie starszy robaczek kilka kartek przerzuci i zacz: 
 Wadysaw Ja... 
Ale modszy przerwa znowu: 
 Nie chc Wladislawa... 
 No to czego chcesz? 
Porwaa Ludwinka ksiczyn z kolan siostry i na swoich j rozoywszy, z wydtymi. od 
wysiku wargami przez chwil karty przewracaa. Po czym zacza z wielkim trudem i jkaniem: 
 Le1esiek  Lesiek. 
 Daj ! 
 Przez dworakw opuszczona Helena w stroju niedbaym... 
Duy ptak furkn spod niebieskiego dachu i nad gowami dzieci przemknwszy, lotem 
strzelistym pomkn w dal. 
 Jaskka! 
Nie wiedzie czego porway si i nie wiedzie czego na cae gardzioka miejc si pobiegy 
w t sam stron, w ktr jaskka uleciaa. 
A pani Teresy pierwszy raz w yciu zapewne zdawaa si o samym istnieniu najmodszych 
swych dzieci zapomnie. W kocu dziedzica, pomidzy szarymi cianami stodki i wirna, 
z chopem barczystym i rosym, w siw siermig ubranym rozmawiaa. By tak rosym, e 
aby w twarz mu patrze, gow wysoko podnosi musiaa, wic z wysoko podniesion gow, 
13 
z rkoma zwykym sobie ruchem na kbach opartymi, mwia o czym dugo, cicho, a oczy 
jej w cieniu szarej stodki jak iskry byszczay. 
Chop dugiej jej mowy wysucha milczc, z twarz nad jej gow pochylon. Na twarzy 
jego grubej, w grube fady pogitej, gstym wosem siwiejacym z dou porosej, nie odbijao 
si wraenie adne. Nieruchoma, zaspana jakby czy leniwa, podobn bya do rzeby z grubego 
kamienia, ktry barw sw chleb razowy przypomina. Jednak z bliska patrzc mona 
byo dostrzec, e z tej niemej, ciemnej twarzy chopa oczy spoglday na podniesion ku 
niemu gow pani Teresy mikko jako i przychylnie, a zarazem nieco z ironi. Rzecz dziwna! 
pod krzaczastymi, obwisymi brwiami siwe oczy chopa byskay iskr ironii. Po dugim, 
milczcym suchaniu, bez adnego poruszenia w postawie, tak samo cicho, jak ona mwia, a 
przy tym powoli, senliwie jako czy leniwie przemwi: 
 Ej pani! Szczo z toho bude? czy wy to tylko rozumnie i dobrze robicie? Czy z tego biedy 
wielkiej dla was nie bdzie? Czy wy dzieci swoich... 
Nie pozwolia mu dokoczy, ale porywczo szepta zacza: 
 Teleuk tego nie rozumie! Ja to Teleukowi kiedykolwiek wytumacz! Tak ju stao si 
i inaczej by nie moe, a kiedy inaczej by nie moe  to i basta! Ja Teleukowi jak przyjacielowi 
wszystko powiedziaam i jak przyjaciela prosz... ale kiedy Teleuk nie chce, to i nie 
trzeba....to my sami... 
Ju uniosa si obraz czy ambicj, caa rumiecem oblaa si i ruch do odejcia uczynia, 
ale chop poufale za rkaw sukni j uj. 
 Zaczekajcie, pani! Ot, wy zawsze taka prdka! Jak do dobroci, tak i do zoci prdka! 
Po ustach jakby z ciemnego kamienia wyrznitych umiech mu si przelizn pobaliwy 
i wnet znikn. Znikna te z oczu iskra ironiczna. 
 Co ja sobie myl, to myl, ale zrobi, jak kaecie... Ja wszystko zrobi, co kaecie.., ja 
wasz poddany... 
Pani Teresa a achna si, a krzykna: 
 Gupi Teleuk jest ze swoim poddastwem! Najpierw to, e nie ma ju poddastwa, a 
potem, czy  kiedy jeszcze byo  ja Teleuka za poddanego uwaaam czy za przyjaciela? a? 
Niech Teleuk zee, e za paddanego... a? 
On rk wzgardliwie machn. 
 Et, z bab gada, wod mle. Czy ja o takim poddastwie gada? Ja w poddastwo do 
was poszed wtedy, kiedycie wy rkami wasnymi z ony i dzieci moich zaraz srog cierali... 
Pani Teresa aonym ruchem rce rozoya. 
 C, kiedy nie udao si! 
 Z on udao si... z nimi nie... ale ja od tego czasu wasz suga, wasz pies... Czego tylko 
ode mnie chcecie, to zrobi... bdcie spokojni... co sobie myl, to myl, ale zrobi... 
 Niech Teleuk nic sobie nie myli, dopki ja nie wytumacz. Kiedykolwiek wszystko 
opowiem i wytumacz. Ale tylko... 
Z nogi na nog przestpowaa, myl jak zaniepokojona. 
 Niech tylko Teleuk nikomu o tym nie mwi, nikomu a nikomu... 
Chop ze wzgardliwoci niewypowiedzian ramionami wzruszy. 
 Ot, pani niby to, a kiedy baba, to taki i durna! 
Odwrci si i ju odchodzi, silny, rosy, z pochylon kamienn twarz. Ona, z rkami 
opartymi o biodra, miejc si, za nim patrzaa. Wrci jeszcze. 
 A koy to bude?  krtko zapyta. 
 Gdy tylko ciemnieje... 
 Gdzie te cztery wielkie dby? 
 Aha. Ja tam ju bd. 
 W Dubowym Rohu? 
14 
 Aha! 
Dzie dobiega do koca, soce zaszo, zorza wieczorna zagasa, na bezmiesicznym niebie 
wieciy gwiazdy. 
Nieszerok drog, pord pola do bliskiego lasu prowadzc dwoje ludzi szo szybkim 
krokiem i zamieniao si nielicznymi sowy. 
 Czy bye w Lublinie? 
 Byem... a jake! Tam my czsto... 
 Inka tam jest? 
 A jest. 
 Widziae j? 
 Naturalnie; jake mgbym nie widzie! Ona przecie zawsze midzy rwienicami jak 
lilia midzy... jake tam... niech bdzie midzy... trawami. 
 Take brednie! Powiedziaby lepiej, co ona tam robi? 
 C Inka moe robi? Kadego, kto si na oczy jej nawinie, kokietuje! 
 Julek! 
 No i c takiego? Albo mama sama o tym nie wie? Zreszt one tam wszystkie konfederatki 
dla nas szyj, koszule jedwabne i rne tam rnoci oprcz tego piewaj sobie, szczebiocz. 
Kobieta westchna gono. 
 Julek... 
 Co, mamo? 
 eby ty ze mn o siostrze cho raz na serio porozmawia! 
 Kiedy bo, moja mamo, o Ince trudno jest mwi serio. 
 Gupstwo! Dlaczeg to? 
 Bo w niej samej niczego serio nie ma. Dziewczyna pusta, w piknoci swej, jak nasza 
szlachta okoliczna mwi, zadufana i w Leszczynce nudzi si piekielnie, a jak w wiat wyleci, 
to sobie fruwa. Psychologia nietrudna i nieosobliwa. 
 Aha! ale bieda osobliwa moe by... 
 Jaka tam bieda! Za m pjdzie  i ju. 
Umilkli. Z obu stron drogi, w zbou ju dobrze podrosym przebiegay ciche szelesty, 
szmery, moe chody glist i kretw albo podloty ptakw nad wieo uwite gniazda. Las by 
ju blisko; w ciemnej cianie jego co wirkno, gwizdno i na chwil umilko, a po zmroku 
gwiadzistym, nad polem cicho szemrzcym rozleg si gony, dwiczny, przeczycie 
srebrny tryl. Rozleg si, p minuty trwa i umilk. 
Julek podnis gow. 
 Sowik!  szepn i w szepcie tym jak w wierciadle ludzkiego serca odbia si tajemniczo 
wieczoru, gwiazd, ciemnego lasu i sowiczego trelu. 
 Wczenie w tym roku sowik...  zacza pani Teresa i nie dokoczya. 
 Oj, ten rok! ten rok! ten rok! 
Sowa te, jak z podmuchem wiatru, wyszy z jej piersi z cikim, trzscym si westchnieniem. 
A w teje chwili, w lesie znowu, lecz w dalszej gbi, w. innej stronie, zabrzmia taki sam 
jak przedtem tryl srebrem dzwonicy, przez oddalenie od tamtego cichszy, i tak jak tamten 
umilk, a bujne runie po obu stronach drogi i u brzegw ich majaczce w zmroku drobne twarze 
kwiatw zdaway si w nieruchomoci sucha, czeka. 
 Syszysz, Julek? Ten drugi to wanie tam zapiewa... 
 W Dbowym Rogu? 
 Gdzie te cztery najstarsze dby rosn... 
 Mama i w ciemnociach dby te rozpozna? 
15 
 Oj, oj! Ile razy ja tam byam. Ile ja tam... Miaa ju powiedzie  przepakaam! Ale 
wstrzymaa si, umilka. Zawsze wstyd jaki czy hardo niepokonana wstrzymyway j od 
gonego wspomnienia o przelanych kiedykolwiek zach. Wic milczc sza dalej i tylko mylaa 
o tym, ile razy w dnie letnie albo i jesienne biega t drog, wpadaa do tego lasu i ku 
owym dbom dya, aby w gstym cieniu ich listowia ukry dol swoj i z nich wyciekajce 
zy. Dwa gobie wod piy... Mj Boe! ile razy, gdy piosenka ta gosem kochanym 
piewana przebrzmiaa dla niej, wci jednak brzmic dla innych, jeden z gobi wi si z 
blu i paczu na mchach szmaragdowych, u potnych stp czterech najstarszych w tym lesie 
dbw! 
Teraz sza ku temu miejscu ucieczek swych od oczu i uszu ludzkich z myl ukrycia w 
nich czego innego ni zy i szlochania. 
Weszli do lasu i gdy szybko szli naprzd, omijajc pnie drzew i gste sploty gazi przed 
sob rozchylajc, ogarniay ich miejscami ciemnoci grube, a miejscami, tam gdzie rozstpoway 
si nieco drzewa, zmroki przezroczyste, z lekka przez gwiazdy rozwietlone i u dou, 
przy samej ziemi, usiane drobnymi twarzami, ktre zdaway si patrze na te gwiazdy. Byy 
to anemony obficie i bujnie rozkwite, te narcyzy lene, ktre nocami nawet odrzynaj si od 
ciemnoci biel nieyst. Dwa sowiki to tu, to tam odezway si z kolei, ale krtkimi nutami, 
ktre wnet milky. Jakby prboway tylko swych instrumentw muzycznych, jakby je 
nastrajay... 
Wtem przed dwojgiem ludzi przez las idcych stana grubsza, gstsza, wysza ni gdziekolwiek 
indziej ciemno i z ciemnoci tej gruby, stumiony szept zawoa: 
 Pani! pani! To to tu!... 
 Teleuk? Tak, tak! to tutaj! A turkotu nie syszae jeszcze? Czy od strony Dziatkowicz 
turkotu nie sycha? 
I stana jak wryta; o par krokw od niej stan te jak wryty Julek. W ciemnoci za 
ozwa si ten sam co wprzdy gruby szept: 
 Ot i jad! 
Suchali. W dalekiej jeszcze gbi lasu toczy si turkot powolny, koa jakie z guchymi 
stukami uderzyy o wystajce nad ziemi korzenie drzew czy o wystajce nad mchami lenymi 
kamienie. 
Suchali i w turkot ten powolny, a coraz bliszy, wyraniejszy wsuchani, nie usyszeli 
kilku szelestw, ktre ozway si w pobliu. 
Kdy w pobliu w zaroli leszczynowej zamaa si z guchym trzaskiem ga nadeptana 
czyj stop, zaraz potem kto bardzo ostronie, jednak nie bez szelestu przelizn si wrd 
leszczyn i gdyby oczy dwojga nieruchomych ludzi nie byy wytone w stron, od ktrej 
zblia si turkot, mogyby dostrzec dwie mae postacie, dwa raczej mae cienie, ktre wyliznwszy 
si spomidzy leszczyn, szybkim jak myl ruchem zanurzyy si w padajc od 
drzew potnych ciemno. 
Jednoczenie Julek na spotkanie turkotu zupenie ju niedalekiego poskoczy i po lesie rozeszo 
si trzykrotnie powtrzone, krtkie lecz przenikliwe gwizdnicie. 
U stp grubej, wysokiej ciemnoci, ktra przestrze pomidzy czterema potnymi dbami 
zawart napeniaa, zatrzyma si wz dwukonny, wysoko czym naadowany i kto wysmuky, 
zgrabny, sprystym ruchem modzieczym z niego zeskoczywszy, w mgnieniu oka 
przed pani Teres si znalaz. 
 Pan Gustaw  szepna  pan sam? 
 Naturalnie, e sam. To najbezpieczniej. Takiego Teleuka, jak pani, nie mam. 
W rk j na powitanie pocaowa. 
 Julek, do roboty! a! i Teleuk jest! Tym lepiej! We trzech prdzej pjdzie! 
16 
We trzech! Zapewne! Bez pani Teresy rachowa modzieniec z wozem naadowanym 
przybyy. Jeszcze tego wiat nie widzia, eby ona, gdy robota piln bya, sama lub wesp z 
innymi do niej si nie zabraa. 
 Teleuk! Ile rydli przyniose? 
 Cztery, pani. 
 Ot, sprytny! Wzi jeden i dla mnie. 
Chop spokojnie odpowiedzia: 
 Wiadomo. 
I dwign z wozu grub wi przedmiotw jakich, szczelnie w co owinitych, ktre gdy 
w silnych ramionach je podnosi, metalicznie i ostro szczkny. 
Niedaleko stamtd za grubym pniem dbowym jaki may cie, przysiadszy do ziemi, zaszepta: 
 Syszysz, Olek? 
A zza ssiedniego pnia szept inny, jak li na wietrze drgajcy, odpowiedzia: 
 Sza... sza... szab... le!... 
Byo to tak, jakby dwa mae robaki po ostrych koczynach traw przepezay i nie mogli 
tego usysze ludzie krztajcy si okoo wozu, tym bardziej e w teje chwili kdy blisko, 
jak zdrj z podziemia, wytrysn z ciemnoci rozgony peny ju teraz piew sowika. 
Cztery stare, najstarsze w lesie dby splatay w grze liciaste gazie i bya to jakby kaplica 
napeniona ciemnoci, ze stropem gdzieniegdzie uctkowanym zotymi oczyma 
gwiazd. Unosia si nad t ciemn kaplic nieprzerwana pie sowicza, a na podou jej poruszay 
si sylwety czworga ludzi i kiedy niekiedy pobrzkiwa metal. Pobrzkiwania te, to 
dusze, to krtsze, to mniej, to wicej ostre, zdaway si towarzyszy sowiczej pieni, tak 
jak akordy instrumentu muzycznego towarzysz ludzkiemu piewowi. Czasem jeszcze wydawa 
si to mogo rozmow tonw podniebieskich, czystych, wolnych, wzlotnych, z przyziemnymi, 
ostrymi, gronymi zgrzytami. 
Oku we wntrze tej kaplicy patrzcemu trzeba byo tylko oswoi si z ciemnoci, aby 
rozpozna robot poruszajcych si w niej ludzi. Wykopywali doy, pograli w nie przedmioty 
z wozu zdejmowane i nakrywali je warstwami ziemi penej zi i mchu. Wida byo 
szerokie chwilami rozmachy ramion pani Teresy i silnie w jej rkach uderzajce o ziemi narzdzie 
pracy. 
Pracowali w milczeniu, czasem tylko kilku sowami przerywanym. 
 Niech mama odpocznie! 
 Take gadanie! Na tamtym wiecie wszyscy wieczny odpoczynek mie bdziemy! 
A potem szept przybyego z wozem modzieca: 
 Oj, zmczyem si! 
I odpowied pani Teresy: 
 Take dziw! Rczki do roboty nie przyzwyczajone! 
Potem, pracy nie przerywajc, troch zdyszanym gosem mwia: 
 A ja powiem, e nie szkodzioby panom, oj, nie szkodzioby dobrze sobie czasem pomacha 
siekier czy tam kos albo nad pugiem obla si takim potem, eby z nim razem 
wszystkie gupstwa, a to i grzechy z koci i duszy powychodziy... 
Dwa modziecze gosy zamiay si, a ona w odpowied miechowi temu sarkna: 
 Nie ma czego mia si: prawd mwi! 
elaco rydla gboko w ziemi pograjc dodaa: 
 Nie do Julka to mwi... on od dziecistwa do roboty nawyk... 
 Do mnie pani to mwi? 
 A pewnie! Mao to grzeszkw: polowanka, baliki, koniki, pieski, zawracanie gwek 
dziewcztom... No, czy nie byo? Niech pan Gustaw sam powie... mao to tego byo?... 
On po krtkim odpoczynku znowu do kopania ziemi si zabierajc odpowiedzia: 
17 
 Ju nie bdzie. 
Nie art ani al, ani smutek, lecz uroczysta powaga w odpowiedzi tej brzmiaa. Czu w 
niej byo potny wiew czasu, ktry w daleko niezmierzon odnis od ludzi baliki, koniki, 
pieski i dziewczce gwki. 
 Ty, Julku, do domu teraz nie wrcisz, ale ze mn teraz pojedziesz... potrzebny! 
 Wedle rozkazu, panie setniku! 
Dugo pracowali. Ju i drugi sowik kdy tam dalej na drodze si rozpiewa, i konie u 
wozu, zniecierpliwione dugim staniem, parskay i czasem wydaway krtkie renia, gdy pani 
Teresa narzdzie pracy na ziemi rzucajc rzeka: 
 Skoczone! Teraz wy sobie jedcie, a ja z Teleukiem do domu powrc. 
Teleuk zbiera rydle i w jakim krzaczastym schronisku pomidzy dbami je skada. 
 Nie zabierzesz tego do domu? 
 Ot, eby jeszcze nie picy ludzie zobaczyli! Ju ja lepiej wiem, kiedy po to przyj 
trzeba. Bdcie spokojna, pani. 
Po kilku minutach nikogo ju pomidzy starymi dbami nie byo. W gbi lasu odezwa 
si czasem turkot wozu coraz sabszy i dalszy. Na drodze, pord pl od lasu biegncej, 
dwoje ludzi popiesznie szo ku majaczcemu w swych gruszach i lipach dworkowi. 
Wtedy z gstwin leszczynowych, zza potnych pni dbw wyskoczyy dwa mae cienie 
ludzkie I rzuciwszy si ku sobie szybko, namitnie zaszeptay: 
 Teraz, Olek! Teraz albo nigdy! Ziemia wieo poruszona, odkopa atwo... 
 I rydle s... 
 Widziaem, gdzie schowa. 
 Ija! Ija! 
 Szabel nie mona  za due, ale pistolety... 
 I kinday... 
 A jake... Naboje do pistoletw te... 
 Tylko, Olek, z caej siy kopa... z caej siy... 
 Ju ty mnie nie ucz, Janek, ja sam... 
 Bo drugi raz ju tak nie zdarzy si... 
 Chodmy prdzej! 
 Prdzej, prdzej! 
Zniknli w ciemnej kaplicy dbowej i nic ju w lesie sycha nie byo oprcz dwu pieni 
sowiczych, ktre tony i trele zachwycone, rozmarzone, romantyczne to razem, to na przemian 
rzucay pod wiecce nad ciemnym, nad cichym lasem gwiazdy. 
III 
Ze wsi chopskiej, do ktrej dobry kawa drogi by z Leszczynki, a w ktrej dzi robotnikw 
do pilnej jakiej roboty gospodarskiej zamawiaa, pani Teresa biega droyn poln bez 
tchu prawie i caa potem oblana, bo ranek duszny by i upalny. Zdyszana, z policzkami gorco 
zarumienionymi, ze wzrokiem zakopotanym, do kuchni bocznymi drzwiami domu wpada 
i wnet zawoaa: 
 Teleukowa! a malekie gdzie? 
 Kobieta w chopskim ubraniu, od kuchennego ognia twarzy nie odwracajc, odpowiedziaa: 
 Z Julkiem w pole poszli... 
 A chopcy? 
 W sadzie siedz... czytaj... 
18 
 Jedli co? 
 O jej! Moe wy, pani, co zjecie? 
 Nie chc! Nie mam czasu! do obiadu zaczekam... 
Nie miaa czasu na jedzenie; musiaa w rachunkowej ksice co zapisa; bo potem zapomni, 
do ogrodu, gdzie dziewczta warzywa p곳y, zlata, do lochu, gdzie dzi udj bez niej 
postawili, skoczy..: 
Wic jak wicher gono za sob drzwi zamykajc par izb przebiega, ku tej, ktra nazw 
jej pokoju nosia, dc; gdy wypadkiem na okno otwarte spojrzawszy, jak do ziemi przykuta 
stana i oczyma, w ktrych to gniew, to al iskry zapala, na ogrd za oknem otwartym zieleniejcy 
patrzaa. 
Po ogrodzie... 
Jaka to ksiniczka czy dama wielkowiatowa lub dworska w szacie biaej, czarnymi ctkami 
nakrapianej, srebrn obrcz przepasanej przechadza si po tym biednym ogrodzie bez 
alei cienistych, bez drg gracowanych, bez kwiatw wyszukanych? A moe jest to jakie 
zjawisko zaziemskie, ktre na chwil tylko tu zleciao, bo wrd starych drzew owocowych i 
agrestowych krzakw, miejscami wrd zielsk dzikich, przesuwa si powoli, niedbale, nigdzie 
nie dc, na nic nie spogldajc, czasem tylko bia rczk zrywajc z krzaku listek, 
ktry wnet roztargnionym czy zniechconym gestem z palcw wypuszcza. Na wydeptanej 
wrd trawy ciece stpki adnymi pantofelkami okryte ostronie stawia, aby nimi jakiego 
kamyczka czy twardej kpki trawy nie dotkn, ale e sukni biaej w czarne kropki nie podnosi, 
wic malowniczo wlecze si za ni ona po trawie jeszcze tu i wdzie pobyskujcej ros. 
Pobyskuje te na niej opasujca kibi tama srebrna i w jasnym zocie wosw kunsztownie 
utrefionych jak ogniska blaskw iskrz si gwiazdy z polerowanej stali wyrobione. 
Pani Teresa w krtkiej, szarej spdnicy i mulinowej chucie na gowie, z twarz od potu 
byszczc i yami tak od upau nabrzmiaymi, e zdawao si, i wnet krew z nich wytrynie, 
staa przed otwartym oknem jak w ziemi wryta i patrzaa, a skoczya od okna i tak 
gono, e po caym ogrodzie si rozlego, zawoaa: 
 Inka! Inka! 
Strojna gwka ksiniczki czy zaziemskiego zjawiska bia jak lilia twarzyczk obrcia 
ku domowi i gosik srebrny, delikatny, sodki odpowiedzia: 
 Id, mamciu, id! 
Bya biaa jak lilia, w kadym poruszeniu wiotkiej kibici delikatna i agodna; doskonale 
nakrelony owal jej twarzy przypomina madonny na obrazach malowane, usta porwna 
mona byo do delikatnie zarowionego patka ry, oczy pod zotymi rzsami i dugimi, 
sennymi jakby powiekami miay agodny blask ciemnych szafirw i marzce spojrzenie wygnanego 
na ziemi anioa. 
Gdy w ubouchnej izdebce bawialni zwanej stana, zdawa si mogo, e pomidzy 
biao tynkowane i nieco zszarzae jej ciany, pomidzy stare, z tego drzewa sprzty, na 
podog z grubych desek, pod sufit z cikich belek  anio zlecia. 
 Dzie dobry, mamusiu! 
I pogarna si ku zgrubiaej, czerwonej, na grub, szar spdnic opuszczonej rce matczynej 
ktr jednak pani Teresa porywczym ruchem cofna. 
 Nie cauj mi w rk! Nie na czuoci ci zawoaam! nie! Ce si tak, ledwie wczoraj 
do domu powrciwszy, za krlewn zaraz przebraa? Sukienka najlepsza ze wszystkich, jakie 
masz, dlatego pewnie sprawiona, aby j rankami go mokrej trawie cigaa! I skd u ciebie te 
byszczce srebrnoci si wziy... ten pasek... te szpilki, co ich sobie we wosy ponatykaa... 
Ja ci ich nie daam, sama pewnie nie kupia... a oczy mi od nich bol! Skd je wzia? 
Gdy pani Teresa mwi zaczynaa, rysy modej dziewczyny na mgnienie oka zmciy si i 
rozedrgay, a oczy ostro bysny. Ale byo to tylko mgnienie oka, po ktrym z anielsk agodnoci 
w gosie i umiechu odpowiedziaa: 
19 
 Ten pasek, moja mamciu, od Klemuni Konieckiej dostaam, a te szpilki darowaa mi Tosia 
Awiczwna... 
 Take ebraczka!  zawoaa pani Teresa jak Boga kocham, ebraczka! Od czowieka 
do czowieka chodzi i jamun do worka zbiera... Nie wstyd ci te byskotki od bogatszych 
panien przyjmowa, aby ci za pozbawion ambicji... 
 To s, mamciu, przyjaciki moje i mama sama... 
Ale pani Teresa skoczy jej nie daa i czerwone rce w pici zaciskajc, mwia, raczej 
krzyczaa: 
 Oj, jakbym ja ci t fryzur na gowie rozczesaa, gadko w warkocz prosty zaplota! Jakbym 
ja z ciebie to byszczado wyebrane i t sukienk witeczn, a u dou ju zafldran 
cigna i w perkalow spdniczk ci ubrawszy do roboty jakiej zasadzia! A prawd powiedziawszy 
i z tymi przyjacikami twymi zrobiabym to samo. aob narodow nosz!... 
Oprcz czarnego i biaego koloru adnego nie wolno, zotych rzeczy nosi nie wolno... ale za 
to czarne i biae gaganki popatrze tylko jakie i zamiast zotych cacek srebrne, stalowe... 
Take aoba! Po ojczynie... po wolnoci... po tych, co na pewn prawie mier id, aoba... 
A ty panny wiatowe i z posagiem naladujesz... to, co one w salonach i parkach swoich, ty w 
tych izbach i pomidzy tymi pokrzywami robisz... o tym tylko mylisz, eby we wszystkim 
do nich by podobn, i w stroju, i w minach, i... w nicnierobieniu. 
A zachysna si z zapau, a zachrypa od krzyku i na chwil umilka, a gos dziewczcy, 
jednostajnie zawsze cichutki i delikatny, zacz znowu: 
 Mama sama... 
Zatrzsa si pani Teresa od dwu tych sw po raz ju drugi usyszanych. Snad dotkny 
w niej one jakiego punktu, ktry niepokoi, bola... 
 Co ja sama?  krzykna.  Dlaczego powtarzasz cigle: Mama sama? Co ja sama? 
 Mama sama chciaa, abym ja do tych panien bya podobna, kiedy mi na edukacj do 
pastwa Awiczw oddaa... 
Prawda! To prawda! Raz jeden pani Teresa pozwolia sobie unie si prnoci, za to 
liczne, nad ycie kochane dziecko swoje, zapragna dla niej upiksze innych jeszcze ni 
te, ktrymi przyoblekaa j sama natura, i gdy ta poczciwa Awiczowa powiedziaa raz do 
niej: Oddaj mi Michalink (jeszcze wtedy Michalink j wszyscy nazywali) na czas jaki... z 
moj Tosi niech uczy si przy guwernantkach..., nie wytrzymaa, oddaa... a teraz ona 
mwi: Mama sama... sprawiedliwie mwi... 
Odwrcia si plecami do crki, twarz do okna, w rkach, ktre ochony ju od upau i 
przyblady, mia koce mulinowej chustki i gboko zmczonym wzrokiem patrzya w 
ogrd. Poczucie sprawiedliwoci usta jej zamkno. A w oczach i po ustach Inki przemkn 
figlarny, moe nawet zoliwy umieszek, lecz znikn natychmiast, gdy z jednostajn zawsze 
sodycz mwi zacza: 
 Ja, moja mamciu, do innego ni tu otoczenia, do innego spdzania czasu przywykam... 
ja mam w sobie takie potrzeby, takie gusta... troch subtelniejsze, wysze... I czy to moja 
wina, e jestem biedn dziewczyn... 
Gowa pani Teresy w sztywnej biaej chucie tak nisko opada, jakby j kto z tyu czaszki 
ku doowi popchn. To prawda. C ona winna temu, e ojciec majtek roztrwoni, a matka 
pozwolia nabra tych potrzeb i gustw, ktre przy majtku to jeszcze jako tako... cho zawsze... 
ale bez majtku... Jezus Maria! A to co? Co ty robisz, Inka? Ja gniewam si..., daj mi 
pokj! 
Bo Inka, po nagym umilkniciu matki gow jej na pier opadajc ujrzawszy, ruchem jak 
myl szybkim ku niej poskoczya i obu ramionami grub kibi jej objwszy, liczn twarzyczk 
sw do jej ramion, piersi, policzka przytula i pocaunkami okrywa je zacza. 
20 
Niech mamcia nie gniewa si, moja mamciu, niech si ju mamcia na mnie nie gniewa! 
Szpilki te z wosw powyjmuj, pasek z siebie zdejm... tylko sukni tej nie zdejm, bo jak 
zabrudzi si, to Teleukowa wypierze... 
 Sama wypierzesz!  gronym jeszcze tonem burkna pani Teresa, ale rozgniewany 
przedtem wyraz jej twarzy topnia, znika. 
 No, dobrze, ju, dobrze! Sama wypior! Albo to raz praam... sobie i nie sobie... Tylko 
ju teraz niech zgoda bdzie... moja mamciu zota, brylantowa, kochana... 
aszczcymi si, mikkimi, kocimi ruchami przytulia si do matki, okrcaa si dokoa 
niej, ze liczn gwk w ty wygit, swymi szafirowymi, marzcymi oczyma w twarz jej 
patrzaa... 
Ach! te jej oczy szafirowe, ze spojrzeniem marzcym, czuym, spod dugich, jakby sennych, 
jakby rozkosz wiecznie upojonych powiek... Oj, te jej tak niegdy namitnie, bezpamitnie 
kochane ojcowskie oczy! Co one jej przypominay! Jakie chwile, jakie zudy, jakie 
upojenia nigdy nie zapomniane one jej przypominay! Wydao si w tej chwili pani Teresie, 
e ona to dziecko, to wanie, najwicej, najnamitniej spomidzy wszystkich swoich dzieci 
kocha, i sama nie wiedziaa, jak, kiedy ramiona jej w szorstkich rkach kaftana otoczyy abdzi 
szyj crki, a usta pocaunkami osypywa zaczy czoo alabastrowe i t fryzur jasnozot, 
ktr przed chwil tak bardzo pragna rozczesa i w prosty warkocz zaple... Inka 
miaa si, a pani Teresie ten cichutki, pieszczotliwy, wesoy mieszek wpywa do serca 
strug roztopionego miodu i w gowie obudza myl: niech ju tam! modziutkie to takie i 
liczne, agodne, kochane! 
Wtem ju za oknem ozway si dwa cienkie gosiki dziecinne: 
 Mamuchno! Mamciu! Mamusiu! 
I jednoczenie modzieczy gos mski woa: 
 A c to za czuoci i romanse mama tu z Ink wyprawia! A zazdro bierze patrzc... 
No, czy ja nieprawd czasem mwi, e mama Ink najwicej z nas wszystkich kocha! 
Szeroki, bogi umiech rozwiera usta i ca twarz pani Teresy oblewa. Pier jej zatrzsa 
si od gonego, szczliwego miechu. 
 Nieprawda!  woaa.  Nieprawda, bo ja z wami wszystkimi jestem kobiet nieszczliw, 
nie wiedzc nigdy, ktre z was wicej, a ktre mniej kocham... Raz zdaje si, e to, a 
drugi raz, e tamto, i na ktre patrz, to zdaje si wicej kocham... Ot, wiecznie kopoty z 
wami! 
Julek tymczasem dwie mae siostry z ziemi podnis i na otwartym oknie posadzi, a one 
wnet uczepiy si sukni matczynej, rozsypujc po niej przyniesione z pola pki traw i kwiatw. 
Szczebiotay przy tym, o przechadzce ze starszym bratem odbytej opowiadajc, a i on 
take co tam o runi zboowej, o trawach na ce ju wysokich mwi. Blask soneczny 
obejmowa ich wszystkich paszczem zotym, kwiaty polne pachniay, pod okapem dachu 
wiegotao na zabj ptactwo, na ramieniu pani Teresy, iskrzc si stalowymi gwiazdami w 
zotych wosach, z wdzikiem opieraa si liczna gwka Inki. A sama pani Teresa, kwiatami 
polnymi osypana, sonecznym blaskiem oblana, miaa pozr istoty ywcem do nieba wzitej i 
w raju przebywajcej. Jednak po chwili zaniepokoia si nieco i oczyma zacza po ogrodzie 
czego szuka. 
 Gdzie tam w ogrodzie Janek i Olek... 
Julek miechem wybuchn: 
 Cha, cha, cha! Mamci do penego romansu Janka i Olka zabrako! 
Do sistr malutkich zwrci si: 
 Niech robaczki polec, chopcw wyszukaj i tu przyprowadz... 
 A pewno! pewno!  rajsko miaa si pani Teresa.  C to oni gorszego od was? Co 
gorszego? 
21 
Robaczki ju z okna ku ziemi swoje nagie, dugie, ogorzae nota spuszczay, aby na wyszukanie 
braci lecie, gdy z drugiej strony domu, na dziedzicu, rozleg si turkot zajedajcej 
przed ganek bryczki. Inka drgna. 
 Pan Gustaw przyjecha! 
 Skd wiesz, e to pan Gustaw? 
 Wczoraj widziaam go... 
Julek nagle mia si przesta. 
Tak, mamo; to on by musi... wczoraj ju spodziewaem si... 
Odbieg na spotkanie gocia, odbiega, wosw swych domi dotykajc, i do ssiedniej 
izby wlizna si Inka, robaczki w zieleni ogrodu znikny, a pani Teresa przez par minut 
sama jedna staa jeszcze u otwartego okna, jak skamieniaa, jak ze snu rajskiego obudzona do 
rzeczywistoci strasznej... Przestrach spdzi z jej twarzy gorce przez chwil rumiece; blem 
skrzywiy si usta rajsko przed chwil rozemiane. 
Pan setnik przyjecha... 
I zaraz po wyskoczeniu z bryczki Julka pod rami wziwszy, do ogrodu z nim poszed. 
Tam, cicho i ywo rozmawiajc, chodzili po dzikich trawach i wydeptanych ciekach, a zza 
krzaczastej zaroli, ktra ogrd owocowy od warzywnego oddzielaa, wychodzc ujrzeli naprzd 
Janka, ktry na ziemi siedzc zdawa si zatopionym w czytaniu rozwartej na kolanach 
ksiki, a potem Olka lecego na trawie z twarz ku niebu obrcon i tak picego, e a z 
lekka sobie pochrapywa. Gdy koo nich przechodzili, Janek przed gociem czapki uchyli i 
wnet znowu w czytaniu si zanurzy, a Olek nie tylko nie obudzi si, ale goniej jeszcze zachrapa. 
Minli ich, Julek na chopcw uwanie popatrzy. 
Brzegiem warzywnego ogrodu przez chwil jeszcze szli, a w inn stron skrcili i pomidzy 
drzewami zniknli. Wtedy Olek porwa si z trawy i do starszego brata przyskoczy. 
Bkitne oczy zdaway si mu a wyskakiwa z orbit, gos trzs si. 
 Syszae, Janek? Syszae? Ju, ju... jutro wy... wy... wychodz... 
Ale Janek gniewa si czego na brata. 
 Gupi jeste z tym udawaniem picego... czy kto moe uwierzy, e o tej porze... A Julek 
pewno domyli si, e udajesz... 
Krpy, pyzaty Olek wyprostowa si jak rozgniewany kogut. 
 No i co, jeeli domyli si? Czy to on mj pan i wadca? A co usyszaem za to, lec 
przy samych krzakach, jak oni za krzakami szli, to usyszaem... A ty nic nie syszae... nie 
wiesz... 
 Czego nie wiem? 
 A tego, dokd pjd. 
Zerwa si na rwne nogi Janek. 
 A ty sysza? wiesz? dokde? dokd? 
 Aha! A scyzoryk, ten nowy od Julka, oddasz mi, to powiem... 
Janek do kieszeni sign i bohaterskim ruchem przedmiot dany bratu oddajc, tonem 
wzgardliwej nieco wyszoci rzek: 
 Masz i mw. 
Wtedy Olek, ku samemu uchu jego nachylony, szepn: 
 Do lasw horeckich... 
I w teje chwili zakopota si czego czy zawstydzi. 
 Ale ten scyzoryk  zacz  to we go sobie, Janku, na powrt... ja tylko artowaem...ja 
nie sprzedawczyk ani ju taki chciwiec spod ciemnej gwiazdy... 
Na pacz mu si prawie zebrao. 
 Mazgaj jeste i tyle  odpar Janek  ten scyzoryk i bez tego ju bym ci dzi darowa. 
My teraz inne scyzoryki mamy, prawda? Ot, pogadajmy, jak zrobi, eby cel nasz osign. 
22 
Cel nasz wielki i w tym tylko bieda, e my jestemy mali... Mali!  powtrzy i zamia si z 
ironi. 
Ehe!  doda Olek.  Mona by maym, a odwag mie wiksz ni u niejednego z 
wielkich. Ale oni tego nigdy nie zrozumiej. 
Oni nas nie rozumiej i nigdy zrozumie nie bd mogli! My dla nich robaki... niewolniki... 
Tak wyrzek chopak o szczupej, smagej, wraliwej twarzy i wysmukym, wybujaym 
wzrocie. Spospnia przy tym, schmurzy si, zmarszczyo mu si czoo pod gstwin krtko 
ostrzyonych wosw. Olek blisko przy. nim na trawie usiad, rami na szyj mu zarzuci i 
pociesza: 
 Ja z tob! My razem... nie tylko bracia, ale i przyjaciele... nieprawda, Janek! 
 Tak, tak, Olku!  oywi si i rozpromieni Janek  na walk, na czyn mny, choby na 
mier razem, ale nie na hab; nie na hultajskie ycie i gnicie, wtedy gdy inni... 
Pan Gustaw tymczasem po skoczonej rozmowie z Julkiem wita na maym ganku domu 
pani Teres i jej crk. Zdziwia si liczna Inka na widok zamylonej i milczcej twarzy 
ssiada, zawsze wesoego, mwnego, i przez gow jej zaraz przemkna myl: Brzydko 
dzi uczesaam si i w tym konierzyku nie bardzo mi do twarzy, dlatego pewno taki obojtny... 
Ale pani Teresa zupenie innej przyczynie zmian w panu Gustawie zasz przypisa 
musiaa, bo jakby nogi posuszestwa jej odmwiy, ciko na awce usiada i daremnie 
drenie gosu pohamowa usiujc, gocia, aby koniom do stajni odej pozwoli i do obiadu 
z nimi zasiad, prosi zacza. Ale on bardzo czego roztargniony i do rozmowy nieusposobiony, 
brakiem czasu wymawiajc si, ju chcia j egna. 
 Take popiech!  wesoej swej rubasznoci probujc zawoaa, lecz nie udaa si rubaszno, 
ani wesoo i ju tylko zgniecionym jakby gosem poprosia, aby cho troch, 
cho chwileczk z nimi posiedzia. 
Chciaa widocznie powiedzie mu o czym czy o co go zapyta, a on na zmcone oczy jej 
i twarz przyblad patrzc posusznie na awce usiad. 
 Ot  zacza  chciaabym wiedzie zdanie pana... bo Konieccy modzi niedawno tu do 
Julka przyjedali... obaj, Henryk i Artur, i mwili o interwencji mocarstw, e bdzie...e na 
pewno bdzie... A pan jak o tym myli? Bo widzi pan, ja kobieta prosta, pracujca, nic wcale 
o takich rzeczach... a jednak to jest rzecz bardzo wana ta interwencja... wic jak pan, panie 
Gustawie, o tym myli? 
Modzieniec wysmuky, zotowosy, z adnym owalem twarzy niewieciobiaej i bkitnymi 
oczyma, dziwnie zamylonymi dzi i razem rozgorzaymi, zmiesza si nieco i po 
chwili z wahaniem w gosie odpowiedzia: 
 Czy ja wiem, droga pani. Mwi niektrzy, e ta interwencja bdzie... Modzi Konieccy 
w to wierz, a ojciec ich nie wierzy. I wszyscy tak samo: jedni wierz, a drudzy nie wierz. 
Jednak wicej jest wierzcych ni niewierzcych... to moe i bdzie... Ja tam niewielki polityk 
i nie wdz, tylko onierz... Wodzowie powinni rzeczy takie do dna zgruntowa i wszystko 
na pewno obliczy... a my co? Na nas woaj: Idcie! Serce i honor mwi nam: i! 
Idziemy... i na... Bo wol! 
Rce pani Teresy kurczowo si zacisny. 
 O, Boe!  zaszeptaa i na modego ssiada zapatrzya si z jak czci pen pokor. 
Znaa go, od kiedy dzieckiem i pacholciem by, widywaa na balikach, na konikach licznych, 
u boku panienek najadniejszych... a teraz... taki mody dwadziecia cztery lata mu 
chyba, nie wicej, i bogaty... porzuca wszystko, idzie, a tak mu oczy gorej i czoo biae 
wznosi si mnie, dumnie, gdy mwi: Idziemy! Szacunkiem gbokim mioci pier 
rozpierajc zdjta z awki powstaa i gestem bogosawicym ramiona przed siebie wycigajc 
rzeka: 
 Nieche wam Bg bogosawi... niech bogosawi! 
23 
I miaa w tej chwili pani Teresa form꒒, nabya w tej chwili formy niewiasty mnej, 
ktra trwog wasn pod nogi wzi, a rzeczom podniebieskim, wiecznym, wielkim bogosawi 
umie. 
Pan Gustaw, w obie bogosawice rce j caowa i razem egna si. Czasu nie mia, odjecha 
musia. Ona cicho go zapytaa: 
 Kiedy? 
 Jutro  rwnie cicho odpowiedzia. 
Sowa te dosyszaa Inka i gdy pan Gustaw rk na poegnanie jej podawa, anielsko w 
twarz mu patrzc wyszeptaa: 
 Konfederatk panu sama wasn rk uszyam... szafirowa z biaym barankiem... 
Umiechn si i podzikowa, ale obojtnie jako, z roztargnieniem. Anielskie spojrzenia 
tak piknej nawet jak Inka dziewczyny dzi wadzy nad nim nie miay. Ona spostrzega to i 
rowe usta jej wydy si jak u zmartwionego dziecka, a przez gow przewina si myl: 
jacy oni teraz zrobili si nudni!... nieznoni!... 
Pani Teresa za, jakby nic wanego nie zaszo i zaj nie miao, ju pieszcym si szerokim, 
swym krokiem do domu wchodzia. 
 Godni musicie by... pora je obiad... pjd pomc Teleukowej, aby prdzej byo... 
Zaledwie odesza, Inka obrcia si ku Julkowi, ktry milczc przy supie ganku sta, i 
wdzicznie ku niemu pochylona wpatrywaa si w niego z wyrazem takiego podziwu i 
uwielbienia, jakby z nieba tylko co zlecia, jakby nadprzyrodzonym zjawiskiem w tej chwili 
jej si wydawa, a nagle ramiona ku niemu wycigajc zawoaa: 
 O, bohaterze mj! Bracie! Jaka to duma, jakie szczcie mie brata bohatera, brata, ktry... 
Nie moga dokoczy, bo on miejc si za podniesione rce j pochwyci i ku doowi je 
skaniajc, troch wesoo, a troch z irytacj w gosie mwi zacz: 
 Nie ple, Inka, nie deklamuj! Boe drogi! To ty i mnie ju nawet kokietowa zamierzasz! 
Dla wprawy zapewne, co? Ale daj pokj! Teraz na takie rzeczy nie pora! Ot, lepiej 
pomwmy z sob powanie... Mam z tob o czym powanym do pomwienia... chod! 
Pocign j ku awce i gdy obok siebie usiedli, z gow ku jej gowie przychylon mwi 
zacz: 
 Suchaj, Ineczko, to, co ci teraz powiem, wane jest jak obowizek najwitszy, jak sumienie, 
jak boskie i ludzkie prawo. Kiedy... odejd, mama bdzie bardzo niespokojna, bardzo 
smutna... Razem ze mn odejdzie od niej najstarsze jej dziecko, ju zupenie dojrzae, ktre 
ju przyjacielem jej by mogo, pomocnikiem, a w potrzebie opiekowa si ni i j broni... 
po mnie ty przy niej zostaniesz... najstarsza... Moja Inko, przejmij si ty t myl, e pociech, 
pomoc, a w razie... nieszczcia jakiego... wsparciem i opiek jej by powinna... 
Tu Inka mow mu przerwaa: 
 O, Julku! ja kocha umiem, ja kocha pragn, ja powicenie uwielbiam i u ng mamy 
lee bd... 
 Znowu deklamujesz! Kt tu o powiceniu i o leeniu u ng mwi. To twj obowizek, 
Inko. Bo pomyl tylko, czym mama dla nas bya... jak kochaa nas, jak za nami przepadaa... 
Gdyby nie jej praca, zabiegi, starania, bylibymy w ndzy i w ciemnocie pogreni... Ona to 
wyywia nas i wyksztacia... Teraz, Inko, w tym cikim dla niej przejciu ty jej cho w 
czci wypa si z dugu wdzicznoci. Nie o leenie u ng jej idzie, ale nie martw jej niczym, 
pomagaj jej, modszymi dziemi zajmij si... strze, aby jej nie martwiy... Szczeglniej 
Janka i Olka... miej na oku... 
W sieni za otwartymi drzwiami ozwao si woanie pani Teresy: 
 Dzieci! dzieci! Na obiad chodcie! 
Ale teraz Inka, przerywajc mow brata, z twarz smutnie spuszczon, mwia: 
24 
 Mj Julku! ty nie rozumiesz mi, ty mi nigdy zrozumie nie chciae... Ja przecie niczym 
mamy nie martwi... ja kiedy jestem w domu, to wszystko, co trzeba, robi, cho te 
wieczne zachody i kopoty, cae to ycie w Leszczynce... Czy ty, Julku, nie rozumiesz tego? 
Moje myli, moje marzenia... Czy ty tego nie rozumiesz? Mnie trzeba innego ycia... 
 Ale rozumiem, rozumiem  przerwa Julek i wsta z awki. 
Po deklamacji nastpia deklinacja zaimka osobowego: ja, mnie, dla mnie. 
 Ej! niewysoko, Inko, i niedaleko lec myli i marzenia twoje. Nic tu mwienie twoje nie 
pomoe, bo serduszko twoje uszek nie ma! Chodmy lepiej na obiad! 
Wkrtce po obiedzie Julek braci modszych zawoa, aby z nim na przechadzk w pole poszli. 
Chopcom, gdy usyszeli to woanie, a oczy zabyszczay i Olek nagle jak piwonia zaczerwieniony 
do Janka szepn: 
 Moe nam co wanego powie, moe na koniec przekona si, e my nie... bbny i przynajmniej 
wiedzie o wszystkim powinnimy. 
A Janek z przyblad nieco twarz wyprostowa si i odpowiedzia: 
 Moe powie, abym z nim szed... 
Olek zatrzs si cay. 
 A ja? a ja? a ja? 
Starszy z uczuciem wyszoci zrazu na modszego spojrza, ale potem co tkliwego zawiecio 
w oczach i ruchem opiekuczym, niemal ojcowskim do sw szczup i nerwow 
na gowie Olka pooy. 
 Bd spokojny, Olek, ja ci nie opuszcz... ja jemu powiem, e albo my obaj z nim, albo...
bez niego! 
Olek uczyni z ramion dwa uki nad gow rozwarte i wysoko nad ziemi dwa razy podskoczy. 
Zza wga domu Julek zawoa: 
 Czemu nie idziecie, chopcy? Chodcie prdzej! 
Poszli drog poln ku wiosce szarzejcej w oddali, za wiosk daleko... 
Po dwch albo i trzech godzinach chopcy z dugiej przechadzki powracali, ale bez starszego 
brata. Niedaleko ju dworku spotkali si z Teleukiem i Julek zawrciwszy z nim ku 
lasowi poszed, braciom mwic, aby bez niego szli do domu. 
Zamyleni byli obaj i wydawali si bardzo czym zmartwionymi. Po odejciu Julka nic 
zrazu do siebie nie mwili, tylko Janek zniecierpliwionym ruchem nogi co moment kamyki z 
drogi zrzuca, a Olek z policzkami, jak do rozdmuchiwania samowara wydtymi, na podobiestwo 
miecha gono sapa, czasem wzdycha. 
Po chwili starszy ze zniecierpliwieniem w gosie sarkn: 
 Czego tak sapiesz i wzdychasz... a miech kowalski w oczach staje! Nic tu wzdychanie 
nie pomoe... zastanowi si trzeba, pomyle... 
 Aha!  jkn modszy, a starszy z zamyleniem mwi dalej: 
 Bo nie mona powiedzie, aby Julek zupenie susznoci nie mia... Mama jest bardzo 
zacn kobiet i ciko na nas pracowaa i pracuje. Dla takich matek jak ona dzieci maj obowizki, 
to prawda, temu zupenie zaprzeczy nie mona... co? 
W odpowiedzi Olek zaszepta: 
 Ja mam bardzo kocham... 
A Janek z powag wielk zacz znowu: 
 Przypumy, e o kochanie tu nie idzie... i ja do mamy przywizany jestem... bardzo... 
ale tu dwie mioci ze sob walcz... rozumiesz? Przecie i Julek mam kocha, a jednak... wida 
w nim inna mio t zwyciya, a w takim razie dlaczegby i w nas zwyciy nie 
miaa... Ale tu, widzisz, idea obowizku zachodzi... zrozumiej to... idea, rzecz najwaniejsza 
w wiecie. Julek przemawia do mnie w imi idei obowizku, tego obowizku, ktry 
nam rozkazuje... 
25 
 Ehe!  triumfujco jako zawoa Olek a dla ojczyzny to obowizku nie ma? a? Jeeli 
tu mio i tam mio, to i z obowizkiem tak samo... tu obowizek i tam obowizek... A z 
czegomy powstali  prawi dalej, krp posta sw prostujc i pyzat, rozpromienion twarz 
wysoko podnoszc  jeeli nie z tej ziemi? Co nas ogrzewao, jeeli nie to soce? Skd 
wszystkie uczucia i myli nasze, jeeli nie od tych przodkw, ktrzy... no, ty sam wiesz, co to 
ojczyzna! Wszystko, co byo i co jest... z czego nasze ciao i nasza dusza... ty sam wiesz... A 
my niby to obowizkw dla niej nie mamy! miech powiedzie! Jeeli pomidzy dwiema 
miociami okropny los nas postawi, to tak samo i midzy dwoma obowizkami... A czy nie 
tak? 
 Tak  po chwili zastanowienia zgodzi si Janek  i ty to bardzo dobrze wyrozumowae... 
Nawet nie spodziewaem si... Ale tym gorzej dla nas. Jestemy postawieni w pooeniu 
 tragicznym! 
Na bladej, nerwowej twarzy jego i w piwnych oczach rozla si wyraz cierpienia. Olek, tak 
wymowny przez chwil, zamilk i smutnie zwiesi gow. Z chmury nabrzmiaej byskawicami 
i grzmotami, ktra nad krajem caym staa, oderwa si ciemny obok, spyn na te 
gowy dziecinne, wkrad si pod ich czaszki wichrem szumicym, ogniem byskawicznym... 
Przed sam ju bram dworku Olek podnis gow i rzek: 
 Brutus dwch rodzonych synw zabi... 
Janek pomyla chwil. 
 To prawda; ale synowie Brutusa zdrajcami ojczyzny byli, a mama... 
Olek dokoczy mu nie da. 
 I Timeleon zabi rodzonego brata..: 
 Brat Timeleona tyranem by, a mama... Sprbuje zabi mam! czy mgby... a? 
Olkiem jakby dreszcze lodowate od stp do gowy wstrzsny i a krzykn: 
 Co ty wygadujesz, Janek! Wiesz, ty czasem bywasz okropny... 
 Ano widzisz! Na nic si nam nie zdadz Brutusy i Timeleony. Pooenie jest zupenie 
inne i na wiecie kady za siebie myle musi. Musimy, Olku, wiele zastanowi si i myle. 
Julkowi cakowicie susznoci odmwi nie mona... 
 A dlaczeg on sam...  zaszepta jeszcze uparty Olek, ale zobaczyli idc naprzeciw 
nich matk i tak jak nigdy przedtem pogarnli si ku niej piesznie i pieszczotliwie. Nawet 
Janek, do pieszczot zazwyczaj nieskonny, z powag, opiekuczym jakby gestem, ramieniem 
j otoczy. Ale ona wyraz twarzy miaa roztargniony i oczy gboko zmcone. Z roztargnieniem 
zapytaa: 
 A gdzie Julek? 
Powiedzieli, e z Teleukiem ku lasowi poszed. 
 No, to idcie do domu, a ja na spotkanie Julka pjd... 
Wiedziaa, dlaczego z Teleukiem poszed, i wiedziaa, e jeszcze do domu powrci, ale 
serce jej palia taka ao i tsknota, e w domu ani dokoa domu miejsca sobie znale nie 
moga i teraz na spotkanie syna przez pole jak wicher pognaa, aby go cho o wier godziny 
prdzej zobaczy... Przez te wier godziny jeszcze na niego popatrze... 
Powrcili razem, kiedy ju dobrze po zachodzie soca byo, i pani Teresa zaraz do Teleukowej 
powiedziaa: 
 Daj dzieciom wieczerz i malekie niech po wieczerzy zaraz id spa. My z Julkiem... 
Nie dokoczywszy posza z synem do swego pokoju, ktrego drzwi z wewntrz na zasuwki 
pozamykaa. 
I nikt nie wiedzia ani nie sysza, co oni tam z sob przez te ostatnie godziny mwili, jak 
si egnali... 
Inka na maym ganku siedziaa, z twarz na do opuszczon, z poczuciem krzywdy ponoszonej 
w sercu. Dotd wszystko, co si wkoo niej dziao, zajmowao j, cieszyo, nawet wyobrani 
jej rozpalao, tak e otaczajcym wydawa si mogo i ona sama najmocniej prze
26 
konana bya, e uczucia powszechne s rwnie i jej uczuciami. Przy zbiorowym dokonywaniu 
przygotowa rozmaitych, a w licznym gronie rwienych lub nieco zaledwie starszych od 
niej kobiet bawia si wybornie; ruch gorczkowy, ktry w okolicach zapanowa, stwarza 
liczne sposobnoci do zebra gwarnych, do rozmw oywionych, rd ktrych. jeeli nie 
czym innym, to piknoci swoj janiaa i pocigaa. Ale od pewnego czasu zacza uczuwa, 
e w oczach ludzkich maleje, e modzi panowie zajmowa si ni przestaj, e w ogle 
co w powietrzu otaczajcym ogromnie j przerasta, gasi, rzuca jaki cie czy tumik na jej 
dziwnie bujne i niecierpliwe nadzieje, pragnienia. I oto powrcia do Leszczynki i ani wie, 
kiedy znowu wyjecha std bdzie moga... a tu zawsze nie raj, o! nie! Lecz teraz, gdy Julek 
odejdzie i takie zmartwienie w domu zapanuje... I za co to wszystko na ni spada? Dlaczego 
to wanie jej modo ma by przytoczona, zatruta tymi wszystkimi powagami, obawami, 
utrapieniami... 
Drzwi domu na ganek prowadzce ze stukiem si otworzyy i wypada z nich pani Teresa, 
a za ni wyszed Julek, ktry zatrzyma si przed siostr, po rk jej sign i tak mocno j 
cisn, e a troch zabolao. Gbokim przy tym wejrzeniem w twarz jej patrza, ale ani 
jednego sowa nie wyrzekszy zbieg z ganku dopdzajc matk, ktra ju przez dziedziniec 
gnaa ku stajni, przed ktr Teleuk konia do maego wzka zaprzga. Gwiazdy na niebie 
wieciy... 
Inka powoli do wntrza domu wesza. Jake inaczej, o! jake inaczej poegnanie z bratem 
sobie wyobraaa! Gdy przedtem na myl jej przychodzio, e ono kiedy nastpi, nie wiedzie 
dlaczego przed wyobrani jej stawa rycerz z pkiem pir nad gow, ktry siostr do 
piersi przyciska, mwic do niej o jakich rzeczach wzniosych, poetycznych. 
...A tu bez sowa, z tym tylko ucinieniem rki, takim silnym, e a piercionek, ktry od 
Tosi Awiczwny w prezencie dostaa, bolco jej w palec wpi si... I ten jednokonny, brzydki 
wzek z Teleukiem w baraniej czapie na gowie... 
Wzek z Teleukiem w baraniej czapie na gowie za bram ju turkota; pani Teresa od 
stajni do domu z powrotem gnaa. W poowie dziedzica nagle stana, uczuciem, ktre znaa 
ju nieco, ale ktremu podda si nie chciaa, ogarnita. Byo to takie uczucie, jakby sia jaka 
niewidzialna porywaa j i usiowaa o ziemi cisn. Zrywao si w niej pragnienie rzucenia 
si na ziemi, uderzenia o ni czoem, wyszarpania z niej rkoma garci piasku czy 
trawy. Dowiadczaa ju bya tego razy par niegdy, niegdy w dawnych swoich blach serdecznych; 
potem, gdy ze mierci tego, ktry je sprawia, ble serdeczne przeminy, i to j 
opucio, a teraz znowu... Ach! z ramionami rozkrzyowanymi na ziemi pa i czoem o ni 
bi... Ale nie! Nie uczyni tego! Mn musi by i rozsdn... Jeszcze przecie nic takiego... 
jeszcze Julek ywy i zdrowy kdy tam do Dziatkowicz jedzie... jeszcze moe Bg tarcz 
obrony swojej... Ach, tak! padnie na ziemi i czoem o ziemi uderzy, ale... przed Bogiem, 
przed Chrystusem na krzyu... 
Znw biec zacza, do domu wbiega, par izb przebiega i w swojej izdebce przed zawieszonym 
na cianie krucyfiksem starym, ktry pamitk po dziadku jej by, zrazu na klczki, a 
potem z ramionami rozkrzyowanymi jak duga na ziemi upada. 
Gwiazdy na niebie wieciy, kilka zotych oczu przez mae okno patrzao na ciemn posta 
kobiec rozcignit na ziemi przed bielejc na czarnym krzyu postaci Chrystusa. W gbokim 
zmroku izdebki rozchodzi si szmer modlitwy pgonej, arliwej, jak powiewami 
wichru westchnieniami przerywanej, a nagle umilk. 
Pani Teresa przestaa si modli, podniosa znad ziemi gow, uklka, podniosa si z klczek, 
powstaa i szybko, jak wiatr z izdebki wypada. Gdy mwia i woaa: Chryste, zmiuj 
si! uczua nagle ogromne, ogromne pragnienie ujrzenia innych swoich dzieci. Tamten odjecha, 
o, Chryste! moe na zawsze! Ale te inne pozostay przy niej i ona zobaczy je musi, 
zaraz, natychmiast, spojrze na nie, popatrze na nie musi. Zdawao si jej, e umrze albo nie 
27 
wiedzie co si z ni stanie, jeeli zaraz, natychmiast nie ujrzy, nie przekona si, e s zdrowi 
i cali, e s przy niej, je posiada... 
Wypada z izdebki swojej wprost do tej, w ktrej zazwyczaj sypiali i uczyli si Janek i 
Olek. 
 A to co?  krzykna, 
Mae ka chopcw, w ktrych byo im ju od do dawna troch za krtko i troch za 
ciasno, puste byy. Pociele nawet z nich znikny... Pani Teresa w mgnieniu oka znalaza si 
w kuchni. 
 Teleukowa!  zawoaa  gdzie s chopcy? Dlaczego pocieli ich... 
Chopka w czerwonym, okrgym czepku na gowie szya przy wietle maej lampki; podniosa 
znad roboty okrg, dobroduszn twarz i wesoo odpowiedziaa: 
 Ot, powycigali sobie sienniki do ogrodu i pod lip spa si pokadli. Nocka ciepa; nic 
im to nie zaszkodzi. 
Ale naturalnie! C im moe zaszkodzi, e noc przepi pod gwiadzistym niebem, w 
przeczystym powietrzu ogrodu? Albo jedn noc tak przespali? I zdaje si, e w ogrodzie 
tym nie ma jednego takiego drzewa u ktrego stp nie prbowaliby w cigu, dziecistwa 
swego urzdza podobnych noclegw. Ale pani Teresa musiaa ich zobaczy, musiaa koniecznie 
wieczoru tego na nich picych czy czuwajcych popatrze. Wysza tedy do ogrodu 
i dugo szuka nie potrzebowaa. O kilkanacie krokw od domu ujrzaa pord trawy, na 
podcikach szczupych, u stp lipy rozoystej, szarzejce w nieruchomoci ich postacie. 
Zbliya si. Spali. Janek oddycha rwno i cicho, Olek gono sapa i z lekka pochrapywa. 
Pochylona patrzaa na ich niewyranie rysujce si twarze, suchaa ich sennych oddechw, 
a na zmcone i zmartwione dzi jej rysy wypywa pocz umiech. 
 Robaki moje! Brylanty! Skarby moje  gonym szeptem wymwia i powolnym gestem 
nad gowami chopcw znak krzya uczyniwszy, spokojniejszym ju krokiem ku domowi 
odesza. W myli jej, przez odjazd Julka wzburzonej i rozwichrzonej, porzdkowa si, rozwidnia 
znowu zaczo! C? Tamtego nie ma, ale te s... S i bd. Robaki jeszcze mae. 
Jeden, dwa, trzy, cztery, pi... Jeszcze pi brylantw, pi skarbw pozostao przy niej! 
Sza do izdebki, w ktrej Inka wesp z maymi siostrami sypiaa. 
A gdy zamkny si za ni drzwi domu, Janek i Olek ywym ruchem na swych podcikach, 
pod lip usiedli. 
 Syszae?  zapyta starszy. 
 Aha! Mylaa, e pimy, i mwia: Brylanty, skarby moje!, a potem... 
 Przeegnaa nas! bogosawia... Jednak, wiesz, Olek... 
I zamilk. 
 Co, Janku? 
 Ej, nic! Tak sobie tylko pomylaem... 
 Co pomylae? 
 Ot, pomylaem, co by to byo jednak... gdyby mama tak nas wszystkich trzech... 
wszystkich trzech... 
 Co? 
 Stracia! 
Rozpacznym ruchem Olek buchn na sw pocik i zaszepta: 
 Bieda! bieda! bieda! Pewno! Szkoda mamy! 
Ale bardzo wkrtce mrukliwym tonem ozwa si: 
 Po co ma zaraz traci? Czy to kady, kto idzie na wojn, musi by zabity? 
 Musi, nie musi, ale moe  rozwaa Janek. 
 A gdyby i tak  zrywajc si znowu zawoa Olek.  A pamitasz, co Katarzyna Sobieskasynom 
swoimpowiedziaa,gdyszlina wojn?Z  a   z a m i a l bo  a tarczach 
p o w  a  a j  i e! Tak i my... Z tarczami albo na tarczach do mamy powrcimy. 
28 
 Gupi jeste! adnych tarcz teraz w wojskach nie ma, to jedno, a drugie, e gdyby i byy, 
nikt by nas na nich mamie odnosi ani myla... Ty wiecznie z tymi swymi historycznymi 
przykadami... Ot, mylmy lepiej, jak zrobi... co wybra... co powici... 
Teraz obaj pod lip siedzieli i obaj czoa na donie spucili. Myleli, walczyli. By w nich 
zaczerpnity z otaczajcej atmosfery ar uczu egzaltowanych, bdziy we krwi spadkowe 
po przodkach instynkty rycerskie, majaczy na dnie dzieciom waciwy instynkt naladowczy, 
zrywaa si wyobrania ku przygodom, wraeniom, czynom nadzwyczajnym. To z jednej 
strony, a z drugiej wyrzutem dokuczliwym gryza serca sowami starszego brata z codziennej 
drzemki obudzona mio dla matki, paka w sercach litony nad ni al. 
IV 
Dawno ju, przed dziesiciu czy jedenastu laty kiedy najmodszych robaczkw pani Teresy 
na wiecie jeszcze nie byo, a najstarszy ledwie do szk si wybiera, okolic, w ktrej 
znajdowaa si Leszczynka, nawiedzi go okrutny. Po drogach przerzynajcych pola, po 
zagonach pod wiosenn siejb zaoranych, u ciemnych cian lasw chodzi pocza straszna 
pani, a prawie do nieba wysoka, w szacie czarnej, z twarz trupio bielejc wrd czarnych 
przeson, ktre daleko za ni rozwieway si, jak olbrzymia chorgiew czy chusta. Kdy 
przesza, powietrze stawao zaprawione woni trupw i zapalonych gromnic; ktrego z siedlisk 
ludzkich dotkna swoj chust czy chorgwi, tam pod strzechami czy dachami znajdoway 
si trupy, a w oknach chat czy domw byska poczynay te wiateka smutnie migocce, 
ktre dniem i noc pal si przy ciaach zmarych. 
Na imi przeraliwej tej pani byo: Zaraza. 
Od do ju dawna podobno chodzia po caym kraju, teraz tu przysza i chorgwi czy 
chust sw dworku w Leszczynce dotkna. 
A zdarzyo si, e wwczas wanie, w izbie do maego domu ju przez pani Teres 
przybudowanej mieszka z rodzin tak samo jak u pani Teresy liczn chop nazywajcy si 
Panas Teleuk. 
Parobkiem by i zarazem furmanem, i zarazem jeszcze najstarszym w gospodarstwie pomocnikiem 
byego dzierawcy folwarku; pani Teresa znalaza go tu do Leszczynki przybywajc 
i zatrzymaa. Pozostaby z woli wasnej, bo w rodzinnej chacie jego a trzech braci 
starszych z rodzinami licznymi siedziao, i ta izba widna, obszerna, ktr przybudowaa dla 
niego pani Teresa... ta izba uszczliwiaa go, wprost uszczliwiaa, z tego powodu, e przestronno 
i wesoo w niej byo czworgu jego dzieciom. 
Chop to by wtedy mody, ale jak wszyscy chopi polescy wicej milczcy anieli mwny, 
w ruchach ociay, w wejrzeniu pospny. Wysoki wzrost jego, silne bary, niada cera 
twarzy uderzay si fizyczn zdrow i wielk, lecz dusza zdawaa si mie wzrost przez co 
wypaczony, bo z jednej strony ukazywaa si ognist i bujn, a z drugiej senn i leniw. T 
stron duszy Teleukowej, ktra wyrosa najbujniej, zapaaa najgorcej, bya mio rodzicielska. 
Z Nastk swoj oeni si wbrew woli braci, ktrzy w prymy go da, czyli z dziedziczk 
chaty i roli oeni usiowali, i y z ni w zgodzie wielkiej, w czstych szeptaniach 
poufnych, we wsplnych nad wszystkim naradach, niemniej zdarzao si, e i do niej tak samo 
jak do innych ludzi caymi dniami sowa adnego nie przemwi albo w zej chwili wykrzycza 
j i nawet pi nie byle jak na plecy jej opuci. 
Ale z dziemi... O! to ju byo wcale co innego. To ju by tajemniczy zdrj jaki, z ktrego 
lay mu si na serce, wic te i z twarzy, z oczu, z ruchw i mowy wytryskiway rano, 
ywo, wesoo i czsto, dziwna w tym cikim, twardym chopie, niewiecia czuo, 
skowrocza polotno i piewno. 
29 
Czworo ich mia; starsze ju gsi albo owce pasay, modsze spdnicy matczynej jeszcze 
si trzymay; ale on wszystkie, i starsze, i modsze, po kadym powrocie od roboty na rkach 
a do niskiego sufitu podnosi i podrzuca musia, a potem je sobie na kolanach, na ramionach 
sadza i huta, i przypiewywa im, i gwarzy z nimi, a kiedy na kark, na grzbiet, na 
gow niemal mu waziy, mia si tak gono, e miech ten a cay dworek napenia odgosem 
serdecznej, jak pier chopska szerokiej radoci. W niedziel i wita za bram dworku 
je wyprowadza i na jakim bliskim kawaku pastwiska albo ugoru mona go byo widzie, 
jak lea na wznak, wszystkie je na sobie majc, huta je na. ramionach i nogach i gada 
do nich, a czasem zrywa si i w podskokach, od ktrych ziemia trz si zdawaa, ugania 
si z nimi poczyna. Potem, kiedy oddala si od dzieci albo kiedy one si oddalay, wracay 
mu znowu do ciaa ruchy leniwe czy senliwe, do warg milczenie chtne, a do roztropnych 
oczu obojtno lub te pospno wejrzenia. 
Pani Teresa od pierwszego poznania si z nim polubia go za t niezwyk mio ojcowsk, 
a on polubi j, jak si zdawao, od tej chwili, gdy daa mu na mieszkanie zamiast 
uprzedniej, ciasnej i ciemnej, izb now, przestronn i jasn. Hulay bo po niej, hulay dzieciaki 
jego, stajc si coraz tustsze i rumiasze, a i Nastka w paacu takim yjc pokraniaa, 
powagi jakby, a razem i wesooci nabraa, tak e czciej ni dawniej pocz za ni, gdy 
przez izb przechodzia, oczami wodzi. Szczliw zdawaa si by ta rodzina chopska, 
szczliwsz ni ta, ktra obok niej nie w jednej, ale w kilku izbach mieszkaa, i rozumia to 
dobrze Teleuk. Ot, o pani Teresie mawia do ony: Pani ona niby to, a nieszczliwa.  w e 
g o tak jak nie widzi nigdy, a na detyny swoje pracuje, haruje 
Mogo si zdawa, e jak ona jego za szczegln mio ojcowsk polubia, tak on za jej 
nieszczcie i za to, e na detyny swoje harowaa, uszanowa i take polubi. 
Wtem straszna pani z trupi twarz a do nieba sigajc nadesza i dotkna kocem rozwianej 
chusty swej domu w Leszczynce, a waciwie tej jego izby, ktr Teleuk z rodzin 
zamieszkiwa. Napenia si wwczas izba ta jkami, krzykami, zsiniaymi i wijcymi si w 
blach ciaami i jeden tylko ojciec rodziny na nogach pozosta, osowiay, zmartwiay, bezradny. 
Jak w kamie obrcony dnie i noce w najciemniejszym kcie izby na awie przesiadywa, 
szeroko rozwartymi oczyma na krztanie si pani Teresy okoo chorych patrza. Bo 
zakrztna si ona okoo nich z energi sobie waciw, z nie dajc si niczym zrazi litoci 
gorc i czynn. O lekarza w zakcie tym byo tak trudno, e prawie niepodobna, pielgniarek 
jakichkolwiek sama nazwa bya tam nieznana. Ale pani Teresa miaa jak ksiczyn 
w wypadkach podobnych doradcz, jak szafk z flaszeczkami i przyrzdami leczniczymi, 
wiedziaa wic, co czyni, i czynia niezmordowanie, odwanie. Odwagi potrzebowaa 
wicej jeszcze ni energii, bo i roztropno wasna, i jaka bawica wtedy u niej stara krewna 
ostrzegay j przed niebezpieczestwem przeniesienia trujcego oddechu strasznej pani z izby 
Teleukowej do piersi wasnych dzieci. Ale roztropnoci swojej i przestrogom starej krewnej 
po krtkim namyle stanowczej odpowiedzi udzielia: 
 Take paskudztwo! ebym ja dla swego strachu ludzi w nieszczciu takim nie ratowaa! 
A strach w niej jednak by, o, by! I ona jedna tylko wiedziaa, jakich miertelnych dreszczw 
peny. Wic te dzieci swoje na wszystkie strony okadzaa, ocieraa, zapobiegliwymi 
rodkami poia, star krewn zaklinaa, aby je przed wszystkim, co za szkodliwe uchodzio, 
strzega, i znowu do tamtych wracaa, godzinami caymi zsiniae i pokurczone ciaa rozcierajc, 
rozgrzewajc, lecznicze pyny warzc i w usta spieczone wlewajc. 
Przyszo do tego, e samemu Teleukowi, ktry przecie zdrw by, przemoc niemal, z 
krzykiem i gniewem poywienie wmawiajc prawie wkada do ust musiaa, bo u koca tych 
dni straszliwych, gdy dwoje dzieci jego ju w trumienkach z izby wyniesiono, skamienia on 
do ostatka, mow jakby utraci i oczy mia jak sowa we dnie czerwone i nieprzytomne. 
30 
Potem ucicho wszystko; Teleukowie w swojej widnej, obszernej izbie we dwoje ju tylko 
pozostali i raz, gdy pani Teresa krztaa si dokoa eczka Julka i Inki, ktrych welon 
strasznej pani z lekka dotkn, do pokoiku, w ktrym si znajdowaa, weszli. witecznie 
ubrani byli oboje i wyrazy twarzy mieli witeczne, uroczyste. Spojrzawszy na nich pani Teresa 
pomylaa: 
 Masz tobie! Przyszli pewnie prosi, abym ich od suby uwolnia. Nie mog pewno wytrzyma 
tu, gdzie ich nieszczcie takie... 
A oni zbliyli si, przed ni stanli i oboje ruchem jednostajnym pokonili si jej nisko, a 
do stp, tak e prawie ziemi czoami dotknli. 
 Take pokony!  zawoaa.  Wiele ju razy Teleukowi mwiam, aby nigdy... 
Ale on, jakby sw jej nie syszc, powoli, zgniecionym gosem mwi zacz: 
 My przyszli podzikowa wam, pani, e nasze dzieci nie bez ratunku poumierali i e 
Nastka przy yciu zostaa... 
 Co tam! co tam!...  z oczyma, ktre zami nabiegy, przerwa chciaa, ale on jakby 
znowu jej nie sysza. 
 My przyszli powiedzie, e my przy was do mierci... jak psy ostaniem i dobra waszego, 
dzieci waszych... pani... 
Nie dokoczy, bo w piersi jko mu co straszliwie i gos w szlochu si zaama, a Nastka 
to ju paczem a rykna i chciaa znowu do stp pani Teresy czoem przypa, ale ona wp 
j schwycia i w policzki wycaowaa, a potem jego gow obu rkami do siebie przycigna 
i  take wycaowaa. 
 Biedniekie wy moje! kochaniekie! nieszczliwe! Dzieci tak potraci! Czy ja nie rozumiem... 
O! jak rozumiaa! zy jej zmieszay si ze zami Nastki, bo on, Teleuk, nie paka, tylko 
na twarzy postarzaej mia ju t mask z zastygego jakby przeraenia cierpienia sklejon, 
ktra pozosta miaa ju na niej na zawsze. 
Przed odejciem rzek jeszcze: 
 My z wami, pani, do mierci... i co tylko bdzie trzeba... co tylko skaete, zrobim... Dotrzymali 
obietnicy. Zostali, wszystko, co trzeba byo, robili, pomocnikami jej, wyrczycielami, 
doradcami stali si, razem z ni dzieci jej hodowali. Byli ca jej sub, innej nie miaa ! 
nie potrzebowaa, a kto wie, czy pod ciarem trosk swoich i twardej swej pracy nie ugiaby 
si nieraz, gdyby nie oni... Dusza chopska, tak samo jak ze strony mioci rodzicielskiej, 
ukazaa si bya w tym wypadku bujnie i piknie wyros ze strony wdzicznoci... C 
dziwnego, e pani Teresa w kilka dni po odjedzie Julka przysza wieczorem do kuchni i naprzeciw 
Teleukw za stoem siedzcych na awie usiada. Nastka, jak zwykle o tej porze 
bywao, szya, a on co z drewna pik i motkiem majstrowa. 
 A szczo pani? Moe potrzeba czego... 
 Niczego mi nie potrzeba niczego ja od was nie chc  cicho jako odrzeka pani Teresa i 
dodaa: 
 Przyszam pogada z wami... 
Zmienia si nieco przez te dni par, przymizerniaa na twarzy i spowolniaa w ruchach. 
 Mka taka  zacza  niepokj taki, miejsca sobie w domu dobra nie mog, roboty 
adnej do koca zrobi nie mog... Nic nie wiem, co si tam dzieje... musz jutro do pana Orszaka 
pojecha, on pewno wie, moe ju bitwa jaka bya... pojedziemy jutro, Teleuk, do pana 
Orszaka... 
 Dobre, pani, pojedziem  odpowiedzia chop i gow znad roboty podnisszy po raz 
pierwszy, odkd przysza, na ni popatrzy, a popatrzywszy zacz: 
 Oj, biedy wy sobie narobilicie, pani, biedy! i na szczo heto? Wyrs wam synek jak ten 
dbek gadziusieki, jak ten modzieczyk na obrazie w cerkwi malowany, a wy jego posali 
tam, gdzie mier i zgubienie:. Nie przeszkodzili, nie zabronili... 
31 
Dziw to by, e Teleuk mwi tak wiele, i snad przedmiot rozmowy bardzo ju dopieka, 
skoro do takiego rozgadania si go skoni. I mwiby duej jeszcze, gdyby mu Nastka nagle 
bardzo i z ferworem w mow nie wpada: 
 A to!  rk z ig i nici wysoko podnoszc zawoaa.  Ju my z Panasem cigle o 
tym gadamy i gadamy... Co wam, pani, stao si? To wy dzieci swoje zawsze lubili, to wy 
za nimi przepadali i wiata nie widzieli, a teraz pozwolili, nie przeszkodzili synowi na zgub 
i! Takiego gobka miego, takiego moojczyka krasnego wy z chaty swojej tam, gdzie 
strzelaj i rbi, wygnali... 
I gadaa, gadaa w ferwor coraz wikszy wpadajc, a robot z kolan na ziemi zrzucia, 
a porwaa si z awy, czego do pieca poleciaa i znowu na aw wrcia, ramionami rozmachujc, 
lamentujc, pani Teresie za zgubienie syna wyrzuty czynic. Zna byo, e ona tego 
goubczyka miego, tego moojczyka krasnego nie na arty lubia. I nie dziw! Wesp z matk 
hodowaa go, strzega, gdy by may, a gdy dors, przyjazdami jego ze szk do domu cieszya 
si, nigdy inaczej jak zdrobniaym imieniem go nie nazywajc i z przekomarzania si z 
ni wesoego chopca, z figlw, ktre jej pata, do rozpuku si miejc. Teraz za to pakaa... 
zy jak groch sypay si na twarz jej okrg, rumian, na osaniajc pier szar koszul. 
Pani Teresa wyrzutw czynionych jej przez czas jaki w cierpliwym milczeniu suchaa, 
ale wida byo, e silia si na t cierpliwo. I dugo wytrzyma nie moga. Musiaa przecie 
tym ludziom dobrym, ale ciemnym, tym pomocnikom przyjacioom swoim kochanym, ale 
nic nie rozumiejcym, wytumaczy, wyjani. O zgub syna, o zgub Julka j obwiniali! 
Moga pod ciarem tego obwinienia miao w oczy im patrze? A w stopy i w gardo piec 
j zaczo. Zerwaa si z awy, krzykna: 
 Suchaje, Nastka! Umilknije! Take rozgadaa si! Wy tego nie rozumiecie! Wy o tym 
nic nie wiecie! Posuchajcie! Wytumacz, opowiem! 
Nastka umilka i uszy nadstawia. Nie dlatego umilka, aby krzyku pani Teresy zlka si, 
ale dlatego, e ciekawo j zdja. Z natury bya wszelkich opowiada i nowin, wszystkiego, 
co tylko mwionym by mogo, ciekaw bardzo. Ale i Teleuk, cho z pozoru niczego nieciekawy, 
wzrok w twarzy pani Teresy utkwi, a ona, widzc ich uspokojonych i suchajcych, 
mwi zacza o pocztkach, przyczynach i celach wszystkiego, co si w tej chwili tu i na 
przestrzeni caego kraju stawao i dziao. Z pocztku nieatwo to jej szo. Od umiejtnoci 
jakiegokolwiek nauczania ludzi i wykadania im przedmiotw abstrakcyjnych o sto mil bya 
odlega, a do dugich zastanawia si nad przedmiotami tymi i dobierania dla nich odpowiednich 
sw i wierze ogromnie nie nawyka. 
Jednak z zasobu nauk dziecinnych, z licznych zasysze, z czyta czstych niegdy, a potem 
cho rzadkich, lecz zdarzajcych si kiedy niekiedy, wydoby moga wiadomoci ilo 
znaczn, a z serca, przez ktre razem ze krwi przepyway uczucia pewnego rzdu, polay 
si jej i na usta wybiega zaczy coraz obfitsze, czsto dla niej samej niespodziewane sowa. 
Gdy tylko zacza mwi, od mowy wasnej zacza pon. Krlowie, rycerze, bohaterzy, 
poeci, potga, wietno, sawa; a potem klski, upadki, niedole, krzywdy srogie, deptanie 
ludzi, gwacenie praw boskich i ludzkich  wszystko, co niosa z sob niewola, wszystko, 
czym nci, zachwyca, janieje wolno.... I mge tu by wybr? I mogo by wahanie? I 
moga syna odwraca od swoich wasnych witoci? I moga doradza mu podo, sobkostwo, 
tchrzostwo? Nie! tak jak si stao, sta si musiao  i basta! Nie jest wyrodn matk, 
nikt od Teleukowej lepiej o tym nie wie, ale nie moe te by wyrodn crk, a jest 
przecie crk ojczyzny tak jak wszyscy, ktrzy z ona jej powstali i na nim yj, s jej 
dziemi... I tak dalej, i tak dalej mwia, opowiadaa, przekonywaa, w zapale czasem zrywaa 
si z awki i w postaci stojcej ramiona rozkadaa szeroko albo w gr je podnosia, 
albo ze splecionymi rkoma przed siebie wycigaa. Wtedy na cianie kuchenki ma lamp 
sabo owietlonej powstawa za ni cie jej chwiejcy si, czarny i patetycznie gest jej powtarza. 
32 
A z twarz w ogniu od mwienia i zapau zadyszana, umilka. Ze wzrokiem znieruchomiaym 
i rozwartymi usty nagle jako umilka. Rozpomienione jej oczy dugo nie widziay 
dokoa nic, nic, w wewntrzne wizje swoje zapatrzone, a nagle zobaczyy, e Nastka spaa. 
Na przedramiona skrzyowane na stole gow spucia i usna. Od jak dawna spaa, nie wiadomo, 
lecz nie od paru minut zapewne, bo sen jej wydawa si gboki... 
Teleuk nie spa, ale czy dugiej mowy pani Teresy sucha, czy nie sucha, odgadn 
byoby niepodobna, tak nie zmienione w swej zwykej nieruchomoci, tak adnym byskiem 
w pospnoci swej nie rozjanione byy rysy jego twarzy. Zmczonym tylko wydawa si, bo 
przepracowa dzie cay i pora bya pna. Cikim te ruchem powsta z awy i ociale rk 
ku wosom niosc rzek: 
 Spa pora, pni! A to i wita niezadugo zacznie! 
on za rami potrzs. 
 Nastka! Spa si kadnij! 
I tylko gdy ku drzwiom izby swojej z pochylon twarz zwrci si, na krciutk jak sekunda 
chwil w sennym oku jego bysna ironia. 
Z tej strony, ze strony, o ktrej pani Teresa tak dugo dzi prawia, dusza chopska posiadaa 
wzrost stumiony, bya lep, guch, niem... 
Pani Teresa staa chwil jeszcze porodku kuchni, z czoem nagle w kilka fad zmarszczonym 
i wzrokiem wbitym w ziemi, a za ni sta na cianie czarny cie jej i z pochylon take 
gow w ziemi patrza. 
Wzia potem lampk ze stou i przywiecajc ni sobie do sypialni crek posza. Malekie 
spay gboko w biaych pocikach swych, rowe i spokojne, Inka na wp rozebrana, 
w gbi izdebki wskiej i dugiej przed lusterkiem wosy sobie na loki zawijaa, pasemka ich 
dokoa szmatkw papieru okrcajc. 
Mnstwo ju biaych papierowych strkw sterczao nad poow jej gowy, gdy z drugiej 
poowy na obnaone, alabastrowobiae rami zota fala spywaa swobodnie i obficie. Bya 
tak w zajciu swym pogrona, e wejcia matki nie spostrzega, za pani Teresa w progu ze 
swoj lampk stojc i na ni patrzc z politowaniem, drwicym troch, a troch aosnym 
ruchem gow wstrzsna. 
 Take robota!  gono burkna i cofna si z progu ze stukiem drzwi za sob zamykajc. 
Nazajutrz. do Wadysawa Orszaka o dwie mile od Leszczynki mieszkajcego pojechaa. 
Przed wyjazdem do crki rzeka: 
 Musz po wiadomo pojecha... Rady sobie inaczej nie dam... Julek mwi, abym si w 
kadej potrzebie do pana Orszaka udawaa i e on zawsze najwicej o wszystkim wiedzie 
bdzie. A ty; Inka, nie sied z zaoonymi rczkami; wyrcz mi, malekich popilnuj, sukienk 
Ludwinki napraw... wczoraj j porozdzieraa. 
Na bryczk par koni zaprzon i przez Teleuka powoon siada i pojechaa, a niewiele 
przed wieczorem wrcia z twarz w ogniu i rkoma, ktre gdy mulinow chust sw z gowy 
zdejmowaa, widocznie dray. Do spotykajcej j na ganku Inki rzucia si z gonym 
szeptem: 
 Lada dzie... ju lada dzie... jutro, pojutrze... moe jutro... 
 Co, mamo? co? 
Inka take wiadomoci nie tylko ciekaw bya, ale namitnie oczekiwaa, podaa! Jake! 
W tej guszy, w tej monotonii, w tej nudzie eby cho jakiekolwiek urozmaicenie, wraenie. 
 C, mamciu? Co? co bdzie lada dzie; moe jutro? 
Pani Teresa wybuchna: 
 Bitwa!:.. ju ku lasom horeckim wojsko idzie... 
I dziwnie jako na miejscu si zakrciwszy jak wicher wleciaa do domu, gdzie biegy na 
jej spotkanie dwa cienkie radosne gosiki. 
33 
 Mama powrcia! Mamo! Mameczko! Mamciu!  a tej samej chwili, na ganku, z ktrego 
Inka zesza, aby powolnym, zniechconym krokiem po ogrodzie bdzi, Janek i Olek 
przysunli si ku sobie, cali drcy i tak na twarzach pobledli, e rumianego Olka zaledwie 
by w tej chwili pozna byo mona. Stali za Ink, gdy matka z bryczki wysiada, syszeli, co 
mwia. 
 Wo... wojsko ju idzie!  trzsc si jak w febrze szepta Olek. 
A Janek ze spuszczon twarz milcza i tylko szczupymi palcami mi karty trzymanej w 
rku ksiki. Gdy twarz podnis, oczy mu tak byszczay, jak nieraz u pani Teresy w chwilach 
zapau bywao. Julek i on odziedziczyli po matce te piwne oczy, ktre wrd pewnych 
stanw psychicznych przemieniay si w zarzewia gorejce. Chopic, smuk, spryst 
posta sw wyprostowa i z powag tak wielk, e niemal uroczycie, rzek: 
 Teraz, Olku, albo nigdy. Pjd! Pogadamy! Tej nocy nikt w Leszczynce dobrego snu nie 
mia. Pani Teresa wprawdzie z przyzwyczajenia i zmczenia usna okoo pnocy, lecz 
wkrtce potem z pokoiku jej wychodzi poczy i po caym domu si rozchodzi jakie 
dziwne, senne, przecige nawoywania czy przyzywania. adnego imienia, adnego wyranego 
sowa w dwikach tych z upionej piersi wychodzcych rozrni nie byo podobna, 
ale nabrzmiaymi one byy tak aoci i tsknot, tak tsknie, pospnie, przewlekle rozchodziy 
si po ciemnych izbach, e Inka, jak codziennie bywao, do pna zawijaniem lokw 
zatrudniona, zerwaa si sprzed lusterka i z lampk w rku do izdebki matki pobiega. Pani 
Teresa miaa zwykle sen twardy i nie przebudzio jej wejcie crki, ktra zobaczywszy j 
upion i po izdebce obejrzawszy si, znowu przed lusterko swe wrcia, ale ju do zawijania 
lokw nawet ochoty pozbawiona. Ze stukiem lampk na stole postawiwszy, gniewnym ruchem 
wzity do rki grzebie odrzucajc zaszeptaa: 
 Boe mj! ja nie wytrzymam! eby to od tych wszystkich smutkw gdziekolwiek uciec 
mona byo! Boe mj! Jaka ja nieszczliwa... nieszczliwa! 
Oczy miaa pene ez, ktre te dwoma sznurkami po piknej twarzy popyny, pikniejsz 
jeszcze j czynic. Patrzaa te na odbite w lusterku swoj pikno i swe zy. 
 I po co mi ta pikno? Co mi z niej? Po co mi ona... w tej dziurze... wrd tych smutkw?... 
Gdy tak z zaamanymi rkoma i dwoma sznurkami ez na policzkach szeptaa, w tej samej 
chwili z izdebki pani Teresy znowu wypyno i po ciemnym domu rozpyno si senne, 
przecige, tskne bezbrzenie, aosne woanie czy baganie. 
Kogo tak przez sen przyzywaa, czy bagaa syna, ktry lada dzie w ogniu bitwy znale 
si mia, czy Boga, ktrego ukrzyowany obraz w gbokim zmroku mtnie biela? 
Teleuk take wczeniej ni zwykle, bo u samego pocztku witania z pocieli wsta i 
Nastki nie budzc drzwiami do ogrodu prowadzcymi z domu wyszed. Czego niespokojnym 
by musia, bo niezwykle szerokim krokiem poszed ku lipie, pod ktr chopcy od niedawna 
nocleg sobie zaoyli, a na rozpostartych u stp drzewa pocikach nikogo nie ujrzawszy 
stan jak wryty, jeden , tylko przecigy dwik z ust wydajc: 
 Aaaa! 
Przed noc widzia, na wasne oczy widzia, jak pokadli si tam do snu i bliskimi unicia 
si zdawali, a teraz... Wstali, zna wrd nocy dokdci poszli. Dokd? Nie zastanawiaby 
si nad tym Teleuk w innym czasie, bo mao to dokd niedorose chopcy takie lata mog! 
Ale teraz mia podejrzenie pewne i obawy... niedobrze okrelone... niejasne, ale mia. Powstay 
w nim one ju wtedy, gdy z Julkiem i dziatkowickim panem bro w Dbowym Rogu 
zakopan odkopujc spostrzeg, e ziemia poruszona bya, e kto tu po nich z rydlem okoo 
niej chodzi... A potem Julek i dziatkowicki pan z wielkim zdziwieniem spostrzegli, e pudo 
z pistoletami odbite i e w nich dwch pistoletw brakuje.. A potem jeszcze i dwch noy 
jakich, co to ich , panowie sztyletami czy kindaami nazywali, zabrako... Ale dugo o tym 
nikt nie mwi; czasu nie byo... Tylko znowu kiedy Julka do Dziatkowicz wiz, prosi on 
34 
jego zacz, aby chopcw na oku mia, aby przed wasnym dziecistwem strzeg ich, bo kto 
wie, jakie gupstwa do gowy przychodzi im mog... Wszystko to Teleuk miarkowa sobie 
w gowie, jedno do drugiego przykadajc, a teraz zaniepokoi si i wszystkie kty ogrodu 
obszedszy, szerokimi krokami ku wsi chopskiej poszed. Bawi do dugo, a powrci zna 
z powzit wiadomoci jak, bo z wielkim popiechem konia do wozu zaoywszy, nikogo 
w domu ze snu nie budzc za bram dworku wyjecha i skierowa si w stron lasw horeckich. 
O tym, co teraz dziao si i dzia si miao w tych lasach, od pani Teresy wiedzia. Konia 
zaprzgajc i potem na wozie siedzc czsto z ust wydawa dwik przecigy: 
 Aaaaa! Aaaaa! 
Dziwienie si wielkie i zgryzota w tym dwiku brzmiay. I wyglda Teleuk na wozie 
swym ponuro, Czasem tylko gniewnie. 
 Oj, daby ja im za to, daby! 
Biczem w powietrzu szeroko zamachn, znowu gow na pier opuci i w pospny kamie 
ksztat czowieka na wozie majcy, zastyg. 
A oni, gdy Teleuk w pogo za nimi z Leszczynki wyjeda, ju Kana Krlewski wpaw 
przepynwszy ku horeckiemu dworowi zmierzali. 
Nie wytrzymali tedy, poszli. Na wie o bliskiej bitwie, o wojsku ju nadchodzcym rozbujaa 
si ich wyobrania tak szeroko i mocno, krew w yach chopicych zawrzaa tak gorco, 
e wszystkie inne uczucia umilky, wahania ustay. rd nocy, pod lip, w wietle pobyskujcych 
zza jej gazi gwiazd najnowsz odzie skrzanymi paskami przywizan i niekoniecznie 
cae obuwie przywdzieli, pistolety i kinday za odzie schowali i wszystko to 
rkoma z niecierpliwoci drcymi uczyniwszy, cichutko odeszli. 
Do partii poszli. 
A jeeli naczelnik nie zechce ich tam przyj? 
Moe i on tak jak inni bbnami ich nazwie, do domu wraca kae? 
Myl to bya piorunujca, ale otrzsnli si z niej prdko. 
Nie, tak by nie moe! Naczelnik wielkim czowiekiem jest, a ludzie wielcy wszystko 
wiedz i rozumiej. On ich zrozumie; on im powie: Zostacie, rycerze modzi! Walczcie z 
nami i z nami zwycicie lub zgicie! 
Zwyciy albo zgin! Co za czar w trzech tych wyrazach! I naczelnik wypowie je do 
nich niezawodnie, a Julek zawstydzi si, e cho brat i  bohater, tak, bo pomimo wszystko 
bohaterem jest jednak, ich zrozumie nie potrafi i  oceni! Tak; nie potrafi on oceni w 
nich takiej samej odwagi i takiego samego rzutu do bohaterstwa, jakie w nim byy, Teraz 
przekona si. 
Drog do dworu horeckiego dobrze znali. Gdy Inka cztery lata z pann Awiczwn si 
uczya, matka jedzia tam czsto i ich z sob czasem zabieraa. Niezbyt daleka zreszt bya 
droga. Trzy mile niespena. Rozkosznie j w kilka godzin przebyli, bo cudne byy wieo i 
jasno poranku i cudniejszymi jeszcze napeniajce je uczucia. Czuli si krzepcy, silni, letcy, 
nade wszystko wolni. 
Zdawao si im, e okowy jakie z nich opady i e lec, nie id, ale wprost na niewidzialnych 
skrzydach lec ku przygodom nadzwyczajnym i zadziwiajcym, ku czynom potnym, 
do ktrych pryy si ich ramiona i zaciskay drobne pici, ku socu jakiemu wirujcemu 
w oddaleniu ogromnym i rozrzucajcemu na wiat cay olniewajce, czarujce kolory i blaski. 
Mieli zamiar przej koo dworu horeckiego w sposb taki, aby przez nikogo tam spostrzeonymi 
nie zosta i w pobliu dworu tego, w miejscu dobrze im znanym do lasu wej. 
Lecz z pewnej ju odlegoci spostrzegli, e we dworze dzieje si co niezwykego... Jaki 
tum ludzi na dziedzicu rozlegym, jakie byski metalowe w powietrzu, jaka wrzawa grubych 
gosw za zason krzaczastych wierzb, ktre ciek poln obrzeay... Zbliyli si 
jeszcze nieco, wzrok wytajc, i jednoczenie zaszeptali: 
35 
 onierze! Wojsko! 
Z atwoci domyle si mogli, e wojsko to wkrtce pj miao tam, dokd i oni dyli. 
Jednoczenie z tym domysem uczuli oblewajce ich od stp do gowy gorco. Gorco zapau 
i niecierpliwoci. Ach! znale si ju tam  znale si co prdzej tam, gdzie bdzie walka, 
niebezpieczestwo, pole do urzeczywistnienia marze tak dugo snutych, ambicyj tak dugo 
skrywanych, bo przez ludzi niezrozumianych i poniewieranych. Tyle jednak rozwagi im zostao, 
e zrozumieli potrzeb odejcia std jak najszybszego i przedostania si do lasu w 
miejscu od tego odlegym. Tak uczynili. Jak myszy polne po zagonach i miedzach, pod krzakami 
i drzewami, gbi roww u brzegw pl przeliznli si, przesmyknli i daleko, tam, 
dokd ju z horeckiego dworu aden bysk ani odgos nie dochodzi, do lasu wbiegli. Tu 
zziajani, bez tchu prawie, cali jeszcze od przeprawy przez wod mokrzy, na mchy lene pod 
sosnami upadli. 
 Ot, szczcie!  szybko i gono oddychajc zawoa Olek. 
Janek nic nie odpowiedzia, ale na bladawej twarzy, ku przezierajcym przez sosny bkitom 
niebieskim zwrconej, mia wyraz ekstazy. Porwa si te wkrtce z ziemi. 
 Chodmy! 
Olek, cho nieco ciszym ruchem, na nogach stan. 
 Chodmy! 
Dobrze! lecz w ktr stron lasu skierowa si im wypada? Wiedzieli, e by ogromny i 
czy si z lasami innymi, a w jakim punkcie jego znajduje. si to, ku czemu d, skde im 
wiedzie? Pierwsza to bya troska, ktra po opuszczeniu Leszczynki na nich spada, lecz nie 
przywizywali do niej wagi wielkiej. Olek zawoa: 
 Ot, wielkie rzeczy! Bdziemy lasem i, i, i, a znajdziemy... 
 Zapewne! nie poowa kuli ziemskiej przecie jest ten las! Co przecie dojrzymy czy 
usyszymy, co nam wskazwki jakiej udzieli. 
Poszli i  szli, szli, szli... po ciekach przez trzody wydeptanych i po mchach sprystych, 
trawach wysokich, wrzosowiskach suchych, po drogach nieszerokich, w mnstwo kolein 
wyrzebionych, pomidzy kolumnadami wyniosych sosen i wierkw, przez gstwiny 
zaroli i wiklin, nad ktrymi konary odwieczne rozpocieray stare jak sam ten las drzewa 
liciaste, gaziste, jak czary, winem musujcym ptactwem wiergoccym napenione... przez 
te wiergoty ptactwa i metaliczne, chralne brzczenie owadw, przez rozcignite od krzaku 
do krzaku zote smugi soneczne, przez spadajce od spltanych konarw pachty czarnych 
cieniw  szli, szli, szli. 
Mali, wielkoci otoczenia pomniejszeni, jak u zmczonych i zarazem pieszcych si 
bywa, szczupe ciaa naprzd pochylajc, z daszkami czapek gboko na oczy osunitymi 
wynurzali si z cieniw gbokich, przebywali osonecznione polany, zatapiali si w gszczach 
zaroli, wynurzali si z nich na cieki lub drogi, po ktrych przemykali si na ksztat 
zajcy, ktre na widnych przestrzeniach zdwajaj szybko biegu, instynktem gnane ku cieniom, 
schronieniom, zasonom. 
Nie syszeli szczebiotu ptactwa ani brzczenia owadw, nie spostrzegali wychylajcych 
si zewszd kwiatw ani zrywajcych si spod stp ich motyli, nie uczuwali grznicia stp 
w pagrkach mrwczych ani czerwonych szram, ktrymi im jaowce i wierki znaczyy twarze 
i rce. 
Szli, szli, szli, gusi i lepi, a jednak ze wszystkimi siami istot swych skupionymi we 
wzroku i suchu. Skupionymi i wytonymi a do blu, a do zapierania oddechu w piersi, a 
do obezmylenia wytonymi, w oczekiwaniu, w poszukiwaniu namitnym prawie do szau, 
upragnieniu jakiego odgosu, przebysku, czego, czegokolwiek, co powiedziaoby im, 
oznajmio, wskazao: tam! tam! tam! idcie, zlecie pomidzy zbrojnych, odwanych, bohaterskich 
z okrzykiem: I my, i my! 
36 
Okrzykiem tym, w miar jak czas upywa, piersi ich coraz wicej nabrzmieway. Pot perlisty 
wystpowa na czoa, oblewa policzki, u Janka coraz bledsze, u Olka coraz czerwiesze 
i czsto tak wydte, jak bywao, gdy na rozkaz matki ogie w samowarze rozdmuchiwa. 
I nic, nic, nic. adnego odgosu ani bysku, ani koloru, ktry by oznajmia, ukazywa. 
O poudniu Olek zajcza: 
 Sidmy troch... 
I upad na ziemi pod rozoystym drzewem. Janek niechtnie stan przy nim. Starszy i 
sprysty, mniej czu zmczenie. Ale w zamian uczu, e jest godnym. 
 Olek, daj chleba! 
Chopak nagym ruchem postaw lec na siedzc zmieni i obu domi po bokach si 
uderzy. Zmiszaniem zamigotay mu bkitne oczy. 
 Zapomniaem wzi!...  zajcza. 
Ale Janek ze spokojem przyj smutn t jednak wiadomo. 
 No, c robi? Nic dziwnego, e zapomnia... Takemy si pieszyli. 
Obok brata na trawie usiad. 
 Troch godu co to znaczy? Czy tak jeszcze na wojnach bywa? 
A Olek doda: 
 Spartanie to nieraz i bez wojny po trzy dni nic nie jadali, aby tylko hartu... 
Wyprostowa si nagle. 
 Syszysz, Janek? 
 Sysz... sysz... suchajmy! 
C usyszeli? Jakie w oddaleniu pewnym szemranie i niewyrany, przez oddalenie tumiony 
pogwizd... Odezwao si to i milko, ale od ta innych poszumw i pobrzmiewa lasu 
odskakiwao. 
 Moe, to... 
 Moe tam... 
I zerwali si na rwne nogi. W kierunku niewyranego szemrania i pogwizdywania poszli 
i szli, szli, szli, a przyszli na dolink ma, u brzegu ktrej wytryskiwa nie wiedzie skd 
strumyk wody srebrzystej, perlistej, przez dolink pyn i szemra, brzcza, jakby mow 
ludzk, pieszn, tajemnicz naladowa. Nad strumykiem za rosy w miejscu pewnym do 
gromady zbiegnite brzozy biaokore, a w listowiu ich wilgi te skakay i gwizday. 
Uklkli nad strumieniem, pili wod srebrzyst, perlist, potem ni twarze i rce omyli i 
dalej poszli. 
Do pna popoudniowa godzina znalaza ich siedzcych na dywanie z traw, jak patami 
niegu usypanych kpkami kwiecia poziomkowego. Gdyby to byy jagody! Ogromnie 
przedwczesnym tej wiosny wszystko byo w naturze i kwiat ten by przedwczesnym, jagody 
te zdarzay si ju tu wdzie, ale w tym miejscu ich nie byo, a im gd doskwiera. Wczoraj 
we wzruszeniu niezmiernym wieczerzy do ust wzi nie mogli. Ju przeszo dob ca nie 
jedli. Jednak niby umowie jakiej posuszni, o godzie nie mwili ani sowa. Co do zniesienia 
przyszo, odwanie musz znie i bro Boe nie jcze ani narzeka po babsku! Oprcz godu 
zmczenie we wszystkich czonkach czuj, bo od pnocy wci id i id. Przez otwory 
niezupenie caego obuwia nabrali peno cia obcych, igie sosnowych, wiru, ktre kuj i do 
krwi rani spieczone stopy. Ale to wszystko nic. Te wszystkie rzeczy cielesne mnie i w 
milczeniu znios. Zmartwienie cikie i troska gryzca ich w tej chwili to bkanie si po lesie 
ju tak dugie. Od wczesnego ranka a dotd bkaj si i  nic! Moe od celu swego oddalaj 
si coraz, zamiast do niego si przyblia? Bieda! Co tu robi? eby cho czowieka 
jakiego zobaczy, zapyta! 
 eby to, tak jak dawniej bywao, pustelnicy po lasach mieszkali!  westchn Olek i dalej 
snu marzenia. 
37 
 Taki pustelnik przyjby nas w swojej lepiance czy jaskini, nakarmiby i drog nam pokaza... 
A teraz co? Nie ma na wiecie pustelnikw. 
 Za to lenicy s, tylko e adnego spotka jako nie moemy; dlatego pewno, e prawie 
wszyscy w partii. 
 Szczliwi! 
 Aha! Im nikt nie broni. Owszem, woali ich, uatwiali. 
I znowu: co tu robi? W ktr stron i, w ktr nie i! 
Na pociech czy dla uspokojenia pistolety zza odziey powyjmowali i dugo ogldali je ze 
stron wszystkich. 
 liczne  zadecydowa Olek. 
 Co tam, e liczne! Wane to, e doskonale nios... 
 Uhu! jak to ja wtedy do tej wiewirki trafiem... 
W lesie, daleko od leszczynowego dworku po wielekro ju broni tej prbowali pukajc z 
niej i pukajc. Olek raz wiewirk zabi. Naboi te wydali na to sporo, lecz mieli przy sobie 
zapas ich jeszcze znaczny. 
 A scyzoryki? 
W dziecinnych rkach, niedawno wod srebrzyst, perlist omytych, ukazyway si z pochew 
dobyte, szerokie, w poowie zakrzywione noe. Promie soca w stalowej powierzchni 
ich zocicie zabyszcza. Bysk ten jakby podrzuci ich w gr. 
 Idmy! 
Poszli znowu, ale szli wolniej ni wprzdy. Tu i wdzie zza drzew przerzedzonych widzieli 
tarcz soneczn, ju duo ku zachodowi podsunit. Gdzie indziej krya si ona przed 
nimi za gstwinami nieprzeniknionymi, przez ktre na nich, na trawy, krzaki i w powietrze 
sypa si zoty deszczyk rozpylonych iskierek sonecznych. Wrd jednej wanie z gstwin 
takich o such ich odbijao si co nadzwyczajnego, grzmot nie grzmot, turkot nie turkot, co, 
co gucho potoczyo si lasem, w oddaleniu znacznym niewyrane, potne, toczyo si czas 
jaki  a umilko i po chwili niedugiej, po dwu minutach moe, znowu si potoczyo. 
Wrd przerastajcego ich albo do szyi im sigajcego listowia krzakw, nad ktrymi z 
kolei listowie drzew rozpocierao puap zaledwie przejrzysty, stali jak w ziemi wryci, suchali, 
a Olek krzykn: 
 Strz... strz.., strzelaj! 
 Strzelaj!  potwierdzi Janek i bez porozumienia si, bez sowa, nagle, jednomylnie, z 
jednostajn szybkoci przez gstwin; w ktrej odgos grzmotu ich znalaz, w stron odgosu 
tego biec zaczli. Ramionami, ktre nabray sprystoci i mocy, rozgarniali, rozrywali 
przed sob uploty gaziste, rozdzierali je swymi ciaami, przeskakiwali nogami, ktre zdaway 
si by w tej chwili ze stali i elastyki utworzone. 
Daszki z czapek zsuny si im prawie na oczy, policzki przez li szorstki wci chlastane 
okryy si czerwonymi plamami, szramami i spod szram, spod plam przeglday bladoci, 
wielk bladoci szalonego zapamitania w jednej myli, w jednym deniu. By to sza. 
Teraz to ju sza ich nis, podrzuca, wieci im w nieprzytomnych prawie oczach, wista i 
rzzi w oddechu tak gonym i piesznym, i zdawao si, e wnet, wnet szczupe ich piersi 
rozerwie. Wszystko, co w naturze chopicej jest porywem do przedwczesnych, lecz wabicych 
czynw, wszystko, co jest w niej uporem, ambicj, i wszystko, co we krwi i duszach 
chopcw tych byo grnym miowaniem i marzeniem, w tej chwili, w chwili bezprzytomnego 
biegu w stron usyszanych odgosw bitwy kipiao w nich, szalao... 
Ale pod szaem, w ciaach ich niedorosych, zgodniaych, tuaczk wielogodzinn umczonych, 
pracowao co innego jeszcze; pracowao w nich i ogarniao je stopniowo przezwycione, 
przemijajce, powracajce, a na koniec niepodobne do przezwycienia  mdlenie. 
Mdle im poczy ramiona i nogi, mdla, rwa si, dawi oddech, przed oczy nasuwaa si 
mga czerwono ctkowana. 
38 
 Nie mog!  zajcza Olek, bo kolana ugiy si pod nim i jak dugi run na ziemi, u 
stp sosny wyniosej, wyniosej. 
Janek nie rzek nic i nie upad, ale osiad obok lecego brata z oczyma zgasymi, bardzo 
blady. Teraz otaczay ich sosny wyniose, wyniose, bardzo rzadko rozstawione. Wspania 
kolumnad stay na podcielisku gadkim, tak jak najgadsza posadzka gadkim i od opadego 
igliwia powo lnicym. 
Powo lnia gadka posadzka lasu pod ukonie kadcymi si na ni smugami sonecznego 
wiata, a gowice kolumn szeroko rozpostartymi konarami gazi zdaway si wpiera w 
bkitne niebo. Cisza tu panowaa. 
Po ciszy gbokiej, czystej, wonnej, wrd rzadko rozstawionych na powo lnicej posadzce 
kolumn zotawych, taczay si niezbyt oddalone, do nawet bliskie grzmoty... 
Grzmoty strzelania zbiorowego. A pomidzy nimi, w przestankach krtkich, stuki strzaw 
pojedynczych... 
 Bitwa!  zaszepta Janek. 
 Bi... bi... bit... 
Olkowi oddech mar w piersi, nie mg wyrazu dokoczy. 
 Blisko gdzie! 
 Blisko. 
 Lemy! 
Porwali si z ziemi, znowu biec zaczli i niedu przestrze przebiegszy znowu na ziemi 
upadli. 
 Jeszcze troch  zaszepta Janek  jeszcze troch odpocz... 
Powieki opady mu na oczy, przed ktrymi bkay si szmaty mgy mtnej, w czerwone 
kropki. Ale minuta caa nie upyna jeszcze, gdy przez t mg ujrza co takiego, co mu 
czonki wyprostowao i krew ca do serca rzucio. 
 Widzisz? Widzisz, Olek, widzisz? tam! 
 Widz! widz! widz! 
I ten siedzia ju wyprostowany, a oczy pony mu jak ogniki bkitne. 
Widzieli gromadk jedcw, ktra wyonia si skdsi od strony grzmotw, spord gstwin, 
i biega kolumnad widn, na lunych przestrzeniach, po smugach sonecznych, lecych 
na posadzce powo lnicej. Gucho po mchu i igliwiu ttniay kopyta ich koni, jaskrawo 
migotay w zotej mgle sonecznej jak krew czerwone ozdoby ich ubra, wysoko byskay 
ostrza ich dugiej, nad ubranymi w czerwie gowami sterczcej broni... Niewielu ich byo; 
dziesiciu, dwunastu. Drobny oddzia wojskowy, moe z rozkazem kdy posany, moe 
stra stanowisko zmieniajca. 
Pod jedn z kolumn zaszemra szept chopicy, wezbrany, zdyszany: 
 Kozaki! 
A po sekundach kilku drugi szept bezprzytomny, gwatowny: 
 Strzelajmy! 
Na jedno kolano przyklkli obaj, czapki z gw im pospaday, wargi trzsy si, oczy pony, 
w rkach byskay pistoletowe lufy. 
 Janek! Razem!... razem... czy ju? 
Tamten tonem komendy wojskowej gono, uroczycie mwi: 
 Strzela! 
Jak dwa kamienie w przezroczyst wod i w cisz kolumnady gbok, czyst, wonn, pady 
dwa strzay. 
Konie kozackie stany zrazu jak wryte, a potem zwrciy si w stron strzaw. 
Nie wiedzieliby i nie byliby zapewne dostrzegli dwch drobnych postaci przy ziemi sza
rzejcych w oddaleniu. Teraz na koniach chyych, kolumny zotawe wymijajc, lecieli ku 
nim... 
39 
Zakotowao si, zahuczao, zastukao u stp sosny wyniosej. Kul w rami ugodzony 
Olek na iglicow pociel upad, Janek sta miertelnie blady, ale wyprostowany i tylko powieki 
mrugay mu prdko, prdko nad oczyma jakby olepionymi krwist czerwieni ubra 
tych jedcw, ktrzy z koni zeskoczywszy otoczyli go koem huczcym, ciasnym. W huczeniu 
mowy ich gniew wrza, ale take i miech pobrzmiewa... miech gruby, moe nienawistny 
i moe wzgardliwy, jednak nie dajcy w peni wezbra gniewowi. Jakiego to nieprzyjaciela 
tu napotkali? Taki to zasadzk tu na nich uczyni! Rzemienie nahajek par razy 
wisny w powietrzu i na szczupe plecy nieprzyjaciela upadszy ku ziemi zwisy, pistolety 
utkwiy za czerwonymi pasami. 
 Cha, cha, cha, cha! 
Ale nie wszyscy miali si, niektre z twarzy wsatych i ciemnych byy srogie i grone. 
Dowdca zawoa : 
 Bra ich! Na ko z nimi! Do naczalstwa! 
Lecz w teje chwili z piersi Janka wydar si krzyk radoci taki, z jakim istota ludzka na 
zgub sw oko w oko patrzc wita ratunek, zbawienie. Ujrza przeciskajc si przez mundury 
kozackie siermig chopsk i zawiecia mu wrd kozackich twarzy blada, bardzo blada, 
lecz niewstrznita, tak jak zawsze nieruchoma, niema twarz Teleuka. Wowym skrtem 
Janek wylizn si z rk, ktre ju porwa go miay, i jednym skokiem znalaz si przy chopie, 
rce na szyj mu zarzuci, do piersi jego piersi przylgn. 
A on, w siwej siermidze, zdj z siwiejcych wosw czap barani i ramieniem pachol 
ogarniajc, nisko a do samej ziemi pokoni si temu spord onierzy, w ktrym domyli 
si zwierzchnika. 
 Oddajcie mi, panie, te detyny! To mae jeszcze... gupie! . 
O! gdyby to nie by chop! Za wstawiennictwo takie daby w okup wiele. Ale z chopami 
ogldnie, niemal mionie postpowa przykazano. Od chopskich plecw nahajce kozackiej 
 wara! 
Wic tylko gos niecierpliwy zapyta: 
 Kto ty taki? 
On z pokonem znowu a do ziemi niskim: 
 Ja chop. 
A potem gosem powolnym mwi jeszcze: 
 Ja nie miatienik, ja chop. I oni nie miatieniki, oni  dzieci. 
 Twoje? 
Gow przeczco wstrzsn. 
 Nie moje... ale matk maj... 
Rk do wosw podnis; co wypowiedzie chcia, sowa wychodziy mu z trudnoci. 
Jednak zacz: 
 Ona nie pani... z bied yje, na nich pracuje, haruje. 
Dowdca cierpliwo tracc krzykn: 
No, to i j do turmy, na Sybir... czort niech j wemie. 
A do podwadnych zwrci si: 
 Bra ich! 
Sekund kilka i ju obaj znaleli si na siodach, ramionami onierzy, ktrzy na nie wskoczyli, 
ogarnici. 
Teleuk raz jeszcze u strzemienia a do ziemi si pochyli. 
 Zlitujcie si... panoczku... zacz. 
Ale nad podnoszc si znad ziemi gow jego zabrzmia okrzyk: 
 Pjd precz! Precz! 
Gdyby nie by chopem! By nim, wic nietknity pozosta i widzia jedcw odbiegajcych 
wrd sosen rzadko rozstawionych, na koniach zgrabnych i lekkich, w rowym pyle 
40 
powiaty sonecznej. Przez mgnienie oka zobaczy na rkawie odziey Olka wielk plam 
koloru krwistego, a potem twarz Janka blad jak ptno, oblan deszczem ez. Z nad ramienia 
kozackiego zwracaa si ku niemu twarz Janka woajcego: 
 Teleuk, powiedz mamie... 
Zaguszy cienki gos chopicy ttent odbiegajcych koni. Teleuk sta chwil z gow w 
namyle czy w alu koyszc si w obie strony, a ruchem niespodzianie u niego szybkim 
rzuci si ku stojcemu opodal swemu wozowi. 
Wsiad na wz, wstrzsn lejcami i penym kusem niewielkiego, lecz dobrze dogldanego 
konia puci si za gromadk jedcw. Z postawy naprzd podanej, ze wzroku przed siebie 
wytonego, ze sposobu, w jakim konia do popiechu naglc rozmachiwa biczem, odgadn 
by mona, e za znikajcymi mu z oczu jedcami lad w lad jecha, a w potrzebie 
choby ladw ich szuka, choby daleko, najdalej, dogania ich zamierza... 
Dwa, moe nawet trzy dni przemino po stoczonej w lasach horeckich bitwie. Pani Teresa 
siedziaa w kuchni na awie i suchaa opowiadania stojcego przed ni Teleuka. Tylko co 
do Leszczynki powrci. Nastka z twarz od paczu opuch ujrzaa go przez okno przed stajenk 
podjedajcego i do izb przylegych przeraliwie krzyknwszy: Pani, Panas powrci!, 
z szalonym miechem radoci na spotkanie jego z domu wypada. W domu day si 
sysze gone stuknicia drzwi, gone, popieszne kroki i do kuchni wbiega pani Teresa. 
Jednoczenie w drzwiach przeciwlegych ukaza si Teleuk kurzem dalekiej snad drogi 
okryty, na twarzy zmizerowany i wicej ni kiedy ponury; w biczem w rku sta przed siedzc 
na awie kobiet i gosem powolnym, mow jakby senn opowiada. 
Domyli si, dokd chopcy polecieli, we wsi parobek jaki widzia ich po pnocy przechodzcych, 
i w ktr stron poszli, powiedzia; pogoni za nimi, w drodze nie dogoniwszy, 
do obozu powstaczego jecha, dugo odnale go nie mg, po lesie wielkim bdzi, strzelanie 
usyszawszy, ku miejscu, z ktrego dochodzio, jecha i ot, na co trafi! Zabrali chopcw. 
Prosi: Oddajcie! To to detyny!.Nie posuchali i razem z nimi do naczalstwa polecieli. On 
za nimi gna  dogna, naczalstwa prosi: Oddajcie, to detyny jeszcze nie wyrose, gupie! 
Nie posuchali. Dalej powieli. On za nimi. Z miasteczka do miasteczka. Gdzie stawali, on 
take stawa i  prosi: Oddajcie! pucie! to to detyny! Matk maj! Tak a do powiatowego 
miasta, o dziesi mil std, zajecha, ale tu ju prosi nie mg, bo do naczalstwa go nie 
dopuszczono. Tyle tylko, e dowiedzia si:.. chopcy w turmie posadzeni... Jak rozbjniki 
czy koniokrady w turmie siedz... Szczob ich! 
Reszty rozpocztego przeklestwa gono nie dopowiedzia i nie wiadomo byo, kogo 
przeklina: detyny, ktre tyle biedy naczyniy, albo tych, ktrzy prb jego tylokrotnych nie 
posuchali, lecz gdy przestawszy mwi na okno, za ktrym w zielonoci majowej ptaki 
wierkay, nieruchomo patrze zacz, oczy mia tak samo jak po stracie wasnych dzieci niby 
u sowy we dnie krwi zasze i osupiae. 
Wszystko, co tylko wiedzia; opowiedzia, oprcz tego, e Olek, gdy go na siodo brano, 
mia na rkawie odziey wielk plam krwistego koloru, oczy zamknite i twarz tak blad, 
jak bya u jego nieboszczyka Wasylka, gdy go do sosnowej trumienki skadano. Tego jednego 
tylko nie powiedzia. Matki aowa. 
Pani Teresa wysuchaa powolnej mowy jego w nieruchomoci kamiennej, adnym sowem, 
adnym ruchem jej nie przerywajc. 
Co przez te ostatnie dni i noce przeniosa, troch opowiaday o tym policzki jej przychude 
i obwise, powieki nabrzmiae i zaczerwienione, czoo gboko zorane, ale wszystkiego opowiedzie 
nie mogy. 
Ach, te dni i te noce, kiedy Janek i Olek zniknli, i Teleuk kdy przepad, kiedy o bitwie 
i o Julku nie byo wieci adnej, kiedy godzinami caymi biegaa, dokd tylko moga, w poszukiwaniu 
synw zaginionych, kiedy po wiadomoci o synu zagroonym, sama sobie powoc, 
jedzia do Orszaka i w domu go nie znalazszy bez wiadomoci powrcia. 
41 
Teraz suchajc opowiadania Teleuka, kocami palcw ruchem prdkim, cigym skubaa, 
poszarpywaa fad swojej szorstkiej spdnicy. Wzrok miaa na opowiadajcego podniesiony 
i usta nieco rozwarte. 
Teleuk po chwilowym milczeniu rzek jeszcze: 
 Jedcie, pani, do miasta. Was moe do naczalstwa 
dopuszcz... Was moe posuchaj... 
wam moe oddadz... 
Trzscymi si wargami wyszeptaa: 
 Take historia! 
I nagle ruchem ywym podniosa si z awy. 
 Tak! tak! Jecha trzeba. Robaki moje ratowa... Zaraz, zaraz... eby tylko czegokolwiek 
o Julku si dowiedzie!... Ale to nic! Tam dowiem si pewnie. Mj Teleuku! par koni do 
bryczki... Zaraz... Tylko rzeczy troch upakuj... ich i swoje... w jednych koszulach tam... 
Spiesznym krokiem sza przez kuchni i nagle uczua, e znowu tak jak po odjedzie Julka 
co j chce o ziemi cisn... Ta sama moc wewntrzna, ktra z przeszytych blem piersi 
ludzkich wywouje krzyki, jki, wyrzekania gone, ni dziwnie jako zakrcaa na nogach i 
na ziemi usiowaa cisn. Nie krzyczaa, nie kaa, nie wyrzekaa, ale ach! ramionami rozkrzyowanymi 
na ziemi pa i czoem o ni bi! Lecz nie uczyni tego, nie. Take gupstwo! 
Jeszcze przecie nic takiego... 
Do izdebki swojej wbiega z gow pen myli, skd pienidzy na drog wzi, gdy 
wzrok jej spotka si ze stojc u okna postaci Inki. Jak posg boleci peen wdziku staa u 
okna z zaamanymi na sukni rkoma, ale z rowymi usty, wydtymi gniewnie, i szafirowymi 
oczyma poyskujcymi ostro... ostro. Gniew j na modszych braci porywa. Jeszcze i 
oni. Jeszcze i tego trzeba byo, aby do reszty pieko z ycia uczyni! Wzdrygna si caa, 
podniesiony gos matki usyszawszy. 
 Inka! co tak stoisz jak malowana! Syszaa przecie, co si stao. Jecha musz. Zaraz... 
Do wsi pobiegn, do arendarza, pienidzy na drog dosta... a ty rzeczy moje i chopcw 
z! 
Dziewczynie twarz rozbysa jak nadziej czy radoci. 
 Mamy i chopcw rzeczy? Przecie moje take! Przecie i ja z mam pojad... 
 Ty? A po co? eby koszt utrzymania si w miecie powikszy? Przy kim, pod czyj 
opiek malekie zostan? 
 Teleukowa opiekowa si nimi bdzie. 
Twarz pani Teresy, przedtem nieco przyblada, ognicie si zaczerwienia. Ju i w tych paru 
dniach miertelnej dla niej mki wszystkie zoci j chwilami bray na t krlewn w 
wiecznych lokach na gowie, z wiecznie opuszczonymi na sukni rkoma, tak obojtn na 
wszystko, co si dziao, tak bezczynn, tak w samym nawet sposobie pocieszenia czy 
uspokajania jej niezrczn i nienaturaln. 
Przysza bya na przykad raz do izdebki matki i jak duga przed ni na ziemi upada. Pani 
Teresa zlka si. 
 Co ty robisz? Inka! Co tobie?... 
A ona twarzyczk liczn znad ziemi podnoszc szepta pocza: 
Ja u ng mamy lee bd... Dopki Janek i Olek do domu nie wrc... Czy ja mamie 
zastpi ich nie mog? Czy ja nie mog by dla mamy wszystkim... wszystkim... Gow na 
kolanach mamy poo... 
 Take romanse!  zawoaa pani Teresa.  Potrzebne mi twoje leenie u ng i mam ja teraz 
czas gow twoj na kolanach trzyma. Wsta i pu mi, bo do pana Orszaka zaraz jad, 
o Julku czegokolwiek ,dowiedzie si... A ty ot lepiej zamiast na ziemi lee i bzdurstwa 
ple, id malekich w ogrodzie poszukaj i nagldnij, aby sobie czego nie zrobiy... 
Tak dziao si wczoraj czy przedwczoraj, a teraz pani Teresa caa w ogniu, z gestami rozgniewanymi 
do crki mwia, e w domu zosta musi, Teleukowej w gospodarstwie i do
42 
gldaniu malekich pomaga, j w wielu rzeczach, ktre inaczej zaniedbaniu ulegn, wyrcza. 
Ale niedugo mwia, bo i na alabastrow twarz Inki wybiy si rumiece gorczkowe, 
a gos ze sodkiego i przyciszonego sta si ostrym i dononym, gdy mwi, a raczej woa 
zacza, e nie zostanie tu za nic, za nic, e za bryczk matki jak pies pobiegnie, ale w tej 
dziurze sama jedna z tymi chopami nie zostanie. 
 Ja nie wiem, czego mama ode mnie chce. Ja nie wiem, za co mi mama nie lubi! Ja kuchark 
ani niak by nie mog! Ja nie do tego stworzona! Mnie i tak ycie to obrzydo! Jeeli 
mama mnie z sob nie wemie, to chyba zwariuj albo umr... 
Zaamywaa rce, z miejsca na miejsce przebiegaa, dziwne spojrzenie z roziskrzonych 
oczu na matk wyrzucajc. Mieszay si w tych spojrzeniach gniew, al i co na ksztat niechci, 
moe do stopnia nienawici czy wstrtu posunitej. Po raz pierwszy w sercu Inki uczucia 
te wzgldem matki ozway si tak wyranie. Zawsze w najtajniejszej gbi myli swoich 
uwaaa j za kobiet trywialn, grubym pospolitociom ycia oddan, wzniosym marzeniom 
niedostpn. Ale teraz, z tym swoim przywizaniem do tych bbnw, ktre tyle zego 
naczyniy, a obojtnoci dla niej, z tymi swymi rkoma grubymi, z tym swoim grubym gosem, 
z t twarz jakby w pocie cierpienia skpan budzia w niej uczucie bardzo do wstrtu, 
do fizycznego wprost wstrtu podobne. Jednak, rzecz dziwna, pomysem jakim nagle w 
gowie powstaym uderzona, opanowaa si, ama rce i gniewnie po pokoju rzuca si przestaa, 
do matki przypada i obejmujc j mikkimi, okrgymi, kocimi ruchami owija si dokoa 
niej zacza. I w oczy jej znowu sodkimi, marzcymi oczyma zagldaa i gosem znowu 
sodkim, przyciszonym prosia. 
 Take umizgi  oburkliwie zacza pani Teresa, ale zna byo, e ju mika. 
Gdy tamtych nie ma nieche ta z ni bdzie. Przy tym czasy takie niespokojne. Bg tylko 
wie, jacy ludzie wczy si po wsiach mog i modziuchne to stworzenie bez opieki tu zostawia... 
czy bezpiecznie? A gwna rzecz to, e jej samej w tym nieszczciu z chopcami 
lej bdzie cho jedno to dziecko swoje mie przy sobie... 
 No dobrze ju, dobrze! Co robi? Pewno, e malekich i gospodarstwa nikt lepiej od 
Teleukowej... No to ju jed ze mn... rzeczy skadaj! ja tymczasem do arendarza polec... 
Ale nie poleciaa, bo od strony dziedzica rozleg si turkot k i zanim Inka z bawialnej 
izby wybiec zdoaa, wszed do niej Wadysaw Orszak. 
Powany, z twarz szlachetn i zmczon; o ruchach i sowach powolnych, a duszy ognistej 
i czynnej, organizator i naczelnik poczty obywatelskiej, wszed do izby o tych, starych 
sprztach i belkowanym, niskim suficie, blady, ze wzrokiem zmconym. Zatrzyma si u 
progu, twarz pochyli, moe w ukonie powitalnym, moe w zmieszaniu. Pani Teresa rzucia 
si ku gociowi. 
 Byam wczoraj u pana... w domu nie zastaam.., ona pana... pani Karolina, nic nie wiedziaa... 
C bitwa? Julek? 
Obu rkoma rk jego trzymaa, krzyczcymi z godu oczyma w twarz mu patrzc. On 
gosem przytumionym mwi zacz: 
 Bitwa pomylna... ale Julek... 
 Co?  krzykna pani Teresa. 
 Z obowizku przyjechaem oznajmi... raniony... 
 Jezus, Maria! 
Teraz on obie rce jej w donie swe uj i mocno je ciska. 
 Raniony ciko... 
Pani Teresa szeroko otworzonymi oczyma patrzya mu w twarz, ktra pod jej wejrzeniem 
w otoczeniu ciemnego zarostu blada. I oczy mskie, znuone, powleky si szkliwem. 
Po izbie rozleg si przeraliwy kobiecy krzyk: 
 Zabity! 
Zaprzeczenia nie byo. 
43 
Wyrwaa rce z rk Orszaka i przez izb sza, nie wiedzie w jakim celu, ku drzwiom izdebki 
swojej, a oczyma suchymi, z ustami rozwartymi sza, a w pobliu drzwi tych na ziemi 
upada. Teraz to ju nie opara si mocy wewntrznej i nawet o opieraniu si jej nie pomylaa. 
Runa jak duga z ramionami rozkrzyowanymi, z palcami tak wpitymi w desk 
grubej podogi, jakby je w niej pogra, jakby j nimi rozdziera usiowaa. Gowa jej czoem 
o podog uderzya i potem nieruchom pozostaa, a tylko z piersi dobywa si pocz 
dwik bez sw, nieustanny, dziwny, do tego podobny, jaki wydaje czasem nad rozogami 
biaych niegw wyjcy wiatr zimowy... 
Orszak do Inki mwi: 
 Odjedam... musz. Za godzin najdalej przyjedzie tu ona moja, ktr matka pani powaa 
i kocha, a tdy do miasteczka przejeda bdzie, bo... brat jej uwiziony... 
Obfitymi zami oblan bya teraz twarz Inki, gdy dokoa matki na ziemi lecej biegaa, 
proszc, modlc si prawie, aby wstaa, usiada, rozpacza przestaa. Sama w tej chwili 
uczua bl i przeraenie. Serce jej uszka troch pokazao. Julek zabity! Julek nie yje! Julka 
nigdy ju nie zobaczy! Na chwil znikna sobie z oczu i serca. Deszczem ez paczc, co 
czyni nie wiedzc, biegaa wci dokoa rozcignitej na ziemi matki, schylajc si nad ni, 
dotykajc jej, proszc... 
Ale pani Teresa poruszenia najlejszego nie czynia. Jak koda citego drzewa leaa 
wci z czoem wspartym w podog, z palcami w ni wpitymi, i tylko to wycie przytumione, 
monotonne, nieustanne... 
A w drzwiach izby, on gono zawodzc na stron usuwajc, ukaza si Teleuk. Do 
ony rzek: 
 Malekie wyszukaj... przyprowad... 
Nad pani Teres stan i mow jak zwykle powoln, tylko gosem nieco podniesionym 
mwi zacz: 
 Pani! A to Janka i Olka ratowa trzeba... A to Olek to nawet i kul utrafiony... 
Nad ziemi ochrypy, zdawiony gos krzykn: 
 Jezus, Maria! 
I cikie ciao kobiece, w szarej, szorstkiej sukni, z rozplecionymi na plecach wspaniaymi 
wosy, nad ziemi dwiga si poczo. Z nieszczcia i przeraenia jednego podnosio je in-
ne nieszczcie i przeraenie. Teleuk uj je w dwie wielkie donie i stan na nogach mu 
dopomg 
 Olek raniony? 
 A to. 
 Ciko? 
 Pewne nie, bo ot tu! 
Na ramieniu swym ukaza miejsce, gdzie odzie chopca miaa czerwon plam. 
 Wyzdrowieje... Bg da... Ale to detyna... 
kiedy boli, to matki woa... i Janek bardzo paka... 
 Robaki! Skarby moje! Teleuk! konie zakadaj! Inka, skadaj rzeczy! 
Wtem dwie drobne istotki przez Teleukow do izby wepchnite, dwa cienkie, aone 
czego gosiki: 
 Mamciu! Matuchno! Mamusiu! 
Wszystkimi czterema apkami uczepiy si szyi matki i do twarzy jej drobne gowy przytulajc, 
z jednej strony ciemnymi, z drugiej jasnymi jak len wosami ocieray potoki lejcych 
si po niej ez. 
44 
V 
W miasteczku powiatowym sza do mieszkania dostojnika, przewodniczcego komisji sdowej, 
z prob o pozwolenie widywania si z synami uwizionymi i wygldaa dziwnie. Na 
tle ulicy maomiasteczkowej, ale szerokiej i ludnej, niskimi domostwami ostawionej, ale rnorodnych 
typw i strojw ludzkich penej, wygldaa dziwnie. 
Bo nigdy przedtem ulice miasteczka tego ludnoci tak rozmaitej i tak licznej jak teraz nie 
miay. Wida, sycha i czu tu byo zmieszanie plemion, stanw, jzykw, kipienie namitnoci, 
zalatujcy z przestrzeni szerokich wiew walki i grozy. 
Peno przywodzcych na pami wojskowe parady i bale ubra oficerskich: byszczce 
mundury i ore, biae rkawiczki, postawy butne, srebrem ostrg i ostrzami paaszw brzczce; 
gdzieniegdzie przewizki czarne, podtrzymujce w bitwach nadwerone ramiona lub 
osaniajce na czoach niedobrze jeszcze zgojone rany. 
Peno strojw kobiecych, z pir, kwiatw sztucznych u on, matek, przyjaciek oficerw 
i poczynajcych napywa ze stron dalekich urzdnikw. 
Liczni mieszkacy wsi o twarzach ogorzaych wosach siwiejcych, i liczniejsze nad 
mieszkacw ich mieszkanki, w sukniach o tej gorcej porze letniej biaych, zastpujcych 
surowo teraz cigan i karan czarno aoby narodowej. Ojcowie, bracia, ony, siostry 
winiw, coraz liczniej z szerokiej okolicy napywajcych. 
Wrd mundurw byszczcych, jedwabi szeleszczcych, sukien rnobarwnych i biaych 
pani Teresa sza wskim chodnikiem tak samo jak w Leszczynce chodzi bya zwyka, wic 
waciwie nie sza, ale pdzia, rkami bez rkawiczek z popiechu troch rozmachujc, w 
sukni czarnej i czarnym rwnie, odwiecznym jaki paskim, wci na ty gowy zsuwajcym 
si kapeluszu. 
Przed chwil zaledwie do miasteczka przyjechaa, Ink w najtej naprdce izdebce domu 
zajezdnego zostawia, a sama, ju rozwiedziawszy si, dokd i do kogo i jej wypada, pdzia 
rd ludzi nie widzc ich, nie syszc ani nawet spotykanych niekiedy znajomych spostrzegajc. 
Nie do ludzi, nie do przygldania si im ani do oddawania ukonw teraz jej byo! Gorza 
w niej, piek j w piersi, stopy jej znad ziemi podrywa ogie dzy i niepokoju: dzy ujrzenia 
synw, niepokoju o to, czy ujrze ich bdzie jej wolno. A spodem pyny myli drce o 
tych zagroonych i myli rozpaczne o tamtym... na wieki straconym. I dlatego tylko myli 
rozpaczne o tamtym nie ciskay, j o ziemi, e krzyoway si z nimi i upada jej nie daway 
myli drce o tych... 
Wtem mska posta drog jej zastpia i gruby gos przy samej prawie twarzy jej przemwi: 
 Pozwlcie, barynia (pani)! Wy w traurie 
(w aobie). 
Chciaa usun natrta i pdzi dalej, lecz ciemne palce policjanta przedrami jej ujy tak 
silnie, e stan musiaa. 
 A to co? Czego pan chce ode mnie? 
 Wy w czarnej sukni! W czarnych sukniach chodzi nie dozwolono. 
Ach, tak! Syszaa o tym, ale wyleciao jej to z gowy. Przypomniaa sobie teraz. 
 Take historia! A kiedy ja innej sukni nie mam! 
Jak wicher odwrcia si, zanim policjant opamita si zdoa, odbiega i do pierwszego 
lepszego sklepiku wpadajc zawoaa: 
 Wstki dajcie! Kolorowej! Najkolorowszej! prdzej! 
 Najkolorowszej? To moe czerwonej? 
 Niech bdzie czerwona! Wszystko jedno! 
45 
Kupia wstk bardzo szerok i tak czerwon, e na jej widok wszystkie byki ze wciekoci 
rogi by ku niej nastawiay, i skleciwszy z niej natychmiast kokard wielkoci olbrzymiej 
u szyi j sobie do sukni przypia. Nosia j odtd stale i na ulicach miasteczka z dala 
ju, z dala po tym punkcie jaskrawym pozna mona byo, e ona to idzie. 
Wobec czerwonoci motyla rozpinajcego u jej. szyi ogromne skrzyda znika sprzed oczu 
ludzkich nadzwyczajny ksztat jej przedwiecznego, paskiego kapelusza, znika niezwyky 
rwnie w pierwotnej prostocie swej krj jej czarnej sukni, lecz nie znikaa, owszem, widoczniejsza 
i wypuklejsza stawaa si maska tragiczna, poczynajca twarz jej obleka. Na ty 
gowy wci zsuwajcy si kapelusz odkrywa czoo, ktre bruzdy zgryzoty we wsze strony 
ry poczynay i pod ktrym wielkie, piwne oczy byway czasem a do dna zmcone, uciekajce 
jakie, strachliwe i rozmigotane, a czasem ogniem pospnym i staym gorejce, przywodziy 
na myl pochodnie pogrzebowe. 
Wiele ju dni od przybycia do miasteczka upyno. 
Na powietrze gorce, na blask soca zocisty szeroko otwarte byo okno w mieszkaniu 
przewodniczcego, a e dom by jednopitrowy, niski, przechodnie uliczni widzie mogli w 
ciemnawej gbi pokoju paajc czerwon kokard pani Teresy. Widzie te mogli, jak z 
szerokimi gestami rk ogorzaych mwia o czym do mczyzny, ktrego tylko wzrost wysoki, 
kruczy zarost u smagego profilu i byszczce ozdoby ubrania w gbszym cieniu pokoju 
widzie byo mona. 
Wysoki, w obcisym mundurze, zgrabny i wykwintny, twarz mia poudniowca, wrd 
kruczego zarostu owaln i smag, a w czarnych jak noc oczach pomienisto poudniowego 
soca. 
Synem Kaukazu, czerkieskim kniaziem by, w yach swych mia zmieszan krew dwch 
narodw, zwyciskiego i zwycionego, ale w ustach mow i w sercu uczucia zwycizcw. 
Dostojnikiem by, topr gniewu i kary trzymajcym nad du przestrzeni ziemi poarem 
objtej i przez nieszczcie oranej coraz szybciej, gbiej. Nosi tytu kniazia i ludno tej 
ziemi, nazwisko jego rzadko wymawiajc, mwia o nim wprost i tylko: knia. 
Do czsto pani Teresa do kniazia przychodzia, o pozwolenie widywania si z synami, o 
mono zaspokajania rnych ich potrzeb proszc, o bieg i moliwy koniec sprawy zapytujc. 
Nie bardzo umiaa prosi. Czasem mwia: 
 Zmiujcie si, ksi, to to dzieci... 
Lecz wnet z tonu proby wpadaa w ton wyrzutu albo przekonywa usiujcej prawdomwnoci. 
 Ja matka! Do mnie tylko dzieci, dopki nie dorosn, nalee powinny! Ja broni im nie 
dawaam i do partii i nie kazaam, bo to jest gupstwo, aby dzieci w takie rzeczy si wdaway, 
ale skoro uczyniy to gupstwo, ja jedna ukara mam prawo, mnie odda ich trzeba, bo 
mnie jednej Bg da prawo, i nie tylko Bg, ale ta praca moja, moje zgryzoty, kopoty, ktre 
ja dla nich... 
Tu spostrzega, e z wezbranego serca skarga wybucha zaczyna, wic powcigna si, 
milka, ale nie moga zatamowa drogi zom, ktre w oczach jej staway, szkliste. 
Wysoki, wytworny knia oczu z niej nie spuszczajc pswkami odpowiada. Widocznym 
byo, e zadziwiaa go i moe po trochu bawia. Ta twarz tragiczna, nad t co moment 
przekrzywiajc si kokard czerwon, ta gowa miao podniesiona, z oczyma oszklonymi 
powstrzymywan z caej siy z... Przypatrywa si jej, mwi pozwala... 
Mow jej rozumia. Dwoma rnymi jzykami rozmawiali ze sob, ale rozumieli si 
wzajemnie. Ramiona krzyujc na piersi i mruc z lekka; swe poudniowe oczy mwi: 
 Modszym synom nie dawalicie broni, sami wzili, ale starszemu dalicie j... bo dla 
starszego to nie byo gupstwo... co? cha, cha, cha! 
46 
mia si z lekka, niezbyt zoliwie, owszem, lekkomylnie raczej i lekcewaco. W jej 
oczach zy jak na zaklcie nagle osychay. Ze spuszczon twarz, ponuro i krtko rzeka: 
 Sam wzi, nie broniam. 
 I le zrobilicie!  artowa jeszcze knia.  Ot, i zgin starszy syn wasz... 
Podniosa gow i przerwaa: 
 Za dobr spraw, za wi... 
I nie moga dokoczy wyrazu, bo poknite kanie gardo jej zdawio. 
Knia odwrci si i urzdowym tonem zapyta, po co dzi przysza i czego od niego daa. 
Innym znowu razem zauway: 
 Atmosfera w domu wida taka bya, skoro malczugany, malcy tacy zrobi to mogli... nu, 
sami przyznajecie, jaka tam u was w domu atmosfera by musiaa... a? 
Wzruszya ramionami: 
 Atmosfera? A jaka w moim domu atmosfera by moga? Wiadomo, e polska. Czy 
chisk miaa by albo angielsk? Take pretensja! Polk jestem i dzieci moje w atmosferze 
polskiej hodoway si... Ale do walki wystpowa to tym robakom maym nie pora jeszcze 
bya... 
Knia znowu ku ogromnemu biurku swemu odwrci si i urzdowym tonem gosu mwi 
zacz. 
Teraz pani Teresa przed siedzcym sdzi synw swoich stojc mwia: 
 Bo niech tylko ksi zastanowi si i sam powie. Ksi jest przecie czowiekiem cywilizowanym, 
a moe i dobrym... Czy ja wiem? W kadym narodzie ludzie i li, i dobrzy bywaj. 
Prosz pomyle i powiedzie, czy to jest sprawiedliwie i czy to jest adnie dzieci w 
turmach zamyka, jakie ledztwa sdowe nad nimi zaprowadza? Przecie ani nie dla rozboju, 
ani dla hulanki, nie dla pienidzy ani dla swawoli, ale ze szlachetnego serca, na ofiar 
za sprawiedliwo... 
Brwi kniazia, jak krucze pira czarne, drgny, rozdy mu si nieco cienkie, wraliwe 
nozdrza, z ust purpurowych wyszo syknicie gniewne. Ze sprztu, na ktrym w postawie 
niedbaej siedzia, wsta i wyprostowany, ironicznie mwi zacz: 
 Za wiele mwicie i.., za miao! Patrzcie, abycie sami nie znaleli si tam gdzie s wasze 
mae gieroje (bohaterzy). 
Ruchem tak nagym, e a czerwony motyl u szyi jej podskoczy, pani Teresa gow w ty 
odrzucia i zawoaa: 
 A jeeli znajd si tam, gdzie s dzieci moje, to i c? Take groba! Drczycie innych, 
drczcie i mnie. Gotowa jestem. O dzieci swoje lkam si, nie o siebie! 
Ale w chwili gdy to mwia, spojrzenie kniazia pobiego za otwarte okno i nieprdko ju 
powrci do niej miao. Spotka si musiao z czym bardzo miym i pocigajcym, bo razem 
z uwag cakowicie si od niej odwrcio. 
Z wyrazem zachwycenia, moe rozkochania, najpewniej podania namitnego knia patrza 
na stojc pord wskiego chodnika Ink. Za otwartym oknem posta jej ukazywaa si 
jak obraz blaskiem sonecznym zamalowany, ramami otoczony. 
Na tle sonecznego blasku staa pikna dziewczyna w wionie ycia, w nienej bieli sukni, 
w jasnym zocie wosw, w zadumie marzcej, smtnej i niewymownie sodkiej. 
Wicej ni linie rysw i, ksztaty kibici uderza w niej i oczy ludzkie do niej przykuwa ten 
wyraz sodyczy niewymownej, delikatnoci niemal rozwiewnej, smtku marzycielskiego. 
Zdawa si mogo, e tu, tu skrzyda rozepnie i do nieba uleci albo piewem anielskim rozebrzmi, 
albo z tsknoty za rajem zami brylantowymi zapacze. 
Na wyjcie matki z domu tego czekaa. Nie wiedzie dlaczego napara si dzi i z matk. 
Dla pani Teresy waciwie byo to nie wiedzie dlaczego; ona wiedziaa. 
 Zaczekam na ulicy wyjcia mamy stamtd... 
47 
Czekaa. Staa na chodniku i powolnym ruchem wzniesionych ku grze renic cigaa 
biae kwiaty pywajce po bkitnym morzu, niemniej wiedziaa i czua, e przez otwarte 
okno patrz na ni, lgn do niej, ogniem j oblewaj oczy mskie, czarne i pomienne, pikne 
oczy. 
Rumieniec czerwieszy ni po delikatnoci cery i ksztatw jej spodziewa by si mona 
co chwil a po brzegi wosw twarz jej powleka i znika, aby po chwili jak zorza wypyn 
znowu  rowe usta czasem drgay. Knia rumiece i drgnienia wzrokiem chwyta, spomidzy 
warg purpurowych byskay mu w umiechu biae zby. Wiedzia, e ona wie o nim, 
cho na niego nie patrzy, tak jak ona czua nie patrzc, e on j pochania wzrokiem. Bya to 
rozmowa bez sw. Nie po raz pierwszy pomidzy Ink i kniaziem si zdarzaa. 
Wnet po przyjedzie swym do miasteczka Inka uderzona zostaa postaciami, ubraniami, 
wielu cechami ludzi, ktrym podobnych nie widywaa dotd nigdy. W mundurach obcisych, 
wyprostowani i mnstwem wieccych ozdb byszczcy, mieli w sobie ten rodzaj elegancji i 
gracji, ktry zawsze i wszdzie ludziom wojskowym towarzyszy, ale ktry dla jej oczu by 
nowym zupenie, niepodobnym zupenie do tego ich rodzaju, wrd ktrego wzrosa. 
Ruchy ich, brzmienia gosw, miechy rozlegajce si czsto na ulicy i we wntrzach domostw, 
miay w sobie t miao  i wesoo, z jakimi chodzi po wiecie i patrzy na wiat  
sia. Sia ora pobrzkujcego o kamienie bruku i rzucajcego w wietle sonecznym poyski 
jak stal ostre i jak zoto wietne. Sia ogromu, ktry zwycia nieraz i by pewnym, e zwyciy 
znowu. Sia cia zahartowanych w musztrach, nie rozsabionych w myleniu, ktre cae 
i z chciwoci podaj si ku radoci ycia i jego rozkosznym uyciom. I jeszcze: jaki rozmach 
szeroki, jaka hulaszcza swoboda i zwyciska, triumfujca duma. 
W szeroko od ciekawoci otwarte oczy dziewczyny rzucay si, wyobrani jej ku sobie 
cigny nowo, egzotyczno, byskotliwo, pewnego rodzaju malowniczo. Bi w ni 
stamtd powiew jaki niezrozumiany, nieznany; lecz upalny, woni jakich, radoci nieznanych 
i nienazwanych peen... 
Zacza roi. 
W ciasnej, brzydkiej, dusznej izdebce zajezdnego domu, w upale nocy letnich, obok matki 
po caodziennych trudach i wzruszeniach picej, zacza roi. 
 To s rycerze. Rycerskie postawy i ubiory. Przypomniaa sobie Julka do partii odjedajcego, 
prost jego odzie pasem skrzanym objt i wzek jednokonny z powocym 
Teleukiem w baraniej czapie. Takie to byo proste, pospolite, prozaiczne. 
Przypomniaa sobie rozmowy i twarze pana Gustawa, modych Konieckich, Julka i innych 
jeszcze z tej modej gromadki, ktr znaa. Tacy w czasach ostatnich zamyleni bywali, powani; 
powanymi rozmowami zajci i takie to bywao smutne... nudne! 
A ci s tak weseli, pewni siebie i na tak szczliwych wygldaj, jakby adne nieszczcia 
ani niebezpieczestwa, ani smutki, ani nudy na wiecie nie istniay. 
Dobrze te im pewnie na wiecie! 
Niektrzy wprawdzie nosz czarne opaski na czoach. Ranieni zna w bitwie... moe tej 
samej, w ktrej Julek! Ile razy przypomni sobie o nim, serce jej uszka pokazuje i oczy staj 
si wilgotne. Ale bo i po co to ludziom wojny sobie wytacza i nawzajem zabija, mczy? 
Wiedziaa wprawdzie dokadnie, wiedziaa, po co i o co ta wojna, lecz wszystkie inne myli 
tumia w niej myl: 
 A ja co temu wszystkiemu winna jestem? Za co ja mam pokutowa? 
I serce z uszkami gboko do wntrza wtulonymi milko, a gosy inne, nierozumiane, nienazywane, 
z gwatem, z gniewem, z niecierpliwoci woay: 
 Mnie wszystko jedno! Ja chc ycia, radoci, wietnoci! Ja chc szczcia! 
Tak roia rd nocy, a z rana w wieo kupionym adnym kapelusiku ulic miasteczka biega. 
Dotd udrczeniem jej byo, e takiego nie miaa; uczucie wstydu, wprost cierpienia dotkliwe 
sprawia jej ten, w ktrym przyjechaa ze wsi. 
48 
O tym, aby od matki nowy otrzyma, myle byo niepodobna. Wic po krtkim wahaniu 
posza do jednej z towarzyszek starszych, majtniejszych i z najwdziczniejszym przymileniem 
si swym poprosia: Poycz. Nie spotkaa si z odmow i teraz w kapelusiku nowym i 
licznym ze sklepu, w ktrym nabya go, wybiega, gdy uderzyy j, wprost jak dwa pomienie 
uderzyy w ni i warem j oblay oczy idcego naprzeciw niej mczyzny, jak noc czarne 
oczy wrd smagej twarzy, pod kruczymi brwiami paajce. Jak dotknicie elaza rozpalonego 
spojrzenie to w policzki j zapieko. Syszaa, czua, e on z drogi swej zawrci i szed 
za ni. Wiedziaa, kim by. Par ju razy z daleka go bya dostrzega. On moe po raz pierwszy 
spostrzeg j i zauway. Ale jak zauway! lepiec chyba nie dostrzegby wytrysego mu 
na twarz wyrazu zaciekawienia i nagej ekstazy miosnej. 
Idc i za sob syszc stpanie jego rwne, silne, mylaa: 
 Jaki wysoki, zgrabny. I ten mundur jego, zdaje si, e a iskrzy si, a paa... 
Iskrzyy si, paay w blasku sonecznym ozdoby bogatego munduru kniazia. 
Knia! Nie znaa dotd ludzi tytuy takie noszcych, bo ich w rodzinnej okolicy jej nie 
byo. Czarem powiao na ni od wyrazu tego. Nie mylaa o tym, skd czar pochodzi. Pochodzi 
z wyobraenia o bogactwie, potdze, z niepospolitoci rwnie i nowoci. Nieraz ju 
przedtem czua ciekawo, jak wyglda moe czowiek majcy tytu ksicia. Teraz wiedziaa. 
By mody, pikny, wietny. 
A do bramy zajezdnego domu, w ktrym z matk mieszkaa, szed za ni. Chcia moe 
dowiedzie si, gdzie mieszka, i duej na ni patrze. Syszaa wci za sob kroki jego 
rwne, silne, czasem ostrog srebrn pobrzkujce. U bramy domu stana i profilem ku ulicy 
obrcona nie na niego spojrzaa, lecz kdy w gr. Miaa z tym spojrzeniem wyraz tsknoty 
niewymownej, czystoci anielskiej i wiedziaa o tym. On za, na chodniku przystanwszy, 
patrza wprost na ni, miao i ciekawie, z zachwyceniem. Trwao to bardzo krtko, moe p 
minuty, lecz zadzierzgno pomidzy nimi ni, ktrej on znikn nie pozwoli. Kilka ju razy 
odtd znalaz si na jej drodze i suchaa potem rozlegajcych si za ni stpa jego rwnych, 
silnych, z lekka i czasem srebrem ostrogi pobrzkujcych. Kilka ju razy policzki jej oblay 
si warem, gdy oczy na sekund, na czas mrugnicia powieki spotykay si z jego czarnym 
poncym spojrzeniem. I ksicym. I spywajcym na ni spord wietnego munduru. 
Ale nie zamienili si dotd sowem adnym. Bya to dotd niema gra szukajcych si nawzajem 
wzrokw i wyobrani, krzyujcych si ze sob nici, ktre elektrycznoci napojone... 
Lecz po c gry takie opowiada? Rzecz to powszednia i powszechna, pospolita i na 
wszystkich szczeblach ywego stworzenia znana. Ince jednak wydawao si przygod nadzwyczajn, 
triumfem upajajcym, przedsmakiem czy przebyskiem czego nad wszystko miego 
i upragnionego... 
Teraz ujrzaa matk opuszczajc mieszkanie kniazia. Z zupenie prawie wygadzonymi 
na czole zmarszczkami, z radoci w oczach do crki przypada. 
 Chodmy! chodmy! Jake dugo czeka na mnie musiaa. Ale ciesz si! Przyrzek 
wyda rozporzdzenie, aby Olek przez par tygodni jeszcze w szpitalu pozosta. Wzmocni si 
troch chopak w wygodach lepszych i moe przestanie lka si tak okropnie celi wiziennej. 
I codziennie z obydwoma widywa si nam pozwoli. Tak, mnie i tobie. Ja nawet dla 
ciebie nie prosiam. Sam powiedzia: Moe i dla crki pozwolenie wemiecie; trzeba, aby 
siostra braciszkw gierojw odwiedzia. Nie rozumiem, skd on wie, e ty na wiecie jeste. 
Ale zreszt nic dziwnego, oni wszystko o nas wiedz. 
Po drobnych ustach Inki umieszek si przewin. Nie spostrzega go pani Teresa, mylami 
i troskami swymi zajta. 
 Do szpitala, do Olka teraz polec, powiem i mu, e go jeszcze ani dzi, ani jutro do turmy 
nie wezm, a potem dowiem si, co z Jankiem dzi... bo wczoraj taki by jaki zdesperowany, 
pospny, e a mnie strach zimny obla. A ty pjdziesz ze mn do braci? 
49 
 Nie, mamciu, pani Awiczowej i Tosi przyrzekam, e dzi u nich... e dzi u nich w szyciu 
jakim pomog... 
 Kiedy przyrzeka, to. dotrzymaj, i dobrze, e cho troch robot jak si zajmiesz... 
Ide do Tosi w t stron, a ja do Olka pjd w tamt... 
U zbiegu dwch ulic stany; pani Teresa rzeka jeszcze: 
 Wiesz, Inka, ten knia to moe i niezy czowiek? Nie wytrzymaam dzi i moe zanadto 
prosto z mostu prawdy mu nagadaam, a nasroy si  plecami do mnie a twarz do okna 
si odwrci. Ale prdko jako zagodnia i z wielk grzecznoci wszystko, o co prosiam, 
zrobi. 
Przez oczy i usta Inki znowu umieszki przeleciay, ale pani Teresa ju na ni nie patrzya; 
pdzia w stron szpitala wiziennego. 
Bya ju tam nieraz. Wkrtce po przybyciu tutaj znalaza si w tej sali widnej, duej, gdzie 
na szeregach pocieli szczupych leay postaci w biae ptna owinite, sztywne. Sztywno 
cia i ciasno obejmujcych je opasek czyniy je podobnymi do mumij na dnie sarkofagw 
wycignitych, lecz w biaym wietle, ktre sale przez nie osonite okna zalewao, jak wypuko
rzeby z tego wosku odrzynay si od bielizny twarze z rysami przez wychudnicie 
zaostrzonymi i oczyma paajcymi gorczk lub blem. I jak nad mumiami, gdy dwignite 
s w gr wieka sarkofagw, unosiy si nad postaciami tymi wonie mde, ckliwe, wonie zi 
i mineraw na leki przerobionych, zaprawione z lekka zapachem krwi. 
Ranieni w zbrojnych walkach z obydwch stron walczcych. 
Na jednej pocieli leaa posta od wszystkich innych mniejsza, w wyszczupleniu swym i 
spowijajcej j bielinie zupenie maa; z daleka ju pozna mona byo, e dziecinna. Wychud 
bya, twarz miaa t, z rysami wyostrzonymi i oczyma, ktre rd nich bkitnoci 
turkusw wieciy. 
Gdy pani Teresa po raz pierwszy do sali tej wchodzia, dziecko to krzykno: Mama! i 
ruchem namitnym pado w objcia, ktre je dugo obejmoway, koysay, do piersi tuliy bez 
sw. A potem: 
 Robaku mj! Skarbie mj! Dziecko ty moje nieszczliwe, najmilsze! A cecie wy 
najlepszego razem z Jankiem uczynili! Czy ja mogam przypuszcza, aby wam to w gowach 
powsta mogo! To dzieciaki z was jeszcze, siy nie majce, nic o takich rzeczach nie 
wiedzce i nie umiejce... Ach, ze wy dzieciaki, niegodziwe, eby tak bied na siebie i na 
mnie... 
On rce jej pocaunkami poerajc, ze szlochami szepta: 
 Niech mamusia nie gniewa si, niech mamusia przebaczy... my mamci nieszczliw 
uczynili, ale mymy myleli, nam zdawao si, my w sobie czuli... 
Z now moc w ramiona go schwycia, ju pocieszajc, szepczc: 
 Podrzucio was co w gr, biedaki moje, jak te listeczki, ktre wiatr podrzuca ku niebu 
wysokiemu, ku piknej gwiedzie was podrzucio... ale przedwczenie, ale nadaremnie! 
Chwaa Bogu, e yjecie! Doroniecie i wtedy... A ja na was nie gniewam si, nie! Za pode 
chci, za pode postpki ja bym was karaa, przekla... A jak to tylko niedoroso rozumkw 
waszych... nieszczcie... 
I zaraz: 
 Jake tam z ran twoj? Czy bardzo boli? Ach, ty robaku mj, biedaku, dzieciaku niegodziwy, 
najdroszy... 
Rana, ktr Olek otrzyma, mierteln nie bya, jednak bya cika. Co mu w ramieniu 
kula kozacka porwaa czy zgruchotaa, tak e dotd nie wiadomo byo, czy kiedykolwiek cakowit 
wadz w nim odzyska, przy tym na koniach kozackich, na wozach trzscych bez 
opatrunku dziesi mil wieziony, krwi mnstwo utraci i matczyne tylko oczy pozna w nim 
teraz mogy pyzatego, rumianego chopca, ktry gdy policzki wyd i sapa pocz, samowar 
50 
czy miech kowalski obecnym si przypomina, a gdy si z czego cieszy, to z ramionami w 
pkrg nad gow wycignitymi na okie wysoko podskakiwa. 
Inaczej wcale ni Olek powita matk Janek. W celi wiziennej, ktr z towarzyszem daleko 
od siebie starszym podziela, znalaza go milczcym, zamknitym w sobie, nie po dziecinnemu 
jako ponurym i smutnym. Rce matki ucaowa, ale nie przeprasza, o nic i o nikogo 
nie zapytywa, mwi mao i niechtnie, w ziemi albo kdy w stron ze zmarszczk na 
czole chopicym patrza. Zaci si, zaskali si w uczuciu i myli, e uczyni dobrze, e 
uczyni tak by powinien i e tylko nie udao si. dem w sercu, gorycz w piersi, wstydem 
na twarzy nieudanie si to mu osiado. Czasem wyglda tak, jakby nagle ruba blu wkrca 
si mu w serce zaczynaa; z ust wykrzywionych syknicie wychodzio, wzrok stawa si 
osupiaym albo bdnym. 
Raz pokaza matce czerwonosine prgi i plamy, ktre na szyi, rkach, plecach mia od kozackich 
nahajek i onierskich kolb, a pokazawszy rozpaka si gono. Lecz wnet powcign 
pacz. 
 Niech mama nie myli, e ja z blu! Nie bardzo boli i o bl mniejsza! Ale jak oni... 
oni...jak oni... mieli mi bi. 
Caa krew uderzya mu do twarzy, szczupe rce zaciskay si w picie tak mocno, e si 
paznokcie w donie a wpiy. 
Pani Teresa perswadowaa: 
 Moje dziecko! wycie przecie strzelali do nich; c dziwnego... 
Porywczo przerwa: 
 Ja wiem! ja wiem! Na wojnie, jak na wojnie! I gdyby mi byli ranili tak jak Olka albo i 
zabili... ale bi... bi... mi nie mieli prawa! Ja nie niewolnik! 
Pani Teresa dziwnie si umiechna. Boleniejszymi bywaj czasem umiechy nad jki. Z 
tym umiechem a z czoem w mnstwo fad zbiegym syna w ramionach trzymajc nad gow 
mu szeptaa: 
 Ty niewolnik... biedny robaczku mj! Ot to, e niewolnik ty... niewolnik... 
Nieprdko odwaya si powiedzie mu o tym, co stao si z Julkiem. Chopak zblad bardzo 
i wargi tak dre, e a lata mu zaczy. Odwrci si i z czoem do wiziennego muru 
przycinitym namitnie szepta: 
 Szczliwy Julek! Kochany, biedny Julek, szczliwy, szczliwy! 
O tego syna swego pani Teresa wicej jeszcze niepokoia si ni o tamtego. Tym, ktrzy j 
o synw zapytywali, odpowiadaa: 
 Janek ciej od Olka raniony... wewntrzn ran ma, utajon, ale ja j widz... Ach, 
gdybym go do Leszczynki i... gdybym ich obu do Leszczynki zawie moga... W mig obaj 
by wyzdrowieli... a tak... Bg jeden wie... Bg jeden chyba... obroni... 
Leszczynka! Palc tsknot tryskajce marzenie o raju, wrd tego brudnego, zakurzonego, 
kamieniami wysanego, dusznego miasteczka, w tej sali szpitalnej... 
Zaognia si jako dnia pewnego rana Olka, dokucza zacza, gorczk sprowadzia. Pani 
Teresa w godzinie przepisanej na sposb aden od dziecka cierpicego oderwa si nie mogc 
o mono pozostania przy nim przez noc ca stra i sub szpitaln ubagaa. Powiedzie 
mona, e wypakaa sobie t krtk noc letni, ktra na zachodzie okoo chorego, na 
cichych szeptaniach z nim jej zesza, a on usn, a ona w sali stkajcymi oddechami picych 
i mdymi zapachami lekw napenionej, przy odsonitym oknie siedzc i na szmat nieba 
porannego patrzc nagle jako i strasznie do Leszczynki zatsknia. 
Teraz tam wzbijaj si znad ziemi mgy poranne, jakby krepy biae rozwlekaj si w powietrzu, 
znikaj, a naprzeciw okna jej izdebki, jak raz naprzeciw tego okna wystpuje z 
ciemnej prgi lasu rubinowa wstga jutrzni... 
Drzewa w ogrodzie stoj jak z kamieni wykute, tak nieruchome, jak w nieruchomo zaklte 
i wsuchane, w co wsuchane, cho nic nie sycha i cisza panuje taka, e szelest pta
51 
siego skrzyda szumem wichru wyda si mgby. Ale ptaki pi jeszcze... Niemym powie
trzem przelatuj tylko lekkie chodki  dreszcze witu. 
O! przez minut, przez jedn, odetchn tamtym powietrzem porannym, przeczystym... 
I raz choby spojrze na an zoranej ziemi, co pod prg lasu i pod wstg zorzy wyciga 
donie, ciemne zagony... na drzewa, ktrych listowie od wystpujcego zza jutrzni soca dostaje 
zotych podszewek... na ros, ktra po dbach trawy, po ziarnach piasku, po liciach 
poczyna drga, byska i gra... 
Ach, zebra, ach, zgarn w objcia dzieci, wszystkie dzieci, ktre jej pozostay, i znale 
si z nimi w Leszczynce. Jakie marzenia rajskie, jakie pragnienie piekce, rozcigajce ciao i 
dusz na torturach tsknoty nieskoczonej!... 
Rozmarzya si pani Teresa u okna sali szpitalnej siedzc, roztsknia si tsknot nieskoczon 
i przez trwanie godziny dowiadczaa mki godu, ktry nasyconym, i pragnienia, 
ktre napojonym by nie mogo. 
Ale by to w yciu jej tutejszym jakby sen, krtki sen i razem piekielny. Rzeczywisto 
twarda, sroga pochaniaa j, porywaa, po bruku miasteczka wci z miejsca na .miejsce nosia. 
Teraz niosa do Olka dobr nowin, e jeszcze czas jaki w szpitalu zosta bdzie mu 
wolno. Bo nie wiedzie dlaczego dzieciak pocz ogromnie lka si turmy. Nie by w niej 
jeszcze, nie wiedzia, jak wyglda, i stworzy o niej sobie wyobraenie jakie fantastyczne, 
straszne. Mae dlatego, e by fizycznie sabym albo e wyobrani jego wstrzsna owa 
scena lena i potem jazda dziwna, fantastyczna, na koniu kozackim, w zmrokach zapadajcej 
nocy. Tuli si do matki z baganiem: 
 Tylko niech mi tam nie zabieraj... niech mi nie zabieraj do wizienia! 
A Inka, u zbiegu dwch ulic z matk si rozstawszy, nie w kierunku mieszkania pani Awiczowej 
i jej crki posza, ale w tym, ktry do pewnej mao uczszczanej przechadzki publicznej 
prowadzi. 
Nie miaa ochoty najmniejszej towarzyszy matce do wizienia i szpitala. Maych braci 
aowaa czasem, e cierpi, ale byy to chwile przelotne; w ogle za nie czua szczeglnej 
do nich tsknoty, a w zamian takie miejsca udrcze i smutku jak wizienie i szpitale budziy 
w niej odraz tak, jakiej dowiadczy musi ryba do suchego piasku lub jakiej niektrzy ludzie 
na widok krwi i ran dowiadczaj. Od atmosfery cierpienia czynio si jej mdo, nudno, 
sabo i zaraz po gowie chodzi zaczynay myli, e wszystko to jakie niepotrzebne, nieadne, 
nieznone i e ona jest wcale do czego innego stworzona. Do czego mianowicie bya 
stworzon, dokadnie tego przed sob nie okrelaa, ale nieraz widok fruwajcych ptakw i 
latajcych motyli nasuwa jej myl: Szczliwe, wolne! bawi si sobie w blasku sonecznym, 
na kwiatach! 
Dzi dya na spotkanie umwione, zaciekawiajce i przyjemne; spni si moga, wic 
przyspieszaa kroku, a oczy jej przy tym niezwykle byszczay. 
Ta nowa znajoma jej, na ktrej spotkanie spieszy, to bardzo, bardzo mia kobieta, moe 
najmilsza ze wszystkich znanych jej dotd kobiet. Poznaa j wczoraj na przechadzce. 
Bo jak w Leszczynce po wp dzikim ogrodzie, tak tutaj po nieduym, ju prawie zamiejskim 
parku czsto bdzia, bez celu, krokiem powolnym, czasem listki z krzakw smtnym 
ruchem zrywajc, rojc, na kad posta spotykan szeroko oczy ciekawe a przeliczne 
otwierajc. 
I wczoraj wanie, gdy po dugim takim wrd drzew bdzeniu na awce pod drzewem 
usiada, zbliya si do niej ta pani, ktra przedtem kilka razy na drogach i drkach parku z 
ni si rozmijajc z bardzo miym umiechem jej si przypatrywaa. 
Nie bardzo ju moda, ale czerstwa i wawa, troch zanadto otya, jednak zgrabna, w 
licznie zrobionej sukni z szeleszczcej cesuczy, gsto koronkami przyozdobionej. Na 
czarnych wosach kapelusik zoony z kwiatw bzu, nad ktrymi mae, biae pirka, bardzo 
52 
lekkie, jak nici srebrnej pajczyny powieway. Wesoo si stawao od samego widoku tej 
twarzy okrgej, rumianej, dobrodusznej, jej oczu jak dwie czarne pereki wieccych, jej liliowych 
bzw na gowie, pirek nad nimi polatujcych i zotej biuterii wrd koronek migajcej. 
Na awce obok Iny usiada i wnet ku niej z ogromnie miym umiechem si zwracajc, 
ogromnie uprzejmym gosem przemwia: 
 Pozwlcie zaznajomi si! Ja was dawno ju spotykam i patrzc na was dziwi si, e w 
takim brzydkim miasteczku tak jak wy pikno zobaczy mona. 
Gorcym rumiecem twarz Iny spona i w piersi uczua rozlewajc si po niej rozkosz. 
Tak ju dawno, dawno nikt na ni uwagi nie zwraca i nic podobnie miego jej nie mwi. Z 
cicha, ale uprzejmie odpowiedziaa, e nie mieszka stale w tym miasteczku, e ze wsi z matk 
przyjechaa. 
Nieznajoma zamiaa si swobodnie, gono. 
 Wiem, wiem! Ja nawet wiem, jak si nazywacie i kto jest wasza matka. J take widuj 
na ulicy. Ot, mona powiedzie, e crka do matki niepodobna! Wy przy swej matce jak 
kniahini (ksina) przy chopce wygldacie... 
Z pewnym zaniepokojeniem i zmieszaniem Ina przerwaa: 
 Moja mama zajta bardzo zawsze... na ubieranie si i nic takiego nie ma czasu.., ale bardzo 
zacna jest, dobra. 
 Ale ja nie o tym... nie o tym...  z energicznym gestem bronia si nieznajoma.  Ona 
pewno najlepsza... to nawet wida... Tylko wy na jej crk nie stworzona... Taka delikatna, 
biaa, z kroszecznymi (drobniutkimi) rczkami i nkami... prosto kniahini, czudo! (wprost 
ksina, cud!). 
Oczkami wieccymi jak czarne pereki po caej postaci Inki wodzia, wyraz podziwu i 
zachwycenia twarz jej okrywa. Byo w tym podziwie i w tym zachwyceniu co dziwnie i 
szczerze naiwnego. 
Jeeli w zaznajomianiu si z Ink i miaa uboczny cel jaki, to jednak niewtpliwie sprawiao 
ono jej samej yw przyjemno. Mwia okaleczon i wyrazami obcymi atan polszczyzn, 
tak jak mwi ci, ktrzy niedokadnie jej si wyuczyli albo niegdy jako ojczystej 
uywali, a potem zapomnieli. Z dalszego cigu rozmowy okazao si, e bya to dla nieznajomej 
mowa wpojczysta. miejc si, mwia: 
 Ja troszk Polka. U mnie ojciec ruski by, a matka Polka. Tak mnie troszk czasem i cignie 
do Polakw... 
Po twarzy Inki rozla si wyraz zdziwienia. 
 Wy zadziwili si! Czego wy tak zadziwili si! Nu, ju wiem! Tego, e moja matka bya 
Polka, a za ruskiego posza. Cha, cha, cha, cha! W was predrazsudok (przesd) jest, e tak 
eni si albo za m wychodzi nie trzeba... Nu, gupost' to, pustiaki! (gupstwo, drobnostki). 
Biedn dziewczyn bya i kiedy j dobry los spotyka, czemu by z niego skorzysta nie 
miaa? 
I czasy wtedy spokojniejsze byy, ale to wszystko jedno. W kadym czasie predrazsudki to 
gupost' i tylko y ludziom przeszkadzaj. Adnako (jednake) trzeba, abym wam powiedziaa, 
jak si nazywam i kto ja taka. 
Powiedziaa jakie nazwisko i poprosia, aby Inka j Helen Iwanwn nazwaa. A m jej 
w wojsku suy i jest adiutantem kniazia Borysa Elpidorowicza. 
Oczy Inki bysny i zupenie pomimo woli, z nagym oywieniem twarzy powtrzya: 
 Kniazia! 
Gono, swobodnie zamiaa si znowu Helena Iwanwna. 
 Wiecie, kto to knia Borys! Zauwaylicie go! Nic dziwnego! On u nas pierwszy krasawiec 
(pikno mska) w caym wojsku! A jaki dobry, miy czowiek! Z mem moim jak 
brat z bratem yje a ja sama dusz za niego... Ale pozwlcie dowiedzie si, jak wasze imi? 
53 
 Ina. 
Helena Iwanwna ucieszya si czego tak bardzo, e a w rce biaymi rkawiczkami 
ocignite klaska zacza. 
 A co? Tak on mnie i mwi. On, znaczy si knia, sysza raz, jak matka na was imieniem 
tym woaa, a ja sprzeczaam si i mwiam, e takiego imienia nie ma... 
Wargami, ktre troch dray, Inka szepna: 
 Knia mwi o mnie... 
 A wy mylicie, e on nie mwi o was. My z mem ju ca niedziel (tydzie) miejemy 
si niego, e o niczym innym, jak tylko o was mwi nie moe. Bogini was nazywa: 
'est une deesse! mwi. Wczoraj spotka si z wami na ulicy i zaraz do mnie przyszed. 
Wiecie, Heleno Iwanwno  mwi  e, gdyby j do Petersburga zawie i na wielkim 
wiecie pokaza, wszystkim by gowy pozawraca moga. A jemu samemu o ju i dobrze 
zawraca si od was w gowie. Nu, ale ja sobie gadam i gadam, a mnie do domu czas! Pozwlcie 
dowiedzie si, jak imi waszego ojca? 
 Ojciec mj od dawna ju nie yje. Na imi byo mu Julian. 
 Biedniaka wy! (biedaczka) tak rano (wczenie) bez ojca zostalicie i... i z tak matk! 
Nu, tak do widzenia, Ino Julianwno. A kiedy zobaczymy si? Moe jutro znw na spacer tu 
przyjdziecie! I ja przyjd. Pogadamy sobie i ja znowu na wasze liczko cudne popatrz. A o 
ktrej godzinie? U mnie o tej porze czasu najwicej... 
Umwiy si, e nazajutrz zejd si znowu na tym miejscu, o godzinie czwartej, a teraz ju 
nieco pno jest i Ina pieszy... pieszy... Co j pcha, na skrzydach niesie ku tej wystrojonej, 
wesoej kobiecie, ktra wczoraj mwia jej rzeczy tak mie, tak mie, e a spa w nocy 
nie moga. Jakby jej, kto wrd ciszy nocnej do ucha szepta sowa: 'est une deesse A potem: 
O niczym wicej, jak tylko o was mwi nie moe. I jeszcze: Borys! Borys! Knia 
Borys! licznie imi to brzmi... 
Zaszelecia pomidzy drzewami jedwabna suknia Heleny Iwanwny, inna ni wczoraj i 
jeszcze adniejsza, jak srebrne pajczynki rozwieway si na kapeluszu jej mae, biae pirka, 
gdy ujrzawszy In na jej spotkanie biega. Kaczkowatym krokiem biega i z umiechem radosnym 
rce Iny pochwyciwszy w oba policzki j ucaowaa. Mona by z powitania tego wnosi, 
e znaj si od dawna i kochaj si serdecznie. Ale te nie udan i nie obudn bya serdeczno 
Heleny Iwanwny. Rubaszna i naiwna, bya ona, owszem, samorzutn, szczer. 
Potrzebn na co Helenie Iwanwnie bya Ina, niewtpliwie, ale e podobaa si jej i budzia 
w niej sympati, to rwnie byo niewtpliwe. 
 Przyszlicie! Jak to dobrze! Mylaam ju, e moe nie przyjdziecie, i zaczynao mi robi 
si smutno! Ja was polubia! Od pierwszego spojrzenia polubia ja was za wasz modo, 
za wasz pikno, za wasz jak tak.., anielsk... Ju nie wiem, jak powiedzie! Na was 
patrze to tak samo jak mid sodki je. Za wami wszyscy przepada musz! Powiedzcie 
prawd: wielu ju mczyzn za wami si wczyo? Wielu na was eni si chciao? Moe 
ju enicha... przepraszam... narzeczonego macie? A? Powiedzcie! 
Pod czuym, wesoym i razem bystrym, widrujcym spojrzeniem czarnych, wieccych 
oczek rumienia si Ina, ale zarazem czua nieopisan bogo. Czua, e jest przez t kobiet 
lubion, podziwian, uwielbian. Z cichym te umieszkiem szepna: 
 Nikt jeszcze nie owiadczy si o mnie i narzeczonego nie mam. Omnacie lat dopiero 
zeszej zimy skoczyam. 
 To to modo! Boe mj! Jaka to liczna rzecz taka pierwsza, ranna (wczesna) modo! 
Wy, Ino Julianwno, jestecie jak kwiat, co jeszcze niezupenie z puczka (pka) si 
rozwin... Ale zawsze jak to by moe, abycie enicha, przepraszam... narzeczonego jeszcze 
nie mieli? Was ju od matki porwa byli powinni... Wy ju powinni by niewiest (narzeczon) 
albo i on jakiego polskiego pana, wielkiego pana:.., bo wam trzeba w zocie cho54 
dzi, karetami jedzi, na wielkim wiecie byszcze... Jakim sposobem stao si, e tak nie 
jest jeszcze? Powiedzcie? 
Inka z cicha i z wdzikiem wielkim histori okolicy swej w latach ostatnich opowiada 
zacza. aoba narodowa od lat dwch... tacw ani innych wesoych zebra adnych nie 
bywao. A potem wszyscy coraz wicej zajtymi by poczli rzeczami powanymi, publicznymi 
i nikt o zabawach ani rnych... takich rzeczach wcale nie myla... 
Helena Iwanwna z politowaniem aosnym i razem wzgardliwym gow wstrzsa zacza. 
 O miatieu (o buncie) myleli... Do miatiea przygotowywali si... do nieszczcia swego... 
do zguby swojej... 
I zacza ubolewa nad nierozwag, nad szalestwem tych, ktrzy gowami swymi mur 
przebi prbowali, ktrzy z motyk na wojn przeciwko socu wybrali si, ktrzy zdrowe 
szyje dobrowolnie pod ostry miecz wycigali, bo Rosja to mur, to soce, to miecz... a oni 
co? wariacja jaka chyba do nich przystpia! I po co? o co? za co? 
Ina niemiao szepna: 
 Za ojczyzn! 
 Zostawcie! (dajcie pokj), Ino Julianwno!  zamiaa si Helena Iwanwna.  Wy taka 
modziutka, powtarzacie, cocie syszeli... wierzycie w to, w co wam wierzy przykazano, a 
tymczasem na szerokim wiecie, ktrego nie znacie... 
Mwi zacza o tym, e na szerokim wiecie wszyscy rozumni ludzie od dawna ju w takie 
predrazsudki (przesdy) wierzy przestali. Ziemia wszdzie jest jednakowa i soce jednakowe, 
i czowiek szczliwym albo nieszczliwym by moe tak samo w jednym kraju jak 
i w innym. Ot, na przykad matka jej: Polk urodzia si, za ruskiego posza i c jej zego 
stao si? Nic wcale. Naprzeciw (przeciwnie). Wesoo sobie ycie przeya i j, crk swoj, 
przed mierci dobrze za m wydaa. Albo knia Borys Elpidorowicz. Przecie ojciec jego 
Czerkiesem by i za modu nawet do zbuntowanych nalea, razem a Szamilem przeciwko 
Rosji wojowa, ale potem do rozumu przyszed, wiar rusk przyj, na ruskiej oeni si, 
wielkim generaem zosta i ot, syn jego o czerkiestwie swoim ju i zapomnia! Takich ludzi 
na wiecie peno jest, i to s rozumni ludzie. Bo jeeli nawet i dopuszcza (przypuszcza) 
pojcie ojczyzny, to przecie do wielkiej, silnej, szczliwej przyjemniej i wygodniej jest 
nalee ni do maej, sabej, upokorzonej (podbitej). Trzeba tylko rozum mie, a zaraz pokae 
si, e, wszystkie te predrazsudki to tylko mki rne ludziom zadaj, a czasem nawet i 
zgub im przynosz, jak teraz na przykad tym, ktrzy ten bezrozumny miatie podnieli... 
Mwia z przejciem si, z zapaem. Zna byo, e we wszystko, co mwi, bardzo szczerze 
i bardzo naiwnie wierzy. Mae, biae pirka trzsc si nad jej kapeluszem sowom jej 
potakiwa si zdaway. A Ina w milczeniu, nie potakujc i nie zaprzeczajc, suchaa. Zaprzecza 
odwagi by moe nie miaa, bo Helena Iwanwna wydawaa si jej kobiet rozumn 
i wiat dobrze znajc, ale i chci nie czua, bo sowa syszane zgodnie jako odpowiaday 
temu, o czym przelotne, lkliwe i niejasne myli przez wasn jej gow przelatyway. Milczaa 
i ze smutnie pochylon twarz oskubywaa listki z zerwanej przedtem gazki krzewu. 
A na zatrudnionych t robot drobnych jej rkach spocza pulchna, bia rkawiczk ocignita 
do Heleny Iwanwny. 
 Czego wy taka smutna, Ino Julianwno! Wam do twarzy z tym smutkiem, ale mnie was 
al i ja by chciaa pocieszy was, rozweseli! I knia zauway; e u was wyraz twarzy taki 
smutny czasem, smutny. Wczoraj on do mnie mwi: Ona, Heleno Iwanwno, z tym swoim, 
smutkiem tak wyglda, jak angie (anio), ktremu do nieba ulecie chce si... Ale ja by zobaczy 
da, jak ona mieje si... Mnie ciekawo bierze zobaczy, jak ona wyglda, kiedy 
j wesoo opanuje, kiedy szczcie na twarzy jej zawieci. Nu, to wy, Ino Julianwno, jak 
kiedy jego spotkacie, umiechnijcie si, wesoo umiechnijcie si... on taki szczliwy b55 
dzie... Ale co to? Widzicie? Jakie to przysowie polskie.., moja matka czsto je powtarzaa... 
O wilku mowa, a wilk... 
Umilka i rozpromieniona z umiechem szerokim ku nadchodzcemu kniaziowi przyjacielsko 
i porozumiewawczo gow wstrzsa zacza. 
Wrd drzew maego parku w wietnym mundurze, wyprostowany, wysoki, zgrabny, 
iskrzcy si i byszczcy, szed krokiem swoim rwnym, silnym, z lekka srebrem ostrogi 
brzczcym i w pobliu dwch kobiet na awce siedzcych znalaz si, rk ku czou w ukonie 
wojskowym podnis. Ale na Helen Iwanwn, ktr ukonem tym wita, nie patrza. 
Spod brwi kruczych czarne jego spojrzenie w twarzy Iny utkwione byo takim wyrazem, jakby 
j nim przebi, spali lub wchon w siebie pragn. 
A ona z oczyma ku niemu podniesionymi, z un rumieca na twarzy umiechna si. 
Umiech to by figlarny troch i rzewny, troch niemiay i zalotny. Jemu za na twarz sprowadzi 
byskawic radoci, w ktrej zajaniaa, zadrgaa i rozbysa wzajemnym umiechem 
koralowych warg. Nie zatrzyma si jednak, kroku nawet nie zwolni, poszed dalej i wkrtce 
za drzewami znikn. 
Helena Iwanwna, caa jaka rozemiana, rozedrgana, szeptaa: 
 Dlatego nie zatrzyma si i przy nas nie usiad, e jemu nie wypada. Na takim wysokim 
postie (stanowisku) znajduje si, e ostronym by musi i na kady swj krok zwaajcym. 
Ale przeszed tdy, to tylko dlatego, eby na was spojrze. Jemu tdy droga nigdzie nie prowadzi, 
tylko sysza ode mnie, e wy tu o tej porze... Ale czego wy tak pobledlicie, gobko? 
Czego wy tak stalicie si bledziutk? Serduszko wida zabio mocno? Co? powiedzcie 
szczerze. Ja nikomu nie powiem... Polki skryte s, wiem o tym, i dumne, one o lubieniu 
swoim nieatwo mwi... ale wy inna ni wszystkie... modziutka, szczera, taka prosta... powiedzcie, 
zabio mocno serduszko? podoba si wam nasz knia krasawiec, co? co? 
Ina rzeczywicie poblada tak, jakby krew wszystka do serca jej zbiega. Z twarz pochylon 
i piersi szybko dyszc odszepna: 
 Tak. Bardzo! 
A Helena Iwanwna, nisko ku niej pochylona, mwi zacza, e c w tym dziwnego, e 
to takie proste, naturalne i nawet liczne, poetyczne, wzruszajce. Oboje modzi, pikni! On, 
cho mody, tak karier ju zrobi, tak wysoko stan i stanie wyej jeszcze, bo tu, w miasteczku 
tym i w tym kraju nie zostanie dugo, nie! Lada tydzie, lada dzie moe otrzyma 
wezwanie do stolicy na stanowisko wysze... A jaki dobry! Dopty stara si, prosi, pisa, 
dopki i dla ma Heleny Iwanwny miejsca wyszego i znowu u boku swego nie otrzyma. I 
oni wic oboje razem z nim do stolicy wyjad lada dzie, lada tydzie, czego zreszt Helena 
Iwanwna bardzo pragnie, bo tu y niewesoo. Co za porwnanie z yciem w takim Petersburgu! 
Nu, ale jej pora ju do domu powraca... 
Wstaa z awki. 
 Ach! jak mnie trudno rozstawa si z wami! Nu, polubia ja was! Ot, wiecie co? 
Chodcie wy do mnie! Odwiedzicie mi! Zaprowadz was do mieszkania swego! Chodcie, 
duszeko, gobko! 
Serdecznie, mocno rce Iny w swoich ciskaa, w oczy jej czule patrzc. 
Nigdy moe niczego Ina nie pragna tak gorco, jak pj z t kobiet i sucha j mwic 
o jej piknoci i... o kniaziu. Jednak wahaa si. 
 Nie wiem doprawdy... bo gdyby mama dowiedziaa si... gdyby znajomi... 
miechem znowu wesoym i troch urgliwym wybuchna Helena Iwanwna. 
 Matki boicie si! tego, co znajomi o was powiedz! Gupost', brocie (porzucie) wy te 
gupoci, Ino Julianwno! U was, Polakw, predrazsudok propast! Jak zaczniecie: A Pan 
Bg? A ojczyzna? A matka i ojciec? A grzech? A k  i o  d z? A ludzie? to czowiek w tym 
cae swoje szczcie utopi moe! Brocie to wszystko! Chodcie do mnie! Poka wam 
56 
dwie suknie, ktre mi m w siurpryz (niespodzianka) z Petersburga sprowadzi. Nikogo teraz 
nie bdzie u mnie. We dwie sobie pogadamy. Czekolady filiank wypijecie. Chodcie! 
Ina ruchem nagym, z oczyma nagle roziskrzonymi, rami na szyj jej zarzucia i mikkimi 
swymi, kocimi ruchami, caa przytulajc si do niej zaszeptaa: 
 Pani dla mnie jest taka dobra, dobra! Nikt dla mnie tak dobrym nie jest jak pani! U nas 
wszyscy czym innym zajci i ja zawsze sama jedna... sama jedna... marz... tskni... I mnie 
nikt nie rozumie... Pani jedna mi zrozumiaa... Z pani tak mio, tak wesoo, przyjemnie. 
Pjd! Niech ju tam sobie co chce bdzie! Pjd z pani! Chodmy! 
VI 
Prawd mwia Inie Helena Iwanwna, e lada dzie lub tydzie knia na stanowisko 
wojskowe inne mianowanym i do stolicy pastwa wezwanym mia zosta. 
Niewiele dni mino, odkd Ina po raz pierwszy now znajom sw odwiedzia, gdy po 
miasteczku rozbiega si wie, e knia bardzo wkrtce ma je opuci, a na urzdzie, przez 
niego dotd sprawianym, zastpi go kto inny. 
I wnet nad myl, wyobrani, nadziejami i obawami mnstwa ludzi potnie zapanowa 
krtki wyraz: kto? 
W momentach gbokich skce, burzliwych zbawanie uczu i spraw ludzkich, gdy 
spomidzy nich znika spokojna posta prawa, a z mieczami zapdliwymi w czerwonych rkach 
zawisaj nad nimi gniew i zemsta, wagi niezmiernej nabiera rka or gniewu i zemsty 
dzierca. 
Bywaj wwczas rce wicej albo mniej czerwone; takie, ktre zabijaj, i takie, ktre tylko 
rani, takie, ktre wytaczaj morza ez i krwi, i takie, spod ktrych wylewaj si tylko ich 
strumienie. 
I bywaj rwnie na ziemi takie momenty i miejsca, w ktrych rany srogie miast miertelnych, 
strumienie ez i krwi miast ich morza  wydaj si szczciem. 
Spomidzy czerwonych rk, ktre teraz nad krajem tym zawisy, rka kniazia nie bya najczerwiesz. 
Bya ona od wielu innych mniej zacit i mciw. 
Moe dlatego, e pyna w niej krew ludu niedawno jeszcze wolnego i wolno sw miujcego 
albo e kierowao ni serce w stron radoci ycia cae przechylone, jej tylko namitnie 
podajce, a we wszystkim innym widzce jedynie drogi, ktre do niej wiody. 
Nie bya to ju wiosna, lecz by to ju prawie schyek lata. Bya to pora, odlotw nadziei, 
nalotw klsk. 
Mury gmachu wiziennego rozsadzaa liczba mieszkacw coraz wzbierajca, wic przelewano 
j do budynkw innych, licznych, bagnetami zbrojnych stray najeonych. Deszcz 
wyrokw spada na dachy tych budynkw i wyprowadza spod nich ludzi na Sybir, do katorgi, 
na szubienic. Pada deszcz ten spod rk sdziw. Tutaj sdzi najwyszym by dotd 
knia, a teraz... 
Kto? Jaki? Co zmiana przyniesie? 
Dla tumu gw osiwiaych i gw niewiecich, ktre si tu dokoa wizie zbiegy, bya to 
zagadka ociekajca krwi. I byo to widmo czego niewiadomego, na ktrym serca i wyobrani 
upatryway mniej albo wicej gste plamy krwi. Serca dray, wyobranie bujay po 
polach grozy. 
Pani Teresa miaa dotd nadziej, e chopcy w oddanymi jej zostan. Knia by dla niej 
uprzejmy, coraz wicej nawet uprzejmy, a przy tym roztargniony, czym dalekim zajty. 
 ledztwo jeszcze nie skoczone  mwi  bdcie cierpliwi; gdy ledztwo skoczonym 
bdzie, zobaczymy, co z waszymi maymi gierojami robi... 
57 
I zaraz o czym innym bardzo widocznie myle zaczyna. Nie przywizywa do postpku 
dzieci tych wagi zbyt wielkiej... 
Moe sam braci modszych, maych jeszcze ma  mylaa pani Teresa  albo po prostu 
serce dobre. Czemu by nie? W kadym narodzie zdarzaj si ludzie li i ludzie dobrzy... 
A teraz ten nowy jaki przyjedzie... przed samym wyrokiem wanie. Jaki czowiek nowy, 
niewiadomy, nieznany, obcy, moe nienawidzcy, moe okrutny wyrok na Janka i Olka 
wydawa bdzie. 
W gowie jej si od myli tej mcio i do blu tak w serce kuo, pieko, e nigdzie dugo 
usta ani usiedzie nie mogc, prdzej jeszcze ni zwykle od znajomych do znajomych 
biegaa po wiadomoci, po rady. 
Wiadomoci? jakie? Nikt jeszcze nic nie wiedzia. A rady? Jedna tylko bya: czeka cierpliwie. 
Pani Teresa w gniew wpadaa. 
 Take rada! Cierpliw mam by, kiedy mi dzieci w oczach nikn? 
Istotnie, do nieruchomoci i zamknicia wiziennego, do napeniajcego cele wizienne 
wiecznego zmroku nie nawykli, chopcy w oczach nikli, na ksztat kwiatw powietrza i soca 
pozbawionych widli. Obaj ju teraz byli w turmie, ale nie razem. Widywa si nawet im 
nie pozwolono. ledztwo skoczonym jeszcze nie byo. wiadkw wezwano: Teleuka, on 
jego, wocian ze wsi najbliej z Leszczynk ssiadujcej. Wrd ogromnego nawau spraw 
adnej rycho zaatwi nie byo podobna. 
Janek tymczasem coraz gbiej pogra si w tej melancholii dziwnej, w ktr czasem 
nieszczliwie dzieci zapadaj. Zdawa si moe wtedy, e drobne duszyczki ich koysz si 
nad otchani, ktrej ciemnoci przejrze nie umiej i znad ktrej odlecie nie mog. Raz w 
przystpie rozczulenia zwierzy si matce: 
 Mnie cigle i cigle chodz po gowie myli, dlaczego wiat jest taki? Dlaczego s na 
nim takie niesprawiedliwoci i nieszczcia? Dlaczego ludzie nie s lepsi? Dlaczego z chci i 
zamiarw najlepszych skutki najgorsze wynikaj? A kiedy tak ju na wiecie jest i by musi, 
to  po co y? I tak mi czasem, mamciu, nie chce si ju y! I tak mi le... Chciabym nie 
myle o tych rzeczach.., ale nie mog... musz... Mamcia mwi, e trzeba zgadza si z wol 
Boga, bo On mdry jest i wie, dlaczego tak wiat stworzy... To prawda... ja wiem... chciabym... 
ale nie mog... I tak mi le... 
Z gow obu domi objt, zgarbiony, w podog wizienia wpatrzony, jak may desperat 
zwtla posta sw w obie strony koysa. 
I dusza jego niedorosa koysaa si nad otchani ycia w demony zamieszkujce j wpatrzona, 
truchlejca... 
Innym razem przez cae dwa dni ywnoci adnej tkn nie chcia i na bagania matki guchy, 
rozjtrzony, ponury, w ciemnym kcie celi siedzc milcza tak uparcie, e ani jednego 
sowa wydoby z niego nie moga. A na trzeci dzie, gdy przysza, uklk przed ni i wyzna, 
e postanowi by ycie sobie odebra... adnego innego sposobu nie majc, przez zagodzenie 
si... Ale to bardzo trudny sposb, dugi... nie wytrzyma, okropnie si wstydzi tego, e 
nie wytrzyma, cho z drugiej strony moe to i dobrze stao si, bo tej jeszcze przykroci 
matce nie sprawi... 
Tym razem nie sprawi, ale kt pani Teres mg upewni, e innym razem znowu ta 
sama myl nie zawita mu w gowie, ktra znajdzie sposb atwiejszy, krtszy... 
A z Olkiem inna znowu bya bieda. Jego rana zupenie jako zagoi si nie moga i osabiony, 
coraz chudszy, cigle matk o przebaczenie baga, do stp jej rzucajc si, paczc... 
Poczucie winy popenionej tak gboko w serce dziecinne mu zapado, e a obudzio w nim 
skruch wyegzaltowan i niezdrow. U ng matki lec, najsroszymi wyrzutami siebie samego 
obarcza, przestrogi im obu przez Julka dawane przypomina i powtarza. Pani Teresa 
gniewem udanym uspokaja go prbowaa. 
58 
 Take mazgajstwo! Paksa i mazgaj jeste! Ale na wspomnienie o Julku sama zalaa si 
zami i malca od stp swoich podwignwszy, na awie obok siebie sadzajc, zapytywaa: 
 C wicej wam powiedzia? Co on wam w czasie ostatniej tej przechadzki z wami mwi? 
Przypomnij sobie dobrze... powtrz wszystko... 
A gdy Olek sowa brata dobrze zapamitane powtarza, jej si zdawao, e syszy gos z 
tamtego wiata mwicy, i zapragna, ach, jak zapragna przestpi granic dwch wiatw 
i na tamtym najstarszemu dziecku swemu, najrozumniejszemu, najlepszemu, na pier ju msk, 
na pier ju opiekucz, przyjacielsk pa krzyczc: Patrz, jakam ja biedna, ratuj! 
Oprcz tej biedy z synami uwizionymi miaa jedn jeszcze, gorzk i cik, o ktrej nikomu 
nie mwia, ktr owszem, przed ludmi taia, lecz o ktrej mylaa, gdy czerwon kokard 
sw, dobrze ju przybrudzon i zgniecion z daleka wiecc, od Janka i Olka do 
mieszkania swego ulicami miasteczka biega. 
Przez okno jednego z niskich domkw patrzao na ni biegnc kilka znajomych twarzy i 
jedna, wskazujc j innym wymwia: 
 Hekuba! 
Modziutki gosik jaki zapyta: 
 Co to Hekuba? 
A ten sam co wprzdy wyjania pocz: 
 Priama, trojaskiego krla ona, ktra u zwalisk Troi z alu po synach pobitych i crkach 
porwanych... 
Kto inny przerwa: 
 Przecie pani Teresa synw tylko... a crki... 
Inne gosy mwi, szepta zaczy: 
 Kto wie? kto wie? kto wie, co sta si moe z crk jej... In? 
Z In dziay si rzeczy niezwyke, dla ktrych rozpoznania pani Teresa nie miaa do 
czasu i swobodnej myli, lecz ktre sprawiay na niej wraenie mtnego, niewyranego, snujcego 
si dokoa niej widma. Niby nic; adnego widocznego objawu nieszczcia, ale jaki 
gorzki oddech, ktry zblianie si jego zapowiada. Co nieokrelonego a dokuczajcego powtarzajcymi 
si wci ukuciami w serce. Co, czemu zapobiec i czego odpiera niepodobna, 
bo nie ma wyranej przyczyny i nazwy, co jednak jest, nadchodzi, czyha, wyziewa z siebie 
wonie trucizny i pierwsze, byskawice burzy. 
Gina matce z oczu Inka na dugie godziny, a zapytana, gdzie bya, usiowaa zrazu tumaczy 
si albo pieszczotami usta matce zamyka, lecz pani Teresa spostrzega i czua, e 
tumaczenia byy wykrtne, pieszczoty nieszczere. Wkrtce przecie i one ustay. Odpowiedzi 
Inki staway si coraz mielsze, hardsze, czsto gniewne i niemal wzgardliwe. 
 Gdzie bya? Dlaczego powracasz tak pno? Mwia, e ca poow dnia u Konieckich 
spdzisz. Wiem, e tam ani zajrzaa. Gdzie wic bya? 
Inka, ktra w swoim nowym kapelusiku do izdebki bya wbiega, stana jak wryta. 
 Moja mamo! Byam, gdzie mi. si podobao... Kady czowiek na wiecie idzie, gdzie 
chce, i robi, co mu si podoba, a ja przecie niewolnic niczyj nie jestem i te wieczne indagacje 
mamy s dla mnie nieznone, okropne... 
Mwic to szarpaa zdejmowane z rk rkawiczki i gorczkowo zarumieniona, niezwykle 
byszczcymi oczyma nie na matk, lecz kdy w stron ukonym, rozjtrzonym spojrzeniem 
patrzaa. Bya wtedy upostaciowaniem uporu i zniecierpliwienia wrzcego powstrzymywanym 
gniewem. Nie zawsze jednak moga czy chciaa powcign gniew. Wybucha z niej 
czasem sowami, ktrych niepodobna byo spodziewa si z usteczek tak drobnych, rowych, 
sodkich. 
 Ja nie wariatka, aby mnie trzeba byo pod kuratel bra, i niech mama faworytw swoich, 
Janka i Olka, ktrzy tyle biedy narobili, musztruje, ale nie mnie, ktra dorosa jestem 
wiem, czego mi trzeba i co robi. 
59 
U tej delikatnej, powiewnej, sodkiej i smtnej dziewczyny z samego dna natury jej zapewne 
dobyway si szorstkie, grube pierwiastki i byo to jakby osuwanie si zason aksamitnych 
z nieciosanego drewna. 
Zdumiona i przeraona pani Teresa rce zaamywaa. 
 Bj si Boga, Inka, po jakiemu to do mnie mwisz? Take ton! take sposb mwienia 
do matki! 
Z wyranym obrzydzeniem kocami palcw Inka zdejmowaa ze stou nie dojedzon 
przez pani Teres kromk razowego chleba i szklank wypitym przez ni mlekiem pobielon. 
Drwicy umieszek odpowiedzi jej towarzyszy. 
 Czy to do matki innym tonem jak do innych ludzi mwi trzeba? Wiem, wiem, syszaam... 
Ale s to, moja mamo, przesdy, o ktrych dawno ju rozumni ludzie zapomnieli, i tylko... 
u nas jeszcze... 
Milka, bo teraz pani Teresa w uniesienie wpadaa, gniewem wybuchajc, wyrzuty jej 
czynic, natarczywie zapytujc: kto jej gupstw takich do gowy nakad? kogo widuje? do 
kogo chodzi? jakie szalestwo do gowy jej przystpio? Dlaczego teraz wyglda cigle tak, 
jakby w gorczce bya, nie wiedziaa sama, co mwi lub czyni? 
Inka najczciej nie tumaczya si, nie odpowiadaa; czasem jednak gwatownym jakby 
poruszeniem wewntrznym rzucona przypadaa do matki, klkaa przed ni i z gow do kolan 
jej przycinit jczaa: 
 Nie mog, mamciu, nie mog inaczej... nie mog inn by... nie mog... 
Wtedy pani Teresa obejmowaa. j, wosy jej gaskaa, prosia. 
 Czego nie moesz? Co ci jest? Co ci si stao? Iniu moja! cru! powiedz! wszystko 
matce powiedz... wytumacz, uspokj mi... 
Ale ona ju zrywaa si z ziemi i odchodzia mwic: 
 Nic, nic, moja mamo! Po co ja mam mwi, kiedy mama nie rozumie mnie, nie zgodzi 
si ze mn... my, ja i mama, takie rne jestemy, takie inne... 
I ju sw matki zdawaa si nie sysze, kdy daleko, daleko zapatrzona, ku czemu dalekiemu 
umiechnita, kdy daleko myl, utsknieniem, marzeniem przebywajca. 
Myl, marzeniem, utsknieniem przebywaa cigle w adnie umeblowanym, pachncym 
buduarku Heleny Iwanwny, w ktrym wiele chwil miych, a kilka cudnych ju przeya. 
Kilka ju razy jednoczenie z ni na czekoladzie u Heleny Iwanwny by knia. 
O, cudne chwile, wrae nowych i rozkosznych pene, od szarej, prozaicznej rzeczywistoci 
dalekie, dalekie, poetyczne, liczne! 
O, liczny, miy, zgrabny, wytworny, z takimi oczyma wymownymi  czowiek! Ksi! 
Knia! Jak ten wyraz brzmi dziwnie! Tak zupenie, jakby blaski zota i kolory tczy, i jeszcze 
tony wspaniaej muzyki rozlegy si w powietrzu. 
Rozmawiali z sob po francusku. Ona do jzykw obcych ma zdolno wielk i tego przez 
cztery lata u pani Awiczowej spdzone wyuczya si wcale niele. Ach, jak on widocznie 
ucieszy si, gdy usysza j mwica po francusku. Moe myla, e nie bd mogli rozmawia 
z sob z powodu tej rnicy jzykw. Jeszcze by! jak mwi Helena Iwanwna. 
Ale bo i po co na wiecie s te wszystkie pomidzy ludmi rnice! Ot, yliby ludzie z sob 
w zgodzie, jednostajnie mwic, czujc, wierzc i wszystkim byoby dobrze, i wszystkich 
by nieszcz tych nie byo. Prawd mwi Helena Iwanwna, e tylko przesdy ludziom na 
drodze do szczcia staj. To jest kobieta bardzo rozumna i dowcipna. Jak zabawnie wymiewaa 
wczoraj wiar w to, e Pan Bg sucha w niebie tych pacierzy, ktre ludzie tu na 
ziemi szepcz. W drugim pokoju  mwia  siedzisz i nie syszysz, a jake z takiej dalekoci 
sysze by mia? Wszystko to s przesdy  mwia.  Pozby si ich tylko trzeba, a zaraz 
wszyscy na wiecie ludzie stan si szczliwi i weseli... 
Moe te o  i s tacy weseli, e pozbyli si, jeeli nie wszystkich jeszcze, to wielu przesdw? 
Ach! jacy oni weseli! Raz na czekolad oprcz kniazia i adiutant jego, m Heleny 
60 
Iwanwny, przyszed, kilku oficerw z sob przyprowadzajc, wkrtce te dwie panie jakie 
wbiegy, licznie ubrane, mode jeszcze, adne. Powsta ruch, gwar, wszyscy dokoa okrgego 
stou w jadalnym pokoju zasiedli, ale nie wszyscy czekolad pi chcieli, wic gospodarz 
domu do sucego zawoa o wino szampaskie, ktre gdy przyniesiono i pi zaczto, wesoo 
staa si taka, jakiej Ina nigdy jeszcze w yciu swoim nie widziaa. Wesoo to bya 
swobodna, gona, poufaa, pena gestw szerokich, miechw jak grzmoty gonych, komplementw 
skadanych piknym rczkom, nkom, oczkom. Toasty rne wznoszono, a kiedy 
adiutant kieliszek swj podnoszc wznis zdrowie Iny Julianwny, to wszyscy jak krzyknli 
jednym gosem: Hurrra!, to a szyby w oknach zabrzczay; j za, In, czy od wina 
wypitego, czy od rozmaitych napeniajcych j uczu ogarna wesoo taka, jakiej dotd 
nigdy nie dowiadczaa. Dzikowaa wszystkim, kaniaa si, na komplementy miao odpowiadaa, 
a z artw, ktre dokoa kryy, miaa si tak gono i swobodnie jak nigdy. Wtedy 
knia, ktry obok niej siedzia i przez cay czas rne mie jej rzeczy mwi, szepta zacz, 
e on zawsze widzie j pragnie weso, szczliw, bo nie ma na wiecie takiego 
szczcia, ktre by samo do stp jej nie upado, proszc, aby przyj je chciaa. 
I nie wiadomo, co powiedziaby wicej, bo w tej wanie chwili zaszo co takiego, co 
wszystkich jakby ukropem oblao czy lodem oboyo. Jedna a tych pa, ktre tam byy, ni 
std, ni zowd zacza przez st bardzo gono i ze miechem mwi do kniazia co  o jego 
onie, e niby ona z Kaukazu, gdzie przebywa, przez lunet na niego patrzc widzi, jak on si 
tu znajduje i... co tam jeszcze podobnego. Na twarz kniazia chmura spada ciemna i grona. 
Helena Iwanwna oczyma i rkami znaki jakie do mwicej robia i wszyscy z nadzwyczajnym 
popiechem, goniej jeszcze ni przedtem rozmawia o rnych rzeczach zaczli, ale 
czu byo, e co niedobrego zaszo, e zgrzyt jaki przerwa harmoni, ktra dotychczas w 
towarzystwie tym panowaa. 
A jej, Inie, zrobio si niewypowiedzianie aonie i smutno. Nie umiaaby powiedzie, 
dlaczego, ale wiadomo, e knia jest onaty, ca jej pier nagle zami napenia. Nie 
chciaa okaza tego, ale Helena Iwanwna sama spostrzec musiaa, bo przybiega i za szyj j 
objwszy w samo ucho szepna: 
 Niczewo, duszeka! Niczewo! On onaty i razem nieonaty! Ja ci to pniej opowiem i 
wytumacz. 
A potem do fortepianu usiada i z wielkim zapaem bardzo hucznie walca gra zacza, 
przy czym zaraz utworzyy si dwie pary tancerzy i st dokoa obiega zaczy. Knia po 
chwili wsta take i z ukonem do taca j zaprosi. Wyprostowany, brzkiem ostrg tylko 
kania si i wzrokiem tylko  ale jakim! prosi. Ona od dwch ju lat przez cay czas aoby 
narodowej nie taczya wcale, a za tacem przepadaa i wiedziaa, e taczy bardzo adnie. 
Czua sama, e jest caa rowa i e w caej sobie ma dziwne gorco i drenie. Staa przed 
nim ze spuszczonymi powiekami, podnie ich nie mogc, a on kibi jej ramieniem opasa i 
unis w taniec. Ale raz tylko st  okrgy dokoa w walcu obiegli, po czym znalaza si w 
saloniku ssiednim, w ktrym nie byo nikogo. I tu... Ach! dalej ju Inka wspomnie swych 
w sowa przyobleka nie moga. W gowie jej si mcio, oddech w piersi ustawa, siy 
omdleway... Na klczkach przed sob go widziaa i... 
A to, e knia Borys jest onaty, znaczenia adnego nie ma, gdy Helena Iwanwna wytumaczya 
jej, e oeni si nadzwyczaj modo, z namowy rodzicw czy tam krewnych, nigdy 
kobiety tej nie kocha, a teraz nienawidzi jej i do rozwodu z ni idzie. Wkrtce te rozwd 
otrzyma i wolnym bdzie. Czy nie mwi jej zreszt wwczas, w tym pustym saloniku, e j 
jedn, In, na caym wiecie kocha i e jest to jego pierwsza mio prawdziwa. Sowa te 
Helena Iwanwna w zupenoci potwierdzia. 
 Uwleka si nieraz innymi kobietami  mwia  ale tak jak za tob, duszeka, za adn 
nie szala. C to znaczy, e jest onatym, kiedy ony nie kocha? Jedna tylko na wiecie jest 
rzecz wana: mio. Wszystko inne  to gupocie, na ktre tylko naplu! 
61 
Gdy po kilku godzinach u Heleny Iwanwny spdzonych Ina do ciasnej, dusznej, ubogiej 
izdebki domu zajezdnego wbiega, ogarniao j uczucie budzenia si ze snu rozkosznego i 
wietnego, a wpadania do otchani rzeczywistoci, ponurej i szpetnej. 
Obrzydzeniem i alem nad sam sob bezgranicznym przejmoway j ciany i sprzty tej 
izdebki, szklanka pobielona wypitym przez matk mlekiem, rozsypane na stole okruchy razowego 
chleba. Pona wstydem na myl, co .by to byo, gdyby on... ten pikny, wietny 
czowiek, w swoim piknym, wietnym mundurze wszed tutaj i zobaczy... Prawem odziedziczenia 
moe powtarzaa w myli, nazwy niegdy przez jej ojca Leszczynce nadawane. 
Gdyby knia zobaczy t dziur, t nor, ten czyciec ziemski! Bola j po prostu sam widok 
tej izdebki; dawio powietrze, istotnie duszne i przykre, ktrym w niej oddychaa. zy poykajc 
mwia sobie, e ona do rzeczy tak prozaicznych i szpetnych stworzon nie jest, e jak 
rybie wody, ptakowi powietrza, potrzeba jej rzeczy poetycznych i piknych. I szczerze, gboko, 
z caej siy wierzya, e mieszkanie Heleny Iwanwny, ze sprztami jaskraw materi 
obitymi i gracikw byszczcych albo zabawnych pene  to pikno, a uczucia, ktre namitne 
spojrzenia i szepty kniazia w niej budziy  to poezja. 
I gdyby jeszcze moga tu by sama jedna, swobodnie wspomina, marzy... Ale to cige 
tutaj towarzystwo matki, jej zapytania i wyrzuty, jej zgryzoty i nocne pacze... ach, i ten sposb 
ubierania si jej, mwienia, chodzenia, samo brzmienie jej gosu, sama ciemno skry 
oblekajcej twarz i rce. Ju i dawniej, od dziecistwa prawie razio to j. i niechci napeniao, 
lecz w sposb nieokrelony i guchy. Teraz wszystko przed oczyma jej uwypuklio si i 
wyroso, a w myli nabrao okrele wyranych i miaych. Teraz przychodziy chwile, w 
ktrych miao przed sob wyznawaa, e matka budzi w niej uczucie bardzo podobne do odrazy, 
takiej zwyczajnej, fizycznej odrazy, jaka czasem przejmuje rce biae i delikatne przy 
dotykaniu rk sczerniaych i zgrubiaych, jaka czasem wstrzsa nerwami spragnionymi pieszczoty 
aksamitnej, gdy uczuj twarde i szorstkie dotknicie. 
Ale zdarzay si te chwile inne, nie wiedzie skd pochodzce: z gosu natury, ze wspomnie 
dziecistwa moe pochodzce, chwile, w ktrych In fala uczu nie nazwanych a nagych 
ku matce rzucaa. Wtedy z ramionami dokoa grubej kibici zarzuconymi i z gow na 
jej kolanach szeptaa: 
 Mamciu! Mamciu kochana! Ja wiem... ja wiem... ale nie mog... doprawdy, mamciu, ja 
inaczej nie mog... 
O czym wiedziaa czego? nie moga? Nie powiedziaa tego nigdy; nie potrafiaby powiedzie, 
bo w uczuciach i mylach jej panoway chaos i zamt, wiay burzliwe wichry, leciay 
przewiecone jaskrawym wiatem tumany kurzawy. A pani Teresa na te pieszczoty i bekotliwe 
wyznania crki w sposb rozmaity odpowiadaa: niekiedy wzajemn pieszczot i drcej 
troskliwoci penymi zapytaniami, ale niekiedy, gdy czua si bardzo, bardzo, prawie nad 
siy zgnbion, zgryzion, strwoon, zmczon, niecierpliwym sarkniciem i gniewnymi 
sowy. 
 Nie wiem  mwia  czego nie moesz i co si z tob dzieje, ale czuj, e co niedobrego 
si dzieje i e wysa ci std musz... Do Leszczynki pojedziesz... ju pisaam do Teleuka, 
aby po ciebie przyjecha... i pan Koniecki w tych dniach do domu jedzie, zabierze ci, i 
moe u nich, u Konieckich, nim do Leszczynki przyjad, przesiedzisz... Tu nie zostaniesz... 
Niak twoj tu by czasu i siy nie mam... a pociech i pomoc matce by nie umiesz.., serca 
nie masz... 
Wtedy Ina z wybuchem obrazy i alu zrywaa si od kolan matki i caa w ogniu, ostre byskawice 
z oczu wyrzucajc, woaa, e ani do Leszczynki, ani do Konieckich nie pojedzie za 
nic, za nic, e prdzej da si zabi, anieli tam pojedzie, e matka jej nie kocha, e jest ona 
nieszczliwa i od nieszczcia swego choby na koniec wiata uciec by pragna. 
Potem obie milky, rozjtrzone, obraone, rozalone, i reszt dnia lub wieczora spdzay w 
milczeniu, czasem ukone, niechtne lub niespokojne wejrzenia na siebie rzucajc. 
62 
A przyszed dzie, ktry ukaza Ince dwa zwierciada, w zwierciadach dwie przyszoci i 
rzek: Wybieraj! 
Kiedy pani Teresa piesznie biega z wizienia do domu, aby zobaczy, czy jest tam jej 
crka, a jeeli nie jest, szuka, gdzie jest, jak nieraz ju bywao, i u wszystkich znajomych o 
ni si dowiadywa, Inka w najodludniejszym miejscu zamiejskiego parku z Helen Iwanwn 
rozmawiaa. Za oson drzew i krzeww na maej awce bardzo blisko siebie siedzc 
szeptem obie mwiy. Mwiy cicho, szybko, niezmiernie ywo, wzajem sobie mow przerywajc, 
jak mwi zwykli ludzie piesznie naradzajcy si i silnie wzruszeni. 
 Wic za trzy dni  szeptaa Inka  wic ju za trzy dni... wyjedacie... a c ja poczn, 
co ja poczn, co ja nieszczsna poczn... ja z desperacji nie wiem, co sobie zrobi... zwariuj 
chyba, utopi si... 
Za rkaw sukni j chwytajc Helena Iwanwna w mow jej wci wpadaa. 
 Ale posuchaj, duszeka, posuchaj tylko... mwi mi nie dajesz... cigle przerywasz... 
Ja mwi, e. jest sposb tak zrobi, aby nie potrzebowaa desperowa, wariowa... 
Ale Ink burza rozpaczy porywaa, oguszaa, myli i uwag jej od towarzyszki odrywajc. 
Czoo rozpalone w obu doniach ciskaa, zy po zbladych policzkach jej pyny. Jednak 
szybko, nie przerwanie, gwatownie szeptaa: 
 Mama o niczym nie wie, ale domyla si, niepokoi si, wyrzuty mi robi, chce mi do 
Leszczynki albo do Konieckich, ssiadw naszych, wyprawi. Ja nie chc do Leszczynki! Ja 
nie chc do Konieckich! Tam grb! Tam noc! Ja nie chc grobu! Ja lkam si nocy! Ja teraz 
dopiero poznaam, co to prawdziwe ycie, co rado, co szczcie... 
Paczem zaniosa si, a Helena Iwanwna doni usta jej zamyka prbowaa. 
 Ja tobie mwi, duszeka, e jest sposb... posuchaj tylko! Jest sposb, aby od grobu i 
od nocy... 
 Jaki sposb! Nie ma adnego sposobu! Wszake wyjedacie, Heleno Iwanwno... i 
on... za kilka dni... O, Boe mj, Boe! Ju za kilka dni... 
Zniecierpliwiona czy rozczulona, obu tych zreszt uczu zapewne dowiadczajc, Helena 
Iwanwna jak sp gwatownie dziewczyn szlochajc w ramiona swe porwaa, do boku 
swego przycisna i gow jej jak na poduszce na piersi swej oparszy, w samo prawie liczne 
uszko spod licznego kapelusika wygldajce szepta zacza. Cicho szeptaa, dugo szeptaa, 
czasem krtkie pocaunki po twarzy Iny rozsiewajc, czasem miejc si cichutko, pieszczotliwie. 
Z szeptania jej wybijay si niekiedy sowa goniej nieco wymawiane: knia... rozwd... 
lub... lubienie... Petersburg.... kniahini... bale... rysaki... m krasawiec... 
Ina nie pakaa ju, lecz dre zacza i tak draa, e Helena Iwanwna zlka si moe, 
aby z awki nie spada; bo z wielkim szelestem czesuczowych, bombiastych rkaww mocniej 
jeszcze do siebie przycisna, szepta, chichota, caowa nie przestajc, a na koniec... 
Po chwili do dugiej zgrabne, szczupe, w biay mulin obleczone ramiona dziewczyny 
wycigny si ku grze i szyj przyjaciki, troch krtkawa, troch grubaw, z tak nagoci 
i moc objy, e a na czarnych jej wosach przekrzywi si kapelusz z kwiatw bzu 
upleciony i rozkoysay si we wszystkie strony jego mae, biae pirka. 
Oznaczae ten milczcy, namitny, dugi ucisk Inki trwog czy rado lub wdziczno, 
tulenie si pod opiek czyj i oddawanie si w moc czyj, czy wszystko to razem zmieszane, 
wzburzone, skbione w jeden poryw, w jedn dz, w jeden sza? 
Wkrtce potem Ina do mizernej izdebki swej wchodzia, a pani Teresa zdziwia si ujrzawszy 
j tak agodn, cich, czu, jak tu nie bywaa ju od dawna. Zaraz ode drzwi pogarna 
si ku matce i dziwnie pokorna, zamylona, w obie rce j pocaowaa. Potem jakby 
zapytania i wyrzuty uprzedzi pragnc, mwi zacza, e bya w parku, e teraz tam spiree 
przepysznie kwitn i Leszczynk jej przypomniay e jutro pjdzie z matk do wizienia i 
troch kwiatw tych braciom zaniesie. Zapalia ma lampk i zacza przy wietle jej sukni 
matczyn w kilku miejscach rozdart naprawia. 
63 
Pani Teresa niedowierzajco i niespokojnie zrazu na crk patrzaa, lecz wkrtce rado 
boga do serca wstpowa jej zacza. 
Jaka ona liczna, jaka mia, gdy tak uspokoi si, zagodnieje, nad robot jak zot gwk 
sw pochyli! Bajecznie do ojca podobna! Te same oczy i wosy... te same wady i ten sam 
czar! I tak samo... raz anio, raz szatan! 
A Inka szya i niekiedy szafirowe oczy swe z anielskim spojrzeniem na matk podnoszc 
mwia, e szkoda, ach, jaka szkoda i jakie nieszczcie, e wyrok na Janka i Olka nie knia, 
ale ten jaki nowy i niewiadomy wydawa bdzie... 
 A ty skd wiesz o tym?  zdziwia si pani Teresa. 
Z agodnym wzruszeniem ramion odpowiedziaa: 
 Syszaam... wszyscy o tym mwi... knia wczoraj urzd swj zoy i dzi ju w komisji 
nie zasiada. 
Syszaa o tym istotnie od niego. On dzi u Heleny Iwanwny, blisko, blisko niej siedzc i 
rk jej w swojej trzymajc, mwi: 
 Ja na braci waszych, Ino Julianwno, wyroku wydawa nie bd, bo z gry przykazano, 
abym by srogim... wic kamienia tego nie poo i dou tego nie wykopi pomidzy tob a 
sob, ty moja ukochana, upragniona... 
Gorco aru i wino. upojenia napeniy jej pier i gow, gdy teraz delikatnymi nimi dziur 
w sukni matczynej cerujc sowa te wspominaa. Miaa takie uczucie, jakby ta dziura i to 
cerowanie w palce j pieky, jednak cerowaa dalej cierpliwie i gdy po chwili oczy na matk 
podniosa, co na ksztat aru w nich bysno. Na myl, co za dni par stanie si, sta si musi, 
co pomidzy ni i matk jej jak kamie i jak d  o, jak gboki, legnie, serce jej uszka 
pokazao... na chwil. 
Pani Teresa z zacinitymi kurczowo rkoma, z gboko wpadymi oczyma siedziaa na 
ku zdruzgotana, zgnbiona. Synami zajta; o pienidze na dalszy pobyt w miasteczku 
skopotana, nikogo ze znajomych w ostatnich dniach nie widujc, o tym, e zmiana dla niej 
straszna ju zasza, nie wiedziaa. 
Co teraz nastpi? o Boe, co nastpi? I kiedy nastpi? Rycho zapewne, rycho. Wz albo 
przewz. Niebo albo pieko. Z Jankiem i Olkiem do Leszczynki powrci albo... 
Dwa dni upyny i  wyrok zapad... Podpisaa go rka od rki kniazia czerwiesza... rozkazowi 
zreszt otrzymanemu z gry posuszna. 
Zsyka do Permu; w czasie jak najkrtszym pod zbrojn stra mali buntownicy odwiezionymi 
zostan do najbliszej  jednak dalekiej  stacji kolei elaznej, a stamtd parowozem 
na granic dwch czci kuli ziemskiej, pod stopy Uralu... 
...Z twarz, ktra powlekaa si barw ziemist, z powiekami w pociemniaych oczodoach 
od paczu krwawymi pani Teresa staa przed wiziennymi wrotami i patrzaa na oddalajcy 
si dwukonny wz... Dopki tylko dojrze je byo mona, patrzaa na coraz dalej oddalajce 
si, oddalajce dwie mae, blade twarze, ktre na wozie obracay si ku niej, jak opatki wiecc 
wrd podniesionych dokoa luf i bagnetw. 
Gdy na zakrcie drogi znikny  odesza. 
Nie biega, nie pdzia; sza powoli z piersi ciko dyszc, z plecami po raz pierwszy w 
yciu przygarbionymi. 
Nic dokoa nie widziaa, nie syszaa, o niczym nie mylaa. Dusza jej krwawym gwodziem 
przybita do tych maych, bladych twarzy, ktre tylko co w oddaleniu sprzed oczu jej 
zniky, wloka si za nimi caa, wsuwaa si pomidzy otaczajce je bagnety, krelia nad nimi 
obronne i opiekucze krzye, caowaa, egnaa spakane oczy Olka, jak ptno zbielae, 
lecz hardo zacinite usta Janka. 
64 
Na ksztat ranionego zwierza, ktry instynktem gnany czoga si ku legowisku swemu, 
aby pa na nie i skomlc z blu ran swoj liza, pezaa raczej ni sza ku swej najtej, mizernej 
izdebce... 
Tu, na drzwi izdebki spojrzawszy, przypomniaa sobie: 
 A Inka? 
Gdzie jest, Inka? Miaa wnet za ni przybiec do wizienia i ostatnie godziny te spdzi z 
brami, a tylko na chwil czego jeszcze do miasteczka... 
 Zaraz przybiegn, mamciu, zaraz przybiegn... 
Miaa kapelusz na gowie, w rku parasolk, na policzkach rumiece silne i w oczach 
zy... 
 Niech mamcia idzie, ja zaraz przybiegn... 
Odbiega, wrcia, ucisna matk. Dziwnie ucisna, mocno, dugo. Ale pani Teresa nie 
dziwia si. W dniu tak strasznym, w tym piekielnym dla niej dniu... e crka zapakaa, ucisna, 
c dziwnego? 
Jednak nie przysza! C to znaczy? Gdzie jest? Co si z ni dzieje? 
Niecierpliwie, silnie, gono pchna przed sob drzwi izdebki. Wesza. 
Nie ma Inki. 
Co si dziao w tej izdebce, co si tu dziao! 
Szuflada starej, krzywej komody, w ktrej Inka swoje rne mulinki, paski chowaa, w 
caej szerokoci wycignita, pusta. 
Miejsce na cianie, gdzie sukienki swoje zawieszaa, puste. 
Jezus, Maria! 
Na stole, o szklank z nie wypitym mlekiem oparta, karta papieru jej rk zapisana. 
O, Jezus, Maria! 
Moja kochana mamciu! Mnie bardzo przykro, ja bardzo auj, e mamci rozgniewam i 
zmartwi, ale inaczej nie mog! Nie mog! Kiedy mamcia czyta to bdzie, ja daleko ju 
std... daleko... Mnie nawet smutno, e mam porzucam, ale tak kocham, tak nad ycie, bez 
granic kocham... Mama zna jego... to knia Borys... I on kocha mi szalenie, bez granic, ale 
ja nie z nim jad, tylko z pewn przyjacik jego i moj, u ktrej te w Petersburgu mieszka 
bd, dopki lubu z sob nie wemiemy... A kiedy ju zostan on kniazia, co wkrtce 
nastpi, wszystkim nam bdzie lepiej. On dla Janka i Olka powrt do domu wyjedna, a Broci 
i Ludiwink ja zaopiekuj si, aby im edukacj wietn... 
Byo tam pisma wicej jeszcze, wiele; wyraniejsze od innych wystpoway wrd niego 
sowa: mio, szczcie, przesdy, wszdzie ojczyzna moe by, wszystkie wiary 
sobie rwne, ale pani Teresa czyta dalej nie moga, bo z trzscych si rk jej wypada 
kartka papieru i szeroko, szeroko rozwary si te rce, a patem gono klasna w donie, gdy 
z ust tak jak ta kartka zbielaych wypad krzyk: 
 ajdaczka! 
Pad krzyk ten w cisz izdebki jak kamie w wod i dugo po nim nic nie nastpowao. Jak 
w kamie obrcona staa pani Teresa z rkami rozpostartymi, z oddechem w piersi krtkim i 
wiszczcym, z czoem, wargami i policzkami drgajcymi. W ciemnych, gbokich oczodoach, 
pod zakrwawion od ez powiek gorzao pomi gniewu i morze pogardy rozlewao si 
po ustach, gdy wychodzi z nich pocz dyszcy, syczcy szept: 
 A niedoczekanie twoje, aby ty... dziemi mymi... opiekowa si miaa... ty... ty... 
I nagle krzyk znowu przeraliwy, ogromny, podobny tym, jakimi matki wtrz zabijaniu 
gwodziami trumny ich dzieci. 
 Inka, dziecko moje! Jezus, Maria! Inka moja, Inka! 
65 
Runa na ziemi, ramiona na niej rozpostara, palce wbia w desk podogi, czoem o 
podog uderzya i  nieruchom pozostaa, a tylko z piersi jej dobywa si poczy dwiki 
bez sw, gone, nieustanne, podobne do szlochw suchych i nigdy skoczy si nie majcych, 
podobne do tego wycia, z jakim niekiedy nad rozogami niegw lataj zimowe wiatry. 
Tak u zwaliska zburzonej Troi Hekuba, Priamowa ona, wya z aoci po synach pobitych 
i uwiedzionych crkach. 
