WADYSAW STANISAW REYMONT 


CHOPI 
TOM PIERWSZY: JESIE 




ROZDZIA 1 


- Niech bdzie pochwalony Jezus Chrystus! 
- Na wieki wiekw, moja Agato, a dokd to wdrujecie, co? 
-We wiat, do ludzi, dobrodzieju kochany -w tyli wiat!... - zakrelia kijaszkiem uk od 
wschodu do zachodu. Ksidz spojrza bezwiednie w t dal i rycho przywar oczy, bo nad zachodem 
wisiao olepiajce soce; a potem spyta ciszej, lkliwiej jakby... 
- Wypdzili was Kbowie, co? A moe to ino niezgoda?... moe... 
Nie zaraz odrzeka, wyprostowaa si nieco, powleka ciko starymi wypezymi oczami 
po polach ojesieniaych, pustych i po dachach wsi, zanurzonej w sadach. 

-I... nie wypdzali... jakeby... dobre s ludzie -krewniaki. Niezgody te nijakiej by nie 
byo. Samam ino zmiarkowaa, e trza mi w wiat. Z cudzego woza to za cho i w p morza. 
Trza byo... roboty ju la mnie nie miay... na zim idzie, to jake -darmo mi to dadz 
warz abo i ten kt do spania?... 

A e rychtyk i cioka odsadzili od maci... a i gski, bo to ju zimne nocki, trza zagna pod 
strzech, tom i zrobia miejsce... jake, bydltek szkoda, Boe, stworzenie te... A ludzie dobre, 
bo mi cho latem przytul, kta ani tej yki strawy nie auj, e se czowiek kiej jaka 
gospodyni paraduje... 

A na zim we wiat, po proszonym. 

Niewiela mi potrza, to se u dobrych ludzi uprosz i do zwiesny z Panajezusow ask 
przechyrlam, a jeszcze si co nieco grosza ucibi -to rychtyk la nich na przednowek... 
krewniaki przeciech... 

A ju ta Jezusiczek przenajsodszy biedoty opuci nie opuci. 

- Nie opuci, nie - zawoa gorco i wstydliwie wsadzi jej w gar zotwk. 
- Dobrodzieju nasz serdeczny, dobrodzieju! 
Przypada mu do kolan roztrzsion gow, a zy jak groch posypay si po jej twarzy 
szarej i zradlonej jak te jesienne podorwki. 

-Idcie z Bogiem, idcie - szepta zakopotany podnoszc j z ziemi. 
Zebraa drcymi rkami torby i kijaszek z jeem na kocu, przeegnaa si i posza szerok, 
wyboist drog ku lasom; raz w raz tylko odwracaa si ku wsi, ku polom, na ktrych 
kopano kartofle; i na te dymy pastusich ognisk, co si snuy nisko nad cierniskami - pogldaa 
aonie, a i znikna za przydronymi krzami . 

A ksidz usiad z powrotem na kkach od puga, zay tabaki i rozoy brewiarz, ale 
oczy zelizgiway mu si z czerwonych liter i leciay po ogromnych, w jesiennej zadumie 
pogronych ziemiach, to po bladym niebie bdziy lub zatrzymyway si na parobku, pochylonym 
nad pugiem. 

-Walek... bruzda krzywa... te... - zawoa unoszc si nieco i chodzi ju oczami krok za 
krokiem za par tustych siwkw, cigncych pug ze skrzypem. 
Zacz znowu bezwiednie przebiega czerwone litery brewiarza i porusza ustami, ale co 
chwila goni oczami siwki, to stadko wron, ktre ostronie, z wycignitymi dziobami podskakiway 
w brudzie i raz w raz, za kadym wistem bata, za kadym nawrotem puga, podryway 
si ciko, paday zaraz na zorane zagony i ostrzyy dzioby o twarde, zesche skiby. 

- Walek! a mignij no praw po portkach, bo zostaje! 
Umiechn si, bo jako po bacie prawa ju rwno cigna, a gdy konie doszy do drogi, 
unis si ywo poklepa je przyjanie po karkach, a wycigay do niego nozdrza i przyjacielsko 
obwchiway twarz. 



-Heeet-aa! -woa piewnie Walek, wycign byszczcy jakby ze srebra pug, unis go 
lekko, pocign konie lejcami, e zatoczyy krtki uk, wrazi krj byszczcy w rysko, mign 
batem, konie pocigy z miejsca, a zgrzytny orczyki -i ora dalej wielki an ziemi, co 
pod prostym ktem spada od drogi po pochyoci i niby dugi wtek zgrzebnych skib rozciga 
si a ku wsi, lecej nisko i jakby zatopionej w czerwonawych i tawych sadach. 

Cicho byo, ciepo i nieco sennie. 

Soce, chocia to by ju koniec wrzenia, przygrzewao jeszcze niezgorzej -wisiao w 
poowie drogi midzy poudniem a zachodem, nad lasami, e ju krze i kamionki, i grusze po 
polach, a nawet zesche twarde skiby kady za si cienie mocne i chodne. 

Cisza bya na polach opustoszaych i upajajca sodko w powietrzu, przymglonym kurzaw 
soneczn; na wysokim, bladym bkicie leay gdzieniegdzie bezadnie porozrzucane 
ogromne biae chmury niby zway niegw, nawiane przez wichry i postrzpione. 

A pod nimi, jak okiem ogarn, leay szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrbach 
lasw -misa, przez ktr, jak srebrne przdziwo rozbyse w socu, migotaa si w 
skrtach rzeka spod olch i ozin nadbrzenych. Wzbieraa w porodku wsi w ogromny poduny 
staw i uciekaa na pnoc wyrw wrd pagrkw; na dnie kotliny, dokoa stawu, leaa 
wie i graa w socu jesiennymi barwami sadw -niby czerwono-ta liszka, zwinita 
na szarym liciu opianu, od ktrej do lasw wycigao si dugie, spltane nieco przdziwo 
zagonw, pachty pl szarych, sznury miedz penych kamionek i tarnin-tylko gdzieniegdzie w 
tej srebrnawej szaroci rozleway si strugi zota -ubiny ciy si kwiatem pachncym, to 
bielay omdlae, wysche oyska strumieni albo leay piaszczyste senne drogi i nad nimi 
rzdy potnych topoli z wolna wspinay si na wzgrza i pochylay ku lasom. 

Ksidz ockn si z zapatrzenia, bo dugi, aosny ryk rozleg si gdzie niedaleko, a 
wrony poderway si z krzykiem i skonym rzutem leciay na kopaniska- a czarny migoccy 
cie bieg za nimi doem po ryskach i podorwkach. 

Przysoni rk oczy i patrzy pod soce -drog od lasw sza jaka dziewczyna i cigna 
za sob na postronku du, czerwon krow; gdy przechodzia obok, pochwalia Boga i 
chciaa skrci, aby ksidza pocaowa w rk, ale krowa szarpna j w bok i znowu rycze 
zacza. 

- Na sprzedanie prowadzisz, co? 
-Ni... ino do mynarzowego bysia... a stje, zapowietrzona... Wcieka si czy co! woaa 
zadyszana; usiujc powstrzyma, ale krowa j pocigna, e ju obie gnay w dyrdy, 
a kurz je zakry obokiem. 

A potem wlk si ciko po piaszczystej drodze yd szmaciarz, pcha przed sob taczki 
dobrze naadowane, bo raz w raz przysiada i ciko dysza. 

- Co tam sycha, Moszku? 
- Co sycha?... Komu dobrze, to i dobrze sycha... 
Kartofle , chwaa Bogu obrodziy, yto sypie, kapusta bdzie. Kto ma kartofle, kto ma 
yto, kto ma kapust temu dobrze sycha! - Pocaowa ksidza w rkaw, zaoy na kark pas 
od taczek i pcha dalej, lej ju, bo zaczyna si spadek agodny. 

A potem szed rodkiem drogi w kurzawie, bo zamiata nogami, lepy dziad, prowadzony 
przez tustego kundla na sznurku. 

A potem lecia od lasu chopak z butelk, ale ten ujrzawszy ksidza przy drodze okry 
go z dala i bieg na przeaj pl do karczmy. 

To znowu chop z ssiedniej wsi wiz zboe do myna albo ydwka pdzia stado kupionych 
gsi. 

A kady pochwali Boga, zamieni sw par i szed w swoj drog, odprowadzany yczliwym 
sowem i spojrzeniem ksidza, ktren, e ju soce byo coraz niej, powsta i krzykn 
do Walka: 

- Dorz do brzzek i do domu... na nic si konie zmachaj. 


I poszed wolno miedzami, odmawia pgosem modlitwy i jasnym, penym kochania 
spojrzeniem ogarnia pola... 

...Rzdy kobiet czerwieniy si na kopaniskach... rozlega si gruchot zsypywanych do 
wozw kartofli... miejscam orano jeszcze pod siew... stada krw srokatych pasy si na ugorach... 
dugie, popielate zagony rdzawiy si mod szczotk zb wschodzcych... to gsi 
niby paty niegw bieliy si na wytartych, zrudziaych kach... krowa gdzie zaryczaa... 
ogniska si paliy i dugie, niebieskie warkocze dymw cigny si nad zagonami... Wz 
zaturkota albo pug zgrzytn o kamienie... to cisza znowu obejmowaa ziemi na chwil, e 
sycha byo guchy bekot rzeki i turkot myna, schowanego za wsi, w zbitym gszczu 
drzew pokych... to znowu piewka si zerwaa lub krzyk nie wiadomo skd powstay lecia 
nisko, tuk si po bruzdach i doach i ton bez echa w jesiennej szaroci, na cierniskach 
oprzdzonych srebrnymi pajczynami, w pustych sennych drogach, nad ktrymi pochylay si 
jarzbiny o krwawych, cikich gowach... to wczono role i tuman szarego, przesonecznionego 
kurzu podnosi si za bronami, wydua i peza a na wzgrze i opada, a spod niego 
niby z oboku wychyla si bosy chop, z go gow, przewizany pacht - szed wolno, nabiera 
ziarna z pachty i sia ruchem monotonnym, nabonym i bogosawicym ziemi, dochodzi 
do koca zagonw, nabiera z worka zboa, nawraca i z wolna podchodzi pod wzgrze, 
e najpierw gowa rozczochrana, potem ramiona, a w kocu ju by cay widny na tle soca z 
tym samym bogosawicym ruchem siejby; z tym samym witym rzutem rozrzuca zboe, 
co jak zoty py kolistym wirem padao na ziemi. 

Ksidz szed coraz wolniej, czasem przystawa, aby odetchn, to znowu obejrza si na 
swoje siwki, to przyglda si chopakom, obtukujcym kamieniami ogromn grusz, a 
hurmem przybiegli do niego i chowajc rce za siebie caowali w rkaw sutanny. 

Pogadzi ich po gowach i rzek upominajco: 

- Nie amcie ino gazi, bo na bezrok gruszek mie nie bdziecie. 
- My nie rzucalim na gruszki, ino e tam jest gapie gniazdo - ozwa si mielszy. 
Ksidz si umiechn dobrotliwie i zaraz znowu przystan przy kopaczkach. 
- Szcz Boe w robocie! 
-Boe zapa, dzikujemy! -odpowiedzieli razem, prostujc si, i ruszyli wszyscy do 
ucaowania rk dobrodzieja kochanego. 
-Pan Bg da lato urodzaj na kartofle, co? -mwi wycigajc otwart tabakierk do 
mczyzn - brali sumiennie i z szacunkiem w szczypty, nie miejc przy nim zaywa. 
- Juci, kartofle kiej kocie by i duo pod krzami. 
- Ha, to winie zdroej, bo jaki taki chcia bdzie wsadza do karmika. 
- Ju i tak drogie; na zaraz latem wyginy, a i do Prus kupuj. 
- Prawda, prawda. A czyje to ziemniaki kopiecie? 
- A Borynowe. 
- Gospodarza nie widz, tom i rozezna nie rozezna. 
- Ociec pojechali z moim ano do boru. 
-A to wy, Anna, jake si macie? -zwrci si do modej, przystojnej kobiety w czerwonej 
chustce na gowie , ktra, e rce miaa uwalane ziemi, przez zapask uja jego rk i 
pocaowaa. 
- Jake si ma ten wasz chopak, com go to we niwa chrzci? 
- Bg zapa dobrodziejowi, zdrw, si chowa i co nieco baykuje. 
- No, zostacie z Bogiem. 
- Panu Bogu oddajem. 
I ksidz skrci na prawo, ku cmentarzowi, ktry lea z tej strony wsi, przy topolami wysadzonej 
drodze. 



Dugo za nim spogldali w milczeniu, na jego smuk, pochylon nieco posta, dopiero 
gdy przeszed niskie, kamienne ogrodzenie cmentarza i szed midzy mogiami ku kaplicy, co 
staa wpord pokych brzz i klonw czerwonych, rozwizay si im jzyki. 

-Lepszego to i na caym wiecie nie znale - zacza ktra z kobiet. 
-Juci, chciay go te zabra do miasta... eby ociec z wjtem nie jedzili prosi biskupa, 
to bywa go i nie mieli... Kopta no, ludzie, kopta, bo do wieczora mao daleko, a ziemniakw 
mao wiele! -mwia Anna wysypujc swj kosz na kup cc si na rozkopanej ziemi, 
penej zeschych cin. 
Wzili si chyo za robot i w cichoci, e ino sycha byo dziabanie motyczek o tward 
ziemi, a czasem suchy dwik elaza o kamie. Czasami kto niekto wyprostowa zgity i 
zbolay grzbiet, odetchn gboko, popatrzy bezmylnie na siejcego przed nimi i znowu 
kopa, wybiera z szarej ziemi te ziemniaki i rzuca do kosza, przed si stojcego. 

Ludzi. byo kilkanacioro, przewanie starych kobiet i komornikw, a za nimi bieliy si 
dwa krzyaki, u ktrych w pachtach leay dzieci raz w raz popakujc. 

- A tak i stara posza we wiat - zacza Jagustynka 
- Kto? - spytaa Anna podnoszc si. 
- A stara Agata. 
- Na ebry... 
-Juci, e na ebry! Hale! nie na sodkoci, ino na ebry. Obrobia krewniakw, wysuya 
si im bez lato, to ju j puciy na wolny dech. 
-Wrci na zwiesn, to im naznosi w torebeczkach, a to i cukru, a to i harbaty, a to i grosza 
co nieco; zaraz j bd mioway, ka spa w ku, pod pierzyn, robi nie dadz, 
coby se wypoczena. A wujna, a ciotka jej mwi, pki tego ostatniego szelka od niej nie 
wycign... A jesieni to ju la niej miejsca nie ma w sieni ani we chliwie. Scierwy, psie 
krewniaki i zapowietrzone -wybuchaa Jagustynka i taki gniew j przej, e stara jej twarz 
posiniaa. 
-Biednemu to zawsze na ten przykad wiatr w oczy dorzuci jeden z komornikw, stary, 
wyndzniay chop z krzyw gb. 

- Kopta no, ludzie, kopta - popdzaa Anna nierada tokowi rozmowy. 
Jagustynka, e to dugo nie moga bez gadania, to spojrzaa na siejcego i rzeka: 
- Te Paczesie to stare chopy, e jae im ju kaki na bach puszczaj... 
- Ale kawalery zawdy - rzeka insza kobieta. 
- A tyle dziewuch si starzeje albo i suby szuka idzie... 
- Przeciech, a one maj cay pwczek i jeszeze czk za mynem. 
- Juci, abo to im matka da si eni... abo to im popuci... 
- A kto by krowy doi, kto by opiera, kto by kole gospodarstwa abo i wy chodzi... 
-Obrzdzaj se matul i Jagusi, bo jake, Jagna kiej pani jaka, kiej i druga dziedziczka, 
ino si stroi... a myje, a w lusterku przeglda, a warkocze zaplata. 

-I patrzy ino, kogo by puci pod pierzyn, ktren 
aby mocny! - dorzucia znowu ze zym umiechem Jagustynka. 
- Jzek Banachw posya z wdk - nie chciaa. 
- Cie... dziedziczka zapowietrzona. 
- A stara ino w kociele siaduje, a na ksice si modli, a na odpusty chodzi! 
-Prawda, ale czarownica to te jest; a Wawrzonowym krowom to chto mleko odebra, 
co? A jak na Jadamowego chopaka, co jej liwki w sadku obrywa, jakie ze sowo powiedziaa, 
to mu si zaraz taki kotun zbi i tak go pokrcio, Jezus! 
-I ma tu bogosawiestwo Boe by nad narodem, kiej takie we wsi siedz... 
- A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasaam tatusiowe, to bacz, e takie ze wsi wyganiali dodaa 
znowu Jagustynka. 



-Tym si krzywda nie stanie, bo ma j kto strzec...i zniajc gos do szeptu, a patrzc z 
ukosa na Ann, co kopaa na przedzie pierwsz z kraja redlin, szeptaa Jagustynka ssiadkom: 
- A pono pierwszy do obrony to ano chop Hanki... cieka si on za Jagn kiej ten pies.:. 
-Laboga... moiciewy... cudeka prawicie... Hale! to by ju grzech i obraza boska bya... 
- szeptay do siebie kopic i nie podnoszc gw. 
- A bo to on jeden... a to jak za suk, tak chopaki za ni ganiaj. 
-A bo te urod ma, to ma; wypasiona kiej jaowica, biaa na gbie, a lepie to ma rychtyk 
jak te lnowe kwiatki... a mocna, e i niejeden chop jej nie uradzi... , 
- A bo to co robi, ino re a wysypia si, to nie ma urodna by... 
Milczay dug chwil, bo trzeba byo kartofle wysypywa na kup. 
A potem ju z rzadka pogadyway to o tym, to o owym a i zamilky, bo ktra dojrzaa, 
e od wsi ryskiem biey Jzka Borynianka. , 
Jako i ta nadbiegaa zziajana i ju z daleka krzyczaa: 

- Hanka, a chodcie ino do chaupy, bo krowie si cosik stao. 
- Jezus Maria, a ktrej?... 
- A to ci graniastej... a to ci... tchu zapa nie mog..-
Loboga, ae mnie zatkno, mylaam, e mojej...-zawoaa z ulg Anna. 
-Witek j co dopiero przygna, bo gajowy ich wypdzi z zagajw. Krowa si zlachaa, 
bo taka pana... i zaraz przed obor upada... i ani pi nie pije, ani re nie re, ino si tarza, a 
ryczy, e loboga! 
-Ojca to nie ma? 
-Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mj Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i 
garniec mleka dawaa. A chodcie rycho. 

- Duchem ci lec, w to oczymgnienie. 
Jako i wyja dziecko z pachty, nadziaa mu czapeczk z kutasikami, okrcia zapask i 
posza ywo, a taka bya strwoona wieci, e nawet nie opucia weniaka, zapomniaa do 
cna, a jej odsonite do kolan nogi bieliy si po roli. Jzka biega przodem. 

A kopacze, kady okrakiem nad swoj redlin, posuwali si z wolna, kopic leniwiej, jako 
e nikt nie pili i nie pogania. 

Soce ju si przetaczao na zachd i jakby rozarzone biegiem szalonym czerwienio 
si koem ogromnym i zsuwao za czarne, wysokie lasy. Mrok gstnia i peza ju po polach; 
sun bruzdami, czai si po rowach, wzbiera w gszczach i z wolna rozlewa si po ziemi, 
przygasza, ogarnia i tumi barwy, e tylko czuby drzew, wiee i dachy kocioa gorzay 
pomieniami. 

A niektrzy cigali ju z pl do domw. 
Gosy ludzkie, renia, porykiwania, turkoty wozw coraz ostrzej brzmiay w cichym, 
omroczonym powietrzu. 
Sygnaturka na kociele zacza dzwoni Anio Paski spiowym wiergotem, e ludzie 
przystawali i szept pacierzw, niby szemranie opadajcych listkw, pada w mroki. 
Ze piewami a pokrzykami wesoymi spdzano bydo z pastwisk, co cib szo drogami 
w tumanach kurzawy, e tyko raz w raz wychylay si z niej gowy potne i rogi krzaczaste. 
Owce pobekiway tu i wdzie, to gsi zerway si z pastwisk i stadami leciay, cae w zorzach 
zachodu zatopione, e tylko krzyk przenikliwy znaczy je w powietrzu. 

- Ale szkoda, ta graniasta to sielna krowa. 
-I..: nie na biedaka trafio. 
- A tak i bydltka al, co si zmarnuje. 
- Gospodyni Boryna nie ma, to wszystko leci kiej przez sito. 
- A bo to Hanka nie gospodyni? 


-La siebie... jakby na komornym u ojca siedz, tu juci patrz, aby ino na swoj stron 
co nieco urwa, a ojcowego niechta pies pilnuje. 
- A Jzka, e to jeszcze skrzat gupi, to i c poradzi? 
-Hale, abo to Boryna nie mgby gront odda Antkowi, co? 
- A sam pjdzie do nich na wycug, co?... Starzycie. Wawrzku, a do cna jeszcze gupi zacza 
ywo Jagustynka. - Ho, ho, Boryna jeszcze krzepki, moe si oeni, a gupi by by, 
eby dzieciom zapisywa. 

- Hale, krzepki to juci, e jest, ale ju ma ze szedziesit rokw. 
- Nie bj si, Wawrzku, kada mdka pjdzie za niego, niechby tylko rzek. 
- Ju dwie ony pochowa. 
- Niech se pochowa i trzeci, Panie Boe mu pom, a niech dzieciom, pki yw, nie daje 
ni staja, ni liszki jednej, ni tyle, co trepem przydepnie. cierwy, wyrychtowayby go, kiej 
moje mnie. Dayby mu wycugi e na wyrobek by chodzi, z godu by zdycha abo i na ebry, 
po proszonym szed. Oddaj ino, co masz, dzieciom -to ci oddadz; rychtyk ci tego starczy na 
sznureczek abo i na ten kamie do szyi... 
-Ludzie, a to czas do domu, mroczeje. 
- Czas, czas! Soce ju zaszo. 
Pozbierali prdko motyczki, koszyki, to dwojaki od obiadw i szli wolno gsiego miedz, 
pogadujc co nieco,a tylko stara Jagustynka wykrzykiwaa wci namitnie na dzieci wasne, 
a potem ju i na wszystkich pomstowaa. 

A rwno z nimi jaka dziewczyna gnaa macior z prositami i piewaa cienkim gosikiem: 


Aj, nie chod kiele woza, 
Aj, nie trzymaj si osi, 
Aj, nie daj chopu gby,


- Cie, gupia, wrzeszczy, kiejby j kto ze skry obdziera 
ROZDZIA 2 

Na Borynowym podworcu, obstawionym z trzech stron budowlami gospodarskimi, a z 
czwartej sadem, ktry go oddziela od drogi, ju si zebrao do narodu; kilka kobiet radzio i 
wydziwiao nad ogromn czerwono-bia krow, lec przed obor na kupie nawozu. 

Stary pies, kulawy nieco i z oblaz na bokach sierci, ogania graniast, obwchiwa j, 
szczeka, to wypada w opotki i gna dzieci na drog, co si byy wieszay na potach i zazieray 
ciekawie w obejcie, albo dociera do maciory, co lega pod chaup i rozwalona jczaa 
cicho, bo ssay j biae, mode prosita. 

Hanka nadbiega wanie zziajana, przypada do krowy i ja j gaska po gbuli i bie. 

-Granula, biedoto, granula! -woaa zawo, a buchna paczem i lamentem serdecznym. 
A kobiety radziy raz w raz nowe ratowanie chorej; to sl rozpuszczon wlewali jej w 
gardo, to topiony z powicanej gromnicy wosk z mlekiem; radzi ktosik myda z serwatk insza 
znowu woaa, eby krew puci-ale krowie nic nie pomagao, wycigaa si coraz duej, 
niekiedy podnosia eb i porykiwaa dugo, jakby o ratunek, bolenie, a jej pikne oczy o 
biakach rowych mtniay mg i ciki, rogaty eb opada z wysilenia, e ino wysuwaa 
ozr i polizywaa rce Hanki. 

- A moe by Ambroy co poradzi? - zaproponowaa ktra. 
- Prawda, na chorobach on jest znajcy - zawtrowali. 


Bieyj no, Jzia! Na Anio Paski dzwonili, to musi jeszcze by przy kociele Laboga, a 
jak ociec nadjad bdzie to pomstowanie, bdzie. - A przeciech my niczego niewinowate! narzekaa 
paczliwie. 

A potem siada na progu obory, wsadzia chopakowi w usta, bo popakiwa, bia, pen 
pier i z trwog niezmiern spogldaa na krow rz꿹c, to przez opotki na drog i nasuchiwaa. 


W pacierz abo i dwa wpada Jzia z krzykiem, e Jambroy ju id. 

Jako i przyszed zaraz dziad moe stuletni, prosty jak wieca, twarz mia such, pomarszczon 
jak kartofel na zwiesn i szar tak, wygolon i pocit szramami, wosy biae 
jak mleko kosmykami opaday mu na czoo i kark, bo by z go gow. 

Poszed prosto do krowy i dokumentnie j obejrza. 

- Oho, widz, e wiee miso jedli bdzieta. 
-A dy jej pomcie co, wylekujcie, a to krowa ze trzysta zotych warta -i dopiero po 
cielciu, a dy pomcie! O mj Jezu, mj Jezu! - zawoaa Jzia. 
Ambroy wyj z kieszeni puszczado, powecowa je po cholewie, przyjrza si pod zorz 
ostrzu i przeci granuli arterie pod brzuchem -ale krew nie trysna, a cieka wolno czarna, 
spieniona. 

Stali wszyscy dokoa pochyleni i patrzyli bez oddechu. 

-Za pno! Oho, bydltko ostatni par puszcza -rzek uroczycie Ambroy. - Nic to, 
ino paskudnik albo i co innego... trza byo zaraz, kiej zachorzaa... ale te baby to ino juchy do 
pakania s mdre, a jak trza radzi, to w bek kiej owce. -Splun pogardliwie, obszed krow, 
zajrza jej w oczy, przyjrza si ozorowi, obtar zakrwawione rce o jej mikk, lnic 
skr i zabiera si do odejcia. 
- Na ten pochowek dzwoni nie bd; zadzwonita w garki sami. 
-Ociec z Antkiem! -krzykna Jzka i wybieg na drog naprzeciw, bo guchy, ciki 
turkot rozleg si z drugiej strony stawu, gdzie z rozczerwienionej zorzam zachodu kurzawie 
czernia dugi wz i konie. 
- Tatulu, a to... graniasta ju zdycha - woaa, dobiegajc do ojca, ktry skrca wanie na 
t stron stawu. Antek szed w kocu i podtrzymywa, bo wieli dug sosn. 
- Nie ple byle czego po prnicy - mrukn podcinajc konie. 
-Jambroy puszczali krew i nic... i wosk topiony lali jej w gardziel i nic... i sl... i nic... 
pewnie paskudnik...Witek peda, co borowy wygna ich z zagajw i co granula zara si pokadaa 
i stkaa, jae j i przygna... 
-Graniasta, najlepsza krowa, aeby was, cierwy, pokrcio, kiej tak pilnujecie! -rzuci 
lejce synowi i z batem w garci pobieg przodem. 
Baby si rozstpiy, a Witek, ktry cay czas co najspokojniej majstrowa pod chaup, 
skoczy w ogrd i przepad ze strachu, nawet Hanka podniosa si na progu i staa bezradna, 
strwoona. 

-Zmarnowali mi bydl!... -wykrzykn wreszcie stary, obejrzawszy krow. -Trzysta 
zotych jak w boto! Do miski to cierww a gsto, a przypilnowa nie ma kto. Taka krowa, 
taka krowa! A to czowiek ruszy si z domu nie moe, bo zaraz szkoda i upadek... 
- Dy ja od poednia samego byam przy kopaniu- tumaczya si cicho Hanka. 
-A bo ty co kiej widzisz! - krzykn z wciekoci.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa, 
taki haman, e i drugiej nie w kadym dworze by znalaz! 
Wyrzeka coraz aoniej i obchodzi j, prbowa podnie, ciga za ogon, zaglda w 
zby, ale krowa dyszaa chrapliwie i coraz ciej, krew przestaa pyn, tylko krzepa w 
czarne, spieczone ule - wyranie ju zdychaa 

-Nie ma co, ino j trza dorzn, cho tyla si wrci! -rzek w kocu, przynis kos ze 
stodoy, poostrzy j nieco na taczalniku, co sta pod okapem obory, rozdzia si ze spencerka, 
zawin rkawy koszuli i zabra si do zarzynania... 


Hanka z Jzi buchny paczem, bo granula, jakby czujc mier, uniosa z trudem eb, 
zaryczaa gucho i... pada z przerznitym gardem, grzebic ino nogami... Pies zlizywa 
krzepnc na powietrzu krew, a potem skoczy na doy od kartofli i szczeka na konie stojce 
z wozem w opotkach, bo tam je zostawi Antek, a sam spokojnie przyglda si jatce. 

-Nie bucz, gupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedzia ze zoci do ony i zabra 
si do wyprzgania i rozbierania koni, ktre ju Witek cign za grzywy do stajni. 
- Ziemniakw w polu duo? - zagadn Boryna, myjc pod studni rce. 
- A boga tam mao, bdzie ze dwadziecia workw'. 
-Trzeba dzisiaj zwie. 
-Hale, zwocie se sami, ja ju kulasw nie czuj ni krzya... a i licowy kuleje na przedni. 
-Jzka, zwoaj no Kub od kopania, niech rbk zaoy za licowego i trza dzisiaj 
zwie. - Deszcz ano by moe. 
Ale wrza zoci i zmartwieniem, bo coraz to przystawa przed krow i kl siarczycie, 
a potem azi po podwrzu i zaglda to do obory, to do stodoy, to pod szop i sam nie wiedzia, 
czego szuka, ara go ano taka strata. 

-Witek! Witek! -j woa i odpina szeroki rzemie z bioder, ale chopak si nie pokaza. 
Ludzie si porozchodzili, bo rozumieli, e taka szkoda i taka markotno musi si skoczy 
bitk, jako e do niej Boryna by skory zazwyczaj, ale stary kl tylko dzisiaj i poszed 
do izby. 

- Hanka, a daj no je! - krzykn na synow w otwarte okno i poszed na swoj stron. 
Dom by zwyky, kmiecy -przedzielony na przestrza sieni ogromn; szczytem wychodzi 
na podwrze, a frontem czterookiennym na sad i na drog. 
Jedn poow od ogrodu zajmowa Boryna z Jzi, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek 
 pastuchem sypiali przy koniach. 
W izbie byo ju czarniawo, bo przez mae okienka, przysonite okapem i zagajone 
drzewami, mao przeciskao si wiata, a i mroczao ju na wiecie, e tylko poyskiway 
szka obrazw witych, co rzdem czerniy si na bielonych cianach; izba bya dua, ale 
przygnieciona czarnym puapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona rnym 
sprztem, e tylko koo wielkiego komina z okapem, co sta przy siennej cianie, byo nieco 
swobodnego miejsca. 

Boryna si rozzu i poszed do ciemnego alkierza, zamykajc drzwi za sob, odsun  
maej szybki desk, e zachodnie wiato krwawym brzaskiem zalao alkierz. 

Izdebka pena bya rnych rupieci i statkw gospodarskich, na drkach, w poprzek 
przewieszonych, wisiay kouchy, czerwone pasiaste weniaki, biae sukmany, to cae pki 
motkw szarej przdzy i zwinite w kby brudne runa owiec i worki z pierzem. Wycign 
bia sukman i pas czerwony, a potem dugo czego szuka w beczkach napenionych zboem, 
to w kcie pod stosem starych rzemieni i elastwa, a usyszawszy Hank w pierwsze 
izbie, zacign desk na okienko i znowu co dugo grzeba w zbou. 

A na awie pod oknem ju si dymio jado; od ogromnego tygla z kapust rozchodzi si 
zapach soniny, jak od jajecznicy, ktrej niezgorsza miseczka staa obok. 

-Gdzie Witek pas krowy? -zapyta, krajc potny glon chleba z bochna jak przetak 
wielkiego. 
- Na dworskich zagajach i borowy go stamtd wygoni. 
-cierwy, zmarnowali mi bydl. 
- Przecich, tylo krowa, to si zachaa w tym gonieniu, e si w niej cosik zapalio. 
-Dziadaki, psiekrwie. Paniki s nasze, w tabeli stoi kiej w a one cigiem wyganiaj i 
pedaj, co ich. 
- Drugich te powyganiali, a chopaka Walkowego tak zbi, tak zbi... 


- Ha! do sdu trza abo i do komisarza. Trzysta zotych warta, jak nic. 
- Pewnie, pewnie - przytakiwaa rada niezmiernie, e ociec si udobruchali. 
-Powiedzcie Antkowi, e skoro ziemniaki zwiez, to niech si wezm do krowy, trza j 
obupi i powiertowa. Przynd od wjta, to wama pomog. W ssieku u belki j powiesi bdzie 
przespiecznie ode psw lebo jenszej gadziny... 

Skoczy wrychle je i wsta, bych si nieco przyogarn, ale takie ocienie poczu w 
sobie, takie cigotki w kociach, tak senno, e jak sta, rzuci si na ko by si z pacierz 
przedrzyma. 

Hanka posza na swoj stron i krztaa si po izbie, i coraz to wychylaa si przez okno 
spojrze na Antka, ktry poywia si na ganku, przed domem; odsadzi si od miski obyczajnie 
i z wolna cign yk za yk, skrzybic mocno o wrby i spozierajc czasami przed si 
na staw - bo zachd ju by i na wodzie czyniy si zotopurpurowe tcze i pomienne koliska, 
przez ktre niby biae chmurki przepyway z ggotem gsi, rozlewajc dziobami sznury 
krwawych pere. 

Wie zaczynaa si mrowi i wrze ruchem; na drodze z obu stron stawu, cigle podnosiy 
si kurzawy i turkoty wozw, i porykiwania krw, ktre wchodziy do stawu po kolana, 
piy wolno i podnosiy cikie by, a cienkie strugi wody, niby bicze opali, opaday im z szerokich 
gbul. 

Gdzie, od drugiego koca stawu, sycha byo trzask kijanek bab piorcych i guchy, 
monotonny opot cepw w jakiej stodole. 

-Antek, urb no piekw, bo sama nie poradz-prosia niemiao i z obaw, bo nic to nie 
byo u niego skl abo i zbi z leda powodu. 
Nie odrzek nawet, jakby nie sysza, e ona nie miaa powtrzy i ju sama posza 
udziabywa trzaski z pni - i milcza zy, zmczony caodzienn prac srodze, i patrzy teraz na 
staw, na drug stron, w duy dom, wieccy biaymi cianami i szybami okien, bo zachd bi 
w niego. Pki czerwonych georginii wychylay si zza kamiennego potu i paliy jaskrawo na 
tle cian, a przed chaup, w sadzie, to midzy opotkami uwijaa si wysoka posta, ale twarzy 
rozezna nie mona byo, bo co chwila gina w sieni, to pod drzewami. 

-pi se kiej dziedzic, a ty, parobku, rb - mrukn ze zoci, bo ojcowe chrapanie rozlegao 
si a na ganku. 
Poszed na podwrze i raz jeszcze przyjrza si krowie. 

-Jucik, ojcowa krowa ale i nasza strata -rzek do ony, ktra, e to Kuba przywiz 
ziemniaki z pola, rzucia upanie drzewa i sza do woza. 
- Doy jeszcze nie wyporzdzone, to trza zesu na klepisko. 
- Kiej ociec mwili, eby na klepisku krow z Kub obdar i wyporzdzi. 
-Zmieci si i krowa, zmieszcz si i ziemniaki-szepta Kuba, otwierajc wierzeje stodoy 
na rocie. 

- Ja ta nie jestem drzyk, cobym krow obupia ze skry - rzuci Antek. 
I ju nie mwili, sycha byo tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniakw. 
Soce zgaso, wieczr si robi, wieciy jeszcze zorze unami zakrzepej krwi i ostygego 
zota i posypyway, na staw jakby pyem miedzianym, e wody ciche drgay rdzaw usk i 
szmerem sennym. 

Wie zapadaa w mrokach i w gbok, martw cisz jesiennego wieczora. Chaupy malay, 
jakby si przypaszczay do ziemi, jakby si tuliy do drzew sennie pochylonych, do 
potw szarych. 

Antek z Kub zwozili ziemniaki, a Hanka z Jzi uwijay si koo gospodarstwa, bo gsi 
trza byo zagna na noc, to winie nakarmi, bo z kwikiem cisny si do sieni i wsadzay 
aroczne ryje do cebratek, gdzie stao picie dla bydlt, to krowy wydoi, bo wanie Witek 
przygna reszt z pastwiska i zakada im za drabiny po garci siana, eby spokojniej stay 
przy dojeniu. 



Jako Jzia zabraa si doi pierwsz z brzegu, gdy Witek wylaz od obw i spyta cicho, 
trwonie: 

- Jzia, a gospodarz li?... 
-O Jezu, spier ci, chudziaku, spier... tak pomstowali -odpowiedziaa, wytykajc ku 
wiatu gow i osaniajc rk twarz, bo krowa chlastaa ogonem, oganiajc si od much. 
-Ale... bom to winowaty... ale... borowy mi wygna i jeszcze chcia kijem spra, inom 
uciek... a granula zarno si ja pokada, a porykiwa, a stka, em do chaupy przygna. 
Zamilk, ale sycha byo ciche, bolesne chlipanie i siurkanie nosem. 

-Juci, e nie pierwszyzna, ale zawdy tak si bojam...bo nijakiej wytrzymaoci na bicie 
nie mam... 
- Gupi, parobek tyli, a boja si... ju ja przeo tatusiowi.. . 
- Przeoysz, Jzia? - zawoa radonie - bo to borowy mi wygna z krowami, bo... 
- Przeo, Witek, ino si ju nie bojaj! 
- Kiej tak... to naci tego ptaka! - szepn z radoci i wyj z zanadrza drewniane cudo. -
Obacz ino, jak si sam rucha. 
Postawi go na progu obory, nakrci, i ptak zacz si kiwa, podnosi nogi dugie i spacerowa... 


-Bociek, Jezu, a dy si rucha kiej ywy! -zawoaa zdumiona, odstawia szkopek, przykucna 
przed progiem i z najywsz radoci i zdumieniem patrzya. 
- Jezu! to z ciebie mechanik! I to si sam tak rucha, co? 
- A sam, Jzia, ino go koeczkiem nakrc, to ju se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie o... 
- odwrci go i ptak powanie a miesznie zarazem podnosi dug szyj podnosi nogi i 
szed. 

Zaczli si mia serdecznie i bawi jego ruchami tylko Jzia czasami podnosia oczy na 
chopaka - podziw w nich by a zdumienie. 

- Jzia! - rozleg si gos Boryny sprzed chaupy. 
- A czegj? - odkrzykna. 
- Chodzi ino. 
- Kiej dojem krowy. 
-Pilnuj tu, bo id do wjta -powiedzia, wsadzajc gow do ciemnej obory - nie ma tutaj 
tego znajdka co? 
- Witka?... ni, pojecha po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba mia urzn sieczki dla koni... odpowiedziaa 
prdko i troch niespokojnie, bo Witek przycupn za ni ze strachu. 

-cierwa ten chopak, to ino pasy drze, eby zmarnowa tak krow -mrucza powracajc 
do izby, gdzie si odzia w now kapot bia, wyszywan na wszystkich szwach czarnymi 
tasiemkami, nadzia wysoki czarny kapelusz, okrci si czerwonym pasem i poszed 
drog nad stawem ku mynowi. 
-Roboty jeszcze tyla... zwzka drzewa... siew nie skoczony... kapusta w polu... cika 
nie wygrabiona... podora by trza na kartofle... dobrze by i pod owsy... a tu jed na sdy... 
Laboga, e to czek nigdy obrobi si nie obrobi, ino cigiem jak ten w w jarzmie... e i 
wyspa si nie ma czasu ni odpocz... - rozmyla. -A tu i ten sd... Tumok cierwa, hale, ja 
z ni sypiaem... eby ozr stracia... lakudro jaka... suka... -splun ze zoci, nabi fajeczk 
machork i dugo pociera zwilgotniae zapaki o portki, nim zapali. 
Pyka od czasu do czasu i wlk si wolno; bolay go wszystkie koci i ale za krow raz 
w raz go markociy i rozbieray. 

A tu ani odbi si na kim, ani wyali, nic... sam jak ten koek; sam o wszystkim myl, 
sam deliberuj bem, sam kiele wszystkiego obiegaj kiej ten pies... a do nikogj sowa przemwi 
i rady znikd ni pomocy - a ino strata i upadek... a wszystkie to kiej te wilki za owc... 
a ino skubi, a patrz, kiedy ozerw w kaway... 



Ciemnawo ju byo we wsi, przez przywierane drzwi i okna, e to wieczr by ciepy, buchay 
smugi ognisk i zapach gotowanych ziemniakw i uru ze skwarkami; gdzieniegdzie 
jedli w sieniach albo i zgoa przed domami, e ino skrzybot yek sycha byo a pogadywania. 


Boryna szed coraz wolniej, bo ociao go rozdranienie, a potem przypomnienie nieboszczki, 
co j na zwiesn by pochowa, uapio go za grdyk. 

Ho! ho!... przy niej, co j wspominam wieczorem w dobry sposb, nie przygodzioby si 
tak granuli... gospodyni to bya, gospodyni!... Juci, e i mamrot, i przekltnica te, e i dobrego 
sowa nikomu da nie daa i cigiem si z babami za by wodzia... ale zawdy ona i 
gospodyni! -Tu westchn pobonie na jej intencj, i al go jeszcze wikszy dusi, bo przypomina, 
jak to bywao... 

Przyszed z roboty, spracowany -to i je tusto daa, i czsto gsto kiebasy podtykaa 
kryjomo przed dzieciskami... A jak si wszystko darzyo!... i cielaki, i gski, i prosiaki... e co 
jarmarek byo z czem jedzi do miasta, i grosz by zawsze gotowy, na zakad z samego przychwku... 
A ju co kapusty z grochem, to ju jensza zgoa tak nie potrafi... 

A teraz co?... 

Antek ino na swoj stron cignie, kowal te wypatruje, aby co chyci, a Jzka? Skrzat 
gupi, ktremu plewy jeszcze we bie, co i nie dziwota, bo dzieusze mao co na dziesity rok 
idzie... Hanka kiej ta ma azi, a choru je jeno, i tyle zrobi, co ten pies zapacze... 

To i marnieje wszystko... granule trza byo dorzn... we niwa wieprzak zdech... wrony 
gski tak przebray, e z poowa ostaa!... Tyle marnacji, tyle upadku!... Przez sito 
wszyko leci, przez sito... 

-Ale nie dam! -wykrzykn prawie gono -pki rucham tymi kulasami, to ani jednej 
morgi nie odpisz i do waju na wycug nie pjd... 
Ino Grzela z wojska do dom powrci, to niechta se Antek na onin gospodark wrci... 
nie dam... 

- Niech bdzie pochwalony! - zabrzmia jaki gos. 
-Na wieki!... - odrzuci machinalnie i skrci z drogi w szerokie i dugie opotki, bo wjtowa 
osada leaa troch w gbi. 
W oknach si wiecio i pieski ujada poczy. 
Wszed prosto do wietlicy. 

- Wjt doma? - zapyta tustej kobiety, klczcej przykoysce i karmicej dziecko. 
- Zarno wrc, pojecha po ziemniaki. Siadajcie, Macieju, a dy i ci te czekaj na niego wskazaa 
ruchem 
brody na dziada siedzcego przy kominie; by to ten stary lepiec, wodzony przez psa; 
czerwonawe wiato szczap ostro opywao jego ogromn, wygolon twarz, ys czaszk i 
szeroko otwarte oczy, zasnute bielmem, nieruchomo tkwice pod siwymi, krzaczastymi 
brwiami... 

- Skd to Pan Bg prowadzi? - zapyta Boryna, siadajc po drugiej stronie ognia. 
-Ze wiata, a skde by, gospodarzu? -odpowiada wolno rozlazym, jczcym, icie 
proszalnym gosem i nadstawia pilnie uszw, a wycign tabakierk. 
- Zayjcie, gospodarzu. 
Maciej zay rzetelnie i kichn raz po raz trzy razy, a mu zy w oczach stany. 
- Tga jucha! - i rkawem tar zazawione oczy. 
- Niech wam bdzie na zdrowie. Peterburka, dobrze ano robi na oczy. 
-Wstpcie jutro do mnie, krowem dorzn, to si tam jaka sztuczka la was znaj znajdzie. 
- Bg zapa... Boryna, widzi mi si, co?... 
- A juci, ecie to rozeznali?... no, no. 
- Po gosie ino, po gadaniu. 


- C ta we wiecie sycha? Wdrujecie cigiem? 
-Moiciewy, a c by! -A to le, a to i dobrze, a to i rnie, jak we wiecie. A wszyscy 
piszcz, a narzekaj, jak przyjdzie dziadowi co da abo i drugiemu, ale na gorza maj. 
- Prawd rzeklicie, bo ano tak i jest. 
- Ho, ho! tyle rokw si czek telepie po tej witej ziemi, to si i wie rnie. 
- A gdziecie to podzieli tego znajd, co was prowadza oni? - zapytaa wjtowa. 
-Poszed se cierwa, poszed, wyuska on mi dobrze torbeczki... Miaem co grosza od 
ludzi ochfiarnych, com go nis na wotywy do Czstochowskiej Panienki, to mi jucha podebra 
i poszed we wiat! Cichoj, Burek! bo to pewnikiem wjt! -pocign sznurkiem i pies 
warcze przesta. 
Zgad, bo wjt wszed, bat rzuci w kt i od progu woa: 

- ono, je, bom godny kiej wilk - jak si macie, Macieju; a wy czego, dziadu?... 
- Ja do was, Pietrze, wedle tej mojej sprawy, co ma by jutro. 
-Ja za se poczekam, panie wjcie. Kaecie w sieniach -dobrze i tam bdzie, a ostawicie 
przy ogniu, e to stary jestem, ostan, a dacie t miseczk ziemniakw abo i chleba skibk, to 
pacierz za was zmwi jeden abo i drugi... jakbycie dali gotowy grosz abo i dziesitk... 
- Siedcie se, dostaniecie i kolacj, a chcecie, to zanocujcie... 
I wjt siad do miski, okrytej par wieo utuczonych ziemniakw i polanych obficie 
skwarkarni, w drugiej donicy stao zsiade mleko. 

- Siadajcie, Macieju, z nami, zjecie, co jest - zapraszaa wjtowa, kadc trzeci yk. 
- Bg zapa. Przyjechaem z boru, tom se ju dobrze podjad... 
- Bierzcie si ano za yk, nie zaszkodzi wam, teraz ju wieczory dugie... 
- Dugi pacierz i dua miska, jeszcze bez to niktoj nie pomar - rzuci dziad. 
Boryna wzdraga si, ale w kocu, e sonina mocno razia mu nozdrza, przysiad si do 
awki i pojada z wolna, delikatnie, jak obyczaj kaza. 
A wjtowa raz w raz wstawaa i dokadaa kartofli, to mleka przylewaa. Dziadowski pies 
si krci i skamla zdziebko do jada. 

-Cicho, Burek, gospodarze ano jedz... i ty dostaniesz, nie bj si... uspokaja go dziad i 
wciga nozdrzami smakowit wo, a przygrzewa rce przy ogniu. 
- To Jewka was podobno zaskarya - zacz wjt, podjadszy nieco. 
-A ona ci! em to jej zasug nie wypaci! Zapaciem, jak Bg w niebie, i jeszczem ponadto 
z dobrego serca ksidzu za chrzciny da worek owsa... 

- Ona powieda, e ten dzieciak to... 
-W imi Ojca i Syna! Wcieka si czy co? 
- Ho, ho, stary z was, a jeszcze majster! - Wjtowie poczli si mia. 
- Staremu prdzej si przytrafi, bo praktyk ci jest i znajcy! -szepta dziad. 
-Cygani jak ten pies, anim j tkn.Jeszcze by ,taki tumok....taka pode potem zdychaa a 
skamlaa, coby j za sam warz a kt do spania wzi, bo na zim szo. Nie chciaem, ale 
nieboszka peda: Wemiem, przyda si w domu, co mamy przynajmowa? bdzie swoja pod 
rk... Nie chciaem ja, jako e zim roboty nijakiej, a jedna gba wicej do miski. Ale nieboszka 
pedo: Nie turbuj si, umie pono weniaki i ptno tka, zasadz j i niechta se cibie, 
zawdy co ucibie. No i ostaa, odpasa si ino i zarno si postaraa o przychwek... A kto w 
spce, to ju rnie gadali... 

- Ona skary na was. 
- Zakatrupi cierw, cygana pieskiego! 
- Ale do sdu trza wam i. 
-Pjd. Bg zapa, ecie mi powiedzieli, bo wiedziaem ino, e o zasugi - ale zapaciem, 
na co wiadkw mam. A pyskacz zapowietrzony, a dzidwka! Laboga tyle umartwienia, 
e ja chyba udziery nie udzier a to mi i krowa pada, e dorzn musiaem, roboty nie 
pokoczone, a tu czowiek sam kiej ten palec. 


- U wdowca to kiej midzy wilkami owca - powiedzia znowu dziad. . 
- O krowiem sysza, mwili mi ju na polu... 
-To dworska sprawa, bo pono borowy wygna z zagajw. Najlepsza krowa! Ze trzysta 
zotych wartaa, egnaa si, bo cika bya, zapaliy si w niej wtpia, em dorzn musia... 
Ale dworowi tego nie daruj... Podam do sdu. 
Ale wjt zacz mu tumaczy i przekada, eby si wstrzyma, jako w pierwszej zoci 
zawsze si le radzi, bo sta za dworem, a w kocu, eby zwrci rozmow w inn stron, 
mrugn na on i powiedzia: 

- Bobycie si, Macieju, oenili i miaby kto gospodarstwa pilnowa. 
-Kpicie czy co?... A dy na Zieln skoczyem pidziesit i osiem rokw. Co wama te 
w gowie, jeszcze tamta dobrze nie ostyga... 
-Wecie kobit do swego wieku, a zaraz si wam zgoi wszystko -dodaa wjtowa i ja 
sprzta ze stou. 
-Dobra ona gowy mowej korona -dorzuci dziad, obmacujc miski, ktre przed nim 
postawia wjtowa. 
achn si Boryna, ale zamedytowa gboko, e mu to samemu do gowy nie przyszo. 
Bo jaka si tam kobieta nadarzy, a zawdy  ni lepiej nili samemu biedowa... 

-Ktra i gupia jest, i niemrawa, ktra znw ktnica, ktra do chopskich kotunw sigajca, 
ktra paparuch a latawiec po muzykach i karczmach, a zawdy chopu z ni lepiej i 
wygoda - cign dziad, pojadajc. 
- Dopiero by na wsi wydziwiali - powiedzia Boryna 
-Hale -ludzie warna zwrc krow abo i co poradz. abo i kiele gospodarstwa chodzi 
bd, abo si nad wami ual - zagadaa gorco wjtowa. 
-Abo i ciep pierzyn narzdz -zamia si wjt. A we wsi tyle jest dziewuch, e jak 
si idzie midzy chaupami, to bucha kiej z pieca. 

- Ale, widzisz go, rozpustnik... czego mu si zachciewa... 
- A Zoka Grzegorzowa na ten przykad, miga, pikna i wiano niezgorsze. 
- A c to Maciejowi potrza wiana, nie gospodarz to pierwszy we wsi? 
- Kto by ta mia dobra a i grontu dosy - zaoponowa dziad. 
- Ni, Grzegorzowa nie la nich - podj wjt - za mda i mdka to jeszcze. 
- A Jdrkowa Kasia? - wyliczaa dalej wjtowa. 
- Zmwiona. Wczoraj Rochw Adam posya z wdk 
- Jest ci jeszcze Stachowa Weronka. 
- Mamrot, latawiec i jedno biedro ma grubsze. 
- A wdowa po Tomku, jake to jej?... cakiem jeszcze do eniaczki... 
- Troje dzieci, cztery morgi, dwa krowie ogony i stary kouch po nieboszczyku 
- A Ulisia tego Wojtka, co to za kocioem siedzi?... 
-I... to la kawalera... z przychowkiem, chopak mgby ju by do pasionki, ale Maciejowi 
tego nie potrza, ma ju pastucha swojego. 
-Jest ci jeszcze, jest tego nasienia panowego, ale ino wybieram takie, co by pasoway la 
Macieja. 
- A zabaczya o jednej, co by bya la nich w sam raz. 
- Ktrna?.... 
- A Jagna Dominikowa? 
- Prawda, cakiem o niej przepomniaam. 
- Sielna dziewucha, a rosa, e bez pot nie przejdzie, bo erdki pod ni pkaj... a pikna, 
biaa na gbie, a urodna kiej jaowica. 
-Jagna -powtrzy Boryna suchajcy w milczeniu wyliczania -a to powiedaj o niej, e 
asa na chopakw. 



-Ale, by to kto przy tym, to wie! Pleciuchy plet, byle ple, a wszystko ino przez zazdro 
- bronia mocno wjtowa 
-Ja te nie powiedam sam z siebie, ino tak pogaduj. Ale trza mi i -poprawi pasa, 
wrazi wgielek we fajk i pykn par razy. 
- Na ktr to w sdzie? - zapyta spokojnie. 
- Na dziewit napisane w powiestce. Musicie do dnia wsta, jeli na piechty. 
-I... rbk se wolno pojad. Ostacie z Bogiem, dzikuj wama za poywienie i somsiedzk 
rad. 
-Idcie z Bogiem, a pomylcie, cowa wama raili... Powiecie, to z wdk pjd do pani 
matki i jeszcze przed Godami sprawim wesele... 
Boryna nie odrzek nic, ypn ino oczami i wyszed. 

-Jak stary mdk bierze, diabe si cieszy, bo profit z tego mia bdzie -rzek dziad powanie, 
skrobic gono po dnie miski. 
Boryna wolno wraca i u w sobie rozwanie, co mu raili. Nie da pozna po sobie tam u 
wjtw, e mu si ta myl strasznie udaa, bo jake, gospodarz by, a nie aden chopak, co to 
ma jeszcze mleko pod nosem, a na wspominek o eniaczce ae kwiczy i z nogi na nog przydeptuje 


Noc ju ogarna ziemi, gwiazdy srebrn ros pobyskiway z ciemnych, guchych gbin, 
cicho byo we wsi, psy tylko niekiedy poszczekiway, a tu i wdzie spoza drzew myy 
si sabe wiateka... czasem wilgotny podmuch zawia z k, e drzewa poczy si lekko 
chybota. 

Boryna nie wrci drog, jak by przyszed, a tylko puci si w d, przeszed most, pod 
ktrym woda z bekotem przelewaa si do rzeki i walia gucho na myn, i nawrci na drug 
stron stawu -wody leay ciche i lniy si czarniawo, pobrzene drzewa rzucay na tafl 
czarne cienie i jakby ram obejmoway brzegi, a w porodku stawu, gdzie janiej byo, odbijay 
si gwiazdy niby w zwierciadle stalowym. 

Maciej sam nie wiedzia, dlaczego nie poszed prosto do domu, a wybra dusz drog, 
moe aby przej koo domu Jagny? a moe aby zebra nieco myli i pomedytowa. 

-Juci, e byoby niezgorzej! juci! A co tam o niej mwi, to taka prawda. - Splun. -
Sielna kobieta!- Dreszcz nim wstrzsn, bo i chd wilgotny szed od staww, a u wjtw 
gorc by silny. 

-A bez kobiety trza zmarnie abo dzieciom gospodark odpisa -myla - a dua jucha i 
kiej malowana. -A krowa najlepsza pada, a kto wie jutra?... Moe to i trza poszuka ony? 
Tyle obleczenia po nieboszce jest -przygodzioby si. Ale stara Dominikowa to pies... a c, 
maj chaup i gront, toby na swojem ostaa. Troje ich, a maj pitnacie morgw, to niby na 
Jagn pi i spata za chaup i lewentarz! Pi morgw to rychtyk te pola za mojem kartofliskiem, 
yto, widzi mi si, posiay lato, tak... Pi morgw do moich to... trzydzieci pie bez 
maa! Karwas pola!... 
Zatar rce i poprawi pasa. - To ino mynarz ma wicej... zodziej, krzywd ludzk a procentami, 
a oszukastwem tyla nabra... A na bezrok podwizbym gnoju, a uprawi i pszenicy 
posia na caym kawale; konia by trzeba przykupi, a i po granuli krowin jak... Prawda, 
krow by dosta dostaa... 

I tak rozmyla, liczy, rozmarza si gospodarsko, a czasem i przystawa z cikiej deliberacji. 
A e mdry chop by, to wszystko zasi zbiera w sobie i gboko w gow patrzy, 
coby czego nie przelepi i nie przepomnie. 

-Wrzeszczayby juchy, wrzeszczay! - pomyla o dzieciach, ale wnet fala mocy i pew-
noci zalaa mu serce i skrzepia guche jeszcze, wahajce postanowienia. 
Gront mj, wara komu drugiemu do niego. A nie chceta, to... -nie skoczy, bo stan 
przed chaup Jagny. 



wiecio si u nich jeszcze i przez otwarte okno padaa szeroka smuga wiata i sza przez 
kierz georginiowy i niskie drzewa liwkowe a na pot i drog. 

Boryna stan w cieniu i zapuci wzrok w izb. 

Lampka tlia si nad okapem, ale w kominie musia si buzowa tgi ogie, bo sycha 
byo trzask wierczyny i czerwonawe wiato zapeniao ogromn, mroczn po ktach izb; 
stara, skulona przed kominem, czytaa cosik gono, a Jagna przeciw niej twarz do okna siedziaa; 
w koszuli bya tylko i z podwinitymi do ramion rkawami -- podskubywaa g. 

- Urodna jucha, to urodna! - myla. 
Podnosia czasem gow, nasuchiwaa matki, wzdychaa ciko, to znowu braa si skuba 
pira, a g zaggaa bolenie i rwa si pocza z krzykiem z jej rk, i bi skrzydami, 
e puch si rozwia po izbie biaym tumanem. Uspokoia j rycho i mocno ciskaa kolanami, 
e g jeno poggiwaa z cicha a bolenie, i odpowiaday jej inne gdzie z sieni czy z podwrza. 


-Pikna kobieta - pomyla i odszed piesznie, bo mu uderzyo do gowy, a si podrapa, 
zapi ptl i pasa przycign. 
Ju by w swoich wrotach i wchodzi w opotki, gdy si obejrza na jej dom, bo rychtyk 
sta naprzeciw, tylo e po tamtej stronie wody. Kto akuratnie wychodzi, bo przez drzwi 
uchylone luna struga wiata i jak byska wica zamigotaa i pada a na staw, potem czyje 
mocne stpania zadudniy, i rozleg si chlupot wody nabieranej, a w kocu wskro ciemni i 
mgie, co si byy zwlekay z k, piew si ozwa przyciszony: 

Ja za wod, ty za wod, 
Jake ja ci buzi podom?... 
Podam ci j na listeczku, 
A naci-e, kochaneczku... 

Sucha dugo, ale gos rycho przepad i wiata wkrtce pogasy. 

Na niebo wtacza si zza lasw ksiyc w peni i rozsrebrza czuby drzew, i sia przez 
gazie wiato na staw, i zaglda w okna chat, co mu byy naprzeciw. Psi nawet pomilkli, 
cicho niezgbiona obja wie ca i stworzenie wszelkie. 

Boryna obszed podwrze, zajrza do koni, parskay i gryzy obroki; wsadzi gow do 
obory, bo drzwi dla gorca stay otworem. Krowy leay przeuwajc a postkujc, jako to 
jest zwyczajnie u bydltek. Przywar wrota do stodoy. 

Zdjwszy kapelusz, szed do izby i mwi pgosem pacierz. 

A e spali ju wszyscy, rozzu si po cichu i zaraz leg spa. 

Ale zasn nie mg, to pierzyna go parzya, e nogi spod niej wysuwa, to mu po gowie 

chodziy sprawy rne, a turbacje, a pomylenia... to mu brzuch ano ciy srodze, e postkiwa 
i mrucza. 

- Zawdy mwi, e zsiade mleko ino rozpiera brzucho, coby na noc nie dawa... 
A potem j myle o Jagnie; jak by to dobrze byo, bo i urodna, i gospodarna, i tyle pola... 
To znowu przypomina sobie dzieci, to te gadania na Jagn, e mcio si w nim wszelakie 
rozeznanie, i ju nie wiedzia, co pocz, e unis si nieco, i jak to byo zwyczajnie, 
chciao mu si du drugiego ka zawoa i poradzi: 

- Mary ! eni si czy to si nie eni z Jagn?... 
Ale w czas sobie przypomnia, e Mary ju od zwiesny na cmentarzu, a tam se pi Jzka 
i chrapie, a on jest sierot, ktra poradzi si nikogo nie ma; to ino westchn ciko, przeegna 
si i j mwi zdrowaki za nieboszczk i wszystkie dusze w czycu ostajce. 



ROZDZIA 3 

Ju wit ubieli dachy i zgrzebn, szar pacht przysoni noc i gwiazdy poblade, gdy 
ruch si uczyni w Borynowym obejciu. 

Kuba zwlk si z wyrka i wyjrza przed stajni -szron lea na ziemi i szaro byo jeszcze, 
ale ju zorze rozpalay si na wschodniej stronie i czerwieniy czuby drzew oszroniaych przecign 
si z luboci, ziewn par razy i poszed do obory, aby krzykn na Witka, e 
czas wstawa, ale chopak unis nieco senn gow i szepn: 

- Zaraz, Kuba, zaraz! - i przytula si do legowiska. 
-Popij se zdziebko, biedoto, popij! -Przyokry go kouchem i pokusztyka, bo e nog 
mia kiedy przestrzelon w kolanie, kula srodze i cign j za sob; umy si pod studni, 
przygadzi doni rzadkie, wyleniae wosy, co mu si byy pozwijay w kotuny, i klkn na 
progu stajni odmawia pacierze. 
Gospodarz spali jeszcze, w oknach chaupy zapalay si krwawe brzaski zrz, a gste, 
biae mgy zwlekay si z wolna ze staww, koysay ciko i posuway w gr podartymi 
szmatami. 

Kuba przesuwa w palcach koronk i modli si dugo a biega oczami po podwrzu, po 
oknach chaupy, po sadzie omroczonym jeszcze na dole, po jabonkach, obwieszonych jabkami 
niby picie; rzuci czymci do budy, koo drzwi, w biay eb apy, a pies zawarcza, 
zwin si i spa dalej. 

-Ale, do samego soca spa bdziesz, jucho! - i rzuci w niego raz, drugi, e pies wylaz, 
przeciga si, ziewa, macha ogonem, przysiad wpodle i j si drapa i czyni zbami w 
gstych kudach porzdek. 

-I ochfiaruj ten pacierz Tobie i wszystkim witym. Amen! -Bi si dugo w piersi, a 
powstajc, rzek do apy: 

- Hale! aligant jucha, wybiera se pchy kiej baba na wesele ! 
A e robotny by, to si zaj obrzdkiem -wz wytoczy ze stodoy i nasmarowa, napoi 
konie i przyoyl im siana, a parska zaczy i bi kopytami, a potem przynis z ssieka 
nieco zgonin, dobrze okraszonych owsem, i wsypa to klaczy do obu, bo staa w grdce, 
osobno: 

- rej, stara, rej; rbka mie bdziesz, to ci mocy trza, rej! - Pogadzi j po nozdrzach, 
a klacz pooya mu eb na ramieniu i pieszczotliwie chwytaa wargami za kotuny. 
-...Ziemniaki do poednia zwieziemy, a pod wieczr do lasu, po cik -nie bj si, 
cika letka, nie zgoni ci... 

-A ty, wakoniu, batem dostaniesz, widzisz go, owies mu pachnie, prniakowi -mwi 
do waacha, co sta obok i eb wtyka midzy deski przegrody, do obu klaczy - grzmotn go 
pici w zad, a ko uskoczy w bok i zara. 
-Hale, parobku ydowski! re to by cho i czysty owies ar, a do roboty ci nie ma, 
bez bata, jucho, z miejsca nie ruszysz, co? 
Wymin go i zajrza do rbki, co staa przy cianie samej i ju z daleka wycigaa do 
niego kasztanowaty eb ze strzak bia na czole i raa cicho. 

-Cichoj, maa, cichoj! Podjedz se ano, bo pojedziesz z gospodarzem do miasta! - Uwi 
kak siana i wyczyci jej bok zawalany. - Tyla klacz, e ju do ogiera czas, a winia. Utytlesz 
si zawdy kiej maciora -pogadywa wci i poszed do chleww wypuci winie, bo 
kwiczay, a apa chodzi za nim i zaglda mu w oczy. 
-Zjadby i ty, co? To naci-e chlebaszka, naci! Wyj zza pazuchy kawaek i rzuci, 
pies pochwyci i schowa si do budy, bo winie ano leciay mu wydrze. 
- Hale, te swynie to kiej czowiek niektry, aby ino chyci cudze i zechla... 
Zajrza do stodoy i dugo patrzy na wiszc u belki krow 


- Gupie to jeno bydle, a i temu na koniec przyszo. Widzi mi si, co jutro zgotuj misa... 
Tyle i z ciebie, biedoto, e czek se podje w niedziel... 
Westchn do tego jada i powlk si budzi Witka... 

- Soce ino, ino - zarno si pokae... Krowy trza wypdza. 
Witek mamrota co, broni si, przykada do koucha, ale w kocu wsta wsta i azi 
ociay i senny po podwrzu. 
Gospodarz zaspali dzisiaj, bo soce ju weszo i rozczerwienio szrony, i zapalio uny w 
wodach i szybach a z chaupy nikt si nie pokazywa... 
Witek siedzia na progu obory i podrapywa si zajadle, i przeziewa, a e wrble poczy 
zlatywa z dachw do studni i trzepa si w korycie, to przynis drabk i wlaz pod okap 
zajrze do gniazd jaskczych, bo cicho tam jako byo. 

- Pomarzy czy co? 
I j wyciga delikatnie pomorzone ptaszki i ka je za pazuch. 
-Kuba, wiecie, nie yj, o! -Pobieg do parobka i pokazywa sztywne, pogase jaskki. 
Ale Kuba wzi ino w rk, przyoy do ucha, dmuchn w oczy i rzek: 
-Zdrtwiay, bo przymrozek galanty. Ale e to gupie nie poszy jeszcze do ciepych 
krajw, no no... - I poszed do swojej roboty. 
A Witek siad pod chaup, w szczycie, bo soce ju tam dochodzio i oblewao bielone 
ciany, po ktrych i muchy azi poczynay; wyciga zza koszuli te, ktre ju ogrzane nieco 
jego ciaem, gmeray si troch, churcha na nie, rozdziawia im dziobki, poi z ust wasnych, 
a oywiay si, otwieray oczy i poczynay wydziera si do ucieczki; wtedy praw rk czai 
si po cianie i raz w raz zagarn jak much, nakarmia ni i puszcza. 

-Leta se do matuli, leta -szepta, patrzc jak jaskki siaday na kaletnicy obory, czesay 
si dziobkam i szczebiotay jakby dzikczynienia 
A apa siedzia przed nim na zadzie i skomla uciesznie, a co ktry ptaszek wyfruwa, 
rzuca si za nim, bieg kilka krokw i zawraca z powrotem strowa. 
-Ale, zap wiater w polu -mrucza Witek i tak si zatopi w rozgrzewaniu jaskek, e 
ani widzia, kiedy Boryna wyszed zza wga i stan przed nim. 

- Ptaszkami si, cierwo, zabawiasz, co? 
Porwa si, by ucieka, ale ju gospodarz chyci go krtko za kark i drug rk szybko 
odpasywa szeroki, twardy pas rzemienny. 

- A dy nie bijcie, a dy! zdy krzykn jeno. 
-Taki to pastuch, co? Tak to pilnujesz, co? Najlepsza krowa si zmarnowaa, co?... Ty 
znajdku, ty pokrako warsiaska! Ty! - I bi zapamitale, gdzie popado, a rzemie wiszcza, a 
chopak wi si kiej piskorz i wrzeszcza: 
- Nie bijta! Loboga! Zabije mi! Gospodarzu!... O Jezu ratujta... 
A Hanka wyjrzaa z chaupy, co si dzieje, a Kuba splun i schowa si do stajni. 
A Boryna oi go rzetelnie, wybija mu na skrze swvoj strat tak zajadle, e Witek mia 
ju gb posinion i z nosa pucia mu si krew, krzycza wniebogosy i cudem jakim si 
wyrwa, chwyci si obu' rkami z tyu za portki i gna w opotki. 
-Jezu, zabili m, zabili m! -rycza i tak pdzi, a mu reszta jaskek wylatywaa zza 
pazuchy i rozsypywaa si po drodze. 
Boryna pogrozi jeszcze za nim, opasa si i wrci do chaupy, i zajrza na Antkow 
stron. 

- Soce ju na dwa chopa, a ty si jeszcze wylegujesz! - krzykn do syna. 
- Zmogem si wczoraj kiej bydl, to musz si wywczasowa. 
-Do sdu pojad... Zwie ziemniaki, a jak ludzie skocz kopanie, to zagna je do grabienia 
ciki, a ty mgby koki pozabija do ogacenia. 
- Ogacie se sami chaup, nama tutaj nie wieje. 
- Rzeke... to swoj stron ogac, a ty marznij, kiej wako. 


Trzasn drzwiami i poszed na swoj stron. 

Jzka ju rozpalia ogie i sza doi krowy. 

- Rycho daj je, bo trza mi jecha... 
- Przecich si nie ozedr, dwch robt razem nie poradz - i posza. 
-Spokojnego oczymgnienia nie ma, ino kynij si ze wszystkimi! -myla i wzi si do 
obleczenia, ale zy by i zgryziony. Jake, ciga wojna z synem, sowa nie mona rzec, bo 
zaraz do oczw z pazurami skacze albo rzeknie co, co jae we wtpiach poczujesz. Na nikogo 
si spuci, ino haruj i haruj! 
Zo w nim zbieraa, a poklina z cicha i rzuca szmatami po izbie a butami. 

- Sucha si powinny, a nie suchaj! Czemu to?- myla. 
-Widzi mi si, co bez kijaszka z nimi oby si nie obdzie, bez twardego! Dawno si im 
to naleao, zaraz po mierci nieboszczki, kiej kyni si zaczy o gronta, ale si jeszcze 
wagowa, eby zgorszenia we wsi nie czy ni. Gospodarz by przeciech nie leda jaki, na trzydziestu 
morgach, i z rodu nie bele chto - Boryna, wiadomo. Ale dobroci z nimi si nie skoczy, 
nie!... - Tu przyszed mu na myl zi, kowal, ktren wszystkich po cichu burzy, a i sam 
wci nastawa, eby mu sze morgw odpisa i morg lasu, a ju na reszt chcia poczeka... 


-To niby kiej zamr! Poczekaj, jucho, poczekaj-myla ze zoci. - Pki si ino rucham, 
nie powchasz ty ani zagona! Widzisz go, mdrala! 
Kartofle ju mocno perkotay w kominie, gdy Jzka przysza od udoju i wnetki narzdzia 
niadanie 
-Jzka! A miso sama przedawaj. Jutro niedziela, ludzie si ju zwiedziay, to si ich tu 
naleci; ino nie borguj nikomu. Poladek ostaw la nas; zawoa si Jambroa to zasoli i przyprawi... 


- A dy i kowal umiej... 
- Ale, podzieliby, si kiej wilk z owc. 
- Magdzie bdzie markotno, e to nasza krowa, a ona nawet nie obaczy. 
- To la Magdy wytnij jak sztuczk i zanie, ale kowala nie woaj. 
-- Dobrycie, tatulu, dobry. 
- Hale, cruchno, hale! Pilnuj tutaj, a ju ci bueczk przywiez abo i co. 
Podjad se niezgorzej, opasa si pasem, przygadzi polinion doni zwichrzone i rzadkie 
wosy, uj bat i jeszcze si rozglda po izbie... 

-Bym czego nie przepomnia. - Chciao mu si zajrze do komory, ale si powstrzyma, 
bo Jzka patrzaa, wic si przeegna i ruszy. 
A ju z wasga, zbierajc w gar parciane lejce, rzek Jzce na ganek: 

-Skocz ziemniaki, to zaraz i grabi cik, kwitek jest za obrazem. A niechta zetn 
jakiego grabka albo i chojk - przyda si. 
Wz ruszy i ju by w opotkach, gdy Witek mign pod jaboniami. 

-Zabaczyem... prru... Witek! Prru! Witek, pu krowy na ki, a pilnuj, bo ci, jucho, 
spier, e popamitasz! 
- Ale, pocaujta m gdzie... - odkrzykn hardo znikajc za stodo. 
- Bdziesz tu pyskowa, jak zlez, to obaczysz... 
Skrci z opotkw na lewo, na drog wiodc ku kocioowi; podci batem rbk, e 
podyrdaa truchcikiem po wyboistej, penej kamieni drodze. 
Soce byo ju chyla tyla nad chaupami i wiecio coraz cieplej, bo z oszroniaych 
strzech podnosiy si oparyn i woda skapywaa, tylko w cieniach -pod potami w sadach, po 
rowach, lea jeszcze siwy mrz; po stawie wleky si ostatnie zrzede mgy i woda poczynaa 
spod bielm wrze brzaskami i odbyskiwa soce. 

We wsi poczyna si ju zwyky ruch: poranek by jasny i chodny, a e za przymrozek 
orzewi powietrze, to i raniej si poruszali, i zgiekliwiej; wychodzili gromadnie na pola, 



ktrzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na rku, dojadajc niada; ktrzy z pugiem 
cignli na cierniska; ktrzy. na wozach brony wieli a worki pene ziarna siewnego; 
ktrzy znw zasi wykrcali ku lasom z grabiami na ramionach, cik grabi - e ino dudnio 
po obu stronach stawu i krzyk si wzmaga, bo drogi byy zatoczone bydem cigncym 
na pasz, szczekaniem psw, pokrzykami, co wybuchay raz w raz z niskiej, cikiej kurzawy, 
jaka si bya wznosia z orosiaych drg. 

Boryna wymija trzody ostronie, czasem mign po wenie jakie jagnitko gupie, co si 
nie usuwao przed rebic, to ciel jakie, a i wymin wszystkich i koo kocioa, ktry sta 
osonity potnym waem lip kncych i klonw wjecha na szeroki gociniec, obsadzony 
z obu stron ogromnymi topolami. 

A e w kociele bya msza wita, bo sygnaturka przedzwonia ofiar i huczay przyciszonym 
gosem organy, zdj kapelusz i westchn pobonie. 

Droga bya pusta i zasana opadym liciem tak obficie, e wyboje i gboko powyrzynane 
koleiny pokryy si rdzawo-zocistym kobiercem pocitym gstymi prgami cieniw, jakie 
rzucay pnie tnpoli, bo soce z boku wiecio. 

- Wio, maluka wio! - wisn batem i rebica przez kilka staja posza raniej, ale potem 
opada i wleka si wolno bo drga, cho nieznacznie, sza pod wzgrza, na ktrych czerniay 
lasy. 
Boryna, e go ta cisza mroczya sennoci, to poglda przez kolumnad topoli na pola, 
pawice si w rowym, porankowym wietle, albo myle usiowa o sprawie z Jewk, to u 
granuli - ale nie mg sobie da rady, tak go pik rnorzy... 

Ptaszki wierkay w gaziach, to czasem wiatr przegarn leciuchnymi palcarni po czubach 
drzew, e ino jaki taki listeczek, kieby motyl zoty, odrywa si od maci ,spada kolisto 
na drog abo i na zakurzone osty, co zaognionymi oczami kwiatw hardo patrzyy w soce a 
topole zagwarzyy, poszemray z cicha gazkami i pomilky kiej te kumy, co na Podniesienie 
oczy podnies, rce rozo i westchn modlitewnie, a padn wnetki w proch przed Majestatem, 
ukrytym w tej zotej monstrancji, zawisej nad ziemi wit, nad rodzon... 

Dopiero pod lasem przeckn na dobre i wstrzyma konia. 

-Wschodzi niezgorzej -szepn, przyjrzawszy si pod wiato szarym zagonom, ordzawionym 
krtk szczotk wschodzcego yta. 
-Kawa pola, a przylego do mojego, kieby kto z umysu narzdzi! yto, widzi mi si, 
wczoraj posiay. - Ogarn podliwym spojrzeniem zbronowane zagony, westchn i wjecha 
w las. 
Pogania czsto konia, bo droga sza po rwnym i twardsza bya, tylko gsto przeronita 
korzeniami, na ktrych wz podskakiwa i turkota. 

Ale ju nie drzema, owiany surowym i chodnym dechem lasu. 

Br by ogromny, stary - sta zbit gstw w majestacie wieku i siy, drzewo przy drzewie 

sama sosna prawie, a czsto db rosochaty i siwy ze staroci, a czasem brzozy w biaych koszulach, 
z rozplecionymi warkoczami tymi, e to jesie ju bya. Podlejsze krze, jako leszczyna, 
to karowata grabina, to osiczyna drca tuli si do czerwonych, potnych pni tak 
zwartych korona mi i popltanych gaziami, e ino gdzieniegdzie przedzierao si soce i 
pezao niby zote pajki po mchach zielonych i paprociach zrudziaych. 

-Zawdy mojego tu s cztery morgi! - myla i poera oczami las, i ju na oko wybiera 
co najlepszy. Przeciech Pan Jezus nie da nas ukrzywdzi -abo i same si nie damy, nie... 
Dworowi widzi si duo, a nam mao. Zarno... moje ze cztery, a Jagusine z morga... cztery i 
jed na... Wio! gupia, srokw si bdzie bojaa! -Trzepn j batem, bo na suszce, co dwigaa 
Bo Mk, kciy si sroki tak zajadle, a rebica strzyga uszami i przystawaa. 
- Srokowe wesele - deszczu bdzie wiele. - Przypi par batw rebicy i jecha kusem. 


Dobrze byo ju po smej, bo ludzie na polach siadali do niadaniowych dwojakw, gdy 
wjeda do Tymowa, na puste uliczki, obstawione pozapadanymi domostwami, co przysiady 
niby stare przekupki nad rynsztokami, penymi mieci, kur, ydzit obdartych i nierogacizny. 

Zaraz na wjedzie obstpili go ydzi i ydwki i nu zaglda do wasgu, maca pod 
grochowinami, pod siedzeniem, czy nie wiezie czego na sprzedanie. 

-Poszy, parchy! -mrukn, wjedajc na rynek, pod cie starych, poobdzieranych 
kasztanw, konajcych na rodku placu, gdzie ju stao kilkanacie wozw z wyprzgnitymi 
komi. 
I swj wasg tam umieci, rebic wyoy bem do pkoszka, nasu jej do kobiaki obroku, 
bat schowa na dno, pod siedzenie, otrzepa si ze somy i ruszy prosto do Mordki, tam 
gdzie byszczay trzy mosine talerze, aby si nieco przyogoli -wyszed wkrtce czysto 
ostrugany i tylko z jednym zaciciem na brodzie, zalepionym papierem, przez ktry sczya 
si krew. 

Sdy nie byy jeszcze zaczte. 

Ale przed domem sdowym, co sta zaraz w rynku, naprzeciw ogromnego poklasztornego 
kocioa, czekao ju sporo narodu. Siedzieli na wydeptanych stopniach, to kupili si pod 
oknami i raz w raz zagldali do rodka, kobiety za przykucny pod bielonymi cianami, 
opuciy czerwone zapaski z gw na ramiona i rajcoway. 

Boryna, e dojrza Jewk z dzieckiem na rku, stojca w gromadzie swoich wiadkw, to 
si zeli zarno, jako e skory by do zoci, splun i wszed do sieni drugiej, biegncej na 
przestrza sdowego domostwa. 

Po lewej stronie by sd, a po prawej mieszka sekretarz, bo jako wanie Jacek wynis 
samowar przed sam prg i tak go rozdmuchiwa cholew zawzicie, e dymi niby komin 
fabryczny, a co chwila ostry, gniewny gos krzycza z gbi zadymionej sieni: 

- Jacek! buciki panienkom! 
- Zaraz, zaraz! 
Samowar ju niby wulkan hucza i bucha pomieniami. 
- Jacek ! wod panu do mycia. 
-Dy zara, zrobi si wszyko, zrobi! - I spocony, nieprzytomny, gania po sieni, a dudnio, 
powraca, dmucha i znowu lecia, bo pani krzyczaa: 
- Jacek! kulfonie jeden, gdzie moje poczochy?!.. 
- Ale! cierwa, nie samowar! 
Trwao to wszystko dobrych par pacierzy, abo i z koronk, a wreszcie drzwi sdowe si 
otwary i nard pocz napenia du, wybielon izb. 
Jacek, ju teraz jako wony, boso, w modrych portkach i takime lejbiku z mosinymi 
guzikami, z czerwon, spocon twarz, ktr raz w raz obciera rkawem, uwija si za czarnymi 
kratami, dzielcymi izb na dwie poowy, i rzuca bem niby ko, kiej go giez uksi, bo 
powe wosy spaday mu grzyw na oczy, to zaglda ostronie do ssiedniej stancji i potem 
siada na chwil pod zielonym piecem. 

A narodu si nawalio, e ani palca wetkn, i parli si coraz krzepciej na kraty, a 
trzeszczay; gwar zrazu cichy podnosi si z wolna, szemra, przewala po izbie, hucza czasami, 
przechodzi miejscami -w ktni, e jakie takie mocne sowo padao coraz gciej. 

ydzi szwargotali pod oknami, a jakie baby na gos opowiaday swoje krzywdy i jeszcze 
goniej popakiway, ale nie mona byo rozezna, kto i gdzie, bo ciasnota bya i gowa przy 
gowie, jako ten zagon peen makw czerwonych i kosw ytnich, co go ten wiater enie, a 
on si zakolebie i gwarzy, i szumi, a potem staje rwno kos przy kosie. To znowuj Jewka, 
dojrzawszy Boryn wspartego o kraty, ja dogadywa i wykrzykiwa na niego, e zelony 
odrzek ostro: 

- Zamilknij, suko, bo ci gnatki porachuj, e rodzona nie pozna. 


A na to Jewka rozsroona nu pazury wyciga i drze si do niego przez gstw ludzk, 
a jej chustka spada z gowy i dzieciak si rozkrzycza, e nie wiada, na czyrn by si skoczyo, 
gdy naraz Jacek si zerwa, otworzy drzwi i krzykn: 

- Cichojta, cierwy, bo ano sd idzie!... 
Jako i sd wszed; najpierw gruby, wysoki dziedzic z Raciborowic, a za nim dwch 
awnikw i sekretarz, ktry usiad przy bocznym stoliku pod oknem i rozkada papiery a patrzy 
na sdziw, jak stanli przy wielkim stole, okrytym czerwonym suknem, i naoyli zote 
acuchy na grube karki.... 

Cicho si zrobio, e sycha byo tych, co na ulicy pod oknami gwarzyli. 

Dziedzic rozoy papiery, chrzkn, spojrza na sekretarza i grubym, dononym gosem 
oznajmi, e sdy si rozpoczynaj. 

Potem sekretarz przeczyta sprawy na dzie dzisiejszy, co szepn pierwszemu awnikowi, 
ten odda to sdziemu, ktry kiwn gow potakujco. 

Sdy si rozpoczy. 

Pierwsza sza sprawa ze skargi stranika na jakiego yczka o nieporzdki w podwrzu. 

Skazany zaocznie. 

Potem o pobicie chopaka za wypasanie komi koniczyny. 

Pogodzili si - matka dostaa pi rubli, a chopak nowe portki i lejbik. 

Sprawa o woranie si. 

Odoona z braku dowodw. 

Sprawa o kradzie len w borze sdziego; stawa rzdca - oskareni chopi z Rokicin. 

Skazani na kary pienine lub odsiedzenie w areszcie po dwa tygodnie. 

Nie przyjli wyroku, pjd do apelacji. 

I tak gono zaczli wykrzykiwa na niesprawiedliwo bo las by wsplny, serwitutowy, 

a sdzia skin na Jacka, i ten zagrzmia: 

- Cichojta, cichojta, bo tu sd, nie karczma. 
I tak sza sprawa za spraw, kieby skiba za skib, rwno i do spokojnie, czasem tylko 
podnosiy si skargi abo chlipanie, abo i przeklestwo, ale te Jacek wnet przycisza. 
Z izby ubyo nieco ludzi, ale w ich miejsce przybyo tyle nowych, e stali zbici kieby w 
snop, e nikto poruszy si nie mg i zrobi si taki gorc, i ani odetchn a sdzia poleci 
otworzy okna. 

Teraz sza sprawa Bartka Koza z Lipiec o kradzie wini u Marcjanny Antonwny Pacze. 
wiadkowie: ta Marcjanna, syn jej Szymon, Barbara Piesek itd. 

- wiadkowie czy s? . zapyta awnik. 
- Jestemy! - zawoali chrem. 
Boryna, ktry dotd samotnie a cierpliwie sta przy kracie, przysun si nieco do Paczesiowej 
przywita, bo to bya Dominikowa, matka Jagny. 

- Oskarony, Bartek Kozio, bliej, za krat. 
Niski chop przepycha si ze rodka tak gwatownie, a kl poczli, e depcze po kulasach 
i przyodziewek ozdziera. 

- Cichojta, cierwy, bo przewietny sd mwi! - krzykn Jacek, wpuszczajc go. 
-Wy Bartomiej Kozio? 
Chop drapa si frasobliwie po gstych, rwno obcitych wosach; gupowaty umiech 
skrzywia mu such, wygolon twarz, a mae rudawe oczki chytrze skakay po sdziach niby 
wiewirki. 

- Wy Bartomiej Kozio? - zapyta znowu sdzia, bo chop milcza. 
-Dy juci, on ci Bartomiej Kozio, dopraszam si aski przewietnego sdu! -piszczaa 
ogromna kobieta, wpychajc si si za kraty. 
- A wy czego? 


-Dopraszam si aski, a dy ja ona tego chudziaka, Bartka Koza - i kaniaa si rk 
ziemi, a wyrurkowanym czepcem zawadzaa o st sdziowski. 
-wiadkujecie? 
- Niby to za wiadka? ni, jeno dopraszam si... 
- Wony; wyrzu j za krat. 
- Wychodta, kobieto, bo nie la was tu miejsce...Chwyci 
j za ramiona i pcha zadem. 
-Dopraszam si przewietnego sdu, kiej mj ano nie dosyszy na ten przykad... - krzyczaa. 
-Wychodta, pki po dobremu - i a jkna, tak j ciepn na krat, bo ani kroku po dobroci 
ustpi nie chciaa. 
- Wyjdcie, bdziemy gono mwili, to cho on Kozio, a usyszy! 
Zaczo si wreszcie badanie. 
- Jak si nazywacie? 
- H?... a, przezywam?... Przeciech woali m, to niby wiedzie wiedz... 
- Gupi. Jak si nazywacie? - indagowa nieubaganie sdzia. 
- Bartek Kozio, przewietny sdzie - rzucia ona. 
-Ile lat? 
- H?... a, lat?... bo ja to pomn! Matka, wiele to ja mam rokw?... 
- Pidziesit i dwa, widzi mi si, bdzie na zwiesn. 
- Gospodarz?... 
-I... trzy morgi piachu i ten jeden krowi ogon... sielny gospodarz. 
-By ju karany? 
- H?... karany? 
- Czy siedzielicie w kozie? 
- To niby w kreminale?... karany?... Matka, byem to w kreminale, h?... 
- A bye, Bartku, bye, a to ci te cierwy dworskie o to zdeche jagnitko... 
- Juci, juci... na paniku znalazem zdeche jagni... wzionem, co miay psy rozwcy... 
poskaryy, przysigy, com ukrad, sd przysdzi... wsadziy m i siedziaem... Niesprawiedliwo 
jest ino, niesprawiedliwo... - mwi gucho i obziera si znacznie na on. 
-Oskareni jestecie o kradzie maciory Marcjannie Pacze! Wzilicie j z pola, zagnali 
do domu, zarznli i zjedli! Co macie na swoj obron? 
-H? Zjadem! ebym tak Boga przy skonaniu nie oglda, e nie zjadem!... o wiecie 
rodzony, ja zjadem! - woa aonie. 
- C macie na swoj obron? 
-Obron... miaem to co rzec, matka?... Juci, bacz; niewinowatym, wini nie zjadem a 
Marcjanna Dominikowa, na ten przykad, szczeka bele co, kiej ten pies, e ino chyci za ten 
paskudny pysk a spra... a... 
- O ludzie, ludzie!... - jkna Dominikowa. 
-To ju sobie pniej zrobicie, ateraz mwcie, jakim sposobem winia Paczesiowej znalaza 
si u was?... 
- winia Paczesiowa.. u mnie?... Matka, co to wielmony dziedzic rzekli?... 
- A dy, Bartku, to o tym prosiaku, co to za tob przylaz do chaupy... 
-Bacz, juci, e bacz, bo prosiak to by, a nie winia adna; dopraszam si aski wielmonego 
sdu, niech sysz, com ano rzek, i przywtrz; prosiak to by, a nie winia; biany 
prosiak, a kiele ogona abo i zdziebko poniej czarno aciaty. 
- Dobrze, ale skd si wzi u was? 
-Niby u mnie?... Zarno wszyko dokumentnie rzekn, z czego si pokae la przewietnego 
sdu i la zgromadzonego narodu, co jestem niewinowaty, a Dominikowa cygan jest baba, 
pleciuch i ozornica zapowietrzona! 


-Ja cygani! A dy tej Najwitszej Panienki uprosz, eby was pierun bez witej spowiedzi 
nie trzasn! -rzeka cicho, z westchnieniem cikim do obrazu Matki Boskiej, wiszcego 
w rogu izby, Dominikowa, a potem, e to ju cierpie nie moga, wycigna zwinit, 
chud pi do niego i sykna: 
- Ty zodzieju wiski! ty zbju! ty!... - i rozczapierzya palce, jakby go chyci chciaa. 
Ale Bartkowa rzucia si do niej z krzykiem. 
- Co! biaby go, suko jedna, biaby, czarownico, kacie synowski, ty! 
- Uciszy si! - zawoa sdzia. 
-Stulta pyski, kiej sd mwi, bo waju wyciepn na osobno! -popar Jacek, podcigajc 
parcianki, bo mu si by obertelek oberwa. 
Uciszyo si zaraz, a baby, e to blisko byo do chwycenia si za by, stay ju cicho, ino 
si oczami jady a wzdychay ze zoci... 

- Mwcie, Bartomieju, mwcie wszystko a prawd. 
-Prawd?... Sam czyst kiej szko prawd rzekn, rzetelnie powiem, kiej na spowiedzi, 
kiej gospodarz do gospodarzy, kiej swj do swojakw, bom gospodarz z dziada pradziada, a 
nie komornik, nie prefesjant jaki abo i jenszy miescki zdzier. To tak byo. 
- Patrz dobrze w gow, by czegj nie przepomnia -radzia. 
-Nie przepomn, Magdu, nie. To byo tak. Szedem se... a bacz, e to rychtyk zwiesna 
bya... i za Wilczym Doem, wedle Borynowej koniczyny... id se i mwi pacierz, bo na ten 
przykad przedzwonili ju na Anio Paski... nocka te sza... id se... ja tu sysz: gos nie 
gos? Loboga, myl se: chrzka albo i nie chrzka?... Ogldnem za si niczego nie widno, 
cicho cakiem. Ze m kusi czy co?... Ide dalej i e m zdziebko mrwki oblazy ze strachu, 
mwi se Pozdrowienie Anielskie. Chrzka znowu! Cie! myl sobie, nic, jeno swynia to abo 
i zasie prosiak. Zlazem zdziebko w bok, w koniczyn i obejrzaem si... juci, e cosik lizie 
za mn, przystanem ja przystano i to, a biane, niskie i dugie... a lepie wieciy kiej u 
bika abo zgoa u zego... Przeegnaem si, a e i skra mi cierpa, tom ruszy lepszym krokiem 
jake, abo to wiadomo, co si po nocach tucze?... A wszyscy w Lipcach wiedz, co na 
Wilczych Doach straszy. 
-Juci, e prawda, bo oni, kiej Sikora przechodzi tam noc, to go uapio za grdyk i 
rzucio o ziemi, i tak zbio, e chop chorza dwie niedziele - objaniaa ona. 
-Cichoj, Magdu, cichoj! Id, id... id... a to fort lezie za mn i chrzka! A e to by 
rychtyk miesiczek wylaz se na niebo, to patrz, a to ino prosiak, nie ze. Ozgniewaem si, 
bo co se ten gupi myli - straszy, tom rzuci na patykiem i id ku domowi Szedem se miedz, 
midzy Michaowymi burakami a pszenic Borynowa, a potem midzy jark Tomka a 
owsem tego Jaka, co go oni do wojska wzieni, a ktrego to kobieta akuratnie wczoraj zlega... 
Prosiak fort za mn kiej pies, to se idzi obok, to wlaz w kartofle Dominikowej i tu pysknie, 
i tam pysknie, i chrzknie, i kwiknie, a nie ostaje, ino za mn... 
Skrciem na ciek, co biey na przeaj - ona za mn. Gorco mi si zrobio, bo laboga, 
taka winia, co moe nie winia! Skrciem na drog wedle figury, prosiak za mn... Widziaem, 
biay by, a kiele ogona, poniej dziebko, czarno aciaty! Ja bez rw -ona za mn, ja na 
te mogiki, co za figur s -ona za mn, ja na kamionki, a ona kiej mi si nie rzuci pod kulasy 

-rymnem kiej dugi. Optana czy co?... Ledwiem si pozbiera, a ona kiej nie zadrze ogona 
i w skok przede mn! A lee se, zapowietrzona, pomylaem. Ale nie ucieka, ino wci 
przede mn leciaa - a do samej chaupy - do samej chaupy, przewietny sdzie, a w ogrodzenie 
wesza, a do sieni wlaza, a e drzwi do izby byy wywarte, to i do izby posza... Tak 
mi Panie Boe dopom Amen ! 
- A potem zarznlicie i zjedli, prawda? - rzek. sdzia rozbawiony. 
-H! Zarznli i zjedli?... A cowa zrobi mieli? Przeszed dzie -prosiak nie odchodzi; 
przeszed tydzie jest, ani jej wygoni, bo z kwikiem wraca!... Moja podtykaa jej, co moga, 
bo jake godem morzy, Boe stworzenie te... Przewietny sd jest mdry, to sprawiedliwie 


se wymiarkuje, e com z ni biedny sierota mia zrobi? Niktoj po ni nie przychodzi, a w 
domu bieda - a ara, e i dwie drugie tyle nie zechlaj..: Jeszcze z miesic, to by nas zeara i 
z bebechami... Co byo radzi? Miaa ona nas -towa my j zjady, a i to nieca, bo na wsi 
si zwiedziay, a Dominikowa poskarya, e to jej, przysza ze sotysem i zabraa wszyko... 

- Wszystko?... a cay zad to gdzie?... - sykna zowrogo Dominikowa. 
-Gdzie? Spytajta si Kruczka i drugich pieskw. Wynielimy na noc do stodki. Psy, 
e to czujne psie pary, a wrota byy dziurawe, wycigny i bal se sprawiy moj krwawic, e 
chodziy obarte kiej te dziedzice. 

-Hale, winia sama posza za nim, gupi uwierzy, ale nie sd. Zodziej jucha, a barana 
mynarzowi, a g dobrodziejowi to kto pokrad, co?... 
- Widziaa, co? Widziaa! - wrzasna Kozowa, przyskakujc z pazurami. 
-A kartofle z organistowego dou to kto?... A cigiem cosik komu we wsi ginie, to gska, 
to kury, to sprzt jaki - cigna nieubaganie. 
-Ty cierwo! Co ty robia za modu, a i co twoja Jagna teraz wyprawia z parobkami; to 
ci tego nikt nie wypomina, a ty kiej ten pies... 
-Wara ci od Jagny! Wara, bo ci ten pysk tak spier, e... Wara!... - rykna wielkim gosem, 
ugodzona jak w ywe miso. 
- Cichojta, pyskacze, bo za drzwi wyciepn! - uciszal Jacek, podcigajc parcianek. 
Zaczo si przesuchiwanie wiadkw. 
Najpierw wiadczya poszkodowana, Dominikowa a zeznawaa cichym, nabonym gosem 
i przysigaa co chwila przed t Czstochowsk, jako winia jej, i egnaa si, i bia w 
piersi, e prawda jest, jako j ukrad z pastwiska Kozio, i nie daa od przewietnego sdu 
kary na niego, niech mu ju tam Jezusiczek czyca za to nie poauje - ale domagaa si 
wielkim gosem sdu i karyza to, e tak spostponowa j i Jagn wobec caego na-rodu. 

wiadczy potem Szymek, syn Dominikowej; czapk powiesi na rkach zoonych jak 
do pacierza, oczw nie spuci z sdziego i jkliwym, nieprzytomnym gosem zeznawa, e 
winia bya matczyna, e biana bya caa, ino kiele ogona czarn at miaa, a ucho rozerwane, 
bo j by apa Borynowy chyci na zwiesn, a tak kwiczaa, e chocia w stodce by usysza... 


Potem zawezwano Barbar Piesek i innych. 

wiadczyli po kolei i przysigali, a Szymek wci sta z czapk na rkach, wpatrzony 
pobonie w sdziego, a Kozowa dara si za krat z krzykiem zaprzecza i zorzecze, a 
Dominikowa ino wzdychaa do obrazu, a poglda a na Koza, ktry skaka oczami, nasuchiwa, 
a obziera si na swoj Magdusi. 

Nard sucha uwanie i raz w raz szmer, to uwagi zoliwe albo miech si rozleg guchy 
pod powa, a Jacek musia przycisza grob. 

Sprawa cigna si dugo, a do przerwy, w ktrej sd poszed do ssiedniej izby na narad, 
a nard wysypa si do sieni i przed dom odetchn nieco: kto poje zdziebko, kto ze 
swoimi wiadkami si zmwi, kto wywodzi krzywdy swoje, a jenszy znowuj wyrzeka na 
niesprawiedliwo a pomstowa, jak to zwyczajnie bywa na rokach. 

Po przerwie i odczytaniu wyrokw przysza na st sprawa Boryny. 

Jewka stana przed sdem i pohutujc dziecko, obwinite w zapask, ja paczliwie 
wywodzi krzywdy swoje i ale; jako suya u Boryny i pracowaa, jae jej kulasy ustaway, 
a nigdy dobrego sowa nie usyszaa, kta nie miaa na spanie ani jada do, e si u ssiadw 
poywia musiaa, a potem zasug nie zapaci i z jego wasnym dzieckiem wygna j w cay 
wiat... buchna w kocu ogromnym paczem i rzucia si na kolana przed sdziami z krzykiem 
: 

- Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, przewietny sdzie! 
- Cygani jak ten pies - mrukn Boryna ze zgroz. 
- Ja cygani?! A dy wszystkie, a dy cae Lipce wiedz, e... e suka i latawiec... 


-Wielmony sdzie, a przdzi to mi ino mwili: Jewka, Jewu, i jeszcze sodziej, a to mi 
paciorki przywieli a to czsto gsto buk z miasta i mwili: Naci, Jewu, naci, bo mi 
najmilejsza... - a teraz, o mj Jezu, mj Jezu!... - pocza rycze. 

- Cygan, jucha, moem ci jeszcze pierzyn przyodzia i mwi: pij se, Jewu, pij!... 
Izba zatrzsa si miechem. 
-Abo nie, co? Abota nie skamali, jako ten pies przed drzwiami, abota mao obiecowali, 
co? 
-Loboga, ludzie, e to pierun nie zabije tak pokrak? - zakrzykn zdumiony. 
-Wielmony sdzie, cay wiat wiedzia, jak to byo, cae Lipce mog przywiadczy, co 
prawd mwi. Suyam u nich, to mi cigiem spokoju nie dawa. O biedna ja sierota, biedna!... 
O dola moja nieszczliwa!... Abo tom si moga obroni przed tylim chopem?... Krzyczaam, 
to m spra i zrobi, co chcia... A gdzie ja si podziej z tym dzieciteczkiem, 
gdzie?... wiadki powiedz i przywiadcz! - woaa wrd paczu i krzykw. 

Ale wiadkowie w rzeczywistoci nic nie zeznali prcz plotek i domysw, wic znowu 
ja dowodzi i przekonywa, a w kocu jako ostatni dowd rozpowia dziecko i pooya je 
przed sdziami; dziecko wierzgao nagimi nkami i krzyczao wniebogosy. 

-Wielmony sd sam obaczy, czyje ono; o, ten ci sarn nos kiej kartofel, te same bure lepie 
i kaprawe... Kropla w kropl nikt jenszy, jeno Boryna!... - woaa. 
Ale ju i sd nie mg powstrzyma si od miechu, a nard a hucza z uciechy, przygldali 
si dziecku, to Borynie i raz w raz kto powiedzia: 

- To ci pannica, kiej ten pies odarty ze skry! 
- Boryna wdowiec, oeniby si z ni, a chopak zdaby si do pasionki... 
-Lenieje ci ona kiej krowa na zwiesn. 
- A urodna! jeno grochowinami przytrz i w proso wsadzi - wszystkie gapy uciekn... 
- Ju i tak psy uciekaj, kiej Jewusia bez wie idzie!... 
- A gbusi ci ma kiej pomyjami wymalowan... 
- Bo gospodarna, raz w rok si myje, coby na mydo nie wydawa... 
- ydom w piecach pali, czasu nie ma, to i nie dziwota! 
Dogadywali coraz zoliwiej i okrutniej, a ona zmilka i nieprzytomnymi oczami psa zgonionego 
patrzya po ludziach i waya co w sobie... 

- Cichojta! To grzych tak si namiewa nad biedot! -krzykna Dominikowa tak mocno, 
a pomilkli, i jaki taki drapa si po bie ze wstydu. 

Sprawa skoczya si na niczym. 

Boryna poczu niezmiern ulg, bo chocia nie by winien, ale zawdy boja si ludzkiego 
obmwiska, no i tego e przysdzi mog, by paci - bo prawo juci jest ci takie, e nikiej 
nie wiada, kogo za eb chyci, winowatego czy sprawiedliwego. Bywao ju tak nie raz, nie 
dwa, nie dziesi... bywao. 

Wyszed zaraz ze sdu i czekajc na Dominikow, j .medytowa i rozwaa w sobie 
ca t spraw. Nie mgt zrozumie, po co i dlaczego skarya. 

- Ni, to nie jej rozum i gowa, to jenszy, kto drugi przez ni siga, ale kto?:.. 
Poszli z Dominikow i z Szymkiem do karczmy napi si i przegry co nieco, bo byo 
ju dobrze po poudniu, i chocia mu Dominikowa napomykaa z lekka, e caa ta Jewczyna 
sprawa to musi by robota kowala, zicia jego, nie mg uwierzy. 

- Co by mu z tego przyszo? 
-Tyla, eby was pokyni a poda na pomiewisko i umartwienie. Drugi czowiek jest 
taki, e z jenszego la samej uciechy pasy by dar. 
-Dziwno mi tej zawzitoci Jewczynej! Bom nie ukrzywdzi w niczym, a jeszczem za 
chrzest tego jej bkarta da dobrodziejowi worek owsa... 

- Suy ona u mynarza, a ten w kompanii z kowa1em chodzi..: miarkujecie?!... 
- Miarkuj, ino e nic rozezna nie mog! Napijwa si jeszcze! 


- Bg zapa, pijcie przdzi, Macieju! 
Napili si raz i drugi, zjedli drugi funt kiebasy z pbochenkiem chleba, stary kupi rzdek 
buek dla Jzi i zabierali si do powrotu. 

- Siadajcie, Dominikowa, ze mn, ckno samemu, pogwarzym... 
- A dobrze, ino skocz jeszcze do klasztoru zmwic pacierz. 
Posza, ale w dobre dwa pacierze ju bya z powrotem, i zaraz pojechali. 
Szymek wlk si za nimi wolno, bo w jedn szkap i piachy byy srogie, ale rozebrao 
go nieco, e to nie by zwyczajny picia i oszoomiony sdem, to si ino kiwa sennie w pkoszkach 
i raz w raz przecykajc zdziera czapk ze ba, egna si nabonie i wpatrzony nieprzytomnie 
w ogon szkapy, jakoby w dziedzicow twarz na sdzie, mamrota: ...winia matczyna, 
biaa caa, a ino kiele ogona czarn at miaa... 

Soce si ju byo przetaczao ku zachodowi, gdy wjechali w las. 

Mao wiele pogadywali, cho siedzieli w podle siebie na przednim siedzeniu. 

Czasem ktre zagadno jakim sowem, e to nieobycznie siedzie jak te mruki, ale ino 
tyla tego byo, eby pik nie morzy i jzyk nie zasech... 

Boryna pogania rbk, bo wolnia, e to ju do p bokw spotniaa z umczenia i go-
rca, czasem pogwizda a milcza, i co u, co way w sobie, co kalkulowa i czsto a niewidnie 
poglda na star, na jej such kieby z blichowanego wosku twarz, ca w podunych 
bruzdach zastyg - poruszaa bezzbnymi wargami, jakby si modlia po cichu; czasem pocigaa 
czerwon zapask barzej na czoo, bo soce wiecio prosto w oczy, i siedziaa nieruchomo, 
ino jej bure oczy gorzay. 

- Wykopalicie ta ju, co? - zagadn wreszcie. 
- A juci. Obrodziy lato niezgorzej. 
- Przychowa bdzie wama acniej. 
- Wsadziam te wieprzka do karmika, bo w zapusty moe si zda... 
- Pewnie, pewnie... mwiy, e Walek Rafaw przysya z wdk?... 
- Nie on jeden, nie... ale po prnicy ino grosz trac...nie la takich Jagu moja, nie. 
Podniosa gow i jastrzbimi oczami wpia si w niego, ale Boryna, e czek by w la-
tach, nie wicher aden, to twarz pokaza zimn i spokojn nie do rozeznania: Dugo nie rzekli 
ni sowa, jakby si t niemot mocujc ze sob. 

Borynie nijako byo zaczyna pierwszemu, bo jake, w latach ju by i gospodarz na cae 
Lipce pierwszy; no i mg to zasi tak prosto rze, co mu si Jagu udaa?...Honor przeciech 
swj mia i pomylenie - ale e krwie gorcej by z przyrodzenia, to ae go zo porywaa, e 
musi tak baczy na siebie, tak koowa a zabiega. 

Dominikowa przezieraa go co nieco i miarkowala zasi, co go tak markoci i rozbiera, 
ale ni swkiem nie pomoga, ino raz w raz pogldaa na, to w ten wiat i te dalekoci niebieskie, 
a i rzeka niechccy: 

- Gorc ci taki, kieby we niwa. 
- Rzeklicie. 
Jako i tak byo, bo drog otaczay potne ciany boru, e aden wiater ni przewiew nijaki 
nie przedziera si z pl, a soce wisiao prosto nad gowami i tak dogrzewao, e rozpraone 
drzewa stay bez ruchu i omdlae czuby pochylay nad drog, i tylko raz w raz puszczay 
bursztynowe igliwo, co koujcy spywao na drog. Grzybny zapach bajorw i licia 
dbowego a wierci w nozdrzach. 

-Wiecie, dziwno to mnie, a i drugim, e taki gospodarz, co to i pomylenie nie bele jakie 
ma, i grontu tela, posuch u narodu - kiej wy na ten przykad, a do urzdu ambitu nie macie... 
- Utrafilicie, e ambitu nijakiego nie mam. Co mi po tym? Sotysem byem bez trzy roki, 
tom dopaci gotowym groszem. A com namarnowa siebie i koniskw! com si nakyni i 
nabiega, e i te pies polowy nie wicej. A upadek w gospodarstwie by i marnacja, e jae 
mi moja nie daa dobrego sowa... 


- Miaa i ona swj rozum. Urzdnikiem by zawdy to i honor jest, i profit. 
-Bg zapa. Stranikowi si kaniaj, pisarza obapiaj za nogi i bele ciaracha, co z urzdu 
-te... Wielgi mi honor! Nie pac podatkw, most si popsowa, wcieknie si pies, ktry 
wemie konic po bie -kto winowaty?...Sotys winowaty, do trafu sotysa cigaj! Hale, 
jest profit. Dosy ja pisarzowi i do powiatu nanosi i kur, i jajkw, i gsk niektr... 
-Prawd mwicie, ale Pietrkowi wjtostwo do grdyki nie wraca, nie; grontu ju dokupi i 
stodk dostawi, i konie ma kiej te hamany!... 
- Juci, ino nie wiada, co mu z tego ostanie, kiej si urzd skoczy... 
-Mylicie... 
- Oczy swoje mam i miarkuj se dziebko... 
- Dufny ci on w siebie i z dobrodziejem koty drze. 
- Ae mu si darzy, to ino bez kobiet; on se wjtuje, a ona wv garci wszyko dziery. 
Milczeli znowu z pacierz dobry. 
- A wy to nie polecie z wdk do ktrej?... - zapytaa ostronie. 
-I... nie bier m ju cigotki do kobiet, za starym... 
-Nie powiadajcie po prnicy! Ino ten stary, co si rucha nie moe, yki sam do gby 
nie doniesie i na przypiecku se dochodzi... Widziaam, kiejcie worek yta nieli. 
- Juci, em w sobie krzepki jeszcze, ale ktra by ta posza za mnie?.. 
- Ktren nie probant, co wie? Obaczycie! 
- Starym, dzieci dorastaj... a pierwszej z brzegu nie wezm... 
- Zrbcie ino zapis, a i co najpierwsze si wama nie sprzeciwi... 
-La zapisu! Kiej te winie! Za t morg to i mdka najczystsza a pjdzie choby za 
dziada spod kocioa... 
- A chopy to za wianem nie patrz, co? 
Nie odrzek ju, jeno skropi batem rebic, e ruszya z miejsca galopem. 
Milczeli dugo. 
Dopiero gdy wyjechali z lasu na pola, midzy przydrone topole, Boryna, ktry cay ten 
czas burzy si w sobie i przegryza, wybuchn: 

-Na psy takie urzdzenie we wiecie! Za wszystko pa, choby i za to dobre sowo! le 
jest, e i gorzej byc nie byo. Ju nawet dzieci na ojcw nastaj, posuchu nie ma nijakiego, a 
wszystkie si r ze sob kiej psy. 
- Bo gupie, nie bacz, e wszystkich jednako ta wita ziemia pokryje. 
-Leda jeden abo drugi od ziemi odrs, a ju do ojcw z pyskiem, coby mu jego cz 
dawali. Ze starszych si ino przemiewaj! cierwy, we wsi im ciasno, porzdki stare im ze, 
ubieru nawet wstydz si niektrzy! 
- To wszystko bez to, e Boga si nie boj... 
- Bez to i nie bez to, a le jest. 
- Nie idzie na lepsze, nie. 
- Ma i, kto ich ta zniewoli? 
- Kara boska! Bo przyjdzie ta godzina sdu Panajezusowego, przyjdzie. 
- Ale co si przdzi narodu namarnuje, tego nikt nie odbierze. 
- Czasy takie, e lepiej, coby mr przyszed. 
-Czasy! Juci, ale i ludzie s winne. A kowal to co? A wjt? Z dobrodziejem si dr, ludzi 
buntuj a tumani, a gupie wierz. 
- Ten kowal to moja trucizna, chocia i zi te... 
I tak se ju spoecznie wyrzekali na ten wiat, pogldajc na wie, co bya ju coraz bliej 
widna, przez topole. 
Pod smtarzem czerwieni si ju z dala rzd kobiet pochylonych i zasnutych delikatn 
mg dymw, a wkrtce i guchy, monotonny trzepot midli j raz w raz dopywa z powiewem, 
co si by podnosi z nizinnych k. 



- Dobry czas na midlenie. Zlez przy nich, bo jest tam i Jagu moja. 
- Nic mi z drogi, to was podwiez... 
- Dobrzycie, Macieju, e jae mi dziwno... - umiechna si chytrze. 
Skrci z topolowej na poln drk, co biega do smtarnich wrtni, i podwiz pod 
smtarz, gdzie pod kamiennym szarym potem, w cieniu brzz, klonw i tych krzyw, co si 
z mogiek pochylay ku polom, kilkanacie kobiet midlio zawzicie suchy len, a mga pyw 
wisiaa nad nimi i dugie wkna czepiay si tych listkw brzz i wisiay u czarnych 
ramion krzyw; w podle, na prtach rozpitych, nad doami, w ktrych paliy si ognie, 
przesuszano len mokrawy jeszcze. 

Midlice ostro kapay, a cay rzd kobiet pochyla si cigle w krtkich a prdkich 
drganiach, i tylko coraz ktra si prostowaa, roztrzepywaa przygar lnu z ostatnich padzierzy, 
zwijaa j w kuk libo w chochoa i rzucaa na rozpostart pacht przed siebie. 

Soce, e si ju byo przetoczyo nad lasy, wiecio im prosto w twarze, ale nic to -robota, 
miechy, wesoe sowa nie ustaway ani na to oczymgnienie. 

-Szcz Boe na robot! -zawoa Boryna do Jagny, ktra midlia z kraja zarno; w koszuli 
bya ino a w czerwonym weniaku i w chustce na gowie od kurzu. 
-Bg zapa! - odrzucia wesoo i modre, ogromne oczy podniosa na niego, i umiech 
przelecia przez jej urodn, opalon twarz. 
- Suchy, cruchno, co? - pytaa stara, obmacujc obmidlone garcie. 
-Suchy kiej pieprz, jae si amie... - Znowu spojrzaa na starego z umiechem, a ciarki 
przeszy po nim, e wisn batem i odjecha, ale raz w raz si obraca za ni, cho ju widna 
nie bya, bo mu jak ywa staa w oczach... 
- Dzieucha kiej ania... W sam raz - rozmyla. 
ROZDZIA 4 

Bya niedziela - cichy, opajczony i przesoneczniony dzie wrzeniowy. 

Na ciernisku, tu za stodoami, pas si dzisiaj cay inwentarz Borynowy a pod brogiem 
wysokim i pkatym, okronym zielon szczotk yta, wykruszonego przy ukadaniu, lea 
Kuba, dawa baczenie na inwentarz i uczy pacierza Witka - czsto pokrzykiwa na niego albo 
i zasie szturcha biczyskiem, bo chopak myli si i lata oczami po sadach. 

- Bacz, co rzekem, bo to pacierz - upomina powanie 
- Dy bacz, Kuba, bacz. 
- To czegj lepiasz po sadach? 
- Widzi mi si, co s jeszcze jabka u Kbw... 
- Zjadby! A sadzie je to, co? Powtrz Wierz. 
- Wycie te nie wywiedli kuropatww, a wzienicie cae stado. 
- Gupi! Jabka s Kbowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz! 
- Alecie je wzieni z dziedzicowego pola... 
-I pole jest Panajezusowe. Hale, jaki mdrala, powtrz Wierz. 
Powtarza prdko, bo go ju kolana bolay od klczenia, ale nie cierpia... 
-Widzi mi si, co rbka idzie w Michaow koniczyn! -krzykn gotowy do biegnicia. 
- Nie bj si o rbk, a patrz pacierza... 
Koczy wreszcie, ale ju nie mg wytrzyma, przysiada na pitach, wykrca si na 
wszystkie strony, a zoczywszy band wrbli na liwkach, mign w nie grudk ziemi i 
piesznie bi si w piersi. 



- A ochfiarowanie to zjade kiej ulgak, co? 
Powiedzia ochfiarowanie i z wielk ulg wzi si do picego apy i j z nim baraszkowa. 


- Ale, gzi si cigiem bdzie, kiej ten cielak gupi. - Poniesiecie dobrodziejowi ptaszki? 
-Ponies... 
- Spieklibym w polu. 
- Spiecz se ziemniakw. Co mu si zachciewa! 
-Id ju do kocioa! -zawoa Witek, spostrzegajc przez poty i drzewa migajce czerwone 
zapaski na drodze. 
Soce przygrzewao niezgorzej, e wszystkie okna i drzwi chaup powywierano na przestrza; 
gdzieniegdzie, pod przyzbami, myto si jeszcze, gdzie znowu czesano i zapletano warkocze, 
gdzie wytrzepywano witeczne szmaty, zmite caotygodniowym leeniem w skrzyniach, 
gdzie ju wychodzono na drog, e raz w raz niby maki czerwone, niby georginie te, 
co dokwitay pod cianami, libo te nagietki i nasturcje - tak szy kobiety strojne, szy dziewczyny, 
szli parobcy, szy dzieci, szli gospodarze w biaych kapotach, podobni do ogromnych 
ytnich snopw, a wszyscy dyli wolno ku kocioowi drogami nad stawem, ktren niby 
misa zota odbija w sobie soce, a oczy razio. 

A dzwony wci biy radosnym gosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy. 
Kuba czeka, a przedzwoni, ale e nie mg si doczeka, schowa pk ptakw pod kapot 
i rzek: 

- Witek, jak wydzwoni, spd bydo do obr i przychod do kocioa. 
Ruszy, ile mg, rycho, bo kula srodze, drk biegnc pod ogrodami, a tak zasan 
tym liciem topoli, e szed kieby po szafranowym kilimie. 
Plebania staa na prost kocioa, przedzielona tylko ode drog, w gbi wielkiego ogrodu, 
penego jeszcze gruszek zielonych i jabek rumianych. 
Przed gankiem, obronitym w poczerwieniae wino, Kuba si zatrzyma bezradnie, spozierajc 
niemiao w okna i w sie, powywierane na ocie; a e wej nie mia, cofn si 
pod wielki klomb, peen r, lewkonii i astrw, od ktrych bi sodki, upajajcy zapach; stado 
biaych gobi azio po zielonym, omszonym dachu i sfruwao na ganek. 

Ksidz chodzi po ogrodzie z brewiarzerm w rku, ale raz wraz potrzsa grusz, to jabonk, 
e sycha by cikie pacanie owocw o ziemi, pozbiera je w po sutanny i nis 
do domu. 

Kuba zastpi mu drog i pokornie podj za kolana. 

- C to powiecie? Aha... Kuba Borynowy. 
- Juci... dy par kuropatkw dobrodziejowi przyniosem. 
- Bg ci zapa. Chod ze mn. 
Kuba wszed ino do sieni i osta przy progu, bo nijak nie mia wej na pokoje, poglda 
tyla co przez drzwi otwarte na obrazy wiszce po cianach i przeegna si pobonie, i westchn, 
a tak si czu olniony tymi licznociami, e ae zy mia w oczach i koniecznie 
chciao mu si zmwi pacierz, jeno e si boja klkn na byszczcej, liskiej posadzce, 
eby jej nie powala. 

Ale i ksidz zaraz wyszed z pokojw, da mu zotwk i rzek: 

-Bg ci zapa, Kuba, dobry z ciebie czowiek i pobony, bo co niedziela chodzisz do 
kocioa. 
Kuba podj go za nogi, ale by tak oguszony radoci, e ani wiedzia, kiedy znalaz si 
na drodze... 

-Cie, za te par ptaszkw, a tylachna pienidzy! Dobrodziej kochany! -szepta, przygldajc 
si pienidzowi. Nieraz ci on nosi dobrodziejowi rne ptaszki, to zajczka, to grzybkw, 
ale nigdy jeszcze tyla nie dosta; co najwyej to dziesitk abo i to dobre sowo... A dzisiaj 
Jezu mj kochany! Ca zotwk, i na pokoje go woa, i tyla dobroci mu powiedzia... 


Jezus! Ae za grdyk go co uapio i zy same leciay mu z oczw, a w sercu poczu tak 
gorco, jakby mu kto zarzewia nasu za pazuch... 

-Ino jeden ksidz uszanuje czowieka, ino on jeden'...Niech ci Bg da zdrowie i ta Panienka 
Czstochowska...Dobry z ciebie pan, dobry!... Bo caa wie: i parobki, i gospodarze, i 
wszystkie, to ino go kulasem przezywali, a niezgu, a darmozjadem, a nikto dobrego sowa 
nigdy nie da, nikto nie poaowa -chyba ino te koniska abo i te pieski... a przecie rodowy 
by... gospodarski syn... nie znajda aden... nie obieywiat, a chrzecijan prawy, katolik... 
Podnosi gow coraz wyej i coraz hardziej, prostowa si, jak mg, i z gry, wyzywajco 
prawie patrzy na wiat, na ludzi wchodzcych na smtarz i na te konie, co stay pod mu-
rem przy wozach; nadzia czap na skotunion gow i wolno, godnie ruszy do kocioa, jak 
gospodarz jaki, zatykajc rce za pas i tak zamiatajc krzyw nog, e kurzawa za nim wstawaa. 


Nie, nie osta dzisiaj w kruchcie jak zawdy, jak przystao la niego, jeno si mocno j 
przepycha przez cib i par prosto a przed wielki otarz -a tam, gdzie staway same gospodarze, 
gdzie stoja Boryna i wjt sam; kaj staway te, co nosiy baldach nad dobrodziejem, 
abo i te, co ze wiecami kiej konice trzymali stra przy otarzu w czas Podniesienia. 

Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgroz, a z czsto gsto usysza przykre sowo i odebra 
takie spojrzenie, jako ten pies, ktren si tam cinie, gdzie go nie woaj. Ale Kuba nic 
sobie z tego dzisiaj nie robi; ciska w garci pienidz, a dusz mia pen sodkoci i dobroci, 
jakoby po spowiedzi si czu abo zasie i lepiej. 

Zaczo si naboestwo. 

Uklkn przy samej kracie i piewa z innymi, zapatrzony pobonie w otarz, gdzie u gry 
by Bg Ociec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w 
porodku sama Czstochowska w zocistym obleczeniu patrzya na niego... a wszdy lnia si 
pozota, jarzyy si wiece i stay bukiety papierowych czerwonych kwiatw... a ze cian i z 
okien kolorowych wychylay si zote obrcze i wite, surowe twarze, i smugi zota, purpury, 
fioletu niby tcza paday na jego twarz i gow, cakiem jakby si unurza w stawie przed zachodem, 
kiedy .soce bije w wod. I poczu si jakoby w niebie w tych licznociach, e rucha 
si nie mia, ino klcza wpatrzony w czarniaw, sodk, matczyn twarz 
.Czstochowskiej, ino mwi pacierz za pacierzem spieczonymi wargami, a potem ino piewa 
tak arliwie, tak ze wszystkich si duszy wierzcej, tak sercem penym ekstazy, e jego 
zaschy, skrzypicy gos rozlega si najdononiej. 

- Beczycie, Kuba, kiej ta koza ydowska! - szepn mu kto z boku. 
-La Pana Jezusa i tej Panienki... - mrukn, przerywajc, bo si koci uciszy. Ksidz 
wszed na ambon, i wszyscy zadarli gowy i wpatrywali si w dobrodzieja, ktren w biaej 
komy pochyli si nad narodem i czyta Ewangeli -a wiata i farby biy na niego z okien, 
e widzia si wszystkim jako ten anio pyncy na tczy... Ksidz mwi dugo i tak mocno, 
e jaki taki westchn skruszonym sercem, niejednemu zy pocieky, a ktren znw zasie 
spuszcza oczy i kaja si w sumieniu - i obiecywa popraw... A Kuba patrzy w dobrodzieja, 
jak w obraz wity, i a mu dziwno byo, e to ten sam dobry pan, co mwi do niego i da mu 
zotwk bo teraz wyglda jak archanio na ognistym wozie brzaskw, twarz mu poblada, 
oczy ciskay byskawice, gdy zacz podnosi gos i wypomina narodowi grzechy wszelkie, 
a skpstwo, a pijastwo, a rozpust, a czynienie szkd, nieszanowanie starszych, bezbono! 
I woa wielkim gosem o upamitanie si, baga, zaklina, prosi -a Kuba nie wytrzyma i 
j si trz w sobie z winy tych wszystkich grzechw, z alw, ze skruchy i rykn gonym 
paczem, a za nim nard cay: kobiety, gospodarze nawet, e pacz si uczyni w kociele, 
chlipanie, wycieranie nosw, a gdy ksidz z pokutn modlitw zwrci si do otarza i pad na 
kolana - jk przelecia koci, i nard, jak las przygity wichur, run twarzami na podog, 
a kurz si podnis i niby obokiem osoni te serca skruszone i zami, westchnieniami, krzykiem 
woajce do Pana o zmiowanie. 


A potem cicho zapada, cicho rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zacza 
si suma -organy huczay zguszonym, pokornym a gbokim gosem a dusza Kuby 
zamieraa z luboci i szczcia nieopowiedzianego... 

A potem gos ksidza podnosi si z naga od otarza i pyn nad pochylonymi gowami 
strug brzmie przenikajcych i witych; to dzwonki krtk salw dwiczay, to dymy kadzide 
biy pachncymi supami i niby obokiem pokryway klczcych i rozmodlonych -a 
Kub napeniay tak rozkosz, a wzdycha ino, rozkada rce, bi si w piersi i zamiera z 
tej sodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nage wykrzyki i jki gdzieniegdzie, 
gorce oddechy, wiata, dymy, gos organw zatapiay go jakoby w witym nie, jakoby w 
zapamitaniu. 

-Jezus! Jezus mj kochany! -szepta olniony i nieprzytomny, a zotwk mocno dziery 
w garci, bo gdy po Podniesieniu Jambroy zacz obchodzi z tack i pobrzkiwa, by 
syszeli, e zbiera na wiato, Kuba powsta, rzuci mocno pienidz i dugo, jako e tak czynili 
gospodarze, wybiera sobie reszty dwadziecia i sze groszy. 

- Bg zapa - usysza z luboci. 
I kiedy roznosili wiece, bo naboestwo byo z wystawieniem i procesj, Kuba wycign 
miao rk, i chocia okrutnie chciao mu si wzi ca -wzion jednako najmniejsz, 
ogarek prawie, bo spotka si z surowym, karccym wzrokiem Dominikowej, co staa w podle 
niego z Jagusi -zapali j wnet, bo ju i ksidz uj monstrancj, obrci si z ni do ludu, e 
padli na twarz. Zaintonowa pie i schodzi wolno po stopniach otarza w ulic z naga uczynion 
z gw rozpiewanych, wiate poncych, barw ostrych i gosw jkliwych; procesja 
ruszya, organy hukny potnie, dzwonki poczy rytmicznie dzwoni, lud pochwyci wtr i 
piewa jednym ogromnym gosem wiary; a przodem ciby, w skrtach rozchwianych wiate, 
migota srebrny krzy, koysay si niesione feretrony, cae w tiulach a kwiatach i koronach 
szychowych, a ju we drzwiach wielkich, ktrymi przez oboki dymw kadzielnych buchao 
soce, rozwijay si na wietrze pochylone chorgwie i niby ptaki purpurowe i zielone opotay 
skrzydami. 

Procesja obchodzia koci. 

Kuba osania doni wiec i trzyma si uparcie tu przy ksidzu, nad ktrym Boryna i 
kowal, i wjt, i Tomek Kb nieli czerwony baldachim, a spod niego promieniaa monstrancja 
zota i tak bya caa w ogniach soca, e przez rodek szklany wida byo blad, przeroczyst 
Hosti wit... 

Tak by nieprzytomny, e raz w raz si potyka i nadeptywa drugim na nogi. 

- Uwaaj, niedojdo! 
- Pokraka, kulas jeden! - rzucali mu, poszturchujc nierzadko. 
Nie sysza nic z tego; piew ludu brzmia potnym gosem, podnosi si jak sup, jak 
fala, zda si, pyn i bi w soce blade; dzwony huczay nieustannie piowymi ustami, a 
trzsy si lipy i klony, i raz w raz jaki czerwony li odrywa si i niby ptak sposzony spada 
na gowy, a wysoko, wysoko nad procesj, nad czubami drzew pochylonych, nad wie 
kocioa kryo stado gobi zestraszonych... 

A po naboestwie nard wysypa si na smtarz przykocielny; wyszed i z innymi Kuba, 
ale si dzisiaj nie pieszy do domu, chocia wiedzia, e bdzie na obiad miso z tej dorznitej 
krowy - nie, postawa, pogadywa ze znajomkami, a przysuwa si do swoich gospodarzy, 
bo i Antek z on stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedziel po sumie zwyczajnie. 


A w drugiej gromadzie, co si ju bya skupia za wrotniami na drodze, rej wodzi kowal, 
duy chop, ubrany ju cakiem z miejska, bo w czarnej kapocie, pokapanej woskiem na plecach, 
i w granatowym kaszkiecie, spodnie mia na buty i srebrn dewizk na kamizelce; twarz 
mia czerwon i rude wsy, i wosy pokrcone; rajcowa dononie a pomiewa si, e a rechota, 
bo wykpis to by na ca wie, e niech Bg broni dosta mu si na jzr. Boryna ino 



strzyg oczami ku niemu a nadsuchiwa, bo si boja jego gadania, e to nawet rodzonemu 
kowal nie przepuci, a c dopiero teci, z ktrym by w wojnie o wiano onine -ale nic nie 
wymiarkowa, bo mu si nawiny pod oczy Dominikowa z Jagn, wychodzce z kocioa szy 
wolno, jako e i gsto byo narodu na smtarzu, i e si witay to z tym, to z owym i pogadyway 
sowem niektrym, bo chocia wszystkie byy sobie znajome a pokumane i powinowate 
i z wsie jednej, e czsto ino bez pot libo o miedz siedzieli - a zawdy pogwarzy 
przed kocioem mio jest i potrzeba... Dominikowa rozwodzia si cichym, nabonym gosem 

o dobrodzieju, a Jagna rozgldaa si po ludziach, jako e wzrostem rwna bya i chopom 
najrolejszym, a strojna dzisiaj bya, e a oczy rwaa parobkw, co si w kup zbili przed 
wrtniami, na drodze, kurzyli papierosy i szczerzyli do niej zby. Bo i urodna bya, i strojna, i 
takiej postury, e i drugiej dziedzicwnie z ni si nie mierzy. 
Dziewuchy ano i kobiety eniate, przechodzce mimo spozieray na ni z zazdroci abo 
i zgoa przystaway w podle, abych nasyci oczy tym jej weniakiem pasiastym i sutym, co 
jak tcz mazursk mieni si na niej, to na jej czarne trzewiki wysokie, zasznurowane a po 
bia poczoch czerwonymi sznurowadami, to na gorset z zielonego aksamitu, tak wyszyty 
zotem, e a si w oczach mienio, to na sznury bursztynw i korali, co otaczay jej, bia, 
pen szyj - pk rnobarwnych wstek zwiesza si od nich na plecach i gdy sza, wi si 
za ni niby tcza. 

Ale Jagna nie widziaa zazdrosnych spojrze, bdzia modrymi oczami po gowach i 
natknwszy si na wlepione w siebie oczy Antka, oblaa si rumiecem i pocignwszy matk 
za rkaw, ruszya przodem, nie czekajc. . 

- Jagna, poczekaj! - krzykna za ni matka witajc si z Boryn. 
Zatrzymaa si na drodze, bo i parobcy hurmem j otoczyli i poczli wita a przymawia 
zoliwie Kubie, ktren szed za ni, wpatrzon kieby w obraz. 
Splun jeno i powlk si do domu, bo i gospodarze ju cignli, i trza byo zajrze do 
koni. 

- Cakiem kiej na tym obrazie! - zawoa bezwiednie, siedzc ju w ganku. 
- Kto, Kuba? - pytaa Jzia, szykujca obiad. 
Spuci oczy, bo wstyd mu si zrobio i strach, eby nie poznali. 
Ale e obiad by syty a dugi, to i wrychle zapomnia; bo miso byo, bya i kapusta z 
grochem, by i ros z ziemniakami, a na amen postawili niezgorsz miseczk kaszy jczmiennej, 
upraonej ze sonin. 

Jedli wolno, powanie i w milczeniu, dopiero kiej zasycili pierwszy gd, jli pogadywa 
i smakowa w jadle... 

Jzia, e to ona dzisiaj bya za gospodyni, to ino przysiadaa czasami na kraju awki, 
pojadaa spiesznie, a pilnie baczya, czy warza nie schodzi, by przynie z izby garnki i dooy, 
by nie powiedzieli, e w misce dnieje. 

A obiadowali na ganku, e to czas by cichy i ciepy. 

apa krci si i skamla, to obciera si o nogi jedzcych, zaziera do misek, a mu raz w 
raz kto rzuci kostk jak, z ktr ucieka pod przyzb, abo zasie ucieszon obecnoci gospodarzy 
i e wspominano jego imi, szczeka radonie i goni za wrblami, co si byy wieszay 
po potach, oczekujc na okruszyny. 

A drog czsto kto przechodzi i pozdrawia jedzcych, e hurmem odpowiadali. 

- Pono ptaszki nosie dobrodziejowi? - zagadn Boryna. 
-Nosiem, nosiem! -Pooy z naga yk i j opowiada, jaku go to ksidz wezwa na 
pokoje, jaku tam pikne, e tyla ksigw. 
- Kiedy tu un wszystkie przeczyta? - ozwaa si Jzia 
- Kiedy? A wieczorami! Chodzi se po pokojach, popija arbat i cigiem czyta. 
- Musi by... nabone wszykie - wtrci Kuba 
- Przeciech nie lementarze. 


- A gazety to co dnia stjka przynosi - dorzucia Hanka. 
- Bo w gazetach pisz, co si dzieje we wiecie... ozwa si Antek. 
-I kowal z mynarzem trzymaj gazet. 
-I... to i taka kowalowa gazeta! - rzek urgliwie Boryna. 
- Takutka sama kiej ksia - powiedzia ostro Antek. 
- Czytae? Wiesz? 
- Czytaem i wiem, a bo raz! 
-I nie zmdrzae nic z tego, e si zadajesz z kowalem. 
-La ojca to ino ten mdry, co chocia z pwczek ma abo i ogonw krowich z mendel. 
-Zawrzyj gb, pkim dobry! A to ino okazji szuka, eby si kyni! Chleb ci to rozpiera, 
widz... mj chleb... 
- Oci on mi ju stoi we grdyce, oci... 
- Szukaj se lepszego, na Hanczynych trzech morgach bdziesz jad buki. 
- Bd ar ziemniaki, ale mi ich niktj nie wymwi. 
-Nie wymawiam ci i ja... 
-Ino kto drugi?... Haruj jak ten w, jeszcze ci sowa dobrego nie dadz... 
- We wiecie jest lekciej, nie trza robi, a dadz wszystko... 
-Pewnie, e jest lepiej. 
- To se id i posmakuj. 
- Z goymi rkami nie pjd. 
- Kijek ci dam, coby si mia czym od pieskw ogania. 
-Ociec! -wrzasn Antek zrywajc si z awki, ale pad zaraz, bo Hanka uja go wp, a 
stary popatrzy gronie, przeegna si, jako e ju byo po obiedzie, i odchodzc do izby 
rzek twardo: 
- Na wycug do ciebie nie pjd, nie! 
Porozchodzili si zaraz ,ino Antek osta i medytowa, Kuba wyprowadzi konie na koniczysko 
za stodoy, uwali si pod brogiem, aby si przespa, ale spa nie mg, ciyo mu w 
ywocie jedzenie, a i ta myl, e gdyby mia jak strzelb, toby mg tyle ustrzela ptaszkw i 
zajczka niektrego, e co niedziel nosiby dobrodziejowi. 

Kowal by strzelb zrobi, jako to i borowemu zmajstrowa tak, e jak strzeli w lesie, to 
a we wsi si rozlega? 

-Mechanik jucha! Ale pi rubli trza mu za tak zapaci! -rozmyla. - Hale skd 
wzi?... na zim idzie, kouch trza kupi, buty te duej jak do Godw nie wydzier... Juci, 
winne mi s jeszcze dziesi rubli i dwoje szmat, portki i koszul... Kouch choby i z 
pi...krtki bdzie... buciska ze trzy... a to i czapka by si zdaa...a rubla trza zanie dobrodziejowi 
na wotyw za ojcw...cierwa... e i nic nie ostanie!... - Splun i zacz z kieszeni w 
lejbiku wybiera okruchy tytoniowe i natrafi na ten pienidz, o ktrym by zapomnia w czasie 
obiadu... - - - Jest ci gotowy grosz, jest! - Odechciao mu si spa nagle; od karczmy rozleg 
si daleki, przecedzony gos muzyki i jakby echa pokrzykw. 
- Tacuj se juchy i gorza pij, i papierosy kurz! - westchn i leg znowu na brzuchu, i 
patrzy na sptane konie, e zbiy si w kup i gryzy po karkach, a rozmyla, e wieczorem 
musi i on zaj do karczmy i kupi sobie tytoniu, i chocia popatrze na balujcych. Raz w 
raz oglda pienidz i spoglda na soce, wysoko byo jeszcze i szo dzisiaj tak wolno ku 
zachodowi, jakby se te krzynk odpoczywao niedzielnie... A rwao go tak do karczmy, e 
wydziere nie mg, przekada si ino z boku na bok i postkiwa z tsknoci, ale nie poszed 
zaraz, bo akuratnie zza stodoy wyszed Antek z Hank i szli miedz w pola. 
Antek szed przodem, a Hanka z chopakiem na rku za nim, czasem co rzekli i szli 
wolno, a coraz to Antek pochyla si nad rol i dotyka rk wschodzcych dziebe. 

-Idzie... gste kiej szczotka... - mrukn i obejmowa oczami te morgi, ktre obsiewa za 
odrobek ojcu. 


- Gste, ale ojcowe lepsze, idzie kiej br! - mwia 
Hanka patrzc na ssiednie zagony. 
- Bo rola lepiej doprawiona. 
- Mie ze trzy krowy, toby i ziemia si poywia. 
-I konia swojego. 
-I przychowa co na sprzeda. A tak, co? Kad plew, kad obierzyn ociec rachuj i 
maj za wielgie rzeczy. 
-I wszystko wypomina!.. 
Zamilkli nagle ,bo uczucie krzywdy zalao im serca alem, gniewem i guchym, szarpicym 
buntem. 

-Ino osiem morgw by wypado - wykrzykn bezwiednie. 
- Juci, e nie wicej. Przecie to i Jzka i kowalowa, i Grzela, i my - wyliczaa. 
- Kowalowe by spaci i osta przy chaupie i pwczku... 
-A masz to czym? .jkna ae w tym uczuciu bezsilnoci tak silnym, e zy jej pocieky 
po twarzy, gdy ogarna oczami te pola ojcowe, t ziemi jak zoto czyste, gdzie i pszenica, i 
yto, i jczmie, i buraki od skiby do skiby sia byo mona... Tyle dobra, a to wszystko cudze... 
nie ich... 

- Nie bucz, gupia, zawdy z tego osiem morgw nasze... 
-eby chocia z poowa z chaup i z tym kapuniskiem! -wskazaa na lewo, w ki, 
gdzie modrzay dugie zagony kapusty; skrcili ku nim. 
Siedli na kraju k pod krzami, Hanka pokarmiaa dziecko, bo paka poczo, a Antek 
skrci papierosa, zapali i ponuro patrzy przed si... 
Nie mwi on onie, co go aro we wtpiach, ni co mu leao na sercu niby wgiel rozarzony, 
bo aniby mg wypowiedzie, niby zrozumiaa go dobrze... 
Zwyczajnie, jak kobieta, co ni pomylenia nie ma, ni niczego nie wymiarkuje sama, ino 
yje se jako ten cie padajcy od czowieka... 
- A gospodarstwo, a dzieci, a kumy - to i cay wiat la niej. Kada kobieta taka, kada... rozmyla 
gorzko i a go cisno za serce... - Ten ptak, co polatuje nad gami, ma lepiej nili 
czowiek drugi... Co mu tam za kopoty! Polatuje se, popiewuje, a Pan Jezus obsiewa la niego 
pola, e ino mu zbiera a poywia si... 

- A bo to i gotowych pienidzy ociec mie nie ma? zacza Hanka. 
- Przeciech!... 
-A Jzce to kupi korale takie, e i krow by kupi za nie, a Grzeli to cigiem do wojska 
le pienidze. 
- Sa le... - odpowiada mylc o czym innym. 
-A przeciech to ukrzywdzenie wszystkich! A szmaty po matce to dusi w skrzyni i nawet 
na oczy nie pokae... A weniaki takie, a chusty, a czepki, a paciorki... - ja dugo wylicza 
dobro wszelkie i krzywdy, i ale, i nadzieje, a Antek milcza zawzicie, a zniecierpliwiona 
szturchna go w rami. 
-pisz to?... 

- Sucham, gadaj se, gadaj, to ci uly! A jak skoczysz, to mi powiedz... 
Hanka, e to paksiwa bya, a i zebrao si jej duo w duszy, buchna paczem i ja mu 
wyrzuca, e mwi do niej jak do dziewki jakiej, e nie dba o ni ani o dzieci. 
A Antek zerwa si na rwne nogi i zawoa urgliwie : 

-Wykrzykuj sobie, te gapy ano ci usysz i poal si nad tob! -Wskaza oczami na 
wrony lecce mimo nad kami, nacisn czapk i wielkimi krokami poszed ku wsi. 
- Antek, Antek! - woaa za nim aonie, ale ani si odwrci. 
Obwina chopaka i popakujc sza miedzami z powrotem do domu; ciko jej byo na 
sercu - ani pogada ani wyali si przed kim na dol swoj. A to czowiek yje cigiem jak 
ten samson, e nawet do ssiadw pj nie pjdzie i pogadaniem serca nie ucieszy. Daby jej 



Antek kumy! Nic, ino sied w chaupie a haruj, a zabiegaj, a jeszcze sowa dobrego nie usyszysz! 
Inne do karczmw chodz a na wesela... a ten Antek... bo to mu dogodzi mona?... 
Czasem taki, e i do rany przy... to znowu cae tygodnie ledwie bknie jakie sowo i ani 
spojrzy... nic, jeno medytuje a medytuje... Prawda, e ma i o czym! Bo i ten ociec nie mgby 
to ju gront im odpisa, nie czas to staremu i na wycug? A dy dogadzaaby mu, e i rodzonemu 
nie byoby u niej lepiej... 

Chciaa przysi do Kuby, ale przypi si plecami do brogu i udawa, e pi, cho mu 
soce wiecio prosto w oczy, dopiero gdy znikna za wgem stodoy, podnis si, otrzepa 
ze somy i wolno j si przebiera pod sadami ku karczmie... palia go ano ta zotwka... 

A karczma staa na kocu wsi, za plebani, na pocztku topolowej drogi. 

Ludzi byo mao co; muzyka czasem pobrzkiwaa, ale nikto nie tacowa jeszcze, za rano 
byo, i modzi woleli gzi si w sadzie albo wystawa na podjedzie i pod cianami, gdzie 
na wieych, tych jeszcze belkach siedziao sporo dziewczyn i kobiet, a w wielgiej izbie z 
czarnym, okopconym puapem pusto prawie byo, mae przepalone szybki przesieway czerwone 
przedzachodnie wiato tak sabo, e ino smuga leaa na powybijanej pododze, a w 
ktach mrok zalega. Jakie ludzie siedzieli za stoami pod cian, ale rozezna nie rozezna, 
kto taki? 

Jeden Jambroy z brackim od wiata stoja pod oknem z buteleczk w garci -przepijali 
gsto do siebie i pogadywali... 

Basy buczay jako ten bk, kiej si wedrze do izby ze dworu i leccy huczy... a czasem 
skrzypka z naga zapiskaa cienko jakoby ptaszek wabicy abo i bbenek zahurkota i pobrzkiwa... 
ale wnet cicho zalegaa. 

Kuba poszed prosto do szynkwasu, za ktrym siedzia Jankiel w jarmuce i w koszuli 
tylko, bo ciepo byo, pogaskiwa siw brod, kiwa si i wyczytywa w ksice, przykadajc 
oczy prawie do samych kart. 

Kuba si namyla, przestpowa z nogi na nog, przelicza pienidze, podrapywa si po 
kotunach i sta tak dugo, a Jankiel spoziera na niego i nie przestajc si kiwa i modli, 
brzkn raz i drugi kieliszkami... 

- Pkwaterek, ino krzepkiej! - zarzdzi wreszcie. 
Jankiel w milczeniu nalewa i lew rk wyciga po pienidze... 
- W szko? - zapyta, zgarnwszy do opaki zaniedziae miedziaki. 
- Juci, e nie w but!... 
Usun si na sam koniec szynkwasu, wypi pierwszy kieliszek, splun i j poglda po 
karczmie; wypi drugi, przyjrza si buteleczce pod wiato, stukn ni mocno. 
-Dajcie no drugi i machorki! -rzek mielej, bo boga ciepo go przeja po gorzace i 
dziwna moc rozlaa mu si po kociach. 

- Zasugi dzisiaj Kuba odebra? 
- Gdzieby... Nowy Rok to? 
- Moe dola araku? 
- Ale... nie chwaci... - Przeliczy pienidze i aonie spojrza na flaszk araku. 
- Poborguj, albo ja to Kuby nie znam!... 
- Nie trzeba... chto borguje, ten si z butw zzuje...-powiedzia ostro. 
Mimo to Jankiel postawi przed nim flaszeczk araku. 
Opiera si, ju nawet bra si wyj, ale jucha harak tak zapachnia, e jae w nosie 
wiercio, wic si i nie zmaga duej, jeno wypi nie medytujc. 

- Zarobilicie w lesie?... - pyta Jankiel cierpliwie. 
-Nie w lesie... ptaszkw, com je w sida chyci, zaniesem dobrodziejowi sze i dali mi 
zotwk... 
- Zotwk za sze! Ja bym za kadego da Kubie dziesitk. 
- Jake, przeciech kuropatwy to koszerne?... - zdumia si. 


Niech Kub gowa o to nie boli... niech tylko przyniesie duo, a za kad dostanie zaraz 
do rki po dziesitce. Asencj postawi na zgod, co? 

-I po caym dziesitku Jankiel zapaci?... 
- Moje sowo nie ten wiatr. A za te sze... to Kuba miaby nie dwa pkwaterki czystej, a 
cztery z arakiem i ledzia, i buk, i paczk machorki... rozumie Kuba?... 
-Juci... cztery pkwaterki z arakiem i ledzia... i...juci, nie bydlem przeciech, to miarkuj... 
rychtyk prawda! Cztery pkwaterki z harakiem... i machorka, i bukw... i caego ledzia... 
- Mroczya go ju wdka i nieco rozbieraa. 
- Przyniesie Kuba?... 
-Cztery pkwaterki... i led... i... Przynies... Cie, ebym to mia strzelb... - ozwa si 
przytomniej i j znowu oblicza - kouch na ten przykad z pi rubli... buty by si zday... ze 
trzy ruble... ni; nie chwaci... a kowal by chcieli z pi rubli za fuzj... tyla co od Rafaa... ni... 
myla gono. 
Jankiel zrobi szybkie obliczenie kred i szepn mu cicho do ucha: 
-Zastrzeliby Kuba sarn?.. 
-Ale, z pici nie zastrzeli, a z fuzji tobym juch ustrzeli... 


- Kuba umie strzeli?... 
- Jankiel jest yd, to i nie wie, a we wsi wiedz wszystkie, e chodziem z dziedzicami do 
boru, e mi ten kulas przestrzelili... to umie umiem... 
-Ja dam strzelb, dam proch, dam, co potrzeba... a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! 
Za sarn dam caego rubla... syszy?... Caego rubla! Za proch Kuba zapaci pitnacie kopiejek 
od sztuki, odtrc... A za to, co si fuzja bdzie psu, to Kuba przyniesie wiartk owsa... 
- Rubla za sarn... a niby ja za proch pitnacie... caego rubla!... niby jak to?... 
Jankiel znowu wylicza mu szczegowo.... 
- Owsa?... Przeciech koniom od pyska nie odejm...to jedno zrozumia. 
- Po co bra koniom ! U Boryny jest i gdzie indziej... 
- To niby... - wytrzeszcza oczy i kalkulowa. 
-Wszystkie tak robi! A Kuba myla, skd parobcy maj pienidze?... Kademu trzeba 
machorki, a kieliszka wdki, a potacowa w niedziel!... To skd wzi?... 
Jake... zodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. zagrzmia nagle bijc pici w st, a 
kieliszki podskoczyy. 

- Co si Kuba rzuci! Niech Kuba paci i idzie sobie do diaba !... 
Ale Kuba nie zapaci i nie poszed, nie mia ju pienidzy i winien by ydowi... to si 
ino spar ciko o szynkwas i j sennie oblicza, a Jankiel udobrucha si i nic ju nie mwi... 


Tymczasem do karczmy napywao coraz wicej ludzi, bo ju mrok gstnia, zapalili 
wiato, muzyka raniej si ozwaa i gwar si podnosi; nard kupi si przy szynkwasie, pod 
cianami albo i zgoa w porodku izby i rai, pogadywa, uala si, a kto niekto i przepija do 
drugiego, ale z rzadka, bo nie na pijastwo przyszli, jeno tak sobie po ssiedzku posta, pogwarzy, 
skrzypic posucha abo i basw, co nieco posysze nowego; niedziela przeciech 
to odpocz ni folg da ciekawoci nie grzech, a choby i ten kieliszek wypi z kumami... 
byle przystojnie i bez obrazy boskiej si oby obyo, to i sam dobrodziej nie broni... Jake, i 
bydl na ten przykad po pracy odpocz rade i musi. A za przy stole zasiedli gospodarze 
starsi i kobiety niektre, przyodziane w czerwone weniaki i chusty, e widziay si jako te 
malwy rozkwite, a e razem wszyscy mwili, to ino szum szed po karczmie, kiejby boru, i 
tupot ng, jakoby bicie cepami w klepisko, i gos tych skrzypic, co cigiem pieway figlujcy. 


- A chto bdzie za mn goni?... za mn goni... 
-Oto ja.:. oto ja... oto ja... -odbkiway stkajc basy, a bbenek trzs si ino, a chichota, 
a baraszkowal i wrzaw czyni brzkadami. 


Niewiela ludzi tacowao, ale tak ostro przytupywali, ae dyle podogi skrzypiay i st 
dygota, e raz w raz flaszki pobrzkiway i wywracay si kieliszki... 

Ale ochoty wielgiej nie byo, bo i okazji, jako to przy weselach bywa abo i zrkowinach, 
nie byo. Tacowali ot tak sobie, la uciechy jednej abo dla wyprostowania ng i grzbietw; 
tylko chopaki, co mieli pn jesieni do wojska stawa, zabawiali si mocniej i pili na frasunek, 
co i nie dziwota, bo mieli ich w tyli wiat pogna, do obcych. 

A wjtw brat najgoniej wykrzykiwa, a po nim Marcin Biaek, Tomek Sikora i Pawe 
Boryna, stryjeczny Antka, ktren i sam przyszed do karczmy o zmroku, tylko e nie tacowa 
dzisiaj, a siedzia w alkierzu, z kowalem i z drugimi, i Franek mynarczyk, niski, krpy i kdzierzawy, 
ten ci gadatywus by najwikszy i zberenik, i kpiarz, i na dzieuchy tak akomy, e 
czsto gsto pysk mia zbity i podrapany. Ale e dzisiaj ochla si zaraz miejsca, jak to nieboskie 
stworzenie, to ino ta przy szynkwasie z grub Magd od organisty, ktra bya ju w szstym 
miesicu. 

Dobrodziej ju to wypomina na ambonie i nagania go do oenku, ale Franek sucha nie 
chcia, e to do wojska stawa mia jesieni, to co mu ta po babie... 

Magdusia wanie cigna go w kt, do nalepy, i cosik mu mwia paczcym gosem, a 
on jej na to raz w raz powiada: 

- Gupia! Nie lataem za tob . Chrzciny zapac i z rubla rzuc, jak mi si spodoba!... -
Nieprzytomny by i pchn j, a przysiada na nalepie komina w podle Kuby, ktren ju spa 
w popiele, a z nogami na izbie -chlipaa tam sobie cicho, a Franek poszed znowu pi i bra 
dziewczyny do taca -gospodarskie nie chciay bo mynarczyk, c to? Parobek prawie. A 
proste dziewki te, bo pijany by i w tacu zbereestwa czyni, to ino splun i wzi si z 
Jambroym caowa i z gospodarzami, ktrzy e mieli w mynie zboe, stawiali swoje... 

-Wypijcie, Franek, a zmielcie rychlej, bo ju mi baba gow koacze, e na kluski nie ma 
i dziebka mki. 

- A moja o kasz cigiem mi turkocze... 
- e to i ospa la karmika potrzebna... -. mwi trzeci. 
Franek pi, obiecywa i przechwala si gono, e we mynie wszystko idzie jego gow, 
e mynarz sucha go musi, bo jakby nie... to on zna takie sztuki, e robaki zalgn si w 
skrzyniach... woda wyschnie... ryby wyzdychaj, skoro jeno chuchnie na staw... mka si tak 
zwarzy, e i placka z niej nie upiecze... 

-Oskubaabym ci ten eb barani, eby mnie tak zrobi! -wykrzykna Jagustynka, ktra 
zawsze bywaa tam, gdzie i wszyscy, bo chocia nie pijaa, e to mao kiedy by ten grosz 
gotowy, ale zdarzy si mogo ,co kum postawi pkwaterk jak albo powinowaty drug bo 
si jej ostrego jzyka bali. To i Franek ,cho by pijany a zlk si jej i zamilkn ,bo wiedziaa 
o nim rne rnoci ,jak to we mynie gospodarzy ,a ona ,e to ju bya podpita nieco 
,uja si pod boki przytupywaa w takt i nu wykrzykiwa 
-Tacuj kiej muchy w smole! Jewka, a ruchaje si. Ganiaa gdziesik po nocy, a teraz 
pi w tacu. Tomek! A prdzej! A to ci tak ciy ta wiartka, co j Janklowi sprzeda, co?... 
Nie bj si, ociec jeszcze nie wiedz. Marysia! Zadawaj si z rekrutami, zadawaj, a pro m z 
miejsca na kum... 
I tak dalej dogryzaa po kolei tanecznikom; niepomiarkowana bya i za na wszystkich, e 
to dzieci j skrzywdziy, a ona na staro na wyrobek chodzi musiaa, ale e nikto nie odpowiada, 
wykrzyczaa si i posza do alkierza, gdzie siedzia kowal z Antkiem i kilku modszych 
gospodarzy. 

Lampa wisiaa u czarnego puapu i mdym tawym wiatem rozjaniaa jasne, powichrzone 
gowy -siedzieli dokoa stou, wsparli si mocno na rkach wszyscy oczy utkwili w 
kowala, ktren pochylony nad stoem, czerwony, rozkada szeroko rce, czasem bi pici i 
gada z cicha: 



-Prawd mwi, bo tak stoi w gazecie wypisane, wyranie jak w... Nie tak ludzie yj 
we wiecie jak u nas, nie: 
-Co jest? Dziedzic ci panuje, ksidz ci panuje, urzdnik ci panuje - a ty ino rb a z godu 
zdychaj i kademu si nisko kaniaj, eby po bie nie oberwa... 
A grontu mao, e niedugo to i po zagonie na czowieka nie starczy! 

- A dziedzic ma sam wicej ni dwie wsie razem... 
- Powiadali wczoraj na sdach, e nadawa bd nowe grunta. 
- Jakie? 
- Czyje by - a dworskie!-
Ale! Dalita dziedzicom, to odbiera bdzieta! Ale cudzym ju si rzdz -krzykna 
Jagustynka nachylajc si do nich ze miechem. 
-...I sami si rzdz -cign dalej kowal nie zwaajc na babie powiedzenie nic -a 
wszyscy we szkoach si ucz, we dworach mieszkaj i panami s... 

- Gdzie to tak? - zapytaa Antka, ktren zaraz z kraju siedzia. 
- W ciepych krajach! - odrzuci. 
-To kiej tak dobrze, czemu to kowal tam nie pojecha, co?... Smoluch jucha, e jak ten 
pies i tumani, a wy gupie wierzyta! - zawoaa namitnie. 
- Mwi po dobremu: idcie sobie, Jagustynko, skdecie przyszli... 
-A nie pjd! Karczma la wszystkich, a ja taka dobra za swoje trzy grosze jak i ty! Ale, 
nauczyciel jaki, ydom si wysuguje, z urzdnikami trzyma, o staj czapk przed dziedzicem 
zdejmuje, a te mu wierz!... Pyskacz jeden!...Wiem ja... - ale ju nie skoczya, bo j kowal 
krzepko uj pod ebra, nog otworzy drzwi i wyrzuci do wielkiej izby, e pada jak duga w 
porodku. 
Nie pomstowaa nawet, tylko powstawszy rzeka wesoo: 

- Krzepki jucha kiej ko, zdaby mi si taki na chopa... 
Nard gruchn miechem, a ona wysza zaraz pomstujc z cicha. 
Ale ju i karczma pustoszaa, muzyka zmilka, ludzie si rozchodzili do domw, to stawali 
kupkami przed karczm, bo to i wieczr by ciepy i jasny, ksiyc wieci, tylko rekruci 
jeszcze ostali i pili na umr i wykrzykiwali, a Jambroy, spity jako bydl, wylaz na rodek 
drogi i wypiewywa, taczajc si ze strony na stron. 

A i ci z alkierza, z kowalem na czele, wyszli. 

Potem, kiedy ju Jankiel pocz. gasi wiata, rekruci si wytoczyli, ujli si mocno pod 
rce i szli ca drog piewajcy z garda wszystkiego, ae psy ujaday i jaki taki z chaupy 
wyjrza... 

Kuba tylko spa wci w popiele tak krzepko, a go Jankiel budzi musia, ale parobek 
wsta nie chcia, kopa, to grzmoci w powietrze i mrucza: 

-Pdzi, ydzie. Jak chc, tak spa bd... gospodarz jestem, to wol swoj mam, a ty 
tek i parch!... 
Wiadro wody pomogo, e wsta i wytrzewia nieco, jeno ze strachem a zdumieniem 
sucha, jako caego rubla przepi - ktrego winien jest... 

-Jake?... dwa pkwaterki z harakiem... caego ledzia... machorki... i jeszcze dwa pkwaterki... 
to ju cay rubel?... Jake?... dwa... - majaczyo mu si. 
Jankiel przekona go w kocu i porozumieli si co do strzelby, ktr yd mia mu przywie 
z jarmarku, a na zgod postawi esencji ze spirytusem... 
Tylko owsa stanowczo Kuba przynosi nie obiecywa. 

- Ociec Kubw zodziej nie by, to i syn jego zodziej nie jest. 
-Idcie ju sobie, czas spa... a ja mam jeszcze pacierze odmawia... 
-Ci!... spekulant jaki! Do zodziejstwa namawia, a pacierze mwi bdzie... -mrucza 
idc ku domowi i j sobie przypomina i kalkulowa, bo nijak nie chciao mu si w gowie 
pomieci, e caego rubla przepi... ale e jeszcze nie wytrzewia i powietrze go rozebrao, 


to potacza si dziebko, a i raz w raz wazi na poty, to na budulec lecy gdzieniegdzie 
przed chaupami i kl... 

-eby was, juchy, pokrcio!... ajdusy jedne... eby tak drog pozastawia!... nic, jeno 
si pochlay... zbereniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej...-tu si zastanowi 
dugo i miarkowa, a i wreszcie chycio si go rozeznanie i ao taka, a przystan, 
oglda si dookoa, pochyla szukajc czego by twardego do rki... ale zapomnia wnet i 
chwyci si za kudy, i j si pra po pysku kuakiem i wykrzykiwa: 
-Pijanica jeste i winia zapowietrzona! Do dobrodzieja ci zawlek, niech ci wypomni 
przed caym narodem, e pies i pijanica... e dwa po dwa pkwaterki... e caego rubla 
przepi... e jako to bydl abo i gorszy!... e. . 
I ao z naga go obja nad sob, e przysiad na drodze i buchn paczem. 

Jasny, ogromny ksiyc pyn w przestrzeniach ciemnych, a gdzieniegdzie, z rzadka 
kieby srebrne gwodzie, gwiazdy byskay; mgy szar, nik przdz motay si nad wsi i 
przeson powlekay nad wodami. Niezgbiona cicho nocy jesiennej przejmowaa wiat, 
tylko gdzieniegdzie wyryway si piewy wracajcych z karczmy albo ujadania psw. 

A na drodze przed karczm Jambroy tacza si ze strony na stron i piewa wci, nieustannie, 
a do wytrzewienia: 

Da Mary moja, Mary! 
Da komu piwo warzysz? 
Da komu piwo warzysz?.. 
Da Mary moja, Mary!... 

ROZDZIA 5 

Jesie sza coraz gbsza. 

Blade dnie wleky si przez puste, oguche pola i przymieray w lasach coraz cichsze, 
coraz bladsze - niby te wite Hostie w dogasajcych brzaskach gromnic. 

A co witanie - dzie wstawa leniwiej, stay od chodu i cay w szronach, i w bolesnej 
cichoci ziemi zamierajcej; soce blade i cikie wykwitao z gbin w wiecach wron i 
kawek, co si zryway gdzie znad zrz, leciay nisko nad polami i krakay gucho, dugo, 
aonie... a za nimi bieg ostry, zimny wiatr, mci wody stae, warzy resztki zieleni i rwa 
ostatnie licie topolom pochylonym nad drogami, e spyway cicho niby za - krwawe zy 
umarego lata, i paday ciko na ziemi. 

-A co witanie - wsie budziy si pniej: leniwiej bydo szo na pasz, ciszej skrzypiay 
wierzeje i ciszej brzmiay gosy przytumione martwot i pustk pl, i ciszej, trwoniej ttnio 
ycie samo -a niekiedy przed chaupami albo i w polach widni byli ludzie, jak przystawali 
nagle i patrzyli dugo w dal omroczon, sin... albo i te rogate, potne by podnosiy si od 
traw pokych i przeuwajc z wolna, zatapiay lepia w przestrze dalek... dalek...i kiedy 
niekiedy guchy, aosny ryk tuk si po pustych polach. 
A co witanie -mroczniej byo i zimniej, i niej dymy rozsnuway si po nagich sadach, i 
wicej ptakw zlatywao do wsi i szukao schronienia po stodoach i brogach, a wrony siaday 
na kalenicach, to wieszay si na nagich drzewach lub kryy nad ziemi kraczc gucho jakoby 
pie zimy piewajc aosn. 

Poudnia byy soneczne, ale tak martwe i nieme, e poszumy lasw dochodziy guchym 
szmerem i bekot rzeki rozlega si jak kanie bolesne, a szcztki babiego lata rway si nie 
wiadomo skd i przepaday w ostrych, zimnych cieniach chaup. 



A smtek konania by w tych poudniach cichych, na pustych drogach leao milczenie, a 
w odartych z lici sadach czaia si gboka melancholia aoci i trwogi zarazem. 

I czsto, coraz czciej niebo powlekao si burymi chmurami, e ju o letnim podwieczorku 
musiano schodzi z pl, bo mrok ogarnia wiat... 

Doorywano podorwki, e niektry kad skib ostatni ju o gstym mroku, a wracajc 
do dom obziera si jeszcze za si za rol i egna j westchnieniem do wiosny. 

A na przedwieczerz czsto spaday deszcze, krtkie byy jeszcze, ale zimne i coraz czciej 
przecigay si do zmroku - do dugiego jesiennego zmroku, w ktrym jak kwiaty zote 
pony okna chat i szkliy si kauami puste drogi -a mokra zimna noc tuka si o ciany i 
pojkiwaa w sadach. 

Nawet ten bociek z przetrconym skrzydem, co si by osta i ktrego widywano samotnie 
brodzcym po kach, przychodzi j pod brg Boryny abo i zasi na samo podwrze, 
gdzie mu Witek skwapliwie podrzuca na przynt jado. 

A i dziady rne coraz czciej nawiedzay wie; i te zwyczajne, proszalne, co z torb 
gbok i z pacierzem dugim szy od drzwi do drzwi, przeprowadzane ujadaniem pieskw - a 
byy i drugie, insze, takie, co od miejsc witych cigny i znay Ostr Bram, Czstochow i 
Kalwari, a rade opowiaday dugimi wieczorami, co si gdzie we wiecie dzieje i jakie cuda 
si gdzie stay, a trafia si niekiedy i taki, ktren po cichu powiada si a z Ziemi witej i 
takie cudeka prawi, takie kraje zna, przez takie wielgachne morza jecha, tyla przygd dozna, 
e a dziw ogarnia suchajcych pobonie, a niejednemu i uwierzy byo trudno w to 
wszystko... Ale chciwie sucha, jako e kaden rad si czego nowego dowiedzia, a i wieczory 
byy dugie, i do witu wyspa si jeszcze mona byo choby i na oba boki. 

Hej ! Jesie to bya, pna jesie ! 

I ani przypiewkw, ni pokrzykw wesoych, ni tego ptaszkw piukania, ni nawoywa 
nie sycha byo we wsi - nic, jeno ten wiatr, pojkujcy w strzechach, jeno te dde, sypice 
jakoby szkliwem po szybach, i to guche, wzmagajce si co dnia bicie cepw po stodoach. 

Lipce martwiay rwno, jako te pola oklne, co wyczerpane, szare, odarte w odpocznieniu 
leay i cichoci tenia; jako te drzewiny nagie, poskrcane, aobne, drtwiejce z wolna 
na dug, dug zim... 

Jesie to bya, rodzona matka zimy. 

Ino si tym pokrzepiano, e nie ma jeszcze pluchy, e drogi nie bardzo rozmiky i moe 
wytrzyma pogoda do jarmarku, na ktren cae Lipce si wybieray, jakby na odpust jaki. 

Bo jarmark mia by na wit Kordul, walny i ostatni ju przed Godami, wic si na 
wszyscy szykowali naleycie. 

Ju na par dni przedtem deliberowano po wsi, co by si sprzeda dao, czy z inwentarza, 
czy z ziarna abo te z drobnego przychwku. A e na zim szo, to i kupowa trza byo niemao 
i z przyodziewku, i ze sprztw, i z rnych rnoci gospodarskich, z czego i rne 
turbacje poszy, i swary, i ktnie po chaupach, bo wiadomo przeciech, e u nikogj si nie 
przelewa a o grosz gotowy coraz to trudniej. 

A tu i rychtyk w ten czas i paci przychodzio podatki, to gminne skadki i spaty rne 
midzy sob, a czsto i przednwkowe poyczki, a jak niejeden to i zasugi subie - tyla tego 
razem, e niektren, choby i z pwkowych, ciko wzdycha i kalkulowa, a nic nie wychodzio 
bez wyprowadzenia na jarmark konia abo i krowy, a ju o biedniejszych to i nie ma 
co rzec. 

Wic te i jaki taki wyprowadza krowin przed obor, wyciera jej ognojone boki wiechetkiem 
i na noc przyrzuca koniczyny, to gotowanego jczmienia z kartoflami. byle jeno 
wypczniaa dziebko; ktren znw przysposabia stare, polepe cakiem wywoki, eby 
chyla tyla do koni byy podobne na ten przykad. Insze znowu mciy zawzicie dnie cae, 
eby zdy na jarmark. 



I u Borynw sposobiono si ranie; stary z Kub domca pszenicy, a Jzka z Hank, co 
im ino czasu ostawao, to podpasay macior i te gski wybrane z ostawianych na chowanie, 
Antek za z Witkiem, e to leda dzie spodziewano si deszczw; jedzili do boru po susz na 
ogie i po cik, z ktrej co poszo do obory, a reszt zwalali pod chaup do ogacenia 
cian. 

I tak ta przyspieszona robota trwaa a do pna w noc ostatni przed jarmarkiem; dopiero 
gdy pszenica ju we worach leaa na wozie wtoczonym do stodoy i wszystko byo przyrzdzone 
na jutro - siedli wszyscy razem do wieczerzy w Borynowej izbie. 

Na kominie buzowa si wesoy ogie ze wierczyny, potrzaskujcy cigiem, a oni jedli 
wolno i w milczeniu, ze to po spracowaniu nikomu si odzywa nie chciao, a dopiero kiedy 
skoczyli i gdy ju kobiety posprztay miski i garnki z awy, Boryna rzek, co nieco przysuwajc 
si do komina: 

- Przed witaniem trza ruszy! 
-Juci, e nie pniej -odrzek Antek i zabra si do smarowania uprzy, Kuba struga 
bijak do cepw, a Witek obiera kartofle na rano i raz w raz poszturchiwa ap, ktren lea 
obok i wybiera sobie pchy zbami. 
Cicho si uczynia, e ino ogie trzaska i wierszcze za kominem poskrzypiway niekiedy, 
a z drugiej strony domu dochodzi plusk wody i szczkanie mytych garnkw. 

- Kuba, ostaniesz to w subie duej, co? 
Kuba spuci onik, ktrym struga, i zapatrzy si w ogie tak dugo, a Boryna mu 
przypomnia. 

- Syszae, com ci rzek? 
-Sysze syszaem, ino tak w gow zachodz, e po prawdzie to krzywdy mi nijakiej u 
was nie byo... Juci, ale ino... - urwa zakopotany. 
-Jzia, daj no gorzaki i co przegry, co mamy na sucho radzi, kiej ydy jakie - zarzdzi 
stary i przysun przed komin awk, na ktrej Jzia wnet postawia butelk, wianek kiebasy 
i chleb. 
- Napij si, Kuba, i rzeknij swoje sowo. 
- Bg zapa, gospodarzu... Osta, tobym si osta, ino...ino... 
-Postpi ci co nieco!... 
-Przyda by si przydao, bo to i kouch zlatuje ze mnie., i buciska te, a i kapot jaki kupibym... 
ju jak ten dziadak jaki jest czowiek, e nawet do kocioa i, to ino do kruchty... 
bo jake mi przed otarz w takim obleczeniu... 
-A w niedziel nie baczye na to, ino si pcha tam, gdzie najpierwsze... - rzek surowo 
Boryna. 
- Juci... Hale... Prawda... - bka srodze zawstydzony i ciemny rumieniec obla mu twarz. 
-A to i dobrodziej naucza, eby szanowa starszych. Napij no si, Kuba, na zgod i suchaj, 
co rzekn, a sam si pomiarkujesz, e co parobek, to nie gospodarz... Kuden ma swoje 
miejsce i la kadego co innego Pan Jezus wyznaczy. Wyznaczy ci Pan Jezus twoje, to go si 
pilnuj i nie przestpuj, na pierwsze miejsce si nie pchaj i nie wyno si nad drugie -bo 
zgrzeszysz ciko. I sam dobrodziej ci powtrzy to samo, e tak by musi, bych porzdek na 
wiecie by. Miarkujesz se, Kuba? 
- Nie bydlem przeciech i swoje pomylenie mam. 
- To bacze, by si nad drugie nie wynosi. 
-I... inom bliej otarza chcia by... 
-Pan Jezus z kadego kta syszy, nie bj si. I po co si pcha midzy najpierwsze, kiej 
wszyscy wiedz, kto jest? 
-Juci, juci... gospodarzem bybym, to i baldach nosi bym nosi, a i dobrodzieja pod 
pach wid, i w awkach siada, i z ksiki gono piewa... a em ino parobek, chocia i syn 
gospodarski, to mi w kruchcie sta abo przed drzwiami, jako te pieski... - powiedzia smutno. 


- Takie ju na wiecie urzdzenie jest i nie twoja gowa zmieni. 
- Pewnie, e nie moja, pewnie. 
- Napij si jeszcze, Kuba, i rzeknij, co ci mam zasug doda. 
Kuba wypi, ale e go ju nieco zamroczya gorzaka, to uwidziao mu si, e w karczmie 
siedzi z Michaem od organisty abo i z drugim kamratem i rajcuj se swobodnie, wesoo, jak 
rwny z rwnym. Rociebn dziebko kapot, wycign nogi, buchn pici w awk i 
zakrzykn: 

- Cztery papierki i rubla zadatku dooy - to ostan. 
-Widzi mi si, e pijany abo ci si w gowie popsuo - zawoa. Boryna, ale Kuba szed 
ju za myl swoj i dawnym marzeniem, a zreszt nie sysza gospodarskiego gosu, wic 
rozprostowywa skurczon dusz, rs w ambit i tak pewno siebie, jakoby samym gospodarzem 
si poczu. 
-Cztery papierki i jeszcze jeden zadatku dooy, to u niego ostan, a nie, to psiachma na 
jarmark pjd i sub se znajd, choby i na furmana do cugowych we dworze... Znaj mi, 
iem robotny i na wszystkim w polu czy kiele domu si znajcy, e niejednemu gospodarzowi 
bydo pa u mnie -a uczy si... A nie, to ptaszki strzela bd i dobrodziejowi nosi abo i 
Janklowi... a nie... 
- Cie... Kuternoga jeden, jak bryka. Kuba! - krzykn ostro stary. 
Kuba zamilk, wytrzewia z rozmarzenia, ale hardoci nie straci, bo j si nieustpliwym 
czyni, e Boryna rad nierad dorzuca mu po prublu, to po zotwce, a i stano, e 
obieca mu na przyszy rok dooy trzy ruble i dwie koszule miasto zadatku. 

-Ho, ho, ptaszek z ciebie -woa stary przepijajc do niego na zgod, cho zy by, e 
tyla pienidzy wywali musi, ale wagowa si nie byo co, bo Kuba warta i wicej, robotny 
parob, choby i za dwch, gospodarskiego nie ruszy i o inwentarz dba wicej nili o siebie, 
cho i kulawy by, i mocy wielkiej nie mia, ale na gospodarstwie si zna - mona si cakiem 
spuci na niego, e wszystko, jak przynaleao, zrobi i jeszcze najemnika przypilnuje. 
Poradzili jeszcze o tym i o owym, i gdy si rozchodzili, Kuba ju ode drzwi niemiao 
cakiem si ozwa: 

-Zgoda na trzy ruble i dwie koszule, ino... ino... nie przedawajcie rebicy... przy mnie si 
ulga... kouchem swoim przyodziewaem, eby nie przemarza... tobym nie cierpia, eby 
j yd jaki bija libo i achmytek z miasta... Nie sprzedawajcie... zoto, nie rebica... kiej ten 
dzieciak posuszna... ko taki, e i drugi czowiek - prosty pies przy niej. Nie sprzedawajcie... 
- Ani mi to w gowie nie postao. 
- Bo w karczmie powiedali i... bojaem si... 
- Opiekuny, psiekrwie, zawdy najlepiej wiedz! 
Kuba byby go za nogi uapi z radoci, ino mie nie mia, to nadzia czap i poszed rycho, 
jako e i czas byo spa baczc na jarmark jutrzejszy. 
Jako i nazajutrz, jeszcze przed witaniem, e nieledwie po drugich kurach, a ju na 
wszystkich drogach i ciekach do Tymowa ruszali si ludzie. 

Kto jeno y, to z caej okolicy wali na jarmark. 

Nad ranem upad mocny deszcz, ale po wschodzie przetaro si nieco, ino niebo byo zasnute 
burymi chmurzyskami, a nad nizinnymi ziemiami wsiay mgy szare, kieby zgrzebne 
ptna, do cna przemike, i po drogach szkliy si kaue, a gdzieniegdzie po dokach boto 
chlupao pod nogami. 

I z Lipiec wychodzono od wczesnego rana. 

Na topolowej drodze za kocioem i hen, a do lasw, widny by acuch wozw, toczcych 
si wolno, krok za krokiem, taka ciba bya, a bokami, po obu stronach, ino si mienio 
od czerwonych weniakw i biaych kapot chopskich. 

Tyla narodu szo, jakby wie caa wychodzia. 



Szli gospodarze co biedniejsi, szy kobiety, szy parobki i dziewczyny, i komornicy te 
szli, a i biedota sama -najemnicy tako cignli, bo jarmark to by ten, na ktrym godzono si 
do robt i zmieniano suby. 

Kto co kupi, kto sprzeda, a jensi byle jarmarku uy. 

Ktren wid na postronku krowin albo i cioaka, kto za gna przed sob macior z pro-
sitami, co ino pokwikiway i rway si tak, e trza je byo cigiem ogania i strowa, bych 
pod wozy nie wpady; jenszy czapa si na szkapie; drugie oganiay wystrzyone barany, 
gdzieniegdzie za bielio si stadko gsi z podwizanymi skrzydami, to grzebieniaste koguty 
wyzieray spod zapasek kobiecych... A i wozy niezgorzej jechay wyadowane, raz w raz z 
jakiego pkoszka spod somy wyziera ryj karmnika i kwicza, a gsi ggay zestrachane i 
psy, co szy zarwno z ludmi, doszczekiwa poczynay przy wozach I szli tak ca drog, e 
cho szeroka bya, a pomieci si trudno wszystkim byo, e jaki taki schodzi na pole w 
bruzdy. 

O duym ju dniu, kiej si tak przetaro na niebie, e ino, ino soca byo patrze, wyszed 
i Boryna z chaupy; przdzi ju, bo o witaniu, Hanka z Jzk pognay macior i podpasionego 
wieprzka, a Antek powiz dziesi workw pszenicy i p korczyka czerwonej koniczyny. 
W domu ostawa tylko Kuba z Witkiem i Jagustynka, przywoana, eby je uwarzya 
i krw dojrzaa. 

Witek becza w gos pod obor, bo chciao mu si na jarmark. 

- Czego si to gupiemu zachciewa! - mrukn Boryna, przeegna si i poszed pieszo, bo 
liczy, e si po drodze przysidzie do kogo; jako i zaraz tak si stao, bo tu za karczm 
dopdzi go organista, jadcy bryczk w par tgich koni. 
- C to, na piechty, Macieju? 
-La zdrowia... Niech bdzie pochwalony. 
- Na wieki. Siadajcie z nami, zmiecimy si! - proponowaa organicina. 
- Bg zapa. Doszedbym, ale jak powiadaj, zawdy milej duszy, kiej j wz ruszy - odrzek 
sadowic si na przednim siedzeniu, plecami do koni. 

Podali sobie przyjanie rce z organistami i konie ruszyy. 

-A pan Ja skd si wzi, to ju nie w klasach? -zapyta chopca, siedzcego z parob


kiem i powocego. 

- Przyjechaem tylko na jarmark! - zawoa wesoo organiciuch. 
- Zayjcie, francuska... - proponowa organista pstrzykajc w tabakierk. 
Zayli i pokichali solennie. 
- C tam u was? Sprzedajecie co dzisiaj? 
- Boga ta nie, powieli do dnia pszenic, a kobiety pognay wini. 
- A tyle! - wykrzykna organicina. - Jasiu, we szalik, bo chodno! - zawoaa do syna. 
-Ciepo mi, zupenie ciepo -zapewnia, lecz mimo to okrcia mu czerwonym szalem 
szyj. 

- Abo to wychody mae? Ju nie wiada, skci bra na wszystko... 
- Nie narzekajcie, Macieju, chwali Boga, macie dosy... 
- Przeciech tej ziemi nie ugryz, a gotowego grosza w zapasie nie ma. 
- Bo rozpoyczacie... mao to macie po ludziach?... Wiedz ssiedzi, jak kto siedzi!... 
Ale Boryna, nierad tym wypominkom przy parobku, pochyli si szybko i cicho zapyta: 
- A pan Ja dugo bdzie jeszcze w klasach? 
-Do wit jeno. 
- Wrci do dom czy te do urzdu pjdzie? 
-Moiciewy, a c by w domu robi na tych pitnastu morgach. A mao to jeszcze drobiazgu!... 
A czasy cikie, jak z kamienia... - westchna. 
- Bo i prawda, chrztw to ta jeszcze jest dosy, ale co z tego za profit! 
- Pochwkw nie brakuje przeciech - dorzuci ironicznie Boryna. 


-I... co za pochowki, sama biedota mrze, a ledwie par razy w rok zdarzy si jaki gospodarski 
pogrzeb, z ktrego co kapnie. 
- A i wotyw coraz mniej, a i targuj si jak te ydy! - dorzucia. 
- Z biedy to wszystko idzie i ze zych czasw .- usprawiedliwia Boryna. 
-Ale i z tego, e ludzie o zbawienie swoje ani tych w czycu ostajcych nie zabiegaj. 
Proboszcz nieraz o tym mwi do mojego. 
-I dworw coraz mniej. Dawniej, kiedy si jedzio po snopkach czy z opatkami, czy po 
koldzie, czy te po spisie -to jak w dym do dworu - nie aowali i zboa, i pienidzy, i leguminy. 
A teraz, Boe zmiuj si, kady gospodarz si kurczy i jak ci da snopczyn yta, to 
pewnie zjedzon przez myszy, a jak t wiartczyn owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim 
wicej nili ziarna. Niech ona powie, jakie mi to jajka dawali lato za spis wielkanocny wicej 
ni poowa bya zbukw. eby czowiek nie mia tej trochy gruntu, toby jak dziad ebra 
musia - zakoczy podsuwajc Borynie tabakierk. 
-Juci, juci... - potakiwa Boryna, ale nie jego tumani, wiedzia ci on dobrze, e organista 
pienidze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpoycza, to ino umiecha 
si na te wyrzekania i znowu spyta o Jasia... 
-I c, do urzdu pjdzie?... 
-Co? Mj Ja do urzdu, na pisarka? Nie po tom sobie od gby odejmowaa, eby skoczy 
szkoy, nie. Do seminarium pjdzie na ksidza... 
- Na ksidza! 
- A bo mu to le bdzie? A bo to ktren ksidz ma le?... 
-Pewnie, pewnie... a i honor jest, i to, jak powiadaj, e kto ma ksidza w rodzie, temu 
bieda nie dobodzie... powiedzia wolno i z szacunkiem poglda przez rami na chopaka, 
pogwizdujcego koniom, e to przystany nieco dla potrzeby swojej... 
-Mwili, e i mynarzw Stacho ksidzem mia by a teraz jest pono we wielgich szkoach 
i na dochtora praktykuje... 

-Ale, ksidzem by by takiemu ajdusowi, przecie moja Magda jest ju w szstym miesicu, 
i to od niego... 
- Powiedali, e to od mynarczyka. 
-Ale, prawda bya, mynarzowa tak gada, eby swojego zasoni. Rozpustnik to, e niech 
rka boska broni, prawie mu i na doktora. 
-Juci, e ksidzem by lepiej, bo to i Panu Jezusowi chwaa, i ludziom na pociech pogaska 
j chytrze Boryna, bo co si tam mia spiera z kobiet, i cakiem uwanie sucha 
jej wywodw, a organista raz po raz uchyla czapki i gonym: Na wieki! odpowiada na 
pozdrowienia wymijanych ludzi. Jechali truchtem i Jasio chwacko wymija wozy, to ludzi, to 
inwentarz prowadzony, a dopad lasu, gdzie ju luniej byo i droga szersza. 

Zaraz na skraju dopdzili Dominikow, jechaa z Jagn i Szymkiem, a krowa uwizana 
za rogi sza za wozem, z ktrego wyglday biae szyje gsiorw, cigiem syczcych, jako te 
mije. 

Pochwalili Boga, a Boryna a si wychyli przy mijaniu i zawoa: 

- Spnita si! 
- Zdym na czas! - odkrzykna Jagna ze miechem. 
Przejechali, ale organiciuch par razy obraca si za ni, a w kocu spyta: 
- To Jagusia Dominikowa? 
- Ona ci sama, ona - powiedzia Boryna patrzc z oddalenia na ni. 
- Nie poznaem, bo dobrze ju ze dwa lata jej nie widziaem. 
-Mdka to jest jeszcze, a wtedy bydo pasaa. Rozbuchaa si ino, kiej jaowica na koniczynie 
- i a si wychyli, eby spojrze na ni. 
- Bardzo adna - rzuci chopak. 
- Jak wszystkie dziewki - powiedziaa organicina pogardliwie. 


-Juci, e gadka. Udaa si dzieucha, tote nie ma tygodnia, eby kto do niej z wdk 
nie posya. 
-Przebierna! Stara myli, e co najmniej to ju jaki rzdca zjedzie po ni, i parobkw odgania... 
- szepna zjadliwie. 
- Bo mgby j wzi i taki, co siedzi choby i na wce... warta tego... 
-To tylko wam posa swatw, Macieju, kiedy j tak chwalicie! -zacza si mia; a 
Boryna ju si nie ozwa ni sowem. 
-Hale, taki tam achmytek miescki, wielga mi osoba, co ino gospodarskim kurom pod 
ogon uwaa, czy la niej jajkw nie nies, abo i ludziom w garcie, bdzie si ta przekpiwaa z 
rodowych gospodarzy! Wara ci od Jagusi!-myla, zelony silnie, i ino poglda przed si, na 
czerwieniejcy zapaskami wz Dominikowej, ktren ostawa coraz dalej, bo Jasio tgo pray 
konie, e rway z kopyta, a si boto otwierao. 
Prno organicina pogadywaa o tym i owym, kiwa gow, cosik tam mamrota pod nosem 
i tak si zawzi, e ozwa si nie chcia ni sowem jednym. 
I skoro tylko wjechali na wyboisty bruk miasteczka, zesiad z bryczki i j dzikowa za 
podwiezienie. 

- Pod wieczr wracamy, chcecie, to si przysidcie do nas - proponowaa. 
-Bg zapa, mam przeciech swoje konie. Powiedziay by, e si do kalikowania godz, 
na pomocnika organicie.... a ja ta nuty nijakiej nie wycign i wiecw gasi nienauczny... 
Pojechali w boczn uliczk, a on si z wolna przedziera przez gwn, do rynku, bo jar-
mark by sielny i cho to jeszcze do rano, a narodu ju si gstwio niezgorzej; wszystkie 
ulice, place, zauki i podwrza zawalone byy ludmi, wozami i towarem rnym - nic, jeno ta 
wielka woda, do ktrej cigiem jeszcze ze wszystkich stron dopyway nowe rzeki ludzkie i 
cieniy si, kolebay, toczyy po ciasnych uliczkach, ae domy si trz zday i rozleway po 
wielkim placu klasztornym. Niewielkie jeszcze po drodze boto, tutaj bite i rozrabiane tysicami 
ng, byo ju po kostki i tryskao spod-k na wszystkie strony. 

Gwar ju by znaczny, a wzmaga si z kad chwil; gucha wrzawa huczaa niby br, 
kiej morze si kolebaa, bia o ciany domw i przewalaa z koca w koniec, e tylko niekiedy 
sycha byo ryki krw, to granie katarynki przy karuzeli, to paczliwe lamentacje dziadw 
albo ostre, przenikajce piszczaki koszykarzy. 

Jarmark by wielki, co si zowie, narodu skupio si tyla, e i przej byo nieatwo, a ju 
w rynku pod klasztorem to Boryna przez si pcha si musia, taki gszcz si czyni midzy 
kramami. 

Byo te tego, e ani przeliczy, ni obj - gdzieby za tam kto poradzi. 

A najpierwej te pcienne, wysokie budy, co stay wzdu klasztoru we dwa rzdy, zapchane 
cakiem towarem kobiecym -a ptnami, a chustkami, co wisiay na erdkach i jako te 
maki byy czerwone, e a si w oczach mio, a drugie zasi cakiem te si widziay, a 
insze buraczkowe... i kto je tam wszystkie spamita! A dzieuch i kobiet peno tu przed nimi, 
e i kija nie byo gdzie wrazi - ktra targowaa i wybieraa sobie, a drugie aby ino popatrze i 
oczy se ucieszy licznociami. 

A potem znw szy kramy, co si a lniy od paciorkw, lusterek, szychw, a wstek, a 
kryzkw onych na szyj, a kwiatuszkw zielonych, zotych i rnych... a czepkw i Bg ta 
wie czego jeszcze. 

Gdzie znowu wite obrazy przedawali w pozocistych ramach i za szkem, e cho stay 
pod cianami albo i zgoa na ziemi leay, a szed od nich blask, e jaki taki do czapki siga i 
znak krzya czyni witego. 

Boryna kupi jedwabn chustk na gow dla Jzki, ktr by jeszcze na zwiesn obieca 
dziewczynie za pasionk, wsadzi za pazuch i j si przepycha do targowiska wiskiego, 
co byo za klasztorem. 

Ale szed wolno, e to ciba bya sroga i e si popatrze byo na co. 



Gdzie czapnicy pod domami porozwieszali szerokie drabiny, zawieszone od gry do dou 
czapkami. 

Gdzie znw szewcy tworzyli ca ulic wysokich kozw drewnianych, na ktrych, sczepione 
za uszy, wisiay szeregi butw, i takich zwyczajnych, tych do smarowania przetopionym 
sadem, eby wody nie puciy; i takich ju pod glanc przyszykowanych, i ciem kobiecych 
z czerwonymi sznurowadami a na wysokich obcasach. 

A za nimi cigny si rymarze z chomtami na kokach i uprz꿹 rozwieszon. 

A potem powronicy i ci, co sieci sprzedawali. 

I ci, co z sitami po wiecie jedzili. 

I ci, co z kasz po jarmarkach si wodzili. 

A koodzieje, a garbarze. 

Gdzie znowu krawce i kouszarze rozwiesili swoje towary, od ktrych bi taki zapach ae 
w nozdrzach wiercio; te miay odbyt niezgorszy, e to na zim szo. 

A potem cae rzdy stow, nakrytych pciennymi daszkami, a na nich zwoje kiebas 
czerwonych i grubych kiej liny, way tego sada, boczki wdzone, pocie soniny, szynki -. 
spitrzay si na kupach, a gdzie znw na hakach wisiay cae wieprzki wypaproszone i broczce 
jeszcze posok, e trza byo odgania pieskw, co si cisny. 

A w podle rzenikw, jako te braty rodzone, stali piekarze i na podesanej grubo somie, 
na wozach, na stoach, w koszach i gdzie si dao, leay gry bochnw wielkich jak koa, 
plackw tych, buek, kukieek... 

Gdzie za i kto przeliczy, i spamita te wszystkie kramy i to, co w nich sprzedawali?... 

Byy z zabawkami i takie z piernikami, gdzie z ciasta lepione byy zwierze rne, a serca, 
a onierze i cudaki takie, e i nie rozezna bele komu; byy takie, gdzie kalendarze, gdzie 
ksiki nabone, gdzie historie o zbjach i srogich Magielonach przedawali i lementarze te; 
byy i takie, gdzie piszczaki, organki i gliniane kuraski, i jensze muzyckie rzeczy, w ktre 
juchy tki la zachty grali, e taki jazgot si czyni, e i wytrzyma trudno byo bo ci tu kurasek 
piszczy, tam trbka potrbuje, gdzie z piszczaek przebieran nut wycigaj, tam ci 
znowu skrzypki piskaj, a wdzie bben pobekuje stkajcy - jae we bie upao od wrzasku. 

Za w porodku rynku dookoa drzew rozcigali si bednarze, blacharze i garncarze, porozstawiali 
tyle misek i garnkw, e ledwie przej mona byo, a za nimi stolarze; ka i 
skrzynie malowane, i szafy, i pki, i stoy ae gray tymi farbami, e oczy trza byo mruy... 

A wszdy, na wozach, pod cianami, wzdu rynsztokw, gdzie ino miejsca byo, rozsiady 
si kobiety sprzedajce; ktra cebule we wiankach albo i we workach; 

ktra z ptnami swojej roboty i weniakami; ktra z jajkami a serkami, a grzybami, a 
masem w osekach, poobwijanych w szmatki; inna znw zasi ziemniaki, to gskw par, to 
wypierzon kur, to len piknie wyczesany, albo i motki przdzy miaa; a kada siedziaa 
przy swoim i poredzay se godnie, jak to zwyczajnie na jarmarkach bywa, a trafi si kupiec, 
to sprzedaway wolno, spokojnie, bez gorcoci, po gospodarsku, nie tak, jako te ydy, co 
wykrzykuj, handrycz i ciskaj si kiej gupie. 

Gdzieniegdzie za pomidzy wozami i kramami kurzyo si z blaszanych kominkw tam 
sprzedawali gorc herbat - a insze jado, jako to: kiebas praon, kapust, barszcz z 
ziemniakami te mieli. 

I dziadw zlazo si ze wszystkich stron co niemiara: lepych, kulawych, niemych i zgoa 
bez rk i ng, tyla jak na odpucie jakim. Wygrywali na skrzypicach pienie pobone, drugie 
piewali pobrzkujc w miseczki, a wszystkie spod wozw, spod cian i prosto z bocka ebrali 
lkliwie i wypraszali sobie ten grosik jaki abo jensze wspomoenie. 

Przejrza to wszystko Boryna, podziwowa si nad niejednym, pogwarzy co nieco ze 
znajomkami i dopcha si wreszcie na targowisko wiskie, za klasztor, na ogromny piaszczysty 
plac, z rzadka ino obsadzony domami, gdzie pod samym murem klasztoru, zza ktrego 



wychylay si ogromne dby, pene jeszcze tych lici, kupio si dosy ludzi, wozw i leay 
cae zagony wi spdzonych na sprzeda. 

Rycho odnalaz Hank z Jzk, bo zaraz z kraja byy. 

- Sprzedajeta, co? 
- Hale, ju tu targowali rzenicy macior, ale mao daj... 
- winie drogie? 
- Boga tam drogie, spdzili tyla, e nie wiada, kto ci to rozkupi. 
- S ludzie z Lipiec? 
- O, ha tam maj prosita Kby, a i Szymek Dominikw stoi przy wieprzku. 
- Uwita si rycho, to se dziebko popatrzycie na jarmark. 
- Ju te i ckno tak siedzie. 
- Wiele daj za macior? 
-Trzydzieci papierkw, powiadaj, e niedopasiona, bo ino w gnatach gruba, a nie w 
soninie. 
-Ocyganiaj, jak ino mog... ale, ma ci sonin na jakie cztery palce... - rzek, omacawszy 
maciorze grzbiet i boki. - Wieprzak chudy na bokach, ale portki ma niezgorsze na szynki doda 
spdziwszy go z mokrego piasku, w ktrym do p bokw lea zanurzony. 
-Za trzydzieci pi sprzedajcie, zajrze do Antka ino i zaraz do was przylece. Je wam 
si nie chce?... 
- Pojadymy ju chleba. 
-Kupi wam i kiebasy, ino sprzedajcie, a dobrze. Tatulu, a nie zabaczcie o chustce, cocie 
to jeszcze na zwiesne obiecali... 
Boryna sign za pazuch, ale si wstrzyma, jakby go co tkno, bo tylko machn rk 
i rzek odchodzc: 

-Kupi ci, Jzia, kupi... - i a w dyrdy ruszy, bo dojrza twarz Jagny midzy wozami, 
ale nim doszed, sczeza gdzie do cna, jakby si w ziemi zapada; j wic odszukiwa Antka; 
nieacno to byo, bo w tej uliczce, prowadzcej z targowiska na rynek, sta wz przy wozie, 
i to w rzdw par, e rodkiem i z trudem niemaym a baczeniem mona byo przejecha, 
ale wnet si na niego natkn. Antek siedzia na workach i smaga batem ydowskie 
kury, co si stadami uwijay koo kobiaek, z ktrych jady konie, a pgbkiem odpowiada 
kupcom: 
- Powiedziaem siedem, to powiedziaem. 
- Sze i p daj, wicej nie mona, pszenica ze niedzi. 
-Jak ci, parchu, lun przez ten pysk paskudny, to ci wnet zeniedzieje... Ale, pszenica 
czysta jak zoto. 
- Moe by, ale wilgotna... Kupi na miar i po sze rubli i pi zotych. 
- Kupisz na wag i po siedem, rzekem! 
- Co si gospodarz gniewa! Kupi nie kupi, a potargowa mona. 
-A targuj si, kiej ci pyska nie szkoda. - I nie zwraca ju uwagi na ydw, ktrzy rozwizywali 
worki po kolei i ogldali pszenic. 
- Antek, pjde ino do pisarza i w to oczymgnienie przyjde do cie... 
- Co? Na dwr skarg podajecie? 
- A bez kogo to pada moja graniasta? 
- Duo to wskracie! 
- Swojego darowa nie daruj. 
-I... borowego przyprze gdzie w boru do chojaka, spra czym twardym, eby mu a ebra 
zapiszczay- zaraz byaby sprawiedliwo. 
- Borowy? Juci, e mu si to naley, ale dworowi te - rzek twardo. 
- Dajcie mi zotwk. 
- Na co ci? 


- Gorzaki bym si napi i przegryz co... 
- Nie masz to swoich?... Cigiem ino w ojcow gar uwaasz. 
Antek odwrci si gwatownie i j pogwizdywa ze zoci, a stary, chocia z alem i 
markotnoci, wysupa zotwk i da. 

- yw wszystkich swoj krwawic... - myla i spiesznie si przeciska do ogromnego, naronego 
szynku, gdzie byo ju sporo ludzi poywiajcych si; w alkierzu od podwrza 
mieszka pisarz. 
Wanie siedzia pod oknem przy stole z cygarem w zbach, w koszuli by tylko, nie 
umyty i rozczochrany; jaka kobieta spaa na sienniku w kcie, przykryta paltem. -Siadajcie, 
panie gospodarzu! -zrzuci ze stoka obocone ubranie i podsun Borynie, ktren zaraz opowiedzia 
dokumentnie ca spraw. 

-Wasza wygrana, jak amen w pacierzu. Jeszcze by! Krowa zdecha i chopak choruje z 
przestrachu. Dobra nasza! - zatar rce i szuka papieru na stole. 
- Hale... kiej zdrowy chopak. 
- Nic nie szkodzi, mg zachorowa. Bi go przecie... 
-Nie, bi ino chopaka ssiadw. 
-Szkoda, to by byo jeszcze lepsze. Ale to si jako zesztukuje, tak e bdzie i choroba z 
pobicia, i zdecha krowa. Niech dwr paci. 
- Juci, o nic nie idzie, ino o sprawiedliwo. 
-Zaraz si napisze skarg. Frania, a rusz no si, wakoniu! -krzykn i tak mocno kopn 
lec, e podniosa rozczochran gow. - Przynie no gorzaki i co zje... 
-Ani dydka nie mam, a wiesz, Guciu, e nie zborguj.... - mruczaa i podnisszy si z 
barogu, ja ziewa i przeciga si; wielka bya jak piec, twarz miaa ogromn, obrzk, 
posiniaczon i przepit, a gos cienki, jakby dziecitka. 
Pisarz pracowa, a piro skrzypiao, pociga cygara, puszcza dym na Boryn, ktry 
przypatrywa si pisaniu, zaciera chude, piegowate rce i raz w raz odwraca wyndznia, 
okroszczon twarz na Frank; zby przednie mia przyamane, usta sine i wielkie czarne wsy. 


Napisa skarg, wzi za ni rubla, wzi na marki drugiego i ugodzi si na trzy za stawanie 
w sdzie, jak sprawa przyjdzie na st. 
Boryna si na wszystko zgodzi skwapliwie, cho mu ta pienidzy byo al, bo miarkowa, 
e dwr mu wszystko zapaci, i z nawizk. 

- Sprawiedliwo musi by na wiecie, to sprawa wygrana! - rzek na odchodnym. 
-Nie wygramy w gminnym, to pjdziemy do zjazdu, zjazd nie poradzi, pjdziemy do 
okrgowego, do izby sdowej - a nie darujemy. 
-Zabym tam darowa swoje! -zawoa z zawzitoci Boryna. -I komu jeszcze, dworowi, 
co ma tyle lasw i ziemi!... - rozmyla wychodzc na rynek i zaraz jako przy czapnikach 
natkn si na Jagn. 

Staa w czapce granatowej na gowie, a drug jeszcze targowaa. 

- Obaczcie no, Macieju, bo ten tek powiada, e dobra, a pewnikiem cygani... 
- Galanta, la Jdrzycha? - Juci, Szymkowi ju kupiam. 
- Nie za maa to bdzie? 
- Takusik ma ci gow kiej moja... 
- Pikny z ciebie byby parobeczek... 
- Abo i nie! - zawoaa zuchowato, bakierujc nieco czapk... 
- Wnetki by ci tu godziy do siebie... 
- Hale... inom za droga do suby. -Zacza si mia. 
- Jak komu... mnie by ta za droga nie bya... 
-I w polu robi bym nie robia... 


-Robibym ja za ciebie, Jagu, robi... - szepn ciszej i tak spojrza na ni namitnie, a 
dziewczyna cofna si zakopotana i ju bez targu zapacia za czapk. 
-Sprzedalicie krow? -zapyta po chwili opamitawszy si nieco i wytchnwszy z owej 
luboci, co mu jak gorzaka buchna do gowy. 

- Kupili j la ksidza do Jerzowa. Matka posza z organistami, bo chc zgodzi parobka. 
- A to my sobie choby na ten kieliszek sodkiej wstpimy!... 
- Jake to? 
- Zziba, Jagu, to si dziebko ogrzejesz... 
- Gdziebym za z wami sza na wdk!... 
- A to przyniese i tutaj si napijem, Jagu... 
- Bg zapa za dobre sowo, ale mi matki trza poszuka. 
-Pomog ci, Jagu... - szepn cichym gosem i poszed przodem, a tak robi okciami, e 
Jagna swobodnie sza za nim wskro ciby, ale gdy weszli midzy pcienne kramy, dziewczyna 
zwolnia, przystawaa i a jej oczy 
To ci licznoci, mj Jezus kochany! -szeptaa przystajc przed wstkami, ktre uwieszone 
w grze, koysay si na wietrze niby tcza palca. 

- Ktra ci si widzi, Jagu, to se wybierz... - rzek po namyle przezwyciajc skpstwo. 
- Hale, ta ta w kwiaty, z rubla kosztuje abo i dziesi zotych! 
- Nie twoja w tym gowa, we ino... 
Ale Jagu przez si i z alem oderwaa rce od wstki i posza dalej do drugiego kramu, 
Boryna ino pozosta na chwil. 
A w tym znowu chustki byy i materie na staniki i kaftany. 

-Jezus mj, jakie licznoci, Jezus! -szeptaa oczarowana i raz w raz zanurzaa rce 
drce w zielone atasy, to w czerwone aksamity i a si jej mio w oczach i serce dygotao z 
rozkoszy. A te chustki na gow! Psowe jedwabne z zielonymi kwiatami przy obrbku; zociste 
cae kiej ta wita monstrancja; a modre jako to niebo po deszczu; a biae; a ju najliczniejsze 
te mienice, co si lkniy kiej woda pod zachodzcym socem, a lekkie, kieby z pajczyny! 
Nie, nie cierpiaa i ja przymierza na gow a przeglda si w lusterku, ktre 
przytrzymywaa ydwka. 
licznie jej byo, jakoby zorze namotaa na swoich lnianych wosach; a one modre oczy 
tak rozgorzay z radoci, a fiokowy cie pada od nich na twarz pokrania; umiechaa si 
do siebie, a ludzie pogldali na ni, taka bya urodna i taka modo i zdrowie bio od niej. 

- Dziedzicwna jaka przebrana czy co? - szeptali. 
Przygldaa si sobie dugo i z cikim westchnieniem zdja chustk, ale wzia si targowa, 
bo cho kupi nie miaa, a ino tak sobie, eby oczy duej nacieszy. 
Ostyga wnetki, bo kupcowa powiedziaa pi rubli, e i sam Boryna j j zaraz odwodzi. 
Przystanli jeszcze przed paciorkami - a byo ich tam niemao, jakby kto cay kram posu 
tymi kamuszczkami drogimi, e si lniy a poyskay ino, ae oczw oderwa byo trudno: 
bursztyny te, jakoby z ywicy pachncej uczynione; korale, kieby z tych kropel krwi nanizane, 
a pery biae, wielkie jak orzechy laskowe, a drugie ze srebra i zota... 

Przymierzaa Jagu niejedne i przebieraa midzy nimi, a. ju si jej widzia najliczniejszym 
sznur korali, obwina nim bia szyj we cztery rzdy i zwrcia si do starego 

- Uwaacie, co? 
-Piknie ci, Jagu! Mnie ta nie dziwota korale, bo i ano ley we skrzyni co z osiem biczw 
po nieboszce, a wielkich jak dobry groch polny!... - rzek z rozmysem, od niechcenia 
niby. 
-Co mi ta z tego, kiej nie moje! - rzucia ostro paciorki i spiesznie ju sza, zachmurzona 
i smutna. 

- Jagu, a to przysidmy se dziebko. 


- Ale, do matki mi czas. 
- Nie bj si, nie odjedzie cie. 
Przysiedli na jakim dyszlu wystajcym 
- Sielny jarmarek - rzek po chwili Boryna rozgldajc si po rynku 
Przeciech nie may - pogldaa jeszcze ku kramom z aoci i czsto sobie westchna 
ale ju j odchodzia smutno, bo powiedziaa: 

-Tym dziedzicom to dobrze... Widziaam dziedziczk z Woli z panienkami, to tyla sobie 
kupowali ,e ae lokaj za nimi nosi ! I tak co jarmark! 
- Kto cigiem jarmarczy - temu dugo nie starczy. 
-Im tam wystarczy. 
- Pki ydy daj -rzuci zoliwie, a Jagu obejrzaa si na niego i nie wiedziaa, co rzec 
na to, a stary, nie patrzc na ni, zagadn cicho: 
- Byli to od Michaa Wojtkowego z wdk u ciebie, Jagu, co?... 
- A byli i poszli!... Niezgua jeden, jemu te swatw, posya... -zamiaa si. 
Boryna powsta prdko, wyj z zanadrza chustk i co jeszcze w papier owinite. 
- Potrzymaj no to, Jagu, bo mnie trzeba zajrze do Antka. 
- Jest to na jarmarku? - oczy jej pojaniay. 
-Osta przy zbou, tam ano w ulicy. We sobie, Jagu, to la ciebie -doda widzc, e Jagna 
zdumionymi oczami wodzia po chustce. 
-Dajecie?... Naprawd la mnie? Jezus, jakie licznoci! - wykrzykna rozwijajc wstk 
t sam, co si jej tak podobaa. - Hale, ino tak przekpiwacie se ze mnie, za c by mnie?... 
Kosztuje tyla pienidzy... a chustka czysto jedwabna.... 
-We, Jagu, we, la ciebie kupiem, a jak ta ktren parobek bdzie przepija do ciebie, 
nie odpijaj, na co si spieszy... mnie ju czas i. 
- Moje to, prawd mwicie? 
- Zabym tam ocygania ci! 
-I uwierzy trudno. - I rozkadaa cigle chustk to wstk. 
- Ostaj z Bogiem, Jagu. 
- Bg wam zapa, Macieju. 
Boryna odszed, a Jagna raz jeszcze rozwina i przepatrywaa, naraz zawina wszystko 
razem i chciaa biey za nim i odda... bo jake jej bra od obcego, nie krewny aden ni pociotek 
nawet... ale ju starego nie byo. 

Pocigna wolno szuka matki i z luboci, ostronie dotykaa chustki. wsadzonej za pazuch. 
Taka bya uradowana, e ino jej biae zby poyskiway w umiechu a twarz gorzaa 
rumiecem. 

-Jagusia!... Do wspomoenia... biedna sierota... ludzie kochane... krzecijany prawdziwe... 
Zdrowa Maria za te duszyczki... Jagusia!... 
Jagna oprzytomniaa i ja oczami szuka, kto j woa i skd, i wnet dojrzaa Agat siedzc 
pod murem klasztoru na garci somy, e to bocko w tym miejscu byo po kostki. 
Przystana, eby jakiego grosza poszuka, a Agata uradowana z obaczenia swojaczki, 
nu wypytywa si, co tam w Lipcach si dzieje... 

- Wykopalita ju? 
- Do cna ! 
- Nie wiecie, co u Kbw? 
- Wygnali was w tyli wiat, na ebry, a ciekawicie ich? 
-Wygnali, nie wygnali, samam posza, bo trza byo... jake, darmo to mi dadz ten kt 
abo je, kiej sie u nich nie przelewa... A ciekawam, bo krewniaki... 
- A co z wami? 
-A co, chodz od kocioa do kocioa, od wsi do wsi ,od jarmarku na jarmarek i t modlitw 
upraszam se u dobrych ludzi gdzie kt, gdzie warzy yk, gdzie grosik jaki! Dobre s 


ludzie, ubogiemu nie dadz umrze z godu, nie... Nie wiecie, zdrowi tam wszyscy u Kbw? 
-zapytaa niemiao. 

- Zdrowi, a wy nie chorujecie? 
-I... gdzie za, w piersiach m cigiem poboliwa, a jak si nazibi, to i yw krwi pluj... 
Niedugo mi ju ,niedugo... Cho ino do zwiesny docign, wrci do wsi i tam se midzy 
swojemi zamrze - o to ino Jezusiczka prosz, o to jedynie... - rozoya rce, okrcone 
racami, wzniesa zapakan twarz i ja si modli tak gorco, a zy jej pocieky z zaczerwienionych 
oczw. 
- Zmwcie pacierz za tatula - szepna Jagna wtykajc jej pienidz. 
-To bdzie za tych w czycu ostajcych, a za swoich to ju ja i tak si cigiem modl i 
Boga prosz, za ywych i umarych, Jagu, a nie przysyali to z wdk? 
- Przychodzili. 
-I aden ci si nie uwidzia?.... 
-aden. Ostajcie z Bogiem, a na zwziesn do nas zajrzyjcie... - powiedziaa prdko i posza 
do matki, ktr ujrzaa z dala z organistami. 
Boryna za powraca do Antka wolno, raz, e ciba bya, a drugie, e mu Jagu cigiem 
w myli staa, ale nim doszed, spotka si z kowalem. 
Przywitali si i szli w podle siebie milczc. 

- Skoczycie to ze mn, h? - zacz ostro kowal. 
- Niby z czym? Moge mi to samo i w Lipcach powiedzie. - Zy ju by. 
- Przecie ju cztery roki czekam. 
- Przybaczye se dzisiaj! To se jeszcze poczekaj ze czterdzieci, kiej zamr. 
- Ju i ludzie mi redz, eby do sdu poda... ale... 
- Podaj. Powiem ci, gdzie skargi pisz, i na pisarza dam rubla... 
- Ale se myl, e po dobremu si zgodzimy... - skrci chytrze. 
- Prawda, z kim nie wojn - z tym zgod. 
- Sami to miarkujecie niezgorzej. 
- Mnie ta z tob ni zgody, ni wojny nie potrzeba. 
- Zawdy to pierwszy onie powiadam, e ociec jest za sprawiedliwoci. 
-Kaden jest za sprawiedliwoci, komu j w kumy prosi potrza -mnie nie potrza. bom 
ci nic niewinowaty - powiedzia twardo, a kowal zmik, e to z tej strony go napocz nie 
napocznie, i jakby nigdy nic, najspokojniej i proszco rzek: 
- Napibym si czego, postawicie?.. 
-Postawie. Jake. najlepszy zi prosi, to choby i ca kwart -przekpiwa zdziebko 
wchodzc do naronego szynku; by ju tam i Jambroy, ale nie pi, siedzia w kcie markotny 
jaki i smutny. 
- Po gnatach m upie, to pewnie na pluch - wyrzeka. 
Wypili raz i drugi, ale w milczeniu, bo obaj do zoci mieli do si na wtpiach. 
-Kiej na pogrzebie pijeta! -ozwa si Jambroy, zy juci, e go to nie poprosili, bo od 
rana jakby nic w gbie nie mia. 

-Jake gada? Ociec tyla dzisiaj sprzedaje, to musz uwaa, komu pienidze na procenta 
da... 
- Macieju! Mwi wam, Macieju, e Pan Jezus.. 
-Komu Maciej, to Maciej, a tobie wara! Widzisz go, juch. Za pan brat winia z pastuch. 
- Ozeli si srodze. 
A kowal, e to ju po dwch mocnych, nabra rezonu i rzek cicho: 

- Ociec, powiedzcie to sowo: dacie czy nie? 
-Powiedziaem: do grobu ze sob nie zabier, a przdzi ni morga nie popuszcz. Na wycug 
do waju nie pjd... jeszcze mi miy ten rok abo i dwa na wiecie 
-To spat dajcie. 


- Rzekem, syszae? 
- Za trzeci kobiet si ogldaj, to co im ta znacz dzieci - szepn Jambroy. 
-A bo i pewnie. 
- Spodoba mi si, to si i oeni. Zabronisz? 
- Zabroni nie zabroni, ale... 
- Jak mi si spodoba, to z wdk pol choby jutro. 
-lijcie, a bo ja to wam przeciwny! Dajcie mi chocia tego cioka, co wam osta po graniastej, 
to i sam pomog. Rozum wy swj macie, to miarkujecie, z czym wam najlepiej. Nie 
raz i nie dwa przekadaem onie, co wam ano kobiety potrzeba, eby upadku w gospodarstwie 
nie byo... 

- Mwie to tak, Micha?.. 
- ebym tak spowiedzi witej nie doczeka. Mwiem. 
Caej wsi przecie redz, jak komu potrzeba, a nie wiedziabym, co wam potrzeba! 
-Cyganisz ty, jucho, a si kurzy, ale jutro przyjd, cioka dostaniesz, bo jak prosisz dam; 
a prawowa si zechcesz ze mn - to ten patyk zamany wemiesz albo i co gorsza. 

Napili si jeszcze, kowal ju postawi i przyzwa jeszcze do kompanii Jambroa, ktren 
ochotnie si przysiad i j gadki ucieszne opowiada, a przekpiwa si, e raz w raz miechem 
wybuchali. 

Niedugo cieszyli si ze sob bo kademu pilno byo i do swoich, a i do spraw rnych; 
rozeszli si w zgodzie, ale jeden drugiemu nie uwierzy ani tyla, co za paznokciem - znali si 
dobrze jak te yse konie i przezierali na wskro, kieby przez szyby. 

Jambroy tylko osta, poczekiwa na kumw abo i znajomkw, eby mu kto postawi 
jeszcze jak pkwaterk, 

bo dobra i psu mucha, pki kto caego gnata nie rzuci, a napi si lubia niezgorzej i samemu 
stawia sobie byo trudno, a nie dziwota, kocielnym by ino. 

I jarmark dobiega ju koca. 

W samo poudnie zawiecio soce, ale tylko tyla, coby kto lustrem mign po wiecie, i 
zaraz si schowao za chmury; a ju przed wieczorem spospniao na wiecie, chmurzyska 
wleky si nisko, e prawie na dachach leay, i drobny deszcz j sia kiej przez gste sito. 
To i rozjedali si prdzej, kady spieszy do domu, eby si dosta przed noc i wiksz 
pluch. 

I handlerze rychlej zdejmowali kramy i pakowali si na wozy, e to deszcz zacina coraz 
gstszy i zimniejszy. 

Mrok zapada prdko ciki i mokry. 

Miasteczko pustoszao i milko. 

Tylko dziady jeszcze gdzieniegdzie pojkiwali spod cian i w karczmach podnosiy si 
wrzaski pijakw i ktnie. 

Jako ju o samym wieczorze wyjechali z miasta Borynowie; sprzedali wszystko, co 
mieli, nakupowali rnoci i uyli jarmarku, co si zowie. Antek podcina koni i jecha, a si 
boto otwierao, bo i zib by, i podpili sobie wszyscy niezgorzej, stary, cho skpy by i a 
piszcza za groszem, a tak ich dzisiaj ugaszcza i m i napitkiem ,i tym dobrym sowem, e a 
dziwno byo. 

Noc si zrobia zupena, gdy dojechali do lasu. 

Ciemno byo, e cho oko wykol; deszcz pada coraz grubszy i gdzieniegdzie po drodze 
rozlegay si turkoty wozw i ochrype piewy pijakw, albo i ktosik czapa si wolno po 
bocie. 

A rodkiem topolowej drogi, co ino szumiaa gucho i pojkiwaa jakby z zimna, szed 
Jambroy pijany ju cakiem, tacza si z boku na bok, czasem utkn na drzewo abo i w boto, 
ale si rycho podnosi i cigiem podpiewywa na cae gardo, jak to mia we zwyczaju. 



Plucha sza taka i ciemno, e koniom ogonw nie rozezna, a i wiata wsi widziay si 
ledwie jako to wilczych lepiw migotanie. 

ROZDZIA 6 

Deszcze si rozpaday na dobre. 

Ju od samego jarmarku wiat z wolna zatapia si w szarych, mtnych szkliwach deszczw, 
e tylko obrysy borw i wsi majaczyy blade, niby z przemikej przdzy utkane. 

Szy nieskoczone, zimne, przenikajce szarugi jesienne. 

Siwe, lodowate bicze deszczw sieky bezustannie ziemi i przemikay do gbi, a 
drzewo kade, dbo kade dygotao w bezmiernym blu. 

A spod cikich chmur, skbionych nad ziemi, spod zielonawych szarug wychylay si 
chwilami szmaty pl poczerniaych, przemikych, rozpaszczonych -to wybyskiway strugi 
spienionej wody, pyncej bruzdami, albo czerniay drzewa samotne na miedzach - jak przygite, 
nabrzmiae wilgoci, trzsy ostatnimi achmanami lici i szamotay si rozpacznie, 
niby psy na uwizi. 

Drogi opustoszae rozlay si w botniste, gnijce kaue. 

Krtkie; smutne, bezsoneczne dnie wleky si ciko przegniymi smugami wiata, a 
noce zapaday czarne, guche, rozpaczliwe bezustannym, monotonnym chlupotem... 

Przeraajca cicho ogarna ziemi. 

Umilky pola, przycichy wsie, oguchy bory. 

Wsie poczerniay i jakby silniej przywary do ziemi, do potw, do tych sadw nagich, 
poskrcanych i jczcych z cicha. 

Szara kurzawa deszczw przysonia wiat, wypia barwy, zgasia wiata i zatopia w 
mrokach ziemi, e wszystko wydao si jakby sennym majaczeniem, a smutek wstawa z pl 
przegniych, z borw zdrtwiaych, z pustek obumarych i wlk si cikim tumanem; przystawa 
na guchych rozstajach, pod krzyami, co wycigay rozpacznie ramiona, na pustych 
drogach, gdzie nagie drzewa trzsy si z zimna i kay w mce -do opuszczonych gniazd 
zaglda pustymi oczami, do rozwalonych chaup - na umarych cmentarzach tuk si wrd 
mogi zapomnianych i krzyy pogniych i pyn wiatem caym; przez nagie, odarte, splugawione 
pola, przez wsie zapade i zaglda do chat, do obr, do sadw, a bydo ryczao z 
trwogi, drzewa si przyginay z guchym jkiem, a ludzie wzdychali aonie w strasznej tsknocie 
- w nieutulonej tsknocie za socem. 

Deszcz my bezustannie, jakoby kto drobnym szkliwem przysania wiat, e Lipce cae 
tony w gstych tumanach szarugi, spod ktrej tylko gdzieniegdzie czerniay dachy, to obmoknite 
poty kamienne lub te brudne kotuny dymw, co si wiy nad kominami i wleky 
po sadach. 

Cicho byo we wsi, tylko gdzieniegdzie mcono po stodoach, ale z rzadka, bo wie caa 
bya na kapuniskach. 

Pustka leaa na botnistej, rozmikej drodze i pusto byo w obejciach i przed domami, 
czasami tylko kto zamajaczy we mgle i gin wnetki, e tylko czapanie trepw po bocie 
byo sycha, albo wz naadowany kapust wlk si wolno od torfowisk i rozgania gsi, 
brodzce za liciami spadymi z wozw. 

Staw szamota si w ciasnych brzegach i przybiera cigle, bo a si przelewa w niszych 
miejscach na drog po Borynowwej stronie, siga potw i bryzga pian na ciany 
chaup. 



Caa wie bya zajta wycinaniem i zwoeniem kapusty; peno jej byo po klepiskach, 
sieniach i izbach, a jak u niektrych i pod okapami siniay kupy gwek. 

Przed domami, wystawione na deszcz, moky ogromne beczki. 

Spieszono si na gwat, bo deszcz prawie nie ustawa, a drogi robiy si grzskie, nie do 
przebycia. 

I u Dominikowej dzisiaj wycinano. 

Ju od rana pojechaa na kapunisko Jagna z Szymkiem, bo Jdrzych osta i ata ano 
dach, e to przecieka w paru miejscach. 

Pod wieczr to ju byo i jakby si dziebko mrocze zaczynao, to stara raz w raz wychodzia 
przed dom i patrzaa w mgy, ku mynowi, i nasuchiwaa, czy nie jad jeszcze?.. 

A na kapuniskach, lecych nisko za mynem, w torfowiskach, wrzaa jeszcze na dobre 
robota. 

Czarniawe mokre mgy leay na kach, e tylko gdzieniegdzie byskay szerokie rowy 
pene siwej wody i wysokie zagony kapusty, siniejcej blad zieleni albo rdzawej niby pasy 
blachy elaznej, a tu i wdzie majaczyy we mgle czerwone weniaki kobiet i kupy wycitych 
gwek. 

W dali przemglonej, nad rzek, co pyna z szumem wskro gstych zaroli, siniejcych 
niby chmura, czerniay stogi torfu i wozy, do ktrych donoszono kapust w pachtach, bo z 
powodu rozmikego gruntu dojecha nie byo mona do kapuniskw. 

Docinali ju niektrzy i zabierali si do domu, wic i gosy coraz mocniejsze rozlegay 
si we mgle i leciay, z zagonu na zagon. 

Jagna skoczya dopiero co swj zagon, zmczona bya srodze, godna i przemoczona do 
skry, bo nawet i trepy zapaday si w rudy, torfiasty grunt po kostki, e raz w raz je zzuwaa, 
eby wyla wod. 

-Szymek, a dy si ruchaj prdzej, bo ju kulasw nie czuj !-woaa aonie, a widzc, 
e chopak nie moe sobie zada, wyrwaa mu niecierpliwie ogromny tobo, zarzucia go na 
plecy i poniesa na wz. 
-Parobek z ciebie tyli, mitki jeste w grzbiecie kiej kobieta po rodach -szepna pogardliwie, 
wsypujc kapust do pkoszkw wysanych som. 
Szymek przywstydzony mamrota co pod nosem, skroba si po kotunach i zaprzga 
konia. 

- Spiesz si, Szymek, bo noc! - naganiaa go znoszc co chwila kapust na wz. 
Jako i noc nadchodzia, mrok gstnia i czernia, a deszcz si wzmaga, e tylko pluskao 
po rozmikej ziemi i rowach, jakby kto ziarnem sypa. 

-Jzia ! skoczycie to dzisiaj? - zawoaa do Borynianki, ktra z Hank i Kub wycinaa 
w podle. 
-Skoczymy bo i czas do domu, taka plucha, e mnie ju do koszuli przejo. Jedziecie 
to ju? 
- Juci. Noc zaruteko i taka ma, e si drogi nie rozezna. Jutro si zwiezie reszt. Sieln 
macie kapust!- dodaa pochylajc si ku nim i patrzc na majaczce w mgle kupy. 
-I wasza niezgorsza, a ju co korpiele, to macie najwiksze... 
- Z nowego nasienia bya rozsada, dobrodziej przywieli z Warszawy. 
-Jagna! -ozwa si znowu z mgie gos Jzi -wiecie, a to jutro Walek Jzefw le z 
wdk do Marysi pociotkowej... 

- Taki skrzat! A ma to ona ju lata? Widzi mi si, e jeszcze oni krowy pasaa!... 
-La chopa to ju lata ma, ale i morgw ma tyla, e si parobki piesz. 
- Bd si i do ciebie pieszyy, Jzia, bd... 
- Jak si tatu z trzeci nie oeni! - zakrzyczaa Jagustynka gdzie z trzeciego zagona. 
-Co wam te w gowie, a to dopiero na zwiesn matk pochowali -powiedziaa przetrwoonym 
gosem Hanka. 


-Co ta chopu szkodzi. Kuden chop to jak ten wieprzak, eby nie wiem jak by nachlany, 
to do nowego koryta ryj wrazi... Ho, ho, jedna jeszcze nie dojdzie... nie ostygnie cakiem, 
a ju za drug si oglda... pieski to nard... A jak to zrobi Sikora? W trzy tygodnie po pochowku 
pierwszej z drug si oeni. 
- Prawda, ale i drobiazgu po nieboszczce ostao picioro... 
-Rzeklicie! Ale ino gupie uwierz, e la dzieci si poeni... la siebie, bo mu markotno 
byo samemu pod pierzyn '... 
- My bywa ojcu nie dali, oho!... - zawoaa energicznie Jzia. 
- Mdka ty jeszcze, to i gupia... ojcowy grunt, to i ojcowa wola! 
- Dzieci te co znacz i prawo swoje maj - zacza Hanka. 
- Z cudzego woza to za cho i w p morza -mrukna gucho Jagustynka i zamilka, bo 
Jzka rozgniewana zacza nawoywa Witka, co si by wasa gdzie nad rzek, a Jagna si 
nie wtrcaa do tej rozmowy - umiechaa si ino niekiedy, e si to jej jarmark przypomnia, i 
nosia kapust, a skoro wz by ju peen, Szymek j wyjeda ku drodze. 
- Ostajcie z Bogiem - rzucia do ssiadek. 
- Jedta z Bogiem, my te zaraz... Jagu, a przyjdziesz do nas obiera, co? 
- Powiedz ino, kiedy potrza, a przyjd, Jzia, przyjd... 
- A w niedziel chopaki wyprawiaj muzyk u Kbw, wiecie to? 
- Wiem, Jzia, wiem. 
- Spotkacie Antka, to powiedzcie, e czekamy, niech si popieszy - prosia Hanka. 
- Dobrze, dobrze... 
Pobiega prdzej, eby dogna wz, bo Szymek odjecha by ju ze staj, e ino go sycha 
byo, jak kl na konia; wz grzzn i zarzyna si a po osie w rozmikym, torfiastym 
gruncie, e na dokach i w gorszych miejscach oboje musieli pomaga koniowi, eby wycign 
z trzsawiska. 

Milczeli oboje, Szymek wid konia i zwaa, eby nie wywrci, bo dow wszdzie 
byo peno, a Jagna sza z drugiej strony, podpieraa ramieniem wz i rozmylaa, jak si to 
trzeba wystroi na to obieranie do Borynw. 

Mrok zapada prdko, e ledwie konia wida byo, deszcz jakby przesta, tylko mokra, 
cika mga wisiaa, e oddycha byo ciko, a gr szumia gucho wiatr i bi w drzewa na 
grobli, do ktrej dojedali wanie. 

Podjazd na grobl by ciki, bo stromy i liski, ko utyka i co krok przystawa odpoczywa, 
e ledwie zdziereli wz, eby nie uciek. 

- Nie trza byo tyle ka na jednego konia! - ozwa si jaki gos z grobli. 
- To wy, Antoni?... 
- Juci. 
- A popieszajcie, bo ju tam Hanka was wypatruje...Pomcie nam... 
- Poczekajcie, niech ino zejd, to pomog. Pomroka taka, e nic nie wida. 
Wjechali zaraz na grobl, bo tak potnie podpar, a ko ruszy z kopyta i zatrzyma si 
dopiero na wierzchu. 

- Bg wam zapa, ale te mocni jestecie, e laboga!- wycigna do niego rk. 
Zamilkli nagle, wz ruszy, a oni szli koo siebie nie wiedzc, co mwi, zmieszani 
dziwnie oboje. 

- Wracacie to? - szepna cicho. 
-Ino ci do myna odprowadz, Jagu, bo tam w drodze woda wyrw zrobia. 
- To dopiero ciemnica, co? - wykrzykna. 
- Boisz si, Jagu? - szepn przysuwajc si bliej. 
- Hale, baabym si ta... 
Znowu zamilkli i szli tak przy sobie, e biodro w biodro, rami w rami... 
- A oczy to si wam wic jak temu wilkowi... ae dziwno... 


- Bdziesz w niedziel na muzyce u Kbw? 
- A bo to matka mi dadz... 
- Przyjd, Jagu, przyjd... - prosi cichym, przyduszonym gosem. 
- Chcecie to? - zapytaa mikko, zagldajc mu w oczy. 
-Laboga, a dy ino la ciebie zgodziem skrzypka z Woli i la ciebie namwiem Kba, 
eby da chaupy, la ciebie, Jagu szepta i tak przysuwa twarz do jej twarzy, i dysza, a si 
cofna nieco i zadygotaa ze wzruszenia. 
-Idcie ju... czekaj na was... jeszcze kto nas obaczy... idcie... 
- A przyjdziesz? 
-Przyjd... przyjd... -powtrzya obzierajc si za nim, ale ju znikn w mgle, tylko 
odgos jego krokw sycha byo po bocie. 
Dreszcz ni wstrzsn gwatowny i co jak pomie wichrem przelecia przez serce i 
gow; a si zatoczya. Ani wiedziaa, co si jej stao, oczy j paliy, jakby zasypane zarzewiem, 
tchu zapa nie moga ni przyciszy serca namitnie bijcego; rozkadaa rce bezwiednie, 
jak do obejmowania, rozpraa si w sobie, bo j bray takie szalone cigotki, e 
omal nie krzyczaa... dopdzia wozu, chwycia si luni i cho nie potrza byo, tak potnie 
pchaa, a wz skrzypia, chwia si i gwki spaday w boto... a przed oczami cigiem widziaa 
jego twarz i oczy roziskrzone, podliwe... palce... 

- Smok, nie chop... chyba takiego drugiego we wiecie nie ma... - mylaa bezadnie. 
Oprzytomnia j turkot myna, obok ktrego przejedali, i szum wody pyncej na koa i 
spod stawide otwartych, bo przybr by ogromny. Rzeka z rykiem guchym spadaa na d i 
rozbita na bia miazg, kbia si i janiaa w rzece rozlewajcej si szeroko. 

W domu mynarza, stojcym zaraz przy drodze; ju si wiecio i przez szyby przysonite 
firankami wida byo lamp stojc na stole. 

- Maj lamp kiej u dobrodzieja albo i we dworze jakim 
-Bo to nie bogacze?... Grontu to ma wicej od Boryny i na procenta pienidze daje, i na 
mieleniu to nie okpiwa, co: - cign Szymek. 

- yj kiej dziedzice... Takim to dobrze... Po pokoju chodz... na kanapach si wyleguj... 
w cieple siedz... sodko jadaj, a ludzie na nich robi... - mylaa, ale bez zazdroci, nie suchajc 
Szymka, ktren o ile mrukliwy by o tyle kiej si rozgada, to ju bez nijakiego koca. 
Dowlekli si wreszcie do chaupy. 
W izbie widno byo i ciepo, ogie buzowa si wesoo na trzonie; Jdrzych obiera ziemniaki, 
a stara nastawiaa kolacj. 
Jaki stary, siwy czowiek grza si przy kominie. 

- Skoczylicie, Jagu? 
A ino, telo e ta dziebko, moe ze trzy pachty, ostao na zagonie. 
Posza do komory si przebra i wkrtce ju si zwijaa po izbie i narzdzaa jedzenie 
pilnie pogldajc i ciekawie na starego, ktren siedzia w gbokim milczeniu, patrza w 
ogie, przebiera ziarna raca i porusza ustami. A gdy siadali do kolacji, stara pooya 
yk dla niego i zapraszaa. 

- Ostajcie z Bogiem... zajrz tu jeszcze, bo moe i w Lipcach ostan na duej... 
Uklkn na rodku izby, pochyli si przed obrazami, przeegna i wyszed. 
- Kto to? - zapytaa Jagna zdziwiona. 
-Wdrownik ci to wity, od grobu Jezusowego idzie. Dawno go znam, ju tu nieraz bywa 
i przynosi witoci rne... Jako ze trzy roki temu... 
Nie skoczya, bo wszed Jambroy, pochwali Boga i usiad przed kominem. 

- Zib taki i plucha, e ae mi moja drewniana noga skostniaa 
-Wam te po nocy i takim bocku azi... nie siedzielibycie to w chaupie i pacierze se 
przepowiadali...mruczaa Dominikowa. 
- Cnio mi si samemu, tom do dzieuch wyszed i do ciebie, Jagu, pierwszej wstpiem... 


-Kostucha waszej dziewusze na imi... 

- Z modszymi hula, a o mnie cakiem zabaczya!... 
- Ale?... - zagadna Dominikowa pytajco. 
- Prawd mwi. Dobrodziej by z Panem Jezusem u Bartka za wod... 
- Cie... na jarmarku widziaam go zdrowym... 
- Ziciaszek ci go tak spra kokiem, e a mu wtpia odbi. 
- O c, kiedy?... 
-A o c ba, jak nie o gront. Wadzili si ju z p roku, a si i dzisiaj w poednie porachowali. 
- e to kary boskiej nie ma na tych zabijakw- ozwaa si Jagna. 
-Przyjdzie, nie bj si, Jagno, przyjdzie - rzeka twardo stara wznoszc oczy na obrazy 
wite. 
- A kto ju pomar, nie wstanie - szepn Jambroy cicho. 
- Siadajcie do miski, zjecie, co jest. 
- Nie od tegom, nie. Miseczce jednej, bele duej, poradz jeszcze - podkpiwa. 
- Wam to ino przekpiwania w gowie i zabawa. 
- Tyla i mojego, tyla, na c mi turbacje, h? 
Obsiedli awk, na ktrej stay miski, i jedli wolno i w milczeniu. Jdrzych pilnowa, eby 
dokada i dolewa, tylko Jambroy raz po raz powiada jakie sowo ucieszne i sam si 
mia najbardziej, bo chopaki, chocia rade byy si pomia, bali si srogiego wzroku matki. 

- Dobrodziej w domu? - zagadna pod koniec. 
- A gdzie by na takie boto? Tak yd w ksikach siedzi. 
- Mdry ci on, mdry... 
-I dobry, e nie znale lepszego... - dodaa Jagna. 
-Juci... pewnie... na brzuch se nie pluje ani drugiemu na brod, a co mu kto da, wemie... 


-Nie pletlibycie bele czego. 

Powstali od kolacji. Jagna ze star siady do kdzieli przed kominem, a synowie jak zwykle 
zajli si sprztaniem, myciem naczy i obrzdkiem. Tak ju zawdy u Dominikowej byo, 
e synw swoich dzierya elazn rk i rychtowaa ich na dziewki, eby ino Jagusia 
rczkw se nie pomazaa 

Jambroy zapali fajk ,pyka w komin, to poprawia gownie i dorzuca gazi i raz w raz 
spoglda na kobiety, way cosik w gowie i ukada. 

- Byy pono u was swaty? 
-Abo to jedne. 
-Nie dziwota, Jagna kiej malowana. Dobrodziej powiedzia, e i w miecie nie spotka 
pikniejszej: 
Jagna poczerwieniaa z uciesznoci. 

-Tak powiedzia! Niech mu Bg da zdrowie! Dawno si ju zbieraam zanie na wotyw, 
dawno, ale jutro zaraz zanies. 
- Przysaby tu jeszcze kto z wdk, ino si boj dziebko... - zacz po cichu. 
- Parobek?... - zapytaa stara nawijajc na furkoczce po pododze wrzeciono. 
- Gospodarz na ca wie, rodowy... ale wdowiec. 
- Dzieckw cudzych kolebaa nie bd... 
- Odchowane, nie bj si, Jagu, odchowane. 
Co jej tam po starym... ma jeszcze lata... poczeka si i na modego, jak si jej uda jaki. 
-Takiego nie braknie, a bo to modych brak? Jak wiece chopaki, papierosy pal, w 
karczmie tacuj, gorzak pij i ino patrz za dzieuchami, ktra jakie morgi ma i troch gotowego 
grosza, eby balowa byo za co... Gospodarze juchy, do poednia pi, a po poedniu 
taczkami gnj wo i motyczkami orz pole... 


- Na poniewierk takiemu Jagny nie dam. 
- Nie prno mwi, ecie we wsi najmdrzejsza... 
- Ale i za starym te uciechy nijakiej dla mdki... 
- A bo to do uciechy nie ma modych? 
- Starycie kiej wiat, a pstro wam jeszcze we bie powiedziaa surowo. 
-I... gada si, byle ozr nie skiecza. 
Zamilkli na dugo. 
- Stary uszanuje i na cudzy grosz nieasy - podj znowu Jambroy. 
- Nie, nie, ino obraza boska z tego bywa. 
- Mgby zapis zrobi - rzek serio wytrzsajc fajk na trzon. 
- Jagna ma dosy swojego - odpowiedziaa po chwili, wahajca ju i niepewna. 
- Wicej by on da, nili wzi, wicej. 
- Rzeklicie! 
- Co wiadomo; nie z wiatru wziem ani z pomylunku nie od siebie przyszedem... 
Milczeli znowu. Stara ogadzaa dugo rozwichrzon kdziel, potem polinia palec i ja 
wyciga lniane wkna lew rk, a praw puszczaa w wir wrzeciono, e z warczeniem, 
kieby bk, krcio si po pododze i furkotao. 

- Jake? Ma to przysa? 
-Ktren? 
-Nie wiecie to? A dy tamten ! - wskaza przez okno na wiata, ledwie migoczce przez 
staw, u Boryny. 
- Dorose dzieci, dobrego sowa nie dadz i prawa do swoich czci maj... 
-Ale moe zapisa to, co jego... jake?... A chop dobry i gospodarz nie bele jaki, i pobony, 
i krzepki jeszcze, sam widziaem, jak se korzec yta zadawa na plecy. Ju tam by Jagnie 
nic nie brakowao, chyba tego ptasiego mleka... a e wasz Jdrzych na bezrok do wojska 
staje... to Boryna z urzdnikami si zna, wie, do kogo trafi, mgby pomc. .. 
- Jak ci si widzi, Jagu?... 
- Mnie ta wszystko jedno, kaecie, to pjd. . wasza w tym gowa nie moja... - mwia cicho, 
wspara czoo na kdzieli i zapatrzya si w ogie bezmylnie. i suchaa wesoego trzaskania 
gazek. Ten czy tamten, wszystko byo jej zarwno -wstrzsna si tylko nieco na 
przypomnienie Antka. 
- Jake? - pyta Jambroy powstajc z awki. 
- Niech przysyaj... zrkowiny nie lub jeszcze odrzeka wolno. 
Jambroy poegna si i poszed prosto do Boryny. 
Jagna wci siedziaa nieruchoma i milczca. 
- Jagu... cruchno... co?... 
- A nic... wszyko mi zarwno... kaecie, to pjde za Boryn... a nie, to ostan przy was... 
bo mi to le z wami?.. 
Stara przda dalej i mwia cicho: 

-Najlepiej chc la ciebie, najlepiej... Juci, e stary on jest, ale krzepki jeszcze, i ludzki, 
nie tak jak drugie chopy, uszanuje ci... Pani se bdziesz u niego, gospodyni... A jak zapis 
zrobi, to ju go tak narychtuj, eby gront wypad wpodle naszego, koo yta pod grk... 
a choby i ze sze morgw zapisa... Suchasz to ? Ze sze morgw! A trza ci i za 
chopa... trza... po co maj wygadywa na ciebie i na ozorach obnosi po wsi ?... Wieprzka by 
si zabio... a moe i nie... moe... -umilka i ju w gowie ukadaa sobie reszt ,bo Jagu 
jakby nie syszaa jej sw, przda machinalnie ,i jakby jej nie obchodzi los wasny, wasny, 
tak nie mylaa o tym zamciu. 

A bo to jej le byo przy matce? Robia, co chciaa, i nikt jej marnego sowa nie powiedzia. 
Co j tam obchodziy gronta, a zapisy, a majtki -tyle co nic, abo i m? Mao to chopakw 
latao za ni? - niechby tylko chciaa, to choby wszystkie na jedn noc si zlec... i 



my1 jej leniwie si snua jak ni lniana z kdzieli i jak ta ni okrcaa si cigle jednako na 
tym, e jak matka ka, to pjdzie za Boryn... Juci, e go nawet woli od innych, bo kupi jej 
wstk i chustk... juci... ale i Antek by kupi to samo... a i inne moe... eby tylko miay 
Borynowe pienidze... kaden dobry... i wszystkie razem... a bo ona ma gow, eby wybiera! 
Matki w tym gowa, eby zrobi, jak potrza... 

Zapatrzya si znowu w okno, bo poczerniae, zwide georginie, koysane przez wiatr, 
zaglday w szyby, ale wnet zapomniaa o nich, zapomniaa o wszystkim, nawet o sobie samej, 
zapada w takie przewite bezczucie, jak ta ziemia rodzona w jesienne martwe noce - bo 
jako ta ziemia wita bya Jagusina dusza -jako ta ziemia. Leaa w jakich gbokociach nie 
rozeznanych przez nikogo w bezadzie marze sennych -ogromna a niewiadoma siebie potna 
a bez woli, bez chcenia, bez pragnie martwa a niemiertelna, i jako t ziemi bra 
wicher kady, obtula sob i koysa, i nis tam, gdzie chcia... i jako t ziemi o wionie budzio 
ciepe soce, zapadniao yciem, wstrzsao dreszczem ognia, podania, mioci a ona 
rodzi, bo musi; yje, piewa, panuje, tworzy i unicestwia, bo musi; jest, bo musi... bo jako ta 
ziemia wita, tak bya Jagusina dusza - jako ta ziemia!... 

I dugo tak siedziaa w milczeniu, ino te oczy gwiezdne wieciy si kiej spokojne wody 
w wioniane poudnie, a ockna z naga, bo ktosik otwiera drzwi do sieni. 

Wbiega Jzka zadyszana, przypada do komina, wylewaa z trepw wod i rzeka: 

- Jagu, jutro u nas obieranie, przyjdziesz? 
- Przyjd. 
-W izbie bdziemy obierali. Jambroy tam siedz u tatula, tom si chykiem wyrwaa na 
wie, eby ci powiedzie. Bdzie Ulisia i Marysia, i Wikta, i pociotkowe, i drugie... I chopaki 
przyjd... Pietrek obieca si ze skrzypic... 
-Ktren to? 
- A Michaw, co za wjtem siedz, co to w kopanie przyszed z wojska... i tak mwi pokracznie, 
e go i wymiarkowa trudno... 

Natrzepaa, co ino moga, i poleciaa do dom. 

Cisza znowu obja izb. 

Czasami deszcz uderza w szyby, jakby kto przygarci piasku rzuci, to wiatr szumia i 

baraszkowa w sadzie albo dmucha w komin, e gownie si rozsypyway po trzonie, i dym 
bucha na izb... a cigiem warczay wrzeciona po pododze. 
Wieczr cign si wolno i dugo, a stara cichym, drcym gosem zapiewaa: 

Wszystkie nasze dzienne dzienne sprawy... 

A chopaki z Jagn wtrowali z cicha, a tak przenikliwie a kury w sieni na grzdach 
krzekorzy zaczy i pogdakiwa. 

ROZDZIA 7 

Nazajutrz dzie by tak samo zadeszczony i pospny. 

Co chwila kto wychodzi z jakiej chaupy i dugo a frasobliwie poglda w omglony 
wiat, czy si gdzie nie przejania -ale nic, kromi burych chmur, pyncych tak nisko, e 
dary si o drzewa, wida nie byo; deszcz my bezustannie, tyle e jako zaraz z poudnia 
przeszed w ulew, jakoby kto upusty niebieskie otworzy, e ino dudnio po dachach. 

Ludzie si kwasili po chaupach; jaki taki laz po tym bocie i deszczu do ssiadw na 
wyrzekanie, e to czas taki, co i psa na dwr wygoni trudno, a tu niejeden cik mia jesz




cze w lesie, kto znw drew nie zwiz, a insze, bez maa wszystkie prawie, nie docili w polu 
kapusty, po ktr i nie wyjecha dzisiaj, bo ano staw tak przybra w nocy, e musieli do dnia 
wywrze stawida i puci wod do rzeki, ktra i przez to rozlaa si szeroko, a ki stany 
pod wod, a kapuniska jako te wyspy czerniay si grzbietami zagonw spord siwej, spienionej 
topieli. 

U Dominikowej te nie zwieli tej reszty, jaka w polu ostaa. 

Jagna ju od rana nie moga da sobie rady, chodzia ino z kta w kt, to patrzya przez 
okna na krz georginii, powalon przez fal, w ten wiat zadeszczony i wzdychaa aonie. 

-Cni mi si, e laboga! -szeptaa, z niecierpliwoci oczekujc zmroku i pjcia do Borynw 
na to obieranie kapusty, a tu dzie wlk si tak wolno, kiej ten dziadek po bocie, tak 
nudnie i tak jako smutnie, e ju wydziery byo nie sposb. Rozdraniona te bya, e cigiem 
krzyczaa na chopakw i potrcaa, co si jej tylko pod rce nawino, a do tego gowa 
j poboliwaa, a se owsem rozpraonym i octem skropionym oboya ciemi -dopiero przeszo. 
Mimo to miejsca sobie znale nie moga i robota leciaa z rk, a ona zapatrzaa si w 
staw rozchlustany, ktren niby ptak jaki rozwija cikie skrzyda, bi nimi, podrywa si z 
szumem, a woda wypryskiwaa na drogi, a ulecie nie mg, jakby nogami wronity w ziemi. 
A za wod sta dom Boryny, dobrze byo wida zielony ze staroci dach i ganek wieo 
pokryty gontami, bo si jeszcze ciy, i zabudowania za sadem, ale cakiem nie wiedziaa, 
na co patrzy... 
Dominikowej nie byo od samego rana, bo j wezwali do rodzcej kobiety na drugi koniec 
wsi, jako e lekujca bya i znajca si na rnych chorobach. 

A Jagn a podrywao, eby gdzie biey we wiat, do ludzi, ale co si przyodziaa na 
gow w zapask i wyjrzaa za prg na boto i pluch -to si jej odechciewao wszystkiego... 
e w kocu a si jej paka chciao z tej jakiej dziwnej tsknoci... to nie mogc sobie poradzi, 
otworzya swoj skrzynk i ja z niej wyjmowa a rozkada po kach przyodziewek 
witeczny... a poczerwieniao w izbie od weniakw pasiastych... zapasek... kaftanw... ale 
nie cieszyo j tu dzisiaj, nie... patrzya obojtnym, znudzonym wzrokiem na dobro swoje, 
tylko wycigna spod spodu chustk Borynow i wstk, ustroia si w ni i dugo przegldaa 
si w lusterku. 

-Niezgorzej... trza si na wieczr w to przyodzia...pomylaa i zdja zaraz, bo kto 
szed opotkami do chaupy. 
Wszed Mateusz... Jagna a krzykna ze zdziwienia, bo ten ci to by, o ktrego najwicej 
pomawiano j, e z nim w sadzie nocami si schodzi, a czsto i gdzie indziej puszcza... Parobek 
by starszy, bo mu ju dobrze byo po trzydziestce, kawaler jeszcze, ale eni si nie 
chcia, e to siostry mia nie powydawane, a jak Jagustynka plotkowaa, e mu to dzieuchy 
abo i cudze ony lepiej smakoway... Chop by rozrosy jak db, mocny, dufajcy w siebie i 
przez to tak harny i nieustpliwy, e mao kto si go nie boja. A sposobna jucha bya do 
wszystkiego; na fleciku grywa, e a do duszy szo, wz zrobi zrobi, chaupy stawia, piece 
wylepia, wszystko robi tak sprawnie, e ino mu si robota w garciach palia; grosz go si 
ino nie trzyma cakiem, cho zarabia sporo bo wszystko zaraz przepi i przefundowa albo i 
rozpoyczy... Gob byo mu za przezwisko, cho i do jastrzbia prdzej by podobien z twarzy 
i z onej zapalczywoci... 

- Niech bdzie pochwalony! 
- Na wieki... Mateusz! 
- Jam ci, Jagu, ja... 
cisn j za rk i tak gorco patrzy w oczy, a si dziewczyna zarumienia i niespokojnie 
na drzwi pogldaa. 

- A to z p roku bye we wiecie... - szepna zmieszana. 
- Cae p roku i dwadziecia i trzy dni... dobrzem liczy:.. - a rk jej nie puszcza. 
- Zapal wiato! - zawoaa, e to si ju mroczyo na dobre i eby mu si wyrwa. 


- Przywitaje mnie, Jagu - prosi cicho i chcia j obj, ale wysuna si prdko i sza do 
komina zapali wiato, bojaa si, eby ich tak po ciemku matka nie zesza abo i kto drugi, 
ale nie zdya, bo Mateusz chyci j wp, przycisn mocno do siebie i j zapamitale caowa... 
Zatrzepotaa si kiej ptak, ale nie jej moc wyrwa si takiemu godnemu smokowi, ktren 
ciska, a ebra trzeszczay , i tak caowa, e cakiem zesaba, oczy jej zaszy mg, tchu 
zapa nie moga, e ino ostatkiem skamlaa: 

- Pu... Mateusz... Matula... 
-Jeszcze dziebko, Jagu, jeszcze raz, bo si cakiem wciekn... - I tak caowa, e mu 
dziewczyna cakiem zmika i leciaa przez rce kiej woda, ale puci j, bo posysza w sieniach 
kroki, sam zapali nad okapem lampk i skrca papierosa, a roziskrzonymi uciech 
oczami spoglda na Jagu, e to jeszcze przyj do siebie nie przysza, bo si mocno dzierya 
ciany i dyszaa ciko. 
Jdrzych wszed i ogie na trzonie rozdmuchiwa, nastawia garnki z wod i cigiem si 
po izbie krci, e ju mao wiele ze sob mwili, a ino pogldali na si iskrzcymi, godnymi 
oczami, jakoby si zje chcieli... 

Wnetki, bo jako w pacierzy par, nadesza Dominikowa, musi by za bya, bo ju w 
sieniach wywara gb na Szymka, a ujrzawszy Mateusza popatrzya na srogo, na przywitanie 
nie zwaaa i posza do komory przeoblec si. 

-Id se, bo ci matka zekln jeszcze... - prosia cicho. 
- Wyjdziesz to do mnie, Jagu, co? - prosi. 
- Wrcie to ju ze wiata? - rzeka stara, jakby go dopiero spostrzegajc. 
- Wrciem, matko... - mwi agodnie i chcia j w rk pocaowa. 
-Ale, suka ci bya matk, nie ja! - warkna wyrywajc rk ze zoci. - Po co tu przyszed? 
Mwiam ci ju, e tutaj nic po tobie... 
- Do Jagusi przyszedem, nie do was - hardo zawoa, bo go ju zo braa 
-Wara ci od Jagusi, syszysz! Wara ci, eby j potem bez ciebie na ozorach obnosili po 
wsi, jak t jaka ostatni... ani mi si pokazuj na oczy!... - wrzasna. 
- Krzyczycie kiej wrona, e wie caa usyszy!... 
-Niech usysz, niech si zlec, niech wiedz, e si Jagny przyczepi kiej rzep psiego 
ogona, e i oogiem trudno ci odegna... 
- ebycie nie kobieta, to bym wama dziebko ebra zmaca za powiedanie takie... 
- Sprbuj, zbju jeden, sprbuj, psie!... - pochwycia za elazny pogrzebacz. 
Ale i na tym skoczya, bo Mateusz splun, trzasn drzwiami i wyszed prdko, bo jake, 
z bab si to mia bi i pomiewisko z siebie dla wsi czyni? 
A stara, e to ju jego nie stao, wsiada na Jagn i haje jazgota, a wypomina wszystko, 
co miaa na wtpiach...Jagu siedziaa cicho, a zmartwiaa ze strachu, ale kiedy sowa 
matki dojy j do ywego... przeckna, schowaa gow w pierzyn i buchna paczem i 
wyrzekaniami...rozalona bya srodze... bo przecie nic temu niewinna...nie zwoywaa go do 
chaupy... sam przyszed... a na zwiesn, co matka wypominaj... to... spotka j przy przeazie...
moga si to wyrwa takiemu smokowi?... kiej j tak ozebrao, e... a potem moga si to 
ogna przed nim?... Zawsze si z ni tak dzieje, e niech kto a ostro spojrzy na ni albo i cinie 
mocno... to si w niej wszystko trzsie, moc j odchodzi i tak mdli w doku, e ju o niczym 
nie wie... co ona winowata? 

Skarya si cicho przez zy, a stara si udobruchaa i ja troskliwie obciera jej twarz i 
oczy, a gaska po gowinie, a uspokaja... 

-Cichoj, Jagu, nie pacz... nie... a to oczy ci si zaczerwieni kiej krlikowi i jak to pjdziesz 
do Borynw? 
- Czas to ju? - spytaa po chwili, spokojniejsza nieco. 
-Juci, e pora, a przybierz si piknie, ludzie tam bd, a i sam Boryna uwaa... 


Podniesa si zaraz Jagu i zacza si ubiera. 

- Nie uwarzy ci to mleka? 
- Nie chce mi si cakiem je, matulu. 
-Szymek, wygrzewasz si pokrako, a tam krowy o pusty b zbami dzwoni! -krzykna 
reszt zoci, a Szymek uciek, eby czego nie oberwa. 
-Widzi mi si -mwia ciszej, pomagajc Jagnie si przyodzia - e kowal jest w zgodzie 
z Boryn. Spotkaam go, wid od starego sielnego cioka... Szkoda... dobrze wart z pitnacie 
papierkw... ale moe to i dobrze, e s w zgodzie, bo kowal pyskacz i na prawie si 
zna... -odstpia par krokw i z luboci przygldaa si crce. Ale, tego zodzieja Koza 
pono ju wypucili, trzeba znowu zamyka wszystko a pilnowa... 

-Pjd ju! 

-Id, a sied do pnocka i gzij si tam z parobkami! - wybuchna reszt zoci. 
Jagna wysza, ale jeszcze z drogi syszaa star, jak krzyczaa na Jdrka, e winie nie 
wegnane do chleww, a kury nocuj po drzewach. 

U Boryny ju byo sporo ludzi. 

Ogie buzowa si na kominie i rozwietla ogromn izb, a lniy si szka od obrazw 
i koysay si te wiaty, czynione z kolorowych opatkw i na nitkach wiszce u czarnych, 
okopconych belek; na rodku izby leaa kupa czerwonej kapusty, a w pkole, szeroko zatoczone, 
twarzami do ognia, siedziay rzdem dziewczyny i kilka kobiet starszych -obieray z 
lici kapust, a gwki rzucay na rozesan pod oknem pacht. 

Jagu ogrzaa rce przy kominie, ostawia trepy pod oknem i siada zaraz z kraju przy starej 
Jagustynce, i ja si roboty. 

Gwar si te w miar podnosi, bo przybywao jeszcze kobiet i parobkw, ktrzy wraz z 
Kub znosili kapust ze stodoy, ale czciej kurzyli papierosy i szczerzyli zby do dziewczyn, 
a przemiewali si spoecznie. 

Jzka, cho to i skrzat by jeszcze, a rej wodzia i w robocie, i w miechach, bo starego 
nie byo, a Hanka, jak to zwyczajnie, kiej ta ma azia abo mruk. 

-Czerwono w izbie, jakby od makowych kwiatw! --zawoa Antek, bo by wtoczy do 
sieni beczki, a teraz ustawia przed kominem, z boku nieco, szatkownic. 
- Ba, zestroiy si kiej na wesele! - ozwaa si ktra starsza 
- Jagu to kiejby j kto w mleku wymy - zacza zoliwie Jagustynka. 
- Poniechajcie - szepna czerwienic si. 
-Cieszta si dziewczyny, bo ju Mateusz przywdrowa ze wiata, zaraz si tu zaczn 
muzyki a tace, a wystawanie po sadach... - cigna stara. 
- Cae lato go nie byo. 
- Jake, dwr stawia we Woli. 
- Majster jucha, baki nosem puszcza - rzek ktry z parobkw. 
- A do dzieuch tak sposobny, e i trzech kwartaw czeka nie potrza... 
- Jagustynka to nikomu dobrego sowa nie dadz- zacza jaka dziewczyna. 
- Pilnuj si, bym o tobie nie chciaa co rzec... 
- Wiecie, pono ten stary wdrownik ju przyszed . 
- Bdzie dzisiaj u nas! - zawoaa Jzia. 
- Bez cae trzy roki bywa we wiecie. 
- We wiecie?... By ci u grobu Jezusowego! 
-Hale! Widzia go tam kto? Cygani jucha, a gupie wierz; tak samo i kowal opowiada o 
zamorskich krajach, co ino w gazetach wyczyta... 
- Nie gadajcie, Jagustynko, sam dobrodziej przytwierdza do mojej matki. 
-Prawda, e to Dominikowa jakby drug chaup ma na plebani i zawdy wiedz, czy 
ksidza brzuch boli lekujca przeciech... 


Jagna zmilka, ale poczua dziwn ochot choby tym noem j gn, bo caa izba parskna 
miechem, tylko Misia Grzegorzowa nachylia si do Kbowej i spytaa: 

-Skd on jest? 
-Skd? Ze wiata szerokiego, abo to kto wie? -Nachylia si nieco, wzia gwk na 
do, obcinaa licie i mwia szybko, coraz goniej, eby i drugie syszay: - Co trzeci zim 
przychodzi do Lipiec i u Boryny zakada kwater... Rochem kaza si przezywa, cho mu ta 
pewnie i nie Roch... Dziad jest i nie dziad, kto go tam wie... ale pobony czowiek i dobry... 
ino mu tej obrczki nad gow, a byby rychtyk kiej te witki na obrazach. Race maj na 
szyi obcierane o grb Jezusowy... obrazki dzieciom daje wite, a jak niektrym, to i takie z 
krlami, co to z naszego narodu przdzi wychodziy... i ksiki pobone ma takie, w ktrych 
stoi wszystko, i historie rne o wiecie... czyta je przecie mojemu Walkowi, to i ja, i mj 
suchalim, inom przepomniaa, bo i wymiarkowa ciko... A nabony taki, e z p dnia 
przeklczy, drugi raz pod krzyem albo i gdzie w polu, a do kocioa ino na msz chodzi. Dobrodziej 
zaprasza go do siebie, na plebani, to mu rzek: 

- Z narodem mi osta, nie na pokojach moje miejsce... 
-Miarkuj te wszyscy, e nie musi by z chopskiego stanu, cho mwi jak wszystkie i 
nauczny jest; jake, z ydem gada po niemiecku, a we dworze w Drzazgowej -to z panienk, 
co bya la zdrowia w ciepych krajach, te rozmwi si po zagranicznemu... a od nikogo nic 
nie wemie, tyle co kapk mleka i kromk chleba, a i za to jeszcze dzieci uczy... powiedaj... ale 
Kbowa urwaa z naga, bo dziewczyny buchny miechem i a si pokaday. 
mieli si z Kuby, ktren nis w pachcie kapust i pchnity przez kogo, przewrci si 
na rodku jak dugi, a si kapusta rozleciaa po izbie, a on wstawa z trudem i co si ju zebra 
na czworaki, to pada znowu, bo go popychali. 

Jzia go obronia i pomoga wsta, ale te pomstowa, pomstowa... 

I z wolna rozmowa przesza na co innego. 

Wszystkie mwiy z cicha, a gwar si czyni jakoby w ulu przed wyrojem, a miechy 

szy, a przekpiwania a robota sza chybcikiem, ino trzaskay noe o gby, a gwki jako te 
kule raz wraz paday na pacht i stoyy si w coraz wiksz kup. Antek za szatkowa nad 
wielkim cebrem przy kominie; rozdziany by, e osta ino w koszuli i w portkach pasiastych z 
weniakowego sukna, rozczerwieni si, eb mu si rozwichrzy i pot gsto pokry mu czoo; 
tgo robi, ale mia si cigiem i przekpiwa, a taki by urodny, e Jagna jak w obraz pogldaa, 
a i nie ona jedna tylko... a on przystawa, eby odetchn, i wesoym wzrokiem tak patrza 
na ni, a spuszczaa oczy i czerwienia si. Ale nikt tego nie widzia prcz Jagustynki, a 
i ta udawaa, e nie patrzy, jeno sobie w gowie ukadaa, jak to opowiedzie na wsi. 

- Marcycha pono zlega, wiecie to? - zacza Kbowa. 
- Nie nowina to jej, co roku se to robi. 
-Baba jak tur, to jej dzieciak krew odciga od gowy - mrukna Jagustynka i chciaa dalej 
co o tym rzec, ale j zgromiy drugie, e to o takich rzeczach mwi przy dzieuchach. 
-Wiedz one i o lepszych, nie bjta si. Teraz nasta czas taki, e ju i gsiarce nie mwi 
o bocianie, ino si w oczy rozemieje... nie tak to przdzi bywao, nie.. 
-No , wycie ta ju wszystko wiedzieli jeszcze za bydem... -rzeka powanie stara 
Wawrzonowa - a bo to nie bacz, cocie wyprawiali na pastwiskach... 
- Kiedy baczycie, to i ostawcie la siebie! - zakrzykna ostro Jagustynka. 
-Byam ju za chopem... za Mateuszem, widzi mi si... nie, za Michaem, tak, bo juci 
Wawrzon by trzeci... mruczaa nie mogc utrafi. 
-Ale, siedzita i nie wiecie, co si stao! -zawoaa wpadajc zadyszana Nastusia Gobianka, 
Mateusza siostra. 
Podniosy si ciekawe zapytania ze wszystkich stron i wszystkie oczy spoczy na niej. , 

- A to mynarzowi ukradli konie! 
- Kiedy? 


- Ze trzy pacierze temu. Dopiero co Jankiel umwi Mateuszowi. 
- Jankiel ta wie wszystko zaraz, a moe i nieco przdzi... 
- Takie konie, kiej te hamany! 
-Ze stajni wyprowadziy. Parobek poszed do myna po obrok, wraca, a tu ju ni koni, ni 
uprzy nie ma a pies w budzie struty, no! 
- Na zim idzie, to si ju rnoci zaczynaj. 
-A bo kary na zodziejw nie ma adnej... Hale, duo mu zrobi, wsadz do kryminau, 
dadz je, w cieple si wysiedzi, z kolegami wypraktykuje, e kiej go puszcz to jeszcze 
lepszy jest zodziej, bo nauczny. 
-Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a zapabym tobym ubi na miejscu jak psa wciekego! 
- wykrzykn jeden z parobkw. 
-A bo ino tego by warta taki czowiek, bo ino gupie szukaj sprawiedliwoci we wiecie. 
Kuden ma prawo dochodzi swojej krzywdy. 
- Zapa takiego i ca kup choby zabi, to i kary, nie ma, bo wszystkich to by karali? 
-Bacz... zrobili tak u nas... zaraz, za drugim chopem ju byam... nie, widzi mi si, e 
jeszcze za Mateuszem... 
Ale te wywody przerwa Boryna wchodzc do izby. 

-Tak se na ucho gadacie, ae po drugiej stronie stawu sycha! -zawoa wesoo, czapk 
zdj i wita si ze wszystkimi po kolei. Musia mie ju w gowie, bo czerwony by jak wik, 
kapot rozpuci i gono a duo gada, czego zwyczajny nie by. Chciao mu si przysi do 
Jagusi, ale si wagowa, e to tak na oczach wszystkich nijako, pki zmwiona z nim nie jest, 
to ino wesoo pogadywa i rad na ni patrzy, taka pikna dzisiaj bya i wystrojona w chustk 
od niego. 
Zaraz te Witek z Kub przynieli dug aw przed komin, Jzia okrya j czystym ptnem 
i zacza ustawia miski i yki do jedzenia. 
A Boryna wynis z komory pkat, dobrze pgarncow butl okowitki i j z ni obchodzi 
wszystkich po kolei i przepija. 
Dziewczyny si nieco wzdragay, a ktry z parobkw powiedzia: 

- akome na okowitk, kiej kot na mleko, ino si prosi daj. 
- Sam pijanica zatracony, cigiem siedzi u Jankla, to myli, e wszyscy! 
I piy, odwracay si, przysaniay twarz rk, reszt chlustay na ziemi, krzywiy si, 
mwiy mocna i oddaway kieliszek Borynie. 
Tylko Jagna upara si i nie pia, mimo prb i namawia. 

- Nawet i smaku gorzaki nie znam i nie ciekawam powiedziaa. 
- No, siadajcie, ludzie kochane, co jest, to zjemy! - zaprasza stary. 
Obsiedli po ceregielach rnych, jak to obyczaj kae, aw i z wolna jedli, a raz w raz 
pogadywali. 
Z misek dymio par, e przysonia wszystkich jak chmur, z ktrej tylko skrzybot yek, 
mlaskanie i to sowo niektre sycha byo. 
Jado zwarzyli wybrane, a si dziwi niejeden, bo i ziemniaki z rosoem byy, i miso 
gotowane z praon jczmienn kasz, i kapusta z grochem -rzetelnie ugocili, po gospodarsku, 
a do tego Boryna cigiem zaprasza a przymusza, a Jzia ze swej strony i Hanka pilnoway 
by zasi dola i dooy... 

Witek dorzuca suchych karpw na ogie, e ino trzaska wesoo, a Kuba przez ten czas, 
co jedli, znosi kapust i zsypywa na kup, a akomie wciga w siebie zapachy, oblizywa si 
i wzdycha. 

-P wou bym zjad z jedn albo z dwoma miseczkami kaszy... a juchy tak r jak te konice 
wygodzone, jeszcze gotowe czowiekowi nie zostawi ni kosteczek myla z markotnoci 
i przyciga pasa, tak mu w kiszkach burczao z godu. 
Ale rycho skoczyli i podnieli si z Bg zapa gospodarstwu. 



- Niech wam pjdzie na zdrowie. 
Rumor si uczyni, kto wychodzi przewietrzy si i koci przecign, kto za spojrze 
w niebo, czy si nie przejania, a jak parobki, to eby na ganku pogzi si z dziewczynami. 
A Kuba siad na progu z misk na kolanach i jad, a mu si uszy trzsy, nie zwaajc na 
ap, ktren przypomina si rnie, a widzc, e nic nie wskra, wysun si na ganek do 
psw, co z ludmi pocigay i gryzy si o koci wyrzucone przez Jzi. 

Wzili si akuratnie z powrotem do roboty, kiedy Roch stan we drzwiach z pochwaleniem. 


- Na wieki! - odrzekli chrem. 
-Spiesz si, flisie, pki jest na misie... Spnilicie si, ale jeszcze dla was bdzie... - zawoa 
Boryna, przysuwajc mu stoek do komina. 
-Mleka i chleba daj mi, Jzia, a wystarczy. 

- Jest jeszcze i dziebko misa... - ozwaa si niemiao Hanka. 
- Nie, Bg zapa, misa nie jadam. 
Przymilkli z pocztku i przypatrywali mu si ; z yczliw ciekawoci, ale gdy przysiad 
do jada, rozmowy i miechy podniosy si na nowo. 
Tylko Jagna milczaa, pogldaa czsto na wdrownika ze zdumieniem, e to taki czowiek 
jak wszystkie, a u grobu Jezusowego by, p wiata zeszed i cudw tyla widzia... Jak 
to tam moe by w tym wiecie? - mylaa: - Gdzie to i, eby tam zaj?... Naok przeciech 
ino wsie a pola, a bory, a za nimi te wsie i pola, i lasy.... Ze sto mil trza i abo i z tysic mylaa 
i miaa dziwn ochot si spyta, ale gdzie by to za moga, wvmiaby j jeszcze.... 

Chopak Rafaw, co to by z wojska powrci, przynis skrzypce, nastroi i zacz przegrywa 
pienie rne. 

Cicho si uczynia, deszcz tylko zacina w szyby i psy jazgotay przed domem. A on 
gra wci i coraz to co nowego, przebiera ino palcami i smykiem tak ci po strunach, e 
nuta jakby sama wychodzia... pobone pienie gra jakby la tego wdrownika; ktren oczw 
z nich nie spuszcza, a potem znowu inne, wiatowe cakiem t o Jasiu, jadcym na wojenk, 
co j to czsto dziewczyny zawodziy po polach... a tak aoliwie wyciga nut z owych 
drewulek, a mrz szed, po kociach wszystkich, a Jagusi, e to czujna bya na muzyk jak 
mao kto, zy ciurkiem pocieky po twarzy. 

- A przesta, bo Jagusia pacze!... - zawoa Nastka 
-Nie... to ino tak... ozbiera mnie zawdy granie... nie...szeptaa zawstydzona kryjc twarz 
w zapasce. 
Nie pomogo to nic, bo cho nie chciaa, a zy same kapay z tej onej tskliwoci dziwnej, 
co jej bya wstaa w sercu nie wiadomo za czym... 
Ale chopak gra nie przesta, tyla e teraz rzn od ucha siarczyste mazury a obertasy takie, 
a dziewczyny usiedzie nie mogy, ino ciskay dygoczc z uciechy kolana a rzucay 
ramionami , parobki przytupywali raz w raz i podpiewywali wesoo -izba napenia si 
wrzaw a tupotem i miechami , a si szyby trzsy. 

Naraz pies j skowycze w sieni i tak przeraliwie zawy, e umilkli wszyscy. 
-Co si stao? 
Roch rzuci si do sieni tak prdko, e o mao si nie przewrci o szatkownic. 


-I, nic... chopak ktry przyci psu ogon drzwiami i bez to tak wy! -zawoa Antek, 
wyjrzawszy do sieni. 
- Pewnie to Witka robota - zauway  Boryna. 
-Ale, Witek by ta psa krzywdzi, ktren zbiera po wsi wywki rne i lekuje... - bronia 
gorco Jzia. 
Roch powrci mocno wzburzony, oswobodzi musia psa, bo skowyt byo sycha ju 
gdzie w opotkach. 



-I pies stworzenie boskie, i czuje krzywd jako i czowiek... Pan Jezus mia te swojego 
pieska i nie da nikomu krzywdzi... - powiedzia porywczo. 
- Pan Jezus by tam mia pieska, jak wszyscy ludzie?... - wtpia Jagustynka. 
- A ebycie wiedzieli, to mia i Burkiem go przezywa... 
- Hale... No! Cie... - odzyway si ciekawe gosy. 
Roch milcza chwil, a potem podnis siw gow, okolon dugimi, rwno nad czoem 
ucitymi wosami, utkwi blade, jakby wypakane oczy w ogniu i ozwa si cicho, przebierajc 
palcami ziarna raca... 

W owy czas daleki... 

Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadza i rzdy nad narodem sam sprawowa, stao si to, 
co wam rzekn... 

Szed se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie byo, ino piachy srogie a parzce, 
bo soce przypiekao i gorc by taki, jak kieby przed burz... A cienia nikaj ni osony. 

Pan Jezus szed z cierpliwoci wielk, bo do lasu byo jeszcze kawa drogi, ale e ju 
tych witych nkw nie czu z utrudzenia i pi mu si okrutnie chciao, to se raz w raz przysiada 
na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewao, i rosy same ino koziebrdki, a cienia 
byo tyla, co od tych poschnitych badyli dziewann, e i ptaszek by si nie schroni.... 

Ale co przysiad, to i nie odzipn nawet rzetelnie, bo zaraz Zy, jako ten jastrzb paskudny, 
co bije z gry w ustaego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bi racicami w piach a tarza si 
jako to bydl, e taka kurzawa, taka ma si podnosia, co i wiata wida nie byo... 

Pan Jezus, cho mu piersi zapierao i ledwie si ju rucha, to wstawa i szed, a ino si 
pomiewa z gupiego, bo przeciech wiedzia, e Zy chcia mu zmyli drog, coby nie szed 
na odpust na zbawienie grzesznego narodu... 

I szed Pan Jezus... szed... a i przyszed do lasu... 

Odpocz se w cieniu niezgorzej, ochodzi wod i co nieco z torby przegryz, potem 
wyama niezgorszy kijaszek, przeegna si i wlaz w br. 

A br by stary i gsty, a bota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, e musi sam Zy 
tam domowa, a gszcze, e i niektremu ptakowi acno przemkn si nie byo. Jeno Pan 
Jezus wszed, a tu kiej Zy borem nie zatrzsie, kiej nie zacznie wy, kiej nie pocznie ama 
chojarw a wiater, jako e to jeno parob piekielny, pomaga w te pdy i rwa suszki, rwa dby, 
rwa gazie i hucza, i hurkota po borze jako ten gupi. 

Ciemno si staa, e chocia oko wykol -a tu szum, a tu trzask... a tu zawierucha... a tu 
jakie zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakuj i szczerz ky... i warcz...i strasz... i wiec 
lepiami, i... ino... ino chyci pazurami. 

ale juci, e nie miay, bo jake by... Pan ci Jezus by w swojej witej osobie... 

Ale i Panu Jezusowi do byo tego gupiego strachania, i e pilno na odpust, to przeegna 
br i zaraz wszystkie Ze i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach. 

Osta si ino taki dziki pies, bo w ony czas pieski nie byy jeszcze z ludmi pobratane. 

Ten ci to pies osta i lecia za Panem Jezusem, szczeka, to dociera do witych nek 

Jego, to udar zbami za porteczki, to kapot Mu ozdar i za torby chyta, i sielnie si dobiera 
do misa... ale Pan Jezus, jako e by litociwy i krzywdy nijakiemu stworzeniu zrobi by nie 
zrobi, a mg go kijaszkiem przetrci abo i zasie samym pomyleniem zabi, to ino powieda: 


- Naci, gupi, chlebaszka, kiej godny - i rzuci mu z torby. 
Ale pies si rozeli i zapamita, e nic, ino ky szczerzy, warczy, ujada, a dociera i cakiem 
ju psuje Jezusowe porteczki. 
-Chlebam ci da, nie ukrzywdzi, a obleczenie mi rwiesz i szczekasz po prnicy. Gupi, 
mj, piesku, bo Pana swego nie pozna. Jeszcze ty za to czowiekowi odsuysz i y bez 
niego nie poradzisz... - powiedzia Pan Jezus mocno, a pies siad na zadzie, potem zawrci, 
ogon wtuli midzy nogi, zawy i kiej ogupiay pogna w cay wiat. 



A Pan Jezus przyszed na odpust. 

Na odpucie narodu jak drzew w boru abo tej trawy na kach - a gsto. 

Ale w kociele byo pusto, bo w karczmie grali, a przed krucht cay jarmark i pijastwo, 
i rozpusta, i obraza boska, jako i w te czasy bywa. 

Wychodzi Pan Jezus po sumie i patrzy, a tu nard kiej to zboe pod wiatrem, to w t, to 
w on stron si kolebie i ucieka, a niektry z biczem biey, kto erdk z potu wyciga, kto 
znw po konice siga, a inszy zasi i kamienia szuka, a baby w krzyk i na poty si dr, to na 
wozy, a dzieci w bek, a wszyscy krzycz: 

- Wcieky pies, wcieky pies! 
A pies rodkiem ludzi, kieby z naga rozstpion ulic, gna z wywieszonym ozorem i 
wprost na Pana Jezusa. Nie ulk ci si Pan nasz, nie... pozna, e to ten sam piesek z boru, to 
ino rozpostar t swoj wit kapot i powieda do zwierza, ktren z naga przystan: 

-Pjd tu, Burek, przespieczniejszy ty przy mnie nili w borze. Okry go kapot, ospostar 
nad nim rce i powiada: 
-Nie zabijajcie go, ludzie, bo to te stworzenie boskie, a biedne jest, godne, zgonione i 
bezpaskie. 
Ale chopi jeli krzycze, jeli wydziwia; a mamrota trzaska konicami o ziemi: e to 
zwierz dziki i wcieky, e im ju tyla gskw i owieczek porwa, e cigiem szkody czyni, a 
i czowieka uszanowa nie uszanuje, ino zaraz kami... e nikt bez kija na pole nie wyjdzie, bo 
bez tego piekielnika przespiecznoci nijakiej nie ma... e zabi go trza koniecznie... 

I chcieli przez moc psa spod Panajezusowej kapoty wzi a zakatowa. A si Pan Jezus 
ozgniewa i krzykn: 

-Nie ruchaj, jeden drugi! To si, ajdusy i pijanice, psa boita, a Pana Boga to si nie boita, 
co?.. 
Odstpili, bo mocno rzek, a Pan Jezus im dalej powieda -e s ajdusy... e przyszli na 
odpust, a pij ino po karczmach, a Boga obraaj, a pokuty nie czyni i przekltniki s, a katy 
jedne la drugich, zodzieje, bezboniki i kara boska ich nie minie. 

Skoczy Pan Jezus, podnis kijaszek i chcia odej... 
Ale ju Go nard pozna i kiej nie rymnie przed Nim na kolana, kiej nie rykn paczem i 
kiej nie zaczn skomle... 

- Osta z nami, Panie! Osta, Panie Jezu Chryste! 
Osta! A to Ci wierne bdziemy, kiej ten pies... pijanice my, bezboniki my, ze my ludzie, 
ale osta!... Ukarz, bij, ale osta!... Sieroty my opuszczone, ludzie bezpaskie..-, i tak 
pakali, tak ebrali, tak caowali Go po rkach i po tych nogach witych, e zmiko serce 
Paskie, osta z nimi przez par pacierzw, naucza, rozgrzesza i bogosawi wszystkiemu. 

A potem, kiedy ju odchodzi, to powiada: 

-Krzywd wam czyni pies? Odtd wam odsugiwa bdzie. I gskw popilnuje, i 
owieczki ogania bdzie, i jak si jeden albo drugi schlasz - chudoby i dobra strem bdzie a 
przyjacielem. Ino go szanujta i krzywdy mu nie czycie. 

I odszed Pan Jezus we wiat tyli. 
A obejrzy si - Burek siedzi tam, gdzie go obroni. 


- Burek, a pdzi ze mn, c to, sam, gupi, ostaniesz?., 
I pies poszed, i ju szed wszdy za Panem i taki cichy, taki czujny, taki wierny, kiej parobek 
najlepszy. 

I poszli ju wszdzie razem. 

I bez bory szli, i bez wody - caym wiatem. 

A e nieraz i gd by, to piesek ptaszka jakiego wytropi, to gsk abo baranka przynis 

i tak se spoecznie yli. 
A czsto gsto, kiedy Jezusiczek strudzony spoczywa, to Burek odgania zych ludzi abo 
i zwierza dzikiego i nie da Pana naszego, nie... 



Kiej przyszed czas, e ydy paskudne i one faryzeje srogie wiedy Pana na umczenie to 
Burek rzuci si na wszystkich i j gry, i broni, jak tylko umiaa biedota kochana. 
A Jezus mu rzek spod drzewa, ktre dwiga na mk swoj wit: 

- Sumienie barzej ich gry bdzie... a ty nie uredzisz... 
I kiej umczonego powiesili na krzyzie, to Burek siad i wy... 
...drugiego dnia, kiej wszystkie ludzie poodchodzili, e ju ani Panienki Najwitszej, ni 
apostow witych nie byo... to osta ino Burek... 
...liza raz w raz te wite, przebite godziam, konajce nki Panajezusowe i wy... 
wy... wy... 
...a kiej ju trzeci dzie nadszed... przeckn Pan Jezus i patrzy, a tu nikogo w podle 
krzya... ino jeden Burek skamli aoliwie i tuli si do jego nogw... 
...to Pan nasz Jezus Chrystus Przenajwitszy pojrza miociwie na niego w tej godzinie i 
rzek ostatnim tchem: 

- Pjd, Burek, ze mn! 
I piesek w to oczymgnienie puci ostatni par i poszed za Panem... 
Amen. 


-Tak byo, jakom rzek, ludzie kochane! - powiedzia agodnie, skoczywszy przeegna 
si i poszed na drug stron, gdzie mu ju Hanka spanie narzdzia, e to wielce by utrudzon. 
Guche milczenie zalego izb. Rozwaali se wszyscy t dziwn histori, a dziewczyny 
niektre, jak Jagusia, Jzka i Nastka, to obcieray ukradkiem oczy, bo tak je rzewnoci 
przeja dola Paska i ta Burkowa przygoda; a samo ju to, e si taki pies znalaz we wiecie, 
co lepszy by od ludzi i wierniejszy Panu, zastanowio wszystkich niemao... i poczli z wolna, 
po cichu jeszcze czyni uwagi rne i dziwowa si nad tym zrzdzeniem boskim, a Jagustynka, 
ktra bya pilnie suchaa, podniesa gow, zamiaa si urgliwie i powiada: 

-Baj baju, chop liwy rwie, a ino ich dwie! Ja waju lepsz powiem przypowiastk, o 
tym, skd si w wzi czowiekowi: 
Pan Bg stworzy byka. 
I byk by. 
A chop wzi kozika, 
Urzn mu u dou 
I stworzy wou...
i w jest! 

- Taka dobra moja prawda jako i Rochowa! - pocza si mia. 
Izba te caa gruchna miechem i wnet posypay si arty, to gadki, to przypowiastki 
rne. 

- Jagustynka to wszystko wiedz... 
- Jake, wdowa po trzech chopach, to i nauczna. 
-Juci, jeden j uczy rano biczyskiem... drugi w poednie rzemieniem, a trzeci na odwieczerz 
czsto gsto konic pogania... - woa Rafaw. 
-Poszabym i za czwartego, ale nie za ciebie, bo za gupi i chodzisz usmarkany kiej ydziak. 
-Jak temu psu Jezusowemu byo przez Pana, tak kobieta oby si nie obdzie bez bicia... 
to i Jagustynce markotno... - rzuci ktry z parobkw. 
-Gupi... bacz ino, kiej niesiesz ojcowe wiartki do Jankla, by ci nikt nie widzia, a 
wdowiestwu daj spokj, to nie na twj rozum -warkna ostro, a przymilkli, bo bali si, e 
w zoci wszystko gono wypowie, co tylko wie, a moga wiedzie sporo. Przekorna baba 
bya, nieustpliwa i o wszystkim majca swoje powiedzenie, nieraz takie, e a ludziom skra 
cierpa i wosy wstaway na gowie, bo nic nie uszanowaa, nawet ksidza i kocioa, e ju 


nieraz j dobrodziej napomina i do opamitania przynagla, nie pomogo, a potem ino po wsi 
mwia : 

- I bez ksidza kaden do Pana Boga trafi, niech jeno bdzie poczciwy; gospodyni lepiej 
mu pilnowa, bo z trzecim chodzi i znowu gdzie zgubi... 

Taka bya Jagustynka... 

Rozchodzi si ju mieli, kiedy wszed wjt z sotysem, obchodzili chaupy, eby jutro 

podug rozkadu wychodzili na szarwark, na drog za myn, rozmyt przez deszcze... 
Ale wjt przdzi, skoro jeno wszed, rozoy rce i wykrzykn: 

- Same najpierwsze dziewczyny jucha stary se zwoa!. 
Jako prawd rzek, bo byy same gospodarskie crki rodowe - i z wianem. 
Boryna gospodarz by przecie pierwszy na ca wie, to jake, dziewki suebne, komornice 
albo biedot tak, co to w dziesicioro wisi u krowiego ogona - zwoywaby do siebie 
i zaprasza! 

Wjt pogada ze starym na osobnoci, ale tak cicho, e nikt nie usysza, pomia si z 
dziewczynami i poszed rycho, bo jeszcze cae p wsi zwoywa mia na jutro. Wkrtce te i 
zaczli si rozchodzi wszyscy, e to pno byo, a i kapusty prawie ju zbrako do obierania. 
Boryna dzikowa wszystkim a kademu z osobna, i co starszym kobietom otwiera drzwi i 
wyprowadza... 

Jagustynka na odchodnym rzeka w gos: 

- Bg zapa za ugoszczenie, ale dobrze cakiem nie byo. 
- Hale! No... 
- Gospodyni brak wam, Macieju, a bez to nijakiego porzdku nie moe by... 
- Co robi, moiciewy?... Co robi?... Zrzdzenie ju takie boskie, e pomara... 
-Mao to dziewczyn! A dy w kaden czwartek ino wypatruj po wsi, czy swaty od was 
nie id do ktrej...-mwia chytrze cigajc go za jzyk, ale Boryna, cho i mia ju odpowied. 
podrapa si tylko po gowie i umiecha, a szuka bezwiednie oczami Jagusi, ktra 
zabieraa si do wyjcia... 
Na to i czeka Antek, przyodzia si nieznacznie i wyszed naprzd. Jagu sama sza do 
domu, bo inne mieszkay w drugiej stronie, ku mynowi. 

- Jagu! - szepn wychylajc si z ciemnoci spod pota jakiego. 
Przystana, poznaa gos jego i pocza dziebko dygota. 
-Odprowadz ci, Jagu! -Obejrza si -noc bya ciemna, bez gwiazd, wiatr hucza gr 
i miota drzewami. 
Obja j wp mocno i tak przytuleni do siebie zginli w ciemnociach. 

ROZDZIA 8 

Nazajutrz gruchna po Lipcach wie o Borynowych z Jagn zmwinach. 

Wjt by dziewosbem - wic wjtowa, e m srogo przykazywa pary z gby nie puszcza 
przdzi, nim powrci, dopiero na odwieczerzu pobiega do ssiadki, rzekomo soli poyczy, 
i ju na odchodnym nie wytrzymaa, ino wzia kum na bok i szepna: 

- Wiecie to, Boryna posa z wdk do Jagny! Ino nie mwcie, bo mj tak przykazywa. 
-Nie moe by! Gdziebym ta z ozorem po wsi lataa! Pleciuch to jestem czy co?... Taki 
dziad i za trzeci kobiet si bierze! Co to dzieci na to powiedz! O wiecie, wiecie! -jkna 
ze zgroz. 

A skoro wjtowa wysza, przyodziaa si w zapask i chykiem przez sad wpada do Kbw, 
co w podle siedzieli, poyczy szczotki paczesnej, e jej bya si gdziesik zapodziaa. 



- Syszelicie? Boryna eni si z Jagn Dominikwn! Dopiero co szy do niej z wdk. 
- Nie ! - cudeka prawicie ! Jake by to, dzieci dorose i sam ju w latach! 
- Juci e niemody, ale mu nie odmwi... nie, gospodarz taki, bogacz! 
-Albo i ta Jagna! Widzielicie, moi ludzie! To si achaa z tym i owym... a teraz gospodyni 
pierwsz bdzie! Jest to na wiecie sprawiedliwo? Co?... A tyla dzieuch siedzi... 
choby i te siostrzyne... 

-A moje po bracie! A Koprzywianki! A Nastusia! A drugie! To nie gospodarskie? Nie 
warne? Nie poczciwe? Co?... 
- Bdzie si ona dopiero nadymaa! I tak kiej ten paw chodzi a gowy zadziera. 
-Bez obrazy boskiej si te oby nie obdzie -kowal ni drugie dzieci nie daruj swojego 
macosze, nie! 
- Hale, poredz to co? Gront starego, to i wola jego. 
- Juci, e po prawie jego, ale po sprawiedliwoci i dzieciski te. 
- Moiciewy, sprawiedliwo ma zawdy ten, kogo sta na ni... 
Nawyrzekay, naaliy si na wiat i jego sprawy i rozeszy si, a z nimi rozlaa si ta 
wie po wsi caej. 
e roboty byo niewiela i niepilne, a ludzie siedzieli po chaupach, bo drogi byy do cna 
rozmiky, to pogwarzano o tych zmwinach po chaupach wszystkich. Wie ca ogarna 
ciekawo, na czym si to skoczy; spodziewali si z gry, e nastpi bitki a procesowanie, a 
historie rne. Jake, znali Borynow gwatowno, e jak si zawemie, to i dobrodziejowi 
nie ustpi, a i Antkow hardo te znali. 

Nawet ludzie spdzeni do szarwarku, na rozerwan grobl za mynem, poprzystawali i 
jli o tym zdarzeniu poredza. 
Przerzek co nieco jeden, przerzek i drugi, a w kocu stary Kb, e to mdry chop 
by i powaany, powiedzia surowo: 

- Z tego padnie ze na wie ca, baczcie ino. 
- Antek nie ustpi, jake? Nowa gba do miski- rzek ktry. 
- Gupi, u Boryny starczyoby i la piciu - o dziay pjdzie. 
- Bez zapisu si tam nie obejdzie. 
- Dominikowa nie gupia, ju ona wszystkich wyrychtuje. 
- Matk jest, to jej psie prawo o dziecko stoi - rzuci Kb. 
- W kociele przesiaduje, a chytra na grosz kiej ten yd. 
- Nie powiedaj leda co na ludzi, eby ci ozr nie odjo. 
I tak cae popoudnie zajmowaa si wie zmwinami, co i nie dziw, bo Borynowie byli 
rodowi, starzy gospodarze, a Maciej, chocia urzdu nijakiego nie sprawowa, a gromadzie 
przewodzi. Jake, na odwiecznych kmiecych rolach siedzia, z dziada pradziada we wsi by, 
rozum mia, bogactwo mia - e chcc nie chcc, a suchali i uwaali go wszyscy. 

Jeno nikt z dzieci, ni kowal nawet, o zmwinach nie wiedzia, bali si do nich z nowin 
biey, bych w pierwszej zoci czego nie oberwa. 

Wic te w chaupie Borynw cicho byo jeszcze, ciszej dzisiaj nili zazwyczaj -deszcz 
by przesta pada i od rana przecierao si na niebie, to zaraz po niadaniu Antek z Kub i z 
kobietami pojechali do lasu zbiera susz na opa i probowa, czyby si nie dao kolek ugrabi. 

Stary pozosta w domu. 

A ju od samego rana by dziwnie przykry, dziwnie zelony, e ino szuka okazji, na kogo 
by wywrze niepokj i zo, jakie go roztrzsay; Witka spra, bo pod krowy somy nie 
przyrzuci i leay do p bokw w gnoju, z Antkiem si pokci; Hank wykrzycza za chopaka, 
ktren wybaykowa przed dom i utytla si w bocie; nawet na Jzk powsta, e si 
dugo guzdraa... a konie czekay na ni. 

A gdy wreszcie pozosta sam, z Jagustynk ino, ktra bya ostaa z wczoraj, eby dogldn 
inwentarza, to ju cakiem nie wiedzia, co robi ze sob. Przypomina sobie cigiem, co 



mu Jambro prawi o przyjciu przez Dominikow, co rzeka Jagna, a mimo to dufnoci w 
siebie nie mia i dziadowi wierzy nie bardzo wierzy, e to mg za ten kieliszek ocygani 
ino. To azi po izbie, oknem na pust drog wyglda abo zgoa i z ganku na Jagusin chaup 
niespokojnie spoziera - a zmierzchu wyczekiwa kiej zmiowania... 

Sto razy chciao mu si biey do wjta i pogna, by poszli prdzej - ale osta w domu, 
bo go powstrzymyway oczy Jagustynki, co za nim chodziy cigiem; oczy zmruone, a wiecce 
urgliwoci i namiechliwe... 

- Czarownica jucha, wierci lepiami kiej widerkiem - myla. 
A Jagustynka azia po chaupie i obejciu z przlic pod pach i nagldaa - przda, a 
wrzeciono turkotao w powietrzu, nawijaa ni i sza dalej, do gsi, do wi, do obory, a apa 
wczy si za ni senny i ociay-nie odzywaa si do starego, cho dobrze wiedziaa, co go 
tak rozbiera i markoci, co nim tak rzuca, e a wzi si do zabijania kow pod cian do 
ogacenia. 

Przystawaa ino przy nim raz w raz, a w kocu rzeka: 

- Nie idzie wama dzisiaj robota. 
- A nie idzie, psiachma, nie idzie. 
-Sodoma tutaj bdzie, mj Jezu! Sodoma! -mylaa odchodzc. -Dobrze stary robi, e 
si eni, dobrze! A to by mu day taki wycug dzieci jak mnie! Cae dziesi morgw pola jak 
zoto daam, i co?... - spluna ze zoci. - Na wyrobki chodz, na komornic zeszam!... 
A stary, e to ju wydziere nie mg, gruchn siekier o ziemi i krzykn: 

- Na psa taka robota! 
- Gryzie was co na wntrzu. 
- A gryzie, gryzie.:. 
Jagustynka przysiada na przyzbie, wycigna dug ni, zwina na wrzeciono i cicho, 
troch z obaw rzeka: 

- Przeciech nie macie si z czego markoci ni turbowa. 
- Wiecie to? 
- Nie bjcie si, Dominikowra mdra, a Jagna te po mylenie ma. 
- Rzeklicie! - zawoa radonie i przysiad w podle. 
- Jake, mam oczy. 
Milczeli dugo przetrzymujc si wzajemnie. 
-Na wesele mnie zaprocie, to wam takiego Chmiela zapiewam, e rychtyk w dziewi 
miesicy chrzciny wyprawicie... - zacza ironicznie, ale widzc, e stary si schmurzy, 
dorzucia innym tonem: 

- Dobrze robicie, Macieju, dobrze. Jak mj pomar ebym bya sobie poszukaa chopa, to 
nie komornic bym dzisiaj bya, nie...Gupia byam, zawierzyam dzieciom .... na wycug poszam, 
gront odpisaam, i co?... 
- Ja ta nie odpisz ni zagona! - rzek twardo. 
-Macie wy rozum, e tak mwicie, macie! Po sdach si wczyam, to ino te par zotych, 
com miaa -poszy, a sprawiedliwoci nie kupiam... i na staro na poniewierk, na 
wyrobek! ebyta, cierwy, pode potem wyzdychay za moje ukrzywdzenie! Poszam do 
nich w niedziel, eby chocia popatrze na chaup, na ten sad, com go ano sama szczepia, to 
synowa wywara na mnie pysk , e na przepiegi przychodz! Mj ty Jezu kochany! Ja na 
przepiegi, na swj rodzony gront przychodz! Mylaam e trupem padn, tak mnie ao 
cisna! Poszam do dobrodzieja, eby ich chocia za to skarci z ambony, to mi rzek, e za 
te krzywdy Pan Jezus mnie wynagrodzi!...Juci, juci... jak kto nic nie ma, dobra mu i Jezusowa 
aska, dobra... ale zawdy wolaabym ja pogospodarzy tu na groncie, w ciepej izbie pod 
pierzyn si przespa tusto se podje i uciechy zay... 
I ja z tak gorcoci wygadywa na wszystko, e Boryna powsta i poszed na wie do 
wjta, jako e i mrocze poczynao. 



- Rycho idzieta, co? 
- W te minuty, zarno Szymon przyjd. 
Jako i przyszed, i poszli ju razem do karczmy, aby si napi jaki kieliszek i wzi araku 
na poczstunek. Jambroy ju tam by i wnet przysta do nich, ale niedugo pili, bo Maciej 
ich popdza. 

-Poczekam na was tutaj; odpij, to zabierzcie kobiety i przychodcie duchem - zawoa 
za nimi. 
Szli mocno rodkiem drogi, a boto si otwierao; mrok gstnia i pokrywa wiat szarym, 
smutnym przdziwem, w ktrym wie caa zapadaa, tylko gdzieniegdzie poczy z mrokw 
wybyskiwa wiata chat i psy naszczekiway w opotkach, jak zwyczajnie przed kolacj. 


- Kumotrze? - ozwa si po chwili wjt. 
-He? 
- Widzi mi si, e Boryna wyprawi sielne weselisko. 
- Wyprawi abo i nie wyprawi! - odrzek zgryliwie, e to mruk by. 
-Wyprawi! Wjt wama to mwi, to wierzcie. Ja ju w tym. Wyrychtujemy tak z nich 
par, e ja ha! 

-Ino klacz poniesie, bo ogier, widzi mi si, ma konopie w ogonie! 
- Nie nasza to rzecz. 
- Hale... dzieci nas wyklina bd... 
- Bdzie galanto, ja, wjt, to wama mwie. 
Weszli zaraz do chaupy Dominikowej. 
W izbie byo widno, zamieciono, czysto - spodziewali si ich przecie. 
Dziewosby pochwalili Boga, przywitali si kolejno ze wszystkimi bo i chopaki siedzieli 
w izbie, usiedli na przysunitych do komina stokach i jli pogadywa to o tym, to o 
owym. 

- A to zib, jakby ju na mrz szo - zacz wjt, ogrzewajc rce. 
- Przeciech nie na zwiesn idzie, to i nie dziwota! 
-Zwielicie ju kapust, co? 
-I.. ostao tam na kapunisku dziebko, ale teraz nie dojedzie -odpowiadaa stara spokojnie 
i chodzia oczami za Jagn, ktra pod oknem motaa na motowido przdz w parniki, 
a bya dzisiaj tak urodna, e wjt, chop mody jeszcze, spoglda na ni akomymi oczami ale 
w kocu zacz: 
-e to plucha, bocko i ma, towa z Szymonem wstpili do was po drodze; przyjlicie 
nas godnie, ugocili dobrym sowem, to cheba co stargujemy u was, matko... 

-I we wiecie co nieco stargowa mona, ino poszuka trza... 
- Prawdcie rzekli, matko, jeno nic nam po szukaniu, bo u was widzi si nam najlepiej. 
- Targujcie - zawoaa wesoo. 
- Jaowic bymy na ten przykad zatargowali. 
- Ho, ho! Drogo stoi; nie na byle jakim postronku j powiedzie ! 
-Ze reba powicanego mamy powrzek, a z takiego to choby i smok, a nie zerwie 
si... No, wiela, matko?- i j wyciga butelk z kieszeni... 
-Wiela? Nieacno to rzec! Mdka, a na dziewitnast zwiesn jej idzie, dobra i robotna, 
e mogaby jeszcze rokw par posta u matki... 
- Pone to stanie - bo bez przychowku, pone... 
-La drugiej to i przy matce o to nietrudno! - szepn Szymon. 
Wjt si rozemia gono, a stara bysna ino oczami i rzeka prdko: 
- Szukajcie drugiej, moja moe poczeka. 
- Juci, e moe, ale my nie znajdziemy urodniejszej i u lepszej maci! 
- Rzeklicie!;.. 


-Ja, wjt, to wama mwi, to wierzcie... -Wycign kieliszek, wytar go po kapoty, 
nala w niego araku i rzek powanie: -Suchajcie, Dominikowa, pilnie, co wama powiem; 
urzdnik jestem i moje sowo to nie ten ptaszek, co se pisknie, fiuknie i tyla go ju widzia! 
Szymon, te wiadomo, kto jest -nie obieywiat aden, ino gospodarz, ociec dzieciom i sotys!... 
Miarkujcie se ino, jakie figury do was przyszy i z czym, miarkujcie! 
- Dy wiem, Pietrze, i uwaam. 
-Mdracie kobieta, to i to wiecie, e prdzej czy pniej, a Jagu z domu i musi na 
swoje, tak ju Pan Jezus postanowi, e ojce dzieci chowaj la wiata, nie la siebie. 
- Oj, prawda, prawda, ty matko 
Cackaj, czesz, strze 
I jeszcze dopa komueby 
wzi z domu... 
- Tak ju na wiecie jest, to i nie zmieni. Chyba kapk przepijemy, matko? 
- A bo ja wiem?... Niewoli jej nie bd, c, Jagu, odpijesz?... 
-I... ja ta wiem... - piskna odwracajc do okna zaczerwienion twarz. 
- Posuszna! Pokorne ciel dwie matki ssie... - dorzuci Szymon powanie. 
- W wasze rce, matko! 
-Pijcie z Bogiem, alecie jeszcze nie rzekli, kto taki?-powiedziaa, e to nieobyczajnie 
wiedzie naprzd, nie od dziewosbw. 

- Kto? A sam ci Boryna! - wykrzykn przechylajc kieliszek. 
- Stary! Wdowiec! - wykrzykna niby z zawodem. 
- Stary! Nie obraajcie Pana Boga! Stary, a sd mia jeszcze niedawno o dziecko! 
- Prawda, ino e to nie jego byo. 
- Jake, gospodarz taki i zadawaby si z pierwsz lepsz! Pijcie, matko... 
-Wypi bym wypia, ino e to wdowiec, a staremu prdzej z brzega do Abramka na piwo, 
to potem co?...Dzieci macoch wyen i... 
- Mwili Maciej, coby bez zapisu nie byo... - mrukn Szymon. 
- Przed lubem chyba! 
Dziewosby zmilkli, dopiero po chwili wjt nala nowy kieliszek i zwrci si z nim do 
Jagny. 

- Napij si, Jagu, napij! Chopa ci raimy kiej db, pani se bdziesz i gospodyni na wie 
ca, no, w twoje rce, Jagu, nie wstydaj si... 
Wahaa si, czerwienia, odwracaa do ciany, ale w kocu, przysoniwszy twarz zapask, 
upia dziebko i wylaa reszt na podog... 
Wtedy kieliszek obszed wszystkich po kolei. Stara podaa chleb, sl, a w kocu i wdzonej, 
suchej kiebasy na przegryzk. 
Przepili par razy z rzdu, a oczy pojaniay wszystkim i jzyki si rozwizay. Jagna 
ino ucieka do komory, bo nie wiada czemu chyci j pacz, e a przez cian sycha byo 
chlipanie. 

Stara chciaa do niej biey, ale j wjt zatrzyma. 

-I ciele beczy, kiej je od maci odsadzaj... zwyka to rzecz. Nie we wiat idzie, nie na 
drug wie, to si z ni jeszcze cieszy bdziecie... Nie bdzie jej nijaka krzywda, to ja, wjt, 
wama mwi - wierzcie 
- Juci... inom se mylaa zawdy, wnuczkw si doczekam na pociech... 
- Nie turbujcie si, jeszcze si niwa nie zaczn, a ju pierwszy bdzie... 
-Pan Jezus to tylko wie przdzi, nie my, grzeszni! Zapilimy, prawda... a mnie tak jako 
aoliwie na sercu , kiej na pochowku... 

-I nie dziwota, jedynaczka z domu, to waju si ju za ni cni... Jeszcze dziebko, na frasunek! 
Wiecie, pjdziem wszystkie do karczmy, bo mi ju ano wdki zbrako, a i tam pan 
mody kiej na wglikach wyczekuje. 


- W karczmie to zrkowiny bdziemy odprawia? 
- Po staremu, jak ojce nasi robili, ja, wjt, wama to rzekem - wierzcie. 
Kobiety si dziebko przyodziay witeczniej i wnet wychodzili. 
-A chopaki to ostan? Siostrzyne zmwiny, to i la nich uciecha - zauway wjt, e to 
parobki aosne miny mieli i pogldali na ma niespokojnie. 
- Trudno dom na boskiej Opatrznoci ostawi. 
- Przyzwijcie ano Agat od Kbw, to przypilnuje. 
- Agata ju na ebry posza. Zawoa si kogo po drodze. Chodta, Jdrzych, i ty, Szymek, 
a kapoty weta; c to jak te dziadaki i chceta?... A niech si ino ktren spije... to popamita. 
Krowy jeszcze nie obrzdzone, wini trza kartofli utuc - baczcie o tym. 
-Baczym, matulu, baczym! - szeptali trwonie, cho chopy byy pod powa i rozrose 
jako te grusze na miedzach, ale suchali si matki kiej wyrostki, bo ich elazn rk za by 
trzymaa, a jak byo potrza, to choby i po stoku, a do kudw siga i po pyskach spraa, a 
posuch musia by i uwaanie. 
Poszli do karczmy. 

Noc ju bya ciemna, e cho oko wykol, zwyczajnie w pluchy jesienne. Wiatr szed gr 
i bi w czuby drzew, e ino si kolebay i a kady na poty z szumem; staw hucza i tak si 
ciepa, e bryzgi rozbite w pian paday na rodek drogi i nierzadko chlustay na twarze idcych. 


W karczmie te widno nie byo, a wiater przez wygniecion szybk zawiewa, a ta 
lampka na sznurku za szynkwasem kolebaa si kiej kwiat zoty. 
Boryna si do nich rzuci wita, a caowa, a obapia z gorcoci, e to zmiarkowa, i 
Jagu jakby ju jego. 

-A Pan Jezus rzek: we se, robaku, niewiast, eby ci si, chudziaku, nie cnio samemu. 
Amen! - bekota 
Jambroy, ale e, wicej godziny popija, to juci, e w jzyku ni w nogach mocny ju 
nie by. 
Zaraz te na szynkwasie yd postawi arak i sodk, i asencj, a do tego ledzie, placek z 
szafranem i jakie wymylne kukieki z makiem. 
-Jedzta, pijta, ludzie kochane, braty rodzone, krzecijany wierne! -zaprasza Jambroy. Miaem 
i ja kobiet, ino ju cakiem nie pomn gdzie?... Widzi mi si, e we Francji... nie, w 
Italii to byo, nie... alem teraz osta sierot... Powiedam wam, e co starszy krzykn: Szlusuj! 

-Pijcie no, ludzie! Pietrze, zaczynajcie - przerwa mu Boryna, przynis za ca zotwk 
karmelkw i wtyka je Jagusi w garcie. - Naci, Jagu, sodziusiekie s, naci. 
- Hale... szkodujecie si... - wzdragaa si. 
-Nie bj si... sta mnie na to, obaczysz sama... naci...a ju by la ciebie i ptasiego mleka 
nalaz... ju ci ta u mnie krzywdy nijakiej nie bdzie... - i zacz j wp bra a niewoli do 
picia i jada. Jagna spokojnie wszystko przyjmowaa, zimno i obojtnie, jakby to nie jej zmwiny 
byy dzisiaj. Jeno tylko jedno pomylaa, czy stary te korale, o ktrych na jarmarku 
wspomina, da przed lubem. 
Gsto pi poczli, jeden po drugim i na przekadank arak ze sodk, i wszyscy wraz 
mwi zaczli, nawet Dominikowa podpia se niezgorzej i nu wywodzi rnoci, nu prawi, 
a si wjt dziwowa, e taka mdra kobieta jest. 

Synowie si te popili, bo Jambroy, to wjt przepijali do nich gsto i zachcali. 

- Pijta, chopaki, zmwiny to Jagny, pijta... 
- Baczym to, baczym - razem odpowiadali i chcieli Jambroa w rk caowa, a w kocu 
Dominikowa odcigna Boryn pod okno i zaraz do niego, prosto z mostu: 
- Wasza Jagusia, Macieju, wasza. 
- Bg wam zapa, matko, za crk. - Uapi j za szyj i caowa. 
- Obiecalicie zapis zrobi, co? 


- Zapis! A co po zapisie, co moje, to i jej... 
- Hale, eby to miae oko miaa przed pasierbami, eby nie wyklinali! 
- Wara im od mojego! Wszystko moje - to i Jagusine wszystko. 
-Bg wam zapa, ale miarkujcie ino, e to starsi dziebko jestecie, a przecie i tak kuden 
miertelny, bo to 
mier nie wybiera, 
Dzi czowieka - jutro jagni 
Rwno jej popadnie... 

- Jeszczem krzepki, ze dwadziecia rokw strzymam - nie bjcie si! 
-I nieboja wilcy zjedli. 
-Takim rad, e mwcie, czego chcecie. Chcecie, bym zapisa te trzy morgi koo ukaszowych? 
-Dobra i psu mucha, kiej godny - my ta niegodne. Na Jagusi po ojcu wypadnie pi i z 
morga lasu... zapiszcie i wy sze. Te sze morgw przy drodze, gdziecie to lato mieli 
kartofle. 
- Najlepsze pole moje! 
- Niby Jagusia to wybierek, a nie najlepsza we wsi! 
-Przeciech e tak, bez to i swatw posaem, ale bjcie si Boga, sze morgw to karwas 
pola, cae gospodarstwo. Co by dzieci powiedziay! - J si drapa po gowie, bo go ao 
uapia za serce; jake, tyle pola da, najlepszej ziemi! 

-Moiciewy, mdrzycie i wy, e szuka, miarkujecie sami, e zapis to ino przespieczno 
la dziewczyny. Przeciech tego grontu, pki yjecie, nikt wama nie odmierzy i nie wemie 
-a co jest Jagusine, co jej si po sprawiedliwoci naley po ojcu, to zaraz na zwiesn 
omtr si sprowadzi i ju wasze, moecie se obsiewa... Miarkujecie , e to nie krzywda wasza, 
i te sze morgw zapiszecie. 
- Juci, la Jagusi zapisz... 
- Kiedy? 
-A choby i jutro! Nie, w sobot na zapowiedzi damy i zaraz pojedziemy do miasta. Co 
tam, raz kozie mier! 
- Jagu, chod ino, cruchno, chod! - zawoaa na dziewczyn, ktrej wjt tak co prawi 
a przypiera do szynkwasu, e miaa si w gos. 
- A to ci, Jagu, Maciej zapisuj te sze morgw przy, drodze - powiedziaa. 
- Bg wam zapa - szepna wycigajc do rk. 
- Napijcie si do Jagny tej sodziukiej... 
Napili si, Maciej uj j wp i wid do gromady, ale mu si wymkna i podesza do 
braci, z ktrymi rajcowa a popija Jambroy. 
W karczmie gwar si podnosi coraz wikszy i ludzi przybywao, bo jaki taki, zasyszawszy 
gosy, wstpowa zajrze, a ktren znw, by si przy tej okazji napi za darmo; nawet 
dziad lepy, wodzony przez psa, znalaz si i siedzia na widnym miejscu, nasuchiwa i raz w 
raz pacierz mwi w gos, a posyszeli i sama Dominikowa daa mu wdki, przegry i par 
dwojakw w gar. 

Tgo sobie podpili, e ju wszyscy razem gadali, a brali si w bary, a obapiali, a caowali 
i kaden drugiemu by bratem i przyjacielem, zwyczajnie, jak przy gstym kieliszku. 

Ino yd uwija si cicho i stawia coraz nowe kwarty i butelki z piwem, a zapisywa kred 
na drzwiach, co kto stawia. 

A Boryna by jakby oczadziay z uciechy, pi, czstowa, zaprasza, gada, jak mao kto 
go kiedy sysza, i cigiem do Jagusi cign i sodkoci jej prawi, po gbusi gaska, e to 
nieobyczajnie byo tak przy wszystkich uapi j za szyj i caowa, cho go i cigotki sielne 
bray, e zdziery nie mg, to ino wp j chwyta a w ciemny kt cign. 



Dominikowa wrychle si opatrzya, e czas ju do domu i, i ja synkw woa, eby 
si zbierali. 

Ale Szymek ju by spity, to ino na matczyne gadanie pasa poprawi, pici grzmotn w 
st i krzykn: 

-Gospodarz jestem, psiachma!... Komu wola, niech idzie... Chc pi, to pi bd... ydzie, 
gorzaki! 
-Cichoj, Szymek, cichoj, bo ci spier! - jcza zawo Jdrzych, te ju mocno pijany, i 
odciga za kapot brata. 
- Do domu, chopaki, do domu! - sykna Dominikowa gronie. 
-Gospodarz jestem! Chc osta, to ostan i gorzak pi bd... dosy ju matczynego 
panowania... a nie... wygoni... psiachma... 
Ale stara grzmotna go ino w piersi, a si potoczy i opamita wnet, a Jdrzych nadzia 
mu czapk i wyprowadzi na drog, ale Szymka wida rozebrao powietrze , bo ino uszed 
par krokw, zatoczy si, chwyci potka i j krzycze i mamrota: 

-Gospodarz jestem, psiachma... gront mj... moja wola robi... gorzak pi bd... ydzie, 
araku!... a nie... wygoni... 
-Szymek! Loboga, Szymek, chodzi do domu, matula id! - jcza Jdrzych i paka rzewnymi 
zami. 
Wkrtce nadesza stara z Jagn i zabraa synw spod pota, bo si tam ju byli dziebko 
za by brali i tarzali po bocie. 
A w karczmie po wyjciu kobiet przycicho nieco, ludzie si porozchodzili z wolna, e 
osta ino Boryna ze swatami, Jambroy i dziad zarwno e wszystkimi ju pijcy. 
Jambroy by nieprzytomny, sta na rodku, podpiewywa, to opowiada w gos: 

-Czarny by,.. jak ten sagan by czarny... -zmierzy do mnie... ale trafisz m gdzie... 
wraziem mu bagnet w kadun... zakrciem, e ino chrupno... pierwszy!... Stoimy... stoimy... 
a tu naczelnik wali... Jezu Chryste! Sam naczelnik!... Chopaki... powiada... Narodzie... 
powiada... Szlusuj... szlusuj... - krzykn ogromnym gosem, wyprostowa si jak struna i cofa 
si wolno, a mu drewniana noga stukaa. - Pijcie do mnie, Pietrze, pijcie... sierotam jest...bekota 
niewyranie spod ciany, ale si nie doczeka, bo naraz si porwa i wyszed z 
karczmy, tylko z drogi dolatywa jego gos chrapliwy, piewajcy... 
A do karczmy wszed mynarz, ogromny chop, ubrany , z miejska, z czerwon twarz, 
siwy i z maymi, bystrymi oczkami. j 

- Pijecie se, gospodarze! Ho, ho i wjt, i sotys, i Boryna! Wesele czy co! 
- Nie co insze. Napijcie si z nami, panie mynarzu, napijcie - proponowa Boryna. 
Przepili znw kolejk. 
- Kiejcie tacy, powiem wam nowin, e wytrzewiejeta! 
Wytrzeszczyli na niego nieprzytomne oczy: 
- A to nie ma godziny, jak dziedzic sprzeda porb na Wilczych Doach ! 
-A hycel, psie krtki! Sprzeda, nasz porb sprzeda! - krzykn Boryna i w zapamitaoci 
grzmotn butelk o ziemi. 
-Sprzeda! Prawo jest i na dziedzica, i na kudego, prawo jest... -bekota pijany Szymon. 
- Nieprawda! Ja, wjt, wama mwi, e nieprawda, to wierzcie! 
-Sprzeda, ino e wzi nie damy, jak Bg na niebie, nie damy! -woa Boryna i bi pici 
w st... 
Mynarz poszed, a oni jeszcze dugo w noc radzili i odgraali si dworowi. 



ROZDZIA 9 

Zbiego dni par od zmwin Jagusinych. 

Deszcze ustay, drogi ocieky i stay nieco, wody spyny, e ino po bruzdach, a 
gdzieniegdzie i po nizinach a gach siwiay si mtne kaue kiej te oczy zapakane... 

Nadszed Dzie Zaduszny, szary, bezsoneczny i martwy, e nawet wiatr nie przegarnia 
zeschymi badylami ni chwia drzewami, co stay ciko pochylone nad ziemi... 

Bolesna, gucha cisza przygnieta wiat. 

A w Lipcach ju od rana dzwony biy wolno a bezustannie - i aosne, rozbolae dwiki 
pojkiway po omglonych, pustych polach; ponurym gosem aoby woay w ten dzie smtny, 
w ten dzie, co wsta blady, spowity w mgy a do tych dal zapadych, a do tych bezkresw 
ziemi i nieba, siny, do niezgbionej topieli podobny. 

Od zrz wschodnich, co si jeszcze arzyy blado, kieby ta mied stygnca, spod sinych 
chmur zaczy pyn stada wron i kawek... 

Szy wysoko, wysoko, e ledwie okiem rozezna i ledwie uchem pochwyci t dzik, aosn 
wrzaw kraka, podobn do jkw nocy jesiennych... 

A dzwony biy wci. 

Ponury hymn rozlewa si ciko w martwyrn , oguchym powietrzu, opada na pola jkami, 
hucza po wsiach i lasach aoci, pyn wiatem caym, e ludzie i pola, i wsie zday 
si ju by jednym wielkim sercem, bijcym skarg aosn... 

Ptactwo pyno wci, a dziw i lk ogarnia, bo szy coraz niej i coraz wikszymi stadami, 
e niebo pokryo si jakby sadz rozwian, a guchy szum skrzyde i kraka wzmaga 
si, potnia i hucza niby burza nadcigajca... Zataczay krgi nad wsi i jak kupa lici porwana 
przez wichur kooway nad polami, opaday na lasy, wieszay si na nagich topolach, 
obsiady lipy przy kociele, drzewa na cmentarzu, sady, kalenice chaup, poty nawet...a zestraszone 
bezustannym biciem dzwonw zerway si i czarn chmur leciay ku borom... a 
ostry, przenikliwy szum pyn za nimi. 

-Cika zima bdzie! -mwili ludzie. 

- Do lasw cign, ani chybi, niegi wnet spadn. 
I wychodzili przed chaupy coraz liczniej, bo nigdy jeszcze nie widziano tyle ptactwa razem 
-patrzano dugo, ze smutkiem dziwnym, a znikny w borach. Patrzano, wzdychano 
ciko, jaki taki znak krzya pooy na czole w obronie przed zem, i jli si przyodziewa 
do kocioa i wychodzi, bo dzwony wci jczay gucho, a z drugich wsi ju szli ludzie drogami, 
majaczyli wskro mgie po ciekach i drkach. 

Smutek przejmujcy pad na wszystkie dusze; jaka dziwnie bolesna cicho omotaa serca 
-cicho rozpamitywa aoliwych i wspominek o tych, co ju byli odeszli tam, pod te 
brzozy zwieszone, pod te czarne, pochylone krzye... 

-Mj ty Jezu kochany! Mj Jezu! - wzdychali i podnosili szare, jak ta ziemia, twarze i 
topili oczy beztrwone w tajemnicy, i szli spokojnie skada ofiary i pacierze za zmarych. 
Wie bya jakby zatopiona w cikiej, aoliwej ciszy jeno jkliwe, proszalne piewania 
dziadw spod kocioa dochodziy czasami. 
I u Borynw ciszej byo nili zazwyczaj, chocia tam, we rodku, siedziao pieko przytajone, 
gotowe za lada czym wybuchn... 

Jake, dzieci wiedziay ju o wszystkim. 

A wczoraj, w niedziel, wyszy pierwsze zapowiedzi starego z Jagusi... 

W sobot to jedzili do miasta, gdzie u rejenta zapisa Boryna sze morgw Jagusi... 

Wrci pno i z twarz podrapan, bo e by dziebko napity, to ju na wozie chcia by Jagn 
bra, ale tyla wzi, co pici a pazurami mu day. 



A w domu z nikim nie mwi, cho i Antek cigiem nasuwa mu si na oczy, ino zaraz 
leg spa, jak sta, w butach i kouchu... a rano Jzia zacza mamrota na niego, e pierzyn 
botem pomaza. 

-Cichoj, Jzia, cichoj! Zdarzy si to i niektremu, co nigdy gorzaki nie pije... - powiedzia 
wesoo i zaraz od rana poszed do Jagny i ju tam do pna przesiedzia, e prno z 
obiadem i wieczerz na czekali. 
I dzisiaj wsta pno, ju dobrze po wschodzie, w najlepsz kapot si przyodzia, buty 
witeczne kaza se Witkowi sadem wysmarowa i nowe wiechetki ze somy przyci -Kuba 
go wygoli, a on si pasem okrci, kapelusz nadzia i niecierpliwie wyglda przez okno na 
ganek, bo tam Hanka iskaa chopaka, a nie chcia si z ni widzie, a i dopatrzy, e wesza 
na chwil do izby, to si chykiem wysun w opotki - i tyla go ju dnia tego widzieli... 

Jzka cay dzie popakiwaa i tuka si po izbie, jak ten ptak zamknity! Antek za gorza 
w mkach coraz boleniejszych i sroszych - ani jad, ni spa, ni mg si zaj czymkolwiek; 
by oguszony jeszcze, nieprzytomny zgoa i nie wiedzcy, co si z nim dzieje. Twarz 
mu poczerniaa, e tylko oczy uczyniy si jeszcze wiksze i pony szklisto, jakby zami 
skamieniaymi -zby zacina, eby nie krzycze w gos i nie wyklina, a chodzi wci po 
izbie, to po obejciu, to w opotki szed lub na drog i powraca, pada w ganku na aw i siedzia 
godzinami, zapatrzony przed si i utopiony w bolu, co w nim rs jeszcze i potnia. 

Dom oguch, ino pakania w nim si rozlegay, jki a westchnienia, kieby po pogrzebie 
czyim. Drzwi stay wywarte na rozcie do obr i chleww, e inwentarz azi po sadzie i zaglda 
w okna, a nie mia go kto nagna z powrotem, tyle co stary apa naszczekiwa i zagania, 
ale na darmo, bo nie uradzi. 

W stajni na werku Kuba czyci strzelb, a Witek z podziwem nabonym przyglda si 
temu i wyziera okienkiem, eby ich kto nie zeszed. 

- Hukno, e Jezus! Mylaem, e to dziedzic abo borowy strzelaj... 
- Hale... juci... dawnom nie strzela, tgom nabi i gruchno kiej z harmaty... 
- Tocie zaraz z wieczora poszli?... 
-Tak, poszedem na dworskie, pod las, bo tam na ozimin lubi kozy wychodzi... ma 
bya, tom siedzia dugo... a tu na witaniu rogacz idzie... Przyczaiem si tak, e ino z pi 
krokw by ode mnie... nie strzeliem, bo okrutny by, kiej w... to myl... nie uredz... Puciem 
go... a w jaki pacierz abo dwa... anie wyszy... Wybraem se najlepsz... inom przyoy, 
jak nie huknie! Tgom nabi, ba, ae mi rami spuchno, tak dostaem przykadem... ale 
si zwalia... ino kopaa nogami... jeszcze by nie...z p garci siekaca dostaa w bok... a beczaa 
jucha...aem si boja, by nie posysza borowy, i dorzn musiaem... 
- W lesie ostaa, co? - pyta chopak rozgorczkowany opowieci. 
-Gdzie ostaa, to ostaa, nic ci do tego, a powiedz komu cho sowo, to obaczysz, co ci 
zrobi... 
- Kiej przykazujecie, to i nie powiem, a Jzi to mona? 
- Hale, caa wie by zaraz wiedziaa. Naci dziesitk, kup se co... 
- Nie powiem i tak, ino mnie wecie kiedy ze sob, moi zoci, moi... 
- niadanie! - krzyczaa sprzed domu Jzka. 
-Ino cicho by, wezm ci, wezm! 
-I dacie mi cho ten raziczek strzeln, dacie? Co? - baga. 
- Ale.. proch to myli, gupi, e darmo daj... 
-Mam pienidze, Kuba, mam, jeszcze w jarmarek dali mi gospodarz dwa zote, co je 
chowam na wypominki, to... 
-Dobrze, dobrze, naucz ci -szepn i pogadzi chopaka po gowie... bo go tak uj za 
serce tym skamleniem. 
A w par pacierzy po niadaniu ju obaj szli do kocioa. Kuba kusztyka rano, a Witek 
ostawa si nieco, bo mu markotno byo, e to nie mia butw, ino boso szed. 



- A czy to mona do zakrystii boso, co? - pyta cicho. 
- Gupi! Pan Jezus ci na buty czyje zwaa, a nie na pacierze... 
- Pewnie e tak, ino w butach to zawdy przystojniej... - szepta smutniej. 
- Kupisz ty sobie jeszcze buty, kupisz... 
-A kupi, Kuba, kupi. Niech ino podrosn na parobka, to zaraz pojad do Warszawy i 
zgodz si do koni...a w miecie to ju wszystkie chodz w butach, prawda, Kuba? 
- Prawda, prawda! - baczysz to jeszcze? 
-I jak! Pi rokw miaem, kiej m Kozowa przywieli, to i bacz dobrze... juci... zib 
by... piechtymy szli do maszyny... bacz... a tu tyla jarzcego wiata... e jeszcze m w 
oczach mi... bacz... a dom kiele domu i takie wielgachne niczym koci... 
- Bajesz! - rzuci wzgardliwie. 
-Bacz dobrze, Kuba... przeciem i dachw nie dojrza... a tyla powozw... okna do samej 
ziemi... juci... cae ciany widzi mi si ze szyb... i takie cigiem dzwonienie... 
- Kociow tyla, to i nie dziwota! 
- Pewnie, bo skde by dzwonienia byy? 
Zmilkli, bo ju weszli na cmentarz i jli si przepycha przez gsty tum, co by zaleg 
dookoa kocioa, e to we rodku pomieci si nie mogli. 
Dziady uczyniy ulic od gwnych drzwi a hen na drog, a kaden na swj sposb si 
wydziera, a krzycza, a modli w gos i doprasza wspomoenia, a jak niektrzy to i na 
skrzypkach pogrywali, i pieni wycigali jkliwymi gosami, a drugie na piszczakach libo i 
harmonikach, e wrzask si rozlega, a w uszach wiercio... 

W zakrystii te byo narodu gsto, a ebra trzeszczay przy stole, gdzie organista przyjmowa 
na wypominki, a przy drugim syn jego, Ja, ten, co to by we szkoach. 

Kuba docisn si przdzi i niema litani imion poda organicie, ktren zapisywa i 
bra za kad dusz po sze groszy albo i po trzy jajka, jeli kto nie mia gotowych pienidzy. 


Witek osta nieco w tyle, e go to po bosych nogach srodze deptali, ale si pcha, jak 
mg, cho ta i niejeden burkn, e to si to pod okcie cinie a starszym zastpia, pienidze 
w garci ciska -dopiero kiej go dopchnli do stou, wprost organisty, zapomnia jzyka w 
gbie... Jake, gospodarze sami; a gospodynie ino, caa wie prawie, bo i mynarzowa w kapeluszu 
kiej dziedziczka, i kowalowie, i wjt ze swoj... a wszyscy patrz w niego... to nasuchuj... 
przypominaj sobie w gos dusze rne... i po dziesi... i po dwadziecia imion podaj... 
za ca famili... za ojcw, dziadw i pradziadw... A on co?... Wie to, kto jego ma? 
Kto ojciec?... Wie?... Ma to da za kogo?... Jezu mj! Jezusiczku... to ino gb szeroko otworzy 
i te oczy modre i stoja nieruchawy jako ten gupi i serce mu si skurczyo z bolenia, e 
ledwie zipa, ledwie mg zapa tego dechu... i tak mu si ckno zrobio w doku, jakby ju 
mia ostatni par puci... ale nie dostoja tak, bo go odepchnli w kt, pod kropielnic, to si 
ino wspar gowin o on mis cynow, eby nie pa, a zy to mu jak te paciorki suy si z 
oczw... jak te race aosne... i prno je chcia powstrzyma... daremnie... i tak si trzs 
w sobie, tak dygota kad kosteczk, e ani zbw zewrze nie mg, ani ustoi prosto; przysiad 
w kcie na pododze, od oczw ludzkich, i paka rzewnymi, sierocymi zami..: 

-Matulu! Matulu! -skamlao w nim cosik i odzierao mu dusz do dna. A pomiarkowa 
nie mg ni rozezna, czemu to wszyscy ojcw maj, matki maj, a on jeden sierota, on jeden 
tylko, on jeden... 

-Jezu mj, Jezu!... - chlipa i zanosi si jako ten ptaszek duszony w sidach, dopiero Kuba 
go odnalaz i zawoa: 
- Witek, dae to ju na wypominki? 
-Nie - odrzek, porwa si z naga, wytar oczy i z moc j i do stou... tak i on poda 
imiona... co ta maj wiedzie, e nie ma nikogo... po co... sierota, to la siebie...a znajda , to 


znajda... Zadzierysto powid oczami i pewnym gosem poda imiona: Jzefy, Marianny i 
Antoniego, te, co mu pierwsze przyszy na pami... 

Zapaci, wzi reszt i poszed z Kub na koci pomodli si i wysucha, jak ksidz 
wypomni jego dusze... 

Na rodku kocioa sta katafalk z trumn na wierzchu obstawion jarzcymi wiatami, a 
ksidz z ambony wypomina nieskoczone litanie imion -a co przerwa, odpowiada mu gony 
pacierz, mwiony przez wszystkich za te zmare w czycu ostajce. 

Witek przyklkn przy Kubie, ktren wycign z zanadrza koronk i j odmawia 
wszystkie Zdrowa i Wierz, jakie ksidz nakazywa; zmwi i on pacierz jeden i drugi, ale 
zmorzyy go w kocu monotonne gosy modlitw, ciepo i wyczerpanie paczem, to si dziebko 
wspar o biedro Kuby i zasn... 

Po poudniu, na nieszpory, jakie si odprawiay raz w rok w cmentarnej kaplicy, pocignli 
wszyscy od Boryny. 

Szli Antkowie z dziemi, szli kowalowie, sza Jzka z Jagustynk, a na kocu kusztyka 
Kuba z Witkiem - bych ju tych witkw zay do cna. 

Dzie ju przywiera szare, zmczone powieki. gasn i zapada z wolna w przeraajce, 
smutne topiele zmrokw; wiatr si poruszy i przeciga po polach z jkiem, tuk si midzy 
drzewinami a wion surowym, przegniym tchem jesieni. 

Cicho byo, t dziwnie pospn cichoci Zaduszek; tumy szy drog w surowym milczeniu, 
ino tupot ng si rozlega gucho, ino te drzewa przydrone chwiay si niespokojnie i 
cichy a bolesny szum gazi dra nad gowami, ino te grania i piewy proszalne dziadw 
kay w powietrzu i opaday bez echa... 

Przed wrtniami, a nawet i wrd mogi, pod murem, stay rzdy beczek solwek, a obok 
nich rozkaday si gromady dziadw. 

A nard pyn ca drog pod topolami ku cmentarzowi; w mroku, co by ju przytrzs 
wiat jakby popioem szarym, byskay wiata wieczek, jakie mieli niektrzy, i chwiay si 
te pomyki lampek malanych, a kady, nim wszed na cmentarz, wyciga z toboka chleb, 
to ser, to dziebko soniny albo kiebasy, to motek przdzy lub t przygar lnu wyczesanego, 
to grzybw wianek, i skadali to wszystko pobonie w beczki -a byy one ksie, byy organistowe 
i Jambroego, a reszta dziadowskie, a ktren w nie nie kad, to grosz jaki wciska w 
wycignite rce dziadowskie... i szepta imiona zmarych, za ktre prosi o pacierz... 

Chr modw, pieww, imion wypominanych jkliwym rytmem wznosi si wci nad 
wrtniami, a ludzie przechodzili -szli dalej, rozpraszali si wrd mogi, i wnet, niby robaczki 
witojaskie, jy janie i migota wiateka wskr mrokw i gszczw drzew, i 
traw zeschnitych. 

Guchy, przyciszony trwonie szept pacierzy drga w przyziemnej ciszy; czasem szloch 
bolesny zerwa si z mogi; czasem lament aosny wi si w rozdzierajcych skrtach wrd 
krzyw; to jaki nagy, krtki, nabrzmiay rozpacz krzyk, jak piorun, rozdziera powietrze 
albo ciche pacze dziecice - sieroce pacze kwiliy w omroczonych gszczach niby pisklta... 

A chwilami opadao na cmentarz guche i cikie milczenie, e ino drzewa szumiay pospnie, 
a echa paka ludzkich, skarg, krzykw bolesnych aoci biy ku niebu, w wiat cay 
szy... 

Ludzie snuli si wrd mogi cicho, szeptali lkliwie i trwonie pogldali w dal omroczon, 
niezgbion... 

-Kady umiera! - wzdychali ciko z kamienn rezygnacj i wlekli si dalej , przysiadali 
przy grobach ojcw , mwili pacierze, to siedzieli cisi, zadumani, gusi na ycie, gusi na 
mier, gusi na bl -jak te drzewa, i jak te drzewa kolebay si im dusze w sennym poczuciu 
trwogi... 
-Jezus mj! Panie miosierny, Mario! -rwao si im z dusz umczonych zamtem i podnosili 
twarze zakrzepe i wyczerpane jak ta ziemia wita, a oczy szare niby te kaue, co si 



jeszcze siwiy w mrokach, wieszali u krzyw i ruchami tych drzew rozchwianych sennie 
osuwali si na kolana; do stp Chrystusa rzucali serca strwoone i wybuchali witym paczem 
oddania si i rezygnacji. 

Kuba z Witkiem chodzili razem z drugimi, a gdy ju do cna pociemniao, Kuba powlk 
si w gb, na stary cmentarz. 

A tam na zapadnitych grobach cicho byo, pusto i mroczno -tam leeli zapomniani, o 
ktrych i pami umara dawno - jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakie 
krzyczay zowrogo i smutnie szelecia gstwa, a gdzieniegdzie stercza krzy sprchniay tam 
leay pokotem rody cae, wsie cae, pokolenia cae- tam si ju nikt nie modli, nie paka, 
lampek nie pali...wiatr jeno hucza w gaziach a rwa licie ostatnie i rzuca je w noc na 
zatracenie ostatnie... tam jeno gosy jakie, co nie byy gosami, cienie, co nie byy cieniami, 
tuky si o nagie drzewa kiej te ptaki olepe i jakby skamlay 

o zmiowanie... 
Kuba wyj z zanadrza par oszczdzonych skibek chleba, rwa je w glonki, przyklka i 
rozrzuca po mogiach. 

-Poyw si, duszo krzecijaska, co ci wypominam w wieczornym czasie, poyw si, 
pokutnico czowiecza, poyw si! - szepta z przejciem. 
- Wezn to? - pyta cicho Witek zatrwoonym gosem. 
-Przeciech! Ksidz ywi nie da!... w beczki drugie kad, ale tym biedotom nic z tego.,. 
Ksidzowe albo i dziadoskie winie maj wyerk... a dusze pokutujce gd cierpi... 
-Przyjd to?... 

-Nie bj si...wszytkie te, co czycowe mki cierpi... wszystkie. Pan Jezus odpuszcza je 
na ten dzie na ziemi, eby swoich nawiedziy... 
- eby swoich nawiedziy! - powtrzy z dreniem Witek. 
-Nie bojaj si, gupi, zy dzisiaj nie ma przystpu, wypominki ano odganiaj go, i te pacierze, 
i te wiata...A i Pan Jezus sam chodzi se dzisiaj po wiecie i liczy; gospodarz kochany, 
co mu ta jeszcze dusz ostao, a se wybierze wszystkie, wybierze... Dobrze bacz, jak 
matula mwili, a i stare ludzie przytwierdzaj... 
- Pan Jezus se chodzi dzisiaj po wiecie! - szepta Witek i oglda si bacznie... 
- Ale, zobaczysz ta... to ino wite widz abo i zasie pokrzywdzone najbarzej... 
-Patrzcie no, a tam si wieci i ludzie jakie s- zawoa Witek ze strachem wskazujc na 
szereg mogi pod samym potem. 
-To le ci, co ich to w boru pobili... juci... i moje pany tam le... i matka moja... juci... 
Przedarli si przez gszcz i przyklknli u mogi zapadych i tak rozwianych, e ledwie 
lad ino zosta; ani krzye ich znaczyy, ni drzewa jakie ocieniay, nic, jeno ten piach szczery, 
par zeschych badyli dziewanny i cisza, zapomnienie, mier. . . 

Jambroy z Jagustynk i Kb stary klczeli przy tych grobach umarych; dwie lampki 
tliy si wcinite w piasek, wiatr zawiewa i koysa wiatami, i rwa sowa pacierzy, i nis 
je w noc czarn... 

-Juci... matula moja tam le... bacz... - szepta Kuba cicho, wicej do siebie nili do 
Witka, ktren przykucn przy nim, bo zib go przejmowa na wskro. 
-A zwali j Magdalen... Ociec gront swj mieli, ale suyli we dworze za furmana... w 
ogiery ino jedzili ze starszym panem... a potem pomarli... gront stryje wzieni...a ja paskie 
prosiaki pasaem... Juci, Magdalena byo matce, a ojcu Pieter i na przezwisko Socha, jako i 
mnie jest.- A potem dziedzic do koni mnie wzi, bym w ogiery po ojcu jedzi... to ino na 
polowania we wiat, do drugich panw jedzilim cigiem... strzylaem i ja niezgorzej... e 
modszy dziedzic strzelb mi dali... a matka ino ze starsz pani siedziaa we dworze... Dobrze 
bacz... i kiej wszystkie szy... wzieni i mnie... Bez cay rok byem... a co kazali, robiem... 
juci, nie jednego burka zakatrupiem... nie dwch... a modszy dziedzic dosta we fla


ki... wtpia mu wypyny... Pan mj przecie... dobry czowiek... na bary wziem i wyniesem... 
a potem do ciepych krajw pojecha, i mnie kaza starszemu panu listy nie... poszedem... 
juci, e sterany byem kiej ten pies... kulas mi przestrzelili, zagoi si nie chcia, e to 
cigiem ino na dworze, pod goym niebem... a niegi byy po pas i mrozy siarczyste...bacz... 
juci... przywlekem si noc... szukam... Jezus, Mario! Jakby mnie kto konic przez ciemi 
zdzieli!... Dworu nie ma, gumien nie ma:.. potw nawet nie ostao... do cna wszystko spalone... 
a stary pan i pani starsza, i matula moja... i ta Jzefka, co za pokojwk bya... pobite 
le na mier w ogrodzie!... Jezu! Jezu! bacz wszystko... juci... Mario! -jcza cicho i zy 
jak groch sypay mu si tak gsto po twarzy, e i ju nie obciera... pojkiwa ino z aoci i 
utsknienia, bo jak ywe tak mu to wszystko stano przed oczami, a Witek spa se, bo strudzona 
bya biedota pakaniem... 

Noc bya coraz gbsza, wiatr mocniej targa drzewami, e dugie warkocze brzz zamiatay 
po mogiach, a biae ich pnie, niby w gza miertelne przyodziane, majaczyy w mrokach... 
Ludzie si rozchodzili... wiata gasy... piewy dziadw umilky... milczenie uroczyste 
a pene dziwnych szelestw i gosw przejmujcych zapanowao wrd mogi... Cmentarz 
jakby si napenia cieniami... tumem widm... gszczem mrocznych zarysw... gdb rozjczonych 
a cichych gosw... oceanem dziwnych drga, ruchem ciemnoci... byskami trwogi, 
niemym kaniem... tajemnic pen przeraenia i zamtu - a stado wron zerwao si z kaplicy 
i z krzykiem uciekay na pola, a psy w caych Lipcach poczy wy dugo, rozpaczliwie, aonie... 


Wie bya cicha mimo wita, drogi byy puste, karczma zamknita, a gdzieniegdzie tylko 
przez mae zapocone szybki byskay wiateka i pyny ciche piewy pobonych i gone 
modlitwy odmawiane za zmarych... 

Z trwog wysuwano si przed domy, z trwog nasuchiwano szumw drzew, z trwog 
patrzano w okna, czy nie stoj, nie jawi si ci, co w dniu tym bdz, przygnani tsknot i 
wol Bo... czy nie jcz pokutniczo na rozstajach... czy nie zagldaj przez szyby aonie?.. 


A gdzieniegdzie, starym zwyczajem witym, gospodynie wystawiay na przyzby resztki 
wieczerzy, egnay si pobonie i szeptay:.. 

- Naci, poyw si, duszo krzecijaska, w czycu ostajca... 
Wrd ciszy, smtku, rozpamitywa, lku pyn ten wieczr Zaduszek... 
W izbie u Antkw siedzia Roch, ten ci wdrownik z Ziemi witej, i czyta a powiada 
pobone i wite historie. Ludzi byo do, bo i Jambroy z Jagustynk i Kbem przyszli, i 
Kuba z Witkiem, i Jzia z Nastusi; nie byo tylko starego Boryny, ktren do pna w noc 
siedzia u Jagusi. 

Cicho byo w izbie, e ino ten wierszcz za kominem skrzypia, a trzaskay suche karpy 
na ogniu. 

Siedzieli wszyscy na awach przed kominem, ino Antek pod oknem. 

A Roch przegarnia raz w raz kijaszkiem wgielki i cichym gosem mwi: 

...Nie straszno umiera, nie, bo 


Jako ci ptaszkowie, co pod zim do ciepych krajw cign, tak ci duszyczka strudzona 
do Jezusa poda... 

Jako te drzewiny, w nagoci stojce o zwienie, Pan przyodziewa w listki zielone a 
kwiatuszki pachnce, tak ci, duszo czowiecza, do Jezusa i po rado, po wesele, po zwiesn 
i ono przyobleczenie wieczne... 

Jako t ziemi rodzc a strudzon ogarnia soce-tak ci Pan przyhoubi duszyczk ka


d, e nic jej zimy nic jej bolenie, nic jej mier sama... 
Hej! Bo ino pakanie jest na tej ziemice, jeno ao a turbacja! 
I zo jako te osty si pleni, i w bory urasta! 



A wszystko prne jest i daremne -jako to prchno, jako te ppuszki, co je na wodzie 
wiater wydyma, a drugi je zasi precz enie. 

ROZDZIA 10 

Na ambonie i kademu z osobna to mwi, ale wy jak te psy tylko nastajecie jeden na 
drugiego, tylko... - wiatr reszt sw wepchn mu do garda, e ksidz si srodze zakasa, a 
Antek nic nie rzek, szed w podle i wypatrywa w mrokach, pomidzy drzewami. 

Wiatr si podnosi coraz mocniejszy, przewala si po drodze i tak bi w topole, i miota 
nimi, a si przyginay z jkiem i szumiay rozsroone. 

-A mwiem jusze - zacz znowu ksidz -eby sam koby zaprowadzi do stawu, to j 
naprzd wypuci no, i zapodziaa si... lepa przecie, zalezie gdzie midzy poty i jeszcze 
nogi poamie! - Biada i bardzo troskliwie szuka, zaglda za drzewo kade, wypatrywa po 
polach. 
-Przeciech zawdy sama chodzia...- Zna dobrze drog do stawu... przecie, nala kto 
bd wody do beczki, wykrci tylko, a ona ju sama trafia na plebani... -Ale w dzie j 
zaprzgali... a dzisiaj Magda czy Walek pucili j ju o zmierzchu... Walek! -krzykn gono, 
bo cie jaki zamajaczy wrd topoli... 
- Walka widziaem po naszej stronie, ale jeszcze przed zmrokiem. 
-Polaz j szuka, rycho w czas. Klacz ma ze dwadziecia rokw, przy mnie si ulga... 
wysuya sobie askawy chleb... a przywizana jak czowiek... Mj Boe, eby si jej co zego 
nie stao! 
-Co jej ta bdzie! - mrukn Antek ze zoci, bo jake, poszed do dobrodzieja po rad, 
po ualenie si, to go ino skrzycza i jeszcze zabra, eby kobyy szuka! Juci, i kobyy szkoda, 
cho ta i lepa, i stara, ale zawdy czowiekowi powinna by pierwszyzna! 
- A ty si opamitaj i nie pomstuj, bo to ojciec rodzony ! Syszysz ! 
- Dobrze pamitam! - odpar ze zoci. 
-Grzech miertelny i obraza boska. A nic ten dobrego nie zwojuje sobie, ktren w zapamitaoci 
rk podnosi na ojcw i przeciwi si przykazaniom Boym. Masz rozum, to o tym 
wiedzie powinien. 
- Sprawiedliwoci chc ino. 
- A pomsty szukasz, co? 
Antek nie wiedzia, co rzec na to. 
- A i to ci jeszcze powiem, e pokorne ciel dwie matki ssie. 
-Wszyscy mi to powiedaj... juci, ino tej pokornoci mam ju po grdyk, e wicej nie 
cierpi! Choby i zbj, choby i ukrzywdziciel, ale e ojciec rodzony, to ju mu wolno 
wszystko, a dzieciom nie wolno dochodzi swojej krzywdy! Laboga, takie urzdzenie na 
wiecie, e ino plun a i, gdzie oczy ponies... 
- A id, kt ci trzyma? - rzuci porywczo ksidz. 
- Moe i pjd, bo co mi tutaj robi, co? - szepta ciszej, zawo jako. 
-Bajesz i tyle. Drudzy i jednego zagona nie maj, a siedz, pracuj i jeszcze Panu Bogu 
dzikuj. Wziby si do roboty, a nie wyrzeka jak baba. Zdrowy jeste, mocny, masz o co 
rce zaczepi... 

- Przeciech, cae trzy morgi! - rzuci urgliwie. 
- on i dzieci masz, to o tym pamita powinien. 
- Bacz ja dobrze, bacz... - mrukn przez zby. 
Wyszli przed karczm, wiecio si w oknach i jakie gosy wydzieray si a na drog. 


- Co to, znowu pijatyka, co? 
-Rekruty, te, co ich do wojska lato wzieni, pij se la uciechy... W niedziel ich pognaj 
w tylachny wiat, to si ciesz.:. 
-Karczma prawie pena! - szepn ksidz przystajc przy topoli, skd byo dobrze wida 
przez okno cae wntrze zapchane ludmi: 
-Bo si zej miay dzisiaj i uredzi... wzgldem tego lasu, co go dziedzic sprzeda ydom 
na porb... 
- Przecie niecay sprzeda, jeszcze tyle zostao! 
- Pki z nami si nie ugodzi, to ani chojaka ruszy nie damy ! . 
- Jak to?... - zapyta wystraszonym nieco gosem. 
-A nie damy i tyla! Ociec chce si prawowa, ale Kb i te, co z nim trzymaj, powiedaj, 
e sdu nie chc, a rba nie pozwol i choby ca wsi i przyszo, to pjd, a i z siekierami, 
i z widami, jak wypadnie, a swojego nie dadz... 
- Jezus Maria! To by si bez bitki i jakiego nieszczcia nie obyo ! 
-Pewnie! Jak si par bw dworskich siekierami rozwali, to zaraz bdzie sprawiedliwo! 
- Antek! Rozum ci si ze zoci pomiesza czy co? Gupstwa pleciesz, mj drogi! 
Ale Antek ju nie sucha, rzuci si nieco w bok i zgin w ciemnociach, a ksidz poszed 
spiesznie ku plebani, bo usysza turkot k i ciche, aosne renie kobyy... 
Antek za poszed w d wsi, ku mynowi, a drug stron stawu, eby nie przechodzi 
koo chaupy Jagny. 

Jak zadra tkwia mu ona pod sercem, jak za zadra, e jej nie wycign ni uciec od niej. 

A bystre wiato bio z jej chaupy, jasne i wesoe jakie... przystan, aby spojrze ino 

ten jeden razik, aby cho zakl ze zoci - ale go wnet cosik poderwao z miejsca, e pogna 
jako ten wicher, ni si obejrza za si. 

- Ojcowa ona ju, ojcowa! 
Do szwagra biea, do kowala - rady i on nijakiej nie da, ale midzy ludmi nieco posiedzi, 
a nie tam, w chaupie ojcowej...Albo i ten ksidz! Do roboty go bdzie zagania! Hale, 
sam nic nie robi, frasunku nijakiego ni turbacji adnej nie ma, to atwo mu drugich pogania. 
Kobiet mu wypomnia i dzieci... baczy on j dobrze, baczy! Ju mu do obmierzy jej pakania 
i ta jej pokorno, i te jej psie, skamlce oczy... i gdyby nie ona!... eby to byt sam! 
Jezus mj! -jkn ciko i porwa go dziki, szalony gniew, e chciao mu si chyci kogo za 
gardziel, dusi, rozdziera i bi a do mierci!... 

Ale kogo?... Nie, nie wiedzia, i zo ustpia nagle, jak bya przysza, a on patrzy pustym 
wzrokiem w noc i nasuchiwa szamota wichury, co si przewalaa po sadach i tak ciepaa 
drzewami, a kady si na poty i chlastay go gaziami po twarzy... i wlk si wolno, 
ociale, e ledwie si mg porusza, bo na dusz jy mu si zwala zmory smutku, umczenia, 
niemocy, i rycho zapomnia, gdzie idzie i z czym?.. 

- Ojcowa jest Jagna, ojcowa! - przerzeka raz po raz a coraz ciszej - jako ten pacierz, bych 
go nie zapomn. 
W kuni czerwono byo od ogniska, chopak dyma miechem zapamitale, a rozarzone 
wgle warczay i buchay krwawym pomieniem; kowal sta przy kowadle, czapk mia na 
tyle gowy, rce nagie, skrzany fartuch, twarz usmolon tak, e mu ino oczy wieciy si 
jako te wgliki, a ku elazo czerwone mocno, a huczao, i deszcz iskier rozpryskiwa si 
spod mota i z sykiem topi si w botnistej ziemi. 

- A co? - zapyta po chwili. 
-I... c by za! - odpar cicho Antek, wspar si o wasg, ktrych kilka stao do okucia, i 
zapatrzy si w ogie. 


Kowal pracowa tgo, nagrzewa elazo raz po raz i ku, dzwoni do taktu motem, to 
pomaga chopakowi dyma miechem, gdy mocniejszego ognia byo potrzeba, a ukradkiem 
poglda na Antka i umiech zoliwy wi mu si pod rudymi wsami. 

- Bye pono u dobrodzieja? No i co? 
- A c by, nic! W kociele bym to samo usysza. 
- A chciae co innego? - zamia si ironicznie. 
- Ksidz przecie, uczony... - mwi usprawiedliwiajco Antek. 
- Uczony, jak wzi trzeba, ale nie, kiej co da komu... 
Ale Antkowi ju si odechciao sprzeciwia. 
- Pjd do izby - rzek po chwili: 
-Id, wjt wstpi do mnie, to tam przyjdziemy! A machorka jest na szafce, zapal se... 
Nie sysza nawet, tylko wszed do mieszkania, co po drugiej stronie drogi byo. 
Siostra rozpalaa ogie, a najstarszy chopak uczy si na elementarzu przy stole... Przywitali 
si w milczeniu. 

-Uczy si to? -zauway, bo chopak sylabizowa gono i wodzi zastruganym patykiem 
po literach. 
- Ju od kopania panienka z myna mu pokazuj, bo mj czasu nie ma. 
- Roch te uczy ju od wczoraj w ojcowej izbie. 
-Chciaam i ja tam sa Jaka, ale mj nie da, e to u ojca i e panienka wicej uczona, 
bo w szkoach bya we Warszawie... 
- Pewnie, pewnie... - powiedzia, byle co rzec. 
- A Jasiek taki zmylny do lementarza, a si panienka dziwuje. 
- Jake... kowalowe nasienie przecie... syn takiego mdrali... 
-Przekpiwasz si, a on najlepiej powiada, e pki ociec yj, to zawdy zapis mog odebra... 
-Juci, wyrwij wilkowi z garda, wyrwij! Sze morgw grontu! To my u niego z kobiet 
za parobkw prawie suym, a on obcej zapisuje, leda komu... 
-Kci si bdziesz a pomstowa, a rady u ludzi szuka, a prawowa -to ci jeszcze z 
chaupy wygoni...mwia cicho ogldajc si na drzwi. 
- Kto to powiedzia? - zawoa gono zrywajc si ze stoka. 
- Cichoj ino... tak ludzie mwi, cichoj!... - szeptaa lkliwie. 
-Nie ustpi, niech m przez moc wyciepnie, do sdu pjd, prawowa si bd, a nie 
ustpi! - krzycza prawie. 
-I gow muru nie przebijesz, choby i tryka jak ten baran! - powiedzia kowal wchodzc 
do izby. 
- To co zrobi? Mdre rady masz la ludzi, to porad... 
- Zoci ze starym nie wygra! 
Zapali fajk i j mu przekada, tumaczy, agodzi i tak krci, a si Antek pozna i 
krzykn: 
-Ty z nim trzymasz!, 

- Za sprawiedliwoci jestem. 
- Dobrze ci za ni zapaci? 
- Jeli zapaci, to nie z twojej kieszeni. 
- A z mojej, psiachma, z mojej! Dobrodziej jucha z cudzego. Dosy ju wzie, to ci nie 
pilno. 
- Tylem wzi, co i ty! 
-Hale, tyle... a statki, a szmaty, a krow, a ile wycygani od ojca? Bacze dobrze i te gski, 
te prosiaki i kto tam zliczy! A cioek, co ci go da niedawno, to nic? 
- Moge i ty bra. 
- Zodziej nie jestem ni ten cygan! 


-A ja zodziejem jestem, ja?... 

Przyskoczyli do siebie, gotowi si chyci za orzydla, ale opadli wnet, bo Antek rzek ciszej: 


- Nie mwi tego do ciebie... Ale swojego nie dam, chobym mia skapie... 
-I... nie tyla ci tam o ten grunt idzie, widzi mi si...rzuci drwico kowal. 
-Ino o co? 
-Latae za Jagn, to ci teraz i markotno. 
- Widziae?... - krzykn ugodzony jakby w samo serce. 
- S takie we wsi, co i widziay, a nie raz... 
-eby im pomroka pada na lepie! - szepn ciszej, bo wanie wjt wchodzi do izby i 
wita si ze wszystkimi; snad wiedzia, o co si kc, bo rwnie j broni starego i usprawiedliwia. 
- Dobrze was poi i wypasa kiebasami, to i nie dziwota, e go bronicie... 
- Bele czego nie powiadaj, kiej wjt do ci mwi! krzykn wyniole. 
- Wasze wjtostwo stoi u mnie tyle, co ten patyk zamany... 
- Co rzek, co? 
- Syszelicie! A nie, to rzekn jeszcze takie sowo, a wam w pity pjdzie... 
- Rzeknij to sowo, rzeknij! 
-A rzekn -oto pijanica jestecie i judasz, i przeniewierca! A rzekn, e za gromadzkie 
pienidze balujecie i dobrzecie za to wzili od dworu, e dziedzic sprzeda nasz las!... A 
chcecie, to wam jeszcze co doo, ino e ju tym kijaszkiem... -woa zapalczywie porywajc 
za kij. 
- Urzdnik jestem, miarkuj si, Antek, by nie aowa. 
-A w mojej chaupie ludzi nie nastpuj, bo tu nie karczma! - krzycza kowal zasaniajc 
sob wjta, ale Antek ju na nic nie zwaa, bo obu zwymyla jak psw, trzasn drzwiami i 
wyszed... 
Ulyo mu rzetelnie; spokojniejszy wrci do domu, ino tym jednym markotny, e niepotrzebnie 
pokci si ze szwagrem. 

-Teraz ju wszyscy bd przeciwko mnie! -myla nazajutrz rano przy niadaniu i ze 
zdumieniem zobaczy kowala wchodzcego do izby. 

Przywitali si, jakby nigdy nic nie zaszo pomidzy nimi 

A e Antek szed do stodoy urzn sieczki, kowal poszed za nim, przysiad si na snopkach 
zrzuconych ze ssieka do omotu i j cicho mwi: 

-Na psa wszystkie ktnie i o co jeszcze? O to gupie sowo! Tom pierwszy przyszed do 
ciebie i pierwszy wycigam rk do zgody... 

Antek poda mu rk, spojrza podejrzliwie i mrukn: 

-Juci, e ino to sowo, bom zoci do was nie mia Wjt mnie zeli, bo co si bdzie 

ujmowa, nie jego sprawa, to mu wara! 

- To samo mu rzekem, bo chcia biey za tob... 
-Bi mnie... dabym ja mu bitk, jak jego pociotkowi, co jeszcze od niw ebra se lekuje... 
- wykrzykn i j nakada som do lady. 
-I tom mu przypomnia... - rzuci skromnie kowal i umiechn si chytrze. 
- Jeszcze ja si z nim porachuj, popamita mnie... figura jucha, urzdnik!... 
-Ryfa jest i tyla, poniechaj go. Umyliem cosik i z tym do ciebie przychodz... Trza zrobi 
tak... Po poudniu przyjdzie tu moja, to razem z ni idcie do starego rozmwi si dokumentnie... 
Na nic tam zoci i alenia si po ktach, trza w oczy stan i prosto powiedzie, co 
si ma... 
Bdzie dobrze abo i nie bdzie, ale trza wszystko wyoy !... 

- Co tu wykada, kiej zapis zrobi! 


-I zoci z nim nie poredzi! Juci, e zapis zrobi, ale pki yje, to zawdy go moe odebra 
- bacz to sobie i la tego nie potrza mu si przeciwi. Niech si eni, niech ma swoj uciech. 
Antek przyblad na to przypomnienie i dre pocz w sobie, a rzn przesta. 

-Przeciw temu nie powstawaj w oczy, a przychwalaj i mw, e dobrze robi, i zapis, mia 
wol, to zrobi... niech ino reszt nam przyobieca - tobie i mojej, a przy wiadkach! -doda 
chytrze. 
-A Jzka i Grzela? -zapyta z niechci. 

-Spaci si ich! Bo to Grzela mao wybra? Ady prawie mu co miesic posya do wojska. 
Mnie ino suchaj, zrb, jak ci redz, a nie stracisz. Moja w tym gowa, e ju tak pokieruj, co 
wszystko bdzie nasze... 
- Jeszcze baran yje; a ju kunierz kouch na nim szyje... 
-Mnie suchaj... Niech ino przyobieca przy wiadkach, eby ino byo za co chyci pazurami... 
sd jeszcze jest i sprawiedliwo, nie bj si. A jest ju jedna zaczepka, bo zosta 
gront po twojej matce... 
- Wielka parada, cztery morgi - na mnie i na twoj... 
-Ale go nie da tobie ni mojej! A tyle rokw sieje i zbiera! Zapaci wam dobrze za to i z 
procentami... Przywtrz raz jeszcze, staremu si w niczym nie przeciw, 
przychwalaj, przygaduj, na wesele id, dobrego sowa nie auj, a obaczysz, e go narychtujemy... 
A nie da si dobroci, to sdy rad mu dadz... Z Jagusi znacie si dobrze... to i 
ona mogaby ci pomc co nieco... jeno jej rzeknij o tym... ona jeszcze lepiej mogaby stare-
go na nasz stron przechyli... no, zgoda?... Bo czas mi ju i... 

-Zgoda! Ino prdko id, bym ci w pysk nie da i za wrota nie wyciepn! -szepn przez 
zby. 
-Co ty, Antek? Co ty? -bekota przestraszony, bo Antek puci kos i szed ku niemu 
blady, ze strasznymi oczami. 
-Judasz cierwa, zodziej! -wychlustywa ze siebie spienion nienawici sowa, a kowal 
porwa si i uciek co tchu. 
- Rozum mu si psuje czy co? - myla ju na drodze. - Jake, dobr rad daem... a ten?... 
Kiej taki gupi, to niech idzie na wyrobek, niech go stary wygoni, pomog jeszcze do tego... a 
tak czy owak grontu nie popuszcz... 
Taki to ty! W pysk chciae mi da, za wrota wyciepn, em si chcia z tob podzieli... 
e kiej do brata przyszedem z dobrym sowem! Taki to ty! Aha, sam by chcia 
wszystko bra! Niedoczekanie twoje! Wycigne ty ze mnie moje zamysy, to ju ci, jucho, 
przyrychtuj, ja ci frybra angielska potrzsie! -Rozsraa si coraz bardziej, bo go 
wcieko porywaa, e Antek przejrza jego zamysy i gotw jeszcze wyda przed starym. 
Tego si najwicej obawia. 

-Trza temu zapobiec! -zdecydowa natychmiast i mimo obawy przed Antkiem zawrci 
z powrotem do Borynw. 
-Jest gospodarz? - zapyta Witka, ktren wprost domu smaga kamieniami na gsi, pywajce 
po stawie. 
- Hale, jest tam! Poszli przecie do mynarzw zaprasza na wesele... 
-Wyjd naprzeciw, niby to si spotkamy! -pomyla i poszed ku mynarzowi, ale po 
drodze wstpi jeszcze do domu i przykaza onie piknie si przyodzia, dzieci zabra i zaraz, 
jak przedzwoni poudnie, i do Antkw. 
-Ju on ci powie, co robi!... Nic sama nie rb i nie miarkuj, bo gupia, a ino jak bdzie 
potrza, to beknij, ojcowe nogi obap i pro... a suchaj dobrze, co ojciec powiedz i co Antek 
przdzi mwi bdzie... 
Z dobry pacierz j naucza, a przez okno patrzy, czy ich na mocie nie wida. 

- Zajrz do myna, czy jag zrobili. - Duyo mu si w domu czeka. 


Ale szed wolno, przystawa a medytowa... - Juci, kto go ta wie, co zrobi? Skl mnie, a 
gotw zrobi, com redzi... to i lepiej, e kobieta przy tym bdzie... a nie zrobi, pokc si... 
stary go wypdzi... Tak abo i nie, a zawsze si cosik udrze la siebie... - zamia si radonie, 
zatar rce, nacisn kaszkiet i zapi kapot, bo wietrzno byo i zib przejmujcy szed od 
stawu. 

-Przymrozek bdzie albo i pluchy nowe - szepn przystajc na mocie i spogldajc po 
niebie... Chmury gnay nisko, bure, cikie, jakby obocone, niby stada niemytych baranw. 
Staw pomrukiwa gucho, a czasami chlusta wod o brzegi, na ktrych gdzieniegdzie wrd 
czarnych, pochylonych olch i wierzb rosochatych czerwieniy si kobiety pierce szmaty kijanki 
trzaskay zajadle po obu brzegach. Na drogach pusto byo, gsi tylko caymi stadami 
babray w staym bocie i po rowach, zarzuconych opadymi limi i mieciami, i dzieci 
krzyczay przed domami. Koguty zaczy pia po potach, jakby na zmian. 
- We mynie prdzej si ich doczekam! - szepn i poszed na d. 
Antek za po odejciu kowala j rzn tak zajadle sieczk, e cakiem si zatraci w tej 
robocie i do poudnia narzn tyle, a Kuba, ktren przyjecha z lasu, wykrzykn 

-Na cay tydzie bdzie tego, no - dziwowa si talk gono, a Antek oprzytomnia, lad 
rzuci, przecign si i poszed do chaupy. 
- Co bdzie, to bdzie, a trza mi si z ojcem rozmwi dzisiaj! -postanawia... - Cygan on 
jest i judasz, ale moe i dobrze redzi... Juci, musi on w tym co mie...-Myla o kowalu i zajrza 
na drug stron, ojcow, i wnet si cofn, bo tam siedziao ze dwadziecioro dzieci i 
wszystkie razem a w gos sylabizoway... Roch je naucza i pilnie baczy, by psich figlw nie 
stroiy... Chodzi se dookoa nich z racem w rku, nasuchiwa, czasem ktre poprawi, 
czasem pocign za ucho, czasem pogaska, a czsto gsto przysiad i cierpliwie wykada, 
jako tam stoi, i pyta, a dzieciska hurmem jedno przez drugie rway si odpowiada, jako te 
indory, kiej je kto podrani... a tak gono, e i po drugiej stronie sycha byo... 
Hanka gotowaa obiad i pogadywaa z ojcem swoim, starym Bylic, ktren rzadko zachodzi, 
e to schorowany by i ledwie si ju rucha. 
Siedzia pod oknem, wsparty na Hank spoziera... siwy by cakiem, wargi mu si trzsy 
i gos mia saby, jakby ptaszcy, a w piersiach mu cigiem rzziao... 

- Jedlicie niadanie, co? - pytaa cicho. 
-I... po prawdzie to Weronka zabaczya mi da... i nie upominaem si, nie... 
-Weronka psy nawet godzi, bo tu nieraz do mnie podje przychodz! -zawoaa, bo i 
przy tym gniewaa si ze starsz siostr jeszcze od zeszej zimy, e to tamta po mierci matki 
pobraa wszystko, co pozostao, i odda nie chciaa, to si i prawie nie widyway. 
-Bo si u nich nie przelewa, nie... - broni cicho... Stach mci u organisty, to i tam poje i 
jeszcze czterdzieci groszy za dzie bierze... a w chaupie tyla gb... e i tych ziemniakw nie 
starczy... Prawda... e dwie krowy maj i mleko jest... e maso i sery do miasta nosi i ten 
grosz jaki zbierze...ale zabaczy czsto da je nie dziwota ... dzieci tyla... a to i weniaki ludziom 
tka... i przdzie, i haruje jak ten w... a bo to duo mi trza?... eby ino w por... i co 
dnia... to... 
- A to si do nas przeniecie na zwiesn, kiej wam u tej suki tak le... 
- Dy si nie skar, nie narzekam, ino... ino... - gos mu si zaama nagle... 
- Popalibycie gsi, to dzieci przypilnowali... 
- Wszystko bym robi, Hanu, wszystko - szepta cichutko. 
- W izbie jest miejsce, to si ko wstawi, bycie ciepo mieli... 
-A dy i w oborze, i przy koniach spabym, byle u ciebie, Hanu. byle ju nie wraca! 
Byle... - zachysn si a t prob bagaln i zy jy mu kapa z zapadych, poczerwieniaych 
oczw... - Zabraa mi pierzyn, bo powiada, e dzieci nie maj pod czym spa... juci... 
marzy, em sam je bra do siebie.:. ale kouszysko si wytaro i nic m nie grzeje... i ko 


mi wziena... a po mojej stronie zimno... ani tej szczapy drzewa nie pozwoli... i kad yk 
strawy wypomina... na ebry wygania... a kiej mocy nie mam, do ciebiem si ledwie zwlk... 

-Laboga! A czemucie to nam nic nigdy nie rzekli, e wam tak le... 
- Jake... crka... on dobry czowiek, ale cigiem na wyrobku... jake... 
-Piekielnica jedna! Wzia p grontu i p chaupy, i wszystko, i taki wam daje wycug! 
Do sdu trza i! Je mieli wam dawa i opa, i to, co wam do ubieru potrzeba, a my te dwanacie 
rubli w rok... bomy przeciech i dug spacili... co, nie tak?... 
-Prawda! Rzetelni jestecie, prawda... ale i te par zotych, co od was, a com je chowa 
sobie na pochowek, wycygania ode mnie... a potem i da byo potrza... Jake dziecko... Umilk 
i siedzia cichy, skulony, podobny do kupy starych wirw prdzej nili do czowieka. 
A po obiedzie, skoro jeno kowalowa wesza z dziemi i ja si wita, zabra wzeek, jaki 
mu Hanka narzdzia po kryjomu, i wynis si po cichu. 

Boryna na obiad nie przyszed. 

Kowalowa postanowia zatem czeka choby i do nocy; Hanka narzdzia pod oknem 

warsztat i przecigaa paczeny wtek przez pochy i tylko niekiedy, cho i z niemiaoci, 
rzucia jakie sowo w rozmow, jak wid Antek z siostr; wywodzi swoje ale, w czym mu 
ju i przywtarzaa, ale niedugo to trwao, bo wpada Jagustynka i jakby od niechcenia mwia: 


-Od organistw lec, do prania mnie zawoay... Dopiero co by tam Maciej z Jagn prosi 
na wesele. Pjd! Juci, swj do swego, bogacz do bogacza cignie... i ksidza te prosili... 
-I dobrodzieja prosili?... - wykrzykna Hanka. 
-A c to, wity czy co? Prosili, powiedzia; e moe przyjdzie... laczego nie?... Bo to 
moducha nie urodna, a bo to jada dobrego i napitku nie naszykuj? Mynarze si te obiecali 
i z crk. Ho, ho, takiego wesela, jak Lipce Lipcami, jeszcze nie byo! Wiem dobrze, bo z 
Jewk od mynarzw kucharowa bdziemy. Wieprza ju im Jambroy sprawi, kiebasy robi... 
- przerwaa nagle, bo nikt nie mwi i nie pyta, siedzieli chmurni, wic przyjrzaa si 
wszystkim uwanie i wykrzykna: 

- Zanosi si u was na co! 
-Zanosi czy nie zanosi, a wam nic do tego! - powiedziaa tak ostro kowalowa, a Jagustynka 
si obrazia i posza na drug stron, do Jzi, ktra ustawiaa awki i stoki, bo dzieci 
si ju porozchodziy, a Roch polaz na wie. 
-Pewnie, e ojciec nie bdzie sobie aowa niczego- szepna kowalowa rozalonym 
gosem. 
-Nie ma to na to? -powiedziaa Hanka i zmilka zastrachana, bo Antek spojrza na ni 
gronie. Siedzieli wic prawie w milczeniu i czekali; czasem ktre nieco rzeko i znowu zapadao 
guche, cikie, niepokojce milczenie... 

Przed chaup i na ganku Witek z dziemi wyprawia takie brewerie, a apa szczeka i 
chaupa si trzsa. 

- Gotowych pienidzy musi mie te dosy, cigle co sprzedaje; a wyda na co?... 
Antek machn rk na to siostrzyne sowo i wyszed z izby na powietrze, cknio mu si 
w chaupie i niepokj w nim rs i strach, sam nie wiedzia czego... czeka na ojca i niecierpliwi 
si, a rad by w duszy, e tamtego tak dugo nie wida. -Nie o gront tobie idzie, a o 
Jagusie przypomnia sobie, co mu kowal wczoraj powiedzia... - e jak ten pies! - wykrzykn 
zapamitale. Wzi si do ogacania ciany od podwrza, Witek nosi mu cik z kupy, a 
on ubija i zakada erdkami, ale mu rce dray i raz w raz zaprzestawa roboty. Wspiera si 

o cian i przez nagie, bezlistne drzewa patrzy za staw, ha, na Jagusin chaup... Nie, nie 
miowanie w nim wzrastao, ino zo i tysice uczu nienawistnych, a si zdziwi temu! 
Suka, cierwa, rzucili jej gnat, to i posza! - mya. 


Ale przyszy na wspomnienia, wypezy skdci, z tych pl nagich, z drg, z sadw 
sczerniaych i pokurczonych i obsiady mu serce, czepiay si myli, majaczyy przed oczami... 
a pot pokry mu czoo, oczy rozbysy i dreszcz go przechodzi mocny, ognisty!... Hej, a 
tam w sadzie...a wtedy w lesie... a kiedy razem powracali z miasta... 

Jezus! A si zatoczy, bo z naga ujrza tu przed sob jej twarz rozpomienion, dyszc 
namitnie, jej modre oczy i te usta pene i tak czerwone, a tak bliskie, e ich tchnienie czu, 
buchny na niego arem... i ten gos cichy, urywany, nabrzmiay mioci i ogniem....- Janto!... 
Janto! - przechylaa si do niego blisko, e czu j ca przy sobie, jej piersi, jej ramiona, 
jej nogi -a oczy przeciera i odpdza precz od si te mary mamice, i caa jego zo 
zawzita skapywaa mu z serca niby te lody ze strzech, gdy je wioniane soce przygrzeje, a 
budzio si znowu kochanie i wznosia swj eb kolczasty tskno bolesna, taka straszna tskno, 
e choby gow tuc o cian i rycze wniebogosy! 

-A eby to siarczyste zatrzasny! -wykrzykn przytomniejc i bystro spojrza na Witka, 
czy ten nie domyla si czego... Od trzech tygodni by w gorczce, w oczekiwaniu jakiego 
cudu, a nic nie mg poredzi, niczemu si przeciwi! A bo to raz przychodziy mu szalone 
myli i postanowienia, e bieg, aby si z ni zobaczy, bo to jedn noc na deszczu i chodzie 
warowa jak ten pies przed jej chaup! Nie wysza, unikaa go, na drodze ju z dala 
omijaa!... 

Nie, to nie! I coraz bardziej zawzina si przeciwko niej i przeciw wszystkiemu! Ojcowa 
ona, to i obca, to i ta przybda, ten pies bezpaski, ten zodziej, co gront, dobro najwysze im 
kradnie - a to kijem go choby i na mier zakatrupi ! 

A bo to raz chciao mu si ojcu do oczw stan i rzec: nie moecie si z Jagn eni, bo 
ona moja! Ale strach podnosi mu wosy na gowie, co powie stary, co ludzie , co wie?... ' 

A przecie Jagu bdzie jego macoch, matk jakby-jake to moe by, jake?... To 
grzech musi by, grzech! A ba si myle o tym, bo mu serce zamierao ze zgrozy niewytumaczonej, 
z obawy przed jak straszn kar j bosk... I nie rzec o tym nikomu, ino to nosi 
w sobie jako zarzewie, jako ten ogie ywy, ktren a do koci przepala... nie na ludzk to 
moc, nie. 

A tu ju za tydzie lub... 

- Gospodarz id! - zawoa Witek prdko, a Antek drgn ze strachu. 
Mroczao ju na wiecie. 
Zmierzch sypa si na wie, jako ten popi niewystudzony i od ukrytego zarzewia rudawy 
jeszcze -zorze dogasay, blady od tych chmur burych, ktre wiatr gna i zwala na zachd, 
i stoy w gry przeogromne. Zimno si robio, ziemia taa, powietrze czynio si 
ostre, rzewe jak przed przymrozkiem i takie suchliwe, e tupot i ryki pdzonego do wodopoju 
inwentarza szy goniej, a skrzypy wrtni i studziennych urawi, rozmowy, krzyki dzieci, 
szczekania leciay wyraniej przez staw; gdzieniegdzie byskay ju okna i paday na wod 
dugie, porwane, drgajce odbicia wietliste... a spoza lasw wychyla si z wolna ogromny, 
czerwony ksiyc w peni, a uny biy nad nim, jakby poar bucha gdzie w gbi lasw. 

Boryna przyodzia si w zwyczajne szmaty i poszed w podwrze do gospodarstwa, zajrza 
do koni, do krw, do stodoy, a nawet i do prosiakw, skrzycza Kub za co i Witka 
rwnie, e cielta wylazy z grdki i aziy pomidzy krowami, a gdy wrci do izby swojej, 
ju tam czekali na wszyscy... Milczeli, ino wszystkie oczy podniosy si na niego i opady 
wnet, bo przystan na rodku, obejrza si po nich i zapyta drwico: 

- Wszystkie! Jak na sd jaki! 
- Nie na sd, ino do was przylim z proszeniem - rzeka niemiao kowalowa. 
- A czemu to i twj nie przyszed?... 
-Robot ma piln, to osta w domu... 
-Juci... robot... juci... - umiechn si domylnie, zrzuci kapot i j zzuwa buty, a 
oni milczeli, nie wiedzc, od czego zacz. Kowalowa chrzkaa i przyciszaa dzieci, bo si 


bray do baraszkowania, Hanka siedziaa na progu i karmia chopaka, a lataa niespokojnymi 
oczami po twarzy Antka, ktren siedzia pod oknem i ukada sobie w gowie, co ma rzec, a 
dra cay ze wzruszenia i niecierpliwoci. Jedna Jzia spokojnie obieraa ziemniaki pod kominem, 
przyrzucaa drewek na ogie i ciekawie pogldaa po wszystkich, bo nic wymiarkowa 
nie moga . 

- Czego chcecie, mwcie! - zawoa ostro, zniecierpliwiony milczeniem. 
- A to... mw, Antek... a to przylim wedle tego zapisu... - jkaa kowalowa. 
- Zapis zrobiem, a lub w niedziel... to wam rzekn 
- To wiemy, ale nie o to przylim -
A czego? 
Zapisalicie cae sze morgw! 
- Bom tak chcia, a zechc, to w ten mig zapisz wszystko... 
- Jak wszystko bdzie wasze, to zapiszecie! - powiedzia Antek. 
- Dzieciskie, nasze. 
- Gupi jak ten baran! Grunt jest mj i zrobi z nim , co mi si spodoba! 
- Zrobicie abo i nie zrobicie... 
- Ty mi wzbronisz, ty! 
-A ja, a my wszystkie, a nie, to sdy wam wzbroni! -krzykn, bo ju nie mg cierpie 
i buchn zapamitaoci. 
-Sdami mi wygraasz, co? Sdami! Zamknij ty gb, pkim dobry, bo poaujesz! krzycza 
przyskakujc do niego z piciami. 

- A ukrzywdzi si nie damy! - wrzasna Hanka podnoszc si na nogi. 
- A ty czego? Trzy morgi piachu wniesa i star pacht, a bdzie tu pysk wywieraa? 
-Wycie i tyla Antkowi nie dali, nawet tych jego morgw matczynych, a robimy wam za 
parobkw, jak te woy. 

- Sprztacie za to z trzech morgw. 
- A odrabiamy wam za dwadziecia abo i wicej! 
- Jak wam krzywda, idcie se poszuka lepiej! 
- Nie pjdziem szuka, bo tu jest nasze! Nasze po dziadach pradziadach! - zawoa mocno 
Antek. 
Stary uderzy go oczami i nic nie odrzek, przysiad przed komin i pogrzebaczem tak 
dziaba w gownie, a iskry si sypay -zy by, ognie chodziy mu po twarzy i wosy mu cigiem 
spaday na oczy, jarzce jak u bika...ale si jeszcze hamowa, cho ledwie i zdziera.... 

Dugie milczenie zalego izb, e ino te przysapki a dychania prdkie sycha byo. Hanka 
szlochaa z cicha i pohutywaa dziecko, bo skamle poczo. 

- My nie przeciwni oenkowi, chcecie, to si ecie... 
- A przeciwcie si, duo o to stoj!... 
-Ino zapis odbierzcie - dorzucia przez zy Hanka. 
-Zmilkniesz ty, a to, psiachma, jazgocze cigiem jak ta suka! - rzuci z tak moc pogrzebacz 
w ogie, a si gownie potoczyy na izb. 
- A wy si miarkujcie, bo to nie dziewka wasza, ebycie gbe wywierali na ni! 
- To czemu pyskuje! 
- Ma prawo, bo si o swoje upomina! - wrzeszcza coraz mocniej Antek. 
- Chcecie, to i zapiszcie, ale to, co ostao, odpiszcie na nas - zacza cicho kowalowa. 
-Gupia! Widzisz j, mojem si tu bdzie dzielia! Nie bj si, na wycug do waju nie 
pjd... - rzekem! 

- A my nie ustpim. Sprawiedliwoci chcemy. 
- Jak wezm kija, to wama dam sprawiedliwo. 
- Sprbujcie ino tkn, a pewnikiem wesela nie doczekacie... 


I jli si ju kci, przyskakiwa do si, grozi, bi piciami w st, wykrzykiwa a wypomina 
wszystkie swoje ale i krzywdy. Antek tak si zapamita i tak rozsroy, e wcieko 
buchaa z niego i raz w raz ju starego chwyta to za rami, to za orzydle i gotw by 
bi... ale stary jeszcze si hamowa, nie chcia bijatyki, odpycha Antka, na obelgi z rzadka 
odpowiada, bych ino dziwowiska la ssiadw i wsi caej nie czyni. W izbie podnis si taki 
krzyk i zamt, i pacz, bo obie kobiety pakay i woay na przemian, a dzieci te wrzeszczay, 
e Kuba z Witkiem przylecieli z podwrza pod okna... ale nic rozezna si nie rozeznali, bo 
wszyscy razem krzyczeli, a w kocu, kiedy im ju zabrako gosu, chrzypieli ino samymi 
przeklestwami a pogrobami. Hanka rykna nowym, ogromnym paczem, wspara si o 
okap i ja zalewanym przez zy, nieprzytomnym gosem krzycze: 

-Na ebr ino nam i, we wiat... o mj Jezus, mj Jezus!... A jak te woy harowalim i 
dnie... i noce... za parobkw... a teraz co?... A Pan Bg was pokarze za krzywd nasz!... Pokarze... 
Cae sze morgw zapisali... a te szmaty po matce... te, paciorki... to wszystko... i la 
kogo to? La kogo?... La takiej wini! A eby pode potem zdecha za krzywd nasz, a eby 
ci robaki roztoczyy, ty wywoko, ty lakudro jedna, ty!... 
- Co powiedziaa?... - zarycza stary przyskakujc do niej... 
- e lakudra i wk ten, to i caa wie wie o tym...cay wiat!... cay!... 
-Wara ci od niej, bo ci ten pysk o cian rozbij, wara... - i j ni trz, ale ju Antek 
przyskoczy i osoni, i rwnie krzycze pocz: 
-I ja przywtrz, e lakudra jest, wk, ja! A spa z ni, kto chcia, ja!... - woa nieprzytomnie 
i gada, co mu lina na jzyk przyniesa, nie skoczy, bo stary, rozwcieklony ju 
teraz do ostatka, trzasn go tak w pysk, a rymn bem na oszklon szafk i z ni razem 
zwali si na ziemi... Porwa si rycho okrwawiony i run na ojca. 
Rzucili si na siebie jak dwa psy wcieke, chycili si za piersi i wodzili po izbie, miotali, 
bili sob o ka, o skrzynie, o ciany, a by trzaskay. Krzyk si podnis nieopisany, kobiety 
chciay ich rozerwa, ale przewalili si na ziemi i tak zwarci ca nienawici i krzywdami 
tarzali si, gnietli, dusili... 

Cae szczcie, e rycho rozerwali ich ssiedzi i odgrodzili od siebie... 

Antka przenieli na drug stron i zlewali wod, tak osab z umczenia i upywu krwi, bo 
twarz mia porozcinan o szyby. 

Staremu nic si nie stao; spencer mia nieco podarty i twarz podrapan i a sin z wciekoci... 
Skl i powygania ludzi, co si byli zlecieli, drzwi od sieni zamkn i siad przed 
kominem... 

Ale uspokoi si nie mg, bo mu cigiem wracao przypomnienie tego, co na Jagn wypowiedzieli, 
a gao go w serce jakby noem... 

-Nie daruj ja ci tego, psie jeden , nie daruj!- przysiga sobie w duszy. - Jake, na Jagusi... 
-Ale wnet przychodzio mu do gowy i to, co nieraz ju sysza o niej, co dawniej 
pogadywali, a na co nie zwraca uwagi! Gorco mu si robio i dziwnie duszno, i dziwnie 
markotno... - Nieprawda, pleciuchy i zazdroniki, wiadomo! -wykrzykn w gos, ale coraz 
wicej mu si przypominao gada ludzkich. -Jake, rodzony syn powieda, to nie maj 
szczeka! cierwa! - ale ary go te wspominki jak ogie... 
A gdy Jzia posprztaa lady bitwy, a w kocu, cho i pno, podaa kolacj, sprbowa 
ziemniakw i pooy yk, nie mg przekn. 

- Zasypae obroki koniom? - zapyta Kuby. 
- Przeciech... 
-Gdzie Witek? 
-Po Jambroa polecia, by Antkowi gow opatrzy; gba mu spucha kiej garnek - doda 
i wynis si zaraz, bo ksiyc wieci, a on si dzisiaj wybiera pod las na polowanie... - Juchy, 
chleb ich rozpiera, to si bij mrucza. 


Stary te poszed na wie, nie wstpi jednak do Jagny, cho si w oknach wiecio, zawrci 
spod samych drzwi i polaz drog ku mynowi. 

Noc bya chodna, wyiskrzona, przymrozek cina ziemi, ksiyc wisia wysoko i tak jasno 
wieci, e cay staw roziskrzy si jakby ywym srebrem, drzewa rzucay dugie, chwiejne 
cienie na drogi puste. Pno ju byo, wiata w domach gasy, ino bielone ciany wystpoway 
mocniej ze sadw nagich, cisza i noc ogarniaa wie ca, jeden myn turkota i woda 
bekotaa monotonnie... Maciej chodzi to t, to drug stron stawu i nie wiedzia, co z sob 
pocz, nie uspokoi si, gdzie tam, jeszcze barzej rozbieraa go zo i nienawi; a i do 
karczmy poszed, posa po wjta i prawie do pnocka pi, ale robaka nie zala... jeno jedno 
postanowienie powzi. 

Rano nazajutrz, skoro wsta, zajrza na drug stron. Antek lea jeszcze, twarz mia obwizan 
w okrwawion szmat, ale si unis nieco. 

-Wynota mi si w ten mig z chaupy, eby ni ladu po was nie ostao! -krzykn.-
Chcesz wojny, chcesz sdu, id do sdu, skar mnie, dochod swojego. Co swoje posia latem 
zbierzesz, a teraz wyno si! Niech moje oczy was nie widz! Syszysz! -rykn, bo 
Antek podnis si, ale nic nie odpowiada... i zacz si wolno ubiera... 
- eby mi do poednia ju was nie byo! - zawoa jeszcze z sieni. 
Antek i na to nie odrzek, jakby nic nie sysza... 
- Jzka, zawoaj Kub, niech zaoy koby do wozu i wywiezie ich, gdzie chc! 
-Hale, kiej Kubie cosik jest, ley na werku i jczy ino, a powiada, e cakiem wsta nie 
moe, tak go ten kulas krzywy boli... 
-Hale, noga go boli! Wako jeden, odpoczywa se chce i sam zaj si rannym obrzdkiem 
gospodarskim. 
Ale Kuba rozchorza naprawd, nie powiada, co mu jest, cho go si Boryna pyta, ino 
e chory, a tak jcza, tak stka, a konie ray, przychodziy do wyrka i obwchiway mu 
twarz, i lizay, a Witek coraz to nosi mu wod wiaderkiem i ukradkiem pra w potoku jakie 
szmaty skrwawione... 

Stary nie spostrzeg tego, bo przypilnowywa, by si Antkowie wynosili. 

I wynosili si. 

Bez krzykw ju, bez ktni, bez sprzeciwia pakowali si, wynosili statki, wizali tobo


y; Hanka a mdlaa z aoci, Antek j wod trzewi i pogania, byle ju rychlej zej z ojcowskich 
oczw, byle prdzej... 
Poyczy konia od Kba, ojcowego nie chcia, i przewozi rzeczy do Hanczynego ojca, 
na koniec wsi, za karczm jeszcze... 
Ze wsi przyszo paru gospodarzy z Rochem na czele i chcieli zgod czyni midzy nimi, 
ale ni syn, ni ojciec mwi sobie o tym nie dali... 

- Pobrbuje, jak to wolno smakuje i swj chleb odpowiedzia stary. 
Antek nic nie odrzek na namowy, ino podnis pi i tak zakl strasznie, tak pogrozi, 
a Roch zblad i cofn si do kobiet, ktrych si do zebrao w opotkach i w ganku, eby to 
Hance pomc, a gwnie, by si w gos uala i pyskowa a uredza!... 

Gdy zabeczana Jzia podawaa obiad ojcu i Rochowi, ju tamci z ostatnimi rzeczami i 
dziemi wyjedali z opotkw na drog... Antek ni si obejrza na chaup, przeegna si 
ino, westchn ciko, smaga konia, podpiera wz, bo kopiasto by naoony, i szed jak 
martwy, a blady jak ten papier, oczy mu gorzay zacitoci i zby szczkay kiej we febrze... 
ale ni jednego sowa nie rzek, Hanka za wleka si za wozem, starszy chopak czepia si 
matczynego weniaka i krzycza wniebogosy, modszego tulia do piersi i zaganiaa przed 
sob krowy, stadko gsi i dwa chude prosiaki, a tak ryczaa, tak wyklinaa, tak zawodzia, e 
ludzie wychodzili z domw i jakby procesj ich odprowadzali. 

A u starego obiad jedli w ponurym milczeniu. 



Stary apa szczeka na ganku, bieg za wozem, powraca znowu i wy... Witek go nawoywa, 
ale pies nie sucha, biega po sadzie, obwchiwa podwrze, wpada do izby Antkw, 
oblecia j par razy, wypad do sieni, szczeka, skomli... poasi si do Jzi i znowu lata jak 
oszalay, to przysiada na zadzie i ogupiaym wzrokiem patrzy, a wreszcie zerwa si, wtuli 
ogon pod si i polecia za Antkami... 

- A to i apa poszed za niemi... 
-Wrci, wygodzi si, to wrci, nie bj si, Jzia -mwi mikko stary. -Nie bucz, gupia! 
Wyporzd tamt stron, Roch bd mieli mieszkanie. Zawoaj Jagustynki, to ci pomoe... 
i zajmij si gospodarstwem, gospodyni teraz jeste, na twojej gowie wszystko... no nie 
bucz, nie... uj jej gow i gaska a przyciska do piersi, a houbi... 

- Pojad do miasta, to ci trzewiki kupi. 
- Kupicie, tatulu? Naprawd kupicie?... 
- Kupi ci, kupi ci i co wicej, ino dobr crk bd, o gospodarstwie pamitaj! 
- To i na kaftan mi kupcie, taki jak ma Nastusia Gobianka. 
- Kupi ci, crko, kupi... 
-I wstek, ino dugich, bobym nie miaa na wasze wesele. 
- Co ci ino potrza, mw, a wszystko miaa bdziesz , wszystko. 
ROZDZIA 11 

- pisz to, Jagu?... 
- A bo to mog. Ocknam na rozwicie i cigiem mi w gowie stoi e ju dzisiaj wesele... 
a wierzy trudno: 
- Markotno ci, crko, co? - spytaa ciszej... z lkliw nadziej w sercu... 
- Co by za markotno miao by! Ino, e od was trzeba mi i, na swoje... 
Stara nie odrzeka, stumia w sobie al, jaki nagle j przewierci, i wstaa z pocieli, 
przyodziaa si byle jak i posza do stajni budzi chopakw. Zaspali nieco po wczorajszych 
rozplecinach, bo dzie ju by duy, wit zatopi ziemi w srebrzystej, poyskliwej szronami 
topieli, zorze si rozpalay na wschodzie - jakoby kto niebo posypa zarzewiem. 

Dominikowa umya si w sieni i cicho chodzia po izbie, ale raz w raz pogldaa na Jagn, 
ktrej ledwie gow mona byo rozezna na pocieli wrd mrokw, jakie jeszcze zalegay 
izb... 

-Le se, crko, le... Ostatni to raz u matki, ostatni.- mylaa z czuoci i z tym bolesnym 
alem, co wci powraca. Nie chciao si jej wierzy, e to naprawd ju dzisiaj, a 
sobie przypomina musiaa wszystko... Tak, sama chciaa tego, a teraz, a teraz... jakby strach 
ni owadn i tak zatrzs, a skurczya si z blu i przysiada na ku... Boryna dobry czowiek, 
uszanuje i krzywdy jej nie zrobi... a Jagu poprowadzi go, gdzie ino zechce, bo stary 
wiata Boego poza ni nie widzi... 
Nie, nie o to si bojaa, nie o to... pasierby! Juci... po co byo Antkw wygania? Teraz 
dopiero bd zapieka a pomsty szuka!... A nie wygania, to Antek byby pod bokiem i obraza 
boska abo i co gorsze wyszoby z tego!... Jezus mj! A rady ju nie ma... Zapowiedzi 
wyszy... wieprzek zabity, weselni sproszeni... tyla ju zrobione... zapis w skrzynce... -Nie, 
nie! Co bdzie, to bdzie, a krzywdy nijakiej, pki yje, zrobi jej nie dam!... -pomylaa 
stanowczo i posza znowu do chopakw krzycze, czemu nie wstaj. 

Za powrotem chciaa ostro woa na Jagn, ale Jagu usna, rwny, cichy oddech szed 
od ka, a j znowu chwyciy wtpliwoci rne i ale, i jak te jastrzbie czepiay si pazu




rami serca, dary i krzyczay strachem a trosk! Uklka pod oknem, wpia zaczerwienione, 
rozpalone oczy w wit i modlia si dugo i gorco. Wstaa mocna i na wszystko gotowa. 

- Jagu! Wsta, crko, czas ju! Ewka zaraz przyleci do gotowania, a tyla jeszcze roboty! 
- Pogoda to? - pytaa podnoszc ocia gow. 
-I jaka, a si lni na wiecie od przymrozku! Soce zaraz wzejdzie... 
Jagna ubieraa si szybko. Stara jej pomoga i dugo o czym rozmylaa, bo w kocu 
rzeka: 

-A przywtrz ci jeszcze, com ju nieraz mwia...Boryn trza uwaa... dobry on czowiek... 
z bele kim si nie zadawa... bych ci znowu na ozory nie wzili... ludzie to jak te 
psy... ino gry! Suchasz to, crko?... 
- Sucham, sucham, ale tak mwicie, jakbym swojego rozumu nie miaa... 
-Rady dobrej nikomu nie za wiele... Bacz i to, by z Boryn nie huru-buru, a mitko, a 
dobroci. Starszy wdy uwaniejszy jest na to nili modziak... a kto wie, moe ci z grontu 
przypisa abo gotowy grosz za pazuch wrazi ! 
- Nie stoj tam o to - burkna zniecierpliwiona. 
-Bo moda i gupia... A obejrzyj si ino po wsi, po ludziach, to obaczysz, o co si kc, 
o co prawuj, o co zabiegaj! O grunt jeno, o dobro! Dobrze by ci to byo bez tego zagona, 
bez tej witej ziemi, co? Nie do wyrobku i biedowania Pan Jezus ci stworzy, nie! A po com 
cae ycie zabiegaa? - La ciebie ino, Jagu! A teraz ostan kiej ten palec sama jedna!... 
- A bo to chopaki id w wiat? Ostaj... 
-Tyla mi z nich pociechy, co z wczorajszego dnia!- krzykna i rozpakaa si - a z pasierbami 
zgod powinna trzyma! - dodaa obcierajc oczy. 
- Jzka dobra dziewczyna, Grzela jeszcze nierycho wrci z wojska... a... 
-Kowali trza si strzec. 
- Przecie oni si z Maciejem sielnie obserwuj.. 
-Ma w tym kowal jakie wyrachowanie, ma! Ale pilnowaa go bd... Z Antkami najgorzej, 
bo si pogodzi nie chc... i dobrodziej wczoraj zgod chcia zrobi... nie przystali... 
- A bo Maciej jest jak ten zy pies, eby ich z chaupy wygna! - wykrzykna namitnie. 
-Co ty, Jagu, co ty? A dy Antek najbarzej wygadywa na ciebie i grunt chcia odebra, 
i pomstowa a zarzeka przeciw tobie, e powtrzy trudno. 

- Antek przeciw mnie? Ocyganili was, aeby im ozory paskudne poschny!... 
- A czemu to jego stron trzymasz, co?... - zapytaa gronie. 
-A bo wszystkie na niego! Ja nie jestem jak ten pies dziadowski, co za kadym idzie, 
byle mu ino chleba podrzuci! Dobrze widz, e mu si krzywda dzieje... 
- To moe by mu i zapis oddaa... co?... 
Ale Jagna ju nie zdya rzec, bo zy ciurkiem polay si z jej oczw, to ino buchna do 
komory, przywara drzwi za sob i dugo buczaa... 
Nie przeszkadzaa w tym Dominikowa, ino nowe strapienie wlizno si do jej serca... 
ale nie czas byo medytowa, Ewka przysza, chopaki przecigali si przed sieni, trzeba 
byo wzi si do porzdkw i przygotowa ostatnich... 

Soce wstao i dzie rano potoczy si naprzd. 

Przymrozek w nocy by niezgorszy, e kaue po drogach i brzegi stawu ciy si lodem, 
a na grudzi i co lejsze bydl utrzyma si nie mogo. 

Ciepo si czynio, pod potami i w cieniach siwiao jeszcze, ale ze strzech skapywa zamrz 
lnicymi paciorkami, a na mokradach kurzyy opary kieby dymy. Powietrze byo tak 
przejrzyste, e oklne pola widziay si jak na doni, a lasy si przysuny, e i poniektre 
drzewa mg rozezna... 

Na niebie modrym i niskim ani jednej chmurki nie byo. 
Ale na pogod nie szo, bo wrony tuky si koo domw i piay koguty. 




Niedzielny to by dzie i chocia dzwony jeszcze nie przedzwaniay do kocioa,. a ju 
we wsi wrzao kieby w ulu. Z p wsi szykowao si na wesele Borynowe z Jagn. 

Midzy chaupami, przez oszroniae sady biegay dziewczyny z pkami wstek, a weniakami 
i stroikami rnymi... 

W chaupach by niemay rwetes przygotowa, przymierza a przystraja, e z gsto powywieranych 
okien i drzwi buchay radosne gosy abo ju te piosenki weselne. 

A i w chaupie Dominikowej uczyni si gwat i zamieszanie, jak to zwyczajnie w dzie 
taki! 

Dom by wieo obielony, cho nieco oblaz z wapna na wilgoci, a widnia ju z daleka, 
bo i umajony by jak na witki. Chopaki jeszcze wczoraj nawtykali wierczyny w strzech, 
to w szpary cian, gdzie si ino dao, a cae opotki od drogi do sieni wysypali jedlin -pachniao 
jak w borze na zwiesn. 

A i wewntrz wyporzdzone byo galanto. 

Po drugiej stronie, gdzie by skad rupieci, buzowa si tgi ogie i kucharowaa Ewka od 
mynarza przy pomocy ssiadek i Jagustynki. 

Z pierwszej za izby wynieli wszelki sprzt zbytni do komory, e ostay ino obrazy, a 
chopaki ustawiali pod cianami awy mocne, a dugie stoy. Izba te bya wybielona z nowa, 
wymyta, a komin przysonity modr pacht, cay za puap i belki, poczerniae ze staroci, 
Jagusia suto przystroia wycinankami. Maciej by przywiz z miasta kolorowych papierw, a 
ona wystrzygna z nich kek strzpiastych, to kwiatuszkw, to cudakw rnych, jako: kiedy 
psy goni owce, a pasterz z kijem za nimi leci, abo za i procesj ca, z ksidzem, z chorgwiami, 
z obrazami i inne rnoci, e spamita trudno, a tak wszystko utrafione i foremne 
kieby ywe, a si ludzie wczoraj na rozplecinach dziwowali. Umiaa ona i nie takie, a 
wszystko, co ino zamylia abo na co spojrzaa... e nie byo w Lipcach chaupy bez tych jej 
strzyek... 

Ogarna si nieco w komorze i wysza nalepia reszt wzdu cian, pod obrazami, bo 
ju gdzie indziej miejsca nie byo. 

-Jagu! A daaby spokj tym cudakom, druhen ino patrze... ludzie si wnet schodzi 
poczn, muzyka ju po wsi chodzi... a ona si zabawia... 
-Zd jeszcze, zd... - odpowiadaa krtko i daa wnet spokj nalepianiom -brako jej 
cierpliwoci... Wysypaa podog kolkami jedlinowymi , to stoy pokrya cienkim ptnem , to 
porzdkowaa w komorze albo si przemawiaa z brami , lub wychodzia przed dom i patrzya 
dugo w wiat. A adnej radoci w sobie nie czua , adnej . eby jej wszystko nie 
przypominao , e to wesele dzisiaj , nie baczyaby o tym . Boryna wczoraj na rozpleciny , da 
jej osiem sznurkw korali , wszystkie jakie mu zostay po nieboszczkach... Nie staa o nie, nie 
staa dzisiaj o nic... Leciaaby tylko gdzie przed si, choby w cay wiat... ale gdzie? Abo to 
wiedziaa! Mierzio si jej wszystko, do gowy wci wracao powiedzenie matczyne o Antku... 
- Jake, on by wygadywa, on?... Nie moga wierzy, nie chciaa... bo a si jej na pacz 
zbierao!... A moe?... Wczoraj, kiedy praa w stawie, przeszed i ani si nie spojrza! A jak 
szli rano do spowiedzi z Boryn, spotkali go przed kocioem... z miejsca zawrci jak przed 
zym psem... A moe?... Niech szczeka, kiej taki, niech szczeka!... 
Zacza si buntowa przeciw niemu, ale z naga wspomnienia tego wieczora, kiedy wracali 
z obierania kapusty od Boryny, buchny jej do mzgu i zatopiy j ca w ogniu, i obwiny 
jej dusz z tak moc, a tak wyrazicie w niej odyy, e rady sobie da nie moga... a ni 
std ni zowd ozwaa si do matki: 

- Wiecie, a to po lubie wosw mi nie obcinajcie! 
- Hale, co mdrego umylia? Syszano to, eby dziewce wosw nie ucito po lubie! 
- A po dworach i miastach nie obcinaj! 
-Pewnie, juci, bo im tak trzeba do rozpusty, eby ludzi mogy ocygania i za co inszego 
si wydawa. Ale, bdzie tu nowe porzdki zakadaa! Dworskie pannice niechta z siebie cu


daki robi i pomiewisko, niechta z kudami jak ydowice jakie chodz - wolno im, kiej gupie, 
a ty gospodarska crka z dziada pradziada, nie adne miejskie pomieto, to robi, winna 
jak pan Bg przykaza , jak zawdy w naszym gospodarskim stanie si robio... Znam ja te 
miejskie wymysy, znam... jeszcze nikomu one na zdrowie nie wyszy! Posza w sub do 
miasta Pakulanka i co?...Mwi wjt, jaki papier przyszed do kancelarii , e dzieciaka udusia 
i w kryminale siedzi... albo i ten Wojtek, Borynw krewniak po siostrze, dorobi si w miecie 
sielnie, e teraz po wsiach po proszonyrn chlebie chodzi... a przdzi na Wlce gospodarstwo 
mia, konie mia i chleba po grdyk... zachciao mu si buek, a ma kij i torb na staro... 


Ale Jagna mdrych przykadw nie suchaa, a o obciciu i gada sobie nie daa. Namawiaa 
j Ewka, a ta znajca bya, niejedn wie znaa i rok w rok do Czstochowy z kompaniami 
chodzia, przekadaa i Jagustynka , ale jak to ona, zawdy z przekpinami i namieszliwie, 
bo w kocu rzeka: 

-Ostaw warkocz, ostaw, zda si Borynie, okrci se nim rk, ostrzej przytrzyma i mocniej 
ci kijem zleje...sama go obetniesz potem... Znaam tak niejedn ... - nie mwia wicej, 
bo Witek j woa, gdy od wypdzenia Antkw przeniesa si do Boryny, bo Jzia poradzi 
sobie nie moga z gospodarstwem. Pomagaa warzy Ewce, a co troch zagldaa do dom, 
stary dzisiaj do niczego gowy nie mia, Jzia ju od rana przystrajaa si u kowalw, a Kuba 
lea wci chory. 
- Chodcie prdzej, bo Kuba was pilno potrzebuje- przynagla chopak. 
- Gorzej mu to? 
- A juci, tak stka i jczy, ae na drodze sycha! 
-Id w te pdy. Moiciewy, obacz ino, co si z nim dzieje, i zaraz wrc... 
- Jagu, i tobie trza si spieszy, druhen ino patrzy- naganiaa matka. 
Ale Jagu nie popieszaa, chodzia jak senna, przysiadaa po awkach, to wet si zrywaa 
i zaczynaa sprzta, ale robota leciaa jej z rk, a ona staa dugo, bezmylnie zapatrzona w 
okno. Kolebaa si w niej dusza jak woda i raz w raz bia, jakby o kamie jaki, o przypomnienia... 


A w domu gwar si czyni coraz wikszy, bo wci wpaday kumy rne, to krewniaczki, 
to gospodynie, i dawnym obyczajem znosiy kury, to bochen biaego chleba, placek, soli, mki, 
soniny albo i srebrnego rubla w papierku - wszystko to w podzice za prosiny weselne, 
eby gospodyni zbytnio si nie szkodowaa. 

Przepijay ze star po kieliszeczku sodkiej, pogwarzyy, nadziwoway i rozbiegay si 
spiesznie. 

A Dominikowa tgo si zwijaa -pilnowaa warzy, uprztaa, raia i na wszystko oko 
miaa i sposb, a czsto naganiaa chopakw, bo si ocigali, a co ktren ino mg, to si z 
chaupy wyrywa na wie, do wjta, bo ju tam byli muzykanci i zbierali si drubowie... 

Na sum mao kto poszed, gniewa si o to dobrodziej, e la wesela zapominaj o subie 
Boej -co byo i prawd, ale nard to sobie rozumia, e i wesela takie nie co niedziela si 
odprawiaj. 

A zaraz po obiedzie jli si zjeda ze wsi pobliskich, kto by zaproszon. 

Soce si ju przetoczyo z poudnia i prszyo bladym, jesiennym wiatem, e ziemia 
byszczaa jakby oroszona, okna buchay pomieniami, staw lini si i migota, przydrone 
rowy pobyskiway wod jakby szybami - wszystek wiat by przesycony wiatem dogasajcej 
jesieni i ciepem ostatnim. 

Ogucha, niema cisza obtulaa rozzocon ziemi. 
Dzie si dopala jaskrawo i z wolna przygasa. 
Ale w Lipcach huczao jakby na jarmarku. 
Jak tylko przedzwonili na nieszpory, muzyka wywalia si od wjta na drog. 




Najpierwsze szy skrzypki w parze z fletem, a za nimi warcza bbenek z brzkadami i 
basy, przystrojne we wstgi, wesoo podrygiway. 

Za muzyk szy oba dziewosby i drubowie - szeciu ich byo. 

A wszystko chopaki mode, dorodne, kiej sosny mige, w pasie cienkie, w barach rozrose, 
taneczniki zapamitae , pyskacze harde, zabijaki sielne, z drogi nieustpliwe - same rodowe, 
gospodarskie syny. 

Walili rodkiem drogi, kup ca, rami przy ramieniu, a ziemia dudnia pod nogami, a 
tak radoni, weselni i przystrojeni piknie, e ino w socu gray pasiaste portki, czerwone 
spencerki, pki wstg u kapeluszw i rozpuszczone na wiatr, kiej skrzyda, kapoty biae... 

Krzykali ostro, podpiewywali wesoo, przytupywali siarczycie i szli tak szumno, jakby 
si mody br zerwa i z wichur lecia... 

Muzyka graa polskiego, bo za cignli od domu do domu zaprasza weselnikw -gdzie 
im wynosili gorzaki, gdzie zapraszali do wntrza, gdzie za piewaniem odpowiedzieli -a 
wszdy wychodzili przystrojeni ludzie, przystawali do nich i szli dalej spoem, i ju wszyscy 
w jeden gos piewali pod oknami druhen: 

Wychod, druhenko, wychod, Kasieko, 
Na wesele czasBd 
tam gray, bd pieway 
Skrzypice i bas-
A kto si nie naje, kto si nie napije... 
Pjdzie do dom wczas! 
Oj ta dana, dana, oj ta dana, da!... 

Hukali spoem i z moc tak, a si po wsi rozlegao, a na pola szy weselne gosy, pod 
borami pieway, we wiat leciay szeroki. 

Ludzie wychodzili przed domy, do sadw, na poty, a jaki taki, cho nie weselny, przystawa 
do nich, by si aby napatrze i nasucha, e nim doszli, ju si prawie caa wie stoczya 
i okraa weselnikw cib, i coraz wolniej szli, a dzieci chmar nieprzeliczon i z 
wrzaskiem a przypiewywaniem przodem biegy. 

Doprowadzili goci do weselnego domu, przegrali im na godne wejcie i zawrcili do 
pana modego. 

A Witek, ktren ze wstgami u spencerka hardo by splnie z drubami chodzi, skoczy 
teraz naprzd. 

- Gospodarzu, a to muzyka z drubami wali! - krzykn w okna i polecia do Kuby. 
Rzsisto zagrali na ganku, a Boryna w ten mig wyszed, drzwi na rozcie wywar, wita 
si a do rodka zaprasza, ale wjt z Szymonem ujli go pod boki i ju prosto do Jagny powiedli, 
bo czas byo do kocioa. 

Szed ostro i a dziw, tak modo wyglda; wystrzyony, do czysta wygolony, przystrojony 
weselnie - urodny by, jak mao ktry, a przez to, e mocno w sobie podufay i rozrosy, to 
i postur ju mia z dala widn, i powag w twarzy niema; pomiewa si wesoo z parobkami, 
pogadywa, a najczciej z kowalem, bo mu si wci na oczy nawija. 

Godnie go wprowadzili do Dominikowej; nard si rozstpi, a oni go wiedli do izby 
szumno, z graniem i przypiewkami. 

Ale Jagusi nie byo, przystrajay j jeszcze kobiety w komorze mocno zawartej i pilnie 
strzeonej, bo parobcy drzwi pchali, to w deskach szparutki czynili i przekomarzali si z 
druhnami, e ino pisk, miechy i babie wrzaski odpowiaday. 

A matka z synami przyjmowaa goci, czstowaa gorzak , usadzaa co starsze na awach 
i na wszystko oko miaa, bo narodu si zwalio, e i trudno przej przez izb, po sieniach 
stali, w opotkach nawet. Nie bele jakie to gocie, nie! Gospodarze sami, rodowi i co 
bogatsze, a wszystko krewniacy, powinowaci i kumy Borynw i Paczesi, a drudzy zasie znajomkowie 
to i z dalszych wsiw zjechali. 



Juci, e ni Kba, ni Winciorkw, ni tych morgowych biedot nie byo, ni tego drobiazgu, 
co po wyrobkach chodzi i zawdy ze starym Kbem trzyma... Nie dla psa kiebasa, nie dla 
prosit mid! 

Dopiero w jakie dwa pacierze otwarli drzwi komory i organicina z mynarzow wywiedy 
Jagu na izb, a druhny otoczyy j wiankiem, a tak strojne i urodne wszystkie, e kwiaty 
to byy, nie kwiaty, a ona midzy nimi najmiglejsza i kieby ta ra najliczniejsza stojaa w 
porodku, a caa w biaociach, w aksamitacln, w pirach, we wstgach, w srebrze a zocie e 
si widziaa niby ten obraz, co go naszaj na procesjach, a przycicho z naga, tak oniemieli 
i dziwowali si ludzie. 

Hej ! Jak Mazury Mazurami, nie byo liczniejszej ! 

Wnet drubowie zrobili rumor i gruchnli z caych piersi: 

Rozgaszaj, skrzypku, rozgaszaj! 
A ty, Jagu, ojca, matk przepraszaj Rozgaszaj, 
flecie, rozgaszaj! 
A ty, Jagu, siostry, braci przepraszaj!... 

Boryna wystpi, uj j za rk i przyklknli, a matka obrazem ich przeegnaa i ja 
bogosawi, i wod wicon kropi, a Jagu z paczem pada do ng macierzy, a potem i 
drugich podejmowaa, przepraszaa i egnaa si ze wszystkimi. Bray j kobiety w ramiona, 
obejmoway i podaway sobie, a si popakali spoem, a Jzia najrzewliwiej zawodzia, bo 
si jej matula nieboszczka przypomniaa. 

Wysypali si przed dom, ustawili w porzdku naleytym i ruszyli pieszo, bo do kocioa 
byo ze staje. 

Muzyka sza przodem i rzna ze wszystkich si. 

A potem Jagn wiedli drubowie -sza bujno, umiechnita przez zy, co jej jeszcze u 
rzs wisiay, weselna niby ten kierz kwietny i kiej soce cignca wszystkich oczy; wosy 
miaa zaplecione nad czoem, w nich koron wysok, ze zotych szychw, z pawich oczek i 
gazek rozmarynu, a od niej na plecy spyway dugie wstki we wszystkich kolorach i leciay 
za ni, i furkotay kieby ta tcza; spdnica biaa rzsisto zebrana w pasie, gorset z bkitnego 
jak niebo aksamitu wyszyty srebrem, koszula o bufiastych rkawach, a pod szyj bujne 
krezy obdziergane modr nici, a na szyi cae sznury korali i bursztynw a do p piersi 
opaday. 

Za ni druhny prowadziy Macieja. 

Jako ten db rozrosy w boru po migej sonie, tak on nastpowa po Jagusi, w biedrach 
si ino koysa, a po bokach drogi rozglda, bo mu si zdao, e Antka w cibie uwidzia. 

A za nimi dopiero sza Dominikowa ze swatami, kowalowie, Jzia, mynarzowie, organicina 
i co przedniejsi. 

Na ostatek za ca drog walia wie caa. 

Soce ju zachodzio, wisiao nad lasami czerwone, ogromne i zalewao ca drog, staw 
i domy krwawym brzaskiem, a oni szli w tych unach wolno, e a si w oczach mienio od 
tych wstek, pir pawich, kwiatw, czerwonych portek, pomaraczowych weniakw, chustek, 
kapot biaych -jakoby ten zagon, rozkwitymi kwiatami pokryty; szed i pod wiatr z wolna 
si koysa a popiewywa, bo druhny raz w raz zawodziy cieniukimi gosami: 

A jad, jad, wozy koacz A 
moja Jagu, po tobie pacz... 
Hej ! 
A da piewaj, piewaj sobie A 
da na smutek, Jagusiuu, tobie... 
Hej ! 

Dominikowa ca drog popakiwaa i jak w obraz wpatrywaa si w crk, e nic nie 
syszaa, co do niej zagadywali. 



W kociele ju Jambroy zapala wiece na otarzu. 

Ogarnli si ino w kruchcie, uporzdkowali w pary i ruszyli przed otarz, bo i ksidz ju z 
zakrystii wychodzi. 

Prdko si odby lub, bo ksidz si do chorego spieszy. A gdy wychodzili z kocioa, 
organista j na organach wycina mazury a obertasy i kujawiaki takie, a same nogi drygay, 
a niektren tylko co nie hukn piosenk, dobrze, i si w czas pomiarkowa! 

Wracali ju bez nijakiego porzdku, ca drog, jak komu byo do upodoby, a rozgonie, 
bo drubowie z druhenkami zawodzili, jakoby ich kto ze skry obupia. 

Dominikowa rychlej pobiega, a gdy nadcignli -ju ona pastwa modych na progu 
witaa obrazem i tym witym chlebem i sol, a potem nu si ze wszystkimi z nowa wita, a 
obapia i do izby zaprasza! 

Muzyka rzna w sieniach, wic co ktry prg przestpi, chwyta wp pierwsz z brzega 
kobiet i puszcza si posuwistym krokiem chodzonego - a ju tam, niby ten w farbami 
migotliwy, toczyy si dokoa izby pary, giy si, okray, zawracay z powag, przytupyway 
godnie, koysay si przystojnie i szy, pyny, wiy si, a para za par, gowa przy gowie 
- niby ten rozkoysany zagon dostaego yta, gsto przekwiecony bawatem a makami... a 
na przedzie w pierwsz par Jagusia z Boryn! 

A wiata ustawione na okapie dygotay, dom si chwia, zdao si, e ciany si rozpkn 
od tej ciby i mocy, jaka bia od tanecznikw!... 

Pochodzili z dobry pacierz, nim skoczyli. 

Muzyka teraz zacza przegrywa pierwszy taniec, dla modej, jak to we zwyczaju z dawien 
dawna byo. 

Nard zbi si gstw pod cianami i zaleg wszystkie kty, a parobcy uczynili wielkie 
koo, w ktrym zacza tacowa! Krew w niej zagraa, a si jej modre oczy lniy i biae 
zby poyskiway w zarumienionej twarzy; tacowaa niezmczenie, coraz zmieniajc tanecznikw, 
bo cho raz wokoo z kadym przetacowa musiaa. 

Muzykanci grali ostro, a im rce mdlay, ale Jagu jakby zacza dopiero, mocniej tylko 
poczerwieniaa i wywijaa tak zapamitale, a te jej wstgi z furkotem za ni latay chlastajc 
po twarzach, a rozdte taneczn wichur spdnice zapeniay izb. 

A parobcy z uciechy piciami walili w stoy i pokrzykiwali siarczycie. 

Dopiero na ostatek wybraa modego -szykowa si na to Boryna, bo skoczy kieby ry 
do niej, uj j wp i wichrem zakrci w miejscu, a muzykantom rzuci: 

- Z mazurska, chopcy, a krzepko! 
Krzyknli w instrumenty z caej mocy, a w izbie si zakotowao. 
Boryna za ino mocniej Jagn uj, poy na rk zarzuci, poprawi kapelusza, trzasn 
obcasami i z miejsca jak wicher si potoczy! 

Hej! Tacowa te, tacowa! A okrca w miejscu, a zawraca, a houbce bi, a wiry 
leciay z podogi, a pokrzykiwa, a Jagusi miota i zawija, e si w jeden kb zwarli i jak to 
pene wrzeciono po izbie wili - e ino wicher szed od nich i moc. 

Muzyka rzna siarczycie, zapamitale, z mazowiecka... 

Zbili si wszyscy we drzwiach, to po ktach, przycichli i ze zdumieniem pogldali, a on 
niezmordowanie hula i coraz siarczyciej; ju si niejedni wstrzyma nie mogli, bo same 
nogi niesy, wic ino do taktu przytupywali, a co gortszy dziewczyn bra i puszcza si w 
tany, na nic ju nie baczc ! 

Jagusia, cho mocna bya, ale rycho zmika i ja mu przez rce lecie, wtedy dopiero 
przesta i odprowadzi j do komory. 

- Kiedy taki chwat, bratem mi jeste i przy pierwszych chrzcinach w kumotry mnie pro! 
- woa mynarz biorc go w ramiona. 
Wnet si pobratali gorco, bo muzyka zaraz zmilka i zacz si poczstunek. 


Dominikowa, synowie, kowal, Jagustynka uwijali si rano z penymi butelkami i kieliszkami 
w garciach, a do kadego z osobna przepijali. Jzia i kumy roznosiy na przetakach 
chleb pokrajany i placki. 

Wrzawa podnosia si coraz wiksza, bo kaden swoje gono powiada, a wszyscy chtnie 
si do kieliszkw brali, bych wesela rzetelnie zay. 

Na awach pod oknem przysiad mynarz z Boryn, wjt, organista i co pierwsi gospodarze. 
Ju tam niezgorsza butelka araku krya z rk do rk, a niejedn kolejk; jeszcze im i 
piwa donosili - gsto przepijali, bo si ju bra poczynali w ramiona i sielnie kuma! 

I na izbie dosy stao narodu, pozbijali si w kupy, jak komu i z kim byo do upodoby, 
poredzali gono i zabawiali si niezgorzej kieliszkami. 

A w komorze, owietlonej lamp poyczon od organistw, zebray si gospodynie z organicin 
i mynarzow na czele, po skrzyniach, to awach przyrzuconych weniakami godnie 
si rozsiady, mid przez zby cedziy i sodki placek delikatnie palcami poskubyway, a z 
rzadka jeli ktra rzucia to sowo jakie: suchay uwanie, co mynarzowa rozpowiadaa o 
dzieciach swoich. 

Nawet w sieniach bya ciba i jeszcze na drug stron si cisnli, a Ewka wyganiaa, bo 
szykowali pilnie do wieczerzy, od ktrej ju po caym domu zapachy szy smakowite, e niejednemu 
w nozdrzach wiercio. 

Modzie wysypaa si przed dom w opotki i na przyzby; noc bya zimna, cicha a oroszona 
gwiazdami, to si przechadzali i bawili wesoo, a si trzso od miechw, wrzaskw i 
biega, bo niejedni po sadzie si uganiali za sob, e starsi krzykali im z okien: 

- Kwiatuszkw szukacie? Bycie, dziewczyny, czego innego nie pogubiy po nocy! 
Sucha to ich kto? 
Za po pierwszej izbie Jagusia i Nastka Gobianka chodziy, trzymay si wp i cigiem 
buchay miechem , i co sobie na ucho opowiaday -naglda za nimi Szymek, starszy Dominikowej, 
z Nastki oczw nie spuszcza, a co troch z wdk do niej podchodzi, zby 
szczerzy i zagadywa. 

Kowal wystrojony odwitnie, w czarnej kapocie i w portkach na cholewy wyoonych, 
uwija si najraniej, wszdzie by, ze wszystkimi pi, zaprasza, czstowa, rajcowa i zwija 
si, e coraz to w innej stronie widnia jego rudy eb i piegowata twarz. 

Modzi przetacowali par razy, ale krtko i bez wielkiej ochoty, bo si za wieczerz 
ogldali. 
Starsi za poradzali, wjt, e by ju napity, coraz goniej mwi, wypucza si, pici w 
st wali i nakazywa: 

-Wjt wama to mwi, to wierzcie. Urzdnik jestem, papier do mnie przyszed z nakazem, 
by gromad zwoa i z morgi grosz jaki na szko uchwali... 
- Wy sobie, Pietrze, uchwalcie i po dziesitku z morgi, a my i tego grosza nie damy! 
- Nie damy! - hukn ktry. 
- Cicho, trzeba, kiej urzdowa osoba powiada... 
- Szkoy nam takiej nie potrzeba! - powiedzia Boryna 
- A nie potrzeba! - powtrzyli inni chrem. 
-Cie... w Woli szkoa jest, bez trzy zimy moje dzieci chodziy i co?... To nawet na ksice 
tego pacierza rozebra nie potrafi... na psa taka nauka! 
- Matki niechaj pacierza ucz, szkoa nie od tego, ja, wjt, wama mwi. 
- A niby od czego? - wrzasn ten z Woli podrywajc si z awy. 
-Ja, wjt, wama rzekn, ino pilnie suchajcie... zaraz, po pierwsze... - ale nie wywid do 
koca, bo Szymon na cay st wykrzykiwa, e ju ten las sprzedany ydy ocechoway i rba 
wnet bd, czekaj jeno mrozw i sanny. 
- Niech cechuj, na wycicie poczekaj... - wtrci Boryna. 
- Do komisarza ze skarg pjdziemy. 


- Nie to, komisarz zawsze z dziedzicem trzyma, a gromad i, rbaczw rozpdzi. 
- Ani jednego chojaka ci nie pozwoli! 
- Skarg do sdu poda! 
-Pijcie do mnie, Macieju, nie pora teraz uradza! Po pijanemu acno wygraa choby i 
Panu Bogu! - zawoa mynarz nalewajc. Nie w smak mu szy te rozmowy i odgraania, bo 
si z ydami by ugodzi i mia im drzewo na swoim tartaku przy mynie rzn. 
Przepili i z miejsc si podnieli, bo ju zaczli szykowa do wieczerzy i wszelki sprzt 
potrzebny znosi na stoy i ustawia. 

Ale gospodarze nie zaniechali lasu, jake, bolczka to bya piekca, wic si stoczyli w 
kup i przyciszywszy gosy przed mynarzem radzili i umawiali si, by do Boryny si zej i 
co postanowi... ale nie skoczyli, bo wszed Jambroy i prosto do nich przysta. Spni si, 
z dobrodziejem do chorego jedzi a na trzeci wie, do Krosnowy, to teraz ostro wzi si 
do picia, aby dogoni...nie zdy jednak, bo ju starsze kobiety zapieway chrem: 

A dokoa, drubeczkowie, dokoa; 
Zapraszajcie dobrych ludzi do stoa! 

A na to, rumor czynic awami, odkrzykli drubowie: 

A dy my ju poprosili - ju siedz. 
Dajcie ino co dobrego - to zjedz! 

I z wolna zaczli za stoy i, a usadza si na awach. 

Juci, e na pierwszym miejscu pastwo modzi, a w podle nich ze stron obu co najpierwsi, 
po uwaaniu, po majtku, po starszestwie a do druhen i dzieci -a ledwie si pomiecili, 
cho stoy ustawili wzdu trzech cian. 

Tylko drubowie nie siedli, by posugi czyni, i muzykanci. 

Gwar przycich, organista stojcy odmawia w gos modlitw -jeno kowal powtarza za 
nim, bo pono na acinie si rozumia, a potem przepijali po tym kieliszeczku na zdrowie i dobry 
smak. 

Kucharki wraz z drubami wnosi poczy dymice ogromne donice z jadem i przypiewyway: 


Niesiem ros z ryem-
A w nim kur z pierzem! 

A przy drugiej potrawie: 

Opieprzone sone flaki, 
Jedze, siaki taki! 

Muzyka za zasiada pod kominem i przygrywaa z cicha piosneczki rne, bych si 
smaczniej jado. 

Pojadali te przystojnie, wolno, w milczeniu prawie, bo mao kto rzuci jakie sowo, e 
ino mlaskanie a skrzybot yek zapeniay izb, a gdy sobie ju nieco podjedli i gd pierwszy 
zasycili, kowal znowu flaszk puci w kolejk, przy czym ju i poczynali prawi z cicha, i 
przemawia do si przez stoy. 

Jagusia jedna jakby nic nie jada, prno j Boryna niewoli, wp bra i jak to dziecitko 
prosi, c, kiedy nawet misa przekn nie moga, utrudzona bya wielce i rozgrzana - tyle 
e to piwo zimne popijaa, a oczami wodzia po izbie i co nieco nasuchiwaa Borynowych 
szeptw. 

-Jagu, kuntentna jeste, co? licznoci ty moje! Jagu, nie bj si, dobrze ci u mnie bdzie, 
jak i u matuli nie byo lepiej... Pani se bdziesz, Jagu, pani... dziewk ci przynajm, 
by si zbytnio nie utrudzaa... obaczysz!... 
pogadywa z cicha, a w oczy mionie patrzy, na ludzi ju nie baczc, a si w gos 
przekpiwali z niego. 

- Jak ten kot do sperki si dobiera. 
- A bo te spana, kiej ta lepa! 


Stary krci si i nogami przebiera, niczym ten kogut ! 

- Uyje se jucha stary, uyje! - woa wjt. 
- Jak ten pies na mrozie - mrukn zgryliwie stary Szymon. 
Gruchnli miechem, a mynarz a si pokada na stole i pici grzmoci z uciechy. 
Kucharki znowu zapieway: 
Niesiem miski tustej jagy, 
By se chudzielce podjady! 

-Jagno, przychyl no si, to ci co rzekn! - mwi wjt, przechyli si za Boryn, bo tu 
przy nim siedzia, i uskubn j w bok - a to m na chrzestnego pro!-zawoa ze miechem i 
akomymi oczami po niej wodzi, bo mu si strasznie udaa. 
Poczerwieniaa mocno, a kobiety na to buchny miechem i daleje przekpiwa, dowcipy 
trefne sadzi i poredza, jak si ma z chopem obchodzi! 


- A pierzyn co wieczr przed kominem nagrzewaj. 
- Gwnie tusto je dawa, a krzep mia bdzie... 
-I przypodchlibiaj, za szyj czsto uapiaj. 
-A mitko dzier, to i nie pozna; gdzie go zawiedziesz! -jedna po drugiej prawiy, jak to 
zwyczajnie kobiety, kiedy sobie podpij i ozorom wolno dadz. 
Izba a si trzsa od miechu, a one tak rozpuszczay gby, a mynarzowa zacza im 
przekada, by wzgld miay na dziewuchy i na dzieci, a organista te dowodzi, e to wielki 
grzech sia zgorszenie i zy przykad dawa. 

-Bo -prawi -Pan Jezus nam rzek i wici apostoowie, co wszystko w niewinitka 
zgorszysz, to jakby mnie samego; tak stoi w Pimie witym -bo niepomiarkowanie w piciu, 
w jadle jak i w uczynkach srogo karanym bdzie, to wam, ludzie kochane, mwi - bekota 
niewyranie, bo nie po jednym ju by ni po dwch... 

- Kalikant jucha, zabawy bdzie ludziom broni. 
- O ksidza si obciera, to myli, e wity! 
- Niechaj se uszy kapot zatka! - leciay nieprzychylne gosy, bo nie lubiano go we wsi. 
-Wesele dzisiaj, to nie grzech si zabawi, pomia z czego wesoego i ucieszy, to ju 
ja, wjt, to wama mwi, moi ludzie. 
-A na ten przykad i Jezus po weselach bywa i wino pija... -dorzuci powanie Jambroy, 
ale cicho, bo ju pijany by, a e w kocu przy drzwiach siedzia, nikt go nie sysza - i 
mwi wszyscy zaczli, mia si, trca kieliszkami, a coraz wolniej pojada, aby si do syta 
naje; niejeden ju i pasa popuszcza, przeciga si, by wicej zmieci... 
Kucharki znowu z miskami nowymi szy i pieway: 
Chrzkaa, kwiczaa, w ogrdeczku rya, 
Bdzie teraz gospodarzom za szkod pacia! 

- Wysadzili si, no, no! - dziwili si ludzie. 
- Jake, z tysic zotych kosztuje wesele..: 
- Opacio si niezgorzej, bo to nie zapisa szeciu morgw! 
- Za t dziecisk krzywd se baluj. 
- A Jagna siedzi jak ten mruk. 
- Maciej za to lepiami wieci kiej bik! 
- Kiej to prchno, moiciewy, kiej prchno! 
- Bdzie on jeszcze paka. 
- Nie jest on z tych, co pacz, do kija prdzej si wemie... 
- To samom mwia wjtowy, jak o zmwinach powiedziaa. 
- Czemu to ona dzisiaj nie przysza? 
- Jake, leda dzie zlegnie... 
-Rk bym sobie daa uci, e niedugo, niech ino muzyki zaczn w karczmie, to Jagna 
gania bdzie za parobkami. 


- Mateusz ino czeka tego! 
- Hale, hale? 
- Przeciech! Wawrzonowa syszaa, co wygadywa w karczmie. 
- e go to nie prosili do muzyki? 
- Stary chcia, ino Dominikowa si przeciwia, wszyscy wiedz, co byo, to jake?... 
- Przykada kady, a widzia kto? 
- To niby po prnicy pogaduj! 
- A Bartek Kozie wypatrzy ich na zwiesn w boru... 
- Kozie jest zodziej i cygan, mia z Paczesiow spraw o wini i bez zo wygaduje... 
-I inni maj oczy widzce, maj... 
-I le si to skoczy, obaczycie... juci, mnie to nic do tego, ale tak myl, e si Antkom 
krzywda staa i dzieciom, to i kara przyj przyjdzie za to. 
- Pewnie, Pan Jezus nie rychliwy, ale sprawiedliwy... 
-O Antku ty co nieco napomykali, e tu i wdzie widywali ich razem, jak si zmawiali... 
- przyciszyy gosy i rajcoway coraz zoliwiej, i nicoway nieubaganie ca rodzin, 
nie darowujc i starej, a litujc si nad chopakami najbardziej. 

-A bo to nie grzech! Parobki pod wsem, Szymek ma ju dobrze na trzydzieci i eni 
mu si nie da, z domu nie popuci i o bele co piekuje. 
- Przecie to i wstyd, chopy tyle, a wszystkie kobiece roboty robi. . . 
- By sobie ino Jagusia rczkw nie powalaa! 
- A po pi morgw maj i eni by si ju mogli! 
- Tyle dziewczyn jest we wsi... 
- A wasza Marcycha najdawniej czeka i grunt przylegy do Paczesiowego! 
- Baczcie na swoj Frank lepiej, by si czego z Adamem nie doczekaa! 
- Stara jest piekielnica, to wiadomo, ale chopaki te niezguy i ciamajdy! 
- Tyle paroby, a matczynej kiecki boj si puci! 
- Puszcz si... ju dzisiaj Szymek cigiem chodzi za Nastk Gobiank. 
- Ociec ich by taki sam, dobrze bacz, a stara za modu nie lepsza od Jagusi!... 
- Jaki korze, taka na! - taka crka, jaka ma! 
Muzyka przycicha, grajkowie je poszli na drug stron, bo wieczerza si skoczya. 
Cicho si nagle uczynio niby w kociele podczas Podniesienia -po chwili jednak gwar 
buchn jeszcze mocniejszy, a si zakotowao, wszyscy naraz mwili, krzyczeli a dowodzili 
sobie przez stoy, e ju jeden drugiego nie sysza. 

Podali na ostatku, dla wybranych, krupnik, miodem i korzeniami zaprawiony, a reszcie 
szczodrze stawiali tg okowit i piwo. 

Mao kto zwaa, co pije, bo ju si ze bw kurzyo niezgorzej i kontentno rozbieraa. 
Siadali, jak byo porczniej, kapoty rozpinali z gorca, pokadali si na stoach. Walili piciami, 
a miski podskakiway, chwytali si wp, to za orzydla, to uapiali za szyj a raili, 
wyalali si jak brat przed bratem, kiej ten krzecijan prawy przed krzecijanem i somsiadem. 

- le jest na wiecie! Juci! Marnacja czowiekowi a to biedowanie jeno... 
- Poszy, psiekrwie... - Pod stoami psy gryzy si o koci. 
...A pociecha ino w tym, kiej somsiad z somsiadem si zejdzie i przy tym kieliszku poredz, 
wyal si i odpuszcz sobie, co tam jeden drugiemu winowaty -juci, nie to wypasione 
zboe ni przeoranie granicy, bo to ju sdy wiedz i wiadkowie przytwierdz, komu krzywda 
i komu sprawiedliwo, ale to, co tam po ssiedzku przytrafi si przytrafi -czy kiej gadzina 
spyszcze w sadzie, czy baby si poswarz abo dzieciaki si pobij, jak to rnie si zdarzy... 
Dy wesele od tego, bych zawzito stajaa i braterstwo a zgoda rosy midzy ludmi! 

- Choby jeno na ten czas weselny, na dzie jeden! 
-A jutro samo przyjdzie! Hej! Nie uciekniesz przed dol, chyba pod t wit ziemi; 
przyjdzie, za eb uapi, jarzmo na kark woy, bied popdzi i cignij, narodzie, a potem i 


krwi si oblewaj, swego bacz, z garci nie popuszczaj ni na to oczymgnienie, by si pod 
koa nie zaplta ! 

-Na braci Pan Jezus stworzy ludzi, a wilkami s la siebie ! 

- Nie wilkami, nie, to jeno bieda podjudza, kyni i jednych na drugich rzuca, e gryz si 
jak te psy o gnat objedzony! 
- Nie sama bieda, nie, zy to m na nard rzuca, e nie rozeznaj, co dobre, a ze! 
-Prawda, prawda, i dmucha w dusz kiej w to zarzewie przygase, a chciwo i zo, i 
wszystkie grzechy rozdmucha ! 
- Juci, ktren guchy jest na przykazania, ten ochotniej sucha piekielnej muzyki! 
- Drzewiej nie tak bywao! Posuch by, poszanowanie starszych i zgoda! 
-I grontu kaden mia, co ino mg obrobi, a pastwisk, a k, a boru. 
- A o podatkach kto kiedy sysza? 
-Abo drzewo kupowa kto?... Jecha do boru i bra, ile komu byo potrza, a choby i t 
najlepsz sosn czy dba!... Co byo dziedzicowe, byo i chopskie. 
- A teraz ni dziedzicowe, ni chopskie - ydoskie jest abo i kogo gorszego. 
-cierwy! Piem do was, pijcie do mnie! Usadziy si jakby na swojem -pijcie no, dobre 
twoje, dobre i moje, bych sprawiedliwo we wszystkim bya... 

-Dziedzice parszywe! W wasze rce! Gorzaka nie grzech, byle jeno przy godnym sposobie 
i z bratami, to na zdrowie idzie, krew czyci i chorbska odciga! 
-Jak pi, to ju ca kwart, jak si weseli, to ju ca niedziel. A masz, czowieku, robot? 
-pilno rb, kulasw nie auj i szczerze si przykadaj! A zdarzy si na ten przykad 
okazja -wesele, chrzciny albo i zamrze si komu -pofolguj sobie, odpoczywaj, obserwuj i 
uciech miej! -A le wypadnie - kobieta si zmarnuje, bydle ci zdechnie, pogorzel przyjdzie wola 
boska, nie przeciw si, bo i c, chudziaku, poredzisz krzykaniem a paczem? - nic; spokojnoci 
si ino zbdziesz, e nawet to jado pokrzyw ci si w gbie wyda! - Cierp przeto i 
dufaj w Panajezusowe miosierdzie... Przyjdzie gorsze, kostucha uapi ci za grdyk i w lepie 
zajrzy - nie probuj si wypsn, nie twoja moc - bo wszystko jest w boskim rku... 
-Juci, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus rzeknie: Do tela twoje -od tela moje, czowieku. 


-Tak to, tak! Gr, kiej to byskanie, lec boskie przykazy, a nikt, eby ksidz, eby 
najmdrzejszy, ich nie przejrzy przdzi, a padn na nard ziarnem dojrzaym! 
-A ty, czowieku, masz tylko jedno wiedzie -by swoje robi i y, jak przykazania 
wite nakazuj, a przed si nie wyglda... Pan Jezus wszystkim zasugi szykuje i wypaci 
rzetelnie, co ino komu przypadnie... 
- Tym ci polski nard stoja - to i tak ma by a po wiek wiekw. Amen! 
- A cierpliwoci i bramy piekielne przemoe. 
Tak sobie pogwarzali, gsto przepijajc, a kady wypowiada, co mia na sercu i co mu 
dawno oci stao w grdyce! A najwicej i najgoniej gada Jambroy, juci, e go niewiela 
suchali, bo kuden mwi i swojego chcia dowie, mao baczc na drugich... W izbie 
wrzao ju i kotowao si coraz bardziej, gdy Ewka z Jagustynk weszy, niosc przed sob z 
wielk parad przystrojon warzchew. Muzykant, ktry szed za nimi, przygrywa na 
skrzypkach, a one pieway: 

Da powoli , powoli -
Da od stow wstawajcie! 
Po trzy grosze za potraw, 
Po dziesitku za przypraw-
Da kuchareczkom dajcie! 

Nard by syty, podochocony i zmiky dobrym jadem i napitkiem czstym, to niektrzy 
i srebrne pienidze rzucali na warzchew. 



Wraz te dwiga si jli zza stow i z wolna rozchodzili -ktrzy na powietrze wytchn, 
ktrzy w sieniach albo i na izbie przystawali i dalej dyskursa cignli, insi za obapiali 
si z przyjacielstwa, a niejeden ju si potacza i po cianach bem ora albo drugich jako 
ten baran tryka - co i nie dziwota, bo wieczerza bya rzsisto gorzak przeplatana. 

Za stoem pozosta ino wjt z mynarzem, kcili si i z gorcoci niepomiern skakali 
do siebie jak jastrzbie, a Jambroy chcia ich wdk godzi. 

- Kruchty pilnuj, dziadu, a do gospodarzy ci zasie - warkn wjt. 
Odszed markotny, butelk do piersi cisn, kusztyka gono i szuka, z kim by si mg 
po przyjacielsku napi i nagada. 
Md za wysypaa si w opotki, to trzymajc si wp na drog wylegali gwarzy i 
gzi si -ae dudniao od przegonw i wrzawy - noc bya jasna, ksiyc wisia nad stawem 
tak mocno byszczcym, e i najsabsze krgi, co si roztaczay jakby od uderze wiata, 
widne byy niby we pkolisto sunce w cichoci; przymrozek bra niezgorszy, gruda si 
amaa pod nogami i szron pobieli dachy, i ju przytrzsa sdzielizn ziemi. 

Pno ju byo, bo pierwsze kury odzyway si po wsi. 

A w izbie tymczasem czyniono porzdek i szykowano do tacw. 

I skoro muzykanci podjedli i nieco wypoczli, jli z cicha przegrywa, by si weselnicy 
pocigali do kupy. 

Ale nie potrza ich byo dugo nagania, hurm si sypnli do izby, bo skrzypki tak niewoliy 
do taca, e ju same nogi niesy -na darmo jednak, parobcy czuli si jeszcze przyciko 
po wieczerzy, pokrci si dziebko jeden i drugi i wnet uciekali do sieni zakurzy 
papierosa abo i te ciany mocne podpiera. 

Jagn wprowadziy kobiety do komory, Boryna na przyzbie z Dominikow siedzia, a co 
starsi zalegli awy i kty i poredzali, e ino na izbie dziewczyny ostay i przemieway si 
midzy sob, ale e im si to zmierzio rycho, zarzdziy zabaw w gry rne, bych prdzej 
chopakw rozrucha. 

Najpierw zabawiali si w Chodzi lis koo drogi; nie ma rki ani nogi. 

Na lisa przebrali w kouch do gry wen Jaka, z przezwiska Przewrotny - gap to by, 
niedojda i przemiewisko caej wsi. Parob ju wyrosy, a z otwart gb chodzi, z dziemi si 
zabawia, do wszystkich dziewczyn si zaleca, a mocno gupawy, ale e to jedynak na dziesiciu 
morgach, to go wszdy prosili - zajczkiem za bya Jzia Borynianka. 

mieli si te, mieli, mj Jezus! 

Co krok, to Jasiek si rozczapierza i bc jak ta koda na ziemi, e mu to i nogi podstawiali, 
a Jzia tak utrafnie kicaa, stawaa supka i wargami ruchaa, niczym ywy zajc. 

A potem w Przepirk. 

Nastka Gobianka prowadzia, a tak si zwijaa, tak rano migaa po izbie, e nijak jej 
chyci nie mogli, a sama im wazia w rce, bych ino obtacowywa koo. 

I w wink si zabawiali. 

A na ostatek ktry z drubw, widzi mi si, Tomek Wachnik, bociana pokazywa; w 
pacht na gow si przyokry, a spod niej za dzib dugi kij wypuci i klekota tak zmylnie, 
kiej bociek prawdziwy, a Jzia, Witek i co modsze zaczy za nim goni i krzycze: 

Kle, kle, kle, 
Twoja matka w piekle! 
Co ona tam robi? 
Dzieciom kluski drobi. 
Co zego zrobia? 
Dzieci pomorzya. 

I rozbiegay si z wrzaskiem, i kryy po ktach jak kuropatki, bo goni, dzioba i bi 
skrzydami. 
Izba a si trzsa od tych miechw, krzyka i przegonw. 



Z dobr godzin trwaa zabawa, gdy starszy druba da znak, by przycichli. 

Kobiety wyprowadzay z komory Jagusi nakryt bia pacht i usadziy j w porodku 
na dziey pokrytej pierzyn -druhny porway si niby to j odbi, ale starsze i chopi bronili, 
wic si zbiy naprzeciw i smutno, jakby z pakaniem w gosach zapieway: 

A ju ci to, ju! 
Po wianeczku tu -
Kornet wity. czepiec szyty, 
To la ciebie przyzwoity, 
To na gwk w!... 

Odsonili j wtedy. 

Czepiec ju miaa na zwinitych, grubych warkoczach, ale jeszcze si urodniejsza wydaa 
w tym przybraniu, bo i rozemiana bya, wesoa i jarzcymi oczami wodzia po wszystkich. 

Muzyka zagraa wolno i cay nard zebrany, starzy i modzi, dzieci nawet, zapiewali 
Chmiela jednym ogromnym gosem radoci. A po przepiewaniu same ino gospodynie 
bray j do taca. 

Jagustynka, e sobie ju podpia, uja si pod boki i nu do niej przypiewkami rzuca: 

Da ebym ja wiedziaa, 
Da e pjdziesz za wdowca, 
Da uzwiabym ci wieniec, 
Da z samego jaowca! 

A insze jeszcze barzej przytykliwe i kolce. 

Ale nikt na to nie baczy, bo ju muzykanci rznli ze wszystkiej mocy i nard w tany 
szed; zadudniao z naga, jakby sto cepw bio w boisko, i nierozpltana gstwa zaroia si w 
izbie, bo jedni za drugimi szli, para za par, gowa przy gowie, a pdu nabierali - wic kapoty 
pucili na wiatr, koysali si szeroko, przybijali obcasami, kapeluszami potrzchali, a czasem 
ktry piesneczk hukn, to dzieuchy zawiedy da dana i wili si coraz prdzej , kolebali 
do taktu i szli w taki tan szybki , zadzierysty , koujcy, zapamitay, e ju i nie rozezna 
nikogo w cibie; a co skrzypki hukny nut drygliw, to sto houbcw bio w podog, sto 
gosw krzykao z moc i sto narodu zawracao w miejscu, jak kieby wicher zakrci - e ino 
furkot szed od kapot, weniakw, chustek, wiewajcych po izbie, niby te ptaki barwiste. 

Przeszed pacierz, dwa i trzy, a oni cigiem tacowali bez wytchnienia, bez przestanku, 
podoga dudnia, ciany si trzsy i izba wrzaa hukiem, a ochota jeszcze rosa, jak te wody 
po ulewie - to ino kotowao si i przewalao po izbie. 

A gdy skoczyli, odprawowa poczli obrzdki rne, jak to jest zwyczajnie przy oczepinach. 


Najpierw Jagusia musiaa wkupywa si do gospody! 

A potem jednym cigiem odprawiali drugie ceremonie; a parobcy uczynili dugie powrso 
z nieomconej pszenicy i opasali nim wielgachne koo, ktre druhny pilnie trzymay i 
strzegy, a Jagusia stojaa w porodku: chcia z ni ktren tacowa, podchodzi musia, wyrywa 
przez moc i hula w kole, nie baczc, e go ta i prayy drugimi powrsami po sabinie. 


Za na dokoczenie mynarzowa i Wachnikowa zaczy zbiera na czepiec. Pierwszy 
wjt rzuci zoty pienidz na talerz, a za nim, kiej ten grad brzkliwy, posypay si srebrne 
ruble i jako te listeczki na jesieni, papierki leciay. 

Wicej nili trzysta zotych zebrali! 

Sielny karwas grosza, ale mucha to la Dominikowej, nie stojaa ona o darmochy, bo 
swojego miaa dosy, jeno e la Jagusi tak si ochotnie szkodowali, to j cakiem rozebrao, 
e rzewliwego pakania wstrzyma nie moga; krzykna na chopakw, by podawali gorzak, 
i sama ja czstowa, przepija i przez te zy, co jej cieky, kumy i kumw caowaa. 



-Pijcie, ssiedzi!... pijta, ludzie kochane, braty rodzone!... Jakobym zwiesn w sercu 
miaa... za Jagusine zdrowie... jeszcze ten kieliszek... jeszcze... -a za ni kowal przepija z 
drugimi i chopaki z osobna -bo narodu bya gstwa niemaa; Jagu znowu dzikowaa od 
siebie za dobro i co starszych podejmowaa za kolana!... 
Zawrzao w izbie, bo i kieliszki gsto szy z rk do rk, i gorco buchaa ze wszystkich, 
i uciecha! Twarze si rumieniy, oczy poyskiway i serca si rway do serc, po bratersku, po 
ssiedzku. Hej! Raz kozie mier, tyle czowiekowego, co uyje z bratami, co si poweseli i 
zabaczy o wiecie caym! Ino kostucha bierze kadego z osobna, a na wesela trza chodzi 
kup i radowa si kompani ca. Kupami te zalegali izb, przepijali i raili wesoo, a kaden 
swoje gono przekada, e ju i jeden drugiego nie sysza, ale nic to, bo i tak jedno czuli, i 
jedna rado ich sprzgaa do kupy i wskro przenikaa! 

A ktren masz smutki, na jutro je ostaw, dzisiaj si zabawiaj, przyjacielstwa uywaj, dusz 
ciesz! Jako tej witej ziemi Pan Jezus daje odpoczywanie po letnim rodzeniu, tak i czowiekowi 
godzi si wypocz jesieni, kiej w polu obrobi. A kiej masz, czowieku, brogi pene 
i stodoy pene wanego jako to zoto zboa, co ino na cepy czeka, to se uywaj za letnie 
trudy, za harowanie, za mitrgi ! 

Tak sobie poredzali jedni, a inni znowu rne swoje ale i sprawy wywodzili przed sob; 
drudzy zasie, co to nie tylko krowi ogon widzieli abo te babie wszy, koo starego Szymona si 
kupili i pogadywali o czasach dawnych, wieych krzywdach, podatkach i sprawach gromady 
caej, a z cicha mwili, ile e i o wjtowych sprawkach. 

Boryna ino do adnej kupy nie przystawa, chodzi od jednych do drugich, a cigiem 
oczyma za Jagn wodzi i sielnie si puszy, e to urodna taka, a raz w raz muzykantom zotwki 
rzuca, bych smyczkw nie aowali, bo grali z cicha, odpoczywajcy. 

To i z naga huknli w instrumenty obertasa, e mrz przeszed koci, a Boryna do Jagny 
skoczy, przygarn j krzepko i z miejsca rymn takiego oberka, a dyle zaskowyczay, a on 
wia po izbie, zawraca, podkwkami trzaska, a przyklkaniem z naga zawija, to trzchajcy 
po izbie si nosi szeroko, od ciany do ciany, to przed muzyk piosneczki piewa, e mu po 
muzycku odkrzykali, i dalej hula siarczycie i tan wid zapamitale, bo za nim drugie pary 
jy si z kup wyrywa i przytupywa, piewa, tacowa i co ten najwikszy pd bra, e 
jakby sto wrzecion, penych rnobarwnej weny, wio si po izbie z turkotem i okrcao tak 
szybko, e ju adne oko nie rozeznao, gdzie chop, gdzie kobieta; nic, ino jakby kto tcz 
rozsypa i bi w ni wichur, e graa kolorami, mienia si i wia coraz prdzej, wcieklej, 
zapamitalej, a wiata chwilami gasy od pdu, noc ogarniaa tanecznikw, a tylko oknami 
laa si miesiczna powiata rozpierzch, wietlist smug, iskrzya si wrzcym srebrem 
wskr ciemnoci i wskr wirujcej gstwy ludzkiej, co nadpywaa spienion rozpiewan 
fal, migotaa i kbia si w tych brzaskach jako w sennym widzeniu i przepadaa w mie 
nieprzeniknionej, by si znowu wynurzy i zamajaczy na mgnienie przed drug cian, na 
ktrej tknite wiatem szka obrazw pryskay i myy ogniami, i przewali si, i stoczy w 
noc, e tylko cikie dychanie, tupoty, krzyki rway si, pltay i huczay gucho w olepej 
izbie. 

A cigny si ju te tany acuchem jednym, bez przerwy ni przestanku... bo co muzyka 
zaczynaa rzn nowego, nard si podnosi z naga, prostowa jak br i szed z miejsca pdem 
takiej mocy jak huragan; trzask houbcw rozlega si jak bicie piorunw, krzyk ochotny 
trzs caym domem i rzucali si w tan z zapamitaniem, z szalestwem, jakoby w burz i bj, 
na mier i ycie. 

I tacowali! 

...Owe krakowiaki, drygliwe, baraszkujce, ucinan, brzkliw nut i skokliwymi przypiewkami 
sadzone, jako te pasy nabijane, a pene miechw i swawoli; pene weselnej gdby 
i bujnej, mocnej, zuchowatej modoci i wraz pene figlw uciesznych, przegonw i waru 
krwi modej kochania pragncej. Hej! 



...Owe mazury, dugie kiej miedze, rozoyste jako te grusze Makowe, huczne a szerokie 
niby te rwnie nieobjte, przycikie a strzeliste, tskliwe a zuchwae, posuwiste a grone, 
godne a zabijackie i nieustpliwe, jako te chopy, co zwarci w kup niby w ten br wyniosy, 
runli w tan z pokrzykami i moc tak, e choby w stu na tysice i, e choby wiat cay 
porwa, spra, stratowa, w drzazgi rozbi i na obcasach roznie, i samym przepa, a jeszcze 
tam i po mierci tacowa, houbce bi i ostro, po mazursku pokrzykiwa: da dana! 

...Owe obertasy, krtkie, rwane, zawrotne, wcieke, oszalae, zawadiackie a rzewliwe, 
siarczyste a zadumane i aln nut przeplecione, warem krwie ognistej ttnice a dobroci 
pene i kochania, jako chmura gradowa z naga spadajce, a pene gosw serdecznych, pene 
modrych patrza, wionianych tchnie, woniejcych poszumw, okwietnych sadw; jako te 
pola o wionie rozpiewane, e i za przez miechy pynie, i serce piewa radoci, i dusza 
tskliwie rwie si za te rozogi szerokie, za te lasy dalekie, we wiat wszystek idzie marzca i 
oj da dana! przypiewuje. 

Takie to tany nieopowiedziane szy za tanami. 

Bo tak ano chopski nard si weseli w przygodny czas. 

Tako si zabawiali na weselu Jagusinym z Boryn! 

Godziny biegy za godzinami i przepaday niepamitliwie we wrzawie, w krzykach, w 
radoci szumnej, w tanecznym zapamitaniu, e ani si spostrzegli, jako si ju przecierao na 
wschodzie i przedwitowe brzaski ciekay z wolna i rozbielay noc. Gwiazdy poblady, ksiyc 
zaszed i wiatr wstawa od lasw i przeciga, jakby rozdmuchujc rzednce ciemnoci; 
oknami naglday kudate, 

poskrcane drzewa i coraz niej chyliy oszroniae i senne by, a dom wci piewa i 
tacowa! 

Jakoby ki i niwne pola, i sady rozkwite zeszy si na gody i porwane wichur poszy 
spoem w dugi, zawrotny, ognisty korowd ! 

Wywarli drzwi na rozcie, wywarli okna, a dom bucha wrzaw, wiatami, dygota, 
trzs si, trzeszcza, pojkiwa i coraz mocniej hula, e si ju zdawao, jako te drzewa i ludzie, 
ziemia i gwiazdy, i te poty, i ten dom stary, i wszystko ujo si w bary, zwio w kb, 
spltao, i pijane, olepe, na nic niepomne, oszalae, taczao si od ciany do ciany, z izby do 
sieni, z sieni na drog pyno, z drogi na pola ogromne, na bory, we wiat cay wirem tanecznym 
szo, toczyo si, koowao i nieprzerwanym, migotliwym acuchem w brzaskach zrz 
wschodzcych przepadao. 

Muzyka to ich wieda, to granie, te piosneczki... 

...Basy pohukiway do taktu i buczay drygajcy niby bki, a flet wid wtr i pogwizdywa 
wesoo, wiergota, figle czyni jakby na sprzeciw bbenkowi, ktren ucieszny wyskakiwa, 
brzkadami wrzaskliwo nieci, baraszkowa i trzs si jako ta ydowska broda na 
wietrze, a skrzypice wiedy, szy na przedzie, niby ta najlepsza tanecznica, pieway zrazu 
mocno a grnie, jakby gosu proboway, a potem jy zawodzi szeroko, przenikliwie, smutnie, 
kieby rozstajami pacze sieroce kwiliy, a zakrciy w miejscu i spady z naga, nut 
krtk, migotliw, ostr, jakby sto par trzasno houbcami i sto chopa zakrzykao z penej 
piersi, a dech zapierao i dreszcz szed po skrze, i wnet jy koowa, popiewywa, zawraca, 
drobi, przeskakiwa a mia si i weseli, e ciepo do serca szo i ochota do bw bia 
kiej gorzaka... to znowu pieway t nut cigliw, aosn i pakaniem kiej ros osnut; t 
nut nasz, kochan, serdeczn, pijan moc wielk i kochaniem, i wiedy w tan ostry, zapamitay, 
mazowiecki. 

wit ju si stawa coraz janiejszy, e wiata blady i izb zalewa brudny, zmcony 
mrok, a jeszcze si zabawiali ze wszystkiego serca, a komu mao byo poczstunku, do 
karczmy po gorzak sa, kornpani si i na umor pi. 



Kto odszed, to odszed, kto si zmczy, odpoczywa, a ktren si opi, na przybie spa 
abo i w sieniach; drudzy zasie, barzej z ng cici, to i pod potami legali, i gdzie tam pado, a 
reszta tacowaa do upadego... 

A ju co trzewiejsi zbili si w kup przy drzwiach, do taktu bili w podog i jli piewa: 


Zbierajcie si, weselnicy, ju nam czas! 
Daleka droga, 
Gboka woda, 
Ciemny 1as! 

Zbierajcie si, weselnicy, ju nam czas! 
Znw si zabawimy, 
Jutro powrcimy 
Na popas! 

Ale nikt ich nie sucha! 

ROZDZIA 12 

Ju na samym witaniu Witek, umczony zabaw i wyganiany przez Jagustynk, pobieg 
do chaupy. 

Wie spaa jeszcze na dnie mrokw, co say si nisko nad ziemi grubym, rzedncym 
zwaem, staw lea martwy, przygnieciony mroczn gstw drzew obrzenych i tak utopiony 
w ciemnicy, e ledwie ku rodkowi wylenia si w nocy i majaczy brzaskami niby to oko 
zasnute bielmem. 

Przymrozek bra mocny, przeciga zimny wiatr, e skrzepe powietrze razio nozdrza i 
dech zapierao, ziemia dzwonia pod nogami i zmarze kaue siniay na drodze niby szka 
potrzaskane i olepe, a wiat si z wolna rozbiela witaniem, wychyla z mrokw oszroniay 
i oguchy przemarz cichoci, psy ino kaj niekaj naszczekiway sennie, myn hurkota w 
oddali, a weselna wrzawa buchaa z chaupy i rozkraa si szeroko, na dobre mignicie 
kamieniem. 

W Borynowej izbie tlio si jeszcze wiateko malekie jako ten robaczek witojaski, 
a Witek zajrza przez okno; stary Roch siedzia przy stole i z ksiki popiewywa pobone 
pienie. 

Chopak cicho przesun si do obory i j maca skobla, gdy naraz z wrzaskiem odskoczy, 
bo pies jaki rzuci mu si na piersi ze skowytem. 

-apa! apa! Wrcie to, piesku, wrcie, biedoto!- wykrzykiwa rozeznawszy psa i a 
przysiad na progu z radoci. - Godny, chudziaku, co? 
Znalaz za pazuch zaoszczdzon na weselu kiebas i wtyka mu do pyska, ale apa nie 
rwa si do jada, jeno szczeka, rzuca mu si na piersi i skamla z radoci. 

-Godziy ci, biedoto, i wygnay we wiat! -szepta otwierajc drzwi do obory i zaraz, 
jak sta, rzuci si na wyrko. - Ju ja ci teraz broni bd i starunek o tobie mia... - mrucza 
zakopujc si w som, a pies leg w podle, warka i polizywa go po twarzy. 
Rycho obaj zasnli. 

A ze stajni obok pooonej woa Kuba sabym, schorzaym gosem, woa dugo, ale 
Witek spa jak kamie, dopiero apa, poznawszy gos, j zajadle szczeka i targa kapot, a 
przeckn. 

- Czego? - mamrota przez sen. 
- Wody! Tak me rozbiera gorco... wody! 


Cho markotny by i pik go morzy, zanis mu pene wiadro i podstawi do picia. 

- Takim chory, e ledwie zipi... co to warczy? 
- A apa ! Wrcio psisko od Antkw ! 
-apa! - szepn macajc w ciemnoci za psim bem, a apa wyskakiwa, szczeka i dar 
si na wyrko. 
- Witek, za koniom siana, bo dzwoni zbami o pusty b, a ja si poruszy nie mog. 
Tacuj jeszcze?-pyta po chwili, gdy chopak stoczy ze stropu siano i zakada je za drabiny. 
- Cheba na poednie skocz, a tak si niektre popiy, e na drodze le. 
- Uywaj se gospodarze, uywaj - westchn ciko. - Mynarze byli? 
- Byli, ino rychlej poszli. 
- Narodu duo? 
- Kto by ta porachowa?... A si przelewao w chaupie. 
-Przyjmowali suto? 
-Kiej we dworze jakim. Miso caymi michami roznosili, a co gorzaki wychlali, a co 
piwa, co miodu ! Samych kiebas byy trzy niecki czubate. 

- Przenosiny kiedy? 
- A dzisiaj na odwieczerzy. 
- Uyj se jeszcze, naciesz si... Mj Jezu, mylaech, e jak kosteczk ogryz i podjem 
se cho raz do sytu, a tu le, zdychaj i nasuchuj, jak si drugie zabawiaj. 
Witek poszed spa. 

- eby cho te oczy napa.. eby... 
Zamilk znuony, u w sobie ao, a jakie ciche, niemiae skargi jako te ptaszki 
ustae, tuky mu si po piersiach i bolenie piukay. 

- Niech im ta pjdzie na zdrowie, niech cho oni yj... - myla pogadzajc psi eb. 
Gorczka mroczya go coraz bardziej, wic jakby na odegnanie zacz szepta pacierz i 
Panujezusowemu miosierdziu oddawa si gorco na wol i niewol, ale zapomina sw, sen 
na spada raz po raz, a cig szeptw, nabrzmiaych prob i zami, rwa si i rozsypywa niby 
czerwone paciorki, e chcia je zgarnia, tak widno toczyy si po kouchu; zapomina jednak 

o wszystkim, zasypia... 
Budzi si czasami, wodzi pustym wzrokiem i nic nie rozeznawszy zapada znowu, lecia 
w martw, trupi m. 
To znowu jcza i tak krzycza przez sen, a konie z chrapaniem rway si na acuchach, 
trzewia nieco i unosi gowy. 

-Jezus, eby cho dnia doczeka! -jcza trwonie i wybiega oczyma przez okienko, we 
wiat, za dniem; soca szuka po niebie szarym, ostygym i poprzebijanym bledncymi 
gwiazdami... 
Ale dzie by jeszcze daleko. 

Stajnia tona w mtnej kurzawie brzaskw, e ju kontury koni jy si wycina, a drabiny 
pod okienkami, niby ebra, przewityway pod wiato... 

Ju nie zasypia, bo ble na przyszy nowe, wlizgiway si w nog niby skate kije i tak 
rozpieray, tak wierciy, tak pieky, jakby kto ywym ogniem rany przysypywa, e zerwa si 
nagle i zacz ze wszystkich si krzycze, a Witek si obudzi i przybieg. 

-Zamr ju! Zamr! Tak mnie boli, tak we mnie choroba ronie i dusi... Witek, bieyj po 
Jambroa... o Jezus, albo Jagustynki zawoaj... moe co poredz, bo ju nie wydzier... ju ta 
ostatnia godzina na mnie idzie... ten czas ostatni... - buchn strasznym paczem, zary twarz 
w som i ka aoci a strachem. 

A Witek mimo rozespania pobieg na wesele. 
Tacowali jeszcze w najlepsze, ale Jambroy by spity ju swoim zwyczajem, sta na 
drodze na wprost domu, potacza si od stawu do potw i wypiewywa. 



Darmo go Witek prosi i za rkaw ciga, dziad jakby nie sysza i nie wiedzia, co si z 
nim dzieje, potacza si ino a piewa zapamitale cigle t sam piewk. 

Pobieg do Jagustynki, e to i ona znajca bya na chorobach, ale stara z kumami siedziaa 
w komorze i tak se przepijay krupnikiem, tak se dogadzay piwem, a tak wraz gaday i 
jazgotay piewaniem, e ani jej byo co czym mwi. Raz i drugi skamla, by sza do Kuby, 
to go w kocu wyciepna za drzwi i co nieco pici przyoya na drog; z paczem polecia 
do stajni, tyle ano wskrawszy. 

A e Kuba by zasn znowu na t chwil, wic zakopa si w som, przyokry achami 
na gow i spa. 

Dobrze po niadaniu obudzio go porykiwanie krw godnych i nie wydojonych i piekowanie 
Jagustynki, ktra zaspawszy jak i drudzy, krzykiem nadrabiaa przy obrzdzaniu gospodarstwa. 


Dopiero kiej co nieco zepchna roboty, zajrzaa do Kuby. 

- Dopomcie, poredcie - prosi cicho. 
-A to si oe z mdk, a wnet si wylekujesz!- zacza wesoo, ale skoro si przyjrzaa 
jego twarzy sinej i obrzkej, spowaniaa prdko. - Ksidza ci wicej potrzeba nili dochtora! 
C ja ci poredz? Co? Zamwiabym, okadzia, a bo to pomoe?... Widzi mi si, e ty ju 
chory na mier, na czyst mier... 
- Zamr? 
- W boskiej to mocy, ale widzi mi si, e Kostusi z pazurw si nie wypsniesz. 
- Zamr, powiadacie?... 
- Po dobrodzieja by ano posa, co? 
-Dobrodzieja! -wykrzykn zdumiony. -Dobrodzieja przywie tutaj, do stajni, do 
mnie?... Co wama po gowie chodzi? 
-A c to? Z cukru jest i rozpuci si w tym ajnie koskim? Ksidz jest od tego, by 
gdzie go do chorego prosz, szed. 
- Jezus! A miabym to miao, w ten gnj, do mnie?.. 
- Gupi jak ten baran! - cisna ramionami i posza. 
- Sama gupia, ani wie, co powiada... - mrukn oburzony srodze, opad ciko na barg i 
dugo jeszcze rozmyla. -Zachcialo si babie... hale, dobrodziej kochany po pokojach se 
chodzi...z ksiek poczytuje... z Panem Bogiem rozmawia... i do mnie by go woa?... Te kobiety 
to ino aby ozorem mle... gupia... 
I tak ju pozosta sam, bo jakby o nim zapomnieli. 

Witek czasami naglda, aby koniom przysypa obroku, napoi, to i jemu podawa wody, 
i wnet znika, lecia na wesele, ktre znowu zaczo si zbiera u Dominikowej na przenosiny, 
a czasami Jzka wpadaa z krzykiem, wtykaa mu kawaek placka, nagadaa, natrzepaa, nawiaa 
stajni wrzaskiem, a kury gdakay z przestrachu na potach, i uciekaa pieszno. 

Juci, miaa po co, bo tam si ju zabawiali niezgorzej, muzyka huczaa przez ciany i 
krzyki szy wesoe a piewania. 

A Kuba lea cicho, bo jako z rzadka chwytay go bolenia, wic ino nasuchiwa i rozeznawa, 
jak si tam zabawiaj, a pogadywa z ap, ktren nie opuci go ani na chwil, i pojadali 
se spoecznie Jzin placek; albo cmoka na konie i przemawia do nich. Ray radonie i 
odwracay od obw by, a nawet rbka urwaa si z udzienicy i przychodzia do wyrka 
baraszkowa i tuli wilgotne a ciepe chrapy do jego twarzy. 

-Schuda, biedoto, schuda! - Gaska j czule i caowa po rozdtych nozdrzach. - Nie 
bj si, wyzdrowiej rycho, to wnet ci boki podkrzepi, choby i czystym owsem... 
Milkn wnet i patrzy bezmylnie w poczerniae ski, z ktrych sczyy si na ciany 
ywiczne strugi, niby zy krwawe i zastyge... 



Soneczny a przyblady dzie zaglda przez szpary cichymi oczyma, drzwiami za wywartymi 
bucha szeroki potok jasnoci skrzcej, migotliwej, jako zote pajczyny po cierniskach, 
w ktrych trzepay si muchy z sennym, omdlaym brzkiem. 

Godziny przechodziy za godzinami i wleky si wolno, jak te dziady lepe i kulawe, po 
srogich piaskach idce z utrudzeniem a w cichoci, albo jako ten kamie, co pada w topiel i 
leci, przepada, ginie, a nawet go oczy czowiecze nie chyc. 

Ino czasem wrble rozwiergotane wrzaskliw band wpaday do stajni i zuchwale rzucay 
si na oby... 

- Jakie to zmylne juchy! - szepta. - Takiemu ptaszkowi, a Pan Jezus rozum daje,. e wie, 
gdzie poywienie znale. Cicho, apa, niech si poywi i wspomog biedoty, bo i na nich 
zima przyjdzie. - Przycisza, bo pies skoczy wypdza rabusiw. 
winie zaczy kwicze w podwrzu i cocha si o wgy, a stajnia drgaa, a potem jy 
wtyka w drzwi dugie, obocone ryje i pokwikiwa. 

- Wypd, apa! Dziadaki jedne, wszystkiego im zawdy mao! 
Po nich kury zakrzekorzyy przed progiem, a wielki, czerwony kogut ostronie zaglda, 
cofa si, bi skrzydami i krzyka, a zuchwale wskoczy za prg, do kobiaki penej obroku, a 
za nim reszta, ale nie zdyy si jeszcze naje, bo wnet nadcigny rozggan gromad 
gsi, z sykiem migotay w progu czerwone dzioby i chwiay si biae, powycigane szyje. 

- Wygo, piesku, wygo! Swarz si juchy kiej te baby ! 
Juci, e wnet si rozleg wrzask, pisk, omotanie skrzyde i pira poleciay kieby z rozprutej 
pierzyny, bo apa nie aowa sobie uciechy; powrci zziajany, z wywieszonym ozorem 
i skomla radonie. 

-Cicho no ! 
Od domu rozlatyway si gniewne gosy Jagustynki, bieganina i trzaski sprztw, przewlekanych 
z izby do izby. 

- Gotuj si do przenosin! 
Drog kto niekto przejeda, ale z rzadka, a teraz zasie czapa si z piskiem wz jaki; 
Kuba rozeznawa pilnie. 

-Kbw wz, w jednego konia i drabinami, pewnie po cik do lasu. Juci, o w 
przodku wytarta i bez to si piast przeciera i skrzypi. 
Po drogach wci snuy si odgosy krokw, rozmowy, gosy leciay i drgay ledwie dosyszane, 
ledwie odczute brzmienia, ale je chwyta w lot i rozpoznawa. 

-Stary Pietras. do karczmy idzie -mrucza. -Walentowa wykrzykuje... pewnie gski 
czyje przeszy na jej stron... Piekielnica nie baba! Kozowa widzi mi si... juci... biey i 
krzyczy... juci ona!... Pietrek Rafaw... rajcuje jucha, jakby mia kluski w gbie... ksia 
kobya po wod jedzie, tak... postaje... zawadza koami... jeszcze se kiedy kulasy poamie... 
I tak se z wolna rozpoznawa wszystko i mylami, i tym widzeniem czujcym po wsi 
chodzi, kopota si, zabiega, turbowa i y yciem wsi caej, e ledwie spostrzeg, jak dzie 
przechodzi z wolna; ciany przygasy, drzwi zblady i stajnia mrocze pocza. 

Ju pod sam wieczr przyszed Jambroy nie wytrzewiony do cna, bo si jeszcze potacza 
i mwi tak prdko, e trudno byo rozebra. 

- Noge pono wykrci? 
- A obaczcie i poredcie. 
W milczeniu odwija szmaty przekrwione, zesche i tak przywarte do nogi, e Kuba zacz 
krzycze wniebogosy. 

-I panna przy rodach tak nie kwiczy! - mrukn urgliwie. 
- Kiej boli!... A dy nie szarpcie! Jezus! - wy prawie. 
-A to ci uszlachtowali! Pies ci ydk wyar czy co? wykrzykn zdumiony, bo ydka 
bya poszarpana, zaropiaa, noga spucha jak konew. 

- To... ino nie powiedajcie nikomu... borowy me postrzeli... ino... 


-Prawda... ruciny siedz pod skr kiej mak... z daleka do ci wygarn? Ho, ho! Kulas 
widzi mi si na nic ju... kosteczki chrobocz ano... Czemu to zaraz mnie nie woa? 
-Bojaem si... jakby si dowiedziay, na zajczka wyszedem... ustrzeliem... i ju na 
polu byem... a ten kiej nie rypnie do mnie... 
- Powiada kiedy w karczmie borowy, e kto im szkody czyni... 
-Hale... szkody... niby to zajce nale do kogo... cierwa... zasadzi si na mnie... ju na 
polu byem, a ten z obu luf strzeli... eby ci, piekielniku... ino nic nie mwcie...do sdu by 
pozway... straniki... i zarno by i fuzj wzieny... a to nie moja... Mylaech, e samo przejdzie... 
pomcie, bo tak rwie, tak boli... 
-Taki to majster! Taki se cichapk, lelum polelum, a z dziedzicem zajczkami si 
dzieli... Cie!... Ale kulasem za t spk zapacisz... 
Obejrza raz jeszcze i srodze si strapi. 

- Za pno, o wiela za pno! 
- Poredcie, poredcie - jcza wystraszony. 
Ju nic nie odrzek, ino rkawy zakasa, wydoby ostry kozik, nog uj krzepko i j wydubywa 
ruciny i rop wyciska. 
Kuba zrazu rycza jak zwierz dorzynany, a mu zatka gb kouchem, cich, bo zemdla 
z blu. Oporzdzi mu nog, oboy jak maci, obwin w nowe szmaty, dopiero go 
otrzewi. 

- Do szpitala musisz i... - mrukn cicho. 
- Do szpitala?... - Nieprzytomny by jeszcze. 
- Urznliby ci nog, to by moe i wyzdrowia. 
- Nog?.. 
- Juci, ju na nic, zepsuta, czernieje caa. 
- Urznliby? - pyta nie mogc poj. 
- W kolanie. Nie bj si, mnie kula urwaa przy samym zadzie, a yj. 
- To ino urzn bolejce miejsce i bybym zdrowym?... 
- Jakby kto rk odj... ale do szpitala trza ci zaraz i... 
- Nie, bojam si, nie... do szpitala... 
-Gupi!... 
- Tam ywcem kraj... tam... Oberznijcie wy... co ino zechcecie, zapac, oberznijcie... do 
szpitala nie chc, wol ju tutaj zdycha... 
-To i zdechniesz... doktr ino moe ci oberzn. Pjd zaraz do wjta, eby ci na jutro 
dali podwod i odwieli do miasta. 
- Prno pjdziecie, bo do szpitala nie pjd... - powiedzia twardo. 
- Hale, bd ci si pytali, gupi! 
- Urzn i zaraz wyzdrowieje... - powtarza Kuba po jego wyjciu. 
Noga przestaa go bole po opatrunku zdrtwiaa tylko a po pachwiny, a po caym boku 
czu, jakby mrwki aziy, nie zwaa na to, bo si gboko zamedytowa 

-Wyzdrowiabym! Musi by, e i tak jest, przecie Jambroy kulasa caego nie ma... na 
kuli chodzi... Powieda, e jakby rk odj... Ale Boryna by mnie wygna...juci, parobek bez 
kulasa... ni do puga, ni do adnej roboty. C ja bym pocz? Bydo mi ino pasa albo na 
ebry i... we wiat, pod koci gdzie... abo jak ten stary trep na miecie... zdycha pode 
potem. Jezus miosierny! Jezus! 
Zrozumia nagle jasno i a si podnis z olepiajcej trwogi. 

- Jezus! Jezus! - powtarza gorczkowo, bezprzytomnie dygoczc cay. 
Zanis si gbokim, alnym paczem, krzykiem niemocy, staczajcej si w przepa bez 
ratunku. 



Dugo wy i szamota si w mce, ale przez te zy i rozpacze jy mu si wi postanowienia 
jakie, medytacje, przycicha z wolna, uspokaja si i tak zagbia w siebie, nic nie sysza; 
jak przez sen majaczyo mu si granie jakie, piewy, wrzaski bliskie. 

W ten sam czas wesele si ano przenosio do Boryny. 

Robili przenosiny Jagusi do ma. 

Nieco przdzi przeprowadzili tg krow i przewieli skrzynk, pierzyny i statki rne, 
jakie w wianie dostawaa. 

Teraz za, moe w pacierz po zachodzie, kiej zmroczao i wiat si zaciga mgami, bo 
na odmian szo, wywalili si od Dominikowej. 

Muzyka sza na przedzie i rano przegrywaa, a za ni Jagusi, wystrojon jeszcze po weselnemu, 
matka wieda z brami i kumami, a dopiero wpodle, gdzie kto wzi miejsce, walili 
hurm weselnicy. 

Szli z wolna wzdu stawu, ktren poczernia i gas przyzduszony mrokiem, wskro 
mgie coraz gstszych, w ciszy ciemnicy oguchej i lepej jeszcze, e tupoty i grania rozlegay 
si krtko i dudniay jakby spod wody. 

Md podpiewywaa czasami, to kuma jaka zawieda, chop ktren wrzasn: da dana, 
ale wnet cichli, ochoty jeszcze nie byo i zib wilgotny przejmowa do ywego. 

Dopiero kiej nawrcili w Borynowe opotki, druhny zapieway: 

A pakaa dziewczyna, 
Jak jej lub dawali; 
Cztery wiece zapalili, 
W organy zagrali. 
Mylaa, dziewczyno, 
e ci zawsze bd gra?... 
Wczoraj troch, dzisiaj troch... 
A na cae ycie pacz... 
Da dana! A na cae ycie pacz! 

Na ganku przed progiem czeka ju Boryna, kowalowie i Jzka. 

Dominikowa wniosa przodem w wzeku skibk chleba, soli szczypt, wgiel, wosk z 
gromnicy i pk kosw powiconych na Zieln, a gdy i Jagu prg przestpia, kumy ciskay 
za ni nitki wyprute i padzierze, by zy nie mia przystpu i wiodo si jej wszystko. 

Wraz te witali si, caowali a yczyli modym szczcia, zdrowia i co tam Pan Bg da, a 
do izby szli, e wnet zawalili awy wszystkie i kty. 

Grajkowie, narzdzajc instrumenty, pobrzkiwali z cicha, aby nie mci poczstunku, z 
jakim wystpi Boryna. 

Chodzi ano z pen blach od kuma do kuma, czstowa, niewoli, w ramiona bra i 
przepija do kadego; kowal mu pomaga w drugiej stronie, a Magda z Jzk roznosiy na 
talerzach placek, miodem i serem nadziewany, ktren umylnie upieka na przenosiny, bych 
si ojcu przypochlebi. 

Ale zabawa sza nietgo, juci, e nikt za konierz nie wylewa i od kieliszkw nie stroni, 
przepijali nawet ze smakiem, ino e jako nie nabierali weselnego ducha i nie wiedli si do 
wrztka, ledwie parkotali, jak ta woda na sabym ogniu; siedzieli osowiale, ruchali si ciko, 
nieswojo, mao pogadywali i z cicha, a jaki taki ze starszych ziewa ukradkiem, przeciga si, 
a tskliwie myla, by si co rychlej gdzie na som dosta. 

Kobiety za, cho to nasienie najbardziej wrzaski i zabaw czynice, rozwalay si ino po 
awach, w kty si kryy i mao wiele midzy sob rajcoway. 

Jagusia w mowej komorze wnet si przestroia w szmaty zwyczajne, tyla e witeczne, 
i wysza ugaszcza a przyjmowa, ale matka do niczego si jej tkn nie daa. 



-Wesela se zayj, cruchno! Narobisz si jeszcze, natrudzisz! -szeptaa i raz w raz j 
przygarniaa do piersi, i z paczem tulia, a to dziwno byo niejednemu, bo nie we wiat sza 
za chopa, nie na drug wie i na bied. 
Pomiewali si z takiej tkliwoci matczynej, a zby ostrzyli przekpinkami, ile e teraz 
wanie na przenosinach, kiej Jagu ju gospodyni wesza w mowski dom, w tyle grontu i 
dobra wszelkiego, otwieray si im oczy, a niejednej matce dostaych crek zazdro sza do 
garda, dzieuchom te byo jako nieswojo i markotno. 

Na drug stron szy, po Antkach, gdzie Ewka z Jagustynk wieczerz narzdzay, a huczao 
w kominie, e Witek ledwie nady drwa znosi i przykada pod ogromne gary. 

I po caym domu si rozaziy, a w kad szpar wraay zazdrosne oczy. 

Nie zazdroci to losu takiego?.. 

Ju sam dom najlepszy we wsi, duy, widny, wysoki, stancje kieby w jakim dworze, wybielone, 
z podogami, czyste! A co sprztw, co statkw rnych, obrazw samych ze dwadziecia 
i wszystkie ze szkami! A tu jeszcze obory, stajnie, stodoa, szopa! A mao to lewentarza? 
Picioro samych krowich ogonw, nie liczc byka, ktren profit daje niezgorszy? Trzy 
konie! A gdzie jeszcze grunt? Gdzie gsi, winie?... 

Wzdychay aonie i raz po raz ktra z cicha rzeka: 

- Mj Boe, e to Pan Jezus daje takim, co i nie zasuyy ! 
- Umiay sobie pomaga, umiay! 
- Juci, zawdy ten dostanie, ktren naprzeciw wyjdzie. 
- Czemu to wasza Ulisia nie wysza? 
- Bo si Boga boja i w poczciwoci yje. 
-I drugie te bez to samo. 
-A inszej to nard nie przepuci, niech cho ten razik spotkaj j po nocy z jakim chopakiem, 
a ju we wiat na ozorach ponies. 
- Taka to ma szczcie... 
- Bo wstydu nie ma. 
-A dy chodcie - woa Jdrzych. - Muzyka gra, a w izbie ani jednej kiecki, e nie ma z 
kim tacowa! 
- Jaki ochotny, a pozwoli ci to matka? 
-Ino porteczek nie zgub i lustra nie poka, kiej si tak bystro rwiesz. 
- A kulasami po ludziach nie rzucaj! , 
- Z Walentow id w par, bd dwie pokraki! 
Jdrzych zakl ino, chyci pierwsz z brzega i powid, nie suchajc, co za nim brzczao. 
W izbie ju tacowali, z wolna jeszcze i jakby od niechcenia; jedna Nastka Gobianka 
hulaa ostro z Szymkiem Paczesiem. Umwili si przdzi, wic skoro muzyka zagraa, zwarli 
si mocno i tacowali rzetelnie a dugo; to na odpocznienie brali si wp i nosili po izbie, ae 
ich cigotki bray do siebie, to pogadywali wesoo, miali si w gos i biedro w biedro chodzili, 
a Dominikowa z niepokojem nagldaa do syna. 

Ale dopiero gdy nadszed wjt - spni si, bo musia rekrutw odstawi do powiatu rozruchalic 
si ludzie, bo skoro wszed, skoro przepi raz i drugi, wzi rozprawia z gospodarzami 
i przekpiwa si z modych. 

- Pan mody kiej ciana, a moducha niby to sukno czerwone. 
- Jutro powiecie... 
- Probant z was, Macieju, tocie dnia nie zmarnowali. 
- Nie gesior przeciech, to nijak mu na oczach wszystkich ! 
-I pkwaterka bym nie trzyma za tym! Rzu ino kamuszkiem w krzaki, a zawdy ptaszek 
jaki wyfrunie, wjt to wama mwi! 
Gruchnli miechem, bo Jagna ucieka na drug stron. 



Kobiety te dogadyway, co im lina przyniesa na jzyk. 

Wnet si wrzawa wzmoga i wesoo ogarniaa dusz, wjt pomg rzetelnie, ale i gorzaka 
zrobia swoje. Boryna nie aowa i flach puszcza czst kolejk; tace te szy raniejsze 
i gstsze, piewa ju poczynali, przytupywa i coraz wikszym koem tacza po 
izbie. 

A na to ju zjawi si Jambroy, przysiad zaraz, nieledwie przy progu, a akomymi 
oczyma wodzi za flach. 

- Wam ino tam gow wykrca, gdzie kieliszki dzwoni! - rzuci wjt. 
- Brzkliwe s; a ktren spragnionego napoi, zasug ma! - odpar powanie. 
- Naci wody, worku skrzany. 
-Co smakuje bydlciu, szkodzi czowiekowi! Powiedaj: Kogo woda zbawi, to zbawi, a 
gorzaka kadego na nogi postawi. 
- To pije okowitk, kiej taki kalkulant. 
-Przepijcie, wjcie! Powiedaj i to: Chrzest przyjmuj wod, lub polewaj wdk, a 
mier pakaniem. 

- Dobrze, powiadaj, pijcie drugi... 
-Nie uciekn i przed trzecim! Zawdy pijam jeden za pierwsz on, a dwa za drug, Czemu 
to? 

- e wczas pomara, bym se poszuka trzeciej. 
- O kobiecie mu si ni, a ju na odwieczerzu pomroka mu lipie gasi... 
- Jeszcze bym i po ciemku zmaca kijaszkiem, gdzie babia sabizna! 
Izba gruchna miechem. 
- Z Jagustynk was zmwimy! - woay kobiety. . 
- Gorzak lubi i pyskata tak samo - dodaway drugie. 
- Powiedaj: Chop robotny i ona pyskata, to wezm choby i p wiata. 
Wjt przysiad obok niego, a drugie w podle, gdzie kto mg awy zachwyci, a zbrako 
miejsca, przystawali i cisnli si do kupy, p izby zajli bez maa, nie baczc na tacujcych. 
Wnet zasi poczy i przekpinki, wymysy rne, gadki, wesoe powiedania, przypowiastki, 
a si izba trzsa od miechw, a najbarzej Jambroy dowodzi, zmyla jucha i cygani 
w ywe oczy, ino tak sprawnie i uciesznie, e si pokadali od miechu; a z kobiet 
Wachnikowa nie daa si nikomu przegada i w pierwsz gb graa, wjt te basowa, ile mu 
ino baczenie na urzd pozwalao. 

Muzyka rna od ucha, siarczycie, md hulaa rano, krzykaa i obcasami ostro bia, a 
oni si tak zabawiali, spoecznie i wesoo, e o Boym wiecie zapominali, a ktry dojrza 
w sieni Jankla. Wcignli go wnet do izby. 

yd czapk zdj, kania si ze wszystkimi przyjanie, wita nie baczc, e mu przezwiska 
jak kamienie lataj koo uszw. 

- tek ! Niechrzczony ! Kobyli syn ! 
- Cichojta! Przyj go czym, gorzaki mu da! - woa wjt. 
-Przechodziem drog, to chciaem zobaczy, jak si gospodarze zabawiaj. Bg zapa, 
panie wjcie, napij si wdki... dlaczego nie mam si napi za zdrowie pastwa modych! 
Boryna wynis flaszk i czstowa. Jankiel kieliszek wytar kapot, gow nakry i wypi, 
a drugim poprawi. 

-Zostacie, Jankiel, nie streficie si! Hej! Muzykanty, zagrajcie ydowskiego! Niech 
Jankiel potacuje!- woali ze miechem. 
- Mog potacowa, to nie grzech! 
Ale nim grajkowie zrozumieli woania, Jankiel wysun si cicho do sieni i znikn w podwrzu, 
poszed do Kuby odbiera strzelb. 



Nie spostrzegli nawet jego wyjcia, bo Jambroy nie przerywa cyganienia, a Wachnikowa 
wtrowaa niby na basetli, tak im zeszo do samej wieczerzy; ju muzyka przycicha, stoy 
poustawiali i grzechotano miskami, a oni wci si pomiewali. 

Darmo Boryna zaprasza do jada, nikt nawet nie sysza. Potem Jagu raz po raz przywtarzaa, 
by szli, to j wjt wcign do kupy, usadzi przy sobie i za rk trzyma. 

Dopiero Jasiek, z przezwiska Przewrotny, krzykn w gos: 

- Do misek chodta, ludzie, bo stygnie! 
- Cichoj, gupi, znajdzie si i la ciebie miska do wylizania ! 
- Jambroy ino cygani, a si kurzy, i myl, e mu kto wierzy... 
- Jasiek, co dadz w pysk, bierz, bo twoje, ale mnie nie ruchaj, nie uredzisz. 
- A sprbujmy si! - odkrzykn parob, e to gupawy by i sowa nie wyrozumia. 
- W tak samo poredzi albo i lepiej. 
- Jambroy po ksidzu wynosz, to myl, e ino sami mdrzy ! 
- Wpu ciel do kocioa, a te ino ogon wyniesie! Gupia! - mrukn zelony. 
Bo to matka Jakowa chciaa broni syna. Ruszy te pierwszy do stow, a za nim insi 
jli zajmowa miejsca, a piesznie, bo ju kucharki wnosiy dymice miski i smaki wiay po 
izbie. 

Usadzili si po starszestwie i jak przystao na przenosinach, z Dominikow i jej chopakami 
w porodku; druhny i drubowie zasiedli razem, przy sobie, a Boryna z Jagusi ostali na 
izbie, by posugiwa i mie baczenie na wszystko. 

Cicho si zrobio, tyla e za oknami dzieci wrzeszczay i tuzoway si midzy sob, a apa 
z ujadaniem obiega dom i dar si do sieni, nard za w cichoci a z powag pora si z 
jadem i ochotnie bd miski czubate, ino yki skrzybotay o wrby i szko brzkao w kolejkach. 


Jagusia za cigiem zapraszaa i prawie kademu z osobna podtykaa czy miso, czy czego 
innego zarwno, a niewolia, bych sobie nie aowali; skadnie jej to szo, i tak utrafnie 
kademu to sowo przypochlebne powiadaa, i tak urodnoci si wszystkim milia, e niejeden 
z parobkw chodzi za ni tskliwymi oczyma, a matka ae rosa z kuntentnoci, odkadaa 
yk, by si no patrze na ni i cieszy. 

I Boryna to widzia, bo gdy sza do kucharek, lecia za ni, dopdza w sieniach, ogarnia 
mocno i sielnie caowa. 
-Gospodyni moja kochana! A dy, kiej ta dworska pani, tak se godnie poczynasz i radzisz! 


-A bom to nie gospodyni! Idcie no do izby, Gulbas z Szymonem czego odci siedz i 
mao co pojadaj. Przepijcie do nich!... 
Juci, e jej sucha i robi, co chciaa! A Jagusi byo dziwnie wesoo na duszy i ochotnie. 
Gospodyni si poczua i nie byle jak, pani prawie, to i rzdy same jej jako w rce szy, a z 
nimi i powaga w niej rosa, i harno pena mocy a spokojnoci! Nosia si po izbach swobodnie, 
dogldaa wszystkiego bystro i tak mdrze kierowaa, jakby ju nie wiada od kiela na 
swoim gospodarzya. 

-Jaka jest, wnet stary rozpozna i jego to rzecz, ale widzi mi si, e gospodyni bdzie z 
niej sielna - szepna Ewka do Jagustynki. 
-Mdra i Kaka, jak pena faska! - odpara przekliwie. - Bdzie tak, pki jej stary nie 
obmierznie, od kiela nie zacznie gania za parobkami... 
- Tego nie zrobi, ino e Mateusz jest w odwodzie, nie poniecha jej przecie. 
-I... poniecha! Zmusi go do tego kto drugi, zmusi... 
- Boryna? 
-Hale, Boryna! Jest kto mocniejszy od obu... jest...niech no ten czas nadejdzie, a zobaczycie 
sami umiechna si chytrze. - Witek, odegnajno psa, bo szczeka i szczeka, a uszy 
bol, i rozpd tych chopaczyskw, szyby jeszcze powygniataj i ogacenie roznies. 


Witek skoczy z batem, pies umilk, ale rozlegy si piski i ttent uciekajcej wrzaskliwie 
gromady; odegna ich a na drog i powraca chykiem, bo posypa si za nim grad bota i 
kamieni. 

-Witek! Poczekaj no! -woa Roch, stojcy przy wgle od podwrza, w cieniu. - - Wywoaj 
Jambroego, powiedz, e pilna sprawa, poczekam na ganku. 
Dopiero w jaki pacierz nadszed Jambroy, srodze zy, e mu przerwali jado w najlepszym 
miejscu, bo przy prosicinie z grochem. 
-Koci si pali czy co? 

- Nie krzyczcie! Chodcie do Kuby, bo zdaje mi si, e umiera. 
-Niech zdycha, a nie przeszkadza ludziom je! Byem na odwieczerzy u niego i mwiem 
jusze, aby si do szpitala szykowa, nog by mu urznli i wnet by wyzdrowia!... 

- Powiedzielicie mu o tym! Teraz rozumiem, zdaje mi si, e sam sobie obci nog... 
- Jezus, Maria! Jak to, sam sobie obci? 
-Chodcie prdzej, zobaczycie. Szedem spa do obory i ledwiem wlaz na podwrze, 
apa skoczy do mnie, szczeka, skamla, za kapot mnie zbami dar i ciga, nie mogem 
poj, czego chce... a. on wybiega naprzd, siada w progu stajni i skowycza. Podszedem, 
patrz, Kuba ley przewieszony przez prg, z gow w stajni! Mylaem zrazu, e chcia 
wyj na powietrze i omdla! Przeniosem go na wyrko i zapaliem latark, eby wody poszuka, 
a on cay we krwi, blady jak ciana i z nogi krew bucha. Prdzej, eby nie puci ostatniej 
pary... 
Weszli do stajni, Jambroy zabra si ostro do trzewienia; Kuba lea bezwadny, dycha 
co nieco i rzzi przez zwarte zby, e trzeba byo je noem podwaa by mu nieco wody 
wla do garda. 

Nog mia przerban w kolanie, ledwie si trzymaa na skrze i obficie krwawia. 

Na progu czerwieniy si plamy krwi i leaa okrwawiona siekiera, a taczalnik do naostrzania, 
ktren zawsze sta pod okapem stajni, wala si teraz pod progiem. 

-Juci, sam sobie obci. Ba si szpitala, myla gupi, e sobie pomoe, ale twardy 
chop, ale zawzity! Jezus, eby sobie samemu obcina kulasa! Prosto nie do wiary! Krew go 
mocno odesza. 

Kuba otworzy naraz oczy i wodzi nimi dosy przytomnie. 

- Odleciaa? Dziobnem dwa razy, ale mnie zamroczyo... - szepta. 
-Boli ci to? 
- Nic a nic. Si si ino wyzbyenn do cna, ale zdrowszym! 
Lea spokojnie i ani krzykn, gdy mu Jambroy, nog skada, my i krpowa w zmoczone 
szmaty. 
Roch na klczkach przywieca latarni i modli si tak gorco, a mu zy cieky po twarzy, 
a Kuba ino si umiecha radonie, tkliwo jako i rzewnie, jak to dziecitko w polu porzucone, 
ktre nim pozna, e bez matki, raduje si do traw, co nad nim szumi, za socem 
patrzy, do przelatujcych ptaszkw rczki wyciga i po swojemu gada ze wszystkim, i cieszy 
si, tak ci i on czu si teraz; dobrze mu byo, spokojnie i niebolenie, a tak na duszy lekko i 
wesoo, e za nic sobie mia chorob, ino si z cicha przechwala... jako siekier dobrze wyostrzy... 
nog uoy na progu... i dziabn w samo jabko... zabolao, ale noga od jednego 
razu nie pucia... wic drugi raz dziabn ze wszystkiej mocy... i oto nic go teraz nie boli, 
pomogo wida... e niechby tylko mia wicej mocy, to nie gniby duej na wyrku, a na wesele 
szed...do taca si bra... i podjadby nieco, bo je mu si chce... 

-Le spokojnie i nic si nie ruchaj, jada dostaniesz rycho, powiem Jzi. 
Roch go pogaska po twarzy i wyszli z Jambroym na podwrze. 
- Do rana wykipi, unie cicho jak ptaszek, bo krew go cakiem odesza. 
- Ksidza mu trzeba przywie, pki przytomny! 
- Kiej ksidz pojecha na wieczr do Woli, do dziedzicw. 


- Pjd po niego, zwleka nie mona! 
-Do Woli jest mila, po nocy i przez las nie traficie. Stoj tu gotowe konie ludzi, co maj 
po wieczerzy odjeda, bierzcie je i jedcie. 
Wyprowadzili konie na drog i Roch siad. 

- A nie zapominajcie o Kubie, trzeba go przypilnowa! - zawoa ruszajc. 
- Nie ostawi go samego, nie zapomn.. 
Wnet jednak zapomnia; tyle baczy, e Jzi powiedzia o jadle, a sam wrci za st, do 
butelki mocno si przypi i tak serdecznie, e rycho o Boym wiecie nie wiedzia 
Jzka za, e to poczciwe byo dziewcztko, co tylko moga, nazbieraa na miseczk, 
wdki w pkwarcie nalaa sporo i zaniesa ochotnie. 

- Kuba, przejedzcie dziebko, uyjcie i wy wesela! 
- Bg ci zapa! Kiebasa widzi mi si czujna, wieje od niej. 
-Dy umylnie przypraam, bycie posmakowali.-Wrazia mu misk w rce, bo ciemno 
byo w stajni.- Wypijcie przdzi wdk. 
Wszystko wypi do dna. 

- Posied zdziebko, tak mi si samemu ckni... 
Pocz glama, pogryza, u, ale nie mg nic przekn. 
- Wesel si, co? 
- Takie wesele, tyla narodu, em w yciu nie widziaa wikszego. 
-Borynowe przeciech, to nie dziwota! -szepn z dum -Juci, a ociec si tak wesel i 
cigiem za Jaguusia chodz, cigiem. 
- Jake... urodna, pikna na gbie, kieby jaka pani dworska! 
- Wiecie, a Szymek Dominikowej to si ma do Nastki Gobianki. 
- Stara nie pozwoli, u Nastki z dziesi gb siedzi na trzech morgach. 
- Tote ich rozgania, gdzie dopadnie, i srodze pilnuje. 
-Wjt jest? 
- Zabawia drugich i najbardziej pyskuje, a Jambroy take. 
-Jeszcze by nie, kiej na takim weselu s, u takiego gospodarza! Nie wiesz, co u Antkw? 
-zapyta cicho. 
-Jake, skoczyam do nich na zmroku, dzieciom poniesam misa, plackw, to chleba... 
Z chaupy me wypdzi i ciepn za mn, com przyniesa... Zawzi si silnie i taki zy, taki 
zy... a bieda u nich w chaupie i ten pacz... Hanka ino si kci z siostr, e si ju pono i do 
kudw bray. 
Nie odrzek na to, nos ostro wyciera, a prdzej dycha jako. 

-Jzia - rzek po chwili - klacz postkuje jako i pokada si ju od wieczora, pewnie jest 
na orebieniu...trza by przypilnowa. Picie jakie narzdzi. Jak to se stka! Biedota kochana, 
a ja nic nie potrafi pomc...okrutniem saby... bez mocy cakiem... 
Zmczy si i zamilk, i jakby zasypia. 
Jzka odesza spiesznie. 


- Cesiu! Ce, Ce... - zawoa przytomniejc. 
Klacz zaraa przecigle i rzucia si na uwizi, a acuch zabrzcza. 
- Podjem se cho raz do syta! Dostaniesz, piesku, swoje, dostaniesz, nie skomlij ino... 
Wzi si ostro do kiebasy, ale nie mg, nie chciao mu si zupenie, roso mu w ustach. 
- Mj Jezus, tyle kiebasy, tyle misa... a nie mog...cakiem nie mog. 
Darmo probowa, oblizywa, wcha. nie mg, rka mu opada bezsilnie, chowa wic 
pod som, nie puszczajc z garci. 

- Mj Boe, tyla tego, e nigdy w yciu nie miaem, a nie mog. 
ao cisna mu dusz i zy pocieky po twarzy, paka rzewnie, a sizanosi, jak to 
dziecitko ukrzywdzone. 

- Potem se zjem, odpoczn nieco i bal se sprawi - pomyla. 


Ale i potem nie mg, zapada w sen, nie popuszczajc kiebasy z garci, nie czujc jednak, 
e apa mu j po cichu obgryza... 

Otrzewia nagle, bo po wieczerzy muzyka gruchna w chaupie z tak moc, a ciany 
stajni drygay i przestraszone kury gdakay z chleww. 

Wrzaski buchny we wiat i pryskay od domu niby te ognie czerwone w noc ciemn, 
niby grzmoty buchay po stajni. 

Hulanka tam ju sza siarczysta, miechy, wesoo, zabawa, a raz w raz ziemia dudniaa 
od przegonw i pisk dzieuszyn rozdziera powietrze. 

Kuba nasuchiwa zrazu, ale rycho zapomnia o wszystkim, sen go bra i nis w m jak 
wrzawliw, jakby pod wody szumice... na dno rozwytych wichur borw. 

A gdy wesele ostrzej luno wrzaw i trzaski houbcw, bitych zapamitale, dom zda si 
roznosiy, budzi si nieco, wychyla dusz z ciemnicy, podnosi z niepamici, wraca z dale-
koci przeraajcych i sucha. 

A czasem je probowa albo szepta cicho, serdecznie: 

-Ceka, Ce, Ce! 
Ale ju dusza wychodzia z niego powoli i niesa si we wiaty, jako ten ptaszek Jezusowy, 
koowaa jeszcze bdnie, oderwa si nie moga jeszcze, e przywieraa czasami do ziemie 
witej, by odpocz z utrudzenia, utuli swj pacz sierocy we wrzawie ludzkiej; midzy 
kochane zachodzia, wrd ywe sza, do bratw woaa aonie i u serc prosia pomocy, a 
moc Jezusow skrzepiona i miosierdziem, niesa si na jakie pola wioniane, na te Boe 
ugory ogromne, nieobjte, wieczn wiatoci oprzdzone i weselem wiecznym. 

I wyej leciaa, dalej, dalej, a tam... 

...A tam za, gdzie ju nie dosyszy czowieczego pakania ni aosnego skrzybotu duszy 
wszelkiej... 

...Tam za, gdzie ino pachnce lilie wion, gdzie kwietne pola miodn sodkoci szumi, 
gdzie ciekn rzeki gwiezdne po dnach barwionych rzsicie, gdzie wieczny dzie. 

...Tam za, gdzie ino ciche modlenie pynie i dymy pachnce wlek si cigiem, jako te 
mgy, dzwonki brzcz i organy cicho graj, i wita ofiara odprawuje si cigle, i nard ju 
bezgrzeszny, i anioowie, i wici popiewuj splnie chwa Pask, w ten koci wity, 
niemiertelny, Boy! Gdzie ino duszy czowiekowej modli si a wzdycha, a paka z radoci 
i weseli si z Panem w wiek wiekw. 

Tam si ano rwaa dusza umczona i odpocznienia tskliwa, Kubowa dusza. 

Dom za tacowa wci i weseli si caym sercem, ochotniej nawet nili wczoraj, bo 
poczstunek by sutszy i barzej niewolili gospodarze. Wodzili si te w tanach do upadego. 

Wrzeli ju niby ten ukrop na mocnym ogniu, a co przysabli zdziebko, muzyka grzmiaa 
z now si, e jako an, uderzony wichur, ino si przyginali, brali rozmach, niecili rum nogami 
i z krzykiem szli w nowy tan, ze piewami, a huczno, tumno i ognicie. 

e ju im dusze cakiem stajay od gorcoci, krew kipiaa warem, rozum odchodzi, serca 
si zapamitay w hulance, a kady nerw dygota do taktu, kady ruch by tacem, kady 
krzyk piewem, a kade oczy weselem si jarzyy i radoci. 

I tak szo przez ca noc, do samego witania! 

A dzie podnosi si ciko i cicho, porankowe brzaski siay na wiat pospne, nieprzeniknione 
zway chmur, a ju przed samym wschodem soca zamroczyo si z naga i pociemniao, 
zacz pada nieg. Polatywa zrazu z rzadka i koujcy, jak to igliwo w dzie 
wietrzny, a si i potem roznieyo na dobre. 

nieg sypa jakby przez gste sito, pada prosto, rwno, jednostajnie, bez szelestu i pokrywa 
dachy, drzewa, poty i ziemi ca jakby podbielonym, szarawym przdziwem albo 
tym pierzem niedartym. 

Rychtyk i wesele si skoczyo, mieli si jeszcze wieczorem zebra w karczmie na poprawiny, 
ale teraz ju poczli rozchodzi si do domw. 



Tylko drubowie z druhnami i muzyk na czele zebrali si kup przed gankiem i zapiewali 
wraz jednym gosem ostatni piosneczk: 

Dobranoc pastwu modym, 
Dobranoc ! 
Dobr nock oddajemy, 
Sami suk ostajemy, 
Dobranoc! 

A Kuba w ten sam czas skada dusz swoj pod wite Panajezusowe nki. 



TOM DRUGI: ZIMA 




ROZDZIA 1 

Nadchodzia zima... 

-jeszcze si barowaa z jesieni i porykujcy tuka po sinych dalach jako ten zwierz srogi 
i godny, e nie wiada byo, kiej przeprze a skoczy i lutymi kami were si we wiat... 
- jeszcze czasami prszy nieg niky, powy - jesienny nieg... 
-jeszcze przychodziy dnie osupiae, choroci sine, ckne, stkliwe, oropiae i zgoa lamentem 
przejte, a lodowym wiatem mce - dnie trupie, e ptactwo z krzykiem uciekao 
do borw, trwoniej bekotay wody i toczyy si leniwo, jakby strachem stae, ziemia dygotaa, 
a wszelaki stwr podnosi czujce, lkliwe oczy na pnoc -w niezgbion topiel 
chmur... 
-jeszcze noce byy jesienne; olepe, guche, zamtne, a pene strzpw mgie i brzaskw 
gwiazd pomarych rozgnie noce dygotliwego milczenia, przeniknitego zduszonym krzykiem 
trwogi; pene wzdychw bolesnych, szamota, nagych cichoci, wycia psw, targa marzncych 
drzewin, aosnych gosw ptactwa szukajcego schronisk, strasznych woa pustek i 
rozstajw zgubionych w ciemnicy, opotw jakich lotw, cieniw zaczajonych pod cianami 
zdrtwiaych chat, pezajcych huka; zjaw przeraajcych, nawoywa nierozeznanych, mlaska 
okropnych, przeszywajcych jkw... 
-jeszcze czasami, o zachodzie, z pospnych pl oowianego nieba wyupywao si czerwone, 
ogromne soce i spadao ciko, niby kad roztopionego elaza, z ktrej buchay 
krwawe wrztki i biy dymy smoliste, czarne, poprgowane gorejcymi agwiami, e wiat 
cay stawa w unach i w poodze. 
I dugo, dugo w noc dogasay i stygy na niebie krwawe zarzewia, a ludzie mwili: 

- Zima ronie i na zych wichrach przyjedzie. 
I rosa zima, rosa co dzie, co godzina, co to oczymgnienie. 
A przysza. 
A najrychlej przyleciay zapowiednie wici. 
Jako wnet po witej Barbarze, patronce dobrej mierci, o cichym, omdlaym zaraniu, 
spady pierwsze krtkie, trzepotliwe wiatry; obleciay ziemi ze skowytem jako te psy wszce 
tropu, gryzy zagony, warczay w krzach, poszarpay niegi, potarmosiy sady, poomiatay 
ogonami drogi, wytarzay si po wodach i milczkiem urway kaj niekaj co starszych strzech 
i ogrodze i jy si zwija a ze skomleniem ucieka na bory -a po nich, zaraz na odwieczerzu, 
zaczy si wysuwa z mrokw dugie, wiszczce i jakoby kolczaste jzory wichrw. 

Wiay noc ca, a tak zasi skowyczay w polach kiej to stado zgodniaych wilkw; a 
hulay rzetelnie, bo ano rankiem ziemia ju dropiaa spod stratowanych i wyartych niegw, 
gdzieniegdzie ino po dokach i bruzdach bieliy si poszarpane paty, a zagony wieciy ysicami, 
drogi leay skostniae i przemarze, mrz za wera si ostrymi kami w ziemi, e 
dzwonia jak elazo - ale skoro dzie nasta, ucieky poszczekujc, pokryy si w lasach i w 
przyczajeniu dygotay skokiem napitym, zym. 

A niebo poczo si zaciga coraz mroczniej; chmury wypezay ze wszystkich jam, 
podnosiy potworne by, przecigay zgniecione kaduby, rozwichrzay sine grzywy, zielonawymi 
kami byskay i szy caym stadem - gron, ponur i milczc cib waliy si na niebo; 
szy od pnocy czarne, olbrzymie gry, postrzpione, podarte, spitrzono, rosochate, niby 
kupy borw podruzgotanych, przerwanych gbokimi przepaciami, zasypanych zielonymi 
awicami lodw, a pary si naprzd z dzik moc, z guchym poszumem; od zachodu, zza 
borw czarnych, nieruchomych wysuway si z wolna sine, obrzke zway, przewitujce 
gdzieniegdzie jakby ogniem, a szy jedna za drug, rzdem nieskoczonym, cigiem coraz 



wikszym, jakoby te klucze ptakw wielgachnych; za od wschodu wywlekay si chmury 
paskie, zrudziae, przekrwione, przeropiae, zgoa paskudne, kieby te cierwa przegnie i 
ociekajce posok; i od poudnia szy, ino e zwietrzae, czerwonawe, podobne do bajorw i 
trzsawisk torfowych, a pene prg i gruzw sinych, pene plam i rojowisk strasznych -jakby 
pene tego gmerzcego robactwa; a jeszcze i z gry, jakby z wygasego soca, spaday kakami 
rudnymi, to sypay si barwione jako te ule stygnce - a wszystkie szy na siebie, stoyy 
si w gry przeogromne i zalay niebo czarnym, strasznym kipitkiem bota i rumowisk... 


wiat z naga poczernia, cisza si uczynia gucha, przygasy wiatoci, sine oczy wd 
pomdlay, wszystko jakby zdrtwiao i stano w zdumieniu z przytajonym tchem, lk wion 
po ziemi, mrz przenika koci, strach chyci za gardziele, dusze pady w proch ,lute przeraenie 
zaopotao nad wszelkim stworzeniem - wida byo, jak zajc gna przez wie z rozwian 
szerci, to wrony z krzykiem przejmujcym wpaday do stod albo i zgoa do sieni, psy 
wyy po przyzbach jak oszalae, ludzie chykiem uciekali do chaup, a nad stawem biegaa 
lepa kobya z resztk wozu, tuka si o poty, o drzewa i z dzikim kwikiem szukaa stajni. 

Ciemnica si rozlewaa mtna, duszca: chmury opaday coraz niej, zwalay si z lasw 
rozkotowan gstw tumanw i toczyy si po zagonach jak te wody wzburzone, rozhukane, 
straszne -uderzyy na wie i zalay wszystko lodowat, brudn mg; naraz niebo si 
przedaro na rodku i zajaniao modrawo niby lustro studzienne, wist ostry przeszy ciemnoci, 
mgy si skbiy z naga, a z pknitej czeluci lun pierwszy wicher, a za nim ju lecia 
drugi, dziesity, setny! 

Wyy ju stadami, lay si z tej gardzieli niby rzeki niczym nie powstrzymane, rway si 
jakby z acuchw i rozskowyczon, wciek zgraj biy w chmury, rzucay si na ciemnice i 
rozwalay je do dna, przeeray na wskr i rozmiatay niby t som strupiesza. 

Wrzask poszed po wiecie, zamt, szumy, wisty, kurzawa. 

Chmury, stratowane ostrymi kopytami wichrw, uciekay jakby chykiem na bory i lasy, 
niebo si przecierao, dzie znowu zawieci oowianymi oczami, stwr wszelki odetchn z 
ulg. 

Ale wichry wiay wci, bez maa ca niedziel, a bez folgi adnej ni przestanku. Dnie to 
tam jeszcze jako tako czowiek strzyma wstrzyma, e to ino ci si wiedli na wiat, kogo 
potrzeba gnaa, drugie za po chaupach siedzieli i koca wygldali, ale noce byy nie do wytrzymania, 
a przyszy akuratnie jasne, rozgwiadone i w grze ciche, ino na ziemi wichura 
odprawiaa diabelskie gody, jakby si naraz ze sto chopa obwiesio, e i zasn nie byo 
mona, jake, kiej szy takie ryki, trzaski, omoty i hurkotania, jakby tysice pustych wozw a 
w pdzie najwikszym przejedao po grudzie, a te ttenty, od ktrych ziemia draa, a te 
hukania Bg wie czyje, te wrzaski, te wycia! 

Chaupy trzeszczay, bo raz w raz wichura para barami ciany, tuka si o wgy, podwaaa 
okapy, za przyciesie si braa, w drzwi tuka jakby bem, e niejedne puciy, szyby 
gnieta, a trza byo wrd nocy wstawa i przytyka poduszkami, bo dara si do wntrza z 
kwikiem kiej ta winia uprzykrzona, a tak praya zibem, i ludzie pod pierzynami, a kostnieli! 


Co si nard nacierpia przez te dnie i noce, to i nie wypowiedzie! 

A co szkd narobia, to i nie zliczy: poobalaa poty, powydzieraa poszycia, u wjta 
prawie now szop przewrcia, Bartkowi Kozowi wzia dach ze stodoy i poniosa w pola o 
dobre p stajania, Winciorkom komin zwalia, we mynie udara kawa dranicowego dachu, a 
co strat pomniejszych! Co drzew wyamaa w sadach i borach! Na wielkiej drodze wyrwaa 
cosik ze dwadziecia topoli, e pady w poprzek kiej te trupy srodze pomordowane i obdarte. 

W te wiejne i wrzaskliwe dni Lipce byy jakby wymare; wichura hulaa po drogach z tak 
moc, e kto si ino wychyli z chaupy, wnet go przycapiaa za eb i walia, gdzie popado 

-w rowy, o drzewa, na poty ciepaa, a nawet Jaka Przewrotnego zwiaa z mostu do stawu, 


e ledwie si chopak wygramoli, a da wci, sypaa piaskiem i niosa gazie, wiry, snopki 
z dachw, czasem i wierzch pomniejszy, e leciay w kurzawie niby te ptaszyska rozgonione 
i tuky si o ciany, we wiat gnay! 

Najstarsi ludzie nie baczyli tak swarliwych i uprzykrzonych wiatrw. 

Gnietli si te po zadymionych chaupach i swarzyli z cknoci niemao, bo ciko byo 
nosa pokaza za wgie , tyla e niecierpliwsze kobiety przebieray si raz w raz chykiem 
pod potami, niby to z kdziel szy do kum a gwnie, bych pomle ozorami a nawyrzeka; 
chopy za mciy zawzicie, spoza przywartych wrtni stod biy cepy od rana do pnego 
wieczora, mrz owarzy zboe. to acniej si uszczyo, a ino na odwieczerzu, kiej wichura 
nieco folgowaa, niejeden z parobkw przemyka si z wiartk jak do karczmy. 

A wichry wci jednako wiay i gryzy mrozem coraz krzepciej, e ju od tej wiejby pozamarzay 
rzeczki i strugi, bagna stay, staw nawet pokry si przejrzystym, modrym prawie 
lodem, tyle e ino przy mocie, gdzie gbiej byo, woda si jeszcze burzya i nie dawaa, ale 
brzegi leay ju skute na moc, e trzeba byo przyrble ci dla wodopojw. 

Dopiero przed sam wit ucj przysza odmiana. 

Mrz sfola i ocieplio si zdziebko, wichry jakby zdychay, bo ino od czasu do czasu 
przedmuchny wiat, ale ju mitsze i nie tak swarliwe, niebo za si wyrwnao kieby to 
pole zbronowane, a pokryte wielgachn siw, zgrzebn pacht, a tak nisko si opucio, i 
jakby si na przydronych topolach wsparo. Ale pospnie byo, szaro i gucho. 

A skoro jeno przedzwonili na poudnie, zmroczao si nieco i j pada nieg duymi 
patami, a sypa gsty, bo wnet opierzy wszystkie drzewa i wyniosoci. 

Noc si rychlej zrobia, ale nieg nie przestawa, sypa coraz gciej, suchszy nieco a 
sypki, i tak ju przez ca noc pada. 

Na witaniu byo ju niegu na dobre trzy pidzie, do cna przyokry kouchem ziemi i 
przesoni wiat cay modraw bianoci, a lecia wci, bez przestanku. 

Taka cicho pada na ziemi, e ani jeden powiew nie zadrga, ani jeden dwik si nie 
przedziera wskro tych spywajcych puchw, nic, zamilko wszystko, ogucho, jakby przed 
cudem stano i przychylone nieco zasuchao si uroczycie w tym ledwie wyczutym szelecie, 
w tym locie cichym, w tej biaoci martwej, rozdrganej i opadajcej nieustannie. 

Biaawa ma si czynia, rosa, stawaa; biay, migotliwy, niepokalany brzask sypa si by 
ta wena najbielsza, najmiksza, najliczniejsza; suy si gstw nieprzeliczon by ta zamarza 
powiata, jakoby wszystkie gwiezdne wiatoci, zakrzepy w szron i starte lotem podniebnym 
na proch, wiat zasypyway, przysoniy si rycho bory, przepady pola, e ani okiem uchwyci, 
zginy drogi, roztopia si wie caa i wsikna w t biao cudn, w ten olepiajcy 
tuman, a w kocu nie byo ju dla oczw nic widne, prcz tych strug nieystego pyu, spywajcego 
tak cicho, tak rwno, tak sodko, kiej te winiowe okwiaty w noc miesiczn. 

Na trzy kroki nie dostrzeg chaupy ni drzewa, ni potu ni czyjej postawy, ino gosy ludzkie 
latay w tej bieli kiej osable motyle, a mylnie, bo nie wiada skd pynce, dokd - a coraz 
sabiej si trzepotay, coraz ciszej... 

I tak sypao dwa dni i dwie noce, e w kocu zasypao chaupy, i si wznosiy jako te 
niegowe kopice, buchajce brudnymi kotunami dymw, drogi si wyrwnay z polami, sady 
byy pene po wrby potw, staw cakiem zgin pod nawa, biaa rwnia, nieobjta, chodna, 
nieprzenikniona, puszysta i cudna pokrya ziemi, a nieg wci pada, tylko e ju coraz 
suchszy i rzedszy, to nocami przedzieray si gwiezdne migoty, a w dzie modrzao niebo 
gdzieniegdzie wskr tych polatujcych padzierzy biaych i powietrze stawao si suchliwsze, 
gosy dary si ostro przez gstw, rano, hukliwie. Wie jakby si przebudzia, ruch powsta, 
kto niekto wyjeda saniami, ale zawraca rycho, bo drogi byy nie do przebycia; 
gdzieniegdzie przekopywali cieki midzy chaupami, odwalali niegi sprzed drzwi, wywierali 
na cieaj obory, rado przejmowaa wszystkich, a ju dzieci to szalay z uciechy, psy 
naszczekiway wszdzie, polizyway niegi i ganiay wsplnie z chopakami. Zaroio si na 



drogach, wrzaski si podniesy w opotkach, krzyczeli a bili si niegukami, a tarzali w 
mikkim, puszystym niegu, a bawany okrutne czynili, a saneczkami si cigali, e te ich 
piski ucieszne i przegony zapeniy wie ca, a Rocho zaprzesta nauczania w ten dzie, bo 
nie mg nikogj utrzyma przy lementarzu. 

Co trzeciego dnia, o samym zmierzchu, nieg przesta pada, prszyo jeszcze niekiedy, 
ale tak jakby kto worek z mki wytrzepywa nad wiatem, e i zna nie byo, ale niebo spochmurniao, 
wrony tuky si koo domw i przysiaday na drogach, a noc si zacigna bezgwiezdna, 
oowiana, tymi niegami omroczonymi rozbielona, a taka cicha, zakrzepa i martwa, 
jakby ju cakiem z wszelkiej mocy wyzuta. 

-Choby i ten najlekciejszy wiaterek, a zakurki bd - szepn rankiem, na drugi dzie, 
stary Bylica wyzierajc przez okienko. 
- Niech ta bd, zarwno mi jedno! - burkn Antek dwigajc si z pocieli. 
Hanka zaegaa ogie w kominie i wyjrzaa przed sie. Wczenie byo, koguty piay po 
wsi, mrok lea gruby jeszcze, jakby kto wapno zmiesza na poy z sadz i przytrzsn wiat, 
e nie rozezna ni drzew, ni chaup, ni dalekoci, ino na wschodzie tliy si brzaski niby te 
spopielae zarzewia, a na ziemi leaa gboka cicho i chd surowy wion. 

W izbie te by zib przenikajcy, wilgotny, a tak chwytliwy, e Hanka wzua trepy na 
bose nogi, w kominie ledwie si tlio, bo jaowcowa wieyzna ino trzeszczaa i dymia, a 
Hanka ucibna drzazeg z jakiej deski, to somy podtykaa, e wreszcie gazie si zajy 
pomieniem i rozwietliy nieco. 

-Naleciao go tyla, e i na ca zim starczy -zagada znw stary wychuchujc szybk, 
obronit zielonawym, grubym lodem, bych w wiat popatrze. 
Starszy chopak, ktremu ju byo na czwarty rok, zacz chlipa w ku, a z drugiej 
strony domu, z mieszkania Stachw, rozbrzmieway ostre gosy ktni, wyrzeka i piski dzieciskie, 
i trzaskanie drzwiami. 

-Weronka swoim pacierzem dzie zaczyna! -szepn urgliwie Antek okrcajc nogi 
nagrzanymi przed kominem onuczkami. 
-Przyuczya si trajkota, to i trajkocze, chocia nie potrza, ale to nie bez zo, nie... - jka 
cicho stary. 
-A juci - dzieciska te tucze nie bez zo?... Abo Stachowi nie da dobrego sowa, ino 
cigiem huruburu, jak na tego psa, to pewnie z dobroci? -mwia Hanka przyklkajc do 
koyski, by da piersi modszemu, ktren te popakiwa a kulasami grzeba. 
-Ile? - trzy niedziele, jak u waju siedzimy w chaupie, a to i dzie jeden oby si nie oby 
bez wrzaskw a bijatyki, a tego kynienia! Pies to, nie kobieta! A Stacho ciamajda i pozwala 
sobie koki ciesa na bie, robi jak w, a gorzej ma od psa. 

Stary spojrza lkliwie, chcia nawet co rzec w obronie, gdy wanie drzwi si otwary 
od sieni i Stacho wrazi gow wraz z cepami, co je nis na ramieniu. 

-Antek, chcesz i do mocki? Organista powiedzia, bym sobie dobra kogo do jczmienia, 
a suchy i dobrze, letko si otrzaskuje... - napiera mi si Filip, ale jeeli chcesz... to juci, 
zarb sobie... 
- Bg zapa, wecie Filipa, ja ta u organisty wyrabia nie bd. 
- Twoja wola! Panu Bogu oddaj. 
Hanka a si zerwaa na odpowied Antkow, wnet jednak przychylia si i wtulia gow 
w kolebk, by ez nie pokaza i tego strapienia! 

-Jake, taka zima, taka skrzytwa, taka bieda, e yj jeno ziemniakami ze sol, grosza 
jednego nie ma, a on robi nie chce! Cae dnie przesiaduje w chaupie, papierosy kurzy i duma! 
albo znw gania po wiecie, jak ten gupi, za wiatrem chyba! Mj Boe, mj Boe! -jkaa 
bolenie. -Ju nawet Jankiel nie chce borgowa, krow przyjdzie sprzeda, c?.. Upar 
si to i sprzeda, a do roboty si nie wemie... Juci, prawda, e mu to i nijako na wyrobek i, 
markotno, ale co pocz, co? eby to ona chopem bya, mj Boe, nie aowaaby pazurw, 


a to choby kulasy po okcie urobi, bych ino krowy nie sprzeda, bych ino zwiesny doczeka, 
zim przetrzyma... A1e co ja uradz, biedna, co?... - Rozskrzypiaa si jej tak dusza, e 
rady da sobie nie moga. 

Wzia si do zwykych, codziennych obrzdkw a ukradkiem spozieraa na ma, ktren 
siedzia przed kominem, okrci w po koucha starszego chopaka i ociepla mu nota doni 
nagrzewan, patrzy ponuro w ogie i wzdycha; stary pod oknem obiera ziemniaki. 

Milczenie przykre, niepokojce, przesycone tajonymi alami, wezbrane dawicym uczuciem 
ndzy, motao si midzy nimi. Nie spogldali sobie w oczy, nie przemawiali, sowa 
wizy w strapieniach, umiechy zgasy, w oczach byskay tumione wyrzuty, a w bladych, 
wyndzniaych twarzach widniaa gorycz, ale si snuy, a zarazem harda , elazna nieustpliwo. 
Przeszo ju trzy tygodnie od wypdzenia z ojcowej chaupy i tyle dni dugich, tyle 
nocy , a nie przepomnieli oboje jeszcze niczego, nie przeboli krzywdy ni opamitali si w 
zawzitoci - tak mocno czuli, jakby si to stao w tym oczymgnieniu. 

Ogie trzaska wesoo, ciepo si rozlewao po izbie, a ld na szybach topnia i te smugi 
niegu, nawianego szparami, tajay pod przyciesiami, a gliniany tok poci si i opywa ros. 

-Przyjd te ydy? - spytaa wreszcie. 

- Powiedziay, e przyjd. 
I znowu ani sowa wicej. ,Jake, ktre miao rzec pierwsze i co? -Hanka?... Kiej si 
bojaa gby ozewrze, bych te ale nabrane w serce nie luny z niej choby i poniewoli! -
Nie, taia wszystko w sobie i powstrzymywaa, jak moga. Antek? C mia powieda? e mu 
le? I bez tego wiadomo, a do przyjacielstwa nie by nigdy skory i do ugwarzania si, choby 
i z kobiet swoj, ochoty nie mia! Jake tu i mwi , kiej dusz przeeraa nienawi, kiej za 
kadym wspominkiem serce mu si kurczyo z bolenia, a pazury si rozczapierzay tak zoci, 
e choby na ca wie, a gotw si by rzuci!... 

Ju nie nosi sodkich wspominkw o Jagnie, jakby jej nigdy nie miowa, jakby nie bra 
w te same rce, ktrymi teraz gotw by j rozdziera. Ale alu do niej nie mia. 

-Kobieta niektra jest jako ten pies zwleczony, pjdzie za kadym, kto ino wiksz skibk 
przynci abo i kijem postraszy. -Myla o niej, nieczsto jednak, bo mu gina w pamici 
pod nawa krwawicych, ywych i bolesnych uraz do ojca. Stary by winowaty, ociec to by 
tym krzywdzicielem, tym oskiem, ktren si wbi w samo serce i bola coraz ostrzej, przez 
niego to wszystko, przez niego! 
I zbiera, zgarnia w siebie wszystko zo, wszystkie krzywdy, jakich dozna, i przepowiada 
e jako ten pacierz niezapomniany! Raniec ci to by bolesny i jtrzcy, ale go sobie 
przewczy przez serce, bych jeszcze lepiej zapamita! 

O swoj bied nie sta, chop zdrowy, to byle mia dach nad gow, wicej mu nie potrza, 

o dzieciskach niech kobieta zabiega, ale sama czysta krzywda go pieka kiej ogie i rosa 
wci, rozrastaa si w nim niby ta parzca pokrzywa! Bo i jake, trzy niedziele dopiero, a ju 
si caa wie odwrcia od niego, jakby go nie znali, jakby przybda by ze wiata, omijali go 
kiej zapowietrzonego, nikt nie zagada, do chaupy nie zajrza, nie poaowa, dobrego sowa 
nie da - a jak na tego zbja spogldali. 
Nie to nie, naprasza si nie bdzie, ale i po ktach kry nie bdzie ni ustpywa nikomu z 
drogi! Kiej na udry, to na udry! Ale dlaczego to wszystko? e si z ojcem pobi?... Pierwszy 
raz to we wsi czy co! Czy to Jzek Wachnik nie bije si co dni par?... Czy to Stach Poszka 
nie przetrci kulasa swojemu? A nikt im marnego sowa nie powiedzia, ino jego postponuj, 
bo na kogo Pan Bg, 

to i wszyscy wici. Starego to robota, starego ale zapacone mia bdzie za wszystko, 
zapacone. 
Jeno dycha odemst i myleniem o niej, a cay ten czas y w gorczce i niepamici; do 
roboty si nie bra, o biedzie nie myla, w jutro nie patrzy, ino si po tych mkach cikich 



tula i dar w sobie. Nieraz nocami zrywa si z pocieli i lecia na wie, bka si po drogach, 
w ciemnicach si kry i marzy zemst srog, poprzysiga, i nie daruje swojego. 

niadanie zjedli w cichoci, a on wci siedzia osowiay i przeuwa te wspominki kiej 
oset kolcy a gorzki. 

Dzie si ju duy zrobi, ogie przygas, a przez odmroone nieco szybki bio biaawe, 
zimne wiato niegw; lodowe, smutne brzaski roztrzsy si po ktach i obnayy izb, e 
stana w caej ndzy. 

Mj Boe, Borynowa chaupa dworem si widziaa przy tej ruderze; co chaupa, nawet 
obora ojcowa sposobniejsz bya la ludzi. Chlew to przegniy, nie dom; kupa zmurszaych 
bali, nawozu i miecia zgniego. Ni jednej deski na ziemi, gliniany tok peen wybojw, bota 
przymarzego i mieci wdeptanych, e niech ino odgrzao od komina, to smrd bi gorszy 
nili z gnojwki, a z tego trzsawiska dwigay si ciany spaczone, struchlae, przegnie, e 
wilgo laa si po nich, a w ktach mrz trzs siw brod; ciany pene dziur, pozapychanych 
glin, a miejscami som z. nawozem! A niski puap wisia kiej to stare sito podarte, e somy 
opajczonej wicej w nim byo nili desek. Jedne sprzty i statki, co co nieco przykryway 
t ndz, a te par witych obrazw na cianach, za drg z ubierem rozwieszonym i skrzynia 
przysaniay przegrod chrucian, za ktr mieciy si krowy. 

Hanka, chocia powoli, a rycho obrzdzia gospodarstwo; juci, niewiela tego byo; krowa, 
jaowica, prosiak, gskw par i kurkw, to i caa parada, i bogactwo cae. Ubraa chopakw, 
e wnet si przetoczyli do sieni zabawia z Weronczynymi dziemi, wrychle te jazgoty 
a wrzaski szy stamtd, a sama przygarniaa si nieco, jako e kupcy przyj mieli i na 
wie trza byo i. 

Wanie chciaa si z mem naredzi i co nieco pogada przdzi o tej sprzeday, ale 
nie miaa zacz, bo Antek wci siedzia przed wygasym kominem, zapatrzony gdziesik, 
ponury, a strach j oblecia. 

-Co mu jest? - Zezua trepy, bych go ino nie jtrzy haasem, ale coraz czciej spozieraa 
na niego z trwoliw czuoci i niepokojem. 
-Ciej mu, bo nie taki kiej drugie, ciej -mylaa i okrutna ch j wzia zagada, popyta, 
uali si nad nim, ju przystana z boku, ju miaa to dobre sowo w sercu wzruszonym 
- nie miaa jednak. Jak tu i rzec byo, kiej na ni nie zwaa, jakby cakiem nie widzia 
nic koo siebie! Westchna bolenie; nieletko jej byo na duszy, nie - nie drujko czua ano 
w sercu miodow, a ten gorzki pioun! Mj Jezu, inaczej maj drugie, choby i te komornice, 
a lepiej. - A tu na jej gowie wszystko ley, turbuj si, zabiegaj, starunek o wszystkim miej, 
kopocz si, ani zagada do kogo, ni si przed kim wyali! Niechby j skrzycza, niechby 
nawet i zbi, wiedziaaby, e w chaupie jest chop czujny, nie drewno. A ten nic, czasem 
burknie kiej pies zy abo i spojrzy, e jakby kto mrozem obla dusz -ani przemwi do niego, 
ni przystpi z tym szczerym sercem, jak to zwyczajnie bywa w maeskim stanie abo i 
w przyjacielstwie. Hale, powiesz co, ualisz si, juci! Co mu ta kobieta, co ona tyla, bych 
chaupy pilnowaa, je uwarzya i dzieciskw strzega. Abo to dba o co?... Bo to kiej przyhoubi, 
popieci, dobroci zniewoli, przygarnie mocno, ugwarzy si! Nie stoi on o to wszystko, 
nie! Ino si cigiem myleniem grno nosi, jak obcy zachowuje, e i nie wie, co si wedle 
niego dzieje! A ty, czowieku, sama bierz wszystko na swoj gow, sama cierp, wydzieraj 
si, turbuj, a jeszcze ci i tym dobrym sowem nie odpaca!... 
Nie moga ju powstrzyma bolesnego zalewu aoci ni ez, ucieka do krw, za przegrod, 
wspara si na obie i cicho chlipaa, a gdy krasula pocza sapa i liza j po gowie i 
plecach, buchna gon skarg... 

-I ciebie zbraknie, bydltko, i ciebie... przyjd tu wnet... starguj... postronek ci za rogi 
zao... poprowadz... we wiat ci powied, ywicielko nasza... w cay wiat!... -szeptaa 
obejmujc j za szyj i tulc rozbola dusz do tego stworzenia czujcego. Nie powstrzymywaa 
jkw ni paczu, bo wstawa w niej nagy, mocny bunt. Nie, tak by nie moe duej, 


krow sprzedadz, je nie ma co, a on siedzi, roboty nie szuka, do mcki, cho prosz, nie 
idzie, a choby i ten zoty groszy dwadziecia zarobi na dzie, na sl by byo, na okras, kiej 
ju i tej kapki mleka zbraknie! 

Wrcia do izby. 

- Antek! - powiedziaa ostro, miele, gotowa wszystko wypowiedzie. 
Podnis na ni ciche, zaczerwienione oczy i tak spojrza smutnie a aonie, e jej dusza 
struchlaa, opad j gniew, a serce zatuko si litoci... 

- Mwie, by przyszli po krow? - rzeka cicho i dziwnie mikko. 
- Pewnie ju id, bo tam na drodze co pieski jazgocz... 
- Ni, w Sikorowym obejciu naszczekuj - powiedziaa wyjrzawszy. 
- Przed poedniem si obiecali, to ino ich patrze. 
- Musimy to przeda, co? 
-Jake, grosza potrzeba, paszy te la dwch nie starczy... musimy, Hanu, c poredzi... 
szkoda krowy... juci... ale kto nie ma grosza, nie umacza i nosa... - mwi cicho i z tak dobroci, 
e Hance stajaa dusza, a serce zaczo si trzepota radoci i nadziej; patrzya mu w 
oczy jak ten pies wierny i suchliwy, e ju w tym oczymgnieniu nie aowaa krowy ni niczego. 
Spogldaa ino pilnie, bez udrki w t twarz umiowan, a suchaa tego gosu, co jak 
ogie szed przez serce i rozgrzewa j dobroci i rozczuleniem. 
-Juci, e trzeba... Jaowica ostanie, ocieli si jako w ppocie, to si jeszcze tej kapki 
mleka doczekamy przywtrzya, byle ino on mwi dalej. 
- A jakby zbrako paszy, to si dokupi. 
-Owsianki cheba, bo ytniej starczy do zwiesny. Ociec, odwalcie kopczyk, trza zajrze, 
czy ziemniaki nie przewiane. 
- Siedcie, za cika la was robota, ja odkopi. 
Podnis si, zdj kouch, zabra opat i wyszed przed dom. ' 
niegu byo prawie rwno z dachem, bo dom sta na wydmuchu, za wsi prawie, o dobre 
staje od drogi, a nie osonity ni potem, ni sadem, kilka dzikich, pokrconych trzeni roso 
przed oknami, ale tak byy zasypane, e ino gazie wysuway si ze niegu, kiej te palce choroci 
poskrcane. Sprzed okien to tam stary jeszcze do dnia nieg przekopa, za kopczyk z 
ziemniakami tak zawiao, e ani go byo rozezna spod niegw. 

Antek wzi si ostro za robot, bo niegu byo na chopa, a chocia wiey, ulea si ju 
i sta nieco, e trza go byo kraja w cegy; zapoci si te niezgorzej, nim odwali, ochotnie 
jednak robi i by dobrej myli, bo raz w raz rzuca pecyn na dzieci, baraszkujce przed progiem, 
ino chwilami, gdy mu si przypominay udrki dawne, mdlay mu rce, zaprzestawa 
roboty, wspiera si grzbietem o cian i nis oczami po wiecie. Wzdycha i znowu si bka 
dusz jak ta owca zgubiona w noc ciemn. 

A dzie by chmurnawy, szarawy, a przebielone niebo wisiao nisko, niegi rozcielay 
si grubym, puszystym kouchem i leay, jak okiem sign, modraw i oguch, martw 
rwni; mgliste i przejte staymi szronami powietrze przesaniao wiat wszystek niby 
przdz; e to chaupa Bylicowa bya jakby na wzgrku, to wie widniaa kieby na doni; rzdy 
kopic abo i tych kretowisk nienych siedziay w podle siebie i wiedy si dokoa zasypanego 
stawu , ani dojrza gdzie chaupy caej, wszystkie znikny pod niegiem, kaj niekaj 
ino czerniay ciany stod, kbiy si rude torfowe dymy, to szarzay drzewiny pod niegowymi 
czapami, ino gosy rano si rozlegay w tych biaociach, leciay z koca w koniec 
wsi, a monotonne capanie cepw dudniao gucho jak gdyby spod ziemi. Drogi leay puste i 
zasypane, a na zanieonycn polach ni ywa dusza nie majaczya, nic ino ta przeogromna 
pustka biaa i martwa, zastyga w niegach. Przemglone dale tak si stapiay, e ani rozezna 
byo nieba od ziemi; jedne lasy modrzay nieco z bielm, jakby tam chmura wisiaa. 



Ale Antek niedugo si bka po nienym pustkowiu, nawrci znowu oczy na wie, za 
ojcow chaup goni, nie zdy za i pomyle, bo Hanka ano wlaza do dou i stamtd 
skrzeczaa. 

-Nie przemarzy! Wachnikom tak wiatry przezibiy, e z p dou musieli winiami 
spa, a nasze zdrowe. 
- A dobrze. Wyjd no, widzi mi si, e id ydy! Trza krow wywie przed dom! 
- Juci, e ydy, a nie kto drugi, juci, e te zapowietrzone! - zawoaa ze zoci. 
Jako od karczmy, przez drk, do cna zasypan i ledwie co poznaczon Stachowymi 
trepiskami, kopao si dwch ydw, juci, e pieski prawie z p wsi goniy za nimi z wielg 
uciech i szczekaniem, a tak zajadle dobieray si do nich, a Antek wyszed naprzeciw i 
obroni 

-Jak si macie, no? Spnilim si, bo takie niegi, takie niegi! Ani przej, ani przejecha, 
wiecie? A w boru to ju szarwarkiem przekopuj drog! 

Nic si nie ozwa na ich gadanie, ino do izby poprowadzi, by si nieco rozgrzali. 

Hanka za wytara krowie ognojone boki, oddoia mleko, co si jej tam od rana uzbierao, 
i przewieda przez izb na dwr. Krowa si opieraa, sza niechtnie, a przestpiwszy prg 
wycigaa gbul, wchaa, to nieg ja zlizywa, a ni std, ni zowd zaryczaa przecigle, 
cicho a aonie, i tak si rwaa z postronka, e ledwie j stary udziera. 

Hanka ju nie moga tego przenie, al j przej szrogi i tak widrujcy, a buchna 
paczem, a za ni i dzieci czepiajc si matczynego weniaka uderzyy w krzyk i lament! Antkowi 
te nie byo wesoo, nie, ino zby zasiek, wspar si o cian i patrzy na wrony, co si 
zleciay na rozgrzebany z dou nieg, a handlarze za szwargotali midzy sob i wzili krow 
maca a oglda ze wszystkich stron. 

Juci, e Antkom zrobio si w sercach kiej na pogrzebie, ae si odwracali od bydltka, 
co prno si targao na uwizi, darmo wykrcao do gospodarzy wybauszone i zestrachane 
oczy, darmo porykiwao gucho. 

-Jezu!... Na tom ci, krwko, pasa, na tom zabiegaa, na tom starunek o tobie miaa... by 
ci na rze powiedli...na zatracenie... - lamentowaa Hanka tukc gow o cian, a dzieci te 
w paczliwy wtr biy. Ale po prnicy lamenty a pacze, na darmo, bo musu, czowiecze, nie 
przeprzesz, doli nie przemoesz ni tego, co by ma... 
- Co chcecie? - spyta wreszcie starszy, siwy yd. 
- Trzysta zotych. 
- Trzysta zotych za t chabanin! Wy, Antoni, chory jestecie czy co? 
-Ty mi od chabanin na ni nie pyskuj, by czego nie oberwa! Widzisz go, krowa moda, 
na pity rok ledwo idzie, spana - wrzeszczaa Hanka. 
- Sza... sza... w handlu gniewu nie ma o to sowo... bierzecie trzydzieci rubli? 
- Powiedziaem swoje! 
- I ja mwi swoje, trzydzieci jeden... no, trzydzieci jeden i p... no, trzydzieci dwa dajcie 
rk... no, trzydzieci dwa i p... zgoda? 
-Rzekem. 

- Ostatnie sowo, trzydzieci i trzy! Nie, to nie!- powiedzia flegmatycznie i oglda si za 
swoim, kijem, a starszy zapina chaat. 
-Za telachn krow!... A dy bjcie si Boga, ludzie...krowa kiej obora, sama skra 
warta z dziesi rubli... za telachn krow... oszukace... Chrystobije... - jka stary oklepujc 
krow, jeno e nikto nie zwaa na niego. 
ydzi rozpoczli zajade targi, Antek te sta twardo przy swoim, opuci co nieco, ale 
niewiela, bo po prawdzie krowa bya duo warta, i eby tak na zwiesn i gospodarzowi sprzeda, 
dostaby pidziesit rubli jak nic. Ale gdzie mus pogania, tam bieda za orczyki cignie ydy 
dobrze o tym wiedziay i chocia wrzeszczeli coraz goniej i coraz zapalczywiej bili w 
Antkow do na zgod, przyrzucali mao wiele, najwyej po p rubla... 



Ju byo tak, e odchodzili zagniewani, ju Hanka krow cigaa z powrotem do zagrody, 
i nawet Antek si rozsierdzi i gotw by sprzeday poniecha, ale kupcy wrcili i jak zaczli 
krzycze, handryczy a przysiga, e wicej da nie mog, a w rce przebija i krow znowu 
penetrowa, tak i stana zgoda na czterdziestu rublach i dwch zotych postronkowego la 
Bylicy. 

Wypacili zaraz na rk; stary powid za nimi krow do sa, ktre czekay przed karczm, 
Hanka za z dziemi odprowadzaa krasul a do drogi, a co troch to j gadzia po gbuli, 
to pokadaa si na niej, a oderwa si nie moga od bydltka ni przyciszy frasunku i 
aoci... 

Jeszcze na drodze przystana za ni i pomstowa z caej duszy na tych tkw niechrzczonych! 


Tyl krow straci, to i nie dziwota, e kobiecie zagraa wtroba pomst. 

-Jakby kogo z chaupy na mogiki wywieli, tak pusto -rzeka z nawrotem i co troch 
zagldaa do pustej zagrdki, to przez okno patrzaa na ciek zdeptan, poznaczon ajnem i 
ladami kopyt, a raz w raz wybuchaa paczem i wyrzekaniem: 

-Przestaaby, a to jak to ciele buczy i buczy!-krzykn Antek siedzc przed rozoonymi 
na stole pienidzmi. 
-Kogo nie boli, temu wszystko powoli. Nie bolaa ci bieda, kiej krow zmarnowa i 
ydom na rze wyda! 
- Hale, ozedr si pewnie i z lelit ci pienidze wypuszcz, co? 
-Jak te ostatnie komorniki ostalim, jak te dziadaki, ani tej kapki mleka, ani pociechy 
adnej! Tylem si dorobia na swojem, tyle! Mj Jezu! Mj Jezu! Drugie zabiegaj, jak te 
woy orz i jeszcze co do domu przykupuj, a ten ostatni krow, com od ojcw dostaa, 
sprzedaje...Ju chyba ostatnia marnacja przyjdzie, ostatnia! - zawodzia nieprzytomnie. 

-Rycz, to ci ano ode ba odcignie, jake gupia i wyrozumienia nie masz! Naci pienidze, 
popa, gdzie winna, kup, co potrza, a reszt schowaj! -podsun kupk pienidzy, a 
pi rubli papierowe schowa do pularesu. 
- Na co ci tyla pienidzy? 
- Na co? z kijem tylko nie pjd. 
- Gdzie si to wybierasz? 
- We wiat, roboty poszukam, gni tutaj nie bd! 
-We wiat! Wszdzie psi boso chodz, wszdzie biednemu wiater w kby wieje! Sama 
to ostan, co? - podnosia gos bezwiednie i gronie si przysuwaa do niego, nie zwaa na to, 
przyodzia si w kouch, pasem opasa i za czapk oglda. 
- U chopw robi nie bd, ebym mia skapie, nie bd! - powiedzia. 
- Organista potrzebuje do mocki!... 
-Hale, ciarach jeden, cioek taki, co ino na chrze bekuje a gospodarzom w garcie patrzy 
i yje tym, co uprosi lebo co wycygani, do takiego na wyrobek nie pjd... 
- Kto nie ma chci, te wie, jak wykrci! 
- Nie dogaduj! - wrzasn ze zoci. 
- Mwi ci co kiedy, naprzykrzam si, a dy robisz, co chcesz! 
-Do dworw pjd -mwi znw spokojnie -o subie si jakiej przewiem, moe od 
Godw dostan, choby 
na rataja, a pjd, byle tutaj nie mierdzie i krzywdy na oczach nie mie cigiem, bo nie 
zdzier... Do mi tego, do mi tego ludzkiego politunku i tego patrzenia kiej na parszywego 
psa!... We wiat i, gdzie oczy ponies, byle ino z dala... byle ino prdko!... - zacz krzycze 
i unosi si. 

Hanka zamara w przeraeniu i staa bez ruchu; jeszcze go takim nie znaa. 

- Ostaj z Bogiem, za par dni wrc. 
- Antek! - krzykna rozpaczliwie. 


- Czego? - Ju z sieni nawrci. 
- A to nawet tego sowa dobrego aujesz... nawet tego... 
-C to, cecka si z tob bd, moe jamorowa... Nie to mi w gowie! - zatrzasn 
drzwi i poszed. 
Powistywa przez zby, wspiera si kijem i szed rano, a nieg skrzypia pod nogami, 
obejrza si na chaup. Hanka staa pod cian i zanosia si od paczu, a przez drugie okno 
wygldaa Weronka. 

-cierwa, buczy i buczy! Do tego to rozum ma!... We wiat! We wiat! - szepta i rozglda 
si dookoa, lecia oczami wskr przeszroniaych bielizn nienych. Rwaa go tsknota 
jaka, para, rzucaa przed si, e z radoci myla o innych wsiach, o ludziach nowych i 
yciu innym. Niespodzianie mu to przyszo, samo z siebie na spado i tak porwao z naga, 
jak kiedy wezbrana woda kierz saby bierze, e ani oprze si temu, ni nawrci. Dola go rzucia 
we wiat. 
Jeszcze godzin temu ani myla, e pjdzie, ani wiedzia! Samo przyszo, ze wiata, z 
wiatrem pewnie nawiaa ta ch i rozarzya mu serce niepowstrzymanym pragnieniem 
ucieczki. Wyrobek, nie wyrobek, byle ino std i... Hej! Uleciaby jako ten ptak, we wszystek 
wiat nisby si, na bory, na te nieobjte ziemice... Juci, co mu tu kapie, czego doczekiwa? 
Ju go te wspominki przeary, e dusza na wir wyscha, a co mu z tego?... Ksidz 
jest prawy, dobrze mu wyoy, e w sdzie z ojcem nie wygra; a jeszcze sporo grosza dooy. 
A z pomst poczeka w sposobniejszy czas, w sposobniejszy; jeszcze takiego nie ma, ktremu 
by darowa krzywdy... A teraz ino i przed si, gdzie bd, byle z daleka od Lipiec... 

-Gdzie by najpierwej?.. 
Stan na skrcie w topolow drog i nieco wahajco rozglda si po zgubionych w 
omgleniu polach, zimno go przejo, e zby mu szczkay i trzs si we rodku. 

-Przez wie i drog za mynem pjd... - zdecydowa prdko i skrci do wsi; nie uszed 
jeszcze i p staja, gdy usun si musia w bok pod topole - rodkiem drogi, wprost na niego 
waliy jakie sanie w kbach kurzawy, a ostro i z dzwonieniem. 
Jecha Boryna z Jagusi, sam powozi, konie rway z kopyta podrywajc sankowe pudeko 
kiej pirkiem, a stary jeszcze podcina batem, przynagla i co ze miechem powiada. Jagu 
te w gos mwia, urwaa naraz spostrzegszy Antka, wpili si oczami w siebie na 
mgnienie, na ten jeden bysk i roznieli w dwie strony, sanki przesuny si wnet i utony w 
kurzawie, ale Antek z miejsca si nie ruszy, skamienia zgoa, jeno patrzy za nimi... wychylali 
si czasem ze nieycy, to zaczerwieniy si Jagusine weniaki, to dzwonki mocniej zajczay, 
i ginli, przepadali, jakby wskr tej bielizny pdzili...pod dachem oszroniaych gazi, 
co spltane jakby sklepienie czyniy, jakoby ducht przebity w niegach, a podstemplowany 
czarniawymi pniami topoli, ktre stay z obu stron drogi i, pochylone, przyginay si niby w 
cikim, utrudzajcym chodzie pod wzgrze... Patrzy wci w jej oczy, stay przed nim, 
skrzyy si w niegach kiej te lnowe kwiatki, na drodze wyrastay wszdzie, a patrzyy zestrachane 
i aosne, zdumione a radosne zarazem, przejmujce i ywym ogniem rozbyse. 

Przygasa mu dusza, omglia si, jakby te szrony przysypay go do dna i na wskro 
przejy, e ino te modre oczy same jedne w nim janiay. Zwiesi gow i powlk si wolno, 
odwraca si raz i drugi, ale ju nic nie byo wida pod topolami, czasem jeno dzwonek zajkn 
w oddali i kurzawa zamajaczya. 

Zapomnia o wszystkim, jakby z naga dusz zgubi, pami go odesza, oglda si bezradnie, 
nie wiedzcy, co pocz... gdzie i... co si stao? -jakby w sen na jawie si pogry 
i ockn nie mg. 

Prawie nie wiedzcy nawrci do karczmy wymijajc par sa zapenionych ludmi, ale 
cho pilnie patrzy, nie rozezna nikogo. 

- Gdzie tak hurm wal? - spyta Jankla stojcego na progu. 


-Do sdu. Sprawa z dworem o krowy, o pobicie pastuchw, wiecie! Ze wiadkami jad, 
a Boryna pojecha przodem. 
- Wygraj to? 
-Po co maj przegra! Dziedzica z Woli skar, sdzi dziedzic z Rudki, to i dlaczego ma 
dziedzic przegra? A ludzie si przejad, drogi przetr, zabawi si - w miecie te potrzebuj 
nasi utargowa. Wszyscy po trochu wygraj, wszyscy. 

Antek nie sucha przekpiwa, kaza da okowitki, wspar si o szynkwas i sta tak zapatrzony 
przed si, nieprzytomny prawie, z dobr godzin, nie tknwszy nawet kieliszka. 
-Wam co jest? 

-I... co by za miao by... - pucie do alkierza. 
-Nie mona, tam siedz kupcy, wielkie kupcy, oni drug porb kupili od dziedzica, t 
na Wilczych Doach, to potrzebuj spokojnoci, moe nawet i pi. 
-A to parchw za brody powycigam i na nieg wyciepn! - krzykn i rzuci si zapamitale 
ku alkierzowi, ale od drzwi zawrci, zabra butelk i wcisn si za st, w najciemniejszy 
kt. 
Pusto byo w karczmie i cicho, tyla co tam ydy co zakrzyczay po swojemu, e Jankiel 
bieg do nich, albo kto wszed na kieliszek, wypi i wynosi si. 

Dzie si ju przetacza na drug stron, a i mrz bra musia, bo skrzypiay pozy sa na 
niegu i chd wia po karczmie, Antek za siedzia, popija z wolna, niby to medytowa, a 
zgoa nie wiedzia, co si dziao w nim i dookoa. 

Pi kwaterk po kwaterce, a te oczy wci modrzay przed nim, tak blisko byy, tak blisko, 
e je powiekami prawie dotyka; wypi trzeci... janiay wci, jeno si jy koowa, 
chwia i po karczmie nosi jako te wiata. Mrz go przeszed ze strachu, zerwa si na nogi, 
trzasn butelk o st, e w kawaki si rozprysna, i szed ku drzwiom. 

-Zapacie! -krzycza Jankiel zabiegajc mu drog -zapacie, ja wam borgowa nie bd... 
-Z drogi, psiakrew, ydzie, bo ci zakatrupi! -wrzasn z tak moc, e yd zblad i 
spiesznie si usun. 
Antek ino gruchn w drzwi i wybieg. 

ROZDZIA 2 

Jako o samym poudniu dzie si nieco rozjani, ale ino tyla, coby kto uczywem przecign 
po wiecie, bo wnet zgaso i omroczao, jakby nieg narasta i sposobi si znowu. 

W izbie Antkw te byo dziwnie mroczno, chodno i smutnie; dzieci bawiy si na ku 
i z cicha do si krzekorzyy, kiej te kurcztka zestraszone, a Hank tak podrzucaa niespokojno, 
e rady sobie da nie moga. Chodzia z kta w kt, wygldaa przez okno, to przed domem 
staa i rozpalonymi oczami wodzia po niegach. Hale, ani ywej duszy nie ujrza na 
drogach ni na polach - par sa przewleko si od karczmy i zgino pod topolami, jakby si 
zapady w tej niegowej topieli, e ni znaku, ni gosu nie ostao po nich. Nic, jeno ta cicho 
zmartwiaa i pustka nieprzejrzana! 

- eby cho ten dziad jaki zajrza, eby cho z kim zagada! - westchna. 
- Kucusie! Kucu, kucu, ku-cu! - zacza goni po niegach kury, bo si rozaziy i szukay 
miejsc na trzeniach. Pozanosia je na grzdy, a z powrotem wywara gb na Weronk, bo 
jake, tamta wystawia do sieni cebratk z pomyjami dla gadziny, a te zapowietrzone wintuchy 
rozlay na ziemi, e kaua stana pod drzwiami. 


-...To wi pilnuj, kiej si za gospodyni masz, dzieciom przyka... ja bez ciebie nie bd 
si taplaa w bocie! - wykrzykiwaa przez drzwi. 

-...Sprzedaa krow, to gos tu bdzie zabiera, ale, boto ju jej przeszkadza, wielka pani, 
a sama kiej w chlewie siedzi. .. 

- Tobie wara, gdzie siedz, i wara ci do mojej krowy! 
- To i do moich prosiakw ci wara, syszysz! 
Hanka ino trzasna drzwiami, bo co miaa odpowiada takiej piekielnicy? -rzec jej to 
jakie sowo, to ona i na pkopku nie poprzestanie, a jeszcze i do bicia gotowa.- Przywara 
drzwi na haczyk, wydobya pienidze i wzia si biedzi nad rozliczaniem. Niemao si utrudzia 
nad tylachnem pienidzy, a i mylio si jej wci; zgniewana jeszcze bya na Weronk i 
niespokojna o Antka, to znowu widziao si jej czsto, e krasula czego postkuje... albo j 
zaleway przypominki ojcowego domu. 

-...Juci, e jakby w chlewie siedzimy, juci! - szeptaa rozgldajc si po izbie - a tam i 
podoga, okna jak si patrzy, ciany bielone; i ciepo, i czysto, i wszystkiego po grdyk... Co 
oni tam robi?... Jzka zmywa statki po biedzie, a Jagna przdzie i przez czyste, niezamarze 
szyby na wiat spoglda... brak jej to czego!... Wszystkie korale dostaa po nieboszczce, a tyle 
weniakw, tyle szmat, tyle chust!... Nie narobi si, nie umartwi niczym, tusto zje... Stacho 
powieda przecie, e Jagustynka za ni robi, a ona do biaego dnia si wyleguje pod pierzyn i 
herbat popija... ziemniaki jej nie su... a stary si ino przymila i kiej koo dziecitka zabiega.... 


Gniew j przej nagy, a si porwaa od skrzynki i pogrozia pici. 

-Zodziej, cierwa, zodziej, lakudra jedna, tuk!- wykrzykna w gos, a stary, co by na 
przypiecku drzema, zerwa si przestraszony. 
-Ociec, przytkajcie ziemniaki ocipk i d obwalcie niegiem, bo na mrz si ma szepna 
spokojniej zbierajc si znowu do liczenia. 
Staremu co niesporo sza robota, niegu bya kupa, a si wiele nie mia, a i te dwa zote 
postronkowego nie day mu spokoju, na stole wieciy si dwie zotwki, prawie nowe, dobrze 
pamita... 

-Moe i dadz... - myla -komu to si przynale?... a mu kulas sterg od postronka, 
tak si krasula wydzieraa... wstrzyma przeciech... a kupcom to nie zachwala? syszeli... 
cheba dadz... Zaraz by starszemu, Pietrusiowi, na pierwszym odpucie kupi organki... modszemu 
by te trza... Weronczynym dzieciom te... zbje s i uprzykrzone, ale trza... a sobie 
tabaki... krzepkiej ino, 
jaby we wtpiach zawiercio, bo Stachowa saba... ani czek nie kichnie od niej... - Rozlicza, 
a tak wawo robi, e gdy w godzin jak Hanka wyjrzaa, to ledwie soma bya pokryta 
niegiem. 

- Za chopa to zjecie, ale i za dziecko nie zrobicie... 
-A dy si spiesz, Hanu, inom si zadycha zdziebko, tom tego powietrza apa... pierunem 
bdzie... pierunem... - jka przestraszony. 
-Wieczr ju pod lasem, mrz bierze, a cay d rozwalony, jakby go winie spyskay 
.Idcie do chaupy dzieci pilnowa . 
Sama si zabraa do niegu i tak ostro, e w jakie dwa pacierze d by przywalony i galanto 
oklepany. 
Ale mrocze ju poczynao, gdy skoczya, w izbie chd si podnosi przejmujcy, gliniany, 
mokry tok ta i dudni pod trepami kiej klepisko, mrz bra z miejsca i znowu a wzorzysto 
pokrywa szybki, dzieci skwierczay z cicha, jakby przygodne nieco, nie przyciszaa 
ich, bo czasu nie byo. A to sieczki musiaa urzn dla jaowicy, prosiaka nakarmi, bo pokwikiwa 
i cisn si do drzwi, gski napoi, a to jeszcze raz przepowiedziaa sobie, ile i komu 
miaa zapaci, a obrzdziwszy wszystko zabraa si do wyjcia. 



-Ociec, napalcie ogie a miejcie baczenie na dzieci, za par pacierzy przyjd, a jakby 
Antek wrci, to kapusta jest w rynce na blasze... 
- Dobrze, Hanu, napal, przypilnuj, a kapusta jest w rynce, bacz, Hanu, bacz... 
-A te postronkowe wziam, nie potrza wam przecie, je macie, szmaty macie, czeg 
wam wicej?... 
-Juci... wszystko mam, Hanu, wszystko... -szepta cichutko, odwrci si szybko do 
dzieci, bo zy posypay mu si z oczw. 
Mrz j obwion na powietrzu, e mocniej zacigna zapask na gow, nieg skrzypia 
pod nogami, na ziemi sypa si mrok modrawy, suchy i dziwnie przejrzysty, niebo byo jasne, 
kieby szklane, odsonite w dalach i ju kaj niekaj w wysokociach trzsa si gwiazda 
jedna i druga. 

Hanka raz w raz macaa za pazuch, czy ma pienidze, a rozmylaa, e przepyta si tu i 
wdzie, a moe znajdzie, moe uprosi robot jak dla Antka, a we wiat mu i nie da! Teraz 
dopiero przyszo jej do gowy, co by wygadywa, i a j zamroczyo to przypomnienie. Nie, 
pki ycia, na drug wie si nie przeniesie, pomidzy obcych nie pjdzie, ady by uschna z 
tsknicy! 

Ogarna oczami drog, zasypane domy, sady ledwie widne spod niegw i te szarzejce 
nieskoczone pola. Wieczr cichy i mrony opada coraz prdzej, gwiazd przybywao, jakby 
je kto rozsiewa pen garci, a na ziemi przygasej wskr nienych bielizn wybyskiway 
wiateka chaup, dymy czu byo w powietrzu, ludzie snuli si po drodze, gosy jakie leciay 
nisko nad niegami. 

-Z tegom wyrosa i jako ten wiater nie bd si tuka po wiecie, nie! - szeptaa z moc, 
zwolnia nieco bo zapadaa miejscami w chrupicy nieg a po kolana, e trepy trzeba byo 
wyciga! 
-Tu mnie Pan Jezus da na wiat, to ju tutaj do mierci ostan. Aby ino do zwiesny 
przetrzyma, to ju acniej bdzie, lekciej. A nie zechce Antek robi, to i tak po proszonym 
nie pjd, do przdzenia si wezm, do tkania, do czego bd, byle ino pazury zaczepi i biedzie 
si nie da... prawda, dy Weronka a tkaniem zarabia tyle, e jeszcze i ten grosz zapany 
maj... -rozwaaa skrcajc do karczmy. Pochwalia Boga, Jankiel odrzek: Na wieki! i 
kiwa si zwyczajnie nad ksik nie baczc na ni, dopiero gdy pooya przed nim pienidze, 
umiechn si przyjanie, rozjani wicej wiato w lampie wiszcej, pomg jej liczy i 
nawet wdk poczstowa. O Antkowym za dugu ni o nim samym nie rzek ni sowa; 
zmylna jucha bya, bo co ta kobiecie wiedzie o chopskich jenteresach, w gow dobrze nie 
wemie, nie wyrozumie, jak potrza, a ino z pyskiem wyjecha gotowa. Dopiero kiej si zabieraa 
do wyjcia powiedzia: 
- A wasz co robi? 
- Antek?... A poszed szuka roboty! 
-Bo to we wsi brak? We mynie tartak robi, ja te potrzebuj kogo sprawnego do zwzki 
drzewa. 
- Hale, w karczmie mj robi nie bdzie! - wykrzykna. 
-Niech sobie pi, niech wypoczywa, kiedy taki pan! Wy macie gsi, podpacie troch, 
kupi na wita. 
- Zabym tam sprzedawaa, ostawiam ino tyla, co na chowanie ! 
-Kupicie na wiosn mode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to moecie bra na 
brg wszystko, a zapacicie gsiami, policzymy si... 
- Nie, gskw nie przedam. 
- Sprzedacie, jak krasul zjecie, to nawet tanio sprzedacie. 
- Niedoczekanie twoje, parchu jeden! - szepna wychodzc. 
Mrz bra, a w nozdrzach wiercio, niebo iskrzyo si ju gwiazdami, a od borw pociga 
mrony, szczypicy wiatr. Sza jednak wolno rodkiem drogi i ciekawie si rozpatrywaa 



po chaupach: wiecio si u Wachnikw, ktrzy siedzieli ostatni przed kocioem; z obejcia 
Poszkw buchaa wrzawa gosw i kwiki wi; w plebani gorzay wszystkie okna i jakie 
konie biy niecierpliwie kopytami przed gankiem; u Kbw za, co w podle ksidza siedzieli, 
te janiao wiato i ktosik chodzi koo obr, bo sycha byo skrzypienie niegu pod trepami, 
a dalej, sprzed kocioa, skd wie si rozchodzia kieby w te dwie rce obejmujce staw, 
mao co byo wida wskr nocy, ino gdzieniegdzie z mrocznej bielizny mya wiateko jakie 
abo pies naszczekiwa. 

Hanka popatrzya ku ojcowej chaupie, westchna i zawrcia sprzed kocioa w dugie 
opotki, wiodce midzy Kbowym sadem a ksiym ogrodem do organistw. Drka bya 
zasypana, ledwie co przetarta, wska, a tak przysonita krzami obwisymi pod niegiem, e 
co chwila sypa si na ni z trconych gazi. 

Dom sta w gbi, w ksiym podwrzu, a ino wyjazd mia osobny, krzyki jakie ode 
szy i pacze, a przed sieni czerniaa skrzynka, to leay na niegu porozrzucane szmaty, pierzyna, 
rupiecie jakie... Magda, dziewka organistw, zanosia si paczem i krzyczaa wniebogosy 
pod cian. 

-Wygnali me! Wypdzili me! Jak tego psa na mrz, w cay wiat! A gdzie ja si sierota 
podziej teraz?...Gdzie? 

-Nie krzycz mi tu, winio jedna! -wrzasn gos z sieni wywartej. -Wezm kija, to wnet 
zmilkniesz! A wyno mi si w te pdy, do Franka id, ajdusie jeden! 

Jak si macie, Borynowa! Moiciewy, a to ju od jesieni wiadomo byo... a mwiam, 
prosiam, zaklinaam, strzegam -a bo to ajdusa ustrzee! Wszyscy spa, a ona w wiat, wyspacerowaa 
teraz sobie bkarta. A bo to raz mwiam: Magda, zastanw si, pomiarkuj, on 
si z tob nie oeni:.. to mi si w ywe oczy zapieraa wszystkiego! Juci, zobaczyam, e 
dziewka grubieje i ronie jak na drodach, to jej jak komu dobremu powiadam: Id, skryj si 
gdzie na drug wie, pki czas, pki ludzie nie wiedz jeszcze... A bo to usuchaa!... A j 
dzisiaj wziy boleci w oborze przy dojeniu... cay skopek mleka wylaa...a moja Frania 
przylata zestraszona i krzyczy, e Magdzie si co stao! Jezus Maria, w moim domu taki 
wstyd, a co by to i ksidz proboszcz na to powiedzia! A wyno mi si sprzed domu, bo ci na 
drog wyrzuci ka! - wrzasna raz jeszcze wyskakujc przed dom. 

Magda porwaa si spod ciany i z paczem a wyrzekaniem zacza zbiera szmaty i wiza 
w toboy. 

- Chodcie do mieszkania, bo zimno. eby mi tu i znaku po tobie nie zostao! - krzykna 
na odchodnym. 

Powieda Hank przez dug sie. 

Ogromn, nisk izb rozwietla ogie, poncy na trzonie komina. Organista rozdziany, 
w koszuli tylko i z podwinitymi rkami, czerwony jak rak, siedzia przed ogniem i piek 
opatki... co chwila czerpa yk z michy rozrobione, pynne ciasto, rozlewa je na elazn 
form, ciska, a syczao, i kad nad ogniem wspierajc na cegle sztorcem ustawionej, przewraca 
form, wyjmowa opatek i rzuca na niski stoek, przed ktrym siedzia may chopak 
i obcina noyczkami do rwna. 

Hanka pozdrowia wszystkich, a organicin pocaowaa w rk. 

- Siadajcie, rozgrzejcie si, c tam u was sycha?.. 
Juci, tak zaraz nie moga si zebra na to jakie sowo, nie miaa, rozgldajc si po 
stancji i zazierajc ukradkiem do drugiego pokoju, gdzie wprost drzwi, na dugim stole pod 
cian, bieliy si stosy opatkw, przycinite desk, a dwie dziewczyny skaday je w paczki 
okrcajc papierowymi paskami, za w gbi ju niedojrzanej brzcza monotonnie gos klawikordu 
- muzyka snua si jak pajczyna, raz wyej braa, grniej kieby w piewie, to znowu 
cicha, e ino to brzkliwe przebieranie byo sycha, abo zasi cosik si rwao nagle i piskao 
przenikliwie, a dreszcz Hank przenika, a organista wykrzykiwa: 

- Te, trba, zjade fis jak skwarek! - powtrz od Laudamus pueri.:. 


- Na Gody to ju? - spytaa, e to nieobyczajnie byo siedzie jako ten mruk. 
-Tak, parafia wielka, porozrzucana; a wszystkim przecie trzeba opatki roznie przed 
witami, to i wczas zaczyna musz. 
- Z pszenicy to? 
-Sprbujcie. 
Poda jej jeszcze gorcy opatek. 
- Zabym tam miaa je! 
Wzia go przez zapask i przegldaa pod wiato ze czci i trwog jak. 
- Jak to na nim wycinite historie rne, Jezus! 
-Na prawo, w pierwszym kku, to Matka Boska, wity Jan, Pan Jezus, a w drugim kku... 
widzicie...b, drabin, bydltka... Dziecitko Jezus na sianie, wity Jzef, Matka Boska, 
a tu klcz trzej krlowie...- objaniaa organicina. 
- Rychtyk prawda, jak to zmylnie wszystko udane, prawda !... 
Obwina w chustk opatek i schowaa za pazuch, bo chop jaki wszed i co powiedzia, 
e organista krzykn. 

-Micha! Do chrztu przyjechali, we klucze i id do kocioa, bo Jambroy posuguje na 
plebani , ksidz ju wie... 
Muzyka umilka i przez izb przeszed wysoki, blady chopak. 

- Po bracie mojego sierota, na organist praktykuje, z aski jeno mj go uczy, c robi?... 
Trza si i nadszarpn, a krewniakowi pomc... 
Hanka si rozgadaa, pomau, jkliwie, a daa upust alom swoim i turbacjom. Od trzech 
tygodni pierwszy raz moga si wygada do syta. 
Suchali jej. Powiadali swoje, a cho si strzegli, aby o Borynie nie powiedzie sowa, 
ualali si nad ni tak poczciwie, a si pobeczaa, a organicina, e to mdra kobieta, wnet 
zmiarkowaa i pierwsza rzeka: 

-Czasu moe wam co zbdzie, to bycie oprzdli mi wen. Pakulinie miaam da, ale 
wecie wy; tylko na kku oprzdcie, bo na przlicy ni wyjdzie nierwna. 
- Bg zapa, a dy mi trza roboty, inom prosi nie miaa... 
-No, no, nie dzikujcie; czowiek powinien pomaga drugiemu. Wena ju grplowana, a 
bdzie jej ze sto funtw. 
-Uprzd, umiem dobrze, przecie u ojca samam dla wszystkich i przda, i tkaa, i farbowaa, 
nie kupowali na przyodziewek, nie. 
- Obaczcie, sucha i mitka. 
- Musi by z dworskich owiec, liczna wena,.. 
-A jakby wam byo potrzeba mki, kaszy, grochu, to powiedzcie, dam wam, policzymy 
si w robocie. 
Wprowadzia j do komory, gdzie peno byo worw i beczek ze zboem; pocie soniny 
wisiay na cianie; przdza caymi pkami zwieszaa si od belek, a ptno grubachnymi waami 
leao na kupie, a co grzybw suszonych, serw, sojw rnych, a na pkach cay rzd 
bochnw kiej koa, a inszego dobra toby i nie zliczy. 

-Rwniuko oprzd, na kku, Bg zapa pani za wspomoenie, ale widzi mi si, co 
nie udwign sama weny. 
- Odel wam przez parobka. 
- Dobrze, bo to i na wie jeszcze mi potrza. 
Jeszcze raz podzikowaa, ale ciszej jako i chodniej - zazdro j ugryza w serce. 
-Nard wszystkiego da, naniesie, przysposobi, to maj pene komory; albo to i precentami 
nie zdziera! Kto ma owce, ten ma, co chce! Niechby tak sami wyrabiali! Hale!... - rozmylaa 
wychodzc w opotki. 
Po Magdzie nie byo ju ladu, tyla ino, e jakie stare trepisko czerniao na niegu, przyspieszya 
kroku, bo pno ju byo, zasiedziaa si nieco u organistw. 



- Gdzie by to, u kogo przepyta si o robot la Antka? 
Jak gospodyni bya, to i przyjacielstwo z ni trzymali wszyscy, cigiem kto do chaupy 
zaglda, czego potrzebowa i w oczy dobro wiadczy.... a teraz stoi oto w porodku drogi 
i biedzi si, gdzie i, do kogo?... Nie, napraszaa si nie bdzie nikomu, rada by ino z kobietami 
pogwarzy po dawnemu. 

Postaa przed Kbami, postaa przed Szymonow chaup, ale wej nie wesza, nie 
miaa i przypomniao si jej, e Antek przykazywa nie zadawa si z ludmi. 

-Nie poradz, nie wspomog, a uala si bd nad tob jak nad zdechym psem! - mwi. 
- Oj prawda, wita prawda! - szepna przypominajc organistw. 
Hej, eby to ona chopem bya, zaraz by si ja roboty i zaradzia wszystkiemu. Nie 
skamlaaby i ludziom przed oczy nie wieciaby swoj bied. 
Poczua w sobie taki wilczy gd pracy, takie rozpieranie si, a si przecigna i mocniej 
stpaa, raniej. Cigno j te, cigno, by przej obok ojcowej chaupy, by zajrze 
choby ino w opotki, by cho oczy nacieszy, ale zawrcia sprzed kocioa na cieynk 
utorowan rodkiem zamarzego stawu i biegnc ku mynowi i sza prdko nie rozgldajc 
si na boki, tym ino zajta, by si na 

liskim lodzie nie polizn i by prdzej przej, i nie widzie, nie rozkrwawia sobie duszy 
przypomnieniem, ale nie zdzierya, bo tak jako na wprost Borynw przystana nagle i 
nie miaa mocy oderwa oczw od wiate mcych w oknach: 

-A przecie to nasze, nasze... jake to i we wiat...Kowal by wnet zabra... nie, nie rusz 
si std... jak pies warowaa bd, czy Antek chce, czy nie... Ociec nie wieczny, a moe 
si co jeszcze przemieni... dzieciskw na poniewierk nie dam ni sama nie pjd... to to ich... 
nasze marzya wpatrzona w onieony sad, z ktrego wystpoway zarysy budynkw, biae 
rozsrebrzone dachy, czerniay ciany, wystpowa w gbi za szop ostry szczyt brogu. Jakby 
jej wrosy nogi w ld, e ruszy si nie moga ni oderwa oczw, ni serca rozkoatanego. 
Noc cicha, mrona, granatowa, osypana gwiazdami, jakoby tym piaskiem srebrnym, obtulaa 
zanieon ziemi, drzewa stay bez ruchu, pochylone pod ciarem niegw, upione, 
niepojte w tej cichoci, jaka si rozlewaa nad wiatem, niby biae cienie widm, niby stae 
opary, niegi skrzyy si ledwie uchwytnie, gos wszelaki zamar, e tylko co, jakby szelest 
drgajcych gwiazd, jakby ttna ziemi przemarzej, jakby senne dychanie drzew zmartwiaych 

- drao w mronym powietrzu. 
A Hanka staa wci, niepomna na czas biegncy ni na szczypice, ostre zimno. Przywara 
oczami do domu, pia go, obejmowaa sercem i braa w siebie z ca moc godu i marzenia. 


Zbudzi j dopiero skrzyp niegu, kto zeszed z drogi na staw i kierowa si ku niej, a po 
chwili spotkaa si oko w oko z Nastk Gobiank. 

- Hanka! - wykrzykna zdumiona. 
- Dziwujesz si, jakbym ju sterga i po mierci straszya! 
-Co wam te do gowy przychodzi, dawnom waju nie widziaa, tom si zdziwia. W ktr 
stron idziecie? 
- A do myna. 
- To i mnie droga, bo Mateuszowi nios kolacj. 
- We mynie teraz robi, na mynarczyka praktykuje?... 
-Gdzieby tam za na mynarczyka si sposobi! Na tartaku, co go to postawili przy mynie, 
a pilno maj, e ju i wieczorami robi. 
Szy obok siebie, Hanka mao ktre sowo rzeka, a ino Nastka trzepaa wci, ale si 
strzega, by o Borynie nic nie powiedzie, juci, e o to Hanka nie spytaa, nijako byo, cho 
rada by posuchaa. 

- Dobrze mynarz paci? 


- Po pi zotych i groszy pitnacie bierze Mateusz... 
- A tyla! Pi zotych... 
- Przecie jego to gow wszystko idzie, to i nie dziwota. 
Hanka milczaa, ale przechodzc wprost kuni, z ktrej przez wybite szyby buchay 
czerwone wiata i krwawiy niegi, szepna: 

- Ten judasz zawsze ma co robi. 
-Czeladnika se przybra, a sam cigiem jedzi, pono z ydami spk trzyma w lesie i 
razem ludzi oszukuj. 
- Tn to ju porby? 
- W lesie to siedzicie czy co, e wam nie wiadomo? 
- Nie w lesie, ale za nowinami nie biegam po wsi. 
- A to ebycie wiedzieli, rbi, ale na przykupnym. 
- Juci, naszego przecie nie pozwol tkn... 
-Ino nie wiada, kto zabroni, wjt trzyma ze dworem, sotys te i wszyscy, co bogatsi. 
- Prawda, kto ta bogaczw zmoe, kto ich przeprze...A zajrzyj, Nastu, do nas. 
-Idcie z Bogiem, przylec ktrego dnia z kdziel. 
Rozstay si przed mynarzowym domem. Nastka posza do myna, na d nieco, a Hanka 
przez podwrze do kuchni; ledwie si tam dostaa, bo pieski si zleciay i zaczy doszczekiwa 
i przypiera j do ciany, a Jewka obronia i powieda, ale nim si rozgaday, wesza 
mynarzowa i zaraz prosto z rnostu rzeka: 

- Do ma macie interes? Jest we mynie. 
Nie czekaa, ino posza, ale spotkaa si z nim w p drogi; poprowadzi j do pokoju, zaraz 
te zapacia mu, co bya winna za kasz i mk. 

- Krow zjadacie! - powiedzia zgarniajc pienidze do szuflady. 
- C poradzi, kamieni przeciech nie ugryzie. 
Za bya. 
- Wako jest wasz chop, to wam powiem. 
- Jest wako abo i nie jest! C to bdzie robi? Gdzie? U kogo? 
-Nie ma to mocki we wsi? 
- Parobkiem ni wyrobnikiem nie by, to i nie dziwota, e si do tego nie rwie. 
-Przyzwyczai si jeszcze, przyzwyczai! Szkoda mi chopa, cho wilkiem patrzy i nieustpliwy, 
rodzonego nie uszanowa, ale szkoda czowieka... 
-A dy mwili... e jest robota u pana nnynarza...dopraszam si... moe by pan Antka 
wzi do roboty...dopraszam si. . -buchna paczem, obapiaa go za nogi, caowaa po rkach, 
a prosia gorco. 
-Niech przyjdzie, prosi go nie bd, robota jest, ale cika, przy obrbce drzewa pod 
piy... 
- Dy poradzi, sposobny do wszystkiego, jak mao ktren we wsi... 
-Wiem, dlatego mwi, eby przyszed do roboty, ale swoj drog le wy swojego pilnujecie 
- le. 
Stana wystraszona nic nie rozumiejc. 

- Chop ma dzieci i on, a za drugimi si ugania. 
Zblada i pocza si trz w sobie. 
- Prawd mwi, wasa si po wsi nocami, widzieli go ludzie nie raz jeden... 
Odetchna z ulg ogromn, wiedziaa przecie o tym i dobrze rozumiaa, e go tak pami 
krzywdy rzuca po nocach i spa nie daje... a ludzie zaraz to sobie farbuj na swoje. 

- Mg si ju wzi do roboty, zaraz by mu wywietrzay z gowy kochania. 
- Gospodarski syn to... 


-Dziedzic jucha, w robocie bdzie przebiera , jak ta winia w penym korycie. Kiedy taki 
przebierny, to trzeba byo y w zgodzie z ojcem, a za Jagusi nie lata...bo to i grzech 
niemay, i wstyd... 
- Co te panu w gowie powstao? co? - zawoaa prdko. 
- Mwi wam, jak jest, caa wie o tym wie, spytajcie si! - zawoa gono i prdko, e to 
popdliwy by wielce i zawsze rad prawd rzn prosto z mostu. 
- Czy to ma przyj? - zapytaa cicho. 
- Niech przyjdzie, choby jutro. Co to wam. czego beczycie?... 
- Nie, nie, to ino z mrozu... 
Wolno powracaa, ciko, jakby j przygniatao do ziemi, e ledwo nogi podnosia. 
ciemnia wiat i niegi tak poszarzay, e jako trafi nie moga na ciek, prno przecieraa 
oczy z ez marzncych u rzs, prno... Nie odszukaa, nie widziaa nic i sza ju w tej 
ciemnicy nagej a bolcej; Jezus! jak bolcej. 

- Za Jagusi lata, za Jagusi... 
Tchu nie moga zapa, a serce si jej tuko jako ten ptak przetrcony, a w gowie koowao, 
koowao, a wspara si o jakie drzewo nad stawem i cisna si do mocno, do blu. 

- Moe i nieprawda, moe ino cygani... 
Uczepia si tego ze strachem i oburcz trzymaa. 
-Mj Jezus! Nie do biedy, nie do poniewierki, a tu jeszcze i to si zwala na moj 
biedn gow, i to... - jkna rzewnie i aby stumi bl, zacza biec prdko, a do utraty tchu 
i przytomnoci; jakby j wilki goniy, wpada do izby zadyszana, ledwie ywa. 
Antka jeszcze nie byo. 
Dzieci siedziay przed kominem na dziadkowym kouchu, a stary struga im wiatrak i zabawia. 


- Przywieli wen, Hanu, we trzech workach przywieli... 
Rozwizaa wory i w jednym z nich na wierzchu znalaza bochen chleba, kawa soniny i 
z dobre p garnca kaszy. 

-Niech ci Pan Jezus odpaci za dobro -szepna rozrzewniona i zaraz te narzdzia 
sut kolacj, i rycho dzieci spa pooya. 
Uciszyo si wnet w caym domu, bo u Weroniki ju spali, a stary te wkrtce przyleg na 
przypiecku i zasn, Hanka za wyporzdzia kko, siada przed kominem i przda. 

Dugo w noc siedziaa, do pierwszych kurw, a wci, jak 

ta ni, wio si przez ni mynarzowe powiedzenie: Za Jagn lata, za Jagn. 

Kko warczao z cicha, jednostajnie, niestrudzenie, noc zagldaa w okno miesiczn, 

mron twarz i jakby pobrzkiwaa w szybki, i wzdychajcy tulia si do cian, a chd wypeza 
z ktw, za nogi chwyta i siw pleni rozrasta si po glinianym toku; wierszcz 
strzyka za kominem, ino czasem przerwa, gdy ktre dziecko zakrzyczao przez sen lubo rzucio 
si na ku -i znowu sta waa gboka, przemarznita cicho! Mrz by coraz tszy i 
kieby elaznymi pazurami ciska, bo raz w raz trzaskay deski w szczycie, to pogite stare 
ciany upny, jakby kto strzeli, to belka niektra pczniaa od mrozu potrzaskujc z cicha, 
to snad zib przej na wskr przyciesie, e zadygotay z naga bolenie, i cay dom kurczy 
si, przywiera do ziemi a drga z zimnicy. 

-e mnie te do gowy nie przyszo! Juci, taka urodna, taka spana, taka przypochlebna, 
a ja co?... Chuchro takie, skra i gnaty, c ja? Czy to umiem go zniewoli do si? czy to 
miem? A chobym i y kad wyprua la niego, nic to, kiej serca la mnie nie ma. C ja! 
C?... 
Niemoc j ogarna, niemoc ogromna, cicha i bolesna, tak strasznie bolesna, e nawet 
paka nie moga, nie miaa si, trzsa si ino w sobie jak ta drzewina drtwiejca z zimna, co 
ani uciecze od mki, ni poratunku uprosi, ni broni si poradzi -jako ta drzewina skrzytwiaa 
Hanczyna dusza. Wspara gow na kku, opucia rce i zapatrzya si przed si, w swoj 



dol nieszczsn, w gorzk bezmoc swoj, i dugo, dugo tak trwaa, ino kiedy niekiedy spod 
sinych powiek wysua za jaka palca i padaa na wen, i zamarzaa tam w krwawy raniec 
boleci. 

Ale nazajutrz wstaa spokojniejsza nieco, bo i jake, miaa to czas na turbowanie jak jaka 
dziedziczka! Moe tak jest, jak mynarz powiada, a moe i nie jest! Opuci to rce, paka 
bdzie i wyrzeka, kiej wszystko na jej gowie, i dzieci, i gospodarstwo, i bieda caa! Kto temu 
zaradzi jak nie ona? Tylko pomodlia si gorco przed Matk Bolesn i eby Pan Jezus 
odmieni, to si ochfiarowaa i na zwiesn do Czstochowy, na trzy msze da i kiedy, jak 
si zapomoe, zanie cay kamie wosku do kocioa, na wiato przed wielki otarz. 

Ulyo jej bardzo, jakby si wyspowiadaa i ten Sakrament wity wzia, e ostro zabraa 
si do przdzenia, tylko dzie, chocia by soneczny i jasny, duy si jej niepomiernie i 
rozbieraa j troska o Antka. 

Przyszed dopiero wieczorem, na sam kolacj, ale by taki zbiedzony, zmarnowany i cichy, 
a tak si wita poczciwie, dzieciom buek przynis, e prawie zapomniaa o podejrzeniach, 
a gdy jeszcze urzn sieczki i pomaga jej przy obrzdku, jak mg, rozczulia si tak 
gboko, e i wypowiedzie trudno. 

Nie mwi tylko, gdzie by i co robi, juci nie miaa o to pyta. 

Po kolacji przyszed Stach, jak by czsto zaglda, cho mu Weronka bronia, a w jaki 
czas po nim najniespodziewaniej zjawi si stary Kb. 

Niemao si zdziwili, bo pierwszy to by czowiek ze wsi od czasu ich wygnania, i tak rozumieli, 
e z jakim interesem przychodzi. 

- e to nikt ani si pokae, tom umyli waju odwiedzi - rzek prosto. 
Dzikowali mu te ze szczer i gbok wdzicznoci. 
Siedli se rzdem na awie, blisko komina, i pogadywali wolno, powanie, a stary dorzuca 
gazek na ogie. 

- Mrz niezgorszy, co? 
- e i mci bez koucha i rkawic trudno - powiedzia Stacho. 
- A co gorsza, e i wilki si pokazuj. 
Ze zdumieniem spojrzeli na Kba. 
-Prawd mwi, dzisiejszej nocy podkopyway pod wjtw chlew, musiao je co sposzy, 
e prosiaka nie wziy, a wygrzebay jam, a pod przycie, sam chodziem w poednie 
oglda, piciu ich musiao by najmniej! 
- To ani chybi, na cik zim znak. 
- Przeciech mrozy dopiero co wziy i tu ju wilki wychodz... 
-Widziaem pod Wol, na tej drodze za mynem, wiecie, gsty lad, jakby cae stado szo 
na ukos drogi, przygldaem 
si, alem myla, e to paskie psy polowe, a to wilki musiay by... - powiedzia 
ywo Antek. 

- Bylicie to i w porbie? - zagadn Kb. 
- Nie, powiadali ino ludzie, e tn ten przykupny las, przy Wilczych Doach. 
-Powiedzia i mnie borowy, e dziedzic nikogo z Lipiec woa nie bdzie do roboty, pono 
przez zo, e si o swoje upominaj. 
- Kt mu to las wytnie, jak nie Lipczaki? - wtrcia Hanka. 
-Moiciewy, tyla wszdy narodu prno siedzi po chaupach i czeka roboty kiej zmiowania. 
Mao tu w samej Woli, mao to tych kotunw w Rudce albo i tamtych smoluchw w 
Dbicy! Niech ino dziedzic krzyknie, to w jeden dzie stanie par sto najzdatniejszego chopa. 
Pki na przykupnym rbi, niech sobie rbi, niech si wspomog, niewiele tam tego, a i 
dla naszych za daleko. 
- A jak nasz br zaczn?... - zapyta Stacho. 


-Nie damy! - rzuci krtko i mocno Kb. - Pobarujemy si! niech dziedzic zobaczy, kto 
mocniejszy, on czy cay nard? niech zobaczy! 
Nie mwili ju o tym, zbyt to leao wszystkim na wtrobie i pieko, ino jeszcze Bylica 
powiedzia jkajco i niemiao: 

- Znam ja to plemi dziedzicowe z Woli, znam, figla on wam wystroi... 
- Niechaj stroi, nie dziecim, to nas nie zwiedzie- zakoczy Kb. 
Pogadali jeszcze o wypdzeniu Magdy przez organistw, o czym Kb rzek swoje: 
-Juci, po ludzku to nie jest, ale i szpitala trudno im byo w chaupie zakada, e to im 
przecie Magda ni swat, ni brat: 
Pogadali o tym i owym i rozeszli dosy pno, a na odchodnym Kb po swojemu prosto 
i krtko powiedzia, eby do niego zachodzili, a jak im czego potrza, niech ino rzekn -to czy 
z leguminy, czy paszy dla jawki, a choby i te par zotych - znajdzie si po somsiedzku... 

Antkowie ostali sami. 
Hanka po dugim wahaniu, po wielu niemiaych wzdychach spytaa wreszcie: 


- Znalaze jak robot? 
-Nie, byem we dworze jednym i drugim, przewiadywaem si i u ludzi, a nie nalazem... 
- odpowiedzia cicho nie podnoszc oczw, bo cho prawda, e by tu i owdzie, ale o robot 
si nie stara, a ino cay ten czas przewasa. 

Pooyli si, dzieci ju spay, uoone w nogach ka dla ciepa; ciemno ogarna izb, 
tylko ksiycowe wiato lao si przez zamarznite, roziskrzone szybki i przenikao wskro 
izby wietlistym pasem, nie zasnli jednak; Hanka przewracaa si z boku na bok i medytowaa: 
teraz powiedzie o tartaku czy te dopiero jutro rano? 

-Szukaem, ale chobym i dosta; nie pjd ze wsi, nie bd si tuk po wiecie, jak ten 
pies bezpaski - szepn po dugim milczeniu. 

-To samo umyliam, tak samo! -zawoaa radonie -po co szuka chleba po wiecie?... 
i we wsi trafia si niezgorszy zarobek, a to mynarz mi powiedzia, e ma robot la ciebie przy 
tartaku choby i od jutra, a paci dwa zote i groszy pitnacie. 

- Chodzia pyta? - krzykn. 
-Nie, paciam, com mu bya winna, a on sam powiedzia, e mia przysa po ciebie; 
nawet i nie wspomniaam - tumaczya si zestraszona. 
Nic ju nie odrzek, a i ona milczaa; leeli koo siebie nieruchomie, bez sowa, sen ich 
odlecia zupenie, roili co w utajeniu gbokim, czasem wzdychali, to roztapiali dusz w tej 
guchej, martwej ciszy -psy jakie naszczekiway we wsi, daleko, daleko i sabo, koguty biy 
skrzydami i piay ju z pnocka, a szum cichy jakby wiatru zahucza nad chaup. 

- pisz to? - przysuna si nieco bliej. 
- Kiej pik mi odszed. 
Lea wznak, z rkami pod gow, tak blisko przy niej, a tak daleko sercem, daleko mylami 
- lea nieruchomy, bez oddechu prawie, bez pamici, bo Jagusine oczy znowu wyjrzay 
z ciemnoci i modrzyy si w ksiycowej powiacie... 

A Hanka przysuna si bliej jeszcze, przywara gorc twarz do jego ramienia, przywara 
sercem caym -Nie, ju w niej nie byo podejrze adnych ni alw, ni goryczy, a ino 
tym miowaniem serdecznym, t luboci duszn, pen dufnoci i oddania si, cisna si do 
jego serca. 

-Janto, pdziesz to jutro do roboty? -pytaa drco, byle ino co rzec, bye ino usysze 
gos jego i zgwarzy si z jego dusz. 
- Moe i pjd, juci, trzeba ich, trzeba... - odpowiada nie mylc o tym. 
-Id, Janto, id... - prosia mitko i zarzucia mu rk na szyj i szukaa gorcymi ustami 
jego ust ledwie dyszcych. 
Ale on nie drgn nawet, nie odpowiedzia, nie poczu jej ucisku, nie wiedzia o niej, 
szeroko otwartymi oczami patrzy w tamtej oczy, w Jagusine modre oczy. 



ROZDZIA 3 


Na dobrym ju dniu, po niadaniu, mynarz przywid Antka na robot; ostawi go na 
zajedzie wrd klocw zwalonych na wielkie kupy, a sam poszed do Mateusza, ktren akuratnie 
przyrychtowywa drzewo na tartaku i puszcza piy, pogada z nim cosik i zawoa: 

-Rbcie tu sobie, a we wszystkim suchajcie Mateusza, on tu za mnie rzdzi -i poszed 
zaraz, bo przykry, przejmujcy zib cign od rzeki. 
-Pewnie topora nie macie? -zagadn Mateusz schodzc na d i witajc si z nim przyjanie. 
- Z siekier przyszedem, bom nie wiedzia. 
-To jakbycie si z zbami wybrali, drzewo przemarzo i kruszy si kiej szko, nic bycie 
siekier nie zrobili, nie chyci albo tyla co zbem. Poycz wam na dzisiaj topora, trza go ino 
przyostrzy, a na pask wicej... widzicie... Bartek, wecie no si do pary z Boryn i tego 
dbka rycho wyrychtujcie, bo tam z pi zejdzie niedugo. 

Zza olbrzymiego kloca, lecego w niegu, wyprostowa si suchy, wysoki a przygarbiony 
chop z fajk w zbach, w baranicy siwej na gowie, w tym kouszku, w trepach i czerwonych 
pasiatych portkach, wspar si na byszczcym toporze, strzykn przez zby i rzek 
wesoo: 

-Do mnie to si przyenicie, nie bjcie si, zrobimy tak par, co to w zgodzie yje, bez 
wrzaskw i bijatyk. 
- Sielny las! Drzewa kiej wiece! 
-Ale skate juchy, e niech Bg broni, jakby krzemieniem nabijane, rzadki ten dzie, w 
ktrym topr si nie wyszczerbi. Ino swojego nie ostrzcie do sucha i gadka, trzeba z wosem 
cign po kamieniu, w jedn stron, to ostrze mocniejsze, z elazem to jak i z drugim czowiekiem, 
utrafisz, w co lubi, a powiedziesz kiej tego pieska na postroneczku, gdzie ino ci si 
uwidzi; taczalnik stoi w mynicy pod jaglakiem... 
Moe w jaki pacierz Antek ju stan do roboty naprzeciw Bartka i j odwala szczapy 
a ociesywa drzewo wzdu, do ostrego kantu, wedle Bartkowego nasmolenia, nie odzywa 
si jeno, bo go mocno dotkno, e taki Mateusz, a przewodzi jemu, Borynie - ale kiej brzuch 
bdzi - koszula nie rzdzi, to jeno spluwa w garcie i przypina si ze zoci do topora. 

- Niezgorzej wam idzie, niezgorzej! - zauway Bartek. 
Juci, e poradzi poradzi, niedziwna mu bya obrbka drzewa, a i pomylenie te mia 
niezgorsze, tylko e robota bya cika dla niewoonego, to si rycho zziaja i zapoci, a 
kouch sciepn z siebie. 

A mrz by tgi, nie folgowa, a e to wci trza byo sta i grzeba si w niegu, to rce 
grabiay i przywieray do steliska i czas si tak duy, e ledwie si doczeka poudnia. 

Ale w obiad przegryz ino suchego chleba, popi wod prosto z rzeki i nawet pod dach, 
do mynicy nie poszed z drugimi, ba si tam natkn na znajomkw, co byli przywieli do 
myna i czekali swojej kolei. Jeszcze by wydziwiali nad nim, a cieszyli si midzy sob z jego 
ponienia i biedy, niedoczekanie ich!... Osta na mrozie, przysiad pod mynic, gryz chleb i 
wodzi oczami po tartaku, ktren sta nad sam rzek, wgem ino przywarty do szczytu myna, 
e woda z czterech k walia pod niego grubym zielonym waem i poruszaa piy. 

Ale i nie wytchn jeszcze cakiem ni odpocz jak si patrzy, a ju Mateusz, wracajc od 
mynarza z obiadu, z daleka krzycza: 

- Wychod ! Wychod ! 
To chcc nie chcc, postkujc na krtkie przypoudnie, a trza si byo dwiga i do roboty 
stawa z drugimi. 
A ruchali si wawo, bo mrz pray i pogania galanto. 



Myn turkota wci, a woda spod k, obronitych w lody, kieby w te kaki zielone i 
zwite w dugie kotuny, walia z krzykiem pod tartak, piy trzeszczay bezustannie, jednako, 
jakoby kto szko gryz, i pluy tymi trocinami. Mateusz za uwija si niestrudzenie, rychtowa 
kloce, zastawia wod, puszcza, przybija drzewo klamrami do burt, rozmierza, a 
wci huka i pogania ludzi, i wszdzie go byo peno, zwija si jako ten szczygie przy konopiach, 
ino miga jego czerwony w zielone pasy spencerek i siwa baranica po podjedzie, na 
podeptanych, zawirzonych niegach, gdzie obrabiali drzewo, to do myna bieg, to do ludzi 
zagadywa, rozrzdza, nagania, mia si, przekpinki powiada i pogwizdywa, a siarczycie 
robi, ale najczciej widny by na pomocie przy piach, ile e tartak bokowych cian nie 
mia i wieci na przestrza, a wznosi si nad rzek do wysoko na czterech tgich supach, o 
ktre tak bia woda, e trzcinowy dach, wsparty ino na szczytach, dryga niekiedy, niby ta 
wiecha na wietrze. 

- Sprawny jucha! - szepn Antek z uznaniem, ale nie bez zoci. 
- Mao to bierze? - odmrukn Bartek. 
Zabili rce o ramiona, bo skrzytwa bya coraz tsza, i robili w milczeniu. 
Narodu byo do przy robocie, ino e na pogwar czasu nie byo - dwch warowao przy 
piach, zwalao porznite kloce na ziem, a wcigao nowe, dwch za drugich rozcinao niedorznite 
koce i ukadao tarcice w szychty wielgachne albo co ciesze i mokrzejsze chronili 
przed mrozem pod szopami, a jeszcze dwch obupywao ze skry dby, jody i wierki, e 
czsto gsto Bartek krzyka do nich przekpiwajc: 

- Te, drzyki zapowietrzone, kiej si wyzwolita na hyclw ! 
li byli na to, bo nie psw upili ze skry, ale swarzy si o przezwisko nie byo czasu. 
Mateusz tak popdza, e ledwie niekiedy ukradkem ino lecia ktren do mynicy, by rozgrza 
zgrabiae rce, a z nawrotem nieledwie w dyrdy pospiesza, bo i sama robota poganiaa. 

O dobrym ju zmroku Antek powlk si do domu, a tak by przemarznity, utrudzony i 
wyzbyty z si, tak go bolay wszystkie koci, e zaraz po kolacji poszed pod pierzyn i zasn 
kamieniem. 

Hanka nie miaa serca wypytywa go o nic, ale dogadzaa mu, jak moga, przyciszaa 
wci dzieci , starego nagnaa, by buciarami nie haasowa, sama boso chodzia po izbie, by 
go ino nie przebudzi, a na witaniu, kiedy si zabiera do roboty, uwarzya mu garnuszek 
mleka do ziemniakw, by se podjad i rozgrza si lepiej. 

- Psiakrtka, tak mi gnaty bol, e rucha si nic mog! - wyrzeka. 
- To ino tak zrazu, bocie niezwyczajni, niewoeni...tumaczy stary. 
- Przej przejdzie, wiem. Przyniesiesz to, Hanu, obiad? 
- Przynies, a gdzieby to lata taki karwas drogi, przynies... 
Poszed zaraz, bo trzeba byo rwno z dniem stawa na robocie. 
I tak mu si zaczy dnie cikiej, znojnej pracy. 
I czy mrz choby i najwiksz skrzytw pray, czy zawierucha da i bia wichur i 
niegiem, e oczw nie byo mona ozewrze, czy odwil przychodzia, e trzeba byo sta 
dnie cae w rozmikym niegu, a przykry, wilgotny zib w koci wazi, czy niegi sypay, e 
topora wasnego mao co widzia -trzeba byo zrywa si do dnia, biey i dnie dugie pracowa, 
a gnaty trzeszczay i kada ya z osobna prua si z utrudzenia, a pieszy si do tego, 
bo cztery piy tak zeeray drzewo, e ledwie mogli nastarczy i Mateusz pogania. 

Ale nie to mu si mierzio, nie cika praca, nie wichry ze, skrzytwy, pluchy czy niegi 
srogie, wzwyczaja si by do tego po trochu - bo jak si czek przyoy, to mu i w piekle niezgorzej 
- powiadaj mdre ludzie, jeno czego znie nie mg, to tego Mateuszowego przodownictwa 
i tych jego cigych doskwiera. 

Inni ju na to nie baczyli, a on za kad raz kiej posysza, wrza zoci, a nieraz tak 
odwarkn, e tamten ino lepiami byska, a znowu; jakby z rozmysem, do wszystkiego si 
czepia, niby nie prosto w oczy, ale tak zawdy utrafi w sabizn, a skra cierpa na Antku i 



picie mu si zwieray, hamowa si jednak jeszcze, jak mg, przycisza, a tylko te przygryzki 
w pami zgarnia, czu dobrze, e Mateusz na okazj czeka, by go z roboty wygoni... 


Antkowi za tak o robot nie chodzio wiele, a ino o to, by si nie da przeprze i zmc 
bele komu, takiemu achmytkowi jak Mateusz. 

Do, e si zawzinali na si coraz sroej, bo na samym dnie zoci, jak zadra bolca, 
tkwia Jagusia. Obaj oni, a ju z dawna, jeszcze od wiosny, a moe i od zapust, chodzili za ni 
na przyprzk i przepierali jeden drugiego kryjomo, dobrze jednak wiedzc o sobie. Jeno 
Mateusz robi to prawie na oczach wszystkich i w gos powiada o swoim miowaniu, a Antek 
kry si z tym musia, to i gucha, palca zazdro parzya mu serce. 

Nigdy oni nie trzymali ze sob przyjacielstwa, a zawdy si boczyli na siebie i odgraali 
przed ludmi, e to i kady z nich mia si za najmocniejszego chopa we wsi, ale teraz z dnia 
na dzie rosa w nich zo do siebie i zawzito, i po jakim tygodniu to si ju nie witali, a 
przechodzili mimo, krzeszc lepiami jako te dwa wilki rozsroone. 

Mateusz nie by zy ni nieuyty, a nasprzeciw, serce mia wspomogliwe i szerok rk, 
jeno zbyt dufa w siebie, zbyt si wynosi nad drugie i za nic je sobie way, a i t mia jeszcze 
wad, e za takiego si mia kawalera, ktremu adna dziewucha si nie opara, lubi si tym 
puszy, rozpowiada, byle ino przodowa we wszystkim. Wic i teraz w smak mu to szo i 
rad gada, e Antek robi u niego i sucha si we wszystkim, a w oczy pokornie patrzy jak ta 
trusia, byle go ino z roboty nie wygoni. 

Dziwno to byo znajcym Antka, ale tak miarkowali, e si chop upokorzy i przygi, 
byle ino roboty nie straci, a drugie zasi dowodzili, e z tego wyjd jeszcze historie, bo Antek 
nie daruje i nie dzi, to jutro odbije swoje, i gotowi byli nawet o zakad i, e Mateusza 
spierze na kwane jabko. 

Juci, e Antek o tych gadkach nie wiedzia, bo do chaup nie zaglda, znajomkw wymija 
bez sowa, a z roboty wprost do domu szed i na odwrt, ale dobrze czu, e tak by musi, 
bo niezgorzej przeziera Mateusza. 

-Przyrychtuj ja ci, cierwo, na tak kapust, e ci psi nie zjedz, zmiknie ci rura, nie 
bdziesz si puszy i wynosi - wyrwao mu si jednego razu na robocie, a Bartek posysza i 
rzek: 
- Poniechajcie go, pac mu za to, by pogania! - Nie rozumia stary. 
- Nawet pies mnie mierzi, kiej po prnicy szczeka. 
-Za bardzo bierzecie do serca, jeszcze si wama zapiecze wtroba, a uwaam, e i do roboty 
gorcujecie si... 
- Bo mi zimno - rzuci byle co. 
-Z wolna trza wszystko, po porzdku, z wolna, a i Pan Jezus mg wiat stawi w jeden 
dzie, a wola go robi bez cay tydzie, odpoczywajcy... robota nie ptak, nie pofrunie, a 
narywa si la mynarza czy tam innego, jaka wam wola i mus... a Mateusz jest od tego, kiej 
ten piesek, co strzee chudoby, bdziecie si to na lili za szczekanie?... 
-Powiedziaem, jak to uwaam. Gdziecie to latow por bywali, em was we wsi nie ujrza? 
- zapyta, aby zmieni rozmow. 

- Nieco si robio, nieco wiat Boy ogldao, oczy paso i duszy rosn pomagao... powiada 
wolno obciosujc drzewo z drugiej strony, prostowa si czasem, rozciga, a mu 
stawy trzaskay, a fajki z zbw nie puszcza i rad prawi. 

-Robiem z Mateuszem przy nowym dworze, ale e pogania i zwiesna bya na wiecie, 
pachniao sonko, tom go rzuci, a szli natenczas ludzie do Kalwarii -poszedem z nimi, by 
odpustu dostpi i wiata co nieco przejrze. 
- Daleko to do onej Kalwarii? 
-Dwa tygodnie szlim, a za Krakowem, alem nie doszed. W jednej wsi, gdziemy poedniowali, 
stawia gospodarz chaup, a tyle si na tym rozumia, co koza na pieprzu, zeliem 


si, sklem juch, bo drzewa namarnowa, i ostaem u niego, e to i prosi. Bez dwa miesice 
wyrychtowaem mu dom, e na dwr patrzy, a mnie za to chcia swata ze swoj siostr, 
wdow, co wpodle na piciu morgach siedziaa. 

-Pewnikiem stara. 

-Boga ta moda, ale niczego jeszcze, a jake, tyla e ino ysawa zdziebko, kolawa i 
widrem patrzaa, ale na gbie gadka, kiej bochen, ktrego myszy bez par niedziel obgryzay, 
galanta kobieta, dobra, wyerk miaem sieln -a to jajecznica z kiebas, a to gorzaka 
z tustoci, a to inne smaki byy, a tak si znarowia do mnie, e dzie w dzie pod pierzyn 
bya puszcza gotowa... aem w nocy si wynis we wiat... 
- Nie byo si to przyeni, zawdy pi morgw... 
-I zawszony kouch po nieboszczyku. A mnie co po kobiecie! Z dawna mi ju obmierzo 
to babie nasienie, z dawna! A to nic jeno krzyczy, wrzeszczy, lata, jako te sroki na pocie, wy 
sowo, a ona dwudziestu kiej grochowinami trzsie... wy macie rozum, a ona ino ozorem zamiata. 
Mwisz kiej do czowieka, a ta ni wyrozumie, ni rozway, jeno bele co klepie. Powiadaj, 
e Pan Jezus da kobiecie ino p duszy i musi by to prawda... a drug powk diabe 
mia narzdzi... 
- S i mdre pono, s... - rzek melancholijnie. 
- To i biae wrony pono s, ino e nikto ich nie widzia ! 
- Nie mielicie to swojej kobiety, co? 
-Miaem, miaem!... -urwa nagle, wyprostowa si i zapatrzy siwymi oczami w dale, 
stary ju by, zeschy na wir, ylasty, prosty - ino si jako przygarbi teraz i fajka mu lataa 
w zbach, a ypa powiekami prdko, prdko. 
- Schodzi, wciga! - wrzeszcza chop od pi. 
- Prdzej tam, Bartek, nie stjcie, bo i piy stan - wrzeszcza Mateusz. 
-Hale, gupi, rychlej nie mona, nili poradzi. Wlaza gapa na koci, kracze i myli, e 
jest ksidzem na ambonie - mrukn ze zoci, ale musiao mu si cosik zrobi na wntrzu, 
bo czciej odpoczywa, wzdycha i za poudniem si oglda. 
Dobrze, e zaraz przyszo, bo jako i kobiety si ju pokazay z dwojakami, a Hanka wychodzia 
za wgla myna. Tartak stan, poszli wszyscy je do mynicy. Antek za, e dobrze 
zna si z mynarczykiem, bo niejedn flach wypili ze sob, wpakowa si do jego izdebki, 
nie ucieka ju od ludzi ni stroni od nich, ino im takie oczy pokazywa, e sami go omijali. 

W gorcu takim, e ledwie mona byo dycha, siedziao paru chopw w kouchach i 
pogadywao wesoo, byli to ludzie z dalszych wsi, co do myna przywieli i czekali na zmielenie, 
dokadali torfu do czerwonego ju piecyka, kurzyli papierosy, e caa izdebka tona w 
dymie, i rajcowali. 

Antek usiad na jakich workach pod okienkiem, dwojaki wzi pomidzy kolana i akomie 
pojada kapust z grochem, a potem kluski ziemniaczane z mlekiem, a Hanka ukucna 
mimo i z rozczuleniem wpatrywaa si w niego. Wysech by od pracy, poczernia, a od tego 
robienia na mrozie twarz mu miejscami uszczya si ze skry, ale mimo to urodny si jej widzia 
jak nikt drugi na wiecie. Juci, e tak byo, wysoki, prosty, migy; w pasie cienki, w 
barach rozrosy, gibki; a twarz mia dugaw, such, nos kiej ten dzib jastrzbi, jeno nie tak 
garbaty, oczy wielkie, siwozielone, a te brwie, to jakby krych pocign przez cae czoo, od 
skroni prawie szy do skroni, e kiedy je w gniewie cign, to a straszno byo patrze, a 
czoo mia wyniose, ino na p przysonite rwno obcitymi, ciemnymi, prawie czarnymi 
wosami i wsy goli do cna jak wszyscy, e mu ino te biae zby gray w czerwonych wargach 
jako sznur paciorkw... rodny by cakiem, e nigdy do napatrze si nie moga na 
niego. 

- Nie mg to ociec przynie, bdziesz to co dnia tyle drogi biegaa! 
- Gnoju mieli urzuci spod jawki, a samam wolaa ci przynie! 
Zawsze tak kierowaa, by samej obiad przynosi i chocia popatrze na niego. , 


- C tam? - spyta dojadajc. 
-A c by! - oprzdam ju worek weny i odniesam organicinej pi pronikw. Kuntentna 
bya wielce... Pietru ino jaki rozpalony, je nie je i matyjasi cigiem... 
- Obar si i tyla. 
- Pewnie, e tak, pewnie... A i Jankiel zachodzi po gsi... 
- Sprzedasz to? 
- Hale, a na zwiesn to kupowaa bd! 
- Jak uwaasz, tak zrb, twoja w tym gowa. 
-I u Wachnikw znowu si pobiy, a po ksidza chodzili, eby rozbroi... a u Paczesiw 
ciel pono si udawio marchwi. 
- Co mi ta po tym - mrukn niecierpliwie. 
- Organista jedzi po snopkach - powiedziaa po chwili, ale ju niemiao. 
- Ce daa? 
-Dwie przygarcie lnu oczesanego i cztery jajka... Powiedzia, e jak nam bdzie potrzeba, 
to da wz owsianki i poczeka na pienidze do lata albo i na odrobek da. Nie wziam, po 
c nam bra od niego... przecie... naley nam si jeszcze paszy od ojca, wzielim ino dwa 
wozy, a z tylu morgw... 
-Nie pjd si upomina i tobie zakazuj. We od organisty na odrobek, a nie, to si 
ostatnie bydl sprzeda, a pkim yw, ojca o nic prosi nie bd, rozumiesz... 
- Rozumiem, od organisty wzi... 
- A moe i zarobi tyla, e starczy, nie bucz ino przy ludziach! 
-Dy nie pacz, nie... ale we od mynarza z p korczyka jczmienia na kasz, to taniej 
wyjdzie nili gotow kupowa. 
- Dobrze, powiem dzisiaj i zostan na ktren wieczr, to si zmiele. 
Hanka wysza, a on pozosta jeszcze kurzc papierosa, nie wtrcajc si do rozmw, jakie 
chopi wiedli, a mwili wanie o bracie dziedzicowym z Wlki. 

- Jacek mu byo, znaem go dobrze! - zawoa Bartek wchodzc na ten czas do izdebki. 
- To wiecie pewnie, e powrci z dalekich krajw. 
- Nie, mylaem nawet, e ju dawno pomar! 
- ywie, bo co ze dwie niedziele temu, jak przyjecha. 
-Wrci, ale powiadali, e co niespena rozumu. We dworze nie chce mieszka i przenis 
si do lasu do borowego, sam se wszystko narzdza, czy jado, czy te ubir, a to dziwno 
wszystkim, a wieczorami na skrzypkach wygrywa, czsto gsto to i po drogach go spotykaj, 
po tych mogikach rnych, na ktrych przygrywa... 
- Mwili mi, e po wsiach chodzi i wszystkich si wypytuje o jakiego Kub. 
- O Kub! Nie jednemu psu ysek. 
-Przezwiska nie powiada, Kub jakiego szuka, ktren go mia pono z wojny wynie i 
od mierci uchroni! 
-By ci i u nas Kuba, ktren do boru z panami poszed, ale ten pomar! -rzuci Antek i 
podnis si, bo ju Mateusz wrzeszcza za cian: 
- Wychodta, co to, do podwieczorku bdzieta poedniowali! 
Antka porwaa zo, -e wybieg i zawoa: 
- Nie drzyj si po prnicy, syszymy wszyscy. 
- Obar si misem, to krzykaniem ulg sprawia kadunowi - powiedzia Bartek. 
-I... krzyczy, by si przed mynarzem zasuy - dorzuci ktry. 
-Przy jadle si wylegaj, poradzaj, gospodarzy juchy udaj, a caych portek nie poka 
mamrota wci Mateusz. ' 
-Do was pije, Antoni, do was! 
-Zawrzyj pysk i we ozr za zby, bym ci go nie przyci, a od gospodarzy ci wara! wrzasn 
Antek, gotowy ju na wszystko. 



Ale Mateusz zamilk, ino jak ten zbj spoglda, a ju cay dzie sowa nie przemwi do 
nikogo, ale za robot Antkow pilnie baczy i strowa go na kadym kroku, ino przyczepi 
si nie mg, bo tamten tak robi rzetelnie, e sam mynarz, ktren par razy dziennie przychodzi 
na robot, to spostrzeg i przy pierwszej wypacie tygodniowej postpi mu na cae 
trzy zote. 

Mateusz si wcieka potem, mynarzowi do oczw skaka, ale ten rzek: 

- Dobry mi ty, dobry mi i on, dobry mi kady, ktren rzetelnie pracuje. 
- To ino mnie przez zo pan jemu postpi. 
-Wart jest tyle co Bartek, a moe i wicej, tom postpi. Sprawiedliwy czowiek jestem, 
niech kady o tym wie. 
- A bo cisn wszystko do stu diabw i niech se pan sam staje do roboty - grozi. 
-A cinij, poszukaj buek,. kiedy ci chleb nie smakuje, id, tartak poprowadzi Boryna, i 
do tego za cztery zote na dzie ! powiedzia mynarz ze miechem, bo ano tak z rozmysem 
wszystko rychtowa, by mie taniej robotnika. 
Pomiarkowa si wnet Mateusz, e mynarz nie ustpi i nie da si nastraszy, to nie nastawa 
wicej, schowa zo do Antka gboko za pazuch e go tam ywym ogniem pieka, 
ale dla ludzi zrobi si jakby mikszym i wyrozumialszym, spostrzegli to w lot, a Bartek splun 
na to i rzek do drugich: 

-Gupi jako ten psiak, co nie mg ugry buta, dosta w zby, to si teraz do niego asi. 
Myla, e ask posiad, a tak samo go przegoni, niech si tylko lepszy trafi... zawdy tak z 
bogaczami bywa... 
Antkowi za zarwno wszystko byo, ani rad by z podwyki, ani cieszyo go zbytnio, e 
Mateuszowi zmika rura i e wie z niego przekpiwaa, o czym powiadali na robocie, tyle go 
to obchodzio razem, co ten oski rok albo i mniej. Nie dla pacy robi, to ino Hank cieszyo, 
robi, bo mu si tak podobao, a gdyby zechcia brzuchem do gry wylegiwa - wylegiwaby 
si, choby si tam nie wiem co stao. A e upodoba sobie w robocie, to si w niej prosto 
zapamita i chodzi jak ten ko w kieracie, co i nie popdzany, a w kko biega, pki go nie 
zatrzymaj. 

I tak szed dzie za dniem, tydzie za tygodniem a do samych Godw w cikiej i bezustannej 
pracy, a mu z wolna przycicha dusza i jakby skrzepa na ld, e zgoa niepodobny 
by do dawnego. Dziwowali si temu ludzie i rnie o tym mwili. Ale to byo jeno z wierzchu, 
dla ludzkich oczw, bo na wntrzu cakiem byo rnie -jako w tej wodzie bystrej i gbokiej, 
ktr mrz w lody okuje i niegi przysypi -a bekocze cigiem, szumi, huka, e ani 
czek si spodzieje, kiej pknie powoka i wody lun... Tak ci byo i w nim; robi, harowa, 
pienidze co do grosza oddawa onie, w domu przesiadywa wieczorami, a dobry by jak 
nigdy, cichy, spokojny, dzieci zabawia, pomaga w gospodarstwie, marnego sowa nie rzek 
nikomu, nie wyrzeka i jakby o wszystkich krzywdach zapomnia ale nie zwid tym wszystkim 
Hanczynego serca, nie; juci, e radowaa si tej przemianie i dzikowaa za ni Bogu 
gorco, a zabiegaa koo niego, jak moga, w oczy mu cigiem patrzya, by odgadn, czego 
potrzebuje, suk mu bya najwierniejsz i najpamitliwsz, ale i czsto apaa oczami jego 
smutne spojrzenia, czsto nasuchiwaa strwoona jego wzdychw cichych, czsto opaday jej 
rce i z zamarym sercem ogldaa si dokoa, chcc przewidzie, skd przyjdzie nieszczcie, 
bo dobrze czua, e w nim way si cosik strasznego, cosik, co ino przez moc zdziera, co ino 
przywaro, przytaio si, a ssie mu dusz, ssie... 

On za ani sowa nie rzek, le mu jest czy dobrze, z roboty wraca prosto do domu, o 
witaniu si zrywa, kiedy przedzwaniali na roraty, e co dnia przechodzi koo owietlonego 
kocioa, co dnia zatrzymywa si wprost kruchty posucha grania organw, tych muzyckich 
gosw, tych brzmie rozdzwonionych, cichych; przejmujcych, co jakby z mrozw dwiczay, 
jakby z tej przedwitowej szaroci si rodziy, jakby z tych zrz miedzianych pobrzkiway 
z lodowych przyson i z ziemi przemarzej niosy si tsknym, amicym marzeniem 



dugiego snu, cikiego snu zimy, i co dnia przyspiesza kroku, by go nie ujrzeli zasuchanego, 
i bieg drug stron stawu, dusz, byle ino nie przechodzi koo ojcowego domu nie 
spotka nikogo. 

Nikogo! 

Dlatego te i w niedziele przesiadywa kamieniem w domu, mimo prb Hanki, by szed 
z ni do kocioa. Nie i nie. Ba si spotkania z Jagn, dobrze wiedzia, e nie zdziery, nie 
wytrzyma! 

A przy tym wiedzia od Bartka, z ktrym si niezgorzej stowarzyszy, i sam czu, e wie 
wci si nim zajmuje 

e go pilnuj i ledz na kadym kroku jak zodzieja, jakby si zmwili na niego -nieraz 
bowiem spostrzega przyczajone za wgami oczy, nieraz czu, jak si ogldaj za nim, jak 
lec ciekawe, chwytne spojrzenia, co rade by do dna duszy sign i wypatroszy j z kadego 
zamysu, i przejrze na wskr. Bolay go te oczy, bo jakby widrem szy przez dusz, 
srodze bolay. 

-Nie przegryziecie, cierwy, nie przegryziecie -szepta nienawistnie, zacinajc si w coraz 
sroszym gniewie na wszystkich, e jeszcze bardziej unika ludzi. 
-Nie potrzeba mi nikogo. Tyle mam ze sob przyjacielstwa, e ledwie temu poradz powiedzia 
Kbowi, ktren mu wyrzuca, e nigdy do niego nie zajrzy. 
I prawd rzek, e ledwie ze sob poradzi, prawd; wzi si by mocno w gar, skiezna 
dusz niby w ten kantar elazny i trzyma krzepko, nie popuszcza z uwizi - ale ju mu 
coraz czciej mdlaa dusza z utrudzenia i coraz czciej chciao mu si ciepn wszystko 
zda si na dol .Za bdzie czy dobra - zarwno mu byo, bo ycie mu mierzo i przeera go 
smutek - gboki smutek, co jak ten jastrzb wrzepi si w serce pazurami i dar, i ozdziera. 

Ciko mu byo w tym jarzmie, ckno, ciasno i duszno, jak temu sptanemu koniowi w 
zagrodzie, jak temu psu na acuchu, jak... e i nie wypowiedzie! 

Czu si jako to drzewo rodne, obamane przez wicher i na zagad skazane , a schnce 
powoli w samym rodku kwitncego, zdrowego sadu. 

Bo wokoo yli ludzie, bya wie, ycie wrzao zwykym gbokim bekotem, pluskao 
jako ta woda bieca, rozlewao si wci jednakim, bujnym, rzewym strumieniem. Lipce 
yy zwykym, codziennym yciem: a to chrzciny wyprawiali u Wachnikw; zrkowiny odbyway 
si u Kbw, cho i bez muzyki, ale zabawiali si, jak na adwent przystao; to znowu 
zmaro si komu, bodaj e temu Bartkowi, ktrego to po kopaniach ziciaszek tak pobi, e 
chyrla, kwka, a si i przenis do Abramka na piwo; to Jagustynka zapozwaa znowu dzieci 
do sdw o wycugi; to insze jeszcze sprawy szy, drugie, a w kadej niemal cha-upie co 
nowego; e nard mia o czym radzi, z czego si mia albo i markoci; a za po rnych 
chaupach w dugie wieczory zimowe zbieray si kobiety z kdziel na oprzd - co tam miechu 
byo, mj Jezus, co zabawy, co gadek, co krzyka, e a po drogach szy te gzy wesoe ! 
A wszdy co swarw, przyjacielstw, zmawia, zalecanek wystawa przed chaupami, krtaniny, 
bijatyk, przemawia uciesznych -jakoby w tym mrwczym albo pszczelnym rojowisku e 
ino huczao w chaupach. 

A kaden y po swojemu, jak mu si widziao, jak mu sposobniej byo, a spoecznie z 
drugimi, jak Pan Bg przykaza. 

Kto biedowa, zabiega, kopota si, kto si zabawia i rad w kieliszki przedzwania z 
przyjacioy, kto si puszy i wynosi nad drugie, kto za dzieuchami si ugania kto chyrla i na 
ksi꿹 obor poglda, kto na ciepym przypiecku legiwa, komu rado bya, komu smutek, 
komu za ni jedno, ni tamto - a wszyscy yli gwarno, z caej mocy, dusz ca. 

Ino on jeden by jakby poza wsi, poza ludmi i czu si jako ten ptak obcy, strachliwy a 
godny - e cho si tucze koo jarzcych okien, cho wzdycha do penych brogw, cho rad 
by dusz ca do ludzi - a nie wleci; kouje ino, zaglda, nasuchuje, mk si ywi, tsknic 
pije , a nie wleci. 



Chyba, eby Pan Jezus co przemieni... a na dobre. 

Ale ba si jeszcze myle o takiej przemianie. 

Jako na dni par przed Godami spotka si rano z kowalem, chcia go wymin, ale 
tamten zastpi mu drog pierwszy wycign rk i rzek mitko, jakby z alem: 

- Czekaem, e przyjdziesz jak do rodzonego... poradzibym, pomg, chocia i u mnie si 
nie przelewa... 
- Moge przyj i pomc! 
- Jake... pierwszy to miaem si naprasza, eby mnie wygoni jak Jzk... 
-Juci, kogo nie boli, temu zawsze powoli. -Nie boli! Jednaka nas krzywda spotkaa, to i 
bolenie jednakie. 
- Nie cyga w ywe oczy, hale, myli, e z gupim ma spraw... 
- Jak tego Pana Boga kocham, tak czyst prawd rzekem. 
-Lis jucha; leci, wywchuje, krta si, a ogonem lad zaciera, eby nawet wiatru za nim 
nie zapa i szkody nie pomci. 
-e na weselu byem, o to, widz, krzyw na mnie ! Prawda, byem, nie wypieram si, 
musiaem ano pj, sam ksidz namawia i niewoli, eby obrazy boskiej z tego nie wyszo, 
e dzieci osobno, a ociec osobno. 
-Z namowy ksidza poszede, powiedz to drugiemu, uwierzy, ale nie ja. Drzesz ty starego 
za to przyjacielstwo, jak si ino da, z prnymi rkami nie odchodzisz... 
-Ino gupie nie bier, jak im daj, ale przeciw tobie nie nastaj, nie, niech caa wie powie, 
spytaj si Jagustynki, ona cigiem przesiaduje u starego, ju nawet mwiem ojcu o zgodzie 
z tob... zrobi si to... uadzi... wyrychtuje na glanc... 
-Psw se gd, nie mnie, syszysz! Nie prosiem ci o wojn, to mie i ze zgod nie e, 
widzisz go, jaki mi przyjaciel! Zrobiby zgod, by ino mg mi zwlec z grzbietu choby ten 
kouch ostatni... Mwi ci raz jeszcze, cakiem mnie poniechaj i z drogi mi schod, bo jak 
mnie kiedy zo rozbierze, to ci tych wiewirczych kudw nadr i eber pomacam, nie 
obroni ci i straniki, 
cho z nimi trzymasz. Zapamitaj to sobie! 
Odwrci si i poszed nie obejrzawszy si nawet na tamtego, ktren z rozdziawion gb 
na rodku drogi osta. 

- Cygan cierwa, ze starym trzyma i do mnie z przyjacielstwem wystpuje, a obu by nas z 
torbami puci, by ino mg. 
Nie uspokoi si rycho po tym spotkaniu, bo do tego nie wiodo mu si jako dzisiaj od 
samego rana; ledwie by wzi si do czesania, wyszczerbi si topr na sku, a potem za, 
zaraz z przypoudnia, drzewo przygnieto mu nog, cud prawdziwy, e nie pka, ale musia 
but zezuwa i okada lodem, bo napucha i srodze bolaa... A do tego i Mateusz dzisiaj by 
rozarty jak ten pies, kci si ze wszystkimi, wci mu byo le, wci mao, krzycza, pogania, 
a z nim to jakby wyranie zwady szuka, e ino, ino do czego gorszego nie przyszo. 

Tak si ju dziwnie skadao, bo nawet tej kaszy, ktr mia Franek zrobi na dzisiaj, a o 
ktr Hanka mu co dnia gow suszya, nie zrobi i zastawia si brakiem czasu. 

W chaupie te byo niezwyczajnie, Hanka chodzia strapiona i zapakana, bo Pietru lea 
w gorczce jakoby w ogniu, e musiaa woa Jagustynki, aby chopca okadzia i przemierzya, 
bo obsun si musia. 

Wanie przysza podczas kolacji, przysiada przed kominem, rozgldaa si kryjomo po 
izbie i dziwn ochot miaa gada, ino e mao wiele odpowiadali oboje, to zaraz wzia si 
oglda chopca i lekowa... 

- Pjd do myna, przypilnuj, bo inaczej nie zrobi!- powiedzia biorc za czapk. 
- Ociec nie mogliby to i zasypywa?... 


-Sam pjd, to pewniej kasza bdzie! -I poszed spiesznie, zy by, wzburzony i tak na 
wntrzu rozciepany jako to drzewo samotne na wichurze , a przy tym dranio go wszystko w 
chaupie, niecierpliwio, a najbarzej te obmacujce, zodziejskie oczy Jagustynki. 
Wieczr by cichy, niemrony, bo jako od rana sfolao mocno, gwiazd byo niewiele, 
ino gdzieniegdzie, jak przesony, drgaa jaka w dalekociach, wiatr pociga od lasw, a z nim 
szed daleki szum, guchy, jkliwy przed odmian, psy gsto naszczekiway po wsi, a co troch 
suy si kurzaw niegi, otrzsane z drzew... dymy tuky si po drodze - a powietrze byo 
wilgotnawe, przejmujce. 

We mynie, e to przed witami, sporo byo ludzi ; tych , ktrych zboe si meo, warowali 
przy gankach, reszta siedziaa w izdebce mynarczyka, a w porodku Mateusz snad 
co ciekawego powiada, bo co chwila wybuchali miechem. 

Antek cofn si prawie z progu izdebki i poszed na myn szuka Franka. 

-Rozprawia si na grobli z Magd, wiecie, t wypdzon od organistw! Mynarz chcia 
go wygoni, jeli dziewk raz jeszcze spotka w mynie, a przesiadywaa tu cae noce, bo i 
gdzie si podzieje biedota! - objani go chop jeden. 
- Kto na zwiesn za czym bryka, od tego zim umyka! - dorzuci ze miechem inny. 
Antek przysiad pod cylindrem, gdzie si najprzedniesz mk robio, a tak jako wprost 
wywartych drzwi izdebki, e widzia Mateuszowe plecy i gowy innych, pochylonych ku 
niemu i zasuchanych, mg by sysze nawet, co mwili, bo niedaleko byo, ino turkot myna 
nie pozwala, a i sam sucha nie chcia. 

Uwali si prawie na workach i jakby drzema nieco ze znuenia. 

Myn turkota bez przerwy, trzs si cay, dygota i pracowa wszystkimi gankami, koa 
trzepay si tak mocno jakby sto kobiet prao kijankami a bez przerwy, woda z bekotliwym 
krzykiem walia si przez nie, rozbijaa wnet piany wrzce, w nieyste drzazgi i walia z rykiem 
do rzeki. 

Antek czeka moe z godzin na Franka, ale podnis si wreszcie, by i go poszuka na 
dworze, a zarazem by si orzewi nieco, bo pik go morzy. Drzwi wychodne prowadziy tu 
przy izdebce, przeszed i biorc ju za klamk przystan nagle, posysza prawienie Mateusza. 


-...a stary sam warzy mleko, to herbat i do pierzyny jej nosi.. -mwili, e nawet sam 
koo krw chodzi i z Jagustynk wszystko obrzdza, byle ino ona se rczkw nie powalaa... 
pono kupi w miecie porcenel, by si nie przezibia za stodo wychodzi... 

Gruchnli miechem ogromnym i dowcipy jak grad si posypay. Antek, sam nie wiedzc 
dlaczego, cofn si na dawne miejsce, pad na worki i bezmylnie patrzy w dug, czerwona 
smug wiata, bijc przez wywarte drzwi izdebki. Nie sysza nic, turkot przygusza rozmowy, 
myn dygota bezustannie, szary tuman pyw mcznych przysania mynice, lampki 
wiszce u sufitu gdzieniegdzie migotay z kurzawy biaej, ciy si jak te kocie oczy zaczajone 
i drygay raz po raz na sznurach. Ale nie mg wysiedzie, podnis si znowu i cicho, na 
palcach podsun si pod same drzwi i sucha. 

-...wszystko mu wytumaczya -mwi Mateusz-bez pot pono si spieszya i bez to -
Dominikowa przytwierdzia, jako si to czsto przytrafia dzieuchom, e i j to samo spotkao 
w paniestwie... Kada teraz moe zgania na przeaz ostry... a stary baran uwierzy. Taki 
mdrala, a uwierzy... 

miali si tak, a ten rechot po mynicy si rozlega, a si pokadali. 
Antek przysun si bliej, prawie w progu stan, a blady jak trup z zacinitymi piciami, 
skurczony w sobie, gotowy do skoku. 

-A to, co o Antku powiadali - podj znowu Mateusz, gdy si wymiali -e si tam z Jagusi 
dobrze znali, nieprawda, wiem najlepiej. Sam syszaem, jak skamla u drzwi komory 
niby ten pies, a go miet musiaa odgania. Przyczepi si do niej jak rzep do psiego ogona, 
ale go przeganiaa... 


- Widzielicie to?... inaczej na wsi mwili... - zapyta ktry. 
- Jake, raz to byem u niej w komorze? raz mi si to alia na niego? 
- esz jak ten pies! - krzykn Antek przestpujc prg. 
Mateusz si porwa w ten mig do niego, ale nim mg zmiarkowa co bd, ju Antek 
skoczy jak ten wilk wcieky, chyci go jedn rk za orzydle, przydusi, a tamten dech i 
gos straci, drug uj za pas, wyrwa z miejsca jak kierz, nog drzwi wywali na dwr i ponis 
go prdko za tartak, do rzeki ogrodzonej potem, i cisn z caej mocy, a cztery erdki 
trzasy kiej somki, a Mateusz niby kloc ciki pad we wod. 

Rejwach si uczyni i krzyk wielki, bo rzeka w tym miejscu bystra bya i gboka, rzucili 
si ludzie na ratunek i wycignli go rycho, ale by nieprzytomny, ledwie si go docucili. 
Przylecia wnet mynarz, przywiedli w par pacierzy Jambroa, naszo si ludzi ze wsi, a go 
przenieli do mynarzowego domu, bo cigiem mdla i rzyga krwi. Po ksidza nawet posali, 
tak si le z nim widziao, myleli, e i ranka nie doczeka. 

Antek za, kiedy Mateusza wynieli, siad spokojnie na jego miejscu przed kominem i 
grza sobie rce, i pogadywa z Frankiem, ktry si znalaz -a skoro ludzie popowracali i 
uspokoio si nieco, rzek tak gono, by wszyscy syszeli, a mocno, by sobie kady zapamita: 


- Kto ino bdzie mnie szarpa i nastawa na mnie, kademu tak zrobi albo jeszcze lepiej! 
Nikt si nie odezwa, patrzeli na niego z gbokim podziwem, z szacunkiem, bo jake, 
eby takiego chopa jak Mateusz wzi tak letko niby ten snopek somy, ponie i rzuci do 
wody! Jeszcze nikto o takim mocarzu nie sysza!... No, bo eby si pobili, zmagali i jeden 
drugiego przemg, poprzetrca mu koci, zabi nawet - rzecz zwyczajna! Ale nie, ino wzi 
kiej tego szczeniaka za uszy i ciepn do wody! e mu ta ebra popkay od erdek, nic to, 
wylekuje si, ale taki wstyd, taki wstyd, tego chyba Mateusz nie przeniesie!... Tak owstydzi 
czowieka na cae ycie!... 

- No, no wiecie, moiciewy, tego jeszcze nie byo szeptali midzy sob. 
Ale Antek na nich nie zwaa, zme kasz i koo pnocka poszed do domu; wiecio si 
jeszcze u mynarza w tej izbie, gdzie zoyli Mateusza. 

-Nie bdziesz si, cierwo, przechwala wicej, e u Jagny w komorze bywa! - szepn 
nienawistnie i splun. 
W domu nic nie powiedzia, cho Hanka jeszcze nie spaa zajta przdzeniem, ale rano 
nie poszed do roboty, by pewny, e go odprawi, zaraz jednak po niadaniu przylecia sam 
mynarz. 

-Chodcie do roboty, co macie z Mateuszem, to wasza sprawa, nic mi do tego, a tartak 
sta nie moe, dopki nie ozdrowieje; prowadcie robot, cztery zote i obiad bd wam paci. 
- Nie pjd, da pan tyle, co Mateuszowi, stan i nie gorzej poprowadz. 
Mynarz si wcieka, targowa, ale przysta musia, bo nie byo rady, zaraz go te zabra 
i poszli. 
Hanka nic z tego jeszcze nie poja, bo o niczym nie wiedziaa. 

ROZDZIA 4 

W Wigili przed godnymi witami ju od samego witania wrza przyspieszony, gorczkowy 
ruch w caych Lipcach. 

W nocy czy te dopiero na odedniu mrz by znowu krzepko chyci, a e przyszed po paru 
dniach mitkich i wilgnych mgie, to obwali drzewa sadzi jakby tymi szklanymi struynami 
albo zasie puchem co najbielszym; soce si nawet cakiem wyupao i wiecio na modrym, 
jakby oprzdzonym w cieniukie, przejrzyste mgy niebie, jeno e blade byo, ostyge 



kiej ta Hostia w monstrancji utajona, nic nie grzejce, a naprzeciw, bo mrz bra na dzie, 
podnosi si jeszcze i przejmowa tak skrzytw, e dech zapierao i stworzenie wszelkie chodzio 
w parach oddechw, niby w kbach mgie, ale wiat si cay rozsoneczni i stan w 
takich migotliwych, jarzcych blaskach, w takich ostrych skrzeniach, jak eby kto diamentow 
ros przyokry niegi, a oczy bolay patrze. 

Oklne pola, przywalone niegiem, leay biae, roziskrzone, a guche i martwe, ino czasami 
ptak jaki opota wskro bielizn mienicych, e ino cie jego czarny migota po zagonach 
albo to stadko kuropatw skrzykiwao si pod zasypanymi krzami i pochliwie, czujnie 
cigno chykiem ku ludzkim siedzibom, pod brogi pene; gdzie znw, ale nieczsto, zajczek 
jaki zaczernia, kica po niegach, stawa supka i drapa stwardnia skorup dobierajc 
si do zboa, ale sposzony szczekaniem psw, ucieka z nawrotem do borw oszroniaych, 
zawalonych niegiem, zmartwiaych z zimna! - Pusto i gucho si czynio na tych nie objtych 
okiem rwniach nienych, a tylko gdzie, w dalekociach modrawych, majaczyy wsie, siwiay 
sady, mroczay gszcze, poyskiway zamarze strumienie. 

Chd przejmujcy i od tych mronych brzaskw wietlisty wion wiatem caym i 
przenika na wskr zlodowacia cisz. 

aden krzyk nie rozdar zakrzepego milczenia pl, aden gos ywy nie zadrga ni nawet 
powist wiatru nie zaszeleci w suchych, roziskrzonych niegach -ledwie niekiedy, czasami, 
od drg zgubionych w zapach, tuk si jkliwy gos dzwonka i skrzyp sani, ale tak sabo i 
odlege, e jeszcze nie chyci cakiem, nie rozezna skd i gdzie, a ju przebrzmia i zgoa 
przepado w cichociach. 

Ale po lipeckich drogach, z obu stron stawu, rojno byo od ludzi i wrzaskliwie; radosny 
nastrj wita drga w powietrzu, przenika ludzi, nawet w bydltkach si odzywa; krzyki 
dwiczay w suchliwym, mronym powietrzu kieby muzyka, miechy rozgone, wesoe 
leciay z koca w koniec wsi, rado buchaa z serc; psy jak oszalae tarzay si po niegach, 
szczekay z uciechy i ganiay za wronami, tukcymi si okoo domw, po stajniach ray 
konie, z obr wyrywaly si przecige, tskne ryki, a nawet ten nieg jakby radoniej skrzypia 
pod nogami, pozy sa piskay na twardych wyszlichtanych drogach, dymy biy modrymi 
supami a prociuteko, jakby strzeli, okna za chaup gray tak w socu, a razio - a wszdzie 
peno byo wrzawy dzieci, rwetesu, ggliwych gosw gsich, co si trzepay po przyrblach, 
nawoywa; peno byo po drogach ludzi, przed domami, w opotkach, a wskro onieonych 
sadw raz po raz czerwieniy si weniaki kobiet, przebiegajcych z chaupy do chaupy, 
e raz po raz trcane w biegu drzewiny i krze sypay strugami okici niby t srebrn 
kurzaw. 

Myn nawet dzisiaj nie turkota, stan na wita cae, a tylko zimne szkliwo wody przejrzystej, 
puszczonej na upust, dzwonio bekotliwie, a gdzie za nim, w botach i w oparzeliskach, 
z oparw kurzcych si mgami wydzieray si krzyki dzikich kaczek i cae ich stada 
kooway. 

A w kadej chaupie, u Szymonw, u Makw, u wjtw, u Kbw, i kto ich tam zliczy 
a wypowie wszystkich, przewietrzano izby, myto, szorowano, posypywano izby, sienie, a 
nawet i nieg przed progami wieym igliwiem, a gdzieniegdzie to i bielono poczerniae kominy; 
a wszdzie na gwat pieczono chleby i one strucle witeczne, oprawiano ledzie, wiercono 
w niepolewanych donicach mak do klusek. 

Bo to Gody szy, Paskiego Dziecitka wito, radosny dzie cudu i zmiowania Jezusowego 
nad wiatem, bogosawiona przerwa w dugich, pracowitych dniach, to i w ludziskach 
budzia si dusza z zimowego odrtwienia, otrzsaa si z szarzyzny, podnosia si i 
sza radosna, czujca mocno na spotkanie narodzin Paskich! 

I u Borynw by taki sam rwetes, krtanina i przygotowania. 

Stary jeszcze by do dnia pojecha do miasta po zakupy z Pietrkiem, ktrego przyj do 
koni na Kubowe miejsce. 



A w chaupie uwijano si wawo, Jzka przypiewywaa cichuko i strzyga z papierw 
kolorowych one cudackie strzyki, ktre czy na belk, czy te na ramy obrazw nalepi, to 
widz si kieby pomalowane w ywe kolory, od ktrych a gra w oczach! A Jagna, z zakasanymi 
po ramiona rkawami, miesia w dziey ciasto i przy matczynej pomocy pieka strucle 
tak dugachne, e widziay si jako te lechy w sadzie, na ktrych pietruszk zasiewaj, to 
chleby bielsze nieco z pytlowej mki -a zwijaa si ywo, bo ciasto ju kipiao i trza byo 
wyrabia bochenki, to pogldaa za Jzin robot, to zagldaa do placka z serem i miodem, 
ktren wygrzewa si ju pod pierzyn i czeka na piec, to lataa na drug stron do szabanika, 
w ktrym buzowa si tgi ogie. 

Witek mia przykazane, aby pilnowa ognia i dokada polan, ale tyle go ino widzieli co 
przy niadaniu, bo zaraz si gdziesik zapodzia. Prno Jzka, to Dominikowa szukay go po 
obejciu i nawoyway, ani si odezwa jucha; 

siedzia ano za brogiem w szczerym polu pod krzami i zakada sida na kuropatki, a gsto 
je przysypywa plewami dla niepoznaki i przynty. apa z nim by i ten bociek, ktrego to 
by w jesieni chorego przygarn, wykurowa, ochrania, ywi, sztuk rnych wyuczy i tak 
si z nim pokuma, e niech ino zagwizda na po swojemu, to ptak chodzi za nim niezgorzej 
od apy, z ktrym by w wielkiej zgodzie, bo razem wyprawiali si na szczury w stajni. 

Rocho za, ktrego na cae wita Boryna do chaupy przyj, siedzia ju od rana w kociele 
i tam do spki z Jambroym przystrajali otarze i ciany jedlin, jakiej nawiz ksiy 
parobek. 

Poudnie ju dochodzio, gdy Jagna skoczya z chlebem, uoya bochenki na desce i 
jeszcze oklepywaa i smarowaa je biakiem, by zbytnio w ogniu nie popkay, gdy Witek 
wrazi gow w drzwi i krzykn: 

- Kold nies! 
Jako ju od rana starszy organiciak, Jasio, ten, co by w szkoach, roznosi opatki do 
spki z modszym bratem. 
Dojrzaa ich Jagna ju przed gankiem, e czasu nie byo nawet co uprztn, gdy do izby 
weszli z Pochwalonym. 
Zafrasowaa si wielce, e to w izbie rozgardiasz by taki, to ino schowaa pod zapask 
goe rce i zapraszaa, by siedli odpocz, bo kosze mieli wielkie, a modszy dwiga niezgorsze 
torbeczki i nieprne. 

- Jeszcze mamy p wsi obej, a czasu niewiele!... - wzbrania si. 
- Niech pan Jasio cho si ogrzeje, zamrz taki! 
-A moe zdziebko gorcego mleka, to uwarz - proponowaa Dominikowa. Wymawiali 
si, ale przysiedli pod oknem na skrzyni, Jasio za tak si wpatrzy w Jagn, a poczerwieniaa 
i ja spiesznie ciga na rce rkawy, e i on pokrania jak burak i wzi w koszu szuka 
opatkw, a wyj lepsz i grubsz paczk, bo w zoty pasek okrcon i poprzekadan 
kolorowymi opatkami. Jagu wzia j przez zapask i pooya na talerzu pod Pasyjk, a 
potem wyniesa z dobry garniec siemienia lnianego i sze jajek. 
- Pan Ja dawno przyjecha? 
- Dopiero w niedziel, trzy dni temu. 
-Pewnikiem ckni si im w tych szkoach? -zapytaa matka. 
- Nie bardzo, ale to ju niedugo, bo tylko do wiosny! 
- A mwia pani organicina jeszcze w moje wesele, e pan Jasio na ksidza idzie... 
- Tak, od Wielkiej Nocy, tak! - rzek ciszej i spuci oczy. 
-Mj Boe, to dopiero pociecha si ojcom ciele! To dopiero rado, e oni ksidzem 
ostan, a moe da Bg, to i w naszej parafii! 
- C tu u was sycha? - zapyta, aby przerwa pytania niemie. 
-A c by, da Bg, e nic zego. Pomaluku wszystko, pomaluku, a dookoa, kieby w 
tym kieracie, jak zwyczajnie w chopskim stanie. 


- Chciaem przyjecha na wasze, Jagu, wesele, ale mnie nie pucili. 
- A taka zabawa bya, e bez cae trzy dni tacowali!- wykrzykna Jzka. 
- Kuba podobno w tym czasie umar! 
-A zmaro mu si, zmaro chudziaczkowi, krew go usza i nawet bez witej spowiedzi 
skocz. Mwi po wsi, e pokutuje, e widzieli, jak si cosik nocami po drogach tucze, na 
rozstajach jczy, to pod krzyami wystaje i zmiowania boskiego czeka!... Kubowa dusza to 
by musi, nie druga ! 
-Co wy te mwicie! 

- Juci, prawd mwi, nie widziaam sama, to i nie przysign na to, ale moe by, moe 
s takie sprawy na wiecie, e czowiekowy rozum, choby i najwikszy, a nie wyrozumie, 
nie przejrzy -boskie to ano s urzdzenia nie ludzkie, nie, bo co my, chudziaki, moemy, to 
moemy, a reszt Bg moe! 
- Szkoda Kuby, sam ksidz, jak mi opowiada o jego mierci, to a paka z alu. 
-Bo poczciwoci to by parob, e i drugiego nie znale a cichy, pobony, pracowity, cudzego 
nie ruszy, a z biednym to gotw si by kapot ostatni podzieli. 
-Tak si zmienia cigle w Lipcach, e co przyjad, pozna si nie mog. Byem dzisiaj u 
Antkw, dziecko im chore, bieda u nich a skrzypi, a on sam tak si zmieni, tak wychud, e 
ledwiem go pozna! 
Nie odezway si na to ani sowem, jeno Jagna odwrcia szybko twarz i zacza nakada 
chleb na opat, a stara ypna oczami, e zaraz pomiarkowa, jako w tym jest dla nich co 
przykrego, chcia naprawi, myla, o czym by dalej mwi, gdy Jzka przystpia zaponiona 
i ja prosi, aby da par kolorowych opatkw. 

- Na wiaty mi potrzebne, byy z oskiego roku, ale si we wesele do cna pomarnoway. 
Juci, e da jej kilkanacie i co a w piciu kolorach. 
-A tyle! Mj Jezus, a dy to starczy i na wiaty, i na ksiyce, i na gwiazdy! - woaa 
ucieszona, poszeptay z Jagn i zesromana, przysaniajc twarz zapask, wyniesa mu za nie 
co sze jajek. 
Boryna na ten czas powrci z miasta i wchodzi do izby, a za nim wciska si apa z 
bokiem, bo Witek te si zjawi rwno z gospodarzem. 

- Zawierajcie prdko drzwi, bo si ciasto ozibi - krzyczaa stara. 
-Jak kobiety zabieraj si do porzdkw, to chopom trza komornego szuka choby w 
karczmie, by przy pieczeniu nie zwalili na nas zakalca! -mia si Boryna rozgrzewajc 
skostniae rce. -Droga jak po szkle i sanna sielna, ale i taki mrz, e trudno w saniach wysiedzie! 
Daj, Jagu, Pietrkowi choby chleba, bo przemarz na ko w tym sodackim szynelu. 
Jasio na dugo do domu? 
- A do Trzech Krli. 
-Ojciec ma z Jasia niezgorsz wyrk, bo to i przy organach, i w kancelarii! Juci, stare-
mu al puci pierzyny na taki mrz. 
- Nie dlatego, a tylko e krowa si dzisiaj ocielia, to zosta w domu i pilnuje. 
- W dobry czas, bdzie mleko na ca zim. 
- Hale, Witek, dae pi rebiciu? 
-Samam nosia, ale nawet i po palcu pi nie chcia, baraszkuje ino, a do klaczy si tak 
wydziera, e przeprowadziam do wikszej grdki. 
Chopcy wyszli, ale Jasio jeszcze z opotkw si odwraca za Jagn, bo te jakby jeszcze 
urodniejsz bya nili na jesieni przed weselem. 
Nie dziwota te, i starego cakiem zawojowaa, i wiata za ni nie widzia. Dobrze na 
wsi powiadali, e cakiem zgupia z tego kochania, bo cho kwardy by i nieustpliwy la 
wszystkich po dawnemu, ale Jagusia moga z nim robi, co ino zechciaa, sucha si jej ze 
wszystkim, jej oczami patrza, jej si radzi, a i Dominikowej te, e do cna go opanoway! 
Dobrze mu z tym byo, gospodarstwo szo, wszystko byo w porzdku, wygod swoj mia, a 



uali si przed kim i poradzi, e ju o niczym nie myla i o nic nie stoja, co ino nie byo 
Jagusi, w ktr jak w ten obrazek wity patrza! 

Nawet teraz oto wygrzewa si przed kominem, a cigiem chodzi za ni rozmiowanymi 
oczami i kieby przed weselem, sodkie swka wci prawi, a jeno o tym myla, czym by si 
jej jeszcze wicej przypodchlebi. 

Ale Jagna tyle dbaa o jego kochanie, co o ten nieg z oskiego roku, jaka mroczna bya, 
zniecierpliwiona jego amorami, za, wszystko j dranio, e jak ten luty wicher nosia si 
po izbie - robot spychaa na matk, to na Jzk, a czsto i starego do niej zaganiaa cierpkimi 
sowy, a sama sza niby to zajrze na drug stron do pieca albo do rebaka w stajni, a gwnie 
po to, by osta samej i zamyla si o Antku. 

Jasio go jej przypomnia, e jak ywy stan przed ni, jak ywy... 

Prawie trzy miesice go nie widziaa, bo jeszcze na dugo przed lubem, tyla ino, co wtedy 
przejazdem na drodze pod topolami... juci, czas pyn jak ta woda; a to lub, przenosiny, 
kopoty rne, gospodarstwo, e i kiej to miaa o nim pomyle! Nie widywaa go, to i na 
myl nie przychodzi, a ludzie te wagowali si mwi o nim przed ni... A teraz, nie wiada 
dlaczego, tak z naga stan przed oczami i patrzy z tak aoci, z takim wyrzutem, a si 
jej dusza zatrzsa ze zgryzoty... 

-Nicem ci nie winowata, nie, to czemu stajesz przede mn jak ta dusza pokutujca, czemu 
straszysz? - mylaa aonie bronic si przed wspominkami... ale dziwno jej byo, czemu 
si tak mocno przypomnia, czemu to ani Mateusz, ani Stacho Poszka, ni inni?... Nikto drugi, 
tylko on jeden! Zada jej cosik musia, e si biedzi teraz i wydziera z siebie, i w mce si 
pawi, bo taka tskno j rozpieraa, a j w doku gnieto, a tak cosik we wiat dusz nieso, 
e poszaby, gdzie ino oczy ponies, na bory i lasy. 

-Co on tam, chudziak, porabia, co se myli? I ani sposobu, by z nim pomwi, ani sposobu 
i... nie wolno! Prawda, nie wolno, Jezus kochany, a dy by to by miertelny grzech, 
miertelny! -mwi to ksidz na spowiedzi, mwi... -ino by z nim pomwia raz jeden, 
choby przy wiadkach, choby... a to ju ani dzi, ani jutro, ani nigdy! Borynowa jest na 
wiek wiekw amen... 
- Jagusia, a chode, chleb trzeba przesadzi! - woaa stara. 
Pobiega do domu, zwijaa si, jak moga, ale myli o nim nie zatracia, wci jej wraca 
na oczy i wszdzie przypominay si jego niebieskie lepie i te brwie czarne, i te wargi czerwone, 
sodkie, akome! Prno zapamitale wzia si do roboty, palio si jej w rkach, 
uprztaa izb, wzia si pod wieczr do obrzdku krw, czego prawie nigdy nie robia, nic 
to jednak nie pomogo, bo cigle sta przed ni i tsknica rosa w niej, i rozdzieraa dusz, co 
j tak strasznie rozdranio, e przysiada na skrzyni przy Jzce, czynicej pospiesznie wiaty, 
i buchna paczem. 

Uspokajaa j matka, uspokaja m wystraszony, chodzili koo niej jak koo tego dziecitka 
rozgrymaszonego, gaskali, patrzyli w oczy, nic nie pomogo, wypakaa si do woli i 
wnet si w niej cosik przemienio z naga, bo si podniosa ze skrzyni prawie wesoa, pogadywaa 
ze miechem, piewa nawet bya gotowa, gdyby to by nie adwent ! 

Popatrzy zdziwiony Boryna, popatrzaa matka, a potem na siebie dugo i wanie spogldali, 
wywiedli si do sieni, co tam poszeptali i wrcili rozradowani, weseli, rozemiani i nu 
j bra w ramiona, caowa, a tacy byli dobrzy, e stara zakrzykna gorco: 

- Nie dwigaj dziey, Maciej wynios! 
- Abo to mi nowina bra i cisz! 
Nic nie rozumiaa. 
Ale stary nie pozwoli, sam wynis, a potem przy sposobnoci przypar j gdzie w komorze, 
srodze caowa, a radonie co szepta ,by Jzka nie usyszaa. 

- Wam z matk we bach si poprzewracao, nieprawda, co powiadacie, nie!... 


-Oboje z matk znamy si na tym, ju ja ci mwi, e tak jest. Zaraz, co to mamy? Gody... 
to by dopiero na lipca wypado, w same niwa... Czas nierychtowny, gorc, roboty, ale 
c poradzi, trza i za to Panu Bogu podzikowa... - I znowu chcia j caowa, wyrwaa mu 
si ze zoci i pobiega do matki z wymwkami, ale stara potwierdzia stanowczo. 

- Nieprawda, zdaje si wam ino! - zaprzeczaa gorczkowo. 
- Nie cieszy ci to, widz? 
- Coby za miao cieszy, mao to kopotw? a tu jeszcze nowe utrapienie! 
- Nie wyrzekaj, by ci Pan Jezus nie pokara. 
- A niechta, a niechta! 
- Czemu to si tak wyrzekasz tego, co? 
- Bo nie chc i tyle! 
-Przecie gdyby byo dziecko, to w razie mierci starego, czego Boe bro, do zapisu i 
jego cz by przysza, a po rwno z drugimi, moe i na caym gruncie by ostaa... 
- Wam ino jedno w gowie: grunt i grunt, a la mnie tyla stoi, co nic... 
-Bo mdka jeszcze i gupia, a pleciesz bele co! Czowiek przez gruntu to jak bez ng, 
tula si ino, tula, a do nikd nie zajdzie. Nie powiadaj tylko na sprzeciw Maciejowi, bo mu 
markotno bdzie... 
- Nie bd wstrzymywaa w sobie, co mi tam Maciej ; 
-To pyskuje sobie choby przed caym wiatem, kiej nie masz rozumu, a mnie daj spokojnie 
chleb wysadzi, bo si na wgiel spiecze; zajmij si lepiej robot, ledzie ano prze z 
wody do mleka, to wicej soli strac, Jzka niech maku utrze, jeszcze tyla do zrobienia, a 
wieczr ino, ino 
Jako i prawda bya, wieczr ju sta u proga, soce padao za bory, a czerwone zorze 
rozleway si po niebie krwawymi zatokami, e niegi gorze si zdaway, jakby zarzewiem 
posypane -ale wie gucha i przycichaa ; nosili jeszcze wod ze stawu, rbali drwa, to kto 
si spieszy saniami, a koniom ledziony gray, biegali jeszcze przez staw, skrzypiay wrtnie 
gdzieniegdzie, zryway si tu i wdzie gosy rne, ale z wolna, wraz z ganiciem zrz i 
z t popieln sinoci, jaka si sypaa na wiat ruch zamiera, przycichay obejcia i pustoszay 
drogi. Dalekie pola zapaday w mrokach, zimowy wieczr prdko nastawa i bra ziemi 
w moc swoj, a mrz si podnosi i tak ciska, e goniej gray niegi pod trepami i szyby 
maloway si w rzgi i kwiaty dziwne... 

Wie zgina w szarych, nieystych mrokach, jakby si rozlaa, e ani ujrza domw, 
potw i sadw, jedne tylko wiateka migotay ostro a gciej nili zwykle, bo wszdy si 
szykowano do wigilijnej wieczerzy. 

W kadej chaupie, zarwno u bogacza, jak i u komornika, jak i u tej biedoty ostatniej, 
przystrajano si i czekano z namaszczeniem, a wszdy stawiano w kcie od wschodu snop 
zboa, okrywano awy czy stoy ptnem bielonym, podcielano sianem i wygldano oknami 
pierwszej gwiazdy. 

Jako niewidne byy zaraz z pierwszego wieczoru; jak to zwykle przy mrozie, bo skoro 
ostatnie zorze si dopalay, niebo zaczo si zasnuwa jakby dymami sinymi i cakiem zatapiao 
si w burociach. 

Jzka z Witkiem dobrze byli przemarzli, bo stali na zwiadach przed gankiem, nim pierwsz 
gwiazd uwidzieli. 

- Jest! Jest! - wrzasn naraz Witek. 
Wyjrza na to Boryna, wyjrzeli i drudzy, a na ostatku Rocho. 
Juci, e bya, tu nad wschodem, jakby si rozdary bure opony, a z gbokich granatowych 
gbin rodzia si gwiazda i zda si rosa w oczach, leciaa, pryskaa wiatem, jarzya 
si coraz bystrzej, a coraz bliej bya, a Rocho uklkn na niegu, a za nim drugie. 
-Oto gwiazda Trzech Krli, betlejemska gwiazda, przy ktrej blasku Pan nasz si narodzi, 
niech bdzie wite imi Jego pochwalone! 



Powtrzyli za nim pobonie i wpili si oczami w t wiato dalek, w ten wiadek cudu, 
w ten widomy znak zmiowania Paskiego nad wiatem. 

Serca im zabiy rzewliw wdzicznoci, wiar gorc, dufnoci i bray w siebie to 
wiato czyste jako ten ogie wity, plenicy ze, jako sakrament. 

A gwiazda olbrzymiaa, niosa si ju niby kula ognista, bkitne smugi szy od niej niby 
szprychy witego koa, i skrzyy si po niegach, i wietlistymi drzazgami rozdzieray ciemnoci, 
a za ni, jako te suki wierne, wychylay si z nieba inne, a liczne, nieprzeliczon i 
nieprzejrzan gstw, e niebo pokryo si ros wietlist i rozwijao si nad wiatem modr 
pacht, poprzebijan srebrnymi gwodziami. 

- Czas wieczerza, kiedy sowo ciaem si stao!- rzek Roch. 
Weszli do domu i zaraz te obsiedli wysok i dug aw. 
Siad Boryna najpierwszy, siada Dominikowa z synami, bo si dooya, aby razem wieczerza, 
siad Rocho, w porodku, siad Pietrek, siad Witek kole Jzki, tylko Jagusia przysia


daa na krtko, bo trzeba byo o jadle i przykadaniu pamita. 

Uroczysta cicho zalega izb. 

Boryna si przeegna i podzieli opatek pomidzy wszystkich, pojedli go ze czci, kieby 

ten chleb Paski. 

- Chrystus si w onej godzinie narodzi, to niech kade stworzenie krzepi si tym chlebem 
witym! - powiedzia Rocho. 

A chocia godni byli, bo to dzie cay o suchym chlebie, a pojadali wolno i godnie. 

Najpierw by buraczany kwas, gotowany na grzybach z ziemniakami caymi, a potem 
przyszy ledzie w mce obtaczane i smaone w oleju konopnym, pniej za pszenne kluski 
z makiem, a potem sza kapusta z grzybami, olejem rwnie omaszczona, a na ostatek podaa 
Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mki z miodem zatarte i w makowym 
oleju upruone, a przegryzali to wszystko prostym chlebem, bo placka ni strucli, e z mlekiem 
i masem byy, nie godzio si je dnia tego. 

Jedli dugo i mao kiedy jeli tam ktre rzeko jakie sowo, wic ino skrzybot yek o 
wrby si rozlega i mlaskanie -tylko Boryna raz po raz rwa si pomaga Jagusi a wyrcza, 
a go stara skarcia 

-Siedcie, nic si jej nie stanie, daleko jeszcze do czasu, a pierwsze wita na swojem, to 
niechaj si wkada !... 
Ale apa skomla z cicha, tryka bem o zady, asi si a przypochlebia, by mu prdzej 
dali, a bociek, ktren mia swoje miejsce w sieni, to czsto gsto ku dziobem w cian, to 
klekota, a si kury odzyway na grzdach. 

Nie skoczyli jeszcze, gdy ktosik zapuka do okna. 

-Nie puszcza i nie obziera si, to ze, wcinie si i na cay rok ostanie! -wykrzykna 
Dominikowa. 
Opucili yki i suchali strwoeni, pukanie znowu si ponowio. 

- Kubowa dusza! - szepna Jzka. 
-Nie ple, ktosik potrzebujcy; w ten dzie nikto nie powinien by godny ni ostawa 
bez dachu - odezwa si Roch podnoszc si drzwi otwiera. 
Jagustynka to bya, stana pokornie u proga i przez zy, co si jej jak groch sypay, prosia 
cicho: 
-Dajcie kt jaki i choby to, co psu wyrzucicie! Zmiujcie si nad sierot... Czekaam, e 
mnie dzieci zaprosz... czekaam... w chaupie mrz... na darmo wyzibam... na darmo... Mj 
Jezus... a teraz, jak ta dziadwka... jak... rodzone dzieci... sam mi ostawiy i bez tej okruszyny 
chleba... gorzej nili tego psa... a tam u nich gwarno, peno ludzi... chodziam koo wgw... 
w okna zagldaam...na darmo... 



-Siadajcie z nami. Trzeba byo przyj wam zaraz z wieczora, a na dziecisk ask nie 
czeka... jeno do trumny to ochotnie wbij gwodzie ostatnie, by si upewni, e nie wrcicie 
ju po nic... 
I z wielk dobroci zrobi jej miejsce wedle siebie. 

Ale nie moga nic przekn, cho jej Jagusia niczego nie aowaa i szczerym sercem 
zniewalaa do jada, c, kiej nie moga, siedziaa cicho, skulona i zaparta w sobie, e jeno po 
dryganiu plecw byo widno, jaka j mka ozdzieraa. 

Cicho si w izbie stao, ciepo, serdecznie, nabonie i tak uroczycie, jakby midzy nimi 
leao to wite Dziecitko Jezus. 

Ogromny a cigle podsycany ogie wesoo trzaska na kominie i rozwietla ca izb, a 
lniy si szka obrazw i czerwieniay zamarznite szyby, a oni siedzieli teraz wzdu awy, 
przed ogniem, i poradzali z cicha a powanie. 

Potem Jagu nagotowaa kawy, to sodzili j suto i popijali z wolna... 

A Rocho wyj z zanadrza ksik okrcon w raniec i zacz z niej czyta cichym a 
gboko wzruszonym gosem: 

-Jako to staa si nam nowina, Panna porodzia Syna; a w judejskiej ziemie, w Betlejem, 
nie bardzo podym miecie, narodzi si Pan w ubstwie; na sianie, w stajni lichej, midzy 
bydltkami, co w tej radosnej nocy cichej byy Mu bratami. -A ta sama gwiazda, co i dzisiaj 
wieci, spona wwczas dla tej witej Dzieciny -i drog wskazywaa trzem krlom, co 
chocia pogany i czarne jako te sagany, a serca mieli czujce i z krajw dalekich, zza mrz 
nieprzejrzanych, zza gr srogich przybiegli z darami, by prawdzie da wiadectwo. 

Dugo czyta opowie on, a gos mu si wzmaga i rozmadla, i w piew prawie przechodzi, 
e jakby t wit litani wygasza, a wszyscy siedzieli w milczeniu pobonym, w 
ciszy serc zasuchanych, w dreniu dusz olnionych cudem i w najszczerszym odczuciu aski 
Paskiej narodowi danej ! 

Hej, mj Jezus kochany! W stajence ci to lichej urodzi si przyszo, tam w tych krajach 
dalekich, midzy obcymi, midzy ydy paskudne, midzy heretyki srogie! a w ubstwie takim, 
w taki mrz! O biedoto przenajwitsza, o Dziecineczko sodka!... Myleli i serca biy 
wspczuciem, a dusze si zryway i niesy we wiat jako ci ptakowie, a do tej ziemi narodzin, 
do tej szopy, przed ten b, nad ktrym piewali anioowie, do witych nek Dziecitka 
przypadali sercami i ca moc wiary ognistej i dufnoci oddawali Mu si w te suki 
najwierniejsze a po wiek wiekw amen! 

A Rocho wci czyta, a Jzka, e to mitkie dzieuszysko byo i wielce czujce, zapakaa 
rzewliwie nad Pask niedol, a Jagu wsparszy twarz na doniach te pakaa, a jej zy 
cieky przez palce, e chowaa gow za Jdrzycha, ktren z otwart gb wpodle sucha, a 
tak si wielce dziwowa syszanemu, a raz po raz szarpa Szymka za kapot i wykrzykiwa: 

- Cie!... - suchasz to, Szymek! - ale wnet milkn, karany srogim wzrokiem matki. 
- Nawet tej kolebeczki nie miaa biedota! 
- Dziw, e to nie zamarzo! 
-I e to chcia Pan Jezus tyle wycierpie! -powiadali rozwaajc, gdy skoczy, a Rocho 
im na to: 
-Bo ino ofiar swoj i cierpieniem mg zbawi nard, a gdyby nie to, to ju by zy cakiem 
zapanowa nad wiatem i wybiera dusze la siebie. 
- Rzdzi on tu i tak niemao - szepna Jagustynka. 
- Grzech panuje, to zo rzdzi, a to s kumy zego! 
-I... co tam rzdzi, co panuje, komu tam wiada, jeno to jest pewne, e nad czowiekiem 
za dola ma moc swoj i to cierpienie. 
- Nie powiadajcie, zo na dzieci was lepi, bycie nie zgrzeszyli!... . 
Postrofowa ja surowo, ale si ju nie przeciwia, pomilkli te wszyscy i rozwaali, a 
Szymek powsta z miejsca i chykiem chcia si wynie. 



- Gdzie ci tak pilno? - sykna stara, baczca na wszystko. 
- Na wie pjde, gorc mi rozbiera... - bekota zestraszony. 
- Do Nastki ci niesie, na gzy, co? 
- Zabronicie to, przytrzymacie... - mwi ostrzej, ale ju czapk cisn na skrzyni. 
-Do chaupy idta z Jdrzychem, dom na boskiej Opatrznoci zosta, zajrzyjcie do krw i 
czekajcie, przyjd po was i razem do kocioa pjdziemy. -Zarzdzia, ale chopaki wolay 
pozosta nili w pustej chaupie siedzie; nie wyganiaa ich te wicej, ale si zaraz podniesa 
i wzia ze stou opatek. 
-Witek, zapal latark, do krw pjdziemy. W t noc Narodzenia i kade bydltko rozumie 
czowiecz mow, i przemwi jest zdolne, e to midzy niemi Pan si narodzi. Kto ino 
bezgrzeszny zagadnie - ludzkim gosem odpowiedz; rwne s dzisiaj ludziom i spoecznie z 
niemi czujce, wic i opatkiem trza si z niemi podzieli... 
Ruszyli wszyscy do obory, a Witek ze wiatem przodem. 
Krowy leay rzdem obok siebie i przeuway glamic powoli, ale na wiato i gosy jy 
postkiwa, zbiera si ciko do powstawania a odwraca cikie, ogromne by. 

-Ty gospodyni, Jagu, to prawo twoje rozdzieli midzy wszystkie. Darzy ci si bd 
lepiej i nie chorowa; jeno jutro rano doi nie mona, a wieczorem, straciyby mleko. 
Jagna poamaa opatek na pi czci i przychylajc si nad kad krow, czynia krzy 
wity midzy rogami, a wtykaa po kawaku w gbule, na szerokie, ostre ozory. 

- A koniom to nie dacie? - zagadna Jzka. 
- Nie byo ich w onym czasie przy Narodzeniu, to nie mona. 
Wracali do izby, a Roch mwi: 
-Kude stworzenie, trawka kuda, choby i ta najmarniejsza, kamuszek najmniejszy, 
nawet ta gwiazda ledwie dojrzana - wszystko dzisiaj czuje, wszystko wie, e Pan si narodzi. 
- Jezus kochany! Wszystko! To i ta ziemia, i te kamienie! - wykrzykna Jagna. 
-Prawd rzekem, tak ci to i jest -wszystko ma swoj dusz. Co ino jest na wiecie, czujcem 
jest i na swoj godzin czeka, a Jezus si zmiuje i rzeknie: Wsta, duszo, oyj, zasuguj 
si nieba! Bo i robaczek najmniejszy, i ta trawka chwiejna, wszystko si po swojemu 
zasuguje i po swojemu chway Paskiej dostpuje. A w t noc, jedn na rok cay, wszystko 
si podnosi, przecyka, nasuchuje, a czeka tego sowa! Dla jednych ono przychodzi, la drugich 
jeszcze nie kolej, to legn potem w mrok, cierpliwie czekajcy witu, kto kamieniem, 
wod, ziemia, drzewem, kto jeszcze czym innym, jak tam ktremu Pan naznaczy!... 
Zamilkli rozwaajc, co powiedzia, bo mdrze by rzek, prosto do serca, ale si to Borynie 
ni Dominikowej nie widziao czyst prawd, bo j sobie w gowie przekadali i tak, i 
owak, a poj tego nie mogli. Juci, moc boska jest nieodgadniona a cuda czynica, ale eby 
kamienie i wszystko dusz swoj miao... nie mogli tego wymiarkowa. I nie myleli ju nad 
tym duej, bo przyszli kowalowie z dziemi. 

- U ojca razem posiedzim i spoem pjdziemy na pasterk - tumaczy kowal. 
-Siadajcie, siadajcie... milej bdzie w kupie, a to wszystkie bdziemy razem, Grzeli ino 
brak. 
Jzka srogo spojrzaa na ojca, bo si jej Antkowie przypomnieli, ale baa si rzec tym. 
Obsiedli znowu awy przed ogniem, tylko Pietrek osta na podwrzu i rba drzewo, aby 

nie brako opau na wita, a Witek nosi narczami i ukada drwa w sieni. 

- Ale, a to bym zapomnia! Dogoni mnie wjt i prosi, bycie, Dominikowa, zaraz szli do 
niej, ju tam krzyczy i wydziera si, e pewnie tej nocy zlegnie... 
-Do kocioa chciaam ze wszystkimi, ale kiedy mwicie, e ju krzyczy, to polec zajrze. 
Byam rano, mylaam, e jeszcze par dni przetrzyma. 
Pogadaa po cichu z kowalow i pobiega do chorej, e to znajca bya na chorobach i 
niejednego lepiej wylekowaa nili dochtory. 



A Rocho j opowiada historie rne, przygodne na dzie dzisiejszy, a midzy drugimi i 
tak: 

-Dawno ju temu bdzie, bo tyle rokw, co ich jest od Narodzenia, chop jeden, gospodarz 
bogaty, szed by sobie z jarmarku, gdzie przeda par tgich ciokw; talary mia dobrze 
schowane w cholewie, kij niezgorszy w garci i krzepki te by, e moe we wsi najmocniejszy, 
ale si spieszy, aby przed noc do domu si dosta, bo podwczas zbje kryy si w lasach 
i poczciwym ludziom drog zastpoway. 
Latow por musiao to by, bo br by zielony, pachncy i ywymi gosami rozbrzmiay, 
a wiater by duy, to drzew a si koysay i szum srogi szed gr. Pospiesza chopina, jak ino 
mg, a rozglda si strachliwie dookoa, ale nic nie dojrza... chojary ino stay przy chojarach, 
dby przy dbach, sosna przy sonie, a nigdzie ywej duszy; tyle co te ptaszyska przecigay 
midzy pniami. Strach go. bra coraz bardziej, bo przechodzi koo krzya przez taki 
gszcz, gdzie si i oczami nie przecisn, a kdy wanie najczciej zbje nastpowali, to si 
przeegna, pacierz w gos mwi i w dyrdy pobieg... 

Ju si szczliwie wydosta z wysokiego lasu, ju ino t karowat sonin a jaowcami 
si przebiera, ju nawet widzia pola zielone, rozkoysane, ju mu plusk szed od rzeki, skowronki 
pieway, ju ludzi zoczy przy pugach, a nawet boki jak kluczem cigny na bagniska, 
a nawet poczu z wiatrem sady winiowe, co byy kwity...gdy wtem z tych krzw ostatnich 
wyskoczyli zbje! Dwunastu ich byo i wszyscy z noami! Broni si, ale wnet przemogli, 
a e pienidzy odda po dobroci nie chcia a krzycza, to powalili go na plecy, przygnietli 
nogami, odnieli noe i ju, ju mieli go gn... a wtem skamienieli z naga i zostali tak z 
podniesionymi noami, zgarbieni, srodzy a nie ruchajcy si -i wszystko si w ten mig zatrzymao 
w miejscu... Ptaki pocichy i wisiay w powietrzu... rzeki stany... soce jakby zakrzepo... 
wiatr zmartwia... drzewa ostay, jak je by wicher przygi... zboa take... bociany 
za kieby wrosy w niebo z rozoonymi skrzydami... nawet ten chop orzcy sta z podniesionym 
batem - wiat si cay zalk w to oczymgnienie i skamienia! 

Jak to dugo byo, nie wiadomo - a rozleg si nad ziemi anielski piew: 

Bg si rodzi, moc truchleje! 

Ruszyo si zaraz wszystko, ale zbje poniechali chopa widzc w tym cudzie przestrog 

i razem ju poszli za tymi gosami anielskimi do stajenki onej pokoni si Narodzonemu! 
Wraz z nimi, co ino yo na ziemi i w powietrzu. 
Dziwowali si wielce temu, co Rocho opowiada, ale potem Boryna, to i kowal te opowiadali 
rne rnoci. 
A w kocu Jagustynka, ktra cay czas w cichoci siedziaa, rzeka cierpko: 

-Mwicie, mwicie, a tyle jest z tego, e wam czas si nie duy! Hale, prawda to bya, 
e przdzi z nieba przychodziy opiekuny rne, co biednemu i ucinionemu zmarnie nie 
daway! Czemu teraz takich nie uwidzi? 
Mniej to biedy, mniej mizeracji, mniej tego dusznego skrzybotu?... Czowiek jest jako ten 
ptak bezbronny, na wiat puszczony -a to go jastrzb, a to go zwierz, a to gd, a w kocu i ta 
kostucha dodusi - a ci prawi o miosierdziu i gupie ywi, i mani obietnicami, e zbawienie 
przyjdzie! Przyjdzie, ale Antychryst, i ten sprawiedliwo wymierzy, ten si zmiuje, jak ten 
jastrzb nad kurcztkiem. 

Porwa si Rocho i zacz wielkim gosem woa: 

-Nie blunij, kobieto, nie grzesz, nie suchaj podmw diabelskich, bo na potpienie si 
wiedziesz i wieczny ogie! - Ale upad na aw, zy mu zalay gos, trzs si cay ze zgrozy 
witej, z blu nad t dusz zgubion, a gdy nieco przyszed do siebie, z caej mocy duszy 
wierzcej wykada prawd i na dobr drog wyprowadza. 
I dugo, dugo mwi, e lepiej i ksidz na ambonie nie potrafi. 
A tymczasem za Witek, gboko tknity sowami, e w noc t krowy mow ludzk maj, 
wywoa po cichu Jzk i poszli oboje do obory. 



Trzymajc si za rce i dygoczc ze strachu, a egnajc si raz po raz, wsunli si do 
obory pomidzy krowy. 

Przyklknli przy najwikszej, jakby przy matce caej obory; tchu im brakowao, dusze 
si trzsy, zy nabiegay do oczw, serca przenika strach wity, jakoby w kociele podczas 
Podniesienia, ale dufno serdeczna i wiara w nich bya, bo Witek nachyli si a do samego 
ucha i szepn drco: 

-Siwula, siwula!... 
Nie odrzeka ni tym sowem jednym, postkiwaa ino, ua, ruchaa gbul pomlaskujc 
ozorem. 

- Cosik si jej stao, e nie odpowiada, moe - za kar. 
Przyklknli przy drugiej i znowu Witek zapyta, ale ju z paczem prawie... 
- aciata! aciata!... 
Przywarli oboje do jej pyska, suchali z zamarym tchem, ale nic nie usyszeli, ani sowa, 
nic... 

- Grzenimy pewnie, to nie usyszymy, ino bezgrzesznym odpowiadaj, a my grzeszne... 
-Prawda, Jzia, prawda, grzeszne my, grzeszne... Mj Jezus... prawda... juci, wziem 
gospodarzowi postroneczki... a i ten rzemie stary... a i te... -nie mg mwi wicej, pacz 
go chyci, al i to poczucie winy, e a si zanosi, a Jzka te mu serdecznie wtrowaa, i tak 
pakali spoem, nie mogc si utuli, a wypowiedzieli przed sob przewiny swoje a grzechy 
wszystkie... 
Ale w izbie nikt nie spostrzeg ich braku, piewali teraz pieni pobone, e to nie czas 
przed pnockiem na koldy. 
Na drugiej za stronie my si i pucowa do czysta Pietrek a przebiera cakiem, bo mu 
Jagna nowe przyobleczenie, ktre mia w komorze, wyniesa. 
A krzyknli z podziwu, gdy wszed potem do izby; pozby si bowiem szynela i tych 
sodackich ubierw, a stan przybrany zwyczajnie po chopsku. 

- mieli si ze mnie, burkiem przezywali, tom si i przeodzia! - wybekota. 
- Mow odmie; nie szmaty! - rzucia Jagustynka. 
- Sama mu powrci, sama, bo duszy widno jeszcze nie straci cakiem. 
- Pi rokw we wiecie by, mowy swojej nie sysza, to i nie dziwota!... 
Umilkli naraz, bo ostry, przenikliwy gos sygnaturki przedziera si do izby. 
- Sygnuj na pasterk, trza si nam zbiera! 
Jako w pacierz moe wyszli wszyscy, prcz Jagustynki, ktra ostaa domu pilnowa, a 
gwnie, by da folg ucinionemu sercu. 

Noc bya mrona, roziskrzona gwiazdami, modrawa. 

Sygnaturka wci dzwonia i jako ten ptaszek wiergotaa zwoujcy do kocioa. 

Nard te ju wychodzi z chaup, gdzieniegdzie otwieranymi drzwiami lun potok 
wiata i zamigota jak byskawica, gdzieniegdzie gasy okna, czasem gos jaki si podnis 
w mrokach, kaszel, skrzyp niegu pod nogami, to sowo Boe, ktrym si pozdrawiali, a coraz 
gciej majaczeli w tej szaromodrawej nocy, tumami walili, e ino tupot ng rozlega si w 
suchym powietrzu. 

Kto by yw, do kocioa cign, ostay ino po chaupach cakiem stare, chore albo kaleki. 


Ju z daleka widniay rozgorzae okna kocielne i gwne drzwi na rozcie wywarte, a 
wiatem buchajce, nard za pyn przez nie i pyn jak woda, z wolna zapeniajc wntrze, 
przystrojone w jody i wierki, e jakby gsty br wyrs w kociele, tuli si do biaych 
cian, obrasta otarze, z aw si wynosi i prawie siga czubami sklepie, a chwia si i koysa 
pod naporem tej ywej fali, i przysania mg, parami oddechw, zza ktrych ledwie migotay 
jarzce wiata otarzw. 

A nard wci jeszcze nadchodzi i pyn bez koca... 



Nadeszli hurm ca a z Polnych Rudek, a szli rami w rami, ostro i ciko, bo chopy 
byy ogromne, rozrose, w granatowe kapot co do jednej, w podwjnych zapasach i w czepcach 
pookrcanych w czerwone chusty. 

Nadcigali z rzadka, kapanin, po dwch, po trzech i ci z Modlicy, cherlaki i mizerota 
sama; w atanych siwych kapotach, z kijami, bo na piechty wdrowali; po karczmach szy o 
nich przekpiewy e samymi piskorzami si ywi, bo to na niskich rolach siedzieli, wrd 
bot, a dymem torfowym od nich wiao. 

I z Woli nadchodzi nard, a wiedli si caymi familiami, jak te krze jaowcowe, co zawdy 
zwart kup rosn, niewyrose, redniaki same, a pkate kiej wory, prdkie jednak, wyszczekane, 
sielne procesowniki, zabijaki niemae, a szkodniki lene, w szare kapoty ze sznurami 
czarnymi przybrane i pasami czerwonymi okrceni. 

Nadcigna i szlachta rzepecka, co to wedle gadki: worek ino a pachta, albo e si ich 
piciu krowiego ogona trzyma, a we trzech jedn czapk maj -ci szli kup, milczkiem, 
spode ba patrzcy i z gry, a kobiety swoje, jakoby dwrki jakie wystrojone i wielce urodne, 
biae na gbie, wiergotliwe, wiedli w porodku i mocno uwaali. 

A zaraz po nich walili ludzie z Przyka, szli za jak ten br sosnowy wyronici, migli i 
mocni; a postrojeni a oczy razio; kapoty mieli biae, kamizele czerwone wstgi u koszul 
zielone i portki otopasiaste , a pchali si rodkiem nieustpliwie, nie baczc na nikogo, 
przed sam otarz. 

Za nimi za, prawie ju na ostatku, jak jakie dziedzice, wychodziy chopy dbickie, niewiela 
ich byo, a kady z osobna szed, z parad, a puszy si, wynosi i po awkach przed: 
wielkim otarzem zasiada, i pierwszestwo bra przed innymi, dufny w bogactwo swoje -a 
kobiety ich byy z ksikami, w czepeczkach biaych, wizanych pod brod, i w katanach z 
cienkiego sukna... a potem jeszcze szli z wsi dalszych, z przysikw rnych, z domw w 
lasach rozsypanych, z trackich bud, ze dworw, e kto by tam zapamita i wyliczy!... 

A midzy tym gszczem zwartym, kolebicym si i szumicym jak br, gsto si bieliy 
kapoty Lipczakw i czerwieniay chusty kobiet. 

Koci by zapchany do cna, a do tego ostatniego miejsca w kruchcie, e ktrzy byli 
ostatni, to ju na mrozie pod drzwiami pacierz mwili. 

Ksidz wyszed ze msz pierwsz, organy zagray, a nard si zakoysa, pochyli i na 
kolana pad przed majestatem Paskim. 

I ju cicho byo, nikt nie piewa, a modli si kady wpatrzony w ksidza i w t wieczk, 
co pona wysoko nad otarzem, organy huczay przyciszon a tak tkliw nut, e mrz 
szed przez koci, czasem ksidz si odwrci, rozkada rce, powiada w gos aciskie 
wite sowo, to nard wyciga ramiona, wzdycha gboko, pochyla si w skrusze pobonej, 
bi si w piersi i modli arliwie. 

Potem za, gdy si msza skoczya, ksidz wlaz na ambon i prawi dugo, naucza o 
tym dniu witym, przestrzega przed zem, gromi, rkami wytrzcha i grzmia tym sowem 
palcym,- e jaki taki westchn ciko, kto si bi w piersi, kto si w sumieniu z win kaja, 
kto si zamedytowa, ktren znw co mitszy, a kobiety zwaszcza, paka - bo ksidz mwi 
gorco a tak mdrze, e kademu to szo prosto do serca i do rozumu, juci, e tym ino, co 
suchali, bo wiela byo takich, ktrych pik morzy z gorca. 

A dopiero przed drug msz, kiej ju nard skrusza nieco modleniem si, hukny znowu 
organy i ksidz zapiewa: 

W obie ley, kt pobiey. 

Nard si zakoysa, powsta z klczek, wraz te pochwyci nut i penymi piersiami, a z 
moc rykn jednym gosem: 

Koldowa maemu ! 

Zatrzsy si drzewa i zadygotay wiata od tej serdecznej wichury gosw. 



I ju, tak si zwarli duszami, wiar i gosami, e jakby jeden gos piewa i bi pieni 
ogromn, ze wszystkich serc rwic, a pod te wite neczki Dziecitka. 

Gdy ju i drug msz wysuchali, organista j wycina koldy na tak skoczn nut, e 
ustoi byo trudno, to si krcili, przedeptywali, odwracali do chru i wesoo pokrzykiwali 
koldy za organami. 

Jeden ino Antek nie piewa z drugimi, przyszed by z on i ze Stachami, puci ich naprzd, 
a sam osta przy awkach, nie chcia ju zabiera dawnego miejsca pomidzy gospodarzami 
przed otarzem, wanie si by rozglda, gdzie by przysi, kiedy spostrzeg ojca 
wraz z caym domem, przepychali si rodkiem, a Jagna sza na przedzie. 

Usun si pod wierk i ju z niej oka nie spuci, bo widna bya z dala przez wzrost, siada 
w awce z brzega zaraz, przy przejciu -nawet nie mylc o tym i nie wiedzc, cisn si 
przez gstw uparcie, a dosta si obok niej, a gdy podczas mszy przyklkali, uklkn i tak 
si przychyli, e gow dotyka jej kolan. 

Nie spostrzega go od razu, bo stoczek, przy ktrym modlia si na ksice, rozkra tak 
mde wiato i gazie wierkw tak przysaniay, e nic pobok nie dojrzaa, dopiero w czasie 
Podniesienia, gdy uklkna i bijc si w piersi pochylia gow - spojrzaa w bok bezwiednie 
zamaro jej serce, skamieniaa z radoci, nie miaa si ruszy, nie miaa spojrze po raz drugi, 
bo snem si jej wydao to widzenie, majakiem, niczym wicej... Przywara oczy i dugo, 
dugo klczaa pochylona, zgita do ziemi, nieprzytomna prawie ze wzruszenia... a usiada 
raptem i spojrzaa mu prosto w twarz. 

Tak, on ci to by, Antek, on, wymizerowany wielce, poczerniay, wyndzniay, e acno 
nawet w tym mroku dojrzaa, a te jego wielkie, napastliwe i harde oczy tak si sodko patrzyy, 
a tak aoci byy pene, e cisna si jej dusza trwog i wspczuciem, a zy same napyway 
do oczw. 

Siedziaa sztywno jak i drugie kobiety, w ksik patrzaa, ale ani jednej litery nie rozeznaa, 
ni kart nawet, nic, bo te jego oczy smutne, oczy aosne, oczy parzce blaskami stay 
przed ni, janiay jak gwiazdy, wiat cay przysoniy, e zatracia si cakiem, przepada 
zgoa - a on wci klcza, syszaa jego krtki i gorcy oddech i czua t moc sodk, t moc 
straszn, jaka bia od niego, sza jej prosto do serca, krpowaa niby powrozami i przejmowaa 
strachem a sodkoci, dreszczem, od ktrego rozum odchodzi, miowania krzykiem tak 
potnym, e trzsa si w niej kada kosteczka, a serce tuko si jako ten ptak, gdy mu dla 
swawoli skrzyda przybij do ciany!... 

Msza si odprawia, kazanie byo, druga msza przesza, nard piewa spoem, modli si, 
wzdycha, paka -a oni byli jakby poza wiatem caym, nie syszeli nic, nie widzieli nic i nie 
czuli nic prcz siebie. 

Strach, rado, miowanie, przypomnienia, obietnice, zaklcia i podania paliy si w 
nich na przemian, szy z serca do serca, wizay ze sob, e jednako ju czuli, jednako im 
serca biy, jednakim ogniem gray im oczy. 

Antek przysun si jeszcze bliej, wspar si ramieniem w jej biedro, a j przytomno 
odchodzia i rumiece obleway, a podczas gdy znowu przyklkna, szepn jej gorcymi jak 
wgiel ustami w same ucho: 

- Jagu! Jagu! 
Wstrzsna si i omal nie pada ze wzruszenia, tak gos ten przeszy j luboci, jako 
tym ostrzem przesodkim, i radoci. 

-Wyjd ktrego dnia za brg... o kadym wieczorze czeka bd... nie bj si... pomwi 
mi z tob pilno...wyjd... - szepta namitnie i tak blisko, tak blisko, a j twarz palia od jego 
oddechw... 
Nie odpowiedziaa, si jej zbrako, gos uwiz w gardle, serce dygotao i tak bio, e chyba 
sysze musieli dokoa -ale uniosa si nieco, jakby ju i chciaa tam... gdzie prosi... 
gdzie miowaniem nakazywa... za brg... 



W czas jako gruchnli pierwsz kold, koci zatrzs si od pieww, e ona opamitaa 
si nieco i usiada rozgldajc si po ludziach i po kociele... Ale Antka ju nie byo, 
odsun si nieznacznie i z wolna wycofa a na cmentarz. 

Dugo sta na mrozie pod dzwonnic, rzewi si i nabiera powietrza, przytomnia... ale 
taka rado rozpieraa mu serce, taki krzyk mia w sobie, taki wicher mocy, e nie sysza 
piewu, jaki bi z drzwi kocielnych i szed na wiat, ni jakich cichych, skamlcych gosw, 
rozlegajcych si w dzwonnicy... Nic, o niczym nie wiedzia, nabra gar niegu i poyka 
chciwie, a potem skoczy przez mur na drog - i ponis si jak wicher na pola. 

ROZDZIA 5 

Borynowie dopiero na samym witaniu powrcili z kocioa i ledwie w pacierz potem ju 
cay dom chrapa, a si rozlegao, tylko jedna Jagusia, cho bya wielce utrudzona, nie zasna; 
prno si wciskaa w poduszki, prno oczy przywieraa i nawet pierzyn zasaniaa 
gow nie pomogo, sen nie przychodzi, a jeno jakby zmora zwalia si na ni i na piersi pa-
da takim ciarem, e ani odetchn moga, ni krzykn, ni si porwa z ka; leaa nieruchoma, 
w odrtwieniu takiego psnu, pjawy, w ktrym rozum niczego nie rozeznaje, a ino 
sama dusza si wyprzdza ze wspominek, jak gdyby z kdzieli, i omotuje sob wiat cay, 
cudnoci rne patrzy, nad ziemiami si nosi, w soce si ubiera - a tyla sama jest, co te odbicia 
na wodzie czystej a zwichrzone... Tak byo z Jagn, e chocia nie zasna, a sczezo z 
jej pamici wszystko i jako ten ptak niesa si dusz po cudekach - po onych dniach pogasych, 
po czasach pomarych, a we wspominaniach jeno ywicych... w kociele si by czua...
Antek klcza obok... mwi wci i parzy j oczami, parzy j sowami, przejmowa 
sodk mk i strachem zarazem... to piew jaki si rozlega i organy huczay tak przenikliwie, 
a kad nut z osobna czua w sobie.:. to czerwona grona twarz ksidza si jej widziaa 
i wycignite nad narodem rce... to wiata... to potem inne, dawne wspominki przychodziy... 
spotykania si z nim... caunki... uciski... a gorc j przenika i taka lubo; e si prya 
cisnc mocno do poduszek... to znowu wyranie, gono syszaa: Wyjd! Wyjd!... a 
si podnosia i jakby sza w sobie, sza:.. chykiem pod drzewami; we mrokach... a strach w 
niej dygota, krzyk jaki lecia za ni, przeraenie wiao z ciemnoci. 

I tak wci w kko, to jedno, to drugie, to dziesite przychodzio na ni, e si opamita 
ni wyrwa spod tego nie moga -nic, tylko zmora musiaa j dusi albo zy nagabywa i do 
grzechu sposobi. 

O duym ju dniu podniesa si z pocieli, ale czua si jak z krzya zdjta, wszystkie koci 
j bolay, blada bya, roztrzsiona i strasznie smutna. 

Mrz by zela nieco, ale poczerniao jako na wiecie, nieg chwilami prszy, a czasem 
znw mocny wiatr powiewa, targa drzewami, e staway w nienej kurzawie, i po drogach 
przewistywa, ale mimo to wie huczaa witeczn radoci, peno ludzi snuo si po drogach, 
czsto saniami kto wali, to gromadami wystawali w opotkach poredzajc, to odwiedzali 
si po ssiedzku, 

a dzieci caym stadem, kiej te rebaki na paniku, baraszkoway na stawie, a na wie 
ca roznosiy si wrzaski. 

Ale Jagusi nie byo w sercu wesoo ni drujko, nie!...Zib j przejmowa, chocia ogie 
wesoo buzowa na kominie, gucho jej jako byo, mimo cigego gwaru i Jzinych piewek, 
dzwonicych po chaupie, obc si czua w porodku swoich, tak obc, e ze strachem patrzaa 
na nich i jakby wrd zbjw si czua. 



A czsto, nie mogc si oprze, zasuchiwaa si w tych gorcych szeptach Antkowych, 
co wci, z jednak si dzwoniy w sercu... 

-Gniew boski i potpienie wieczne na takie!- twarz i wycignite, groce rce widziaa 
przed sob. 
Zalka si srodze, struchlaa w gbokim poczuciu winy. - Nie, nie wyjd! Grzech by by 
miertelny, miertelny! - powtarzaa krzepic si tym sowem i odegnujc od za, ale dusza 
jej krzyczaa w alu i mce bo rwaa si do niego, rwaa ca moc, ca potg ycia, jak to 
drzewo przywalone zwaami rwie si o wionie do soca, jak ta ziemia pr꿹ca si pod 
pierwszym tchnieniem ciepa... 

Ale strach grzechu przeway jeszcze, e zmoga si w sobie i usiowaa zapomnie o 
nim, zapomnie na zawsze.....nie wychodzia z chaupy, baa si wychyli w opotki; bo; moe 
tam gdzie przyczajony czeka i zawoa na ni...a oprze mu si to wtedy, wstrzyma dusz, 
nie poleci za tym gosem? !... 

Ostro si wzia do gospodarstwa, c, kiedy nie byo wiele do roboty, Jzka ju obrzdzia 
wszystko, a do tego stary chodzi za ni cigiem i niczego si tkn nie pozwala. 

- Odpocznij, nie narywaj si, by ci si przed czasem nie stao co zego. 
To i nie robia, a ino tuka si po izbach bez celu, wygldaa na wiat bez potrzeby, w 
ganku stawaa, a coraz wiksza ckno j przejmowaa i rozdranienie zarazem, bo gnieway 
j te strujce mowe oczy, gniewaa rado i gwar caego domu, gniewa nawet ten bociek 
acy po izbie, e z rozmysem potrcaa go weniakiem, a nie mogc ju wytrzyma, a 
upatrzywszy sposobn chwil pobiega do matki, ale stawem poleciaa, na przeaj i jeszcze si 
trwonie rozgldaa, czy gdzie nie stoi za drzewem zaczajony !... 

Matki nie byo, rankiem pono zajrzaa i powrcia do wjtowej, Jdrzych za dym puszcza 
w komin, a co troch wybiega przed dom patrze na drog, bo Szymek przystraja si w 
komorze. 

Odmienio si w niej, opady wszystkie zgryzoty, skoro jeno poczua si po dawnemu w 
swojej izbie, na starych mieciach, poweselaa cakiem i bezwiednie prawie zacza si krzta, 
zajrzaa do krw, przecedzia mleko, ktre od rana jeszcze stao w skopkach, rzucia kurom 
ziarna, zamieta izb, uprztna, co byo potrza, i wesoo pogadywaa z chopakami, bo 
Szymek, wystrojony w now kapot, wyszed by na izb i przyczesywa si przed lusterkiem. 

- Kdy si to szykujesz? 
- A na wie, u Poszkw zbieraj si chopaki. 
- Da ci to matka i, co? 
-Pyta si cigiem o przyzwolestwo nie bd, swj rozum te mam i swoj wol... i co 
mi si jeno uwidzi - zrobi!... 

- Pewnikiem to zrobi, pewnikiem! - dogadywa Jdrzych trwonie wygldajc na drog. 
-A eby wiedzia, zrobi, na zo zrobi, do Poszkw pjd, do karczmy pjd, z 
chopakami pi bd!- wykrzykiwa hardo. 
- Daj gupiemu wol, to jak ten cielak w cay wiat si poniesie, cho mu ino do cycka i 
potrza! -rzeka cicho nie przeciwic mu si w niczym, cho wygadywa na matk i wygraa 
si srodze, nawet mao wiele syszaa, bo ano wraca byo potrzeba do domu, wraca, a jej tak 
byo al wychodzi std, e prawie z paczem si podniosa i wolno a ciko posza. 
A w domu gwarniej jeszcze byo i weselej nili przdzi. Nastka Gobianka przyleciaa i 
gziy si z Jzk, a na drodze byo sycha. 

- Wiecie, a to moja rzga zakwita! - krzykna do chodzcej Jagny. 
- Jaka rzga? 
-A tom j ucia w Jdrzejki, zasadziam w piasek, trzymaam na piecu i zakwita! Zagldaam 
wczoraj, nie byo jeszcze ani jednego kwiatuszka, a przez noc cakiem zakwitna, 
patrzcie ! 



Przyniosa ostronie garnczek wypeniony piaskiem, w ktrym tkwia spora ga winiowa, 
obsypana delikatnym kwiatem. 

- Trzenia, kwiatuszki rowe i pachnce! - szepn Witek powanie. 
- A prawda, trzenia! 
Obstpili dokoa i z dziwn radoci a podziwem pogldali na okwiecon, woniejc ga, 
na to wesza Jagustynka, ale dzisiaj bya ju po dawnemu dufna w siebie, wrzaskliwa, 
harda i baczca, aby ino dogry komu, a dobrze. 

-Zakwita rzga, prawda, ale nie la ciebie, Jzia, tobie jeszcze rzemie potrzebny abo i 
co twardsze! - rzeka zaraz na wstpie. 

- A la mnie zakwita, samam w noc Jdrzejkow uciea, samam... 
- Mdka jeszcze jeste, to pewnie la Nastki lub wry! - tumaczya Jagu. 
-W garnczek wsadzaymy razem, ale sama ucinaam, to la mnie zakwita!... -wrzeszczaa 
i a na pacz si jej zbierao, e nie przytwierdzaj. 
-Jeszcze ci czas gania za parobkami i wystawa na przeazach; starszym przdzi pora, 
starszym! - mwia nie patrzc na nikogo, a umiechaa si ku Nastce - cicho no, Jzia. Wiecie, 
a to w nocy Magda od organistw zlega w kruchcie. 
-Cudeka prawicie! -eby to cudeka, ale prawdziw prawd! Jambroy szed dzwoni 
i nastpi na ni... 
-Mj Jezus! I nie przemarza! 

-Boga ta nie, dziecko na mier zamarzo! a Magda ledwie zipie. Wzili j na plebani i 
cuc jeszcze... a lepiej, eby nie docucili... co jej za niewola y, co za dobro j czeka: cierpienie 
ano i harowanie! 
-Powiada Mateusz, e jak j organisty wypdziy przychodzia cigiem do myna i tam 
przesiadywaa, ale potem Franek j spra i wygoni, pono z mynarzowego przykazu. 
-C to mia z ni zrobi, w ramki oprawi i na cianie powiesi! Chop on jest jak i drugie, 
przysiga, jak siga, a dosta, zaprzesta! Juci, bez winy on nie jest, ale najwicej winowate 
organisty! Pki zdrowa bya to orali w ni kiej w te dwa woy, sama jedna robia 
wszystko, a mae to gospodarstwo maj? Samych krw pi, a dzieciskw tyle, wi, gadziny, 
pola tyle! A jak zachorowaa, t j wygnay, cierwy nie ludzie! 
- A po c si zadawaa z Frankiem! - wykrzykna Nastka. 
- To samo by zrobia nawet z Jakiem, by ino wierzya, e na zapowiedzi poniesie! 
Zaperzya si o to Nastka i ja przegadywa, ale wszed Boryna, wic obie przycichy. 
- Wiecie o Magdzie! Ju ywie, domacali si w niej ducha, Jambroy powiada, e jeszcze 
z pacierz, a ju by pity pokazaa wiatu; Rocho trze j jeszcze niegiem i poi, ale pono lekowa 
si bdzie musiaa dugo. 
- A gdzie si to podzieje biedota, gdzie? 
- Chyba Kozy musz j wzi do siebie, bo to ich krewniaczka ! 
-Kozy! Same tym ino yj, co gdzie urwi, wycygani albo i ukradn, to za co bd j 
lekowali? Tyle gospodarzy we wsi, tyle bogaczy, a nikto z poratunkiem nie spieszy! 
-Juci, gospodarze to maj studnie nieprzebrane, samo im z nieba leci, e ino rozdawa 
na wsze strony! Kady ma dosy swojego, co mu do obcych! Jeszcze by, ebym kadego, 
komu potrza, z drogi zbiera, do dom zwozi; je dawa, lekowa i moe jeszcze dochtorw 
paci! Stara jestecie, a w gowie wama przewiewa. 
-Prawda, e musu nikt nie ma pomaga drugim, ale czowiek te nie bydle, eby zdycha 
pode potem. 
- Takie ju jest i bdzie urzdzenie na wiecie, zmienicie to? 
-Bacz, e dawniej przed wojn, jeszcze za paskich czasw, by we wsi szpital dla 
biednych, w tym domu, gdzie teraz organista siedzi, dobrze bacz, i z morga pacili. 
Boryna si zniecierpliwi i nie chcia o tym mwi wicej: 

- Gadanie nasze tyle zrobi, co umaremu kadzenie zakoczy chmurnie: 


-Pewnie, e nie pomoe, pewnie! Kto nie ma serca miosiernego la ludzkiego skrzybotu, 
temu i pakania s zbdne! Komu jest dobrze, temu si widzi, e wszystko si dzieje na wiecie, 
jak przynaley, jak Pan Bg przykaza! 

Ale ju na to Boryna si nie odezwa, wiec Jagustynka zwrcia si do Nastki: 

- Jake tam Mateuszowe boki, lepiej? 
- Mateusz? C mu si to stao?... 
-Nie wiecie?.. -zawoaa Nastka. -A to przed witami jeszcze, we wtorek, widzi mi si, 
wasz Antek go pobi; za orzydle wzi, wynis z mynicy i tak ciepn o pot, e cztery erdki 
pky, wpad do wody i ledwie si nie utopi. Choruje teraz, krwi pluje, rucha si nie moe. 
Jambroy powiadaj, e mu si macica przewrcia i cztery ebra pky! A tak jczy cigiem, 
tak stka! 

Rozpakaa si. 

Jagna porwaa si na pierwsze sowa, jakby j kto gn w same serce, bo zaraz jej przyszo 
do gowy, e to pewnie o ni, ale wnet przysiada znowu na skrzyni i ja przyciska ypice 
powieki do winiowych kwiatw a chodzi... 

Wszyscy u, domu byli zdumieni, bo o niczym nie wiedzieli, po caej wsi mwiono o tym 
od pocztku, a do Borynw nie doszo. 

-Trafi swj na swego, zbj na zbja, nie ukrzywdz si zanadto! -mrukn stary, ale zy 
by musia, bo si namarszczy i j drewka rzuca do komina. 
- O co si pobili? - spytaa pniej Jagna. 
- O ciebie! - warkna ze zoci stara. 
-Juci mwcie prawd. 
-Rzekam! Mateusz si chwali we mynie przed chopami e czsto bywa u ciebie w 
komorze, Antek to posysza i pobi go! Jak te psy o suk ,.tak si o ciebie zagryzaj. 

- Nie powiedajcie do miechu, bo mnie sucha nieletko. 
-Rozpytaj si na wsi, kiej mnie nie wierzysz, kady ci to samo przytwierdzi, przeciech 
nie prawi, e Mateusz prawd gada, a ino, co mwi ludziom,.. 

- Cygan paskudny, cygan! 
- Ochroni ci to chto od pleciuchw! i za grobem czsto nie daruj. 
- Dobrze, e go pobi, dobrze, jeszcze bym sama dooya! - sykna zawzicie. 
- Widzisz j, jak to kurczciu pazury jastrzebiej. 
- Za nieprawd to bym zabia zaraz! Cygan cierwo ! 
- To samo wszystkim mwi, ino e nie wierz i na zby ci bior. 
- Jak im Antek przytnie ozory, to zmilkn! 
- Hale, z caym wiatem zawiedzie wojn o ciebie, co? - skrzywia si zoliwie. 
- A wy jak ten judasz, podpowiadacie swoje, a cieszycie si z cudzej biedy. 
Jagu srodze si rozelia, moe pierwszy raz w yciu do tego stopnia, taka bya za na 
Mateusza, e gotowa bya lecie i drze go choby tymi pazurami! Nie zniesaby tej zoci, 
gdyby nie wspominki o Antku i o jego dobroci! 

Zalewaa j wielka czuo, niewypowiedziana wdziczno gorzaa w jej sercu, e j 
obroni i okrzywdzi nie da. Ale mimo to tak si ciskaa po domu, tak o byle co krzyczaa na 
Jzk i Witka, a si stary zaniepokoi, przysiad do niej, zacz gaska po twarzy i pyta: 

- Co ci to, Jagu, co? 
- A c by, nic. Odsucie si, przy ludziach bd si umilali! 
Odsuna go szorstko. 
-Hale, bdzie j gaska i wp jeszcze bra, dziadyga jaki, niedojda! - mylaa ze zoci, 
bo pierwszy raz spostrzega jego staro, pierwszy raz obudzi si w niej wstrt do niego 
i gboka niech, nienawi prawie. Z przyczajon a radosn wzgard przygldaa mu si 
teraz, bo istotnie, w ostatnich czasach postarza si mocno, powczy nogami, garbi si i 
rce mu si trzsy. 


- Dziad ten, niezgua! 
Otrzsna si z obrzydzenia i tym usilniej mylaa o Antku, i ju si nie bronia przed 
wspominkami, i nie uciekaa od tych kuszcych, sodkich szeptw! 
A dzie si duy ogromnie, nie do wytrzymania, e co chwila wychodzia na ganek, to 
do sadu za dom i przez drzewa patrzya na pola... albo wspieraa si o chruciany pot, dzielcy 
sad od drogi, biegncej za wsi wzdu sadw i zabudowa, i tskliwymi oczami leciaa 
we wiat, na biae, niene pola, do borw ciemniejcych, jeno e nic nie rozeznawaa, tak j 
ca przejmowaa gboka rado, e za ni si uj i skrzywdzi nie da! 

-Taki daby rad wszystkim? Mocarz ci on, mocarz!- mylaa z tkliwoci. Gdyby si 
zjawi teraz, w tym oczymgnieniu! nie oparaby mu si, nie!... 
Brg sta niedaleczko, zaraz za drog, w polu nieco, wrble w nim wierkay i caymi 
bandami chroniy si do wielkiej dziury, jaka bya wybrana w sianie; parobkowi nie chciao 
si wazi i z wierzchu zruca, cho tak Boryna przykazywa, to skuba se po dziebku, kakami, 
a i jam wyskuba, e par ludzi mogo si w niej pomieci. 

- Wyjd! za brg! Wyjd! - powtarzaa bezwiednie Antkow prob. 
Ucieka do chaupy, bo zaczli dzwoni na nieszpory, a jej si zachciao samej i do kocioa, 
w guchej, niejasnej nadziei, e go tam spotka. 
Juci, e nie byo go w kociele, ale za to spotkaa si zaraz przy wejciu w kruchcie z 
Hank, pochwalia Boga wstrzymujc rk przed kropielnic, by tamta pierwsza umaczaa 
palce, Hanka za nie odrzeka pozdrowieniem i nie signa po wod wicon, a przesza 
mimo i tak j uderzya oczami jakby kamieniem. 

A jej zy stany w oczach z tego spostponowania i jawnej zoci, ale siedziaa w awce i 
nie moga oczw oderwa od jej zmizerowanej, bladej twarzy. 

-Antkowa kobieta, a takie chuchro, taka mizerota, no, no! -snuo si jej po gowie, ale 
rycho zapomniaa o niej, bo piewali na chrze i organy tak piknie przegryway, tak cicho a 
uroczycie, e si zatopia cakiem w muzyce. Nigdy jeszcze nie byo jej tak dobrze i sodko 
w kociele, przenigdy; nie modlia si nawet, ksika leaa nie otwarta, raniec tkwi w palcach 
nie zaczty, a ona wzdychaa ino, chodzia oczami po mrokach, z wolna pyncych z 
okien, po obrazach, po skrzeniach wiate i zoce, po tych farbach ledwie widnych i niesa 
si dusz w zawiaty, w te cudnoci i nieba obrazw, w przygase, cichnce dwiki, w rozmodlone 
piewy, w wity spokj ekstazy i pia takie zapomnienie wszystkiego, e ju nie 
baczya, gdzie jest, jeno si jej widziao, e wici zstpuj z obrazw, e id ku niej z umiechem 
przenajsodszym, e te bogosawice rce wycigaj si nad ni i dalej id, nad caym 
narodem, a si przychyli jako ten an, a nad nim wiej szaty bkitne, szaty czerwone, spojrzenia 
miosierne, grania niewypowiedziane, pienie dzikczynne - e ju i nie wypowiedzie! 
Ockna, gdy si nieszpory skoczyy i umilky organy, cisza j zbudzia z tego sennego 
rozmarzenia, z alem si podniosa i wychodzia z drugimi, ale przed kocioem znowu si 
spotkaa z Hank, ktra przystana na wprost, jakby chciaa co rzec, ale ino spojrzaa nienawistnie 
i posza. 

-Wytrzeszcza lepie i myli, . e mnie tym nastraszy, gupia - pomylaa Jagna wrciwszy 
do domu. 
Wieczr te ju by zapad, wieczr cichy, omdlay jaki, witeczny; mroczno byo na 
wiecie, wiatoci gwiezdne pomdlay w mtnym niebie, e ino gdzieniegdzie tryskra promie 
jaki, nieg prszy, opada z wolna, bez szelestu migota za szybami i snu si nieskoczonym, 
kaczastym przdziwem. 

W izbie byo cicho rwnie i nieco sennie, przyszed Szymek zaraz z wieczora niby w 
odwiedziny, a gwnie, by si z Nastk spotka, siedzieli te wpodle i ciche wiedli rozmowy. 
Boryny jeszcze nie byo. Jagustynka siedziaa przed kominem obierajc ziemniaki, a po drugiej 
stronie Pietrek przegrywa z cicha na skrzypicy, ale tak jako aoliwie, e apa czasami 



skomla i wy przecigle. Witek te tam siedzia z Jzk, a Jagna, ktr rozbierao to granie, 
krzykna przez drzwi: 

- Przesta, Pietrek, a to si a na pacz zbiera z tej muzyki! 
- Ja to bym spaa najlepiej przy graniu - zamiaa si Jagustynka. 
Ale skrzypki ucichy, dopiero po czasie jakim ozway si cichutk, ledwie syszan nut 
za stajni, bo tam si przenis Pietrek i dugo w noc gra. Kolacja si te dogotowywaa, gdy 
powrci stary. 

-A to wjtowa zlega, rwetes tam niemay, a Dominikowa przepdza ludzi, tyla si naszo. 
Trzeba by ci, Jagu, zajrze do niej jutro. 

- A zaraz polec, zaraz! - zawoaa skwapliwie a w ogniach caa. 
- Moesz i zaraz, pjd z tob. 
-E... to ju jutro moe... powiadacie, e tyla tam narodu, wol po dniu, nieg pada, 
ma!... - tumaczya zniechcona nagle, a on i na to si zgodzi i nie nastawa, ile e i wesza 
akuratnie kowalowa z dziemi. 
- A gdzie to twj? 
-Zepsua si mockarnia we Woli, to go pozwali, bo dworski kowal nie umie obie poradzi... 
- Co czsto teraz jedzi do dworu? - rzucia znaczco Jagustynka. 
- Przeszkadza to wama? 
- Co by za, uwaam ino, miarkuj i czekam, co z tego wyjdzie... 
Ale na tym si skoczyo, bo nikomu nie chciao, si wie gupiej rozmowy la drugich, 
kady pogadywa z cicha i leniwie, senno ogarniaa wszystkich bez maa z wczorajszego 
niewywczasowania, e nawet kolacj jedli bez smaku, a ino ten i w z podziwem spoglda na 
Jagusi, ktra gorczkowo uwijaa si po izbie, zapraszaa do jada, cho ju yki pokadli, 
buchaa ni z tego, ni z owego miechem, to znowu przysiadaa si do dziewczyn i rajcowaa 
trzy po trzy, a nie dokoczywszy leciaa na drug stron, ale ju z sieni nawracaa z powrotem. 
Bya w gorczce mczcej, bo penej obaw i niepokojw. Wieczr wlk si wolno, 
ociale, sennie, a w niej rosa i wzmagaa si nieustpliwie ch wybieenia za dom... do 
brogu... Ale nie moga si zdecydowa, baa si, e spostrzeg... baa si grzechu... powstrzymywaa 
si ca moc i dygotaa z mki, skowyczaa w niej dusza, jak ten pies na acuchu, 
rwao si serce... nie, nie moga, nie moga... a on moe ju tam stoi... czeka... wypatruje... 
moe koo chaupy bdzi... moe gdzie w sadzie przyczajony w okna zaglda i patrzy 
teraz na ni... i prosi... i truchleje z aoci, e nie wysza... Poleci chyba, nie wytrzyma duej... 
ino na t minutk, na to jedno sowo, by mu rzec: id, nie wyjd, grzech... Ju si za 
zapask ogldaa, ju sza ku drzwiom... sza... ale cosik jakby j uapio za kark i przytrzymao 
na miejscu... baa si... i Jagustynki oczy chodziy za ni w lad, jak te psy tropice, 
Nastka te dziwnie spogldaa... stary rwnie... Wiedz co?... miarkuj?... Nie, nie wyjd 
dzisiaj, nie... 

Zmoga si wreszcie, ale czua si tak zmordowan, e ani wiedziaa, co si dzieje dokoa. 
Przeckna dopiero, gdy apa zacz szczeka przed domem; w izbie byo prawie pusto, 
jedna Jagustynka drzemaa pod kominem, a stary patrza w okno, bo pies szczeka coraz zajadlej. 


- Pewnie Antek, nie doczeka si i... - porwaa si zestraszona. 
Ale to stary Kb stan we drzwiach, a za nim wchodzili wolno, otrzepujc si i obijajc 
o prg buty ze niegu - Winciorek, kulawy Grzela, Micha Caban, Franek Bylica, brat Hanczynego 
ojca, Walenty z krzyw gb i Jzek Wachnik... 
Dziwowa si tej procesji Boryna, ale juci, e pary z gby nie puci, na pozdrowienia 
odpowiada, rk podawa, siedzie zaprasza, awki podsuwa i tabak czstowa... 
Usadzili si rzdem, tabak ochotnie zaywali, ten kichn, w nos uciera, tamten za 
oczy, bo tabaka bya krzepka, jenszy rozglda si po izbie, ktren znw to jakie sowo rzuci, 



drugi za rozwanie i z namysem odrzeka- tamten o niegach prawi, kto z turbacjami wyjeda, 
kto ino wzdycha a kiwaniem przytwierdza -a wszystkie razem mdre dyskursa wiedli 
i z wolna prowadzili do tego, z czym przyszli... 

Boryna si krci na awie, w oczy im patrza, za jzyki pociga i z rnych stron zabiega. 


Nie dali si jednak wywie; siedzieli w rzd, siwi wszyscy, wyschli, wygoleni, rwniaki 
latami, czerstwi jeszcze; cho ju staroci i prac przygici do ziemi, niby te gazy polne 
omszali; surowi, twardzi, nieprzystpni a mdrale , to si strzegli wymwi przed czasem i 
koowali po miedzach sprawy, jako te zmylne psy owczarskie, kiedy chc owce zagna we 
wrota. 

A w kocu Kb odchrzkn, splun i rzek uroczycie: 

- Co tu marudzi i zwleka; przylim si dowiedzie, czy trzymacie z nami?... 
- Bez was stanowi nie moem... 
- Bo pierwszym we wsi jestecie. 
- A rozumu te wam Pan Jezus nie poskpi: 
-I cho przez urzdu, a gromadzie przewodzicie.... 
- Kuden si na was oglda. 
-Ile e o wszystkich krzywd chodzi. 
Powiedzia kady swoje, a przypochlebnie, e Boryna poczerwienia, rce rozoy i zawoa: 


-Ludzie kochane, kiej nie miarkuj, z czym przychodzicie? 
- A wedle naszego lasu, maj go rba po Trzech Krlach ! 
- Przeciech ju na tartaku rzn jakie drzewo. 
- Rzn ydowskie z Rudki, nie wiecie to? 
- Nie wiedziaem, czasu nie ma chodzi pomidzy ludmi i przepytywa... 
- A samicie najpierwsi pomstowali na dziedzica... 
-Bom myla, e nasze porby sprzeda... A czyje to sprzeda, czyje? -zakrzycza Caban. 
- Juci, e na przykupnym. 
- Sprzeda i na przykupnym, ale sprzeda i na Wilczych doach i ma ci... 
- Bez naszego przyzwolestwa ci nie bdzie. 
- Juci, drzewo ju wycechowali, las rozmierzyli i po Trzech Krlach rba zaczn. 
- Kiedy tak, trzeba jecha ze skarg do komisarza- rzek Boryna po namyle. 
- Od zasieww do niw nie kady bdzie yw! - mrukn Caban. 
- A jak kto na mier chory, na nic mu i dochtory!- doda Walenty z krzyw gb. 
-Skarga tyle sprawi, e nim urzd zjedzie i zabroni, to ju i pniakw nie ostanie po naszym 
lesie, a jak to byo w Dbicy, baczycie? 
- Z dworem to jak z wilkiem, niech ino jedn owc sprbuje, wnet cae stado wybierze. 
- Nie trza da, by si znarowi! 
-Rzeklicie mdre sowo, Macieju; jutro po kociele maj si gospodarze zebra u mnie, 
by cosik postanowia gromada, towa przyszli waju zaprosi na narad. 
- Wszystkie przyjd?... 
- Wszystkie, a zaraz po kociele... 
-Jutro... C, kiej koniecznie musz jutro jecha do Woli, prawd mwi, dziel si tam 
gospodark krewniaki, a swarz i procesuj, obiecaem si rozsdzi, by si sierotom krzywda 
nie staa, jecha musz, ale co postanowicie, to tak wezm, jakbym uradza spoem. 
Wyszli markotni nieco, bo chocia wszystkiemu przytwierdza i zgadza si na wszystko, 
co mwili, dobrze poczuli, e z nimi szczerze nie trzyma. 
-Hale, uradzajcie sobie, ale beze mnie! -myla -wjt ni mynarz, ni co pierwsi nie pjd 
z wami! Niech si dwr dowie, e nie nastaje na niego, prdzej zapaci 



za krow... i bdzie si chcia godzi z osobna..: Gupie!...do ostatniego chojaka pozwoli 
mu ci... a potem dopiero w krzyk, do sdw, areszt pooy, przycisn -daby wicej nili 
zgod. Niech se radz, poczekam na boku, nie pilno mi, nie!... 

Dom ju cay leg spa, a Maciej siedzia, kred na awce pisa, liczy i dugo w noc deliberowa. 


Nazajutrz zaraz po niadaniu nakaza parobkowi rychtowa sanie. 

-Jakom wczoraj powiedzia, pojad do Woli, pilnuj tu domu, Jagu, a jakby si kto dowiadywa, 
rozgaszaj, e musiaem jecha, i do wjtowej zajrzyj. 
- Pno to wrcicie? - pytaa z przyczajon w sercu radoci. 
- Na odwieczerzu, a moe i pniej. 
Przyodziewa si witecznie, a ona znosia mur z komory ubrania, wizaa wstki u koszuli 
pod szyj, pomagaa we wszystkim i z gorczkow niecierpliwoci przynaglaa Pietrka, 
by prdzej konie zakada, trzsa si caa. Nie moga usta na miejscu, rado w niej krzyczaa, 
rado, e pojedzie na cay dzie, pno wrci, moe dopiero w nocy, a ona zostanie 
sama i o zmroku - o zmroku wyjdzie za brg... Wyjdzie! Hej! Rwaa si ju jej dusza do wylotu, 
miay si oczy, wycigay rce, prya pier i ognie byskawicami upalnymi chodziy 
po niej i sodk mka obleway... Ale z naga, niespodziewanie chwyci j dziwny lk i cisn 
za serce, e zmilka, przycicha w sobie i jak bdna patrzya za Boryn, gdy si okrci w pas, 
nadzia czap i wydawa jakie przykazania Witkowi. 

- Wecie mnie ze sob! - szepna cicho. 
- Hale. Kt w chaupie ostanie? - zdziwi si mocno. 
-Wecie mnie, wity Szczepan dzisiaj, roboty wiele nie ma, wecie mnie, tak mi si 
markoci, wecie! - prosia tak gorco, e chocia si dziwowa, ale si nie opar przyzwoli. 
W par chwil ju bya gotowa i ruszyli zaraz sprzed domu ostro, z kopyta, a sanie zamiety. 


ROZDZIA 6 

- Mylaech, e gdzie w niegach uwiza! - szepn przekliwie. 
-Hale, mona to przyspieszy na tak wiej, po omacku szam cakiem, bo tak ciepie 
niegiem, e oczw nie mona ozewrze, a takie zaspy na drogach, taki mt, e i na dwa kroki 
nic nie rozezna przed si. 
- Matka w chaupie? 
-A juci, gdzie by ta szli na taki psi czas; rano byli u Kozw, ale z Magd jest krucho, 
na ksi꿹 obor patrzy, to i nic poradzi nie poradzili -opowiadaa Jagna otrzepujc si ze 
niegu. 

-C tam na wsi? -zagadn namieszliwie. 

-Idcie pyta, to wiedzie bdziecie, po nowinki nie lataam ! 
- Dziedzic przejecha, nie wiesz to? 
- Psu wytrzyma trudno na takiej wiejbie, a dziedzicowi by si tam chciao... 
- Kogo mus pdzi, ten i na zakurki patrza nie bdzie... 
- Pewnie, jak komu mus... - umiechna si wtpico. 
-Sam si obieca, nikto go nie prosi - powiedzia Boryna surowo, odoy onik, wsta z 
kobylicy i podszed do okna wyjrze, ale na wiecie bya taka kurzawa, tak kotowao, e ni 
potw, ni drzewin wida nie byo. 
- Widzi mi si, e nieg ju nie sypie - powiedzia agodniej. 


-A nie, krci ino, rwie, zamiata i tak kurzy, tak ciepie, e drogi nie rozezna - rzeka Jagna, 
rozgrzaa rce i wzia si do motania nici z wrzecion na motowido, stary za powrci 
do roboty, ale coraz niecierpliwiej spoglda w okno i nasuchiwa. 
- Gdzie to Jzka? - spyta po chwili. 
Pewnikiem u Nastki, cigiem tam przesiaduje. 
-Lofer dzieucha, e tego pacierza w chaupie nie usiedzi. 
-A bo jej si cni, powiada. 
- Ale, zabawy se bdzie szukaa. 
- Tak powiada, by ino si od roboty wykrci. 
- Nie moesz to przykaza? 
-Juci, raz to mwiam abo dwa, pysk na mnie wywara jak na tego psa, jak wy jej nie 
przykrcicie, to ona ma gdzie moje przykazy. 
Ale stary puci mimo uszw te skargi, bo coraz niecierpliwiej nasuchiwa, c kiej a-
den gos ludzki nie dochodzi ze dworu, wichura ino wya, przewalaa si po wiecie, bia 
niby barami w ciany, a dom trzeszcza i pojkiwa. 

- Pjdziecie to? - spytaa cicho. 
Nie odrzek, bo dosysza otwieranie drzwi od sieni, jako w tej chwili wpad zziajany 
Witek i krzykn z progu: 

- Dziedzic ju przejecha! 
- Dawno? Przywieraj drzwi prdko. 
- A dy jeszcze sycha brzkada! 
- Sam jecha? 
- Kiej takie zakurki, em ino konie rozezna. 
- Bieyj w ten mig i dowiedz si, gdzie stan! 
- Pjdziecie do niego? - zapytaa cicho, z tchem przytajonym. 
-Poczekam, a zawoaj mnie, naprasza si nie bd, ale beze mnie przeciech nic nie 
uradz... 
Umilkli oboje, Jagna motaa liczc nici i przewizujc je w pasma, a stary, e mu robota 
leciaa z rk z niecierpliwoci, rzuci wszystko i zacz si przybiera do wyjcia, nim jednak 
skoczy, przylecia Witek. 

- Dziedzic siedz u mynarza w izbie ode drogi, a konie stoj w podwrzu. 
- Ce si tak utyta? 
- A bo mi wiater przewrci w zasp... 
- Pewnie, dobrze si musia z chopakami za apy po niegu wodzi!... 
- Wiater mi obali... 
- Drzyj obleczenie, drzyj, jak si, jucho, rzemieniem pogrzej, to zapamitasz. 
- Kiej prawd mwi... tak wieje, tak ciepie, e ustoi trudno... 
-Pu komin, w nocy si do wygrzejesz, powiedz Pietrkowi, niech si do mocki wemie, 
pom mu, nie ganiaj po wsi jak ten psiak z wywieszonym ozorem. 
-Id, ino jeszcze drewek przynies, bo gospodyni kazaa... - szepta aonie i markotnie, 
e nie mg opowiada, co widzia na wsi, zakrci si po izbie, gwizdn na ap, ale pies 
zwin si w kbek i ani chcia sucha, wic sam poszed, Boryna za, ubrany do wyjcia, 
azi z kta w kt, poprawia w kominie, zachodzi do stodoy, to oknem wyglda, to przed 
dom wychodzi i coraz niecierpliwiej czeka, ale nikt po niego nie przychodzi. 
- Moe zapomnieli... - zauwaya Jagu. 
- Jake, o mnie by zapomnieli... 
- Bo wy kowalowi wierzycie, a on cygan najpierwszy... 
- Gupia, nie powiadaj, na czym si nie rozumiesz... 


Zamilka obraona, prno zagadywa agodnymi sowy, a w kocu sam si zeli, nadzia 
czap i z trzaskiem poszed. Jagu narzdzia kdziel, przysiada si pod okno i przda 
spogldajc od czasu do czasu w nieyc, sroc si za oknem. 

Wiatr hucza przeraliwie, niene tumany kbami jak domy abo jak te drzewa wielgachne, 
rozstrzpione taczay si po wiecie i raz po raz biy w chaup, a wszystko w izbie 
dygotao, szczkay miski poustawiane w szafce i kolebay si u puapu opatkowe wiaty. 
Zimno przejmujce, wiejne tak cigno od okien i drzwi, e apa wci szuka cieplejszego 
legowiska, a Jagna przyokrya si w zapask. 

Witek wsun si cicho i rzek niemiao: 

- Gospodyni ! 
- Czego? 
-Wiecie, a to dziedzice w ogiery przyjecha. Cuganty kiej hamany, kare cakiem, w siatkach 
czerwonych, z pirami na bach, a brzkada na pasach to yni si od zota kiej te obrazy 
w kociele! A jak szy, to niczym ten wiater ! 
- Nie dziwota, dworskie przecie, nie chopskie! 
- Jezus, jeszczem takich smokw nie widzia! 
- Jeszcze by, nic nie robi i na czystym owsie stoj! 
-Pewnie, e tak, ale eby nasz rebic wypa, ogon jej obci, grzyw zaple i sprzc 
z wjtow siwk, toby tak samo rway, co? gospodyni... 
Pies si zerwa nagle, nastroszy i zacz szczeka. 

- Wyjrzyj no, ktosik jest w ganku. 
Ale nim zdy, jaki obwalony niegiem czowiek stan w progu, pochwali Boga, 
otrzepywa czapk o buty i rozglda si po izbie. 

- Pozwlcie si ogrza i wytchn nieco! - rzek proszco. 
- Siadajcie, Witek, przyrzu na ogie - zarzdzia zmieszana. 
Nieznajomy siad przed kominem, ogrza si nieco i zapali fajk. 
- Borynowy to dom, Macieja Boryny? - zagadn odczytujc z papierka. 
- Juci, Borynowy - przytwierdzia ze strachem, bo si jej uwidziao, e to jaki z urzdu. 
-Ojciec w domu? 
- Mj poszli na wie. 
- Poczekam, pozwlcie, e posiedz przed ogniem, przemarzem. 
- A siedcie, przeciech awki ni ognia nie ubdzie. 
Nieznajomy zdj kouch, ale snad zimno mu byo, bo wstrzsa si cay, zaciera rce i 
coraz bliej przysuwa si do ognia. 

- Cika zima lato - szepn. 
- Pewnie; e nie letka. A moe mleka zgotowa na rozgrzewk? 
- Dzikuj, gdybycie mieli herbat!... 
-Bya ci, bya, jeszcze jesieni, kiej mj chorza na brzuch, przywiezam z miasta, ale 
wysza, a nie wiem, u kogo by na wsi znalaz... 

- A dobrodziej pono cigiem arbat pij - wtrci Witek. 
- Nie potrzeba, nie, herbat mam ze sob, zagotujcie mi tylko wody... 
- Wrztku niby! 
Przystawia garneczek z wod do ognia i siada z powrotem do kdzieli, ale nie przda, 
tyla co czasem furkna wrzecionem dla niepoznaki i spozieraa na niego pilnie, pena guchego 
niepokoju i ciekawoci: co za jeden, czego chce, moe z urzdu, po jakim spisie, bo 
cigiem zaglda do ksieczki?... Ubir te mia prawie paski, szary z zielonym, jaki to nosz 
strzelcy dworscy! a to znowu kouch chopski i czapk te! Cudak ci jaki abo ten obieywiat' 
A moe i co drugie! Rozmylaa porozumiewajc si oczami z Witkiem, ktren 
niby podkada na ogie, a gwnie rozglda nieznajomego i mocno si dziwowa, e ten 
cmokn na ap. 



- Ugryzie, pies zy! - szepn mimo woli. 
- Nie bj si, mnie psy nie gryz - umiechn si dziwnie i gadzi tulcy mu si do kolan 
psi eb. 
Przysza wkrtce Jzka, a za ni zaraz zajrzaa Wawrzonowa, to ktry z ssiadw, bo si 
ju byo roznieso w ssiedztwie, e jaki obcy siedzi u Borynw. 
A on wci si nagrzewa nie baczc na ludzi ni ich szepty i uwagi, dopiero gdy si woda 
zagotowaa, wydoby z jakiego papierka herbat, zasypa, sam sobie wzi z pki biay garnuszek, 
nala wrztku i przegryzajc kawakiem cukru, popija i chodzi po izbie, a przyglda 
si obrazom, sprztom, to stawa na rodku i tak przenikliwie spoglda w oczy, e ludziom 
mitko robio si w doku. 

- Kto to lepi? - wskaza na wiaty wiszce u sufitu. 
- To ja! - piskna rozczerwieniona Jzka. 
Chodzi znowu dugo, a apa krok w krok za nim. 
-Kto tak wymalowa? -zawoa zdumiony przystajc przed wycinkami, jakie byy nalepione 
na ramach obrazw, a gdzieniegdzie i wprost na cianie. 
- Kiej to nie malowane, ino wystrzyone z papierw! 
- Nie moe by! - wykrzykn. 
- Samam strzyga, to juci, wiem! 
-I samicie to wymylili, co? 
- Sama, a dy kade dziecko we wsi to potrafi. 
Umilk znowu, nala sobie drugi raz herbaty, usiad przed kominem i z dobre par pacierzy 
nie rzek ani sowa. 
Ludzie si porozchodzili, bo wieczr nadchodzi i zamie si uciszaa, e ino czasami 
zrywa si jeszcze ostry wicher, zakrca, mci i bi w chaupy, ale coraz rzadziej i sabiej si 
trzepota, niby ten ptak wyzbyty z si dalekim lotem. 

Jagna te w kocu odstawia kdziel i wzia si do wieczorowych obrzdkw. 

- Suy u was Jakub Socha? - zagadn nieznajomy. 
- Niby Kuba! Juci, e suy, ale si pomaro chudziakowi jeszcze na jesieni. 
-Mwi mi ksidz o tym. Mj Boe, szukaem go od lata po wszystkich wsiach oklnych 
i znalazem po mierci... 

- Naszego Kuby szukalita? - zawoa Witek wzruszony. 
- A to pan musz by dziedzicowym bratem z Woli? 
- Skde mnie znacie? 
- Powiedali nieraz ludzie, e dziedzicowy brat wrci z dalekich krajw i szuka po wsiach 
jakiego Kuby, ale nikto nie miarkowa ktrego. 
- Sochy, dopiero dzisiaj si dowiedziaem, e suy u was i e umar. 
- Postrzelili go, krew go usza i pomar, pomar! - woa Witek przez zy. 
- Dugo by u was? 
- A zawdy, jak ino pamici sign, to zawdy suy u Borynw. 
- Poczciwy by podobno? - pyta niemiao. 
-I jak jeszcze, caa wie moe przywiadczy, wszyscy, nawet dobrodziej pakali na pochowku 
i nic nie wzili za naboestwo. 
-A mnie pacierza uczy i strzyla uczy, i kiej rodzony ociec opiek trzyma nade mn! I 
po dziesitku czasem dawa i... - wybuchn paczem na przypomnienie. 

- A pobony by, cichy, pracowity parobek, e nieraz dobrodziej sam go chwali... 
- Na waszym cmentarzu pochowany? 
- Zaby indziej? 
-Ja wiem gdzie, poka. Jambroy mu krzy postawi, a Rocho wypisa na deseczce 
wszystko, e cho zawiane niegiem, trafi i doprowadz! - zawoa Witek. 
- A to zaraz pjdmy, aby przed noc zdy. 


Nieznajomy odzia si w kouch i przez dug chwil sta na rodku izby, gdzie przed 
si zapatrzony. Stary ju by, przygarbiony nieco, siwy, suchy jak wir; twarz mia poradlon 
i ziemist, dziur w prawym policzku, stary lad od kuli, a czerwon, dug krych nad 
okiem, nos dugi, krzaczast, rzadk brdk i ciemne oczy, gboko wpadnite i jarzce mocno; 
fajki z zbw nie popuszcza ani na chwil i cigiem j zapala. Poruszy si wreszcie i 
chcia jakie pienidze da Jagusi, ale cofna rce za siebie i poczerwieniaa 

- Wecie, za darmo nic na wiecie nie daj... 
-Hale, we wiecie moe taka moda. yd to jestem albo ten handlarz, co za wod i ogie 
kae sobie paci!- szepna obraona. 
-Bg wam zapa za gocinno! Powiedzcie waszemu, e by Jacek z Woli. Przypomni 
mnie sobie, zajrz tu jeszcze do was kiedy, teraz mi pilno, bo noc nadchodzi; ostajcie z Bogiem. 
- Panu Bogu oddajem! 
Chciaa go pocaowa w rk, ale wyrwa si i wawo ruszy z chaupy. 
Na ziemi, sypa si pierwszy, ledwie dojrzany mrok, wicher usta, jeno z zasp, co groblami 
leay w poprzek drogi, kurzy suchy, miaki nieg, kieby kto pytle wytrzepywa z mki, 
ale ino doem sza mtwa i kurniawa, bo gr ju byo przycicho, e domy i sady wychyliy 
si na jani i stay widne w omdlaym, sinawym tumanie mroczenia. 

A wie jakby przeckna z odrtwienia, zaroiy si drogi, zawrzay gosami opotki, 
gdzieniegdzie brali si do odwalania niegw sprzed chaup, rbali w stawie przerble, nosili 
wod, wywierali wrtnie do stod, e bicie cepw dononiej rozlegao si po drogach, gdzieniegdzie 
ju i sanie z trudem toroway sobie drog, nawet wrony pokazay si w obejciach, 
co byo niechybnym znakiem, e szo na odmian. 

Pan Jacek rozglda si ciekawie dokoa, czasem pyta o ludzi spotykanych, to o chaupy, 
a szed tak rano, e Witek ledwie nady, ino apa bieg przodem i wyszczekiwa radonie. 

Przed kocioem pitrzyy si tak srogie zaspy, e cakiem ogrodzenie przywaliy i prawie 
po gazie drzew sigay , musieli obchodzi drug stron pobok plebanii, naprzeciw ktrej 
caa hurma chopakw ganiaa si z wrzaskiem i bia niegiem, a e apa szczeka na nich, 
chyci go ktry za grzbiet i rzuci w puszyst, dymic jeszcze zasp. Witek skoczy na ratunek, 
ale i jemu dostao si niezgorzej pecynami, e ledwie si wygramoli, co nieco odda i 
polecia chybcikiem, bo pan Jacek nie czeka. 

Ledwie si przekopali na cmentarz, a i tam niegu , byo na dobrego chopa, tyla e ino 
ramiona krzyw czerniay si nad groblami i garbami niegw; miejsce za byo nieco 
otwarte, to wiatr jeszcze przeciga czasami i kurzawa raz po raz przysaniaa wszystko 
mgawic, e ino drzewa nagie targay si w niej i majaczyy pniami. Pola za naok zasnute 
byy bielmem, olepe zgoa i sine mrocznoci, e nic nie rozezna ni drzew, ni kamionek, ni 
borw -jeno tu za smtarzem, na drce zasypanej cigno kilkanacioro ludzi, ciko 
obrzemienionych i przygitych do ziemi, kurzawa ich przysaniaa co troch, e przepadali 
cakiem, ale gdy si przyciszyo, coraz bliej czerwieniay weniaki kobiet i widni byli pojedynczo. 


- Co to za ludzie, z jarmarku wracaj? 
- Hale, komorniki, po drzewo chodzili do lasu. 
-I na plecach je nosz? 
- A juci, koni nie maj, to musz na plecach dygowa. 
- Duo takich we wsi? 
-Przeciech niemao. Ino gospodarze maj gronta, a insze na komornym siedz i na wyrobki 
chodz abo do suby si godz. 
-I czsto po drzewo chodz, co? 
-A raz w tydzie dwr pozwala kademu przychodzi z kulk, bo co se suszu obamie a 
zbierze w pacht i udwignie, to jego, ino gospodarze maj prawo z wozem jedzi i z siekie


r do lasu... Mywa z Kub jedzili cigiem i nie raz jeden z dobr dusz we wozie wracalim... 
bo Kuba umieli tak ci jakiego grabka i schowa pod gazie, e ani borowy pozna! zawoa 
z dum. 

- Dugo Kuba chorowa? Opowiedz wszystko. 
Juci, e Witek prosi si nie da i opowiedzia, co ino wiedzia. Pan Jacek przerywa mu 
pytaniami, przystawa a z gorcoci, rozkada rce, cosik w gos woa, ale chopak nie wymiarkowa, 
o co mu szo i dlaczego si tak dziwowa, bo po prawdzie nie baczy dobrze, 
strach go zdziebko przejmowa, e to ju mroczao i cay smtarz jakoby si w miertelne 
gzo przyodziewa i rnymi gosami gada, wic bieg przodem i zestrachanymi oczami wypatrywa 
Kubowego krzya; odnalaz go wreszcie, sta pod samym parkanem, wpodle tych 
rozwianych mogiek pobitych na wojnie, przy ktrych modli si w Zaduszki. 

-A dy tutaj, na krzyzie stoi wypisane: Jakub Socha! -przesylabizowa wodzc palcem 
po biaych, wielkich literach. - To Rocho wypisali, a krzy sporzdzi Jambroy! 
Pan Jacek da mu dwie zotwki i kaza spiesznie wraca do domu. Chopak w dyrdy 
ucieka, a ino jeden raz si odwrci, by gwizdn na ap i spojrze, co tamten robi. 

-Jezus! Dziedzicowy brat, a klczy przy Kubowym grobie! -szepn zdumiony, ale e 
mrok zapada i przygite drzewa trzsy si jako strasznie, strach go przej taki, e galopem 
i na przeaj polecia do wsi. Dopiero koo kocioa si zatrzyma, by zapa nieco powietrza i 
popatrze na pienidze, trzymane mocno w garci, pies go te wanie dopdzi, e wracali ju 
razem i wolno do chaupy. 
A koo stawu natkn si na Antka, wracajcego z roboty, pies si rzuci do niego przyasza, 
szczeka i skomle radonie, a go Antek j gaska. 

- Dobry pies, poczciwy, dobry! Skd to wracasz, Witek? 
Witek opowiedzia wszystko, juci, e o pienidzach nie rzek. 
- Zajrzaby do dzieci kiedy. 
- Przylet, przylet, nawet la Pietrusia zrobiem wzik i jednego cudaka... 
- Przynie go, naci dziesitk, by nie zabaczy! 
- A to chybcikiem przylec, obacz ino, czy gospodarz nie przyszli... 
- Nie ma ich to w domu? - rzek niby obojtnie, ale a zadygota. 
- A u mynarza radz cosik z dziedzicem i z drugimi! 
- Gospodyni w domu? - zapyta ciszej. 
- W domu, obrzdzaj. To ino obacz i zaraz przylec... 
-Przychod, przychod! - szepn, chcia go pyta , dowiadywa si, ale nie mia, ludzie 
si krcili dokoa, cho ju mroczao, a przy tym chopak gupi, wygadaby jeszcze, rozgosi... 
Poszed prdko ku domowi, ale przed kocioem rozejrza si uwanie, czy kto nie patrzy, 
i skrci w bok, na drk biegnc za stodoami. 
Witek za pobieg do chaupy. 

Boryny jeszcze nie byo, w izbie panowa mrok, bo ino na kominie arzyy si gownie. 
Jagna zwijaa si koo obrzdkw wieczornych, ale za bya, gdy Jzka znowu gdzie przepada, 
a roboty byo tyla, e nie wiada, za ktr przdzi si ima! Nie suchaa nawet opowiada 
Witka, dopiero gdy wspomnia o Antku, przystana nagle i nadstawia uszw... 

- Nie powiadaj nikomu, e ci da dziesitk. 
- Kiej przykazujecie, to i pary nie puszcz. 
- Naci drug, a zapamitaj sobie. Do domu poszed?... 
Nie, nie czekaa ju jego odpowiedzi, porwaa si z miejsca nagle, jakby ze strachem wybiega 
na ganek i zacza woa Pietrka, a zalknionym i czatujcym wzrokiem przebiegaa 
sad i opotki. Nawet za szop pod brg zajrzaa, nie byo nikogo... Uspokoia si wnet, ale j 
taka markotno rozebraa, e zacza krzycze na Jzk i pdza j, by rychlej szykowaa 
krowom picie, a wymawia, e si cigle po chaupach wczy i nic nie robi, juci, e dzieucha 
te nie zmilka, harda bya, pyskata i zawzita, to si zb za zb kcia. 



-Pyskuj, pyskuj, ociec przyjd, to ci wnet rzemieniem przycisz! - pogrozia Jagna zapalajc 
lamp i bierc si znw do przdzenia, nie odpowiadaa ju na mamroty Jzczyne, bo 
si jej wydao, e kto chodzi za szczytowym oknem... 
- Witek, wyjrzyj no, musia prosiak wyle z chlewa i chodzi tam ano po sadzie. 
Ale Witek upewnia, e zagna wszystkie i przymkn drzwi, Jzka posza na drug stron 
i wynosia z Pietrkiem cebratki z piciem dla krw, a potem przyleciaa po skopki do dojenia. 


- Sama wydoj, odpocznij se, kiedy si tak spracowaa! 
- A djcie sami, znowu z poow mleka ostawicie w wymionach! - dogryzaa Jzka. 
-Zawrzyj gb! -wrzasna rozgniewana, wdziaa trepy, podkasaa weniaka, zabraa 
szkopki i posza do obory. 
Wieczr ju by zapad, wiatr usta, kurzawa si uciszya, ale niebo wisiao czarne, bezgwiezdne, 
wezbrane chmurzyskami, niskie; niegi szarzay pospnie, jaka aosna, zmczona 
cicho przygniataa wiat, aden gos ze wsi nie dochodzi, a jeno gdzie od kuni szo dalekie, 
guche bicie motw. 

W oborze byo ciemno i duszno, krowy chlipay picie i gono szoroway ozorami dna 
cebratek, a raz w raz postkiway ciko. 

Jagna znalaza po omacku stoek, przysiada si pod pierwsz z brzegu, namacaa wymiona, 
wytara je zapask i wsparszy gow o kadun krowi zacza doi. 

Cicho j ogarna, e by najlejszy szelest syszaa wyranie; mleko siurkao raz po razie 
do szkopka, ze stajni dochodziy koskie tupania, to od chaupy szy przytumione a jazgotliwe 
rozprawy Jzki. 

-Rajcuje, a ziemniakw nie obiera! -mrukna i zmilka nagle nasuchujc, bo nieg zaskrzypia 
na podwrzu, jakby kto szed z prawej strony od szopy, snad wolno...przystawa 
nawet... bo przyciszao si na mgnienie... znowu szed... nieg trzeszcza coraz bliej... oderwaa 
gow i spojrzaa w szary otwr drzwi... Zamajaczya w nim jaka niewyrana posta... 
- Pietrek!... - zawoaa. 
- Cicho, Jagu, cicho! 
-Antek ! 
Struchlaa cakiem i tak j wszelka moc odesza, e nie wykrztusia ni sowa wicej, ruszy 
si nie moga, pomyle nie umiaa, cigna bezwiednie za wymiona jeno, e mleko 
strzykao na weniak i na ziemi. Gorc j obj i kieby pomie palcy wichrem wia po niej, 
byskawicami migota w oczach a sodkoci serce rozpiera; a tak j cosik uapio za grdyk i 
zatkao piersi, e dziw nie pada umar... 

-Od samych Godw czatowaem na ciebie, co dnia, w kaden wieczr warowaem jak 
pies pod brogiem, nie wysza!... - szepta. 
A ten gos zduszony, namitny, zapieky moc kochania, nabrzmiay luboci, warem j 
oblewa, ogniami, sodkoci, krzykiem potgi... Sta na wprost, czua, e si wspar na krowie, 
pochyli i patrzy w ni tak z bliska, a jego gorcy oddech pali j w gow. 

- Nie bj si, Jagu! Nikto nie widzia, nie bojaj si. A juem nie zdziery, nie poradz, a 
to i w dzie, i w nocy, i w kaden czas, cigiem stoisz przede mn, na oczach mi wisisz. Jagu, 
nic mi to nie powiesz? 
- C ci to rzekn, co? - szepna rozpakanym gosem. 
Zmilkli oboje. Zabrako im gosu, wzruszenie ich dawio i ta blisko, ta upragniona samotno, 
ta noc niemoc si na nich zwalia, ciarem sodkim, ale i dziwnym lkiem! Rwali 
si do siebie, a teraz i tego sowa rzec byo trudno i ciko, podali si nawzajem, a i rki do 
si wycign byo niepodobna - milczeli. 

Krowa gono chlipaa picie i tak chlastaa ogonem po bokach, e raz po raz zacinaa go 
w twarz, a go przytrzyma mocno, przechyli si barzej przez kby i szepn znowu: 

- Ani pi, ani jem, ani robi mog bez ciebie, Jagu, bez ciebie... 


- A mnie te nieletko, nie... 
- Mylaa to kiej o mnie, Jagu, mylaa?... 
-Mogam to nie myle, kiej mi cigiem do gowy przychodzisz, cigiem, e ju rady 
nijakiej da sobie nie mog. Prawda to, e o mnie pobi Mateusza? 
- Prawda. Cygani o tobie, tom mu pysk stuli, a kademu zrobi to samo! 
Drzwi trzasny od chaupy i ktosik prdko lecia przez podwrze, prosto do obory, e 
Antek ledwie zdy skoczy do obw i tam przywarowa. 

- A to Jzia kazaa przynie cebratki, bo winiom trza arcie narzdza. 
- We obie, we! - ledwie wykrztusia. 
- Kiej ysula nie wypia jeszcze, potem przylet. 
Witek pdem polecia, sycha byo, jak znowu drzwi trzasny, dopiero Antek si wysun 
z ukrycia. 

- Wrci cierwa... pjd pod brg, zaczekam... wyjdziesz, Jagu? 
-Bojam si... 
- Przyjd, choby godzin abo i dwie, a czeka bd, przyjd!... - baga. 
Przysun si z tyu, bo wci siedziaa przy krowie, obj j potnie przez piersi, przechyli 
gow w ty i wpi si tak mocno wargami w jej usta, e stracia oddech, opady jej rce, 
skopek polecia na ziemi, stracia przytomno, ale prya si coraz mocniej i tak zapamitale 
cisna si ustami do jego ust, e zwarli si na mier, padli w siebie i przez dug chwil 
trwali w takim szalonym, dzikim, bezprzytomnym pocaunku. 

Oderwa si wreszcie i chykiem wybieg z obory. 

Zerwaa si wreszcie, aby do skoczy, ale ju cieniem mign na progu i przepad w nocy. 
Nie byo go, jeno ten cichy, palcy szept gra w niej tak mocno, a tak nakazujco, e si ze 
zdumieniem rozgldaa po oborze... Juci, nie byo nikogj; krowy jeno przeuway pasz i 
chlastay ogonami. Wyjrzaa w podwrze, noc staa za progiem nieprzeniknionymi mrokami, 
cisza gnieta wiat, tyla co te kucia motw pobrzkiway w dalekociach... A by przeciech, 
by... stoja przy niej, obejmowa j, caowa... jeszcze usta pal, jeszcze ognie chodz po niej 
byskawicami, a w sercu wzbiera taki krzyk radoci, e nie wypowiedzie! Jezus, mj Jezus! 
Poderwao j cosik i nieso, e choby w cay wiat, zaraz, w ten mig, a poszaby tam, z 
nim!... Janto! - krzykna bezwiednie i dopiero wasny gos oprzytomni j nieco. Zwijaa si 
z dojeniem ze wszystkich si, ale bya tak roztrzsiona, e czsto pod przodkami krw szukaa 
wymion, i tak roztkliwiona szczciem, e dopiero idc do chaupy, na mrozie poczua, e ma 
twarz mokr od paczu. Zaniesa mleko, ale zapomniaa je przecedzi, pobiega na drug stron, 
bo dosyszaa gos Nastki, nic jej nie rzeka i powrcia, przystrajaa si przed lusterkiem, 
to jeszcze polan dorzucia na ogie, to rozmylaa, e ma co pilnego zrobi... c, kiej nie 
moga sobie niczegj przypomnie, niczegj... bo ino to stao jej w mylach, e Antek czeka 
pod brogiem, czeka... Pokrcia si jeszcze bdnie po izbie, okrya si zapask i posza. 

Przesuna si cicho koo okien i posza szczytow cian do wskiego przejcia midzy 
sadem a szop, nakrytego niby dachem obwisymi pod niegiem gaziami, e musiaa si 
przychyla. 

Antek czai si przy przeazie, skoczy do niej jak wilk, przenis j prawie i pocign 
pod brg, stojcy zaraz za drog. 
Ale nie wiedo si im cakiem dnia tego, bo tyla co wleli w brg, co si tam zwarli w 
caunkach, rozleg si ostry, donony gos Boryny. 

- Jagu! Jagu!... 
Kieby piorun w nich trzasn, tak si roznieli, Antek skoczy w bok i chykiem pod 
ogrodami rwa, a Jagna pobiega w podwrze, nie baczc, e gazie zdary jej zapask z gowy 
i ca obsypay kurzaw. Przetara twarz niegiem, nazbieraa pod szop narcz drzewa i 
wolno spokojnie wrcia do izby. 

Stary patrza na ni spode ba, dziwnie jako. 



- Zajrzaam do siwuli, bo cosik stka i pokada si... 
- Szukaem ci w oborze, a nie uwidziaem... 
- Bom wtedy ju musiaa by pod szop, drwa zbieraam. 
- A gdziee si to tak utytaa w niegu?... 
-Gdzie? Ze strzechy niegowe brody wisz, to ino trci, a na gow si sypi - tumaczya 
si spokojnie, ale twarz odwracaa od ognia, by ukry wypieki. 
Ale starego nie zwieda, niby wprost, oczy w oczy, nie patrza, dobrze jednak widzia, e 
caa w ogniach, czerwona, a oczy rozjarzone byszcz si kiej w chorobie. Jakie guche, niejasne 
podejrzenie wlizgno mu si do serca, zazdro kliwa zawarczaa w nim jak pies i 
jak pies si przyczaia. Dugo si biedzi i rozmyla, a w kocu przyszo mu do gowy, e to 
pewnie Mateusz j spotka i przypar gdzie do potu. 

Nastka wanie wesza na, to, wic daleje j pociga za jzyk. 

- C to, pono Mateusz ju zdrowy, chodzi?... 
- Hale, zdrowy tam! 
-Mwi mi ktosik, e widzieli go na odwieczerzu, po wsi chodzi pono... -zagadywa 
chytrze, a pilnie patrza w Jagn. 
-Pleciuchy baj, co ino si im uwidzi, Mateusz ledwie si rucha, z ka nawet si nie 
podnosi, tyla e ju krwi nie oddaje. Jambroy stawia mu dzisiaj baki, a teraz narzdzi 
okowitki z tustoci i lekuj si tam obaj tak galanto, ae na drodze si rozlegaj piewania. 
Nie pyta si ju wicej, ale podejrze si nie pozby. 

A Jagusia, e ciyo jej milczenie i te jego szpiegujce oczy nie daway spokoju, ja 
szeroko opowiada o bytnoci pana Jacka. 

Zdumia si tym wielce i zacz wymiarkowywa, co by to mogo znaczy, biedzi si 
niemao, rozwaa, deliberowa, kade sowo z osobna w gowie obraca, a w kocu wyranie 
z tego wyszo, e dziedzic wysa pana Jacka do niego, by si wywiedzia, co to nard 
powie o porbie. 

- Kiej nic a nic o las nie pyta. 
- Hale, kiej taki ci wywiedzie niby na postronku, e 
ani zmiarkujesz, kiedy, co i jak, a wszystko wypowiesz. Ho, ho, znam ja ten dziedzicowy 
pomiot. 

- Powiadam wam, e ino o Kub pyta i o te strzyki! 
-Miedzami kouje, by drog wypatrze! W tym cosik jest, jaka dziedzicowa sztuczka, 
bo jake, dziedzicowy brat i stojaby tam o Kub! Gupi ino w takie bajdy uwierzy. Powiadaj, 
e ten Jacek gupawy jest nieco, po wsiach cigiem si nosi, na skrzypkach pod figurami 
wygrywa i trzy po trzy plecie. I powiedzia, e przyjdzie? 
- Powiedzia i o was si wypytywa. 
- No, no, w gowie si nie chce pomieci. 
- A widzielicie si z dziedzicem? - zagadna mikko, by ino nie da mu rozmyla. 
Ciepn si, jakby go giez uksi w sabizn. 
- Nie, u Szymona cay czas siedziaem - powiedzia i zamilk. 
Ju nie miaa pyta, bo ciepa si po chaupie kiej ten pies wcieky, o bele co krzycza, 
przygania, pomstowa, e uczynio si tak cicho, jakby kto makiem posia, kuden mu z 
oczw rad schodzi, bych czego oberwa. 

I w takiej przykrej cichoci siadali do kolacji, gdy wszed Rocho, siad swoim zwyczajem 
przed ogniem, je nie chcia, a gdy skoczyli, rzek cicho: 

-Nie od siebie przychodz. Na wsi powiadaj, e dziedzic si na Lipce zawzi i ani jednego 
chopa nie zawoa do rbania, przyszedem si spyta, czy to prawda? 
- W imi Ojca i Syna, a skde mnie to wiedzie, pierwszy raz sysz. 
- Narada bya dzisiaj u mynarza, stamtd posza nowina. 
- Naradza si wjt, mynarz i kowal, ale nie ja! 


- Jake, powiadali, e u was by sam dziedzic i ecie z nim poszli. 
- Nie naredzaem si z nimi, chcecie, to wierzcie, prawd wam rzekem... 
Nie przyzna si, jak wielce go bolao to pominicie, i e radzili bez niego! Rozsroy si 
znowu na przypomnienie, ale milcza, przeuwa ino w sobie t obraz kiej pokrzywy, powstrzymywa 
si, jak mg, bych Rocho nie zmiarkowa, co si z nim dzieje! 

-Jake, czeka, wypatrywa jak ten gupi, a oni bez niego radzili! Nie daruje im tego, popamitaj. 
Maj go wida za nic, to im pokae, co znaczy na wsi. Nie kto drugi, jeno mynarz 
tak zrobi, parob jeden, obieywiat krzywd ludzk si dorobi, a teraz nad wszystkich si 
wynosi, oszukaniec, zna on o nim takie sprawy, i z tego moe by i kremina, zna... Abo i ten 
wjt! Bydo mu pasa, nie przewodzi starszym, pijanica; zrobili go wjtem, ale tak samo 
mog jutro go zruci i wybra choby Jambroa, jedna by z nich bya pociecha! A kowal, 
ziciaszek zapowietrzony! Niech si jeno pojawi w chaupie! Albo i ten dziedzic, to jak wilk, 
ogania ino koo narodu, a zabiega, a wszy, gdzie by co urwa! Pan, cierwo, na chopskich 
ziemiach siedzi, chopski las sprzedaje, z chopskiej aski yje, a bdzie si tu na nard zmawia! 
cierwa, nie baczy, e i paskiej skry tak samo imaj si cepy jak i kudego! - Ale nie 
rzek ni sowa z tych deliberacji, jake, nie baba przeciech, by si przed drugimi uala i 
przyjacielstwa szuka! Gryzo go to srodze, bolao nawet wielce, ale zasie komu do tego! 
Zmiarkowa si rycho, e to nieobyczajnie przy obcym tak siedzie z zawart gb, to podnis 
si z awy i rzek: 
- Nowiny powiadacie, ale jak si dziedzic uwemie i nie zawoa, nikto go nie zmusi. 
-Prawda, ale eby mu kto godny przeoy, ile narodu przez to bieduje, to moe by ustpi. 
- Prosi go nie bd! - zawoa ostro. 
-A ze dwudziestu komornikw we wsi siedzi i roboty kiej zmiowania wyglda! Wiecie 
sami ktre, a zima cika, niegi, mrozy, niejednemu ju ziemniaki przemarzy, 
a zarobku nie ma adnego. Nim wiosna przyjdzie, to zrobi si taki przednowek, 
e strach pomyle! A i teraz ju bieda taka, e niejeden raz na dzie gorc warz pojada i z 
godnym brzuchem spa chodzi! Rachowali wszystkie, e skoro dziedzic zacznie ci przy 
Wilczych Doach, to si robota la wszystkich otworzy! A tu pono si zaprzysig, e ani jednego 
Lipczaka do roboty nie wemie! Rozgniewa si o to, e podobno skarg na niego pisali 
do komisarza. 

-Samem j podpisywa i twardo bd przy tym stoja, e ni jednej chojki nie zetnie, pki 
si z nami nie ugodzi i nie odda, co nasze. 
- Kiedy tak, to lasu moe ci nie bd! 
- Naszego nie bd. 
- A c poradz te biedaki, co? - jkn. 
-Nic im nie poradz, a latego, by miay robot, swojego przeciech nie dam. Broni bd 
drugich, upomina si za kogo, a jak si mnie krzywda stanie, to chyba ten pies mi pomoe... 
- Z tego widz, e z dworem nie trzymacie. 
- Trzymam ze sob i ze sprawiedliwoci, miarkujcie ino. Mam co innego na gowie. To i 
paka nie bd, e tam ktry Wojtek abo Bartek nie ma co do gby woy, ksidzowa to 
sprawa, nie moja! Jeden, eby i chcia, nie uradzi wszystkiemu. 
- Ale wiele pomc moe, wiele - rzuci smutnie Rocho. 
-Poprbujcie wod nosi przetakiem, a obaczycie, co nanosicie, tak jest i z bied! ju takie 
urzdzenie boskie jest, to widzi mi si i ostanie, e jeden ma, a drugi wiater po polu apie. 
Rocho ino pokiwa gow i wyszed zgryziony, bo nie spodziewa si takiej twardoci na 
bied ludzk w Borynie, stary go wyprowadzi w opotki i jak zwyczajnie to robi co dnia, 
poszed w obejcie zajrze do krw i do, koni, bo pno ju byo. 

Jagna saa ka i wanie pierzyn roztrzepywaa, pacierz mwic pgosem, gdy Maciej 
wszed i jak onieon szmat rzuci jej pod nogi. 



- Zapaski gubisz, nalazem j przy przeazie! - powiedzia cicho, ale tak twardo i tak spojrza 
na ni przenikliwie, e zmartwiaa z przeraenia i dopiero po chwili zacza si jkliwie 
tumaczy: 
-To... ten apa... co ino moe... wywczy z chaupy... wczoraj to mi trepy zanis do 
budy! cierwa, nie pies, taki szkudny... 
- apa?... cie... no, no... - szepta urgliwie, bo nic a nic nie uwierzy. 
ROZDZIA 7 

We Trzy Krle, ktre jako tego roku wypaday w poniedziaek, jeszcze przed skoczeniem 
nieszporw, bo sycha byo grania i przypiewy w kociele, a ju nard z wolna cign 
do karczmy, e to pierwszy raz po adwencie i Godach miaa by muzyka, a i szykoway si 
zmwiny Magoki Kbianki z Wickiem Soch, ktren chocia tak samo si pisa jak nieboszczyk 
Kuba, ale krewniactwa si z nim wypiera, jako e parob by niepoczciwy i sielnie dufajcy 
w swoje morgi. 

Powiadali te, jako i Stacho Poszka, majcy si ju od kopania ku Ulisi sotyswnie, 
pewnikiem dzisiaj zapije spraw i wszystko ze starym uadzi, bo krzyw mu by i crki odmawia, 
e Stacho by sielny zabijaka, wicher nieposkromiony i z rodzicielami cigiem si wadzi, 
a za Ulisi chcia cae cztery morgi abo dwa tysice spaty na rk i dwa krowie ogony w 
dodatku. 

Wjt te dzisiaj wyprawia chrzciny, jeno e w chaupie, ale rni znajomkowie tak se 
rachowali, e jak si rozochoci, to w domu nie wytrzyma i z ca kompani 

do karczmy zwali, i fundowa bdzie. 

Za prcz tych przynt byy jeszcze wiksze, waniejsze sprawy, zarwno obchodzce 
wszystkich. 

Bo tak si ano stao, e na sumie od ludzi z drugich wsi dowiedzieli si, e dziedzic, co 
ino mu byo potrza ludzi do porby, to ju zgodzi i zadatki podawa: miao i z Rudki dziesiciu, 
z Modicy pitnastu, z Dbicy cosik omiu, a samej rzepeckiej szlachty bez maa dwudziestu 
a z Lipiec ani jeden. Prawda to ju bya jasna i pewna, bo i sam borowy, ktren by na 
sumie, przytwierdzi. 

Niemaa z tego turbacja pada na biedot, nieletka. 

Juci, e byli w Lipcach bogacze ca gb, byli i pomniejsi, ktrzy zarwno o zarobki 
nie stali, byli tako jensi, u ktrych a piszczao z biedy, ale si do niej nie przyznawali, bych 
ino przyjacielstwa z bogaczami nie straci i w jeden rzd zawdy z nimi stawa -ale i komornikw, 
i takich, co ino chaupy mieli, te nie brakowao: ktrzy wyrabiali u gospodarzy mock, 
ktrzy na tartaku siekier, ktrzy za, gdzie si ino zdarzya robota, a chyla tyla wyskrzybali, 
i jako si tam z boska pomoc przeywili, ale ostawao jeszcze z pi familii, la ktrych 
zimow por cakiem brakowao we wsi roboty, ci to wanie jako zbawienia czekali na 
te porby. 

A teraz co pocz? 

Zima bya sroga, mao ktren mia jaki taki grosz zapany, niejednemu ju i ziemniaki si 
koczyy, bieda bya w chaupie, a gd ju zbce szczerzy za wgem, do zwiesny daleko, a 
wspomoenia znikd, to i nie dziwota, e ciki frasunek pad na dusze. Zbierali si po chaupach 
,medytowali, a w kocu kup ca poszli do Kba, by ich ten powied do dobrodzieja 
na porad, ale Kb si wymwi rzekomo zmwinami crki, jensi te podobnie wykrcili si 
kiej piskorze, bo stali ino o siebie i swoje wyrachowania mieli. Zeli si tym srodze Bartek z 
tartaku, ktren cho robot mia, zawdy z biednym narodem trzyma, przybra do si Filipa 



zza wody, Stacha Bylicowego zicia, Bartka Koza, Walka z krzyw gb i w piciu poszli do 
dobrodzieja prosi, by si wstawi za nimi do dziedzica. 

Dugo nie byo ich wida, dopiero po nieszporach przylecia Jambroy do Kobusw i 
powiedzia, e z ksidzem radz i do karczmy prosto przyjd. 

A tymczasem wieczr si ju by uczyni, ostatnie zorze zetliy si do cna, e ino kaj 
niekaj na zachodzie z tych szarych popiow arzyy si kieby gownie dogasajce, a wiat z 
wolna otula si w modraw a lut pacht nocy. Ksiyca jeszcze nie byo, jeno od suchych, 
przemarznitych niegw biy ostyge, lodowate brzaski, w ktrych rzecz kada widniaa jakoby 
w miertelne gzo przyodziana i zgoa umara; gwiazdy te jy si wysypywa na ciemne 
niebo, a tak rosy i trzsy si w onych dalekociach, tak si jarzyy bystro, a po niegach 
szy skrzenia. Mrz za bra srogi i podnosia si taka skrzytwa, a w uszach dzwonio i eby 
najcichszy gos, a lecia wiatem caym. 

W chaupach za ognie zapalali i spieszyli z wieczorowymi obrzdkami, jeszcze wod 
nosili ze stawu, jeszcze czasem skrzypny wierzeje albo si jakie bydltko ozwao, to ktosik 
poda spieszno saniami, a ludzie w dyrdy ganiali po obejciach, bo parzyo w twarze jakby 
rozpalonym elazem i dech zapierao, ale ju wie cicha cakiem. 

Jeno od karczmy coraz ostrzej rozlegay si muzyckie gosy, bo juci, e prawie z kadej 
chaupy ktosik si tam przebiera na przewiady, a insze za, ktrym nie byo do zmwin ni do 
spraw, te cignli, bo im gorzaa pachniaa. e za i babom cnio si ostawa samym, a 
dziewczyny a piszczay do gzw i na muzyk nogami przebieray, to raz w raz, nim si jeszcze 
do cna ciemniao, leciay chykiem do karczmy, rzekomo by chopw nagna do domw, 
ale ju ostaway. Juci, e za ojcami i dzieci cigny co starsze, zwaszcza chopaki zwoywali 
si z opotkw gwizdaniem i szli kup, zalegajc karczmowe sienie i przyzby, cho mrz 
pray ywym ogniem. 

A w karczmie kbia si ju niezgorsza gstwa. 

Tgi ogie buzowa si na kominie, e z p izby zalewao krwawe wiato szczap, ktrych 
yd cigiem przykada kaza dziewce, bo kto ino wszed, otrzepywa buciska o trzon, 
nagrzewa zgrabiae rce i szed w cib odszukiwa swojakw, e to, mimo ognia i lampy 
nad szynkwasem, mrok zalega kty i trudno byo zrazu rozezna. W jednym kcie ode drogi, 
na kodach od kapusty, siedziay muzykanty pobrzkujcy niekiedy, jakby od niechcenia, bo 
si jeszcze tany nie rozpoczy na dobre, tyla co tam jaka niecierpliwsza para si pokrcia. 

Na izbie za, pod cianami, przy stoach kupili si kompaniami ludzie, ale mao kto ciska 
kieliszek i przepija, a jeno rajcowali rozgldajc si wkoo, a baczc na wchodzcych. 

Jeno przy szynkwasie by wikszy rejwach, bo stali tam ca kup gocie Kbowi i familianci 
Sochy, ale te jeszcze z rzadka przepijali do si, a tylko poredzali, wiadczyli sobie 
godnoci, jak to przystao na zmwinach. 

Wszyscy za czsto a nieznacznie nagldali pod okna, gdzie za stoami siedziao kilkunastu 
Rzepczakw, przyszli jeszcze za dnia i ostali. Nikt im wstrtw nie czyni, ale i nikto si 
do nich nie kwapi, tyle co Jambroy zaraz si z nimi pokuma i sielnie gorza cign a ocygania, 
co ino wlazo. A pobok nich stoja Bartek z tartaku ze swoimi i w go opowiada, co 
im rzek dobrodziej, a sielnie pomstowa na dziedzica, w czym mu najgoniej wtrowa 
Wojtek Kobus, chop suchy, may a tak zapalczywy, e cigiem si podrywa, wali piciami 
w st i ciepa si jako ten ptak, ktrego przezwisko nosi, z rozmysem za to czyni, bo do-
mylali si, e Rzepczaki cign na jutro do boru do rbania, ale aden z nich jakby nic nie 
sysza, tak siedzieli spokojnie, zajci midzy sob. 

Nikto te z gospodarzy nie sucha tych wyzwisk ni zbytnio do serca nie bra, e dobrodziej 
nie chcia si wstawia za nimi do dziedzica, a naprzeciw, odwracano si od nich i unikano, 
czym goniej krzyczeli, w gszczu bowiem, jaki rozpiera karczm, stowarzysza si 
kaden do upodoby i kupi, gdzie byo dogodniej, nie baczc na ssiadw -tylko jedna Jagu




stynka chodzia od kupy do kupy, podjudzaa, arty stroia, nowiny w uszy ludziom kada, 
pilnie jednak baczc, gdzie ju pobrzkuj flachy a kieliszek koem chodzi. 

I tak powoli, z wolna, niepostrzeenie wciga si nard do zabawy, bo coraz wikszy 
gwar napenia izb i coraz czciej podzwaniay kieliszki, i coraz gciej si robio, e ju 
drzwi si prawie nie zamykay, tak szli i szli a muzykanci, uczstowani przez Kba, urznli 
rzsistego mazura i w pierwsz par puci si Socha z Magok, a za nimi za, kto ino mia 
ochot. 

Ale niewielu szo w tany, ogldajc si na pierwszych lipeckich kawalerw, na Poszk 
Stacha, Wachnika, wjtowego brata i drugich, ktrzy zmawiali si po ktach z dzieuchami, 
wesoe rozmowy wiedli, a podkpiwali pgosem z rzepeckiej szlachty, ktrym wci basowa 
Jambroy. 

Na to wanie pokaza si Mateusz, o kiju jeszcze szed, bo ledwie si by z ka zwlk, 
e mu si to cnio za ludmi, kaza se wnet narzdzi gorzaki przegotowanej z miodem, 
usiad z boku komina, popija i rzuca tym sowem wesoym do znajomkw, ale z naga 
ucich, bo Antek stan we drzwiach, spostrzeg go, podnis hardo gow, ypn lepiami i 
przechodzi wpodle, jakby nie pojstrzegajc. 

Mateusz si unis i zawoa: 

Boryna! a chodcie no do mnie. 

- Masz spraw, to pierwszy przystp - powiedzia ostro mylc, e Mateusz zaczepia. , 
- Przyszedbym, jeno si jeszcze rucha bez kijaszka nie mog - odpar mitko. 
Antek nie dowierza, zmarszczy gronie brwi i podszed, ale na to Mateusz chyci go za 
rk i zniewoli, by przysiad na awie. 

-Siadaj przy mnie. Owstydzie mnie przed caym wiatem, pobie tak, jucho, e ju mi 
ksidza woali, ale gniewu do ciebie nie mam nijakiego i pierwszy z tym sowem zgody przychodz. 
Napij si ze mn. Nikt mnie jeszcze nie pobi i mylaem, e takiego na wiecie nie 
ma. Mocarz z ciebie prawdziwy, eby takim chopem jak ja rzuci kiej snopem, no, no... 
-Bo mi na robocie przypieka cigiem, a potem i szczeka paskudnie, to mi rozebrao, 
em. ju i nie baczy, co robi. 
-Twoja prawda, twoja, sam to przytwierdzam i nie strachu, a po dobroci... Ale mnie 
przyrychtowa, no, yw krew oddawaem, ziobra mi popkay, do ciebie pij, Antek, co tam, 
poniechaj zoci, ja ci ju nie pamitam, cho mnie jeszcze plecy bol... ale ty chyba krzepciejszy 
nili Wawrzek z Woli?... 
- Nie zbiem go to na odpucie we niwa, jeszcze si pono lekuje... 
-Wawrzona! Powiadali o tym, alem wierzy nie wierzy. ydzie, haraku z esencj, a w 
ten mig, bo przetrc! - krzykn. 
- Ale co pyskowa przed chopami, to nieprawda?- pyta cicho Antek. 
-Nieprawda, przez zo ino gadaem, tak sobie:.. nie, gdzieby tam za - wypiera si 
przegldajc pod wiato flaszk, by mu prawdy z oczw nie wyczyta. 
Przepili raz i drugi, potem Antek postawi kolejk i znowu przepili, i ju tak siedzieli 
wpodle siebie, pobratani zgoa i w takim przyjacielstwie, a si na karczmie dziwowano temu. 
Mateusz za, e sobie by podpi niezgorzej, pokrzykiwa na muzyk, by raniej graa, przytupywa, 
mia si w gos do chopakw, a przycichn i j Antkowi do ucha powiada. 

-Juci i to prawda, e bra j chciaem przez moc, ale mnie tak pazurami pobronowaa, 
jakby mnie kto pyskiem po cierniach przewlk. Ty jej by milszy, wiem o tym dobrze, nie 
wypieraj si, ty, i bez to na mnie nie chciaa patrze!... Trudno wou wodzi, kiej nie chce sam 
chodzi; zazdro mnie ksaa, e i nie wypowiedzie, hej! Dziewka rwna cudu, e i nie nale 
liczniejszej, a posza za starego na twoj krzywd, tego to ju wyrozumie nie mog... 

-Na moj krzywd i na moje zatracenie! - jkn cicho i a si zerwa, tak ognie w nim 
zagray na wspomnienie; e ino zakl i cosik mrucza do siebie. 
- Cichoj, ludzie ano posysz i roznie gotowi. 


- Bom to co rzek? 
- Juci, inom ja nie dosysza, ale mogli drudzy. 
-Bo ju mi cierpie trudno, tak mi tu w piersiach rozpiera, e samo si rwie ze mnie, 
samo... 
- Mwi ci, nie daj si, pki czas - radzi chytrze, pocigajc go z wolna za jzyk. 
-Mog to, kiej kochanie gorsze choroby, ogniem po kociach chodzi, wrztkiem w sercu 
bekocze, a tak tsknoci dusz przejmuje, e ni je, ni spa, ni robi nic, jeno by czowiek 
bem tuk o cian albo i zgoa ycia si pozbawi! 
-Abo to nie wiem! Mj Jezus, abom to sam za Jagn nie lata! Ale jest tylko jedna rada 
na kochanie: oeni si, a jakby rk odj. Znalazaby si i druga: kiej oenkiem nie mona, 
dosta kobiet, a wnet smak do niej przejdzie i kochanie si skoczy! Prawd ci mwi, przecieem 
niezgorszy praktyk! - dowodzi chepliwie. 
- A jak i potem nie przejdzie? - rzek smutnie. 
-Juci, ktren zza pota postkuje, za wgami si czai, a kiej kiecka zachrzci, drygaj 
mu kulasy -takiemu rycho si nie przemieni, ale to cioak, nie chop, za takiego nie dabym i 
tego grosza - rzuci pogardliwie. 

- Czyst prawd rzeke, ale widzi mi si, e s i takie chopy, s... - zamedytowa si. 
-Przepij no do mnie, do cna mi zascho w gardzieli! Psiachma sobacza z babami, niektra 
chuchro takie, co kieby dmuchn, nakryaby si nogami, a czsto i najwikszego mocarza 
wodzi kieby to ciel na postroneczku, mocy pozbawi, rozumu pozbawi i jeszcze na pomiewisko 
wiatu poda! Diable nasienie, cierwo, mwi ci, pij do mnie!. . 
- W twoje rce, bracie, w twoje! 
- Bg zapa, mwi ci, plu na to diable nasienie, przecie rozum swj masz... 
Przepili raz i drugi a pogadywali, Antek ju by zdziebko napity, a e nigdy nie mia 
przed kim si wyali, to teraz braa go szalona ch do wywntrzenia, e ledwie si powstrzyma, 
tyla co tam rzuci czasami jakie wane sowo, z ktrego Mateusz i tak wszystko 
miarkowa, jeno nie dawa tego pozna po sobie. 

W karczmie za zabawa ju sza rzetelna, muzyka rzna co si i tany szy za tanami, pito 
ju we wszystkich ktach, gdzieniegdzie ju przychodzio do sporw, a wszdy gadano tak 
gono, e wrzawa przepeniaa izb, a tupoty tanecznikw rozlegay si kieby bicie cepw. 
Kbowa kompania przetoczya si do alkierza, skd te niezgorszy wrzask dochodzi, jeno 
Socha i Magoka tacowali zapamitale abo ujwszy si wp na mrz biegli na powietrze. 
Bartek z tartaku ze swoimi wci stali na jednym miejscu, pili ju z drugiej flachy, a Wojtek 
Kobus ju wprost wykrzykiwa ku rzepeckim ludziom: 

- lachta, cierwy, worek i pachta! - e to za szlacht si uwaali. 
- Dziedzice, p wsi jedn krow doi! - dorzuci zjadliwie drugi. 
- Kotuniarze, przez koni si obywaj, bo ich same wszy nosz. 
- ydoskie paroby! 
- Dworskie pomieta, do psw si im godzi, kiej taki dobry wiatr czuj! 
- Poczuy te we dworze swoje i cign. 
- Bd tu ludziom odbiera robot. 
- Wyczeszemy wama kotuny, e bez bw pouciekacie! 
- Wycieruchy, obieywiaty, brako u ydw palenia w piecach, to przyleciay! 
Dogadywali mocno, a jaki taki pici wygraa i dar si do nich, a coraz wicej ludzi 
wrzao przeciwko, coraz zapalczywsze koo ich otaczao, e to ju gorzaka ponosia, ale oni 
si nie odzywali, siedzieli przy sobie kup ca, kije ino ciskali midzy kolanami, popijali 
piwo, przegryzali kiebas, jak mieli ze sob, a hardo, nieustraszliwie pogldali na chopw. 

Byoby moe i przyszo z miejsca do bitki, ale Kb przylecia, j uspokaja, przekada 
a prosi, a za nim starsi i Jambroy, e Kobus zaprzesta pyskowa, drugich te odcignli na 
poczstunek do szynkwasu, potem muzyka sielnie zagraa, a Jambro j znowu cygani nie




stworzone historie o wojnach, Napolionie, Naczelniku, a pniej i insze ucieszne rzeczy, a 
si niejedni pokadali ze miechu; a on rad wielce, podpity niezgorzej, rozpar si przy stole i 
prawi: 

-Na ostatek opowiem jeszcze jedn histori, krtk, bo mi pilno tacowa, a i dzieuchy 
krzywe, e do nich nie przychodz! Wiecie, zmwiny dzisiaj Kbianki ze Soch Wickiem. 
Gdybym chcia, moje by byy z Magok, moje! Bo ano byo tak: 
We czwartek zwalili si do starego Kba z wdk! Przyszli w jeden czas od Sochy i 
przyszli od Pryczka; jedni przepijaj harakiem, drudzy za sodk, od jednych Kb pije i od 
drugich nie wylewa. Jeden jest dobry, a i drugi nie gorszy! 

Swaty a si poc, tak prawi i zalecaj swoich kawalerw: 

Ten ma morgi galante przez skowronkw nawoone, a drugi te takie, na ktrych ino pieskowie 
wesela swoje odprawuj. 

Jeden ma chaup, do ktrej winie pod przyciesiami wa, a i drugi nie gorsz. 

Obaj sielne bogacze, e szuka daleko! 

Socha ma cay konierz od koucha, bo reszt pieski rozniesy, Pryczek za ma obertelek 
od witecznych portek i guzik wieccy kiej ze zota! 

Jeden chopak migy kiej ta kopica, a i drugiemu brzucho wzdeno od ziemniakw! 

Galante parobki ! 

Sosze lina z gby cieknie, a Pryczek ma lepie kaprawe! 

Rwne we wszystkim, a takie robotne i zapamitae, e choby p wiartki ziemniakw 
na raz zjedz i za drug patrz ! 

Oba dobre na ziciw, oba krowy mog popa, izb przymie, gnoju urzuci; oba 
krzywdy dziewce nie zrobi nijakiej, bo z bokami kompanii nie trzymaj. Sielne parobki, 
rozmowne, mdrale, przemylne, z jadem zawsze do gby trafiaj, a nie gdzie indziej. 

Co tu pocz, kiej oba si zarwno widz staremu, to si krci, w nosie dubie, a Magoki 
pyta: ktrego chcesz?... 

- Oba pokraki, tatulu, pozwlcie, to ju se Jambroa wybier !... 
Stary gow krci, deliberowa dugo, wiadomo, e mdrala na ca chaup, a tu chopaki 
przynaglaj, swaty swoje wci prawi, to si napi od jednych haraku, napi si od drugich 
sodkiej i powiada: 

- Wag przynieta! 
Przynieli on wag, ustawili, a on prawi: 
- Zwata si, chopaki, ktren bdzie ciszy, tego na zicia wybier. 
Zafrasoway si swaty, posali po gorzak i medytuj: ktren? bo obaj byli kieby te pluskwy 
zeschnite! Skoczyy po rozum do gowy Pryczkowe swaty, nasuy mu za pazuch kamieni, 
to w kieszenie napchay. Ale i Sochowie te nie byy gupie, nie byo co, to gsiora 
wsadzili mu pod kapot i na wag go stawi... licz, a tu cosik powiada: ... ... ... Socha 
niby, i gsior bc na ziemi! Rozemieli si wszyscy, a Kb powiada: 

- Zmylna jucha jest, cho wagi nie trzyma, ty bdziesz moim ziciem! 
Juci, e w tym, prcz tego waenia, innej prawdy nie byo, jeno e opowiada tak 
miesznie, a si popakiwali z uciechy i takim miechem buchali, e na ca karczm szo. 
e wnet Kbowi gocie wywalili si z alkierza i ca hurm szli w taniec, to wrzask si 
podnis, tupot, krzyki, e ju adnego gosu z osobna nie rozezna. 
Ze bw poczynao kurzy, gorco rozbieraa, uciecha rosa, to i modzi hulali z caej 
mocy, a starsi zasi zalegali stoy, stowarzyszali si, gdzie ino mogli i gdzie kto ustoja, bo 
tanecznicy rozbijali i coraz wikszym koem zataczali, a kaden w gos gada, przepija, z 
drugimi si cieszy, swojego dowodzi, wita uywa. 

Muzyka za rzna siarczycie i tany szy zapamitae, cho by taki gszcz, e gowa 
przy gowie, plecy przy plecach, to i tak si trzchali, po izbie nosili, pokrzykiwali wesoo, a 
obcasami bili, e ino dyle skowyczay i szynkwas podrygiwa! 



Zabawa bya sielna, bo wszyscy si dokadali z caej mocy, dusz ca. 

Zima to sza, nard oderwa rce spracowane od matki ziemi, to i podnosi przygite 
karki, podnosi zafrasowane dusze, prostowa si, rozrasta i rwna jeden z drugim w wolnoci, 
w odpoczywaniu i w tej myli swobodnej, e kaden czowiek widnia z osobna i wyranie 
jako ten br, z ktrego nie wydzielisz drzewin latem, bo w jednakim, rwno zielonym 
gszczu stoi przywarty do rodnej ziemi, a niech jeno nieg spadnie, ziemia si przesoni, a 
wnet kade drzewo dojrzysz z osobna i w ten mig rozeznasz: dbek-li to, grabek-li to, osiczyna-
li to! 

Takuteko byo i z narodem. 

Jeno Antek z Mateuszem nie ruchali si ze swoich miejsc, siedzieli przy si po przyjacielsku 
i z cicha ugwarzali o rnociach, ile e cigiem kto do nich przystawa i swoje dokada; 
przyszed Stacho Poszka, przyszed Balcerek, przyszed wjtw brat i drugie; te 
wszystkie najpierwsze we wsi kawalery, ktrzy drubowali na weselu Jagusi. Zrazu niemiao 
przystawali, e to nie wiada byo, czy Antek jakim ostrym sowem nie ciepnie, ale nie, podawa 
kademu rk a z dobroci patrza, to i wnet otoczyli go zwartym koem, pilnie suchali, 
przyjacielstwo wiadczyli i tak mu si umilali a zdawali we wszystkim, jak przdzi, kiedy to 
im przewodzi jeszcze, umiecha si ino gorzko jako, bo mu si wspomniao jak to jeszcze 
wczoraj a ci sami omijali go z dala na drodze. 

- Ani ci nikaj nie ujrze, do karczmy nie zachodzisz! - powiedzia Poszka. 
- Od rana do nocy robi, to kiej to mam czas na karczm? 
-Prawda, prawda! -przytwierdzili pgosem, a potem z wolna przeszli na rne sprawy 
wsiowe, na ojcw, to o dzieuchach mwili, to o zimie, bo rozmowa jako si nie wieda, Antek 
mao mwi, a cigiem spoglda na drzwi, spodziewa si, e Jagna przyjdzie. Dopiero 
gdy Balcerek j opowiada o naradzie, jaka si odbya we wita u Kbw wzgldem lasu, 
sucha uwanie. 

-C uredzili? -zapyta. 
-A c, skamlali, narzekali, alili si, a rady nijakiej nie powzili, prcz tej, e nie trza 
pozwoli na wyrb. 

-A bo to co mdrego uradz te somiane wiechcie!- wykrzykn Poszka. -Zbieraj si, 
gorzay si napij, wysapi, nawyrzekaj i tyla z tych narad jest, co z oskiego niegu, a 
dziedzic moe sobie spokojnie ci choby i wszystek las. 
- Nie trza pozwoli - rzuci krtko Mateusz. 
- Kt to go powstrzyma, kt zabroni? - zaczli wykrzykiwa. 
- Kt jak nie wy? 
-A juci, pozwol to na co? Ozwaem si kiedy, to ociec mi skrzycza, ebym nosa pilnowa, 
e to nie moja sprawa, a ich, gospodarzy! Juci, maj prawo do tego, bo wszystko w 
garci dzier i choby na t minut, a nie popuszcz, a my c znaczymy, tyle co te parobki! 

- unosi si Poszka. 
- le jest cakiem, le. 
- A nie tak powinno by! 
- Juci, e modych powinni przypuci do gruntw i do rzdw. 
-A samym na wycugi i! 
- Ja wojsko odsuyem, lata mi id, a tego, co moje, da nie chc! - krzycza Poszka. 
- Kademu czas na swoje. 
- A wszyscymy tutaj pokrzywdzeni. 
-A najbarzej Antek! 
- Trza by we wsi zrobi porzdki! - szepn twardo 
Szymek, Jagusin brat, ktren niedawno przyszed i stoja poza drugimi cicho, spojrzeli na 
niego zdumieni, a on wysun si na czoo i j gorco prawi o swoich krzywdach, a w oczy 



wszystkim patrza i czerwieni si, e to nieprzywyky by przed drugimi mwi i boja si 
jeszcze nieco matki. 

-Nastka go tak nauczya rozumu! -szepn ktry, rozemiali si wszyscy, a Szymek 
zmilkn i cofn si w cie, wtedy wjtw brat, Grzela Rakoski, cho nie by rozmowny i 
nieco si zajkiwa, zacz prawi. 
-e starzy trzymaj grunta i dzieciom nie popuszczaj, le juci jest, bo krzywda - ale to 
jest najgorsze, e si gupio rzdz. Przecie z tym lasem dawno byby koniec, eby si byli 
zgodzili z dziedzicem. 
- Jake, dawa po dwie morgi, kiedy si nam naley po cztery na pwczek. 
- Naley albo i nie naley, to jeszcze nie wiadomo, to ju urzdniki rozsdz. 
- Kiedy oni z dziedzicami trzymaj! 
- Hale, trzymaj tam, przecie sam komisarz powiedzia, by si nie godzi na dwie morgi, 
to dziedzic musi da wicej! - tumaczy Balcerek. 
- Cichocie no, bo kowal ano ze starszym idzie!- szepn Mateusz. 
Obejrzeli si na drzwi, jako prawdziwie, kowal wid si pod pachy ze starszym, obaj 
ju byli napici niezgorzej, to si mocno przepychali przez gstw i rznli prosto do szynkwasu, 
ale nie postali tam dugo, yd ich powid do alkierza. 

- Na chrzcinach u wjta si uraczyli. 
- Wyprawia to dzisiaj? - zapyta Antek. 
- A dy ojcowie nasi tam siedz. Sotys poszed w kumy z Balcerkow, bo pono stary Boryna 
si pogniewa i nie chcia - tumaczy Poszka. 
- A to co za jeden ? - wykrzykn Balcerek. 
-To pan Jacek, dziedzicowy brat z Woli! -objania Grzela. A powstali, by si przyjrze, 
bo pan Jacek przeciska si z wolna a oczami kogo szuka, a i natkna si na Bartka z 
tartaku i z nim poszed pod cian, do rzepeckich. 
- Czego on moe chcie? 
-Czego, a niczego, tak se chodzi ino po wsiach, z chopami gada, niejednemu pomoe, 
na skrzypkach przygrywa, dzieuchy piosneczek uczy, gupawy jest pono. 
- Kocz no, Grzela, co zacz, kocz! 
-O lesie zaczem mwi; moja rada jest taka, aby tej sprawy samym starym nie ostawia, 
bo zepsuj. 
-C, na to jest tylko jedna rada, zaczn las ci, ca wsi i, rozegna, nie pozwoli 
dopty, a si dziedzic ze wsi nie ugodzi! - rzek mocno Antek. 
- To samo uradzali u Kba. 
- Uradzali! Ale nie zrobi, bo kto pjdzie za nimi? 
- Gospodarze pjd. 
- Nie wszystkie. 
- Jak Boryna poprowadzi, to i wszyscy pjd. 
- Jeno nie wiada, czy Maciej zechce. 
- To Antek poprowadzi - wykrzykn zapalczywie Balcerek. 
Przytwierdzili mu gorco wszyscy, jeden tylko Grzela si sprzeciwia, a e bywa we 
wiecie i gazet Zorz czytywa, to j naucznie i kiej z ksiki prawi, e gwatu nie mona 
czyni, bo wda si w to sd i prcz kozy nikt wicej nie wskra, e trzeba, aby wie sprowadzia 
z miasta adwokata, a ten by wszystko po sprawiedliwoci wyrychtowa. 

Nie chcieli go sucha dugo i jaki taki przekpiwa, ozeli si te srodze i powiedzia: 

-Na ojcw wyrzekacie, e gupie, a sami ani za grosz pomylenia nie macie, a jeno jak te 
dzieci, co jeszcze baykuj, cudze powtarzacie! 
- Boryna z Jagusi i dzieuchami! - zauway ktry. 
Antek, ktren chcia co odpowiedzie Grzeli, zmilkn i polecia oczami za Jagn. 


Pno przyszli, ju po kolacji, bo stary dugo si opiera skamleniom Jzki i namowom 
Nastki, czeka, a Jagusia poprosi, ale ona zaraz po obiedzie zapowiedziaa ostro, e pjdzie 
na muzyk, odpar jej ostro, i si nog z chaupy nie ruszy, nie poszed do wjta, to nigdzie 
nie pjdzie. 

Nie prosia go ju wicej, zawzia si tak, e ani tym sowem wicej si nie odezwaa, 
popakiwaa jeno po ktach, drzwiami trzaskaa, wystawaa przed domem na mrozie i ciskaa 
si po chaupie jak ten zy wiatr, ae mrozio od niej zoci, a gdy do kolacji siadali, nie posza 
je, jeno zacza weniaki ze skrzyni dobywa, przymierza a przystraja si. 

To i c mia stary pocz, kl, przygadywa, zapowiada, e nie pjdzie, w kocu jeszcze 
j sielnie musia przeprasza i rad nierad powid do karczmy. 

Hardo ano wchodzi, wyniole i mao z kim si wita, bo i rwnych byo niewiela, jako e 
co najpierwsi u wjta byli na chrzcinach, syna za nie spostrzeg, chocia si pilnie rozglda 
w toku. 

Antek za ju nie spuszcza oczw z Jagusi, staa wanie przy szynkwasie, chopaki si 
do niej sypnli zaprasza do taca, odmawiaa pogadujc wesoo, a ukradkiem przebierajc 
oczami wskr ludzi - taka urodna widziaa si dzisiaj, e cho nard ju by napity, a spogldali 
na ni z podziwem. Ponad wszystkie pikniejsza. A przecie bya tam i Nastka, ano do 
malwy z czerwieni szmat i wyrostu podobna, bya i Weronka Poszkwna kiej georginia rumiana 
i w sobie wielce podufaa, bya Sochwna, skrzat ledwie dorosy, gibki i z gbusi kiej 
ten cukier sodk, byy i drugie urodne, wyrose, cignce oczy parobkw, a jak Balcerkwna 
Marysia, na podziw wyrosa, biaa, rzepiasta dziewka i pierwsza we wsi tanecznica -ale adna 
ani si rwnaa z Jagn, adna. Przenosia wszystkie urod, strojem, postaw i tymi modrymi, 
jarzcymi lepiami, jako ra przenosi one nasturcje a malwy, a georginie, a maki, e 
zgoa podlejsze si przy niej widz, tak ci ona przenosia wszystkie i nad wszystkie panowaa. 
Przystroia si te dzisiaj kiej na jakie wesele; weniak wdziaa gorcoty w zielone a biae 
pasy, stanik za z modrego aksamitu, dziergany zot nitk i gboko, do p piersi wycity, a 
na koszuli cieniukiej, ktra bieluchn fryzk burzya si suto koo szyi i przy doniach, zawiesia 
rzdy korali, bursztynw i onych pere, na wosach miaa chusteczk jedwabn, modraw, 
w rowy rzucik farbowan, a koce od niej pucia na plecy. 

Bray j za to przystrojenie kobiety na ozory i przymawiay zoliwie, nie dbaa ta o to 
wcale, dojrzaa wnet Antka i pokraniawszy z radoci, jako ta woda pod zachd, odwrcia si 
od starego, ktremu yd cosik gada i zaraz poprowadzi do alkierza, gdzie i pozosta. 

Juci, e Antek ino tego czeka, bo wnet bokiem karczmy si przecisn i spokojnie wita 
si z nimi, cho Jzka umylnie si odwrcia. 

- Przyszlicie na muzyk czy na zmwiny Magoki? 
- Na muzyk... - odpara cicho, bo gos jej cakiem odjo wzruszenie. 
Stali przy sobie czas jaki bez sowa, jeno dychali prdzej, a ukradkiem zagldali sobie w 
oczy, tanecznicy zepchnli ich pod cian, Nastk poj do taca Szymek, Jzka te si gdzie 
zapodziaa, e sami zostali. 

- Co dnia wyczekuj, co dnia... - szepn cicho. 
-A mog to wyj?... pilnuj mnie odpara ze dreniem, rce si ich spotkay same jako, 
cisnli si biodrami, pobledli oboje, tchu im brakowao, w oczach skry si jarzyy, a w sercach 
bya taka muzyka, e i nie wypowiedzie. 
- Odstp dziebko, pu!... - prosia cichutko, bo peno byo ludzi dookoa. 
Nie odrzek na to, jeno uj j mocno wp, gstw roztrci, wywid w koo i krzykn 
do muzykantw: 

- Obertasa; chopacy, a ostro! 
Juci, e trzasnli z caej mocy, a basica jkna, znali go przecie, e jak si rozochoci, 
to gotw caej karczmie fundowa ! 



A za nim pucili si w tan i jego kamraty, tacowa Poszka, tacowa Balcerek, tacowa 
Grzela, tacoway i drugie, a Mateusz, e mu to ebra jeszcze nie popuszczay, to ino przytupywa 
a krzyka la zachty! 

Antek za hula zapamitale, wywid si naprzd, przegoni wszystkich i wia w pierwsz 
par tak siarczycie, e ju nic nie pamita i na nic ni zwaa, bo Jagu cisna si do niego 
sodko, a raz w raz, ledwie dech apic, prosia: 

- Jeszcze, Janto, jeszcze dziebko! 
Dugo tacowali, odpoczli tyla, by zapa nieco tchu napi si piwa, i znowu poszli w 
tan nie baczc, e ludzie zwracaj na nich uwag, co szepcz a krzywi si i w gos dogaduj. 


Ale Antkowi ju byo wszystko jedno dzisiaj, skoro jeno poczu j przy sobie, skoro 
przycisn do si, e a si prya i przywieraa te lube modre oczy, to si ju by cakiem 
zapamita! Rado w nim graa i takie wesele, jak kieby si ten zwiesnowy dzie w nim zrobi. 
Zapomnia o ludziach i wiecie caym, krew w nim zawrzaa i moc wstaa taka harda, nieustpliwa, 
a mu piersi rozpierao! A Jagu te bya cakiem jakby utopiona w luboci i w 
zapamitaniu! Unosi j jak ten smok, nie opieraa si temu, bo jake, mogaby to, kiej krci 
ni, ponosi, przyciska, e chwilami mroczao w niej i tracia z pamici wiat wszystek, a 
grao w niej takim weselem, modoci, uciech, e ju nic nie widziaa, ino te jego brwie 
czarne, te oczy przepaciste, a te wargi czerwone, cignce! 

A skrzypice wycinay siarczycie, zawodzcy i niesy si piesneczk, jako ten niwny 
wicher palc, od ktrej krew si w ogie przemieniaa i serce grao weselem a moc; basy 
za pobekiway drygliwie do taktu, e same nogi niosy i trzaskay houbce; flet za przegwizdywa 
i wabi kiej ten kos na zwiesn, a tak luboci przejmowa, tak serce otwiera, a ciarki 
przechodziy, w gowie si mcio, tchu brakowao, a zarazem chciao si paka i mia, i 
krzyka, i tuli, i caowa, i lecie gdzie we wiat wszystek, w zapamitanie -to i tacowali 
tak ognicie, a si karczma trzsa i dygotay beczki z muzykantami. 

Z pidziesit par mienio si w tym kole wielgachnym, taczajcym si od ciany do 
ciany, rozpiewanym, pijanym uciech i tak moc, e flachy si przewracay, lampy gasy, 
noc ich obejmowaa i rozdrgany mrok, bo ino te gownie w kominie rozarzane wichur pdu, 
sypay iskrami i buchay krwawym pomieniem, w ktrym ledwie majaczy zbity kb ludzki, 
wijcy si dookoa tak gstw, e ani okiem uchwyci ni rozpozna, gdzie chop, gdzie kobieta! 
Kapoty wieway gr kiej te skrzyda biae, weniaki, wstki, zapaski, rozpalone twarze, 
jarzce oczy, tupoty zapamitae, piewki, pokrzyki, wszystko si wraz mieszao, krcio 
w kko kieby jedno wrzeciono, od ktrego bi ogromny wrzask i lecia przez wywarte do 
sieni drzwi w onieon, mron, zimow noc. 

Antek za hula wci na przedzie, bi obcasami najgoniej, zawija kiej wichura, przypada 
do ziemi, e myleli: upadnie! Gdzie za, on ju sta, ju znowu ponosi, ju krzyka, 
czasem jak piosneczk muzykantom rzuca i no


si si wskro ciby, rozbija, tratowa, jak burza szed, a strach bra niejednych, a mao 
kto za nim nady. 

Z dobr godzin tak wywija, bo chocia inni przystawali zmczeni, a nawet i muzyce 
mdlay rce, pienidze im rzuca, przynagla gra i tacowa, e w kocu prawie ino we dwoje 
pozostali w kole. Juci, e przez to baby ju gono wydziwiay z takiej hulanki, kiway gowami, 
mey ozorami i litoway si nad Boryn, a Jzka, za na Antka, a barzej jeszcze na 
macoch, poleciaa do starego. 

- Ociec, a to Antek tacuje z macoch, a ludzie wydziwiaj! - szepna. 
-Niech tacuj, od tego karczma! -odpar i wzi si znowu trca ze starszym i kowalem, 
a prawi cosik. 
Wrcia z niczym, ale ja naglda za nimi pilnie, bo po tacu stali przy szynkwasie z 
ca gromad dziewczyn i chopakw. Wesoo im byo, Jambroy bowiem, pijany ju ca




kiem, prawi im takie przypowiastki, a si dziewczyny przysaniay zapaskami, a parobcy w 
gos mieli, a jeszcze swoje dokadali. Antek fundowa wszystkim piwo, pierwszy przepija, 
niewoli, w ramiona bra parobkw, ciska, a dzieuchom caymi garciami pcha za pazuch 
karmelki, by mc przy tym i Jagusi naka, a mimo zmczenia mia si najgoniej i rad si 
rozgadywa! 

Na karczmie te si zabawiano niezgorzej, nard si ju cakiem rozochoci i rozgrza, to 
cigiem jakie pary tacoway, a drudzy gstwili si, gdzie si ino dao, i radzili, przepijali, 
kumali si jedni z drugimi i wesooci caym sercem zaywali. Rzepecka szlachta ruszya zza 
swojego stou, bo si ju byli pokumali przy gorzace z Lipczakami, a niektrzy i do taca si 
brali, dzieuchy si nie wymawiay, e to obejcie mieli delikatniejsze i grzecznie prosili. 

Antkowa za gromada zabawiaa si z osobna, e to md sama bya i co najpierwsza we 
wsi, a on, mimo e ze wszystkimi pogadywa, prawie o Boym wiecie nie wiedzia i prosto 
jakby si dzisiaj zapamita, na nic ju nie patrzy, z niczym si nie kry, bo i nie poradzi nawet 
- to i nie baczy, e ludzie dookoa spozieraj uwanie i pilnie nasuchuj. Hale, dba tam 

o to -wci jej prawi do ucha, przypiera do ciany, obejmowa, za rce bra, ale ledwie si 
ju wstrzymywa od caowania! Oczy mu ino latay nieprzytomnie i w piersiach wzbieraa 
taka burza, e gotw si by way na wszystko, byle zaraz przed ni, bo widzia w modrych, 
rozpomienionych oczach podziw i kochanie! To i rs coraz bardziej, puszy si i huka kiej 
ten wicher, nim uderzy! Pi przy tym tgo i Jagusi niewoli, a si jej w gowie mcio, e ani 
wiedziaa, co si z ni dzieje, jeno chwilami, gdy muzyka milka i karczma nieco przycichaa, 
przytomniaa zdziebko, strach j ogarnia, obzieraa si ze zdumieniem, jakby poratunku szukajc, 
ucieka nawet pragna, ale sta pobok i tak patrza; taki ar bucha od niego, takie kochanie 
w niej wzbierao, e w mig zapominaa o wszystkim. 
Cigno si to dosy dugo, bo Antek ju gorzak stawia caej kompanii. yd chtnie 
dawa i kad kwart dwa razy na drzwiach znaczy. 

e za caej kompanii zaczo w gowach si mci, to kup poszli tacowa, bych si 
nieco otrzewi, juci, e i Antek z Jagusi tacowali na przedzie. 

Wyszed na to z alkierza Boryna, przywiedy go kobiety zgorszone, popatrzy i wnet si 
we wszystkim pomiarkowa, zo go poderwaa sroga, zaksi ino zby, zapi ptle kapoty, 
czap nacisn i j si przebiera do nich. Ustpowali mu z drogi, bo blady by kiej ciana i 
oczami dziko wieci. 

-Do domu! -powiedzia gono, gdy nadlecieli, i chcia j chyci za rk, ale w ten mig 
Antek zakrci w miejscu i ponis dalej, e prno chciaa si wyrwa. Podskoczy wtedy 
Boryna, rozwali koo, wyrwa j z Antkowych ramion, nie popuci i nie spojrzawszy nawet 
na syna wid z karczmy. 
Muzyka raptem ustaa, cicho z naga pada na wszystkich, e stanli jak wryci, nikt si i 
sowem nie ozwa, miarkowali bowiem, e staje si co strasznego, gdy Antek rzuci si za 
nimi, roztrci cib kiej snopki i wybieg z karczmy, ale skoro go jeno mrz owion, zatoczy 
si na drzewo lece przed domem i pad w nieg, rycho si jednak podnis i dogna ich 
na skrcie drogi koo stawu. 

-Id swoj drog i ludzi nie zaczepiaj! -krzykn stary odwracajc si do niego. Jagna z 
wrzaskiem ucieka do chaupy, a Jzka wtykaa w garcie staremu jaki k i wrzeszczaa: 
- Bijcie tego zbja, bijcie, tatulu!... 
-Pucie j, pucie! -bekota Antek zgoa nieprzytomnie i przysuwa si z piciami, 
gotowymi do darcia. 

-Mwi ci, odejd, bo, jak Bg na niebie, zakatrupi ci jak psa! Syszysz? -krzykn 
znw stary, gotowy na wszystko, Antek cofn si bezwiednie, opady mu rce, strach go uderzy 
tak mocny, e dre zacz, a stary poszed wolno ku domowi. 
Nie skoczy ju za nim, sta roztrzsiony, nieprzytomny i wodzi pustymi oczami dookoa, 
nie byo ju nikogo, ksiyc wieci jasno, niegi si skrzyy i pospna biao widniaa 



wszdzie. Nic nie mg wymiarkowa, co si to stao, oprzytomnia nieco w karczmie dopiero, 
dokd go przywiedli przyjaciele, ktrzy mu skoczyli na ratunek, bo gruchno, e si z 
ojcem bije. 

Zabawa si te skoczya, rozchodzili si do domw, e to i pno ju byo, karczma 
opustoszaa rycho, jeno po drogach grzmiay jeszcze czas jaki hukania i przypiewki, pozostali 
tylko Rzepeczaki, ktrzy mieli zanocowa, i pan Jacek przygrywa im ano na skrzypicy 
wielce aoliwe pienia, e siedzieli za stoem powspierani na rkach i wzdychali, no i Antek, 
siedzcy w kcie samotnie, bo e si nie mogli z nim dogada, gdy nic nie odpowiada, opucili 
go wszyscy. Siedzia tak martwy i niewiedzcy, e darmo mu yd przypomina, i 
karczm zamyka, nie sysza i nie rozumia zgoa, przeckn dopiero na gos Hanki, ktrej 
ludzie donieli, e si pobi znowu z ojcem. 

- Czego ci potrza? - zapyta. 
- Chod do domu, pno ju - prosia powstrzymujc zy. 
-Id sama, nie pjd z tob! Mwi ci, odejd! -krzykn gronie, a potem nagle, nie 
wiada laczego, nachyli si do niej i w sam twarz powiedzia: -eby mnie w kajdany skuli, 
w lochu zamknli, wolniejszym bym by nili przy tobie, syszysz, wolniejszym! 
Hanka zapakaa aonie i posza. 

I on si zaraz podnis, wyszed na dwr i powlk si ku mynowi. 

Noc bya jasna, rozgorzaa miesiczn powiat, drzewa kady dugie, zgoa niebieskie, 
przesrebrzone cienie, mrz taki ciska, e raz po raz sycha byo trzaskanie erdek i jakby 
cichy, przejmujcy skowyt nis si po roziskrzonych niegach, cicho martwa, zeskrzytwiaa 
tulia wiat cay, wie ju spaa, ani jedno okno nie byskao wiatem, ni pies nie zaszczeka, 
ni myn nie turkota, nic -jeno od _karczmy dochodzi schrypy piew Jambroa, 
ktren swoim zwyczajem wypiewywa na rodku drogi, ale sabo kieby przez sen. 

Antek wlk si ciko i wolno dookoa stawu, przystawa, rozglda si nieprzytomnie, 
nasuchiwa trwonie, bo wci huczay mu we bie ojcowe straszne sowa, bo wci widzia 
jego oczy rozsroone, bijce w niego kiej noem, e cofa si bezwiednie, lk ciska go za 
gardo, serce zamierao, wosy si jeyy -a z pamici gina zawzito, gino kochanie, 
gino wszystko, a ostawa jeno strach miertelny, dygocce przeraenia i rozpaczliwa, alna 
niemoc... 

Sam nie wiedzia, kiedy zacz i ku domowi, gdy sprzed kocioa doszed go bolesny 
pacz i gone wyrzekania, pod figur, stojc przed samymi wrtniami na cmentarz, ktosik 
lea rozkrzyowany na niegu, w cieniu, jaki pada od parkanu, nic nie mona byo rozpozna, 
pochyli si mylc, e to jaki obcy wdrownik albo i pijany - a to Hanka leaa ebrzc 
miosierdzia. 

-Chod do domu, zib taki, chod, Hanu! - prosi, bo mu dziwnie zmika dusza, a e 
si nie odezwaa, unis j przez si i powid do domu. 
Nie mwili nic ze sob, bo Hanka rzewnie pakaa. 

ROZDZIA 8 

U Borynw byo kiej w grobie po tym wicie - nie pacz, nie krzyki, nie pomstowania, a 
ino cika cicho, zowrogo przyczajona i pena powstrzymywanych gnieww a alw. 

Cay dom zmilkn, osnu si pospnoci, a y w cigej trwodze i oczekiwaniu czego 
strasznego, jak kieby pod dachem, ktren lada chwila ma pa na gowy. 

Stary, powrciwszy do domu ni potem, nawet nazajutrz ani marnego sowa nie rzek Jagusi, 
nawet przed Dominikow si nie uala, jakby si nic nie stao. 



Rozchorza jeno z tych przytajonych w sobie zoci i z ka si podnie nie mg, e to 
go cigiem mdlio, kolki spieray w boku i gorco rozbieraa. 

-Nic to innego, tylko wtroba si wama zapieka albo macica opada! -rzeka Dominikowa 
smarujc mu boki gorcym olejem; nic si nie odezwa, jeno postkiwa bolenie i w 
puap uparcie patrzy. 
-Nie Jagusina to wina, nie! -zacza cicho, by na izbie nie dosyszeli, bo si ju srodze 
frasowaa, e ani sowa nie powiedzia o wczorajszej sprawie. 
- A czyja? - mrukn. 
-W czym to winowata? Wycie ostawili j sam i poszli pi do alkierza, muzyka graa, 
tacoway wszystkie, bawiy si, to c, jak ten samson miaa sta w kcie, moda przecie, 
zdrowa i zabawy jej potrzeba: Zniewoli j, to i posza tacowa. Moga to nie i? Kuden w 
karczmie ma prawo bra do taca, ktra mu si jeno uwidzi, a e j wybra i nie popuszcza 
zbj ten jeden, to ino przez zo do was, ino przez zo! 

-Smarujcie jeno i rbcie, bym wyzdrowia rycho, a nie uczcie mnie rozumu, dobrze sam 
wiem, jak byo, nie trzeba mi waszego powiedania. 
-Kiejcie taki mdry, to i to wiedzie powinnicie, e kobieta moda, zdrowa te swojej 
uciechy potrzebuje! Nie drewno jest ni starucha, za chopa posza, to chopa jej potrza, nie 
dziadygi, by z nim raniec przebieraa, nie! 
-A i to czemucie mi j dali? -rzuci urgliwie. 

-Czemu? A kto to skamla jak ten pies? Nie ja was molestowaam, bycie j wzieni, nie 
ja wam j podtykaam ni ona sama! Moga se i za kadego drugiego i z tych najpierwszych 
we wsi, tylu ich byo... 

- Byo, jeno nie do eniaczki!... 
- Aeby wam ozr wykrcio za to pieskie szczekanie! 
- Prawda was sparzya kiej pokrzywa, ecie si tak ciepnli ! 
- Cygastwo paskudne to, nie prawda! Cygastwo! 
Nacign pierzyn na piersi, odwrci si do ciany i ani ju sowem si ozwa na jej 
dowodzenia gorce, dopiero gdy w pacz uderzya, szepn zoliwie: 

- Jak baba kijank nie poredzi, to myli paczem co wskra! 
Dobrze wiedzia, co powiedzia, dobrze! Teraz ano, kiej si z ka podnie nie mg, 
przychodzio mu do gowy, co to o niej powiadano przdzi, rozwaa to sobie, ukada, do 
kupy ciga, deliberowa -i taka zo go przejmowaa, taka zazdro gryza, e nie mg 
wylee, rzuca si na ku,. kl z cicha, to odwraca si twarz do izby i tymi zymi, jastrzbimi 
lepiami chodzi za Jagn... Ona za bya jaka blada, zmizerowana, e jak senna 
chodzia po domu, a ino tymi aosnymi oczami skrzywdzonego dziecitka spozieraa na niego 
i tak wzdychaa, a mu si al robio i serce zdziebko tajao, ale i zazdro tym wiksza 
rosa. 

Wleko si tak blisko ca niedziel, e ju w chaupie wytrzyma byo trudno, miaa 
przecie dusz wielce czujc -jako ten kwiat niektry, co niech jeno zib na chuchnie, a 
wnet owarzy si i rozdygocze z bolenia. Mizerniaa te w oczach, sypia nie moga, jado nie 
smakowao, usiedzie trudno byo na miejscu i robot zaj, bo wszystko leciao z rk i strach 
cigiem za ni chodzi, bo i jake, kiej stary wci lea, postkiwa, dobrego sowa nie rzek, 
a jako ten zbj spoglda. Cigiem czua jego oczy na sobie, cigiem, e ju wytrzyma nie 
moga. Ciyo jej ycie, bo i tsknoci rozbieray nieopowiedziane, e to i o Antku nic nie 
wiedziaa, nie pokaza si bowiem przez t niedziel, cho nieraz o zmierzchu pod miertelnym 
strachem wygldaa pod brg! Nie miaa si za pyta nikogo. Ju si jej tak mierzio w 
chaupie, e po par razy w dzie biegaa do matki, ale Dominikowa mao siedziaa w chaupie, 
do chorych chodzia, to w kociele przesiadywaa, a jeli bya, to pokazywaa srog twarz 
i gorzkie wymwki czynia, a chopaki te aziy omroczone, ze i strapione, bo stara Szymka 
pobia midlic, e to we Trzy Krle przepi by w karczmie cae cztery zote. Zagldaa po




tem do ssiadw, by ino jako ten dzie zepchn, ale i tam dobrze jej nie byo, juci, nie wyganiali 
jej, ale przez zby cedzili sowa, twardo spozierali, a wszyscy zarwno biadali nad 
chorob starego wyrzekajc aoliwie, jakie to teraz czasy nastaj paskudne! 

A Jzka te, jak ino moga, dogryzaa jej na kadym kroku, nawet Witek boja si ple 
po swojemu przy gospodarzu, e sowa nie byo z kim przemwi, tyla byo caej uciechy i 
rozerwania myli, co tam Pietrek wieczorami po robocie przegrywa z cicha na skrzypkach 
we stajni; bo w chaupie stary nie pozwala. 

A zima wci bya sroga, mrona i wiejna, e trza byo w chaupie siedzie! 

Dopiero jako w sobot stary, cho zdrowy nie by jeszcze, zwlk si z ka, ubra ciepo, 
bo mrz by trzaskajcy, i poszed na wie. 

Zachodzi do rnych chaup, niby to ogrza si zdziebko, gdzie znowu ze sprawami, a 
nawet z takimi przestawa chtliwie, jakich przdzi mija bez sowa, i wszdy pierwszy zaczyna 
o karczmie i ca spraw w mieszki obraca a rad rozpowiada, jako si by tgo napi 
i przez to zachorza! 

Dziwowano si temu, przytakiwano, gowami kiwano, ale nikt si w pole wyprowadzi 
nie da: Znali przecie dobrze jego nieustpliw hardo, a i to, e skoro na ambit wzi, mona 
go byo ywym ogniem przypieka, a gosu by nie wyda; wiedziano rwnie, jako si zawdy 
wynosi nad inne, puszy, za najlepszego we wsi mia, a wielce baczy, by go na ozorach 
nie obnosili. 

Rozumiano te, e zapobiega i plotki gasi, jakie byy powstay. 

A nawet stary Szymon, sotys, powiedzia mu prosto w oczy, jak to u niego byo zwyczajne: 


-Baj baju, chop liwy rwie, a ino ich dwie! Ludzkie gadanie jest jak ten ogie, nie przygasicie 
pazurami, sam si musi wypali! A to wam jeno przypomn, com by rzek przed lubem: 
jak stary bierze mod, zego nie odegna i wicon wod! 
Zeli si tym i prosto wrci do chaupy, Jagu za mylc, e skoro wsta, to ju wszystko 
przemino i powrci do dawnego, odetchna z ulg i ja do niego zagadywa, to w oczy 
naglda, przymila si i po izbie krzekorzy sodko, jak przdzi... Ale wnet j opamita takim 
ostrym sowem, e struchlaa; a potem nie zrobi si inszym, nie pieci, nie houbi, myli 
nie zgadywa ni o jej aski si stara, a ostro kiej na dziewk krzycza za nieporzdki i do 
roboty zagania. 

Od tego dnia wszystko z nawrotem w swoje garcie uj, przypilnowywa i z rk nie popuszcza. 
Cae dnie, skoro jeno wyzdrowia, mci z Pietrkiem i w stodole robi koo zboa, 
krokiem si prawie nie ruszajc z obejcia, bo nawet wieczorami w chaupie narzdza uprze 
albo na kobylicy wystrugiwa rne porzdki gospodarskie, a tak pilnie strowa Jagusi, 
e i kroku nie moga zrobi, by za ni nie wyglda, nawet jej witeczne szmaty zamkn i 
klucz nosi przy sobie. 

Nacierzpiaa si ona, nacierzpiaa! Mao tego bowiem, e o bele co krzycza i sowa dobrego 
nie powiedzia, ale prosto tak wszystko robi, jakby nie ona bya gospodyni, bo ino 
Jzce rozporzdza, co si ma robi, z Jzk o rnych rzeczach prawi, ktrych i dziewczyna 
nie wyrozumiaa, i Jzce o wszystkim kaza mie baczenie! 

A Jagny jakby nie byo, przda dnie cae, chodzia kiej bdna albo do matki uciekaa na 
wyalenie i skargi, nie poradzia na to stara, bo jej rzek ostro: 

-Bya pani, robia, co chciaa, nic jej nie brakowao, a nie umiaa tego poszanowa, to 
niech poprbuje czego innego! A to wam zapowiadam, powiedzcie jej, e pki kulasami rucham, 
broni swojego dobra bd i nie dopuszcz, eby si przemiewano ze mnie kiej z kuky 
jakiej, zapamitajcie to sobie. 
- Bjcie si Boga, a dy ona nic zego nie zrobia! 
-Niechby zrobia, nie tak bym gada i nie tak postpi! Ale dosy i tego, e si z Antkiem 
zadawaa! 



- W karczmie, w tacu, przy wszystkich przecie! 
-Hale, w karczmie tylko! Hale!... - bowiem, e kiedy to jej zapask znalaz w opotkach, 
musiaa wychodzi do Antka. 
Nie da si wic przekona, nie wierzy niczemu i twardo sta przy swoim, a na zakoczenie 
powiedzia: 
-Dobry czowiek jestem, zgodliwy, wszyscy o tym wiedz, ale jak mnie kto chlanie batem, 
gotowem odda konic. 

- Bijcie, kto wama winowaty, ale nie krzywdcie bo z krzywdy kadej pomsta ronie. 
- Ktren swojego broni, nie krzywdzi! 
- Jeno bycie w por uwidzieli, kaj si wasze koczy! 
-Grozicie, widz! 
-Swoje tylko powiadam, a wy zbytnio w siebie dufacie. Baczcie i na to, e kto na innych 
kadzie znaki - sam taki ! 
- Dosy mi waszych nauk i przypowiastek, swj rozum te mam! - rozgniewa si. 
I na tym si skoczyo, bo Dominikowa, widzc jego zatwardziao i nieustpliwo, nie 
ponawiaa ju tej sprawy dufajc, i to samo przejdzie i jako si uadzi, ale on ani na dzie 
jeden nie pofolgowa, zawzi si i nawet w tej zoci smak znajdowa, a chocia nieraz w 
nocy syszc Jagusine pacze zrywa si bezwiednie, by do niej biec, w por si jednak miarkowa 
udajc, e wsta oknem wyjrze albo czy drzwi pozamykane. 

Cigno si tak bez przerwy caych par tygodni, Jagnie byo markotno, smutno i tak le, 
e ledwie ju cierpiaa, na ludzi patrze nie miaa, wstyd jej byo przed wsi, bo wszyscy 
dobrze wiedzieli, co si tam u Borynw wyprawia ! 

Dom cakiem omrocza, e snuli si po nim cicho, lkliwie kieby te cienie. 

Co prawda, mao kto zaglda majc i u siebie do swarw! Wjt si te nie pokazywa, 
zagniewany, e Boryna nie chcia mu podawa do chrztu; tyle jeno, co tam chopaki Dominikowej 
czasem zajrzay, Nastka Gobianka przybiega z kdziel, ale ta wicej do Jzki i by 
si z Szymkiem spotyka, e nie byo z niej pociechy, to i Rocho czasem zaglda, ale widzc 
twarze pospne, zagniewane, mao siedzia. 

Jeden tylko kowal przychodzi co wieczr i dugo przesiadywa, a jak tylko mg, podjudza 
jeszcze starego przeciw Jagnie i w aski si nowe wkrada, juci, e i Jagustynka czsto 
zachodzia, chtnie swoje dokadajc, gdzie si kcili. Dominikowa te bywaa co dnia i co 
dnia jedno przywtarzaa, by Jagna pokor starego ujmowaa. C? kiej Jagna nie moga si 
upokorzy, za nic nie moga, a naprzeciw, bunt si w niej podnosi i zo j podrywaa coraz 
czciej. Wielce jej w tym pomagaa Jagustynka, bo raz z cicha zacza: 

-Jagu, a to mi ci al okrutnie kieby rodzonej? Ten stary pies ci ukrzywdza, a ty kiej 
ten baranek cierpisz! Nie tak inne kobiety robi, nie!... 
- Jake? - spytaa do ciekawie, bo ju jej obmierz ten stan. 
-Zego dobroci nie przeprzesz, a ino jeszcze wiksz zoci! Za dziewk ci ma, a ty 
nic; szmaty ci pono w skrzyni pozamyka, na kadym kroku pilnuje, dobrego sowa nie da -a 
ty co? Wzdychasz, trujesz si i boskiego zmiowania wyczekujesz! Pki si czowiek nie 
przyoy, to mu i Pan Bg nie dooy! eby tak na mnie, wiedziaabym, co zrobi! Jzk 
spraabym, niech si nie rzdzi w chaupie, gospodyni przecie jeste, chopu bym te nie 
ustpia w niczym! Kiej chce wojny, to niech ma tak, ae mu grdyk wylezie! Hale, pozwl 
chopu panowa nad sob, to :si wnet do bicia wemie i nie wiada, na czym skoczy! -A 
najpierwsze - zniya gos i do ucha jej szeptaa -odstaw go kiej tego cioka od krowy, nie 
przypuszczaj do siebie ani na zdziebko, jak tego psa przed progiem trzymaj! Wnet zobaczysz, 
jak zmiknie i jak si udobrzy! 
Jagna zerwaa si od kdzieli, by ukry twarz rozczerwienion. 

-Czeg si, gupia, sromasz? Zego w tym nie ma! wszystkie tak robi i robi bd, nie 
ja pierwsza wymyliam taki sposb! Wiadomo przeciech, e kieck chopa dalej zaprowadzi 


nili psa sperk, bo pies rychlej si pomiarkuje! A starego acniej nili modziaka, bo akomszy 
i trudno mu po cudzych chaupach szkodzi! Zrb tak, a wnet mi podzikujesz! A co 
tam pyskuj na ciebie i Antka, do serca nie bierz, eby jak ten mody nieg bya, sadzy si 
dowidz! Na wiecie jest takie urzdzenie, e ktren si da, to mu i kiwn palcem nie przepuszcz, 
a ktren nie stoi, co o nim powiadaj, mocny jest a hardy, to moe robi, co mu si 
ywnie podoba! Nikt nawet swkiem nie pinie naprzeciw, a asi si bd kiej pieski! Do 
krzepkich naley wiat wszystek, do nieustpliwych a zawzitych! Na mnie si dosy wygadywali, 
dosy, ca na twoj matk te, e to z tym Florkiem wiadomo byo... 

- Nie tykajcie matki! 
- Niech ci ta wit ostanie! Prawda i to, e kaden potrzebuje witoci jakiej. 
Dugo jeszcze prawia, nauczaa j, a z wolna, cho i nie pytana, rozpowiadaa o Antku, 
co ino moga wymyli. Suchaa tego chciwie Jagusia nie zdradziwszy si jednak ani swkiem, 
ale rady owe mocno wzia do gowy i cay dzie deliberowaa nad nimi. Wieczorem 
za, kiedy by Rocho, kowal i Nastka, rzeka do starego: 

- Dajcie no klucze od skrzyni, musz szmaty przewietrzy. 
Da przywstydzony nieco, bo Nastka miechem buchna, ale mimo to, gdy skoczya 
przekadanie, wycign rk po klucz. 

- Same moje s tam szmaty, to ju sama se przypilnuj! - powiedziaa hardo. 
I od tego wieczoru zaczo si pieko w chaupie. Stary si nie przemieni, ale i ona nie 
ustpowaa, na sowo odpowiadaa ca kop, a tak gono, e na drodze sycha byo krzyki. 
Nie pomagao to wiele, to na zo zacza wszystko robi. 

Do Jzki przyczepiaa si na kadym kroku, a tak nieraz bolenie karcia, e dziewczyna 
z paczem biegaa si skary; nic to nie pomagao, bo jeszcze barzej piekowaa, skoro nie 
szo po jej woli. Wieczorami za umylnie si przenosia na drug stron ostawiajc starego w 
pierwszej izbie, tam Pietrka niewolia do grania przypiewujc mu do wtru rne piosneczki 
do pna w noc; to znowu w niedziel przystroia si, jak ino moga najlepiej, a nie czekajc 
na ma sama posza do kocioa, wystajc po drogach z parobkami. 

Stary si zdumiewa t przemian, wcieka ze zoci, prbowa si nie dawa, zapobiega, 
by si to po wsi nie roznieso, nic jednak nie poradzi na jej humory, a coraz czciej dla 
witego spokoju ustpowa. 

-Moiciewy! barankiem si widziaa, t owieczk pokorn, a teraz okoniem stawa! - wykrzykn 
raz do Jagustynki. 
-Chleb j rozpiera i ponosi! -odrzeka z oburzeniem, bo zawsze temu przytwierdzaa, 
kto z ni radzi. -Ale to wam powiem, e pki czas, trza czym twardym wygania humory, 
bo potem i konic nie poradzi. 
- Nie jest to we zwyczaju Borynw! - powiedzia wyniole. 
- Widzi mi si, e i u Borynw do tego przyjdzie!- szepna zoliwie. 
Jako w par dni potem, zaraz po Gromnicznej, da zna wieczorem Jambroy, e ksidz 
nazajutrz bdzie jedzi po koldzie. 
Zakrztnli si zaraz od rana koo porzdkw, e nawet stary unikajc pieka, bo Jagna 
sielnie dunderowaa na Jzk, sam si zabra do odwalania niegu z opotkw; wywietrzono 
izby, omieciono z pajczyn ciany, Jzka wysypaa tym piaskiem ganek i sienie, i spiesznie 
przebierali si odwitnie, bo ksidz ju by w niedalekim ssiedztwie, u Balcerkw. 

Jako wkrtce stany ksie sanie przed gankiem, a on sam w komy na futrze, poprzedzany 
przez dwch organiciakw, przybranych kiej do mszy, wszed do izby, odmwi aciskie 
modlitwy, pokropi i poszed w obejcie powici budynki i cay dobytek. Boryna nis 
przed nim na talerzu wod wicon, a on w gos si modli i powica wszystko po kolei, 
organiciaki za szli wpodle przypiewujc koldy i gsto potrzchajc dzwonkami, a reszta 
kieby za procesj sza z tyu. 



Skoczywszy za wrci do izby i przysiad odpoczywa, a nim Boryna z parobkiem zsypali 
do sa p korca owsa i grochu wiartk, j przesuchiwa pacierza Jzk i Witka. 

Tak galanto umieli, a si dziwi i pyta, kto ich uczy. 

-Pacierza to mi nauczy Kuba, a katechizmu i na lementarzu Rocho! -odpowiada 
miao Witek, a go ksidz pogaska po gowie, ale Jzka tak stracia miao, e si ino 
rozczerwienia, popakaa i tego sowa nie wykrztusia! Dal im po dwa obrazki, a naucza, by 
suchali starszych, pacierze odmawiali i grzechu si strzegli, bo zy na kadym kroku si czai, 
a do pieka namawia. A potem podnisszy gos spojrza na Jagn i gronie zakoczy: 
- Powiadam wam, e nic si nie ukryje przed okiem sprawiedliwoci Boej, nic! Strzecie 
si dnia sdu i dnia kary, pokutujcie i poprawiajcie si pki czas! 
Dzieci buchny paczem, bo si im uwidziao, jakoby w kociele byli podczas kazania, 
Jagusi te serce zabio trwonie i rumiece powleky twarz, bo dobrze zrozumiaa, e do niej 
mwi, a skoro Maciej powrci, wysza zaraz nie miejc ksidzu spojrze w oczy. 

-Chciabym z wami pomwi, Macieju! -szepn, gdy zostali sami, kaza mu przy sobie 
siada, odchrzkn, tabaki mu poda, nos wytar chusteczk, od ktrej szy zapachy kiej z 
trybularza, jak potem opowiada Witek, palce z trzaskiem wyciga ze staww i z cicha zacz: 
- Mwili mi ludzie o tym, co si tam w karczmie stao, mwili! 
- Juci, na oczach wszystkich byo! - powtrzy stary smutnie. 
-Nie chodcie do karczmy i kobiet tam nie prowadzajcie, tyle zakazuj, piersi zrywam, 
prosz, nic nie pomaga, macie wic za swoje, ale jednak Bogu gorco dzikujcie, e grzechu 
wikszego tam nie byo, mwi wam, nie byo! 
- Nie byo! - Twarz mu si rozjania, bo ksidzu wierzy. 
- Powiadali mi te, e j srogo karzecie za to, niesusznie robicie, a kto niesprawiedliwo 
czyni, grzeszy, mwi wam, grzeszy! 
- Gdzie za, jenom j chcia nieco przykrci, jeno... 
-Antek jest winien, nie ona! - przerwa mu popdliwie. -Umylnie przez zo na was 
zmusi j do tacowania, widocznie, e chcia z wami awantury, mwi wam, e chcia 
awantury! -zapewnia uroczycie, przyrychtowany przez Dominikow, na ktrej sowach 
zupenie polega. - Ale, co tom mia jeszcze powiedzie... aha... rbka azi po stajni, trzeba 
zamkn w grdce, bo kopnie j waach i gotowe nieszczcie, w przeszym roku przez to 
samo zmarnowali mi klaczk! Po jakim to ogierze? 
- A po mynarzowym! 
-Zaraz poznaem z maci i z tego yska na czole, tgi rebak!... Ale z Antkiem powinnicie 
zgod zrobi koniecznie, przez te gniewy na nic si chop rozpuci. 

- Nie gniewaem si z nim, to i o zgod prosi go nie bd - powiedzia zawzicie. 
-Radz wam jak ksidz, a zrobicie, co wam sumienie dyktuje, ale to wam mwi, e z 
waszej winy czowiek si marnuje, dzisiaj jeszcze mi mwili, e cigle w karczmie przesiaduje 
i wszystkich chopakw buntuje, na starszych powstaje i podobno co przeciw dworowi 
zamierza. 
- Nic mi o tym nie powiadali. 
-Jak si parszywa owca do stada wlinie, wszystkie zarazi! A z tych zmawia przeciwko 
dworowi moe wypa dla caej wsi wielkie nieszczcie. 
Ale Boryna nie chcia o tej sprawie mwi, wic ksidz pogada o  rnych rzeczach, a 
w kocu rzek: 

- Zgod tylko, moi drodzy, zgod - zay tabaki i nakada czapk. - Na zgodzie opiera si 
wiat cay, zgodnie, po dobroci, to i dwr by si ugodzi z wami, mwi, wspomina mi co o 
tym dziedzic, dobry to czowiek i chciaby to zaatwi po ssiedzku... 
- Wilcze ssiedztwo, a na takiego najlepszy k albo elazo. 


Ksidz si achn, popatrzy mu w twarz, ale spotkawszy jego szare, zimne, nieubagane 
oczy i zacite wargi, odwrci si spiesznie i zatar rce ze zdenerwowania, nie lubi bowiem 
sporw. 

-Musz ju i. To wam jeszcze powiem, e nie powinnicie zbytni surowoci zraa 
do siebie kobiety, moda jest, pstro ma w gowie jak kada kobieta, to trzeba z ni mdrze i 
sprawiedliwie postpowa; trzeba jedno nie widzie, drugiego nie dosysze, a na trzecie nie 
zwaa, by tym sposobem uchroni si przed niesnaskami, z tego wychodz najgorsze rzeczy. 
Pan Bg zawsze bogosawi zgodliwym, mwi wam, bogosawi! Ki to diabe! -krzykn 
zrywajc si, bo bociek, stojcy przy skrzyni nieruchomo, kujn z caej siy w byszczcy but 
ksidza. 

-Dy bociek, Witek go jesieni przygarn, bo ostao ptaszysko, wykurowa, e to mia 
skrzydo zamane, i teraz siedzi w chaupie i myszy owi kiej kot. 
- No, wiecie, jeszcze nie widziaem oswojonego bociana dziwne, dziwne! 
Nachyli si do niego, chcia gaska, ale bociek si nie da ruszy, przekrci szyj i 
boczkiem, czajco znw godzi w ksie buty. 

- Wiecie, tak mi si podoba, e chtnie bym go kupi od was, sprzedacie? 
- C bym tam mia sprzedawa, chopak go wnet zaniesie na plebani. 
- Przyl po niego Walka. 
- Nie da si on tkn nikomu, tylko jednego Witka sucha. 
Zawoali chopaka, ksidz mu da zotwk i poleci przynie o zmroku; skoro wrci z 
objazdu, ale Witek uderzy w bek i zaraz po wyjciu ksidza zabra boka do obory i tam rycza 
prawie do wieczora, e stary musia go przycisza rzemieniem przypominajc odniesienie 
ptaka Juci, chopak usucha musia, ale serce skwierczao mu z alu i boleci, nawet 
rzemieni zbytnio nie czu, chodzi kiej ogupiay z zapuchymi od paczu oczami, a jak ino 
mg, dopada boka, ogarnia go ramionami, caowa a aosnym paczem si zanosi... 

O zmierzchu za, kiej ksidz ju ze wsi powrci, ukry boka w swoj kapot, by go 
uchroni od mrozu, i do spki. z Jzk, ptak bowiem by ciki, popakujc rzewnie ponieli 
go na plebani, a apa pobieg z nimi i te co markotno szczeka. 

Stary, im duej rozwaa sowa ksidza i te jego szczere zapewnienia, tym wicej si 
rozjania, uspakaja i z wolna, niepostrzeenie zmienia swoje postpowanie z Jagusi. 

Wszystko powracao do dawnego stanu, ale ju nie powrcia do chaupy dawna radosna 
wrzawa, ten spokj wewntrzny i ta cicha, gboka dufno. 

Byo jak z tym garnkiem rozbitym, co cho odrutowany i zgoa cay si widzia, a gdziesik 
ciekn i przepuszcza wod w takim miejscu, e i pod wiato nie rozpozna. 

Tak i w chaupie si widziao, bo przez on zgod nierozeznanymi szparutkami cieky 
przyczajone nieufnoci, ale przypowiae zdziebko, ale ywe jeszcze i zgoa nie zabite jeszcze 
podejrzenia. 

Stary bowiem mimo najszczerszych usiowa nie zatraci w sobie nieufnoci i prawie 
mimo woli, a dawa cige baczenie na kady ruch Jagny, ona za ani na to oczymgnienie nie 
zapomniaa mu tych zoci i srogich sw, wrzaa wci odemst nie mogc uciec spod tych 
jego przenikliwych, strujcych oczw. 

Moe i dlatego, e pilnowa i nie wierzy jej, znienawidzia go jeszcze barzej, a coraz 
potniej wydzieraa si do Antka. 

Tak si ju umiaa zmylnie urzdza, e co par dni widywaa si z nim pod brogiem. 
Pomaga im w tym Witek, ktren cakiem serce straci do gospodarza za tego boka, a przylgn 
do Jagny, e to mu i teraz dawaa lepsze podwieczorki, wicej omasty, a czego gsto i 
par groszy kapno od Antka. Ale gwnie pomagaa im Jagustynka, tak si umiaa wkra w 
aski Jagny i tyle zaufania wzbudzia w Antku, e prosto nie byo sposobu widywania si bez 
jej pomocy. Cna to nosia wieci midzy nimi, ona strowaa przed starym i ochraniaa przed 
niespodziankami! A wszystko to robia przez czyst zo do caego wiata! Mcia si na 



drugich za wasn poniewierk i krzywdy; nie cierpiaa bowiem Jagny ni Antka, ale jeszcze 
barzej starego, jak zreszt wszystkich bogaczy ze wsi, e maj wszystko, a jej nie dostaje nawet 
tego kta, gdzie by moga gow schroni, i tej yki warzy! Zarwno jednak nienawidzia 
biednych i jeszcze barzej przemiewaa. 

Prosto diabelska kuma albo i co gorszego, jak o niej powiadali. 

-Wezm si za by i pozagryzaj jak te wcieke psy -mylaa czsto, wielce rada ze 
swojej roboty, e za zim nie byo wiela co robi, to azia po chaupach z kdziel, podsuchiwaa, 
a judzia jednych na drugich przemiewajc ze wszystkich zarwno, nie mieli drzwi 
zamyka przed ni obawiajc si jej ozora, a gwnie tego, e pono ze oczy miaa... Zazieraa 
i do Antkw, ale najczciej spotykaa si z nim, gdy z roboty powraca, i wtedy to mu w uszy 
kada nowiny od Jagny. 
Jako we dwie niedziele po bytnoci ksidza u Borynw przydybaa go koo stawu. 

- Wiesz, stary sielnie powstawa na ciebie przed ksidzem. 
- O c to znowu szczeka? - pyta niedbale. 
- e ludzi podmawiasz na dwr, e trzeba by ci odda stranikom i jeszcze drugie... 
-Niech poprbuje! Nimby mnie wzili, takiego bym mu na dach puci koguta, e kamie 
na kamieniu by nie osta? - zawoa namitnie. 
Poleciaa zaraz z t nowin do starego, .myla dugo i powiedzia cicho: 

- Podobne to do niego, taki zbj, podobne. 
I wicej nie rzek, nie chcia si z bab zadawa w poufaoci, ale skoro Rocho przyszed 
wieczorem, zwierzy si przed nim. 

- Nie wierzcie wszystkiemu, co Jagustynka przynosi, za to kobieta! 
-Moe to i nieprawda, ale byway podobne przypadki. Przecie stary Pryczek spali 
swojego szwagra, e go skrzywdzi przy dziaach, siedzia za to w kreminale, ale spali. To i 
Antek moe to zrobi, musia co napomkn o tym, cakiem nie stworzyaby sobie. 
A Rocho, e to dobry by czowiek, wielce si tym strapi i j namawia: 

-Pogdcie si, odpucie mu co gruntu, przecie i on y musi, ustatkuje si prdzej, a 
nie bdzie ju powodw do ktni i odgraa... 
-Nie, ebym mia zmarnie, ebym mia z torbami, i, pjd; a pkim yw, nie dam i 
tego zagona! e mnie pobi i sponiewiera jak psa, darowabym, cho ciko i trudno -ale 
jeli on i co innego zamierza!... 

- Napletli wam, a wy to do serca bierzecie!... 
-Juci, nieprawda to jest, juci... ale eby si to mogo sta... ae mnie rozum odchodzi i 
zimno w kociach przewierca... kiej pomyl, e mogoby si to sta... 
Zacisn picie i skamienia ze zgrozy samego przypuszczenia moliwoci onej. Nic nie 
wiedzia, nie myla nigdy o tym, by nawet pewnym w gbi Jagusinej niewinnoci, ale poczu, 
e w tej synowskiej nienawici do niego musi by cosik wicej nili gniewy i ale o 
grunt, e ta zapamitao, ktr wtedy uwidzia w jego oczach, z innego rdliska bije, czu 
to dobrze i w tej wanie chwili poczu sam w trzewiach tak sam nienawi zimn, mciw i 
nieubagan, zwrci si do Rocha i cicho powiedzia: 

- Za ciasno dla nas obydwch w Lipcach! 
- Co wam znowu przychodzi do gowy, co? - krzykn wystraszony. 
-I niechaj Bg broni, by mi wlaz kiedy w pazury przy takiej okazji... 
Uspokaja go Rocho, tumaczy, ale nic nie wskra. 
-Spali mnie, zobaczycie! 
I od tej chwili mao ju kiedy zazna spokoju. O kadym zmierzchu strowa niepostrzeenie, 
czai si za wgami, obchodzi dom i budynki, zaglda pod strzechy, a w nocy si 
czsto budzi, godzinami caymi nasuchiwa, i za najmniejszym trzaskiem zrywa si z ka 
i z psem obiega wszystkie kty. Dopatrzy raz pod brogiem jakie wydeptane, na wp zawiane 
lady, dopatrzy pniej i przy przeazie i jeszcze lepiej si utwierdzi w pewnoci, e 



to Antek podchodzi nocami i wypatruje jeno sposobnoci podpalenia; co innego nie przychodzio 
mu jeszcze na myl. 

Kupi od mynarza wielce srogiego psa i zrobi mu bud pod szop, a jtrzy cigiem, 
mao je dawa, podszczuwa, e nocami pies lata i uera jak wcieky, a rzuca si na kadego, 
e niejednego dobrze skaleczy, a skargi z te


go powstay. 

Ale przy tych ostronociach i pilnowaniach stary mizernia i tak chud, e pas do p 
bieder opada, poczernia, przygarbi si, nogami za sob ciga i na wir si zesycha z tych 
utajonych mylunkw i turbacji, e mu ino oczy gorzay kiej w chorobie. e za nikogo bliej 
nie dopuszcza i zwierza si a wyala nie mia przed kim, to go i barzej pieky te ognie i 
przepalay. 

Nikt te si nie dorozumiewa, co mu ta we wtpiach siedzi a podgryza. 

Baczy wicej na dobytek, sprawi zego psa, czuwa nocami, rozumieli bez to, e wilki 
si ano nad podziw rozmnoyy tej zimy i mao ktrej nocy nie podbieray si stadami pod 
wie; nieraz sycha byo ich wycia i czsto te si podkopyway do obr, i gdzieniegdzie co 
uskubny. A przy tym, jak to zawdy pod wiosn, i o zodziejach chodziy suchy coraz czstsze; 
wzili podobno chopu z Dbicy par klaczy, wzili w Rudce wieprza, to znowu krow 
gdzie indziej - i jak kamie we wod, ni znaku po nich! To i niejeden w Lipcach w eb si 
skroba, opatrywa zamki i stajni strzeg, e to najlepsze mieli konie na okolic. 

I tak szed czas wolno i rwno, jako te godziny na zegarze, ani go wyprzedzi, ani 
wstrzyma! 

Zima wci bya sroga, cho zmienna jak rzadko; byway takie mrozy, jakich i najstarsi 
nie pamitali, to niegi spaday ogromne, to znowu byy cae tygodnie odwilgi, e woda staa 
po rowach, a gdzieniegdzie i zagony czerniay, to przychodziy takie wiejby, takie kurzawy, 
e wiata nie dojrza, a po nich za byway dnie spokojne, ciche i tak soce przygrzewao, e 
drogi roiy si od dzieci, wywierano drzwi, ludzi ogarniaa rado, a starzy, si pod cianami 
wygrzewali. 

Za w Lipcach szo swoim odwiecznym porzdkiem, komu mier bya naznaczona umiera, 
komu rado weseli si, komu bieda -wyrzeka, komu choroba spowiada si i czeka 
koca - i pchao si jako z Bo pomoc, z dnia na dzie, z tygodnia na tydzie, bych si 
ino zwiesny doczeka abo tego, co komu przeznaczone. 

Tymczasem za co niedziela grzmiaa muzyka w karczmie, hulano, pito, czasem si wadzono, 
czasem za by brano, a ksidz potem karci z ambony, no i drugie szy sprawy. Odbyo 
si wesele Kbianki, trzy dni si zabawiali, a tak hucznie, e powiadali, jako Kb dopoyczy 
pidziesit rubli od organisty na to wesele. Sotys te wyprawi niezgorsze zmwiny 
crce z Poszk. Gdzie znowu chrzciny si odbyy, ale z rzadka, nie pora jeszcze bya, wiele 
bowiem kobiet spodziewao si dopiero na zwiesne. 

Staremu Pryczkowi te si zmaro jako w tym czasie, tydzie ledwie chorza, a mia 
chudziaczek dopiero na szedziesity i czwarty - caa wie posza na pogrzeb, bo dzieci styp 
wyprawiali galant... 

Gdzie za zbierano si wieczorami na oprzd, tam nachodzio si tyla dzieuch i parobkw, 
e robia si taka zabawa, miechy, radocie - a mio, bo to i Mateusz, wyzdrowiawszy 
cakiem, przewodzi modzi i najbarzej dokazywa. 

A te pogwary cige, obmowy, kwasy, ktnie, ssiedzkie swary, nowinki -wie si od 
nich trzsa. A czasem trafi si dziad jaki byway, to opowiada rnoci o wiecie i tygodniami 
we wsi siedzia. 

Czasem znw list przyszed od ktrego chopaka z wojska, co to byo czyta, narad, 
opowiada, wzdychw dzieuszyn a matczynych paczw, e i na cae tygodnie starczyo! 

A insze rzeczy! a to Magda posza w sub do karczmy, to pies Borynw pogryz Walkowego 
chopaka, e precesem si odgraali, to krowa Jdrzejom udawia si ziemniakiem, 



e dorzyna j musia Jambroy, to Grzela poyczy sto pidziesit rubli od mynarza i da w 
zastaw k, to kowal kupi par koni, e dziwowano si temu wielce i mocno nad tym deliberowano, 
to dobrodziej chorowa przez cay tydzie, a ksidz z Tymowa przyjeda go zastpowa 
- a to o zodziejach mwiono, o strachach rnych baby plety, o wilkach te czsto, 
bo pono wydusiy owce we dworze, o gospodarstwie, o wiecie, ludziach, a te insze rzeczy, e 
ni spamita, ni opowiedzie kt poredzi! a tak cigiem co nowego, e wszystkim starczyo 
i na dnie, i na dugie wieczory, e to czasu zimow por nikomu nie brakowao. 

Tym samym zabawiali si i u Borynw, jeno z t odmian, e stary kamieniem siedzia w 
domu i na adne zabawy nie chodzi, a i kobietom te i nie pozwala, e ju desperacja braa 
Jagusi, a Jzka cae dnie mamrotaa ze zoci, bo si jej dziwnie matyjasio w chaupie siedzie, 
tyla bywao caej uciechy, e nie wzbrania chodzi z kdziel, ale do tych jeno chaup, 
gdzie si same starsze kobiety zbieray. 

Wic te przewanie siedzieli wieczorami w domu. 

Jednego wieczora, jako ju pod koniec lutego, zeszo si par osb i siedzieli po drugiej 
stronie, bo tam tkaa ptno Dominikowa przy lampce, a reszta z powodu tgiego zibu kupia 
si przed kominem. Jagusia z Nastk przdy, a wrzeciona warczay, kolacja si dogotowywaa, 
Jzka krcia si po izbie, a stary pyka z fajki w komin i co sobie myla gboko, bo 
prawie si nie odzywa. Przykrzya si wszystkim ta cicho, bo ino ogie trzaska, wierszcz 
skrzypia z kta, warsztat huka od czasu do czasu, a nikt jako si nie odzywa, wic Nastka 
pierwsza zacza: 

- Pjdziecie to jutro z kdziel do Kbw? 
-Zapraszaa Marysia dzisiaj. 
- Rocho obiecali, e jutro tam z ksiki bd czyta historie o krlach. 
- Poszabym, ale nie wiem jeszcze... - spojrzaa pytajco na starego. 
- To i ja pjd, tatulu... - prosia Jzka. 
Nie odpowiedzia, bo pies mocno przyszczekiwa na ganku i zaraz wsun si niemiao 
Jasiek, Przewrotnym nazywany z przemiewiska. 

- Zawieraj drzwi, gapo, bo tu nie obora! - wrzasna Dominikowa. 
- Nie bje si, nie zjedz ci, czeg si rozgldasz? - pytaa Jagna. 
-A bo... bociek musia si kaj przytai i jeszcze mie kujnie... -jka si, wystraszonymi 
oczami wodzc po ktach. 
- Oho, boka gospodarz wydali dobrodziejowi, nic ci ju nie zrobi! - mrukn Witek. 
- A bo i nie wiem, po co go byo trzyma, jeno ludzi krzywdzi! 
- Siadaj, nie marud! - nakazaa Nastka wskazujc miejsce wpodle siebie. 
-Hale, kogo to ukrzywdzi, cheba jednych gupich abo psw obcych? Chodzi se jak ten 
dziedzic po stancji, myszy owi, wszystkim ustpowa, a wydali go! -szepn z wyrzutem 
chopak. 
- Cicho, cicho, obaskawisz se na wiosn drugiego, kiej ci al za bokami! 
-A nie obaskawi, bo i ten bdzie jeszcze mj, niech si jeno ciepo zrobi, to ju umyliem 
taki sposb na niego, e nie wytrzyma na plebanii, a przyleci! 
Jasiek koniecznie chcia si dowiedzie tego sposobu, ale Witek burkn: 

-Gupi! kury se macaj, myli, e co lepszego poradzi. Kto ma rozum, to se swj sposb 
wynajdzie, a nie bdzie bra od drugich! 
Skrzyczaa go Nastka biorc w obron Jaka, bo wielce staa o niego; gupawy on juci 
by, wie si z niego przemiewaa, niezgraba, ale jedynak na dziesiciu morgach, to dziewczyna 
tak sobie rachowaa, e Szymek mia tylko pi morgw i to nie wiadomo; czy mu 
Dominikowa pozwoli si eni, . wic znarowia chopaka do siebie, i cigiem azi za ni, a 
trzymaa w odwodzie na ten przypadek. 

Siedzia ano teraz przy niej, w oczy poglda i rozmyla, co by tu rzec takiego, gdy 
wszed wjt, bo si ju by ze starym pogodzi, a zaraz od proga zawoa: 



- Powiestk wama przyniosem, macie si jawi na sdy jutro w poudnie. 
- Do zjazdu o krow? 
- Tak to i stoi, o krow ze dworem! 
-Rano trzeba wyjecha, bo do powiatu kawa drogi. Witek, id zaraz do Pietrka i naszykujcie, 
co potrza, a ty pojedziesz na wiadka. A Bartek uwiadomiony? 
-Byem dzisiaj w kancelarii i la wszystkich przywiozem powiestki, kup ca pojedziecie, 
ale dwr winowaty, to niech paci. 

- A boga tam niewinien, tylachna krowa! 
- Chodcie na drug stron, mam z wami pogada! - szepn wjt. 
Przeli i siedzieli tak dugo, e tam im kolacj Jzka podaa. 
Wjt go namawia ju nie po raz pierwszy, by si do nich przyczy, z dworem nie zrywa, 
przewczy spraw, czeka, z Kbem i drugimi razem nie szed, i tym podobnie. Stary 
dotychczas si waha, kalkulowa, nie odmawia ale na t ni na drug stron si nie przechyla, 
bo by si mocno zagniewa, e go to wtedy dziedzic nie wezwa na narad do mynarza. 

Wjt za, widzc, e nie poradzi, na ostatku ju na przynt powiedzia: 
-Wiecie o tym, jako ja, mynarz i kowal zrobilimy ugod ze dworem, e sami we trzech 
zwozi bdziemy drzewo na tartak, a potem deski do miasta. 

-No, juci, e wiem, dosy si przecie napomstowali na was inni, e nikomu zarobi nie 
pozwalacie. 
- Duo ta o to stoj, co pyskuj, szkoda na to czasu, to wam za chc powiedzie, comy 
we trzech uredzili - suchajcie jeno; co powiem. 

Stary ino ysn lepiami i rozwaa, jaki to bdzie podstp. 

-Uradzilim przypuci waju do spki! Wocie tyla, co i my! Sprzaj macie dobry, pa


robek si jeno wakoni, a zarobek pewny, pac od kubika. Nim si w polu roboty zaczn, jak 
nic zarobicie ze sto rubli. 

- Kiedy zaczynacie zwzk? - rzek po dugim namyle. 
-A choby od jutra zaczyna! Tn ju na bliszych porbach, drogi te niezgorsze, to pki 
sanna, sia mona nawie, mj parobek wyjeda we czwartek. 
- Psiakrtka, ebym to wiedzia, jak wypadnie ta moja sprawa o krow. 
- Przystacie jeno do nas, a dobrze wypadnie, ju ja wjt to wama mwi... 
Stary dugo deliberowa spozierajc pilnie na wjta, kred se cosik na awie pisa, po bie 
skroba, a i rzek: 

- Dobrze, wozi bd i sprzgn si z wami. 
- Kiej tak, zajrzyjcie jutro po sdach do mynarza, a poredzimy jeszcze, musz ju biey, 
bo mi kowal sanie podkuwa. 
Odszed wielce uradowany mylc, i starego kupi t zwzk i na swoj stron przycign. 
Juci, mynarz mg si z dworem godzi, grunty mia nietabelowe i do lasu mu byo nic; 
wjt te siedzia na ziemiach poduchownych, kowal to samo, ale nie on, Boryna! Rachowa 
sobie, e zwzka zwzk, sprawa za o las osobno; nim zgoda z dziedzicem nastanie albo-li 
do wojny przyjdzie, upynie do czasu... a co mu szkodzi tamtym przytwierdza, gupiego 
udawa, z nimi trzyma, kiej i tak swojego nie daruje przy sposobie, a tymczasem dobrze 
zarobi te kilkadziesit rubli, konie i tak trza ywi, i parobka paci! -umiecha si do siebie, 
rce zaciera a mrucza zadowolony: 

- Gupie juchy jak te barany, myl, e mnie wywiedy w pole kiej cioaka, gupie! 
Wrci do kobiet wielce rozradowany, Jagusi w izbie nie byo. 
- Gdzie to Jagusia? 
- winiom ponieli arcie! - objania Nastka. 
Pogadywa wesoo, artowa z Jakiem, to z Dominikow, a coraz niespokojniej czeka 
na on, bo jako dugo nie przychodzia, nic nie da zna po sobie i wyszed w podwrze. 



Chopaki w stodole na klepisku szykowali sanie na jutrzejsz jazd, bo trza byo na pozy 
woy pkoszki i umocowa. Obejrza, pogada, zajrza do koni, zajrza do wi, to do obory 
-Jagny nigdzie nie byo. Przystan pod okapem w cieniu nieco i czeka. Noc bya ciemna, 
wiatr si zrywa zimny i szumia, wielkie cikie chmury gnay po niebie stadami, nieg prszy 
chwilami. 

Moe w pacierz abo i dwa cie jaki zamajaczy w przejciu od przeazu - stary si szybko 
wysun, przyskoczy i szepn ze wciekoci: 

- Gdziee to bya, co? 
Ale Jagna, cho si wystraszya zrazu, odrzeka urgliwie: 
- Obaczcie, acno za wiatrem traficie! - i posza do chaupy. 
Nic ju o tym w domu nie zaczyna, a gdy si szykowali do spania, powiedzia dobrotliwie 
i cakiem mitko nie podnoszc oczw na Jagn: 

- Chcesz to jutro biey do Kbw? 
- Kiej nie bronicie, to z Jzk pjdziemy. 
-Chcesz, to ci nie wstrzymuj... ale do sdu pojad, dom zostanie na boskiej Opatrznoci, 
lepiej by w chaupie ostaa... 
- A bo to nie wrcicie do zmroku?... 
-Widzi mi si, e chyba dopiero pno w noc... na nieg si ma, daleko, nie pospiesz... 
ale kiej si napierasz, id, nie wzbraniam... 
ROZDZIA 9 

Ju od wczesnego rana miao si na kurzaw; dzie nasta chmurny, wietrzny i wielce 
swarliwy, nieg prszy drobny, suchy a ostry kiej kasza ledwie przetarta w arnach, po rwno 
za zrywa si coraz mocniejszy wiatr, hukliwy sielnie i koujcy niespodzianymi nawrotami, 
e jako ten pijanica tacza si na wszystkie strony, skowycza, przegwizdywa a niegami 
mieci zapalczywie. 

Nie baczc jednak na pogod, zaraz z pierwszego poudnia Hanka ze starym Bylic, a z 
nimi jeszcze par komornic, wybrali si po susz do lasu. 

Czas by nieopowiedzianie przykry; wiatr tuk si po polach, ciepa drzewinami, hurkota 
po wsi, a co troch podrywa tumany niegw, zakrca z powistem i wytrzepywa je nad 
wiatem kieby te chusty pene biaych, a kujcych padzierzy, e wszystko topio si w nierozpoznanej 
mtwie i wistach. 

Zaraz za wsi poszli gsiego przywianymi miedzami ku borom ledwie czubami widnym 
w kurzawie, a jeszcze dalekim. 

Wiatr wzmaga si jeszcze, bi ze wszystkich stron, tacowa, krci i tak w nich siepa, 
e ledwie mogli si utrzyma na nogach, przyginali si ino barzej ku ziemi, a on zabiega z 
przodu, dar suchy nieg pomieszany z piaskiem i pray w twarze, a oczy trza byo przysania. 


Szli w milczeniu, jako e wiatr zatyka i rwa sowa, a postkujc nieco i rce rozcierajc 
niegiem, bo zib by przenikliwy i na wskro lich przyodziew przejmowa, i zaspy si czyniy 
od kamionek, to od drzew i groblami zastpoway, e kad trza byo wymija nakadajc 
niemao drogi. 

Hanka sza na przedzie, czsto si obzierajc za ojcem, ktren skulony, z okrcon w zapask 
gow, w starym kouchu Antkowym, przepasany powrsem, wlk si na kocu, ledwie 
si poruchajc pod wiatr; zatykao go cigiem, przystawa musia co troch; by wytchn 
i obetrze zazawione od wiatru oczy, potem za w dyrdy pieszy cicho pojkujc: 



-Id Hanu, id... Nie bj si, nie ostan! 
Juci, wolaby pozosta na przypiecku, wola, ale c kiej ona, biedaczka, sza, miaby 
to osta! a i w chaupie zib nie do wytrzymania, dzieci skwiercz z zimna, warzy ju nie byo 
przy czym zrobi, e jeno suchego chleba pojedli... a tu zimny wiater tak przebiera po kociach, 
kieby tymi lodowymi palicami... - przemyliwa dyrdajc za nimi. 

Pewnie, e kiedy mus uapi za eb, nie wylizgniesz si, czowieku, nie! 

To Hanusia jeno zasiekaa zby i sza ano po drzewo razem z komornicami. Prawda, na 
to ju zeszo, e w parze z Filipk, z Krakalin, ze star Kobusow i Magd Kozow, z tymi 
najwikszymi biedotami w jeden rzd, razem. 

Wzdychaa jeno ciko, zacinaa zby, a sza, i to nie po raz pierwszy, nie... 

- A niechta! A niechta! - szeptaa twardo, moc w sobie wzbierajc i cierpliwo. 
Trzeba, to chodzi po drzewo, dyguje na plecach, w jeden rzd z dziadwkami, jak Filipka, 
stawa, a paka nie bdzie ni ali si nie bdzie, ni o poratunek zabiega. 
Gdzie to i pjdzie? Dadz chyba, ale to jakie sowo litociwe, od ktrego dziw krew nie 
trynie z serca... Pan Jezus j dowiadcza, krzye zsya, to moe kiedy i wynagrodzi... A 
niechta, przetrzyma wszystko, nie pomarnuje si z dziemi i rk nie opuci, a na politowanie 
ludzkie ni pomiewisko si nie da! . 

Wycierpiaa si ona ostatnimi czasy tyla, e kada kosteczka trzsa si w niej i amaa z 
osobna z tego bolenia -wycierpiaa! Nie to, e bieda i poniewierka, e czsto gd, i ledwie 
dzieciom starczyo, nie, e Antek w karczmie przepija z kamratami, o dom nie stoja, a kiej 
ten pies zwleczony chykiem si do chaupy wsuwa i na jakie bd sowo napomknienia za kij 
chwyta -bywa to bowiem nierzadko i gdzie indziej, mona by odpuci; ot, przysza na niego 
taka za godzina, to aby jeno cierpliwie przeczeka, przej jeszcze moe. Ale tego przeniewierstwa 
nie moga mu zapomnie, przebole i darowa! 

Nie, nie poredzia. Jak to, ma on i dzieci, a o wszystkim zapomina la tamtej. To j kieby 
rozpalonymi obcgami ciskao za serce, przegryzao na wskro i rozrastao si w niej piekc, 
nieustpliw pamici. 

- Za Jagn lata, j miuje, przez ni to wszystko! 
Zdao si jej, e zy idzie pobok, a wci szepta do ucha te straszne przypominki, nie 
uciec od nich nie zapomnie, nie! Bl poniewierki dusznej, ponienia, wstyd, zazdro, pomsta 
i te wszystkie jdze nieszczcia wsadzay kolczaste by do jej serca i tak szarpay, e 
choby krzycze wniebogosy, a bem tuc o cian! 

-Zmiuj si, Panie, pofolguj, Jezu! -jczaa w sobie podnoszc rozpalone nigdy nie wysychajcymi 
zami oczy ku niebu. 
Zacza przyspiesza kroku, bo tak wiao na tych podlenych wyniach, e ju nie moga 
wytrzyma z zimna; baby za ostaway nieco i szy wolno, kiej te czerwone kby ledwie 
widne w kurzawie, a br ju by niedaleko, gdy tumany opaday na chwil, wyrasta nagle z 
bielizny ogromn, ciemn cian pni zwartych, przez ktre mroczay ciche, lodowate gbie. 

- Chodcie prdzej, w lesie bdzieta odpoczyway! - nawoywaa niecierpliwie. 
Ale kobietom si nie spieszyo, odpoczyway czsto przykucajc na niegu, gowami od 
wiatru, kiej to stado kuropatew, i rajcoway z cicha, za na jej woania Filipka mrukna niechtnie: 


- Hanka gania jak ten pies za wron i myli, e rychlej co zapie... 
- Na co to jej zeszo, chudziaczce - szepna wspczujco Krakalina. 
-Nawygrzewaa si dosy w Borynowej chaupie, najada tusto, nasmakowaa dobroci, 
to moe teraz i biedy poprbowa. Czowiek cae ycie przymiera godem, haruje jak w, a 
nikto nawet nie polituje. 
- A przdzi to nas nawet nie pozdrawiaa... 
- Moiciewy, chleb daje rogi, a gd nogi, powiedaj. 
- Chciaam kiej poyczy terlicy, powiedziaa, e ma la siebie. 


- Prawda, e ona ta otwartej rki la ludzi nie miaa, wynosia si nad drugie, jak wszystkie 
Boryny, ale szkoda kobiety, szkoda ! 
-Po sprawiedliwoci, ale ten Antek ajdus, no! 
-Juci, e ajdus, juci. Ale i to wiadomo, e kiep, suczka nie chce, pies nie wemie, kady 
chop poleci, jak go kieck przywabi. 
-Gdyby na mnie pado, na rodku drogi zdarabym Jagn za eb, a wyzwaa, a sklea, a 
kudw naczesaa, eby cae ycie pamitaa. 
- Przyjdzie i do tego, jeli czym gorszym si nie skoczy! 
- To ju takie Paczesiowe nasienie, a Dominikowa nie insza bya, nie. 
- Chodma; wiater nisko podbiera, to na noc moe usta. 
Dowlekli si wnet do lasu i porozchodzili, a blisko, by mc si skrzykn acno do powrotu. 


Mrok ich ogarn i pochon cakiem, e ledwie gdzieniegdzie lad jaki osta. 

Br by stary, ogromny, wyniosy; sosna staa przy sonie nieprzeliczon cib, gstw 
nieprzebran, a tak mig, prost i mocarn, e widziay si kiej te wielgachne supy z opleniaej 
miedzi, majaczce w mroku szarozielonych sklepie nieprzejrzanymi rzdami -pospne, 
lodowe brzaski biy z dou od niegw, za w grze, przez strzpiaste konary, niby wskro 
zdziurawionych strzech, witao niebo biaawe i mtne. 

Wichura przewalaa si gr, e czasami cicho si czynia jakby w kociele, kiedy to z 
naga organy zmilkn i piewy ustan, a jeno szemrz wzdychy ostatnie, tupoty, pogase 
brzmienia pacierzw i te przytajone, konajce nuty - br stawa wtedy nieruchomy, oniemiay, 
jakby wsuchany w grzmotliw wrzaw, w ten dziki krzyk pl tratowanych, co rwa si 
gdziesik ze wiata i nis wysoko, daleko, e tylko jkliwym wiegotem drga po lesie. 

Wnet jednak wicher uderza w br ca moc, wszystkimi kami trzaska o pnie, wera 
si w lute gbie, porykiwa w mrokach, targa olbrzymami, ale na darmo, nie przemg, bo 
wyzbyty z si opada, guchn i mar ze skowytem w gstych, przyziemnych krzach - a las ni 
drgn, ni jedna ga nie trzasna, ni jeden pie si zakoysa, cicho bya jeszcze gbsza i 
bardziej przeraajca, e tylko ptak jaki niekiedy zaopota wskro mrokw. 

A czasami znowu wichura spadaa tak nagle, niespodziewanie i potnie, jak ten jastrzb 
spada zgodniay, tak omotaa skrzydami, rwaa wierzchoy, gnieta i rozwalaa wszystko ze 
wciekym rykiem, a br drga jakby przebudzony, otrzsa si z martwoty, chwia z koca w 
koniec, drzewa kolebay si, od drzew pomruk lecia grony, przyduszony i z naga br si 
prostowa, podnosi, szed jakby, przygina ciko i uderza ze strasznym krzykiem, a bi ju 
jak ten mocarz olepy gniewem i pomst, e wrzask si zrywa, bj napenia las, strach pada 
na wszelkie stworzenia, przyczajone w podszyciach, a oszalae z trwogi ptactwo tuko si 
wrd niegw, lejcych si wzburzonymi strugami, i wrd podruzgotanych gazi i wierzchow. 


Ale potem nastaway dugie, zgoa martwe cisze, w ktrych sycha byo wyranie jakie 
dalekie, cikie omoty. 

-Las rbi przy Wilczych Doach, gsto si wali - szepn stary nasuchujc nad ziemi 
guchych drga. 
- Nie marudcie, do nocy siedzie nie bdziemy. 
Zaszyli si w wysoki, mody zagajnik, w taki gszcz spltanych i zwartych ze sob gazi, 
e ledwie si mogli przeciska do rodka, cisza ich otoczya grobowa, aden gos si ju 
tam nie przedziera, nawet wiato jeno z trudem sczyo si przez grub pokryw niegw, 
wiszc na czubach niby dach. Ziemista, spopielaa szaro zapeniaa gbi, niegu prawie 
nie byo na ziemi, a tylko opady z dawna, zwietrzay susz zaciela miejscami po kolana, kaj 
niekaj zieleniy si plka mchw, to jakby przytajone przed zim ke jagodziny albo mu-
char zaschnity. 



Hanka obamywaa kulk co grubsze gazie, przycinaa je do jednego wymiaru ukadajc 
w rozpostart pacht, a robia tak zapalczywie, a chustk zrucia z gorca, i moe w jak 
godzin narychtowaa takie brzemiono drewek, i ledwie moga je sobie zada, stary te narzdzi 
pk niezgorszy, obwiza sznurem i wlk go rozgldajc si za pniem, by z niego 
acniej wzi na plecy. 

Hukali na kobiety, ale w duym lesie znowu si sroya wichura, to si i nie skrzyknli. 

- Hanu, do topolowej nam si przebra, lepiej bdzie nili przez pola. 
- To chodmy, pilnujcie si mnie i daleko nie ostajcie. 
Wzili si zaraz z miejsca na lewo, przez kawa starej dbiny, ale ciko byo, nieg lea 
po kolana, to gurbi si miejscami w zagony, bo drzewa stay rzadko i bez lici, tyle e gdzieniegdzie 
wrd rozoystych potnych konarw trzsy si siwe brody, tu i owdzie jaki mody 
dbek, pokryty zrudziaymi kudami, przygina si do ziemi ze wistem. Wiatr d z caej 
mocy i tak kurzy niegami, e i byo niepodobna, stary si wnet zmczy i usta, a i Hance 
si brakowao, to jeno wspieraa si brzemieniem o drzewa, wystrachanymi oczami szukajc 
lepszej drogi. 

- Nie przejdziemy tdy, a za dbin mokrada, nawrmy do pl. 
Jako nawrcili w duy i zwarty las sosnowy, gdzie ciszej byo nieco i niegi nie zalegay 
tak wysoko, a pokrtce wyszli na pola -ale tam szy takie zakurki, e wiata nie rozpozna 
nawet na to mignicie kamieniem, nic, jeno biaa, rozkbiona, przewalajca si ma. Wicher 
za wci par ku borowi, odbija si kiej od ciany, przewala wznak na pola, ale wstawa 
niezmoony, zgarnia cae gry niegw i niby t bia chmur pra w drzewa, a jk lecia po 
lesie, a tak mci, zakrca i bi, e ledwie weszli na zagony, starego ciepn o ziem, a dwiga 
go musiaa, sama ledwie mogc si utrzyma na nogach. 

Wrcili do boru i przykucnwszy za pniami medytowali, ktrdy pj, bo cakiem ju 
nie wiada byo, w jak stron si obrci. 

- T drk na lewo, a wyjdzierny niechybnie do topolowej, przy krzyu. 
- Kiej cakiem nie bacz tej drki. 
Tumaczy dugo, bo si baa puci na niepewne. 
- A miarkujecie aby, w jak stron si wzi? 
- Od lewej rki, widzi mi si. 
Powlekli si wzdu lasu, pobrzeem skrywajc si nieco od naporu wichury. 
- Chodcie prdzej, nocy tylko co patrze. 
- Jeno tego powietrza zapi i let, Hanu, let... 
Juci, nieletko si im byo przebiera, drk cakiem zasypao, a do tego z boku od pl 
wci grzmoci wicher i ciepa nieyc, prno si chronili za drzewa, to przywierali jak te 
zajczki pod jaowcami, wszdzie przewiewao do koci, za gbi straszno byo i, drzewa 
szumiay dziko, cay las si koleba i prawie ziemi zamiata konarami, gazie sieky, po twarzach, 
to czasami z takim trzaskiem paday chojary, i si wydawao, jako cay br runie 
zdruzgotany. 

Biegli te, co ino si i tchu starczyo, aby rychlej dopa drogi i zdy przed noc, ktra 
moga spa leda chwila, bo ju szarzao nieco na polach i wskr skotunionych niegw 
przewijay si lepe smugi, kieby te dymy jeszcze nike. 

Dorwali si wreszcie drogi i padli pod krzyem, ledwie ywi z utrudzenia. 

Krzy sta na skraju lasu, tu przy drodze, broniy go od burz cztery ogromne brzozy w 
biaych gzach, z obwisymi niby warkocze gaziami; na czarnym drzewie by rozkrzyowany 
Chrystus z blachy, pomalowanej w takie kolory, e jak ywy si widzia; snad wiater oderwa 
go, bo wisia tylko na jednej rce, trzaska sob o drzewa i skrzypia zardzewiaym gosem, 
jakby litoci prosi i poratunku. Brzozy targane wichur okryway go cigiem sob, trzsy 
si, przyginay, a niegowe tumany zasypyway kurzaw, e sta cay w mgach, przez 



ktre migotao Jezusowe sine ciao i jego blada, okrwawiona twarz wychylaa si raz po raz z 
bielizn, a si luto robio na sercu. 

Stary spoglda na z przeraeniem, egna si, ale nie mia si odezwa, bo Hanka 
miaa twarz srog, zacit, nierozpoznan, jak ta noc, co ju sza przyczajona wskro wichrw, 
niegw, tumanw - wskr wiata. 

Zdawaa si nic nie widzie, i na nic nie baczy, siedziaa zatopiona w mrocznych myleniach, 
a wci o jednym: o Antkowym przeniewierstwie; tuman si w niej kbi, peen 
okrwawionych wzdychw, jako to Jezusowe ciao na krzyu, peen zakrzepych w ld, a palcych 
ez, peen ywych, a zapiekych w boleci gosw. 

- Wstydu nie ma, Boga si nie boi, to jakby z rodzon matk si sprzg! Jezus! Jezus! 
Zgroza j poderwaa kieby huragan, strach ni zatrzs, a potem zawrzaa gniewem tak 
dzikim i mciwym, jak ten br, co si by przygi naraz i rzuci rozsroony na wichur. 

-Chodmy prdzej, chodmy! - woaa zarzucajc brzemi i przygita pod ciarem wesza 
na drog nie ogldajc si za starym, poganiaa j niezmoona, zawzita zo. 
-Zapac ci za wszystko, zapac! -skowyczaa dziko, kiej te topole nagie, rozkrzyczane, 
zmagajce si z wichur. -Dosy ju tego, a to i kamie ju by si rozpk, gdyby go robak 
taki przewierca! Antek chce, to niech przepada, niech w karczmie przesiaduje, ale swojej 
krzywdy nie daruj, nie, zapac jej za wszystko! Zgnij za to w kreminale, to zgnij, ale ju 
by sprawiedliwoci na wiecie nie byo, eby taka spokojnie chodzia po witej ziemi... przemyliwaa 
srogo, ale z wolna przygasay w niej zocie i blady, kiej te kwiaty na mrozie, 
bo si zaczynao brakowa, ciar j przygniata, ski wpijay si w plecy i chocia przez zapask 
i kaftan, a wgniatay si w ywe miso, ramiona j strasznie bolay, a za ten wze 
pachty, zakrcony w kij, wrzyna si w gardziel i dusi, sza coraz wolniej i ciej. 
Droga bya kopna, zawalona zaspami i otwarta na przestrza la wiatrw, e topole z obu 
stron ledwie byy widne w kurzawie, stay chwiejnym, nieskoczonym szeregiem, szumiay 
rozpacznie targajc si kiej te ptaki popltane we wnykach, bijce na olep skrzydami, rozkrzyczane. 
Wicher jakby ju traci na mocy, przycicha gr, ale natomiast coraz wcieklej 
tarza si na polach, z obu stron drogi, na rwniach, w poszarzaych i mtnych dalach kotowaa 
wci zawieja, tysice wirw zawodzio diabelski tan, tysice kbw zrywao si z ziemi, 
toczyo, narastao, kieby te wielgachne biae wrzeciona furkoczce, tysice kup ogromnych, 
stogw powichrzonych, grobel szo po polach, ruchao si, kbio, w oczach roso, 
podnosio w gr, sigao, zda si, nieba, przysaniao wiat i pkao ze wistem i wrzaw. 
Jakby tym kotem gotujcym si, przepenionym biaym wrztkiem, rozkipionym, okrytym 
osdzielizn i parami lodowymi, widziaa si caa ziemia. 

A zewszd wraz z noc szo tysice gosw, podnosiy si z ziemi, syczay gr, grzmiay 
wszdzie, jakie powisty kieby batami sieky naok, to grania nierozeznane drgay nad ziemi, 
to szumy borw huczay niby ta organowa muzyka w czas Podniesienia, to jakie krzyki, 
dugie, aosne, rozdzieray powietrze, jakby krzyki ptakw zbkanych, jakie skowyczce, 
straszne kania, to chichoty, to te ostre, suche powisty topoli koyszcych si w mtnych, 
biaawych kurzawach, niby straszne majaki z powyciganymi ku niebu ramionami. 

Nic nie rozezna i na krok jeden, e Hanka omackiem prawie si wleka od topoli do topoli, 
odpoczywaa czsto, z przeraeniem nasuchujc tych gosw. 

Pod jak topol czernia przyczajony zajczek, ktren na jej widok rymn w zawiej, e 
go porwaa jakby w pazury, a bek si rozleg bolesny w kurzawie. Patrzaa za nim z politowaniem, 
bo ju rucha si nie moga, przyginaa si coraz niej i ledwie nogi potrafia wyciga 
ze niegu, tak j przygniatao to brzemi, i zdawao si jej chwilami, jako dwiga na sobie 
zim, niegi, wichry, cay wiat zgoa i e zawsze tak sza miertelnie wyczerpana, ledwie 
ywa z utrudzenia, z okrwawion, przesmutn dusz w sobie, i zawsze do koca wiata tak 
wlec si bdzie, zawsze. Strasznie si jej duyo, droga jakby nie miaa koca, a ciar tak 
przygniata, i coraz czciej przywieraa pod drzewami i coraz duej siedziaa omroczona, 



na p przytomna, chodzia niegiem rozpalona twarz, przecieraa oczy, trzewia si, jak 
moga, a wci jakby zapadaa na samo dno tej rozkrzyczanej, lutej rozwiei ywiow. Jeno 
popakiwaa aonie, zy same si lay tryskajc z tych najgbszych, utajonych smutkw 
czowieczych, z samego dna serca rozdartego, z tego skrzybotu gincych bez ratunku, czasem 
za, ale rzadko, bo zapominaa o wszystkim, modlia si, szeptaa pacierze jkliwym gosem, 
wierkaa je w sobie porwanymi sowy kiej ten ptaszek marzncy, ktren tylko kiej niekiej 
zatrzepie skrzydem, a e ju mocy nijakiej nie ma, to przysiada, tuli si, piuka i wraz zapada 
w coraz gbsz senno ! 

Drgaa naraz porywajc si z miejsca wystraszona, zdao si jej bowiem, i syszy jakie 
pakania i przyzywy dzieciskie, jakby to jej Pietru woa! 

I biega znowu ca moc, potykaa si o zway, pltaa w zaspach, a sza gnana trwog o 
dzieci, ktra wstaa w niej z naga i kieby biczem popdzaa, e ju nie czua zmczenia ni 
zimna. 

Z wiatrem dobiego j jakie dzwonienie, brzk orczykw i gosy ludzkie, ale tak rozpade, 
e cho przystana nasuchujc, nie zebraa ni sowa, kto jednak jecha za ni i by coraz 
bliej, a si wyoniy z kurzawy by koskie. 

- Ojcowe! - szepna dojrzawszy bia ysic rebicy i ruszya nie czekajc. 
Nie omylia si, Boryna to powraca ze sdw z Witkiem i Jambroym; jechali z wolna, 
gdy przez zaspy ledwie si byo mona przekopa, a nawet w gorszych miejscach musieli 
kanie przeprowadza za uzdy; snad byli niezgorzej napici, bo rajcowali z przemiechami 
gonymi, a Jambroy czsto podpiewywa po swojemu, nie baczc na zamie. 

Hanka ustpia z drogi, nacigajc chustk barzej na oczy, ale mimo to stary przy wymijaniu 
pozna j zaraz z pierwszego rzutu i przyoy koniom po bacie, by prdzej przejecha, 
szkapy poderway si z miejsca i wnet utkny w nowej zaspie; wtedy obejrza si i wstrzyma 
konie, a gdy si wyonia z kurzawy i zrwnaa z saniami, powiedzia: 

- Zwal drzewo w pkoszki, przysid, podwiez ci. 
Tak bya nawyka do ojcowych przykazw, e spenia wszystko bez wahania. 
- Bylic zabrali Bartek, siedzia ano pod drzewem i paka, jad za nami. 
Nie odrzeka, zapatrzona ponuro w mtw nocy i kurzawy, jaka si sroya dookoa, siedziaa 
skulona na przednim siedzeniu dygoczc z utrudzenia i nie mogc jeszcze myli pozbiera, 
a stary przyglda si jej dugo i uwanie. Zmizerowana bya, e a lito braa patrze 
na jej twarz wychudzon, sin, poodmraan, oczy miaa zapuche od paczw, a usta 
zacite bolenie, trzsa si caa z umczenia i zimna, prno obtulajc w podart chucin. 

- Powinna si ochrania, w takim stanie nietrudno o chorob... 
- A kt to za mnie zrobi? - szepna cicho. 
- Na taki czas wybiera si do boru! 
- Drzewa zbrako, warzy nie byo przy czym zgotowa... 
- Chopaki zdrowe? 
-Pietru chorza bez par niedziel, ale ju tak cakiem wydobrza, e teraz dwa razy tyle 
by jad - odpowiadaa miao budzc si z odrtwienia, odsonia z twarzy chust spozierajc 
mu prosto w oczy bez dawnego lku i zestrachanej pokornoci, stary za wci zagadywa i 
pyta, a zdumiewa si wielce nad jej przemian, nie mg si bowiem doszuka dawnej Hanki. 
Dziwny, mrocy spokj bi od niej, a jaka moc skamieniaa, nieustpliwa widniaa w jej 
zacitych wargach. Nie przeraa j jak dawniej, mwia niby z rwnym a obcym o rnych 
rzeczach nie skarc si ani swkiem, nie alc... Odpowiadaa prosto, do skadu, a gosem 
dziwnie surowym, przecierpianym i przez to jakby staym w chropaw grud utajonych 
bole, jeno w oczach niebieskich, wypakanych tlio si ostre zarzewie czujcej mocno duszy. 
-Odmienia si, widz. 

- Bieda acniej przekuwa czowieka nili kowal elazo. 


Zdumia si nad odpowiedzi, e nie wiedzia, co na to rzec, wic zwrci si do Jambroa 
mwi o sprawie ze dworem, ktr wbrew zapewnieniom wjta przegra i jeszcze koszta 
musia zapaci: 

- Odbier se, com straci, odbier... - mwi spokojnie. 
- Trudno to bdzie, dwr ma dugie rce i wszdzie poradzi si zastawi. 
-I na zastaw jest sposb, na wszystko jest sposb, by ino cierpliwo mie i poczeka 
na por. 
- Wasza prawda, Macieju, ale te zib, no, wartaoby do karczmy na rozgrzewk wstpi. 
-Wstpimy, ma by kwano, niech bdzie kiej ocet. Ale powiadam wam, e ino kowal 
musi ku elazo, pki gorc trzyma, czowiek, jeli chce co wygra, na zimno musi ku dol a 
w cierpliwoci hartowa. 
Dojedali do wsi, mrok si ju by zrobi gsty i wichura przechodzia, kurzyo jeszcze 
galanto po drodze, e domw nie rozpozna, ale z wolna przycichao na wiecie. 
Na wprost drki do chaupy stary wstrzyma konie i gdy wysiada, pomaga jej wzi 
brzemi na plecy, a wreszcie rzek z cicha do niej tylko: 

- A zajrzyj do mnie ktrego dnia, choby jutro. Miarkuj, e musi by z wami krucho, ten 
ajdus przepija wszystko, a ty pewnikiem mrzesz godem z dziemi. 
- Wygnalicie nas, to gdziebym za miaa przyj. 
- Gupia, jensza to rzecz, nie twoja, mwi ci, przyjd, znajdzie si jeszcze i dla was. 
Pocaowaa go w rk i odchodzia bez sowa, tak j uapio rozrzewnienie za grdyk, e 
gosu nie moga wydoby. 

- Przyjdziesz to? - zapyta za ni dziwnie mitko i ciepo. 
- Przyjd. Bg wam zapa, kiej przykazujecie, to przyjd... 
Popdzi konie i zaraz skrca przed karczm, a Hanka ju nie czekajc na ojca, ktren 
akuratnie wysiada z Bartkowych sani, poleciaa do chaupy. 
W izbie byo ciemno i tak zimno, e gorzej si widziao nili na dworze, dzieci spay pokulone 
w ku pod pierzyn, zakrztna si wawo koo warzy i obrzdkw, a wci przemyliwaa 
o tym dziwnym spotkaniu z Boryn. 

-Nie, eby skapia, nie przyjd, daby mi Antek! -wykrzykna ze zoci, ale rwnoczenie 
i inne, bardziej spokojne myli przychodziy, a z nimi i bunt srogi przeciwko mowi. 
Jake, przez kog to wycierpiaa najwicej, jeli nie przez niego! Stary zapisa grunt tej 
wini i wygna ich, prawda, ale Antek go pierwszy pobi i zawsze szczeka na niego, to si i 
ozeli... Mia prawo, kady by to zrobi, grunt jego i dzieciski, ale pki yje, jego wola da 
lub nie. A jak to mitko powiedzia: Przyjd!, o dzieci pyta, o wszystko! Juci, a i p tej 
biedy i poniewierki by nie byo, gdyby si Antek nie sprzg z t suk, temu stary nie winowaty, 
nie! 

Rozmylaa rnie i tumaczya, i coraz bardziej ustpowa z niej gniew do starego. 

Przywlk si i Bylica, tak przemarzy i zmczony srodze, e z dobr godzin rozgrzewa 
si przed kominem, nim zacz opowiada, jako ju by cakiem usta, a moe by i zamrozi 
si na mier pod drzewem, gdyby nie Boryna. 

-Dojrza mnie i chcia bra na sanie, ale gdym mu rzek e przodem posza, ostawi 
mnie Bartkowi, a sam pogna konie, by ci dogoni... 

- Tak byo? Nic mi o tym nie powiedzia. 
- Kwardy on jeno z wierzchu, la niepoznaki. 
Po kolacji, gdy dzieci nakarmione do syta, poobtulane w pierzyny, znowu zasny, Hanka 
siada przed ogniem do przdzenia resztek weny organicinej, a stary wygrzewa si wci, 
spoglda niemiao, chrzka, zbiera odwag, a w kocu zacz jkliwie: 

- Zrb z nim zgod, na Antka si nie ogldaj, a ino siebie i dzieci miej na widoku. 
- acno to powiedzie. 


-Kiedy on pierwszy przystpi do ciebie z dobrym sowem, poniechaj zoci. Tam u niego 
w chaupie pieko... nie dzi, to jutro Jagn wygoni i ostanie sam... Jzka nie poredzi w 
tylem gospodarstwie, stary jeszcze nie jest, ale te wszystkiego nie zrobi ni dojrzy... dobrze, 
by jego ask na ten czas miaa... o to zabiega powinna... Byaby mu pod rk w sposobn 
por... to nie wiada, jak by si stao... moe by przyzwa z powrotem... nie zdzierysz tej 
biedzie, nie... 
Opucia na te sowa wrzeciono, wspara gow o przlic i zadumaa si gboko nad 
swoj dol rozwaajc powoli rady ojcowe. 
A stary przyszykowa sobie spanie i cicho zapyta: 

- Mwi w drodze z tob? 
Opowiedziaa, jak byo. 
-To id, crko, bieyj choby zaraz jutro, staw mu si, kiej przyzywa, bieyj... bacz ino 
na siebie i dzieci... starego si trzymaj... oczami mu wie... dobr mu bd... pokorne ciel 
dwie matki ssie... zoci jeszcze nikto wiata nie zwojowa... Antek jeszcze powrci do ciebie... 
optao go ze i rzuca po wiecie... ale wnet przejrzy i powrci... Pan Jezus podaje ci 
tak godzin, by z biedy wycign... to nikogo nie suchaj, a bieyj... 
Dugo j namawia i przekonywa, a nie doczekawszy si adnej odpowiedzi zmilkn 
pomarkotniay i narzdziwszy sobie spanie leg cicho, Hanka za przda dalej rozmylajc 
nad jego radami. 

Czasem za wygldaa oknem, czy Antek nie wraca, ale nie byo ani sychu. 
Siadaa znowu do roboty, ale nie moga prz dzisiaj, nitka si rwaa, to wrzeciono wypadao 
z palcw, bo coraz pilniej rozwaaa sowa Borynowe. 

- A moe si tak stanie, moe przyjdzie taka godzina, e j przyzwie... 
I z wolna, z wolna, koujca jeszcze, pena waha wstawaa w niej niezmoona ch zgody 
i powrotu do starego. 

- Troje nas cierpi bied, a niezadugo bdzie czworo! Dam to wtedy rad, co? 
Antka ju nie wliczaa, nie braa w rachub w tej chwili, widziaa tylko siebie i dzieci; 
sama si czua gotow do stanowienia za wszystkich. Jake, na kogo si to spuci? Kto to 
pomoe, chyba Bg jeden albo i Boryna! 

Zacza marzy, e niechby si jeno dorwaa z powrotem gospodarstwa, niechby znowu 
poczua ziemi pod nogami, to si tak przypnie do niej, tak weprze ca dusz pazurami, e 
nic j nie oderwie i nie zmoe. Nadzieja w niej rosa wraz z takim nabierem si, a j rozpierao 
we rodku od mocy, nieustpliwoci a odwagi, ognie chodziy po niej, oczy si roziskrzay... 
ju si nawet czua tam, u Borynw, rzdzia wszystkim, gospodyni bya... 

Dugo, moe do samego pnocka tak si rozmarzaa postanawiajc rwnoczenie, e zaraz 
z rana, jak przykazywa, zabierze jeno dzieci i pjdzie do starego, choby Antek nie wiem 
jak zakazywa, choby j nawet skatowa, nie posucha i pjdzie, a tej dobrej okazji nie popuci... 
Moc w sobie poczua niezmoon do walki choby z caym wiatem, nie wahaa si ju 
ni baa niczego! 

Wyjrzaa jeszcze na dwr, wiatr cakiem usta, uspokoio si zupenie, noc bya ciemna, 
e ledwie te niegi szarzay, na niebie kbiy si ogromne chmury i przewalay si kiej wody, 
od borw dalekich czy te z tej ciemnicy nieprzejrzanej szy jakie guche szumy. 

Zgasia wiato i szepczc pacierze zacza si rozbiera. 

Naraz jaki wrzask daleki, przytumiony zadrga w ciszy, rs, rozlega si coraz wyraniej, 
a wraz z nim i blask krwawy uderzy w szyby. 

Wybiega przed dom wystraszona. 

Palio si, gdziesik ze rodka wsi buchay supy ognia, dymw i skier. Dzwon zacz bi 

na trwog i krzyki si wzmagay. 

- Gore! wstawajta, gore! - zakrzyczaa do Stachw, przyodziaa si naprdce i wypada na 
drk, ale zaraz prawie natkna si na Antka biegncego pdem ode wsi. 


- U kogo si pali?... 
- Nie wiem, wracaj do chaupy! 
- Moe to u ojca, bo jako w porodku! - bekotaa w trwodze miertelnej. 
- Wracaj, psiakrew! - rykn porywajc j przez si do izby. 
Okrwawiony by, bez czapki, kouch mia porozrywany, twarz osmolon i dziki, nieprzytomny 
ogie w oczach. 

ROZDZIA 10 

Tego samego dnia, po obrzdkach, a ju o dobrym wieczorze zaczli si schodzi do 
Kbw na on przlicow wieczornic. 

Kbowa sprosia gwnie same starsze kobiety, powinowate swoje albo w kumostwie 
bdce. Przychodziy te w por, jedna za drug, nie zawodzc ni si zbytnio opniajc, bo 
kada kuma rada cigna do drugiej, aby si zgwarzy spoecznie i co nowego posucha. 

Najpierwsza, jak to miaa we zwyczaju, przysza Wachnikowa z kakiem weny w zapasce 
i z wrzecionami zapasowymi pod pach; potem przysza Gobowa, Mateusza matka, 
skrzywiona kiej po occie, z obwizan gb, narzekajca wiecznie i cigiem si skarca na 
wszystko; a po niej, niby ta rozgdakana, odta kwoka, przysza Walentowa; po tej za Sikorzyna, 
chuda kiej mieta, turkot baba i w ssiedzkich swarach najzawzitsza; a po niej wtoczya 
si gruba kiej beczka Poszkowa, czerwona na gbie, spana, zestrojona zawdy, dufna w 
siebie, dworujca nad wszystkie i wyszczekana, jak mao ktra, ale oglnie nie lubiana; tu za 
ni wsuna si cicho, czajco kiej ten koczur, Balcerkowa, sucha, maa, zawida, ponura a 
sielna procesownica, ktra z p wsi za eb si wodzia i co miesic stawaa na sdy; a po 
nich wlaza hardo, cho i nie proszona Kobusowa, Wojtka ona, pleciuch najgorszy i zazdronica 
niepomierna, e strzegli si jej przyjacielstwa kiej ognia. Przysza jeszcze, zasapana i 
zgoniona, Grzeli z krzyw gb kobieta, pijak baba, wykpis i fortelnica, jakich mao, a szkudnik 
w cudzym najgorszy! Przysza i stara Sochowa, ma Kbowego zicia, cicha kobieta, 
pobona wielce i wraz z Dominikow najwicej w kociele przesiadujca; przyszy i drugie 
jeszcze insze, ale ju tak wybrane, o ktrych nie wiada, co rzec, bo podobne sobie kiej te gski 
w stadzie, e nie rozpozna jednej od drugiej, chyba jeno po obleczeniu -a zeszo si razem 
sporo babiego narodu i z czym ktra miaa: to z wen do oprzdu, to ze lnem, to z pa-
kuami, a niektre z szyciem albo z t przygarci pierza do zdarcia, by ino nie da pozoru, 
jako si zeszy po prnicy; na rajcowanie. 

Sadowiy si wielkim koem w porodku izby, pod lamp wiszc u puapu, kiej te krze 
na szerokiej grzdzie, rozrose, dostae i pn jesieni owarzone, bo starsze ju byy a prawie 
jednolatki. 

Kbowa wszystkim zarwno bya rada witajc si z kad cicho, e to sabowaa na piersi 
i gos miaa cedzcy, zadychliwy, Kb za, jako czowiek ludzki, mdry i zgod ze wszystkimi 
trzymajcy, to prawi mie sowa i sam stoki a awy podsuwa... 

Nadesza pniej nieco Jagusia z Jzk i Nastk, a z nimi jeszcze par dziewczyn, za ktrymi 
cigali w pojedynk parobcy. 

Sporo ludu si nabrao, bo i wieczory byy dugie, roboty nie mieli adnej. Zima sza 
sroga i przykre dnie, to cknio si chodzi spa razem z kurami, gdy i tak do witania tyla si 
jeszcze wyspa i wylea, a boki bolay. 

Porozsadzali si, jak mogli, kto na awach, kto na skrzyniach, ktrym za, jak parobkom, 
Kbiaki pieki przynosili ze dwora, a jeszcze miejsca dosy ostawao w izbie, bo dom by 
wielki, cho niski, star mod pobudowany, pono jeszcze przez Kbowego pradziada, e 



rachowali mu ze sto pidziesit rokw z okadem, w ziemi te ju zapada, przygarbi si 
kiej staruch i strzechami potw dotyka, a musieli podporami go wspiera, by si do cna nie 
zwali. 

Gwar si czyni z wolna, bo cicho jeszcze pogadyway midzy sob tylko, wrzeciona jeno 
furkotay i dudniy po pododze, a gdzieniegdzie i kko warczao, ale niewiela, bo nie dowierzay 
zbytnio tym nowomodnym wymysom wolc prz po staremu na przlicach. 

Kbiaki, a czterech byo modziakw, wyrosych jak sosny i ju prawie pod wsem, 
skrcali powrsa przy drzwiach, reszta za parobkw rozwalaa si po ktach kurzc papierosy, 
szczerzc zby i przemiewajc si z dziewczynami, e co troch caa izba si trzsa od 
chichotw; a starsze jeszcze rade dokaday swoje, bych wicej byo do miechw i zabawy. 

Przyszed w kocu i wyczekiwany Rocho, a tu za nim Mateusz. 

- Wieje to jeszcze? - spytaa ktra. 
-Cakiem ustao i ma si na odmian. 
- Od borw co huczy, pewnikiem przyjdzie odelga - dorzuci Kb. 
Rocho siad na uboczy do zastawionej miski, bo u Kbw teraz dzieci naucza, mieszka 
i jada, Mateusz za wita si z niektrymi, nie patrzc nawet na Jagn, jakby jej nie dojrza, 
cho siedziaa w porodku i najpierwsza mu w oczy wpada, umiechna si na to leciutko, 
nieznacznie strujc oczami drzwi wchodowych. 

-A wiao te dzisiaj, e niech rka boska broni! Kobiety na p ywe przywleky si z lasu, 
a pono Hanka z Bylic jeszcze nie powrcia - zagadna Sochowa. 
- Juci, biednym to zawdy wieje w plecy - mrukna Kobusowa. 
-Na co to ano i tej Hance zeszo! -zacza Poszkowa, ale spostrzegszy, e na Jagn 
uderzyy ognie, urwaa prdko zagadujc czym innym. 
- Jagustynki nie byo? - zapyta Rocho. 
- Plotkami ni obmow nie poywi si u nas, to za nic ma tak kompani. 
-Pleciuch baba, tak dzisiaj najurzya u Szymkw, e sotysowa skla si z wjtow, i 
eby nie ludzie, do bicia by przyszo. 
- A bo jej pozwalaj przewodzi. 
-I ustpuj kiej przed czym poczciwym. 
- Nikto si nie znajdzie, eby jej zapaci za te cige swary i kynienia. 
- Przeciech wiedz wszyscy jaka, to czemu szczekaczowi wiar daj. 
- Juci, kto wymiarkuje, kiedy prawd powie, a kiej scygani ! 
- Wszystko jest bez to, e kada rada sucha na drug - zakoczya Poszkowa. 
- Niechby si mnie czepia, nie darowaabym! - wykrzykna Tereska onierka. 
- Hale, jakby o tobie co dnia nie pyskowaa po wsi szepna urgliwie Balcerkowa. 
-Syszelicie, przywtrzcie! -zakrzyczaa rozczerwieniona, bo wiadomym byo, e z 
Mateuszem dobrze si znaa. 
- Przywtrz, nawet prosto do oczw powiem, niech jeno twj z wojska powrci! 
- Wara wam do mnie! ale, bd tu bele co powiada!... 
-Nie drzyj si, kiej ci nikt nie zaczepia -zgromia j surowo Poszkowa, ale Tereska 
dugo nie moga si uspokoi mamroczc cosik z cicha. 

- Byli ju z niedwiedziem? - zagadn Rocho, aby zwrci uwag w inn stron. 
-Ino ich patrze, bo s ju u organistw. 
- Ktre to chodz? 
- A dy te wisielaki Gulbasowe i Filipki chopaki! 
-Id ju, id! - zaczy woa dziewczyny, bo si rozleg przed domem dugi ryk, a po 
nim gosy rnych zwierzt zaczy si rozlega w sieni, to kogut pia, owce beczay; ko 
ra, a przewodzi im ktosik na piszczace, wreszcie drzwi si otwary i przodem wlaz chopak, 
przyodziany w kouch do gry wen, z czap wysok, przysmolony na gbie, e jak 
Cygan si widzia, a cign za sob na dugim powrle onego niedwiedzia, przybranego 


cakiem w grochowiny, z kouszanym bem, z ruchajcymi si uszami z papieru i z ozorem 
czerwonym, moe na okie wywalonym, do rk za mia przywizane kije, okrcone w grochowiny 
i wraone w trepy, e chodzi niby na czworakach, a za nim szed tu drugi wodziciel, 
ze somian pyt i kijem ostrymi kokami najeonym, na ktrych tkwiy kawaki soniny, 
to chleby, to jakie pkate torbeczki wisiay, a dopiero za nimi Micha od organisty na piszczace 
przygrywajcy i caa hurma chopakw z kijami, bijc nimi w podog i pokrzykujc z 
caej mocy. 

Niedwiednik pochwali Boga, zapia potem kiej kokot, zabecza jak baran, zara niby 
ogier rozgrzany i zacz wykrzykiwa: 

-Niedwiedniki my z kraju dalekiego, zza morza szerokiego, z lasu wielgachnego! gdzie 
ludzie do gry nogami chodz, gdzie poty kiebasami grodz, a ogniem si chodz; gdzie 
garnki do soca przystawiaj, winie po wodach pywaj i deszcze gorzak padaj; niedwiedzia 
my srogiego wodzim i po wiecie chodzim! Powiedzieli nam ludzie, e w tej wsi s 
gospodarze bogacze, gospodynie uyczliwe, a dzieuchy pikne, tomy przyli z kraju dalekiego, 
zza dunaju szerokiego, by nas opatrzyli, grzecznie przyjli i na drog co dali. Amen. 
- Pokacie, co umiecie, a moe si la was znajdzie co w komorze - rzek Kb. 
-Pokaemy wraz! Hej! graj, piszczao! tacuj, misiu, tacuj! -zakrzycza kropic go kijem, 
a na to piszczaka wrzasna przebieran nut, chopaki rypnli kijami w podog i nu 
przykrzykiwa, wodziciel udawa rne gosy, a niedwiadek j skaka na czworakach, rucha 
uszami. kapa ozorem, wierzga, za dzieuchami goni, a wodziciel niby go to powstrzymywa, 
a pyt wok pra, co wlazo, i krzyka: 
- Nie znalaza se myny, naci, babo, grochowiny! 
Krzyk si podnis w izbie, wrzaski, rwetes, bieganina, przegony, piski, a taka uciecha 
zapanowaa, a si za boki brali, niedwied za wci baraszkowa, figle stroi, przewala si 
na ziem, rycza, uciesznie skaka, to dziewczyny bra wp tymi drewnianymi kulasami i cign 
w tan, do taktu Michaowej piszczaki, a rzekome niedwiedniki wraz z chopakami tak 
dokazywali, e dziw si chaupa nie rozwalia od tych wrzaskw, gonw i miechw! 

Opatrzya ich suto Kbowa, e wreszcie si wynieli, ale dugo jeszcze sycha byo na 
drodze wrzaski i naszczekiwania psw. 

- Ktry to udawa niedwiedzia? - zapytaa Sochowa, gdy si nieco uspokoio. 
- A Jasiek Przewrotny, nie poznalicie to? 
- Kiej pod tym bem kouszanym nie mogam rozpozna. 
- Moiciewy, do figlw to rozum ma, pokraka jedna zauwaya Kobusowa. 
-Powiadacie, jakby ju Jasiek cakiem by gupi!-bronia go Nastka, Mateusz pomaga 
jej opowiadajc rnoci o nim, jako tylko niemiay jest, ale zgoa niegupi., a tak broni Jakowej 
sprawy, e nikto si nie przeciwi, jeno domylne, przytajone umiechy zaczy lata 
po twarzach. 
Usadzili si znowu na dawne miejsca i pogwarzali wesoo, dziewczyny za z Jzk na 
czele, jako najmielsz, nacisny Rocha pod kominem i nu go molestowa i mili si przed 
nim, by opowiedzia jak histori, jak to u Borynw na jesieni: 

- A pamitasz to, Jzia, com wtedy powiada? 
-I jak! Byo to o tym Burku Panajezusowym! 
- Rzekn wam dzisiaj o krlach, kiejcie ciekawe! 
Przysunli mu stoek pod lamp, rozstpili si nieco, e usiad w porodku, kiej ten stary, 
siwy db na polanie, otoczony pkolem zwartych, pochylonych krzy, i zacz prawi z wolna 
i niegono. 

Cicho ogarna izb, e jeno wrzeciona warkotay, a czasem ogie trzasn na kominie 
albo czyje westchnienie zaszemrao - a Rocho powiada cudeka rne i historie o krlach, o 
wojnach srogich, o grach, gdzie pi wojsko zaklte, czekajc jego zatrbienia, by si zbudzi 
i pa na nieprzyjacioy, i pobi, i ziemi ze zego oczyci; o zamkach wielgachnych, gdzie 



zote izby, gdzie krlewny zaklte w biaych gzach w ksiycowe noce lamentuj i wybawiciela 
czekaj, gdzie w pustych pokojach co noc brzmi muzyka, zabawy id, ludzie si schodz, 
a niech kur zapieje, wszystko zapada i w groby si kadzie; o krajach, gdzie ludzie kiej 
drzewa, gdzie mocarze, co grami rzucaj, gdzie skarby nieprzebrane, przez smoki one piekielne 
strzeone, gdzie ptaki-ary, gdzie Madeje, gdzie kije samobije, a one Lele-Polele, a one 
poudnice, upiory, strachy, czary, dziwnoci ! -a drugie jeszcze, insze a cudne i wprost nie do 
wiary, e wrzeciona z rk leciay, a dusze si niesy w zaczarowane wiaty, oczy gorzay, zy 
cieky z nieopowiedzianej luboci i serca dziw nie wyskoczyy z piersi z utsknienia i podziwu. 


A na kocu opowiada o krlu, ktrego panowie la przemiewiska chopskim krlem 
przezywali, e to by pan ludzki, sprawiedliwy i dobro narodowi caemu czynicy, o jego 
wojnach srogich, tuactwie, przebieraniach si po chopsku, w ktrym chodzi po wsiach, w 
kumostwach si brata, o zem si przewiadywa i krzywdy naprawia, i zoci gasi, a potem, 
by ju by za jedno z chopami, to si oeni z gospodarsk crk spod Krakowa, a Zofia byo 
jej na imi, dzieci z ni mia, na zamek powid krakowski i tam w dugi wiek rzdy sprawowa 
jako ten ociec najlepszy narodu i pierwszy gospodarz! 

Suchali coraz pilniej, nie tracc ani sowa i dech nawet tajc w sobie, bych ino nie przerwa 
tego raca cudownoci. Jagusia za cakiem nie moga prz, opady jej rce, pochylia 
gow i wsparta policzkiem o kdziel, utopia modre, ozawione oczy w Rochowej twarzy, 
ktren si jej widzia jako ten wity z obrazw zeszy, bo i by podobien ze siwego wosa, z 
dugiej biaej brody i z tych oczw bladych, zapatrzonych gdziesik w zawiaty -suchaa go 
ca dusz, ca moc czujcego mocno serca i tak gorco braa w siebie jego powiadania, e 
ledwie moga dycha ze wzruszenia, widziaa wszystko jak ywe i tam sza dusz, gdzie 
wid sowami, a ju najbardziej chwycia j za serce ta historia o krlu i tej gospodarskiej 
crce. Jezus, jak si to jej licznym widziao! 

-I to sam krl tak y z chopami? - zapyta Kb po dugim milczeniu. 
-Sam krl! 
- Jezus, umarabym, gdyby krl do mnie przemwi! - szepna Nastka. 
- Poszabym za nim w cay wiat za to jedno sowo!' 
W cay wiat! -wykrzykna namitnie Jagna, przejta takim mocnym a zapamitaym 
wzruszeniem, e niechby si jawi w ten moment, niechby rzek to sowo, a poszaby, jak staa, 
w t noc, w ten mrz, w cay wiat! 

Opadli wnet Rocha pytaniami, a gdzie to zamki takie, wojska takie, te bogactwa, te moce, 
Iicznoci takie, krle takie, gdzie? 
Wic opowiada smutnie nieco a tak mdrze, wraz prawdy rne i przykazania powiada, 
e jeno wzdychali ciko medytujc i rozwaajc pilnie te urzdzenia na wiecie... 

- Jedno dzisiaj czowiekowe, a jutro w boskiej mocy! - rzek Kb. 
Rocho odpoczywa zmczony, a e za wszystkich dusze ogarnite byy jeszcze onymi 
cudownociami, to zaczli midzy sob cicho zrazu, a potem ju dla wszystkich w gos opowiada, 
co kto wiedzia. 

Jedna co rzeka, po tej druga, to i trzeciej si przypomniao, i czwartej, a kada co nowego 
niesa, e snuy si one gadki jako te nici z kdzieli, jako ta miesiczna powiata, grajca 
farbami na polepych, pomarych wodach, przytajonych w borach -to o topielicy przychodzcej 
nocami karmi godne dziecitko, o upiorach, ktrym musiano w trumnach serca przebija 
osikowymi kokami, by z ludzi krwi nie wypijay, o poudnicach duszcych po miedzach, 
o drzewach gadajcych, o wilkoakach, o zjawach strasznych pnocnych godzin, strachach, 
wisielcach, o czarownicach i pokutujcych duszach, i o takich dziwnych, przeraajcych 
rzeczach, od ktrych suchania wosy si podnosiy, serca zamieray z trwogi, zimny 
dreszcz przenika wszystkich, e milkli naraz ogldajc si trwonie, nasuchujc, bo si wydawao, 
i co chodzi po puapie, e cosik czai si za oknami, e przez szyby krwawi si 



jakie lepia i w ciemnych ktach kbi si nierozpoznane cienie... a niejedna egnaa si 
prdko, pacierz trzepic w cichoci dzwonicymi zbami... ale to rycho przechodzio jak 
cie, gdy chmurka soce nakryje, e potem nie wiada nawet, czy by... i znowu powiadali, 
przdli a motali dalej one gadki nieskoczone, ktrym sam Rocho pilnie si przysuchiwa i 
now histori rzek o koniu... 

-,,Jeden biedny gospodarz piciomorgowy mia konia, ale tak narownego i prniaka jak 
mao, prno mu dogadza, owsem pas, a nie dogodzi, ko robi nie chcia, uprze rwa i 
kopytami bi, e ani dostpi... Pewnego razu zeli si chop srodze; bo obaczy, e z nim 
dobroci nie poradzi, zaoy go do puga i pocz umylnie ora stary ugor, by go przemczy 
i do pokory nagi, ale ko cign nie chcia, spra go wtedy kozic, co wlazo, i przymusi; 
ko robi, jeno e sobie to mia za krzywd i zapamita dobrze, a i wyczeka na por 
sposobn, kiej gospodarz razu jednego schyli si, by mu pta zdj z kulasw, trzasn go 
zadnimi kopytami i na miejscu zabi, a sam w cay wiat pogna na wolno! 

Latem byo mu niezgorzej, w cieniach si wylegiwa i w cudzych zboach wypasa, ale 
skoro nadesza zima, spady niegi, mrz chwyci, paszy brako i zib przejmowa go do koci, 
to popdzi znowu dalej szuka strawy, lecia tak dnie i noce, bo wci bya zima, niegi i 
mrozy, a wilki tu za nim, e mu ju niejeden dobrze bokw pazurami zmaca!... 

Biey, biey, biey, a i wyszed na kraj zimy, w jak k, gdzie ciepo byo, trawy po 
kolana, rdeka bekotay i skrzyy si w socu, cienie chodne chwiay si nad brzegami i 
wiaterek miy przeciga, wpar si wnet w traw i dalej re, bo zgodniay by do cna - ale 
co chyci zbami trawy, to ino ostre kamienie przegryza trawa znikna! Wody chcia popi nie 
byo, ostao jeno bocko mierdzce; pooy si chcia w cieniu -cienie odlatyway, a 
soce aro ywym ogniem! Cay dzie si tak trudzi i na darmo! Chcia ju wrci do borw, 
borw nie byo! Zarao konisko bolenie, odpowiedziay mu jakie konie z dala, powlk 
si za gosem i w kocu dojrza za kami jaki dwr sielny, jakby cay ze reba, szyby 
mia z drogich kamieni, a strzech kieby z nieba nabitego gwiazdami, ludzie tam jakie chudzili. 
Powlk si do nich, bo ju wola nawet pracowa ciko nili z godu marnie gin... 
Przestoja na skwarze dzie cay, bo nikto z uzd do niego nie wyszed, dopiero o wieczornym 
czasie wychodzi ktosik ku niemu, jakby sam gospodarz! Jezus ci to by, on Gospodarz 
Przenajwitszy, on Pan niebieski, i rzecze: 

-Nic tu po tobie, wakoniu i zabijaku, jak bogosawi bd ci, co si teraz przeklinaj, 
ka ci wpuci do stajni. 
- Bi me, tom si broni! 
- Za bicie przede mn sprawa, ale i sprawiedliwo ja w rce trzymam. 
- Takim godny, takim spragniony, takim obolay! - jczao konisko. 
- Rzekem swoje, ruszaj precz, wilkom ci ka jeszcze szczu i pogania... 
To i zawrcio konisko do zimowego kraju, i wleko si o chodzie i godzie, a w wielkim 
strachu, bo wilki, jako te psy Jezusowe, poganiay pilnie straszc go wyciem, a i pewnej nocy 
zwiesnowej stan przed wrtniami swojego gospodarza i zara, by go przyjli z powrotem, 
ale na to wyleciaa wdowa z dziemi, a poznawszy go, cho tak by zbiedzony, nu go 
pra, czym popado, odgania a wyklina za krzywdy, bo bez te mier chopa pobidniaa i w 
wielkiej ndzy ya wraz z dziemi. 

Nawrci do borw, bo ju nie wiedzia, co pocz, opady go zwierzaki, nie broni si 
nawet, zarwno mu ju bya i mier, ale one go ino obmacay i starszy powiedzia: 

-Nie zjemy ci, bo za chudy, skra i gnaty, szkoda pazurw, ale ulitujem si nad tob i 
pomoemy... 
Wziy go midzy siebie i powiedy rankiem na gospodarzowe pole, i zaoyy do puga, 
ktren sta w roli, wdowa nim oraa wraz z krow i dziemi. 

- Poorz tob, podpas, to jesieni powrcim ci wyprz! - powiedziay. 


O dniu nadesza wdowa i poznaa go zaraz, to cho krzykna zrazu, e to cud, i powrci 
i sta ju w pugu, ale rycho aoliwo przypominkw tak j obja, e zacza znowu 
wyklina i bi, co ino wlazo! Robia te w, niego potem, robia, a odbijaa si za krzywd! 
Cae lata tak szo w cikiej, cierzpliwej pracy, bo cho koniskowi skra si odparzaa od 
chomta, ani zara, wiedzia, i cierzpi sprawiedliwie. Dopiero w par rokw, kiej wdowa si 
dorobia nowego chopa i tych morgw, co po ssiedzku szy wpodle, zmika la konia i powiedziaa: 


-Ukrzywdzie nas, ale za twoj spraw Pan Jezus pobogosawi, rodzio si, chop si 
niezgorszy trafi, rolim przykupia, to ci ju z serca odpuszczam. 
I zaraz tej samej nocy, kiej w chaupie chrzciny sprawiali, przyszy Panajezusowe wilki, 
wyprowadziy konia ze stajni i powiedy do niebieskiej zagrody! 
Dziwowali si temu zrzdzeniu boskiemu niepomiernie, zastanawiajc szeroko, jak to 
Pan Jezus zawsze karze zo, a dobre wynagradza i o niczym, choby na ten przykad o koniu 
takim, nie przepomni. 

- Choby i ten robaczek wierccy w cianie, a nie ukryje si przed Jego okiem... 
- Ni nawet najtajniejsze pomylenie, ni ch jaka paskudna - dorzuci Rocho. 
Wzdrygna si na to Jagna, bo i Antek wszed akuratnie, ale mao kto go zauway, cho 
cicho bya, bo pod ten czas opowiadaa Walentowa takie cudnoci o krlewnie zakltej, e 
wrzeciona przestay warcze, wszystkim rce opady, powstrzymywali oddechy i jak uroczeni 
siedzieli wsuchujc si ca dusz. 

I tak si ano przesuwa ten lutowy, zimny wieczr. 

Dusze si wznosiy, pod niebo rosy, a pony jak te smolne szczapy, e jeno szmer 
wzdychw, marze i poda niby te kwietne motyle trzsy si po izbie. 

Osnuwali si w ywy, rozdrgany, mienicy farbami oprzd cudownoci, e cakiem przysoniy 
si oczy na wszystek wiat smutny i szary, i biedny! 

Po polach bdzili ciemnych, przewietlonych widziadami, co jak agwie buchay krwaw 
poog; na one ruczaje szli srebrne, pene piewa nierozeznanych, tajemnych woa, pluskw; 
w bory zaklte, gdzie rycerze, wielkoludy, zamki one; widma straszliwe, smoki piekielnym 
ogniem zionce; po rozstajach stawali strwoeni, gdzie upiory z chichotem przelatyway, 
gdzie potpionych gosem jcz wisielce, a strzygi z nietoperzowymi skrzydami przelatuj; 
bdzili po mogikach za cieniami pokutujcych samobjcw; w pustych rozwalonych 
zamkach i kocioach suchali gosw dziwnych, patrzeli si nieskoczonym korowodom mar 
przeraajcych, w bojach byli, pod wodami, gdzie pice jaskki, popltane w girlandy, budzi 
o kadej wionie Matka Boa i na wiat wypuszcza. 

I nosili si przez nieba i pieka, przez wszystkie strasznoci, przez ciemnice Boego 
gniewu i przez jasnoci aski Jego witej, przez nieopowiedziane krainy cudw i czarw, 
dziww i zachwytw, przez takie wiaty, gdzie jeno dusze czowiekowe bdz jako te ptaki 
polepe od piorunw i byskawic, przez takie miejsca, do ktrych czowiek tylko w godzinie 
cudu albo i we nie zaglda, patrzy olniony, dziwuje si i nie wie sam o sobie, czy jest-li w 
ywych jeszcze! 

Hej! jakby morze powstao waem nieprzeniknionym, waem czarw, skrze i cudownoci, 
e przepada sprzed oczw ziemia caa, izba, luta noc, wiat ten cay peen utrapie i ndz 
wszelkich, i krzywd, i paka, i ale, i czeka -a otwary si oczy na wiat inny, nowy i tak 
cudowny, e adne usta tego nie wypowiedz! 

Baniowy wiat ich otoczy, baniowe ycie objo tczami, baniowe marzenia staway 
si rzeczywistoci-umierali prawie z zachwytw zmartwychwstajc zarazem tam, w tym 
yciu jasnym, wielkim, mocarnym, bujnym a witym, i cudownociami poprzerastanym kieby 
dojrzae zboe wyczk i makami, tam gdzie kade drzewo mwi, kady ruczaj piewa, 
kady ptak jest zaklty, kady kamie ma dusz, kady br jest peen czarw, kada grudka 



ziemi przepojona nieznanymi potgami -gdzie wszystko wielkie, nadludzkie, niewidziane 
yo witym yciem cudw! 

Tam si parli ca potg tsknoty, tam snuli si oczarowani, gdzie wszystko splatao si 
w nierozerwalny a cuch marze i ycia, cudw i pragnie, w czarodziejski korowd wynionego 
istnienia, do ktrego wci, przez ca ndz bytowania ziemskiego rway si im 
strudzone, okaleczae dusze! 

C ta to ycie szare i ndzne, c ta ten dzie zwyky, podobien do patrzenia chorego, 
smutkami kieby mg przysoniony, mrok to jeno, noc smutna i cika, przez ktr chyba dopiero 
w godzin mierci dojrze wasnymi oczami dziwy one. 

Jako to bydl, jarzmem przygite do ziemi, yjesz, czowieku, zabiegasz, turbujesz si, 
by dzie ten przey, a nie pomylisz nawet, co si oklnie dzieje, jakie to kadzielne zapachy 
wion wiatem, od jakich witych otarzy id gosy, jakie utajone cuda s wszdy!... 

Jako ten lepy kamie pod wod gbok yjesz, czowieku... 

W ciemnicy, czowieku, orzesz ywota rol i pacz zasiewasz, ten trud, ten bl... 

I w bocie tarzasz gwiezdn dusz, czowieku, w bocie.. . Opowiadali dalej, wci, a Rocho 
dopomaga chtliwie, sam si dziwowa, sam wzdycha, sam paka, kiej i drudzy pakali... 


A czasem nastpoway dugie, gbokie milczenia, e sycha byo koatanie serc wzruszonych, 
wilgotne blaski oczw wieciy kiej rosa, dray westchnienia podziwu i tsknot, 
dusze si kady do stp Paskich w tym cudw kociele i pieway przepotny hymn dzikczynienia. 
Cichoci pieway wszystkie serca, przepenione czarem, drce, upojone wit 
komuni marzenia -jako ta ziemia dry pawic si w socu wionianym, jako te wody pod 
wieczr w pogodny czas i cichy, e jeno drgnienia po niej si snuj, a tcze, a kolory; jako te 
zboa mode o pierwszym wieczorze majowym, co jeno kolebi si sodko, szemrz przecigle 
a trzs pirkami kieby tym pacierzem dzikczynnym. 

Jagusia za bya jakby wniebowzita, tak czua wszystko gboko, tak braa w siebie i za 
tak prawd miaa, e roso to w niej i stawao przed oczami kiej ywe, e moga wszystko 
powycina z papieru. Dali te jej jakie pozapisywane karty dzieci, ktre Rocho naucza a ona 
nasuchujc opowiada wystrzygaa po kolei czy to strachy, czy krle, czy upiory, czy smoki, 
czy inne rnoci, a tak utrafiaa, e kaden mg pozna od wejrzenia. 

Tyla wystrzygna, e mona byo nimi oblepi ca belk, a jeszcze i pofarbowaa lubryk 
czerwon i niebiesk, jak jej Antek podsun, tak bya zajta suchaniem i robot, e o 
caym wiecie zapomniaa, nie baczya nawet na niego, nie widzc, e si czego niecierpliwi, 
a ukradkiem daje jakie znaki... a nikto drugi te nie spostrzeg tego w zasuchaniu i w tej 
ciszy, jaka panowaa. 

Naraz psy zaczy doszczekiwa zajadle i skowycze w opotkach, a ktry Kbiak na 
dwr wylecia i powiada potem, i chop jaki ucieka sprzed okien. 

Nie zwracali na to uwagi, nie widzc wcale, e pniej, gdy psy zmilky, jaka twarz 
przesuna si za szyb i przepada tak prdko, e tylko jedna z dziewczyn krzykna zalka, 
oczy przecierajc zdumiona. 

- Tam ktosik chodzi pod oknami! - zawoaa. 
- Sycha, jak nieg skrzypi pod nogami! 
- Jakby na cian si skraba! 
Zmartwieli wszyscy nasuchujc, a bojc ruszy si z miejsca, opadli nag trwog. 
- Kto o czym baje, temu si staje! - szepna ze strachem ktra. 
- O zym si powiadao, to moe si i wywoa i wypatruje, kogo by wzi! 
- Jezus Maria ! 
- Wyjrzyjcie no, chopaki, tam nie ma nikogo, psy pewnie baraszkuj po niegu. 
- Hale, kiedym dobrze widziaa za oknem, eb kiej ceber i lepie czerwone! 


-Przywidziao ci si! -zawoa Rocho i e nikt nie chcia wyjrze, sam poszed na dwr, 
by uspokoi wszystkich. j 
-Opowiem wam histori o Matce Boskiej, to wnet szczezn przewidzenia -zagada siadajc 
na dawnym miejscu, uspokoili si nieco, ale raz po raz kto podnosi oczy na okno i 
strachem utajonym dygota. 

-,,Dawno to ju si dziao, dawno, przed wiekami, e jeno o tym w starych ksigach stoi... 
We wsi jednej pod Krakowem y kmie, Kazimierz mu byo na imi, a na przezwisko 
Jastrzb, osiady by z dawna, rodowy i bogacz, cae wki obsiewa, las swj mia, chaup 
kiej dwr i mynek nad strug.. Pan Jezus mu bogosawi, wiedo si wszystko, brogi zawdy 
mia pene, gotowy grosz w skrzyni, dzieci zdrowe i kobiet poczciw; bo dobry by czowiek, 
mdry, wyrozumiay, pokornego serca i sprawiedliwy dla wszelkiego stworzenia. 
Przewodzi gromadzie kiej ojciec, opiekowa si biednymi, sprawiedliwoci broni, podatkami 
nie uciska, a poczciwoci we wszystkim przestrzega pilnie i pierwszy by zawdy do 
pomocy bliniemu i poratunku. 

y te sobie cicho, spokojnie i szczliwie jak u Pana Boga za piecem. 

A razu pewnego krl j skrzykiwa nard na wojn przeciw poganom. 

Zafraswa si wielce Jastrzb, bo al mu byo doma odbiey i rusza na one boje srogie. 

Ale krlewski parobek u drzwi stoja i przynagla! 

Na wielk wojn si miao, Turek ano sprony w kraje polskie wszed, wsie pali, kocioy 
rabowa, ksiy zarzyna, nard tpi lebo w postronkach pdzi do swoich pogaskich 
krajw. 

Trza si byo gotowa i na obron stawa! 

Zbawienie wieczne czeka tego, ktren ochotnie kadzie gow za swoich i wiar wit. 

Zwoa tedy Jastrzb gromad, wybra co tszych parobkw, konie, wozy i wnet ruszyli 
rankiem jako po mszy witej! 

A caa wie odprowadzaa ich z paczem i lamentem a pod figur Czstochowskiej, ktra 
stojaa przy drodze na rozstajach. 

Wojowa rok, wojowa dwa, e w kocu i such wszelki o nim zagin. 

Insze dawno powrcili do domw, a Jastrzbia jak nie byo, tak nie byo, myleli, e ju 
by zabit albo go Turek wzi do niewoli, o czym nawet z cicha jeszcze dziady i wdrowce 
rne powiadali... 

A w kocu trzeciego roku na pierwsz zwiesn powrci, ale sam, bez czeladzi, bez wozw 
i koni, piechty, zbiedzony, zmarnowany, z kosturem jeno kiej dziad... 

Pomodli si gorco przed Matk Bo, e mu pozwolili jeszcze swojej ziemie, i spiesznie 
ruszy do wsi... 

Nikt go nie wita, nikt nie poznawa, e psom si ano musia ogania. 

Przychodzi przed swj dom, przeciera oczy, egna si, a pozna nie moe... Jezus Maria! 
Gumien nie ma, stajen nie ma, sadw nie ma, potw nawet nie ma, z lewentarza ni ladu... a 
z chaupy ino zrby spalone... dzieci nie ma... pusto... straszno... jeno ona schorowana wywleka 
si z barogu na jego spotkanie i gorzkimi zami zapakaa! 

Kieby piorun w niego trzasn! 

Oto kiedy on wojowa i nieprzyjacioy Paskie gromi, przyszed do chaupy mr i pobi 
mu wszystkie dzieci... pierun spali... wilki wydusiy stada... li ludzie rozgrabili... ssiady 
zabray ziemi... susze wypaliy zboa... grady wytuky reszt... e nie ostao nic, ziemia jeno 
a niebo. 

Siedzia na progu kiej zmartwiay, a na odwieczerzu, kiedy przedzwaniali na Anio Paski, 
zerwa si nagle i j strasznym gosem wyklina i pomstowa! 
Prno go ona wstrzymywaa, prno u ng mu si wleka bagajcy, przeklina i przeklina, 
e na darmo krew swoj la za Pask spraw, na darmo broni kociow, na darmo 



rany ponosi, gd cierpia, na darmo poczciwym by i pobonym; na darmo. - Pan Bg i .tak 
go opuci i na zatracenie skaza! 

Strasznie bluni przeciw boskiemu imieniowi a krzycza, e ju chyba zemu si cay 
odda, bo on jeden ludzi w biedzie nie opuszcza. 

Juci, e na takie przyzwy wnet si zy jawi przed nim. 

Jastrzb si ju nie pomiarkowa w tej zoci, a ino zawoa: 

- Pomagaj, diable, jeli moesz, bo mi si wielka krzywda staa. 
Gupi, nie pomiarkowa, e Pan Jezus chcia go dowiadczy i wyprbowa. 
- Pomog, a oddasz dusz? - zaskrzecza zy. 
- Dam, choby i zaraz! 
Napisali cyrograf, ktren chop krwi ze serdecznego palca podpisa. 
I ju od tego dnia zaczo mu si wszystko wie, sam mao co robi, a ino doglda i rzdzi, 
Michaek, bo tak si kaza zy przezywa, robi za niego, a drugie diaby poprzebierane 
za parobkw, to za Miemcw, pomagay, e w krtkim czasie gospodarstwo byo jeszcze lepsze, 
wiksze i bogatsze nili przdzi. 

Ino dzieci nie byo nowych, bo jake bez bogosawiestwa boskiego mogy by! 

Gryz si tym Jastrzb srodze, a po nocach czasami rozmyla, jak to przyjdzie gorze w 
tym piekle wiecznym, i nie cieszyy go ni bogactwa, ni nic... A musia mu Michaek jawi 
przed oczy, jako wszystkie bogacze, panowie, kupy diabom si za ywota zaprzedali, a aden 
z nich si nie turbuje ni rozmyla, co tam bdzie po mierci, a jeno si wesel i wszystkiego 
uywaj do syta! 

Uspokaja si potem Jastrzb i jeszcze barzej przeciwko Bogu sroy, e a sam krzy 
pod lasem zrba, obrazy z domu powyrzuca i do figury Czstochowskiej si bra, by j roznie, 
i mu to do orki przeszkadzaa, ledwie go od tego kobieta odwieda skamleniem i probami. 


I tak roki pyny za rokami jako ta woda bystra, bogactwa rosy niepomiernie, a z nimi 
take znaczenie, i nawet sam krl zajeda do niego, na dwr zaprasza i midzy swoich 
komornikw sadza. 

Puszy si tym Jastrzb, wynosi nad drugie, biedot pomiata, wszelkiej poczciwoci si 
wyzby, e, ju za nic mia wiat cay. 

Gupi! nie baczy, czym przyjdzie zapaci za to... 

A w kocu i przysza godzina porachunku. Panu Jezusowi ju zbrako cierpliwoci i pobaania 
la zatwardziaego grzesznika... 

Nadszed czas sdu i kary. 

Najpierw zwaliy si na niego cikie choroby i nie popuszczay ni na to oczymgnienie. 

Potem lewentarze pady na mr. 

Potem piorun spali wszelkie zabudowania. 

Potem grady wybiy zboa. 

Potem czelad go odbiega. 

Potem za przyszy takie susze, e wszystko spalio si na popi, drzewa poschy, wody 
wyschy, ziemia popkaa. 

Potem opucili go cakiem ludzie i bieda siada na progu. 

A on chorza ciko, ciao mu kawaami odpadao, koci prchniay. 

Na darmo skamla o poratunek Michaka i jego diablich kamratw: nawet zy nie poradzi, 

kiej nad kim zawinie rka Boego gniewu! 
A i diabli nie stali ju o niego: ich by, to aby prdzej skona, dmuchali mu w one rany 
straszne, bych si barzej jtrzyy. 
Jedno zmiowanie Paskie mogo go tylko wybawi! 



Jako pn jesieni przysza jedna noc tak wiejna, e wicher zerwa dach z chaupy i 
powyrywa wszystkie drzwi i okna, wraz za zleciaa si caa hurma diabw i nu tacowa 
koo wgw, a cisn si z widami do rodka, bo Jastrzb ju by na skonaniu... 

Kobieta bronia go, jak moga, obrazem witym osaniajc, to kred powicon znaczc 
progi a okna, ale ju ustawaa z wielkiej turbacji, by nie pomar bez Sakramentw i pojednania 
z Bogiem; to chocia zakazywa, tak by jeszcze w tej ostatniej godzinie zatwardziay, 
chocia ze przeszkadzao, upatrzya por i poleciaa na plebani. 

Ale ksidz szykowa si gdziesik do drogi, a do bezbonika i nie chcia. 

-Co Pan Bg opuci, diabli zabra musz, nic tam ju po mnie... - i pojecha na karty do 
dworu. 
Zapakaa gorzko z frasunku, przyklka przed on figur Czstochowskiej i tym szlochem 
krwawym, tym srzybotem serdecznym skamlaa o zmiowanie. 
Ulitowaa si nad ni Panienka wita i przemwia: 

- Nie pacz, kobieto, wysuchane s twoje proby... 
I schodzi do niej z otarza, jak staa, w koronie zotej, w onym paszczu modrym, zasianym 
gwiazdami, z racem u pasa... janiejca dobrotliwoci... Przenajwitsza i gwiedzie 
zarannej podobna... Kobieta pada przed Ni na twarz. 

Podniosa j witymi rczkami, otara te zy aoliwe, przytulia do serca i powiada 
tkliwie: 

- Prowad do chaupy, moe ci co poredz, suebnico wierna. 
Obejrzaa chorego i zafrasowao si wielce serce miociwe. 
-Bez ksidza si nie obejdzie, kobiet jeno jestem i takiej mocy nie mam, jak Jezus da 
ksiom! ajdus on jest, o nard nie dba, zgoa zy pasterz, odpowie za to srogo, ale on jeden 
ma moc rozgrzeszania... Sama pjd po tego kostyr do dworu... Naci raniec, bro nim 
grzesznika, pki nie przyjd. 
Ale jak tu byo i?... noc ciemna, wiater, deszcz, bocko, kawa drogi, a do tego diabli 
wszdzie psocili. 

Nie ulka si niczego Pani Niebieska, nie! Przyodziaa si jeno od pluchy w pacht i posza 
w t ciemnic... 

Dosza do dworu umczona srodze i przemoka do nitki; zapukaa proszc pokornie, bych 
ksidz szed pilno do chorego, ale on, dojrzawszy, i to jaka biedota i taki psi czas na dworze, 
kaza powiedzie, e rano przyjedzie, teraz nie ma czasu i gra dalej, pi i baraszkowa z 
panami. 

Matka Boa jeno westchna bolenie nad jego niepoczciwoci, to sprawiajc, e zaraz 
zjawia si zota kareta, cugi, lokaje, przeodziaa si na pani starocin i wesza na pokoje. 

Juci, e ksidz zaraz pojecha chtliwie i w te pdy. 

Przyjechali jeszcze na czas, ale ju mier siedziaa na progu, a diabli przez moc dobywali 
si do chopa, by go porwa ywcem, nim ksidz nadjedzie z Panem Jezusem; tyle e 
bronia go kobieta racem, to obrazem drzwi przytykajc, to pacierzem, to tym Imieniem 
Paskim. 

Wyspowiada si Jastrzb, za grzechy aowa, Boga przeprasza, rozgrzeszenie dosta i 
zaraz w ten moment Bogu ducha odda. Sama Najwitsza zamkna mu oczy, pobogosawia 
kobiet i powiada do struchlaego ksidza: 

- Pdzi za mn!... 
Nie mg si jeszcze pomiarkowa, ale poszed, rozglda si przed chaup, a tu ani karety, 
ni lokajw, jeno deszcz, boto, ciemnica i mier, idca za nim trop w trop... Ulk si 
wielce i daleje gna za Panienk ku kapliczce ! 

Patrzy, a tu Ona ju w paszczu i koronie, otoczona chrami anielskimi, wstpuje na otarz, 
na dawne miejsce. 



Pozna ci wtedy Krlow Niebiesk, strach go wzi, pad na kolana, rykn paczem i 
wycign rce o zmiowanie. 

A Panienka wita spojrzaa na gniewnie i rzeka: 

Wieki tak cae poklczysz za grzechy, popaczesz, nim odpokutujesz... 

W kamie si wnet obrci i tak ju osta, nocami jeno pacze, rce wycignite trzyma, 
zmiowania czeka i ju od wiek wiekw tak klczy. 

Amen! 

Do dzisiaj oglda mona on figur w Dbrowie pod Przedborzem: pod kocioem stoi 
ku wiecznej pamitliwoci i ostrzeeniu grzesznikw, jako kara za ze nikogo nie minie. 

Dugie a gbokie milczenie pado na wszystkich, kaden rozwaa syszane i kaden peen 
by witej cichoci, podziwu, dobrotliwoci i lku. 

Co tu rzec w tak por, kiej si dusza czowiekowa rozpry jako to elazo w ogniu, nabrzmieje 
czuciem i jasnoci, e jeno j tkn, a gotowa gwiezdnym deszczem rozprysn i 
tcz si rozsnu midzy ziemi a niebem. 

To trwali w cichoci, pki ostatnie zarzewia nie zaczy w nich przygasa. 

Mateusz wycign flecik i j na nim przebiera i cign z cicha t nut rzewliw a 
mienic, jakoby kto rosy su po owych pajczynach, a Sochowa zapiewaa Pod Twoj 
obron. Przywtarzali jej z cicha. 

A potem za z wolna zaczli pogadywa o tym i owym, jak zwyczajnie. 

Md zacza midzy sob si przemiewa, bo Tereska onierka zadawaa parobkom 
zagadki ucieszne, e za ktosik powiedzia, jako Boryna powrci ju ze sdw i pije teraz w 
karczmie ze swoj kompani, Jagusia zawina si cicho i wysza nie woajc nawet Jzki, a 
za ni Antek wysun si te ukradkiem, dopad jeszcze w sieni u proga, uj mocno za rk i 
powid do innych drzwi na podwrze, a stamtd przez sad do stodoy. 

Prawie nie zauwaono ich wyjcia, bo Tereska w gos woaa: 

- Przez ciaa, przez duszy, a pod pierzyn si ruszy. .co to jest? 
- Chleb, chleb, kady wie! - woali skupiajc si koo niej. 
- Albo to: Goni si gocie po lipowym mocie... 
- Przetak i groch! 
- Kade dziecko o takich zagadkach wie. 
- To mwcie drugie, mdrzejsze! 
- W koszuli si na wiat rodzi, 
A po wiecie nago chodzi. 
Dugo zgadywali, a dopiero Mateusz powiedzia, e to ser, i sam zada tak zagadk: 
- Lipowe drzewo wesoo piwa, 
A ko na baranie ogonem kiwa. 
Z trudem si domylili, i to ma znaczy skrzypce. 
Tereska za powiedziaa jeszcze trudniejsz: 
- Bez ng, bez rk, bez gowy i brzucha, 
A kaj si obrci, wszdy se dmucha! 
Wiater to miao znaczy; zaczli si o to swarzy, przemiewa i coraz ucieszniejsze zagadki 
powiada, a si izba roztrzsa gwarem i wesooci. 
I jeszcze dugo w noc tak si spoecznie zabawiali. 



ROZDZIA 11 


...Wpadli do sadu, chykiem przesunli si pod obwisymi gaziami i prdko, trwonie, 
niby sposzone jelonki, wybiegli za stodoy, w omroczae niegi, w noc bezgwiezdn i w niezgbion 
cicho pl przemarzych. 

Przepadli w nocy; zgina wie, umilka nagle wrzawa ludzka, porway si nawet najsabsze 
odgosy ycia, e zapomnieli wnet o wszystkim i ujwszy si wp, przywarli mocno do 
siebie biedro w biedro, przychyleni nieco, radoni a strwoeni, milczcy a peni rozpiewania, 
lecieli ze wszystkich si w cay ten wiat, modroci sin zasnuty i milczeniem. 

- Jagu ! 
- Co? 
- Jeste to? 
- Zaby nie!... 
Tyle jeno rzekli, czasami przystajc, aby odetchn. 
Zapierao im gosy trwone bicie serc i potny krzyk radoci przytajonej; zagldali w 
siebie co chwila, oczy przewiecay si nawzajem, niby upalne, nieme byskawice, a usta spaday 
na si z piorunow moc i z takim godnym, poerajcym ogniem, e zataczali si z 
upojenia, tchu brakowao, dziw serca nie rozpky; ziemia usuwaa si spod ng, lecieli jakoby 
w ognist przepa i rozgldajc si lepymi od arw oczyma, zrywali si wnet z miejsca 
i znowu biegli, ani wiedzc dokd i kdy, byle dalej, choby w sam najgbsz noc, a tam, 
w te zwite kotuny cieniw... 

Jeszcze staje... jeszcze dwa... dalej... gbiej... a wszystko zgino z oczu, i wiat cay, i 
sama pami o nim, a przepadli cakiem w zapamitaniu, jakoby we nie nieprzypomnianym, 
a jeno przez dusze wiedzianym, jakoby w tym nie cudownym, nionym na jawie tam, 
w Kbowej izbie, przed chwil zaledwie, e tonli jeszcze w wietlistej smudze cichych, mistycznych 
powiada, e jeszcze peni byli dziww i zjaw onych, e jeszcze te przenione baniowe 
moce otrzsay na ich dusze cudowny okwiat oczarowa, trwg witych, zdumie 
najgbszych, uniesie i nieutulonych tsknic! 

Byli spowici jeszcze w czarodziejsk tcz cudw i marze, e pynli jakby z korowodem 
tych dziww, wywoanych przed chwil, przez baniowe kraje szli, na wskr tych scen 
nadludzkich, wszystkich stawa, wszystkich cudw, przez najgbsze krgi zdumie i oczarowa. 
Jawy koysay si w cieniach, po niebie bdziy, wyrastay z kadym spojrzeniem 
oczu, przez serca pyny, a chwilami przytajali oddechy, zamierali z trwogi i przywarci do 
siebie, oniemieli, zalkli, wpatrywali si w bezdenn, skbion gb marzenia, a rozkwitay 
im dusze w kwiat zdumie, w przewity kwiat wiary i modlitewnych uniesie, e padali na 
samo dno podziwu i niepamici. 

A potem, powracajc do przytomnoci, dugo bdzili oczyma zdumionymi po nocy, nie 
wiedzc dobrze, zali s jeszcze midzy ywe, zali w nich si staway te cuda, zali nie sen to 
wszystko, nie omanienie!... 

- Nie bojasz si, Jagu, co? 
-Dy bym za tob posza w cay wiat na mier! - szepna z moc, tulc si do niego 
zapamitale... 
- Czekaa to na mnie? - zapyta po chwili. 
-Jake! Kto ino w sienie wszed, to a me podrywao... po tom przeciech jeno posza do 
Kbw... po to... mylaach, e si nie doczekam... 
- A kiej wszedem, to udaa, e mnie nie widzisz... 
-Gupi... miaam patrze, eby co pomiarkowali! Ale m tak w doku cisno, e dziw 
nie spadam ze stoka... aem wode pia na strzewienie... 
-Najmilejsza moja!... 



-Siedziae z tyu, czuam, ale bojaam si popatrze na ciebie, bojaam si zagada... a 
serce to mi si tak tuko, tak koatao, e ludzie musieli sysze... Jezus! o maom nie krzykaa 
z kuntentnoci!... 
- Miarkowaem, e ci u Kbw zastan i razem wyjdziemy... 
- Do dom chciaam biey, a zniewolie... 
- Nie chciaa to, Jagu, co?... 
- Hale... nieraz mylaam, by si tak stao... nieraz... 
- Mylaa tak! Mylaa - szepta namitnie. 
- Zaby nie, Janto! a cigiem, cigiem... Tam za przeazem niedobrze... 
- Prawda... tutaj nikto nas nie sposzy... Sami jestemy... 
-Sami!... i taka ciemnica... i... -szeptaa rzucajc mu si na szyj i obejmujc go ze 
wszystkiej mocy szau i mioci... 
Nie wiao ju na polach, jeno czasami wiater przegarnia mikkim powiewem i kieby tymi 
pieszczcymi szeptami przechadza rozpalone twarze. Nie byo gwiazd jarzcych ni ksiyca, 
niebo wisiao nisko, skbione brudnymi i poszarpanymi runami chmur, kieby to stado 
wow burych zalego puste i nagie ugory, a dale majaczyy jakoby przez szare, rozwleczone 
dymy, e wiat cay zda si utkany z mgie, drgajcej wszdy ciemnoci i wzburzonego mtu. 

Gboki, niepokojcy, a ledwie odczuty szmer drga w powietrzu, pyn jakby od borw 
zatopionych w nocy albo od chmur, z tych dzikich rozpadlin, z ktrych raz po raz wyfruway 
stada biaych obokw, uciekajcych chyo, kieby klucze wiosennego ptactwa gonione przez 
jastrzbie. 

Noc bya ciemna i bolenie wzburzona, gucha, a pena dziwnego ruchu, pena lku, niepochwytnych 
drga, trwonych szmerw, przyczajonych zjaw i nagych stawa rzeczy niewytumaczonych 
a przeraajcych; czasami z naga spod zwaw ciemnicy wybyskiway 
widmowe bladoci niegw, to jakie lodowe, wilgotnawe, ropice brzaski pezay w wowych 
skrtach wskro cieniw, to znowu noc jakby zawieraa powieki, mroki spaday czarn, 
nieprzeniknion ulew i wiat cay przepada, e oczy, nie mogc si uchwyci niczego, zsuway 
si bezsilnie w sam gb przeraenia i dusza drtwiaa, przywalona guch martwot 
grobu, a chwilami rozdzieray si przysony cieniw, pkay jakby gromem rozprute i przez 
straszliwe rozpadliny chmur wida byo w gbokociach granatowe, pola ugwiedonego, 
cichego nieba. 

To znowu z pl czy od chaup, z nieba czy z zatopionych dali, nie wiada zgoa skd, 
drgay rozpryse, pezajce jakby gosy, jakby blaski, jakby echa jakie zgubione, widma 
dwikw i rzeczy dawno pomarych a bdzcych po wiecie pyny aosnym korowodem i 
giny nie wiadomo gdzie, jak te pomare wiatoci gwiezdne. 

Ale oni olepli na wszystko, burza si w nich zerwaa i rosa wzmagajc si co mgnienie, 
przewalaa si z serca do serca potokiem palcych a niewypowiedzianych dz, byskawicowych 
spojrze, bolesnych dre, niepokojw nagych, caunkw parzcych, sw spltanych, 
bezadnych a olniewajcych niby dzikie mioty piorunw, oniemie miertelnych, tkliwoci, a 
takiego czaru zarazem, e dusili si w uciskach, rozgniatali do blu, darli si wprost pazurami, 
jakby chcc wyrwa z siebie wntrznoci i skpa si w rozkoszach mki, a przesonione 
bielmami oczy nie widziay ju nic, nawet samych siebie. 

I porwani miosn wichur, olepli na wszystko, oszaleli, wyzbyci z pamici stopieni z 
sob jako dwie agwie ponce, nieli si w t noc nieprzejrzan, w pustk i guch samotno, 
by oddawa si sobie na mier, do dna dusz, poeranych wieczystym godem trwania... 

Nie mogli ju mwi, tylko nieprzytomne krzyki rway si im gdziesik a z samych trzewiw, 
tylko szepty zduszone, porwane a strzeliste jak wytryski ognia, sowa bdne i opite 
szaem, spojrzenia rce do szpiku, spojrzenia struchlae obkaniem, spojrzenia huraganw 
walcych na siebie, a przej ich taki straszny dygot dzy e zwarli si z dzikim skowytem i 
padli... nieprzytomni zgoa. . . 



wiat si wszystek zakoowa i run wraz z nimi w ogniste przepacie... 

- Ju me rozum odchodzi!... 
- Nie krzycz... cicho, Jagu... 
- Kiej musz... wciekn si abo co! 
- Dziw mi serce nie rozpknie! 
- Spal si... loboga, pu... daj odzipn... 
- O Jezu... bo zamr... o Jezu!... 
- We wiecie jedyna... 
- Janto! Janto!... 
...Jako te soki, ywice skryto pod ziemi, budz si o wionie kadej, rozpraj niemierteln 
dz, pr do si przez zway wiata, z kracw ziemi pyn, niebami kouj, a si 
odnajd, przepadn w sobie i w witej tajemnicy poczn, bych si potem sta zdumionym 
oczom: wionian por albo kwiatem, dusz czowiecz lebo poszumem drzewin zielonych... 

Tak ci i oni parli do siebie przez dugie tsknice, przez dnie udrki, przez szare, dugie, 
puste dnie, a si odnaleli i z jednakim, niezmoonym krzykiem poda padali sobie w ramiona 
zwierajc si tak potnie jako te sosny, gdy je burza wyrwie i zdruzgotane rzuci na 
siebie, e obejmuj si rozpacznie, moc wszystk i w miertelnym zmaganiu kolebi si, 
szamoc, chwiej, nim spoem w lut mier upadn... 

A osaniaa ich noc i oprzda, bych si stao, co przeznaczone... 

Kuropatwy zaczy si skrzykiwa gdzie w ciemnociach, a tak blisko, e sycha byo 
idce cae stado; rozlega si szybki szelest, jakby skrzyde podnoszonych do lotu i bijcych o 
niegi, to oddzielne, cierpkie gosy rozdzieray cisz, a od wsi, snad niedalekiej, zryway si 

przyduszone, a mocne piania kogutw. 

- Pno ju... - szepna trwonie. 
- Jeszcze daleko do pnocka, piej ano na odmian. 
- Odwilga bdzie. 
- Juci, nieg zamik. 
Zajce gdziesik blisko jakby za kamionk, pod ktr siedzieli, zaczy becze, przegania 
si i gzi kieby na weselisku, a ca gromad przeleciay obok nich, e odskoczyli z przeraeniem. 


Parz si juchy i tak lepn, e na czowieka nie bacz. Na zwiesn idzie. 

- Mylaam, e jaki zwierz dziki... 
- Cicho no, przykucnij! - szepn zalkym gosem. 
Przywarli do kamionki w milczeniu. Z rozbielonej niegowymi brzaskami ciemnoci jy 
si wynurza jakie cienie dugie i pezajce... posuway si wolno... chykiem, to znikay 
cakiem, jakby si pod ziemi zapady, e ino oczy wieciy kieby te witojaskie robaczki w 
gstwinie; byy moe o p staja zaledwie od nich, przewleky si wnet i cakiem zginy w 
ciemnicy, a nagle rozleg si krtki, bolesny, miertelny bek zajczy, potem ostry tupot, 
wrzawa charcze, kotowanina jaka przeraajca, chrupot miadonych koci, grony warkot 
i znowu milczenie gbokie a niepokojce zalego dookoa. 

-Wilki ozdary zajczka. 

- Od wiatru siedzim, to i nie zwchay. 
- Bojam si... chodmy ju... zib mnie przejmuje... - wstrzsna si. 
Ogarn j sob i rozgrzewa takimi caunkami, a oboje wnet zabaczyli o caym wiecie, 
objli si krzepko w pas i poszli jak drk, ktra si im sama nawina pod nogi; szli koyszc 
si ciko ruchem drzew, pokrytych nadmiarem kwiatw i kolebicych si cicho w 
pszczelnym brzku... 



Milczeli, a jeno szmer pocaunkw, wzdychw, namitne pokrzyki, guchy warkot upoje, 
radosne bicie serc okryy, ich jakoby drgajcym arem pl wionianych: byli jako te 
okwiecone wiosn rozogi, zatopione w wietlistym pobrzku radoci; bo tak samo rozkwitay 
im oczy, tak samo dyszeli upalnym tchnieniem pl rozpraonych w sonecznej poodze, 
dreniem traw rosncych, drganiem i pobyskiem strumieni, stumionym krzykiem ptakw; 
serca ttniay w jedno z t ziemi wit, a spojrzenia paday kieby ten ciki, rodny okwiat 
jabonkowy, a sowa ciche, rzadkie, wane wytryskiway z samego rdzenia duszy, niby 
olniewajce pdy drzew w majowe wity, a oddechy byy jako te wiewy pieszczce mod 
ru, a dusze jako ten dzie wioniany, rozsoneczniony, jako te zboa w sup idce, pene 
skowronkowych wiergotw, blaskw, poszumw, lnicej zieleni i niezmoonej radoci istnienia... 


To milkli z naga i przystawali zapadajc w ciemnociach jakiego przepadania, jak kiedy 
chmura przysoni soce i wiat cichnie, omroczy si i w aoci a lku przepada na mgnienie... 


Ale wnet podnosili si z oniemie, rado buchaa w nich poarem, weselny ton rozbrzmiewa 
w duszach, uskrzydla moc takiego szczcia i tak. rwa do podniebnego lotu, e 
ni wiedzc wybuchali namitnym, nieprzytomnym zgoa piewem... 

Koysali si w takt gosw, co zday si bi tczowymi skrzydami i gwiezdnym, rozpalonym 
wytryskiem dwikw rozsypyway si w noc zmartwia i pust. 

Nie wiedzieli ju nic, szli przywarci do si a bezwolni, zgubieni w sobie a niepamitliwi, 
pijani jeno t nadludzk moc czucia, co ich niesa w nadwiaty i rwaa si pieni bezadn, 
spltan, bez sw prawie. 

...Pie dzika i wzburzona pyna rwicym potokiem z serc wezbranych i bia we wiat 
wszystek zwyciskim krzykiem mioci... 

...I jako krzew ogrnisty pona w chaosie mrokw i nocnego mtu... 

...To bya chwilami jakby cikim, druzgoccym warkotern wd, zrywajcych lodowe 
okowy... 

...Ledwie dosyszalnym, brzkliwym a sodkim poszumem dzwonia, niby fala zb koyszcych 
si w socu... 

...Pkay zote acuchy brzemie, rozsypyway si na wiatr i ordzawiae wleky si ciko 
po zagonach, e byy jeno krzykami nocy, czasem szlochem bezsilnym, woaniem sierocym, 
gosem zaguby i lku... 

...I w grobowej cichoci umieray. 

Ale po chwili jak ptaki wystraszone zryway si kur socu szalonym lotem, serca nabrzmieway 
tak potg wzlotu i zagubienia si we wszystkim, e wybuchali olepiajcym 
hymnem uniesienia, modlitewn pieni ziemi caej, niemiertelnym krzykiem istnienia. 

- Jagu ! - szepn zdumiony m gosem, jakby spostrzegajc j przy sobie. 
- Dy to ja! - odpara jako zawo i cicho. 
Znaleli si na drce, biegncej wzdu wsi za stodoami, ale ju po Borynowej stronie. 
Naraz Jagna zacza paka. 
Co ci to? 
Abo to wiem?... a tak mi cosik sparo, e si same zy lej. 
Zafrasowa si wielce, przysiedli pod jak stodo na wystajcych wgach, przygarn 
j mocno i otoczy ramionami, e kieby dziecitko przywara mu do piersi, zapatrzya si 
gdziesik w siebie, a zy skapyway jej z oczu jak ta rosa z kwiatw; obciera je doni, to rkawem, 
ale wci pyny 

Boisz si?... 

Zaby czego! jeno taka cicho we mnie ronie, kieby mier przy mnie stojaa, a tak 
mnie cosik podrywa, tak ponosi, e tego nieba bym si uwiesia i z tymi chmurami poniesa 
we wiat. 



Nie odrzek, zamilkli oboje; przymroczao w nich nagle, jaki cie pad na dusze i zmci 
jasne tonie, i przenikn dziwnie bolesn tskliwoci, e jeszcze barzej rwali si do siebie, 
barzej szukali w sobie ostoi jakiej, barzej przepierali przez si w jaki upragniony wiat... 

Wiatr zawia, drzewa zakoysay si trwonie, osypujce ich mokrym niegiem; chmury 
skbione, cikie zaczy si nagle rozpada i ucieka w rne strony, a cichy, rozedrgany 
jk powia po niegach. 

- Trza biey do dom, pno ju - szepna unoszc si nieco. 
- Nie bj si, jeszcze spa nie pi, sycha gosy na drodze, pewnikiem rozchodz si od 
Kbw. 

Cebratki zostawiam przy dojeniu, jeszcze se kulasy krowy poami. 

Ucichli, bo jakie gosy rozlegy si bliej i przeszy; ale gdzie z boku, jakby na tej samej 
drce, zaskrzypia nieg i jaki cie wysoki zamajaczy tak wyranie, e zerwali si na 
rwne nogi. 

Ktosik tam jest... przyczai si jeno pod potem. 

Uwidziao ci si... czasem za chmur takie cienie id. 

Dugo nasuchiwali rozpatrujc ciemnoci. 

Chodmy do broga, tam bdzie ciszej! - szepn gorco. 

Ogldali si trwonie co chwila, przystajc z zapartym tchem i nasuchujc, ale cicho 
byo naok i martwo; podeszli wic chykiem, ostronie do broga i wsunli si w gboki 
otwr, czerniejcy tu nad ziemi. 

Pociemniao znowu na wiecie, chmury si zawary w gszcz nieprzeniknion, blade 
wiatoci pogasy, noc jakby przymkna powieki i zapada w gboki sen, wiatr przemkn 
bez ladu, cisza wiona jeszcze gbsza i bardziej niepokojca, e sycha byo dygotanie 
drzew obwisych pod niegiem i daleki, daleki bekot wody spadajcej na koa myskie, a po 
dugiej chwili nieg znowu zaskrzypia na drce: dobrze ju sycha byo ciche, ostrone, 
jakby wilcze kroki... Cie jaki oderwa si od cian i przygarbiony posuwa si po niegach, 
by coraz bliej, wyrasta, zatrzymywa si co mgnienie i znowu szed... skrci za brg od 
pola, przyczoga si prawie pod otwr i nasuchiwa dugo... 

Potem przesun si do przeazu i znikn pod drzewami... 

Nie wyszo i Zdrowa, kiej si znowu pokaza wlekc za sob wielgachn wizk somy, 
przystan na mgnienie, posucha i skoczy do brogu, przytka wizk dziur... trzasna zapaka 
i ogie w mig rozbysn po somie, zatrzepa si, tysicem jzorw bysn i po chwili 
buchn krwaw pacht, ogarniajc ca cian brogu... 

Boryna za przygity, straszny kiej trup, czatowa z widami w rku. 

Oni za wnet pomiarkowali, co si dzieje: krwawe byski jy si przeciska do rodka i 
dym gryzcy zapenia jam, porwali si z krzykiem, bijc si o ciany, nie wiedzc wyjcia, 
oszaleli ze strachu i ledwie co dychajcy, a Antek cudem jakim natrafi na przyson, wpar 
si ca moc i razem z ni pad na ziemi, ale nim si porwa, stary run na niego i przebd 
widami do ziemi, nie trafi dobrze, bo Antek si zerwa i nim stary ponowi, trzasn go piciami 
w piersi i pogna w cay wiat. 

Rzuci si wtedy stary do brogu, ale ju i Jagny nie byo, jeno mu migna i przepada w 
nocy, wic j rycze oszalaym, nieprzytomnym zgoa gosem: 

-Gore! gore! - i biega z widami dookoa brogu e kiej zy widzia si w krwawym brzasku, 
bo ogie obj ju cay brg i z szumem miotajc si, syczc, bi w gr okropnym supem 
pomieni i dymw. 
Ludzie zaczli nadbiega, krzyki poszy po wsi, ktosik uderzy w dzwon, trwoga zaszarpaa 
serca, a una rosa i poar ognist pacht powiewa na wsze strony, i pryska deszczem 
iskier na zabudowania, na wie ca. 



ROZDZIA 12 


Co si dziao w Lipcach po onej nocy pamitliwej, to i najpierwszemu gowaczowi nieacno 
byoby zapamita wszystko a opowiedzie; tak si bowiem zakotowao we wsi jakoby 
w tym mrowisku, kiej w nim jaki niecnota kijaszkiem zagrzebie. 

Ledwie rozedniao chyla tyla i ludzie oczy z pomroki nocnej przetarli, a ju kademu 
byo pilno na pogorzelisko, e niejeden pacierze jeszcze w drodze odmawia, a pdem biea 
kieby na ten jarmarek. 

Dzie si by podnis ciki i tak przemglony, e cho ju pora bya na du jasno, a 
mroczao jeszcze kieby na witaniu, nieg bowiem j wali mokrymi patami i przysoni 
wiat roztrzsion, szklist i przemik pacht, ale nikto na pluch nie zwaa, schodzili si 
ze wszystkich stron i caymi godzinami wystawali na pogorzelisku przeredzajc z cicha o 
wczorajszym, a strzygc uszami, bych czego nowego dosysze. 

Gwar si te czyni niemay, bo coraz wicej nadcigao narodu, e kupy ju stay w 
opotkach, peno byo w podwrzu, a ju zgoa cib si gstwili wpodle brogu, e ino czerwieniao 
na niegach od kobiecego przyodziewku. 

Brg by spalony do cna i porozwalany, e jeno dwa supy sterczay z pogorzeli, opalone 
kiej gownie, na chlewach za i szopie dachy pozrywano do samych zrbw i rozrzucono, e 
caa drka i pole wokoo, na jakie p stajania, zaniesione byy opalonym poszyciem, potrzaskanymi 
atami, przepalon som i na p zwglonym drzewem i wszelk spalenizn. 

nieg pada bez przerwy i z wolna pokrywa wszystko szklist powok, ale miejscami 
topnia od przytajonych arw. a niekiedy z porozwalanych kup siana wytryskiway strugi 
czarnego dymu i bucha blady, trzeszczcy pomie, ale wnet rzucali si na chopi z oskami, 
dusili trepami, bili kijami i przywalali niegiem. 

Wanie byli rozwlekli tak roztla kup, gdy ktry, bodaj chopak Kbw, wygarn 
oskiem jak opalon szmat i podnis wysoko. 

-Jagusina zapaska! -wrzasna urgliwie Kozowa, bo ju dobrze wiedziano, co si 
stao. 
- Pogrzebta no, chopaki, moe najdzieta tam jeszcze jakie portki!... 
- Hale! wynis je cae, tyle e mg zgubi na drodze. 
- Dzieuchy ju szukay, ktosik je uprzedzi. 
- Bych Hance odnie - gaday wybuchajc miechem. 
-Cichota, pyskacze, ale! Na zabaw si zebray i zby bd szczerzy z cudzego nieszczcia! 
-krzykn rozgniewany sotys. -Do domu, baby! Czego tu stoita? Jueta dosy 
namey ozorami -i rzuci si, by rozgania. 
-Zasie wam do nas! pilnujcie swojego, kiejcie na to ustanowieni! - krzykna Kozowa 
tak mocno, e sotys tylko popatrzy na ni, splun i poszed w podwrze, a nikt si nawet nie 
ruszy z miejsca, baby za jy sobie trepami podsuwa zapask, oglda, a co cicho i ze 
zgroz opowiada. 
- Tak trzeba ze wsi wywieci oogiem kiej czarownic! - rzeka w gos Kobusowa. 
- A przeciech! bez ni to wszystko! bez ni! - przygadywaa Sikorzyna. 
- Juci, ale Pan Jezus strzeg, e caa wie nie posza z dymem! - szepna Sochowa. 
- Bo i prawda, e cud, prawdziwy cud! 
- Wiatru te nie byo i w czas spostrzegli. 
- A ktosik w dzwon uderzy, bo wie bya w pierwszym piku. 
Pono to niedwiedniki szy z karzmy i pierwsze zobaczyy. 
-Moiciewy! ale ich sam Boryna zapa w brogu i tyle co rozegna, a tu ogie zaraz 
buchn... Miarkowaem wczoraj u Kbw, e co bdzie, skoro razem si wynieli. 
- Pono ju dawno strowa za nimi. 


-Jake! powiada mj chopak, e wczoraj cay czas chodzi po drodze przed Kbow 
chaup i mia ich na oku - prawia pod nosem Kobusowa. 
- Tote widno, co bez zo Antek podpali. 
- Abo si to nie odgraa? 
- Caa wie o tym wiedziaa. 
- Musiao si na tym skoczy, musiao! - dogadywaa Kozowa. 
A w drugiej grupie starszych gospody szeptano rwnie rnoci, jeno tyle e ciszej i 
waniej. 

- Stary pono tak zbi Jagn, e ley chora u matki...wiecie to? 
-Jake! zaraz do dnia, powiadali, wygna j, skrzynk za ni wyrzuci i wszystkie szmaty 
- dorzucia milczca dotd Balcerkowa. 
-Nie powiadajcie byle czego, byam dopiero co w cha-upie, skrzynka stoi na swoim 
miejscu - objaniaa Poszkowa. 
- Ale ju na weselu przepowiadaam, e si tak skoczy - podja goniej. 
- Co si dzieje, mj Jezus! co si dzieje! - jkna Sochowa chwytajc si za gow. 
- Ano co, do kreminau go wezm i tyla! 
- Sprawiedliwie mu si to naley: caa wie moga pogorze! 
-A tom ju spaa w najlepsze, a tu uka, co lata z niedwiednikami, bbni w okno i 
krzyczy: Gore! 
Jezus Maria! w oknach czerwono, jakoby kto zarzewiem szyby obwali, to mi ju ze strachu 
cakiem moc odjo... a tu dzwon bije... ludzie krzycz... - opowiadaa Poszkowa. 
- Skoro jeno powiedzieli, e Boryna si pali, zaraz mnie tkno, e to Antkowa sprawa przerwaa 
jej ktra. 

- Cichocie, powiadacie, jakbycie na oczy widzieli. 
- Widzie nie widziaam, ale skoro tak wszystkie powiedaj... 
- Jeszcze w zapusty bkaa o tym tu i owdzie Jagnustynka... 
- Ani chybi, wezm go w dybki i posadz w kreminale. 
-Co mu ta zrobi? widzia to kto? s na to wiadki? co? - zauwaya Balcerkowa, e to 
procesownica bya sielna i na prawie si znaa. 
- A nie zapa go to stary?... 
-Zapa, ale na czym innym, a choby i widzia podpalanie, wiadczy nie moe, bo 
ociec i w zoci z sob yli. 
-Sdw to sprawa, nie nasza, ale kto winowaty przed Bogiem i ludmi, jeli nie ta suka 
Jagna? Co - podniesa znowu surowy gos Balcerkowa. 
-Prawda! Juci! takie zbereestwo, taki grzech! - szeptay ciszej, zbiy si w kup i zaczy 
jedna przez drug wypomina jej grzechy. 
Gaday coraz goniej i coraz zawziciej potpiay Jagn, wygaszay teraz wszystko, co 
ino byo i nie byo, co ino ktra kiedy bd zasyszaa abo i sama stworzya na ni: wszystkie 
dawne urazy i zawici zasyczay w duszach, e jako ten kamienny grad leciay na ni przezwiska, 
wymysy, odgrki ze i nienawistne sowa, wzburzona zo, e gdyby si tak jawia 
w tej chwili, to ani chybi z piciami rzuciyby si do niej. 

Chopi za w drugiej kupie poredzali spokojniej, ale nie mniej zawzicie powstawali na 
Antka; gniew z wolna ogarnia wszystkie serca, wzburzenie gbokie, srogie koysao tumem, 
byskao w oczach piorunami, e niejedna pi si wycigaa gronie, gotowa do spadnicia, 
niejedno twarde sowo jak kamie zawarczao, e nawet Mateusz. ktren go obrania zrazu, 
da spokj, a jeno w kocu rzek: 

- Rozum mu odj musiao, jeli si na tak rzecz way! 
Ale na to skoczy rozsroony kowal i j przekada gospodarzom, e Antek dawno si 
odgraa podpaleniem, e stary ju z dawna wiedzia o tym i caymi nocami pilnowa. 



-A e on to zrobi, to bym przysig, a zreszt s wiadki, zeznaj i musi by kara na takich, 
musi! A bo to nie zmawia si wci z parobkami, nie buntowa to przeciw starszym, nie 
podmawia do zego, wiem ci ja nawet z ktrymi, wiem, patrz nawet na nich, suchaj mnie 
teraz i jeszcze mi broni takiego -wrzeszcza gronie. -Zaraza z takiego na ca wie pynie, 
zaraza, e do kreminau, na Sybir go, kijami zatuc kiej psa wciekego, bo nie do obrazy 
boskiej, eby z rodzon macoch... a tu podpala jeszcze! Cud jeno, e caa wie nie posza! 
- wykrzykiwa namitnie, snad mia w tym jakie wyrachowanie. 
Zmiarkowa to Rocho stojcy z Kbem na uboczy i rzek: 
- Mocno stajecie mu naprzeciw, cho wczoraj jeszcze pilicie z nim w karczmie. 
- Wrg mi kaden, ktren wie ca mg powie na dziady! 
- Ale dziedzic to wama nie wrogiem! - dorzuci powanie Kb. 
Zawrzeszcza ich, zakrzyczeli i insi, a kowal rzuca si midzy ludzi, podjudza, do pomsty 
wzywa, niestworzone rzeczy wymyla na niego; a i nard do ju wzburzony zmci 
si do dna i zakbi, zaczli gono woa, by przywie podpalacza, sku w, kajdany i do 
urzdu powie, a insi, gortsi, ju si ogldali za kijami i chcieli biey, wywlec go z chaupy 
i tak spra, bych cae ycie popamita!... najbarzej nastawali ci, ktrym nieraz Antek ebra 
zrachowa kijaszkiem... 

Rejwach si podnis, krzyki, kltwy, wygrki i takie zamieszanie, e nard si skbi i 
miota jako ten gszcz smagany wichur, i j si koleba, bi kiej fala o poty, prze ku wrtniom 
i na drog przecieka -prno wjt skoczy uspokaja, prno sotys i co starsi przekadali 
i tumaczyli, gosy ich giny w piekielnej wrzawie, a oni sami porwani przez pd szli 
razem z innymi, nikt ani sucha, ni zwaa na ich mowy, kuden si rwa, rzuca, krzyka, co 
mu si starczyo, e kieby optanie jakie ponieso wszystkich wichur pomsty... 

Naraz Kozowa ja si przedziera naprzd i krzycze wniebogosy: 

- Oboje winowaci, oboje przywlec i skara na pogorzelisku!... 
Baby, a zwaszcza komornice i biedota wszystka, wziy wtr za ni i z krzykiem nieludzkim, 
rozczapierzone, nieprzytomne zgoa, dary si pobok niej na czoo przez gstw 
rozwcieklonym, huczcym potokiem; podnis si wrzask i pisk w wskich opotkach, bo 
wszyscy si naraz cisnli, wszyscy krzyczeli, wszyscy trzchali piciami, przepychali si z 
moc, e jeno oczy byszczay gronie i spltana, dzika wrzawa bia od nich kiej bekot wd 
wzburzonych, kiej ten gos gniewu powszechnego, co obj wszystkie serca pomieniem toczyli 
si coraz mocniej i prdzej, gdy ci na przedzie idcy jli woa: 

- Ksidz z Panem Jezusem idzie! ksidz! 
Tum si zatarga jakby na uwizi, zakoysa i run na drog, przystawa, rozpada si na 
bryzgi, cisza, a nagle przymilk cakiem i upad na kolana, i pochyli obnaone gowy... 
Ksidz bowiem nadchodzi od kocioa z Panem Jezusem; Jambroy szed z zapalon latarni 
na przedzie i przydzwania... 
Przeszed rycho, e widzia si ju jakoby za obmarznit szyb w tym gstym, niegowym 
tumanie, gdy zaczli powstawa z klczek. 

-Do Filipki idzie, tak pono przemarza wczoraj w boru, e ju od witania ledwie zipie, 
mwi, co wieczora nie doczeka. 
- Wzywali go te i do Bartka z tartaka... 
-Zachorza to? 
- Jake, nie wiecie? drzewo go tak przygnieto, e pewnie ju nic z chopa nie bdzie... szeptano 
spogldajc za ksidzem. Kilka gospody ruszyo za nim w asycie i caa hurma 
chopakw poleciaa na przeaj przez staw ku mynowi, reszta za staa bezradnie jak to stado 
owiec, kiedy je z naga pies obgoni, gniew si gdziesik podzia, ten pd mocy prysn, gwar 
umilk, e rozgldali si po sobie, jakby przecknici z gbokiego snu, przestpowali z nogi na 
nog, drapali si po bach, co nieco przerzekali, a e niejednemu wstyd si robio, to jeno 
spluwa, czap naciska i chykiem przebiera si z gromady, ktra kiej ta woda rozlewaa si 



po drodze i gina z wolna rozciekajc si po opotkach i chaupach. Kozowa jedna mimo 
wszystko jazgotaa gono i wygraajcy si Jagnie i Antkowi, ale widzc, e j wszyscy odstpili, 
nakla, by sobie uly zoci, skcia si z Rochem, ktren jej sowa prawdy powiedzia, 
i posza na wie, e w kocu ostao ludzi mao wiele i ci, ktrzy czuwali nad pogorzel i 
strzegli, by w razie odnowy ognia da pomoc. 

Osta si w podwrzu i kowal, ale tak zelony tym, co si stao, e milcza, krci si niespokojnie, 
zaglda po ktach i raz po raz przegania ap, ktren wci za nim naszczekiwa 
i dociera... 

Boryna za nie pokaza si ani razu przez cay ten czas, powiadali, e zakopa si w pierzyny 
i pi, jedna tylko Jzka, z zapuchymi od paczw oczami, wyzieraa przed chaup na 
nard i krya si z nawrotem, e sama Jagustynka obrzdzaa gospodarstwo, ale i stara bya 
dzisiaj kiej osa, kliwa i nieprzystpna jak nigdy, e bali si jej pyta, bo tak odpowiadaa, i 
jakby kto pokrzyw poliza. 

Za o samym poudniu przyjecha pisarz ze stranikami i jli opisywa pogorzel i bada 
przyczyny poaru, to juci, e i reszta narodu rozpierzcha si na wsze strony, bych czasem 
nie pocignli do wiadczenia. 

Drogi z naga opustoszay prawie cakiem, prawda, e i nieg wali bezustannie, a nawet 
jeszcze mokrzejszy, bo nim tkn ziemi, topnia i grzsk mak pokrywa wszystko, w chaupach 
natomiast wrzao kieby w ulach, bo w Lipcach tego dnia zrobio si jakoby wito niespodziane, 
mao kto co robi i pamita o czym, e gdzieniegdzie krowy jczay przy pustych 
obach, a jeno radzono wszdzie, czsto kto si przemyka z chaupy do chaupy, baby latay 
z ozorami, nowiny kryy kiej wrony z komina do komina, a w oknach i przed drzwiami, 
to w opotkach wyzieray rozciekawione twarze, czekajce, czy te Antka powiez straniki! 

Ciekawo i zniecierpliwienie roso z godziny na godzin, a nie wiada byo nic pewnego, 
bo co troch ktosik wpada zziajany i powieda, e ju po Antka poszli, drudzy za przysigali, 
e stranikw pobi, wyrwa si z wizw i w cay wiat poszed, a insi za zasi znowu co 
innego pletli. 

To za ino byo prawd, e Witek lata do karczmy po gorzak i e z komina Borynowego 
sielnie si kurzyo, miarkowali z tego, co jak warz la stranikw narzdzaj. 

A ju pod sam wieczr przejechaa wjtowa bryka z pisarzem i stranikami, ale bez Antka! 


Zdumienie i rozczarowanie zawodu ogarno wie, bo wszyscy byli pewni, e go zakutego 
w kajdany powiez do kreminau, prno si gowili a deliberowali, co stary zezna do 
protoku, wiedzia jeno o tym wjt i sotys, ale ci nie chcieli nic powiada, wic ciekawo 
wzrosa niepomiernie i snuy si przypuszczenia coraz insze i zgoa niepodobne do wiary... 

Noc si z wolna zrobia ciemna i do cicha, nieg by przesta pada i brao jakby na 
przymrozek, bo cho chmurzyska bure przeganiay po niebie, ale gdzieniegdzie, w przerwach 
wysokich, bysna gwiazda wyiskrzona i ostry powiew ciska zdziebko rozmike niegi, e 
chrupay pod nogami, po chaupach byskay wiata, i ludzie, kupic si po ciasnych izbach 
przed ogniskami, uspokajali si po caodziennych wzruszeniach, nie przestajc jednak snu 
domysw i przypuszcze! 

Bo juci materii nie brakowao, jeli bowiem Antka nie zabrali, to nie on spali, wic kto? 

-Nie Jagna przecie, nikt by temu wiary nie da, nie stary; taka myl ani postaa komu w gowie! 
Bdzili przeto kieby po omacku nie mogc w aden sposb znale wyjcia z mczcej 
zagadki... We wszystkich chaupach gadali o tym, a nikto prawdy si nie dowiedzia, tyle jeno 
z tych deliberacji wyszo, e gniew do Antka przeszed, zmilkli nawet jego wrogowie, a 
przyjaciele, jak Mateusz, podnieli znowu obronne gosy; ale natomiast wzniesa si sroga 
niech ku Jagnie i dochodzia a do zgrozy strasznego, miertelnego grzechu. Kobiety j ano 
wziy na ozory i tak przewlekay midzy sob, e jakby po tych ostrych cierniach, nie osta




wiajc caego nawet ni kawaka skry! Dostao si przy tym i Dominikowej niemao, dostao... 
a jeszcze i barzej ciskay si na ni w zoci, e nikto nie wiedzia, co si z Jagn dzieje, 
bo stara odpdzaa ciekawych od proga kieby tych psw naprzykrzonych. 

Ale jedno, co zgodnie i jednako wszyscy czuli, to gbokie wspczucie dla Hanki, nad 
ktr si szczerze litowano i aowano serdecznie, a nawet Kbowa i Sikorowa zaraz z wieczora 
poszy do niej z dobrym sowem wziwszy co nieco w wzeki. 

Tak ano przeszed on dzie na dugo pamitliwy, nazajutrz za wszystko powrcio do 
dawnego, ciekawo przygasa, gniewy ostygy, wzburzenie si uciszyo i opado, kuden 
znowu wrci do swojej koleiny, pochyli gow pod jarzmem i nis dol, jak Pan Bg przykaza, 
bez szemrania i z cierpliwoci. 

Juci, e gadano tu i owdzie o tych zdarzeniach, ale coraz rzadziej i poniej, bo kademu 
blisze s i pierwsze wasne troski a frasunki, jakie dzie kady z osobna przynosi. 

Przyszed marzec i nastay czasy zgoa nie do wytrzymania, dnie byy ciemne, smutne i 
tak przejte pluch, deszczami, to niegiem mokrym, e trudno si byo wychyli za chaup, 
soce jakby si gdziesik zatracio w tych niskich, zielonawych topielach chmur, e nawet i na 
to oczw mgnienie nie rozbyskao - niegi z wolna topniay albo podmike, sflaone zieleniy 
si od pluchy kiej pleni obrose, woda staa w bruzdach i zatapiaa niziny i obejcia, 
nocami za bray przymrozki, e trudno si byo utrzyma na olodowaciaych drogach i przejciach. 


Przez taki psi czas prdzej i zapomniano o poarze, ile e ni Boryna, ni Antek, ni Jagna 
nie dranili sob ludzkich oczw, to wpadli w niepami jako ten kamie na dno, e jeno woda 
czasami zgurbi si nad nim, zmarszczy, poamie, rozkolesi, zaszemrze i znowu pynie spokojnie. 


Tak przeszo dni par a do ostatniego, zapustnego wtorku. 

e za ostatki byy pwitkiem, wic ju od samego rana niemay ruch uczyni si po 
chaupach, bo przyogarniano nieco izby, a z kadego prawie domu ktosik pojecha do miasteczka 
za rnociami, gwnie za po miso albo choby po ten kawa kiebasy lub sperki, 
jeno biedota musiaa si kuntentowa ledziem, wzitym na brg od yda, i ziemniakami ze 
sol. 

U bogaczy to ju od samego poudnia smaono pczki, e mimo pluchy po caej wsi rozwczyy 
si zapachy przepalonego szmalcu, praonych misiw i jensze, barzej jeszcze jtrzce 
lin smaki. 

Niedwiedniki wczyy si znowu od chaupy do chaupy ze swoimi cudakami, e wci 
a coraz w innej stronie buchay wrzawliwe gosy chopakw... 

Wieczorem za po kolacji zrobili muzyk w karczmie, na ktr, kto yw i rucha nogami, 
pospieszy, nie baczc na deszcz ze niegiem, jaki zaraz od zmierzchu pada. Zabawiano si 
ze wszystkiego serca, ile e to ostatni raz przed Wielkim Postem. Mateusz gra na skrzypicy, 
od wtru mu przebiera na fleciku Pietrek, Borynw parobek, a przybbnia Jasiek Przewrotny. 


Hulano ochotnie jak mao kiedy i do pna, do tela, pki dzwon na kociele nie uderzy 
na znak, e to ju pnoc i zapustom koniec; wnet zmilky muzyckie gosy, zaprzestano tacw, 
dopito spiesznie flach i kieliszkw, i nard si cicho rozchodzi. e osta jeno Jambroy, 
niezgorzej napity, bo swoim zwyczajem j przed karczm wypiewywa. 

Tylko w chaupie Dominikowej byszczao wiato do pna, powiadali, e do drugich 
kurw, bo siedzia tam ano wjt ze sotysem i zgod czynili midzy Jagn a Boryn. 

Wie ju dawno spaa, cicho obja wiat, bo deszcz jako z pnocka usta, a oni jeszcze 
radzili... 

Jeno w Antkowym domu nie byo cichoci ni spokojnego piku, ni wesoych ostatkw. 



Co si tam dziao w Hanczynej duszy przez te dugie dni i noce, od tej minuty gdy j w 
czas poaru spotka przed chaup i si przyniewoli do powrotu, to chyba jeden Pan Bg 
wie, ale tego adne ludzkie sowo nie wypomni. 

Juci, e jeszcze tej samej nocy dowiedziaa si wszystkiego od Weronki. 

To zamara w niej dusza od mki i leaa jako ten trup nagi, mierci swoj okropny. 
Przez pierwsze dwa dni prawie si nie ruszaa od przlicy, prz nie przda, a jeno ruchaa 
bezwolnie rkami, jako ten czowiek we piczce miertelnej, zapatrzona pustym, wyartym 
wzrokiem w siebie, w te lute wieje smutkw, w te aosne odmty ez palcych, krzywd i niesprawiedliwoci, 
e ni spaa przez ten czas, ni jada, ni wiedziaa dobrze, co si wokoo dzieje, 
nawet paczw dzieciskich niepomna ni siebie, a ulitowaa si nad ni Weronka i zaja 
si dziemi i starym, ktren na dobitk zachorza po tym chodzeniu do lasu i lea na przypiecku 
postkujc z cicha. 

Antka te jakby nie byo, wychodzi rwno ze witem, a wraca pn noc, nie baczc 
na ni ni na dzieci, a zreszt nie moga si przemc choby na to jedno sowo do niego, nie 
poredzia, tak zapiek miaa dusz z aoci i jakby na kamie sta. 

Dopiero trzeciego dnia jako przebudzia si; przeckna jakby ze snu strasznego, ale tak 
zmieniona, e kieby zgoa inna podniesa si z tej martwicy, twarz miaa szar, popieln zgoa, 
poryt zmarszczkami, postarza o lata, a tak przystyg, e jakoby j kto z drzewa wyrzeza, 
jeno oczy gorzay bystro a sucho i usta zacinay si mocno, opada przy tym do cna z 
ciaa, e szmaty wisiay na niej kiej na koku. 

Powstaa znowu do ycia, ale i na wntrzu przemieniona, bo cho dawn dusz miaa 
jakby zetlon na proch, to w sercu poczua jak dziwn, nie odczuwan dawniej moc, nieustpliw 
si ycia i walki, hard pewno, e przemoe i wemie gr nad wszystkim. 

Przypada zaraz do dzieci popakujcych aonie, ogarna je sob i dziw nie zadusia w 
caunkach i wraz z nimi buchna dugim, sodkim paczem, to jej dopiero ulyo i powrcio 
cakiem do pamici. 

Uporzdkowaa prdko izb i posza do Weronki dzikowa za dobre serce i przeprasza 
za dawne winy; zgoda wnet nastpia, nie dziwia si temu siostra, a jeno tego nie moga 
zmiarkowa, e Hanka si nie skarya na Antka, nie pomstowaa, nie wyrzekaa na dol, nie, 
jakby te rzeczy umary dawno i pady w niepami, tyle co w kocu powiedziaa twardo: 

Tak si teraz czuj kiej wdowa, to juci, e ju sama musz si poturbowa o dzieciach i 

o wszystkim. 
I wkrtce, jeszcze tego dnia na odwieczerzu, posza na wie do Kbw i inszych znajomkw, 
bych si przewiedzie, co si tam z Boryn dzieje... bo dobrze zapamitaa jego 
sowa wyrzeczone wtedy przy rozstaniu. 

Ale nie posza zaraz do niego, przeczekaa jeszcze dni par, wagowaa si bowiem nawija 
mu si przed oczy tak prdko po wszystkim. 
Dopiero we wstpn rod, w Popielec, nie szykujc nawet niadania, ogarna si, jak 
moga najlepiej, dzieci daa pod Weronczyn opiek i zabieraa si do wyjcia. 

- Kaj si to zbierasz tak rano? - zapyta Antek. 
- Do kocioa, Popielec dzisiaj - odrzeka niechtnie i wymijajco. 
- Nie sporzdzisz to niadania? 
-Id se do karczmy, yd ci jeszcze poborguje - wyrwao si jej niechccy. 
Skoczy na rwne nogi, kieby go kto kijem zdzieli, ale nie zwaajc na to wysza. Nie 
bojaa si ju teraz krzykw jego ni zoci, jakby obcym, a tak dalekim si jej widzia, a si 
sama temu dziwowaa, a cho czasami drgao w niej cosik, jakby ostatni pomyk dawnego 
miowania, niby to zarzewie, przywalone smutkami i rozdeptane, gasia je w sobie z rozmysem, 
si przypominkw tych nie przebolanych nigdy krzywd. 

Akuratnie i ludzie wychodzili do kocioa, gdy skrcia na topolow drog. 



Dzie si zrobi dziwnie jasny i pogodny, soce wiecio od samego wschodu, nocny, 
tgi przymrozek jeszcze si by nie roztopi w odwildze, ze strzech kapao sznurami lnicych 
paciorkw, a zlodowaciae wody po drogach i rowach wieciy si kiej lustra, oszroniae za 
drzewa roziskrzay si w socu, pony i kieby t srebrn przdz leciay na ziemi; czyste, 
niebieskie niebo, pene mlecznych, maych chmur, grao w socu jako rozkwity lnowy an, 
gdy ;we stado owiec wpadnie i tak si weprze, e ledwie im biae grzbiety wida, powietrze 
przecigao czyste, mrone a tak rzewe, i czek z luboci nim dycha. Powesela cay wiat, 
lniy si kaue i mieniy si zotymi brzaskami wyszklone niegi, po drogach dzieci lizgay 
si zawzicie i pokrzykiway radonie, gdzieniegdzie za staruch jaki wystawa pod cian na 
socu, psy nawet naszczekiway radonie przeganiajc stada wron wczcych si za erem a 
cudna, przesoneczniona roztocz zalewaa cay wiat pogodn jasnoci i prawie wionianym 
ciepem. 

W kociele natomiast owion Hank przejmujcy chd i gbokie, modlitewne milczenie, 
msza cicha ju si odprawiaa przed wielkim otarzem, nard w pobonym skupieniu, 
rozmodlony, zalega gstw rodkow naw, zalana potokami wiata, a wci jeszcze nadchodzili 
opnieni. 

Ale Hanka nie cisna si do ludzi, posza w boczna naw, pust cakiem i tak mroczn, 
e jeno gdzieniegdzie ciy si zocenia o lodowych, skpych smugach wiata, chciaa 
osta sam na sam z dusz wasn i Bogiem, przyklka przed otarzem Wniebowzicia, pocaowaa 
ziemi, rozoya rce i wpatrzona w sodk twarz Matki litociwej, zatopia si w modlitwie. 


Tutaj dopiero wybuchna alami, u tych witych nek Pocieszycielki zoya przekrwion 
ranami dusz w pokorze najgbszej a dufnoci bezgranicznej i czynia spowied 
serdeczn. Przed Matk i Pani caego narodu kajaa si z win wszelkich, bo juci, grzeszna 
bya, skoro j tak Pan Jezus pokara, grzeszna! A to nieuyczliwa la drugich, a to wynoszca 
si nad inne, a to ktliwa a niechluj, a to lubia i zje dobrze, i poleni si, a to w subie 
Boej opieszaa -grzeszn bya. Krzyczaa w sobie rozpalonym, opynitym krwi alem 
skruchy, e dziw jej serce nie pko, i bagaa o zmiowanie, za Antkowe cikie grzechy i 
przewiny ebraa miosierdzia, i tuka si w serdecznej probie jako ten ptaszek, co przed 
mierci ucieka i bije skrzydekami w szyby, trzepocze si, piuka aonie, bych go zratowali. 

Pacz ni wstrzsa i przepala ar prb i baga, z duszy jakby ran otwart pyn strumie 
modw i paka, co si kiej te krwawe pery rozsuway po zimnej pododze. 

Msza si skoczya i cay nard w skrusze, a czsto gsto i z pakaniem przystpowa do 
otarza chylc pokornie gowy pod popi, ktrym ksidz z gon modlitw pokutn posypywa 
przyklkajcych. 

Hanka nie czekajc koca tej popielcowej uroczystoci wysza na wiat, wielce czujc si 
wzmoon na siach i dufna ju cakiem w pomoc Bo. 

Z podniesion gow odpowiadaa na ludzkie pozdrowienia i sza wrd spojrze ciekawych 
nieulka, miao za, cho ze dreniem, skrcia w Borynowe opotki. 

Mj Boe, tylachna czasu nog tutaj nie stpia, a jeno jako ten pies zawsze krya z 
dala i aonie, ogarniaa te teraz kochajcym wzrokiem dom i budynki, poty i kade 
drzewko lnice w osdzieliznie, a tak pamitliwe, jakby z jej serca wyroso, z jej krwi byo. 
Rozemiaa si jej dusza rozradowaniem, e gotowa bya caowa t ziemi wit, a ledwo 
wstpia przed ganek, apa si do rzuci z takim skowytem radosnym, a Jzka wyjrzaa do 
sieni stajc w zdumieniu, nie wierzc wasnym oczom. 

Hanka! Loboga! Hanka! 

- Jam ci, jam, nie poznajesz czy co? Ociec doma? 
-Dy s w chaupie, s... ecie to przyszli... Hanka!... - i rozpakao si dzieuszysko caujc 
j po rkach kiej t matk rodzon. 


Stary za posyszawszy gos sam wyszed naprzeciw i wprowadzi do izby, do ng mu 
pada z paczem, wzruszona jego widokiem i przypomnieniami bijcymi z kadego kta tej 
chaupy kochanej. Rycho si utulia, bo stary j si wypytywa o dzieci i ze wspczuciem 
uala si nad ni i jej zmizerowaniem; opowiadaa wszystko, nie tajc niczego, wystraszona 
tylko zmian, jaka w nim zasza, postarza si bowiem bardzo, wychud na wir i pochyli 
mocno, twarz mu jeno ostaa dawna, barzej jeszcze zacita i grona. 

Rozmawiali dugo, ani razu nie wypominajc Antka ni Jagny, strzegli si oboje tyka 
tych bolczek nabrzmiaych, a gdy po jakiej godzinie Hanka zabieraa si do wyjcia, stary 
przykaza Jzce naszykowa w toboki, co ino byo mona, a Witek musia to wie na saneczkach, 
boby sama nie udwigna, a jeszcze na odchodnym da jej par zotych na sl i 
rzek: 

-Przychode czciej, choby i co dzie, nie wiada, co si ze mn sta moe, to dawaj 
na dom baczenie, Jzka 
ci krzyw nie jest. Z tym i posza rozmylajc po drodze nad ojcowcymi sowami, e nawet 
mao zwracaa uwagi na opowiadanie Witka, ktren jej szepta, jako wjt ze sotysem co 
dnia przychodz i do zgody z Jagn nagl starego, e nawet do dobrodzieja gospodarz chodzi 
wraz z Dominikow, ktra wczoraj do pna w noc radzia ze starym, i talk plt, co ino wiedzia, 
bych si jej przypochlebi. 

W chaupie zastaa jeszcze Antka, naprawia sobie but pod oknem, nie spojrza nawet na 
ni, a dopiero ujrzawszy Witka i toboki ozwa si ze zoci: 

- Bya, widz, po proszonym... 
- Kiej zeszam na dziadwk, to i z litoci ludzkiej y musz. 
Gdy za Witek wyszed, wybuchn gniewiem. 
- Przykazywaem ci, psiakrew, by do ojca nie chodzia ! 
- Sam mnie przyzwa, tom posza, sam mnie opatrzy, tom wzia, z godu mrze nie bd 
ni dzieciom nie dam, kiej ty o to nie stoisz! 
- Odnie to zaraz, nie potrza mi nic od niego! - zakrzycza. 
- Ale mnie potrza i dzieciom. 
-Mwi ci, odnie abo sam mu odnies i w gardziel wra, niech si udusi swoj dobroci, 
syszysz, bo za drzwi wszystko wyciepn! 
-Sprbuj ano, tknij choby, a obaczysz! -warkna chwytajc za maglownic, gotowa 
broni do upadego, tak grona i rozjuszona, e cofn si zmieszany tym oporem niespodziewanym. 
- Tanio ci kupi, glonkiem chleba jak tego psa - mrukn ponuro. 
-Jeszcze taniej nas i siebie przeda, bo za Jagnin kieck! - wykrzykna bez namysu, 
e zwin si jakby noem pchnity, ale Hanka jakby si naraz wcieka, zalay j wspomnienia 
krzywd, e buchna nagym, wezbranym potokiem wypominkw i alw wiecznie tajonych, 
nie darowaa mu ju nic, nie przepomniaa ani jednej przewiny, ani jednego za, a jeno 
bia w niego zapamitaoci kieby tymi cepami, ebych moga -zabiaby na mier w tej 
minucie!... 
Ulk si jej rozwcieklenia, zatargao mu si cosik w piersiach, przychyli si i nie wiedzia, 
co rzec, zo go odpada i gorzki, gryzcy wstyd tak mu zala dusz, e chwyci czapk 
i uciek z chaupy. 

Dugo nie mg pomiarkowa, co si jej stao, a jeno jak ten pies sponiewierany gna 
gdzie przed si, bez pamici zgoa - jak zreszt co dnia... 

Od owej strasznej chwili poaru wyrabiao si w nim cosik strasznego, e jakoby si cakiem 
wciek w sobie. Na robot nie chodzi, cho mynarz przysya po niego par razy, a ino 
wasa si po wsi, w karczmie przesiadywa i pi, snujc coraz krwawsze zamysy pomsty i 
nie widzc ju nic poza tym, i go nawet nie obchodziy posdzenia o podpalenie ojca. 



-Niech mi to do oczw ktren powie, niech si way!- powiedzia Mateuszowi w karczmie 
i na gos, by ludzie syszeli. 
Sprzeda ydowi ostatni jawk i przepija j z kompanami ,bo stowarzyszy si z najgorszymi 
we wsi, przystali do niego tacy, jak Bartek, Kozio, Filip zza wody, Franek mynarczyk 
i te co najgorsze Gulbasowe wisielaki, ktre zawdy byy pierwsze do wszelkiej rozpusty 
i cigiem si po wsi wasay, kiej wilki, upatrujc, co by si chyci dao i nie ydowi 
na gorzak, ale jemu zarwno byo, jakie s, byle si jeno przy nim kompaniono, bo bak mu 
wiecili, jak pieski w oczy nagldajc, e cho czasem i pobi, ale pkwaterki gsto stawia i 
ochrania przed ludmi. 

Wyprawiali te spoem takie brewerie po wsi, napastowania i bijatyki, e co dnia chodziy 
na nich skargi do wjta, a nawet i przed dobrodzieja. 

Przestrzega go Mateusz, ale na darmo, prno i Kb z czystego przyjacielstwa zaklina, 
by si ustatkowa i do zguby nie szed, prno mu przekada - Antek ani usucha, ni da sobie 
co mwi, zapamitywa si coraz barzej, jeszcze wicej pi i ju si caej wsi odgraa. 

I tak si stula w, to jakie zatracenie, kieby z tego pagrka spadzistego, nie baczc na nic 
ni na nikogo, a wie nie przestaa mie na niego pilnego baczenia, bo cho o tym podpaleniu 
rnie rni powiadali, ale widzc, co wyprawia, oburzali si coraz mocniej, a e przy tym i 
kowal z cicha podjudza, to z wolna odstrczali si nawet dawni przyjaciele, omijali go z dala, 
pierwsi gono powstajc na niego, juci, nie stoja o to, pomst zalepiony, bo tym jeno dycha, 
rozdmuchujc j w sobie niby zarzewie, bych pomieniem buchno. 

A do tego, jakby na zo wszystkim, z Jagn nie zaprzesta, kochanie go tam do niej cigno 
czy co innego, Bg ta wie -w Dominikowej stodole si schodzili, juci, e skryto przed 
matk, tyle e im Szymek pomaga ochotnie, pewny za to Antkowej pomocy przy oenku z 
Nastk. 

Jagu wychodzia do niego niechtnie, pod strachem zawdy, bo jakby w niej do cna struchlao 
kochanie po mowych basaykach, od czego nosia jeszcze bolce lady, ale zarwno 
bojaa si Antka, gdy zapowiedzia gronie, e jeli nie wyjdzie do niego na kade zawoanie, 
to on w biay dzie, przy wszystkich, przyjdzie do chaupy i spierze j jeszcze lepiej od 
Boryny. 

Juci, kto przez kogo zgrzeszy, temu si do niego nie spieszy, ale e grob niewoli, to 
wychodzia rada nierada. 

Niedugo to jednak trwao, bo jako zaraz we czwartek popielcowy przylecia do karczmy 
Szymek, odcign go w kt i powiedzia, e dopiero co Jagn pogodzili ze starym i ju si do 
niego przeniesa. 

Jakby go konic dzieli przez ciemienie, tak go zamroczya ta nowina, bo wczoraj 
jeszcze o zmierzchu widzia si z ni i ani swkiem nie wspomniaa! 

-Taia przede mn! - pomyla, jakby mu kto ywego ognia nasypa w serce, e ledwie 
si doczeka wieczora i pobieg. 

Dugo kry koo ojcowej chaupy, naglda i wyczekiwa przy przeazie, nawet si, nie 
pokazaa, tak si tym rozjtrzy i uzuchwali, e wyrwa jaki koek i wszed w obejcie gotowy 
na wszystko, zdecydowany i choby do chaupy - ju by na ganku i nawet za klamk 
bra, ale w ostatniej chwili odrzucio go cosik od drzwi, przypomnienie ojcowej twarzy stano 
mu w oczach z tak moc, e cofn si strwoony, zadygota cay z przeraenia, nie 
mg si przemc, a ino cicho, strachliwie, chykiem ponis si z nawrotem. 

Nie mg potem zrozumie, czego si ulkn, co si z nim stao, zupenie jak wtedy nad 
stawem. 
Ale i dni nastpnych nie mg si z ni zobaczy, cho cae wieczory wystawa przy 
przeazie i czai si jak wilk. 
Nie spotka jej nawet w niedziel, cho dugo czatowa przed kocioem. 



Umyli przeto i na nieszpory, pewny, e j tam spotka i znajdzie jaki sposb pomwienia. 


Spni si nieco, bo nieszpory ju si zaczy, koci by peny a tak mroczny, e jeno 
pod sklepieniami szarzay resztki dnia, doem za, w ciemnociach gdzieniegdzie roztlaych 
pomieniem stoczkw, mrowi si nard i warkota kiej rzeka koyszc si ku wielkiemu otarzowi 
rzsicie owietlonemu, przepcha si a do kraty i rozglda nieznacznie, ale nie dojrza 
Jagny ni nikogo od ojca, natomiast czsto apa ciekawe spojrzenia wlepione w siebie i 
czu, e zwracaj baczenie, bo kto niekto poszeptywa do ssiada wskazujc na ukradkiem. 

piewali ju Gorzkie ale, bo to bya pierwsza niedziela postu. Ksidz, ubrany w kom, 
siedzia z boku otarza z ksik w rku i raz w raz spoglda na niego surowo. 

Organy huczay przejmujco, a cay nard piewa w jeden gos, chwilami za uryway 
si gosy, cichay organy i z chru, jakoby gdziesik spod nieba, rozlega si paczliwy, urywany 
gos organisty, czytajcego rozwaania mki Panajezusowej. 

Antek za nic nie sysza, bo z wolna zapomnia, po co przyszed i gdzie jest, przejy go 
te piewy na wskro i osnuy pieszczon, koyszc nut, e dziwnie osab w sobie, senno 
go ogarniaa i gboka cisza, e zapada i jakby lecia gdziesik w jak wiato, a co oprzytomnia 
i otworzy oczy, spotyka si z oczami ksidza; ktren na wci spoglda, e to 
wyszy by nad drugie i ju z dala widny, a tak widrowa, i Antek odwraca ocia gow i 
znowu zapomina o wszystkim; przeckn z naga: 

Wisi na krzyu Pan, Stwrca nieba, 

Paka za grzechy, czowiecze, trzeba 

-zahucza koci, e jakby z jednej, niepojtej jakiej gardzieli wyrwa si ten krzyk i 
buchn tak aoliw moc, takim przepakanym jkiem, a mury si zatrzsy, nard porwa 
si z klczek, zakbi i rozgrzmia wszystkimi naraz gosami, dusz wszystk piewa i 
wszystkim paczem pokutnym. 
Przepiewali, a dugo jeszcze po kociele tuky si jkliwe, bolesne echa i szmer ka, 
westchnie i modw gorcych. 

Naboestwo jeszcze si cigno do dugo, ale ju by do cna przytomny. Odszed go 
pik, a jeno jaki ciki, niezwalczony smutek czepi si duszy i tak j rozpiera, e gdyby nie 
wstyd, nie zdzieryby tych ez, co si cisny do oczw, e ju chcia wyj nie czekajc 
koca, gdy naraz organy umilky, ksidz stan przed otarzem i zacz wygasza nauk. 

Ludzie zaczli si pcha naprzd, e ani myle byo o wyjciu, ruszy si nawet nie 
mg przyparty do kraty; cisza ogarna koci, e kade sowo ksidza sycha byo wyranie. 
Opowiada o Mce Jezusowej, a gdy skoczy, j napomina grzesznych, gronie wytrzchajc 
rkami, a patrzc co troch na Antka, ktren wprost niego stoja, jeno niej nieco, i 
nie mg oderwa oczw, kieby przykuty i urzeczony paajcymi spojrzeniami ksidza... 

W skupionej i zasuchanej gstwie ju si zryway pacze, ju gdzieniegdzie alne westchnienie 
si rozlego, to wite sowo Jezus zabrzmiao jkiem, a ksidz mwi coraz mocniej 
i groniej, rs, zda si, w oczach wszystkich, olbrzymia, byskawice rzuca oczami, 
wznosi rce, i sowa jego paday na gowy kiej kamienie i jako rozpalone elazo przypiekay 
serca -bo j smaga a wypomina przewiny wszystkie i zdronoci, jakich si dopuszczali: a 
zakwardziao w grzechach, niepami przykaza Boych i one ktnie wieczne, bijatyki, 
pijastwa -mwi za tak gorco, e zatrzsy si dusze w udrce grzesznoci swojej, rozpakay 
si alami wszystkie serca i kieby deszcz rosisty zaszemray pacze i wzdychy pokutne a 
ksidz naraz pochyli si ku Antkowi i ogromnym gosem woa o synach wyrodnych, o 
podpalaczach ojcw rodzonych, o uwodzicielach i grzesznikach takich, ktrych nie minie 
ogie wieczny ni kara ludzka! 

Struchla ci cay nard, przycich raptem, tajc dech w piersiach, wszystkie oczy kiej ten 
grad piorunowy pady na Antka, bo rozumieli, kogo ksidz wypomina, a on sta wyprostowany, 
poblady na ptno i ledwie dychajcy, gdy te sowa leciay na niego z hukiem, jakby 



cay koci si wali, obejrza si jeno jakby za ratunkiem, ale luz si robi dookoa, dojrza 
zalke i grone twarze, odsuwajce si mimo woli kiej od zapowietrzonego, a ksidz krzycza 
ju caym gosem i wyklina go, a do pokuty wzywa, a potem zwrci si do caego narodu, 
wycign rce i woa, bych si strzegli takiego zbja, bych si chronili przed takim, 
bych dawali takiemu odpraw od ognia, wody i jada, od strzechy nawet, by odganiali jak 
parszywego grzechem, bo zaraa wszystko i kala, a gdy si nie poprawi, zego nie naprawi, 
pokutowa nie bdzie - to by wyrwali go jak pokrzyw i precz wyrzucili na zatracenie! 

Antek odwrci si nagle i wolno szed do wyjcia, ludzie mu si usuwali z drogi, e kieby 
ulic z naga uczynion przechodzi, a gos ksidza bieg za nim i smaga go do ywej 
krwie. 

Jaki krzyk rozpaczliwy zerwa si na kociele, ale nie sysza, jeno szed prosto przed 
siebie, prdko, by nie pa trupem z mki, by uciec z tych oczw szarpicych, od tego gosu 
strasznego. 

Wypad na drog i ani wiedzc gdzie, polecia w topolow drog ku lasom, przystawa 
chwilami zalky i sucha gosu, ktry mu wci brzmia w uszach kiej dzwon tak bi ciko, 
e dziw gowa nie rozpka. 

Noc bya ciemna i wietrzna, topole przyginay si z szumem, e niekiedy ga jaka 
chlastaa go po twarzy, to znowu przyciszao si i drobny, przykry, marcowy deszcz zacina w 
twarz, ale Antek nie zwaa na nic, bieg jak bdny, a przeraony i peen zgrozy niewypowiedzianej 


-e ju i gorzej by nie moe! -szepn wreszcie przystajc. -Sprawied1iwie mwi! 
Sprawiedliwie! -Jezus mj, Jezus! -rykn naraz chwytajc si za gow, bo w tym momencie 
jakby przejrza i zrozumia winy swoje i grzechy, e wstyd wprost nieludzki zaszarpa mu 
dusz i ozrywa j na kaway. 

Pod jakim drzewem siedzia dugo, zapatrzony w noc i zasuchany w cich, trwoliw i 
straszn jak gdb drzew. 

-Przez niego wszystko, przez niego! -pocz krzycze i ogarno go jakby szalestwo 
gniewu i nienawici, wstay wszystkie ale dawne i wszystkie dzikie zamysy pomsty skbiy 
si w nim i przewalay, jak te chmury pdzce po niebie. 
-Nie daruj! Nie daruj! -zawya w nim dawna zapamitao, e ostro ruszy z powrotem 
do wsi. 

Koci by ju zamknity, w chaupach si wiecio, a po drogach tu i owdzie spotyka 
ludzi stojcych kupkami i radzcych cosik mimo deszczu i zimna. 

Poszed do karczmy, dojrza przez okno, e jest tam sporo ludzi, ale si nie zawaha i 
wszed ostro, i jakby nigdy nic, przystpi do najwikszej kupy i chcia si wita ze znajomkami, 
ktry mu tam rk poda, ale reszta odsuna si ywo na wsze strony i spiesznie zaczli 
wychodzi. 

Nim si spostrzeg, zosta prawie sam w karczmie; dziad jaki siedzia przed kominem i 
yd za szynkwasem. 

Zrozumia, e to on rozgoni wszystkich, ale pokn i to, i kaza da wdki, jeno e, postawi 
nie dopity kieliszek i spiesznie wyszed. 

azi bdnie dookoa stawu i spoglda z uwag na prgi wiate, co chlustay gdzieniegdzie 
z okien na nieg przemiky i lniy si we wodzie, pokrywajcej ld. 

Zmik znowu w sobie i niewypowiedziana ciko zwalia mu si na serce, poczu si 
tak samotnym, zbiedzonym i nieszczliwym, tak potrzeb czu wyalenia si i wejcia midzy 
ludzi, posiedzenia choby przed jakim ogniem, e do pierwszej z brzega chaupy poszed, 
do Poszkw. 

Byli wszyscy, ale na jego wejcie porwali si zestraszeni, nawet Stacho nie wiedzia, co 
rzec. 



- Jakbym zarzn kogo, tak patrzycie! -rzek cicho i poszed do drugich, do Balcerkw, 
ale i ci przyjli go lodowato, bkali co nieco, a nikt nawet przysi nie zaprasza. 

Zajrza jeszcze tu i owdzie, wszdzie byo to samo. 

Wic jakby dla prby ostatniej, by sobie nie oszczdzi adnej boleci i upokorzenia, poszed 
do Mateusza, nie byo go doma, jeno stara Gobowa prosto z miejsca wywara na niego 
pysk, skla i jak tego psa przegonia z chaupy. 

Ani swkiem nie odrzek ni si gniewem zapali, odesza go bowiem wszelka zo i 
pomiarkowanie, co si z nim dzieje. Powlk si wolno w noc, obchodzi staw, to przystawa 
gdzieniegdzie i patrzy na wie, zatopion w mrokach, znaczc si jeno wiatekami okien, 
patrzy zdumiony, jakby j po raz pierwszy widzia, otaczaa go dookoa przywartymi do ziemi 
chaupami, zagradzaa go zewszd, e jakby ruszy si nie mg i wyrwa z tych potw i 
sadw, i wiate! Nie mg si pomiarkowa, czu jeno, e jaka moc nieprzeparta bierze go 
za gardziel i do ziemi przygina, do jarzma nakania i przejmuje niewytumaczonym strachem. 

Z gbok trwog spoziera na rozbyse okna, bo mu si wydao, e go struj, e patrz 
za nim i nieprzerwanym acuchem id na niego, ciskaj i wi w pta, e ju rucha si nie 
mg ni krzycze, ni ucieka, wic przywar pod jakim drzewem i zmcony do dna sucha, 
e od domw, z cieniw wszystkich, z pl, spod samego nieba, spadaj na srogie potpienia 
sowa i cay nard idzie na niego. 

-Sprawiedliwie! Sprawiedliwie! - szepta z najgbsz pokor, peni serca skruszonego, 
strachem miertelnym przejty i t moc wsi potn. 
wiata z wolna gasy jedno po drugim, wie usypiaa, deszcz jeno my i trzepa w pochylone 
drzewa, a czasem pies gdziesik zaszczeka i cicho przeraajca ogarniaa wiat, gdy 
Antek oprzytomnia zupenie i porwa si na nogi. 

-Sprawiedliwie mwi... swoj prawd powiada... ale ja mojego nie daruj... ebym skapia, 
nie daruj, psiakrew!... 
Krzykn zapamitale wygraajc piciami wsi caej i wszystkiemu wiatu!... 
Nacisn czapk i poszed do karczmy. 

ROZDZIA 13 

Na zwiesn si miao; cigiem nieprzerwanym szy ju te rozkise dnie marcowe, e czas 
si ano uczyni zgoa psi, rozmiky, zimny i przemglony; co dnia paday deszcze ze niegiem, 
co dnia szy takie wycinki a flagi, i na wiat wyjrze byo nie sposb; co dnia brudne, 
skotunione ciemnice tuky si po polach i tak przyduszay wszelk wiato, e pospne, 
cikie zmierzchy wisiay nad ziemi od witu do nocy, za niekiedy, jeli z burych topieli 
wyjrzao soce, to ledwie na to Zdrowa, e nim dusza pocieszya si jasnoci i koci poczuy 
ciepo -ju nowe mroki si roztrzsay nad wiatem, nowe wichry zawodziy, nowe 
pluchy i flagi szy, a dzie si niejeden widzia jako ten psiak utytany, botem ocieky i z 
zimna skamlcy: 

Matyjasio si to narodowi, e i nie wypowiedzie, tym si, jeno kaden krzepi a pociesza, 
bych jeszcze jak niedziel wstrzyma abo i dwie, i zwiesna cakiem przemoe i za 
wszystko zapaci, ale tymczasowie flayo cigiem nie do wytrzymania, przeciekao przez 
dachy, kaj niekaj zacinao przez ciany i okna, lao ze wszystkich stron, e ju nie mona 
byo sobie da rady z wod, walia bowiem z pl, peno jej byo po rowach, a drogi lniy si 
kiej te potoki bystre, zatapiaa opotki i staa grzskimi sadzawkami w obejciach, a e za 
nieg co dnia barzej topnia i szy cige deszcze, ziemia prdko odmarzaa i puszczay lody, 



to ju miejscami, po stronie przypoudniowej, czynio si takie bocko, i musieli ka przed 
chaupami deski albo moci przejcia som. 

Noce za tak samo byy cikie do zniesienia, hurkotliwe, zadeszczone, a tak ciemnicami 
przejte, e si ju nieraz widziao, jakoby na wieki pogasy wszelkie wiatoci; nawet z wieczora 
mao w ktrej chaupie zapalali ognie; chodzili spa o zmierzchu, tak si czas przykrzy, 
tyle jeno, co tam, gdzie zbieray si przdki, janiay szybki i brzczay z cicha przepiewywane 
Gorzkie ale i drugie pienie aosne o Mce Paskiej, a wtrowa im wiatr, deszcze i 
szum drzewin, tukcych si o poty. 

To i nie dziwota, e Lipce jakby przepady w tych roztopach, bo ledwie ano mg rozezna 
chaupy od pl przemikych i zadeszczonego wiata, ledwie je dojrza w tych mgliskach 
burych, przywarte do ziemi, obmoke, poczerniae i do cna zbiedzone, a co ju pola, sady, 
drogi i niebo, to jedn topiel sin si widziay, e nie wiada byo zgoa, kaj jej pocztek, a 
kdy koniec. 

Zib przy tym by przykry i do ywego przejmujcy, to i mao kiedy dojrza kogo na drogach, 
deszcz jeno trzepa, wiatry przemiatay, drzewiny si trzsy i smutek wia wiatem caym, 
pustka bya naok i cicho w caej wsi jakby wymarej, tyle jeno byo ywych, gosw, 
co tam jakie bydltko zaryczao przy pustym obie, to kury zapiay od czasu do czasu albo 
gsiory, odsadzone od gsi siedzcych na jajach, rozkrzykiway po podwrcach. 

A e dnie byy coraz dusze, to i barzej si mierzio ludziom, bo nikto roboty adnej nie 
mia, paru robio na tartaku, paru zwozio z lasu drzewo dla mynarza, a reszta wasaa si po 
chaupach, wysiadywaa w ssiedztwach, bych jako ten dzie si przewlk -a jaki taki, co 
starowniejszy, bra si narzdza pugi, to brony lub inszy sprzt gospodarski sposobi na 
zwiesn, do roli przydatny, jeno niesporo to szo i ciko, bo wszystkim zarwno dokuczay 
pluchy i frasunki przejmoway serca; oziminy bowiem srodze cierpiay od tych wycinkw, e 
ju miejscami na niszych polach widziay si do cna wymarze, to niejednemu koczya si 
pasza i gd zaglda do obr, gdzie znw ziemniaki pokazay si przemroone, owdzie choroby 
zagniedziy si w chaupie, a do wielu przednowek si dobiera. 

Nie w jednej bo ju chaupie jeno raz w dzie warzyli jado, a sl za jedyn okras mieli to 
i coraz czciej cignli do mynarza bra ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus 
by srogi, a nikto gotowego grosza nie mia ni co wywie do miasteczka, drudzy zasie to i do 
yda do karczmy szli skamlc, bych ino na brg da t szczypt soli, jak kwart kaszy albo i 
ten chleba bochenek! 

Juci, koszula nie rzdzi, kiej brzuch bdzi. 

A narodu potrzebujcego byo tyla, zarobkw za adnych i u nikogo, gospodarze sami 
nie mieli co robi, dziedzic jak si by zawzi, e adnemu Lipczakowi grosza zarobi w lesie 
nie da, tak i nie ustpi mimo prb, cho ca gromad do niego chodzili, to juci, e i 
bieda u komornikw i co biedniejszych gospodarzy robia si taka, e dobrze stoja niejeden i 
Bogu dzikowa, jeli mia cho ziemniaki ze sol i te gorzkie zy za przypraw. 

To juci, e z tych rnych rnoci rodziy si we wsi cige biadania, swary a ktnie, a 
bijatyki, bo nard cierpia, chodzi strapiony, niepewny jutra, struty niepokojem, e jeno 
szuka okazji, bych na drugich wywrze z nawizk to, co go na wntrzu jado - to i bez to a 
si chaupy trzsy od plotek, kynie a przemwie. 

A kieby na t przykadk diabelsk zwaliy si choroby rne na wie, jak to zreszt 
zwyczajnie bywa przed zwiesn, w niezdrowy czas, kiej wapory smrodliwe bij z tajcej ziemie, 
to i najpierwej spada ospica kiej ten jastrzb na gsita i dusia dziecitka, biorc kaj 
niekaj i starsze, e nawet dwoje wjtowych, najmodszych, nie odratoway sprowadzone 
dochtory i powieli je na cmentarz, potem za febry i gorczki, to insze chorbska zwaliy si 
na starszych, i co drugi dom ktosik kwka, na ksi꿹 obor patrzy i zmiowania Paskiego 
wyglda -a Dominikowa nie moga nastarczy lekowa, a e przy tym i krowy zaczynay 



si cieli, i niektra kobieta te zlega, to rwetes we wsi stawa si coraz wikszy i zamieszanie 
jeszcze narastao. 

Bez takie ano sprawy nard burzy si w sobie i coraz niecierpliwiej wyglda zwiesny, 
bo wszystkim si widziao, e niech jeno niegi spyn, ziemia odtaje i przeschnie, soce 
przygrzeje, bych mona wyj z pugiem; na role, to i biedy a frasunki si skocz. 

Ale wszystkim si widziao, e wiosna wolniej nadchodzi lato nili po drugie roki, bo 
wci lao i ziemia wolniej puszczaa, i wody leniwiej spyway, a co gorsza, e ano krowy 
jeszcze si nie leniy i wos mocno siedzia, co znaczyo, e zima potrzyma duej. 

Wic niech jeno nastaa jaka godzina suchsza i soce zawiecio, roio si zaraz przed 
chaupami, ludzie z zadartymi gowami tskliwie przepatrywali niebo wymiarkowujc, zali to 
nie na dusz odmian idzie, staruchy za wyazili pod ciany nagrzewa struchlae koci, a 
co byo dzieci, wszystkie biegay z wrzaskiem po drogach, kiej te rebaki wypuszczone na 
pierwsz traw. 

I co w taki czas byo radoci, wesela, miechw! 

wiat cay zajmowa si pomieniami od soca, gorzay wiatoci wody wszelkie, rowy 
byy, kiejby je kto roztopionym socem napeni po brzegi, drogi za widziay si jakby z 
topionego zota uczynione, lody na stawie przemyte deszczami pobyskiway jako ta misa 
cynowa czarniawo, drzewa nawet skrzyy si od rosy nieobeschej, a pola, pobrudone strugami, 
leay jeszcze oniemiae, czarne, martwe, a ju jakby dychajce ciepem i wezbrane 
wiosn, i pene skrze i bekotliwych gosw wd, a tu i wdzie nie stopione niegi jarzyy si 
ostr biaoci, kiej te ptna rozcignite do blichu; niebo zmodrzao, odsoniy si dale 
przymglone, zdziebko jakby osnute pajczynami, e oko szo na wskr i leciao hen, na pola 
nieobjte, na czarne linie wsi, na otoki borw, we wiat ten cay dyszcy radoci, a powietrzem 
szy takie lube, wioniane tchnienia, e w sercach czowieczych wstawa radosny krzyk, 
dusze si rway, we wiat ponosio, e kuden by lecia w to soce jako te ptaki, co nadcigay 
gdziesik od wschodu i pawiy si w czystym powietrzu; kaden rad wystawa przed domem 
i rad rozprawia nawet z nieprzyjacioy. 

Milkny wtedy ktnie, przygasay spory, dobro przejmowaa serca i wesoe pkrzyki 
leciay po wsi, przepeniay domy radoci i dray wiegotliwymi gosami w powietrzu ciepym. 


Wywierano na rozcie chaupy, odbijali okna, by wpuci do izb nieco powietrza, kobiety 
wyaziy na przyzby z kdzielami, nawet dziecitka wynoszono w koyskach na soce, a z 
otwartych obr rozlegay si raz po raz tskliwe poryki bydltek, konie ray rwic si z 
udzienic na wiat, gsi za uciekay z jaj i przekrzykiway si z gsiorami po sadach, koguty 
piay po potach, a psy kiej oszalae szczekay po drogach ganiajc wraz z dziemi po bocie. 

Nard za postawa w opotkach i mruc od blaskw oczy spoziera radonie na wie taplajc 
si w socu, e jeno szyby gray ogniami, kobiety rozprawiay po ssiedzku przez 
sady, e gosy szy na ca wie, powiedali sobie, e ktosik ano ju sysza skowronka, e i 
pliszki widzieli na topolowej drodze; to znowu ktry dojrza na niebie, wysoko pod chmurami, 
sznur dzikich gsi, e wnet p wsi wybiego na drog patrze, a inszy potem rozpowiada, 
jako i boki ju spady na gach za mynem. Nie dawano temu wiary, bo dopiero marzec 
dobiega do poowy! A ktry, bodaj Kbowy chopak, przynis pierwsz przylaszczk 
i lata z ni po chaupach, e ogldali w blady kwiatuszek z podziwem gbokim, bych t 
wito najwiksz, i dziwowali si wielce. 

Tak ano to ciepo zwodne czynio, e si ju ludziom widziao, jako zwiesna si zaczyna, 
jako wnet z pugami rusz na pola, wic z trwog tym wiksz spogldano na chmurzce si z 
naga niebo, a ze smutkiem gbokim, gdy soce si skryo i zimny wiatr powia, brzaski 
pogasy, wiat ciemnia i drobny deszcz pocz my!... A z wieczora mokry nieg tak j 
wali, e moe w jakie dwa pacierze przybieli znowu wie ca i pola..: 



Wszystko powrcio do dawnego tak prdko, e w nowych dniach deszczw, wycinkw i 
botnej taplaniny niejednemu si widziao, jako tamte soneczne godziny byy jeno snem rycho 
przespanym. W takich to ano sprawach, radociach, smutkach a tsknicach przechodzi 
czas narodowi, to juci, nie dziwota, e Antkowe sprawki, Borynowe poycie czy tam jakie 
insze historie abo miercie czyje i co drugiego jako te kamienie paday na dno pamici, bo 
kaden mia dosy swojego, e ledwie uradzi. 

A dnie przechodziy niepowstrzymanie, narastay kiej te wody pynce z morza wielgachnego, 
e ani im pocztku, ni koca wymiarkowa, szy i szy, i ledwie czowiek ozwar 
oczy, ledwie si obejrza, ledwie co nieco wyrozumia, a ju nowy zmrok, ju noc, ju nowe 
witanie i dzie nowy, i turbacje nowe, i tak ano w kko, bych si jeno woli boskiej stao 
zado! 

Ktrego dnia, bodaj w samo ppocie, czas si zrobi jeszcze gorszy nili kiej indziej, 
bo chocia jeno my drobny deszcz, ale ludzie czuli si tak le, jak nigdy do tela, azili po 
wsi kiej sptani pogldajc aonie na wiat zatkany chmurzyskami tak gsto, e dary si 
ano napczniaymi brzuszyskami o drzewa. Smutno byo, mokro, zimno i tak mroczno na 
wiecie, e paka si ano chciao z tsknoci niezmoonej, nikto si ju dzisiaj nie kci i nie 
przemawia, kademu zarwno wszystko byo, bo kaden jeno cichego kta patrza, by lec i o 
niczym nie baczy. 

Dzie by pospny jak to patrzenie chorego, co ledwie oczy ozewrze i co nieco rozpozna, 
i znowu pada w mrok chorobny, bowiem ledwie przedzwonili poudnie, zmroczao nagle, 
podnis si guchy wiatr i bi wraz z deszczem w poczerniae chaupy. 

Na drogach byo pusto i cicho od ludzi, tylko wiater z szumem przemiata po bocie, to 
deszcz pluska, jak kieby kto tym ziarnem wanym ciepa na drzewiny roztrzsione i poczerniae 
ciany, to znowu staw barowa si ano z pkajcymi lodami, bo raz po raz trzask si 
rozlega i grochot, i wody z krzykiem wychlustyway na wybrzea. 

W taki to dzie, jako na samym odwieczerzu, gruchna po wsi nowina, e dziedzic rbie 
chopski las. 

Nikt temu zrazu wiary nie dawa, bo skoro do tela nie rba, to jake, teraz by, w poowie 
marca, kiej ziemia odmarza i drzewa soki cign zaczynaj, ci bdzie? 

Sza juci w boru robota, ale kaden wiedzia, i przy obrbce drzewa. 

Jaki ta dziedzic by, to by, ale za gupiego nikto go nie mia. 

A jeno gupi w marcu spuszczaby budulec. 

I nawet nie wiada, kto tak nowin rozgosi, ale mimo to zakotowao we wsi, e ino 
drzwi trzaskay i boto si otwierao pod trepami, tak biegali z t wieci po chaupach, przystawali 
z ni po drogach, schodzili si do karczmy medytowa i yda przepyta, ale tek 
jucha zapiera si i przysiga, e nic nie wie, to ju i gdzieniegdzie krzyki powstaway i to ze 
sowo padao, i lament babi si rozlega, wzburzenie za roso niepomiernie, niepokj, a zo 
i trwoga zarazem opanowywaa nard cay. 

Dopiero stary Kb zarzdzi, bych sprawdzi t nowin, i nie baczc na pluch pchn 
konno swoich chopakw .do lasu na zwiady. 

Dugo ich wida nie byo z powrotem, nie byo chaupy, eby z niej ktosik nie wypatrywa 
pod las na drki, ktrdy pojechali, ale ju i mrok dobry zapad, a oni nie wrcili jeszcze, 
na wie za ca pada cicho wzburzona i przez moc przytumiana i grona wielce, zoci 
bowiem, kiej te dymy gryzce, osnuway dusz, bo chocia jeszcze nikto wiary penej nie 
dawa, ale wszyscy byli pewni potwierdzenia tej wieci zowrbnej, wic jaki taki jeno kl, 
drzwiami trzaska i szed na drog wyglda, czy nie wracaj... 

Kozowa za podjudzaa nard, co ino moga, biegaa ano z pyskiem kaj jeno chcieli da 
ucha, przytwierdzaa zaklinajc si na wszystkie witoci, jako na wasne oczy sprawdzia, 
e ju z dobre p wki chopskiego boru wycili, powoujc si na Jagustynk, z ktr si 
bya sielnie stowarzyszya w ostatnich czasach. Juci, e stara przytakiwaa wszystkiemu, 



rada bdc wielce mtowi, a nazbierawszy przy tym nowinkw rnych po chaupach posza 
z nimi do Borynw. 

Wanie byli tam co ino zawiecili lampk w izbie czeladnej, Jzka z Witkiem obierali 
ziemniaki, a Jagu krztaa si kiele wieczorowych obrzdkw, stary za przyszed nieco pniej, 
Jagustynka ja mu wszystko opowiada pilnie, a z dobr przykadk. 

Nie ozwa si na to, a jeno do Jagny rzek: 

-We opat i bieyj pomc Pietrkowi, trza wod spuci ze sadu, bo moe wle do 
kopcw. Ruszaje si prdzej, kiej mwi! - krzykn. 
Jagna cosik zamamrotaa na sprzeciw, ale tak na ni srogo gb wywar, e w dyrdy pobiega, 
on za sam rwnie poszed w podwrze naglda, e raz po raz rozlega si jego 
gniewny gos w stajni, to w oborze, to przy kopcach, e a w chaupie byo sycha. 

- Cigiem to taki sprzeciwy? - spytaa stara zbierajc si do zniecenia ognia. 
- A cigiem - odpara Jzka, trwonie nasuchujc. 
Jako i tak byo, bo ano od dnia pogodzenia si z on, na co tak rycho si zgodzi, a si 
temu dziwowano, przemieni si do niepoznania. Zawdy by kwardy i nieacno ustpliwy, ale 
teraz to ju si zgoa na kamie przemieni. Jagn do domu przyj, niczego jej nie wymawia, 
ale mia j teraz zgoa za dziewk, i tak j te uwaa i honorowa. Nie pomogy jej przymilania 
si ni uroda, ni nawet zo, ni te rzekome dsy i gniewy, ktrymi to kobiety chopw 
wojuj. Cakiem na to nie zwaa, jakby mu obc bya, a nie on lubn, e nawet ju nie 
baczy, co ona wyrabia, cho dobrze pewnikiem wiedzia o jej schodzeniach si z Antkiem. 
Nie pilnowa jej nawet i jakby cakiem nie sta o ni. Jako w par dni po zgodzie pojecha do 
miasta i a drugiego dnia powrci; powiadali sobie we wsi na ucho, e u rejenta jakie zapisy 
robi, a jensi jeszcze przebkiwali z cicha, e pewnie zapis Jagusi odebra. Juci, e nikto 
prawdy nie wiedzia, kromie Hanki, ktra w takich askach u ojca teraz bya, e ze wszystkim 
si przed ni zwierza i radzi, ale ona i tej pary z gby nie pucia przed nikim, co dnia zagldaa 
do starego, a dzieci to ju prawie nie wychodziy z chaupy, e nieraz i sypiay razem z 
dziadkiem, tak je bowiem miowa. 

Boryna za jakby pozdrowia od tej pory, chodzi po dawnemu prosto i hardo na wiat 
poglda, jeno si tak ozeli w sobie, e o bele co gniewem bucha i ciki by la wszystkich, 
prosto nie do wytrzymania, bo na czym swoj rk pooy, to juci, e do ziemi przygi si 
musiao i tak by, jako chcia, a nie, to fora ze dwora. 

Juci, krzywdy nie czyni nikomu, ale te i dobroci spoecznie nie posiewa, nie, dobrze 
to czuy ssiady. Rzdy wzi w swoje rce i nie popuszcza ni na pacierz, komory pilnie 
strzeg, a kieszeni jeszcze barzej, sam ano wszystko wydawa i srogo strowa, bych dobra 
nie marnowali, la wszystkich w domu by twardy, ale ju szczeglniej dla Jagusi, bo nigdy 
tego uyczliwego sowa jej nie da, a tak napdza do roboty kiej tego zwakonionego konia i 
w niczym nie folgowa, e i nie byo dnia bez swarw, a czsto gsto i rzemie bywa w robocie 
albo i co twardziejsze, bo i w Jagn wlaz jaki zy i ciska j na sprzeciw. 

Ulega bowiem ulegaa, niewoli j, to i c byo pocz, mowy chleb, mowa wola, 
ale na sowo przykre miaa swoich dziesi, na krzyk za kaden podnosia taki wrzask, takie 
pieko wyprawiaa, e na ca wie si roznosio. Pieko te wrzao w chaupie cigiem, jakby 
sobie oboje w nim upodobali, zmagajc si we zoci ca moc do tela, kto kogo przeprze, a 
adne ustpi pierwsze nie chciao. 

Prno Dominikowa chciaa agodzi i zgod sprzc midzy nimi, nie poredzia przemc 
zawzitoci ni alw, ni krzywd, jakie im w sercach narastay. Borynowe miowanie przeszo 
jako ta oska zwiesna, o ktrej nikto nie pamita, a ostaa si jeno ywa pami przeniewierstwa 
jej i krwawicy wstyd, i luta, nieprzebagana zo - w Jagnie si te dusza znacznie 
przemienia, le jej byo, ciko i tak przykro, e i nie wypowiedzie: win swoich jeszcze nie 
miarkowaa, a kary czua boleniej nili drugie kobiety, e to i serce miaa barzej czujce, i 
chowana bya pieciwiej, i ju w sobie bya zgoa delikatniejsza od inszych. 



Mczya si te, mj Jezus, mczya! 

Juci, e robia staremu wszystko na zo, nie ustpowaa bez musu, bronia si, jak moga, 
ale to jarzmo i tak coraz ciej i boleniej. przyginao jej kark, a poratunku nie byo znikd: 
ile to razy chciaa wrci do matki - stara si nie godzia, pograajc jeszcze, e przez 
moc odele j mowi na postronku... To i c miaa pocz ze sob? co? Kiej nie poredzia 
y jak drugie kobiety, co to i parobkw se nie auj, i uciechy adnej, i rade znosz domowe 
pieko, co dnia si bijaj z chopami i co dnia razem spa chodz pogodzeni. Nie, nie poredzia 
tego, mierzio si jej ycie coraz barzej i jaka nieopowiedziana tskno rozrastaa si 
w duszy, wiedziaa to za czym? 

Za zo pacia zem, prawda, ale w sobie bya zestrachana cigiem, pokrzywdzona wielce 
i tak rozalona, e nieraz przepakaa cae dugie noce, a poduszka bya mokra, a nieraz te 
dnie swarw, ktni tak si jej przykrzyy, i bya gotow ucieka choby w cay wiat! 

Ale gdzie to pjdzie, dokd? 

Dookoa sta wiat otwarty, ale tak straszny, tak nieprzenikniony, tak obcy i guchy, e 
zamieraa z bojani jako ten ptaszek, kiej go chopaki przychwyc i pod garnczek wsadz. 

To i nie dziwota, e z tego wszystkiego garna si do Antka, cho go miowaa jakby jeno 
ze strachu i rozpaczy, bo wtedy, po onej nocy strasznej, po ucieczce do matki cosik pko 
w niej i pomaro, e si ju nie wyrywaa do niego ca dusz jak przdzi, nie biegaa na kade 
zawoanie z bijcym sercem a radoci, a jeno sza jakby z musu niewolenia, a i bez to, e 
w chaupie le byo i nudno, a i bez to, e na zo staremu, a i bez to, i si jej widziao, e 
wrci to dawne, wielkie miowanie - ale na dnie gbokim serca krzewi si zjadliwy kiej trutka 
al do niego, i to wszystko, co j spotyka, te smutki, zawody, to cae cikie ycie, to 
przez niego; i ten jeszcze boleniejszy, cichszy i nigdy nie wypowiadany al, e on nie jest 
tym, jakiego w sobie umiowaa -dziki, szarpicy al zawodu i rozczarowania. Przeciech si 
jej widzia raniej jakim inszym, takim, ktren do nieba unosi miowaniem, zniewala dobroci 
i by ponad wszystko na wiecie najmilejszy, a tak rny od drugich, e zgoa do nikogo 
niepodobien we wszystkim - a teraz widzia si jej takim samym jak i drugie chopy, gorszym 
nawet, bo si go barzej bojaa nili Boryny, bo j straszy ponuroci swoj i cierpieniem, a 
przeraa zawzitoci. Bojaa si go, wydawa si jej dzikim i strasznym kiej ten zbj z lasw; 
jake, sam ksidz wypomnia go w kociele, wie caa odstpia, ludzie palcami wytykali 
jako tego najgorszego; bia od niego jaka zgroza miertelnego grzechu, e nieraz suchajc 
jego gosu, zamieraa z przeraenia, bo widziao si jej, e zy jest w nim i cae pieko 
dookoa; robio si jej wtedy tak straszno w duszy, jak wtedy, gdy dobrodziej nard napomina 
i mkami straszy! 

Ani jej nawet na myl przyszo, e i ona winowata tych grzechw jego, gdzie za, jeli 
czasem rozmylaa, to jeno o jego odmiennoci, nie poredzia tak jasno kalkulowa, ale czua 
j tylko mocno, e bezwolnie tracia coraz barzej serce do niego i sztywniaa mu nieraz w 
ramionach, jakby piorunem z naga raona, pozwalaa si bra, bo jake opiera si takiemu 
smokowi?... a przy tym moda przeciech bya, o krwie gorcej, mocna, a on dziw nie zdusza 
w uciskach, to mimo wszystko, co mylaa, oddawaa mu si rwnie potnie tym rzutem 
ziemi spragnionej wiecznie ciepych ddw i soca, jeno e ju ni razu dusza jej nie padaa 
mu do ng z onej uciechy niepowcigliwej, ni razu nie omraczao jej czucie takiego szczcia, 
co to a do proga mierci z luboci wiedzie, ni razu nie zapamitaa si ju do cna, nie; 
mylaa wtedy o domu, o robotach i o tym, bych staremu co nowego na zo zrobi, a czasem, 
aby jak najprdzej j puci i poszed sobie. 

Wanie teraz snuo si jej to wszystko po gowie, spuszczaa wody od kopcw na podwrze, 
robia od niechcenia, z przykazu jeno, spogldajc pilnie za gosem starego i doszukujc 
si go w podwrzu, Pietrek robi zawzicie, e ino warczaa gruda i boto wyrzucane, a 



ona za chyba tyla, by jeno sycha byo, e robi, a skoro stary poszed do domu, nacigna 
zapask na gow i ostronie przebraa si za przeaz, pod Poszkow stodo. 

Ju tam Antek by. 

- Dy czekam na ci z godzin - szepn z wymwk. 
-Moge nie czeka, kiej ci byo gdzie indziej potrza burkna niechtnie rozgldajc si 
dokoa, noc bowiem bya do widna, deszcz usta, ino zimny, suchy wiatr pociga od lasw 
i z szumem bi w sady. 
Przygarn j do siebie mocno i zacz caowa po twarzy. 

- Gorzaka jedzie od ciebie kiej z kufy! - szepna odchylajc si z obrzydzeniem: 
-Bom pi, mierdzi ci ju moja gba. 
- Hale, o gorzacem mylaa jeno! - powiedziaa mikciej i ciszej. 
- Byech i wczoraj, czemu to nie wysza? 
- Zib by taki, a i roboty przeciech mam niemao. 
- Prawda, a i starego te musisz pieci i pierzyn przyokrywa! - sykn. 
- A przeciech, bo to nie mj chop! - rzucia twardo i niecierpliwie. 
- Jagna, nie dranij! 
- Kiej ci si nie podoba - nie przychod, pakaa po tobie nie bd. 
- Przykrzy ci si ju wychodzi do mnie, przykrzy... 
- Jake, bo ino na mnie cigiem huru-buru kiej na tego yska... 
-Baczysz mi to, Jagu, dy mam swojego tylachna, e i nie dziwota, jak si czowiekowi 
wypnie to jakie sowo twarde, nie przez zo przeciech, nie -szepta pokornie i objwszy j 
tuli do siebie serdecznie, ale sztywna bya, zadsana i jeli oddaa caunki, to jakby z musu, i 
jeli odrzeka to jakie sowo, to ino tak, by co mwi, a cigiem si rozgldaa chcc ju 
wraca. 

Czu ci to dobrze, czu, to jakby mu pokrzyw nakadli za pazuch, tak go zapieko, a 
szepn z wyrzutem bojaliwym: 

- Przdzi nie bywao ci tak pilno... 
- Bojam si, wszyscy w chaupie mog mnie szuka... 
- Juci, przdzi to choby na ca noc si nie bojaa, przemienia si do cna... 
- Nie ple, co si ta miaam przemieni?... 
Przymilkli obejmujc si mocno, czasem cisnli si do si gorcej, sprzgani nagym podaniem, 
szukajc ust. swoich chciwie, porwani wspln fal przypominkw, poczuciem 
win czynionych wzgldem siebie, alem nad sob, litoci, gbokim pragnieniem utopienia 
si w sobie -ale nie poredzili, bo dusze odbiegay od siebie daleko, nie znajdowali sw 
pieszczonych i kojcych, bo w sercach wrzay gorzkie urazy, tak ywe, i bezwolnie rozpltay 
si im ramiona, chodli do siebie i stali kiej te zimne supy, e jeno serca biy im koatliwie, 
a na wargach pltay si sowa czuoci i pocieszenia. jakie chcieli sobie powiedzie i nie 
poredzili. 

- Miujesz to mnie, Jagu? - szepn cicho. 
-A bo raz ci to powiadaam? a bo nie wychodz do ci, kiej jeno chcesz... - odpara unikliwie 
przysuwajc si do biedrem, bo al jaki ciska jej dusz i napeni oczy zami, e 
zachciao si jej paka przed nim a przeprasza, e go ju miowa nie poradzi, ale on to 
wnet pomiarkowa, bo ten gos pad mu lodem na serce, a si zatrzs cay z blu, i zo, 
pena wyrzutw i alw niewstrzymanych, zalaa mu serce. 
-Cyganisz jak ten pies; wszyscy mnie odstpili, to i tobie pilno za drugimi. Miujesz 
mnie, juci, jak tego psa zego, ktren ugry moe i przed ktrym ogna si trudno, juci! 
Przejrzaem ci na wylot, znam ja ci dobrze i wiem, bych mnie powiesi chcieli, pierwsza 
by trokw nie aowaa, bych ubi kamieniami, pierwsza by rzucia za mn! - gada prdko. 

- Janto! - jkna przeraona. 


-Cichoj, pki swoje powiedam? -krzykn gronie podnoszc picie. - Prawd powiedam! 
A kiej do tego przyszo, to mi ju wszystko zarwno, wszystko! 
-Trza mi lecie, woaj mnie ano! -jkaa chcc ucieka, zestraszona wielce, ale j przychwyci 
za rk, e ni drgn nie moga, i chrypliwym, zym, penym nienawici gosem gada: 
-A to ci jeszcze powiem, bo swoj gupi gow nie miarkujesz, e jelim na takie psy 
zeszed, to i bez ciebie, bez to, em ci miowa, rozumiesz, bez to! Za c to mnie ksidz 
wypomnia i wygna z kocioa kiej zbja, za ciebie! Za c to wie caa mnie odstpia kiej 
parszywego, za ciebie! Wycierzpiaem wszyko, przeniosem, nawet i na to nie pomstowaem, 
e ci stary mojego rodzonego grontu zapisa tylachna... A tobie si ju mierzi e mn, 
wywijasz si kiej ten piskorz, cyganisz, uciekasz, bojasz si mnie i patrzysz na mnie jak 
wszystkie, kiej na tego mordownika i najgorszego! Innego ci ju potrza, innego! rada by, 
bych parobki za tob ganiay kiej te psy na zwiesn, ty!... - krzycza zapamitale i te wszystkie 
krzywdy, zocie, jakimi si karmi od dawna, jakimi jeno y, zwala na jej gow, j wini 
o wszystko, j przeklina za to, co przecierpia, a w kocu brako mu ju gosu i taka go 
zo porwaa, e rzuci si do niej z piciami, ale opamita si w ostatniej chwili, pchn j 
tylko na cian i spiesznie poszed. 
-Jezus mj, Janto! -krzykna z moc zrozumiawszy z naga, co si stao, ale nie nawrci, 
rzucia si za nim z rozpacz, zabiega drog i czepia mu si szyi, to j oderwa od 
siebie kiej pijawk, rzuci na ziemi i bez jednego sowa polecia, a ona pada z paczem 
okropnym, jakby si wiat cay nad ni zawala. 

Dopiero w dobre par pacierzy przysza nieco do siebie, nie mogc jeszcze wyrozumie 
wszystkiego, to jeno czua okropnie, e staa si jej krzywda, staa si jej taka straszna niesprawiedliwo; 
i serce rozpkao z blu, dusia si w sobie i chciao si jej krzycze ze 
wszystkich si, na cay ten wiat - jako niewinowata, niewinowata! 

Woaa za nim, cho ju i kroki jego ucichy, woaa w ca t noc - na prno. 

Gboka, cika skrucha i ten al serdeczny, i ten strach guchy, gnbicy, okropny, e 
moe on ju nie powrci, i tu miowanie dawne, z naga zmartwychwstae, zwaliy si na ni 
cikim, twardym brzemieniem nieutulonych smutkw, e ju i na nic nie baczc, ryczaa w 
gos idc do chaupy... 

Na ganku zetkna si z Kbiakiem, ktren jeno wsadzi gow do izby i krzykn: 

-Chopski las rbi! - i dalej polecia. 
Migiem ta wie rozlaa si po wsi, buchna kiej poar ogarniajc wszystkie serca strapieniem 
a gniewem srogim, e ju drzwi si nie zamykay, tak biegali po chaupach z nowin. 
Juci, rzecz bya wielka dla wszystkich i tak grona, e cala wie przycicha z naga, jak 
kieby piorun uderzy, chodzili lkliwie, na palcach, gadali szeptem wac kade sowo, rozgldajc 
si trwonie i nasuchujc czajco, nikto nie krzycza, nikto nie lamentowa i nikto 
pomst nie trzcha, bo kaden czu w tej minucie, e to nie przelewki, a sprawa taka, na ktr 
babie piski nie poredz, a ino mdre pomylenie i to spoeczne postanowienie. 

Wieczr by ju pny, ale pik wszystkich odlecia, nie jedni kolacji odbieeli, zapominali 
o obrzdkach wieczornych, zapominali zgoa o sobie, a jeno si snuli po drogach, wystawali 
w opotkach, to nad stawem, i szepty ciche, trwone, przytajone drgay w mroku kiej ten 
brzk pszczelny. 

Czas te by cichszy, deszcz przesta, pojaniao nawet zdziebko, po niebie leciay chmurzyska 
stadami, a doem nisko przeciga mrony wiater, e ziemia ja si cina w grud i 
obmoknite, czarne drzewa przyblady szroniejce, gosy za, cho przyduszone, szy wyraniej. 


Naraz si roznieso, e poniektrzy gospodarze si zebrali i wal do wjta. Jako przeszed 
Winciorek z kulawym Grzel; przeszed Caban Micha z Frankiem Bylic, stryjecznym 



Hanczynego ojca; przeszed Socha; przeszed Walek z krzyw gb, Wachnik Jzek, Sikora 
Kazimierz, a nawet stary Poszka - jeno Boryny nikto nie dojrza, ale mwili, e i on poszed. 

Wjta doma nie byo, bo zaraz po poudniu pojecha do kancelarii, to ju wszystkie razem, 
ca kup poszli do Kba, cisno si za nimi sporo ludzi, to bab, to dzieci, ale przywarli 
drzwi, nikogo ju nie puszczajc do rodka, Kbiak za Wojtek mia przykazane nagldanie 
po drogach i przy karczmie, czy si gdzie stranik nie pokae. 

Przed domem za, w opotkach, a nawet na drodze zbierao si coraz wicej narodu, kady 
by ciekaw, co tam starszyzna uradzi, a radzili dugo, jeno e nikto nie wiedzia co i jak, bo 
ino przez okna wida byo ich siwe gowy, w pkolu pochylone do komina, na ktrym si 
pali ogie, a z boku stoja Kb, cosik im prawi, pochyla si nisko i raz w raz bi pici w 
st. 

Niecierpliwo za rosa w czekajcych z minuty na minut, a w kocu Kobus, to Kozowa, 
to i parobki niektre zaczli szemra i gono powstawa na radzcych, e nic nie uradz 
dobrego la narodu, bo im jeno o samych siebie chodzi, jako gotowi si jeszcze z dworem 
pogodzi, a reszt na zgub poda!... 

Kobus si ju by tak rozsierdzi wraz z komornikami i drug biedot, e ju otwarcie 
namawia, by nie zwaajc na radzcych, o sobie pomyle, swoje uradzi, cosik postanowi; 
a rycho, pki czas, pki tamte ich nie sprzedadz... 

Jawi si na to Mateusz i zacz nawoywa do karczmy, by tam swobodnie poradzi, a 
nie jak te pieski pod cudzym potem naszczekiwa... 

Trafio to do serca narodowi, bo ca hurm ruszyli do karczmy. 

yd ju wiata gasi, ale musia otworzy i z trwog patrzy na walc si cib, wchodzili 
w milczeniu, spokojnie, zajmujc wszystkie awy, stoy i kty, nikto bowiem nie pi, a 
jeno kupili si gsto poredzajc z cicha i wyczekujc, kto i z czym pierwszy wystpi... 

Nie brakowao skorych do pierwszestwa, jeno e si jeszcze kaden wagowa wystpi i 
na drugich oglda, a dopiero Antek si wyrwa, na rodek skoczy i ostro, z miejsca zacz 
pomstowa na dwr... 

Ale cho wszystkim trafi prosto do serca, mao kto przytwierdza, boczono si na, patrzono 
zyzem, niechtnie, odwracano si nawet plecami, e to jeszcze zbyt ywo pamitano 
ksie wypominki, a i te jego grzeszne sprawki, nie zwaa na to, a e go wnet poniesa zapamitao 
i jakby dziki bitkowy sza ogarnia, to z caej mocy krzycza na kocu: 

-Nie dajta si, chopy, nie ustpujta, nie darujta krzywdy! Dzisiaj wama wzili las, a jak 
si broni nie bdziecie, to jutro gotowi wycign pazury po ziemi wasz, po chaupy, po 
dobytek! Kt im wzbroni, kto si im sprzeciwi?... 
Poruszy si nagle nard, pomruk guchy poszed po izbie, tum si zakoysa gwatownie, 
rozbysy dziko oczy, sto pici naraz wyrwao si nad gowy, i sto piersi rykno wraz, kieby 
piorunami. 

- Nie damy! Nie damy! - huczeli, a si karczma zatrzsa od mocy. 
Na to i czekali przodownicy, bo wnet Mateusz, Kobus, to Kozowa, to potem i drugie 
rzucili si we rodek i nu krzycze, nu pomstowa a judzi... e wnet karczm zala wrzask, 
groby, przeklestwa, tupania, bicie piciami w stoy i hukliwa, sroga wrzawa zagniewanego 
narodu. 

Kady woa swoje, kady si sroy, kaden co innego radzi, e ciskali si zapamitale, 
kiej te pieski w sieniach przywarte, ktrych nie ma kto na wiat wypuci i poszczu na nieprzyjacioy... 
To si i tumult srogi uczyni, krzyki i sprzeciwy, bo si nard ozeli i krzywd 
swoj ostarga na wntrzu, a na jedno zgodzi si nie mg, bo nie byo takiego, ktren by 
swoj moc wszystkich przepar i do pomsty powid... 

Kupami si zwierali, a w kadej by jakowy pyskacz, ktren wrzeszcza najgoniej i 
pomstowa, za wskro gszczu uwijali si przodownicy rzucajc, gdzie trzeba byo, to sowo 
ostre, e ju w kocu jeden drugiego nie sysza, bo wszyscy ano wraz krzyczeli. , 



- P lasu pooyli, a takie dby, e w piciu chopa nie obejmie. 
- Kbiak widzia, Kbiak! 
-Wytn i reszt, wytn, nie bd waju prosili o przyzwolestwo! - skrzeczaa Kozowa 
przeciskajc si ku szynkwasowi. 

- Zawdy nard krzywdzili, jak ino mogli. 
- Kiej takie gupie barany jezdeta, to niech waju zapdzaj, kaj chc... 
- Nie da si, nie da! Gromad i, rozgoni, las odebra! 
- Zakatrupi krzywdzicieli! 
-Zakatrupi! -wrzasnli naraz i znowuj picie si podniosy gronie, krzyk buchn 
ogromny i tum cay zawrza nienawici a pomst, a gdy przycicho, Mateusz krzycza przy 
szynkwasie do swoich: 
-Ciasno jest wszystkim kiej w tej sieci, bo dwory wszdzie, ze wszystkich stron, kiej te 
ciany ciskaj wie i dusz, chcesz krow popa za wsi - w dworskie wnet utkniesz; konia 
wypucisz -dworskie za miedz; kamieniem ciepn nie mona, bo w dworskie padnie!... a 
zaraz zajm, zaraz sdy, zaraz sztrafy! 
-Prawda! prawda! ka dobra dwa pokosy-daje -dworska juci; najlepsze pole - dworskie, 
las - dworskie - wszystko - przytakiwali. 
- A ty, narodzie, na piaskach sied, ajnem si ogrzewaj i zmiowania Paskiego czekaj! 
- Odebra lasy, odebra ziemi! Nie da swojego! 
Dugo tak krzyczeli ciepic si w rne strony, pomstujc i pograajc srogo, a e radzili 
gono i z gorcoci niema, to niejednemu trza si byo napi gorzaki dla pokrzepienia, 
drugie za piwo la ochody pili, a trzecim si przypominay nie dojedzone kolacje, e krzykali 
na yda o chleb i ledzie. 

Ale gdy sobie podjedli a podpili, przestygli mocno z zawzitoci i zaczli si z wolna 
rozchodzi nic nie postanowiwszy. 

Mateusz za wraz z Kobusem i Antkiem, ktren ju cay czas na boku si trzyma i cosik 
swojego kalkulowa, poszli do Kba i zastawszy jeszcze gospodarzy, wsplnie z nimi uradzili 
co na jutro i cicho rozeszli si po chaupach. 

Noc te ju byo pna, wiata pogasy w izbach, cicho pada na wie, e jeno kiej 
niekiej pies zaszczeka albo wiatr zaszumia, e przemarze drzewiny tuky si w mrokach o 
siebie kiej nieprzyjacioy, a potem dugo i trwonie szemray. Przymrozek wzi galanty, 
poty pobielay od szronu, ale jako zaraz z pnocka gwiazdy si skryy, pociemniao i zrobio 
si na wiecie pospnie, straszno jako... 

Cay nard lea we piku, ale sen by ciki i gorczkowy, bo raz w raz zrywa si cichy 
pacz dziecitek, to ktosik budzi si cay w potach i takim strachu dziwnym, e pacierzem 
dusz krzepi musia; gdzie znowu huki jakie spa nie daway, e zrywali si wyglda, czy 
nie zodzieje; niejeden za krzycza przez sen, powiedajc potem, e zmora go dusia; to 
gdziesik psy zawyy tak aonie, a serca truchlay z trwogi, przeraajcych przeczu i obaw. 

Noc si wleka dugo i ciko, oprzdzajc dusze trwog, niepokojem i strasznymi snami, 
penymi mar i widze gorczkowych. 

A skoro si jeno uczyni wit, e chyla tyla rozedniao i jaki taki oczy ozwar i cik, 
senn jeszcze gow podnosi, Antek pobieg na dzwonnic i zacz bi w dzwon kieby na 
poar... 

Prno mu broni Jambroy wesp z organist, skl ich, chcia nawet bi i swoje robi z 
caej mocy. 

Dzwon za bi wolno, bezustannie a tak ponuro, a strach pad na serca, e ludzie strwoeni, 
wylkli wybiegali na p ubrani pyta, co si stao i ostawali ju przed chaupami jakby 
w skamienieniu, tak zasuchani, bo dzwon wci bi i hucza ponurym, wielkim gosem w 
witowych brzaskach, a ziemia dygotaa, a wystraszone ptactwo uciekao ku borom, a nard 



przetrwoony egna si i skrzepia w sobie, bo ju i Mateusz, Kobus a drugi biegali po wsi 
omoczc kijami w poty i krzyczc: 

- Na las! Na las! Wychod, kto yw! Pod karczm! Na las!... 
To i na eb i szyj przyodziewali si, e niejeden jeszcze w drodze si dopina, a pacierz 
koczy i w dyrdy biea pod karczm, gdzie ju stoja Kb z niektrymi gospodarzami. 
Zaroiy si wnet drogi, opotki, obejcia, zawrzay naraz wszystkie chaupy, dzieci podniesy 
niemay wrzask, kobiety krzykay przez sady, rwetes powsta taki, bieganina, jak gdyby 
poar wybuchn we wsi. 

- Na las! Kto ino ma z czym, kos, to z kos, cepy, konice, siekiery, a bra! 
- Na las! - krzykiem tym trzso si powietrze i huczaa wie caa. 
Dzie si ju zrobi duy, a cichy by, jasny, omglony jeszcze i mrony, drzewa stojay w 
osdzieliznie kiej w pajczynach, drogi chrupay pod nogami sab grudzi, wody si ciy, 
e peno byo zamarzych kauy kiej tego szka potrzaskanego, w nozdrzach wiercio ostre, 
rzewe powietrze, a tak suchliwe, e caym wiatem szy te krzyki a wrzawa. 

Ale przycichao z wolna, bo zawzito przejmowaa serca i jaka sroga, pewna siebie, 
nieustpliwa moc zakamienia dusze i oblekaa je w tak surow powag, i milkli bezwiednie 
zatapiajc si w sobie. 

Tum wci si zwiksza, zajli ju cay plac przed karczm a do drogi, stojc gsto, 
rami przy ramieniu, a jeszcze przybywali spnieni. 

Witano si w milczeniu, kaden stawa, gdzie popado, obziera si naok i czeka cierpliwie 
na starszyzn, ktra posza po Boryn. 

Pierwszy by ano we wsi, to jemu si naleao nard poprowadzi, bez niego aden gospodarz 
by si nie ruszy. 

Stojali wic cierzpliwie a cicho, kiej ten br zbity w gstw i zasuchany w gosy, jakie z 
niego id, i w te bekoty strug, co gdziesik midzy korzeniami pyn... czasem jeno to jakie 
sowo przeleciao, czasem czyja pi wychyna w gr, to jakie oczy rozgorzay bystrzej, 
to baranice zakolebay si mocniej, to czyja twarz poczerwieniaa barzej i znowu nieruchomieli, 
e widzieli si kiej te_ snopy, ustawione wpodle siebie gsto. 

Kowal przylecia, przeciska wskro gstwy i zacz nard odwodzi, straszy, e za to, 
co zamylaj, caa wie pjdzie w kajdany i zmarnieje, a za nim mynarz powtarza to samo, 
ale nikto nie zwaa na nich ni sucha - wiedziano bowiem dobrze, e obaj dworowi si wysuguj 
i swj maj interes w przeszkadzaniu. 

I Rocho przyszed, i ze zami przekada podobnie - nie pomogo. 
A w kocu i ksidz przylecia i j swoje prawi - nie usuchali, stali nieporuszeni, nikt 
czapki nawet nie zdj, nikt go w rk nie pocaowa, a ktosik nawet gono, krzykn: 

- Pac mu, to prawi! 
- Kazaniem krzywdy nie zapaci - ktosik dorzuci urgliwie. 
A tak patrzyli ponuro i zawzicie, e ksidz si rozpaka, nie przestajc na wszystkie 
witoci zaklina, by si opamitali a do domw rozeszli, ale nie skoczy, bo przyszed Boryna, 
i cay nard do niego si odwrci. 

Maciej blady by kiej ciana i surowy, e a mrz szed od niego, ale oczy jarzyy mu si 
kiej wilkowi, szed wyprostowany, chmurny a pewny siebie, znajomkw pozdrawia skinieniem 
i oczami po ludziach wodzi, rozstpiali si przed nim czynic wolne przejcie, a on 
wstpi na belki lece pod karczm, lecz nim przemwi, zaczli w tumie krzycze: 

-Prowadcie, Macieju! Prowadcie! 

- Na las! Na las! - dary si drugie. 
Dopiero kiej przycicho, pochyli si, wycign rce 
i j wielkim gosem woa: 
-Narodzie chrzecijaski, Polaki sprawiedliwe, gospodarze a komorniki! Krzywda si 
nam wszystkim staa, krzywda rwna, jakiej ni cierpie, ni podarowa! Dwr las nasz tnie, 


dwr nikomu z naszych roboty nie dawa, dwr cigiem na nas nastaje i do zaguby wiedzie!... 
Bo i nie spamita mi tych krzywd, tych fantowa, tych szkd, a utrapie, jakie cay nard 
ponosi! Podawalim do sdu - co mu kto zrobi! Jedzilim ze skarg - na darmo. Ale miarka si 
przebraa, tnie nasz br! Pozwolim to, na to, co? 

-Nie, nie! nie da! Rozpdzi, zakatrupi, nie da!- krzyczeli, a twarze szare, chmurne, 
zaspione rozbysy wnet kiejby piorunami, sto pici zamigotao w powietrzu i sto gardzieli 
zaryczao, a gniew zatrzs sercami. 
-Nasze prawo, a nikto go nam nie przyznaje. Nasz br, a tnie go! To i c my, sieroty, 
poczniemy, kiej nikt na ;wiecie o nas nie stoi, a wszystkie ukrzywdzaj, c?... Narodzie kochany, 
ludzie chrzecijaskie, Polaki, .to mwi wama, e rady ju inszej nie ma, jeno sami 
musimy swojego dobra broni, gromad ca i i boru rba nie pozwoli! Wszystkie 
chodmy, kto jeno yw, kto jeno kulasami rucha, ca wsi, wszystkie jak jeden! Nie bjta si 
niczego, ludzie, nie bjta, nasze prawo, to i nasza wola i sprawiedliwo nasza, a caej wsi 
kara nie ukarz. Za mn, ludzie, zbiera si duchem, za mn! Na las! - rykn mocno. 
-Na las! -odwrzasnli wraz wszyscy, rum si uczyni, tum si zakoysa, rozpk i z 
krzykiem kaden w dyrdy lecia do domu sposobi si, e powstaa gorczkowa spieszna 
krztanina, przybierania si, zaprzgi, wycigania sa, renie koni, wrzaski dzieci, kltwy, to 
kobiece lamenty, e ino si wie trzsa od przygotowa, a moe w jakie dwa pacierze ju 
narychtowani cignli na topolow, gdzie czeka Boryna w saniach wraz z Poszk, Kbem i 
co pierwszymi. 

Ustawiali si w rzdy, jak komu popado, chopy, parobki, kobiety, dzieci nawet co starsze 
ruszyy; kto by saniami, kto konno, kto wozem, a reszta, wie prawie caa na piechty si 
wybraa i zwara si w gstw kieby w ten zagon dugi, szumicy zboem, przeronity czerwieni 
kobiecych przyodziewkw, nad ktrym ino si trzsy koy niezgorsze, to widy zardzewiae, 
to cepy, a tu i owdzie kiej byskawica zamigotaa kosa, e jakby na rol cign 
nard, jeno e nie byo miechw, artw i wesela. Stali w cichoci, omroczeni, surowi, gotowi 
na wszystko, a gdy ju nasta czas, Boryna wsta w saniach, ogarn nard oczami i 
krzykn egnajc si: 

- W imi Ojca i Syna, i Ducha witego! Amen, w drog ! 
-Amen! Amen! -przywtrzyli, a e zawiegotaa wanie sygnaturka, snad ksidz ze 
msz wychodzi, egnano si, zdejmowano czapki, bito si w piersi, a jaki taki -westchn 
aonie i ruszali sfornie, mocno i w milczeniu, i ca prawie wsi, jeno kowal przywar 
gdziesik w opotkach, przebra si do chaupy, skoczy na konia i popdzi bocznymi drogami 
ku dworowi, Antek za ktren by od samego zjawienia si ojca skry si w karczmie, skoro 
ruszyli, wzi od yda fuzj, schowa j pod kouch i pogna do borw na przeaj przez pola... 
nie ogldajc si nawet za gromad... 

A nard ruszy wawo za Boryn, jadcym na przedzie. 

Tu za nim cigny Poszki, ilu ich byo z trzech chaup, ze Stachem na przedzie, nard 
by nieurodny, ale pyskaty szumny i wielce w siebie dufajcy. 

A za nimi Sochy, ktrych wid sotys. 

A trzecie byy Wachniki, chopy drobne, suche, ale zajade kiej osy. 

A czwarte szy Gobie Mateusz im przewodzi, niewiela ich, byo, jeno e starczyli za 
p wsi, bo same zabijaki nieustpliwe i rozrose kiej dby. 

A pite Sikory, krpe niby pnie, ylaste i mrukliwe. 

A potem Kbiaki i md druga, wyrosa, bujna, swarliwa i na bitki wszelkie akoma, 

ktr prowadzi Grzela, wjtw brat. 
A w kocu Bylice szy, Kobusy, Pryczki, Gulbasy, Paczesie, Balcerki i kto by je tam 
wszystkie spamita!... 
Szli mocno, a si ziemia trzsa, pospni, kwardzi a groni kiej ta chmura gradowa, co to 
jeno poyskuje, nabrzmiewa piorunami, guchnie, a leda chwila spadnie i wiat cay roztratuje. 



A za nimi niesy si pacze, wrzaski i lamenty pozostaych. 

wiat by jeszcze zmartwiay od nocnego chodu, peen sennej guszy i spowity w lute i 
szkliste mgy. 

Cicho zalegaa bory, zib przeciga ostry i saby brzask zrz oczernia czuby i sypa 
si gdzieniegdzie na niegi blade. 

Jeno na Wilczych Doach grzmiay huki walcych si raz po raz drzew, bicie siekier i 
przeszywajcy, zgrzytliwy pisk pi. 

Walili br!... 

Wicej nili czterdzieci chopa pracowao od samego witania; kieby to stado dziciow 
spado na br, przypio si do drzew i kuo tak zawzicie i zajadle, e drzewa paday 
jedne po drugich, porba rosa, pocite olbrzymy leay pokotem niby an stratowany, a jeno 
kaj niekaj niby te osty kwarde sterczay smuke nasienniki pochylajc si ciko jako matki 
aonie paczce nad pobitymi, kaj niekaj szeleciy smutno krze nie docite, to jaka drzewina 
-mizerota, ktrej topr nie chyci, dygotaa trwonie -a wszdy, na pachtach niegw 
podeptanych, niby na tych caunach ostatnich, leay pobite drzewa, kupy gazi, wierzchoy 
martwe i kloce potne, obdartym i powiertowanym trupom podobne, za strugi tych trocin 
rozsczay si w niegach kieby ta aosna krew lasu. 

A wok nad porb, niby nad grobem otwartym, sta las zbit, wynios i nieprzeniknion 
cib, jako te przyjacioy, krewniaki a znajomkowie, co gstw stanli pochylon i w 
trwonym milczeniu, z tumionym krzykiem rozpaczy nasuchuj padajcych w mier i patrz 
zdrtwiali na nieubagan kob. 

Bo rbacze szli naprzd nieustannie, rozwiedli si w szerok aw i z wolna, w milczeniu 
wpierali si w br, zda si niezmoony, ktren pospn, wynios cian pni zwartych zastpowa 
im drog, a tak przysania ogromem, e ginli zgoa w cieniu konarw, jeno topory 
byskay w mrokach i biy niestrudzenie, jeno wist pi nie ustawa ani na chwil, a co troch 
drzewo si jakie chwiao i z naga, kiej ten ptak zdradnie pochwycony we wnyki, odrywao 
si od swoich, bio gaziami i z jkiem miertelnym padao na ziemi -a za nim drugie, trzecie, 
dziesite... 

Paday sosny ogromne, ju od staroci ozieleniae, paday jedle, kieby w zgrzebne kapoty 
przyodziane, paday wierki rozoyste, paday i dby bure, brodami siwych mchw obrose 
kiej te starce, ktrych pioruny nie zmogy i setki lat nie skruszyy, a topory na mier powiedy, 
a inszych zasie tyle podlejszych drzew, kt to wypowie, ile a jakich padao! 

Las mar z jkiem, drzewa paday ciko jako te chopy w boju cinite a parte jedne 
przez drugie, nieustpliwe, krzepkie, jeno e bite moc niezmoon, i ni Jezus! krzykn 
nie krzykn i wraz ca aw si chyl, i w lut mier padaj. 

Jk jeno rozbrzmiewa po lesie, ziemia drgaa cigiem od zwalonych drzew, siekiery waliy 
bez przestanku, zgrzyt pi nie ustawa, a wist gazi, niby ten wzdych ostatni, przedziera 
powietrze. 

I tak szy godziny za godzinami, a coraz nowe pokosy drzew zalegay porb i robota nie 
ustawaa. 

Sroki krzyczay wieszajc si po nasiennikach, to czasem stado wron przecigao z krakaniem 
nad tym polem mierci, to zwierz jaki wysuwa si z gstwiny, stawa na skraju i dugo 
wodzi szklistymi oczami po skotunionych dymach ognisk, po drzewach padajcych, a 
dojrzawszy ludzi z bekiem ucieka. 

A chopi rbali zawzicie werajc si w br kiej te wilki, gdy stada dopadn, a ono si 
zbije w kup i zdrtwiae miertelnie, pobekujce, czeka, pki ostatnia owieczka nie padnie 
pod kami. 

Dopiero po niadaniu, gdy soce podnieso si do tela, e osdzielizna ja skapywa, a 
zote pajki wiata pezay wskro boru, dosysza ktosik dalek wrzaw. 

-Ludzie jakie id ca gromad - rzek ktry przyoywszy ucho do drzewa. 


Jako i gwar by coraz bliszy i wyraniejszy, e wnet rozlegy si pojedyncze okrzyki i 
guchy tupot wielu ng, a nie wyszo i Zdrowa, kiedy na drce biegncej od wsi zamajaczyy 
sanie, ktre wnet wypady na porb, stoja w nich Boryna, a za nim konno, wozami i 
piechty wysypywa si gsty tum kobiet, chopw i wyrostkw, a wszystko to podniesszy 
srogi krzyk jo gna ku rbaczom. 

Boryna wyskoczy ze sani i pogna przodem; za nim za, gdzie kto ino wzi miejsce, lecieli 
drudzy, kto by z kijem, kto znw gronie potrzcha widami, ktren cepy dziery mocno 
w garci, inszy kos migota, a inszy jeszcze z prost gazi, a jak kobiety, to prosto z 
pazurami i wrzaskiem, a wszystkie runli na przeraonych rbaczw. 

-Nie rba! Wara od boru! Nasz las, nie pozwalamy! - wrzeszczeli razem, e i nikto nie 
wyrozumia, czego chcieli, dopiero Boryna przystan przy struchlaych i rykn, e na cay 
las si rozlego: 
-Ludzie z Modlicy! ludzie z Rzepek i skd to jeszcze jesteta, suchajcie ! 
Przycicho zdziebko, a on znowu woa: -Zabierzta, co wasze, i idta z Bogiem, rba 
wzbraniamy, a ktren by nie usucha, z caym narodem mia bdzie spraw... 
Nie opierali si, bo srogie twarze, kije, widy, cepy i tyla narodu rozgniewanego, gotowego 
do bitki, strachem przejmowao, to zaczli si zmawia, skrzykiwa, topory za pas zakada, 
piy zbiera i kupi si do si z pomrukiem gniewnym, a zwaszcza Rzepczaki, e to 
szlachta bya i od wiekw w ktniach ssiedzkich z Lipczakami, to wyklinali w gos, trzaskali 
toporami, odgraali si, ale chcc nie chcc ustpowali przed si, a nard za krzyka 
gronie, nastpowa na nich i wypiera w br. 

Insi za rozbiegli si po porbie gasi ogniska i rozwala poukadane snie, a baby, z 
Kozow na przedzie, dojrzawszy budy zbite z desek na kraju porby pognay tam i nu je 
rozdziera a rozwczy po lesie, by i ladu nie zostao. 

Boryna za, skoro rbacze ustpili tak acno, skrzykiwa gospodarzy i namawia, bych 
ca gromad do dwora teraz i i zapowiedzie dziedzicowi, aby si nie way lasu ruszy, 
pki sdy nie oddadz, co jest chopskiego. Ale nim si zmwili, nim wymiarkowali, co zrobi, 
aby byo jak najlepiej, baby podniesy krzyk i zaczy bezadnie ucieka od bud, bo kilkanacie 
koni wypadych z lasu jechao im na karkach... 

Dwr uprzedzony przybywa rbaczom na pomoc. 
Na czele parobkw jecha rzdca, wpadli na porb ostro i zaraz z miejsca dopadszy kobiet 
zaczli je pra batami, a rzdca, chop kiej tur, bi pierwszy i krzycza: 

- Zodzieje, wszarze! Batami ich! W postronki, do kryminau! 
-Kup, kup, do mnie, nie dawa si! -wrzeszcza Boryna, bo nard ju si rozlatywa 
zestrachany, ale na ten gos powstrzymywali si w miejscu i nie baczc na baty, prace niejednych 
ju po bach, w dyrdy, osaniajc rkami gowy, biegli do starego. 
-Kijami psubratw! Cepami w konie! -krzycza rozsroony stary i porwawszy jaki k 
pierwszy rzuci si na dworskich; a pra, gdzie popado; za nim za, kiej ten br wichur 
gniewu przejty, zwary si chopy rami w rami, cepy przy cepach, widy przy widach i z 
krzykiem ogromnym runli na dworskich prac, czym kto ino mg dosign, a zadudniao, 
jakby kto groch na pododze kijem wyuskiwa. 
Podniesy si wrzaski nieludzkie, przeklestwa, kwiki przetrcanych koni, jki rannych, 
guche a gste razy kow, szamotania chrapliwe i dzikie pokrzyki pobojowiska. 

Dworscy bronili si tgo, wymylali i bili niezgorzej od chopw, ale zaczli si w kocu 
miesza i cofa, bo konie smagane cepami staway dba i z kwikiem nawracay ponoszc, a 
rzdca, widzc, co si dzieje, spi swojego uanka i skoczy w ca kup narodu, ku Boryrnie, 
ale ino tyla go byo wida, bo naraz zawarczay cepy i kilkadziesit bijakw spado na niego, 
a kilkadziesit rk chwycio go ze wszystkich stron i wyrwao z konia, e kiej ten kierz, ryjem 
podwaony, wylecia w powietrze i pad w nieg, pod nogi, i ledwie go Boryna ochroni i 
zawlk nieprzytomnego w przezpieczne miejsce. 



Skbio si wtedy wszystko z naga, jak kiedy wicher uderzy niespodzianie w kopy, zamci, 
e jeno jeden kb nierozeznany si uczyni, tacza po polu i przewala po zagonach; 
krzyk si podnis straszny i taki zamt, taki wir, e ju nic nie byo widno, kromie spltanych 
kup tarzajcych si po niegach, kromie pici walcych z wciekoci, a czasem jaki wydziera 
si z kupy i ucieka kiej oszalay, ale nawraca wnet i z nowym krzykiem, z now 
wciekoci rzuca si do bitki. 

Prali si w pojedynk i kupami, wodzili za orzydla, to za by, gnietli kolanami, ozdzierali 
do ywego misa. a przeprze si jeszcze nie mogli, bo dworscy pozeskakiwali z koni, nie 
ustpujc ani na krok, ile e przybywaa im ciga pomoc, bo rbacze przeszli na ich stron i 
tgo wspierali; pierwsze Rzepczaki hurm a milczkiem kiej te ze psy rzucili si pomaga, a 
wid wszystkich borowy, ktren w ostatniej chwili si zjawi, e za chop by jak byk, mocarz 
gony na okolic, a przy tym zadzierzysty i swoje sprawy z Lipcami majcy, to pierwszy 
si rzuca w pojedynk na cae kupy, rozbija by kolb fuzji, rozpdza i tak pra, e niech 
Bg broni! 

Poszed na Stacho Poszka, by go wstrzyma, bo ju nard zacz przed nim ucieka, to 
go uchwyci za orzydle, okrci nad sob i rzuci na ziem kiej ten snopek wymcony, a Stacho 
pad nieprzytomny. Skoczy do ktry z Wachnikw i trzasn go cepami gdziesik w 
rami, ale dosta na odlew pici midzy oczy, e jeno ozwar ramiona i z tym sowem Jezus! 
rymn na ziemi. 

W kocu ju i Mateusz nie wytrzyma i rzuci si do niego, ale cho chop by w mocy 
jednemu Antkowi rwny, nie wytrzyma i pacierza, borowy go zmg, spra; w niegu utyta i 
do ucieczki przyniewoli, a sam ruszy ku Borynie, ktren w kupie caej wodzi si za by z 
Rzepczakami, ale nim si do dobra, opady go z wrzaskiem baby, przechwyciy pazurami, 
wpiy mu si w kudy, spltay i przygiwszy do ziemi wodziy si z nim - jako te kundle, 
kiej psa owczarskiego opadn, kami za skr ujm i ciepi si e nim to w t, to w ow stron. 


Ale ju pod ten czas i nard bra gr, zwarli si i pomieszali kiej te licie, kaden swojego 
uapi, dusi i tacza si z nim po niegu, a baby dopaday z bokw i dary za kudy. 

Wrzask byo ano ju taki, zamt, kotowanina, e swj swojego ledwie rozpozna, ale w 
kocu przeparli dworskich, paru ju z nich leao pokrwawionych, a insze za zmordowane, 
osabe, chykiem uciekay w las, tylko rbacze bronili si ostatkami si, a nawet gdzieniegdzie 
prosili o miosierdzie, ale e nard by rozsroony jeszcze barzej na nich nili na dworskich, 
e rozgorza kiej ta agiew na wietrze, to prb nie sucha i na nic nie baczy, jeno pra 
z ca wciekoci. 

Porzucali kije, cepy, widy, a. zwarli si na moc, chop z chopem, pi na pi, sia na 
si, gnietli si tak ano, dusili, ozdzierali, kulali po ziemi, e ju przymilky wrzaski, a tylko 
cikie charczenia, kltwy a szamotania sycha byo. 

Taki si sdny dzie zrobi, e i wypowiedzie nie sposb ! 

Ludzie poszaleli prawie, zawzito nimi rzucaa i gniew ponosi, a zwaszcza Kobus z 
Kozow widzieli si cakiem powciekani, e a strach byo na nich patrze, tak byli okrwawieni, 
pobici, a mimo to rzucajcy si na cae kupy. 

Tak si ano przepierali jeszcze, a z coraz wikszym krzykiem Lipczakw, e ju si zaczynay 
gonitwy uciekajcych i bicie w dziesiciu jednego, gdy borowy opdzi si wreszcie 
babom, ale srodze poturbowany i przeto jeszcze wcieklejszy zacz skrzykiwa swoich, a 
dojrzawszy Boryn skoczy na niego, chycili si wp, opletli barami kiej niedwiedzie i nu 
si przepiera a zatacza, a bi o drzewa, bo si ju byli wywiedli w br. 

Na to wanie nadlecia Antek, spni si wielce, wic przystan na skraju boru, by zapa 
nieco powietrza i wnet dojrza, co si z ojcem dzieje. 



Zatoczy dookoa jastrzbimi lepiami, nikto na nich nie baczy, wszystkie ano byy w takiej 
bitce, w takim pomieszaniu, e ni jednej twarzy nie rozezna, wic cofn si, chykiem 
przedosta si do Boryny i przystan o par krokw za drzewem. 

Borowy przemaga, ciko mu szo, bo ju by srodze zmordowany, a i stary trzyma si 
krzepko, padli wanie na ziemi, tarzajc si kiej dwa psy i tukc o ziemi, ale coraz czciej 
stary by na spodzie, czapa mu zleciaa, e jeno ten siwy eb podskakiwa po korzeniach. 

Antek raz si jeszcze obejrza, wycign flint spod koucha, przykucn i przeegnawszy 
si bezwiednie, zmierzy do ojcowej gowy... nim jednak spuci kurek, porwali si obaj 
na nogi, Antek te si podnis i fuzj przyoy do oka -nie strzeli jednak, strach nagy, 
okropny cisn mu tak serce, e ledwie mg dycha, rce mu latay kiej w febrze, zadygota 
cay, w oczach pociemniao i tak si zakrcio w gowie, e sta dug chwil, nie wiedzc 
zgoa, co si z nim dzieje, naraz rozleg si krtki, przeraajcy krzyk: 

- Ratujta, ludzie!... Ratujta!... 
Borowy wanie w ten mig trzasn Boryn kolb przez eb, a krew chlusna, stary jeno 
zakrzycza, podnis rce do gry i pad kiej kloc na ziemi... 
Antek oprzytomnia, rzuci fuzj i skoczy do ojca; stary jeno charcza, krew zalewaa mu 
twarz, gow mia prawie na p rozupan, yw by jeszcze, ale ju oczy zachodziy mu mg 
i kopa nogami. 

- Ociec! Mj Jezus! Ociec! -wrzasn strasznym gosem, porwa go na rce, przytuli do 
piersi i zacz wniebogosy krzycze: 

-Ociec! Zabili go! Zabili! - wy kiej ta suka, gdy jej dzieci potopi. 

A kilkoro ludzi co najbliszych posyszao i przybiego na ratunek; zoyli pobitego na 
gaziach i jli niegiem obwala mu gow i ratowa, jak ino poredzili. Antek za przysiad 
na ziemi, targa si za wosy i krzycza nieprzytomnie: 

-Zabili go! Zabili! 

A myleli, i mu si z naga w gowie popsuo. 

Naraz ucich, przypomnia sobie z naga wszystko i rzuci si do borowego. z krzykiem 
przeraajcym i z takim szalestwem w oczach, e borowy si zlk i zacz ucieka, ale czujc, 
e go tamten dogania, odwrci si raptem i strzeli mu prawie prosto w piersi, nie trafi 
go jednak jakim cudem, tyle jeno, e twarz osmali, a Antek zwali si na niego jak piorun. 

Prno si broni, prno wymyka, prno przywiedziony rozpacz i strachem miertelnym 
o zmiowanie prosi -Antek porwa go w pazury kiej ten wilk wcieky, zdusi za gardziel; 
a grdyka zachrzciaa, unis do gry i tuk nim o drzewa potd, pki ostatniej pary 
nie puci. 

A potem jakby si zapamita, e ju nie wiedzia, co robi; rzuci si w bitk, a tam, kdy 
si zjawi, serca truchlay, ludzie uciekali ze strachem, bo straszny by, umazany ojcow 
krwi i swoj, bez czapki, z pozlepianym wosem, siny kiej trup, okropny jaki a tak nadludzko 
mocny, e prawie sam jeden zmordowa i pobi t reszt dajcych opr, a musieli go w 
kocu uspokaja i odrywa, boby zabija na mier... 

Bitka si skoczya i Lipczaki, cho zmordowani, pokaleczeni, okrwawieni, napeniali las 
radosn wrzaw. 

Kobiety opatryway co ciej rannych i przenosiy na sanie, a byo ich niemao, Kbiak 
jeden mia zaman rk, Jdrzych Pacze przetrcony kulas, e stpi nie mg i dar si 
wniebogosy, kiej go przenosili, Kobus za by tak pobity, e si rucha nie mg, Mateusz 
yw krew oddawa i na krzy narzeka, a insi te ucierpieli nie gorzej, e prawie nie byo ani 
jednego, ktry by cao wyszed, ale e gr wzili, to i na bl nie baczc pokrzykali wesoo a 
rozgonie - i zabierali si do powrotu. 

Boryn zoyli w saniach i wieli wolno bojc si, by w drodze nie zamar, nieprzytomny 
by, a spod szmat wci wydobywaa si krew zalewajc mu oczy i twarz ca, blady by jak 
ptno i zupenie podobny do trupa. 



Antek szed przy saniach, wpatrzony przeraonym wzrokiem w ojca, podtrzymywa mu 
gow na wybojach i raz wraz bekota cicho, proszco, aonie: 

- Ociec! Loboga, ociec!... 
Ludzie szli bezadnie, kupami, jak komu lepiej byo, a lasem, bo rodkiem drogi szy sanie 
z poranionymi, jaki taki jcza i postkiwa, a reszta miaa si gono, pokrzykujc wesoo 
i szumnie. Zaczli opowiada sobie rnoci, a przechwala si z przewagi i przekpiwa 
z pokonanych, gdzieniegdzie ju i piewy zaczy si rozlewa, kto znw krzyka na cay 
br, a si rozlegao, a wszyscy byli pijani triumfem, e niejeden zatacza si na drzewa i potyka 
o lada jaki korze.., 

Mao kto czu pobicie i zmczenie, bo wszystkie serca rozpieraa nieopowiedziana rado 
zwycistwa, wszyscy peni byli wesela i takiej mocy, e niechby si kto sprzeciwi, na proch 
by starli, na cay wiat by si porwali. 

Szli mocno, gono, haaliwie, toczc jarzcymi oczami po tym borze zdobytym, ktren 
chwia si nad gowami, szumia sennie i sypa na nich rosisty opad osdzielizny, kieby tymi 
zami pokrapia. 

Naraz Boryna otworzy oczy i dugo patrza w Antka, jakby sobie nie wierzc, a gboka, 
cicha rado rozwiecia mu twarz, poruszy ustami par razy i z najwikszym wysikiem 
szepn: 

- Tye to, synu?... Tye?... 
I omdla znowu. 


TOM TRZECI: WIOSNA 




ROZDZIA 1 


Czas by wiosenny o witaniu. 

Kwietniowy dzie dwiga si leniwie z legowisk mrokw i mgie jako ten parob, ktren 
leg spracowany, a nie wywczasowawszy si do cna zrywa si ano musi nade dniem, by 
wnetki ima si puga i do orki si bra. 

Poczynao dnie. 

Ale cicho bya jeszcze cakiem drtwa, tyle jeno, co rosy kapay rzsicie z drzew popionych 
w mcie nieprzejrzanym. 

Niebo, kiej ta pachta modrawa przejta wilgotnoci i orosiaa, przecierao si ju 
dziebko nad ziemi czarn, guch i zgoa w mrokach zagubion. 

Mgy niby mleko wzburzone przy udoju zaleway gi i pola nizinne. Kokoty zaczy 
pia na wyprzdki gdziesik po wsiach jeszcze niewidnych. 

Ostatnie gwiazdy gasy kiej oczy piczk morzone. 

Na wschodzie za, jako zarzewie roztlewajce spod ostygych popiow, jy si rozarza 
zorze czerwone. 

Mgy si zakolebay z naga, wzdy i ruchajcy ciko, niby wody roztopw wiosennych, 
biy w czarne pola albo zasie, kieby dymy kadzielne, wiony sinym przdziwem ku 
niebu. 

Dzie si ju stawa i przepiera z blednc noc, ktra przywieraa do ziem grubym, 
przemoczonym kouchem. 

Niebo si rozlewao z wolna wiatociami, zniajc si coraz barzej nad wiatem, e ju 
kaj niekaj wydzieray si na jani czuby drzew, oprzdzone mgami, a gdzie znw, na wyach, 
jakie pola szare, przesike ros, wyleniay si z nocy; to stawy zamigotay polepymi 
lustrami albo strumienia kiej dugachne, orosiae przdze wleky si wskro mgie rzedncych 
i witw. 

Dzie si ju czyni coraz wikszy, zorze rozsczay si w martwe sinoci, e na niebie 
poczynay gorze jakoby krwawe uny poarw jeszcze nie dojrzanych, i tak si galanto rozwidniao, 
i ano bory wyrastay dokoa czarn obrcz, a wielka droga, obsiada rzdami topoli 
pochylonych, utrudzonych jakoby w cikim chodzie pod wzgrze, dwigaa si coraz 
widniej na wiato, za wsie, potopione w mrokach przyziemnych, wyzieray gdzieniegdzie 
pod zorze, kieby te czarne kamienie spod wody spienionej, i poniektre ju drzewa co blisze 
srebrzyy si cae w rosach i brzaskach. 

Soca jeszcze nie byo, czuo si jeno, e leda pacierz wyupie si z tych zrz rozgorzaych 
i padnie na wiat, ktren dolegiwa ostatkw, ozwiera ciko mgawicami zasnute oczy, 
poruchiwa si dziebko, przecyka z wolna, ale jeszczech si leni w sodkim, odpoczywajcym 
dopiku, bo cicho pada barzej w uszach dzwonica, jakoby ziemia dech przytaia jeno 
wiater, jako to dychanie dziecitka, cichuki powia od lasw, a rosy potrzsy si z 
drzew. 

A z tej omdlaej szaroci witw, z tych sennych jeszcze, omroczaych pl, jakoby w 
kociele rozmodlonym i oniemiaym, kiedy dobrodziej ma wznie na Podniesienie Hosti 
Przenajwitsz - wystrzeli z naga gos skowronkowy... 

Wyrwa si gdziesik z roli, zatrzepota skrzydami i j wiergota, jako ta z czystego srebra 
sygnaturka, jako ten wonny pd wioniany tli si w bladym niebie, bi w gr, gonia, i 
w onej witej cichoci wschodw rozdzwania si na wiat cay. 

Wraz i drugie jy si zrywa, skrzydekami bi, w niebo si drze i piewa zawzicie, a 
poranek gosi wszemu stworzeniu czujcemu. 

A po nich wnet i czajki zakwiliy jkliwie na moczarach. 



Boki te wziy klekota rozgonie gdziesik po wsiach, jeszcze nie rozpoznanych w 
szarociach. 

Soce za byo ju ino, ino... 

A i ono pokazao si zza lasw dalekich, wychylao si z przepaci i kieby t ogromn, 
zocist i rozgorza ogniami patyn wynosiy Boe, niewidzialne rce nad sennymi ziemicami 
i egnajc wiatoci wiat, ywe i umare, rodzce si i struchlae, rozpoczynao wit 
ofiar dnia, e wszystko jakby z naga pado w proch przed majestatem i zamilko przywierajc 
oczy niegodne. 

I oto dzie si sta, jako to nieobjte morze weselnej wiatoci. 

Mgy kiej wonne dymy z trybularzw biy z k ku rozzoconemu niebu, a ptactwo i 
stworzenie wszelkie uderzyo w wielki krzyk piewa, jakoby w ten pacierz serdecznych 
dzikczynie. 

Soce za urastao wci, wynosio si nad bory czarne, nad wsie nieprzeliczone, coraz 
wyej, i wielkie, gorejce, ciepe kiej to wite oko miosierdzia Paskiego brao we wadn i 
sodk moc panowanie nad wiatem. 

W ten czas wanie, na wzgrzu piaszczystym pod lasem, spod dworskich stogw ubinowych, 
stojcych wpodle szerokiej i wyboistej drogi, pokazaa si stara Agata, powinowata 
czy krewniaczka Kbw. 

Powracaa ona z ebrw, na ktren to chleb Jezusowy bya posza jeszcze w kopania, a 
teraz ci z nawrotem do Lipiec cigna jako ci ptakowie, zawdy wracajcy o wionie do 
gniazd swoich. 

Stare to byo, schuchrane, sabe i ledwie dychajce, i si widziaa jako ta wierzba przydrona, 
pokrzywiona, sprchniaa, co to si ju ledwie tli i domiera w piachach; w achmanach 
juci bya, z kosturem dziadowskim w rku, z tobokami na plecach, obwieszona racami. 


Wylaza spod brogw o samym wschodzie i piesznie drepcc podnosia do soca twarz 
szar i wysch jako te pone ugory zeszoroczne; jeno jej siwe, zaczerwienione oczy rozbyskiway 
radoci. 

Jake!... po dugiej i cikiej zimie do swojej wsi rodzonej wracaa, to biega a truchcikiem, 
e ino torbeczki wyskakiway po bokach i dzwoniy race, ale i j spierao, a zadychliwo 
raz wraz chwytaa si bolcych piersi to musiaa przystawa, wolnie i ju sza ciko, 
z utrudzeniem, jeno tymi godnymi oczyma latajc po wiecie i pomiechujc si do tych 
pl szarych, w zielonawe mgy przysonionych, do wsi wynurzajcych si z wolna z mgielnych 
topieli, do tych nagich jeszcze drzew strujcych nad drogami lebo samotne stjki odbywajcych 
po polach, do caego wiata! 

Soce si ju byo podnieso na par chopw, e dojrza choby i najdalsze kraje pl; 
wszystko byszczao ran ros, czarne role poyskiway si w socu, wody gray po rowach, 
skowronkowe gosy dzwoniy w chodnym powietrzu, gdzie za pod kamionkami tliy 
si ostatnie paty niegw, te bazie na poniektrych drzewach trzsy si kieby te bursztynowe 
paciorki, w zaciszach za albo i pod nagrzanymi kauami spord rdzawych, zeszorocznych 
lici przedzieray si zotawe dba traw modych, gdzie znw patrzyy te oczy 
kaczecw, wiaterek te wzi przygarnia leciuchno i roztrzsa wilgotne, rzewe zapachy 
pl, pawicych si leniwie w socu, a wszdy byo tak wioniano, rozlegle, jasno, chocia i 
jeszczech dziebko szarawo, i tak luboci tchno, e ju si dusza Agaty wyrywaa, by 
lecie, jako ten ptak radoci opity niesie si z krzykiem w cay wiat. 

-Jezus mj! Jezusiczku kochany! -pojkiwaa ledwie przysiadujc nieco i jakby zgarniajc 
ten wiat wszystek w roztrzsione radoci i wielce czujce serce. 
Hej! zwiesna ci to sza przeciech nieobjtymi polami, skowronkowe pienie gosiy j 
wiatu i to soce wite, i ten wiater pieszczcy, sodki a ciepy kiej matczyne caunki, i to 
przytajone jeszczech dychanie ziemic, tsknie czekajcych na pugi i ziarno, i to wrzenie we




sela unoszce si wszdy, i to powietrze ciepe, orzewiajce i jakoby nabrzmiae tym 
wszystkim, co wnetki si stanie zieleni, kwiatem i kosem penym. 

Hej! zwiesna ci to sza, jakoby ta jasna pani w sonecznym obleczeniu, z jutrzenkow i 
mod gbusi, z warkoczami modrych wd, od soca pyna, nad ziemiami si niesa w one 
kwietniowe poranki, a z rozpostartych rk witych puszczaa skowronki, by gosiy wesele, a 
za ni cigny urawiane klucze z klangorem radosnym, a sznury dzikich gsi przepyway 
przez blade niebo, e boki wayy si nad gami, a jaskki wiegotay przy chatach i wszystek 
rd skrzydlaty nadciga ze piewaniem, a kdy tkna ziemi soneczna szata, tam podnosiy 
si drce trawy, nabrzmieway lepkie pki, chlustay zielone pdy i szeleciy listeczki 
niemiae, i wstawao nowe, bujne, potne ycie, a zwiesna ju sza caym wiatem, od 
wschodu do zachodu, jako ta wielmona Boa wysanniczka, aski i miosierdzie czynica... 

Hej! zwiesna ci to ogarniaa przyziemne, pokrzywione chaty, zagldaa pod strzechy miosiernymi 
oczyma, budzc struchlae, omroczone role serc czowiekowych, e dwigay si z 
utrapie i ciemnic, poczynajc wiar na lepsz dol, na obfitsze zbiory i na t wytsknionej 
szczliwoci godzin... 

Ziemia si rozdzwaniaa yciem kieby ten dzwon umary, gdy mu nowe serce uwiesz, 
serce ze soca uczynione, e bije grnie, dzwoni, huczy radonie, budzi struchlae i piewa 
takie rzeczy i sprawy, takie cuda i moce, ae serca bij do wtru weselnego, ae same zy lej 
si z oczu, ae dusza czowiekowa zmartwychwstaje w niemiertelnych mocach i klczcy ze 
szczcia ogarnia sob on ziemi, w wiat cay, kad grudk napcznia, kade drzewo, 
kaden kamie i chmur kad, wszystko ano, co uwidzi i co poczuje... 

Tak ci to i czua Agata kusztykajc z wolna i rc spragnionymi oczyma t ziemi kochan, 
t ziemi wit, e sza jak pijana. 

A dopiero gdy sygnaturka zawiegotaa na lipieckim kociele kiej ten ptaszek zwoujcy 
na modlitw, ockna stara z naga padajc na kolana. 

...ie swoj wit przyczyn sprawi, jakom powrcia... 

...ie, Panie, pokaza miosierdzie nad sierot... 

Moga to mwi! kiej zy jako ten deszcz rzsisty zalay jej serce i spyway po wyndzniaej 
twarzy, e jeno mamrotaa cosik, a tak si trzsa w sobie, e ani we nale raca, ni 
tych sw pacierza, ktre si rozsuy po duszy palc ros, to porwaa si z moc i posza, 
pilnie patrzc po polach i powiadajc w gos jakie sowo modlitwy, przypomniane z naga... 

e za dzie by ju duy i mgy cakiem spady, Lipce jawiy si przed ni jakby na doni, 
leay nieco w dole nad ogromnym stawem modrzcym si kiej lustro spod biaawej a leciuchnej 
przysony, obsiady wod krgiem niskich, szerokich chaup, co jak kumy w sobie 
wielce podufae, przysiady w sadach jeszcze nagich, dymy kaj niekaj rway si nad strzechami, 
gdzie za szyby przebyskiway w socu albo bieliy wskro czarniawych sadw 
wieo pobielone ciany. 

Kad chaup moga ju dojrze z osobna. Myn ano, ktrego bekotliwy turkot dochodzi 
coraz ywiej, sta na kraju wsi przy drodze, ktr sza, a naprzeciw prawie, na drugim 
kocu koci wznosi wysokie, biae mury wrd drzew olbrzymich i gra oknami i zotym 
krzyem na bani, a wpodle niego czerwieniy si dachwki plebanii. Wok za, jak jeno dojrze, 
stay sinym wiankiem lasy i rozleway si pola nieprzejrzane, leay wsie dalekie, wsie 
kieby te szare liszki przywarte do ziemi, a w sady pochowane; drogi krto powycigane, kamionki, 
rzdy drzew przechylonych, piaszczyste wydmy, z rzadka porose jaowcami, i wska 
przdza rzeczki, ciekcej poyskliwie i wlewajcej si do stawu, midzy chaupami. 

Bliej za, dokoa wsi, wielgachnym krgiem leay lipeckie ziemie, pokrajane w pasy, 
kieby te postawy zgrzebnego ptna, rozcignite pod wzgrza i powiartowane na dziaki. 
Pola wiy si i wyduay przy polach, porozdzielane krtymi miedzami, na ktrych gsto 
rozrastay si grusze rozoyste, grzyy si kamionki cierniem obrose, w zotawym wietle 
ostro wyrzynay si szare i utytane kiej cierki ugory; to pachty zielonawe ozimin, to zeszo




roczne kartofliska czerniay abo i ju latosie podorwki, miejscami za w dokach siwiay 
wody i wleky si kiej to szkliwo roztopione; za mynem rozleway si ki rudawe po ktrych 
brodziy bociany raz wraz poklekujce, i kapuniska tak jeszczech pod wod, e jeno grzbiety 
zagonw przemikych yniy si kiej piskorze, czajki biaobrzuszne kooway nad nimi, a po 
rozstajach stroway wite drzewa krzyowe i jensze wyobraenia Paskie, za nad tym 
caym wiatem, zaklsym dziebko w miejscu, kdy wie przywara, wisiao rozgorzae, 
zotawe soce, pobrzmieway skowronkowe piewania, rozlegay si niekiedy od obr tskliwe 
ryki byda, to gsi gdziesik pokrzykiway ggliwie i leciay rozgone woania ludzkie, 
a wraz i wiater tchn lubym, ciepym powiewem zgarniajc wszystkie te gosy, e ziemia 
stawaa niekiedy w takiej cichoci a zadumaniu, jakoby w tej witej chwili rodw i poczyna. 


Jeno na polach mao gdzie dojrza robot, tyle tylko, co zaraz pod wsi gmerao si kilka 
kobiet rozrzucajcych nawz, e ostry, przenikliwie w nozdrzach wierccy zapach pyn 
smug ca. 

-Zaspay prniaki czy co, dzie taki wybrany, a na rol mao kto cignie... ziemia a si 
prosi puga! - mruczaa zgorszona. 
I aby by bliej jeszcze zagonw, zlaza z drogi na ciek cignc si za rowem, gdzie 
ju czerwone rzsy stokrotek otwieray si do soca i gciej zielenia si trawa. 
Juci, e tak pusto byo na polach, ae dziw bra! Przecie dobrze baczya, jako po inne 
lata w t por to jeno si czerwienio po zagonach od kiecek i a si trzso od przypiewek i 
wrzaskw dzieuszych; rozumiaa te, jako przy takiej pogodzie najwyszy ju czas do wywoenia 
gnojw, do podorwek, do sieww, a dzisiaj co? Jeden jedyny chop, ktrego dojrzaa 
gdziesik w porodku pl, sia cosik, szed pochylony i zawraca, rozrzucajcy w pkole jakie 
ziarno. 

-Musi by, e groch sieje, kiej tak wczenie... Dominikowej chopaki, widzi mi si, bo 
akuratnie tam ich pola wypadaj... A niech wama darzy i plonuje Bg miosierny, gospodarze 
kochane! - szeptaa serdecznie. 
cieka bya cika, nierwna, zawalona wieymi kretowiskami, kamieniem, a miejscami 
botna, ale nie zwracaa na to uwagi wpatrujc si z luboci i rozczuleniem w kaden 
zagon, w kade plko z osobna. 

-Ksie yto, bujne, sielnie si ruszyo!... Prawda kiej wdrowaa we wiat ora pod nie 
rol parobek, a dobrodziej siedzieli se gdzie tutaj, bacz dobrze... 
I znowu kusztykaa wzdychajc ciko i zawo wlokc oczyma. 

- Cie, Poszkowe yto... musi by pne albo i wymiko dziebko. 
Nachylia si z trudem, dotykajc drcymi, starymi palcami wilgotnych dziebe i gaszczc 
je z mioci, jakoby te wosy dzieciskie. 

- Borynowa pszenica, sielny kawa! Juci!... bo to nie gospodarz pierwszy na Lipce?... ale 
cosik przyta, musiao j przemrozi czy co... cik zim tu przesza... - medytowaa spostrzegajc 
po przypaszczonych zagonach i wbitych w ziemi, obwalanych muem dbach 
ozimin lady wielkich niegw i wd roztopowych. 
-Wycierpieli si ludziska niemao, nabiedowali! -westchna przysaniajc oczy doni, 
bo naprzeciw od wsi szy jakie chopaki. 
-Juci, co Micha organistw z ktrym organiciakiem. Po wielkanocnym spisie do 
Woli id, kiej z tylachnymi koszykami... Juci, e nie kto drugi. 
Pochwalia Boga, gdy nadeszli, rada wielce zagada z nimi co nieco, ale chopcy odburknli 
pozdrowienie i przeszli prdko, rozgadani ze sob. 

-Dy od tylich skrzatw, bacz ich, a nie poznali mnie! - Markotno j przeja. -Cie! a 
skd by i tak dziadwk pamitay! Ale Micha wyrs galanto, pewnikiem ju dobrodziejowi 
przygrywa na organach... 


Rozmylaa wpatrujc si znowu w drog, e to wyszed ze wsi yd jaki pchajc przed 
sob sporego cielaka. 

- A od kogo to kupione? - zagadna. 
-Od Kbowej! - odpar mocujc si z biao-czerwonym ciokiem, ktren si opiera, zawraca 
i pobekiwa aonie. 
-To ani chybi po granuli... juci... pognaa si bya jeszcze przed niwami... a moe i po 
siwej... Sielny cioek... 
Obejrzaa si za nim z gospodarsk luboci, ale ju ich nie byo na drodze: cioek wyrwa 
si z rk, skoczy na pole i podnisszy ogon rwa ku wsi na przeaj, a yd z rozwianym 
chaatem zabiega mu drog. 

-W ogon go pocauj, a popro piknie, to ci wrci... szepna z kuntentnoci przygldajc 
si gonitwie. 
-A i na Kbowych morgach ni ywej duszy! - zauwaya przy tym, ale nie byo ju czasu 
na pomylunki: wie bya ju tak blisko, e poczua zapach dymw i dojrzaa po sadach 
wietrzce si pierzyny, to jeno ogarniaa oczyma wie ca i najgbsza, wdziczna rado 
zatrzsa jej sercem, e to Jezus pozwoli doy tej zwiesny i powraca j oto do swoich, powraca 
do rodzonych... 
A przeciech moga zamrze zim midzy obcymi, chorzaa bowiem ciko, ale Jezus j 
powrci... 

Dy tym ano ywia dusz przez dug zim, tym si jeno krzepia w kadej godzinie i 
tym si bronia od mrozw, ndzy i mierci... 

Przysiada pod krzakami, aby si dziebko przygarn, nim wejdzie midzy chaupy, ale 
miaa to siy, kiej j tak rozebraa rado, e kada kosteczka trzsa si z osobna i serce tuko 
si bolenie niby ten ptak duszony? 

-S jeszczech dobre i miosierne ludzie, s... -szeptaa opatrujc troskliwie torbecki. 
Jake, uciuaa sobie tyla, e musi starczy na pochowek. 
Przeciech od dawnych ju lat o tym jeno deliberowaa i w to ca dusz kada, e skoro 
mierci por Pan Jezus spuci, aby si to mogo sta we wsi swojej, w chaupie, na ku zasanym 
pierzynami, pod rzdem obrazw, tak jako umieray gospodynie wszystkie. Cae ycie 
zbieraa na chwil on wit i ostatni. 

Miaa ci ju u Kbw na grze skrzyni, a w niej pierzyn spor, poduszki i przecierada, 
i wsypki nowe, a wszystko czyste, nie uywane zgoa, by nie mara, zawsze mie gotowe, 
no i e nie byo gdzie rozoy tej pocieli. Miaa to kiej swoj izb albo i ko? Ktem 
zawdy, na barogu jakim, to w obrce, jak si zdarzyo i kaj ludzie dobre pozwolili przytuli 
gow. Nie cisna si ta ona nigdy naprzd, midzy mone i wadne, nie wyrzekaa na dol, 
bo wiedzca bya dobrze, e wszystko urzdzenie na wiecie z woli Boej pochodzi, a nie 
zmieni go czowiekowi grzesznemu. 

To se jeno tajnie, po cichuku, przepraszajc Boga za pych, o tym jedynie marzya, by 
mie gospodarski pochowek - o to jeno prosia lkliwie... 

Nie dziwota wic, e skoro si teraz przywleka do wsi ostatkami si, czujc, e ju ten 
czas ostatni przychodzi na ni, to wzia sobie przypomina, czy aby czego nie przepomniaa. 

Ale nie, wszystko miaa potrzebne -gromnic niesa z sob, co j ano wyprosia strujc 
jakiego umarlaka, i buteleczk z wod wicon miaa, i nowe kropido kupia, i obrazik powicany 
Czstochowskiej, jaki musi mie w rku w skonania godzinie, i te kilkadziesit 
zotych na pochowek... a moe i starczy na msz wit przy trumnie, ze wiatem i pokropieniem 
choby w kruchcie! Juci, e i myle nie miaa, by j ksidz eksportowa na cmentarz. 

Gdzieby za to mogo by!... Nie kaden gospodarz dostpuje takiego honoru i szczcia, 
a przy tym i wszystkich pienidzy na to jedno by nie starczyo! 
Westchna aonie podnoszc si na nogi. 



Dziwnie jednak zasaba, kuo j w piersiach, kaszel mczy, e ledwie si moga rucha, 
odpoczywajc co chwila. 

-eby cho do sianokosw docign albo i do niw pierwszych -marzya, sodko przywierajc 
oczyma do chaup coraz bliszych. 
-A potem ju si poo i zamr ci, Jezu kochany, zamr... - jakby si tumaczya lkliwie 
z tych grzesznych nadziei. 
Ale wraz spada na ni troska: kto to j przyjmie do chaupy na ten czas skonania? 

-Poszukam se dobrych i czujcych ludzi, a moe i jaki grosz przyobiecam, to si acniej 
zgodz... Juci! komu ta niewola kopota si cudzymi, a chaup sobie mierzi. 
Aby si to mogo sta u Kbw, krewniakw, nawet pomyle nie miaa. 

-Tylachna dzieci, w chaupie ciasno, a to i drb teraz si lgnie i trza mu miejsca, i niehonor 
byby dla takich gospodarzy, by pod ich dachem krewniackie dziadwki pomieray... 
Rozmylaa bez alu wchodzc na drog biegnc po grobli wyniesionej nieco, by chroni 
staw od wyleww na niskie ki a kapuniska. 
Myn stoja pobok grobli, jeno tak nisko, e omczone dachy wystaway nieco nad drog, 
trzs si cay i z guchym oskotem pracowa. 
A z lewa staw wieci si ano, soce wleko si zotymi wosami po cichej, rozmodrzonej 
od nieba wodzie, na brzegach, obrosych przychylonymi olchami, trzepay si z krzykiem 
gsi, na drogach za, jeszcze nieco botnych, dzieci przeganiay stadami pokrzykujc z uciechy. 


Lipce ano siedziay z obu stron stawu jak przdzi, jak zawdy chyba od pocztku wiata, 
cae w sadach rozrosych a w opotkach. 

Agata wleka si z trudem, chyo jeno biegajc oczyma, a wszystko widzc. W mynarzowym 
domu, co sta odsunity od drogi, a podobien si zda choby i do dwora jakiego, 
przez wywarte okna powieway biae firanki, a sama mynarzowa siedziaa przed progiem w 
porodku piskliwego stada gsit ciuchnych kiej z wosku, ktre przygarniaa. 

Pochwalia stara Boga i przesza cicho, rada, e jej nie poczuy psy, wylegajce si pod 
cianami. 

Przesza most, pod ktrym woda z hukiem przewalaa si na myskie koa; drogi std 
rozchodziy si kiej rce ogarniajce cay staw. 

Kolebaa si w sobie przez chwil, ale ch obejrzenia wszystkiego przemoga i wzia 
si na lewo, dusz nieco drog. 

Kunia, stojca pierwsza zaraz z brzega, bya zamknita i gucha; jaki przodek od wozu 
i nieco zardzewiaych pugw leao pod cianami okopconymi, ale kowala ani widu, jeno 
kowalowa, rozdziana do koszuli, kopaa grzdki w sadzie wzdu drogi. 

Przystawaa teraz przed kad chaup wspierajc si o niskie, kamienne poty i przegldajc 
ciekawie obejcia, opotki, wywarte sienie i okna. Psy, ujaday na ni niekiedy, ale obwchawszy 
i jakby snad poznajc swojaczk, wracay lega na przyzby w soce. 

A ona ci teraz sza wolniuko, krok za krokiem, ledwie dychajc z utrudzenia, a barzej i z 
uciechy serdecznej. 

Suna si tak cichuko jako ten wiater, ktren raz po raz powiewa po stawie i gmera w 
rudych baziach olch, a szara bya i niewidna kiej te poty albo ta ziemia, miejscami ju przesychajca, 
abo za kieby ten chudy cie, od drzew nagich padajcy na ziemi, e jakby jej 
nikto i nie spostrzega. 

A radowaa si caym sercem, e wszystko tak znajduje, jako i bya zostawia jesieni. 
niadania musieli warzy, bo kurzyo si z kominw, a gdzieniegdzie z wywartych okien 
buchay zapachy gotowanych ziemniakw. 
Cho to i dzieci krzykay tu i owdzie abo i gsi strujce przy gsitach podnosiy czsto 
strwoone ggoty, a dziwnie cicho i pusto byo we wsi. 



Soce si ju ano podnieso na p drogi do poudnia i siao kieby tym szczerym zotem, 
i jo si przeglda w stawie, a nikto si jeszcze nie kwapi w pole, aden wz nie turkota z 
opotkw ni poskrzypiway pugi, cignite na rol. 

-Na jarmarek musiay pojecha abo co? -mylaa, baczniej si jeszcze rozgldajc po 
chaupach. 
Wjtowe stodoy ciy si nowym drzewem spord sadw bezlistnych, a Gulbasowa 
chaupa, obok stojca, miaa oberwane poszycie, e aty dachu wida byo kiej te ebra nagie. 

- Wiatry zerway, ale wakoniowi nie chciao si naprawi! - mruczaa. 
Wpodle za Pryczki siedziay w starej pokrzywionej chaupinie, powybijanych szyb wyzieray 
somiane wiechcie. 

A oto i sotysowa chaupa, szczytem do drogi, na star mod. 

Za nim te Poszkw dom, na dwie strony zamieszkany. 

Potem Balcerkw posiedzenie; poznaaby nie wiem gdzie, bo dom by znaczny, e to 
dzieuchy popstrzyy wapnem szare ciany i pofarboway ramy okien na niebiesko. 

A tam znw, w szerokim, starym sadzie rozsiady si Boryny, pierwsze gospodarze i bogacze 
lipeckie. Soce jeno grao w czystych szybach; ciany janiay jakby z nowa pobielone; 
obejcie byo obszerne, budynki w rzd stawiane, a proste i tak galante, e niejeden i chaupy 
takiej nie mia, poty cae i wszystko w takim porzdku, kieby u jakiego Olendra na koloniach 
a lepiej nie byo. 

A dalej dom Gobiw. 

I inszych, ktre wszystkie jako ten pacierz na pami wiedziaa. Ale wszdy jednako byo 
cicho i pusto, jeno w sadach czerwieniy si pociele wietrzone i rny przyodziewek, a jeno 
gdzieniegdzie uwijay si porozdziewane do koszul kobiety przy kopaniu grzdek. 

W zacisznych miejscach sadw kapuciane wysadki ju puszczay zielone warkocze z 
ogniych bw, to za pod cianami one lilije wyrastay z szarej ziemie bladymi kami, rozsady 
wschodziy pod przykryw tarniowych gazek, drzewa stay w nabrzmiaych, lepkich pkach, 
a wszdzie pod potami burzyy si pokrzywy i chwasty rne, i krze agrestowe obwiane 
byy jasn, modziuchn zieleni. 

A cho to i najprawdziwsza zwiesna siaa si prosto z nieba i ttnica bya w kadej 
grudce ziemi napczniaej, a tak jako smutnie si widziao w Lipcach, cicho i dziwnie pusto. 

- A chopa to ni na lekarstwo nigdzie. Nic, jeno na sdy poszy albo na zebranie je zwoay. 


Tumaczya tak sobie wchodzc do kocioa otwartego na rozcie. 

Po mszy ju byo, dobrodziej spowiada w konfesjonale, kilkanacioro ludzi z dalszych 
wsi siedziao w awkach w cichoci a skupieniu, e jeno chwilami cikie wzdychy rway si 
na koci albo to jakie sowo pacierza goniejsze. 

Od lampki poncej, uwieszonej na sznurze przed wielkim otarzem, wleky si pasma 
dymw niebieskawych ku wysokim oknom, przez ktre padao soce; za szybami wierkay 
wrble fruwajc niekiedy pod nawami ze dbami w dziobach, a czasem jaskki wpaday ze 
wiegotem przez wielkie drzwi, pokooway bdzco w cichociach i chodach murw i uciekay 
chyo na wiat jasny. 

Zmwia jeno krtki pacierz, tak ju byo jej pilno do Kbw, ale przed kocioem zaraz 
spotkaa si oko w oko z Jagustynk. 

- Jagata! - krzykna tamta z wydziwem niemaym. 
- Dy ywie jeszcze, gospodyni! ywie! - Chciaa j w rk pocaowa. 
-A powiedali, ecie ju nogi wycignli gdziesik w ciepych krajach... Ale wama ten 
letki chleb Jezusowy na zdrowie nie poszed, bo co mi na ksi꿹 obor patrzycie... - mwia, 
szydliwie j rozgldajc. 

-Wasza prawda; gospodyni... a tom ledwie ju dowleka kosteczki... dojd se ju pomaluku 
a wrychle, dojd... 


- Do Kbw pieszycie? 
- A gdzie bym to sza? Krewniaki przeciech... 
-Radzi was przyjm, torbeczki dygujecie niezgorsze, a jaki grosz te by musi w supekach, 
to juci, e chtliwie przypuszcz waju do krewniactwa. 
- Zdrowi bych s? nie wiecie? - markotne jej byy te przekpinki. 
- Zdrowi... jeno Tomek, e sabowa dziebko, to si teraz lekuje w kreminale. 
- Kb! Tomasz! Nie powiedajcie, bo mnie nie do miechu ! 
-Rzekam, a doo, e nie sam siedzi, a z dobr kompani, bo z ca wsi... I morgi nie 
pomog, kiej sd przyskrzybnie drzwiami a okratuje. 
- Jezus Maria, Jzefie wity! - jkna, jako sup stajc w zdumieniu. 
-Biecie rychlej do Tomkowej, to si tam napasiecie nowinkami barzej drujkimi nili 
mid. Hi, hi! wituj se chopy a mio! - zamiaa si urgliwie, a ze jej oczy strzeliy nienawici. 
Agata powleka si oguszona, nie mogc jeszcze uwierzy w syszane, spotkaa kilka 
znajomych kobiet, ktre j przywitay dobrym sowem zagadujc o tym i owym, ale jakby nie 
syszaa pogwary, rozdygotana w sobie strachem coraz zjadliwszym, e ju z umysu przywalniaa, 
bych jeno opni sprawdzenie tych nowin piekcych. Dugo siedziaa pod sztachetami 
plebanii, bezmylnie patrzc na ksiy dom. Na ganku stoja bociek na jednej nodze i 
jakby naglda psw, baraszkujcych po tych uliczkach ogrodu, a Jambroy z dziewk 
okadali now darni boki klombu, ktren si ju rudzia kieby szczotk elazn tymi modymi 
chlustami kwiatw przernych. 

Dopiero wzmgszy si na siach chykiem ruszya w opotki Kbowego domu, stojcego 
tu w rzd z plebani. 

Z dygotem juci sza czepiajc si potw i latajc przetrwoonymi oczyma po sadzie i 
chaupie, siedzcej w gbi, ale jeno krowy pod oknami chlipay gono z cebratek, sie wywarta 
bya na przestrza, e dojrzaa macior z prositami wylegujce si w bocie podwrza i 
kury pilnie grzebice w gnoju. 

Podjwszy prn ju cebratk, bo mielej byo jej z czymci w garci wej, wsuna 
si do wielkiej mrocznej izby. 

- Niech bdzie pochwalony! - ledwie wykrztusia. 
- A na wieki! Kto tam? - ozwa si po chwili zajkliwy gos z komory. 
- Dy to ja, Agata! - Jezus, jak j spierao pod piersiami ! 
-Agata! Widzielicie no, moi ludzie! Agata! -gadaa prdko Kbowa ukazujc si na 
progu z pen zapask piszczcych gsit, stare za z sykiem i ggotem dyrday za ni. -No, 
to chwaa Bogu! A powiadali ludzie, jakocie jeszcze na Gody pomarli, nie wiada byo ino 
kaj, e nawet mj zbiera si do kancelarii na przewiady. Siadajcie... strudzeni pewnikiem 
jestecie. Gsi si ano lgn... 
- Pieknie si wywiedy, kiej ich a tyla! 
-A bdzie kopa bez maa, przez piciu. Chodcie przed dom, bo trza ich podkarmi i 
przypilnowa, aby stare nie stratoway. 
Wybraa je starannie z zapaski na ziemi, i zaroiy si kiej te ciuchne ppuszki, a stare 
jy radonie ggota a wodzi nad nimi dziobami 
Kbowa wyniesa na deseczce posiekanego jajka wraz z pokrzywami i kasz i przykucna 
przy nich pilnie baczc, bo stare kuy w drobiazg, tratoway i krady jedzenie, jak ino 
mogy, rejwach czynic krzykliwy. 

- Siodate wszystkie bd - zauwaya siadajc na przyzbie. 
-Juci, a z wielkiego gatunku. Organicina odmienia mi jaja, e trzy swoje dawaam za 
jedno... Dobrze, iecie ju cignli do chaupy... roboty tyla, e nie wiada, gdzie przdzi 
pazury zaczepi. 


-Zaraz si wezm do roboty, zaraz... jeno mocy nieco nabier... chorzaam i cakiem si 
wyzbyam z si... ale niechaj ino wydycham... to zaraz... 
I chciaa si podnie, chciaa i... by si wzi za robot jak, ale chudzina jeno si potoczya 
na cian i z jkiem pada. 

-Do cna, widz, zwtlelicie, nie do roboty ju wama, nie! -rzeka ciszej rozpatrujc jej 
twarz sin, obrzk i dziwnie pokurczon posta. 
Zakopotaa si tym ogldem i strapia, e nie tylko wyrki mie z niej nie bdzie, ale 
gotw si jeszcze kopot nawiza. 
Snad przeczua to Agata, bo si lkliwie, przepraszajco ozwaa: 

-Nie bjcie si, nie bd waju zawalaa miejsca ni cisna si do miski, nie, wydychne se 
ino i pjd... chciaam jeno obaczy wszystkich... popyta... ale se pjd... - zy cisny si do 
oczu. 
- Nie wyganiam was przeciech, siedcie, a wola wasza bdzie i, to se pjdziecie... 
- A kaj to chopaki? pewnikiem w polu z Tomkiem?- zapytaa wreszcie. 
- To nic nie wiecie? A dy wszystkie w kreminale! 
Agata jeno rce spleta w niemym krzyku boleci. 
- Powiedziaa mi ju to sowo Jagustynka, jeno uwierzy nie mogam. 
- Najczystsz prawd wam rzeka, tak ci jest, tak! 
Wyprostowaa si na te wspominki, a po wyndzniaej twarzy posypay si cikie zy. 
Agata patrzaa w ni jak w obraz, nie miejc ju dopytywa. 
-Mj Jezu! Sd ci tu by we wsi ostateczny, kiej ano wzili wszystkich i do miasta powiedli, 
ostatnia godzina, powiadam wam, e dziw, jako ywi jeszcze i ten dzie jasny ogldam! 
A to ju jutro bdzie cae trzy tygodnie, a mnie si widzi, jakby to wczoraj si stao. 
Osta jeno w chaupie Maciek, wiecie, i dzieuszyska, ktre teraz gnj powiezy w pole, i ja 
sierota nieszczsna! 
- A poszy! cierwy... to wasne dzieci tratuj jako te winie! - krzykna naraz na gsi: -
Pilusie, pilu, pilu, pilu ! 
Nawoywaa gsita, bo caym stadem, z matkami na czele, ruszyy w opotki. 

- Niech si zabawi, gap nikaj nie wida, przypilnuj bacznie. 
- Rucha si nie moecie, a gdzie wam za gsitami biega !.. 
- Ju me dziebko choro odesza, skorom jeno w te progi stpia. 
- To pilnujcie... narzdz wama co je... a moe mleka uwarzy? 
-Bg wam zapa, gospodyni, ale sobota to ci wielkopostna, to z mlekiem je mi si nie 
godzi... wrztku dajcie jaki garnuszek, chleb mam, to se wdrobi i pojem galanto. 
Jako Kbowa wnet jej przyniesa osolonego wrztku na miseczce, w ktren stara wdrobia 
chleb i pojadaa z wolna dmuchajc w yk, a Kbowa za przysiada w progu i oganiajc 
oczyma gsita, skubice pod potami, znowu powiedaa: 

-O las poszo. Dziedzic sprzeda go kryjomo przed Lipcami ydom. Jeli go wnet rba! 
Krzywda bya taka i sprawiedliwoci znikd, to i co miay pocz? do kogo i ze skarg? A 
do tego zawzi si na cay nard, e ni jednego komornika ze wsi do roboty nie zawoa. 
Zmwili si te i ca wsi poszli swojego broni, ile ino narodu byo. Powiedali, e wszystkich 
kara nie pokarz, jeliby na to przyszo, ale nikto o tym nie pomyla, bo jake? za co to 
mieli kara? przeciech o swoje jeno zabiegali. Poszli do porby, pobili rbaczw, e po dobrej 
woli nie ustpili, pobili dworskich i wszystkich ano z boru wygnali... Na swoim postawili, a 
po sprawiedliwoci, bo pki z lasu nie wydziel, co jest czyje, rucha go nikt prawa nie ma. 
Ale si duo przy tym pomarnowao naszych, starego Boryn przywieli z rozupan gow: 
borowy ci go tak uszlachtowa, a tego ci znowuj Antek Boryniak zakatrupi za ojca. 

- Jezus! zakatrupi, na mier?! 
-Na mier, a stary do dzisiaj ano choruje i bez rozumu zgoa ley, juci, on najbardziej 
ucierzpia, ale i drugie te niemao: Szymek Dominikowej mia przetrcony kulas, Mateusz 


Gob by tak pobity, e go a przywie musieli, Poszce Stachowi rozwalili eb, a drugim 
dostao si te dosy, e i nie spamita, co i komu! Nikto si tym zbytnio nie frasowa ni 
narzeka, bo swoje dokazali, wrcili te bujno, ze piewami kiej po tej wojnie wygranej, ca 
noc w karczmie z uciechy pili, a barzej pobitym gorzak do chaup nieli. 

A na trzeci dzie jako, w niedziel, nieg pada mokry i zrobia si taka plucha od same-
go rana, i trudno byo nosa wycibi na dwr. Zbieralimy si wanie do kocioa i, kiedy 
Gulbasowe chopaki poczy na wsi krzycze: Straniki jad! 

Jako moe w pacierz przyjechao ich ze trzydziestu, a z nimi urzdniki i cay sd, rozoyli 
si na plebanii. No, e ju i nie wypowiem, co si dziao, kiej zaczy sdzi, wypytywa, 
zapisywa, a nard po kolei bra pod str... Nikto si nie opiera, kaden pewny by swojego, 
a wszystkie kiej na spowiedzi przywiarczay i prawd szczer mwili. Dopiero pod wieczr 
skoczyli i chcieli zrazu ca wie wraz ze wszystkimi kobietami bra, ale podnis si 
taki krzyk a ten pacz dzieciski, e chopy ju si za koami ogldali... Dobrodziej musia 
cosik przeoy starszym, e nas poniechali, nawet Kozowej, silnie wygraajcej wszystkim, 
nie wzili, chopw jeno samych zabrali do kreminau, Antka za Borynowego w postronki 
przykazali wiza! 

- Jezus! w postronki przykazali wiza! 
-I zwizali, ale porwa ci je kiej te nicie nadgnie, a si przelky wszystkie, bo wyda 
si, jakby mu dur do ba przystpi albo i zy opta, a on stan przed nimi, a w oczy im rzek: 
-Skujcie mi mocno w kajdany i pilnujta, bo wszystkich zakatrupi i sobie co zego zrobi... 
Tak si ano zapamita, e mu ojca zabili, sam ano rce poda w elaza, sam nogi nastawi 
i tak go powieli... 
-Jezu mj miociwy! Maryja! - jczaa Agata. 

- Widz zawdy i do samej mierci nie zabacz, jak ich brali... 
- Wzieni mojego z chopakami... wzieni Poszkw... 
- Wzieni Pryczkw... 
- Wzieni Gobiw... 
- Wzieni Wachnikw... 
- Wzieni Balcerkw... 
- Wzieni Sochw... 
-...a tyla jeszczech drugich wzieni, e wicej nili pidziesit chopa popdzili do kreminau... 
e i rozum ludzki nie poradzi wypowiedzie, co si tutaj dziao... jakie pacze si krwawiy, 
tych wrzaskw lamentliwych... ni tych przeklestw strasznych. 
A tu zwiesna nadesza, niegi rycho spyny, role podeschy, ziemia a si prosi o obrbk, 
czas na orki, czas na siewy, czas na wszystkie roboty, a robi nie ma kto! 
Wjt jeno osta, kowal i tych kilku staruchw ledwie si ruchajcych, a z parobkw jeden 
ino gupawy, Jasiek Przewrotny ! 
A tu i czas przychodzi rodw, e ju poniektre zlegy, krowy si te ciel, lgi wszdzie, 

o chopach te trza myle i podwozi im to poywienie, to grosz jaki albo i t czyst koszul, 
a roboty innej tyla, e ju i nie wiada, za co si przdzi bra, samym przeciech nie uradzi, a 
najemnika dosta nie mona po drugich wsiach, bo kuden sobie przdzi obrobi musi... 
- Nie puszcz ich to rycho? 
-Bg ta wie kiedy! Jedzi do urzdu ksidz, jedzi i wjt i powiedaj, e kiej ledztwa 
skocz, to ich popuszczaj, e to sdy maj by pniej, ale ju trzy niedziele przeszo, a 
jeszcze ni jeden nie wrci. Rocho te we czwartek pojecha dowiadywa si. 

- Boryna ywie to jeszcze? 
-ywie, jeno ledwie dycha i do rozumu nie przychodzi, jako ten klocek ley... Zwozia 
Hanka dochtorw, to znajcych si, nic nie pomaga... 


- Juci, pomog tam dochtory, gdzie chto na mier chory! 
Zmilky wyczerpane wspominkami. Kbowa zapatrzya si wskro sadu na dalek topolow 
drog, wiodc do miasta, i popakiwaa z cicha nos cigiem ucierajc... 
Potem za krztajc si pilnie kiele narzdzania obiadu opowiadaa z wolna wszystko, co 
si stao we wsi przez zim, a czego Agata zgoa nie wiedziaa. 
A stara rozpleta rce i pochylia si ku ziemi ze zgrozy i zdumienia, bo te nowinki kiej 
kamienie spaday na ni i przejmoway dusz tak zgryzot i blem, e chlipa cicho pocza. 

-Mj Boe, tam we wiecie cigiem mylaam o Lipcach, ale eby takie sprawy si 
dziay, to mi nawet i do rozumu nie przychodzio... a tom nawet pki ycia dugiego i nie syszaa 
o podobnym! Ze si tutaj osadzio na dobre czy co? 
- Juci, e jakby na to przychodzio! 
- A moe jeno dopust Boy za zo ludzk i grzechy! 
-Pewnie, e nie inaczej. Pan Jezus karze choby za takie miertelne grzechy, jako to 
Antka z macoch. Nowe za przewiny id, staj si na wszystkich oczach!... 
Ju Agata bojaa si rozpytywa o wicej, tylko podniesa roztrzsion rk i ja si 
piesznie egna pacierz mamlc gorcy. 

-Nieszczcie takie pado na cay nard i Boryna te ley bez duszy, a powiedaj -ciszya 
gos obzierajc si strachliwie -jako Jagusia ju si na dobre z wjtem sprzga... Nie 
stao Antka, brako Mateusza, brako i drugich parobkw, to dobry pierwszy z brzega, byle 
jeno wygodzi... O wiecie, wiecie!... - jkna zaamujc rce ze zgrozy. 
Stara si ju nie ozwaa, poczua si z naga utrudzon i tak przejt tymi nowinkami, e 
powleka si do obrki wypoczywa. 

Dopiero o samym zachodzie dojrzeli j wlekc si na wie do znajomkw, powrcia 
za, kiej ju u Kbw siedzieli przy wieczerzanych miskach. 

yka na ni czekaa i miejsce, juci nie pierwsze, ale zawdy nie ostatnie, bo przy Kbowej, 
jeno e pojadaa mao wiele, kiej to dziecitko przebierne, pogadujc z cicha o wiecie, 
to o tych odpustowych miejscach, ktre bya schodzia, a si niemao temu nadziwowali. 

Za kiej ju noc zapada, e nawet i zorze grajce po szybach przygasy, i wie do cna 
ogucha, zapalili w izbie wiato i jli si z wolna do snu sposobi, wtedy Agata wyniesa 
swoje torbeczki pod wiato wyjmujc z wolna rne rnoci, jakie przyniosa. 

Otoczyli ci j zwartym koem tajc przydechy i dziw jej nie zjadajc rozgorzaymi oczyma. 


A ona najpierw po obraziku powicanym rozdaa kademu, potem za sznury paciorkw 
dziewuchom, a tak piknych, e ino gray farbami, wrzask si bez to uczyni w izbie, tak jedna 
przez drug cisny si do lusterka, przymierzajc, cieszy si sob i szyj wzdyma kiej te 
indory napuszone; a to i koziki sielne, prawdziwie misiarskie nalazy si la chopakw, i caa 
paczka machorki dla Tomasza, w ostatku i la Kbowej wyja fryzk szerok, wzburzon i 
kolorow nici obdziergan, e gospodyni a wrcz plasna z wielkiej kontentnoci... 

I wszyscy radowali si niemao, nie raz i nie dwa ogldajc te licznoci i cieszc oczy 
podarunkami, a ona rada wielce, z niema luboci powiedaa, co ile kosztuje i gdzie to kupione. 


Dugo w noc przesiedzieli poredzajc jeszcze o nieobecnych. 

-A strach za grdyk apie, tak cicho na wsi! - zauwaya w kocu Agata, gdy przymilkli 
i opado ich guche, martwe milczenie. -Gdzie to po inne roki, w tym zwiesnowym czasie, to 
ae si wie trzsa od wrzaskw i miechw !... 
-Bo jako ten grb otwarty widzi si caa wie, e jeno kamieniem przywali i krzye postawi... 
e nawet pacierza nie bdzie mia kto zmwi ni na msz da... - potwierdzia smutnie 
Kbowa. 
-Prawda! Pozwolicie, gospodyni, to bym ano na grk posza, koci me bol po drodze i 
oczy ju pik morzy. 


- A pijcie, gdzie wama do upodoby przylegn, miejsca nie brakuje. 
Stara wnet pozbieraa sakwy i ja si w sionce skroba po drabce, gdy Kbowa zacza 
mwi za ni przez wywarte drzwi: 
-Hale! maom nie zabaczya wama powiedzie, e wzielim wasz pierzynk ze skrzyni... 
Marcycha chorzaa w zapusty na krosty... zib by taki, przyodzia nie byo czym... towa se 
poyczyli od waju... pierzyna ju wywietrzona i choby jutro a zaniesie si j na gr... 

- Pierzyn... wasza wola... juci, kiej byo potrza... juci... 
Chycio j tak cosik za gardziel, e urwaa, dowleka si po omacku do skrzyni, przykucna 
i podnisszy wieko ja piesznie drcymi rkoma bdzi i obmacywa swoje wiano 
miertelne... 

Juci... pierzyny nie byo... a now cakiem ostawia... w czystym obleczeniu... ni razu nie 
uywan... dy j z tych nalenych pirek po pastwiskach ucibaa... byle mie na t ostatni 
skonania godzin... 

A wzieni j... wzieni... 

Pacz j taki chyci aoliwoci peen, e dziw jej serce nie pko. 

I dugo pacierz mwia zami go polewajc gorzkimi, dugo pakaa i bolenie a cichuko 

skarya si Jezusowi kochanemu na krzywd swoj... 
Noc musiaa ju by dua, bo ano kury pia zaczynay na pnocek albo i na odmian. 

ROZDZIA 2 


Nazajutrz bya Palmowa Niedziela. 

Jeszcze dobrze przed socem, ale ju o duym dniu, wyjrzaa z Borynowej chaupy 
Hanka, w weniak jeno przyodziana i jak chucin, e to zib by na wiecie galanty. 

Zajrzaa a za opotki na drog czarniaw, rosami opit, a gdzieniegdzie oszronia. Pusto 
byo jeszcze i ni znaku ycia, wit jeno skrzy si suchy i przyodziewa zmartwiae czuby 
drzew w modre obleczenia, za resztki nocy czaiy si strachliwie pod potami. 

Powrcia na ganek i z trudem przyklknwszy, e to leda tydzie spodziewaa si rodw, 
ja mwi pacierz bdzc po wiecie zaspanymi oczyma. 

Dzie za roznosi si z wolna biaaw poog, zorze przecieray si kieby przez sito, 
brzaskami osypujc wschodni stron, ktra podnosia si coraz wyej niby ten zoty baldach 
nad promieniejc ju, ale jeszcze niewidn monstrancj. 

e za przymrozek by z nocy, to poty, mostki, dachy, i kamienie polnieway szronem, 
a drzewa stay kiej chmury przebielone. 

Wie jeszcze spaa w przyziemnych mrokach utopiona, e jeno poniektre chaupy bardziej 
przy drodze wyupyway si nieco jani bielonych cian, za po omglonej gadzi stawu 
wleky si dugachne, czarniawe pasma prdw, jakoby szkliwa tejce. 

Myn gdziesik hurkota bez przestanku, a jaka niewidna rzeczka mrowia si po kamieniach 
cichukim, przytajonym bekotaniem. 

Kokoty piay ju na umor i ptaszyny rne zgwarzay si z cicha po sadach jakoby w tym 
pacierzu spoecznym, kiej Hanka przeckna, pik j ano zmorzy i strudzone, niewywczasowane 
koci cigny pod pierzyn, ale si nie daa, szronem przetara oczy i nalazszy to zagubione 
sowo pacierza posza w podwrze naglda chudoby a budzi pice. 

Najpierw wywara drzwi do wieprzka, ktren usiowa na przednie kulasy si zwlec, ale 
e spany by wielce, zwali si na gruby zad i jeno chrzkajcym ryjem wodzi za ni, gdy 
mu arcie przegarniaa dorzucajc nieco wieego. 



-Portki tak ci꿹, e ci i na kulasy nieacno; jak nic ma na cztery palce soniny. - Obmacaa 
mu boki z luboci. 
Otwara potem do kur porzuciwszy przed progiem na przynt wiskiego jedzenia przygarci, 
e sfruway z grzd skwapliwie, koguty za pia wziy rozgonie. 
Gsi, zawarte pobok, przyjy j gganiem i sykami; wygnaa precz gsiory, i wnetki 
wojn uczyniy z kurami, a zacza wyciga spod matek, siedzcych w gniazdach, jaja i 
przepatrywa je pod wiato. 

-Leda godzina klu si bd - mylaa nasuchujc cichego, ledwie odczutego dziobania 
w jajach. 
Rychtyk i apa wylaz z budy, kiej sza ku stajni, przecign si a ziewa, nie baczc na 
syczce na gsiory. 

- Hale! prniaczysko, niby parob noc przesypia, coby strowa! 
Pies pomacha ogonem, szczekn radonie, buchn przez kury, a si pierze posypao, i 
daleje drze si do niej, skaka do piersi, a polizywa rce, e rada nierada pogaskaa go po 
bie. 

-Drugi czowiek a tak czujcy nie bdzie, jako to stworzenie. Miarkuje jucha gospodarza! 
-Wyprostowaa si dziebko wodzc oczyma po oszroniaych dachach, bo jaskki, siedzce 
rzdem na kalenicy, zawiegotay pieciwie. 
-Pietrek! Dzie ano kiej w! - zakrzyczaa bijc pici we drzwi stajni, a posyszawszy 
mruczenie i odsuwanie zawory wywara drugie zaraz drzwi do obory. 
Krowy leay rzdem przed obami. 

- Witek! A to pi pokraka, kiej po weselu! 
Chopak si wraz przebudzi, skoczy z pryczy i j popiesznie wciga portczyny i cosik 
mamrota strachliwie. 

-Przyrzu krowom siana, by przejady do udoju, i zaraz przychod skroba ziemniaki. A 
ysuli nie dawaj, niech j sama pasie - dodaa twardo, bo bya to krowa Jagusi. 
- Tak j pas, ae krowa ryczy i z godu som spod siebie wyjada. 
- A niech zdycha, nie moja strata! - szepna zawzicie. 
Witek jeszcze tam cosik mrukn, ale skoro wysza, gruchn si w poprzek barogu z 
obertelkiem w garci, byle jeszcze z pacierz zadrzema. 
Hanka za posza jeszcze do stodoy, gdzie na klepisku okryte som leay ziemniaki 
przebierane do sadzenia i zajrzaa pod szop, kdy skadali wszelki sprzt gospodarski. apa 
wyskakiwa przed ni, co chwila zbaczajc do gsiorw i wojn z nimi czynic, a wszystko 
obejrzawszy bacznie, czy jakiej szkody z nocy nie ma, jak to czynia co dnia, polaza do 
przeazu, wyjrze w pola na oziminy. 

Zacza znowu mwi przerwany pacierz. 

Soce te ju wstao, wskro sadw powiaa wichura pomieni, e szrony si zaiskrzyy i 
rosy jy skapywa z drzew; wiater te si poruszy i gmera cichuko w gaziach, skowronki 
dzwoniy coraz rzsiciej, a we wsi, na drogach czyni si ruch, sycha byo chlustanie wody 
przy nabieraniu ze stawu, wrtnie kaj niekaj dary si zardzewiae, to gsi gdziesik krzyczay 
i pies naszczekiwa abo i gos ludzki rozbrzmiewa w porankowej cichoci. 

Wie si budzia pniej dziebko, e to niedziela bya i kaden rad duej wylegiwa pod 
pierzyn spracowane koci. 

Hanka na nic nie baczya, zstpujc w siebie, w te rne myle, jakie j oprzdy, e pacierz 
jeno wargami mwia, daleko od niego dusz i caa we wspomnieniach utopiona. 

Podniesa ciche, opite radoci oczy na pola szerokie, zawarte cian dalekiego lasu, po 
ktrym rozleway si pomienie wschodu, i spord modrawych gszczw wybyskiway 
bursztynowe, grubachne chojary; za wszystkie ziemie jakoby drgay w zotych, budzcych 
brzaskach; ozime zboa mokr, zielonaw wen otulay zagony, a kaj niekaj po bruzdach 



lniy si poniki wody kiej te srebrne struyny, niesy si z pl wilgotne, chodne przydechy 

wraz z t wit cichoci wionian, w jakiej to ronie wszystko i na wiat si jawi... 

Nie za tym jednake patrzaa i nie tego. 

Jawiy si ano w niej przypominki bied, gody, krzywdy, Antkowe przeniewierstwa, ble 
kiej gd ranice i tych smutkw i utrapie tylachna, e a j dziw bra, jako to poredzia 
przemc i przemoga, i doczekaa si, e oto Pan Jezus przemieni wszystko na lepsze... 

Przeciech na gospodarce jest znowu, na ziemi. 

A kto mocen jest wyrwa j std? Ktren poredzi! 

Zmoga ju tyla, przecierpiaa bez te p roku, e drugi czowiek bez cae ycie nie przecierpi, 
to udwignie, co ta na ni Panu Jezusowi spuci si spodoba, wydziery i doczeka si 
Antkowego ustatkowania i e te ziemie bd ich na wieki. 

Trzy niedziele cae, a jej si widzi, jakoby to wczoraj si stao, kiej chopy szy na las... 

Nie posza z inszymi, bo ano w jej stanie ciko byo i nieprzezpiecznie... 

Turbowaa si jeno o Antka, bo zaraz jej rzekli, jako z narodem si nie zczy i nie poszed; 
rozumiaa, i tu na zo staremu zrobi, a moe i la tego, by si w ten czas gdzie z Jagusi 
zwie... 

aro j to, ale wypatrywa go przeciech nie posza. 

A tu przed samym poudniem przylatuje Gulbasiak i wrzeszczy: 

- Pobilim dworskich! pobilim! - i kiej wcieky pogna dalej. 
Zmwia si z Kbow i poszy naprzeciw. Dominikowej chopak nadbiega i ju z dala 
krzyczy: 

- Boryna zabit, Antek zabit, Mateusz i drugie!... - zatrzepa rkoma, cosik zamamrota i 
pad, e trza mu byo noem zby ozwiera, by wla wody, tak go cisno z utrudzenia. 

A jej wtedy dusza ze strachu zakrzepa na ten lity kamie. 

Szczciem, e nim jeszcze chopaka docucili, wywalili si z boru na drog i powiedali, 

jak byo, a moe w pacierz sama ju dojrzaa przy ojcowym wozie Antka ywego: jako trup 
by siny, okrwawiony, zgoa nieprzytomny. 
Juci, e j pacz chwyci i bole ozdzieraa, ale si przemoga, ile e j ociec, stary Bylica, 
odcign na bok i cicho powiedzia: 

-Stary wnet zamrze, Antek o Boym wiecie nie wie, a w Borynowej chaupie nikogj, j 
jeszcze si kowal tam wniesie i nikto go ju nie wygoni!... 
Zmiarkowaa rycho, e w dyrdy poleciaa do chaupy, zabraa dzieci i co byo na podordziu 
ze szmat, reszt za zdaa na Weronczyn opiek i przeniosa si chybcikiem na dawne 
miejsce, po drugiej stronie Borynowej chaupy. 

Jeszczech Boryn opatrywa Jambroy, jeszczech ludzie byli si nie rozeszli, jeszczech 
caa wie wrzaa uciech a gdzie jkami pobitych, a ona cichuko si wniesa i osiada na 
amen. 

A strowaa pilnie: to Antkowy te by gront, a stary ledwie zipa i mg leda pacierz 
wycign kulasy. 

Wiadomo przecie, i ktren pierwszy dopadnie dziedzictwa i wczepi we pazury, to i 
nieacno go oderwa, i prawo za sob bdzie mia. 

Co jej tam znaczyy kowalowe krzyki i groby, ktrymi jej broni wstpu, srodze zgniewany, 
i go uprzedzia! 

Pyta si to miaa kogj o przyzwolestwo, chycia si ziemi, a jak ta suka warowaa i 
bronia swojego, pewna rychej mierci starego i e Antka wezm, bo j by o tym uprzedzi 
Rocho. 

To i komu si to miaa odda w opiek? Kiej wiadomo, e jak si sam czowiek nie 
przyoy, to mu i Pan Jezus nie dooy. 
Nie paczem i skamlaniem dochodzi si swego, a jeno tymi kwardymi, nieustpliwymi 
pazurami - wiedziaa ci ona ju o tym, wiedziaa! 



Wic cho i Antka wzieni, uspokoia si rycho, bo co poredzisz przeciw doli, czowieku? 
czym si oprzesz, kruszyno? 

Gdzie za to by i czas na dugie lamenty i wyrzekania, kiej tylachne gospodarstwo 
wzia na swoj gow! 

Przeciech sama ostaa kiej ten kierz na rozdronym wywieisku, jeno e si nie cofna 
przed robot ni ludzi nie ulka. A przeciwko niej bya Jagna; byli kowalowie, zawzici na 
ni, e niech Bg broni; by wjt, ktren by swoje zamysy na Jagn powzi i bez to sielnie 
si ni opiekowa; by nawet dobrodziej, rychtowany na sprzeciw przez Dominikow. 

Tyle e jej nie przemogli, nie daa si niczemu, co dnia gbiej wrastajc w ziemi i 
krzepciej dzierc w garciach rzdy, i ledwie po dwch niedzielach, a ju wszystko szo jej 
wol, rozumem a moc. 

Ona za ni dojada, ni dospaa, ni wypocza harujc nikiej ten w w jarzmie od witania 
do nocy pnej. 

Jeno e to niezwyczajna bya ni takiej pracy, ni stanowienia o wszystkim swoj gow, a 
wielce z natury niemiaa i przez Antka zahukana, to jej tak ciko nieraz przychodzio, a 
rce opaday. 

Ale krzepi j strach, by z gospodarki nie wysadzili, a i ta zawzito przeciw Jagnie. 

Zreszt z czego ta jej moc sza, to sza, do e si nie daa, urastajc we wszystkich 
oczach na niemay podziw i uwaanie. 

-A to! przdzi si widziaa, jako trzech nie zliczy, a teraz ci ju za dobrego chopa stanie 

-powieday o niej co najpierwsze we wsi gospodynie, e nawet Poszkowa i drugie rade 
przyjacielstwa z ni szukay, chtliwie wspomagajc dobrym sowem i czym jeno mogy. 
Juci, e wdzicznym sercem przyjmowaa nie stowarzyszajc si jednak zbytnio i nie 
cieszc z ich ask, bo nieacno zapominaa krzywd niedawnych. 
Nie lubia ple bele czego, to i nie potrza jej byo ssiedzkich ugwarza ni tego w opotkach 
wystawania la obmowy. 

Mao to swoich miaa frasunkw, bych si jeszcze cudzym turbowa!... 

Wanie wspomniao si jej o Jagnie, z ktr wieda zaart, milczc i nieustpliw wojn, 
o Jagusi, ktrej samo przypomnienie byo jako to gnicie w serce, e i teraz poderwaa 
si z miejsca egnajc si piesznie, a bijc w piersi na dokoczenie pacierza. 

Zelia si jeszcze bardziej, i w chaupie spali, a i w podwrzu byo cicho. 

Skrzyczaa Witka, spdzia z barogu Pietrka, dostao si przy tym i Jzce, e soce na 

chopa, a ona si wyleguje. 

- Jeno z oka spuci na ten pacierz, a wszystkie po ktach pi ! 
Mamrotaa rozpalajc ogie na kominie. 
Wywieda dzieci na ganek i wetknwszy im po glonku chleba przywoaa apy, by si z 
nimi zabawia, a sama posza zajrze do Boryny. 

Ale na ojcowej stronie byo jeszcze cakiem cicho, e ze zoci hukna drzwiami; nie 
przebudzio to Jagny, stary za tak samo lea, jak go bya ostawia wieczorem: na pasiatoczerwonej 
pocieli leaa jego sina, obrosa twarz, wychuda i tak zmartwiaa, e podobien si 
sta do onych witkw w drzewie rzezanych; otwarte szeroko oczy patrzyy przed si nieruchomo 
nic zgoa nie widzce, gow mia owizan szmatami, a rozwiedzione szeroko rce 
zwisay martwo kiej te nadrbane gazie. 

Poprawia mu pocieli strzepujc pierzyn bardziej na nogi, e to gorco byo w izbie, a 
potem nalewaa mu po dziebku do ust wieej wody: pi z wolna, ae mu grdyka chodzia, 
ale si nie poruszy; lea wci kiej ta koda zwalona, jeno w oczach zawiecio mu cosik, jak 
kiedy rzeka spod nocy si przetrze i rozbynie na jedno oczymgnienie. 

Westchnwszy nad nim aonie; trzasna znowu trepem w wiaderko ciskajc rozsroonymi 
oczyma po picej. 



Ale Jagusia i tak nie przeckna; leaa ano na bok, twarz na izb, pierzyn snad z go-
rca zepchnwszy do p piersi, e ramiona i szyja leay nagie, zrumienione i dziebko ruchajce 
si w cichym dychaniu; przez rozchylone, winiowe wargi lniy si jej zby kiej te 
paciorki najbielsze, a rozplecione wosy burzyy si po biaej poduszce spywajc a na ziemi 
kiej ten len najczystszy, w socu wysuszony. 

-Zedrze ci ino pazurami t gbusi, a nie wynosiaby si urod nad drugie! - szepna 
Hanka z tak nienawici, a j w sercu zakuo i same palce si spryy do darcia, ale bezwolnie 
przygadzia sobie wosy i zajrzaa w lusterko, wiszce na okiennej ramie; cofna si 
jednak prdko dojrzawszy swoj twarz wyndznia, pokryt tymi plamami, i zaczerwienione 
oczy. 
- Niczym si nie umartwi, dobrze si nare, w cieple si wypi, dzieci nie rodzi, to nie ma 
by urodna! - pomylaa z tak gorycz, e wychodzc drzwiami trzasna, a szyby zabrzczay. 
Obudzia si wreszcie Jagna. Jeno stary lea wci bez ruchu, wpatrzony przed si. 

Lea ju tak cae trzy niedziele, od kiela go z lasu przywieli. Czasem si jeno jakby budzi, 
Jagny woa, za rce j bra, cosik chcia rzec i znowuj drtwia nie przemwiwszy ni 
sowa jednego. 

Ju mu i Rocho przywozi z miasta doktora, ktren go obejrza, na papierku cosik przepisa, 
dziesi rubli wzi, leki te kosztoway niemao, a rychtyk pomogo tyle, co i te darmowe 
Dominikowej zamawiania. 

Zrozumieli rycho, jako si ju nie wylie, i ostawili go w spokojnoci. Wiadomo jest, e 
kiej kto na mier choruje, to eby mu ju nie wiem jakie leki a doktory zwozi, zamrze musi, 
a ma za ozdrowie, i bez niczyjej pomocy ozdrowieje. 

Wic mieli kole niego tyle ju jeno starunkw, co mu ta czsto odmieniali na gowie 
zmoczone szmaty, wody pi podajc albo i dziebko mleka, bo je nie mg, e mu si to 
wszystko zwracao. 

Miarkowali te ludzie, a najbardziej Jambroy, jako praktyk by wielki, i jeli Boryna do 
rozumu nie przyjdzie, to mier bdzie mia letk i rych. Spodziewali si jej co dzie i nie 
przychodzia; a si ju mierzio to dugie czekanie, bo trza go byo pilnowa i jak tak dawa 
opiek. 

Jagny to byo psie prawo doglda i przy nim dulczy -c, kiej nie poredzia i godziny 
w chaupie wysiedzie? Stary obmierz jej do cna i ciya ta ciga wojna z Hank, ktra j 
odsuwaa od wszystkiego i pilnowaa gorzej zodzieja -to i nie dziwota, e cigno j na 
wiat, e chciao si jej lecie na te ugrzane przypoudnia, pomidzy ludzi, na wolno, to 
zdawaa pilnowanie Jzce i niesa si nie wiada gdzie, i nieraz dopiero wieczorami wracaa... 

Jzka za tyle go jeno dogldaa, co przy ludziach: skrzat by to jeszcze gupi a latawiec. 
Hanka wic i to musiaa wzi na swoj gow i o chorego dba, bo chocia i kowalowie 
mao dziesi razy na dzie zagldali, to jeno po to, by jej pilnowa, czy czego z chaupy nie 
wynosi, a gwnie czekali; i moe stary przemwi jeszcze i majtkiem rozporzdzi. 

arli si przy tym jako te psy kiele zdychajcego barana i przepierali z warkotem, kto 
pierwej chyci kami za lelita i jak sztuczk la siebie wyszarpie; tymczasowie za kowal, co 
ino upatrzy, co mu tylko w pazury wpado, to porywa, choby i stary postronek albo kawa 
deski z garci trza mu byo wyrywa i na kadym kroku pilnowa, e dzie nie przeszed bez 
ktni a srogich pomstowa. 

Powiadaj: kto rano wstaje, temu Pan Bg daje, i prawda, ale kowal umia wstawa i o 
pnocku, lecie choby na dziesit wie, jeli jeno szo o dobry zarobek; chop by chciwy 
na grosz i tak zabiegliwy, jak mao ktren. 

Oto i teraz, ledwie co Jagna z ka wylaza i weniaki na si wdziaa, drzwi skrzypny i 
on si cicho wsun prosto idc do chorego. 

- Nie gada czego? - zajrza mu z bliska w oczy. 


- Dy ley, jak lea! - odburkna zbierajc wosy pod chustk. 
Bosa jeszcze bya, w koszuli, dziebko rozespana i taka urodna, a jakowym pracym 
ciepem buchajca i luboci, e powid po niej zmruonymi lepiami. 

-Wiecie -przysun si tu do niej -organista wygada si przede mn, e stary musi 
mie sporo gotowego grosza, bo jeszcze przed Godami chcia da chopu z Dbicy cae piset 
rubli; o procenta si jeno nie zgodzili. Musz te pienidze by schowane gdzie w chaupie... 
Uwaajcie pilnie na Hank, bo jakby chycia przed nami, ju by ich ludzkie oko nie zobaczyo... 
Moglibycie z wolna, kryjomo przepatrywa wszystkie kty, jeno by nikto si nie 
pomiarkowa... Suchacie to? 
-Co by za nie! -okrya ramiona zapask, bo jakby j obmacywa tymi zodziejskimi 
lepiami. 
Przeszed si koujcy po izbie i niby od niechcenia zaglda za obrazy, wyszukujc przy 
tym pilnie, gdzie popado. 

- Macie to klucz od komory? - ypn lepiami na mae, zawarte drzwi. 
- A wisi na Pasyjce pod oknem. 
-Dutam mu poyczy, bdzie ju z miesic, a teraz mi potrzebne i nikaj go nale nie 
mog. Myl, co tam w rupieciach zarzucone... 
- Szukajcie sami, ja go wama nie wylipiam. 
Odstpi od drzwi, bo rozleg si w sieni gos Hanki, klucz na miejscu powiesi i za czapk 
wzi. 

- To jutro poszukam... pilno mi biey do dom... Rocho przyjecha? 
- Ja to wiem? Spytajcie Hanki! 
Posta jeszcze dziebko, poskroba rudych wsw, a oczy to mu jak te zodzieje latay po 
ktach; zamia si cosik do siebie i poszed. 
Jagna zrzucia zapask i ja si sania ka i drugich uprzta, rzucajc niekiedy przyczajone 
spojrzenia na ma, i tak zawdy chodzia po izbie, by si nie natkn na jego oczy, 
wci rozwarte. 

Juci, e by jej obmierzy, bojaa si go i nienawidzia ca moc za wszystkie krzywdy 
doznane, a ile razy j woa i bra w swoje rozpalone i lepkie rce, zamieraa z obrzydzenia i 
strachu, tak mierci wiao od niego i trupem, ale pomimo wszystkiego moe jeno ona jedna 
najszczerzej pragna, by wyzdrowia. 

Teraz ci dopiero miarkowaa, co straci, skoro go nie stanie; przy nim gospodyni si 
czua, suchali jej wszyscy, a drugie kobiety czy dzieuchy rade nierade uwaa j i ustpowa 
pierwszego miejsca musiay -jake! Borynow przeciech bya -Maciej za, chocia w domu 
by kliwy kiej pies i dobrego sowa nie da, ale przed ludmi wielce dba o ni i strzeg, by 
jej kto nie mia nie poszanowa. 

Nie rozumiaa ona tego przdzi, dopiero kiej Hanka zwalia si do chaupy i gr nad ni 
bra pocza, odsuwajc od panowania, poczua swoje opuszczenie i krzywdy. 

Nie o gront jej szo przecie -co jej tam byy majtki?... tyle staa o nie akuratnie, co o 
oskie lato, a chocia ju si wzwyczaia do rzdw i rada bya wielce wynosi si a puszy 
bogactwem, i rozpiera na swoim, to i za tym by nie pakaa, bo u matki byo jej te niezgorzej 
-ale jedno j ano gnbio bolenie, e przed Hank ustpowa musi, przed Antkow kobiet: 
to j przypiekao do ywego budzc zo i ch robienia na sprzeciw. 

Juci, e j i matka podmawiaa, i kowal rychtowa codziennym podjudzaniem, bo sama z 
siebie to by moe rycho ustpia. Tak j ju mierziy te wojny, e nieraz chciaa wszystko 
ciepn i przenie si do matki. 

- Ani si wa! sied, pki nie zamrze! waruj swojego! - nakazywaa srogo stara. 
To i siedziaa, cho cknio si jej niewypowiedzianie -jake? cae dni nie byo do kogo 
gby otworzy ni pomia si z kim, ni wybiec do kogo... 



A w domu pojkiwa stary, bya Hanka zawdy gotowa do ktni, sza ciga wojna, e 
ju zgoa byo nie do wytrzymania. 

U matki te byo nie sposb wysiedzie. 

To lataa z kdziel po chaupach -ale moga to i tam wytrzyma, kiej we wsi byy same 
kobiety, rozkise, rozpakane, rozwrzeszczane, jako te dni marcowe, a wszdy, jako ta nie 
ustajca litania, wyrzekania, a nikaj adnego parobka, choby na lekarstwo! 

e ju ni miejsca, ni rady da sobie nie moga. 

Do tego za czsto, coraz czciej nawiedzay j wspominki o Antku. 

Prawda, jako pod sam koniec, nim go wzili, wielce ku niemu ochoda i te spotykania 
ju byy jeno strachem i mk; na ostatku za ukrzywdzi j jeszcze tak bardzo, a dusza 
pczniaa alem na przypominki... ale miaa wyj do kogo, wiedziaa, e tam, pod brogiem, o 
kadym zmierzchu czeka na ni i wypatruje... e jest ktosik, ktremu lubo si sucha... To 
cho si trzsa z trwogi, by nie wypatrzyli, cho i on nieraz skrzycza za dugie czekanie, 
ochotnie biega zapominajc o caym wiecie, gdy j przygarn do siebie krzepko, niby ten 
smok ognisty, i bra, ni pytajc o przyzwolestwo... Ni w myli postao opieranie, kiej ciska, 
a j mdlio w doku, i takim warem przejmowa. 

Nieraz do pnocka zasn nie moga, chodzc rozpalon caunkami twarz o zimn cian 
wzburzona do dna i pena w kociach onych sodkich, pracych ogniem wspomina! 

A teraz jest jak ten koek, sama, nikt jej nie podpatruje, nikt nad ni prawa nie ma, ale i 
do nikogo si nie wydziera, nikto ju jej tam za przeazem nie czeka, i nikto nie przyniewala... 

e wjt za ni chodzi, podskubuje, sodkie swka prawi, do potw przyciska, do karczmy 
na poczstunek cignie i rad by j dla siebie zniewoli, to ino bez to mu przyzwala, e 
ckni si jej wielce i nie ma z kim drugim si pomia, ale tak mu do Antka kiej psu do gospodarza! 


I przez zo to jeszcze robi la caej wsi i la tamtego. 

Sposponowa ci on j i sponiewiera na ostatku! Jake -ca noc i cay dzie przesiedzia 
w chaupie przy starym, nawet spa na jej ku, krokiem si prawie z izby nie rusza, a jej 
jakby nie dojrza, cho wci stawaa przed nim jak ten pies, skamlc oczyma o zmiowanie: 

Nie spojrza na ni, ojca jeno widzia a Hank i dzieci, psa nawet. 

To moe i bez to ju do cna stracia serce do niego, i cakiem si w niej przemienio naprzeciw, 
bo kiej go brali w kajdany, wyda si jakim drugim, obcym zgoa i tak obojtnym, 
e nie potrafia go aowa, a nawet ze skryt radoci przygldaa si Hance, jak ta wosy 
rwaa bem tukc o cian i wyjc niby suka za topionymi szczenitami. 

Cieszya si mciwie z jej udrki, odwracajc z odraz oczy od jego twarzy strasznej, jakoby 
wpobkanej. 

Tak si wtenczas obcym sta dla niej, e nawet nie umiaaby go sobie teraz przypomnie, 
jak czowieka raz jeden widzianego. 

Ale tym ci lepiej baczya tamtego Antka, tamtego z dni miowa i szaw, z dni schadzek 
i przytula, caunkw i uniesie... tamtego, ku ktremu teraz, w nie spane czsto noce wydzieraa 
si jej dusza i rozprone udrk serce krzyczao alem i tsknic nieopowiedzian. 

Do tamtego... z tamtych dni szczcia rwaa si Jagusina dusza, ani wiedzc, kdy jest i 
ywie-li on gdzie we wiecie szerokim... 

Ano i teraz snu si jej przez pami jako ten sen luby, z ktrym si ciko rozstawa, 
kiej znowu rozleg si wrzaskliwy gos Hanki. 

- Kiej pies odarty tak si wydziera i dunderuje!- szepna rozbudzona z przypominkw. 
Soce ju bokiem zagldao rozczerwieniajc mrocznaw izb, ptaki radonie wierkay 
w sadzie, podnosio si ciepo, bo z dachw kieby szklanymi paciorkami spywa przymrozek, 
a przez wywarte okno wraz z wietrzykiem porannym bucha krzyk gsi trzepicych si w 
stawie. 



Krztaa si po izbie kiej szczygie, z cich przypiewk, bo to niedziela bya i czas nadchodzi 
szykowania si do kocioa z palmami, ju owe pdy ozy czerwonej, pokryte srebrzystymi 
kotkami, stay w dzbanku od wczoraj, pomdlae nieco, e to im wody zapomniaa 
nala. Pocza je wanie troskliwie cuci, gdy Witek wrzasn przez drzwi: 

- Gospodyni kazali, bycie swoj krow napali, a z godu ryczy! 
-Powiedz, e wara jej do krowy mojej! -odkrzykna w cay gos nasuchujc, co tamta 
wyszczekuje na odzew. 
- A pyskuj, pki ci gba nie ustanie: nie dowiedziesz me dzisiaj do zoci! 
I ja najspokojniej wybiera ze skrzyni ubiory rozkadajc je po ku, rozpatrujc, w jakie 
by si przyodzia do kocioa; naraz, kiej ta chmura padnie na soce, i si wszystek 
wiat przyciemni, tak ci i w niej dziwnie pomroczao. Po c si to przybiera bdzie i stroi? 
dla kogo? 

La tych babskich lepiw, zazdronie taksujcych kad jej wstk i potem za to obnoszcych 
j na ozorach? 

Odbiega strojw z niechci i siadszy w oknie czesaa jasne, bujne wosy, smutnie spozierajc 
na wie, w socu ju ca i w topliwych rosach poyskujc; domy kaj niekaj przebielay 
si ze sadw i supy niebieskich dymw buchay w gr, za na drodze, po drugiej 
stronie stawu, cakiem przysonionej drzewcami, przechodziy niekiedy kobiety, bo widziaa 
czerwie weniakw odbit we wodzie i jak si przesuway wskro mdlejcych ju cieniw 
drzew nadbrzenych; potem gsi przepyway biaymi sznurami, e si wydawao, jakoby 
pyny wskro modrej topieli nieba odbitego, ostawiajc za sob te czarniawe, pkoliste 
krgi kiej we cicho peznce; to chybotliwe jaskki przewijay si niziutko yskajc biaymi 
brzuchami, a gdziesik znowu u wodopojw krowy porykiway lub pies naszczekiwa. 

Zagubia wnet pami tych rzeczy topic oczy w grze, wysoko, gdzie na modrym niebie 
pasy si stada chmur, biaym, wenistym barankom podobne, bo gdziesik spod nich, w wysokociach 
cigno jakie niedojrzane ptactwo, e jeno krzyk dugi a jkliwy rozsypywa si 
nad ziemi rzewliwie, a j od tych gosw sparo cosik pod piersiami, a naga, z dawna ju 
czajca si tsknica cisna serce, e wodzia przygasymi oczyma po rozruchanych drzewach 
po wodzie, kaj i owe chmury zday si pyn zanurzone w niebieskociach, po wszystkim 
wiecie, nic jeno nie rozpoznajc spoza wezbranej tsknoci, e zy wane pocieky po 
zbladych policzkach kieby te paciorki lnice rozerwanego raca i suy si wolno jedna za 
drug, i gdziesik na samo dno duszy spyway. 

Moga to zmiarkowa, co si jej stao? 

Jeno czua, i j cosik rozpiera, podrywa i ponosi, e oto poszaby na kraj wiata, gdzie 
oczy ponies, gdzie jeno powiedzie ta tskno niezmoona. I pakaa tak bezwolnie i prawie 
bezbolenie, jako to drzewo, obcione kwiatem w wioniane poranki, kiej soce przygrzeje, 
a wiatry zakolebi, rosi obficie, wpiera si w ziemi, nabrzmiewa sokami rodnymi, a kwietne 
gazie ku niebu podaje... 

- Witek! a popro piknie tej dziedziczki na niadanie! - wrzasna znowu Hanka. 
Jagna, kieby przeckna, otara zy, doczesaa wosw i posza piesznie. 
W Hanczynej izbie ju wszyscy siedzieli przy niadaniu. Z michy kurzyy si ziemniaki, 
wanie je bya Jzka omaszczaa mietan przesmaon z cebul, gdy reszta ju boda ychami 
wlepiajc akome lepie w jado. 

Hanka wzia pierwsze miejsce w porodku przed aw, na ktrej jedli, Pietrek siedzia w 
kocu, a pobok niego przykuca na ziemi Witek, Jzka za pojadaa stojcy pilnujc dokadania, 
a dzieci siedziay pod kominem przy niezgorszej miseczce oganiajc si ykami przed 
ap, ktren kiedy niekiedy pojada razem z nimi. 

Jagna miaa swoje miejsce od drzwi, naprzeciwko Pietrka. 
Jedli z wolna spozierajc niekiedy spod bw. 




Darmo Jzka trzepaa trzy po trzy i Pietrek rzuca jakie sowo, a w kocu i Hanka zagadywaa 
tknita jej zapakanymi, smutnymi oczyma, Jagusia ni pary z gby nie pucia. 

- Witek, a ktren ci takiego guza nabi? - pytaa Hanka. 
-Zwaliem si o b! -Rozczerwieni si kiej rak i potar bolce miejsce, porozumiewawczo 
spogldajc na Jzk. 

- Przyniose to ju gazek z palmami? 
- Zaraz polec, ino zjem - tumaczy si, piesznie dojadajc. 
Jagna pooya yk i wysza. 
- Znowuj bk j jaki uksi! - szepna Jzka dolewajc barszczu Pietrkowi. 
- Nie kaden umie trajkota tak cigiem jak ty. Doia to ju krow? 
- Zabraa szkopek, to pewnie posza do obory. 
- Hale, Jzia, trza dla siwuli makuchu ugotowa. 
- Ju siar odpuszcza, prbowaam dzisiaj. 
- Odpuszcza, to leda dzie si ocieli... 
- Cioka bdzie miaa! - rzek Witek podnoszc si od jada. 
-Gupi! - szepn pogardliwie Pietrek popuszczajc dziebko obertelek, e to by niezgorzej 
podjad, i zapaliwszy od gowni papierosa wyszed razem z chopakiem. 
Kobiety w milczeniu wziy si do roboty. Jzka zmywaa naczynia, a Hanka saa ka. 

- Pjdziecie do kocioa z palmami? 
-Id z Witkiem, Pietrek te moe, niech jeno konie obrzdzi; ja ostan, przypilnuj ojca i 
moe Rocho wrci akuratnie i co nowego przyniesie od Antka... 
- Nie powiedzie to Jagustynce, eby jutro przysza do ziemniakw? co? 
- Juci, same nie wydoamy, a na gwat trza je przebiera. 
- A i gnj ju by rozrzuca! 
- Pietrek jutro na poudnie ma skoczy wywzk, to od obiadu wemie si z Witkiem do 
rozrzucania; co czasu zbdzie, to i ty pomoesz... 
Wrzask gsi podnis si przed oknami, wpad zadyszany Witek. 

- e to nawet gsiorom spokoju nie dajesz! 
- Szczypa me chciay, tom si ino obrania! 
Rzuci na skrzyni cay pk wilgotnych jeszcze od rosy zotakowych rzeg osypanych 
bakami, Jzka ja je ukada zwizujc czerwon wen. 

- Bociek to kujn ci w czoo? - spytaa go po cichu. 
-Juci, e nie kto drugi, nie wydaj me ino... - Obejrza si na gospodyni, wybierajc ze 
skrzyni witeczne szmaty. -A to ci powiem, jak byo... Wypatrzyem, e na noc przed gankiem 
ostaje... podkradem si pn noc, kiej ju wszyscy na plebanii spali... i juem go 
bra... a cho me kujn... bybym spencerkiem go okrci i wynis... kiej psy me zwietrzyy... 
znaj me przeciech, a tak docieray zapowietrzone, e musiaem ucieka, jeszcze mi nogawice 
ozdary... ale nie daruj... 
- A jak si ksidz dowie, e mu wzi boka? 
- A kto mu to powie?... A odbier mu, bo mj. 
- A kaj go schowasz, by ci nie odebrali? 
-Ju ja taki schowek umyliem, e i straniki nie zwchaj... A potem, kiej przepomn, 
sprowadz go do chaupy i powiem, com se nowego znci i obaskiwa -rozpozna to kto, 
Jzia? Ino me nie wydaj, to ci jakich ptaszkw przynios albo i modego zajczka. 

-Chopak to jestem, bym si ptaszkami bawia? Gupi, przebierz si zaraz, to razem pjdziem 
do kocioa. 
- Jzia, dasz mi ponie palm? co? 
- Zachciao mu si!... dy ino kobiety mog nie do powicania! 
- Przed kocioem ci oddam, ino przez wie... 


Prosi tak gorco, a przyobiecaa, zwracajc si prdko do wchodzcej wanie Nastki 
Gobianki, ju wyszykowanej do kocioa i z palmami w rku. 

- Nie miaa czego o Mateuszu? - zagadna Hanka po przywitaniu. 
- Tyle jeno, co wjt wczoraj przywiz: jako zdrowszy. 
- Wjt akuratnie tyle wie co nic albo i wymyli, czego nie byo. 
- To samo pono i dobrodziejowi mwi. 
- A o Antku to i sowa rzec nie umia. 
- Pono Mateusz siedzi z drugimi, Antek za osobno. 
-I... tak jeno szczeka, eby si mia z czym do chaup zamawia... 
- By to z tym i u was! 
-Co dnia zachodzi, ale do Jagusi; ma z ni jakie sprawy, to si schodz i przed ludmi 
uredzaj w opotkach. 
Powiedziaa ciszej, z naciskiem, wygldajc oknem, bo w sam raz Jagna schodzia z ganku, 
wystrojona sielnie, z ksik w rku i z palmami. Dugo patrzaa za ni. 

- Spnita si, dzieuchy, ludzie ju ca drog wal. 
- Nie przedzwaniali jeszcze. 
Ale wraz i dzwony si ozway hukliwie nawoujc w dom Paski i bimbay wolno, dugo 
i rozgonie. 

e w jaki pacierz, a wszyscy poszli z chaupy do kocioa. 

Hanka ostaa sama, nastawia obiad, przyogarna si nieco i zabrawszy dzieci siada z 
nimi na ganku, by je wyczesa i przeiska, e to w tygodniu nie starczyo nigdy czasu. 

Soce podnieso si ju do wysoko i ludzie zewszd zbierali si do kocioa, co trocha 
wysypujc si z opotkw, e po drogach niby te maki czerwieniay si kobiece przyodziewy i 
brzmiay pogwary z krzykami dzieci, zabawiajcych si ciskaniem kamieni po wodzie i za 
ptakami; niekiedy wozy turkotay, pene ludzi z drugiej wsi, to chopy jakie, snad obce, 
przechodziy pochwalajc Boga, a z wolna wszyscy przeszli i opustoszae drogi pomilky. 

Hanka wyiskawszy dzieci do czysta zaprowadzia je na som przed doy, by si same 
zabawiay, zajrzaa do parkoccych garnkw i wrcia na dawne miejsce modlc si pgosem 
na koronce, e to na ksice nie umiaa. 

Dzie ju si podnosi ku poudniowi, cicho zgoa witeczna ogarniaa wie, e nikaj 
gosw adnych nie byo, tyle jeno, co te wrble wierkania i wiegoty jaskek lepicych 
gniazda pod okapami. Czas by ciepy, pierwsza wiosna ledwie co trcia ziemi i tkna 
drzew; niebo wisiao mode; przemodrzone i dziwnie yskliwe; sady stay bez ruchu, ku socu 
podajc gazie, nabite spczniaymi pkami, za olchy, staw brzece, niby w cichukim 
dychaniu poruchiway tymi baziami, a pdy topl rdzawe, lepkie i pachnce, a jakoby 
miodem ciekce, otwieray si na wiato niby te dzioby pisklce... 

Pod chaupami dogrzewao galanto, e ju muchy wyaziy na ogrzane ciany, a czasem i 
pszczoa si pokazywaa, z brzkiem padajc na stokrotki, patrzce spod potw, albo si pilnie 
nosia po krzach, co niby zielone pomienie buchay modymi listkami. 

Ale z pl i od borw zawiewa jeszcze ostry, wilgotny wiatr. 

Msza ju musiaa by w poowie, bo w cichym i jakoby wrzcym wiosn powietrzu pryy 
si gosy pieww dalekich, organowe grania i czasem jako ten deszcz rzsisty rozsypyway 
si w mdlejce dwiki dzwonkw. 

Czas snu si wolno i cicho, bo kiej soce stano najwyej, to nawet ptaki zamilky, jeno 
e wrony, czajce si zodziejsko za gsitami, przewijay si nisko nad stawem krzyk 
niecc gsiorw; bociek te raz jeden zaklekota gdziesik i przelecia blisko, e ino jego cie 
wielgachny ponis si po ziemi. 

Hanka modlia si arliwie, baczc na dzieci, a i do starego zagldajc niekiedy. 
Ale c, lea jak zawdy, bez ruchu i przed si zapatrzony. 




Domiera se tak z wolna, dochodzi swojego czasu po dziebku z dnia na dzie, jako to 
zboe kosne w socu pod ostry sierp dojrzewajce... Nie rozpoznawa nikogo, bo nawet 
wtedy, kiej Jagny woa i za rce j bra, w insz stron patrza; Hance si jeno wydawao, co 
na jej gos poruchuje wargami, a oczy mu chodz, jakby chcia cosik rzec... 

I tak byo wci bez przemiany, a pacz chwyta patrzcych. 

Mj Jezu, kto by si by tego spodziewa! Taki gospodarz, taki mdrala, taki bogacz, e 
trudno znale drugiego, a teraz ci ley niby to drzewo piorunem rozupane, gazkw zielonych 
jeszcze pene, a ju mierci na pastw wydane... 

Nie pomar przeciech i nie ywie, jeno wszystek ju w rkach boskiego miosierdzia. 

O dolo czowiekowa, dolo nieustpliwa! 

O boskich przeznacze mocy, ktra si jawisz, kiej si nikto nie spodzieje, czy w dzie 
biay, czy te li w noc ciemn, a jednako kruszyn ludzk mieciesz w gorzkiej mierci strony!... 


Dumaa nad nim aonie pogldajc ku niebu, westchna raz i drugi, skoczya koronk 
i wzi si musiaa do poudniowych udojw, bo wzdychy wzdychami, a robota pierwsza 
przed wszystkim. 

Kiej wrcia z penymi szkopkami, ju wszyscy byli w chaupie. Jzka powiedaa, o 
czym ksidz mwi z ambony i kto by w kociele; gwarno stao si w izbie i na ganku, e to 
kilka rwienic z ni przyszo i spoecznie ykali te kotki powicane, chronice pono od blw 
gardzieli. 

miechu byo niemao, e to niejedna przekn nie moga i zakrztusia si, a wod popijajc, 
albo j musiano pici grdyka w plecy, by acniej przeszo, co Witek z wielk uciech 
robi. 

Jagna jeno nie wrcia na obiad widzieli j idc z matk i kowalami. A ledwie co wstali 
od misek, kiej wszed Rocho. Rzucili si wita radonie, bo bliskim im si sta niby ten dziadu 
rodzony, a on si wita cicho, kademu co rzek i w gow caowa, ale gdy mu podano 
je, nie jad: strudzony by srodze i troskliwie obziera si po izbie. Hanka warowaa jego 
oczu, a nie miejc pyta. 

- Widziaem si z Antkiem! - rzek cicho nie patrzc na nikogo. 
Zerwaa si ze skrzyni, strach j przej i za serce cisn, e sowa nie moga wykrztusi. 
-Zdrowy cakiem i dobrej myli. Cho stranik nas pilnowa, rozmawiaem z nim dobr 
godzin. 
-W tych elazach siedzi? - wykrztusia strachliwie. 

- C znowu!... zwyczajnie, jak i drudzy!... nie jest mu tam tak le, nie bjcie si. 
- Bo Kozio rozpowiada, jako tam bij i do ciany przykuwaj. 
- Moe tak i bywa gdzie indziej... za co inszego... ale Antka nie tknli - powiada. 
Spleta rce z radoci, a umiech kiej soce przemkn po niej. 
-A na odchodnym zapowiedzia, bycie na nic nie baczc wieprzka zabili jeszcze przed 
witami, bo i on chce wiconego zay. 
- Godz go tam chudziaka, godz! - jkna zawodliwie. 
- Kiej ociec mwili, e jak si podpasie, to przedadz - zauwaya Jzka. 
-Mwili, ale kiej Antek przykazuj zabi, to jego teraz wola pierwsza po ojcowej - podniesa 
ostry, nieustpliwy gos. 

-I jeszcze mwili, abycie na roli kazali robi wszystko, co potrzeba, na nic si nie ogldajc. 
Powiedziaem, jako tu sobie zmylnie poczynacie. 
- Rzek to co na to ? powiedzia? 
Rado j warem oblaa. 
- To mi powiedzia, e jak zechcecie, poredzicie wszystkiemu... 
- A poredz, poredz! - szepna z moc i oczy jej rozbysy nieustpliw wol. 
- C tu u was nowego? 


- A nic, jak byo... Puszcz go to rycho? - zapytaa z dygotem trwogi. 
-Moe zaraz po witach. moe dziebko pniej, jak ledztwo skocz... A to si przewlecze 
e to wie caa, tyle ludzi... - odpowiada wymijajco nie patrzc jej w oczy. 
- Pyta si to o chaup, o dzieci, o... mnie... o wszystkich?... - zacza trwonie. 
- Pyta juci, kolejno powiadaem. 
-I... o wszystkich we wsi?.. 
Strasznie si jej wiedzie chciao, zali o Jagn te pyta, c, kiej nie miaa zagada 
otwarcie, a ubocznie za, tak, by nie miarkujc niczego samu si wygada, dugo si biedzc, 
nie potrafia, e i sposobny czas przeszed, bo si ju roznieso po wsi o jego powrocie, i 
wkrtce, jeszcze przed nieszporami, zaczy si schodzi kobiety, ciekawe wielce posysze 
nieco o swoich. 

Wyszed do nich przed dom i siedzc na przybie rozpowiada co si by o kadym z 
osobna wywiedzia, i cho nic zego nie mwi, a to babskie ciche chlipanie jo si wzmaga 
w gromadzie, gdzie za i pacz gony, a gdzie i sowo aoliwe si wyrwao... 

A potem za na wie poszed wstpujc do kadej prawie chaupy, a widzia si jako ten 
witek z ow bia brod i wzniesionymi oczyma, ktren wszdy nis te sowa pociechy, a 
kaj wstpi, to jakby jasnoci napeniay si izby, a w sercach zakwitay nadzieje i dufno 
krzepia chwiejne, ale i zy rzsiciej pyny, i odnowione wspominania ciej przygniatay, i 
aoliwo tskliwiej wstawaa... 

Bo prawd bya rzeka wczoraj Kbowa do Agaty, i wie staa si podobna do grobu 
otwartego; prawda, bo niby po zarazie widziao si w Lipcach, kiej to wiksz cz narodu 
wywiez pod mogiki albo za i wtedy, kiej to wojna przetratuje a chopw wybije, e jeno po 
chaupach opustoszaych ostaj babie lamenty, dzieciskie pacze, wyrzekania i te wzdychy, i 
ta ywa a silnie bolca pami krzywd. 

e ju i nie wypowiedzie, co si w umczonych duszach dziao! 

Trzecia niedziela si koczya, a Lipce jeszcze si nie uspokajay, naprzeciw za, bo cigiem 
wzrastao poczucie krzywdy i niesprawiedliwoci, to i nie dziwota, jako o kadym witaniu, 
kiej przecknli jeno ze piku, w kade przypoudnie i na odwieczerzu kadym - w chaupach 
czy na dworze, gdzie si jeno nard kupi, nieustannie i lamentliwie, niby ten pacierz 
dziadowski, rozlegay si wyrzekania i dza odemsty plenia si w sercach kiej to diabelskie, 
ze zielsko, e same pici si zaciskay i krwawe, zawzite sowa rway si piorunami. 

To juci, e Rochowe sowa, kiej ten kijaszek, jakim niebacznie rozgrzebi przytajony 
ogie, i pomi znowu si wybucha, to jedno sprawiy, co we wszystkich wszystka pami 
krzywd wywleky przed oczy, i nawet mao kto poszed na nieszpory, zbierali si jeno po 
opotkach, po drogach stowarzyszali, to do karczmy szli, poredzajc, paczc a pomstujc... 

Jedna Hanka spokojniejsza si uczua i tak rada z mowej pochway, tak ni skrzepiona 
na duszy i pena nadziei, dna roboty i pokazania, e poradzi wszystkiemu, i nie sposb 
tego wypowiedzie. 

Skoro si rozeszy kobiety, wraz te przysza kowalowa posiedzie przy chorym, Hanka 
za z Jzk uday si do chlewu wieprzka oglda. 
Wypuciy go na podwrze, ale e wituch by spasiony, to uwali si zaraz w gnojwce 
i ani chcia si ruszy. 

- Nie dawaj mu ju dzisiaj je, niech si oczyci. 
- Akuratnie i zapomniaam da mu po poedniu... 
- To i dobrze na ten raz, trza by go jutro sprawi. Woaa Jagustynki? 
- Przyj obiecaa jeszcze dzisiaj, na odwieczerzu... 
- Odziej si i bieyj do Jambroa, niech jutro, choby i po mszy, a przychodzi ze statkami 
oporzdzi wieprzka. 
-Bdzie to mg, kiej dobrodziej zapowiada, co jutro dwch ksiy przyjedzie sucha 
spowiedzi? 


-Czas znajdzie!... wie, e gorzaki aowa nie bd, a on jeno poradzi galanto szlachtowa 
i miso sprawi. Jagustynka te pomoe. 
- To bym raniuko jechaa do miasta po sl i przyprawy... 
- Zachciao ci si przewietrzy!... nie potrza: wszystkiego dostanie u Jankla, sama tam zaraz 
pjd i przynies. 
- Jzka! - krzykna jeszcze za ni - a gdzie to Pietrek z Witkiem? 
- Pewnikiem poszli na wie, bo Pietrek wzi skrzypice. 
-Spotkasz ich, to przypd, niechby z szopy koryto przynieli przed chaup, trza je bdzie 
rankiem wyparzy. 
Jzka rada, e moga si wyrwa na wie, pognaa do Nastki, by splnie poszuka Jambroa. 
Ale Hanka nie wybraa si do karczmy, zaraz bowiem przywlk si jej ociec, stary Bylica, 
wic daa mu podje nieco, opowiadajc radonie, co by Rocho przywiz od Antka, i 
nie skoczya wszystkiego, kiej wpada z krzykiem Magda: 

- Chodcie prdzej, ojcu cosik jest! 
Jako Boryna siedzia na kraju ka rozgldajc si po izbie. Hanka przypada ku niemu 
trzyma, aby nie zlecia, a on wodzi oczyma po niej wlepiajc je naraz we drzwi ktrymi 
wanie kowal wchodzi niespodzianie. 

- Hanka! 
Powiedzia wyranie i mocno, a struchlaa w sobie. 
- Dy jestem. Nie ruchajcie si ino, doktr wzbrania - szeptaa zestrachana. 
-Co tam na wiecie? 
Go mia rozbity, obcy jaki. 
- Zwiesna idzie, ciepo... - jkaa. 
- Wstali to?... czas w pole... 
Nie wiedzieli, co rzec, spogldajc na siebie; ino Magda rykna paczem. 
- Swojego broni! nie dajta si, chopy! 
Krzycza, ale sowa mu si rway, j si trz i giba w Hanczynych rku, e kowalowie 
chcieli j wyrczy; nie popucia jednak, mimo e ju mdlay jej ramiona i grzbiet. Patrzali w 
niego z trwog czekajc, co powie. 

-Jczmiona by sia pierwsze... Do mnie, Chopy!... ratunku!... -krzykn naraz strasznie, 
wypry si i pad w ty, oczy mu si zwary, zarzzia. 
- Umiera!... Jezus!... umiera!... - wrzeszczaa Hanka targajc nim z caej mocy. 
A Magda wnet zapalon gromnic wtykaa mu w bezwadn rk. 
-Ksidza, prdzej, Micha!... 
Ale nim kowal wyszed, Boryna otworzy oczy puszczajc z rk gromnic, e si potrzaskaa 
w kawaki. 

- Ju mu przeszo, szuka czego... 
Szepta nachylajc si nad nim, ale stary odepchn go do silnie i zawoa zupenie 
przytomnie: 

- Hanka, wypraw tych ludzi. 
Magda z paczem rzucia si do niego, ale snad jej nie pozna. 
- Nie chc... nie potrza... wypd... - powtarza uporczywie. 
- Cho do sieni ustpcie, nie sprzeciwiajcie si... - bagaa. 
-Wyjd, Magda, ja si z tego miejsca nie rusz -wycedzi nieustpliwie kowal miarkujc, 
e stary chce co tajnego Hance powiedzie. 
Dosysza to stary i unisszy si, tak gronie spojrza wskazujc mu rk drzwi e si 
wynis kiej ten pies kopnity, z przeklestwem skoczy do paczcej na ganku Magdy, ale z 
naga przycich, rozejrza si i wpad do sadu i przebrawszy si chykiem pod szczytowe okno 



przywar pod nim nasuchiwa, bo jak raz tam dotykay gowy ka, e przez szyby mona 
byo posysze co nieco. 

- Sid przy mnie... 
Rozkaza stary po jego wyjciu. 
Juci, e przysiada na brzeku, ledwie pacz powstrzymujc. 
- W komorze znajdziesz nieco grosza... schowaj, by ci go nie wydarli... 
- Gdzie? 
Trzsa si ju ze wzruszenia. 
- We zbou... 
Mwi wyranie, odpoczywajc po kadym sowie, a ona, tumic strach jaki, caa bya 
w jego oczach, wieccych dziwnie. 

- Antka bro... p gospodarki sprzedaj, a nie daj go... nie daj... twoje... 
Nie skoczy ju, posinia i zwali si na pociel, oczy mu przygasy i zasnuy si mg, 
bekota jeszcze cosik, i jakby prbowa si podnie. 
Hanka zakrzyczaa ze strachu, przybiegli wnet kowalowie, cucili, wod zlewali, ale ju 
nie oprzytomnia i jak przdzi lea drtwy, nieruchomy, z otwartymi oczyma, daleki od tego, 
co si przy nim dziao. 

Dugi czas przesiedzieli przy nim, kobiety pakay cicho, a nikto nie rzek i sowa; 
zmierzch ju zapada, izba pograa si w cieniach, kiej wyszli spoem na dzie dogasajcy, 
e ju jeno w stawie tliy si resztki zrz zachodnich. 

Co wam powiedzia? - zagadn ostro przestpujc jej drog. 

- Syszelicie. 
- Ale co pniej mwi? 
- Co i przdzi, przy was... 
- Hanka, nie doprowadzajcie me do zoci, bo bdzie le... 
- Tyle si waszych grb bojam, co tego psa... 
-I wtyka wam cosik w garcie... - dorzuci podstpnie. 
- A co, to jutro za stodo znajdziecie... - szydzia urgliwie. 
Rzuci si ku niej i moe by doszo do czego gorszego, eby nie Jagustynka, ktra nadesza 
na ten czas i po swojemu zaraz rzeka: 

- Tak se zgodliwie, po przyjacielsku poredzacie, e si po caej wsi roznosi... 
Skl j, co wlazo, i ponis si na wie. 
Noc wkrtce zapada ciemna, chmurzyska przysoniy niebo, e ni jeden gwiezdny migot 
si nie przedziera, wstawa wiatr i mieci z wolna drzewinami, i poszumiway gucho i 
smutnie: szo znowu na jak odmian. 

W Hanczynej izbie byo jasno i do gwarno, ogie trzaska na kominie, wieczerza si 
dogotowywaa, kilka starszych kobiet z Jagustynk na czele pogadyway rnoci, Jzka za z 
Nastk i z Jakiem Przewrotnym siedziay na ganku, bo Pietrek wyciga na skrzypicach tak 
nut aosn, a si im na pacz zbierao; jeno Hanka nie moga usiedzie na miejscu, wci 
rozmylajc nad Borynowymi sowami, a co trocha zagldajc na drug stron... 

Ale c?... nie sposb teraz byo w komorze szuka: Jagna siedziaa w izbie ukadajc 
witeczne szmaty we skrzyni. 

-Pietrek, a przesta, przecie to ju prawie Wielki Poniedziaek, a ten dudli a dudli, 
grzech! 
Zgromia, tak roztrzsiona w sobie, e jej si paka chciao. Juci, e przesta i wszyscy 
przyszli do izby. 

- O tym dziedzicowym bracie, gupim Jacku, mwimy - objaniaa ktra. 
Nie moga jednak wyrozumie, o czym mwi, gdy psy zaczy co gono szczeka w 
opotkach, a znowu wyjrzaa podszczuwajc jeszcze. apa rzuci si zajadle w sad... 

- Huzia go, apa!... We go, Burek!... Huzia!... 


Ale psy zmilky nagle i powrciwszy skamlay radonie. 

I niejeden raz tego wieczoru byo tak samo, e wstao w niej jakie strachliwe podejrzenie. 


-Pietrek, a zawrzyj wszystko na noc, bo musi by, ktosik to penetruje, a swj, e psy nie 
chc dociera. 
Rozeszli si wnet wszyscy i wkrtce pik ogarn cay dom, jeno Hanka posza jeszcze 
sprawdzi, czy drzwi pozawierane, a potem dugo stojaa pod cian trwonie nasuchujc... 

- We zbou... to juci w ktrej z beczek... By ino me kto nie ubieg!... 
Zimny pot strachu j obla i serce gwatownie zakoatao. 
Prawie e nie spaa tej nocy. 
ROZDZIA 3 


-Jzia, rozpal na kominie i co jest garnkw, zbierz, nalej wod i przystaw do ognia, ja 
polec do yda po przyprawy. 
- A pieszcie, bo Jambroa ino patrze. 
- Nie bj si, rwno z dniem nie przykusztyka, koci musi pierwej obrzdzi. 
- Hale, przedzwoni i wnet si zjawi, bo Rocho maj go zastpi. 
-Zd jeszczech, a krzyknij no na chopakw, by rychlej wyskrobali koryto i przywlekli 
je na ganek. Jagustynka przyjdzie, to niechby pomya cebrzyki, beczki te trza wynie z komory 
i zatoczy do stawu, niech odmikn; jeno nie zabacz kamieni naka, by ich woda nie 
wzia. Dzieci nie bud, niech se pi robaki, przestroniej bdzie... - nakazywaa ostro Hanka 
i przyokrywszy si zapask na gow, wysuna si piesznie na wczesny i galanto rozkisy 
poranek. 
Dzie co si by dopiero sta, chmurny, mokry i przykrym zibem przejty; siwe mgy 
dymiy z przemikej ziemi opadajc drobnym i zimnym ddem, olizge drogi siwiy si 
opite wod, a poczerniae chaupy ledwie co byy widne w szarudze, a przemike drzewiny, 
skurczone, jawiy si kaj niekaj dygotliwym cieniem, kieby z tych skaczonych, szklistych 
mgie uczynione, i naglday w staw ledwie siniejcy, e jeno spod skotunionych przyson 
gry si drcy, cichy bulgot kropel bijcych nieustannie w wod, a wszdy sza plucha, e 
wiata Boego ledwie dojrza, i pusto byo jeszcze. 

Dopiero kiej sygnaturka ja przedzwania, zaczerwieniy si gdzieniegdzie przyodziewy 
kobiet, przebierajcych si suchszymi miejscami do kocioa. 

Hanka przypieszaa, rachujc, e moe si z Jambroym spotka ju na skrcie przed kocioem. 
ale nie wyszed jeszcze, jeno jak co dnia o tej porze krci si przed stawem lepy 
ko ksidzowy cigajc na pozach beczk, przystawa wci i utyka na wybojach, jeno wchem 
zmierzajc ku wodzie, bo parob by wanie przykucn od pluchy w opotkach i kurzy 
papierosa. 

I wraz te przed plebani zajedaa bryczka w spane kasztanki, z ktrej wysiada tusty 
i czerwony ksidz z aznowa. 

- Spowiedzi sucha bdzie, a to i dobrodzieja ze Supi jeno co patrze. 
Pomylaa obzierajc si na prno za Jambroym, e wnet ruszya pobok kocioa, drog 
barzej jeszcze botn, bo obsadzon rzdami wielgachnych topoli, ale tak potopionych w szarudze, 
e jakby za szyb zapocon majaczyy ruchajcymi si cieniami; mina karczm i 
wzia si na prawo roztaplan, poln drk. 

Miarkowaa, i zdy jeszcze odwiedzi ojca i z siostr pogwarzy, z ktr si ju bya 
cakiem pojednaa od czasu przeprowadzki do Boryny. 



Siedzieli wszyscy w chaupie. 

- Bo to Jzka pytlowaa wczoraj, e ociec sabuj - zacza wstpnie. 
-I... by nie pomaga, to si wyleguje pod kouchem i stka, i chorob si wymawia - odpara 
chmurnie Weronka. 
- Zib tu u ciebie, e jae po ystach lie. 
Wzdrygna si, bo jako chaupa przeciekaa kiej przetak i maziste bocko pokrywao 
podog. 
-A bo to jest czym pali! Kt to przyniesie suszu? Mam to siy biey do lasu tyli wiat 
i dygowa na plecach, kiej tyle inszej roboty, e nie wiada, za co pierwej rce zaczepi ! Uradz 
to sama wszystkiemu ! 

Westchny obie na swoje sieroctwo i opuszczenie. 

-Kiej Stacho by, to si zdao, e nic w chaupie nie stoi, a skoro go brako, to widno dopiero, 
co chop znaczy. Nie jedziesz do miasta? 
-Juci, e chciaabym najprdzej, ale Rocho si dowiedzia, co dopiero we wita bd 
do nich puszczali, to w niedziel si zbier i powiez chudziakowi nieco wiconego. 
- Poniesabym i ja mojemu niejedno, ale c mog? t skibk chleba? 
- Nie frasuj si, narzdz wicej, by la obu starczyo, i razem powieziemy. 
- Bg ci zapa za dobro, w por to choby odrobkiem odpac. 
-Ze szczerego serca dawam. Nie za odrobek. Kumaam ci si niezgorzej z bied i wiem, 
jak ta suka gryzie, pamitam... - szepna aonie. 

-Czowiek cae ycie przyjacielstwo z ni trzyma, e chyba do grobu przed ni uciecze. 
Miaam nieco zapasnego grosza; mylaam: na zwiesn kupi jakiego prosiaka, podkarmi i 
na kopania przyrosoby kilka zotych. Stachowim da musiaa kilkanacie zotych, tu grosz, 
tam dwa, i kiej ta woda wycieko wszystko, a nowego si nie zoy. Tylemy si dorobili, e z 
gromad trzyma!... 
-Nie powiadaj bele czego, po dobrej woli poszed z drugiemi swojego si dobija, i wy 
tam jak morg lasu mie bdziecie... 
- Bdzie!... nim soce wzjedzie, oczy rosa wyje: ktren pienidz ma, temu duda gra, a ty, 
biedaku, handluj godem i ciesz si, e je kiedy bdziesz!... 
- Braknie ci to czego? - spytaa niemiao. 
-A c to mam? Tyle co yd albo mynarz na borg dadz! -zawoaa rozwodzc rce z 
rozpacz. 
-Nie poredz ci, ebym i z duszy chciaa: nie na swoim jestem i sama ogania si musz 
kiej od psw i pilnowa, by mnie nie wyciepnli z chaupy... e ju nieraz i rozum odchodzi z 
turbacji! 
Wspomniaa si jej noc dzisiejsza. 

- Za to Jagusi o nic gowa nie zaboli: nie taka gupia, uywa se do woli... 
- Jake? 
Podniosa si niespokojnymi oczyma ogarniajc siostr. 
- Nic wielkiego, jeno to, e si nayje dobrego po grdyk; stroi si, po kumach spaceruje i 
wito se robi co dnia. Wczoraj na ten przykad widzieli j z wjtem w karczmie, w alkierzu 
siedzieli, a yd ledwie nady donosi pkwaterki... Nie taka gupia, bych starego aowaa... 
- dorzucia przekliwie. 
- Wszystko swj koniec ma! - szepna ponuro Hanka nacigajc zapask na gow. 
- Ale co si nauywa, tego jej nikto nie odbierze, mdra jucha... 
-acno o rozum temu, ktren si na nic nie oglda! Hale, wieprzka dzisiaj szlachtujemy, 
zajrzyj na odwieczerzu, pomoesz... - przerwaa te gorzkie wywody Hanka i wysza. 
Zajrzaa do ojca na drug stron, do dawnej swojej izby, stary ledwie by widny w barogu, 
jeno postkiwa z cicha. 

- Ociec, co to wama jest? 


Przykucna przy nim. 

- Nic, cruchno, nic, tyle e me frybra trzsie i w doku okrutnie ciska... 
-A bo tu zib i wilgo kiej na dworze. Wstacie i przyjdcie do nas, dzieci przypilnujecie, 
bo wieprzka bijemy. Je si wama nie chce? 

-Je!... juci dziebko... bo to zapomniay mi wczoraj da... jake... i sami jeno ziemniaki 
ze sol... a to Stacho w kryminale... Przyjd, Hanu, przyjd... - pojkiwa radonie gramolc 
si z barogu. 
Hanka za, pena myle o Jagnie, ktre j body kiej te noe ostre, poleciaa piesznie do 
karczmy czyni zakupy. 
Juci, e ju teraz yd nie da z gry pienidzy, a jeno skwapliwie odwaa i odmierza, 
czego zechciaa, jeszczech podsuwajc pod oczy coraz to nowe la zachty. 

-Niech Jankiel daje, co mwi!... nie dzieckom, wiem po co przyszam i czego mi potrza 
! - zgromia go wyniole, nie wdajc si w rozmow. 
yd si jeno umiecha, bo i tak nabraa za kilkanacie zotych, jako e gorzaki wzia 
wicej, aby ju i na wita starczyo, a przy tym chleba pytlowego, par rzdkw buek, ledzi 
co z mendel, a nawet w kocu dobraa ma buteleczk araku, e ledwie moga udwign 
tob. 

- Jagna moe uywa, a ja to pies? haruj przeciek kiej w! 
Mylaa tak wracajc do domu, ale al si jej zrobio wydatku zbdnego, i gdyby nie 
wstyd, byaby arak odniesa ydowi. 
W chaupie ju zastaa niemay rwetes przygotowa. Jambroy nagrzewa si przed kominem 
wiodc swoim zwyczajem przekpinki z Jagustynk, tgo zajt wyparzaniem statkw, 
a para zapenia ca izb. 

- Czekaem na was, bych przedzwoni pa po bie wintuchowi! 
- ecie to popieszyli tak rycho! 
-Rocho me zastpuje w zakrystii, Walek ksiy zakalikuje organicie, a Magda koci 
podmiecie. Narychtowaem wszystko, by ino wama zawodu nie zrobi! Ksia dopiero po 
niadaniu wezm si do spowiedzi. Ale te zib dzisiaj, jae koci truchlej! -wykrzykn 
aonie. 

- Zby w ogniu susz i na zib narzekaj! - zdziwia si Jzka. 
- Gupia, na wntrzu zimno, jae mi ten drewniany kulas stergn. 
- Zaraz naszykuj wama rozgrzywk, Jzia, namocz duchem ledzie. 
- Dajcie, jakie s, jeno sporo gorzak zala, to galanto sl wycignie. 
-A wy zawdy po swojemu, bych o pnocku w kieliszki zadzwonili, wstaniecie radzi na 
pijatyk - zauwaya zoliwie Jagustynka. 
-Prawda wasza, babciu, ale widzi mi si, e wama cosik ozr skiecza i radzi bycie go 
te w gorzace pomoczy, co? - mia si zacierajc rce. 
- Jeszczech by me, stary zbuku, nie przepi. 
-Ludzi co mao cignie do kocioa -przerwaa im Hanka, wielce nierada tym przymwkom 
do gorzaki. 
- Bo wczas, jeszcze si zlec, w dyrdy biey bd wytrzcha grzechy. 
-I poleni si, co nowego posysze i wieych grzechw nabra... 
- Od wczoraj ju si dziewuchy szykoway - pisna skdci Jzia. 
- Juci, bo im przed swoim dobrodziejem wstyd - dogadywaa stara. 
-Babciu, wam byby ju czas si na pokut w kruchcie i te paciorki prz, a nie ogadywa 
drugich! 
- Poczekam, by siad wpodle, kuternogo! 
- Mam czas, pierwej waju piknie przedzwoni i opat oklepi... 
- Nie tykajcie me, bom za! - warkna cicho. 
- Kijaszkiem si zastawi i nie ugryziecie, a zbkw szkoda, ile e ostatnie... 


Jagustynka cisna si ze zoci, ale nie odrzeka, bo i wanie Hanka nalewaa kieliszek 
przepijajc do nich, a Jzka podaa ledzia, ktrego otrzska o drewno nogi, ze skry obupi, 
na wglikach przypiek i ze smakiem zjad. 

-Dosy zabawy! do roboty, ludzie! -zawoa naraz zrzucajc kouch, zakasa rkawy, 
poostrzy jeszcze na osece noa, wzi z kta tg pa do rozcierania ziemniakw la wi i 
ruszy wawo na dwr. 
Wszyscy te poszli za nim w podwrze, on za z Pietrkiem wywodzi z chlewu opierajcego 
si silnie wieprzka. 

- Nieck na krew, a prdko! - krzykn. 
Przynieli wnet, wieprzek czocha si o wgie i pokwikiwa z cicha... 
Stali koem w milczeniu patrzc w jego biae boki i tusty, obwisy brzuch, a moknc galanto, 
bo deszcz my coraz gstszy i mgy zwalay si na sad. apa jeno naszczekiwa obiegajc 
dokoa. Jakie kobiety przystaway w opotkach i kilkoro dzieci wieszao si na potach, 
ciekawie nagldajc. 

Jambro si przeegna, pa nieco wzi za si i j zachodzi wieprzkowi z boku. Naraz 
przystan, rk odwid, przechyli si bokiem tak mocno, jae mu guzik pod szyj puci u 
koszuli, napry si i kiej nie huknie w wieprzkowy eb midzy uszy, a wituch z kwikiem 
pad na przednie nogi, a potem kiej mu nie poprawi ju obu rkoma, e zwali si na bok 
wierzgajc kulasami, wtedy mu w mig przysiad na brzuchu, noem bysn i a po osad wbi 
w serce. 

Podstawili niecki, krew chlusna kiej z sikawki, a na cian chlewa, i ja z bulgotem 
spywa parujc niby wrztek. 

-Pdzi, apa! widzisz go, juchy mu si chce, post przeciek! - ozwa si wreszcie odganiajc 
psa i dyszc ciko. Zmczy si by nieco. 
- W ganku oparzycie? 
- Do izby wnies koryto, przecie trza go uwiesi do rozbierania. . 
- W izbie ciasno, mylaam. 
-Macie drug stron, ojcow, tam duo miejsca, staremu to nie przeszkodzi... ino prdzej, 
bo nim ostygnie, acniej mu szer puci! -rozkazywa obdzierajc mu tymczasem ze 
grzbietu szczecin co dusz. 
A w par pacierzy wieprzek ju oparzony, obrany ze szczeciny, wymyty, wisia w Borynowej 
izbie, rozpity na orczyku przywizanym do belki. 

Jagny nie byo, posza zaraz z rana do kocioa, ani si spodziewajc, co ma nastpi; jeno 
stary jak zwykle na ku lea, wpatrzony gdziesik nieprzytomnymi oczyma. 

Zrazu sprawiali si cicho, czsto obzierajc si na chorego, ale e si nie poruchiwa nawet, 
zabaczyli wnet o nim, mocno zajci wieprzkiem, ktren nie zawid przewidywa, bo 
sonin na grzbiecie mia grub dobrze na sze palcw i sielne sado. 

-Zapiewalim mu, przewielim, czas go ju gorzak skropi! -woa Jambroy myjc 
rce nad korytem. 

- Chodcie na niadanie, znajdzie si czym przepi. 
Juci, e nim si zabra do ziemniakw z barszczem, wypi z niezgorsz przylewk, ale 
przy jadle siedzia krtko, wnet si zabierajc do roboty i wszystkich poganiajc, zwaszcza 
Jagustynk, z ktr posplnie robi, e to zarwno si znaa na soleniu i przyprawie misa. 

Hanka te pomagaa, co ino moga, Jzka za rada czepiaa si bele czego, by ino przy 
wieprzku ostawa i w chaupie. 

-Pomagaj gnj nakada, niech prdko wywo, bo widzi mi si, e dzisiaj nie skocz 
prniaki! - krzyczaa na ni. 
Z alem juci niemaym leciaa w podwrze, ca zo wywierajc na chopakw, e 
cigiem sycha byo jej jazgoty -bo i jake!... wyganiaa j, kiej w chaupie czynio si coraz 
gwarniej, bo co trocha wpadaa jaka kuma zamawiajc si bele czym, po ssiedzku, a ujrzaw




szy wiszcego wieprzka rozwodzia rce i daleje w gos wydziwia, e taki wielgachny, taki 
spany, jakiego nie mia i mynarz albo organista. 

Hanka bya tym wielce rozradowana, puszya si sielnie, e szlachtuje winiaka, i cho 
byo jej nieco al gorzaki, trudno, skoro musiaa, jak to byo we zwyczaju u gospodarzy przy 
takim wicie, czstowaa, chleb z sol podajc na przegryzk i rada suchajc tych swek 
przypochlebnych, i ugwarzajc si niemao, bo to ledwie jedna za prg, ju drugie w sieniach 
trepy z bota obijay, wstpujc niby po drodze do kocioa i na te krtkie Zdrowa - e kiej na 
odpust waliy, a dzieci si te sporo pltao po ktach i do okien zagldajc, a je nieraz Jzka 
musiaa rozgania. 

Bo to i we wsi czyni si ruch nadspodziewanie, coraz wicej ludzi czapao po drogach, 
to wozy z drugich wsi raz po raz turkotay, e nad stawem kieby w procesji wci si czerwieniy 
babskie przyodziewy, nard bowiem cign do spowiedzi, nie baczc na ze drogi ni 
na dzie paksiwy, przykry a tak zmienny, i co kilka pacierzw pada deszcz, to ciepy wiater 
przewala si po sadach albo za nawet sypay niene krupy grube kiej pczak, a przyszed i 
taki czas, e soce przedaro si z chmur i kieby zotem posuo wiat -jak to zreszt zwyczajnie 
bywa na pierwsz zwiesn, kiej czas podobien si czyni w matyjanoci do dziewki 
poniektrej, ktrej to posobnie i miech, i pacz, i wesele, i aocie bij do gowy, a sama nie 
miarkuje, co si z ni wyprawia. 

Juci, e ta u Hanki nikto na pogod nie baczy i robota a pogwary szy, jae si rozlegao. 
Jambroy si zwija, pogania drugich, przekpinki wedle zwyczaju wid, ale e musia co 
par pacierzy do kocioa zaglda, czy tam wszystko sprawnie idzie, to na zib narzeka i o 
rozgrzewk woa: 

- Pousadzaem dobrodziejw, narodem ich obwaliem, e do poednia si nie rusz. 
-Hale, aznowski proboszcz dugo nie strzyma, powiadali, e mu gospodyni cigiem porcenel 
podawa musi! 
- Babciu, pilnujcie nosa, poniechajcie ksiy! 
Nie lubi tego. 
-A o tym ze Supi te powiadaj, e zawdy przy spowiedzi flaszuchn z pachncym w 
garci trzyma i nos se przytyka, bo mu ano nard mierdzi, e po kadym wyspowiadanym 
ze powietrze chustk rozgania i wykadza... 
- Zawrzyjcie gb: wara wam od ksiy! - wybuchn zelony. 
-Rocho s w kociele? -podja piesznie Hanka, rwnie wielce nierada pyskowaniom 
Jagustynki. 
- Siedz od samego rana, do mszy suy i co potrza, obrzdza. 
- A kaje to Micha? 
- Poszed z organiciakiem do Rzepek, po spisie. 
- Gsi orze, piaskiem sieje i niezgorzej im si dzieje! - westchn Jambroy. 
- Jeszcze by, ju najmniej jak za kad dusz zapisan jajko dostaj... 
-A za kartki do spowiedzi osobno przeciek bierze po trzy grosze z duszy. Co dnia widz; 
jakie torby dyguj z rnociami. Samych jajw sprzedaa organicina w zeszym tygodniu 
co dwadziecia i dwie kopy - rzeka Jagustynka. 
-Kiej nasta, to pono piechty przyszed z jednym wzekiem, a teraz by go i we cztery 
dworskie wozy nie wywiz. 
-Organista z gr dwadziecia rokw w Lipcach siedzi; parafia dua, pracuje, zabiega, 
grosza szczdzi, to si i dorobi - tumaczy Jambroy. 
-Dorobi si! Drze z narodu, jak ino moe, a nim co komu zrobi dobrze, w garcie cudze 
patrzy, po trzydzieci zotych od pochowku bierze za to, co ta pobeczy po acisku i na organach 
poprzebiera. 
- Zawdy uczony jest we swoim i nieraz dobrze musi si nagowi! 
- Juci, e nauczny, kaj cieni bekn, a kaj grubiej i jak wycygania. 


- Jenszy by przepi, a ten syna na ksidza kieruje. 
- To i honor bdzie mia niemay, i profit! - dogadywaa stara zajadle. 
Przerwali w najlepszym miejscu, gdy Jagu wpada stajc naraz w progu kiej wryta. 
- Dziwujesz si wieprzkowi? - zamiaa si Jagustynka. 
-Nie moglicie to po swojej stronie szlachtowa! Izb mi cakiem zapaskudz - wykrztusia, 
w psach caa stajc. 
- Masz czas, to se wymyjesz! - odrzeka zimno, z naciskiem Hanka. 
Jagu cisna si naprzd kieby do ktni, ale daa spokj, zakrcia si jeno po izbie, 
wzia race z Pasyjki, a przyokrywszy rozbabrane ko jak chucin wysza bez sowa, 
cho wargi trzsy si jej ze zoci utajonej. 

- Pomoglibycie, tyle roboty! - powiedziaa jej w sieniach Jzka. 
Wywara na ni gb w takiej zoci, e nawet sw nie mona byo rozezna, i poleciaa 
jak wcieka. Witek za ni wyjrza i mwi, jako prociutko do kowala si poniesa. 
-A niech se idzie, poskary si dziebko, to jej uly! 

- Wojowa wama znowuj przyjdzie! - zauwaya ciszej Jagustynka. 
-Moicie, dy jeno wojn yj! - odpara spokojnie, cho trwona bya, bo rozumiaa, 
e musi tu lada chwila przylecie kowal i bez srogiej ktni si nie ubdzie. 
-Ino ich patrze! - szepna ze wspczuciem Jagustynka. 
- Nie bjcie si, wytrzymam, nie ustrasz me - ozwaa si z umiechem. 
Jagustynka a gow pokiwaa z podziwu nad ni spogldajc porozumiewawczo na 
Jambroa, ktren wanie skada robot. 

- Zajrz do kocioa, poudnie przedzwoni i zaraz na obiad wrc! - rzek. 
Jako wrci rycho opowiadajc, e ju ksia przy stole siedz, e mynarz przysa ryb 
cay wicierz i e po obiedzie bd jeszcze spowiadali, gdy sia narodu czeka. 
Po prdkim i krtkim obiedzie, jeno tgo zakropionym, bo Jambro wyrzeka aoliwie, 
jako gorzaka za saba do tak przesoniaych ledzi, wzili si znowu do roboty. 
Wanie by Jambroy wiertowa wieprza i obrzyna misiwo na kiebasy, a Jagustynka, 
rozoywszy pocie na stole; uczynionym ze drzwi, narzynaa sonin, troskliwie j przesalajc, 
gdy wlecia kowal. 

Widno mu byo z twarzy, e ledwie si hamowa. 

- Nie wiedziaem, ecie a tylego wieprzka sobie kupili! - zacz z przeksem. 
- A kupiam i szlachtuj, widzicie! 
Strach j dziebko przej. 
- Sielny wieprzak, dalicie ze trzydzieci rubli... 
Oglda go pilnie. 
- A sonin to ma grub, e szuka! - zamiaa si stara podsuwajc mu pod oczy poe. 
-I... niecae trzydzieci daam, niecae! - odpowiedziaa z przemiechem Hanka. 
- Borynowy wieprzek! - wybuchn naraz nie mogc ju powstrzyma zoci. 
- Jaki to zmylny, nawet po ogonie rozpozna czyj!- szydzia stara. 
- Niby jakim prawem ecie zarnli! - zakrzycza wzburzony. 
-Nie wykrzykujcie, bo tu nie karczma, a takim prawem, e Antek przez Rocha przykaza 
go zarzn. 
- C tu Antek ma do rzdzenia? jego to? 
-A juci, e jego! 
Skrzepa ju w sobie, nabraa mocy do walki. 
- Do wszystkich naley!... drogo wy za niego zapacicie! 
- Nie przed tob bdziem zdawa spraw! 
-Ino przed kim? Do sdu pjdzie skarga. 
- Cichocie, przywrzyjcie pysk, bo chory tu ano ley, a jego to wszyko... 
- Ale wy bdziecie jedli. 


- Pewnie, e wama nie dam i powcha. 
- P wini dacie i pieka wam robi nie bd - szepn agodniej. 
-I jednego kulasa przez mus nie dostaniecie. 
- To po dobroci dacie t oto wier i poe soniny. 
- Antek kae wam da, to dam, ale bez jego przykazu ni kosteczki. 
- Wcieka si baba!... Antkw to wieprzak czy co?- zo go znw ponosia. 
-Ojcowy, to jakby byo Antkowy, bo skoro ociec chorzy, to on tu rzdzi za niego i jego 
gow wszyko stoi. A potem bdzie, jak Pan Jezus da... 
- W kreminale niech se rzdzi, jak mu pozwol... Smakuje mu gospodarka, powlok go w 
kajdanach na Sybir i tam se bdzie gospodarzy! - wykrzykn spieniony. 
-Wara ci od niego!... moe i powlek... jeno e i tak nie ogryziesz tych zagonw, by latego 
i gorszym jeszcze judaszem sta si la narodu! -mwia gronie, roztrzsiona nagym 
strachem o ma. 
Kowalowi a kulasy zadygotay i rce jy dre i trzepa si po odzieniu, tak ch poczu 
za gardziel j chyci, powlec po izbie i skopa, ale si jeszcze zdziery, ludzie byli jeno 
ciska w ni rozsroonymi lepiami, sowa nie mogc wykrztusi. Ale ona si nie ulka, 
bierc n do krajania misa i bystro a urgliwie patrzc w niego, a przysiad na skrzyni, 
papierosa skrca i czerwonymi lepiami izb oblatywa rozwaajc cosik w sobie i kalkulujc, 
bo wsta rycho i rzek dobrotliwie: 

- Chodcie no na drug stron, rzekn co waju na zgod. 
Otarszy rce posza, pozostawiajc wywarte na ocie drzwi. 
- Nie chc si z wami prawowa tu i kci - zacz zapalajc papierosa. 
- Bo nic ze mn nie zwojujecie! 
Uspokoia si znowu. 
- Mwi co jeszcze ociec wczoraj? 
agodny ju by, umiecha si do niej. 
- Ni... lea cicho, jako i dzisiaj ley... 
Podejrzliwa czujno w niej wstaa. 
-Wieprzak fraszki mae ptaszki, zarzynajcie go sobie i zjedzcie, wasza wola... nie moja 
strata. Czowiek nieraz plecie, czego potem auje. Nie pamitajcie, com rzek! O waniejsz 
spraw idzie... Wiecie, powiadaj we wsi, jako ociec maj mie sporo gotowego grosza 
gdziesik w chaupie schowanego... - Przerwa wwiercajc si oczyma w jej twarz. -Opacioby 
si poszuka, bro Boe mierci, to jeszcze si kaj zapodziej albo kto obcy zapie. 
- A powie to, kaj schowa! 
Gbok nieprzenikliwo miaa w oczach. 
- Wam by wypiewa, bycie go ino mdrze za jzyk pocignli. 
- Niech ino mu rozum przyjdzie, poprbuj wypyta... 
-Bycie mdr byli i jzyk za zbami trzymali, to o tym, gdyby si pienidze znalazy, 
moem ino na spk wiedzie. Znalazby si wikszy grosz, to by byo acniej i Antka wykupi 
z kreminau... a po co drugie wiedzie maj?... Jagna ma dosy zapisu... i mona by te na 
proces mie, by jej te morgi wyprawowa... A Grzeli mao to posyali do wojska! -szepta 
nachylajc si do niej. 

- Prawd mwicie... juci... - jkaa strzegc si, by z czym si nie wyrwa. 
- Rachuj, e musia kaj w chaupie schowa... jak uwaacie? 
- Wiem to, kiej mi o tym ni swkiem nie zatrci?.. 
- O zbou wam cosik wczoraj prawi... nie baczycie to? - podsuwa. 
- Juci, e o siewach wspomina. 
I o beczkach cosik powiada - przypomina nie spuszczajc z niej oczu. 
- Jake! bo w beczkach stoi zboe do siewu! - zawoaa, niby nie rozumiejc. 


Zakl z cicha, ale si teraz utwierdza coraz bardziej e ona co wie; wyczyta to z jej 
twarzy zamknitej i z oczu zbyt przyczajonych i trwonych. 

- A com waju zawierzy, nie rozpowiadajcie... 
- Pleciuch to jestem, ktremu pilno z nowinkami po kumach?... 
-Dy przestrzegam ino... Ale pilnujcie dobrze, bo skoro ju raz staremu zawitao we 
bie, to moe mu si leda pacierz cakiem rozwidni... 
- No... niechby przyszo do tego co rychlej!... 
Obrzuci j lepkimi lepiami raz i drugi, poskuba wsw i wyszed, odprowadzany jej 
oczyma, penymi przytajonej szydliwoci. 

- Judasz, cierwo, zbj! 
Buchna nienawici, postpujc za nim par krokw; bo to nie po raz pierwszy ciska 
jej w oczy groby i strachania, e Antka na Sybir pol i do taczek przykuj. 
Juci, e nie cakiem wierzya rozumiejc, i gwnie przez zo pyskuje, aby j przetrwoy 
i bez to acniej z chaupy wygry. 
Ale mimo tego ara j trwoga o niego niemaa. Przewiadywaa si te nieraz i kaj jeno 
moga, co go moe za kara spotka, miarkujc ze smutkiem, i cakiem na sucho uj mu nie 
ujdzie. 

-Po prawdzie, e ojca rodzonego broni, ale borowego zakatrupi, to juci pokara go 
musz, jake... 
Mwili co rozwaniejsi, e si nijakiej prawdy dobi nie moga, bo kuden insz wywodzi. 
Adwokat w miecie, do ktrego j ksidz z listem posa, powiedzia, jako moe by rnie, 
i cakiem le, i niezgorzej, trza jeno pienidzy na spraw nie skpi i cierpliwie czeka. 
We wsi za najbarzej j trwoyli, e to kowal podmawia swoje wymysy i wszystkich podrychtowywa. 


Nie dziwota te, e i teraz jego sowa kamieniami pady na dusz. Nogi pod ni truchlay 
przy robocie, mwi nie moga, tak j strach zatyka, a do tego za i Magda po jego odejciu 
przyleciaa i siada przy chorym oganiajc go niby od much, ktrych nie byo, a ledzc 
wszystko bacznymi lepiami. 

Ale snad jej to wrychle obmierzo, gdy si w robocie pomaga ofiarowywaa. 

- Nie trud si, uradzim sami, mao si to w chaupie naharujesz! 
Odradzaa Hanka takim gosem, e Magda daa spokj, pogadywaa jeno niekiedy a lkliwie, 
e to ju z samego przyrodzenia niemiaa bya i milczca. 

A jako na samym odwieczerzu zjawia si znowu Jagu, ale wesp z matk. 

Witay si, kieby w najlepszej zgodzie yy, i tak przyjacielsko a przychlibnie, a to Han


k tkno, i chocia odpacaa im tym samym, nie aujc dobrych sw ni nawet gorzaki, 
miaa si jednak na bacznoci. Ale Dominikowa odsuna kieliszek. 

- Wielki Tydzie! Gdziebym to gorzak pia! 
- Nie w karczmie i przy okazji, to nie grzech!- usprawiedliwiaa Hanka. 
- Czowiek chtliwie se folguje i rad zawdy sposobnoci wymawia... 
- Przepijcie, gospodyni, do mnie, ja to nie organista!- wykrzykn Jambro. 
-Niech ino szko brzknie, to was zarno grzysi ponosz -mrukna Dominikowa zabierajc 
si do opatrzenia gowy chorego. 
-Cie... komu sygnaturka sprawia, e bije si pici pokutnie, a drugiemu za flaszkowy 
pobrzk to czyni, e wpodle za kieliszkiem maca... 
-Ley se ten chudziaczek, ley i o Boym wiecie nie wie! - zawoaa aonie nad Boryn. 
-I jad kiebasy nie bdzie, i gorzaki nie posmakuje?- cigna tym samym sposobem, a 
wielce szydliwie Jagustynka. 
- Wama ino przemiechy na pamici! - zestrofowaa j gniewnie. 
- A c to? pakaniem biedy se odejm? Tyla mojego, co si pomiej. 


- Kto sieje zo, niech se smutki zbiera i pokut odprawuje!... 
-Nie darmo powiedaj, e Jambro, cho przy kociele suy, a gotw si by i z grzychem 
pokuma, bych jeno sobie pofolgowa i uy! - rzeka wyniole Dominikowa obrzucajc 
go srogimi oczyma. 
-Przeciwi si dobremu i ze zym kuma potrafi, ktren jeno nie baczy, jak potem 
wemie zapat - dodaa ciszej, jakby groc. 
Milczenie pado na izb. Jambro zakrci si gniewnie, ale zdziera w sobie ostr odpowied, 
bo wiedzia, e i tak kade jego sowo zna bdzie dobrodziej najpniej jutro po 
mszy; nie darmo Dominikowa przesiadywaa cigiem w kociele... A i reszta zwarzya si te 
pod jej sowimi lepiami, nawet nieustpliwa Jagustynka przymilka trwonie. 

Jake, caa wie si jej bojaa; ju pono niejeden poczu na sobie moc jej zych lepiw, 
niejednego ju pokrcio albo rozchorza, gdy na urok rzucia. 

Pracowali w cichoci z pochylonymi trwonie twarzami, e jeno jej biaa gba, sucha i 
poradlona, kieby z blichowanego wosku, nosia si po izbie. Nie odzywaa si rwnie zabierajc 
si z Jagn do pomagania tak ostro, e Hanka wzbroni nie miaa. 

e za Jambroa odwoa ksiy parobek do kocioa, ostay jeno same, pilnie ukadajc 
miso i pocie w cebrzyki a beczk. 

-Po tej stronie w komorze bdzie chodniej la misa, mniej si w izbie pali... - zarzdzia 
stara, wraz zataczajc statki z Jagusi. 
Tak si to prdko stao, e nim si Hanka moga sprzeciwi, nim pomiarkowaa, ju one 
powtaczay do komory, wic srodze rozelona zacza piesznie przenosi na swoj stron, co 
ino pozostao, przywoujc Jzk i Pietrka do pomocy. 

O samym zmierzchu, gdy ju zapalili wiato, zabrali si popiesznie do robienia kiebas, 
kiszek i onych grubanych salcesonw. Hanka siekaa miso z jak ponur wciekoci, tak 
bya jeszcze wzburzona. 

-Nie zostawi w tamtej komorze, eby zechlaa albo wyniesa! Niedoczekanie twoje! To 
ci fortelnica! - szepna wreszcie przez zby. 
-Rano, po cichuku, jak pjdzie do kocioa, przenie wszystko do swojej komory i bdzie 
po krzyku! Nie odbije wam przeciech! -radzia Jagustynka szprycujc miso w dugachne 
flaki, e si skrcay po stole, kiej te we czerwone a tuste, i co trochu rozwieszaa je na 
erdce nad kominem. 
- Niech sprbuje! Zmwiy si i z tym przyleciay? 
Nie moga si uspokoi. 
- Nim Jambro wrci, kiebasy bd gotowe... - zagadywaa stara. 
Ale Hanka zmilka, zajta prac, a gwnie rozmylaniem, jak by odebra pocie owe i 
szynki. 
Ogie trzaska na kominie i tak si galanto buzowao, e w caej izbie byo czerwono, w 
garach parkotay gotujce si rnoci, z ktrych czyniono kiszki, a dzieci cosik trwonie 
gaworzyy nad nieckami z krwi. 

-Laboga, jae me mdli od tych smakw! - westchn Witek pocigajc nosem. 
-Nie wywchuj, bo moesz co oberwa! Krowy ano pj, siano zakadaj i sieczk na noc 
zasypuj... Pno ju! Kiedy to obrzdzisz?... 
- Pietrek zaraz przyjdzie, sam przeciek nie uredz... 
- A kaje to poszed? 
- Nie wiecie?... pomaga sprzta po drugiej stronie!... 
- Co? Pietrek! ruszaj bydo obrzdza! 
Krzykna naraz Hanka w sie z tak moc, e Pietrek w ten mig polecia w podwrze. 
-A przy kulasw i sama se izb wyporzd!... widzisz j!... dziedziczka jaka, rczkw 
se szczdzi, parobkiem si wyrcza! -woaa rozoszczona do ostatka wywalajc jedno


czenie na st z garnka dymic si wtrob i dutki, gdy jaki wz zaturkota i dzwonek zajcza 
na dworze. 

-A to ksidz z Panem Jezusem jedzie do kogo!...- objania Bylica akuratnie wchodzc 
do izby. 
- Kt by zachorza? nie sycha byo!... 
- Za wjtow chaup pojechali! - krzykn przez okno zadyszany Witek. 
- Ani chybi do ktrego z komornikw... 
- A moe do waszych, do Pryczkw, tam ano siedz... 
-Hale! zdrowe byy, takim cierwom nic si zego nie stanie -szepna Jagustynka, ale 
chocia w niezgodzie ya z dziemi, a w cigych procesach, zadraa. 

- Przewiem si nieco i zaraz przylet... 
Wybiega piesznie. 
Ale kawa wieczoru si przewleko i Jambroy zdy z nawrotem, a ona nie powrcia; 
wanie by stary powiada, i ksidza wzywali do Agaty, Kbowej krewniaczki, co to w sobot 
z ebrw przycigna. 

- Jake? nie u Kbw to siedzi? 
- U Kozw czy ta u Pryczkw pono si przytulia na skonanie. 
Tyle jeno o tym przerzekli, zajci wielce robot, jeszcze i bez to opnian, e Jzka, a to 
i sama Hanka cigiem odbiegay roboty, by lecie w podwrze do wieczornych obrzdkw. 
Wieczr si cign z wolna i przykrzy si wielce a duy, e to i ciemnica zwalia si 
na wiat, i pici nie dojrza, deszcz zacina zibicy, wiater ciepa si raz po raz o ciany i 
tratowa sady, e drzewiny z szumem tuky si w ciemnociach, a niekiedy bucha w komin, 
a gownie wyskakiway na izb. 

Prawie przed sam pnoc skoczyli, a Jagustynka jeszcze nie wrcia. 

-Plucha i bocko, to si jej nie chciao po omacku utyka! - mylaa Hanka wyzierajc na 
dwr przed spaniem. 
Juci, czas by taki, e psa al by na wiat goni, wiejba, a dachy trzeszczay, chmurzyska 
opite deszczem, bure i napczniae przewalay si po zmtniaym niebie, a nikaj w wysokociach 
ni jednej gwiazdy, ni te ogniowego migotu w chaupach, zgoa przepadych w nocy. 
Wie ju dawno spaa, wiater jeno hula po polach i barowa si z drzewami, a wody stawu 
przegarnia ze wistem. 

Zaraz poszli spa, ju nie czekajc. 

Jagustynka za dopiero nazajutrz rano si zjawia, ale mroczna kiej ten dzie przebocony, 
wiejny i zimny; ugrzaa jeno w chaupie rce i zaraz posza do stodoy przebiera ziemniaki, 
ju tam z dow na kup zwalone. 

Robia prawie w pojedynk, bo Jzka odbiegaa czsto nakada gnj, ktren od witania 
wywozi piesznie Pietrek, niemao ju dzisia skrzyczany od Hanki, e to wczoraj si leni i 
nie zdy; pogania te tgo, na Witka huka, konie batem pray i jedzi, a boto si otwierao. 


-Wako jucha, na bydltkach tera si odbija! - rzeka stara ciskajc na gsi, bo si przywiedy 
caym stadem na klepisko i nu szczypa ziemniaki a przykry ggot czyni. Zagadna 
potem do niej Jzka: nie odezwaa si siedzc kiej ten mruk i pilnie kryjc pod nasunit na 
czoo zapask oczy zaczerwienione jako. 
Hanka zrazu jeno raz jeden zajrzaa do nich czatujc w izbie na wyjcie Jagny, by wtedy 
zabra miso do swojej komory i spenetrowa zarazem beczki ze zboem, ale jakby na zo 
Jagna ni krokiem nie ruszaa si z chaupy, e ju nie mogc wstrzyma, zagldaa do chore-
go, to zamwiwszy si o co, wlaza do komory. 

-Czegoj szukacie? dy wiem, gdzie co jest, to wama poka! -woaa Jagna idc za ni, 
e trzeba byo wychodzi, ledwie co wraziwszy rce we zboe, a pienidze mogy by gbiej, 
na spodzie... 


Zrozumiaa te rycho, e tamta jej struje, wic cho po niewoli, daa spokj odkadajc 
swoje zamysy na sposobniejsz por. 

-Trza si wzi do szykowania podaronkw -pomylaa aonie przygldajc si kiebasom, 
rozwieszonym na drku; we zwyczaju bowiem byo u Borynw i co pierwszych gospodarzy, 
i ktren wini zaszlachtowa, ten zaraz nazajutrz rozsya w podarunku najbliszym 
krewniakom albo z ktrymi przyjacielstwo trzyma, po kiebasie lebo czego inszego po 
kawale. 
-Juci, acno nie jest, ale da musisz, powiedziayby, co aujesz... - rzek naraz Bylica 
utrafiajc w sam raz w aoliwe strapienia. 
Wic chocia serce ciska al, ja rychtowa na talerzach i miseczkach z cikim westchnieniem 
zmieniajc nie po raz jeden zbyt krtkie kawaki na dusze, to przydajc niektrym 
po kawale kiszki, to znowu odbierajc, a w kocu, zmczona i rozbolaa, przywoaa 
Jzki. 

- Przyodziej si pieknie i rozniesiesz po ludziach... 
- Jezus, tylachna wszystkiego!... 
-C poredzi, kiej trzeba! Sam Maciek stoczy, ale sam nie wyskoczy! Te dusze nie 
stryjnie najpierw, zbjem na mnie patrzy, pyskuje, ale nie ma rady; to ci z miseczkom wjtom, 
ajdus on, ale z Maciejem yli w przyjacielstwie i moe by w czym pomocny; caa 
kiszka, kiebasa i kawa boczku la Magdy, la kowali, niech nie szczekaj, e sami zjadamy 
ojcowego winiaka, juci, cakiem im tym pyska nie zatka, ale przyczepk bd miay mniejsz... 
Pryczkowej t tu kiebas, harda, wynoliwa, pyskata, ale z przyjacielstwem sza pierwsza... 
Kbowej ten ostatni... 

- Dominikowej to nie lecie? 
-Pniej si da, po poedniu... juci, e trzeba... z tak to jak z tym ajnem, nie porusz i 
jeszcze z dala obchod. No posobnie, ino nie zagaduj si tam z dzieuchami, bo robota czeka. 
- Dajcie i Nastce, one takie biedne, nawet na sl nie maj... - prosia cicho. 
- Niech przyjdzie, to dam nieco. Ociec, la Weronki zabierzecie, miaa wczoraj zajrze... 
-Mynarzowa j przed wieczorem wezwaa sprzta pokoje, bo pewnikiem gocie do 
nich zwal na wita. 
I dugo jeszcze jka nowinki, ale Hanka, wyprawiwszy Jzk, przyodziaa si nieco cieplej 
i pobiega pomaga Jagustynce a pogania chopakw. 

- Czekalim na was z kolacj - zacza, zdziwiona milczeniem starej. 
-I... najadam si tam patrzeniem, jae me jeszcze dzisiaj w doku gniecie... 
- To Agata pono zachorzaa? 
- Juci, u Kozw se dochodzi sierota. 
- Jake, nie u Kbw ley? 
-Krewniakiem przyznaj, ktremu niczego nie potrza albo i z pen garci przychodzi, 
na inszych, choby rodzonych, pieskw si ano spuszcza... 
- Co wy te ! przeciek jej nie wygnay ! 
-Hale, przywleka si do nich w sobot i zaraz w nocy zachorzaa... Powiedaj, e Kbowa 
wziena jej pierzyn i prawie nag we wiat pucia... 
- Kbowa! Nie moe by, taka poczciwa kobieta, cheba plotki plet. 
- Swojego nie mwi, ino co mi w uszy wlazo... 
-I u Kozowej ley! A kt by si spodzia, e taka litociwa ! 
-Za pienidze to i ksidz litociwy. Kozowa wzia od Agaty dwadziecia zotych gotowego 
grosza i za to maj j przetrzyma u siebie do mierci, bo stara liczy, e lada dzie zamrze. 
Ale pochowek osobno, a stara se nie dzisia, to jutro dojdzie, niedugo jej czeka... nie... 
Zmilka naraz, usiujc na prno powstrzyma chlipanie. 

- C to wama, chorzycie? - pytaa Hanka ze wspczuciem. 


-Tyle si ju ludzkiej biedy najadam, e me w kocu do cna rozebrao. Czowiek nie 
kamie, broni si przed sob choby t zoci na cay wiat, ale si nie obroni, przyjdzie taka 
pora, co ju nie zdziery wicej i w ten piasek dusza mu si rozsypie aosny. 
Zaniesa si paczem i dugo si trzsa nos gono wycierajc, a znowu ja mwi bolenie, 
e te jej sowa kiej zy gorzkie i palce kapay na Hanczyn dusz. 

-I nie ma koca tej ludzkiej marnacji. Siadam przy Agacie, kiej ju ksidz odjecha, a 
tu przylatuje Filipka zza wody z krzykiem, e jej najstarsza koczy... Poleciaam juci... Jezus, 
w chaupie ywy mrz siedzi... Okna wiechciami pozatykane... jedno ko w chaupie, a 
reszta w barogu kiej psy si gniedzi... nie pomara dzieucha, ino j tak z godu sparo... 
ziemniakw ju brako, pierzyn ju przedali... kad kwart kaszy wymodlaj u mynarza, 
nikt nie chce zborgowa i poyczy do nowego... bo i kto? Poratunku nie ma, Filip przecie w 
kreminale z drugimi... Ledwiem wysza od nich, powieda Grzegorzowa, e Florka Pryczkowa 
zlega i pomocy potrzebuje... ajdusy to i krzywdziciele moi, cho dzieci rodzone... zaszam, 
nie czas krzywdy pamita... No i tam niezgorzej bieda ky szczerzy, drobiazgu peno, Florka 
chora, grosza jednego w zapasie nie ma i pomocy znikd... grontu przeciek nie ugryzie... je 
nie ma kto uwarzy, pole odogiem stoi, cho zwiesna idzie... bo Adam jak drugie w kreminale... 
Chopaka urodzia zdrowego kiej krzemie, eby si jeno odchowa, bo Florka wyscha 
kiej szczapa i tej kropli mleka w piersiach nie ma, a krowa dopiero na ocieleniu... I wszdzie 
tak le, a u komornikw to ju trudno wypowiedzie... Ni komu robi, ni gdzie zarobi, ni 
grosza, ni poratunku znikd... Mgby ju to Jezus sprawi, by cho letk mierci pomary, 
nie mczyby si nard co nabiedniejszy. 
- A komu si to we wsi przelewa? wszdzie bieda i ten skrzybot serdeczny. 
-Hale, i gospodarze turbacje niemae maj... jeden si frasuje, czym by lepszym kichy 
nadzia, a inszy, komu by na wikszy precent pienidz rozpoyczy, ale aden si nie poturbuje 
o biedot, chociaby ta pode potem zdychaa... Mj Boe, w jednej wsi siedz, przez 
miedz, a nikomu to piku nie psuje... Juci, kaden Jezusowi ostawia starunek o biedot i na 
zrzdzenie boskie zwala wszystko, a sam rad przy penej misce brzuchowi folguje i choby 
ciepym kouchem uszy odgradza, by ino skamlania biedujcych nie posysze... 
- C poredzi? ktry to ma tylachna, by wszystkiej biedzie zaradzi? 
- Kto nie ma chci, ten wie, jak wykrci! Nie do was pij, nie na swoim siedzicie i dobrze 
wiem, jak wam ciko, ale s takie, co by mogy pomc, s: a mynarz, a ksidz, a organista, a 
drugie... 
- By im kto podsun o tym, to moe by si zlitoway... - tumaczya. 
-Kto ma czujn dusz, ten sam dosyszy woanie cierpicych, nie potrza mu o tym z am-
bony krzykiwa! Moiciewy, dobrze one wiedz, co si z narodem biednym dzieje, bo t 
bied ludzk si ano pas i na niej tuciej... Mynarzowi to niwo teraz, chocia do przednwka 
daleko, procesjami ludzie cign po mk i kasz; za ostatni grosz, na brg, za odrobek 
albo dobry precent, a choby pierzyn ydowi sprzeda, a je trza kupi... 
- Prawda, darmo nikto nie da... 
Przypomniaa sobie wasne, niedawne ndze i westchna ciko. 
-Przesiedziaam do pna przy Florce, kobiet si te naschodzio i powiaday, co si we 
wsi dzieje, powiaday... 
-W imi Ojca i Syna! -krzykna naraz Hanka zrywajc si na rwne nogi, bo wiatr tak 
ano trzasn wrtniami, e dziw si nie rozleciay. Wywara je z trudem, mocno podparszy 
kokami. 

- Wieje sielnie, jeno ciepy jaki, by deszczu nie sprowadzi. 
- Ju i tak wz si w polu po skle zarzyna. 
- Par dni dobrego soca i wnet przeschnie, zwiesna przeciech. 
- eby cho zacz sadzi przed witami! 


Przegadyway niekiedy, pilnie zajte, a i cakiem przycichy, jeno pacanie przebieranych 
ziemniakw sycha byo, e to drobne rzucay na jedn kup, a nadbutwiae na drug. 

- Bdzie czym podpa macior i la krw te starczy na picie... 
Ale Hanka jakby nie syszaa przemyliwajc wci, jak by si do tych ojcowych pienidzy 
dobra najsprawniej, e tylko niekiedy spogldaa przez wrtnie na wiat, na drzewiny 
rozciapane i szamocce si z wichur. Postrzpione, sine chmurzyska przewalay si po niebie 
kiej roztrzsione snopy, a wiater jeszcze si wci wzmaga i tak jako ci podwiewa z dou, 
ie poszycia na chaupie jeyy si niby szczotka. Zib przy tym cign wilgotny i srodze 
przejty nawozem, ktren wybierali z gnojowiska. W podwrzu za byo prawie pusto, jeno 
niekiedy przebiegay rozczapierzone kury, poganiane przez wiater, gsi siedziay w zaciszu 
pod potem na gsitach, cicho piukajcych, a co par pacierzy podjeda ostro Pietrek z 
pustym wozem, zakrca dookoa, stawa rychtyk na prost klepiska, zabija rce, koniom podrzuca 
kak siana i nakadszy wesp z Witkiem gnoju, podpiera wz na wybojach i rusza w 
pole. 

Czasami znw Jzka wpadaa z krzykiem, zaczerwieniona, zdyszana, przejta tym roznoszeniem 
kiebas, i trajkotaa. 

- Zaniesam wjtom, teraz polet do stryjecznych... W chaupie siedzieli, izby ju biel na 
wita, tak dzikowali, tak dzikowali... 
Rozpowiadaa szeroko, cho nikto jej za jzyk nie ciga, i znowu leciaa na wie, niosc 
ostronie, w chustk bia owizane, miseczki z podarunkami. 

- Trajkot dzieucha, ale zmylna - zauwaya Jagustynka. 
- Juci, co zmylna wielce, jeno e do psich figlw i gdzie by si zabawi... 
- C chcecie?... skrzat to jeszcze, dzieciuch... 
- Witek, obacz no, kto tam wszed do chaupy! - zawoaa naraz Hanka. 
- Kowal poszli dopiero co! 
Tknita jakim zym przeczuciem, pobiega prosto na ojcowsk stron; chory lea jak 
zwyczajnie wznak. Jagna cosik szya pod oknem, w izbie nie byo wicej nikogo. 

- A kaje si to Micha podzia?... 
- Musz by gdziesik, szukaj klucza od wozw, ktrego byli kiej poyczyli Maciejowi objaniaa, 
nie podnoszc oczu. 
Hanka zajrzaa do sieni, nie byo go; zajrzaa na swoj stron, jeno Bylica siedzia z 
dziemi przy kominie i wystrugiwa im wiatraczki; nawet w podwrzu szukaa; nikaj ni znaku 
po nim, wic ju prosto rzucia si do komory, cho drzwi byy przywarte. 

Jako kowal sta tam przy beczce z rkoma po okcie we zbou i pilnie w nim grzeba. 
-W jczmieniu to by klucz chowali? co? -wyrzucia zdyszana, ledwie zipic ze wzburzenia 
i stajc gronie naprzeciw. 

- Patrz, czy nie spleniay, czy aby zda si do siewu... - jka zaskoczony niespodzianie. 
Nie wasza sprawa!... Po cocie tu wleli? - krzykna. 
Wyj niechtnie rce i ledwie hamujc wcieko, zamrucza: 
- A wy pilnujecie me, kiej zodzieja... 
-Niby to nie wiem, po cecie tu przyszli, co? Hale, do cudzej komory wazi bdzie i 
penetrowa po beczkach, kdki moe bdziecie ukrca, do skrzy otwiera... co?-wrzeszczaa 
coraz goniej. 
- Nie powiadaem wama wczoraj, czego nam szuka potrza... 
Wysila si na spokj. 
-Przede mn cyganilicie, jedno by mi piaskiem oczy zasypa, a robicie drugie. Przejrzaam 
ju wasze judaszowe zamysy, przejrzaam... 
- Hanka, stul pysk, bo ci go przymkn! - zarycza zowrogo. 
-Sprbuj, zbju jeden! tknij me cho palcem, a takiego wrzasku narobi, e p wsi si 
zbiegnie i obaczy, co ty za ptaszek! - grozia. 


Rozejrza si dobrze po cianach i ustpi wreszcie klnc siarczycie. 

Popatrzyli sobie w oczy z bliska i z tak moc, e bych mogli, na mier by si przebodli 
tymi rozgorzaymi lepiami. 

Hanka a wod pia, dugo nie mogc si opamita po tym wzburzeniu. 

-Trza je nale i schowa przezpiecznie, bo niechby ich dopad, ukradnie rozmylaa 
wracajc do stodoy, ale naraz zawrcia z p drogi. 
-Siedzisz w chaupie, strujesz, a obcych do komory puszczasz! - krzykna z gry na 
Jagn otwierajc drzwi. 
- Micha nie obcy, ma takie prawo jak i wy! - wcale si nie ulka jej krzyku. 
- Szczekasz kiej ten pies, zmwia si z nim, dobrze, ale bacz, e niech jeno co z chaupy 
zginie, to jak Bg w niebie, do sdu podam i ciebie wska, e pomagaa... Zapamitaj to 
sobie!... -wrzeszczaa rozsroona. 
Jagna skoczya z miejsca, chwytajc w gar, co byo na podordziu. 

- Bi si chcesz! bij! poprbuj ino, to ci te cacan gbusi tak sprawi, a si czerwon 
oblejesz i rodzona matka ci nie pozna!... 

Dunderowaa, zajadle krzykajc nad ni, co tylko lina i zo na jzyk stoczya. 

I nie wiada zgoa, na czym by si to skoczyo, bo ju pazury rozczapierzay drc si coraz 
bliej siebie, gdyby nie Rocho, ktren akuratnie w sam por nadszed, e Hanka, przywstydzona 
jego patrzeniem, ochona nieco i zmilka zatrzaskujac jeno za sob drzwi z caej 
zoci. 

Jagna za ostaa na izbie, rucha si nie mogc z przeraenia, wargi jej latay niby we febrze 
i serce koatao, zy posypay si kiej groch. A w kocu oprzytomniaa, rzucajc w kt 
maglownic ciskan w garci, buchna si na ko, w boleciwym, nieutulonym paczu 
roztrzsiona 

Hanka tymczasem opowiadaa Rochowi, o co im poszo. 

Sucha cierpliwie jazgotliwych i szlochem przeplatanych powiada, a nie mogc z nich 
wiele wymiarkowa, przerwa ostro i j j surowo gromi, odsun nawet podawane jedzenie 
i wielce rozgniewany po czapk siga. 

- Ju mi we wiat i przyjdzie i nigdy Lipiec na oczy nie oglda, kiejcie tacy. Zemu to 
wszystko na pociech albo ydowinom, co si ze swarliwoci a gupoty chrzecijaskiego 
narodu przemiewaj! Jezus mj miosierny, to mao bied, mao chorb, mao godowa, to 
si jeszcze w pojedynk za by bior i zoci dokadaj. 
Zadysza si t przemow, Hank za przeja taka ao i strach, by w gniewie nie odszed, 
e pocaowaa go w rk przepraszajc z caego serca... 

-Bycie wiedzieli, co z ni ju wytrzyma ciko, na zo wszystko robi, a na moj 
szkod. Przecie z krzywd nasz tu siedzi... jake, tylachna gruntu ma zapisane... A nie wiecie 
to, jaka jest?... co to wyprawiaa z parobkami... jaka... (- nie, nie potrafia wypomnie o 
Antku -)... a teraz ju si pono z wjtem zmawia... - dodaa ciszej. - To juci, e skoro j dojrz, 
to si jae we mnie gotuje ze zoci, i prosto bym noem pchna... 
-Pomst ostawcie Bogu! ona te czowiek i krzywdy czuje, a za swoje grzechy ciko 
odpowie. Powiadam wam, nie krzywdcie jej! 
- To ja j krzywdz? 
Zdumiaa si wielce, nie mogc wymiarkowa, w czym si Jagnie krzywda dzieje. 
Rocho przegryza chleb wodzc za ni oczyma, a cosik medytujc, wreszcie pogadzi 
dzieciskie gowiny, tulce mu si do kolan, i zabiera si do wyjcia. 

-Zajrz do was ktrego dnia wieczorem, a teraz wama jeno rzekn: Poniechajcie jej, rbcie 
swoje, a reszt Pan Jezus sprawi... 
Pochwali Boga i poszed na wie. 



ROZDZIA 4 


Rocho wlk si wolno drog nad stawem, raz, e wiatr tak w niego siepa, i ledwie si 
na nogach utrzyma, a po drugie, jako strapiony by wielce tym wszystkim, co si we wsi 
dziao, to jeno raz po raz wznosi rozpalone oczy na chaupy, przemyliwa wanie i wzdycha 
aonie. Tak le si bowiem dziao w Lipcach, e ju zgoa gorzej nie mogo. 

Za nie to byo najgorsze, e niejeden godem przymiera, e choroby si krzewiy, e si 
kcili barzej i za by brali, e nawet mier wybieraa swoje gciej nili po inne roki -takusieko 
byo i oni, i drzewiej, do tego si ju by nard wezwyczai rozumiejc dobrze, jako 
inaczej by nie bdzie... Ze i o wiele gorsze byo cakiem co inszego -oto, e ziemia stojaa 
odogiem, bo nie mia w niej kto robi... 

Zwiesna ju sza caym wiatem wraz z tym ptactwem, cigncym do oskich gniazd, na 
wynich miejscach podsychay role, wody opady i ziemia si prawie prosia o pugi, o nawozy 
i o to ziarno wite... 

A kt mia i w pole, kiej wszystkie robotne rce byy w kreminale!... Przeciech prawie 
same kobiety ostay we wsi, a nie ich to moc ni gowa poredzi wszystkiemu. 

A tu na niejedn przychodzia pora rodw, jak to na zwiesn zwyczajnie, a tu krowy si 
cieliy, drb si lg, maciory si prosiy, w ogrdkach te czas by zasiewa i wysadki sadzi, 
ziemniaki trza byo przebiera z dow przed sadzeniem, wod z pl spuszcza, gnj wybiera 
i wywozi - to cho urb kulasy po okcie, a bez chopa nie wydolisz... A tu jeszcze trza 
obrzdza inwentarz, rzn sieczk, poi, drwa rba lebo i z lasu wie, a tylachna inszej, 
codziennej roboty, choby na ten przykad z dzieciskami, ktrych byo wszdzie kiej maku, 
e Jezus! gnatw ju nie czuy, krzye im ano drtwiay na odwieczerzy z utrudzenia, a i poowy 
nie byo zrobione - bo kaj to jeszcze te ze wszystkich najpierwsze - polne roboty?... 

A ziemia czekaa; wygrzewao j mode soce, suszyy wiatry, przejmoway na wskro 
te ciepe i podne deszcze, stay owe mgliste i nagrzane noce zwiesnowe -e trawy ju 
puszczay zielon szczotk, oziminy podnosiy si w chyym rocie, skowronki przedzwaniay 
nad zagonami, boki brodziy po gach, kwiaty te kaj niekaj buchay z moczarw ku 
niebu poyskliwemu, ku niebu, co si co dnia, niby ta pachta jasna i obtulna, podnosia coraz 
wyej, e ju coraz dalej sigay tskliwe oczy, a po owe wrby wsi i borw, niedojrzanych 
w zimowych mrokach; cay wiat przecyka z martwego piku i pry si a przystraja do 
zwiesnowych godw wesela i radoci... 

Za wszdy po ssiedztwach, kaj jeno okiem dosign, robili tak pilno, e cae dni, 
deszcz by czy pogoda, rozlegay si wesoe przypiewy i kukania, po polach byskay pugi, 
ruchali si ludzie, konie ray i wozy turkotay wesoo, a jeno lipeckie role stay puste, ciche, 
zgoa obumare i jako ten smtarz aosne... 

A kieby na dobitk jeszczech te cikie strapienia o uwizionych... 

Mao jeli co dnia nie cigno do miasta po kilkoro ludzi z wzekami, a i z tym ponym 
skamaniem, bych wypucili niewinowatych. 

Hale! bdzie ta kto mia miosierdzie nad pokrzywdzonym narodem, jeli on sam sobie 
sprawiedliwoci nie wydrze!... 

le si dziao, tak le, e nawet obce ludzie, z drugich wsi, zaczli ju miarkowa, jako 
krzywda Lipiec jest krzywd wszystkiego narodu chopskiego. Jake, jeno mapa mapie zajdy 
szarpie, a czowiek za czowiekiem powinien trzyma, bych i jemu na taki sam koniec nie 
przy- szo. 

Wic i nie dziwota, jako drugie wsie, cho ta przdzi koty dary z Lipcami o granice i 
rne szkody ssiedzkie albo i z czystej zazdroci, e to Lipczaki wynosiy si hardo nad 
wszystkie, a wie swoj uwaay za najpierwsz, teraz poniechali sporw otrzchajc z siebie 



zawzito, bo czsto chop jaki z Rudek, to z Wlki, to z Dbicy, a nawet i z rzepeckiej 
szlachty niejeden przebiera si do Lipiec na kryjome przewiady. 

Za w niedziel po sumie albo jak wczoraj przy zjedzie do spowiedzi rozpytywali si 
pilnie o uwizionych sroc przy tym twarze, siarczycie klnc, a zarwno z lipeckimi picie 
zaciskajc na krzywdzicieli i wielce si litujc nad dol pokrzywdzonego narodu. 

Wanie by teraz nad tym Rocho medytowa postanawiajc zarazem jakie przedsiwzicie 
wane, gdy jeszcze barzej zwolni kroku, czsto przystawa, chronic si od wiatru 
za grubsze drzewa i jakby nic dokoa nie widzcy, we wiat poglda daleki... 

A widniej si jako zrobio i cieplej, jeno ten uprzykrzony wiater wzmaga si z godziny 
na godzin, e jeden szum nis si caym wiatem, i ju co ciesze drzewiny pokaday si z 
jkiem, trzepic gaziami po stawie, snopki ano wyrywa z dachw i co kruchsze gazie 
odziera, a wia ju teraz gr i z tak moc, e wszyko si ruchao: i sady, i poty, i chaupy, 
i pojedycze drzewa, a si zdao, jako z nim w jedn stron lec, a nawet to blade soce, co 
si spoza rozwalonych chmur wysupao, wydao si rwnie uciekajcym po niebie, zawlekanym 
kieby piaskami rozwianymi, za nad kocioem jakie stado ptakw z rozczapierzonymi 
skrzydami nie mogc si upora z pdem, day si nie wichurze i ze strachliwym 
krzykiem rozbijay si o wie i rozchwiane drzewa. 

Ale wiater, cho by przykry i nieco szkodliwy, sielnie te przesusza role, bo ju od rana 
galanto zbielay zagony, a drogi ociekay z wody... 

Rocho dugo stoja w medytacji onej, o Boym wiecie zapomniawszy, a poruszy si z 
naga, doszy go bowiem z wichur jakie swarliwe gosy. 

Rozejrza si bystro: po drugiej stronie stawu, przed sotysow chaup, w opotkach, 
czerwienia si kupa kobiet z jakimi ludmi w porodku... 

Popieszy tam z ciekawoci, co by si stao nie wiedzc. 

Ale dojrzawszy z dala stranikw z wjtem, skrci w najblisze opotki, a stamtd j si 
ostronie przebiera sadami ku gromadzie; nie lubi jako le w oczy urzdom. 

Gwar za by coraz wrzaskliwszy, kobiet wci przybywao, dzieci te ca hurm zbiegay 
ze wszystkich stron cisnc si do starszych, a poszturchujc midzy sob, a ciasno si 
uczynio w opotkach, i wywalili si na drog, nie baczc na boto ni na rozkolebane drzewa, 
siekce gaziami. Jazgotali cosik splnie, to jakie osobne gosy si wydzieray, ale co by, 
nie mg wymiarkowa, bo wiater porywa sowa. Dojrza jeno przez drzewa, e Poszkowa 
rej wioda: gruba, spana, z rozczerwienion gb, wykrzykiwaa cosik najgoniej i tak zajadle 
podjedaa piciami pod wjtowy nos, e si ten cofa, a reszta przytwierdzaa jej wrzaskiem, 
kiej to stado indorw rozwcieczonych. Kobusowa za uwijaa si po bokach, prno 
chcc si przedrze do stranikw, nad ktrymi co chwila trzsy si zacinite picie, a 
gdzieniegdzie ju i kij albo utytana mietlica... 

Wjt cosik tumaczy drapic si frasobliwie po gowie, a powstrzymujc na sobie babski 
napr, e stranicy wysunli si ostronie z kupy nad staw i poszli ku mynowi; wjt ruszy za 
nimi odszczekujc si niekiedy, a groc chopakom, bo zaczli fryga za nim botem. 

- Czego chcieli? - pyta Rocho wchodzc midzy kobiety. 
-Czego! aby wie daa dwadziecia wozw i ludzi do szarwarku, by w ten mig jechali 
naprawia drog w lesie... - objaniaa go Poszkowa. 
- Jaki wikszy urzd ma przejeda tamtdy i bez to przykazuj zawozi wyrwy... 
- Powiedzielim, e wozw ni koni nie damy. 
- Kt to pojedzie? 
- Niech pierwej puszcz naszych chopw, to im drog narzdz. 
- Dziedzica by zaprzgy! 
- Same by si wziy do roboty, a nie penetroway po chaupach! 
- cierwy, ukrzywdziciele! - woaa jedna przez drug, a coraz goniej. 
- Jeno dojrzaam stranikw, zaraz mnie cosik niedobrego tkno... 


- Przeciek z wjtem ju od rana naradzay si w karczmie. 
- Nachlay si gorzaki i daleje chodzi po chaupach, a ludzi pdzi do roboty... 
- Wjt dobrze wie, powinien by w urzdzie przeoy, jak jest w Lipcach - ozwa si Rocho, 
prno chcc przekrzycze wzburzone gosy. 
- Hale, dobrze on z nimi trzyma! 
-I pierwszy na wszystko naprowadza. 
- A o to jeno stoi, z czego ma profit - zakrzyczay znowu. 
-Namawia, aby da tamtym po mendlu jajek z chaupy albo po kurze, tu poniechaj i 
drugie wsie do szarwarku wygoni. 
- Tych kamieni bym daa! 
- Kijaszkiem przyoya! 
- Cichocie, kobiety, by was nie skarali za ublienie urzdowi! 
-Niech karz, niech wezm do kozy, do oczu stan choby najwikszemu urzdowi i 
wypowiem wszystko, w jakim to ukrzywdzeniu yjemy!... 
-Wjta bym si bojaa!... Figura zapowietrzona!... Tyle mi znaczy, co ta kuka do strachania 
wrbli!... Nie pamita o tym, e chopy go wybray, to i one mog z tego urzdu zesadzi... 
- wrzeszczaa Poszkowa. 
-Kara by jeszcze mieli!... A nie pacim to podatkw, nie dajem chopakw w rekruty, 
nie robim, co ino ka!.. Mao im jeszcze, e nam chopw pobrali!... 
- A niech si zjawi, wnet jaka bieda pada na kogo. 
- Psa mi ano we niwa w polu ustrzelili!... 
- Mnie za do sdu podali, e si sadze zapaliy!... 
- A mnie to nie, em to oni len suszya za stodo? 
- A jak to spray Gulbasiaka, e kamieniem na nich puci!... 
Krzyczay splnie, cibic si do Rocha, a uszy zatyka od wrzasku. 
- A dy przyciszcie si! Gadaniem nic nie poredzi! Cichocie!... - woa. 
-To idcie do wjta i przedstawcie, albo wszystkie tam pocigniem z mietami!... - dara 
si zawzicie Kobusowa. 
-Pjd, ino ju si rozejdcie!... Przecie tyle roboty ma kada w chaupie... ju ja przedstawi 
dobrze!... - prosi gorco bojc si powrotu stranikw. 
e za w t por przedzwonili poudnie na kociele, tu si zaczy z wolna rozchodzi 
rajcujc gono i przystajc przed chaupami. 
Rocho za prdko wszed do sotysowego domu, gdzie by teraz mieszka, naucza bowiem 
dzieci w pustej izbie Sikorw, na drugim kocu wsi, za karczm. Sotysa nie byo do-
ma, podatki powiz do powiatu. 

Opowiedziaa mu zaraz Sochowa spokojnie, po porzdku, jak to byo. 

- Bych jeno z tych wrzaskw nie wyszo co zego!... - zauwaya w kocu. 
-Wjtowa wina. Straniki robi, co im przykazali, on za wie, jako we wsi ostay same 
prawie kobiety, e w polu nie ma kto robi, a nie dopiero na szarwarki jedzi. Pjd do niego, 
niech zaagodzi spraw, by sztrafw nie kazali paci!... 
- To wszystko patrzy, jakby si na Lipcach mciy za las!... - powiedziaa. 
- Kt by?... - dziedzic?!... Moiciewy! a c on ma do urzdw? 
-Zawdy pan z panem acniej si zmwi, w przyjacielstwie yj, a mci si na Lipcach 
zapowiada!... 
- Boe! e to i dnia spokojnego nie ma!... Cigiem co nowego!... 
- Bych ino gorsze ju nie przyszo!... - westchna skadajc rce jak do pacierza. 
- Zleciay si kiej sroki, a pyskoway, e niech Bg broni!... 
- Jake, ten si drapie, kogo swdzi!... 
- Wrzaskiem nie poradzi, jeno now bied mona sprowadzi!... 
Rozdraniony by i zestrachany, by znowu na wie co zego nie pado. 


- Wracacie to do dzieci? 
Podnis si by z awy. 
-Rozpuciem swoj szko: wita; a po drugie, e musz w chaupach pomaga, tyle 
wszdzie roboty!... 
-Byam rano za najemnikami na Woli, po trzy zote obiecywaam od orki, je bym daa 
i ni jednego nie namwiam. Kaden swoje przdzi obrabia: gdzie mu to dba o kogo! Obiecuj 
przyj za niedziel abo i dwie!... 
- Jezu! e to czowiek ma ino te dwie, i sabe, rce!... westchn ciko. 
-Pomagacie wy i talk narodowi, pomagacie!... Kiejby nie wasz rozum i to serce dobre, to 
ju nie wiada, co by si z nami wszystkimi stao!... 
- Bym to mg, co chc, nie byoby biedy na wiecie nie! 
Rozwid rce w onej niemocy cikiej i wyszed piesznie do wjta. Jeno e tam nierycho 
doszed wstpujc po chaupach: 
Wie si ju uspokoia nieco; jeszcze tam kaj w poniektrych opotkach pyskoway co 
najzawzitsze, ale wikszo rozesza si szykowa warz obiedni, a po drogach jeno wiater 
hula jak przdzi i drzewinami miota. 

Ale wnetki po przypoudniu, mimo wichury uprzykrzonej, zaroio si wszdy od ludzi, e 
w obejciach, po ogrodach, przed chaupami, w sieniach i izbach zawrzao kiej w ulach od 
roboty i nieustajcych jazgotw babich -bo to przeciech ino same kobiety si zwijay a 
dziewczyniska, za trafi si chopak, to jeszcze taki z koszul w zbach, a najwyej do pasionki 
przydatny, gdy co starsze wraz z ojcami siedziay. 

Zwijali si wawo, jeszczek popdzajc do popiechu, e to wczoraj z powodu zjazdu 
ksiy do spowiedzi dziadoskie witko se zrobili przesiadujc prawie dzie cay w kociele, 
a dzisiaj znowu zabaamucili przez stranikw. 

A tu i wita nadchodziy, Wielki Wtorek ju by na karku, to i roboty przybyo, i rnych 
turbacji niemao - to kiele chaup trza byo porzdki czyni, to dzieci obszy, siebie te 
dziebko obrzdzi, do myna wie, o wiconym pomyle i tyle jeszcze inszych rnoci, 
e ju w kadej chaupie gowiy si ciko gospodynie, jak tu wszystkiemu zaradzi, a przepatryway 
pilnie komory, co by karczmarzowi przeda albo do miasta wywie na ten grosz 
potrzebny. Nawet ju kilka kobiet pojechao zaraz po obiedzie wiozc cosik pod som na 
przedanie. 

-By was tam gdzie drzewo nie przywalio! -ostrzega Rocho Gulbasow, przejedajc 
wanie tak mizern konin, e ledwie sza pod wiatr. 

I skrci zaraz do jej chaupy, dojrzawszy, e dziewczyny, wylepiajce szpary, nie mog 
sign nad okna. Pomg im w tym i jeszcze wapno w szaflu rozrobi do bielenia cian i galanty 
pdzel wyrychtowa ze somy. 

I polaz dalej. 

U Wachnikw gnj wywoziy na pobliskie pole, ale tak sprawnie im to szo, e poowa 
wytrzchaa si z desek po drodze, a dzieuchy we dwie konia za uzd cigny, bo sucha 
pono nie chcia. Wszed tam Rocho, gnj na wozie oklepa, jak si naleao, i konia batem 
zoi, i cign posusznie kiej dziecko... 

U Balcerkw znowu Marysia, ta, co po Jagnie Borynowej za najgadsz bya we wsi 
uwaana, siaa groch tu za potem w czarn i sielnie znawoon ziemi; jeno e si ruchaa 
kiej mucha w smole, okrcona na gowie w chustk i w ojcowej kapocie do ziemi, by jej kiecki 
nie rozwiewao. 

- Nie piesz si tak, jeszcze wydolisz!... - zamia si wchodzc na zagon. 
- Jake... kto groch sieje w Wielki Wtorek - za garniec zbierze worek! - odkrzykna. 
-Nim dosiejesz, ju ci pierwszy wzjedzie! Ale za gsto, Mary, za gsto... niechby wyrs, 
to zwieje si w kotuny i pooy! 
Pokazywa, jak sia z wiatrem, bo gupia nie zmiarkowaa si, siejc jak popado. 



-A Wawrzon Socha mi powiedzia, jako do wszystkiego sposobna! -rzek od niechcenia 
idc wpodle bruzd pen bota. 
- Mwilicie to z nim?... - wykrzykna przystajc nagle, by tchu zapa. 
Sczerwienia si strasznie, ale bojaa pyta. 
Rocho si jeno umiechn, ale odchodzc powiedzia: 
- We wita mu powiem, jak si to sielnie przypinasz do roboty!... 
Za u Poszkw, stryjecznych Stacha, dwch chopakw podorywao tu przy drodze 
kartoflisko: jeden pogania, drugi niby to ora, a skrzaty byy oba, ledwie nosem ogona koskiego 
sigajce i przez adnej mocy, to juci, e pug im chodzi kiej chop napity, a ko co 
trocha do stajni zawraca, pray go te wci na spk i kly swarzc si midzy sob. 

-Poredzim, Rochu, poredzim, ino bez te cierwy kamienie pug wyskakuje, a i kobya 
cignie do rbka... - tumaczy si z paczem starszy, kiej mu Rocho odebra pug i rzn skib 
zaon, przyuczajc zarazem trzymania kobyy. 
-Teraz ju cae staje podorzem do nocki!... -wykrzykiwa zuchowato, rozgldajc si 
strachliwie, czy kto nie dojrza Rochowej pomocy, a gdy stary poszed, przysiad wnet na 
pugu od wiatru, jak to ociec robili, i zakurzy papierosa. 
A Rocho szed dalej po chaupach miarkujc, gdzie moe by w czym pomocny. 

Przycisza ktnie, spory agodzi, doredza, a gdzie byo potrza, i w robocie, choby najciszej, 
pomaga, bo jak u Kbw drew narba widzc, e Kbowa nie moga poradzi 
skatemu pniakowi, a Paczesiowej wody przynis ze stawu; gdzie znowu rozswawolone 
dzieci do posuchu napdza... 

A zauway, e si kaj zbytnio smuc i wyrzekaj - arty stroi ucieszne i te przemiechy... 
Z dzieuchami te rad o pannowych sprawach radzi i chopakw wspomina; z kobietami 
pogadywa o dzieciach, o kopotach, o ssiadkach i o tym wszykim, w czym jeno babi 
gatunek pociech najduje - byle jeno nard ku lepszym mylom podprowadzi... 

A e czowiek by mdry, pobony, we wiecie niemao byway, to wiedzia zaraz z 
pierwszego spojrzenia, co rzec i komu, jak przypowiastk wyrwa dusz smutkowi, komu 
by potrzebny miech, komu wsplny pacierz albo to twarde, mdre sowo lub i pogroza... 

Taki za dobry by i specznie czujcy, e cho i nieproszony, a niejedn nock przesiedzia 
przy chorych krzepic swoj dobroci nieborakw, e go ju nawet wicej uwaali nili 
dobrodzieja... 

A w kocu to si ju narodowi pocz widzie jako ten witek Paski, po zagrodach 
roznoszcy Boe zmiowanie a pociechy. 

Hale! mg to zaradzi biedzie wszystkiej? mg to przeprze dol i przekarmi godne, 
uzdrowi chore albo wystarczy swoimi za brakujce rce?... 

Nad moc jednego czowieka si trudzi pomagajc i bronic narodu - jeno e la wszystkiej 
wsi byo to jedn okruszyn, tym, jakoby kto w spiekocie wargi spragnione ros odwila, 
pi nie podajc!... 

Jake! wie przecie bya ogromna, samych chaup stojao ponad pidziesit i ziemi do 
obrbki lea szmat wielgachny, i lewentarza do obrzdkw, a i gb do przeywienia czekao 
co niemiara. 

A za to wszystko, od czasu wzicia chopw, trzymao si wicej bosk Opatrznoci 
nili ludzkimi zabiegami, wic i nie dziwota, e z dniem kadym wicej si mnoyo bied, 
potrzeb, skama i turbacji... 

Rocho dobrze to wszystko czu i wiedzia, ale dopiero dzisiaj, chodzc od chaupy do 
chaupy, dojrza, jaki to upadek wszdy si wkrada... 

Mao bowiem, e pola leay odogiem, e nikto nie ora, nie sia, nie sadzi, bo co tam 
w roli paprali, za dziecisk zabaw starczyo - ale ju ruin i opuszczenie wida byo na kadym 
kroku: poty si ano waliy miejscami, gdzie za przez odarte dachy krokwie i aty wya




ziy, to oberwane wrtnie zwisay, kiej przetrcone skrzyda trzepic o ciany, a niejedna 
chaupa si wypinaa, daremnie proszc podpory. 

A wszdy wody gniy pod chaupami, boto po kolana i nieporzdki pod cianami, e 
przej byo nieacno, a na kadym kroku taka marnacyja, e a za serce ciskao; to czsto 
krowy porykiway z godu i konie prosto w gnj obrastay, bo nie byo komu oczyci. 

I tak si dziao ze wszystkim, e nawet cielaki utytane w bocie kiej winie aziy samopas 
po drogach, statki gospodarskie niszczay na deszczu, pugi rdza zjadaa, w pkoszkach 
wylegiway maciory, a co si za pochylio, co oberwao, co nadamane pado - ju tak osta 
ostawao, bo kt to mia co podj? kt naprawia? kto zemu zaradzi i gorszemu zapobiec?... 
Kobiety?... 

Ale tym chudzinom ledwie ju si i czasu starczyo na to, co najpilniejsze! Juci, niechby 
chopy wrciy, a w mig byoby inaczej... 

Czekali te na ich powrt jak na zmiowanie Paskie, czekali z dnia na dzie, krzepic si 
t nadziej... 

Ale chopy nie powracali i ni sposobu byo si dowiedzie, kiej ich puszcz. Wic tymczasowie 
jeno zy mia uciech i profit z tej marnacji narodu, z tych kynie, swarw a bitek, 
z tego umczenia serc w biedzie a aociach... 

Ju siwy zmierzch zasiewa wiat, kiej Rocho wyszed z ostaniej za kocioem chaupy, 
od Gobiw, i powlk si do wjta na drugi koniec wsi... 

Wiater wci hurkota ciskajc si coraz barzej, a tak miecc drzewinami, e nie byo 
przezpiecznie i, bo raz po raz leciay na drog odamane gazie. 

Stary te, zgarbiony, przemyka pod samymi potami, ledwie widny w tej dziwnej szaroci 
zmierzchu, kieby ze startego na proch szka uczynionego. 

-Jeli do wjta idziecie, we mynie pono, w chaupie go nie ma! -Jagustynka zjawia si 
przed nim niespodziewanie. 
Zawrci ku mynowi bez sowa, nie cierpia bowiem tego pleciucha. 
Dopdzia go wnet i drepcc pobok, zaszeptaa prawie w same uszy: 

- Zajrzyjcie do moich Pryczkw abo i do Filipki... zajrzyjcie!... 
- Bym co pomg, to zajrz... 
- Tak skamlay, abycie do nich zajrzeli... przyjdcie!... - gorco prosia. 
- Dobrze, jeno przdzi musz z wjtem pomwi. 
- Bg zapa! 
Pocaowaa go w rk roztrzsionymi wargami. 
-A wam co? 
Zdumia si, bo zawdy byli z sob jakby we wojnie. 
-Co by za, jeno na kadego przychodzi taki czas, e jako ten pies zgoniony a bezpaski, 
rad, kiej go poczciwa rka pogaszcze... -szepna zawo, ale nim nalaz dla niej to dobre 
sowo, odesza piesznie. 
A on i we mynie wjta nie nalaz; ze stranikami pono do miasta pojecha -powiedzia 
mynarczyk zapraszajc na odpocznienie do swojej izdebki, gdzie ju dosy siedziao lipeckich 
bab i chopw z drugich wsi, oczekujcych na swoj kolej mielenia. Byby tam Rocho 
chtnie posiedzia duej, ale Tereska onierka, siedzca z inszymi, przysiada wnet do niego 
i ja niemiao a cichuko wypytywa o Mateusza Gobia. 

-Bylicie u chopw, tocie i jego musieli widzie... a zdrowy? a dobrej myli? a kiej go 
puszcz?.. - przycieraa, w oczy mu nie spogldajc. 
- A jak si ma wasz we wojsku? zdrowy? rycho wraca?... - spyta w kocu rwnie cicho 
uderzajc j srogimi oczyma. 

Sczerwienia si i ucieka za myn. 

Pokiwa gow nad jej zalepieniem i poszed, chcc cosik przeoy a strzec przed grze


chem, ale na mynicy, cho si paliy lampki, w tym roztrzsionym kurzu mcznym i mroku 



nie mg jej odnale: schowaa si przed nim. Myn za tak turkota, wody z takim krzykiem 
nieustannym waliy na koa, a wiater kieby tymi najwikszymi worami rypa raz po razie we 
ciany i dachy, e wszystko byo w takim dygocie i roztrzsieniu, jakby leda mgnienie rozlecie 
si miao, a Rocho da spokj szukaniu i zaraz poszed do tych nieboraczek. 

Tymczasem noc si ju staa zupena; wskro rozkolebanych drzew trzsy si gdzieniegdzie 
zapalone wiata, jako te lepia wilcze, ale na wiecie byo dziwnie jasno, e dojrza 
chaupy pokryte w sadach, a nawet pl mogy sign oczy, niebo za wisiao wysokie i 
ciemne, granatowe, prawie czyste, bo ino kaj niekaj jakby niegiem przyprszone, i gwiazdy 
si coraz rzsiciej wysypyway, tylko wiater nie cicha, a naprzeciw, mocy jeszczech nabiera 
wikszej i caym wiatem ju si przewala. 

I wia tak bez maa ca noc, e mao kto poredzi oczy zmruy choby na pacierz, gdy 
chaupy srodze przewiewa, drzewa chlastay po cianach i szyby gniety, a tak we ciany 
rypa i tuk, kieby tymi barami, i myleli nieraz, co ca wie wyrwie i po wiecie roztrzsie. 

Uspokoio si dopiero nad ranem, ale ino co kokoty przepiay na witanie i pomordowany 
nard zasn, grzmoty jy hucze i przewala si nad wiatem, a yskawice zamigotay 
krwawymi postronkami, potem za deszcz spad ulewny. Nawet powiadali, e pioruny gdziesik 
biy nad borami. 

Ale dobrym ju rankiem cakiem si uspokoio, deszcz przesta i ciepo prosto buchao z 
pl, a ptaki jy wiergota radonie, a cho soce si nie pokazao, jednak miejscami rozryway 
si niskie, biaawe chmury i niebo galanto modrzao. Mwili, e na pogod idzie. 

Za we wsi lament powsta i krzyki, bo si pokazao tyle szkd po wichurze, e i nie zliczy: 
na drogach leay pokotem poamane drzewa, kaway dachw, poty, i nie mona byo 
przejecha. 

U Poszkw zwalio chlewy i wszystkie gsi przygnieto. I tak w kadej chaupie pokazaa 
si jaka szkoda, e wszystkie opotki zaroiy si kobietami, a biadania i pacze sypay si 
jako ten deszcz rzsisty. 

Wanie i Hanka wysza na wiat, by obejrze gospodarstwo i sprawdzi szkody, gdy na 
podwrze wpada Sikorzyna. 

-A to nie wiecie?... Stachom rozwalio chaup!... cud boski, e ich nie pozabijao! wrzeszczaa 
ju z daleka. 

- Jezus Maria!... 
Zmartwiaa z przeraenia. 
- Przyleciaam po was, bo oni tam prosto przez rozumu, pacz ino... 
Hanka, chwyciwszy jeno zapask na gow, w dyrdy pobiega, ludzie za, rycho zwiedziawszy 
si o nieszczciu, gsto cignli za ni. 
Jako prawda si okazaa: z chaupy Stachowej zostay tylko ciany, ino barzej jeszcze 
pogite i w ziemi wbite; dachu nie byo cakiem, tyle co jakie nadamane krokwie chwiay 
si nad szczytem; komin te si zwali, e osta z niego niewielki osztych, kiej ten zb wyprchniay 
sterczcy; ziemi dokoa zacielay potargane snopki a rupiecie potrzaskane. 

Weronka za siedziaa pod cian na kupie zwalonych rzeczy i ogarniajc rkoma rozpakane 
dzieci, ryczaa w gos. 
Przypada do niej Hanka, ludzie te koem otoczyli pocieszajc, ale nie syszaa nic i nie 
widziaa zanoszc si coraz ciszym szlochaniem. 

-O sieroty my biedne, sieroty nieszczliwe!... -jczaa bolenie, e niejednej zy si 
puszczay z alu. 
-I gdzie si podziejem nieszczliwe? kaj gowy przytulim? kaj pjdziem?!... - krzyczaa 
bez pamici przytulajc dzieci. 
A stary Bylica, skurczony i siny kiej trup, obchodzi wci rumowiska i kury zgania do 
kupy, to krowie uwizanej do trzeni kak siana podrzuca albo przykuca pod cian, gwizda 
na psa i patrza na ludzi kiej ten gupi... 



Myleli, e rozum do cna straci. 

Naraz poruszyli si wszyscy, rozstpujc a chylc pokornie do ziemi, bo proboszcz ano 
nadszed niespodziewanie. 

- Ambroy dopiero co powiedzia mi o tym nieszczciu. Gdzie Stachowa? 
Odsonili j, w bok si odsuwajc, ale ona nic nie dojrzaa przez pacz. 
- Weronka, dy sam dobrodziej przyszli! - szepna jej Hanka. 
Zerwaa si wtedy, a spostrzegszy ksidza przed sob rymna mu do ng wybuchajc 
paczem jeszcze jkliwszym i barzej zawodzcym. 
- Uspokjcie si, nie paczcie!... c poradzi?... wola Boa... no, mwi: wola Boa! powtrzy, 
ale tak wzruszony, e sam ukradkiem zy ociera. 

- Na ebry przyjdzie nam i, na ebry, w cay wiat! 
- No, nie krzyczcie, dobrzy ludzie nie pozwol wam zgin i Pan Bg was w czym innym 
zapomoe. Nie potuko was? co? 
- Bg jeszcze askaw! 
- Cud si sta prawdziwy. 
- Mogo co do jednego wydusi, jak te gski Poszkowej. 
- e i ywa noga moga nie wyj! - powiaday jedna przez drug. 
- A w inwentarzu macie jak strat? co? W inwentarzu, mwi! 
- Bg jako ustrzeg, w sieni byo wszystko, a ona w caoci ostaa. 
Ksidz zaywa tabak rozgldajc zawymi oczyma t kup rumowisk, ktra jeno ostaa 
z chaupy, bo dach si zwali do cna i razem z sufitem run do rodka, e przez wygniecione 
szyby wida byo tylko kupy poamanego drzewa i przegniej somy z poszycia. 

- Macie szczcie, bo mogo wszystkich przygnie... no, no! 
-A niechby przygnioto, niechby nas wszystkich zabio, to ju bym na ten upadek nie 
patrzaa, to ju bym tego biedowania i marnacji nie doya... O Jezu mj, Jezu! Bez niczego 
ostaam z tymi sierotami... A kaj si teraz podziej? co poczn? - zaryczaa znowu drc si za 
wosy rozpacznie. 
Ksidz rozoy bezradnie rce przestpujc z nogi na nog. 

-Suszej bdzie! -szepna ktra niemiao podsuwajc mu kawa deski, bo w bocie po 
kostki stoja, przestpi na ni i zaywajc tabaki rozmyla, co by tu powiedzie na pocieszenie. 
Hanka zaja si gorliwie siostr i ojcem, a reszta cibia si przy dobrodzieju wlepiajc 
w niego oczy. 

Ze wsi nadchodzio coraz wicej kobiet i dzieci, e ino bocko chlupao pod trepami, a 
przyciszone, trwoliwe gosy poszemryway w zwikszajcej si kupie, to pacz dzieciski 
albo Weronczyne, sabnce ju szlochanie, za na twarzach, ledwie widnych spod nasunitych 
na czoo zapasek, al si tai i leaa troska chmurna jako to niebo wiszce nad gowami, a nie 
po jednym policzku zy skapyway gorce... 

Ale w sobie byli wszyscy spokojni, z poddaniem si znoszc ten dopust Boy. Jake? 
gdyby tak kuden czowiek jeszcze cudze biedy bra w serce, to bych mu na swoje mocy nie 
starczyo, a przy tym: odrobi to, kiej si ju ze stanie? zapobiey?... 

Ksidz naraz przystan do Weronki i rzek: 

- A najpierw to Panu Bogu powinnicie podzikowa za ocalenie... 
- Juci, prawda i choby prosi przedam, a na msz zanies... 
-Nie potrzeba, schowajcie pienidze na pilniejsze potrzeby, ja i tak zaraz po witach 
msz odprawi na wasz intencj. 
Ucaowaa mu gorco rce i za nogi obapia w serdecznym dzikczynieniu za dobro i 
miosierdzie, on za przeegna j bogosawicy i za gow cisn, a dzieci tulce mu si z 
piskiem do kolan przytuli poczciwie i kiej ten najlepszy ociec popieszcza... 

- Tylko dufnoci nie tracie, a wszystko si na dobre obrci. Jake to byo? 


-Jak? Poszlim spa zaruteko z wieczora, bo gazu nie byo w lampce, a i drew brakowao 
na opa. Wiao juci sielnie, a chaupa trzeszczaa, ale si nic nie bojaam, bo nie takie 
wichry przetrzymaa. Nie spaam zrazu, tak cugi przez izb wiay, ale musiaam potem zadrzema. 
A tu naraz kiej nie huknie, kiej si nie zatrzsie, kiej cosik nie rypnie w ciany! 
Jezus!... mylaam, e wszystek wiat si przewala. Skoczyam z ka i ledwiem co dzieci 
zgarna w narcze, a tu ju wszystko trzeszczy, amie si, na gow leci... ledwiem co do 
sieni zdya i chaupa si za mn zapada... Jeszczem i myli nie zebraa, kiej i komin obali 
si z hukiem... Na dworze za tak wiao, e na nogach trudno byo ustoi i wiater roznosi 
poszycie. A tu noc, do wsi kawa drogi, wszyscy pi i ani sposb, by krzyki posyszeli... Do 
dou ziemniaczanego wcignam si z dziemi i tak do witania przesiedzielim. 
- Opatrzno boska czuwaa nad wami. Czyja to krowa przy trzeni? 
- A dy moja to, moja ywicielka jedyna! 
- Mleczna bdzie, grzbiet jak belka, kby wysokie... Cielna? 
-Leda dzie powinna si ocieli. 
-Przyprowadcie j do mojej obory, zmieci si, do trawy moe tam posta.,. Ale gdzie 
si wy podziejecie?.. mwi: gdzie?... 
Naraz pies jaki zacz szczeka i na ludzi rzuca si zajadle, a kiej go odegnali, w progu 
usiad i przeraliwie zawy. 

- Wciek si czy co? czyj to? - pyta ksidz chronic si dziebko za baby. 
-Dy to Kruczek, nasz... juci, al mu szkody... czujcy piesek... - jka Bylica idc go 
przycisza. 
A ksidz pochwali Boga na poegnanie, skin na Sikorzyn, by sza za nim, i wycignwszy 
obie rce do kobiet, cisncych si je caowa, odchodzi z wolna. 

Widzieli, e dugo z ni na drodze o czym rozprawia. 

Nard za babski, ugwarzywszy si dziebko i naualawszy nad pokrzywdzon, j si 

rozchodzi do piesznie, przypominajc sobie z naga o niadaniach i pilnych robotach. 
Przy rumowisku ostaa jeno sama rodzina i wanie medytowali, jak by tu co niebd wydoby 
z zawalonej izby, gdy powrcia zadyszana Sikorzyna. 

-A to do mnie si przeniecie, na drug stron, kaj Rocho dzieci naucza... Juci, komina 
braknie, ale wstawicie cyganek i waju wystarczy... - rzeka prdko. 
- Moicie, a czyme to wama za komorne zapac! 
-Niech was o to gowa nie boli. Znajdziecie jaki grosz, zapacicie, a nie, to przy robocie 
jakiej pomoecie, albo prosto i za Bg zapa siedcie. Pustk przecie ta izba stoi! Z duszy 
serca prosz, a ksidz ten papierek wama przysya na pierwsze wspomoenie! 
Rozwina jej przed oczyma trzy ruble. 

- Niech mu Bg da zdrowie! - wykrzykna Weronka caujc ten papierek. 
- Poczciwy, e drugiego nie nale! - dodaa Hanka. 
- Krowie na ksiej oborze te bdzie niezgorzej! juci... - stary powiedzia. 
I zaraz zaczy si przenosiny. 
Chaupa Sikorw staa tu przy drce, na skrcie do wsi, moe o jakie dwa stajania od 
Stachw, zaraz te jli tam przenosi pozosta chudob i co si jeno poradzio naprdce wydosta 
spod rumowisk ze statkw i pocieli. Hanka a parobka swojego przyzwaa do pomocy, 
a w kocu i Rocho nadszed, rano zabierajc si do pomagania, e nim przedzwonili poudnie, 
Weronka ju bya osiedlona na nowym pomieszkaniu. 

-Komornica teraz jestem, dziadwka prawie! Cztery kty i piec pity, ani obrazu nawet, 
ni jednej caej miski! - wyrzekaa gorzko rozgldajc si. 
- Obraz ci jaki przynies, a i statkw, co ino najd zbdnych. Stacho wrc i chaup przy 
ludzkiej pomocy rycho podwign, e nie ostaniesz tak dugo... -uspokajaa j Hanka poczciwie. 
- A kaj to ociec? 
Chciaa go zabra do siebie. 



Stary osta przy rumowiskach, w progu ano siedzia opatrujc bok pieskowi. 

-Zbierajcie si ze mn, u Weronki na nowym ciasno, a u nas przeciech znajdzie si la 
was kt jaki. 
- Nie pjde, Hanu... juci... ostan... urodziech si tutaj, to i zamr. 
Co si go naprosia, co mu si naprzekadaa, nie chcia i nie. 
-W sieni se legowisko wyszykuj... juci... a jeli kaesz... to do waju je przyjd... 
dzieci ci za to przypilnuj... juci... Pieska ino zabierz, bok mu skaleczyo... juci... strowa 
ci bdzie... czujny wielce. 
- Zwal si ciany i jeszcze was przygniecie! - prosia przekadajc. 
-I... duej przetrzymaj nili czowiek niejeden... Pieska we... 
Nie nalegaa ju wicej, skoro nie chcia. Po prawdzie i u niej byo ciasno, a ze starym 
nowy kopot by by. 
Przykazaa Pietrkowi wzi Kruczka na postronek i do chaupy prowadzi. 

-Stanie za Burka, ktren gdziesik uciek. Niezgua dopiero! -krzykna niecierpliwie, 
gdy Pietrek nie mg da rady psu. 
-Gupi... gryz tu bdzie... tam re co dnia dostaniesz... juci, a w cieple si wyleysz... 
Kruczek! - napomina go stary pomagajc bra na sznurek. 
Pobiega przodem, bych jeszcze na odchodnym zajrze do siostry. 
Zdziwia si, zastawszy w izbie kilka kobiet i Weronk znowuj rozpakan. 

- A czym to sobie u was zasuyam na tyle dobroci? czym? - biadolia. 
-Niewiela moem, wszdy bieda, ale co przynielim, bierzcie, bo ze szczerego serca dajem 
- przemwia Kbowa wtykajc jej w gar spory wzeek. 

- Takie nieszczcie was spotkao! 
- Nie z kamienia przeciech nard i kuden z bied si zna. 
-I przez chopa jestecie, jak drugie. 
- To w tak por waju ciej nili inszym. 
-I barzej was Pan Jezus dowiadcza... - powiaday wraz skadajc przed ni wzeki, bo 
ano specznie si zmwiy i naniesy jej, co ino ktra moga: to grochu, to krup jczmiennych, 
to mki... 
-Ludzie kochane, gospodynie, matki rodzone! - szlochaa rzewliwie, obapiajc si z nimi 
tak gorco, a si wszystkie popakay. 
- S jeszcze dobre na wiecie, s!... - mylaa Hanka z rozczuleniem. 
A tu i organicina wtaczaa si we drzwi, bochen chleba dwigajc pod pach i kawa 
soniny w papierze. 
Hanka nie czekajc ju na jej przemow, e to poudnie akuratnie przedzwaniali, piesznie 
poleciaa do chaupy. 
Jasno byo na wiecie, soce si nie pokazywao, ale mimo to dzie posiewa dziwnie 
przesonecznion widno; niebo wisiao wysoko, niby ta modrawa pachta, z rzadka jeno 
pozarzucana biaymi chustami strzpiastych chmur, doem za role rozleway si w roztocz 
nieobjt, widn kiej na doni, pozielenia miejscami, a gdzie pow od rysk i ugorw, strugami 
wd yskajc, jakby tymi szybami. 

Skowronki wypiewyway rozgonie, a z pl, od borw, z niebieskawych dali, caym 
wiatem pyno rzewe, wioniane powietrze, przejte ciep wilgoci i miodnym zapachem 
topolowych pkw. 

A po drogach wsi roio si od ludzi: cigali w opotki gazie i drzewa przez wichur 
wyamane. 
W powietrzu za byo tak cicho, e drzewiny, jakby obwiane jeno puchem pierwszej zieleni 
pkw, ledwie si poruchiway. 



Nieprzeliczona chmara wrbli kotowaa si przy kociele, e czarno byo jakby od sadzy 
na klonach i lipach rozoystych, a wrzask i oguszajcy wiergot rozchodzi si na ca 
wie. 

Za nad wygadzonym, lnicym stawem krzyczay gsiory strujce gsit i klepay 
ostro kijanki, gdy prano w wielu naraz miejscach. 

A wszdy by rajwach, popieszna robota, przekrzyki midzy chaupami, chmary dzieciakw 
i czerwieniejcych po sadach kobiet. 

Sienie i izby stay na przestrza wywarte, po potach suszyli przeprane dopiero co szmaty, 
wietrzyli po sadach pociele, ciany bielono tu i owdzie, psy wojn czyniy ze winiami bobrujcymi 
po rowach, a kaj znw krowy wynosiy rogate by zza ogrodze, porykujc tskliwie. 


Niejeden te wz wyjecha do miasteczka po witeczne zakupy. A zaraz z poudnia 
nadjecha dugim wasgiem stary handlarz Judka ze swoj ydowic i bachorem. 

Jedzili od chaupy do chaupy, przeprowadzani przez pieski sielnie docierajce, a mao 
skd Judka wychodzi z pustymi rkoma, bo nie by okpis, jak karczmarz albo i drugie, paci 
niezgorzej, a nawet, jak komu na przednowku byo potrza, to na niewielki procent wygodzi. 
Mdry by yd, zna wszystkich we wsi i wiedzia, jak do kogo przemwi, to i raz po raz 
ciga na wz cioka albo zboa jakiego wiartk wynosi, a ydowica osobno na swoj rk 
handlowaa znoszc jajka, koguty, to jak wypierzon kokoszk albo i tego ptna psztuczek, 
e to gwnie na zamian wycyganiaa za owe fryzki a wstki, a tasiemki, a szpilki, i 
cay w kram do przystrajania, na ktren babski gatunek zawdy akomy, a co w wielgachnym 
pudle nosia z sob kuszc nim co akomsze... 

Zajeday wanie przed Borynw dom, gdy Jzka przy pada z piskiem: 

- Hanu, kupcie czerwonej tasiemki!... a i tej brezylii do jajek potrza farbowania... nici te 
zabrako! - prosia skamlco Hanki. 
- Jutro pojedziesz do miasta, to nakupisz, co potrzeba. 
-A nawet w miecie taniej i tak nie ocyganiaj! -upewniaa, rada te jedzi, e ju bez 
nakazu wyleciaa do handlarzy krzyczc, i niczego im nie potrza i nic nie przedadz. 

- A spd kury, by si jaka do ydowskiego woza nie zaprzga! -krzykna za ni Hanka 
wygldajc przed dom. 
Tereska onierka skrcaa wanie w opotki, jakby uciekajc przed ydowic, ktra za 
ni cosik wykrzykiwaa. 
Wpada do izby, sowa nie mogc przemwi a jkajc si jeno i czerwienic okrutnie, a 
tak jako strapiona, e a zy zasiwiy si u jej rzs dugich. 

- Co to wam, Teresko? - spytaa wielce rozciekawiona. 
-A bo te oszukace daj mi tylko pitnacie zotych, a weniak cakiem nowy! Tak mi 
potrza pienidzy, e dziw si nie skrc... 
- Pokacie... a drogi? - akoma bya na przyodziew. 
-Choby ze trzydzieci zotych! Weniak nowiutki ma cae siedm okci p pidzi, samej 
czystej weny wyszo na niego wicej nili cztery funty, farbierzowi te paciam. 
Rozwina go na izbie, e zabysn i zamigota kiej tcza i gra farbami a oczy trza byo 
mruy. 

-licznoci, nie weniak! Wielka szkoda, ale c?... sama potrzebuj grosza na wita. 
Nie moecie to poczeka do Przewodw? 
- Hale, kiej mi choby w tej godzinie potrzeba! 
Zwijaa prdko weniak odwracajc twarz jakby zawstydzona. 
- Moe wjtowa kupi... atwiej u nich o grosz. 
Wzia go raz jeszcze oglda, a do boku przymierza i z westchnieniem alu oddaa. 
- Swojemu chcesz posa pienidzy do wojska? 
- Juci... pisa... skamle, e mu bieda... Ostajcie z Bogiem! 


I prawie pdem wybiega z chaupy, a Jagustynka rozcierajca w cebratce ziemniaki la 
maciory zacza si mia na cae gardo. 

-Przyparlicie j, e dziw kiecki nie zgubia z popiechu! Pienidzy jej potrza la Mateusza, 
nie la chopa. 
- To one si tak znaj! - zdumiaa si wielce. 
- Cie! jakbycie w lesie siedzieli... 
- Skde to mam wiedzie? 
-A dy Tereska co tydzie lata do Mateusza i jak pies dni cae waruje pod kryminaem, a 
zanosi mu, co ino moe. 
- Bjcie si Boga!... nie ma to swojego chopa? 
-Wiadomo, ale tamten we wojsku, daleko i nie wiada, czy wrci, a kobiecie samej si 
cni, Mateusz za by blisko, na podordziu, i chop kiej smok. C to ma sobie aowa?! 

Hance przyszed na myl Antek z Jagn. Gboko si zamedytowaa. 

-A jak Mateusza wzieni, skompania si z jego siostr, z Nastk, nawet siedzi w ich 

chaupie i razem ju do miasta lataj. Nastka niby to do brata, a gwnie, bych Szymkowi 
Dominikowej si przypomina... 

- e to wy wiecie o wszystkim! no, no! 
-Na oczach gupie szyko robi, to przejrze acno. Weniak przedaje ostatni, by Mateuszowi 
wita sprawi! - szydzia zoliwie. 
- No, no, co si to nie wyrabia z ludmi... I mnie by trza jecha do Antka. 
-Tyli wiat drogi w waszym stanie, jeszcze si pochorujecie... Nie moe to Jzka albo 
kto drugi? - ledwie si wstrzymaa, by Jagny nie wymieni... 
-Sama pjd, da Bg, e mi si nic nie stanie. Rocho mwili, e we wita bd puszczali 
do niego, pojad... Ale, trza by ju te boczki poprzekada na drug stron. 

- Trzeci dzie soniej, juci, e nie zawadzi, zaraz tam pjd. 
I posza, ale jeszcze rychlej wrcia zmieszana jako, oznajmiajc, e misa z poow 
brakuje. 
Porwaa si do komory Hanka, poleciaa za ni Jzka i stany wystraszone nad cebrzykiem, 
deliberujc, kaj si mogo podzia. 

-To nie psia robota: wyranie zna odkrojenie noem... zodziej obcy te nie przyszed 
po par funtw... To Jagusina sprawka! -zawyrokowaa Hanka rzucajc si zajadle do izby, 
ale Jagny nie byo, jeno stary lea jak zawdy z wytrzeszczonymi lepiami. 
Dopiero Jzce si przypomniao, jako Jagu wychodzc rano z domu cosik krya pod zapask, 
ale mylaa, i to jaki stroik, ktren sobie szykowaa na wita wesp z Balcerkwn. 

- Do matki wyniesa... Komu smakuje, nie pyta czyje... 
Ale na te sowa Jagustynki Hanka zakrzyczaa w zoci: 
- Jzka! woaj Pietrka!... trza t reszt przenie do mojej komory. 
W mig te przenieli; chciaa przy tej okazji beczki ze zboem przetoczy na swoj stron, 
by w nich swobodnie przeszuka, ale poniechaa: za wiele ich byo, i mogliby o tym donie 
kowalowi. 

I ju cae popoudnie jak pies warowaa na Jagn i gdy ta nadesza o zmierzchu, wsiada 
zaraz na ni z gry o miso. 

-A zjadam!... tak moje, jak i wasze, to urznam kawa zjadam! -odpowiedziaa hardo i 
mimo e ju prawie cay wieczr Hanka nie dawaa jej spokoju dunderujc zawzicie, nie 
odezwaa si wicej ani sowa, jakby z rozmysem dranic. Nawet przysza na kolacj jakby 
nigdy nic i z umiechem w oczy jej pogldaa. 
Hanka dziw si nie wcieka ze zoci, e to jej przemc nie poredzia. 
Przez to ju cay wieczr dopiekaa wszystkim o byle co, spa nawet wczeniej wyganiajc, 
e to jutro Wielki Czwartek i trza si bdzie bra do porzdkw. 



I sama te lega rychlej nili zazwyczaj, ale dugo w noc nie zasna i posyszawszy zajade 
naszczekiwania pieskw wyjrzaa na dwr. 

U Jagny jeszcze si wiecio. 

- Pno, gazu szkoda, za darmo go nie daj! - warkna w sieni. 
- Palcie i wy choby ca noc! - odpowiedziaa jej przez drzwi. 
Tak si znowu zelia, e dopiero po pierwszych kurach zadrzemaa. 
A wczesnym rankiem, na samym witaniu, Jzka, cho pioch by najwikszy, pierwsza 
si zerwaa z ka przypominajc jazd po zakupy i biegnc budzi chopakw, eby konie 
szykowali, a nawet potem hardo si postawia, kiej Hanka przykazaa Pietrkowi zaoy do 
wozu gniad. 

-Ja w deskach i lep koby nie pojad! -wrzeszczaa z paczem. - Cem to dziadwka, 
by mnie w gnojnicach wozili? Wiedz przeciek w miecie, czyjam crka! Ociec by nigdy 
na to nie pozwolili... 
Narobia tyle pieka, e postawia na swoim i wyjechaa bryk i par koni, z parobkiem 
na przednim siedzeniu, jak to gospodynie zazwyczaj jedziy. 

-A czerwonego kup, a zocistego i jakie ino bd papiery! - woa za ni Witek z ogrdka, 
gdzie ju rwno ze witaniem rozbija na zagonikach pecyny i spulchnia ziemi, gdy 
Hanka jeszcze dzisiaj zamierzaa tam posia rozsad. A gdy gospodyni duej si nie pokazywaa 
z chaupy, lecia na drog i z drugimi chopakami grzechota pod potami, e to od 
rana dzwony umilky, jak to byo we zwyczaju w kuden Wielki Czwartek. 
Pogoda si ustalaa podobna wczorajszej; smutniej jeno byo jako na wiecie i jakby ciszej. 
W nocy przyszed zib, to ranek podnosi si osiwiay rosami, przemglony a chodny, e 
ju na duym dniu, a jeszcze wiegotay jaskki na dachach pokulone i rozgoniej krzyczay 
gsi wypdzone nad staw, ale wie, skoro jeno rozedniao, wstaa od razu na rwne nogi. 

Jeszczech do niada byo daleko, a ju powsta rwetes i krtanina, dzieci za wypdzane 
z chaup, by nie przeszkadzay, nosiy si po drogach, grzechocc a klekotajc w koatki. 

Nawet mao ktra posza na msz, odprawiajc si dzisiaj bez grania i dzwonienia. 

Sza ju bowiem ostatnia pora, bych si zabiera do porzdkw witecznych, a gwnie 
do wypieku chlebw i zaczyniania na placki a owe wymylne kukieki, tote prawie w kadej 
chaupie okna i drzwi stay szczelnie poprzywierane by ciast nie zazibi, buzoway si ognie, 
a z kominw biy dymy w pochmurzone niebo. 

Po oborach za ryczay inwentarze, oby ogryzajc z godu, winie pyskay w ogrdkach, 
drb si wasa po drogach, a dzieci robiy, co chciay, za by si wodzc i po drzewach 
ac za wronimi gniazdami, gdy nie byo komu przeszkodzi, bo wszystkie kobiety tak si 
zajy rozczynianiem i toczeniem bochenkw, otulaniem w pierzyny dzie i niecek z ciastem, 
wsadzaniem do piecw, e jakby o caym wiecie zapomniay, tym si jedynie frasujc, by 
zakalec nie wlaz do placka albo si nie spaliy. 

A wszdzie szo to samo: u mynarza, u organistw, na plebanii, u gospodarzy czy komornikw, 
bo eby najbiedniejszy i choby na brg albo za t ostatni wiartk, a musia sobie 
narzdzi jakie takie wicone, ebych chocia raz w rok, na Wielkanoc, podje se do 
woli misiwa i onych smakowitych rnoci. 

e za nie wszdzie mieli szabaniki do wypieku, to w sadach midzy chaupami gsto 
kryy dzieuchy z narczami szczap, a niekiedy ukazyway si nad stawem kobiety umczone, 
rozbabrane i kieby na procesji owe feretrony, ostronie dwigajce wielgachne stolnice i 
niecki pene plackw, ponakrywanych poduszkami. 

Nawet w kociele sza robota: parobek ksiy zwozi z lasu wierczaki, a organista wesp 
z Rochem i Jambroym j przystraja grb Panajezusowy. 

A nazajutrz, w pitek, robota si jeszcze wzmoga tak bardzo, e nawet mao kto dojrza 
organistowego Jasia, ktren z klas na wita przyjecha i spacerowa po wsi w okna jeno zagldajc, 
gdy ani sposobu zajrze byo do kogo, ni z kim pogada. 



Jake, ani wle do ktrej chaupy, bo wszdzie przejcia i nawet sady stay zawalone 
szafami, kami a sprztem przernym, e to izby bielili dzisiaj na gwat, szorowali podogi, 
a przed domami myli do czysta obrazy, powystawiane pod ciany. 

Wszdy za taki gwat panowa i krtanina, e w dyrdy biegali poganiajc si jeszcze do 
popiechu i wrzaw czynic coraz wiksz, dzieci nawet pdzc do zgarnywania bota w 
obejciach i wysypywania tym piaskiem opotkw. 

A e wedle starego obyczaju od pitku rana a do niedzieli nie godzio si je ciepej 
warzy, wic godowali dziebko na chwa Pask poprzestajc na suchym chlebie i ziemniakach 
pieczonych. 

Juci, i przez te dni takusieko kaj indziej dziao si i u Borynw, tyle jeno rnie, e 
wicej byo rk i z groszem skrzybot mniejszy, to i rychlej pokoczyli przygotowania. 

W pitek, ju o samym zmierzchu, Hanka wesp z Pietrkiem skoczya bielenie izb i 
chaupy, wic zacza si piesznie my i przyogarnia do kocioa, bo ju szy drugie kobiety 
na zoenie do grobu Ciaa Jezusowego. 

Na kominie hucza duy ogie i w grapie, ktr dwojgu ciko byo podj, gotowaa si 
caa wiska noga, naprdce wczoraj przywdzona, w mniejszym za saganie kiebasy parkotay, 
e po izbie chodziy takie wiercce w nozdrzach smaki, a Witek strugajcy cosik 
wpord dzieci raz po raz nosem pociga i wzdycha. 

A pod kominem, w samym wietle ognia, siedziay zgodnie Jagna z Jzk, zajte pilnie 
kraszeniem jajek, a kada swoje z osobna chronia i kryjomo, aby si barzej wysadzi. Jagusia 
najpierw mya swoje w ciepej wodzie i wytarte do sucha dopiero znaczya w rnoci roztopionym 
woskiem, a potem wpuszczaa we wrztek bekoccy we trzech garnuszkach, w ktrych 
je kolejno zanurzaa. mudna bya robota, bo wosk miejscami nie chcia trzyma albo 
jajka w rkach si gniety lub pkay przy gotowaniu, ale w kocu naczyniy ich przeszo p 
kopy i nu dopiero okazywa sobie i przechwala si pikniej kraszonymi. 

Kaj si ta byo Jzce mierzy z Jagusi! Pokazywaa swoje, w pirkach ytnich i cebulowych 
gotowane, ciuchne, biaymi figlasami ukraszone i tak galante, jak mao ktra by potrafia, 
ale ujrzawszy Jagusine, gb ozwara z podziwu i markotno j chycia. Jake, to a 
mienio si w oczach, czerwone byy, te, fiokowe, i jak lnowe kwiatuszki niebieskie, a 
wida byo na nich takie rzeczy, e prosto nie do uwierzenia: koguty piejce na pocie, gski 
na drugim syczay na maciory, uwalone w bocie; gdzie znw stado gobi biaych nad polami 
czerwonymi, a na inszych wzory takie i cudeka, kiej na szybach, gdy zamrz je lodem potrzsie. 


Dziwowali si temu ogldajc raz po raz, a kiej Hanka powrcia z Jagustynk z kocioa, 
te wzia patrze, ale nic nie rzeka, jeno stara, przejrzawszy wszystkie, szepna w zdumieniu: 


- Skd si to bierze u ciebie?... no, no... 
- Skd?... a samo tak z gowy pod palce przychodzi! 
Uradowana bya! 
- Dobrodziejowi by par zanie! 
- wici jutro bdzie, to mu podam, moe wemie... 
- Takie licznoci, e dobrodziej nie widzieli!... zdziwuj si wielce! -mrukna urgliwie 
Hanka, gdy Jagna posza na swoj stron, bo ju pno byo. 

Na wsi te dugo w noc siedzieli tego wieczora. 

Chmurno byo na wiecie i ciemno, cho spokojnie; myn jeno turkota zawzicie, a po 

chaupach prawie do pnocka wiecio si w oknach, e kady si wiata na drogach, a kaj 
niekaj a na stawie si trzsy wraz z wod: majstrowali ano witeczne przyodziewy i koczyli 
jeszcze roboty. 



Sobota za przysza cakiem ciepa i mgami rzadkimi otulona, ale tak jako weselnie 
byo na wiecie, e nard, chocia po cikiej pracy wczorajszej, wawo si podnosi do nowych 
utrudze i turbacji. 

A przed kocioem wnet si zatrzso od przekrzykw i biegw, bo jak to byo we zwyczaju 
odwiecznym, w kad Wielk Sobot zebrali si zaraz rankiem chowa ur i grzeba 
ledzia, jako tych najgorszych trapicieli przez Wielki Post. Nie byo parobkw ni starszych, to 
zmwiy si na to same chopaki, jeno z Jakiem Przewrotnym na czele, porwali gdziesik 
wielki garnek z urem, do ktrego jeszcze dooyli rnych paskudnoci. 

Witek da si namwi i ponis garnek na plecach w siatce od serw, drugi za chopak 
wlk pobok na postronku ledzia, wystruganego z drzewa. ur ze ledziem szy w parze 
przodem, a za nimi ca hurm reszta, grzechocc, koatajc a wrzeszczc, co ino gardzieli 
starczyo. Jasiek wid wszystkich, bo chocia gupawy by i niemrawa, ale do psich figlw 
gow mia i sprawno. Obeszli w procesji cay staw i koo kocioa skrcali ju na topolow 
drog, kaj si to mia odby pochowek, gdy wtem Jasiek waln opat w garnek, e rozlecia 
si w kawaki, a ur z onymi rnociami pola si po Witku. 

Uciecha zapanowaa, e a przysiadali na drodze, ale Witek si zeli i prosto z goymi 
rkoma rzuci si na Jaka, pobi si i z drugimi; a wyrwawszy si polecia z rykiem do chaupy. 


Dooya mu jeszcze Hanka od siebie za zniszczony cakiem spencerek i w las pognaa 
po borowinowe gazki i wsy zajcze. 

Jeszcze si z niego zemia Pietrek, a i Jzka nie poaowaa, pilnie wysypujc szerokie 
opotki, a do drogi, piaskiem, przywiezionym spod cmentarza, bo tam by najciejszy; wysypaa 
te cay zajazd przed gankiem i cieka pod okapem, e jakby opasaa chaup w t 
wstg. 

A w Borynowej izbie ju si wzili szykowa wicone. 

Izba bya wymyta i piaskiem wysypana, okna czyste i ciany, a obrazy omiecione z pajczyn, 
Jagusine za ko piknie chustk przykryte. 

Hanka z Jagusi i Dominikow, cho nie mwiy prawie z sob, ustawiy pod szczytowym 
oknem, w podle Borynowego ka, duy st, nakryty cieniuk, bia pacht, ktrej 
wrby oblepia Jagusia szerokiem pasem czerwonych wystrzyganek. Na rodku, z kraja od 
okna, postawili wysok Pasyjk, przybran papierowymi kwiatami, a przed ni na wywrconej 
donicy baranka z masa, tak zmylnie przez Jagn uczynionego, e kiej ywy si widzia: 
oczy mia ze ziarn racowych wlepione, a ogon, uszy, kopytka i chorgiewk z czerwonej, 
postrzpionej weny. Dopiero za pierwszym koem legy chleby pytlowe i koacze pszenne z 
masem zagniatane i na mleku, po nich nastpoway placki ciuchne, a rodzynkami kieby 
tymi gwodziami gsto ponabijane; byy i mniejsze, Jzine i dzieci, byy i takie specjay z 
serem, i drugie jajeczne cukrem posypane i tym maczkiem sodziukim, a na ostatku postawili 
wielk mich ze zwojem kiebas, ubranych jajkami obupanymi, a na brytfance ca wisk 
nog i galanty karwas gowizny, wszystko za poubierane jajkami kraszonymi, czekajc jeszcze 
na Witka, by ponatyka zielonej borowiny i tymi zajczymi wsami ople st cay. 

A tyle co skoczyy, ssiadki jy z wolna znosi swoje na miskach, niecukach a donicach 
i ustawia je na awie pobok stou, gdy ino w kilku chaupach co przedniejszych gospodarzy 
zbiera si ze wiconym ksidz nakazywa, e mu to czasu brakowao chodzi po 
wszystkich. 

Lipce mia najbliej, to wici na ostatku, nieraz ju o samym zmierzchu. 

Porozchodziy si bez duszej pogwary, by zdy jeszcze do kocioa na uroczysto 
powicenia ognia i wody, zalewajc przedtem ogniska w chaupach, by je znowu roznieci 
tym modym, powiconym ogniem. 

Poleciaa na to i Jzka zabrawszy dzieci z sob. 



Ale siedzieli do dugo, bo dopiero w samo poudnie powracay kobiety, ostronie przysaniajc 
i chronic wiece zapalone w kociele... 

Jzka przyniosa wody ca flaszk i ogie, ktrym zaraz Hanka rozpalia drwa przygotowane 
i pierwsza te wody wiconej popia dajc kolejnie wszystkim - od chorb gardzieli 
pono strzega -a potem skropia ni inwentarz i drzewiny rodne w sadzie, e to si przyczyniao 
do urodzajw i dawao bydltkom letkie lgi. 

A pniej widzc, e ni Jagna, ni kowalowa nie pomylay o starym, umya go w ciepej 
wodzie, przyczesaa jego skotunione wosy i przewleka mu koszul i pociele. Boryna dozwala 
z sob robi wszystko, nie poruszywszy si ani razu, lea jak zawdy wpatrzony przed 
siebie i martwy jak zawdy... 

Zaraz z poudnia zrobio si na wsi jakby wito, jeszcze tu i owdzie doganiali grubszej 
roboty, ale ju gwnie zajli si przyodziewkiem witecznym, czesaniem, myciem i szorowaniem 
dzieci, e nie z jednej chaupy wydzieray si krzyki obronne. 

I wypatrywali niecierpliwie ksidza, ktren przyjecha ze dworw dopiero przed zmrokiem 
i zaraz zjawi si na wsi, w kom ubrany. 

Micha organistowy nis za nim miednik z wod wicon i kropido. 

Hanka wysza go przyjmowa a na drog. 

Spieszy si, wpad prdko do chaupy, odmwi modlitw, pokropi dary Boe i zajrza 
w sin, obros twarz Borynow. 

-Bez zmiany? co? 

- A juci, rana si prawie zagoia, a im nic nie lepiej. 
Zay tabaki, powlk oczyma po kupicych si przy progu i w sieniach. 
- Gdzie to ten chopiec, ktry mi sprzeda bociana? 
Jzka wypchna spod komina na rodek zawstydzonego Witka. 
-Naci dziesitk, uda ci si: tak kury goni z ogrodu, e ni jedna nie zostaje!... A jutro 
ktre do mw id? 
- Z p wsi si wybiera! 
-To dobrze, byle tylko zgodnie i cicho, a na rezurekcj przychodzi, o dziesitej zaczn, 
mwi: o dziesitej! A pijcie w kociele, to Ambroemu ka wyprowadzi! -doda gronie, 
wychodzc powoli. 
Ruszyli z nim ca gromad odprowadzajc do mynarzw. 
A Witek, pokazujc Jzce miedzian dziesitk, szepn ze zoci: 


- Niedugo bdzie mj bociek ksie kury poszy, nie!.. 
Rozbiegli si we dwie strony, bo gospodyni wracaa na ganek. 
ciemniao si z wolna, zmierzch cichuko sypa si na ziemi zatapiajc sady, domy i 
pola oklne w modrawym, ledwie przejrzanym mcie, bielay kaj niekaj ciany z przypadych 
do ziemi chaup i trzsy si wskro sadw zapalone wiata, gr za na niebie jasnym 
wyrzyna si blady sierp modego miesica. 

witeczn cichoci osnua si wie i mrokiem, w kociele wyniesionym nad chaupami 
zagorzay wszystkie okna i z otwartych wielkich drzwi bia szeroka smuga wiatoci. 

Wkrtce zaturkotay pierwsze wozy zajedajc przed cmentarz i ludzie z dalszych wsi 
nadchodzi poczli gromadami, z chaup lipeckich te raz po raz wychodzono do kocioa, bo 
czsto z wywieranych drzwi padaa w noc struga wiata topic si w omroczaym stawie, i 
tupoty a przyciszone pogwary mrowiy si w ciepym i omglonym powietrzu. Pozdrawiali si 
na drogach, nie dojrzawszy w nocy, i niby ta rzeka, wzbierajca z wolna a bezustannie, cignli 
na rezurekcj. 

U Borynw na gospodarstwie do pilnowania ostaway ino psy, stary Bylica i Witek, ktren 
pilnie majstrowa wesp z Makiem Kbowym kogutka, co to z nim mieli pj po dyngusie. 




Hanka wyprawia najpierw Jzk z dziemi i parobka; sama pniej miaa nadej. Ubrana 
ju bya, ale ocigaa si z wyjciem, jakby na co oczekujc, e wci wystawaa w ganku 
i strowaa na drodze. Dopiero gdy Jagna posza z kowalow i dosyszaa kowala idcego z 
wjtem ku kocioowi, wrcia do izby, przykazujc cosik po cichu staremu. Stan na stray 
w opotkach, a ona wsuna si na palcach do ojcowej komory... Po dobrej pgodzinie wysza 
stamtd, co pilnie zapinajc stanik; oczy jej gorzay i rce si trzsy. 

Nagadaa, czego nikto nie poj, i posza na rezurekcj. 

ROZDZIA 5 


Na drogach byo pusto i ciemno, w chaupach gasy wiata i przechodzili ju ostatni ludzie, 
jeno na kocielnym placu stay gstw wozy z wyoonymi komi, e tylko tupoty a 
parskania roznosiy si w mroku, a pod dzwonnic czerniay dworskie powozy. 

Hanka jeszcze raz w kruchcie cosik pomajdrowaa kiele stanika i spuciwszy chust na 
plecy, ja si ostro przepycha do przednich awek. 

Koci ju by jakby nabity, cibiony nard kbi si i wrza niby woda, z poszumem 
pacierzy, wzdycha, kaszlw a pozdrawia, i koysa si od ciany do ciany, a si od tego 
naporu kolebay chorgwie w awki pozatykane i te wierczaki, ktrymi umaili otarze i ciany 
wszystkie. 

Ledwie co si przepchaa do swojego miejsca, kiej proboszcz wyszed z naboestwem, i 
wraz te jy si z gstwy rwa gone wzdychy i te rce szeroko rozwodzone. Klkali kornie 
cisnc si coraz barzej, e wnet cay nard by na kolanach, rami przy ramieniu, dusza przy 
duszy, jako to pole nasadzone gowami, e ino w tym rozkoysanym dziebko, czowieczym 
anie oczy si mrowiy, poyskliwie kiej motyle niesc si ku otarzowi wielkiemu, na figur 
Jezusa zmartwychwstaego, ktren stoja nagi, skrwawiony, ranami pokryty i w paszcz czerwony 
jeno przyodziany z chorgiewk w rku. 

Cicho z naga obja koci, jakby tego zwiesnowego przypoudnia, kiej to soce 
przypiecze pola, wiater ustanie i przygite zboa se kosami gwarz, a jeno gdziesik wysoko, 
pod niebem modrym, skowronkowe pieni sodko podzwaniaj... 

Rozmadlali si z wolna, e wargi si wszdy trzsy i pacierze ze wzdychaniami szemray 
cichuko a rzsicie kiej ten deszczyk trzepicy po liciach; gowy pochylay si coraz niej, 
czasem jk wyrwa si skdci, to czyje rozmodlone rce wychyny proszco ku otarzowi 
albo i pacz zakwili pisklcy, aosny, z tej ciby, co jak krze przyziemne tulia si trwonie 
w cieniach naw wyniosych i mrocznych, niby br odwieczny, bo chocia na otarzach gorzay 
wiata, gsty mrok zalega koci, e to oknami a gwnie przez wielkie drzwi wywarte 
noc si cisna czarna i zaglda blady sierp ksiyca zza chmur. 

Jeno Hanka nie moga si przyoy do pacierza, trzsa si w sobie tak zalkniona, jakby 
to jeszcze tam bya, w komorze ojcowej. 

Dreszcz j przejmowa, czua na rkach sypkie zimno zboa i raz po raz ciskaa ramiona, 
aby poczu midzy piersiami wtulony wzeek. 

Tak j roztrzsa rado i strach jaki zarazem, e czsto raniec wysuwa si z palcw, 
zapominaa sw modlitwy wodzc rozpalonymi oczyma po ludziach, a nie dostrzegajc nikogo, 
cho pobok siedziaa Jzka, Jagu z matk i drugie. 

W awkach stojcych z boku otarza modliy si na ksikach dziedziczki z Rudki, z Modlicy 
i dziedzicwny z Wlki, a dziedzice stojay we drzwiach zakrystii, poredzajc cosik; na 
stopniach otarza stojaa z daleka mynarzowa i organicina, sielnie wystrojone. Zasie przed 
krat, tam, kaj byo miejsce la najpierwszych gospodarzy lipeckich, ktre zawdy str 



trzymali w czas naboestwa, baldach nosili nad dobrodziejem i pod rce go wiedli na procesjach, 
klczay teraz gst aw chopy z drugich wsi, e ledwie byo mona dojrze midzy 
nimi wjta, sotysa i ten czerwony eb kowalowy. 

Niejedne kobiece oczy si tam niesy wypatrujc tskliwie swoich... ale na darmo: byy 
tam chopy z Dbicy, z Woli, z Rzepek, z caej parafii, jeno lipeckich nie dojrza, jeno tych 
najpierwszych dzisia nie stao. Zatrzepotay si te dusze kobiece kiej ptaki sposzone, e 
niejedna gowa z paczem do ziemi przywara, niejeden jk aosny rwa si z gstwy, a bolesne 
przypominki sieroctwa ywym ogniem zapieky. 

Jake, najwiksze wita w caym roku, Wielkanoc, i tyla obcego narodu si zebrao, a na 
wszystkich twarzach cho dziebko przychudych z postu, rado si rozlewa, pusz si ano, 
paraduj strojami, rozpieraj w kociele kieby dziedzice, tocz hardo oczyma, zajmuj pierwsze 
miejsca, a tamte, lipeckie mizeraki, c teraz czyni, co? W ciemnicach ano o godzie i 
chodzie krzywd gorzk gryz i alem si pas, i tsknic... 

La wszystkiego stworzenia dzie radoci nastaje, jeno nie dla nich... chudziakw pokrzywdzonych... 
Wszystkie spoem do chaup powrc radonie zaywa wit, odpoczynku, 
jada, zwiesnowego soca, przyjacielskich ugwarze, jak Pan Bg przykaza, jeno nie te 
opuszczone lipeckie sieroty... 

Same rozbolae, chykiem rozejd si do pustych domw i ze zami przegryza bd ten 
placek witeczny, a z tsknic i turbacjami spoem do snw legn... 

Jezus mj, Jezu! rway si alne, przyduszone skowyty dokoa Hanki, a przeckna dojrzawszy 
naraz znajome twarze i oczy zami przeszklone... Nawet Jagu zwiesia gow nad 
ksik i na biae karty laa cikimi zami, a j matka szturchaniem przywodzia do opamitania, 
hale! poredzia si utuli, kiej wanie Antek jawi si w pamici tak ywo, e jak 
wtedy w Boe Narodzenie syszaa gos jego gorcy i zdao si jej, i wpodle klczy cisnc 
gow do jej kolan... to al j cisn za serce i same zy si polay z nagej tsknoci... 

Szczciem, co dobrodziej w t por rozpoczyna kazanie i rumor si czyni w kociele, 
gdy powstawali z klczek, cisnc si jeszcze barzej ku ambonie i zadzierajc gowy w gr, 
ku ksidzu, ktren o Mce Paskiej powiada i o tym, jak go to paskudne ydowiny ukrzyoway, 
e to wiat przyszed zbawi, e sprawiedliwo chcia dawa pokrzywdzonym, e za 
biedot si upomina. Tak rzewliwie owe krzywdy Paskie na oczy przywodzi, jae si gorco 
robio i niejedna pi chopska zwieraa si na odemst, a babi nard w gos szlocha czynic 
spraw wedle nosw. 

Dugo naucza wykadajc wszystko dokumentnie, jae kaj niekaj oczy kleiy si pikiem, 
a po ktach ju na dobre drzemali, ale pod koniec zwrci si prosto do narodu i wychylony 
z ambony, j sielnie wytrzcha piciami a krzycze, jako co dnia, co godzina i na 
kadym miejscu Jezus umczon jest przez grzechy nasze, zabit przez zocie, bezbonoci a 
nieposuszestwo prawom boskim, jako kaden czowiek krzyuje Go w sobie, nie pomnc na 
Jego rany ni krew wit, wylan dla naszego zbawienia! 

Rykn ci na to cay nard i pacze, szlochania kiej wicher rozniesy si jkiem wstrzsajcym 
po kociele, a przesta mwi. Dopiero kiej przycichli, zacz znowu, ale ju radonie 
i krzepico, o Zmartwychwstaniu Paskim powiada. O onej zwienie, jak Pan w dobroci 
swojej czyni co rok czowiekowi grzesznemu i czyni bdzie a do owej pory, kiej Jezus powrci 
znowuj na wiat, by sdzi ywe i pomare, by harde ponia, grzeszne w ogie piekielny 
na wiek wiekw spycha, a sprawiedliwe po prawice swojej sadza w chwale wiekuistej! 
Jako przyjdzie ten czas, ie wszelka niesprawiedliwo ustanie, wszelka krzywda wemie 
zapat, a pakania cierpicych ustan i zo panowa nie bdzie... 

I tak gorco to mwi, tak poczciwie, e kade sowo kiej sodko lao si w serca i kieby 
soce rozpalao w duszach, e dziwna bogo przejmowaa wszystkich, jeno lipeckie 
ludzie zatrzsy si z alu i przypomnienia krzywd tak bolenie cisny dusze, jae ryknli 



wraz z paczem, krzykiem, szlochaniem i walili si krzyem na podog, tym jkiem alnym, 
tym skrzybotem serdecznym woajc o zmiowanie i poratunek... 

Zakotowao si w kociele, pacz si podnis powszechny i krzyki, ale wnet pomiarkowali 
drudzy i jli podnosi lipeckie kobiety, usadza je a krzepi dobrymi sowy, a dobrodziej 
poczciwy ocierajc zy rkawem woa, e Pan Jezus dowiadcza tych, ktrych miuje, i chocia 
zawinili, kara rycho si skoczy, bych jeno dufali w miosierdzie Paskie, a lada dzie 
powrc wszystkie chopy... 

Uspokoili si po tych sowach, ulyo im galanto i dufnu wstpia w serca. 

A gdy wnet potem ksidz zaintonowa u otarza pie Zmartwychwstania, kiej organy 
wtrem hukny z caej mocy, kiej dzwony zapieway na cay wiat, a dobrodziej z Przenajwitszym 
Sakramentem j zstpowa ku narodowi w sinym oboku kadzide i dzwonnej 
wrzawie, pie buchna ze wszystkich gardzieli, zakolebaa si ciba, palcy wicher uniesienia 
osuszy zy i porwa dusze, i naraz spoem, kiej ten br czowieczy, rozchwiany i piewajcy 
jednym, ogromnym gosem, ruszy procesj za proboszczem, ktren monstrancj 
dziery przed sob, e jakoby soce zociste, soce promieniejce rozgorzao nad gowami, 
pync z wolna skro gstwy nieprzeliczonej, wskro wiate jarzcych, w kadzielnych dymach 
ledwie dojrzane, piewaniami opowite i przez oczy wszystkiego narodu, i przez serca 
wszystkie z mioci niesione... 

Obchodzili koci we rodku a wolniuko, noga za nog, cisnc si w strasznej ciasnocie 
i piewajc z caej mocy, a organy wci gray, a dzwony bezustannie biy... 

Alleluja! Alleluja! Alleluja! Hucza koci, a mury si trzsy, pieway serca wszystkie 
i gardziele, a te gosy pomienne i ogniem nabrzmiae niby ar-ptaki rway si z krzykiem 
wesela ogromnym, kooway pod sklepieniami, kiejby polepe w upale, i w noc wionian 
pyny, na soca si gdziesik niesy, we wszystek wiat, kaj jeno uniesieniem dusze czowiecze 
sigaj... 

Prawie przed pnockiem skoczyo si naboestwo i ludzie jli si pieszno na wiat 
wywala. Tylko Hanka ostaa jeszcze, bo si tak rozmodlia gorco, tak j ano sowa ksie 
przejy otuch, a te piewy radosne, naboestwo i pami tego, czego to dzisiaj dopia, tak 
j ukrzepiy, ie ca rado skadaa pod Jezusowe nogi, zapomniawszy w pacierzu o caym 
wiecie. Dopiero Jambroy brzkaniem kluczw przyniewoli j do wyjcia z pustego ju 
kocioa. 

e nawet i ten strach o Antka, ktren od tyla czasu y w niej i skowycza za leda powodem, 
jakby w niej pomar nagle, tak bardzo poczua si spokojna i dufna w sobie. 

Rozgldaa si za swoimi posuwajc si wolno ku domowi, gdy wozy toczyy si nieprzerwanym 
acuchem i ludzie szli caymi kupami bokiem drogi, ledwie dojrzanej, bo ksiyc 
ju zaszed i ciemno byo na wiecie, bure chmurzyska cigny gr, co trocha przesaniajc 
te granatowe pola nieba, kaj si jarzyy gwiazdy dalekie. 

Noc sza ciepa, cicha i od ros obfitych wilgotnawa, z pl pociga miciuchny wiaterek, 
przejty surowizn ziemic i mokrade, a po drogach roznosiy si miodne zapachy topoli i 
brzzek. Ludzie mrowili si w cieniach wsi, e ino kaj niekaj zamajaczyy gowy na jani 
powietrza nieprzysonionego; wszdy rozlegay si kroki a gosy, pieski te zajadlej docieray 
z opotkw, a po chaupach tu i owdzie rozbyskiway wiata. 

Hanka, opatrzywszy po drodze stajnie i obory, posza do chaupy. Ju si tam kadli spa. 

-Niech jeno wrci a gospodarzy, to ni swkiem mu przypomn przesze. -Postanawiaa 
rozdziewajc si do snu. - A jeeli znowuj si z ni sprzgnie? -pomylaa naraz, dosyszawszy 
Jagusi wracajc na swoj stron. 
Lega w pociel, nasuchujc czas jaki. Na wsi byo cicho, jeno z drg dalekich trzsy 
si ostatnie turkoty wozw i gosy zamierajce w pustych oddalach. 

-Boga by nie byo ni sprawiedliwoci na wiecie!- szepna gronie, ale zbrako jej si do 
rozmyla, bo pik j zaraz z miejsca zmorzy. 


. . . . . . . . . . . . 

Nazajutrz bardzo pno obudziy si Lipce. 

Dzie si ju rozwiera kiej to modre oko, jeszczech bielmem piku zasnute, ale ju wid-
ne do cna i poyskujce, a wie spaa w najlepsze. 

Nie kwapili si zrywa z barogw, cho dzie ci to szed Paskiego Zmartwychwstania. 
Soce wynieso si zarno od wschodu i zagrao w stawach a rosach, i pyno po bladym, 
wysokim niebie, jakby piewajc wszemu wiatu ciepem a wiatoci: Alleluja! 

Nieso si ogromne i pomienne wskro mgie przyziemnych; wskro sadw i chaup, i 
pl, e ptaki zapieway radonie, wody dzwoniy weselnym bekotem, bory zaszumiay, 
wiater powia, zatrzsy si mode licie, a ziemia zadrgaa, e gste runie zb zakolebay si 
cichuko i rosy kiej zy posypay si na ziemi. 

Hej! wesoy dzie nasta! Chrystus nam zmartwychwsta! Alleluja! 

Zmartwychwsta On, umczon i lut zoci zabit! Powsta ci znowu w ywe, z ciemnoci, 
z mrozw, z pluch si wynis Najmilszy! mierci srogiej si wydar, zmg niezmoone 
ku czowiekowemu szczciu i oto w ten czas wioniany, w t por rodn unosi si nad ziemiami, 
w tym socu przenajwitszym utajony, i rozsiewa wok wesele, budzi omdlae, 
oywia martwe, wznosi przygite, jaowe zapadnia. 

Alleluja! Alleluja! Alleluja!... 

Tym ci to wiat wszystek si rozlega onego dnia Paskiego. 

Jeno w Lipcach byo ciszej i smutniej nili po inne roki w t por. 

Zaspali galanto, bo ju o duym dniu, kiej soce wcigao si nad sady, dopiero ruch si 
czyni po chaupach, skrzypiay wierzeje i rozczochrane gowy wyglday rozziewane na 
wiat Boy, ktren stoja w socu, skowronkowymi wiergotami dzwonicy i mod zieleni 
przytrznity. 

I u Borynw zaspali. Jedna Hanka, co si dziebko porania, by obudzi Pietrka do szykowania 
konia i bryki, sama za zaja si przygotowaniem wiconego. Jzka. tymczasem z 
niemaym piskiem pucowaa dzieci, sama si te we witeczne szmaty przyodziewajc, a 
pod studni na podwrzu Pietrek z Witkiem domywali si do czysta; tylko stary Bylica zabawia 
si z pieskiem na ganku, czsto nosem pocigajc, czy ju kraj kiebasy. 

Wedle zwyczaju nie rozpalono ognia w kominie, kontentujc si zimnym wiconym. 
Wanie je bya Hanka przynosia z ojcowej izby, rozdzielajc po talerzach, e kademu po 
rwno wypado po kawale kiebasy, szynki, sera, chleba, jajek i placka sodkiego. 

Dopiero kiej si i sama ogarna, zwoaa wszystkich do jada i nawet posza po Jagusi; 
przysza ci zaraz sielnie zestrojona i tak pikna, e kiejby zorza si widziaa, a modre oczy 
niby gwiazdy jarzyy si spod lnowych, gadko przyczesanych wosw. Ale wszyscy zarwno 
byli w szmatach witecznych, e ino gray w oczach weniaki i gorsety, a i Witek, cho boso, 
w nowym by spencerku ze wieccymi guzikami, co je by uprosi od Pietrka, ktren dzisiaj 
wystpi w cakiem nowej przyodziewie: w granatowym upanie i portkach pasiastych tozielonych, 
wygoli si do czysta, wosy obci, jak drugie, rwno nad czoem i koszul na 
czerwon wstk zawiza, e skoro wszed, zdumieli si przemian, a Jzka jae w rce 
zaklaskaa: 

- Pietrek ci to? a to by ci rodzona nie poznali! 
- Burkow skr zrzuci i parobek kiej wieca... - zauway Bylica. 
Przemiechn si ino parob toczc oczyma za Jagusi a robic grdyk, gdy Hanka, 
przeegnawszy si, przepijaa gorzak do kadego i niewolia zasiada do stou. Zajli awki, 
e nawet Witek, cho niemiao, przysiad na kraju. 



I pojadali z wolna, w cichoci smakujc wiconego, e to bez tyle tygodni niezgorzej si 
wypocili. Kiebasy czujne byy, czosnkiem dobrze przyprawione, gdy po izbie rozniesy si 
zapachy, jae psy si wierciy midzy ludmi skamlajc aonie. 

Nikto si nie ozwa, pki pierwszego godu nie zapchali tgo pracujc, e ino w onej uroczystej 
cichoci spoywania glamania si rozchodziy, przysapki a bulgoty gorzaki, bo Hanka 
nie aowaa nikomu, sama jeszcze przyniewalajc do picia. 

- Rycho to pojedziem? - ozwa si pierwszy Pietrek. 
- Zaraz choby, po niadaniu. 
- Jagustynka chciaa si z wami zabra do miasta - wtrcia Jzka. 
- Przyjdzie na czas, to pojedzie, czeka nie bd. 
- Obrokw to wzi? 
- Na jeden popas, wieczorem wrcimy. 
I znowuj jedli, a niejednemu lepie wyaziy z onej luboci, twarze czerwieniay i sytno 
rozpieraa serca gorcem i gbok radoci. Wolniuko pojedali nadziewajc si z rozmysem, 
by jak najwicej zmieci i jak najduej czu w gbie smakowitoci. Dopiero kiej 
Hanka si podniesa, wzili si te dwiga od mich z dobr ju wag w kadunach, a Pietrek 
z Witkiem, czego byli nie dojedli, do stajni ponieli z sob. 

-Szykuje zaraz konie! -zarzdzia Hanka i przyrychtowawszy la ma tobo wiconego, 
co go ledwie uniesa, odziewa si ja do drogi. 
Ju ano konie czekay przed chaup, kiej wpada zadyszana Jagustynka. 

- Mao co nie czekaam na waju!... 
- Tocie ju po wiconym? - westchna aonie pocigajc nosem. 
- Znajdzie si jeszcze la was, siadajcie, przegrycie coniebd... 
Juci, nie potrza byo wygodzonej biedoty przyniewala, przypia si do jada kiej wilk 
i zmiataa, co ino byo na podordziu. 

-Pan Jezus wiedzia, na co witucha stworzy!- szepna, podjadszy nieco. -Jeno to 
dziwna, e cho mu za ycia w bocie lega pozwalaj, to po mierci radzi go w gorzace mocz! 
- przemiewaa po swojemu. 
- Pijcie na zdrowie a prdko, bo czas nagli. 
I moe w pacierz pojechay. Hanka ju z bryki nakazywaa Jzce, by nie zapominaa o 
ojcu, tak e dziewczyna zaraz nadrobia rnoci na talerz i poniesa. Nie ozwa si na jej zagadywania 
ni nawet spojrza na ni, ale co mu wetkna w zby, zjad chciwie, patrzc wci 
martwym wzrokiem jak zawdy. Moe by nawet i wicej pojad, ale Jzce si przykrzyo i 
poleciaa na dwr patrze, jak prawie z kadej chaupy wyjeday lub wychodziy kobiety z 
tobokami, e kilkanacie wozw toczyo si do miasta i nad rowami cigny rzdem kobiety, 
czerwono przyodziane, z wzekami na plecach. 

A kiej si rozwiay ostatnie turkoty, pada na wie dziwnie smutna cicho i pustka; dzie 
si powlk wolno, guche milczenie zalego drogi, ni gwarw zwyczajnych w tak por, ni 
piewa, ni ludzi, tyle jeno, co tam nieco dzieci uwijao si nad stawem migajc kamieniami 
na gsi. 

Soce szo w gr, jasnoci zalewajc wiat, ciepo si podnosio, e ju muchy brzczay 
po szybach, jaskki zapamitale chlustay wskro przejrzystego powietrza, staw mieni 
si w ogniach, drzewa za, kiejby spawione w zieleni, polnieway wieyzn rozlewajc 
miodne zapachy; z pl ogromnych, opynitych niebieskoci, bi niekiedy chodnawy, ziemi 
przejty cig i skowronkowe piewania; wszystek wiat tchn zwiesnow cich luboci, a 
od wsi, ledwie widnych w dalekociach, soneczn poog przemglonych, niesy si czasami 
jdrne krzykania i huki pistoletowych strzela! 

Jeno w Lipcach byo pusto i aobnie kiejby po pogrzebie, tyle co wypuszczone do picia 
bydo azio, kiej chciao, cochajc si o drzewa i porykujc ku polom zieleniejcym. Pustk 
zarwno stojay opotki, jak i. sienie powywierane, jeno miejscami na sonecznej stronie wy




grzewali si pod biaymi cianami, gdzie za dziewczyny czesay si w oknach otwartych, a 
staruchy rozsiade na progach przeiskiway dzieci. 

I tak oto przechodziy godziny cichoci sennej i smutnej, niekiej wiater zatrzs drzewinami, 
e poszumiay cichuko wac si ku chatom i lkliwie jakby pogldajc w puste izby, 
to wrble stado z wrzaskiem przenosio si z sadu na drog albo zaszarpay si krtkie krzyki 
dzieci, odganiajcych wrony od kurcztkw. 

Mj Jezu, nie tak byo przdzi w ten dzie, nie tak!... 

Soce si ju wspinao ku poudniowi, nad kominy, kiej Rocho przylaz do Borynw, 
zajrza do chorego, pogada z dziemi i zasiad w ganku na socu. Poczytywa cosik na 
ksice i bacznie wodzi oczyma po drogach. A wkrtce nadesza kowalowa z dziemi i odwiedziwszy 
ojca, przysiada na przybie. 

- Wasz w domu? - zapyta Rocho po dugiej chwili. 
- Gdzie za!... do miasta zabra si z wjtem. 
-Caa wie tam dzisiaj. 
- Juci, pociesz si nieco wiconym, chudziaki. 
- Wycie to z matk nie pojechali? - pyta Jagny wychodzcej. 
- A c tam po mnie! - wysza w opotki spogldajc tsknie na pola. 
- Nowy weniak ma dzisiaj! - szepna z westchnieniem Magda. 
-Po matuli, nie poznajecie go to, co? A i korale wszystkie zawiesia, i bursztyny te wielgachne 
te po matusi! - pouczaa j Jzka aonie. - Jeno chustk na gowie ma swoj... 
-Prawda, tylachna szmat ostao po nieboszczkach, to nama ich tkn nie pozwolili, a jej 
wszystko odda, i paraduje se teraz... 
- Hale, jeszczech kiej wyrzekaa przed Nastk, co s zleae i mierdz... 
- eby jej tak zapachno to ajno diabelskie! 
-Niech jeno ociec ozdrowiej, zarno upomn si o korale, pi sznurkw ostao dugich 
kiej bicze i jak groch najwikszy! 
Magda si ju nie odezwaa; westchnwszy ciko zacza iska najmodsze dziecko. 
Jzka si te zaraz poniesa na wie, Witek pod stajni majstrowa jeszcze cosik kiele kogutka, 
dzieci za baraszkoway razem z pieskami przed gankiem, pod okiem Bylicy, ktren czuwa 
nad nimi kiej kokosz, a Rocho jakby dziebko zadrzema. 

- Skoczylicie polne roboty? 
- Tyle jeno, e ziemniaki wsadzone i groch posiany. 
- U drugich i tyla nie zrobione! 
- Zd jeszcze; powiedali, co puszcz chopw na Przewody. 
- Kt to taki wiedzcy powiada? 
- A rni mwili w kociele! Kozowa zbiera si i prosi dziedzica... 
- Gupia, dziedzic to ich wizi czy co? 
- Bych si wstawi, to moe by pucili... 
- Wstawia si ju nieraz i nie pomogo... 
-eby ino chcia, ale nie chce przez zo la Lipiec, mj powiada... -urwaa nagle pochylajc 
zmieszan twarz nad dziecisk gow, trzyman midzy kolanami, e Rocho na 
prno czeka jakiego sowa. 
- Kiedy si tam Kozowa wybiera? - pyta ciekawie. 
- A zaraz po poudniu i maj... 
- Tyle wskraj, co si przelec i powietrza innego zachwyc. 
Nie odrzeka, gdy w opotki skrca z drogi pan Jacek, dziedzicw brat, o ktrym powiadali, 
e gupawy by nieco, bo zawdy ze skrzypkami si nosi, na rozstajach pod figurami 
grywa i tylko z chopami przestawa. Szed przygity ze skrzypic pod pach, z fajeczk w 
zbach, chudy, wysoki, z t brdk i rozbieganymi oczyma. Rocho wyszed naprzeciw. 
Musieli si zna, bo poszli razem nad staw i dugo tam siedzieli na kamieniach, cosik cicho 



poredzajc, e ju dawno przedzwonili poudnie, kiej si rozeszli. Rocho wrci na ganek, ale 
by jaki osowiay i markotno patrza. 

- Schuchrao si panisko, e ledwiem go pozna! - ozwa si Bylica. 
- Znalicie go? - ciszy gos ogldajc si na kowalow. 
-Jakeby... Niemao dokazywa za modu, niemao... Kat ci by la dzieuch... we Woli ni 
jednej nie przepuci... dobrze bacz, w jakie to cuganty jedzi... jak se uywa... bacz... pojkiwa 
stary. 
-Wzi za to cik pokut, cik! Tocie i najstarsi we wsi, co? Jambroy musi by 
starszy, bo jak ino bacz, on zawdy by stary. 
- Sam rozpowiada, co mier o nim zapomniaa! - wtrcia kowalowa. 
-Kostucha ta o nikim nie zabaczy, jeno tego ostawia se, by lepiej skrusza, bo kwardy, 
juci... wycygania si, jak moe... juci... - jka cicho. 
Zamilkli na dugo. 

-Bacz, kiej to w Lipcach wszystkiego pitnastu gospodarzy siedziao -zacz znowu 
Bylica wycigajc niemiao palce ku tabace Rochowej. 
- A teraz siedzi czterdziestu! - podsun mu tabakierk. 
-I nowe ju czekaj na dziay, urodzi rok czy nie, a nard zawsze jednako plonuje, juci... 
a ziemi nie przybywa... jeszcze nieco lat, a zbraknie la wszystkich... - Kicha rzsicie. 
- A bo to ju dzisiaj we wsi nie ciasno! - rzeka kowalowa. 
- Prawda, a kiej si chopaki poeni, to ju la ich dzieci nie ostanie i po morgu, juci... 
-To we wiat i musz! - zauway Rocho. 
- Z czym to pjd? z goymi pazurami ten wiater zagrabia? 
-A Niemcy ano na Supi wykupiy dziedzica i teraz si stawiaj... po dwie wki na osad 
- mwi Rocho do smutnie. 
-Juci... powiadali o tym... hale Niemcy nard inszy, uczony i zasobny, handluj wesp 
z ydami, a krzywd ludzk se pomagaj... a niechby tak po chopsku z goymi palicami 
chytay si ziemie, to by i trzech sieww nie przetrzymay... i co do jednego wykupiy... W 
Lipcach ciasno, dusz si ludzie, a tamten ma tylachna pola, e ugorem prawie ley... - wskaza 
dworskie ziemie za mynem, wzgrzem pod las biegnce, kaj czerniay ubinowe stogi. 
-Na Podlesiu? 
-Rychtyk przylege do naszych, w sam raz do wykupna, ze trzydzieci gospodarstw tam 
by wymierzy, juci... ze trzydzieci... ale bo to dziedzic przeda, kiej mu pienidzy nie potrza?... 
bogacz taki... 
-Hale! bogacz, a krci si za groszem kiej piskorz za botem, e ju od chopw poycza 
i kaj ino moe. ydy go przyduszaj o swoje, co na las day, podatki winien, dworskim nie 
paci, jeszczek ordynarii na Nowy Rok nalenej nie dostay, wszdzie winien, a skd to wemie 
odda, kiej boru zabroni urzd ci, pki si z chopami nie ugodzi? Nie wysiedzi on 
dugo na Woli, nie! Powiadali, co si ju za kupcami oglda... - rozgadaa si niespodzianie 
kowalowa, ale kiej Rocho chcia j wicej pocign za jzyk, zacia si jako i zbywszy go 
bele czym, dzieci zwoaa i do dom posza. 
-Sporo musi wiedzie od swojego, jeno si boja popuci... Juci, e przylege ziemie 
rodne, ki dwukone, juci... - rozmyla gono stary, wpatrzony w podleskie pola, kaj wida 
byo za stogami dachy zabudowa folwarcznych, jeno e Rocho nie sucha, bo dojrzawszy 
Kozow stojc nad stawem z kobietami, poszed do nich prdko. 
-Hi... hi... zmogy dziedzica... Mj Jezu, a poywiybv si chopy niezgorzej... Juci... 
druga wie by stana, rk nie zbraknie ni godnych na ziemie... juci... - rozmarzy si Bylica 
dyrdajc za dziemi, bo jae na drog si wytoczyy. 
Na nieszpory zaczli dzwoni. 



Soce si ju przetaczao ku borom i drzewa poczy ka dugie cienie na drogi i staw, 
a przedwieczorna cicho tak przywalaa wiat, e sycha byo dalekie jeszcze dudnienie 
wozw, krzyki ptactwa na ogorzeliskach i ciche, przejmujce granie organw w kociele. 

e za powracay ju niektre z miasta, zaklekotay od trepw wszystkie mostki, tak biegli 
nowin posucha. 

Za po nieszporach, o samym zachodzie, dobrodziej pojecha drog do Wlki. Jambroy 
powiedzia, e do dworu na bal, a zaraz po jego wyjedzie organisty z caym domem walili w 
gocie do mynarzw; Jasio wid matk sielnie zestrojon i wesoo pozdrawia dzieuchy, 
wyzierajce z opotkw. 

Zmierzch si roztrzsa cichy po ziemiach, soce zaszo i zorze si rozleway coraz szerzej, 
e z p nieba stano w krwawych ogniach, kieby tym zarzewiem przysypane, wody si 
krwawo zatliy i szyby rozgorzay, od miasta za coraz wicej nadjedao wozw i coraz 
rozgoniej wrzay krzyki przed domami. 

Hanki jeno nie byo wida, ale mimo to przed chaup gwarno byo i wesoo; dzieuch rwiesnych 
naszo si do Jzki, e kiej te szczygy wiergotliwe obsiady przyb i ganek, zabawiajc 
si przemiechami z Jakiem Przewrotnym, ktren przylecia za Nastusi, cho go ta 
ju cakiem odpdzaa od siebie, na kogo innego rachujc. Jzka ugaszczaa je, jak ino moga, 
plackiem jajecznym a kiebas. 

Nastusia rej wieda, jako najstarsza i e to najbardziej si przekpiwaa z chopaka, co to 
by niezgua, a siarczystego parobka chcia udawa. Stoja wanie przed wszystkimi, w pasiastych 
portkach, w nowym spencerku i w kapelusie na bakier, uj si pod boki, a ze miechem 
powiada: 

-Musita o mnie stoi, bom sam jeden parobek we wsi! 
- Nie bj si, za krowami dyrda ma kto jeszcze! 
- Pokraka jedna, do skrobania ziemniakw sposobny! 
-Dzieciom nosy obciera! -wrzeszczay jedna przez drug, rozgonym miechem wybuchajc, 
ale Jasiek si nie stropi, strzykn lin przez zby i rzek: 
- O takie gupie skrzaty nie stoj!... Gsi wama pa jeszcze! 
- Sam oni za krowim ogonem tacowa, a tera parobka udaje... 
-I co dnia portki gubi, tak przed bykiem ucieka. 
- Oe si z Magd od Jankla, ta ci pasuje w sam raz. 
- ydowskie bachory niaczy, to i tobie nos bdzie umiaa uciera. 
- Albo z Jagat, to j na odpusty poprowadzisz - rzucay w niego szydliwie. 
-A jakbym do ktrej z wdk posa, to by si do Czstochowy ochfiarowaa i wszystkie 
pitki suszya z radoci! - odpowiedzia. 
- A pozwoli ci to matka, kiej w chaupie potrzebny do mycia garnkw i macania kur! zawoaa 
Nastka. 

- Bo si ozgniewam i pjd do Marysi Balcerkwny! 
-Id, ju tam Marysia czeka na ci z pomietem albo czym gorszym... 
- A niech ci jeno dojrzy, to zaraz pieski pospuszcza. 
-I nie zgub czego po drodze! -miaa si Nastu pocigajc go dziebko za portki, bo 
mia wszystk przyodziew kiejby na wyrost. 
- Po dziadku dodziera buciarw. 
- Kamizel ma ze wsypy, co j to winie podary. 
Leciay sowa kiej grad wraz ze miechem; mia si zarwno i skoczy, by Nastk wp 
uj, ale mu ktra podstawia nog, e run jak dugi pod cian, nie mogc powsta, bo go 
wci popychay. 

-Dajta mu spokj, jake... -przyciszaa Jzka pomagajc mu wsta, bo cho niedojda, 
gospodarskim by synem i jej powinowatym przez matk. 
A potem zabawiali si w lep babk. 



Jaka na ni obray i zawizawszy mu oczy, ustawiy go wprost ganku rozbiegajc si naraz 
z krzykiem na wsze strony kiej wrble. Pogoni za nimi z rozczapierzonymi rkoma natykajc 
si co trocha na poty i ciany; kierowa si za miechami, ale nieacno ktr przychwyci, 
bo migay kole niego kiej jaskki, potrcajc w przelocie, e zattniao przed chaup, 
jakby to stado rebakw przegania po grudzi, a piski, wrzawa, miechy si zatrzsy, a na 
ca wie si rozlegao. 

Mrok ju gstnia, zorze si dopalay i zabawa trwaa w najlepsze, kiej naraz w podwrzu 
buchn wrzask kurzy. 

Jzka poleciaa tam w te pdy. 

Witek stoja pod szop chowajc cosik za siebie, a Gulbasiak przywarowa za pugami, e 
mu ino eb si bieli. 

- Nic, Jzia... nic... - szepta pomieszany. 
- Kurcie dusili... pira jeszcze ano lec... 
-Inom kogutowi troch z ogona wyrwa, bo mi potrza la mojego ptaka. Ale nie nasz kogut, 
nie, Jzia! Gulbasiak skdci przynis... swojego... 
- Poka! - rozkazaa surowo. 
Cisn jej pod nogi na p ywego ptaka, cakiem oskubanego z pir. 
- Pewnie, e nie nasz! - rzeka nie mogc rozpozna.- Ale poka swojego cudaka. 
Wynis na jani ju cakiem gotowego kogutka: z drzewa by wystrugany i oblepiony 
ciastem, w ktre powtykano pirek, e kiej ywy si widzia, bo i eb z dziobem mia prawdziwego, 
na patyk nadziany. 

Na desce se stoja czerwono ukraszonej, a tak zmylnie przyrychtowanej do malukiego 
wozika, e skoro Witek zarucha dugim dyszelkiem, kogut j tacowa i skrzyda rozkada, 
do tego za zapia Gulbasiak, jae si kury z grzd odezway. 

- Jezu, a tom pki ycia takiego cudaka nie uwidziaa! - przykucna pobok. 
- Dobry jest, co? Utrafiem, Jzia, co? - szepta z dum. 
- Same to wystroi? ze swojej gowy? 
Dziw j rozpiera. 
- A sam! Jdrek mi jeno koguta ywego przynis... a sam, Jzia... 
-Moiciewy, a to kiej ywy si rucha, cho z drewna. Poka go dzieuchom!... dopiero to 
bd wydziwia!... Poka, Witek! 
-Ni, jutro pjdziemy po dyngusie, to obacz. Jeszcze sztachetkw brak kiele niego, eby 
nie sfrun. 
- To opatrz krowy i do izby przychod robi, widniej ci bdzie... 
- Przyjd, jeno jeszczech na wsi cosik sprawi... 
Wrcia przed dom, ale dziewczyny ju skoczyy zabaw i zaczy si rozchodzi, bo 
noc si robia, wiata zapalali po domach, gwiazdy si te kaj niekaj pokazyway, a chd 
wieczorny zaciga z pl. 

Ju wszystkie kobiety powrciy z miasta, a Hanka nie nadjedaa. 

Jzka narzdzia sut wieczerz: barszcz na kiebasie i ziemniaki tusto omaszczone. Zacza 
j podawa na aw, gdy Rocho czeka, dzieci je skamlay, a Jagna raz po raz zagldaa 
do izby, kiej Witek wsun si cichuko i zaraz przykucn przed dymicymi michami. 
Dziwnie by czerwony, mao jad i yk po zbach dzwoni, tak mu si rce trzsy, a nie 
dojadszy do koca, polecia. 

Zapaa go Jzka w podwrzu przed chlewem, jak nabiera w po wiskiego arcia z 
cebratki, a ostro nastawaa: co mu si stao? 
Wykrca si, jak mg, wycygania, ale w kocu prawd powiedzia: 

- A to odebraem dobrodziejowi swojego boka! 
- Jezus, Maria, a nie dojrza ci kto? 


-Nie, dobrodziej pojechali, psy poszy re, a bociek w ganku stoja! Maciu to wypatrzy 
i przylecia powiedzie! Kapot Pietrkow go przydusiem, by me nie kujn, i poniesem 
do schowka. Ino pary z gby nie pu, moja zociuka! Za par niedziel przywied go do 
chaupy, obaczysz, jak parodowa na ganku bdzie, a nikto go przeciech nie rozpozna. Nie 
wydaj me ino! 
- Hale! kiej ci to z czym wydaam? Dziw mi jeno, e to si way, Jezu! 
-Swoje odebraem. Pedziaem, co nie daruj, i odebraem... Po tom go pewnie askawi, 
eby drugie uciech miay, juci!... - szepn i polecia gdziesik w pole. Niezadugo si jawi z 
nawrotem i zasiad przed kominem wraz z dziemi do wykoczania kogutka. 
A w izbie zrobio si jako sennie i smutno. Jagu posza na swoj stron, za Rocho siedzia 
przed domem razem z Bylic, ktren ju ydy wozi, tak go pik morzy. 

-Idcie do dom, bo tam na was czeka pan Jacek!- szepn mu Rocho. 
-Na mnie czeka... pan Jacek... dy lec... na mnie?... no... no -jka zdumiony, cakiem 
wytrzewiawszy, i poszed. 
A Rocho na przybie osta, pacierz szepta, wpatrzony w noc, w owe nieprzejrzane dale-
koci nieba, kaj si a trzso od gwiezdnych migotw, doem za, nad ziemiami wynosi si 
ju srodze rogaty miesic i bd ciemnoci. 

W chaupach wiata gasy posobnie, kiej oczy snem zwierane; milczenie, przejte cichukim 
dygotaniem listeczkw i guchym, dalekim bekotem rzeczki, rozlewao si dokoa. 
Tylko jeszcze u mynarzw gorzay okna i zabawiali si do pna. 

W izbie Borynw ju przycicho, spa wszyscy legli gaszc wiato, e ino koo garnkw 
z wieczerz ustawionych w kominie arzyy si wgle, a wierszcz poskrzypiwa gdzie w 
kcie, ale Rocho wci siedzia na dworze oczekujc na Hank, e dopiero koo samego pnocka 
zadudniy kopyta na mocie koo myna i wkrtce wtoczya si bryka. 

Hanka bya dziwnie smutna i milczca, e dopiero kiej zjada wieczerz i parobek poszed 
do stajni, odway si pyta: 
-Widzielicie ma? 

-Cae popoudnie z nim przesiedziaam! Zdrowy jest i dobrej myli... kaza was pozdrowi... 
I drugich chopw te widziaam... maj ich puci, jeno nikto nie wie kiedy... U tego, 
co ma na sdach Antka broni, te byam... Nie mwia tego, co jej kamieniem zaciyo na 
sercu, a jeno takie rnoci drugie, Antka si nie tyczce, a rozpakaa si nagle, i cho przysonia 
twarz rkoma, zy pocieky przez palce. 
- Przyjd rano... odpocznijcie sobie: strzlicie si mocno... by wam nie zaszkodzio. 
- A niechbym ju raz zdecha i wicej nie cierpiaa! - wybuchna. 
Pokiwa gow i wynis si bez sowa, jeno przed chaup pieski cosik rozszczekane 
gniewnie przycisza do budy zapdzajc. 
Ale Hanka, cho si zarno do dzieci przyoya, usn nie moga mimo utrudzenia. Jake!... 
to Antek j przyj kiej tego psa uprzykrzonego... wicone ze smakiem jad, te kilkanacie 
zotych wzi, nie pytajc, skd miaa, i nawet si nie uali nad jej umczeniem dalek 
drog!... 

Opowiadaa mu, co i jak si robi w gospodarce - nie pochwali, a naprzeciw niejednemu 
ze zoci przygania... O ca wie rozpytywa, a o dzieciach ni wspomnia... Sza ku niemu z 
tym sercem wiernym i kochajcym, utskniona wielce ask jego; on mu przeciech lubn 
bya i matk jego dzieci, to jej nawet nie przyhoubi, nie pocaowa, nie zatroska si o jej 
zdrowie... Kiej obcy si widzia i kiej na obc sobie spoglda, nie bardzo suchajc jej rozpowiada, 
e ju w kocu i mwi nie moga, al j dusi, zy zaleway, to jeszcze krzykn, 
by mu z bekami nie przyjedaa! Jezus kochany, dziw, e trupem nie pada... To za t cik 
sub kole jego dobra, za prac nad siy, za te cierpienia wszykie - nic w zapacie: ni jednego 
sowa aski, ni jednego sowa pociechy! 



-Jezu, wejrzyj miociwie, wspom, bo nie zdzier! -jczaa cisnc gow w poduszki, 
bych dzieci nie rozbudzi, a kada kostka w niej z osobna si trzsa pakaniem, aoci, ponieniem 
i strasznym poczuciem krzywdy! Nie moga sobie popuci duszy tam przy nim ni 
potem z powrotem przy ludziach, wic teraz dopiero oddawaa si rozpaczy, teraz pozwalaa 
mce rozdziera serce i zom gorzkim pyn. 

Za nazajutrz, w witeczny poniedziaek, dzie si podnosi jeszcze janiejszy, barzej 
jeno skpany w rosach i modrawych omgleniach, ale i barzej rozsoneczniony i jaki zgoa 
weselszy. Ptaki pieway rozgoniej, a ciepy wiater przegania po drzewinach, e szemray 
jakby pacierzem cichukim; ludzie zrywali si raniej wywierajc drzwi a okna, na wiat Boy 
lecieli spojrze, na sady przytrznite zieleni, na te nieobjte ziemie zwiesn oprzdzone, 
cae rosami skrzce, w socu radosnym utopione, na pola, kaj ju oziminy, wiatrem kolebane, 
niby powe, pomarszczone wody ku chaupom spyway. 

Myli si przed domami, przekrzyki si niesy wskro sadw, kaj ju dym wali z komina, 
konie ray po stajniach, skrzypiay wierzeje, wod czerpali ze stawu, bydo szo do picia, 
krzyczay gsi, a kiej dzwony uderzyy i ogromne, niebosine gosy jy hucze i rozlewa 
si na wie, na pola, na bory dalekie, wzmogy si jeszcze krzyki, a serca ywiej i weselej 
zabiy. 

Chopaki ju latay z sikawkami, sprawiajc sobie migus, albo przyczajone za drzewami 
nad stawem, lay nie tylko przechodzcych, ale kadego, kto ino na prg wyjrza, e ju nawet 
ciany byy pomoczone i kaue siwiy si pod domami. 

Zawrzay wszystkie drogi i obejcia, wrzaski, miechy, przegony narastay coraz barzej, 
bo i dzieuchy gziy si niezgorzej, lejc si midzy sob i ganiajc po sadach, e za ich duo 
byo i dorosych, to wnet day rad chopakom rozganiajc ich na wszystkie strony, a tak si 
rozswawolili, e nawet Jaka Przewrotnego, ktren si z sikawk od gaszenia poarw zaczaja 
na Nastk, dopady Balcerkwny, wod zlay i jeszcze do stawu zepchny na pomiewisko... 


Ale ozgniewany za despekt, i to dzieuchy gr nad nim wziy, przyzwa w pomoc 
Pietrka Borynowego i tak si zmylnie zasadzili na Nastk, a j dostali w pazury i pod studni 
zawlekli, a tak srodze spawili, jae wniebogosy wrzeszczaa... Za potem, dobrawszy 
jeszcze Witka, Gulbasiaka i co starszych, chycili Marysi Balcerkwn i tak jej kpiel sprawili, 
a matka z kijem leciaa na pomoc; przyparli te gdzie Jagn i tgo utytali, nawet Jzce 
nie przepuszczajc, cho si prosia i z bekiem leciaa na skarg do Hanki. 

- Skary si, a rada, oczy si jej skrz do figlw! 
-A i mnie zapowietrzone do ywej skry dojy!- ualaa si wesoo Jagustynka wpadajc 
do chaupy. 
-Niby te obwiesie komu przepuszczaj! -biadolia Jzka przewczc si w suche 
szmaty, ale mimo strachu wysza potem na ganek, bo a dudniao na drogach od przegania i 
wie si trzsa wrzaskami: chopaki dziw nie oszalay z uciechy, chodzili ca hurm, zaganiajc, 
kto si napatoczy, pod sikawki, a sotys musia rozgania swawolnikw, bo nie sposb 
si byo pokaza z chaupy. 

-Wama cosik niezdrowo po wczorajszym? -szepna Jagustynka suszc plecy przed kominem. 
- Juci, trzsie si we mnie i cigiem me kopie, mgli me przy tym... 
- Pocie si. Trzeba by si wam napi macirkowego naparu! Strzlicie si wczoraj! zafrasowaa 
si bardzo, ale e zapachna kiszka przysmaona, siada wraz z drugimi do niadania, 
akomie wypatrujc wikszego kawaka. 

- Pojedzcie i wy, gospodyni: godzeniem zdrowiu nie pomoe... 
-Kiej mi si mierzi miso; arbaty se zgotuj. 
-Na przepukanie flakw niezgorsze, ale bycie si gorzaki przegotowanej z tustoci i 
korzeniami napili, rychlej by pomogo... 


-Juci, zmarlaka by postawiy takie leki!... -zamia si Pietrek, ktren wzi miejsce 
kole Jagusi, w oczy jej zaglda podajc usuliwie, na co jeno spojrzaa, i cigiem, j zagadujc, 
ale e go zbywaa bele czym, j rozpytywa Jagustynk o Mateusza, o Stacha Poszk 
i drugich. 
-Jake, widziaam wszystkich, splnie se siedz, a pokoje maj dworskie zgoa, wysokie, 
widne, z podog, jeno e z t elazn pajczyn w oknach, bych si im na spacer nie zachciao. 
A przekarmiaj ich te niezgorzej. Grochwk im przynieli w poednie, sprbowaam: 
kieby na starym bucie zgotowana i smarowidem od woza omaszczona. Na drugie za 
praonych jagie im postawili... no, apa by kulas na nie podnis, a nie powcha nawet. Za 
swoje si ywi, ktren za nie ma grosza, pacierzem se to jado doprawia -opowiadaa urgliwie. 
- Rycho zaczn puszcza? 
- Powieday, e ju na Przewody niektre wrc! - szepna ciszej obzierajc si trwonie 
na Hank, a Jagn jakby co podrzucio z miejsca, e ucieka z izby, je nie skoczywszy, 
stara za o Kozowej zacza mwi. 
-Pno wrciy i z niczym, przetrzsy si jeno po kiebasach i dworowi si napatrzyy! 
Powiedaj, e czym innym pachnie nili chaup!... Dziedzic im powiedzia, co nikomu poradzi 
nie moe bo to sprawa komisarza i urzdu, a kiejby nawet mg, te by si nie wstawi 
za adnym Lipczakiem, bo przez nich sam jest szkodny najbarzej! Wiecie, e to las mu 
sprzedawa wzbronili, a kupce go teraz po sdach wcz. Kl pono siarczycie i krzycza, e 
kiej on przez chopw ma i z torbami, to niech ca wie zaraza wytraci!... Kozowa ju z 
tym od rana po chaupach lata i pomst odgraa. 
- Gupia, co mu ta zrobi pogroz! 
-Moicie, a bo to wiada, kiej kto komu mitkie miejsce wymaca, e i najlichszy... urwaa 
porywajc si podtrzyma Hank, lecc na cian. 

-Laboga! By to prdzej nie przyszo przed czasem - szeptaa wystraszona cignc j do 
ka, bo jej w rku zemglaa, pot kroplisty wystpi na jej twarz, tymi plamami okryt. 
Leaa ledwie dychajc, stara za octem wycieraa jej skronie i dopiero kiej chrzanu pod nos 
nakada, Hanka oprzytomniaa otwierajc oczy, zgudka j jeno chycia. 
Rozeszli si do obrzdze gospodarskich, Witek tylko osta i upatrzywszy sposobn por, 
j prosi gospodyni, aby go pucia z kogutkiem. 

-A id, przyodziewy jeno nie ciarachaj i sprawuj si dobrze! Psy uwi, by za wami na 
drugie wsie nie poleciay! Kiedy pjdzieta? 
- A zarno no kociele. 
Jagustynka wrazia gow przez okno i zapytaa: 
- Kaj to psy, Witek? Wyniesam im je, woam i ni jednego! 
-Prawda, dy i w oborze rano nie byy! apa! Burek! na tu! -nawoywa wybiegajc 
przed dom, ale si nie odezway. 
- Musiay na wie polecie, bo suka Kbw si goni... objani. 
Nikomu do gowy nie przyszo myle, kaj si psy podziay -zwyczajna przeciech rzecz. 
Dopiero po jakim czasie Jzka posyszaa gdziesik w podwrzu jakby guche skamlenie, a 
nic tam nie nalazszy, pobiega w sad mylc, e to Witek si rozprawia z jakim psem obcym. 
Zdziwia si nie dojrzawszy nikogo, sad by pusty i to skomlenie ucicho; ale powracajc 
natkna si na Burka; lea nieywy pod szczytow cian - eb mia rozwalony. 

Narobia takiego wrzasku, e si wszyscy zlecieli. 

- Burek zabity! Zodzieje pewnie! 
Trwoga powiaa nad nimi. 
-A dy nie co insze, w imi Ojca i Syna! -krzykna Jagustynka dojrzawszy naraz kup 
ziemi wywalonej i d wielki pod przyciesiami. 

- Podkopali si do ojcowej komory! 


- Jama, e konia by przewlk! 
- A zboa peno w dole. 
- Jezu, a moe tam jeszcze s zbje! - zakrzyczaa Jzka. 
Rzucili si na Borynow stron, Jagusi ju nie byo, stary ino lea twarz do izby, w komorze 
za, zawdy mrocznej, widno byo, wiato buchao dziur, e acno dojrzeli, jako 
wszystko byo pomieszane kiej groch z kapust, zboe powysypywane zalegao ziemi razem 
ze szmatami, pociganymi z drgw; nawet motki przdzy i wena leay potargane i zwichlone. 
Nie sposb byo na razie zmiarkowa, czego brakowao. 

Ale Hanka od razu pomiarkowaa, e to kowalowa by musi robota; gorc j przej na 
myl, i kiejby si jeden dzie opnia, nalazby pienidze i zabra... Nachylia si nad doem 
kryjc przed ludmi kuntentno, a sprawdzajc cosik sobie za stanikiem. 

- Czy aby nie brak czego w oborze? - rzeka, niby tknita podejrzeniem. 
Na szczcie, nic nigdzie nie brakowao. 
Dobrze byy drzwi pozawierane! - ozwa si Pietrek i skoczy naraz do ziemniaczanego 
dou, odwali z wejcia ocipk wielgachn i wycign stamtd ap skowyczcego. 

- Juci, e zodzieje go tam wrzucili, ale to dziwne, pies zy i da si... 
-I nikto w nocy nie sysza szczekania! 
Dali zna o sprawie sotysowi, roznioso si te migiem po wsi, e w dyrdy lecieli oglda, 
wyrzeka a deliberowa. Sad zapeni si ludmi, cisnli si kiej do konfesjonau, kuden 
gow wtyka do dou, powiada swoje i Burka pilnie oglda. 

Zjawi si i Rocho, a uspokoiwszy rozpakan i wrzeszczc Jzk, ktra kademu z 
osobna opowiadaa, jak to byo, poszed do Hanki, lecej znowu na ku, ale jako dziwnie 
spokojnej... 

- Zlkem si, bycie tego zbytnio do serca nie wzili!- zacz. 
-I... niczego chwaa Bogu nie wzi... zapni si... - przyciszya gos. 
- Miarkujecie, kto?... 
- Daabym gow, e kowal. 
- To chyba na cosik upatrzonego polowa? 
- Juci... jeno e mu si wypsno, do waju tylko mwi... 
-Juci, za rk trza by zapa albo wiadkw mie... No, na co si to czowiek way la 
grosza!... 
- Nawet przed Antkiem si nie wygadajcie, moi drodzy! - prosia. 
-Wiecie, em nieskory do zwierze, a acniej przecie zabi czowieka nili go urodzi. 
Znaem go, e krtacz, ale o tak rzecz bym nie posdzi. 
- Jego sta na najgorsze, znam ja go dobrze... 
Wjt nadszed z sotysem i wzili oglda szczegowo, wypytujc si Jzki o wszystko. 
- eby Kozio nie siedzia, mylabym, co to jego sprawka... - szepn wjt. 
- Cichojcie, Pietrze, bo Kozowa ku nam zmierza - trci go sotys. 
- Sposzyli si, e nic pono nie unieli. 
-Pewnie, stranikom trza by da zna... nowa robota diabli nadali, e czowiek wit nawet 
zay spokojnie nie moe... 
Sotys naraz si schyli i podnis elazny, okrwawiony prt. 
-Tym ci zakatrupili Burka! 
elazo przechodzio z rk do rk. 

- Prt, z jakiego zby do bron kuj. 
- Mogli ukra choby i z kuni Michaowej. 
- Kunia ju od pitku zawarta. 
- Kowala trza wypyta, czy mu nie zgino. 


- Tak mogli ukra, jak mogli przynie z sob, wjt to wama mwi, a kowala w chaupie 
nie ma, co za robi, moja to sprawa z sotysem! - podnis gos, krzyczc, by si nie toczyli 
po prnicy i do dom szli. 
Nikto si go nie ulkn, jeno e czas si byo zbiera do kocioa, to wnet si porozchodzili, 
bo ju i ludzie z drugich wsi nad potami cignli gsiego, i wozy coraz czciej dudniay 
na mocie. 

A kiej si do cna wyludnio, wsun si do sadu Bylica i nue dopiero oglda swojego 
pieska, cuci go a przemawia do niego cichuko. 

Dom te opustosza, do kocioa poszli, Hanka jeno w ku ostaa, pacierze se przepowiadajc, 
a mylc o Antku, e za cicho si zrobio, bo stary dzieci powid na drog, zasna 
kwardo. 

Ju ano stano przypoudnie, galancie przygrzane i tak cichukie, jae piewy narodu 
rozchodziy si z kocioa i brzczay po szybach, ju i przedzwonili na Podniesienie, a ona 
cigiem spaa. Zbudzi j dopiero turkot wozw pdzcych po wybojach, bo jak to byo we 
zwyczaju, w drugie wito Wielkanocy, po sumie, cigali si, ktren pierwej dopadnie swojej 
chaupy, e ino migay przez drzewa bryki, zapchane ludmi, i konie prane batami. cigali si 
tak siarczycie, e Chaupa si trzsa i wrzawa turkotw i miechw wichrem przeleciaa. 
Chciaa si podnie, obaczy, ale domowi wracali i Jagustynka, krztajc si kiele obiadu, 
ja opowiada, jak zwalio si tylachna narodu, co i poowa nie miaa miejsca w kociele, e 
wszystkie dwory zjechay, a po sumie dobrodziej zwoywa gospodarzy do zakrystii i cosik z 
nimi uredza, Jzka za znowuj rozpowiadaa o dziedziczkach, jak to byy wystrojone. 

-Wiecie, a to panienki z Woli to ci takie kupry dwigaj na zadzie, jakby te indory, kiej 
se ogony rozczapierzone postawi. 
- Sianem se te miejsca wypychaj lebo gaganami - pojaniaa stara. 
-A w pasie wcite kiej osy, batem bych je poprzecina, e ani pozna, kiej te brzuchy 
dziewaj... Z bliskam wypatrywaa. 
-Kaj? a pod gorsety wpychaj. Powiadaa mi jedna dwrka, co za pokojow bya w modlickim 
dworze, jak to poniektre dziedziczki si godz i pasami na noc cigaj, by ino nie 
pogrubie. Taka moda dworska, aby kada pani cieniuk si wydawaa, niby tyczka, na zadzie 
jeno wydta. 
- We wsi inaczej, bo z chudych przekpiwaj si parobki. 
-Zaby nie! dzieucha musi by kiej lepa, rozrosa wszdzie, taka, co to jak si czek do 
niej przyprze, to jakby do pieca gorcego... -powiedzia Pietrek, wpatrzony w Jagusi, wystawiajc 
garnki z komina. 
-Widzisz go, pokrak, wyprnowa si, podjad se misem i jakie mu to ju smaki na 
ozr przychodz! - zgromia go Jagustynka. 

- Jak taka si przy robocie rucha, to dziw si jej weniak nie rozpknie... 
Chcia jeszcze cosik trefnego doda, ale Dominikowa przysza opatrywa Hank, i wygonili 
go z izby. 
Obiad te zaraz podawali na ganku, gdy ciepo byo i sonecznie. Moda ziele polniewaa, 
trzchajc si cichuko na gazkach i gmerzc kiej motyle, ptasie wiegoty roznosiy 
si ze sadw. 

Dominikowa zakazaa Hance rusza si z pocieli, a e zaraz po obiedzie nadesza Weronka 
z dziemi, do ka przystawili aw i Jzka naniosa wiconego i flach gorzaki z 
miodem, bo Hanu, cho z trudem nieco, ale godnie, po gospodarsku podejmowaa siostr i 
ssiadki, ktre wedle zwyczaju jy posobnie przychodzi w gocie uala si nad ni, gorzaki 
pociga, sodkim plackiem wolniuko si delektowa i rnoci ssiedzkie rozpowiada, 
gwnie za o tym podkopie pod komor trajkota. 



Zasie domowi przed chaup si wygrzewali poredzajc z ludmi, jacy wci do sadu 
szli, a srodze medytowali nad jam jeszcze nie zawalon, gdy wjt wzbroni do czasu przyjazdu 
pisarza i stranikw. 

Wanie Jagustynka bya rozpowiadaa o tym, nie wiada ju dzisiaj po raz ktry, kiej z 
podwrza wywalili si chopaki z kogutkiem. Witek ich wid, wystrojony sielnie, w butach 
nawet i kaszkiecie Borynowym, srodze na bakier nadzianym, a pobok w kupie szed Maciu 
Kbw, Gulbasiak, Jdrek, Kuba Grzeli z krzyw gb syn i drugie. Kije mieli w rkach i 
torbeczki przez plecy, Witek za tuli pod pach skrzypice Pietrkowe. 

Wywiedli si na drog z parad i najpierwej ruszyli do dobrodzieja, bo tak po inne roki 
parobki poczynay. miao weszli do ogrodu, przed plebani, ustawili si w rzd, wysuwajc 
przed si kogutka. Witek zagra na skrzypicy, Gulbasiak j krci cudakiem i pia, a wszyscy, 
rypic kijami i nogami do wtru, wraz zapiewali piskliwie: 

Przyszlimy tu po dyngusie! 

Zapiewamy o Jezusie, 

O Jezusie, o Maryje -

Dajcie nam co, gospodynie!... 

I dugo piewali, a coraz mielej i rozgoniej, a wyszed dobrodziej i po dziesitku im 
rozda, kogutka pochwali i z ask ich odpuci... 

Witek jae spotnia ze strachu, czy o boka nie zagada, snad go jednak wrd drugich 
nie rozpozna, ale na pokoje odszed, przysyajc jeszcze przez dziewczyn sodziukiego 
placka, e huknli mu piewk na podzik i do organistw pocignli. 

Potem za ju chaupy nawiedzali wraz z ca chmar dzieci rozwrzeszczanych i tak si 
cisncych, e musieli obrania kogutka przed naporem, gdy kade pirek chciao tyka i 
kijaszkiem zarucha. 

Witek ich prowadzi rej wiodc i na wszystko majc czujne oko, nog zna dawa, by zaczyna, 
a smykiem rzdzi, kaj nut wyciga cieniuk, a kiej grub; jemu te oddawali gocice. 
A z tak parad si wodzili i tak szumnie, jae na ca wie roznosiy si piewania i 
przygrywki skrzypicy, a ludzie wielce si dziwowali, e to skrzaty, ledwie odrose od ziemie, 
a poczynaj sobie niby parobki. 

Pod zachd si ju miao, poczerwieniae dziebko soce przetaczao si nad bory, a po 
niebie modrym rozwczyy si biae chmurki, kiej te nieprzeliczone stado gsi, wiater si te 
rucha kaj gr chwiejc czubami ordzawiaych topoli, a we wsi czynio si coraz rojniej i 
gwarliwiej: starsi poredzali przed chaupami zasiedajc progi, dzieuchy gziy si nad stawem 
lub ujwszy si wp chodziy kolebico, piesneczki zawodzc, i kiej kwiaty makowe lebo 
nasturcji roiy si midzy drzewinami, we wodzie si odbijajc niby w lustrze, dzieci latay z 
dyngusiarzami, za jeszcze insi w pola szli miedzami. 

Na nieszpr ju przedzwaniali, kiej gruba Poszkowa, odwiedziwszy przdzi Boryn, 
wchodzia do Hanki. 

- Byam u chorego. Jezu, a to ley, jak lea... Zagadywaam: ani spojrza na mnie. Soce 
mu wieci na ko, to je palicami zagrabia, jakby w garcie chcia uj i kiej to malukie 
dziecitko w nim grzebie! Prosto paka, co si to z czowieka zrobio! - rozpowiadaa siadajc 
przy ku, ale przepia jak i drugie, sigajc do placka. - Jada to teraz, bo widzi mi si 
potucia? 
- Ju niezgorzej, e moe mu ku zdrowiu idzie!... 
-Chopaki poszy z kogutkiem do Woli! -zatrajkotaa Jzka wpadajc, ale dojrzawszy 
Poszkow, wyniesa si przed dom do Jagusi. 
- Jzka, bydo czas obrzdza! - zawoaa. 


- Pewnie komu wita, to wita, a brzuch zawdy o godzie pamita! Byli z kogutkiem i u 
mnie... sprawny ten wasz Witek i ze lepiw mu dobrze patrzy. 
- Juci, co do figlw pierwszy, do roboty jeno go trza kijem napdza! 
-Moicie, a dy ze sub wszdy jednaka bieda! Mynarzowa si przede mn uskaraa 
na swoje dziewki, e p roku utrzyma nie moe. 
- Prdko si tam dorabiaj dzieciakw... wiey chleb pomaga! 
-Chleb jak chleb, ale to czeladnik sprawi, to synek, ten z klas, do domu zajrzy, a powiadaj, 
e i sam mynarz adnej nie przepuci... to i trudno dziewki dotrzyma do roku. Co 
prawda, to i suba hardzieje... Mj ano chopak do pasionki, e to chopakw w domu brak, 
za psa me uwaa i kae se mleka na podwieczorek podawa! Syszane to rzeczy! 
-Parobka mam, to mi nie nowina, czego im si zachciewa, ale godzi si na wszyko 
musz, bo pjdzie se we wiat w najwiksz robot i c poczn przez niego w tylim gospodarstwie! 
- eby go wama tylko nie odmwia ktra - rzeka ciszej. 
- Wiecie to co? - zatrwoya si niemao. 
-Doszo me cosik z boku... moe cygani, to nie rozpowiadam. Hale, gadu, gadu, a z 
czym to ja przyszam? Obiecay si przyj niektre, ugwarzym si, sieroty, przyjdcie i wy... 
jake, Borynowej by nie byo, kiej co najpierwsze si zbier. 
Przypochlebiaa, ale Hanka wymwia si saboci, po prawdzie, bo ju poczua si 

dziebko napit. 
Poszkowa, wielce markotna odmow, Jagn posza zaprasza. 
Ale i Jagusia si wymawiaa, e to ju kaj indziej z matk si obiecay... 

- Poszlibycie, Jagna, ckni si wama za chopami, a do Poszkowej ani chybi co Jambroy 
zajrzy albo ktren z dziadkw i zawdy chocia portkami zaleci... - szepna Jagustynka spod 
chaupy. 
- A wy to po swojemu tym sowem kieby noem gacie... 
- Wesoo mi, tom rada kudemu, czego mu potrza! - szydzia. 
Jagu ciepna si ze zoci i na drog wysza, bezradnie wodzc oczyma po wiecie i ledwie 
pacz wstrzymujc. Juci, e si jej strasznie cknio! 
C, e wita czu byo wszdzie, e ludzie si roili, e miechy i krzyki trzsy si nad 
wsi, e nawet po szarych polach czerwieniay kobiety i piesneczki kaj niekaj dzwoniy?... jej 
byo smutnie i tak ckno czego, e ju wytrzyma nie moga. Od samego rana tak j cosik 
rozpierao i ponosio, e po znajomych lataa, po drogach, w pole wychodzia i nawet co ze 
trzy razy si przeobczya, na darmo wszystko, nie pomogo: rwao j coraz barzej, by gdziesik 
lecie, co robi, szuka czego... 

e i teraz si poniesa a na topolow drog i sza zapatrzona w czerwon, ogromn kul 
soca, spadajcego nad bory, sza przez te progi cieniw i lnie, ktre zachd rzuca przez 
drzewa. 

Chd mrokw j owion, a ciche, nagrzane dychanie pl przejmowao na wskro lubym 
dygotem; od wsi goniy sabnce gwary, a skdci zawiewa zawodliwy gos skrzypicy i czepia 
si serca, kiejby ta zotymi rosami brzczca pajczyna, jae rozsnua si w cichukim 
trzepocie topoli, w mrokach, co ju pezay bruzdami i czaiy si w krzach tarnin. 

Sza przed siebie, ani wiedzc, co j niesie i dokd. 

Wzdychaa gboko, czasami rce rozwodzc, czasami przystajc bezradnie i toczc rozpalonymi 
oczyma, jakby zaczepki dla udrczonej duszy szukaa, ale sza dalej przdc myli 
wiotkie i nike, jako te wietliste nici na wodzie, e nie uchycisz, bo zmc si i przepadn od 
cienia rki. Patrzaa w soce, nie widzc niczego, topole, co rzdami pochylay si nad ni, 
zday si jej jako zamglone przypomnienia... Siebie jeno mocno czua i to, e j rozpiera ae 
do bolu, do krzyku, do paczu, e j ponosi gdziesik, i czepiaby si tych ptakw leccych 
pod zachd i na kraj wiata pofruna. Wzbieraa w niej jaka moc palca i tak rzewliwa, e 



zy przysaniay oczy i ognie si po niej rozleway; rwaa lepkie, pachnce pdy topoli, chodzc 
nimi rozpalone usta i oczy... 

Czasem przysiadaa pod drzewem i skulona, wsparszy twarz na piciach, zapadaa w 
siebie bez pamici, cisnc si jeno do pnia i pr꿹c... i ledwie dyszc... 

Jakby i w niej wiosna zapiewaa swoj pie upaln, e burzyo si w niej i cosik poczynao, 
jako w tych ziemiach rodnych, ugorem lecych, poczyna si o wionie, jako w tych 
drzewinach, opitych moc rostu, piewa i jako wszdy si rozpra, kiej pierwsze soce 
przygrzeje... 

Dygotaa w sobie, paliy j oczy, za omdlae nogi stulay si bezwolnie i ledwie j niesy. 
Paka si jej chciao, piewa, tarza po runiach zb miciuchnych i chodnymi rosami 
operlonych, to braa j szalona ch skoczy w ciernie, przedziera si wskro szarpicych 
gszczw i poczu dziki, luby bl przepiera i szamota. 

Zawrcia naraz z powrotem i dosyszawszy gosy skrzypicy pobiega ku nim. Hej, tak 
zakrciy si w niej, tak zawrotn luboci przejy, e w tany by si pucia, w cisk karczmy 
rozhukanej, w tumult, w pijatyk nawet, e choby w samo zatracenie, hej!... 

Drk od cmentarza do topolowej, ca w czerwonych ogniach zachodu, szed ktosik z 
ksik w rku i pod biaymi brzzkami przystawa. 

Jasio to by, organistw syn. 

Zza drzewa chciaa popatrze na niego, ale j dojrza. 

I uciec nie poredzia, nogi jakby si ziemi czepiy i oczu nie moga oderwa od niego; 
zblia si z umiechem, zby mu gray w czerwonych wargach, smuky by, rosy i biay na 
gbie. 

- Jakbycie mnie, Jagu, nie poznali? 
A j w doku cisno od tego gosu. 
- Co bym ta nie poznaa!... jeno pan Ja taki tera galanty, taki inszy... 
- Pewnie, lata id... Bylicie u kogo na Budach? 
- Tak sobie ino chodziam, wito przeciek. Nabona? - tkna niemiao ksiki. 
- Nie, o krajach dalekich i o morzach! 
- Jezu! o morzach! A te obraziki te nie wite? 
- Zobaczcie! - podsun jej pod oczy ksik i pokazywa. 
Stali rami w rami, bezwolnie wpierajc si w siebie biedrami, a tykajc gowami nisko 
przychylonymi. Pojania j niekiedy, wtedy podnosia na niego oczy podziwu pene, nie 
miejc dycha ze wzruszenia, a cisnc si coraz barzej, bych lepiej dojrze, gdy soce opucio 
si ju za bory. 

Naraz wstrzsn si cay i odsun dziebko. 

- Mroczeje, czas do domu! - szepn cicho. 
- A to pdmy! 
Szli w milczeniu, nakryci prawie cieniami drzew. Soce zaszo, modrawe mroki trzsy 
si na pola, zrz dzisiaj nie byo, jeno przez grubachne pnie topoli widnia na niebie zocisty 
rozlew, wiat przygasa. 

-I to wszystko prawda, co tam pokazane? - przystana. 
- Wszystko, Jagu, wszystko. 
Jezu, takie wody wielgachne, takie wiaty, e uwierzy trudno. 
-S, Jagu, s! -szepta coraz ciszej zagldajc jej w oczy z tak bliska, e wstrzymaa 
oddech, dreszcz j przeszed i podaa si piersiami naprzd, czekaa, i j obejmie i do pnia 
przyprze, jae ramiona si jej ozwary i gotowa si bya da, ale Jasio odsun si piesznie. 
- Musz i prdzej, dobranoc Jagusi! - i polecia. 
Z dobry pacierz przestojaa, nim si poredzia ruszy z miejsca. 
-Urzek me czy co! - mylaa wlekc si ociale, mt jaki miaa w gowie, cigotki j 
rozbieray. 


Wieczr si robi, wiata byskay tu i owdzie, a z karczmy roznosio si granie i przytumione 
rozmowy. 

Zajrzaa przez okno do izby rozwietlonej: pan Jacek stoja w porodku i rzn na skrzypcach, 
za przed szynkwasem koleba si Jambroy, krzykliwie cosik rozpowiada komornicom, 
czsto po kieliszek sigajc. 

Naraz ktosik j wp krzepko uj, e krzykna kurczc si i wydzierajc. 

- Przydybaem ci i nie puszcz... napijem si dziebko... pdzi... - szepta wjt nie zwalniajc 
z pazurw i pocign j bocznymi drzwiami do alkierza. 

Nikto nie dojrza, bo ju prawie ciemno byo na wiecie i mao kto przechodzi drog. 

Wie ju przycichaa, milky gwary i pustoszay opotki, nard rozchodzi si po chaupach, 
dobiegay wita i dni sodkich wczasowa, powszednie jutro stojao za progiem i w 
mrokach ostre ky szczerzyo, e niejedn dusz lk ciska i turbacje obsiaday na nowo... 

Posmutniaa wie i przygucha, jakby do ziemi barzej przywierajc i tulc si w sady 
oniemiae, jeszcze tam kaj niekaj siedzieli na przybach dojadajc wicone i z cicha gwarzc, 
gdzie za spa si rychlej wybierali, pienie pobone przypiewujc. 

Tylko u Poszkowej rojno byo i gwarno, zeszy si byy ssiadki, a obsiadszy awy, poredzay 
godnie midzy sob. Wjtowa na pierwszym miejscu siedziaa, za pobok pkata, 
wyszczekana Balcerkowa swojego dowodzia; bya i chuda Sikorzyna, bya i jazgoczca cigiem 
Borynowa, stryjeczna chorego, bya i kowalowa z najmodszym przy piersi, ugwarzajca 
si z pobon, cich sotysow, i drugie byy co najpierwsze we wsi. 

Siedziay napuszone i odte kiej kwoki w barogu, a wszykie we witecznych sutych 
weniakach, w chustkach, lipeck mod do p plecw opuszczonych, w czepcach kiej koa 
bieluchne, a rzsicie skarbowane nad czoami, we fryzkach po uszy nastroszonych, na ktre 
tyle korali nawiesiy, ile ktra miaa. Zabawiay si galanto. gby z wolna czerwieniay i 
kuntentno rozpieraa, poprawiay pilnie weniakw, by si nie przygniety, i ju jy do si 
przysiada coraz bliej, a ciszej poredza bierc si wzajem na ozory. 

A kiej kowal si jawi, powieda, co prosto z miasta wraca, na dobre si rozweseliy. 
Chop by wyszczekany, jak mao ktren, e za by ju zdziebko napity, to j wycygania 
takie rzeczy do miechu, jae za boki si bray; izba si zatrzsa, on za mia si najgoniej, 
jae ten jego rechot sycha byo u Borynw. 

Dugo se uywali, bo co trzy razy Poszkowa po gorzak posyaa do yda. 
Za u Borynw jeszcze siedzieli przed chaup. Hanka wstaa i otulona w kouch, gdy 
zib wzi po zachodzie, bya z drugimi. 
Pki dnia starczyo, Rocho im czyta z ksiki, e nieraz Hanka, rozgldajc si, przykazywaa 
cicho Jzce: 

- Wyjrzyj no na drog... 
Ale nikogj nie byo i czyta, pki wieczr nie zamroczy ziemi, a potem powiada jeszcze 
rnoci, gdy srodze si rozciekawili. Noc ich okrywaa, i ledwie si znaczyli na biaej 
cianie chaupy; wieczr si stawa ciemny i chodny, gwiazdy nie wzeszy, gucha cicho 
ogarniaa wiat, jeno co woda bekotaa kajci i psy warczay. 

Zbili si w kup, e Nastu z Jzk, Weronka z dziemi, Jagustynka, Kbowa i Pietrek 
prawie u ng Rochowych przysiedli, a Hanka nieco z boku na kamieniu. 
Rozpowiada o caym polskim narodzie historie rne, to przypowiecie wite, to 
cudeka takie o wiecie, e kto by je ta poj i zapamita! 
Zasuchali si, nie wac odsapn ni poruszy si z miejsc i ca dusz pijc te sowa 
miodne, jak wyscha ziemia pije dde rosiste i ciepe. 
On za, prawie niewidny la oczu, uroczystym, cichym gosem powiada: 

-Po zimie zwiesna przychodzi kademu, ktren jej czeka w pracy, modlitwie a gotowoci. 
- Dufajcie, bo pokrzywdzone zawdy gr wezm. 


-Ochfiarn krwi i trudem trza posiewa czowiecz szczliwo, a ktren posia, 
wzejdzie mu i czas niwny mia bdzie. 
- Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stou Paskiego nie sidzie. 
- Kto ino wyrzeka na ze, nie czynic dobra, ten gorsze zo rodzi. 
Dugo powiada, a tak mdrze, e nie spamita, i coraz ciszej a rzewliwiej, e za go noc 
cakiem okrya, to si zdawao, jakoby ten gos wity z ziemie wychodzi albo e to gos pomarych 
pokole Borynowych, co w noc t Zmartwychwstania Bg je na wiat odpuci i 
prawi teraz ze zmurszaych cian, z drzew pochylonych, z gstej nocy, ku przestrodze a 
opamitaniu rodzonych. 

Dusze si wszystkie wayy na tych sowach, bijcych w serca jak dzwon, i niesy si w 
omroczone utsknienia, w niepojte dziwy marze. 
Nikto nie dosysza nawet, e psy zaczy w caej wsi ujada, kto krzycza na drogach i 
zadudniay bieganiny. 

- Podlesie si pali! - zawrzeszcza jaki gos przez sad. 
Wybiegli na drog. 
Prawda bya: dworskie budynki na Podlesiu stay w ogniu, pomienie kiej czerwone krze 
wybuchay z ciemnoci. 

- A sowo ciaem si stao! - szepna Jagustynka Kozow wspominajc. 
- Kara boska przychodzi. 
- Za nasz krzywd! - krzyoway si w ciemnociach gosy. 
Drzwi chaup trzaskay, ludzie w dyrdy a na p odziani wpadali na drogi, a coraz wiksz 
kup cisnli si na most przed mynem, skd wida byo najlepiej, e moe w jaki pacierz 
caa wie ju si stoczya. 

Poar za urasta co chwila, folwark stoja na wzgrzu pod lasem, wic chocia o par 
wiorst od Lipiec, wida byo jak na doni wzmaganie si ognia. Na czarnej cianie lasu roiy 
si ogniste jzory i wybuchay krwawe, skbione chmury. Nie byo wiatru i ogie wynosi si 
coraz wyej, budynki pony kiej smolne szczapy, czarne dymy waliy supami, a krwawy, 
zwichrzony brzask rozlewa si w ciemnociach rzek ognist i chwia si ju nad borem. 

Przeraliwe ryki rozdary powietrze. 

- Woowina si pali, nie uratuj wiele, bo jedne drzwi. 
-Stogi si teraz zajmuj! 
- Ju stodoy w ogniu! - woali strwoeni. 
Ksidz nadbieg, kowal, sotys, a w kocu i wjt skdci si zjawi, ale cho pijany, e 
ledwie si trzyma na nogach, zacz wrzeszcze i wygania ludzi, bych na pomoc lecieli 
dworowi. 

Ale nikt si z tym nie pieszy, a jeno zy pomruk zerwa si w cibie: 

- Niechaj chopw puszcz, to polec ratowa! 
I nie pomogy kltwy ni groby, ani nawet proboszczowe paksiwe bagania: nard stoja 
nieporuszony i w ogie ponuro patrza. 

- Psiekrwie paroby dworskie! - zakrzyczaa Kobusowa pici groc. 
e tylko wjt wraz ze sotysem i kowalem pojechali do ognia, i to z goymi rkoma, gdy 
ani bosakw, ni wiader nie pozwolili zabiera z chaup. 

- Kijami tego, ktren ruszy! Na stracenie cierw! - zawrzeszczay jak jedna. 
A caa wie si ju zebraa, do najmodszych, co je rozkrzyczane na rku przyhutywali, i 
kbili si wielk, ponur cib, e mao kto si odzywa, a i to szeptem, pali jeno chciwe 
oczy i wzdychali, bo w kadym sercu krzewiy si przytajone srogo radocie, e to za lipeckie 
krzywdy Pan Bg dziedzica ogniem pokara. 

Do pna w noc si palio, a nikto do dom nie poszed: czekali cierpliwie koca, e to ju 
jedno morze ognia przewalao si nad folwarkiem i bio spitrzonymi falami w niebo, zapalone 
snopki z dachw i gonty roznosiy si krwawym deszczem, a od czerwonych un, co jak 



ogniste pachty wieway w ciemnociach, zrumieniy si czuby drzew i dachy mynicy za 
staw jakby kto potrzs bladym zarzewiem. 

Turkoty wozw, krzyki udzi, ryki, straszna groza zniszczenia biy z poaru, a wie wci 
staa, jakby ten ywy mur w ziemi wrosy, a pascy oczy i dusze odemst... 

Za od karczmy rozlega si ochrypy gos pijanego Jambroa: 

Dzi Mary moja, Mary! 
Da dobre piwo warzysz! 

ROZDZIA 6 


Na tak dziwn wie Hanka a si uniesa z pocieli, e Jagustynka przechwycia j 
jeszcze w por i do poduszek przygnieta. 

- Dy si nie ruchajcie, nie pali si nikaj! 
-Bo tak rzecz powiedzieli, jakby im we bie zamroczyo; przemyjcie sobie ciemi wicon 
wod, to wama dur przejdzie. 

-Nie, Hanu, rozum swj mam i prawd rzekem, jako pan Jacek od wczoraj siedzi wraz 
ze mn... juci... - jka Bylica przyginajc si do kichania po tgim zayciu. 
- Wida ju do cna ogupia! Obaczcie; czy nie wracaj, dziecko mi zagodz. 
-Od kocioa nikogj jeszcze nie widno! -objania po chwili Jagustynka, znowu zabierajc 
si do uprztania izby, posypujc j piaskiem. 
Stary kicha zawzicie raz po razie, e a na awie przysiad. 

- Trbicie kiej w miecie na rynku! 
- Bo krzepka tabaka pana Jackowa, ca paczk mi da... ca... 
Rano jeszcze byo, oknem zazierao jasne i ciepe soce drzewa si w sadzie chwiay od 
wiatru, za przez wywarte drzwi do sieni cisny si pogite gsie szyje i czerwone, syczce 
dzioby, a cae stado utaplanych w bocie i piszczcych gsit skrabao si na prg wysoki. 
Naraz pies gdziesik zawarcza, e gsi podniosy krzyk, a kwoki siedzce na jajach gdaka 
poczy strachliwie i sfruwa z gniazd. 

- A dy chocia do sadu wypdcie, moe si traw zabawi. 
- Wypdz, Hanu, i od gap przypilnuj... 
Wnet przycicho w izbie, jeno szum drzew dochodzi ze dworu i kolebay si zdziebko 
wiaty, wiszce u czarnego puapu. 

- Co tam chopaki robi? - zapytaa Hanka po dugiej chwili. 
-Pietrek orze ziemniaczysko pod grk, a Witek we waacha bronuje zagony pod len na 
wiskim doku. 
- Mokro tam jeszcze? 
- Juci, trepy cakiem wizn, ale po zbronowaniu rychlej przeschnie. 
- Nim si te ziemia wygrzeje do siewu, moe ju wstan... 
- O sobie teraz pamitajcie, a roboty wama nikto nie ukradnie! 
- Wydojone to krowy? 
- Samam doia, bo Jagu pod obor szkopki ustawia i gdziesik posza. 
-Nosi si cigiem po wsi jak ten pies, e adnej pomocy ni wyrki. Hale, powiedzcie 
Kobusowej, e zagony pod kapust dam i Pietrek gnj od niej wywiezie i zaorze, ale po cztery 
dni odrobku z jednego. Przy sadzeniu ziemniakw odrobiaby poow, a reszt we niwo. 
- Kozowa te chciaaby zagon pod len na odrobek. 


-Tyla odrobi, co pies napacze. Niech se kaj indziej szuka, dosy si oni naszczekaa 
przed ca wsi na ojca, e j ukrzywdzi. 
-Jak wam do upodoby, wasz gront, to i wasza wola! Filipka tu wczoraj podczas waszych 
rodw zachodzia o ziemniaki. 
- Za pienidze chciaa? 
- Odrobiaby; tam grosza w chaupie nie powieci, godem przymieraj. 
-Z p korczyka do jedzenia zaraz niech wemie, a potrza jej wicej, to dopiero po sadzeniu, 
bo nie wiada, wiela ostanie. Przyjdzie Jzka, to odmierzy, cho robotnica z Filipki, 
no!... zbywa jeno... 
- A z czego to nabierze mocy? Nie doje, nie dopi, a co rok rodzi. 
- Marnacja, mj Jezu, niwa jeszcze za grami, a przednwek za progiem. 
- Za progiem! W chaupach ju siedzi, za brzuchy ciska, e ledwie zipi. 
-Wypucilicie to macior? 
-Lega pod cian, ale prosiaki liczne, okrgluchne kiej te bueczki. 
Bylica stan we drzwiach i zajka: 
-Gsi pod jangrestami ostawiem. A to przyszed niby pan Jacek we wito i powiada: 
Wprowadz si do ciebie, Bylica, na komorne i dobrze zapac... Mylaech: przekpiwa se z 
chopa, jako u panw zwyczajnie, i rzek: Grosza mi potrza i pokoje wolne mam! Zamia 
si, da mi paczk peterburki, chaup obejrza i mwi: Wy moecie tu wysiedzie, to i ja 
poradz, a chaup z wolna wyporzdzim, e za dwr starczy! 
- Cie, taki szlachcic, dziedzicw brat! - dziwia si stara. 
-Zrobi se legowisko pobok mojego i siedzi. Wychodziem, to na progu papierosa kurzy 
i wrble ziarnem przynca. 
- A c to jad bdzie? 
- Garnuszki ze sob sprowadzi i arbat cigiem warzy a popija... 
- Na darmo tego nie robi, cosik w tym by musi, e taki pan... 
-A jest, e do cna ogupia! Czowiek kaden zawdy zabiega i turbuje si o lepsze, a taki 
pan chciaby mie gorzej? Nic inszego, jeno rozum straci -mwia Hanka unoszc gow, 
gdy w opotkach rozlegy si gosy. 
Wracali ju z kocioa od chrztu. Przodem Jzka niesa dziecko w poduszce, chust przykrytej, 
pod str Dominikowej, a za nimi walili wjt z Poszkow, w kumy proszeni, z tyu 
za kusztyka Jambroy nie mogc nady. 

Ale nim prg przestpili, Dominikowa odebraa dziecko i przeegnawszy si ja z nim, 
wedle starego obyczaju, obchodzi cay dom, na wgach jeno przystajc i przy kadym z 
osobna mwic: 

- Na wschodzie - tu wieje... 
- Na pnocy - tu zibi... 
- Na zachodzie - tu ciemno... 
- Na poudniu - tu grzeje... 
- A wszdy strze si zego, duszo ludzka, i jeno w Bogu miej nadziej. 
- Niby nabona, a taka gularka z Dominikowej! - mia si wjt. 
- Pacierz pomaga, ale i zamawianie nie zaszkodzi, wiadomo! - szepna Poszkowa. 
Szumno weszli do izby. Stara rozpowia dziecitko i jak je Pan Bg stworzy, nagusiekie 
i kiej rak czerwone, matce do rk podaa. 
-Prawego chrzecijanina, ktremu Rocho na imi przy chrzcie witym dano, przynosim 
wam, matko. Niech si zdrowo chowa na pociech! 

-I niechaj z tuzin Rochw wywiedzie! Tgi parobek: krzycza, e nie trza go bya szczypa 
przy chrzcie, a sl wypluwa, jae miech bra... 
- Bo idzie z rodu, ktren si gorzaki nie wyprzysiga - ozwa si Jambroy. 


Chopak piszcza i majda kulasami na pierzynie, Dominikowa przetara mu wdk oczy, 
usta i czoo i dopiero go Hance przystawia do piersi. Przypi si kiej smok i cichn. 

Hanka dzikowaa serdecznie kumom caujc si ze wszystkimi, a przepraszajc, e 
chrzciny nie takie, jak by powinny Borynowego dziecka. 

-Urodzicie za rok czwartego, poprawim sobie wtedy i odbijem! -artowa wjt ocierajc 
wsy, bo ju kieliszek szed ku niemu. 
- Chrzciny bez ojca to jakby grzech bez odpuszczenia- ozwa si niebacznie Jambroy. 
Rozpakaa si na to Hanka, a kobiety jy do niej przepija na pocieszenie i w ramiona 
bra, e utuliwszy aocie zapraszaa, bych si do jada brali, gdy jajecznica na kiebasie ju 
pachna z michy. 

Jagustynka czynia przyjcie, bo Jzka przypiewywaa dziecitku usypiajc je w duej 
niecce, e to u starej koyski biegunw brakowao. 

Dugo skrzybotay yki, a nikto sowa nie wypuci. 

e za dzieci do sieni si naszo i coraz to gowiny do izby wtykay, wjt rzuci im przy


gar karmelkw, i z piskiem a bijatyk wytoczyy si przed dom... 

- Nawet Jambro zapomnia jzyka w gbie! - zacza Jagustynka. 
- Bo se po cichu miarkuje, e chopakowi gospodark trza szykowa i dzieuch. 
- Gront - ojcowy to kopot, a dzieucha - kumw. 
- Nie zbraknie tego nasienia, nie! Prosz si z nim i by kto wzi, dopacaj. 
-Musi by, co wjtowej ckni si do maego; widziaam, jak wietrzya na pocie przyodziew 
po swoich nieborakach! 

- Pono na jesie wjt obiecuj sprawi chrzciny! 
- Przy takim urzdzie, a o czym potrza, nie zapominaj! 
- A bo smutno w chaupie bez dzieciskich wrzaskw! - rzek powanie. 
- Prawda, e i utrapie z nimi niemao, ale i wyrka jest, i pociecha... 
- Specjay! I na zocie straci, kto je przepaci! - mrukna Jagustynka. 
-Pewnie, e bywaj i ze, za nic majce ojcw, kwarde, ale jaka ma, taka na, to si 
zbiera, co si zasiao! - westchna Dominikowa. 
Rozsroya si Jagustynka, czujc, e to jej przymawia. 

-acno wam przemiewa z drugich, e macie takich dobrych chopakw, co to i oprzd, 
i wydoj, i garnki pomyj jak najsprawniejsze dzieuchy. 
- Bo w poczciwoci chowane i w posuszestwie. 
-Prawda, same nawet pyskw nastawiaj do bicia! Wypisz, wymaluj - podobne do swojego 
ojca! Juci, jaka ma, taka na, prawdcie rzekli; a e pamitam, cocie za modu z 
chopakami wyprawiali, to mi nie dziwota, co Jagusia do was si cakiem udaa, bo takusieka 
jako i wy: niechby koek, bele w czapie na bakier, zechcia... nie odmwi z poczciwoci -syczaa 
jej nad uchem, a tamta poblada chylc gow coraz niej. 
Jagna wanie sie przechodzia, zawoaa jej Hanka, wdk czstujc: wypia i nie patrzc 
na nikogo, na swoj stron posza. 

Wjt schmurnia, na prno oczekujc, e powrci. 

Rozmowy jako nie szy, nasuchiwa i chodzi oczyma kryjomo za ni, gdy znowu si 
ukazaa i na podwrze przesza. 

I kobietom odechciao si pogwary; stare jeno si ary rozwcieklonymi lepiami, za 
Poszkowa poredzaa z cicha z Hank. Jeden Jambroy nie przepuszcza flaszce i cho nikto 
nie sucha, plt cosik i wycygania niestworzone rzeczy. 

Wjt si naraz podnis i niby za dom si wynis, a chykiem, przez sad na podwrze 
poszed. Jagusia siedziaa na progu obory dajc pi po palcu srokatemu ciokowi. 
Obejrza si trwonie i pchajc jej za gors karmelki szepn: 

- Naci, Jagu, przyjd o zmierzchu do alkierza, to dam ci cosik lepszego. 
I nie czekajc odpowiedzi, do izby piesznie powraca. 


- Ho, ho, cioek wam si zdarzy, dobrze go przedacie - mwi rozpinajc kapot. 
- Na chowanie pjdzie, bo to z dworskiego gatunku. 
- Profit bdzie pewny, ile e mynarzowy byk ju do niczego. Ucieszy si Antek z takiego 
przychowku. 
- Mj Jezu! kiej on go obaczy? kiej? 
- Niezadugo, ja to wama powiadam, to wierzcie. 
- Dy wszystkich z dnia na dzie czekaj. 
- Mwi, e leda dzie si zjawi, cosik si ta przeciek z urzdu wie... 
- A najgorsze, co pola nie chc czeka. 
- Jak si w por nie obsieje, to straszno myle o jesieni! 
Wz jaki zaturkota. Jzka wyjrzawszy za nim powiedziaa: 
- Proboszcz z Rochem przejechali. 
- Ksidz po wino do mszy si wybiera - objania Jambroy. 
- e to Rocha wzi na probanta, nie Dominikow! - drwia stara. 
Nie zdya si odci Dominikowa, bo kowal wszed i wjt podnis si do niego z kieliszkiem. 


- Spnie si, Micha, to goe nas teraz! 
- Prdko was, kumie, zgoni, bo tu ju po was lec... 
Co jeno domwi, wpad zadyszany sotys. 
- A chode, Pietrze, pisarz ze stranikami na was czekaj. 
- Psiachma, e to ni pacierza spokojnoci! Hale c, urzd pierwszy... 
- Odprawcie ich prdko i powracajcie. 
- Abo to chwaci czasu; o poar na Podlesiu i o wasz podkop bd penetrowali... 
Wybieg wraz z sotysem, a Hanka wpierajc oczy w kowala rzeka: 
- Przyjd opisywa, to im rozpowiecie wszystko, Michale. 
Skuba wsy i wbi lepie w dzieciaka, niby si to mu przypatrujc. 
- C to im powiem? tyla, co i Jzka poredzi! 
-Dzieuchy przeciek do urzdnikw nie wyl, nie przystoi, a powiecie, e ile wiadomo, z 
komory niczego nie wynieli, czy za co inszego nie zgino, to ju... Bogu jednemu wiadomo... 
i... -strzepna pierzyn pokaszlujc, by nie pokaza mu twarzy szydliwej, ale on si 
jeno ciepn i wyszed. 
- widlerz jucha! - przemiechna si leciuchno. 
- e krtkie byy, to si jeszcze urway! - narzeka Jambro po czapk sigajc. 
- Jzka, urznij im kiebasy, niech se chrzciny w domu przydu. 
- G to jestem, bym such kiebas ka? 
- Podlejcie se gorzak, bycie nie wyrzekali. 
-Mdre ludzie powiadaj: rachuj kasz, kiej j sypiesz do garnka, palicw przy robocie 
nie ogldaj, ale kieliszkw przy poczstunku nie licz... 
- Kaj grzysi przydzwaniaj, tam pijak do mszy suy! 
Przegadywali, nie szczdzc gorzaki, ale nie wyszy i dwa pacierze, kiej sotys j oblatywa 
chaupy i woa, by si wszyscy schodzili do wjta przed pisarza i stranikw. 
Ozgniewao to Poszkow, e ujwszy si pod boki pysk na niego wywara: 

- A mam gdziesik... za pazuch... wjtowe przykazy! Nasza to sprawa? prosilim ich? czas 
mamy la stranikw, co? Nie psy jestemy, co na leda gwizd do nogi si zlatuj! Potrza im 
czego, niech przyjd i pytaj! Jedna droga! Nie pjdziemy! -zawrzeszczaa wybiegajc na 
drog do gromadki wylkych kobiet, zbierajcych si nad stawem. 
-Do roboty, kumy, w pola, kto ma spraw do gospody, powinien wiedzie, kaj nas szuka. 
Hale, niedoczekanie ich, bymy na bele przykaz rzucay wszystko i szy wystawa pod 
drzwiami kiej psy, trby jedne! - krzyczaa, srodze zaperzona. 


Gospodyni bya po Borynach pierwsz, to posuchay jej rozlatujc si kiej sposzone 
kokoszki, e za ju wikszo w polach robia od rana, pusto si zrobio na wsi, dzieci jeno 
kaj niekaj bawiy si nad stawem i staruchy wygrzeway pod soce. 

Juci, e pisarz si zeli i sielnie skl sotysa, ale rad nierad musia pole w pola... Dugo 
uganiali si po zagonach rozpytujc ludzi, czy kto czego nie wie o poarze na Podlesiu. 
Rychtyk to samo powiedali, co i on wiedzia, bo kto by si to wyda z tym przed stranikami, 
co la siebie tai? 

Czas jeno stracili do poudnia, naazili si po wertepach i zabocili po pasy, gdy role 
byy jeszcze miejscami przepadziste, a na darmo. 

Tak byli tym rozgniewani, e skoro przyszli do Boryny opisywa w podkop, starszy kl 
na czym wiat stoi, a natknwszy si w ganku na Bylic, z piciami do niego skoczy i krzycza: 


-Ty, mordo sobacza, czemu to nie pilnujesz, e ci si zodzieje podkopuj, co! -i ju od 
maci j mu wywodzi. 
-A pilnuj sobie, od tego postanowiony, ja nie twj parobek, syszysz! -odci z miejsca 
stary, do ywego dotknity. 
A pisarz rykn, by pysk stuli, kiej z osob urzdow mwi, bo do kozy pjdzie za hardo, 
ale stary si rozwciekli na dobre. Prostowa si hardo i grony, miotajcy oczyma, 
zachrypia: 

-A ty co za osoba? Gromadzie suysz, gromada ci paci, to rb, co masz przez wjta 
nakazane, a wara ci od gospodarzy! Widzisz go, achmytek jeden, pisarek jaki! Odpas si na 
naszym chlebie i bdzie tu ludmi pomiata... i na ciebie si znajdzie wikszy urzd i kara... 
Wjt z sotysem rzucili si go przycisza, bo sroy si coraz barzej i ju kole siebie za 
czym twardym maca drcymi rkoma. 

- A zapisz me do trafu, zapac i jeszczech ci na gorzak doo, jak mi si spodoba! woa. 


Nie zwracali na niego uwagi opisujc wszystko podrobno i rozpytujc domowych o podkop, 
a stary mrucza cosik do siebie, obchodzi dom, zaziera po ktach, psa nawet kopn, nie 
mogc si uspokoi. 

Po skoczeniu chcieli co przegry, ale Hanka kazaa powiedzie, e mleka i chleba 
zbrako akuratnie, s jeno ziemniaki od niadania. 
Ponieli si do karczmy, w ywe kamienie Lipce wyklinajc. 

-Dobrze zrobia, Hanu, nic ci nie zrobi. Jezu, to nawet nieboszczyk dziedzic, cho 
mia prawo, a tak me nigdy nie sponiewiera, nigdy... 

Dugo nie mg zapomnie obrazy. 

Zaraz po poudniu ktra wstpia powiedajc e jeszcze w karczmie siedz i sotys pole


cia sprowadzi Kozow. 

- Szukaj wiatru w polu! - zamiaa si Jagustynka. 
- Pewnie po susz do lasu poleciaa! 
-We Warsiawie siedzi od wczoraj, po dzieci pojechaa do szpitala, ma dwoje przywie 
na odchowanie, niby z tych podrzutkw... 
- By je godem zamorzy, jak to byo z tamtymi dwa roki temu. 
- Moe to i lepiej la chudziakw, nie bd si cae ycie tyray kiej psy... 
-I bkart czowiecze nasienie... ju ona ciko przed Bogiem odpowie. 
-Przeciek z rozmysu nie godzi, sama nieczsto naje si do syta, to skd i la dzieci wemie... 
- Pac na utrzymanie, nie z dobroci je przytula! - rzeka Hanka surowo. 
- Pidziesit zotych na cay rok od sztuki, niewielka to obrada... 
- Niewielka, bo przepija z miejsca, a potem dzieciska z godu mr. 


-Dy nie wszystkie: a nie wychowa si to wasz Witek, a i ten drugi, co to jest w Modlicy 
u gospodarza! 

-A bo Witka ociec wzili takim skrzatem, co jeszcze koszul w zbach nosi, i w chaupie 
si odgryz. Tak samo byo i z tamtym. 

-Broni to Kozowej?... powiadam ino, jak si mi widzi. Musi kobieta szuka jakiego zarobku, 
bo do garnka nie ma co wstawi. 
- Juci, Koza nie ma, to nie ma kto ukra. 
-A z Jagat si jej nie udao: stara miasto umrze pozdrowiaa galanto i wyniesa si od 
niej. Wyala si teraz po wsi, e Kozowa co dnia jej wymawiaa, i ze mierci zwczy, by 
j poszkodowa. 

- Wrci pewnie do Kbw: gdzie jej szuka schronienia? 
-Nie wrci: rozalia si na krewniakw. Kbowa nierada j pucia od siebie, bo to i 
pociel stara ma, i grosz pewnie spory, ale nie chciaa osta; przeniesa skrzynie do sotyski i 
upatruje se, u kogo by moga pomrze spokojnie. 

-Poyje jeszcze, a w kadej chaupie teraz si przyda, choby gsi popa albo za krowami 
wyjrze. Kaj si to znowu Jagna zadziaa? 
- Pewnikiem u organistw panience fryzki wyszywa. 
- Pora na zabaw, jakby w chaupie brakowao roboty! 
- Dy od samych wit przesiaduje tam cigiem - skarya Jzka. 
- Zrobi z ni porzdek, e mnie popamita... Pokacie mi dziecko. 
Wzia je do siebie i skoro posprztay po obiedzie, rozegnaa wszystkich do roboty. Sama 
jeno w izbie ostaa nasuchujc niekiedy za dziemi, bawicymi si przed domem pod 
okiem Bylicy, a po drugiej stronie Boryna lea jak zawdy samotnie, patrza w soce, co si 
przez okno kado na izb smug rozdrgan i gmera w niej palcami, a cosik do siebie gwarzy 
z cicha, jak to dziecitko sobie ostawione. 

Na wsi te pustk wiao, bo czas si zrobi wybrany i kto jeno mg si rucha, wychodzi 
w pola, do roboty. 

Od samych wit pogoda si ju ustalia, e co dzie byo cieplej i janiej. 

Dni ju szy dugachne, rankami omglone, szarawe i cicho nagrzane w poudnia, a zorzami 
o zachodzie rozpalone, prawej zwiesny dni. 

Poniektre wleky si cichuko, kiej te strumienia w socu roziskrzone, chodnawe jak 
one i jak one przejrzyste i zdziebko pluszczce o brzegi, puste i sinawe, a jeno kaj niekaj 
te od mleczw, to stokrtkami rozbielone albo rozzieleniae wierzbowymi pdami. 

Przychodziy i ciepe cakiem, nagrzane, wilgotnawe, przesiane socem, pachnce wieyzn 
i tak przejte rostem, tak zwiesn nabrzmiae, tak moc opite, e z wieczora, kiej ptasie 
gosy przycichy i wie lega, to zdawao si czu w ziemi parcie korzeni i wynoszenie si 
dziebe i jakby sysza cichukie szmery otwierajcych si pkowi, pd rostw i gosy stworze, 
wydajcych si na wiat Boy... 

Szy za i drugie, do tamtych zgoa niepodobne. 

Bez soca, przemglone, szaromodrawe, niskie, chmurzyskami brzuchatymi przywalone 
a parne, cikie i bijce do gowy kiej gorzaka, i ludzie czuli si jakby pijani; drzewiny kurczyy 
si w dygocie, a wszelkie stworzenie, rozpierane jak luboci, daro si gdziesik i ponosio 
nie wiada kaj i po co, e ino krzycze si chciao, przeciga albo tula choby i po 
tych trawach mokrych, jako te psy ogupiae czyniy. 

To przychodziy ju od samego witania zadeszczone, jakby zgrzebnym przdziwem obmotane, 
e wiata nie dojrza ni drg, ni chat skulonych pod przemokymi sadami. Deszcz 
pada wolno, cigle, bezustannie, rwniukie, drce nici szare jakby si odwijay z jakiego 
wrzeciona niedojrzanego, wic niebo z ziemi, e ino przygio si wszystko cierpliwie i 
moko, nasuchujc rzsistego trzepotu i bulgotw strug, co si z biaymi kakami staczay z 
pl czarniawych. 



Zwyczajnie to byo, jak kadego roku na pierwsz zwiesn, nikto si te nad nimi nie zastanawia, 
nie pora bya na deliberowanie, wit bowiem wygania nard do roboty, a pny 
mrok dopiero spdza, e ledwie czasu starczyo, by poje i nieco wytchn. 

Lipce te przez to cae dni stojay pustk, pod stra tylko staruch, psw i tych sadw coraz 
gciej przysaniajcych chaupy; czasem si jeno dziad jaki przewlk, odprowadzany 
psimi jazgotami, albo wz do myna i znowu drogi leay puste, a oniemiae chaupy przezieray 
wskro sadw przepalonymi szybkami na pola szerokie, na pola nieobjte, co jakby morzem 
ziem wie ca okray, na pola, co niby matka rodzona tulia na podoku dzieciny 
swoje i przy piersi wezbranej trzymaa w ywicym objciu. 

Juci, co dnie to szy robotne, ciepe, deszczami przekrapiane, raz nawet nieg pierzasty 
j wali, e przysiwi pola, jeno co na krtko, bo go wnet soce do cna zearo - to i nie dziwota, 
e na wsi przycichay swary, ktnie a sprawy wszelkie, bo robota zaprzgaa w twarde 
jarzma i do ziemi wszystkie by przygia. 

e ju co rano, jeno wit rosisty otwar siwe lepie; a pierwsze skowronki zapieway, 
wie zrywaa si na rwne nogi, rejwach si podnosi, trzaskanie wrtni, pacze dzieci, krzyki 
gsi wypdzanych nad rowy i wnet wyprowadzali konie, chopaki pugi wiody, ziemniaki 
wynosili na wozy i rozchodzili si tak prdko w pola, e w pacierz abo dwa cicho ju byo na 
wsi a pusto. Nawet na msz prawie nikto nie wstpowa, e czsto granie organw huczao w 
pustym kociele, rozlewajc si na pola co blisze, a dopiero na gos sygnaturki klkali po 
rolach do rannych pacierzy. 

Wychodzili wszyscy do roboty, a prawie tego zna nie byo na ziemiach; dopiero przyjrzawszy 
si baczniej, to tam kaj niekaj dopatrzy pugi, konie przygite w pracy, gdzie wz 
na miedzy i kobiety, co jak liszki czerwone gmeray si wrd pl ogromnych, pod niebem 
jasnym i wysokim. 

A wok od Rudki, od Woli, od Modlicy, od wszystkich wsi, widnych czubami sadw i 
biaymi cianami w niebieskawym powietrzu, roztrzsay si gwarliwe, pene krzyka i pieww 
odgosy robt. Kaj jeno okiem sign za kopce graniczne, wszdy dojrza chopw siejcych, 
pugi w orce, ludzi przy sadzeniu ziemniakw, za po piaszczystych rolach ju kurz 
si podnosi za bronami. 

Jeno lipeckie ziemie leay w odrtwiaej cichoci, smutne, oguche, jako te niepodne 
wywieiska albo drzewiny schnce wrd lasu modego. Bo i w opuszczeniu sierocym leay, 
mj Boe, odogiem prawie, gdy te kobiece rce nie znaczyy i za dziesiciu chopw, cho 
si wie caa trudzia w pocie od witu do nocy. 

C to mogy same poradzi? Zwijay si jeno kole ziemniakw a lnw, a po reszcie pl 
kuropatki skrzykiway si coraz goniej, to zajczek czsto kica, a tak wolno, e mogli zrachowa, 
ile razy zabieli podogoniem z ozimin; wrony aziy stadami po ugorujcych zagonach, 
leniwie wycigajcych si w socu, na prno czekajc rki ludzkiej. 

C to nard mia z tego, e dni przychodziy wybrane i cudne, e wynosiy si rankami, 
jakby we srebrze skpane zote monstrancje, e zielone byy, pachnce zioami, nagrzane i 
piewajce ptasimi gosami, e kady rw zoci si od mleczw, kada miedza mienia si 
kiej wstga szyta w stokrocie, a gi kiej tym puchem zrowionym kwiatami byy potrznite, 
e kada drzewina tryskaa wezbran zieleni, a wszystek wiat wzbiera tak zwiesn, 
a ziemia zdawaa si kipie i bulgota od tego wrztku zwiesnowego! 

A c z tego, kiej pola nie zaorane, nie obsiane, nie obrobione leay, niby paroby zdrowe 
i krzepkie, przecigajce si jeno na socu, a cae tygodnie trawic na niczym, zasie na tustych, 
rodnych ziemiach miasto zb ognichy si pleniy, osty strzelay w gr, lebiody trzsy 
si po dokach, rudziay szczawie, perze kuy si gsto po podorwkach jesiennych, a na 
ryskach wynosiy si smuke dziewanny i opiany kiej te kumy podufae zasiaday szeroko, 
e co ino tlio si w przytajeniu i strachem dotela yo, kiekowao teraz weselnie, szo chyym 
rostem, pchao si z bruzd na zagony i panoszyo si bujnie po rolach. 



A lk jaki przewiewa po tych polach opuszczonych. 

e zdawao si, jakby bory, chylce si nisko nad ugorami, gwarzyy zdumione, e strumienie 
lkliwiej wiy si skro pustek, a tarniny ju obwalone biaymi pkami, grusze po 
miedzach, przelotne ptactwo, to jaki wdrownik z obcych stron i nawet te krzye i figury, 
strujce nad drogami, wszystko si rozglda w zdumieniu i pyta dni jasnych i tych odogw 
pustych: 

- A kaj si to podziay gospodarze? kaj to te piewy, te bujne radocie kaj?... 
Jeno ten pacz kobiecy im powiada, co si w Lipcach stao. 
I tak schodzi dzie po dniu bez adnej przemiany na lepsze; naprzeciw, gdy co dnia 
prawie mniej kobiet wychodzio w pole, e to w chaupach zalegej robocie ledwie poradzi. 

Tylko u Borynw szo wszystko jak zwyczajnie, wolniej jeno nili po inne lata i dziebko 
gorzej, e to Pietrek dopiero si przyucza do polowych robt, ale zawdy szo jako, bo i rk 
pomocnych nie brako. 

Hanka, cho jeszcze z ka, rzdzia wszystkim tak zmylnie i kwardo, e nawet Jagu 
musiaa z drugimi stawa do roboty, i o wszelkiej rzeczy rwn pami miaa: o lewentarzu, o 
chorym, kaj ora i co gdzie sia, o dzieciach, gdy Bylica ju od chrzcin nie przychodzi, zachorza 
pono. Juci, e cae dni leaa w samotnoci, tyle jeno ludzi widujc, co w obiad i 
wieczorem, albo Dominikow, zagldajc do niej raz w dzie; adna z ssiadek nie pokazywaa 
si, nawet Magda, a o Rochu to jakby such za-gin: jak pojecha wtenczas z proboszczem, 
tak i nie powrci. Strasznie mierzio si jej to leenie, wic aby rychlej ozdrowie i si 
nabra, nie aowaa sobie tustego jada ni jajkw, ni misa, nawet przykazaa zarzn na 
ros kokoszk, nie nien po prawdzie, ale zawdy warta ze dwa zote. 

Tote tak prdko zmoga chorob, e ju w Przewody wstaa, postanawiajc i na wywd 
do kocioa; odradzay jej kobiety, ale si upara i zaraz po sumie posza z Poszkow. 
Chwiaa si jeszcze na nogach i czsto wspieraa na kumie. 

- Jae mi si w gowie kouje, tak zwiesn pachnie. 
- Dzie, dwa i wzwyczaicie si. 
- Tydzie dopiero, a zmiany na wiecie za cay miesic. 
- Na bystrym koniu zwiesna jedzie, e nie przegoni. 
- Zielono te, mj Jezu, zielono! 
Juci, sady wisiay nad ziemi kiej ta chmura zielonoci, e ino kominy z niej bielay i 
dachy si wynosiy. Po gszczach ptastwo wiergotao zapamitale, doem za od pl ciepy 
wiater pociga, a si burzyy chwasty pod potami, a staw marszczy si i prgowa. 

- Tgie pki wzbieraj na winiach, ino patrze kwiatu. 
- By mrz nie zwarzy, to owocu bdzie galanto. 
- Powiadaj, e kiedy chleb nie zrodzi, sad dogodzi! 
-Ma si na to w Lipcach, idzie po temu!... - westchna smutnie, spogldajc zawo na 
nie obsiane pola. 
Prdko si uwiny z wywodem, bo dzieciak si rozkrzycza, a i Hanka poczua si tak 
utrudzon, e zaraz po powrocie do izby przylega nieco na pocieli, ale nie odzipna jeszcze, 
kiej Witek z krzykiem wlecia: 

- Gospodyni, a to Cygany do wsi id! 
-Masz diable kaftan, tego jeszcze brakowao. Zawoaj Pietrka drzwi pozamyka, bych 
czego nie porway. 

Przed dom wysza zatrwoona wielce. 

Jako wkrtce rozleciaa si po wsi caa banda Cyganek, obdartych, rozmamanych czar


nych kiej sagany, z dziemi na plecach, a uprzykrzonych, e niech Bg broni; aziy ebrzc, 
wry chciay i do izb gwatem si cisny. Z dziesi ich byo, a narobiy wrzasku na ca 
wie. 



- Jzka, spd gsi i kury w podwrze, dzieci przywied do chaupy, jeszcze ukradn! siada 
w ganku pilnowa, a dojrzawszy jak Cyganich zmierzajc w opotki, poszczua j 
psem. apa si rozsroy i nie puci, e czarownica pogrozia kijem i cosik na ni mamrotaa. 

- Hale, gdzie mam twoje przeklestwa, zodziejko! 
- Nie urzekaby, gdybycie j pucili - szepna Jagna z przeksem. 
-Aleby co ukrada. Takiej nie upilnuje, choby jej na rce patrza, a chcecie wrenia, to 
gocie se za nimi. 
Snad trafia w przytajone chci, bo Jagna poniesa si na wie i cae to niedzielne popoudnie 
azia za Cygankami. Nie poredzia wyzby si jakiej guchej obawy ni przezwyciy 
ciekawoci wrby, e po sto razy zawracaa do chaupy i niesa si znowu za nimi, a dopiero 
na zmierzchu, kiej Cyganichy pocigna ku lasowi, dojrzawszy, e jedna wstpia do 
karczmy, wsuna si za ni i z wielkim strachem, egnajc si raz po raz, kazaa sobie wry, 
nie baczc na ludzi przy szynkwasie stojcych. 

Wieczorem, po kolacji, zeszy si do Jzki na ganek dziewczyny i rajcoway o Cyganach, 
opowiadajc, co ktrej wywryy: e Marysi Balcerkwnie wesele przepowiedziay na kopaniu, 
Nastce wielgi majtek i chopa, Ulisi Sochwnie, e j zwiedzie kawaler, tej pkatej 
Weronce Bartkowej chorob, zasie Teresce onierce... 

- Pewnikiem bkarta! - zawarczaa Jagustynka, siedzca z boku. 
Nie zwaali na ni, bo wanie Pietrek si przysiad i j im prawi rnoci, jak to Cygany 
swojego krla maj, ktren cay we srebrnych guzach chodzi, a taki ma posuch, e kiejby 
przykaza la miechu tylko powiesi si ktremu, a w mig to robi. 

- Zodziejski krl, mocarz taki, a psami go szczuj- szepn Witek. 
-Pieskie nasienie, pogany zatracone! - mrukna stara i przysunwszy si rozpowiadaa, 
jak to Cygany dzieci kradn po wsiach. 
-I eby czarne byy, to je kpi we wywarze z olszyny, e i rodzona matka potem nie 
rozpozna, za ceg cieraj jae do koci te miejsca, kaj przy chrzcie Oleje wite kadli na 
nie, i prosto w diablta przemieniaj. 

- A pono takie czary i zamawiania potrafi, jae strach mwi! - pisna ktra. 
- Prawda, niechby ci ochuchaa, a ju by ci wsy wyrosy na okie. 
-Przemiewacie!... Opowiadaj, e chopu ze supskiej parafii, co ich pono wyszczu 
psami, to Cyganicha jeno migna jakim lusterkiem przed lepiami, a zaraz cakiem zaniewidzia. 
-I podobno ludzi, w co chc, przemieniaj, nawet we zwierzaki. 
- Kto si spije, ten si sam najlepiej we wini przemienia. 
-Hale, a ten gospodarz z Modlicy, co to oni na odpucie be, nie azi to na czworakach, 
nie szczeka?... 
- Zy go opta, przeciek dobrodziej wypdzali z niego diaba. 
- Jezu, e to s na wiecie takie sprawy, jae skra cierpnie!... 
- Bo ze wszdy si czai, jak ten wilk kiele owiec. 
Trwoga wiona przez serca, e skupiy si barzej, a Witek rozdygotany strachem cicho 
szepn: 

- A u nas te cosik straszy... 
- Nie ple bele czego! - powstaa na niego Jagustynka. 
-miabym to, kiej chodzi cosik po stajni, obrokw przysypuje, konie r... i za brg 
chodzi, bo widziaem, jak apa tam lecia, warcza, krci ogonem i asi si, a nikogj nie 
byo... To pewnikiem Kubowa dusza przychodzi...- doda ciszej ogldajc si na wszystkie 
strony. 
- Kubowa dusza! - szepna Jzka egnajc si raz po raz. 
Zatrzsy si wszystkie, mrz przeszed koci, a kiej drzwi jakie skrzypny, zerway si 
z krzykiem. To Hanka stana w progu. 



- Pietrek, a kaj te Cygany stoj? 
- Mwili w kociele, e siedz w lesie za Borynowym krzyem. 
- Trza strowa w nocy, bych czego nie wyprowadzili. 
- W bliskoci pono nie kradn. 
-Jak si im uda, dwa roki temu te tam stali, a Sosze maciork wzili... Nie trza si na to 
spuszcza! -ostrzega Hanka -i kiej si dziewczyny rozeszy, pilnowaa chopakw, by za 
sob dobrze pozamykali obor i stajni, za powracajc zajrzaa na ojcow stron, czy ju jest 
Jagusia. 
-Skocz no, Jzka, po Jagn, niech przychodzi do chaupy, nie ostawi dzisiaj drzwi na 
ca noc wywartych. 
Ale Jzka rycho oznajmia, e u Dominikowej ciemno i na wsi ju prawie wszdzie pi. 

- Nie puszcz latawca, niech se do rana posiedzi na dworze - wygraaa zasuwajc drzwi. 
Musiao te by ju bardzo pno, kiej posyszawszy targanie drzwiami zwleka si 
otwiera i a si cofna, tak od Jagny buchno gorzak. Niezgorzej musiaa by napita, 
gdy dugo macaa za klamk i sycha byo z izby potykanie si o sprzty i to, e jak staa, 
buchna si na ko. 

- Cie! e i na odpucie galanciej by si nie uraczya, no, no!... 
Ale ju ta noc nie miaa przej spokojnie, gdy na samym witaniu zatrzs si na wsi 
taki wrzask i lament, e kto jeszcze spa, w koszuli piesznie wybiega na drog mylc, i si 
kaj pali... 

To Balcerkowa z crkami dara si wniebogosy, e jej konia wyprowadzili zodzieje. 

W mig caa wie si zleciaa przed chaup, a one rozmamane opowiaday nieprzytomnie 
pord paczw i lamentw, jako Marysia posza o wicie przysypa obroku, a tu drzwi wywarte, 
stajnia pusta i konia przy obie nie ma. 

-Ratuj, Jezu miociwy! ratujcie, ludzie, ratujcie! -ryczaa stara drc si za eb i tukc 
si o poty kiej ten ptak sptany. 

Przylecia sotys, po wjta te posali, ale go w domu nie byo, zjawi si dopiero w par 
pacierzy, jeno e si ledwie na nogach utrzyma: napity by, rozespany i zgoa nieprzytomny, 
bo j cosik mamrota i ludzi rozgania, a go sotys musia usun z oczu. 

Ale i tak mao kto zwaa na niego w tym cikim strapieniu, co jak kamienie przywalio 
wszystkie dusze; suchali wci opowiada drepczc ze stajni na drog i z nawrotem, nie wiedzc, 
co pocz, bezradni i do cna wystraszeni, a ktra rzucia w gos: 

- To cygaska robota! 
- Prawda, w lesie stoj! penetroway wczoraj! 
- Nie kto drugi ukrad, nie! - zerway si burzliwe gosy. 
-Lecie do nich i odebra, a spra zodziejw! - wrzasna Gulbasowa. 
- Na mier zakatrupi za tak krzywd! 
Wrzask buchn ogromny ku wschodzcemu wanie socu, koki zaczy rwa z potw, 
trzcha piciami, krci si w kko, to gdziesik ju naprzd wybiega z krzykiem, 
kiej nowa sprawa si wydaa. 

Sotyska z paczem przybiega, e i im wz ukradli z podwrza. 
Osupieli, jak kieby piorun trzasn gdziesik z bliskoci, e dugi czas jeno wzdychali 
rozwodzc rce i spogldajc na sie ze zgroz. 

- Konia z wozem ukrady, no, tego jeszcze we wsi nie bywao. 
- Jaka kara spada na Lipce. 
-I co tydzie gorzej! 
- Przdzi bez cae roki tylachna si nie zdarzao, co teraz przez miesic. 
- A na czym si to jeszczech skoczy, na czym! - poszeptyway trwonie. 


Naraz rzucili si za sotysem do Balcerkowego sadu, kaj widne byy koskie lady, 
znaczne po rosie i na wieej ziemi, a do sotysowej stodoy; tam konia wprzgli do wozu 
zodzieje i koujc po rolach, wyjechali koo mynarza na drog, biegnc do Woli. 

P wsi poszo rozpatrujc w cichoci lady, ktre dopiero pod stogami spalonymi, przy 
skrcie na Podlesie, urway si z naga, e nie sposb ich byo odszuka. 

Ale ta kradzie tak sturbowaa wszystkich, e cho dzie by bardzo cudny, mao kto 
wzi si do roboty: azili powarzeni, amali rce ualajc si nad Balcerkow, przejmujc si 
coraz wikszym strachem o swj dobytek. 

Za Balcerkowa siedziaa przed stajni, jakby przy tym katafalku, zapucha z paczu i ledwie 
ju zipic, wybuchaa niekiedy wrd jkw: 

-O mj kasztan jedyny, moje konisko kochane, mj parobku najlepszy! A to mu dopiero 
na dziesity rok szo, samam go od rebicia wychowaa, jak to dziecitko rodzone, dy w 
tym samym roku si ulg co i mj Stacho! A c my teraz sieroty poczniemy bez ciebie, co? 
Zawodzia tak aoliwie, i co mitsi pakali z ni razem rozalajc si nad strat, gdy 
bez konia to jak przez rk, zwaszcza teraz na zwiesn i kiej chopw nie byo. 
Juci, co ssiadki obsiady j, z caego serca pocieszajc; a posplnie wspominay kasztana 
chwalc go niemao. 

- Pikny by ko, krzepki jeszcze, kiej dziecko agodny. 
- Skopa mi chopaka, kumo, ale po prawdzie waach by przedni. 
-Prawda, grud mia w kulasach i dziebko lepia, ale zawdy czterdzieci papierkw 
daliby za niego. 
- A figlowa kiej pies, nie ciga to pierzyn z potw? co? 
-Szuka takiego drugiego, szuka! -wyrzekay bolejco, niby nad jakim umarlakiem, a 
Balcerkowa co spojrzaa na b, to j nowy ryk wstrzsa i nowe aocie chwytay za gardziel 
i ta pusta stajnia, kiej wiey grb, budzia pami straty nieodaowanej i krzywdy. 
Uspokoia si dopiero, kiej powiedzieli, jako sotys wzi Pietrka od Hanki, ksiego Walka, 
mynarczyka i pojechali szuka u Cyganw. 
- Hale, szukaj wiatru w polu: kto ukradnie, schowa adnie. 
Dobrze ju byo pod wieczr, kiej powrcili rozpowiadajc, e ani ladu nikaj, jakby kamie 
rzuci we wod. 
Wjt te si pokaza we wsi i cho ju mrok zapada, zabra sotysa na bryk i pojecha 
donie stranikom i kancelarii, a Balcerkowa z Marysi poszy na ssiednie wsie szuka na 
swoj rk. 

Ale wrciy z niczym, dowiedziay si jeno, e po inszych wsiach rwnie mnoyy si 
kradziee. Bez to na ludzi pado jeszcze cisze udrczenie, bo strach o dobytek, jae wjt 
ustanowi stre i w braku parobkw po dwie kobiety wesp ze starszymi chopcami miay 
co noc obchodzi wie i pilnowa, a oprcz tego i w kadej chaupie z osobna czuwali, 
wszystkie za dziewki poszy spa do stajni i obr. 

Jednako i to nie pomogo, a trwoga jeszcze barzej urosa, gdy mimo tych strowa zaraz 
pierwszej nocy Filipce zza wody zodzieje wyprowadzili macior na oprosieniu. 

Prosto nie opowiedzie, co si z t chudziaczk wyrabiao: tak rozpaczaa, e i po dziecku 
nie poredziaby ciej, bo to by jej dobytek jedyny, za ktren rachowaa si przeywi do 
niw; ryczaa te tukc si o ciany, jae strach byo patrze. Nawet do dobrodzieja poleciaa 
z lamentami, e litujc si nad ni, da jej caego rubla i obieca prosiaka z tych, co si dopiero 
miay ulc na niwa. 

A nard ju nie wiedzia, co pocz i jak zapobiec kradzieom. Dzie nasta icie pogrzebowy, 
e za i pogoda si przemienia, deszczyk siepa od rana i szare, cikie niebo 
przygniatao wiat wszystek, to smutek ogarnia dusze, ludzie chodzili w utrapieniu, wzdychajcy 
i alni, ze strachem mylc o nocy najbliszej. 



Jakby na szczcie przed samym wieczorem zjawi si Rocho i biegajc po chaupach 
roznosi nowin tak dziwn, e zgoa nie do uwierzenia. Oto rozpowiada radonie, jako we 
czwartek, pojutrze, zjad si ca hurm ssiedzi pomaga Lipcom w polnych robotach. 

Nie mogli zrazu uwierzy, ale kiej i dobrodziej wyszedszy na wie potwierdza najuroczyciej 
-rado buchna po ludziach, e ju o zmierzchu, kiej deszcz przesta, a ino kaue 
poczerwieniay od zrz przeciekajcych spod oparw, zaroiy si drogi, rozbrzmiewajc weselnymi 
krzykami. Zagotowao si po chaupach od gwarw, biegali po ssiadach rozwaa i 
dziwowa si tej nowinie, zapominajc cakiem o kradzieach i tak si cieszc serdecznie t 
pomoc niespodzian, e nawet mao kto pilnowa tej nocy. 

Nazajutrz, jeno si wit przetar chyla tyla, caa wie stana na nogi; wyprztali chaupy; 
brali si do pieczenia chlebw, rychtowali wozy, krajali ziemniaki do sadzenia, szli w pola 
rozrzuca nawz, lecy na kupach -a w ktrej chaupie turbowano si wedle jada i napitku 
la tych goci niespodzianych, rozumiano bowiem, jako trza wystpi godnie, po gospodarsku, 
i bez to niejedna kura i gska, ostawiona na przedanie, day gardo, i niemao znowu nabrali 
na brg w karczmie i we mynie, e jak przed wielkim witem uczynio si w Lipcach. 

A Rocho moe najbardziej radosny i wzruszony, cay dzie uwija si po wsi popdzajc 
jeszcze tu i owdzie do przygotowa, a tak by janiejcy i na podziw rozmowny, e kiej zajrza 
do Borynw, Hanka, ktra znowu leaa czujc si chor, rzeka cicho: 

- Oczy si wam wiec kiej w chorobie... 
-Zdrowym, jeno radosny, jak nigdy w yciu. Miarkujecie: tyla chopw si zwali na cae 
dwa dni do Lipiec, e najpilniejsze roboty obrobi. Jake si nie radowa? 
-Dziwno mi jeno, e tak za darmo, przez zapaty, za jedno Bg zapa chc robi... tego 
jeszcze nie bywao... 
-A za Bg zapa przyjad pomaga, jak prawe Polaki a chrzecijany powinny! Juci, co 
tak nie bywao, ale i bez to ze panoszy si we wiecie. Przemieni si jeszcze na lepsze, zobaczycie! 
Nard przyjdzie do rozumu, pomiarkuje, e nie ma si na kogo inszego oglda, e 
nikto mu nie pomoe, jeno on sam sobie, wspierajc jeden drugiego w potrzebie! A rozronie 
si wtenczas po wszystkie ziemie kiej ten br niezmoony i nieprzyjacioy jego sczezn niby 
niegi! Obaczycie, przyjdzie taka pora! -woa promieniejc, a rce wyciga gdziesik, jakby 
chcia kochaniem obj wszystek nard i wiza go mioci w jeden pk nieprzeamany... 
Ale uciek zaraz, gdy zacza wypytywa, kto sprawi taki cud, e przyjad z pomoc? 
Chodzi po wsi, gdy do pnej nocy wiecio si po chaupach, e to dzieuchy prawie witeczne 
obleczenia szykoway, spodziewajc si, i co parobkw jutro przyjedzie. 

A nazajutrz, ledwie wit pobieli dachy, wie ju bya gotowa, z kominw si kurzyo, 
dziewczyny kiej oparzone latay midzy chaupami, chopaki za skrabay si po drabinach na 
kalenice, patrzc na drogi. witeczna cisza pada na wie. Dzie przyszed chmurny, bez 
soca, ale ciepy i dziwnie jako tskny. Ptactwo zajadle wiergotao po sadach, za gosy 
ludzkie cichy, ciko si wac w tym nagrzanym wilgotnym powietrzu. 

Dugo czekali, bo dopiero kiej przedzwonili na msz, zadudniay gucho drogi, a spod sinych 
rzadkich mgie jy si wytacza szeregi wozw. 

- Jad z Woli! 
- Jad z Rzepek! 
- Jad z Dbicy! 
- Jad z Przyka! 
Wrzeszczeli ze wszystkich stron na wyprzdki biegnc przed koci, kaj ju pierwsze 
wozy zajechay, a wkrtce wszystek plac ludmi si zapcha i zaprzgami. Chopi, witecznie 
przyodziani, zeskakiwali z wasgw rzucajc pozdrowienia kobietom nadchodzcym zewszd, 
dzieci za jak zawdy wrzask podniesy, otaczajc przybyych. 

I szli zaraz na msz, bo ju w kociele zahuczay organy. 



A skoro ksidz skoczy, prawie caa wie wysypaa si za wrtnie cmentarza pod 
dzwonnic, gospodynie wystpiy na przedzie, dzieuchy krciy si na bokach wiercc lepiami 
parobkw, a komornice zbiy si osobno w kup kiej kuropatki, nie miejc cisn si 
na oczy dobrodzieja, ktry wnet si ukaza, pozdrowi wszystkich i razem z Rochem j rozporzdza, 
ktry do jakiej chaupy ma jecha robi, baczc jeno, by bogatszych do bogatszych 
kwaterowa. 

Tak ano w mig wszystko rozporzdzi, e nie przesza i p godziny, a ju rozdrapali 
chopw, przed kocioem ostay jeno spakane komornice, na darmo czekajce, e i im ktry 
przypadnie, po wsi za rwetes si czyni: wystawiali awy przed chaupy, duchem podajc 
niadania i czstujc gorzak na prdsze skumanie. Dziewki rade usugiway, ledwie tykajc 
jada, gdy wikszo bya parobkw i tak wystrojonych, jakby na zmwiny, a nie do roboty 
zjechali. 

Nie byo czasu na rozgadki, tyle jeno mwili, z ktrych s wsi i jak si woaj, nawet jedli 
mao wiele wymawiajc si wielce politycznie, jako jeszcze nie zarobili na sutsze jado. 

Wrychle te, pod przewodem kobiet, zaczli wyjeda w pola. 

Jakby to uroczyste witko uczynio si na wiecie. 

Puste i zdrtwiae pola oyy, potrzsy si gosy, ze wszystkich podwrz wytaczay si 
wozy, wszystkimi drkami cigny pugi, wszystkimi miedzami ludzie ruszali, a wszdy, 
skro sadw i przez pola rway si pokrzyki, leciay radosne pozdrowienia, konie ray, turkotay 
rozesche koa, psy ujaday zapamitale ganiajc za rebakami, a bujna, mocna rado 
przepeniaa serca i po ziemiach si niesa -i na poletkach pod ziemniaki, na jczmiennych 
rolach, na ryskach, na zachwaszczonych ugorach stawali i wesoym pogwarem, szumnie i 
rozgonie kiej do taca. 

Naraz przycicho wszystko, baty wisny, zaszczkay orczyki, spryy si konie i 
rdzawe jeszcze pugi jy si z wolna wpiera w ziemi i wywala pierwsze skiby czarne i 
lnice, a nard si prostowa, nabiera dechu, egna, potacza oczyma po rolach, przygina i 
pracy a trudu si ima. 

Zgoa nabona i wita cicho ogarna pola, jakby si rozpoczo naboestwo w tym 
niezmierzonym kociele. Nard w pokorze przywar do zagonw, cichn i ze wzdychem 
serdecznym rzuca wite, rodne ziarna, posiewa trud na plenne jutro, matce ziemi oddawa 
si wszystek i z dufnoci. 

Hej! oyy znowu lipeckie pola, doczekay si gospodarzy tsknice, a to, jak okiem 
sign, od borw chmurnych a po wynie polnych granic, po wszystkich ziemiach w tym 
szarozielonawym, mgawym powietrzu, niby pod wod, jae roio si od czerwonych weniakw, 
pasiastych portek, biaych kapot, koni przygitych w pugach i wozw po miedzach. 

Niby pszczelny rj obsiad ziemi pachnic i roi si pracowicie w cichoci bladego 
zwiesnowego dnia - e jeno skowronki rozgoniej pieway wac si gdziesik niedojrzane, 
wiater te przewia niekiedy, zatarga drzewiny, rozwia przyodziewy kobietom, przygadzi 
yta i w bory ucieka z chichotem. 

Dugie godziny pracowali bez wytchnienia, tyle jeno odpoczywajc, co tam kto grzbiet 
wyprostowa, odzipn i znowuj si przykada do zagona. e nawet na poudnie z rl nie 
zjedali, przysiedli jeno na miedzach poje z dwojakw i kociom da folg, ale skoro tylko 
konie przejady, za pugi si imali, nie lenic ni ocigajc. Dopiero o samym zmierzchu zaczli 
ciga z pl. 

Wnetki rozbysy chaty i zawrzay gwarem a krtanin, caa wie stana w unach ogni, 
co si z okien i drzwi wywartych dary na drog, w kadej chaupie zwijali si kiele obrzdkw 
i wieczerzy. Rwetes si podnis, przekrzyki, renia koni, skrzypy wierzei, cielce beki, 
ggoty gsi na noc spdzonych do zagrd, dzieciskie wrzaski, e caa wie huczaa i trzsa 
si tym dziwnie radosnym bekotem. 



Przycicho dopiero, kiej gospodynie do mich zapraszay, tak sielnie honorujc chopw, 
e sadzay ich na pierwszych miejscach, podtykajc co najlepsze, nie aoway bowiem ni 
misa, ni gorzaki... 

We wszystkich chaupach wieczerzali, wszdy przez wywarte okna i drzwi widne byy 
gowy w krg zebrane i gby ruchajce, skrzybot yek si rozchodzi, a smaki soniny przysmaonej 
wiay po drogach, a w nozdrzach wiercio. 

Tylko jeden Rocho nikaj nie przysiad na duej, chodzi od domu do domu, sia dobrym 
sowem, poredza i szed dalej do drugich, jako ten gospodarz zapobiegliwy i o wszystkim 
jednako baczcy, a tak samo jak caa wie peen wesela i moe barzej jeszcze przejty radoci. 


Nawet u Hanki czu byo to dzisiejsze witko, bo cho pomocy nie potrzebowaa, to by 
drugim uly, zaprosia do siebie na kwater dwch Rzepczakw, ktre robiy u Weronki i 
Gobowej. 

Tych se wybraa, e to Rzepczaki za szlacht si miay. 

Juci, co w Lipcach przekpiwali si zawdy z takiej szlachty i za psi pazur ich nie mieli, 
gorzej nili na miejskich achmytkw i prefesjantw powstajc; ale skoro weszli do chaupy, 
Hanka zaraz spostrzega, e to inszy gatunek, znaczniejszy. 

Chopy byy drobne i chuderlawe, z miejska w czarne kapoty odziane, ale sielnie miniaste; 
wsiska im sterczay kiej wiechy konopne i oczyma toczyli grnie, jednako rozmowni 
byli, a obejcie mieli delikatne i mow zgoa pask. Obyczajny by nard, bo tak wszyko 
grzecznie chwalili, a kadej poredzili tym sowem zabasowa, e kobiety jae urastay z kuntentnoci. 


Sutsz te wieczerz kazaa Hanka narzdzi i poda im na stole pokrytym czyst pacht. 


Sielnie ich obserwowaa, przykazujc wszystkim uwanie, e prawie na palcach kiele 
nich chodziy, z oczu odgadujc potrzeby, Jagna za, jakby cakiem gow stracia, wystroia 
si kieby na odpust i siedziaa zapatrzona w modszego niby w obraz. 

- Ma on swoje dwrki, na bose ani spojrzy - szepna Jagustynka, jae Jagu w ogniach 
stana i na swoj stron ucieka. 

Rocho wszed by wanie, za stokiem si rozgldajc. 

-Temu si najbarzej zdumiewaj nasze chopy, co ludzie z Rzepek zjechali Lipcom po


maga! - rzek cicho. 
-Nie o swoj spraw pobilim si w lesie, to nikt z nas zawzitoci nie ywi - odpowiedzia 
starszy. 

- Bo zawdy bywa, e kiej si dwch za by bierze, trzeci korzysta! 
-Prawda, Rochu, ale niech no dwch si zgodnie zmwi w przyjacielstwo, to ten trzeci 
moe niezgorzej oberwa po bie - co? 
- Mdrze mwicie, panie Rzepecki, mdrze... 
- A co dzisiaj Lipcom dolega, jutro moe przyj na Rzepki. 
-I na kad wie, panie Rzepecki, jeli miasto za sob obstawa i posplnie si broni, 
kyni si, dziel i przez zocie wydaj wrogowi. Mdre i przyjacielskie ssiady to jak te 
poty a ciany bronne: winia si bez nie nie przecinie i zagona nie spyska... 
-Wie si ju o tym, Rochu, midzy nami, jeno chopy jeszcze tego nie miarkuj i std 
bieda idzie... 
-I na to ju pora przychodzi, panie Rzepecki: mdrzej... 
-Wytoczyli si wnet po wieczerzy na ganek, kaj ju Pietrek przygrywa na skrzypicy 
dziewczynom, co si byy zleciay posucha. 
Wieczr szed cichy i ciepy, mgy biaymi kouchami zsiaday si na gach, czajki kwiliy 
z mokrade i myn po swojemu turkota, a czasem drzewa zaszumiay. Niebo byo wyso




kie, ale zawalone burymi chmurzyskami, e jeno na obrzeach zwaw przecieray si miesiczne 
brzaski, a miejscami z wyrw gbokich kieby w studniach gwiazdy bystro wieciy. 

Wie huczaa kiej ul przed wyrojem. Do pna jarzyy si wszystkie okna, do pna te 
w opotkach i po drogach wrzay przyciszone szepty i miechy buchay wesoe; dziewki 
szczerzyy zby do kawalerw i rade si z nimi wodziy nad stawem, starsze za zasiadszy z 
gospodarzami na pro- gach, ugwarzay si godnie zaywajc chodu i odpocznienia. 

A nazajutrz, ledwie si niebo zarumienio zorzami, jeszcze w witowych, przyziemnych 
sinociach, zaczli si zrywa ze piku i sposobi do pracy. 

Soce wzeszo piknie, e wiat, kieby tym srebrem szronami potrznity, w ogniach 
stan cay, w skrzeniach mokrawych i w chodnym a rzewym poranku. Ptactwo uderzyo w 
krzyk ogromny, zaszumiay drzewa, zabetay wody, podniesy si ludzkie gosy i wiater 
otrzsajc krze roznosi po wsi terkoty, woania, ryki, dzieuszyne piewki, co kaj zatrzepotay, 
i cay ten rwetes i krtanin wychodzcych na robot. 

Na gach mgy jeszcze leay biae kiej niegi, jeno na wyszych rolach porzedy i sonecznymi 
biczami pocite i spdzone, dymiy ju kiej z trybularzw i ku czystemu niebu 
dary si strzpiastym przdziwem; w szronach leay jeszcze pola, kulc si w dopiku i nabrzmiewajc 
niby pki; a nard z wolna wpiera si wszystkimi stronami w orosiae, senne 
zagony, wtapia si w przesoneczniane tumany i przywiera do poletek w cichoci -bo od 
ziem, od drzew, z sinych dalekoci, od wd byskajcych krtowinami, od mgie i od nieba, 
wynoszcego rozgorzay krg soca -wszystkim wiatem taka wiosna walia i bi taki czad 
mocy i upojenia, e jae w piersiach zapierao, jae dusza si trzsa w takiej przenajwitszej 
radoci, co to jeno zami skapuje cichymi, wzdychem si wypowie albo klkaniem przed tym 
zwiesnowym cudem i w najlichszej trawce widomym. 

To i mnogi w nard obziera si dugo dokoa, egna pobonie, pacierze szepta i w cichoci 
za robot si bra, e kiej przedzwaniali na msz, ju wszyscy byli na swoich miejscach. 


Mgy rycho si rozwiay i pola stany na sonecznej jani, e jak okiem siga po lipeckich 
ziemiach, pocitych pasami zielonych ozimin, wszdy czerwieniay weniaki, oray pugi, 
wleky si brony, wodzone przez dziewki, gmeray si rzdy kobiet, sadzcych ziemniaki, 
a gsto po czarnych i dugich zagonach chodziy chopy przepasane pachtami: pochyleni 
dziebko i nabonym, sypkim rzutem rki rozsiewali ziarna w spulchnione, czekajce role... 

Tak za wszyscy pracowali gorliwie, gw nawet nie podnoszc, i ani spostrzegli dobrodzieja, 
ktren zaraz po mszy jawi si przy swoim parobku, orzcym nade drog, a potem ku 
zdumieniu chodzi po poletkach, pozdrawia wesoo, czstowa tabak, komu i papierosa 
udzieli, tam rzuci jakie sowo askawe, wdzie dzieciskie gowy przygadzi i z dzieuchami 
zaartowa, indziej za to wrble stado, na zasiany jczmie spade, pecyn zgoni, a czsto 
pierwsz gar siewu krzyem bogosawi albo i sam rozrzuci, a wszdy do popiechu 
przynagla, jakby i ekonom nie poredzi lepiej. 

I zaraz po obiedzie razem ze wszystkimi do roboty si stawi objaniajc kobietom, e 
cho to dzisiaj wypadao witego Marka, ale procesja odbdzie si dopiero w oktaw, trzeciego 
maja. 

- Nie pora dzisiaj, szkoda czasu, bo chopy drugi raz nie przyjad pomaga! 
Tumaczy i sam te z pola nie zeszed a do samego koca; sutann podkasa, kijem si 
wspiera, e to tgie brzucho musia dwiga, i chodzi niestrudzenie, niekiedy jeno przysiadajc 
po miedzach, by pot obetrze z ysiny a odzipn. 

Radzi mu byli serdecznie, i pod jego okiem robota jakby sza prdzej i lekciej, chopy 
za za honor sobie miay, co im sam dobrodziej ekonomuje. 

Soce ju czerwone i pene nad bory si zwieszao, ziemie gasy, a dale jy modrze, 
kiej pokoczywszy co najpilniejsze roboty zaczli ciga do wsi; pieszyli si, bych jeszcze 
za widoku do dom zdy. 



Wielu i za wieczerz dzikowao, przegryzajc jeno co niebd naprdce, a insi z popiechem 
brali miski wczas narzdzone; konie, ju zaoone do wozw, ray przed domami. 

Ksidz si znowu pokaza na wsi wraz z Rochem, obchodzi wszystkich i kademu chopu 
z osobna raz jeszcze dzikowa za poczciw pomoc Lipczakom. 

-Bo co dasz potrzebujcemu, jakby samemu Jezusowi dawa! No, mwi wam, e cho 
nieskorzy jestecie dawa na msz, cho o potrzebach kocioa nie pamitacie, cho ju od 
roku woam, e dach mi zacieka na plebanii, co dzie modli si za was bd, za wasz poczciwo 
Lipcom okazan... - woa ze zami, caujc chylce mu si po drodze gowy. 
Wanie byli kiele kowala, skrcali na drug stron wsi, kiej im zastpiy drog zapakane 
komornice z Kozow na przedzie. 

- A to dopraszam si dobrodzieja, szlim pyta: czy to nam chopy pomaga nie bd? 
Zacza hardo, podniesionym gosem. 
- Bo czekalim, e i na nas przyjdzie kolej, a oni ju odjedaj... 
-I my sieroty ostaniem przez adnego wspomoenia... wraz mwiy. 
Ksidz zafrasowa si, srodze poczerwieniawszy. 
-C wam poradz?... nie wystarczyo dla wszystkich... i tak cae dwa dni poczciwie 
pomagali... no, mwi... - bekota latajc po nich oczyma. 
- Juci! pomagali, ale gospodarzom, bogaczom jeno... zaszlochaa Filipka. 
- Nama jako zapowietrzonym nikto si nie pokwapi wspomc... 
- Nikogj gowa nie zaboli o nas, sieroty... 
- eby cho kilka pugw do ziemniakw to i tego nie! - szeptay zawo. 
-Moicie... odjedaj ju... no... zaradzi si jako... prawda, e i wam ciko... i wasi 
mowie z drugimi... no mwi, e si zaradzi. 
-A o czym to bdziem czeka tej pomocy?... a jak si jeszcze i tego ziemniaka nie wsadzi, 
to ju ino postroneczka szuka! - zawieda Gulbasowa. 
-No, mwi, e si zaradzi... Dam wam swoich koni, choby na cay dzie, jeno mi ich 
nie zgocie... mynarza te uprosz, wjta, Boryny, moe dadz... 
-Moe! Czekaj tatka latka, ja koby wilcy zjedz! Chodta, kobiety, nie skamlajta po 
prnicy!... ebyta nie potrzeboway, to by wama dobrodziej pomogli... La gospodarzy jest 
wszystko, a ty, biedoto, kamienie gry i zami popijaj! Owczarz jeno stoi o barany, bo je 
strzye, a z czeg to nas oskubie, cheba z tych wszy! - wywieraa pysk Kozowa, jae ksidz 
zatka uszy i poszed. 
Zbiy si w kupk i rzewnymi zami pakay, w gos wyrzekajc, a Rocho utula je, jak 
umia, obiecujc poczciwie pomoc jak wyjedna. Odwid gdziesik pod pot, bo ju zaczli 
si rozjeda na wszystkie strony, drogi zaczerniay od koni a ludzi, zaturkotay wozy i ze 
wszystkich progw leciay gorce sowa dzikczynie: 

- Niech wama Bg zapaci! 
- Bywajcie zdrowi! 
- Odpacim si jeszcze w sposobn por! 
- A zawdy w niedziel zajedajcie do nas kiej do krewniakw! 
- Ojcw pozdrwcie! A kobiety nam swoje przywiecie! 
- W potrzebie si ktren znajdzie, z caej duszy pomoem! 
-Ostajta z Bogiem i niech wama plonuje, ludzie kochane! - krzykali czapami trzchajc 
do si i rkoma wymachujc. 
Dziewczyny i co ino byo dzieci szy przy wozach odprowadzajc ich za wie. Najwiksz 
kup toczyli si na topolowej, gdy tamtdy a z trzech wsi jechali. Wozy toczyy si 
wolno, rozmawiali wesoo buchajc czstym miechem i baraszkujc. 

Mrok si ju sypa, zorze gasy, jeno wody kaj niekaj gorzay czerwono, mgy si zwijay 
na gach i wieczorna, zwiesnowa cicho przda si po ziemiach. aby jy gdziesik 
daleko a zgodnie rechota... 



Doprowadzili si do rozstajw i tam egnali si wrd miechw i krzyka, ale nim jeszcze 
konie ruszyy z kopyta, kiej ktra z dziewczyn zapiewaa za nimi: 

Dasz, Jasiu, na zapowiedzie! 
Suchaj ino, tatu jedzie, 
Dudni na mocie da 
dana! 

Dudni na mocie! 

A chopaki im na to odwracajc si z wozw: 

Teraz, Mary, takie ziby Zskrzytwiayby 
dziewosby ; 
Dam w Wielkim Pocie... 
da dana! 
Dam w Wielkim Pocie!... 

Dzwoniy mode gosy po rosie i we wszystek wiat si niesy radosne. 

ROZDZIA 7 


Chopy wracaj! 

Piorunem ta wie runa i kiej pomie rozniesa si po Lipcach! 

Prawda-li to? I kiedy? I jak?... 

Nikto jeszcze nie wiedzia. 

To jeno pewne byo, e stjka z gminy, ktren jeszcze przed wschodem lecia do wjta z 
jakim papierem, rzeko tym Kbowej, wypdzajcej wanie gsi na staw, ta si w ten mig 
rzucia z nowin do ssiadw, za Balcerkwny rozkrzyczay od siebie najbliszym chaupom, 
e nie wyszo i Zdrowa, a ju cae Lipce zerway si na nogi trzsc radosn wrzaw, 
a si zakotowao w izbach. 

A rano byo jeszcze, tyle co si wit przetar i majowy, wczesny dzie wstawa, jeno e 
jaki poczerniay i mokry; deszcz my kiej przez gste sito i pluska cichuko po rozkwitajcych 
sadach. 

-Chopy wracaj! Chopy wracaj! -rwa si krzyk nad wszystk wsi, przez, sady lecia 
hukliwie, z kadej chaupy bi kiej dzwon radosny, z kadego serca bucha pomieniem i z 
kadej gardzieli si wydziera. 
Dzie dopiero co wsta, na wie ju wrzaa kiejby na odpucie; dzieci wylatyway z krzykiem 
na drogi, trzaskay drzwi, kobiety odzieway si na progach, ju wypatrujc tskliwie 
wskro drzewin rozkwitych i szarugi przysaniajcej dalekoci. 

-Wszystkie wracaj! Gospodarze, parobcy, chopaki, wszystkie! Ju id! Ju wyszli z lasa, 
ju s na topolowej! - woali na przemiany i ze wszystkich progw dary si krzyki, a co 
gortsze wybiegay kiej oszalae; gdzie ju pacz si rozlega i ttenty biegncych naprzeciw... 
Jeno trepy kapay i boto si otwierao, tak wyrywali za koci na topolow - ale na dugiej, 
zadeszczonej drodze jeno mtne kaue stay i siwiy si koleiny, gboko wyrznite. 

Ni ywej duszy nie wypatrzy pod sczerniaymi od pluchy topolami. 

Cho srodze zawiedzeni, bez namysu i w dyrdy rzucili si na drugi koniec wsi, za myn, 

na drog od Woli, boi tamtdy mogli powraca. 
Hale c, kiej i tamj byo pusto! Deszcz zacina przysaniajc szar kurzaw szeroki, 
wyboisty gociniec; gliniaste wody rowami waliy, w bruzdach burzya si woda i drog te 



szoroway strugi spienione, a rozkwite ciernie, brzece zielonawe pole, skulay zzibe 

kwiaty. 

Wrony kouj gr, to plucha przejdzie! - rzeka ktra prno wypatrujc. 

Posunli si jeszcze dziebko, gdy od spalonego folwarku ktosik zamajaczy na drodze i 
ku nim si zblia. 

Dziad to by lepy i wszystkim znany; pies, ktren go wid na sznurku, zaszczeka zajadle 
i j si ku nim rwa, lepiec za nasuchiwa pilnie, kij gotujc ku obronie, ale dosyszawszy 
rozmowy przyciszy pieska i pochwaliwszy Boga rzek wesoo: 

- Miarkuj, co to lipeckie ludzie... h? I co sporo narodu... 
Dziewczyny go obstpiy i nue rozpowiada jedna przez drug. 
-Sroki me opady i wszystkie naraz skrzecz! -mrukn nasuchujc uwanie na wsze 
strony, gdy cisny si z bliska. 
Kup ju wracali, dziad w porodku wlk si hutajcy na kulach i nogach pokrconych, 
wypiera naprzd ogromn, lep twarz. 
Policzki mia czerwone i spane, oczy bielmem zasnute, brwie siwe i krzaczaste, nochal 
kiej trb, a brzucho niezgorzej wzdte. 

Cierpliwie sucha, a wymiarkowawszy przerwa im trajkoty: 

-Z tymem i pieszy do wsi. Niechrzczony jeden powiedzia mi w sekrecie, co Lipczaki 

dzisiaj wracaj z kreminau! Wczoraj mi rzek, myl sobie, jutro do dnia skocz i pierwszy 
dam zna. Jake, szuka takiej wsi jak Lipce! A ktre to wpodle drepc? -bo nie poredz po 
samym gosie rozezna?! 

-Marysia Balcerkwna!... Nastka Gobiw!... Ulisia sotysowa!... Kbowa Kasia!... Sikorzanka 
Hanusia! - woay wszystkie. 
-Ho! ho! sam ci to kwiat pannowy wyszed! Widzi mi si, co wam byo pilno do parobkw, 
a dziadem musita si kontentowa!... he? 
- A nieprawda! po ojcw wyszlim - zawrzeszczay. 
-Loboga, dy lepy jezdem, ale nie guchy! - a baranic gbiej nacisn. 
- Powiedziay we wsi, e ju id, tomy wyleciay naprzeciw! 
- A tu nikaj nikogo! 
-Jeszczek za wczenie; dobrze, by na poednie zdyli gospodarze, bo chopaki to moe i 
do wieczora nie cign... 
- Jake; razem ich puszcz, to i razem przyjd! 
-A moe si w miecie zabawi? mao to tam pannw?... c to im za niewola do waju 
si pieszy?... he! he! - przekomarza si miejcy. 
- A niech si zabawi! nikto za nimi nic pacze! 
-Juci, w miecie nie brakuje tych, co w mamki poszy albo w piecach u ydw pal... 
takie bd im rade - szepna chmurnie Nastusia. 
- Ktren mieskie wycieruchy przekada, o takiego adna nie stoi! 
- Dawnocie, dziadku, w Lipcach nie byli? - zagadna ktra. 
-A dawno, co na jesieni! Zimowaem se u miosiernych ludzi, we dworzem przesiedzia 
zy czas. 
- Moe we Wlce? u naszego? co? 
-A we Wlce! Ja ta zawdy za pan brat z dziedzicami i z dworskimi pieskami: znaj me i 
nie ukrzywdz! Day mi ciepy przypiecek, warzy, ile wlazo, tom bez cay czas powrsa 
krci i Boga chwali. Czek si wyporzdzi i pieskowi te niezgorzej boki wydobrzay! Ho! 
ho! dziedzic mdry: z dziadami trzyma i wie, e torb i wszy za darmo mia bdzie... he! he! a 
brzuchem trzs i ypa powiekami od miechu, a wci rajcowa. 
-A da Pan Jezus zwiesn, sprzykrzyy mi si pokoje i dworskie przypochlebstwa, zacnio 
mi si za chaupami i tym wiatem szerokim... Hej, deszczyk ci to siepie kiej czyste 
zoto, ciepy i rzsisty, i rodzcy, jae wiat pachnie mod traw... Kaj to lecita? Dzieuchy?! 


Dosysza naraz, e poniesy si z miejsca, ostawiajc go przed mynem. 

- Dzieuchy! 
Ale adna ju nie odkrzykna: dojrzay kobiety, cignce nad stawem ku wjtowej chaupie, 
i do nich migay. Z p wsi ju si tam zbierao, by si co rzetelnego dowiedzie. 
Wjt snad wsta niedawno, bo jeno w portkach siedzia na progu owijajc onucami nogi, 
a o buty krzycza na on. 
Przypady do niego z wrzaskiem, zadyszane, obocone, ktre jeszcze nie myte ni czesane, 
a wszystkie ledwie zipice z niecierpliwoci. 
Da si im wyrajcowa, buty co ino sadem wysmarowane nacign, umy si w sieni i, 
poczesujc kudy w otwartym oknie, rzuci drwico: 

-Pilno wama do chopw, co? Nie bjta si, wracaj dzisiaj z pewnoci Matka, daj no 
papier; co go to stjka przynis... za obrazem ley. 
Obraca go w garciach, a trzepnwszy we palcami rzek: 

-Wyranie stoi o tym jak w... Tak jak krzecijany wsi Lipec, gminy Tymw, ujezda... 
- a czytajta se same! Wjt wama mwi, co wracaj, to prawda by musi! 
Rzuci im papier, ktren szed z rk do rk, i chocia adna nie wymiarkowaa ni literki, 
e to by urzdowy, przypinay si do niego, wlepiajc oczy z jak trwon radoci, kiejby 
w obraz, a dosta si Hance, ktra, wziwszy przez zapask, oddaa z powrotem. 

- Kumie, czy to wszystkie wracaj? - spytaa lkliwie 
- Napisane, co wracaj, to wracaj! 
- Razem brali ca wie, to i razem puszcz! - ozwaa si ktra. 
-Wstpcie, kumo; przemiklicie dziebko! -zapraszaa wjtowa, ale Hanka nie chciaa, 
nacigna zapask na czoo i pierwsza ruszya z nawrotem. 
Wolniuko jeno sza, ledwie dychajca z radoci a strachu zarazem. 

- Juci, co i Antka wrc, juci! - pomylaa wspierajc si naraz o pot, bo tak j w doku 
cisno, e omal nie pada. Dugo apaa powietrze zgorczkowanymi wargami... Nie, niedobrze 
si jeszcze czua, dziwnie sabo.- Wrci Antek, wrci! -rado j rozpieraa do krzyku, a 
jednoczenie jy j przenika strachy jakie, niepewnoci, obawy jeszcze zgoa ciemne. 
Coraz wolniej sza i ciej, usuwajc si pod poty, bo ca drog waliy kobiety, leciay 
szumnie, e miechami, rozwrzeszczane i janiejce radoci, a nie baczc na pluch, kupiy 
si pod chaupami, to nad stawem i rajcoway zawzicie. 

Dopdzia j Jagustynka. 

-Juci, e wiecie! no, to dopiero nowina. Czekam na ni co dnia, a kiej przysza, zwalia 
me kiej pa w ciemi. Od wjta idziecie? 
- Przytwierdzi i nawet z papieru o tym przeczyta. 
-Przeczyta, to juci, e pewne! Chwaa ci, Panie, powrc chudziaki, powrc gospodarze! 
- szeptaa gorco rozwodzc rce. 
zy posypay si jej z wyblakych oczu, a Hanka si zdumiaa. 

- Mylaach, e zapomstujecie, a wy w bek, no, no!... 
-Co wy?! w tak por bych pomstowaa! Czowiek jeno z biedy da czasem folg ozorowi, 
ale w sercu co inszego siedzi, e czy chce, czy nie chce, a z drugimi radowa si musi 
albo i smuci... Nie poredzi y z osobna, nie... 
Przechodziy koo kuni: moty biy hukliwie, ogie bucha czerwony z ogniska, a kowal 
obrcz naciga na koo pod cian. Spostrzegszy Hank wyprostowa si i wpar oczy w jej 
rozgorczkowan twarz. 

- A co?... doczekay si Lipce wita!... wracaj pono niektre: 
- Wszystkie wracaj, wjt o tym czyta! - poprawia go Jagustynka. 
- Wszystkie, zbjw przecie tak zaraz nie wypuszcz, nie... 
Hance a si w gowie zakotowao i serce dziw nie pko z blu, ale zdzierya uderzenie 
i odchodzc rzeka mu ze straszn nienawici: 



- By ci ten psi ozr przyrs do podniebienia! 
Przypieszya kroku uciekajc od jego miechu, co jakby kami chwyta za serce. 
Dopiero z ganku obejrzaa si na wiat. 
- Mae si i mae... ciko bdzie z pugiem, wyjecha na rol 
Udawaa spokj: 
- Ranny deszcz i starej baby taniec niedugo trwaj. 
- Trza bdzie tymczasem sadzi ameryki pod motyczk. 
-Kobiet ino patrze; spniy si bez t nowin, ale przyjd... byam u nich z wieczora, 
wszystkie si obiecay na odrobek. 
W izbie ju ogie buzowa; ciepo byo i janiej nili na dworze. Jzka skrobaa ziemniaki, 
a dzieciak wrzeszcza wniebogosy mimo zabawia starszych dzieci. Hanka przyklknwszy 
przed koysk ja go karmi. 

-Jzia, niech Pietrek narzdzi deski, gnj bdzie wywozi od Florki na te zagony kiele 
Paczesiowego yta. Nim plucha przejdzie, par fur wywiezie... co si ma wasa po prnicy! 
- Przy was to nikto z leniem si nie stowarzyszy. 
- Bo i sama kulasw nie auj! - powstaa chowajc piersi. 
-Hale, ady bym na mier zapomniaa, przeciek to od poednia witko! Proboszcz procesj 
zapowiada, odoon ze witego Marka na oktaw... 
- Przeciek to ino w krzyowe dni bywaj procesje!... 
-Z ambony zapowiada na dzisiaj, to musi, co i bez krzyowych dni mona chodzi do 
figur i wici granice. 
-Chopaki bd bray dzisiaj na pokadank po kopcach! -zamiaa si Jzka do wchodzcego 
Witka. 
-Id ju, id. Bieyjcie z nimi, a zarzdcie, co potrza. Ja ostan w chaupie, obrzdz i 
niadanie zgotuj. Jzka z Witkiem bd donosili ziemniaki na pole! -zarzdzaa Hanka wyzierajc 
na komornice, ktre pookrcane w pachty i zapaski, e ledwie im byo oczy wida, z 
koszykami na rku i motyczkami, schodziy si pod cian otrzepujc trepy o przyciesie. 

Powieda je zaraz Jagustynka przez przeaz nad poln drog, kaj tu przy brogu leay 
czarne, przesike wod zagony. 

Stany wnet do roboty, po dwie na zagonie, gowami do siebie -dziubay motyczkami 
doki, a wraziwszy we ziemniak, przygarniay go ziemi, okopujc zarazem w poprzeczne 
rzdki. 

Cztery robiy, stara bya jeno na przyprzk, do poganiania. 

C, kiej robota sza niesporo!... rce grabiay z zimna i w bruzdach byo mokro, w trepy 
nabierao si wody, a szmaty na nic si maray w bocie, bo deszcz, cho ciepy i coraz drobniejszy, 
my cigiem, rozpryskujc si po skibach, a trzepic po sadach, co zwiesiy okwiecone 
gazie nad drog i z jak luboci nastawiay si na pluch. 

Ale ju szo na odmian: kokoty piay, niebo si stronami podnosio niezgorzej przetarte, 
jaskki jy miga powietrzem kiejby na zwiady, a za wrony uciekay z kalenic i niesy si 
cichuko a nisko nad polami. 

Baby gmeray przygite do zagonw, podobne do kbw szmat przemoczonych, poredzajc, 
wolniuko robic, a z dugimi odpoczynkami, e to na odrobek przyszy, a dopiero 
stara, obsadzajca grochem piechot nadbrudzia zacza w gos rozgldajc si dokoa: 

- Niewiela dzisiaj gospody w polu ni na ogrodach. 
- Chopy wracaj, to nie robota im w gowie! 
- Pewnie, tuste jado narzdzaj i pierzyny grzej... 
-Przemiewacie, a samej jae ysty do nich drygaj! - rzeka Kozowa. - Nie wypr si, 
co mi ju Lipce obmierzy bez chopw. Staram przeciek, ale prosto powiem, e cho to s 


juchy, ajdusy, widlerze i zabijaki, a niech si jawi choby i ta najgorsza pokraka, to zarno z 
nim raniej i weselej; i lekciej na wiecie. Ktra co inszego powie, zee jak pies. 

- Wyczekay si na nich kobiety kiej kania na deszcz! - westchna ktra. 
- Niejedna to czekanie ciko przypaci, a dzieuchy najprzdziej... 
- e i trzy kwartay nie min, a dobrodziej chrzci nie nady... 
-Stare, a baj trzy po trzy: dy na to Pan Jezus stworzy kobiet! nie grzech mie dziecko! 
- podniesa gos przekornie Grzeli z krzyw gb kobieta. 
- A wy cigiem swoje: zawdy za bkartami stoicie! 
-A zawdy, jae do samej mierci kademu do oczu stan i rzekn: bkart czy nie - zarwno 
ludzkie nasienie, prawo ma na wiecie jedno i jednako je Pan Jezus szanuje, wedle 
zasug jeno a grzechw... 
Zakrzyczay j wymiewajc wzgardliwie. Zabia rce i pokiwaa gow. 

- Szcz Boe na robot! jake idzie? - krzykna Hanka z przeazu. 
- Bg zapa! dobrze, ino mokro. 
- Nie brakuje ziemniakw? 
Przysiada nieco na erdce. 
- Donosz, ile potrza; jeno mi si widzi, co za grubo krajane... 
- Za grubo, dy ino na p, przeciek u mynarza co 
drobniejsze ziemniaki cae sadz. Rocho powiedzia, e takie s dwa razy plenniejsze. 
-Musi, miemiecka to moda, bo jak Lipce Lipcami, zawdy si ziemniaki krajao na tyla, 
chyla oczkw miay - kwkaa sprzeczliwie Gulbasowa. 

- Moicie, przeciek dzisiejsi ludzi nie gupsi wczorajszych... 
- Hale, tera jajo chce by mdrsze od kury i stadu przewodzi... 
-Rzeklicie! Ale po prawdzie, co poniektre, cho lata maj, rozumu nie nabyy! -zakoczya 
Hanka cofajc si z przeazu. 
-Zadufana w sobie, jakby ju na caej gospodarce Borynw siedziaa -mrukna Kozowa 
obzierajc si za ni. 
-Poniechajcie jej: szczere zoto, nie kobieta! Nie wiada, czyby si nalaza od niej lepsza i 
mdrzejsza. Co dnia z ni siedz, a oczy i rozumienie mam. Nacierzpiaa si ona i przesza 
krzye, e niech Bg broni... 
-Czeka j jeszcze niejedno... Jagna w chaupie, i skoro Antek wrci, cudeka si tu zaczn 
i breweryje, bdzie czego sucha... 
-e Jagna z wjtem si sprzga, cosik mi o tym bknli - prawda to? Zamiay si z Filipki, 
e pyta, o czym ju wrble wiergoc. 
-Nie rozpuszczajta ozorw: i wiater czasem sucha i roznosi, kaj nie potrzeba! -zgromia 
Jagustynka. 
Przygiy si do roli, dziabki migay szczkajc niekiej o kamienie, a one rajcoway zawzicie 
ca wie obgadujc: 
Za Hanka sza od przeazu chykiem pod winiami, bo j chwytay za gow obwise i 
przemoczone gazie, jakby nabite zbielaym ju pkowiem i listeczkami. 

Posza w podwrze przeglda gospodarstwo. 

Od samych wit prawie si nie wychylaa z domu, e to pogorszyo si jej po wywodzie. 

Dzisiejsza nowina zerwaa j z ka i trzymaa na nogach, e cho si chwiaa na kadym 
kroku, zagldaa po ktach lc si coraz barzej. 
A to krowy byy jako osowiae i do p bokw w gnoju, prosiaki co za mao przyrosy, 
nawet gsi wydaway si dziwnie niemrawe, jakby zamorzone. 

-Ady by cho wiechciem wytar waacha! -wsiada na Pietrka, wyjedajcego do 
gnoju, ale parobek cosik mrukn zego i pojecha. 
W stodole nowa zgryzota: w kupie ziemniakw, lecych na klepisku, pyska se w najlepsze 
Jagusin wieprzek, za kury grzebay w poladzie, ktren dawno mia by zniesiony na 



gr. Skrzyczaa za to Jzk i do Witkowych kudw skoczya, ledwie si chopak wylizgn 
i uciek, a dziewczyna bekiem i skarg si zaniesa: 

-Haruj cigiem kiej ko, a wy krzyczycie: Jagnie, co si cae dnie wakoni, to przepuszczacie! 
- No, cicho, gupia, cicho! Sama widzisz, co si tu wyrabia... 
- Mogam to wszykiemu uradzi? co? 
- No, cicho! Nieta ziemniaki, bo zbraknie kobietom! 
Daa ju spokj krzykom. - Prawda, dziewczyna wszystkiemu nie uradzi, a najemniki!... 
Boe si zmiuj. Od rana ju zachodu wygldaj. Dorabia si w najemnikw to jakby wilki 
zgodzi do owiec wodzenia. Przez sumienia s ludzie: 

Rozmylaa z gorycz, wywierajc ca zo na wieprzaku, jae z kwikiem pogna, e go 
to i apa jeszcze po swojemu za ucho odprowadza... 
Do stajni potem zajrzaa, ale jakby po now zgryzot - ano klacz obgryzaa pusty b, a 
rebak, utytany kiej winia, som wyciga z podciki. 

-Kubie by serce pko, kiejby ci takim zobaczy -szepna zakadajc im za drabk siano 
i gaszczc po miciuchnych a ciepych chrapach. 
Ale ju nie posza dalej: ogarno j naraz zniechcenie i taki pacz chyci za gardziel, e 
wsparszy si o barg Pietrkowy zaryczaa, sama nie wiedzc laczego. 
Tak zbrako jej si, e opada w sobie kiej ten kamie ciki Ju nie moga uredzi doli, 
mj Jezu, nie moga, a to poczua si taka opuszczona na wiecie, jako to drzewo rosnce na 
wywieisku, samotne i na kad za przygod wystawione! Ani wyali si przed kim! I ani 
koca przewidzie zej doli! Nic, jeno cigiem tru si zgryzot i pakaniem... nic kromie 
udrki wiecznej i czekania na gorsze... 

rebak liza j po twarzy, e bezwolnie przytulaa gow do jego karku i zanosia si coraz 
boleniej. 

C jej ta po gospodarce, po bogactwie, po ludzkim uwaaniu, kiej la siebie nie miaa ani 
jednej chwili szczliwoci w caym yciu, nic zgoa! Skarya si tak aonie, jae klacz 
zaraa ku niej, targajc si na acuchu. 

Zawleka si do izby i przysadziwszy do piersi rozkrzyczanego chopaka zapatrzya si 
bezmylnie w zapocone szyby, zbrudone ociekajcymi kroplami. 
Dziecko jako matyjasio skamlc i popakujc. 

-Cicho, maluki, cicho!... wrci tatulo, przywiezie ci kuraska... wrci, synka na ko wsadzi... 
cicho, maluki: A, a, a! kotki dwa! szare bure obydwa!... Wrci tatulo, wrci! -przypiewywaa 
hutajc go i chodzc po izbie. 
- A moe i wrci! - potwierdzia sobie przystajc nagle. 
Pomie j ogarn, moc rozprya przygite plecy i taka rado wstpia w serce, e si 
ju rwaa do komory rzn kawa wininy la niego, e ju po gorzak chciaa posya la niego, 
nawet ju ku skrzyni sza, by si przyodzia witecznie la niego -ale nim to uczynia, 
przypominki sw kowalowych spady na obolae serce kiej jastrzbie ostrymi pazurami, 
zmartwiaa na miejscu, obzierajc si jeno po izbie rozpalonym wzrokiem, jakby za ratunkiem, 
nie wiedzc znw, co myle, co poczyna... 

- A jak nie wrci? Jezu! Jezu! - jkna chwytajc si za gow, 
Baa si tego mwi, a gos ten hucza w niej kiej w studni: gotowa si, wrza i wzbiera 
w piersiach krzykiem strachu. 
Dzieci jy si za by wodzi i krzycze, wycigna je za drzwi, zabierajc si do narzdzania 
niadania, bo ju Jzka zagldaa do izby wietrzc akomie, czy zgotowane. 
zy usta musiay i bolecie przytai si w duszy, bo jarzmo codziennego trudu w kark 
si wpijao przypominajc, e robota czeka nie moe... 
Uwijaa si te, jak moga, cho nogi si pod ni pltay i wszystko leciao z rk. Jeno 
wzdychaa aonie, z jak puszczajc niekiedy, a we wiat zamglony tsknie spogldajc... 



- Czy to Jagusia nie wyjdzie do sadzenia? - wrzasna Jzka przez okno. 
Hanka odstawia gar z barszczem i na drug stron pobiega. 
Stary lea na bok, twarz do okna, jakby patrzc na Jagn, czeszc dugie, jasne wosy 
przed lusterkiem, na skrzyni ustawionym. 

- Czy to dzisiaj wito, e do roboty nie wychodzicie?... 
- Z rozplecionymi wosami nie polet... 
- Od witania, moga je ju dziesi razy zaple! 
- Mogam, ale nie zapletam! 
-Jagna, wy tak ze mn nie igrajcie! 
-Bo co? Odprawicie mnie moe albo wytrcicie z zasug? - warkna hardo nie pieszc 
si z czesaniem- nie u was siedz i nie na waszej asce! 
- A ino kaj? co? 
- U siebie jezdem, bycie sobie to baczyli... 
- Niech ociec zamr, to si pokae, czy u siebie jeste! 
- Ale pki yj, to ja waju mog drzwi pokaza. 
- Mnie! mnie! - skoczya jakby biczem podcita. 
-Przyczepiacie si cigiem do mnie kiej rzep do ogona! Marnego sowa wam nie mwi, 
a wy ino huru buru jak na tego ysego konia... 
- Podzikuj Bogu, e gorszego nie oberwaa! - rozczapierzya si gronie. 
-Sprbujcie: inom jedna sierota, ku mojej obronie nikto nie stanie, ale uwidzicie, czyje 
ostanie na wierzchu! 
Odgarna wosy z twarzy i srogie, pene zawzitoci oczy uderzyy kieby noem, jae 
Hank z miejsca taka zo poniesa, i ja wytrzsa piciami a krzycze, co ino lina przyniesa. 


-Grozisz! Zacznij ino, zacznij! Niewinitko, sierota pokrzywdzona... Juci... Dobrze ludzie 
wiedz, co wyrabiasz! W caej parafii wiedz o twoich sprawkach. Nie raz ci ju widzieli 
z wjtem w karczmie, nie dwa! A wtedy, com ci po pnocku drzwi otwieraa, wracaa 
z pijatyki, z ajdactwa, pijana bya kiej winia... Do czasu dzban wod nosi, do czasu... Nie 
bj si, kto w gonoci yje, o tym cicho mwi! Skoczy si twoje panowanie, e ni wjt, ni 
kowal ci nie obroni, ty... ty!... 
Jae si zakrztusia z krzykw. 

-Robi, co robi, a kademu wara do mnie jak temu psu! -wrzasna nagle, odrzucajc 
wosy na plecy, kiejby t przygar lnu najczystszego 
Rozjuszona ju bya i gotowa nawet do bitki, bo jae si caa trzsa; rce jej latay kole 
bioder i tak srogo ciepaa lepiami, e w Hance opado serce, zmilka i trzasnwszy jeno 
drzwiami ucieka z izby. 

Ale po tej ktni rucha si nie moga, siada z dzieckiem pod oknem, a Jzka zajmowaa 
si podawaniem niadania. 

Dopiero kiej si znowu porozchodzili do roboty, zebraa si jako w sobie i, poniechawszy 
robt, wybraa si do ojca, ktren zachorza ju par dni temu, ale z p drogi zawrcia 
do chaupy. 

Tak si w niej roztrzso, e ani sposb i byo. 

A za potem, cho przysza nieco do si, rkoma jeno robia, bezwolnie prawie, a gwnie 
mylaa o Antku, we wiat si zapatrujc daleki... 

Pogoda si te robia, deszcz usta, kapao jeno z dachw i z drzew, e to wiater j otrzsa 
gazie, drogi siwiy si kauami, wiat stawa si coraz janiejszy. 

Rachowali, co na przypoudnie soce pokae si niechybnie, bo ju jaskki latay gr; 
biae, przezocone chmury szy po niebie stadami, a z pl ciepo buchao i ptasi wrzask podnosi 
si w sadach, jakby onieonych kwiatami. Za wie galanto pogoniaa; kurzyo si ze 
wszystkich prawie kominw, smaczne jada narzdzali, rado wydzieraa si z chaup i babie 



jazgoty niesy si od chaupy do chaupy, dzieuchy przyodzieway si witecznie; wstgi 
zaplatajc w kosy, niejedna w dyrdy leciaa po gorzak, bo yd, ucieszony powrotem chopw, 
dawa na brg, ile kto ino chcia, a coraz to ktosik wazi na drabin i z dachw przepatrywa 
pilnie wszystkie drogi biegnce od miasta... 

Tak si zajy porzdkami, e mao ktra sza w pole; nawet gsi zapomniay powygania 
nad rowy, e ggay wrzaskliwie w podwrzach, za dzieciska, puszczone dzisia na wol i nie 
przykarcane, wyprawiay po drogach takie breweryje, e niech Bg broni! Starsze, z dugachnymi 
tykami; zwijay si na topolowej, skrabic si na drzewa i spychajc wronie gniazda, e 
wystraszone ptaszyska, kiej chmura sadzy; kooway wysoko z aosnym, jkliwym krakaniem; 
a znowuj drugie, mniejsze, ganiay lepego konia ksiego, zaoonego do beczki na 
saniach, chcc go napdzi z wyszego brzegu do stawu, jeno co ko mdrala nie da si zay 
z maki. Niekiedy, ju nad samiutk krawdzi, przystawa jakby na zo, eb spuszcza, 
guchn na wrzaski, cierpliwie si otrzsajc z bota i grud, ktrych mu nie szczdzili. Ale 
skoro poczu, e mu na beczk wa i do uzdy ju sigaj, ra gronie i ponosi, skrcajc z 
naga w najwiksz kup zberenikw i rozlatywali si z krzykiem. Dobre par pacierzy tak 
si zabawiali, jae go w kocu i zmanili podtykajc pod chrapy wieche zapalony, e konisko 
zestrachane rzucio si w bok, akuratnie prosto na przywarte opotki Borynowe. Wywali 
wrtnie i tak si w nie zaplta orczykami, e go dopady z bliska i daleje pra batami, co ino 
wlazo. 

Kulasy byby sobie poama w erdkach, kieby nie Jagna, ktra dosyszawszy krzyki kijem 
rozpdzia wisusw i wywieda go na drog, ale e ko wystraszony straci wiatr, nie 
wiedzc, w jak stron si obrci, a chopaczyska czaiy si za drzewami, powieda go na 
plebani. 

Drk midzy ksiym ogrodem a Kbami go poprowadzia, gdy wanie bryczka organistw 
zajechaa przed ich dom stojcy w gbi. Organicina ju bya na siedzeniu, a Jasio 
caowa si przed progiem z rodzin. 

- Konia przywiedam, bo dzieci go poszyy... - zacza niemiao. 
-Ojciec, krzyknij na Walka, niech go odbierze! Te, ryfo jedna, konia samego porzucasz, 
eby nogi poama, co? - gruchna na parobka. 
Jasio, spostrzegszy Jagn, jeno mign oczyma po ojcach i rk do niej wycign. 

- Zostacie, Jagu, z Bogiem. 
-Do klasw to ju? 
Za serce j cosik cisno, jakby al cichy. 
- Na ksidza go odwo, moja Borynowo! - napuszaa si dumnie. 
- Na ksidza! 
Podniesa zdumione oczy na niego. Siada wanie na przednim siedzeniu, plecami do 
koni. 
-Bd duej patrza na Lipce! -zawoa ogarniajc przytulajcym spojrzeniem opleniae 
dachy ojcowej chaupy i te sady, lnice rosami a kwiatami obwalone. 

Konie ruszyy truchcikiem. 

Jagna posza w trop tu za bryczk. Jasio krzycza jeszcze cosik do sistr, buczcych pod 
domem, a patrza jeno na ni jedn: w jej modre, zwilgotniae oczy, kieby ten dzie majowy 
bardzo cudne; na jej gow jasn, oplecion warkoczami, co jak grubachne postronki leay 
potrjnie nad biaym czoem, zwisajc jeszczek pkolicie kiele uszu, na jej twarz bialuchn i 
tak liczn, i do ry polnej podobn. 

Ona za sza prawie bezwolnie, jakby urzeczona jego oczyma jarzcymi, wargi si jej 
trzsy, e zbw zawrze nie moga, serce lubo dygotao, a oczy szy za nim pokornie, zgoa 
truchlejc z dziwnej sodkoci... 



Jakby j sen zmorzy nagy i tym pachncym kwiatem niepamici zasypywa... Dopiero 
kiej bryka skrcia ku topolowej, rozerway si ich oczy, puciy te parzce ogniwa i rozprysny 
si tak doszcztnie, jae uderzya si pojrzeniem o pusty wiat i przystana nagle. 

Jasio macha czapk na poegnanie. Wjedali ju w mrok topoli. 

Rozgldaa si dokoa, oczy trc, jakby ze snu wyrwana. 

- Jezu, taki to by lepiami do samego pieka zaprowadzi... 
Otrzsna si jakby z tych parzcych, spojrze Jasiowych. 
-Organistw syn, a kiej dziedzicw si widzi... I ksidzem ostanie, moe jeszcze do Lipiec 
go dadz!... 
Obejrzaa si; bryka ju znikna, turkot jeno dochodzi i gosy pozdrowie zamienianych 
z przechodzcymi. 

- Taki mleczak, dzieciuch prawie, a niech spojrzy, to jakby kto drugi wp obj, jae cigotki 
bier i w gowie si mci... 

Wzdrygna si oblizujc czerwone wargi, a przecigajc si pr꿹co, z luboci... 

Chd j nagle przej. Dopiero spostrzega, e jest z go gow, boso i prawie w koszuli, 

bo tylko w jakiej podartej chucinie na ramionach. Sczerwienia si przywstydzona i ja 
stronami przebiera si ku domowi. 

-Chopy wracaj, wiecie to? - krzykay do niej dzieuchy z opotkw, to kobiety, to dzieci 
nawet, a wszystkie zadyszane i ledwie zipice z radoci 
- No to co? - rzeka ktrej ju prawie ze zoci. 
- Wracaj!... mao to? - zdumieway si jej oziboci. 
-Tyla z nimi, co i przez nich! Gupie! -mruczaa, przykro tknita, e to kada kiej zwariowana 
wygldaa swojego... 
Zajrzaa do matki. Jdrzych by jeno, pierwszy raz dopiero zwlk si z barogu, przetrcony 
kulas mia jeszcze spowity w szmaty, koszyk wyplata na progu i pogwizdywa srokom, 
acym po potach. 

- Wiesz to, Jagu?... Wracaj nasi!... 
- Dy ju kiej te sroki cay wiat to jedno rozpowiada! 
- Wiesz, a Nastusia to prosto od rozumu odchodzi, e i Szymek wrci... 
- Czemu to? - Bysna lepiami srogo, po matczynemu. 
-I... nic... A to me znowuj kulas rozbola... - zajka strachliwie. - Cichoj, cierwy - rzuci 
patykiem w sie na rozgdakane kwoki. 
Niby to rozciera nog bolc, a pokornie zaglda w jej twarz dziwnie omrocza. 

-Kaj to matka? 
- Na plebani poszli... Jagu, o Nastce to mi si ino tak wypsno... 
- Gupi; myli, co o tym nikto nie wie! Pobier si i tyla... 
- A bo to matka pozwolestwo dadz, kiej Nastu ma jeno morg? 
-Pyta si bdzie, to nie pozwol. Hale, lata ju parob ma, to i rozum swj powinien 
mie, bych wiedzie, co i jak... 

-A ma, Jagu, ma, i kiej si uwemie i pjdzie, udry na udry, to i matki nie posucha, na 
zo si oeni, swj gront odbierze i na swoim postawi. 
- Ple, kiej ci ciepo, ple, bych ci jeno matka nie posyszeli! 
Markotno j przeja. Jake! taka Nastka, a i to zabiega o chopa, i to ma swoje radocie, 
a drugie dzieuchy to samo. Wciekn si chyba dzisiaj, bo do kadej ktosik powrci, do 
kadej. 

-Prawda, dy wszystkie powrc... - Porwaa j naga, niecierpliwa rado, e porzucia 
wystraszonego Jdrzycha i skwapnie poniesa si do chaupy szykowa i robi porzdki na 
przyjcie, jak i drugie, i czeka gorczkowo powracajcych, jak i caa wie w tej chwili. 
Zwijaa si tgo, jae przypiewujc z radoci a z utsknieniem, i nie raz jeden wybiegaa 
patrze na drogi, kaj i wszystkie wisiay oczyma. 



- Kogo to wygldacie? - zagadn j ktosik niespodzianie. 
Jakby j kto przez ciemi zdzieli, zblada, rce jej opady kieby te skrzyda przetrcone i 
serce zadygotao z aoci. 
Prawda, na kogo to czeka? przeciek nikomu do niej niepieszno, przeciek na wszystkim 
wiecie sama jest jako ten koek!... - Tyle co moe Antek!... - dodaa trwonie. 

-Antek! -wyszeptaa cichuko, serce jej wezbrao westchnieniem i przypominki przewiay 
przez pami kiej te mgy nike i kiej sen cudny, ale dawno ju niony. Moe i wrci! dumaa. 
...Cho kowal jeszcze wczoraj upewnia, e go z drugimi z kreminau nie puszcz, e na 
dugie lata tam pozostanie: 

-A moe go i puszcz! -Przywtrzya goniej, jakby ju wychodzc myl i oczekiwaniem 
naprzeciw, ale bez radoci, bez uniesienia i z jak przyczajon w sercu trwon niechci. 


-A niech se wrci! co mi tam z niego! -ciepna si niecierpliwie. Stary j cosik bekota... 
Zadem si odwrcia od niego z obmierzoci, nie podajc je, cho wiedziaa, e o to 
skamle po swojemu. 

-By ju raz zdech! -rozsroya si nagle i aby go straci z oczu, na ganek znowu posza. 
Kijanki trzepay nad stawem i kaj niekaj pod drzewami czerwieniy si kobiety pierce. 
Suchy, leciuki wiater ledwie co tyka wierzb zielonych, e zatrzchy si niekiedy. Soce co 
ino miao si wyupa zza biaych chmur, e ju polnieway kaue i po gadzi stawu tacoway 
zotawe migoty. Deszczowe mgy ju opady, e z szarych, kamiennych potw wynosiy 
si coraz barzej na jani powietrza rozkwitajce sady, kieby te wielgachne snopy kwietne, 
wionce zapachami i pene ptasich wiegotw, myn turkota ostro, a z kuni rozlatyway 
si dwikliwe, przejmujce bicia motw, za ludzkie gosy i cay ten rwetes przygotowa 
by jako to pszczelne brzczenie wrd drzewin. 

-A moe go i obacz! -dumaa wystawiajc twarz na wiater i na te rosy skapujce z obsychajcych 
kwiatw i lici. 
- Jagu. nie wyjdziecie to do roboty? - wrzasna Jzka z podwrza. 
Ani jej do gowy przyszo si opiera: zabraa motyczk i zaraz posza do kobiet. Odpada 
j moc i ch sprzeciwu, a nawet rada poddaa si przykazowi, ktren j wyrywa z myle 
i niepewnoci. Przejmowaa j jeno dziwna tskno, e jae zy nabiegay do oczu, a 
dusza si kajci rwaa. Tak si przypia do roboty, e komornice ostay daleko na zajdach, 
ale nie ustawaa, nie zwaajc na Jagustynkowe przycinki ni widzc babich lepiw, co j 
obiegay cigiem, kiej te psy przyczajone dokliwego chwytu. 

Tylko niekiedy prostowaa si nagle, jako ta grusza ociaa kwiatem prostuje si na 
miedzy pod tkniciem wiatru i chwieje si dziebko, i patrzy po wiecie tysicami oczu, i 
pacze biaym, wonnym okwiatem po rozchwianych, zielonych zboach, i moe zimy srogie 
spomina... 

Jagu o Antku mylaa niekiedy, a czciej Jasiowe oczy jarzce i Jasiowe wargi czerwone 
staway w pamici, i Jasiowy gos luby odzywa si w sercu tak sodko, jae smutki pierzchay 
i pojaniao w niej, e przygiwszy si barzej nad zagonem, czepia si ca moc utsknie 
tych wspominkw. Natur bowiem ju tak miaa, kieby te wiotkie trzmieliny czy 
chmiele dzikie, ktre zawdy czepi si musz jakiej gazi lebo kole pnia wyniosego owin 

- bych rosn mogy i kwitn, i y - za oderwane podpory i sobie ostawione, na pastw zej 
przygodzie acno id. 
A komornice, naszeptawszy si o niej do syta, e to ciepo ju si zrobio galante, pozrzucay 
z gw pachty i zapaski i wziy raniej pogwarza, czciej si przeciga, na poednie 
tskliwie wygldajc... 



- Kozowa, wyszacie - to obaczcie, czy chopw nie wida na topolowej? 
- Ani widu, ani sychu! - odrzeka, prno si na palcach wspinajc. 
- Gdzieby za tak rycho... nie zd przed mrokiem... karwas drogi... 
-I pi karczmw na rozjazdach! - zakpia po swojemu Jagustynka. 
- Chudziaki, biedota, kaj im tam karczmy bd w gowie! 
- Wymizerowali si tylachna czasu, nacierzpieli... 
- Taka im bya krzywda, e si w cieple wyspali i najedli po grdyk... 
- Juci, tyle tej dobroci zayy, co te karmiki na pokrzywach z plewami. 
- Dy o suchym ziemnioku, a lepiej na wolnoci - rzeka Grzeli kobieta. 
-Dopiero to smaki taka wolno!.. ho, tyla z niej biednemu, e moe sobie zdycha z 
godu, kaj mu si spodoba, bo sztrafu za to paci nie ka, ni go stranik do kreminau nie 
pojmie!... - wydziwiaa. 
- Prawda, moiciewy, prawda! ale co niewola, to niewola!.. 
- A co groch ze sperk, to nie ros na osikowym koku! -przedrzeniaa Jagustynka, jae 
wszystkie miechem gruchny. 
Odcia si cosik Filipka, ale moga t utrzyma wtr z takim pyskaczem i ozornic? Jagustynka 
nawydziwiaa nad ni, co ino wlazo, i ja cudeka wygadywa o mynarzu, jako na 
brg daje stch kasz, a za pienidze te oszukuje na wadze. Za potem ju z Kozow na 
spk uyway na caej wsi, nie przepuszczajc nawet dobrodziejowi; a przewczc kadego 
zymi ozorami kieby przez te ostre ciernie... 

Grzelowa sprbowaa broni poniektrych, ale j zakrzyczaa Kozowa: 

- Wy bycie radzi broni nawet takich, co kocioy rozbijaj... 
- Bo wszystki czowiek zarwno potrzebuje obrony! - szepna agodnie. 
- A ju najbarzej Grzela przed wasz maglownic... 
-Nie wam przestrzega poczciwoci, ktracie Bartka Koza kobieta!.. -rzeka twardo, 
prostujc si wyniole. 
Struchlay wszystkie czekajc, e skocz sobie do kudw, ale one jeno przewleky po 
sobie srogimi lepiami. Dobrze, co w sam por Witek przylecia zwoywa na obiad i kosze 
zbiera, e to witkowa mieli od poudnia. 

Mwiy ju mao wiele nawet przy obiedzie, ktren Hanka kazaa poda na ganku, bo 
soce si ju cakiem wykryo, cay wiat si rozjani, a wszystkie dachy i drzewa kwitnce, 
kiej tym bieluchnym niegiem przyprszone -pawiy si w przejrzystym, pachncym powietrzu. 


Dzie si roztoczy soneczny i cichy, wiater dziebko przegarnia po drzewinach, ale tak 
miciutko, kieby te rce matczyne gadziy pieciwie dzieciskie gbusie. 

witko te szczere stano, bo ju od poobiedzia nikto w pole do roboty nie wyszed, 
nawet bydo zegnali z pastwisk, e jeno poniektra biedota swoje zamorzone karmicielki wywodzia 
na postronkach popa kaj po miedzach lub nad rowami. 

A kiej soce odtoczyo si na par chopa z poudnia, jli si ludzie zbiera pod kocioem, 
wygrzewali si pod murami, przegwarzajc z cicha jako ci ptakowie wiergoccy w klonach 
i lipach, co wyniosym krgiem jae ku dachom kocioa sigay gaziami, ledwie 
przytrznitymi zieleni. Soce przypiekao niezgorzej, jak to zwyczajnie bywa po rannym 
deszczu. Kobiety zestrojone witecznie postaway kupami, a poniektre wyglday tskliwie 
za mur, na topolow, za lepy dziad siedzia wraz z pieskiem we wrtniach smtarza i pobone 
pienie wyciga jkliwie, uszami strzyg na wsze strony i potrzsa miseczk do 
wchodzcych. 

Wyszed rycho i dobrodziej w kom ubrany i stu, z go gow, e mu jae ysina byskaa 
w socu. 
Pietrek Borynw krzy uj, bo Jambro nie uradziby lecie tyla drogi, za wjt, sotys i 
ktra z tszych dzieuch wynieli chorgwie, co si jy zaraz rozwija na wietrze, trzepa i 



byska kolorami. Micha organistw ponis wod wicon i kropido, Jambroy rozda 
brackim wiece, a organista z ksik w rku stan wpodle dobrodzieja, ktren da znak, i 
ruszyli w cichoci przez wie okwiecon; nad stawem, jae we wodzie cichej odbijaa si caa 
procesja. 

Sporo jeszcze kobiet i dzieci przyczao si po drodze, za na ostatku mynarz z kowalem 
pobok ksidza si dociskali. 

A na samym kocu, za wszystkimi, wleka si Agata, czsto pokaszlujc, i lepy dziad 
koleba si na kulach, jeno e od mostu zawrci i pono do karczmy pocign. 

Dopiero za mynem zastawionym, bo i umczony mynarczyk przysta do kompanii, zapalili 
wiecie, ksidz nadzia czarn, rogat czapeczk, przeegna si i zaintonowa: Kto si 
w opiek... 

Zawtrowali z caego serca, jak kto umia, i ruszyli wzdu rzeki, kami, kaj peno byo 
jeszcze kau, a miejscami tak grzsko, e po kostki zapadali. Osaniajc wiato rkoma; 
rozwczyli si po wskiej droynie, kiej raniec uwity z czerwonych, pasiastych weniakw. 


Rzeka migotaa w socu i wia si pokrtnie wskro k zielonych, nabitych kaj niekaj 
kpami tych i biaych kwiatkw. 

Chorgwie wiay si nad gowami, niby te ptaki wielgachne toczerwonymi skrzydami, 
krzy koysa si na przedzie, a gosy rozpiewane roznosiy si z wolna w cichym, przejrzystym 
powietrzu, spadajc na trawy, na kpy ozin jasnozielonych, na cierniowe krze, cae 
w biaociach kwiatw kieby w tych gzach przenajwitszych. 

Woda pluskaa o brzegi, gsto upstrzone kaczecami, kieby do cichego wtru pieniom i 
oczom leccym przed si w dale jasnego nieba, w rzek rozmigotan zotymi uskami, w te 
wsie widniejce na wyniach suchych, a ledwie znaczne w modrawym powietrzu wstgami 
sadw biao kwitncych. 

Ksidz szed z asyst tu za krzyem i piewa wraz z drugimi. 

- Co duo kaczek si podrywa! - szepn zezujc na prawo. 
-Przelotne, krzywki -odpar mynarz patrzc za rzek w niziny, zarose t, zeszoroczn 
trzcin i olchami, skd raz w raz podryway si ciko cae stada. 
-I bociakw co wicej nili zeszego roku. 
- Maj co re na moich kach, to si z caego wiata zwcz. 
- A ja swojego straciem, w same wita si gdzie zapodzia. 
- Do stada si pewnie przyczy, na przelocie. 
- Co to jest w tych uwaowanych redlinach? 
-Koskiego zba wsadziem ca morg... troch tu mokro, ale e mwi, co na suchy 
rok idzie, to moe si uda. 
- Byle nie tak, jak mj zeszoroczny: schyla si nie byo po co. 
- Kuropatkom si uda: sporo si ich tam wywiedo - artowa cicho. 
- Juci, pan jad kuropatwy, a moje siwki zbami dzwoniy o b... 
- Obrodzi si, to ju ksidzu dobrodziejowi z furk jak uycz. 
-Bg zapa, bo i koniczyna zeszaroczna nietga; jeli susze przyjd, przepadnie! westchn 
aonie i zacz znowu piewa. 
Dochodzili wanie pierwszego kopca, ktren by tak pokryty krzami rozkwitych tarnin, 
e wynosi si kiej biaa kopa, nastroszona kwiatami rozbrzczonymi pszczelnym rojem. 
Otoczyli go krgiem wiate rozchwianych, krzy si wznis zatknity w krzach, chorgwie 
si rozwiny nisko pochylone i ludzie przyklkli koem, jakby przed otarzem, na ktrym, 
w kwiatach i pszczelnym brzku zwiesny, objawi si majestat wity!... 

Wraz te ksidz odczytywa modlitw od gradu i kropi wod wicon wszystkie cztery 
strony wiata; i drzewiny, i ziemi, i wody, i te gowy chylce si pokornie, cay ten wiat 



rozdygotany cich radoci rostu i mocy, i szczcia, wszystko, co dol swoj poczynao i co 

martwe jest. 

Nard zaszumia now pieni i podnosi si raniej i weselniej. 

Ruszyli dalej, bierc si od razu na lewo, w poprzek k, pod agodne wzgrza. Dzieci jeno 
duej si zatrzymay, e to Gulbasiaki z Witkiem, wedle starego obyczaju, sprawiay na 
kopcu poniektrym chopakom tg ani, e podnis si taki wrzask, jae ksidz im z dala 
wygraa. 

A za kami weszli na szeroki wygon graniczny, w gszcz smukych jaowcw, rosncych 
z kraja, jakby na stray pl rodnych. Wygon by szeroki, a krci tdy i owdy kiej rzeka 
zielon fal traw gsto nabitych kwiatuszkami, e nawet w starych koleinach mrowiy si 
te mlecze i biae stokrotki. Kaj rozwalay si wielkie kamionki, obrose w ciernie, e trzeba 
je byo potem obchodzi, a gdzie znw stojay samotnie dzikie grusze, cae we kwiatach i 
pszczelnym brzkiem rozpiewane i tak bardzo cudne i wite, jako te Hostie unoszce si 
nad polami, jae si klka chciao przed nimi a caowa ziemi, co je na wiat wydaa. 

A gdzie znowu brzzka si pochylaa, przyodziana w bielukie gzo i caa owionita zielonymi, 
rozplecionymi warkoczami, a tak czysta i drca w sobie, kiej ta dziewczyna do 
pierwszej komunii stajca. 

Podnosili si z wolna na wynioso, obchodzc lipeckie pola od pnocy, wzdu mynarzowych 
rl, szumicych ytem. 

Ksidz szed za krzyem, za nim cisny si kupkami dziewczyny i co modsze kobiety, 
za w kocu, w pojedynk albo i po parze w rzdku, wleky si staruchy z Agat, kusztykajc 
daleko za wszystkimi. Dzieci jeno pltay si na bokach, chronic si ksiych oczu, bych 
mielej baraszkowa. 

A wynieli si na rwni, kaj i cicho stana wiksza, wiater usta zupenie, chorgwie 
zwisy, a nard si rozwlk na staje, e jako te kwiaty widniay kobiety wrd zieleni, za 
pomyki wiec dray skrami niby zotawe motyle. 

Niebo wisiao wysokie i czyste, tylko niegdzie leaa jaka biaa chmura, kieby owca na 
modrawych, nieobjtych polach, przez ktre nieso si ogromne, rozgorzae soce, zalewajc 
wiat ciepem i blaskami. 

Jeno pie si wzmoga: huknli z caej mocy i tak rozgonie, jae ptaki uciekay z 
drzew pobliskich; czasem kuropatka wystraszona furkna spod ng albo i zajczek wyrywa 
si gdziesik spod kotyry i gna na olep. 

- Oziminy dobrze id - szepn ksidz. 
- Ba! wczoraj ju pitk w ycie znalazem. 
- A kt to tak spapra?... - poowa gnoju na skibach. 
- Ziemniaki ktrej komornicy, jakby w krow przyorywaa. 
- Przecie brona wszystko wywlecze. Paskudziarze juchy! 
- Dy to parobek dobrodziejw przyorywa - wtrci cicho kowal. 
Dobrodziej si rzuci, ale zamilk i przypiewujc narodowi, chodzi oczyma po tym nieobjtym 
rozlewie pl rodnych, co pogarbione i miejscami dziebko wzdte, jako te piersi 
matki karmicej, zday si dycha w sodkim wzbieraniu, bych co ino przypadnie do rozwartego 
ona, poywi si mogo i przytuli, i o doli srogiej zapomnie. 

Hej! szeroko niesy si oczy, i daleko, i przestrono, e caa procesja zdaa si jeno cigiem 
mrwek wrd zb, a gosy ludzkie tyle wayy nad polami, co te skowronkowe wiergotania. 


Soce si przetaczao ku zachodowi, e ju pozociay zboa, okwiecone drzewa rzucay 
cienie, za lipecki staw wybyskiwa rozgorza szyb z obrzey sadw, spienion biel 
kwiatw przytrznitych. Wie leaa niej, jakby we dnie michy wielgachnej, a tak przysoniona 
drzewami, e ino kaj niekaj dojrza szar stodo; jeden koci, co si wynosi biaymi 
murami ponad wszystko i zotym krzyem na niebie wieci. 



Za po prawej rce idcych rozleway si rwnie, niby te nieprzejrzane wody szarozielone, 
z ktrych wynosiy si wsie gstymi kpami drzew okwieconych, krzye przydrone i 
drzewa samotnie rosnce. Oczy si tam niesy jak ptaki, ale nie signy w koujcym locie 
innych granic, kromie tych borw czerniejcych dokoa. 

- Co za cicho... aby deszcz w nocy nie przyszed... - zacz ksidz. 
- Nie bdzie: wytaro si na dobre i chd zawiewa. 
- Rano lao, a teraz wody ani znaku. 
- Zwiesna przeciek, to w mig przesycha - wtrci swoje kowal. 
Dosigli drugiego kopca, wgowego. Wielki by kiej usypisko; powiedali, e pod nim 
le pobite na wojnie. Krzy sta na nim niski a struchlay cakiem, przystrojony w zeszoroczne 
wianuszki a obraziki, ubrane firaneczkami, za z boku tulia si wyprchniaa, rosochata 
wierzba, okrywajc jego rany modymi pdami. Strasznie tur byo jako i pusto, e nawet 
wrble nie gniedziy si w dziuplach, a chocia naok leay rodzajne ziemie, kopiec 
by prawie nagi, odarte boki ciy si piachami, e jeno rozchodniki, kiej te liszaje, czepiay 
si niegdzie i sterczay suche badyle dziewanny i szalejw oskich. 

Od moru odprawili naboestwo i przypieszajc krokw, wzili si jeszcze barzej na 
lewo, na skro do topolowej drogi, mierzc pod sam las, jak wioda wska i wyjedona mocno 
drka. 

Ju zwart kup ruszyli, tylko Agata ostaa przy kopcu, kryjomo odara szmat z krzya i 
podajc z dala za procesj zagrzebywaa j strzpkami po miedzach la jakiego zabobonu. 

Organista zaintonowa litani, ale cignli j ospale, e piewa ino kto niekto, w pojedynk, 
bo kobiety rajcoway z cicha, rzucajc jeno w potrzebnym miejscu wrzaskliwie: 
Mdl si za. nami -za dzieciska wypary si na wyprzdki i baraszkoway swawolnie, jae 
Pietrek Borynw, obzierajc si na proboszcza, mrucza zelony: 

- Obwiesie, juchy! zbereniki!... bo jak pa spuszcz! 
Ksidz, znuony ju sielnie, pot ociera z ysicy, a rozgldajc si po ssiednich rolach 
pogadywa z wjtem: 

- Ho, ho! tym ju groch powschodzi... 
- A prawda!.. wczesny by musi, rola doprawiona i idzie kiej br. 
- Ja siaem jeszcze na Palmow, a dopiero ky puszcza 
- Bo u do dobrodzieja na tym doku zimnica, a tu grunt cieplejszy. 
-I jczmiona ju im powschodziy, a rwne, jakby siewnikiem posiane. 
- Modliczaki dobre gospodarze, na dworsk mod w polu robi. 
- Tylko na naszych polach ani znaku jeszcze owsw i jczmionw. 
- Spnione wszystko, deszcze te przybiy, e nieprdko si rusz. 
-I spaprane, e niech Bg broni! - westchn ksidz aonie. 
- Darowanemu koniowi w zby nie zagldaj - zamia si kowal. 
-Te, wisusy, uszy poobrywam, jak nie przestaniecie! -krzykn proboszcz na chopakw 
migajcych kamieniami za stadkiem kuropatw, szorujcych w poprzek zagonw. 
Przycichy z naga rozmowy, chopaki przywary po bruzdach, organista znw j becze, 
kowal zawtrowa, jae w uszach zawierciao, a cieniukie gosy kobiet podniesy si jkliwym 
chrem, e litania rozwleka si nad polami, niby ten cig ptakw zmczonych dugim 
lotem i ju z wolna i coraz niej opadajcych. 

Parli si tak wrd pl zielonych dugim i rozpiewanym zagonem, e ludzie, pracujcy 
na modlickich polach, a nawet i na dalszych, podnosili si od roboty czapy zdejmujc, to 
przyklkajc na zagonach, gdzie za bydo zaryczao, podnoszc cikie, rogate by, a kaj 
znowu sposzony rebak odbieg maci, w cay wiat gnajc. 

Ze staje mieli jeszcze do trzeciego kopca i figury przy topolowej, gdy ktosik wrzasn z 
caych si: 

- Chopy jakie z lasu wychodz! 


- A moe to nasi? 
- A nasi! nasi! - buchno z kupy i kilkanacioro rzucio si naprzd. 
- Sta! Naboestwo pierwsze - nakaza ostro ksidz. 
Juci, e ostali, przedeptujc z niecierpliwoci. Zbili si jeno barzej w kup, stowarzyszajc 
jak popado, bo kadego dziw nie podrywao z miejsca, ale ksidz nie puci, przypiesza 
jednak kroku. 

Wiater skdci zawia, e wiece pogasy, chorgwie zatrzepay i yta, krze i ukwiecone 
drzewa jy si koleba, jakby kaniajc i do ng si chylc procesji. Ale nard, cho piewa 
coraz goniej, w dyrdy ju sun i oczy wpiera w br niedaleki, midzy drzewa przydrone, 
kaj ju wyranie bielay si kapoty chopskie. 

-Nie pchajciee si, gupie: chopy wam nie uciekn! - zgromi ksidz, bo mu ju nastpoway 
na pity toczc si jedna przez drug. 
Hanka, co bya sza w rzdzie z najpierwszymi gospodyniami, a krzykna dojrzawszy 
kapoty. Wiedziaa przeciek, jako tam Antka nie zobaczy, a mimo to zatrzsa si radoci i 
pijana zgoa nadzieja rozsadzaa jej dusz, e zesza na bok, w bruzd, i oczy wypatrywaa... 

Za Jagusia, idca wpodle matki, porwaa si z miejsca, bych lecie, ognie j przejy i 
taki dygot, co zbw nie poredzia zewrze; a drugie kobiety te nie mniej si rway ku tym 
wytsknionym. Jeno poniektre dzieuchy i chopaki nie wstrzymay dugo, bo naraz chlasny 
z kupy, kiej woda z cebra wstrznitego, i mimo woa pognay na przeaj do drogi, jae im 
ysty bielay. Procesja rycho dosiga krzya Borynw, za ktrym tu zaraz by kopiec, na 
skraju ziem lipeckich i dworskiego boru. 

Chopy ju tam stojay kup w cieniu brzz wielgachnych, strujcych przy krzyu; z 
dala ju odkrywali gowy i oczom kobiet pokazay si lube twarze mw, ojcw, braci a synw 
utsknionych, twarze pochude, wymizerowane a pene radoci, pene umiechw szczcia. 


-Poszki! Sikory! Mateusz! Kb! i Gulbas! i stary Grzela! i Filip! Mizeraki kochane! 
Biedota! Jezus Maria, Matko Przenajwitsza! -rway si woania i pokrzyki a szepty gorce, 
i ju oczy gorzay radoci, ju si rce wycigay, ju tumione pacze kwiliy i krzyk nabrzmiewa 
w gardzielach, ju ponosio wszystkich, ale ksidz jednym gromkim sowem powstrzyma 
i uciszy nard, a dowidszy pod krzy, czyta spokojnie modlitw od ognia; 
jeno czyta wolno, bo niechcy a cigiem obziera si na strony i poczciwymi oczyma chodzi 
po twarzach wyndzniaych. 

Wszyscy te przyklknli w pkole i wraz z arliw i dzikczynn modlitw zy pyny 
z oczu, uwieszonych na Chrystusie przybitym do krzya. Dopiero kiej zakoczy i wod skropi 
gowy chylce si do ziemi, zdj rogat czapeczk i wesoo a w cay gos hukn: 

- Niech bdzie pochwalony! Jak si macie, ludzie kochane! 
Juci, co chrem odkrzyknli, cisnc si do niego kiej te owce do pasterza, a w rce caujc, 
a za nogi obapiajc, a on ci kadego bra do serca, po gowach caowa, po zbiedzonych 
twarzach gaska, troskliwie pyta j i z dobrym sowem odpuszcza, a utrudzony siad 
pod krzyem, pot obcierajc i te zy poczciwe 

A nard skotowa si kiej ten wrztek kipicy. 

Buchna wrzawa, miechy, cmokania, pacze radosne dzieciskie jazgoty, gorce sowa i 
szepty, krzyki, co jak piew si wydzieray z serc uszczliwionych, woania tsknic z naga 
zapomnianych; kada swojego na stron odcigaa i kaden kiej ten chojak koleba si wpord 
krzykw w kupie kobiet i dzieci, w radosnej wrzawie gwaru i paczw... Dobrze ze dwa 
pacierze trway powitania i byyby si przecigny do nocy, a ksidz si spamita, e pora, 
i da znak. 

Ruszyli do ostatniego kopca, drog wzdu lasu, niskimi zarolami jaowcw i sonianej 
modzi. 



Ksidz zapiewa: Serdeczna Matko, a wszystkie jak jeden czowiek zawtrowali wielkim 
gosem, a br zajcza i echami oddawa, wesele bowiem przepeniao dusz, tak moc 
dajc piersiom, e piew zrywa si kiej burza wioniana i chlusta nad bory supem rozognionych 
uniesie... 

A e sporo narodu przybyo, to ju zapchali ca drog, szli take i borem midzy drzewami, 
szli i nad polami, e cae Podlesie zaroio si ludmi, a hukao pieni niebosin. 

Jeno co rycho piew opad kiej chmura, gdy ju pierun ze siebie wypuci, e tylko i ze 
samego przodka jeszcze nut wycigali, mnogim za zrobio si pilno zgwarza ze swoimi. 
Cig si te porwa i rozpierzcha na strony, chaupami szli, wiela dzieci pomniejsze na rce 
wzio, drugie a co modsze parami szli, cosik se rozpowiadajc, a insze ju si w gszcz wywodzili, 
od ludzkich oczu, za dzieuchy sponione kiej winie przywieray do swoich chopakw 
nie baczc na nikogo. A kiej niekiej, snad la ulenia sobie w kuntentnociach, piewem 
znw gruchali rozgonym, jae wrony z gniazd wylatyway na pola, jae wiece gasy od 
pdu, a br odhukiwa z wolna i bekota, kieby z tej gbokiej, nieprzejrzanej gardzieli. 

To cicho si rozpocieraa, e ino tupot ng si rozlega i pryskay w gszczach rozognione 
miechy, ciszone sowa lub te pacierze staruch, mamrotane jkliwymi nawrotami. 

Zachd ju nadchodzi, niebo si wynieso, jakby wzdymajc w rozzocon, szklan bani, 
e jeno kilka chmur przesikych czerwieni mdlao w sinych wysokociach, soce zesuno 
si na sam wrb i nad borami zawiso,. a wrd pni ogromnych, w zielonych podszyciach 
roztrzsay si brzaski zotawe, za na polanach samotne drzewa zday si ywym 
ogniem pon, rozgorzay wody, przytajone w gszczach, i cay br jakby w ogniach stan i 
w krwawych dymach, e tylko miejscami, kaj wyniose chojary stay zwart gstw i kieby 
chopy wsparte o si ramionami, tam czarne mroki zalegay, a i to jeszcze przewietlone niegdzie 
tym ddem sonecznym. 

Br pochyla si nad drog i na pola zda si patrze, wygrzewajc w zachodzie czuby 
wielgachne, a stoja tak cichuko, i kucie dziciow trzaskao przenikliwie, kukuka gdziesik 
kukaa zawzicie, a z pl dochodziy ptasie wiergotania: 

Droga krcia si miejscami sam krawdzi pl, e chopy przestawali opowiada i cisn 
si nad bruzd przydron, szli pochyleni, obejmujc oczyma te niwy zielone, kaj gsto 
kwitnce drzewa gorzay w zachodzie, te dugie zagony, co wleky si ku nim pokornie, te 
kiej wody dziebko rozkolebane pola ozimin, chylce si jakby pod nogi gospodarzom z 
chrzstem radosnym. arli ci te lepiami t ma ywicielk, e niejeden si egna, niejeden 
Pochwalony mwi czap zdejmujc, a za wszystkim zarwno dusze klkay w niemej, 
gorcej czci przed t wit i utsknion. 

Juci, co po tych pierwszych przywitaniach nowe gwary si podniesy i nowe radocie 
rozpieray serca, jae chciao si niejednemu hukn po lesie albo i przypa do tych zagonw 
i zapaka. 

Tylko Hanka poczua si jakby za caym wiatem. A to tu przed ni i za ni, i wszdy 
chopy szy szumno, a kiele kadego kobiety i dzieci tul si radonie niby te krze wte, a to 
gwarz, ciesz si, w oczy sobie zagldaj, cisn si do siebie, a ona jedna przemwi nie ma 
do kogo! Cay nard wre ukropem radoci niepowstrzymanej, a ona, cho idzie w porodku, 
tak si czuje opuszczona i nieszczsna, jako to drzewo usychajce w gszczach, na ktrym 
nawet wrona gniazda nie uwije ni aden ptak nie przysidzie. Nawet mao kto j przywita jake! 
kademu byo pilno do swoich... co im tam ona?... a tylachna ich wrcio... nawet Kozie, 
e znowu bdzie trzeba pilnowa komory i chlewy zamyka... nawet i te najwiksze 
buntowniki: Grzela, wjtw brat, i Mateusz... Antka jeno nie pucili... moe go ju nigdy nie 
zobaczy... 

Nie, nie moga ju wytrzyma, bo te rozmysy przygniatay j kieby kamienie, e ledwie 
nogi zbieraa, ale sza z gow podniesion, harda na oko i pyszna jak zawdy. Kiej zapiewali, 
piewaa z drugimi dononie; kiej modlitw ksidz zaczyna, pierwsza powtarzaa zbielaymi 



wargami, jeno w tych dugich przerwach, gdy posyszaa wokoo ciszone od arw szepty, 
wpieraa cikie oczy w krzy byszczcy i sza, strzegc si jeno tych ez zdradzieckich, co 
jak zodzieje wymykay si niekiej spod rozpalonych powiek. Nie powaya si nawet pyta o 
Antka - jeszcze bych si moga wyda z mki przed ludmi!... Nie, nie, tyle zniesa, to i wicej 
przemoe, przecierpi... udwignie... Nakazywaa sobie czujc zarazem, jak w niej zy pie-
kce wzbieraj, jak al za gardziel dusi, mrokiem przesaniaj si oczy i jak ta mka ronie z 
minuty na minut. 

Nie sama jedna tak biadolia, nie, bo i Jagusia czua si nie lepiej: sza ona z osobna, 
przemykajc si lkliwie kiej ta sarna sposzona. I j poniesy radocie, e pobiega naprzeciw 
i prawie pierwsza chopw dopada, a nikto do niej nie wyskoczy, nikto nie przytuli i nie 
caowa. Jeszcze z dala dojrzaa Mateuszow gow nad insze wyniesion, wic ku niemu 
rzuciy si jej oczy rozgorzae, ku niemu porway j nagle dawno ju zapomniane tsknoty, e 
przepychaa si przez cib z wrzaskiem radosnym. Ale on jakby jej nie dojrza... Nim go 
dosiga, ju matka wisiaa mu na szyi, Nastusia wp trzymaa i modsze dzieci wieszay si 
dokoa, za Tereska onierka, czerwona jak burak, rozbeczana, trzymaa go za rk, nie 
strzegc si ju oczu niczyich. 

Jakby j kto wod zimn. obla, e wypada z kupy i w las pognaa, sama nie wiedzc, co 
si z ni wyprawia. Jake to, miaa straszn ochot poczu si w gromadzie i cisku, w tej 
przejmujcej wrzawie powita, chciaa si cieszy jak i drugie; przeciek, kiej wszystkie, miaa 
serce pene arw i gotowe do uniesie i szlochw radosnych, a oto sama i musi, z dala od 
ludzi niby ten pies oparszywiay. 

Rozdygotaa si te cikim alem, ledwie ju zy wstrzymujc a wyrzekania i wleka si 
jako ta chmura pospna, co to leda chwila deszczem rzsistym zapacze. 

Par razy prbowaa ucieka do dom, ale nie poredzia: al jej byo ostawia procesj, to i 
pltaa si potem pomidzy ludmi, jak ten apa szukajcy w cibie swoich gospodarzy. Nie 
cigno jej do matki ni do brata, ktren przemylnie zagubia si w jaowcach i kole Nastusi 
koowa, a kto drugi te si z ni nie stowarzyszy, zajty swoimi. A w kocu zo j zatrzsa, 
e byaby z luboci pucia kamieniem w ca kup i w te rozradowane, miejce si 
gby. 

Szczciem, e ju wychodzili z boru. 

Ostatni kopiec stoja na rozdrou, skd jedna z drg skrcaa prosto ku mynowi. 

Soce ju zachodzio i zimny wiater powia z nizin, ksidz przypiesza naboestwo, e 
to i Walek czeka na niego z bryczk. 

piewali ta jeszcze co nieco, ale ju wszystko szo na rzadki pytel, bo utrudzeni byli, 
za chopy rozpytyway z cicha o folwarek spalony we wita, ktrego rumowiska okopcone 
sterczay niedaleko, a przy tym i na dworskich polach dziay si ciekawoci. 

Dziedzic ano skaka po zagonach na swojej buance za jakimi ludmi, jakby rozmierzajcymi 
role dugimi prtami, a za przy krzyu, na rozwidleniu drg i kole stogw spalonych 
widniay bryki to malowane. 

- Co to moe by? - zauway ktosik. 
- Juci, co pole wymierzaj, jeno e to nie omentry. 
- Kupce pewnikiem, niej wygldaj na chopw. 
- Na Miemcw patrz. 
- Pewnie: kapoty granatowe, faje w zbach i portki na cholewach. 
- Rychtyk, podobni do Olendrw z Grunbacha. 
Szeptali oczy wytrzeszczajc ciekawie, ale jaki guchy niepokj zacz przejmowa 
gromad, e nawet nie spostrzegli, jak kowal wynis si cichaczem i prawie chykiem, bruzdami, 
przebiera si ku dziedzicowi. 

- Podleski folwarek kupuj czy co? 
- Ju we wita powiadali, co dziedzic oglda si za kupcami. 


- Ale niech rka boska broni od miemieckich somsiadw! 
Poniechali rozwaa, bo skoczyo si naboestwo ksidz wsiada na bryczk wraz z 
organistami. 
Nard si rozbi na kupy i z wolna pocign do wsi, rozwlekli si po drodze, to miedzami 
szli gsiego, jak ta komu bliej byo do chaupy. 
Soce ju zaszo i mroczao nad ziemiami, na zielonkawym za niebie rozarzay si zorze 
ogniste. Z k za mynem ruszay si biae opary, rozwczc kieby przdz na wszystkie 
niziny. W cichoci, jak si przyodziewa wiat, jeno bociek klekota gdziesik rozgonie. 

Bo nawet gosy ludzkie pogasy i caa procesja wsikaa z wolna w pola, e jeno gdzieniegdzie 
czerwienia weniak, lebo biae kapoty mgliy si w zapadajcych, modrawych cieniach. 


A pokrtce wie ja si napenia i rozbrzmiewa, bo ju wszystkimi stronami a gwarnie 
walili, kaden za chop krzyem witym wita dawno nie widziane progi, a nie-jeden na 
ziem rymn przed obrazami, w gos ryczc szczcia 

Ponowiy si witania, a babie i dzieciskie jazgoty, a opowiadania, przerywane wybuchami 
gorcych caunkw i miechw. 

Kobiety, rozognione i jakby oszalae z wrzasku, jy usadza swoich nieborakw przed 
michami, podtykajc im jado i niewolc ze wszystkiego serca. 

e i krzywd zapomnieli, i pamici bied, i dugich miesicy rozki si zbyli, bo kaden z 
caego serca cieszy si powrotem i swoimi, ktre raz po raz obapia i do serca przyciska, a o 
rnoci wypytywa. 

Kiedy za ju sobie podjedli do sytu, ruszyli gospodarki oglda i radowa si dobytkiem, 
e cho ju dobrze ciemniao, a azili po obejciach i sadach, lewentarze poklepujc 
albo i tykajc palcami obwise pod kwiatem gazie, kieby te kochane, dzieciskie gowiny. 

e ju i nie opowiedzie, jakim weselem rozgorzay Lipce. 

Tylko u jednych Borynw byo zgoa inaczej. 

Dom osta prawie pusty, Jagustynka poleciaa do swoich, Jzka te z Witkiem poniesa 
si, kaj ludniej byo i weselej, e jedna Hanka chodzia po ciemnej izbie pohutujc na rku 
dziecko kwilce i ju puszczajc wodze alom i bolesnym, palcym zom. 

Jeno e i w tym nie ostaa dzisiaj sama jedna, bo ano Jagu tak samo ciskaa si w mrocznym 
obejciu, rychtyk tymi samymi smutkami szarpana i tak samo tukc si kiej ten ptak o 
klatkowe prty. 

Tak si ju bowiem spleto dziwnie. 

Jagna przyleciaa jeszcze przed drugimi, a chocia mroczna bya kiej noc i rozelona, 
rzucia si do roboty, robia, co ino jej wpado pod oczy, za wszystkich; wydoia krowy, napoia 
cielaka, nawet winiom arcie poniesa, jae Hanka zdumiaa si, ledwie wierzc wasnym 
oczom. A ona nie baczc na nikogo pracowaa, jakby si chcc zarobi i tak umczy, 
by zapomnie krzywdy jakiej i zabi w sobie smutki a ale. 

Ale c, cho rce mdlay z utrudzenia i krzy dziw nie pka, zy i tak cigiem stay jej 
w oczach i czsto palcym sznurem cieky po twarzy, a w duszy krzewi si coraz bujniejszy i 
sroszy smutek 

Zapakane oczy nic nie widziay wpodle siebie, nawet Pietrka, ktren ju od samego 
przyjcia na krok jej nie odstpowa i pomagajc zagadywa z cicha i rozarzonymi lepiami 
obejmowa, a przyciera si nieraz tak z bliska, jae bezwolnie si odsuwaa. Ae przyszo do 
tego, e kiej w stodole nabieraa w opak sieczki, chwyci j wp, do ssieka przypiera 
mamroczc cosik i do jej warg chciwie sigajc... 

Nie sprzeciwia si, nie miarkujc, do czego idzie i dajc si na jego wol, jakby nawet 
rada temu, e j jaka moc pojena i ponosi, ale skoro j rzuci na som i poczua na twarzy 
jego wilgotne wargi, porwaa si niby wicher i odrzucia go precz kiej ten wieche, jae bcn 
na klepisko... 



Straszna zo j zatrzsa... 

-Ty pokrako zapowietrzona!... ty winiarzu!... Powa si jeszcze kiej mnie tkn, to ci 
kulasy poprzetrcam!... Dam ja ci jamory, jae si juch oblejesz!... - krzyczaa rzucajc si z 
grabiami. 
Ale wnet zapomniaa o wszystkim i pokoczywszy obrzdki, do chaupy posza. 

W progu natkna si na Hank: zajrzay sobie w oczy przeszklone zami a blem ociae 
i piesznie si rozbiegy. 

Z obu izb drzwi stay wywarte do sieni i w obu ju si paliy wiata, e co chwila, jakby 
z niewytomaczonego musu, spozieray z dala na siebie. 

Za potem, narzdzajc wsplnie kolacj, krciy si z bliska siebie, ale adna nie pucia 
pary, adna i sowa nie powiedziaa, jeno kryjomo kiej zodzieje chodziy za sob lepiami. 
Juci, dobrze wiedziay, co kada dzisiaj cierpi, e czsto ze i mciwe oczy przyskakiway do 
siebie kiej noe ostre, a zacinite nieme usta mwiy urgliwie: 

- Dobrze ci tak! dobrze! 
Ale przychodziy i takie chwile, e zaczynao im by siebie al, e byyby zagwarzyy 
przyjanie, e kada ino czekaa zaczepki, by odrzekn poczciwym sowem, e nawet przystaway 
wpodle, zezujc ku sobie wyczekujco, gdy ustpowaa zawzito, przymieray 
zadawnione gniewy, a posplna dola i opuszczenie koniy je ku sobie coraz bliej... jeno co 
nie skoniy, bo zawdy je cosik powstrzymywao: to pacz dziecka, to wstyd jaki, to nage 
ocknienie w pamici krzywd, jae i w kocu roznieso je daleko i zawzito znowu w sercach 
zawrzaa, zocie spryy dusze i oczy poczy si ga byskawicami nienawici. 

- Dobrze ci tak! dobrze - syczay z cicha, prac si lepiami, znowu gotowe do ktni, do 
bitki nawet, bych ca zo wywrze na drugiej. 

Na szczcie, do tego nie przyszo, bo Jagusia zaraz po kolacji wyniesa si do matki. 

Wieczr by ciemny, ale cichy i ciepy; gwiazdy jeno z rzadka przebyskiway w powych 
gbokociach; na moczarach leay biae, grube kouchy oparw, aby zaczynay rechota, a 
niekiedy zabkao si jkliwe kwilenie czajek. Ziemi za otulay mroki, e jeno kaj wynosiy 
si na jani nieba drzewa pospane, sady szarzay jakby wapnem skropione, a bijce zapachami 
niby z trybularzwv rozarzonych; winiowy kwiat pachnia i bzy ledwie roztlae, 
pachniay zboa, wody i te ziemie przewilgocone, a kaden kwiat czu byo z osobna i 
wszystkie razem wiony upajajcym, sodkim zapachem, jae w gowie si krcio. 

Wie jeszcze nie spaa, ciche pogwary trzsy si od progw i przyb, toncych w ciemnociach, 
za drogi, przysonione cieniami drzew, a jeno niegdzie porznite wietlistymi prgami 
z okien bijcymi, mrowiy si od ludzi. Jagu niby to do matki zmierzaa, a ja krci 
nad stawem, koowa, przystajc coraz czciej, bo prawie co krok natykaa si na jak par, 
mocno splecion i cicho gwarzc. 

Spotkaa i brata z Nastusi: trzymali si wp caujc zapamitale. 

Wlaza te niechccy na Marysi Balcerkwn z Wawrzkiem: gdziesik pod potem, w 
grubym cieniu stojali, przytuleni do siebie i o Boym wiecie nie wiedzcy. 

Rozpoznaa po gosach i drugie, e z kadego cienia nad wod, spod potw, zewszd 
roznosiy si szepty, dyszce sowa, upalne westchnienia, jakie dygoty i szamotania. Caa 
wie zdaa si wrze ukropem miowa i luboci, e nawet i te skrzaty ledwie odrose, a i to 
wodziy si z chopakami, gc si a przeganiajc po drogach. 

Obmierzo jej to nagle, e wzia ich wymija, kierujc si prosto do matki, ale przed 
domem spotkaa si oblicznie z Mateuszem; nie spojrza nawet na ni mijajc kiej to drzewo; 
wid si z Teresk trzymajc j wp i cosik jej prawic... Przeszli, a ona jeszcze syszaa ich 
gosy i przytumione miechy. 

Zawrcia nagle i ju w dyrdy, jakby goniona przez wszystkie psy, uciekaa do chaupy. 
A wieczr cichy, wioniany, pachncy, nabrzmiay radoci powita, przejty wit cichoci 
szczcia, pyn niepowstrzymanie. 



Gdziesik w nocy, w rozpachnionych sadach czy na polu, fujarka zawiergolia tskn 
nut, jakby do wtru tym szeptom i caunkom, i radociom. 

Za na moczarach aby zarechotay wielkim chrem, niekiedy jeno przerywanym, a drugie, 
we stawie przymglonym kiej oko zasypiajce, odpowiaday im przecigym, sennym, 
coraz cichszym hukaniem... a dzieci, baraszkujce po drogach, jy si z nimi przemaga i 
krzycze przekomarzajc: 

Reh! reh! reh! 
Bocian zdech! 
Ja rada, ty rada, obie my rade! 
Rade! rade! rade!... . 

ROZDZIA 8 


Dzie wstawa cudny, ciepy, a jdrny, niby ten chop dobrze wyspany, ktren ledwie 
przecknwszy na rwne nogi si zrywa i szepcc pacierze, trc oczy, a dziebko poziewajc 
za robot si rozglda. 

Soce wschodzio pogodnie; czerwone i ogromne, z wolna wtaczao si na wysokie niebo, 
jakoby na to pole nieobjte, kaj w sinych oprzdach mgie, leay nieprzeliczone stada 
biaych chmur. 

I wiater si ju wasa po wiecie, kieby ten gospodarz budzcy wszystko na witaniu; 
przegarnia zboa pomdlae, dmucha we mgy, e rozpierzchay si na wsze strony, targa 
obwisymi gaziami, kaj na rozstajach hukn, to chykiem przebra si ku upionym jeszcze 
sadom i rymn w gszcze, e z wini posypa si ostatni kwiat i kiej nieg trzs si na ziemi; 
kiej zy na wody stawu pada. 

Ziemia si budzia, ptaki zapieway w gniazdach, drzewa te jy szemra niby tym pacierzem 
pierwszym; kwiaty si otwieray podnoszc do soca cikie, zwilgocone i senne 
rzsy, a lnice rosy sypay si gradem perlistym. 

Dugi a luby dygot zatrzs wszystkim, co znowu si budzio do ycia za gdziesik z ziemie, 
ze dna wszelkiego stworzenia buchn niemy krzyk i jak gucha byskawica przelecia 
nad wiatem, jak kiedy czowiecz dusz w twardym piku zmora dusi, e targa si, stracha, 
zamiera, ae raptem oczy ozewrze na soneczn wiato i krzykiem szczsnego oniemienia 
dzie wita i to, e midzy ywymi jest jeszcze, niepomna, jako to nowy dzie trudw a boleci, 
jak wczoraj byo; jak z jutrem przyjdzie, jak zawdy bdzie... 

Wic i Lipce jy si budzi i rano zrywa na nogi; niejedna gowa rozczochrana wyzieraa, 
wodzc zaspanymi oczyma po wiecie; kaj ju si myli przed chaupami, to po wod do 
stawu wypaday rozdziane jeszczek kobiety, ktosik drwa rba; wozy te wytaczano na drog, 
dymy niekaj wykwitay z kominw, a tu i owdzie roznosiy si krzyki na lenicych si wstawa. 


Rano byo jeszcze, soce ledwie co na par chopa wynieso si nad wschodem i z boku 
przez mrocznawe sady bodo czerwonymi pomieniami, a ju ruchano si wszdy galanto. 

Wiater si kajci zapodzia, e w lubej cichoci wszystko si sycio rzewym, pachncym 
porankiem, soce grao we wodach i rosy skapyway z dachw sperlonymi sznurkami, 
jaskki migay w czystym powietrzu, boki leciay z gniazd na er, kokoty piay po potach 
wytrzepujc radonie skrzydami, a gsi z ggotliwym krzykiem wywodziy mode na staw 
sczerwieniony. Bydo ryczao po oborach, za wszdy przed progami a w opotkach doili popiesznie 
krowy i z kadego obejcia wyganiali inwentarz na drogi, e szed kolebico ryczc 



przecigle, a cochajc si o poty i drzewa, za owce z zadartymi bami pobekujc cisny si 
rodkiem drogi w tumanie kurzu. Spdzali wszystko na plac przed kocioem, kaj paru starszych 
chopakw na koniach, trzaskajc batami a klnc siarczycie, oganiao rozace si 
stado i wrzeszczao na opnionych. 

A kiej ruszyli, staczajc si na topolowej, bo jae pod lasem leay wsplne pastwiska, 
przykrya ich kurzawa orosiaa i czerwonawo mienica si w socu, e jeno belki owiec i 
pieskowe szczekania rway si z cikich tumanw, znaczc drog, kaj si podzieli. 

Za pokrtce za nimi i gsiarki wypdzay biae, rozggane stada, to ktosik cieln krow 
wid na miedz albo konia sptanego prowadzi za grzyw na ugory. 

Ale i potem niewiele si przyciszyo, e to wie ja si szykowa na jarmarek. Byo to 
jako w tydzie po powrocie chopw z kreminau. 

Wszystko ju w Lipcach wracao z wolna do dawnego, jakoby po tej burzy srogiej, co 
szkd narobia niemaych, e nard, ochonwszy z trwogi, wyrzekajc a alc si na dol, 
ima si po dziebku pracy wetujcej. 

Juci, co nie szo jeszcze, jak byo i powinno, chocia chopy ju ujy rzdy w swoje 
kwarde rce, jeszczech si bowiem lenili nieco porani, do pna nieraz wylegujc si pod 
pierzynami; jeszczech niejeden czsto gsto do karczmy zaglda, niby to nowin zasigajc w 
sprawie; jeszcze ten i w p dnia przewasa po wsi i przegada z kumami, a za drugie spychali 
jeno co pilniejsze roboty, bo nieacno byo po tylim prnowaniu bra si na ostro - ale 
ju co dnia przemieniao si na lepsze, co dnia puciej robio si w karczmie i po drogach i co 
dnia gciej mus chyta za by i przygina do ziemie, do cikiej, znojnej pracy zaprzgajc. 

e za dzisiaj akuratnie wypada jarmarek w Tymowie, to mao kto do roboty wychodzi, 
szykujc si na niego. 

Przednowek wczeniej lato zawita i tak ciki, jae skwierczao po chaupach, wic co 
jeno kto mia jeszcze do przedania, piesznie wyprowadza, za drugie szy la zgwarzenia si 
ze somsiady, la obaczenia wiata i wypicia choby tego kieliszka. 

Kaden mia swj frasunek, a kaje si to nard pocieszy, wyali, skrzepi, a nowin dowie, 
jeli nie na jarmarku lebo na odpucie?... 

Wic skoro powypdzano inwentarze na pasz, zaczli si zbiera, rychtowa wozy, a 
wychodzi, kto piechty i musia. 

Biedota ruszya najpierwej, bo Filipka z paczem pognaa sze starych gsi, oderwanych 
od modzi ledwie co porosej, e to chop zachorza po powrocie i do garnka nie byo co 
wstawi. 

Ktry te z komornikw cign za rogi jaowic, co si bya teraz na zwiesn pognaa... 
e za bieda ma dugie nogi a ostre pazury, to Grzela z krzyw gb, cho na omiu morgach 
siedzia, a dojn krow poprowadzi na powrle, somsiad za jego, Jzek Wachnik, macior 
z prositami popdza. 

Ratoway si chudziaki, jak jeno mogy, bo ju niejednego tak przypierao, e ostatni 
konin wyprowadzi, jak to Gulbas musia, sprocesowaa go bowiem Balcerkowa za pitnacie 
rubli, ktre by kiej poyczy na krow, i teraz gotowym wyrokiem grozia, e wrd 
paczw caej rodziny a wyrzeka i grb siad nieborak na kasztanka i przedawa go pojecha. 


Wozy si z wolna wytaczay jeden za drugim, bo i gospodarze wywozili, co ktren mia, 
gdy wjt o podatki woa i karami straszy, za gospodynie te si wybieray ze swoim dobrem, 
e czsto gsto kokoszki gdakay spod zapasek lub tgi gsior zasycza z wasga, a 
drugie piechty idce jajka niesy w chustach; to maso kryjomo przed dziemi zbierane, a poniektre 
to i witeczne weniaki lub zbdne ptna dwigay na plecach. 

Bieda ano popdzaa, a do niw, do nowego, byo jeszcze daleko. 



Tak si wszystkim pieszyo, e nawet msza odprawiaa si dzisiaj znacznie wczeniej. 
Jeno par kobiet klczao przed otarzem, nie mogc nady za ksidzem, bo ledwie odmwiy 
na Podniesienie, a ju Jambro gasi wiece i kluczami podzwania. 

Tereska onierka, ktra z jak spraw przysza do proboszcza, trafia rychtyk, kiej ju 
wychodzi na niadanie. Nie miaa go juci zaczepi, wic jeno stana przed sztachetami 
wypatrujc, kiej si na ganku pokae. Nim si jednak zebraa przystpi, siad na bryczk i 
przykazywa ostro rusza do Tymowa. 

Westchna aonie, dugo patrzc na topolow, kaj kurz wisia i szar chmur kad si 
na pola; wozy turkotay coraz dalej, a ino czerwie kobiet cigncych gsiego nad drog migna 
niekiedy midzy drzewami. 

Lipce cichy pokrtce, myn nie turkota, kunia staa zamknita i drogi do cna opustoszay, 
bo kto osta, duba cosik w obejciach i na ogrodach za chaupami. 

Tereska sielnie sfrasowana wrcia do domu. 

Mieszkaa za kocioem, pobok Mateusza, w chaupinie o jednej izbie z psionk, gdy 
drug przy dziaach brat oderzn i przenis na swj grunt, e kiej rozcite w poprzek ebra 
sterczay przepiowane ciany i dach, przypierajce do okopconego komina. 

Dojrzaa j z proga Nastka, e to ino wski sadek ich dzieli. 

- No c? co ci wyczyta? - zawoaa biegnc ku niej. 
Tereska z przeazu opowiadaa, co j spotkao. 
- A moe by organista przeczyta?... pisane musi poredzi. 
- Juci, co poredzi, ale jak tu z goymi rkoma i do niego? 
- We par jajkw. 
- Matka wszystkie ponieli do miasta; kacze ino zostay. 
- Nie turbuj si: wemie on i kacze.. 
-Poszabym, a czego si boj! Bym to wiedziaa, co tu napisane! -Wyja zza gorsu list 
od ma, ktren by jej wjt przywiz wczoraj wieczorem z kancelarii - Co tam moe stoi? 
Nastka wzia jej z rk zaczerniony papier i, przykucnwszy pod przeazem, rozpostara 
go na kolanach i znowu z niemaym trudem prbowaa odczytywa. Tereska przysiada na 
erdce i wsparszy brod na piciach patrzya z lkiem na te jakie kreski, z ktrych tyle jeno 
Nastka wysylabizowaa, e Pochwalony stojao na pocztku. 

- Nie rozbier wicej, to darmo. Mateusz to by pewnikiem poredzi. 
-Nie, nie! -poczerwieniaa strasznie i cicho ja prosi: -Nie mw mu o licie, Nastu, 
nie powiadaj... 

-eby drukowane, to na kadej ksice przeczytam, litery znam dobrze i bacz, jaka ktra 
jest, ale tutaj niczego zoy nie poredz: same jakie kulasy i wykrtasy, jakby much 
uwalan w czernidle puci kto na papier. 
- Nie powiesz, Nastu, co? 
- Dy ju ci wczoraj rzekam, e nic mi do waju. Wrci twj z wojska, to i tak wszyko 
musi si wyda! - rzeka powstajc. 

Tereska jakby si zachysna paczem, e ino robia gardem, sowa nie mogc wydoby. 

Nastka cosik zelona odesza, kury zwoujc po drodze, a Tereska, zawizawszy w w


zeek pi jajek kaczych, powleka si do organisty. 
Ale nieletko jej by musiao, przystawaa co trocha i kryjc si w cienie, z bojani wpatrywaa 
si w niezrozumiae litery listu. 

- A moe go ju puszczaj?... 
Trwoga chwytaa j za gardo, nogi si uginay, serce si tak rozpaczliwie tuko, e przyciskaa 
si do drzew, zapakanymi oczyma biegajc jakby za ratunkiem. 

- A moe ino o pienidze pisze! 
Sza coraz wolniej; mowy list tak jej ciy a parzy, co cigiem przekadaa go zza 
gorsu do rk i a w rg chustki zawina. 



U organistw jakby nikogo nie byo: drzwi stay powywierane do pustych izb, e tylko w 
jednej, kaj okno byo przysonione spdnic, ktosik chrapa rozgonie spod pierzyny. Z niemiaoci 
przesuna si przez sie, rozgldajc si po podwrzu, tylko dziewka siedziaa 
przed kuchni z kierzank midzy kolanami, maso wybijajc, i oganiaa si gazi przed 
muchami. 

-A kaj to pani? 
- Na ogrodzie, zaraz j tu posyszycie... 
Tereska pobok stana mitoszc list w rku i chustk nacigajc barzej na czoo, gdy 
soce wyazio za budynkw. 
Z ksiego podwrza, potem jeno odgrodzonego, roztrzsay si wrzaskliwe gosy drobiu, 
kaczki trzepay si w kauach, mode indyczki biadoliy kajci pod potem, za indory 
gulgocc rozczapierzay skrzyda, podskakujc zajadle ku prositom, wylegujcym w bocie, 
gobie podryway si sprzed stodoy, kryy w powietrzu i spaday co trocha na czerwone 
dachy plebanii kiej ta chmura niegowa. Wilgotnawe a rzewe ciepa buchao z pl, sady rozkwite 
pawiy si w socu, jabonie obwalone kwiatem wynosiy si z zieleni kiej biae 
chmury opylone zorzami; pszczoy z cichukim brzkiem leciay na prac, kaj ju i motyl 
zamigota kiej ten patek kwiatowy, to stado wrbli z niemaym wrzaskiem spadao z drzew 
na poty. 

Teresce naraz zy si puciy z oczu i ciurkiem pocieky. 

- Organista jest w domu? - spytaa, twarz odwracajc. 
- A kajby. Dobrodziej wyjecha, to si wyleguje kiej ten wieprz. 
- Dobrodziej pewnie na jarmark? 
- Juci, byka maj kupowa. 
- A mao to ju ma rnego dobra? co? 
- Kto ma dosy, to chciaby jeszczek wicej - mrukna dziewka. 
Tereska zmilka, zrobio si jej strasznie aonie, e to ludzie maj wszystkiego po grdyk, 
a ona ledwie si, poywi, godujc czsto. 
-Gospodyni id! -zawoaa dziewka, ruchajc mocno koziekiem w kierzance, jae 
mietana wypryskiwaa wokoo. 

-To twoja sprawka, prniaku!... umylnie pucie konie w koniczyn! -rozleg si w 
sadzie jazgotliwy gos organiciny. -Nie chciao ci si na ugr pdzi. Jezus, e to na nikogo 
si spuci nie mona! Ze dwa prty koniczyny spasione! Czekaj, powiem zaraz, a wuj takie 
ci fryko sprawi, darmozjadzie jeden, e popamitasz. 
-Wygnaem na ugr, sam sptaem i na lince przywizaem do koka! -tumaczy si 
paczliwie Micha. 
- Nie cyga. Wuj si z tob rozmwi, no... 
- Ja nie wygnaem, mwi ciotce. 
- A kto? ksidz moe? - wrzeszczaa urgliwie. 
- Zgada ciotka: ksidz wypas swoimi komi - podnis gos. 
- Wciek si!... - przywrzyj pysk, eby si nie roznieso! 
-Nie przywr, w oczy mu powiem, bo widziaem. Ciotka na mnie krzyczy, a to ksidz 
wypas: Poszedem do dnia po konie: gniady lea, a klacz si pasa; byy tam, gdzie je zostawiem 
na noc. Dosy zostawiy ladw, mona sprawdzi, jeszcze gorce. Rozptaem je i 
wsiadem na gniadego, a tu widz, e w naszej koniczynie jakie konie. witao dopiero, dostaem 
si przegonem pod ksiy ogrd, eby im drog zastpi, wya na drk Kbow, a 
tu proboszcz stoi z brewiarzem, rozglda si dokoa i raz po raz popdza je batem coraz gbiej 
w koniczyn, to... 

-Cicho, Micha! Syszane to rzeczy, eby sam ksidz... Dawno ju mwiam, e to siano 
w przeszym roku... cicho, tam jaka kobieta stoi. 
Potoczya si naprzd piesznie, wanie i organista krzycza spod pierzyny na Michaa. 



Tereska oddaa jej wzeek z jajkami, a podejmujc za nogi, prosia niemiao o przeczytanie 
listu od ma. 

Kazaa jej zaczeka. 

A dopiero w par dobrych pacierzy zawoano j do izby. Organista rozmamany cakiem, 
w gaciach jeno, popijajc kaw j czyta. 

Suchaa z zamierajcym sercem, bo wanie m jej zapowiada swj powrt na niwa, 
razem z Kub Jarczykiem z Wlki i z Grzel Borynowym. List by poczciwy, troska si o 
ni, wypytywa o wszystko, co si dzieje w domu, przesya pozdrowienia znajomym i bucha 
radoci powrotu, a w kocu Grzela dopisywa proszc, by zawiadomia jego ojca o powrocie. 
Chudziaczek nie wiedzia, co si stao z Maciejem. 

Za Teresk te ciepe, poczciwe sowa prayy kiej baty i do ziemi przyginay. Mocowaa 
si, bych nie poznali po niej, bych zdziery spokojnie t wie straszn, ale zdradliwe zy 
same jako pocieky rozpalonymi paciorkami. 

- Jak si to cieszy z powrotu chopa! - szepna urgliwie organicina. 
Teresce jeszczech rzsistszy grad posypa si z oczu. Ucieka biedota, aby krzykiem nie 
wybuchn, i dugo si tulia kaj w opotkach. 

- Co ja teraz poczn, sierota? co? - wyrzekaa z bezradn aoci. 
Juci, chop wrci, dowie si o wszystkim! Strach j porwa jako ten zy, luty wicher. Jasiek 
by poczciwy, ale zawzity jak wszystkie Poszki: krzywdy nie przepuci, jeszcze go zabije! 
Jezus, ratuj, Jezus! Ani pomylaa o sobie. Popakujc a szarpic si w sobie, znalaza si 
u Borynw. Hanki nie byo: pojechaa do miasta jeszcze wczas rano; Jagna te u matki robia, 
e w chaupie bya jeno Jagustynka z Jzk: ptno zmoczone rozpocieray w sadzie. 

Powiedziaa o Grzeli, chcc si wynie czym prdzej, ale stara odwieda j na bok i 
dziwnie dobrotliwie szepna: 
-Tereska, opamitaj si, mieje rozum, ozorw zych nie utniesz... Jasiek wrci, to si i 
tak dowie. Pomiarkuj, parobek na miesic, a m na cae ycie! Dobrze ci radz. 

- Co wy powiedacie? co? - bekotaa, niby nie rozumiejc. 
-Nie udawaj gupiej, wszyscy wiedz o was, Mateusza odpraw, pki czas, to Jasiek nie 
uwierzy, stskni si do ciebie, acno wmwisz, co ino zechcesz. Mateusz si znarowi do 
twojej pierzyny, ale przeciek nie przyrs, wypd go, pki czas. Nie bj si, Jasiek te nie 
uamek... A kochanie przejdzie jako ten dzie wczorajszy, nie wstrzymasz, choby yciem 
pacia; kochanie to jeno suta omasta przy niedzieli; jedz co dnia, a rycho ci zmierznie i odbekiwa 
bdziesz. Kochanie pakanie, a lub grb -powiadaj. Moe i prawda, jeno e ten 
grb z chopem i dzieciskami lepszy nili wolno w pojedynk. Nie bucz, a ratuj si, pki 
pora. Jak ci twj bez to kochanie sponiewiera i z chaupy wygna, kaj to pjdziesz? We wiat 
na zatracenie i pomiewisko! Hale, pomienia si stryjek za siekierk kijek! Zlecisz z woza, to 
biegnij potem za rozwor z wywieszonym ozorem! pod wiatr rycho dech stracisz i si si 
wyzbdziesz, i rycho ci odjad! Gupia, kaden chop ma portki, Mateusz mu czy Kuba, 
kaden jednako przysiga, jak siga, kaden jak mid, pki mu mia. Pomiarkuj sobie i do 
gowy we, co mwi, wuj nam ci przeciek i dobra la ciebie pragn. 
Ale Tereska ju nie moga wytrzyma, ucieka w pole a buchnwszy gdziesik w yto, tam 
dopiero popucia alom i pakaniom. 

Darmo prbowaa rozwaa sowa starej, gdy co chwila chwyta j taki al za Mateuszem, 
e z rykiem tuka si po brudzie jako ten poraniony zwierz. 

Dopiero jakie niedalekie wrzaski podniesy j na nogi. 

Jakby przed wjtow chaup rozlegaa si sroga ktnia. 

Juci: to wjtowa z Kozow przezyway si od ostatnich. 

Stojay naprzeciw siebie, potami a drog podzielone, w koszulach jeno i weniakach, a 

ledwie ju zipic ze zoci, pomstoway ze wszystkiej mocy, piciami do siebie wygraajc. 



Wjt konie zakada do wasga, zagadujc niekiedy do chopa z Modlicy siedzcego w 
ganku, ktren jae tupa z uciechy, pokrzykujc judzco na kobiety. 

Krzyki roznosiy si daleko, e kiej na dziwowisko zbiegali si ludzie: sporo ju ich stojao 
na drodze, a spoza wszystkich potw ssiedzkich i wgw wyciubiay si gowy. 

Bo te kciy si, e niech Bg broni! Wjtowa, cicha zazwyczaj i zgodliwa kobieta, 
jakby si dzisiaj wcieka, sroya si coraz barzej, za Kozowa z rozmysu nieco przycichaa 
i nie przepuszczajc niczego, gaa j powoluku namiechliwymi sowami. 

- Jazgocz se, pani wjtowo, jazgocz, pieski ci nie przeszczekaj! - woaa. 
-A bo to pierwszy raz, a bo to drugi! Nie ma tygodnia; by mi co z chaupy nie zgino! 
Kokoszki niene, kurczta, kaczki, a nawet stara g, e ju nie wypowiem tych szkd na 
ogrodzie i w sadzie! A bodaj si strua moj krzywd! eby ci pokrcio! eby sterga pode 
potem... 
- Ozdzieraj si, wrono, krzycz, to ci uly, pani wjtowo... 
-A tom dzisiaj! -zwrcia si do Tereski, wyacej na drog -a tom rano pi kawakw 
ptna wyniesa na bielnik. Zachodz po niadaniu; aby je zmoczy. Brakuje jednego! 
Szukam! Jakby pod ziemi si zapad! Dy kamieniami przycisnam, a wiatru nie byo! Ptno 
cieniukie, paczesne, e kupne nie byoby lepsze, i zgino! 

- Kiej wini tuszcz ci lepie zalewa, to nie dojrzaa!... 
- Bo mi ptno ukrada! - wrzasna. 
- Ja ci ukradam! Powtrz to jeszcze, powtrz! 
-A ty zodzieju jeden! Przed caym wiatem zawiarcz. Przyznasz si, kiej ci w dybach 
do kreminau popdz. 
-Zodziejk me przezywa! Syszyta, ludzie! Do sdu podam, jak Bg w niebie, wszyscy 
syszeli. Ja ci ukradam, masz wiadki, ty torbo?.. 
Wjtowa, chyciwszy jaki koek, na drog wypada i docierajc kiej pies rozwcieczony, 
jazgotaa zajadle: 

-Ja ci kijem przytwierdz! ja ci zawiarcz! jak ci... 

- Podejd, pani wjtowo! Tknij me jeno, wiska kumo! tknij me, ty sobacza pokrako! 


zawrzeszczaa wybiegajc naprzeciw. 
Odepchna ma, ktren j powstrzymywa, i rozkraczywszy si pod boki si uja krzyczc 
urgliwie: 

- Bij me, bij, a krymina ci nie minie, pani wjtowo!... 
- Zawrzyj pysk, bym ci pierwej do kozy nie zapakowa! - krzykn wjt. 
-Psy se wcieke zamykaj, bo od tego, bab swoj we lepiej na postronek, bych si ludzi 
nie czepiaa! - gruchna nie mogc ju wytrzyma. 
- Urzdnik do ci mwi, pomiarkuj si, kobieto! - zawoa gronie. 
-Gdziesik mi twj urzd -rozumiesz! Grozi mi bdzie, widzisz go, same moe ptno 
wzion la jakiej kochanicy na koszul. Gromadzkich pienidzy ju ci nie starczyo, bo je 
przechla, pijanico. Nie bj si, wiedz, co wyrabiasz. Posiedzisz se i ty, panie urzdniku, 
posiedzisz! 

Ale tego ju byo za wiele la obojga, e kiej wilki skoczyli na ni; pierwsza wjtowa 
chlasna j kijem przez pysk i z dzikim kwikiem w kudy si wczepia pazurami, za wjt j 
pra piciami, kaj popado. 

Bartek w ten mig skoczy na pomoc swojej. 

Zwarli si kiej psy w nierozpltan kup, e ani rozezna, czyje picie mc kieby cepami, 
czyje gowy si taczaj i czyje s krzyki. Przywarli si do pota i przetoczyli si znowu 
na drog kiej snopy wichur zakrcone, a w kocu, zmagajc si coraz zajadlej, runli na 
ziem, w piasek. 

Kurz ich zakry, i jeno krzyki a pomstowania si rozlegay; tulali si po drodze bijc a 
wrzeszczc wniebogosy. 



Czasem ktosik wyrywa si z kupy, czasem i wszystkie naraz podnosiy si na nogi, a 
chytajc w garcie, co popado, znowu bili na siebie, za by si wodzc, za orzydle, za szpondry. 


Wrzask si roznis na ca wie, wystrachane kury gdakay po sadach, psy jy szczeka, 
baby podniesy lamenty, toczc si dokoa bezradnie, a dopiero nadbiege chopy rozerwali 
bijcych. 

Co tam byo jeszcze przeklestw, paczw a wygraa, to i nie wypowiedzie. Somsiady 
porozlatali si zaraz, aby ich na wiadkw nie podano; ale rozpowiadali wszdy, niby pod 
sekretem, jak wjtowie srodze zbili Kozw. . 

A nie wyszo i paru pacierzy, wjt z zapuchym pyskiem wraz z kobiet, te niezgorzej 
zasinion i podrapan, pierwsi pojechali skarg podawa. Za dopiero w jak godzin ruszyli 
Kozowie. 

Stary Poszka, nawet wielce chtliwie, bo za darmo, zgodzi si ich powie do miasta, 
byle si jeno po przyjacielsku przysuy wjtowi. 

Jechali podawa skarg, wic jak si byli podnieli z bitki ni dziebka si nie ogarniajc, 
tak ruszyli. 

Umylnie te przez wie jechali stpa, by mc rozpowiada swoje krzywdy, a rany okazywa 
kademu, kto jeno chcia patrze. 

Kozio mia eb rozwalony do koci, jae mu krew zalewaa ca twarz, szyj i piersi, 
widne spod porozrywanej koszuli. Niewiela go ju bolao, ale co trocha za boki si chwyta i 
przeraliwie wrzeszcza: 

-Laboga, nie zdzier! Wszystkie ziobra mi przetrci! Ratujta, ludzie, ratujta, bo pomr!... 


A Magda wtrowaa lamentliwie: 

-Konic go pra! Cichoj, chudziaku! sponiewiera ci kiej psa, ale jest jeszcze sprawiedliwo 
i kara na zbjw, jest! Cichoj, mizeraku! dobrze ci on zapaci! Na mier chcia go 
zabi, widzieli ludzie, ledwie go obronili, to zawiarcz w sdzie poczciwie! - dara si, raz po 
raz wybuchajc strasznym rykiem, a tak bya sponiewierana, e ledwie j poznawali. Z goym 
bem jechaa, wosy miaa powyrywane wraz ze skr, naderwane uszy, oczy zakrwawione i 
ca twarz podart pazurami, jakby j kto pobronowa, e cho wiedzieli, co to za ziko, a 
niejeden szczerze si litowa. 
- eby tak pobi ludzi, no! 
- Wstyd i obraza boska; to ledwie ywi jad. 
-Niezgorzej poszlachtowani, co? I rzenik lepiej nie poredzi... Ale panu wjtowi przeciek 
wszystko wolno, nie urzdnik to, nie figura? - dorzuca urgliwie Poszka zwracajc si 
do narodu. 
Stropili si tym wielce, bo cho Kozy dawna ju przejechali, wie jeszcze dugo nie moga 
si uspokoi. 

Tereska, ktra ze strachu schowaa si w czas bitki, wylaza skdci dopiero, kiej ju obie 
strony pojechay do sdw. 

Zajrzaa zaraz do Kozw, e to Bartek pociotkiem jej wypada z matczynej strony. W 
chaupie nie byo nikogo, jeno na dworze pod cian siedziao tych troje dzieci przywiezionych 
z Warszawy. 

Tuliy si do siebie, apczywie ogryzajc ziemniaki nie dogotowane, a bronic si piskiem 
i ykami od prosit. A tak byy zabiedzone, wychude i obrose brudem, jae lito j 
wzia. Przeniesa je do sieni, a pozawierawszy drzwi, ju w dyrdy poleciaa z nowinami. 

U Gobiw jeno Nastka bya. 

Mateusz jeszcze przed niadaniem poszed by do Stacha, Bylicowego zicia. Wanie 
wraz z nim penetrowa rozwalon chaup, czyby si nie daa podnie. Bylica chodzi za 
nimi, jkajc niekiedy swoje. 



Pan Jacek za siedzia jak zawdy na progu, papierosa kurzy i pogwizdywa na gobie 
koujce nad trzeniami. 

Soce si ju podnosio ku poudniowi, ciepo byo galante. 

Nagrzane powietrze mienio si nad polami kiej woda, zboa i sady stay jakby w soce 
zapatrzone, e jeno niekiedy z trzeni Bylicowych spada okwiat chwiejc si na trawach niby 
biay motyl. 

Dochodzio poudnie, kiej Mateusz skoczy ogldanie; a dzibic toporem jeszcze tu i 
owdzie po bokach, rzek stanowczo: 

- Zetlae do cna, samo prchno, nic z tego nie postawi, to darmo... 
- Dokupibym nieco nowego, moe by... - szepn bagalnie Stacho. 
- Dokupcie na ca chaup, z tego gnoju nie wybierze ni jednego bala. 
-Bjcie si Boga! 
-Dy przyciesie jeszcze by wytrzymay, wgary jeno da nowe... ciany te by podporami 
wesprze... klamrami cign... dy... - jka stary Bylica. 
-Kiejcie taki majster, to sobie stawiajcie, ja z prchna nie poredz -rzuci gniewnie nacigajc 
spencerek. 
Nadesza na to Weronka z dzieckiem na rku i ja wyrzeka: 

- A c my teraz poczniemy, co? 
- Ze dwa tysice trzeba by na now! - westchn frasobliwie Stacho. 
- Hale, cheba o jednej izbie ze sionk. 
-Przeciech co by drzewa dosta z naszego lasu... juci, eby tylko chyla tyla... a reszt 
dokupi... juci... chwacioby... W urzdzie prosi... 
-Dadz to teraz, kiej br w procesie!... przecie nawet zbieraniny wzbronili. Poczekajcie 
z chaup do koca sprawy! - radzi Mateusz. 
-Czekaj tatka latka, a kaje si to na zim podziejem? kaj? - wybuchna Weronka i zapakaa 
aoliwie. 
Pomilkli. Mateusz zbiera swoje porzdki ciesielskie, Stacho drapa si w gow, a Bylica 
nos wyciera za wgem, e w tej smutnej cichoci jeno Weronczyn pacz chlipa. 
Naraz pan Jacek si podnis i gono rzek: 

- Nie paczcie, Weronka, drzewo si na chaup znajdzie. 
Osupieli stajc z rozdziawionymi gbami, a dopiero Mateusz pierwszy si pomiarkowa 
i miechem gruchn: 

-Mdry obiecuje, a gupi si raduje! To gowy nie ma kaj przytuli, a chaupy bdzie 
drugim rozdawa! -powiedzia ostro, spode ba patrzc na niego, ale pan Jacek ju si nie 
ozwa, siad znowuj na progu, zakurzy papierosa i jak przdzi, skubic brdk, po niebie 
wodzi oczyma. 
- Poczekajta ino, a niezadugo i cay folwarczek wama przyobieca. 
Zamia si Mateusz i rzuciwszy ramionami poszed. 
Na lewo si wzi zaraz z miejsca, ciek wiodc pod stodoami. 
Mao ludzi robio dzisiaj na ogrodach, bo jeno kaj niekaj czerwieniaa kobieta albo jaki 
chop naprawia dach, to cosik majdrowa we wrtniach stod, powywieranych na pola. 

Niepieszno byo Mateuszowi, gdy rad przystawa poredzajac z chopami o wjtowej 
bitce, do dzieuch zby szczerzy i wesoo zagadywa, a gdzie znw babom tak trefnie przysoli, 
jae miech zarechota na ogrodach, e niejedna wzdychajc sza za nim oczyma. 

Jake, urodny by i wyrosy kiej db, a jakby krl wszystkich we wsi parobkw, bo i mocarz 
po Antku Borynie pierwszy, i tanecznik rwny Stachowi Poszce, a i mdrala. e za 
przy tym sprawny by do kadej roboty, bo i wz zrobi, i komin postawi, i chaup wyrychtowa, 
i na fleciku piknie wygrywa, to chocia prawie nie mia grontu i grosz si go nie 
utrzyma, i szczodry by la drugich, a niejedna matka rada by z nim przepia choby caego 



cielaka, bych go jeno na zicia przysposobi, za niejedna dziewczyna ju go przypuszczaa 
do podufaoci rachujc, co potem prdzej zaniesie na zapowiedzie. 

Ale na nic szy wszystkie zabiegi, z matkami pi, z crkami jamorowa, a od oenku wykrca 
si kiej piskorz. 

-Nieacno wybra, bo kada dobra, a jeszcze lepsze podrastaj, poczekam... - powiada 
swachom, rajcym mu rne dziewuchy. 
A zim zmwi si by z Teresk i y z ni prawie na oczach wszystkiej wsi, nie baczc 
na gadania ni pogrozy. 
-Wrci Jasiek, to mu j oddam, jeszczek gorzaki postawi, em mu kobiety pilnowa przemiewa 
si z przyjacioy jako wkrtce po powrocie, e to ju przykrzya mu si i z wolna 
od niej odstawa. 

I teraz, na obiad idc, dusz drog wybra, bych se po drodze poartowa z dzieuchami 
a uszczypn, ktr si da. 
I cakiem niespodzianie natkn si na Jagn: pea cosik na matczynym ogrodzie. 

- Jagusia! - wykrzykn radonie. 
Jagusia podniesa si i strzelia nad zagonem kiej ta malwa wysmuka. 
- e to me dojrza? Cie, jaki prdki, ju tydzie we wsi, a dopiero... 
- Dy jeszcze liczniejsza! - szepn z podziwem. 
Ugita bya do kolan, spod czerwonej chusty, pod brod zawizanej, modrzay ogromne; 
sodkie oczy, biae zby gray w winiowych wargach i caa gbusia, zarumieniona kiej jabuszko, 
a liczna, jae si prosia o caowanie. Uja si hardo pod bok i bia w niego skrzcymi 
lepiami z tak moc, e dreszcze go przeszy. Obejrza si dokoa i bliej podszed. 

- Od tygodnia ci szukam i wypatruj po prnicy. 
-Cyga se psu, to ci moe uwierzy. Co wieczr zby suszy po opotkach, co wieczr innej 
basuje, a teraz bdzie mi co inszego wmawia! 
- Tak mi to, Jagu, witasz? co? tak?.. 
-Jake to mam inaczej? Moe ci za kolana podj i dzikowa, e se o mnie przypomnia? 
- Bacz, jake to me oni przyjmowaa. 
-Co byo oni, to nie teraz - odwrcia si twarz kryjc, a on si przysun nagle, obejmujc 
j chciwymi rkoma. 
Wyrwaa mu si z gniewem. 

- Poniechaj, bo mi Tereska lepie wydrapie za ciebie! 
- Jagusia! - ledwie jkn. 
-Do swojej onierki wr se z jamorami... wysuguj si, pki tamten nie wrci. Odpasa 
ci w kreminale, naszkodowaa si na ciebie, to jej teraz odrabiaj! -chlastaa kiej batem, a tak 
wzgardliwie, e Mateusz zapomnia jzyka w gbie. 
Wstyd go przej, poczerwienia kiej burak, przygi si i uciek po prostu. 
A Jagn, cho powiedziaa, co czua i z czym si ju cay tydzie nosia, al teraz ogarn: 
nie mylaa, i si ozgniewa i pjdzie sobie. 

-Gupi, przeciech ja ino tak sobie powiedziaam, przez zoci! -mylaa, markotnie patrzc 
za nim. - I eby si zaraz ozgniewa! ...Mateusz! 
Ale nie usysza, migajc przez sad jakby poszczuty. 

-Za osa, cierwo! - mrucza lecc ju prosto do domu. Gniew nim miota na przemian z 
podziwem. Jake, zawdy bya taka trusia, gby ozewrze nie poredzia. To go sponiewieraa 
kiej psa! Wstyd nim zatrzs, e zobejrza si, czy aby kto nie sysza jej pyskowania. 
- Teresk mu wypomina! Gupia!... co mu ta onierka?... zabawa i tyla! A jak to lepiami 
sypna! jak to harno pod bok si uja! jak to buchno od niej luboci!... Jezu, i w pysk 
wzi od takiej nie wstyd, bele si jeno dosta do miodu... - Cigotki go wziy, zwolni kroku 
przed chaup. 


-Ozgniewaa si, em o niej przepomnia... Boga, com winowaty... i o Teresk... skrzywi 
si jak po occie. Dosy ju mia tej paksy, zbrzydy mu te cige kwiki. Nie lubowa 
przeciek, bych si jej musia trzyma jak ten ogon krowy! Ma przeciek chopa! I ksidz 
gotw go jeszcze wypomnie z ambony! Z tak to i czowiek flaczeje. Psiakrtka z tymi babami! 
- sroy si w sobie. 

Obiad si dopiero dogotowywa, skrzycza wic Nastk za mitrenie i zajrza do Tereski. 
Wanie krow doia w sadzie; podniosa na niego oczy dziwnie smutne, ledwie co obesche 
z paczu. 

- Czego to buczaa? 
Tumaczya si cicho, miujcymi oczyma ogarniajc twarz jego. 
- Wymion by lepiej pilnowaa, strzykasz ano mlekiem na weniak. 
Kwardy by dzisiaj i przez dobroci, e amaa sobie gow, co mu si stao, sprawujc si 
ju kiej trusia, gdy za kadym odezwaniem zoci pryska i lepiami toczy. 
Niby to czego po sadzie szuka i kole domu, a gwnie przyglda si jej kryjomo dziwujc 
si coraz barzej: 

-A gdzie to miaem oczy? Takie to cherlawe i wymike... Ni to z pierza, ni z misa! 
Gnat rozkwaszony. Cyganicha prosto. Ni postury, ni... 
Prawda, jedne oczy to miaa pikne, rwne moe Jagusinym, ogromne, jasne kiej niebo i 
czarnymi brwiami opite, a ilekro spotka si z nimi, odwraca gow i kl z cicha: 

- Wytrzeszcza lepie niby cielak, kiej ogon podniesie! 
Niecierpliwio go to patrzenie i w sroszy gniew wprowadzao. 
- Na zo na ci nie spojrz, lepiaj se psu w ogon! Nie przecigniesz me. 
Razem jedli obiad, ale ni razu do niej si nie ozwa, ni nawet spojrza w jej stron. Nastce 
jeno przygadywa co trocha: 

- Pies by si nie chyci za tak kasz: jak uwdzona!... 
- Boga ta, dziebko jeno przypalona i kiej cie w zby kuje... 
- Nie przeciwiaj si! Muchami j zmacia, wicej ich nili skwarkw. 
- Ju mu muchy szkodz! jaki przebierny! nie strujesz si! 
Za przy kapucie wyrzeka na stare sado. 
- Mazi od woza omaci, te gorsze by nie byo. 
- Poli osi, to obaczysz, ja ta nie probantka! - odpowiadaa twardo. 
Czepia si bele czego i piekowa. e Tereska cay czas si nie odzywaa, to zaraz po 
obiedzie wzi si i do niej, dojrza bowiem jej krow cochajc si o wgie. 

- Obrosa gnojem kiej skorup: nie moecie to jej wyciera, co? 
- Mokro w oborze, to si wala. 
-Mokro! S w lesie kolki, s; czekacie jeno, by wam kto nagrabi i do chaupy przynis. 
Dy odparzy sobie kby w tym gnoju, zgnije! Tyla bab w chaupie, a porzdku ani za grosz! wrzeszcza, 
ale Tereska ustpowaa mu pokornie, nie miejc si ju broni, a jeno proszc 
lepiami o pomiowanie. 
Cicha przecie bya jak zawsze, ulega i pracowita jak mrwka, nawet rada, e wzi nad 
ni gr i kwardo panuje. A wanie on i bez to sroy si coraz barzej. Gnieway go jej kochajce, 
lkliwe oczy, gniewa chd cichy, gniewaa twarz pokorna, gniewao i to, e cigiem 
pltaa si kole niego. Mia ju ochot krzykn, by mu z oczu ustpia. 

-eby to morwka wziena, psiakrew! -buchn wreszcie i zabrawszy porzdki ciesielskie, 
nawet nie wytchnwszy przypoudnia, poszed do Kbw, kaj mia jak robot przy 
chaupie. 
Siedzieli tam jeszcze przy michach, na dworze. 
Zakurzy papierosa siedzc pod cian. 
Kby pogadywali o powrocie z wojska Grzeli Borynowego. 


- Wraca to ju? - zapyta spokojnie. 


-Nie wiecie to? Dy razem z Jakiem Tereski i Jarczakiem z Woli. 

-Na niwa si obiecuj. Tereska lataa dzisia z listem do organisty, bych przeczyta. Powiada 
mi o tym. 

- To ci nowina! Jasiek powraca! - zawoa bezwolnie. 
Zmilkli wszyscy, jeno lipia obleciay po sobie, a kobiety si sczerwieniy powstrzymujc 
miech. Nie pomiarkowa i jakby rad wieci, powiedzia spokojnie: 

- Dobrze, co powraca; moe przestan obgadywa Teresk. 
Jae yki zawisy nad mich, tak si zdumieli, a on toczc zuchwaymi lepiami doda: 
-Wiecie, jak jej nie szczdz. Nic mi do niej, chocia mi powinowata z ojcowej strony, 
ale eby tak na mnie pado, dobrze bym pleciuchom gby pozatyka: zapamitaliby! A ju 
kobiety la drugich najgorsze: niechby najbielsza, nie przepuszcz i botem obwal. 
- Pewnie co tak, pewnie! - przywtrzyli wbijajc oczy w mich. 
- Bylicie ju u Boryny? - zagadn niespokojnie. 
- Dy zbieram si i zbieram, a co dnia cosik przeszkodzi. 
- Za wszystkich cierpi, a nikto o nim nie pamita. 
- Zagldae to do niego? co? 
- Hale, pjd sam, to powiedz, co do Jagny cign: 
-Cie! uwany kiej dziewka po przypadku - mrukna stara Agata, siedzca pod potem z 
miseczk na kolanach. 
- A bo mi ju obmierzy szczekania. 
-I wilk si statkuje, kiej mu ky sprchniej - mia si Kb. 
- Albo kiej si za barogiem rozglda - podpowiedzia Mateusz. 
- Ho, ho, to ino patrze, jak do ktrej z wdk polesz - artowa Kbiak. 
- Wanie, cigiem ju deliberuj, do ktrej by przepi. 
- Prdko wybieraj, a w druhny me pro, Mateusz - piskna Kasia, najstarsza. 
-C, kiej nieacno: wszykie zarwno wybrane i jedna w drug najlepsze. Magdusia 
najbogatsza, ale ju przez zbw i ze lepiw jej cieknie; Ulisia niby kwiat, jeno co ma jedno 
biedro grubsze i beczk kapusty we wianie; Franka z przychowkiem; Marysia zbyt szczodra 
dla parobkw; Jewka, cho ma cae sto zotych sam koprowin, wako, pod pierzyn cigiem 
wyleguje. A wszystkie by tusto jady, sodko popijay i nic nie robiy. Czyste zoto takie 
dzieuchy! A za jeszcze drugie maj la mnie za krtkie pierzyny. 
Gruchnli miechem, jae si gobie porway z dachw. 

-Prawd mwi. Przymierzaem u niejednej, ledwie mi do p yst sigaj, jake bym to 
zim wyspa? cheba w butach, co?... 
Zgromia go Kbowa, i zbereestwa gada przy dzieuchach. 

-La miechu jeno mwi. Przeciek powiedaj, co poczciwe arty nie szkodz i pod pierzyn. 
Ale dziewczyny rozczapierzyy si kiej te jendyczki. 

-Hale, jaki przebierny!... bdzie si tu przekpiwa ze wszystkich! Kiej ci w Lipcach ma-
lo, na drugich wsiach se szukaj! - jazgotay. 
-Jest ich w Lipcach, jest: przeciek acniej o dosta pann nili o ca zotwk. Po dydku 
i ju z ojcowym litkupem je przedaj. Bych jeno kupce si nalazy! Tyle tego, jae si wie 
trzsie od skrzekw pannowych, wszykie gotowe pod kozik, e co sobota w kadej chaupie 
ju od witania pucuj si do czysta, kosy we wstgi plet i kokoszki po sadach goni, bych je 
ponie ydowi na gorzak, a od samego poednia jeno zza wgw patrz, czy z ktrej strony 
swaty nie cign Widziaem, ktre i z dachw, zapaskami powieway wrzeszczc: Do 
mnie, Maciu, do mnie! Za matki wtrzyy: Do Kasi przdzi, Maciusiu, do Kasi! Syrek i 
mendel jajkw przyo do wiana! Do Kasi! 

Rozpowiada uciesznie, jae chopaki kady si ze miechu, jeno Kbianki podniesy 
wrzask na niego, e stary krzykn: 



- Cichojta! skrzecz kiej te sroki na deszcz. 
Nie zaraz si uspokoili, wic by przerwa te przekpinki, zapyta: 
- Bye to, Mateusz, przy wjtowej wojnie? 
- Nie. Mwili, co Kozom sielnie si dostao. 
- e ju lepiej nie mona. Strach, jak wygldali! Wjt se pozwoli, no!... 
- Gromadzki chleb tak go roznosi, to i bryka. 
-Gwnie, co si nikogo nie boja. Kt to mu stanie na sprzeciw? Drugi za tak sztuk 
dobrze by zapaci, ale jemu wos z gowy nie spadnie. Z urzdnikami si zna, to w powiecie 
mocen wszystko, co ino zechce... 
-Bota barany, e dacie takiemu przewodzi nad sob! Poniewiera i wynosi si nad 
wszystkie, a oni go dziw po nogach nie cauj! 
- Sami go wybralim nad sob, to i uwaa musim. 
- Kto go wsadzi, ten i zesadzi rmoe. 
- Dy nie krzycz, Mateusz, jeszcze si, rozniesie. 
- A donies mu, to bdzie wiedzia. Niech me ino zaczepi! 
- Maciej chory, to kto mu inszy poredzi? Kaden si waguje i na pierwszego, bo kaden 
ledwie swoim biedom wydoli - szepn stary podnoszc si z awy. 

Podnieli si wraz i drudzy. 

Kto po jadle leg odpoczywa, kto na drog wychodzi koci przecign i pasa odpuci, 

a kto, jak dzieuchy, do stawu poszy my garnki a chodzi si i rajcowa. Mateusz zabra si 
zaraz do obciesywania podpr do chaupy, za Kb fajk zapali i na progu przysiad. 

- Kto jeno o drugich stoi, tego bieda wydoi! - mrukn pykajc smacznie. 
Soce wisiao nad sam chaup, przypoudnie zrobio si nagrzane, ciepem wiao od 
pl. Sady stojay w cichoci, midzy drzewinami mienio si od soca, okwiat cichuko sa 
si na trawy, pszczoy brzczay po jaboniach, staw polniewa wskro gazi, nawet ptactwo 
pomilko. Przedpoudniowa, sodka senno siaa si po wiecie. 

e Kb, aby nie zadrzema, powlk si do dou z ziemniakami. 
Za potem cosik ostro pyka przygas fajk i spluwa, odrzucajc gow wosy, opadajce 
mu na twarz. 

- Obejrzae, co? - zapytaa ona wychylajc si ze sieni. 
- Juci... eby tak raz w dzie warzy, starczyoby ziemniakw do nowych! 
- Hale, raz na dzie! Mode i zdrowe, to i re potrzebuj. 
-Nie docigniem. Tyla narodu. Dziesi gb, a brzuchy maj kiej wiercie. Trza bdzie 
cosik zaradzi. 
-O jawce mylisz, co? To ci zapowiadam, e przeda jej nie pozwol. Rb se, co 
chcesz, a bydltka nie dam. Zapamitaj sobie. 
Zatrzepa rkoma, kiejby od osy uprzykrzonej, i gdy odesza, j znowu fajk zapala. 

- Psiachma baba... Potrza, to i jawka nie otarz! 
Soce prayo prosto w oczy, cienie byy jeszcze malukie, to si jeno odwrci plecami 
i pyka coraz wolniej i rzadziej. Popuci pasa, bo mu co ziemniaki ciyy, soce przypiekao, 
gobie gruchay we strzesze i cichuki szmer lici tak rozbiera, e j si kiwa i ydy 
wozi po cianie. 

- Tomaszu! Tomaszu! 
Ozwar oczy, Agata siedziaa pobok, trwonie pogldajc. 
-Ciki macie przednwek -mwia cicho. - Bycie chcieli, to mam par groszy, wygodziabym 
waju. Na pochwek je cibaam, ale kiejcie w takiej potrzebie, poycz. Jawki 
szkoda. Przy mnie si oni ulga... z mlecznego gatunku. Moe mi Pan Jezus pozwoli doy, 
to mi z nowego oddacie. Wzi od swojego w potrzebie nie wstyd i gospodarzowi, wecie wsuna 
mu w rk samymi zotwkami cosik ze trzy ruble. 
- Schowajcie sobie! Jako se poredz. 


- Wecie, dy jeszcze z p rubla doo, wecie - prosia cichuko. 
- Bg zapa wama. Cie, jakacie to poczciwa! 
-To ju cae trzydzieci zotych bierzcie, do rwna - supaa z wzeka dodajc po dziesitce 
- bierzcie -skamlaa powstrzymujc zy: dusza si jej dara, jakby kady grosik prua 
sobie z wntrznoci. 
Pienidze dziwnie kuszco lniy w socu. Przymrua oczy z luboci, grzebic midzy 
nimi: nowe byy i czyste. Wzdycha ciko zmagajc si ze straszn chci, jae odwrci si 
i szepn: 

- Schowajcie dobrze, a to podpatrz i jeszcze wama ukradn. 
Napraszaa go jeszcze cichuko, ale jeno tak la zwyczaju, bo kiej si nie ozwa, ja 
skwapnie zawija i chowa te swoje skarby. 

- Czemu to nie siedzicie u nas? - zagadn po jakim czasie. 
-Jake, robocie adnej nie poredz, nawet za gskami nie wyd. Darmo to re bd, 
co?... Sabam, ju z dnia na dzie koca czekam. Pewnie, co u krewniakw milej by pomrze, 
milej... choby nawet w tej komorze po jawce... juci, jeno gdzieby wam taki kopot i turbacje! 
Cae czterdzieci zotych mam na pochwek... bych to i ze msz byo... po gospodarsku... 
co?... Pierzyn bym dooya... Nie bjcie si, cichuko wama usn, ni si spodziejecie... 
pokrtce... -jkaa niemiao, z bijcym sercem oczekiwania, e j przyjmie i powie: 
Ostace! 
Ale si nie odezwa, jakby nie rozumiejc tych skama, przeciga si jeno, poziewa i 
j si chykiem przebiera kole chaupy ku stodce, na siano... 

-Gospodarz taki... juci... jakeby... dziadwkam ino... kaa w sobie cichukim, alnym 
skrzybotem, podnoszc wypakane oczy ku niemu. 
Powleka si wolniuko, kaszlc czsto i przysiadajc co trocha nad stawem. Posza znowu, 
jak co dnia, wypatrywa po wsi, kajby moga pomrze po gospodarsku, przez oszukastwa. 


I wleka si szuka ludzi sprawiedliwych. Snua si po wsi jako ta nika pajczyna, co leci, 
nie wiedzc, kaj si uczepi. 
A nard si przemiewa i la uciechy radzi biedocie, e u krewniakw osta powinna, 
za Kbom, niby to z przyjacielstwa, te mwili: 

-Powinowata przeciech, grosz swj ma na pochowek i dugo wama w chaupie nie zagoci... 
Kaje si to podzieje? 
Wszystko to przyszo do gowy Kbowej, gdy m opowiedzia jej o dzisiejszym z 
Agat. Spa si ju pooyli, a kiej dzieci jy chrapa, zacza go cicho namawia: 

-Miejsce si znajdzie... w sionce moe polee... gsi si wygna pod szop... bele czym 
si przeywi.. dugo nie pocignie... na pochowek ma... Ludzie by nie gadali... a pierzyny nie 
potrza by oddawa... juci, na drodze tego nie znajdzie - tumaczya gorco. 
Ale Kb jeno zachrapa w odpowiedzi. I dopiero nazajutrz rano rzek: 

-eby Jagata bya cakiem bez grosza, przyjbym, trudno, dopust Boy, ale tak, powiedz, 
co la tych paru zotych dobro wiarczymy. Przeciek ju pyskuj, co la nas posza na 
ebry... Nie mona. 
Kbowa, e suchaa si we wszystkim ma, to ino westchna aonie za pierzyn i 
posza przynagla dziewczyny do popiechu. 

Kapust mieli ano dzisiaj sadzi. 

Dzie zrobi si by jak i wczorajszy, liczny, soneczny i prawdziwie majowy. Wiater 

jeno przyszed baraszkujcy i swywoli po polach, e zboa chlustay po zagonach kiej wody 
rozkoysane. Sady si chwiay z poszumem, gsto trzsc okwiatem, a pene, cikie kicie 
bzw i czeremchy rozwieway zapachem. Powietrze szo rzewe, przejte ziemi i kwiatami. 
Spod lenych pastwisk piewy si niesy z wiatrem. W kuni dzwoniy moty. Od samego 
rana peno ju byo na drogach gwarw i ludzi. Kobiety cigny na kapuniska dwigajc w 



przetakach i koszach rozsad, a rozpowiadajc w gos o wczorajszym jarmarku i wjtowej 
sprawie. 

e pokrtce, jeszcze nim rosa obescha, na czarnych kapuniskach, pocitych jeno bruzdami 
penymi wody polniewajcej w socu, zaroio si od czerwieni. 

Kbowa z crkami te tam pocigna, za Kb z Mateuszem i chopakami wzili si do 
podpierania chaupy. 

Ale skoro soce zaczo przypieka, stary zda robot na synw i wywoawszy Balcerka, 
poszli odwiedza Boryn. 

- Pikny czas, kumie - rzek Kb przyjmujc tabak. 
- Galanty. Byle jeno za dugo nie przypiekao. 
- Stronami przechodz deszcze, to i nas nie omin. 
- Robactwo jae si roi na drzewach, na susz si ma. 
-A jarzyny spnione, mogoby przypali. Moe Pan Jezus nie dopuci... C ta na jarmarku? 
dowiedzielicie si co o koniu? 
-I... daem starszemu trzy ruble, przyobieca. 
-e to przezpiecznoci nie ma adnej!... czowiek pod strachem cigiem yje jak ten zajc, 
a nikto nie poradzi. 
- A wjt kiej malowany - szepn ostronie Balcerek. 
- Trza bdzie pomyle o nowym - rzuci Kb. 
Balcerek spojrza na niego, ale stary doda gorco: 
- Ju wstyd przez niego na wie idzie. Syszelicie o wczorajszym? 
-I... bitka kademu przytrafi si moe, zwyczajnie... Drugie miarkuj: bymy za te jego 
rzdy nie dopacili. 
- Sam si nie rozporzdza: dy i kasjer pilnuje, i pisarz, i urzd... 
- Psy misa pilnuj! Waruj, a w kocu ty, chopie, dopa, bo nie dopilnowali. 
- Boga ta inaczej! Wiecie ta co nowego? 
Balcerek jeno splun i rk machn; nie chcia gada, chop by mrukliwy i przez bab 
zahukany, to i barzej strzegcy jzyka. 
Doszli te do Borynw. 
Jzka skrobaa ziemniaki na ganku. 

-Idcie, ojciec ta sami le. Hanusia na kapunisku, a Jagna robi u matki. 
W izbie pusto byo, przez otwarte okno zaglday kicie bzw i soce siao si przez 
ziele. 
Stary siedzia na ku. Wychudy by, siwa broda jeya mu si na tej twarzy kiej 
szcze, gow mia jeszcze obwizan, rucha cosik sinymi wargami. 
Pochwalili Boga, nie odrzek ni si poruszy. 

- Nie poznajecie to nas? - ozwa si Kb za rk go biorc. 
Jakby nic nie wiedzia, nasuchiwa niby tego wiegotania jaskek lepicych gniazda pod 
strzech lebo tego szmeru gazi szorujcych po cianach i w okno niekiedy zagldajcych. 

- Macieju! - rzek znw Kb wstrzsajc nim zdziebko. 
Chory drgn, oczy mu si zatrzsy, obejrza si na nich. 
- Syszycie? dy Kb jestem, a to Balcerek, wasz kum; poznajecie, co? 
Czekali patrzc mu w oczy. 
-Sam tu, chopy! Do mnie! Bij psubratw! bij! -krzykn z naga ogromnym gosem, 
podnis rce jakby w obronie i zwali si na wznak. 
Jzka wpada na krzyk i ja mu gow obwala mokrymi szmatami, ale on ju lea cichy, 
a w szeroko otwartych oczach lni jaki strach miertelny. 
Wyszli pokrtce, sfrasowani i peni zgrozy. 

- Trup ci tam ley, a nie ywy czowiek! - rzek Kb odwracajc oczy na chaup. 


Jzka znowu skrobaa ziemniaki na ganku, dzieci bawiy si pod cian, a w sadzie spacerowa 
Witkowy bociek, za wiater przysania gaziami okno wywarte. 

Szli czas jaki w milczeniu zgrozy, jakby z grobu wyszli. 

- Kademu przyjdzie na to, kademu - szepn zawo Kb. 
-A kademu... wola Boa, c, nie poredzi... Hale, mg jeszcze poy jak por, eby 
nie ten las... 
- Pewnie. Zgin, a drugie si z tego poywi - westchn. 
- Raz kozie mier... mao si to naharowa? 
-I nama te moe niezadugo przyjdzie za nim i. 
Patrzeli kwardo we wiat, w pola rozkoysane, na bory widne jak na doni, na role zielenice, 
na ten dzie jasny, ciepy i zwiesnowy, i dusze im kamieniay w rezygnacji a poddaniu 
si woli Boej. 

- Nie zmieni tego czowiekowi, co mu przeznaczone, nie... 
I z tym si rozeszli. 
Za drudzy tego jeszcze dnia i nastpnych poczli nawiedza chorego, jeno co tak samo 
nikogo nie poznawa, e w kocu zaprzestali. 

- Jemu tylko pacierze o prdkie skonanie potrzebne - powiedzia ksidz. 
A e kaden mia dosy swoich turbacji a bied, to i nie dziwota, co wrychle zapomnieli o 
nim, za jeli zdarzyo si komu spomnie, to jakby o nieboszczyku. 
Co prawda, to i lea se chudziaszek w takim opuszczeniu, kieby ju do grobu zoony i 
traw porosy. 

Komu ta by w pamici? 

Bywao nieraz, i cae dni lea bez kropli wody, moe by i pomar prosto z godu, gdyby 

nie Witkowe dobre serce, ktren porywa, co si jeno dao, i nis gospodarzowi, a nawet 
krowy czsto poddaja kryjomo i mlekiem go poi. Chory bowiem przejmowa go dziwnie 
frasobliw trosk, a raz omieli si zapyta parobka. 

- Pietrek, prawda to, e kto przez spowiedzi zamrze, do pieka idzie? 
- Prawda. Przeciek ksidz zawdy tak mwi w kociele. 
- To i gospodarz by do piekie poszli? - przeegna si trwonie. 
- Taki czowiek jak i drugie. 
- Hale! gospodarz taki czowiek jak i drugie! hale! 
- Gupi kiej gb kapuciany! -zaperzy si Pietrek, dugo mu tumaczc, ale Witek nie 
uwierzy; swoje on wiedzia i zgoa drugie. 

Tak ano przechodziy dnie w Borynowej chaupie... 

Za na wsi kotowao si kiej w garnku. 

Wjtowa bitka to sprawia, obie bowiem strony szukay wiadkw, przecigajc nard na 
swoj stron. 

Chocia to jeno z Kozami bya sprawa, ale wjt nie zaspa i tgo zabiega. Gr te 
wzi zaraz z miejsca, bo wicej nili poowa wsi za nim si opowiedziaa. Znali go jak zy 
szelg, ale wjtem by przeciech, mg w niejednym poredzi, ale i mg dobrze sada zala 
za skr, to i namow, przypochlebstwem a gorzak przysposobi sobie wiadkw, jakich mu 
byo potrza. 

Kozio lea ciko chory i ksidza z Panem Jezusem sprowadzali do niego. Powiedali ta 
rnie o tej chorobie, bkajc w sekrecie, co jeno udaje, by wjt jeszcze lepiej bekn na sdach. 
Ale Bg wie, jak to tam byo. Wiedziano jeno dobrze, e sama Kozowa cae dnie lataa 
po ludziach pomstujc a wyrzekajc. Opowiadaa, co ju przedaa macior z prositami na 
lekowanie ma i prawie co dnia wylatywaa umylnie przed wjtw krzyczc wniebogosy, 
jako ju Bartek umiera, Boga i ludzi sprawiedliwych wzywajc na wiarczenie i poratunek. 

Biedota jeno i co tkliwsze kobiety stanli po ich stronie, a nawet jeden z pomniejszych 
gospodarzy, Kobus, e to czowiek by niespokojny i swarliwy. Ale reszta ni sucha nie 



chciaa, w ywe oczy si wypierajc, jakoby co niebd widzieli, za niejeden radzi jeszczek, 
by z wjtem nie zadzierali, bo niczego nie wskraj. 

Nowe z tego wychodziy historie, e to Kobus mia ozr niepowcigliwy, acno si z 
piciami ponosi, a baby te w sowach nie przebieray. 

Wic jeno wrzaski z tego szy i gniewy, bo c? mogli to poredzi gospodarzom i wjtowi? 


Nawet ju yd si z nich przemiewa i na brg dawa nie chcia. 

A nie przeszed i tydzie, do ju wszystkie miay tej sprawy i tych jazgotw lamentliwych, 
e ju sucha przestali. 

A tu nowa pomoc im przysza i we wsi znowu si zakotowao. 

Oto Poszka zmwi si z mynarzem i wraz otwarcie a gono stanli po stronie Kozw... 


Juci, szo im akuratnie o nich co o ten nieg oski -swoje w tym mieli zamysy i la siebie 
jakie wygody rychtowali. 

Poszka by chop sielnie ambitny, skryty, a we swj rozum i bogactwa dufajcy, za 
mynarz, wiadomo, co la grosza daby si powiesi, kutwa i zdzierus. 

Wojna si te wnet zawizaa midzy stronami cicha i zawzita, bo przy ludziach w 
oczy wiarczyli sobie przyjacielstwo, witali jak i przdzi, a nawet nieraz i do karczmy pod 
rce si wiedli. 

Co mdrzejsi wnet si pomiarkowali, jako tej spce nie o sprawiedliwo chodzi, nie o 
krzywdy Kozw, a o co inszego, moe i o wjtostwo. 

- Poywi si jeden, niech si ta poywi i drugie!- powiadali starzy kiwajc gowami. 
I tak czas schodzi, e mt we wsi by coraz wikszy. 
A tu ktrego dnia gruchno po chaupach: 
- Niemcy w karczmie popasaj! 
- Na Podlesie pewnikiem cign - rzek kto domylnie. 
- Niech jad z Bogiem!... co wama do nich? - przekada drugi. 
Ale jaka niespokojna, trwona ciekawo owadna ludmi. Przez sady krzykali se t 
nowin, w opotkach stawali gada o niej, a insze za ju do karczmy si przebieray na przewiady. 


Jako prawd rzekli, pi bryk stojao na podjedzie, a wszystkie na elaznych osiach, na 
to i niebiesko malowane, budami pciennymi nakryte, spod ktrych wyzieray kobiety i 
rny sprzt gospodarski, za w karczmie przed szynkwasem z dziesiciu Niemcw popijao. 

A tgie byy juchy, rozrose i brodate, w granatowe kapoty przyodziane, ze srebrnymi 
acuchami na spanych brzuchach, a pyski to jae si im wieciy od dobrego jada. Szwargotali 
cosik ze ydem. 

Chopy ca kup stawali pobok o wdk krzyczc, a patrzc i nasuchujc uwanie, ale 
trudno byo wymiarkowa choby i jedno sowo. Dopiero Mateusz, ktren z ydami poredzi 
szwargota, tak cosik do nich zaszprechowa, jae karczmarz odwrci si zdziwiony. Niemcy 
ysnli jeno po sobie lepiami, a nie odrzekli, za potem i Grzela, wjtw brat, powiedzia im 
jakie niemieckie sowo. Zadami si wykrciy do chopw, rechocc midzy sob jakoby te 
winie nad korytem. 

- To ino pra po tych wiskich pyskach! - rzek rozgniewany Mateusz. 
- Kijem by potrza zmaca boki, a wnet by przemwiy. 
A Adam Kbiak szepn z zapalczywoci: 
- Pchn w kadun tego j z brzega, zwali me, to pierzta na odlew. 
Powstrzymali go, bo i Niemcy, jakby poczuwszy groby, wzili anta z piwem i prdko 
si wynieli z karczmy. 

- Te, pludry, nie tak pieszno, portki pogubita! 
- wiskie pociotki! - krzyczeli za nimi chopaki. 


Ale zaraz po ich wyjedzie yd wyzna przed parobkami, jako Niemcy ju prawie kupiy 
Podlesie, e ju pojechali rozmierza koloni, e cae pitnacie familii osidzie na folwarku. 

- My si dusim na zagonach, a Niemcy bd na wkach rozwalali. 
-To podkup ich, a nie daj! Rusz rozumem, kiej si masz za mdral!... - wykrzykiwa na 
Grzel Stacho Poszka. 
-Psiakrew z tak spraw! - zakl Mateusz bijc pici w szynkwas. - Jak si usadz na 
Podlesiu, to i ciko bdzie w Lipcach wytrzyma - zapewnia, e to byway by we wiecie, a 
Niemcw zna dobrze. 
Nie wierzyli mu zrazu, ale mimo to caa wie si zakopotaa; jli medytowa i rozwaa, 
co by z takiego somsiedztwa mogo wypa zego la Lipiec? 

A tu co dnia pastuchy i przechodzcy donosili, jako na Podlesiu grunta ju rozmierzaj, 
kamienie zwo i studni kopi. 

e niejeden przez ciekawo pociga za myn ku Woli, a wasnymi oczyma sprawdza, 
e prawd powiadali. 

Ale jak stoj rzeczy, nie sposb si byo dowiedzie. 

Przypierali kowala, bo z Niemcami si ju zwcha i konie im podkuwa, ale wykrca si 
i ni to, ni owo odpowiada. 

Dopiero Grzela, wjtw brat, poszed na przewiady i prawd wyoy. 

Byo za tak: dziedzic by winien jednemu Niemcowi pitnacie tysicy rubli. Odda nie 

mia, a ten mu w dugu chcia wzi Podlesie i reszt gotowym groszem dopaci. Dziedzic 
si niby godzi, a za kupcami posya, bo Niemiec dawa jeno po szedziesit rubli za morg. 
Dziedzic zwczy, jak moe. 

-Ale zgodzi si musi! We dworze peno ydw, kaden o swoje krzyczy! Powiada mi 
borowy, co ju krowy zajte za podatek. Skde to wemie zapaci? Wszystko na pniu przedane! 
Lasu przeciek teraz, dopki z nami w procesie, ci mu nie pozwol. Nie poredzi sobie 
inaczej i przeda musi choby za bele co - twierdzi Grzela. 
- Taka ziemia, po sto rubli za morg nie za duo. 
- Kupujcie, przeda i jeszcze waju w rk pocauje. 
- Hale, drogi grosz, jak go braknie! 
- Miemcy se uyj, a ty, chopie, lin ykaj! 
Pogadywali wzdychajc aonie. Markotno ich rozbieraa. Juci, al byo takiej ziemi, 
bo to przylega i rodna. Kademu by si przydao kilka morgw, kademu. Dy si ju cisnli 
na swoich zagonach kiej mrwki, dy ledwie si ju przeywiali ode niw do niw. Taki kawa 
wybranej ziemi, w sam raz la synw i ziciw. Now wie by wystawili i ki mieliby 
niezgorsze, i woda pobok... Ale c, nie poredzi! Miemcy sid, bd si panoszy, a ty, 
czowieku, zdychaj. 

-Kaj si to wszystko podzieje? - wzdychali starzy patrzc na md, gc si wieczorami 
po drogach, a byo tego, byo, jae si ciany rozpieray! A za c to mia kto grunta kupowa, 
kiej ledwie na ycie starczyo? 
Gowili si niemao, nawet do ksidza szli po rad. Nie poredzi: z pustego nie naleje. 

- Kto nie ma grosza, nie umacza nosa. Biednemu zawdy wiater w oczy!... 
Ale i wyrzekania a biadolenia te nic nie pomogy. 
A jakby na dobitk; upay szy coraz wiksze. Maj dopiero si mia ku kocowi, a przypiekao 
kieby w lipcu. Dnie wstaway ciche i duszne, soce od samego wschodu wynosio si 
rozpalone na czyste niebo i tak przypiekao, e ju po wyniach i na piaskach jarzyny mdlay 
poke, trawy do cna wypalao po ugorach, strugi wysychay, ziemniaki za, cho zrazu 
niezgorzej ruszyy, ledwie okryway ziemi chudymi cinami. Oziminy jeno nie ucierpiay 
wiela, wykoszone, piknie wyrose, szy jeszczek galanto w gr, jae chaupy si skryy i 
jakby do ziemi przycupny, dachami jeno widne nad tym borem kosistym. 



Noce te byy duszne i tak nagrzane, e ju po sadach sypiali, gdy trudno byo w chaupach 
wytrzyma. 

Za przez te gorca, przez kopoty i aocie, przez Poszkowe judzenie na wjta, przez 
przednwek ciszy lato nili po inne roki, do, e w Lipcach nasta czas dziwnie swarliwy 
i niespokojny. 

Chodzili rozdygotani w sobie upatrujc jeno, kogo by gn tym bolcym sowem albo i 
za orzydle chyci. Kaden rad stawa przeciw drugiemu, e jakby pieko zrobio si we wsi. 
Co dnia bowiem ju od witania trzso si od ktni a wyzwisk, bo co dnia przychodzio co 
nowego. A to Kobusowie si pobili, jae ksidz musia godzi i napomina, a to Balcerkowa z 
Gulbasem kudw sobie nastrzpili o prosiaka, ktren marchew spyska, to Poszkowa poara 
si ze sotysem o przemienienie gsit; to o dzieci szy ktnie, to o szkody somsiedzkie, to o 
bele co, bych si jeno przyczepia a kyni, a wrzeszcze i wyzywa ze wszystkiej mocy -e 
jakby zaraza na wie pada, tyle powstawao swarw, bijatyk i procesw. 

Nawet Jambroy przemiewa si przed obcymi: 

- Niezgorszy przednowek lato da mi Pan Jezus! Umarlakw nie ma, nikto si nie lgnie, 
nikto nie eni, a mnie dzie w dzie ktosik gorzak stawia, honoruje, a na wiadki prosi. eby 
tak par rokw jeszcze si kcili, a na nic by si czowiek rozpi... 
Juci, co si le dziao w Lipcach. 
Ale cheba co w chaupie Dominikowej dziao si najgorzej. 
Szymek powrci z drugimi, Jdrzych wyzdrowia, bieda im nie doskwieraa jak indziej, 


to powinno byo i wszystko po dawnemu. Boga ta poszo, kiej chopaki odmwiy matce 
posuchu! Stawiali si hardo, kcili zb za zb, bi si nie pozwolili, a adnych robt kobiecych, 
jak przdzi, ani tknli. 

- Dziewk se przyjmijcie albo i sami rbcie - powiedali twardo. 
Paczesiowa miaa elazne rce i dusz nieustpliw - jake! tyle lat wszystkim rzdzia, 
tyle lat nikto nie mia si jej przeciwi ni w poprzek stawa. A tu kto stawa? kto si przeciw 
niej way? - wasne dzieci! 

-Jezus miosierny -woaa w zapamitaniu i zoci, przy leda okazji chwytajc za kij na 
synw, chciaa ich przemc i zmusi do posuchu. Nie dali si, zacili si jak i matka i poszli 
na udry. To powstaway prawie co dnia takie wrzaski a gonitwy kole chaupy, jae ludzie si 
zbiegali uspokaja. 
Nawet ksidz, snad przez ni podmwiony, wzywa ich do si, a do zgody i posuszestwa 
napomina. Wysuchali cierpliwie, w rce go ucaowali, a za nogi, jak przystao, z pokor 
podjli, ale si nie przemienili. 

-Nie dziecim, wiemy, co nama robi. Niech matka pierwsza ustpi! -tumaczyli si 
przed ludmi. - Caa wie si z nas przemiewaa... 
A Dominikowa jae poka ze zoci a zmartwienia, bo w aden sposb zmc si nie 
dawali, a przy tym miasto w kociele przesiadywa i po kumach, jak przdzi, musiaa teraz 
robi kole gospodarstwa, Jagusi cigiem przyzywaa do pomocy. Ale i crka nie szczdzia 
jej zgryzot i wstydu. Paczesiowa trzymaa wjtow stron, nawet wiarczya przeciwko Kozom, 
gdy bya przy bitce i opatrywaa wjtw. 

Pietr te czsto wieczorami zaglda do niej, niby to na poredy, a gwnie, bych Jagusi 
wywoa i prowadzi si z ni na ogrody. 

Na wsi si nic nie ukryje, dobrze wiedz, z czego si kurzy i kaj, to i zgorszenie z tych 
grzesznych jamorw roso coraz barzej i dobrzy ludzie ju nieraz ostrzegali star. 

Moga to zapobiec, kiej Jagna mimo prb i baga robia jakby na zo. Wolaa bowiem 
grzech najciszy i obmowy ludzkie nili przesiadywanie w tej obmierzej chaupie mowej. 
Ze j porwao i nieso, a nikto nie by mocen powstrzyma. 

Hance to nawet szo na rk i nawet czsto o tym rozpowiadaa przed ludmi. 



-Niech si zabawia, pki wjtowi nie wzbroni traci gromadzkie. Dy jej niczego nie 
auje i zwozi z miasta, co ino moe, we zoto by j oprawi. Niech se uywaj i koca patrz. 
Co mi tam do nich! 
Juci, mao to j wasnych zmartwie aro! Nie aowaa pienidzy la adwokata, a jeszcze 
nie wiada byo, kiej si Antkowa sprawa odbdzie i co go czeka. A on tam chudziaczek 
schn w kreminale i Boego zmiowania wyglda. W chaupie te si z wolna rozprzgao. 
Moga to dopilnowa wszystkiego? Parobek si rozzuchwala coraz barzej, snad przez kowala 
podmawiany, e tak robi, jak mu si podobao, a nieraz, kiej do miasta pojechaa, cay 
dzie si przewasa po wsi. Grozia mu potem, e niech jeno Antek powrci, a z nim si 
czsto porachuje. 

- Wrci! Jeszcze na to nie przyszo, bych zbjw puszczali! - odkrzykiwa zuchwale. 
Jae cierpa z gniewu, bi by jeno ten pysk niepoczciwy, ale poredzi mu to? Jeszcze j 
sponiewiera, a kt to si za ni upomni, kto wesprze? Trza byo wszystko znie i w sobie 
schowa na pniej, do sposobnej pory, bo jeszcze pjdzie i wszystko na jej rce spadnie; ju 
i tak ledwie moga wydoli robocie. Zapadaa przeto na zdrowiu coraz wicej. Jake, i elazo 
w kocu rdza przere, i kamie jeno do czasu wytrzyma, a nie dopiero saba kobieta! 

Ktrego dnia pod koniec maja ksidz z organist pojechali na odpust, za Jambroy tak 
si spi z Niemcami, ktre czsto zaglday do karczmy, e nie byo komu przedzwoni na 
Anio Paski ni kocioa otworzy. 

Zebrali si przeto odprawia naboestwo pod cmentarz, kaj pobok bramy stojaa maa 
kapliczka z figur Matki Boskiej. Kadego maja przystrajay j dziewczyny w papierowe 
wstgi a korony wyzacane i polnym kwieciem obrzucay, bronic od zupenej ruiny, gdy 
kapliczka bya odwieczna, spkana i w gruz si sypica, e nawet ptaki ju si w, niej nie 
gniedziy, a jeno niekiej, w czas st jesiennych, pastuch jaki schronienia szuka. Smtarne 
drzewa, lipy staruchy, brzozy wysmuke i te, pogite krzye osaniay j nieco od burz zimowych 
i wichrw. 

Zeszo si sporo narodu i jak si naprdce dao, przybrali kapliczk w ziele, a kwiaty, 
ktosik mieci wygarn, ktosik tym piaskiem wysypa, e nawtykawszy w ziemi u stp 
figury wieczek i lampek zapalonych, wraz jli klka nabonie. 

Kowal przyklkn na przedzie, przed progiem, zarzuconym tulipanami a gogiem rowym 
i pierwszy zacz piewa. 

Byo ju dobrze po socu, mroczao, niebo na zachodzie palio si jeszcze we zocie cae 
i bledziuk zieleni przytrznite, czas by cichy, obwise warkocze brzz jakby si lay ku 
ziemi, zboa stany przygite, kieby zasuchane dwikliwy bekot rzeczki i to cichukie 
strzykanie konikw polnych. 

Ostatnie stada do obr cigay; od wsi, z pl, z miedz ju niedojrzanych buchay niekiedy 
jazgotliwe piewki pastusze i dugie, przecige poryki. Za nard piewa, wpatrzony w 
jasn twarz Matki, co wycigaa bogosawice rce nad wszystkim wiatem: 

Dobranoc, wonna lilija, 

Dobranoc! 

Zapach modych brzz powia ze smtarza i wraz te sowiki jy jakby prbowa gardzieli, 
wyciga rwan nut, wzbiera moc, jae w kocu buchny zote, spienione strugi, 
jae polay si te trele perliste, te klskania cudne i te lube, rzewliwe zawodzenia, za niedaleko 
ze zb ozway si te pana Jackowe skrzypice przywtarzajc ludziom tak sodko, cichuko 
a przejmujco, jakby to te ytnie, rdzawe kosy dzwoniy o si, to zote niebo lebo 
przyscha ziemia tak pieni zagraa majow. 

I ju wraz piewali wszystkie, i nard, i ptaszkowie i skrzypice, a kiej na to oczymgnienie 
ustawali, kiej sowiki tak si zaniesy, ae cicho, a struny jakby tchu nabieray, wtedy nie




przeliczony abi chr podnosi rechotliwe gosy i gra zgodliwym skrzekiem i nukaniem prze


cigym. 
I tak ju szo na przemiany. 
Dugo si owo naboestwo cigno, jae kowal zacz przypiesza, wydziera si 

mocno, nad drugimi grujc; a czsto woa za siebie: 

- Popieszajta si, ludzie... - e to opniali si z nut niektre. 
A nawet raz hukn na Maciusia Kbowego: 
- Nie drzyj si, jucho, bo nie za bydem! 
e zgodliwie ju poszo, i gosy podryway si razem kiej te stada gobie i krco, z 
wolna unosiy si ku niebu ciemniejcemu. 

Dobranoc, wonna lilija! 
Dobranoc! 
Niepokalana Maryja! 
Dobranoc! 


Mrok ju zgstnia i noc ciepa i cicha wiat otulaa, zasie na niebie wystpoway gwiaz


dy ros roziskrzon, kiej si zaczli rozchodzi. 
Dzieuchy, wp si pobrawszy, zawodziy po drogach. 
Hanka powracaa jeno z dzieckiem na rku i srodze czego zadumana, gdy przysun si 

kowal i wpodle szed. 
Nie ozwaa si; dopiero przed domem, widzc, i nie ostaje, rzeka: 

- Wstpicie to, Micha? 
- Przysid w ganku i powiem co wam - szepn cicho. 
cierpa nieco, szykujc si jak now bied posysze. 
- Bylicie pono u Antka? - pierwszy zacz. 
- Byam, ale mnie do niego nie pucili. 
- Tegom si i boja. 
- Mwcie, co wiecie! - mrz j przeszed. 
- Co ja ta wiem?... tyla jeno, co mi si udao ze starszego wycign. 
- A co? - wpara si w supek i dziecko mocniej przycisna do siebie. 
- Powiedzia, e Antka, przed spraw nie wypuszcz. 
-Laczego! -ledwie wyjkaa, dygot j trzs i ama. - Dy... przeciek adwokat mwi, co 
moe puszcz. 
-Hale, eby im uciek! Tak przez niczego nie puszcz! Wiecie, przyszedem dzisiaj do 
was cakiem po przyjacielsku. Co tam pomidzy nami byo to byo; obaczycie kiedy, em 
by praw... Nie wierzylicie mi... wasza wola... ale teraz wysuchajcie, co rzekn, a jak ksidzu 
na spowiedzi, tak prawd powiem... Z Antkiem jest le! z pewnoci ciko go zasdz, 
moe na dziesi lat. Syszycie to?... 
- Sysz, ale nic a nic nie wierz - uspokoia si nagle. 
- Kaden nie wierzy, pki nie przymierzy; prawd wam rzekem. 
-Zawdy tak mwicie - zamiaa si wzgardliwie. 
Ciepn si i j gorco upewnia, jako teraz z prostego przyjacielstwa przyszed, bych 
poredzi. Suchaa chodzc oczyma po obejciu, ju si par razy podnosia niecierpliwie: 
krowy ano nie wydojone porykiway w oborze, gsi byy nie zapdzone na noc i rebak goni 
si w opotkach z ap, a chopaki rajcoway w stodole. Nie wierzya mu juci ani sweczka. 

- Niech si wygada, moe si wyda, z czym przyszed - mylaa trzymajc si na bacznoci. 
- C poredzi? co? - odpowiadaa, byle co rzec. 
- A, rada by si nalaza - powiedzia ciszej jeszcze. 
Odwrcia si do niego. 


-Da wykup, to go puszcz jeszcze przed spraw, a potem to ju se poredzi, choby i do 
tej Hameryki... nie zgoni... 
-Jezus, Maria! Do Hameryki! -krzykna bezwolnie. -Cichocie, jak pod przysig mwi, 
tak dziedzic radzi. Niech ucieka -powiada -najmniej dziesi lat... zmarnuje si 
chop... Wczoraj mi mwi. 

- Ucieka ze wsi... od grontu... od dzieci... Jezu... - to ino zrozumiaa. 
- Dajcie jeno wykup, a reszt to ju Antek postanowi, dajcie... 
- Skde to wezm?... Mj Boe, w tyli wiat... od wszystkiego. 
-Piset rubli chc! Przeciek macie te ojcowe... wecie je na wykup... policzym si pniej... 
byle jeno ratowa... 
Skoczya na rwne nogi. 

- Jako ten pies cigiem jedno szczekacie! - chciaa odej. 
-Ciepiecie si jak gupia - rozgniewa si. - Tak se ino powiedziaem... Hale, bdzie si 
tu honorowa o bele sowo, a tam chop w kreminale zgnije, Powiem mu, jak to zabiegacie, 
by mu uly. 
Przysiada znowu, nie wiedzc ju, co myle. 

Opowiada szeroko o tej Jameryce, o ludziach znajomych, ktre tam pojechay, e listy 
pisz, a nawet pienidze przysyaj la swoich. Jak tam dobrze, jak wol ma kaden, jakie 
bogactwa zbieraj. Antek mgby zaraz ucieka: zna yda, ktren ju niejednego wyprowadzi. 
Mao to ju takich ucieko! Za Hanka mogaby jecha potem la niepoznaki. Grzela wrci 
z wojska, to spaciby z ojcowizny, a nie, kupiec si te rycho znajdzie. 

-Poradcie si ksidza, obaczycie, co wama przytwierdzi moje sowa. Poznacie, em 
prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno przed nikim ani pary z 
gby, bych si stranicy nie zmiarkowali, za wtedy i za tysice go nie puszcz, a jeszcze w 
kajdany zakuj - zakoczy powanie. 
- Skd wzi na wykup! tylachna pienidzy! - jkna. 
-Znam kogo z Modlicy, kto by da na dobry procent... znam i drugich... pienidze by si 
nalazy... Moja w tym gowa... pomgbym. 
I dugo jeszcze radzi a namawia. 

- Rozwacie, trza rycho postanowi. 
Odszed cicho, e ani spostrzega, kiej si zapodzia w nocy. 
Pno ju byo, w chaupie spali, tylko Witek siedzia pod cian, jakby strujc gospodyni, 
na wsi te wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiway, woda jeno bulgotaa i ptaki zawodziy 
w sadach. Ksiyc si wtoczy na niebo i szed srebrnym sierpem przez te straszne, 
mroczne wysokoci. Biae i niskie mgy pokryway ki, za nad ytami wisia powy tuman 
kwietnej kurzawy; staw polniewa wskro drzew kieby tafla lodowa... Ae dzwonio w 
uszach od tej cichoci a sowiczych klska i zawodze. 

Hanka siedziaa wci na jednym miejscu jakby przykuta. 

- Jezu, ucieka ze wsi, od grontu, od wszystkiego! - mylaa jedno w kko. 
Groza j przeja, rosnc z minuty na minut, a serce ciskajc strasznym alem i przeraeniem. 
apa zacz wy na podwrzu, sowiki cichy, zawia wiater, e zakolebay si cienie i 
jkliwy, smutny szum przelecia. 

- Kubow dusz obaczy! - szepn Witek egnajc si strachliwie. 
- Gupi! - skarcia go, spa wypdzajc. 
- Kiej przychodzi, do koni zaglda, obroku im dosypuje... bo to raz? 
Nie suchaa ju, cicho znowu spada na wiat, sowiki zapieway, a ona siedziaa kieby 
zmartwiaa, powtarzajc niekiej z mk i strachem: 
-W cay wiat ucieka! Na zawsze! Jezu miosierny! Na zawsze... 



ROZDZIA 9 


Jeszczech byy po witkach umajenia chaup do cna nie przewidy, kiej ktrego dnia 
rankiem najniespodziewaniej zjawi si Rocho. 

Jeno co dopiero po mszy i dugiej rozmowie z ksidzem pokaza si na wsi. Niewiela ludzi 
krcio si w obejciach, e to pora bya osypywania ziemniakw, lecz skoro si roznieso, 
jako Rocho idzie przez wie, wnet ci ten i w na drog pieszy wita dawno nie widzianego. 

A on za szed, jak zawdy na kiju si wspierajc, wolniuko, z podniesion gow, w tej 
ci samej kapocie szarej, i tak samo z racami na szyi; wiater mu rozgarnia siwe wosy, a 
chuda twarz janiaa dziwn dobroci i weselem. 

Wodzi oczyma po chaupach i sadach, przemiechujc si radonie do wszykiego, wita 
si z kadym z osobna, e nawet dzieciom, co si byy do niego garny, gowiny przygadza 
poczciwie, za do kobiet pierwszy zagadywa, tak by rad, e wszystko zastaje po dawnemu. 

-W Czstochowie byem na odpucie - odpowiada, gdy napierali ciekawie, kaj si to zadziewa 
przez tyla czasu. 
Ale tak si szczerze, cieszyli z jego powrotu, e zaraz po drodze jli mu rozpowiada lipeckie 
nowiny, a ktosik ju i rady jakiej zasiga, za drugi chcia si wyali, odwodzc go 
na stron i suplc przed nim turbacje, kiejby ten grosz na ostatni potrzeb schowany. 

- Do cna ustaem, dzie jaki odpoczn - tumaczy si zbywajco. 
Na przecigi jli go zaprasza do swoich chaup. 
-Na tymczasem zakwateruj si u Macieja, juem to Hance przyobieca; a przyjmie mnie 
kto potem, do tego przystan na duej. 

I wawo ruszy do Borynw. 

Juci, co Hanka przyja go radonie i z caego serca ugaszcza chciaa, ale skoro jeno 

zoy torby i odzipn nieco, do starego si wybra. 

- A obaczcie ich, le w sadzie, e to gorc w chaupie. Mleka wama bez ten czas uwarz, 
a moe bycie i jajkw zjedli? co? 
Ale Rocho ju by w sadzie i chykiem przebiera si pod gaziami do chorego, ktren 
lea w pkoszku, wymoszczonym pierzyn, i kouchem przyokryty. apa, zwinity w kbek, 
warowa mu przy nogach, a Witkw bociek gajda si pociesznie midzy drzewami kieby 
na stray. 

Sad by stary i mroczny; rozrose drzewiny tak przysaniay niebo, e doem na murawach 
jeno niekaj gmeray si soneczne prgi, podobne zotym pajkom. 

Maciej wznak lea. Rozruchane gazie z cichym poszumem chwiay si nad nim pacht 
cieniw, e jeno czasem, kiej j wiater ozdar, soce chlustao mu w oczy i coraz kawa modrego 
nieba si odsania. 

Rocho przysiad. 
Drzewa szumiay, czasem pies warkn na muchy, a niekiedy rozwiegotane jaskki 
migny wskro pni czarnych na pola zielone i rozkoysane. 
Chory naraz zwrci si do niego. 

- Poznajecie mnie, Macieju, co? Poznajecie? 
Borynie leciuki przymiech wion po twarzy, oczy si zatrzepay i j rucha sinymi 
wargami, ale gosu nie doby. 

- Jak Pan Jezus przemieni, to moecie jeszcze wyzdrowie. 
Snad rozumia, gdy potrzs gow i jakby niechtnie odwrci si od niego. Zapatrzy 
si znowu w rozkoysane gazie i w te soneczne bryzgi, zalewajce mu oczy raz po raz. 
Rocho jeno westchn, przeegna go i odszed. 

- Prawda, co ojcu jakby ju lepiej? - pytaa Hanka. 
Dugo co miarkowa, a rzek cichym, wanym gosem: 


-To i lampa przed zaganiciem ywszym pomieniem wystrzeli na ostatku: Mnie si 
zdaje, co Maciej ju dochodzi... A mi nawet dziwno, e jeszcze yje; przecie na wir wysech... 


- Dy je nic nie chce, nawet mleka nie zawsze popije. 
- Musicie by gotowe; e lada dzie skoczy. 
-Pewnie, e tak, mj Boe, pewnie. To samo wczoraj mwi Jambroy, a nawet radzi, 
eby ju nie czeka i trumn obstalowa. 

-Kacie zrobi, nie bdzie dugo czekaa, nie... Jak duszy pilno ze wiata, niczym jej nie 
powstrzyma, nawet pakaniem, boby ju poniektre cae wieki ostaway midzy nami -mwi 
smutnie, zabierajc si do mleka, ktre mu narzdzia, i popijajc z wolna, wypytywa, co si 
tu we wsi dziao. 
Powtarzaa, co ju by sysza po drodze od drugich, i o swoich kopotach ja si skwapnie 
a szeroko rozwodzi. 

- Kaj to Jzka? - przerwa jej niecierpliwie. 
-W polu, ziemniaki osypuje z komornicami i Jagustynk, za Pietrek pojecha do lasu: 
zwozi Stachowi drzewo na chaup. 
- Buduje si to? 
- Przeciek pan Jacek da mu dziesi chojarw. 
- Da mu? Powiadali mi co o tym, ale nie uwierzyem. 
-Bo to i nie do wiary! Zrazu nikto nie powierzy. Obieca, ale przeciech niejeden obiecuje. 
Obiecanka cacanka, a gupiemu rado - powiedaj. A pan Jacek da Stachowi list i kaza 
mu z nim i do dziedzica. Nawet Weronka si przeciwia, by szed, bo powiada, co bdzie 
buty dar na darmo?... jeszcze si z niego wymiej, e zawierzy gupiemu... Ale Stacho 
si upar i poszed. I powiada, e moe w pacierz po oddaniu listu dziedzic go kaza zawoa 
na pokoje, poczstowa gorzak i rzek: Przyjedaj z wozami, to ci borowy wycechuje 
dziesi sztuk budulcu... Da mu Kb koni, da sotys, daam i ja Pietrka. Dziedzic ju na 
nich czeka w porbie i zaraz sam wybra co najmiglejsze z tych, co to je zim cili la ydw. 
No i zwo, bo dobrze trzydzieci wozw bdzie z gaziami. Stacho galant chaup se 
wyszykuje! Nie potrza mwi, jak panu Jackowi dzikowa i przeprasza; bo po prawdzie 
wszyscy go mieli za dziadaka i za gupawego, e to nie wiada, z czego yje, i pod figurami, to 
we zboach grywa na skrzypicy, a czasem tak bele co i nie do skadu powie, jako ten niespena 
rozumu... A on taki pan, e mu sam dziedzic posuszny!... Kto by to przdzi da wiar?... 

- Nie patrzcie na czowieka, jeno na jego uczynki. 
-Ale da tylachna drzewa, ktre, jak Mateusz rachuje, warto z tysic zotych, i to jeno za 
Bg zapa, tego jeszcze nie bywao! 
- Powiadali, co za to star chaup bierze w doywocie... 
-Hale, tyle warta co ten trep rozupany! Juewa nawet myleli, czy w tej dobroci nie ma 
jakiego podejcia, jae Weronka dobrodzieja si redzia. Skrzycza j, e gupia. 
- Bo i prawda. Daj - to bra i Bogu za ask dzikowa. 
-Przeciek czowiek niezwyczajny bra darmochy i jeszczech od dziedzicw! Syszane to 
rzeczy! Jake, kiej to chto chopu da co z dobroci? eby po najmniejsz pored i, a i to na 
rce patrz, za w urzdzie si przez grosza nie poka, bo ci jutro przyj ka albo za niedziel... 
Przez t Antkow spraw dobrze poznaam, jakie to jest urzdzenie na wiecie i niemao 
ju pienidzy wyniesam... 
- Dobrze, cocie mi Antka wspomnieli. Wstpowaem do miasta. 
- Tocie go moe widzieli? 
- Nie byo czasu. 
- Jedziam niedawno, nie pucili me do niego. Bg wie, kiej go obacz. 
- Moe i prdzej, nili miarkujecie - rzek z umiechem. 
- Jezus, co wy powiadacie! 


-Prawd! W gwnym urzdzie powiedzieli mi, e Antka mog przed spraw puci na 
wol, jeli kto porczy za nim, co nie ucieknie, albo da w zastaw sdowi piset rubli. 

- Rychtyk podobnie i kowal mwi! - ja zaraz opowiada jego rady co do sowa. 
-Rada dobra, ale e to Michaowa, nieprzezpieczna: ma on tu co w tym, ma... Ze sprzedaniem 
si nie pieszy: z grontu wyjeda si w ogiery, a powraca rakiem, na czworakach... 
Co inszego trzeba wynale... Moe by kto porczy?... przewiedzie si potrza midzy ludmi... 
Juci, eby pienidze byy... 
-Moe by si i nalazy -szepna ciszej. -Mam cosik gotowego grosza, jeno zrachowa 
nie poredziam, ale moe by chwacio... 

- Pokacie; to razem przeliczymy. 
Znikna gdziesik w obejciu, a powrciwszy po jakim pacierzu przywara drzwi na zasuw 
i pooya mu wzeek na kolana. 
Byy w nim papierowe pienidze, byy i srebrne nawet byo par zotych i sze biczw 
korali. 

- To po matce, da je Jagnie, a potem snad odebra -szepna przykucajc przed aw, na 
ktrej Rocho rozlicza. 
- Czterysta trzydzieci dwa ruble i pi zotych! Od Macieja, co? 
- Tak... juci... da mi po witach... - jkaa czerwienic si. 
- Na zastaw nie starczy, ale moglibycie co sprzeda z inwentarza! 
-Juci, mogabym przeda macior... krow jaow te by mona, zbdna, yd ju o ni 
przepytywa... to par korczykw zboa... 
-A widzicie, ziarnko do ziarnka i zbierze si miarka. Bez niczyjej pomocy Antka wykupimy. 
Wie to kto o waszych pienidzach? 
-Ojciec mi dali na ratowanie Antka, przykazujc, abym nikomu ni swkiem nie pisna. 
Wama pierwszemu si zawierzam. Jakby Micha... 
-Nie rozgosz, bdcie spokojni. Jak powiadomi, e pora, pojad z wami po Antka. 
Uadzi si jako na dobre, uadzi, moi kochani -szepta caujc j w gow, bo mu si do ng 
rzucia z podzik. 
- Rodzony ociec lepszy by nie by - woaa z paczem. 
- Wrci chop, Panu Bogu podzikujecie. Gdzie to Jagusia? 
-Dy jeszcze do dnia pojechaa do miasta z matk i z wjtem. Powiaday, co do rejenta, 
stara pono gront przepisuje na crk. 
- Wszystko Jagnie? a chopaki? 
-Przez zo do nich, e to chc dziaw. Pieko tam u nich, a to dzie nie mija przez 
ktni; za wjt broni Dominikowej, opiekunem by nad sierotami jeszcze po mierci Dominika. 
- A ja mylaem, e co inszego, bo to mi rnie opowiadali. 
-To wit prawd mwili. Jagn si ano opiekuj, ale tak, co mi wstyd rozpowiada podrobnie. 
Stary jeszcze rzzi, a ta jak suka... Nie powtarzaabym po kim, ale samam ich w sadzie 
zdybaa, no... 

- Dajcie mi gdzie wypocz - przerwa jej powstajc z awy. 
Chciaa mu sa Jzine ko, ale wola i do stodoy. 
- Pienidze dobrze schowajcie - ostrzeg j jeszcze i poszed. 
A dopiero po poudniu si pokaza, zjad obiad i na wie si wybiera, kiej Hanka z 
wielk niemiaoci si odezwaa: 

- Bycie mi to, Rochu, otarz pomogli przystroi... 
- Prawda, jutro Boe Ciao. Gdzie to go stawiacie? 
-Gdzie i co rok, przed gankiem. Pietrka ino patrze z lasu, przywiezie gaci jodowej i 
wierczakw, za Jagustynk z Jzk zarno po obiedzie pchnam po ziela na wianki. 
- A wiece, lichtarze macie to ju? 


- Jambroy przyobieca przynie z kocioa wczesnym rankiem. 
- U kog to jeszcze bd stawiali otarze? 
- Po naszej stronie u wjta, za po tamtej u mynarza i przed Poszkami. 
- Pomog wam, wstpi jeno do pana Jacka i przed zmierzchem przyjd. 
- Kacie Weronce, by zaraz z rana przysza pomaga! 
Kiwn gow i poszed ju prosto do Stachowej rudery. 
Pan Jacek siedzia na progu, jak zawdy, papierosa pali, brdk skuba i przewczy 
oczyma po rozkoysanych zboach, i za ptakami patrzy. 

Za przed chaup i pod trzeniami leao ju par tgich chojarw i kupy wierzchow i 
gazi, stary Bylica kole nich azi, wymierza toporzyskiem, gdzie jaki sk odciupn siekier 
i cigiem mrucza: 

-I ty przyszed na nasze podwrko... juci... galanty, widz... Bg ci zapa... zaraz ci 
Mateusz do ostrego kantu wyrychtuje... na przyciesie zdatny... sucho mia bdziesz, nie bj 
si... 
- Jakby do ywej osoby mwi - szepn zdziwiony Rocho. 
-Siadajcie. Z radoci w gowie mu si pomieszao, cae dnie tak przesiaduje przy drzewie. 
Suchajcie no. 
-A i ty wystaa si, chudziaczko, w boru, to se teraz odpoczniesz... juci, nikto ci ju 
nie ruszy!.. - gada stary gadzc miosnymi rkoma t, zuszczon kor sosny. 
Polaz do najgrubszej, zwalonej na drk, kucn przed przekrojem i patrzc z luboci 
na te, nabrzmiae ywic soje, mamrota: 

-Tylachna, a dali ci rad! co? ydy by ci do miasta wywiezy, a tak Pan Jezus pozwoli, 
co u swoich ostaniesz, u gospodarzy, obrazy na tobie powiesz, ksidz cie wod wicon 
skropi, juci... co?... 
Pan Jacek jeno przemiecha si z tego nieznacznie i pogadawszy cosik z Rochem, wzi 
skrzypki pod pach i miedzami ruszy ku borom. 

Rocho za potem u Weronki siedzia wysuchujc rnoci. 

Na wiecie miao si ju pod wieczr, upa przechodzi, a nawet ju od k przewieway 
chodnawe cigi, wiater te niezgorzej j dmucha od samego poudnia, e ytnie pola, rdzawe 
od modych kosw, toczyy si skbione kiej wody, raz po raz zakolebay si gwatownie, 
zakrciy wirem i chlustay ku drogom i miedzom, jakby ju ino, ino wyla si miay; ale 
jeno tuky powymi grzywami o ziemi i poddaway si w ty, kiej stado rebcw dba stajcych. 
Wiater z rnych stron par na nie i miota kiejby la zabawy, e wzburzone znowu hulay 
po zagonach pene gurb powych, zielonych zatok, rdzawych smug i chrzstu, i trzepotw. 
Skowronki wydzwaniay wysoko, czasem stado wron przecigno, wac si na wietrze 
i spadajc odpoczywa na rozkoysanych drzewinach. Soce ju czerwieniao opuszczajc 
si coraz niej i po caym wiecie, po polach rozkoysanych i po sadach trzepoczcych si 
niby stada na uwizi rozlewa si z wolna czerwonawy brzask koczcego si dnia. 

Za z powodu jutrzejszego wita ludzie wczeniej schodzili z pl, kobiety wiy wianki 
przed chaupami, dzieci znosiy narcza tataraku, przed Poszkami i mynarzem stoyy si 
brzeziny i wierki, ktre wkopywali, kaj miay si stawia otarze, gdzie ju i dzieuchy maiy 
ciany, drog te miejscami rwnali zasypujc wyboiska, ktra te jeszcze praa nad stawem, 
e ino kijanka trzaskaa i gsi strachliwie ggay. 

Rocho wanie zbiera si wyj od Weronki, kiej na topolowej we srogiej kurzawie ukaza 
si ktosik pdzcy na koniu. Wstrzymyway go nieco wozy ze Stachowym drzewem, e 
polem chcia objeda. 

- Te! konia ochwacisz, kaj ci tak pilno! - krzyczeli. 
Wymin ich jako i pogna do wsi z caych si, jae koniowi zagraa wtroba. 
- Hej! Adam, poczekaj no! - woa Rocho. 
Kbiak wstrzyma si nieco i j krzycze z caych si: 


-A to nie wiecie, jakie zabite le w boru! Jezus, zatkao me cakiem. Konia pasem na 
smugu i juemy z Gulbasiakiem jechali do dom, a tu przed Borynowym krzyem ko si 
rzuci w bok, jaem bcn na ziem. Patrz: ki licho strachno konia? a tu jakie ludzie w 
jaowcach le... Woalim, a oni nic, le kieby pomare... 
- Gupi, bdzie tu cudeka rozpowiada! - zawrzeszczeli. 
-Obaczcie sami: le tam! Gulbasiak te widzia, jeno co ze strachu w las pogna do komornic, 
ktre susz zbieray. Nieywe le. 

- W imi Ojca i Syna, to jede do wjta powiadomi! 
-Wjt jeszcze z miasta nie przyjechali -rzek ktosik. 
-To sotysowi da zna!... kole kowala drog poprawia z chopakami!... - woali za nim, 
bo ju ostrym galopem si puci. 
Juci, co po wsi w ten mig si rozgosio o pomordowanych, wrzask si czyni zgrozy 
peen i bieganina, ludzie jae si egnali z przeraenia. A nim soce zaszo, z p wsi wylego 
na drogi. Kto dobrodzieja uwiadomi, e wyszed przed plebani rozpytywa, kup ju 
tam szli niema, rajc z cicha, modsi pucili si nieco naprzd topolow, a wszyscy z wielk 
niecierpliwoci czekali na sotysa, ktren wozem pojecha zabierajc ze sob Kba i parobkw. 


Dugo czekali, bo dopiero o zmierzchu powrci; ale ku niemaemu zdumieniu wjtowymi 
komi i bryk. Zy by jaki, bo srodze kl i podcina szkapy, ani mylc przystawa 
przed cib, ale kto konie za uzdy chwyci, e musia przystan i rzek: 

-Juchy te chopaki, wymyliy sobie co niebd la zabawy. adnych zabitych nie byo w 
lesie, ludzie se jakie spay pod krzakami. Zapi Kbiaka, to ja mu dam strachania. Spotkaem 
po drodze wjta i zabraem si z nim, to caa historia. Wio! malukie! 
- A c to, wjt chory, e ley kiej baran? - pyta kto zagldajc do wasga. 
- pik go zmorzy i tyla! - mign konie i ju kusem ruszy. 
- cierwy te wisusy, eby tak rzecz wymyli! 
- Gulbasiaka to sprawka, on pierwszy do psich figlw! 
- Rzemieniem by ich zoi, co maj ludzi trwoy po prnoci! 
Wyrzekali z oburzeniem, rozchodzc si z wolna po chaupach. 
Jeszcze gdzieniegdzie stojali kupkami nad stawem sczerwienionym od zrz, gdy si pokazay 
komornice z cikimi brzemionami drzewa na plecach. Kozowa sza na przedzie, jae 
wp zgita pod ciarem, i dojrzawszy ludzi wspara si brzemieniem o drzewo. 

-Sotys waju dobrze ocygani! -powiedziaa ledwie zipic z utrudzenia. - Zabitych w lesie 
nie byo, to prawda, ale moe co gorszego. 
I skoro zebrao si wicej ludzi, zwabionych jej gosem, pucia ozr: 

-Wracalim podlen drog ku krzyowi, a tu Gulbasiak leci naprzeciw i krzyczy zestrachany: 
Pod jaowcami jakie zabite le! Zabite, to zabite, myl, ale warto zawdy obejrze 
Poszlimy... widzim z dala, prawda, le jakie ludzie kieby nieywe... jeno im kulasy stercz 
spod jaowcw. Filipka me ciga, by ucieka... Grzelowa ju pacierz trzepie i mnie te mrz 
po plecach chodzi, alem si przeegnaa, podchodz bliej... patrz... a to pan wjt ley przez 
kapoty, a pobok Jagusia Borynowa... i pi se w najlepsze. Spili si w miecie, gorc by, to 
se chcieli wypocz w chodzie i pojamorowa. Jae buchaa od nich gorzaka! Nie budzilim: 
niech wiadki przyjd, niech caa wie obaczy, co si wyprawia! Wstyd mwi, jak bya rozdziana; 
jae Filipka z litoci przyokrya j zapask. Czysta sodoma. Stara jestem, a jeszcze o 
takim zgorszeniu nie syszaam. Sotys zaraz przyjecha i budzi, Jagna w pola ucieka, za 
pana wjta ledwie na wz wdygowali, spity by kiej winia! 
- Jezus, tego jeszcze w Lipcach nie bywao - jkna ktra. 
- eby to parobek z dziewk, ale to gospodarz, ociec dzieciom i wjt! 
- A Boryna ze mierci si mocuje, wody mu nie ma kto poda, a ta... 


-Ja bym j ze wsi wywiecia! ja bym cierw rzgami pod kocioem sieka! - zacza 
znowu wrzeszcze Kozowa. 
- Zgorszenie samo krzyczy; co tu dodawa? - uspokajay j kobiety, zaamujc rce. 
-A kaj Dominikowa? 
- Z rozmysem j w miecie ostawili, bych nie przeszkadzaa... 
- Jezu, strach pomyle, co si wyprawia teraz na wiecie! 
- Taki grzech, takie zgorszenie, dy wstyd na ca wie padnie! 
- Jagna si ta osawy nie boja, jutro gotowa to samo robi. 
Wyrzekali po chaupach, zaamujc rce, e ju z tej zgrozy i oburzenia co mitsze kobiety 
pakay spodziewajc si kary srogiej od Boga na wszystkich ludzi. Caa wie si trzsa 
od gada i lamentw. 

Tylko jedne chopaki, co si byy zeszy na most, wziy Gulbasiaka rozpytywa podrobno 
i przemieway si z caej historii. 

- To ci kokot z wjta, no! to chwat! - mia si Wachnik Adam. 
- Odpokutuje jeszcze za te jamory: kobieta eb mu obedrze! 
-I z p roku nie przypuci do siebie. 
- Po Jagusi to i niepieszno mu bdzie do swojej. 
- Psiachma, la Jagny kaden by si way na wszystko... 
-Jeszcze by! kobieta kiej ania, e nie wiada, czy nalazby liczniejsz w jakim dworze: 
ledwie spojrzy na czowieka, a ju cigotki bior. 
- Mid, nie kobieta, nie dziwno mi te, co Antek Boryna... 
-Dajta spokj, chopaki! Gulbasiak e jedno, Kozowa drugie, a baby przez zazdro 
jeszcze dokadaj, za po prawdzie to nie wiadomo, jak byo... Na niejedn pyskuj, cho najpoczciwsza 
-zacz mwi Mateusz jakim smutnym i wielce strapionym gosem, ale nie 
skoczy, gdy si zjawi midzy nimi Grzela, wjtw brat. 
- C? Pietr pi jeszcze? - pytali ciekawsi. 
-Brat mj rodzony, ale kto tak robi, psem mi jest od dzisiaj! Ale ta cierwa wszystkiemu 
winowata! - wybuchn wciekoci. 
-A nieprawda! -wrzasn naraz Pietrek, parobek Borynw, przedzierajc si z piciami 
do Grzeli - ktren tak szczeka, e jak pies! 
Zdumieli si t niespodzian obron, a on wytrzchajc piciami krzycza: 

-Wjt jeno winien! To ona mu korale zwozia? ona go do karczmy cigaa? ona po caych 
nocach w sadzie warowaa, co? Dobrze wiem, jak przyniewala i kusi; A moe i jakich 
kropli jej zada, by mu si nie opara! 
- Obroca zapowietrzony! nie ciep si tak, bo obertelek zgubisz. 
- Dowie si, co j bronisz, to ci zasugi podniesie. 
- Albo jakie portki po Macieju ochfiaruje! 
A si pokadali ze miechw i przekpiwa. 
-Chop za ni nie stanie si upomnie ani kto drugi, to ja broni bd... A bd, psiakrew, 
i niech jeszcze usysz ze sowo, pici nie poauj... Pyskacze juchy, kieby si to przytrafio 
z ktrego siostr albo kobiet, to by mordy stulili! 
-Zawrzyj i ty pysk, parobie jeden! nie twoja sprawa, pilnuj se koskich ogonw! gruchn 
na niego Stacho Poszka. 

-I bacz, by czego przdzi nie oberwa - doda Wachnik. 
- A od gospodarzy ci zasie, kotunie jeden! - dorzuci jeszcze ktry na odchodne. 
-Gospodarze parszywe, dziedzice cierwy! Ja su, ale kryjomo wiartek nie wynosz 
do yda ni z komory niczegj nie porywam! Jeszcze me nie znacie! - krzycza za odchodzcymi 
piesznie, bo nijako si im zrobio, e nie odzywajc si ju na jego wrzaski, porozchodzili 
si po chaupach. 


Wieczr si ju zrobi, jeno e jaki wietrzny i dziwnie jasny; dawno bowiem byo po zachodzie, 
a na niebie jeszcze leay szerokie zatoki zrz krwawych, kieby mrowiska porozrywane, 
i wzbieray z wolna wielgachne chmurzyska. Jaki niepokj rozwiewa si nad wiatem, 
wiater pohukiwa wysoko, e tylko co najwysze drzewa szarpay si wierzchokami; 
ptaki jakie z wrzaskiem przecigay niedojrzane, gsi te nie wiada czemu krzyczay po 
obejciach, a psy ujaday kiej wcieke, wybiegajc a na pola. Za w chaupach te byo podobnie, 
bo po kolacji nikto w izbach nie osta ni na progach siada, jak zwyczajnie: wszyscy 
do ssiadw szli kupic si przed opotkami, a z cicha poredzajc. 

Wie bya kiej wymara; nie rozlegay si miechy ni piewki, jak zawdy w ciepy wieczr, 
bo wszystkie szeptem raili strzegc si dzieci i dzieuch i wszystkich przejmowao jednakie 
oburzenie i zgroza. 

U Hanki te si zebrao na ganku par kum: przyleciay si nad ni uala i co nowego o 
Jagnie dowiedzie. Poczynay z rnych stron, ale Hanka odrzeka smutnie: 

- Wstyd to i obraza boska, ale i niemae nieszczcie. 
- Pewnie, a jutro caa parafia bdzie o tym wiedziaa. 
-I zaraz powiedz, e co najgorsze, to w Lipcach si staje. 
-I na wszystkie lipeckie kobiety wstyd padnie. 
-Bo wszykie takie wite, e niechby je kto tak przyniewala, to samo by zrobiy! - zaszydzia 
Jagustynka. 
-Cichocie, nie pora na przemiechy! -zgromia j Hanka wyniole i ju ani sowem si 
nie ozwaa. 
Jeszcze j dusi wstyd, ale gniew, co j zrazu chwyci na Jagn, ju si kaj zapodzia, e 
skoro kumy si porozchodziy, zajrzaa na drug stron, niby to do Macieja, ale dojrzawszy 
Jagusi pic w ubraniu przywara drzwi i po omacku rozebraa j starannie. 

-Niech Bg broni takiej doli! -mylaa potem z dziwn litoci i jeszcze par razy tego 
wieczora zagldaa do niej. 
Jagustynka musiaa cosik zmiarkowa, bo rzeka jakby niechccy: 

- Jagna bez grzechu nie jest, ale wjt najwinniejszy. 
-Prawda, i jemu powinni zapaci za wszystko, jemu! - przytwierdzaa tak zajadle Hanka, 
jae Pietrek spojrza na ni dzikczynnie. 
I dobrze utrafiy, bo do pna w noc stary Poszka i Kozy latay po wsi podburzajc ludzi 
przeciw niemu. Poszka nawet do chaup zachodzi i niby to artami gada: 

- Uda si nam wjt, w caym powiecie nie najdzie wikszego chwata! 
A e jako nie bardzo mu basowali, do karczmy pocign. Byo ju tam kilku pomniejszych 
gospodarzy, postawi im gorzaki raz i drugi, a kiej si podcili, swoje j wykada: 

- Wjt nam si sprawia? co? 
- Nie pierwszyzna mu przecie! - rzuci ostronie Kobus. 
- Trzymam o nim swoje i nie puszcz z gby, trzymam! - mrucza podpiy zdziebko Sikora 
wspierajc si ciko na szynkwasie. 
-Trzymaj se i co drugiego w zbach: nikto ci nie wydziera! -buchn Poszka i ju cicho 
j podjudza na wjta prawic, jaki to zy przykad la ludzi daje, jaki wstyd przez niego i 
rne rnoci. 
- Trzymam i o tobie swoje, jeno ci nie powiem - mrucza znowu Sikora. 
-Zwali go z urzdu, to jedyna rada, zaraz mu trba zmiknie! -prawi stawiajc now 
kwaterk. -Posadzilim go na wjtostwie, to mocnim i zesadzi! To, co dzisiaj zrobi, wstyd la 
caej wsi, ale gorsze robi, z dziedzicem zawdy trzyma na szkod gromady, szko chce w 
Lipcach stawia, Miemcw na Podlesie to on pono dziedzicowi narai. A hula cigiem, pije, 
stodo sobie postawi, konia przykupi, miso co tydzie jada i herbat pija -za czyje to pienidze? 
co? Juci, nie za swoje, jeno za gromadzkie... 


- To trzymam, co wituch jest wjt, ale i ty by swojego ryja chcia wsadzi do koryta! przerwa 
mu mamrot Sikory. 

-Spi si i bele co powiada: 
- Swoje trzymam, e ci na wjta nie wybierzem! 
Odsunli si od niego i cosik dugo w noc uredzali. Za nazajutrz jeszcze rozgoniej jli 
rozgadywa ca histori, bo ksidz zabroni stawiania otarza przed wjtem, jak to co rok 
bywao. Juci, co si wszystkiego dowiedzia i zaraz rano kaza woa Dominikow, ktra 
bya dopiero o pnocku wrcia, i taki by zy, e organist zwymyla, a Jambroa cybuchem 
przekropi.

w dzie Boego Ciaa przyszed by, jak i poprzednie, wielce pogodny, jeno dziwnie 
duszcy i cichy; najmniejszy powiew nie przewiewa nad ziemi, soce zarno od wschodu 
jo pray niemiosiernie, e w rozpalonym i suchym powietrzu licie mdlay powide i 
zboa si koniy bezwadnie, piasek parzy w nogi kiej zarzewie, za ze cian ciekay ywice, 
arem wytopione. 

Folgowa se Pan Jezus i pray coraz mocniej, ale nard jakby na to nie baczy; gdy ju 
od samego witania rejwach si czyni na wsi i sroga krtanina: szykowali si do kocioa, a 
dziewczyny, ktre miay nosi feretrony i sypa kwiatem przed dobrodziejem na procesji, 
biegay kiej oparzone jedne do drugich przymierza stroiki, a czesa si i cudeka wygadywa 
midzy sob, za starsi na gwat stroili otarze; stawiali u mynarzw, przed plebani, 
zamiast u wjta, i przed Borynami, e Hanka wraz z domownikami ju od witu pomagaa 
Rochowi. 

Skoczyli te prawie pierwsi, a tak piknie przybrali, jae si ludzie zdumieli powiedajc, 
co nawet pikniejszy od mynarzowego. 

I prawd rzekli: przed gankiem stana kieby kapliczka, wypleciona z brzozowych gazi 
a zieleni, wykryli j ca weniakami, e jae graa w oczach od kolorw, za w porodku, na 
podwyszeniu, stan otarz, przykryty bieluk i ciek pacht i zastawiony wiecami a 
kwiatami w doinkach, ktre Jzka oblepia w strzyki ze zotego papieru. 

Wielki obraz Matki Boskiej wisia nad otarzem, a pobok zawiesili mniejsze, ile si jeno 
zmiecio. Za la wikszej przyozdoby nad samym otarzem przyczepili klatk z kosem, ktrego 
Nastusia przyniesa: ptak si wydziera po swojemu, e mu to Witek z cicha przygwizdywa. 


A cae opotki od drogi wysadzone byy wierczyn na przemian z brzzkami, tym 
piaskiem grubo wysypane i zarzucone tatarakiem. 

Jzka znosia cae narcze modrakw, ostrek; wyczki polnej i przystrajaa ciany kapliczki; 
opia te nimi obrazy, lichtarze i co ino byo mona, e nawet ziemi przed otarzem 
potrzsna kwiatami; nie darowaa i chaupie, gdy cae ciany i okna giny pod zieleni, 
za w snopki dachu nawtykaa tatarakw. 

A przykadali si do roboty wszyscy zarwno, kromie jednej Jagusi, ktra wymknwszy 
si z chaupy wczesnym rankiem; ju si nie pokazaa. 

Wprawdzie skoczyli pierwsi, ale ju soce wynosio si nad wie i coraz wicej turkotao 
wozw, z drugich wsi jadcych. 

Jli si wic piesznie szykowa do kocioa. 

Witek jeno osta na stray w opotkach, bo chmara dzieci cisna si oglda otarz i 
przygwizdywa kosowi, e gazi odgania, a nie mogc poredzi puszcza na nich swojego 
boka, ktren snad przyuczony, wysuwa si czajco i grozi ostrym dziobem w bose nogi, 
jae z wrzaskiem rozpierzchali si co chwila. 

Sygnaturka akuratnie si ozwaa, kiej cay dom wyszed. Jzka biega przodem, w bieli 
caa, w trzewikach zasznurowanych czerwonymi tasiemkami, z ksik w rku. 

- Witek, jak ci si widz? co? - pytaa obracajc si przed nim na picie. 
- Galanto, kiej ta biaa gska! - odrzek z podziwem. 


-Tyla si na tym rozumiesz co twj bociek. Hanka pedzieli, co adna we wsi tak si nie 
przystroi - trzepaa obcigajc przykrtkie obleczenie. 
- Cie!... a kolana ci si czerwieni przez kieck niby gsi spod pierza. 
-Gupi! apie w ogon se zajrzyj! Hale, boka schowaj: ksidz przyjdzie z procesj i 
jeszcze go obaczy i pozna - przestrzegaa ciszej. 
-Prawda, e warna i przystrojona, a i gospodyni te si rozczapierza kiej ten indor! szepta 
wygldajc za nimi na drog, ale wspomniawszy przestrog zacign boka do dou 
po ziemniakach, za la obrony przed dziemi apie przykaza warowa przed otarzem, a sam 
polecia do Macieja, lecego w sadzie, jak co dnia. 

Na wsi ju cakiem cicho, wszystkie wozy przejechay i ludzie przeszli, drogi opustoszay, 
jeno niekaj w opotkach bawiy si dzieci, psy wylegay si w socu i jaskki migay 
nad stawem w rozpalonym powietrzu, za w kociele zaraz po sygnaturce rozpoczo si 
naboestwo, dobrodziej wyszed ze sum i organy zagray, ale snad wnet po kazaniu uderzyy 
wszystkie dzwony, i huknli takim piewaniem, jae gobie porway si z dachw, i 
nard j si wywala wielkimi drzwiami, a nad nim wychodziy chorgwie pochylone, wiata 
gorejce i obrazy, niesione przez dziewczyny w biel przybrane, za w kocu wynosi si 
czerwony baldach, a pod nim ksidz ze zocist monstrancj w rku wolniuko zstpowa ze 
schodw. A kiej si jako tako ustawili do procesji, czynic wskro ciby dug ulic, obrzeon 
zapalonymi wiecami, dobrodziej znowuj zapiewa: 

U drzwi Twoich stoj, Panie!... 

A wszystek nard odgruchn mu w jeden ogromny, niebosiny gos: 

Czekam na Twe zmiowanie... 

I piewajc ruszyli, cisnc si we wrtniach smtarza i przepychajc, gdy zjazd by 
ogromny, caa parafia si stawia, a nawet wszystkie dwory, e dziedzice prowadziy dobrodzieja 
i jeszcze w asycie szli pobok ze wiatem, za baldach niesy gospodarze, jeno jakby 
na zo Lipczakom, same obce z drugich wsi. 

Caa procesja wywalia si z cieniw smtarza na plac, jae biay i wrzcy od spieki, 
soce luno w oczy, ywym ogniem prac, e ju si wolno posuwali wrd bicia dzwonw, 
pieww, w pachncych dymach trybularza i w kbach kurzawy, jaka si wnet podniesa, 
wrd wiate i tego kwiecia, sypanego pod nogi dobrodzieja. 

Powiedli si do pierwszego z prawej strony otarza, do Borynw; droga si w mig zapchaa, 
jae poty trzeszczay, i niejeden we staw zlecia z wysokiego brzegu, i przydrone 
drzewa si trzsy od naporu. Walili cik, rozpiewan cib gw kiejby t rzek mienic 
si od farb, za rodkiem, niby d na fali, pyn czerwony baldach i chwiay si chorgwie, 
obrazy i wite figury cae w tiulach a kwiatach. 

Parli si w toku wielkim gowa przy gowie, ledwie ju dyszc z aru i ciasnoty, ale 
piewajc z caego serca, ca moc, wszystkimi gardzielami, e zdao si, jakoby wraz z nimi 
wiat cay piewa chwa Panu -jakoby te lipy wyniose, te czarne olchy, te rozgorzae w 
socu wody, te mige brzzki, te sady niskie i pola zielone, i dalekoci okiem nieobjte, i 
chaupy, i wszystko, co ino byo, dokadao swj wtr serdeczny, nabrzmiay radoci, e 
pie ogromna rozlewaa si skbionym grzmotem w rozarzonym powietrzu i ku blademu 
niebu do soca si podnosia. 

A licie trzsy si od gosw i ostatnie kwiaty z drzew leciay 

Przed Borynami ksidz odczyta pierwsz Ewangeli i odpoczwszy dziebko, powid 
nard do mynarzowego otarza. 

Upa si by jeszcze podnis, e ju zgoa wytrzyma byo nie sposb i kurz zapiera 
gardziele, soce zbielao i po jasnym niebie jy si zaciga biaawe, dugie smugi; a rozpraone 
powietrze trzso si i mienio w oczach kiej wrztek - na burz si zbierao. 



Ju z dobr godzin cigna si procesja i cho ju ustawali ze spieki, a cho i sam proboszcz 
spotniay by i czerwony kiej burak, ale obchodzili z wolna, posobnie wszystkie otarze, 
przed kadym wysuchujc Ewangelie i piewajc nowe pienie. 

A czasami, kiej nard dziebko ustawszy milkn, e ino tupot ng si rozlega, w onej 
cichoci nagej skowronki byo sycha na polach, kukuka gdziesik kukaa zawzicie i jaskki 
wiegotay pod strzechami, za dzwony bimbay bezustannie; biy z wolna, a dugim, 
mocnym i gorcym gosem. 

I chocia nard znowuj piewa, chocia chopy nie aoway gardzieli, kobiety wydzieray 
si cieniuk nut, dzieci piskay po swojemu, a mae dzwonki jazgotay i od cikiego 
tupotu dudniaa wyscha ziemia -a gosy dzwonw wynosiy si nad wszystkim, pieway 
czysto i grnie, pieway niebosinie jakim zocistym, gbokim gosem, przejtym radoci 
i weselem, a tak krzepko i rozgonie, jakby kto wali motami we soce, i wszystek wiat 
zda si koleba i rozdzwania. 

Za kiej skoczyli przed otarzami, to jeszcze dugo trwao naboestwo w kociele, dugo 
huczay organy i rozlegay si piewania. 

A ledwie co wysypali si przed koci, bych nieco ochon pod drzewami, grosz jaki 
dziadom wysupa i zmwi si ze znajomkami, kiej pociemniao z naga, daleki grzmot zahucza 
i suchy, palcy wiater zakrci, e drzewa si zatargay i kurz si podnis na drogach. 

Ludzie z bliszych wsi jli na gwat wyjeda. 

Ale zrazu ino drobny deszcz przekropi, gorcy i rzadki, e jeszcze parniej si stao i 
duszniej, za soce palio niemiosierniej, a aby nukay ciszej i senniej, jeno co jako pomroczao, 
dale si przymiy, zahuczay znowu grzmoty i na posiniaym wschodzie jy migota 
blade, krtkie byskawice. 

Burza sza od wschodniej strony, kieby sierpem nadcigay cikie, granatowe pachty 
chmur, opite deszczem czy gradem, krtki a hukliwy wiater wyrywa si przodem, wiszczc 
po czubach drzew i szarpic zboami, ptactwo z wrzaskiem uciekao pod dachy, nawet psy 
gnay do chaup, bydo wyrywao z pl, a po drogach ju si krciy supy kurzawy, za 
grzmoty rozlegay si coraz bliej. 

A nie wyszo i dwch pacierzy, kiej soce jo si zatapia w rudych, paskudnych tumanach 
i przewiecao kiejby zza szyby przepalonej, grzmoty ju zahurkotay nad wsi i uderzy 
taki wicher, e dziw drzew nie powyrywa, jae gazie i snopki z dachw w cay wiat porwa, 
a pierwsze pioruny trzasny gdziesik w bory; cae niebo w mig posiniao niby wtroba, 
soce zgaso, zawyy wichry i pioruny jy bi jeden za drugim, grzmoty zatrzsy ziemi i 
ognie byskawic ozdzieray schmurzone niebo, oczy wyerajc blaskami. 

Domy dygotay od hukw, a wszelkie stworzenie przyczaio si w strachu. 

Na szczcie, e burza przewalia si stronami, pioruny biy gdziesik daleko, wichura 
przesza nie poczyniwszy szkd, niebo zaczo si ju wyjania, gdy przed nieszporami lun 
rzsisty deszcz i posza taka nawanica, e w mig pooya zboa, rzeka wezbraa, a ze 
wszystkich roww, miedz i bruzd walia spieniona woda. 

Uspokoio si dopiero pod sam wieczr, deszcz przeszed i na zachd soce si wykryo 
zza chmur czerwon i promienist kul... 

Lipce oyy znowu, ludzie jli wywiera drzwi i wyazi na wiat, i dycha z luboci 
ochodzonym powietrzem; pachniao wszyko po deszczu, a ju najbarzej mode brzzki i te 
mity po ogrdkach; przemika ziemia jakby si rozpalia w socu; gorzay kaue po drogach, 
byszczay licie i trawy, paliy si spienione wody, spywajce z radosnym bekotem do 
stawu. 

Leciuchny wiaterek przegarnia pochylone zboa i rzewo mocna i weselna bia od borw 
i pl i przenikaa dusz, e ju dzieci z wrzaskiem brodziy po rowach i roztokach, ptaki 
wierkay w gszczach, psy ujaday, ksie perliczki dary si na potach, a wszystkie opotki, 



drogi, chaupy i obejcia zadzwoniy przekrzykami i rozmowami, nawet ju tam kaj kole 
myna zawioda ktra piesneczk: 

Deszczyk rosi, zrosi me, zrosi me -

Moja Mary, nocuj me; nocuj me! 

Za od pola wraz z rykiem stad spdzanych dary si jazgotliwe, prdkie piewki pasterek: 


Powiedziae, e mnie wemiesz 

Skoro ytko, jark zeniesz; 

A ty zeon i owiesek -

Teraz szczekasz kieby piesek -

Oj dana, da dana!.. 

Zaczy te wyjeda wozy ludzi, ktrzy ostali przeczekujc burz, ale wiela gospodarzy 
ze ssiedzkich wsi pozostao w gocinie u Lipczakw: byli to ci, co tak poczciwie zjechali 
pomaga kobietom. Bogatsi ugaszczali ich po domach, nie aujc jada ni napitkw, za 
biedniejsze powiedy swoich dobrodziejw na poczstunek do yda bo zawdy raniej w kupie 
i w karczmie weselej. 

Chopaki sprowadziy muzyk, e ju od nieszporw roznosio si z karczmy zawodzenie 
skrzypkw, dudlenie basw i brzkliwy warkot bbenka. 

A i drudzy te gsto pocigali na zabaw, gdy od tyla czasu, bo od samych zapust, nie 
zbierali si na adn ochot. 

Narodu si naszo co niemiara, miejsc zbrako, e sporo musiao si kuntentowa siedzeniem 
na belkach lecych pod karczm, jeno co czas by pikny i na niebie wieciy zote 
roztoki, to si gsto kwaterowali pod cian, krzykajc na yda, by im napitki wynosi. 

e prawie sama md przepeniaa karczm, zaraz te z miejsca poszli oberkiem, jae 
ciany i dyle pojkiway, a przewodzi tanom ku niemaemu podziwowi Szymek Dominikowej 
z Nastusi. Darmo go modszy, Jdrzych, odwodzi, cicho molestujc, ale nie poredzi, bo 
parobek si sielnie rozochoci i sucha nie chcia, gorzak pi i do picia Nastk i kamratw 
swoich przyniewala, za co urzna muzyka, dziesitki rzuca grajkom, Nastk wp ujmowa 
i z caej mocy wrzeszcza: 

- Jeno ostro, chopcy, z kopyta, po naszemu! 
I nosi si po izbie kiej ten rozhukany rebiec, pokrzykujc srogo i bijc siarczycie obcasami. 


-Wiechcie, jucha, z butw powytrzcha! -szepta Jambroy, robic akomie grdyk ku 
pijcym pobok:- A wali kulasami kiej cepem: jeszcze mu si rozlec! -doda goniej, bliej 
si podsuwajc. 
-Baczcie ino, ebycie sami czego nie stracili -mrukn Mateusz, stojcy ze swoimi 
kamratami. 
- Gorzaki bym si z wami napi na zgod - rzek miejc si Jambroy. 
-Naci, szka jeno nie zechlaj, pijanico! - poda mu peny kieliszek i odwrci si plecami, 
bo Grzela, wjtw brat, zacz im cosik rai z cicha; e wsparci o szynkwas suchali 
uwanie nie baczc na tany ni na stojc przed nimi gorzak: Szeciu ich byo zebranych, 
wszystkie najprzedniejsze we wsi parobki, same rodowe, gospodarskie syny, radzili pilno, ale 
e wrzask si robi coraz wikszy i ciasnota, to przenieli si do ydowskiej stancji, gdy alkierz 
zajmowali gospodarze ze swoimi gomi. 
Izba bya ciasna; zapchana rozbabranymi betami, w ktrych spay ydzita, i ledwie si 
pomiecili przy stole. Jedna ojwka kopcia si w mosinym wieczniku, wiszcym u pua




pu. Grzela puci flaszk w kolejk, przepili raz i drugi, ale jako nikto nie zaczyna, z czym 
przyszli: jae Mateusz rzuci drwico: 

- Zaczynaj, Grzela, to kiej wrony na deszczu tak siedzita! 
Nie zdy Grzela zacz, gdy wszed kowal i wita si szukajc, kaj by przysi. 
-Smolipysk jucha, zawdy tam wzejdzie, kaj go nie posiali! -buchn Mateusz. - W twoje 
rce, Micha! - doda zaraz, tumic gniew. 
Kowal wypi i nadrabiajc min ozwa si artobliwie: 

- Nie asym cudzych sekretw, a nic tu, widz, po mnie... 
-Rzeke! Dobrze wama z Miemcami w pitki na sperce z kaw, to jeszcze lepiej bdzie 
dzisiaj, we wito... 
- Powiadasz Poszka bele co, jakby si napi... - odburkn. 
- Powiedam, co wiadomo, e co dnia z nimi hadryczysz. 
- Kto mi robot daje, temu robi, nie przebieram. 
- Robot! co inszego ty z nimi obrabiasz - rzek ciszej Wachnik. 
- Jake i z dziedzicem nasz las obrabia - doda gronie Pryczek. 
- Widzi mi si, co na sd trafiem... cie! jak to wszystko wiedz. 
-Dajta mu spokj, robi swoje bez nas, to i my wemy si do swojego przez niego - powiedzia 
Grzela patrzc mu ostro w lepie rozbiegane. 
-Kiejby was stranik dojrza przez okna, pomylaby, co si zmawiacie na kogo! -niby 
to drwi, ale wargi mu si ze zoci trzsy. 
- Moe i tak, jeno nie na ciebie: za maa figura, Micha. 
Nacisn czapk i wyszed trzaskajc drzwiami. 
- Przewcha cosik i na zwiady przylecia. 
- Gotw teraz i sucha pod okno. 
- O sobie jeszcze co takiego usyszy, e mu si odechce. 
-Cichojta no, chopcy! -zacz Grzela uroczycie. - Mwiem ju wama, co Podlesie nie 
przedane jeszcze Miemcom, ale leda ju dzie mog pojecha do aktu, a nawet mwili, co na 
przyszy czwartek. 
- Dy wiemy i trzeba na to zaradzi! - zawoa niecierpliwie Mateusz. 
- Rad, Grzela: na ksice umiesz, gazet czytujesz, to ci acniej. 
-Bo jak Miemce kupi i zasid o miedz, to bdzie jak w Grkach: powietrza prosto 
zbraknie do dychania w Lipcach i z torbami pjdziemy albo do Hameryki. 
- A ojce jeno si we by skrobi, wzdychaj i zaradzi nie poredz. 
-I z gospodarek nam nie ustpi! - rzucali jeden po drugim. 
-Wielka rzecz Miemcy! siedziay takuko w Liszkach a nasi ich wykupili co do jednego, 
e za w Grkach byo inaczej, to same chopy winowate: piy, procesoway si cigiem i 
torby se wygray. 
- To i z Podlesia moem wykupi i przegna! - woa Jdrek Boryna, stryjeczny Antka. 
-acno mwi: teraz nie ma za co kupi; chocia tylko po szedziesit rubli morg 
sprzedaj, a potem to znajdziesz z jakie tysic zotych za to samo?... 
- eby ojce wydzieliy kademu, co jego, a prdzej by poredzi. 
- Bo pewnie, juci! Zaraz bym wiedzia, co robi! - zawrzeszczeli. 
-O gupie, gupie! To starzy z caego ledwie si przeywi, a wy na dziaach chcecie nazbija 
pienidzy! - przerwa im Grzela. 
Zmilkli naraz, bo juci tak prawd rzek, jakby obuchem zwali w ciemi. 

-Bieda nie z tego, e ojcowie nie chc wam popuci gospodarek -mwi dalej -a jeno z 
tego, e Lipce maj ziemi za mao, e narodu cigiem przybywa, gdy co starczyo za dziadkw 
la trojga, musi si teraz rozdziela la dziesiciorga. 
- wita prawda! Juci, e tak! Juci! - szeptali sfrasowani. 
- To kupi Podlesie i podzieli! - wyrwa si ktry. 


- Kupiby wie, jeno pienidze gdzie! - mrukn Mateusz. 
- Czekajta jeno, moe si i na to znajdzie jaka rada. 
Mateusz si naraz zerwa, buchn pici w st i zakrzycza: 
-A czekajcie i rbcie sobie, co chcecie, mnie ju dosy i jak si ozgniewam, to rzuc 
wie i do miasta pjd, tam lepiej ludzie yj. 
- Twoja wola, ale drudzy musz tutaj osta i jako sobie radzi: 
-A bo ju wytrzyma nie mog, jae diabli czowieka bier: ciasnota wszdy, e chaupy 
dziw si nie rozwalaj, tyla w nich siedzi, bieda jae piszczy, a tu pobok ley ziemia wolna i 
prosi si, by j wzi... a nie ugryziesz, choby zdycha z godu, nie ma jej kupi za co i poyczy 
nie ma od kogo. eby to wcirnoci z takim urzdzeniem. 
Grzela opowiedzia, jak to jest indziej po drugich krajach. 
Suchali wzdychajc aonie, a Mateusz mu przerwa: 


-C nama z tego, e drugie dobrze maj! Poka godnemu misk pen i schowaj, niech 
si nachla patrzeniem! Dobrze maj: kaj indziej to jest opieka nad narodem, nie tak, jak u nas, 
gdzie kaden chop ronie se jako ta dziczka w czystym polu, e czy zmarnieje, czy te wyronie 
-co to kogo swdzi?... bele jeno podatki paci, w rekruty szed i urzdom si nie przeciwi! 
Mierzi mi si ju takie ycie i do grdyki idzie... 
Grzela, wysuchawszy cierpliwie, zacz znowu swoje: 

- Jest tylko jeden sposb, eby Podlesie byo nasze. 
Przysunli si jeszcze bliej, bych i sowa nie straci, gdy naraz taki wrzask wstrzsn 
ca karczm, jae szyby zabrzczay, i muzyka gra przestaa. Polecia tam ktry na przewiady 
i opowiada potem ze miechem, co si stao: Dominikowa narobia takiego pieka, 
przyleciaa bowiem z kijem po synw, chciaa ich bi i si do domu zabiera, jeno co si 
oparli, matk z karczmy wypdzili, a teraz Szymek j pi na umor, za Jdrzych pijany do 
cna ryczy w kominie. 

Nie pytali o wicej, gdy Grzela zacz wykada swj sposb, ktry by taki: z dziedzicem 
si pogodzi i w zamian morgi lasu zada po cztery morgi pola na Podlesiu! 
Zdumieli si wielce i strasznie rozradowali tak moliwoci, a Grzela jeszcze powiada, 
co tak samo si ugodzia jedna wie koo Pocka, o czym by wyczyta w gazecie. 

- Dobra nasza, chopcy! ydzie, gorzaki! - krzykn Poszka we drzwi. 
- Za trzy morgi boru rychtyk by nam wypado dwanacie pola! 
- A nam z dziesi, caa gospodarka! 
-I niechby doda co niebd krzakw na opa. 
- A za paniki mgby da cho po mordze ki. 
-I nieco budulcu na chaupy! - woali jeden przez drugiego. 
-Jeszcze troch, a bdziecie chcieli, eby wam doda po koniu z wozem i po krowie, co? 
- przekpiwa Mateusz. 
-Cichocie no!... trzeba teraz namawia, aby si gospodarze zebrali, poszli do dziedzica i 
przeoyli, czego chc: moe si i zgodzi. 
Mateusz mu przerwa: 

-Jak nie ma noa na gardle, to si nie zgodzi: jemu zaraz potrza pienidzy i Miemcy je 
dadz choby jutro, niech si tylko zgodzi... A nim si nasi wydrapi po bach, nim si naredz, 
nim si na jedno zgodz, nim baby przecign na swoj stron, to miesice przejd, dziedzic 
ziemi przeda i plecy wypnie: bdzie mia o czym czeka, jak wypadnie sprawa z borem. 
Grzelowy sposb jest mdry, jeno widzi mi si, trza go innym kocem stawia do pionu. 
- To gadaje, Mateusz, rad! 
- Nie gada, nie naradza si, a trza zrobi tak samo jak z borem. 
- Czasem tak mona, a czasem nie! - mrukn Grzela. 
-A ja ci mwi, e mona, w inny dziebko sposb, a to samo wyjdzie... Do Miemcw 
i ca gromad i spokojnie im zapowiedzie, abych si nie wayy kupowa Podlesia... 


- A takie s gupie, e zaraz si nas ulkn i posuchaj! 
-Tote im si zapowie, e jeli nie posuchaj i kupi, to nie pozwolim im sia, nie pozwolim 
si budowa, nie damy krokiem si ruszy za pola. Zobaczycie, czy si nie ulkn! 
Wykurzymy ich kiej lisw z jamy. 
- A juci, niby to se nie poredz!... jak Bg w niebie, tak nas znowu za te pogrozy wsadz 
do kreminau! - wybuchn Grzela. 
-Zapakuj, to i puszcz, wiekowa tam nie bdziemy, ale kiej nas wypuszcz, to la 
Miemcw bdzie jeszcze gorzej... gupie one nie s i przdzi dobrze rozwa, czy im wojna z 
nami pjdzie na zdrowie... Dziedzic te bdzie inaczej piewa, jak mu kupcw rozpdzimy, 
za nie... 
Ale ju Grzela nie mg wytrzyma, zerwa si od stou i zacz z caych si odwodzi od 
tych zuchwaych zamysw. Przekada, jakie to z tego wynikn procesy, nowe straty la 
wszystkich, nowe marnacyje, e gotowi powsadza ich za te cige bunty na par lat do kryminau... 
e to wszystko da si zrobi spokojnie ze samym dziedzicem... Zaklina na wszystko 
i baga, by nowego nieszczcia nie cigali na nard. Prawi ze dwa pacierze i jae poczerwienia, 
jae caowa ich posobnie molestujc i proszc, bych poniechali, ale wszystko to byo 
na darmo, kiejby groch rzuca na cian, e w kocu Mateusz rzek: 

- Prawisz kiej w kociele, jakby z ksiki wyczytywa, a nam czego inszego potrza! 
Wraz te wszyscy zaczli mwi, zrywa si, tuc piciami w st, a wrzeszcze z wielkiej 
radoci: 

-Dobra nasza, na Miemcw i, rozegna pludrakw! Mateusz mdrze radzi, jego suchamy, 
a ktren si boja, niech pod pierzyn si chowa! 

Ani sposb ju byo do nich mwi, tak ich ponosio. 

yd w te pore przynis flach, wysucha i cierajc na stole porozlewan gorzak po


wiedzia niemiao: 

- Mateusz ma kiepee: mdr rad daje. 
- Cie! Jankiel te na Miemcw, no! - zakrzyczeli zdumieni. 
-Bo ja wol trzyma ze swoimi, biedy si uyje, jak i wszystkie, ale jako z pomoc bosk 
y mona... Ale gdzie przychodz Niemcy, to ju tam nie tylko biedny ydek si nie 
poywi, tam pies nie ma co je... Niech one zdechn, niech ich ta... tfy... choroba wytucze!... 

- yd i trzyma z narodem! Syszelita, co? 
Dziwowali si coraz barzej. 
-Ja jestem yd, ale mnie w boru nie znaleli, ja si tutaj urodziem jak i wy, mj dziadek 
i mj ojciec te... to z kim ja mam trzyma?... co?... Czy to ja nie swj?... Przecie jak wam 
bdzie lepiej, to i mnie bdzie lepiej!... Jak wy bdziecie gospodarze, to ja bd z wami handlowa!... 
Jak mj dziadek z waszymi, no nie?... A cocie mdrze o Niemcach myleli, to ja 
ca butelk araku postawi!... Wasze zdrowie, gospodarze podleskie! -zawoa przepijajc 
do Grzeli. 

Pili gsto i taka rado nimi owadna, e dziw yda nie caowali po brodzie, usadzili go 
midzy sob i wszystko znowu rozpowiedzieli, radzc si go we wszystkim. Nawet Grzela si 
rozchmurzy i przysta znowu do nich, bych go nie posdzili o co zego. 

Narada ju niedugo trwaa, bo Mateusz si podnis i woa: 

- Do karczmy, chopcy, nogi wyprostowa, dosy na dzisiaj!... 
Hurm tam poszli, a Mateusz odbi zaraz jakiemu Teresk i puci si z ni w tany, a za 
nim drugie zaczy dziewki z ktw wyciga, na muzykantw krzyka i w tany i kiej wicher. 


Juci, co zaraz rzsiciej gruchna muzyka, bo grajki wiedziay, e z Mateuszem nie 
przelewki, e paci, ale i bi gotowy. 
Roztacowaa si karczma na dobre, z czubw ju si galancie kurzyo, e wrzaski, muzyka; 
tupoty a siarczyste pokrzyki jakby wrztkiem przepeniay izb i na wiat si rozleway 



przez powywierane drzwi a okna, za pod cianami na dworze te sza niezgorsza zabawa, 
brzkay kieliszki, gospodarze czsto do si przepijali, a raili coraz goniej i coraz bekotliwiej. 


Noc ju si zrobia, gwiazdy bystro zawieciy, szumiay cicho drzewiny, a z mokrade 
roznosiy si abie rechotania i huczay niekiedy gosy bkw, po sadach sowiki zawodziy, 
ciepo byo i pachnco. Uywali se ludzie wywczasu na wieym, chodnym powietrzu, a raz 
po raz jaka para, trzymajc si wp, wysuwaa si z karczmy i w cienie sza... Za pod cian 
byo ju coraz goniej, gadali wszyscy razem, e trudno si byo poapa. 

-...a co jeno wieprzka wypuciam, e jeszcze i ryja nie zdy wsadzi w ziemniaki, a ta 
do mnie z pyskiem. 
- Wypdzi j ze wsi!... Wypdzi!... 
-Bacz, co tak samo z jedn zrobili za moich modych lat!... Przed kocioem do krwi 
ukarali, krowami wywieli za kopce i by spokj... 
- ydzie, ca kwaterk krzepkiej! 
- Odebraa mleko mojej siwuli, odebraa!... 
- Obra nowego, to kady tak samo poradzi... 
- Wyrwa ze, pki wikszego korzenia nie zapuci... 
- Ple zboe, pki chwasty nie zagusz... 
- Przepijcie no do mnie, a cosik waju rzekn... 
- Byka bierz za rogi, a nie popuszczaj, jae si zwali... 
- Dwa morgi a jedna - trzy morgi; trzy morgi a jedna - cztery morgi. 
- Pij, bracie, to i rodzone nie zrobiyby poczciwiej... 
Rway si z mrokw postrzpione rozmowy, e ani rozezna, kto mwi i do kogo; tylko 
jeden grubachny gos z Jambroa growa wyranie nad drugimi w rnych miejscach, przechodzi 
bowiem cigiem od kupy do kupy, to do karczmy zaglda i wszdy wygarniajc po 
kusztyczku, pijany ju by cakiem, sielnie si potacza, ale chyci przy szynkwasie ktrego 
za orzydle i j go paczliwie molestowa: 

-Ochrzciem ci, Wojtek, i twojej kobiecie tak dzwoniem, jae mi kulasy popuchy: postaw 
kieliszek bracie! A postawisz ca pkwaterk, przedzwoni jej na wieczne odpoczywanie 
i drug bab ci naraj... mod, jedrn kiej rzepa! Postaw, bracie, pkwaterk... 
Modzie hulaa zawzicie, e caa izba wypenia si wrzaskiem a wiewajcymi kieckami 
i kapotami, ju piesneczki przypiewywali przed muzyk i tacowali coraz zapamitalej, 
e nawet starsze kobiety wytrzsay si, piskliwie pokrzykujc, a Jagustynka przedarszy si 
do rodka uja si wp i bijc nogami o podog wypiewywaa chrzypliwie: 

Nie boj si wilka, choby byo kilka!... 
Nie boj si chopa, choby byo kopa!... 

ROZDZIA 10 


Ow te dnie od Boego Ciaa do niedzieli nie przeszy letko Mateuszowi, Grzeli ni ich 
kamratom; Mateusz bowiem przerwa roboty przy Stachowej chaupie; za drudzy te poniechali 
swoich zaj, a ino cae te dnie i wieczory chodzili po chaupach w pojedynk i podjudzali 
nard przeciwko Miemcom, nawoujc do przepdzenia ich z Podlesia. 

Karczmarz ze swojej strony te nie aowa namw, a jak byo potrza na upartych, to i 
poczstunkw albo borgowa, ale szo kiej po grudzie; starsi drapali si jeno po bach, wzdy




chali ciko i, nie wac si na adn stron, ogldali si na drugich i na kobiety, ktre jak 
jedna ani sucha nie chciay o wyprawie na Miemcw. 

-Hale! co im do bw strzelio! Mao to ju marnacji przez br?... jeszcze jednego nie 
odsiedziay i nowe biedy chc na wie sprowadzi! -woay, a sotysowa, cicha zazwyczaj, 
jae pomieto chycia na Grzel. 

-Jak bdziesz niewoli do nowego buntu, to ci stranikom wydam! Nygusy, cierwy; 
robi si im nie chce, toby ino spaceroway! - rozwrzeszczaa si przed chaup. 
Za Balcerkowa gruchna na Mateusza: 

- Psy na was spuszcz, prniaki! Wrztku naszykuj! 
I wszystkie progiem zalegy przeciwko namowom, guche na tumaczenia i proby, e ani 
sposobu byo im trafi do rozumu; zawrzeszczay kadego, a niejedna ju i paczem lamentliwym 
buchaa. 

-Nie dam mojemu i! Kapoty si uwiesz, i choby mi kulasy obcili, a nie puszcz!... 
Dosy my si ju nabiedoway!... 
-A eby was, gby jedne, siarczyste pieruny rozniesy! - kl Mateusz. -To kiej sroki na 
deszcz krzycz i krzycz. Dy to ciele prdzej zrozumie ludzk mow nili kobieta mdre 
sowo! - wyrzeka gboko zniechcony. 
-Daj spokj, Grzela, nie trafisz z niemi do rozumu: trza by kad spra abo ebych twoja 
bya, to ci wtedy moe posucha - ali si smutnie. 
-Takie ju s, e przez moc nie przerobisz: inszym trza sposobem z niemi; oto nie przeciwia 
si, przytakiwa, a pomaluku na swoj stron pociga. 
Tumaczy tak Grzela, nie odstpujc sprawy, bo chocia sam by jej zrazu przeciwny, ale 
skoro rozway, e inaczej nie mona, ca dusz si jej odda. 
Chop by kwardy i nieustpliwy, a na co si jeno zawzi, dopi musia, eby tam nie 
wiem co przeszkadzao; to i teraz na nic nie zwaa: zawierali mu drzwi przed nosem -oknami 
gada; kobiety mu wygraay -nie gniewa si, przywiarcza jeszcze, a kaj byo potrza basowa, 
za niejedn o dzieci zagadywa i porzdki wychwala, a w kocu powiedzia swoje, 
a nie udao si -szed dalej. Cae dwa dni peno go byo na wsi, w chaupach, po ogrodach, 
w pola nawet szed i zagadujc o tym i owym ludzi, swoje im prawi, za tym, ktrzy nie 
miarkowali od razu, kijaszkiem rysowa po ziemi podleskie pola, pokazywa dziay i cierzpliwie 
tumaczy korzyci kadego. Ale mimo tych zabiegw na darmo byyby te wszystkie 
zachody, gdyby nie pomoc Rochowa. Jako w sobot po poudniu, zmiarkowawszy, e wsi 
nie porusz, wyzwali Rocha za stodoy Borynowe i zwierzyli si przed nim; bojali si, e bdzie 
im przeciwny. 

Ale Rocho pomyla krtko i powiada: 

- Sposb to zbjecki, ale e na inny ju nie ma czasu, pomog wam z chci. 
I zaraz poszed na ogrody do proboszcza siedzcego przy parobku koszcym koniczyn, 
ktren potem rozpowiada, jako zrazu dobrodziej si ozgniewa na Rocha, krzycza, zatyka 
uszy i sucha nawet nie chcia, lecz potem siedli obaj na miedzy i dugo se cosik uradzali: 
Snad Rocho go przekona, gdy o zmierzchu, kiej ludzie zaczli ciga z pl, proboszcz 
poszed na wie i niby to chodu zaywa, a zaglda w obejcia, pyta o rnoci, a gwnie z 
kobietami si zmawia i w kocu kademu z osobna a cicho powiada: 

-Chopaki dobrze chc. Trzeba si pieszy, pki jeszcze czas. Zrobicie swoje, to ja ju 
pojad do dziedzica i bd go namawia. 
I tyle dokaza, e kobiety si ju nie przeciwiy, za gospodarze zaczli wywodzi, i skoro 
ksidz zachca, to warto by tak zrobi. 
Jeszcze si cay wieczr naradzali, ale ju rankiem w niedziel byli wszyscy zdecydowani 
na jedno. 
Mieli i po nieszporach i z Rochem na czele, e to mg si rozmwi z Miemcami po 
ichnemu. 



Wanie to by Rocho teraz przyobieca chopakom; odeszli pohukujc z radoci; on siedzia 
na Borynowym ganku przesuwajc ziarna raca i cosik medytujc. 

Wczenie jeszcze byo, dopiero co miski sprztnli po niadaniu, e zapach uru i okrasy 
wierci nozdrza, a Pietrek przeciga si po jadle. 

Czas si robi ciepy a nieupalny, jaskki niby kule przecinay powietrze. Soce podnosio 
si dopiero zza chaupy, i w cieniach polnieway jeszcze osuszone, cikie trawy i z pl 
zawiewa chd pachncy zboami. 

W chaupie cicho byo, jak zazwyczaj w niedziel, kobiety zwijay si kole porzdkw, 
dzieci obsiadszy misk przed gankiem pojaday z wolna, bronic si ykami i piskiem przed 
ap, ktren na gwat rwa si do spki, maciora stkaa pod cian na socu, tak j waliy 
bami prosita dobierajc si do mleka, to bociek rozgania kury i gajda si za rebakiem 
baraszkujcym w podwrzu, niekiedy drzewa zaszumiay i sad si rozkoleba, za polem rozchodzi 
si jeno brzk pszcz idcych na robot i dzwonienia skowronkw. 

I na wsi zalega niedzielna cicho, e tylko niekiedy sycha byo gosy, kura ktra 
zwoywaa, to gdziesik nad stawem ze miechami a chlupotem pucoway si chopaki abo 
kaczki zakwakay. 

Drogi leay puste i rozmigotane w socu, mao kto przechodzi, jeno niekaj na progach 
czesay si dziewczyny i ktosik z cicha gra na fujarce. 

Rocho przebiera raniec, czasem nasuchiwa, a gwnie myla o Jagusi, sysza j krcc 
si po izbie, czasem stawaa za nim, niekiedy sza w podwrze, a wracajc spuszczaa 
przed nim oczy i krwawy rumieniec oblewa jej twarz wymizerowan, e zrobio mu si al. 

- Jagu! - szepn dobrotliwie, podnoszc na ni oczy. 
Przystana z zapartym oddechem czekajc, co powie, ale on, jakby nie wiedzc, co rzec, 
zamrucza jeno co niebd i zamilk. 
Na swoj stron znowu odesza, przysiada w wywartym oknie i wsparszy si o futryn 
patrzya aosnymi oczyma we wiat rozsoneczniony, na te chmurki biae, co kiej gsi bkay 
si po niebie jasnym, i cikie westchnienia rway si jej z piersi, a niekiedy zy kapay z 
zaczerwienionych oczu i pyny wolno po wychudzonej, mizernej twarzy. Juci, mao to 
przesza przez te dnie? Dy caa wie szczua na ni, kieby na psa parszywego; kobiety odwracay 
si plecami, kiej przechodzia, a poniektre spluway za ni; przyjaciki jej nie spostrzegay, 
chopy miay si wzgardliwie, a nawet wczoraj najmodszy Gulbasiak mign za 
ni botem i zakrzycza: 

- Wjtowa kochanica! 
O! to jakby j noe przeszyy i wstyd dziw nie zadusi! 
Mj Boe, a bo to bya winowata?... spoi j przeciek, e o Boym wiecie nie wiedziaa... 
moga si to przeciwi?... a teraz wszyscy na ni, teraz caa wie ucieka kiej od zapowietrzonej, 
a nikto w obronie nie stanie. 

Gdzie to teraz pjdzie? Drzwi przed ni pozawieraj i jeszcze psami szczu gotowi!... 
Nawet do matki nie ma i po co: prawie j wygnaa mimo prb i paczw... e gdyby nie 
Hanka, ju by co zego sobie zrobia... Juci, jedna Antkowa zaopiekowaa si ni poczciwie, 
nie cofajc rki pomocnej i jeszcze bronic przed ludmi... 

A bo i niewinowata, nie, wjt winien, e j skusi i przyniewoli do grzechu, a ju najbardziej 
winien wszystkiemu ten stary zbuk! Pomylaa naraz o mu. 
-Cae ycie mi zawiza! Pann byabym, to nie daliby mnie ukrzywdzi, nie... I cem 
to za nim uya? Ni ycia, ni wiata!... 
Rozmylaa gorczkowo, aocie si w niej kaj zapodzieway, a wstawa natomiast 
srogi gniew i tak j rozpra, jae zacza biega po izbie. 

-Pewnie, co wszystko ze przez niego... i z Antkiem by tego nie byo... i wjt by si nie 
way... i... - skarya si. yaby se spokojnie jak przdzi, jak yj wszykie... Zy go posta


wi na drodze i matk skusi morgami, a teraz musi cierzpie... musi... - aeby ci robaki roztoczyy! 


Wybuchna zaciskajc mciwie picie i dojrzawszy przez szczytowe okno wasg z chorym 
pod drzewami, pobiega tam gwatownie i nachylajc si nad nim zasyczaa nienawistnie: 

- Aby zdech jak najprdzej, ty stary psie!... 
Chory wytrzeszczy na ni oczy i cosik zamamrota, ale ju odleciaa: ulyo jej galacie, 
miaa si ju na kim odbija za swoje krzywdy. . 
Kowal sta na ganku, gdy przechodzia z powrotem, ale udawa, e jej nie spostrzega. Zagada 
goniej do Rocha: 

- Mateusz rozpowiada, jako ich powiedziecie na Miemcw... 
- Prosili, to pjd z nimi do ssiadw - powiedzia z naciskiem. 
-Nowe dybki sobie szykuj. Rozwydrzyy si chopy na dziedzicu i myl, e jak znowu 
pjd hurm z kijami a krzykiem, to Miemcy si ulkn i Podlesia nie kupi. 
Ledwie si hamowa ze zoci. 

- A moe si i wyrzekn kupna, kto wie?... 
-A juci! gronta porozmierzali, wszystkie famielie ju si sprowadziy, studnie kopi, 
kamie na fundamenta zwo... 

- Wiem dobrze, e u rejenta jeszcze aktu nie podpisali 
- Mnie si przysigali, jako ju po wszystkim. 
- Mwi, co wiem, i gdyby dziedzic znalaz lepszych kupcw... 
- To przeciek Lipce nie kupi, nikt groszem nie mierdzi... 
- Grzela tu jako kalkuluje i zdaje mi si... 
-Grzela! - przerwa gwatownie -Grzela si pcha na pierwszego, a gupi nard baamuci 
i do zego jeno prowadzi... 
-Zobaczymy, jak to wyjdzie, zobaczymy! -mwi Rocho umiechajc si nieco, gdy 
kowal jae wyrywa se wsy ze zoci. 
- Jacek z kancelarii! - zawoa spostrzegajc stjk w opotkach. 
-Dla Anny Mawiejwny Boryna papier z kancelarii! -recytowa Jacek wycigajc jak 
kopert z torby. 
Hanka przybiega i niespokojnie obracaa papier, nie wiedzc, co z nim pocz. 

- Przeczytam - rzek Rocho. 
Kowal chcia mu zajrze przez rami, ale Rocho zamkn prdko list i rzek najspokojniej: 


- Sd was zawiadamia, Hanka, e moecie si z Antkiem widywa raz na tydzie. 
Hanka, opatrzywszy stjk, wrcia do izby, za Rocho dopiero po odejciu kowala poszed 
za ni, woajc radonie: 

-Co innego stoi napisane w papierze, nie chciaem tylko powiedzie przy kowalu! Sd 
powiadamia, bycie przywieli piset rubli zastawu albo porczenie, to Antka zaraz wypuszcz... 
Co to wam?... 
Nie odrzeka, gos jej odebrao, stana jak wryta, rumiece pokryy twarz, potem zblada 
kiej ciana, oczy si przymiy zami, rozwieda rce i z cikiem westchnieniem jak duga 
rymna na twarz przed obrazami. 

Rocho si wynis cichuko, siedzia na ganku i czytajc jeszcze ten papier umiecha si 
zarwno rozradowany, za po jakim czasie znowu zajrza do izby. 

Hanka klczaa na rodku modlc si ca dusz, e dziw si jej serce nie rozpko z radoci 
i z onego aru dzikczynie; krtkie, rwane westchnienia i szepty gorce zday si ca 
izb wypenia byskami, biy kiej supy serdecznego ognia pod stopy Czstochowskiej, yw 
krwi spyway. Umieraa prawie ze szczcia, zy cieky strumieniami a wraz z nimi ciekaa 
pami wszykich bolw dawnych, pami krzywd wszelkich. 

Podniesa si wreszcie i ocierajc zy powiedziaa Rochowi: 



- Juem teraz gotowa na nowe, bo choby przyszo najgorsze, to ju takie ze nie bdzie. 
A si zdziwi, tak nagle si przemienia: oczy si zaiskrzyy, krew zagraa na bladych 
policzkach, prostowaa si, jakby jej z dziesi lat ubyo. 

-Uwicie si ze sprzeda, zrbcie, co potrzeba, pienidzy i pojedziemy po Antka, choby 
jutro albo we wtorek. 
- Antek wraca! Antek wraca! - powtarzaa bezwolnie. 
-Nie rozpowiadajcie! Powrci, to si i tak dowiedz, za potem trzeba mwi, co go pucili 
przez zastawu: kowal nie bdzie si was czepia. 
Naucza cicho. Obiecaa uroczycie, tylko jednej Jzce zawierzajc tajemnic, jeno co ledwie 
ju zdzieraa t straszn rado; chodzia kiej opita, caowaa cigiem dzieci, gadaa do 
rebaka, gadaa do maciory, przedrzeniaa si z bokiem, a apie, ktren chodzi za ni ze 
skamleniem i w oczy zaglda, jakby cosik miarkujc, szepna w same ucho niby czowiekowi: 


- Cicho, gupi, gospodarz przeciek wracaj! 
I miaa si, popakujc na przemian, Maciejowi dugo o tym rozpowiadaa, jae oczy 
trzeszczy wystrachane i cosik mamla jzykiem. Zabaczya ju o caym wiecie, e Jzka 
musiaa przypomina, i czas ju si szykowa do kocioa. Hej, ponosio j szczcie, ponosio, 
e chciao si jej piewa, chciao si lecie we wiat i krzyka zboom, co si do ng 
kaniay ze chrzstem, drzewinom, ziemi wszystkiej: 

- Gospodarz wracaj! Antek wrci! 
Jae z onej radoci Jagn ja zaprasza, bych razem poszy, ale Jagna nie chciaa, wolaa 
pozosta. 
Nikto jej o Antku nie powiedzia, ale domylia si acno wszystkiego z pswek i z tego, 
co Hanka wyprawiaa. Poniesa i j ta wiadomo i rozkoysaa jak radosn, cich nadziej, 
e nie baczc na nic poleciaa do matki. 

Nie w por przysza, trafiajc akuratnie na srog ktni. 
Szymek bowiem zaraz po niadaniu zasiad pod oknem z papierosem w zbach, strzyka 
lin na izb, dugo medytowa, dugo si way spogldajc na brata, a w kocu rzek: 

- A to, matko, dajcie mi pienidzy, bo na zapowiedzi musz zanie. Ksidz pedzia, bych 
przed nieszporami przyj na pacierze. 
-Z kime si to enisz? -spytaa z urgliwym przemiechem. 

- Z Nastusi Gobiank. 
Nie odezwaa si, krztajc si pilnie kole garnkw i komina. Jdrek podkada drewek i 
cho si ogie buzowa; dmucha w niego ze strachu, za Szymek przeczekawszy z pacierz 
ozwa si znowu, jeno jako pewniej: 

- Cae pi rubli mi dacie, bo i zmwiny trza wyprawi... 
- Posyae to ju z wdk, co? - pytaa tak samo. 
- Chodzi Kb z Poszk. 
-I przyja ci, co? - a si jej broda trzsa ze miechu. 
- Jake!... przyja, juci. 
- Trafio si lepej kurze ziarno: jeszcze by nie, taka wywoka! 
Szymek si zmarszczy, ale czeka, co powie wicej. 
- Przynie wody ze stawu, a ty, Jdrek, wieprzka wypu, bo kwiczy... 
Zrobili to prawie bezwolnie, a kiej znowu Szymek rozpar si na awce i modszy j 
majdrowa cosik pod blach, stara rozkazaa twardym gosem: 

- Szymek, picie zanie jawce! 
-Wyniecie se sami, za dziewk suy wama nie bd! - burkn hardo, rozpierajc si 
na awie jeszcze szerzej. 
- Syszae?! Nie doprowadzaj me do zoci przy witej niedzieli... 
- Wycie te syszeli, com rzek: dajcie pienidzy, a ywo!... 


- Nie dam i eni ci si nie przyzwol! - buchna. 
-I przez waszego przyzwolestwa si obd! 
- Szymek, pomiarkuj si i ze mn nie zadzieraj! 
Pochyli si naraz przed ni i pokornie podj za nogi. 
- Dy was prosz; matko, dy skaml jak ten pies!... 
zy mu zalay gardo. 
Jdrek te rykn i daleje matk caowa po rku; obapia za nogi a molestowa wraz z 
bratem. 
Odgarna ich od siebie ze zoci. 

-Ani mi si wa przeciwi, bo ci wygoni na cztery wiatry!... -krzykna wytrzchajc 
piciami. 
Ale Szymek ju si nie uklkn, matczyne sowa migny go kiej biczem; e zakipia, 
wyprostowa si hardo i rodowa Paczesiw zawzito buchna mu do gowy; postpi na 
izb i rzek strasznie spokojnie, bodc j rozgorzaymi lepiami: 

- Dawajcie pienidze a prdko!... czeka ju ni prosi nie bd! 
- Nie dam! - wrzasna rozjuszona ogldajc si za czym do rki. 
- To sam se je znajd! 
Skoczy do skrzynki kiej ry, jednym szarpniciem oderwa wieko i zacz z niej wywala 
na podog obleczenia. Rzucia si z wrzaskiem do obrony, prbowaa go tylko zrazu odcign, 
ale e ani na krok nie ustpowa, wczepia mu rk w kudy, a drug zacza bi po 
twarzy i gowie, kopa w zajdy i krzycze wniebogosy. Ogania si jeszcze kiej od muchy 
uprzykrzonej, nie przestajc szuka pienidzy, jae dostawszy gdziesik w sabizn, otrzchn 
si z tak zoci, e pada na izb jak duga, ale w ten mig si zerwaa i chyciwszy pogrzebacz 
runa znowu na niego. Nie chcia tej bitki z matk, to si jeno obrania jeszcze, jak 
mg, usiujc jej odebra elazo. Wrzask napeni izb. Jdrek, zanoszc si od paczu, biega 
dookoa nich i skamla aoliwie: 

-Matulu, laboga!... Matulu!... 
Jagna, wszedszy wanie na to, rzucia si ich rozbraja, ale na darmo, bo co Szymek si 
uchyli i w bok uskoczy, matka dopadaa go znowu kiej ta suka rozjuszona i praa, kaj popado, 
e ju rozwcieczony z blu oddawa zacz. Sczepili si kiej psy i taczajc si po izbie, 
tukli si o ciany i sprzty ze strasznym wrzaskiem. 

Ludzie ju zaczli nadbiega ze wszystkich stron, prbujc rozdzieli -c, kiej przypia 
si do niego niby pijawka i bia z oszala zapamitaoci. 

A trzasn j pici midzy oczy, chyci za boki i rzuci kiej ocipk na izb; potoczya 
si i niby kloc caym ciarem pada na rozpalon blach, pomidzy gary pene wrztku, komin 
si rozwali i wszystko si zapado... 

Juci, co zaraz j wywlekli z rumowiska, ale chocia bya strasznie poparzona, nie baczc 
na bl ni na tlce si kiecki, porywaa si jeszcze na niego. 

- Wyno mi si, wyrodku przeklty!... Wyno si!... - ryczaa nieprzytomnie. 
Musieli przez moc gasi ogie na niej i przytrzymywa, bych chocia twarz spalon obwali 
zmoczonymi szmatami, ali i tak si wydzieraa. 

- ebych ci moje oczy wicej nie widziay... ebych ci... 
Szymek za, ledwie ju dychajcy, zbity i okrwawiony, jeno patrza na matk wytrzeszczonymi 
lepiami, strach go uapi za gardziel, trzs si cay, sowa nie mogc wykrztusi ni 
wiedzc, co si dzieje. 

A ledwie si nieco uspokoio, gdy naraz stara wyrwaa si kobietom z rk, skoczya za 
komin do drga z obleczeniem i zdzierajc z niego Szymkowe rzeczy, ja je wyrzuca przez 
okno do sadu... 



-Precz z moich oczu! Nic tu twojego, moje wszyko, ani jednego zagonu ci nie dam, ani 
yki strawy, choby zdycha z godu! -wrzeszczaa ostatkami si i zmoona wreszcie przez 
srogie bolecie pada z rozdzierajcymi jkami. 
Ponieli j na ko. 

Ludzi si naszo, e zapchali izb, w sieniach si ju gnietli, a i przez okno wtykali gowy. 


Jagna ju gow tracia,  nie wiedzc, co poczyna, bo stara ju prosto ryczaa z blu... 
Jake, to ca twarz i szyj miaa wrztkiem oblane, rce popieczone, wosy spalone i oczy, 
e ledwie widziaa. 

Szymek siad w sadku pod cian chaupy, brod wspar na piciach i jakby zastyg, 
okrwawiony, w siniakach cay i w tych krzepncych ju soplach krwie na twarzy, nasuchiwa 
jeno matczynych jkw. 

- Mateusz przylecia wkrtce i cignc go za rk rzek: 
- Chod do mnie. Nic tu teraz po tobie... 
- Nie pd! Gront mj po ojcach, to na swoim ostan, nie ustpi! -gada z ponur zacitoci, 
bezwolnie chytajc si pazurami za wgie. 

Nie pomogy proby ni molestowania, z miejsca si nie ruszy i zaprzesta odpowiada. 

Mateusz przysiad pobok, nie wiedzc, co z nim pocz, za Jdrek, zebrawszy wanie 

powyrzucane kapoty, portki i koszule, zwiza je w pacht i pooy przed bratem niemiao. 

- Pd z tob, Szymek, we wiat, pd! - skamla rzewliwie popakujc. 
-Psiachma!... pedziaem, nie rusz si std, to si nie rusz!... -wrzasn tukc piciami 
we cian, jae Jdrzych przykucn ze strachu. 
Zmilkli, gdy nowe straszne jki rozlegy si w izbie: to Jambro opatrywa chor, oboy 
poparzone miejsca modym, niesolonym masem, przykry jakimi liciami, na ktre znw 
nawali zsiadego mleka i wszystko owin w mokre szmaty. Przykazawszy Jagusi, by co pacierz 
zlewaa zimn wod, polecia piesznie do kocioa, gdy sygnaturka zadzwonia. 

Czas ju byo na sum, ludzie walili ca drog, wozy turkotay i sporo znajomych zagldao 
po drodze do chorej, jae Jagna drzwi musiaa zawrze przed ciekawymi, tyle co jedna 
Sikorzyna z ni pozostaa. 

Wkrtce i uspokoio si cakiem. Dominikowa ucicha, od kocioa roznosio si ciche, 
brzczce granie organw i gosy piewa tchny wskro sadw rozekanym, pieciwym 
trzepotem. 

Soce galanto przypiekao, w przypoudniowej cichoci drzewa stany bez ruchu, jeno 
niekiedy zatrzsa si jaka gazka i zamrowiy si cienie, ptactwo pomilko, za czasami ruszyy 
zboa i dzwonic cichukim chrzstem, zagray powymi grzywami. 

Chopaki wci siedziay pod chaup. Mateusz z cicha prawi, Szymek kiwa jeno gow, 
za Jdrzych lec przed nimi wpatrywa si w dym Mateuszowego papierosa, co jakby niebiesk 
pajczyn wynosi si ponad strzech. 

Jagna wysza z wiadrem po wod do stawu. 
Wtedy Mateusz si podnis, przyobiecujc przyj jeszcze po obiedzie, do kocioa zamierza 
i, ale dojrzawszy, i Jagusia siedzi nad wod, przystpi do niej. 
Wiadro stao nabrane, nogi trzymaa we wodzie. 

- Jagusia!... - szepn cicho, przystajc pobok pod olsz. 
Spucia prdko weniak na kolana i spojrzaa na niego, ale miaa tak przepakane oczy i 
aoci a smutku pene, e mu si serce zatuko. 

- Co ci to, Jagu? chora?... 
Drzewa si zakolebay bez szumu, sypic na jej jasn gow ulew migotliwych brzaskw 
i cieniw, kieby ten deszcz zielonozoty. 

- Ni... jeno mi niedrujko na wiecie, nie... - odwrcia oczy. 
- Bym ci co pomg, zaradzi... - rzek serdecznie. 


- Hale? ucieke wtedy na ogrodach i jue si nie pokaza... 
- Bo me skrzywdzia!... miaem to? Jagu... - pokorny ju by i dobry. 
- Ale potem woaam za tob, nie usuchae... 
- Woaa to, Jagu? naprawd?!... 
-Rzekam!... Wydrze bym si moga, a nikto by si nie pokwapi!... Kto ta stoi o sieroty?... 
Skrzywdzi to kaden gotowy i sponiewiera! 
una oblaa jej twarz, odwioda gow i w zakopotaniu ja rozgarnia wod nogami. 
Mateusz te si cosik zamedytowa. 
Cicho si znowu przda; granie organw sczyo si kojc, cichuk smug, staw 
polniewa i koliste gurby roztaczay si od ng Jagusinowych kiej we prgowate, cienie si 
mrowiy po nadbrzenej gadzi, za pomidzy nimi zaczy ju lata spojrzenia i wiza si 
midzy sob... 

Mateusza coraz silniej cigno do niej, e wziby j by na rce kiej to dziecitko i z 
nieopowiedzian dobroci przyhoubi a uspokaja... 

- Mylaam, co mi nieprzyjazny... - ozwaa si cichuko. 
- Nigdym ci krzyw nie by... nie baczysz to?... 
- Hale, moe oni, kiedy... a teraz tak jak drudzy... jak... - szepna niebacznie. 
Rzucio nim nage przypomnienie, wsta w nim gniew i zazdro. 
- Bo... bo... 
Nie, nie poredzi wyrzuci ze siebie, co go dusio, pohamowa si jeszcze, e jeno krtko 
i twardo powiedzia: 
-Ostaj z Bogiem!... 
Musia ucieka, aby jej wjta nie wypomnie. 

- Uciekasz, a cem ci to znowu za krzywd zrobia?... 
Wylka bya i rozalona. 
-Nie... nie... jeno. - mwi prdko, zagldajc w jej modre, przepakane oczy, a al, tkliwo 
i gniew nim miotay -jeno przepd t pokrak od siebie, przepd, Jagu... -prosi 
gwatownie. 
- Abom go to przycigaa? abo go to trzymam! - krzykna gniewnie. 
Mateusz stan niepewny i wielce skopotany. 
Pacz j chwyci, zy jak groch sypny si po rozognionej twarzy. 
-Tak krzywd mi zrobi... tak me spoi... a nikto si za mn nie upomni... nikto si nie 
ulituje, a wszyscy na mnie bij zabij! Cem to winowata?.. co? - skarya si z boleci. 
- Ja mu, cierwie, odpac! - wybuchn podnoszc picie. 
- Odpa, Mateusz! Odpa, a ja ju ci... - przywtrzya zawzicie. 
Ju si nie odezwa, jeno polecia ku kocioowi. 
Dugo jeszcze siedziaa nad stawem rozmylajc o Mateuszu, e moe si za ni ujmie, a 
krzywdzi nie pozwoli. 

- A moe i Antek - przyszo jej naraz do gowy. 
Powrcia do domu, pena cichych i radosnych przeczu 
Dzwony zaczy bi, nard wychodzi z kocioa, zaroiy si wnet drogi a rozgoniay 
turkotami wozw i rozmowami, miechy dzwoniy w powietrzu, szli caymi kupami, postajc 
niekiej przed opotkami, tylko przed chaup Dominikowej ludzie jako cichli, spogldali na 
siebie i przechodzili z zaspionymi twarzami; nawet nikt nie zajrza do chorej. 

Wnet ci rozgwarzya si caa wie, rozgwarzyy si izby a sienie i progi; po sadach te 
byo gono i rojno, gdy zasiadano do obiadw pod drzewami, w cieniach a chodzie, e 
wszdy byo wida jedzcych, skrzybot yek, szczk mich; a zapachy jada i skamania pieskw 
roznosiy si w skwarnej ciszy. 

Tylko u Dominikowej byo gucho i pusto: nikt si nie pokwapi z odwiedzinami. Stara 
pojkiwaa w gorczce, Jagu nie moga ju wysiedzie, stawaa w progu, to wychodzia a na 



drog, to znowu dugie czasy patrzaa tsknie przez okno, za Szymek, jak i przdzi, siedzia 
pod chaup, tyle co jeden Jdrek gowy nie straci i wzi si po drugiej stronie domu do gotowania 
strawy. 

Dopiero w jaki czas po obiedzie zajrzaa do nich Hanka, jeno e jaka bya dziwna, rozpytywaa 
o wszystko, turbowaa si wielce o chor, a ukradkiem, przyczajonymi oczyma chodzia 
za Jagn, wzdychajc frasobliwie. 

Pokrtce i Mateusz przylecia do Szymka. 

- Pjdziesz z nami do Miemcw? - pyta. 
- Gront mj po ojcu, nie ustpi z miejsca - gada swoje chopak. 
- Nastusia czeka na ciebie, przeciek macie ponie na zapowiedzie. 
- Nie pjd nikaj... gront mj po ojcach... 
-Gupie olisko! nikto ci za ogon nie ciga... a sied se choby do jutra! -rozgniewa 
si, a e akuratnie Jagna odprowadzaa Hank w opotki, przyczy si do niej, nawet nie 
spojrzawszy na tamt. 
Poszli razem drog nad stawem. 

- Rocho przyszli ju z kocioa? - zagada 
- Przyszli; ju tam i sporo chopw czeka. 
Obejrza si. Jagna patrzya za nimi, wic odwracajc si piesznie, zapyta cicho, nie 
patrzc w oczy: 

- Prawda to, e ksidz z ambony kogo wypomina?... 
- Syszae, a jeszcze za jzyk cigniesz. 
-Przyszedem ju po kazaniu, powiedali mi o tym, ale mylaem, co jeno cygani tak la 
miechu. 

-I nie jedn wypomina... jae piciami wytrzcha... Przykarca gono i na drugie kamieniami 
fryga to kaden sprawny... jeno zemu przeszkodzi nie ma komu -zmartwiona 
bya gboko i za - Ale wjta to ni sowem nie tkn, a on tu zawini najbarzej - dodaa ciszej. 
Mateusz zakl siarczycie i chocia chcia jeszcze o co pyta, zbrako mu odwagi. Szli 
w milczeniu. Hanka czua si gboko dotknita ca spraw. 

-Juci, e Jagna grzeszya, juci, e trzeba j byo skarci, ale eby j zaraz wypomina z 
ambony prawie po imieniu... tego ju za wiele... Borynow bya on, nie jak latawic... mylaa 
rozalona. Co pomidzy nimi byo, to ich sprawa, a drugim wara od tego. 

- Magdy ni mynarzowych dziewek to nie wypomina: wiadomo przeciek, co wyrabiaj! A 
na dwrki z Woli te nie wygraa piciami, za o dziedziczce z Guchowa, cho cay wiat 
wie, jak si tucze z parobkami, gosu nie podniesie! - mwia w najgbszym oburzeniu. 
- To prawda, co i Teresk wypomina? co? - ledwie dosyszaa pytanie. 
- Obiedwie wypomina; wszyscy pomiarkowali, o kim gada. 
- Kto go musia na ni podmwi - zaledwie zdziery wzburzenie. 
-Powiadali, e to Dominikowej robota albo i Balcerkowej; jedna si mci na tobie za 
Szymka i Nastk, za druga chciaaby ci odcign do swojej Marysi. 
- To tam raki zimuj! e mi to nawet do gowy nie przyszo... 
- Chopy zawdy to jeno widz, co maj na oczach jak w widne. 
-Na darmo si trudzi Balcerkowa, na darmo!... jeszcze co oberwa moe od Tereski... A 
na zo Dominikowej Szymek musi si oeni z Nastk: ju ja tego dopilnuj! cierwy baby! 
- One swoje sprawy robi, a bez to niewinne cierpi - rzeka smutnie. 
-I tak jedni na drugich nastaj, e ju ciko we wsi wytrzyma. 
- Jak Maciej by, to i mia kto zaagodzi, mieli si sucha kogo. 
-Juci, wjt trba, gowy do niczego nie ma i wyprawia takie historie, e posuchu mie 
nie moe w narodzie: eby cho Antek wrci!... 
- Wrci niezadugo, wrci! Ale kto go ta posucha? - oczy jej rozbysy. 


-Juemy o tym z Grzel i chopakami radzili, e jak powrci, to ju my razem zrobimy 
we wsi porzdek. Obaczycie! 

- Byby czas: dy wszystko si rozwodzi jak te koa bez luni. 
Doszli wraz do chaupy; na ganku siedziaa ju gromada. 
Mieli ruszy w kilkunastu gospodarzy i co przedniejszych parobkw, chocia zrazu caa 
wie napieraa si i, jak wtedy na br. 
Zebrali si oczekujc z niecierpliwoci na reszt. 

- Wjt take powinien z nami i! - zauway ktry ostrugujc kij. 
-Do powiatu wezwa go naczelnik; pisarz mwi, co po to, aby zwoa zebranie i uchwali 
szko w Lipcach i Modlicy. 
- Niech zwouj: przeciek nie uchwalim! - zamia si Kb. 
- Byby zaraz. z tego nowy podatek z morga, jak w Doach. 
- Pewnie; ale skoro naczelnik przykae, to usucha musimy - zauway sotys. 
-C on tu ma nam do rozkazywania? Niech se stranikom przykazuje, by wesp ze 
zodziejami nie kradli. 
-Zuchwale se poczynasz, Grzela! - ostrzega sotys. - Ju niejednego ozr dalej powid, 
nili mu si chciao. 
-Mwi bd, bo nasze prawo znam i naczalstwa si nie bojam, jeno wam, ciemnym baranom, 
ydy dygocz przed bele achmytkiem z urzdu. 
Wrzeszcza, e stropili si tak zuchwaoci i niejednemu skra cierpa ze strachu. Kb 
podj: 

-Po prawdzie, taka szkoa nam na nic... Mj Jadam cae dwa roki chodzi do Woli, nauczycielowi 
dowoziem, po korczyku ziemniakw, kobieta te masa i jajkw daa mu na 
wita, a z tego wyszo, co na ksice do naboestwa przeczyta nie potrafi, za po ruskiemu 
te ani me, ani be... Modsze co si bez zim uczyy u Rocha, to nawet pisane rozbier i na 
paskich ksikach przeczyta poredz... 
-To Rocha ugodzi i niechby dalej naucza; dzieciom szkoa barzej jest potrzebna nili 
buty - wtrci znw Grzela. 
Na to sotys wsun si w gromad i zacz mwi pgosem: 

-Rocho byby najlepszy, to wiem... moich chopakw wyuczy... ale nie mona. Urzd 
musia ju co przewcha i ma na niego oko... Starszy me spotka w kancelarii i sielnie wypytywa 
o niego... Nie rzekem mu wiela, e zeli si na mnie i j wpiera, jako on dobrze 
wie, co Rocho dzieci naucza i ksiki polskie a gazety rozdaje ludziom... Trza go ostrzec, by 
si mia na bacznoci. 
-Za sprawa! Dobry czowiek, pobony, ale przez niego moe spa na wie bieda... trza 
cosik zaradzi... a prdko - wykada stary Poszka. 
- Ze strachu to bycie go i wydali... co? - szepn zjadliwie Grzela. 
-Jakby nard buntowa przeciw urzdom, a na szkod wszystkim, to kady by zrobi to 
samo. Mody, ale ja dobrze bacz, co si dziao w t wojn panw, jak za bele co chopw 
krajali batami. Nie nasza to sprawa. 
- Wjtem chcecie zosta, a gupicie kiej but dziurawy! - dorzuci mu Grzela. 
Przerwali, bo Rocho wyszed z izby, powid oczyma po ludziach, przeegna si i zawoa: 


- Pora ju! chodmy w imi Boe! 
Przodem ruszy, a za nim chopy wywalili si na rodek drogi, za z tyu pocigno nieco 
kobiet i dzieci. 
Skwar te ju przeszed, przedzwaniali wanie na nieszpr, soce przetaczao si ku lasom, 
niebo wisiao pogodne i jasne, za skraje byy tak przejrzyste; e nawet dalsze wsie wynosiy 
si przed oczyma kieby na doni, a w zieleni borw okiem mg rozezna te pnie 
sosen, biae gza brzzek i szare, wielgachne dby. 



Kobiety zostay za mynem; a chopi szli wolno pod wzgrze. Kurz si wzbi za nimi, e 
jeno niekiedy zabielaa jaka kapota. 

Szli w milczeniu. Twarze byy surowe, miny zadzierzyste, a oczy wynosiy si hardo, 
nieustpliwie. 

Za la ochoty bili niekiedy o ziem dbowymi lagami, a czasem to i kto w garcie plu i 
pry si kiejby do skoku. 

W godnym porzdku cignIi jakby za procesj, bo jeeli ktremu wyrwao si jakie 
sowo, wnet cichn pod karccymi spojrzeniami: nie pora bya na rajcowanie, kaden si 
stula w sobie i krzep wzbiera. 

Na kopcach granicznych pod krzyem przysiedli dziebko odpocz, ale i teraz nikt si 
nie odezwa; bdzili jeno cichymi oczyma po wiecie. Lipeckie chaupy ledwie wida byo 
zza sadw, zota bania na kocielnej wiey byszczaa w socu, pola si zieleniy jak okiem 
sign, na pastwiskach pod lasem gmeray si rozsypane stada, dym niebiesk strug wynosi 
si pod borem z jakiego ogniska i piewania dziecice dzwoniy, a granie fujarek roznosio 
si po caej ziemi strojnej we zwiesn, w rado, w dziwny spokj, e niejednemu wezbrao 
serce cichym alem i obaw, niejeden westchn ciko i trwonie zerka na Podlesie... 

-Chodmy, nie o plewy przecie idzie! -przynagla Rocho, dobrze miarkujc, e si 
ociga poczynaj. 
Skrcili prosto do zabudowa folwarcznych, star zachwaszczon drog, e kiejby 
kwietna wstga leaa wskro zb zielonych; ndzne yta niebieszczay od modrakw spnione 
owsy ciy si cae od ognich, pszenice wymike a przypalone czerwieniay od makw, 
za ziemniaki ledwie co wschodziy. Opuszczenie byo widne na kadym kroku i niedbalstwo. 


- Prosto ydoska gospodarka, jae patrze boli! - mrukn ktry. 
- Najgorszy parobek, a jeszcze lepiej w groncie robi! 
- Bo drugi, choby i dziedzic, a nawet tej witej ziemi nie poszanuje! 
- Doi j i doi kiej godn krow, to i nie dziwota, co zjaowiaa. 
Wyszli na ugory. Okopcone i zrujnowane zrby budynkw wznosiy si ju niedaleko, 
spalony sad poczerniaymi szkieletami drzew, wycigajcych si bolenie ku niebu, otacza 
czworaki dworskie o zapadych dachach i sterczcych kominach, za pod cianami, w chudych 
cieniach pomartwiaych gazi, wida byo gromad ludzi. Miemcy to byli. Anta piwa 
stoja na kamieniach, ktosik w progu przygrywa na fleciku, a oni siedzieli, porozwalani na 
awkach i trawie, w koszulach jeno, z fajami w zbach, i pili z glinianych garnczkw; dzieci 
baraszkoway kole domu a pobok pasy si tgie krowy i konie. 

Musieli dojrze idcych, gdy jli si zrywa, przysania oczy garciami, a patrze ku 
nim i cosik wrzeszcze, ale jaki stary Szwab zaszwargota ostro, e wnet przysiedli ma miejsca 
spokojnie, pocigajc z kuflw; flecik zagwizda nut jeszcze sodsz, skowronki dzwoniy 
prawie nad gowami, a ze zb sypao si gste, nie milknce strzykanie wierszczw i 
kaj niekaj gos przepirki si wyrywa. 

A chocia spieczona ziemia dudniaa pod chopami, a podkwki szczkay o kamienie 
coraz bliej, Niemcy si ani poruszyli, jakby nic nie syszc, a jeno lubujc si piwskiem i t 
sodkoci, jak tchno powietrze przedwieczerza. 

A chopy ju dochodziy, coraz ciej szli jeno i wolniej, powstrzymujc sapania i kije 
zaciskajc; serca si zatuky, gorcy dygot warem oblewa krzye, gardziele zasychay, ale 
grzbiety si pryy i lepie rozgorzae hardo weray si w Miemcw, a z twarzy kieby zastygych 
bia surowa zawzito i nieustpliwa moc. 

-Niech bdzie pochwalony! -rzek Rocho po niemiecku, przystajc, a za nim pkolem 
stana gromada cisnc si i przywierajc ramionami. 
Niemcy chrem odpowiedzieli, nie ruszajc si z miejsc. Jeno ten stary, ze siw brod, 
podnis si i poblady wodzi oczyma po cibie. 



- Ze spraw przyszlimy do was - zacz Rocho. 
-To siadajcie, gospodarze, z Lipiec, widz, jestecie, to ogadamy po ssiedzku! Johan, 
Fryc, awek dla ssiadw. 
- Bg zapa, sprawa krtka, to postoimy. 
- Nie musi by krtka, kiedycie ca wsi przyszli! - zawoa po polsku. 
- Bo wszystkich zarwno obchodzi. 
- Jeszcze trzy razy tyle ostao w domu! - powiedzia z naciskiem Grzela. 
- Bardzomy wam radzi, a kiedycie przyszli pierwsi, to moe piwa si z nami napijecie... 
na ssiedzk zgod... Nalejcie no, chopcy... 
-Wychlaj se sam! Jaki szczodry! Nie na piwo przylim! - zakrzyczeli gortsi. 
Rocho ich przyciszy oczyma, a stary Niemiec rzek kwardo: 

- No, to suchamy! 
Cicho pada, sapanie a krtkie przydechy si rozlegy, Lipczaki barzej si zwary, 
dreszcz przej wszystkich, ca Niemcy te stanli jak jeden, wynieli si naprzeciw zwart 
kup i jli zymi lepiami wpiera w chopw, za brody targa, nabzdycza a cosik z cicha 
mamrota. 

Kobiety trwonie wyglday oknami, dzieci kryy si po sieniach, za jakie wielgachne, 
rude psy warczay pod cianami, a oni z dobre Zdrowa stojali tak naprzeciw w gbokiej cichoci 
kieby to stado baranw, co ju lepiami krwawo toczy, przebiera kopytami, grzbiety 
pry, by przygina i leda chwila runie na si rogami, a Rocho przerwa: 

-Przylim od caej wsi po to -mwi po polsku, gono i wyranie - by was prosi po dobroci, 
ebycie nie kupowali Podlesia... 
- Tak! Juci! Po to! - przywtrzyli za nim trzaskajc kijami. 
Tamci zrazu osupieli. 
- Co on gada? Czego chce? Nie rozumiemy! - bekotali uszom nie wierzc. 
Wic im Rocho raz jeszcze i po niemiecku powtrzy, a ledwie skoczy, Mateusz ciepn 
zapalczywie: 

-I bycie se, pludry, poszy do wszystkich diabw! 
Skoczyli naraz jakby ukropem polani, wrzask buchn, krzyczeli kbic si a szwargocc 
zajadle, trzchajc kulasami, tupic ze zoci, e ju niejeden z piciami dar si ku chopom 
i wygraa, ale stali nieporuszeni jak mur, palc srogimi oczyma, rce si im jeno trzsy, a 
zby zacinay. 

-Czycie wy wszyscy powariowali? -woa stary podnoszc rce. -Wzbraniacie nam 
kupowa ziemi! Dlaczego? Z jakiego prawa?... 
Znowu mu Rocho wyoy wszystko spokojnie, szeroko i jak si patrzy, ale Niemiec poczerwieniawszy 
ze zoci, wrzasn: 

- Ziemia jest tego, kto za ni paci! 
-Tak wyglda po waszemu, ale po naszemu jest inaczej, e powinna by tego, komu jest 
potrzebn - powiedzia uroczycie. 
- A to w jaki sposb, za darmo moe, po zbjecku? - kpi urgliwie. 
- Za te dziesi palcw, dua pata! - odpowiedzia tak samo Rocho. 
-Gupie gadanie! Co tu bdziemy czas tracili na arty, Podlesie kupilimy, jest nasze i 
pozostanie, a komu si to nie podoba, niech idzie z Bogiem i omija nas z daleka. No, czego 
jeszcze czekacie?... 

- Czego? By wam powiedzie: wara od naszej ziemi! - buchn Grzela. 
- Wynocie si sami, pki was goni nie zaczniem. 
- Pki jeszcze prosimy po ssiedzku! - woali drudzy. 
-Grozicie. Do sdu podamy! Znajdziemy na was sposb, nie odsiedzielicie jeszcze za 
las, to wam przyo i razem odrobicie! -drwi stary, ale ju si trzs ze zoci, a i drugie 
ledwie si hamoway. 


-Wszarze przeklte! 

-Zbje! Psy mierdzce! -wrzeszczeli po swojemu wijc si w kupie kiej przydeptane 
gadziny. 
-Cicho, psiekrwie, kiej nard do was mwi! -zakl Mateusz, jeno e si nie ulkli, 
krzyczc coraz goniej i ca kup si przysuwajc. 
Rocho, bojc si bitki, ogarnia chopw, przycisza i do spokoju niewoli, ale mu si wyrywali 
krzyczc jeden przez drugiego: 

- Zdziele ktry w eb pierwszego z brzega. 
- Juchy im dziebko wypuci! 
- Damy si to; chopcy? z caego narodu si wytrzsaj! 
-I na swoim nie postawimy? - woali drudzy zachcajc si a cisnc coraz bliej i groniej, 
a Mateusz odgarn Rocha na stron i wysun si przed Niemcw, kiej wilk byskajc 
zbami. 
-Suchajta, Miemcy! -rykn wycigajc picie. -Mwilimy do was po ludzku, poczciwie, 
a wy grozicie kreminaem i przekpiwacie si z nas! Dobra, ale teraz zagramy z wami 
inaczej! Nie chceta zgody, to wama zapowiadamy przed Bogiem i ludmi, jak pod przysig, 
e na Podlesiu nie wysiedzicie! Przyszlim z pokojem, a wy chceta wojny! Dobra, kiej wojna, 
to wojna! Mata za sob sdy, mata urzdy, mata pienidze, a my jeno te goe picie... Obaczymy, 
czyje bdzie gr! A jeszcze to wam doo, bycie zapamitali... jako ogie ima si 
somy, ale zere i murowace, a chyta si i zboa choby na pniu... bydo te pada na panikach... 
za aden czowiek nie uciecze od zej przygody... Spamitajta, co rzekem: wojna w 
dzie i w nocy, i na kadym miejscu... 

- Wojna! Wojna! i tak nam, Panie Boe, dopom! - huknli wraz. 
Niemcy skoczyli do drgw lecych pod cian; kilku wynieso fuzje, to za kamienie 
chwytao, kobiety podniesy wrzask. 

- Niech no ktry strzeli, a wszystkie wsie tu zlec. 
- Zastrzelisz, pludro, jednego, to ci drudzy kijami zatuk jak psa parszywego. 
- Nie zaczynajcie, Szwaby, bo z chopami nie zdzieryta. 
- A waszego misa i godny pies nie tknie. 
-Tknij me, pludro jedna, tknij -grozili zuchwale i wyzywajco. Stali ju z bliska, lepiami 
si jeno bodc, przestpujc z nogi na nog, trzaskajc kijami a wrzeszczc zajadle, e 
wymysy i pogrozy latay nad gowami kiej kamienie, ju si wycigay pazury i niejeden ae 
dygota z gotowoci, gdy Rocho ogarn swoich i odwid w ty, chopy rade nierade odwracay 
si pbokiem i czujnie, pilnujc zajdw, odchodzili, tym ci szydliwiej za si krzykajc: 

- Ostajta z Bogiem, wiskie pomioty! 
-I czekajcie, a wam czerwony kogut zapieje! 
- Zajrzymy tu potacowa z waszymi pannami! 
Jae ich Rocho musia przyciszy, tak srodze gbowali. 
Zmierzch si ju kad na ziemiach, soce zaszo, chodny wiater przegarnia zboa, e 
koniy si dzwonic kosami, wilgotniay trawy od ros siwych, gosy piszczaek i dzieciskie 
wrzaski roznosiy si od wsi, abie rechoty gray na bagniskach i szed ju wiatem cichy i 
pachncy wieczr. 

Chopi wracali wolno, rozpite kapoty powieway niby biae skrzyda; szli gwarnie, przystajc 
co chwila, ktry ju piewa, jae bory oddaway, jensi gwizdali z uciechy, to gwarzc 
obejmowali gorcymi lepiami podleskie ziemie. 

- Gronty acno podzielne! - rzek stary Kb. 
-Juci, gospodarki mona by wykraja kiej plastry miodu, jedna w drug; i kada z k i 
panikiem. 
- Byle jeno Miemcy ustpiy! - westchn sotys. 
- Nie turbujcie si, ju my w tym, e ustpi - zapewnia Mateusz. 


- Wzibym t ziemi z kraju; przy drodze - szepn Pryczek Adam. 
- A mnie by si widziay w porodku, te z figur - rzek inszy parobek. 
- Ja bym si dar o te od Woli. 
- Cie, eby tak dosta na ogrodach po foliwarku! 
- Jaki mdrala, najlepsze by chcia! 
- Wystarczy la wszystkich po kawale - uspakaja Grzela, bo ju byli si sprzecza zaczli. 
-Jeeli dziedzic si zgodzi, a odda wam Podlesie, to niemaa praca was czeka, niemay 
trud - ozwa si Rocho. 
-Wydolim! wydolim wszystkiemu! - woali radonie. 

- Owa! nie straszna praca na swoim! 
- Nawet wszystkim dziedzicowym ziemiom bymy poradzili. 
- Niech jeno dadz, a obaczycie! 
-Czowiek bych si wpar w ziemi kiej drzewo i niech mu kto poredzi, niech poprobuje 
wyrwa! 
Rozgwarzali si midzy sob, coraz prdzej idc, bo ju od wsi zaciemniaa gromada kobiet 
biegncych naprzeciw. 

ROZDZIA 11 


Ju tak dniao, e caluki wiat pokry si by sinaw modroci kiej liwa dojrzaa, gdy 
Hanka zajechaa przed chaup, jeszcze lec we piku, ale na ostry turkot bryki dzieci wypady 
z wrzaskiem i apa j szczeka radonie i wyskakiwa przed komi. 

- A kaj Antek? - krzyczaa z proga Jzka nadziewajc przez gow weniak. 
-Za trzy dni dopiero go puszcz, ale powrci ju niechybnie -odpowiadaa spokojnie, 
caujc dzieci, a rozdajc im kukieki. 
Witek te wylecia ze stajni, a za nim rebak, ktren ze reniem j si dobiera do klaczy, 
Pietrek wyciga z wasga sprawunki. 

- Kosz to? - pytaa siadajc zaraz w progu, by da piersi najmodszemu. 
-W piciu zaczli wczoraj w poednie, Filip, Rafa i Kobus za odrobek, a Kbw Jadam 
i Mateusz przynajci. 
- Mateusz Gob, cie?... 
-Juci, mnie te byo dziwno, ale sam chcia, powieda, jako nie chce do cna zgarbacie 
przy ciosoce, to musi se grzbiet wyprostowa przy kosie. 
Jagna wywara okna po swojej stronie i na wiat wyjrzaa. 

- pi to jeszcze ociec? 
- W sadzie le, nie wnosilim go na noc, bo w izbie strasznie gorco. 
-Jake tam z matk? 
-Po dawnemu, cho moe i dziebko lepiej. Jambro lekuj, przychodzi wczoraj i 
owczarz z Woli, okadzi j, macie jakie da i pedzia, co do dziewiciu niedziel bd zdrowi, 
byle jeno na wiato nie wychodzili. 
-To pono najlepsze na oparzelin! -odrzeka, za czym dajc dziecku z drugiej piersi, 
wypytywaa skwapliwie o wczorajsze nowiny, jeno krtko to trwao, bo biay dzie si ju 
robi, zorze zrumieniy niebo i zagray brzaskami w powietrzu, rosy skapyway z drzew, ptaki 
zawiergotay po gniazdach i na wsi ju si kaj niekaj rozlegay beki owiec i porykiwania 
stad wypdzanych na pastwiska, za ktosik zacz naklepywa kos, e cieniuki, ostry brzk 
rozdzwania si przenikliwie. 


Hanka co jeno rozdziawszy si z drogi pobiega do Boryny; lea w pkoszku pod drzewami, 
przykryty pierzyn i spa. 

-Wiecie! -zaszeptaa targajc go za rk -Antek za trzy dni powrci. Odstawili go do 
guberni, Rocho pojecha za nim z pienidzmi, zapaci tam okup i razem ju powrc! 
Stary siad raptem, przeciera oczy i jakby sucha, ale wnet si zwali w pociel i zacignwszy 
pierzyn na gow, jakby zasn znowu. 
Nie byo z nim co gada i akuratnie kosiarze wchodzili w opotki. 

- Kole kapuniskw pooylim wczoraj k - objania Filip. 
- A idcie dzisiaj za rzek, przy kopcach, Jzka pokae wama. 
- To ta na Kaczym Doku, karwas tego galanty. 
-I trawa po pas jak br, nie taka, jak wczorajsza. 
- Taka to kiepska, co? 
- Juci, wyscha prawie, jakby szczotk kosi. 
- Rosa obeschnie, to mona by j ju dzisiaj przetrzsn. 
Poszli zaraz, jeno Mateusz, zapalajcy co dugo papierosa u Jagusi, ruszy na ostatku i 
jeszcze si akomie za si oglda, kiej ten kot odegnany od mleka. 

I z drugich domw jli te gsto wychodzi na kob. 

Soce wanie co ino si pokazywao, ogromne i rozczerwienione, dzie robi si ciepy, 
na spiekot znowuj si miao. 

Kosiarze ruszyli gsiego, wyprzedzani przez Jzk wlekc tyk; kto pacierz mrucza, 
kto si jeszcze przeciga i lepie tar ze piku, a kto rzuca niekiej jakie zbdne sowo, przeszli 
za myn; na gach leay niskie, rzadkie mgy, kpy olch widziay si kiej krze dymice, 
rzeka przebyskiwaa niekiedy spod sinych przeson oroszone trawy stay pochylone; czajki 
ju kwiliy kaj niekaj, a arzce si od wschodu powietrze pachniao wilgotnym kwieciem. 

Jzka, dowidszy ich do kopcw, odmierzya ojcow k i zatknwszy na granicy tyk 
poleciaa z powrotem. 
Pozrucali spencerki, podwinli portki do kolan, rozstawili si pobok i wparszy drzewce 
w ziemi jli raz po razie gadzi kosy osekami. 

-Sielna trawa jak kouch, niejeden dobrze si zapoci - rzek Mateusz stajc na pierwszego 
i prbujc rozmachu. 
- Wysoka i gsta, nabier se siana, no! - rzek drugi stajc obok. 
- Byle ino pogodnie sprztnli - rzek trzeci rozgldajc si po niebie. 
- Skoro czowiek k kosi, leda baba deszcz uprosi - zamia si czwarty. 
- Prawda to bya po inne roki, ale nie lato! - zaczynaj, Mateusz. 
Przeegnali si wraz, Mateusz przycign pasa, rozkraczy si nieco, przygi bary, w 
garcie splun, nabra dechu i szerokim rozmachem spuci kos, tnc ju raz za razem, a za 
nim drudzy, ostawajc nieco na skos, by se ng nie podci, czynili to samo, wcinajc si 
posobnie w omglon k i chlaszczc rwnym, spokojnym rzutem kos, zimne ostrza jeno 
yskay ze wistem i trawy kady si ciko osypujc ich ros kieby tymi zami. 

Wiater j dziebko przegarnia trawy i czajki coraz jkliwiej krzyczay nad nimi, czasem 
kuropatki furkny spod ng, ale oni, koyszc si z prawej strony na lew, cili niestrudzenie 
wpierajc si w k pid za pidzi, tylko niekiedy przystawa ktry kos naostrzy lebo 
grzbiet wyprostowa i znowu siek zawzicie ostawiajc za sob coraz dusze pokosy i 
wgniecione lady ng. 

Za nim soce wynieso si nad wie, ju cae ki jae jczay pod kosami, wszdy kosili, 
wszdy byskay sine ostrza, roznosiy si zgrzytliwe ostrzenia i wszdy bi mocny zapach 
traw widncych. 

Pogoda bya jakby wybrana na sianokosy, bo chocia stara powiadka mwi: Zacznij sianokosy, 
zapacz wnet niebiosy, ale lato stao si jakby na przekr. Miasto deszczw przysza 
susza. 



Dnie wstaway oblane rosami, a rozpalone kiej czowiek w gorczce, i kady si we wieczory 
zionce spiekot, e ju wysychay studnie i rzeczki, zboa ky, okopowizny widy, 
robactwo rzucio si na drzewa, owoc oblatywa,. krowy ostawiay mleko, e to godne wracay 
z wypalonych pastwisk, gdy dziedzic jeno tym pozwala pa w porbach, ktre zapaciy 
po pi rubli z ogona. 

Juci, co nie wszyscy mogli wywali tyle gotowego grosza. 

Ale i bez te rnoci przednowek stawa si coraz ciszy, zwaszcza la komornikw i 
drugiej biedoty. 

Rachowali jeno, co na wity Jan musz przyj deszcze i wszystko w polach jeszcze si 
poprawi, nawet ju na t intencj na msz dawali, nic jednak nie pomogo, susza wci trwaa. 

Do garnkw u niejednego nie byo co wstawi, ale za. to nie brakowao swarw ni ktni 
i wyrzeka. Moe jeszcze nigdy, jak jeno zapamitali najstarsi, nie byo w Lipcach tyle spraw 
rnych, a to o sdy za las si kopotali, a to wjtowe sprawy kyniy cigiem ludzi midzy 
sob, a to Dominikowej spory ze synem, a to Miemcy, a to pomniejsze, ssiedzkie spory, tyle 
tego byo, e prawie zapominali o biedzie, yjc kieby w tym kotle w cigych plotach i swarach. 


Nie dziwota te, e skoro nadeszy sianokosy, odetchnli, biedota si wnet rozbiega po 
dworach za zarobkiem, a gospodarze, zatykajc uszy na wszelkie nowiny, do kos przypili si 
z radoci. 

Nie zapomnieli jeno o Miemcach, bo co dnia ktosik lecia na Podlesie wypatrywa, co 
oni tam robi. 

Siedzieli jeszcze, przestali jeno kopa studnie i zwozi kamie na fundamenta, za kowal 
ktrego dnia powiedzia, e Miemcy zaskaryli dziedzica o pienidze, a Lipce o gwat. 

Chopy namiay si z tego do woli. 

Wanie dzisiaj na kach w czasie obiadu szeroko o tym rozprawiano. 

Poudnie przyszo upalne, soce stano nad gowami rozpalone do biaoci, niebo wisiao 
biaawym od poogi tumanem, ar bucha kiej z pieca straszliwego, najsabszy wiater 
nie przewia, licie zwisy pomdlae, zamilko ptactwo, cienie leay chude i krtkie, niewiela 
chronic od spieki, duszno byo, jeno od pokosw bi ostry zapach traw rozpraonych, zboa, 
sady i domy stay jakby ogarnite biaym pomieniami; wszystko zdawao si roztapia w 
rozaronym powietrzu, trzscym si kieby ten war na wolnym ogniu, nawet rzeka pyna 
wolniej, bez szmeru, wody byszczay roztopionym szkliwem, a tak przejrzyste, e kady 
kieb widnia pod wknist powierzchni; kady kamyk na dnie piaszczystym i kady rak, 
gmerzcy si w przewietlonych cieniach brzegw, cicho wleka si nad ziemiami soneczn, 
usypiajc przdz, jedne muchy, co brzczay koo ludzi. 

Kosiarze siedzieli nad sam rzek, pod kp olch wyniosych, wyjadajc z dwojakw. 
Mateuszowi przyniesa je Nastka, wyrobnikom a Hanka z Jagustynk; przysiady na trawie 
w socu i nakrywajc chustami gowy suchay ciekawie. 

-Ja od pocztku zawdy mwiem jedno, e nie dzi, to jutro Miemcy si wynie musz! 
- mwi Mateusz wy - skrzybujc garnczek. 
- Ksidz tak samo utwierdza! - przywtrzya Hanka. 
- A tak bdzie, jak si spodoba dziedzicowi - warkn ktliwie Kobus rozcigajc si pod 
drzewem. 
-Jake, to nie zlkli si waszych wrzaskw i nie uciekli? -wtrcia si po swojemu Jagustynka, 
ale ktry rzek: 
- Kowal powiada wczoraj, jako dziedzic pogodzi si z nami. 
- Jeno mi dziwno, e Micha teraz ze wsi trzyma. 
- Wszy on w tym jak dobr sztuczk la siebie - sykna stara. 
-I mynarz te si pono wstawia we dworze za wsi. 


-Wszystkie za nami, dobrodzieje juchy -mwi Mateusz. -Powiem wam, laczego nasz 
stron trzymaj: kowalowi dziedzic obieca dobr oberchapk za zgod z Lipcami, mynarz 
si zlkn, e Niemcy mog postawi wiatrak na grce koo figury, za karczmarz te pomaga 
narodowi ze strachu o siebie, dobrze on wie, e kaj Miemce sid, tam si ju aden ydek 
nie poywi. 
- To i dziedzic boj si chopw, kiej o zgod zapobiega?... 
- A zgadlicie, matko, ten si najwicej boj, zarno waju wyo... 
Przerwa Mateusz, gdy od wsi pokaza si Witek pdzcy. 
- Gospodyni, a to prdko chodcie! - wrzeszcza ju z dala. 
- Co si stao? ogie czy co? - zerwaa si trwonie. 
- A to... to gospodarz czego krzycz! 
Poleciaa co tchu, nie rozumiejc zgoa, co si tam stao: 
A oto co byo. Maciej ju od samego rana by jaki dziwny, matyjasi, mamrota cigiem, 
zrywa si z pocieli, to szuka czego koo siebie, e Hanka odchodzc na ki przykazaa 
Jzce pilniejsze na niego baczenie. Dziewczyna czsto zagldaa do niego, lea spokojnie, a 
dopiero w czasie obiadu zacz wrzeszcze wniebogosy. 

Gdy Hanka przyleciaa, jeszcze siedzia na literkach i woa: 

- Kajcie mi buty zapodzieli! - dawajcie prdzej. 
-Zaraz przynies z komory, zaraz... -uspakajaa wylka, gdy wydawa si cakiem 
przytomny i gronie toczy oczami. 
-Zaspaem, psiachma - przeziewn szeroko: -Ju biay dzie, a wy pita. Kuba niech 
brony szykuje, sia pojedziem - rozkazywa. 
Stali przed nim, nie wiedzc, co pocz, gdy naraz przechyli si i lecia bezwadnie na 
ziemi. 

-Nie bj si, Hanu... zemglio me... Antek w polu, co? W polu? -powtarza, kiej go 
znowu uoyli na pierzynie. 
- Juci... od witania... - jkaa bojc si przeciwi. 
Rozglda si bystro i cigiem gada, ale co jedno sowo rzek do rzeczy; to dziesi cakiem 
panych i znowu j si gdziesik wyrywa, chcia si ubiera i o buty woa, to chwyta 
si za gow i tak przeraliwie jcza, jae si na drogi rozchodzio. Hanka rozumiejc, jako 
na koniec ju mu przychodzi, kazaa go przenie do chaupy i przed wieczorem posaa po 
ksidza. 

Przyszed wkrtce z Panem Jezusem, ale go jeno witymi olejami namaci. 

- Wicej mu ju nie potrzeba, lada godzina unie... - powiedzia. 
Na odwieczr naszo si narodu, bo zdawa si kona, e Hanka ju mu gromnic wtykaa, 
ale si jako uspokoi i zasn. 
Za nazajutrz byo tak samo, poznawa ludzi, rozmawia przytomnie, to cae godziny lea 
kiej trup. Siedziaa przy nim kowalowa nieodstpnie, a Jagustynka chciaa go okadza. 

- Dajcie spokj, jeszcze ogie zaprszycie. 
Burkn niespodzianie, a gdy w poudnie przylecia kowal i zaglda mu w przywarte 
oczy, to ozwa si znowu z dziwnym przemiechem: 

- Nie frasuj si, Micha... ju teraz wam dojd... niezadugo dojd... 
Odwrci si do ciany i wicej ni nie powiedzia, ale e wida byo, jako sabnie i coraz 
barzej zapada, to go ju pilnowali, a gwnie Jagusia, z ktr te wyprawiay si jakie dziwnoci. 


Przestaa raptem dba o matk, zdajc j cakiem na Jdrka, i kamieniem zalega przy 
mu. 

-Sama ich przypilnuj, to moje prawo! - rzeka Hance i Magdzie z tak moc, i si nie 
przeciwiy, ile co kada dosy miaa swojej roboty. 


I ju si nie ruszya z chaupy, jaki guchy strach trzyma j kieby na uwizi, e nie poredzia 
odbiey chorego jak przdzi. 

A caa wie bya na kach, sianokosy szy nieprzerwanie, od samego witania, skoro jeno 
pierwsze zorze niebo zrumieniy, cay nard tam cign, za rzdy chopw, rozdzianych 
do koszuli kiej te siodate bociany, obsiady gi, ostrzyy eleca i, byskajc kosami, cae 
dnie sieky zapamitale, cae dnie te jeno sycha byo brzki kos nakuwanych i przypiewki 
dzieuch grabicych. 

Zielone, puszyste rwnie k roiy si od ludzi a pobrzkw i gwarw, migotay pasiaste 
portki, czerwone weniaki niby makowe kwiaty pony w socu, piesneczki si rozlegay 
hukliwie, dzwoniy kosy, buchay miechy wesoe i wszdy sza ochotna, siarczysta robota, a 
pod kaden wieczr, kiej sczerwienione soce konio si nad bory i powietrze zawrzao 
krzykiem ptactwa, kiej wszystkie zboa i trawy jae si trzsy od muzyki wierszczw, a 
moczary zagray abimi rechotami, kiej buchny zapachy, jakby caa ziemia bya trybularzem, 
toczyy si po drogach cikie, opase wozy ze sianem, wracali ze piewami kosiarze, a 
na pokych, zdeptanych wycinkach rozsiaday, si gsto kopice i stogi, kiej te kumy podufae 
przysiadajc do cichej pogwary, a midzy nimi brodziy boki, czajki kooway z aosnym 
kwileniem i biae mgy wpezay od bagnisk. 

Przez otwarte okna Borynowej chaupy wciskay si te wszystkie gosy ludzi i pl, weselne 
gosy ycia i trudu wraz z kadzielnymi woniami zb i k, i soca, jeno Jagusia bya 
gucha na wszystko. 

W izbie cicho byo i martwo, przez krze, osaniajce od arw, sia si zielonawy, senny 
mrok, brzczay muchy i apa, warujcy przy gospodarzu, ziewn niekiedy i szed si poasi 
do Jagny, siedzcej cae godziny bez ruchu i myli, zgoa do supa podobnej. 

Maciej ju nie mwi, nie jcza, lea spokojnie i tylko cigiem wczy oczyma; te jasne 
lepie, byszczce kiej szklane gay, chodziy za ni z takim uporem i tak na wskro przewiercay 
kiej zimne noe, 

Na prno si odwracaa, na prno chciaa zapomnie, patrzyy z kadego kta, w powietrzu 
si unosiy i wieciy jednako strasznie i tak cignce nieprzeparcie, e dawaa si na 
ich wol, patrzc w nie kieby w przepacie nieprzejrzane. 

A niekiedy, jakby wyrywajc si ze strasznego snu, bagaa aonie: 

- Dy tak nie patrzcie, bo mi dusz wywleczecie, nie patrzcie! 
Musia dosysze, gdy dra nieco, twarz mu si kurczya w jakim niemym krzyku, 
oczy patrzyy jeszcze straszniej i po sinych policzkach toczyy si cikimi kroplami zy. 

Uciekaa wtedy na wiat, strach j wygania. 

Patrzya zza drzew na ki, pene narodu i radosnej wrzawy. 

I odchodzia z paczem. 

Sza do matki, ale ledwie gow wetkna do ciemnej izby, ledwie j owia zapach lekw, 
cofaa si popiesznie: 

I znowu pakaa. 

To wychodzia za dom i niesa si tskliwymi oczyma po wiecie szerokim. I pakaa 

wtedy jeszcze alniej, smutniej i boleniej, jako ta ptaszka z poamanymi skrzydami ostawiona 
przez stado, skarya si rzewliwie. 
I tak bez przemian szy dnie za dniami, Hanka wci bya zajta sianokosami na rwni z 
ca wsi, dopiero trzeciego dnia zostaa w domu od rana. 

-Sobota, to ju dzisiaj Antek wrci z pewnoci! -rzeka radonie, szykujc dom na 
przyjcie ma. 
Poudnie ju przeszo, a jego jeszcze nie byo, Hanka wygldaa za koci, a na topolow 
sza patrze, ale pusto tam byo i cicho. 
Ludzie pieszniej zaczli zwozi siano, gdy miao si na odmian, kokoty piay, soce 
barzej dopiekao, stronami wisiay cikie gradowe chmury i wiater zrywa si koujcy. 



Wygldali burzy z ulew, a jeno spad krtki, chocia rzsisty deszcz, w mig wypity 
przez spieczon ziemi, e tyle byo z niego pociechy, co si odwieyo powietrze. 

Ale wieczr przyszed nieco chodniejszy, pachniao sianem i ziemi przemoczon, po 
drogach leay gste mroki, ksiyc jeszcze nie wschodzi, niebo wisiao ciemne i jeno z 
rzadka poprzebijane gwiazdami, wskro sadw byskay wiata chaup i kiej witojaskie 
robaczki mrowiy si we stawie; kolacje jedli wszdy przed progami, ktosik gra na fujarce i 
miechy rozdzwaniay si kaj niekaj, ptaki ju zaczynay piewa i pola przemwiy cichym 
strzykaniem konikw i gosami przepirek i derkaczw. 

U Borynw tak samo jedli przed chaup, pod oknem gwarno byo i ludno, bo Hanka, e 
to skoczyli kosi, zaprosia wszystkich, wystpujc ze sut kolacj: pachniaa jajecznica ze 
szczypiorkiem, rano skrzybotay yki, a skrzekliwy gos Jagustynki rozlega si co chwila, 
niecc wybuchy miechu. Hanka dokadaa co troch z garw zapraszajc, bych se nie aowali, 
ale ca dusz nasuchiwaa kadego gosu z drogi, a co chwila biega wyglda w 
opotki. 

Ani ladu Antka, natkna si tylko raz na Teresk przywart do pota i jakby na kogo 
czekajc. 

Mateusz, nie mogc si dogada z Jagusi, mrukliw dzisiaj i niechtn, j si ze zoci 
spiera z Pietrkiem, gdy Jdrek przylecia po siostr, e matka j wzywa. 

Wkrtce rozeszli si wszyscy, tylko jeden Mateusz co dugo si ociga, e dopiero w 
dobry pacierz poszed. 

Po chwili i Hanka wysza, na darmo wypatrujc w ciemnociach, kiej j doszed znad 
stawu jego warkliwy, gniewny gos: 

-Czego za mn azis jak ten pies... nie uciekn ci... ju dosy nas miel na ozorach... - i 
co tam jeszcze przykrzejszego, a w odpowiedzi posypay si rozszlochane sowa i rzsisty 
pacz. 
Ale Hanki to nie wzruszyo, czekaa na ma, to co j tam mogy obchodzi cudze sprawy? 
Jagustynka robia wieczorne porzdki, a e dziecko zaczo co matyjasi, wzia je na 
rce i pohutujc zajrzaa do chorego. 

- Antka ino co patrze! - zakrzyczaa od proga. 
Boryna lea zapatrzony w lampk, dymic nad kominem. 
-Dzisiaj go pucili, Rocho czeka na niego -powtarzaa mu w same uszy, strujc radosnymi 
oczami jego renic, czy pomiarkowa, ale snad i ta nowina nie przedara si do mzgu, 
gdy ani si poruszy, ni spojrza na ni. 

- Moe ju do wsi wchodzi... moe ju... - mylaa wybiegajc co chwila przed dom, a tak 
bya pewna jego powrotu i tak roztrzsiona oczekiwaniem, e przytomno tracia, wybuchaa 
miechem z leda powodu, rozprawiaa ze sob i potaczaa si kiej pijana. Ciemnociom powiadaa 
o swoich nadziejach, nawet bydltkom si zwierzya przy udoju, bych wiedziay, jako 
ich gospodarz wracaj. 
I czekaa z minuty na minut, ale ju ostatkami si i cierpliwoci. 

Noc si ju czynia, wie kada si spa, Jagusia, powrciwszy od matki, zaraz przylega 
w pociel, cay dom wkrtce zasn, a Hanka jeszcze pno w noc warowaa przed domem, 
jae wybita ze si i srodze spakana, pogasiwszy wiata te si pooya. 

Wszystek wiat pogra si w gbokiej cichoci odpoczywania. 

Na wsi gasy wiata jedne po drugim, jak oczy snem przywierane. 

Ksiyc si wtoczy na granatowe, wysokie niebo, gwiezdnym migotem przesiane, i 
wznosi si coraz wyej, lecia kiej ptak wlekcy wskro pustek srebrzyste skrzyda, chmury 
spay kaj niekaj, pozwijane w puszyste, biaawe kby. 

Za na ziemiach wszelkie stworzenie uznojone lego w cichy i sodki sen, jeno ptak jaki 
tu i owdzie piewa rzsiste piosneczki, jeno wody szemray cosik jakby przez sen, a drzewiny, 
pawice si w ksiycowych brzaskach, zadrgay niekiedy, jakby si im dzie marzy, 



czasem pies warkn albo przelatujcy lelek zatrzepa skrzydami, a niskie opary jy z wolna 
i troskliwie przysania pola kieby t ma utrudzon. 

Spod ledwie rozeznanych cian i ze sadw rozchodziy si ciche dychania, ludzie spali na 
powietrzu, powierzajc si z dufnoci nocy. 

I w Borynowej izbie leaa senna cicho, wierszcz jeno strzyka pod kominem i Jagusine 
oddechy trzepay si kiej skrzyda motyle. 

Noc musiaa by ju pna, pierwsze kury zaczy pia, gdy naraz Boryna poruszy si na 
ku jakby przecykajc, wraz te i ksiyc uderzy w szyby i chlusn oblewajc mu twarz 
srebrzystym wrztkiem wiata. 

Przysiad na ku i kiwajc gow a robic usilnie grdyk, chcia cosik powiedzie; ale 
mu jeno zabulgotao w gardzieli. 

Siedzia tak do dugo, rozgldajc si nieprzytomnie, a niekiedy gmerzc palcami we 
wietle, jakby chcc zebra w garcie ow rozmigotan rzek ksiycowych brzaskw, bijc 
mu w oczy. 

- Dnieje... pora... - zamamrota wreszcie, stajc na pododze. 
Wyjrza oknem i jakby si budzi z cikiego snu, zdao mu si, e to ju duy dzie, e 
zaspa, a jakie pilne roboty czekaj na niego... 

-Pora wstawa, pora... - powtarza, egnajc si wielekro razy i zaczynajc pacierz rozglda 
si zarazem za odzieniem, po buty siga, kaj zwyky byy stoi, ale nie nalazszy niczego 
pod rk, zapomnia o wszystkim i bdzi bezradnie rkoma dokoa siebie, pacierz mu 
si rwa, i jeno poniektre sowa mamla bezdwicznie. 
Skotuniy mu si naraz w mzgu wspominki jakich robt, to sprawy dawne, to jakby 
odgosy tego, co si dokoa niego dziao przez cay czas choroby, przesikao to w niego w 
strzpach nikych, w bladych przypomnieniach, w ruchach zatartych jak skiby na ryskach i 
budzio si teraz nagle, kbio w mzgu i na wiat paro, e porywa si co chwila za jakim 
majakiem, lecz nim si go uczepi, ju mu si rozazi w pamici jako te zgnie przdze, i dusza 
mu si chwiaa, kiej pomie nie majcy si czym podsyci. 

Tyle jeno teraz wiedzia, co si moe ni o pierwszej zwienie drzewom poschnitym, e 
pora im przeckn z drtwicy zimowej, pora nabrane chlusty wypuci ze siebie, pora zaszumie 
z wichrami weseln pie ycia, a nie wiedz, e pone s ich nienia i prne poczynania... 


Za czym cokolwiek robi, czyni, jako ten ko po latach chodzenia w kieracie czyni na 
wolnoci, e cigiem si jeno w kko obraca z przywyku. 

Maciej otworzy okno i wyjrza na wiat, zajrza do komory i po dugim namyle pogrzeba 
w kominie, za potem, jak sta, boso i w koszuli, poszed na dwr. 

Drzwi byy wywarte, ca sie zalewao ksiycowe wiato, przed progiem spa apa, 
zwinity w kbek, ale na szelest krokw przebudzi si, zawarcza i poznawszy swojego poszed 
za nim. 

Maciej przystan przed domem i skrobic si w ucho ciko si gowi, jakie go to pilne 
roboty czekaj?... 

Pies radonie skaka mu do piersi, pogadzi go po dawnemu, rozgldajc si frasobliwie 
po wiecie. 

Widno byo jak w dzie, ksiyc wynosi si ju nad chaup, e modry cie zesuwa si 
z biaych cian, wody stawu polnieway kiej lustra, wie leaa w gbokim milczeniu, jedne 
ptaszyska, co si wydzieray zapamitale po gszczach. 

Z naga przypomniao mu si cosik, bo poszed pieszno w podwrze, drzwi wszystkie 
stay otwarte, chopaki chrapay pod cianami stodoy, zajrza do stajni, poklepujc konie, 
jae zaray, potem do krw wsadzi gow, leay rzdem, e ino im zady widniay we wietle; 
to spod szopy zachcia wz wycign, ju nawet porwa za wystajcy dyszel, ale doj




rzawszy byszczcy pug pod chlewami, do niego popieszy i nie doszedszy cakiem zapomnia. 


Stan w porodku podwrza, obracajc si na wszystkie strony, bo mu si wydao, e 
skdci woaj. 

uraw studzienny wynosi si tu przed nim, cie dugi kadc. 

- Czego to? - pyta nasuchujc odpowiedzi. 
Sad, porznity wiatami, jakby zastpi mu drog, srebrzce si licie szemray cosik cichuko. 


- Kto me woa? - myla dotykajc si drzew. 
apa, chodzcy wci przy nim, zaskomla cosik, e przystan, westchn gboko i 
rzek wesoo: 

- Prawda, piesku, pora sia... 
Ale w mig i o tym przepomnia; rozsypywao mu si wszystko w pamici kiej suchy piasek 
w garciach, jeno e wci nowe wspominki popychay go znw gdzie naprzd; mota 
si w one zudy jak to wrzeciono w ni uciekajc wiecznie, a cigiem na jednym miejscu. 

-Juci... pora sia... - powiedzia znowu i ruszy ranie kole szopy opotkami wiedcymi 
na pole, natkn si na brg w nieszczsny, spalony jeszcze zim i ju postawiony teraz na 
nowo. 
Chcia go zrazu wymin, lecz nagle odskoczy, rozwidnio mu si na mgnienie, byskawic 
rzuci si wstecz czasu, wyrywa z pota koek i ujwszy go oburcz kiej widy i z nasroon 
twarz rzuci si na supy, gotowy bi i zabija, lecz nim uderzy co bd, wypuci koek 
bezradnie. 

Za brogiem, od samej drogi a pobok ziemniakw, cign si dugi szmat podorwki, 
przystan przed nim wodzc zdumionymi oczyma. 

Ksiyc ju by w p nieba, ziemie pawiy si w przymglonych brzaskach i leay 
operlone rosami, jakby zasuchane w milczeniu. 

Nieprzenikniona cicho bia z pl, zamglone dale czyy ziemi z niebem, z k pezay 
biaawe tumany i wleky si nad zboami kiej przdze, obtulajc je niby ciepym, wilgotnym 
kouchem. 

Wyrose, zielonawe ciany yta pochylay si nad miedz pod ciarem kosw, zwisajcych 
kieby te rdzawe dzioby pisklt, pszenice szy ju w sup, stay hardo, lnic czarniawymi 
pirami, za owsy i jczmiona, ledwie rozkrzewione, zieleniay kiej ki w powych przesonach 
mgie i wiata. 

Drugie kury ju piay, noc bya pna, pola, pogrone w gboki sen odpoczywania, 
jakby dychay niekiej cichukim chrzstem i jakim echem dziennych zabiegw i trosk - jak 
dycha ma, kiej przylegnie wpord dziecitek, dufnie picych na jej onie... 

Boryna naraz przyklkn na zagonie i j w nastawion koszul nabiera ziemi, niby z 
tego wora zboe naszykowane do siewu, a nagarnwszy tyla, i si ledwie podwign, przeegna 
si, sprbowa rozmachu i pocz obsiewa... 

Przychyli si pod ciarem i z wolna, krok za krokiem szed i tym bogosawicym, pkolistym 
rzutem posiewa ziemi na zagonach. 

apa chodzi za nim, a kiej ptak jaki sposzony zerwa si spod ng, goni przez chwil i 
znowu powraca na sub przy gospodarzu. 

A Boryna, zapatrzony przed si w cay ten urokliwy wiat nocy zwiesnowej, szed zagonami 
cicho, niby widmo bogosawice kadej grudce ziemi, kademu dbu, i sia -sia 
wci, sia niestrudzenie. 

Potyka si o skiby, plta we wyrwach, niekiedy si nawet przewraca, jeno e nic o tym 
nie wiedzia i nic nie czu kromie tej potrzeby guchej a nieprzepartej, bych sia. 
Szed a do kraca pl, a gdy mu ziemi zabrako pod rk, nowej nabiera i sia, a gdy mu 
drog zastpiy kamionki a krze kolczaste, zawraca. 



Odchodzi daleko, e ju ptasie gosy si uryway i kaj w mglistych mrokach zgina 
caa wie, a obejmowao powe, nieprzejrzane morze pl, gin w nich kiej ptak zabkany lub 
kiej dusza odlatujca ze ziemie -i znowu si wyania bliej domw, w krg ptasich wiergotw 
powraca i w krg zamilkych na. chwil trudw czowieczych, jakby wynoszony z nawrotem 
na krawd yjcego wiata przez chrzstliw fal zb... 

- Puszczaj, Kuba, brony a letko! - woa niekiedy niby na parobka. 
I tak przechodzi czas, a on sia niezmordowanie, przystajc jeno niekiedy, bych odpocz 
i koci rozcign, i znowu si bra do tej ponej pracy, do tego trudu na nic, do tych 
zbdnych zabiegw. 

A potem, kiej ju noc dziebko zmtniaa, gwiazdy zblady i kury zaczynay pia przed 
witaniem, zwolnia w robocie, przystawa czciej i zapomniawszy nabiera ziemi pust garci 
sia -jakby ju jeno siebie samego rozsiewa do ostatka na te praojcowe role, wszystkie 
dni przeyte, wszystek ywot czowieczy, ktren by wzi i teraz tym niwom witym powraca 
i Bogu Przedwiecznemu. 

I w on ywota jego por ostatni cosik dziwnego zaczo si dzia: niebo poszarzao kiej 
zgrzebna pachta, ksiyc zaszed, wszelkie wiatoci pogasy, e cay wiat olep nagle i 
zaton w burych skotunionych topielach, a co zgoa niepojtego jakby wstao gdziesik i 
szo cikimi krojcami wskro mrokw, e ziemia zdaa si koleba. 

Przecigy, zowrbny szum powia od borw. 
Zatrzsy si drzewa samotne, deszcz poschnitych lici zaszemra po kosach, zakoysay 
si zboa i trawy, a z niskich, rozdygotanych pl podnis si cichy, trwony, jkliwy gos: 

- Gospodarzu! Gospodarzu! 
Zielone pira jczmion trzsy si jakby w paczu i gorcymi caunkami przylegay do jego 
ng utrudzonych. 

-Gospodarzu! -zday si skamle yta zastpujce mu drog i trzsy rosistym gradem 
ez. Jakie ptaki zakrzyczay aonie. Wiater zaka mu nad gow. Mgy owijay go w mokr 
przdz, a gosy wci rosy, olbrzymiay, ze wszystkich stron biy jkliwie, nieprzerwanie: 
- Gospodarzu! Gospodarzu! 
Dosysza wreszcie, e rozgldajc si woa cicho: 
- Dy jestem, czego? co?... 
Przygucho naraz dokoa, dopiero kiej znowu ruszy posiewa ocia ju i pust doni, 
ziemia przemwia w jeden chr ogromny: 

- Ostacie! Ostacie z nami! Ostacie!... 
Przystan zdumiony, zdao mu si, e wszystko ruszyo naprzeciw, pezay trawy, pyny 
rozkoysane zboa, opasyway go zagony, cay wiat si podnosi i wali na niego, e 
strach go porwa, chcia krzycze, ale gosu ju nie wydoby ze cinitej gardzieli, chcia 
ucieka, zabrako mu si i ziemia chwycia za nogi, pltay go zboa, przytrzymyway bruzdy, 
apay twarde skiby, wygraay drzewa zastpujce drog, rway osty, raniy kamienie, goni 
zy wiater, bkaa noc i te gosy, bijce caym wiatem: 

-Ostacie! Ostacie! 

Zmartwia naraz, wszystko przycicho i stano w miejscu, byskawica otworzya mu 
oczy z pomroki miertelnej, niebo si rozwaro przed nim, a tam w jasnociach olepiajcych 
Bg Ociec, siedzcy na tronie ze snopw, wyciga ku niemu rce i rzecze dobrotliwie: 

- Pdzie, duszko czowiecza, do mnie. Pdzie, utrudzony parobku... 
Zachwia si Boryna, roztworzy rce, jak w czas Podniesienia: 
- Panie Boe zapa! - odrzek i run na twarz przed tym Majestatem Przenajwitszym. 
Pad i pomar w onej aski Paskiej godzinie. 
wit si nad nim uczyni, a apa wy dugo i aonie... 


TOM CZWARTY: LATO 




ROZDZIA 1 


I tak si ano byo zmaro Maciejowi Borynie. 

Za w chaupie zaspali dziebko z powodu niedzieli, jae dopiero apa przebudzi ich 
szczekaniem, bo tak ujada, tak wy, tak ciska si do drzwi, a kiej mu otworzyli, tak szarpa 
za przyodziewy i wylatywa obzierajc si, czy za nim lec, e Hank jakby cosik tkno. 

- Wyjrzyj no, Jzka, czego ten pies chce. 
Poleciaa za nim w dobrej myle, swywolc po drodze. 
Doprowadzi j do ojcowego trupa. 
Wrzask ci straszny podniosa, zbiegli si wnet wszyscy na pole do starego, ale ju cakiem 
widzia si by zeskrzytwiaym, lea na twarzy, jak by pad w skonania czasie, a roz


krzyowany kieby w tym ostatnim dusznym i gorcym pacierzu. 

Zniesiono go do chaupy, probujc jeszcze ratowa. 

Ale na darmo poszy starunki, prne ju byy wszelakie pomoce i zabiegi, trup ci to by 
jeno, zimny trup czowieczy. 

Srogi lament powsta w chaupie, Hanka rozkrzyczaa si wniebogosy, Jzka z rykiem 
tuka si o ciany, Witek bucza wraz z dziemi, nawet apa wy i szczeka w opotkach, tylko 
jeden Pietrek, co si by pokrci tu i owdzie, wyjrza na soce i spa poszed do stajni. 

A Maciej lea na swoim ku, rozcignity i sztywny, z rozdziawion i uwalan w ziemi 
gb, podobien zgoa do zeschej na socu grudy ziemi lebo pnia sprchniaego; w zesztywniaych 
garciach zaciska piach; za oczy otwarte szeroko patrzyy z takim zachwyceniem, 
a tak kaj daleko, jakoby w niebo ju na cieaj wywarte. 

Ale taka straszna groza mierci bia od niego i taka przejmujca luto, jae go pacht 
przykryli. 

e za w mig roznieso si po wsi, to ledwie co soce wynieso si chyla tyla nad chaupy, 
a ju ludzie lecieli na przewiady; raz po raz wchodzi ktosik, unosi pachty, zaziera mu w 
oczy, przyklka i pacierz mwi, za drudzy amic rozpacznie rce przystawali w aobnej 
cichoci, do cna w sobie struchleli z onej Boej przemocy nad czowiekowym ywotem. 

Jeno te aosne lamenty sierot nie cichay ani na chwil, roznoszc si na ca wie. 

Dopiero kiej Jambro nadszed, wypdzi wszystkich przed dom, a izb zamkn, by wesp 
z Jagustynk i Jagat, ktra si bya przywleka z tym ochfiarnym pacierzem, wzi si 
do obrzdzania umarlaka. Ochotnie on to zawdy robi i z niemaymi przekpinkami, ale dzisia 
byo mu czego na sercu ciko. 

-Tyla ano czowieczej szczliwoci! -mamrota rozdziewajc zmarego. - Kostucha, 
kiej si jej spodoba, uapi ci za grdyk, pranie w pysk, zadrzesz giry na ksi꿹 obor i 
oprzej si! 
Nawet Jagustynka bya jaka markotna, bo wyrzeka aonie: 

- Tyra si jeno chudziaczek po wiecie, to lepiej, co i pomar. 
- A juci, bo mu to jaka krzywda bya! 
- Ale i dobroci te nay niewiela. 
-Kt to jej zaywa do syta! Coby najwikszy dziedzic, coby nawet sam krl, a kopota, 
a zabiega, a cierzpia bdzie. 
- Tyle jeno byo jego, co godu nie zazna a chodu. 
- Co to gd, matko. Turbacje gryz barzej wszystkiego. 
-Prawda, czym to sama nie praktyk! A jemu Jagusia zapiekaa do ywego misa, dzieci 
te nie aoway. 

-Dzieci mia dobre i nijakiej krzywdy od nich nie zazna -wtrcia Jagata przerywajc 
gone mody. 


-Pilnujcie lepiej pacierza. Hale, aocie wyciga za nieboszczyka, a uszw dobrze nadstawia 
na nowinki - warkna Jagustynka. 
- Bo ze dzieci tak by si nie biadoliy. Posuchajcie ano... 
-Bych si waju tylachna ostao po kim, to bycie si do sidmego potu wydzierali nie 
aujc gardzieli. 
- Cichajta! Jagusia biey! - przyciszy Jambro. 
Jagu wnet wpada do izby i stana w porodku kiej wryta, nie mogc wykrztusi ani 
sowa. 
Wanie byli Macieja przyodziewali w czyst koszul. 

-Pomarli! -jkna wreszcie wtapiajc w niego zestrachane, nieprzytomne oczy. Strach 
j chyci za gardo i serce jakby si zakrzepo na ld, e ledwie dycha poredzia. 
- Nie wiedzielicie to? - pyta Jambro agodnie. 
-U matki spaam, a Witek co ino przylecia powiedzie. Nie yje to naprawd? -zapytaa 
nagle, przystpujc do niego. 

- Juci, co nie do lubu go rychtujem, a jeno do trumny. 
Nie moga jeszcze zrozumie, wspara si o cian, gdy si jej widziao, jakoby j morzy 
ciki pik i zmora dusia, a ona nie poredzi si przebudzi, jeno si kala caa w potach i 
w mce strachu. I co troch wychodzia z izby i powracaa nie mogc oderwa oczw od trupa, 
i co troch zrywaa si kaj ucieka, a ostawaa, i co troch leciaa za dom, na przeaz i nic 
nie widzcy patrzya po polach albo siadaa na przybie wpodle Jzki, ktra buczaa drc 
wosy i krzyczc aonie: 

- O mj tatulu jedyny! O mj tatulu! 
Juci, co wszystko obejcie i dom pene byy tych paczw i lamentliwych szlocha, a 
ona tylko jedna, chocia si w niej trzsa kada kosteczka i jakie cikie bolenie spierao pod 
piersiami, nie pucia ni jednej zy, nie poredzia krzycze, a jeno chodzia bdna, wiecc 
oczami zapiekymi w zgrozie. 

Szczciem, e Hanka wrychle si opamitaa i chocia jeszczech popakujcy, a ju dawaa 
baczenie na wszystko i rzdzia jak zwykle, e kiej przylecieli kowalowie, cakiem bya 
ostyga. 

Magda wybuchna paczem, a jeno kowal rozpytywa. 
Opowiedziaa po porzdku, jak si to stao. 


- Dobrze, co mu Pan Jezus da lekk mier! - szepn. 
- Tylachna wycierzpia, to mu si naleaa. 
- Chudziaszek, na pole jae ucieka przed kostuch! 
- A z wieczora zagldaam do niego, to lea se cicho jak zawdy. 
-I nie przemwi, co? - pyta trc suche oczy. 
- Ani tego sowa, ogarnam mu pierzyn, daam pi i poszam. 
-I sam wsta! Moe by jeszczech nie pomarli, eby go kto pilnowa -jkna Magda 
przez gbokie szlochania. 

- Jagusia sypiaa u matki, bo stara ciko chora, zawdy tak. 
-Tak ju miao by, to i tak si stao! Tyla si nachorza, jake, to wicej nili kwarta! 
A komu nie do zdrowia, to lepsza prdka mier. Trza Panu Bogu dzikowa, co si ju nie 
morduje - wyrzek. 

- Juci, a sami wiecie, co to zrazu kosztoway dochtory, co leki, a na nic poszo wszystko. 
- Bo jak kto na mier chory, temu nie pomog dochtory. 
- Taki gospodarz, taki mdrala, mj Jezu! - biadolia Magda. 
- A mnie jeno al, co Antek nie zdy do ywego. 
- Nie dzieciuch, to paka nie bdzie. O pochowku pilniej pomyle. 
- Prawda, a tu jakby na zo i Rocha nie ma. 
- Poredzimy se sami. Nie frasujcie si, ju ja wszystko wyrychtuj. 


Odpowiada kowal, ktren chocia twarz pokazywa frasobliw, a w sobie cosik drugiego 
tai, gdy niby to wzdycha, niby to aowa i zy obciera, a w oczy nie patrzy. Wzi si 
Jambroowi pomaga i ubiery ojcowe szykowa, a dugo myszkowa w komorze pomidzy 
motkami przdzy i w rupieciach, to po ktach szuka, to jae na gr wazi niby to po buty, 
ktre tam wisiay. Wzdycha jucha kiej miech, pacierze trzepa goniej nili Jagata i wypomina 
dobrocie nieboszczyka, ale oczy mu cigien szukay czego po izbie, a same rce lazy 
pod poduszki lebo we somie ka chciwie bobroway. 

A Jagustynka ozwaa si kliwie: 

- Bycie tam czego uschnitego nie naleli... a najdziecie, to trzymajcie, bo waju uciecze 
z garci, lizgie... 
-Kogo nie piecze, temu nie uciecze! -mrukn i ju szuka otwarcie, kaj jeno mg, nawet 
nie baczc na organistowego Michaa, ktren przylecia zziajany po Jambroa. 
- Chodcie do kocioa, przywieli do chrztw czworo dzieci. 
- Niech poczekaj, nie ostawi rozbabranego. 
- Wyrcz was, idcie, Jambroy - namawia kowal, jakby chcc si go pozby. 
-Ochfiarowaem si, to i zrobi. Nieprdko trafi mi si drugi taki gospodarz. Zrb w kociele, 
co potrza, Micha, wyrcz mnie, a niech chrzestni otarz obejd z zapalonymi wiecami, 
to ci grosz jaki kapnie. Na organist si uczy, a przy gupim chrzcie jeszcze usuy nie 
poredzi - ozwa si za nim wzgardliwie. 
Hanka przywieda Mateusza, bych wzi miar na trumn. 

-Jeno mu domowiny nie auj, niechta chudziak rozeprze si choby po mierci -powiedzia 
Jambro smutnie. 
-Mj Jezu, za ycia to ciasno mu byo i na wkach, a teraz i we czterech deskach si 
zmieci - szepna Jagustynka, za Jagata przerywajc pacierze jkaa paczliwie: 
-Gospodarzem se by, to i gospodarski pochwek mia bdzie, a biedny czowiek to nawet 
nie wie, pod jakim potem t ostatni par puci. Bych ci wiato wiekuista! Bych ci... zaniesa 
si znowu. 
A Mateusz jeno gow pokiwa, odmierzy trupa, pacierz zmwi i wyszed, a chocia to 
bya niedziela, zabra si wnet do roboty; wszelaki porzdek stolarski znajdowa si w chaupie, 
a suche dbowe deski ju z dawna na grze czekay. 

Wnet ci wyrychtowa warsztat w sadzie i robi poganiajc ostro Pietrka przysanego mu 
do pomocy. 

Dzie si ju by wynis dawno, soce wiecio wesoe i palce, e gorc zaraz od niadania 
j przypieka galancie; jae wszystkie sady i pola jakby si z wolna pogray w tym 
rozbekotanym, biaawym wrztku rozpraonego powietrza. 

Pomdlae drzewiny poruchiway niekiej listkami, kieby tym skrzydem ptak toncy w 
spiekocie, witeczna cicho obja ca wie, jedne jaskki, co wiegoliy zajadlej migajc 
nad stawem kiej oszalae, za po drogach w szarych tumanach kurzawy jy turkota wozy i 
ludzie ze wsi pobliskich cigali ku kocioowi, e co troch ktosik zwalnia koni lub przystawa 
przed Borynami, kaj siedziaa rozpakana rodzina, pochwali Boga i westchn aonie, 
zazierajc do rodka przez wywarte drzwi a okna. 

Jambro uwija si i pieszy a do potu z obrzdzaniem umarego, ju byli ko wynieli 
do sadu i pociele porozwieszali po potach, gdy j woa na Hank, aby przyniesa jaowcowych 
jagd do wykadzenia izby. 

Jeno nie dosyszaa i ocierajc te jakie ostatnie zy, co same skapyway, cigiem ju patrzya 
na drog, spodziewajc si leda chwila Antka. 
Godziny jednak przechodziy, a jego nie byo, w kocu chciaa ju posya do miasta 
Pietrka na przewiady. 

-Konia jeno zmacha i niczego si nie przewie... juci - tumaczy Bylica, ktren by wanie 
nadszed z Weronk. 


- Przeciech urzda cosik wiedz? 
-Juci... wiedz... ale raz, co dzisia zamknite, bo niedziela, za po drugie, co si przez 
smarowania nikaj nie docinie. 
-Dy ju nie wstrzymam -skarya si przed siostr. 

- Jeszcze si nim nacieszycie, jeszcze si wama da we znaki - sykn kowal pogldajc na 
Jagusi, siedzc pod cian. 
- By ci ten zy ozr skocza - mrukna. 
-Po dybkach ci꿹 kulasy, to nieacno popiesza -dorzuci urgliwie, zelony daremnym 
poszukiwaniem pienidzy. 

Nie odrzeka, wygldajc znowu na drog. 

Wanie przedzwaniali na sum i Jambro zbiera si do kocioa, przykazujc Witkowi 
wysmarowanie sadem Borynowych butw, gdy si tak zeschy, co nie sposb byo wzu mu 
je na nogi. 

Kowal wraz z Mateuszem ponieli si kaj na wie, a Weronka zabrawszy ojca i Hanczyne 
dzieci te posza, w chaupie ostay si jeno same kobiety i Witek, ktren ocigliwie smarowa 
buty, sielnie je nagrzewajc przed kominem, a co troch lecia spojrze na gospodarza 
lub na Jzk chlipic coraz ciszej. 

Na drogach usta wszelki ruch, ludzie ju przeszli do kocioa, za u Borynw zrobio si 
cakiem cicho, tyle jeno, co przez wywarte drzwi a okna gos Jagaty, odmawiajcej litani za 
umarego, roznosi si kiej to ptasie wierkanie wraz z kbami jaowcowego dymu, jakim 
Jagustynka wykadzaa izby i sienie. 

Pokrtce i naboestwo snad si rozpoczo, gdy od kocioa jy si rozkra w 
przypoudniowej cichoci piewy a organowe granie tym jakim grnym, dalekim, a sodkim 
trzepotem. 

Hanka, nie mogc sobie nikaj nale miejsca, posza jae na przeaz, bych odmwi pacierze. 


-I pomarli se ano, pomarli! -rozmylaa aonie, przesuwajc ziarna raca, ale pacierz 
jeno niekiedy przychodzi na wargi, bo w gowie i sercu miaa jakoby ten kotun zwity 
zmyle przernych a stracha niemaych. 
-Trzydzieci dwie morgi, a paniki, a las, a budynki, a lewentarze, tylachne gospodarstwo! 
- westchna ogarniajc z luboci szerokie pola i ten cay wiat Boy. 
-eby tak pospaca i osta na wszystkim! By, jak ociec byli! - Pycha j rozpara z naga, 
hardo spojrzaa w samo soce, przemiechna si znaczco i z sercem penym sodkich 
nadziei ja szepta sowa raca. 

-Ale od pwczka nie ustpi; p chaupy te moje i tych krw mlecznych nie popuszcz 
z garci - wyrzeka nieco alnie. 
Zamodlia si znowu na dug chwil, powczc rozezawionymi oczami po ziemiach, 
stojcych we socu kieby w tej zotawej przyodziewie; wykoszone, bujne yta gmeray 
rdzawymi wisiorami, czarniawe jczmiona polnieway kiej ta woda gboka, za jasnozielone 
owsy, gsto przerose t ognich, pawiy si trzepotliwie w cichym, nagrzanym powietrzu. 
Jaki ptak wielgachny way si nad rozkwit koniczyn, co niby okrwawiona chusta 
leaa na skonie wyni. Kaj niekaj boby tysicami biaych lepiw stroway przy ziemniakach, 
a tu i owdzie na dokach lny niebieciy si bledziukim kwiatem, niby te przymruone 
od blaskw dzieciskie oczy. 

Bardzo cudnie byo na wiecie, soce ogrzewao coraz barzej i ciepo, sycone zapachem 
kwiatw, co tliy si nieprzeliczone we zboach i wszdy, zwiewao z pl tak lub, ywic 
moc, jae dusze rozpierao radoci i same zy cisny si do oczw. 

- wita ty i rodzona! wita - wyrzeka pochylajc gow. 
Sygnaturka zawiergotaa w powietrzu kiej ten ptaszek. 


-Za Twoj to spraw wszyko na wiecie, mj Jezu kochany! Za Twoj! - szepna gorco 
bierc si z powrotem do pacierza. 

Kaj w pobliu cosik zatrzeszczao, obejrzaa si uwanie; pod winiami o pot pleciony 
wsparta stojaa Jagusia, jako smutnie wzdychajca. 

-e to ni minuty spokoju! -zabiadaa Hanka, gdy przypominki chlasny j kiej te parzce 
pokrzywy. -Prawda, dy ona ma zapis! -przypomniaa sobie. -Cae sze morgw! 
Zodziejka jedna! - A j w doku sparo ze zoci. Odwrcia si plecami, jeno co ju nie poredzia 
zebra si na modlitw, bo dawne urazy i ale opady j kiej te ze, rozszczekane psy. 
Poudnie ju przechodzio, chude cienie jy wypeza spod drzew i domw, a we zboach, 
co si dziebko koniy za socem, zagray z cicha koniki polne, bk te kaj niekaj 
zahucza i przepirki odzyway si po swojemu. 

Ale upa wzmaga si coraz barzej i pray ju niemiosiernie. 

Suma si wnet skoczya i nad stawem jy gsto przysiada kobiety do zezuwania trzewikw, 
za drogi tak si zamrowiy ludmi, wozami a gwarem, e Hanka piesznie powrcia 
do chaupy. 

Boryna ju by cakiem wyrychtowany. 

Lea w porodku izby, na szerokiej awie, nakrytej pacht i obstawionej poncymi 
wiecami, juci, co wymyty by, wyczesany i ogolony do czysta, jeno na policzku mia dug 
zadr od Jambroowej brzytwy, zalepion papierem. Ubier te mia wdziany co najlepszy: 
bia kapot, ktr se by sprawi na lub z Jagusi, portki pasiate i buty prawie cakiem nowe. 

W spracowanych, wyschych rkach trzyma obrazik Czstochowskiej, pod aw staa 
balia z wod, bych przechadza powietrze, za na glinianych pokrywach dymiy jaowcowe 
jagody zapeniajc izb kieby t mg modraw, w ktrej wynosi si straszliwy majestat 
mierci. 

I lea se tak paradnie w onej trupiej cichoci Maciej Boryna, czek sprawiedliwy i mdry, 
chrzecijan prawy, gospodarz z dziada pradziada i pierwszy bogacz we wsi. 

Pod dachem ojcw przyoy se po raz ostatni gowin strudzon; kiej ten ptak na wyraju, 
nim wemie lot podniebny, a poniesie si tam, kaj od wiek wieka wszystkie odlatuj. 

Gotowy ci ju by do poegna znajomkw a powinowatych i gotowy do onej drogi dalekiej. 


Ju mu si ano dusza korzya przed sdem Paskim, a jeno ten jego trup lichy, ta czowiecza 
zewoka, prna ywicego dechu, leaa jakby przemiechajc si leciuko wrd 
wiate, dymw i modw nieustannych. 

A ludzie szli ju a szli tym cigiem nieskoczonym; kto wzdycha aonie, kto si bi w 
piersi i modli gorco, kto za medytowa kiwajc smutnie gow i obcierajc t cik, aln 
z, e szmer pacierzy, ciszone szlochy i pogwary wzdychliwe trzsy si kiej te przejmujce 
sipania deszczw jesiennych. A ludzie wchodzili i wychodzili bez przerwy; szli gospodarze i 
komornicy, szy kobiety i dzieuchy, szli starzy i modzi, cae Lipce toczyy si w izbie i w 
sieniach, za do okien cisno si tyla dzieci i tak swywoliy, jae Witek nie poredzc ich rozegna 
poszczu psem, ale apa go nie posucha, trzyma si dzisiaj Jzki, a niekiedy biega 
dokoa chaupy i wy kiej ten gupi. 

Nad ca wsi zaciya ta mier Borynowa; dzie by przeciek liczny, rozsoneczniony, 
pachncy zwiesn i luby, e nie wypowiedzie, a dziwny smutek owiewa chaupy i dziwna 
cicho zalega wszystkie drogi. Ludzie chodzili osowiali, markotni a srodze strapieni, 
kady jeno wzdycha aonie, rozwodzi rce i zadumywa si nad czowiecz smutn dol. 

Wielu, ktrzy yli z nieboszczykiem w przyjacielstwie, ostao przed chaup, kaj ju poniektre 
gospodynie pocieszay Hank, Magd i Jzk, poczciwie popakujc wraz z nimi, a 
sielnie si wyalajc, nad sierotami. 

Jeno do Jagusi nikto nie przystpowa z tym dobrym, pocieszajcym sowem, juci, co ta 
bya niegodna uala si nad sob, ale zawdy tak j zabolao to opuszczenie, e ucieka do 



sadu i zaszywszy si w gstw, siedziaa tam cae godziny nasuchujc jeno Mateuszowej 
roboty kole trumny. 

- e to si jeszcze mie pokazywa na oczy! - sykna za ni wjtowa. 
- Poniechajcie! Nie pora na takie wypominki! - wyrzeka ktra. 
-I niech j tam Pan Jezus sdzi - dodaa Hanka agodnie. 
-Wjt ta wasze docinki dobrze jej wynadgrodzi!- zamia si kowal. Szczciem, e 
przysali po niego od mynarza, gdy wjtowa rozczapierzaa si kiej indyczka, gotowa zrobi 
ktni. 
Kowal jeno gruchn rechoccym miechem i polecia, a one ostay, pogadujc ju mao 
wiele o rnociach, a coraz ciszej i senniej, jakby z tych cikich turbacji albo samego gorca, 
co ju doskwierao zgoa nie do zniesienia. Parno si przy tym robio i dziwnie duszno, nie 
powia wiater bych najlejszy, e ni jeden listek i ni jedno dbo si nie zaruchao, a chocia 
przeszo ju spory kawa czasu od poudnia; to jednak soneczny war la si jeszcze ywym 
ogniem i tak przypieka, jae ciany pakay ywic i widy pomdlae chwasty i kwiaty. 

Ryk si naraz wydar przecigy i tskliwy; jaki chop prowadzi krow po drugiej stronie 
stawu. 

-Pewnikiem do ksiego byka! -ozwaa si Poszkowa gonic oczami krow, szarpic 
si na postronku. 
-Mynarz do niego jeszczek lepiej ryczy, jeno co przez zo! - podja Jagustynka, ale 
adnej ju si nie chciao mwi. 
Siedziay rozczapierzone kieby te kwoki w piasku, ledwie ju dyszc z gorca. Rozbiera 
je upa, cicho i ten pakliwy, nieustajcy gos Jagaty modlcej si przy umarym. 
Dopiero kiej przedzwonili na nieszpory, rozeszy si do domw, a Hanka posaa za kowalem, 
bych szed z ni do proboszcza ugodzi si o pogrzeb ojcowy. 
Witek rycho powrci, ale sam. 

-Hale, kiej si bojaem przystpi, bo Micha se siedz z dziedzicem u mynarza i pij 
arbate - powiada zziajany. 
- Z dziedzicem? 
-A juci, przeciek go znam! Arbate se pij i placek pojadaj, dobrze widziaem. A ogiery 
stoj w cieniu i jeno kulasami przebieraj. 
Zdziwia si temu, ale po nieszporach, nie doczekawszy si kowala, ogarna si witecznie 
i posza z Magd na plebani. 
Proboszcza nie byo na pokojach, cho wszystkie drzwi i okna stay powywierane; przysiady 
czeka, ale po jakim czasie dziewka powiedziaa, e ksidz w podwrzu i kaza je 
zawoa. 

Siedzia se w cieniu pod potem, a w porodku podwrza, kole niezgorszej krowiny, ktr 
chop trzyma krtko na postronku, krci si z rykiem tgi, srokaty byk, e ledwie go parob 
utrzyma na acuchu. 

- Walek! Poczekaj jeszcze, niech nabierze wikszej ochoty! - krzykn proboszcz i wycierajc 
spocon ysin, przywoa do siebie kobiety i j wypytywa o wszystko, pociesza i 
krzepi miosiernie, a kiej go zagadny o pogrzeb i koszty; przerwa im ostro i niecierpliwie: 
-O tym potem. Nie zdzieram skry z ludzi. Maciej by pierwszym we wsi gospodarzem, 
to i pogrzeb musi mie nie lada jaki. No, mwi, nie lada jaki! -powtrzy gronie, po swojemu. 
Za nogi jeno go obapiy, nie miejc si ju w niczym przeciwi. 

-Ja wam tu dam! Widzicie ich, zbereniki! -krzykn na organiciakw, zazierajcych 
spoza potw. - C, jak si wam podoba mj byczek, he? 
- licznoci! Lepszy od mynarzowego! - przytakiwaa Hanka. 


-Tak mu do mojego, jak wou do karety! Przyjrzyjcie mu si! -podprowadzi je bliej, 
klepic z luboci byka, ktren rwa si ju do krowy jak wcieky. -Co za kark! A jaki 
grzbiet, jakie to ma piersi! Smok, nie byk! - woa, jae przysapujc z radoci. 
- Juci, jeszczem takiego nie widziaa. 
- He, prawda! Czysty holender, trzysta rubli kosztuje. 
- Tylachna pienidzy! - dziwoway si zdumione. 
-Ani grosza mniej! Walek, puszczaj go... ostronie ino, bo krowa nietga... Od jednego 
razu pokryje... Pewnie, e drogi, ale bior tylko po rublu i dwadziecia groszy postronkowego, 
eby si Lipce dochoway porzdnych krw. Mynarz si gniewa na mnie, ale ju mi obmierzy 
te koty, jakie macie po jego stadniku. Trzymaje, gapo, krow przy samym pysku, bo 
ci si wyrwie! -wrzasn na chopa. - No, to idcie z Bogiem -zwrci si do kobiet, widzc, 
e przywstydzone odwracay si dziebko na stron. - A jutro eksporta do kocioa! -woa 
jeszcze za nimi, biorc si pomaga chopu, e to krowy nie mg utrzyma. 
-Podzikujesz ty mi za ciel, bdzie, jakiego jeszcze nie widzia. Walek, a przeprowad 
go, niech si przechodzi, chocia co tam takiemu smokowi znaczy jedna mucha! -przechwala. 
Kobiety za poszy do organisty, bo to i z nim te byo trza si godzi z osobna o pogrzeb, 
ale e organicina przyja je kaw, przy ktrej si nieco zagwarzyy, to byo pod sam 
zachd, i ju bydo spdzali z pastwisk, kiej powrciy do chaupy. 

Przed gankiem stoja pan Jacek z Mateuszem i pykajc fajeczk godzi go do rznicia 
drzewa na Stachow chaup. 
Mateusz jako nie bardzo by rad, bo si wykrca. 

-Drzewo porzn, niewielka obrada, ale czy chaup postawi, a bo ja wiem?... Moe kaj 
we wiat pjd... Cni mi si ju we wsi... Bo ja wiem, co poczn... -mwi spogldajc na 
Jagusi, dojc krow pod obor. -Z rana skocz trumn, to si jeszcze rozmwimy - dokoczy 
prdko i poszed. 
A pan Jacek wszed do nieboszczyka i mwi dugi, serdeczny pacierz obcierajc rzsiste 
zy. 

-By chocia synowie wdali si w niego - wyrzek potem do Hanki. - Dobry to by czowiek 
i prawy Polak. By z nami w powstaniu, przysta do partii dobrowolnie i gnatw nie aowa. 
Widziaem go przy robocie. A zmarnowa si przez nas... Przeklestwo ciy nad nami... 
- gada jakby do siebie, a chocia nie rozumiaa wszystkiego, to jednak z wdzicznoci 
za dobre sowa wspominek podja go za nogi. 
-Dajcie spokj! Takim czowiek jak i wy! -zakrzycza gniewnie. - Gupia! dziedzic nie 
wity! - popatrzy jeszcze na Boryn, zapali od wiecy fajeczk i wyszed nie odpowiadajc 
na powitanie kowala, ktren by wanie wchodzi do sieni. 
-Co harny dzisiaj! Dziadak jucha! -rzek za nim z przeksem, ale e by jaki rozradowany, 
to przysiad do ony i j szepta. -Dobra nasza! Wiesz, Magdu, dziedzic szuka zgody 
ze wsi. Namawia, cobym mu pomaga. Juci, co musi si nam dobrze okroi. Jeno ani mrumru, 
kobieto, o wielgie rzeczy idzie. 

Zajrza do zmarego, pokrci si tu i owdzie i na wie polecia, wycigajc chopw do 
karczmy na narad. 

Zmierzch si ju by czyni, zorze ostygy kiej te ordzewiae blachy przysypywane popioem, 
e jeno niekaj co si ta wiecia jaka chmurka nabrana zocist wiatoci zachodu. 

A kiej si ju do cna zrobi wieczr i pokoczyli gospodarskie obrzdki, to caa rodzina 
znowu si zebraa przy zmarym. U Borynowego wezgowia byo coraz widniej od wiec jarzcych, 
Jambro raz po raz obcina knoty i piewa z ksiki, a za nim powtarzali wszystkie, 
popakujc niekiej na przemian i biadolc. 

Drudzy za, ssiedzi, e w izbie byo ciasno i zaduch, to przyklkali na dworze, pod 
oknami i cignli t dug i aosn nut litanii, jae si widziao, co wszystek sad piewa. 



Noc si z wolna cigaa na wiat, wic ju do cna przycicho, gdzie spa si kadli, po 
sadach bieliy si pociele i chaupy gasy jedna po drugiej, jeno co kokoty piay jako niespokojnie, 
a taka parna i duszna cicho stana, jakby si miao na odmian. 

Do pna w noc piewali przy Borynie, a kiej si rozeszli, osta jeno Jambro i Jagata, 
bych ju czuwa do rana. 

I piewali zrazu rozgonie, alej kiej usta wszelki ruch i zwalia si niezgbiona cisza 
nocy, wnet j ich morzy pik, tgo wodzc za by, e wycigali coraz ciszej i mamrotliwiej, 
nie przecykajc nawet wtedy, kiej apa przychodzi i z cicha skamlcy polizywa nasadlone 
buty nieboszczyka. 

Prawie o samym pnocku gsta ma przywalia ziemi, pogasy gwiazdy, schmurzyo si 
cakiem i jakby jeszcze barzej cicho, e tylko niekiedy zatrzso si jakie drzewo i posypa 
si cichuki, lkliwy szmer albo wydar siej skdci gos jaki dziwny, ni to krzyk, ni to huk, 
ni to woanie dalekie, i przepada te nie wiadomo kaj... 

Wie leaa w gbokim piku i jakby na samym dnie ciemnicy, tylko jedna Borynowa 
izba wiecia blado w tej mrocznej topieli, a przez wywarte okna widnia Maciej lecy wrd 
tych wiate, owiany dymami kadzide niby tym modrawym obokiem. Jambro z Jagat, 
wsparszy si o niego gowami, zadrzemali ju na dobre, chrapic, jae si rozlegao. 

Za ta letnia, krtka noc przechodzia szybko, jakby si jej kaj pieszyo zdy, nim 
pierwsze kury zapiej, wiece te dopalay si posobnie i gasy niby te oczy strudzone patrzeniem 
w umarego, i na witaniu ostaa jeno co najgrubsza, migocc si kiej to zote ostrze. 

A szary, przemglony wit, zwlkszy si leniwie z pl, zajrza do izby, prosto w Borynow 
twarz, ktra jakby si dziebko oywia, jakby si budzi z cikiego snu i nasuchujc 
tych pierwszych wiergota po gniazdach, patrza skro poczerniaych powiek w dalekie jeszcze 
zorze wschodw. 

wit ju gstnia roztrzsajc si kieby ta zamie niegowa. 

Niebo zajaniao jak ptno na bielnikach, gdy je soce przygrzeje, z pl powiao chodem, 
staw westchn kolebic si sennie, a spod mrocznych prchnic nocy jawiy si obrazy 
borw, kieby te czarne chmury wynoszce si ze ziemi, za poniektre drzewiny, samotnie 
stojce, puszyy si czubami w rozbielonym powietrzu niby pki czarnych pir; ju nawet 
przylecia pierwszy wiater, zatarmosi sadami i j przedmuchiwa we pice pod przybami. 

Ale jeszcze mao kto przeckn i ozwiera oczy. W sodkim dopiku leao wszystko lenic 
si dziebko, jak to zwyczajnie bywa po wicie czy jarmarku. 

A wrychle i sam dzie si podnis, jeno co jaki mgawy i smutny, soca jeszcze nie 
byo, ale skowronki ju przedzwaniay swoje pacierze, goniej zabekotay wody i poruszyy 
si zboa bijc chrzstliwymi kosami o miedze i drogi, ju niegdzie po zagrodach rway si 
tskliwe beki owiec, kaj znowu jazgotliwie zaggay gsi, to koguty si wydzieray rozgonie, 
gdzie nawet woania si rozlegay, skrzypy wrtni, koskie renia, ruch i skrzt wstawa, 
e caa wie si budzia imajc si z wolna pracy codziennej, jeno u Borynw wci 
byo jeszcze cicho i spokojnie. 

Zaspali ano z onych smutkw i cikich turbacji, jae na dwr roznosiy si chrapania. 

Wiater bucha co troch w otwarte drzwi a okna i tuk si po izbach wiszczc przecigle 
i na darmo rozwiewa nieboszczykowi wosy i targa wiatem ostatniej wiecy. 

Nie poruszy si juci Boryna, nie przeckn, nie porwa si do roboty ni drugich do niej 
zapdza, lea se martwy, cichy, na kamie ju zakrzepy i na wszystko ju guchy. 

Wiatr ju z niema moc zawia i rymn w sad, e wszystko wok jo si chwia, 
szeleci, trzcha, koysa i jakby zaglda w Borynow sin twarz; patrzy w niego dzie 
mgawy, zaglday rozchwiane drzewa, za one wysmuke, gibkie malwy kiej dzieuchy chyliy 
si przez okna w pokonach gbokich, a ze dworu raz po raz wpadaa z brzkiem 
pszczoa, to motyl lecia wprost na wiato, to jaskka zbdzia wiergocc lkliwie, to nie




sy si muchy, przypezay uczki i wszelaki Boy stwr, a wraz z nimi spywa do izby cichy 
brzk i szum, i trzepot, i wierkania, kieby ten jeden gos ywej, serdecznej aoci: 

- Pomar! Pomar! Pomar! 
I co jeno yo, trzso si, kao i zanosio, jakby w przytumionym; srogim lamencie; a 
cicho z naga i trwonie, wiater usta, wszystko przytaio dech i pado na twarz w proch 
ziemi, bo oto ze witowych szaroci wzeszo soce czerwone i ogromne, wynieso si nad 
wiat, ogarno go wadnym, ywicym okiem i skryo si w skotunione chmurzyska. 

Poszarzao na wiecie, a nie wyszo i Zdrowa, j sypa drobny, ciepy deszcz rzsistymi 
kroplami, e wnet wszystkie pola i sady rozdzwoniy si sypkim, nieustajcym szmerem. 

Ochodo znacznie, zapachniay drogi, ptaki zaczy piewa z caej mocy, a w tej szarej, 
rozdrganej kurzawie, jaka przysonia wiat, piy spragnione zboa, piy licie pomdlae, piy 
drzewa, piy wyschnite gardziele strug i ziemie spieczone, piy dugo i z luboci, dyszc 
jakby z dzikczynieniem. 

- Bg zapa, bracie deszczu! Bg zapa, siostro chmuro! Bg zapa! 
Wanie ten deszcz zacinajcy przebudzi Hank pic pod samym oknem, e si pierwsza 
zerwaa na nogi. 
Pobiega z krzykiem do stajni. 

-Pietrek! Wstawaj! Deszcz pada! Koniczyn trza lecie kopi, bo na nic przemiknie! 
Witek, wakoniu jeden, krowy wyganiaj! Na wsi ju przepdzili! -woaa ostro wypuszczajc 
z chleww gsi, ktre z radosnym ggotem leciay tapla si w kauach. 
Zajrzaa do krw i winie wypdzaa na podwrze, gdy przylecia kowal; uoyli, co byo 
potrza kupi na jutrzejsz styp, wzi pienidze i mia zaraz jecha do miasteczka, ale ju z 
bryczki przywoa j i rzek cicho: 

-Hanka, dajcie mi poow, to ni pary nie puszcz, ecie starego podebrali. Zrbmy po 
dobremu. 
Rozczerwienia si kiej burak i krzykna porywczo: 

- A pyskuj sobie choby przed caym wiatem; widzisz go, sam gotw do zego, to myli, 
co i drugie takie same. 

Jeno bysn lepiami, poskuba wsw i zaci konie. 

Hanka za wzia si ostro do roboty, tyla bowiem gospodarka czekaa na ni, e trza 
byo dobrze kulasy wycign i gowi si niemao, bych wszystkiemu wydoli, tote pokrtce, 
jak co dnia, rozlega si po caym obejciu jej gos rozkazujcy. 

Borynie zapalili dwie nowe wiece i przykryli go przecieradem. Jagata mamrotaa przy 
nim pacierze, przysypujc raz po raz na wgliki jagd jaowcowych. 

Jagusia przysza od matki dopiero po niadaniu, ale e j strachem przejmowa nieboszczyk, 
to si jeno bdnie krcia po obejciu, czsto gsto wygldajc na Mateusza; ktren 
przenis si z robot na klepisko; koczy ju trumn i wanie by malowa na niej biay 
krzy, kiej Jagna stana we wrotniach stodoy. 

Milczaa spozierajc trwonie na czarne wieko. 

- Wdowa teraz, Jagu, wdowa! - szepn ze wspczuciem. 
- A juci - odpara zawo i cichuko. 
Patrza na ni poczciwie, zmizerowana ci bya i blada kiej ten opatek, a tak aoliwa, 
jak to pokrzywdzone dziecitko. 

- Taka to ju czowiekowa dola - powiedzia smutnie. 
-A wdowam! wdowam -powtrzya i zy napeniy jej modre oczy, a cikie wzdychy 
dziw piersi nie rozerway, e ucieka za chaup i nie baczc na deszcz, pakaa tam dugo i 
tak rzewliwie, jae j sama Hanka sprowadzia do izby probujc uspokoi a pocieszy. 
-Pakaniem nie zaradzisz. Nama te nieletko, ale ju tobie, sieroto, pewnikiem, co barzej 
ciko - mwia z dobroci. 


-Pacz paczem, a rok nie przejdzie i zapiewam jej takiego chmiela nowego, co si 
wcieknie - ozwaa si po swojemu Jagustynka. 
- Nie pora na przekpinki - skarcia j Hanka. 
-Powiedam szczer prawd, abo to nie moda, nie urodna, nie bogata! Kijem si bdzie 
musiaa ogania przed chopami. 
Jagna nie odrzeka, Hanka za wyniesa w opotki arcie la prosit i wygldaa na drog. 

-Co si tam stao? - mylaa strapiona. - Mieli go puci w sobot, a tu ju poniedziaek i 
ani widu, ani sychu. 
Ale nie byo czasu na frasunki, bo musiaa pomaga kopi reszt siana i wszystk koniczyn, 
gdy deszcz rozpada si ju na dobre, nie przestajc ani na chwil. 
Za wkrtce po poudniu nadszed proboszcz z organist, przyszli braccy ze wiatem i 
ludzi zebrao si te co nieco, woyli Boryn do trumny, Mateusz zabi j kokami, ksidz 
odprawi modlitwy, skropi wod wicon i powieli go, z cicha przypiewujc, do kocioa, 
kaj ju Jambro bi we dzwon aobny. 

A kiedy wrcili z eksporty, to w chaupie widziao si tak jako pusto i strasznie cicho, 
jae Jzka buchna paczem, a Hanka ozwaa si do Jagustynki oprztajcej izb: 

- Chocia od tyla czasu trupem by jeno, a zawdy czu byo gospodarza w chaupie. 
- Antek wrci, to i gospodarz bdzie - przypochlebiaa stara. 
- Bych jeno prdko powrci - westchna tskno. 
Ale e szare, wilgotne przesony obtulay ziemi i deszcz pada nieustannie, to obtara 
zy, westchna raz i drugi i daleje pogania swoich. 

-A chodcie, ludzie! eby pomar i ten najwikszy, to jak ten kamie w morze, gbokie, 
ju go nikto nie wyowi, a ziemia nie poczeka i trza kole niej robi. 
I powieda wszystkich za przeaz do okopywania ziemniakw, jeno Jzka ostaa pilnowa 
dzieci, a i bez to, co bya jaka chora i nie moga si jeszcze utuli w aoci, apa te przy 
niej warowa nieodstpnie i ten Witkowy bociek, ktren stoja w ganku na jednej nodze kieby 
na stry. 

Za deszcz nie przestawa ani na chwil, pada drobny, gsty i ciepy, e ustay piewa 
ptaki, a wszelaki stwr przyleg w cichoci, cay wiat z wolna oniemia i jakby si zasucha 
w ten trzepot rosisty, brzkliwy i nieustanny, a jeno kaj niekaj zawrzeszczay gsi, taplajce 
si po sinych, spienionych kauach. 

Dopiero o samym zachodzie wyjrzao rozognione soce i zapalio czerwone ognie w rosach 
i kauach. 

- Pogoda na jutro pewna! - powiedali, cigajc, z pl. 
- Niechby jeszcze padao, czyste zoto, nie deszcz. 
- Ziemniaki byy ju na ostatnich nogach. 
- A bo to owsw nie przypieko! 
- Wszystkiemu pjdzie na zdrowie. 
- eby se tak popada chocia ze trzy dni - wzdycha ktry. 
Jako i pada tak rwno, rzsicie i spokojnie do samej nocy, e z luboci wystawali pod 
chaupami, na przechodzonym, pachncym powietrzu, za Gulbasiaki skrzykiway dzieuchy i 
chopakw, bych lecie za wie, na wynie, pali sobtkowe ognie, gdy to bya wigilia 
witego Jana, ale co ma bya i plucha, to mao kto da si pocign, e tylko kaj niekaj co 
tam pod lasem rozbysn jaki saby ogieniek. 

Witek ju od zmroku przyniewala Jzk, aby z nim leciaa na Sobtki, ale mu powiedziaa 
aonie: 

- Nie polete, co mi tam zabawy, co mi tam ju wszystko... 
Dy ino zapalim, przeskoczym ogie i przylecim - prosi gorco. 
- Sied w chaupie, bo powiem Hance! - zagrozia. 


Ale polecia i powrci dopiero po kolacji, godny i utytany w bocie jak nieboskie stworzenie, 
gdy deszcz nie ustawa ani na chwil i pada przez ca noc, a dopiero przesta nazajutrz 
o duym dniu, wanie kiedy ju ludzie cignli na aobne naboestwo. 

Soce si jednak nie pokazao; wiat si by omgli szaraw kurzaw, w ktrej jeszczek 
barzej rozzieleniy si pola i sady, a wody wleky si niby te srebrnawe przdziwa. Powietrze 
byo rzewe, chodnawe i pachnce, rosy kapay obficie za leda powiewem, ptaki dary si 
kieby oszalae, psy ujaday wesoo przeganiajc si po drogach wraz z dziemi, a wszelaki 
gos lecia grnie i radonie, nawet ziemie, opite wod i nabrzmiae moc, zday si wrze 
niepowstrzymanym rostem. 

Za w kociele ksidz odprawi aobn wotyw i wraz z proboszczem supskim i organist, 
zasiadszy naprzeciw siebie w awach przed wielkim otarzem, jli wyciga aciskie 
pienie. 

Boryna lea wysoko na katafalku, obstawiony w biay las wiec poncych, a dokoa klczaa 
kornie caa wie, zamodlona i zasuchana w te dugie, lamentliwe pienie, co nabrzmieway 
niekiedy takim strasznym krzykiem, jae wosy powstaway i bolesna luto ciskaa 
serca; to niekiedy cichy w przejmujcych, alnych jkach, a dusze mdlay struchlae i same 
zy cieky z oczw; albo te znowu podnosiy si jakie cudne i niebosine, kieby te gosy 
piewa janielskich i wiecznej szczliwoci, e nard wzdycha ciko, obciera oczy, a czsto 
gsto i poniektre paczem buchay serdecznym. 

Cigno si to z dobr godzin, a kiej skoczyli, rumor powsta, podnosili si z klczek i 
Jambro j bra wiece od katafalku i rozdawa je ludziom, ksidz te jeszcze przepiewa 
przy trumnie, okadzi j, a zrobio si niebiesko od dymw, skropi wod wicon, wycign 
jak nut i ruszy ku drzwiom za krzyem. 

A koci a si zatrzs od krzykw, paczw i szlocha, bo trumn ju brali co najpierwsi 
gospodarze i zanieli na wz, w pkoszki wymoszczone som, za Jagustynka tajnie, 
bych ksia nie spostrzegli, wrazia pod ni bochen chleba, obwinity w czyste ptno, Pietrek 
zebra krtko lejce, zacina batem i obziera si niecierpliwie na ksiy. 

Zajczay aobnie dzwony, wynieli czarne chorgwie, rozbysny wiata, Stacho ponis 
krzy, a ksia zapiewali: 

- Miserere mei Deus. 
I straszna pie, pie mierci zakaa nad gowami smutkiem bezbrzenym i groz. 
Ruszyli z wolna na topolow drog ku smtarzowi. 
Czarna chorgiew z kociotrupem zaomotaa na wietrze kiej ten ptak straszliwy i poniesa 
si przodem, a za ni dopiero byska srebrzysty krzy i otwieraa si duga ulica brackich 
z zapalonymi wiecami, i szli ksia w czarnych kapach. 

Trumna jechaa w porodku, uoona na somie wysoko, e j cigiem i wszystkie mieli 
na oczach, a tu za ni wleka si rodzina srodze zawodzc paczem i jkami, za pobok i kaj 
gdzie kto wzi miejsce, cibia si caa wie, w niemaym smutku a cichoci idca. 

e nawet chore i kalekie nie ostay w chaupach. 

Przemglone, szare niebo wisiao nisko, jakby wsparte na tych wielgachnych topolach, 
pochylonych nade drog. Wszystko stojao bez ruchu, przygite i kieby zasuchane w te pienie 
aobne, a kiedy powia wiater i rozrucha pola i drzewa, to posypay si rosy niby tym 
alnym, cichym paczem, za rozchwiane zboa kolebay si z wolna cikimi kosami, chyliy 
si coraz niej, jakby do ng przypadajc gospodarzowi w tym kornym, ostatnim pokonie. 


Ksia pie rozpyna si kajci w powietrzu, e sroga cicho zwalia si na dusze, 
jeno dzwony jczay wci, biy ponurym gosem, woay cosik w niebo pochmurne, ku lasom 
i w dale zamglone, skowronki pieway nad polami, wz niekiej zaskrzypia, szarpay si chorgwie, 
chlupao boto pod nogami, a te blne, sieroce pacze kwiliy nieustannie. 



-Miserere mei Deus - zapiewa znowu proboszcz, przywtrzy mu supski wraz z organist 
i kowalem, ktren trzyma parasol nad dobrodziejami, gdy deszcz z nowa pokrapia. 
I piewali tak strasznie, tak rozpacznie i tak jkliwie, jae zy si cisny, zamierao serce, 
a oczy strwoone, oczy pobkane w niemocy niesy si we wiat i u tego nieba chmurnego 
ebray zmiowania. Twarze blady, dusze jy si zwiera w mce i luty dygot przejmowa, 
e wzdychali coraz ciej, a ju poniektry zy obciera, to szepta pacierz posiniaymi wargami, 
w piersi si bi i kaja skruszony, za wszystkich omroczy ciki, beznadziejny smutek 
i przywalia bezgraniczna ao, e kiej te dymy gryzce snuy si po nich bolesne medytacje 
i jki zakrzepe w trwodze. 

Jezu, bd nam grzesznym miociwy! Jezu! 

O dolo czowiekowa, dolo nieustpliwa! 

A ce s te wszystkie znojne trudy? Ce ten ywot czowieczy, co jako niegi spywa 

bez ladu, e o nim nawet dzieci rodzone nie przypomn? 
aoci jeno pakaniem jeno, cierzpieniem jeno... 

-I ce s one szczliwoci, dobrocie, nadzieje? 
Czczym dymem, prchnic, mamidem i zgoa niczym... 
A ce to ty sam, czowieku, ktry si puszysz, a dmiesz, a wynosisz hardo ponad 
wszelkie stworzenie? 

Tym wiatrem jeno jeste, co nie wiada, skd przychodzi, nie wiada, po co si miecie, i nie 
wiada, kaj si rozwiewa... 

I ty si masz panem wszystkiego wiata, czowieku?... 

A bych ci kto raje dawa - opuci je musisz. 

Bych ci kto wszystkie moce dawa - mier ci je wydrze. 

Bych ci kto rozum przyzna najwikszy - prchnem ostaniesz. 

I nie przemoesz doli, mizeroto, nie przezwyciysz mierci, nie... 

Bo ano bezbronny, saby i pony jako ten listeczek, ktrym wiater enie po wiecie. 

Bo ano, czowieku, w pazurach mierci, jako ten ptaszek z gniazda podebrany, co se 
piuka radonie, trzepoce, przypiewuje, a nie wie, e go wnet zdradna rka przydusi za gardziel 
i lubego ywota zbawi. 

O duszo, po c dwigasz czowieczego trupa, po co? 

Tak ci ano czu nard, tak ci medytowa i w sobie rozwaa, a patrzy smutnie po zie


miach zielonych, wczy tsknymi oczami po wiecie i wzdycha ciko z onych niewypowiedzianych 
bole, a twarze kamieniay i dusze si trzsy. 
Ale i to zarwno wiedzieli, co jedyna czowiekowa dufno w Panajezusowej asce, a jedyna 
ucieczka duszy w Jego witym miosierdziu. 

- Secundum magnam misericordiam Tuam... 
Cikie, aciskie sowa paday kiej grudy przemarzej ziemi, jae bezwolnie pochylali 
gowy, jakby pod nieubagan kob mierci, ale szli niepowstrzymanie; szli kwardzi a zrezygnowani, 
szarzy i mocni kiej te gazy widne na miedzach, gotowi ju na wszystko a nieulkli, 
ugorom i zarazem tym bujnym, okwieconym polom podobni, i tym drzewom rwni w sile i 
kruchoci -drzewom, w ktre piorun mg trzasn leda chwila i w rce mierci poda, a one 
hardo pn si ku socu i piewaj gbok, radosn pie ycia... 

Szli wsi ca cibic si i przepychajc, ale kaden tak by zatopiony w smutkach, e 
jakby szed sam w pustce niezmiernej i opuszczeniu, a kaden zapatrzy si gdziesik i jakby 
widzia przez oczy zaszklone zami ojcw swoich, dziadw i pradziadw, niesionych tam, na 
smtarz, ju widny przez grube pnie topoli... 

Dzwony wci biy i ponura pie huczaa coraz jkliwiej, smtarz ju by niedaleko, wyrasta 
ze zb kpami drzew, krzyw i mogi, a zdawa si otwiera, kieby ten straszny, nigdy 
nie zapeniony d, w ktren z wolna a nie- powstrzymanie spywa cay wiat, e ju niejednemu 
si widziao, jako w tym zadeszczonym powietrzu i ze stron wszystkich bij dzwo




ny, jarz si wiata, czerniej rozwiane chorgwie i pyn piewania, e z kadej chaupy 
wynosz trumny, e wszystkimi drogami cign aobne pochody, a kaden czowiek pacze 
kogo, zawodzi, a tak szlocha, jae wszystkie niebo i ziemia wzbiera aosnym jkiem i spywa 
szmerem nieustannych, gorzkich jak pioun ez... 

Pochd ju skrca na drk ku smtarzowi, kiej go dopdzi dziedzic, wysiad z powozu 
i poszed pobok trumny w srogiej ciasnocie, gdy drka bya wska, gsto brzzkami 
obsadzona i zboa stay ze stron obu. 

A kiej ksia skoczyli piewa, Dominikowa trzymajca si Jagny, zgarbiona i na wp 
lepa, zawieda po swojemu: Kto si w opiek. 

Juci, co przywtrzyli skwapnie i gorco, jakby czepiajc si zestrachanymi duszami tej 
pieni serdecznej. 

I ju tak rozpiewani, a peni jakowej dufnoci weszli na smtarz. 

Co najpierwsi gospodarze dwignli trumn, a nawet sam dziedzic j wspiera w porodku, 
i ponieli j tymi droynami wskro okwieconych mogi, traw i krzyw, za kaplic, 
kaj w gszczach leszczyn i bzw czeka ju grb wieo wybrany. 

Straszne pacze i krzyki zatargay powietrzem. 

Chorgwie i wiata okoliy jam gbok, nard si skbi i cisn spozierajc trwonie 
w ten d tawy i pusty... 

A kiedy przepiewali jeszcze co nieco, proboszcz stan na kupie wywalonego piachu, 
odwrci si i rzek grzmico: 

- Narodzie chrzecijaski! Narodzie! 
Przycicho z naga, jeno dzwony jczay z oddali, a Jzka, opasawszy rczynami ojcow 
trumn zawodzia rzewliwie, na nic nie baczc. 
Za proboszcz pocign nosem z tabakiery, kichn raz i drugi, a potoczywszy zazawionymi 
oczami rzek dononie: 

- Bracia, a kog to chowacie dzisiaj, kogo? 
Macieja Boryn! - powiadacie. 
A ja wam mwi, e i pierwszego gospodarza, i poczciwego czowieka, i prawego katolika 
chowacie... Znaem go bowiem od lat i zawiadczam, , jako y przykadnie, Boga chwali, 

spowiada si i komunikowa, a biedot wspomaga. 

Mwi wam: wspomaga! - powtrzy ciko dychajc. 

Pacze jy kwili dokoa i wzdychy rway si coraz gciej, gdy nabrawszy powietrza 

ozwa si znowu, jeno co aoliwiej: 

-I pomar chudziaczek, pomar! 
mier go sobie wybraa, jako wilk wybiera ze stada najtustszego barana i w biay dzie 
na wszystkich oczach, a nikt mu nie przeszkodzi. 
Jako piorun bije w drzewo wyniose, e pada rozupane, tak on pad pod srog kos 
mierci. 

Ale pomar nie wszystek! - jak mwi Pismo wite. 

Bo oto stan se ten wdrownik przed wrotami raju, puka i skamle aonie, a wity 

Pietr zapyta: 

- Kte to i czego potrzebujesz? 
- Borynam z Lipiec i miosierdzia Paskiego prosz... 
- Tak ci to ju braty dopieky, e si zby ywota, co? 
-Wszystko powiem -rzecze Maciej -jeno ozewrzyjcie wrotnie, wity Pietrze, bych 
mnie ozgrzao cho dziebko Paskie zmiowanie, bom przemarz na ld w onej tuaczce 
ziemskiej. 
wity Pietr ozwar nieco, ale nie puszcza go jeszcze i rzecze: 

-A jeno nie yj, bo tu nikogo nie ocyganisz. Mw, duszo, miao, czemu to ucieka ze 
ziemie?... 


A Maciej rymn na kolana, e to piewania janielskie dosysza i dzwonki, jakby na 
Podniesienie, a odrzecze z paczem: 

-Prawd powiem kiej na spowiedzi; a to nie poredziem duej wytrzyma na ziemi, bo 
tam ju ludzie jako te wilki nastaj na siebie, bo tam ju jeno swary, ktnie, a obraza boska... 
Nie ludzie to, wity Pietrze, nie boskie stworzenia, a jeno te psy wcieke i te swynie smrodliwe. 
I tak jest le na wiecie, e i nie wypowiedzie wszystkiego... 
Zagin wszelki posuch, zagina poczciwo, zagino miosierdzie, brat powstaje na 
brata, dzieci na ojcw, ony na mw, suga na pana... nie uszanuj ju niczego, ni wieku, ni 
urzdu, ni nawet ksidza... 

Zy zapanowa w sercach, a pod jego przewodem rozpusta a pijastwo, a zocie krzewi 
si coraz barzej. 

Wszdy ajdus na ajdusie, a ajdusem pogania... 

Wszdy jeno chytrocie, oszukastwa, srogie uciski a zodziejstwa, e co masz, z garci 
nie popu, bo ci wydr. 

Bych najlepsz k, a wypas i stratuj. 

Bych chocia t skibk, a z cudzego przyorz. 

By nawet kur puci z obejcia, przychwyc kiej te wilki. 

Kawaka elaza nie przepomnij ni postronka, choby byy ksie, bo nie przepuszcz i 

ukradn. 
Gorzak jeno pij, rozpust czyni i w subie Boej cakiem si opuszczaj, pogany te 
pieskie i chrystobije, e drugie ydy, a stokro poczciwsze i bogobojniejsze. 

-I to w lipeckiej parafii tak si dzieje? - przerwa mu wity Pietr. 
-Indziej te nie lepiej, ale ju w lipeckiej najgorzej. 
A wity Pietr j w palce trzaska, brwie sroy, oczami toczy i rzek wytrzchajc pici 
ku ziemi: 

-Takieta to, Lipczaki? Takie! A zbje obmierze, a poganiny gorsze od Niemcw! A to 
roki macie dobre, ziemie rodzajne, a paniki, a ki, a boru po kawale i tak si to sprawiata!... 
Chleb was ano roznosi, ajdusy jedne! Powiem ja o tym Panu Jezusowi, powiem, a on ju 
wama cugli przykrci... 
Maciej j swoich poczciwie broni, ale wity Pietr rozgniewa si jeszcze barzej i kiej 
nie tupnie nog a krzyknie: 

-Nie bro takich synw! A to ci jeno rzekn: Niech mi si te judasze poprawi do trzech 
niedziel i pokut czyni, a jak nie posuchaj, to tak ich przycisn godem, poog i chorbskami, 
e mnie popamitaj ajdusy jedne. 

Mocno proboszcz powiada, do serca i tak napominajco, i takim gniewem Boym grozi, 
i tak piciami wytrzcha, e szlochy si podniesy dokoa, nard zapaka i bi si w piersi a 
kaja... 

Za ksidz, odsapnwszy nieco, j znowu mwi o nieboszczyku, jako to pad za 
wszystkich... I woa do zgody. Woa do sprawiedliwoci. Woa do pomiarkowania si w 
grzechach, bo nie wiada, komu z brzega wybije ta ostatnia godzina i przyjdzie stan przed 
strasznym sdem Pana... 

e nawet sam dziedzic, a obciera kuakiem oczy. 

Pokrtce jednak ksia skoczyli swoje i odeszli wraz z dziedzicem, a kiej spucili w d 
trumn i jli na ni sypa piasek, jae zadudniao, wrzask ci, mj Jezu, buchn, a krzyki, a 
takie lamenty, coby i najkwardszego skruszyo. 

Ryczaa Jzka, ryczaa Magda, ryczaa Hanka i stryjeczne, pakay bliskie i dalekie, powinowate 
i zgoa obce, a ju moe najrzewliwiej zanosia si Jagusia, ktr tak cosik sparo 
pod piersiami, jae si prosto zapamitaa w krzyku. 

-Hale, teraz skowyczy, a co to wyprawiaa z nieboszczykiem! - mrukna ktra z boku, 
za Poszkowa obcierajc oczy dodaa: 


- Tak se ask wypakuje, bych j nie wygnali z chaupy. 
- Myli, e kto gupi a uwierzy! - powiedziaa gono organicina. 
Ale Jagna nie wiedziaa ju o Boym wiecie, pada kaj w piasek i zanosia si takim 
aosnym paczem, jakby to na ni sypiay si te cikie, sypkie strugi ziemi, jakby to nad ni 
huczay te pospne gosy dzwonw, jakby to nad ni pakali... 

A dzwony wci biy, jakby skarc si niebiosom, za znad wieej mogiy te wszystkie 
pacze, te szlochy i biadania te si skaryy na dol nieubagan i na t wieczn krzywd 
czowiecz. 

Zaczli si wnet rozchodzi z wolna, kto tam jeszcze gdziesik po drodze przyklka, kto i 
ten pacierz mwi za pomare, kto za jeno si bka wrd mogi i smutnie deliberowa, a 
drugie ruszali ocigliwie ku chaupom obzierajc si wyczekujco, gdy kowal z Hank spraszali 
poniektrych na ten chleb aobny, jak to zwyczajnie bywa po pochowku. 

I kiej oklepali mogi, a nad ni wkopali czarny krzy, wzili pomidzy siebie sieroty i 
pocignli spor gromad poredzajc z cicha, a wyalajc si nad nimi, a popakujc niekiedy... 


W Borynowej izbie ju byo wszystko urzdzone do potrzeby, wzdu cian cigny si 
stoy; obstawione dugachnymi awami, e skoro si jeno rozsiedli, zaraz podano gorzak i 
chleby. 

Przepili godnie, w cichoci a powadze, przegryli co nieco i organista zacz czyta z 
ksiki sposobne modlitwy, a potem zapiewali litani za umarego; wtrowali mu ochotnie i 
gorco, przerywajc jeno wtedy, kiej kowal puszcza flach w now kolejk, a Jagustynka 
chleb roznosia. 

Kobiety zebray si po drugiej stronie u Hanki; piy herbat, pojaday sodki placek i pod 
przewodem organiciny zapieway tak rzewnie i przejmujco, jae kury zagdakay po sdzie. 
I tak ano wspominajc poczciwie nieboszczyka nard pojada, popija, popakiwa i piewa 
za jego dusz pobone pienie, jak przystao w tak por i za takiego gospodarza... 

Stypa bya suta, Hanka zapraszaa serdecznie nie aujc jada ni napitku, gdy w poudnie, 
kiej ju niejeden j si oglda za czap, podali kluski z mlekiem, a potem praone 
miso z kapust i groch szczodrze omaszczony. 

- Drudzy takiego wesela nie wyprawiaj! - szepna Bolesawowa. 
- A mao nieboszczyk ostawi, co? 
- Maj si czym pociesza, maj. 
- Gotowych pienidzy te sporo chapn musieli... 
- Kowal wyrzeka, co byy i pono si kaj podziay. 
- Narzeka, a dobrze je musia schowa. 
Pogadyway z cicha midzy sob kobiety, wyskrzybujc miski do czysta i strzegc si 
Hanki, ktra nieustannie baczya, bych ktrej czego nie zbrako; za po chopskiej stronie 
organista, napity ju dziebko, dwign si nad stoem i z kieliszkiem w garci j wypomina 
nieboszczyka tak grnie i z takimi aciskimi przepowiadkami, e chocia nie bardzo wyrozumieli, 
ale paka si wszystkim chciao kiej na tym kazaniu. 

Gwar si ju podnosi i gby czerwieniay, e to flacha czsto krya i szko galanto 
brzkao, to ju niejeden omackiem szuka kieliszka i drug rk kuma obejmowa za szyj 
bekoczc skoczaym ozorem. Za poniektry jeszcze niekiedy wycign t aobn nut i 
wypomina prbowa, ale ju nikto nie wtrowa ni sucha, wszyscy bowiem gwarzyli stowarzyszajc 
si do upodoby, wiarczc sobie przyjacielstwa i raz w raz przepijajc, a co skorsi 
do kieliszka wymykali si chykiem i wiedli ku karczmie. Tylko jeden Jambro by dzisia 
zgoa niepodobny do siebie. Juci, co pi tyla co i drugie, a moe i wicej, gdy sam si przymawia 
o gorzak, ale siedzia kaj w kcie srodze zwarzony, oczy cigiem przeciera i ciko 
wzdycha. 

Trci go ktry i na ucieszne powiadki wyciga. 



-Nie ruchaj m, bom aosny! - odburkn - pomr wnet, pomr... Psi po mnie jeno zawyj 
i baba w garnek rozbity zadzwoni -mamrota paczliwie. - Jake, to przy chrzcie Macieja 
byem!... Na jego weselu tacowaem! Ojcw jego chowaem! Dobrze pamitam! Mj 
Jezu, i tylachno ju rnego narodu oklepaem, tylum ju przedzwania... A teraz pora na 
mnie!... 
Podnis si nagle i wyszed prdko do sadu; Witek potem powiedzia, jako stary siedzia 
za chaup do pna i paka... 

Juci, co si nim nikto nie zaturbowa, kaden bowiem mia dosy swoich turbacji, a przy 
tym ju na samym zmierzchu przyszed najniespodzianiej ksidz wraz z dziedzicem. 

Proboszcz pociesza askawie sieroty, gaska dzieci, a zgwarzajc si z gospodyniami 
chtliwie nawet popija herbat, ktr mu Jzka podaa, za dziedzic pogadawszy z tym i 
owym o rnociach, wzi od kowala kieliszek, przepi do wszystkich i powiedzia do Hanki: 

-Jeli komu al Macieja, to mnie z pewnoci najwicej, bo eby teraz y, to bym si ze 
wsi ugodzi dobrowolnie. Moe i dabym, czegocie pierwej chcieli!... -ozwa si goniej 
toczc dokoa oczami. -Ale mam to z kim pomwi? Przez komisarza nie chc, a ze wsi nikt 
pierwszy si nie zgasza!... 
Suchali w skupieniu, rozwaajc kade jego sowo. 

Mwi jeszcze co nieco i zagadywa, ale jak do tego muru, aden bowiem nie da si za 
ozr pocign i nawet pyska nie ozwar, jeno przytakiwali skrobic si po bach a spozierajc 
po sobie znaczco, e widzc, jako nie poredzi przeama tej czujnej ostronoci, wywoa 
ksidza i poszli odprowadzeni ca hurm a w opotki. 

Po ich odejciu jli si dopiero dziwowa a gowi wielce. 

- No, no, eby sam dziedzic przyszed na chopski pogrzeb. 
- Potrzebuje nas, to bak wieci - powiedzia Poszka. 
- A czemu to nie mia przyj z dobrego serca, co? - broni Kb. 
-Lata masz, ale rozumu nie nabra. Kiedy to dziedzic przyszed do wsi z przyjacielstwem, 
kiedy? 

- Co w tym by musi, e tak zgody szuka! 
- Ano co, e mu jej potrza barzej nili nam. 
- A my moemy se poczeka, moemy! - woa pijany Sikora. 
- Wy moecie, ale drugie nie mog! - wrzasn zelony Grzela, wjtw brat. 
Jli si ju kci a przemawia, bo jeden prawi swoje i drugi te swego dowodzi, a 
trzeci obu si przeciwi za insi mamrotali: 

- Niech odda br i ziemi, to zrobim zgod. 
-Nie potrza zgody, nowe nadziay przyjd, to i tak wszystko bdzie nasze. Niech 
psiachma z torbami pjdzie za krzywd nasz. 
- ydy go dusz, to chopw o pomoc skomle. 
- A przdzi to ino wiedzia krzycze: z drogi, chamie, bo batem! 
-Mwi wama, nie wierzta dziedzicowi, bo kaden z nich jeno zdrad chopskiemu narodowi 
gotuje - woa ktry barzej napity. 
-Suchajta no, gospodarze! - zakrzykn naraz kowal. - Powiem wam mdre sowo: jak 
zgody dziedzic chce, to potrza z nim t zgod zrobi i bra, co si da, nie czekajc gruszkw 
na wierzbie. 
Na to powsta Grzela, wjtw brat, i zawoa: 

- wita prawda! Chodta do karczmy, tam si naradzim. 
- A ja stawiam la caej kompanii - doda ochotnie kowal. 
Wywiedli si pokrtce ca kup w opotki. Zmierzchao si ju dziebko, bydo szo z 
pastwisk i po caej wsi roznosiy si poryki, ggoty, fujarek piskajce przebierania i te dzieciskie 
piewy i wrzaski. 



A chopi mimo kobiecych jazgota i sprzeciwia poszli ca gromad ku karczmie, tylko 
jeden Sikora, co ostawa nieco za drugimi, chyta si potw i cosik dugo przy nich grdyka. 

Dugo ich byo sycha, tak si prowadzili szumnie, ile e to ju niejeden, bych sobie 
uly, piosneczk hukn albo i krzyka z gorcoci. 

Za u Borynw, skoro uprztnli po gociach i przyszed ciemny wieczr, zrobio si jako 
dziwnie cicho, pusto i smutnie. 

Jagusia tuka si po swojej izbie kiej ten ptak po klatce i co trocha leciaa do Hanki, ale 
widzc, jako wszyscy chodz osowiali a strapieni, uciekaa bez jednego sowa. 

Juci, co w chaupie byo jak w grobie, a kiej obrzdzili gospodarstwo i zjedli kolacj, to 
chocia pik morzy kadego, a nikt si z izby nie kwapi rusza. Siedzieli przed kominem zapatrzeni 
w ogie i trwonie nasuchujcy kadego szmeru. 

Wieczr by cichy, tylko niekiedy wiater przegarn i zaszumiay drzewa, czasem zatrzeszczay 
poty, brzkny szyby lub apa zawarcza jec si gronie, a potem wleky si 
dugie, nieskoczone, zgoa grobowe cichocie. 

Oni za siedzieli rozdygotani coraz barzej, a tak strwoeni, e raz po raz kto si egna i 
pacierz zaczyna roztrzsionymi wargami, bo ju wszystkim si widziao, jako cosik si 
gdzie rusza, e chodzi po grze, jae belki trzeszcz, e sucha pode drzwiami, e w okna 
zaglda i obciera si o ciany, to jakby kto klamki zatarga i ciko stpajcy obchodzi ca 
chaup. 

Suchali bledzi, z zapartym tchem, zgoa nieprzytomni. 

Naraz ko zara we stajni, apa ostro zaszczeka i rzuci si ku drzwiom, Jzka nie mogc 
ju wstrzyma, krzykna: 

- Ociec! Laboga, ociec! - i zapakaa strachliwie. 
- Na to Jagustynka strzepna palcami trzy razy i rzeka wanie: 
-Nie bucz, przeszkadzasz duszy odej w spokoju; pacze j ano trzymaj przy ziemi. 
Wywrzyjcie drzwi, niech se ta wdrownica odleci na Jezusowe pola... Niech si poniesie w 
spokojnoci. 
Otwarli drzwi; w izbie przycicho i jakby zamaro, nikt si nie poruszy, tylko rozpalone 
oczy latay, apa jeno przewchiwa kty, skamla niekiej, krci ogonem i jakby si do kogo 
przyasza, e ju teraz wszyscy czuli najgbiej, jako to gdziesik pomidzy nimi bka si 
dusza zmarego. 

A Hanka zapiewaa rozdygotanym, zduszonym gosem: 
Wszystkie nasze dzienne sprawy! 
Przywtarzali gorco i z niezmiern ulg. 


ROZDZIA 2 


Dzie by bardzo cudny, prawdziwie latowy. 

Moe sza dziesita rano, bo ju soce wisiao w p drogi midzy wschodem a poudniem 
i wynosio si coraz bardziej palce, kiej lipeckie dzwony, ile ich jeno byo, zadzwoniy 
rozgonie i ze wszystkiej mocy. 

A ten, co go to przezywali Pietrem, hucza najgoniej i piewa caym gardzielem, jak 
kiedy to chop dziebko napity drog idzie, kolebie si ze strony na stron i zawodzcy caemu 
wiatu radocie swoje grubachnym gosem powiada... 

Za drugi, nieco pomniejszy, o ktrym Jambro rozpowiada, e go ochrzcili na Pawa, 
wydziera si te nie ciszej, a jeno arliwiej wtrowa, wysok nut bra, przeciga grnie, a 
czystym gosem zawodzi i kieby si zapamita, tak dzwoni, jakoby ta dziewka poniektra, 



kiej j rozeprze kochanie lebo ten dzie zwiesnowy, e w pola leci, skro zb si przebiera i 
piewa ze wszystkiego serca wiatrom, polom, niebu jasnemu i swojej duszy weselnej. 

A na trzeciego -sygnaturka jako ten ptaszek wiergolia, na darmo chcc tamte przepiewa, 
nie moga jednak, chocia jazgotaa siekajcym, prdkim gosem, kieby te dzieciskie 
sprzeciwy. e ju dzwoniy czynic galant kapel, bo to i bas pobkiwa, i zawodziy skrzypice, 
i ten bbenek z brzkadami dryga wesoo, i rzny wraz od ucha, uroczycie a rozgonie. 


Na odpust ci one tak radonie zwoyway, bo to by dzie witego Piotra i Pawa, zawdy 
w Lipcach uroczycie obchodzony. 

A czas si te by zrobi wybrany, cichy i wielce soneczny, na galant spiek si miao, 
ale mimo to ju od samego witania na placu przed kocioem handlarze zaczli stawia budy 
przerne, a kramy, a stoy, pciennymi dachami nakryte. 

Za skoro dzwony zabimbay, skoro ich gos radosny rozla si po wiecie, to i pokrtce 
na wyschnitych drogach i w tumanach kurzawy jy coraz czciej turkota wozy, a i piesi 
te gsto cignli, e jak jeno byo sign okiem, na wszystkie strony, po drogach, ciekami, 
na miedzach, czerwieniy si kobiece przyodziewy i bielay rozwiane kapoty. 

Cignli rzdami, podobnie kiej te gsi, mienic si jeno w upale i wrd zb zielonych. 

Soce nieso si wyej a wyej i pyno kiej ptak zocisty po modrym, czystym niebie, 
jarzc si coraz barzej i nagrzewajc tak szczodrze, e ju powietrze trzso si nad polami; 
jeszcze ta niekiej od k chd luby powia i zakoleba bielejcymi ytami, jeszcze i owsy 
zachrzciy cichutko i potrzsy si mode pszeniczne kosy, za rozkwite lny spyny rozniebieszczon 
strug kiej wody, ale ju z wolna gryo si wszystko w sonecznym wrztku i 
cichoci. 

Hej, radosny ci to by dzie i prawdziwie odpustowy. Dzwony bimbay dugo i te gosy 
jkliwe leciay we wiat tak rozgonie, a chwiay si dba, a poszyy si ptaki, ale piowe 
serca biy wci, biy miarowo, mocno i grnie, wynoszc si ku socu t przejmujc 
pieni i woaniem: 

-Zmiuj si! Zmiuj! Zmiuj! 

- Matko Przenajwitsza! Matko! Matko! 
-I ja prosz! I ja! I ja! I ja! 
pieway serdecznie obwoujc zarazem uroczyste wito. 
Jako i czuo si w powietrzu wity dzie odpustowy; wito byo po chatach, przystrojonych 
zieleni, w dalach przebyskujcych kieby zapalonymi wiecami, w radosnych gosach 
i w tym cosik, czego nie wypowiedzie, a co si unosio nad polami rozpierajc serca lub 
cichoci i weselem. 

A nard pieszy tumnie na owe wito i wali ze wszystkich stron. Kby kurzawy toczyy 
si nieustannie nad wszystkimi drogami, turkotay wozy, ray konie, leciay gosy przerne, 
wizay si gone rozmowy, czasem ktosik wychyla si z pkoszkw i krzyka do 
pieszych, gdzie znowu pieszy zapniony dziad jkliwie przypiewujc, a po wozach niektrych 
szeptano pacierze, pozierajc dokoa z niemym podziwem, gdy ziemia stojaa przystrojona 
kieby na te gody weselne, caa we kwiatach i zieleni i caa w ptasich piewaniach, w 
chrzstach zb i brzku pszcz a taka cudna, nieobjta, weselna i przenajwitsza w onej 
mocy ywicej, jae piersi zapierao. 

Drzewa po miedzach stojay kieby na stry, zapatrzone w soce, a doem jak okiem 
sign leay pola zielone, szumice jak wody wzburzone, i jak wody przewalay si niekiedy 
ze strony na stron, bijc o wszystkie drogi, miedze i rowy, co migotay kiej te wstgi 
kwietne szczodrze przeplecione puszyst biel, toci i fioletem; kwitny ju bowiem owe 
ostrki przerne, kwitny powoje patrzce z ytnich gszczw przytajonymi, pachncymi 
oczami, kwitny modraki, miejscami, kaj dziebko wymiko, tak gsto, jakby tam niebo si 
kado, kwitny wyczki caymi kpami, a one jaskry, a mlecze i krwawe osty, a ognichy i 



koniczyny, a stokrotki, a rumianki dzikie, a tysic inszych, o ktrych jeno sam Jezus pamita, 
bo jemu tylko kwitn i tak pachn, e prosto czad bi od pl kieby w kociele, gdy jegomo 
okadza Sakramenta. 

Ten i w pociga nosem z luboci, a konia batem okada i popiesza, gdy soce prayo 
coraz ogniciej, jae pik morzy, e ju niejeden srodze bem kiwa. 

To i pokrtce Lipce napeniy si narodem po wrby. 

Jechali bowiem i jechali bez przestanku, e ju wszdy na drogach, dokoa stawu, pod 
potami, w podwrzach i kaj jeno byo mona zachwyci nieco cienia, ustawiay si wozy i 
wyprzgano konie, bo na placu przed kocioem bya ju taka gstwa i tak wz staja przy 
wozie, e ledwie si przecisn. 

Lipce prosto giny w tej nawale ludzi, wozw i koni. 

Rwetes te by coraz wikszy, gwary i krzyki podnosiy si nad ca wsi. Nard szumia 
kiej br rozkolebany. Kobiety obsiaday staw moczy nogi, wzuwa trzewiki a ogarnia si 
przystojnie do kocioa, chopi rajcowali kupami zmawiajc si ze somsiady, za dziewuchy i 
chopaki cisny si akomie do kramw i bud, a gwnie do katarynki grajcej, na ktrej jaki 
zwierz zamorski, czerwono przystrojony i z pyska podobny do starego Miemca, czyni takie 
pocieszne skoki a figle, jae si za boki brali ze miechu. 

Katarynka przygrywaa zawzicie i na tak nut, jae niejednemu kulasy drygay, a jakby 
do wtru i dziady usadowieni we dwa rzdy, od kruchty do placu, jy wyciga swoje pieni 
proszalne, za w samych wrotniach cmentarza siedzia lepy, tusty dziad, co go to zawdy pies 
prowadza, i piewa najarliwiej i najcieniej wyciga. 

Ale skoro jeno zasygnowali na sum, nard porzuci zabawy i kiej wezbrany potok lun 
do kocioa i tak go napcha, jae ebra trzeszczay, a cigiem jeszcze przybywali nowi gnietc 
si, a nawet swarzc, ale wikszo musiaa osta na dworze tulc si pod mury i drzewa. 

Przyjechao te paru ksiy z drugich parafii, zasiedli zaraz w konfesjonaach pod drzewami 
sucha spowiedzi, nie baczc zgoa na tok ni na spiek. 

A wiater by cakiem usta i gorc podnosi si ju nie do wytrzymania, ywy ogie la si 
prosto na gowy, ale nard cierpliwie gnit si przy konfesjonaach i roi po smtarzu, na 
darmo wyszukujc cienia lub jakiej bd osony. 

Proboszcz by wanie wychodzi ze msz, kiej dopiero Hanka z Jzk nadeszy, ale e 
nie sposb si byo docisn choby nawet do drzwi kocielnych, to stany na szczerym 
socu pod parkanem, rozgldajc si w cibie, a Pochwalonym witajc znajomkw. 

Zaraz te hukny organy i zacza si suma, przyklkli wszyscy, poprzysiadali a jli si 
arliwie pacierzy. 

Rychtyk i poudnie stano, soce zawiso prosto nad gowami lejc warem straszliwym i 
wszystko jakby pomdlao z onej spieki, e ni li nie zadrga, ni ptak przelecia, ni jaki bd 
gos powia z pl. Niebo wisiao w martwej cichoci kiej ta szklana tafla rozpalona do biaego, 
a roztrzsione niby wrztek powietrze lepio wyerajc oczy. Parzya ziemia, parzyy 
rozgrzane mury, e klczeli bez ruchu, ledwie ju zipic i jakby si z wolna gotujc w tym 
ukropie sonecznym. 

Nard si modli w gbokiej cichoci, kto na ksice, kto na racu, a kto jeno tym 
szczerym sowem Boga chwali i wzdychem serdecznym. Uroczyste gosy organw lay si 
brzkliwym, rozmodlonym pacierzem, a niekiedy piew bucha od otarza, czasem zajazgotay 
dzwonki, a czasem zahucza grubachny gos organisty, za potem cigny si dugie, 
jakby oniemiae z aru chwile i dymy kadzide pyny przez wywarte drzwi kocioa oprzdzajc 
w niebieskaw i wonn mg pochylone gowy klczcych. 

Szmer pacierzw rozdzwania si nikym i sypkim chrzstem w rozbielaej ciszy gorcego 
przypoudnia i gray w socu barwiste chusty, kapoty i weniaki, e cay smtarz widzia 
si kieby przytrznity kwiatami, co si chyliy kornie w onej witej godzinie przed Panem, 
jakoby utajonym w tym socu rozgorzaym i we wszystkiej cichoci wiata... 



e tylko niekiedy co tam kto grzbiet prostowa, rozwodzi rce i wzdycha gboko, to 
gdziesik zapakao dziecko albo kwik koski roznosi si od wozw. 

Nawet dziady pocichy, tyle jeno, co poniektry przez pik wyrywa si niekiej z goniejszym 
Zdrowa i o wspomoenie zaskamla. 

A upa jeszcze si wzmaga i tak pray, jae pola i sady zalane poog rozarzyy si kiej 
ogie migocc biaawymi pomieniami. 

Cicho bya coraz senniejsza, e ju niejeden zachrapa na dobre, niejeden kiwa si klczcy, 
za drudzy wychodzili si rzewi, gdy raz po raz skrzypiay kaj studzienne urawie: 

Dopiero w czas procesji, kiej koci zatrzs si od piewa, kiej jy wali chorgwie, a 
za nimi wychodzi ksidz pod czerwonym baldachem z monstrancj w rkach, prowadzony 
przez samych dziedzicw, nard przeckn i ruszy wraz z procesj. 

Zadzwoniy dzwony, piew buchn ze wszystkich gardzieli i bi jae kaj ku socu, 
mocny, ogromny, serdeczny, a procesja opywaa z wolna biae, rozpalone mury kocioa kiej 
ta rzeka wezbrana. Czerwony baldach pyn na przedzie, cay w dymach kadzielnych, e jeno 
chwilami byskaa zota monstrancja, migotay rzdy wiate, rozwinite chorgwie niby 
ptactwo opotao nad mrowiem gw, chwiay si obrazy przystrojone w tiule a wstgi, i biy 
radonie dzwony, i grzmiay organy, a nard piewa z uniesieniem, caym sercem i wszystk 
dusz tskliw wynosi si kaj jae w niebiosy, jae ku temu socu przenajwitszemu. 

Za po procesji, kiej znowu wzili odprawia naboestwo i kiej znowu gosy organw 
zahuczay przejmujco, na smtarzu zrobio si cicho jak przdzi, ale ju nikto nie drzema, 
wzmogy si jeno szepty pacierzw, rozgoniay wzdychy, dziady ju pobrzkiway w miseczki, 
a tu i owdzie jli z cicha pogwarza. 

Dziedzice powyazili z kocioa, na darmo szukajc cienia i kaj by przysi, dopiero 
Jambro wygna ludzi spod jakiego drzewa i naznosi im stokw, e zasiedli poredzajc 
midzy sob. 

By i ten z Woli, ale nie usiedzia w miejscu, a jeno cigiem si krci po smtarzu i co 
dojrza znajomego Lipczaka, przystawa do niego i przyjacielsko zagadywa, e nawet Hank 
zobaczy i zaraz si do niej przecisn. 

- Wrci to ju wasz? 
- Hale, zaby ta wrci! 
- A podobno jedzilicie po niego? 
-Juci, zarno po ojcowym pochowku pojechaam, ale powiedzieli w urzdzie, co go 
puszcz dopiero za tydzie, to niby we rod. 
- Jake tam z kaucj, zapacicie? 
- Dy tam o to ju Rocho zabiega - wyrzeka ostronie. 
- Jeli nie macie pienidzy, to ja za Antka porcz... 
-Bg zapa! -schylia mu si do ng. -Moe Rocho jako se poredzi, a jakby nie, to 
musi si szuka inszego sposobu. 

- Pamitajcie, e jak bdzie potrzeba, porcz za niego. 
Poszed dalej do Jagusi, siedzcej wpodle pod murem wraz z matk i wielce zamodlonej, 
ale nie nalazszy sposobnego sowa, to jeno przemiechn si do niej i zawrci do swoich. 
Poleciaa za nim oczami, pilnie przepatrujc dziedziczki, tak wystrojone; jae dziw bra, a 
takie bielukie na gbie i tak wcite w pasie, e Jezus! Pachniao te od nich kieby z tego trybularza. 


Chodziy si czymsi, co si widziao niby te rozczapierzone ogony indycze. Paru modych 
dziedzicw zagldao im w oczy i tak si cosik miali, jae ludzie si tym niemao gorszyli. 


Naraz kaj w kocu wsi, jakby na mocie przy mynie, zaturkotay ostro wozy i kby kurzawy 
wzbiy si ponad drzewa. 

- Jakie spnione - szepn Pietrek do Hanki. 


- wiece juchy bd gasili - dorzuci ktosik. 
A drudzy jli si przechyla przez mur ogrodzenia i ciekawie zaziera na drogi obiegajce 
staw. 
A pokrtce, wrd wrzaskliwych jazgotw i naszczekiwa, ukaza si cay rzd ogromnych 
bryk, nakrytych biaymi budami. 

- To Miemcy! Miemcy z Podlesia! - wykrzykn ktosik. 
Jako i prawda to bya. 
Jechali w kilkanacie bryk, zaprzonych w tgie konie; pod pciennymi budami widnia 
wszelki sprzt domowy i siedziay kobiety i dzieci, za rude, opase Miemce z fajami w zbach 
szy pieszo. Wielkie psy leciay pobok, szczerzc niekiedy ky i odszczekujc lipeckim, 
ktre raz w raz zajadle docieray. 

Nard rzuci si patrze na nich, a wielu przeazio ogrodzenie i leciao spojrze z bliska. 

Miemce przejeday stpa, ledwie si przeciskajc przez gstw wozw i koni, ale aden 
nawet przed kocioem nie zdj kaszkietu ni kogo pozdrowi. Jeno oczy si im jarzyy i brody 
trzsy, jakby ze zoci. Pogldali w nard hardo, kiej te zbje. 

-Pludraki cierwie! 
-Kobyle syny! 


- wiskie podogonia! 
- Sobacze pociotki! 
Posypay si wyzwiska kiej kamienie. 
- A co, na czyjem stano, Miemce? - krzykn ku nim Mateusz. 
- Kto kogo przepar? 
- Strach wam chopskiej pici, co? 
- Poczekajta, dzisiaj odpust, zabawimy si w karczmie! 
Nie odzywali si zacinajc jeno konie i wielce pieszc. 
- Wolniej, pludry, bo portki pogubita. 
Jaki chopak mign na nich kamieniem, a drugie te jy cegy rwa, bych przywtrzy, 
ale w por ich przytrzymali. 

- Dajta spokj, chopaki, niech odejdzie ta zaraza. 
- A eby was mr nie omin, psy heretyckie. 
A ktra z lipeckich wycigna picie i zakrzyczaa za nimi: 
- Bych was wytracili co do jednego kiej psy wcieke... 
Przejechali wreszcie ginc na topolowej, e jeno z cieniw i kurzawy szy sabnce naszczekiwania 
i turkoty wozw. 
Wtedy taka rado rozpara Lipczakw, co ju nie sposb byo si komu bra do pacierzw, 
bo jeno kupili si coraz gciej kole dziedzica. A on rad temu wielce, pogadywa wesoo, 
czstowa tabak i w kocu rzek przypochlebnie. 

- Tgocie podkurzyli, cay rj si wynis. 
-A bo im nasze kouchy mierdziay - zamia si i ktry, a Grzela, wjtw brat, wyrzek 
niby to z frasobliwoci: 
-Za delikatny nard na chopskich somsiadw, bo niech jeno ktren wzion przez eb, to 
zaraz na ziem lecia... 
- Pobi si to kto z nimi? - pyta rozciekawiony dziedzic. 
-Zaby ta pobi, Mateusz ta jednego tkn, e mu nie odrzek na Pochwalony, to zaraz juch 
si obla i dziw duszy nie zgubi. 
-Do cna mitki nard, na oko chopy kiej dby, a spucisz pi, to jakby w pierzyn 
trafi - objania z cicha Mateusz. 
-I nie szczcio si im na Podlesiu. Krowy im pono pady. 
- Prawda, nie wiedli za sob ani jednej. 
- Kobus mogliby powiedzie! - wyrwa si ktry z chopakw, ale Kb krzykn ostro: 


- Gupi kiej but! Na paskudnika pozdychay, wiadomo... 
Jae si pokurczyli z tajonej uciechy, ale nikto ju pary nie puci, dopiero kowal przysunwszy 
si bliej rzek: 

- e si Miemce wyniesy, to ju pana dziedzicowa aska. 
-Bo wol sprzeda swoim, choby za p darmo -zapewnia gorco, prawic rnocie a 
rozpowiadajc, jak to on i jego dziady, i pradziady zawsze jedno trzymali z chopami, zawsze 
szli razem... 
Na to Sikora przemiechn si i powiedzia z cicha: 

- Tak mi to stary dziedzic kazali wypisa na plecach batami, e jeszcze dobrze bacz. 
Ale dziedzic jakby nie dosysza powiedajc wanie, co to zay kopotw, aby si jeno 
Miemcw pozby; juci, co go suchali przytakujc politycznie, a swoje mylc o tych jego 
dobrociach la chopskiego narodu. 

-Dobrodzieje, znaku nie zrobi, cho z jajka uleje! - mamrota Sikora, jae go Kb trca, 
bych zaprzesta. 
I tak se spoecznie basowali, kiej jaki ksiyk w biaej komy i z tac w rku j si ku 
nim przepycha. 

- Cie, widzi mi si, e to Jasio organistw - zawoa ktry. 
Juci, co to by Jasio, jeno ju ubrany po ksiemu, i zbiera na koci, co aska. Wita 
si ze wszystkimi, pozdrawia i sielnie kwestowa; znali go bowiem i nijako byo si wykrca 
od ochfiary, to kaden supa z wzekw ten grosz jaki, a czsto gsto i ta zotwka zabrzczaa 
o miedziaki; dziedzic rzuci rubla, za dziedziczki sypny srebrem, a Jasio, spocony, 
czerwony ze zmczenia i radosny wielce, zbiera niestrudzenie po caym smtarzu, nie 
przepuszczajc nikomu i nikomu te nie aujc tego dobrego sowa, a natknwszy si na 
Hank pozdrowi j tak poczciwie, jae cae czterdzieci groszy pooya; za kiej przystan 
przed Jagusi i zabrzkn w tac, podniesa oczy i jakby zdrtwiaa ze zdumienia, on te 
dziebko si pomisza, rzek ni to, ni owo i prdko poszed dalej. 

Nawet zapomniaa da ochfiar, a jeno patrzaa za nim i patrzaa, bo prosto wyda si jej 
jako ten witek, co go wymalowali w bocznym otarzu, takusi mody, smuky i liczny. Jakby 
j urzek tymi jarzcymi lepiami, e prno tara oczy i egnaa si raz po raz, nie pomogo. 


- Organiciak jeno, a jak si to wybra galancie. 
- Matka si te puszy kiej ten indor. 
- Ju od Wielkiej Nocy jest w tych ksiych szkoach. 
- Proboszcz go sprowadzi na odpust do pomocy. 
- Stary sknerzy i z ludzi zdziera, ale na niego nie auje. 
- Juci, bo to nie honor, jak ksidzem ostanie? 
- Ale i profit mia bdzie. 
Szeptali dokoa, jeno co Jagu niczego nie syszaa wodzc za nim oczami, kaj si tylko 
poruszy. 
Wanie i suma si skoczya, jeszczech ta z ambony ksidz wygasza zapowiedzie i 
wypominki, ale ju nard z wolna odpywa i dziady podniesy jkliwe gosy, a caym chrem 
jy wyciga skamlc proszalne pieni. 

Hanka te ruszya ku wyjciu, gdy przecisna si do niej Balcerkwna z wielk nowin. 

- Wiecie - trzepaa zaziajana - a to spady zapowiedzie Szymka Dominikowej z Nastusi. 
- No, no, a c na to powiedz Dominikowa? 
- A c by, udry na udry pjdzie ze synem. 
- Nie poredzi, Szymek w swoim prawie i lata te ma. 
- Niezgorsze si tam zrobi piekieko, niezgorsze - wyrzeka Jagustynka. 
- Mao to i tak swarw, mao obrazy boskiej - westchna Hanka. 


-Syszelicie to ju o wjcie? - zagadna Poszkowa niesc pobok niej swj brzuch spany 
i tust, czerwon gb. 

-Dy tyle miaam z pochwkiem i tylachna cigiem nowych turbacji, e ani wiem, co si 
tam na wsi wyprawia. 
-A to starszy mwi mojemu, jako w kasie brakuje duo. Wjt ju lata po ludziach i 
skamle o poyczki, aby cho chyla tyla zebra, bo leda dzie przyjedzie ledztwo... 
- Jeszczech ociec mwili, co na tym skoczy si musi. 
- Wynosi si, puszy, przewodzi, a teraz zapaci za swoje pastwo! 
- To mog mu zabra gospodark? 
-A mog, za kiejby nie chwacio, to se reszt odsiedzi w kreminale - gadaa Jagustynka 
- uywa jucha, nieche teraz pokutuje. 
- Dziwno mi te byo, co nawet na pogrzebie si nie pokaza. 
- C mu ta Boryna, kiej on z wdow przyjacielstwo trzyma. 
Przycichy, bo tu przed nimi jawia si Jagu prowadzca matk; stara sza przygarbiona 
i z przewizanymi jeszcze oczami, ale Jagustynka nie przepucia okazji. 

-Kiedy Szymkowe wesele? Ani si kto spodzia, co dzisiaj spadn z ambony! Juci, 
trudno chopakowi wzbroni, kiej mu ju obmierzy dziewczyne roboty. Nastusia go teraz 
wyrczy... - dojadaa z przemiechem. 
Dominikowa sprostowaa si nagle i twardo rzeka: 

- Prowad, Jagu, prdzej prowad, bo me jeszczek ugryzie ta suka. 
I posza piesznie, jakby uciekajc, a Poszkowa zamiaa si cicho: 
- Niby to lepa, a niezgorzej obaczya... 
- lepa, ale jeszcze trafi do Szymkowych kudw. 
- Boe bro, bych si i do drugich nie dorwaa... 
Jagustynka ju nie odrzeka, cisk przy tym zapanowa przed wrtniami, e Hanka si 
zgubia ostajc kaj za wszystkimi, ale nawet bya temu rada, gdy obrzydy jej te niepoczciwe 
dogryzania, ja te spokojnie rozdawa dziadom po dwa grosze, nie przepuszczajc ani 
jednego, za temu lepemu z psem wetkna ca dziesitk i rzeka: 

- Przyjdcie do nas na obiad, dziadku! Do Borynw! 
Dziad podnis gow i wytrzeszczy lepe oczy. 
- Antkowa, widzi mi sie! Bg zapa! Przylet, juci, co przylet. 
Za wrtniami byo ju nieco luniej, ale i tam siedziay dziady we dwa rzdy czynic szerok 
ulic i wykrzykujc na rne sposoby, a na samym kocu klcza jaki mody z zielonym 
daszkiem na oczach, przygrywa na skrzypicy i piewa pienie o krlach i dawnych czasach, 
e ca kup stali dokoa niego, a czsty grosz sypa mu si do czapy. 

Hanka przystana pod smtarzem rozgldajc si za Jzk i najniespodziewaniej natkna 
si oczami na swego ojca. 
Siedzia se w rzdku midzy dziadami, rk wyciga do przechodniw i jkliwie skama 

o wspomoenie. 
Jakby j kto pchn noem, ale mylaa zrazu, e si jej przywidziao, przetara oczy raz i 
drugi; on ci to by jednak, on!... 

-Ociec midzy dziadami! Jezus! - dziw, e si nie spalia e wstydu. 

Nasuna chustk barzej na czoo i przebraa si do niego z tyu od wozw, pod ktrymi 

siedzia. 

-Co wy robicie najlepszego, co? -jkna przykucnwszy za nim, bych si chroni od 
ludzkich oczw. 
- Hanu... a dy ja... a dy... 
- Chodcie mi zaraz do domu! Jezus, taki wstyd! Chodcie!... 
-Nie pde... Ju to sobie z dawna umyliem... Co wama mam ciy, kiej dobre ludzie 
wspomog... We wiat se pocigne z drugimi... wite miejsca obacze... co nowego si prze


wiem... Jeszczech wama spory grosz przyniese... Naci zotwk, kup jakiego cudaka la Pietrusia... 
kup... 

Chycia go ostro za konierz i prawie wywleka midzy wozy. 

- Zaraz mi do domu. e to wstydu nie macie! 
- Pu me, bo si ozgniewam! 
- Rzucie te torbeczki, prdko, eby kto nie obaczy. 
-To zrobi, co mi si jeno spodoba, juci... wstyda si bede... komu gd kum, temu 
torba matk - wyrwa si naraz, wpad pomidzy wozy a konie i przepad. 
Nie sposb byo go szuka i nale w takim toku, jaki si uczyni na placu przed kocioem. 
Soce przypiekao, jae si czowiek uska ze skry, kurz zapiera piersi, a nard, chocia 
zmczony i zgrzany do ostatniej nitki, mitosi si radonie i kotowa jakoby w tym rozbekotanym 
wrztku. 

Katarynka wygrywaa rozgonie na ca wie; dziady wycigay po swojemu, dzieci 
gwizday na glinianych kuraskach, naszczekiway psy i konie gryzy si i kwiczay, e to muchy 
byy dzisia barzej naprzykrzone, za kaden czowiek gada z osobna, przekrzykiwa do 
znajomkw, stowarzysza si i cisn do kramw, przy ktrych wrzao jak w ulu i podnosiy 
si dzieuszyne piski. 

Budy ze witociami jae si chwiay od babiego naporu. Nie mniejszy by tok, kaj 
przedawali kiebasy, wiszce na drkach niby te grubachne postronki. Gdzie znw kupczyli 
chlebem a kukiekami. Kaj yd nawoywa do cukierkw, za jeszcze indziej nawet wstgi 
wieway spod pciennych daszkw i bicze przernych paciorkw, a wszdy by niepomierny 
gniot, harmider i wrzaski kieby w jakiej bnicy. 

Przeszo dobrych par pacierzw, nim nard j si nieco spokoi i przycicha; kto pociga 
do karczmy kto ju zabiera si do domu, a drudzy, zmoeni spiekot i utrudzeniem, 
rozkadali si w cieniu wozw, nad stawem, to w sadach i podwrzach, bych se podje i odpocz. 


Rozpraone przypoudnie tak ju doskwierao, e dycha nie byo czym, a pokrtce i 
gwarzy nie chciao si nikomu ni nawet rucha, jako tym drzewom pomdlaym w arze, a e 
przy tym i wie zasiada do misek, to si ju prawie cakiem uspokoiy, jeno co tam dzieci 
podniesy wrzaski kaj niekaj i konie szarpny si przy wozach. 

Za na plebanii proboszcz wyprawia obiad la ksiy i dziedzicw, przez wywarte okna 
widniay gowy, pyn gwar rozmw i roznosiy si brzki, miechy a takie zapachy, jae 
niejeden link yka z onych smakw. 

Jambro, wystrojony odwitnie, w mentalach na piersiach, krci si cigiem w sieniach, 
a czsto gsto na ganek wybiega z krzykiem: 

- Nie pdziesz, jucho, std! A to kijem ci zoj, e popamitasz. 
Ale nie mogc si ogna zberenikom, ktre jako te wrble obsiaday sztachety, a mielsze 
nawet ju pod okna si przebieray, to jeno przygraa ksiym cybuchem a wyklina. 
Nadesza na to Hanka przystajc przy furcie. 

- Szukacie to kogo? - zapyta kusztykajc do niej. 
- Nie widzielicie kaj mojego ojca? 
-Bylicy! Gorc, e niech Bg broni, to pewnikiem pi se kaj w cieniu... Te! jedrona paka! 
- krzykn znowu i pogoni za chopakiem. 
A Hanka strapiona wielce posza ju prosto do domu i rozpowiedziaa o wszystkim siostrze, 
ktra przysza na obiad. 
Ale Weronka jeno wzruszya ramionami. 

-Korona mu ze ba nie spadnie, e przysta do dziadw, a co nam bdzie lekciej, to lekciej. 
Nie takie ano skoczyy pod kocioem. 


-Jezus, taki wstyd, eby rodzony ociec na ebrach! A co Antek na to powie? Dopiero ludzie 
wezm nas na ozory i powiedz, emy go wygnay po proszonemu. 
-A niechta szczekaj, co im si spodoba. Pyskowa na drugiego kady poredzi, ale do 
pomocy nikto nieskory. 
- Ja nie dopuszcz, eby ociec mieli dziadowa. 
- To go se sprowad do chaupy i yw, kiej taka honorna. 
-A sprowadz! Ju mu tej yki strawy aujesz! Juci, teraz miarkuj, co go do tego 
sama przyniewolia. 
- Przelewa si to u mnie czy co? Dzieciom to pewnie odejm od gby, a jemu dam? 
- Naley mu si wycug od ciebie, nie baczysz? 
- Jak nie mam, to z jelit sobie nie wypruj. 
-A wypruj i daj, ociec pierwszy. Nieraz mi si skary, e go godem morzysz i o winie 
wicej dbasz nili o niego. 
-Prawda bya, juci, ojca morz godem, a sama to se uywam kiej dziedziczka. Tak si 
ano wypasam, co mi ju kiecka z bieder zlatuje i ledwie kulasami powcz. Na borg jeno 
yjemy. 
- Nie ple, mylaby kto, e i prawda. 
-A prawda, eby nie Jankiel, to by nawet tych ziemniakw ze sol zabrako. Juci, syty 
godnemu nigdy nie zawierzy! -gadaa na wp z paczem, a coraz aoniej, gdy wtoczy si 
w opotki dziad, prowadzony przez pieska. 
- Siadajcie se pod chaup - zwrcia si do Hanka krztajc si kole obiadu. 
Przysiad na przybie, kule odoy, pieska puci na wol i pociga nochalem, miarkujc, 
zali ju jedz i w ktrej stronie. 
Wanie byli zasiadali do obiadu pod drzewami, Hanka wyoya jado na miski, e szeroko 
rozniesy si posmaki. 

- Kasza ze sonin, dobra rzecz. Niech wama pjdzie na zdrowie -mrucza dziad wietrzc 
zapachy i oblizujc si akomie. 
Pojadali z wolna, przedmuchujc kad yk strawy. apa krci si z cichym skowytem, 
a dziadoski piesek ziaja z wywieszonym ozorem pod cian, spiekota bowiem bya 
straszna, nawet cienie nie ochraniay, dziw si wszystko nie roztopio; a w tej nagrzanej i sennej 
cichoci jeno yki skrzybotay, a niekiedy kaj pod strzech zawiegotaa jaskka. 

- By tak z miseczk kwaszonego mleka la ochody! - westchn dziad. 
- Zarno wam przynies! - spokoia go Jzka. 
-Duocie dzisiaj wykrzyczeli? -zapyta Pietrek cignc ospale yk. 
-Zmiuj si, Panie; nad grzesznymi, a nie pamitaj im dziadoskiej krzywdy! Boga ta 
wiele! ktren dziada obaczy, to w niebo pilnie patrzy albo skrca o staje. Za inszy wysuple 
ten grosz jaki, a rad by wzi reszt z dziesitki! Z godu przyjdzie zdycha. 
La wszystkich lato ciki przednwek - szepna Weronka. 

- Prawda, ale na gorzak to nikomu nie zbraknie. 
Jzka wetkna mu w gar mich, j skwapliwie pojada. 
-Powiedali na smtarzu - ozwa si znowu - co Lipce maj si dzisiaj godzi z dziedzicem, 
prawda to? 
- Dostan, co im si naley, to moe si i ugodz - rzeka Hanka. 
- A Miemce si ju wyniesy, wiecie? - wyrwa si Witek. 
- eby ich morwka zdusia! - zakl wytrzsajc pici. 
- To i was pokrzywdzili? 
-Zaszedem do nich wczoraj z wieczora, to me psami wyszczuli. Heretyki cierwy, psie 
nasienia. Pono Lipczaki tak im dopiekali, e musiay ucieka! Ze skry bym takich obupia, 
do ywego misa -pogadywa, sielnie wygarniajc z miski, a skoczywszy napas swojego 
pieska i j si dwiga z przyby. 


- niwna pora, to pilno wam do roboty - zamia si Pietrek. 
-A pilno; oni byo nas na odpucie szeciu wszystkiego, a dzisia ze trzy mendle sie wydziera, 
jae uszy puchn. 
- A przyjdcie na noc - zapraszaa Jzka. 
- Niech ci Jezus da zdrowie, co pamitasz o sierocie. 
-Sierota jucha, a kadun to ju ledwie udwignie -przekpiwa Pietrek patrzc, jak si toczy 
rodkiem drogi, grubachny kiej koda, i kijaszkiem maca przeszkody. 
Chaupa te wkrtce opustoszaa, kto przyleg w cieniu, bych si przespa, to ju chrapa, 
a reszta posza na odpust. 
Przedzwonili na nieszpr. Soce si ju galancie konio ku zachodowi, upa jakby 
dziebko sfola, to chocia jeszcze sporo wypoczywao pod chaupami, ale ju coraz wicej 
ludzi schodzio si na plac przed kocioem, pomidzy kramy i budy. 

Jzka poniesa si z dzieuchami kupowa obrazki, a gwnie, bych si napatrzy do syta 
owym wstgom, paciorkom i drugim cudom odpustowym. 

Katarynka znowu zagraa, dziady jy posobnie wyciga, brzkajc w miseczki, a gwary 
podnosiy si z wolna, przepeniajc ca wie, e huczao jakoby w tym ulu przed wyrojem. 

Kaden bowiem by syty i wypoczty, to rad si stowarzysza a cieszy specznie; kto 
poredza z przyjacioy, kto jeno lepie na wszyko roztwiera szeroko, kto si aby cisn, kaj 
si drugie cisny, kto i na ten kieliszek pociga z kumami, ktren za szed do kocioa lebo 
i siedzia gdziesik w cieniu deliberujc o rnociach, a wszystkich zarwno rozpieraa jednaka 
radosna lubo odpustowania. I nie dziwota, jake, to kaden wymodli si i nawzdycha 
do woli, napatrzy onym pozotom, wiatom, obrazom i innym witociom; wypaka si 
rzetelnie, nasucha organw i piewa, a jakby si cay wykpa w onym wicie, dusz 
oczyci a skrzepi, narodu rnego zobaczy, wspominkw nazbiera i zby si chocia na ten 
dzie jeden wszelakich turbacji! 

To i obycznie, co gospodarze najpierwsze czy biedota, komorniki czy proste dziadygi, a 
wszystko si weselio posplnie; czynic taki rozgwarzony i rozkolebany gszcz kole kramw, 
e i przecisn si tam byo nieacno. A juci, co najrozgoniej gaday kobiety gnietc 
si jedna przez drug do bud, abych chocia si dotkn i napatrzy onych licznoci. 

Szymek by wanie kupi Nastusi bursztyny, wstgw i chustk czerwon, przystroia si 
zaraz, i chodzili od kramu do kramu trzymajc si wp, radoni wielce i jakoby pijani uciech. 


azia z nimi Jzka, targujc jeno i ogldajc rnocie porozkadane na stoach, a coraz i 
z aosnym wzdychaniem przeliczaa t swoj mizern zotwczyn. 

Jagusia pltaa si kaj niedaleko od nich udajc, e nie spostrzega brata. Chodzia sama, 
dziwnie smutna i zgnbiona. Nie cieszyy jej dzisiaj ni te rozwiane wstgi, ni granie katarynki, 
ni ten cisk i wrzaski. Sza z drugimi, porwana tokiem, i tam stawaa, kaj insi stawali, tam 
dreptaa, kaj j pchali, nie wiedzc cakiem, po co przysza i dokd idzie. 

Przysun si do niej Mateusz i szepn pokornie: 

- Dy mnie nie go od siebie. 
- Hale, odpdzaam ci to kiedy? 
- Abo raz! Nie skla me to, co? 
- Niepoczciwie rzeke, to i musiaam. Kt me... - przymilka nagle. 
Jasio przeciska si z wolna przez tumy w jej stron. 
-I on na odpust! -szepn Mateusz wskazujc ksiyka, ktren si broni ze miechem, 
aby go nie caowali po rkach. 
-Kiej dziedzicowy syn! Jak si to wybra! Dobrze bacz, jak to jeszcze niedawno wyrywa 
za krowimi ogonami. 
- A juci, gdzieby za taki krowy pasa - przeczya niemile dotknita. 


-Rzekem. Pamitam, jak go to raz organista spra, e krowy puci w Pryczkowy owies, 
a sam se spa kaj pod grusz... 

Jagu odesza i chocia niemiao, przepychaa si ku niemu, rozemia si do niej, ale e 
patrzeli w niego kiej w tcz, odwrci oczy i nakupiwszy w kramie obrazikw, zacz je rozdawa 
dzieuchom i kto chcia. 

Stana naprzeciw kiej wryta, zapatrzona w niego rozgorzaymi oczami, a z warg czerwonych 
pola si cichy lnicy pomiech; sodziuki niby te miody. 

-Naci, Jagu, swoj patronk -wyrzek wtykajc jej obrazik, rce si ich spotkay i rozbiegy 
kiej sparzone. 
Wzdrygna si, nie miejc ust otworzy. Mwi jeszcze cosik, ale jakby utona w jego 
oczach i nic prawie nie pomiarkowaa. 
Rozdzielia ich gstwa, e schowawszy za gors obrazik, dugo toczya oczami po ludziach. 
Nie byo go ju nikaj, poszed do kocioa, gdy przedzwonili na nieszpr, ale ona 
cigiem go miaa na oczach. 

- Widzi si kiej ten witek! - szepna bezwolnie. 
- Tote dzieuchy dziw lepiw za nim nie pogubi. Gupie, nie la psa kiebasa. 
Obejrzaa si prdko, Mateusz sta pobok. 
Mrukna ni to, ni owo, chcc si od niego odczepi, ale szed nieodstpnie, dugo co 
sobie way, a zapyta: 

- Jagu, a co matka rzekli na Szymkowe zapowiedzie? 
- A c, kiej chce si eni, to niech si eni, jego wola. 
Skrzywi si i pyta niespokojnie: 
- Odpisz mu to jego morgi, co? 
- Ja ta wiem! Nie wyznaa mi si. Niech si jej spyta. 
Przystpi do nich Szymek z Nastusi, nalaz si skdci i Jdrzych, e przystanli ca 
kup, a pierwszy Szymek zacz: 

- Jagu, matki strony nie trzymaj, kiej si mnie krzywda dzieje. 
-Juci, co za tob stoj. Ale odmienie si przez te czasy, no, no... Cakiem kto drugi z 
ciebie! -dziwia si, bo stoja przed ni sielnie wyelegantowany, prosty, wygolony do czysta, 
w kapelusie na bakier i w kapocie bielukiej kieby mleko. 
- A bom si wyrwa z matczynego stojaka. 
-I lepiej ci teraz na woli? - przemiechaa si z jego hardoci. 
Wypu ptaszka z garci, to obaczysz! Zapowiedzie syszaa? 
- Kiedy lub? 
Nastusia przygarna si tkliwie obejmujc go wp. 
- A za trzy niedziele, jeszcze przed niwami - szeptaa sponiona. 
-I choby w karczmie wyprawi, a matki prosi nie bd. 
- Masz to ju kaj zawie kobiet? 
-A mam. Jake, na drug stron do matki i si wyprowadz. Szuka po ludziach komornego 
nie bd. Niech mi jeno mj gront odpisz, to rad sobie dam! - przechwala si sierdzicie. 
- Pomog mu, Jagu, we wszykim pomog - przytwierdza Jdrzych. 
- Przeciech i my Nastusi we wiat gokiem nie dajemy. Tysic zotych dostanie gotowymi 
pienidzmi -wyrzek Mateusz. 

Kowal odcign go na bok, cosik mu szepn i polecia. 

Pogadywali jeszcze co niebd, szczeglniej Szymek roi se, jak to gospodarzem ostanie, 

jak se to grontu przykupi, jak si to chyci ziemi, e pokrtce obacz, kto on taki, jae Nastusia 
patrzaa w niego z podziwem. Jdrzych przytwierdza, jeno Jagusia chodzia oczami po wiecie, 
syszc pite przez dziesite. Zarwno jej tam byo jedno. 

- Jagu, przyjd do karczmy, bdzie dzisiaj muzyka - prosi Mateusz. 


-I karczma la mnie ju nie zabawa - odpara smutnie. 
Zajrza w jej oczy przemglone, zacisn kaszkiet i polecia roztrcajc ludzi. Przed plebani 
natkn si na Teresk. 

- Kaj ci to niesie? - zagadna lkliwie. 
- Do karczmy! kowal zwouje na narady. 
-Poszabym z tob. 
-Nie odganiam ci, miejsca nie zbraknie, zwa jeno, by ci nie wzieni na ozory, e tak 
cigiem za mn uwaasz. 
-I tak me ju nosz kiej psy t zdech owc. 
-To czemu si im dajesz! -zy ju by i zniecierpliwiony. 
- Czemu? nie wiesz to bez co? - zaskarya si cichuko. 
Szarpn si i poszed przodem, e ledwie za nim zdya. 
- Ju buczysz kiej to ciel! - rzuci odwracajc si nagle. 
- Nie, nie... jeno mi proch wlecia do oka. 
- Jak widz pakanie, to jakby me kto noem gn! 
Zrwna si z ni i rzek dziwnie serdecznie: 
- Naci par groszy, kup se co na odpucie, a potem przyjd do karczmy, to potacujemy. 
Spojrzaa oczami, co to jakby mu do ng leciay z podzik. 
- Co mi ta pienidze, taki dobry... taki... - szeptaa rozpomieniona. 
- A z wieczora przychod, przdzi czasu mia nie bd. 
Obejrza si na ni jeszcze z proga, umiechn i wszed do sieni. 
W karczmie ju bya ciasnota i gorc nie do wytrzymania. W gwnej izbie toczyo si 
wiela rnego narodu, przepijajc a gwarzc, za w alkierzu zebrali si co modsi z lipeckich, 
z kowalem i Grzel, wjtowym bratem, na czele. Przyszli te i poniektrzy gospodarze, jak 
Poszka, sotys, Kb i Adam, stryjeczny Borynw, a nawet si wcisn Kobus, cho go nikto 
nie zaprasza. 

Kiedy Mateusz wszed, wanie by Grzela prawi gorco i kred cosik pisa po stole. 

Szo o zgod z dziedzicem, ktren obiecywa za morg lasu da chopom po cztery na 
podleskich polach, a drugie tyle ziemi puci na spaty; chcia nawet borgowa drzewo na 
chaupy. 

Grzela wykada wszystko podobnie i kred znaczy, jak by si to podzielili ziemi i co 
by wypado na kadego. 

- Dobrze rozwacie, co mwi! - woa - sprawa czysta jak zoto. 
- Obiecanka cacanka, a gupiemu rado! - mrukn Poszka. 
-Szczera prawda, nie obiecanki. U rejenta wszyko nam odpisze. Weta ino sobie dobrze 
do gowy! Tylachna ziemi la narodu. A to kademu w Lipcach wykroi si nowa gospodarka. 
Miarkujta ino sobie... 
Kowal raz jeszcze powtrzy, co mu by kaza dziedzic powiedzie. 
Wysuchali uwanie, ale nikto si nie ozwa, patrzeli jeno w te biae krychy na stole i 
gboko deliberowali. 

-Prawda, sprawa kiej zoto, ale czy na to komisarz pozwoli? - ozwa si pierwszy sotys 
orzc frasobliwie pazurami po kudach. 
-Musi! Jak gromada uchwali, to si urzdw o przyzwolestwo pytaa nie bdzie! Zechcemy, 
to i on musi! - zagrzmia Grzela. 
-Musi, nie musi, a ty si nie wydzieraj. Obacz no ktry, czy aby starszy nie wcha kaj 
pod cian? 
- Dopierom go widzia przed szynkwasem! - objania Mateusz. 
- A kiedy to dziedzic obiecuje nam odpisa? - zagadn ktry. 
-Mwi, co gotw choby jutro. Zgodzimy si na jedno, to zaraz odpisze, za potem 
omentra rozmierzy, co komu. 


- To ju po niwach mona by chyci si tej ziemi: 
- A na jesieni obrobi, jak si patrzy. 
- Mj Jezus, dopiero to pjdzie robota, no! 
Pogadywali gwarnie, wesoo, jeden przez drugiego. Rado ju ponosia wszystkich, 
oczy strzelay moc, hardo prostowaa grzbiety i same rce si wycigay do brania tej ziemi 
upragnionej. 

Niejeden ju podpiewywa z uciechy i krzyka na yda o gorzak, niejeden plt trzy po 
trzy o dziaach, a kademu roiy si nowe gospodarki, bogactwa i radocie. Bajdurzyli te kiej 
pijani, miejc si, bijc piciami w stoy a przytupujc ognicie. 

- Dopiero to w Lipcach nastanie wito! 
- Hej, a jakie zabawy pjd, a jakie muzyki! 
-I wiela to weselisk odprawi si w zapusty! 
- Dzieuch we wsi zabraknie! 
- To se miesckich przykupiemy, nie sta to nas?! 
- Psiachma, w same ogiery jedzi bd. 
-Cichota no - zawoa stary Poszka bijc pici w st -a to krzycz kiej ydy w szabas! 
Chciaem jeno pedzie, czy aby w tej dziedzicowej obietnicy nie ma jakowego podejcia? 
Miarkujeta, co? 
Przycichli, jakby ich kto z naga obla zimn wod, dopiero po chwili ozwa si sotys: 

- Ja te nie mog wyrozumie, laczego taki hojny? 
-Juci, w tym musi by jakie podejcie, bo eby dawa tylachna ziemi prawie za darmo 
- cign ktry ze starych. 
Ale na to porwa si Grzela i zakrzycza: 
- To wam powiem, eta gupie barany i tyla! 
I znowu j tumaczy i przekada zapalczywie, jae si spoci kiej mysz, kowal te sielnie 
me ozorem i kademu z osobna rychtowa, ale stary Poszka nie da si przekabaci, 
gow jeno kiwa i przemiecha tak kliwie, a Grzela przyskoczy do niego z piciami, 
ledwie ju powstrzymujc zo. 

- Rzeknijcie swoj prawd, kiej nasza widzi si wam cygastwem. 
-A rzek! Znam dobrze to pieskie nasienie, znam i mwi waju: nie wierzta dziedzicowi, 
pki nie bedzie czarno na biaym. Zawdy si nasz krzywd pasy, to i tera chc si na nas 
poywi! 
-Tak miarkujecie, no to si nie gdcie, ale drugim nie przeszkadzajcie! -krzykn na 
niego Kb. 
- Chodzie z nimi do boru, to ich stron i tera trzymasz! 
-A chodziem, a jak bdzie potrza, to i jeszczek pd! A trzymam nie za nim, jeno za 
zgod, za sprawiedliwoci, za ca wsi. Bo jeno gupi nie widzi w tym dobrego la Lipiec. 
Jeno gupi nie bierze, jak daj. 
-Wyta wszystkie gupie, bo pilno wama sprzeda za obertelek cae portki. Gupie, skoro 
dziedzic tyle daje, to moe i wicej. 
Zaczli si przemawia coraz zapalczywiej, a e i drugie wspomagay Kba, to zrobi si 
taki gwar, jae przylecia Jankiel i sieln flach gorzay postawi na stole. 

-Sza, sza, gospodarze! Niech bdzie zgoda! eby Podlesie byy nowe Lipce! eby kady 
by pan! - woa puszczajc kieliszek kolejk. 
Juci, co wzili pi, a jeszcze barzej si ugwarza, wszyscy ju bowiem skaniali si do 
zgody oprcz starego Poszki. 
Kowal, ktren musia w tym mie jaki gruby profit, najgoniej rozmawia rozwodzc 
si o dziedzicowej poczciwoci, a raz po raz stawia la caej kompanii to gorza, to piwo, to 
nawet arak z esencj. 



Cieszyli si tak galancie, co ju niejeden jeno oczy bauszy i ozorem ledwo rucha, za 
Kobus, ktren cay czas pary z gby nie puci, j naraz chyba ludzi za orzydla i krzycze: 

-A komorniki to co? Psi pazur? I nam si naley ziemia! Nie dopucim do zgody! Po 
sprawiedliwoci by musi! Jake, to jeden ledwie ju spany kadun udwignie, a drugi ma 
zdycha z godu? Po rwno musi by ziemi la wszystkich! Dziedzice cierwy! Niejeden goym 
zadem yska, a nos drze do gry, jakby cigiem kicha! Kotuniarze zapowietrzone! krzycza 
coraz goniej i tak nieprzystojnie wszystkim przymawia, jae go wyciepnli za 
drzwi, ale jeszcze przed karczm kl i wygraa. 
Kompania te niezadugo zacza si rozchodzi do domw, jeno co apczywsi na uciech 
ostali w karczmie, kaj ju pobrzkiwaa muzyka. 

Wanie i wieczr si by robi, soce zapado za bory i cae niebo stano w zorzach, a 
czuby zb i sadw jakby si pawiy w czerwieni a zocie. Zawiewa wilgotny, pieciwy 
wiater, aby jy rechota, odzyway si prze pirki, a granie konikw roztrzsao si po polach 
kiej ten nieustajcy chrzst dojrzaych kosw, rozjedali si ju z odpustu, e jeno wozy 
turkotay, a kaj niekaj ktosik dobrze napity wypiewywa rozgonie. 

Przycichy Lipce, pusto si zrobio przed kocioem, ale jeszcze pod chaupami siedzieli 
gsto ludzie zaywajc chodu i wczasw 

Cichy zmierzch stawa si na wiecie, mroczniay pola, dale stapiay si ju z niebem, 
wszystko si spokoio, pik z wolna morzy ziemi i obtula j ciep ros, za ze sadw tryskay 
kiej niekiej ptasie gosy, jakoby tym wieczornym pacierzem. 

Bydo wracao z pastwisk, raz po raz buchay dugie, tskliwe ryki, a rogate by pokazyway 
si nad stawem, rozgorzaym ogniami zachodu jakoby krwawym zarzewiem. Kaj pod 
mynem baraszkoway z wrzaskiem kpice si chopaki, za po obejciach trzsy si dzieuszyne 
piesneczki, to beki owiec, to gsie ggoty. 

Jeno u Borynw byo cicho i pusto. Hanka poniesa si z dziemi do ktrej z kum, Pie-
trek si te kaj zapodzia, a Jagusia nie pokazaa si jeszcze od nieszporw, e tylko Jzka 
zwijaa si kole wieczornych obrzdkw. 

lepy dziad siedzia w ganku, nastawia gby na chodnawy wiater, mrucza pacierz, a 
pilnie nasuchiwa Witkowego boka; ktren krci si wpodle rychtujc przyczajonym dziobem 
w jego nogi. 

-Cie... eby skis, zbju jeden! A to me kujn! -mrucza zbierajc pod siebie kulasy i 
macha wielkim racem, bociek odlecia par krokw i znowu zachodzi przemylnie z boku 
z wycignitym dziobem. 
-Sysz ci dobrze! Ju ci si nie dam. Jaka to jucha zmylna! -szepta, ale e w podwrzu 
rozlego si granie, to oganiajc si kiej niekiej racem zasucha si w, muzyce z luboci. 
- Jzia, a kto tak szczerze rzpoli? 
-A Witek! Wyuczy si od Pietrka i teraz cigiem i dudli, jae uszy puchn! Witek, przesta, 
a za koniczyny rebakom! - wrzasna. 
Skrzypki umilky, za dziad cosik se umyli, bo skoro Witek przylecia pod chaup, 
rzek do niego wielce dobrotliwie: 

- We t dziesitk, kiej tak galancie wycigasz nut. 
Chopak uradowa si ogromnie. 
- A zagraby to i pobone pienie, co? 
- Co ino posysz, to wygram. 
-Hale, kada liszka swj ogon chwali. A tak nut wygrasz, co? -i bekn po swojemu 
piskliwie a zawodzcy. 
Ale Witek nawet nie dosucha, skrzypki przynis, zasiad pobok i przegra rychtyk to 
samo, a potem rzn insze, jakie tylko sysza w kociele, i tak sprawnie, jae si dziad zdumia. 




- Cie, na organist byby zdatny! 
-Wszyko wygram, wszyko, nawet i takie dworskie, i takie, co je piewaj po karczmach 
-przechwala si rozradowany, wycinajc od ucha, jae kury zagdakay na grzdach, 
gdy Hanka nadesza i zaraz go przepdzia, bych Jzce pomaga. 
Do cna ju ciemniao na wiecie, ostatnie zorze gasy, a wysokie, ciemne niebo rosio si 
gwiazdami, wie ju kada si spa, jeno od karczmy zalatyway dalekie pokrzyki i brzkliwe 
gosy muzyki. 

Hanka siedziaa przed gankiem karmic dziecko i pogadujc z dziadkiem o tym i owym; 
cygani jucha, jae si kurzyo, ale nie przeciwia mu si, mylc swoje i tsknie w noc pogldajc. 


Jagna nie wrcia jeszcze, nie siedziaa rwnie i u matki, bo zaraz z wieczora posza na 
wie do dzieuch, jeno co nikiej nie wysiedziaa, tak j cosik ponosio. Jakby j kto za wosy 
wyciga, e w kocu ju sama jedna azia po wsi. Dugo patrzya we wody pogase i drce 
od powieww, w rozruchane dziebko cienie, we wiata, co leciay z okien na gad stawu i 
mary nie wiada kaj i przez co! Rwao j gdziesik, e poleciaa za myn, a na ki, kaj ju 
leay ciepe kouchy biaych mgie i czajki migay nad ni z krzykiem. 

Suchaa wd padajcych z upustu w czarn gardzie! rzeki, pod olchy wyniose i jakby 
pice, ale ten szum zda si jej jakim aosnym woaniem i skarg nabrzmia paczem. 

Ucieka i patrzaa w mynarzowe okna, buchajce wiatem, gwarami a brzkiem talerzy. 

Tuka si od brzega wsi do brzega jak ta woda obdna, co ujcia na darmo szuka i w 
nieprzebyte wrby bije aonie. 

aro j cosik, czego by i wypowiedzie nie sposb, ni to by al, ni to tsknica, ni to kochanie, 
a oczy miaa pene suchego aru i w sercu wzbiera wrzcy, straszny szloch. 

Nie wiada, laczego znalaza si przed plebani, jakie konie pod gankiem biy niecierpliwie 
kopytami, wiecio si tylko w jednym pokoju, grali w karty. 

Napatrzya si do syta i posza opotkami, ktre dzieliy Kbow gospodark od proboszczowskich 
ogrodw. Przesuwaa si lkliwie pod ywopotem, obwise gazie wisien 
muskay j po twarzy zrosiaymi listeczkami. Sza bezwolnie, nie wiedzc, kaj j niesie, a 
niski dom organistw zastpi jej drog. 

Wszystkie cztery okna wieciy i stay otwarte. 

Przytulia si w cie pod pot i zajrzaa do rodka. 

Organistowie wraz z dziemi siedzieli pod wiszc lamp popijajc herbat, za Jasio 
chodzi po pokoju i cosik rozpowiada. 

Syszaa kade jego sowo, kady skrzyp podogi, nieustanne cykanie zegaru i nawet 
cikie przysapki organisty. 

A Jasio takie cudeka prawi, e niczego nie rozumiaa. 

Patrzya jeno w niego niby w ten obraz wity, pijc kiej miody najsodsze kady dwik 
jego gosu. Chodzi wci i co troch gin w gbi mieszkania, i co troch jawi si znw w 
krgu wiata; czasem przystawa przy oknie, e wciskaa si w pot strwoona, bych jej nie 
dojrza, ale on jeno w niebo patrzy pokryte gwiazdami, to cosik rzek la uciechy, e miali 
si, a rado byskaa w twarzach kiej to soce. Przysiad wreszcie pobok matki, a mae siostry 
jy mu si drapa na kolana i wiesza na szyi, tuli ci je poczciwie, huta i askota, jae 
izba zatrzsa si dzieciskimi miechami. 

Zegar wybi jak godzin i organicina rzeka powstajc: 

- Gadu, gadu, a tobie czas spa! Musisz do dnia wyjecha. 
- A musz, mamusiu! Boe, jaki ten dzie by krtki! - westchn aonie. 
A Jagusine serce jakby kto cisn i tak bolenie, jae same zy pocieky po twarzy. 
-Ale niedugo wakacje! -ozwa si znowu - ksidz regens obieca, e mnie na jaki czas 
zwolni, jeli nasz proboszcz napisze o to do niego. 


-Nie bj si, napisze, ju ja go uprosz! - powiedziaa matka zabierajc si do sania mu 
na kanapie wprost okna. Pomagali jej wszyscy, a nawet sam organista przynis spor doink 
i wsun j ze miechem pod kanap. 
Dugo si z nim egnali na odchodnym, a ju najduej matka, ktra go z paczem tulia 
do piersi a caowaa. 

- pij, synu, smacznie, pij, dziecitko. 
- Pacierze zmwi i zaraz si kad, mamusiu. 
Rozeszli si wreszcie. 
Jagu widziaa, jak w ssiedniej izbie chodzili na palcach, ciszali gosy, przymykali okna 
i pokrtce cay dom oniemia i migiem pogry si w cichoci, aby jeno nie przeszkadza 
Jasiowi. 

Chciaa i ona do domu, ju si bya nawet nieco uniesa, ale j cosik jakby przytrzymao 
za nogi, e nie poredzia oderwa si z miejsca, wic jeno mocniej przywara plecami do pota, 
barzej si skulia i ostaa kieby urzeczona wpatrujc si w to ostatnie wywarte i janiejce 
okno. 

Jasio poczyta nieco na grubej ksice, za potem przyklkn pod oknem, przeegna si, 
zoy rce do pacierza, podnis oczy ku niebu i zamodli si przejmujcym szeptem. 

Noc bya gboka, niezgbiona cicho obtulaa wiat, gwiazdy myy si na wysokociach, 
nagrzany, pachncy zwiew pociga z pl, a niekiedy zaszemray licie i ptak jaki 
zapiewa. 

A Jagusi zaczo cosik rozbiera, serce si tuko kiej oszalae, paliy j oczy, paliy usta 
nabrane i same rce wycigay si ku niemu, a chocia si kurczya w sobie, roztrzsa ni 
taki dziwny, niezmoony dygot, e wpieraa si w pot bezwolnie i z tak moc, jae trzasna 
erdka. Jasio wychyli gow, popatrzy dokoa i znowu si zamodli. 

Za z ni dziao si ju co niepojtego; takie ognie chodziy jej po kociach i obleway 
warem, e dziw nie krzyczaa z tej lubej mki. Zabaczya, kaj jest, i ledwie ju zipaa, tak si 
w niej wszystko trzso i pono. Bya caa w dreszczach, kiej byskawice kbiy si w niej 
jakie nabrzmiae, szalone krzyki, jakie wichry palce j ponosiy, jakie straszne pragnienia 
rozpray i wyginay... Ju chciaa si czoga tam, bliej niego, bych chocia tkn ustami 
tych jego biaych rczkw, bych jeno klcze przed nim a patrze z bliska w te gbusie i modli 
si kiej do tego cudownego obrazu. Nie poruszya si jednak, bo oblecia j jaki dziwny 
strach i zarazem zgroza. 

-Jezu mj, Jezu miosierny! -wyrwa si jej z piersi cichy jk. 
Jasio powsta, wychyli si cay i jakby patrzc na ni zawoa: 


-Kto tam? 
Zamara na chwil, przytaia dech, serce przestao bi i jakby zdrtwiaa w jakim witym 
strachu, dusza uwiza kaj w gardle i pena szczsnego niepokoju chwiaa si w oczekiwaniu. 


Ale Jasio jeno popatrzy w opotki, a nie dojrzawszy zamkn okno, rozebra si prdko i 
wiato zgaso... 

Noc pada na jej dusz, ale jeszcze dugo siedziaa wpatrzona w czarne i nieme okno. 
Przej j chd i jakby operli srebrn ros jej dusz wniebowzit, gdy wszystko, co w niej 
wrzao z krwie podliwej, przygaso rozlewajc si po niej nieopowiedzian bogoci. 
Spyna na ni uroczysta, wita cicho, jakby to zadumanie kwiatw przed wschodem 
soca, e rozmodlia si pacierzem szczcia, ktren nie mia sw, a jeno dziwn sodko 
zachwytw, przenajwitsze zdumienie duszy, niepojt rado budzcego si dnia zwiesnowego 
i przeplata si grubymi ziarnami bogich ez niby tym racem aski Paskiej i dzikczynienia. 




ROZDZIA 3 


- Pjd ju, Hanu! - prosia Jzka pokadajc gow na awk. 
- A zadrzyj ogona kiej cielak i le! - zgromia j odrywajc oczy od raca. 
- Kiej me tak cosik spiera w doku i tak me mgli... 
- Nie przeszkadzaj, zaraz si skoczy. 
Jako proboszcz ju koczy cich, aobn msz za dusz Boryny, zamwion przez rodzin 
w oktaw jego mierci. 
Wszyscy te co najblisi siedzieli w bocznych awkach, a tylko Jagusia z matk klczay 
przed samym otarzem; z obcych nie byo nikogo, tyla co kaj pod chrem Jagata gono trzepaa 
pacierze. 

Koci by cichy, chodny i mroczny, jeno na rodku mrowia si wielgachna struga jarzcego 
wiata, bo soce bio przez wywarte drzwi rozlewajc si jae po ambon. 

Micha organistw suy do mszy i jak zawdy, tak trzcha dzwonkami, e w uszach 
brzczao, wykrzykiwa ministrantur, a lata lepiami za jaskkami, ktrej kiej niekiej migay 
po kociele zbkane i trwonie wiegolce. 

Kaj od stawu rozlegay si klapice trzaski kijanek, wrble wierkay za oknami, za ze 
smtarza raz po raz jaka rozgdakana kokosz wwodzia do kruchty cae stado piukajcych 
kurcztek, a Jambro musia wygania. 

A skoro ksidz skoczy, wyszli zaraz wszyscy na smtarz. 
Ju byli kole dzwonnicy, gdy zawoa za nimi Jambroy: 


- A to poczekajcie! Dobrodziej chce wam cosik powiedzie. 
Nie wyszo i Zdrowa, kiej przylecia zadyszany z brewiarzem pod pach i obcierajc ysin 
przywita dobrym sowem i rzek: 
-Moicie, a to wam chciaem powiedzie, e zrobilicie po chrzecijasku zamawiajc 
msz wit za nieboszczyka. Uly to jego duszy i do wiecznego zbawienia pomoe. No, 
mwi wam, pomoe! 

Zay tabaki, pokicha siarczycie i wycierajc nos zapyta: 

- Dzisiaj pewnie bdziecie radzili o dziaach, co? 
- Juci, tak je niby we zwyczaju, co dopiero w oktaw - przytwierdzili. 
- Ot to! Wanie o tym chciaem z wami pomwi! 
Dzielcie si, ale pamitajcie: zgodnie i sprawiedliwie. eby mi nie byo swarw ni ktni, 
bo z ambony wypomn! Nieboszczyk w grobie si przewrci, jeli zobaczy, e jego krwawic 
rozrywacie jak wilki barana! I bro Boe. krzywdzi sieroty! Grzela daleko, a Jzka jeszcze 
gupi skrzat! A co si komu naley, odda wicie, co do grosza. Jak rozrzdzi majtkiem, 
tak rozrzdzi, ale trzeba speni jego wol. Moe on tam chudziaszek w tej chwili patrzy a 
was i myli sobie: na ludzim ich wywid, gospodark-m niezgorsz ostawi, to si przecie 
nie pogryz kiej psy przy podziale. Mawiam cigle z ambony: zgod stoi wszystko na wiecie, 
ktni jeszcze nikt niczego nie zbudowa. No, mwi, niczego, kromie grzechu i obrazy 
boskiej. A o kociele pamitajcie. Nieboszczyk by szczodrym i czy na wiato, czy na msz, 
czy na inne potrzeby grosza nie aowa i dlatego Pan Bg mu bogosawi... 

Dugo przemawia, jae si kobiety spakay i jy mu w podzice obapia kolana, za 
Jzka przypada mu nawet z bekiem do rk, to j przygarn do piersi, a pocaowawszy w 
gow rzek z dobroci: 

- Nie bucz, gupia, Pan Bg ma sieroty w szczeglnej opiece. 
-e i rodzony nie powiedziaby barzej do duszy -szepna rozrzewniona Hanka. Snad i 
dobrodziej by wzruszony, bo wytarszy ukradkiem oczy; czstowa kowala tabak i prdko 
zagada o innym. 
- A c, bdzie zgoda z dziedzicem? 


- Bdzie, ju dzisiaj pojechao do niego piciu... 
-To chwaa Bogu! Ju za darmo msz wit odprawi na intencj tej zgody! 
-Widzi mi si, co wie powinna si zoy na wotyw z wystawieniem! Jake, to jakby 
nowe nadziay i cakiem darmo! 
-Masz rozum, Micha, mwiem o tobie dziedzicowi. No, idcie z Bogiem, a pamitajcie: 
zgod i sprawiedliwoci! Ale, Micha! - zawoa za odchodzcym -a zajrzyj ta pniej 
do mojego wolanta, prawy resor przyciera si nieco do osi... 
- To pod aznowskim dobrodziejem tak si zmaglowa. 
Ksidz ju nie odrzek, a oni poszli prosto ku domowi. Jagusia wieda matk na ostatku, 
gdy stara wleka si z trudem odpoczywajc co chwila. 
Dzie by powszedni, robotny, to i pusto byo na drogach dokoa stawu, jeno dzieci bawiy 
si kaj niekaj w piasku i kury grzebay w porozrzucanych ajnach. Byo jeszcze wczenie, 
ale ju soce niezgorzej przypiekao, szczciem, co wiater nieco przechadza, zawiewa 
bujny, i kolebay si sady, pene ju czerwieniejcych wini, a zboa biy o poty kiej 
wody wzburzone. 

Chaupy stay wywarte, wrtnie wszdy porozwierane, na potach kaj niekaj wietrzyy 
si pociele, a wszystko, co si jeno ruchao, pracowao w polach. Jeszcze ktosik zwozi 
ostatnie zapnione pokosy siana, e zapach jae wierci w nozdrzach, a na obwisych nad 
drog gaziach, pod ktrymi przejeday kopiaste wozy, trzsy si przygarcie dziebe kiej 
te powyrywane brody ydowskie. 

Szli z wolna i w cichoci, deliberujc o dziaach. 

Skdci, jakby z pl, kaj ludzie osypywali ziemniaki, zrywaa si niekiedy piosneczka i 
sza z wiatrem niewiada kaj, za pod mynem jaka baba tak praa kijank, jae si rozlegao i 
szumnie huczay wody spadajce na koa. 

- Myn teraz cigiem robi! - ozwaa si pierwsza Magda. 
- Przednowek to niwa la mynarza! 
-Ciszy on lato nili oni. Wszdzie bieda a piszczy, za u komornikw to ju prosto 
gd - westchna Hanka. 

- Kozy te penetruj po wsi, jeno czeka, jak komu co grubszego ukradn - rzuci kowal. 
-Nie bajcie! Ratuj si, biedoty, jak mog, wczoraj Kozowa przedaa organicinie kaczta, 
to si dziebko wspomoga... 
-Rycho przechlaj. Nie powiadam na nich nic zego, ale mi dziwno, e pirka mojego 
kaczora, co mi zgin w ojcowy pochwek, nalaz mj Maciu za ich obrk -wyrzeka Magda. 
- A kt to wtenczas wzion nasze pociele? - wtrcia Jzka. 
- Kieje to ich sprawa z wjtami? 
- Nieprdko, ale Poszka ich wspiera, to ju wjtom dobrze zalej sada za skr. 
- e to Poszka lubi zawdy nos wraa w cudze sprawy. 
- Jake, przyjaci se kaptuje, bo mu pachnie wjtostwo! 
Przeszed im drog Jankiel cigncy za grzyw sptanego konia, ktren bi zadem i opiera 
si ze wszystkich si. 

- Zacie mu pieprzu pod ogon, to rypnie z miejsca kiej ogier. 
- miejcie si na zdrowie! Co ja ju mam z tym koniem! 
-Wypchajcie go som, przyprawcie mu nowy ogon i powiedcie na jarmark, to moe go 
kto kupi za krow, bo na konia ju niezdatny! -artowa Micha i naraz wszyscy gruchnli 
miechem, gdy ko si wyrwa, skoczy do stawu i nie zwaajc na Janklowe proby i groby, 
najspokojniej pocz si tarza. 
- Mdrala jucha, musi by od Cyganw! 


-Postawcie mu wiadro gorzaki, to moe wyjdzie! -zamiaa si organicina, siedzca 
nad stawem przy stadzie kaczt pywajcych kiej te ciukie ppuszki; rozczapierzona kokosz 
gdakaa na brzegu. 

- liczne stadko, to pewnie od Kozowej? - pytaa Hanka. 
-Tak, i cigle mi jeszcze uciekaj na staw. Tasiuchny! ta, ta, ta, ta! - zwoywaa rzucajc 
na przynt przygarciami jagy. 
Ale kaczki szoroway na drugi brzeg, e poleciaa za nimi. 

-Chodcie prdzej, kobiety - przynagla kowal i gdy weszli do chaupy, a Hanka zakrztna 
si kole niadania, j znowu penetrowa w izbach i w obejciu, nawet nie przepomnia 
ziemniaczanym doom, a Hanka powiedziaa: 
- Ogldacie, jakby co ubyo! 
- Nie kupuj kota we worku! 
-Lepiej wy znacie wszyko nili ja sama! -wyrzeka z przeksem, rozlewajc kaw w 
garnuszki. 
- Dominikowa, Jagu, a chodcie do kupy! -zawoaa na drug stron, kaj si obie zawary. 


Obsiedli aw i popijali przegryzajc chlebem. 

Nikto si nie odzywa, nijako byo zaczyna, kaden si wagowa ogldajc na drugich. 
Hanka te bya dziwnie powcigliwa, juci, co niewolia do jada przylewajc kademu, ale 
prawie nie spuszczaa oczw z kowala, ktren si wierci na miejscu, miga lepiami po izbie 
i chrzka raz po raz. Jagusia siedziaa czego chmurna i wzdychliwa, oczy miaa poyskliwe 
jakby od niedawnego paczu, a Dominikowa czapirzya si kiej kwoka i cosik poszeptywaa 
do niej, tylko jedna Jzka, co ta po swojemu pleta trzy po trzy zwijajc si kole garw, penych 
perkoczcych ziemniakw. 

Duyo si ju wszystkim, a pierwszy kowal zacz: 

- Wic jake zrobimy z dziaami? 
Hanka drgna i prostujc si powiedziaa spokojnie, snad po dobrym namyle: 
- A c ma by! Ja tu jeno struj mowego dobra i stanowi o niczym prawa nie mam. 
Antek wrci, to si podzielita. 
- Kiej tam on wrci, a tak przeciech osta nie moe. 
-Ale ostanie! Mogo tak by przez cay czas ojcowej choroby, to moe by, pki Antek 
nie powrci. 
- Nie on jeden jest do podziau. 
- Ale on najstarszy, to jemu si po ojcu naley obj gospodark. 
- Hale, takie ma prawo jak i drugie dzieci. 
- Moe wemiecie i wy, jak si tak z Antkiem uoyta. 
Kcia si przeciech z wami nie bd, nie moja w tym wola stanowi. 
- Jagu! - podniesa gos Dominikowa - przypomnije o swoim. 
- A po co, przeciech dobrze pamitaj... 
Hanka poczerwieniaa gwatownie i kopic ap, ktren si nawin pod nogi, wyrzeka 
przez zby: 

- Juci, co krzywd dobrze pamitamy. 
-Rzeklicie! Tu idzie o sze morgw, jakie nieboszczyk zapisa Jagusi, a nie o gupie 
sowa! 
-Jak macie zapis, to wama nikt nie wydrze! -mrukna gniewnie Magda, siedzca cay 
czas cicho z dzieckiem u piersi. 

- A mamy, w urzdzie zrobiony i przy wiadkach. 
- Wszyscy czekaj, to i Jagusia moe. 
-Pewnie, e musi, ale co ma swojego, to zaraz zabierze, a ma przeciek krow z cielciem, 
a wini, a gski... 



- To wsplne i pjdzie do dziaw - powsta twardo kowal. 
-Do dziaw! Chcielibycie! Co dostaa we wianie, tego jej nikt mocen odebra! A moe 
chcecie i kiecki a pierzyny te podzieli midzy siebie, co? - podnosia gos coraz silniej. 
-La miechu rzekem, a wy zaraz z pazurami... 
- Juci... przegldam ja was dobrze, juci... 
-Bo i co tu bdziem po prnicy klekta. Prawd rzeklicie. Hanka, e trza poczeka na 
Antka. Mnie si pieszy do dziedzica, bo tam ju na mnie czekaj - wsta, a dojrzawszy ojcowy 
kouch rozwieszony w kcie na drku j go ciga. 
- W sam raz zdaby si na mnie. 
- Nie ruchajcie, niech si suszy - bronia Hanka. 
-A ju te buciary oddacie. Cholewy jeno cae, a i to ju raz podszywane -tumaczy, 
chytrze cigajc je z drka. 
-Niczego tkn nie pozwol! Wemiecie co niebd, a potem powiedz, em p gospodarki 
zatracia. Niech przdzi spis zrobi. Nawet koka z potu ruszy nie dam, pki wszystkiego 
urzd nie opisze! 
- Spisu nie byo, a ju si kaj zadziay ojcowe pociele... 
-Mwiam ci, co si stao! Zaraz po mierci rozwiesili na pocie i ktosik w nocy ukrad. 
Nie byo gowy baczy na wszystko. 

- Dziwne, co tak zaraz nalaz si zodziej... 
- To niby jak? Ja wzienam, a teraz cygani, co? 
-Cichota, kobiety! Tylko przez ktni, poniechaj, Magdu! Kto ukrad, niech mia bdzie 
na mierteln koszul. 
- Sama pierzyna waya bez maa ze trzydzieci funtw. 
-Mwi ci, stul pysk! -wrzasn na on i wywid Hank w podwrze, niby to la obejrzenia 
prosit. 
Posza za nim, ale dobrze si miaa na bacznoci. 

- Chciaem wam cosik poredzi. 
Nastawia ciekawie uszw, miarkujc nieco, kole czego krci. 
-Wiecie, a to trzeba, abycie jeszcze przed spisem ktrego wieczora przepdzili do mnie 
ze dwie krowy. Macior mona zawierzy stryjecznemu, a co si jeno da, pochowa u ludzi... 
Ju wam powiem kaj... O zbou powiecie przy spisie, e dawno przedane Janklowi, on przytwierdzi 
ochotnie, da mu si za to jaki korczyk. rebk wemie mynarz, podpasie si na jego 
panikach. A co z porzdkw mona by schowa w doach, to po ytach. Ze szczerej przyjani 
wam radz! Wszystkie tak robi, ktre jeno rozum maj. Wycie harowali kiej w, to 
sprawiedliwie naley si wama wicej. Mnie ta z tego dacie co niebd, jak kruszyn. I nie 
bojajcie si niczego, pomaga wam bd we wszystkim. A ju w tym moja gowa, bycie 
ostali przy gruncie. Jeno mnie posuchajcie, nikto jeszcze nie dooy do mojej rady... Sam 
dziedzic a rad me sucha. No, c powiecie?... 
-A jeno to, co swojego nie popuszcz, ale cudzego nieakomam! -odrzeka z wolna, 
wpierajc w niego wzgardliwe oczy. Zakrci si, jakby kijem dosta przez ciemi, polata po 
niej lepiami i sykn: 
- Ju bym nawet nie wspomnia, ecie niezgorzej podebrali ojca... 
- A wspominajcie! powiem Antkowi, niech z wami pogada o tej radzie. 
Ledwie si wstrzyma od kltw, plun jeno, a odchodzc prdko, krzykn przez wywarte 
okno do izby: 

- Magda, miej ta oko na wszystko, bych znowu czego nie wynieli zodzieje. 
Hanka patrzya na niego ze szydliwym przemiechem. Polecia kiej oparzony i natknwszy 
si na wjtow, wchodzc midzy opotki, dugo jej cosik prawi wytrzchajc piciami. 


Wjtowa przyniesa jaki urzdowy papier. 



- To la was, Hanka, stjka przynis z kancelarii. 
- Moe o Antku! - szepna z trwog, biorc papier przez zapask. 
-Pono o Grzeli. Mojego nie ma, pojecha do powiatu, a stjka jeno powiada, e tam stoi 
napisane, jakoby Grzela pomar czy co... 
- Jezus Maria! - krzykna Jzka. 
Magda te si zerwaa na nogi. 
Wszyscy patrzyli na ten papier ze zgroz i strachem, obracajc nim bezradnie w roztrzsionych 
rkach. 

- Moe ty, Jagu, poredzisz rozebra - prosia Hanka. 
Stany nad ni pene niepokoju i trwogi, ale Jagna po dugiej chwili sylabizowania odpara 
zniechcona: 

- Hale, kiej to nie po naszemu pisane i nie poradz wymiarkowa. 
- Nie przy niej pisane! Za to co inszego potrafi najlepiej - sykna wjtowa wyzywajco. 
-Idcie no swoj stron i ludzi nie zaczepiajcie, kaj was obchodz z daleka jak to mierdzce 
- warkna stara. 
Ale wjtowa, jakby rada z okazji, ciepna j na odlew: 

-Przykarca drugich to poredzicie, a czemu to nie wzbraniacie crusi, bych cudzych 
chopw nie zwodzia, co! 
-Dajcie no spokj, Pietrowa! - wtrcia si Hanka miarkujc ju, na co si tutaj zanosi, 
ale wjtow ponosio coraz barzej. 
-Cho raz musz se da folg! Tylam si przez ni natrua, tylam przecierpiaa, e swojej 
krzywdy nie daruj, pkim ywa! 

-A pyskuj! Pies cie ta przeszczeka! -mrukna stara dosy spokojnie, za Jagu rozczerwienia 
si kiej burak i chocia pali j wstyd, ale i jaka mciwa zawzito nabieraa w sercu, 
e coraz bardziej podnosia gow i jakby na przekr, z rozmysem wpieraa w ni szydliwe 
oczy, a judzcy przemiech wi si na wargach. 
Wjtowa wywara ju gb kiej wrtni i zjtrzona do ywego jej lepiami, pomstowaa 
wywodzc zajadle jej przewiny. 
-Pyskujesz bele co; bo sie opia zoci! -przerwaa jej stara -ale twj ciko odpowie 
przed Bogiem za Jagusine nieszczcie. 

-Juci, odpowie, bo ano zwid niewinowate dziecitko! Juci, dziecitko, co z kadym 
rade szuka krzakw! 
- Zawrzyjcie gb, bo chociem lepa, ale jeszczech zmacam drog do waszych kudw grozia 
zaciskajc kij w garci. 

- Sprobujcie! Tknij me jeno, tknij! - wrzeszczaa wyzywajco. 
-Hale, spasa si na cudzej krzywdzie i bdzie si tera czepiaa ludzi kiej rzep psiego 
ogona. 
- W czym ci to ukrzywdziam, w czym? 
- Jak twojego wsadz do kreminau, to si dowiesz! 
Wjtowa skoczya z piciami, szczciem, co Hanka zdya j odcign i ostro powstaa 
na obie: 

-Loboga, kobiety, a to karczm robicie z mojej chaupy. 
Przymilky na to oczymgnienie, sapic jeno a dyszc, Dominikowej jae zy pocieky 
spod szmat, jakimi miaa przewizane oczy, i lay si ciurkiem po wyndzniaej twarzy, jeno 
co pierwsza si opamitaa i przysiadszy westchna, rozwodzc rce: 

- Jezu, bd miociw mnie grzesznej! 
Wjtowa wyleciaa z chaupy kiej oszalaa, ale zawrciwszy ju z drogi wrazia gow 
przez okno i zacza woa do Hanki: 

-Mwi ci, wypd z chaupy te lakudre! Wygo j, pki jeszcze pora, aby potem nie 
poaowaa! Ani godziny nie ostawiaj pod swoim dachem, bo ci std wygryzie ta zaraza pie


kielna! Radz ci, bro si, Hanka! Przez litoci bd la niej i przez miosierdzia! Ona jeno 
czeka na twojego, obaczysz, co ci ona wystroi! -przechylia si barzej na izb i groc piciami 
Jagusi wrzeszczaa ze wszystkiej zoci: 

-Poczekaj, ty piekielnico jedna, poczekaj! Nie zamr spokojnie, do witej spowiedzi nie 
pjd, pki si nie doczekam, e ci ze wsi kijami wywiec! A do sodatw, suko jedna! 
Tam twoje miejsce, wiski pomiocie, tam! 
I poleciaa, w izbie zrobio si cicho jakby w grobie. 

Dominikowa jae si trzsa od tajonego paczu, Magda hutaa dziecko, Hanka zapatrzya 
si w komin srodze zamedytowana, za Jagu, chocia jeszcze miaa w twarzy hardo i 
zy przemiech na wargach, ale pobielaa na ptno, bo j te ostatnie sowa ugryzy w samo 
serce; poczua, jakby j naraz sto now przebio i wszystkie rany spyny krwi serdeczn i 
wszystk moc, ostawiajc jeno nieopowiedziany al, jaki zgoa nieczowiekowy al, e 
chciaa bi gow o cian i krzycze wniebogosy, jeno co si przemoga i szarpic matk za 
rkaw zaszeptaa gorczkowo: 

- Chodmy std, matko! Chodmy prdko! Uciekajmy! 
-A dobrze! cakiem ju osabam, ale ty musisz tu wrci i przy swoim warowa do 
ostatka. 
-Nie ostan tutaj. Tak mi to wszystko obmierzo, e ju duej nie cierpi! Bodajem 
bya nogi poamaa, nim weszam tutaj! 
- Tak ci to le z nami byo, co? - szepna Hanka. 
- Gorzej nili temu psu na acuchu, e i w piekle musi by lepiej. 
- Dziwne, co wytrzymaa tak dugo, przeciek ci nie przywizywali za kulasy. Moga se 
i! Nie bj si, za nogi ci nie uapi i prosia nie bd, by ostaa!... 
- A pjd i niech was ta zaraza wytraci, kiejta takie! 
- Nie pomstuj, bym ci swoich krzywd nie ciepna we lepie! 
- Bo ju wszystkie przeciwko mnie, caa wie, wszystkie!.. 
- yj poczciwie, a nikto ci nie rzuci i marnego sowa! 
- Cichoj, Jagu, dy Hanka ci nie przeciwna. Cichoj! 
-A niechta i ona pyskuje! A niechta! Mam gdzie te szczekania. Cem to takiego zrobia? 
Ukradam? Zabiam kogo, co? 
-Masz to jeszcze miao pyta, co? -wyrzeka zdumiona Hanka stajc przed ni. -Nie 
cignij mnie za jzyk, bym ci czego nie rzeka! 
-A mwcie! A pyskujcie! zarwno mi jedno! -wrzeszczaa coraz zapalczywiej, zo si 
w niej rozsroya kiej poar, ju bya gotowa na wszystko, nawet na najgorsze. 
Hance naraz zy zalay oczy, pami zdrad Antkowych tak bolenie wgryza si w serce, 
e ledwie ju zabekotaa: 

-A co to z moim wyprawiaa, co? Jeszcze ci Pan Bg za mnie pokarze, obaczysz!... 
Spokoju mu nie dawaa... gonia za nim kiej ta rozciekana suka... kiej ta... - tchu jej zbrako, 
tak si zaniesa szlochem. 
A Jagu spia si niby wilk napadnity w barogu, gotowy ju drze kami, co mu si jeno 
nawinie, nienawi buchna jej do gowy, a mciwo sprya pazury, a skoczya na 
izb i, rozwcieklona do ostatka, ja chlasta przyduszonymi sowami kiejby tym biczem 
wiszczcym: 

-To ja za nim lataam, ja! Cyganisz kiej ten pies! Wszyscy ano wiedz, jak si przed nim 
oganiaam! Dy kiej piesek skamla pode drzwiami, abym mu chocia trep swj pokazaa! To 
on me niewoli! To on me otumani i robi z gupi, co chcia! A tera powiem ci prawd, jeno 
by jej nie poaowaa. A to me miowa, e ju nie wypowiedzie! A ty mu obmierza kiej 
ten stary, utytany ach, e mia ju chudziak po grdyk twojego kochania, jae mu si odbijao 
kiej po starym sadle, e jeno plu wspominajc o tobie. Nawet gotw by sobie zrobi co 
zego, abych cie jeno nie widzie wicej na oczy. Chciaa, to masz prawd. A zapamitaj, co 



ci jeszczek doo: jak zechc, to eby mu caowaa nogi, kopnie ci, a za mn poleci w cay 
wiat! Wymiarkuj to sobie i ze mn si nie rwnaj, rozumiesz, co? 

Woaa zjadliwie, wadna ju sob i bez lku, a tak urodna jak nigdy. Nawet matka suchaa 
jej z podziwem i strachem, tak wynosia si inna jaka, zgoa obca i zarazem tak jako 
straszna, za i grona kiej ta chmura trzaskajca piorunami. 

Za Hank sowa te poraziy jakby na mier; biy j do krwie, smagay bez litoci ni 
miosierdzia i rozgniatay kiej tego mizernego robaka; walia si, kiej drzewo podarte piorunami, 
bez si ju i bez pamici. Ledwie ju poredzia nabra powietrza zbielaymi wargami, 
opada na aw, a od tego bolu to wszystko si w niej rozsypywao w miaki a pony piasek, 
e nawet zy przestay ciekn po twarzy, spopielaej od mki, chocia ciki, wzburzony 
szloch rozrywa jej piersi. Z lkiem patrzaa przed siebie, kieby w jak gb nagle rozwart, i 
draa niby to dbo, ktre wiater enie na zatrat... 

Jagu ju dawno przestaa i posza z matk na swoj stron, Magda si te wyniesa nie 
mogc si z ni dogada, nawet Jzka poleciaa nad staw za kacztami, a ona wci siedziaa 
na jednym miejscu kiej ta zmartwiaa ptaszka, ktrej wybier pisklta, e ni krzycze, ni broni, 
ni ucieka ju nie poredzi, a jeno czasem zabije skrzydem i aonie zapiuka... 

A Pan Jezus zlitowa si nad ni, dajc folg umczonej duszy, e przecknwszy pada 
przed obrazami, buchna rzsistym paczem i ochfiarowaa si i do Czstochowy, byle to 
wszystko, co usyszaa, byo nieprawd! 

A do Jagusi nie czua nawet zoci, tylko bra j strach przed ni i egnaa si niby przed 
zym, dosyszawszy jej gos... 

Wreszcie zabraa si do roboty i wezwyczajone rce robiy prawie same, gdy mylami 
bya kaj daleko, nawet nie wiedzc, e dzieci wyprowadzia do sadu, e uprztna izb i 
naoywszy jadem dwojaki pdzia Jzk, bych je prdzej poniesa w pole. 

A kiej ostaa sama i uspokoia si nieco, ja rozwaa i medytowa nad kadym sowem. 
Mdra bya kobieta i dobra, to acno przepucia wszystkie swoje obrazy i krzywdy, ale zadranitego 
ambitu nie poredzia zapomnie, e raz po raz biy na ni ognie i serce si kurczyo 
od mki, a po gowie latay zamysy krwawej odemsty, a w kocu i to przemoga, bo 
szepna: 

-Juci, e mi si z ni nie rwna w urodzie, trudno. Alem mu lubna i matka jego dzieci! 
- duma j rozpara i pewno siebie. - A poleci za ni, to i powrci! Przeciech si z ni nie 
oeni! - pocieszaa si gorzko, wygldajc na wiat. 
Poudnie si ju podnosio, soce zawiso nad stawem, upa si tak wzmg, e ju parzya 
ziemia i rozpalone powietrze zawiewao kieby z pieca, ludzie ju wracali z pl, a od 
topolowej niesy si wraz z tumanami kurzawy porykiwania spdzanego byda, gdy naraz 
Hank jakby tkno jakie postanowienie, wspara si o cian i pomylawszy jeszcze jakie 
Zdrowa obtara oczy, przesza sie, otworzya drzwi do Jagusinej izby i powiedziaa mocno, 
a cakiem spokojnie: 

-Wyno mi si zaraz z chaupy! 
Jagna uniesa si z awy i stany naprzeciw mierzc si lepiami przez dug chwil, jae 
Hanka cofna si nieco od proga i powtrzya przychrzypnitym gosem: 

-Wyno mi si w ten mig, a nie, to ci ka parobkowi wyrzuci... W ten mig! - dodaa 
nieustpliwie. 
Stara rzucia si do niej przekada i tumaczy, ale Jagu jeno wzruszya ramionami: 

- Nie gadajcie do tego pomieta! Wiadomo, o co jej idzie. 
Wyja ze spodu skrzynki jaki papier. 
- O zapis ci chodzi, o te morgi, a to je we sobie i nachlaj si nimi! 
Rzeka wzgardliwie, rzucajc jej w twarz papierem: 
-Udaw si nimi choby na mier! 
I nie baczc na matczyne sprzeciwy ja piesznie wiza toboy i wynosi je w opotki. 


Hank zemglio, jakby j kto trzasn midzy oczy, ale papier podniesa i zagadaa z pogroz: 


-A prdzej, bo ci psami wyszczuj! -dawio j zdumienie, nie mogo si jej pomieci 
w gowie, e to prawda. Jake, cae sze morgw pola rzucia kiej ten pknity garnek! Jake! 
Musi by, co ma le w gowie! - mylaa wodzc za ni oczami. 
Jagna za, nie zwaajc na ni, ju si wzia do zdejmowania swoich obrazw, gdy Jzka 
przyleciaa z wrzaskiem: 

- A korale mi oddajcie, moje s po matce, moje... 
Jagna zacza je odwizywa ze szyi, ale si nagle powstrzymaa. 
- Nie, nie oddam! Maciej mi dali, to ju s moje! 
Jzka pocza piekowa, jae Hanka musiaa j skrzycze, bych daa spokj, bo Jagu 
jakby ogucha na zaczepki, a wynisszy wszystko swoje poleciaa po Jdrzycha. 
Dominikowa nie przeciwia si ju niczemu, lecz i nie odpowiadaa na zagadywania 
Hanki ni na Jzczyne jazgoty, dopiero kiej zabrali rzeczy na wz, podniesa si i wyrzeka 
groc pici: 

- Bych ci nie mino co najgorsze! 
Hanka jae cierpa, ale puszczajc te sowa mimo uszw zawoaa: 
-A przypdzi bydo Witek, to ci twoj krow zagna do chaupy, a po reszt niech kto 
przyleci wieczorem, to si pozgania. 
Odeszy milczco, skrciy na drog i szy, z wolna okrajc staw samym jego brzegiem, 
jae si odbijajc w wodzie. 
Hanka dugo patrzaa za nimi z jak dziwn zgryzot i markotnoci, a e nie miaa czasu 
na rozwaania, bo najemnicy cigali z pola, to schowaa zapis do skrzynki pod klucz, zawara 
ojcow stron i zabraa si do obiadu cae jednak przypoudnie chodzia struta i milczca 
nawet niechtnie dajc ucho przypochlebnym swkom Jagustynki. 

-Dobrzecie zrobili! Ju dawno trza j byo wygoni. Rozpucia si kiej dziadowski 
bicz, bo kto jej co zrobi kiej stara z proboszczem za pan brat! Drug to by ju dawno wykl 
z ambony! 
-Pewnie, juci! -przytwierdzaa odsuwajc si, aby ju wicej nie sucha, a gdy wszyscy 
rozeszli si znowu do roboty, zabraa Jzk i poszy ple len, bo si miejscami tak czsto 
puszczaa zotucha, jae niektre zagony ciy si ju z daleka. 
Skwapnie si wzia do pielenia, lecz mimo tego mczyy j pogrozy Dominikowej i 
przejmoway niemaym lkiem, a gwnie jednak rozmylaa, co Antek powie na to wszystko. 

-Jak mu poka zapis, to si rozchmurzy. Gupia! sze morgw, to prawie gospodarka! 
- mylaa spogldajc po polach. 
- Wiecie, a do cna przepomniaymy o tym papierze o Grzeli. 
- Prawda! Przerywaj, Jzia, a ja polet do ksidza, on przeczyta. 
Nawet rada bya, e pjdzie midzy ludzi, a przewie si, co na to wszystko powiadaj. 
Przyogarna si nieco w chaupie, a wyjwszy papier zza obraza posza z nim na plebani. 
Nie zastaa jednak ksidza, by w polu przy swoich najemnikach przerywajcych mar-
chew; dojrzaa go ju z dala, bo stoja prawie cakiem rozdziany, w portkach jeno a w somianym 
kapelusie, ale bliej nie miaa podej obawiajc si, e musi ju wiedzie i jeszcze gotw 
j wykrzycze przy ludziach. Zawrcia wic do mynarza, ktren wanie by wraz z 
Mateuszem puszcza na prb tartak. 

-Przed chwil ona mi opowiadaa, jakecie to wykurzyli macoch! Ho, ho, pliszka si 
widzi, a ma jastrzbie pazury! -zamia si bierc si do czytania owego papieru, ale jeno 
rzuci okiem, zawoa: -Za nowina! Grzela wasz si utopi! Jeszcze na Wielkanoc! Pisz, e 
rzeczy po nim moecie odebra u naczelnika w powiecie... 


-Grzela nie yje! Laboga! Taki mody i zdrw! A to mu byo dopiero na dwudziesty szsty. 
Mia ju wrci we niwa. Utopi si, we wodzie! Jezu miosierny! -jkna zaamujc 
rce, srodze bowiem strapia j ta wiadomo. 

-Co letko wama id schedy, letko! -ozwa si drwico Mateusz. - Teraz jeno wygocie 
Jzk, a ju wszystko bdzie wasze a kowalowe... 
- Skoczye to z Teresk, co ju o Jagusi zamylasz? - odcia si, jae mynarz gruchn 
miechem, a on co pilnie j majdrowa kole piy. 
- Nie da si zje w kaszy, chwat baba - powiedzia za ni mynarz. 
Wstpia po drodze do Magdy, ktra usyszawszy nowin rozpakaa si i chlipic rzewliwie, 
mwia przez zy: 

-Wola boska, moi drodzy. Juci, chop jak db, jak mao ktren w Lipcach, o dolo czowiekowa, 
dolo nieszczsna! Dzi yjesz, a jutro gnijesz. To ju Micha pojedzie po te rzeczy 
po nim, co maj przepa. Chudziaszek, a tak si dar do domu!... 
-Wszystko w boskim rku. A do wody to zawdy szczcia nie mia, baczycie to, jak si 
topi we stawie co go to ledwie Kb wyratowa? Snad ju mu byo pisane zgin od niej! 
Wyaliy si, spakay i rozeszy, bo kada miaa dosy swoich codziennych turbacji a 
zabiegw, zwaszcza Hanka. 
A po wsi w mig si rozniesy te nowiny, e schodzc z pl o zmierzchu, ju sobie o tym 
rozpowiadali; juci, e Grzeli sielnie aowano, co za do Jagusi, wie si rozpoowia, 
wszystkie bowiem kobiety, zwaszcza starsze, wziy stron Hanki, zajadle powstajc na Jagusi, 
za ktr, chocia niemiao, opowiadali si chopi, e ju z tego miejscami przychodzio 
do swarw... 

A nim wieczr zapad, ju na wsi huczao kiej w ulu kumy leciay do kum na pored, poniektre 
krzykay do si przez poty i sady, to dojc krowy w opotkach raiy z przechodzcymi. 
Zmierzch si czyni luby, pachncy bowiem a chodnawy, niebo wisiao jeszcze cae w 
bladym zocie zachodu, z pl niesy si strzykania konikw i gosy przepirek, a po rowach i 
bagnach sennie nukay aby. Dzieciskie wrzawy, piewki, to poryki byda, renia, beki, ggoty 
i turkotania wozw trzsy si nad wsi, za po drogach, nad stawem i kaj si kto z kim 
zetkn, rajcowano zawzicie o wypadkach, to o tym, z czym chopi powrc od dziedzica. 

Mateusz wracajcy z tartaku nasuchiwa tu i owdzie ale jeno spluwa, kl z cicha i wymija 
rozgadane kumy, dopiero pyskujce przed Poszkami tak go rozeliy, e si ju 
wstrzyma nie poredzi i powiedzia wzburzony: 

-Hanka nie miaa prawa jej wygania, na swoim siedziaa. Antkowa moe za tak tuk 
dobrze posiedzie i zapaci! 
Zakrzyczaa go gruba, rozczerwieniona Poszkowa: 

- Hanka grontu jej nie zapiera, wiadomo! Ale e Antek leda dzie wrci, to czego inszego 
si bojaa! Hale, upilnuje to domowego zodzieja! A moe miaa patrze przez sitko, co? 
-I... gra, a trawy si dziera, wiecie! Gadacie, co wama lina przyniesie, ale nie ze 
sprawiedliwoci, a jeno przez czyst zazdro! 
Jakby wrazi kij midzy osy, tak si wszystkie rzuciy na niego. 

-A czego to mamy jej zazdroci, co? Czego? e latawica i tuk, e ganiacie za ni kiej 
te psy, e kady by do niej rad pod pierzyn, e wstyd i obraza boska przez ni idzie na ca 
wie, co? 
-Moe i tego wam al, pies ta was wyrozumie! Pomiety juchy, strach im soca. A bych 
bya kiej Magda z karczmy i robia co najgorsze, to bycie jej przepuciy, ale e urodniejsza 
nad wszystkie, to kada by j z osobna utopia w yce wody. 

Rozjazgotay si nad nim, jae musia ucieka. 

-eby wam, psiekrwie, poodpaday jzory! -kl i przechodzc mimo domu Dominikowej 
zajrza w otwarte okna. W izbie si wiecio, Jagusi jednak dojrze nie mg, a wej si 


wagowa, wic westchn jeno, zawracajc ku swojej chaupie, ale jako pokrtce natkn si 
na Weronk, idc do siostry. 

-Dopiero co byam u was. Stacho drzewo obrobi i d wykopa, mona by rzn, kiedy 
przyjdziecie? 
-Kiedy? A moe na wity nigdy. Tak mi ju wie mierznie, e cheba prasn wszystko o 
ziem i pjd, kaj mnie oczy ponies - zakrzycza gniewnie i polecia. 
- Dobrze go cosik ugryzo, kiej si tak bzdycy! - mylaa zwracajc si do Borynw. 
Hanka sprztaa ju po kolacji, ale zaraz j wzia na bok, opowiadajc wszystko, jak 
byo. Weronka z rozmysem pomina Jagusin spraw, a tylko rzeka o Grzeli: 

- Kiej pomar, to wam jego cz przychodzi do dziau. 
- Prawda, jeszczech o tym nie pomylaam. 
-A z tym, co dziedzic musi da za las, to po jakie pwczku wypadnie na kadego, 
troje was jeno! Mj Boe, bogatym to i cudza mier na profit si obraca - westchna aonie. 
-Co mi tam bogactwo! - bronia si Hanka, lecz skoro si porozchodzili spa, wzia rachowa 
po swojemu i skrycie si cieszy. 
Za potem klkajc do pacierzw szepna z rezygnacj: 

- A skoro ju pomar, to ju taka bya wola boska. - I szczerze westchna za jego dusz. 
Nazajutrz kole poudnia wszed do izby Jambroy. 
- Kajecie to chodzili? - spytaa rozpalajc ogie na kominie. 
-U Kozw byem, dziecko si im oparzyo na mier. Woaa mnie, ale tam ju jeno 
trumny potrza i pochowku. 
- Ktre to? 
-A to mniejsze, co je na zwiesn przywieza z Warsiawy. Wpado do grapy z ukropem i 
prawie si ugotowao. 
- Cosik nie wiedzie si jej z tymi znajdami. 
-A nie wiedzie. Nie traci ona na tym, daj na pochowek! Ale nie z tym do was przyszedem. 
Podniesa na niego niespokojne oczy. 

-Wiecie, Dominikowa pojechaa z Jagusi do sdu, pono skary was bdzie o wygnanie 
crki... 
- A niech skary, co mi ta zrobi! 
-Byy z rana u spowiedzi, a potem dugo radziy z dobrodziejem, nie podsuchiwaem juci, 
a mwi, co me jeno doszo pite przez dziesite; tak si na was skaryy, jae proboszcz 
pici wygraa. 
-Ksidz, a wsadza nos w cudze sprawy! -wyrzeka porywczo, tak jednak zgryziona t 
wiadomoci, e cay dzie chodzia kiej bdna, pena trwg i najgorszych przypuszcze. 
O samym mroku jaki wz przystan przed opotkami. 
Wyleciaa z chaupy zestrachana i dygocca, wjt siedzia na bryce. 

-O Grzeli ju wiecie! -zacz. - No, nieszczcie i tyla! Ale mam la was i dobr nowin: 
oto dzisiaj abo najdalej jutro powrci Antek! 
- Nie zwodzicie mnie aby? - nie miaa ju zawierzy. 
- Wjt wama mwi, to wierzcie! w urzdzie mi powiedzieli... 
-To i dobrze, kiej wraca, najwiksza pora! -mwia chodno, jakby cakiem bez radoci, 
a wjt pomedytowa cosik i pomwi wielce przyjacielsko: 
-lecie sobie poczli z Jagusi! Ju na was wniesa skarg, mog was pokara za samowol 
i gwat. Nie mielicie prawa jej rucha, siedziaa na swoim. Dopiero to bdzie, jak 
Antek wrci, a was wsadz! Z czystego przyjacielstwa wam radz, zaagdcie t spraw! 
Zrobi, co jeno bd mg, aby skarg odebray ze sdu, ale krzywd musicie sami odrobi. 
Hanka wyprostowaa si i rzeka prosto z mostu: 



- Kog to bronicie, pokrzywdzonej czy swojej kochanicy? 
Sypn koniom takie baty, jae z miejsca poniesy! 
ROZDZIA 4 


Ale przez takie przerne a cikie przejcia Hanka cakiem nie moga zasn tej nocy, a 
przy tym cigiem si jej widziao, e syszy czyje kroki w opotkach, to na drodze, to nawet 
jakby pod sam chaup. Nasuchiwaa z bijcym sercem, ale cay dom spa gboko, nawet 
dzieci nie matyjasiy, noc bya gucha, chocia widnawa, gwiazdy zaglday w okna i niekiedy 
poszumiay drzewa, gdy jako od samego pnocka podnis si wiater przedmuchujc 
kiej niekiej. 

W izbie byo duszno i gorco, zy fetor zalatywa od kaczt nocujcych pod kami, ale 
Hance nie chciao si otworzy okna, pik ju j cakiem odszed, parzya j pierzyna i poduszki 
zday si rozpalone kiej blachy, e jeno przewracaa si z boku na bok, coraz barzej 
niespokojna, bo te przerne pomylunki roiy si we gowie kieby mrowisko, obac j 
ca gorcymi potami, a przejmujc takim dygotem, e ju nie mogc zapanowa nad strachem 
porwaa si nagle z ka i boso, w koszuli, a ze siekier w garci, ktra si jako sama 
nawina, posza w podwrze. 

Wszyko tam stojao na rozcie wywarte, ale wszdy leaa niezgbiona cicho piku. 
Pietrek chrapa rozcignity pod stajni, konie gryzy obroki pobrzkujc acuchami udzienic, 
za krowy nie powizane na noc w oborze porozaziy si w podwrzu, leay przeuwajc 
i glamic olinionymi gbulami, podnoszc ku niej cikie, rogate by i czarne, niepojte 
gay lepiw. 

Powrcia do ka i lec z otwartymi oczami, znowu trwonie nasuchiwaa, gdy 
przychodziy takie chwile, w ktrych byaby daa gow, jako wyranie roznosz si jakie 
gosy i guche, dalekie kroki. 

-A moe w ktrej chaupie nie pi i poredzaj! -prbowaa sobie wyrozumie, lecz 
skoro jeno chyla tyla poszarzay okna, podniesa si i narzuciwszy Antkowy kouch wysza 
przed dom. 
W ganku Witkowy bociek spa na jednej nodze i ze bem podwinitym pod skrzydo, za 
w opotkach bieliy si pokulone stadka gsi. 

Czuby drzew ju si wypinay z nocy, rosa kapaa obficie z wierzchokw, trzepic o licie 
i trawy, zawiewa rzewy, krzepicy chd. 

Niskie, sinawe opary obtulay pola, z ktrych jeno kaj niekaj rway si co wysze drzewa 
buchajc w gr niby te czarne, gste dymy. 

Staw polniewa jak to lepe, wielgachne oko zasute pomrok, olszowe wysady gwarzyy 
nad nim cichuko i trwonie, gdy wszystko jeszcze dokoa spao, zatopione w szarym, nieprzejrzanym 
mcie i cichoci. 

Hanka przysiada na przybie i przytuliwszy si do ciany zadrzemaa, ani si tego spodziewajc, 
na jakie dobre par pacierzw, bo kiej przeckna, noc ju bya zbielaa do cna i na 
wschodzie rozpalay si czerwone zorze jako te uny dalekie. 

-Jak wyszli o chodzie, to ani chybi, co ino ich patrze! - mylaa wyzierajc na drog, 
tak si czua skrzepion tym krtkim pikiem, e nie wrcia ju do ka i aby acniej doczeka 
si soca, wyniesa dzieciskie szmaty i posza je przepra we stawie. 
A dzie podnosi si coraz chybciej, e pokrtce zapia kaj pierwszy kogut, a wnet po 
nim jy trzepota skrzydami drugie i przekrzykiwa si rozgoniej na ca wie, za potem 



zapieway skowronki, ale jeszcze z rzadka, i z przyziemnych mrokw wyaniay si z wolna 
bielone ciany, poty a puste, orosiae drogi. 

Hanka praa zawzicie, gdy naraz kaj niedaleko rozlegy si ciche stpania, przywara w 
miejscu kiej trusia, pilnie przezierajc dokoa, jaki cie przedziera si z obejcia Balcerkowej 
i sun czajco pod drzewami. 

-Juci, co od Marysi, ale kto? -waya nie mogc rozpozna, gdy cie przepad nagle i 
bez ladu. - Taka harna, taka zadufana w swoj urod, a puszcza na noc chopakw! kto by si 
to spodzia! 
Mylaa zgorszona, spostrzegajc znowu, e mynarczyk przemyka si z drugiego koca 
wsi. 
-Pewnikiem z karczmy, od Magdy! A to jak wilki tuk si po nocy. Co si to wyprawia! 

-westchna, lecz j sam przejy jakie cigotki, gdy raz po raz przecigaa si z luboci, 
ale e woda bya chodnawa, to prdko przeszo, i wzia nuci ciszonym, a tsknoci nabranym 
gosem: 
Kiedy ranne wstaj zorze! 

Pie leciaa nisko po rosie, wsikajc w zrowione witania. 

Pora ju bya wstawa, po wsi zaczy si rozlega brzki otwieranych okien, klekoty 
trepw i przerne gosy. 

Hanka, jeno rozwiesiwszy przeprane szmaty na pocie, poleciaa budzi swoich, ale tak 
byli jeszcze pikiem zmorzeni, e co ktra gowa si uniesa, to zaraz padaa ciko, niczego 
nie miarkujc. 

Zelia si niemao, gdy Pietrek krzykn na ni z gry: 

- Psiachma! Pora jeszcze, do soca spa bd! - i ani si ruszy. 
Dzieci te jy si maza, a Jzka skarya si aonie: 
- Jeszcze dziebko, Hanu! Dy dopiero co si przyoyam... 
Przyciszya dzieci, powypdzaa drb z chleww, a przeczekawszy jeszcze z pacierz, ju 
przed samym wschodem, kiej wyniesione niebo cakiem rozgorzao, a staw sczerwieni si od 
zrz, narobia takiego pieka, jae musieli si pozwleka z barogw. Wsiada te z miejsca na 
Witka, ktren azi zaspany cochajc si jeno o wgy i drapic. 

-Jak ci czym twardym zlej, to przeckniesz! Czemu to, pokrako jedna, krw nie powiza 
do obw! Chcesz aby se w nocy kaduny popruy rogami? 
Odszczekn cosik, a skoczya do niego, szczciem, co nie czeka, wic zajrzawszy do 
stajni czepia si Pietrka. 

- Konie dzwoni zbami o pusty b, a ty si wylegujesz do wschodu! 
- Wydzieracie si kiej sroka na deszcz. Caa wie syszy! - mrukn. 
-A niech syszy! Niech wiedz; jaki to wako i prniak! Czekaj, wrci gospodarz, to 
ci da rad, obaczysz! Jzka - zakrzyczaa znw w drugiej stronie podwrza -krasula ma 
twarde wymiona, cignij mocno, by znowu p mleka nie ostawia! A piesz z udojem, na 
wsi ju wyganiaj krowy! Witek! bierz niadanie i wypdzaj, a pogub mi owce, jak wczoraj, 
to si z tob rozprawi! - rozrzdzaa zwijajc si sama jak fryga; kurom podrzucia przygarcie 
ziarna, winiom kwiczcym pod chaup wyniesa cebratk z arciem, cielciu odsadzonemu 
od matki sporzdzia picie, sypna kaszy gotowanej kacztom i wygnaa je na staw. 
Witek dosta pici za plecy i niadanie do torby, nie przepomniaa nawet boka, stawiajc 
mu w ganku eleniak z wczorajszymi ziemniakami, e przyczaja si, klekota, a ku w niego 
i wyjada. Bya wszdy, o wszystkim pamitaa i na wszyko miaa sposobn rad. 
A skoro Witek pogna krowy i owce, zabraa si do Pietrka, nie mogc cierpie, i si 
wasa bez roboty. 

- Wyrzu gnj z obory! krowom w nocy gorco i tytaj si kiej winie. 
Soce wanie co jeno wyjrzao z dalekoci, ogarniajc wiat czerwonym, gorcym 
okiem, gdy zaczy si schodzi komornice, robice w odrobku za ziemi pod len i ziemniaki. 



Zapdzia Jzk do obierania ziemniakw, daa piersi dziecku i okrywszy si w zapask 
rzeka: 

-Miej ta baczenie na wszystko! A jakby Antek wrci, daj zna na kapuniki. Chodta, 
kobiety, pki rosa a chodniej, okopiemy nieco kapusty, a od niadania wrcim do wczorajszej 
roboty. 
Powieda je poza myn, na niskie ki i mokrada siwe jeszczek od rosy i mgie opadajcych. 
Torfiaste ziemie uginay si pod nogami kiej rzemienne pasy, za gdzieniegdzie tak 
byo grzsko, e musiay obchodzi, w bruzdach gbokich niby rowy stay spleniae wody, 
pokryte zielon rzs. 

Na kapuniskach nie byo jeszcze nikogo, jeno czajki kooway nad zagonami, a boki 
chodziy kiwajcy, pilnie bobrujc. Pachniao bagnem i surowizn tatarakw a trzcin, co poobsiaday 
kpami stare, zapade doy torfowe. 

- Pikny czas, ale widzi mi si, na spiek idzie - ozwaa si ktra. 
- Dobrze, co wiater przechadza. 
- Bo rano, barzej on suszy nili soce. 
-Dawno nie pamitaj tak suchego lata! -pogadyway stajc do roboty na wyniesionych 
zagonach kapusty. 
- Jak to wyrosa, ju si poniektre skbiaj na gwki. 
- eby jeno nie objady robaczyska. Susza, to mog si jeszcze rzuci. 
- A mog. Na Woli obary ju ze szcztem. 
- W Modlicy za wyscha do cna, musiay sadzi na nowo. 
Poredzay dziabic motyczkami ziemi i kopiasto obsypujc grzdy, galancie wyrose, 
ale i sielnie zachwaszczone, mlecze bowiem szy w kolano, a kacze ziela i nawet osty puszczay 
si gsto kiej las. 

- Czego czowiek nie sieje ni potrzebuje, to si bujnie rodzi -zauwaya ktra otrzepujc 
ze ziemi jaki chwast wyrwany. 
- Jak kade ze! Grzechu ano nikt nie posiewa, a peno go na wiecie. 
-Bo plenny! Moiciewy! pki grzechu, pty i czowieka. Przeciech powiadaj: bez grzechu 
nie byoby miechu, albo to: kiejby nie grzech, to by czowiek dawno zdech! Potrzebny 
musi by na co, jako i ten chwast, bo oba stworzy Pan Jezus! - prawia po swojemu Jagustynka. 
-Pan Jezus by ta stworzy ze! Juci! Czowiek to jak ta winia, wszyko musi swoim 
ryjem pomara! - rzeka surowo Hanka, i pomilky. 
Soce ju si byo wynieso galancie i mgy opady do znaku, kiej dopiero ode wsi zaczy 
nadchodzi kobiety. 

-Robotnice! Czekaj, a im rosa przeschnie, eby se nie zamoczy kulasw - szydzia 
Hanka. 
- Nie kady tak asy na robot jako wy! 
- Bo nie kady tak musi harowa, nie kady! - westchna ciko. 
- Wasz wrci, to se odpoczniecie. 
-Ju si do Czstochowskiej ochfiarowaam na Janielsk, bych jeno powrci. Wjt 
obiecowa go na dzisia. 

-Z urzdu wie, to musi by, co i prawda. Ale lato sporo narodu wybiera si do Czstochowy. 
Organicina pono idzie i powiadaa, co sam proboszcz oprowadzi kompani! 
-A kt mu to poniesie brzucho! -zamiaa si Jagustynka. -Sam go nie udwignie bez 
tylachny karwas drogi. Obiecuje, jak zawdy. 
-Byam ju par razy z kompani, alebym co roku chodzia -westchna Filipka zza wody. 
- Na prniaczk kuden akomy. 


-Jezu! -cigna gorco, nie baczc na przycinki. -A dy to czowiek jakby szed do 
nieba, tak mu jest w tej drodze lekko i dobrze. A co si napatrzy wiata, a co si nasucha, co 
si namodli! Jeno par niedziel, a widzi si czowiekowi, jakoby na cae roki zby si bied a 
turbacji. Jakby si potem na nowo narodzi! 
- Prawda, to aska boska tak krzepi! Juci - przytwierdzay niektre. 
Od wsi, ciek nad rzek, midzy szuwarami a gst, mod olszyn, przemykaa si ku 
nim jaka dziewczyna. Hanka przysonia oczy od soca, ale nie moga rozezna, dopiero z 
bliska poznaa Jzk, ktra leciaa, jak jeno moga, ju z dala krzyczc i wytrzchajc rkami: 

-Hanu! Antek wrcili! Hanu! 

Hanka prasna motyczk i porwaa si kiej ptak do lotu, ale si w mig opamitaa, opucia 
podkasany weniak i chocia j ponosio, chocia serce si tuko, e tchu brakowao i ledwie 
poredzia przemwi, rzeka spokojnie jakby nigdy nic: 

- Rbcie tu same, a na niadanie przychodta do chaupy. 
Odesza z wolna, bez popiechu, przepytujc Jzk o wszystko. 
Kobiety poglday na si, do cna stropione jej spokojnoci. 
-Jeno la oczw ludzkich taka spokojna. eby si nie przemiewali, co jej pilno do chopa. 
Ja bym ta nie wytrzymaa! - mwia Jagustynka. 
- Ani ja! Bych si jeno Antkowi nie zachciao nowych jamorw... 
- Nie ma ju na podordziu Jagusi, to moe mu si odechce. 
- Moicie! Jak chopu zapachnie kiecka, to za ni w cay wiat gotw. 
- Oj prawda, bydl si nie tak acno narowi do szkody jak chop niektry... 
Ploty, ledwie si ju ruchajc przy robocie, a Hanka sza wci jednako i jakby z rozmysu 
pogadujc z napotkanymi, chocia i nie wiedziaa, co mwi ni co odpowiadaj, bo w gowie 
miaa to jedno, e Antek wrci i na ni czeka. 

-I z Rochem przyszed? - pytaa jedno w kko. 
-A z Rochem! Dy ju wam mwiam! 
- A jaki, co? Jaki? 
-Wiem to jaki? Przyszed i zaraz z progu pyta: kaj Hanka? Powiedziaam i zarno w te 
pdy po was, no i tyla! 
- Pyta o mnie! Niech ci Pan Jezus... Niech ci... - zaniesa si radoci. 
Dojrzaa go ju z daleka, siedzia z Rochem w ganku, a uwidziawszy j wyszed naprzeciw 
w opotki. 
Sza ku niemu coraz wolniej i coraz ciej, chytajc si po drodze pota, gdy nogi si 
pod ni giy, brakowao tchu, dusiy zy i w gowie miaa taki mt, co ledwie zdolia wyjka: 


- Tye to! Tye! - zy zalay reszt sw nabranych radoci. 
-A ja, Hanu! Ja! - przygarn j mocno do piersi, a przytula z dobroci i z caego serca. 
Cisna si te do niego zgoa ju bez pamici, a jeno te szczsne zy spyway ciurkiem 
po twarzy zbladej i wargi si trzsy, dawaa mu si w ramiona wszystka, kiej to utsknione 
dziecitko. 
Dugo nie poredzia przemwi, ale c to moga rzec i jak wypowiedzie, co si w niej 
dziao! Dy byaby klkaa przed nim, dy byaby prochy zmiataa, wic jeno niekiedy rwao 
si jej z piersi jakie sowo, padajc kiej to wane ziarno i kiej ten kwiat pachncy weselem i 
oroszony krwi serdeczn, a oczy wierne i oddane, oczy pene bezgranicznego miowania 
kady mu si pod stopy kiej psy, zdajc si na wol jego i na jego ask. 

- Zmizerowaa si, Hanu! - szepn gadzc j pieciwie po twarzy. 
- Jake... tylam przeniesa, tylam si wyczekaa... 
- Zapracowaa si kobieta - ozwa si Rocho. 
-To i wy jestecie! Cakiem o was przepomniaam! - ja go wita i caowa po rkach, 
on za rzek artobliwie: 


- Nie dziwota. Obiecaem go wam przywie, to go sobie macie... 
-A mam! Mam! - zawoaa stajc w nagym podziwie przed Antkiem, wybiela bowiem, 
wydelikatnia i taki si widzia urodny, mocarny, paski, jakby zgoa kto drugi, poj tego nie 
moga. 
- Przemieniem si to, co tak po mnie lepiasz? 
- Niby nie, ale cakiem jeste jaki zgoa inakszy. 
- Poczekaj, pjd w pole do roboty, to zarno bd jak przdzi. 
Skoczya naraz do izby po najmodsze dziecko. 
-Jeszczech go nie widziae! -woaa wynoszc rozkrzyczanego chopaka -popatrz jeno, 
podobny do ci jak dwie krople. 
- Sielny parob! - zawin go w rg kapoty i pohutywa. 
-Rocho mu na imi! Pietras, a chode i ty do ojca - podsadzia starszego, e j si gramoli 
na ojcowe kolana bekocc cosik. Antek obj obydwch z dziwn czuoci. 
-Robaki kochane, kruszyny najmilsze! Jak to ju Pietras wyrs, no, i po swojemu co 
rajcuje. 

-Przecie, a taki sprzeciwny, a taki zmylny, dorwie si jeno bata, to zara trzaska i gsi 
wygania - przykucna przy nich. - Pietras, powiedz: tata! powiedz. 
Juci, co zamamrota i nawet jeszcze wicej cosik gwarzy po swojemu, cigajc ojca za 
wosy. 

- Jzka, czemu si to na mnie boczysz? Chode - zauway. 
- A bo to mi - piskna wstydliwie. 
-Chode, gupia, chod! -przygarn j tkliwie, po bratersku. -Tera ju me we 
wszykim suchaj kiej ojca. Nie bj si, srogi la ciebie nie bd i krzywdy od mnie nie zaznasz. 
Rozpakaa si dziewczynina alnie, wypominajc ojca i brata. 

-Jak mi wjt pedzia o jego mierci, to jakby me kto konic zdzieli, jae me zamroczyo. 
Taki parob kochany, taki brat najmilejszy. I kto by si to spodzia. Juem sobie ukada w 
gowie, jak si to grontem podzielim, nawet ju o kobiecie la niego mylaem -wyrzeka cicho, 
z gbok boleci, jae Rocho, aby odwrci smutne myle od wszystkich, zawoa podnoszc 
si z miejsca: 
- Dobrze wam gada, a mnie ju kiszki marsza graj. 
-Laboga, do cna przepomniaam. Jzka, ap no te te kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip! 
A moe jajkw przdzi, co? A moe chleba? wiey i maso wczorajsze! Urnij by i sparz 
wrztkiem! Wnet je wam sprawi. To gapa ze mnie, eby zabaczy! 
- Ostaw, Hanu, kogutki na potem, a sporzd cosik po naszemu. Tak mi si ju przejado 
to miesckie jedzenie, co ochotnie sid przed misk ziemniakw z barszczem -mia si wesoo. 
- Jeno la Rocha zgotuj co inszego. 
- Bg zapa! Wanie na to samo mam smaki! 
Hanka rzucia si szykowa, ale e ziemniaki ju parkotay w garnku, to jeno wyniesa z 
komory kiebas do barszczu. 

-La ciebiem ostawia, Janto. To z tej maciory, co to j kaza zaszlachtowa przed 
Wielkanoc. 
-No, no, niezgorsze pto, ale da Bg, e je zmoemy. Hale, Rochu, a kaje to nasze gocice? 
Stary podsun spory tob, z ktrego Antek j wyjmowa rnoci, a podawa kadej z 
osobna. 

-Naci, Hanu, to la ciebie, jak ci kaj droga wypadnie - poda jej wenian chust, takusiek, 
jak miaa organicina, cakiem czarna i w czerwone i zielone kraty. 
-La mnie. e to pamita, Janto - jkna z niezgbion wdzicznoci. 


-Ba, eby nie Rocho, to bym by zabaczy, ale przypomnieli i poszlim razem wybiera i 
kupowa. 
A sporo nakupi, gdy doda onie jeszcze trzewiki i chusteczk na gow jedwabn, modr 
w te kwiatuszki. Jzce da tak sam, jeno co zielon, oraz fryzk i par sznurkw paciorkw 
z dugachn wstg do zawizywania, za la dzieci przywiz piernikw i organki, 
nawet mia la kowalowej, bo cosik odoy obwinitego w papier, a nie zapomnia Witka ni 
te o parobku. 

Jae krzykny z podziwu na coraz nowe cudnoci, ogldajc je i przymierzajc z tak 
radoci, e Hance zy kapay po zrumienionej twarzy, a Jzka za gow chytaa si w podziwie. 


Rocho si umiecha zacierajc rce, Antek za jeno pogwizdywa. 

-Zarobilita sobie na gociniec. Rocho powiada, jak to wszyko szo skadnie w gospodarce. 
Dajcie no spokj, nie la dzikowa przywiezem -woa bronic si, bo rzuciy si go 
ciska i caowa. 

-Ani mi si kiej niy takie cudnoci -szepna zawo Hanka siadajc przymierza trzewiki. 
- Ciasne dziebko, nogi mi nabrzmiay od bosaka, ale na zim bd w sam raz. 
Rocho j si rozpytywa o wie i rne sprawy, opowiadaa jeno pite przez dziesite 
krztajc si tak pilnie kole jada, e pokrtce zastawia przed nimi ziemniakw szczodrze 
omaszczonych tg mich i nie mniejsz barszczu, w ktrym kieby koo pywaa kiebasa. 

Skwapnie si przypili do niadania. 

-To mi dopiero jado - pokrzykiwa wesoo -kiebasa galancie czujna. Po tym to czowiek 
poczuje jak wag w ywocie. A to me pali w tym kreminale, eby ich wciornoci. 
- Dopiero to si, chudziaku, namorzy godem. 
- Jake, to w kocu ju nic je nie mogem. 
-Powiadali chopy, jak tam ywi, e pono pies jeno z godu chyciby si takiego jada, 
prawda to? 
-Juci, co prawda, ale najgorsze, e trza byo siedzie zawarty. Pki byo zimno, to jeszcze, 
ale skoro dogrzao soce i zaleciao mi ziemi, to mylaem, co si ju wciekn. Pachniaa 
mi wola lepiej nili ta kiebasa. Juem kraty prbowa rwa, jeno co przeszkodziy. 
- Prawda, co tam bij? - spytaa lkliwie. 
-A bij! S tam bowiem i takie zbje, ktre ju z czystej sprawiedliwoci powinny co 
dnia bra kije. Mnie si ta nie waono tkn ni palcem. Niechby jucha sprbowa ktry, dabym 
mu tabaki, no! 
-Juci, kto by ci ta przemg, mocarzu, kto? -przywiadczaa radonie, wpatrzona w 
niego i czuwajca na najlejsze skinienie. 
Rycho si jednak uwinli z jadem i zaraz poszli spa do stodoy, kaj ju naniesa im 
Hanka do ssieka pierzyn i poduszek. 

- Bjcie si Boga, to stopimy si na skwarki - zamia si Rocho. 
Ju nie odrzeka, ale zawarszy za nimi wrota, wtedy dopiero cakiem osaba i ucieka na 
ogrd do pielenia pietruszki. Rozgldaa si chwil dokoa i buchna paczem. Pakaa z radoci, 
pakaa, e soce przygrzewao j w plecy, e zielone drzewa chwiay si nad gow, 
e ptaki pieway, e pachniao wszystko i kwitno i e jej byo tak dobrze, tak cicho i tak 
bogo na duszy, jakby po tej witej spowiedzi abo i jeszcze lepiej. 

-e to wszystko sprawi, mj Jezu! -jkna podnoszc zawe oczy ku niebu, w najszczerszej, 
zgoa niewypowiedzianej podzice za tyle dobra, jakie j spotkao. 
-I e si to ju przemienio! - wzdychaa zdumiona, szczsna, prawie wniebowzita, e 
ju cay czas, dopki spali, chodzia ledwie przytomna ze szczcia. Czuwaa nad nimi kiej 
kokosz nad piskltami. Wyniesa dzieci daleko w sad, bych czasem nie zakrzyczay. Przepdzia 
z podwrza wszelk gadzin nie baczc nawet, e winie pyskaj wczesne ziemniaki, a 


kury rozgrzebuj wschodzce ogrki. Ju o caym wiecie przepomniaa, cigiem zazierajc 
do picych. 

-A dzie tak si przykro duy, co ju nie moga sobie poredzi. Przeszo bowiem niadanie, 
przeszed obiad, a oni wci spali. Porozpdzaa wszystkich do roboty, ani dbajc, co 
si tam bez niej wyrabia, strujc jeno, a cigiem drepcc od stodoy do chaupy. 
Sto razy wyjmowaa gociniec przymierza, oglda i woa. 

- A kaj to drugi taki dobry i pamitliwy, kaj? 
A w kocu poleciaa na wie do kobiet, a kogo jeno dostrzega, to mu ju z dala krzyczaa: 


- Wiecie, a to mj powrci. pi se tera w stodole. 
I miay si jej oczy i twarz i tak wszystka tchna rozradowaniem i weselem, jae kobiety 
si dziwoway. 

- Urzek j ten wisielec czy co? Do cna zgupiaa. 
- Zarno si ona pocznie wynosi a nos zadziera, obaczycie! 
- Niech jeno Antek wrci do dawnego, to jej rura zmiknie - poredzay. 
Juci, co nie syszaa tych pogadek, ale przyleciawszy do chaupy wzia si na ostro do 
sporzdzania sutego obiadu, lecz dosyszawszy gsi krzyczce na stawie wypada je przycisza 
kamieniami, e ledwie z tego ktnia nie wysza z mynarzow. 

Wanie co ino bya podwieczorek posaa ludziom na pole, gdy chopy przyszy ze stodoy. 
Narzdzia im obiad pod domem w cieniu i na chodzie, podajc nawet gorzak i piwo, 
za na dojadk postawia z p sitka dobrze raych wisien, ktre bya przyniesa od ksiej 
gospodyni. 

- Obiad suty jakby na weselu - artowa Rocho. 
-Gospodarz wrci, mae to jeszcze wesele? -odpara zwijajc si kole nich i mao wiele 
sama pojedajc. 
Po skoczeniu Rocho zaraz poszed na wie obiecujc si na wieczr, za ona spytaa 
niemiele ma: 

- Chcesz to obejrze gospodark? 
-A dobrze! wito si ju skoczyo, trza si bdzie bra do roboty! Mj Boe, anim si 
spodzia, co mi tak rycho przyjdzie ojcowizna! 
Westchn i poszed za ni; powioda go najpierwej do stajni, kaj parskay trzy konie, a w 
zagrodzie krci si rebak; potem do pustej obory, za jeszcze potem do stodoy do tegorocznego 
siana; zaglda nawet do chleww i pod szop, gdzie stay rne narzdzia i porzdki. 

- Bryczk trza bdzie przetoczy na klepisko, bo si do cna rozeschnie. 
- A bo to raz przykazywaam Pietrkowi? C, kiej me nie sucha. 
Zacza zwoywa prosita i drb, sielnie si przechwalajc duym przychowkiem, a kiej 
i to obejrza, rozpowiedaa szeroko o polnych robotach, gdzie co posiane i wiela kadego z 
osobna, pilnie przy tym nagldajc mu w oczy i wyczekujco, ale on sobie wszyko poukada 
w gowie po porzdku, przepytujc jeno o to i owo, a dopiero w kocu rzek: 

- Jae uwierzy trudno, e to wszystkiemu sama uredzia! 
-La ciebie to bym i wicej zmoga - szepna gorco, strasznie rada z pochway. 
- Chwat z ciebie, Hanu, chwat! anim si spodzia, co taka. 
- Byo potrza, to juci, co czowiek kulasw nie poaowa. 
Obejrza nawet sad, peen wini ju przez p czerwonych, i grzdy, kaj rosy cebule, 
pietruszka i kapuciane wysadki. 
Wracali ju z powrotem, gdy przechodzc kole ojcowej strony zajrza do rodka przez 
wywarte okno. 

- A kaje to Jagna? - lata zdumionymi oczami po pustej izbie. 
- A kaj! u matki! Wygnaam j! - rzeka twardo, podnoszc na niego oczy. 


cign brwie, przedeliberowa czas jaki i zapalajc papierosa rzuci spokojnie, jakby 
od niechcenia: 

- Dominikowa zy pies, nie przepuci nam bez precesu. 
- Ju pono wczoraj latay ze skarg do sdu. 
-Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale trza to bdzie wzi dobrze na rozum, bych 
nam nie wystroia jakiego figla. 
Opowiadaa, z czego to wszystko poszo i jak si stao, wiele juci pomijajc, nie przerywa 
ni pyta, brwie jeno marszczc i yskajc oczami, dopiero kiej mu zapis podaa, omia si 
kliwie: 

- Tyle wart, co moesz z nim biey za cian. 
- A juci, przeciek to ten sam, co go jej dali ociec. 
-I stoi wanie zamany patyk! Jakby si odpisaa u rejenta, to by co znaczyo. La miechu 
go rzucia! 
Cisn ramionami, zabra Pietrusia na rce i ruszy do przeazu. 

- Obacz pola i wrc! - rzuci za siebie, i ostaa, chocia dziwnie pragna z nim pole, 
on za mijajc brg, ju odnowiony i peen siana, przyglda mu si spod oka. 
-Mateusz go wyporzdzi. Samej somy na dach wykrcili ze trzy kopy - woaa za nim 
stojc na przeazie. 

-A dobrze, dobrze -mrukn, nie by ta ciekaw bele czego. Przeszed ziemniakami i puci 
si miedz. 
Lato na polach z tej strony wsi byy prawie same oziminy i bez to niewiela ludzi spotyka 
po drodze, a z kim si zszed, tego wita krtko i prdko przechodzi. Zwalnia jednak coraz 
bardziej, gdy Pietru mu ciy i jako dziwnie rozbierao go nagrzane, ciche powietrze. 
Przystawa, to siada, nie przestajc oglda prawie kadego zagona z osobna. 

-Ho, ho! tocha dusi len! -wykrzykn stajc przy zagonach niebieskich od kwiatw, 
ale gsto poprzerabianych ciznami - kupia siemi zapaskudzone i nie przewiaa! 
Wstrzyma si potem przy jczmieniu, ktry by mizerny i ju przypalony, a ledwo widny 
spod ostw, rumiankw i szczawiw. 

-Na mokro siali! Spyska rol kiej winia! A eby ci, jucho; pokrcio za tak upraw! 
A jak to cierwo zbronowa! sam perz i kotyry! 
Splun rozelony i wszed na ogromny an yta, co niby wody spawione we socu kolebay 
mu si do ng bijc chrzstliwymi, cikimi kosami. Rozradowa si gboko, gdy 
byo piknie wyronite, som miao grub i kosy niby baty. 

-Kiej br idzie! Ojcowego to jeszcze siania! We dworze nie lepsze! - wykruszy kos, 
ziarno byo dorodne i pene, ale jeszcze mitkie -za dwa tygodnie czas mu bdzie pod kos! 
Byle jeno grady nie zbiy. 
Ale nad pszenic najduej si cieszy i napasa oczy, bo chocia sza nierwno, kbami 
a zatokami, lecz z czarniawych, lnicych pir ju si uskay gste i wielkie kosy. 

-Sypnie niezgorzej. Trzeba jeszcze miejscami przysiec, za bujna. Na grce, a nic j nie 
przypalio! Czyste zoto idzie! 
By coraz dalej, wspinajc si z wolna pod agodne wzgrze, na ktrym wyrastaa czarna 
ciana boru. Wie ostaa za nim jakby na samym dnie, pawia si w sadach, a przez przerwy 
midzy chaupami polniewa staw lub jakie okno zagrao w socu. 

Kaj pod smtarzem cili koniczyn i kosy migotay nad ziemi niby te sine byskawice, 
gdzie znw czerwieniay kobiece przyodziewy i stada biaych gsi pasy si na wskich ugorach, 
a za wsi, w zielonych polach ziemniakw ruchali si ludzie kiej mrwki, za jeszcze 
wyej, w nieprzejrzanych dalekociach majaczyy jakie wsie, domy samotne, drzewa pogarbione 
nad drogami, wielgachne pola i widziay si jakoby potopione w modrawej i wrzcej 
wodzie. 



Gboka cicho sza gr nad ziemiami, rozpalone powietrze jae lepio migotem, ziejc 
takim skwarem, e skro tych biaawych, roztrzsionych pomi jeno niekiej przelecia bociek 
wac si ciko na omdlaych skrzydach i zaziajane wrony przefruny. 

Skowronki pieway kaj niedojrzane, niebo wisiao wysokie, rozpalone i czyste, e tylko 
gdzieniegdzie warowaa na tych niebieskich polach jaka biaa chmurka, kieby ta owca zbkana. 


Za po ziemiach baraszkowa suchy i gorcy wiater przewalajc si jak pijany, czasem 
podrywa si z przewistem, jae poszyy si ptaki, albo gdziesik przyczajony bucha z naga 
we zboa i skbia je, mci, wzburza do dna i przepada znowu nie wiada kaj, a rozkolebane 
zagony dugo jeszcze gdziy i cichuko, jakby si skarc na wisusa. 

Antek przystan pod lasem na ugorze i znowu si ozgniewa. 

-Jeszczek nie podorany! Konie stoj przez roboty, gnj spala si na kupie, a ten ani si 
zatroszczy! A eby ci! - zakl ruszajc pod borem ku krzyowi na topolowej drodze. 
Zmczony si czu, w gowie mu szumiao i kurz zapiera gardziel, przysiad pod krzyem 
w cieniu brzzek, uoy na kapocie picego Pietrusia i obcierajc rzsisty pot zapatrzy 
si we wiat i zamedytowa. 

Soce skonio si nad bory i pierwsze lkliwe cienie wyoniy spod drzew, czogajc si 
ku zboom. Br cosik gwarzy z cicha czubkami poncymi w socu, a gste podszycia leszczyn 
i osik trzsy si jakby w zimnicy. Dzicioy kuy zawzicie i kaj daleko skrzeczay 
sroki. Czasem midzy omszaymi dbami zamigotaa ona, jakby kto cisn kbkiem zwinitej 
tczy. 

Chd zawiewa z omroczonych, cichych gbin, tylko kaj niekaj podartych sonecznymi 
pazurami. 

Zalatywao grzybami, ywic i rozpraonym bajorem. 

Naraz jastrzb wyprysn nad las, zatoczy krzyem nad polami, way si chwil i spad 
kiej piorun we zboa... 

Antek porwa si broni, ale ju byo za pno, posypaa si kurzawa pir, zbj uciek, 
jkliwie zakrzyczay kuropatki, a jaki zajczek zestrachany gna na olep, jeno mu bielao 
podogonie. 

-Jak se to wypatrzy! Rabu jucha! - szepn siadajc z powrotem - c, kiej i jastrzb 
musi si poywi i choby ta glista najmarniejsza. Takie ju urzdzenie na wiecie! -medytowa 
okrywajc Pietrusiow gbusi, gdy pszczoy brzczay nad ni zawzicie, a jaki kosmaty 
trzmiel bucza nieustannie. 
Spomnia sobie, jak to jeszczek niedawno wydziera si na wol, do tych pl, jak mu to 
dusza dziw nie uscha z tsknicy! 

-Wymczyy me, cierwy! -zakl nie ruchajc si ju z miejsca, bo tu przed nim z yta 
wyciubiay lkliwe gowy przepirki nawoujc si po swojemu, ale w mig si pokryy, gdy 
caa banda wrblego narodu spada na brzozy, stoczya si w piach jazgoczc zapamitale, 
tukc si a bijc i swarzc, a cichy nagle przywierajc do miejsc, jastrzb znowu zakoowa 
i tak nisko, jae cie lecia po zagonach. 

-Da wam rad, pyskacze! Akuratnie bywa takusieko z ludmi! Wicej zrobi z niejednym 
pogroz nili skamaniem - rozwaa. 
Pliszki si pokazay pobok na drodze, trzsy ogonami szwendajc si tak z bliska, i skoro 
poruszy rk, odleciay za rw. 

- Gupie! Mao co, a bybym ktr chyci la Pietrusia! 
Wrony wylazy z lasu, maszeroway koleinami wydziobujc, co si dao, ale poczuwszy 
czowieka, jy ostronie, z przekrzywionymi bami zaziera w niego i obchodzi, podskakujc 
coraz bliej, a stoperczc obmierze, zbjeckie dzioby. 

- Nie poywita si mn - rzuci grudk, ucieky cicho jak zodzieje. 


Za potem, e siedzia jakby w odrtwieniu, zapatrzony we wiat i ca dusz zasuchany 
w jego gosy, to wszelaki stwr j zuchwale cign na niego; mrwki aziy mu po plecach, 
motyle raz po raz przysiaday we wosach, boe krwki szukay czego po twarzy, a zielone, 
spase liszki piy si skwapnie na buty, to lene ptaszki cosik mu zawiergoliy nad gow i 
wiewirka przewijajc si od boru zadara rudy ogon, wac si przez mgnienie, czyby nie 
chycn na niego, ale on ani ju o czym wiedzia, gry si bowiem w czymci, co buchao 
z tych ziem nieobjtych, sycc mu dusz upojn i zgoa niewypowiedzian sodkoci. 

Zdao mu si, jakoby z tym wiatrem przewala si po zboach; jakby polniewa miciuk, 
wilgotn runi traw; jakby toczy si strumieniem po wygrzanych piachach skro k 
przejtych zapachem sianokosw; to jakby z ptakami lecia kaj wysoko, grnie nad wiatem 
i krzyka z moc niepojt do soca; to znowu jakby si stawa szumem pl, kolebaniem si 
borw, si i pdem wszelakiego rostu i wszystk potg tej ziemi witej, rodzcej w piewaniach 
i weselu. I sob si wiedzia, wszykim si wiedzc zarazem, bo i tym, co si obaczy 
i poczuje, czego si dotknie i co si wyrozumie, ale i tym, czego nie sposb nawet pomiarkowa, 
a co jeno poniektra dusza w godzin mierci przejrzy i co si w czowiekowym sercu 
tylko kbi, wzbiera i ponosi j w jak niewiadom stron, i zy sodkie wyciska, i nieukojon 
tsknic kieby kamieniem przywala. 

Szo to przez niego niby chmury, e nim co poj, ju inne nastpoway, ju nowe i barzej 
jeszcze niepojte. 

By na jawie, a pik sypa mu w oczy makiem i wodzi kaj ponad dole i stronami zachwyce 
prowadzi, e ju w kocu poczu si niby w czas Podniesienia, kiej dusza gdziesik 
si wzniesie i pynie klczcy na jakie janielskie ogrody, na jakie nieba i raje pene szczliwoci. 


Kwardy by przeciek i do tkliwoci nieskory, ale w tych dziwnych minutach gotw by 
pa na ziem, przywrze do niej gorcymi ustami i obejmowa cay ten wiat kochany. 

-Nic, jeno me tak powietrze rozbiera! - broni si trc oczy kuakiem i sroc brwie, ale 
bo to poredzi si przemc, bo to mg zdusi w sobie kuntentno, ktra go przepalaa? 

Na ziemi si bowiem znowu poczu, na ojcowej i praojcowej grudzi, midzy swoimi, to i 
nie dziwota, co radowaa mu si dusza i kade bicie serca zdao si woa na wiat cay mocno 
i radonie: 

- Dy znowu jestem! Jestem i ostan! 
Pry si w sobie, gotw dwign si na to nowe ycie, ktrym ju szed ociec, jakim 
przeszy dziady i pradziady, i tak samo jak oni pochyla bary, by wzi ciki trud i ponie 
go nieulkle i niestrudzenie, a pki Pietru nie zastpi go z kolei... 

-Tak ju by musi! Mody po starym, syn po ojcu, a posobnie, a cigiem, dopki Twoja 
wola, Jezu miosierny - duma surowo. 
Wspar gow na rkach i pochyla nisko ocia gow, gdy nawiedziy go ca cib 
przerne myle i spominania, za jaki gos kwardy i karccy, jak gdyby gos sumienia, j 
mu prawi swoje gorzkie i bolesne prawdy, przygi si przed nim i ukorzy wyznajc si ze 
wszystkich przewin i grzechw... 

Cik mu bya ta spowied i zgoa nieacnym pokajanie, ale przemg hardo, zdusi w 
sobie ambit i pych patrzc w cae swoje ycie nieubaganymi oczami opamitania; kad 
spraw swoj przeziera tera do dna, bierc j na rozum i na srogi sd. 

-Gupi byem i tyla! Na wiecie musi i swoim porzdkiem! Juci, mdrze powiedzieli 
ociec: jak wszystkie jad w jedn stron, le takiemu, ktren z woza spadnie, pod koa zleci! 
Koni na piechot si nie zgoni! e to kuden czowiek musi wszyko dochodzi swoim rozumem! 
Drogo niejednemu wychodzi! - myla smutnie i cierpki przemiech okoli mu wargi. 
Z boru zaczy klekota koatki a porykiwania cigncych stad. 
Podnis Pietrusia i ruszy bokiem topolowej przepuszczajc stada, idce z lenych pastwisk. 




Kurz si wznosi spod kopyt i bi ponad topole kiej chmura, w zaczerwienionych od, zachodu 
tumanach chwiay si rogate, cikie by i raz po raz skbiay si owce, obganiane 
przez pieski, gdy cigiem si rway w przydrone zboa, pokwikiway winie praone batami, 
cielaki z bekiem szukay pogubionych matek; paru pastuchw jechao na koniach, a reszta 
sza ze stadami trzaskajc z batw, gwarzc a pokrzykujc, ktry zawodzi, jae si rozlegao. 


Antek ostawa ju za wszystkimi, kiej go dojrza Witek i przylecia caowa w rk na 
powitanie. 

- Niezgorzej, widz, podrose! - ozwa si askawie do chopca. 
- Prawda, bo ju te portki, com dosta jesieni, s mi po kolana. 
- Nie bj si, da ci nowe gospodyni, da! Maj to krowy co je? 
-Boga ta maj, do cna ju traw wypalio, eby im gospodyni nie podtykaa w oborze, 
to by cakiem zgubiy mleko. Dajcie mi Pietrusia przewie go dziebko na koniu - prosi. 
- Hale, jeszcze si nie utrzyma i zleci! 
-A mao go to ju woziem na rbce! Przeciek trzyma go bd, chopak jae piszczy do 
konia. -Zabra go i usadzi na jakiej starej szkapie, wlekcej si ze bem opuszczonym, Pietru 
chyci si rczynami grzywy, zabi goymi pitami koskie boki a krzyka radonie. 
-Jaki to chwat! parobek mj kochany! - szepn Antek, skrci zaraz w pole i miedzami 
dobiera si drogi biegncej za stodoami. 
Soce tylko co zaszo i cae niebo stano we zocie i bledziukich zieleniach, wiater 
usta, zboa zwiesiy ociae kosy, a po rosach leciay wsiowe wrzawy i jakie dalekie przypiewki. 


Szed z wolna, jakby ociony spominkami, gdy Jagusia przychodzia mu na pami, raz 
po raz widzia przed sob jej modre oczy i lnice zby, i te czerwone nabrane wargi, tchnce 
tak jako z bliska, jae si wzdryga i przystawa. Jak ywa mu stawaa, przeciera oczy odganiajc 
j z pamici, ale kieby na przekr sza pobok, biedro w biedro jak niegdy i jak niegdy 
zdao si od niej bucha lubym arem, ae krew uderzaa mu do gowy. 

-A moe i dobrze, co j wypdzia z chaupy! Kiej ta zadra mi uwiza, kiej ta bolca zadra: 
Ale co byo, to i nie wrci -westchn z dziwnie cinitym sercem. -Nie sposb. -I 
prostujc si rzuci ostro sam sobie: 
- Skoczyo si psie wesele! - wszed ju w obejcie. 
W podwrzu gwarno byo i ludnie, krztali si kole wieczornych obrzdkw, Jzka krowy 
doia pod obor wydzierajc si piskliw nut, za Hanka kluski zagniataa na ganku. 
Antek przerzek cosik do Pietrka, pojcego konie, i wszed oglda ojcow stron, przyleciaa 
za nim Hanka. 

- Trza bdzie wyporzdzi i przeniesiemy si tutaj. Jest to wapno? 
-Kupiam jeszcze w jarmarek, zaraz jutro zawoam Stacha, to wybieli. Juci, co na tej 
stronie bdzie nam sposobniej. 
Medytowa cosik obchodzc wszystkie kty. 

- Bye w polu? - spytaa niemiao. 
- Byem, wszyko dobrze, Hanu, e i sam bym lepiej nie zarzdzi. 
Pokraniaa strasznie, rada pochwale. 
- Jeno Pietrkowi winie pasa, a nie robi w groncie! Paparuch! 
- Abo to nie wiem! Juem si nawet przewiadywaa o nowego parobka. 
- Wezm ja go w garcie, a nie posucha, to wygoni na cztery wiatry! 
Chciaa jeszcze co pedzie, ale dzieci zakrzyczay i poleciaa do nich, za Antek ruszy 
w podwrze przepatrujc wszystko bacznie, a tak surowo, e cho tylko niekiedy rzuci jakie 
sowo, a Pietrkowi jae skra cierpa i Witek bojc mu si nawija na oczy przemyka si jeno 
z dala, stronami. 

Jzka doia ju trzeci krow piewajc coraz rozgoniej: 



Stj, siwulo, stj! 

Skopk mleka dj! 

- A to si drzesz, jakby ci kto ze skry obupia! - krzykn na ni. 
Urwaa z naga, ale e bya harda i nieustpliwa, to zapiewaa dalej, jeno co ju ciszej i 
jakby lkliwiej: 
Kazaa ci matka prosi, 
eby mleka daa dosy, 
Stj, siwulo, stj! 

-Zawaraby ano gb, gospodarz w chaupie! -skarcia j Hanka dwigajc picie la 
ostatniej krowy - zaraz tu bdzie posuch - dodaa. 
Odebra jej cebratk i stawiajc j krowie powiedzia ze miechem: 

- Drzyj si, Jzia, drzyj, a to szczury prdzej uciekn z chaupy... 
-A zrobi, co mi si spodoba! - warkna harno i zaczepnie, ale skoro odeszli, przycicha 
zaraz, boczc si jeno na brata i pyrchajc nosem. 
Hanka zwijaa si teraz kole wi, tak skwapnie dygujc cikie cebrzyki z arciem, jae 
jej poaowa, bo rzek: 

-Niech chopaki zanies, za ciko, widz, na ciebie! Poczekaj, zgodz ci dziewk, bo 
Jagustynka tyla, ci pomaga, co ten pies napacze. Kaje to ona dzisia? 
-Do dzieci poleciaa, na zgod idzie z niemi! Dziewka juci, coby si zdaa, jeno co tylachny 
koszt. Poredziabym sama, ale jak kaesz... twoja wola... - dziw go w rk nie pocaowaa 
z wdzicznoci, ale jeno dorzucia radonie: - I gskw mona by wicej przychowa, a i 
drugiego karmika mie na przedanie! 
-Na gospodarce siedlim, to i po gospodarsku trza nam poczyna, jak to przdzi bywao, 
za ojcw! - powiedzia po dugim deliberowaniu. 
A po kolacji wynis si pod chaup, gdy zaczli si schodzi znajomkowie a przyjacioy, 
witajc i cieszc si jego powrotem. 
Przyszed Mateusz z Grzel, wjtowym bratem, przyszed Stacho Poszka, Kb ze synem, 
stryjeczny Adam i drugie. 

-Wygldalim ci jak kania deszczu! - rzek Grzela. 

-A c, trzymay me i trzymay kiej wilki! Ani sposb byo si wydrze! Zasiedli na 
przybie w cieniu, jeden Rocho siedzia pod oknem we wietle, lejcym si szerok smug a 
w sad. 

Wieczr by cichy, nagrzany i sielnie rozgwiadziony, skro drzew byskay wiateka 
chaup, staw mrucza niekiedy jakby wzdychajc, a wszdy pod cianami przechadzali si 
ludzie. 

Antek rozpytywa si o rnocie, gdy Rocho mu przerwa: 

- Wiecie, naczelnik zapowiedzia, e za dwa tygodnie maj si zebra Lipce i uchwali na 
szko! 
-Co nam do tego, niech se ojcowie radz? -wyrwa si Poszka, ale Grzela wsiad na 
niego: 
- acno zwala na ojcw, a samemu wylegiwa si do gry ppem! Bez to, co adnemu z 
modych nie chce si gowy niczym poturbowa, to si tak dobrze we wsi dzieje. 
- Odpisz mi gront, to si kopota bd. 
Zaczli si o to mocno sprzecza, a wtrci si Antek: 
-Nie ma co, szkoa w Lipcach potrzebna, jeno na tak naczelnikow nie powinno si 
uchwala ani grosika. 
Popar go Rocho, straszc ich a podmawiajc do oporu. 

-Uchwalicie po zotwce, a potem ka wam doda po rublu... A jak to byo z uchwa 
na dom la sdu, co? Dobrze si podpali za wasze pienidze. Niezgorsze kaduny im porosy! 


-Ju ja w tym, aby gromada nie uchwalia -szepn Grzela przysiadajc si do Rocha, 
ktren go wzion na stron i dajc jakowe pisma i ksieczki cosik z cicha i wanie naucza. 

Tamci za pogadywali jeszcze o tym i owym, jeno co jako ospale i bez wielkiej chci, 
nawet Mateusz by dzisia smutny, mao si odzywa, a tylko bacznie chodzi oczami za Antkiem. 


Mieli si ju rozchodzi, bo trza byo wraz ze dniem dwign si do roboty, kiej przylecia 
kowal skarc, e dopiero przyjecha ze dwora, i kl na wie i na wszystkich. 

- Co to was znowu uksio? - spytaa Hanka wyzierajc oknem. 
-A co? wstyd powiedzie, ale trby s nasze chopy, i tyla! Dziedzic z nimi jak z ludmi, 
jak z gospodarzami, a te kiej pastuchy od gsi! Ju si ugodzili z dziedzicem, ju wszyscy 
byli za jednym, a kiej przyszo si podpisywa, to jeden drapie si po bie i mruczy: - a ja 
wiem! drugi powieda: baby si jeszcze poredz; za trzeci zaczyna skama, abych mu jeszcze 
dooy t przyleg czk. I zrb co z takimi. Dziedzic tak si zagniewa, e ani ju chce 
sucha o zgodzie, a nawet przykaza nie dopuszcza lipeckiego byda na lene paniki, a kto 
wpdzi, fantowa. 
Strwoyli si t niespodzian nowin klnc winnych a swarzc si midzy sob coraz 
zawziciej, gdy Mateusz ozwa si smutnie: 

-Wszyko bez to, co nard pobkany i zgupiay kiej barany, a nie ma go komu przywie 
do rozumu! 
- Mao to jeszcze Micha si natumaczy kademu? 
-Co tam Micha! Za swoim profitem gania i z dworem trzyma, to juci, co mu nard nie 
zawierza. Suchaj, ale za nim nie pd... 
Porwa si kowal, gorco przedstawiajc, jako tylko chodzi mu o dobro wsi, jako jeszcze 
dokada swojego, bych jeno t zgod przeprowadzi. 

- eby w kociele przysiga, a te ci nie uwierz mrukn Mateusz. 
- No, to niech kto drugi sprobuje, obaczymy, czy poredzi! - woa. 
- Pewnie, e kto drugi musi si zabra do tego. 
- Ale kto? Moe ksidz albo mynarz? - rozlegay si szydliwe gosy. 
- Kto? Antek Boryna! A jakby i on nie przywid wsi do rozumu, to ju trza wypi plecy 
na cay jenteres... 
- C ja? Kt to me posucha, co? - jka zmieszany. 
- Masz rozum, pierwszy teraz we wsi, to ci wszystkie posuchaj. 
- Prawda! Juci! Ty jeden! My pjdziem za tob! - mwili skwapliwie, ale kowalowi byo 
to cosik nie na rk, bo zakrci si niespokojnie, skuba wsy i zamia si zjadliwie, skoro 
Antek powiedzia: 
-Przeciek nie wici garnki lepi, mog i ja poprobowa, poredzimy se o tym ktrego 
dnia. 
Zaczli si rozchodzi, ale jeszcze kaden z osobna bra go na stron namawia, przyobiecujc 
pj za nim, za Kb mu rzek: 

- Nad narodem zawdy musi kto growa, co ma rozum i moc, i poczciwe baczenie. 
- A poredzi, jak potrza, i kijem ziobra zmaca! - zamia si Mateusz. 
Rozeszli si, osta jeno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klcza na ganku zatopiony 
w pacierzach. 
Dugo deliberowali w gbokiej cichoci. e sycha byo jeno Hank krztajc si po 
izbie; strzepywaa pociele, obczc w czyste poszewki, to mya si dugo jakby na jakie 
wielkie wito, a potem rozczesujc wosy pod oknem wyzieraa na nich coraz niecierpliwiej, 
pilnie nadstawiajc uszw, gdy kowal zacz mu cicho odradza, aby sprawy poniecha, gdy 
z chopami nie trafi do adu, a dziedzic jest mu przeciwny. 

- Nieprawda! porczy za nim w sdzie! - rzucia przez okno. 
- Kiej lepiej wiecie, to mwmy o czym drugim... - zy by jak pies. 


Antek powsta przecigajc si sennie. 

-To ci jeno rzekn na ostatku: pucili ci jeno do sprawy, prawda? zwiesz si w cudze 
jenteresa, a wiesz to, jak ci zasdz?... 

Antek przysiad z powrotem i tak si srodze zamedytowa, e kowal nie doczekawszy si 
odpowiedzi poszed do domu. 

Hanka krcia si kole okna, raz po raz wygldajc na niego, nie dosysza, e ozwaa si 
w kocu lkliwie a proszco: 

- Pdzi, Janto, pora spa... Utrudzie si dzisia niemao... 
-Id, Hanu, id... - podnosi si ociale. 
Ja si prdko rozdziewa szepcc pacierz roztrzsionymi wargami. 
- A jak me zasdz na Syberi, to co? - myla frasobliwie, wchodzc do izby. 
ROZDZIA 5 


-Pietrek, przynie no drewek -krzykna sprzed domu Hanka, rozmamana bya cakiem 
i omczona przy wyrabianiu chleba. 
W szabaniku hucza ju tgi ogie, przegarniaa go raz po raz i leciaa obtacza bochny i 
wynosi je w ganek, na desk dziebko wystawion w socu, bych prdzej rosy. Zwijaa si 
siarczycie, gdy ciasto prawie ju kipiao z wielkiej dziey, przyokrytej pierzyn. 

- Jzka, dorzu do pieca, bo trzon jeszczek czarniawy! 
Ale Jzki nie byo, a Pietrek te si nie kwapi z posuchem, nakada w podwrzu gnj, 
oklepujc czubaty wz, bych si nie roztrzsa po drodze, i spokojnie poredza ze lepym 
dziadem, ktren pod stodo wykrca powrsa. 

Popoudniowe soce tak jeszcze przypiekao, e ciany popuszczay ywic, parzya 
ziemia i powietrze prayo kiej ywym ogniem, e ju rucha si byo ciko. Muchy jeno 
krciy si z brzkiem nad wozem i konie dziw nie porway postronkw i ng nie poamay 
szarpic si i oganiajc od uksze. 

Nad podwrzem wisiaa senna, przygniatajca spieka, przejta ostrym zapachem gnoju, 
e nawet ptaki w sadzie pocichy, kury leay pod potami kieby nieywe, a prosiaki z pojkiwaniem 
rozwalay si w bocie pod studni, gdy naraz dziad zacz srogo kicha, bowiem z 
obory zawiao jeszcze barzej. 

- Na zdrowie wama, dziadku! 
-Nie z trybularza wieje, nie, a chociem i tego zwyczajny, ale zawiercio w nosie gorzej 
tabaki. 

- Kto czego zwyczajny, to mu smakuje! 
- Gupi, c to, ajno jeno wywchuj po wiecie!... 
-Rzekem, bo mi si przybaczyo, co tak mi pedzia mj dziadka we wojsku, kiej me 
przy uczeniu pierwszy raz spra po pysku... 

-I wzwyczaie si do tego, co? Hi! hi! hi!... 
-Hale, boga ta, kiej rycho sprzykrzya mi si taka nauka, e przycapiem cierw w jakim 
kcie i tak mu pysk wyrychtowaem, jae spuchn niby bania. Ju me potem nie bija... 
- Dugo to suy? 
-A cae pi rokw! Nie byo si czym wykupi, to i musiaem ruie dwiga. Jeno zrazu, 
pkim by gupi, to potyra mn, kto chcia, i biedym si najad, ale kamraty me nauczyy, 
e jak czego brakowao, towa zworowali abo daa jedna dzieucha, suanka, bom obieca si 
z ni oeni! A jak me przezyway od kartoszkw, jak si miay z mojej mowy i naszego 
pacierza... 


- A poganiny zapowietrzone, miay si z pacierza. 
- Tom kademu z osobna pomaca ebra i poniechay! 
- Cie, taki to mocarz! 
- Mocarz, nie mocarz; ale trzem rad dam! - przechwala si z umiechem. 
- Bye to na wojnie, co? 
- Jae, przeciem z Turkami wojowa. Pokorzylim ich do cna! 
- Pietrek, kaje to drzewo? - zawoaa znowu Hanka. 
- A tam, kaj byo przdzi! - odburkn pod nosem. 
- Dy gospodyni ci woa - upomina nasuchujcy dziad. 
- Niech woa, a juci, moe jeszczek statki my bd! 
- Guchy czy co? - wrzasna wybiegajc przed dom. 
- W piecu pali nie bd, nie do tegom si godzi! - odkrzykn. 
Wywara na niego gb po swojemu. 
Ale parob bardzo hardo odszczekiwa, ani mylc posucha, a kiej go jakim sowem barzej 
dojena, wrazi widy w gnj i zawoa ze zoci: 

- Nie z Jagusi macie spraw, nie wygonicie me krzykiem. 
-Obaczysz, co ci zrobi! Popamitasz! - grozia dotknita do ywego i ju rozelona tak 
zwijaa si kole chleba, jae tuman mki zapeni izb i bucha przez okna. Mamrotaa jeno na 
zuchwalca wynoszc chleby w ganek, to dorzucajc drewek do pieca albo i wyzierajc za 
dziemi. Strudzona ju bya z pracy i spieki, bo w izbie gorc jae dusi, a w sieniach, kaj si 
buzowao w szabaniku, te ledwie odzipn, e przy tym i muchy, od ktrych roiy si ciany, 
brzczay nieustannie i ciy wielce dokuczliwie, to prawie z paczem oganiaa si gazi 
i tak ju bya spocona i rozdraniona, e robia coraz wolniej i niecierpliwiej. 
Wanie ostatni nabier ciasta wygniataa, gdy Pietrek wyjecha z podwrza. 

- Poczekaj, dam ci podwieczorek! 
- Prrr! A zjem, niezgorzej ju mi kruczy w brzuchu po obiedzie. 
- Mao to ci byo? 
-I... pone jado, to przelatuje przez ywot kiej bez sito. 
- Pone! widzisz go! C to, miso bd ci dawaa? Sama po ktach te nie chlam kiebasy. 
Drugie na przednwku i tego nie maj. Obacz no, jak to yj komornicy. 

Postawia w ganku dziek zsiadego mleka i bochen. 

Przysiad akomie do jada i z wolna si nadziewa podrzucajc niekiej glonki chleba 

bokowi, ktren przygrajda si ze sadu i warowa przy nim kiej pies. 

- Chude, sama serwatka - mrucza podjadszy ju nieco. 
- A moe by chcia samej mietany, poczekaj. 
Za kiej si naoy do syta i bra za lejce, dorzucia uszczypliwie: 
- Zgd si do Jagusi, ona ci tuciej bdzie dawaa. -Pewnie, bo pki tu ona bya gospodyni, 
nikto godem nie przymiera - zaci konie batem, wz wspar ramieniem i ruszy. 

Utrafi j w sabizn, ale nim si zebraa odpowiedzie, odjecha. 

Jaskki zawiegotay pod strzech i stado gobi opado z gruchaniem na ganek, a kiej je 

spdzaa, doszed j ze sadu jaki kwik, zlka si, e winie pyszcz po cebuli, ale na szczcie 
to jeno ssiedzka maciora rya si pod pot. 

- Wsad jeno ryj, a spyszcz, to ju ja ci przyrychtuj. 
A ledwie wzia si znowu do roboty, kiej bociek hycn na ganek, przyczai si dziebko 
i popatrzywszy to jednym, to drugim okiem, j ku w bochny ykajc ciasto wielkimi kawaami. 


Wypada na niego z wrzaskiem. 

Ucieka z wycignitym dziobem robic gwatownie gardzielem, a kiej go ju doganiaa, 
bych zdzieli drewnem, poderwa si i frun na stodo i dugo tam stoja klekocc a wycierajc 
dzib o kalenic. 



-Czekaj, zodzieju, jeszcze ja ci kulasy poprzetrcam -grozia obtaczajc na nowo podziurawione 
bochenki. 

Przyleciaa Jzka, wic na niej wszystko si skrupio. 

-Kaj si to nosisz? Cigiem ganiasz jak kot z pcherzem! Powiem Antkowi, jaka to ro


botna! Wygarniaj z pieca, a ywo! 

-Byam jeno u Poszkowej Kasi. Wszystkie w polu, a chudzinie nawet wody nie ma kto 
poda. 
- C to jej, chora? 
- Pewnikiem opica, bo czerwona i rozpalona kiej ogie. 
- A przynie ze sob chorob, to ci dam do pitala. 
-Juci, bom to ju przy jednej chorej siadywaa! Nie baczycie, jakem to przy was dulczya, 
kiejcie leeli w poogu. - I ju trajkotaa dalej po swojemu, spdzajc muchy z ciasta i 
bierc si do wygarniania wgli z pieca. 
- Trza bdzie ludziom ponie podwieczorek - przerwaa Hanka. 
- Zaraz polet. Usmay to jajkw Antkowi? 
- A usma, jeno sonin nie szafuj. 
- aujecie to? 
- Zaby. Ale co za tusto, to moe by i Antkowi niezdrowo. 
Dzieusze chciao si lecie, to w mig uwina si z robot i nim Hanka zalepia piec, zabraa 
troje dwojakw z mlekiem, chleby we fartuszek i poleciaa. 

-Spojrzyj ta na ptno, czy wyscho, a z powrotem pomocz, jeszcze do zachodu przeschnie 
- zawoaa oknem, ale Jzka ju bya za przeazem, jeno piesneczka leciaa za ni i ze 
yta migna kiej niekiej konopiasta gowina. 
Na podorwce pod lasem komornice rozrzucay gnj, jaki Pietrek dowozi, a przyorywa 
Antek. 

e za ziemia gliniasta, mimo niedawnego zbronowania, bya spieczona i twarda, to ski-
by upay si niby skay, a konie cigny pug z takim wysikiem, jae rway si postronki. 

Antek, jakby wronity w imada, ora zawzicie zapomniawszy o caym wiecie, czasem 
chlasta biczem po koskich portkach, a czciej jeno cmokaniem je przynagla, gdy do cna 
ustaway, robota bowiem bya cika i znojna, ale kward i czujn rk prowadzi pug i rn 
skib za skib, kadc posobnie szerokie, proste zagony, bo rola sza pod pszenic. 

Wrony aziy bruzdami wydziobujc glisty, za gniady rebiec, szczypicy traw po midzy, 
rwa si raz po raz do klaczy akomie, sigajc matczynych wymion. 

-Co mu si to przypomina, cyco jeden - mrukn Antek migajc go po kulasach, e zadar 
ogona i skoczy w bok, on za ora dalej cierpliwie, tyle jeno przerywajc skwarn cicho, 
co si ta niekaj ozwa do kobiet, ale tak ju by umczony prac i spiekot, e skoro 
Pietrek nadjecha, krzykn w zoci: 
- Kobiety czekaj, a ty wleczesz si kieby szmaciarz! 
- A juci, droga cika i ko ledwie ju kulasami rucha. 
- A po ce tyla czasu stoja pod lasem? Widziaem. 
- Moecie obaczy, piaskiem kiej kot nie zagarniam. 
- Pyskacz cierwa. Wio, stare, wio! 
Ale konie ustaway coraz barzej, cae ju okryte pian, a i jemu, chocia by rozdziany do 
biaych portek i koszuli, pot te zalewa twarz i rce mdlay od pracy, e dojrzawszy Jzk 
zawoa radonie: 

- W sam czas przysza, a to ostatni par dygujemy. 
Docign skib pod br, konie wyoy i rozkieznawszy je puci na trawiast, podlen 
drog, a sam rzuci si w cie na kraju lasu i kiej wilk zgodniay wyjada z dwojakw, a Jzka 
ja mu trajkota nad uszami. 



-Ostaw me, nie ciekawym twoich nowinek -warkn gniewnie, e odszczekna gniewnie 
i poleciaa w las na jagody. 
Br stoja cichy, rozpraony, pachncy i kieby dziebko przymglay w sonecznej ulewie, 
e jeno niekiedy zaruchay si cichuko zielone podszycia i z gbin bucha cig przejty ywic 
abo i jakie pobkane gosy i ptasie piewania. 

Antek rozcign si na trawie i kurzy papierosa, ale jakby przez coraz gbsz mg widzia 
dziedzica skaczcego na koniu po podleskich polach i jakich ludzi z tykami. 

Wielgachne chojary; kieby z miedzi wykute, wynosiy si nad nim rzucajac po oczach 
chwiejny i morzcy pikiem cie. Ju si by cakiem zapad w cicho, gdy zaturkota jaki 
wz. 

-Organistw parobek na tartak wozi, juci -pomyla unoszc cik gow i opad z 
powrotem, ale ju nie zasn, gdy ktosik wyrzek: - Pochwalony! 
Komornice wychodziy posobnie z lasu z brzemionami drzewa na plecach, za w kocu 
wleka si Jagustynka, zgarbiona pod ciarem prawie do ziemi. 

- Odpocznijcie, a to wama ju oczy na wierzch wya. 
Przysiada wpodle, wspierajc brzemi o drzewo i ledwie zipic. 
- Nie la was taka robota - szepn ze wspczuciem. 
- Juci, co ju cakiem opadam ze si. 
- Pietrek, a gciej kupki, gciej! - krzykn do parobka. - Czemu to waju nie wyrcz? 
Jeno si skrzywia odwracajc zaczerwienione, blne oczy. 
- Takecie jako zmikli, e ani was tera pozna. 
-I krzemie puci pod motem - jkna zwieszajc gow - bieda chybciej przere czowieka 
nili rdza elazo. 
- Ciki lato przednwek nawet la gospodarzy. 
- Kto ma jeno lebiod z otrbami, temu nie potrza mwi o biedzie. 
-Bjcie si Boga, dy przyjdcie wieczorem, a znajdzie si jeszcze w chaupie jaki korczyk 
ziemniakw. Odrobicie we niwa. 
Zapakaa rzewliwie, nie mogc wykrztusi tego sowa podziki. 

- A moe ta i co wicej najdzie Hanka - doda z dobroci. 
-eby nie Hanka, to bywa ju byli pozdychali -zaszeptaa zawo. -Juci, co odrobi, 
kiedy jeno bdzie potrza. I nie za siebie mwi. Bg ci zapa! C ta ja, ten mie jeno, co 
si go trepem nastpuje, ani wiedzc o tym, i do godu niezgorzej wzwyczajonam, ale jak te 
moje robaki kochane zapiskaj: babulu, je! a nie ma czym zatka godnych brzuchw, to 
powiedam, cobym se te kulasy odrbaa abo i z tego otarza zdara i poniesa do yda, bych 
si jeno najady. 

- To znowuj siedzicie z dziemi? 
-Matkam przeciek. Ostawi to samych w takiej biedzie! A lato jakby wszystko ze zwalio 
si na nich. Krowa im pada, ziemniaki zgniy, e trza byo kupowa do sadzenia, wiater 
obali stodo, a do tego synowa po rodach ostatnich cigiem chorzeje i wszyko ostao na tej 
boskiej Opatrznoci. 

- Juci, bo Wojtkowi jeno gorzaka pachnie i pilno do karczmy. 
- Z biedy si niekiej napija, z czystej biedy, ale jak dosta w boru robot, to ani ju zajrzy 
do yda, niech drugie zawiadcz -bronia syna gorco. - Biedocie to kuden kieliszek policz! 
Pofolgowa se Jezusiczek we zoci pofolgowa, no, eby si tak zawzi na jednego gupiego 
chopa. I za co? C to zego zrobi? -mamrotaa podnoszc w niebo grone, pytajce 
oczy. 
- Maocie to na nich pomstowali? - rzek z naciskiem. 
-Hale, wysuchaby to Jezus gupiego szczekania! Juci -ale dodaa jakby trwoniej i 
niespokojniej -kiej matka nawet wyklina dzieci, to i tak w sercu nie pragnie im krzywdy. We 
zoci to i ozr nie poci. Jake... 


- Wypuci to ju Wojtek k, co? 
-Mynarz przynosi na ni cae tysic zotych, ale ja wzbroniam, bo jak temu wilkowi 
wpadnie co w pazury, to mu ju sam zy nie wyrwie. A moe si jeszcze trafi kto drugi z pie-
nidzmi? 
- liczna ka, jak amen tak pewne dwa pokosy w rok ebym tak mia grosz zapany! westchn 
oblizujc si kiej kot do mleka. 

- Ju i Maciej chcieli j kupowa, e to rychtyk przylega do Jagusinego pola. 
Drgn na to imi, lecz dopiero w jakie Zdrowa zapyta niby niechccy, wlekc oczami 
po polach, daleko. 

- Co si to wyrabia u Dominikowej? 
Ale przejrzaa go w lot, przemiech jeno wion po zwidych wargach, rozjarzyy si 
oczy i przysunwszy si ja mwi bolejco: 

-A co! Pieko tam i tyla. W chaupie kiej po pochowku, jae mrozi od smutku, a pociechy 
znikd ni poratunku! Jeno oczy wypakuj i boskiego zmiowania czekaj! A ju najbarzej 
Jagusia... 
I kieby przdz rozsnuwaa rnocie o Jagusinych smutkach, alach i opuszczeniu. Mwia 
gorco, przypochlebiajc mu si i jakby cignc za jzyk, ale milcza uparcie, gdy z 
naga rozpara go taka rca tsknica, jae si cay rozdygota. 

Szczciem, co powrcia Jzka niosc z p zapaski czernic, nasypaa mu jagd w kapelusz 
i zebrawszy dwojaki pobiega w dyrdy ku chaupie. 
A Jagustynka nie doczekawszy si od niego ani sowa odpowiedzi ja si dwiga stkajcy. 


- Poniechajcie! Pietrek, zabierz ich na wz! - rozkaza krtko. 
Chyci si znowu puga i jaki czas cierpliwie kraja spieczon, tward ziemi, przygina 
si w jarzmie kiej w, dawa si wszystek tej pracy, ale i tak nie zdusi tsknicy. 
Ju mu si duy dzie, e raz po raz spoziera na soce i niecierpliwymi oczami mierzy 
pole, spory kawa lea jeszcze do zaorania. Jurzy si te w sobie coraz barzej i nie wiada 
laczego pra konie, a ostro krzyka na kobiety, bych si prdzej ruchay! Tak go ju cosik 
ponosio, e ledwie cierpia, i takie myle kbiy si po gowie i przymieway oczy, e coraz 
czciej pug mu si w rkach chybota zadzierajc o kamienie, za pod lasem tak si by 
zary pod jaki korze, a krj si oberwa. 

Nie byo sposobu dalej ora, zabra wic pug na sanice i zaoywszy waacha pojecha 
do dom po nowy. 
W chaupie byo pusto i wszystko leao rozbabrane i zamczone, a Hanka kcia si z 
kim w sadzie. 

-Paparuch! Na sprzeczki to czas ma! -mrucza idc w podwrze, ale tam zeli si barzej, 
gdy i ten drugi pug, ktren wycign spod szopy, zarwno by do niczego. Dugo koo 
niego majstrowa coraz niecierpliwiej, nasuchujc ktni, bo Hanka ju wykrzykiwaa rozwcieklona: 
-Zapa szkody, to ci macior wypuszcz, a nie, to podam do sdu! Zapa za ptno, co 
mi je zwiesn podara na bielniku, i za te spyskane ziemniaki. Mam wiadkw na wszystko! 
Widzisz j, jaka mdra, bdzie se winie wypasaa na moim! Nie daruj swojego! A na drugi 
raz to twojej maciorze i tobie kulasy poprzetrcam! - jazgotaa zajadle, e za i ssiadka dun 
nie ostawaa, to ju kciy si na zabj, wytrzchajc do si przez poty zacinitymi piciami. 
-Hanka! - krzykn zakadajc se pug na ramiona. Przyleciaa rozwrzeszczana i rozczapierzona 
kiej kokosz. 
- A to wydzierasz si, jae na ca wie sycha! 


-Swojego broni! Jake, pozwol to, bych mi cudze winie pyskay po zagonach! Tyla 
szkody robi, to mam by cicho? Niedoczekanie, nie daruj! -wykrzykiwaa, jae przerwa 
jej ostro: 
- Ogarnij si, a to wygldasz kiej nieboskie stworzenie! 
- Hale, do roboty bd si przybieraa kiej do kocioa, juci. 
Popatrzy na ni wzgardliwie, bo wygldaa, jakby j kto wycign spod ka, i rzuciwszy 
ramionami poszed. 
Kowal by przy robocie; ju z dala szczkay brzkliwe, mocne gosy motw, a w kuni 
hucza ogie i byo gorco kiej w piekle. Micha wanie by odkuwa z pomocnikiem jakie 
grubachne sztaby, pot mu zalewa twarz umorusan, ale ku niestrudzenie i jakby z zajadoci. 


-Komu to takie sielne osie? 

- Do Poszkowego woza! Bdzie wozi na tartak! 
Antek przysiad na progu skrcajc sobie papierosa. 
Moty wci biy zajadle, trzaskajc nieustannie raz, dwa, raz, dwa, i czerwone elazo 
bite ze wszystkiej mocy robio si powolne kieby ciasto, ugniatali go te na swoj potrzeb, 
jae caa kunia dygotaa. 

-Nie chciaby to wozi? - rzek Micha wsadzajc elazo w ognisko i poruchujc miechem. 
-A bo to me mynarz dopuci, pono wzion woenie na spk z organist i ze ydami 
jest za pan brat. 
-Konie masz, porzdek wszystek gotowy, a parob jeno si wasa kole chaupy. Niezgorzej 
pac - szepn zachtliwie. 
- Juci, co przydaby si jaki grosz na niwo, ale c, mynarza przeciech o pomoc prosi 
nie bd. 
- Trza by ci pomwi z kupcami. 
- Abo to je znam! By to chcia wstawi si za mn! 
- Kiej prosisz, to pomwi, jeszcze dzisia do nich polet. 
Antek cofn si prdko przed kuni, gdy znowuj zagray moty i iskry sypny si 
deszczem ognistym i parzcym. 

- Zaraz przyjd, obacz jeno, jakie to drzewo zwo. 
I na tartaku robota wrzaa kiej w ulu, traczka ju sza bez przerwy, piy z guchym 
zgrzytem przeeray dugachne kloce, a woda z krzykiem walia si z k w rzek i spieniona, 
zmordowana, gotowaa si bekotliwie w ciasnych brzegach. Z wozw zwalali chojary, ledwie 
okrzesane z gazi, a ziemia jczaa, za szeciu chopa obciesywao je do kantu, a drugie 
wynosiy deski na soce. 

Mateusz prowadzi ca fabryk, e co troch wida go byo w innej stronie, dzielnie 
zwija si rzdzc i bacznie wszystkiego dogldajc. 
Przywitali si przyjacielsko. 

- A kaje to Bartek? - pyta Antek rozgldajc si po ludziach. 
- Zmierziy mu si Lipce i pocign za wiatrem. 
-e to poniektrych tak cigiem telepie po wiecie! Roboty wida masz na dugo, tylachna 
drzewa! 
-A chwaci na jaki rok abo i duej. Jak dziedzic ugodzi si ze wszystkimi, to z p boru 
wytnie i przeda. 
- Na Podlesiu znowuj dzisiaj rozmierzaj ziemi. 
-Bo ju co dnia zgasza si ktosik do zgody! Barany juchy, nie chciay ci sucha, eby 
gromad si ugodzi, to dziedzic da wicej, a tera robi w pojedynk, cichaczem, byle prdzej. 


-Niektren czowiek to jak ten osie: chcesz, bych ruszy naprzd, to cigaj go za ogon! 
Pewnie co barany, dziedzic obrywa kademu co nieco, bo z osobna si godz. 

- Odebrae to ju swoje gronta? 
-Jeszczek nie wyszed czas po mierci ojcowej i nie mona robi dziaw, alem se ju 
upatrzy pole. 
Za rzek pomidzy olchami migna jaka twarz, zdao mu si, e to Jagusia, wic chocia 
pogadywa, ale ju coraz niespokojniej lata oczami po gszczach nadrzecznych. 

-Taki gorc, trza si i wykpa - rzek wreszcie i poszed w d rzeki, niby to wybierajc 
sposobne miejsce, ale skoro go skryy drzewa, puci si pdem. 
Juci, e ona to bya. Sza z motyczk do kapusty. 

- Jagusia! - zawoa zrwnawszy si z ni. 
Obejrzaa si bacznie i rozeznawszy gos i jego twarz, wychylajc si ze szuwarw, 
przystana trwonie, nie wiedzc zgoa, co pocz, bezradna cakiem i sposzona. 

-Nie poznajesz me to? -szepn gorco, probujc przej do niej na drug stron. Ale 
rzeka w tym miejscu bya gboka, cho wska zaledwie na jakie par krokw. 
-Jake, nie poznaabym ci to? -ogldaa si lkliwie za siebie na kapunisko, kaj czerwieniay 
jakie kobiety. 

- Kaje si to kryjesz, e ani sposobu ci uwidzie? 
- Kaj? Wygnaa me twoja z chaupy, to siedz u matki... 
-Dy i o tym rad bym z tob pomwi. Wyjd, Jagno, wieczorkiem za smtarz. Powiem 
ci cosik, przyjd! - prosi gorco. 
-Hale, eby me kto jeszcze obaczy! Dosy mam ju za dawne... - odrzeka twardo. Ale 
tak molestowa, tak skamla, e skruszao jej serce, zaczynao jej by al. 
- A c mi to nowego powiesz? po c to me woasz? 
- Czym ci to ju taki cakiem cudzy, Jagu? 
- Nie cudzy, ale i nie swj! Nie w gowie mi takie rzeczy... 
-Jeno przyjd, a nie poaujesz. Bojasz si za smtarz, to przyjd za ksiy sad, nie baczysz 
to kaj? Nie baczysz, Jagu?... 
Jae odwrcia gow, takie psy na ni uderzyy. 

- Nie ple, dy mi wstydno... - zesromaa si wielce. 
- Przyjd, Jagu, choby do pnocka czeka bd... 
- To poczekaj... - odwrcia si nagle i poleciaa na kapunisko. 
Patrzy za ni akomie i przejy go takie lubocie i takie pomia wzburzyy krew, e gotw 
by lecie za ni i bra j choby na oczach wszystkich... Ledwie si ju pohamowa. 

- Nic, jeno ta spieka tak me rozebraa! - pomyla rozdziewajc si spiesznie do kpieli. 
Przechodzi si galancie i j deliberowa nad sob. 
- e to czowiek saby kiej ten padzierz, bele co go poniesie... 
Wstyd mu si zrobio, rozejrza si, czy aby go kto z ni nie widzia, i usilnie rozwaa 
wszystko, co mu o niej powiadali. 

-Taka to ty, jagdko, taka! -myla ze wzgard i jakby z alem, ale naraz przystan 
pod jakim drzewem i stoja z przywartymi powiekami, bo jawia mu si na oczach w caej 
swojej cudnoci. 
-Cheba takiej drugiej nie ma na wszystkim wiecie! -jkn i strasznie zapragn jeszcze 
raz j widzie, jeszcze raz ogarn ramionami, przycisn do serca i napi si z tych warg 
czerwonych, pi na umr ten mid sodki, pi do dna... 
-Jeno ten ostatni razik, Jagusiu! ten ostatni! - szepta bagalnie, jakby do niej. Dugo potem 
przeciera oczy wodzc nimi po drzewach, nim si pomiarkowa i poszed do kuni. Micha 
by sam i wanie ju si zabiera do puga. 
- A strzyma twj wz takie ciary? - spyta. 
- Bylem jeno mia co ka... 


- Kiej obiecuj, to jakby ju mia na wozie. 
Antek j pisa kred na drzwiach i rachowa. 
- Jeszczek do niw zarobibym ze trzysta zotych!- rzek radonie. 
- Akuratnie miaby na spraw - ozwa si kowal od niechcenia. 
Antek schmurzy si nagle i oczy zawieciy mu ponuro. 
-Zmora ta moja sprawa, co j wspomn, to mi wszyko z rk leci, e nawet y si odechciewa... 
-Nie dziwota, jeno to me zastanawia, e si za nijakim poratunkiem jeszcze nie rozgldasz. 
- A c to poredz? 
- Trzeba by jednak co zrobi! Jake, da si to pod n, kiej ten cielak rzezakowi? 
- Gow muru nie przebij! - westchn bolenie. 
Micha ku znowu z zajadoci, za Antek pogry si w niepokojce i strachliwe dumania 
i takie myle go nawiedzay, jae mieni si na twarzy i zrywa si z miejsca, bezradnie 
latajc oczami po wiecie, ale szwagierek da mu si dugo trapi szpiegujc go jeno chytrymi 
lepiami, a w kocu rzek cicho: 

- Kamirz z Modlicy umia se poredzi... 
- Ten, co to uciek do Hameryki? 
- A ten sam! Mdrala, jucha, przewcha pismo nosem. 
- A bo mu to dowiedy, e zabi tego stranika? 
- Nie czeka, jae mu dowied! Nie gupi zgni w kreminale... 
- acno mu byo, kawaler. 
- Ratuje si, ktren musi. Ja ci ta do niczegj nie namawiam, aby nie pomyla, e mam 
w tym cosik swojego na widoku, a jeno powiedam, jak to w przypadku robiy drugie. Jak ci 
si ywnie podoba, tak zrb. Wojtek Gajda z Wolicy te ano wrci z kreminau w same 
witki. C, dziesi rokw to jeszczek nie ycie, mona przetrzyma... 
- Dziesi rokw, Jezus kochany! - jkn chytajc si za gow. 
- A tyle odsiedzia w cikich robotach, juci, co karwas czasu. 
-Wszystko gotwem przenie, bele jeno nie siedzenie. Jezus! siedziaem te par miesicy, 
a ju me si dur chyta... 
- A za trzy niedziele byby ju za morzami, niech Jankiel powie... 
-Strasznie daleko! Jak to i, wszyko ciepn, ostawi dom, dzieci, ziemi, wie i w tyli 
wiat, na zawdy! - Zgroza go przeja. 
- Tyla poszo dobrowolnie i ani komu w gowie wraca do tych rajw. 
- A mnie nawet pomyle o tym straszno! 
-Juci ale obacz Wojtka i posuchaj, co rozpowiada o tym kreminale, to ci jeszczek barzej 
zafrasuje! Jake, chop ma niespena czterdzieci rokw, a do cna ju posiwia i zgarbacia, 
yw krwi pluje i kulasami ledwie powczy. Jeno patrze, jak pjdzie na ksi꿹 obor. 
Ale po co ci gada, masz swj rozum, to si jego posuchaj. 
Przycich w por, zmiarkowawszy, e ju w nim posia niepokj, wic reszt zostawi 
czasowi, skrycie si jeno cieszc z plonw, jakie spodziewa si zebra. Ale skoczywszy 
pug ozwa si wesoo: 

-Polet tera do kupcw, a wz gotuj na jutro, bo wozi bdziesz. O sprawie nie myl, nie 
warto se psu gowy, to ano bdzie, co bdzie i co Bg miosierny pozwoli. Przyjd do ci 
wieczorem. 
Ale Antek nie zapomnia tak zaraz; pokn te jego przyjacielskie powiadki kiej ryba 
przynt i dawi si ni, daro mu ano wtrob, jae ledwie si rucha pod groz mczcych 
pomylunkw. 

- Dziesi rokw! Dziesi rokw - szepta niekiedy, drtwiejc w strachu: 


Mrok ju zapada, ludzie cigali z pl, w obejciu podnis si niemay rejwach, gdy 
Witek przygna stado, a kobiety krciy si kole udojw i obrzdkw, za na wsi jae si trzso 
od przedwieczornych pogwarw i wrzaskw dzieci, kpicych si we stawie. 

Antek wycign wz za stodo, aby go przyrychtowa i opatrzy na jutro, ale wnet odechciao 
mu si wszystkiego, e jeno krzykn na Pietrka, pojcego konie pod studni: 

- Nasmaruj wz i wyporzd, bdziesz od jutra wozi na tartak. 
Parob zakl siarczycie. Nie sza mu w smak taka robota. 
-Zawrzyj gb i rb, co ci ka! Hanu, daj trzy miarki owsa na obrok, a koniczyny 
przynie im z pola, Pietrek, niech se podjedz... 
Hanka prbowaa go rozpytywa, ale cosik jeno mrukn i pokrciwszy si po obejciu 
poszed do Mateusza, z ktrym teraz y w wielkim przyjacielstwie. 
Mateusz tyle co jeno by wrci z roboty i wanie chlipa pod chaup zsiade mleko la 
ochody. 
Skdci, jakby ze sadu, sczyo si ciche, aosne pakanie. 

- Kt to tam tak skwierczy? 
-A Nastusia. Urwanie gowy mam z tymi jamorami zapowiedzie ju wyszy, lub ma by 
w niedziel, a Dominikowa wczoraj zapowiedziaa przez sotysa, jako gospodarka na ni zapisana 
i Szymkowi nie udzieli ani zagona, i do chaupy go nie puci. I wicie to zrobi, znam 
ja dobrze to sobacze nasienie. 

- C na to Szymek? 
-A co, jak usiad w sadzie rano, tak i dotd tam siedzi kiej ten sup, e nawet Nastusi nie 
odpowiada. Ju si nawet bojam, eby mu si rozum nie popsu. 
- Szymek! - krzykn w sad - a pdzi no do nas przyszed Boryna, to moe ci co poredzi... 
Zjawi si po jakiej minucie i usiad na przybie nie witajc si z nikim. Juci, co chopak 
do cna by zmizerowany i wyschnity kieby ta osinowa deska; jedne oczy mu gorzay, za 
w wychudzonej twarzy taio si jakie twarde postanowienie. 

-I ce umyli? - pyta agodnie Mateusz. 
- A co, e wezm siekier i zakatrupi j kiej psa. 
- Gupi! bajanie ostaw do karczmy. 
-Jak Bg na niebie, tak j zakatrupi. C mi to ostaje, co? Grontu mi po ojcach zapiera, 
z chaupy me goni, spaty nie daje, to c poczn? Kaj si, sierota, podziej, kaj? I eby to me 
rodzona matka tak krzywdzia! - jkn ocierajc rkawem zy, ale naraz porwa si i zakrzycza: 
- Nie daruj, psiachma, swojego, ebym mia za to zgni w kreminale, a nie daruj! 
Uspokoili go na tyla, co przymilk i siedzia chmurny, a tak nasroony, e nawet nie odpowiada 
na Nastusine zawe szepty. Oni za deliberowali, jak by mu pomc, ale c, kiej nic 
z tego nie wychodzio, nie byo bowiem sposobu na Dominikow. A dopiero Nastka odcignwszy 
na stron brata cosik mu przeoya. 

-Kobieta i nalaza mdr rad! - zawoa radonie wracajc pod chaup. - A to powieda, 
bych kupi od dziedzica na Podlesiu ze sze morgw na spaty! Co, dobra rada? A matce 
mona bdzie pokaza star pani, niech si wcieknie ze zoci... 
- Rada juci dobra jak kada rada, jeno gdzie pienidze?... 
- Nastusia ma swoje tysic zotych, na zadatek chwaci... 
- A kaje to jeszcze chaupa, lewentarz, porzdki, zasiewy? 
-Kaj? A tu! A tu! -wrzasn naraz Szymek wyskakujc przed nich a trzchajc zacinitymi 
garciami... 
- Tak si to mwi, ale czy uredzisz? - mrukn Antek niedowierzajco. 
- Dajcie mi jeno ziemi, a obaczycie, dajcie! - zakrzycza z moc. 
- To nie ma si co gowi, a jeno i do dziedzica i kupowa! 
- Poczekaj, Antek, zaraz, niech no se wszyko w mylach uo... 


-Obaczycie, jak sobie rad dawa bd! -gada prdko Szymek. -A kto u matki ora? 
Kto sia? Kto zbiera? Dy jeno ja sam! A le to w roli robiem, co? Wako to jestem, co? 
Niech caa wie powie, niech matka zawiarczy! Dajcie mi jeno grunt, spomcie, braty rodzone, 
a to ju wama za to do mierci si nie odsu. Pomcie, ludzie kochane, pomcie! woa 
miejc si i paczc na przemian, zgoa jakby pijany radosn nadziej. 
A kiej si dziebko uspokoi, zaczli ju wsplnie rozwaa i deliberowa nad tymi zamysami. 


- Bych si jeno dziedzic zgodzi na spaty! - westchna Nastka. 
- Porczymy z Mateuszem, to widzi mi si, co i da. 
Nastusia jae go chciaa caowa po rkach za tyla dobroci. 
-Zaywaem niezgorszej biedy, to wiem, jak drugim smakuje! -rzek cicho, powstajc 
do odejcia, bo si ju byo cakiem zmroczao nad ziemiami, jeno co niebo byo jeszcze jasne 
i zorze dopalay si na zachodzie. 
Antek sta czas jaki nad stawem wagujc si w sobie, w ktr stron pjdzie, lecz po 
chwili ruszy ku domowi. 

Szed jednak z wolna kieby pod przymusem, przystajc co trocha ze znajomymi, na drogach 
bowiem byo peno ludzi, wasajcych si gadzin i dzieci. Przypiewki trzsy si po 
opotkach, kaj zakrzyczay przeposzone gsi, pod mynem wrzeszczay kpice si chopaki, 
jakie kumy kciy si po drugiej stronie stawu, jakby przed Balcerkami, a przenikliwy gos 
piszczaki przewierca uszy. 

Chocia Antkowi nie byo pilno i rad przystawa na drodze a z bele kim pogadywa, to w 
kocu stan przed swoj chaup. Okna stay wywarte i owietlone, dziecko pakao pod 
cian, za z podwrza rozlega si wrzaskliwy gos Hanki, a kiej niekiej jazgotliwe odszczekiwanie 
Jzki. 

Zawaha si znowu, ale kiej apa zaskomla przy nim i j wyskakiwa z radoci, kopn 
go w nagym gniewie i zawrci z powrotem na wie. Dopad drki proboszczowskiej, przemkn 
si kole organistw tak cicho, e go nawet psy nie poczuy, i wsun si pod ksiy 
sad, zaraz przy szerokiej miedzy, dzielcej Kbow ziemi od ksiych. 

Nakry go gboki cie drzew galancie rozronitych. 

Ksiycowy sierp zawis ju by na pociemniaym niebie i gwiazdy jy si rozjarza coraz 
migotliwiej; wieczr czyni si rosisty a silnie nagrzany, prawdziwie latowy. Przepirki 
woay ze zb, od k dalekich leciay grubaskie pohukiwania bkw, za nad polami wisiaa 
taka rozpachniona cicho, jae w gowie si mcio. 

Ale Jagusia jako nie przychodzia. 

Natomiast o jakie p stajania od Antka po miedzy spacerowa proboszcz w biaym obleczeniu 
i z go gow, tak pogrony w odmawianiu pacierzy, i jakby nie widzia, co jego 
konie, pasce si na chudym, wytartym ugorze, przeszy miedz i akomie weray si w Kbow 
koniczyn, ktra niby br czerniaa spaniale wyronita i pokryta kwiatem. 

Ksidz cigiem chodzi mamrocc pacierze, po gwiazdach wczy oczami, a niekiej 
przystawa, pilnie nasuchujc, i gdy si jeno ruszyo co niebd kaj pod wsi, zawraca 
spiesznie, gderzc niby gniewnie na konie. 

-A gdziee to polaz, siwy? W Kbow koniczyn, co? Widzicie ich, jakie to ajdusy! 
Smakuje wam cudze, co? A batem chceta po portkach? No, mwi, batem! - pograa wielce 
srogo. 
Ale koniska tak smacznie chrupay, jae ksidzu zbrako serca na wypdzenie ze szkody, 
wic jeno rozglda si a prawi z cicha: 

-No rej jeden drugi, rej... ju si za to zmwi jaki paciorek za Kbow dusz albo i 
wynagrodzi czym szkod! Nygusy, jak si to przypinaj do wieej koniczyny! 
I znowu chodzi tam i z nawrotem, pacierze mwi i strowa ani si spodziewajc, jako 
Antek patrzy w niego, sucha i z coraz wiksz niespokojnoci wyczekuje na Jagusi. 



Przeszo tak z par dobrych pacierzw, gdy naraz Antkowi przyszo na myl podej do 
niego a wyzna si ze swoich frasunkw. 

-Taki nauczony, to moe prdzej najdzie jak rad! - rozwaa cofajc si cieniami pod 
stodo i dopiero za wgem miao wyszed na miedz i gono zachrzka. 
A ksidz posyszawszy, e kto nadchodzi, zakrzycza na konie: 

-Szkodniki paskudne! To ani z oczw spuci, zaraz w cudze jak te winie! Wita kasztan! 
- I uniesszy ubieru wypdza je z popiechem. 
- Boryna! Jak si masz? - woa rozpoznawszy go z bliska. 
- Dy szukam dobrodzieja, byem ju na plebanii. 
-A wyszedem zmwi pacierze i przypilnowa koniskw, bo Walek polecia do dworu. 
Ale takie znarowione szkodniki, e niech Bg broni, rady nie mog sobie da z nimi. Patrz, 
jak si Kbowi wysypao koniczyny, jak br! Z mojego nasienia... Za to moj tak wymrozio, 
e zosta si tylko rumianek i osty!-westchn aonie przysiadajc na kamieniu - Siadaje, 
to sobie pogadamy! liczna pora! Za jakie trzy tygodnie zadzwoni kosy! No, mwi ci!... 
Antek przysiad wpodle i zacz z wolna rozpowiada, z czym by przyszed. Proboszcz 
sucha uwanie, tabak zaywa i na konie krzycza raz po raz, kichajc przy tym siarczycie 

- A gdzie! lepy, e cudze? Widzisz je, wituchy znarowione!... 
Antkowi szo jako niesporo, zajkiwa si i plta. 
- Widz, e ci co cikiego dolega. Wyznaj si szczerze, to ci uly, wyznaj! Przed kime 
dusz wyalisz, jak nie przed ksidzem? - Pogadzi go po gowie i uczstowa tabak, e 
Antek nabrawszy miaoci rozpowiedzia mu wszystkie swoje frasunki. 
Ksidz dugo way jego sowa, wzdycha i w kocu rzek: 

-Ja bym ci za borowego naznaczy pokut kocieln: stawae w ojcowej obronie, a e 
by ajdus i luter, to niewielka staa si szkoda! Ale sdy ci nie daruj. Najmniej posiedzisz ze 
cztery lata! I co ci tu radzi? Mj Boe, i w Ameryce ludzie yj, i z kryminau te wracaj. 
Ale jedno ze i drugie te nie lepsze. 
By za tym, eby Antek ucieka choby jutro, to znowu radzi pozosta i odsiedzie kar, 
a na ostatku powiedzia: 

- Jedno, co pewna: zda si na Opatrzno i czeka zmiowania Boego. 
- Hale, i wezm me w dybki, w Sybir pognaj... 
- Wielu jednak powraca, sam znaem niejednego... 
-Juci, jeno co to po latach zastan w chaupie, co? A bo to kobieta da sama rad? Zmarnuje 
si wszystko!- szepta bezradnie. 
-Z duszy serca rad bym ci pomg, ale c ja mog... Czekaj, msz wit odprawi do 
Przemienienia Paskiego na twoj intencj. Zapd mi konie do stajni, pno! No, mwi ci, 
pno, czas spa! 
Antek tak by przejty turbacjami, e wyszedszy z ksiego podwrza dopiero przypomnia 
sobie Jagusi i spiesznie do niej polecia. 
Juci, co ju czekaa skulona pod stodo. 

- Czekaam i czekaam! 
Gos miaa jakby schrypnityod rosy. 
- Mogem si to ksidzu wymwi? - Chcia j obj, odepchna go. 
- Nie figle mi ta w gowie, nie ceckania! 
- Dy ci cakiem nie poznaj! - Czu si dotknity. 
- Jak me ostawi, takusiek i jestem... 
- A niepodobna do si... - Przysun si bliej. 
- Nie zafrasowae si o mnie bez tyla czasu, a teraz si dziwujesz? 
- e ju i barzej nie sposb, ale mogem to przylecie do ci, co? 
- A ja ostaam jeno z trupem a ze zgryzotami! - Zatrzsa si z zimna. 
-I ani ci w gowie postao zajrze do mnie, co inszego miaa w mylach!... 


- Czekae to me, Janto, czekae? - wyjkaa niedowierzajco. 
-I jak jeszcze! A to kiej ten gupi co dnia wisiaem u kraty i oczy wypatrywaem za tob, 
i co dnia ci czekaem! - Nagy al nim zatrzs. 

-Jezu kochany! A tak me skle tam za brogiem! A taki przdzi by zy! A kiej ci bra-
li, to ani spojrza na mnie, ani przemwi... Dobrze bacz, miae to dobre sowo la wszystkich, 
nawet la psa, jeno nie la mnie! To ju mylaam, e si wciekn! 
-Nie miaem zoci do ci, Jagu, nie. Ale jak si dusza czowiekowi zapiecze w zgryzocie, 
to by i siebie, i wszystek wiat wytraci... 
Milczeli stojc tu przy sobie, biedro w biedro. Ksiyc wieci im prosto w twarze. Dyszeli 
ciko, szarpani gryzcymi spominkami, oczy im pyway w zakrzepych zach alw i 
udrki. 

- Nie tak to me kiedy witaa! - rzek smutnie. 
Rozpakaa si nagle i rzewliwie kiej dziecitko. 
-Jake ci to mam wita, jak? Mao to me ju pokrzywdzi i sponiewiera, e tera ludzie 
patrz na mnie kiej na tego psa... 
- Ja ci sponiewieraem? To przeze mnie? - Gniew go przej. 
-A przez ciebie! Przez ciebie wygnaa me z chaupy ta fldra, to wiskie pomieto! 
Przez ciebie poszam na pomiech caej wsi... 
-A wjta to ju nie baczysz? a drugich, co? -buchn gronie. -Wszyko bez ciebie! 
Wszyko! -szeptaa coraz bardziej rozalona. - A czemu me do si zniewoli jak tego psa? 
Miae przecie swoj kobiet. Gupia byam, a ty me tak opta, co ju wiata Boego za 
tob nie widziaam! I czemu me potem ostawi sam, na pastw? 
Ale i on porwany alami zasycza przez zacinite zby: 

-To ja ci kazaem osta moj macoch? Ja ci te pewnie niewoliem, by si tuka z 
kadym, kto jeno chcia, co? 
-.To po co mi nie wzbroni? By me miowa, to by me nie da na wol, nie ostawiby 
me samej, a jeno strzeg przed z przygod, jak to, drugie robi! -skarya si bolenie i tak 
pena niezgbionego alu, e ju nie poredzi si broni. Odpady go wszystkie zocie, a 
serce si rozdygotao kochaniem. 

- Cichoj, Jagu, cichoj, dziecitko! - szepta z tkliwoci. 
-I taka krzywda mi si staa, to i ty powstajesz na mnie jak wszystkie, i ty, i ty! -szlochaa 
wspierajc gow o stodo. 
Usadzi j przy sobie na miedzy i j przygarnia do serca a tuli, a gaska po wosach i 
obcierajc jej twarz zapakan, caowa jej wargi roztrzsione i te oczy zalane gorzkimi zami, 
te kochane a tak przesmucone oczy. Pieci j, przyhoubia i spokoi, jak jeno poredzi, e ju 
pakaa coraz ciszej przywierajc do i z tak dufnoci uwiesia mu si na szyi a kada gow 
na jego piersiach jakby na tym matczynym sercu, kaj tak lubo jest wypakiwa wszystkie 
bolecie a smutki... 

Ale Antkowi ju si mcio w gowie, bo takie lubocie biy od niej i tak go rozpraao jej 
ciepo, e coraz zajadlej caowa i coraz mocniej ogarnia j sob... 

Zrazu ani miarkowaa, do czego idzie i co si z ni wyrabia. Dopiero kiej si ju cakiem 
poczua w jego mocy i kiej j rozgniata jej wargi rozpalonymi caunkami, zacza si szarpa 
a prosi lkliwie, prawie z paczem: 

- Pu me, Janto! Pu! Loboga, bo bede krzycze! 
Ale moga si to ju wydrze smokowi, kiej ciska, jae tchu brakowao i ca przejmowa 
war i dygotania. 

- Ostatni raz pozwl, ostatni! - skamla ledwie ju zipic. 
A wiat si z ni zakrci i poleciaa jakby na dno jakowego raju, a on j wzion, jak to 
kiedy bra, zapamitale, przez lub moc kochania, i dawaa mu si te jak kiedy, w sodkiej 
udrce niemocy, na niezmierzone szczcie, na mier sam... 



Jak kiedy, mj Jezu! Jak dawniej! Jak zawdy! 

Noc staa rozgwiadona, ksiyc wisia wysoko w p nieba; nagrzane, rozpachnione 
powietrze obtulao pola popione w niezgbionej cichoci; cay wiat lea bez tchu w upojnym 
zapomnieniu i w sodkiej pieszczocie niepamici. 

A i w nich nie byo ju pomiarkowania o niczym, nic, kromie ognia i burzy, i nic, kromie 
wiecznie dnej i wiecznie nienasyconej tsknicy. Jak kiedy uschnita drzewina oeni si z 
pierunem i buchnie w niebo pomieniami, e ju wraz gin huczc weseln pie zatraty, tak i 
oni przepadali w jakich nienasyconych arach. Oyy w nich dawne miocie i zwary si 
strzelajc bujnym, radosnym ogniem na to jedno mgnienie zapamitania, na t jedn tylko 
minut ostatniej radoci. 

Bo kiej znowu siedli przy sobie, ju im tak cosik omroczyo dusze, e spozierali na si 
trwonie, ukradkiem, rozbiegajc si oczami kieby ze wstydem i alem. 

Na darmo szuka wargami jej warg godnych caunkw, jak kiedy: odwracaa si z niechci. 


Na darmo szepta przezwiska co najsodsze; nie odpowiadaa, pilnie zapatrzona w ksiyc; 
wic burzy si w sobie i chd, przejty dziwn markotnoci i alami. 

Siedzieli, nie wiedzc ju, co mwi, niecierpliwic si jeno a wyczekujc, ktre si 
pierwej ruszy i pjdzie sobie precz. 

A w Jagusi jakby ju wszystko wygaso ze szcztem i rozsypao si w popi, bo ozwaa 
si z przytajon zoci: 

- Ale me zniewoli, kiej ten zbj, no! 
- Nie moja to, Jagu, nie moja? - Chcia j przygarn, odepchna go gwatownie. 
- Anim twoja, anim niczyja, rozumiesz? Niczyja! 
Rozpakaa si znowu, ale ju jej nie spokoi ni utula, lecz po jakim czasie powiedzia 
wanym gosem: 

- Jagu, poszaby ze mn we wiat? 
- Kaje to? - podniesa na niego zapakane oczy. 
- A choby do samej Hameryki! Poszaby za mn, Jagu? 
- A c to poczniesz ze swoj kobiet? 
Zerwa si, kieby go kto biczem trzasn. 
- Prawd pytam! Trutk to jej zadasz czy co? 
Pochwyci j wp, przygarn krzepko i caujc namitnie po caej twarzy j prosi a 
molestowa, bych z nim jechaa we wiat, kaj by ju ostali razem i na zawsze. Sporo czasu 
mwi o swoich zamysach i nadziejach, czepi si bowiem nagle tej myle uciekania z ni 
kiej pijany pota i kiej pijany te plt, ogarnity gorczkowym wzburzeniem. Wysuchaa 
wszystkiego do koca i odrzeka z przeksem: 

-Zniewolie me do grzechu, to rozumiesz, com ju do cna zgupiaa i uwierz ci w bele 
bzdury... 
Przysiga na wszystko, jako wit prawd powieda; nie chciaa ju nawet sucha i wyrwawszy 
si z jego rk szepna: 
-Ani mi si ni ucieka z tob. Po co? Abo mi to le samej? -Obtulia si zapask rozgldajc 
si uwanie.- Pno, musz ju biey! 

- Kaje ci pilno, nikto przeciek z chaupy za tob nie patrzy? 
- Ale na ciebie pora. Ju tam Hanka pierzyn wietrzy a wzdycha... 
Rozar si na te sowa kiej pies i sykn urgliwie: 
- Ja ci nie wypominam, kto tam na ciebie po karczmach wyczekuje... 
-A jakby wiedzia, co niejeden gotw czeka choby do soca, jakby wiedzia! Sielnie 
zadufany w siebie i rozumiesz, co jeno ty jeden jeste! -gadaa przemiechajc si zjadliwie. 
- A to le, choby nawet do yda, le! - wykrztusi. 


Ale si nie ruszya z miejsca; jeszcze stali przy sobie dyszc jeno ciko a pogldajc na 
si rozsroonymi lepiami, a kieby szukajc w sobie tych jakich sw najbarzej bolcych. 

- Miae co pedzie, to mi rzeknij, bo wicej ju do ci nie wyjd... 
- Nie bj si, nie bd si wywoywa, nie... 
- Bo choby mi nawet u ng skamla, to nie wyjd. 
- Juci, czasu ci nie starczy, do tylu musisz co noc wychodzi... 
- A eby skapia kiej ten pies! - skoczya w pola na przeaj. 
Nie pogoni jednak ni nawet zawoa za ni, widzc, jak leciaa przez zagony kiej cie i 
przepada pod sadami; przeciera tylko oczy kieby ze piku a wzdycha markotnie. 

- Zgupiaem ju do cna! Jezu, dokd to baba moe zaprowadzi. 
Byo mu czego dziwnie wstyd, gdy wraca do chaupy; nie mg sobie darowa tego, co 
si stao, i srodze si tym gryz i mczy. 
Pociel gotowa ju czekaa na niego w sadzie, w pkoszkach, gdy w izbie nie sposb 
byo wyspa z powodu gorca i much. 
Ale nie zasn; lea wpatrzony w dalekie migoty gwiazd i nasuchujc cichych stpa 
nocy rozwaa se o Jagusi. 
-Ni z ni, ni przez niej! A eby! -zakl z cicha i wzdycha aonie, i przewraca si z 
boku na bok, i odrzuca pierzyn stawiajc nogi na chodnej, orosiaej trawie, ale pik nie 
przychodzi i myle o niej nie ustaway ni na to oczymgnienie. 

Ktre dziecko zapakao w chaupie i zamamrotaa cosik Hanka; unis gow, ale po 
chwili przycicho i znowu opady go deliberacje i szy przez niego kiej te wioniane, pachnce 
zwiewy kolebice dusz sodkimi spominkami; ale ju si im nie da w niewol, a na sprzeciw, 
rozglda si w nich trzewo, e w kocu przyszed do tego, co sobie rzek uroczycie, 
jakby na witej spowiedzi: 

-Raz temu musi by koniec! Wstyd to i grzech! Co by to znowu ludzie pedzieli! Dy 
ociec dzieciom jestem i gospodarz! Musi by koniec. 
Postanawia, ale byo mu jej al, nieopowiedzianie al. 

-Niech se jeno czowiek raz jeden pofolguje, a ju si tak pokuma ze zem, co go i 
mier nie rozdzieli! - medytowa gorzko i grnie. 
wit si ju robi, cae niebo przyodziewao si kieby w te zgrzebne gzo, ale Antek jeszcze 
nie spa, za kiej biay dzie j mu zaziera w oczy, przyleciaa go budzi Hanka. Podnis 
na ni schmurzon twarz, lecz taki dziwnie by la niej dobry, e skoro mu opowiedziaa, 
z czym to wczoraj przychodzi kowal pnym wieczorem, pogaska j po nie uczesanych 
wosach. 

- Kiej si udao ze zwzk, to ci ju cosik kupi na jarmarku. 
Rozradowaa si tak ask i daleje molestowa, aby te kupi oszklon szaf na talerze, 
jak miay organisty. 

-Pokrtce to se zamylisz o dworskiej kanapie! -zamia si, przyobiecujc jednak, co 
jeno prosia, i wsta prdko, robota bowiem czekaa i trza byo kark poda w jarzmo i cign 
jak co dnia. 
Rozmwi si jeszcze z kowalem i zaraz po niadaniu Pietrka wyprawi do woenia gnoju, 
a sam pojecha w par koni do lasu. 

W porbie jae huczao od roboty; sporo narodu krcio si przy obrbce drzewa nacitego 
zim, e kieby to nieustanne kucie dziciow, tak rozlegao si bicie siekier i trzeszczenie 
pi; za w bujnych trawach porby pasy si lipeckie stada i dymiy ogniska. 

Spomnia, co si tu kiedy wyrabiao, i pokiwa gow widzc, jak to ju zgodnie robi 
razem Lipczaki z rzepeck szlacht i drugimi. 

-Bieda ich doprowadzia do rozumu. I potrza to byo wszystkiego, co? -wyrzek do Filipa, 
syna Jagustynki, okrzesujcego chojary. 


-A kto temu by winowaty, jak nie dziedzic a gospodarze! - mrukn ponuro chop, nie 
przestajc obrbywa gazi. 
- Ale moe ju najbarzej zocie i gupie podjudzania. 
Przystan w miejscu, kaj by zakatrupi borowego, i tak go cosik zego sparo pod piersiami, 
jae zakl: 
-cierwa, przez niego caa moja marnacyja! Bym poredzi, to bym ci jeszczek dooy! splun 
i wzi si do roboty. 
I ju cae dnie wozi na tartak, przypinajc si do pracy z tak zapamitaoci, jakby si 
chcia zarobi na mier, lecz mimo tego nie zabi pamici o Jagusi ani o tej sprawie nieszczsnej 


Ktrego dnia powiedzia mu Mateusz, e kupili grunt na Podlesiu, dziedzic da na spat 
i jeszcze przyobieca zrzynw i at, za lub Nastusi odoyli, pki Szymek jako tako si nie 
zagospodaruje. 

Co go ta obchodzio cudze, mao to jeszcze mia swoich turbacji? A do tego kowal ju 
prawie codziennie i na rne sposoby straszy go spraw i z wolna, ostronie, a wielce chytrze 
napomyka, e gdyby mu byo pilno potrza, to ten i w daby pienidzy... 

Antek ju sto razy gotw by prasn wszystko i ucieka, ale co spojrza na wie i co sobie 
wzi w myle, jako pjdzie std na zawsze, to go taki strach ogarnia, i wolaby krymina, 
wolaby wszystko najgorsze, bele nie to. 

Ale i o kryminale myla z rozpacz w duszy. 

Wic z tego bojowania ze sob zmizerowa si, zgorzknia i sta si w chaupie srogi a 
niewyrozumiay. Hanka w gow zachodzia, na darmo prbujc si wywiedzie, co mu si 
stao. Nawet zrazu podejrzewaa, jako znowu spikn si z Jagusi; ale co oko miaa bystre, a 
odpasiona Jagustynka te za nimi patrzaa i drugie potwierdzali, e wyranie stroni od siebie 
i nikaj si nie schodz, to si ju uspokoia z tej strony. C z tego, e mu suya jak moga 
najwierniej, e ju jado mia wybrane i na por, w chaupie ochdony porzdek, e gospodarka 
sza jak najlepiej, kiej cigiem by zy, chmurny, o bele co poniewiera i dobrego sowa 
jej nie dawa. 

A ju byo najciej, kiedy chodzi cichy, strapiony, smutny kiej noc jesienna i ani si 
gniewa, ani uprzykrza, a jeno ciko wzdycha i na cae wieczory szed do karczmy pi ze 
znajomkami. 

Pyta otwarcie nie miaa miaoci, a Rocho kl si, e te nie wie o niczym, co mogo 
by prawd, gdy stary przychodzi teraz jeno na noc, a cae dnie wdrowa po okolicy ze 
swoimi ksieczkami, a nauczajc pobone naboestwa do Serca Jezusowego, ktrego urzdy 
wzbraniay odprawowa po kocioach. 

A ktrego wieczora, kiedy siedzieli jeszcze w izbie przy miskach, bo wiater si by zerwa 
po zachodzie, psy ca hurm zaszczekay nad stawem. Rocho pooy yk pilnie nasuchujc. 


- Kto obcy! Trza wyjrze. 
A tyla co jeno wyszed, powrci blady i rzek prdko: 
- Paasze brzcz na drodze! Jakby pytay, na wsi jestem! 
Skoczy w sad i zgin. 
Antek zblad miertelnie i skoczy na rwne nogi. Psy ju docieray w opotkach, na ganku 
rozlegy si cikie stpania. 

- A moe to ju po mnie? - jkn w trwodze. 
Wszyscy jakby zmartwieli ujrzawszy na progu stranikw. 
Antek nie mg si poruszy, a jeno lata oczyma po wywartych oknach i drzwiach. 
Szczciem, co Hanka cakiem przytomnie zapraszaa ich siedzie podsuwajc aw. 
Grzecznie si przywitali, tak si zarazem przymawiajc o kolacj, e musiaa im nasmay 
jajecznicy. 



- Kaje tak pno? - zapyta wreszcie Antek. 
-Po subie! Dzieo u nas niemae! -odrzek starszy wodzc oczami po zebranych w 
izbie. 

- Pewnie za zodziejami? - dorzuci Antek mielej, wynoszc flach z komory. 
-I za zodziejami, i za drugim! Przepijcie do nas, gospodarzu! 
Napi si z nimi. Przypili si do jajecznicy, jae yki dzwoniy. 
Wszyscy siedzieli cichuko kiej te przytrwoone trusie. 
Stranicy wymietli misk do czysta, przepili jeszcze gorzak i starszy obcierajc wsy 
rzek uroczycie: 

- Dawno was wypucili z turmy, a? 
- Niby to pan starszy nie wiedz! 
Rozdygota si dziebko. 
- A gdzie to Rocho? - spyta nagle starszy. 
- Ktren Rocho? - zrozumia w mig i znacznie si uspokoi. 
- Podobno u was yje kakoj to Rocho? 
-A moe pan starszy mwi o tym dziadku, co to chodzi po wsi? Prawda, dy go Rochem 
woaj! 
Stranik rzuci si niecierpliwie i rzek gronie: 

- Nie rbcie szutek, przecie mieszka u was, wiadomo! 
-Pewnie, co nieraz siedzia u nas, ale siedzia i u drugich. Proszalny dziadek, to kaj mu 
popadnie, tam i na noc gow przytuli. Dzi w chaupie, indziej w obrce, a niekiedy i prosto 
pode potem. C to pan starszy upatrzy se na niego? 
- Tak c by, nic, po znajomoci pytam... 
- Poczciwy czowiek, wody nikomu nie zamci - wtrcia Hanka. 
-Nu, my znamy, kto on taki, znamy! -mrukn znaczco, prbujc rnymi sposobami 
wypytywa o niego. Nawet ju tabak czstowa, ale wszyscy tak gadali cigiem jedno w 
kko, e nie mogc niczego przewcha podnis si z awy ze zoci: -A ja mwi, e 
mieszka u was w chaupie! 
- Przeciek go w kiesze nie schowaem! - odburkn Antek. 
-Ja tu po subie, ponimajcie, Boryna! - cisn si gronie starszy, ale jako si udobrucha 
dostawszy na drog mendel jajkw i spor osek wieego masa. 
Witek poszed za nimi trop w trop, rozpowiadajc potem, jako wstpowali do sotysa i 
prbowali zaziera do poniektrych okien jeszcze owietlonych, jeno co pieski tak naszczekiway, 
e nie poredziwszy nikaj zajrze kryjomo, z niczym odeszli. 

Ale to zdarzenie tak jako dziwnie rozebrao Antka, e skoro jeno zosta sam na sam z 
on, zacz si wyznawa z utrapie. 

Suchaa z bijcym sercem, uwanie, nie przepuszczajc ani jednego sowa, dopiero kiej 
w kocu zapowiedzia, jako im ju nic nie pozostaje, jeno przeda wszystko i ucieka we 
wiat, choby do Hameryki, stana przed nim poblada kieby ciana. 

-Nie pd i dzieci na zatrat nie pozwol! -wyrzeka gronie -nie pd! A jak mnie 
przyniewolisz, to siekier by dzieciom porozbijam, a sama choby do studni! Prawd mwi, 
tak mi Panie Boe, dopom! Zapamitaj to sobie! -krzyczaa klkajc przed obrazami jakby 
do uroczystej przysigi. 
- Cichoj! Dy jeno tak mwi! 
Wytchna nieco i rzeka ciszej, ledwie ju zy powstrzymujc: 
-Odsiedzisz swoje i wrcisz! Nie bj si, dam se rad... nie uroni ci ni zagona, jeszcze 
me nie znasz... nie popuszcz z pazurw. Pan Jezus pomoe, to i taki dopust udwign - pakaa 
cicho. 
Medytowa dugo i w kocu powiedzia: 



- To bedzie, co Bg da! Trza poczeka na spraw. 
e na nic si zday chytre kowalowe zabiegi. 
ROZDZIA 6 


-Uwal si ju raz i nie przeszkadzaj! - mrukn zgniewany Mateusz przewracajc si na 
drugi bok. 
Szymek przywar na chwil, a skoro tamten znowu zachrapa, j si cicho przebiera ze 
ssieka, gdy mu si przywidziao, jako do stodoy, kaj spali, ju si wdzieraj mty pierwszych 
wita. 

Omackiem zbiera po klepisku narzdzia, jeszcze wczoraj nagotowane, i tak si pieszy, 
e mu raz po raz cosik leciao z rk z przeraliwym brzkiem, jae Mateusz kl przez pik. 

Ale nad ziemiami leay jeszcze ciemnice, jeno gwiazdy byy ju bladawe, na wschodniej 
stronie dziebko si przezierao i pierwsze kury biy skrzydami krzykajc zachryple. 

Szymek zebra w taczki, co jeno mia, i skradajc si cichuko kole chaupy wydosta si 
nad staw. 

Wie spaa kiej zabita, nawet pies nie zaszczeka, a w cichoci sycha byo jeno bulgotanie 
wody przeciskajcej si przez zapuszczone stawida myna. 

Na drogach, przycienionych sadami, byo jeszcze tak ciemno, e ledwie kaj niekaj zamajaczya 
bielona ciana, za staw tyla jeno przeziera z nocy, co tym lnieniem odbijajcych 
si gwiazd. 

Ale dochodzc matczynej chaupy zwolni kroku, pilnie nasuchujc, gdy w opotkach 
jakby ktosik chodzi z cichym a nieustajcym mamrotem. 

- Kto tam? - posysza naraz gos matki. 
Zdrtwia i sta z zapartym oddechem, nie miejc si poruszy, za stara nie doczekawszy 
si odpowiedzi znowu ja chodzi. 
Widzia j kieby cie snujc si poddrzewami; macaa sobie drog kijaszkiem i chodzia 
odmawiajc pgosem litani. 

-Tuk si po nocy kiej Marek po piekle -pomyla, ale westchn jako aonie i cichuko, 
strachliwie przemkn si dalej. -Gryzie ich moja krzywda! Gryzie!- powtrzy z 
gbok uciech, wychodzc na szerok, wyboist drog za mynem i naraz pogna, jakby go 
cosik popdzao, nie baczc ju na doy ni kamienie. 
Wstrzyma si dopiero pod krzyem, na rozstajach drg podleskich. Za ciemno byo jeszcze 
stawa do roboty, wic se przysiad pod figur odzipn nieco i poczeka. 

-Zodziejska godzina, nie sposb rozezna zagona od boru - mrucza brodzc oczyma po 
wiecie. Pola stay jeszcze potopione w rozmrowionych ciemnociach, ale na niebie ju si 
coraz barzej jarzyy zociste smugi witania. 
Duy mu si czas, e j si pacierza, ale co jeno tkn rk orosiaej ziemi, to gubi 
sowa i spomina se z luboci, jako ju idzie na swoje, na gospodark. 

-Mam ci i nie popuszcz -myla hardo, radonie i z niezmiern zapamitaoci kochania 
wera si rozgorzaymi lepiami w skotunione pod lasem ciemnocie, kaj ju czekay 
na niego te sze morgw kupione od dziedzica. 
-Przygarn ja was, sieroty kochane, i nie opuszcz, pki ycia! - mamrota cigajc kouch 
na rozmamlane piersi, bo go by chd dziebko przejmowa, i wsparszy si w krzy 
plecami, zapatrzony w witania zachrapa rycho zmorzony pikiem. 
Ju pola szarzay kiej wody szeroko rozlane, a siwe od rosy zboa trcay go rozruchanymi 
kosami, gdy zerwa si na nogi. 



-Dzie kiej w, pora na robot - szepn przecigajc kocie i klkn pod krzyem do 
pacierza, ale nie trzepa na pytel, jak to zawdy robi, bele jeno zby, a duo nawzdycha, a w 
piersi si nagrzmoci i tyla si naegna, jae kulas zdrtwieje: dzisiaj byo inaczej, a wspomoenie 
bowiem Paskie zabaga rzewliwie i tak ze wszystkiej duszy, jae mu zy pocieky, i 
obejmujc Jezusowe nki zaskamla wpatrzony wiernymi lepiami w Jego twarz umczon i 
wit: 
-Dopom, Jezu miosierny! Rodzona ma me ukrzywdzia, Tobie si jeno oddawam, 
sierota! pom! Dy, kiej ten ostatni, na ciki wyrobek staj! Juci, com grzeszny, ale me 
spom, Panie miosierny, to ju na msz dam abo i na dwie! wiec nakupi, a jak si dorobi, 
to nawet baldach sprawi! -prosi i przyobiecywa, serdecznie przywierajc wargami do 
krzya, obszed go na kolanach, ucaowa pokornie ziemi i wsta wielce skrzepiony i dufny 
w siebie. 
I mocnym si poczu, i gotowym ju na wszystko, i tak dobrej myle, e ujwszy cikie 
taczki pcha je kiej pirko, hardo toczc oczami po Lipcach lecych niej, a caych jeszcze 
we mgach, z ktrych jeno kocielna wiea bia wysoko, grajc w zorzach pozocistym krzyem. 


-Obaczycie! Hej! obaczycie! - krzyka radonie, wchodzc na swoje gronta. Leay tu 
pod lasem, jednym bokiem przywarte do pl lipeckich, ale Boe si zmiuj, co to byy za 
gronta! Kawa dzikiego ugoru, peen dow po cegielni, szutrowisk i kamionek obrosych 
cierniami. Dziewanny, psi rumianek i koskie szczawie bujnie si pleniy po wzgrkach, a kaj 
niekaj z trudem wynosia si pokrcona sosenka, to kpa olch lub jaowcw, za po dokach i 
makach sitowia i trzciny burzyy si kiej mode bory. Sowem, ziemia bya taka, co pies by 
nad ni zapaka, e nawet sam dziedzic odradza, ale chopak si upar: 
- W sam raz la mnie! Uredz i takiej! 
I Mateusz go odwodzi, ze strachem spogldajc na to dzikie wywieisko, kaj jeno pieski 
folwarczne odprawiay swoje wesela, ale Szymek cigiem prawi swoje, a w kocu twardo 
powiedzia: 

- Rzekem! Kada ziemia dobra, jak si jej czowiek dooy! 
I wzi j, bo dziedzic sprzeda tanio, po szedziesit rubli morg, i jeszcze przyobieca 
pomoc w drzewie i rnociach. 

-Hale, co bym ta nie mia poredzi! -wykrzykn oblatujc j rozgorzaymi oczyma i 
zoywszy taczki na miedzy j obchodzi swoje granice, znaczone nawtykanymi gaziami. 
Chodzi z wolna i w takiej cichej a gbokiej radoci, jae serce bio mu kiej motem i 
gardziel zatykao. Chodzi ukadajc sobie w gowie po porzdku, co robi i od czego zaczyna. 
Przecie to mia robi la siebie, la Nastusi, la przvszego rodu Paczesiw, to si tak by 
spry w mocy i srogiej ochocie, jako ten godny wilk, gdy przychwyci barana i dorwie si 
ywego misa. 

I obszedszy cae pole j rozwanie wybiera miejsce pod chaup. 

- Rychtyk najlepsze, wie naprzeciw i br pod bokiem, acniej bdzie o drzewo i ciszej na 
zim -rozwaa i oznaczywszy kamieniami cztery wgy ciepn kouch, przeegna si i 
splunwszy w garcie wzi si do rwnania ziemi a karczunkw. 
Dzie si ju by podnis zocisty, od wsi leciay porykiwania stad wypdzanych na pasz, 
skrzypiay urawie, ludzie wychodzili do roboty, turkotay po drogach wozy i niesy si 
przerne gosy wraz z leciukim wiaterkiem, ktren zaswywoli we zboach, wszystko szo 
jak co dnia, tylko Szymek, nie baczc na nic, jakby si zapamita w pracy, niekiedy jeno 
prostowa grzbiet, odzipia, przeciera oczy zalane potem i znowu przypina si do ziemi kieby 
ta pijawka nienasycona, mamroczc cigiem wedle swego zwyczaju do kadej rzeczy, 
jakby do czego ywego. 

J si by wanie wywaania wielgachnego kamienia i prawi: 

- Wyleae si, odpocze, to mi teraz moesz chaup podeprze. 


A wycinajc krze tarniny, mwi ze szydliwym przemiechem: 

-Nie bro si, gupie! myli, co mi si oprze! Hale! ostawie ci to, by portki ozdzierao, 
co? 
Za do kamionek odwiecznych rzek: 

-I was rusz, ciko gnie si na kupie! Bruk z waju wyrychtuj kole obory, jak u Borynw! 
A niekiedy nabierajc oddechu ogarnia swoj ziemi miujcymi oczami a szepta gorco: 


- Moja ty! Moja! Nikto mi ci nie wydrze! 
I wspczujc tej biedocie zachwaszczonej, ponej, nieurodzajnej i opuszczonej, dodawa 
pieszczotliwie kieby do dziecitka: 

-Poczekaj dziebko, sieroto, uprawi ci, napas, wyceckam, e rodzi bdziesz jak i 
drugie. Nie bj si, dogodz ci, dogodz. 
Soce si podnieso na pola i zawiecio mu prosto w oczy. 

-Panie Boe zapa! -wyrzek przymruajc oczy. - Na gorc znowu idzie i susze - doda, 
bo wynosio si srodze rozczerwienione. 
Pokrtce ozwaa si i sygnaturka na kociele, a nad lipeckimi kominami podnosiy si z 
wolna modrawe supy dymw. 

- Podjadby se tera, gospodarzu, co? - przycign pasa -jeno ci ju matka dwojakw nie 
przynies, nie - westchn smutnie. 
I na podleskich rolach zaroio si od ludzi, stawali, jak i on, do roboty na co dopiero nabytych 
ziemiach; dojrza Stacha Poszk, orzcego w par tgich koni. 

- Mj Jezu, kiedy to dasz choby jednego - pomyla. 
Wachnik Jzef zwozi kamienie na fundamenta chaupy, Kb ze synami okopywa rowem 
swoj ziemi, a Grzela, wjtw brat, przy samym krzyzie nade drog co dugo rozmierza 
tyk. 

- Miejsce jakby wybrane pod karczm - zauway Szymek. 
Grzela oznaczywszy kokami wymierzony plac przyszed z pozdrowieniem. 
- Ho, ho! robisz, widz, za dziesiciu! - podziw mia w oczach. 
-A bo mi to nie potrza? C to mam? Jedne portki a te goe pazury! -mrukn nie odrywajc 
rk od roboty. 
Grzela poradzi mu to i owo i wrci do swojego, a po nim zachodziy i drugie, kto z dobrym 
sowem, kto na pogwar, a kto jeno wykurzy papierosa i zbw naszczerzy, ale Szymek, 
odpowiada coraz niecierpliwiej, e ju w kocu ostro krzykn na Pryczka: 

- Robiby swoje i drugim nie przeszkadza! witki se juchy robi ! 
I osta sam, bo go ju omijali. 
Soce podnosio si coraz wyej, wisiao ju nad kocioem, nieso si niepowstrzymanie 
zalewajc wiat lepic jasnoci i arem, wiater si by kaj zadzia, e ju gorc bez 
przeszkody ogarnia ziemi rozmigotan przyson, w ktrej zboa pawiy si kieby w tym 
rozbetanym, cichukim wrztku. 

-Mnie ta rycho nie spdzisz -rzek jakby przeciw socu i dojrzawszy Nastusi ze niadaniem 
wyszed naprzeciw, apczywie zabierajc si do dwojakw. 
Nastusia jako markotnie spozieraa po polach. 

- A bo si to co urodzi na takich zdziarach i mokradach! 
- Wszystko si urodzi, obaczysz, co i pszenic miaa bdziesz na placki. 
- Czekaj tatka latka, jak koby wilcy zjedz. 
- Nie zjedz, Nastu! Gront jest, to i acniej przeczeka, dy cae sze morgw nasze prawi 
pojedajc z popiechem. 

- Juci, to ziemi pewnie ugryzie! A jak to przezimujemy? 


-Moja w tym gowa, nie turbuj si! O wszykim deliberowaem i wszykiemu najd zarad! 
- Odsun puste dwojaki, przecign kocie i powid j pokazujc i tumaczc. 

-W tym miejscu stanie chaupa! -zawoa radonie. 

- Stanie! Z bota j pewnie ulepisz kiej jaskka! 
-A z drzewa i gazi, i z gliny, i z piasku, i z czego si jeno da, bele tylko w niej przetrzyma 
z jaki roczek, pki si nie wspomoemy. 
- Sielny dwr, widz, zamylasz! - warkna niechtnie. 
- Wol w budzie nili u kogo na komornym. 
-Mwia Poszkowa, eby si do nich sprowadzi na przezimowanie, i sama si ochfiarowaa 
da nam izb, z dobrego serca. 
-Z dobrego serca. A juci, pewnikiem chce zrobi na zo matce, dy si r ze sob 
kiej te psy. Torba zapowietrzona, nie potrzebuj jej dobroci. Nie bj si, Nastu, wyrychtuj 
ci tak chaup, e i okno bdzie, i komin, i wszyko, co ino potrza. Obaczysz, e jak ament w 
pacierzu, tak za trzy niedziele stanie gotowa, ebym se mia kulasy urobi, a stanie. 
- Hale, sam to pewnie postawisz! 
- Mateusz mi pomoe, przyobieca! 
- Nie daaby to matka jakiego wspomoenia? - powiedziaa lkliwie. 
-ebym skapia, a prosi ich nie bd! -wykrzykn, ale widzc, co jeszcze barzej posmutniaa, 
wielce si sfrasowa i kiej przysiedli pod ytem, j jkliwie tumaczy: 

- A mog to, Nastu? Jake, wygnaa me i na ciebie pomstuje. 
-Mj Boe, eby cho jak krowin dali, a to jak te najgorsze dziadaki, przez niczego, 
jae strach pomyle. 
- Bdzie i krowa, Nastu, bdzie, juem se jedn upatrzy. 
- Bo to ani chaupy, ani bydltka, ani nic! -zapakaa przytulajc si do niego, obciera jej 
oczy, gaska po gowinie, ale e i jemu robio si aonie, co dziw sam nie bekn, to porwa 
si na nogi, chyci za opat i krzykn jakby srodze zgniewany. 
- Bj si Boga, kobieto, tylachna roboty, a ty jeno wyrzekasz? 
Podniesa si, pena cikich turbacji a trosk niemaych. 
- Bo jeli z godu nie pomrzem, to nas wilki zjedz na tym wywieisku. 
Rozgniewa si na dobre i bierc si do roboty rzek twardo: 
- Masz bucze i ple bele co, to lepiej osta se w chaupie. 
Chciaa si przygarn do niego i udobrucha, ale j odepchn. 
-Hale, pora tera na jamory, juci! - da si jednak ugaska, cho si ta jeszcze sierdzi na 
babie gadanie, e odesza spokojna i nawet wesoa. 

-Loboga! Dy i kobieta czowiek, a po czowieczemu nie wyrozumie. Pacze jeno a lamenty, 
samo z nieba nie spadnie, jak si kulasami nie wyrobi. Kieby te dzieci, to miech, to 
pacz, to zocie i wyrzekania ! Loboga ! 
Mamrota przypinajc si do roboty, e wnet zapomnia o caym wiecie. 

I ju tak pracowa dzie w dzie, o pierwszym wicie si zrywa i wraca pnym wieczorem, 
e czsto gby nie ozwar do nikogo przez cay dzie, jado przynosia mu Tereska 
albo kto drugi, gdy Nastusia odrabiaa przy ksiych ziemniakach. 

Zrazu zaglda do niego ten i w, ale e nierad by pogwarom, to jeno z dala pogldali 
dziwujc si jego niestrudzonej pracy. 

- Kwarda jucha! Kto by si to by spodzia - mrukn Kb. 
-A bo to nie Dominikowe nasienie! -wykrzykn ze miechem ktosik drugi, ale Grzela, 
ktren go od samego pocztku pilnie obserwowa, rzek: 

- Prawda, e haruje kiej w, ale trza by mu dziebko uly. 
-Juci, sam nie uradzi, trza by, wart tego! - przytwierdzali, jeno co nikto si nie pokwapi 
na pierwszego, wyczekujc, jae sam poprosi. 



Ale Szymek nie prosi, ani mu to w gowie postao, wic te ktrego dnia srodze si 
zdumia dojrzawszy jaki wz jadcy ku niemu. 

Jdrzych powozi i ju z dala krzycza wesoo: 

- Poka, kaj mam podorywa! Dy to ja! 
Szymek dopiero po dugiej chwili uwierzy oczom. 
- e si to way, no, spier ci, chudziaku, obaczysz. 
- A niechta! a jak me spier, to ju cakiem do ciebie przystan. 
-I same to umyli mi pomaga? 
- A sam! Dawno chciaem, jenom si boja, pilnowali me i zrazu Jagusia te odradzaa rozpowiada 
szeroko, bierc si do roboty, e ju razem orali cay dzie, a odjedajc obieca 
przyjecha jeszcze i nazajutrz. 

I przyjecha rwno ze socem, a Szymek zaraz obaczy jego poliki dziebko posinione, 
ale spyta si dopiero przed wieczorem: 
-Silne pieko ci zrobili? 

-I... lepi, to im nieacno me zmaca, a sam przeciek pod pazury nie wlez -powiada jako 
markotnie. 
- A Jagna ci nie wydaa? 
- Jagusia przeciek nie stoi nam na zdradzie. 
-Pki jej cosik do ba nie strzeli, kto to wyrozumie kobiety! -westchn aonie i 
wzbroni mu wicej przyjeda. 
- Sam se ju dam rad, pomoesz mi pniej przy siewach. 
I znowu osta sam, i robi niestrudzenie kiej ten ko w kieracie, nie baczc na utrudzenie 
ni na ar, dnie bowiem szy takie gorce, rozpraone a duszne, e ziemia pkaa, wody wysychay, 
trawy ky, a zboa stay ledwie ju ywe w owej piekielnej poodze, pola robiy si 
puste i guche, gdy nie sposb byo wytrzyma przy robocie, prosto ywy ogie la si z nieba 
i soce wyerao lepie. Zbielae, mtne niebo wisiao kieby ta ognista, rozdrgana pachta, 
obtulajca wszystk ziemi tak spiek, e ni wiater si poruszy, ni zaruchay si drzewa, ni 
ptak zapiewa lebo gos ludzki si kaj zerwa, a co dnia jednako ze wschodu na zachd wdrowao 
soce siejc nieubaganie ogie i posuch. 

A i Szymek co dnia jednako stawa do roboty, nie dajc si spdzi upaom, e nawet ju 
noce przesypia na polu, bele jeno czasu nie mitry, a go Mateusz hamowa w onej zajadoci, 
ale mu rzek krtko: 

- W niedziel se odpoczn! 
Jako w sobot wieczorem przyszed do chaupy, ale tak przemordowany, i zasn przy 
misce, a nazajutrz spa prawie cay dzie, bo dopiero na odwieczerzu zwlk si by z barogu 
i przybrawszy si odwitnie zasiad przed kopiastymi michami; chodziy te kole niego kobiety 
kieby kole tej wanej osoby, czsto dokadajc i baczc na kade skinienie, on za, naoywszy 
si do syta, pasa popuci, koci rozprostowa i hukn wesoo: 

- Bg zapa, matko! A tera chodma si dziebko poweseli! 
I ruszy z Nastusi do karczmy, a za nimi Mateusz z Teresk. 
yd kania mu si w pas, gorzak stawia bez woania i gospodarzem przezywa, z czego 
Szymek niemao si puszy i podpiwszy se galancie, dar si midzy najpierwsze i swoje o 
wszykim powieda. 

W karczmie byo ludno i muzyka przygrywaa la wikszej ochoty, ale nikto si jeszcze 
nie bra do tacw, a jeno przepijali do si, biadolc na gorc, to na przednwek, jak to zwyczajnie 
w karczmie. 

Przyszy nawet Boryny z kowalami, ale powiedli si do alkierza i musi co se niezgorzej 
uywali, bo yd raz po raz nosi im gorzak a piwo. 



-Antek patrzy dzisia w swoj kobiet kieby gapa w gnat, e nawet czowieka nie poznaje 
-wyrzeka markotnie Jambro, na darmo zazierajc do alkierza, skd si roznosiy brzkliwe, 
lube gosy. 
-Bo mu lepszy swj trep nili buciary, co na kady kulas id -rzeka z przemiechem Jagustynka. 


-Ale w takich ng se czowiek nie urazi! -dorzuci ktosik, a caa karczma gruchna 
miechem rozumiejc, co Jagusi maj na mylach. 
Jeno Szymek si nie mia, bo uapiwszy Jdrzycha za szyj caowa go, a prawi dobrze 
ju napiym gosem: 

- Sucha me powiniene, pomiarkuj jeno, kto do ci mwi. 
- Dy wiem, juci... jeno matula przykazali - jka paczliwie. 
- Co tam matula! mnie si posuch naley, gospodarz jestem. 
Muzykanty wyrzny chodzonego, podnis si wrzask, rypny obcasy, zaskowyczay 
dyle, zapieway piosneczki, zakrciy si pary, to i Szymek uapi wp Nastusi, kapot rozpuci, 
czap zbakierowa, da dana gruchn, wysforowa si na pierwszego i najgoniej 
krzyka, najzapamitalej bi w podog, najostrzej zawraca i toczy si bujnie, wesoo, rozgonie, 
kiej ten potok nabrany zwiesnow moc. 

Ale kiej przetacowa raz i drugi, da si kobietom wywie z karczmy i ju galancie 
przetrzewiony siedzia z nimi pod chaup, przylaza te Jagustynka i tak se wraz pogadywali, 
bo chocia pno byo i Szymek zbiera si do powrotu, ale byo mu jako niesporo, 
ociga si, zwczy; do Nastki si przygarnia i czego wzdycha, jae matka rzeka: 

- Osta w stodole, kaj ta bdziesz si tuk po nocy. 
- Kiedy pociele ma ju tam, w budzie - tumaczya Nastusia. 
- A to go pu pod swoj pierzyn, Nastu - ozwaa si Jagustynka. 
- Co wam te w gowie! Hale, jeszcze czego! - bronia si zesromana. 
-Dy to twj chop! e ta dziebko przdzi, nim ksidz powici, nie grzech, a chopak 
haruje kieby w, to mu si naley nadgroda. 
-wita prawda! Nastu! Nastu! -skoczy kiej wilk do dziewczyny, przycapi j kaj w 
sadzie i nie popuszczajc z garci, caowa i skamla: 

- Wygonisz me to, Nastu? wygonisz, najmilsza, w tak noc? 
Matka nalaza se jak spraw w sieni, a Jagustynka rzeka na odchodnym: 
-Nie bro mu, Nastu! Mao dobrego na wiecie, a zdarzy si kieby to ziarno lepej kurze, 
to je z pazurw nie popuszczajta. 
Rozmina si w opotkach z Mateuszem, ktren, dojrzawszy przez okno, co si w izbie 
wici, krzykn do Szymka: 

- Na twoim miejscu ju bym to dawno zrobi! 
I pogwizdujc lecia na wie szuka uciechy. 
Ale nazajutrz o witaniu Szymek stan na robot jak zawdy i pracowa niestrudzenie, 
tylko kiedy mu Nastu przyniesa niadanie, to akomiej siga jej warg czerwonych nili 
dwojakw. 

- A zdrad me ino, to ci eb wrztkiem oblej - grozia wpierajc si w niego. 
-Moja, Nastu... sama mi si daa... ju ci nie popuszcz -bekota gorco i zazierajc 
jej w oczy doda ciszej: - Chopak musi by pierwszy. 
-Gupi! Hale, jakie mu to zbereziestwa we bie! - odepchna go i zaponiona ucieka, 
gdy niedaleczko ukaza si pan Jacek, fajeczk se kurzy, skrzypki ciska pod pach i pochwaliwszy 
Boga rozpytywa o rnocie. Szymek rad przechwala si z tego, co to ju dokona, 
i z naga oniemia i lepie wybauszy, bo pan Jacek skrzypki odoy, kapot ciepn i 
zabra si do przerabiania gliny. 
Szymek jae opat wypuci i gb rozdziawi. 

- Czeg si dziwujesz, h? 


- Jake? to pan Jacek bd ze mn robili? 
- A bd, pomog ci przy chaupie, mylisz, e nie poradz? Zobaczysz. 
I robili ju we dwch, wprawdzie stary wielkiej mocy nie mia i chopskiej robocie by 
niezwyczajny, ale mia takie przemylne sposoby, e praca sza znacznie prdzej i skadniej. 
Juci, co Szymek skwapliwie sucha go we wszystkim, mruczc jeno kiej niekiej: 

-Loboga, tego jeszcze nie bywao na wiecie... eby dziedzic... 
Pan Jacek jeno si przemiecha i j pogadywa o takich rnociach i takie cudeka 
prawi o wiecie, jae Szymek dziw mu do ng nie pad w podzice a zdumieniu, jeno co nie 
mia miaoci, ale wieczorem polecia rozpowiedzie o wszystkim Nastusi. 

- Mwili, co gupawy, a on ci kiej ten ksidz najmdrzejszy! - zakoczy. 
-Drugi mdrze powieda i gupio robi! Juci, eby mia dobry rozum, to by ci moe pomaga, 
co? Albo pasaby Weronczyne krowy? 
- Prawda, e tego ani sposb wymiarkowa! 
- Nic, jeno mu si w gowie popsuo. 
- Ale te lepszego czowieka nie nale na wiecie. 
I by mu niezmiernie wdziczny za t dobro, ale chocia razem pracowali, z jednych 
dwojakw jedli, a pod jednym kouchem sypiali, to jednak nijako mu si byo z nim podufalej 
stowarzysza. 

-Zawdy to dziedzicowy gatunek -myla z gbokim uwaaniem i wdzicznoci, bo 
przy jego pomocy chaupina rosa kieby na drodach, za kiedy Mateusz przyszed z pomoc, 
a Kbowy Adam nawiz z boru, co byo jeno potrza; to buda stana taka galanta, jae j 
byo wida z Lipiec. Mateusz prawie cay tydzie harowa sielnie, drugich poganiajc, i kiej 
skoczyli w sobot po poudniu, zielon wiech zatkn na kominie i polecia do swojej roboty. 
Szymek jeszcze wybiela izb a uprzta wiry i miecie, za pan Jacek przybra si, 
skrzypki wzi pod pach i rzek ze miechem: 

- Gniazdko gotowe, nasade sobie kokosz... 
- Dy jutro lub po nieszporach - rzuci mu si dzikowa. 
-Nie robiem za darmo! Jak mnie ze wsi wypdz, to przyjd do ciebie na komorne -fajeczk 
zapali i polaz w stron lasu. 
A Szymek, chocia wszystko pokoczy, azi jeszcze czego, przeciga strudzone kocie 
i patrzy na chaup z niespodziewan uciech. 

- Moja! Juci, co moja! - gada i jakby nie wierzc oczom dotyka cian, obchodzi dokoa 
i zaglda przez okno wcigajc z luboci skisy zapach wapna i surowej gliny, e dopiero o 
zmierzchu ruszy do wsi szykowa si na jutro. 
Juci, co ju wszystkie wiedziay o lubie, wic i Dominikowej doniesa ktra z ssiadek, 
ale stara udaa, i nie miarkuje, o czym powiedaj. 

Za nazajutrz w niedziel ju od wczesnego rana Jagusia raz po raz wymykaa si z chaupy 
ze sporymi toboami, cichaczem, przez ogrody, dygujc je do Nastusi, lecz stara, chocia 
dobrze czua, co si wyrabia, nie przeciwia si niczemu, azia jeno milczca i tak chmurna, 
co Jdrzych dopiero po sumie omieli si do niej przystpi. 

- A to ju pd, matulu! - szepn trzymajc si z daleka, ostronie. 
- Konie by lepiej wygna na koniczysko... 
- Dzisia Szymkowe wesele, nie wiecie to... 
-Chwaa Bogu, co nie twoje! -zamiaa si urgliwie. -A spij si, to obaczysz, co ci zrobi! 
-pogrozia ze zoci i kiej chopak wzi si przybiera odwitnie; powleka si kaj na 
wie. 

-A spij si, na zo si spij! -mamrota biegn przez wie do Mateuszowej chaupy, 
rychtyk ju wychodzili do kocioa, jeno e cicho, bez piewa, bez krzykw i bez muzyki. 
lub si te odby cakiem biednie przy dwch jeno wiecach, e Nastusia rozpakaa si rze




wliwie, a Szymek bzdyczy si czego i hardo, zaczepliwie patrzy w ludzi i po pustym kociele. 
Szczciem, co na wychodnym organista zagra tak skocznie, jae nogi zadrygay, i 
stao si jako raniej i weselej na duszach. 

Jagu zaraz po lubie wrcia do matki, a jeno pniej zagldaa niekiedy do weselnikw, 
bo Mateusz zagra na skrzypicy, Pietrek Borynw przywtrzy na fleciku, a ktosik srodze 
przybbnia, e zatacowali w ciasnej izbie, a poniektre, co ochotniejsze, to prosto przed 
chaup midzy stoami, kaj si porozsadzali godownicy jedzc, przepijajc a gwarzc z cicha, 
e to nijako byo si wydziera za dnia i po trzewemu. 

Szymek cigiem azi za on, w kty j ciga, a tak siarczycie caowa, jae przekpiwali 
z niego, a Jambro rzek pospnie: 

- Ciesz si, czowieku, dzisia, bo jutro zapaczesz! - i goni lepiami kieliszek. 
Co prawda, to i ochoty wielkiej nie byo, i na wiksz zabaw si nie zanosio, gdy niejedni, 
podjadszy dziebko i posiedziawszy obyczajnie czas jaki, gdy soce zaszo i niebo 
stano w ogniach zrz, jli si ju zbiera do domw. Tylko jeden Mateusz srodze si rozochoci, 
gra, przypiewywa, dzieuchy do tacw niewoli, gorzak czstowa, a skoro si 
pokazaa Jagusia, sielnie si z ni stowarzysza, w oczy zaziera i z cicha, gorco cosik prawi, 
nie baczc na rozjarzone zami oczy Tereski strujce nieodstpnie. 

Jagu nie stronia od niego, bo ni j zibi, ni parzy, suchaa cierpliwie, zwaajc jeno 
pilnie, czy nie nadchodz Antkowie, z ktrymi za nic spotka si nie chciaa Na szczcie, nie 
przyszli, nie byo te adnego z wikszych gospodarzy, chocia zaprosinom nie odmwili, a 
wspomog na wesele, jak to byo zwyczajnie, przysali, wic skoro ktosik o tym wspomnia, 
Jagustynka wykrzykna po swojemu: 

- eby ta smakw nagotowali, a zapachniaa kufa okowitki, to by si kijem nie opdzi od 
najpierwszych, ale na darmo nie lubi brzuchw trzcha i suchymi ozorami mle. 
e za ju bya dziebko napita, to dojrzawszy Jaka Przewrotnego, jak kaj w kcie 
wzdycha aoliwie, nos uciera i ogupiaymi oczami spoziera w Nastusi, pocigna go do 
niej la przemiechw. 

-Potacuj z ni, uyj se cho tyla, kiej ci matka wzbronili eniaczki, a zabiegaj kole niej, 
moe ci co z aski udzieli, ma chopa, to ju jej zarwno, jeden czy wicej. 

I wygadywaa takie trefnoci, jae uszy widy, za kiedy i Jambro dorwa si kieliszka i 
j po swojemu gb rozpuszcza, to ju oboje rej wiedli pyskujc do miechu, ae si trzsy 
wszystkie kaduny ani si spostrzegajc w onej zabawie, jak im przesza ta krtka noc. 

e w mig osta z obcych jeno Jambro sczcy flachy do sucha, za modzi postanowili 
zaraz przenie si na swoje, Mateusz przyniewala do pozostania w chaupie na jaki czas, 
ale Szymek si upar, konia poyczy od Kba, skrzynie a pociele i statki upakowa na wozie, 
Nastusi z parad usadzi, matce pad do ng, szwagra ucaowa, famieliantorn pokoni 
si w pas, przeegna si, konia mign i ruszy, a pobok szli odprowadzajcy. 

I wiedli si w milczeniu, wanie soce co jeno byo si pokazao, pola stany w roziskrzanych 
rosach i ptasich piewaniach, zaruchay si cikie kosy i wszystkim wiatem 
buchna weselna rado dnia, co jak ten wity pacierz wion z kadego dba i unosi si 
wraz ku niebu jasnemu. 

Dopiero za mynem, gdy dwa boki jy koowa wysoko nad nimi, ozwaa si matka 
strzepujc palcami: 

- Na psa urok! Dobra wrba, bd si wama dzieci darzy. 
Nastusia dziebko poczerwienia si, a Szymek, wspierajc wz na wybojach, zagwizda 
zuchwale i hardo potoczy lepiami. 
Za kiej ju sami ostali, Nastusia rozejrzawszy si po swoim nowym gospodarstwie rozpakaa 
si aonie, a Szymek krzykn: 



-Nie bucz, gupia! Drugie i tyla nie maj! Jeszcze ci bd zazdrociy -doda, a e by 
wielce strudzony i nieco napity, uwali si w kcie na somie i wnet zachrapa, a ona zasiada 
pod cian i popakiwaa spozierajc na biae ciany Lipiec, widne ze sadw. 

I nieraz jeszcze pakaa na swoj bied, jeno co ju coraz rzadziej, gdy wie jakby si 
zmwia na ich wspomoenie. Najpierwej przysza Kbowa z kokoszk pod pach i stadem 
kurcztek w koszyku i snad dobry zrobia pocztek, bo prawie kadego dnia zagldaa do 
niej ktra z gospody, a nie z prnymi rkami. 

-Ludzie kochane, a czyme si ja wam odsu - szeptaa wzruszona. 
- A choby dobrym sowem - odpara Sikorzyna dajc jej kawa ptna. 
Jak si dorobisz, to oddasz biedniejszym -dodaa rozsapana Poszkowa wycigajc spod 
zapaski niezgorszy kawa soniny. 
I nanieli jej tyla, e mogo starczy na dugo, a ktrego zmierzchu Jasiek przywid im 
swojego Kruczka i uwizawszy go pod chaup ucieka jakby oparzony. 
miali si niemao rozpowiadajc o tym Jagustynce wracajcej z boru, stara skrzywia si 
wzgardliwie i rzeka: 

- W przypoudnie zbiera la ci, Nastu, jagdki, ale matka mu odebraa. 
ROZDZIA 7 


Pocigna do Borynw niesc czerwonych jagd la Jzki, a e wanie Hanka doia 
krowy przed chaup, przysiada pobok na przybie, rozpowiadajc szeroko, jak to Nastusi 
obdarzaj. 

- Hale, na zo Dominikowej to robi - zakoczya. 
- Nastce to zarwno, ale trza by i mnie co ponie - szepna Hanka. 
-Narychtujcie, to zanies -nastrczaa si skwapnie, gdy z izby rozleg si saby, proszcy 
gos Jzki: 
- Hanu, dajcie jej moj maciork! Zamr pewnikiem, to Nastu za to zmwi za mnie jaki 
pacierz. 
Trafio to Hance do myli, bo zaraz kazaa Witkowi wzi prosi na postronek i pogna 
do Nastusi, gdy i samej czego si wagowaa. 

-Witek, powiedz ino, co ta maciorka ode mnie! A niech przyleci rycho, bo ja si ju rucha 
nie poredz! -zaskarya si bolenie, chorzao bowiem biedactwo od tygodnia, leaa 
po drugiej stronie chaupy spuchnita, w gorczce i caa obwalona krostami, zrazu wynosili j 
na dzie do sadu pod drzewa, bo skamlaa o to aonie. 
Ale c, kiej si tak pogarszao, e Jagustynka wzbronia j wynosi na powietrze. 

- Musisz lee po ciemku, bo w socu wszystkie krosty padn na wtpia. 
I leaa samotnie w przymionej izbie pojkujc jeno i skarc si cichuko, e nie dopuszczaj 
do niej dzieci ni adnej z przyjaciek, gdy Jagustynka, majca j w opiece, kijaszkiem 
odganiaa kadego. 

A teraz, skoro ugwarzya si z Hank, podetkna chorej jagd i wzia si do wygniatania 
maci z czystej gryczanej mki zarobionej obficie wieym niesolonym masem i samymi 
tkami, obwalia ni grubo twarz i szyj Jzki, a na to nakada mokrych szmat, dziewczyna 
cierpliwie poddawaa si lekom, jeno trwonie rozpytujc: 

- A nie bdzie dziobw na polikach? 
- Nie zdrapuj, to przejdzie ci bez znaku, jak Nastusi. 


-Kiej tak swdzi, mj Jezu! To mi ju lepiej przywicie rce, bo nie wytrzymam! -prosia 
zawo, ledwie wstrzymujc si od darcia skry, stara wymruczaa nad ni jak zamow, 
okadzia wysuszonym rozchodnikiem i przywizawszy jej rce do bokw odesza do roboty. 
Jzka leaa cicho, zasuchana w brzki much i w ten dziwny szum, co si jej cigiem 
przewala po gowie, syszaa jak przez sen, e niekiedy ktosik z domowych zaglda do niej i 
odchodzi bez sowa, to si jej widziao, e cikie od rumianych jabuszek gazie zwisaj 
nad ni tak nisko, a ona prno si zrywa i dosign ich nie poredzi, to znowu, e owieczki 
cisn si dokoa z jakim aosnym bekiem, ale skoro Witek wsun si do izby, zaraz go rozeznaa. 


- Zapdzie maciork? C pedziaa Nastusia? 
- Taka bya rada prosiakowi, e dziw go w ogon nie caowaa. 
- Widzisz go, bdzie si z Nastusi przemiewa! 
- Prawd mwi! I kazaa pedzie, co jutro do ci przyleci. 
Zacza si nagle rzuca na ku i trwonie woa: 
- Odpd je, bo me zatratuj, odpd! Basiuchny! Ba! Ba! 
I jakby zasna, tak leaa spokojnie, Witek odszed, ale zaglda do niej co troch. Spytaa 
go niespokojnie: 

- Czy to ju poednie? 
- Kole pnocka by musi, wszystkie pi. 
- Prawda, ciemno! Wybierz wrble spod kalenicy, piszcz jak wypierzone! 
J cosik rozpowiada o gniazdach, gdy zakrzyczaa usiujc si podnie. 
- A gdzie siwula! Witek, nie puszczaj w szkod, bo ci ociec spier! 
Ktrego razu kazaa mu bliej przysi i szeptem rozpowiadaa: 
-Hanka mi wzbrania na wesele Nastusi, ale na zo pd i przybier si w modry gorset 
i w t kieck, com to w niej bya na odpucie. Oczy za mn wypatrz, zobaczysz! Witek, narwij 
mi jabek, niech ci ino Hanka nie przychwyci! Juci, e jeno z parobkami bd tacowaa! 
-przymilka nagle i zasna, za Witek ju caymi godzinami przy niej siadywa, gazi 
broni od much i wody podawa, czuwajc nad ni kiej kokosz, bo Hanka ostawia go w 
chaupie do pomocy, a bydo pasa za niego wraz ze swoim Kbw Maciu. 
Zrazu przykrzyo si chopakowi za lasem i swawol, ale tak go strasznie rozalia Jzina 
choroba, e rad by jej nieba przychyli i cigiem jeno przemyliwa, czym by j zabawi i 
przywie do miechu. 

Ktrego dnia przynis cae stadko modych kuropatek. 
Jzia, pogad ptaszki, to ci zapiukaj, pogad. 


- Jake, mam to czym - jkna unoszc gow. 
I gdy odwiza jej rce, wzia trzepoczce si ptaszki w zdrtwiae, bezsilne donie cisnc 
je do twarzy i oczw. 

- Tak si w nich dusza tucze, tak si bojaj, biedoty! Pu je, Witek! 
- Sam wytropiem i bd to puszcza - broni si, ale je wypuci. 
A znowu kiedy przynis modego zajczka i trzymajc go za uszy posadzi przed ni na 
pierzynie. 

- Trusia kochana, trusiuchna, od matuli ci wzieni, sieroto, od matuli. 
Szeptaa cisnc go do piersi kiej dziecitko, a gaszczc i, upieszczajc, ale zajc bekn 
jakby rozdzierany i wyrwa si z rk, skoczy do sieni w cae stado kur, e rozpierzchy si ze 
srogim wrzaskiem, buchn na ganek i przez ap drzemicego w sieni rymn do sadu, pies 
pogna, a za nimi Witek z krzykiem niemaym, z czego uczyni si taki harmider, jae Hanka 
przyleciaa z podwrza, za Jzka miaa si do rozpuku. 

- Moe go pies zapa, co? - pytaa potem dziebko niespokojnie. 
-A juci, obaczy mu jeno podogonie, zajc wpad we zboe, jak kamie we wod, tgi 
wywijacz! Nie marko si, Jzia, przynies ci co drugiego. 


I znosi, co jeno mg: to przepirki jakby zotem oprszone, to jea, to oswojon wiewirk, 
ktra strasznie do miechu skakaa po izbie, to mode jaskki, tak aonie piukajce, 
e stare z krzykiem wdzieray si do izby, a mu Jzka kazaa odda, to insze rnocie, nie 
spominajc ju, co jabek i gruszek nanosi tyla, ile mogli zje kryjomo przed starszymi, ale 
ju j to nie bawio, bo czsto patrzaa, jakby nie miarkujc, i odwracaa si znuona i niechtna. 


-Nie chc, przynie co nowego! -matyjasia odwracajc oczy i nawet nie patrzc na boka, 
ktren si grajda po izbie, ku po wszystkich garnkach i na darmo przyczaja si pod 
drzwiami na ap, dopiero kiej pewnego razu przynis jej yw on, rozchmurzya si nieco. 
- Jezu kochany, a to licznoci, kieby malowanie! 
- A pilnuj si, bych ci w nos nie dziobna, za kiej pies. 
- Cie, nawet si nie rwie ucieka, oswojona czy co? 
- Skrzyda ma i kulasy sptane, a lepie zalaem jej smo. 
Bawili si ptakiem czas jaki, ale ona wci bya nieruchoma i smutna, nie chciaa je i 
zdecha ku wielkiemu strapieniu caego domu. 

I tak im schodziy dnie. 

A na wiecie cigiem prayo, za czym bliej ku niwom, tym jeszczek barzej wzmagaa 
si spiekota, e ju w dzie nie sposb si byo pokaza w polu, a noce te nie przynosiy 
ochody, szy bowiem duszne i nagrzane, e nawet w sadach nie mona byo wyspa z gorca, 
prosto klska walia si na wie, trawy ju tak wypalio, e bydo godne wracao z panikw i 
ryczao w oborach, ziemniaki widy, zawizay si kieby orzeszki i tak ostay, przypalone 
owsy ledwie odrosy od ziemi, jczmiona poky, za yta schy przed czasem, bielejc 
ponnymi kosami. Trapili si tym niemao, ze smutnaw nadziej spozierajc w kaden zachd, 
czy nie idzie na odmian, ale niebo wci byo bez chmur i cae jakby w szklanej, biaawej 
poodze, a soce zachodzio czyste i by najlejszym oboczkiem nie przymione. 

Niejeden ju skamla serdecznie przed obrazami do Przemienienia Paskiego, nic jednak 
nie pomagao, pola mglay coraz barzej, uwidy, a niedojrzay owoc opada z drzew, studnie 
wysychay, a nawet w stawie ubyo tyle wody, co tartak nie mg ju robi i myn rwnie 
sta zawarty na gucho, wic nard przywiedziony do rozpaczy zoy si na wotyw z wystawieniem, 
na ktr zebraa si caa wie. 

A modlili si tak gorco i ze wszystkiego serca, co i kamie by si ulitowa. 

I snad Pan Jezus pofolgowa swemu miosierdziu, chocia bowiem nazajutrz zrobio si 
tak gorco, znojnie, duszno i parno, jae ptactwo padao zemglone, krowy aonie ryczay po 
panikach, konie nie chciay wychodzi na wiat, a ludzie, przemczeni do ostatka, bez si, 
tuali si po spiekych sadach bojc si wyjrze choby do ogrodu, ale jako w samo przypoudnie, 
gdy wszystko zdao si ju puszcza ostatni par w tym biaym, rozmigotanym 
wrztku, przymio si nagle soce i zmtniao, kieby we kto rzuci przygarci popiou, a 
pokrtce zahuczao kaj wysoko, jakoby stado ptactwa wielgachnymi skrzydami, a napczniae 
sinoci chmury nadcigay ze wszystkich stron, opuszczajc si coraz niej i groniej. 

Strach wion, wszystko przycicho i stano w przytajonym dygocie. 

Zahurkotay dalekie grzmoty, zerwa si krtki wiatr, po drogach wzniosy si skbione 
tumany, soce rozlao si kieby tko w piasku, ciemniao raptem i na niebie zaroiy si 
roje byskawic, jakby kto zamigota ognistymi postronkami; i pierwszy piorun trzasn kaj 
blisko, jae ludzie powybiegali przed chaupy. 

Naraz skotowao si wszystko do dna, soce zgaso, uczyni si dziki mt i rozszalaa 
si taka zawierucha, e w skotunionych mrokach lay si jeno strugi olepiajcych jasnoci, 
biy pioruny, grzmoty przewalay si po niebie, szumiaa ulewa i jczay wichry i drzewa. 

Pioruny ju biy jeden za drugim, jae oczy lepio, i spadaa ulewa, e wiata nie mona 
byo dojrze, za stronami poszy grady. 



Burza trwaa moe z godzin, a zboa si pokady i drogami pocieky cae rzeki spienionej 
wody, a co przestao na chwil i zaczynao si wyjania, to znowu grzmiao, jakby 
tysice wozw pdzio po zmarzej grudzi, i nowy deszcz la jak z cebra. 

Z trwog wyzierano na wiat, tu i owdzie ju pozapalano lampki piewajc: Pod Twoj 
obron, gdzie znw powynoszono na przyby obrazy la obrony przed nieszczciem, ale 
dziki Bogu burza przechodzia nie wyrzdziwszy wikszych szkd, dopiero kiej si ju prawie 
do cna uspokoio i pada deszcz coraz drobniejszy, z jakiej ostatniej chmury zwieszajcej 
si nad wsi trzasn piorun w stodo wjtow. 

Buchny pomienie a dymy i w mig caa stodoa stana w ogniu, na wsi zerwa si strachliwy 
wrzask i kto jeno mg, lecia do poaru, ale ani mowy byo o ratowaniu, palia si od 
gry do dou kieby ta kupa zwalonych szczap, to Antek z Mateuszem i drugie bronili jeno 
zawzicie Kozowej chaupy i inszych budynkw; szczciem, co nie brakowao wody i bota 
na drodze, bo ju poniektre dachy zaczynay si kurzy i gsto leciay skry na najblisze 
obejcia. 

Wjta doma nie byo, pojecha by jeszcze rano do gminy, za wjtowa srodze lamentowaa 
biegajc dokoa kiej ta rozgdakana kokosz; wic kiedy ju mino niebezpieczestwo i 
zaczynali si rozchodzi, przysuna si do niej Kozowa i ujwszy si pod boki zakrzyczaa 
urgliwie: 

- Widzisz, da ci Pan Jezus rad, pani wjtowa, da! Za moj krzywd! 
I byoby doszo do bitki, gdy wjtowa skoczya do niej z pazurami, ledwie Antek zdy 
je rozdzieli i tak przy tym skrzycza Kozow, e kiej pies kopnity wrcia pod swoj chaup 
warczc jeno a doszczekujc: 

- Dmij si, pani wjtowo, dmij, odbij ja ci swoje z precentem. 
Ale nikto jej nie sucha, stodoa si dopalia, przywalili botem dymice si zgliszcza i 
porozchodzili si do domw, ostaa jeno wjtowa biadolc przed Antkiem, ktry wysucha 
cierpliwie, co mg, na reszt machn rk i poszed. 

Burza si ju przetoczya na bory i lasy, pokazao si soce, po modrym niebie przecigay 
stada biaych chmur, zapieway ptaki, powietrze byo rzewe i chodnawe, ludzie za 
wychodzili spuszcza wody i rwna wyrwy. 

Antek prawie przed sam chaup natkn si niespodzianie na Jagusi, sza z koszykiem 
i motyczk, pozdrowi j skwapnie, ale spojrzaa wilczymi lepiami i przesza bez sowa. 

-Cie, jaka harna! -mrukn rozgniewany i spostrzegszy Jzk w opotkach powsta na 
ni srogo, e azi po wilgoci. 
Dziewczynie bowiem byo o tyle lepiej, e moga cae dnie lee w sadzie, krosty si ju 
podgoiy galancie i przyschy, nie ostawiajc adnych ladw, tote jeno ukradkiem Jagustynka 
smarowaa j maci, gdy Hanusia krzywia si na wielki rozchd masa i jajek. 

I leaa se tak dobrzejc z wolna i prawie samiutka dnie cae, Witek bowiem wrci do 
krw, czasem jeno przyleciaa ktra przyjacika na krtk pogwar, to Rocho posiedzia jak 
chwil, to stara Jagata rozpowiedziaa jedno i to samo: jako z pewnoci zamrze we niwa w 
Kbowej izbie i po gospodarsku; a gwnie przestawaa z ap nieodstpnie warujcym i z 
bokiem, ktren przychodzi na woanie, i z ptakami, co si byy zlatyway do kruszyn chleba. 

Ktrego dnia, gdy w chaupie nie byo nikogo, zajrzaa do niej Jagusia przynoszc ca 
gar karmelkw, ale nim Jzka zdya dzikowa, rozleg si kaj gos Hanki, a Jagna 
pierzchna sposzona. 

- Niech ci j bdzie na zdrowie! - zawoaa przez pot i znikna. 
Leciaa do brata niosc mu cosik w zanadrzu. 
Zastaa Nastusi przy krowie chlipajcej z cebratki, Szymon stawia jak przybudwk i 
sielnie gwizda. 

- Macie ju krow? - zdumiaa si niezmiernie. 
- A mamy! Co, nie liczna? - mwia z pych Nastusia. 


- Sielna krowa, musi by z dworskich, kiedy kupilita? 
-Juci, co krowa nasza, cho nie kupowalim! Jak ci wszystko rozpowiem, to si zapiesz 
za gow i nie dasz wiary! A to wczoraj jako na witaniu poczuam, e cosik tak si cocha o 
wgie, jae si buda zatrzsa, myl sobie, pdz na paniki i winia jaka podesza wytrze 
si z bota. Przyoyam si i jeszczek nie usnam, a tu znowu cosik porykuje z cicha. Wychodz, 
patrz, krowa stoi przywizana do drzwi, kak koniczyny ley przed ni, wymiona ma 
wezbrane i wyciga do mnie gbul. Przetaram oczy, bo mi si zdao, e mnie jeszcze pik 
mroczy, ale nie, ywa krowa stoi, porykuje i lie me po palcach. Juci, byam pewna, e si 
odbia od stada, Szymek te powiada: zaraz tu po ni przylec! To mnie jeno korcio, e bya 
przywizana. Jake, sama si przeciek na postronek nie wzia. Ale przeszo poudnie i nikto 
po ni nie przyszed, wydoiam, eby jej uly, bo ju mleko gubia z cyckw. Przeszed wieczr, 
przesza i noc, rozpytywaam si na wsi, pytaam nawet dworskiego pasterza, nikto nie 
sysza, eby komu krowa zgina. Stary Kb powiedzia, e to moe by jaka zodziejska 
sprawa i lepiej krow zaprowadzi do kancelarii! al mi juci byo, ale trudno, w przypoudnie 
przychodzi Rocho i mwi: 
- Poczciwa i potrzebnicka, to ci Pan Jezus krow pobogosawi. 
- Juci, krowy pewnie z nieba spadaj, nawet gupi nie uwierzy. 
Omia si na to i na odchodnym powieda: 
- Krowa wasza, nie bjcie si, nikt jej wam nie odbierze! 
Zrozumiaam, co od niego, padam mu do ng dzikowa, ale si wyrwa. 
-A jak spotkacie pana Jacka - powieda z przemiechem -to mu za krow nie dzikujcie, 
bo was jeszcze kijem przeleje, nie lubi dzikowa! 
- To niby pan Jacek da wam krow! 
- Zaby si nalaz kto drugi taki poczciwy la biednego narodu! 
- Prawda, da przeciek Stachowi drzewa na chaup i tyla wspomaga! 
- wity prosto czowiek, e ju co dnia pacierz za niego mwi! 
- Byle ci jeno kto nie wyprowadzi bydltka. 
-Co mieliby mi ukra krow! Jezu, ady bym lepie wydara, ady bym w cay wiat posza 
za ni! Pan Jezus nie pozwoli na tak krzywd! Do izby wprowadz j na noc, pki Szymek 
nie wystroi obrki. Jakowy Kruczek te dopilnuje bydltka! Moja pociecha kochana, 
moja najmilejsza! -szeptaa obejmujc j za szyj i caujc po gbule, jae krowa zajczaa, 
pies j naszczekiwa radonie, kury si rozgdakay zestraszone, a Szymek gwizda coraz goniej. 
-Widno z tego, co wam Pan Jezus bogosawi! -westchna Jagusia, jakby z cichym alem, 
przygldajc si uwaniej obojgu. Wydali si jej nie do poznania przemienieni, zwaszcza 
Szymek najbarzej j zastanawia, dy go znaa kiej niedojd, ktren trzech zliczy nie 
poredzi, w chaupie by popychadem i pomiata nim, kto jeno chcia, za teraz jawi ci cakiem 
drugim, poczyna sobie przemylnie, nosi si godnie i prawi kieby mdrala. 
- Ktre to wasze pole? - spytaa po dugich rozwaaniach. 
Nastusia ja pokazywa powiedajc; gdzie bd co sieli. 
- A skde to wemie nasienia? 
- Szymek powiedzia, co bdzie, to musi by, na darmo sowa nie puci. 
- Brat mj, a sucham kieby zgoa o obcym. 
-A taki poczciwy, taki zmylny i taki robotny, e chyba drugiego takiego nie ma na 
wiecie - wyznawaa z gorcoci Nastusia. 
- Pewnie - powtrzya smutnie - czyje te okopcowane role? 
- Antka Boryny! Nie robi na nich, bo pono czekaj dziaw po Macieju. 
- Bdzie tego z pwczek, no! Wiedzie si im niezgorzej. 
-A niech im Pan Jezus da z dziesi razy szczodrzej, to Antek zarczy u dziedzica za 
nasz grunt, a i w niejednym nas wspomg. 


- Antek wzi si za Szymkiem! - a przystana ze zdumienia. 
-Hanka te nie gorsza od niego, daa mi maciork, prosi to jeszczek, ale bdzie z niego 
pociecha, bo idzie z plennego gatunku. 
- Cudeka prawisz, Hanka daa ci maciork, prosto nie do wiary. 
Wrciy pod chaup i Jagusia wysupawszy z chusteczki dziesi rubli wetkna je w rk 
Nastusi. 

- We te par groszy, nie mogam przdzi, bo mi yd za gski nie odda. 
Dzikowali jej ze wszystkiego serca, wic im powiedziaa na odchodnym: 
- Poczekajta, udobrucha si matka, to wam jeszcze co nieco udzieli. 
-Nie potrzebuj, niech se moj krzywd trumn wycieli! -wybuchn Szymek tak nagle 
i z tak zapamitaoci, e ju odesza bez sowa. 
Wracaa do domu srodze zadumana, smutna i jaka roztskniona. 

- A ja co? ten badyl suchy, o ktren nikto nie stoi - westchna sieroco. 
Kaj w p drogi spotkaa Mateusza, lecia do siostry, ale zawrci z ni i uwanie sucha 
rozpowiadania o Szymkach. 

- Nie wszystkim tak dobrze - powiedzia jeno chmurnie. 
Nie sza im rozmowa, on czego wzdycha drapic si frasobliwie po gowie, a Jagusia 
zapatrzya si na Lipce, cae w unach zachodu. 

- Hej, duszno te na tym wiecie i ciasno - rzek jakby do siebie. 
Zajrzaa mu pytajco w oczy. 
- C ci to? krzywisz si kieby po occie. 
J wyrzeka, jako mu si mierzi ycie i wie, i wszystko, i e pewnikiem pjdzie we 
wiat, gdzie go oczy ponios. 

- To si oe, a mia bdziesz odmian - artowaa. 
-eby to me chciaa, ktr mam w mylach -zajrza jej w oczy natarczywie, odwrcia 
gow niechtna jako i wraz pomieszana. 

- Spytaj si jej! Kada za cie pjdzie, a niejedna ju wyglda swatw. 
- A jak odmwi! Wstyd bdzie i zgryzota. 
- To polesz z wdk do inszej. 
- Ja nie z takich, upatrzyem se jedn, to me do drugiej nie bierze. 
- Chopu to kada jednako pachnie i z kad rad by przyj do poufaoci. 
Nie broni si, a jeno zacz z innej beczki. 
- Wiesz, Jagu, a to chopaki czekaj jeno pory, eby do ci sa z wdk. 
-Niech se sami wychlaj, nie pd za adnego! - wyrzeka z moc, jae si zastanowi, a 
szczerze powiedziaa, gdy aden nie widzia si jej milszym nad drugiego, juci kromie Jasia, 
ale Jasio... 
Westchna ciko, z luboci oddajc si spominkom o nim, e Mateusz, nie mogc si 
dogada, zawrci z powrotem do siostry. 
Ona za wlekc lkliwymi oczami po wiecie pomylaa: 

- Co on tam teraz porabia, co? 
Zatargaa si gwatownie, ktosik j obj znienacka i przyciska. 
-Nie ucieczesz mi teraz -szepta namitnie wjt. 
Wyrwaa mu si z pazurw rozzoszczona. 
-Jeszczek raz me tkniecie, to wam lepie wydrapi i takiego narobi pieka, jae si caa 
wie zleci. 
- Cichoj, Jagu, dy gocica ci przywiozem - i wtyka jej w rce korale. 
- Wsadcie je sobie gdzie, stoj o wasze podarunki co o ten patyk zamany! 
- Jagusiu, co ty wyrabiasz, co - jka zdumiony. 
- A to, ecie wituch i tyla! I ani wacie si mnie czepia. 


Odbiega go rozsroona i kiej burza wpada do chaupy, matka obieraa ziemniaki, a Jdrzych 
doi krowy w opotkach, zabraa si wic wawo do wieczornych obrzdkw, ale trzsa 
si ze zoci i nie mogc si uspokoi, skoro si jeno ciemniao, zebraa si znowu biey. 

- Zajrz do organistw - powiedziaa matce. 
Czsto tam teraz chodzia, wysugujc si im na rne sposoby, aby cho niekiedy posysze 
jakie sowa o Jasiu. 
Leciaa te spragniona o nim wieci, a z jak cich nadziej usyszenia dzisiaj czego 
nowego. 
I pokrtce zajarzyy si w mrokach owietlone okna Jasiowego pokoju, kaj teraz Micha 
pisa cosik pod wiszc lamp, za organisty siedziay przed domem na chodzie. 

-Jasio przyjeda jutro po poudniu! -przywitaa j organicina nowin, od ktrej dziw 
trupem nie pada, nogi si pod ni ugiy, serce zakotowao a do utraty tchu, caa stana w 
ogniach i dygocie, e posiedziawszy la nieznaki jak chwil, ucieka jakby goniona, a kaj 
na topolow, pod las... 
-Jezus mj kochany! - buchna dzikczynnie, wycigajc rce, zy pocieky jej z oczw 
i tak si w niej rozpiewaa rado, e chciao si jej mia i krzycze, i kaj lecie, i caowa 
te drzewa, i tuli si do tych pl popionych w ksiycowej powiacie. 
-Jasio przyjeda, przyjeda -szeptaa niekiedy, porywajc si nagle jak ptak i leciaa, 
porwana wszystk moc oczekiwa i tsknic, jakoby naprzeciw doli swojej i nieopowiedzianemu 
szczciu. 
By ju pny wieczr, kiej si znalaza z powrotem, w oknach byo ju ciemno, wiecio 
si tylko u Borynw, kaj si zebrao sporo narodu, i posza do domu czeka tego jutra i ni o 
Jasiowym powrocie. 

Ale na darmo si przewracaa z boku na bok, wic skoro matka zachrapaa, podniesa si 
cichuko i przyokrywszy si w zapask siada pod domem czeka snu albo witania. 

W chaupie Borynw, za stawem, wiecio si jeszcze po jednej stronie i niekiedy szy 
stamtd ciszone odgosy rozmw. 

Wpatrzya si zrazu w drce na wodzie odblaski wiata i zapomniaa o wszystkim grc 
si w mgawych i rozmigotanych dumaniach, co j oprzdy kiej pajczyny i wraz poniesy 
w jaki cichy podwieczr, sczerwieniony od zrz, we wszystek wiat nieukojonej tsknicy. 


Ksiyc ju by zaszed, powy mrok obtula pola, gwiazdy wieciy wysoko i niekiej 
spadaa ktra z tak chyoci i tak gdzie strasznie daleko, jae dech w piersiach zapierao i 
mrz przechodzi koci; niekiedy nagrzany leciuki powiew muska pieciwie kieby te umiowane 
rce, a czasem z pl podnosi si upalny, rozpachniony wzdych i przejmowa serce, 
jae si prya rozwierajc ramiona. To siedziaa w dumaniu jeno wszystka i w czuciu niewypowiedzianej 
sodkoci, jak pd, ktren si pry i wzbiera w sobie... a noc stpaa przez 
ni cicho i ostronie, jakby nie chcc poszy czowieczego szczcia. 

U Borynw cigiem si wiecio i na drodze strowa czujnie Witek, by kto nieproszony 
nie podsucha, gdy zeszli si na cich, przyjacielsk narad przed jutrzejszym zebraniem 
w kancelarii, na ktre wzywa wjt wszystkich gospodarzy lipeckich. 

W izbie byo ciemnawo, jaki ogarek sabo si mi na okapie, e jeno poniektre gowy 
mona byo rozezna w gstwie, zeszo si bowiem ze dwadziecia chopa, wszyscy, ktrzy 
trzymali z Antkiem i Grzel: 

-Rocho, siedzcy kaj w mroku, tumaczy szeroko, co by to wyszo la wsi, jeeli si 
zgodz na postawienie szkoy w Lipcach; a potem Grzela naucza kadego z osobna, co ma 
powiedzie naczelnikowi i jak gosowa. 
Dugo w noc radzili, bo nie obeszo si bez ktni a sprzeciwiestw, ale w kocu zgodzili 
si na jedno i nim zawitao, rozeszli si piesznie, gdy nazajutrz trza byo do wczenie 
wyrusza. 



Tylko Jagusia zostaa jeszcze na przybie, jakby ju do cna zagubiona w dumaniach i nocy, 
siedziaa lepa i gucha na wszystko, szepcc jeno niekiedy niby te gorce sowa nieskoczonego 
pacierza: 

- Przyjedzie, przyjedzie! 
I konia si bezwolnie, jakby nad jutrem, jakby chcc dojrze, co la niej niesie ten wit 
szarzejcy nad ziemi, z lkiem a radoci dajc si temu, co miao si sta. 

ROZDZIA 8 


Przypoudnie dochodzio, skwar czyni si coraz wikszy i nard ju si wszystek zgromadzi 
przed kancelari, a naczelnika jeszcze nie byo. Pisarz raz po raz wychodzi na prg i 
przysoniwszy doni oczy wyziera na szerok drog, obsadzon pokrzywionymi wierzbami, 
ale tam si jeno lniy kaue, ostae po wczorajszej ulewie, toczy si z wolna jaki zapniony 
wz i kaj niekaj midzy drzewami zabielaa chopska kapota. 

Gromada czekaa cierpliwie, a tylko jeden wjt lata kiej oparzony, wyglda na drog i 
coraz goniej przynagla chopw zasypujcych wyrwy i doy na placu przed kancelari. 

- Prdzej, chopcy! Laboga, eby jeno zdy, nim nadjedzie. 
- A nie popucie jeno ze strachu - ozwa si z kupy jaki gos. 
- Ruchajta si, ludzie! Ja tu po urzdzie, nie pora na przekpinki. 
- Wjcie, a to jeno Boga si bjcie - zamia si ktry z rzepeckich. 
-A ktren jeszcze pysk wywrze, do kozy ka wsadzi -zakrzycza srogo wjt i polecia 
wyjrze ze smtarza, e to lea na wzgrku, do ktrego szczytem bya przywarta kancelaria. 
Wielgachne, prawieczne drzewa wynosiy si nad ni, kocielna wiea szarzaa skro gazi, 
za czarne ramiona krzyw wychylay si spoza kamiennego ogrodzenia na dachy i 
drog wiodc przez wie. 

Wjt nie wypatrzywszy niczego postawi przy ludziach jednego ze sotysw, a sam 
wszed do kancelarii, kaj cigiem kto wchodzi i wychodzi, e to pisarz co troch wywoywa 
ktrego z gospodarzy, z cicha przypominajc zalege podatki, nie zapacon skadk na 
sd albo jeszcze i co lepszego Juci, co ta nikomu nie szy w smak takie wypominki, ale suchali 
wzdychajcy, bo c byo robi teraz na cikim przednwku? Mogli to paci, kiej 
niejednemu ju i na sl nie starczyo, to mu si jeno w pas kaniali, jaki taki nawet go w rk 
caowa, za poniektry i t ostatni zotwczyn w nadstawion gar wtyka, a wszystkie 
jednako skamlay o poczekanie do niw lub do najbliszego jarmarku. 

Z pisarza chytra bya sztuka i przemdrzaa, upi te nard ze skry, jae trzeszczao, niby 
to wszystko obiecywa, a kogo stracha stranikami, komu bak w oczy wieci, z kim by 
za pan brat, a od kadego cosik wycygani, to owsa mu zbrako, to potrza byo modych gsek 
la naczelnika, to przymawia si o som na powrsa, e radzi nieradzi przyobiecali, co jeno 
chcia, on za na odchodnym bra co znajomszych na stron i radzi im niby to z przyjacielstwa: 


-A uchwalcie na szko, bo jak si bdziecie sprzeczali, to naczelnik moe si rozgniewa 
i gotw wam jeszcze popsu zgod z dziedzicem o las - przestrzega lipeckich ludzi. 
- Jake to, zgod robim z dobrej woli! - zdumia si Poszka. 
- Prawda, ale nie wiecie to: pan z panem zna si, a chopu zasi. 
Poszka odszed wielce sfrasowany, pisarz za dalej wywoywa ludzi, a coraz to z drugich 
wsi, kadego straszc czym innym, a do jednego niewolc, e w mig si o tym roznieso 
midzy gromad. 



A niemaa kupa ebraa si narodu, zeszo si bowiem przeszo dwiecie chopa, ktrzy 
zrazu stojali wsiami, swojaki przy swojakach, e acno rozezna, ktre s z Lipiec, ktre z 
Modlicy, a ktre z Przyka lub z Rzepek, bo kada wie znaczya si jenszymi ubierami, ale 
skoro si jeno rozeszo, jako trzeba gosowa na szko, gdy tak chce sam naczelnik, jli si 
miesza, przechodzi z kupy do kupy i stowarzysza wedle upodoby, e tylko jedna rzepecka 
szlachta trzymaa si z osobna, zadzierzycie a hardo spozierajc na chopw, cho to biedota 
bya taka, e jak si z nich przemiewali, trzech wypadao na jeden krowi ogon reszta za narodu, 
spltana kiej grochowiny, poroztrzsaa si po placu, sporo chronio si w cieniu smtarza 
i przywozach. 

Gwnie cisnli si pod wielk karczm, stojc naprzeciw kancelaru w kpie drzew jakoby 
w tym gaju cienistym, tam si najskwapniej cibic, bo chocia chodnawy wiater niezgorzej 
koleba polami, spieka jednak podnosia si okruteczna, dogrzewao, e ju niejeden 
ledwie zipia i w piwie szed szuka ochody. Bez to i karczma bya przepeniona, i pod drzewami 
stali kupami gwarzc z cicha i deliberujc nad ow nowin, wraz le dajc pilne baczenie 
na kancelari i na pisarzowe mieszkanie po drugiej stronie domu, kaj rwetes i krtanina 
byy coraz wiksze. 

Od czasu do czasu pisarzowa wytykaa oknem span gb i krzyczaa: 

- piesz si, Magda! A eby kulasy poamaa, tumoku jeden! 
Dziewka przelatywaa co troch przez pokoje, jae dudniao i brzczay szyby, jakie 
dziecko jo si wydziera wniebogosy, kaj za domem gdakay wystraszone kury, a zziajany 
stjka j gania kurcztka rozpierzchajce po zboach i drodze. 

- Widzi mi si, co bd ugaszczali naczelnika - rzek ktry. 
- Pono wczoraj pisarz przywiz cay pkoszek napitkw. 
-Schlaj si jak oni. 
-Abo to nie mog, mao to im nard skada podatkw, a przeciech nikto im na rce nie 
patrzy - wyrzek Mateusz, ale ktosik zakrzycza: 
- Cichojta, straniki ano przyszy. 
- Jak wilki si wcz, e ni pomiarkowa, kiedy i ktrdy. 
Przycichli jednak trwonie, gdy stranicy zasiedli pod kancelari, otoczeni przez kup 
ludzi, midzy ktrymi by wjt, mynarz, a nieco z dala krci si kowal pilnie nasuchujcy. 

- Mynarz si asi kieby ten godny pies! 
- Bo go si boj, ten mu najmilejszy! 
-Kiej s straniki, to naczelnika ino patrze! -zawoa Grzela, wjtw brat, i odszed na 
stron, kaj sta Antek, Mateusz, Kb i Stacho Poszka, poredziwszy ze sob, rozeszli si midzy 
udzi prawic im cosik a przekadajc co wanego, e suchali w wielkiej cichoci, tylko 
niekiedy co tam kto westchn, podrapa si frasobliwie albo strzygn lepiami, ku stranikom 
kupic si zarazem coraz cianiej. 
Antek, wsparty plecami o wgie karczmy, gada krtko, mocno i jakoby przykazujco, 
za w drugiej kupie pod drzewami Mateusz prawi z przekpinkami, jae omia si niejeden, a 
w trzeciej gromadzie przy smtarzu Grzela przemawia tak mdrze jakoby z otwartej ksiki 
czyta, e ciko byo wyrozumie. 

A wszyscy trzej przyniewalali do jednego: aby nie sucha naczelnika ni tych, ktre z 
urzdami zawdy trzymaj, i szkoy nie uchwala. 

Nard przysuchiwa si w skupieniu kolebic si to w t, to w drug stron, wanie jako 
ten br, kiej zamietliwy wiater powieje. 

Nikto gosu nie zabiera, kiwali jeno przytakujco gowami, gdy najgupszy rozumia, 
jako z nowej szkoy tyla jeno bdzie pociechy; co ka na ni paci nowe podatki, a do tego 
nikomu si nie pieszyo. 

Niepokj jednak ogarnia gromad, przestpowali z nogi na nog, jli chrzka a pokasywa, 
a nikt jeszcze nie wiedzia, co pocz. 



Prawda, mdrze prawi Grzela, prosto do serca trafia Antek, ale i strach byo si przeciwi 
naczelnikowi a zadziera z urzdami. 

Jeden oglda si na drugiego, kaden si gowi z osobna, za wszystkie obzierali si na 
bogatszych, ale mynarz i co najpierwsi z drugich wsi trzymali si jako na uboczu, stojc 
jakby z rozmysem na oczach stranikw i pisarza. 

Podszed do nich Antek z przeoeniem, ale mynarz odburkn: 

-Kto ma rozum, ten sam wie, jak ma gosowa -i odwrci si do kowala, ktren przywiarcza 
wszystkim, ale krci si niespokojnie midzy gromad przewchujc, co si wici, 
a do pisarza zachodzi, z mynarzem pogadywa; Grzel czstowa tytuniem i tak si tai ze 
swoimi zamysami, e do koca nie byo wiadomo, za kim trzyma. 
Ale wikszo ju si skaniaa gosowa przeciw szkole, rozsypali si po placu i nie baczc 
na przypoudniowy skwar poredzali coraz gwarniej i hardziej, gdy pisarz zawoa przez 
okno: 

- A pjd no tu ktry! 
Nikt si jednak nie poruszy, jakby nie dosyszeli. 
-Niech no ktry skoczy do dworu po ryby, mieli rano jeszcze przysa, a jako nie przysyaj! 
Tylko prdzej! - grzmia rozkazujco. 
- Nie przyszlim tu na posugi - ozwa si jaki hardy gos. 
-Niech sam leci, al mu przetrzsn kaduna -zamia si ktry, e to pisarz mia brzucho 
kiej bben. 
Pisarz jeno zakl, a po chwili wyszed wjt od podwrza, przebra si za karczm i pogna 
tyami wsi ku dworowi. 

- Dzieci pani pisarzowej przewin i obtar, to si dziebko przewietrzy. 
- Juci, pani pisarzowa nie lubi takich fetorw na pokojach. 
- Pokrtce to i porcenele wynosi mu ka - przekpiwali. 
-Hale, e to dziedzica jeszcze nie wida - dziwowa si ktry, ale na to rzek kowal z 
chytrym przemiechem: 
- Niegupi si pokazywa! 
Spojrzeli na niego pytajco. 
-Juci, kto mu kae zadziera z naczelnikiem, a przecie za szko gosowa nie bdzie, 
mao by to musia pacie na ni! Mdrala! 
- Ale ty, Micha, z nami trzymasz, co? - przytar go natarczywie Mateusz. 
Kowal skrci si kiej przydeptana glista i odmruknwszy cosik j si przeciska do 
mynarza, ktren przystpi do chopw i mwi do starego Poszki gono, by i drugie syszay: 


-A ja wam radz, gosujcie, jak chc urzdy. Szkoa potrzebna i eby bya najgorsza, to 
bdzie lepsza od adnej. A o jakiej zamylacie, nie dadz. Trudno, gow muru nie przebodzie. 
Nie zechcecie uchwali, to i bez waszego przyzwolestwa postawi. 
- Jak nie damy pienidzy, to za c postawi? - ozwa si ktry z kupy. 
-Gupi! Sami wezm, a nie dasz z dobrej woli, to ci ostatni krow sprzedadz i jeszcze 
do kozy pjdziesz za opr! Rozumiesz! To nie z dziedzicem sprawa - zwrci si do Lipczakw 
-z naczelnikiem nie ma artw. Mwi wam, rbcie, co ka, i dzikujcie Bogu, e nie 
jest gorzej 
Przytwierdzali mu tak samo mylce, za stary Poszka po dugim rozwaaniu wyrzek 
niespodzianie: 

- Prawd mwicie, a Rocho nard zbaamuci i do zguby popycha. 
A na to wystpi jaki gospodarz z Przyka i powiedzia gono: 
- Bo Rocho z panami trzyma i latego podjudza przeciw urzdom! 
Zakrzyczeli go ze wszystkich stron, ale chop si nie ulkn i skoro si jeno przyciszyo, 
znowuj gos podnis. 



-A gupie mu pomagaj! rzekem! - potoczy mdrymi oczami - a komu to nie w smak, 
niech stanie, to mu w oczy przywtrz, gupie! Bo nie wiedz, i zawdy tak byo, e panowie 
si buntuj, nard judz, do nieszczcia prowadz, ale jak przyjdzie za to paci, to kto paci? 
chopi! A jak wam kozakw po wsiach zakwateruj, to kto bdzie bra baty? kto bdzie cierpia? 
kogo do kreminau powlek? A jeno was, chopw! Panowie si za wami nie upomn, 
nie, wypr si wszystkiego kiej judasze i jeszcze starszyzn bd ugaszczali po dworach. 
- Bo co im ta nard znaczy, tyla, eby za nich gnaty wyciga. 
- A eby mogli, to by jutro wrcili paszczyzn! - podniesy si woania. 
-Grzela powieda -zacz znowu -niech ucz po naszemu, a nie chc, to nie uchwala 
szkoy, nie dawa ani grosza, przeciwi si, a juci, tylko parobkowi acno krzykn na gospodarza: 
robi nie bd, cauj me gdzie, i uciec przed skarceniem. Ale nard nie ucieknie i 
za bunt kije wzi wemie, bo nikto drugi plecw za niego nie podstawi... To wama mwi, 
taniej wam wypadnie postawi szko nili przeciwi si urzdom. A e po naszemu nie nauczaj, 
prawda, ale i tak na Ruskw nas nie przerobi, bo aden pacierza ni midzy sob nie 
bdzie mwi inaczej, a jeno jak go matka nauczya! Za na ostatku to wam jeszcze rzekn: 
swoj ano stron trzymajmy! A dr si midzy sob panowie, nie nasza sprawa, niech si ta 
kyni i zagryzaj, takie nam braty jedne i drugie, e niechta ich morwka nie minie. 
Zwarli si kole niego gstw i zakrzyczeli kiej na wciekego psa, na prno mynarz bra 
go w obron, na prno i poniektre za nim si ujmoway. Grzelowe stronniki ju mu zaczy 
piciami wytrzcha, e moe by i do czego gorszego doszo, ale stary Pryczek zakrzycza: 

-Straniki suchaj! 
Przycicho nagle, a stary wystpi i j prawie gniewnie: 


-wit prawd powiedzia, swojego dobra patrzmy! Cichojta, hale, powiedziae swoje, 
to daj i drugiemu rzec swoje! Wydzieraj si i myl, co najwiksze gowacze! Juci, eby 
jeno w krzyku by rozum, to bele pyskacz miaby go wicej nili sam proboszcz! Przemiewajta 
si, juchy, a ja wam rzekn, jak bywao pod te roki, kiej si to panowie buntoway; dobrze 
bacz, jak nas tumaniy a przysigay, e jak Polska bdzie, to i wol nam dadz, i gronta 
z lasami, i wszystko! Obiecyway, mwiy, a kto drugi da, co tera mamy, i jeszczek musia 
ich pokara, co nie chciay w niczym uly narodowi! Suchajta panw, kiedyta gupie, ale 
mnie na plewy nie wemie, wiem ja, co znaczy ta ich Polska: e to jeno bat na nasze plecy, 
paszczyzna i uciemienie! Jeszcze me... 
- A daje mu ta ktry w pysk, niech przestanie - wyrwa si jaki gos. 
-A tera - cign dalej - ja taki sam pan jak inni, prawo swoje mam i nikt me palcem 
tkn nie mie! Tam mi Polska, kaj mi dobrze, kaj mam... 
Przerway mu szydliwe gosy, bijce ze wszystkich stron niby gradem: 

- winia te pokwikuje z kuntentnoci, a chwali se chliw i pene koryto! 
-I za to przykarmianie dostanie pa w eb i noem po gardzieli! 
- W jarmarek spra go stranik, to powieda, e nikto go tkn nie mie. 
- Plecie, a tyle miarkuje, co ten koski ogon! 
- Sielny pan, ma wol, juci, wszy go same nies powolnoci! 
- Rychtyk i wiechcie z butw tak samo by nauczay! 
- Kury zmaca nie poredzi, a bdzie tu wystpowa! Gnojek jucha! Baran! 
Stary zeli si srodze, ale jeno powiedzia: 
- cierwy! Ju nawet siwych wosw nie poszanuj! 
- A to i kad siw koby trza by uwaa jeno za to, co siwa, h? 
Gruchny miechy i wraz zaczli si odwraca podnoszc oczy na dach kancelarii, kaj 
wlaz stjka i chyciwszy si komina patrzy w dal. 

-Jzek, a zamknij gb, bo ci jeszcze co wleci! -krzyczeli z przemiechem, gdy cae 
stado gobi koowao nad nim, ale on naraz zawrzeszcza: 
- Jedzie! Jedzie! Ju na skrcie z Przyku! 


Gromada ja si ciga pod dom i zwiera coraz gciej, cierpliwie spozierajc na pust 
jeszcze drog. 

Rychtyk i soce przetoczyo si dziebko na bok, za kalenic, e spod okapu wysuwa 
si coraz wikszy cie, w ktrym ustawili st nakryty zielono, z krzyem w porodku. Rudy, 
pucoowaty pomocnik wynosi papiery na st i cigiem cosik w nosie majstrowa. 

Pisarz j si na gwat przebiera w witeczny ubier, a w caym domu znowu podniesy 
si wrzaski pisarzowej, brzk talerzw, rumor przesuwanych sprztw i bieganina, za w jakie 
Zdrowa zjawi si i wjt. Stan w progu czerwony jak burak i spocony, ledwie zipicy, 
ale ju w acuchu, i powlkszy lepiami po gromadzie zakrzycza srogo: 

- Cicho tam, ludzie, dy to nie karczma! 
- Pietrze, a chodcie ino, cosik wama rzekn! - zawoa do niego Kb. 
- Hale, nie ma tu adnego Pietra, a jeno urzdnik! - odburkn wyniole. 
Wzili na ozory to powiedzenie, jae si kaduny zatrzsy z uciechy, gdy naraz wjt zakrzycza 
uroczycie: 

- Rozstpta si, ludzie! Naczelnik! 
Jako powz ukaza si na drodze i podskakujc na wybojach zakrci przed kancelari. 
Naczelnik podnis rk do czoa, chopi pozdejmowali kapelusze, zalego milczenie, 
wjt z pisarzem przypadli wysadza go z powozu, a stranicy stanli przy drzwiach wyprostowani 
kieby kije. 

Naczelnik da si wysadzi i rozebra z biaego obleczenia i odwrciwszy si powk 
oczami po gromadzie, przygadzi taw brdk, nasroy si, kiwn gow i wszed do 
mieszkania, kaj go zaprasza pisarz w pak przygity. 

Powz odjecha, chopi znowu si zwarli dokoa stou rozumiejc, i zaraz rozpocznie si 
zebranie, ale przeszo dobre Zdrowa, przeszed moe i cay pacierz, a naczelnik si nie pokazywa, 
jeno z pisarzowych pokojw roznosiy si brzki szka, miechy i jakie smaki wiercce 
w nozdrzach. 

A e mierzio si ju czekanie i soce przypiekao coraz barzej, to jaki taki j si chykiem 
przebiera ku karczmie, a wjt zakrzycza: 

- Nie rozazi si! A ktrego zbraknie, ten si zapisze do sztrafu... 
Juci, co si jeszczek wstrzymali klnc jeno coraz siarczyciej a niecierpliwie spozierajc 
na pisarzowe okna, bo kto je przymkn ze rodka i zasoni. 

- Wstydz si chla na oczach! 
-Lepiej, bo kaden jeno grdyk robi, a po prnicy link yka! - pogadywali. 
Z aresztu, stojcego w rzd z kancelari, wyrwa si aosny i dugi bek, a po chwili wylaz 
stjka cignc na postronku sporego cioka, ktren si opiera ze wszystkiej mocy, ale 
naraz grzmotn go bem, jae chop rymn na ziemi, zadar ogona i pogna, ino si za nim 
zakurzyo. 

-apaj zodzieja! apaj! 

- A posyp mu soli na ogon, to si wrci! 
- Jaki to zuchway, uciek z kozy i jeszczek ogon zadar na pana wjta! 
Dogadywali przekpiwajc si ze stjki, ktren gania za ciokiem i dopiero przy pomocy 
sotysw napdzi go w podwrze. A jeszcze nie odzipnli, kiej wjt przykaza wzi si do 
wymiatania aresztu i sam doglda, pili i niemao pomaga bojajc si, bych si czasem nie 
zachciao tam zajrze naczelnikowi. 

- Wjcie, a trza wykadzi, bych nie zwcha, co to by za aresztant. 
- Nie bjcie si, po gorzace do cna straci wiater. 
Rzuca kto niekto jakie sowo kolce, jae wjt byska lepiami a zby zacina, ale w 
kocu zbrzydy im nawet przekpinki, a tak dokuczyo czekanie na socu i gd, e ca hurm 
ruszyli pod drzewa, nie baczc na wjtowe zakazy, ktremu jeno Grzela powiedzia: 



-Hale, nard to pewnie pies, nie przyjdzie ci do nogi, choby krzycza do wieczora! - i 
rad, i zeszli ze stranikowych oczw, j znowu krci si wrd ludzi przypominajc kademu 
z osobna, jak ma gosowa. 
-Jeno si nie bjta! - dodawa - prawo za nami! Co uchwalimy, bdzie, a czego nie chce 
gromada, nikto j do tego nie przymusi. 
Ale nie zdyli si jeszcze ludzie porozkada w cieniach ni przegry co niebd, gdy 
sotysi jli nawoywa, a wjt przylecia z krzykiem: 

- Naczelnik wychodzi! Chodta prdzej! zaczynamy! 
- Nawcha si dobrego jada, to go ponosi! Nama nie pilno! Niech poczeka! 
Mamrotali gniewnie, zbierajc si ociale przed kancelari. 
Sotysi stanli na czele swoich wsi, za wjt zasiad za stoem, majc pobok pisarzowego 
pomocnika, ktren przedubujc w nosie gwizda na gobie, co zestrachane gwarem porway 
si z dachu krc roztrzepotan bia chmur. 

- Moczat! - zakrzykn naraz jeden ze stranikw pr꿹cych si u proga. 
Wszystkie oczy zwrciy si na drzwi, ale wyszed z nich jeno pisarz z papierem w rku i 
wcisn si za st. 
Wjt zatrzs dzwonkiem i rzek uroczycie: 

-Zaczynamy, ludzie kochane! Cicho tam, Modliczaki! Pan sekretarz przeczyta niby o tej 
szkole! A suchajta pilnie, bych kaden wyrozumia, o co idzie! 
Pisarz zaoy okulary i zacz czyta z wolna i wyranie. 
Czyta ju moe z pacierz wrd zupenej cichoci, gdy ktosik wrzasn: 

- Kiej nie rozumiemy! 
- Czyta po naszemu! Nie rozumiemy! - zerway si mnogie gosy. 
Stranicy jli si pilnie rozglda w gromadzie. 
Pisarz si skrzywi, ale ju czyta przekadajc na polskie. 
Zrobio si cicho, suchali w skupieniu, rozwaajc kade sowo i patrzc si w niego 
kieby w obraz. 
Pisarz cign powoli: 

-...jako przykazano postawi szko w Lipcach, ktraby bya i dla Modlicy, Przyka, 
Rzepek i drugich pomniejszych wsi: 
Potem dugo wywodzi, jaki to z tego bdzie profit, jakie to dobrodziejstwo owiata, jak 
to urzdy jeno myl dzie i noc, bych tylko narodowi przyj z pomoc, bych go wspiera, 
owieca i broni przed zem. Za w kocu wylicza, ile potrza na plac z polem, ile na sam 
budynek i na cae utrzymanie szkoy wraz z nauczycielem, i e na to wszystko trzeba bdzie 
uchwali dodatkowy podatek po dwadziecia kopiejek z morgi. Umilk, przetar okulary i 
rzek jakby do siebie: 

-Pan naczelnik powiedzia, e jak dzisiaj uchwalicie, to pozwoli zacz budow jeszcze 
w tym roku, a na przysz jesie dzieci ju pjd do szkoy. 
Skoczy, ale nikt si nie odezwa, kaden co way w sobie, kulc si jeno, jakby pod 
ciarem nowego podatku, a dopiero wjt si ozwa: 

- Syszelicie dobrze, co pan sekretarz przeczyta? 
- Syszelim! Jucik, przeciek nie gusim! - ozwali si tu i owdzie. 
- A ktren ma przeciw temu, niech wystpi, a swoje rzeknie. 
Jli si trca okciami, wypycha naprzd, drapa, spoziera na si i na starszych, lecz 
nikto nie mia miaoci wyrywa si pierwszy. 

- Kiej tak, uchwalmy prdko podatek i do domu! - zaproponowa wjt. 
- Wic c, wszyscy jednogonie zgadzacie si? - zapyta uroczycie pisarz. 
- Nie! Nie chcemy! Nie! - wrzasn Grzela i za nim kilkudziesiciu. 
-Nie potrza nam takiej szkoy! Nie chcemy! Dosy ju mamy podatkw! Nie! -woano 
ju ze wszystkich stron, a coraz mielej, goniej i hardziej. 


Na ten wrzask wyszed naczelnik i stan w progu, przycichli na jego widok, a on poskuba 
brdk i rzek wielce askawie: 

- Jak si macie, gospodarze? 
-Bg zapa! - odparli pierwsi z brzega kolebic si pod naporem gromady pchajcej si 
naprzd, aby posucha naczelnika, ktren wsparty o futryn j cosik mwi po swojemu, ale 
mu si cigiem odbekiwao. 
Stranicy skoczyli w nard i daleje woa: 

- Szapki dooj! szapki! 
- Poszed cierwo i nie plcz si pod nogami! - zakl kto na nich. 
A naczelnik, cho prawi sodziuko, skoczy nakazujco i po polsku: 
- Uchwalcie zaraz podatek, bo nie mam czasu. 
I srogo patrza w twarze, strach przej niejednego, tum si zakoysa, poszy trwone i 
ciszone szepty. 

-No co, gosujemy na szko? Mwcie, Poszka! Jake zrobim?... Kaje to Grzela? Przykazuje 
gosowa: Gosujmy, ludzie, gosujmy! 
Wrzao coraz goniej; gdy Grzela wystpi i powiedzia miao: 

- Na tak szko nie uchwalimy ani grosza. 
- Nie uchwalimy! Nie chcemy! - wsparo go ze sto krzykw. 
Naczelnik zmarszczy si gronie. 
Wjt struchla, a pisarzowi jae spady z nosa okulary, jeno Grzela si nie strwoy, wpar 
w niego harde lepie chcc jeszcze cosik doda, gdy stary Poszka wystpi i skoniwszy si 
nisko zacz pokornie: 

-Dopraszam si aski wielmonego naczelnika, co rzekn, jako to po swojemu miarkuj: 
szko juci uchwali uchwalim, ale widzi si nama, co za duo zoty i groszy dziesi z 
morgi. Czasy teraz cikie i o grosz trudno! To jeno chciaem rzec. 
Naczelnik nie odpowiedzia zatopiony w jakowych dumaniach, e jeno kiej niekiej kiwn 
gow jakby przytakujco i oczy przeciera, wic omielony tym wjt siarczycie przemawia 
za szko; po nim i jego kamraty pary do tego samego, mynarz za pyskowa najarliwiej, 
nie zwaajc na ostre przycinki Grzelowych stronnikw, a wreszcie zgniewany 
Grzela zawoa: 

-Przelewamy jeno z pustego w prne - i upatrzywszy sposobn por przystpi i miao 
spyta: 
- A niby jaka to ma by ta nowa szkoa? 
- Jak i wszystkie! - wyrzek otwierajc oczy. 
- To my akuratnie takiej nie potrzebujemy! 
- Na swoj uchwalim i p rubla z morgi, a na insz ni szelga. 
- Co nam taka szkoa, moje uczyy si bez trzy roki, a te ni be, ni me. 
- Ciszej, ludzie, ciszej! 
- Rozbrykay si barany, a wilk jeno patrze, jak skoczy na stado. 
- Pyskacze juchy, now bied wypyskuj la wszystkich. 
Pokrzykiwali jeden przez drugiego, e uczyni si srogi gwar, kaden bowiem dowodzi 
swojego i przepiera drugich, rozgrzewali si coraz barzej, rozbili si na kupy i wszdy zawrzay 
spory a ktnie, zwaszcza Grzelowe stronniki pyskoway najgoniej i najzawziciej, 
powstajc przeciw szkole. Na prno wjt, mynarz i gospodarze z drugich wsi przekadali, 
prosili, a nawet i strachali Bg wie czym, wikszo sroya si coraz zuchwalej, wygadujc, 
co jeno komu lina przyniesa. 

Za naczelnik siedzia, jakby nie syszc niczego, szepta cosik z pisarzem, dajc si im 
wygada do woli, a kiej mu si widziao, co maj ju dosy ponego szczekania, kaza zadzwoni 
wjtowi. 

- Cicho tam! cicho! sucha! - spokoili sotysi. 


A nim si do cna przyciszyo, rozleg si jego gos rozkazujcy: 

- Szkoa by musi, rozumiecie! Sucha i robi, co wam ka! 
Srogo przemwi, jeno co si nie ulkli, a Kb chlasn na odlew: 
-Nie przykazujem nikomu chodzi na bie, to nieche i nama pozwol si rucha, jak 
komu wyrosy kulasy. 
- Zawrzyjcie gb! Cicho, psiekrwie! - kl wjt, na darmo dzwonic. 
- Co rzekem, to przywtrz, e w naszej szkole musz si uczy po naszemu. 
-Karpienko! Iwanow! - rykn na stranikw, stojcych w porodku ciby, ale chopi w 
mig ich cisnli midzy sob, a ktosik im szepn: 
- Niech jeno ktren tknie kogo... nas tu ze trzystu... miarkujcie... 
I wraz si rozstpili czynic wolne przejcie, a toczc si za nimi przed naczelnika z guch, 
rozjuszon wrzaw, przysapujc jeno, a klnc i wytrzchajc piciami, za raz po raz 
kto wyrywa si z kupy z ozorem: 

- Kade stworzenie ma swj gos, a jeno nam przykazuj mie cudzy. 
-I cigiem przykazy, a ty, chopie, suchaj, pa i czapk ziemi zamiataj. 
- Pokrtce to bez pozwolestwa nie puszcz i za stodo. 
-Kiej takie wielmone, to niech przyka winiom, bych zapieway kiej skowronki! hukn 
Antek, zatrzsy si miechy, a on woa rozjuszony: 

- Albo niech im g zaryczy. Jak to zrobi, to uchwalim szko. 
- Ka podatki, pacim; ka rekruta, dajem, ale wara od... 
- Cichocie, Kbie. Sam Najjaniejszy Cysarz nada ustaw i tam stoi kiej w, co szkoy i 
sdy maj by po polsku! Tak przykaza sam Cysarz, to jego sucha bdziem! wrzeszcza 
Antek. 
- Ty kto takoj? - spyta naczelnik wpierajc w niego oczy. 
Zadra, ale rzek miao wskazujc papiery, lece na stole: 
- Tam stoi napisane. Nie sroka me zgubia - doda zuchwale. 
Naczelnik pogada cosik z pisarzem, a ten pokrtce ogosi: jako Antoni Boryna, pozostajcy 
pod ledztwem karnym, nie ma prawa bra udziau w zebraniu gminnym. 
Antek poczerwienia z gniewu, lecz nim si zebra na sowo, naczelnik wrzasn: 

- Poszo won! - i wskaza go oczami stranikom. 
-Nie uchwalajta, chopcy! prawo za nami! nie bjta si niczego! -krzykn zuchwale 
Antek. 
I odszed wolno ku wsi, spozierajc na stranikw kiej wilk na kondle, e ostawali coraz 
dalej. 
Ale w gromadzie zagotowao si z naga kieby w tym kotle, wszyscy naraz zaczli prawi, 
krzycze i sprzecza si zajadle, e ju nie dosysza nikogo, a jeno pojedyncze sowa 
kltw, pogrz i przekpiwa latay nad gowami kiej kamienie. Jakby ich zy opta, tak si 
wydzierali zapalczywie, a nikto nie poredzi wyrozumie, skd to przyszo i laczego? 

Spierali si o szko, o Antka, o wczorajszy deszcz, kto zeszoroczne szkody przypomina 
ssiadowi, kto folg jeno dawa wtrobie, kto za la samego sprzeciwu si kyni, e powsta 
taki mt, taki wrzask i zamieszanie, co si ju widziao, jako leda chwila wezm si za by i 
orzydla. Prbowa spokoi Grzela, prbowali drugie, nie przemogli jednak optania. Wjt 
dzwoni, jae mu drtwiay kulasy, przywoujc do porzdku, i tako na darmo. Kiej te rozjuszone 
indory skakay sobie do oczw, lepe ju i guche na wszystko. 

Dopiero ktry ze sotysw j wali kijem w pust beczk, stojc pod okapem, jae zahuczaa 
kiej bben, wtedy ludzie oprzytomnieli nieco, ciszajc si nawzajem. 
Naczelnik nie mogc si doczeka cichoci, zakrzycza zgniewany: 

- Cicho tam! Dosy tej narady! Milcze, kiedy ja mwi, i sucha. Szko uchwalcie. 


cicho, jakby makiem posia, strach pad na wszystkie, mrz przeszed koci, e stali 
jakby podrtwieli spozierajc po sobie niemo i bezradnie, ani w mylach postay sprzeciwy, 
gdy on sta gronie, toczc oczami po wylkych twarzach. 

Przysiad znowu, a wjt, mynarz i drugie rzucili si midzy ludzi przyniewala do posuszestwa 
i stracha. 

- Gosowa za szko, gosowa. 
- Moe by le. Syszelita? 
Pisarz tymczasem sprawdza obecnych, e ci troch kto odkrzykiwa: 
- Jest! Jest! 
Za po sprawdzeniu wjt wlaz na stoek i zakomenderowa: 
- Kto za szko, niech przejdzie na praw stron i podniesie rk. 
Sporo przeszo, ale duo wicej narodu ostao na miejscu, naczelnik si zmarszczy i 
przykaza, aby la sprawiedliwoci gosowali imiennie. 
Strapi si tym Grzela, dobrze rozumiejc, e skoro kaden z osobna pjdzie gosowa; to 
nie bdzie mia si przeciwi. 
Ale ju nie byo nijakiej zarady. Pomocnik zacz wywoywa i kaden szed kolej, posobnie, 
a pisarz przy nazwisku znaczy kresk, jeli by za szko, lub robi krzyyk, gdy si 
jej przeciwi. 

Dugo si wleko, gdy ludzi byo chmara, lecz w kocu ogosili: 

- Dwiecie gosw za szko, osiemdziesit przeciw. 
Grzelowi podnieli wrzask. 
- Na nowo gosowa! oszukali! 
-Ja mwiem: nie, a postawi mi kresk! -wydziera si ktry, a za nim wielu wiarczyo 
to samo; za gortsi jli si skrzykiwa. 

- Nie da, podrze papiery, podrze! 
Szczciem, co dworski powz zajeda przed kancelari, wic ludzie, chcc nie chcc, 
musieli si poodsuwa na boki, za naczelnik przeczytawszy list, jaki mu poda lokaj, oznajmi 
uroczycie: 

- Tak, bardzo dobrze, szkoa w Lipcach bdzie. 
Juci, co nikto i pary z gby nie puci, stali kiej mur patrzc w niego spokojnie. 
Podpisa jakie papiery, wsiad do powozu i ruszy. 
Kaniali mu si pokornie, ani spojrza na kogo, ni kiwn gow, a pogadawszy jeszcze ze 
stranikami, skrci na boczn drog ku modlickiemu dworowi. 
Patrzyli za nim czas jaki w milczeniu, a ktry z Grzelowych rzek: 

-Jagnitko, do rany go przy, a nie spodziejesz si, jak udrze ci kami gorzej wilka i 
wemie pod kopyta. 
- A czyme by to gupich trzymali, jak nie pogroz? 
Grzela jeno westchn, spojrza po gromadzie i szepn cicho: 
- Przegralim dzisia, trudno, nard jeszcze nie wezwyczajony do oporu. 
- Boja si bele czego, to i nieatwo si wezwyczai. 
- Moiciewy, a jaki to czowiek, nawet prawo ma se za nic. 
- Juci, przeciek prawo pisali la nas, a nie la siebie. 
Jaki chop z Przyka podszed skarc si przed Grzel: 
-Chciaem z wami, ale jak me przewidrowa lepiami, tom jzyka zapomnia i pisarz 
zapisa, jak mu si spodobao. 
- Tyla byo oszukastwa, e mona by zaskary uchwa. 
-Chodta do karczmy. Niechta siarczyste zatuk -zakl Mateusz i odwrciwszy si do 
gromady zakrzycza: - Wiecie, ludzie, czego wama naczelnik zapomnia powiedzie? A tego, 
eta kundle i barany. I dobrze zapacita za posuch, ale niech was upi ze skry, kiejta gupie. 


Zaczli si odcina, kto nawet pysk wywar na niego, lecz zmilkli, bo jaka ydowska 
bryka przejedaa, w ktrej siedzia Jasio organistw. 

Otoczyli go Lipczaki, a Grzela rozpowiedzia o wszystkim. Jasio wysucha, pogada o 
tym i owym i kaza jecha. 

Wszyscy za poszli do karczmy i po drugim kieliszku Mateusz hukn: 

- A ja wam powiedam, e wszystkiemu winien wjt i mynarz. 
- Prawda, najwicej namawiali a straszyli - przywiarczy Stacho Poszka. 
- A e naczelnik grozi, to jakby wiedzia ju o Rochu - kto szepta. 
- Jak nie wie, to mu powiedz. Znajd si takie! 
- Kaj straniki? - zapyta Grzela niespokojnie. 
-Poszli jakby w stron Lipiec. 
Grzela zakrci si po karczmie i ani spostrzegli, jak si wynis i szed ku wsi miedzami 
rozgldajc si pilnie dokoa. 

ROZDZIA 9 


Antek obziera si za gromad kieby ten kot odpdzony od miski, a rozwaa, czyby nie 
zawrci, lecz widzc nastpujcych stranikw powzi nagle jak myl, bo wyama po 
drodze spor ga i wsparszy si o pot obstrugiwa, pasujc do rki a zwaajc na burkw, 
ktrzy chocia szli jak mogli najpowolniej, zrwnali si z nim pokrtce. 

- Kaje to pan starszy, na przepiegi? - zagada urgliwie. 
- Po subie, panie gospodarzu, a moe nam w jedn stron, co? 
- Rad bym z duszy, ale widzi mi si, co nam kaj indziej drogi wypadn. 
Rozejrza si prdko, na drodze ni ywej duszy, jeno co kancelaria bya jeszcze za blisko, 
wic ruszy z nimi trzymajc si kole pota i pilnie baczc, bych go z naga nie obskoczyli. 
Zmiarkowa si starszy i daleje pogadywa z przyjacielstwa i srodze wyrzeka, jako od 
samego rana jeszcze nic nie mia w gbie. 

-Naczelnikowi pisarz nie aowa, to pewnikiem i la pana starszego ostawi jakie ochapy. 
Na wsiach przeciek smakw nie postawi; c, kluski a kapusta nie la takich panw przekpiwa 
z rozmysem, jae modszy, sielny parob o rozlatanych lepiach, cosik zamamrota, 
ale starszy nie popuci ni sowa. 
Antek si jeno przemiecha wycigajc coraz lepiej kulasy, e ledwie za nim nadyli, 
nie baczc ju na wyboje ni kaue wie bya pusta, jakby wymara, i soce tak doskwierao, 
e jeno niekiedy co ta kto wyjrza za nimi lub kaj w cieniach zabielay dzieciskie gowiny, 
a tylko jedne pieski przeprowadzay ich wiernie z niemaym jazgotem i docieraniem. 

Starszy zakurzy papierosa i strzyknwszy przez zby j si uala, jak to on nie zazna 
nigdy spokojnej nocy ni dnia, bo cigiem suba i suba. 

- Pewnie, co nieacno tera wycign choby co niebd od chopw... 
Stranik jeno zakl sigajc jae do maci, ale Antek, e mu si to ju zmierziy te kluczenia, 
cisn mocniej kijaszek i rzek cakiem zaczepnie: 

- Prawd powiem, a to z waszej suby tyla jeno jest profitu, co si po wsiach naszczekaj 
pieski, a jaki taki zbdzie ostatniej zotwki. 
I to jeszcze starszy cierpia, chocia ju pozielenia ze zoci, a za paaszem maca, ale 
dopiero kiej doszli ostatniej chaupy, rzuci si z naga na Antka i krzykn kamratowi: 

- Bierz go! 


le si jednak wybrali, bo nim poredzili go przytrzyma odciepn ich precz kiej kondle, 
uskoczy w bok pod chaup, wyszczerzy zby kiej wilk i trzchajc kijem zawrza przyduszonym, 
urywanym gosem: 

-Idcie swoj drog... ze mn nie wygracie... nie dam si i czterem... a ky powybijam 
kiej psom. Czego chcecie ode mnie?... w niczym nie winowatym... A szukacie bitki, dobrze... 
zamwta se jeno przdzi podwody na swoje koci...A podejd ktry i tknij me jeno, sprbuj! zakrzycza 
wygraajc kijem i gotw ju choby do zabijania. 
Stranicy stanli kiej wryci, gdy chop by ogromny, rozwcieklony i kij jae mu warcza 
w garciach, wic starszy widzc, e to nie przelewki, sprobowa wszystko obrci w 
art. 

-Ha! ha! sawno, a to si nam udaa szutka! -i trzymajc si za boki, niby to od miechu, 
zawrci z powrotem, ale uszedszy kilkanacie krokw pogrozi mu pici i zgoa ju inaczej 
zawrzeszcza: 
- My si jeszcze zobaczym, panie gospodarzu, i pogadamy. 
-A niech cie ta przdzi zaraza spotka! - odkrzykn na odlew. - Hale, strach go spar, to 
si artem wykrca, pogadam i ja z tob, niech no ci jeno kaj zdybi na osobnoci -mrucza 
baczc, pki mu z oczw nie zeszli. 
-Tamten poszczu na mnie, gupi, myla, co me wezm kiej psy zajca. To za mj opr, 
juci, prawda mu nie w smak -rozmyla i doszedszy pod dworski ogrd, kawa za wsi, 
przysiad w cieniu, abych odpocz nieco, gdy trzs si jeszcze cay i spotnia kiej mysz. 
Przez drewniane ogrodzenie widnia biay dwr, stojcy w wyniosym zagaju modrzewi, 
powywierane okna czerniay kiej jamy, a na supiastym ganku siedziao jakie pastwo i 
snad przy jadle, bo suba cigiem si krcia kole nich, szczkay statki, a niekiedy dugi, 
wesoy miech dochodzi. 

-Takim niezgorzej! Jedz, pij i zarwno im wszystko - myla dobierajc si do chleba 
ze serem, jaki mu bya Hanka wetkna w kiesze. 
Pojada wodzc oczami po wielgachnych lipach brzecych drog i caych we kwiatach i 
pszczelnym brzku, sodki, spraony w socu zapach przejmowa go luboci; kaj ze sadzawki 
zakwakaa kaczka i rozchodzio si senne nukanie ab, z gszczw trzsy si cichukie 
pogoski stworze przernych, a na polach muzyka konikw podnosia si raz po raz i 
przycichaa, ale po jakim czasie jo wszystko guchn, jakby zalane sonecznym ukropem. 
wiat oniemia, a co jeno byo ywe, przytaio si w cieniach przed poog, e tylko jedne 
jaskki migay nieustannie. 

Przypoudnie kipiao ju takim warem, e oczy bolay od blaskw i spieki, nawet cienie 
parzyy, ostatnie kaue wyschy, a do tego od zb prawie dojrzaych i ze spieczonych ugorw 
pocigao niekiedy jakby z wywartego pieca. 

Antek wytchnwszy galancie ruszy rano ku lasom niedalekim, ale skoro si wysun z 
cieniw na drog zatopion w socu, jae go ciarki przeszy, i ju szed jakby przez wrzce, 
biaawe pomienie. Zewlk kapot, lecz i tak koszula mu przywieraa do spotniaych bokw 
niby rozpalona blacha, zezu i buciary, grzznc w piasku jakby w tym gorcym popiele. 

Pokrcone brzezinki stojce kaj niekaj nie daway jeszcze cienia, yta chyliy nad drog 
ciarne kosy i polepe w arach kwiaty zwisay pomdlae. 

Upalna cicho leaa w powietrzu, a nikaj nie dojrza czowieka ni ptaka, ni adnego 
stworzenia i nikaj nie zadrga listek ni trawka choby najmarniejsza, jakby w on godzin 
Poudnica zwalia si na wiat i wysysaa spieczonymi wargami wszystk moc ze ziemi 
omglaej. 

Antek szed coraz wolniej, rozmylajc o zebraniu, e raz w raz poryway go zocie, to 
miech spiera, to przejmowao zniechcenie. 

-I porad co z takiemi! Bele stranika si ulkn... jakby im przykazali posucha naczelnikowego 
buta, to by go i suchali. Barany, juchy, barany! -myla z politowaniem i zo


ci. - Prawda, e kademu le, kaden wije si kieby nadeptany piskorz i kaden ledwie ju z 
biedy zipie, to gdzie im si ta kopota o takie sprawy. Nard ciemny i zabiedzony, to nawet i 
nie miarkuje, co mu potrza - zafrasowa si wielce za wszystkich i serdecznie zatroska. 

- Czowiek to jak winia, nieacno mu ryja unie do soca. 
Gowi si i wzdycha, a tyla mu jeno przyszo z tych rozwaa i turbacji, e poczu, jako 
i jemu jest le, a moe nawet gorzej nili drugim. 

- Bo jeno tym dobrze, ktre o niczym nie maj pomylenia! 
Machn rk i szed tak srodze zadeliberowany, e omal nie wlaz na yda szmaciarza, 
siedzcego pod zboem. 

- Ustalicie, juci, taki gorc - ozwa si pierwszy przystajc nieco. 
-To jest piec, to jest boskie skaranie, a nie gorc - wybuchn yd i powstawszy, zaoy 
szleje na stary, przygarbiony kark, przypi si do taczki niby pijawka, pchajc j przed sob z 
niezmiernym wysikiem, gdy bya naadowana workami gaganw i drewnianymi pudami, a 
na nich sta jeszcze kosz jaj i klatka z kurcztami, za w dodatku droga bya piaszczysta i srogi 
upa, to chocia si wydziera ze si do ostatka i szarpa, a co troch musia odpoczywa. 
-Nuchim; ty si spnisz na szabes! - upomina si paczliwie. - Nuchim, ty pchaj, ty jeste 
mocny jak ku! - mamrota zachtliwie. - Nuchim, nu, raz... dwa... trzy... - i rzuca si na 
taczk z krzykiem rozpaczy, pcha j kilkanacie krokw i znowu stawa. 
Antek skin mu gow i przeszed, ale yd zawoa bagalnie: 

-Pomcie, panie gospodarzu, dobrze zapac, ju nie mog, ju cakiem nie mog opad 
na taczki, blady kiej trup i ledwie dyszcy. 

Antek zawrci bez sowa, zwali na taczki kapot i buty, uj je krzepko i pcha tak wartko, 
jae koo zapiszczao i kurz si podnis. yd drepta pobok apic powietrze zadyszan 
piersi i gada zachtliwie: 

- Tylko do lasu, tam dobra droga, ju niedaleko, dam wam ca dziesitk. 
-Wsad se j w nos! Gupi, stoj to o twoj dziesitk! No, jak to te ydy myl, e 
wszystko na wiecie jeno za pienidze. 
-Nie gniewajcie si, to ja dam liczne kuraski la dzieci, nie? to moe nici, igy, jakie 
wstki? Nie! Moe by buki, karmelki, obarzanki albo jeszcze co? Ja mam wszystko. A 
moe pan gospodarz kupi paczk tytuniu? A moe da kieliszek fajnej gorzaki? Ja mam dla 
siebie, ale po znajomoci. Na moje sumienie, tylko po znajomoci! 
Zakasa si, jae mu lepie na wierzch wylazy, a kiej Antek zwolni nieco kroku, chyci 
si taczek i wlk si pogldajc na zawie. 

- Bdzie dobry urodzaj, yto ju spado - zacz z innej beczki. 
- A jak nie urodzi, te mniej pac. Zawdy na strat gospodarzom. 
- Pikny czas da Pan Bg, ziarno ju suche - kruszy kosy i pojada. 
- Juci, tak se folguje Pan Jezus, co ju jczmiona przepady. 
Pogadywali z wolna o tym i owym, a zeszo na zebranie, o ktrym yd wiedzia, bo 
rzek rozgldajc si trwoliwie dokoa: 

-Wiecie, jeszcze zim naczelnik zrobi kontrakt z jednym majstrem na postawienie 
szkoy w Lipcach. Mj zi im faktorowa. 
- Jeszcze zim? Przed uchwa? Co wy te powiadacie? 
- Moe si mia pyta o pozwolenie? Czy to on nie dziedzic na swj powiat? 
Antek j rozpytywa, gdy yd wiedzia rne ciekawe rzeczy i rad odpowiada, za w 
kocu rzek pobaliwie: 

- Tak musi by. Gospodarz yje z tej ziemie, kupiec z handlu, dziedzic z folwarku; ksidz 
z parafii, a urzdnik ze wszystkich. Tak musi by i tak jest dobrze, bo kady potrzebuje troch 
y. Czy nieprawda? 
-Widzi mi si, co nie o to idzie, aby jeden drugiego upi ze skry, a jeno, bych kaden 
y sprawiedliwie, jak Pan Bg przykaza. 


- Co na to poradzi? kady yje, jak moe. 
- Ja wiem, e kady sobie rzepk skrobie, ale i bez to jest le. 
yd jeno gow pokiwa, ale swoje myla. 
Doszli wanie lasu i twardszej drogi, Antek odstawi taczki, kupi za ca zotwk cukierkw 
la dzieci, a kiej mu yd j dzikowa, burkn: 

- Gupi, pomogem ci, bo mi si tak spodobao. 
Ruszy ostro ku Lipcom, bogi chd go ogarn, rozoyste drzewa tak przysaniay drog, 
e jeno rodkiem widnia pas nieba, za po ziemi skrzya si rozmigotana rzeka soca. 
Br by stary i wyniosy, dby, sosny i brzozy toczyy si gst, pomieszan cib, a doem 
tuli si do grubachnych pni drobny nard leszczyn, osik, jaowcw i grabw, za miejscami 
wierkowe zagaje rozpychay si hardo, pnc si chciwie ku socu. 

Na drodze jeszcze gsto poyskiway kaue po wczorajszej burzy i walay si poamane 
wierzchoy i gazie, a kaj niekaj smuka drzewina, wyrwana z korzeniami zalegaa w poprzek 
kiej trup. Cichuko byo, rzewo i mroczno, pachniao pleni a grzybem, drzewa stojay bez 
ruchu jakby zapatrzone w niebo, a przez zwarte korony jeno gdzieniegdzie przedzierao si 
soce, pezajc niby te zociste pajki po mchach, po czerwonych jagdkach, rozsypanych 
jak stae krople krwi, po trawach bladych. 

Antka tak rozebra chd i gboki spokj lasu, e przysiadszy kaj pod drzewem zadrzema 
si niechccy. Przebudzi go dopiero koski tupot i parskanie, a dojrzawszy dziedzica 
jadcego konno podszed do niego. Przywitali si zwyczajnie, po ssiedzku. 

- Ale to piecze, co? - zagada dziedzic gaszczc niespokojn klacz 
- A dopieka, za jaki tydzie trza bdzie wychodzi z kos. 
-Na Modlickiem kad ju yto a mio. 
- Tam piachy, ale lato wszdy niwa rychlejsze. 
Dziedzic zapyta go o zebranie w kancelarii, a usyszawszy wszystko, jak si odbywao, 
jae oczy szeroko otworzy ze zdumienia. 

-I wycie si tak gono, otwarcie o polsk szko upominali? 
- Rzekem, przeciek nie robi z gby cholewy. 
- A ecie si to wayli z tym wystpi przy naczelniku, no, no! 
- W ustawie stoi o tym jak w, to prawo miaem. 
- Ale skd wam przyszo do gowy upomina si o polsk szko? 
- Skd! Przeciema Polaki, a nie Niemcy czy to jakie drugie. 
- Kt to was tak namwi? - pyta ciszej pochylajc si ku niemu. 
- Dzieci te i bez nauczyciela przychodz do rozumu - odrzek wykrtnie. 
- Widz, e Roch nie na prno krci si po wsiach - cign tak samo. 
- A wesp z panowym stryjaszkiem, jak mog, tak nard nauczaj. 
Wtrci z naciskiem, patrzc mu bystro w oczy, dziedzic zakrci si jako niespokojnie, 
zagadujc o czym innym, ale Antek z rozmysem wraca do tej sprawy i do rnych chopskich 
bolczek, wyrzekajc cigiem na ciemnot i opuszczenie, w jakim nard yje. 

-A bo nikogo nie suchaj! Wiem przecie, jak ksia pracuj nad nimi, jak nawouj do 
pracy, ale to wszystko groch na cian. 
- Hale, kazaniem tyle pomoe co umaremu kadzidem. 
-Wic czyme? Zmdrzae, widz, w kryminale - rzuci z przeksem, a Antek poczerwienia, 
ypn lepiami, ale odrzek spokojnie: 
- A zmdrzaem, bo wiem, e wszystkiemu zemu winni panowie. 
- Duby smalone pleciesz, a c ci to zego zrobili? 
-A to, e za polskich czasw tyle jeno dbali o nard, eby go batem popdza i ciemiy, 
a sami se tak balowali, jae i przebalowali cay nard, e tera wszystko trza zaczyna od 
pocztku, na nowo. 
Dziedzic, e to by prdki, ozgniewa si i krzykn: 



-A wara ci, chamie jeden, do tego, co panowie robili, pilnuj lepiej gnoju i wide, rozumiesz! 
A jzyk trzymaj za zbami, by ci go nie przycili! 

wisn szpicrut i pogna, jae w klaczy zagraa wtroba. 

Antek za poszed w swoj stron, a rwnie zy i wzburzony. 

-Psie nasienie! -mamrota gniewnie. -Janie pany, psiekrwie! Jak mu byo potrza chopskiej 
aski, to z kadym si brata. cierwo! Sam niewart i wszy pieczonej, a drugich przezywa 
od chamw! - sroy si kopic ze zoci muchary stojce mu na drodze. 

Ju wychodzi z lasu na topolow, gdy naraz posysza jakby znajome gosy, rozejrza si 
uwanie: pod krzyem tulia si w cieniu brzzek jaka bryka zakurzona, za na kraju boru 
sta Jasio organistw z Jagusi. 

Przetar oczy, cakiem pewny, jako mu si przywidziao, ale nie, stojali zaledwie o kilkanacie 
krokw od niego, zapatrzeni w siebie i dziwnie rozemiani. 

Zdziwi si niemao nastawiajc przy tym uszy, ale chocia sysza gosy, nie mg jednak 
zoy i wymiarkowa ani jednego sowa. 

-Wracaa z boru, on jecha i spotkali si - pomyla, ale w tym oczymgnieniu uksio go 
cosik w serce, spospnia i guche, kolce podejrzenie zatargao kaj we wtpiach. 
-Nic drugiego, jeno si zmwili! -lecz dojrzawszy Jasiowe ksie obleczenie i jego 
twarz tak jak wit, uspokoi si odetchnwszy z niezmiern ulg, nie poredzi se jeno 
wyrozumie Jagusi, dlaczego si tak bya wystroia do boru? i czemu tak modrzay jej lepie 
roziskrzone? czemu jej tak latay czerwone wargi, a bio od niej tak radoci? Obiega j 
wilczymi, godnymi lepiami, gdy wypinajc si naprzd wzdtymi piersiami podawaa krbk, 
z ktrej Jasio wybiera jagody, sam jad i jej wtyka do ust... 

-Prawie ksidz, a chce mu si zabawia kiej dzieciak -szepn z politowaniem i wartko 
ruszy ku domowi miarkujc sobie po socu, jako musiao ju by kole podwieczorka. 
-Pki nie tkn tej zadry, pty i nie boli! -myla o Jagusi. -A jak to w niego akomie patrzaa; 
dziw go nie zjada. A niechta, a niechta... 
Prno si jednak otrzcha, zadra i tak dolegaa mu do ywego. 

-A ode mnie to uciekaj kieby od tej zarazy. Juci, nowe sitko na koek, szczciem, co z 
Jasiem nic nie wskra - rozjtrza si coraz barzej - poniektra to jak suka, poleci za kadym, 
kto zagwizda. 
Lecia prdko, ale nie poredzi zgubi tych gorzkich wspominkw, jacy ludzie go wymijali, 
ani spostrzeg kogo; uspokoi si dopiero pod wsi, gdy dojrza organicin siedzc 
nad rowem z poczoch w rku, najmodszy tarza si przed ni w piasku, a stadko podskubanych 
gsi szczypao traw midzy topolami. 

- A tutaj pani zawdrowaa z gsiami? - przystan obcierajc spotnia twarz. 
- Wyszam naprzeciw Jasia, tylko go patrze, jak nadjedzie. 
- Dy ino co wyminem go pod lasem. 
-Jasia! to ju jedzie? -zakrzyczaa zrywajc si na nogi. -Pilusie, pilu, pilu a gdzie, 
szkodniki, a gdzie? -wrzasna, bo gsi jako niespodzianie dopady do yta stojcego nad 
drog i wzieny je zajadle mci. 
- Bryka staa pod figur, za on rozmawia se z jak kobiet. 
-Pewnie spotka znajom i pogadaj. To on tu zaraz nadjedzie. Poczciwa chopczyna, on 
nawet obcego psa nie przepuci bez pogaskania. A ktr to spotka? 
-Nie rozeznaem dobrze; ale zdao mi si, co Jagusi - a widzc, e stara skrzywia si 
jako niechtnie, dorzuci ze znaczcym przemiechem: -Nie rozeznaem, bo zeszli mi z 
oczw kaj w zagaje... pewnikiem przed gorcem... 
- wici Pascy! co te wam w gowie, Jasio zadawaby si z tak... 
- Taka dobra jak drugie, a moe i lepsza! - rozgniewa si srodze. 
Organicina chybciej zaruchaa drutami wpatrujc si jako pilnie w poczoch. -A eby 
ci ozr odjo, pleciuchu jeden -mylaa gboko dotknita -Jasio miaby z tak dziew... 



prawie ju ksidz... - Ale si jej spomniay rne ksiowskie historie i ogarn j niepokj, 
poskrobaa si drutem po gowie, postanawiajc rozpyta si obszerniej, lecz Antka ju nie 
byo, natomiast na drodze od lasu podnis si tuman kurzawy i toczy si ku niej coraz prdzej, 
a nie wyszo i Zdrowa, ju Jasio ciska j z caej mocy i skamla serdecznie: 

- Mamusiu kochana! Mamusiu! 
-wici Pascy! Ady mnie udusisz! Pu, smoku, pu! -i kiedy puci, sama wzia go 
ciska, caowa a wodzi po nim rozkochanymi oczyma. 
- A to ci wychudzili, kruszyno! Taki blady, synaczku! Taki mizerny! 
-Rosoy na wiconej wodzie nie pas! -mia si pohutujc brata, ktren jae piszcza 
z radoci. 
- Nie bj si, ju ja ci odpas - szeptaa gadzc go pieciwie po twarzy. 
- To jedmy, mamusiu, prdzej bdziemy w domu 
-A gsi? wici Pascy, znowu w szkodzie! Skoczy wygania, gdy si byy dorway 
yta uskajc kosy a mio, potem brata usadzi w bryce i zapdzajc przed sob gsi szed 
rodkiem drogi rozpowiadajc o podry. 
- Patrz no, jak si bben umaza! - zauwaya wskazujc na maego. 
-Dobra si do moich jagd. Jedz, Stasiu, jedz! Spotkaem w lesie Jagusi, wracaa z jagd 
i troch mi usypaa... - zrumieni si wstydliwie. 
- Wanie przed chwil mwi mi Boryna, e was spotka... 
- Nie widziaem go, musia gdzie bokiem przechodzi. 
-Moje dziecko, na wsi ludzie widz przez ciany nawet i to, czego wcale nie byo! - wyrzeka 
z naciskiem, spuszczajc oczy na rozmigotane druty. 
Jasio jakby nie zrozumia, gdy dojrzawszy stado gobi lecce nisko nad zboami, mign 
za nimi kamieniem i zawoa wesoo: 

- Zaraz pozna po wypasionych brzuchach, e to proboszczowskie... 
- Cicho, Jasiu, jeszcze kto usyszy! -skarcia go agodnie, rozmarzajc si myleniem, jak 
to on zostanie kiedy proboszczem, a ona usidzie przy nim na stare lata doywa dni swoich 
w spokoju i szczliwoci. 
- A kiedy to Felek przyjedzie na wakacje? 
- To mama nie wie, e go aresztowali? 
-wici Pascy! Aresztowany! i c to zbroi? A zawsze mwiam, a przepowiadaam, 
e le skoczy! Taki ajdus, w sam raz byo mu i na jakiego pisarka, ale mynarzom zachciao 
si zrobi z niego doktora! A tak si nim pysznili, tak nosy zadzierali, a teraz synek w 
kryminale, maj pociech! - a si trzsa z jakiej mciwej radoci. 

- Ale to zupenie co innego, siedzi w cytadeli. 
- W cytadeli, a to musi by co politycznego? - zniya gos. 
Jasio nie umia odpowiedzie czy te nie chcia, za ona szepna trwonie: 
- Moja kruszyno, tylko ty nie mieszaj si do niczego. 
- U nas nawet mwi nie wolno o takich rzeczach, zaraz by wypdzili. 
-A widzisz! Wypdziliby ci i nie zostaby ksidzem! Ady bym umara ze wstydu i 
zgryzoty! Boe mj, zmiuj si nad nami! 

- Niech si mama o mnie nie boi. 
-Przecie rozumiesz, jak harujemy i zabiegamy, aby chocia wam byo troch lepiej. 
Sam wiesz, jak ciko, tyle nas w domu, a przychody coraz mniejsze i eby nie te troch ziemi, 
to bymy przy naszym proboszczu musieli nieraz godem przymiera. Wiesz, proboszcz 
si teraz sam godzi z chopami o luby i pogrzeby, sam, syszane to rzeczy! powiada, e ojciec 
z ludzi zdziera! Jaki mi dobrodziej z cudzej kieszeni. 
- A bo naprawd zdziera! - wykrztusi niemiao. 
-Co ty! Na ojca bdziesz powstawa? na rodzonego ojca! A jeli zdziera, to dla kogo? 
Przecie nie dla siebie, a tylko dla was, dla ciebie, na twoj nauk - zaskarya si bolenie. 


Jasio zacz j przeprasza, ale mu przerwao jakie jazgotliwe dzwonienie, pynce 
gdzie od stawu. 

- Syszy mama? pewnie ksidz idzie do chorego z Panem Jezusem. 
-Prdzej to dzwoni na pszczoy, eby nie ucieky, musiay si wyroi na plebanii. Proboszcz 
wicej teraz pilnuje swojego byka i pasieki nili kocioa. 
Dochodzili wanie smtarza, gdy naraz sypn si na nich brzkliwy szum, e Jasio ledwie 
zdy krzykn na furmana: 

- Pszczoy! trzymajcie konie, bo si sposz. 
Jako nad placem kocielnym hucza ogromny rj, nis si gr kieby rozbrzczana 
chmura, koowa upatrujc sposobnego miejsca, to znia si przepywajc midzy drzewami, 
a za nim lecia ksidz w portkach jeno i koszuli, bez kapelusza, zaziajany i nieustannie machajcy 
kropidem, za Jambro skradajc si bokami, w cieniach, przydzwania zajadle i 
wrzeszcza; obiegli plac par razy nie zwalniajc ani na chwil, gdy pszczoy opaday coraz 
niej, jakby zamierzajc opa na ktry z domw, e ju dzieci pierzchay spod cian, ale naraz 
poderway si dziebko i szy prosto na Jasiow bryk; wrzasna organicina i zadarszy 
kieck na gow przycupa kaj w rowie, konie zaczy si rwa, a furman skoczy zakry im 
lepie, gsi si rozleciay, a jeno Jasiu sta spokojnie z zadart gow, rj zakrci z naga tu 
nad nim i poszed prosto na dzwonnic. 

-Wody! - rykn proboszcz puszczajc si w cwa za nimi, dopad z bliska i tak je skropi, 
e nie mogc ju rucha przemikymi skrzydami, zaczy si osadza w dzwonnicznym 
oknie. 
-Jambro! drabina, sitko, a prdzej, bo uciekn! Ruszaj si, kulasie! Jak si masz, Jasiu, 
zrb no ognia w trybularzu, trzeba je podkurzy, to si uspokoj! -wrzeszcza zgorczkowany, 
nie przestajc skrapia opadajcego roju, a nie upyno i Zdrowa, drabina staa pod 
dzwonnic, Jambro przydzwania, Jasio dymi z trybularza niby z komina, za ksidz pi si 
w gr i dosignwszy pszcz gmera midzy nimi wyszukujc matki. 
-Jest! Chwaa Bogu, ju nie uciekn! Podkurz, Jasiu, od spodu, bo si roza! -rozkazywa 
zgarniajc goymi rkami pszczoy; nic si bowiem nie boja, chocia obsiady mu 
gow i aziy po twarzy, jeno pogadujc cosik do nich zbiera je do sitka i zbiera, gdy rj 
by ogromny. 
-Uwaa! burz si, mog ci! -ostrzega schodzc z drabiny, otoczony ca chmar 
wirujc nad nim z brzkiem i szumem, a zeszedszy na ziemi ponis sito przed sob tak 
wanie i uroczycie kieby t monstrancj, Jasio go okadza koyszc trybularzem, Jambro 
dzwoni pokrapiajc raz po raz i w takiej ano procesji walili do pasieki za plebani, kaj w 
osobnym zagrodzeniu stao kilkadziesit uli rozbrzczanych, jakby w kadym si roio. 
A kiedy ksidz zaj si obsadzaniem pszcz, Jasio, dobrze ju godny i utrudzony, wysun 
si cichaczem do domu. 

Juci, co ucieszyli si nim niezmiernie, a co tam byo piskw, caowa i pyta, tego i nie 
wypowiedzie, za skoro przesza pierwsza rado, usadzili go za stoem i daleje znosi 
przerne smaki a podtyka, a molestowa i zachca do jada, jae cay dom si trzs od 
wrzaskw i bieganiny; gdy wszyscy naraz pragnli mu usuy i by jak najbliej. Wanie 
na taki rejwach wpad zziajany Grzela, wjtw brat, rozpytujc si niespokojnie, czy nie widzieli 
Rocha? Ale nikt go nie widzia na oczy. 

-Nie mog go nikaj nale -wyrzeka frasobliwie i nie wdajc si w rozmowy polecia 
dalej szuka po chaupach, a zaraz po jego odejciu zawoano Jasia na plebani. Ociga si, 
zwczy, ale i musia. 

Proboszcz czeka w ganku przy podwieczorku, wycaowa go po ojcowsku i usadziwszy 
przy sobie rzek wielce askawie: 

-Rad jestem, e przyjecha, bd mia z kim odmawia brewiarz! Ale wiesz, ile mam 
tegorocznych rojw? Pitnacie! A mocne, jak stare, ju niektre zarobiy miodem po wier 


ula! Wyroio si wicej, Ambroemu kazaem pilnowa pasieki, ale usna trba, i pszczki 
fiut... na bory i lasy. A jeden rj ukrad mi mynarz! No, mwi ci, e ukrad! Ucieky na jego 
grusz, zabra jak swoje i ani chcia sucha o oddaniu! Zy o byka, to mci si na mnie, jak 
moe, rabu jeden. Syszae to ju o Felku? Te gagany to tn jak osy, a sio! - zajcza opdzajc 
si chusteczk od much, padajacych mu cigiem na ysin. 

- Tylko tyle, e siedzi w cytadeli. 
-eby si cho na tym skoczyo! Doigra si, co? A mwiem, a przekadaem, nie sucha 
osie jeden i ma teraz bal! Stary ryfa i bufon, ale Felka szkoda, zdolna szelma, po acinie 
umie ekspedite, e i biskup lepiej nie potrafi. C, kiedy we bie pstro i daleje wybiera si z 
motyk na soce... A powiedziano: jake to... aha! czego nie wolno, nie rusz, a co zakazane, 
obchod z daleka. Pokorne ciel dwie matki ssie... tak... -cign ciszej i ju coraz sabiej, 
opdzajc si przed muchami. -Zapamitaj to sobie, Jasiu! No, mwi, zapamitaj! -zwiesi 
gow zapadajc w gboki fotel, ale gdy Jasio powsta z krzesa, otworzy oczy i zamamrota: 
-Zmczyy mnie pszczki! A przychod wieczorami na brewiarz. Ale uwaaj na siebie i nie 
spoufalaj si  chopami, bo kto si zada z plewami, tego winie zjedz! No, mwi, zjedz i 
basta! - przysoni ysin chustk i zachrapa ju na dobre. 
Snad tak samo myla organista, albowiem kiedy parobek wyprowadza konie na pastwisko 
i Jasio skoczy na jednego, stary zakrzycza: 

- Zle mi zaraz! Nie pasuje, eby ksidz jedzi na oklep i zadawa si z pastuchami! 
Strasznie chciao mu si jecha, ale zlaz jak niepyszny i poniewa mrok ju zapada, poszed 
za ogrody odmwi wieczorne pacierze, ale mg si to zebra w sobie, kiedy jaka 
dzieuszyna piesneczka dzwonia gdzie niedaleko i baby rajcoway w jakim sadzie, e kade 
sowo leciao po rosie, i wrzeszczay dzieci kpice si w stawie, kaj znw miechy si zatrzsy, 
to ryki krw, to ksie perliczki dary si przenikliwie i caa wie huczaa przernymi 
pogosami niby ten ul rozbrzczany, e cigiem mu si mylio, a gdy nareszcie uchwyci 
wtek i przyklknwszy pod ytem wtopi rozmodlone oczy w to niebo rozgwiadone i ponis 
dusz kaj w zawiaty, buchny od wsi takie przeraliwe krzyki, lamenta i przeklinania, 
e polecia ku domowi wystraszony wielce i niespokojny. 

Matka wanie wysza go woa na kolacj. 

- Co si tam stao? Bij si czy co? 
-Jzef Wachnik wrci z kancelarii troch pijany i pobi si ze swoj. Dawno si ju babie 
naleaa porzdna frycwka. Nie bj si, nic jej nie bdzie. 
- Ale krzyczy, jakby j ze skry obdziera. 
-Zwyczajne babskie wrzaski, eby j pra kijem, toby bya cicho! Odbije mu ona jutro za 
swoje, odbije! Chod, kruszyno, bo kolacja przestygnie. 
Ledwie tkn jada i czujc si wielce zdroony, zaraz pooy si spa. Ale rano, jak tylko 
soce zawiecio, ju by na nogach. Oblecia pole, przynis koniom koniczyny, podrani 
ksie indory, jae si rozbulgotay, przywita pieski, e dziw acuchw nie pozryway z 
radoci, sypn ziarna gobiom, pomg modszemu wypdza krowy, narba drzewa za 
Michaa, spenetrowa w sadzie dojrzewajce magorzatki, pofiglowa ze rebakiem i by 
wszdy i wszystko wita caujcymi oczami, jak przyjacioy serdeczne, jak braty rodzone, 
nawet te malwy osypane kwiatem, nawet te prosita grzejce si na socu, nawet pokrzywy i 
chwasty; przytajone pod potami, a matka biegajca za nim rozkochanymi spojrzeniami 
szeptaa z pobaliwym umiechem: 

- Wariacie jeden! wariacie! 
A on snu si i promienia jako ten dzie lipcowy, jasny, rozemiany, rozsoneczniony, 
wezbrany ciepem i ogarniajcy wszystek wiat dusz miujc, ale skoro zadzwonia sygnaturka, 
rzuci wszystko i polecia do kocioa. 

Proboszcz wyszed z wotyw, poprzedza go Jasio w nowej komy, przybranej wieo 
czerwonymi wstgami, organy zagray przebieran, hukliw nut, z chru podnis si gru




bachny gos, od ktrego zadrgay wiata, kilkanacie osb przyklko przed otarzem - i zaczo 
si naboestwo. 

Jasio, chocia suy do mszy, a w przerwach arliwie si modli, jednak dostrzeg Jagusi 
klczc nieco z boku i co podnis gow, to widzia jej modre, byszczce oczy wlepione 
w siebie i jaki przytajony umiech na rozchylonych, czerwonych wargach. 

Zaraz po kociele zabra go ksidz na plebani i zasadzi do pisania, e dopiero po poudniu 
wyrwa si na wie odwiedza znajomkw. 

Najpierw zaszed do Kbw, gdy siedzieli najbliej, przez drk jeno, w chaupie jednak 
nie zasta nikogo, a tylko w sieniach, wywartych na przestrza, cosik zaruszao si w kcie, 
a jaki gos zachrypia: 

- Dy to ja, Jagata! - uniesa si rozkadajc rce ze zdumienia - Jezu, pan Jasio! 
-Lecie spokojnie. Chorzycie, co? - pyta troskliwie i przysunwszy se pieniek przysiad 
blisko, ledwie rozpoznajc jej twarz wyschnit kiej ziemia. 
- Jeno ju Paskiego miosierdzia czekam - gos jej zabrzmia uroczycie. 
- C to wam jest? 
-A nic, mier se we mnie ronie i na niwo czeka Kby me ano przytuliy, bym se u 
nich pomara, to pacierz mwi i wygldam cierpliwie onej godziny, kiej kostucha zapuka i 
powie: pdzi, duszo umczona. 
- Czemu do izby was nie przenios? 
-Hale, pki nie pora, to co ta bede im zabieraa miejsce... i tak cielaka musiay ze sieni 
wyprowadzi. Ale mi przyobiecay, e na t ostatni moj godzin to me przenios do izby, 
na ko pod obrazy, i wiec mi zapal...i ksidza sprowadz... a potem we witeczne 
szmaty me przyoblek i pochowek sprawi gospodarski. Juci, daam na wszystko... a ludzie 
poczciwe sieroty moe nie ukrzywdz. Niedugo przeciek bede im tu zawala, nie... i przy 
wiadkach mi przyobiecay, przy wiadkach. 
- A nie przykrzy si wam samej? - gos mu nasik aoci i zami. 
-Cakiem mi dobrze, paniczku. A mao to wiata dojrz se przez drzwi? kto przejdzie 
drog, kto gdziesik zagada, kto i zajrzy, kto nawet rzuci to poczciwe sowo, e jakbym se po 
wsi wdrowaa. A pjd wszystkie do roboty, to kokoszki pogrzebi w mieciach, gadzina 
pochrzka za cian, pieski zajrz, wrble wpadn do sieni, soce dziebko powieci przed 
zachodem, a niekiej wisus jaki ciepnie pecyn i dzionek zleci, ani si czowiek spodzieje. A 
nocami te do mnie przychodz, juci... a niejedne... 
- Kt taki? kto? - zajrza z bliska w jej otwarte, a jakby niewidzce oczy. 
-A te moje, co si im ju dawno pomaro, a te powinowate i znajome. Prawd mwi, 
paniczku, przychodz... A kiedy -szeptaa z umiechem nieopowiedzianego szczcia i sodyczy 
- to przysza do mnie Panienka i powieda cichuko: Le se, Jagato, Pan Jezus ci wynagrodzi!... 
Sama Czstochowska, zaraz poznaam... w koronie ano bya, w paszczu, a caa 
we zocie i koralach. Pogadzia me po gowie i rzeka: Nie bj si, sieroto, gospodyni se 
bdziesz pierwsz na niebieskim dworze, pani se bdziesz, dziedziczk... 
I tak se gaworzya starucha kiej ta zasypiajca ptaszka, za Jasio przychylony nad ni sucha 
i patrza kieby w jak nieodgadnion gb, kaj cosik tajnego bulgoce i gada, i byska, i 
co takiego si dzieje, czego ju zgoa czowieczy rozum nie rozbierze. Zrobio mu si jako 
strasznie, ale nie poredzi si oderwa od tej kruszyny ludzkiej, od tego zetlaego dba, co 
drgajc, kieby ten promie gasncy w mroku, jeszcze se ni o dniach nowego ywota. Pierwszy 
raz w yciu tak z bliska zajrza w czowiecz, nieubagan dol, to i nie dziwota, e przej 
go luty strach, ao cisna dusz, zy zatopiy oczy, wspczujca lito przygia go do 
ziemi, a gorca, proszalna modlitwa sama si ju rwaa z warg roztrzsionych. 

Stara przeckna si i unoszc gow szepna w zachwycie: 

- Janio przenajwitszy! ksiyczek mj serdeczny! 


On za potem dugo sta pod jak cian grzejc si w socu i cieszc oczy tym dniem 
jasnym i yciem, jakie wrzao dokoa. 

Bo i c, e tam jaka dusza czowiekowa skamlaa w pazurach mierci. 

Soce nie przestao wieci, szumiay zboa, biae chmury przepyway wysoko, wysoko, 
dzieci bawiy si po drogach, rumieniy si po sadach jabka dojrzewajce, w kuni biy 
moty, jae rozlegao si na ca wie, kto wz rychtowa, kto kos nakuwa sposobic si 
do niw, pachnia chleb wieo upieczony, rajcoway kobiety, chusty suszyy si po potach, 
ruszali si po polach i obejciach, jako dnia byo, jak zawdy, gmera si rj ludzki wrd trosk 
i zabiegw ani nawet mylc, kto tam pierwszy stoczy si z brzega. 

Zaby ta komu przyszo co z tego. 

Wic i Jasio prdko si otrzsn ze smutku i poszed na wie. 

Posiedzia czas jaki przy Mateuszu, ktren Stachow chaup wyciga ju do zrbu; posta 
nad stawem z Poszkow bielc ptno; odwiedzi chor Jzk; nasucha si wyrzeka 
wjtowej; przyjrza si w kuni, jak kowal stali kosy i nacina ostrza sierpw; zajrza i na 
ogrody, kaj pracowao najwicej dzieuch i kobiet, a wszdy wielce byli mu radzi, witajc 
przyjacielsko i patrzc na niego z niema dum: bo lipeckie to byo dziecko, wic jakby w 
krewiestwie ze wszystkimi. 

A dopiero na samym ostatku wstpi do Dominikowej; stara siedziaa przed domem i 
przda wen, dziwi si temu, gdy oczy miaa przewizane. 

-Palcami zmacam i te wiem, jaka nitka, cienka czy ogrubnia - tumaczya i bardzo ucieszona 
z jego odwiedzin, zawoaa na Jagusi zajt kaj w podwrzu. 
Przyleciaa zaraz, nieco ino rozdziana, bo tylko we weniaku i w koszuli, ale dojrzawszy 
Jasia przysonia piersi rkami i sczerwieniwszy si kiej winia ucieka do chaupy. 

- Jagu, a wynie no mleka, to moe pan Jasio si przechodzi! 
Wyniesa pokrtce pen doink i garnuszek, przybrana ju w chusteczk na gowie, lecz 
tak jako zesromana, e kiej wzia nalewa mleko, rce jej latay i blada, to czerwienia si 
na przemian, nie miejc podnie oczw. 

I cay czas nie odezwaa si do niego ani sowa i dopiero kiej poszed, odprowadzia go 
na drog, patrzc za nim, pki jej z oczw nie zgin. 

Niewypowiedzianie paro j cosik za nim i tak strasznie ponosio, e aby si nie da pokusi, 
wpada do sadu, chycia si oburcz jakiego drzewa i przytulajc si do niego stana 
bez tchu prawie i przytomnoci, nakryta, niby paszczem, gaziami, zwisymi od jabek; staa 
z przywartymi powiekami, z umiechem zatajonym w ktach warg, pena szczliwoci, a 
zarazem lku, i pena jakowych ez sodkich i lubego dygotu, jak wtedy, kiej patrzaa na niego 
przez okno, w tamt noc wionian. 

Ale i Jasia jakby cigno za ni, bo chocia bezwolnie, a zaglda do nich niekiedy na 
krtk chwil i odchodzi dziwnie rozradowany, a ju co dnia widywa j w kociele, klczaa 
zawdy przez ca msz, a tak wielce rozmodlona i jakby wniebowzita, e spoglda na ni ze 
sodkim wzruszeniem, opowiadajc kiedy o jej pobonoci: 

Matka tylko wzruszya ramionami. 

- Ma za co przeprasza Pana Boga, ma... 
Jasio mia dusz czyst kieby ten najbielszy kwiat, to i nie zrozumia przytyku, a e przychodzia 
do nich, e j wszyscy w domu lubili, e widzia, jaka bya pobona, tomu ani postao 
w gowie jakie niebd posdzenie; zdziwi si tylko teraz, e od jego przyjazdu nie bya 
jeszcze ani razu. 

- Wanie posaam po ni, bo mam duo do prasowania - odrzeka matka. 
I przysza wkrtce tak wystrojona, e Jasio a si zdumia. 
- C to, idziecie na wesele? 
- A moe przysali do was z wdk? - zapiszczaa ktra z dziewczyn. 


-Zaby ta kto mia, dy bym go przepdzia na cztery wiatry! -omiaa si kraniejc 
kieby ra, e to wszyscy na ni patrzeli. 

Stara zapdzia j zaraz do prasowania, poleciay za ni organicianki wraz z Jasiem i tak 
si im wkrtce zrobio wesoo, tak gruchali miechem z bele gupstwa i wrzeszczeli, jae organicina 
musiaa przykarca: 

- Cichocie, sroki! Jasiu, id lepiej do ogrodu, nie wypada ci tu suszy zbw. 
To rad nierad wzi ksik i powlk si jak zwykle w pole, i tam kaj daleko za wsi, na 
miedzach, pod gruszami, na granicznych kopcach, przesiadywa zagbiony wczytaniu albo 
jeno se medytujcy. 

Ale Jagusia dobrze ju znaa te samotne schroniska, dobrze wiedziaa, kaj go szuka utsknionymi 
oczami, kaj si nie do niego choby jeno t myl radosn; krya bowiem kole 
niego kieby ten motyl w krgu wiata i kry musiaa, paro j za nim niepowstrzymanie i 
wleko tak nieprzeparcie, e si ju daa bez pamici na wol tej jakiej lubej mocy, daa si 
jakby wodom spienionym, co j ponosiy w jakowe wynione wiaty szczliwoci, daa si 
wszystk dusz i sercem, ani nawet mylc, na jaki brzeg j wynies ni na jak dol. 

I czy si pn noc kada do snu, czy si rankiem zrywaa z pocieli, to zawdy jednym 
pacierzem dygotao jej serce: 

- Obacz go znowu! obacz! 
A nieraz, kiedy klczaa przed otarzem i ksidz wyszed ze msz, i zagray przejmujc 
nut organy, i wiony kadzielne dymy, i roztrzsy si gorce szepty pacierzy, i kiedy zapatrzya 
si rozmodlonymi oczami w Jasia, ktren biao przybrany, smuky, liczny, ze zoonymi 
rkami snu si w tych dymach i kolorach, jakie biy z okien, to si jej widziao, co ywy 
janio zestpi z obrazu i oto pynie ku niej ze sodkim przemiechem... idzie... e raje 
otwieray si w jej duszy, padaa na twarz w proch, przywierajc wargami do miejsc, kaj 
przeszy jego stopy, i porwana zachwyceniem, piewaa wszystk moc czowieczej szczliwoci: 


-wity! wity! wity! 

A nieraz i msza si skoczya, i ludzie si porozchodzili, i Jambro ju w pustym kociele 
przedzwania kluczami, a ona jeszcze klczaa, zapatrzona w puste po Jasiu miejsce, rozmodlona 
przenajwitsz cichoci upojenia, t radoci nabrzmia do blu, tymi jeno zami, co 
jej same spyway z oczw, kiej ziarna pene, wakie i przeczyste. 

e ju dnie byy dla niej jako te cige wita, jako te uroczyste odpusty w nieustannej 
radoci naboestwa, jakie si cigiem odprawiao w jej, duszy, bo kiedy wyjrzaa w pole, to 
dzwoniy jej tym samym dojrzae kosy, dzwonia spieczona ziemia, dzwoniy sady przygite 
pod ciarem owocw, dzwoniy bory dalekie i te wdrujce chmury, i ta przenajwitsza 
hostia soca, wyniesiona nad wiatem, a wszystko piewao wraz z jej dusz jeden niebosiny 
hymn dzikczynienia i radoci: 

-wity! wity! wity! 

Hej, jaki to wiat liczny, kiej si na patrz rozmiowane oczy! 

A jaki to czowiek mocen w onej witej godzinie! Z Bogiem by si zmaga, mierci by 
si nie da, nawet doli by si przeciwi. ycie mu jednym weselem, a bratem choby i ten 
stwr najmarniejszy! Przed kadym dniem by klka w podzice, kadej nocy by bogosawi 
i na kadym miejscu wszystek by si rozdawa midzy blinie, a bogaczem ostaje, a cigiem 
mu jeszcze przybywa mocy, kochania i dni barzej cudnych. 

wiatami dusza si jego nosi, grnie we gwiazdy patrzy z bliska, nieba zuchwale siga, o 
wiecznej ni szczliwoci, bo si jej widzi, e nie ma ju kresu ni zapory la jej mocy i kochania. 


Tak si to i Jagusi widziao w t por miowania. 
Dnie szy zwyczajne, dnie znojnych przygotowa do niw, a ona uwijaa si przy robotach 
rozpiewana niby skowronek, niestrudzenie radosna i weselnie rozkwita, kieby ta ra w 



jej ogrdku, kieby te malwy smuka i kieby ten kwiat na Boym zagonie najliczniejsza i tak 
cignca oczy, tak wabica jarzcymi lepiami, tak cigiem rozemiana, e nawet starzy chodzili 
za ni oczami, za parobcy zaczli si znowu kole niej krci i wzdychajcy wystawa 
pod jej chaup, ale odprawiaa kadego. 

- eby nawet wrosn w ziemi, to i tak niczego nie wystoisz - szydzia. 
- Z kudego si ju przemiewa! A harna kieby dziedziczka! - skaryli si przy Mateuszu, 
ktry jeno westchn aonie, gdy nawet on tyla jeno wskra, co mg niekaj o zmierzchu 
pogadywa z Dominikow a patrze za Jagusi zwijajc si po izbie i sucha jej przepiewek. 
Patrza te i nasuchiwa tak gorco, e odchodzi coraz chmurniejszy i coraz czciej 
zaglda do karczmy, a potem w chaupie wyprawia rne brewerie. Juci, co ju najbarzej 
dostawao si Teresce, e ju chodzia ledwie ywa ze zgryzoty, tote spotkawszy kiedy Jagusi 
odwrcia si od niej plecami i spluna. 
Ale Jagusia, zapatrzona kaj przed si, przesza nawet jej nie widzc. 
Tereska rozgniewana zwrcia si do dzieuch, piercych nad stawem. 


- Widziaycie, jak si to pawi! A to przejdzie i ani ju spojrzy na kogo. 
- A wystrojona jakby na odpust. 
- Jake, do samego poednia przesiaduje przy czesaniu. 
-I cigiem se kupuje wstgi a stroiki - dogadyway zawistnie, bo znw od jakiego czasu, 
niech si jeno pokazaa na wsi, chodziy za ni babie spojrzenia ostre kiej pazury i jadowite 
kieby mije. Bray j te na ozory przy leda sposobnoci, a nicoway, e niech Bg broni, nie 
mogy jej bowiem darowa, e si stroia jak adna i e bya ponad wszystkie urodniejsza, 
eby ju nie spomina, co wyprawiaa z chopami. 
- Wynosi si nad drugie, jae trudno cierpie! 
-I przystraja si kieby dziedziczka i skd to na to bierze! 
- Cie, a za c to wjt ma u niej aski? 
- Powiadaj, jako i Antek nie skpi - przepowiaday se na ucho gospodynie zebrawszy si 
w opotkach Poszkowej. 
-Antek dba tyla o ni, co pies o pit nog -wtrcia Jagustynka -tam jest w przygodzie 
kto drugi! -zamiaa si tak domylnie, e jy j molestowa na wszystkie witoci, ale si 
nie wygadaa, jeno im w kocu rzeka : 
- Ja to plotw nie roznosz. Macie oczy, to wypatrzcie same. 
Jako od tej chwili sto par lepiw jeszcze zacieklej poszo na przepiegi trop w trop za 
Jagusi, kiej te gocze za zajczkiem. 
Ale Jagusia, chocia na kadym kroku spotykaa te przyczajone, strujce lepie, nie 
domylaa si niczego; co j tam zreszt obchodzio; kiej moga w kadej porze obaczy Jasia 
i topi si w jego oczach na mier. 

Na organistwk zagldaa prawie ju co dnia i zawdy w takim czasie, gdy Jasio by w 
domu, e nieraz kiej zasiada z bliska i kiej poczua na sobie jego spojrzenie, to dziw nie 
omdlewaa z luboci, oblewa j war, nogi si trzsy i serce omotao kieby motem, za indziej, 
gdy w drugim pokoju naucza siostry, to jae dech przytajaa zasuchana w jego gosie 
niby w tym sodkim dzwonieniu, a organicina spostrzega: 

-Co tak pilnie nasuchujecie? 
- Bo pan Jasio tak prawi naucznie, e niczego nie poredz wyrozumie! 
-Chcielibycie! -zamiaa si pobaliwie. - Abo to w maych szkoach si uczy przyrzucia 
z dum, wdajc si w szerok pogawdk o synu, lubia j bowiem i rada zapraszaa, e 
to Jagusia chtna bya do pomocy przy kadej robocie, a przy tym czsto gsto i przynosia co 
niebd; to gruszek, to jagdek, to nawet niekiej i osek wieego masa. 
Jagusia wysuchiwaa zawdy tych opowiada z jednak arliwoci, lecz skoro Jasio ruszy 
si z domu, i ona pieszya si niby to do matki; strasznie bowiem lubiaa naglda za 



nim z daleka i nieraz przyczajona we zbou lub za jakim drzewem patrzaa w niego dugo i z 
tak tkliwoci, e nie moga si powstrzyma od paczu. 

Ale ju najmilsze byy la niej te krtkie, nagrzane, jasne noce, e kiej jeno matka zasna, 
wynosia pociel do sadu i lec na wznak, zapatrzona w niebo migocce przez gazie, zapadaa 
w jakie przenajsodsze niezmierzonoci marzenia. Upalne wiewy nocy muskay j po 
twarzy, gwiazdy zaglday w oczy szeroko otwarte, nabrane zapachami gosy ciemnic, gosy 
pene niepokojcego aru i luboci, zadyszane szepty lici, senne, urywane szmery stworze, 
jakby stumione westchnienia, jakby woania, idce kaj spod ziemi, jakby chichoty strwoone, 
lay si w ni dziwn muzyk i przejmoway warem, dygotem, zapieray dech i pryy w 
takich cigotkach, e staczaa si na chodne, oroszone trawy, padajc ciko jak owoc dostay... 
i leaa bezwadnie wezbrana jak wit, rodn moc, niby te pola dojrzewajce, 
niby te gazie owocem ciarne, niby ten an raej pszenicy, gotw si da sierpom, ptakom 
czy wichrom, bo ju na kad dol zarwno tsknie czekajcy. 

Takie to miaa Jagusia te krtkie, nagrzane, jasne noce i takie to te skwarne, rozpraone 
dnie lipcowe, e mijay kieby sen sodki, cigiem pragniony. 

Chodzia te jak we nie, ledwie ju miarkujc, kiedy by dzie, a kiedy noc. 

Dominikowa czua, e si z ni wyrabia cosik dziwnego, ale nie moga wyrozumie, wic 
tylko si radowaa jej niespodzianej i arliwej pobonoci. 

- Powiem ci, Jagu, e kto z Bogiem, z tym Bg! - powtarzaa z dobroci. 
Jagusia jeno si umiechaa, pena cichej, pokornej szczliwoci a czekania. 
I ktrego dnia cakiem niechccy natkna si na Jasia, siedzia pod kopcem granicznym 
z ksik w rku, nie moga si ju cofn i stana przed nim, okryta rumiecem i mocno 
zesromana. 

- C wy tu robicie? 
Jkaa si strwoona, czy aby si czego nie domyla, 
- Siadajcie, widz, ecie si zmczyli. 
Wagowaa si nie wiedzc, co pocz, pocign j za rk, e przysiada pobok, piesznie 
chowajc bose nogi pod weniak. 

Ale i Jasio by zmieszany, rozglda si jako bezradnie dokoa. 

Pusto byo na polach, lipeckie dachy i sady wynosiy si ze zb jakoby wyspy dalekie, 

wiater dziebko przegarnia kosami, pachniao rozgrzan macierzank i ytem, jaki ptak 
przelecia nad nimi. 

- Strasznie dzisiaj gorco! - zauway, aby jeno zacz. 
-I wczoraj przypiekao niezgorzej! -chyci j za gardziel jaki radosny lk, e ledwie 
moga przemwi. 
-Lada dzie zaczn si niwa. 
- Pewnie... juci... - przytwierdzaa wlepiajc w niego cikie oczy. 
Umiechn si i sprbowa mwi swobodnie, prawie artem: 
- Jagusia to co dzie adniejsza... 
-Kaj mi tam do adnoci! - stana w psach, pociemniae oczy buchny pomieniami, a 
wargi zadrgay w przytajonym przemiechu radoci. 
-I naprawd Jagusia nie chce i za m? 
-Ani mi si ni, abo mi to le samej! 
-I aden si wam nie podoba, co? - nabiera coraz wicej miaoci. 
-aden, nie aden! -trzsa gow patrzc w niego rozmarzonymi sodko oczami, nachyli 
si i zajrza gboko w te modre przepacie; modlitw miaa w spojrzeniu, najgbsz i najsodsz, 
i najdufniejsz, arliwy krzyk serca rwcy si w czas Podniesienia. Dusza si w niej 
trzepotaa kiej te skry soca nad polami, kiej ptak rozpiewany wysoko nad ziemi. 
Cofn si jako dziwnie niespokojnie, przetar oczy i wsta. 



-Musz ju i do domu! -skin gow na poegnanie i poszed szerok miedz ku wsi 
czytajc kiej niekiej ksik, to bdzc oczami, ale w jaki czas obejrza si i przystan. 
Jagusia sza za nim o par krokw. 

- Bo i mnie tdy najbliej - tumaczya si jako sposzona 
-To pjdmy razem -mrukn, nie bardzo rad z towarzystwa, wlepi oczy w ksik i z 
wolna idc czyta se pgosem. 
- O czym to napisane? - spytaa lkliwie, zazierajc w karty. 
- Jak chcecie, to wam troch poczytam. 
e akuratnie niedaleczko miedzy stao rozoyste drzewo, to przysiad w cieniu i zacz 
czyta, Jagusia kucna naprzeciw i wsparszy brod na pici zasuchaa si ca dusz, nie 
spuszczajc z niego oczw. 

- Jake si wam podoba? - rzuci po chwili, unoszc gow. 
Sczerwienia si i uciekajc z oczami bkna wstydliwie: 
- Bo ja wiem... To nie o krlach historia, co? 
Jeno si skrzywi i wzi znowu czyta, ale ju wolno, wyranie i sowo po sowie: o polach 
i zboach czyta, o jakim dworze, stojcym we brzozowym gaju, jakby o dziedzicowym 
synu, ktren do dom wrci, i o dworskiej panience, co siedziaa se z dziemi na ogrodzie... A 
wszyko byo utrafione do wiersza, rychtyk kieby w tych pobonych piewaniach, jakby je 
kto wypomina z ambony, e nieraz chciao si jej westchn, przeegna i zapaka, tak szo 
do serca. 

Ale strasznie gorco byo w tym zaciszu, kaj siedzieli, krgiem staa gsta ciana yta 
przepleciona modrakiem, wyczk i pachncym powojem, e ani jeden powiew nie przechadza, 
a jeno w tej upalnej cichoci sypa si niekiedy chrzst obwisych kosw, czasem wrble 
zawierkay wrd gazi, bzykna przelatujca pszczoa i dzwoni Jasiowy gos, wezbrany 
dziwn sodycz, lecz Jagusia, chocia wpatrzona bya w niego jakby w ten obraz najliczniejszy 
i nie stracia ani jednego sowa, kiwna si raz i drugi, bo j rozbierao gorco i morzy 
pik, e ledwie ju moga wytrzyma. 

Na szczcie, przerwa czytanie i zajrza jej gboko w oczy. 

- Prawda, jakie liczne, co? 
- Juci, co licznoci... jakbym tego kazania suchaa. 
Jae oczy mu rozbysy, a na twarz wystpiy kolory, gdy zacz rozpowiada, czytajc 
raz jeszcze te miejsca, kaj byo o polach i lasach, ale mu przerwaa: 

-Przeciek i dziecko wie, co w borach rosn drzewa, w rzekach jest woda i siej na polach, 
to po co ta drukowa o tym wszykim?... 
Jasio a si cofn ze zdumienia. 

-Mnie to si jeno spodobaj takie historie o krlach, o smokach albo i o strachach, co to 
jak si o nich sucha, to jae mrwki czowieka oba i jakby zarzewia nasu do piersi. Jak 
Rocho nieraz powiedaj takie historie, to bym go suchaa dzie i noc. A czy pan Jasio ma o 
tym ksiki? 
- A kt by czyta takie bajdy! - buchn wzgardliwie, gboko zgorszony. 
- Bajdy! Hale, przeciek Rocho czyta o tym i z drukowanego. 
- Gupstwa wam czyta i same cygastwa! 
- Jake, to by se ino la cygastwa umylali takie cudeka?... 
- A tak, wszystko bajki a zmylenia. 
- To nieprawda i o poudnicach, i o smokach? - pytaa coraz aoniej. 
- Nieprawda, mwi wam przecie! - odpowiada zniecierpliwiony. 
- To i o tym te nieprawda, jak to Pan Jezus wdrowa ze witym Piotrem, co?... 
Nie zdy odrzec, bo nagle jakby wyrosa spod ziemi Kozowa i stajc przy nich patrzaa 
namiechliwymi lepiami. 

- A to pana Jasia szukaj po caej wsi - rzeka sodziuko. 


-C si tam stao? 

- Jae trzy bryki ziandarw przyjechao na plebani. 
Zerwa si niespokojnie i polecia prawie w dyrdy. 
Jagusia te posza ku wsi, ale dziwnie czego markotna. 
- Pewnikiem przerwaam waju pacierze, co? - sykna Kozowa idc pobok. 
- Zaby ta pacierze! Czyta mi z ksiki takie historie, uoone do wiersza. 
-Cie... a ja miarkowaam cakiem co drugiego. Organicina pchna me go szuka... lec 
w t stron, rozgldam si... pusto... tkno me cosik, bych zajrze pod gruszk... patrz... 
siedz se jakie turkaweczki... gaworz... Juci, miejsce sposobne... z dala od ludzkich 
oczw... juci... 
- eby wam ten paskudny ozr pokrcio - buchna wyrywajc si naprzd. 
-I bdzie cie mia kto rozgrzeszy! - krzykna za ni urgliwie. 
ROZDZIA 10 


Jagusia zaraz na wstpie pomiarkowaa, e na wsi dzieje si cosik wanego, psy jako 
zajadlej naszczekiway w obejciach, dzieci kryy si po sadach wyzierajc jeno zza drzew i 
potw, ludzie ju cigali z pl, chocia soce byo jeszcze wysoko, gdzie znw zbieray 
si rajcujce cicho kobiety, a na wszystkich twarzach widnia srogi niepokj i wszystkie oczy 
pene byy lku i oczekiwa. 

- Co si to wyrabia? - spytaa Balcerkwny, wygldajcej zza wga. 
- Nie wiem, to pono wojsko idzie od boru. 
- Jezus, Maria! wojsko! - nogi si pod ni ugiy ze strachu. 
- A Kbiak co ino mwi, e kozaki cign od Woli - dorzucia lecca kaj Pryczkwna. 
Jagusia przypieszya kroku, w niemaej ju trwodze dopadajc chaupy, matka siedziaa 
w progu z kdziel, a przy niej par rozgadanych kobiet. 

- Widziaam jak was, siedz w ganku, a starsze u proboszcza na pokojach. 
-A po wjta posali Michaa organistw. 
- Po wjta! Moiciewy, to nie przelewki. Ho, ho, wyjd z tego historie, wyjd... 
- A moe jeno przyjechay ciga podatki. 
- Hale, to by jae w tyla narodu przyjeday, co? Musi by co drugiego. 
- Pewnie, ale nic dobrego z tego nie wyjdzie, obaczycie, spomnicie moje sowa. 
- To ja wam rzekn, po co przyjechay - zacza Jagustynka przystpujc do nich. 
Zbiy si w kup i kiej gsi powycigay szyje nasuchujc z chciwoci. 
-A to bd was zapisyway do wojska -zamiaa si skrzekliwie, ale adna nie zawtrzya, 
tylko Dominikowa rzeka z przeksem: 
-Cigiem si was trzymaj psie figle. 

- A bo z igy robita widy! Wszystkie dziw zbw nie pogubi ze strachu, a kada by rada 
jakiej przygodzie. Wielka mi rzecz ziandary. 
Poszkowa wtoczya swj spany kadun w opotki i daleje rozpowiada, jak to j zaraz 
cosik tkno, kiej dojrzaa bryki, jak to... 

- Cichojta! Ano Grzela z wjtem lec na plebani. 
Poniesy oczy na drug stron stawu, przeprowadzajc idcych. 
- Cie, to i Grzel woaj. 
Ale nie zgady, bo Grzela puci brata naprzd, a sam obejrza bryki, stojce przed plebani, 
wypyta furmanw, przyjrza si andarmom siedzcym w ganku i jako mocno zaniepo




kojony polecia do Mateusza zajtego przy Stachowej chaupie; wanie by siedzia okrakiem 
na zrbie zacinajc uzy la osadzenia krokwi. 

- Nie odjechay jeszcze? - pyta nie przestajc rba. 
- A nie, to jeno bieda, e nie wiada, po co przyjechay. 
-I w tym si cosik tai niedobrego! - zajka stary Bylica. 
-A moe o zebranie! Naczelnik si wygraa, a straniki ju si tu i owdzie przewiadyway, 
kto Lipce buntuje - rzek Mateusz zesuwajc si na ziemi. 
-To by rychtyk wypadao, e przyjechay po mnie! - szepn Grzela rozgldajc si niespokojnie, 
przyblad i ciko robi piersiami. 
- A mnie si widzi, co prdzej by po Rocha! - zauway Stacho. 
- Prawda, przeciek si ju o niego przepytywali! e mi to nawet w mylach nie postao! odetchn 
z ulg, lecz srodze zatroskany o niego, rzek smutnie: 

- Ani chybi; e jeli maj kogo wzi, to tylko Rocha! 
- Jake, moemy go to da, co? Rodzonego ojca, co? - krzycza Mateusz. 
- Hale, nie sposb si im przeciwi, ani mowy o tym... 
- Niechby si kaj schowa, trza go przestrzec, juci... jka Bylica. 
- A moe to co drugiego, moe to z wjtem sprawa - wtrci niemiao Stacho. 
-Na wszelki przypadek lec go przestrzec! -zawoa Grzela i buchn we zboa, przebierajc 
si ogrodami do Borynw. 
Antek siedzia w ganku nakuwajc sierpy na kowadeku i porwa si strwoony, dowiedziawszy 
si, o co idzie. 

- Wanie, co jeno przyszli. Rochu, a chodcie no do nas! - krzykn. 
-Co si stao? - pyta stary wyciubiajc gow przez okno, ale nim mu rzekli, przylecia 
srodze zaziajany Micha organistw. 
- Wiecie, a to do was, Antoni, wal andarmy! Ju s nad stawem... 
- To po mnie! - jkn Rocho zwieszajc smutnie gow. 
- Jezus, Maria! - krzykna Hanka stajc w progu i uderzya w pacz. 
- Cicho! Trza zaradzi jako - szepta Antek t꿹c myl. 
-Skrzykn wie i nie damy was, Rochu! -sroy si Micha, wyamujc sieln ga i 
gronie toczc oczami. 
-Nie bajdurz! Rochu, za brg i w yta, prdzej ino! Przywarujcie kaj w brudzie, pki 
was nie zawoam. A chybko, bych nie nadeszli... 
Rocho zakrci si po izbie, cisn jakie papiery Jzce lecej na ku i zaszepta: 

- Schowaj pod siebie, a nie wydaj! 
I jak by, bez czapki a kapoty, rzuci si w sad i przepad jak kamie we wodzie, e jeno 
kaj za brogiem zaruchao si yto. 

-Odejd, Grzela! Hanka, do swojej roboty! Uciekaj, Micha, i ani mru-mru! - rozkazywa 
Antek zasiadajc do przerwanej roboty i j znowu nacina sierp tak rwniuko i spokojnie 
jak przdzi, tylko e co troch podnosi ostrze pod wiato, a strzyg lepiami na wszystkie 
strony, gdy naszczekiwania psw byy coraz blisze, i wnet rozlegy si cikie stpania, 
brzki paaszw i rozmowy... 
Zatuko mu serce i zadygotay rce, ale ci rwno, akuratnie, raz za razem, nie odrywajc 
oczw, a dopiero kiej przed nim stanli. 

- Rocho doma? - pyta wjt, wielce zalkniony. 
Antek obrzuci spojrzeniem ca kup i odrzek wolno: 
- Musi by na wsi, bo nie widziaem go od rana. 
- Otworzy! - rozkaza grzmico jaki starszy. 
- Przeciek wywarte! - odburkn Antek dwigajc si z awy. 
Urzdnik wraz z andarmami wszed do chaupy, za stranicy rozlecieli si pilnowa sadu 
i obejcia. 



Na drodze zebrao si ju z p wsi, przygldajc si w milczeniu, jak przetrzsali dom 
kieby kop siana. Antek musia im wszystko pokazywa i otwiera, a Hanka siedziaa pod 
oknem z dzieckiem przy piersi. 

Juci, co szukali na darmo, ale tak penetrowali wszdy nie przepuszczajc zgoa niczemu, 
e nawet ktry zajrza pod ka. 

- A siedzi tam i wanie czeka na waju! - mrukna. 
Starszy dojrza na stole jakie ksieczki przycinite Pasyjk, skoczy do nich kiej ry i 
j je pilnie przeglda. 

- Skd je macie? 
- Musi by, co Rocho je pooy, to se i le. 
- Borynowa niegramotna! - tumaczy wjt. 
- Kto z was umie czyta? 
-A adne, tak nas uczyli we szkole, e tera nikto nie rozbierze nawet na ksice do naboestwa! 
- odpowiedzia Antek. 
Starszy odda ksieczki drugiemu i ruszy na drug stron domu. 

- C to, chora? - podszed nieco do Jzki. 
- A juci, ju od paru niedziel ley na osp. 
Urzdnik piesznie cofn si do sieni. 
- To w tej izbie mieszka? - wypytywa wjta. 
-I w tej, i kaj mu popado, zwyczajnie jak dziad. 
Przejrzeli wszystkie kty, szukajc nawet za obrazami, Jzka chodzia za nimi rozpalonymi 
oczami, a tak rozdygotana ze strachu, e gdy ktry zbliy si do niej, zaskrzeczaa 
nieprzytomnie: 

- Schowaam go pewnie pod siebie, co? Szukajcie!... 
A kiedy skoczyli, Antek przystpi do starszego i kaniajc mu si w pas zapyta pokornym 
gosem: 

- Dopraszam si, czy to Rocho zrobi jakie zodziejstwo?... 
Urzdnik zajrza mu jako z bliska w twarz i rzek z naciskiem: 
- A wyda si, e go ukrywasz, to ju razem powdrujecie, syszysz!... 
-Dy sysz; jeno nie poredz wymiarkowa, o co sprawa! -podrapa si frasobliwie, 
urzdnik spojrza ostro i ponis si na wie. 
Chodzili jeszcze po rnych chaupach, zagldali tu i owdzie, przepytujc, kogo si jeno 
dao, e ju soce zaszo i drogi zapchay si stadami pdzonymi z pastwisk, gdy odjechali 
nic nie wskrawszy. 

Wie odetchna i naraz przemwili wszyscy, kaden bowiem rozpowiada, jak, to szukali 
u Kbw, jak u Grzeli, jak u Mateusza, i kaden widzia najlepiej, i najmniej si boja, i 
najbarzej im dopieka. 

Ja Antek, kiedy ju ostali sami, rzek cicho do Hanki: 

- Sprawa widz taka, co ju nie sposb trzyma go w chaupie. 
- Jake, wypdzisz go! taki wity czowiek, taki dobrodziej! 
-A eby to wcirnoci! -zakl, nie wiedzc ju, co pocz, szczciem, i pokrtce 
przylecia Grzela z Mateuszem i eby cosik pewnego uradzi, zamknli si w stodole, gdy 
do chaupy cigiem kto wpada na wywiady. 
Mrok ju do cna przysoni wiat, Hanka podoia krowy i Pietrek przyjecha z boru, kiej 
dopiero wyszli; Antek wzi zaraz rychtowa bryk, za Grzela z Mateuszem, la zamydlenia 
oczw, poszli szuka Rocha po chaupach. 

Dziwowali si temu, bo kaden byby przysig, jako siedzi schowany kaj u Boryny. 

- Zaraz po obiedzie gdziesik si zapodzia i ani sychu! - rozgaszali przyjaciele. 
- Ma szczcie, ju by se ano w dybkach wdrowa! 
I w mig si roznieso, jak chcieli, e Rocha ju od poudnia nie ma we wsi. 


- Przewcha i zwia, kaj pieprz ronie! - pogadywali radzi. 
- Niech jeno nie powraca wicej, nic ta po nim! - rzek stary Poszka. 
- Przeszkadza wama? A moe was ukrzywdzi, co? - zawarcza Mateusz. 
-A mao to narobi mtu? Mao to was nabuntowa? Jeszczek przez niego caa wie 
ucierpi... 
- To go zapcie i wydajcie! 
- ebyta mieli rozum, to by go ju dawno mieli... 
Skl go Mateusz i chcia pobi, ledwie ich rozdzielili, wic jeno mu nawytrzcha pici, 
nasobaczy i odszed, a e ju byo do cna pociemniao na wiecie, to i nard porozchodzi 
si po chaupach. 

Na to wanie czeka Antek, bo skoro jeno drogi opustoszay i ludzie zasiedli przed wieczerzami, 
a po wsi rozwiay si zapachy smaonej soniny, skrzyboty yek i ciche pogwary 
przy miskach, przyprowadzi Rocha na Jzin stron, nie pozwalajc roznieca ognia. 

Stary przegryz naprdce co nieco, pozbiera, co mia swojego, i j si egna z kobietami. 
Hanka pada mu do ng, a Jzka buchna skomlcym, rzewliwym paczem. 

-Zostacie z Bogiem, moe si jeszcze zobaczymy! -szepta zawo, przyciskajc je do 
piersi a caujc po gowinach kiej ten ociec rodzony, ale e Antek przynagla, to pobogosawiwszy 
jeszcze dzieciom i domowi przeegna si i ruszy da przeazu pod brg. 
- Konie zaczekaj u Szymka na Podlesiu, a Mateusz was powiezie. 
- Musz jeszcze zajrze do kogo na wsi... Gdzie si spotkamy?... 
- Przy figurze pod borem, zarno tam pocigniemy... 
- A dobrze, bo z Grzel mam jeszcze duo do pomwienia. 
I przepad w mrokach, e nawet krokw nie byo sycha. 
Antek zaprzg konie, woy w bryk jak wiartk yta i worek ziemniakw, pogada 
cosik dugo z Witkiem na stronie i rzek gono: 

- Witek, zaprowad konie do Szymka na Podlesie i wracaj! Rozumiesz? 
Chopak jeno bysn lepiami, dorwa si koni i ruszy z kopyta tak ostro, jae Antek za 
nim krzykn: 

- Wolniej, bo mi, jucho, szkapy zmordujesz! 
Tymczasem za Rocho przebra si chykiem do Dominikowej, kaj mia jakie rzeczy, i 
zamkn si w alkierzu. 
Jdrzych pilnowa na drodze, Jagusia cigiem wyzieraa w opotki, a stara siedzc w izbie 
nasuchiwaa niespokojnie. 
Wyszo dobre par pacierzw, nim wyszed, pogada jeszcze na stronie z Dominikow i 
zarzuciwszy tobo na plecy chcia i, ale Jagusia napara si ponie za nim choby do boru. 
Nie sprzeciwia si temu i poegnawszy star ruszyli przez sad na pola. 

Szli miedzami z wolna, ostronie i w milczeniu. 
Noc bya widna i sielnie roziskrzona gwiazdami, popione ziemie leay w cichociach, 
tylko kaj na wsi ujada pies... 
Dosigali ju borw, gdy Rocho przystan i wzi j za rk. 

- Jagu! - szepn dobrotliwie - posuchaj mnie uwanie. 
Suchaa pilnie, rozdygotana jakim zym przeczuciem. 
Prawi kieby ksidz na spowiedzi, wypominajc jej Antka, wjta i ju najbarzej Jasia! 
Prosi i zaklina na wszystkie witoci, by si opamitaa i zacza y inaczej! 
Odwrcia zesroman twarz, oblay j palce ognie wstydu, a serce spio si mk, ale 
kiej spomnia Jasia, podniesa hardo gow. 

- A c to zego z nim wyrabiam, co? 
J wywodzi po swojemu, a przedstawia agodnie, na jakie to pokusy si daj i do jakiego 
to grzechu i zgorszenia moe ich zy doprowadzi... 



Nie suchaa, wzdychajc jeno i niesc si mylami do Jasia, e ju same wargi lnice i 
nabrane krwi szeptay sodko, gorco i zapamitale: 

-Jasiu! Jasiu! - A rozjarzone oczy rway si gdziesik kieby ptaki radonie rozpiewane i 
kryy nad jego gow najmilejsz... 
-Dy bym posza za nim we wszystek wiat! -wyrwao si jej bezwolnie, e Rocho zadra, 
spojrza w jej oczy szeroko otwarte i zamilk. 
Na skraju boru pod krzyem zabielay jakby kapoty. 

- Kto tam? - wstrzyma si niespokojnie. 
- Jestema! Swoi! 
-Nogi mi si ju plcz, e odpoczn nieco -rzek rozsiadajc midzy nimi. Jagusia 
zwalia tobo i przysiada nieco z boku, pod krzyem, w gbokim cieniu brzz. 
- ebycie ino nie mieli jakich nowych kopotw... 
-I... gorsze, e ano idziecie ju od nas! - powiedzia Antek. 
- By moe, i kiedy powrc, by moe!... 
- Psiekrwie, eby czowieka goni jak tego psa zepsutego! - buchn Mateusz. 
-I za co, mj Boe, za co? - jkn Grzela. 
- e chc prawdy i sprawiedliwoci la narodu! - ozwa si uroczycie 
- Kademu jest na wiecie le, ale ju najgorzej sprawiedliwemu. 
- Nie martw si, Grzela, przemieni si jeszcze na dobre, przemieni... 
- Tak se i miarkuj, bo ciko by pomyle, e wszystkie zabiegi na darmo. 
-Czekaj tatka latka, jak koby wilcy zjedz! - westchn Antek, wpatrzony w cienie, kaj 
mu bielaa Jagusina gbusia. 
-Powiadam wam, e kto chwasty wyrywa i posiewa dobrym ziarnem, ten zbiera bdzie 
w czas niwny! 
- A jak nie obrodzi? Przeciek i to si przygodzi, nie? 
- Tak, ale kady sieje z wiar, e w dwjnasb mu zaplonuje. 
- Juci, chciaby si to kto mozoli na darmo! 
Zadumali si gboko nad tymi rzeczami. 
Wiater powia, zaszeleciy nad nimi brzozy, zaszumia gucho br i polami poszed 
chrzstliwy szmer zb. Ksiyc wypyn i lecia po niebie, jakby ulic biaych chmur postoonych 
rzdami, drzewa rzuciy cienie przesiane wiatem, lelki cichym, krtym lotem przewijay 
si nad ich gowami, a jaki smutek przejmowa serca. 

Jagusia zapakaa cichuko, nie wiadomo laczego. 

- Co ci to, co? - pyta dobrotliwie Rocho gadzc j po gowie. 
-A bo to wiem, markotno mi jako... 
Ale i wszystkim byo markotno i jaka ao rozpieraa dusze, e siedzieli osowiali, powidymi 
oczami ogarniajc Rocha, ktren si im teraz widzia kiej ten wity Paski. Siedzia 
pod krzyem, z ktrego ciko obwisy Chrystus jakby bogosawi okrwawionymi rcami 
jego siwej, umczonej gowie, on za j mwi gosem penym dufnoci: 

-A o mnie si nie trwcie, kruszynam tylko, jedno dbo z bujnego pola, wezm mi i 
zagubi, to i c, kiedy takich zostanie jeszcze wiela i kaden tak samo gotw da ywot dla 
sprawy... A przyjdzie pora, e jawi si ich tysice, przyjd z miast, przyjd z chaup, przyjd 
ze dworw i tym cigiem nieprzerwanym poo gowy swoje, dadz krew swoj i padn jeden 
za drugim, stoc si jak te kamienie, a pki si z nich nie wyniesie w wity, utskniony 
Koci... A mwi wam, e stanie i trwa bdzie po wiek wiekw, i ju go adna za 
moc nie przezwyciy, bo wyronie z ochfiarnej krwie i miowania... 
I opowiada szeroko, jak to ni jedna kropla krwi, ni za jedna, ni aden wysiek nie przepada 
na darmo, jak to cigiem, kieby te zboa na ziemi nawoonej, rodz si nowe broce, 
nowe siy, nowe ochfiary, a nadejdzie w dzie wity, dzie zmartwychwstania, dzie 
prawdy i sprawiedliwoci la caego narodu... 



Mwi gorco, a chwilami tak grnie, e nie sposb byo wyrozumie wszystkiego, ale 
przej ich wity ogie, serca spryy si uniesieniem i tak wiar, moc i pragnieniem, jae 
Antek zawoa: 

- Jezu... prowadcie jeno... a choby na mier pd, pd... 
- Wszystkie pjdziemy, a co stanie na zawadzie - stratujem! 
- A kto si nam sprzeciwi, kto nas przemoe? Niech jeno sprobuje... 
Wybuchnli jeden po drugim, a coraz zapamitalej, a musia ich przycisza i przysunwszy 
si jeszcze bliej zacz naucza, jaki to bdzie w dzie upragniony i co im trzeba 
robi, aby go przypieszy... 

Mwi tak wakie i zgoa niespodziane rzeczy, e suchali z zapartym tchem, z trwog i 
radoci zarazem, przyjmujc kade jego sowo z dreszczem wiary serdecznej, jako by t komuni 
przenajwitsz... Niebo im bowiem otwiera, raje pokazywa, e dusze im poklkay w 
zachwyceniu, oczy widziay cudnoci niewypowiedziane, a serca si pasy janielskim, przesodkim 
piewaniem nadziei... 

-We waszej to mocy, aby si tak stao! -zakoczy niemao ju utrudzony. Ksiyc 
schowa si za chmur, poszarzao niebo i zmtniay pola, br cosik zagada z cicha i trwonie 
zachrzciy zboa, i kaj od wsi dalekich niesy si psie naszczekiwania, oni za siedzieli 
niemi, dziwnie cisi, jeszcze zasuchani a jakby opici jego sowami i tak jako uroczyci jakby 
po wielkiej przysidze. 

-Czas mi ju odej! -rzek powstajc i bra kadego w ramiona, ciska i caowa na poegnanie. 
Dziw si nie popakali z alu, on za przyklkn, odmwi krtk modlitw i pad 
na twarz, i zapaka obejmujc ziemi rkami kieby t ma egnan na zawsze. 
Jagusia jae si zaniesa szlochaniem, chopy ukradkiem wycierali oczy. 
I zaraz si rozeszli. 
Do wsi wraca tylko Antek z Jagusi, tamci za przepadli kaj pod borem. 


- A nie mwe przed nikim o tym, co syszaa! - rzek po dugiej chwili. 
- Czy to ja latam z nowinami po chaupach! - warkna gniewnie. 
- A ju niech Bg broni, eby si wjt dowiedzia - upomina surowo. 
Nie odrzeka, przypieszajc jeno kroku, ale nie da si wyprzedzi, trzyma si pobok 
zazierajc raz po raz w jej twarz zapakan i gniewn... 
Ksiyc znowu zawieci i wisia prosto nad drog, e szli jakoby t srebrzyst miedz 
obrzeon pokrtnymi cieniami drzew, naraz zadrgao mu serce, tsknica wycigna nienasycone 
ramiona, przysun si dziebko, bliej, tak blisko, e jeno sign rk i przycign 
j do siebie, ale nie sign, zbrako mu bowiem miaoci i powstrzymywao jej zawzite, 
wzgardliwe milczenie, wic jeno rzek z przeksem: 

- Tak lecisz, jakby chciaa uciec przede mn... 
- A bo prawda! Obaczy nas kto i gotowe nowe plotki. 
- Albo ci pieszno do kogo drugiego! 
- Juci, abo mi to nie wolno! Abom to nie wdowa! 
- Widz, co nie darmo powiadaj, e kierujesz si na ksi꿹 gospodyni... 
Porwaa si jak wicher i zy potrzsy si jej z oczw rzsistymi, palcymi strugami. 
ROZDZIA 11 


Ju stronami, na piaskach i lejszych gruntach wychodzono ze sierpem, ju nawet kaj 
niekaj po wyniach byskay kosy, ale we wsiach, gdzie byy mocniejsze ziemie, dopiero 
imano si przygotowa i niwa leda dzie miay si rozpoczyna. 



Wic i w Lipcach, jako w par dni po ucieczce Rocha, jto si ostro sposobi do niwa, 
rychtowano na gwat drabiny i moczono we stawie wozy co barzej rozeschnite, oprztano 
stodoy, e ju stojay wywarte na przestrza, gdzie w cieniach sadw wykrcano powrsa, 
za prawie pod kad chaup brzkay rozklepywane kosy, kobiety zwijay si przy pieczeniu 
chlebw i sposobieniu zapasw, a z tego wszystkiego zrobio si tylachna skrztu i rwetesw, 
e wie wygldaa jakby przed jakim wielkim witem. 

A e przy tym zjechao si z drugich wsi sporo narodu, to na drogach i pod mynem 
wrzao kieby na jarmarku, gwnie bowiem cigali ze zboem do mielenia, ale jakby na 
utrapienie, tak mao byo wody, e robi tylko jeden ganek, a i to zaledwie si ruchajc, czekali 
jednak cierpliwie swojej kolei, bo kaden chcia zemle jeszcze na niwa. 

Niemao te cisno si do mynarzowego domu kupowa mk, kasze przerne, a nawet 
i po chleb gotowy. 

Mynarz lea chory, ale snad nic si nie dziao bez jego przyzwolestwa, gdy krzykn 
do ony siedzcej na dworze, pod wywartym oknem: 

-A rzepeckim nie dawaj ani za grosz, prowadzali swoje krowy do ksiego byka, to nieche 
im proboszcz zaborguje i co innego. 
I nie pomogy adne proby ni skamania, na darmo te wstawiaa si za biedniejszymi 
zaci si i adnemu, ktren ino wodzi krow na plebani, nie pozwoli zborgowa ani p 
kwarty mki. 

- Spodoba im si ksiy byk, to niech go sobie doj! - wykrzykiwa. 
Mynarzowa, te jako kwkajca, spakana i z obwizan twarz, wzruszaa ramionami, 
ale jak moga, ukradkiem zborgowaa niejednemu. 
Nadesza Kbowa proszc o p wiartki jaglanej kaszy. 

- Pacicie zaraz, to bierzcie, ale na brg nie dam ani ziarnka... 
Zafrasowaa si wielce, bo juci, e przysza bez pienidzy. 
- Tomek z nim trzyma za jedno, to niechaj uprosi o kasz. 
Obrazia si i rzeka wyzywajco: 
- Juci, co trzyma z ksidzem i trzyma bdzie, ale tutaj ju wicej jego noga nie postoi. 
- Maa szkoda, krtki al! Sprobujcie mle gdzie indziej. 
Odesza wielce skopotana, bo w domu nie byo ju ani grosza, lecz natknwszy si na 
kowalow, siedzc przed zawart kuni, rozalia si przed ni i zapakaa na mynarza. 
Ale kowalowa ozwaa si z przemiechem: 

- To wam jeno rzekn, co ju niedugie to jego panowanie. 
- Hale, a kt to da rad takiemu bogaczowi, kto? 
- Jak mu wiatrak postawi pod bokiem, to mu i rad dadz. 
Kbowa jae oczy wytrzeszczya ze zdumienia. 
-A mj wiatrak postawi. Co ino poszed z Mateuszem do boru wybiera drzewo, na 
Podlesiu bd stawia kole figury. 
-Cie... Micha stawia wiatrak, mierci bym si prdzej spodziaa, no, no. Ale dobrze tak 
temu zdzierusowi, niech mu kadun spadnie. 
Tak jej ulyo, e pieszniej sza ku domowi, ale dojrzawszy Hank pierc pod chaup 
wstpia podzieli si t niespodzian nowin. 
Antek majdrowa cosik kole woza i posyszawszy rozmow rzek: 

-Prawd wam powiedziaa Magda, kowal ju kupi od dziedzica dwadziecia morgw na 
Podlesiu, zaraz przy figurze, i tam wystawi wiatrak! Mynarz si wcieknie ze zoci, ale 
niech mu rura zmiknie! Tak si ju wszystkim da we znaki, e nikto go nie poauje. 
- Nie wiecie to niczego o Rochu? 
- Nic a nic - odwrci si od niej jako piesznie. 
- To dziwne, trzeci dzie i nie wiada, co si z nim wyrabia. 
- Przeciek nieraz ju tak bywao, e poszed kaj, a potem znowu si zjawi. 


- Kt to od was idzie do Czstochowy? - zagadna Hanka. 
- A idzie moja Jewka z Maciusiem. Lato mao wiela si ze wsi wybiera. 
-I ja pjd, wanie przepieram na drog co lejsze szmaty. 
- Ale pono z drugich wsi to sporo si szykuje. 
-Sposobn por se wybray, na najwiksz robot -mrukn Antek, ale onie si nie 
przeciwi wiedzc od dawna, na jak to intencj si ochfiarowaa. 
Zaczy se rozpowiada rnocie, gdy wpada Jagustynka. 

- Wiecie - wrzeszczaa - a to moe przed godzin przyszed z wojska Jasiek! 
- Tereski chop! A dy powiadaa, co wraca dopiero na kopania. 
- Co inom go widziaa, galancie koo niego i okrutnie stskniony do swoich. 
- Dobry by chop, ale zawzity. Tereska doma? 
- Rwie len u proboszcza i jeszcze nie wie, co j w domu czeka. 
- Znowu zakotuje si w Lipcach, przeciek mu zarno powiedz! 
Antek sucha uwanie, gdy mocno go zaja nowina, lecz si nie odzywa, za Hanka z 
Kbow szczerze ubolewajc nad Teresk jy przewidywa najgorsze la niej rzeczy, a im 
przerwaa Jagustynka: 

-Psu na bud taka sprawiedliwo! Hale, pjdzie se taki cioek na cae roki we wiat, kobiet 
ostawi sam, a potem, jak si niebodze co przygodzi, to gotw j cho i zakatrupi! A 
wszystkie te bij zabij na ni! Kaje ta sprawiedliwo! Chop to se moe uywa jak na psim 
weselu i nikto mu za to nie rzeknie nawet marnego sowa. Do cna gupie urzdzenie na wiecie! 
Jake, to kobieta nie ywy czowiek, to z drewna wystrugana czy co? Ale kiej ju musi 
odpowiada, to nieche i gach zarwno paci, przeciek posplnie grzeszyli. Czemu to jemu 
tylko uciecha, a la niej samo pakanie, co? 
- Moiciewy, tak ju postanowione od wiek wieka, to ostanie! - szepna Kbowa. 
-Ostanie, eby si nard marnowa, a zy cieszy, ale ja to bym postanowia inaczej: 
wzion ktren cudz kobiet, to nieche se j ostawi na zawdy, a nie zechce, bo mu ju nowa 
lepiej zasmakowaa, kijem cierw i do kreminau! 
Antek rozemia si z jej zapalczywoci, skoczya ku niemu z wrzaskiem. 

-La was to ino warte miechu, co? Zbje zapowietrzone, kada wam najmilejsza, pki jej 
nie dostanieta. A potem jeszcze si przekpiwaj! 
- Wydzieracie si jak sroka na pluch! - rzuci niechtnie. 
Poleciaa na wie i przysza dopiero nad wieczorem, ale srodze spakana. 
- C si to waju przygodzio? - spytaa niespokojnie Hanka. 
-A co, napiam si czowieczego blu i jae mnie zamglio -rozpakaa si i ja mwi 
przez zy i szlochania - wiecie, a to Kozowa wzia Jaka pod swoj opiek i ju mu wszyko 
wypiewaa. 

- Nie ta, to druga by mu pedziaa, takie rzeczy si nie zagubi. 
-Mwi wam, e cosik strasznego wzbiera w ich chaupie! Poleciaam do nich, nie byo 
nikogo. Zagldam teraz, siedz oboje i pacz, na stole porozkadane podarunki, jakie jej 
przynis. Jezu, jae mrz mnie przej, jakbym zajrzaa do grobu. Nie mwi do si, jeno 
pacz. Mateuszowa matka rozpowiedziaa mi, jak to byo, ae mi wosy powstay na gowie. 
- Nie wiecie, wspomina Mateusza? - zagadn niespokojnie Antek. 
- Pomstuje na niego, e niech Bg broni! Jasiek mu tego nie przepuci, nie! 
- Nie bjcie si, Mateusz go skamla o ask nie bdzie - odrzuci gniewnie i nie suchajc 
wicej polecia na Podlesie przestrzec przyjaciela. 
Nalaz go dopiero u Szymkw, siedzia z Nastusi pod cian i cosik z cicha se redzili, 
wywoa go zaraz i kiej odeszli spory kawa drogi, opowiedzia. 
Mateusz a si zachysn i zacz kl. 

- A eby to siarczyste pioruny spaliy tak nowin! 
Wracali do wsi, Mateusz si krzywi i jako bolenie i ciko wzdycha. 


- Widz, co ci markotno i al - wtrci ostronie Antek. 
- Zabym ta aowa, ju mi koci w gardle stana. Co inszego mnie trapi. 
Antek si zdumia, ale nijako byo si rozpytywa. 
-Czasu by nie chwacio, ebym mia kadej aowa! Wpada mi w pazury, to i wzionem, 
kady by zrobi to samo! Nie bj si, uyem jak pies w studni, bo com si musia nasucha 
bekw i wyrzeka, to starczyoby la dziesiciu. Uciekaem, to kieby cie sza za mn. 
Nieche i Jasiek si ni nacieszy. Nie kochanie mi w gowie, a jeno cakiem co drugiego. 

- Pewnie, e pora by ci si eni. 
- Wanie i Nastka mwia mi to samo. 
- Dzieuch we wsi jak maku, nietrudno wybra. 
- Ju mam z dawien dawna cosik upatrzonego - wyrwao mu si bezwolnie. 
- To me pro w dziewosby i sprawiaj wesele choby zaraz po niwach. 
Nie poszo mu to w smak, bo skrzywi si i zagada znowu o Jaku, a wywiedziawszy si 
wszystkiego, j rozpowiada o Szymkowej gospodarce wyznajc przy tym niby to niechccy, 
e Jdrzych mwi Nastusi pod sekretem, jako Dominikowa ma poda do sdu o grunt Jagusi 
po Macieju. 

-Ociec zapisali, to jej nikto nie zapiera, juci, e samej ziemi nie oddam, ale wicie zapac, 
co warta! Ktnica chce si jej procesw! 
- Prawda to, e Jagusia zapis oddaa Hance? - pyta ostronie. 
- C z tego, kiej nie odpisaa si u rejenta. 
Mateusz jako powesela i nie mogc si ju powstrzyma zatrca w rozmowie raz po 
raz o Jagusi, sielnie j sobie chwalc. 
Antek pomiarkowawszy, o co mu idzie, rzek szydliwie: 

- Syszae, co to znowu o niej wygaduj? 
- Baby zawdy atki jej przypinay. 
- Za Jasiem organistw lata pono kiej suka - doda z rozmysem. 
-Widziae to? -rozczerwieni si z gniewu. 
-Na przepiegi za ni nie chodz, bo me ni parzy, ni zibi, ale s, ktre widuj co dnia, 
jak si schodzi w boru z Jasiem, to po miedzach... 
- Spra jedn i drug, to by wnet przestay plotkowa. 
- Sprobuj, moe si wystrasz i przestan! - mwi z wolna, zatargaa nim naga, strasznie 
szarpica zazdro o Jagusi, a ju te myle, e Mateusz moe si z ni oeni, ksay go kieby 
rozwcieklone psy. 
Nie odpowiada na jego zaczepne i czsto przykre sowa, bych si jeno nie wyda ze 
swoj mk, ale na rozstaniu nie poredzi si ju wstrzyma i rzek ze zym przemiechem : 

- A ktren si z ni oeni, sporo szwagrw mia bdzie... 
Rozeszli si dosy ozible. 
Mateusz, odszedszy par krokw, rozemia si cicho i pomyla: 
-Musi go trzyma z daleka, to si na ni li a pyskuje. A niechta se lata za Jasiem, taki 
dzieciuch. Barzej j tam cignie ksidz nili chopak. 
Rozmyla pobaliwie, bo wywiedziawszy si od Antka co do tego zapisu po Macieju, 
ju stanowczo umyli si z ni oeni. Zwolni kroku i rozlicza se w mylach, po ile to trza 
by mu spaca Jdrzycha i Szymka, bych samemu osta na gospodarce, na caych dwudziestu 
morgach. 

- Stara przykra, juci, ale przeciek nie bdzie wiekowaa. 
Spomniay mu si Jagusine sprawki, to go dziebko rozfrasowao. 
- Co byo, to nie jest, a zechce si jej nowych figlw, to z niej rycho wytrzs. 
W opotkach przed chaup czekaa na niego matka. 
- Jasiek wrci - szeptaa zatrwoona - ju mu o tym powiedzieli. 
- To i lepiej, nie bdzie potrza si ocygania. 


- Tereska przylatywaa ju par razy, grozi, e si utopi... e nie... 
-Pewnie, co gotowa to zrobi, pewnie -szepn wystraszony i tak si tym srodze zamartwi, 
e zasiadszy w progu do kolacji nie mg je, a jeno nadsuchiwa od Jakowego 
sadu, e to siedzieli tylko przez miedz. Przejmowa go coraz wikszy niespokj, odsun 
misk i kurzc papierosa za papierosem na darmo barowa si z dygotem trwogi, na darmo 
kl siebie i wszystkie kobiety i na darmo chcia ca spraw obrci w przekpinki, bo strach o 
Teresk rozrasta si w nim coraz barzej i drczy ju nie do wytrzymania. Ju par razy si 
podnosi, aby i kaj na wie midzy ludzi, ale ostawa wyczekujc nie wiada na co. 
Noc si ju zrobia, gdy naraz posysza, jakie kroki, a nim rozezna, z ktrej strony nadchodz, 
ju Tereska wisiaa mu na szyi. 

- Ratuj, Mateusz! Jezu, tak czekaam na ci, tak wygldaam. 
Usadzi j pobok, lecz cisna mu si do piersi kiej dziecitko i przez zy lejce si ciurkiem, 
przez mk i rozpacz szeptaa: 
-Powiedziay mu o wszystkim! mierci bym si bya prdzej spodziaa nili jego powrotu. 
Byam u ksiego lnu... przylatuje ktra i powiada... dziw trupem nie padam... szam 
jak na mier... nie byo ci doma... poszam ci szuka... nie byo ci we wsi... koowaam z 
godzin, ale musiaam i... wchodz do chaupy... a on stoi na rodku blady kiej ciana... 
skoczy do mnie z piciami...o prawd pyta... o prawd... 

Mateusz jae si zatrzs i obciera z twarzy zimny, lodowaty pot. 

-Wyznaam si przed nim... na nic ju by si zday cygastwa... Topora chyci na mnie... 
mylaam, e ju koniec, i pierwsza mu rzekam: Zabij! uly nam obojgu! Ale me nie tkn 
nawet palcem! Jeno popatrzy we mnie, przysiad pod oknem i zapaka!... Jezu miociwy, 
eby me chocia spra, skopa, sponiewiera, lej by mi byo, lej, a on siedzi i pacze! I c ja 
teraz poczn nieszczsna, co? kaj si podziej! Ratuj me, bo si rzuc do studni albo se co 
zego zrobi, ratuj! - wrzasna padajc mu do ng. 
- C ja ci poredz, sieroto, co? - jka bezradnie. 
Zerwaa si nagle z dzikim warkotem gniewnego szalestwa. 
- To po co me bra? po co me stumani? po co me przywid do grzechu? 
- Caa wie tu si zleci, cichoj! 
Przypada mu znowu do piersi, obja sob i pokrywajc pocaunkami zaskamlaa ca 
moc strachu, miowania i rozpaczy: 

-O mj jedyny, o mj wybrany z tysica, zabij me, a nie odpdzaj od siebie! Miujesz to 
me, co? Miujesz? Dy me utul ten ostatni razik, dy me we, ogarnij sob i nie daj na mk, 
nie daj pakania, nie daj zatracenia! Jedynego ci mam na wszykim wiecie, jedynego... Ino 
me ostaw przy sobie, a suya ci bd za tego psa wiernego, za t ostatni dziewk! 
Jczaa rzewliwymi sowy, rwanymi ze samego dna udrczonej duszy. 

A Mateusz wi si jakby w kleszczach i jak mg, wykrca si od stanowczej odpowiedzi 
zbywajc j caunkami a przygaskaniem i przytakujc wszystkiemu, co jeno chciaa, rozglda 
si trwoniej i niecierpliwiej, gdy mu si uwidziao, e Jasiek siedzi na przeazie. 

Ale w jakiej minucie Tereska przejrzawszy prawd do dna odepchna go od siebie i zakrzyczaa, 
bijc sowami kieby biczem: 

-Cyganisz jak pies! Zawdy me ocygania! Ju me teraz nie zwiedziesz! Strach ci Jakowego 
kija, to si wijesz kiej ta przydeptana glista! A ja mu zawierzyam jak komu najlepszemu! 
Mj Boe, mj Boe! A Jasiek taki poczciwy, nawiz mi podarunkw, nigdy mi nie 
powiedzia marnego sowa i ja mu tak odpaciam. I takiemu przeniewiercy zawierzyam, takiemu 
zbjowi! takiemu psu! Id se za Jagusi! -zawrzeszczaa przyskakujc do niego z piciami 
- id, i niech was poeni hycel, pasujeta do siebie, lakudra i zodziej. 

Pada na ziemi zanoszc si strasznym, obkanym paczem. 



Mateusz sta nad ni, nie wiedzc, co pocz, matka chlipaa kaj pod cian, gdy wyszed 
ze sadu Jasiek i przystpiwszy do ony j jej szepta tkliwe, przesike zami, a pene 
dobroci sowa: 

-Chod do dom, chod, sieroto. Nie bj si, nie ukrzywdz ci, masz ty ju dosy za 
swoje, chod, ono... 
Wzi j na rce i przenisszy na przeaz krzykn do Mateusza: 

- Pkim yw, to ci jej krzywdy nie daruj, tak mi dopom, Panie Boe! 
Mateusz milcza, dusi go wstyd i zalewa mu serce tak gorzkoci i tak dojmujc 
udrk, e ponis si do karczmy i pi przez ca noc. 
Caa historia migiem si rozniesa po wsi, a ku niemaemu podziwowi, z wielkim te 
uwaaniem rozpowiadali o Jakowym postpieniu. 

- Ze wiec nie najdzie takiego drugiego - mwiy rozrzewnione kobiety, srodze przy tym 
powstajc na Teresk, ale Jagustynka zapalczywie bronia. 
-Tereska niewinowata! -wrzeszczaa po rnych opotkach, kaj jeno posyszaa, e bier 
j na ozory - smarkul to by jeszcze, kiej Jaka wzieni do wojska, ostaa sama jedna, nawet 
przez dziecka, to i nie dziwota, co bez tyla rokw zacnio si jej za chopem. adna by nie 
przetrzymaa takiego postu. A Mateusz zwietrzy kiej pies i daleje bak wieci, cudeka 
prawi, na muzyk prowadzi, jae i gupi zdurzy. 
- Ze to nie ma sdu na takich zwodzicieli - westchna ktra. 
- eb mu ju lenieje, a za kobietami jeszcze cignie. 
- Kawalerska sierota, to kaje si poywi, jak nie z cudzego - kpili parobcy. 
- Mateusz te niewinowaty, nie wiecie to, e jak suczka nie da, to i piesek nie wemie! zamia 
si Stacho Poszka i dziw go za to nie pobiy. 
Ale wnet przestali o tym deliberowa, gdy niwa byy za pasem, dnie szy wybrane, suche 
i upalne, po wzgrkach yta jakby si prosiy o kosy, a jczmiona ju dochodziy, to co 
dnia ktosik wychodzi penetrowa pola, za bogatsze ju si ogldali za najemnikiem. 

Za na pierwszego ruszy organista, wywidszy do niwa kilkanacie kobiet, stana do 
sierpa nawet sama organicina, wziy  i crki, a stary mia nad wszystkim czuwajce oko. 
Jasio przylecia dopiero po mszy i niedugo si cieszy niwami, bo skoro jeno podniesa si 
przypoudniowa spieka, wypdzia go matka, eby se gowy nie przepali na socu. 

- Poszuka se cienia u Jagusi, w to mu graj - warkna za nim Kozowa. 
W domu jednak byo mu gorco, nudnie i muchy tak ciy zapamitale, e wybra si na 
wie i przechodzc koo Kbw dosysza jakie przyduszone jki, rozchodzce si z wywartej 
na rozcie chaupy. 

Jagata leaa w sieniach pod progiem, w izbie byo pusto, cay bowiem dom poszed do 
niwa. 
Przenis j do izby, pooy na ko, napoi i tak cuci, jae przysza nieco do siebie i 
otworzya zazawione oczy. 

- Dy ju kocz, paniczku - umiechna si kiej rozbudzone dziecko. 
Chcia zaraz biey po ksidza, przytrzymaa go za sutann. 
-Panienka mi dzisia rzeka: Gotuj si na jutro, duszo umczona! Mam czas jeszcze, 
paniczku! Jutro... dziki ci, Boe miosierny, dziki! - jkaa coraz sabiej, przemiech zatli 
si na jej wargach, zoya rce i zapatrzona kaj, w jakowe dalekoci, zapada jakby w gbok 
duszn modlitw, a Jasio, rozumiejc, co ju zaczo si konanie, polecia zwoywa 
Kbw. 
Zajrza do niej dopiero po poudniu, leaa w ku cakiem przytomna, skrzynka staa 
przy niej na awie, wyjmowaa z niej stygncymi rkami wszystko, co se bya nagotowaa na 
t por ostatni; czyst pacht pod siebie i wiee obleczenie na pociele, wod wicon, 
cakiem jeszcze dobre kropido i spory kawa gromnicy, i obrazek Czstochowskiej do rki,  
now koszul, suty weniak, czepek bujnie ururkowany nad czoem, wraz z chust do zawi




zania, i zupenie nowe trzewiki, wszyko miertelne wiano, uebrane przez cae ycie, rozoya 
koo siebie, cieszc si kad rzecz i chwalc przed kobietami, za czepek nawet przymierzya 
i przejrzawszy si w lusterku szepna wielce szczliwa: 

- Bdzie galancie, na sieln gospodyni patrz. 
Przykazaa, bych j w te skarby przystroili jutro, zaraz od samego rana. 
Juci, co nikto si jej nie sprzeciwi, chodzili kole niej na palcach, umilajc jej te ostatnie 
chwile, jak jeno poredzili. 

Jasio przesiedzia przy niej do zmierzchu czytajc w gos modlitwy, powtarzaa a nim, 
zasypiajc co chwila z jakim leciukim pomiechem. 

A gdy zasiadali do wieczerzy, zapragna jajecznicy, juci, e jeno dziobna raz i drugi, 
odsuwajc jado od razu, i ju cay wieczr leaa cichuko, dopiero kiedy zabierali si do 
spania, przywoaa Tomka. 

- Nie bj si, nie bd ci zawadzaa dugo, nie - wyrzeka lkliwie. 
Na drugi dzie z rana przybrali j, jak przykazaa, pooyli j na Kbowej ko, a na jej 
wasnej pocieli, sama pilnowaa, eby wszystko byo jak si patrzy, sama strzepywaa drc 
chud pierzyn, sama nalaa wody wiconej na talerz i pooya na nim kropido, a spenetrowawszy, 
e ju jest, jak by powinno w tak godzin u gospodarzy, poprosia o ksidza. 

Przyszed z Panem Jezusem, przygotowa j na t drog ostatni i zaleci Jasiowi pozosta 
do koca, e to jemu samemu gdziesik si pieszyo. 

Jasio zasiad przy niej i czyta se po cichu z brewiarza, Kbowie te ostali w domu, a 
wkrtce przyleciaa Jagusia, przywarowawszy kaj w kcie cichuko niby trusia. W izbie jeno 
muchy brzczay, gdy ludzie snuli si bez gosu jak cienie, trwonie jeno spozierajc na Jagat... 
Leaa z racem w rku, jeszcze cakiem przytomnie egnajc si z kadym, kto ino 
zajrza do chaupy, za poniektrym dzieciom, cisncym si w sieniach i pod oknem, rozdawaa 
po par groszy: 

- Naci, a zmw paciorek za Jagat! - szeptaa z luboci. 
A potem ju cae godziny nie odzywaa si do nikogo. 
I leaa se godnie, po gospodarsku, na ku i pod obrazami, jak se bya roia przez cae 
ycie. Leaa pena cichej dumy i nieopowiedzianej szczliwoci, radosne zy siwiy si w jej 
oczach. Poruchiwaa cosik wargami, bogo umiechnita i zapatrzona przez okno w niebo 
gbokie, w pola nieobjte, gdzie ju kaj niekaj byskay z brzkiem kosy i kady si rae, 
cikie yta, w jakie dale, widne jeno jej duszy zamierajcej. 

Ale w jakiej minucie, gdy dzie mia si ju ku schykowi, a izb zalay czerwone zorze 
zachodu, wstrzsna si gwatownie, usiada i wycignwszy rce zawoaa mocnym, a jakoby 
cudzym gosem: 

- Pora ju na mnie, pora. 
I pada wznak. 
W izbie zrobio si straszno, buchny pacze, poprzyklkali kole ka, Jasio j czyta 
modlitw za konajcych, Kbowa zapalia gromnic, umierajca powtarzaa za Jasiem, ale 
coraz sabiej, coraz ciszej, coraz bekotliwiej, oczy jej gasy niby ten dzie letni znojami utrudzony, 
twarz grya si w tuman wiecznego zmierzchu, wypucia gromnic i skonaa. 

I pomara se ta dziadwka kieby najpierwsza we wsi, a Jambro, ktren akuratnie zdy 
na sam koniec, zawar jej oczy, sam Jasio zmwi za ni gorcy pacierz i caa wie przychodzia 
si modli przy jej zwokach, popaka a zazdronie si dziwowa szczliwej mierci i 
lekkiemu skonaniu. 

Tylko Jasia, skoro zajrza w jej martwe oczy i w t sta na grud twarz, poradlon pazurami 
mierci, zatrzs taki strach, e uciek do domu, rzuci si na ko, wcisn gow w 
poduszki i zapaka. 

Poleciaa wnet za nim Jagusia i chocia sama bya pena przeraenia i aoci, ja go 
uspokaja i obciera mu twarz zapakan. Przytuli si do niej kieby do matki, kad rozbola 



gow na jej piersiach, obejmowa j zaszyj, i jae si zanoszc szlochaniem, skary si 
rzewliwie: 

- Boe mj, jakie to straszne, jakie to okropne!... 
Wesza na to organicina, zobaczya i srogi gniew ni zatarga. 
- Co si tu dzieje! - postpia na rodek izby i zasyczaa, ledwie si ju hamujc: 
-Widzisz j, jaka mi czua opiekunka, szkoda tylko, e Jasio ju niaki nie potrzebuje i 
sam sobie poradzi nos obetrze! 
Jagusia podniesa na ni zapakane oczy i dygocc w zalknieniu, ja rozpowiada o 
mierci starej, Jasio te rzuci si skwapnie, tumaczc matce, co mu si to przygodzio, ale 
organicina, snad ju dobrze przdzi podbechtana przez kumy, wywara na niego gb: 

- Gupi jak ciel! Nie odzywaj si lepiej, by i ty czego nie oberwa! 
Skoczya naraz do drzwi, wywara je na rozcie i zawrzeszczaa do Jagusi: 
- A ty si wyno, i eby tutaj nie postaa wicej twoja noga, bo ci wyszczuj! 
- Cem to winowata, co? - jkaa, zgoa ju nieprzytomna ze wstydu i boleci. 
-Posza precz i w tej minucie, bo ka psy pospuszcza! Ju ja nie bd pakaa przez 
ciebie, jak Hanka albo wjtowa! Ja ci naucz jamorw, mapo jedna, ju ty mnie popamitasz, 
tumoku! - dara si na cay gos. 
Jagusia buchna paczem, wypada przed dom i pognaa w cay wiat. 
A Jasio stan jakby raony piorunem. 


ROZDZIA 12 


Naraz porwa si za ni lecie. 

- A to gdzie? - warkna gronie matka zapierajc mu sob drzwi. 
-Dlaczego j mama wypdzia, za co? e bya dla mnie taka poczciwa! To niesprawiedliwie, 
ja na to nie pozwol! C ona zrobia zego? co? -wykrzykiwa gorczkowo, wydzierajc 
si z twardych rk matczynych 
-Usid spokojnie, bo zawoam ojca... Za co? Zaraz ci powiem: masz by ksidzem, to 
nie chc, aby pod moim dachem sposobi sobie kochanic, nie chc doy takiego wstydu i 
haby, eby ci ludzie wytykali palcami! Dlatego j wypdziam, rozumiesz teraz? 
- W imi Ojca i Syna! Co mama mwi! - jkn w najgbszym oburzeniu. 
-Mwi to, co wiem! Juci, wiedziaam, e j spotykasz tu i wdzie, ale Bg mi wiadkiem, 
jako ci nie podejrzewaam o nic zdronego! Mylaam sobie zawsze, e skoro mj syn 
nosi kapask sukienk, to splami si jej nigdy nie poway! Ady bym ci przekla na wieki 
i wydara ze serca, choby wraz pkn miao... - Oczy jej zapony tak wit zgroz i nieubaganiem, 
e Jasio zdrtwia ze strachu. - Dopiero Kozowa otworzya mi oczy, a teraz ju 
sama zobaczyam, do czego chciaa ci przywie ta suka... 
Rozpaka si aonie i wrd szlocha i skarg na te okropne posdzenia z tak szczeroci 
opowiedzia wszystkie spotykania, e cakiem zawierzya i przygarnwszy go do piersi 
ja mu obciera zy a uspokaja. 

- Nie dziw si, e zlkam si o ciebie, przecie to ajdus najgorszy we wsi.. 
- Jagusia! Najgorszy we wsi! - Nie wierzy wasnym uszom. 
- Wstyd mi, ale dla twojego dobra musz ci wszystko rozpowiedzie: 
I opowiedziaa o niej przerne historie, nie szczdzc na dokadk ni plotw, ani te najrozmaitszych 
wymysw. 
Jasiowi wosy powstay na gowie, jae si porwa z miejsca i zakrzykn: 

- To nieprawda, nigdy nie uwierz, eby Jagusia bya taka poda, nigdy... 


- Matka ci to mwi, rozumiesz? Z palca sobie tego nie wyssaam. 
- Bajki, nic wicej! Przecie to byoby straszne! - zaama rozpaczliwie rce. 
- A czemu j bronisz tak zawzicie, co? 
- Broni kadego niewinnego, kadego. 
- Gupi jak baran. - Rozgniewaa si, dotknita srodze jego niewiar. 
-Jak mama uwaa. Ale jeeli Jagusia taka najgorsza, to czemu mama pozwalaa jej przychodzi 
do nas? - Zaperzy si zapalczywie kiej mody kogut. 

-Nie bd si tumaczya przed tob, kiedy taki gupi, e niczego nie rozumiesz, ale ci 
zapowiadam: trzymaj si od niej z daleka, bo jak was gdzie razem przydybi, to chociaby 
przy caej wsi, a sprawi jej tak frycwk, e mnie popamita z ruski miesic! A i tobie moe 
si przy tym co oberwa... 
Odesza trzaskajc drzwiami ze zoci. 

A Jasio, nawet nie rozumiejc, czemu go tak obchodzi Jagusina osawa, przeuwa matczyne 
sowa niby te kolczate osty, dawi si nimi, sycc dusz ich piounow gorzkoci. 

-To ty taka, Jagu! To ty taka! - skary si z aosnym wyrzutem, e gdyby si bya w 
tej chwili zjawia, odwrciby si od niej ze wzgard i gniewem. Albo to mg spodziewa si 
czego podobnego? e nawet w mylach nie postay mu takie straszne rzeczy. Rozwaa je 
jednak z coraz wiksz udrk i ju sto razy si zrywa, aby do niej biey, aby stan do 
oczw i rzuci jej w twarz t ca litani grzechw... Niech posyszy, co mwi o niej, i niechaj 
si wyprze, jeeli moe... Niech gono powie: nieprawda! Duma gorczkowo, ale coraz 
gbiej wierzy w jej niewinno i ogarnia go al, i wstawaa w nim cicha tsknota, i budziy 
si jakie sodkie, radosne przypomnienia spotyka, a jaki soneczny tuman niepojtej rozkoszy 
przysoni mu oczy i serce drczy, e naraz si zerwa i zacz krzycze jakby do wszystkiego 
wiata: 

- Nieprawda! nieprawda! nieprawda! 
Ale przy kolacji uparcie patrzy w talerz, unikajc matczynych oczw, i chocia mwiono 
o mierci Jagaty, nie wtrca si do rozmowy, a jeno cigiem matyjasi, przebiera w jadle, 
sprzeciwia si siostrom wyrzeka na gorc w izbie i skoro tylko sprztnli miski, ponis si 
na plebani - proboszcz siedzia se na ganku z faj w zbach i cosik pilnie pogadywa z Jambroem, 
obszed ich z dala i spacerujc kaj pod drzewinami frasobliwie medytowa. 

- A moe to i prawda! Mama by sobie tego nie stworzya. 
Z okien plebanii lay si smugi wiata na klomb, gdzie baraszkoway pieski warczc na 
si przyjacielsko, a z ganku roznosi si grubachny gos. 

- A jczmie na wiskim Doku obejrzae? 
- Soma jeszcze dziebko zielona, ale ziarno ju kiej pieprz. 
-Trza by ci jutro przewietrzy ornaty, na nic spleniej. Kom i alby zanie Dominikowej, 
niech Jagusia upierze. Ale kto to by po poudniu z krow? 
-Ktry z Modlicy. Mynarz spotka go na mocie i prbowa przecign do swojego 
byka, obiecywa go nawet dopuci za darmo, ale chop wola naszego... 
-Ma rozum, za rubla bdzie mia profit na cae ycie, przynajmniej krw si dochowa. 
Nie wiesz, Kby wyprawi to pogrzeb Jagacie? 
- Przeciek ostawia na pochowek cae dziesi zotych. 
-Pochowa si j z parad jak gospodyni. A powiedz tam brackim, e wosku im sprzedam, 
niech sobie tylko dokupi blichowanego. Jutro Micha obrzdzi w kociele, a ty id z 
ludmi do niwa i poganiaj, barometr jaki niepewny, moe by burza! Kiedy to si zbiera 
kompania do Czstochowy? 
- Wotyw zamwiy na czwartek, to juci, zaraz po mszy rusz... 
Jasia drania nieco ta rozmowa, odszed dalej a pod niski pleciony pot, dzielcy sad od 
pasieki, na wsk, zaros drk i spacerowa trcajc niekiedy gow w obwise, cikie od 
jabek gazie. 



Wieczr by nagrzany i duszny, pachnia mid, i yto skoszone kaj za ogrodami, powietrze 
byo cikie, przejte spiek, bielone pnie majaczyy. w mrokach niby gza porozwieszane 
do przeschnicia, kaj nad stawem naszczekiway psy wielce swarliwie, a od Kbw buchay 
niekiej aobne, jkliwe zawodzenia. 

Jasio, strudzony wreszcie deliberacjami, zawrci ju ku domowi, gdy naraz posysza 
jakby z pasieki jakie przyduszone, gorce szepty. 

Nie dojrza nikogo, ale przystan i sucha z zapartym tchem. 

- ...by skis... pu me, pu, bo bd krzycze!... 
- ...gupia... Czego si wydzierasz? Krzywdy ci to chc, krzywdy?... 
- ...jeszcze kto posyszy. Laboga, dy mi ziobra zgnieciesz... pu... 
Pietrek Borynw i ksia Maryna! Rozpozna ich po gosach i odszed z umiechem, lecz 
po paru krokach zawrci na dawne miejsce i nasuchiwa z dziwnie bijcym sercem. Gste 
krze ich przysaniay i ciemnica, nie sposb byo rozezna, ale coraz wyraniej sysza krtkie, 
rwane i warem kipice sowa, buchay kiej pomienie, a niekiedy przez dugie chwile 
wrzay gorczkowe, dyszce oddechy i szamotania. 

- ...takusiek, jak ma Jagusia, obaczysz... ino mi nie bro, Mary, ino... 
- ...zarno ci zawierz... bo ja to taka... loboga, daje odzipn... 
Zaszeleciay gwatownie krzaki, co ciko zwalio si na ziem, ale po chwili zatrzsy 
si, i znowu krtkie, rozpalone szepty, ciszone miechy i caunki. 

- ...e ju i nie sipiam, a ino cigiem o tobie, Mary... o tobie, najmilejsza... 
- ...kadej prawisz to samo... czekaam ci do pnocka... u drugiej bye... 
Jasio jakby z naga oguch i zatrzs si kieby osika. Wiater poszed po sadzie, zaruchay 
si drzewa i zagwarzyy cichuko kieby we piku, z pasieki zawiay takie miodne zapachy, 
jae go sparo pod piersiami, a oczy nalay si zami, przej go jaki dygotliwy war i cosik 
tak lubego jo udrcza, e ino si raz po raz przeciga a wzdycha. 

- ...tyla mi do niej, co do tych gwiazdw... Jasia se tera namwia... 
Oprzytomnia, wcisn si w pot i nasuchiwa coraz silniej rozdygotany. 
- ...prawda... co noc wychodzi do niego... Kozowa przydybaa ich w lesie... 
wiat si z nim zakrci i rozciemniao mu w oczach, ledwie si ju trzyma na nogach, a 
tam w gszczach wci mlaskay dranico caunki, przemiechy i szepty... 

- ...to ci eb wrztkiem oparz kieby temu psu... 
- ...ino ten razik, najmilejsza... dy ci nie ukrzywdz... obaczysz... 
- ...Pietru, loboga, Pietru... 
Jasio odskoczy i ucieka niby wiatr, rozdzierajc sutann o krzaki, wpad do domu czerwony 
jak burak, oblany potem i zgorczkowany, szczciem nikto nie zwrci na niego uwagi. 
Matka siedziaa przed kominem z kdziel i przda piewajc z cicha: Wszystkie nasze 
dzienne sprawy, siostry wtroway cieniuko wraz z Michaem, ktren pucowa kocielne 
lichtarze, ojciec ju spa. 

Jasio zawar si w swoim pokoju i zabra si do brewiarza, ale c, kiej chocia uparcie 
powtarza aciskie sowa, to i tak cigiem sysza tamte szepty i tamte caunki, e w kocu 
spar czoo na ksice i da si ju poniewoli jakowym mylom, kieby tym wichrom palcym. 


-Wic to tak? - duma z coraz wiksz zgroz i wraz z jakim lubym dreszczem - Wic 
to tak! - powtrzy naraz gono, i chcc si oderwa od tych obmierzych myle, wzi brewiarz 
pod pach i poszed do matki. 
- Zmwi pacierz przy Jagacie - wyrzek cicho i pokornie. 
- A id, synu, przyjd pniej po ciebie. - Spojrzaa bardzo miociwie. 
W chaupie Kbw nie byo ju prawie nikogo, tylko jeden Jambro cosik tam mamrota 
z ksiki przy zmarej, ktra leaa nakryta pacht; na porczy ka tlia si gromnica zatknita 
w dzbanuszek, przez wywarte okna zaglday gazie pene jabek, noc roziskrzona 



gwiazdami, a kiej niekiej wsadza zdumion twarz jaki zapniony przechodzie, w sieniach 
warczay cigiem pieski. 

Jasio przyklkn pod wiatem i tak si by gorco odda pacierzom, e ani wiedzia, kiej 
Jambro pokusztyka do dom, Kby pokady si spa kaj w sadzie i zapiay pierwsze kury, 
szczciem, co matka o nim nie zapomniaa. 

Ale c, kiej pik prawie si go nie ima, bo co jeno zaczynao go morzy, to zjawiaa si 
przed nim Jagusia niby ywa, e zrywa si z pocieli, przeciera oczy i rozglda si wystraszony, 
juci, co nie byo nikogo, cay dom lea pogrony w twardym nie, a z drugiej izby 
rozlegao si ojcowe chrapanie. 

-To moe ona dlatego... -Zamyli spominajc jej gorce caunki, oczy rozjarzone i 
drcy gos: -A ja mylaem! -Zatrzs si ze wstydu, zeskoczy z ka, otworzy okno i 
przysiadszy w nim, do samego witania medytowa i kaja si z mimowolnych przewin i pokusze. 
Za rano przy mszy nie mia nawet podnie oczw na ludzi ni si rozejrze po kociele, 
ale tym gorcej modli si za Jagusi, bo ju by cakiem uwierzy w jej straszne przewiny, nie 
poredzi tylko w sobie zbudzi do niej gniewu i odrazy. 

- Co ci jest? Wzdychae, e dziw nie pogasy wiece! - pyta go proboszcz w zakrystii. 
- Tak mnie parzy sutanna! - zaskary si odwracajc prdko twarz. 
- Jak si przyzwyczaisz, to bdziesz j nosi niby drug skr. 
Jasio pocaowa go w rk i poszed na niadanie przecierajc si cieniami nad stawem, 
gdy soce prayo ju nie do wytrzymania, i natka si na ksi꿹 Maryn, cigna za grzyw 
lepego konia i zawodzia wrzaskliwie. 

Przypomnienia gny go niby szydem, i przystpi do niej zelony. 

- Z czeg to Marysia tak si cieszy? - patrza w ni z wstydliw ciekawoci. 
-A bo mi wesoo! -zamiaa si, jae zagray jej biae zby, szarpna konia i wypiewywaa 
jeszcze rozgoniej. 

-Po wczorajszym taka wesoa! - Odwrci si prdko, gdy spod ugitej wysoko kiecki 
byskay jej biae podkolania, rozoy bezradnie rce i wstpi do Kbw. Jagata leaa ju z 
ca parad na rodku izby, przybrana w odwitne szaty, w czepcu o sutym biaym zburzeniu 
nad czoem, w paciorkach na szyi, w nowym weniaku w trzewikach, zacibnitych na czerwone 
sznurowada; twarz miaa kieby odlan z blichowanego wosku, a dziwnie rozradowan, 
w zesztywniaych palcach tkwi krzywo obrazik, dwie wiece paliy si pobok jej gowy, Jagustynka 
odganiaa muchy wielk gazi, jaowcowy dym cign si z komina i rozwczy 
po caej izbie, co troch kto wchodzi zmwi pacierz za nieboszczk, a kilkoro dzieci pltao 
si pod cianami. 
Jasio jako trwonie rozglda si po mrocznej chaupie. 

-Kby pojechay do miasta - zaszeptaa mu Jagustynka. - Ostawia im sporo, to musz 
si wypuczy na pochowek, krewniaczka przeciek! Eksporta dopiero bdzie wieczorkiem, bo 
Mateusz jeszcze nie zdy z trumn... 
Zaduch by w izbie i tak trwog przejmowaa go ta ta, znieruchomiaa w przemiech 
twarz umarej, e jeno si przeegna i wyszed spotykajc si tu przed progiem oko w oko z 
Jagusi, sza z matk i ujrzawszy go przystana, ale przeszed bez sowa, nawet Boga nie 
pochwali, dopiero z opotkw obejrza si na ni bezwolnie, jeszcze stojaa w miejscu wpatrzona 
w niego smutnymi oczami. 

W domu nie chcia je niadania, wyrzekajc na srogi bl gowy. 

- Przejd si troch, moe przestanie - radzia mu matka. 
- A gdzie pjd? eby mama zaraz mylaa Bg wie co! 
- Jasiu, co ty wygadujesz! 
-Przecie mama nie pozwala mi si ruszy z domu! Przecie to mama zabronia mi nawet 
rozmawia z ludmi! Przecie... - Mci si wielce rozdraniony. A skoczyo si na tym, 


e mu obwizaa gow szmat skropion octem, uoya go spa w ciemnym pokoju i przegnawszy 
dzieci na podwrze czuwaa nad nim kiej kokosz, pki si dobrze nie wyspa i nie 
podjad jak si patrzy. 

-A teraz id si przej, id na topolow, tam wikszy cie i chodniej. - Nic si nie odezwa, 
ale czujc, e matka pilnie za nim nagldaa, na zo jej poszed cakiem w drug stron; 
wczy si po wsi, patrzy na kowali grzmicych motami, zajrza do myna, azi po 
ogrodach, skwapnie zazierajc na lniska i wszdy, kaj si ino czerwieniy kobiece przyodziewy, 
posiedzia z panem Jackiem pascym na jakiej miedzy Weronczyne krowy, napi si 
mleka u Szymkw na Podlesiu i wrci do wsi dopiero na samym zmierzchu, nie napotkawszy 
nikaj Jagusi. 
Zobaczy j dopiero nazajutrz na pogrzebie Jagaty, tak patrzaa w niego przez cae naboestwo, 
jae litery skakay mu w oczach i myli si w piewaniach, a kiej ciao prowadzili na 
smtarz, to nie baczc na grone spojrzenia organiciny, sza prawie pobok niego, e nasuchujc 
jej aoliwych wzdychw topnia w sobie kieby nieg pod tym zwiesnowym socem. 

Za kiedy trumn spuszczali do dou i wybuchny lamenta, posysza i jej pacz rzewliwy, 
ale zrozumia, co nie po umarej tak szlocha, a jeno z cikiej udrki zbolaego, pokrzywdzonego 
serca. 

-Musz si z ni rozmwi. - Postanowi wracajc z pogrzebu, ale nie mg si prdko 
wydosta na wol, gdy zarno z poudnia zaczli si zjeda do Lipiec ludzie z dalszych wsi, 
a nawet i z drugich parafii na jutrzejsz pielgrzymk do Czstochowy Kompania miaa wyj 
rankiem, zaraz po solennej wotywie, to si z wolna cigali napeniajc drogi nad stawem 
wozami a gwarem, sporo te przychodzio na plebani, e Jasio musia siedzie i zaatwia za 
proboszcza przerne sprawy, ale jako pod sam wieczr upatrzywszy sposobn por wzi 
ksik i niepostrzeenie wynis si na miedz za stodoami, pod grusz, kaj nieraz siadywali 
wraz z Jagusi. 
Juci, co ani tkn oczami ksiki, a cisn j kaj w traw i rozejrzawszy si po polach 
skoczy w yta i chykiem, prawie na czworakach, przebiera si na ogrody Dominikowej. 

Jagusia wanie podbieraa ziemniaki ani si spodziewajc, e ktosik na ni patrzy, raz po 
raz bowiem prostowaa si ociale i wsparta na motyczce, powczc smutnymi oczami po 
wiecie, wzdychaa dugo i ciko. 

- Jagusia! - zawoa lkliwie. 
Poblada na ptno i stana kiej wryta, zaledwie ju wierzc wasnym oczom, tchu jej 
brako i cisno pod piersiami, ale patrzaa w niego kieby w to cudne zwidzenie, a sodki 
przemiech zatli si na spsowiaych z naga wargach, rozmigota si pomieniami i wybuchn 
kiej soce. 

Jasiowi rwnie rozjarzyy si oczy i miody zalay serce, nie da se jednak folgi, milcza, 
a jeno przysiad na zagonie i patrza w ni z dziwn luboci. 

- Bojaam si, co pana Jasia ju nigdy nie obacz... 
Kieby pachncy wiater zawia z k i uderzy w niego, jae pochyli gow, tak mu ten 
gos rozdzwania si w duszy prawie niepojt szczliwoci. 

- A przed Kbami, wczoraj, to pan Jasio ani spojrza... 
Stojaa przed nim sponiona kieby ten kierz rany, kieby ten jaboniowy kwiat, mdlejcy 
w skwarze tsknicy, licznoci pena i zgoa jakiemu cudowi podobna. 

- A to dziw mi serce nie pko! A to dziw me rozum nie odszed. 
zy bysny jej u rzs przysaniajc niby diamentami modre nieba oczw. 
- Jagusia! - wyrwao mu si kaj spod samego serca. 
Przyklka w brudzie i cisnc mu si do kolan wpieraa w niego oczy, przepaci ogniste, 
oczy modre jak niebo i jak niebo niezgbione, oczy upojne niby caunki i niby przygarnicia 
rk umiowanych, oczy pokusze i niewinnego dziecistwa zarazem. 



Wstrzsn si gwatownie i jakby si bronic przed czarami zacz ostro wymawia 
wszystkie jej grzechy, wszystkie, jakie mu bya powiedziaa matka. Pia kade sowo nie 
spuszczajc z niego oczw, ale mao wiele poredzia wymiarkowa, wiedziaa bowiem tylko 
jedno, e oto siedzi przed ni ten ponad wszystko wybrany, e se cosik gaworzy, e oczy mu 
si jarz, a ona klczy se przed nim kieby przed tym witkiem i modli si niezgbion wiar 
miowania. 

- Powiedz, Jagu, e to wszystko nieprawda? powiedz! - nalega proszco. 
-Nieprawda! Nieprawda! - przytwierdzia z tak szczeroci, e uwierzy od razu, uwierzy 
musia, a ona spara si, piersiami o jego kolana i zatonwszy mu w oczach wyznawaa 
si cichuko ze swego miowania... Jakby na witej spowiedzi otwara przed nim dusz na 
cieaj, rzucia mu j pod nogi kiej zbkan ptaszk i modlitewn, gorc prob dawaa si 
wszystka na jego zmiowanie i na jego wol i niewol. 
Jasio rozdygota si kiej listek wstrzsany gwatown nawanic, chcia j odepchn i 
ucieka, ale jeno szepta omdlaym, nieprzytomnym gosem: 

- Cicho, Jagu, tak nie mona, grzech, cicho! 
A umilka, cakiem wyzbyta ze si, milczeli ju oboje unikajc swoich oczw, a wraz cisnc 
si do siebie tak z bliska, e syszeli bicie serc wasnych i ciche, palce dychania, byo 
im strasznie dobrze i radonie, obojgu zy spyway po zbladych twarzach, obojgu miay si 
czerwone wargi, a dusze kieby w czas Podniesienia byy zatopione w jak najwitsz cicho 
i tajni janiejc gdzie na wysokociach i unosiy si jeszcze wyej, ponad wiaty. 

Soce ju zaszo i ziemia spyna zorzami kieby t, ros pozocist, wszystko przycicho, 
wszystko przytaio dech wszystko kieby zmartwiao w zasuchaniu dzwonw, co zabiy 
na Anio Paski, i wszystko jakby si zamodlio cichym dzikczynnym pacierzem za wit 
ask dnia odebranego. Poszli w pola, zasypane pyem zrz, szli jakimi miedzami penymi 
kwiatw, wskro zb dojrzaych, wlekc rkami po kosach, zwisajcych im do kolan, szli w 
uny zachodu wpatrzeni, w szerokie, zociste przepacie nieba i z niebem w duszach, i z niebem 
w oczach, i jakby w niebiaskich otczach nad gowami. 

Jakby msza si w nich odprawiaa, tak peni byli witego naboestwa, tak dusze im 
klczay w zachwyceniu i tak im pieway wniebowzite serca o asce Paskiej, tylko im jednym 
objawionej w tej godzinie ywota. 

Ni sowa nie przemwili wicej do siebie, ni jednego sowa, tylko niekiedy krzyoway 
si ich spojrzenia jak byskawice, cakiem ju postpe od wasnych arw i nic o sobie nie 
wiedzce. 

Nie wiedzieli rwnie, e piewaj jak pie, co si z nich bya sama zrodzia i kieby 

ptak rozwiergotany leciaa nad omroczone pola, we wszystek wiat. 
Nie wiedzieli nawet, kaj s i dokd id, i po co? 
Nagle i kaj z bliska run im nad gowy twardy i suchy gos: 

- Jasiu, do domu! 
Wytrzewia w tym oczymgnieniu; byli na topolowej, a matka stojaa tu przed nimi z 
gron i nieprzebagan twarz - j cosik bka i ple trzy po trzy. 

- Chod do domu! 
Wzia go za rk i gniewnie pocigna za sob, da si bez oporu, z pokor... 
Jagusia sza za nimi jakby urzeczona, gdy naraz organicina podniesa z drogi kamie i 
cisna w ni ze straszn zawzitoci. 

- Posza precz! A do budy, ty suko! - zakrzyczaa wzgardliwie. 
Jagusia obejrzaa si dokoa, cakiem nie miarkujc, o kogo tamtej chodzi, ale gdy jej 
zniknli z oczw, dugo si pltaa po drogach, a potem, gdy w chaupie poszli spa, siedziaa 
pod cian do biaego rana. 

Godziny szy za godzinami, piay kokoty, ray konie przy wozach nad stawem, robi si 
wit, wie zaczynaa wstawa, brali wod ze stawu, wypdzali bydo na pastwiska, kto ju 



wychodzi na robot, gdzie ju trajkotay kobiety, kaj dzieci popakiway matyjanie, a ona 
wci siedziaa na jednym miejscu i z otwartymi oczami nia na jawie o Jasiu - e cosik z 
nim rozmawia, e patrz na si tak z bliska, jae j ogarniay sodkie ognie, e id kaj i piewaj 
co takiego, czego nie poredzia sobie przypomnie - i tak cigiem jedno w kko. 

Matka zbudzia j z tych cudnych zwidze, a gwnie Hanka, ktra przysza ju przyszykowana 
do drogi i chocia niemiao, pierwsza wycigna rk na zgod. 

- Do Czstochowy id, to mi darujecie, com ta przeciw waju zgrzeszya... 
- Bg zapa za dobre sowa, ale co krzywda, to krzywda! - mrukna stara. 
- Nie ruchajmy tego! Prosz was ze szczerego serca, bycie mi odpuciy. 
- Zoci ju do was w sercu nie chowam - westchna ciko Dominikowa. 
-Ani ja! chociem niemao przecierpiaa! -wyrzeka powanie Jagusia i posyszawszy sygnaturk 
posza si przybiera do kocioa. 
- Wiecie, a to Jasio organistw idzie z kompani - ozwaa si po chwili Hanka. 
Jagusia posyszawszy nowin wypada z chaupy na p ubrana. 
-Co ino sama organicina mi powiedziaa, jako koniecznie napar si i do Czstochowy! 
Raniej bdzie nama wdrowa z ksiykiem i honorniej! Ostajta z Bogiem. -Poegnaa 
si przyjacielsko i posza do kocioa rozpowiadajc po drodze nowin, juci, co si jej dziwowali, 
tylko Jagustynka pokrcia gow i rzeka cicho: 
- W tym co jest! Ju on ta z dobrej woli nie idzie, nie... 
Ale nie pora bya na dusze wywody, bo z p wsi zebrao si w kociele i ksidz ju 
wychodzi z wotyw, odprawian na intencj pielgrzymki. 
Jasio suy do mszy jak co dnia, jeno dzisia twarz mia cosik bledsz i dziwnie zbola, 
za oczy podsiniae i, jeszcze szkliste od ez, e jakoby we mgach majaczy mu cay koci, 
Tereska, leca krzyem przez cae naboestwo, wystrachane oczy Jagusi, matka, siedzca w 
dworskiej awce, i te przystpujce do komunii wdrowniki -jak przez mg widzia, przez te 
zy zaledwie powstrzymywane, przez ao szarpic mu serce i przez ten miertelny smutek. 


Proboszcz od otarza egna odchodzcych, a kiej si wywalili przed koci, skropi ich 
wod wicon i pobogosawi, podnieli zaraz chorgiew, krzy byszcza na czele, ktosik 
zapiewa i kompania ruszya w dalek drog. 

Z Lipiec szy: Hanka, Marysia Balcerkwna, Kbowa z crk, Grzela z krzyw gb, 
Tereska z mem, ktre si ochfiaroway przez ca drog nie bra do ust nic gorcego, i par 
komornic, ale wraz z ludmi z drugich wsi zebrao si ze sto narodu. 

Odprowadzaa ich caa wie, za wozy zawalone toboami szy na zajdach. Ale mimo 
wczesnej godziny upa si ju wzmaga, soce lepio oczy i kurz podnosi si tumanami, e 
szli jakby w tych szarych, duszcych obokach. 

Jagusia sza z matk i z drugimi, bya strasznie zmizerowana, trzsa si w sobie z aoci, 
a ykajc gorzkie, sieroce zy patrzya w Jasia kieby w to soce, juci, co z dala, bo organicina 
z dziemi nie opuszczaa go ani na chwil, e nie byo sposobu przemwi do niego ni 
nawet stan mu w oczach. 

Mateusz mwi cosik do niej, to matka, to drugie, c, kiej tylko jedno wiedziaa, e Jasio 
na zawsze odchodzi, e ju go nigdy nie zobaczy, przenigdy. 

Pod figur na Podlesiu poegnali kompani, ktra zaraz pocigna dalej, wrd piewa 
oddalajc si coraz barzej, a i zgina cakiem z oczw, a tylko kaj w rozsonecznionych 
dalach, nad drogami, podnosiy si kby kurzawy. 

-Laczego? laczego? - jczaa wlekc si niby trup za powracajcymi do wsi. 
-Padn i zamr! - mylaa czujc w sobie jakby poczynanie si mierci, sza coraz wolniej 
i ciej, wyzbyta ze si skwarem, zmczeniem i t straszn udrk. 
-I c ja teraz poczn, co? -pytaa, zapatrzona w ten dzie dziwnie pusty i bolenie lepicy. 


Czekaa z upragnieniem nocy i cichoci, ale i noc nie przyniesa jej folgi ni ukoju, tuka 
si do samego witania kole chaupy, sza na drogi, poleciaa nawet na Podlesie pod figur, 
kaj ostatni raz widziaa Jasia, i zapiekymi od mki oczami szukaa na szerokiej, piaszczystej 
drodze jakby ladw jego krokw, choby cienia po nim, choby tej grudki ziemi tknitej 
przez niego. 

Nie byo, nie byo la niej nic i nikaj, nie byo ju zmiowania i poratunku. 

Zabrako jej w kocu nawet ez, zabite smutkiem i rozpacz, oczy wieciy kiej studnie 
niezgbionej boleci. 

A tylko niekiej, przy pacierzu, zrywaa si ze spiekych warg aosna skarga. 

-I za co to wszystko, mj Boe, za co? 
ROZDZIA 13 


U Dominikowej zrobio si ju zgoa nie do wytrzymania, Jagusia bowiem azia kiej 
nieprzytomna i o Boym wiecie nie wiedzca, Jdrzych te jeno zbywa roboty, coraz czciej 
przesiadujc u Szymkw, a w gospodarstwie czyni si taki upadek i opuszczenie, e 
nieraz nie wydojone krowy pdzili na paniki, winie kwiczay z godu i konie obgryzay drabiny 
rc przy pustych obach, bo staranie poredzia zaradzi wszystkiemu, jeszczek ona 
utykaa o kiju, z przewizanymi oczami, na p lepa, to i nie dziwota, co gowa jej pkaa od 
turbacji. 

Bo i jake: gnj pod pszenic wysycha w polu, a nie mia go kto przyora, len si ju 
prosi o wyrywanie, ziemniaki zdaoby si jeszcze raz ople i osypa, brakowao drew na 
opa, porzdek gospodarski niszcza, niwa byy za pasem, roboty starczyo choby i na dziesi 
rk, a tu szo, kieby kto w nosie podubywa. Przynaja nawet komornic, sama te zabiegaa, 
jak moga, i dzieci pdzia do roboty, ale Jagusia bya jakby gucha na wszykie 
proby i przekadania, za Jdrzych na jak pogroz odburkn hardo: 

-Bo ciepn wszyko i pjd se we wiat! Wypdzilicie Szymka, to sobie tera sami rbcie! 
Jemu ta nie cni si za wami, chaup ma, grosz ma, kobiet ma, krow ma i gospodarz 
ca gb. - Pyskowa przemylnie, trzymajc si z dala. 

- Juci, co ten zbj poredzi zaradnie wszystkiemu! - westchna ciko. 
- A boga, e uredzi wszykiemu, nawet Nastusia si dziwuje ! 
- Trza by kogo przynaj abo i zgodzi parobka mylaa gono. 
Jdrzych podrapa si i rzek niemiao: 
- Hale, szuka obcego, kiej Szymek gotowy... eby mu ino rzec to sowo... 
-Gupi! Nie wycigaj szyj, kiej do ci nie pij! -warkna i srodze si tym zgryza, e 
tak czy owak, a trza bdzie ustpi i jak zgod z nim zrobi. 
Jednak najbarzej martwia si o Jagusi, na darmo bowiem prbowaa si wywiedzie, co 
jej jest. Jdrzych te nie wiedzia, a kum nie miaa si wypytywa, bych za wiele nie dooyy. 
Przez cae te trzy dni, po wyjciu kompanii do Czstochowy, bkaa si w przernych 
domysach kieby w tej uprzykrzonej mie, ja dopiero w sobot po poudniu doprowadzona 
ju do ostatka wzia sielnego kaczora pod pach i posza na plebani. 

Wrcia nad wieczorem zburzona, kiej ta noc jesienna, spakana i ciko wzdychajca, 
nie odzywaa si do nikogo, a po kolacji, kiej ostaa sama z Jagusi, przywara drzwi do sieni 
i rzeka: 

- A wiesz, co rozpowiadaj o tobie i Jasiu? 
- Nie ciekawam plotw! - odrzeka niechtnie, podnoszc zgorczkowane oczy. 


-Ciekawa czy nie, a powinna wiedzie, e przed ludmi nic si nie uchowa! A kto cicho 
robi, o tym gono mwi! A o tobie wygaduj, e niech Bg broni! 
Rozpowiedziaa szeroko, czego si dowiedziaa od proboszcza i organistw. 

-Zaraz w nocy zrobiy nad nim sd, organista zern mu skr, ksidz swoje, cybuchem 
dooy i bych ustrzec przed tob, wyprawili go do Czstochowy. Syszysz to? Pomiarkuje, 
co narobia! - krzykna gronie. 
-Jezus Maria! Biy go! Jasia biy! - zerwaa si gotowa lecie na jego obron, ale jeno 
zakrzyczaa przez zacinite zby: 
-A eby im kulasy poodpaday, eby ich nie oszczdzia zaraza! - I zapakaa, z zaczerwienionych 
oczw polay si strugi gorzkich ez, a wszystkie rany duszy spyny jakby t 
yw, serdeczn krwi. 
Ale Dominikowa nie baczc na to ja j bi, niby kijem, przypominkami wszystkich 
przewin i grzechw, nie darowaa ani jednego, wypominajc, co j tylko aro od dawien 
dawna i nad czym srodze bolaa. 

-To musi si ju raz skoczy, rozumiesz! Tak ci ju dalej y nie sposb! - krzyczaa 
coraz zawziciej, chocia palce zy cieky jej spod szmat przewizujcych oczy. - eby ci 
mieli za najgorsz, eby ci ju wytykali palcami! Taki wstyd na moje stare lata, taki wstyd, 
mj Jezu - jczaa rozpaczliwie. 
-I wycie pono za modu byli nie lepsi! - trzasna j zym sowem. 
Stara tak si zaniesa gniewem, e ledwie ju wybekotaa: 
- Choby witemu, a nie przepuszcz! 
Nie miaa ju si wicej pastwi nad ni, za Jagusia wzia si prasowa jakie fryzki 
na jutro; wieczr szed wiejny, szumiay drzewa, po niebie, zawalonym drobnymi chmurami, 
lecia ksiyc, kaj na wsi pieway dzieuchy, a jakie skrzypki rzpoliy drygliw wielce nut. 


Przed oknami rozleg si gos przechodzcej wjtowej: 

- Jak wczoraj pojecha do kancelarii, tak i przepad... 
-Pojecha z pisarzem do powiatu jeszcze wczoraj na noc. Powiada sotys, jako wezwa 
ich do siebie naczelnik - odpowiada Mateusz. 
Gdy przeszli, stara odezwaa si znowu, ale ju agodniej: 

- Czemu to przepdzia z chaupy Mateusza? 
- Bo mi obmierz i po co tu bdzie wysiadywa! Nie szukam se chopa! 
-Czas by ci ju byo obejrze si za ktrym, czas! Zaraz by i ludzie przestali ci napastowa! 
Choby i Mateusz, te nie do pogardzenia, chop zmylny, poczciwy... 
Dugo si nad nim rozwodzia i wielce zachtliwie, ale Jagusia si nie odezwaa ani sweczkiem, 
zajta robot i swoimi strapieniami, e stara daa spokj i wzia si do raca. 
Na dworze pocichy ju gosy, tylko drzewiny szarpay si z wiatrem i myn turkota, noc bya 
pna, ksiyc jakby cakiem zaton w zwaach, e jeno kaj niekaj wieciy obrzea chmur i 
wydzieray si snopy brzaskw. 

- Jagu, trza ci jutro do spowiedzi. Lej ci bdzie, jak zbdziesz si grzechw. 
-Co mi tam, nie pjd! 
- Nie chcesz do spowiedzi! - A gos jej schrypn ze zgrozy, 
- A nie. Ksidz do kary to skory, ale z pomoc to si nikomu nie pokwapi... 
-Cicho, eby ci Pan Jezus nie skara za takie grzeszne gadanie! A ja ci mwi, do spowiedzi 
id, pokutuj i Boga pro, to ci si jeszcze wszystko przemieni na dobre. 
-A mao to mam pokuty, co? A cem to zgrzeszya? Za co? To pewnie za moje kochanie 
i za moje cierpienia taka mnie spotyka nadgroda, co? Ze ju co najgorsze we wiecie, to 
mnie spotkao! - skarya si aonie. 
Nie przeczuwaa nawet biedula, e spadnie na ni jeszcze cosik gorsze i bardziej niespodziane, 
i bardziej niesprawiedliwe. 



Nazajutrz bowiem, w niedziel, przed sum gruchna po wsi wie, zgoa niepodobna do 
wiary, e wjta aresztowali za brak pienidzy w kasie gminnej. 

Nie sposb byo zrazu uwierzy, i chocia prawie z kad godzin ktosik przylatywa z 
now i coraz gorsz przykadk, jeszcze nie brali tego zbytnio do serca. 

- Prniaki wymyl se co niebd i roztrzsaj se la zabawy! - mwili powaniejsi. 
Ale uwierzono, gdy kowal wrci z miasta i wszystko co do sowa potwierdzi, a Jankiel 
w poudnie powiedzia do caej gromady: 

- Wszystko prawda! W kasie brakuje pi tysicy, zabier mu za to ca gospodark, a jak 
bdzie jeszcze mao, Lipce musz za niego dopaci! 
Wzburzyo to wszystkich, e niech Bg broni, jake, bieda wszdy jae piszczy, do garnka 
nie ma co woy, niejeden si zapoyczy, aby jeno docign do niw, a tu przyjdzie 
paci za zodzieja! Tego bya ju za wiela na ludzk cierpliwo, to i nie dziwota, e caa 
wie jakby si wcieka ze zoci, kltwy, pogrozy i wyzwiska posypay si kieby kamienie: 

- A eby, cierwo, skapia jak ten pies! 
- Nie trzymaem z nim spki, to i paci za niego nie bd. 
-Ani ja! Balowa si, uywa, a ty cierp za cudze! -pogadywali tak sfrasowani, jae niejednemu 
paka si chciao z markotnoci. 
-Dawno miaem oko na niego i mwiem, do czego to idzie, przekadaem, nie suchalita 
i tera mata bal! - dogadywa z rozmysem stary Poszka, pomagaa mu Poszkowa rozpowiadajc 
kto ino chcia sucha. 
-Wiecie, Antek ju wyrachowa, co na wspomoenie pana wjta zapacim po trzy ruble z 
morgi, ale za takiego przyjaciela nie al i po dziesi... 
I tak te wiadomoci przygnbiy ludzi, e mao wiela poszo do kocioa, a jeno radzili 
ualajc si posplnie, e peno byo w opotkach, przed chaupami, a zwaszcza nad stawem, 
na prno si przy tym gowic, kaj zadzia tylachna pienidzy. 

- Musieli go podebra, nie sposb, aby tyla sam jeden zmarnowa. 
- Pisarzowi zawierza, a wiadomo, jakie to ziko! 
-Szkoda czowieka, nama juci zrobi krzywd, ale sobie najgorsz! -mwili poniektrzy 
co stateczniejsi, a na to wrazia midzy nich tuste brzucho Poszkowa i daleje niby to 
aujco wyrzeka i trze suche lepie. 
- A mnie al wjtowej! Biedna kobieta, pani se bya i nos zadzieraa, a teraz co! Chaup 
wezm, grunt przedadz i na komorne pj pjdzie chudzina, na wyrobek. I eby se chocia 
uya! 
-A mao to jeszcze wysmakowaa dobrego! -wrzasna Kozowa wtrujc gorco, jeno 
na drugi sposb - uyway se cierwy kieby jakie dziedzice. Co dnia jady miso! Wjtowa 
p garczka cukru kada se do kawy, a czysty harak pili szklankami! Widziaam, jak zwozi z 
miasta pkoszki przernych przysmakw. A z czeg to im brzuchy spczniay, przecie 
nie z postu! 
Suchali rozwanie, cho w kocu pleta ju trzy po trzy, ale dopiero organicina trafia 
wszystkim do serca, nalaza si na wsi niby to przypadkiem i posuchawszy rozmw rzeka od 
niechcenia: 

- Jak to, to nie wiecie, na co wjt wyda tyle pienidzy? 
Jli si cisn dokoa i pyta niewolc j do odpowiedzi. 
- Straci na Jagusi, wiadomo. 
Tego si nie spodziewano, wic jeno w zdumieniu spozierali po sobie. 
-Ju caa parafia mwi o tym od wiosny! Ja wam nie rozpowiem, ale spytajcie si kogo 
bd, choby z Modlicy, a dowiecie si caej prawdy! 
I odesza jakby nie chcc si zdradzi, ale baby jej nie puciy, przypary kaj do pota, 
tak molestoway, e zacza im rozpowiada na niby pod sekretem: jakie to wjt przywozi 
dla Jagusi piesztrzonki ze szczerego zota, a jakie chusty jedwabne, a jakie ptna cieniukie, 



a jakie korale, a ile to jej nadawa gotowych pienidzy! Juci, co cygania, jae si kurzyo, 
ale wicie uwierzyy, tylko jedna Jagustynka ozwaa si gniewnie: 

- Klitu bajdu, mdl si za nami. Widziaa to pani? 
-A widziaam i mog przysign nawet w kociele, e dla niej ukrad, dla niej, a moe 
go nawet namwia! Ho, ho, gotowa ona na wszystko, nic dla niej nie ma witego, bez wstydu 
ju i sumienia! Jak ta rozciekana suka lata po wsi, a roznosi jeno zgorszenie i nieszczcie. 
Nawet mojego Jasia zwie chciaa, chopiec niewinny jak dziecko, to uciek od niej i wszystko 
mi opowiedzia! Czy to nie zgroza, ksidzu nawet nie daje spokoju! -gadaa prdko, ledwie 
ju dyszc od zoci. 
Jakby iskra pada na prochy, tak buchny naraz wszystkie dawne urazy do Jagusi, 
wszystkie zazdrocie i gniewy, i nienawicie; jy wypomina, co ino ktra miaa na wtpiach, 
e podnis si niewypowiedziany wrzask. Krzyczay jedna przez drug i coraz zapamitalej. 


- Ze to tak wita ziemia nosi! 
- A przez kogo pomar Maciej? Wspomnijcie jeno sobie! 
- Caej wsi przyjdzie pokutowa za tak zapowietrzon! 
-I nawet ksidza chciaa przywie do grzechu! Jezu, bd nam miociwy! 
- A wiela to ju byo przez ni pijatyk, swarw a obrazy boskiej ! 
- Zakaa caej wsi! Ju przez ni Lipce wytykaj palcami! 
- Morowe powietrze nie gorsze nili taka zaraza. 
-Pki taka jest we wsi, potd cigle bdzie grzech, rozpusta i zo, bo dzisiaj wjt ukrad 
dla niej, a jutro zrobi to samo drugi! 
-Kijami zatuc i cierwo rzuci psom! 

- Wygna j ze wsi, wypdzi na bory i lasy, kiej t zaraz! 
-Wypdzi ! Jedyna rada ! Wypdzi! - zawrzeszczay rozsroone, gotowe ju na 
wszystko i z namowy organiciny pocigny do wjtowej. 
Wysza do nich, zapuchnita od paczu, a tak zbiedzona, tak nieszczliwa i rozlamentowana, 
e wziy j ciska paczc nad ni i ualajc si ze wszystkiego serca. 

Dopiero po jakim czasie organicina wspomniaa jej o Jagusi. 

-wita prawda! Ona wszystkiemu winowata, ona -zalamentowaa rozpacznie. -Ten 
tuk sobaczy, ta piekielnica! A eby zdecha pod potem za moj krzywd, a eby ci robaki 
roztoczyy za mj wstyd, za moje nieszczcie! - pada kaj na aw tarzajc si w niewypowiedzianej 
mce i szlochaniu. 

Napakay si nad ni do woli, nabiedziy i rozeszy si do domu, bo soce konio si 
ju ku zachodowi. Ostaa tylko organicina i zamknwszy si z ni, cosik wanego uradziy, 
gdy jeszcze przed zmierzchem poleciay na wie po chaupach, rozpoczynajc jak cich i 
tajn robot. 

Przystay do nich Poszki, przyniewoliy jeszcze niektrych i poszli razem do proboszcza, 
wysucha wszystkiego, ale rozoy rce i zawoa: 

-Nie mieszam si do niczego, rbcie, co chcecie, ja nie wiem o niczym i jutro z rana jad 
do arnowa na cay dzie! 
Wieczr uczyni si wielce swarliwy, peen narad, sprzeczek i tajemniczych szeptw, a 
gdy ju ciemna noc zapada, wszyscy zmwieni zeszli si do karczmy, i ugaszczani przez 
organistw, jli znowu radzi i deliberowa. A zeszli si co najpierwsi gospodarze i prawie 
wszystkie eniate kobiety i uradzali ju do dugo, gdy Poszkowa zakrzyczaa: 

-A kaje to Antek Boryna? Caa wie si zebraa, on pierwszy w Lipcach gospodarz, to 
przez niego nie mona radzi, bdzie niewane. 
- Prawda, posa po niego! Musi przyj! Bez niego nie mona! - wrzeszczeli. 
- A moe bdzie jej broni, kto wie? - szepna ktra. 
- miaby to caej wsi si przeciwi! Kiej wszystkie, to wszystkie! 


Kopn si po niego sotys i z ka musia ciga, bo ju by spa. 

-Musicie i i powiedzie swoje! A nie pjdziecie, to powiedz, co j osaniacie i przeciwko 
gromadzie na sprzeciw idziecie! Baby wam nie daruj dawnych grzechw. Chodcie, 
raz trzeba z tym skoczy. 
I poszed, chocia z cikim sercem, bo i musia. 
Karczma bya jakby nabita, e trudno ju byo palec wrazi, i wrzao z cicha, gdy organista 
stoja wanie na awie i prawi niby to kazanie. 

-... i drugiego sposobu nie ma! Wie to jak ten dom, niech jeden zodziej wyjmie spod 
niego przyciesi, niech drugi zakomi si na belki, a trzeciemu zachce si wyj kawa ciany, 
to w kocu chaupa si zwali i na mier wszystkich przygniecie! Wymiarkujcie to sobie dobrze! 
A nieche tu kademu bdzie wolno kra, rozbija, krzywdzi, rozpust czyni, to i c 
si stanie ze wsi? Powiadam wam, nie wie to ju bdzie, a jeno ten chlew diabelski, a haba 
i wstyd la poczciwych! e omija j bd z daleka i egna si na jej przypomnienie. Ale 
mwi wam, e prdzej czy pniej kara boska na tak wie spa musi, jak spada na ow 
Sodom i Gomor! Spadnie i wszystkich wytraci, bo wszyscy s zarwno winni, tak ci, ktrzy 
le robi, jak i ci, ktrzy pozwalaj rozrasta si zemu! Pismo wite nas poucza: jeli zgorszy 
ci rka twoja, odetnij j, a jeli zgrzeszyo oko, wyup je i cinij psom! Jagusia, mwi 
wam, to gorsza od moru, gorsza od zarazy, bo sieje zgorszenie, grzeszy przeciw wszystkim 
przykazaniom i ciga na wie gniew Boy i jego straszn pomst! Wypdta j, pki jeszcze 
czas! Ju si przebraa miarka jej grzechw i przyszed czas na pokaranie! -rycza kiej byk, 
jae mu oczy wyaziy z rozczerwienionej twarzy. 
-Juci! Pora! Nard mocen jest kara i mocen wynadgradza! Wygna j ze wsi! Wygna! 
- wrzeszczeli coraz goniej. 
Prawi jeszcze Grzela, wjtw brat, przemawia stary Poszka, pyskowa Gulbas, ale mao 
kto sucha, bo ju wszyscy wraz mwili. Organicina cigiem rozpowiadaa, jak to byo z 
Jasiem, wjtowa te swoje krzywdy kademu w uszy kada, a i drugie pofolgoway se niezgorzej, 
e ju wrzao kiej na jarmarku. 

Tylko Antek si nie odzywa, stoja przy szynkwasie chmurny kiej noc, z zacitymi zbami, 
poblady od mki, a przychodziy na niego takie minuty, e chciao mu si chyci aw i 
pra ni te wszystkie rozwrzeszczone pyski, a obcasami tratowa kiej to paskudne robactwo i 
tak mu si ju wszystko zmierzio, i pi kieliszek po kieliszku, a spluwa jeno i kl cicho. 

Podszed do Poszka i gono na ca karczm zapyta: 

-Ju wszystkie zgodziy si na jedno, e Jagusi trza wygna ze wsi. Rzeknij i ty swoje, 
Antoni. 
Przycicho nagle w karczmie, wszystkie oczy wlepiy si w niego, byli prawie pewni, e 
si sprzeciwi, ale on odsapn, wyprostowa si i rzek gono: 

- W gromadzie yj, to i z gromad trzymam! Chceta j wypdzi, wypdta; a chceta se 
j posadzi na otarzu, posadta! Zarwno mi jedno! 

Odsun rk zalegajcych mu drog i wyszed nie patrzc na nikogo. 

Dugo jeszcze po jego wyjciu radzili, prawie do samego witania, a rankiem wiedzieli 
ju wszyscy, e postanowiono wypdzi ze wsi Jagusi. 

Mao kto stawa w jej obronie, bo kadego zakrzyczeli, tylko jeden Mateusz nie ulkszy 
si nikogo kl wszystkich w oczy i pomstowa ca wie, e ju rozwcieklony do ostatka, 
polecia szuka ratunku u Antka. 

- Wiesz o Jagusi? - blady by kiej trup i cay dygota. 
- A wiem, prawo za nimi! - rzek krtko, myjc si pod studni. 
-eby ich mr z takim prawem! To robota organistw! Jake, dopucim do takiej niesprawiedliwoci! 
C to komu zawinia? A o co j wini, to nieprawda, czyste cygastwo! 
Jezu, eby si wayli wygania czowieka jak tego wciekego psa. Nie sposb, eby to miao 
by! 


- Sprzeciwisz si to caej gromadzie? 
-Rzeke, jakby z nimi trzyma -zawarcza z gronym wyrzutem. 
- Z nikim nie trzymam, ale i tyla mi do niej, co do tego kamienia. 
-Ratuj, Antek, porad co niebd. Laboga, ju mi si we bie mci! pomiarkuj ino, c 
ona pocznie, kaj si podzieje? A psiekrwie, zbje, wilki jedne. Siekier chyba chyc i bd 
rba, a nie dopuszcz, nie dopuszcz! 
- Nic ci nie pomog. Postanowili, to c znaczy jeden sprzeciw, nic. 
- Masz do niej zo! - zawrzeszcza niespodzianie. 
-Mam zo czy nie, nic komu do tego -powiedzia surowo i wsparty o studni zapatrzy 
si kaj daleko. Bolesnym kbem zwiy si w nim jeno przytajone a wiecznie czujne miowania 
i zazdrocie, e chwia si w sobie z pojkiem niby drzewo targane przez wichur. 
Obejrza si naraz, Mateusza ju nie byo, a wie wydaa mu si jaka obca i dziwnie 
przykra, i strasznie rozwrzeszczana. 

Prawda, co i ten dzie pamitny take by jaki niezwyczajny. Soce wleko si blade i 
jakby obrzke, duszno byo na wiecie i strasznie gorco, niebo wisiao nisko, zawalone paskudnymi 
chmurzyskami, wiater zrywa si co chwila i zamiata, a nad drogami podnosiy si 
kby kurzawy, miao si na burz, kaj nad borami jakby si yskao. 

Za midzy ludmi ju si sroya sielna zawierucha, latali po wsi kieby poszaleli, ktnie 
wrzay po wszystkich chaupach, jakie baby pobiy si nad stawem, psy ujaday bezustannie, 
prawie nikt nie wyszed w pole do roboty, bydo nie wypdzone na pasz ryczao po oborach, 
nawet mszy tego dnia ksidz nie odprawi i wyjecha rwno ze witem, zamt podnis si 
coraz wikszy i niespokojno rosa z minuty na minut. 

Antek dojrzawszy, e w organistowych opotkach zbiera si coraz wicej narodu, wzi 
kos na rami i piesznie poszed w pole pod las. 
Przeszkadza mu wiatr plczc zboe i bijc piaskiem w oczy, ale wpar si w zagon i j 
siec, spokojnie nasuchujc zarazem dalekich gwarw. 

-Moe to ju - przemkno mu naraz przez gow, serce zatuko kieby motem, gniew 
nim zatarga i rozpry grzbiet, ju mia rzuci kos i lecie na ratunek, ale opamita si 
jeszcze w por. 
- Kto zawini, niech wemie kar. A niechta, a niechta. 
yta z chrzstem koniy mu si do ng i biy w niego niby rozkolebane wody, wiater 
rozwiewa mu wosy i suszy twarz spotnia z mki, oczy prawie nic nie widziay, jakby ju 
wszystek by tam, przy Jagusi, e tylko twarde przyuczone rce same wodziy kos kadc 
pokos za pokosem. 

Wiatr przynis od wsi jaki dugi, przecigy krzyk. 

Rzuci kos i przysiad pod ytni cian, jakby si wpar w ziemi, jakby si jej czepi 
ca moc, za cay si jej uj jakby w elazne pazury i zdziery, i nie da si, chocia oczy 
latay nad wsi niby oszalae ptaki, cho serce skwierczao z trwogi, cho trzs si i dygota z 
niespokoju. - Wszyko musi i po swojemu, wszyko. Trza ora, by sia, trza sia, by zbiera, 
a co jeno przeszkadza, trza wypleni kiej zy chwast -mwi w nim jaki surowy, prawieczny 
gos jakby tej ziemie i tych ludzkich siedlisk. 

Buntowa si jeszcze, ale ju sucha coraz pokorniej. 

- Juci, e kady ma prawo broni si przed wilkami, kady. 
Chyciy go jakie ostatnie aocie i myli, kiej lute kliwe wichry, owiay go mrocznym 
tumanem ponoszc z miejsca. 
Porwa si na nogi, naostrzy kos osek, przeegna si, splun w garcie i j si do 
roboty, walc pokos za pokosem z tak zapamitaoci, jae wistao pytkie ostrze kosy i 
pojkiway ciany yta. 

A tymczasem na wsi nasta straszny czas sdu i kary, e ju i nie opowiedzie, co si tam 
wyrabiao. Jakoby dur ogarn Lipce, a ludzie zgoa si powciekali, bo co jeno byo rozwa




niejsze, pozamykao si w chaupach lub ucieko na pola, za reszta, pozbierana nad stawem 
w gromady i jakby opita zoci, wrzaa coraz zapalczywiej jurzc si nawzajem krzykami, e 
ju kaden si wydziera, kaden pomstowa, kaden si sroy wraz, czynic przeraliwy 
warkot, podobien dalekim i gronym grzmotom. 

I w jakiej minucie caa wie ruszya do Dominikowej kieby ten wezbrany, szumicy 
potok, wieda organicina z wjtow, a za nimi przepychao si z rykiem cae rozjuszone stado. 


Wdarli si do chaupy kiej burza, jae zadygotay ciany, Dominikowa zastpia drog, to 
j stratowali, Jdrzych skoczy broni i w oczymgnienie zrobili z nim to samo, wreszcie Mateusz 
chcia ich powstrzyma przed komor i chocia pra drgiem, chocia broni ca moc, 
ale nie wyszo i Zdrowa, ju lea kaj pod cian z rozbitym bem i nieprzytomny. 

Jagusia bya zaparta w alkierzu, a kiej wyrwali drzwi, staa przytulona do ciany i nie 
bronia si, nie wydaa nawet gosu, blada bya kiej trup, a w oczach szeroko rozwartych gorzao 
ponure pomi grozy i mierci. 

Sto rk wycigno si po ni, sto rk godnymi, chciwymi pazurami chycio j ze 
wszystkich stron, wyrwao niby kierz pytko wronity w ziemi i powleko w opotki. 

-Zwiza j, wyrwie si jeszcze i ucieknie -rozrzdzia wjtowa. 

Na drodze sta ju gotowy wz, naoony wiskim nawozem po wrby desek i zaprzony 
we dwie czarne krowy, rzucili j na gnj zwizan niby barana i ruszyli wrd piekielnego 
zamtu; urgliwe wyzwiska, miechy i przeklestwa posypay si na ni kiej grad po 
stokro zabijajcy 

Ale przed kocioem cay pochd przystan. 

- Trza j zewlec do naga i pod krucht wysiec rzgami! - krzykna Kozowa. 
- Zawdy takie bili pod kocioem! Do pierwszej krwi, bierzta j! - wrzeszczay. 
Na szczcie, brama smtarza bya zawarta, za we furtce stoja Jambro z proboszczowsk 
strzelb w rku i skoro si wstrzymali, rykn z caej piersi: 

-Kto si poway wej na kocielne, zastrzel, jak mi Bg miy. Ubij jak psa - grozi i 
tak jako strasznie patrza gotujc bro jakby do strzau, e poniechawszy zamiaru ruszyli 
dalej na topolow. 
Zaczli nawet popiesza, gdy burza moga wybuchn leda chwila, niebo pospniao 
coraz barzej, wiater bi w topole, jae si pokaday, kurzawa zrywaa si spod ng zasypujc 
oczy i stronami hurkotay grzmoty. 

-Poganiaj, Pietrek, prdzej - przynaglali rozgldajc si niespokojnie po niebie, przycichli 
jako, szli bezadnie bokami drogi, bo rodkiem by srogi piasek, e tylko niekiedy co 
tam ktra zawzitsza dopadszy wozu ulya se pokrzykujc zajadle: 
- Ty winio! ty tumoku! A do sodatw, ajdusie zapowietrzony ! 
- Uywaa, to narej si teraz wstydu, posmakuj zgryzoty! - dary si nad ni. 
Pietrek, parobek Borynw, ktren powozi, bo aden drugi nie chcia, szed przy wozie, 
smaga krowy, a skoro jeno upatrzy por, szepta do niej litonie: 

- Ju niedaleczko... pomsty za tak krzywd... cierpcie ino... 
Za Jagusia w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohabiona 
na wieki, skrzywdzona ponad czowiecze wyrozumienie i nieszczsna ponad wszystko, leaa 
jakby ju nie syszc ni czujc, co si dzieje dokoa, tylko ywe zy nieustann strug cieky 
po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesa si pier niby w tym krzyku skamieniaym. 

-Prdzej, Pietrek! prdzej! -woali coraz czciej, rosa w nich bowiem niecierpliwo, 
jakby opamitanie, e ju prawie w dyrdy dosigli granicznych kopcw pod samym lasem. 
Podnieli deski woza i wraz z gnojem jak to cierwo obmierze rzucili, jae ziemia pod 
ni jkna, pada wznak i nawet si nie poruszya. 
Dopada jej wjtowa i kopnwszy nog zawrzeszczaa: 



-A wrcisz do wsi, to ci zaszczujemy psami! -podniesa jak grud czy kamie i 
grzmotna w ni z caej siy - za krzywd moich dzieci! 
- Za wstyd caej wsi! - bia j druga. 
- By sczeza na wieki! 
- By ci wita ziemia wyrzucia! 
- By zdecha z godu i pragnienia! 
Biy w ni gosy, grudy ziemi, kamienie i przygarcie piachu, a ona leaa kiej koda, zapatrzona 
jeno w rozkolebane nad sob drzewa. 

Spochmurniao nagle na wiecie, zacz pada deszcz gruby i rzsisty. 

Pietrek z wozem cosik si zamarudzi, e ju nie czekajc na niego wracali kupami, a ja


ko dziwnie cicho, ale gdzie w poowie drogi spotkali Dominikow, sza okrwawiona w potarganej 
odziey, zaszlochana i z trudem macajca kijem drog, a gdy pomiarkowaa, kto j 
wymija, wybuchna strasznym gosem: 

- A eby was mr! A eby was zaraza! A eby was ogie i woda nie szczdziy! 
Kaden jeno gow wtuli w ramiona i ucieka zestrachany. 
A ona wielkimi krokami pobiega na ratunek Jagusi. 
Burza rozsroya si ju na dobre, niebo posiniao kiej wtroba, kurz zakotowa wielgachnymi 
kbami, topole z jakim szlochaniem i krzykiem przyginay si do ziemi, zawyy 
wiatry i jy coraz zapamitalej wali si na zboa pierzchajce we wszystkie strony i ryczc 
kiej byki zjuszone, rypny w lasy zwarte, rozchybotane i wniebogosy szumice. 

Grzmoty ju szy za grzmotami przewalajc si z hurkotem wskro caego wiata, jae 
ziemia dygotaa i chaupy si trzsy. 

Zwite kotuny miedzianogranatowych chmur zwiesiy nisko spczniae opuche kaduny i 
coraz to ktra si rozpka, trzaska pierun i buchay potoki olepiajcej jasnoci. 

Niekiedy sypa rzadki grad trzeszczc po liciach i gaziach. 

A w sinej mie dnia, kurzawy i gradw targay si rozpaczliwie drzewa, krzaki i zboa 
jakby rwic si do ucieczki, ale bite wichur ze wszystkich stron, lepione piorunami, obkane 
hukiem, krciy si jeno i szarpay z dzikim powistem, a kaj z wysoka, przez chmury, 
ciemnic i rozwiej przelatyway modre yskawice, leciay niby stado ww ognistych, leciay 
wyrwane skdci i nie wiadomo kaj ciskane, leciay migotliwe a zagubione, olepiajce 
wszystek wiat, a lepe i nieme kiej dola czowiekowa. I trwao tak z przerwami do samego 
wieczora, dopiero na samym zmierzchu cakiem si uspokoio i przysza noc cicha, ciemna i 
chodnawa. 

A nazajutrz dzie podnis si bardzo cudny, niebo byo bez chmur i modrzao kiej opukane, 
ziemia polniewaa rosami, pieway radonie ptaki, a wszelaki stwr pawi si z luboci 
w rzewym, pachncym powietrzu. 

Za w Lipcach wrcio wszystko do dawnego, ale skoro jeno soce wynieso si na par 
chopa, to jakby zmwieni wszyscy zaczli wychodzi do niwa, e ano z kadej chaupy 
ruszali ca gromad, z kadej chaupy byskay sierpy i kosy, z kadego obejcia wytaczay 
si wozy na miedze i polne droyny. 

A kiej sygnaturka zawiegotaa na kociele, ju kaden stoja gotowy na swoim zagonie i 
posyszawszy dzwonienie, a jak poniektrzy na co bliszych polach i przejmujce granie organw, 
jli odmawia pacierze, kto przyklka, kto nawet modli si w gos, kto jeno wzdycha 
pobonie nabierajc przy tym tchu i mocy, a kaden si egna, w garcie spluwa, nogami 
krzepko w zagon si wpiera, przygina grzbiet i arliwie imajc si sierpa czy kosy zaczyna 
rzn i kosi. 

Wielka, uroczysta. cicho przeja niwne pola, zrobio si jakby wite naboestwo 
znojnej, nieustannej i owocnej pracy. 



Soce podnosio si coraz wyej, skwar wzmaga si z godziny na godzin, ogniste blaski 
zaleway pola i niwny dzie potoczy si kiej to pszeniczne zoto i dzwoni kiej zotem 
cikim, raym ziarnem. 

Wie ostaa pusta i jakby wymarta, chaupy byy pozawierane, ba wszystko, co jeno yo 
i mogo si dwign z miejsca, ruszao do niw, e nawet dzieci, nawet stare i schorzae, 
nawet pieski rway si z postronkw i cigny od opustoszaych domostw za narodem. 

e ju na wszystkich polach, jak jeno byo mona sign okiem, w straszliwym skwarze, 
wrd zb zotawych, w rozmigotanym i lepicym powietrzu, od witu do pnego 
wieczora poyskiway sierpy i kosy, bielay koszule, czerwieniay weniaki, gmerali si niestrudzenie 
ludzie i sza cicha, wytona robota i nikto si ju nie leni, na somsiadw nie 
oglda, o niczym drugim nie myla, a jeno przygity nad zagonem kiej w, w pocie czoa 
pracowa. 

Tylko jedne pola Dominikowej stojay opuszczone i jakby zapomniane; ziarno si ju sypao 
z kosw, zboa mdlay od suszy, a nikto si tam nawet nie pokaza, z lkliwym smutkiem 
odwracano od nich oczy, niejeden ju wzdycha nad nimi, niejeden drapa si frasobliwie, 
oglda trwonie na drugich i potem jeszcze skwapniej przypina si do roboty, nie pora 
bya deliberowa nad tak marnacj i upadkiem. 

Albowiem te niwne dnie toczyy si ju kiej koa rozmigotane zocistymi szprychami 
soca i przechodziy jedne za drugimi, a coraz chybciej, i zarwno znojne, i zarwno cikim 
a radosnym trudom oddane. 

A wkrtce po paru dniach, e czas by wybrany i pogody cigiem dopisyway, to wzili 
pote zboa wiza w grubachne snopy, ustawia je na zagonach mendlami, a z wolna przewozi 
do Lipiec. 

e ju bez przerwy toczyy si cikie, nastroszone wozy; toczyy si ze wszystkich pl, 
wszystkimi droynami i do wszystkich na cieaj powywieranych stod, jakoby sypkim zotem 
nabrane fale rozlay si po drogach, podworcach i klepiskach, trzsy si nawet nad staw, 
nawet u drzew nad drogami wisiay zote, somiane brody, a wszystek wiat rozpachnia si 
przywid som, trawami a modym ziarnem. 

Ju gdzieniegdzie po stodoach biy cepy, spiesznie mcce na chleb. A na przestronnych, 
pustoszejcych polach, na zotawych ryskach, stada gsi bobroway chciwie za kosami, 
pasy si cae zgony owiec i krw, kaj niekaj dymiy pierwsze ognie, a ju po caych 
dniach rozgaszay si dzieuszyne przypiewki, wrzaski radosne, nawoywania, turkoty wozw 
i janiay opalone, szczsne twarze ludzi. 

I nie pooyli jeszcze yta, to ju po grkach owsy skamlay si o kosy, a jczmiona dojrzeway 
prawie na oczach, a pszenice coraz zociciej rdzawiay, e nie byo czasu odzipn 
ni nawet podje jako tako, ale mimo tej cikiej pracy i takiego utrudzenia, i niejeden zasypia 
nad misk wieczorami, kiej pocigali z pl, Lipce jae si trzsy od wrzawy radosnej, 
miechw, rozpowiada, piewa a muzyki. 

Skoczy si bowiem przednwek, stodoy byy pene, zboe sypao niezgorzej i kaden, 
choby najbiedniejszy, hardo podnosi gow, z dufnoci patrza w jutro i roi se jakowe z 
dawien dawna upragnione szczliwoci. 

Ktrego z takich niwnych, zotych dni, kiej ju zwozili jczmiona, przechodzi przez 
wie lepy dziad, wodzony przez pieska, lecz mimo spieki nikaj nie wstpi, spieszy si bowiem 
na Podlesie. Ciko mu byo dwiga spany brzuch i pokrcone kulasy, to wlk si z 
wolna i cigiem pociga nosem, uszami czujnie strzyg i przystajc przy niwiarzach Boga 
chwali, tabak czstowa, a kiej mu jaki grosz kapn niespodzianie, pacierze mamrota, ale i 
przemylnie, od niechcenia zagadywa o Jagusi i lipeckie sprawy. 

Niewiela si jednak wywiedzia, bo go czym niebd i niechtliwie zbywali. 

Dopiero na Podlesiu, kiej przysiad pod figur odzipn nieco, napotka go Mateusz, 
rychtujcy niedaleczko drzewo na kowalowy wiatrak. 



- Pokacie mi drog do Szymkw! - prosi dziad dwigajc si na kule. 
- Nie zayjecie u nich wywczasu! Tam jeno pacz i zgryzota! - szepn Mateusz. 
- Jagusia chora jeszcze? Powiaday, jako si jej cosik w gowie popsuo... 
-Nieprawda, ley jednak cigiem i mao wiele o Boym wiecie pamita! Kamie by si 
nad ni zlitowa! O ludzie, ludzie ! 

- eby tak zatraci dusz chrzecijask! Ale stara pono skary ca wie? 
- Nic nie wskra! Wszystkie postanowiy, ca gromad, prawo maj... 
- Straszna rzecz gniew caego narodu, straszna! - Jae si wstrzs. 
-Juci, ale gupia i za, i niesprawiedliwa! -wybuchn Mateusz i podprowadziwszy go 
pod chaup sam zajrza do rodka, ale rycho wyszed obcierajc ukradkiem zy. Nastusia 
przda len pod cian, dziad przysiad poboki wyj niebiesk flaszk. 

-Wiecie, trza t wod pokropi Jagusi trzy razy na dzie i naciera jej ciemi, a do tygodnia 
jakby rk odj! Day mi t wod zakonnice w Przyrowie. 
-Bg wam zapa! Dwie niedziele ju przeszo, a ona cigiem ley bez pamici, czasami 
jeno rwie si kaj ucieka, lamentuje i Jasia przyzywa. 
- Jake Dominikowa? 
- A te kiej trup, jeno przy niej przesiaduje. Nie pocign oni dugo, nie. 
- Jezu, co si marnuje narodu, Jezu! A kaje to Szymek? 
- W Lipcach siedzi, przeciek wszyko na jego gowie, bo ja musz przy obu strowa. 
Wetkna mu w gar ca dziesitk, ale dziad wzi nie chcia. 
-Z dobrego serca la niej przyniosem i jeszcze jaki paciorek doo do Przemienienia 
Paskiego! Dobra bya la biednych jak mao kto drugi na wiecie, poczciwa. 

-Prawda, co miaa dobre serce, prawda! A moe to i bez to musi tyle przecierpie! szepna 
wlekc smutnymi oczami po wiecie. 

Od Lipiec roznosio si dzwonienie na Anio Paski, a niekiedy dochodziy turkoty wozw, 
szczki naostrzanych kos i dalekie, dalekie piewania, zocista kurzawa zachodu przysania 
ja ca wie i pola wszystkie, i lasy. 

Dziad podnis si, spdzi psa, poprawi torebek i wsparszy si na kulach rzek: 

- Ostacie z Bogiem, ludzie kochane. 


