 
BOLESAW PRUS 
PLACWKA 
ROZDZIA PIERWSZY 
Spod pagrka nie wikszego od chaty wypywa rdo rzeki Biaki. W opoczystym 
gruncie wyobio ono kotlin, gdzie woda huczy jak rj pszcz gotujcych 
si do odlotu. 
Na przestrzeni mili Biaka pynie rwnin. Lasy, wsie, drzewa w polu, krzye 
na drogach wida jak na doni, zmniejszajce si w miar odlegoci. Okolica 
wyglda jak okrgy st, w rodku ktrego stoi czowiek niby mucha przykryta 
niebieskim kloszem. Wolno mu je, co znajdzie i czego inni nie zabior, byle 
nie chodzi za daleko i zbyt wysoko nie lata. 
Ale po przejciu mili w stron poudnia znajdujemy inny kraj. Paskie brzegi 
Biaki wznosz si i oddalaj od siebie, gadkie pole nabrzmiewa pagrkami, 
cieka idzie do gry, to spada na d, znowu idzie w gr i znowu spada coraz 
gwatowniej i czciej. 
Rwnina znika, jeste w wwozie i zamiast rozlegego horyzontu spotykasz 
na prawo i na lewo, przed sob i za sob wzgrza wysokie na kilka pitr, agodne 
lub spadziste, nagie lub zaronite krzakami. Z tego wwozu przechodzisz w 
drugi wwz, jeszcze dzikszy i cianiejszy, potem w trzeci, czwarty... dziesity... 
Ogarnia ci chd i wilgo; wdrapujesz si na pagrek i widzisz, e jest to 
ogromna sie wwozw, rozwidlajcych si i popltanych. 
Jeszcze parset krokw z biegiem rzeki i znowu zmienia si krajobraz. Pagrki 
s coraz nisze i stoj oddzielnie, podobne do wielkich mrowisk. Blask 
poudniowego soca uderza ci prosto w oczy; z kraju wwozw dostae si w 
obszern dolin Biaki. 
Jeeli caa ziemia jest stoem, na ktrym Opatrzno dla stworze przygotowaa 
uczt, to dolina Biaki jest olbrzymim pmiskiem, majcym wyduon 
form i mocno zadarte brzegi. Tylko w zimie pmisek ten jest biay; w kadej 
za innej porze wyglda jak majolika, ozdobiona mnstwem barw i ksztatw 
surowych i nieregularnych, lecz piknych. 
Na dnie owego naczynia boski garncarz umieci k i zpnocy na poudnie 
przeci j wstg Biaki, na ktrej tle szafirowym fale z rana i wieczr 
poyskuj czerwieni, zotem w dzie a srebrem podczas jasnych nocy. 
Tak urobiwszy dno zabra si arcymistrz do lepienia brzegw baczc, aby 
kady posiada odrbn fizjonomi. 
Brzeg zachodni wyglda dziko. ka dotyka wzgrz spadzistych, zasypanych 
wapiennym wirem. Gdzieniegdzie ronie krzak gogu, karowata brzoza 
albo trzenia chora. Czsto wida paty ziemi jakby obdartej ze skry. Najwy
3 
trzymalsza rolina ucieka std, a miejsce zielonoci zajmuj gliny, siwe pokady 
piasku albo opoka, co wyszczerza na k trupie zby. 
Wschodni brzeg jest inny; tworzy jakby amfiteatr o trzech kondygnacjach, 
wznoszcych si jedna nad drug. Pierwsze pitro, tu nad k, zbudowano z 
czarnoziemu; w jednym miejscu wida na nim szereg chaup otoczonych drzewami, 
jest to wie. Drugie pitro uksztatowao si z ziemi gliniastej; tu stoi 
dwr, prawie nade wsi, z ktr czy go stara aleja lipowa. Na prawo i na lewo 
cign si dworskie any w postaci wielkich prostoktw, zasianych pszenic, 
ytem, grochem albo pod ugr zajtych. Nareszcie trzeci kondygnacj tworz 
grunta piaszczyste, obsiewane owsem lub ytem, a jeszcze wyej - czerni si las 
sosnowy podpierajcy niebo. 
W pomocnym kracu doliny wida gromadk pagrkw stojcych pojedynczo 
jak kopce. Trzy z nich (midzy nimi jeden najwyszy w okolicy, z sosn na 
szczycie) nale do gospodarza Jzefa limaka. 
Jest to posiado jak pustelnia; do wsi z niej daleko, a jeszcze dalej do dworu. 
Obejmuje dziesi morgw gruntu, od wschodu przytyka do rzeki Biaki, od 
zachodu do gocica, ktry z tego miejsca przecina dolin i biegnie do wsi. 
Przy drodze mieszcz si budynki limaka. Jest tam chata, zwrcona jednymi 
drzwiami do gocica, drugimi do podwrka, -jest stajnia z obor i chlewkiem, 
nakryte jednym dachem, jest 
stodoa i wreszcie szopa na wozy. Wszystko ustawione wzdu bokw kwadratowego 
dziedzica. 
Chopi doliscy artowali ze limaka, e mieszka na wygnaniu jak Sybirak. 
-Prawda, e do kocioa -mwili - bliej mu ni nam; ale za to nie ma do kogo 
gby otworzy, pustka wszelako nie bya tak bezludn. W jesieni, przy ciepym 
dniu, mona byo widzie na wzgrzu bia figur parobka, jak w par koni ora 
ziemi -albo on limaka i dziewczyn najmitk, obie w czerwonych spdnicach, 
jak kopay, kartofle. Midzy wzgrzami trzynastoletni Jdrek limak 
zwykle pas krowy wyprawiajc przy tym dziwne amace. Lepiej za poszukawszy 
znalazby jeszcze omioletniego Staka, z biaymi jak len wosami, ktry 
wtoczy si po wwozach albo siedzc na pagrku pod sosn zamylony patrzy 
w dolin. 
Zagroda ta, kropla w morzu ludzkich interesw, bya odrbnym wiatem, 
ktry przechodzi rne fazy i posiada wasn histori. 
By na przykad czas, e Jzef limak mia ledwie siedem morgw gruntu, a 
w chacie tylko on. Wkrtce jednak spotkay go dwie niespodzianki: ona powia 
syna Jdrka, a gospodarstwo skutkiem ukadu o serwituty powikszyo si 
o trzy morgi gruntu. 
Wypadki te wywoay du zmian w yciu chopa: dokupi krow i wieprza 
i pocz wynajmowa komornikw do robt okoo swej ziemi. 
W kilka lat pniej przyszed na wiat drugi syn. Wwczas limakowa zgodzia 
sobie do pomocy star wyrobnic Sobiesk sposobem prby na p roku. 
4 
Prba przecigna si do trzech kwartaw; po czym stskniona za karczm 
Sobiesk ucieka w nocy na wie, jej za miejsce zaja gupia Zoka, znowu 
na p roku. limakowej wci zdawao si, e po ukoczeniu najpilniejszej roboty 
bdzie moga obej si bez sugi. 
Gupia Zoka przesiedziaa u nich okoo szeciu lat, lecz cho nastpnie 
posza na sub do dworu, w chacie roboty nie ubyo. Przyja wic gospodyni 
pitnastoletni sierot Magd, ktra lubo miaa swoj krow, kilka zagonw 
ziemi i p chaty, wolaa jednak pj midzy ludzi ni siedzie na ojcowinie. 
Mwia, e stryj za mocno j bija; dalsi za krewni umieli tylko zachca j do 
pokory twierdzc, e im stryj wicej kijw poamie, tym dla niej bdzie lepiej. 
W owej epoce limak przewanie sam pracowa okoo roli, rzadko wynajmujc 
robotnikw. Mimo to tyle jeszcze mia czasu, e chodzi z komi do dworu 
albo ydkom mieszkajcym w osadzie przywozi towary z miasta. Gdy jednak 
dwr coraz czciej wzywa go do roboty, wic limakowi ju nie wystarczali 
dzienni najemnicy i pocz oglda si za pomocnikiem staym. 
Pewnej jesieni, kiedy ona najmocniej suszya mu gow o parobka, zdarzyo 
si, e wraca ze szpitala Maciek Owczarz, ktremu wz wykrci nog. 
Kalece wypada droga koo chaty limakw; a e by ndzny i zmczony, wic 
usiad na kamieniu przy wrotach i miosiernie zacz spoglda na sie chaupy. 
Tam wanie gospodyni tara dla trzody gotowane kartofle, takie dobre, e ich 
smak wraz z kbami pary rozchodzi si po caym gocicu. Owczarza a w 
doku zakrcio od tych zapachw i ju wcale nie mg podnie si z kamienia. 
-To wy. Owczarzu? - odezwaa si limakowa, ledwie pozna -wszy nieboraka 
w achmanach. 
- Juci ja - odpowiedzia ndzarz. 
- Gadali we wsi, e was zabio. 
-Gorzej mi zrobio -westchn Maciek -bo mnie oddali do szpitala. Czemuem 
ja nie zosta na miejscu pod wozem? miabym ju pewny nocleg i godu 
bym nie cierpia.. -
Gospodyni zamylia si. 
-eby czowiek wiedzia -rzeka po chwili - e nie zamrzesz, to moe by i 
u nas zosta parobkiem?... 
Biedak zerwa si z kamienia i przyszed do chaty wlokc za sob nog. 
-Co mam zamrze? -zawoa. - Zby przecie mam zdrowe i robi mog za 
dwu, byem si troch odgryz. Dajcie mi barszczu z chlebem, a ino zjem, urbi 
wam bodaj fur drzewa. Potrzymajcie mnie z tydzie na prb, a wszystkie te 
gry zaoram. Bd wam suy za stare odzienie i atane buty, byem si mia 
gdzie przytuli na zim... 
Tu Owczarz zamilk, zdziwiony, e tak duo nagada, bo z natury by maomwny. 
limakowa obejrzaa go ze wszystkich stron, nakarmia, a zobaczywszy, 
e zjad misk barszczu a drug kartofli; kazaa mu umy si w rzece. Gdy 
za m wrci wieczorem do domu, przedstawia Maka jako parobka, ktry 
ju drew urba i nakarmi bydo. 
5 
limak w milczeniu wysucha tego, co si stao. A e mia serce pene litoci, 
wic rzek po namyle: 
-To se zosta u nas, czowieku. Nam bdzie lepiej, tobie bdzie lepiej; nam 
bdzie gorzej, tobie bdzie gorzej. A jak kiedy, Boe nie daj, cakiem zabraknie 
chleba w chaupie, to trafisz se tam, gdzie by trafi i dzisiaj. Wypocztego kady 
prdzej wemie do roboty. 
Takim sposobem dosta si do zagrody nowy mieszkaniec. Cichy jak mrwka, 
wierny jak pies i cho kaleka, pracowity za dwa konie. 
Od tej pory, z wyjtkiem tego psa Burka, nic ju nie przybyo w limakowym 
gospodarstwie: ani z dzieci, ani ze suby, ani z dobytku. ycie zagrody 
uoyo si do doskonaej rwnowagi. Wszystkie prace, niepokoje i nadzieje, 
wszystkie dusze ludzkie kryy okoo jednego celu - utrzymania bytu. Dla tego 
celu najmitka znosia drwa na komin albo piewajc i skaczc biega po kartofle 
do lochu. Dla tego gospodyni zrywaa si przede dniem do swoich krw albo 
pieka si przy ogniu odsuwajc i przysuwajc wielkie garnki. Dla tego schylony 
nad pugiem poci si Owczarz albo cign kulaw nog za bron. Dla tego 
wreszcie celu -limak szepczc ranne pacierze chodzi o wicie do dworskich 
stod albo sprzedane zboe odwozi ydkom do miasta. 
Z tej samej przyczyny, odpoczywajc po robocie, narzekali oni zim, e 
mao ley niegu na ycie, albo troszczyli si, skd wzi paszy dla byda. Z tej 
przyczyny w maju prosili Boga o deszcz, a w kocu czerwca o pogod. Z tej po 
niwach zgadywali, ile wierci wyda kopa i jakie bd ceny. Niby pszczoy 
koo ula, roiy si ich myli okoo wielkiej sprawy powszedniego chleba. Zboczy 
z tych kierunkw byo im trudno, cakiem wydoby niepodobna. Nawet 
mawiali z dum, e jak pan jest po to, aeby bawi si i rozkazywa, tak chop 
jest po to, aeby karmi innych i siebie. 
6 
ROZDZIA DRUGI 
By kwiecie. Po obiedzie rodzina limaka zacza rozchodzi si do swych 
zaj. Gospodyni, cisnwszy czerwon chust na gowie, zarzucia na siebie 
pacht upranej bielizny i pobiega do rzeki. Za ni poszed Stasiek przypatrujc 
si obokom, ktre dzi wydaway mu si inne ni wczoraj. Magda najmitka 
wzia si do mycia naczy po strawie nucc coraz goniej: Oj da! da!... -w 
miar oddalania si gospodyni od chaty. Wreszcie Jdrek popchn Magd, psa 
targn- za ogon i przeraliwie gwidc polecia z motyk do sadu kopa grzdy. 
limak siedzia pod piecem. By to chop redniego wzrostu z szerok piersi 
i potnymi ramionami. Mia twarz spokojn, wsy krtko podcite, na czole 
grzywk, a z tyu dugie wosy spadajce a na kark. W zgrzebnej koszuli czerwienia 
mu si pod szyj spinka szklana, oprawna w mosidz. okie lewej rki 
opar na prawej pici i pali fajk; gdy mu si za oczy przymkny, a gowa 
zanadto pochylia naprzd, poprawi si na awie, opar okie prawej rki na 
lewej pici i znowu pali fajk. 
Puszcza siwy dym i drzema spluwajc niekiedy na rodek izby albo przekadajc 
rce. Lecz gdy cybuszek zacz mu skwierczy jak mody wrbel, uderzy 
par razy fajk o aw dla wysypania popiou i przetka j palcem. Wreszcie 
podnis si i ziewajc pooy fajk nad kominem. 
Spojrza spod oka na Magd i wzruszy ramionami. wawo dziewczyny 
wyskakujcej przy myciu statkw budzia w nim politowanie. On by ju tak nie 
wyskoczy, bo on wie, jak ci꿹 rce, nogi i gowa, kiedy czowiek dobrze si 
napracuje. 
Wzu grube buty z podkowami, wzi sztywn sukman, przepasa si twardym 
rzemieniem, na gow woy wysok czapk z barana i poczu, e rce, 
nogi i caa osoba ci mu jeszcze bardziej. Przyszo mu na myl, e po ogromnej 
misce krupniku, a drugiej kluskw z serem byoby stosowniej lec na somie 
anieli i do roboty. Ale przemg si i powoli wyszed na podwrko. W tabaczkowej 
sukmanie i czarnej czapie wyglda jak niski pie sosnowy, okopcony 
u wierzchu. 
Wrota stodoy byy otwarte i jakby na przekr, wygldao z nich par snopw 
somy, wabicych limaka do drzemki. Ale chop odwrci gow i spojrza 
na jedno ze swych wzgrz, gdzie tego ranka zasia owies. Zdawao mu si, e na 
zagonach widzi te ziarna, bardzo wystraszone i daremnie usiujce skry si 
pod ziemi przed stadem wrbli, ktre dzibay owies. 
7 
-Zjady wy bycie mnie do szcztu! -mrukn limak. Cikim krokiem 
zbliy si do szopy i wydoby dwie brony, jakby kraty okienne, najeone dbowymi 
palcami. Potem wyprowadzi ze stajni swoje kasztanki. Jeden ziewa, drugi 
rusza warg i patrzy na limaka przymruonymi oczyma, mwic w duchu: 
Nie wolaby, chopie, sam zdrzemn si i nas nie wtoczy po grach? 
Mao to nabiegalimy si wczoraj? 
limak na tak rad pokiwa gow. Zaprzg kasztanki do jednej brony, 
przyczepi do niej drug i -pojechali z wolna. Minli zielon czk za stajni, 
wdrapali si na popielaty bok wzgrza, wreszcie dosigli szczytu. 
Patrzc na nich przez wierzch stajni, zdawao si, e krpy chop i para 
kasztankw ze zwieszonymi bami wcz si po bkicie niebieskim, sto krokw 
tam i sto krokw na powrt. Ile razy dochodzili granicy zasianego pola, 
zrywao si przed nimi gniewnie wiergocce stado wrbli i jak chmura leciao 
poza nich na kraniec przeciwny. Czasami siadao z boku, zawsze krzyczc i 
dziwujc si, e limak zasypuje ziemi tyle piknego ziarna. 
Gupi chop! gupi chop!... C to za gupi chop!... -woay wrble. 
-Aha! -mrukn limak wywijajc batem. -ebym ja sucha was, darmozjadw, 
to i wy zmarnielibycie pod potem. Oni tu jeszcze bd wydziwiali, 
prniaki!... 
Ju to wesela nie mia limak przy pracy ani uznania. Nie do, e wrble z 
wrzaskiem krytykoway jego robot, e kasztanki wzgardliwie wywijay mu 
ogonami pod nosem, jeszcze brony, zamiast i naprzd, opieray si z caych sil 
i lada kamyk, lada garstka ziemi na swj sposb stawiay mu przeszkod. Oto co 
kilkanacie krokw utykaj znudzone kasztanki, a gdy limak krzyknie: Wio, 
dzieci! -konie wprawdzie rusz, ale znowu brony buntuj ich i w ty cign. 
Gdy zmordowane wysikiem puszcz brony, to znw kamienie wa koniom 
pod kopyta, a jemu pod nogi albo zapychaj bronom zby, a czsto i ami niejeden. 
Nawet ziemia stawia mu opr, niewdzicznica. 
-Od wini gorsza! - oburzy si chop. -ebym tak wini skroba zgrzebem, 
jak ciebie bronami, nie tylko spokojnie by si ukada, ale jeszcze chrzknaby 
na podzikowanie. A ty wci si jeysz, jakbym ci robi krzywd!... 
Za zniewaon ujo si soce i rzucio ogromny snop wiata na popielat 
rol, na ktrej tu i wdzie widniay plamy ciemne albo tawe. 
Oto patrz! -mwio soce. -Widzisz ten pat czarny? Tak czarne byo 
wzgrze, kiedy twj ojciec siewa na nim pszenic. A teraz spojrzyj na ten ty 
pat: tu ju glina wychyla si spod czarnoziemu i niedugo obsidzie ci wszystkie 
grunta. 
- A cem ja temu winien? - odpar limak. 
Nie tye winien? - szeptaa z kolei ziemia. - Sam jadasz trzy razy na dob, 
a mnie -jak czsto karmisz?... Daj Boe, raz na osiem lat! A duo mi dajesz? 
Pies by zdech na takim wikcie. I czego ci al dla mnie, sieroty?... Oto - wstyd 
powiedzie -skpisz mi bydlcej mierzwy!... 
Skruszony chop zwiesi gow: 
8 
Sam sypiasz, jeeli ci ona nie spdzi, i po dwa razy na dob; 
a mnie -jaki dajesz wypoczynek? Raz na dziesi lat i to jeszcze bydo mnie 
depcze. I ja mam by z twojego bronowania kontenta? Sprbuj nie da siana, nie 
wyciel obory krowom, tylko je skrob szczotk, a zobaczysz, czy bdziesz mia 
mleko? Padnie ci stworzenie, gmina przysze weterynarza, eby wybi reszt 
dobytku, i nawet yd skry z tego nie kupi. 
Oj, la Boga, la Boga!... -wzdycha chop uznajc, e ziemia ma racj. Ale 
pomimo skruchy nikt go nie poaowa w strapieniu. Owszem, chwilami zrywa 
si wiatr zachodni i zapltany midzy zesche badyle na miedzy, wista mu w 
ucho: 
Nie bj si, dam ja ci, dam!... Sprowadz taki deszcz, taki potop, e reszt 
czarnoziemu wypucze ci na gociniec albo na dworsk k. eby wasnymi 
zbami bronowa, i tak jeszcze z roku na rok bdziesz mia coraz mniej pociechy. 
Wszystko wyjaowi! 
Nie na prno wiatr grozi. Za ojca nieboszczyka, za szarego limaka, zbierano 
w tym miejscu po dziesi korcy pszenicy z morgi. Dzi i za siedem korcy 
yta trzeba dzikowa Bogu; a co bdzie za dwa, za trzy lata?... 
-Ot, chopska dola! -mrukn limak. -Pracuj, pracuj, a zawsze tylko z 
jednej biedy wleziesz w drug. Inaczej bym ja gospodarowa, eby tak doczeka 
jeszcze jednej krowiny i choby tak tej oto czki... 
Wskaza batem na k przy Biace. 
Gupi chop. C to za gupi chop! - wiergotay wrble. 
Patrz j, jak glina wypycha ci czarnoziem! - pokazywao soce. 
Godzisz mnie, nie dajesz wypoczynku... - stkaa ziemia. 
 Durny ty, durny - warczay z gniewem zbate a leniwe brony. 
Chi! chi!... - mia si wiatr w zeschych badylach. 
-Ot, dola! - szepn limak. - eby to dziedzic, eby cho ekonom tak ci, 
czeku, posponowa, jeszcze by alu nie byo. Ale nieme stworzenie i to ju nie 
daje ci dobrego sowa... 
Utopi palce we wosy, a mu czapka zsuna si na lewe ucho, i wstrzyma 
konie chcc rozejrze si i smutne myli pogubi gdzie na polach. 
Midzy chat i gocicem Jdrek kopa ziemi motyk i od czasu do czasu 
rzuca kamieniami na ptaki albo piewa faszywie: 
Uch!... jak ja se urzn 
Krakowiaka z nogi, 
Pjd wiechcie z butw, 
A drzazgi z podogi. 
Albo puka w okno chaty i wrzeszcza na przekr Magdzie: 
Widzi Bg, dalibg, 
em ci nie poznaa, 
Bobym ja ci. Stasiu, 
Otworzy kazaa! 
9 
A ona mu z izby na t sam nut: 
Chocia ja uboga, 
Ubogiej matusie, 
Nie bd dawaa 
Po ktach gbusie. 
limak odwrci si ku ce i zobaczy swoj kobiet, jak schylona pod mostem, 
w koszuli i lekkiej spdnicy, praa szmaty kijank, a echo rozlegao si 
po dolinie. Na ce by i Stasiek, ale ju opuci matk i szed w gr rzeki, do 
jarw. Niekiedy klka nad brzegiem i oparty na rkach patrzy i patrzy w wod. 
- Ciekawo, co on tam wypatruje? - szepn chop z umiechem. Stasiek by 
to jego syn ukochany, a przy tym dziecko osobliwe, ktre czsto widywao rzeczy 
niedostpne dla zwykego oka. 
limak wywin batem i konie ruszyy. Znowu zawarczay brony, wrble 
znowu furkny nad gow, wiatr znowu wista w badylach, ale chopu ju inne 
myli zaczy snu si po duszy. 
Ile ja mam gruntu? -medytowa. -Dziesi morgw, a w tym ki ani 
okrucha. Gdybym obsiewa co rok tylko sze albo siedem morgw, a reszt 
ugorowa, z czeg bym wykarmi moj biedot? A parobek - on tyle zjada co i 
ja i cho kulawy bierze pitnacie rubli zasug. Magda mniej zje, ale i tyle robi, 
co pies napaka. Cae szczcie, e mnie woaj do dworu czy jaki ydzina 
zgodzi z furmank, czy kobieta sprzeda masa i jaj albo wieprzka utuczy. I co z 
tego razem? Miosierdzie boskie, jeeli schowasz do skrzyni za cay rok pidziesit 
rubli. A przecie kiedymy si pobrali, i setce nie dziwowa si czowiek... 
Daje tu ziemi nawozu, kiedy ci ledwie starczy chleba dla wasnej gby, a 
siano i owies musisz kupowa we dworze. Niechby dworowi przysza ochota nie 
sprzeda ci paszy albo nie zawoa ci do roboty, to co? Cho zdechnij z godu, 
a bydo wypd na rynek... 
Przecie ja -duma limak -nie mam tyle gruntu co Grzyb albo ukaszek, 
albo Sarnecki. To panowie. Jeden ze swoj bab jedzi do kocioa wzkiem, 
drugi chodzi w kaszkiecie jak bednarz, trzeci co roku chciaby wjta obali i 
sam przyczepi si do acucha. A ty, czeku, bieduj na dziesiciu morgach i 
jeszcze ekonomowi kaniaj si do ziemi, eby pamita o tobie. 
Niech tam se ju idzie, jak szo do tych czasw! -zakonkludowa chop. atwiej 
by ksidzem na wce ni dziadem na zagonie. ebym ja mia wicej 
byda i k, to dworu nie prosibym o ask i koniczyny bym nawet posia... 
Na gocicu za rzek podnis si tuman pyu. limak spostrzeg go i pozna, 
e kto, jakby ode dworu, jedzie konno do mostu. Bya to osobliwa jazda. 
Tuman kurzu posuwa si naprzd, ale niekiedy i cofa si wstecz, nawet na kilkanacie 
krokw. Czasem tak opada, e chopskie oczy mogy dojrze konia i 
jedca; czasem tak powiksza si i kotowa na gocicu, jakby zrywaa si 
burza. 
10 
limak wstrzyma konie, przysoni oczy rk i rozmyla: 
 Osobliwoci, jak on jedzie i kto to? Ni to dziedzic, ni furman, nawet chyba 
nie katolicka dusza, ale i nie yd!... yda rychtyk tak wykrca na szkapie jak 
onego; ale yd nie wypuszczaby znowu konia tak miao. Musi, e to jaki 
nietutejszy albo wariat... 
Tymczasem jedziec o tyle zbliy si do mostu, e limak mg mu si lepiej 
przypatrzy. By to pan szczupy, w jasnym odzieniu i aksamitnej dokiejce 
na gowie. Mia szka na nosie, w ustach papierosa, a pod pach szpicrut. Cugle 
trzyma w obu piciach, ktre mu wci skakay midzy kosk szyj i wasn 
brod. Wykrzywionymi nogami tak mocno obejmowa siodo, e spodnie podwiny 
mu si do kolan i byo wida nad kamaszami bez cholewek biae ptno. 
Czowiek najmniej obeznany z hipik mg zgadn, e jedziec po raz 
pierwszy dosiada konia, a ko po raz pierwszy dwiga podobnego jedca. 
Chwilami obaj w piknej harmonii jechali kusem; wnet jednak wyskakujcy na 
siodle kawalerzysta traci rwnowag, szarpa lejce, a ko, czuy na kade dotknicie, 
skrca w bok albo stawa na miejscu. W takiej chwili jedziec zaczyna 
cmoka i kolanami gnie siodo, a widzc, e to nie skutkuje, usiowa spod 
pachy wydoby szpicrut. Wwczas ko domyliwszy si, o co chodzi, poczyna 
znowu biec kusem, pobudzajc do nadzwyczajnych ruchw rce, nogi, gow 
i tuw jedca, ktry robi si podobnym do lalki zszytej z kilkunastu le 
przypasowanych kawakw. 
Niekiedy zdesperowany, cho agodny ko zrywa si do galopa. Wtedy jedziec 
jakim cudem odzyskiwa rwnowag na siodle i, podniecony biegiem, 
puszcza wodze fantazji. Marzy, e jest kapitanem jazdy i na czele szwadronu 
pdzi do ataku. Ale wnet rce, jeszcze nienawyke do oficerskiego stopnia, wykonyway 
jaki ruch zbyteczny i -ko nagle stawa, a pan uderza go w szyj 
nosem i papierosem. 
Wszystko to jednak nie psuo mu humoru, od dziecka bowiem wzdycha do 
konnej jazdy, a dzi dopiero mia okazj nacieszy si ni do syta. 
Czasem ko, gdy mu zupenie zwolniono cugli, zamiast i naprzd zwraca 
si w stron wsi. Wwczas jedziec widzia gromad psw i dzieci, gonicych 
go z oznakami zadowolenia, a w jego demokratyczne serce wstpowaa yczliwa 
rado. Oprcz bowiem popdu do rycerskich wicze namitnie kocha on 
lud, ktry zna w tym samym stopniu, co i sztuk utrzymywania ng w strzemionach. 
Po chwili jednak opanowywa wybuch mioci dla ludu, znowu budzi 
w sobie kawaleryjskie instynkty i za pomoc skomplikowanych usiowa skrca 
na powrt do mostu. Widocznie mia zamiar przejecha wszerz dolin. 
- Ehej! musi to szwagierek dziedzica, ten, co mia przyjecha z Warszawy zawoa 
sam do siebie rozweselony limak. - onk wybra se nasz pan galant i 
nawet dugo za ni nie jedzi; ale za takim szwagrem to musia duo wiata 
oblecie... W naszych stronach prdzej by spotka niedwiedzia ni osob, co 
tak siedzi na koniu. To on gupszy od pastucha, cho paski szwagier... Ale 
zawsze paski szwagier!... 
11 
Gdy limak w ten sposb taksowa przyjaciela ludu, jedziec dosta si na 
most. oskot kijanki zwrci jego uwag, skrci bowiem konia do porczy i z 
wysokoci sioda wytkn gow nad wod. Cieniutki tuw i zadarty daszek 
dokejki robi go podobnym do urawia. 
Czego on tam chce? -pomyla chop. 
Panicz wida zapyta o co kobiet, bo powstaa z klczek i podniosa gow 
do gry. Jej spdnica bya wysoko podwinita i limak teraz dopiero spostrzeg, 
jakie ta niewiasta ma biae i pikne kolana. A go zimno przeszo. 
-Czego on, u paralusza, chce od mojej baby? -powtarza limak. - Siedzi to 
na koniu jak nieborak, a kwapi si zaczepia kobiety. Mogaby i moja, co prawda, 
opuci troch malowanki, nie za ugina si tak brzydko. Zawsze to paski 
szwagier. 
Paski szwagier zjecha z mostu, z niemaym trudem skierowa konia do 
wody i stan tu obok limakowej. Chop ju nie mrucza, tylko przypatrywa 
si im coraz pilniej. Kolana ony wydaway mu si jeszcze bielsze. 
Wtem staa si rzecz dziwna. Panicz wycign rk jakby do paciorkw na 
szyi limakowej niewiasty, ona za machna kijank tak energicznie, e sposzony 
ko wyskoczy z wody na gociniec, a jedziec kolanami obj go za szyj. 
-Co ty robisz, Jagna! -wrzasn limak. -Przecie to paski szwagier, ty 
gupia... 
Ale krzyk jego nie dolecia do Jagny, a panicz wcale nie obrazi si za manewr 
z. kijank. Przesa rk pocaunek limakowej i poprawiwszy si w 
strzemionach spi konia pitami. Mdry zwierz odgad jego zamiar. eb wyrzuci 
w gr i ostrym kusem ruszy w stron chaty limakw. Lecz szczcie 
znowu nie dopisao paniczowi: noga wysuna mu si ze strzemienia, wic oburcz 
chwyci rumaka za grzyw i na cae gardo pocz woa: 
tpru!... stj, ty diable!... 
Jdrek usysza krzyk i wdrapa si na wrota; zobaczywszy za dziwnie 
ubranego panicza wybuchn miechem. Wtedy ko skoczy w lewo i tak zawin 
jedcem, e mu spada aksamitna dokiejka. 
- Podnie no czapk, kochanku!... - zawoa panicz do Jdrka i pdzi dalej. 
- A to se pan podnie, kiedy gubisz... Cha! cha! - mia si Jdrek i klasn w 
rk, aeby lepiej sposzy bieguna. 
Wszystko to widzia i sysza jego ojciec. W pierwszej chwili zuchwalstwo 
chopca mow mu odjo, ale wnet oprzytomnia i krzykn z gniewem: 
-Ty kondlu, Jdrek!... A podaj krymk janie paniczowi, kiej ci kae! 
Jdrek wzi we dwa palce dokiejk i trzymajc j z daleka od siebie, poda 
jedcowi, ktry ju powcign konia. 
- Dzikuj, bardzo dzikuj... - rzek panicz miejc si nie gorzej od Jdrka. 
-Jdrek! psia wiaro, a czemu czapki nie zdejmiesz przed janie paniczem?... 
-woa z gry limak. -Zdejmij zaraz! 
- A co ja mam kademu czapkowa? - odpar zuchway wyrostek. 
12 
-Wybornie!... bardzo dobrze!... - cieszy si panicz. -Poczekaj, dam ci za to 
zotwk. Wolny obywatel nie powinien upokarza si przed nikim. 
limak nie podziela demokratycznych teoryj panicza. Rzuci lejce kasztankom 
i z czapk w jednej, a batem w drugiej rce bieg ku Jdrkowi. 
-Obywatelu! -zawoa panicz do limaka -obywatelu, prosz ci, nie rb 
mu krzywdy... Nie stumiaj niepodlegoci ducha... Nie... 
Chcia prawi jeszcze, ale znudzony ko unis go w stron mostu. W drodze 
jedziec min wracajc do chaty limakow i zdjwszy zakurzon dokiejk 
zacz wywija ni i woa: 
- Niech pani nie pozwala bi chopca!... 
Jdrek znikn midzy budynkami, panicz przejecha most z powrotem, ale 
limak jeszcze sta na miejscu z batem w jednej i czapk w drugiej rce, zdumiony 
tym, co si stao. Jaki cudak, ktry zaczepia mu on i cieszy si zuchwalstwem 
Jdrka, ten sam jego, uczciwego chopa, przezwa obywatelem, a 
kobiet pani... 
Farmazon! - mrukn. Nakry gow i gniewny wrci do koni. 
-Wio, dzieci!... To ci wiat nastaje, nie bj si. Chopski syn nie chce ukoni 
si panu, a pan mu to chwali. Taki on i pan. Prawda, e szwagier dziedzica, 
ale musi co ma zepsute w gowie, o, ma! Wio, dzieci! Niezadugo zabraknie 
panw, a ty, chopie, cho zdychaj. Ha, moe Jdrek, jak uronie, da sobie inn 
rad, bo on chopem nie bdzie, co nie, to nie. Wio, dzieci!... 
Zdawao mu si, e Widzi Jdrka w butach bez cholew i aksamitnej dokiejce. 
-Tfu! -splun. -Ju dopokd ja oczu nie zamkn, ty si, kundlu, tak nie 
odziejesz. Wio, dzieci! Zawdy trzeba mu dzi sprawi basarunek, bo tak si znarowi, 
e kiedy przed samym dziedzicem nie zdejmie czapki, a ja strac zarobek. 
Dopiero bym mia! A wszystko przez bab, co wci buntuje chopaka. Nic nie 
pomoe, trza mu porachowa gnaty!... 
Teraz limak spostrzeg znowu py na gocicu, ale od strony rwnin, i zobaczy 
dwa jakby cienie: jeden wysoki, a drugi podugowaty. Podugowaty szed 
za wysokim i kiwa gow. 
Kto krow wiedzie - pomyla chop -ale przecie nie na targ?... Trza zbi 
chopaka i wity Boe nie pomoe... Co to za krowa?... Wio, dzieci! Oj, ebym 
ja tak mia jeszcze jedn krowin i cho-ten oto ks ki!... 
Zjecha ze szczytu wzgrza i pocz bronowa jego spadek, zwrcony do 
Biaki. Nad rzek zobaczy Staka, ale za to straci z oczu swoj zagrod i tajemniczego 
chopa z krow. Rce opaday mu, nogi ledwie wloky si ze zmczenia, 
ale najbardziej ciya mu niepewno, jak mia w duszy, e on nigdy 
dobrze nie odpocznie. Skoczy swoj robot, musi i do miasteczka, bo i z 
czego by y? 
eby te czowiek mg si kiedy dobrze wylee! -pomyla. - Ba! ebym 
mia wicej gruntu albo cho jeszcze jedn krowin i t k, to bym lea... 
13 
Ju z p godziny chodzi po nowym miejscu za bronami, cmokajc na konie 
albo marzc o wyleeniu si, gdy nagle usysza: 
- Jzef! Jzef!... 
I zobaczy na wzgrzu swoj kobiet. 
- No, a co tam? - spyta chop. 
- Wiesz ty, co si stao?... - rzeka zadyszana gospodyni. 
-Skde mam wiedzie? - odpar chop zaniepokojony. Czy-by nowy podatek? 
- przemkno mu si przez gow. 
-Przyszed do nas stryj Magdy, wiesz, ten Grochowski, Wojciech... 
- Moe chce zabra dziewuch? to niech j bierze. 
-Ale, jemu tam akurat dziewucha w gowie. Przyszed z krow i chce j 
sprzeda Grzybowi za trzydzieci pi rubli papierkami i srebrnego rubla za postronek. 
licznoci krowa, mwi ci. 
- Niech j sprzedaje, c mnie do-nie j? 
- To ci do niej, e my j kupimy - rzeka limakowa stanowczym tonem. 
Chop spuci bat ku ziemi i przychyliwszy gow spoglda na on. 
Jakkolwiek dawno wzdycha do trzeciej krowy, przecie wydatek kilkudziesiciu 
rubli i tak naga zmiana w gospodarstwie wyday mu si rzecz potworn. 
- Ze w ciebie wstpio czy co?... - zapyta. Baba uja si pod boki. 
- Co we mnie miao ze wstpi? - mwia podnoszc gos. -C to, mnie ju 
nie sta na krow? To Grzyb swojej babie kupi wzek, a ty mi bydlcia aujesz!... 
S przecie dwie krowy w oborze, a boli ci o nich gowa?... A miaby ty 
ca koszul, eby nie te stworzenia? 
-O la Boga! -jkn chop, ktremu szybka wymowa maonki pocza 
miesza myli. -A czyme ty j wykarmisz; bo mi przecie ze dworu wicej paszy 
nie sprzedadz. No, czym?...-pyta. 
-We od dziedzica w arend t oto k, a bdziesz mia pasz - odpowiedziaa 
ona wskazujc na pat trawy midzy gruntami limaka i Biaka. 
Bliskie urzeczywistnienie najmielszych marze przerazio chopa. 
- Bj si Boga, Jagna, co ty gadasz? Jake ja wezm k w arend? - spyta. 
-Pjd do dworu, popro pana, zapa czynsz za rok, i tyle. 
-Zwariowaa baba, jak mi Bg miy! Przecie dzi nasze bydl z tej samej ki 
szczypie traw darmo; a jak zapac czynsz, to co?-.. To ju nie bdzie darmo. 
-Jak zapacisz czynsz, to bdziesz mia trzeci krow. 
-Choroba mi po niej, kiedy i za ni, i za k trzeba paci. Nie pjd do 
dziedzica... 
ona przysuna si i zajrzaa mu w oczy. 
-Nie pjdziesz? -spytaa. 
- Nie pjd. 
-No, to ja i w domu zdybi paszy, a wtedy pjdziesz do samego diabla, nie 
tylko do dziedzica, jak ci zbraknie dla koni. A tej krowy z chaupy nie wypuszcz 
i kupi j... 
-To se kupuj. 
14 
-Kupi, ale ty stargujesz, bo ja nie mam czasu namawia Grochowskiego i 
nie bd z nim pia wdki. 
-Pij! namawiaj! kiedy ci si zachciao krowy! -woa limak. wawa kobieta 
wycigna rk i groc ni woaa: 
-Jzek, ty mi si nie buntuj, kiedy sam nie masz dobrego zastanowienia. Ty 
mnie suchaj. Frasujesz si co dzie, e ci nie starczy nawozu, klekoczesz mi 
gow, e ci trzeba bydlcia, a kiedy przyszed czas, kupi go nie chcesz. Przecie 
te krowy, co ju s, nic ci nie kosztuj i jeszcze daj pienidze z nabiau: 
wic i tamta pienidze ci przyniesie, ino si suchaj. Mwi ci, suchaj si!... 
Kocz robot, przychod do izby i krow mi wytarguj, bo inaczej zna ci nie 
chc... 
To powiedziawszy odesza, a chop porwa si za gow. 
-A dola moja z t bab! -lamentowa. -Gdzie ja nieszczliwy potrafi 
wzi k w arend?... To dziedzic nawet gada ze mn o tym nie zechce... I 
traw do tych pr mielimy darmo, ile jej bydltko uszczypno, a teraz co?... 
Upara si baba mie krow, zacia si, a ty cho bij bem o cian... Po cem 
ja si, nieszczliwy, urodzi, po com na ten wiat przyszed, eby ino z kadej 
strony mie zmartwienie!... Wio, dzieci!.., 
Machn batem, targn lejce i bronowa dalej. Zdawao mu si, e kamienie 
i grudy ziemi znowu warcz:durny ty, durny!...- a wiatr mieje si w badylach 
i szepce: 
Zapacisz trzydzieci pi rubli papierkami i jeszcze rubla srebrnego za postronek. 
Co odoy dzie po dniu, tydzie po tygodniu, przez dziewi miesicy, 
to dzi wydasz od razu, jak orzech zgryz. Grochowskiemu nowiutekimi 
pienidzmi napcznieje kiesze, ale twj kapciuch schudnie. Musisz jeszcze 
zrobi bydlciu b i drabin, z niepewnoci i strachem schyla si do ng 
dziedzicowi, zapaci za k i godzinami czeka na ekonoma, eby wyda kwit 
na arend... 
-O ja nieszczliwy, o ja nieszczliwy! -mrucza chop. -Wio, dzieci!... Ile 
to groszy czek zbiera na zotwk, ile zotwek na rubla, ile to si nachodzi, 
nim wydostanie nowy papierek! Wio, dzieci!... A tu jeszcze pewnie dziedzic nie 
zechce odda ki... 
Nie gadaj, nie gadaj, bo wiesz, e ci j odda - wiergotay wrble. 
-Juci odda -odpar limak z gorycz - ale kae se paci czynsz. A przecie 
i bez tego nieraz bydl uszczypno trawy po ssiedzku, grosza nie wydawszy. 
Boe miosierny, c ja mam za zmartwienie dnia dzisiejszego, co ja wydam 
gotowizny!... Wolabym najcisze boleci anieli taki straszny pienidz marnowa 
na gupstwo. 
Soce ju chylio si ku zachodowi, kiedy limak przenis brony na ostatnie 
poletko, tu przy gocicu. W tej chwili krowa, ktr mia kupi, rykna; 
glos jej podoba si chopu i nawet troch pogaska go po sercu. 
15 
 Juci co trzy krowy, to nie dwie - pomyla. - Po tylim dobytku to i ludzie 
inaczej uszanowaliby czowieka. Tylko najgorzej z pienidzmi i z k. Ha, samem 
sobie winien... 
Przyszo mu na myl, ile on razy, ukadszy si na awie, zamiast spa, wymyla 
rne projekty i opowiada o nich onie! Ile razy mwi, jako musi zaprowadzi 
sze pl i sia koniczyn! A ile razy chwali si, jak to mu ludzie 
radz, eby zim robi wozy i gospodarskie statki, do czego mia tyle zgrabnoci?... 
Wreszcie, nie one sam wzdycha do trzeciej krowy; nie on chcia bra 
k w arend?... 
ona suchaa cierpliwie rok, dwa, trzy lata, a nareszcie dzisiaj -kae mu 
kupi bydl i wynaj k zaraz, natychmiast. Jezu miosierny, jaka to twarda 
kobieta! Ona jeszcze napdzi go kiedy do siania koniczyny albo do robienia wozw... 
Dziwny by chop ten limak. Na wszystkim si rozumia, nawet na niwiarce; 
wszystko zrobi, nawet naprawi mocarni we dworze; wszystko sobie w 
gowie uoy, nawet przejcie do podozmianu na swoich gruntach, ale - niczego 
sam nie omieli si wykona, dopki go kto gwatem nie napdzi. Jego duszy 
brako tej cienkiej nitki, co czy projekt z wykonaniem, ale za to istnia 
bardzo gruby nerw posuszestwa. Dziedzic, proboszcz, wjt, ona -wszyscy 
oni zesani byli od Boga po to, aeby limakowi wydawa dyspozycje, ktrych 
sam sobie wyda nie umia. By on rozsdny i nawet przemylny, ale samodzielnoci 
ba si gorzej ni psa wciekego. Mia nawet przysowie, e  chopska 
rzecz - robi, a paska - bawi si i rozkazywa innym. 
Soce dotkno czubw gr otaczajcych dolin. limak dociera ju bronami 
do gocica i rozmyla nad tym, jak bdzie targowa si z Grochowskim, 
gdy nagle usysza za sob gruby gos: 
-Hej! hej! 
Na gocicu stao dwu ludzi. Jeden siwy, ogolony, w granatowej kapocie z 
krtkim stanem i w niemieckiej czapce z zawinitymi brzegami - drugi modszy, 
wyprostowany, z jasn brod, w paltocie i kaszkiecie. Za nimi w pewnej odlegoci 
sta parokonny wzek, ktrym powozi czowiek ubrany w kaszkiet i granatow 
kapot. 
-To pole jest twoje? - pyta limaka brodaty szorstkim tonem. 
- Czekaj no, Fryc - przerwa mu starzec. 
- Dlaczego ja mam czeka? - oburzy si brodaty -
Zaczekaj. Czy to wasze grunta, gospodarzu? -zapyta stary nierwnie agodniejszym 
tonem. 
-Juci moje, czyje ma by? - odpar chop. W tej chwili przybieg z ki Stasiek 
i patrzy na obcych z nieufnoci i podziwem. 
- A ta ka jest twoja? - pyta brodaty. 
- Zaczekaj, Fryc. Czy to wasza ka, gospodarzu? - poprawi go stary. 
- Nie moja, dworska, 
- A czyja ta gra z sosn?... 
16 
- Zaczekaj, Fryc... 
- Ach, ojciec lubi tak duo gada... 
- Zaczekaj, Fryc - mwi starzec. - Ta gra z sosn to wasza?... 
- Przecie moja, nie czyja. 
-Oto widzisz, Fryc - rzek stary po niemiecku - tu dopiero mona by postawi 
wiatrak dla Wilhelma... I wskaza rk na gr. 
-Wilhelm nie dlatego nie buduje wiatraka, e gry s za niskie, ale dlatego, 
e prniak - odpar gniewnie nazywany Frycem. 
-Prosz ci, Fryc, bd cierpliwy. A te pola za gocicem i tamie jary to ju 
nie wasze? - pyta znowu starzec chopa. 
-Skde by moje, kiedy to dworskie. 
-No, tak - przerwa niecierpliwie brodaty - wszyscy wiedz, e on siedzi na 
rodku dworskich pl jak dziura w mocie. Diaba wart cay ten interes. 
-Zaczekaj, Fryc -uspokaja go stary. - Was, gospodarzu, dworskie pola ze 
wszystkich stron otaczaj? 
-Juci tak. 
- No, dosy tego! - mrukn brodaty i pocign ojca do wzka. 
- Bg wam zapa, gospodarzu - rzek stary dotykajc rk czapki. 
-Och, jak ojciec lubi duo gada! -przerwa brodaty, gwatem prowadzc 
go do wzka. - Z Wilhelma nic nie bdzie, chobymy mu dziesi takich gr 
wynaleli. 
- Czego oni chc, tatulu? - odezwa si nagle Stasiek. 
- Juci prawda - ockn si chop i zawoa: - Panowie! hej tam... 
Starzec odwrci gow. 
- Po co wy si wypytujecie o to wszystko? 
- Bo nam si tak podoba - odpar brodaty, gwatem sadzajc ojca na wzek. 
-Bywajcie zdrowi, do widzenia! - zawoa stary do limaka. 
Brodacz wzruszy ramionami i kaza jecha. Wzek potoczy si w stron 
mostu. 
- Co si te tu ludzi przewino dzi przez gociniec - rzek limak do siebie. 
- Czysty jarmark albo odpust... 
- A co to za ludzie, tatulu? - zapyta Stasiek. 
-Ci, co odjechali wzkiem? Musi Niemce z Wlki, o trzy mile std. 
-Czego oni tak wypytywali si o grunta? 
-Albo to si jeden pyta, moje dziecko -odpar chop. -Innym tak si ten 
kraj podoba, e leli het a na gr, pod sosn. Potem zleli i tyle ich widziaem. 
limak skoczy robot i zawrci konie do domu. O Niemcach ju zapomnia, 
ca bowiem uwag zaprztna mu krowa i ka. A gdyby te naprawd 
jedn kupi, a drug wydzierawi?... Ciarki przeszy mu po plecach na myl, e 
moe speni si to, o czym od tylu lat medytowa. 
Jeszcze jedna krowa i dwa morgi k -to to ze trzydzieci rubli zysku na 
rok. Mona by ziemi lepiej wynawozi, zboa wicej sprzedawa, a na zim 
17 
sprowadzi dziada do domu, aeby chopcw czyta uczy... A co by powiedzieli 
inni gospodarze na taki przybytek? Z pewnoci ustpowaliby mu wicej 
miejsca w kociele i w karczmie ni dzisiaj. A jak by to mona odpoczywa sobie 
przy takim majtku?... 
Ach, odpoczywa! limak nie zna godu ani chodu, w domu wszystko mu 
si wiodo, mia przyja ludzk i sporo gotwki, i byby zupenie szczliwy, 
gdyby go tak nie bolay koci z pracy, gdyby mg wylee si i wysiedzie, ile 
dusza zapragnie. 
18 
ROZDZIA TRZECI 
Wrciwszy na dziedziniec limak odda brony parobkowi, a sam zacz 
oglda krow, przywizan do potu. Mimo zapadajcego zmroku pozna, e 
bydltko jest pikne; ma na biaym tle czarne aty, niedu gow, krtkie nogi i 
wielkie wymiona. Przypatrzy si dobrze i przyzna w duchu, e adna z jego 
krw nie umywaa si do tej oto. 
Pomyla, e niele byoby przeprowadzi j po podwrku, ale czu, e si 
mu ju nie staje. Zdawao si, e rce wyjd mu ze staww i nogi chyba odpadn, 
gdyby ruszy z miejsca. Czowiek moe harowa do zachodu soca, ale po 
zachodzie - musi odpocz, to darmo. Wic, zamiast oprowadza bydltko, pogaska 
je. Gdy za ono, niby przeczuwajc nowego pana, zwrcio ku niemu eb 
i mokrym pyskiem dotkno mu rki. limaka ogarna taka rzewno, e o 
mao nie obj za szyj i nie ucaowa krowy jak czowieka. 
-Musi, e j kupi -mrukn zapominajc o znueniu. We drzwiach ukazaa 
si gospodyni z cebrem pomyj dla stworzenia. 
-Maciek! - zawoaa do parobka - a jak si krowa napije, zaprowad j do 
obory. Sotys u nas zanocuj, to przecie i bydltka nie mona zostawi na dworze. 
-No, i co z tego? - zapyta limak ony. 
-A co ma by? -odpara. -Chce trzydzieci pi rubli papierami i rubla 
srebrnego za postronek. 
Ale co prawda, to prawda -rzeka po chwili -e krowa tego warta. Wydoiam 
j przed wieczorem i mwi ci, cho przysza z drogi, daa wicej mleka 
ni ysa... 
Chop znowu uczu bl w rkach i nogach. Boe mj, ile si to trzeba nachodzi, 
namokn, nie dospa, nim czowiek zbierze trzydzieci pi rubli papierami 
i jeszcze rubla srebrnego! eby Grochowski cho co nieco odstpi... 
- Nie pytaa go si - rzek limak - nie spuci, co? 
-Ale-hale!... Dobrze, eby chcia sprzeda. On wci gada, jako Grzybowi 
ju dawno obieca krow. limak pocz targa sobie wosy. 
-A czy go nieszczcie dzi nasao! -mwi -a cem ja zrobi, e mnie 
Pan Bg tak ciko karze!... Nie wiem, czy k dziedzic mi odda, a tu jeszcze 
musz tyle paci za krow... 
-Jzek, nie bd gupi, miej rozum -reflektowaa go ona. -Przecie o k 
nieraz ci sami we dworze zaczepiali, za o krow sprbuj si potargowa. Spuci 
- nie spuci, a ty zawdy z nim wypij wdki i przyjmij go uczciwie; moe mu 
Pan Jezus miosierny da upamitanie. Ino si nie rozgaduj i na mnie czsto spogldaj, 
a zobaczysz, e bdzie dobrze. 
19 
W tej chwili przywlk si parobek i pocz odwizywa krow od potu. 
- C, Maku - rzeka gospodyni - prawda, e pikne bydl? 
- Oho! ho!... - odpar kulawy trzsc rk w grze. 
-Ale pienidz za ni okrutny, co? -spyta gospodarz. 
-Oho! ho!... 
- Zawdy tyle warta, prawda, Maciek? - spiesznie wtrcia limakowa. 
-Oho! ho!... 
Tyle powiedziawszy Owczarz zaprowadzi do obory krow, ktra ogldajc 
si, tak jako serdecznie na obie strony wywijaa ogonem, e limak nie mg 
opanowa wzruszenia. 
-Wola boska - szepn. - Sprbuj j stargowa... I szed ku drzwiom chaty. 
-Jzek - zatrzymaa go ona -ino si nie rozgaduj i gowy sobie nowinami 
nie zaprztaj. Myl o tym, eby co najwicej utargowa, a jak jzyk zanadto ci 
si rozmajta, spogldaj na mnie. Bo to twardy chop, cho i ten Wojciech; sam 
sobie rady z nim nie dasz. 
limak w progu zdj czapk, przeegna si i wszed do sieni. Ale serce 
trzso si w nim z alu za pienidzmi i z niepewnoci, czy chocia aby rubla 
wytarguje. 
Go przy wietle kominowego ognia siedzia w pierwszej izbie na awie i 
ojcowskimi sowy upomina Magd, aeby bya uczciwa, pracowita i suchaa 
swoich gospodarzy. 
-Ka ci i we wod -mwi -id we wod; ka ci w ogie skoczy, 
skacz w ogie. A jeeli ci gospodyni potrci albo nawet dobrze zbije, to jeszcze 
pocauj j w rk i podzikuj, bo mwi ci: wita rka, co bije... 
Mwic tak, przy czerwonym blasku ognia, z rk podniesion do gry i 
twarz uroczyst. Grochowski wyglda jak kaznodzieja. Magdzie uwidziao si, 
e jego sowom przytakuj nawet cienie drgajce na cianach i e mrok wieczorny, 
co zaglda przez okienka izby, powtarza za stryjem: 
wita rka, co bije! 
Zanosia si od paczu. Zdawao si jej, e sucha najpikniejszego kazania, 
to znowu, e po kadym wyrazie opiekuna wystpuj jej sine prgi na plecach. 
Pomimo to nie czua strachu ani alu; raczej wdziczno pomieszan ze wspomnieniami 
niedawnego, a przecie odlegego dziecistwa. 
Drzwi izby skrzypny i w caej ich szerokoci ukaza si limak. 
- Niech bdzie pochwalony - rzek do gocia. 
-Na wieki wiekw -odpar Grochowski, I podnisszy si z awy, jak by 
wysoki, prawie gow dotkn sufitu. 
-Bg wam zapa, sotysie, ecie zaszli do nas w gocin -mwi limak 
podajc mu rk. 
- To wam Bg zapa, e nas tak uczciwie przyjmujecie -odpar Grochowski. 
-A moe wam tu jaka niewygoda, zaraz gadajcie. 
-Ehej! w domu mi tak nie jest, i nie tylko mnie, ale nawet krowie, co j zaraz 
wasza kobieta wzia w opiek. 
20 
- Chwaa Bogu, ecie kontenci. 
-W dubelt jestem kontent, bo tu widz i Magdzie u was lepiej ni na caym 
wiecie. 
-Magda! -zwrci si Grochowski do dziewuchy -a upadnij do ng gospodarzowi, 
bo rodzony ojciec nie byby ci szczerszy od niego. A wy, kumie, nie 
skpcie jej rzemienia, prosz was. 
-Niezgorsza z niej dziewucha -odpar limak. Dziewczyna wci szlochajc 
upada do ng najprzd stryjowi, potem gospodarzowi i -ucieka do sieni. 
Tam pacz jeszcze raz cisn j za piersi, ale oczy ju obeschy. Powoli uspokoia 
si i dla usprawiedliwienia swej ucieczki z izby pocza niby woa na 
winie tonem przecigym i aosnym: 
- Mal... mal... malu! malu!... maluki!... 
Ale winie ju spay. Zamiast nich wynurzy si ze zmroku pies Burek, a 
pniej Jdrek i Stasiek. Jdrek chcia dziewczyn przewrci, lecz dostawszy 
pici w oko schwyci j za rk, Stasiek za drug i polecieli we czworo na gociniec. 
Byli tak spltani ze sob, e w ciemnoci nikt by nie odrni, ktre z 
nich pies, a ktre dziecko, tym bardziej e wszyscy zaczli wy i szczeka na 
wycigi z Burkiem. Wreszcie rozpynli si we mgle wiszcej nad kami. 
W izbie usiadszy naprzeciw komina rozmawiali gospodarze. 
-C wam wypado - pyta gocia limak - e si krowy pozbywacie? 
-Widzicie, jest tak -odpar Grochowski kadc mu rk na kolanie. - To 
krowa nie moja, ino Magdy, a kobieta dawno mi gow suszya, e cudzej krowy 
trzyma nie chce, bo i swoim ju w oborze za ciasno. Ja tam na babskie gadanie 
nie zwaaem, ale teraz trafia si taka rzecz, e sprzedaj grunta po Komarze, co 
to rozpi si i umar. Grunt Komara przytyka do gruntu Magdy, wic ja myl: 
trzeba sprzeda krow, a kupi za to dziewusze morg ziemi. Co ziemia, to ziemia. 
- Oj, prawda - westchn limak. 
-A juci. Jak za przyjd nowe aski i nadania, to i dziewczyna wicej dostanie, 
niby dostaa teraz. 
-Jake to? -spyta zaciekawiony limak. 
-Bd tyle dodawa, ile kto ju ma. Ja na ten przykad mam dwadziecia i 
pi morgw, to dostan dwadziecia pi. Wy ile macie? 
- Dziesi. 
-To dostaniecie dziesi. A Magda, jak bdzie teraz miaa dwa morgi i p 
morga, to znowu dostanie dwa i p. 
- I pewne to jest z tym nadaniem? 
-Kto ich tam wie - odpar Grochowski. -Jedni mwi, e pewne, a drudzy 
si miej. Ale ja sobie myl: dodadz czy nie dodadz, a zawsze lepiej dokupi 
dziewczynie morg, kiedy jest okazja. Tym bardziej e moja baba nie chce 
tego. 
21 
-Ale jeeli maj darmo dawa ziemi, to szkoda pienidzy na kupno -zauway 
limak. 
-Co prawda, nie moje pienidze, to mnie rka o nich nie swdzi. Wreszcie, 
nie kupuj ode dworu, ino od chopa. Ode dworu nie pieszybym si z kupnem, 
bo w takich sprawach czeka nie wadzi. 
- Ma si wiedzie - odpar limak. - Gupi pieszy si, mdry czeka. 
- I wszystko robi z rozmysem. 
- I robi z rozmysem - potwierdzi limak. 
W tej chwili ukazaa si gospodyni z kulawym Makiem. Poszli oboje do alkierza 
i wysunli na rodek st malowany na winiowo. Obok niego Maciek 
postawi dwa drewniane krzesa, gospodyni zapalia nafcian lamp bez kominka 
i nakrya st obrusem. 
-Chodcie tu, sotysie - odezwaa si gospodyni. - Jzek, prowade ich. Tu 
wam adniej bdzie wieczerza. 
Umiechnity Maciek niezgrabnie cofn si za komin, a dwaj gospodarze 
przeszli do alkierza. 
-Pikna izba -rzek Grochowski ogldajc si. -witych paskich sporo 
na cianach; ko malowane, jest podoga i badylki na oknie. Pewnie to wasza 
sprawa, kumo? 
-A czy jaz by?-odpara zadowolona kobieta. -On wci krci si koo dworu 
albo przy miecie, a o dom nie dba. Ledwiem go napdzia, e cho w alkierzu 
uoy podog. Siadajcie, kumie, o tu, bliej pieca, jakecie askawi. Zaraz 
podam wieczerz. 
Zwrciwszy si do komina nalaa dwie miski jaglanego krupniku ze skwarkami. 
Mniejsz podaa parobkowi, wiksz postawia na nakrytym stole przed 
gociem. 
-Jedzcie z Bogiem -rzeka do Grochowskiego -a jak czego zabraknie, to 
mwcie. 
- A wy nie sidziecie? - spyta go. 
-Ja zjem na ostatku, z dziemi. Maku - zwrcia si do parobka - wee se 
misk. 
Umiechnity Maciek wzi swoj porcj i usiad na awie naprzeciw alkierza, 
aby widzie sotysa i przysucha si ludzkiej rozmowie, do ktrej tskni. 
Postawi misk na kolanach i spoza kbw pary patrzy z zadowoleniem na winiowy 
st, przy ktrym siedzieli gospodarze, na biay obrus i blaszane yki, 
ktrymi jedli. Dymicy kaganek wyda mu si jednym z najpikniejszych rodzajw 
owietlenia, a stoki z porcz najwygodniejszym sprztem. Widok sotysa 
napenia serce Maka czci i dum. Wszake to Grochowski wozi go kiedy 
do losowania i sta przy drzwiach w samej kancelarii, podczas gdy rekruci 
mokli na deszczu za oknem. Wszake to on kaza go odwie do szpitala i zapewni 
go, e bdzie zdrw, gdy stamtd wyjdzie. A kto zbiera podatki, kto w 
czasie procesji nosi najwiksz chorgiew, kto intonuje w kociele na nieszporach: 
Zacznijcie, wargi nasze, chwali Pann wit? Przecie ten sam Gro
22 
chowski, z ktrym dzisiaj on, zwyczajny Maciek Owczarz, siedzi pod jednym 
dachem. 
A jak on ma wspania postaw, jak rozpiera si na stoku! Wycign nogi, 
lew rk opar na biodrze, praw na stole, a gow w ty przechyli. Jak mu dobrze 
musi by na takim krzele z porcz... 
A Maciek sprbowa wyprostowa si, ale odepchna go zgorszona ciana 
przypominajc, e on przecie nie sotys, tylko ndzny parobek. Wic cho go 
grzbiet bola z pracy, zgi si jeszcze pokorniej i zawstydzony schowa pod aw 
swoje nogi, z ktrych jedna bya wykrcona, a obie w podartych butach. 
Zreszt, po co mia si rozpiera, jeeli std o par krokw ju rozpiera si sotys 
i gospodarz? Ich zadowolenie wystarczao Makowi; wic zacz pgbkiem 
je krupnik, a rozmowy sucha obu uszami. 
-Po prawdzie mwic -rzeka gospodyni -po co wam, sotysie, cign 
krow a na wie do Grzyba? 
- Bo on chce kupi - odpar Grochowski. 
- Moe bymy i my kupili. 
-Nawet by tak wypadao - wtrci limak. - Jest u nas dziewucha, niechby 
wic bya i jej krowa. 
-Prawda, Maku, e tak by wanie wypadao? -powtrzya za mem gospodyni 
zwracajc si do parobka. 
-Oho! ho!... -rozemia si Maciek, a mu gorcy krupnik spyn z yki 
po brodzie. 
-Co racja, to racja - westchn Grochowski. -Sam nawet Grzyb miaby chyba 
wyrozumienie, e krowa nade wszystko powinna i tam, gdzie jest dziewucha. 
-To j noma sprzedajcie - podchwyci limak. Grochowski opuci yk na 
st, a gow na piersi. Chwil poduma, wreszcie rzek tonem rezygnacji: 
-Ha, trudno! Jak si uprzecie, to musz wam krow sprzeda, nic nie pomoe. 
U kogo dziewucha, u tego i krowa, to darmo. 
-Ale nam co opucicie -prdko dodaa gospodyni przymilajc si do Grochowskiego. 
Sotys powtrnie zaduma si. 
-Widzicie, tak - rzek. -eby to moje bydl, to bym opuci. Ale to przecie 
dobytek biednej sieroty, co j ojciec i matka odumarli. Jake ja j mog krzywdzi?... 
Zatem - dajcie trzydzieci pi rubli papierkami i rubla srebrnego za postronek 
i -niech krowa zostanie u was. 
- Niezmierny to grosz - westchn limak. 
- Ale krowa licznoci - odpar sotys. 
-Pienidz siedzi w skrzyni i je nie woa. 
- Ale mleka nie daje. 
-Dla tej krowy musiabym wzi ode dworu k w arend. 
-To przecie wam lepiej wyniesie anieli kupowa pasz. Zapanowao dusze 
milczenie, po ktrym nagle odezwa si. limak: 
23 
-No, kumie sotysie -powiedzcie ostatnie sowo... 
-Mwi wam: dajcie trzydzieci pi rubli papierkami i rubla srebrnego za 
postronek, a krow ostawi. Grzyb bdzie zy na mnie, ja wiem; ale dla was musz 
to zrobi. Macie dziewuch, miejcie i krow. 
Gospodyni sprztna misk ze stou, a nastpnie wesza do komory. Po niedugiej 
chwili wyniosa stamtd flaszk wdki i dwa kielichy, a na talerzu wdzon 
kiebas i widelec z wyamanym zbem. 
- Do was, kumie - rzek limak nalewajc wdk. 
- Pijcie z Bogiem. 
Wypili i w milczeniu zaczli gry such kiebas pooywszy na talerzu 
widelec. Na widok wdki zrobio si Makowi tak przyjemnie, e a westchn. 
Nastpnie woy obie rce za pazuch i nieco wysun nogi spod awy. Potem 
przyszo mu na myl, e sotys i gospodarz musz by w tej chwili bardzo 
szczliwi, wic - i on czu si szczliwym. 
-Ju nie wiem, co robi -mwi limak -czy bra krow, czy nie? Tylecie, 
sotysie, zacenili, e mnie i ochota odchodzi. Grochowski niespokojnie poruszy 
si na stoku. 
-Mj kumie -rzek -moi zoci, co ja poczn, kiedy to sierocy interes? Ja 
Magdzi musz grunt kupi choby dlatego, e si to mojej babie nie podoba. 
- Za morg nie dacie trzydziestu piciu rubli, teraz ziemia tania. 
-Ale zdroeje, bo ma by w naszej gminie jaka nowa droga i Niemcy skupuj 
grunta. 
- Niemcy? - powtrzy limak. - Przecie oni ju kupili Wlk. 
-To j sprzedadz innym Niemcom, a sami przybli si do nas. 
-Byli tu dzi u mnie na polu dwa Niemce i duo si wypytywali, alem nie 
zrozumia, czego chc - rzek limak. 
-A widzicie. Chc tu wle. Jak za osidzie jeden, to zara za nim cign 
inni jak mrwki do miodu i ziemia droeje. 
-Czy oni aby umiej chodzi okoo roli? 
- Jeszcze i jak! Nawet wicej maj prefitu anieli chop, co si tu urodzi odpar 
Grochowski. 
- Osobliwo!... 
-Ho, ho! Niemcy to mdre. Maj duo byda, siej koniczyn, a w zimie robi 
rzemioso. Chop przy nich nie wytrzyma. 
-Ciekawo, jakiej oni wiary, bo gadaj midzy sob jak ydy? 
-Wiara ich lepsza jest od ydowskiej - odpar sotys po namyle - ale co nie 
katolicka, to nie. Wiem, e maj koci jak i my, z awkami i z organami. Ale 
ksidz u nich jest onaty i chodzi w surducie, a w wielkim otarzu, gdzie powinien 
by Bg Ojciec, to u nich stoi tylko Pan Jezus ukrzyowany jak u nas w 
kruchcie. 
- To gorsza wiara od naszej. 
-Gorsza - potwierdzi Grochowski -bo nawet i nie modl si do Matki 
Przenajwitszej. 
24 
-Ach, Matko Przenajwitsza! -szepna gospodyni. limak i Grochowski 
westchnli pobonie, a Maciek przeegna si. 
-e te takim Pan Bg miosierny bogosawi -zauway limak. - Pijcie, 
kumie. 
-Za wasze zdrowie. Co im Pan Bg nie ma bogosawi, kiedy byda maj 
duo? To jest fundament! 
limak zamyli si i nagle uderzy rk w st. 
- Kumie sotysie! - zawoa podniesionym gosem - sprzedajcie mi krow. 
-Sprzedam! - odpar Grochowski i rwnie uderzy o st rk. 
-Dam wam... trzydzieci i jeden rubli... jak was kocham. Grochowski ucisn 
go. 
-Dajcie, bracie, trzydzieci... trzydzieci -no -i cztery ruble papierkami i 
rubla srebrnego za postronek. 
Do izby ostronie wsuny si zmczone dzieci. Gospodyni nalaa \m krupniku 
i zaprowadzia do najdalszego kta zalecajc spokj. Istotnie przez cay 
czas byo bardzo spokojnie, wyjwszy chwil, w ktrej Stasiek spad z awki, a 
Jdrek dosta od matki szturchaca. Za to Magda sprawowaa si jak trusia, a 
Maciek drzema marzc, e siedzi w alkierzu na stoku z porcz i pije wdk. 
Czu, e trunek coraz mocniej uderza mu do gowy, e pod jego wpywem on, 
Maciek, rozpiera si nie gorzej od limaka i e gwatem chce pocaowa sotysa!... 
Wtedy drgn i obudzi si zawstydzony. 
Z alkierza do izby pyn zapach wdki i swd dopalajcego si kaganka. 
limak i Grochowski siedzieli tu przy sobie. 
-Kumie... sotysie... - mwi limak wybijajc pici. -Dam ci, ile sam zechcesz, 
zatem... powiedz ostatnie sowo. Twoje sowo warte u mnie wicej ni 
pienidz, bo ty mdry... Ty jeste najmdrzejszy w caej gminie. Wjt to winia... 
U mnie ty jeste wjt, a nawet lepszy od samego komisarza, bo ty mdry... 
Najmdrzejszy w caej gminie, eby mnie paralusz tkn! 
Opletli si ramionami, a Grochowski - zapaka. 
- Jzek!... bracie!... - mwi - nie nazywaj mnie sotysem, ino bratem, bom ja 
twj brat, a ty mj brat-.. 
-Wojciechu... sotysie... Gadaj, ile chcesz za krow?... Dam ci, ebym mia 
sobie z wntrza wypru. 
-Trzydzieci i pi rubli papierkami i rubla srebrnego za postronek. 
-O la Boga! -odezwaa si gospodyni. -A przecie dopiero co dawalicie 
krowin za trzydzieci i trzy ruble? 
Grochowski podnis zalane zami oczy najprzd na ni, potem na limaka. 
-Oddawaem? -spyta -Jzek, bracie... czy oddawaem ci krow za trzydzieci 
trzy ruble?... Dobrze!... oddaj... bierzcie.. Niech zmarnieje sierota, bye 
ty, mj bracie, mia porzdn krow, jak si patrzy. 
limak jeszcze mocniej uderzy pici w st. 
-Ja mam zarabia na sierocie?... Nie chc!... Dam trzydzieci pi rubli i rubla 
za postronek. 
25 
- Co ty gadasz, gupi?... - reflektowaa go ona. 
-Nie bd gupi!... - popar j Grochowski. - Take mnie ugoci, take mnie 
przyj, e ci oddam krow za trzydzieci i trzy ruble. Amen, to moje sowo. 
- Nie chc!... - wrzeszcza limak. - Ja nie yd, ebym bra za gocinno. 
- Jzek!... - mwia ona. 
-Posza, baba! - krzykn, z trudnoci podnoszc si ze stoka. -Dam ja ci 
miesza si do moich interesw... Nagle wpad w objcia paczcemu Grochowskiemu. 
-Trzydzieci i pi rubli papierkami i rubla srebrnego za postronek!... - zawoa. 
-ebym z pieka nie wyjrza, nie chc... Trzydzieci i trzy... -szlocha Grochowski. 
-Jzek! -znowu odezwaa si ona. -Przecie uszanuj gocia... Przecie on 
starszy od ciebie, on sotys, jego tu wola, nie twoja... Maku -zwrcia si do 
parobka - a pom mi odprowadzi ich do stodoy. 
- Sam pjd!... - rykn limak. 
-Trzydzieci trzy ruble!... -jcza Grochowski. -Zabij mnie... porb na 
drobne kawaki, ale grosza wicej nie wezm... Ja pies, ja Judasz, ja ci chciaem 
oszwabi i dlategom mwi, e do Grzyba krow prowadz... Alem j prowadzi 
do ciebie, bo ty mj brat... 
Wzili si obydwaj pod rce i wyszli z alkierza zmierzajc zrazu do okna. 
Lecz gdy Maciek otworzy im drzwi do sieni, po kilku mniej pomylnych prbach 
wydostali si na dziedziniec. 
Gospodyni zapaliwszy latarni wzia z komory pacht i poduszk, aeby 
posa Grochowskiemu w stodole. Ot idc przez podwrko zobaczya dziwn 
scen. limak lea na kupie gnoju i zachca Grochowskiego do spania, a sotys 
klcza przy nim i ocierajc zy sukman mwi pacierz. Nad obydwoma sta 
zakopotany parobek. 
-Musielicie im co mocnego zada - rzek do gospodyni. 
-Wypili flaszk okowity. 
-Oho! ho!... 
- Wstawaj, ty pijaku! -zawoaa kobieta do ma. 
-Nie wstan! - odpar z gniewem -a ty, babo, uciekaj, pki caa. Skoczyy 
si babskie rzdy!... Kupiem krow i wezm od janie pana k... Tera nastpi 
moje rzdy. 
-Jzek, podnie si - mwia gospodyni - bo ci wody na eb nalej. 
- Ja ci nalej, jak wezm do garci biczysko!... - odpar limak. 
Grochowski upad mu na piersi i zacz go caowa. 
-Wsta, bracie - baga go - nie rb pieka w domu, eby nas obu nie spotkao 
zmartwienie. 
Parobek nie mg wydziwi si widzc, jak wdka zmienia ludzi. Sotys, w 
caej gminie znany z twardego charakteru, paka jak dziecko, a znowu limak 
26 
nie chcia si podnie z gnoju, krzycza jak ekonom i jeszcze grozi kobiecie, e 
teraz nastay jego rzdy!... 
-Chodcie, sotysie, do stodoy -rzeka limakowa ujmujc za rk Grochowskiego. 
Olbrzym podnis si cichy jak owieczka i prowadzony pod jedno rami 
przez Maka, pod drugie przez limakow szed, gdzie kazano. Gospodyni na 
najwikszej kupie siana urzdzia mu pikne spanie; ale tymczasem zmorzony 
sotys run na klepisko i tam zosta, skd adn miar nie mona go byo podwign. 
- Ty, Maku, id se na swoje posanie - rzeka do parobka limakowa - a ten 
pijak - dodaa wskazujc na ma - niechaj pi w gnoju, kiedy zrobi taki bunt. 
Posuszny parobek za chwil znikn we wntrzu stajni. Gdy za na dziedzicu 
wszystko ucicho, pocz wyobraa sobie dla rozrywki, e on sam jest 
pijany. 
- Tu bd spa! - mrucza udajc limaka. - Tera moje rzdy nastaj... 
Potem przedstawi siebie, e jest sotysem, uklk przy ndznej pocieli i zacz 
przemawia do niej tkliwym gosem, zupenie jak sotys do limaka: 
- Wsta, bracie, nie rb pieka w domu, bo nas obu spotka zmartwienie... 
Aeby jeszcze lepiej uda Grochowskiego, usiowa przymusi si do paczu. 
Z pocztku nie szo mu, ale gdy przypomnia sobie wykrcon nog -i to, 
e jest najndzniejszym stworzeniem na wiecie - i to, e mu gospodyni nawet 
kieliszka wdki nie daa, prawdziwe zy popyny mu z oczu. I tak zasn w 
barogu, spakany jak dziecko na kolanach matki. 
Okoo pnocka limak ockn si. Poczu, e mu ciy gowa i e jest mokro. 
Otworzy oczy -ciemno; wyty such, wycign rk i pozna, e deszcz 
pada; sprbowa usi i przekona si, e ma nogi wyej ni gow. 
Stopniowo zacza mu wraca pami. Przypomnia sobie sotysa, krow w 
czarne aty, jaglany krupnik i wielk flaszk wdki. Co si stao z wdk? - tego 
nie by pewny, ale widzia, e jest mu jako niezdrowo i e niezawodnie zaszkodzi 
mu krupnik, ktry by bardzo gorcy. 
-A zawdy gadam, eby na noc jagw nie gotowa, bo najduej zatrzymuj 
w sobie gorco - mrukn i podnis si z trudnoci. 
W tej chwili ju nie wtpi, e znajduje si na podwrku, przy kupie gnoju. 
-To ci mnie rzucio!... - stkn. -I nie dziwota. Najgorsza rzecz na wiecie, 
kiedy wdka pomiesza si z upaem. Przecie jagy to czysty ogie... 
Noc bya tak ciemna, e ledwie dojrza scian chaty. Zbliy si do niej powoli, 
jakby waha si, i przez chwil usiad w progu opierajc na doniach cik 
gow. Ale deszcz stawa si coraz nieznoniejszy, wic limak zdecydowa 
si wej. 
Przystan w sieni i usysza chrapanie Magdy. Potem ostronie otworzy 
drzwi izby, ktre nie tylko skrzypny, ale zaryczay jak krowa. W tej samej 
chwili owion go taki zaduch i gorco, e uczu si jeszcze bardziej sennym i 
bd co bd, zapragn dosta si do posania. 
27 
W pierwszej izbie, na awie pod oknem, dysza Stasiek, ale w alkierzu byo 
cicho. limak pozna, e ona nie pi, i po omacku dosta si do ka. 
-Posu si, Jagna -rzek wysilajc si na gos surowy, cho go strach ogarnia. 
Milczenie. 
- No... posue si troch... 
-Pjdziesz ty, pijaku, pkim dobra... 
- Gdzie mam pj? 
-Id na gnojowisko albo do chlewa, bo tam twoje waciwe miejsce -odpara 
rozgniewana kobieta. -Zachciao ci si rzdw, to se rzd, ale ode mnie 
wara ci, ty opoju!... Wygraae mi biczyskiem, poczekaj, nie daruj ja ci tego... 
-O! co tam duo gada, kiedy ci si nic nie stao - przerwa chop. 
-Nic si nie stao?... A kto upar si paci za krow trzydzieci i pi rubli i 
jeszcze rubla za postronek, kiedy sam Grochowski byby j odda za trzydzieci?... 
Ledwiem u niego wymolestowaa, e wemie tylko trzydzieci i trzy... To 
u ciebie trzy ruble nic nie znacz?... 
limak ju nie sucha. Cho byo ciemno, zapa si za gow zmartwiony i 
cofn si a do izby, gdzie spa Stasiek. Tam upad na aw i akurat przygnit 
nogi chopcu. 
- To wy, tatulu? - spyta obudzony chopak. 
- Juci ja. 
- A co wy tu robicie? 
-Tak se usiadem, bo mnie cosik trapi na wntrzu. Chopak podnis si i 
obj go rkami za szyj. 
- Dobrze, ecie usiedli - rzek - bo wci po mnie chodz te Niemce. 
- Jakie? 
-A te dwa, co byli u nas w polu: stary i z brod. Nic do mnie nie gadaj, 
czego chc, ino mnie depcz. 
-pij, dziecko, tu nie ma nijakich Niemcw. Stasiek jeszcze mocniej przytuli 
si do ojca, a e i limaka sen zmorzy, wic obaj upadli na aw i chopak 
znowu zacz gawdzi. 
- Prawda, tatulu - spyta ojca pgosem - e woda widzi? 
- Co ma widzie? 
-Wszystko, wszystko. -. Niebo, nasze gry i was take widziaa, jakecie 
chodzili za bronami... 
- pij, dziecko, nie gadaj od rzeczy - uspokaja go limak. 
- Widzi, widzi, tatulu, sam przecie patrzyem - wyszepta i zasn. 
limakowi byo w izbie za gorco. Rozmarzony, wywlk si z chaty i jakby 
nie na swoich nogach zatoczy si do stodoy. Tu potkn si o Grochowskiego i 
po kilku prbach trafi do sterty somy, gdzie uton tak gboko, e mu nie byo 
wida nawet butw. 
-Ale com krow kupi, tom kupi - mrukn sobie na dobranoc. 
28 
ROZDZIA CZWARTY 
Na drugi dzie obudzio limaka w stodole woanie ony: 
- Dugo si ta bdziesz wylegiwa? 
- Albo co? - zapyta spod somy. 
-Pora i do dworu. 
-Woali me? 
-Co ci mieli woa. Sam przecie musisz do nich i o t k. Chop stkn, 
ale podnis si i wyszed na klepisko. Twarz mia nabrzk, wejrzenie zawstydzone 
i sporo somy we wosach. 
-O! widzisz, jak to wyglda -mwia zgryliwa ona. -Sukman ma zawalan 
i przemok, buciskw ca noc nie zdejmowa i patrzy na czowieka, jak 
ten zbj. W konopiach ci sta, nie gada z dziedzicem. Ogamije si, nim pjdziesz. 
Po tych sowach zawrcia do obory, a limakowi ciar spad z serca, e si 
na tym skoczyo. Myla, e bdzie natrzsa si z niego do poudnia. 
Wyjrza na dziedziniec. Soce stao wysoko i ziemia po nocnym deszczu 
wyscha. Od jarw pociga wiatr nioscy piewy ptakw i jaki zapach wilgotny 
i wesoy. Przez t noc pola gciej zazieleniy si, z drzew powyskakiway 
listki, niebo byo odwieone i zdawao si chopu, e ciany jego chaty s bielsze. 
-licznoci dzie -mrukn czujc otuch i poszed do izby ubiera si. Wyrzuci 
som z wosw, wdzia wie koszul i nowe buty. Poniewa jednak 
widziay-mu si nie dosy czarne, wic wzi w palce kawaek sada i wytar 
nim najprzd wosy, a pniej buty od cholew do obcasw. Stan wreszcie 
przed lusterkiem i patrzc kolejno to na nogi, to na odbicie swojej fizjonomii w 
zwierciadle, umiechn si, kontent, e taki blask bije mu od gowy i obuwia. 
W dodatku co mu szeptao, e wobec tak wypomadowanego chopa dziedzic 
nie wytrzyma i - wypuci mu k w arend. 
W tej chwili wesza ona, a obrzuciwszy go pogardliwym spojrzeniem rzeka: 
-Ce si wywiechta, e mierdzi od ciebie sado jak powietrze. Nie wolaby 
si umy i uczesa? 
Uznawszy suszno tej uwagi limak wyj spoza lusterka gsty grzebie i 
przygadzi nim wosy, e wieciy nie gorzej od najjaniejszego szka. Potem 
starannie umy si mydem, a od zatuszczonych palcw zostay mu ciemne 
smugi na szyi. 
-A gdzie Grochowski? -zapyta weselszym tonem ony, bo zimna woda 
dodaa mu humoru. 
29 
- Poszed. 
- A jake z pienidzmi? 
-Zapaciam mu. Ale nie chcia wzi trzydziestu trzech rubli, tylko trzydzieci 
dwa: bo mwi, e kiedy Chrystus Pan trzydzieci i trzy lata y na wiecie, 
wic za krow nie wypada bra tyle. 
-Juci prawda -potwierdzi limak chcc teologiczn erudycj zaimponowa 
kobiecie. 
Ale ona odwrcia si do komina i wydobywszy stamtd garnczek jczmiennego 
krupniku z mlekiem podaa go niedbale mowi mwic: 
-No, no... nie gadaj, ino podjedz se i id do dworu. A targuj si tak jak 
wczoraj ze sotysem, to ci cos powiem!... -dodaa ironicznie. 
Upokorzony chop wzi si do jedzenia, a tymczasem ona wydobya ze 
skrzyni pienidze. 
-Naci dziesi rubli - mwia. - To panu daj do garci, a reszt odnie mu 
jutro. Uwaaj za, ile ci powie za k, i zaraz pocauj go w rk, obejmij za nogi 
i pro, eby cho ze trzy ruble opuci. Nie odstpi trzech rubli, to cho wytarguj 
z rubla; ale poty ich obejmuj, i jego, i janie pani, a co opuszcz. Bdziesz 
pamita? 
-Co nie mam pamita! - odpar. I widocznie powtrzy sobie w myli przestrogi 
ony, bo nagle przesta je i pocz z lekka wybija do taktu yk. 
-No, nie medytuj, ino wdziewaj sukman - odezwaa si znowu kobieta. - A 
chopcw we ze sob. 
-Oni tam po co? 
-Po to, eby prosili razem z tob, i po to, eby mi Jdrek powiedzia, jake 
si targowa... Teraz wiesz po co? 
-Choroba z tymi babami - mrukn limak widzc, e ona wszystko z gry 
uoya. A w duchu doda: Psiako, jaki to u niej rozum i rozkazanie! Zaraz 
zna, e ojciec by wodarzem. 
Z niemaym trudem wcign nowiutek sukman, przy konierzach i kieszeniach 
wyszyt kolorowymi sznurkami, i opasa si piknym rzemiennym pasem, 
szerokim bez maa na dwie donie. Nastpnie zawiza dziesi rubli w 
szmatk i woy j za pazuch; e za chopcy byli od dawna gotowi, wic opucili 
dom we trjk, idc gocicem do dworu. 
W chwil po ich wyjciu limakowej zrobio si smutno; wybiega zatem 
przed wrota jeszcze troch popatrzy na swoich. I widziaa, jak rodkiem drogi, 
zasadziwszy rce w kieszenie, z gow do gry zadart, sunie m, za nim po 
lewej stronie Stasiek, a po prawej Jdrek. Potem zdawao si jej, e Jdrek da 
jakby w eb Stakowi, skutkiem czego sam znalaz si po lewej rce ojca, a Stasiek 
po prawej. Pniej tak si co zakotowao, jakby limak da w eb Jdrkowi, 
po czym Stasiek szed znowu po lewej rce ojca, a Jdrek take po lewej, ale 
ju rowem, skd pici wygraa maemu bratu. 
-Widzisz ich, jak se zabaw znaleli - szepna umiechajc si kobieta i 
wrcia do izby nastawia obiad. 
30 
Uagodziwszy pici nieporozumienie midzy synami. limak pocz sobie 
nuci, a nawet zapiewa pgosem: 
Nie masz ci to, nie masz, 
Jako dworakowi: 
Sidzie na konika, 
Jedzie ku dworowi. 
Chwil pomyla i znowu zapiewa, ale na przeciglejsz nut: 
O dejdydy, dejdydy, 
Wsadzili mi do biedy, 
A do biedy, do jakiej?... 
Tu urwa i westchn czujc, e nie ma chyba piosenki, ktra by zakrzyczaa 
jego niepokj: co bdzie z k? czy mu j pan wypuci, czy nie wypuci w 
arend? 
Wanie teraz przechodzili koo niej. limak spojrza i a si zlk, taka dzi 
wydawaa si pikna i niedostpna. Odyy mu w pamici wszystkie kary, jakie 
zapaci za swoje bydo, ktre parobcy dworscy zajmowali na tej ce, wszystkie 
napomnienia i pogrki dziedzica. Tajemniczy gos szepta w nim czy poza nim, 
e gdyby w szmat ziemi lea gdzie dalej i zamiast siana rodzi piasek albo 
tatarak, to moe atwiej oddano by go w dzieraw. Ale ka zbyt wiele przedstawia 
wygd, aeby nie miaa budzi w nim pesymistycznych wtpliwoci. 
- Iii... co tam! - mrukn spluwajc z wielk fantazj - przecie mnie sami nieraz 
namawiali, aebym j wzi. Nawet mwili, e i mnie, i im bdzie lepiej. 
Tak jest, ale kiedy to zachcali go do dzierawy? -wwczas gdy o ni nie 
prosi. Dzisiaj, gdy ka jemu jest potrzebna, mog targowa si albo wcale jej 
nie odda. 
Dlaczego?... Kto ich tam wie. Dlatego, e chop panu, a pan chopu zawsze 
musi robi na przekr. Ju takie urzdzenie wiata. 
Przyszo mu na myl, ile on razy droy si z robot albo wsplnie z innymi 
gospodarzami nie chcia godzi si z dworem o skalowanie lenych suebnoci 
- i poczu skruch. Mj Boe, jak to piknie mawia do nich dziedzic: 
yjmy teraz zgodnie, po ssiedzku, oddawajmy sobie usugi... 
Wwczas oni odpowiadali: Co my tam za ssiedzi. Janie pan to pan, a 
chopi to chopi... Janie panu patrzyby si inny szlachcic, a nam inny chop za 
ssiada... 
Na to dziedzic: Pamitajcie, chopy, e jeszcze przyjdzie koza do woza... 
Na to Grzyb odpali mu w imieniu gromady: 
A ju przychodzia koza, janie panie, kiedy pan chcia swj las uwolni od 
chopskiego dozoru. 
Szlachcic milcza, ale wsy mu si strasznie ruszay, wic pewnie tego sowa 
nie zapomni. 
-Zawsze mwiem Grzybowi -westchn limak -eby tak nie pyskowa. 
Teraz pewniakiem ja zapac za jego hardo. 
31 
W tej chwili Jdrek rzuci kamieniem na jakiego ptaka. limak obejrza si 
i smutne dumania nagle zmieniy kierunek. 
Co nie -ma ki wypuci? -myla. -Przecie on wie, e mu si nieraz robi 
szkod i e jej nie upilnuje, choby mia drugie tyle parobkw. Z niego szlachcic 
mdry, oho! jeszcze jaki... I nawet dobry pan: prdzej sam straci, niby kogo 
mia skrzywdzi... Niczego pan! 
Wnet jednak nowa fala powtpiewa zalaa mu dusz. 
Ale zawdy -myla - on to rozumie, e bdzie mi lepiej z k ni bez ki. 
Za adnemu panu nie jest mio, kiedy chop ma si lepiej, bo przez to dworowi 
ubywa robotnika. 
Nowa zmiana w medytacji, bo oto limak przypomnia sobie, e za dzieraw 
moe nie paci gotwk, ale robot. 
- Juci, e tak! - mrukn, rozweselony. - Przecie mog mu rzec: Czy to ja u 
janie pana nie robi albo czy kiedy robi przestan?... Inni gospodarze nie 
chodz do dworu, tylko ja, wic czego miaby mi aowa ksa ki? Mao on 
wreszcie ma tych k, jak i kadego innego gruntu?... Ja zawdy bd chopem i 
najemnikiem, a on panem, choby mi nawet darowa te dwa morgi, nie tylko 
wypuci w arend. 
I znowu zanuci: 
Zakukay kukaweczki 
Na gruszy, na gruszy; 
Powiaday ssiadeczki, 
e ja najgupszy, najgupszy! 
Ostatni wiersz wymrucza cakiem niewyranie, aeby nie osabi wasnej 
powagi wobec dzieci. 
Nagle zwrci si do Staka z zapytaniem: 
-C ty si tak wleczesz, jakby ci na stjk pdzili, i nic nie gadasz? 
- Ja? - ockn si Stasiek. - Ja sobie myl, po co my idziemy do dworu?... 
- A moe nie chciaby tam i? 
- Nie, bo czego strach... 
-Czego ma by strach? Przecie we dworze adnie! - ofukn go limak, ale i 
sam otrzsn si, jakby go zimno owiao. Wszelako opanowa niepokj i zacz 
wyjania synowi: 
-Widzisz, dziecko, jest tak. Wczoraj kupilimy od sotysa krow za trzydzieci 
i dwa ruble (chcia, para, trzydzieci pi i srebrnego rubla za postronek! 
-ale jakiem go wzi na rozum, tak opuci). Zatem widzisz, synku, dla nowej 
krowy potrzeba siana i z takiej racji musimy prosi dziedzica, aeby nam k 
wypuci w arend. Teraz wszystko rozumiesz? 
Stasiek pokiwa gow. 
-To rozumiem - odpar -ino jeszcze nie wiem: co sobie myli trawa, jak j 
bydl zagarnie jzorem i wemie na zby?... 
- Co ma myle, nic nie myli. 
32 
-Ale!... - mwi dalej Stasiek - tak nie moe by, eby ona nic nie mylaa. 
Kiedy ludzie we wito stoj na cmentarzu, a patrzy na nich z daleka, to widzi 
si, e wygldaj jak trawa albo krzaki: bo s midzy nimi i zielone, i czerwone, 
te i rne, jak midzy zioami w polu. Wic eby wtedy jaki straszny bydlak 
po cmentarzu przejecha jzorem, to moe by nic nie myleli?... 
-Ludzie by krzyczeli, a trawa przecie nic nie mwi, jak j cina -odpar 
limak. 
-Jake nie mwi? Kiedy ama nawet suchy kij, to on trzeszczy -a jak gi 
wie ga, to si ona drze i nie daje -a jak rwa traw, to piszczy i nogami 
trzyma si ziemi. 
- O, kiedy bo tobie zawsze dziwnoci chodz po gowie! -przerwa limak. eby 
tak czowiek z kadym gada: czy on chce, czy nie chce i pod kos? -to 
by sam nie zjad i bydlcia by nie nakarmi, i wszystko by zmarniao. 
-A ty, Jdrek, moe nierad, e idziesz do dworu? -zapyta drugiego chopaka. 
-Albo to ja id? Wy idziecie -odpar Jdrek wzruszajc ramionami. - Ja 
bym ta nie chodzi. 
-A c by zrobi? Listu by przecie nie napisa, bo panu nierwny i pisa 
nie umiesz. 
-Skosibym se traw i zwizbym na podwrek. Niechby on szed do mnie, 
nie ja do niego. 
- A jakeby ty mia kosi pask traw? 
-Jaka ona paska! Czy to dziedzic j posia albo czy ka jest przy jego 
chaupie?... 
-A widzisz, e gupi, bo ka jest paska, tak jak i wszystkie pola. Wskaza 
rk na horyzont. 
-J uzd niby jego -odpar Jdrek -dopki mu kto nie zabierze. Przecie ja 
wiem, e i wasze dzisiejsze grunta, i chaupa byy paskie, a dzi s wasze. Tak 
samo z k. Co on lepszego, e chocia nic nie robi, ma ziemi za stu chopw? 
- Ma, bo ma. 
- A dlaczego wy tyle nie macie albo Grzyb, albo inny? 
-Bo on jest pan. 
-Duo z tego! ebycie wy, tatulu, ubrali si w surdut i nogawice wycignli 
na buty, to by z was by take pan. Ale gruntu tyle, co on; nie macie. 
- Mwi ci, e gupi! - oburzy si limak. 
-Ja jeszcze gupi, to prawda, bom si nie uczy. Ale Jasiek Grzyb przecie 
mdry, bo nawet pisa przy kancelarii. A co on gada? Gada, e musi by rwno, 
a bdzie wtedy, jak chopi panom grunta zabior i kady bdzie mia 
swoje. 
-I Jasiek gupi, bo jakby wszyscy mieli swoje, to by nikt u innego nie chcia 
robi. Jasiek wiata nie poprawi. Niech lepiej patrzy, eby ojcu pienidzy ze 
skrzyni nie wykrada i po miecie nie lata od szynku do szynku. Mdry on dysponowa 
cudzym. Moje oddaby Owczarzowi, paskie wziby sam, ale swego 
33 
nie wypuciby z garci. Ju niech se bdzie, jak Pan Bg miosierny stworzy, a 
Koci wity naucza, a nie jak chc Grzybowie, stary i mody. 
-Albo dziedzicowi da grunta Pan Bg? - bkn Jdrek. 
-Pan Bg taki rzd postanowi na wiecie, eby nie byo rwnoci. Dlatego 
jest niebo wyej, ziemia niej -sosna wielka, a leszczyna maa, a trawa jeszcze 
mniejsza. Dlatego i midzy ludmi jeden jest stary, drugi mody -jeden ojciec, 
drugi syn -jeden gospodarz, drugi parobek - jeden pan, drugi chop. 
Odetchn zmczony i cign dalej: 
- Ty se patrza, jak jest nawet midzy mdrymi psami, gdzie ich duo chodzi 
po podwrku. Wynios z kuchni ceber pomyjw i zara do nich przyjdzie jeden 
najpierwszy, co jest najmocniejszy, i ten re, a inne czekaj oblizujcy si, cho 
widz, e on wyjada cz najlepsz. Dopiero kiedy tamten podjad sobie, a 
napcznia, id drudzy. Kady wsadza eb ze swojej strony i re, ile na niego 
przypadnie, nie swarzc si. Ale gdzie psy gupie, to zara wszykie lec do cebra, 
dr si midzy sob i wicej maj podartych pyskw ni jedzenia. Bo albo 
ceber wywrc i straw rozlej, albo zawdy zdybie si jeden najmocniejszy, co 
ich odpdzi. On sam na takim gospodarstwie ma nieduo, a inni wcale nic. 
Tak byoby i ludziom, gdyby kady ino patrzy drugiemu w gb i woa: 
Oddawaj, bo zjad wicej!... Najmocniejszy rozpdziby innych, a sabszy 
umarby z godu. Dlatego jest postanowienie boskie, eby kady pilnowa swoich 
gruntw, a cudzych nie zabiera. 
- A przede ju raz chopom ziemi rozdawali. 
-Rozdawali nie raz, ino dwa razy i jeszcze moe rozdadz, ale po trochu i z 
uwag, eby kady dosta to, co mu si naley, nie za eby lada jaki chwyta, 
co mu si podoba. Tak postanowi Pan Bg miosierny, e na wiecie musi by 
kolej i porzdek. 
-Jaki tam porzdek, kiedy Grzyb dosta od razu trzydzieci morgw, a wy 
ledwie siedem! -rzek Jdrek. 
limak przystan aa drodze chcc troch wypocz. Poprawi czapki, lew 
rk uj si pod bok, a praw wskaza na wzgrza i mwi: 
-Widzisz ty te gry tam nade dworem? Z nich przede cigle stacza si ziemia 
na d. Moe nieprawda? 
-Juci prawda. 
-A prawda. Ale ta ziemia, co si stoczy, na czyje grunta spadnie najpierwej, 
h?... 
- Juci na dworskie. 
-A na dworskie. Za ta ziemia, co stoczy si z dworskiego anu, to na czyj 
grunt najpierwej spadnie: na mj czy na Grzyba? 
-Juci na Grzyba, bo Grzyb siedzi na skonie pode dworem, a wy z drugiej 
strony doliny. 
- Oto widzisz - cign limak. - ebym ja tam siedzia, gdzie Grzyb, to bym 
wicej z dworskich gruntw korzysta, a e mi wypado siedzie za wod, mniej 
korzystam. 
34 
-I jeszcze z waszych gr spada ziemia na dworskie ki -odpowiedzia Jdrek. 
-Wola boska! - rzek chop uchylajc, czapki. - W tym ja najgorszy jestem 
midzy naszymi chopami, e mam gruntu nieduo; ale w tym lepszy od samego 
pana, e z mojej chudoby ziemia zlatuje na jego ki i majtku mu przysparza. 
Chopak syszc takie rozumowanie krci gow. 
- Co krcisz bem? - zapyta go ojciec. 
- Bo mi si nie widzi to wszystko, co gadacie. 
- Nie widzi ci si, bo modszy ode mnie i gupszy. 
-To i wy, tatulu, gupsi jestecie od Grzyba, bocie modsi, a on przecie gada 
wcale inaczej. Chopa a kolno w serce. 
-Jak ja ci dam w mord - wykrzykn - to zaraz pomiarkujesz se, ty kondlu, 
kto mdrzejszy!... 
Wobec tak silnego argumentu Jdrek zamilk i odtd szli nie rozmawiajc ze 
sob. Stasiek marzy nie wiadomo o czym, a limak na przemian albo frasowa 
si czy mu wypuszcz k?, albo dziwi, e jego starszy syn wygasza tak 
przewrotne teorie. 
- Ha! - mrukn - zapatruje si hoociuch na innych. Hardy, para, nikomu nie 
ustpi, i aska boa, e jeszcze nie kradnie. Ho! ho!... on ju nie bdzie chopem. 
W tym miejscu gociniec czy si z drog dworsk, ktra agodnie wznosia 
si pod gr. limak szed coraz wolniej, Stasiek patrzy przed siebie coraz 
lkliwiej i tylko Jdrek robi si mielszy. Stopniowo spoza wzgrza ukazyway 
si im czarne gazie lip przydronych zasypane pczkami, dworskie kominy i 
dachy budynkw. 
Nagle rozlegy si dwa strzay. 
-Strzelaj! -krzykn Jdrek i pobieg naprzd, podczas gdy Stasiek schwyci 
ojca za kiesze sukmany. 
- Gdzie lecisz? wr si! - zawoa limak. 
Jdrek zachmurzy si, ale zwolni kroku. 
Weszli na taras, gdzie ju rozcigay si tylko pola dworskie. Za nimi, niej, 
leaa wie; jeszcze niej ka i rzeka; przed nimi --sta dwr otoczony sztachetami, 
budynki, a dalej ogrd. 
- O, widzisz dwr? - rzek limak do Staka. 
- Ktry to? 
- Ten z gankiem, na supach. 
- A to co za chaupa? 
-Na lewo? To przecie nie chaupa, ino oficyna, a to niskie -kuchnia. A 
przypatrz si, e w oficynie jedne izby s na dole, drugie na grze... 
- Jakby na strychu? 
-To nie strych, ino pitro. Strych jest jeszcze wyej, pod dachem, jak u nas. 
- Ale zawsze oni tam wa po drabinie - wtrci Jdrek. 
35 
-Nie po drabinie, ino po schodach -odpar surowo ojciec. -Pan akurat poniewieraby 
si po szczeblach, kiedy on lubi wygod. Tote mu kradn siano 
znad stajni! 
-A ono na prawo, tatulu, co takie szybiaste? -spyta Stasiek. 
-Tam pewnie samo pastwo wysiaduje i grzeje si na socu -odpar Jdrek. 
-Nie gadaj, kiedy dobrze nie wiesz - zgromi go limak. -Tam jest caa ciana 
ze szka, bo to oraneria. Tam s wszystkie kwiaty, jakie ino wiat widzia, i 
kwitn se nawet w zimie, kiedy na polu nieg ley po kolana. 
- Musi z papieru kwiaty, jak w kociele - wtrci Jdrek. 
-Wanie e prawdziwe. Kwitn za, bo im przez zim ogrodnik pali w piecu. 
-A jabka tu s w zimie? - spyta Jdrek. 
- Jabek nie ma, ino pomaracze. 
-Pewnie ze sto razy lepsze od jabek?... -spyta Jdrek, a oczy mu si zaiskrzyy. 
Chop pogardliwie machn rk. 
-Iii... Skosztowaem ci ja jedno takie. Mae jak kartofel, zielone, a paskudne 
- eby pies wyplu... 
- I oni takie jedz? 
- Co nie maj je. 
- A to oni s gupie - rzek Jdrek. 
-Ty to gupi, bo si nie znasz -odpar chop. -Tobie dobrze, kiedy ci przy 
krupniku jest sono? a panu dobrze, jak przy innym jedzeniu jest mu w gbie 
paskudnie. Kudy na tym wiecie ma swj smak: w lubi traw, a winia pokrzywy. 
-Patrzcie ino, tatulu!.... - wrzasn Jdrek wskazujc ku dworowi - lecz nim 
skoczy, rozlegy si znowu dwa strzay. Gdy za dym opad, ujrzeli przy bramie 
modego czowieka w tych kamaszach po kolana, w siwej kurtce z zielonymi 
wyogami, z adownic na brzuchu, torb na boku i z dubeltwk w rkach. 
- To ten sam, co jecha na koniu i czapka mu ze ba zleciaa -doda Jdrek. 
Chop pochyli gow w jedn stron, potem w drug, przypatrzy si. 
- Juci, e on, pokraka!... - rzek z niechci. I doda szeptem: 
-Zy znak!... Pewnie mi ki nie wypuszcz, kiedy nam drog zastpi ten 
farmazon. 
-Ale fuzj ma porzdn! -mwi Jdrek. -Do czego on tu strzylo, bo ino 
wrble lataj?... Iii... moe do niczego?... Ja ebym mia fuzj, to bym se strzela 
cay dzie, choby w gr, a prochu psiako tyle bym sypa, eby na samej 
plebanii huczao. 
- Do nas on nie strzeli? - cicho zapyta Stasiek wahajc si, czy i dalej. 
-Co ma do nas strzela? -odpar ojciec. -Przecie do ludzi strzela nie wolno, 
za to jest krymina. Chocia... kto go wie, na co by si nie porwa taki zaprzaniec!... 
36 
-Oj! oj! - pochwyci Jdrek -niech no by sprbowa... 
- A ce by mu ty zrobi? 
-Zapabym mu fuzj i odnis do wjta. Jeszcze bym se par razy strzeli 
po drodze. 
Tymczasem myliwy nabijajc swoj lankastrwk zbliy si do chopw. 
Na troku u jego torby wisiay zakrwawione szcztki wrbla. 
- Niech bdzie pochwalony -rzek limak zdejmujc czapk. 
-Dzie dobry, obywatelu! - odpar strzelec uchylajc aksamitnej dokiejki. 
- licznoci fuzja - westchn Jdrek. 
Panicz poprawi binokle i z uwag spojrza na chopca. 
- Podobaa ci si? - spyta. - H?... Czy to nie ty podae mi wtedy czapk?... 
- Juci ja, ino pan jecha na koniu i bez fuzji. 
-Wic ja jestem twoim dunikiem! -zawoa panicz wydobywajc z kieszeni 
portmonetk. -Masz tu -rzek i da mu srebrn czterdziestwk. -A to 
twj ojciec?... ten, co ci wczoraj chcia batem obi?... 
Chop ukoni si do ziemi. 
-Obywatelu! -rzek panicz tonem obraonego. -Jeeli chcesz, aebymy 
byli ze sob w przyjani, nie kaniaj mi si tak nisko i nakryj gow. Czas zapomnie 
o resztkach niewoli, ktre nam i wam ujm przynosz. Nakryj gow, 
obywatelu, prosz ci... 
Zdumiony i zakopotany limak chcia speni rozkaz, ale rka odmwia 
mu posuszestwa. 
- Przecie to wstyd sta przy panu w czapce - szepn. 
-Daje spokj dziecistwom! -ofukn panicz. Wyrwa mu czapk z rki i 
gwatem wsadzi na gow, a nastpnie to samo zrobi wylknionemu Stakowi. 
Choroba i... -pomyla chop nie mogc zda sobie sprawy z demokratycznych 
intencyj panicza. 
-C to, idziecie do dworu? -spyta go myliwiec zawieszajc fuzj na ramieniu. 
- Juci, janie paniczu. 
-Macie interes do mego szwagra? Chop znowu chcia ukoni si do ng, 
ale zosta powstrzymany. 
- C to za interes? 
-Chcielimy prosi aski janie pana, eby nam wypuci w arend ten kawaek 
ki, co jest midzy rzek i moj chudob. 
- Na c to wam? 
-Stargowalimy wczoraj z moj kobiet krowin i boimy si, e paszy bdzie 
za mao, wic dopraszamy si aski... 
-A duo macie byda? 
-Ma tam Pan Jezus pi ogonw: niby dwa konie i trzy krowy, i jeszcze par 
wi. 
- Ziemi macie duo? 
37 
-Boga tam duo, janie panie, ledwo dziesi morgw, i to z roku na rok 
jaowieje - westchn chop. 
-Bo mi umiecie gospodarowa -rzek panicz. -Dziesi morgw ziemi, 
mj czowieku, to kolosalny majtek! Za granic na takim kawaku yje wygodnie 
kilka rodzin, a u nas jednej nie wystarcza. Ale c, kiedy siejecie tylko yto... 
- C sia, janie panie, jeeli pszenica nie plonuje? 
-Ogrodowizny, mj przyjacielu, to jest interes! Ogrodnicy pod Warszaw 
pac po kilkadziesit rubli dzierawy z morgi i mimo to maj si doskonale... 
limak smutnie zwiesi gow, lecz serce burzyo mu si; suchajc bowiem 
wywodw panicza doszed do wniosku, e dwr albo mu nie wypuci ki w 
dzieraw, jako ju posiadajcemu dziesi morgw, albo -kae zapaci kilkadziesit 
rubli czynszu. Bo i po co by panicz opowiada takie dziwne rzeczy, jeeli 
nie w celu wmwienia w niego, e za duo ma gruntu i e powinien drogo 
paci arend? 
Zbliyli si do bramy. 
-Widz w ogrodzie siostr -rzek panicz -pewno tam bdzie i szwagier. 
Pjd do niego i poprosz, eby zaatwi wasz interes. Do widzenia. 
Chop ukoni si do ziemi, ale jednoczenie pomyla: 
eby ci choroba zatuka, kiedy si tak zawzi na mnie! Bab mi zacze
pia, chopca zbuntowa, a dzi niby to kama si nie kae, ale gada, eby paci 
takie straszne pienidze z morgi! Wiedziaem, e mi sprowadzi nieszczcie. 
Ode dworu doleciay ich dwiki organw. 
- Tatulu, graj!... Gdzie to graj?... - zawoa Stasiek. 
- Pewnie dziedzic gra, 
Istotnie dziedzic gra na amerykaskim organie. Chopi z uwag przysuchiwali 
si niezrozumiaej dla nich, ale piknej melodii. lskowi poczerwieniaa 
twarz i dra ze wzruszenia. Jdrek spowania, a limak zdj czapk i 
pocz mwi pacierz, aeby Bg miosierny zasoni go od nienawici panicza, 
ktremu przecie on -nic zego nie zrobi. 
Organy umilky, a jednoczenie panicz spotka si w ogrodzie z siostr i z 
oywieniem pocz jej co przedstawia. 
- To ci instyguje na mnie! - mrukn chop. 
-Widzicie, tatulu -zacz Jdrek -e pani to podobna do bka. ta w 
czarne ctki, cienka w pasie, a gruba na kocu. Ale pikna pani! 
- Gorszy od bka ten podlec na tych nogach, chocia cienki jak patyk! odpar 
chop. 
-Co on ma by gorszy, kiedy mi da czterdziestk? Gupi to on musi e jest, 
ale dobry pan. 
-Odbior oni sobie t czterdziestk, nie bj si. Tymczasem panicz opowiedziawszy 
siostrze interes limaka pocz robi jej wymwki. 
-Zdumiony jestem - prawi -cechami niewolnictwa, jakie spotykam wrd 
ludu. Ten biedak nie jest w stanie rozmawia w czapce na gowie, a przy tym 
38 
tak by zmieszany, tak zalkniony, e mnie lito braa patrzc na niego. Na cay 
dzie zepsu mi humor. 
- Ale cem ja temu winna i co mam robi? - pytaa pani. 
- Zbliy si do nich, omiela... 
-Wyborny jeste! -odpara wzruszajc ramionami. - Kiedym zeszej jesieni 
urzdzia zabaw dzieciom naszych parobkw, wanie aeby je omieli do 
siebie, to zaraz na drugi dzie poamay mi brzoskwinie. A zblia si do 
nich?... I to robiam. Weszam raz do chaty, gdzie leao chore dziecko, i w cigu 
godziny nasikam takimi zapachami, e musiaam now sukni odda pannie 
sucej. Dzikuj za podobne apostolstwo... 
Tak rozmawiajc po francusku, zbliyli si do sztachet, za ktrymi stali 
chopi. 
-Przynajmniej dla tego musisz co zrobi - rzek panicz - bo dziwnie mi si 
podoba. 
Pani przyoya szka do oczu. 
-Ach, to jest limak! - zawoaa. -Limacon... wyobra sobie, co za komiczne 
nazwisko! 
-Poczciwy czowieku - zwrcia si do chopa -brat mj chce, ebym co dla 
ciebie zrobia, no i ja sama rada bym. Czy masz crk? 
-Nie mam, janie pani -odpowiedzia chop caujc przez krat kraj jej sukni. 
-Szkoda. Mogabym dziewczyn nauczy roboty koronek. Poprzednio 
umywszy j - dodaa po francusku. A o ce ani wspomni! - pomyla chop. 
- To s twoi chopcy? - pytaa dalej limaka. 
- Nasi, janie pani. 
- Wic przysyaj mi ich, to bd uczyli si czyta. 
- Albo oni maj czas, janie pani? Starszy cigle w domu potrzebny. 
-Wic przysyaj modszego. 
- I ten ju chodzi za wimi... Pani wzniosa oczy do nieba. 
-No, i zrbe co dla nich! -rzeka po francusku do brata. Co oni okrutnie 
zmawiaj si na nasz krzywd! - pomyla chop, mocno zaniepokojony francusk 
konwersacj pastwa. 
Ode dworu ukaza si dziedzic, a spostrzegszy on i szwagra przypieszy 
kroku i za chwil znalaz si obok nich. limak znowu zacz si kania. lskowi 
ze wzruszenia zy nabiegy do oczu, a nawet Jdrek straci zwyk miao 
wobec pana. Tymczasem uzbrojony w fuzj demokrata opowiedzia szwagrowi 
interes chopa i popar go bardzo gorco. 
-Ale niech bierze w dzieraw ten kawaek ki! -zawoa dziedzic. -
Przynajmniej nie bd mia z nim awantur o szkody w sianie, a zreszt jest to na 
j uczciwszy chop we wsi. 
Panowie wci rozmawiali po francusku, wic limaka a mrowie przechodzio 
na myl: co oni ukadaj przeciw niemu?... Ju gotw by wraca do domu 
z niczym, byle prdzej zej im z oczu. 
39 
Dziedzic wysuchawszy relacji szwagra zwrci si do chopa. 
-Wic chcesz - spyta go - aebym te dwa morgi k nad rzek wypuci ci 
w dzieraw? 
- Jeeli aska janie pana - odpar chop. 
- I eby nam janie pan cho ze trzy ruble opuci - doda szybko Jdrek. 
limakowi krew ucieka do serca, a pastwo spojrzeli po sobie. 
- C to znaczy? - spyta pan. - Z czego ja mam opuci trzy ruble? 
Chop machinalnie sign rk do rzemienia, ale opamitawszy si, e w 
takiej chwili nie moe zbi Jdrka, wpad w desperacj i postanowi od razu powiedzie 
ca prawd. 
-A, janie panie! - zawoa - niech janie pan tego hycla nie sucha! Byo, 
panie, tak, e mi baba okrutnie gow suszya, jako nie umiem si targowa, i 
nakazywaa mi, ebym cho ze trzy ruble wytargowa na ce. No, a teraz ten 
kundel tak mi rzecz zrobi, e a wstyd!... 
-Przecie matula powiedzieli, ebym was pilnowa i ebymy oboje janie 
pastwa w nogi caowali, to co opuszcz - tumaczy si Jdrek. 
Wobec tego limak cakiem zapomnia jzyka, ale pastwo zanosili si ze 
miechu. 
-Oto masz -mwi znowu po francusku dziedzic do swego szwagra - oto 
masz chopa. Tobie ze swoj on rozmawia nie pozwoli bojc si, eby jej 
nie zbaamuci, ale sam bez niej kroku zrobi nie moe. eby mu zaproponowa 
najwietniejszy interes, nie wykona go bez sankcji ony czy te nie zrozumie 
bez jej wyjanie. 
-Bardzo dobrze! Tak by powinno! - potakiwaa pani zasaniajc twarz batystow 
chusteczk. - Wyborni s ci chopi... Gdyby ty mnie sucha, dawno ju 
sprzedalibymy t nudn wie i uciekli do Warszawy! 
-Mj drogi, nie rbe chopw idiotami - zaprotestowa szwagier. 
-Nie potrzebuj robi, oni ju s idiotami. Nasz chop skada si z odka i 
muskuw, bo rozumu i woli zrzek si na benefis swej ony. limak naley do 
najsprytniejszych chopw we wsi, a przecie w tej chwili syszae dowd jego 
gupoty. 
- Ale... 
-adnego a l e, mj chopomanie. Jeeli chcesz, mog ci jeszcze raz przekona, 
e to s osy. 
- Ale, mj drogi..-
Przepraszam ci -przerwa dziedzic -za chwil sam zobaczysz, gdzie 
chop ma rozum. 
I zwrci si do limaka, ktry z najwyszym niepokojem oczekiwa skutkw 
wesoej, a tak niepojtej dla niego sprzeczki. 
-Wic, mj Jzefie, to ona kazaa ci, aeby wzi ode mnie k w dzieraw? 
-Juci tak, janie panie. 
- i eby si dobrze targowa? 
40 
-Juci tak. Co prawda, to prawda. 
- Wiesz, ile ukasiak paci mi rocznie za morg ki? 
- Gada, e dziesi rubli. 
-Wic ty powiniene paci dwadziecia rubli za dwie morgi Chop zamyli 
si i rzek po chwili: 
- Zawsze si ta janie pan zmiuje... 
-I cho ze trzy ruble opuci?... - pochwyci dziedzic. limak umilk zawstydzony. 
-Dobrze -rzek dziedzic - opuszcz ci trzy ruble i bdziesz paci tylko siedemnacie 
rubli rocznie. Czy jeste kontent? 
Chop schyli si do ziemi, a nie mogc dosign ng dziedzica ucisn 
sztachety; lecz na jego twarzy zamiast zadowolenia malowaa si niepewno. 
Co jest - myla limak -e on si nie targuje! Ju ja widz, e ten szwagierek 
cosik zmajstrowa!... 
Gono za doda: 
-To niech janie pan jeszcze uczyni ask i wemie ode mnie zadatek. Wanie 
daa mi moja dziesi rubli, a reszt, powiedziaa, ebym odnis jutro. 
Wydoby zza sukmany wzeek, z niego dziesi rubli -i wrczy dziedzicowi. 
-Za pozwoleniem -przerwa dziedzic -pienidze wezm pniej, a teraz 
zrobi ci propozycj. Czy pamitasz, ile mi za morg ki zapaci w zeszym 
roku Grzyb? 
-Osiemdziesit rubli. 
- I oprcz tego zapaci rejenta i jeometr, czy tak? 
-wita prawda. 
-Ot suchaj. Ja te dwie morgi ki, ktre chcesz dzierawi, sprzedam ci 
po szedziesit rubli, wic o dwadziecia rubli taniej anieli Grzybowi. Jeszcze 
zrobi lepiej, bo - nic nie wydasz ani na jeometr, ani na rejenta. Ale wiesz pod 
jakim warunkiem? 
Chop pokornie wzruszy ramionami. 
-Pod tym warunkiem, eby zdecydowa si sam, zaraz, nie pytajc ony. 
Uwaaj wic: zapacisz sto dwadziecia rubli za k, ktra jest warta wicej ni 
sto szedziesit, zyskasz na czysto czterdzieci rubli, ale... decyduj si natychmiast. 
Jutro, a nawet dzi wieczorem, kiedy naradzisz si z on, ju na tych warunkach 
nie sprzedam. 
limakowi bysny oczy. Zdawao mu si, e teraz dopiero odkry natur 
zmowy wymierzonej przeciwko niemu. 
-Dziwny kaprys traci czterdzieci rubli za nic! -odezwaa si pani po francusku. 
- Bd spokojna - odpar m. - Znam ja ich... 
- No i c - zwrci si do limaka - kupujesz k bez poradzenia si ony? 
-Kiej to nieadnie -odpowiedzia chop z obudnym umiechem. -Przecie 
janie pan, a i to naradza si z janie pani i janie paniczem, nie dopiero ja. 
41 
-A widzisz?... -rzek dziedzic do szwagra. -Czy on nie jest skoczonym 
idiot?... 
Panicz przez sztachety poklepa po ramieniu limaka. 
-No, mj przyjacielu, zgde si natychmiast, a zrobisz panu grubego figla. 
- On ju kupi - rzek do szwagra. 
-Kupujesz, Jzefie? Dajesz rk na zgod? -spyta dziedzic. Albo ja gupi! 
- pomyla chop, gono za doda: 
- Kiej kupowa przez ony, janie panie, to nieadnie... 
- I nie namylisz si? 
-Kiej bardzo nieadnie - powtarza chop, kontent, e pan nastrczy mu tak 
doskona wymwk. 
Chop udawa zasmuconego, ale upar si i ani myla kupowa ki. 
-No, wic w takim razie wypuszczam ci k w dzieraw. Daj mi swj zadatek, 
a jutro przyjd po kwit. 
-Masz chopa, panie demokrato! - rzek do szwagra, ktry tymczasem gryz 
paznogcie. 
limak zapaci dziesi rubli, pastwo poegnali si z nim i odeszli. Widzc, 
e ju nie patrz, chop obrzuci ich ognistym spojrzeniem i wzburzony 
pocz szepta do siebie: 
-Ehej! chcielita chopa oszwabi, ale ma on swj rozum, ma!... Pewniakiem 
ju w tym roku, jak mwi Grochowski, bd nam dodawali gruntw i 
dlatego pilno im sprzeda!... Sto dwadziecia rubli za tak k, co warta ze 
dwiecie... Gupiemu gada, nie mnie... Ale dobre i sto dwadziecia, kiedy 
przyjdzie odda darmo. 
- Cosik szlachta tgo krcia, niech ich tam!... - zauway Jdrek. 
-Cicho bd -zgromi go ojciec, a w duchu doda: 
Nawet hoociuch, a i to pozna si, e krc... Nagle nasuna mu si inna 
uwaga: 
-A moe teraz nie bd rozdawali gruntw, tylko pastwu taka fantazja 
strzelia, eby mi tanio sprzeda?... 
Zrobio mu si gorco. W tej chwili chcia woa za pastwem, rzuci si im 
do ng i baga, aeby mu cho za sto trzydzieci rubli oddali k. Ale pastwo 
byli ju w poowie ogrodu. Wtem odczy si od nich panicz i znw przybieg 
do chopa. 
-Kupuje t k! -mwi zadyszany. -Szwagier jeszcze si zgodzi, tylko 
go pro. 
Na widok niemiego panicza w limaku zbudzia si poprzednia nieufno. 
- Kiej bez ony kupowa nieadnie - odpar umiechajc si. 
- Bydl! - mrukn panicz i zawrci si do dworu. ka przepada. 
-Czego jeszcze stoicie, tatulu? -nagle zapyta Jdrek, widzc, e limak 
opar si o sztachety i duma. 
42 
-Bo nie wiem, czy dobrze zrobiem, em nie kupi za sto dwadziecia rubli 
one j ki? -mrukn chop. 
- Cocie mieli le robi, kiedy za siedemnacie rubli macie to samo? 
- Ale zawdy ka nie moja. 
-Jak rozdadz grunta, to bdzie wasza. 
limaka ucieszyy te wyrazy: Juci -myla -musi by prawda z tym rozdawaniem, 
kiedy nawet hoota o nim gada. 
-Chodta, chopcy, do dom! -rzek gono. Wracali w milczeniu. Jdrek 
spogldajc ukosem na ojca ywi w sercu jakie ze przeczucia, a limaka trapi 
niepokj. 
-Psie wiary, szlachta! -szepta chop zaciskajc pici -czek nigdy nie 
zmiarkuje, kiedy oni g, a kiedy mwi prawd... Rychtyk jak z ydami. 
W poowie drogi chopcy wyrwali si naprzd, bo byli godni. Gdy za limak 
wszed do chaty, zapytaa go ona: 
-Co tu gada Jdrek, e chcieli sprzeda ci k za sto dwadziecia rubli? 
-Juci chcieli, ale przez to, e boj si nowego rozdawania gruntw -odpowiedzia 
nieco strapiony. 
-Ja te zaraz powiedziaam Jdrkowi, e albo szczeka, abo jest w tym jakie 
szachrajstwo. Kto by za oddawa za sto dwadziecia rubli tak rzecz, co warta 
ze dwiecie? 
Chop rozebrawszy si zasiad do obiadu i jedzc opowiada onie, co go 
spotkao. 
-Ho! ho!... mdrzy oni we dworze. Nie wiem nawet, skd dowiedzieli si, 
e idziemy za k, i nasamprzd zasadzili na mnie swego szwagierka. 
- Tego lepaka? co mnie zaczepia u wody?... - wtrcia limakowa. 
-Juci jego. Ten ci choroba zabieg nam drog, Jdrkowi dal czterdziestk, 
mnie czapk wbi na eb, eby mi lepiej oczy zamydli, i zara pocz z gry: 
Na co ci ka? Albo ju i tak nie masz okrutnego majtku? Wiesz ty, e 
dziesi morgw to niezmierna fortuna?... 
-Ale, fortuna!... - przerwaa limakowa - jego szwagier ma przecie z tysic 
morgw i jeszcze narzeka! 
- Tak ci mnie, para, tumani. A kiedy zobaczy, e ja -nic, doprowadzi mnie 
do samej pani. Ona znowu wzia mnie zagadywa, ebym jej chopakw posya 
do uczenia, a pan przez ten czas wygrywa se na organach... 
- C on chce zosta organist, jak mu ziemi zabior? -spytaa gospodyni. 
-On se tak wci przygrywa; nic nie robi, ino przygrywa. Wic potem prawi 
chop -wyszed i pan, a oni zaraz zaczli mu wargota po frajcusku, e 
chop (niby ja) jest strasznie twardy, e podej go (niby mnie) nie mona, zatem 
- eby mi co prdzej sprzeda k, nim si opamitam. 
- To ty zmiarkowa, co oni gadaj? 
- Com nie mia zmiarkowa! Przecie ja i po ydowsku jestem wyrozumiay. 
-I nie kupie ki? Dobrze zrobi, bo w tym jest nieczysty interes -zakoczya 
kobieta. 
43 
Ale chop nie ucieszy si z oninej pochway, znowu bowiem opanowaa go 
wtpliwo co do zamiarw pastwa. 
A moe oni szczerze chcieli sprzeda k tak tanio? -myla. 
Przesta je i wasa si z kta w kt po chacie. Ogarnia go coraz wikszy 
niepokj, e moe le zrobi opuciwszy tak okazj, ale -dodawa sobie otuchy 
mruczc: 
- Nie mnie okpi! Znam ja si na rzeczy!... 
Nareszcie wzburzenie limaka dosigo zenitu. Siad na awie, potem zerwa 
si z niej, pochwyci si za gow i przez chwil ju nie wiedzia, co ma robi z 
cikiej niepewnoci. Nagle spojrza na Jdrka i - bysna mu myl szczliwa. 
- Chod ino tu, Jdrek - rzek do chopca zdejmujc rzemyk z bioder. 
-Oj, tatulu, nie bijcie mnie! -wrzasn chopak, ktremu zreszt ju od paru 
godzin zdawao si, e bicie go nie minie. 
-Nic nie pomoe! -mwi limak. - Hardy jeste, namiewae si z panicza, 
pyskowae przed samym janie panem... Ligaj na awie! 
-Oj, tatulu, niechajcie mnie! -prosi Jdrek, Stasiek obj ojca za nogi i z 
paczem caowa mu kolana, a Magda wybiega do gospodyni na dziedziniec. 
-Mwi, ci: ligaj na awie! pkim dobry... -woa limak. -Jak ty dzi dostaniesz 
swoje, to nie bdziesz si, kondlu, wdawa z tym hyclem Jakiem... Ligaj 
mi zaraz!... 
Wtem limakowa gwatownie zapukaa do okna. 
-A chod prdko, Jzek - mwia -bo cosik si stao nowej krowie. Tak si 
tarza... 
Chop puci Jdrka i pdem pobieg do obory. Tu jednak zobaczy, e 
wszystkie krowy stoj przy obach i spokojnie jedz. 
-Wida ju j odeszo -mwia kobieta -ale tak si tarzaa, powiadam ci, 
jak ty wczoraj. 
limak obejrza krow uwanie, dotkn jej grzbietu i pokrci gow. Domyli 
si, e ona chciaa go tym figlem odcign od Jdrka. Poniewa jednak 
chopiec wymkn si ju z chaty, a i ojca zo odesza, wic skoczyo si na 
niczym, jak zwykle w podobnych wypadkach. 
44 
ROZDZIA PITY 
By lipiec. Dziedzic z dziedziczk od dawna wyjechali za granic; we wsi o 
nich zapomniano i nawet nowa wena zacza porasta na ostrzyonych owcach. 
Soce tak grzao, e chmury ucieky z nieba gdzie do lasw, a ziemia zasaniaa 
si od gorca, czym moga: na gocicach kurzem; na kach potrawem, 
na polach gstym urodzajem. 
Dla ludzi by to pocztek najwikszej pracy. We dworze ju skosili koniczyn 
i rzepik, przy chatach gospodynie i dziewuchy obsypyway buraki i kartofle, 
a stare kobiety zbieray laz na poty, kwiat lipowy na gorczk i wosy P. Marii 
na boleci. Proboszcz z wikarym caymi dniami ledzili i chwytali pszczelne 
roje, a Josel karczmarz fabrykowa ocet. W lesie rozlegay si nawoywania 
dzieci zbierajcych jagody. 
Tymczasem dochodziy zboa i limak nazajutrz po Matce Boskiej Szkaplerznej 
wzi si do zcia yta. Krtka bya to robota, na trzy albo i na dwa 
dni; lecz chop pieszy si, raz dlatego, aby nie wykruszyo si zbyt suche ziarno, 
a po drugie, aby mg wyj na niwo do dworu. 
Zwykle pracowali we trzech: limak, Owczarz i Jdrek, na przemian nc i 
wic snopki; gospodyni za i Magda pomagay im z rana i po obiedzie. 
Pierwszego dnia, w czasie poudniowej roboty, kiedy w picioro (bo tym razem 
byy i kobiety) nc dosigli szczytu wzgrza, Magda spostrzega pod lasem 
kilka ludzkich sylwetek i powiedziaa o tym gospodyni. Wszyscy obejrzeli 
si w tamt stron i poczli robi uwagi. 
- To jakie chopy - rzek Owczarz - bo biae. 
-Jest tam jeden midzy nimi somiany - dodaa limakowa -a chopy tak nie 
chodz. 
-I musi, e do kolan maj buty - wtrci limak. 
-Przypatrzcie si - zawoa Jdrek - a dy oni nosz tyki w garci i cign 
jakby sznur za sob! 
- To chyba omentry?... C by to byo?... - zastanowi si limak. 
-Pewnie nowe pomiary!... -odpowiedziaa limakowa. -Widzisz, jak dobrze, 
e wtedy nie kupi ki od pana? 
Wzili si znowu do roboty, ale sza im niesporo, kade bowiem spogldao 
ukradkiem na owych ludzi spod lasu, ktrzy stawali si coraz wyraniejsi. Nie 
byli to chopi, bo zamiast przepasanych koszul mieli biae albo tawe kurtki, a 
na kapeluszach czarne wstki. Szli od zachodu na wschd i widocznie mierzyli 
pole. 
Zjawienie si ich tak zaciekawio limaka, e zamiast przodowa w robocie, 
wlk si na kocu obok Magdy. Wreszcie zawoa: 
45 
-Jdrek! cinij sierp i skocz do onych, co tam na polu bonuj. Spenetruj, co 
za jedni, i wymiarkuj: czy mier na rozdanie gruntw, czy na co innego? 
Chopak pobieg cwaem. 
-A obchod ich ostronie! - woaa matka -eby ci ktry nie przetrci... 
Jdrek w kilka pacierzy dogna miernikw, wszed midzy nich i chwil porozmawia, 
ale -ani myla o powrocie. Owszem, wzi si nawet do tyki i acucha. 
-Syszelita! - dziwia si limakowa - a dy on ju do nich cakiem przysta. 
Patrzaj ino, Jzek, jak wyrywa z tym sznurzyskiem?... Tamci przecie musieli 
si uczy nie bez jedn zim i aden go nie wycignie. A on, para, co ino za 
szyb u yda widzia lamentarz, tak se kika midzy nimi jak zajc... To ci 
chopak!... Szkoda, em mu nie kazaa wzu butw, bo jeszcze pomyl, e on 
jaki sierota, nie gospodarski syn. 
Uja si pod boki i zadowolona patrzya na Jdrka, ktry z wielk miaoci 
przenosi tyki i cign acuch od punktu do punktu. 
Wkrtce oddzia inynierski zeszed w nizin i ukry si przed oczyma chopw. 
-Cosik z tego bdzie - rzek zadumany limak -albo dobre, albo ze. 
-Co ma by le, jak dodadz gruntw? -wtrcia limakowa. - A ty co mylisz, 
Maku? 
Parobek, zakopotany pytaniem, otar pot z czoa i odpar po namyle: 
-Co ta by moe dobrego? Pamitam, kiedym suy u pana w Krzeszowie 
(bdzie temu sze rokw), a rychtyk tacy sami przeszli przez pola z tykami, to 
zara na jesie wjt zrobi w kasie deces i caa gmina musiaa si za niego skada. 
Kada nowa rzecz jest niepewna - zakonkludowa. 
Soce schylao si ku zachodowi, kiedy nadbieg zadyszany Jdrek woajc 
na matk, aeby wyniosa mleka z lochu, bo idzie tu dwch panw, wielkich 
panw, ktrzy mu za noszenie acucha dali dwa zote. 
-Oddaj to zaraz matce! -krzykn limak. - Oni d zapacili dwa zote nie za 
acuch, ale za mleko, co u nas zjedz. Jdrek o mao si nie rozpaka. 
-Co mam oddawa moje pienidze? -mwi. Przecie oni za to, co zjedz, 
osobliwie zapac i jeszcze za inne rzeczy, co wezm!... Nawet pytali si, czy w 
chaupie s kurczta i maso... 
- To oni kupcy, e dowiaduje si o maso i kurczta? - spyta limak. 
-Nie kupcy, ino wielkie pastwo, co jed z szaasem i z kucharzem, a on 
im w polu je gotuje. 
- Cygany czy co? - mrukn limak. 
Nie czekajc na zakoczenie rozmowy gospodyni zbiega do chaty, a niebawem 
ukazali si i dwaj panowie. Byli spoceni, opalem i kurzem okryci, ale mieli 
takie wspaniae miny, e na ich widok limak i Owczarz zdjli kapelusze jak na 
komend. 
Powitawszy chopw starszy pan z dug czarn brod zapyta: 
- Ktry to gospodarz? 
46 
- Ja - rzek limak. 
- Dawno tu mieszkasz? 
- Od dziecka. 
- I widziae, jak ta rzeka wylewa? 
- Albo raz!... 
- A nie pamitasz, jak wysoko podnosi si woda? 
- Czasami, janie panie, wyleje nad k tak, e chop by si utopi. 
- Wiesz to z pewnoci? 
-Wszyscy wiedz, bo przecie i te wyrwy, co s z boku gry, to woda wyara. 
-Trzeba bdzie postawi most dziesiciosniowy -odezwa si modszy 
pan. 
-Zapewne -odpar starszy. Rozejrza si po ce i znowu zwrci si do 
limaka: 
- A mleka u was dostaniemy? 
-Ju moja zesza na d, niech panowie pozwol. 
Panowie skierowali si do chaty, a za nimi limak, Owczarz i nawet Magda. 
Jedzenie mleka przez podobnych goci byo tak wielkim wypadkiem w gospodarstwie 
limaka, e godzio si opuci niwo. 
Nie mniejsza niespodzianka czekaa ich na podwrzu. limakowa z Jdrkiem 
wynieli przed chat stoki z porczami i winiowy st, nakryli go obrusem, 
pooyli talerze, blaszane yki, osek masa, buk sitnego chleba i cay 
ser z kminkiem. Na progu chaty staa w pogotowiu dziea zsiadego mleka, a o 
kilkanacie krokw z boku trzy kury z gromad kurczt dziobay kasz krzyczc 
i rozpychajc si. 
Panowie spojrzeli po sobie zdziwieni. 
- No, no - szepn modszy - szlachcic lepiej by nas nie przyj. 
Siedli przy stole, zjedli p dzieki mleka, pochwalili ser i maso, wreszcie 
starszy zapyta limakowej, co si naley? 
- Niech panom bdzie na zdrowie -odpowiedziaa kobieta. Zdziwili si jeszcze 
wicej. 
-Darmo przecie objada was nie moemy - rzek starszy pan. 
-My nie wemiemy pienidzy za gocinno. Wreszcie mj chopiec tyle u 
pastwa zarobi, jakby za cay dzie niwa. 
- A co?... - szepn modszy pan do starszego. - Tacy s polscy chopi!,.. 
Wydawali si obaj bardzo zadowolonymi, a starszy pan odezwa si do limaka: 
-Za takie przyjcie wybudujemy wam tu niedaleko stacj. limak ukoni 
si. 
- Kiej nie wiem, janie panie, na co to jest i co panowie chc u nas zrobi? 
-Przeprowadzimy wam tdy kolej elazn. 
- Drog elazn - powtrzy modszy pan. limak pokrci gow. 
- Kto u nas bdzie jedzi po takiej?... Najtwardszy ko zdarby kopyta! 
47 
-Tote wozw nie bd cign konie, tylko lokomotywa. Chop podrapa 
si w gow. 
- O czyme tak rozmylasz? - zapyta go starszy pan. 
- Musi, e nam na ze wyjdzie taka droga - rzek chop - bo furmank ju nic 
czowiek nie zarobi. 
Obaj panowie rozemieli si, a starszy pocz mwi: 
-Nie bj si, mj kochany, taka droga to dla was szczcie, a szczeglnie 
dla ciebie, ktry bdziesz mieszka najbliej stacji. Bdziesz wozi towary podrnych, 
bdziesz sprzedawa maso, jaja, kury, kapust i wszystko, co ci si 
urodzi. A my dobrze pacimy... Na prb moe nam sprzedasz te kurczta. Ile 
ich tu jest? 
- Dwadziecioro i dwoje - odezwaa si limakowa. 
- Po czemu chcecie? 
- Ile aska panw. 
-Oddacie po dwa zote? 
limakowa przelotnie spojrzaa na ma. Dotychczas pacono im najwyej 
po zotwce za kurcz. 
- Niech panowie wezm. 
-Hukaj yd - mrukn modszy - sprzedaje nam po p rubla. 
- A masa modego duo macie? - pyta starszy pan limakowej. 
- Znajdzie si ze dwa garnce. 
- Po czemu? 
-Ile aska. 
-Wemiesz po pi zotych kwart? Gospodyni tylko ukonia si. yd paci 
jej po p rubla. W ten sposb panowie zamwili jeszcze kilka serw, dwie 
kopy rakw, kop ogrkw, kilka bulek sitnego chleba i kazali to przywie pod 
las, gdzie stay dwa namioty. Modszy wci dziwi si, e jest tanio, a starszy 
chwali si, e on zawsze robi takie sprawunki. Przed odejciem za, wypacajc 
gospodyni szesnacie rubli papierami i p rubla srebrem, zapyta: 
- C, nie macie krzywdy? 
-Boga tam krzywdy! -odpara limakowa. -ebymy ci dzie tak sprzedawali... 
- Bdziecie sprzedawa, jak wybudujemy kolej. 
-Nieche janie panom Pan Bg dopomaga i Matka Przenajwitsza! - bogosawia 
ich kobieta. Milczcy Owczarz kania si do ziemi, a limak, z kapeluszem 
w rku, odprowadzi ich a do jarw. 
Gdy wrci stamtd, pocz z gorczkowym popiechem wydawa dyspozycje: 
-Zbierz, Jagna, maso, ty, Magda, narwij najpikniejszych ogrkw kop i 
dziesi sztuk, a ty, Maku, we worek j biegaj z Jdrkiem do wody po raki... 
Jezus, Panno Mario! jeszczemy te nigdy tyle nie utargowali... Trzeba, eby w 
niedziel kupia sobie fular, a Jdrkowi now kamizelk na t intencj!... 
48 
- Szczcie weszo do naszego domu - rzeka nie mniej wzruszona kobieta. A 
fular kupi trzeba, bo inaczej nie uwierz we wsi, e zarobilimy takie wielkie 
pienidze. 
-Troch nie podoba mi si, e po nowej drodze wozy bd jedzi bez koni 
-doda limak. -Ale nie mj to grzech. 
Ku wieczorowi odwiz inynierom kupione przez nich zapasy i otrzyma 
nowe obstalunki; przy wytykaniu bowiem linii pracowao kilkunastu panw, 
ktrzy mianowali limaka jeneralnym dostawc. Wic sprzedawa im drb i nabia, 
pieczywo i jarzyny po cenie oznaczonej przez inynierw, sam skupujc 
produkta we wsiach okolicznych i zarabiajc grosz na groszu. Chop podziwia 
hojno nowych znajomych, a oni tanio produktw. 
W tydzie oddzia inynierski przenis si dalej, a limak po obrachunku z 
on przekona si, e ma okoo dwudziestu piciu rubli pienidzy, ktre spady 
nie wiadomo skd, nie liczc zarobku za furmanki i zapaty za dnie stracone. 
Czy oni omylili si, czybym ja im czego nie odwiz?... -myla chop i 
wstyd mu si zrobio tych pienidzy. 
-Wiesz, Jagna -rzek raz do kobiety -moe by pojecha za panami i odda 
im ten grosz? 
-O gupi! -krzykna kobieta -a przecie kady tak zarabia, kto handluje. 
Jeszcze im ask wywiadczy, e sprzedawae kuraki po dwa zote, kiedy ydom 
paciliby po p rubla... 
- Ale kupowaem u ludzi po zotemu. 
- A yd po czemu kupuje? 
- yd nie jest rolnikiem i wreszcie on niechrzczony. 
-Za to on zarabia po dwa zote i po dziesitce na kadym kuraku, a ty po 
zotwce. Wreszcie zotwka to nawet nie zarobek, ino podarunek, co panowie 
dali ci za fatyg. 
Wyraz za fatyg uspokoi chopa. Juci on si sfatygowa, a panowie mog 
mu tyle ofiarowa, ile im si podoba. Pastwo z Warszawy dobrze wida 
pac za fatyg, kiedy nawet szwagierek dziedzica za podniesienie czapki da 
Jdrkowi srebrn czterdziestk. 
Kiedy gospodarstwo zajli si dostaw dla inynierw, cae niwo spado na 
Maka Owczarza. Co dawniej robili we troje albo w picioro, to dzisiaj on musia 
odrabia sam jeden. Wychodzi na wzgrza przede dniem, schodzi pno w 
nocy i , snopki wiza, mendle ukada a rozmyla: Jaka to moe by droga 
elazna, po ktrej jed bez koni? 
Widzc, e mimo pilnoci parobka robota cignie si duej ni zwykle. 
limak wynaj do pomocy star Sobiesk. Baba przysza o szstej z niedu 
butelk lekarstwa na ran w nodze i do poudnia a za dwie osoby, wypiewujc 
grubym gosem piosenki, ktrych nawet Makowi wstyd byo. Ale kiedy 
po obiedzie zaya lekarstwo mocno pachnce okowit, kuracja tak j rozebraa, 
e babie wypad sierp z rki. 
49 
-Ty, gospodarzu - pocza wykrzykiwa - ty, gospodarzu, zbijaj grosze, a ty, 
najmito -nij!... Ty, gospodarzu, kupuj onie fulary, a ty, najmito, a na czworakach 
po polu i nosem si podpieraj... 
Kiedy pan bogacieje, Ze sugi pot si leje! 
nij Maku!... nij, stara Sobiesk!... a ja bez ten czas bd chodzi pod boki 
z inynierami, bd instygowa na ca wie i chowa ruble do skrzyni!... Zobaczya, 
e on jeszcze nazwie si panem limaczyskim!... Ma, para, szczcie, 
wida diabe go urodzi z parszywej suki... ywych i umarych... amen... 
To wyszeptawszy upada Sobiesk w bruzd i nie ocucia si do zachodu 
soca. Mimo to wypacono jej za cay dzie niwa, bo chora niewiasta miaa 
ostry jzyk, i kiedy limak chcia potargowa si z ni za czas przespany -odpara 
caujc go w rk: 
- Co si tam macie ze mn swarzy, panie gospodarzu?... 
Sprzedacie jedno kurcztko wicej i wyrwna si wam bez mojej krzywdy!... 
Zawsze najlepiej takiemu, co potrafi si przymwi!... -pomyla 
Owczarz. 
Kiedy za w niedziel wszyscy z chaty wybierali si do kocioa, on usiad 
na przyzbie i zacz ciko wzdycha. 
-A ty, Maku, nie idziesz do kocioa? - zapyta go limak zmiarkowawszy, 
e parobkowi co dolega. 
-Gdzie mnie do kocioa! - westchn Owczarz. -Ino wstydu bym wam narobi... 
- C ci brak? 
-Nie brakuje mi nic, ale obuwie mam takie, e co stpn, to noga idzie naprzd, 
a but psiako zostaje na drodze. 
-Same winien -rzek limak -bo czemu nie mwisz? Przecie nale ci si 
zasugi i dam ci zara sze rubli. 
Po chwili wynis z izby pienidze, a Owczarz obj go za nogi. 
- Kup se buty - mwi limak - ale do karczmy nie wstpuj, bo masz mitkie 
serce i wszystko przepijesz. 
Wkrtce poszli do kocioa: limak z on, Magda z chopcami, a Owczarz 
z daleka na kocu. Idc marzy sobie, e jak wybuduj drog z elaza, to limak 
zostanie szlachcicem, a on, Owczarz, bdzie u niego suy na swoim stole i 
oeni si... 
Nagle przeegna si, aby odpdzi zego ducha, ktry widocznie zabieg mu 
drog i podszeptywa gupie zachcenia. Gdzie takiemu jak on ndzarzowi myle 
o onie! Nawet Zoka by go nie chciaa, cho ju ma dwuletnie dziecko i w 
gowie co popsutego. 
Pamitna to bya niedziela dla obojga limakw. Ona kupia w straganie 
fular, daa dziadom po cztery grosze jamuny, a w kociele usiada w awce 
przed otarzem, gdzie Grzybina i ukasiakowa zaraz jej miejsca ustpiy. Jego 
za cigle kto zaczepia. Arendarz robi mu wymwki, e psuje ceny ydkom 
50 
sprzedajc wszystko taniej; organista przypomnia, e warto by zakupi msz 
piewan za dusze w czycu bdce; sam stranik z nim si przywita, a nawet 
ksidz wikary zacz z nim rozmow zachcajc limaka do hodowli pszcz. 
-O, teraz -mwi wikary -kiedy masz pienidze i czas wolny, mgby 
przychodzi na probostwo i zobaczy, jak pielgnuje si owad. Pniej kupiby 
par uw, miaby mid dla siebie albo na sprzeda, a wosk do kocioa. Bo 
nawet i przy duym majtku, moje dziecko, nie zawadzi pamita o Bogu i hodowa 
pszcz... 
Po odejciu wikarego zbliy si do limaka Grzyb. Staremu chopu byszczay 
oczy, gdy paskudnie umiechajc si zagadn: 
-Pewno, limaku, postawicie dzi dla caej wsi traktament, kiedy wam si 
uda taki interes? 
-Nie traktowalicie wy mnie przy waszych interesach, to i ja was nie potraktuj 
przy moim -odpar szorstko limak. 
- Nie dziwota, bo ja nie zarabiam nawet na krowach tyle, co wy na kurach. 
- Za to wy na ludziach zarabiacie nawicy. 
-Ma racj! -popar limaka Winiewski i zaraz pocz go obchodzi o poyczenie 
stu zotych do Nowego Roku. Gdy mu za odmwiono, skry si midzy 
zebranych pod kocioem gospodarzy narzekajc na hardo limaka. 
- Ju z niego wielki pan, a niezadugo nie zechce gada z chopami!... 
- We dworze nie by u niwa, cho go wzywali - wtrci karbowy. 
-Jego kobieta zasiada w najpierwszej awce przed otarzem -doda Wojtasiuk. 
- Zawdy pienidz przewraca ludziom w gowie -zakoczy Orzechowski. Po 
czym weszli do kocioa. 
Owczarzowi nie przyniosy szczcia dane mu na buty pienidze. Gdy pokorny, 
jak zawsze, stan w babicu, aby nie wieci w oczy Panu Bogu swoj 
wytart sukman, dziady z ogromnym krzykiem zaczli mu wypomina, e nigdy 
nie wspiera ubogich. Poszed tedy do karczmy zmieni trzy ruble, a tam 
znowu zaczepi go szynkarz: 
- Jake bdzie, panie Macieju, z moimi pienidzmi? 
- Z jakimi pienidzmi? 
- Juecie zapomnieli?... Przecie od Boego Narodzenia winnicie mi siedem 
zotych. 
- Syszelita!... - oburzy si Owczarz. - Nieche ludzie z caej wsi powiedz, 
e mi nigdy nie borgujecie, a kiedy pij, to musz paci gotwk. 
-To jest prawda -odpar szynkarz. -Ale na Boe Narodzenie, jake si, 
Maku, upi, to mnie tak ciska, tak caowa, e musiaem ci da na kredyt 
wdki i piwa, i araku, i jeszcze obwarzankw. 
-A wiadkw masz? -krzykn ostro Maciek. -Bo ja ci mwi, e mnie 
chcesz okpi.... 
Szynkarz chwil pomyla. 
51 
-wiadkw - rzek - to ja nie mam i dlategom ciebie do tej pory nie zaczepia 
o pienidze. Ale jak mi przysigniesz tu, w oczy, przy ludziach, e mnie 
wtedy nie caowa i nie prosi o kredyt, to - ja tobie daruj moje siedem zotych. 
Wstyd -doda szynkarz spluwajc -eby parobek od takiego porzdnego gospodarza 
zarywa biednych ydkw!... Ja wam. Owczarzu, daruj, ale od tej pory 
nigdy nie wstpujcie do mojej karczmy, bo ja musz wstydzi si za was. 
Parobek zachwia si. A moe on naprawd winien siedem zotych?... 
-No -rzek - kiedy tak gadacie, to ja wam oddam. Ino bjcie si, eby was 
Pan Bg nie pokara za moj krzywd. 
W duszy jednak wtpi, czy Pan Bg za takiego jak on biedaka zechce kara 
tak wielk osob jak szynkarz. 
Ju mia wychodzi, zgryziony, kiedy weszo do karczmy kilku galicyjskich 
bandosw. Zasiedli do stou i poczli rozmawia o tym, e przy budowie kolei 
elaznej bd wielkie zarobki. 
Maciek przysun si, a widzc, e s jak i on sam obdarci, odezwa si: 
-Czy to prawda, eby gdzie na wiecie byy drogi elazne? Przecie na taki 
interes to by ze wszystkich sklepw nie starczyo elaza. Nawet chyba nie miaby 
tyle sam rzd... 
Bandosy wymieli go. Ale najrolejszy z nich, ktry odznacza si wojskow 
czapk i bardzo wypuk krtani, rzek: 
-Czego si tu mia, e taki prostak nie wie, co jest kolej elazna? Sid se 
tu, bracie, przy mnie, ja ci wszystko, jak naley, opowiem, ale - postaw butelk 
gorzaki. 
Nim Maciek zdecydowa si, wdka ju bya na stole. Poda j szynkarz 
mwic: 
- Dlaczego on nie ma wdki postawi? On ju postawi!... To dobry chop... 
Co si dziao pniej, Owczarz nie pamita. Kto opowiada mu, jak prdko 
jedzi luftmaszyna, a kto inny krzycza, e powinien kupi buty, nie za przepija 
pienidze. Pniej kto jeszcze inny wzi go za rce i nogi i z szynku wynis 
do stajni. Ale kto? Owczarz nie wiedzia. Jedno byo pewne, e wrci 
pno do domu nie majc ani grosza. 
Gospodyni patrzy na niego nie chciaa, a limak kiwa gow i mwi: 
-0j i ty, ty!... Nigdy si nie dorobisz, bo diabe w tobie siedzi i pcha ci do 
lada jakiej kompanii. 
Tym sposobem Owczarz nie kupi sobie nowych butw; natomiast w kilka 
tygodni pniej zyska dobytek, o jakim nigdy mu si nie nio. 
By sotny wieczr wrzeniowy. W miar jak gasn dzie, niebo pokrywao 
si nowymi warstwami obokw, coraz niej sigajcymi, coraz wicej poszarpanymi 
i pospnymi. Lasy, wzgrza, wie, nawet ploty przy domu stopniowo 
rozpyway si w szarej oponie, ziejcej deszczem gstym i drobnym, tak drobnym, 
e wszystko przenika. Byo go peno w ziemi, ktra rozmika jak rozczynione 
ciasto; peno na drodze, gdzie spyn brudnotymi strumykami, pe
52 
no na podwrku, gdzie tworzy ciemne kaue. Nasikay nim dachy i ciany 
chaup, szer zwierzt, odzienia, nawet dusze ludzkie. 
W chacie limaka mylano o kolacji, ale nikt nie mia humoru. Gospodarz 
ziewa, gospodyni bya gniewna, chopcy senni i nawet Magda ruszaa si leniwiej 
ni zwykle. Spogldano na komin, gdzie powoli dogotowyway si kartofle, 
to na drzwi, ktrymi mia wej Owczarz, to na okno, za ktrym sycha 
byo plusk kropli deszczu, ktre spaday z chmur wyszych, niszych i najniszych, 
ze wszystkich budynkw, ze wszystkich widncych lici, ze strzechy, ze 
cian i z szyb. Niekiedy kolejne te odgosy zleway si w jeden i wwczas zdawao 
si, e kto idzie. 
Wtem skrzypny drzwi do sieni. 
- Maciek - mrukn gospodarz. 
Maciek jednak nie wchodzi. Natomiast usyszano szelest rki posuwajcej 
si po cianie, jakby kto nie mg trafi do izby. 
-Olep czy co? -rzeka gospodyni i niecierpliwym ruchem otworzya. 
W sieni co stao, ale nie Maciek; co niewysokiego, grubego, owinitego w 
przemok pacht. Gospodyni cofna si, a wtedy do sieni wpad blask ognia i 
w grnym otworze pachty ukazaa si twarz ludzka, barwy miedzianej, niby 
okopconej, z krtkim nieforemnym nosem i skonymi oczyma, ktre ledwie 
zna byo spod nabrzmiaych powiek. 
- Niech bdzie pochwalony - odezwa si spod pachty gos chrapliwy. 
- To ty, Zoka? - spytaa zdziwiona gospodyni. 
-Jo. 
- Wchode prdzej, bo zimno najdzie do izby. Szczeglna osoba wesza, ale 
zatrzymaa si u progu milczc. Teraz mona byo spostrzec, e ma na rku 
dziecko, bledsze od koci, ze zsiniaymi ustami; spod pachty wysuwaa si jego 
rka cienka jak patyk. 
- Co ty robisz na taki czas? - zapyta limak. 
-Id za sub -odpara. Obejrzaa si po izbie szukajc stoka, lecz nie 
znalazszy go cofna si do drzwi i kucna przy cianie u progu. 
-Po wsi gadaj - mwia gosem chrypliwym i jednostajnym -e macie teraz 
wielkie pienidze. Mylaam, e potrzebujecie dziewki, i ot jestem. 
-Nam dziewki nie trzeba -rzeka gospodyni. -Jest wreszcie Magda, a i ta 
niewiele co robi. 
-Ce ty zmalowaa, e nie masz obowizku? -spyta limak. 
-W lecie byam u niw, a teraz nikt mnie przyj nie chce z dzieckiem. Sam 
prdzej by przygarnli. 
W tej chwili wszed Owczarz i wstrzsn si zdumiony zobaczywszy 
Zok. 
- Skde ty si tu wzia?... - spyta. 
-Id za sub. Gadaj, e limak teraz bogacz, wic wstpi-am, moe by 
mnie wzi za dziewk. Ale z dzieckiem i limak nie chce mnie wzi. 
53 
-O la Boga! la Boga!... - szepn parobek na widok ndzy gorszej ni jego 
wasna. 
-Co, Maku, tak nad ni lamentujesz, jakby ci sumienie gryzo - cierpko 
odezwaa si gospodyni. 
- Juci kademu al widzie tyle nieszczcia - mrukn limak. 
- A najwicej musi temu, co winien - wtrcia limakowa. 
-Ja nie winien - rzek Maciek wzruszajc ramionami. - Ale zawdy al mi jej 
i dziecka. 
-To go we, kiedy ci al - odpara gniewna gospodyni. -Prawda, Zoka, eby 
oddaa dziecko Owczarzowi?... Co ono jest: chopiec czy dziewczyna? 
-Dziewczyna -szepna Zoka, patrzc na Owczarza - ma ju dwa roki. - I 
dodaa: 
- Jak chcesz, to se j we... 
-Duo mi po niej -odpowiedzia parobek - ale zawdy szkoda. 
-Jak chcesz, to j we... We j, we, kiedy chcesz... limak teraz bogacz i 
ty bogacz... 
- Juci z Owczarza bogacz. Po sze rubli przepija w jedn niedziel - drwia 
limakowa. 
-Kiedy taki bogacz, e po sze rubli przepijasz w jedn niedziel, to j 
we - mwia Zoka tonem coraz gwatowniejszym. 
Wydobya z pachty dziecko i pooya je na wilgotnej ziemi. Zdawao si, 
e w tej chwili jest jeszcze bledsze, lecz nie wydao gosu. 
-Gupie twoje arty, Jagna! -mrukn limak do ony. Zoka przecigna 
si i powstaa na rwne nogi. 
-Oto mi letko, cho raz w yciu!... - mwia podniesionym gosem, a oczy 
dziko jej byszczay. - Nieraz mylaam se, e nie wytrzymam i cisn j gdzie na 
drodze albo we wod... Ale kiedy chcesz, to j we!... We j, ino mi jej dobrze 
pilnuj, bo jak kiedy wrc, a jej nie zdybi, to ci lepie wybior... 
- Co ty gadasz, optana?... - reflektowa j limak. - Przeegnaj Si... 
-Niech si ten egna, co idzie na mier, a ja pjd na sub... Gadali, ecie 
tera bogacz... Mylaam, e potrzebujecie dziewki i wstpiam tu... Nie potrzebujecie, 
to nie, to pjd dalej... 
-Co masz z gupi gada!... Siadajcie do wieczerzy -odezwaa si gospodyni 
i z gniewem pochwycia garnczek z ognia. 
Skutkiem gwatownego ruchu gownie rozsypay si po caym kominie, a 
jedna upada na ziemi, a do bosych ng Zoki. 
- Pali si!... pali si!... pali si!... - krzykna Zoka odskakujc do drzwi. -
Spali si chaupa, spali si stodoa, wszystko!... Ale Zoka ucieknie w jednej 
koszuli i... bdzie w jednej chodzia do samej mierci... 
Jak pijana rzucia si do drzwi, zatoczya do sieni, potem na podwrko, powtarzajc: 
pali si!... pali si!... Krzyk jej sycha byo za oknem, potem w 
ogrdku, potem na gocicu. Wreszcie umilk, zaguszony szelestem deszczu. 
W chacie na ziemi zostao dziecko, chude i ciche. 
54 
- Gocie j! - krzykna z pasj limakowa. - Biegaj, Maku... 
Ale Maciek nie ruszy si z miejsca, natomiast odezwa si limak: 
-Co ty gadasz, kto optan bdzie goni po nocy? Chyba, eby mu diabe 
eb urwa? 
- Udaje optan, eby dzieci podrzuca - warkna gospodyni. 
-Co ma udawa? Sama przecie pamitasz, jaka bya u nas, e si jej w gowie 
psowao za kad odmian ksiyca. Teraz jest jeszcze gupsz od czasu, 
jak si palio u Skrzypa. 
-A ona ogie podoya. limak machn rk. 
-Kto to widzia! Ludzie wszystko skadaj na gupich, a bez ten czas li 
broj. 
-No, a co zrobisz z bachorem?... - wybuchna gospodyni. -C mylisz, e 
ja moe bd karmi tak znajd? 
-Przecie nie wyrzucisz jej za pot. Wreszcie nie bj si. Zoka przyjdzie po 
ni nie dzi, to jutro. 
-Jak nie przyjdzie, to znajd odwieziesz do gminy. Ale ja nie chc w izbie 
takiego dziecka, nawet na jedn noc -mwia z gniewem gospodyni. 
- Wic co poczniesz? - oburzy si limak. 
- Ja j wezm do stajni - szepn Owczarz. 
Zbliy si do progu, niezgrabnie podnis dziecko z ziemi i, usiadszy z nim 
w kcie na awie, pocz je okrywa i huta. W izbie zrobio si cicho; potem z 
ciemniejszej jej poowy wynurzya si Magda, Jdrek i Stasiek i otoczyli 
Owczarza przypatrujc si malestwu. 
- Takie suche jak wir - szeptaa Magda. 
-Ani si ruszy, ino patrzy -doda Jdrek. 
-Musicie j, Maku, karmi z gaganka -rzeka znowu Magda. -Ja wam 
wynajd czysty. 
-Siadajcie do wieczerzy -odezwaa si gospodyni ju mniej gniewnym gosem. 
Spojrzaa na dziecko najprzd z daleka, potem schylia si nad nim, nareszcie 
dotkna palcami jego tej i pomarszczonej twarzy. 
-Suka, nie matka! -mrukna. -Magda -dodaa goniej -nalej krzynk 
mleka w skorupk i nakarm znajd, a ty, Maku, siadaj do wieczerzy. 
-Niech Magda teraz je, ja sam pokarmi sierot -rzek parobek. 
-Ale, on pokarmi!... Nawet jej trzyma dobrze nie umie!... -oburzya si 
dziewczyna chcc mu odebra dziecko. 
-Niechaj jej! - mrukn Owczarz. 
- Oddajcie j!... - zawoaa Magda. 
-No, tam, nie szarp jej, Magda - rzeka gospodyni. - Nalej mleka i zwi czysty 
gaganek, a Maciek niech ja karmi, kiedy tak chce. 
Po chwili trzyma Owczarz w rku gaganek w formie smoczka i karmi nim 
dziecko, ku niezadowoleniu Magdy, ktra zamiast je kolacj cigle robia jakie 
uwagi: 
55 
-O, patrzcie! ca jej gb zawala... O, jak to rozlewa po ziemi... Po co wy 
jej w nos wtykacie gagan? - jeszcze si dziewczyna udusi!... 
Parobek czu, e jest z niak, lecz dziecka z rk nie wypuci. Sam 
spiesznie zjad troch zacierek, reszt zostawi w misce, zasoni sierot sukman 
i wymkn si na nocleg do stajni. 
Gdy tam wszed, jeden z koni zara, drugi w ciemnoci odwrci gow i 
zacz obwchiwa dziecko. 
-Przywitaj si, przywitaj! - rzek Owczarz. -Nasta do was nowy fornal, co 
nawet bata utrzyma nie potrafi. Cha!... cha!... 
Na dworze deszcz wci pada. Drzwi stajni przymkny si i wszystko ucicho. 
A gdy po niejakim czasie wyszed z izby limak zobaczy, czy si nie wypogadza, 
zdawao mu si, e w stajni syszy chrapanie Maka. 
- Ju pi - mrukn gospodarz. Popatrzy na niebo i wrci do sieni. 
- C, ciepo tam znajdzie? - spytaa ma gospodyni. 
- Ju pi - odpar. 
We drzwiach zgrzytna zasuwa, w kominie dotlewa si ogie, wreszcie 
zgas. Byo ju pno. Koguty wypieway pomoc, pies odszczekn im i wcisn 
si pod wz przed sot, w chacie zasnli wszyscy. 
Wtedy cicho skrzypny wrota stajni i wymkn si z nich jaki cie; posun 
si wzdu ciany budynku i ostronie zakrad si do obory. By to Maciek. 
Wydoby spod sukmany szlochajce dziecko i przystawi je do wymienia krowy. 
- Ssij bydl - szepn - kiedy ci wasna matka porzucia. Ssij... 
Po chwili w oborze rozlego si ciche mlaskanie. Deszcz wci pada. 
56 
ROZDZIA SZSTY 
Kolej miano budowa na wiosn, a sama zapowied tego wypadku wywoaa 
ruch we wsi. Zim, zamiast bajek przy kdzieli, opowiadano o nieznanych 
ludziach, ktrzy chcieli od gospodarzy nabywa grunta -to o biednym chopie, 
co sprzeda grk wiru, a kupi za ni dziesi morgw najlepszej ziemi - to o 
nowych ydkach, ktrzy sprowadzili si do miasteczka, do karczmy i do pachciarza. 
W grudniu powrcili dziedzice z letniej przejadki i zaraz rozesza si 
wie, e chc sprzeda majtek. Wprawdzie sam pan grywa po dawnemu na 
organie i tylko umiecha si, gdy dworscy ludzie pytali go niemiao: czy 
prawda, e pozbywa si ojcowizny? Ale pani kadego wieczoru opowiadaa pokojwce, 
jak wesoo bdzie im w Warszawie, dokd si przenios. W godzin 
pniej pokojwka szeptaa te nowiny pisarzowi, ktry mia si z ni eni; pisarz 
na drugi dzie rano powtarza je pod sekretem rzdcy i karbowemu, a ju w 
poudnie w czworniakach, oborach, stajniach i owczarniach mwili o nich wszyscy, 
rozumie si, pod najwikszym sekretem. 
Wreszcie ku wieczorowi wie dochodzia do karczmy, z karczmy rozlewaa 
si po chatach i ostatecznie pyna do miasteczka. 
limak, czsto pracujc we dworze, take sysza ow pogosk i widzia jej 
skutki. Widzia i dziwi si potdze jednego sowa -sprzeda. 
Istotnie robio ono cuda. Przez nie parobcy zaniedbywali si w robocie, 
przez nie rzdca od Nowego Roku podzikowa za miejsce. Przez nie chudy 
ciche i pracowite bydltka, przez nie snopy giny ze stod, a ziarno ze spichrza. 
Ono poerao zapasowe koa i uprz, urywao kdki i skoble od budynkw, 
wyjmowao deski z parkanw i sztachety z potw. Ono kadego wieczora 
wypdzao dworsk sub do karczmy, a byle ciemniejsza noc -zaprzepaszczao 
gdzie to sztuk drobiu, to owc, to mniejsz wink. 
Wielkie sowo, gone sowo! Rozlegao si po caym folwarku, po wsi, po 
miasteczku, skd kupcy co dzie przynosili do dworu kredytowe kwitki. Byo 
wypisane na twarzy kadego czowieka, w smutnych oczach kadego bydltka, 
na wszystkich drzwiach, we wszystkich oknach wybitych i zaklejonych papierem. 
Dwiku jego nie syszao tylko dwoje ludzi: pan, ktry wci gra na organach, 
i pani, ktra marzya o wyjedzie do Warszawy. Gdy za kto z ssiadw 
zapyta ich: czy prawda, e sprzedaj majtek? -on tylko umiecha si i wzrusza 
ramionami, a ona odpowiadaa z westchnieniem: 
-Chcielibymy sprzeda, bo na wsi straszne nudy. Ale i c, kiedy papo 
jeszcze nie znalaz kupca!... 
57 
limak, ktry niekiedy spotyka dziedzica i pilnie mu si przypatrywa, nie 
wierzy w ow sprzeda. 
Jaki on jest, taki jest - myla chop o dziedzicu -ale przecie martwiby si 
tym nieszczciem. To oni tu siedz z dziada pradziada, tu wyroli, a ojcowie 
ich zajmuj poow tutejszego cmentarza. Kamie gryzby si, nie tylko czowiek, 
eby go z tak dawnego miejsca ruszyli. Wreszcie, czy on bankrut jak inni? 
Pienidze ma, to wiadomo. 
Tak sobie myla chop, bo mierzy pana swoj miar, a ju wcale nie rozumia 
tego, co znaczy moda ona, ktra nudzi si na wsi. 
I kiedy tak myla, zaufany w spokojn twarz dziedzica -w karczmie pod 
przewodnictwem szynkarza Josela odbyway si midzy gospodarzami doniose 
narady. 
Pewnego ranka, w poowie stycznia, wpada do chaty limakw stara Sobieska. 
Soce zimowe jeszcze nie zdyo rozejrze si po wiecie, ale babie ju 
pony ogniem policzki i krwi nabiegy oczy. Wpada do izby w starym jak 
sama kouchu, z rozdart na chudych piersiach koszul. 
-No, postawcie wdki -zawoaa utykajc na progu -to wam cosik powiem... 
limak wybiera si do mocki, ale zagadnity w ten sposb, usiad pod piecem 
i kaza poda babie wdk wiedzc, e starucha nie rzuca sw na arty. 
Wypia duy kielich, tupna nog i krzykna: u-ha!... Potem obtarszy 
usta rzeka: 
-A wiecie wy, e dziedzic sprzedaje cale mienie: lasy, pola, wszystko?... Co 
najwyej zostawi sobie dwr i ogrd... 
limakowi przysza na myl ka i zimno go przejo. Ale krtko odpar: 
-Bajki! 
-Bajki?... -powtrzya baba usiujc zapanowa nad czkawk. -Bajki?... 
No, zatem wam powiem, e to jest wita prawda... I jeszcze wam powiem, e 
bogatsze chopy naradzaj si z Joselem i Grzybem, eby kupi ca wie od 
dziedzica... Ca wie, ebym tak sczeza!... 
- Jake oni mog naradza si bez nas? - zapytaa gniewnie limakowa. 
-Bo oni was chc wyczy. Mwi, e i tak bdziecie siedzieli przy samej 
kolei i e ju na niej wiele zarobilicie z krzywd ludzk... 
Wypia drugi kieliszek i chciaa mwi dalej, ale uderzyo jej do gowy. 
Wic tylko krzykna: u-ha!..., porwaa limaka do taca i - siy j opady. Jak 
podcity kwiat zawisa na rku chopa, ktry wynis j do sieni i pooy w kcie 
na barogu tak zmorzon, e natychmiast zacza chrapa. 
Przez nastpne p dnia naradzali si po cichu limakowie: co robi w tym 
wypadku? Nad wieczorem chop ubra si w now sukman, podbit kouchem, 
i poszed do karczmy na zwiady. 
Nim doszed, na dworze zrobio si ciemno, a w szynku zapalili wiato. 
Gdy otworzy drzwi, zobaczy siedzcych za stoem Grzyba i ukasiaka. Przy 
blasku ojwki wygldali w grubej odziey jak ogromne kamienie, co gdzie
58 
niegdzie drzemi na polach pilnujc granic. Za szynkwasem sta Josel w brudnym 
wenianym kaftaniku w czarne pasy. Mia spiczasty nos, spiczast brod, 
spiczaste pejsy, spiczaste okcie i spiczast jarmuk, a w wejrzeniu take co 
kujcego. 
- Pochwalony! - rzek limak. 
-Na wieki -odpar niedbale Josel. Grzyb i ukasiak tylko kiwnli gowami, 
szeroko rozparszy na stole okcie. 
- Co to pij gospodarze? - spyta limak. 
-Herbat - odpowiedzia szynkarz. 
- Dajcie i mnie. Ino czarnej jak smoa i duo araku. 
- Przyszlicie do nas na herbat? - drwico rzek Josel. 
-Nie na herbat, ino dowiedzie si... 
-O tym, co wam Sobieska mwia -mrukn szynkarz. limak usiad obok 
Grzyba i zwrci si do niego: 
-C to, chceta kupi wie od dziedzica? Chopi spojrzeli na Josela, ktry 
umiecha si. Po chwili odpar ukasiak: 
-I... tak se gadamy z braku roboty!... Kto by za zebra we wsi pienidze na 
taki interes? 
- We dwu moglibycie kupi, wy z Grzybem - wtrci limak. 
-Moe i moglibymy -pochwyci Grzyb -ale dla siebie i dla tych, co we 
wsi mieszkaj. 
- No, a ja co? - zapyta limak. 
-Nie bralicie wy nas do swoich interesw, to nie wciubiajcie nosa do naszych. 
-Nie wasz to interes, ino gromadzki. 
- Wanie, e mj! - zawoa rozgniewany Grzyb. 
- Taki, jak i mj. 
-Wanie, e nie taki... -upiera si wybijajc pici. -Kto mi si nie 
spodoba, tego nie dopuszcz do kupna, i basta!... 
Szynkarz umiecha si. 
ukasiak widzc, e limak blednie, co byo znakiem wielkiego gniewu, 
uj Grzyba za rk. 
-Chodta, kumie, do dom - rzek. -Po co si swarzy o spraw jeszcze niepewn? 
Chodta, kumie. Grzyb spojrza na Josela i podnis si z awy. 
- Zatem chceta kupowa beze mnie? - spyta znowu limak. 
-Wy kurczta w lecie kupowalita bez nas - odpar Grzyb. Obaj z ukasiakiem 
podali rce szynkarzowi i wyszli z izby nie poegnawszy limaka. 
Josel patrzy za nimi i wci si umiecha. Gdy kroki ich ucichy na niegu, 
zwrci si do limaka: 
-A widzicie, gospodarzu, jak to le ydkom chleb odbiera? Ja straciem 
przez was z pidziesit rubli, wy zarobilicie dwadziecia pi, ale za to kupilicie 
sobie gniewu we wsi za jakie sto rubli... 
- I oni beze mnie kupiliby grunt od dziedzica? - spyta limak. 
59 
-Dlaczego nie maj kupi bez was? Co ich obchodzi wasza strata, kiedy im 
bdzie dobrze? Chop krci gow. 
- No, no! - szepta. 
-Ja -mwi Josel - moe mgbym pogodzi was z gromad, ale - co mi po 
tym? Ju raz skrzywdzilicie mnie, a serca to nigdy do mnie nie macie. - I nie 
pogodzisz? - spyta limak. 
- Pogodzibym, ale ja mam swoje warunki. 
- No?... 
-Wy, limaku, oddacie mi najprzd te pidziesit rubli, com w lecie przez 
was straci, a potem... potem -wybudujecie na swoich gruntach chaup i wynajmiecie 
j mojemu szwagrowi. 
- Co on tam bdzie robi? 
- On bdzie trzyma konie i bdzie dojeda do kolei. 
-A ja co bd robi z moimi komi? 
- Wy bdziecie mieli grunt. Chop podnis si z awy. 
- No, ju mi nie dawajcie herbaty - rzek. 
-Nawet jej nie mam w domu - odpar Josel niedbale. 
-A ja wam pidziesit rubli nie zapac ani chaupy dla szwagra nie zbuduj. 
-Jak wam si spodoba -odpar szynkarz. 
limak opuci karczm trzaskajc drzwiami; Josel zwrci za nim swj spiczasty 
nos i spiczast brod i umiecha si melancholijnie. Wrd cieniw nocy 
limak potrci dworskiego parobka, ktry nis na plecach wierciowy worek 
zboa, pniej spostrzeg przekradajc si midzy opotkami dworsk dziewk, 
ktra krya g pod kouchem, a Josel wci si umiecha. Umiecha si, kiedy 
paci parobkowi dwa zote za zboe z workiem, umiecha si, kiedy naby g 
od dziewki za butelk kwanego piwa, umiecha si suchajc gospodarzy, jak 
radzili nad kupnem folwarku, umiecha si pacc staremu Grzybowi dwa ruble 
od sta na miesic, i umiecha si biorc od modego Grzyba dwa ruble od dziesiciu 
na miesic. 
Umiech nigdy nie schodzi z jego ostrych rysw, jak brudny kaftanik w 
czarne pasy nigdy nie rozdziela si z jego ciaem. 
W chacie limaka ju zgas ogie na kominie i dzieci spay, kiedy chop 
wrciwszy z karczmy zacz rozbiera si po ciemku. 
- A co? - spytaa go ona. 
- To sprawka Josela - odpar. - On nimi kieruje jak rataj womi. 
- I nie dopuszcz ci? 
- Oni nie, ale ja pjd do samego dziedzica. 
- Jutro pjdziesz? 
-Jutro. Inaczej przepadnie mi ka. A c ja bym pocz bez niej, nieszczliwy?... 
- westchn chop. 
Przyszo jutro, przyszo pojutrze, nawet tydzie upyn, a limak nie wybra 
si do dworu. Jednego dnia mwi, e musi dla kupca zmci yto, drugiego 
60 
e jest za zimno na wychodzenie z domu, innego - e si przerwa i e mu we 
rodku dolega. Naprawd za ani mci, ani si przerwa, tylko co go zatrzymywao 
na miejscu. Co, co chopi nazywaj niemiaoci, szlachta prniactwem, 
a uczeni - brakiem woli. 
Przez te dnie mao jada, nic nie robi, gniewa si na wszystkich i tua si 
po caym gospodarstwie wzdychajc. Najczciej stawa nad pokryt niegiem 
k i duma; toczya si w nim walka. Rozum mwi, e trzeba i do dworu i 
raz skoczy interes o k tak czy owak; ale jaka inna potga trwoya mu serce, 
ptaa nogi albo szeptaa w ucho: Nie piesz si, jeszcze dzie pofolguj, jako 
si to uoy... 
-Jzek, czego ty nie idziesz do dziedzica? -woaa ona. -Przecie raz musisz 
tam pj i rozgada si. 
-A jak mi ki nie sprzeda, to co?... - odpowiada chop. I tak waha si, a 
pewnego wieczora daa mu zna Sobieska, e deputaci ze wsi byli dzisiaj u pana 
z prob, aby im sprzeda majtek. 
Sobiesk strasznie amao po kociach, wic prosia limakowej o naparstek 
wdki. Dostawszy kielich rozgadaa si na dobre: 
-Widzicie,; byo tak. Poszed Grzyb i poszed ukasiak z Orzechowskim, 
ubrani jak na Boe Ciao. Pan wzi ich do kancelarii, a Grzyb ino se odkaln i 
zara pali od progu: 
Syszelim, janie dziedzicu, e pan chce sprzeda ojcowizn. Sprzeda 
swoj rzecz kuden ma prawo, a drugi kupi, byle ino zapaci jak si patrzy. 
Zawdy przecie byoby niepiknie, eby to, co paskie dziady i pradziady przez 
tyli wiek trzymay w garci, a my, chopi, nasz prac uprawialimy, eby taki 
interes mia przej w cudze rce. Zatem niech pan mienie sprzeda nam, swoim 
chopom i wocianom, nie ogldajcy si na obcych ludzi, ktre takiej pamitki 
nie uszanuj. 
Mwi wam - cigna Sobieska - gada tak licznie bez ca godzin, jakby 
ten ksidz na ambonie. A ukasiakowi krzye cierpny, a wszyscy si popakali. 
Dopiero jak nie wzili si chopy do ng schyla panu, a jak pan nie wzi 
ciska ich za gow... 
- I c, kupi?... - przerwa zniecierpliwiony limak. 
-Co nie maj kupi?... Kupi!... - wykrzykna baba. -Ino troch o cen si 
rozchodzi, bo pan chce za kad morg sto rubli, a chopy daj po pidziesit. 
Ale, mwi wam, tak pakali i caowali si, tak gadali, eby bya jedno midzy 
chopem i panem, e pewnie gospodarze dodadz z dziesitek rubli, a dziedzic 
opuci im reszt. Josel mwi, eby tyle postpili, nie wyej, ino nie pieszcy 
si, a pewniakiem dobij targu... Mdry, psia wiara. yd!... Bez tych par tygodni, 
co chopy u niego radz, taki ma przecie rozchd w karczmie, jakby si we 
wsi Matka Boska objawia!... Ach! Matko cudami synca!... 
- A na mnie on wci buntuje gospodarzy? - spyta limak. 
-Buntowa nie buntuje -odpara baba -ino tak czasem wcibi swko, e 
wy ju nie gospodarz, ino handlujcy... Chopy to s gorzej na was zajade ani61 
eli on. Nie mog zapomnie, ecie u nich kupowali kuraki po zotemu, a miernikom 
sprzedawali po dwa... 
Skutkiem tych wiadomoci limak nazajutrz rano wybra si do dworu i w 
poudnie wrci kwany do domu. 
-No i c? - zapytaa go ona. 
-No, byem i wszystko ci rozpowiem, ino dawaj je. Rozebra si, zasiad 
do miski kapuniaku i prawi: 
-Inom, mwi ci, min bram, patrz, a po jednej stronie dworu wszystkie 
okna rozwarte. Na taki zib! syszysz ty, Jagna?... Myl, czyby kto, nie daj Boe, 
umar?... Zagldam, a tu w najwikszej izbie (tej z biaymi supami, wiesz, 
co tyla jak koci) jedzi se po pododze lokaj Mateusz. Bez kapoty, w fartuchu, 
szczotk si podpiera i tak jedzi jak chopcy po lodzie. Mwi mu: Pochwalony! 
co robicie, Mateuszu? Na wieki! -on mwi -widzita, e glancuj 
podog, bo bd u nas dzisiaj wielgie tace. A pan -mwi -jeszcze nie 
wsta? Ech -on mwi -pan wsta, ino se tera z krawcem przymierzaj kierezyj, 
bo pan na tace ubierze si za Krakowiaka, a pani za Cygank. A ja mwi 
- chciaem go prosi, eby mi sprzeda k. A Mateusz, niby lokaj, na 
to: Nie bdcie gupi, limaku! Gdzieby pan gada z wami o ce, kiedy sztyftu 
je si na krakowskie wesele?... I znowu wzi jedzi, a mi si oczy rozbiegay 
od samego patrzenia. 
Odszedem se od okna i postojaem krzyn czasu wedle kuchni. Sysz, 
rwetes okrutny, ogie pal jak w kuni, maso skwierczy. Naraz patrz - wylatuje 
z kuchni lgnc Kempiarz, co jest we dworze za kucht, ale taki ci nieborak 
pojuszony, jakby go kto siekier dziabn. Woam:  lgnc! la Boga, a z ciebie 
kto tak farb puci? Nie ze mnie to - on mwi - ino mi kucharz da w pysk 
zarnitym kaczorem i tak mnie osmarowao. Chwaa Najwyszemu Bogu mwi 
- e nie z ciebie, lgnc, ta posoka, ale za to powiedz mi - jak by zdyba 
dziedzica? A on mwi: Zaczekajcie tu, bo przywieli sarn, to pewnie pan 
wyjdzie obejrze j. 
Polecia se Ignac pod studni, a ja czekam i czekam, a mi cigoty przechodz. 
Ale czekam. 
- No i widziae pana? - przerwaa niecierpliwie ona. 
- Ma si wiedzie, em widzia. 
-A gadae z nim? 
-A ino jak. 
-Cecie ugadali? 
-Ha, no, ja mu powiedziaem: Dopraszam si aski janie pana o t k... 
A on szepnie: Iii, daj mi dzi spokj z interesami, bo gowy do tego nie mam. 
- I tyle? - spytaa si kobieta. limak rozoy rce. 
- Pjd tam jutro albo pojutrze, jak si wypi po tacach -zakoczy. 
W tej porze Maciek Owczarz wjeda sankami do lasu po drzewo. Wiz 
siekier, kobiak z odrobin ywnoci i crk gupiej Zoki. Matka odbiegszy 
sierotk w jesieni, nie zapytaa o ni do dzi dnia, wic Owczarz matkowa 
62 
znajdzie. Sam j karmi, nocleg dawa jej w stajni i bra j do kadej roboty, aby 
porzuconej dzieciny nigdy nie spuszcza z oka. 
Dziecko byo tak niedone, e prawie nie ruszao si i nie wydawao gosu. 
limakowie, a nade wszystko Sobieska, przepowiadali mu rych mier: 
- Tygodnia nie wytrzyma. 
-Umrze jutro. 
-Oho! ju po znajdzie. 
Tak mwiono o niej w chacie. Ale znajda i tydzie przeya, i nazajutrz nie 
umara, i nawet, kiedy pewnego dnia ju uznano j za nieboszczk, otworzya 
znowu blade oczy do wiata. 
Maciek na podobne wrby tylko rk kiwa mwic: Nie bjta si, nic jej 
nie bdzie!... Kadej nocy ukradkiem przystawia j do wymienia krowy, a w 
dzie nie rozcza si z ni. 
-Co si ty, Maciek, frasujesz takim mizernym dzieciskiem? -mwia nieraz 
limakowa. -eby do niej gada witymi sowami, eby jej nawet z ksiki 
czyta, to ci jeszcze nie rozumie, bo strasznie gupie. W ycium takiego nie widziaa 
guptasa... 
-Ale, hale!... - odpowiada parobek. - Ma ona swj rozum, ino e nie gada. 
Ale jak si kiedy rozgada, najstarszego czowieka zakasuje. 
I czy gnj wywozi na pole, czy mci, czy wia, czy ata odzienie, zawsze 
bya przy nim znajda, ktrej opowiada o swych robotach, podkarmia mlekiem 
z maej flaszki albo koysa do snu piewajc faszywym gosem: 
Sza sierota po wsi, 
Napadli j li psi... 
Dzi zawiz j do lasu. Owin w resztk starego koucha, potem w pacht, 
przywiza midzy przednimi konicami sanek i tak jechali z gry, pod gr albo 
wwozem, bo okolica bya garbata. Nagle wydostali si na rwnin wprost soca, 
ktrego skone promienie, odbite od nieskoczonej tafli niegw, poraziy 
im oczy mocnym blaskiem. 
Dziecko zapakao. Owczarz odwrci mu gow na bok i prawi: 
-A widzisz, gadaem ci -zamykaj oczy. aden czowiek, eby najwikszy 
pan, eby sam biskup, na soce patrzy nie moe, bo to jest boska latarnia. Pan 
Jezus, skoro wit, co dzie bierze j do garci i oglda swoje gospodarstwo na 
ziemi. Zim, kiedy mrz dokucza, chodzi se najkrtsz drog i duej wypoczywa 
bez noc. Ale za to latem wstaje o czwartej i penetruje caluki wiat do smej 
wieczorem. Tak samo czowiek powinien rucha si od witu do zachodu soca. 
Ale ty moesz se jeszcze spa i w dzie, bo i tak niewiele by zrobia, choby 
nie spaa. Heta!... wio!... 
Wjechali do lasu. 
-O, widzisz -mwi Owczarz do dziecka - to jest las, ale nie nasz, ino dziedzica. 
Kupi se tu limak cztery sigi drzewa i zwozimy je, pki droga lepsza, a 
konie w polu niepotrzebne. Jak uroniesz, bdziesz se tu z dziemi chodzia na 
63 
jagody. Ino nie zaa daleko i rozgldaj si, eby ci wilk drogi nie zastpi. 
Tpru!... stj!... 
Stanli pod stosem drzewa. Owczarz odwiza dziecko od sani i rozejrzawszy 
si umieci je na kpie jaowcu, w miejscu zacisznym. Potem wydoby z 
kobiaki flaszk mleka i przytkn do ust znajdy. 
- Naci, pij, nabierz si, bo bdzie troch roboty. Szczapy s niemae i dobrze 
si nadwigasz, zanim naadujesz sanie. Ju nie chcesz?... A psik!... Niech ci 
bdzie na zdrowie. A jak czego potrzebujesz, to woaj. 
Zawdy nawet z takim malestwem weselej jest anieli samemu -doda do 
siebie. - Dawniej nie mia czowiek do kogo gby otworzy, a dzi nagada si za 
wszystkie czasy. 
Wzi si do nakadania drzewa. 
-Przypatrze si teraz, jak idzie taka robota. Jdrek to by zara szarpn 
szczap, rozwaliby cay sig, zmczyby si i wnet usta. Ale ty we drewno z 
wierzchu - tak - adnie, cignij se powoli, w na rami i do sani. Ot i ju masz 
jedno. Tak samo z drugim. Bierz powoli z wierzchu siga, na rami i do sani. Ot 
i masz dwa. Ino pomaluku, nie zrywaj si, bo ustaniesz. 
Drewno, psia wiara, nie chce i na sanie, bo ono ma swj rozum i wie, co 
go czeka. Tak kuden woli wasny kt, choby najgorszy. Ino takiemu wszystko 
jedno - doda z westchnieniem -co nigdzie nie ma wasnego kta. Tu zmarnie 
czy tam zmarnie, wszystko jedno... 
Tak prawi Owczarz, powoli ukadajc drzewo. Niekiedy odpoczywa albo 
na rozgrzewk uderza si po bokach skostniaymi od zimna rkami, albo okrywa 
pacht sierot. Tymczasem poczerwieniao niebo i zerwa si mocny wiatr 
zachodni, przesycony wilgoci. 
Ujty zimowym snem las oy, pocz porusza si i gada. Zadray zielone 
igy sosen, potem gazki, potem wycignite konary zachwiay si podajc sobie 
jakie znaki; nareszcie -poruszyy si wierzchy i pnie drzew. Koysay si 
naprzd i w ty, jakby naradzajc si albo zabierajc do pochodu. Zdawao si, 
e ju dokuczya im wiekowa nieruchomo i e lada chwil ca gromad wyrusz 
gdzie, bodaj na koniec wiata, zgiekliwe i szumice. 
Niekiedy cz lasu, gdzie stay sanie Owczarza, uspokaja si, jakby nie 
chcc zdradzi przed ludzk istot swoich tajemnic. Wwczas sycha z daleka 
stpanie nieprzeliczonych ng i marsz caych kolumn. Oto id z gbi szeregi 
prawego skrzyda; id, nadchodz, ju s na rwni z nami, ju przeszy... a oto 
rusza lewe skrzydo; sycha chrzst niegu, skrzypienie gazi, szum ustpujcego 
powietrza; id, nadchodz, ju s na jednej linii z chopem i znowu go mi-
ny- A oto rodkowa kolumna, omielona, i zachcona, zaczyna potrzsa gazkami, 
dawa sobie znaki gami, zwoywa si ogromnym szeptem. Ju pochylaj 
si wierzchoki, ju olbrzymy poddaj si naprzd, ruszaj... Stany... 
Widz dwie ludzkie istoty, przed ktrymi las nie zdradzi swoich tajemnic. Wic 
stoi w miejscu i gniewnie szumic obrzuca ich szyszkami i zeschymi gami, 
jakby mwi: Id std, Owczarzu, id std i nam nie przeszkadzaj... 
64 
Ale Owczarz jest tylko najtym parobkiem. Wic cho boi si lenych szumw 
i rad by ustpi z drogi olbrzymom, zrobi tego nie moe, dopki nie naaduje 
sani drzewem. Ju nie odpoczywa, nie rozciera sobie rk zzibnitych, tylko 
pieszy z ukadaniem szczap, aby uciec z lasu przed noc i przed zimow burz. 
Tymczasem niebo coraz mocniej zaciga si obokami, las napenia si 
mg, zaczyna pada deszczyk od maku drobniejszy i marzncy. W cigu kilku 
pacierzy sukmana Maka, pachta znajdy i grzywy koni okrywaj si cienk, 
zimn i trzeszczc skorup lodu. Szczapy robi si tak liskie, e uciekaj z 
rk; nieg na ziemi robi si gadki jak szko, e nie mona na nim nogi oprze. 
Maciek rzuca na sanie ostatnie szczapy i z niepokojem spoglda na zachodzce 
soce. Niebezpieczna to rzecz wraca do domu z takim ciarem, w nocy, podczas 
gooledzi!... 
Prdko pooy sierot na naadowanych saniach, przeegna si i zaci konie. 
Maciek obawia si wielu rzeczy na wiecie, ale najbardziej tego, aeby na 
liskiej drodze nie wywrciy si sanie i nie przytuky go jak wz przed laty. 
- Heta!... wio!... - woa Maciek na konie. 
Ju wyjechali z lasu, droga staje si coraz gorsza. Nie okute sanie co chwil 
spadaj w zatok i ju nieraz wywrciyby si, gdyby ich nie podpiera drcy z 
zimna i obawy chop. Jedno potknicie si skrconej nogi, a ju po nim i po 
znajdzie; drzewo by ich przytuko, reszty dokoczyby mrz. 
Niedaleko gocica droga zrobia si tak lisk, e konie stany w miejscu. 
Umilky skrzypice sanie, zmczony chop przesta 'woa: wio!... -i na drodze 
zalega cisza. Taka cisza, e z daleka sycha byo gniewny szum lasu, wist 
wiatru midzy szczapami i przytumione szlochanie dziecka. Na dworze byo 
coraz ciemniej. 
- Wio!... - krzykn Maciek. 
Konie szarpny i polizgny si na miejscu. 
-Wio!... - powtrzy podpierajc sanie. Ujechali kilka krokw, lecz znowu 
stanli. 
-Pod Twoj obron uciekamy si, wita Boa Rodzicielko... -szepta 
chop. 
Zdj z sani siekier i zacz przed komi nacina gadk drog. Po pgodzinnej 
pracy dotar do gocica; ju cakiem usta. W tym miejscu wznosio si 
wysokie wzgrze, prawie niepodobne do przebycia po ciemku i w czasie gooledzi. 
Zdj z wozu szlochajc sierot, siad przy saniach i otulajc dziecko myla: 
czy limak przyjdzie im z pomoc, czy te zapi w ciepej izbie, a ich zostawi 
wasnemu losowi?... 
- Moe i przyjdzie, koni mu bdzie al. Nie bj si, nie pacz -szepn do sieroty. 
- Pan Bg miosierny jest wszdzie i nie da nam zgin. Nie pacz, bo paczem 
nic nie wskrasz. 
Wtem zdao mu si, e powist wichru zamienia si w dwiczenie mnogich 
dzwonkw. Woay one: dy! dy!... den! de-le!... -grubszymi, cieszymi i 
65 
bardzo cienkimi gosami, jak podczas procesji. Zrazu myla, e to przywidzenie, 
ale dzwonki, nie milknc ani na chwil, dwiczay coraz goniej, coraz 
bliej, jak w lecie rj komarw nad bagnem. 
-Co to jest? -szepn chop i podnis si na nogi. Daleko midzy wzgrzami, 
zaronitymi jaowcem, ukaza si na niegu czerwony pomyk jeden, 
potem drugi, trzeci, czwarty... Czasem kryy si w wwozach, to znowu byszczay 
wysoko, jakby na niebie, i znowu niky przy nieustannym i coraz goniejszym 
akompaniamencie nieprzeliczonych dzwonkw. Za kadym nowym ukazaniem 
si pomyki wieciy coraz janiej, tak, e nareszcie przy blasku ich 
mona byo dostrzec wielk liczb ogromnych, czarnych przedmiotw; szybko 
biegncych w stron Owczarza. 
Jednoczenie do uszu parobka dolecia zgiek gosw ludzkich, ttent koni i 
trzaskanie z batw. 
- Uha!... 
-Ostronie, bo tu wzgrze!... 
- Jed na zamanie karku!... 
- Hej tam!... nie wariujcie!... 
- Zatrzymaj sanie. Ja wysiadam!.,. 
-Wal naprzd!... 
-Jezus, Maria! 
- Muzyka nie rozsypaa si jeszcze? 
- Jeszcze nie, ale si rozsypie!... 
- Ho, la, la!... 
Teraz Owczarz pozna, e to cwauje sznur sani, wielkich i maych, czterokonnych 
i parokonnych, ktrym towarzyszyo kilku ludzi jadcych wierzchem z 
pochodniami. Blask ich wrd ciemnej nocy i marzncej mgy wywoywa 
dziwny efekt. Zdawao si, e w orszak przez okrg bram, owietlon czerwonym 
ogniem, wyjeda z jakiej otchani, ktrej nigdy nie moe opuci. 
A kulig wci pdzi galopem, krzyczc, gwidc, piewajc, strzelajc z 
batw, cho droga bya pena zatok. Nagle stan tu przy saniach Owczarza. 
- Hej! co tam? 
- Sta!... Jaki wz zawali nam drog... 
- Kto to? 
- Chop z drzewem. 
- Ustp, psubracie!... 
- Nie ustpi, bo konie nie ucign... 
- Zepchn go w rw!... 
- Dajcie spokj!... Lepiej przeniemy go!... 
-Brawo! przeniemy chopa!... Z sani, panowie!... I nim si Owczarz opamita, 
otoczy go rj panw w maskach, pirach, bogatych strojach, z szablami, 
miodami i gitarami w rkach. Jedni chwycili jego sanie z drzewem, drudzy jego 
samego, wepchnli ich na szczyt niebezpiecznego wzgrza, sprowadzili na d i 
postawili w takim miejscu, skd ju mg wrci do domu bez wielkich trudw. 
66 
-O la Boga! -szepta zdumiony Maciek przypatrujc si cudakom, midzy 
ktrymi pozna kilku dziedzicw ssiednich wiosek. 
-Musi jad na zabaw do naszego pana - doda po chwili. -Ale co chwaty, 
to chwaty i dobre panowie!... eby w nich nie wstpio, sto jbym tu do rana. 
Tymczasem ze szczytu woano: 
- Damy boj si jecha pod gr... 
-Niech wysid, przeprowadzimy je piechot. I caa gromada znowu pobiega 
na szczyt. 
-Sanki nie przejad tdy... 
- Dlaczego nie przejad? - woa jaki modzieczy gos. -Antoni, ruszaj!... 
- Nie dam rady, janie panie... 
- Wic precz z koza, banie! Sam pojad, kiedy si boisz... 
Po chwili gwatownie zabrzczay dzwonki i ze szczytu wzgrza jak wicher 
przemkny parokonne saneczki tu koo Owczarza. Chop a przeegna si. 
Na szczycie znw zawoano: 
- Andrzej! jed... 
- Stj, hrabio!... 
- Nie naraaj si pan... 
- Ruszaj!... 
Drugie sanie przeleciay jak burza. 
- Brawo!... 
- Zuchy!... 
- Ruszaj, Jacenty!... 
Tym razem popdzio z gry, na eb, na szyj, a dwoje sanek obok siebie. 
W kadych siedzia furman i pan. 
Szalone wycigi o tyle wytary lisk drog, e inne sanie, uwolnione od pasaerw, 
mogy wjecha i zjecha bez niebezpieczestwa, co te zrobiy z naleyt 
ostronoci. 
- Idmy ju!... - zawoano z gry. 
- Kady poda rk damie... 
- Poloneza... 
-Naprzd, muzyka!... 
Ludzie z pochodniami rozstawili si wzdu drogi, muzykanci sprbowali 
instrumentw, pary uszykoway si. Zabrzmiaa aosna melodia poloneza 
Ogiskiego i z gromady stojcej na grze poczy wysuwa si para za par jak 
barwna ni wysnuta z ciemnego kbka. 
Owczarz zdj czapk, cofn si za swoje sanki i wydoby spod koucha 
gow znajdy. 
-Patrzaj -mwi - i przypatruj si dobrze, bo drugi raz nie zobaczysz takich 
licznoci. To ci procesja, nie bj si!... Same dziedzice i dziedziczki, a tyle ich, 
jak owiec na pastwisku... 
O kilka krokw sta lokaj z pochodni, wic chop doskonale widzia kad 
par przecigajcego orszaku i cichym gosem szepta objanienia sierocie: 
67 
-Widzisz tego, co mu blacha wyziera spod algiery!... a na gowie ma mosiny 
kocioek? To wielgi rycerz!... Tacy zawojowali p wiata dawnymi czasy, 
ale dzi ju ich nie ma... 
Pierwsza para mina sanki chopa i znika za pagrkiem. 
-A przypatrz si temu z siw brod i z kit u czapki. To wielgi pan i senator... 
Tacy dawnymi czasy p wiata trzymali w garci, ale ju dzi ich nie ma.. 
-
Druga para rozpyna si w ciemnoci. 
-Ten w konierzu - mwi chop do znajdy -to duchowna osoba. Tacy dawnymi 
czasy znali wszystko, co ino jest na ziemi i w niebie, a po mierci bywali 
witymi. Ale ju dzi ich nie ma... 
Trzecia para skrya si za pagrkiem. 
-Ten, jaskrawy jak dzicio, to take wielgi pan. Nic nie robi, ino pi i tacowa. 
Od jednego razu mg wypi konewk wina, a tyle potrzebowa pienidzy, 
e w kocu z biedy musia ojcowizn sprzeda. Kiedy wszystko zakupiono 
i jego, nieboraka, nie stao. 
Czwarta para przesza. 
-Widzisz, widzisz, jaki idzie uan?... O! tacy duo wojowali... Przeszli z 
Napolionem cay wiat, zbili wszykie narody. Ale dzi ju i tych nie ma... 
A patrz j, patrz j, o!... na tych... To kominiarz, tamto kowal, ten gra na gitarze, 
ten niby chop, ale naprawd to wszystko panowie przebrani, tak ot sobie, 
dla zabawy... 
Orszak min chopa, polonez Ogiskiego rozlega si coraz sabiej, wreszcie 
umilkn. Najgorsza droga zostaa przebyta i poczto na powrt siada do 
sani wrd okrzykw i miechw. Znowu zadwicza dzwonek jeden, drugi, 
dziesity, cay rj, znowu trzasny baty, zattniay kopyta i kulig pocwaowa 
dalej. 
Chop nakry gow, pooy dziecko na saniach, uj cugle i ostronie, po 
utartej drodze, ruszy ku domowi. Z daleka przed nim dwiczay dzwonki i migay 
czerwone blaski; czasami wiatr przynosi goniejszy okrzyk. W kocu 
wszystko ucicho i zgaso. 
-Czy ony, cho i panowie, aby sprawiedliwie robi, e bawi si takimi rzeczami? 
-mrukn Owczarz. Bo przypomnia sobie butwiejcy pod kocielnym 
chrem portret siwego senatora (do ktrego czasami si modli) i rozdarty obraz 
szlachcica z podgolon czupryn, ktrego chopi nazywali potpiecom, i czarny 
nagrobek rycerza, co zakuty w blachy, z mieczem w garci i elazn rkawic 
pod gow, lea obok otarza witej mczenniczki Apolonii. A szlachcice za 
takich si przebieraj!... 
Potem przyszed mu na myl wiszcy w zakrystii biskup, co potrafi wskrzesza 
zmarych na wiadectwo, i zakonnik, co po swoim paszczu przeszed Wis, 
i ona krlowa, co z Wgier do Polski sl pod ziemi dla ubogich ludzi 
sprowadzia. W kocu stan mu, jak ywy, przed oczyma jego wasny dziadu, 
Roch Owczarz. Mdry dziadu! z Napolionem chodzi po wiecie, a na staro 
68 
zosta dziadem przy kociele i wszystko tak dokumentnie tumaczy gospodarzom, 
e mia wikszy zarobek ni organista. 
-Wieczne odpoczywanie racz da duszy jego. Panie! - szepta Owczarz. Ale 
wci trapio go w sercu, e jednakowo nieadnie szlachta robi bawic si kocielnymi 
rzeczami. Oni by si moe i w ornaty poprzebierali... - myla. 
Byo z wiorst od chaupy, kiedy z daleka za sob usysza gosy jadcych, a 
przed sob ujrza limaka. 
-Gadalimy, e utkn pod gr - odezwa si limak -a ty, chwaa Bogu, 
dojedasz. Widziae wesele? 
- Oho, ho!... - odpar Owczarz. 
- I nie rozbili ci lachta? 
- Co mieli rozbi- ? Jeszcze me przez gr przecigli z saniami. 
- O!.-. I aden nic ci zego nie zrobi? 
- Nic. Jeden mi ta ze zbytkw czapk na oczy nasun, i tyle. 
-Tak!... u nich to tak. Albo ci, czeku, skrzywdzi, albo cho do rany go 
przy. Jak co w niego wstpi -zakonkludowa limak. 
-Jak co w niego wstpi -powtrzy Owczarz. -Ale fantazj to zawdy maj 
pask. Tak, psiekrwie, waliy saniami z nowyszy gry, e mnie ciarki przeszy. 
Musieli si dobrze spi, bo aden karku nie skrci. Chop na trzewo nie 
wyszedby ywy z tej okazji. 
Za chwil dopdzio ich dwoje sanek. W pierwszych siedzia jeden podrny, 
w drugich dwu. 
-Wy z tej wsi? - spyta pierwszy podrny. 
-Z tej - odpowiedzia limak. 
- To wesele, co jechao, to do was jechao? 
- Nie do nas, ino do dziedzica. 
- No, no... A arendarz Josel jest w domu? 
- Pewno jest, jeeli nie pojecha za jakim szachrajstwem -odpar limak. 
-A nie syszelicie, nie sprzeda jeszcze wasz dziedzic majtku? - odezwa 
si gruby gos z drugich sa. 
- Po co ty to gadasz, Fryc!... - zgromi go siedzcy z nim razem. 
- Bo diaba wart cay ten interes - odpowiedzia gniewnie gruby gos. 
- Ehe to oni!... - mrukn limak wpatrujc si po ciemku w podrnych. 
Sanki pomkny naprzd. - Musi to starezakony - rzek Owczarz -bo jako 
kiepsko gadali i maj brody. 
Tamten przedni to zakon, ale te dwa to Niemce z Wlki -odpar limak. Pamitam 
ich, bo mnie zaczepiay tego lata. 
_ Ze u szlachty to nawet zabawy nie ma bez yda -mwi Owczarz. - Ledwie 
tamci pojechali, a ju ten za nimi cignie. 
-Jak dym za ogniem - doda limak. 
Tak rozmawiajc dojechali do wrt, gdzie czeka na nich Jdrek z latarni. 
Niebawem znaleli si w chaupie, okryci szronem, bo mrz by coraz tszy. 
69 
Tymczasem sanie, wiozce starozakonnego i dwu Niemcw z Wlki, powoli 
opuciy si w dolin, miny most na rzece, z niemaym trudem wjechay na 
pierwszy taras pagrkw i dobiy si do karczmy. Tu do uszu podrnych doleciay 
urywane dwiki muzyki i rowy blask smolnych beczek poncych 
przede dworem. Niemcy wysiedli i weszli do szynku, skd po chwili wybieg 
karczmarz Josel i przez kilka minut pgosem rozmawia z przyjezdnym. 
Wreszcie nisko mu si ukoni i kaza furmanowi zawie go do dworu. 
Za odjedajcym wybieg z karczmy jeden z Niemcw, woajc: hej! hej! 
Sanki zatrzymay si. Niemiec opar si na ich krawdzi i mwi: 
-Dzi nic z tego interesu nie bdzie. 
- Dlaczego nie ma by? - zapyta yd powoli. 
-Oni teraz tacuj... 
- No, to co z tego? 
- Szlachcic nie porzuci taca dla rachunkw. 
- Wic sprzeda bez rachunku. 
- Albo kae czeka par dni. 
- Ja nie mam czasu na czekanie - odpar yd. - Jed! - rzek do furmana. 
We dworze muzyka brzmiaa coraz ywiej, we wsi odpowiadao jej wycie 
rozbudzonych psw, a w sprchniaych drzewach przydronych wisty i jki 
wichru. Sanie pod gr posuway si coraz wolniej, konie potykay si coraz 
czciej, furman okada je batem coraz mocniej, a jego pasaer podnis wysoki 
bobrowy konierz i myla. 
Na dziedzicu pony smolne beczki, wntrze kuchni wygldao jakby 
owietlone bengalskim ogniem, ciany dworu promienioway dwikami walca. 
Okoo budynkw folwarcznych jeszcze rozlegay si dzwonki sa, furmani kcili 
si o miejsce dla swoich koni, na sztachetach otaczajcych dziedziniec opierali 
si parobcy, gospodarze i wiejskie kobiety, przypatrujc si sylwetkom tancerzy, 
ktre nieustannie migay w oknach salonu. A nad tym gwarem, muzyk, 
blaskiem, zabaw i ciekawoci ludzk rozcigaa si noc zimowa, z gbi ktrej 
dojeda do dworu otulony bobrowym konierzem ydek i - duma. 
Skromny jego ekwipa zatrzyma si w cieniu, przed wrotami; 
yd wysiad i zmczonym krokiem powlk si do otwartych drzwi kuchni. 
Co przemwi do kucharza, ale kucharz nie zwrci na niego uwagi -skin na 
pomywaczk, lecz ta odwrcia si tyem; w kocu trafi na pdzcego chopca z 
kredensu, schwyci go za rami i rzek: 
-Masz tu zoty, a jak mi sprowadzisz lokaja Mateusza, dostaniesz drugi 
zoty. 
Chopiec stan i ciekawie spojrza na yda. 
- Albo kupiec zna Mateusza?... - spyta. 
- Poznam, tylko go przyprowad. Niebawem znalaz si Mateusz. 
-Masz tu rubla -rzek przyjezdny -a jak wywoasz do mnie pana, dostaniesz 
znowu rubla. Lokaj potrzsn gow. 
- Pan teraz jest bardzo zajty - rzek - z pewnoci nie wyjdzie. 
70 
-Powiedz, e chce si z nim widzie pan Hirszgold w bardzo pilnym interesie. 
Powiedz jeszcze, e pan Hirszgold przywiz list od ojca pani. Masz tu drugiego 
rubla, eby nie zapomnia nazwiska: pan Hirszgold. 
Lokaj szybko poszed do dworu, lecz wrci nieprdko. Nastaa pauza w 
muzyce, on nie wraca, zagrano polk, on jeszcze nie wraca, wreszcie - ukaza 
si. 
-Janie pan prosi do oficyny - rzek do gocia w bobrowym konierzu. Poszed 
naprzd i otworzy drzwi do pokoju, w ktrym stao kilka ek, w czci 
posanych, a przeznaczonych dla tancerzy. 
yd zdj bogate futro, wzi w rk bobrow czapk i usiad na krzele. By 
to przystojny, rumiany mczyzna, z kasztanowat brod, w dugim syberynowym 
surducie. Nogi w lakierowanych butach wycign na pokj, opar si o 
porcz krzesa i zapatrzony w pomie wiecy, czeka i duma. 
W sali muzyka skoczya gra polk i po niedugiej pauzie zagraa dzielnego 
mazura. We dworze zgiek i tupanie spotgoway si, kiedy niekiedy rozlega si 
komenda taneczna, po ktrej nastpowa wybuch haasu, jakby cay folwark 
mia run. yd sucha obojtnie, czeka bez niecierpliwoci i duma, wci 
duma. 
Nagle w sieni oficyny zaszumiao, zabrzczao, drzwi odskoczyy jakby je 
kto wywali, i przed oczekujcym gociem stan dziedzic. Ubrany by w kierezj 
z czerwonym konierzem, pen kek i wiecide, w czerwon czapk z pawim 
pirem, w szerokie spodnie w biae i rowe paseczki i w buty z podkwkami. 
-Jak si pan ma, panie Hirszgold! -zawoa dziedzic wesoo. -C to za pilny 
list od tecia?... 
Go z wolna podnis si z krzesa, ukoni si powanie i wydobywszy list 
z wewntrznej kieszeni paltota - rzek: 
- Niech pan przeczyta. 
- Jak to?... Teraz?... Ale ja tacz mazura, panie Hirszgold... 
-A ja buduj dystans kolei - odpar go. 
Dziedzic przygryz wsa, odpiecztowa list i szybko przebieg oczyma. We 
dworze zgiek taneczny potgowa si, komenda mazura brzmiaa coraz czciej 
i goniej. 
-Wic pan chce kupi mj folwark? -spyta dziedzic. 
- I to zaraz. 
- Ale, panie, ja mam bal w domu!... 
-A na mnie czekaj kolonici. Jeeli do pnocy nie skocz z panem, jutro 
bd musia skoczy z paskim ssiadem. On zyska, a pan straci. 
-No dobrze, to jest... - mwi rozgorczkowany dziedzic. -Mj te pisze o 
panu bardzo pochlebnie... Ale w takiej chwili... 
-Potrzebuje pan tylko napisa par sw. Dziedzic rzuci krakusk na st. 
- Doprawdy, panie Hirszgold, jeste nieznony!... 
71 
-To nie ja, to interesa. Chciabym dogodzi paskiej familii, ale przeduy 
krtkiego czasu nie potrafi. 
W sieni znowu zabrzczao i wpad uan z krzykiem: 
- Bj si Boga, Wadku, co robisz?... 
- Nagy interes... - tumaczy si dziedzic. 
- Ale twoja dama czeka... 
- Wic niech mnie kto zastpi, bo mwi ci, e mam nagy i wany interes. 
-Ale dama!... - biada uan wybiegajc z pokoju. W sali pierwszy komendant 
mazura ochrypn tak, e cakiem zamilk. Wnet rozleg si inny, potny 
gos basowy: 
- Panie rond, panowie koszyki... 
-Ile pan dajesz? -zwrci si zdesperowany gospodarz do kupca. -Co za 
oryginalne pooenie!... - doda pobrzkujc podkwkami. 
-Daj dwa tysice dwiecie pidziesit rubli za wk, bez targw - odpar 
stanowczo kupiec. - Jutro dam tylko dwa tysice. 
- En avant!... - rykn bas w sali. 
-Nigdy! -odpar dziedzic. -Wol sprzeda chopom. 
- Chopi daj panu tysic piset rubli, a dadz - najwyej -tysic osiemset. 
- Wic wol sam gospodarowa... 
-I dzi pan sam gospodaruje, a co z tego?... 
- Tournez!... - zawoano z sali. 
- Jak to co?... - oburzy si dziedzic. - Ziemia pyszna, lasy, ki... 
Kupiec machn rk. 
-Ja, panie, wiem, co tu jest - odpar. - Wiem od paskiego rzdcy, ktry si 
na Nowy Rok oddali. Dziedzic rozgniewa si. 
- Wic ja sam rozkolonizuj!... - zawoa. 
-I wemie pan po dwa tysice za wk, a przez ten czas moda pani umrze 
z nudw - odpar kupiec z umiechem. 
-Chaine! z lewej strony! - zabrzmiaa komenda. 
- Boe! co robi?... - westchn dziedzic. 
-Podpisa ugod - odpowiedzia kupiec- - Przecie te paski donosi w licie, 
e ja dam cen moliwie najlepsz i e zasuguj na ufno. 
- Partagez!... 
W sieni po raz trzeci zabrzczao, potkno si, uderzyo we drzwi, zaklo 
na diaba i pioruny, i do pokoiku znowu wpad uan. 
- Wadku! - zawoa - hrabia miertelnie obrazi si za afront, jaki robisz jego 
narzeczonej, i chce wyjeda... 
-Boe! jakim ja nieszczliwy -jkn dziedzic. -Napisz pan, panie Hirszgold, 
umow, zaraz wrc... 
Wybieg. Kupiec wydoby z torebki podrny kaamarz i piro, z kieszeni 
zoony we czworo arkusz papieru i przy blasku stearynowej wiecy, wrd 
dwikw muzyki, oskotu ng, krzykw prowadzcego tace, napisa kilkanacie 
wierszy. Potem znowu wpad w spokojn zadum. 
72 
Po kwadransie ucichn mazur, a wkrtce w pokoiku ukaza si dziedzic 
zmczony, ale promieniejcy. 
- Gotowe? - spyta wesoo. 
- Gotowe. 
Przeczyta i podpisa mwic z umiechem: 
- Jak warto moe mie ta umowa!... 
- Dla sdu adnej, ale dla paskiego tecia jest wan. No, a on ma pienidze 
- odpar kupiec. 
Dmuchn na podpis, powoli zoy papier i na zakoczenie spyta z odcieniem 
lekkiej ironii: 
- C, pan hrabia nie gniewa si? 
- A udao mi si go uspokoi - odpar zadowolony dziedzic. 
-W tym roku bdzie on mia wiksze zmartwienie przez swoich wierzycieli 
- mrukn kupiec - No, egnam pana, wesoej zabawy. 
Poda rk dziedzicowi, ktry z popiechem opuci pokoik wracajc na sal 
balow. 
Kupiec zacz powoli wciga futro. Wspczenie, jak spod ziemi, zjawi 
si Mateusz. 
-Wielmony pan -odezwa si lokaj pomagajc mu ubra si -wielmony 
pan kupi nasz majtek?... 
-Co to dziwnego? nie pierwszy i nie ostatni - odpar kupiec. Sign do pugilaresu 
i da lokajowi trzy ruble. 
- Zawoam konie, janie panie - rzek zgity do podogi lokaj. 
-Nie potrzeba -odpowiedzia kupiec. -Moja kareta zostaa si w Warszawie, 
a tu mam tak ordynarny ekwipa, e mi nie wypada popisywa si z nim. 
Po tych sowach wyszed za bram dziedzica piechot, odprowadzony z 
honorami przez Mateusza. 
We dworze zaczto taczy kontredansa we trzydzieci par, co trwao do 
kolacji. Po kolacji wzito si znowu do polki, walca, mazura i tak bez koca. Na 
wschodzie ukaza si blady wit, w chatach zapony ogniska, na podwrkach 
zaskrzypiay urawie studzien, w stodoach zattniay cepy, a we dworze wci 
taczono i taczono. 
Wraz ze wschodem zimowego soca limak zarzuci na ramiona sukman i 
szepczc pacierz powlk si przez wrota. Czasem spoglda na niebo i zapytywa 
je wzrokiem: jaka bdzie pogoda? -to znowu zwraca ucho w stron dworu, 
skd dolatyway go szczekania psw i urywane dwiki muzyki. Za tym odgosem 
wyszed na drog i machinalnie zmierza w stron pokrytej lodem rzeki, 
wci ustami szepczc pacierz, a w gowie rozmylajc, jak to dugo i wesoo 
bawi si pastwo we dworze. 
Patrzy na bkit niebieski, na nieg zarowiony promieniami soca, na 
oboki jakby skpane w purpurze, wdycha mrone powietrze ranka i czu, e 
tego nieba, niegu i mrozu nie oddaby za najpikniejsz muzyk i tace. 
73 
-Ju by ja tam mojej biedy nie mienia na wasze zabawy!... -szepn. - Zmcz 
si, nie wypi jak naley i tyle dobrego... 
Znowu przypomnia sobie modlitw, odegna z serca wiatowe myli i mrucza: 
-Drugi pacierz... Ojcze nasz, ktry jest w niebie... Nagle poza pagrkiem 
usysza rozmow. Posun si w tamt stron kilka krokw i ujrza dwu ludzi w 
dugich granatowych kouchach. Jeden mia twarz star i ogolon, drugi by 
barczysty i brodaty. 
Oni take spostrzegli go i starszy zapyta: 
-To wasze grunta, gospodarzu, z t gr? limak przypatrywa im si zdumiony. 
-Co wy si tak wypytujecie o moj chudob?... - odpar. -Przecie wam ju 
tego lata powiedziaem, e grunt mj i gra moja. 
- Wic kiedy twoje, to nam sprzedaj - odezwa si brodaty. 
- Zaczekaj, Fryc - przerwa mu stary. 
- Ojciec lubi duo gada! - ofukn brodacz. 
-Zaczekaj, Fryc -cign stary. -Widzicie, gospodarzu -zwrci si do 
chopa - my dzi kupilimy od waszego pana ten majtek... 
- No, i po co to? - przerwa brodaty. 
-Zaczekaj, Fryc. Ale widzicie, gospodarzu, nam potrzebna jest wasza gra, 
bo chcemy postawi wiatrak... 
-Herr Jesus!... - rzuci si brodaty. - Ojciec z niewyspania chyba rozum straci!... 
Suchaj - rzek gniewnym tonem do chopa - chcemy kupi twj grunt... 
- Grunt - powtrzy zdziwiony chop ogldajc si za siebie. -Grunt?-.. 
Chwil waha si nie wiedzc, co odpowiedzie, wreszcie rzek: 
- A c wy, panowie, macie za prawo kupowa mj grunt? 
- Mamy pienidze - odpar brodacz. 
-Pienidze?... Ja za pienidze nie sprzedam. To przecie moja ziemia. Siedzielimy 
tu z dziada, pradziada, jeszcze za czasu paszczyzny, i to si nazywaa 
nasza zagroda. Pniej mj ojciec dostali ten grunt z ukazu na wasno i 
to jest opisane w komisji. Potem za las ja dostaem trzy morgi take na wasno 
i to take jest opisane w komisji. Rzdowy omentra ziemi t zmierzy, na 
wszystkich papierach s podpisy i pieczcie, jak si naley, zatem... Zatem - jakim 
prawem wy chceta kupowa mj grunt, kiedy on jest mj?... Mj wasny, 
no?... 
Przez cay cig tej drugiej mowy, wypowiedzianej wzburzonym gosem, 
brodacz odwrci si do chopa bokiem i gwizda przez zby, a stary wycign 
rce i niecierpliwie nimi wytrzsa. Schwyciwszy nareszcie stosown chwil 
zawoa: 
-Ale my tobie chcemy zapaci!... Gotwk... Po szedziesit rubli za 
morg. 
- I za sto nie sprzedam - odpar limak - bo nie macie na to nijakiego prawa. 
- Ale moemy umwi si z dobrej woli. Chop pomyla i nagle zamia si. 
74 
-Takicie starzy - rzek - a jeszcze nie macie rozumu na to, e przecie ja z 
dobrej woli mojego gruntu nie sprzedam. 
-Dlaczego?... Za te pienidze, ktre wam dajemy, moglibycie za Bugiem 
kupi ca wk. 
-Kiej tam tak tania ziemia, to czemu wy jej nie kupujecie, ino wazicie do 
naszej wsi? 
-Cha! cha!... -rozemia si brodacz. -Chop, widz, niegupi, kiedy ojcu 
mwi to samo, co ja z rana i wieczorem powtarzam. 
-Zaczekaj, Fryc -rzek stary biorc limaka za rk. -Gospodarzu - cign 
ciskajc go -mwmy jak chrzecijanie, nie jak poganie. Tego samego Boga 
chwalimy, wic po co si kci?... Ja, widzisz, gospodarzu, mam syna, co si 
zna na mynarstwie - i - chciabym mu postawi wiatrak na tej oto grze. Jak on 
bdzie mia wiatrak, to on wemie si do roboty, oeni si, ustatkuje i ja bd na 
stare lata szczliwy. A tobie nic z tej gry. 
-Ale to przecie moja gra, mj grunt -odpar chop. -Idcie do komisji, a 
poka wam, jako to jest mj wasny grunt i jako do niego nikt nie ma prawa. 
- Prawa nie ma nikt - potwierdzi stary - ale ja chc kupi... 
-No, to ja nie sprzedam. 
Stary czowiek skrzywi si, jakby mu si na pacz zbierao. Pocign chopa 
kilkanacie krokw na gociniec i mwi gosem przyciszonym, drcym ze 
wzruszenia: 
-Czegocie si tak zawzili na mnie, gospodarzu? Widzicie, moi synowie 
kc si ze sob. Jeden lubi rol, drugi mynarstwo. No, ja bym chcia modszego 
ustali, zbudowa mu wiatrak, oeni i mie blisko siebie. Niedugo mi 
y na wiecie, mam osiemdziesit lat, wic... Nie spierajcie si ze mn... 
- Albo wy nie moecie gdzie indziej kupi ziemi? - spyta chop. 
-No, nie moem. My handlujemy ca gromad, w kilkunastu... Duo by o 
tym gada... Ale mj modszy syn. Wilhelm, on nie rolnik... Jak nie bdzie mia 
wiatraka, zmarnieje chopak albo pjdzie w wiat. A ja stary, ja go chc mie 
przy sobie... Wic sprzedaj nam swj grunt - mwi ciskajc go mocniej za rk. 
- Zreszt, suchaj -doda ciszej -dam ci siedemdziesit pi rubli za morg... 
Wielki to pienidz!... Bg mi wiadek, e daj ci wicej, ni warto... Prawda, e 
sprzedasz? Ty przecie uczciwy czowiek, chrzecijanin... 
Chop ze zdziwieniem i litoci patrzy na Starca, ktremu czerwone oczy 
nabiegy zami. 
- Musi, panie - rzek limak -wy macie kiepski rozum, kiedy mnie tak napastujecie. 
Bo ino pomylcie, czy jest sens prosi czowieka, aeby da sobie uci 
rk albo nawet podern gardo? A c bym ja, chop, robi bez ziemi?... 
-Kupisz sobie innego grunta... Bdziesz mia dwa razy tyle... Sam wyszukam 
ci tak wie... 
limak kiwa gow, wreszcie odpar: 
-Mwicie do mnie jak ten chop do drzewiny, kiedy j wykopuje w lesie, a 
chce zasadzi kole domu. Chod -on mwi -bdziesz przy chaupie, bdziesz 
75 
midzy ludmi... No, i gupia drzewina wychodzi z lasu, bo musi; ale nim j w 
nowym gruncie osadz -usycha. I wy chcecie, ebym ja tak zmarnia z on, z 
dziemi i caym dobytkiem. Bo c bym pocz w tym dniu, kiedy bym mj 
grunt sprzeda? 
Rozmow przerwa brodaty przemwiwszy do ojca po niemiecku gosem 
podniesionym i stanowczym. 
- Wic nie sprzedasz? - spyta starzec. 
-Ni -odpar limak. 
-Po siedemdziesit pi rubli morg? 
-Ni. 
-A ja ci mwi, e sprzedasz! -zawoa brodaty, gwatownie chwytajc ojca 
za rk. 
-Ni. 
- Sprzedasz, gospodarzu - powtrzy stary. 
-Ni. 
Poszli obaj na most, krzykliwie rozprawiajc po niemiecku. Chop podpar 
rk brod i patrzy za nimi. 
Nagle zwrci oczy na dwr, gdzie ju muzyka ucicha i w oknach pociemniao, 
i jaka nowa myl przemkna mu przez gow, bo szybko wrci do chaupy. 
-Jagna! -zawoa otwierajc drzwi do sionki - Jagna!... A wiesz ty, e pan 
sprzeda folwark Niemcom?... 
Stojca przy kominie gospodyni przeegnaa si yk. 
- W imi Ojca!..-. Czy ty, Jzek, zwariowa?... Kto ci to powiedzia?... 
-A o teraz zaczepiy mnie na gocicu dwa Niemce, powiedzieli o sprzedaniu 
folwarku i jeszcze... Wiesz ty, Jagna?... Jeszcze chcieli od nas grunt kupi... 
Grunt nasz wasny! 
-To ty zupenie zwariowa! - krzykna limakowa. - Jdrek, biegaj na gociniec, 
czy tam s jakie Niemce, bo ojciec co gada od rzeczy... 
Jdrek wybieg i po upywie pacierza wrci donoszc, e na drodze, za mostem, 
wida istotnie dwu jakich w granatowych kapotach. limak tymczasem 
siedzia na awie, milczcy, ze spuszczon gow i rkoma opartymi na kolanach. 
W izbie szare wiato poranku pltao si z czerwonym blaskiem ognia 
nadajc ludziom i przedmiotom fizjonomie martwe albo grone. 
Gospodyni nagle spojrzaa na ma. 
- Ce tak poblad? - rzeka - ce tak osowia? Co ci jest? 
-Co mi jest? - powtrzy - take si pyta, mdra!... Albo nie rozumiesz, e 
jeeli dziedzic sprzeda mienie, to Niemce odbior nam k?... 
-Czemu by mieli odbiera? -odpara gospodyni niepewnym gosem. - Przecie 
bdzie si im paci czynsz tak samo jak dziedzicowi. 
-Gadasz, co ci lina przyniesie, bo nie wiesz, e Niemce s chytre na pasz. 
Oho! oni duo trzymaj byda... Wreszcie -doda, zamylony -odbior k, eby 
mi dokuczy i wyforowa z gruntu. 
76 
- Jeszcze nie wiadomo, kto kogo wyforuje! - odpara gniewnie limakowa. 
- Nie ja ich - szepn m. 
Kobieta uja si pod boki i stopniowo podnoszc gos pocza mwi: 
-O... widzisz, jaki to z niego chop!... Ino spojrza na szwabskie nasienie, a 
zara mu serce odjo. Zabior ci k, no, to i co? Bdzie si im wpdza bydo 
w szkod, dopki jej na powrt nie sprzedadz. 
- To mi wystrzelaj bydo. 
-Wystrzelaj?... -krzykna gospodyni. -A sd, a krymina?... Panom nie 
wolno krzywdzi chopskiego bydlcia, a ma by wolno Szwabom? 
-Jak nie wystrzelaj, to zajm nam bydl i wyprawuj wicej, ni ono zjado. 
Niemiec ma rozum, nie bj si. On dozorem i procesami zalezie ci za dziesit 
skr. 
Gospodyni umilka na chwil. 
-No -rzeka po namyle - to bdziemy kupowali pasz. 
-Od kogo? Przecie gospodarze ju dzisiaj nie sprzedaj, a Niemiec, jak si 
na paskim osiedli, nie wypuci dziebeka trawy. 
Na kominie garnczek zacz kipie, ale limakowa nie zwrcia na to uwagi, 
taki j gniew i al ogarn. Z zacinitymi piciami przypada do ma woajc: 
-Co ty gadasz, Jzek, zastanw si!... Tak le i tak niedobrze, wic jake 
bdzie?... To taki z ciebie chop i gospodarz, e zamiast sam co wymyli, mnie, 
babie, serce odbierasz?... Nie wstyd tobie dzieci, nie wstyd tobie Magdy, eby 
siedzia na awie i przewraca oczami jak nieboszczyk zamiast radzi?... C ty 
mylisz, e ja dla twoich Niemcw dam dzieciskom zdycha z godu albo krw 
si wyzbd?... A moe mylisz, e dam grunt sprzeda?... Niedoczekanie wasze! 
-krzykna podnoszc rce. -Niedoczekanie twoje i tych Szwabw!... ebym 
miaa trupem pa, eby mnie do grobu schowali, jeszcze wykopi si spod 
ziemi i nie dam zrobi krzywdy dzieciom... Nie! Co tu siedzisz, co si patrzysz 
na mnie jak baran?... - dodaa z paajc twarz. -Jedz niadanie i id do dworu. 
Spytaj si, czy pan naprawd sprzeda folwark. Jak nie sprzeda, padnij mu do 
ng i poty le, poty go pro, poty skamlaj, a ci ten kawaek ki odstpi, choby 
za dwa tysice zotych... 
- A jak sprzeda?... 
- Jak sprzeda? - zawoaa. - Jak sprzeda, to... niech go Bg skar... 
- Ale zawdy ki nie bdzie. 
-Gupi!... - odpara zwracajc si do komina. - ylimy dotd my, dzieci i 
dobytek, z aski Boej, nie z paskiej, to i y bdziemy. 
Chop podnis si z awy. 
- No, kiedy tak -rzek po namyle -to dawaj niadanie... No, a czego paczesz?... 
- doda. 
limakowa po wybuchach energii istotnie zalewaa si zami. 
-Jake nie mam paka - szlochaa - kiedy Pan Bg miosierny pokara mnie 
takim niedojd chopem, co i sam radzi nie potrafi, i jeszcze mnie serce odbiera!... 
77 
-Guptas - odpar nachmurzajc si. -Pjd zara do dziedzica i kupi k, 
chobym mia da dwa tysice zotych. Tak mam ambicj! 
-A jak dziedzic ju sprzeda folwarek? - spytaa ona. 
-Mam go gdzie! ylimy dotd z aski Boej, nie z paskiej, to i odtd nie 
zginiemy. 
- A skd paszy wemiesz dla byda? 
-Mj w tym rozum i moja gowa. Ty garnkw pilnuj, a do mnie si nie 
wtrcaj, kiedy baba! 
-Wykurz ci std Niemcy, razem z twoim rozumem. Chop uderzy pici 
w st, a podnis si py w izbie. 
-Chorob wykurz, nie mnie! -krzykn. - Nie rusz si z tela, ebym mia 
pa trupem, eby mnie na drobne kawaeczki posiekali!... Dawaj niadanie. Takem 
si zawzi na te psiekrwie, e jeszcze ciebie potrc, jak mi nie wygodzisz! 
A ty, Jdrek, zmykaj po Owczarza i wracaj wnet, bo jak zdejm rzemie... 
O tej samej godzinie we dworze przez otwory i szczeliny okiennic zajrzao 
do salonu soce. Na zrysowan obcasami podog i na cian przeciwleg 
oknom pady smugi biaego wiata, jaskrawo odbiy si od zwierciade, od zoconych 
gzemsw, od lustru mebli, i -rozpierzchy si po ogromnym pokoju. 
Przy ich blasku pomienie wiec i lamp stay si te i mtne. Twarze dam poblady, 
pod oczyma wystpiy sine obwdki, z potarganych wosw opad puder, 
na zmitych sukniach ukazay si dziury i strzpy. Ze zotolitych pasw magnaterii 
wyjrza szych, bogaty aksamit zamieni si na wytarty manczester, bobrowe 
futra na zajcze skrki, srebrne zbroje na pobielan blach. Muzykantom opady 
rce, tancerzom zesztywniay nogi. Wystygo upojenie, sen zamgli oczy, usta 
dyszay gorczk. Na rodku sali uwijao si ju tylko trzy pary, potem dwie, 
potem - adna. Wzdu cian zabrako krzese dla pochmurnych mczyzn; kobiety 
wachlarzami zasaniay zmczone twarze i rozziewane usta. 
Wreszcie muzyka umilka, a poniewa nikt nie rozmawia, wic salon zapeniao 
grobowe milczenie. wiece gasy, z niektrych lamp wydobyway si gste 
dymy. 
-Moe pastwo przejd na herbat?... - odezwa si gospodarz schrypnitym 
gosem. 
- Spa... spa... -szeptano, 
-Pokoje dla dam i panw s gotowe - doda gospodarz usiujc by uprzejmym, 
pomimo sennoci i kataru. 
Po tych sowach podniosy si z kanap i fotelw najprzd najstarsze, potem 
mode damy i z przecigym szelestem poczy opuszcza salon owijajc si w 
atasowe zarzutki i odwracajc twarze od okien. Za chwil w salonie zrobio si 
pusto, a w dalszych pokojach gwarno; potem rozlegy si na podwrzu gosy 
mskie, a na grze liczne stpania, a potem -wszystko ucicho. Muzyka ju wyniosa 
si z alkowy; zostao po niej tylko kilka pulpitw i stary yd basista, ktry 
spa przewiesiwszy rce przez korpus swej basetli. 
78 
Do salonu brzczc podkwkami wszed dziedzic. Mtnym wzrokiem spojrza 
po cianach i rzek ziewajc: 
- Poga wiato, Mateuszu... Otwrz okna... Aaa... Nie widziae pani?... 
-Janie pani jest w swoim pokoju - odpar stojcy w progu lokaj. 
Dziedzic zawrci si i wyszed. Min sie, min pokj jadalny, wreszcie 
stan przed drzwiami znajdujcymi si na kocu korytarzyka i zapyta: 
- Czy wolno?... 
-Prosz - odpowiedzia kobiecy gos z pokoju. Dziedzic wszed. Na fotelu, 
obitym pomaraczowym atasem, siedziaa jego ona w stroju Cyganki. Opara 
rce na porczach, gow ozdobion diademem odrzucia w ty i zdawaa si 
usypia. Dziedzic upad na drugi fotel i rzek: 
- No, udaa si zabawa... Aaa!... 
- Bardzo adnie - odpara pani zasaniajc usta rczk. 
-Gocie powinni by zadowoleni. 
-Tak sdz. 
Pan chwil przedrzema i znowu odezwa si: 
- Wiesz, sprzedaem majtek. 
- Komu? - spytaa pani. 
-Hirszgoldowi. Da po dwa tysice dwiecie pidziesit rubi za wk. 
Aaa!... 
-Dziki Bogu, e nareszcie std wyjedziemy - odpara pani. -Czy ju wszyscy 
porozchodzili si? 
- Ju pewnie pi. Aaa!... No, pocauj mnie na dobranoc. 
- Mam i do ciebie? Ty mnie pocauj. Takam zmczona... 
- Ale pocauj mnie za to, e tak dobrze sprzedaem majtek. Aaa!... 
- Wic przyjd tu. 
- Kiedy tak mi si nie chce... Aaa... 
-Hirszgold?... Hirszgold?... - szeptaa pani. -Ach, ju wiem! To jaki znajomy 
papy... Pierwszy mazur by przeliczny... Dziedzic chrapa. 
79 
ROZDZIA SIDMY 
W tydzie po kostiumowym balu dziedzic z on opucili wie przenoszc 
si do Warszawy. Miejsce ich zaj penomocnik Hirszgolda, piegowaty ydek, 
ktry zamieszka w maym pokoiku w oficynie, elazn sztab zamyka drzwi 
na noc i sypia z dwoma rewolwerami pod poduszk, a po caych dniach przeglda 
albo pisa rachunki. 
Ze dworu cz mebli wywieziono za pastwem, reszt Hirszgold kaza 
sprzeda. Jeden z okolicznej szlachty naby sprzty z salonu, drugi z pokoju jadalnego, 
trzeci z sypialni. Bibliotek kupili ydkowie na funty, proboszcz zaopatrzy 
si w amerykaskie organy, ogrodowe kanapy i krzesa przeszy na 
wasno Grzyba, a Orzechowskiemu dosta si za trzy ruble wielki sztych Ledy 
z abdziem, do ktrej nabywca modli si z rodzin. Posadzki wyjechay a do 
guberni, aby tam przyozdobi lokal sdu okrgowego, za adamaszkowe obicia 
ze cian kupili krawcy i przerobili je na gorsety dla wiejskich dziewuch. 
Kiedy w par tygodni po wyjedzie pastwa limak zajrza do dworu, struchla 
na widok zniszczenia. W oknach nie byo szyb, przy drzwiach na ocie 
otwartych ani jednej klamki, ciany obdarte, podogi wyrwane. Salon podobny 
by do gnojowiska, w buduarze pani arendarka Joselowa postawia kilka kojcw 
z drobiem, a w kancelarii pana mieszkao paru ydkw i leay ogromne stosy 
pi, toporw i opat. Suba folwarczna, ktra wedug umowy miaa tu miejsce 
do w. Jana, wasaa si z kta w kt prnujc. Furman od cugowych koni pi 
na zabj, szaf arka leaa chora na febr, a jeden z fornalw tudzie chopak 
kredensowy siedzieli w areszcie gminnym, oskareni o kradzie klamek i drzwiczek 
od piecw. 
-Kara boska! - szepn chop i strach go cisn na myl o nieznanej potdze, 
co w okamgnieniu zrujnowaa dwr stojcy od wiekw. Zdawao mu si, e 
nad wsi i dolin, gdzie urodzi si i wychowa i gdzie na wieki spoczli jego 
proci ojcowie, e nad tym cichym ktem wiata zwiesza si niewidzialna chmura, 
z ktrej spad pierwszy piorun i zdruzgota siedzib dziedzicw. 
W kilka dni okolica zakipiaa nowymi ludmi. Byli to tracze i ciele, po 
najwikszej czci Niemcy, sprowadzeni do wykonania pilnej roboty. Szli i jechali 
drog okoo chaty limaka gromadami, niekiedy uszykowani jak wojsko. 
Roztarasowali si we dworze, wygnali sub z czworniakw, wyprowadzili 
reszt byda z obr i zapenili wszystkie budynki. Nocami palili wielkie ogniska 
na dziedzicach, a rankami ca band maszerowali do lasu. 
Z pocztku nie zna byo ich roboty. Wkrtce jednak, kto mia dobre ucho, a 
stan na wzgrzu, mg sysze leccy od strony lasu szmer. Szmer ten dzie 
po dniu dzieli si na pojedyncze odgosy, jakby kto palcami bbni po stole, tak 
80 
e w kocu ju cakiem wyranie sycha byo stukanie mnogich siekier i 
chrzst walcego si drzewa. Las jakby znia si, na jego falistym konturze 
ukazyway si coraz to nowe zby, w oczach ludzkich niky wierzchoki, w 
ciemnozielonej cianie zaczy przewieca jakby szpary, potem jakby okna, 
wreszcie -wyomy, przez ktre wyjrzao niebo, zdziwione, e pierwszy raz, jak 
wiat wiatem, patrzy na dolin z tej strony. 
Las pad. Zostao tylko niebo i ziemia, a na niej troch kp jaowcu, troch 
leszczyny, troch modych sosenek, niepoliczone szeregi piekw i cae stosy 
lecych drzew, z ktrych popiesznie obcinano gazie. Nic z liciastego narodu 
nie uszanowa topr drapieny. 
Nic, nawet dbu, po ktrego stuletniej korze zelizgiway si wstgi piorunw. 
Zapatrzony w niebo zwycizca burz prawie nie dostrzeg krccych si u 
stp jego robakw, a ciosy siekier nie wicej go obchodziy od pukania dziciow. 
Pad nagle, przekonany w ostatniej chwili, e to wiat si obali i e na 
tak niepewnym wiecie y nie warto. 
By inny db, na ktrego zeschej gazi powiesi si kiedy nieszczsny 
Szymon Gob. Lu4zie odtd mijali go ze strachem. Tote ujrzawszy gromad 
traczw z siekierami zaszemra: Uciekajcie std, bo imi moje znaczy mier. 
Jeden tylko czowiek dotkn rk mych konarw i umar. Gdy za tracze, zamiast 
usucha jego yczliwych upomnie, poczli go rba i coraz gbiej zapuszcza 
mu w ciao ostre elaza, wpad w straszny gniew, rykn: Zdruzgocz 
was!... i obali si na ziemi. 
Sosna, w ktrej dziupli krya si para wiewirek, widzc powszechne zniszczenie 
cieszya si nadziej, e uniknie zego losu przez wzgld na swoich lokatorw: 
Lito ich wzruszy, bo c s im winne biedne, mae wiewirki? szeptaa 
i pada miadc wasnym ciarem wystraszone zwierztka. 
Tak giny mocne drzewa jedno po drugim; nad ich grobem pakaa mga 
nocna i kwiliy ptaki pozbawione ojczystych siedzib. 
Starsze od lasu i mocniejsze od dbw byy ogromne kamienie, gsto rozsiane 
po polach. Chopi nie tykali ich, raz dlatego, e aden nie da si ruszy z 
miejsca, a po drugie, e nie byy im na nic potrzebne. Zreszt tuao si midzy 
ludmi podanie, e za pierwszych dni stworzenia zbuntowane diaby ciskay tymi 
kamieniami w aniow i e rusza ich nie warto, bo na ca okolic mogoby 
spa nieszczcie. Lea wic kady na swoim miejscu, otoczony kp trawy i 
mchem porosy. Co najwyej pastuch, nocujcy w polu, rozpala pod nim ognisko, 
zmczony rata j kad si na poudniowy spoczynek albo chytry na pienidze 
czowiek szuka pod nim ukrytych skarbw. Gorszego nic im si nie zdarzyo. 
Dzi przecie i dla gazw wybia ostatnia godzina. Wspczenie z niszczeniem 
lasu jakowi ludzie poczli przesiadywa okoo sdziwych kamieni. Na 
wsi z pocztku mylano, e Niemcy szukaj skarbw, ale wnet Jdrek wypatrzy, 
e oni wierc dziury. 
81 
-No, i nie gupie te Szwaby, eby wierci kamienie -mwia zmywajc naczynia 
limakowa do starej Sobieskiej. - Choroba wie, na co im to?... 
-E... widzicie, kumo, ja wiem, na co oni to robi - odpara baba przymykajc 
czerwone oczy. 
- Na c by? Chyba przez swoje gupstwo. 
-Ni!... - prawia Sobieska. - Oni, widzicie, wierc, bo oni, widzicie, syszeli, 
e w takim kamieniu siedzi aba... 
- Wic co z tego? - zapytaa limakowa. 
- Wic oni, widzicie, chc zobaczy, czy to prawda. 
- No, a z tego im co? 
-A choroba ich wie - odpowiedziaa Sobieska tak przekonywajcym tonem, 
e limakowa uznaa kwesti za wyczerpan. 
Tymczasem Niemcy nie szukali ab w kamieniach, lecz w wywiercone dziury 
zakadali naboje, przysypywali je piaskiem i poczli gazy rozsadza. Cay 
dzie trwaa kanonada, ktrej huk rozchodzi si po najdalszych kracach doliny, 
goszc wszystkim i kademu z osobna, e nawet skaa nie oprze si Niemcowi. 
-Twardy nard te Szwaby! -mrukn limak przypatrujc si podruzgotanym 
olbrzymom. 
I pomyla o kolonistach, ktrzy nabyli grunta dworskie, a chcieli kupi jego 
ziemi. 
- Cosik ich nie wida - doda. - Moe wcale nie przyjd?... 
Kolonici jednak przyszli. 
Pewnego dnia, byo to w pocztkach kwietnia. limak jak zwykle wyszed 
przed wschodem soca z chaty zmwi pacierz i zobaczy, jaka bdzie pogoda. 
Wschd ju jania, gwiazdy poblady, tylko jutrzenka byszczaa jak klejnot na 
niebie, a na ziemi witay j wiergotem zbudzone ptaki. 
Chop utkwi oczy we mgle, co na ksztat niegu bielia pola i ki, i szepta: 
Kiedy ranne wstaj zorze. Nagle od strony grnych pl usysza haas. Byo to 
skrzypienie z wolna toczcych si wozw i gona rozmowa ludzi. 
Zaciekawiony wbieg na pagrek z sosn i ujrza niezwyky korowd. By to 
dugi szereg wozw okrytych ptnem, spod ktrego wyglday tu ludzkie gowy, 
tam sprzty domowe albo rolnicze narzdzia. Przy wozach szli albo siedzieli 
na kozach, z nogami zwieszonymi na orczyki, ludzie w dugich granatowych 
kapotach i w kaszkietach. Do niektrych wozw przywizane byy krowy, 
w duszych odstpach midzy wozami uwijay si niewielkie gromadki wi. 
Na samym kocu toczy si wzek, mao co wikszy od dziecinnego, na ktrym 
lea mczyzna z nogami zwieszonymi do ziemi, cigniony z jednej strony dyszla 
przez psa, z drugiej przez kobiet. 
Szwaby id -przemkno chopu przez gow, ale odepchn pierwsz 
myl. - Moe to Cygany? -duma. - Ni, Cygany nosz si czerwono, a ci granatowo 
i to. A moe to tracze?... Tracze nie cignliby za sob byda, wreszcie, 
po co by tu szli, kiedy ju lasu nie ma?... 
82 
Tak bi si chop z mylami, a raczej ucieka przed jedn, e -id kolonici, 
ktrzy kupili dworskie grunta. 
- Oni albo i nie oni - poszeptywa, zapatrzony w gociniec. 
Tymczasem Niemcy zjechali w d i przez chwil nie byo ich wida. Chop 
przetar oczy. Moe rozpynli si w dziennym wietle, a moe ich ziemia pochona? 
Gdzie za!... Wiatr powia z tamtej strony i znowu przynis powolny 
turkot k, skrzypienie dyszlw, gwar ludzkich gosw. Znowu spoza gry wychyliy 
si by koskie, granatowe kaszkiety wonicw, szare pachty wozw i 
gowy Niemek w pstrych chustkach zawizanych pod brod. Ziemia krok za 
krokiem ustpuje pod kopytami ich wychudych koni. Ju wjechali na ostatni 
szczyt, oblani zotymi potokami soca, krzykliwi, janiejcy, witani piewem 
skowronkw, ktre w jesieni bd apa i zjada. 
Daleko za nimi, gdzie za mg czarny las majaczy, sycha byo gos kocielnego 
dzwonu. Czy on, jak zwykle, wzywa ludzi do pacierza, czyli te ogasza 
im najcie obcego narodu?... 
limak obejrza si. W chatach, po drugiej strome doliny, drzwi byy pozamykane; 
na podwrkach nikt nie rusza si i zapewne nikt by nie wybieg przed 
wrota, gdyby nawet zawoa: 
Patrzajta, gospodarze, co tu Niemcw wali!... Wie jeszcze spaa. 
Teraz sznur wozw, napenionych gwarliwymi ludmi, pocz wymija 
chaup limaka. Zmczone konie szy z wolna, krowy ledwie nogi wloky, 
winie kwiczc potykay si. Tylko ludzie byli kontenci, mieli si, krzyczeli z 
wozu do wozu i rkami albo batami ukazywali na dolin. Wreszcie zjechali na 
d, wyminli most i skrcili na lewo, na otwarte pole. 
We dwa albo i we trzy pacierze po nich ukaza si wzek, cigniony przez 
psa i kobiet, i stan obok wrt limakowej zagrody. Tu wielki pies upad na 
ziemi ciko dyszc, mczyzna z trudnoci podnis si na wzku i usiad, a 
kobieta zdja szl z karku i ocierajc spotniae czoo patrzya na chat limakw. 
Chopa tkna lito. Zeszed z pagrka i zbliy si do podrnych. 
- Skdecie, ludzie, i cocie za jedni? - zapyta. 
-My kolonici, ae zza Wisy - odpowiedziaa kobieta. -Nasi kupili tu ziemi, 
wic idziemy za nimi. 
- A wycie ziemi nie kupili? Kobieta wzruszya ramionami. 
- To u was taki zwyczaj, e baby chopw cign? - pyta dalej limak. 
-C robi, kiedy konia nie mamy, a na wasnych nogach ojciec by nie zaszed. 
- To wasz ojciec? Podrna skina gow. 
- I taki chory? 
-Jo. 
Chop zamyli si. 
-To niby on po proszonym jedzi za gromad? -spyta znowu. 
83 
-O nie!... -odpara z energi. -Ojciec uczy dzieci, a ja, jak mam czas, to 
szyj, a jak nie mam co szy, wynajmuj si do roboty w polu. 
limak patrzy na ni zdziwiony, wreszcie rzek: 
- Wy musi e nie jestecie Niemce, kiej tak gadko po naszemu gadacie? 
- My z Niemcw - odpara kobieta. 
-My Niemcy - odezwa si po raz pierwszy czowiek z wzka. W czasie tej 
rozmowy wysza z chaty i zbliya si do wrt limakowa z Jdrkiem. 
-Tgi pies! -zawoa Jdrek. 
- Przypatrz no si - rzek do niego limak - jak ta pani bez ca drog cignie 
chorego ojca na wzku. A ty by, hyclu, tak zrobi? 
- Co bym mia robi? Albo tatulo nie maj koni!... - odpar chopak. 
-I my mieli konia, ale teraz nie mamy - mrukn podrny z wzka. 
By to czowiek chudy, blady, z rudymi wosami i takime zarostem. 
-Pewnie byta sobie wypoczli i zjedli co po takiej drodze? -zwrci si 
limak do podrnej. 
- Ja nie chc je - odpara kobieta - ale ojciec moe napiby si mleka. 
- Biegaj, Jdrek, po mleko - rzek limak. 
-Bez obrazy -odezwaa si limakowa - ale wy, Niemce, musi e nie mata 
wasnego kraju, kiej przychodzicie tu do nas? 
- Tu nasz kraj - odpara podrna. - Ja przecie tu urodzona, za Wis. 
Czowiek siedzcy na wzku niechtnie machn rk i pocz mwi gosem 
urywanym: 
-My, Niemcy, mamy swj kraj, nawet wikszy od waszego, ale tam le. 
Ludzi duo, ziemi mao, o zarobek trudno. A jeszcze musim paci wielkie podatki, 
a jeszcze w wojsku suba cika, a jeszcze rozmaitymi karami okadaj 
czowieka... 
Zakaszla si, troch odpocz i mwi dalej: 
-Kady chce, eby mu dobrze byo na wiecie, i jeszcze chce tak y, jak 
jemu si podoba, a nie tak, jak inni mu ka... W naszym kraju jest le, no wic 
przychodzimy tu... 
Jdrek przynis mleko i odda je podrnej, ktra napoia ojca. 
- Bg wam zapa! - westchn chory. - Tu s dobrzy ludzie... 
-Ino ebyta wy nam nie narobili zego -pgosem odezwaa si limakowa. 
-Co my wam moemy zrobi? - zapyta chory. -Czy wam ziemi zabierzemy? 
czy moe w szkod bydo wpdzimy? czy bdziem kra albo rozbija?... 
Nasi s ludzie spokojni, nikomu w drog nie wa, byle im nikt nie laz... 
- Zawdy kupilita nasz wie - wtrci limak. 
-A po co j wasz pan sprzeda? - rzek chory. -Gdyby na tych gruntach zamiast 
jednego pana, ktry nic nie robi, tylko pienidze wydawa, siedziao ze 
trzydziestu chopw, nasi by fu nie przyszli. Albo -dlaczego wy sami nie kupilicie 
wsi ca gromad. Taki wasz pienidz jak i nasz, takie wasze prawa jak i 
nasze. Ale cho z dawien dawna siedzicie na miejscu, nie dbalicie o kupienie 
84 
tych gruntw, a trzeba byo zza Wisy kolonistw sprowadzi. I dopiero jak 
nasi kupili, to was zaczyna ku w oczy. Pan was nie ku. 
Zadyszany spuci gow na piersi i przypatrywa si swoim wychudym rkom. 
Po chwili znowu zacz: 
-Wreszcie komu to kolonici odsprzedaj swoje kolonie? Chopom. Za 
Wis wszystko po nas wykupili chopi i wszdzie-kupuj tylko chopi... 
-Zawdy jeden z waszych chce grunt wytumani ode mnie -odezwa si limak. 
- Ale... hale!... - wtrcia limakowa. 
-Co on za jeden? -spyta chory. 
-Bo ja wiem, co za jeden? -odpar limak. - Byli tu u mnie ju dwa razy, 
jaki stary i jaki brodaty, a akomi si na t oto gr. Mwi, e bd na niej 
wiatrak stawia. 
- To Hamer - pgosem odezwaa si podrna patrzc na ojca. 
-A, Hamer - powtrzy chory. -On i nam narobi kopotu -doda gono. -
Nasi chcieli i za Bug, gdzie ziemia kupuje si po trzydzieci rubli morg, a on 
cign ich tutaj, dlatego e u was kolej buduj. No, i kupili nasi tutaj ziemi po 
siedemdziesit pi rubli morg, no, i wleli w dugi u yda, i nie wiadomo, co 
jeszcze wyniknie. 
Przez ten czas podrna jada chleb razowy i karmia nim psa spogldajc na 
drug stron ki, gdzie wrd ugoru rozoy si tabor kolonistw. 
- Jedmy, ojcze - rzeka. 
-Jedmy - powtrzy chory. -A co si wam naley za mleko? - spyta limaka. 
Chop wzruszy ramionami. 
-ebymy mieli -odpar -bra za tak rzecz pienidze, to bymy was nie 
zapraszali. 
- Ha, Bg wam zapa, kiedycie na nas tacy askawi - rzek chory. 
-Szczliwa droga! -odpowiedzieli oboje limakowie. Chory znowu ukad 
si na wzku postkujc, podrna zaoya sobie szl na prawe rami, przez 
piersi i pod lew rk, duy pies podnis si z ziemi i otrzsn na znak, e jest 
gotw do drogi. 
- Bg zapa! bywajcie zdrowi!... - rzek chory. 
- Niech Bg prowadzi! 
Wzek z wolna potoczy si ku taborowi. 
-Dziwny nard te Niemce - odezwa si limak do ony. - On taki mdry, a 
jedzi wzkiem niby dziad. 
-Albo i ona -odpara limakowa. -Czy kto sysza, eby za taki kawa 
drogi cign starego jak ko?... 
- Niezgorsi ludzie. 
- Wcale nie najgorsi i niegupi. 
Po tej wymianie myli maonkowie wrcili do chaty. Rozmowa z chorym 
uspokoia ich. Niemcy nie wydawali si im ju tak strasznymi jak dawniej. 
85 
Po niadaniu poszed Owczarz na gr ora ziemi pod kartofle, a limak 
wymkn si za nim. 
- Miae przecie pot grodzi! - woaa za mem gospodyni. 
-Nie ucieknie! - odpar chop i szybko drzwi za sob zatrzasn, gdy lka 
si, aby go nie zawrcia kobieta. 
Dziedziniec przebieg skulony chcc w oczach niewiasty wyda si jak najmniejszym 
i chykiem wdrapa si na wzgrze, gdzie wanie potnia nad pugiem 
kulawy Maciek. 
- A co Szwaby? - spyta parobka. 
limak usiad na zboczu gry tak, aby go z podwrza nie widziano, -i 
ostronie zapali fajeczk. 
-Sidlibycie se tu -wskaza Maciek batem na wyniesione miejsce - to i na 
mnie przyszoby troch dymu. 
-Co ci ta po dymie - odpar gospodarz spluwajc. -Jak skocz, dom ci fajk 
i si ni pocieszysz, a przynomni baby lipie nie bd boleli, e styrcz na 
widoku. 
Maciek poszed zagonem cmokajc na szkapy, a limak siedzia na zboczu i 
patrzy. Siedzia, opar okcie na kolanach, a gow na rkach, a mu na kark 
zsuno kapelusz, pali fajk pomaleku... pyk-pyk, i wci patrzy. 
O kilkaset krokw od niego, za rzek, na ugorze Niemcy rozkadali obz. 
limak wci pali fajk, a spoglda i kade drgnienie tej ciby tumaczy sobie 
w gowie. 
Ju Niemcy wozy ptnem kryte uszykowali w kwadrat, tworzc z nich jakby 
parkan, wewntrz ktrego stoi bydo i konie, a zewntrz krc si ludzie. Ten 
wydobywa przenony b na czterech nkach i stawia go przed krowami, inny 
wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wod do rzeki. Kobiety 
wynosz spod pacht elazne kocioki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie 
do jarw po opa. 
-Ale maj kup hooty! -odezwa si limak. - Z caej wsi nie zebraby tyle 
dzieciskw. 
-Jak wszw - odpar Maciek. 
Chop wci pali fajk i dziwi si. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to 
byo puste i ciche, a dzi -istny jarmark. Ludzie nad wod, ludzie w jarach, ludzie 
na zagonach. Tn krzaki, znosz wizki chrustu, pal ogniska, karmi i poj 
bydo. Ju jeden Niemiec otworzy kramik na wozie i wida handluje, bo koo 
niego cinie si tum kobiet i wyciga rce: ta po sl, tamta po ocet, inna po cukier. 
Ju kilka modych Niemek porobiy koyski z pacht na widekach i jedn 
rk szumuj zup w kotach, drug hutaj pachty. Ju znalaz si i konowa, 
ktry oglda nog podbitej szkapie, ju i cerulik, ktry goli na stopniu wozu starego 
Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie soce podnosi si 
coraz wyej. 
limak odwrci si do Owczarza. 
86 
-Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prdko robi? Od nas, z chaupy, przecie 
bliej do jarw ni z tela, a od nas idzie si po chrust na p dnia. Te ci zasi pary 
uwiny si we dwa pacierze. 
- Oho-ho!... - odpar Maciek czujc, e to do jego powolnoci wypito. 
-Albo przypatrz ty si -mwi limak - jak ony kup wszystko robi? Przecie 
i nasi ludzie, bywa, e wyjd gromad; ale kady krzta si sam za siebie, 
ino czciej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te za psiekrwie tak 
jakosik zwijaj si, jakby jeden naglenia drugiego. Nie sprnujesz, choby ci 
kado na ziemi, bo ci jeden tka w gar robot, a ju drugi na ni czeka i pili, 
eby koczy. Ino przypatrz si im i sam powiedz. 
Dopalajc si fajk odda Owczarzowi i wrci do chaupy zadumany. 
-Wartki nard te Szwaby - mrucza -i mdry... Sokoli jego wzrok w p godziny 
odkry dwie tajemnice nowoytnej pracy: popiech i organizacj. 
Okoo poudnia przyszli do limakw dwaj kolonici z taboru proszc o 
sprzedanie masa, kartofli i siana. Maso i kartofle dano im bez targu, ale siana 
limak odmwi. 
- Dajta cho fur somy - prosi jeden cudzoziemskim akcentem. 
-Ni, ani somy nie dom, bo ni mom - odpar limak. Kolonista z gniewu cisn 
czapk na ziemi. 
- A, szakrew, ten Hamer! - woa - co on nam zmartwienia narobi!... Mwia, 
szakrew, co mi tu nadziemy dworskie budynki i pasz, i szitko, a mi nie naleli 
nic... We dwora paszi ni ma, a w budinkach sziedz ydowskie karczowniki i 
gadaj: Nie ruszimy std!... 
Wanie gdy kolonici z worami kartofli na plecach opuszczali podwrko, 
odprowadzeni przez rodzin chopa, na gocicu ukazaa si bryczka, a w niej 
dwu dawno znanych limakowi Niemcw: stary i brodaty. Byli to Hamerowie. 
Kolonici, rzuciwszy wory, z krzykiem zatrzymali bryczk. 
O czym rozmawiano? -chop nie rozumia. Widzia tylko, e kolonici s 
li, e pokazuj rkami to na chaup limakw, to na dworskie budynki. Raz 
nawet zwrcili si do niego mwic po polsku: 
-Nawet gupi wi, co lowiek wypi si byle jak, ale stworzenie nie wyczyma 
w polu na zimny nocy!... Z takim ldem rok nie minie i diabli szitko wezm... 
Potem znowu krzyczeli po niemiecku, to jeden, to drugi po kolei, jakby nawet 
w wybuchach gniewu zachowywali systematyczno i porzdek. 
Natomiast obaj Hamerowie byli zupenie spokojni. Cierpliwie i z uwag suchali 
wymylania kolonistw, czasem tylko wtrcajc jakie swko odpowiedzi. 
Gdy za kolonici zmczyli si krzykiem, zabra gos modszy Hamer. Nieduga 
jego mowa widocznie ukoia rozgniewanych, bo ucisnwszy za rk ojca 
i syna wzili na plecy swoje kartofle i z wypogodzonymi twarzami poszli w 
stron obozu. 
- Jak si macie, gospodarzu! - zawoa z bryczki starszy Hamer do limaka. C, 
zrobimy handel o grunta? 
-Ni. 
87 
-Po co go ojciec zaczepia? -przerwa niecierpliwie modszy. -Przyjdzie on 
sam do nas. 
- Ni - odpar limak dodajc pgosem: - A si hycle na mnie zajedli!... 
Bryczka potoczya si dalej. Chop popatrzy za ni, poduma, wreszcie pocz 
mwi do ony: 
-To ci nard te Szwabska!... Hamery wygldaj na panw, a ci, co wzili od 
nas kartofle, na chopw; przecie jeden drugiemu rk podaje za pan brat. U nas 
ludzie jak pogniewaj si, to ju nie wysucha jeden drugiego; te za, pary, cho 
si gniewaj, to zawdy jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokj... 
- Co ty, stary, wci ino wychwalasz Szwabw -przerwaa my limakowa a 
o tym nie mylisz, e oni ci chc gruntu pozbawi? Bj si ty Boga, Jzek... 
-Co mi ta zrobi! Gadaniem nic nie wskraj, bo zawdy im powiem, co 
wiem. A do rozboju przecie si nie wezm. 
- Kto ich wie - odpara kobieta. - To pewne, e ich jest wielga gromada, a ty 
jeden. 
-Wola boska! - westchn chop. -Rozum to oni, widz, maj lepszy ni ja, 
ale kiedy przyjdzie na wytrzymao - nie dadz mi rady, oj, nie!... Przypatrz ty 
si - doda po chwili - jaka to moc dziciow siada na jednej drzewinie, a wszyscy 
w ni kuj. I co z tego?... Dzicio w kocu odleci, a drzewo zostaje drzewem. 
Tak i z chopem. Siada na nim pan i kuje, siada gmina i kuje, siada yd i 
kuje, siada Niemiec i bdzie ku, ale przecie rady nam nie dadz. 
Ku wieczorowi przybiega do limakw stara Sobieska. 
-Dajcie naparstek wdki -zawoaa na progu -bo chyba dusza ze mnie 
ucieknie, takem pdzia z nowin... 
Nalano jej naparstek, ktrego olbrzym nie powstydziby si nosi na palcu, a 
baba wypiwszy zacza: 
-To ci u nas we wsi sdny dzie, Jezu!... Stary, widzicie, Grzyb, wci se 
ukada z Orzechowskim, e kolonici tu nie przyda, a za to im, niby Grzybowi i 
Orzechowskiemu, uda si kupi ze tyry albo i z pi wk niby z gruntw 
dworskich... Bo oni, miarkujta se, chc oeni Jaka Grzyba z Pawlink, z Orzechowszczank, 
i osadowi ich na roli po lachecku. Bo przecie Pawlink uczya 
si przy dziedziczce haftu i dzirgania, a on, Jasiek, by przy kancelarii i tera se 
co wito chadza w surducie... Dajcie jeszcze naparsteczek gorzaki, bo mnie z 
wntrza tak doi robak, e gada nie mog. 
Wychylia drugi naparstek i prawia dalej: 
-Tymci czasem, gadam ja wom, kolonici zoyli ydowi poow pienidzy 
za grunt, no i sprowadzili si dzi na stae. Jak ci to nie zobaczy mj Grzyb, jak 
ci si nie wemie targa za kudy, jak ci nie przyleci do Josela i nie pocznie mu 
perswadowa: Ty parchu -mwi - co ukrzyowa Chrystusa Pana, jeszcze i 
mnie okpie?... Ty Kaifasie, ty Judaszu! co ty gada, e Niemcy nie zapac w 
czas i strac zadatki, a ja grunt kupi?... A patrz ino, ty obrzezacze (i cignie go 
do okna), e Niemcy ca band zjechali... Josel na to: Jeszcze nie wiemy, czy 
oni dugo posiedz, bo oni kc si z Hamerem i pewnie go opuszcz. A tu, 
88 
jak naraz, daje Orzechowski zna, e oba Hamery przy jechay i e ju midzy 
Niemcami zrobia si zgoda. 
Grzyb, tak wam mwi, zajad si, e posinia na gbie i wci ino wybija 
piciami a krzycza: Wykurz ja tych szczurw z tela!... Przyjechay na wozach, 
a bd ucieka piechot!... A go Josel pocign za rkaw, wywid do 
komory razem z Orzechowskim i cosik rajcowali po cichu. 
-Gupi on - odpar limak. - Kiej w por nie zmdrzy si na kupno, to ju 
dzisia nie da Niemcom rady. To skrztny nard. Oszoomiona wdk baba zataczaa 
si na awie. 
- Nie da im rady?... - mwia. - Nalejcie naparstek... Jak nie da on, to da rad 
Josel, a nie Josel, to jego wagier... Nalejcie naparstek... Maj oni sposb i na 
waba. Co wiem, to wiem... Nalejcie, bo mnie ckli... Niejedno ja widziaam w 
karczmie... eby ten mczychryst nie mieszka w naszej wsi, to bycie wszyscy 
gospodarze cosik o tym wiedzieli... 
Po chwili zacza mrucze niewyranie, potem szepta, wreszcie - spada z 
awy na ziemi i usna na klepisku jak niemowl. 
- Co ona gada? - zapytaa ma limakowa. 
-Zwyczajnie jak pijana -odpar chop. -Wysuguje si ydowi, to myli, e 
on wszystko moe zrobi, co ino zechce. 
Kiedy noc zapada. limak wyszed znowu na wzgrze popatrze na obozowisko 
Niemcw. Ludzie ju skryli si w pciennych budach, a bydo w czworoboku 
wozw, i tylko tabun koni pas si na czce niedaleko jaru. Czasem 
mocniej zawieci pomie w dogasajcych ogniskach, czasem ko zara albo 
rozlego si woanie zmorzonego wartownika. 
limak wrci do chaty. Rzuci si na posanie, ale nie mg zasn. Ciemno 
pozbawia go energii, wic z trwog myla: czy on sam na odludziu potrafi 
si oprze tylu Niemcom? 
Napa mnie mog... spali! - duma przewracajc si z boku na bok. 
Wtem, okoo pnocka, usysza z daleka huk wystrzau. Zerwa si. Strzelono 
po raz drugi. Chop wybieg na podwrko i tam spotka rwnie wystraszonego 
Owczarza. Za wod rozlegay si krzyki, kltwy i ttent koni. 
Stopniowo haas uspokoi si, lecz w taborze nie spano do wschodu soca. 
Na drugi za dzie limak dowiedzia si od kolonistw, e jacy ludzie zakradli 
si do ich stadniny. Chop zdziwi si. 
- O takiej sztuce - rzek - nie byo u nas jeszcze sycha. 
-Bo wasze konie zamknite - odpar jeden z kolonistw. -Zreszt zodzieje 
rachowali na to, e my, zdroeni, zapiemy. Ale nie my zapiemy! -doda 
miejc si. 
Wie o napadzie na tabor kolonistw obiega okolic, wzbogacona w kadej 
wsi nowymi dodatkami. Mwiono, e utworzya si banda koniokradw, 
ktrzy pochwycone konie a do Prus odstawiaj, e Niemcy przez ca noc walczyli 
z nimi i nawet paru zabili. Pogoski te doszy po kilku dniach do uszu 
89 
wachmistrza stray, ktry zaprzgszy tust klacz do wzka wzi z komory beczuk, 
od ony kilka woreczkw i - pojecha na ledztwo. 
Niemcy przyjli go w taborze doskona jaowcwk i wdzonym boczkiem, 
a Fryderyk Hamer objani, e do ich koni, o ile on miarkuje, podkradali si 
dwaj ludzie, niegdy dworscy, obecnie pozbawieni roboty: Kuba Sukiennik, 
byy fornal, i Jasiek Rogacz, chopak z kredensu. 
-Oni ju siedzieli w areszcie -rzek wachmistrz -za kradzie klamek i 
drzwiczek od plecw. No ale wyszli, bo nie byo dowodw... a kto tu u pastwa 
strzela do nich? - doda po chwili. -Czy on ma pozwolenie na bro? 
Hamer widzc, e kwestia staje si draliw, wyprowadzi wachmistrza za 
tabor i udzieli mu podanych objanie, ktre go o tyle zadowolniy, e wnet 
odjecha. Zaleci te czujno nad komi i powtrzy, aby kolonici nie majcy 
pozwolenia nie trzymali broni. 
-A dom prdko pan wybuduje? -zapyta wachmistrz na od jezdne. 
- Za miesic powinien by ju stan nasz folwark - odpar Hamer. 
-Bardzo dobrze!... bardzo adnie!... oblejemy go. Od kolonistw wachmistrz 
uda si do dworu, gdzie piegowaty penomocnik Hirszgolda tak ucieszy si 
jego widokiem, e postawi butelk krymskiego wina. Na pytanie jednak dotyczce 
kradziey nie mg da adnych wyjanie. 
-Ja, panie - mwi ydek - jakiem usysza, e strzelaj, zaraz zapaem do 
jednej rki jeden rewolwer, do drugiej rki drugi rewolwer i przez ca noc ju 
nie zmruyem oka, tykom si ba, e i mnie napadn. 
- A pozwolenie ma pan na rewolwery? 
- Jakeby nie? Mam. 
- Na dwa? 
- Drugi jest zepsuty i ja z nim chodz tylko od parady. 
- A robotnikw ilu pan ma teraz? 
-Tych, co krc si koo lasu?... Czasem bywa po sto i wicej, a zwykle 
osiemdziesit. Jak si trafi. 
-Paszporty w porzdku? 
Penomocnik natychmiast udzieli odpowiedzi w kwestii paszportowej, po 
czym wachmistrz poegna go. Siadajc na wzek rzek: 
-Niech si pan dobrze pilnuje, bo jak raz zaczo si we wsi zodziejstwo, to 
ju nie przepuszcz nikomu. A w razie wypadku, niech pan najpierwej mnie zawiadomi 
- doda. 
Ostatnie jego sowa tak przestraszyy penomocnika, e od tej pory bra do 
swej oficyny na noc owych dwu ydkw, ktrzy dotychczas sypiali we dworze. 
Ze dworu wachmistrz zawrci klacz do chaty limaka. Gospodyni akurat 
zasypywaa kasz w garnczek, kiedy wszed do izby otyy stranik. 
- Niech bdzie pochwalony - rzek. - C tu sycha? 
-Jedno z drugim nic, na wieki wiekw -odpara limakowa. Wachmistrz 
rozejrza si po izbie. 
- Wasz jest? - spyta. 
90 
- Gdzie by si za podzia? Biegaj, Jdrek, po ojca. 
-Pikne krupy. To wy sami robicie? 
- Juci. 
-Wsypcie no mi z garniec w woreczek, to wam oddam, jak bd tu drugi 
raz. 
- A woreczek pan starszy maj? 
- Jest na bryczce. Moe mi i z jedn kurzyn sprzedacie. 
- Moemy. 
- To wybierzcie tam, byle mod, i wcie na wzek pod kozio. 
Wszed limak, a kobieta zaja si wypenieniem zlece. 
-Nie syszelicie, gospodarzu, kto Niemcom chcia konie kra? - zapyta 
wachmistrz. 
-Bo ja wiem? - odpar limak wzruszajc ramionami. - Syszaem, e par 
razy strzeliy w nocy, a na drugi dzie gaday, co im ktoci zaglda do koni-. 
Ale kto by za, tego nie wiem. 
- We wsi mwi, e Kuba Sukiennik i Jasiek Rogacz. 
-Tego nie wiem. Syszaem, e szukaj obowizku, ale znale nie mog 
bez to, e ju siedzieli za zodziejstwo. 
-Wdki nie macie? Kurz tak drapie w gardle... limak poda wdk i chleba 
z serem. Wachmistrz wypi, chwil odpocz, wreszcie zabra si do wyjazdu. 
-Wy tu, za wsi -rzek na poegnanie - powinnicie by ostroni, bo albo 
was okradn, albo samych posdz o zodziejstwo. 
-Z aski Boga -odpar limak -nikt nas do tej pory nie okrad i my nikogo, 
to pewno tak ostanie do koca. 
Teraz wachmistrz pojecha do Josela. Szynkarz przyj go z wielkim zapaem, 
kaza klacz zaprowadzi do stajni, a gocia zaprosi do najpikniejszej izby 
chwalc si, e ma w porzdku wszystkie wiadectwa. 
- Ale napisu nad bram nie ma, jak trzeba - zauway go. 
-Zaraz bdzie, jak tylko pan wachmistrz kae! -odpowiedzia szynkarz 
usiujc objawami grzecznoci pokry wewntrzny niepokj. 
Przy butelce porteru wachmistrz potrci o spraw napadu na tabor. 
-Co to za napad! -odpowiedzia drwicym tonem Josel. -Niemcy sobie 
strzelili na postrach, a ludzie zaraz gadaj, e ich napada banda. U nas przecie 
nic takiego nigdy si nie trafiao. 
Wachmistrz obtar chustk wsy i rumiane oblicze i rzek: 
-Banda, nie banda, ale swoj drog Kuba Sukiennik i Jasiek Rogacz krcili 
si koo koni. 
Josel skrzywi si i przymkn oczy. 
-Jak oni mogli si krci - odpowiedzia - kiedy oni tej nocy spali u mnie? 
- U was spali? - zapyta wachmistrz. 
-U mnie -odpowiedzia Josel niedbale. -A Orzechowski i Grzyb widzieli 
ich, e ju z wieczora byli oba pijani jak bydo. Co oni maj robi -doda po 
91 
namyle - jeeli nie pi? Kiedy chop nie ma staego obowizku, to on, co zyska 
w dzie, zaraz przepije na noc. 
- Ale oni mogli wymkn si od was w nocy - zauway wachmistrz. 
-Moe si i wymknli. Chocia u mnie stajnia w nocy zamknita, a klucz u 
miszuresa. 
Rozmowa przesza na inne tematy, Wachmistrz z godzin posiedzia u Josela, 
a gdy mu klacz odpocza, kaza zaprzc. Ju siedzc na bryczce rzek do 
szynkarza: 
- A ty, Josel, pilnuj Sukiennika i Rogacza... 
- Czy ja ich ojciec albo czy oni u mnie su? - spyta yd. 
- Nie to, e su, ale e oni was samych mog okra, takie chopy. 
-Bd mia na nich oko. 
Wachmistrz, ustawiwszy woreczki i beczuk tak, aby mu nie zawadzay, 
wraca do domu. W drodze zdrzemn si, a w tym pnie, p jawie wci 
snuy mu si przed oczyma postacie Kuby Sukiennika, Jaka Rogacza i Josela 
szynkarza. Raz widzia Sukiennika z mosinymi klamkami w rkach, to znowu 
Rogacza z elaznymi drzwiczkami od plecw, to znowu ich obu otoczonych 
stadem koni, a zawsze gdzie w pobliu nich albo aksamitn jarmuk, albo agodnie 
umiechnit twarz Josela. Czasem na chwil i jakby za chmur ukazywaa 
mu si junacka twarz Jaka Grzyba albo siwe wosy jego ojca. Wtedy 
wachmistrz nagle budzi si i przeraony spoglda dokoa. Ale prcz jego 
kaczki, biaej kury pod kozem i drzew przydronych nie byo tu nikogo. 
- Tfu! - splun. - Mary... 
Midzy chopami z kadym dniem znikaa wtpliwo co do staego osiedlenia 
si Niemcw na dworskich gruntach. Rachowano, e na czas nie zapac 
raty Hirszgoldowi, oni jednak zapacili. Mwiono, e kc si z Hamerami, a 
oni si pogodzili. Przypuszczano, e zlkn si zodziejw, ktrzy zakradli si 
do ich koni, lecz Niemcy, zamiast ba si, sami nastraszyli zodziejw. 
-No, ale zawdy oni niepewni swego, bo jako nie wida, eby si budowali. 
Nawet gruntw im nie rozmierzono. 
Tak uwag wypowiedzia w karczmie Orzechowski jednego wieczora i zapi 
j ogromn szklanic piwa. Ale jeszcze gby nie otar, kiedy co zaturkotao 
przed budynkiem i na krakowskim wzku ujrzeli jeometr. Nie byo kwestii, e 
to on, gdy wiz ze sob pen bryczk kijw i acuchw. Pozna go Grzyb, z 
ktrym czste miewa interesa, poznali go wreszcie wszyscy gospodarze po sumiastych 
wsach i po nosie czerwonym jak berberys. Kiedy strapiony Grzyb 
odprowadzi do domu Orzechowskiego, ten mu rzek na pociech: 
-Wiecie, kumie, a moe on, choby omentra, nie do nas przyjecha, ino 
wstpi se po drodze na nocleg? 
-Daby to Bg - odpar Grzyb -bo ju bym chcia, eby si nasze dzieci pobray 
i eby mi si ustatkowa ten kondel Jasiek. 
-To kupmy im grunt gdzie indziej - wtrci Orzechowski. 
92 
-Na nic. Jak mi ten zbj zejdzie z oczu, to grunt sprzeda, a potem gdzie 
zmarnieje. 
- Moja Pawlinka go upilnuje. Grzyb smutnie zamyli si. 
-Gadacie, kumie - rzek -bo go nie znacie, jaki to pies. I ja, i wy, i Pawlinka 
bdziemy go we troje pilnowali i jeszcze nie upilnujemy. To ci ten odmieniec 
jednej nocy w domu nie przenocuje, a jak si zdarzy, bez tydzie go nie widz!... 
Poegnali si gospodarze i kady leg na spoczynek z odrobin nadziei w 
sercu, e jeometra bawi we wsi tylko przejazdem. Nastpny dzie jednak przekona 
ich, e byli w bdzie. Skoro wit bowiem wsta jeometra, zabra z karczmy 
wizk kijw, blaszan rur z planem, oplatan butelk najmocniejszej gorzaki 
i poszed na dworskie pola. 
Przez kilka dni widziano go, jak chodzi tam i na powrt w towarzystwie 
caej gromady Niemcw. Jedni przed nim i za nim nosili tyki, drudzy rozcigali 
acuch, inni z jego kijw robili mu stolik, inni zagldali mu przez rami. On 
komenderowa ludmi na prawo i na lewo, zapisywa w ksice, rysowa na tablicy, 
a kiedy przypieko soce, rozkada nad gow parasol albo przenoszc 
si na nowe miejsce, ssa okrutnymi ykami oplatan butelk. 
Chopi z daleka przypatrywali si tym manewrom milczc. A czwartego 
dnia odezwa si Winiewski: 
-Psiakrew, ebym ja tyle wdki wypi, to bym jeszcze lepiej mierzy ni 
sam omentra! A na to Wojtasiuk: 
-Bez to on i jest omentra, e ma takoci mocn gow. I limak widzia jeometr, 
a potem widzia, jak po jego odjedzie Niemcy, zdjwszy pachty z kilku 
wozw, zaprzgli do nich konie i rozjechali si na trzy strony wiata. Moe 
wyjedaj?... - pomyla. 
Ale wyjechali ledwie na par godzin, po upywie ktrych powrciy z wolna 
wozy ciko adowne i zaczy wyrzuca swoj zawarto. Jeden na jedn kup 
belki, drugi na drug kup deski, trzeci na trzeci opok. I tak przez dwa dni 
zwozili drzewo, kamie, ceg i wapno skadajc je stosami, na wzgrzu niedaleko 
taboru, o kilkaset krokw od chudoby limaka. 
Wspczenie trzej Hamerowie obchodzili wzgrze wytykajc dokoa niego 
plac kwadratowy, majcy ze dwie morgi przestrzeni, 
Po tych przygotowaniach jednego dnia zrobi si ruch w taborze. Od strony 
lasu nadcigno kilkunastu cieli w granatowych spodniach i kurtkach, z piami, 
widrami i toporami. Wspczenie naprzeciw nich wyszo z taboru kilkunastu 
kolonistw z kielniami i szaflikami, a w pewnej odlegoci za tymi wloka 
si zbita gromada kobiet, dzieci i reszta kolonistw mczyzn, wszyscy w strojach 
odwitnych. Trzy te partie zebray si przy wzgrzu, gdzie sta wz z 
beczk piwa, a drugi z wdlinami i pieczywem. 
Stary Hamer odziany by w manszestrow wypowia kurtk, jego syn Fryc 
w czarny surdut, a drugi. Wilhelm, w psow kamizelk w czerwone kwiaty. 
Wszyscy byli bardzo zajci. Ojciec wita goci biegajc od cielw do mularzy, 
93 
a od mularzy do kobiet; Fryc zgromadza na jedno miejsce grube koy z drzewa, 
Wilhelm odszpuntowa beczk z piwem. 
W siedzibie limaka przygotowania te dostrzeg Owczarz i zaraz da zna do 
chaty. Wybiegli wic ca rodzin na wzgrze: 
limak z on, Magda ze Stakiem i Jdrkiem przodem. Stanli na zboczu, z 
drugiej strony rzeki, naprzeciw taboru, ciekawie patrzc, co z tego bdzie. 
-Juci, e dom stawiaj - rzek limak -bo po c by zbiego si tyle rzemielniczego 
narodu? 
W teje samej chwili stary Hamer skoczywszy wita goci wzi w rk 
koek i za pomoc drewnianego mota wbi go w ziemi. 
-Hoch!... Hura!... - zakrzyknli ciele i mularze. Hamer ukoni si, wzi w 
rk drugi koek i pocz go nie w prostym kierunku ku pnocy. 
Za nim pody Fryc z motem, a za nim tum starszych kolonistw, kobiet i 
dzieci, prowadzonych przez owego bakaarza, co to go crka z psem na wzku 
cigna. 
Nagle bakaarz podnis czapk do gry, mczyni odkryli gowy i gromada 
idcych zaintonowaa hymn uroczysty: 
Warownym grodem jest nasz Bg, 
Bro nasza i potga, 
On pomoc niesie dla swych sug, 
Gdy klska nas dosiga. 
Stary wiata wrg 
Krtych szuka drg, 
Moc i zoci rj 
On na nas wiedzie w bj. 
Na ziemi kto mu rwien? 
Na pierwszy dwik pieni limak zdj kapelusz, limakowa przeegnaa si, a 
pokorny Owczarz uklk na zboczu. Stasiek, drcy z zachwytu, szeroko otworzy 
oczy i usta, a Jdrek zbieg z gry, przebrodzi rzek i cwaem popdzi do 
taboru. 
Przeszedszy par krokw ku pnocy stary Hamer wbi w ziemi drugi koek 
i skrci na zachd. Za nim, w tym samym co pierwej porzdku, posuwaa 
si gromada piewajc dalej: 
My grzechu nie zdoamy zmc, 
Gdy ze pokona trzeba; 
Lecz walczy za nas chrobry wdz, 
Co Bg go zesa z nieba. 
Kto on? - pytasz si, 
Jezus Chrystus si zwie, 
Pan Bg Zebaot; 
On zego strzaska grot, 
Innego nie ma Boga. 
94 
Chopi zdumieni przysuchiwali si tej melodii, nie znanej im a tak uroczystej. 
Po tsknych i melancholijnych piewach w ich kociele, wydawaa si ona 
pieni jakiej triumfujcej potgi. Nie myleli, aeby na tych niwach, gdzie 
dotychczas rozlega si wielki jk: 
Przed oczy Twoje, 
Panie, winy nasze skadamy... 
gromada obcych przybyszw moga podniesionym gosem zawoa: 
Lecz walczy za nas chrobry wdz, 
Co Bg go zesa z nieba... 
Gbok zadum limaka przerwa nagle krzyk Staka: 
-piewaj, matulu!... piewaj!... - mwi ochrypym gosem chopiec trzsc 
si i paczc. Wtem poblad, usta mu pomiay i upad na ziemi. 
Przestraszeni rodzice podjli go i ostronie ponieli do chaty, skraplajc wod 
i uspokajajc perswazj. Wiedzieli, e dziecko jest czue na muzyk, e w 
kociele pacze i mieje si podczas kadej procesji. Ale w takim stanie nie widzieli 
go nigdy. 
Dopiero w domu, gdy usta piew pod taborem, Stasiek uspokoi si i zasn. 
Jdrek przebywajc rzek skpa si w wodzie do pasa, przemoczy kapelusz 
i rkawy od koszuli, unurza si w nadbrzenym piasku, lecz cho byo mu zimno 
i mokro, nie zwraca na to uwagi, zajty nowym widowiskiem. 
Po co oni tak chodz wkoo pagrka i piewaj? -myla. -Pewnie chc 
odegna ze, eby im do chaupy nie lazo. A e, zwyczajnie, jak Szwaby, nie 
maj ziela ani kredy wiconej, zatem na rogach pola wbijaj se koy dbowe. 
No, juci dbowy k lepszy na diaba anieli kreda, to darmo... A moe tak zaczaruj 
miejsce -doda po chwili -e im chaupa sama bez noc wyronie?... 
Wnet jednak odepchn t myl jako niedorzeczn. Mia przecie lat pitnacie i 
wiedzia, e chaupy nie mona wypiewa, tylko j trzeba zbudowa. 
Uderzya go te pewna rnica w zachowaniu si Niemcw. piewao i chodzio 
wzdu pola, potykajc si na nierwnym gruncie, kilku starych, kobiety i 
dzieci. Modzi za ciele i mularze stali dwiema gromadami na wzgrzu miejc 
si gono, popychajc si i palc fajki. Raz nawet z ich winy zatrzymaa si 
procesja. Gdy bowiem Wilhelm Hamer, majstrujcy przy beczce piwa, podnis 
do gry szklank, modzi wykrzyknli: hoch! i hura!. Stary Hamer a si 
obejrza, a chorowity bakaarz pogrozi im rk. 
Z wolna procesja zbliya si do Jdrka o tyle, e ju odrnia piskliwe gosy 
dzieci, skrzeczce starych kobiet i nosowy bas Hamera. I ot na tym niesfornym 
tle zauway jeden dziwny gos kobiecy, czysty, dwiczny i niewymownie 
rzewny. Serce w nim drgno. W jego imaginacji dwiki przybray posta 
obrazw i zdawao mu si, e nad kp modej trawy i zeschych badylw 
widzi jedno pikne drzewo - paczc wierzb. 
Wpatrzy si lepiej w gromad i pozna, e to piewa crka bakaarza, ktr 
zobaczy pierwszy raz, gdy w wzku cigna ojca. Wtedy wicej zaj go duy 
pies anieli ona. Dzi przecie gos jej tak opanowa dusz chopca, e powoli 
95 
zapomnia o wszystkim. Znikny mu z oczu pola, Niemcy, stosy belek i kamieni: 
zosta tylko w gos wypeniajcy ca przestrze. Co drao mu w piersiach, 
chcia take piewa i zacz pgosem: 
Wesoy nam dzie zawita, 
Jezus Chrystus zmartwychpowsta... 
Ta melodia najlepiej godzia si z pieni Niemcw. 
Jak dugo to trwao, nie pamita. Obudziy go z rozmarzenia nowe okrzyki: 
hoch! i hura!, tumu zebranego przy wozie z beczk, gdzie Wilhelm Hamer 
ju rozdawa gociom szklanice piwa. Jdrek zobaczy w gromadzie brzow 
sukienk crki bakaarza i machinalnie pobieg bliej. 
Tu go od razu wytrzewili. Jaki mody Niemiec spostrzeg go i pokaza innym, 
drugi zerwa mu z gowy kapelusz, trzeci pchn go w rodek ciby i przez 
chwil z ogromnym miechem podawano go sobie z rki do rki. Chopiec, 
przemoky, unurzany w piasku, bosy, w zgrzebnej koszuli, wyglda jak straszydo. 
Na razie straci przytomno i taczal si midzy Niemcami niby zabocona 
pika. Wtem spotka szare oczy crki bakaarza i -ockna si w nim dzika energia. 
Kopn bos nog jednego ciel, szarpn za kurtk mularza, jak mody 
byczek uderzy gow w brzuch starego Hamera i gdy wkoo niego zrobio si 
troch miejsca, stan z zacinitymi piciami upatrujc, gdzie by si rzuci dla 
utorowania sobie drogi. 
Powsta krzyk. Jedni hucznie mieli si z chopaka popijajc piwo, ale ci, 
ktrych potrci, chcieli go zbi. 
Na szczcie stary Hamer, przypatrzywszy mu si lepiej, zapyta: 
- No, ale co ty wyrabiasz, may?... 
-To czego mnie poniewieraj?... -odpar Jdrek, ktremu si ju na pacz 
zbierao. 
Niemcy co zaszwargotali, ale Hamer wzi chopca za rk i odprowadzi 
na bok. Teraz spostrzeg go bakaarz i zawoa: 
- To ty z tamtej chaupy, co za wod? 
- Juci. 
- C tu robisz? 
-Przyleciaem popatrzy si na wasze naboestwo, ale te hycle wziy 
mnie tarmosi... 
Nagle umilk i zaczerwieni si widzc utkwione w siebie szare oczy crki 
bakaarza. Trzymaa w rku zaczt szklank piwa i zbliywszy si podaa j 
chopcu. 
- Przemoke - rzeka - napij si. 
-Nie chc!... - odpar Jdrek i znowu si zawstydzi. Zdawao mu si, e tak 
piknej pani nie mona odpowiada szorstkim tonem. 
- Gdzie ty tak przemk? - spytaa go ciekawie. 
- W rzyce - odpar cicho. - Leciaem do was przez wod. 
- Wic napij si - nalegaa podajc mu szklank z piwem. 
- Kiej upij si... - odpar chopak. 
96 
Wreszcie wypi, spojrza na jej niad twarz i znowu tak si zaczerwieni, e 
dziewczynie smutny umiech przemkn na ustach. 
W tej chwili odezway si skrzypce i basetla. Do crki bakaarza zbliy si 
w cikich podskokach Wilhelm Hamer i wzi j do taca. Odchodzc, jeszcze 
raz obrzucia Jdrka tsknymi oczyma. 
Chopcu zrobio si co dziwnego. Straszny gniew i al pochwyci go za 
gardo i uderzy mu do gowy. Chcia rzuci si na Wilhelma Hamera i poszarpa 
na nim jego kwiecist kamizelk, to znowu myla, e rozpacze si na cay 
gos. Nagle odwrci si, aeby odej. 
- Idziesz? - zapyta go bakaarz. 
- Juci. 
- Poko si ode mnie ojcu. 
-A ode mnie przypomnij, e ja na wity Jan odbior k -wtrci stary 
Hamer. 
-Albo to wasza ka? -odpar Jdrek. - Przecie tatu wzili j od dziedzica 
w arend... 
- Oho, dziedzic!... - zamia si Hamer. - My tu dziedzice, a ka moja. 
Jdrek odszed. Zbliajc si do drogi zobaczy chopa, ktry ukryty za 
krzakiem, przypatrywa si zabawie Niemcw. By to Grzyb. 
- Pochwalony! - rzek Jdrek. 
-A kto u ciebie pochwalony? -pyta stary gniewnym gosem. - Musi, e nie 
Bg, ino diabe, kiej bratacie si z Niemcami. 
- Bo kto si z nimi brata? - odpar zdziwiony Jdrek. 
Chopu iskrzyy si oczy i draa sucha skra na twarzy. 
-Nie wy si bratacie? -mwi wytrzsajc pici. -Moe nie widziaem 
ci, kiedy lecia do nich jak pies przez wod, eby ci day szklank piwa? A 
moem nie widzia, jak twj ojciec i matka modlili si na grze za jedno ze 
Szwabami? Do diaba si modlili... Ju was Bg skara, bo co pado na Staka. 
Ale poczekaj! nie na tym koniec... Zaprzace! psie wiary!... 
Odwrci si i poszed do wsi przeklinajc rodzin limakw. Jdrek zawlk 
si do domu, zdziwiony i smutny. W chacie zasta chorego Staka i bo 
ja schwycia go za serce. Zaraz te opowiedzia ojcu o spotkaniu z Grzybem. 
-Tyle on gupi, co stary - odpar limak. - C to, ma czowiek sta w czapce 
jak bydle, kiej modl si, cho i Szwaby? 
-Zawdy na Staka pado ich naboestwo -wtrci Jdrek. limak spospnia. 
-Co ta miao pa? - odpar po chwili. -Stasiek ju jest taki odmieniec, e 
niech baba w polu zapiewa, to go zara trzsie. 
Na tym skoczy. Jdrek pokrci si po chaupie, lecz e byo mu ciasno; 
wic wymkn si midzy jary. Chodzi tam i sam bez celu i drogi. Czasem 
wdrapywa si na wzgrza, skd byo wida Niemcw; jak ca gromad kopali 
fundamenta, to znowu zapada w wwozy albo przedziera si przez cierniste 
krzaki. 
97 
Ale gdziekolwiek by, wszdzie razem z nim szed cie crki bakaarza, jej 
niada twarz, szare oczy i ruchy pene wdziku. Chwilami dolatywa go niby z 
gbi jej piew pontny i rzewny albo stary, schrypnity gos Grzyba miotajcego 
przeklestwa. 
- Moe ona uroki rzucia? - szepta zatrwoony i - znowu myla o niej. 
98 
ROZDZIA SMY 
Nigdy jeszcze limak nie czul si tak zadowolonym jak tej wiosny. Bo i odpocz 
za wszystkie czasy, i pienidze pyny mu do skrzyni, i napatrzy si 
nowych rzeczy. 
Dawniej dzie wlk mu si ciko. Ledwie zmczony prac chop rzuci si 
na pociel i zasn twardo jak kamie, alici ju kobieta zdziera z niego okrycie i 
woa: 
Wstawaj, Jzek, bo dzie... 
Jaki tam dzie?... - pomyla zdziwiony -przecie dopiero co si ukadem. 
Mimo to zbiera swoje koci, z ktrych kada osobno trzymaa si pocieli, na 
miy Bg nie chcc wstawa, przeciera oczy, ziewa, a mu w karku trzeszczao, 
i rad nierad podnosi si. 
Byo mu tak ciko, e niekiedy z upodobaniem marzy o wiekuistym nie w 
ziemi, A tu ona wci pili: Wstawaje... umyje si!... ogarnij si... bo spnisz 
si i wytrc ci z zapaty... 
Wic ogarnia si, wyprowadza ze stajenki konie, rwnie jak on zmczone, i 
wlk si na robot do dworu albo do miasteczka, skd rozwozi ydkw po 
wiecie. Nieraz go tak zmogo, e stanwszy na progu chaupy szepta: Taki 
zostan w domu!... Ale ba si ony, wreszcie i al mu byo zarobku, bez ktrego 
nie zwizaby koca z kocem w gospodarstwie. 
Dzi co innego, dzisiaj limak wysypia si, ile chce. Czasem ona z przyzwyczajenia 
targnie go za nog mwic:  Wstawaj, Jzek! -ale wwczas 
chop odchyliwszy jedno oko, eby mu sen nie uciek, mruczy: Daj mi spokj! 
-i pi dalej, bodajby do sidmej godziny, kiedy we wsi kocielnej dzwoni na 
msz porann. 
W istocie nie mia do czego wstawa. Wiosenne roboty w polu od dawna 
ukoczy Maciek, ydki z miasteczka rozsypay si wzdu budujcej si kolei, 
a do dworu take nikt nie woa limaka, bo dworu - nie byo. 
Czasem po par dni nie tkn adnej roboty. Pali fajk, wasa si midzy 
budynkami albo oglda bujnie wschodzce zasiewy. Najmilsz jednak rozrywk 
dla niego byo wej na wzgrze, uka si pod sosn i patrzy na wyrastajce 
z ziemi jak grzyby kolonie niemieckie. 
Do koca maja Hamer ju si cakowicie pobudowa, a trzej inni ssiedzi 
limaka: Gede, Treskow i Pifke, koczyli swoje folwarki. adnie byo spojrze 
na ich gospodarstwo. Kady folwark sta na rodku pl, a wszystkie podobne do 
siebie jak krople wody. Przy drodze dwumorgowy ogrd, otoczony drewnianym 
potem w kwadrat; przy jednej cianie potu dom zoony z czterech wielkich 
99 
izb, kryty gontem, a za domem ogromny dziedziniec, wokoo zamknity budynkami. 
Kada z tych budowli bya bez porwnania szersza, dusza i wysza od 
chopskich; wyglday czysto i gadko, lecz zarazem sztywnie i surowo, bo kiedy 
na chopskich chatach czy szopach dachy pochylaj si w cztery strony, u 
Niemcw dachy spaday tylko na front i na ty domu. 
Za to wida byo due okna szecioszybne i drzwi robione po stolarsku. Jdrek 
za, ktry co dzie wybiega midzy Niemcw, opowiada jeszcze, e w 
izbach jest podoga, e kuchnia w domu jest osobno i ma piece z elaznymi 
blatami. 
Takim to porzdkom gospodarskim przypatrywa si limak spod swojej sosny, 
marzc, e kiedy i on zabuduje si w podobny sposb, tylko dachy postawi 
inne. I gdy tak marzy, czasem -co Stawiao go na nogi. Chcia gdzie i i zabra 
si do jakiejkolwiek roboty, bo mu byo nudno i wstyd, e prnuje; to 
znowu ogarnia go niepokj, jakby kto puka mu do piersi i pyta: A co bdzie 
dalej?... 
Wwczas zdejmowaa go tsknota za dworem i za tymi polami, po ktrych 
niedawno chodzi z pugiem, gdzie dzi wyrosy kolonie. To znowu opanowywa 
go wielki strach, e nie da sobie rady, jak si wezm do niego Niemcy, ktrzy 
las wycili, potrzaskali kamienie, ba, wygnali samego dziedzica... 
Wnet jednak chop zbiera rozpierzchnite myli i uspokaja si. Patrzy przecie 
na Niemcw i ssiaduje z nimi ju blisko dwa miesice, i nic zego od nich 
nie dowiadcza. Robi koo swoich budynkw, byda pilnuj, eby nie wazio w 
szkod, a nawet dzieci ich nie zbytkuj, tylko ucz si w domu Hamera, gdzie 
osiad chorowity bakaarz. 
-Porzdny to nard - mwi sobie limak -i nawet lepiej z nimi, ni byo za 
dziedzica. 
Jest lepiej, poniewa od dnia przyjazdu wiele u limakw kupuj i dobrze 
pac. 
Sprzeda im do tej pory dwoje cielt, trzynacioro prosit, jedenacie gsi i 
szesnacie korcy zboa, nie liczc drobiu, masa i kartofli. Nawet zapleniay 
wianek grzybw - i ten im si przyda, i za niego zapacili. 
W miesic niespena wzi od nich limak ze sto rubli bez pracy; za co we 
dworze trzeba byo dobrze namordowa si cay rok. 
Wprawdzie ona nieraz mwia mu: 
-Co ty se mylisz, Jzek, e oni zawsze bd od ciebie kupowa? Przecie 
oni take maj gospodarstwa, i lepsze od twego. Rado z nimi bdziesz mia co 
nowyy do zimy, bo potem na owinicie palca od nas nie kupi. 
-Zobaczy si, jak bdzie - odpowiada chop. W duszy za przemyliwa, e 
choby nie kupowali Niemcy, to jeszcze niemao zarobi od tych, co kolej buduj, 
byle tylko zbliyli si w t stron. Robi nawet zakupy. Naby par wieprzkw 
od Grochowskiego, od Winiewskiego kilkoro gsi, a gdy Niemcy ju 
mniej wypytywali si o maso, kaza je onie skada i soli. 
100 
-Nie bj si - mwi - wszystko rozkupi kolejowniki. Przecie pamitasz, co 
nam te inyniery gaday. 
Par razy w swoich handlowych wycieczkach spotyka Josela, ktry patrzy 
na niego drwico i umiecha si'. 
Zy na mnie, kondel! - myla limak. - Boi si, e mu uszczypn zarobku. 
Raz zaczepi go szynkarz. 
-limaku - rzek - zrbcie wy ze mn interes. 
- Jaki tam? 
-Wybudujcie na swoich gruntach chaup dla mego szwagra. 
- A c on bdzie robi? 
-On bdzie handlowa z kolejarzami. Inaczej zobaczya, e Niemcy zabior 
nam wszystko sprzed nosa. limak pomyla i odpar: 
-Ni, nie chc yda na moim gruncie. Niejednego ju wy zjedlita, pejsaki, 
co was przyj w komorne. 
-Wy z ydem nie chcecie mieszka -odpar gniewnie Josel -ale z Niemcami 
umiecie si nawet modli. Zobaczymy, co wam z tego przyjdzie. 
-Wszy on tu, para, wielkie zarobki! - rzek do siebie limak patrzc na yda, 
ktry poblad ze zoci. 
I po trochu robi dalej zakupy. Raz naby wiartk jagie, innego dnia p 
korca krup jczmiennych, to znowu krg sada. 
Wczc si tak po okolicy (bo w swojej wsi gospodarze nie chcieli mu nic 
sprzedawa) pozna, e ceny na wszystko poszy w gr. A gdy pyta chopw i 
gospody, czemu si tak dro? -odpowiadali: 
- Po co mamy woma sprzedawa tanio, kiedy nam dzi - jutro zapac lepiej. 
- Kt wam zapaci? 
-A choby i te Niemce, co osiedli w waszej wsi. 
- To oni i u was kupuj? - spyta zaciekawiony limak. 
-Od kiedy ju... Niech ino jest co wikszego na zbyciu, wnet zajedzie Niemiec, 
jeszcze pierwej od yda, i paci bez targu. A co si dla nich miele mki 
we mynie!... Tyle, jakby na wojn szo. 
Ha! -pomyla limak -skupuj po wsiach, bo zboe jeszcze w polu, a ich 
duo narodu. 
Handlowe operacje limaka i bratanie si z Niemcami ogromnie nie podobay 
si chopom z jego wsi. Nawet pod kocioem w niedziel nie bardzo ktry 
odpowiada mu: Na wieki wiekw. Gdy za limak przechodzi koo jakiej 
gromady, wtedy gono rozmawiali midzy sob o odstpcach witej wiary 
katolickiej, ktrzy mog cign na ludzi gniew boy. 
Nawet Sobieska wpadaa do ich chaty rzadziej i ukradkiem, a raz wypiwszy 
wdki - rzeka: 
-Bo to gadaj u nas, ecie si cakiem wykrzcili na Szwaba... Prawda - dodaa 
po chwili-e Bg miosierny wszdzie jeden, ale zawdy Szwab to rzecz paskudna!... 
101 
Aby stumi plotki, za rad ony limak da jednej niedzieli wikaremu na 
wotyw i tego dnia z on i Jdrkiem by u spowiedzi. Nic mu to jednak nie 
pomogo. Wnet bowiem Grzyb pod kocioem, a Josel wieczorem w karczmie 
wytumaczyli gospodarzom, e limak nie modliby si tak gorco, gdyby na 
nim nie ciyy grzechy. 
-Musia on cosik dobrego zmajstrowa, kiedy a oboje z bab do spowiedzi 
poszli!... - mwili chopi popijajc piwo. 
W kocu maja Owczarz donis limakowi, e od kilku dni 'Niemcy przed 
wschodem soca wysyaj gdzie furmanki. Furmanki bawi za domem cay 
dzie, a wracaj pno wieczorem. Nastpnie podpatrzy Owczarz, e Wilhelm 
Hamer wywozi z domu wory mki, krup i pocie soniny. Jedzie z tym jakby do 
wsi kocielnej, ale nastpnie skrca w jar i dojrze go nie mona. 
Wiadomoci te sprawiy, e limak pocz znowu wstawa raniej i ze wzgrza 
ledzi okolic. Przekona si, e istotnie z kadej kolonii niemieckiej, skoro 
wit, wyjedaj furmanki, ale dokd? - nie mg wymiarkowa. 
Natomiast, patrzc jednego dnia troch na prawo od kocioa, zobaczy w 
pnocno-zachodniej stronie widnokrgu, daleko za polami, jaki ty punkt. 
Punkt ten ku wieczorowi powikszy si, na drugi dzie wyglda jak kreska, 
stopniowo rs, a w kocu zrobi si jakby ty pasek, zbliajcy si do Biaki. 
Jednoczenie dowiedzia si od Jdrka, e wracajce z roboty wozy Niemcw 
zawalane s piaskiem i glin. 
-A nie pytae si, gdzie oni jed? -spyta limak. 
- Pytaem, ale mnie zara przegna Fryc Hamer, ten z brod -odpar chopak. 
limakowi nagle bysna myl. 
-Ehej! - zawoa -wiem ci ja tera, gdzie oni bywaj. To pewnie kolej si ju 
buduje, ani wtpi. 
-Dziwno, e do nas nie zaglda jeszcze aden kolejnik za kupnem - wtrcia 
limakowa. 
-Bo jeszcze s daleko. Ale ja sam do nich pojad - odpar limak. - Hycle 
Szwaby! - doda po namyle - jak to strzeg sekretu, eby kto inny nie zyska... 
-A jede prdzej w tamt stron! - zawoaa kobieta. -Przecie teraz powinny 
dla nas by najlepsze zarobki. 
Chop obieca, e pojedzie jutro z rana. Poniewa jednak zaspa, troch zmarudzi, 
a potem powiedzia, e ju za pno jecha, wic ledwie nastpnego dnia 
wygnaa go z domu ona. 
Po drodze chop wstpi do wsi kocielnej, gdzie wszyscy mwili, jako o 
ma mil std od zeszego tygodnia kopi rowy i sypi way pod kolej. Byo 
nawet kilku wyrobnikw, ktrzy chcieli wynaj si do rcznej roboty, ale tylko 
jednego przyjli, a i ten wrci po trzech dniach naderwany z pracy. 
-Psia robota, nie ludzka - powiedziano limakowi we wsi. -Chocia kto ma 
konie, jecha tam warto, bo furmanki zarabiaj po cztery ruble na dzie. 
Cztery ruble?... -pomyla limak, ostro zacinajc konie. -Tego za dworskich 
czasw nie bywao!... 
102 
Z godzin jecha bocznymi drogami, nim w kocu trafi do robt. Z daleka 
ju widzia ogromne, podobne do pagrkw kupy gliny, na ktrych uwijaa si 
ze setka ludzi nietutejszych. Byy to chopy wielkie i brodate, w kolorowych koszulach, 
zadziwiajco silni. Jedni kopali glin, a drudzy odwozili j na bok w 
rozoystych taczkach, ktrych by nie ucign ko lada jaki. 
limak pokrci gow. 
-Oho! -mrukn -tego z pewnoci nasz czowiek nie udwignie. 
I ze zdumieniem oglda gry i przepacie, w tak krtkim czasie vygrzebane 
ludzkimi rkami. 
Podjechawszy bliej zaczepi jednego z taczkarzy, lecz ten mu lawet nie odpowiedzia, 
zajty swoj cik robot. Na szczcie dojrzao go paru takich, 
ktrzy nic nie robili, a midzy nimi ydek w krtkim surducie. 
- Co to chcesz, gospodarzu? - spyta limaka. 
-Przyjechaem si zapyta -odpar zakopotany chop obracajc czapk w 
rku - przyjechaem si zapyta, moe panowie potrzebuj krupw albo sada?... 
-Mj kochany -odpar ydek -my tu mamy swoich dostawcw. Dobrze 
bymy wyszli, gdyby nam przyszo kupowa kad kwart kaszy od chopw!... 
Wielgie to musi pastwo!... -pomyla zawstydzony limak. -Nie chc 
kupowa od chopw, pewnie wszystko bior od lachty... 
ydek ju odchodzi. Nagle limak kaniajc mu si do ziemi zapyta znowu: 
- Dopraszam si te aski, a furmank bym u pastwa nie zarobi?... 
ydkowi podoba si ten objaw pokory. 
-Jed, kochanku -rzek -w tamt stron, gdzie wo piasek i wir, to moe 
ci wezm. 
Chop ukoni si jeszcze niej, siad na wz i okrajc kawa drogi przez 
wwozy dobi si do innego miejsca plantu, gdzie sypano olbrzymi wa z piasku. 
Tu zobaczy kilkadziesit furmanek, a midzy innymi wozy niemieckich kolonistw. 
Dojrzeli go i oni, bo wnet znalaz si przy nim i Fryc Hamer. Wyglda jakby 
dozorca. 
- Skde si tu wzi? - zapyta gniewnie. 
- Chciaem si i ja wynaj do roboty. Niemiec zmarszczy brwi. 
-Nic tu nie zarobisz - rzek. Widzc za, e limak oglda si i czeka, poszed 
do pisarza i chwil z nim porozmawia. Teraz pisarz przybieg do chopa, 
ju z drogi woajc: 
-Nie trzeba furmanek! nie trzeba... I tych mamy za duo... Nie masz tu co 
czeka, bo innym drog zawalasz. Zjed na bok!... 
Rozkaz' ten wypowiedziany szorstko, podniesionym gosem, zmiesza potulnego 
chopa. limak skrci na bok konie tak prdko, e mao wozu nie wywrci, 
i jeszcze prdzej odjecha. Zdawao mu si, e obrazi jak wysok 
wadz, ktra wycia las, wygnaa szlachcica, nasaa na wie kolonistw, a te
103 
raz nawet ziemi przewraca na wspak, ryjc wwozy tam, gdzie byy gry, i 
wznoszc gry na paszczyznach. 
Jecha tedy, gsto zacinajc konie, a po gowie latay mu zamcone myli, e 
lada chwil kto pochwyci go za kark i wtrci do wizienia wrzeszczc: Jake 
ty mia, chamie, prosi o tak robot, do ktrej wzili si Niemcy?... 
Z godzin bdzi po jarach, nim w kocu wydosta si na otwarte pole. 
Spojrza za siebie i widzia te wzgrza skopanej gliny, spojrza przed siebie i 
spostrzeg wie kocieln. To go otrzewio. 
Przecie z tej wsi chodzili chopy do roboty i nikt si na nich nie gniewa? pomyla 
Sumak. Nastpnie za przypomnia sobie, e przy zwzce piasku i wiru 
byy nie tylko furmanki Niemcw, ale i chopskie. Zatem i chopom wolno 
zarabia przy kolei, nie tylko Szwabom. A jeeli wolno, wic dlaczego on zosta 
wypdzony, jeszcze tak prdko, e mu nawet rozejrze si nie dali? 
Pniej przypomnia sobie Fryca Hamera, jego cignite brwi, jego rozmow 
z pisarzem i zrozumia, co si dzieje. Oto wygnali go za namow kolonisty. 
Z pocztku sam sobie nie chcia wierzy, lecz wnet znalaz nowe dowody 
dla swoich podejrze. Dlaczego to kolonici ukradkiem wyjedali z domu na 
robot? Widocznie, aby ich limak nie podpatrzy. Albo dlaczego Fryc Hamer 
wypdzi Jdrka, kiedy chopak pyta parobkw, gdzie jed? Znowu dlatego, 
aeby limak nie dowiedzia si o korzystnej robocie. 
-O psie wiary! - mrukn chop i po raz pierwszy uczu wstrt do Niemcw. 
Nie dziwi si, e s chciwi na zarobek, ale go do gbi duszy oburzao, e 
chcieli ukry rzecz tak widoczn, jak roboty przy kolei. 
- Chytre Judasze! ydw przecigny!... - mwi chop, a w sercu gniew mu 
kipia. 
Wrciwszy do domu limak krtko powiedzia onie, e roboty nie dosta. 
Nastpnie wybra si do kolonii Hamera. 
Zbliajc si do nowego folwarczku dojrza w ogrodzie kilka Niemek, ktre 
kopay zagony, a midzy opotkami kilku mczyzn. By tam stary Hamer, jacy 
dwaj kolonici i ydek, penomocnik Hirszgolda. Z ruchw ich i zaognionych 
twarzy domyli si limak, e rozmawiaj o czym bardzo wawo, a kto wie, 
czy si nie kc. 
Hamer take pozna chopa, lecz widocznie Unika z nim spotkania: odwrci 
si bowiem tyem do drogi i ze swymi towarzyszami poszed na dziedziniec, 
a pod stodo. 
-Patrzajta go -mrukn limak -jaki mdry! Wie on, po co tu id... Ale 
zdybi ja ci i wszystko powiem do oczw. 
Za kadym jednak krokiem naprzd mika w nim odwaga, a w kocu zupenie 
go opucia. 
Juci on pan ca gb - myla chop o Hamerze - a ja biedak. Jak mu co 
powiem, gotw mnie potrci i gdzie wtedy znajd sprawiedliwo? 
- Trza wraca do dom!... - szepn. 
104 
Ale znowu al straconego zarobku nie pozwala mu wraca z niczym. Wic 
waha si. Co troch postpi naprzd, to opiera si o plot i niby patrzy, co 
Niemki kopi w ogrodzie. W ten sposb z wolna zbliy si do domu Hamera, 
ale ju nie mia miaoci wej na dziedziniec. 
W mieszkaniu kolonisty jedno okno byo otwarte i rozlega si szmer podobny 
do brzczenia pszcz w ulu. Chop podszed bliej i zobaczy w wielkiej 
izbie gromad dzieci siedzcych na awkach. Jedno z nich co opowiadao krzykliwym 
gosem, a inne szemray. Porodku izby przechadza si chorowity bakaarz 
z lini w rku, woajc od czasu do czasu: 
-Sztyl!... 
Bakaarz przypadkiem wyjrza za okno i zobaczywszy chopa da mu jaki 
znak. Po chwili w izbie dzieci zaszemray jeszcze mocniej, a na rodku ukazaa 
si crka bakaarza z ksik, powtarzajc od czasu do czasu dwicznym i 
rzewnym gosem: 
-Sztyl!... 
Gada im: stul gb... - pomyla chop. 
Wtem usysza za sob cikie stpanie i kaszel. Odwrci si: za nim sta 
bakaarz. 
-Przyszlicie zobaczy, jak ucz si nasze dzieci? - rzek bakaarz z umiechem. 
-Boga tam - odpar chop. - Przyszedem powiedzie waszemu Hamerowi, 
e je podlec, bo mnie pozbawi zarobku. 
I opowiedzia, jak go dzi wypdzono od robt przy kolei za namow Fryca 
Hamera. 
Bakaarz kiwa gow. 
-Robi oni tak samo i naszym - odrzek, -O, teraz wanie Treskow i Fabrycjusz 
kc si z Hamerem, e ich odsun od dostaw przy kolei i e penomocnik 
Hirszgolda dusi ich o pienidze za grunta. 
- Niech si ta swarz midzy sob i z ydem - odpar chop. Ale 
com ja winien, e mnie chc zgubi? Przez ich chytro czowiek teraz 
nie zarobi grosika. A c to, mam z godu zdycha?... Za co?... 
- Co prawda, zalewacie wy im sada za skr - rzek po namyle bakaarz. 
- Co ja im robi? 
-Wasze grunta le we rodku gruntw Hamera, co mu psuje gospodarstwo 
-mwi bakaarz. - Ale to jeszcze nic. Hamer myla, e mu sprzedacie bodajby 
t gr z sosn, gdzie chce postawi wiatrak dla Wilhelma. 
- Co im po wiatraku, kiej maj tyle ziemi? 
-Mieliby wikszy zarobek. Jak za Hamer nie zbuduje wiatraka, to na przyszy 
rok z pewnoci wybuduje go Gede dla swego siostrzeca. 
- To czemu Hamery nie stawiaj na swoim gruncie? 
-Bo oni maj same niziny. Najyniejszy to grunt ze wszystkich kolonii i 
mdrze go wybrali - mwi bakaarz -ale wiatraka na nim nie postawi... 
105 
-A c ich tak ten wiatrak opta! -przerwa gniewnie limak uderzajc pici 
w pot. 
-Wielki to interes - odpar ciszej bakaarz. -Gdyby Wilhelm mia dzi wiatrak, 
to za dwa tygodnie oeniby si z crk mynarza Knapa z Woli i wziby 
za ni dwadziecia tysicy rubli... Dwadziecia tysicy rubli!... A jak tych pienidzy 
nie bdzie, to Hamerowie mog zbankrutowa... Dlatego - zakoczy bakaarz 
-wy im stoicie koci w gardle. Bo gdybycie sprzedali wasz grunt, oni 
by wam dobrze zapacili i sami wyszliby z kopotw, 
-Nie sprzedam -odpar chop. -Anim ja ich namawia, eby tu leli, ani 
chc gin dla ich dobra. Kiedy chop wyjdzie z ojcowizny, ju po nim... 
- Bdzie bieda - rzek bakaarz rozkadajc rce. 
-To niech se bdzie. Jo dla nich nie zgin dobrowolnie. Po tych sowach 
limak poegna bakaarza i wrci do domu nie majc nawet ochoty widzie si 
z Hamerem. Dopiero dzi zrozumia, e midzy nimi zgody by nie moe i e 
ten wygra, kto drugiego przetrzyma. 
-Wola boska! - rzek chop i przez drog szepta pacierz. Niejasne przeczucie 
mwio mu; e zaczynaj si dla niego cikie czasy. 
W kilka dni po rozmowie z bakaarzem limak o wschodzie soca zosta 
zbudzony przez Owczarza. 
-Wstawajcie, gospodarzu! -mwi zadyszany parobek -wstawajcie i wyjdcie, 
bo cosik koo rzyki zebraa si kupa ludu. 
limak zerwa si, przyodzia i pdem pobieg w jary, skd dolatyway go 
jakie gosy. Z kwadrans przedziera si przez krzaki porastajce wywozy i gry, 
nim wydosta si na rwnin. Tu, nad Biaka, zobaczy gromad kopaczw i 
taczkarzy, wozy kolonistw i wozy kilku gospodarzy ze wsi. Midzy nimi znajdowa 
si Winiewski. 
limak przypad do niego. 
- Co si tu dzieje? - spyta. 
-Maj stawia grobl, a potem most nad Biaka -odpar Winiewski. 
- A c wy tu robicie? 
-Naj nas Fryc Hamer do woenia piasku, to i jestemy. Teraz limak dojrza 
w gromadzie obu Hamerw: Fryca i starego, i podszed do nich. 
-Dobre z was ssiady - rzek z gorycz. -A na wie chodzilita po furmanki, 
ale mnie aden nie zawoa do roboty... 
-Jak bdziesz mieszka na wsi, to i ciebie zawoamy - odpar Fryc odwracajc 
si do niego tyem. 
W pobliu sta midzy kopaczami jaki pan wygldajcy na starszego. limak 
zbliy si do niego i zdjwszy czapk pocz mwi: 
-Jest tu sprawiedliwo, wielemony panie, eby Niemcy bogaciy si przy 
kolei, a ja nawet grosza nie zarobi, cho siedz tu pod rk? Tamtego roku byo 
u nas w chaupie dwu panw, co obiecywali, e zrobi wielkie pienidze, jak 
zaczn kolej budowa. No, i buduj pastwo kolej, ale ja nawet koniskw nie 
ruszyem ze stajni. Taki Niemiec, ktry liczy si na siedem wk ziemi, jeszcze 
106 
akomi si na zarobek. A ja, cho mam ino dziesi morgw i straciem robot 
bez to, e dworu u nas nie stao, chodz jak dziad i prosz. Przecie i ja mam on 
i dzieci, parobka, dziewuch i kilkoro byda. Wic my wszyscy musimy 
zmarnie, dlatego e si Niemce na nas zawziy? Czy to jest sprawiedliwo, 
wielemony panie? 
Tak mwi jednym tchem limak coraz kaniajc si do ziemi. Starszy pan z 
pocztku patrzy na niego zdziwiony; wnet jednak zrozumia, o co chodzi, i 
zwrci si do Fryca Hamera z pytaniem: 
-Dlaczego nie wzie go pan do roboty? Fryc wystpi par korkw naprzd 
i hardo patrzc na nieznajomego odpar: 
-A czy pan zapaci za mnie kar, jak ktrego dnia nie dostawi furmanek?... 
Pan za furmanki nie odpowiada, tylko ja. No, wic ja bior takich ludzi, ktrym 
ufam, e mi nie zrobi zawodu. 
Starszy pan z gniewu przygryz wargi, ale milcza. Po chwili rzek do limaka: 
-Pomc ci, mj bracie, w tym wypadku nie mog. Za to ile razy przyjad w 
wasz okolic, bdziesz mnie odwozi. Zarobisz niewiele, zawsze troch. Gdzie 
mieszkasz?... 
limak wskaza dym unoszcy si za jarami mwic, e tam jego chaupa. 
Gdy za pan odchodzi do robotnikw, ktrzy czekali na dyspozycje, obj go na 
poegnanie za nogi. 
Zmiarkowawszy, e nie ma na co czeka, chop zawrci ku domowi. W 
drodze zaczepi go stary Hamer. 
- A co? - mwi stary - jak le, ecie mi nie sprzedali gruntu' Ja wiedziaem, 
e nie wytrzymacie z nami. Teraz bdzie jeszcze gorzej, bo Fryc rozgniewa si 
na was. 
-Pan Bg mocniejszy od Fryca - odpar chop. 
-. Namylcie si -mwi Hamer. - Zapac wam siedemdziesit pi rubli za 
morg. 
-I drugie tyle nie wezm - rzek limak. 
-Bdzie wam bieda, bo tu ju nic nie zarobicie. Wam trzeba albo siedzie 
przy dworze, albo mie duo gruntu. Za Bugiem kupilibycie najmniej dwadziecia 
morgw za to, co wemiecie ode mnie. 
-Jo za Bug nie pjd. Niech inni id, kiej tam tak dobrze. 
Rozeszli si, obaj gniewni. Kiedy limak ju pod jarami odwrci gow, 
zobaczy Hamera, jak stojc w tym samym miejscu, z rkami w kieszeniach i 
fajk w zbach, patrzy za nim ponuro. A kiedy znowu Hamer idc do kolonii 
spojrza za siebie, dostrzeg na wzgrzu chopa, ze skrzyowanymi na piersiach 
rkoma, ktry smutnie umiecha si i kiwa gow. 
Kady z nich lka si drugiego i myla: co te on knuje i o co si tak zawzi? 
Nasyp kolejowy wci rosn i z wolna posuwa si od zachodu na wschd. 
Za kilka lat toczy si bd po nim co dzie setki wagonw z szybkoci lotu 
107 
ptaka, rozwoc ludzi i dostatki, bogacc monych, uboc biednych, umacniajc 
silnych, druzgocc sabych, rozlewajc mody i mnoc wystpki, co wszystko 
razem nazywa si cywilizacj. Ale limak nie wiedzia o cywilizacji i moe 
dlatego jedno z jej piknych dzie wydawao mu si czym zowrogim. 
Gdy wszed na swoje wzgrze przypatrywa si robotom, widok kolejowego 
nasypu za kadym razem budzi w nim pospniejsze myli. To zdawao mu si, 
e wa piaszczysty jest wysunitym jzykiem olbrzymiego gadu, ktry siedzi w 
borze, na zachodniej granicy horyzontu, i przypeznie tu lada dzie, aby mu pore 
chudob. To znowu, e nasyp jest granic, ktra jego wie oddzieli od 
reszty wiata. Roboty prowadzono ju w piciu miejscach, po obu brzegach rzeki, 
sypic w jednej linii wzgrza majce ksztat mogi. limak dostrzega to podobiestwo 
i marzy, e ukoczony nasyp jest niby olbrzymim palcem, ktry 
ukazuje mu jeden za drugim -cztery groby... 
Powoli jednak przerwy midzy waami wypeniy si: groby zniky i zostao 
tylko jedno dugie wzgrze piasku, wycignite prosto jak strzaa. W kadej porze 
dnia nasyp przypomina swoj obecno; w poudnie rzuca blask racy 
oczy, w nocy wieci jak linia wykrelona fosforem na murze. 
Owczarz take przypatrywa si dziwowisku, ktre i jemu wydawao si 
buntem przeciw porzdkowi wiata. 
-Niesychana rzecz -mwi kulawy parobek -sypa tyle piasku na pole i 
jeszcze zacienia wod. Biaka jak przybierze, nie zmieci si w tym otwarciu, 
co go dla niej zostawili. 
limak teraz dopiero spotrzeg, e koce nasypu z obu stron prawie dotykaj 
brzegw rzeki. Poniewa jednak umocniono brzegi murowanymi przyczkami, 
wic nie widzia w tym nic niebezpiecznego, przynajmniej dla siebie. 
-Tak - odpowiedzia Owczarzowi. - Z tamtej strony wau woda moe rozla 
si na pola, ale nam nic nie zrobi. 
Niemniej zastanowio go, e Hamerowie na swoim brzegu Biaki z wielkim 
popiechem w niszych miejscach budowali nasypy, jakby lkajc si, e w razie 
przyboru rzeka moe zala im pole. 
Mdre Szwaby! -myla chop. -Warto by i na naszym brzegu zrobi to 
samo. Wic planowa, e jak zbierze siano, wwczas oddzieli swoje pole waem 
od niemieckiej ki, a plecionym potem umocni podstawy wzgrz, aby ich 
woda nie podmya w razie wypadku. Zdawao mu si nawet, e ju dzisiaj, kiedy 
jest tyle wolnego czasu, mona by wzi si do stawiania potw, ale -zacz 
odkada z dnia na dzie i skoczyo si, jak zwykle, na zamiarach. 
Nie mg przewidzie, jak straszne za to spotka go nieszczcie. 
By pocztek lipca, kiedy po sianokosach dochodzi zboe, a ludzie gotuj si 
do niwa. limak zebra siano i zwlk je na podwrek, aby do reszty wyscho, a 
Niemcy zajli swoj k i natychmiast oddzielili j erdziowym potem od 
gruntw chopa. Lato tegoroczne odznaczyo si wielkimi upaami; pszczoy 
roiy si, zboa ky, wody Biaki toczyy si pycie, ni zwykle, a przy kolejowym 
nasypie trzech kopaczy zmaro skutkiem poraenia sonecznego. Do
108 
wiadczeni gospodarze lkali si albo dugich deszczw na niwa, albo grado
wej burzy lada dzie; w kilku bowiem dalszych miejscowociach spady grady. 
Istotnie przysza burza. 
Ranek tego dnia by gorcy i duszny; ptaki niewiele pieway, winie nie 
chciay re i zmczone kryy si midzy budynkami szukajc cienia. Wiatr 
zrywa si, to sabn; raz by suchy i gorcy, to znowu chodny i wilgotny; czsto 
zmienia kierunek spdzajc z rnych stron gste oboki, ktre w wyszych 
warstwach zdaway si pyn ku zachodowi, w niszych ku pnocy. 
Okoo dziesitej znaczna cz nieba, na pnoc od kolejowego nasypu, zasnua 
si cikimi chmurami, ktre szybko zmieniajc barw z popielatego przeszy 
w kolor elazny, gdzieniegdzie zupenie czarny. Zdawao si, e w grze 
pal si sadze, ktre w olbrzymich kbach rozlay si nad ziemi i szukaj miejsca, 
gdzie by opa. Chwilami masa chmur rozdzieraa si na pojedyncze kby, 
a wtedy spomidzy szczelin paday na zamroczone pola jakie smutne blaski. 
Chwilami chmura zniaa si do ziemi, a wwczas tony w niej wierzchoki 
drzew oddalonego lasu. Wnet podpywa pod ni ciepy wiatr i z tak gwatownoci 
wyrzuca do gry, e z uciekajcych obokw dary si strzpy i jak poszarpany 
achman zwieszay nad polami. 
Nagle za wsi kocieln ukaza si rudy obok, szybko lecc wzdu kolejowego 
nasypu. Wiatr zachodni dmuchn silniej, jednoczenie uderzy go' z boku 
wiatr poudniowy; z nasypu, z gocicw i cieek zerway si gste tumany 
kurzawy, a rozwalajce si po niebie chmury zaczy gucho warcze. 
Na ten odgos kopacze i taczkarze, pracujcy przy kolejowym nasypie, porzucili 
narzdzia uszykowani we dwie due gromady, poszli - jedni ku dworowi, 
drudzy ku stojcym na polu barakom. Zajci przy budowie kolonici i chopi 
wysypawszy piasek z wozw pdzili cwaem do domu. Z pola zgoniono bydo, 
kobiety cofny si z ogrodw pod strzechy; wiat opustosza. 
Grzmot za grzmotem zwiastowa coraz nowe zastpy chmur, ktre toczc 
si ju na wikszej czci nieba, stopniowo zamieway soce. Zdawao si, e 
wobec czarnych kbw, obadowanych piorunami, ziemia przysiada i z trwog 
ledzi burz jak kuropatwa wacego si nad polem jastrzbia. Krzaki tarniny i 
jaowcu cicho powistyway nawoujc do bacznoci; zaniepokojony kurz zrywa 
si z gocica i kry midzy zboem. Mode kosy szemrzc tuliy si do 
siebie, woda w rzece zmtniaa. Daleki las hucza. 
Tymczasem w grze, z przesyconych elektrycznoci tumanw, wyklu si. 
jaki ciemny zarodek siy twrczej, ktra rozejrzawszy si po ziemi zapragna 
naladowa Ojca Przedwiecznego i z wiotkich chmur stwarza ywe ksztaty. 
Oto ulepia wysp; lecz nim miaa czas mrukn: Dobrze jest!...- przylecia 
wiatr i wysp rozwia. Oto wznosi olbrzymi gr; lecz nim dosiga szczytu, 
znowu przylecia wiatr i zdmuchn podstaw. Teraz w jednym miejscu usiuje 
stworzy lwa, a w drugim ptaka; wnet z ptaka zostao tylko podarte skrzydo, a 
lew rozpyn si w nieksztatn m. 
109 
Wtedy widzc, e gry i wyspy wzniesione rk Pana trwaj wieki, a jej ledwie 
sekund, e ulepione przez ni postacie nie maj ani duszy, ani sensu, ani 
nawet siy oparcia si ndznym podmuchom, e caa jej praca na nic, a caa jej 
potga jest tylko mar, wtedy widzc, e nic nie stworzy, ciemna moc zawrzaa 
gniewem i - zapragna zniszczy wszystko, co jest na ziemi. 
Midzy chmurami, koujcymi jak czarne stado wron, rozlegy si zowrogie 
podmuchy. To wadczyni wydaje rozkazy: Widzicie rzek, ktra przedrzenia 
nas?.., W odpowiedzi co rozdaro si od nieba do ziemi i w rzek uderzy piorun. 
Syszycie zgiek lasu? On nam urga!... Poow nieba przeleciaa byskawica 
i drugi piorun uderzy w las. Zbijcie te pola gradem!... Zmyjcie te gry 
deszczemi... I posuszne tumany rzucaj si na gry i na pola: Ha... ho!... ha-
ho!... Pada na ziemi jedna wielka kropla, za ni druga... setna... tysiczna... 
Ha... ho!... ha-ho!... Jedno ziarno lodu, drugie... setne... To przednia stra. Wichry 
dm pobudk, deszcz bbni, chmury jak psy puszczone ze smyczy wyj, 
tocz si, depcz; jedna kropla popdza drug, cigaj si, wyprzedzaj, nareszcie 
- cz si w strumienie pynce od nieba do ziemi. Soce zgaso, a deszcz i 
grad zlay si w niszczc mas, ktrej cel i kierunek pokazuj migotliwe byskawice. 
Po godzinnej ulewie zziajana burza spocza, a wwczas byo sycha szum 
Biaki, ktra wystpia z koryta. Ca szerokoci gocicw pyny brudne 
wody, strumienie szeleciy po bokach wzgrz, ki byy zalane, z drugiej strony 
nasypu utworzyo si jezioro. 
Po chwili wzmoga si ciemno; z rozmaitych punktw horyzontu znowu 
trysny byskawice, ulewa spotgowaa si, piorun uderzy w gociniec. Pionowe 
potoki deszczu wiatr pcha w ukos, kbi je i szarpa; wiat zaton w mglistej 
kurzawie. 
U limaka podczas burzy wszyscy zebrali si w pierwszej izbie. Owczarz na 
rogu awy ziewa, obok niego Magda niaczya owinit w sukman sierotk 
przypiewujc jej cichym gosem: 
a, a, a!... Gospodyni chodzia z kta w kt gniewna, e deszcz zala ogie 
na kominie, a limak wyglda oknem mylc: czy ulewa nie zniszczy mu urodzaju?... 
Tylko Jdrek by wesoy: wybiega przed dom mokn na deszczu do 
nitki, a potem ze miechem wpada do izby namawiajc Magd i Staka, aeby 
szli z nim razem. 
-Chodzi, Stasiek! -mwi cignc brata za rk. -Taki deszcz ciepy, e 
ha!... Ino ci zmyje, a zara si rozweselisz... 
- Niechaj go - odezwa si ojciec - bo on markotny. 
- I sam po dworzu nie lataj, bo mi ca izb zalejesz - wtrcia matka. 
W tej chwili uderzy piorun. 
-Sowo stao si ciaem... -szeptaa kobieta. Magda przeegnaa si. 
Owczarz przetar oczy, lecz znowu pocz drzema, a limak mrukn: 
- Gdziesi blisko... 
Jdrek z umiechem przysuchiwa si oskotowi gromu. Nagle zawoa: 
110 
-To ci huk!... O, albo i tera?... Z dziesiciu fuzjw eby wypali, to by tak 
nie hukno! Folguje se Pan Jezus, nie bj si... 
-Cicho, gupi - oburzya si matka -bo jeszcze w ciebie strzeli. 
-Niech strzylo! - odpar hardy chopak. -Jak me wezm do wojska, to jeszcze 
lepiej bd strzyla, a nic mi nie zrobi... 
I znowu wylecia przed dom, aby zaraz wrci zlanym od stp do gw. 
-Ten hycel Jdrek niczego si nie boi - mwia udobruchana matka spogldajc 
na ma. limak wzruszy ramionami. 
- Albo on nie chop? 
Owczarz drzema, od czasu do czasu oganiajc si machinalnie przed muchami. 
A na dworze la potop, grzmiao bez przerwy, byskawice zapalay si 
we wszystkich punktach nieba. 
W tej gromadce ludzi, o stalowych nerwach, gdzie jeden myla o swoim 
plonie, drugi spal, a trzeci bawi si nawanic, by przecie taki, ktry ca istot 
odczuwa okropno burzy. By to Stasiek, chopskie dziecko, nie wiadomo skd 
-nerwowe. 
On wraz z ptakami przeczu nadcigajc ulew i od rana tua si po domu 
niespokojny. On patrzc na chmury odgadywa tam jakie narady i domyla si 
zych zamiarw. On czu bl trawy bitej deszczem i dra na myl: jak musi by 
chodno ziemi zalanej wod? Powietrze przesycone elektrycznoci kuo go po 
caym ciele, byskawice paliy mu wzrok, a kade uderzenie piorunu zdawao 
si, e trafia go w gow i serce. 
Stasiek nie lka si burzy, tylko od niej cierpia, a cierpic rozmyla: skd 
si bior i dlaczego tak straszne rzeczy na wiecie? 
Byo mu bardzo le. Niekiedy zamyka oczy, aby nie widzie byskawic, ale 
wwczas zdawao mu si, e widzi byskawice wewntrz siebie, i przejmowa 
go strach. Niekiedy zatyka uszy, aby nie sysze grzmotw, ale by to rodek 
bezskuteczny dla nadmiernie wraliwego suchu. Chodzi wic z izby do alkierza, 
a z alkierza do izby, jak bdny; czasem wyglda przez okno albo bez powodu 
uchyla drzwi do sieni, albo pokada si na awie. Byo mu le, wszdzie 
le, szczeglnie tu, gdzie nawet nikt na niego nie patrzy. 
Chcia porozmawia z Owczarzem, ale Owczarz spa. Zaczepi Magd, ale 
ona bya zajta niaczeniem sieroty. Spojrza na Jdrka, a ten zaraz chcia go 
wycign na deszcz. Zbolay i udrczony przytuli si do matki, lecz matka, 
rozgniewana, e deszcz zala jej ogie, odsuna go mwic opryskliwie: 
-O, daj mi ta spokj! Akurat bd si z tob bawi, kiedy obiad zepsuo... 
Znowu wszed do alkierza i pooy si na kufrze, ale pieka go twarda deska. 
Wic wsta, wrci do izby i opar si na kolanach ojca. 
-Tatulu -rzek cicho wskazujc na ulew za oknem - czego ono takie ze? 
- Kto go ta wie. 
-Czy to Pan Bg robi zawieruch? 
-Musi, e Pan Bg. 
111 
Chopiec obj go za nogi; byo mu troch lej i spokojniej, lecz e w tej 
chwili ojciec poprawi si na awie, wic i on odsun Staka. 
Odepchnity po kolei przez wszystkich, dostrzeg Burka pod aw; wsun 
si tam i cho pies by przemoky, pooy na nim gow i ogarn go rkoma. 
Na nieszczcie spostrzega to matka. 
-No, patrzajcie - zawoaa -co on dzi wyrabia, ten chopak?... A dy odsu 
si od psa, bo ci jeszcze piorun ustrzeli... Poszed, Burek, do sieni!... 
Pies widzc, e gospodyni szuka drewna, podwin ogon i szybko umkn za 
drzwi, a Stasiek w ludnej izbie znowu zosta sam, sam jeden ze swoim niepokojem. 
Zachowanie si jego zastanowio w kocu matk, ktra mylc, e Stasiek 
musi by godny, podaa mu kromk chleba. Chopiec wzi chleb do rki, 
kawaek ugryz, lecz zamiast je - rozpaka si. 
-Lo Boga witego, Stasiek, co tobie jest? - krzykna matka. -Boisz si czy 
co?... 
-Ni. 
- To czego taki niemrawy? 
-Bo mnie trapi - wyszepta wskazujc rk na piersi. limak, ktrego take 
trapia obawa o plony, pogaska Staka i rzek: 
-No, nie frasuj si, nie frasuj... Choby -si Panu Bogu spodobao zniszczy 
nam zasiewy, to przecie z godu nie pomrzemy. 
A zwracajc si do ony doda: 
- Widzisz, e on, cho z was najmniejszy, ma najlepszy rozum, bo frasuje si 
gospodarstwem. 
Burza stopniowo ucicha; jednoczenie zwrci uwag limaka niezwyky 
szum w stronie rzeki. Chop prdko zdj buty i podnis si z awy. 
- Gdzie ty idziesz? - zapytaa ona. 
- Wyjrz - odpar - bo cosik jest tam niedobrego. Wyszed i po upywie kilku 
pacierzy wrci zadyszany. 
- A co, jakem zgad! - zawoa na progu. 
- Zboe nam wytuko?... - krzykna ona. 
-Zbou niewiele zego -odpar - ale kolejnikom przerwao grobl... 
- Jezu! Jezu!... 
-Woda wali bez k i siga naszego podwrka... A e hycle Szwaby postawiy 
na swoim brzegu tam, wic nam u jado kawaek gry... 
- Lo Boga!... I duy?... 
-Nieduy, ale zawdy jakby ze dwa piece. I tego szkoda. 
- A do stajni nie zagldalita? - spyta Owczarz. 
-Jakeby nie? W stajni woda, w oborze woda, wreszcie i tu w sieni peno 
wody- Deszcz ustaje, a na zachodzie czysto. Zara trza wyla, bo dobytek si pochoruje. 
- A siano? 
- Zmoko, ale da Bg pogod, to wyschnie. 
112 
-Magda, rozpal ogie!... - zawoaa gospodyni -Jdrek, we szaflik i nieck 
i wybieraj wod z sieni, a wy gnajcie z Owczarzem do byda. Znajda niech se tu 
zostanie na awie. 
- Daj klucz do spichrza - rzek limak - wezm szufl. 
Gdy soce wyjrzao zza chmur, ju dom limaka by w ruchu. Na kominie 
pon ogie, gospodyni z Magd i Jdrkiem osuszali sie, gospodarz z parobkiem 
wylewa wod ze stajenki. 
Jednoczenie po drugiej stronie rzeki zebraa si gromada Niemcw. Dostrzegli 
oni na powierzchni Biaki pynce szczapy drzewa i postanowili je wyapa. 
Uzbrojeni w dugie patyki, pozawijali spodnie wyej kolan i, brodzc, 
ostronie zbliali si do gwnego prdu. 
W miar sabnicia burzy Stasiek uspokaja si. Nie upao go w gowie, nie 
kuo w rkach ani po skrze nie chodzio co jakby mrwki. Jeszcze niekiedy 
zdawao mu si, e grzmi; wyta such... nie, nie grzmoty. To ojciec z Owczarzem 
wylewajc wod ze stajni tuk szuflami o prg. 
A w sieni chaty bieganina i haas; to Jdrek, zamiast wybiera wod, droczy 
si z Magd. 
-Ej, Jdrek, ustatkuj si! - woa matka -bo jak zapi co twardego, narobi 
ci siniakw... 
Ale Jdrek mieje si jeszcze lepiej, a i w gosie matki czu, ze cho si 
gniewa, jest wesoa. 
W serce Staka wstpuje otucha. Gdyby te wyjrze na podwrek?. .. Lecz nu 
zobaczy nad chaup tak straszn chmur, jak przed burz?... Ii, co tam!... 
Wychyli za drzwi gow, spojrza i zamiast chmury zobaczy bkit niebieski; 
poszarpane oboki mkn gdzie na wschd za wzgrza i lasy. Siedzcy w szopie 
kogut zaopotawszy skrzydami zapia i jakby w odpowiedzi zza chaupy pokazao 
si soce. Na krzakach, na zbou i trawie bysny krople rosy, jak mga ze 
szklanych paciorkw; ciemn sie przeciy zote smugi, w czarnych kauach 
odbijao si pogodne niebo. 
Staka opanowaa rado. Wylecia na podwrko i zacz biega po najwikszej 
wodzie, cieszc si, e mu spod ng wytryskuj tczowe snopy wiata. 
Potem zobaczywszy kawaek deski cisn j na kau, stan na niej z patykiem 
w rku i wyobraa sobie, e pywa. 
- Chodzi, Jdrek!... - zawoa na brata. 
-Osta si tu, dopki wody nie wylejesz! - krzykna matka. Tymczasem po 
drugiej stronie rzeki gromada Niemcw chwytaa pynce drzewo. Gdy udao 
si im upolowa wiksz sztuk, miejc si krzyczeli: hura! A gdy od razu 
nadpyno kilka szczap, ogarn ich taki entuzjazm, e chrem zaczli piewa: 
Es braust ein Ruf, wie Donnerhall, 
Wie Schwertgeklirr und Wogenprall: 
Zum Rhein, zum Rhein, zum deutschen Rhein, 
Wer will des Stromes Huter sein? 
113 
Lieb Vaterland, magst ruhig sein, 
Lieb Vaterland, magst ruhig sein; 
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!... 
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!... 
Stasiek zeskoczy ze swej deski. On, tak wraliwy na melodi, pierwszy raz 
w yciu usysza chr, piewany przez kilkanacie mskich gosw. Upojonemu 
radoci i blaskami soca zdawao si, e marzy. Zapomnia, gdzie jest, zapomnia, 
czym jest, tylko sucha - skamieniay z zachwytu. 
Po krtkiej pauzie, przerwanej pluskiem i miechem, Niemcy zaczli znowu: 
Durch Hunderttausend zuckt es schnell, 
Und aller Augen blitzen hell, 
Der Deutsche bieder, fromm und stark, 
Beschutzt die heil'ge Landes Mark; 
Lieb Vaterland, magst ruhig sein, 
Lieb Vaterland, magst ruhig sein; 
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!... 
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!...
Chopak nie sysza wyrazw, nie pojmowa melodii, tylko -czu potg 
ludzkich gosw. Zdawao mu si, e zza pagrka i zza rzeki pyn jakie fale, 
ktre go obejmuj niewidzialnymi ramionami i, niby pieszczc, gwatem cign 
do siebie. Chcia pobiec ku domowi i zawoa Jdrka, ale nie mg odwrci 
gowy; chcia sta w miejscu, ale co pchao go naprzd. Zacz wic i, jak 
odurzony, z wolna, prdzej, coraz prdzej, w kocu zacz biec i -znikn za pagrkiem. 
A gosy z tamtej strony rzeki woay: 
Er blickt hinauf in Himmelsau', 
Die Heldenvater niederschau', 
Und schwort mit stolzer Kampfeslust: 
Du, Rhein, bleibst deutsch, wie meine Brust!... 
Lieb Vaterland, magst ruhig sein, 
Lieb Vaterland, magst ruhig... 
Nagle piew umilk, a po chwili rozlegy si krzyki: 
- Bywaj!... Bywaj!... 
limak i Owczarz przerwali robot w stajni i z szuflami w rkach przysuchiwali 
si pieni Niemcw. Naga cisza i nastpne krzyki zdziwiy ich obu, ale 
parobka co tkno. 
- Lecie no, gospodarzu - rzek Maciek kadc szufl - czego oni si dr!... 
- I... tak im co do ba strzylo - odpar limak. 
- Bywaj! - woano zza rzeki. 
- Zawdy lecie - nalega parobek - bo ja z moj nog nie nad, a tam cosik 
jest... 
limak pobieg w stron rzeki, a za nim kulejc wlk si Owczarz. Wanie 
wstpowa na wzgrze, kiedy dogna go Jdrek pytajc: 
114 
- Co si tam wyrabia?... Gdzie Stasiek?... 
Uszu Owczarza doleciay z daleka jakie wyrazy. Przystan i usysza mocny 
gos, woajcy za wod: 
-Taki to u was dozr... Polskie bydo!... 
Wtem na zboczu pagrka ukaza si limak trzymajcy w objciach Staka. 
Gowa chopaka spoczywaa na ramieniu ojca, prawa rka wisiaa opuszczona 
bezwiednie. Z obu spywaa brudna woda. 
limak mia sine usta i oczy rozwarte. Jdrek polizgn si na botnistym 
wzgrzu zabieg mu drog. 
- Co Stakowi, tatulu?... - zawoa przestraszony. 
- Uton... - odpar chop. 
Jdrek z zacinitymi piciami przyskoczy do ojca. 
- Zwariowalita!... - krzykn. - Przecie on u was siedzi na rku... 
I szarpn Staka za koszul. Gowa dziecka opada na wznak przez rami 
ojca. 
- Widzisz, e uton... - szepn limak. 
-Co wy gadacie! -krzycza Jdrek -przecie on dopiero co by na podwrku!... 
Chop nie odpowiedzia. Opar znowu gow Staka na swoim ramieniu i 
potykajc si szed do chaty. 
Przed sieni staa limakowa. Jedn rk opara na niecce, drug przysonia 
oczy i przypatrywaa si idcym. 
-No, a cocie tam zmalowali? -zawoaa. -C to? Na Staka znowu pa-
do?... Nieszczcie nasze z tymi Szwabami i ich naboestwem!... Znowu co 
na chopaka pado... 
Przystpia do ma i jwszy Staka za gow mwia drcym gosem: 
-No, Stasiek... Ino mi tak lipiw nie wywracaj... No, Stasiek... oprzytomnij... 
rozejrzyj si... nic ci nie zrobi... Magda, daj wody!... 
- Ma on do wody - mrukn limak, wci trzymajc syna na rkach. 
Kobieta cofna si. 
- Co jemu jest?.. - pytaa z rosncym przeraeniem. - Czemu on taki mokry? 
-Dopierom go z wody wyj... 
- Gdzie z wody?... - zakrzyczaa kobieta. - Z rzyki?... 
-Z tego doka, co za gr - odpar chop. - Wody tam po pas, ale jemu wystarczya... 
-On wpad!... -jkna matka chwytajc si za gow. -Wic co go trzymasz, 
stary?... Kiedy wpad, to wylejcie z niego wod. Maciek!... bierz go za 
nogi... Przewrta go... O gupie chopy!... Niemrawcy!... 
Ale parobek nie ruszy si. Wic sama schwycia chopca za nogi i wydara 
go ojcu. Stasiek zawis gow na d, rkami ciko uderzy o ziemi, a z nosa 
popyno mu troch krwi. 
Teraz Owczarz wyrwa jej dziecko i ujwszy wp zanis do izby na aw. 
Za nim poszli wszyscy z wyjtkiem Magdy, ktra krcia si nieprzytomna po 
115 
dziedzicu i nagle z rozkrzyowany-mi rkoma pocza biec do gocica woajc: 
- Ratujcie!... Staka ratujcie!... Kto w Boga wierzy... Potem znowu zawrcia 
w stron chaty, ale nie wesza tam. 
Pada na przyzb i zwinwszy si tak, e gow dotkna kolan zaniosa si 
od spazmatycznego paczu jczc: 
- Ratujcie!... Kto w Boga... 
W chacie limak wpad do komory, wdzia na siebie sukman i wybieg 
przed dom. Chcia lecie, nie wiadomo gdzie; wic biega po dziedzicu tam i 
na powrt, bezadnie machajc rkoma. 
Jaki gos wewntrzny woa w nim: Ojcze, ojcze!... eby ty by gr 
ogrodzi potem, nie utonoby dziecko. 
A chop odpowiada: Nie ja winien!... To Niemcy go oczarowali piewaniem... 
Na gocicu zaturkota wz. Krtko zatrzyma si przed wrotami i pojecha 
dalej. Za chat rozlego si cikie stpanie i kaszel: na dziedziniec wszed bakaarz 
z lask w rku, bez czapki. 
-Jak tam chopcu? -zawoa do limaka. A nie mogc doczeka si odpowiedzi 
wszed do izby. 
-Jak chopcu? -zapyta od proga. Stasiek lea na awie; matka, usiadszy 
obok, gow jego opara na swoich kolanach szepczc do siebie: 
-Juci, e go po trochu odchodzi, kiedy krew pynie... Nawet jest cieplejszy... 
- Jake... - powtrzy! bakaarz trcajc Owczarza. 
-Bo jo wiem?... - rzek cicho parobek. -Ona mwi, e mu lepiej, a chopak 
jak si nie rucha, tak i nie rucha. Bakaarz rzuci lask w kt i podszed do awy. 
- Daj mi gsie piro... - rzek do Jdrka. 
Osupiay chopak zamiast odpowiedzi wzruszy ramionami. 
- Wic daj trzcin albo jak rurk... 
- Nie ma tu nijakiej ruki - mrukn Jdrek. 
Bakaarz obejrza Staka i kaza odej matce. Posuszna, cofna si na rodek 
izby i z otwartymi ustami, niekiedy szlochajc, patrzya. Stary wysun aw, 
zdj ze Staka przemoczon koszul, a nastpnie si wydoby mu jzyk. 
- Jezu! co on wyrabia... - mrukna matka. 
limak od czasu do czasu zaglda z podwrza przez okienko; ale wnet cofa 
si nie mogc patrze na blade ciao syna. 
Teraz bakaarz uoywszy wzdu bioder rce Staka podnis je do gry, a 
poza gow, a potem znowu przeprowadzi ku biodrom. Znowu je podnis, 
znowu opuci i tak podnosi i opuszcza, aeby tym ruchem wywoa w dziecku 
oddech. limak przypatrywa si zza okna, osupiay Jdrek sta pod kominem, 
matka szlochaa. W kocu nie mogc 
zapanowa nad sob kobieta zerwaa 
chustk i schwyciwszy si rkoma za wosy pocza bi gow o cian jczc: 
116 
-A po cem ja ci na ten wiat wydaa!... A po ce ty si urodzi?... 
Dziecko jak zoto... tyle chorb wytrzyma i patrzajcie si... uton!... Dopiero 
co by w tej izbie... - wszyscy go widzieli i patrzajcie -uton!... O miosierny 
Boe, za ce mnie tak ciko skara?... eby dziecko jak szczeni w gliniance 
zgino bez ratunku... bez adnego ratunku!... 
Osuna si po cianie na kolana i klczc jczaa rozdzierajcym gosem. 
Z p godziny bakaarz pracowa nad otrzewieniem Staka. Porusza mu rce, 
ugniata piersi i sucha, czy nie odezwie si serce. Ale chopak nie da Maku 
ycia. Wtedy stary nauczyciel widzc, e nic nie poradzi, nakry zwoki dziecka 
pacht, przeegna si, wyszepta pacierz i - opusci chat. Za nim wysun si 
milczcy Owczarz. 
Na podwrzu zabieg nauczycielowi drog limak. Wyglda jak pijany. 
-Po co wycie tu przyszli, bakaarzu?... - mwi chop przytumionym gosem. 
-Czy wam jeszcze za mao nieszczcia?...Ju zabilita mi dziecko waszym 
piewaniem i czego' wicej chcecie?... Czy zgubi mu dusz, pki jeszcze 
nie odesza na tamten wiat, czy reszt nas yjcych przekl, abymy wszyscy 
zmarnieli?... 
-Co wy mwicie. limaku?... - spyta bakaarz patrzc na niego z przeraeniem. 
Chop pocz krci gow i rozrzuca rkoma, jakby mu tchu brako. 
-Nie gniewajcie si, panie -rzek. -Wy dobry czowiek, jo wiem... Niech 
was Bg nagrodzi... I nagle pocaowa bakaarza w rk. 
-Ale ju idta std... On bez was, Niemce, zgin, mj Stasiek!... -wykrzykn 
chop. -Raz oczarowalita go, e ino zemdla, ale teraz... uylicie takiej 
mocy, e mi uton... 
-Czowieku! -zawoa bakaarz - co ty mwisz?... Albo my nie chrzecijanie 
jak i ty?... Czy nie odegnywamy si szatana i spraw jego jak i wy?... 
Chop patrzy mu w twarz bdnym wzrokiem. 
- A bez c on uton?... 
-Mg si polizn. Czy ja wiem? 
-Woda w doku jest tak pytka, eby z niej wyskoczy... Ino zamroczyo go 
wasze piewanie... Ju go drugi raz zamroczyo-.. Nieprawda, Owczarzu?... 
Owczarz kiwa gow. 
- Moe chopiec miewa konwulsje? - spyta nauczyciel. 
- Nigdy. 
-I nigdy na nic nie chorowa? 
- Nigdy!... Owczarz krci gow. 
-On by od zimy chory - odezwa si parobek. 
- H? - spyta limak. 
-Prawd mwi -cign Owczarz. -Od zimy, kiej go tak raz zazibio, co 
a tydzie lea, Stasiek by chory. Przelecia, bywao, ze sto krokw, to si mczy 
i zara gada: Maku, dusi me!... A jak raz tej wiosny wbieg pod gr, 
117 
kiedym tam ora, to go nawet zamroczyo. Musiaem do rzyki schodzi po wod 
i cuci go. 
Wtedy take -mwi Owczarz -co te Niemce wytyczay sobie miejsce na 
dom, Staka zamroczyo nie ich piewanie, ino to, e prdko wlecia na gr i 
zmczy si... 
-Nice o tym nie mwi? - przerwa limak. 
-Mwiem gospodyni, ale zara na mnie wsiada: Co ty si znasz?... Cae 
ycie chodzie ino za bydem, gupi jeste, a gadasz jak felczer... 
- No, widzicie - rzek bakaarz. - Chopak z pewnoci chorowa na serce i to 
go biedaka, zgubio. Gdziekolwiek by upad, w wod czy na ziemi, zawsze by 
umar, jeeli w nim serce ustao... Nie my temu winni ani nasze modlitwy chrzecijaskie. 
limak sucha z uwag i stopniowo jakby wraca do przytomnoci. 
-Moe to i tak -mrucza -e Stasiek umar swoj mierci... Zapuka do 
okna i wywoa z izby on. Ukazaa si po chwili na progu. 
- Czego? - rzeka trc oczy zapuchnite z paczu. 
-Ce ty nic nie mwia, e Stasiek od zimy chorowa? Nie mg lata, a 
jak si zmczy, to go dusio i mroczyo? 
- Juci chorowa - odpara - ale c by ty mu pomg? 
-Nie pomgbym, ale zawdy chopaka mier czekaa. Matka zapakaa po 
cichu. 
-Juci nie wywinby on si od mierci - rzeka szlochajc -tak czy siak. A 
dzi sam j, nieszczsny, w t burz przeczuwa, bo chodzi po izbie jak nieswj 
i tuli si do wszystkich... O, eby mi to do gowy przyszo, nie wypuciabym 
go z chaty... W lochu bym go zamkna... Szabym za nim, gdzie by si ino ruszy... 
-I w chacie by umar, jeeli przyszed na niego taki czas -odezwa si bakaarz. 
-Prawda -westchn limak. -Jak Bg miosierny zawoa kogo do siebie, 
nie zatrzyma go rodzony ociec ni matka... 
Bakaarz odszed, a smutni rodzice zostali na podwrku z Owczarzem, 
wzdychajc i popakujc. W ich serca ju wstpia rezygnacja, wic mwili 
midzy sob i z parobkiem, jako bez woli boej nawet takiemu dziecku wos z 
gowy nie spadnie. 
-Nawet wirzowi nie stanie si nic bez woli boskiej -mwi limak. - Ile to 
razy do inszego zajca strzel z fuzjw, ile psiarni za nim wypuszcz, a on 
uchodzi zdrw, kiedy si tak Bogu podoba- Ale niech wybije jego godzina zginie 
w czystym polu. Uciapie go lada kondel albo pastuch trafi w sam eb kamieniem, 
i bywaj zdrw. 
-Albo i mnie - odezwa si Owczarz. -I wz drzewa mnie przycisn, i do 
pitala mnie oddali, i robotym znale nie mg, a przecie yj, bo mj czas 
jeszcze nie nasta. Jak za nadyndzie, ebym si schowa pod wielki otarz - zgin. 
118 
-I nie tylko ty -doda limak. - Nowikszy pan, nobogatszy mocarz, eby 
si zamkn w murowanym paacu nawet z elaznymi okiennicami, nie ujdzie 
mierci w swj czas. Tak i ze Stakiem... 
- Moja ty dziecino!... moja ty pociecho!... - zapakaa matka. 
-No, pociechy to by z niego nie byo - rzek limak. - Przecie on nawet za 
bydem chodzi nie mg. 
- O, ni... - wtrci Owczarz. 
- Ani poszedby za pugiem... 
- O, ni... 
- I chop z niego byby aden... 
- Juci aden. Siy nie mia ani zdrowia. 
-On ju by takie odmienne dziecko - mwi limak. - Do gospodarstwa nie 
mia ciekawoci, ino se chodzi po jarach albo nad wod, patrzy se i rozmyla... 
-Albo do siebie gada -wtrci Owczarz - albo se rozmawia z traw i z ptakami. 
Sam nieraz syszaem - westchn - i mwiem: ju ty si, niebo, nie 
uchowasz'.... Midzy panami wyszedby na dziwowisko, ale midzy chopami nie 
y tobie... 
Tak rozwaali chopi niepojte sdy Boe. O zachodzie soca gospodyni 
wyniosa przed sie dziek mleka i buk chleba, ale nikt nie jad. Pierwszy 
Jdrek, ledwie dotkn strawy, rozpaka si i uciek midzy gry, a limak nie 
spojrza na jedzenie. Nawet Owczarz niczego nie tknwszy poszed do stajni 
mruczc: 
-Mj Boe, taki pan, taki dziedzic!... Miaby po ojcach pi morgw gruntu 
i przecie uton... A ja?... 
Wieczorem przenis limak Staka do alkierza na ko. Matka pooya 
mu dwa trojaki na oczach, aby si zamkny, i przed Matk Bosk zapalia 
lampk. Sami rodzice z Jdrkiem i Magd ukadli si pokotem na klepisku w 
izbie, ale zasn nie mogli. Burek wy przez ca noc, Magda miaa gorczk, a 
Jdrek coraz podnosi si ze somy i zaglda do alkierza, bo mu si zdawao, e 
Stasiek ockn si i poruszy. Ale Stasiek nie rusza si. 
Skoro wit wzi si limak do robienia trumienki. Robi j cay dzie: piowa 
deski, heblowa, zbija i a si umiechn, e mu tak rano idzie stolarka. 
Ale kiedy przypomnia sobie, jakim on jest stolarzem? - ogarn go taki al, e 
cisn robot i wybieg na gociniec, nie wiedzc, dokd leci. 
Trzeciego dnia zaprzg Owczarz konie do wozu i pooywszy na nim trumienk 
ze Stakiem, z wolna pojecha ku wsi kocielnej. Za wozem szli limakowie 
i Magda, a najbliej Jdrek, ktry przytrzymujc trumienk, aby si nie 
chwiaa, nasuchiwa: czy kochany brat nie ocknie si i nie odezwie? Par razy 
nawet zapuka do niego. 
Ale Stasiek milcza. Milcza, gdy zajechali przed koci, a jegomo pokropi 
go wod wicon. Milcza, gdy odwieli go na cmentarz i tam z trumn postawili 
na ziemi. Milcza, gdy wasny ojciec pomagajc staremu grabarzowi 
119 
grb mu kopa, a matka i Jdrek z jkiem egnali go po raz ostatni. Milcza i 
wwczas, gdy cikie grudy ziemi poczy wali mu si na trumn. 
Nawet Owczarz zala si zami. limak tylko odwrci si i zasoni twarz 
sukman jak rzymski senator, nie chcc, aby inni widzieli, e pacze. 
I w tej chwili co mu do serca szeptao: Ojcze, ojcze! eby ty by gr 
ogrodzi potem, nie utonoby dziecko... 
Ale limak odpowiedzia sobie: Nie ja winien; mia umrze, to i umar, 
kiedy taka nadesza godzina... i kocie znowu jecha naprzd. 
120 
ROZDZIA DZIEWITY 
Zapada jesie. Zamiast jasnych anw szarzay smutne cierniska, w jarach 
czerwieniy si krzaki, bociany ze stod odeszy precz, na poudnie. 
W lesie, jeeli jaki las gdzie zosta, ledwie dopatrzy ptaka, a w polu czowieka; 
chyba tu i owdzie po niemieckiej stronie kilka bab w granatowych spdnicach 
wykopyway reszt kartofli. Nawet przy kolei skoczyy si wielkie roboty. 
Nasypy wzniesiono, grabarze i mularze rozbiegli si po wiecie, a zamiast 
nich ukazyway si lokomotywy zwoce szyny i podkady. Z pocztku widziae 
na zachodnim kracu nasypu tylko czarny dym jak z gorzelni; w kilka dni 
spomidzy tych pagrkw wyjrza komin, a nieco pniej - komin osadzony 
na ogromnym kotlisku. Kocie sam bez koni toczy si na wozie i jeszcze cign 
za sob kilkanacie innych wozw, naadowanych drzewem, elazem i 
ludmi. Gdzie zatrzyma si, tam ludzie zeskakiwali na ziemi, kadli na nasyp 
drewniane bale, do drzewa przybijali szyny i kocie znowu jecha naprzd. 
Owczarz co dzie przypatrywa si tym praktykom i rzek raz do limaka: 
-Widzicie, jakie to sprytne!... Pki z gry, to puszczaj se adunek bez koni. 
Bo i po co mordowa bydlta w takim sposobie? 
Ale jednego dnia kocie z rzdem wozw stan naprzeciw jaru. Ludzie 
zdejmowali szyny i podkady, a on sta, dymi i zipa. Sta z godzin i Owczarz 
patrzy z godzin, mylc: jak oni go teraz rusz z miejsca? 
Nagle ku najwikszemu zdumieniu parobka kocie gwizdn przeraliwie i 
ruszy si w ty razem z wozami bez niczyjej pomocy. Teraz dopiero Maciek jak 
przez mg przypomnia sobie, e kiedy galicyjskie bandosy opowiaday mu o 
maszynie, co sama chodzi. Nawet przepili jego wasne pienidze, za ktre mia 
kupi buty. 
- Juci prawda, e ono samo chodzi, ale si te i wlecze jak stara Sobieska pociesza 
si Owczarz. W sercu jednak czu obaw i myla, e takie zagraniczne 
sztuki nie wyjd na dobre okolicy. 
I chocia le rozumowa, trafnie wry, bo wraz z ukazaniem si pierwszej 
lokomotywy zaczy si w okolicy nie znane dawniej kradziee. 
Od garnkw suszcych si na pocie i zapasowych k na dziedzicu do drobiu 
w szopach i koni w stajniach - wszystko kto krad. Kolonicie Gedemu wydobyto 
ze spiarni poe soniny; gospodarza Marciczaka, kiedy wraca troch 
podchmielony z odpustu, jacy z uczernionymi twarzami wyrzucili z wozu i sami 
nim pojechali, chyba do pieka. Nawet biednego krawca, Jojn Niedoperza, 
napadli w lesie zodzieje i wydarli mu krwawo zapracowane trzy ruble. 
limakowi pierwsza lokomotywa take nic dobrego nie przyniosa. Paszy 
dla byda trudno si byo dokupi; za to o zboe nikt si u niego nie pyta, par 
121 
fasek masa starzao si w lochu nie sprzedanych, a drb sami jedli, bo i na to 
nie trafia si kupiec. Cay handel wiejski z kolej i z miasteczkiem zagarnli 
Niemcy; nikt ju nie chcia patrzy na chopskie ziarno i nabia. 
Siedzia tedy limak w izbie bez roboty (gdzie mia robi, kiedy nie stao 
dworu), siedzia pod piecem, pali fajk i myla: czy to tak zawsze bdzie trudno 
o siano? czy ju nigdy aden handlarz nie wstpi do niego po zboe, jaja i 
maso? czy nigdy nie skocz si zodziejstwa? A tymczasem, kiedy on tak rozsdnie 
kad rzecz w gowie rozwaa, Niemcy ze swymi produktami jedzili po 
kilka mil w rne strony i wszystko sprzedawali. Zodzieje te swoj drog kradli, 
gdzie tylko kto si nie upilnowa albo przy budynkach nie zaprowadzi mocnych 
zamkw. 
- Na ze idzie! - mwia limakowa. 
- Iii... Jakosik si to wyrwna - odpowiada chop. 
O biednym Staku po trochu zapominano. Czasem tylko matka pooya do 
obiadu jedn yk za wiele i spostrzegszy si otara oczy fartuchem. To znowu 
Magda, woajc Jdrka, przez prdko nazwaa go Stakiem. To znowu Burek 
obiega niekiedy budynki, jakby kogo szuka, a nie znalazszy przypada bem 
do ziemi i szczeka. Coraz rzadziej jednak trafiay si te wypadki. 
Jdrek najmocniej uczu mier brata. Z tego powodu nie lubi nawet siedzie 
w izbie, lecz gdy nie byo roboty, wasa si po polach. Wasajc si zachodzi 
czasem na koloni, do starego bakaarza, a tam przez ciekawo zaglda 
do ksiki. Zna ju z poow liter, wic bakaarz bez trudu nauczy go reszty; 
gdy za pozna cay alfabet, to znowu bakaarzwna dla rozrywki pokazywaa 
mu czytanie. I chopak bka, niekiedy mylc si naumylnie, aby go poprawiaa, 
albo te zapomina liter, aby ona pochyliwszy si nad ksik dotkna 
go ramieniem. 
Gdy jednego razu przynis do chaupy elementarz i pokaza, co umie, uradowana 
limakowa posaa bakaarzwnej dwie kury i p kopy jaj. limak za 
spotkawszy bakaarza obieca, e da mu pi rubli, jak Jdrek zacznie modli si 
z ksiki, a doda dziesi, jeeli chopak nauczy si pisania. Dziki temu, gdy 
nadesza jesie, Jdrek bywa co dzie i par razy na dzie w kolonii i albo 
uczy si, albo cho przez okna patrzy na bakaarzwn i przysuchiwa si jej 
gosowi, co troch gniewao jednego z parobkw, a zarazem kuzynw Hamera. 
W spokojnych czasach taka bieganina Jdrka moe zwrciaby uwag limakw; 
dzi jednak byli zajci czym innym. Oto kady dzie przekonywa ich, 
e paszy maj za mao, a krw za duo... Nie mwili do siebie, ale wszyscy w 
domu o tym tylko myleli. Mylaa gospodyni widzc coraz mniej mleka w 
szkopku i Magda, ktra tknita niedobrym przeczuciem, co dzie piecia si z 
krowami, i Owczarz, bo nawet koniom ujmowa po garstce siana, aby podrzuci 
je bydltkom. Ale najwicej chyba myla sam limak, bo nieraz wystawa 
przed obor i wzdycha. 
Tak dojrzewaa bieda wrd oglnej ciszy, ktr mimowolnie przerwa sam 
limak. Jednej nocy bez powodu zerwa si z pocieli i usiad na tapczanie. 
122 
- Co tobie, Jzek?... - zapytaa ona. 
-Oj!... nio mi si, e nam paszy cakiem zabrako i wszystek dobytek wyzdychal... 
- W imi Ojca i Syna... eby nie wymwi w z godzin. 
-Juci na pi ogonw paszy nam nie wystarczy, to darmo -rzek chop. Kalkuluj 
se w gowie na wszykie strony, ale na nic... 
- No, wic co zrobisz? 
- Bo jo wiem, nieszczliwy? 
- Moe by... 
-Chybaby sprzeda z jedno?... - dokoczy chop. Sowo pado. We dwa dni 
pniej limak zaszedszy po okowit do karczmy co napomkn Joselowi o 
krowie, a zaraz w poniedziaek przyszli do chaupy dwaj rzenicy z miasteczka. 
limakowa wcale z nimi nie chciaa gada, a Magda zacza szlocha. Wyszed 
tedy na dziedziniec limak. 
-Ny, co to, gospodarzu -zacz jeden z rzenikw - chcecie sprzeda krow? 
- Bo jo wiem... 
-Ktra to, pokacie ino. 
limak milcza, a musia odezwa si Owczarz: 
- Ju jak sprzeda, to chyba ys... 
-Wyprowadcie no j -nalega rzenik. 
Maciek poszed do obrki i po chwili wyprowadzi nieszczsn krow. 
Zdawaa si by zdziwiona, e j wycignli na dziedziniec w niezwykej porze. 
Rzenicy obejrzeli ys i poszwargotawszy midzy sob zapytali o cen. 
- Bo jo wiem? - odpar limak. 
-Co duo gada? Sami widzicie, jakie to stare bydl. Damy pitnacie rubli. 
limak znowu umilk, wic znowu Owczarz musia go wyrczy w targu. 
ydzi krzyczeli wniebogosy, zaklinali si, szarpali krow na wszystkie strony, a 
w kocu pokciwszy si midzy sob dali osiemnacie rubli. Jeden zaoy 
stworzeniu powrz na rogi, drugi machn je kijem po opatce i - w drog... 
Krowa poczuwszy wida zapach krwi nie chciaa ruszy z miejsca. Najprzd 
skrcia do obory, ale rzenicy odcignli j ku gocicowi; potem rykna tak 
aonie, e Owczarz poblad, a w kocu opara si wszystkimi nogami o ziemi 
patrzc na limaka wywrconymi oczyma, w ktrych malowa si al i przestrach. 
W izbie sycha byo pacz Magdy; gospodyni nie miaa wyjrze na dziedziniec, 
a limakowi zdawao si, e zapienione i zadyszane bydltko szepcze 
do niego: 
Gospodarzu, a dy spojrzyjcie, co oni ze mn wyrabiaj, te ydy... Przecie 
oni mnie z tela chc zabra i zarn!... Sze rokw byam u was i cocie 
chcieli, robiam woma sprawiedliwie. Ujmijcie si teraz za mn w takim nieszczciu!... 
Gospodarzu... gospodarzu!... 
123 
limak milcza. Wtedy krowina widzc, e nic jej nie uratuje, obejrzaa si 
ostatni raz po dziedzicu i -posza za wrota. 
Gdy bya na gocicu, brnc po bocie w stron miasteczka, wywlk si za 
ni limak. Szed z daleka, gnit w pici ydowskie pienidze i myla: 
Gdziebym ja ci sprzedawa, nasza karmicielko i dobrodziejko, ebym si 
nie ba o nieszczcie dla wszystkich?... Nie ja przecie winienem twojej ndzy. 
Bg miosierny zagniewa si na nas i po jednemu wysya na mier... 
Czasem krowa, jakby nie dowierzajc, ogldaa si za siebie, na dom. Wtedy 
limak znowu szed za ni i waha si w duszy: czyby nie odda ydom pienidzy 
i nie odebra stworzenia? Ocaliby j, nawet by dopaci, gdyby mu w tej 
chwili odstpi kto paszy na zim. 
Na mocie chop stan i oparty o porcz bezmylnie patrzy w wod. Ot, 
zepsuo si co w zagrodzie!... Roboty nie ma, zboa nikt nie kupuje, w lecie 
zgin mu syn, w jesieni ginie bydltko, a co zima przyniesie? 
I znowu przemkno mu przez gow: 
Jeszcze teraz mgbym j, niebog, wykupi!... Nad wieczorem bdzie za 
pno. 
Nagle usysza za sob gos starego Hamera: 
- Nie do nas idziecie, gospodarzu? 
- Poszedbym - odpar limak - ebycie mi paszy sprzedali... 
-I pasza nie pomoe - mwi stary z fajk w zbach - bo chop midzy kolonistami 
rady sobie nie da. Ale sprzedajcie swoje grunta, a i wam, i mnie bdzie z 
tym lepiej. 
-Ni. 
- Sto rubli dam za morg!... 
limak a zaoy rce ze zdziwienia i pokiwawszy gow odpar: 
-Czy was, panie Hamer, optao czy co?... Mnie na smutek si zbiera, e z 
waszej aski musiaem sprzeda bydl, a wy jeszcze chceta, ebym wam sprzeda 
wszystko, cae mienie! Dy ja bym chyba trupem pad u progu, eby mi si 
przyszo wyprowadza z chaupy, a ju kiedy bym wyszed za wrota, to bycie 
mnie musieli odwie prosto na cmentarz. Dla was, Niemcy, wyprowadzi si z 
miejsca to nic, bo wy bdny nard, dzi tu, jutro tam. Ale chop jest przecie 
osidzony jak ten kamie przy drodze. Ja tu kady kt wiem na pami, wszdy 
po ciemku bym trafi, kadom grud ziemi wasn rk obrci, a wy mi gadacie: 
Sprzedaj i id w wiat! Gdzie ja pjd, kiedy jak mi wypadnie jecha 
bodaj za koci, to lepn i trwo si, bo wkoo mnie wszystko nieznajome. 
Porz na las - inaczej wyglda ni z domu, patrz na krzak -takiegom kole nas 
nie widzia; ziemia take jest odmienna, a nawet samo soce inaczej ni u mnie 
wschodzi i zachodzi... A co ja bym z on robi, co z chopakiem, eby mi si 
przyszo std ruszy? A co bym powiedzia, gdyby mi drog zastpili ojcowie 
rzekc: Lo Boga, Jzek, kaj my ci bdziemy szukali, jak nam w czycu bardzo 
dopiecze, i czy twj pacierz trafi do naszych grobw, kiedy si wyprowadzasz 
124 
gdzieci na koniec wiata?... Co ja im odpowiem albo i Stakowi, ktry bez 
was gow tu pooy? 
Hamer suchajc drga z gniewu; mao fajki nie rzuci na ziemi. 
-Co mi ty bajdy pleciesz! -zawoa. - Mao to waszych sprzedao gospodarstwa 
i poszo na Woy, gdzie s panami? Ojciec do niego przyjdzie po mierci!... 
sysza kto?... Ty patrz, eby przez upr sam nie zgin i mnie nie zgubi. 
Przez ciebie syn mi si marnuje, pienidzy nie mam na wypaty, ssiedzi mnie 
drcz... Czy ty mylisz, e w twojej gupiej grze zakopano skarby? Chc grunt 
kupi, bo tu najlepsze miejsce na wiatrak. Pac sto rubli, niebywa cen, a on 
mi baje, e gdzie indziej y nie potrafi!... Verfluchter!... 
- Gniwajcie si, nie gniwajcie si, a ja gruntu nie sprzedam. 
-Sprzedasz ty go - odpar Hamer wygraajc pici - ale ju ja nie kupi!... 
Roku midzy nami nie wysiedzisz... I odwrciwszy si szed ku domowi. 
-A chopak twj niech mi si nie wczy na koloni -doda stajc. - Nie dla 
was sprowadziem tu bakaarza... 
-Wielka rzecz! to i nie bdzie chodzi, kiedy mu zazdrocicie powietrza w 
izbie - mrukn limak. 
- Tak, zazdroszcz mu powietrza - irytowa si Hamer. - Ojciec gupi, niech i 
syn bdzie gupi. 
Rozeszli si. Chop by taki zy, e nawet nie aowa swojej krowy. 
-Niech jej tam gardziel podern, kiedy tak -mwi sobie. Lecz zorientowawszy 
si, e bydltko nie winno jego ktni z Hamerem, westchn. 
W domu usysza lament. To Magda pacze, e gospodyni wymawia jej 
obowizek. limak milczc usiad na awie, a tymczasem ona prawia do dziewuchy: 
-Strawy by ci u nas nie zabrako, to prawda, ale skd ja ci wezm pienidzy 
na zasugi i na kold? Ino sama pomiarkuj. Roniesz dua, po Nowym Roku 
patrzyaby ci si wiksza zapata, a u nas jej nie dostaniesz, nawet adnej. 
Wreszcie ju i roboty nie ma dla ciebie, jakiemy krow sprzedali... Id se zatem 
jutro albo pojutrze do stryjka - cigna gospodyni -powiedz mu, jaka u nas bieda: 
e nic si nie sprzedaje, e nie ma zarobku, emy bydl musieli rzenikom 
odda. Powiedz mu to i padnij do ng, eby ci lepszy obowizek wynalaz. Im 
prdzej, tym lepiej. A jak nam kiedy Bg miosierny dopomoe, to se wrcisz... 
-Oho! -szepn Owczarz suchajcy w rogu izby. - Nie wraca, kiedy czowiek 
raz odydzie... A potem doda: 
-Niezadugo wida skoczy si u was i moje panowanie. Po krowie Magda, 
po Magdzie ja. 
-Iii... ty, Maku, moesz se siedzie - przerwaa mu gospodyni. - Przy koniach 
zawdy musi kto by, a chobymy ci jednego roku zasug nie dali, odbierzesz 
se w drugim. Z Magd za co innego. Ona moda, jej dopiero na wiat, 
wic po co ma usycha w biedzie? 
125 
-Juci prawda -potwierdzi Owczarz po namyle. - Nawet dobrzyta ludzie, 
e w takim zmartwieniu pomylelicie nopirwy o tym, eby nie psu losu dziewusze. 
limak milcza podziwiajc rozum ony, ktra od razu zmiarkowaa, e 
Magda ju nie ma co u nich robi. Zarazem strach go zdj na myl, e tak prdko 
rozprzga si ich gospodarstwo. Cae lata pracowali na trzeci krow i wasn 
dziewuch, a dzi jeden dzie wystarczy, aeby obie wygna z domu. 
Albo si wezm do stolarki, albo jegomoci zapytam si: co robi? albo ju 
nie wiem... Ale co by ta ze mn jegomo gada! Chobym nawet zakupi msz 
wit na intencj dobrej rady, to jegomo msz wypiwa, a rady nie da. Skd 
by j wzi? Moe si to na kocu i samo odwrci. Pewnie, e si samo odwrci. 
Pan Bg miosierny to jak ojciec: kiedy wemie bi, bije, choby prosi si, 
krzycza, dopki rki se nie zmacha. A potem znowu na czowieka zesze ask; 
byle ino cierpliwie swoje odcierpie... 
Tak medytowa limak i zapali fajeczk. al mu byo Magdy, jeszcze wicej 
krowy, przypomnia sobie k i Staka, ba si Niemcw, ale - c mia robi? 
Czeka cierpliwie, dopki si samo nie odwrci. 
Wic czeka. 
W pocztkach listopada Magdy ju nie byo u limakw; posza do stryjka, 
a od stryjka na nowy obowizek. Nawet miejsce po niej w chacie zastygo i tylko 
gospodyni czasem pytaa samej siebie: czy to prawda, e w tej izbie by jaki 
Stasiek, e przy tym kominie krcia si jaka Magda, e w obrce staa trzecia 
krowa?... 
Tymczasem w okolicy mnoyy si kradziee, a limak co dzie myla, eby 
w miasteczku kupi skoble i kdki do budynkw, to znowu eby wyciosa 
drgi i na noc wszystkie drzwi nimi zasuwa. 
Kradn innych, to i mnie mog okra -myla i niekiedy wyciga rk 
do siekiery chcc przynajmniej wyciosa zasuw. Wnet jednak okazao si, e 
albo siekiera ley za daleko, albo on ma za krtk rk, wic - dawa spokj. 
Innym razem, nasuchawszy si o zodziejstwach, bra sukman i otwiera 
skrzyni do pienidzy, aeby kupi skoble. C, z tego, kiedy jak pomyla o 
wydaniu kilku rubli w tych cikich czasach, to a go koo serca zamdlio. Prdko 
wic chowa pienidze na dno i zdejmowa sukman, aeby go nie skusio. 
-Trza czeka -mwi -do wiosny. Bez ten czas moe Pan Bg askaw 
ochroni nas od straty; a wreszcie -upilnuje Owczarz i Burek. Ho! ho! oni czujni!... 
Jakby na potwierdzenie tej opinii, Burek wy i szczeka po caych nocach, a 
Owczarz zrywa si po par razy na noc i zarzuciwszy sukman na ramiona 
przechodzi si po dziedzicu. 
Jednej bardzo ciemnej nocy, kiedy z nieba pada deszcz ze niegiem, a na 
ziemi byo bota wyej kostek. Burek naraz popdzi w stron wwozw i zacz 
gwatownie ujada. Owczarz zerwa si z barogu i zmiarkowawszy po zajadoci 
psa, e kto jest za stodo, zbudzi limaka. Uzbroili si obaj w drg i sie
126 
kier, i potykajc si w bocie poszli za psem, ktry kilka razy skowykn, jakby 
go potrcono. 
-S zodzieje - szepn Maciek. Jednoczenie rozlego si stpanie, jakby 
dwu ludzi nioso ciar. 
-Na tu, na!... Na tu, na!... -przemawiali oni do Burka, ktry czujc za sob 
swoich panw naciera coraz gwatowniej. 
- Wemiemy si do nich - spyta Maciek limaka - czy da spokj? 
-Kiej nie wiem, ilu ich jest - odpar limak. W tej chwili od kolonii Hamera 
zabyszczao wiato, a na gocicu rozleg si ttent koni i krzyki: 
- apaj! trzymaj!.... 
-Bywaj!... -zawoa Owczarz, a limak, wysunwszy si za stodo, odezwa 
si: 
- Hej, wy! cocie ta za jedni?... 
Teraz o kilkanacie krokw przed nim upado na ziemi co cikiego, a 
spord ciemnoci odpowiedziano: 
- Poczekaj, szwabski stru!... dowiesz si, co za jedni... 
- Huzia go! - krzykn limak. 
- Bij go! - zawoa Owczarz. 
I posunli si na olep ku jarom. Ale zodzieje uciekli do wwozw przeklinajc 
limaka. 
Wnet przykusowali konni Niemcy, a Jdrek wybieg na dziedziniec z uczywem. 
Wszyscy zeszli si za stodo i przy czerwonym blasku uczywa znaleli 
w bocie zakutego wieprza. 
- O, nasz wieprz! - zawoa Fryc Hamer. 
- Ukradli wam? - spyta limak. 
-Zabili i ukradli, cho w izbie palio si wiato. 
- miae bestie! - mrukn Owczarz. 
-My myleli - odezwa si z konia parobek Hamerw -e to wy kradniecie. 
- I pocz si mia. 
- Dobrze nam dzikujeta za pomoc! Niech was... - mrukn limak. 
- Idmy za nimi - mwi wzburzony Fryc - moe zapiemy ktrego. 
-To se idta - odpowiedzia gniewnie limak. - Widzisz ich!... W chaupie 
gadaj, e my kradniemy, a tu prosz, eby za nich karku nadstawia. 
- Pjd z nimi, tatulu - prosi Jdrek. 
-Wracaj do dom i Burka cignij za eb! -krzykn ojciec. -Takiegomy wieprza 
im uratowali, e a zodzieje nam za to wygraaj, a oni mwi, e my kradli!... 
Fryc Hamer uspokaja ich i nawet zwymyla niezrcznego parobka, lecz 
chopi wrcili do domu. Wprawdzie na ich miejsce przybiego kilku mczyzn z 
kolonii, ale Hamer ju straci ochot do obawy, wic zabrali Niemcy wieprza i 
w ciemnoci, po bocie, wrcili na swj folwark. 
W kilka dni zjecha stranik, wysucha kolonistw, wybada limaka, odwiedzi 
Josela, przetrzsn jary we wszystkich kierunkach, spotnial, zaboci 
127 
si, ale -nikogo nie znalaz. Z poszukiwa tych jednak wycign bardzo suszny 
wniosek, e zodzieje od dawna uciekli. Wic kazawszy limakowej woy 
do wzka garnuszek masa i t kur w czarne ctki, wrci do domu. 
Kradziee na jaki czas ustay; limak przecie, pomny na pogrki, wci 
rozmyla, e trzeba budynki zaopatrzy w skoble, a stajni i obor w zasuwy z 
drgw. Uoywszy za wszystko porzdnie w swojej gowie, czeka, a mu 
przyjdzie ochota wyda pienidze na elastwo i obciosa drgi. Obie czynnoci 
odkada z dnia na dzie, pamitajc o przysowiu: co nagle, to po diable, i czekajc 
albo na lepszy pomys co do zabezpieczenia budynkw, albo na stalsz 
pogod. 
- Skoble kupi trzeba - mwi - ale po co buty marnowa w takim bocku? 
Tymczasem zima ustalia si. Na wzgrzach wyrs kouch gruby na okie. 
Biak przykry ld twardy jak krzemie, gocice wygadziy si, gazie drzew 
okry Pan Bg w koszulki ze niegu, a limak wci medytowa o zasuwach i 
skoblach. Pali fajk, a w izbie byo dymno, przekada nog na nog albo siedzc 
przy stole opiera gow to na prawej, to na lewej rce, a medytowa, wci 
medytowa. I wanie kiedy ju by w drugiej poowie swoich medytacyj, wpad 
pewnego wieczora do izby Jdrek bardzo zalterowany. Matka, zajta przy kominie, 
nie zwrcia uwagi na chopca; ale ojciec, cho byo skpo wiata w chaupie, 
spostrzeg, e Jdrek ma poszarpan sukman, zwichrzony eb i sice pod 
oczyma. 
limak niby niechccy z tej i owej strony obejrza zasapanego Jdrka, domyli 
sobie to, o czym myla, wytrzsn fajk, splun i rzek: 
- Widzi mi si, chopak, e ci kto w gb da?... I to pewnie ze trzy razy... 
-Ja jemu lepiej daem -odpar zachmurzony Jdrek. Matka w ow chwil 
bya w sieni, wic na razie nie syszaa rozmowy. Ojciec za nie pieszy si z 
badaniem, bo wanie zapchany cybuszek przepycha drutem. Dopiero przedmuchnwszy 
go pyta dalej: 
- Ktry ci tak uczci? 
-A ten hycel Herman - mrukn Jdrek poruszywszy opatkami, jakby go co 
ksao. 
- Ten od Hamera? - pyta ojciec. 
-Przecie on. 
-A ce ty robi u Hamera, kiej zakazano ci tam chodzi? 
-Takem se zaglda do bakaarzw bez okno - odpar zaczerwieniony chopak 
i szybko doda: - A ten ci, niemieckie nasienie, wylecia z kuchni i dr si: 
Co tu podpatrujesz dom, zodzieju? - Com ci ukrad? - ja mwi.  Jeszcze 
nic -on mwi -ale pewnie ukradniesz. I zaraz woa:  Poszed std, bo ci dam 
w zby! A jo mwi: To sprbuj! A on: Juem sprbowa. A jo: Moe 
sprbujesz jeszcze raz? A on: Masz jeszcze raz... 
-Pochopny Szwab - mrukn limak. -A ty jemu nic? 
- Com mu mia zrobi? - obruszy si Jdrek. - Zapaem polano i mignem 
go leciutko w eb... Moe ze dwa razy, no... niechby trzy. A ten podlec zara ci 
128 
pokad si na ziemi i puci farb. Chciaem mu jeszcze dooy za chytro, 
ale z chaupy wyleciay tamte. Nawet Fryc mia fuzj w garci, wicem ucik. 
- I nie dognay ci? 
- Oho! mieli me dogna, kiedym rwa jak zajc. 
- Choroba z tym chopakiem - odezwaa si matka wysuchawszy historii. -
Jeszcze go kiedy Szwaby utuk. 
-Co mu ta zrobi - odpar ojciec. -Chybszy on w nogach od nich i zawdy 
im si wymknie. 
Naoy fajk i znowu pocz rozmyla o zodziejach, skoblach i zasuwach. 
Ale na drugi dzie w samo poudnie przyszli przed zagrod limaka Fryc 
Hamer, jego brat Wilhelm i parobek Herman z gow tak obwizan szmatami, 
e mu ledwie jedno oko byo wida. Stanli we trzech na gocicu, a Fryc zacz 
woa do Owczarza: 
-Hej tam!... Powiedz gospodarzowi, eby do nas wyszed. limak usysza 
krzyk i wybieg przed wrota, z popiechu zapinajc przez drog pas na koszuli. 
- Czego chceta? - spyta. 
-Idziemy ze skarg do sdu na tego zbja - krzycza rozgniewany Fryc. -O! 
patrzaj, jak pokaleczy Hermana... A tu mam wiadectwo felczerskie, e rany s 
niebezpieczne -mwi pokazujc chopu arkusz papieru. -Posiedzi on w kryminale, 
ten wasz Jdrek. 
-Do bakaarzwny zachciao mu si umizga!... Bdzie si umizga za krat!... 
- bekota niewyranie Herman, bo mia gb a dwa razy przewizan. 
limak troch si zafrasowa. 
-Wstydzilibyta si -rzek -za takie gupstwo chodzi do sdu. Przecie i 
Herman da chopcu ze dwa razy w pysk, a my do sdu nie idziemy. 
-Aha! daem, akurat... -bekota Herman. -A gdzie on ma znaki?... gdzie 
krew?... gdzie wiadectwo felczera?... 
-Poczciwita -mwi limak. -Jakemy wam wieprza uratowali, to aden 
stranikowi nie powiedzia, e to my. Ale jak Hermana chopak przez figle ciapn 
patykiem, ju lecita do sdu... 
-To chyba u was wieprz tyle znaczy co czowiek - odpar Fryc. - Ale u nas 
nie wolno czowieka kaleczy... Jak posiedzi w kryminale, oduczy si rozboju, 
chamska szyja!... 
I poszli we trzech do gminy. 
Po tym wypadku limak zapomnia o zodziejach, skoblach i zasuwach, ale 
pocz medytowa: co sd zrobi z Jdrkiem? Czsto te wzywa na porad 
Owczarza. 
-Wiesz ty, Maciek -mwi -jo se kalkuluj, e jak w sdzie postawi takiego 
maego Jdrka przy takim wielgim Hermanie, to moe chopcu nic nie bdzie? 
-Pewno, e mu nic nie bdzie - potwierdzi parobek. 
-Zawdy - cign limak -ciekawo, jaka go moe spotka kara za pobicie? 
129 
-Juci gowy mu nie zdejm - odpar Owczarz - i nawet nic mu wielkiego 
nie zrobi. Pamitam, e jak Szymon Krawczyk pobi do krwi Wjcika, to Szymona 
wsadziy na dwa tygodnie do haretu. A jak Potocka, ta Jdrzejowa, skaleczya 
garnkiem Makolgwiank, to kazay jej zapaci traf. limak zastanowi 
si i rzek po chwili: 
-Juci prawda. Przecie i u nas ludzie bijali si, a aden nie poszed do kryminau. 
Ino boj si, e Niemiec moe kosztowniejszy od chopa. 
-Co by ta mia by kosztowniejszy, taki niedowiarek. 
-Ale zawdy... Wspomnij sobie, jak to ich sam wachmistrz obchodzi. Nawet 
z Grzybem nie bdzie ci tak gada jak z Hamerem. 
-Prawda to. Ale i wachmistrz obejrzawszy si powie wam we tyry oczy, e 
Niemiec - to parch. 
- Niemce maj swego cysorza - rzek limak. 
-Ale ich cysorz przy naszym to polednia osoba. Wiem przecie, bo jakem 
siedzia we pitalu z jednym sodatem, on zawdy gada: Kudy jemu!... 
Ostatnia uwaga nieco uspokoia limaka. Niemniej wci rozmyla o karze, 
jaka moe spotka Jdrka, a w najblisz niedziel razem z on i chopakiem 
poszed do kocioa, aby u ludzi, lepiej obeznanych z sdami, zaczerpn opinii. 
W domu zosta Owczarz bawic si ze znajd i dogldajc garnkw na kominie. 
Byo ju po poudniu, kiedy na podwrzu w gwatowny sposb zacz ujada 
Burek. Pies szczeka, jakby si kto z nim drani. Owczarz wyjrza przez 
okno i pod chaup zobaczy obcego czowieka w miejskim odzieniu. Mia on 
dugi szaraczkowy kubrak i rudy kaptur na gowie, przez co niewiele mu byo 
wida twarzy. 
Parobek wyszed przed sie. 
-A czego to? 
-Zmiujcie si, gospodarzu -odpar obcy -poratujcie nas w nieszczciu. 
Niedaleko za wasz chaup sanie nam si zepsuy i nawet nie mog ich naprawi, 
bo mi dzi w nocy siekier z pkoszka ukradli. 
Owczarz przyglda mu si z niedowierzaniem. 
-Z dalekata? -spyta. 
-Sze mil std. Jedziemy z on do familii, jeszcze ze cztery mile. Dobrej 
wdki wam dam i kiebasy, jak mnie poratujecie. Na wzmiank o wdce podejrzenia 
Maka osaby. Pokrci gow par razy, przecign si, ale w kocu, 
chcc poratowa bliniego, zostawi znajd w izbie i z siekier poszed za wdrowcem. 
Rzeczywicie, niedaleko zagrody stay sanie, zaprzgnite w jednego konia 
przy dyszlu, a na saniach kulia si baba, jeszcze lepiej opatulona anieli jej 
m. Zobaczywszy Owczarza baba paczliwym gosem zacza go bogosawi, 
podrny za postpi o wiele zacniej, bo od razu wypi do Maka z duej flaszki. 
130 
Parobek, wymwiwszy si dla ceremonii, pocign z flaszki, a mu oczy 
zami zaszy, i wzi si do naprawy sanek. Niewiele byo przy nich roboty, moe 
na p godziny; mimo to wdziczno podrnych dla parobka nie miaa granic. 
Baba daa Owczarzowi kawa kiebasy i cztery obwarzanki, a jej m tak si 
rozczuli, e zawoa: 
-Zjechaem przecie szmat drogi, ale nigdziem nie spotka tak uczciwego 
chopa jak ty, bracie. Za to - zostawi ci pamitk. Nie masz, bracie, butelki? 
-W izbie moe bym i znalaz -odpar Maciek niepewnym z radoci gosem, 
czujc, e mu wdki zostawi. 
Podrny zepchn bab z siedzenia i wydoby czarn butelk z grubego 
szka. 
-Idmy -rzek do parobka, -Ty mi za fatyg ofiarujesz kilka bretnali, na 
wypadek gdyby si jeszcze raz sanie zepsuty, a ja za twoj pomoc dam ci taki 
kordia, e kiep wdka!... Bo to jest i wdka w nim, jest i lekarstwo. 
Szli wawo do chaty, a obcy prawi: 
- Zaboli ci gowa, zaboli ci brzuch - yknij kielich tego trunku. Nie moesz 
spa, czy masz zmartwienie, czy ci febra trz zacznie, a ty - ykniesz mojego 
trunku i jak para wyjdzie z ciebie choroba. Szanuje ten trunek - mwi podrny 
-i nie dawaj go byle komu, bo to specja. Jeszcze mj dziad nieboszczyk nauczy 
si robi go od zakonnikw w Radecznicy. Nawet na uroki ono bez maa 
takie dobre jak woda wicona. 
Dosigli zagrody. Maciek wszed do izby po gwodzie i butelk, a podrny 
zosta na dziedzicu, niedbale rozgldajc si po budynkach i oganiajc si 
przed Burkiem, ktry wciekle na niego ujada. W innym czasie ten psi gniew 
moe zastanowiby Owczarza, ale dzi trudno byo podejrzywa gocia, ktry za 
niewielk prac da mu wdki, kiebasy i jeszcze obieca cudownego trunku. 
Wynis tedy parobek z izby pkat butelczyn i umiechajc si poda j 
podrnemu; ten za nala mu z ptorej kwaterki specjau upominajc, aby lada 
kogo nie czstowa i sam uywa tylko w wanych wypadkach. 
Wreszcie poegnali si. Obcy pobieg do sanek, a Owczarz zatka swoj butelk 
gagankiem i ukry w stajni pod obem. Braa go ochota pokosztowa bodaj 
kropelk cudownego trunku, ale -zapanowa nad sob pomylawszy: 
Czy to raz padnie na czowieka sabo? Lepiej na taki czas odoy. 
W tej okazji Maciek okaza niepospolit moc ducha, bo jak na nieszczcie 
limakowie zasiedzieli si w kociele i biedak nie mia nawet do kogo gby 
otworzy. Zjad obiad bawic si przy nim duej ni zwykle, koysa do snu 
znajd, znowu budzi i opowiada jej to o szpitalu, gdzie mu wyreparowali zaman 
nog, to o podrnych, ktrzy sprawili mu tak hojny poczstunek. Lecz 
pomimo wszelk ostrono wci przychodzi mu na myl ukryty pod obem 
specja zakonnikw z Radecznicy. Gdzie spojrza, wszdzie go widzia. Pkata 
butelka wygldaa spomidzy garnkw na kominie, zielenia si na cianie, 
byszczaa pod aw, nieledwie pukaa do okna, a biedny Maciej tylko mruy 
oczy i myla: 
131 
Da spokj! przyda si ono na gorsze czasy. 
Krtko przed zachodem soca Owczarz usysza na gocicu wesoe piewanie. 
Wybieg przed wrota i zobaczy rodzin limakw powracajc z kocioa. 
Byli na grze i zdawao si, e ciemne ich sylwetki schodz na nieg z 
czerwonego nieba. Jdrek z zadart gow i zaoonymi w ty rkoma sun po 
lewej stronie drogi, gospodyni w granatowej katance rozpitej, e byo wida 
koszul i piersi, sza po prawej stronie drogi, a gospodarz w czapce na bakier, 
podkasawszy rk sukman jak do taca, rwa naprzd, od prawej strony gocica 
do lewej i od lewej do prawej, piewajc: 
Za stodoom, za wagrowom, 
Dej mi spokj, bo zawoom, 
Jak zawoom: Dy si wyno!... 
A usyszy sam jegomo... 
Czy zawoasz, nie zawoasz, 
Jak si upr, nie wydoasz. 
A parobkowi zrobio si przyjemnie od ich wesooci i mia si nie z tego, 
e za duo wypili, lecz - e im tak dobrze byo na wiecie. 
-Wiesz, Maciek!... -krzykn limak z daleka, spostrzegszy stojcego u 
wrt -wiesz, Maciek, nic nam Szwaby nie zrobi!... Dobieg pdem i ciko 
opar si Owczarzowi na szyi. 
-Wiesz, Maciek -prawi gospodarz idc z nim ku izbie -spotkalimy na naboestwie 
Jaka Grzyba. Hycel chop, ale dobry!... Jakemy mu powiedzieli, e 
Jdrek przetrci Hermana, to z radoci postawi a kwart wdki i przysiga na 
szczliwe skonanie, e sd chopaka uwolni... A Jasiek zna si, bo on pisa przy 
kancelarii i sam nieraz za rne szprynce bywa pod sdem. Ho! ho! on si zna... 
-Jakby mnie, pary, wsadziy do prochowni, to bym ich spali;.. - doda zaczerwieniony 
Jdrek. 
-Nie pyskuj! - zgromia go matka - bo jak si kiedy naprawd spal, na ciebie 
padnie posdzenie... 
W takim nastroju ducha weszli wszyscy do chaupy i zasiedli do jada. Ale 
im si nie wiodo. Gospodyni podajc kapuniak wicej wylaa go na st anieli 
w misk; gospodarz nie mia apetytu, a Jdrek zapomnia, w ktrej rce naley 
trzyma yk. Przekada j z prawej do lewej, pochlapa sukman, oparzy ojcu 
nog i w kocu -poszed spa. Przykadu jego nie omieszkali naladowa rodzice 
i wnet cala rodzina limakw spaa jak zarnita. 
Owczarz znowu zosta samotny nie majc do kogo przemwi i -znowu 
przypomniaa mu si pkata flaszka pod obem. Na prno dla rozerwania myli 
poprawia dogasajce wgle w kominie albo wysuwa knot trzeszczcego kaganka. 
Chrapanie limakw i jego usposobio do snu, a unoszcy si w izbie 
zapach wdki napenia go tsknot. Daremnie opdza si przykrym mylom, 
ktre jak my nad wiatem kryy mu nad gow. Ledwie zapomnia o szpitalu, 
wnet poczyna go trapi smutek nad opuszczeniem znajdy; ledwie zapomnia 
o ndzy dziecka, wnet napada go al nad wasn bied. 
132 
-Nie ma co - mrukn - trza i mnie i spa... Owin w kouch znajd i poszed 
do stajni. Tu leg na swoim barogu, ogrzewany ciepym oddechem koni, 
przymyka oczy, ale - wszystko na nic. Sen nie przychodzi, bo na sen byo za 
wczenie. 
Nareszcie, przewracajc si z boku na bok, mimo woli zawadzi rk o 
flaszk z trunkiem zakonnikw. Odsun j, ale flaszka z pogwaceniem prawa 
bezwadnoci coraz natarczywiej pchaa mu si do rki. Chcia mocniej wetka 
w otwr gaganek, ale ten zosta mu w palcach, a kiedy machinalnie podnis 
butelk do oczu, aby w mroku zobaczy, co si z ni dzieje -szyjka dziwnego 
naczynia skoczya mu do ust i Maciek nawet nie mylc, co robi, pocign spory 
yk uzdrawiajcego specjau. 
Pokn i skrzywi si w ciemnoci, bo trunek by nie tylko mocny, ale jeszcze 
mdy. Zwyczajnie, lekarstwo. 
Byo si te na co akomi! - pomyla Owczarz i zatkawszy butelk wsun 
j gbiej pod b. Zarazem postanowi by na przyszo wstrzemiliwszym 
i bez potrzeby nie pi trunku, ktry nie odznacza si dobrym smakiem. 
Zmwi pacierz i zrobio mu si cieplej i spokojniej. Przypomnia sobie powrt 
limakw z kocioa i - dziwna rzecz - stanli mu jak ywi przed oczyma. 
Wnet Jdrek gdzie si podzia (Owczarz nie by w tej chwili pewny, czy w 
ogle istnia jaki Jdrek na wiecie!). limak poszed spa, ale gdzie bardzo i 
bardzo daleko, a zostaa przy nim tylko - gospodyni w rozpitej granatowej katance, 
pod ktr wida byo kilka sznurw korali, odchylon koszul i bia 
pier. 
Owczarz zamkn powieki i jeszcze przycisn je palcami, aby nie patrze. 
Mimo to wci widzia limakow, ktra umiechaa si do niego w dziwny 
sposb. Nakry gow kouchem - na prno. Kobieta wci stoi i patrzy na niego 
tak, e Maka ognie przechodz. Serce zaczyna mu bi gwatownie, w yach 
czuje war gorcy. Odwrci si do ciany, wtem (o straszna godzino!) czuje, e 
kto jest przy nim i szepce: Posu si... Posun si tak, e ju nie ma miejsca, 
lecz mimo to syszy znowu ten sam gos, ktry mwi: No, posu si... 
Gdzie ja si posun, kiej tu ciana? - pyta Maciek... Posue si -szepce 
gos cichy a niecierpliwy i jednoczenie ciepa rka obejmuje go za szyj. 
Teraz Owczarzowi wydaje si, e jego barg poczyna si z nim zapada. 
Leci... leci... leci... Boe, gdzie on spada?... Nie, on nie spada, on unosi si w 
powietrzu, lekki jak piro, jak dym. Otwiera oczy i widzi nad nieystym wzgrzem 
niebo ciemne, roziskrzone gwiazdami. Skd niebo, przecie on ley w zamknitej 
stajni?... A jednak wida niebo. Jakim sposobem?... Nie, ju nie wida, 
znowu otoczya go ciemno. Chce si poruszy, lecz nie moe. Wreszcie - po 
co on ma si porusza, kiedy mu i tak dobrze? Czy jest na wiecie rzecz dla ktrej 
warto by nawet zgi palec? Nie ma takiej, a raczej jest tylko jedna -sen, 
ktry go w tej chwili ogarnia; sen tak gboki, e Owczarz nigdy nie chciaby si 
z niego obudzi. Ach... ach... ciko dyszy i zasypia, zasypia, zasypia... 
133 
Ze snu bez marze, ktry musia trwa okoo dziesiciu godzin, obudzio 
Maka wraenie blu. Uczu silne wstrznienie. Kto kopn go w bok, potem 
w gow, pniej zacz szarpa za rce i targa za wosy woajc: 
- Wstawaj, zodzieju!... wstawaj!... 
Owczarz machinalnie chcia wsta, lecz tylko przewrci si na drugi bok. 
Wwczas uderzenia w gow i szarpania powtrzyy si jeszcze gwatowniej, a 
jaki gos przytumiony (tak zdawao si parobkowi) wci woa: 
-Wstawaj, ty!... Bodaj ci wita ziemia nie nosia!... Maciek podnis si i 
usiad. Ale e razi go blask dnia, a gowa ciya jak kamie, wic znowu zamkn 
oczy i opar brod na rkach, siedzc. Pocz zbiera myli i w pierwszej 
chwili zdawao mu si, e zagorza. 
Teraz zosta uderzony pici w twarz raz i drugi. Z trudnoci odchyli powieki 
i przekona si, e bije go - limak. Chop szala z gniewu. 
- Czego mnie bijecie? - zapyta zdumiony Maciek. 
- Gdzie konie, ty zodzieju?... - krzycza limak. 
-Konie?... -mrukn Maciek. Wypezn na czworakach ze swego barogu 
na powietrze i jeszcze raz powtrzy: - Konie... Jakie konie?... 
Nagle porway go wymioty. Nieco oprzytomnia i spojrza w gb stajni. 
Zdawao mu si, e w niej czego brak. Potar czoo, jakby chcc obudzi leniwe 
myli i znowu spojrza. Stajnia bya pusta. 
- A gdzie konie? - zapyta teraz Owczarz. 
-Gdzie?... -krzykn limak. -Tam, gdzie ich zaprowadzili twoi bracia, 
zodzieju!... 
Parobek ze zdumienia rozoy rce. 
- Ja koni nie wyprowadzaem - rzek - przez ca noc nie ruszyem si z tela... 
Chyba cosik mi si stao, bom jest chory... 
I zatoczy si, a musia uchwyci rk za futryn stajni. 
- Co ty gadasz?... Udajesz gupiego, czy nie widzisz, e mi konie ukradli?... 
mwi kipicy gniewem limak. - A przecie ten, co krad, musia bram otworzy 
i przez ciebie stworzenia przeprowadza. 
-Nikt bramy nie otwiera, nikt przeze mnie koni nie wyprowadza, niech 
mnie Bg skarze! - mwi Owczarz bijc si w piersi. I rozpaka si. 
W tej chwili zza stod nadbiegli Jdrek i limakowa. 
- Tatulu! - woa chopiec - za potem ley Burek zdechnity... 
-Struy go zodzieje - dodaa kobieta -bo pies toczy pian... A mu na pysku 
zamarza. 
Owczarz nie mogc sta usiad na progu stajni. 
-A dy i temu co si stao -odpar limak -bo jest jak nieprzytomny. Ledwiem 
go dobudzi... I jeszcze dosta choroby... 
-mierci niech doczeka! -krzykna limakowa wygraajc pici. - Spal 
w stajni i da konie ukra... Bodaj go ziemia wyrzucia, kiedy zdechnie! 
134 
Jdrek obejrza si za kamieniem chcc rzuci w Owczarza, ale -zatrzymali 
go rodzice. Przypatrzywszy si lepiej parobkowi, dostrzegli w nim uderzajce 
zmiany. Mia twarz popielat, usta blade jak nieboszczyk i zapadnite oczy. 
- Moe i jego otruli? - szepna gospodyni. 
limak wzruszy ramionami, niepewny, co odpowiedzie. Wreszcie zacz 
bada parobka: czy kto nie by wczoraj w zagrodzie podczas ich nieobecnoci i 
czy go nie czstowa? 
Powoli i z trudnoci, nic jednak nie ukrywajc, opowiedzia im Maciek o 
podrnym, ktremu naprawia sanie, tudzie o trunku ksiy zakonnikw z Radecznicy 
i zakoczy szlochajc: 
- Juci zadali mi jakiego paskudnego ziela, aeby konie wyprowadzi... 
limak, zamiast ulitowa si, znowu wpad w gniew. 
-Ale ty wzi od niego trunek -woa -i pie go?... I nie przyszo ci do 
myli rozpowiedzie mi o tym, jakemy wrcili z naboestwa... Co?... 
-Cem ja mia woma gada - odpar Maciek - kiej sami by lista odrobin 
zaprszeni?... 
-Tobie nic do tego! -wrzasn limak. -Twoje psie prawo nie patrzy, 
czym ja pijany, ale kiedym si upi, jeszcze lepiej pilnowa... Taki sam zodziej 
jak i tamci, nawet gorszy, bo mnie zdradzi, cho przygarnem ci, kiedy zdychae 
z godu... 
-Oj! nie gadajcie tak... - jkn Owczarz. Zsun si z progu i upad do ng 
limakowi. 
-Mam u was - szlocha -kilka rubli zasug... Mam kouszyn, sukmanin i 
skrzynk... Zabierzcie to, ale nie mwcie, em was zdradzi... Przecie pies nie 
by ode mnie wierniejszy, a take go otruli... 
Ale zacity limak odepchn go. 
-Nie zawracaj mi gowy! -mwi gniewnie. - Skrzynk mi daje i swoje zasugi, 
a konie byy warte z osiemdziesit rubli... Bez cay rok nie zebraem tyle, 
eby sobie nowe kupi... Osiemdziesit rubli, o Jezu!... Osiemdziesit rubli musz 
wyda bez tego hycla... eby ty by moim rodzonym dzieckiem, nie dopiero 
przybd, jeszcze bym ci nie darowa... Oba chopcy, cho moi synowie, tyle 
mnie nie kosztowali... 
Gniew jego wzrasta. Chop trzs si, ciska pici i woa: 
-Co ja si wreszcie mam frasowa! Zgubie konie -odnajd ich, a nie, to 
ci zaskar do sdu jak zodzieja... Id, gdzie chcesz, szukaj, jak chcesz, ale bez 
koni na oczy mi si nie pokazuj, bo moja mier albo twoja!... Take mi obmierz 
za t zbrodni, e jeszcze chwyc siekier i eb ci rozwal... A i tego 
szczeniaka zabierz, bkarta Zoki, bo tu zdechnie - idta se precz!... Wrcisz z 
komi - wszystko ci odpuszcz. Ale jak masz wraca bez koni, to si lepiej powie, 
bye mi ju nigdy nie stan na oczach... 
-Bd szuka - zawoa Maciek i drcymi rkoma pocz wciga stary kouch. 
- Moe mi Pan Bg dopomoe... 
135 
-Diaba pro, eby ci dopomg, kiedy taki podlec, e mienia mnie pozbawiasz! 
- mrukn limak i odwrci si idc do chaty 
- A skrzynk zostaw - rzek Jdrek. 
-Wypaci si nam za nasze dobre serce! -dodaa gospodyni ocierajc oczy 
fartuchem. 
I wszyscy troje poszli do izby. Ani jedno nie rzucio na Maka askawego 
spojrzenia, cho opuszcza ich moe na zawsze. 
Maciek zosta sam, powoli gotujc si do drogi. Ubra znajd w swoj kamizelk, 
owin w kawaek sukmany, a potem w pacht. Sam przepasa si pasem 
i wyszuka na dziedzicu grubego kija. 
Gowa go bardzo bolaa i czu taki brak si, jak po najciszej chorobie. Ale 
mg myle i wyrozumie pooenie. Nie gniewa si na limaka, e go pobi i 
wygna z domu, bo juci gospodarz mia racj; nie lka si, e od tej chwili nie 
ma dachu nad sob, bo tacy jak on nie posiadaj go nigdy. Nie troszczy si o 
przyszo dla siebie i sieroty, bo wiat wielki, a Pan Bg jest wszdzie. Za to 
mczy go inny al: za skradzionymi komi. 
Konie dla limaka byy maszynami roboczymi, ale dla Owczarza -przyjacimi 
i brami. Kto za nim tskni na tym wiecie, kto szczerze wita wchodzcego 
do stajni albo egna wychodzcego, jeeli nie Wojtek i Kasztan? Tyle lat 
byli razem, cierpieli bied, pomagali sobie, rozweselali si w samotnoci, i oto 
dzi -ju nie ma tych przyjaci! Kto ukrad ich, wywid na ndz, a on, 
Owczarz, pozwoli na to... 
Makowi zdawao si, e syszy ich renie. Zmiarkoway nieboraki, co im 
jest, i wzywaj parobka na pomoc. Id! id! -mrukn. Wzi zawinit dziewczyn 
na jedn rk, kij w drug i poszed kulejc za stodoy. Nie obejrza si na 
chat; napatrzy si, kiedy powrci z komi. 
Za stodo zobaczy rozcignitego Burka, ale nie mia czasu myle o nim, 
bo oto spostrzeg lady koni, wycinite w niegu jak w wosku. Tu zna due 
kopyto Kasztana - tu zepsute kopyto Wojtka, a tam - wsiedli na nich zodzieje i 
pojechali stpa. Jacy pewni swego, jacy bezpieczni! Ale owczarz znajdzie was, 
cho kulawy i osabiony, bo w nim ju ockna si chopska zawzito. ebycie 
uciekli na kraj wiata, on pjdzie na kraj wiata; ebycie wkopali si w 
ziemi, on rkami wykopie ziemi; ebycie wylecieli do nieba, on trafi i do 
nieba i poty bdzie milczc sta u wrt, poty swoj pokor bdzie naprzykrza 
si witym, a rozbiegn si po niebie i konie mu wydadz. 
lady z pola skrciy na gociniec wiodcy do wsi kocielnej, ale bynajmniej 
nie zniky. Maciek widzia je doskonale i czyta z nich ca histori wdrwki. 
Tu Kasztan potkn si, tu sposzony Wojtek zeskoczy z drogi, a tu zodziej 
zsiad z Kasztana i poprawi na nim uzd. Panowie ci zodzieje! chodz kra w 
nowych butach; szlachcic nie powstydziby si jecha w takich na polowanie... 
Pod wsi kocieln pozna Maciek, e zodzieje zboczyli z gocica, a co 
gorsza kady w inn stron: ten, co jecha na Kasztanie -w prawo, ten co na 
136 
Wojtku - w lewo. Owczarz pomedytowawszy chwil skrci na lewo; moe dlatego, 
e lad Wojtka by znaczniejszy, a moe - wicej kocha t szkap. 
Okoo poudnia, wci idc za odciskami kopyt znalaz si Maciek niedaleko 
wsi, gdzie mieszka sotys Grochowski, kum limaka. Poniewa nakad drogi 
nie by wielki, wic Maciek wstpi do Grochowskiego liczc, e im je dadz, 
bo ju by godny, a i sierota popakiwaa na rku. 
Znalaz sotysa w chacie, akurat, gdy mu wymylaa ona -tak sobie, bez 
powodu. Olbrzymi chop, siedzc na awie pod cian, opar jedn rk o st, 
drug na oknie i sucha kobiecego ujadania z tak powag, jakby mu w gminie 
raport czytano. Powaga jednak nie bya szczera, bo ile razy ona schowaa gow 
midzy garnki na kominie. Grochowski przeciga si i ziewa albo zacinit 
pici bi si w eb krzywic si tak brzydko, jakby mu owo gadanie od 
dawna obmierzo. 
Przy obcych ona folgowaa sotysowi, aby nie wystawia na szwank jego 
urzdu. Tote Grochowski z ukontentowaniem przyj Owczarza; kaza mu poda 
gorcej strawy, a dziecku mleka. Gdy za jeszcze donis parobek, e limakowi 
skradziono konie i e on, Maciek Owczarz, idc za ladem zodziejw 
wstpi po rad do swego sotysa, Grochowski -poczstowa go wdzonk i 
wdk. Gotw by nawet pisa protok; na nieszczcie, jak mwi, zabrako 
mu w izbie urzdowych statkw i papieru. 
Swoj drog wzi Maka na sekretn rozmow do alkierza, gdzie z godzin 
szeptali. Okazao si, e Grochowski od dawna tropi zodziejsk band, a nawet 
zna jej dowdcw; zrobi im jednak nic nie moe, bo adnego nie zapa na 
uczynku, a co gorsza, jakie silne wpywy krpuj mu rce. Powiedzia on 
Makowi nazwisko podrnego, ktry za napraw sani tak go wczoraj uczstowa 
trunkiem zakonnikw radecznickich, a nadto objani, e jadca z nim baba, 
niby ona, nie jest ani bab, ani on, ale bratem Joselowego szwagra, przebranym 
w kobiece szmaty. 
Zrozumia te Maciek, dlaczego wczoraj mody Grzyb z tak ochot podejmowa 
oboje limakw we wsi kocielnej po naboestwie, e wrcili pijani, 
ale - przysig sotysowi, e do czasu pary z ust o tym nie puci. 
-Przed sdem -koczy Grochowski -nic nie zrobimy hyclom, ale sami damy 
im rad, byle ino ich na ustroniu przydyba, a najpierwej wszystkich odkry. 
I konie si znajd, niech ci o to gowa nie boli. 
Owczarz obj go za nogi i rzek: 
-Wszystko zrobi, co kaecie, sotysie, chobym mia mierci naoy. 
-Zrb tak - odpar sotys. -Za ladem koo mojej chaupy nie ma co i, bo 
ja ju wiem, e on prowadzi do Joselowego szwagra. Ale ciekawi mnie tamten 
drugi lad, na prawo od gocica, bo on moe zawiedzie nas do ktrego z kolonistw, 
a moe do onego yda, co resztek lasu pilnuje. Ide se ty, bracie, tamtym 
ladem, najdalej jak bdziesz mg; a jeeli gdzie trafisz, daj mi zara zna. 
Do jutra powiniene tu by z powrotem, bo gniazdo zodziejskie niedue. 
- I odbierzemy konie?... - spyta Maciek. 
137 
-Z bebechw im wycigniemy! -odpar sotys, a oczy gronie mu bysny. 
Byo okoo drugiej, kiedy Maciek pocz egna si odchodzc. Grochowski 
napomkn, e dobrze byoby sierotk zostawi w izbie, ale ona jego tak si 
obruszya, i umilkn. Znowu wic Owczarz zawin dziewczyn w kawa 
sukmany i w pacht, posadzi j na lewej rce, kij wzi w praw i poszed. 
Wrciwszy do gocica od razu odnalaz lady Kasztanka i po godzinnym 
chodzeniu zmiarkowa, e stajnia zodziejw musi by gdzie blisko, w okolicy, 
bo lad bieg baamutnie. Z pocztku oddala si od gocica, potem zbliy si 
do niego, znowu oddala, skrca do lasu, a nareszcie wpad midzy jary, z drugiej 
strony kolejowego nasypu. Mrz ciska coraz tej, ale zadyszany Maciek 
nie czu zimna; po niebie od czasu do czasu przelatyway chmury, a na ziemi to 
sypa nieg, to ustawa; ale Maciek szuka tym pilniej, lkajc si, aby nie zataro 
ladw. Szed wci, patrzy pod nogi i nawet nie zwaa, e robi si ciemno, 
a nieg sypie coraz czciej i gstszy. 
Bardzo zmczony chwilami przysiada, ale na krtko, bo zdawao mu si, e 
syszy renie Kasztanka. Raz nawet odezwao si co tak gono (moe w jego 
zbolaej gowie), e porzuci lad i zebrawszy reszt si pocz i na przeaj za 
gosem. Im prdzej bieg, tym wyraniej rao; wic wdziera si na wzgrza, 
zsuwa z drugiej strony, mocowa si z zatrzymujcymi go krzakami, pada, 
podnosi si i szed, wci szed za gosem. 
W kocu renie umilko, a wtedy Maciek spostrzeg, e jest midzy jarami, 
po kolana w niegu, i e zapada noc. 
Z wielkim trudem wdrapa si na wzgrze, aby rozpozna okolic i nie zbdzi. 
Ale zobaczy tylko nieg, tu i owdzie popstrzony krzakami. nieg na prawo, 
na lewo, nieg za nim, przed nim i pod nim -a wokoo ciemno. Spoza 
chmur nie wyglda ani jedna gwiazda, nawet na zachodzie zgasy wieczorne zorze. 
Nic, tylko ciemno i nieg poplamiony czarnymi krzakami. 
Sprbowa zej ze wzgrza. Tu - wydao mu si zbyt spadzisto, tam byo za 
wiele gszczu. W kocu trafi na wygodniejsze zejcie, macajc kijem postpi 
par krokw naprzd i - run z wysokoci kilku okci. Prawdziwe szczcie, e 
niegu w tym miejscu leao po pas; inaczej zabiby si razem z dzieckiem. 
Przestraszona sierotka zacza cicho szlocha (gos miaa zawsze saby), a 
do Makowego serca zakoata niepokj. 
Zbdzi, nie zbdziem - myla -bo to przecie znana okolica, nasze jary. 
Ale jak z nich wyj?... 
Znowu pocz i, ale ju wwozami majc niegu to po kolana, to po kostki, 
to wyej kolan. Szed z p godziny, a trafi na miejsce wydeptane. Przyklk, 
obmaca rk i pozna, e to jego wasne lady. 
-To ci dopiruj mylna droga! - mrukn i skierowa si w inny korytarz wwozw. 
Znowu szed przez kilka pacierzy i znalaz jakby wykopisko w niegu 
pod gr. Obmaca rk cian gry i form jamy i pomiarkowa, e jest to miejsce, 
gdzie niedawno upad z urwiska. 
138 
Wyty ucho, bo zdawao mu si, e syszy szmer. To krzaki szeleszcz mu 
nad gow. Tam w grze zerwa si wiatr i nagania chmur sypic nieg drobny, 
lecz ostry, ktry ci go po rkach i po twarzy jak rj komarw. 
Czyby ju ostatnia godzina nadesza?... -pomyla. -I -ni... -szepn przecie 
musz pierwej kunie znale, eby mnie za zodzieja nie mieli. 
Otuli sierot, ktra bez wzgldu na ruch i niewygod twardo mu na rkach 
zasna, i pocz i wwozem bez celu, aby tylko i. 
-Nie gupim siada - mrucza - bo niechbym ino usiad, zmarzn, a przecie 
kuni u zodziejw nie zostawi... 
Ostry nieg pada coraz gciej i ubieli Maka od stp do gw. Syszc 
wiatr szumicy po wierzchokach wzgrz chop cieszy si, e go zawiejka nie 
spotkaa na polu, tylko w jarach, gdzie zawsze jest troch cieplej. 
-Nawet wcale jest ciepo -ale zawdy nie sid, ino przechodz do rana, boby 
m zmarz. 
Byo jeszcze daleko do pnocka, kiedy Owczarzowi nogi odmwiy posuszestwa; 
nie mg ju nimi niegu odgarn. Wic stan i pocz drepta w 
miejscu. Ale e i dreptanie zmczyo go, wic zbliy si do jakiego urwiska i 
opar si plecami o glinian cian. 
Punkt ten zdawa mu si wybornym. By troch wzniesiony nad wwz, posiada 
niewielkie wgbienie, akurat na czowieka; ze wszystkich stron otaczay 
go krzaki, wic nawet nieg nie bardzo dokucza. Na domiar zalet tego miejsca, 
gdy mu si raz nogi obsuny, poczu Maciek, e na prawo, w zagbieniu, jest 
jakby szeroki kamie, tej wysokoci co stoek. 
Si, nie sid -myla - bobym zmarz. Ale przysi mona. Co prawda 
-doda w sobie po chwili - na mrozie to ino spa si nie godzi i liga, ale siedzie 
nie jest rzecz szkodliwa. 
Usiad tedy miao, pocign czapk na uszy, mocniej zawin sierot, ktra 
wci spala, i rozmyla, e -jak chwil tu odpocznie, to chwil podrepcze, 
znowu odpocznie, znowu podrepcze i tak doczeka rana. 
Byle ino nie zasn - mrucza. 
W tym zagbieniu nieg ju go nie dosiga, a nawet zdawao si, e jest 
troch cieplej na dworze. Makowi zmarznite nogi odtajay, a zamiast zimna 
czul, e mu co chodzi po podeszwach jakby mrwki. Mrwki owe przeazszy 
midzy palcami poczy szemra po caej stopie; potem weszy na zaman nog, 
pniej na zdrow i dosigy kolan. 
Nie wiadomo skd jedna taka mrwka pocza mu chodzi po nosie. Chcia 
j zrzuci, ale wnet cay ich rj usiad mu na tej rce, gdzie spaa znajda, a potem 
na drugiej. Owczarz nie spdza ich, raz, e chodzenie to nie pozwalao mu 
zasn, a wreszcie - e robio mu przyjemno. A umiecha si czujc, e figlarny 
owad siga mu do pasa i bynajmniej nie pyta: skd si mrwki wziy? 
Wiedzia przecie, e siedzi w jarach, midzy krzakami, gdzie o mrowisko nietrudno, 
a o zimie jako - zapomnia. 
139 
Byle ino nie zasn... Byle nie zasn - powtarza. Ale nareszcie przyszo 
mu na myl: dlaczego nie zasn? Jest noc, jest przecie w stajni... Tak, jest w 
stajni, lecz zaraz maj tu przyj zodzieje. Wic Maciek czeka na nich z okrutnym 
kijem w garci i aeby nie zaspa, nie kadzie si, lecz siedzi na pieku. 
Oho!... sycha szepty... Ju id zodzieje. Ju nawet otworzyli bram stajni i 
wida nieg na dziedzicu. Maciek tuli si do ciany i ciska swj kij... To im 
da!... 
Ale zodzieje pomiarkowali wida, e Maciek czuwa, i odeszli. Boga tam 
odeszli! naprawd uciekli i pdz, a szumi... Owczarz rozemia si i pomyla, 
e ju teraz moe zasn, a przynajmniej zdrzemn spokojnie. Poprawi si na 
siedzeniu, wtuli si w kt i obu rkoma przycisn znajd do piersi, aby mu nie 
spada. Potrzebuje tylko chwili snu, gdy jest bardzo znuony. Potem zaraz obudzi 
si, bo ma co robi; ale co?... 
Co ja miaem robi?... - marzy. - Ora?... - Ni -przecie ju zorane... Kunie 
napoi?... Juci, e kunie... 
Po pnocy wiatr rozegna chmury i na niebie ukaza si skrawek ksiyca. 
Mdy jego blask pad prosto w oczy Makowi, ale chop - nie ruszy si. Wkrtce 
ksiyc schowa si za wzgrza, nadcigny nowe chmury ze niegiem, ale 
Maciek jeszcze si nie ruszy. Siedzia we wgbieniu gry, z gow opart o 
cian, obejmujc rkoma znajd. 
Nareszcie soce wzeszo, ale Maciek i teraz nie ruszy si. Zdawao si, e 
zdziwiony patrzy na plant drogi elaznej, ktra leaa o kilkadziesit krokw od 
niego. 
Soce stao wysoko, kiedy na plancie kolei ukaza si drnik. Spostrzeg 
chopa, i zawoa; ale e Maciek milcza, wic drnik zbieg z nasypu i zbliy 
si do siedzcego. Obszed go z daleka, krzykn par razy: Hej! hej! ociec, 
czycie si upili?... -a nareszcie, jakby nie wierzc wasnym oczom, wszed w 
zagbienie wzgrza i dotkn Maka rk. 
Twarz chopa bya twarda jak wosk i twarz dziecka bya twarda jak wosk; 
szron siedzia na rzsach chopa, a na ustach dziecka szklia si zamarznita lina. 
Drnikowi rce opady ze zdziwienia. Chcia krzycze, ale widzc, e jest 
sam, zwrci si i pocz pdem ucieka w stron, skd przyszed. Zaraz za 
wzgrzem widniay wesoo cielce si po niebie dymy tej wsi, gdzie bya kancelaria 
gminna. Tam pobieg drnik. 
W par godzin sprowadzi sanie z sotysem i stranikiem i zabrano zwoki. 
Ale e Maciek zmarz, jak siedzia, i nie mona mu byo z powodu duego mrozu 
ani rk otworzy, oni ng wyprostowa, wic woono go na fur, jak by. I 
tak jecha, i tak zajecha do kancelarii gminnej, niby siedzc z dzieckiem na rku, 
z gow opart o tyln porcz sanek, z twarz zwrcon do nieba, jak gdyby, 
skoczywszy z ludmi rachunki. Bogu opowiada swoje krzywdy i ndz. 
Gdy aosny kondukt stan na miejscu, przed kancelari zebraa si gar 
bab i chopw, paru ydkw, a oddzielnie od nich wjt, pisarz i sotys Gro
140 
chowski. Grochowski, ktry od razu domyli si, kto to zmarz z dzieckiem, 
pozna Owczarza i markotny opowiedzia zebranym histori parobka. 
Suchajc ludzie egnali si, baby jczay, nawet ydki pluy na ziemi, a 
tylko Jasiek Grzyb, syn bogacza Grzyba, pali szeciogroszowe cygaro i umiecha 
si. Trzyma rce w kieszeniach barankowej kurtki, wystawia naprzd to 
jedn, to drug nog, ozut w buty wyej kolan, dymi cygarem i umiecha si. 
Chopi patrzyli na niego z niechci, mruczc, e nawet dla mierci nie ma 
uszanowania. Ale baby, cho zgorszone, nie miay do niego nienawici, bo 
chopak by jak malowanie. Wysoki, barczysty, zgrabny, na twarzy krew z mlekiem, 
oczy jak chaber, wsy i brdka blond jak u szlachcica. Rzdc mg by 
tak liczny chopak albo cho gorzelanym, a tymczasem ludzie szeptali midzy 
sob, e jest to hycel, ktry kiedykolwiek zginie przy drodze. 
-Musi, e limak niedobrze zrobi, co wygna nieborakw na taki zib odezwa 
si wjt, uwanie obejrzawszy zwoki. 
- Juci niedobrze - zaszemray baby. 
- No, zeli si, bo mu konie ukradli - wtrci jeden z chopw. 
- Konie mu si i tak nie wrc, a co dwie dusze zgubi, to zgubi! - krzykna 
starsza z bab. 
-Od Niemcw tego si nauczy! -dodaa druga. 
-Sumienie bdzie go gryzo do mierci! -rzeka trzecia. Grochowskiemu 
byo coraz markotniej, wic odezwa si: 
-I... nie tyle go ta limak wygna, ile on sam rwa si, eby wytropi zodziejw, 
co nam konie kradn... 
I brzydko, cho nieznacznie spojrza na Jaka Grzyba, ktry odzerknwszy 
mu, odci: 
-Tak bdzie z kadym, co si nadto za koniarzami ugania. Ich nie poapie, a 
sam zginie. 
-Przyjdzie i na nich termin -,rzek Grochowski. 
- Nie przyjdzie!... Bo to jakie pary sprytne - odpar Jasiek Grzyb. 
- Da Bg, e przyjdzie - upiera si Grochowski. 
-Nie gadajcie tak gono, bo i was kiedy okradn -zamia si Jasiek. 
- Moe i okradn, ale niech Boga prosz, eby na mnie twardy sen spuci. 
W czasie tej rozmowy stranik odszed do kancelarii, pisarz gminny z wielk 
uwag oglda nieboszczykw, a wjt krzywi si, jakby pieprz gryz. Wreszcie 
odezwa si wskazujc na sanie: 
-Trza tych nieszcznikw od razu zawie do sdu. Tam je naczelnik, felczer 
i niech se robi z nimi, co wypada... Jed, stjka - zwrci si do waciciela 
sani -a ja was z pisarzem dogoni. Pierwszy raz zdarzyo mi si, eby w gminie 
tak zamarzli... 
Waciciel sani poskroba si w gow, ale musia sucha -Wreszcie do sdu 
byo ledwie par wiorst. Wzi wic lejce do rki i zaci konie, sam obok sanek 
idc piechot i nie bardzo ogldajc si na swoich pasaerw. Wraz z nim poszed 
sotys i jeszcze jeden chop, ktry mia w sdzie spraw o zepsucie wiadra 
141 
u cudzej studni. Stranik widzc, e ju ruszyli, wybieg z kancelarii i dopdzi 
ich konno. 
W tym czasie, kiedy wjt z gminy wyprawi do sdu nieboszczykw, powiat 
ciupasem odsya gminie gupi Zok. W par miesicy po zostawieniu 
dziecka na opiece Owczarza Zoka dostaa si do wizienia. Za co? - jej nie byo 
wiadomo. Zarzucano za jej ebranin, wczgostwo, nierzd, zamiar podpalenia 
i po odkryciu kadego nowego wystpku przeprowadzano j z wizienia do 
aresztu, z aresztu do wizienia, z wizienia do szpitala, ze szpitala znowu do 
aresztu, i tak przez cay rok. 
W wdrwkach tych Zoka zachowywaa si cakiem obojtnie. Tylko gdy 
j przeprowadzono do nowego lokalu, przez kilka pierwszych dni troszczya si: 
czy dostanie robot? Nastpnie wpadaa w apati i wiksz cz doby przesypiaa 
albo na tapczanie, albo pod tapczanem, albo w korytarzu, albo na podwrku 
wiziennym. Zreszt byo jej wszystko jedno. 
Niekiedy budzia si w niej tsknota do swobody i myl o porzuconym 
dziecku, a wwczas wpadaa w furi. Raz w takim stanie nie jada przez tydzie, 
drugi raz chciaa si obwiesi na chustce, a za trzecim razem o mao nie podpalia 
wizienia. Oddano j wic do szpitala i wyleczywszy zastarza ran w nodze, 
po upywie kilku miesicy (w cigu ktrych poznaa par nowych wizie) 
odesano na miejsce urodzenia, pod dozr. 
Sza tedy Zoka z powiatu do rodzinnej ziemi, pod opiek dwu chopw, z 
ktrych jeden nis o niej pismo, a drugi mu towarzyszy. Sza gocicem majc 
na jednej nodze but, a na drugiej sanda, na grzbiecie dziuraw sukman, a na 
gowie chustk jak rzeszoto. Ani silny mrz, ani widok znanej okolicy nie wywieray 
na niej wraenia. Patrzc przed siebie nie wiadomo na co, podkasaa 
sukman, wysuna si przed swoich dozorcw i sza tgim krokiem, jakby jej 
do domu byo spieszno. Gdy nadto wybiega naprzd, dozorca woa za ni: A 
co tak lecisz? Wwczas zatrzymywaa si i staa jak sup na gocicu, dopki 
znowu i nie kazano. 
-Musi, e ona zupenie gupia -rzek jeden z towarzyszcych jej chopw, 
ten, co nis pismo z powiatu. 
-Taka zawdy bya, cho do prostej roboty nie najgorsza -odpar drugi, ktry 
Zok zna od dawna, bo pochodzi z tej samej gminy. 
I znowu poczli rozmawia o czym innym. Do kancelarii gminnej nie byo 
dalej jak wiorsta i spoza nieystego wzgrza ju przeglday ciemne kominy 
chaup, kiedy naprzeciw Zoki i jej dozorcw ukaza si konny stranik, a za 
nim sanki ze zwokami Owczarza i dziecka. Zoka, wci idc naprzd, wymina 
korowd, ale dozorcy spostrzegszy niezwyke widowisko zatrzymali j i 
poczli rozmawia z sotysem. 
- O la Boga! - zawoa jeden - a c to za nieszcznik? 
-Owczarz, parobek limaka -odpar sotys. -Zoka! -zwrci si do konwojowanej 
- a dy to twoja dziewucha z Owczarzem! 
142 
Zoka zbliywszy si do sani pocza zrazu obojtnie przypatrywa si 
zwokom. Powoli jednak spojrzenie jej nabrao ludzkiego wyrazu. 
-Co to na nich pado? -rzeka. 
- Zmarli. 
- Czeg oni zmarli? 
- Bo ich limak wygna z domu. 
-limak?... limak wygna z domu?... -mwia przebierajc bezmylnie 
palcami. -Juci to Owczarz, a to... musi, e moja dziewucha... Moja!... ino troch 
od tych czasw urosa... Sysza kto, eby za takie dziecko zamrozi?... No, 
prawda, e jej od razu zy koniec by sdzony... Jak mi Bg miy, tak, to moja 
dziewucha!.... Patrzajta si!... Moja dziewucha, no -i utrupili j... Chopi kiwajc 
gowami przysuchiwali si gadaniu Zoki. Wreszcie odezwa si sotys: 
-Trza nam w drog, bywajta zdrowi. Jedta, kumie Marcinie. 
Kum Marcin zebrawszy lejce podnis w gr bat, a w tej samej chwili Zoka 
pocza wsiada na sanie, do nieboszczykw. 
- Co ty robisz? - krzykn dozorca i schwyci j za sukman. 
- Przecie to moja dziewucha! - zawoaa Zoka rwc si na sanki. 
- Co z tego, e twoja? - rzek sotys. - Tobie inna droga, a jej inna... 
-Moja dziewucha!... moja dziewucha!... - pocza krzycze Zoka trzymajc 
si oburcz sani. 
Konie nagle ruszyy i Zoka upada na nieg; ale schwycia si pozw i sanie 
pocigny j za sob. 
-O, nie wariowaaby! -zawoa dozorca i pobieg za Zok z sotysem i 
swoim towarzyszem. 
-Moja dziewucha!... Dajcie mi moj dziewuch!... -krzyczaa szalona nie 
wypuszczajc pozw. 
Chopi ledwie j oderwali, a sanie ruszyy. Chciaa podnie si i biec za 
dzieckiem, ale jeden z dozorcw przyklk jej na nogach, a drugi schwyci za 
ramiona. 
-Co ci z tego, gupia? - perswadowali. -Przecie dziecka nie oywisz... 
-Moja dziewucha!... limak j zamrozi!... Bodaj go Bg skara!... Bodaj on 
tak zmarz!... - krzyczaa Zoka wyrywajc si dozorcom. 
W miar jednak oddalania si sani gos jej cichn, sina z gniewu twarz 
przybieraa barw miedzian, a blaski oczu przygasy. 
W kocu uspokoia si i wpada w zwyk apati. Gdy za i szmer odjedajcych 
ucichn, podniosa si ze niegu i obojtna, jak pierwej, tgim krokiem 
pocza i ku gminnej kancelarii, niekiedy ciko wzdychajc. 
- Ju zapomniaa - mrukn chop nioscy za ni papiery. 
- Inny raz to gupiemu najlepiej na wiecie - odpar jego towarzysz. 
Potem obaj umilkli przysuchujc si skrzypicemu pod nogami niegowi. 
143 
ROZDZIA DZIESITY 
Strata koni niemal do obdu doprowadzia limaka. Wprawdzie zbi, skopa 
i wygna z domu Owczarza, ale to jeszcze nie wyczerpao jego gniewu. Duszno 
mu byo w izbie, wic wybieg na dziedziniec i chodzi po nim wzdu i wszerz, 
blady, z zacinitymi piciami, z krwi nabiegymi oczyma, upatrujc spode 
ba, na czym by mg wywrze zemst. 
Przypomnia sobie, e trzeba krowom rzuci paszy. Wszed do obrki, potrci 
stworzenia, a gdy jedno z nich, zatrwoone, udeptao go w nog, schwyci 
widy i bez miosierdzia pobi obydwie krowiny. Potem jak bez pamici wybieg 
za stodo, a zobaczywszy zwoki Burka, skopa psa, ju twardego jak drewno, 
klnc na czym wiat stoi. 
-eby ty, psie nasienie, z cudzej garci chleba nie poda, nie stracibym 
ja koni... Gnij tutaj i cierp do wiosny, potpiona bestio!... -rzek mu na zakoczenie 
i jeszcze raz kopn, a pko w zmarznitym zwierzciu. 
Wrciwszy do izby ciska si tak, e pieniek obali. Jdrek widzc to parskn 
miechem, a wwczas limak zdjwszy rzemienny pas zacz wali nim 
chopaka, a ten wlaz pod aw i krwi si zala. 
Chop mimo to jeszcze pasa nie zapi. Chodzi po izbie z rzemieniem w rku, 
czekajc, rycho odezwie si ona, aeby i j skatowa. Kobieta jednak milczaa, 
niekiedy chwytajc si rk za okap komina, jakby jej si brako. 
-Co si taczasz?... - mrukn chop. -Nie wywietrzaa ci jeszcze wczorajsza 
wdka?... 
-Cosik mi niedobrze - odpara cicho ona. limak zastanowi si i przepasa 
rzemie. 
- C ci? - spyta. 
- Takie mi czarne krgi staj w oczach i szumi w uszach... O!... czy moe tak 
w izbie piszczy?... - mwia, bezadnie ukazujc rkoma. 
-Nie chlaj wdki, to ci nie bdzie szumie -odburkn limak i wyszed 
znowu na podwrek spluwajc. 
Zdziwio go, e kobieta ani odezwaa si za ciko pobitym Jdrkiem. Poniewa 
jednak gniew znowu uderzy mu do gowy, wic nie majc kogo bi porwa 
siekier i zacz rba drzewo. Rba do wieczora, w jednej koszuli, wcale 
nie jedzc obiadu. 
Zdawao mu si, e tu, u jego ng, le ci, co mu konie ukradli; wic rzuca 
si jak wcieky, a mu drzazgi i polana wylatyway nad gow rozsypujc si 
po dziedzicu. 
Nareszcie omdlay mu rce, zabola krzy, a koszula przemoka od poru; zarazem 
gniew go opuci. 
144 
Wrciwszy do chaupy, w pierwszej izbie nie zasta nikogo. Zajrza do alkierza. 
limakowa leaa na ku. 
- Co ci to? - spyta. 
-Troch mnie rozebrao - odpara kobieta jak obudzona ze snu. - Ale to nic. 
-Na kominie wygaso. 
-Wygaso? -powtrzya. Ciko podniosa si z pocieli i z niemaym trudem 
na nowo rozpalia ogie do wieczerzy. 
- Widzisz!... - mwi limak, z uwag przypatrujc si onie. 
-Zgrzaa si wczoraj w karczmie, potem wypia wody z ydowskiej 
kwarty i jeszcze se w drodze rozpia katank. Zazibio ci wida. 
-Nic mi nie bdzie - odpara opryskliwie. Moe nawet lepiej jej si zrobio, 
bo odegrzaa obiad i daa im na kolacj. 
Jdrek wyszed z kta i wzi do rki yk, ale zamiast je tak paka, e 
limakowi zrobio si przykro. Matka jednak nie zwaaa na jego zy i, potoknwszy 
byle jako naczynie, posza spa. 
W nocy, prawie o tej samej godzinie, kiedy nieszczsny Owczarz dogorywa 
w jarach, limakow porway dreszcze. Zbudzony m okry j kouchem i 
dreszcze powoli przeszy. Na drugi dzie wstaa jak zwykle do roboty, chwilami 
narzekajc na bl gowy i krzya. Mimo to krztaa si, ale limak po oczach jej 
zmiarkowa, e jest niedobrze, i zesmutnia. 
Ku wieczorowi zatrzeszczay na gocicu sanie i stany u ich wrt. Po 
chwili wszed do izby szynkarz Josel. yd mia tak dziwny wyraz twarzy, e 
limaka a kolno w serce, gdy go ujrza. 
- Pochwalony - rzek Josel. 
- Na wieki wiekw - odpar chop. Nastaa chwila milczenia. 
- Nic si nie pytacie?... - odezwa si yd. 
-Co ja si mam pyta?... - odpar limak patrzc mu w oczy i -poblad, cho 
nie wiedzia dlaczego. 
-Jutro - mwi z wolna Josel - jutro Jdrka powoaj do sdu za to, co pokaleczy 
Hermana... 
-Niewiele mu zrobi -rzek limak. 
-Zawdy troch posiedzi w kozie. 
-Niech posiedzi. Na drugi raz nie bdzie si bi. W izbie znowu zalego milczenie, 
tym razem dusze. yd kiwa gow, a limak patrzy na niego czujc, 
e budzi si w nim niepokj. Nareszcie zebrawszy siy zapyta si szorstko: 
- Macie jeszcze co? 
-Co tu duo gada? - odpar yd machnwszy zacinit pici. -Owczarz 
i dziecko zmarli na mier... 
limak unis si na awie, jakby chcc rzuci si na Josela, ale opad i opar 
si o cian. Gorco go oblao, potem nogi mu si zatrzsy, a potem byo mu 
niby dziwno, e go taki strach ogarn. 
- Gdzie... kiedy?... - spyta gucho. 
145 
-Gdzie?... - mwi Josel. -W jarach, z tamtej strony kolei i nawet niedaleko 
gminy. A kiedy?... kiedy?... Sami wiecie, e tej nocy, bocie go wczoraj wypdzili... 
Chop podnis si gniewny. 
-Uu!... ju tak szczekacie, Joselu, e si kurzy za wami... Zmarz!... C to 
on ode mnie w jary poszed?... Nie ma chaup na wiecie czy co?... 
Szynkarz wzruszy ramionami i cofajc si do drzwi odpar: 
-Wierzcie, nie wierzcie - mnie wszystko jedno. Sam widziaem, jak zmarznitego 
Owczarza z dzieckiem odwozili do sdu, pewnie na egzenterunek. A wy 
moecie nie wierzy!... Bdcie zdrowi, gospodarzu... 
- Wielga rzec!... A c mi za to bdzie, e on zmarz!... -wykrzykn limak. 
- Od ludzi nic, ale... Pan Bg... Wy ju i w Boga nie wierzycie, limaku?... spyta 
yd zza progu i od ognia na kominie bysny mu oczy. 
Zamkn drzwi izby, potrci si o co w sieni i wyszed na podwrek. limak 
sysza jego ciki chd, stopniowo cichncy a do bramy; potem usysza, 
jak siad do sanek i krzykn: wio! -na konia. I jeszcze sysza, jak sanki 
skrzypiay coraz dalej i dalej, a do mostu. 
Otrzsn si, spojrza po izbie i z drugiego kta zobaczy utkwione w siebie 
oczy Jdrka. Jaka pospno osiada mu na myli. 
Cem winien, e on zmarz? -mrukn do siebie. W tej chwili przypomnia 
sobie jedno kazanie, ktre wikary powtarza w kociele co roku. I zdawao 
mu si, e syszy jego zmczony ze staroci i jkliwy gos woajcy: Byem 
godny, nie nakarmilicie mnie; byem nagi, nie przyodzialicie mnie; nie miaem 
dachu nad gow, nie przygarnlicie mnie... Idcie, przeklci, w ogie 
wieczny, zgotowany diabu i sugom jego... 
-e yd, jak Bg na niebie... - rzek limak czujc, e go przechodzi mrowie. 
I powiedziawszy to, byby przysig, e teraz wanie jest w stajni Owczarz 
z dzieckiem, oboje ywi i zdrowi. By tak pewny, i powsta z awy, aby wezwa 
parobka na kolacj. Lecz gdy uj rk za klamk drzwi, nagle -cofn si. 
Ba si wyjrze na podwrko... 
Powoli strach go omin. Chop wyszed na dziedziniec, zajrza do pustej 
stajni, potem krowom rzuci gar siana i gdy zapad mrok, spa si pooy. 
on znowu porway dreszcze, wic okry j kouchem, jak wczoraj, mruczc: 
- To ci pody yd ten Josel! 
adn miar nie mogo pomieci mu si w gowie, eby Owczarz z dzieckiem 
zmarli. Owszem, im duej o nich myla, tym wikszej nabiera pewnoci, 
e Josel nastraszy go, moe z zamiarem jakiego oszustwa. Rano za ze 
miechem opowiada o tym onie dziwic si bezczelnoci szynkarza i usiujc 
odgadn: po co yd opowiedzia mu takie garstwo? 
Ale po obiedzie zajecha do nich miejscowy sotys z pimiennym wezwaniem 
od sdu do Jdrka w sprawie o pokaleczenie Hermana. 
-Kiedy on tam ma by? -spyta limak. 
146 
-Jego dzieo jutro -odpar sotys. -Ale co ma lecie piechot tyli szmat 
drogi. Niech siada ze mn, to go odwioz. 
Jdrek nieco poblad i milczc zacz odziewa si w pkouszek i now 
sukman. 
- Duo mu tam zrobi? - spyta markotnie ojciec. 
-Iii!... posiedzi kilka dni, moe z tydzie - rzek sotys. limak westchn i 
pocz wydobywa rubla z wzeka. 
- Ale, ale... - odezwa si. - A syszelita, sotysie, co ten, para, Josel gada, e 
Owczarz z dzieckiem oboje zmarli? 
- Com nie mia sysze? - odpar niechtnie sotys. - Przecie to prawda... 
- Zmarli?... zmarli?... - powtrzy limak. 
-Juci tak. Ale -doda - kuden rozumie, e to nie z waszej winy. Nie dopilnowa 
koni, wy w zoci wygnalita go, ale przecie nikt mu nie kaza schodzi 
z gocica midzy jary. Upi si czy co i nieborak zgin bez wasne gupstwo. 
Jdrek ju by gotw i egnajc si z rodzicami kolejno obejmowa ich za 
nogi. limakowi zy zakrciy si w oczach. cisn syna za gow i da mu rubla 
na wszelki wypadek polecajc go opiece boskiej. Zdziwi si jednak bez 
miary widzc, e matka traktuje chopca obojtnie. 
- Jagna! przecie Jdrek jedzie do sdu i do harytu... -reflektowa j m. 
- To i co - odpara patrzc bdnymi oczyma. 
- Bardzo chora?... 
- Ni. Ino mnie troch gowa boli i we wntrzu pali, i... si jako nie mam... 
To powiedziawszy odesza do alkierza i lega na ku. Jdrek z sotysem 
opucili chat. 
limak zosta sam w izbie, a im duej siedzia, tym niej gowa opadaa mu 
na piersi. Zdawao mu si, e drzemie, to znowu, e siedzi nad jakim szarym 
polem, w kad stron bardzo rozlegym, na ktrym nie ma ani krzakw, ani 
badylw, ani nawet kamienia - nic. Tylko gdzie z boku (chop nie mia spojrze 
na tamt stron) stoi Owczarz z dzieckiem na rku i uparcie patrzy mu w 
oczy. 
limak wstrzsn si. Nie, na tym polu nie ma Owczarza, a jeeli jest, to 
gdzie tak z boku, na krawdzi, tak gdzie daleko, e go nawet dojrze niepodobna 
i wida tylko kraj jego sukmany, a moe i tego nie... 
Myl o Owczarzu zacza by dokuczliw. Chop podnis si z awy, przecign, 
a mu w stawach zatrzeszczao, i wzi si do mycia kuchennych statkw. 
-Oto, na co mi zeszo! -mrukn. - Ech!..., albo to raz bieda padnie na czowieka, 
a musi si nie dawa? 
Uwaga ta orzewia go i zacz krci si okoo domu. winiom wynis 
kartofli i pomyj, dla krw zdj pasz z gry, narzn sieczki, potem kilkoma 
nawrotami chodzi po wod do rzeki. Tak ju dawno nie robi nic podobnego, e 
zdawao mu si, i odmodnia -i nabra otuchy. I byoby mu nawet cakiem 
rano pomimo choroby ony i wzicia do sdu Jdrka, gdyby nie wspomnienie o 
147 
Owczarzu. Przecie to Owczarz jeszcze dwa dni temu nosi wod. Owczarz ci 
sieczk, Owczarz karmi bydo... 
W miar zapadajcego mroku limak robi si pospniejszy. 
Najbardziej trapio go milczenie w izbie, cisza tak gboka, e obudzone 
szczury zaczy biega po powale i gry. Im robio si ciemniej, tym chop widzia 
wyraniej, e mu czego brakuje; wielu, bardzo wielu rzeczy brakuje. Im 
byo ciszej, tym wyraniej sysza drcy i paczliwy gos wikarego, ktry bijc 
pici w ambon wykrzykiwa: Byem godny, nie nakarmilicie mnie; byem 
nagi, nie przyodzialicie mnie; nie miaem dachu nad gow, nie przygarnlicie 
mnie... Idcie, przeklci, w ogie wieczny, zgotowany diabu i sugom jego... 
-Hycle Szwaby! co tu przez nich narodu zmarniao... -mrukn chop, koniecznie 
usiujc zapomnie o Owczarzu. I ustawiwszy rk naprzeciw okna, tak 
aby dobrze widzie palce, zacz rachunek: 
-Utopi mi si Stasiek, to jeden... Niemce byli przy tym... Musiaem odda 
krow na rze, to dwa, bo mi bez Szwabw paszy zabrako... Konie mi ukradli, 
to ju tyry, za to, em zodziejom odebra niemieckiego wieprza... Burka struli 
- to pi... Jdrka mi wzili do sdu za Hermana - to sze... Owczarz i sierota to 
osiem... Osiem narodu zgadzili!... A jeszcze Magda przez nich odej musiaa, 
bom zbiednia, i jeszcze mi ona choruje pewno ze zgryzoty, to dziesi... 
Chryste Panie!... Chryste Panie!... 
Nagle chwyci si oburcz za wosy i zacz dre jak dziecko z trwogi. 
Nigdy jeszcze tak si nie ba, nigdy, cho par razy mier zagldaa mu w oczy. 
W tej chwili dopiero, po tym rachunku osb i stworze, ktrych mu zabrako w 
domu, limak pozna i ulk si niemieckiej potgi... To te spokojne Niemce 
obaliy mu jak wicher cae gospodarstwo, cae szczcie, ca prac ycia. I eby 
cho sami kradli albo rozbijali... Nie, oni mieszkaj jak inni ludzie, orz troch 
szerzej, modl si, ucz dzieci. Nawet ich bydo szkody w polu nie robi, cudzej 
trawki nie uszczknie!... 
Nic, no nic zego zarzuci im nie mona, a przecie zuboyli go, opustoszyli 
mu chat samym ssiedztwem. Jak dym wydobywa si z cegielni, i suszy zioa, 
tak ich kolonie dymi nieszczciem, gubic ludzi i stworzenia. Co wreszcie on 
tu znaczy? Albo ci sami Niemcy nie wycili starego lasu, nie porozbijali odwiecznych 
kamieni w polu, nie wysadzili dziedzica ze dworu?... A ilu to ludzi 
dworskich straciwszy miejsce wpadli w ndz albo rozpili si, albo nawet kradn?... 
I dopiero dzi, pierwszy raz, wymkno si z ust limaka desperackie zdanie: 
- Za blisko nich siedz... Dalszych gospodarzy oni tak nie uszkodzili... 
A po chwili doda: 
-Co z tego, e zostanie grunt, jak ludzie na nim wygin?... Nowa ta myl 
wydaa mu si tak wstrtn, e i od niej chcia si uwolni. Zajrza do ony zdaje 
si, e pi. Dorzuci uczywa na komin, a potem pocz przysuchiwa si 
szczurom gryzcym powa. Wtedy znowu uderzya go cisza w domu i w szu148 
mie wiatru, cigncego ode drzwi do komina, znowu usysza jkliwy gos ksidza: 
Byem godny, nie nakarmilicie mnie; byem nagi... 
Wtem na podwrku rozlegy si kroki. Chop wyprostowa si i czeka. Jdrek?... 
- przemkno mu. -Moe Jdrek... Skrzypny drzwi w sieni, zamkny 
si i jaka, widocznie cudza, rka zacza szuka wejcia do izby. Josel?... 
Niemiec?... -myla chop. Nagle cofn si przeraony; w gowie mu si zakrcio. 
Na progu izby stana -Zoka. 
Zrazu oboje milczeli, wreszcie Zoka odezwaa si: 
- Niech bdzie pochwalony... 
I pocza rozciera zzibnite rce zwrciwszy si do ognia. 
limakowi mieszay si wyobraenia Owczarza, sieroty i Zoki; patrzy na 
ni jak na czowieka z tamtego wiata. 
- Skde si tu wzia? - spyta stumionym gosem. 
-Z kryminau wysali me do gminy, a w gminie powiedzieli, ebym poszukaa 
roboty, bo nie maj pienidzy na darmozjadw. 
I zobaczywszy pene garnki na kominie zacza oblizywa si jak pies. 
- Chcesz je? - spyta limak. 
- Juci. 
-To se nalej misk krupniku. A o tu jest chleb. Zoka spenia, co kazano. 
Zaczwszy je spytaa: 
-A nie potrzeba wam dziewuchy? 
- Nie wiem jeszcze - odpar limak. - Kobieta mi chora. 
- Patrzajcie!... Tak tu u was pusto. A Magda gdzie? 
- Odesza. 
- Chy!... A Jdrek? 
-Wzili go dzi do sdu. 
- Widzielicie!... A Stasiek? 
- Uton noma tego lata - szepn chop i zmartwia na myl, e Zoka zapyta 
go o Owczarza i crk. 
Ale ona jada ze zwierzcym apetytem, nie wypytujc si o nic wicej. 
Wie, czy nie wie?... - myla chop. 
Zoka skoczywszy je gboko odetchna i uderzya rk w kolano tak 
wesoo, e i limak nabra otuchy. Nagle spytaa si: 
- Przenocujeta mnie? 
Chopa targn niepokj. W tej pustce kady go byby dla niego bogosawiestwem, 
ale Zoka!... Jeeli nie wie o Owczarzu, jakie nieszczcie przygnao 
j dzi do chaty? jeeli wie - po co tu przysza? 
I gdy tak myla, trwoc si w sercu, izb znowu zalega cisza i chop znowu 
usysza gos wikarego: Byem godny -nie nakarmilicie mnie, nie miaem 
dachu nad gow-nie przygarnlicie mnie... Idcie, przeklci, w ogie wieczny... 
- To se tu osta - rzek - ino pij w izbie. 
- Choby w szopie - odpara. 
149 
- Ni, w izbie. 
Nie wiadomo skd trwoga ju go opucia, ale tym mocniej czu ciar niepokoju. 
Zdawao mu si, e niewidzialna rka chwyta go za puca, dotyka serca, 
szarpie za kiszki. Czu dokoa siebie nieszczcie, a to go najwicej mordowao, 
e nie wie, ani jakie ono jest, ani kiedy uderzy. I znowu przyszy mu do myli 
sowa: 
,Co z tego, e zostanie grunt, jak ludzie na nim wygin?... 
A potem doda: 
Czyby ju mier sza na nas?... No, a jeeli mier, to i c? 
Ogie dogasa, Zoka umya misk i w achmanach lega spa na awie. limak 
wszed do alkierza, ale nie myla rozbiera si; usiad w nogach ony i postanowi 
czuwa bodaj ca noc. Dlaczego? -nie wiedzia. Nie wiedzia i o tym, 
e ten dziwny stan jego duszy nazywa si zdenerwowaniem. 
A jednak rzecz szczeglna. limak odgadywa, e Zoka przyniosa mu jakby 
cz aski do chaty; od chwili bowiem jej przybycia cie Owczarza i sieroty 
bledn mu w wyobrani. Natomiast tym natrtniej przypominali mu si Niemcy 
i towarzyszca im sia nieszczcia. 
-Stasiek -jeden -mrucza chop. -Krowina -to dwa... Konie -tyry... 
Owczarz i dziecko - to sze... Magda - siedem... Jdrek -osiem... Burek i kobieta 
-dziesi... Tyle narodu!... cho jeszcze na mnie palca aden nie podnis... 
Ju wida zmarniejemy wszyscy... 
I tak rachujc czu, e mu gow ciska jakby elazna obrcz. By to sen, 
ciki sen, towarzysz guchej boleci. Marzy, e z niego robi si dwu ludzi. 
Jednym by on sam. limak, ktry siedzi w alkierzu u ng ony, a drugim by 
Maciek Owczarz (ale nie tamten, co zmarz, tylko jaki nowy Owczarz), ktry 
sta za oknem alkierza, w ogrdku, gdzie latem rosy soneczniki. Ten nowy 
Owczarz by wcale inny od starego: pospny i mciwy. Co ty sobie mylisz mwi 
go zza okna, marszczc si - e ja ci daruj moj krzywd? Nie to, em 
zmarz, bo zmarzn moe i pijak, ale e mnie z domu wygna jak psa. Ino pomiarkuj, 
co by ty sam powiedzia, eby ci tak sponiewierali za nic? Zby ci 
wypdzili na mrz chorego, bez yki strawy? Toe ty nade mn nie mia ani 
trochy miosierdzia za tyle lat roboty... A co tobie winna znajda, e j zgubi?... 
Nie chowaj gowy, nie odwracaj si, ino sam powiedz: co ja mam z tob zrobi 
za twoj niecnot? Sam powiedz, bo przecie masz rozum, e taka sprawa nie 
ujdzie ci darmo i wity Boe nie pomoe... 
C ja mu powiem, nieszczsny? -myla limak oblewajc si potem. Juci 
gada prawd, em hycel. Niech se ju chyba sam jak pomst wymyli, to 
moe prdzej si ulituje i nie bdzie mnie trapi po mierci. 
W tej chwili chora ona poruszya si na ku i limak ockn si. Otworzy 
oczy, ale wnet je przymkn. Przez okno wpada do alkierza rowy blask; 
na szybach iskrzyy si kwiaty mrozu. 
wita?... -pomyla chop i machinalnie powsta z ka. Wnet jednak pozna, 
e to nie wit, bo rowe wiato drgao. 
150 
- Czy pali si?... - mrukn czujc swd, ktry by tak silny, e odurza. 
limak wyjrza do drugiej izby, ale Zoki na awie nie byo. 
-A co, nie mwiem!... -zawoa i pdem wybieg na podwrko. Ju 
otrzewia. 
Istotnie by to poar jego wasnej chaupy. Palia si cz dachu od strony 
gocica. Z powodu grubej warstwy niegu, okrywajcego strzech, ogie rozszerza 
si powoli. Nawet w tej chwili mona go byo ugasi, ale limak nie myla 
o gaszeniu. 
Wrci do alkierza, targn on i zawoa: 
- Wstawaj, Jagna!... pali si izba!... 
-O, daj mi ta spokj!... -odpara nieprzytomna kobieta okrywajc gow 
kouchem. 
limak schwyci j i potknwszy si o dwa progi zanis owinit w kouch 
pod szop. Potem wynis jej odzienie i pociel, wybi drzwi do komory i wycign 
skrzyni, gdzie leay pienidze; nareszcie wywaliwszy okno pocz wyrzuca 
sukmany, kouchy, woreczki z legumin, stoki i naczynia kuchenne. 
Zmczy si, pokaleczy rce, spotnia, ale jeszcze nie straci odwagi, bo wiedzia, 
z jakim walczy nieprzyjacielem. 
Tymczasem cay dach stan w pomieniu, a przez szczeliny w powale zacz 
pokazywa si w izbach dym i ogie. Wtedy dopiero limak cofn si na 
owietlone podwrko cignc za sob aw. Odnisszy j pod szop, chcia 
jeszcze wrci si po st. Nagle spojrza na stodo i -skamienia. Z wntrza 
stodoy take poczy wydobywa si pomienie i liza nieg na dachu. Obok 
budynku staa Zoka wygraajc piciami i krzyczc na cae gardo: 
-Macie, limaku, podzikowanie za moj dziewuch!... Teraz wy zmarniejecie 
jak ona!... 
Pobiega ku jarom i wdrapawszy si na wzgrze, pocza przy blasku ognia 
tacowa i klaska w rce. 
- Pali si!... pali si!... - woaa. 
limak zakrci si na miejscu jak postrzelone zwierz. Potem z wolna poszed 
do szopy, usiad na kodzie i zasoni twarz rkoma. Nie myla o ratunku 
widzc w tym pocztek kary boskiej za mier Owczarza i znajdy. 
-Wszyscy zmarniejemy! - mrukn. 
Ju oba budynki paliy si jak supy ogniste, a mimo mrozu limakowi w 
szopie byo gorco i nieg zacz taja na podwrku, kiedy od kolonii Hamera 
dolecia go krzyk i ttent. To Niemcy biegli mu z pomoc. 
Wnet na podwrzu zaroili si parobcy, baby, dzieci, z wiadrami i bosakami, 
przytoczyli nawet rczn sikawk i uszykowawszy si we dwie gromady, pod 
komend Fryca Hamera zaczli rozrywa ciany budynkw i zalewa poar. 
Szli w ogie jak na tace, miejc si i wyprzedzajc; odwaniejsi wdrapywali 
si z toporami na nie zajte czci stodoy, a baby i dzieci znosiy wod z rzeki, 
Na wzgrzu ukazaa si znowu Zoka. 
151 
-Zmarniejeta, limaku, cho was Niemce wziy w opiek!... -krzyczaa 
wygraajc piciami. 
-Kto to?... Co to?... apa j!... -zaszemrali kolonici. Dwu bliszych pobiego 
na wzgrze, ale Zoka skrya si w jarach. Fryc Hamer zbliy si do 
limaka. 
- Podpalili was? - spyta. 
- A juci - odpar chop. 
- Tamta? - doda Fryc pokazujc rk na wzgrze. 
-Przecie ona. 
- Nie lepiej to byo nam sprzeda grunt?... - rzek Fryc po chwili. 
Chop spuci gow i milcza. 
Pomimo silnego ratunku stodoa spalia si, z chaty jednak uratowano cz 
cian. Jedni z kolonistw zalewali wod zgliszcza, inni otoczyli koem limaka i 
jego chor on. 
- Gdzie si teraz podziejecie? - zacz znowu Fryc. 
- Usadowimy si w stajni - odpar chop. 
Niemki szeptay midzy sob, aeby zabra ich na folwark, a kolonici krcili 
gowami mwic, e choroba limakowej moe jest zaraliwa. Fryc skwapliwie 
przyczy si do tej ostatniej opinii i kaza chor przenie w pkoszku 
do stajni. 
-Przyszlemy wam tu - rzek Fryc -wszystkiego, co potrzeba, a potem zobaczymy... 
- Niech Bg wynagrodzi - odpar limak i schyliwszy si obj go za nogi. 
Kolonici poczli si rozchodzi. Fryc jedn z bab zostawi przy chorej, jednemu 
z parobkw kaza przywie somy dla pogorzelcw, a Hermanowi szepn, 
aby natychmiast jecha do Woli po mynarza Knapa. 
- Dzi chyba skoczymy z nim interes - mwi do Hermana. -Wielki czas!... 
-Bez tego -odpar Herman wskazujc gow na zgliszcza - nie wytrzymalibymy 
do wiosny. 
Fryc zakl. Mimo to yczliwie poegna si ze limakiem radzc, aby do 
ony sprowadzi felczera, bo jest le. Lecz gdy schyliwszy si nad chor rzek: 
- Ona jest cakiem nieprzytomna... 
limakowa nie otwierajc oczu odpara dziwnie stanowczo: 
-Aha... nieprzytomna, nieprzytomna!... Fryc cofn si zmieszany. Po chwili 
szepn: 
- Bredzi!... ma gorczk... 
I ucisnwszy limakowi rk poszed za innymi na koloni. 
Zrobi si dzie, z kolonii przywieli som, buk chleba i butelk mleka, a 
limak wci chodzi po dziedzicu, po ktrym rozcielay si cuchnce dymy 
pogorzeliska. Sploty mu si po desperacku zwieszone rce, a on chodzi, oglda 
i nasyca si gorycz blu. Tu pod szop ley stoek i awa... Jakie one stare!... 
Siadywa na nich bdc dzieckiem i niekiedy wyrzyna cygankiem karby i 
krzye... o! wanie te same. A tu skrzynia, nawet z kluczem w zamku. Chop 
152 
otworzy j i wydoby mniejszy woreczek ze srebrem i wikszy z bankocetlami i 
oba ukry w rogu stajni pod zesch mierzw. Ukoczywszy t czynno wpad 
znowu w apati i znowu tua si po dziedzicu. Oto kupa popiow, spomidzy 
ktrych stercz czarne, dymice belki: to jego stodoa i caoroczne zbiory! A 
tam ley Burek; ju go nawet zaczy szarpa wrony i spod tych kudw wygldaj 
krwawe ebra. A tu jego chata - bez okien, bez drzwi, bez dachu; tylko 
spomidzy okopconych cian sterczy komin. Jaka ta chaupa maa i jaki wysoki 
komin!... - pomyla limak. 
Odwrci si i wszed na wzgrze, tknity przeczuciem, e w tej chwili mwi 
o nim we wsi, a moe przyjd mu z pomoc. Ale ze wsi nikt nie nadchodzi. 
Na bezgranicznej pachcie niegu nie byo ani jednej ywej istoty, tylko tu i 
owdzie spomidzy drzew byskay ognie rozpalone w chaupach. 
niadanie gotuj - mrukn do siebie. 
Zmczony umys i podniecona fantazja sprawiay, e chwilami marzy na 
jawie. Oto znowu jest wiosna i limak bronuje owies. Przed nim id machajce 
ogonami kasztanki, nad nim wiergoc wrble, tam Stasiek przeglda si w rzece, 
a tam paski szwagier jedzie na koniu, ktrego nie moe utrzyma. Spod 
mostu, gdzie ona pierze bielizn, rozlega si oskot kijanki, w ogrdku wykrzykuje 
Jdrek, a Magda odpowiada mu z izby... 
W tej chwili limak poczu swd pogorzeliska i nagle wszystko mu obmierzo. 
I ta rzeka zamarznita, w ktrej ju nigdy nie przejrzy si Stasiek, i te wzgrza 
pokryte niegiem, i ta chaupa ciasna, pusta, bez dachu, z kominem szkaradnie 
sterczcym. Wszystko mu obmierzo, wszystko i -pierwszy raz w yciu zapragn 
uciec std gdzie tak daleko, w takie odmienne strony, gdzie by mu ju 
nic nie przypominao ani Staka, ani Owczarza, ani koni, ani tej przekltej zagrody. 
Co mi ta!... - mrukn uderzajc pici w powietrze. -Co mi niewola tu siedzie?... 
Mam troch grosza, tyle samo wezm od Niemcw i kupi inny grunt. 
Mam si tu budowa, eby mnie zowu spalili? tu gospodarzy, ebym nic nie 
sprzedawa? tu siedzie, eby mnie inni pozbawiali zarobku?... Wol nie by 
chopem, a y jak Niemiec, co kupuje ziemi najtaniej, a sprzedaje najdroej i 
ma pienidze. 
Zeszed ze wzgrza do stajni i pooy si na somie niedaleko ony ktra jczaa 
w malignie. Wnet zasn. W poudnie na progu stajni ukaza si stary Hamer, 
a za nim Niemka, z dwojniakami gorcej strawy. Widzc, e chop pi, 
Hamer szturgn go par razy lask. 
- Hej, hej! wstawajcie tam! - zawoa. 
limak ockn si, usiad na somie i przetar zdziwione oczy. Zobaczywszy 
za, e jaka baba stoi nad nim z dwojniakami, poczu gd i milczc wzi od 
niej naczynie i yk. Potem chciwie zacz je. 
Stary Hamer usiad na progu, popatrzy na chopa, pokiwa gow, nastpnie 
wydoby z kieszeni porcelanow fajk na gitkim cybuchu i zapaliwszy j mwi: 
153 
-Byem teraz w waszej wsi. Byem u Grzyba, u Orzechowskiego i jeszcze u 
kilku gospodarzy, aeby dali wam jak pomoc. Przecie to chrzecijaski obowizek... 
Puci z wolna kb dymu czekajc na podzikowanie chopa. Ale limak 
nie spojrza na niego, tylko jad. 
-Mwiem im -cign stary - eby was przyj ktry na stancj albo cho 
wysa konie po felczera dla ony. No, a oni -nic. Oni pokiwali gowami i powiedzieli, 
e was Bg skara za mier tego parobka i znajdy, wic oni w takie 
sprawy nie chc si miesza. Oni nie maj chrzecijaskiego serca. 
limak koczy je, a wci milcza. Hamer jeszcze kilka razy pocign 
dym z cybucha i nareszcie rzek: 
-No, co wy teraz bdziecie robi w tej pustce? Chop otar usta i odpowiedzia: 
- Sprzedom. 
Hamer zacz poprawia tytu w fajce. 
- Macie kupca? - spyta. 
- Wam sprzedom - rzek limak. 
Hamer zamyli si i znowu co majstrowa przy fajce. 
Wreszcie odpar: 
-Phy! kupi, kupi, kiedy wpadlicie w tak bied, ale mog da tylko siedemdziesit 
rubli za morg. 
-Niedawno dawalicie sto... 
- Po cecie nie brali? 
- To prawda - rzek chop. - Kady, jak moe, korzysta. 
- A wy nigdy nie korzystalicie? - spyta Hamer. 
- I ja korzystaem. 
- Wreszcie budynki spalone. 
-Wybudujecie sobie lepsze. Hamer znowu zamyli si. 
- Wic bierzecie? - spyta limaka. 
- Co nie mam bra? 
- I jutro pojedziemy do rejenta? 
- Pojedziemy. 
- A dzi wieczorem ugodzimy si u mnie. 
-Mona i dzi. 
-No, kiedy tak -rzek Hamer po chwili -to ja wam co powiem. Ja wam 
dam siedemdziesit pi rubli za morg i ja nie dopuszcz, aebycie tu zginli. 
Wasz on odwieziemy na koloni i pomiecimy w szkole. Tam ciepo. Oboje 
przezimujecie u nas, a ja za robot bd wam paci jak naszym parobkom. 
A podrzucio limaka swko -parobek. Milcza jednak. 
-Bo wasi gospodarze - koczy Hamer podnoszc si z progu - oni wam nie 
dadz pomocy. Oni nie maj chrzecijaskiego serca. To bydo... Bywajcie 
zdrowi. 
- Szczliwa droga - odpar chop. 
154 
Hamer odszed. Przed zachodem soca zajechay sanki i nieprzytomn limakow 
odwiozy na koloni. limak jeszcze zosta na pogorzelisku. Przede 
wszystkim wydoby spod mierzwy woreczek ze srebrem, drugi z banknotami i 
ukry je w kieszeniach sukmany. Potem znis do stajni reszt odziey i sprztw 
ocalonych z poaru, a nareszcie - rzuci paszy krowom. Zdawao mu si, e 
nieme stworzenia patrz na niego z wyrzutem, jakby pytajc: 
Co wy najlepszego robicie, gospodarzu?... 
C mam robi?... - myla chop. - Juci zostao mi troch grosza, nawet 
sporo, ale co z tego? Chobym si odbudowa i konie kupi, to znowu co wypadnie, 
bo miejsce nieszczliwe. Niemiec, jak tu osidzie, ze odczyni; ja nie 
potrafi. 
Wieczr zapad, ale limak jeszcze krci si midzy zgliszczami czujc, e 
go co tak trzyma w miejscu, jakby mu nogi przymarzy do ziemi. Wic zacz 
pobudza si do gniewu i sam przed sob obmierza swoj chudob. 
-Uu!... psiako... -mrucza. -Miabym te czego aowa! Grunt jaowy, 
do ludzi daleko, zarobkw nijakich, a czego nie wypali soce, zniszczy woda. 
Po to bym chyba siedzia, eby si na mnie dorabiali zodzieje. 
Gniew naprawd w nim zakipia; chop plun na ziemi, potrci zamane 
wrota i tgim krokiem poszed w stron mostu nie ogldajc si na zagrod. W 
drodze spotka dwu niemieckich parobkw, ktrzy z weso rozmow szli nocowa 
do jego sadyby. Na widok limaka zamilkli, ale minwszy go poczli si 
cicho mia. 
-Ja bym te z wami zimowa, hycle?... -mrukn limak. -Niech ino mi 
chopak wrci z aresztu i baba ozdrowieje, a pjd w taki wiat, e was nigdy 
oczy moje nie zobacz... 
Na pogodnym niebie zapalay si gwiazdy i ksiyc pocz wynurza si 
spoza lasu. Za mostem chop skrci na lewo i wkrtce stan przy kolonii Hamera. 
U wrt czerni si i pokaszliwa jaki cie ludzki. 
- To wy, panie bakaarzu? - spyta limak. 
- Ja. C, zgodzilicie si sprzeda grunt? 
Chop milcza. 
-Moe to i lepiej... Pewnie, e lepiej -cign bakaarz. -Sami na tym kawaku 
niewiele bycie zwojowali, bo wam si nie wiedzie, a tak - przynajmniej 
uratujecie innych. 
Obejrza si i prawi znionym gosem: 
-Ale potargujcie si u rejenta z Hamerami, bo im robicie ask. Jak z wami 
skocz, Knap odda crk Wilhelmowi, wypaci posag i jeszcze dopoyczy pienidzy. 
Bez tego Hirszgold wygnaby ich na wity Jan i sprzedaby folwark 
Grzybowi... Ciki kontrakt podpisali z ydem. 
- To Grzyb kupiby po nich koloni? - spyta limak. 
155 
-Kt by inny? - szepn bakaarz. - Grzyb chce kupi dla syna... Ju tu Josel 
krci si od miesica i Bg wie, co by byo, gdybycie si nie zgodzili na 
sprzeda swego kawaka. 
-Grzyb?... -powtrzy chop. -Ady wolabym diaba na ssiada ni tego 
chorob! Stu Niemcw tak nie dopiecze jak ten stary Judasz. 
-Zawsze si z nimi troch potargujcie - dorzuci bakaarz. - Nie bd twardzi, 
bo ju przyjecha Knap i musz z nim skoczy. 
Na folwarku skrzypny drzwi. Bakaarz nagle zmieni temat rozmowy. 
- Wasza kobieta - mwi gono - ley w szkole. Chodcie tdy... 
- Czy to limak? - zawoa z dziedzica Fryc Hamer. 
-Ja. 
-No, to zajrzyjcie do ony, ale nocujcie w kuchni. Chorej dopilnuje Augustowa, 
a wy musicie wyspa si, bo jutro przed witem jedziemy. 
Cofn si za rg domu i drzwi znowu skrzypny. Wida wrci do izby. 
-A wy gdzie siedzicie, panie bakaarzu? - spyta chop. 
- Zwyczajnie siedzimy we szkole, ale dzi nocujemy z crk przy stajni. 
limak zaduma si i odpar: 
-Pewnie, e moj kobiet tylko do jutra pooyy w izbie. A jutro nas wyrzuc 
do stajni... Nie ma tu co dugo wysiadywa. 
Weszli do ciemnej sieni. Gdzie z gbi domu rozlegaa si huczna rozmowa, 
przerywana grubymi wybuchami miechu i brzkiem szka. Bakaarz uj 
chopa za rami i pocign do drzwi na lewo. Otworzy. W wielkiej izbie, zastawionej 
awkami i owietlonej ma lampk, leaa na tapczanie limakowa; 
jaka stara kobieta przykadaa jej mokre chusty na gow. Izb napenia ostry 
zapach octu. 
W chopie serce zamaro. Teraz dopiero, kiedy poczu wo octu, zrozumia, 
e ona musi by bardzo chora. 
Gdy stan nad tapczanem, limakowa zacza mu si przypatrywa mruc 
oczy. Nagle odezwaa si schrypnitym gosem: 
- To ty, Jzek?... 
- Juci ja. 
Chora przymknwszy oczy zacza mitosi rkoma kouch, ktrym j 
przykryto. I znowu odezwaa si, tym razem silniej: 
- Co ty robisz, Jzek?... Co ty robisz?... 
- Przecie widzisz, e stoj. 
- Aha! stoisz... Wiem ja, co ty robisz... Nie bj si!... Wszystko wiem... 
-Idcie std, gospodarzu -przerwaa stara Niemka popychajc chopa ku 
drzwiom. -Idcie, bo ona niepokoi si, a to niedobrze... Idcie... I wypchna go 
z izby. 
-Jzek!... -krzykna limakowa. -Jzek! wr si... Cosik ci powiem... 
Chop waha si. 
-Nie ma po co -szepn bakaarz - ona bredzi i irytuje si. Jak jej zejdziecie 
z oczu, moe zanie. 
156 
Zaprowadzi go na drug stron sieni, do kuchni, gdzie zaraz wpad Fryc 
Hamer i pocign limaka do dalszej izby. 
Przy jasnej lampie, za stoem penym kufli, wrd kbw dymu z fajek, siedzia 
stary Hamer, a obok mynarz Knap. By to czowiek potny jak wr mki, 
z twarz wielk, czerwon i poyskujc. Siedzia bez surduta, trzymajc w jednej 
rce kufel piwa i ocierajc spocone czoo mankietem drugiej. Spod rozpitej 
koszuli, w ktrej lniy si zote spinki, wida byo piersi due jak u kobiety, 
zarose gstym wosem. 
Na prawo od stou leaa na krzyulcach spora beczuka, z ktrej Wilhelm 
Hamer nalewa coraz nowe kufle piwa. 
-Jak si nazywasz, ojciec? -wesoo krzykn Knap grubym gosem, z silnym 
akcentem niemieckim. 
-limak. 
-No, prawda, to ten sam!... -hukn Knap i rozemia si. -A sprzedajesz 
nam twj grunt z gr pod wiatrak? 
- Bo jo wiem?... - odpar chop niemiao. - Musi, e sprzedam... 
-Ha! ha!... - hucza Knap. - Wilhelm!... - rykn, jakby Wilhelm by o wiorst 
drogi - nalej mu piwa, temu chopu... Pij za moje zdrowie, ja za twoje zdrowie... 
Ho! ho! ho!... Chociae ty do mnie nigdy zboa nie przywozi, trcam si 
z tob... Ty bd zdrw i ja bd zdrw... A czemu ty dawniej nie sprzeda nam 
twj grunt? 
-Bo jo wiem? - odpar chop, chciwie wypiwszy piwo. 
-Wilhelm!... nalej mu!... -rycza Knap. -A ja tobie powiem, czemu nie 
sprzeda. Temu, e ty nie umiesz by silnie postanowionym. Ho! ho!... silne postanowienie 
to fundament. Ja powiedziaem : bdzie myn we Wlce -i jest 
myn we Wlce, cho mi go dwa razy palili ydzi. Nieprawda, Hamer?... I jeszcze 
ja powiedziaem: mj Konrad bdzie doktor! -i Konrad bdzie doktor. I 
jeszcze ja powiedziaem: ty, Hamer, twj Wilhelm musi mie wiatrak! - i Wilhelm 
musi mie wiatrak. Bez silne postanowienie czowiek jak myn bez wody 
jest... Wilhelm!... lej mu piwo... Prawda, jak dobre piwo!... Mj zi Krauze robi 
takie piwo... Ho! ho!... 
-Co to?... -zawoa pochylajc si w stron beczuki. -Co to, nie ma piwa?... 
Basta!... idziemy spa... 
Ruszyli si zza stou. Fryc popchn limaka do kuchni i zamkn drzwi. 
Chop by odurzony, nie wiadomo czym wicej: piwem czy haaliw rozmow 
Knapa. Przy blasku kaganka dojrza w kuchni dwa tapczany; na jednym 
kto spa, drugi by prny. limak usiad na prnym; poczu, e mu jest wesoo, 
i zacz kiwa si w prawo i w lewo, w prawo i w lewo... 
Nie myla o niczym; raczej przysuchiwa si rozmowie, ktr w ssiedniej 
izbie prowadzono po niemiecku. Po upywie jakiego czasu usysza gone pocaunki, 
nowy szereg wykrzyknikw, odsuwanie stou i krzese i miech Knapa. 
Potem kuchni zalaa jasno i przeszli przez m Fryc z Wilhelmem. 
- Spa, spa!... - zawoa do niego Fryc. - Skoro wit jedziemy... 
157 
Modzi Hamerowie wyszli do sieni, z sieni na dziedziniec, kroki ich ucichy 
gdzie przy stodole, a limak wci kiwa gow w prawo i w lewo. Upyn 
znowu jaki czas, w cigu ktrego rozlegay si w obszernej izbie cikie stpania, 
a potem gruby gos Knapa, mwicy: 
- Vater unser, der Du bist im Himmel... 
Mynarz w cigu modlitwy zzuwa buty, rzuca je daleko od siebie i nareszcie 
powtarzajc: amen... amen... -ukad si na ku, ktre pod nim zgrzytno. 
W kocu umilk, a w kilka minut pniej zacz chrapa dziwnymi gosami, 
jakby go duszono i zarzynano. 
W kuchni kaganek przymi si, zaskwiercza, par razy bysn i zgas wydajc 
przykry swd spalonej tustoci. Przez zamarznite szyby zajrza ksiyc i 
na glinianej pododze rozoya si tafla mdego wiata, przecita na sze tafelek 
cieniem okiennej ramy. 
Mynarz chrapa i jcza straszliwie. Chop, odurzony piwem, chwia si na 
prawo i na lewo, umiecha si nie wiadomo do kogo i medytowa: 
No, sprzedam!... To i co? Albo mi to nie wolno? Przecie lepiej pj w inne 
strony i kupi z pitnacie morgw rzetelnej ziemi ni siedzie na dziesiciu 
kiepskich i jeszcze ssiadowa z Jakiem Grzybem. Ady oni by mnie tu ze starym 
oba upiekli... Sprzeda to sprzeda, byle wnet... 
I powsta, jakby chcc i do rejenta. Ale przypomnia sobie, e do rejenta 
daleko, upad na siennik i cicho mia si sam do siebie. Mocne piwo, wlane w 
pusty odek, rozmarzao go coraz bardziej. 
Wtem na jasnej tafli szyb zarysowaa si ludzka sylwetka. Kto ze dworu 
usiowa zajrze do kuchni. 
Chop machinalnie podsun si do okna. Popatrzy... wytrzewia... i wybieg 
z kuchni... Na skrzyp drzwi picy parobek przewrci si i zakl, ale 
limak nie zwaa na niego. Trzscymi rkoma odszuka klamk w sieni, targn 
j i owiany mronym powietrzem znalaz si na dworze. 
Przed domem staa kobieta zagldajc w okno. limak przypad do niej, 
schwyci za ramiona i szepn z trwog: 
- To ty, Jagna?... Ty?... Boga si bj, co robisz? Kto ci odzia? 
Istotnie bya to limakowa. 
-Samam si odziaa, ino butw nie mogam dozu i krzywo mi siedz... 
Chodzi do dom - rzeka cignc go za rk. 
-Gdzie do dom? -odpar limak. -Adye ty, Jagna, taka chora, e nie 
wiesz, co nam si dom spali i stodoa?... Gdzie pjdziesz na taki mrz? 
W dziedzicu odezway si brytany Hamera; limakowa zwiesia si mowi 
na rku i nalegaa uporczywie: 
-Chodzi do dom... chodzi do dom! Nie chc umiera w cudzej izbie jak komornica... 
Ni!... Ja gospodyni... Nie chc brata si ze Szwabami, bo mi jegomo 
nawet trumny nie pokropi wicon wod... 
158 
Cigna, a on szed. I tak szli oboje do wrt, potem za wrota, potem w stron 
zamarznitej rzeki, aby jak najrychlej dosta si do sadyby. Za nimi biegy 
psy i z wciekym ujadaniem szarpay ich za odzie. 
Szli w milczeniu. Dopiero nad rzek przystana zmczona kobieta i chwil 
odpoczwszy pocza mwi: 
-Mylisz, e ja nie wiem, co ci Niemcy skusiy i chcesz im sprzeda 
grunt?... Moe nieprawda?... - dodaa dziko patrzc mu w oczy. 
limak spuci gow. 
-Ty zdrajco!... ty zaprzacu!... -wybucha nagle wygraajc mu pici. -
Ty grunt sprzedajesz?... A to by ty samego Pana Jezusa ydom sprzeda'... To 
ci si ju-sprzykrzyo, e jest uczciwy gospodarz, jako twj ojciec, i chcesz 
zej na poniewierk midzy ludzi? A co zrobi Jdrek?... Bdzie chodzi za cudz 
soch... A mnie jak pochowasz?... Jak gospodyni czy jak komornic?... 
Pocigna go i weszli na ld. Gdy znaleli si na rodku rzeki, limakowa 
znowu wybucha: 
-Stj tu, Judaszu!... - zawoaa chwytajc go za obie rce. -Ty jeszcze mylisz 
sprzeda grunt? Ja ci ju nic nie wierz... Suchaj -mwia w gorczkowym 
rozdranieniu - ino sprzedasz, Pan Bg przeklnie ciebie i chopaka... Ten 
ld zaamie si pod tob, jak nie wyrzekniesz si diabelskich myli... Ja po 
mierci nie dam ci spokoju... Nigdy nie zaniesz, bo choby zasn, wstan z 
grobu i oczy bd ci odmykaa... 
Suchaj!... -krzykna w napadzie szau. -Jak sprzedasz grunt, nie przekniesz 
Najwitszego Sakramentu, bo uwinie ci w gardle albo rozleje ci si 
krwi... 
- Jezu!... - szepn chop. 
- Gdzie stpisz, traw spali ci pod nogami... - kla nieprzytomna kobieta. -
Na kogo spojrzysz, rzucisz urok i spotka go nieszczcie... 
- Jezu! Jezu!... - jkn chop. Wyrwa si jej z rk i zatka uszy. 
- Sprzedasz? sprzedasz?... - pytaa zbliajc swoj twarz do jego twarzy. 
limak potrzsn gow i rozoy rce. 
- Niech si, co chce, dzieje - odpar - nie sprzedam. 
- Choby mia zdechn na barogu? 
- Chobym zdech. 
- Tak ci Boe dopom?... 
-Tak mi Boe dopom i niewinna mka Jego... limakowa zachwiaa si. 
M pochwyci j wp i prawie zacign do stajenki, gdzie spali dwaj parobcy 
Hamera. 
Chop posadzi on na progu, a sam pocz bi piciami we drzwi. 
-Kto tam? -zapytano rozespanym gosem. 
- Otwrzta!... Wstawajta!... - odpar limak. 
Wen z parobkw otworzy drzwi. 
_ To wy. limaku? - rzek zdziwiony, owijajc si kouchem. 
- Idta na swoj koloni, bo musz tu kobiet uoy. 
159 
Parobek zacz drapa si po kudatej czuprynie. 
Kpicie czy co?... Przecie ten grunt ju nie wasz... 
- Ino czyj?... - wrzasn rozgniewany chop i ujwszy go za piersi, wycign 
na podwrze. 
-Poszy!... - doda usuwajc si drugiemu parobkowi, ktry z butami w rkach 
opuszcza stajenk. 
Wygnani mruczc poczli si ubiera; limak wzi on na rce i uoy ja 
na ciepym jeszcze barogu. Kobieta ciko dyszaa. 
-Bdzie z tego interesu proces! -odezwa si starszy parobek. - Tak nie 
mona oszukiwa ludzi. Stary na wasze sowo sprowadzi Knapa, on wam jak 
naley opatrzy, a wy po nocy od kontraktu uciekacie. Uczciwy z was kupiec!... 
-Pewno Gede go podjudzi - wtrci drugi parobek. 
-Gede nie jest taki pody - odpar starszy -on dotrzyma ukadu. To ydem 
pachnie... Musieli go namwi Josel z Hirszgoldem, oba psubraty, co nas 
wszystkich w nieszczcie wcignli. 
Rozdraniony limak zatrzasn drzwi stajenki. Obaj Niemcy podnieli gos: 
- Zapacisz ty za szachrajstwo!... 
- Gruntu ci nie wystarczy... 
- Zobaczysz, jak ci ydki wykwituj. 
- Z godu zdechniesz albo bdziesz wyciga rk pod kocioem. 
- Caujta mnie!... - odkrzykn im limak. 
Odwrcili si i odeszli w stron kolonii groc piciami i wymylajc po 
polsku i po niemiecku na przemian. Gdy umilky ich gniewne gosy. limak wyszed 
ze stajni i pocz bka si po podwrku nasuchujc, czy nie jedzie kto 
gocicem. 
Nic nie pomoe - myla - trza sprowadzi jak bab i felczera... 
Niekiedy otwiera skrzypice drzwi stajenki i zaglda do ony. Zdawao mu 
si, e pi, nieco uspokojona, bo ju nie chrapaa. 
Tak przewasa si do rana. Po wschodzie soca rzuci paszy krowom i napoi 
je, a gdy si cakiem rozwidnio, wszed do stajni chcc si troch przespa. 
Zastanowi go spokj ony. Wic cho mu si oczy kleiy i huczao w gowie, 
podszed do niej i obejrza skupiajc reszt uwagi. Targn j za rk, dotkn 
ust - nie ruszya si. Umara i ju nawet ostyga 
- Ot, masz!... - mrukn. - A... a... niech ju wszystko diabli wezm!... 
Zamkn si w stajni i zgarnwszy troch somy do kta, leg na niej. Po kilku 
minutach twardo zasn. 
Byo ju po poudniu, kiedy zbudzi go blask i krzyk. Otworzy oczy i zobaczy 
nad sob star Sobiesk. 
- Wstawaj, limaku!... A dy wasza umara .. Na szczt umara... 
-C ja poradz? - odpar chop. Obrci si brzuchem do ziemi i jeszcze lepiej 
nacign kouch na gow. 
- Trzeba kupi trumn... Da zna do parafii... 
- Niech se ta inni daj zna. 
160 
-Kto da?... -krzyczaa baba.-We wsi gadaj, e was sam Pan Bg pokara za 
Owczarza i sierot... Niemce na was pomstuj, e hal... bo ten gruby mynarz z 
Wlki pokci si z nimi i odjecha... Nawet mnie Josel nie kaza tu i i mwi, 
e wam teraz wya bokiem kurczta, cocie kolejnikom tamtych lat sprzedawali. 
Zawzity yd, maleko, em mu ukropem lipiw nie zalaa... No, ruszta 
si, limaku!... - mwia baba szarpic go za kouch. 
-Ej!... niechaj mnie -odezwa si chop stumionym gosem -bo jak ci 
kopn, to wszystka wdka z ciebie wyciecze... 
-O ty bezboniku!... psiawiaro!... odszczepiecze od Kocioa boskiego!... 
Adye ty naprawd sumienie straci, ie si wylegujesz, kiedy twoja rodzona 
czeka chrzecijaskiego pogrzebu... Upamitajcie si. limaku... 
-Cauj mnie!... - wrzasn chop i machn w powietrzu nog, a impet wion 
na Sobiesk. Baba podniosa rce do gry i lamentujc pobiega na wie... 
limak pchn drzwi i znowu zasoni si kouchem. Serce jego opanowaa 
nieugita, chopska zacito, bo ju by pewny, e ginie bez ratunku. Nie skary 
si, niczego nie aowa, a myla tylko o jednym: aeby zasn i umrze we 
nie. Wrogowie go przeklli, znajomi opucili, najblisi zstpili do grobu. Nie 
mia nic i nikogo; jak wiat duy, nie byo ludzkiej rki, ktra by go wydwigna 
z rozpaczy, a bodaj podaa mu skorupk wody, cho palony gorczk, 
pragn. Uratowa mogo go tylko miosierdzie boskie; lecz on ju w miosierdzie 
boskie nie ufa. 
Kiedy tak lea twarz do ziemi, aby nie spojrze na trupa ony, soce opucio 
si za zachodnie pagrki; od wsi kocielnej dolecia gos wieczornego 
dzwonu, a w chatach pobone kobiety zaczy szepta: Anio Paski. Jednoczenie 
w grze na gocicu ukaza si czarny, zgarbiony cie. Szed on wprost 
ku zagrodzie limaka, powoli, z worem na plecach, z kijem w garci, otoczony 
blaskami soca. Wanie jak anio Paski, ktrego miosierny Ojciec zsya ludziom 
w ostatniej potrzebie. 
By to Jojna Niedoperz, najstarszy i najbiedniejszy yd w okolicy. Wszystko 
robi i wszystkim handlowa, ale nigdy nic nie mia. Z liczn rodzin mieszka w 
ustronnej chacie, ktrej jeden rg zapad w ziemi, brako czwartej czci dachu, 
a w oknach, zabitych deszczukami i pozaklejanych papierem, tylko gdzieniegdzie 
byszczaa rozbita szybka. 
Jojna szed do wsi, gdzie mia nadziej, e poata jak sztuk odzienia Grzybowi 
albo Orzechowskiemu, a w najgorszym razie zaatwi jaki interes szynkarzowi 
Joselowi, ktry czsto nim si posugiwa i licho paci. Mrony wiatr 
trzs jego pejsami, targa poszarpan brod, szczypa krwi nabiege powieki i 
usiowa wedrze si pod kapot, popstrzon gstymi atami. yd chucha w sine 
palce, przekada swj wr z ramienia na rami i idc medytowa o familijnych 
kopotach. Czy te jego ona, stara Liba, doczeka si kiedy szczupaka-na szabas? 
Co porabia jego syn Menachem, ktry uciek przed wojskiem do Niemiec i 
ju zgoli brod, odzia si w krtki surdut, ale nie mia pienidzy? Kiedy te 
wrci najsprytniejszy z jego ziciw, Bencyjon Sufit, ktry obecnie siedzi w 
161 
wizieniu za jakie akcyzne przestpstwo? Czy drugi zi, Wolf Krzykier, zostanie 
kiedy szklnikiem, cho ju od dziesiciu lat nic nie robi, tylko czyta 
wite ksigi? Czy jego crka Ryfka, brzydka stara panna, wyjdzie kiedy za 
m, a jego wnuki i wnuczki, Chaim, Fajwel i Mordko, Elka, aja i Mirla, czy 
bd kiedy miay po dwie cae koszule? 
- Aj waj! - mrukn yd. -1 jeszcze te gagany zabray mi trzy ruble... 
Owe trzy ruble zrabowali Niedoperzowi zodzieje jeszcze w jesieni; ale on 
do tej pory nie mg o nich zapomnie. Bya to bowiem jedna z wikszych sum, 
jak kiedy posiada. 
W tej chwili spojrzenie Jojny pado na komin spalonej chaty limaka i nagle 
yd ciko westchn. Aj! co by to byo, gdyby tak na jego chaup Pan Bg 
zesa ogie i gdzie by si podziaa ona, crki, zi, wnuki i wnuczki?... 
Wzruszenie jego spotgowao si, gdy usysza ryk krowy w obrce. Znaczy, 
e limakowie s w zagrodzie. Juci s, na wie nikt by ich nie przyj, bo wicej 
ni od roku wszyscy si na nich gniewali. Za co si gniewali?... No, a za co 
wszyscy gniewaj si na niego, na starego Jojn, i jeszcze mwi, e on szachraj?... 
Ludzie maj swoje wstrty, taki porzdek wiata i on go nie poprawi. 
Krowa drugi raz rykna (obie na przemian porykiway od poudnia) i Jojna 
skrci do siedziby zobaczy, co si dzieje u limaka. 
Moe co zarobi? - pomyla. 
Wszed na dziedziniec, rozejrza si i krcc gow, od razu poszed do stajenki. 
- limaku!... Panie gospodarzu!... Pani gospodyni, czy pastwo s tutaj?... woa 
pukajc w cian. Ba si otworzy drzwi, aeby w razie nieobecnoci gospodarzy 
nie posdzono go o przegldanie cudzych ktw. 
- Kto tam? - odezwa si limak. 
- Ja, stary Jojna - odpar. Uchyliwszy za drzwi spyta zdziwiony: 
- Co to pastwu?... Co wam. limaku?... Co gospodyni?... 
- Umara. 
- Jak to umara?... - cofn si yd. - Po co gada takie arty! Aj waj!... moe 
i umara?... - doda przypatrzywszy si z uwag lecej. - Taka dobra gospodyni! 
- mwi dalej. -Wielkie na was nieszczcie pado, niech Pan Bg ubroni... 
Tfy! - splun. - A wy co tak leycie, limaku, przecie trzeba zrobi pogrzeb. 
- Bdzie dwa od razu - mrukn chop. 
- Jak to moe by dwa?... Czycie wy sabi? 
-Ni. 
yd krci gow, spluwa i rozmyla.' 
- Tak przecie nie moe by - rzek - a jak wy si nie ruszycie, to ja dam zna. 
Ino powiedzcie, do kogo pj? limak milcza, ale krowa znowu rykna. 
- Czego ono tak ryczy te bido? - spyta ciekawie Jojna. 
- Musi tego, e nie pojone. 
- To po cocie ich nie napoili? 
162 
Chop znowu nie odpowiedzia. yd posta chwil, wreszcie stuknwszy si 
palcem w czoo, rzuci worek, lask i spyta: 
- Gdzie wy macie ceber, gospodarzu? Gdzie wiadro?... 
-Dajcie mi ta spokj - mrukn chop gniewnym gosem. Ale Jojna nie ustpi. 
Znalaz ceber i konewk w oborze, przynis kilka razy wody z przerbli, 
napoi krowy i jeszcze pen konew postawi obok limaka. Dla krw Jojna mia 
osobliwe wspczucie, od p wieku bowiem nadaremnie marzy, aby kiedy posiada 
wasn krow, a przynajmniej koz. 
yd odpoczwszy po tej pracy, tak cikiej na jego siy, znowu zapyta limaka: 
- No, jake bdzie? 
Chopa wzruszya jego lito, ale nie dodaa mu energii. Wic tylko podnis 
gow i rzek: 
-Jak si ta kiedy spotkacie z Grochowskim, nakacie mu ode mnie, eby nie 
pozwoli sprzeda gruntu, dopki Jdrek nie uronie. 
- A we wsi co teraz powiedzie?... bo tam id. 
Lecz chop ju nakry si kouchem i zaprzesta rozmowy. yd sta, opar 
brod na rku i dugo duma. Wreszcie zamknwszy stajenk zabra swj wr i 
kij i poszed, ale nie za most, do wsi, tylko gocicem w gr. Wspczucie ndzarza 
dla cudzej ndzy byo tak silne, e w tej chwili zapomnia o swoich kopotach, 
a myla o ratowaniu limaka. Waciwie nawet nie myla o limaku, 
tylko wprost nie umia go odrni od siebie. Zdawaa mu si, e to on sam, Jojna, 
ley w stajni obok umarej ony i e za wszelk cen musi wydoby si z 
nieszczcia. 
Szed wic, o ile mu pozwalay stare nogi, najprzd do Grochowskiego. 
Byo ju ciemno, okoo szstej wieczorem, kiedy stan przy jego zagrodzie. 
Uderzyo go, e w chacie nie ma wiata. Zacz puka, nie odpowiedziano. 
Wyczekawszy z kwadrans u progu, obszed chat dokoa i kiedy zdesperowany 
zabiera si ju do powrotu, nagle stan przed nim jakby spod ziemi Grochowski. 
-Ty tu po co, ydu?... -gniewnie zapyta go olbrzymi chop, starannie 
chowajc za siebie jaki dugi przedmiot. 
-Po co?... - odpar wystraszony Jojna. - Ja tu umylnie przyleciaem do was 
od limaka... Wy wiecie, e oni si spalili, limakowa umara, a on sam ley 
przy niej bez rozumu?... Gada tak, jakby mu po gowie chodziy paskudne myli, 
i nawet krw nie napoi. Ja si boj za to, co on zrobi dzi w nocy. 
-Suchaj, ydu -odezwa si surowo chop - ino mi gadaj prawd. Kto ci 
tego krtactwa nauczy? Bo ty sam nie zodziej, ale widno ci tu zodzieje nasali... 
- Jakie zodzieje? - krzykn Jojna. - Ja przecie wracam prosto od limaka... 
-Nie gaj, nie gaj... - odpar Grochowski. - Bo mnie std nie wycigniesz, 
eby naga drugie tyle, a oni ci nawet twoich pienidzy nie oddadz... 
163 
Pogrozi Jojnie i cofn si midzy budynki. Teraz dopiero spostrzeg yd, 
e Grochowski ma w rku fuzj. Widocznie spodziewa si zodziejw. 
Widok broni tak przestraszy Jojn, e w pierwszej chwili o mao nie upad, 
a nastpnie zacz ucieka do gocica. Przy sabym wietle ksiyca zdawao 
si ydowi, e kady krzak i kady sup jest zbjc, ktry go najprzd obedrze, 
a potem wystrzeli z fuzji. Jojna chyba umarby od huku. 
Ale nie zapomnia limaka i dostawszy si na gociniec poszed do wsi kocielnej, 
na probostwo. 
Tutejszy proboszcz dopiero od kilku lat rzdzi parafi. By to czowiek 
redniego wieku, bardzo pikny. Posiada wysze uksztacenie i maniery dobrze 
wychowanego szlachcica. Co rok sprowadza wicej ksiek anieli wszyscy 
jego ssiedzi i duo czyta; nie przeszkadzao mu to hodowa pszcz, polowa, 
bywa na ssiedzkich zebraniach i peni duchownych obowizkw. 
Posiada ogln sympati. Szlachta kochaa go za rozum i hulackie skonnoci, 
ydzi za to, e nie pozwala ich krzywdzi, kolonici, e -na probostwie 
ugaszcza pastorw, chopi, e odnowi koci, obmurowa cmentarz, mwi 
adne kazania, urzdza wietne naboestwa, a ubogich nie tylko darmo chrzci 
i grzeba, lecz nawet wspomaga. 
Ale stosunki midzy prostym ludem a proboszczem nie byy dosy cise. 
Chopi szanowali go, ale nie mieli miaoci. Patrzc na niego wyobraali sobie, 
e Bg jest to wielki pan i szlachcic, askawy i miosierny, ktry jednak z byle 
kim nie gada. Proboszcz czu to i szczeglnie byo mu przykro, e jeszcze aden 
chop nie prosi go do siebie na wesele czy chrzciny, aden o nic si nie radzi. 
Chcc przeama ich niemiao czasami wdawa si w rozmow; ale wnet spostrzega 
bo ja na twarzy chopa, a w sobie zakopotanie i - urywa. 
Nie mog udawa demokraty!... -myla zgryziony. Niekiedy, w porze 
zych drg, kiedy ksidz przepdzi kilka dni bez towarzystwa, budziy si w 
nim wyrzuty sumienia. 
-Lichy jestem pasterz -mwi sobie -ndzny ucze Chrystusa. Nie po to 
przecie zostaem kapanem, aeby dotrzymywa placu szlachcie, ale eby suy 
maluczkim... Gagan jestem, faryzeusz. 
Wwczas zamyka si na klucz, klka na goej pododze i prosi Boga o 
apostolskiego ducha. lubowa, e rozdaruje wyy, wyrzuci z piwnicy butelki, 
odda ubogim eleganckie sutanny i zamiast gra w karty z dziedzicami bdzie 
pociesza strapionych, naucza nieumiejtnych i radzi wtpicym. I wanie 
kiedy dziki postowi i modlitwie ju... ju budzi si w nim duch pokory i zaparcia, 
szatan zsya na probostwo goci. 
-Jestem potpiony... Boe, bd miociwi... - mrucza z rozpacz, zrywajc 
si z klczkw, aby wyda dyspozycj co do kuchni i piwnicy. W kwadrans 
pniej piewa wieckie piosenki i pi jak uan. 
Tego wieczora, kiedy Jojna zblia si do plebanii, proboszcz wybiera si z 
wizyt do ssiednich dziedzicw. Miao by kilkanacie osb, inynier z Warszawy 
z najnowszymi wiadomociami, preferans, doskonaa kolacja i wyjtko
164 
we wina, bo inynier konkurowa o crk gospodarza. Ksidz ju od kilku dni 
siedzia sam; tote z gorczkow niecierpliwoci oczekiwa chwili wyjazdu. 
Tak nudzi si, widzc z jednego okna dziedziniec, na ktrym tusty parobek rba 
drzewo, a z drugiego ogrd przywalony niegiem i goe drzewa, na ktrych 
wrzeszczay gawrony - tak tskni za ludmi, e prawie nie mg doczeka si 
wieczoru. Rachowa ju nie godziny, ale kwadranse, a gdy mylc, e upyn 
kwadrans, spoglda na zegarek, przekonywa si ze zdumieniem, e upyno 
zaledwie kilka minut. 
Wikary mieszka w innym domu i zaraz po zachodzie soca szed spa 
ubierajc si do ka w sukienny, watowany czepek. To jeszcze jedno pocieszao 
proboszcza, ktry nie lubi swego pomocnika. Aby za w jakikolwiek sposb 
dotrwa do wyjazdu, zada samowara i palc fajk marzy: 
Bd dzi pastwo Teofilowie, czy nie bd?... No, on jest czowiek rzadkiej 
gupoty, ale ona... Boe miosierny, co te mi si snuje po gowie!... 
Lecz pomimo narzeka cigle widzia zielonawe oczy pani Teofilowej, 
utkwione niby z alem w niego, i ten szczeglny wyraz twarzy, z jakim niedawno 
powiedziaa: 
- Ksie proboszczu, w yciu bywaj silniejsze dramaty ni na scenie. 
On wwczas nie odpowiedzia jej, tylko poczu, e co cisno go za piersi. 
Ale dzisiaj, siedzc tu sam i rachujc powolne koatanie zegara, przyznawa, e 
w yciu bywaj nie tylko silne, ale straszne dramaty. 
C to za pieko kry si przed samym sob ze swoimi mylami! 
Mocniej pocign fajk i nagle drgn. 
Przywidziao mu si, e jego sutanna dotyka jedwabnej sukni. 
-Jezu, zmiuj si nade mn! -szepn odsuwajc si od stou. Ale jakkolwiek 
usiad, zawsze widzia zielonawe oczy i czu palce dotknicie jedwabnej 
sukni. 
-Ach, eby ju prdzej wyjecha... Mrz otrzewi... Zreszt cay wieczr 
bd gra w preferansa... 
Tak myla i nie wierzy sobie. Wiedzia, e kobiety zatrzymaj go w salonie 
i e naprzeciw siebie zobaczy, jak zwykle, te dziwne oczy i melancholijn 
twarz, na ktrej prawie wyrzebio si zdanie: 
Ksie proboszczu, w yciu bywaj dramaty!... 
Wtem zapukano do drzwi. Wszed Jojna i skoni si do ziemi. 
-Dobrze, e przyszed -zawoa proboszcz. -Miaem wanie posya do 
ciebie, bo zebrao si troch garderoby do odnowienia. 
-Chwaa Bogu! - odpar yd. -Ju tydzie nie miaem roboty. Ale jeszcze 
pani gospodyni mwia, e w kuchni zepsu si zegar... 
- To ty umiesz i zegary naprawia?... 
- Jake, mam nawet statki. 
- Doskonay!... krawiec i zegarmistrz. 
-Ja take jestem parasolnik, a take znam rymarstwo i umiem rondle pobiela. 
165 
- No, jeeli tak, to moesz u mnie zimowa. A kiedy przyjdziesz do roboty? 
- Zaraz usid. 
- Na noc? - spyta proboszcz. 
- Ja robi po caych nocach. Ja ju niewiele mog sypia. 
-Jak chcesz. To ide do oficyny i zadysponuj sobie kolacj. Herbat zaraz 
ci przynios. 
-Przepraszam jegomoci -ukoni si yd -ale ja prosz, eby cukier by 
osobno. 
- Pijesz bez cukru? 
-Owszem, ja nawet lubi bardzo sodko, ino ja herbat pij tak, a cukier 
chowam dla wnukw. 
- Pij z cukrem! dla wnukw dostaniesz oddzielnie -odpar ksidz miejc si 
z przebiegoci yda. 
-Walenty, podaj mi futro - zwrci si popiesznie do sucego usyszawszy, 
e ju zajechay sanki. yd znowu ukoni si. 
- Z przeproszeniem jegomoci - rzek - ale ja tu przychodz od limaka... 
- Od limaka?... - powtrzy ksidz. - Aha! od tego, co si spali. 
-Nawet nie od niego, bo on by mnie nie mia tu wysya. Ale jemu ona 
dzi umara i on ma jako kiepsko w gowie, i tak oboje le w stajni, i nawet 
nie ma im kto wody poda. Nawet krw nie poili bez cay dzie. 
Proboszcz cofn si. 
- Jak to, wic nikt ze wsi ich nie odwiedzi?... 
-Przepraszam jegomoci -skoni si yd - ale we wsi gadaj, e na niego 
spad gniew boy. I bez ten interes to oni musz zgin, jeeli ich kto nie poratuje. 
Mwic to patrzy w oczy ksidzu, jakby chcia powiedzie, e do niego 
naley ratunek limaka. 
Proboszcz uderzy cybuchem o podog, a pka fajka. 
-To ja, prosz jegomoci, ju pjd do oficyny - zakoczy yd. Zabra kij, 
worek i wyszed. 
Przed gankiem odzyway si dzwonki sanek przypominajc ksidzu, e pora 
jecha do ssiada. Walenty sta w pokoju z futrem w rkach. 
Tam czekaj mnie - myla proboszcz gnc o podog cybuch. -Jest przecie 
ten inynier... Moe bd potrzebny do zarczyn... (Moe przez tydzie nie zobaczysz 
pani Teofilowej?... -doda w nim gos cichszy od myli.) No, a ten 
przecie wytrzyma do jutra; zreszt zmarej kobiety nie wskrzesz... 
Ach, jak to bolenie waha si midzy wietnym rautem i nocn wizyt u 
pogorzelca, ktry pospou z trupem ley w stajni... Dawaj futro! -rzek proboszcz. 
- Zaraz... - doda i wyszed do swojej sypialni. 
Jest sma -myla. -Jeeli pojad do niego, nie mam ju po co jecha do 
nich. 
I znowu w pustym pokoju zobaczy zielonawe oczy, smutn twarz i usysza 
wyrazy: W yciu s dramaty... 
166 
- Futro!... Zaraz... Zobacz, Walenty, czy konie ju s? 
-Stoj u ganku - odpar suga. 
- Aha... Noc widna? 
- Widna, prosz jegomoci. 
-Aha! Pjd jeszcze do gospodyni i ka, aeby nakarmia yda. Niech mu 
da jasn lamp, jeeli zechce robi w nocy. Walenty wyszed. 
-Nie mog by niewolnikiem wszystkich pogorzelcw i kobiet, ktre 
umary. Jutro bdzie sam czas. Nieszczeglny musi to by czowiek, skoro nikt 
ze wsi nie popieszy mu z pomoc. 
Machinalnie spojrza na rozpit figur Chrystusa i zadra. Zdawao mu si, 
e i Ukrzyowany ma zielonawe oczy. 
-Rany Boskie! -szepn -co si ze mn dzieje?... I to ja, obywatel, kapan, 
waham si midzy zabaw i pocieszeniem ndzarza... Kapan!... Obywatel!... 
Uj si oburcz za gow i chodzi po pokoju. Walenty wrci. 
Proboszcz podnis na niego wy blada twarz. 
- We koszyk - rzek zmienionym gosem - w miso z obiadu, chleb, butelk 
miodu i postaw w sankach. 
Suga zdziwi si, ale speni rozkaz. 
Moe umiera? -myla ksidz. -Moe by jeszcze z Sakramentami?... -
Niepodobna!... -szepn, znowu ujrzawszy owe oczy. -Jestem na wieki potpiony... 
Boe, bd miociw... 
Bi si w piersi i wtpi o swoim zbawieniu zapominajc, e miosierny Ojciec 
nie rachuje liczby rautw ani wypitych butelek, lecz te cikie walki, jakie 
stacza ze sob ludzkie serce. 
167 
ROZDZIA JEDENASTY 
W p godziny spasione konie proboszcza stany przed zagrod limaka. 
Ksidz zapali wydobyt spod koza latark i ze wiatem w jednej, a koszykiem 
w drugiej rce, poszed do stajni. 
Pchn drzwi nog i zobaczy trupa limakowej; Spojrza w prawo - na barogu 
siedzia chop przysaniajc oczy od blasku. 
-Kto to? -spyta limak. 
- Ja, proboszcz. 
Chop zerwa si z ziemi i zarzuci na ramiona kouch. Na twarzy jego wida 
byo zdumienie; nie mg zrozumie, co si dzieje. Chwiejnym krokiem 
przeszed prg i stanwszy naprzeciw ksidza przypatrywa mu si z otwartymi 
ustami. 
-Czego tu chceta, jegomo? -rzek cichym gosem. 
-Przynosz ci bogosawiestwo boskie. Wdziej kouch, bo zimno, i pokrzep 
si - odpar ksidz. Ustawi kosz na wysokim progu stajni i pocz wydobywa 
chleb, miso i butelk miodu. 
limak zbliy si do proboszcza, spojrza mu w twarz, dotkn rkoma futra 
i nagle upad mu do ng szlochajc: 
- Jaki ja biedny, mj jegomo... jaki ja biedny... Oj! jaki ja biedny... 
-Benedicat te omnipotens Deus -bogosawi go proboszcz. Ale wnet, zamiast 
przeegna, uj go w ramiona i usiad z nim na progu. I tak siedzieli dug 
chwil - ndzny, paczcy chop w objciach eleganckiego ksidza. 
-No, uspokj si, bracie... bdzie dobrze... Bg nie opuszcza swoich dzieci... 
Pocaowa go i otar mu zy. limak z rykiem upad mu do ng po raz drugi. 
-Nieche ju zgin... -szlocha. -Niech pjd do pieka za moje grzechy, 
kiej mnie takie szczcie spotkao, e sam jegomo ulitowalicie si nade 
mn... A czy ja wart Tego, ady ebym ja sto lat y, ebym na kolanach do Ziemi 
witej poszed, to jeszcze si nie odsu... 
Odsun si na klczkach i bi czoem w ziemi u ng ksidza, jak przed otarzem. 
I duo czasu upyno, nim proboszcz zdoa go o tyle uspokoi, e 
chop podnis si i wdzia kouch. 
-Napij si - rzek ksidz podawszy mu kielich miodu. 
- Kiej nie miem, mj serdeczny jegomo... 
-No, wic ja pij do ciebie -i dotkn ustami kielicha. limak uj mid 
drcymi rkoma i, znowu uklknwszy, z trudnoci wypi. 
- C, smakuje ci? - zapyta ksidz po chwili. 
168 
O, dobre! Kieb arak... - odpar chop innym gosem i pocaowa proboszcza 
w rk. - Korzeni musi by tu sporo - doda. 
Namwiony zjad kawaek misa z chlebem i wypi drugi kielich miodu. Posiek 
ten widocznie go pokrzepi. 
-Powiedze mi, bracie, co si z tob stao -zacz ksidz. -Bo pamitam, 
e by gospodarz dostatni. 
-Duo by gada, mj dobrodzieju. Jeden syn mi uton, drugi w harycie, 
ona umara, konie mi ukradli, spaliy me... A wszystkie moje nieszczcia zaczy 
si od tych czasw, jak dziedzic sprzeda wie, jak zaczli budowa kolej i 
jak przyszy Niemce. Bez tych najpierwszych kolejnikw, co na naszych polach 
tyki ustawiali, rozelia si na mnie caa wie. Buntowa te ich, bo buntowa 
Josel za to, e mierniki kupowali u mnie kurczta i insze tam rzeczy. Do dzi 
dnia ich buntuje... 
-A wy do niego cigle chodzicie po rad -wtrci ksidz. 
-Gdzie pj -dopraszam si aski dobrodzieja? Przecie chop nieumiejtny, 
a yd zna si na wszystkim i nieraz mdrze poradzi. 
Ksidz poruszy si. Chop, podniecony miodem, prawi dalej: 
-Jak pana nie stao, urway mi si dworskie zarobki i jeszczem musia odda 
Niemcom dwa morgi ki, com arendowa od dziedzica. 
- Aaa!... - przerwa proboszcz. - Czy nie tobie chcia dziedzic sprzeda za sto 
dwadziecia rubli k wartajc ze sto szedziesit? 
-Juci mnie. 
-I dlaczegoe nie kupi? Nie wierzye mu. Wam si zdaje, e panowie tylko 
o waszej krzywdzie myl... 
- Kto ich wie, co oni myl, dobrodzieju? Midzy sob wargoc jak ydy, a 
z czowieka ino se kpinkuj. Przecie pamitam, kiedy z okazji tej ki zacz pan 
z pani i wagierkiem nade mn wydziwia, tom si tak zalk, ebym i za sto 
rubli tego kawaka nie wzion. Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, e maj 
grunta rozdawa. 
- I ty uwierzy? 
-Czy ja si na tym rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo baamuctwo, 
a rzetelnej prawdy nikaj si czowiek nie dowie? Nowicej to si rozumiej 
ydy; ale raz gadaj tak, drugi raz inak, a chop wierzy w to, z czym mu 
lepiej. 
- Hm! a przy kolei nie miae zarobkw? 
-Nawetem grosza nie widzia, tak mnie odepchny Niemce. 
-Nie moge to przyj do mnie! - obruszy si proboszcz. -Przecie u mnie 
cay czas mieszka naczelny inynier... 
Dopraszam si aski dobrodzieja, czym to ja wiedzia? Wreszcie i chodzi na 
plebani nie miabym miaoci. 
-Hm! hm! Czy i Niemcy ci dokuczali? 
169 
-Oj! oj! - westchn chop. - Od swego przyjcia tutaj mordoway mnie, eby 
im grunt sprzeda. Tak mnie nachodziy, tak si przypominay, e kiedy zesa 
Pan Bg ogie, tom nareszcie uleg i z on przeniosem si do nich... 
- I sprzedae?... 
-Bg uchroni i moja nieboszczka. Wstaa ze miertelnej pocieli, wycigna 
mnie od nich i tak zakla, e ju wol zgin ni sprzeda. Ale te zrobi 
oni mi zemst... - doda limak, smutnie zwieszajc gow. 
- Nic ci nie zrobi. 
-Nie oni, to stary Grzyb. Bo jakby Hamer std wyszed, to Grzyb folwark 
po nim obejmie. A on gorszy od Niemca. 
O, tom dobry pasterz! -pomyla ksidz. - Moje owce gryz si midzy sob 
jak wilki, Niemcy ich trapi. ydzi im radz, ja za jed na zabawy!... Zostae 
tu, mj bracie - rzek gono - a ja wstpi na wie. 
I podnosi si z progu. limak jeszcze raz ucaowa mu nogi i odprowadzi 
do sani. 
- Jed za most - zwrci si proboszcz do furmana. 
-Za most?... Ju tam nie pojedziemy? -dziwi si wonica, taki pyzaty, jakby 
go pszczoy poksay. 
-Ruszaj, gdzie ci ka! - odpar ksidz niecierpliwie i rzuci si na siedzeniu. 
Sanie odjechay. limak zosta sam i oparszy si na poche jak niegdy za 
lepszych czasw, przysuchiwa si milkncym dzwonkom i myla: 
Skd dobrodziej o nas si dowiedzia? Wida, e przed ksidzem to jak i 
przed Panem Bogiem nic si nie skryje... Strach!... Bo juci ludzie mu nie donieli 
ani Niemce, ani Sobieska... Moe by Jojna? Dobry on yd i litociwy, 
nawet krowy mi napoi, ale gdzie by mu si chciao lata po nocy std a na plebani! 
Wreszcie on szed do wsi. Niebywaa rzecz, sam dobrodziej zajecha do 
chopa, nakarmi go, napoi i jeszcze utuli. O la Boga, a mi markotno, ebym 
ja za obapia si z tak osob... Ech! nawet do organisty nie miabym miaoci. 
Sta, myla i szepta: 
-Musiao tgo zmieni si na wiecie, kiedy taki duchowny nie wstydzi si 
siada z chopem za pan brat i jeszcze na progu pod stajni. Czyby znowu 
grunta dawano?... Czyby ju szlacht ze wszystkim skasowali?... Ale uczciwy 
dobrodziej, serdeczny. Rychtyg jak ten wity biskup, co azarza wasnymi rkami 
podnosi i rany mu opatrywa. On chyba take bdzie wity i nawet ju 
jest, kiedy ma jasnowidzenie i widzi, co si o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da 
rady, boby go spotkao nieszczcie... Oj! eby mnie jeszcze dobrodziej rozgrzeszy 
z nieboraka Owczarza i znajdy, ju bym si niczego nie boja. 
Westchn i przez dug chwil patrzy na niebo zasypane gwiazdami. 
-Ciekawo -mrukn -czy w niebie bez noc gromnice pal, czy ono tak 
samo wieci? 
170 
Z daleka, od mostu, znowu zadwiczay dzwonki, parskay konie i wkrtce 
przed zagrod zatrzymay si sanki proboszcza. Chop wybieg na gociniec. 
- Ty, limaku? 
-Jo, dobrodzieju. 
-Bdzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomoc. Pogdcie si i wicej nie 
swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobi pogrzeb nieboszczce. Po trumn ju 
posaem do miasteczka. 
- O, mj wybawicielu!... - jkn chop. 
-Ruszaj, Pawe, co ko wyskoczy -rzek ksidz do furmana. Wydoby repetier, 
a usyszawszy, e jest trzy kwadranse na dziesit, mrukn: 
- Spniem si, ale jeszcze zd!... I znowu zobaczy przed sob zielonawe 
oczy to na powierzchni niegu, to midzy gwiazdami, to na plecach otyego 
furmana. 
-Boe, bd miociw... Boe, bd miociw... - szepta ksidz pasujc si z 
nagabaniami szatana. 
limak sta na gocicu, dopki w ciemnoci nie rozpyny si sanki. Gdy 
za w powietrzu zalega cisza, poczu znuenie i nieprzepart ch do snu. Z 
wolna powlk si do stajenki, ale - nie wszed tam. Ba si spa obok zmarej 
ony i leg w obrce. 
Sny mia pospne, jakim zwykle czowiek ulega po silnych wstrznieniach. 
Marzyo mu si, e gdzie spada, to znowu, e topi si w bardzo zimnej wodzie, 
to, e bka si po okolicy, w ktrej nigdy nie byo dnia, tylko wieczny pzmrok 
- a w kocu, e ona opuciwszy stajenk usiuje wedrze si do obory, 
ju to otwierajc po cichu drzwi, ju to odsuwajc desk w cianie. 
Obudzi si zmczony i smutny i nawet przez chwil zdawao mu si, e 
nocna wizyta proboszcza bya tylko przywidzeniem. Z trwog zajrza do stajenki 
i uspokoi si dopiero wwczas, gdy spostrzeg chleb, miso i napoczt butelk 
miodu, ktr ksidz zostawi wczoraj. Blask witajcego dnia pad na nieboszczk 
i odbi si dwoma mdymi promieniami w jej nie domknitych oczach. 
Ni, juci ona nie ruchaa si w nocy - pomyla chop i westchn za dusz 
zmarej. 
Nagle jakie sanki przejedajce gocicem zatrzymay si u wrt. Niebawem 
weszli na podwrko dwaj ludzie z wielkim koszem. limak zdumia si 
zobaczywszy, e w kosz dwiga stary Grzyb i jego parobek. 
-Jed tera, Kuba, do miasta po trumn, ino wnet -odezwa si Grzyb do parobka, 
gdy postawili kosz niedaleko obory. 
Parobek odszed, Grzyb zwrci si do limaka, ale siwa gowa trzsa mu 
si i niespokojnie biegay tawe oczy. 
-Moja wina - rzek uderzajc si w piersi. - Moja wina!... I co... jeszcze si 
gniewata?... 
-Nieche wam Bg da wszystko najlepsze, iecie mnie w takiej zgryzocie 
nawiedzili - odpar limak i nisko mu si ukoni. 
171 
Staremu chopu podobaa si ta pokora. Schwyci limaka za rk i mwi 
nieco yczliwszym tonem: 
-Jo woma godom: moja wina! bo tak mi kaza dobrodziej. Tote pierwszy 
do was przyszedem, chociem stary, i godom: moja wina! Ale te i wy, kumie 
(czego nie wymawiam), tgocie mi dokuczyli. 
-Wybaczcie mi wszyko, com ino komu zrobi zego - rzek limak schylajc 
si do ramienia Grzybowi ~-ale co prawda, ju i me pomn, w czym bym 
was samych uszkodzi? 
-Jo przecie do was nie zakadam adnej pretensji. Zawdy z kolejnikami 
handlowalita beze mnie... 
-I tylem zhandlowal... -westchn limak wskazujc na pogorzelisko. 
-No, Bg, nasz Ojciec niebieski, ciko was sprbowa, i dlatego ja mwi: 
moja wina! Alecie wy te mogli wtedy przed kocioem, co to nieboszczka fulary 
se kupia (wieczne jej odpocznienie!), moglicie cho pukwaterek postawi 
na szczcie, nie za tak hardo odpowiada mnie staremu... 
- Haj!... prawda, em pyskowa niepotrzebnie. 
- I z Niemcamita si bratali bez potrzeby -pochwyci Grzyb. - Jdrek nawet 
z nimi pi (pamitacie, wtedy co zaczli miejsce na dom wytyka?), a wyta si 
z nimi modlili za pan brat... 
-Inom czapk zdj. Przecie Bg jest jeden ich i nasz. Grzyb potrzsn rk 
okoo swego ucha. 
-Tak si mwi, e jeden - odpar. - A ja se gadam, e ich Bg musi by inakszy, 
kiej do niego trza po niemiecku wargota... Ale co tam - nagle zmieni 
ton - przeszo, skoczyo si i nie wrci. A dobrodziej wczora mi powiedzia, e 
macie zasug, bocie Niemcom ziemi nie wydali. I prawd rzek. Bo ju by u 
mnie wczoraj Hamer, e na wity Jan chce sprzeda swj folwark. 
-Moe i tak!... 
-A juci. Hycle Szwaby -pogrozi stary pici -rok temu gaday, e nas 
wszystkich po trochu wykurz z tela, gsi mi strzelay na ce, bydo mi raz zajy, 
a tera masz!... Wywrciy si bestie na dziesiciomorgowym chopie, z 
wielk swoj ambicj!... Za to samo. limaku, warcicie aski boskiej i przyjani 
ludzkiej. C nieboszczka? 
-Ley w stajni. 
-Niech z Bogiem spoczywa, nim j w powiconym miejscu pogrzebiemy. 
Nieraz ona was przeciwko mnie buntowaa, ale ja ta do nikogo alu ni mom... A 
tu -zmieni Grzyb rozmow -tu wam przywizem ze wsi, od nas wszykich, 
troch prowizji. Macie krupy - mwi wskazujc jeden woreczek -mk, groch, 
krzynk soniny... 
Na gocicu, tym razem z gry, rozleg si ttent i skrzyp sani, ktre znowu 
zatrzymay si obok zagrody. 
-Czyby dobrodziej?... -pyta Grzyb, uwanie nasuchujc. 
-Ni, to chop -odpar limak. -A idzie co tak ciko, jakby sotys Grochowski. 
172 
Istotnie ukaza si Grochowski, ktry na widok Grzyba zawoa: 
-O!... i wycie tu? Bo do was jechaem...A tob co, Jzek? -zwrci si do 
limaka. 
- Kobieta mi zmara, i tyo. 
- Pedzia mi to Jojna wczoraj, alem mu nie uwierzy. Patrzajta si!... I gdzie 
ona?... A m... 
Zobaczywszy nieboszczk sotys zdj czapk i uklk na niegu. Grzyb zrobi 
to samo. Przez chwil sycha byo szept pacierzy i ciche szlochanie limaka. 
Potem chopi podnieli si, powzdychali, pochwalili cnoty nieboszczki, 
wreszcie sotys zwrci si do Grzyba. 
Ptaka wam wie - rzek - ino troch postrzelonego, ale nie bardzo. 
- H? - spyta Grzyb. 
-Co h?..-Jaka waszego przywizem, bo mi dzi w nocy konie krad i dosta 
par rucinw. 
- O hycel!... Gdzie on?... 
- Siedzi w sankach na gocicu. 
Grzyb pobieg cikim kusem w tamt stron. Usyszano par uderze, 
krzyk i wnet ukaza si stary prowadzc za czupryn Jaka, ktry pomimo swego 
wzrostu i urody paka jak dziecko. 
Jego wyszywana kurtka bya podarta, wysokie buty unurzane w gnoju; na 
lewej rce mia skrwawion szmat, a na twarzy plaster. 
- Krade konie sotysowi?... - pyta rozgniewany starzec. 
- Com nie mia kra? kradem. 
-Ale mu si nie udao - wtrci Grochowski. - Za to cakiem ukrad konie 
limakowi i udao mu si. 
- Ty ukrad?... - wrzasn Grzyb i pocz syna okada piciami. 
- Juci, e ja, ino si nie gniewajcie, tatku - paka Jasiek. 
-La Boga, co si dzieje! - woa Grzyb. 
-Co si ma dzia? -odpar lekcewaco Grochowski. -Chopak zdrw, dobra 
sobie kamratw i w kolej wszystkich okrada, dopkim go wczoraj nie 
ustrzeli. 
- I c teraz bdzie? - zawoa Grzyb, znowu okadajc Jaka piciami. 
-Ju ja si, tatku, poprawi... Ju si oeni z Orzechowszczank i osid na 
gospodarce... 
-Rycho w czas! Teraz pora i do kryminau, nie do wesela -odpar Grochowski. 
Stary Grzyb zaduma si. 
-Jake, to wy go oskarycie? - spyta sotysa. 
-Wolabym nie skary, bo si z tego interesu w caej okolicy zakotuje. Ale 
jak mnie nie odszkodujeta, to zaskar. Grzyb znowu pomyla....No, a c by to 
kosztowao? 
-Od stu pidziesiciu rubli grosza nie odstpi -odpar sotys rozkadajc 
rce. 
173 
-O, la Boga! - oburzy si Jasiek. -Strzelilicie do mnie z jednej lufy, a ju 
chcecie tyle pienidzy jak za armat. 
-Kiedy tak - wtrci Grzyb - to niech se idzie do kryminau, bo ja za hycla 
sto pidziesit rubli nie zapac. 
-Mnie sto pidziesit za sekret -rzek Grochowski -a limakowi osiemdziesit 
rubli za skradzione konie. Grzyb znowu zacz bi chopaka. 
- Ty rozbjniku!... Gadaj, kto ci do tego namwi?... 
-Wiadomo, e Josel... Dajcie spokj -lamentowa Jasiek -bo ju i wstyd 
przed obcymi ludmi, e si ino bijecie i bijecie. 
- A ty po co Josela sucha?.., 
-Bom mu winien sto rubli! 
- Chryste Panie! - jkn Grzyb targajc si za wosy. 
- No, nie macie czego dopuszcza sobie do gowy - odezwa si Grochowski. 
- Razem trzysta trzydzieci rubli dla mnie, dla limaka i dla Josela. Niewielga to 
u was rzecz. 
-Ni, ja tyle nie zapac! - woa Grzyb. 
- Ja przecie sam zapac, jak si oeni z Orzechowszczank -odpar Jasiek. 
- Chorob zapacisz!... Niedoczekanie twoje!... - jcza stary. 
-Ha, kiedy tak -rzek rozgniewany sotys -to chod, Jasiek, do sdu. Ty 
nas krad nie na arty, i ja z tob nie bd artowa. Zabieraj si! 
I uj olbrzymiego chopca pod rk. 
- Tatku, zmiujcie si!... przeciem ja u was jeden - biada Jasiek. 
Stary Grzyb kolejno spoglda to na syna i Grochowskiego, to na limaka. 
-A toecie, tatku, skpi!... Za marny grosz gubita mnie na cae ycie! mwi 
Jasiek. 
-Widzisz, e ci rura zmika - drwi sotys. - Pamitasz, jake przy kancelarii 
cign cygar i kpinkowa, e mnie okradn?... Ja za gadaem, e nie okradn, 
i stano na moim, a ty teraz paczesz jak baba. Kpinkuje se... No, chod. 
Zobaczymy, czy twj ojciec nie dopdzi nas w drodze. 
-Zara, zara!... -odezwa si Grzyb widzc, e sotys naprawd cignie 
chopca do sanek. 
Odchodzcy zatrzymali si. Grzyb skin na limaka i obaj odstpili do szopy. 
-Ja wam cosik poradz, kumie -zacz Grzyb znionym gosem. -Jeeli 
midzy nami ma by ssiedzka zgoda, to wiecie, co zrbcie... 
- Bo jo wiem? Skd j o mog wiedzie? 
- Oeta si z moj siostr. 
-Z Gawdzin? -zapyta limak. 
-Juci. Wy wdowiec i ona wdowa, wy macie dziesi morgw, a ona pitnacie 
i jest bez dzieci. Ja wezm jej grunt, bo dotyka mego, a wam oddam pitnacie 
morgw z czci Hamera i bdziecie mieli dwadziecia pi morgw w 
jednym kawaku. 
limak zamyli si. 
174 
-Kiej mnie si zdaje - rzek - e tamta ziemia, niby Gawdziny, jest lepsza 
od Hamerowskiej, 
- To wam dam wicej ki. Zgoda?... - nalega Grzyb. 
- Bo jo wiem? - odpar limak drapic si w gow. 
-No, to zgoda -pochwyci Grzyb. -Ale wy za moj dobro zapacicie sto 
pidziesit rubli Grochowskiemu i sto Joselowi. limak zawaha si. 
-Jeszczem swojej kobiety nie pochowa, a ju z drug mam si eni? westchn. 
Wahanie to oburzyo starego. 
-Nie bde gupi! -krzykn. -C to?... obejdziesz si bez baby na gospodarstwie? 
Nie oenisz si to nodali za puroku? Nieboszczka zmara i kaput! 
Ale eby moga si tera ozwa, sama by ci pedziaa: e si, Jzek, nie kr 
nosem na takiego dobrodzieja jako Grzyb! 
- Czego si ta swarzycie? - spyta podchodzc do nich Grochowski. 
-Gadam mu, eby si oeni z moj siostr, z Gawdzin, a on mi si przekomarza 
- odpar Grzyb. 
- Ba! ale chceta, aebym z wasnej kieszeni spaci Grochowskiego i Josela odpowiedzia 
limak. 
-A pitnacie morgw mienia, a tyry krowy, a para koni i wszelaki domowy 
dostatek, to co? - zaperzy si Grzyb. 
-No, juci warto - wtrci Grochowski. - Ino jake on bdzie gospodarowa 
na dwu ziemiach? 
-Jo im wymieni -pochwyci Grzyb. -Siestrzyne grunta wezm na siebie, a 
im dam pitnacie morgw, tu, przy limakowej chudobie. 
- Przecie to Hamerowe - rzek Grochowski. 
-Jakie ta Hamerowe! -zawoa Grzyb. - Dzi mi sprzedadz, a nopniej po 
niedzieli zajedziemy do rejenta i kupi od Hamerw cay folwark. Dla tego 
hycla!... - doda pokazujc gow na Jaka. 
- To oni ju uciekaj z tela? - spyta Grochowski. 
-Iii.... siedzieliby do koca wiata -odpowiedzia Grzyb -ale e im limak 
nie odstpi swoich gruntw, wic im si wszykie rachuby pomieszay. To 
bankruty... 
Grochowski medytowa. 
-No, to si e, Jzek, nie ma co - rzek nagle do limaka. -Bdziesz mia 
dwadziecia pi morgw i niczego onk. 
- Phi!... Rozoysta kobieta - doda Grzyb. 
-I dostatki ma - rzek Grochowski. 
- I jeszcze moe mie ze szecioro dzieci - pochwyci Grzyb. 
- Bdziesz pan ca gb - zakoczy Grochowski. limak westchn. 
-Ach! -odpar. -Nowicy mi szkoda, e moja Jagna widzie tego nie bdzie... 
-Przecie jakby ona widziaa, ty nie miaby dwudziestu piciu morgw zreflektowa 
go Grochowski. 
175 
- No, zgoda czy nie? - spyta Grzyb. 
-Wola boska! - westchn limak. 
- Szkoda, e nie ma czym przepi - zauway Grochowski. 
-Mom ci ja tu odrobin miodu od dobrodzieja - rzek limak i wolnym krokiem, 
ze zwieszon gow, poszed do stajenki. Po maej chwili przynis butelk, 
zielonawy kieliszek i nalawszy go zwrci si do Grzyba: 
-No, kumie -mwi kaniajc si. -No, kumie, przepijam ja do was, ebymy 
si ju od tych pr nigdy nie gniewali. Prosz te was jak brata, owszem jak 
ojca, ebycie si za mn do waszej siostry, do Gawdmy, wstawili, jako 
chciabym si z ni eni za waszym pozwoleniem i bogosawiestwem boskim. 
Wypi, schyli si Grzybowi do kolan i nastpnie poda mu peny kieliszek. 
-A jo ci mwi, bracie limaku -odpowiedzia Grzyb -e moja kochana 
siostra jue wczoraj, jak by u nas dobrodziej, pomylaa o tobie. Dzi przysaa 
ci najwikszy woreczek krup, pszenn buk i osek masa i gadaa mi, eby u 
niej mieszka, pokd se nie odbudujesz wasnej chaupy. Jo ci te z serca rad jestem 
jak najrodzeszemu bratu, bo ty jeden z caej wsi opar si niedowiarkom 
i niemao we wojnie z nimi ucierpiae, co ci Bg nagrodzi. 
Wypi i poda kielich Grochowskiemu. 
-Bardzom kuntenty - rzek sotys, gdy mu nalano miodu - bardzom kuntenty, 
e si tak wszyko na dobre odwrcio. Zatem, yc tobie, bracie limaku, 
szczcia z nowej ony i z Jdrka, co go dzi maj z kozy wypuci. A wam, 
bracie Grzybie, yc szczcia z nowego wagierka i z tego oto niecnoty Jaka, 
eby si cho raz bestyja ustatkowa. A tobie, Jaku, eby na nowym gospodarstwie 
lepiej gospodarowa nieli Niemce, a do cudzych stajen nie zaglda, bo 
wiem, e na was chopy si ju zmawiaj i w eb by dosta przy nopirszy okazji, 
amen. 
- Po niedzieli kupuj folwark od Hamera, a po witach zrobi dwa wesela! zawoa 
uradowany Grzyb. 
Po tych sowach czterej chopi zaczli si ciska i caowa, a limak widzc, 
e ju zabrako miodu, wysa parobka Grochowskiego na wie do Josela 
po butelk wdki i butelk araku. 
-Za mao, bracie! -ozwa si Grochowski. - Naka, eby ci Josel przysa ze 
trzy garnce wdki i beczuk piwa, bo na dzisiejszy pogrzeb nieboszczki pewno 
zwali si kupa ludu. limak posucha roztropnej rady sotysa i zrobi dobrze. 
Gdy bowiem ku wieczorowi przywieziono trumn z miasteczka, zebrao si na 
pogrzeb limakowej takie mnstwo ludzi, jakiego najstarsi nie pamitali w okolicy. 
176 
Umow, zawart midzy chopami, speniono jak najcilej. Grzyb w cigu 
tygodnia naby folwark Hamerw, a jeszcze przed wielkim postem odbyy si 
wesela Jaka Grzyba z Orzechowsk i limaka z Gawdzin. 
Rwno z pocztkiem wiosny przyby na wie jeometra i przeprowadzi wymian 
gruntw pomidzy Grzybem i limakiem. W tej samej godzinie, kiedy na 
polach zatknito pierwsz tyk miernicz, z kolonii wyjechay fury uwoce ruchomoci 
Hamerw. 
