Rodzina Poanieckich
Rozdzia pierwszy
Bya godzina pierwsza po pnocy, gdy Poaniecki zblia si do dworu w Krzemieniu. Za swoich dziecinnych lat by on dwukrotnie w tej wsi, dokd jego matka, daleka krewna pierwszej ony dzisiejszego waciciela Krzemienia, wozia go na wakacje. Poaniecki usiowa teraz przypomnie sobie t miejscowo, ale przychodzio mu to z trudnoci: Po nocy, przy ksiycu, wszystko brao ksztaty odmienne. Nad. zarolami, kami i grudzi lea nisko biay tuman zmieniajc ca okolic jakby w bezbrzene jezioro, ktre to zudzenie powikszay jeszcze odzywajce si w tumanie chry ab. Noc bya lipcowa, bardzo pogodna i owiecona peni. Chwilami, gdy aby milky, sycha byo derkacze grajce po rosie, a czasem z daleka, od botnistych staww ukrytych za olszynami, odzywa si, jakby spod ziemi; gos bka.
Poaniecki nie mg si oprze urokowi tej nocy. Bya mu ona jaka swoja, i t swojsko odczuwa tym lepiej, e dawniej nieczsto bywa w kraju, a dopiero przed dwoma laty powrci na stae z zagranicy, gdzie spdzi pierwsz modo, a pniej zajmowa si sprawami handlowymi. Teraz, gdy wjeda do tej picej wioski, przypomniao mu si take wasne dziecistwo, pamitne ze wzgldu na matk, ktra od piciu lat nie ya, i dlatego, e przykroci i troski tego dziecistwa, w porwnaniu do dzisiejszych, wydaway si zupenie bahe.
Bryczka wtoczya si na koniec do wsi, ktr poczyna krzy stojcy na wydmie. Pochyli si on ju bardzo i grozi upadkiem. Poaniecki pamita go dlatego, e w swoim czasie pochowano pod t wydm wisielca, ktrego znaleziono na gazi w pobliskim lesie, a potem ludzie bali si tamtdy noc przechodzi.
Za figur poczynay si pierwsze chaty. Ale ludzie ju spali. W adnym oknie nie byo wiata. Jak okiem sign, poyskiway tylko na nocnym tle nieba owiecone ksiycem dachy chaup, ktre w tym blasku wydaway si srebrne i siwe. Niektre chaupy byy umazane wapnem i wieciy jasnozielono; inne, ukryte w sadkach winiowych, w gszczu sonecznikw lub tyczkowej fasoli zaledwie wychylay si z cienia. Po podwrkach szczekay psy, ale jakby przez sen, dajc wtr rzechotaniu ab, graniu derkaczy, bkw i tym wszystkim woaniom, ktrymi odzywa si letnia noc, a ktre potguj jeszcze wraenie ciszy.
Bryczka, posuwajc si z wolna sypk, piaszczyst drog, wtoczya si na koniec w ciemn alej popstrzon tylko tu i owdzie wiatem wdzierajcym si przez licie. Na kocu tej alei powistywali stre nocni. Przy ujciu bieli si dwr, w ktrym kilka okien byo owieconych. Gdy bryczka zaturkotaa przed gankiem, z domu wybieg sucy chopak, ktry pocz pomaga Poanieckiemu przy wysiadaniu, a oprcz tego zbliy si str nocny i dwa biae psy, widocznie bardzo mode i agodne, gdy zamiast szczeka, jy asi si, wspina si na gocia i okazywa z jego przybycia rado tak wielk, i str musia miarkowa jej wylew za pomoc kija.
Chopak zdj z bryczki rzeczy Poanieckiego, on sam za znalaz si po chwili w jadalnym pokoju, gdzie czekaa na niego herbata. Przy jednej cianie sta orzechowy kredens, obok zegar z wielkimi wagami i kukuk, z drugiej strony dwa liche portrety kobiece w strojach z omnastego wieku, na rodku za st nakryty bia serwet, otoczony krzesami o wysokich porczach. Pokj ten, owiecony jasno, peen pary unoszcej si z samowara, wyglda do gocinnie i wesoo.
Poaniecki pocz przechadza si wzdu stou, ale skrzypienie wasnych butw razio go w tej ciszy, poszed wic ku oknu i patrza przez szyby na owiecone ksiycem podwrze, po ktrym te same dwa biae psy, ktre witay go z takim wylaniem, goniy si teraz ze sob.
Po niejakim czasie drzwi przylegego pokoju otworzyy si i wesza moda osoba, w ktrej Poaniecki domyli si crki waciciela Krzemienia, urodzonej z drugiej jego ony. Na jej widok wyszed wic z framugi okna i zbliywszy si w swoich skrzypicych butach do stou skoni si i powiedzia swoje nazwisko.
Panna wycigna do niego rk i rzeka:
- Wiedzielimy z depeszy o paskim przyjedzie. Tatko troch chory i musia si pooy, ale jutro rad bdzie pana zobaczy.
- Nie moja wina, em przyjecha tak pno - odpowiedzia Poaniecki - pocig przychodzi dopiero o jedenastej do Czerniowa.
- A z Czerniowa jeszcze dwie mile do Krzemienia. Mwi mi ojciec, e pan tu nie pierwszy raz.
- Przyjedaem tu z matk, gdy pani nie byo jeszcze na wiecie.
- Wiem. Pan jest krewny ojca.
- Ja jestem krewny pierwszej ony pana Pawickiego.
- Ojciec bardzo ceni zwizki rodzinne, choby najdalsze - odrzeka panna.
I zacza nalewa herbat odganiajc od czasu do czasu drug rk par; ktra podnoszc si z samowara przesaniaa jej oczy. Gdy rozmowa si przerwaa, sycha byo tylko tyk zegara. Poaniecki, ktrego interesoway mode kobiety, przypatrywa si pannie Pawickiej. Bya to osoba redniego wzrostu, do wysmuka; wosy miaa ciemne, twarz agodn, ale jakby zgaszon, pe nieco opalon od soca, oczy niebieskie i przeliczne usta. W ogle bya to twarz kobiety spokojnej i delikatnej. Poaniecki, ktremu nie wydaa si brzydka, ale te nie wydaa si pikna, myla jednak, e jest do mia, e moe by dobra i e pod t powierzchownoci niezbyt wietn moe posiada mnstwo tych rozmaitych przymiotw, ktre posiadaj zwykle wiejskie panny. Jakkolwiek by mody, ycie nauczyo go jednej prawdy, e kobiety przy bliszym poznaniu w ogle zyskuj, mczyni w ogle trac. Sysza take o pannie Pawickiej, e cae gospodarstwo w Krzemieniu, prawie zreszt zrujnowane, polega na jej gowie i e to jest jedna z najbardziej zapracowanych istot na wiecie. Ot w stosunku do tych kopotw, ktre musiay j obarcza, wydaa mu si spokojn i pogodn. Prcz tego pomyla, e zapewne jej si spa chce. Wida to byo nawet po jej oczach mrucych si mimo woli pod wiatem wiszcej lampy.
Egzamin byby wypad w ogle na jej korzy, gdyby nie to, e rozmowa z ni sza troch trudno. Ale tumaczyo si to tym, e si widzieli po raz pierwszy w yciu. Przyjmowaa go przy tym sama, co dla modej panny mogo by kopotliwe. Na koniec wiedziaa, e Poaniecki przyjecha do nich nie w odwiedziny, ale po pienidze. Tak byo w istocie. Matka jego oddaa przed bardzo dawnym czasem dwadziecia kilka tysicy rubli na hipotek Krzemienia, ktre Poaniecki chcia teraz odebra, raz dlatego, e zalegano bardzo z procentami, a po wtre, e bdc wsplnikiem Domu Handlowego w Warszawie wszed w rozmaite interesa i potrzebowa kapitau. Z gry te obieca sobie nie czyni adnych ustpstw i swoje koniecznie odzyska. W tego rodzaju sprawach chodzio mu zawsze o to, by okaza si czowiekiem nieugitym. Nie by on nim moe z natury, ale uczyni sobie z nieugitoci zasad, a zarazem spraw mioci wasnej. Skutkiem tego czsto przesadza, jak czyni zawsze ludzie, ktrzy co w siebie wmawiaj.
I teraz wic patrzc na t pann mi, ale widocznie senn, powtarza sobie wbrew wspczuciu, ktre si w nim budzio:
"Wszystko to dobrze, ale musicie zapaci."
Po chwili rzek:
- Syszaem, e pani wszystkim si tu zajmuje: czy pani lubi gospodarstwo?
- Lubi bardzo Krzemie - odpowiedziaa.
- I ja lubiem Krzemie, gdy byem chopcem, Ale gospodarzy bym w nim nie chcia... Takie trudne warunki...
- Trudne, trudne... Robimy te, co w naszej mocy.
- To jest, pani robi, co w pani mocy.
- Pomagam ojcu, ktry czsto jest cierpicy.
- Ja si na tych rzeczach nie znam, ale z tego, co widz i sysz, wnosz, e wiksza cz rolnikw nie moe liczy na przyszo.
- Liczymy na Opatrzno...
- To wolno, ale wierzycieli nie mona do niej odsya.
Twarz panny Pawickiej pokrya si rumiecem - i nastaa chwila kopotliwego milczenia.
A Poaniecki powiedzia sobie:
"Skoro zacz, to id dalej."
I rzek:
- Pani pozwoli sobie wyjani cel mego przybycia.
Panna spojrzaa na niego wzrokiem, w ktrym Poaniecki mg wyczyta: "Dopiero przyjecha, godzina jest pna, ja ledwie yj ze zmczenia - e te najprostsza delikatno nie wstrzymaa ci od rozpoczcia takiej rozmowy."
Gono za odrzeka:
- Ja wiem, dlaczego pan przyjecha, ale moe bdzie lepiej, gdy pan z ojcem o tym pomwi.
- Dobrze; przepraszam pani - odrzek Poaniecki.
- To ja przepraszam pana. Ludzie maj prawo dopomina si o swoje, i ja jestem do tego przyzwyczajona. Ale dzi jest sobota; w sobot ma si tyle roboty. Zreszt w tego rodzaju sprawach, pojmuje pan... Czasem, gdy przyjedaj ydzi, ukadam si sama... Ale tym razem wolaabym, eby pan mwi z pap. Bdzie nam obojgu atwiej.
- Wic do jutra - rzek Poaniecki, ktremu zabrako odwagi do powiedzenia, e w sprawach pieninych chce by traktowany jak yd.
- Moe pan pozwoli jeszcze herbaty?
- Nie, dzikuj. Dobranoc pani.
I wstawszy wycign rk; panna za podaa mu swoj daleko mniej serdecznie ni na powitanie, tak e dotkn zaledwie kocw jej palcw.
Odchodzc rzeka:
- Sucy wskae panu pokj...
I Poaniecki zosta sam. Czu pewien niesmak i by niezadowolony z siebie, cho nie chcia wewntrznie tego przyzna. Pocz nawet wmawia w siebie, e dobrze zrobi, gdy przyjecha tu nie dla prawienia grzecznoci, ale po pienidze. Co mu panna Pawicka? Ani go grzeje, ani zibi. Jeli go bdzie miaa za gbura, to tym lepiej, bo zwykle tak si dzieje, e im wierzyciel jest bardziej przykry, tym si go staraj spaci prdzej.
Ale niesmak silniejszy by od tego rozumowania, albowiem jaki gos szepta Poanieckiemu, e tym razem nie chodzio tylko o dobre wychowanie, ale troch o lito nad zmczon kobiet. Odczuwa przy tym, e postpujc tak obcesowo, czyni zado swojej pozie, nie swemu sercu ani swym wrodzonym instynktom. By zy take i na pann Pawick tym bardziej, e mu si podobaa. Jak w tej upionej wiosce, jak w tej nocy ksiycowej, tak i w tej pannie znalaz co swojskiego, czego na prno szuka w kobietach zagranicznych, a co wzruszao go wicej, ni si spodziewa. Ale ludzie wstydz si czsto uczu bardzo dobrych. Poaniecki wstydzi si czsto wzrusze, wic postanowi by nieubaganym i przycisn nazajutrz starego Pawickiego z pominiciem wszelkich wzgldw.
Tymczasem chopak zaprowadzi go do sypialni. Poaniecki odprawi go zaraz i zosta sam. By to ten sam pokj, ktry mu dawano, gdy za ycia pierwszej ony pana Pawickiego przyjeda do nich z matk. Wic wspomnienia opady go znowu. Okna wychodziy na ogrd, za ktrym by staw; w wodzie przeglda si ksiyc - i staw wida byo lepiej ni za dawnych czasw, bo wwczas przesania go wielki stary jesion, ktry musiaa zama burza, gdy w tym miejscu stercza tylko pie ze wieym odamaniem na wierzchu. wiato ksiyca zdawao si zbiera na tym odamaniu, ktre te byszczao bardzo mocno. Wszystko to razem czynio wraenie ogromnego spokoju. Poaniecki, ktry y w miecie wrd zaj handlowych, zatem w ustawicznym nateniu wadz umysowych i fizycznych, a zarazem w ustawicznym niepokoju, mimo woli odczuwa ten nastrj otaczajcej go wsi, tak jak si odczuwa ciep kpiel po wielkim trudzie. Wnikaa w niego ulga. Prbowa myle o swoich sprawach, o tym, jak si one obrc, czy dadz straty czy zyski, wreszcie o swoim wsplniku Bigielu i o tym, jak on zaatwi rozmaite interesa podczas jego niebytnoci - ale nie mg. Natomiast zacz myle o pannie Pawickiej. Osoba jej, jakkolwiek uczynia na nim dobre wraenie, bya mu obojtn, choby dlatego, e dopiero co j pozna. Ale zaja go jako typ. Mia lat trzydzieci kilka, by zatem w wieku, w ktrym instynkt z si niemal nieubagan popycha mczyzn do zaoenia ogniska domowego, pojcia ony i stworzenia rodziny. Najwikszy pesymizm jest bezsilny wobec tego instynktu; nie broni od niego ani artyzm, ani adne zadania yciowe. Skutkiem tego eni si mizantropi, pomimo swej filozofii, artyci, pomimo sztuki, jak rwnie wszyscy tacy ludzie, ktrzy twierdz, e swoim celom oddaj nie p, ale ca dusz. Wyjtki potwierdzaj zasad, e og nie moe y konwencjonalnym kamstwem i pyn przeciw prdom natury. Po wikszej czci nie eni si tylko ci, ktrym do maestwa stana na przeszkodzie ta sama sia, ktra maestwa tworzy, to jest ci, ktrych mio zawioda. Std starokawalerstwo, jeli nie zawsze, to najczciej - jest ukryt tragedi.
Poaniecki nie by ani mizantropem, ani te czowiekiem wygaszajcym przeciwne maestwu teorie. Przeciwnie: chcia si oeni i by przekonany, e powinien to uczyni. Czu, e przyszed na niego czas, wic szuka naok siebie kobiety. Z tego wypywao to ogromne zajcie, jakie budziy w nim kobiety, a zwaszcza panny. Jakkolwiek spdzi kilka lat we Francji i w Belgii, nie szuka mioci u matek, chyba u nazbyt atwych. By to czowiek ywy i czynny, ktry utrzymywa, e romansowa z matkami mog tylko prniacy i e w ogle obleganie cudzych on jest moliwe tam, gdzie ludzie maj bardzo wiele pienidzy, mao uczciwoci, a nic do roboty, zatem w spoeczestwach, gdzie istnieje caa klasa od dawna wzbogacona i pogrona w wytwornej bezczynnoci towarzyskiego, a zarazem i szelmowskiego ycia. On sam by istotnie bardzo zajty, e za kocha chcia po to, by si oeni, wic tylko panny budziy w nim zarwno psychiczne jak i fizyczne zaciekawienie. Gdy spotyka jak na swej drodze, przede wszystkim i od pierwszej chwili zadawa sobie pytanie: "Czyby nie ta?" - albo przynajmniej: "Czyby nie taka?" Obecnie myli jego krciy si w podobny sposb koo panny Pawickiej. Poprzednio sysza o niej wiele od jej krewnej zamieszkaej w Warszawie - i sysza rzeczy dobre, a nawet wzruszajce. Obecnie jej cicha, agodna twarz stawaa mu przed oczyma, przypomnia sobie jej rce, bardzo adne, o dugich palcach, cho nieco opalone; jej ciemnoniebieskie oczy oraz mae, czarne znami, ktre miaa nad ustami. Podoba mu si take jej gos. Przy tym, jakkolwiek powtarza sobie przyrzeczenie, e nie poczyni adnych ustpstw i musi swoje odebra, jednake zy by na los, ktry przyprowadzi go do Krzemienia jako wierzyciela. Mwic do siebie jzykiem kupieckim, powtarza w duchu: "Gatunek jest dobry - ale nie bd reflektowa, bom nie po to przyjecha."
Jednake "reflektowa", i to tak dalece, e rozebrawszy si i pooywszy, dugi czas nie mg zasn. Koguty poczy pia, szyby blednie i zielenie, on za widzia jeszcze pod zamknitymi powiekami pogodne czoo panny Pawickiej, jej znami nad ustami i rce nalewajce herbat. Potem, gdy ju sen pocz go morzy, zdawao mu si, e trzyma te rce w swoich i przyciga je ku sobie. Nazajutrz zbudzi si pno i przypomniawszy sobie pann Pawick pomyla: "Aha! to ona tak wyglda!"
Rozdzia drugi
Waciwie zbudzi go chopak, ktry przynis mu kaw i wzi do oczyszczenia rzeczy. Gdy z nimi powrci, Poaniecki spyta go, czy nie ma w domu zwyczaju schodzi si w jadalnym pokoju na niadanie.
- Nie - odpowiedzia chopak - bo panienka rano wstaje, a starszy pan pi do pna.
- A panienka wstaa?
- Panienka w kociele.
- Prawda: dzi niedziela. A panienka nie jedzi ze starszym panem?
- Nie, starszy pan jedzi na sum, a potem idzie do kanonika, wic panienka woli jedzi na rann msz.
- Co pastwo w niedziel porabiaj?
- Siedz w domu. Na obiad przyjeda pan Gtowski.
Tego Gtowskiego Poaniecki zna maym chopcem. Za owych czasw przezywa go "niedwiadkiem", by to bowiem chopak tusty, niezgrabny i mrukliwy. Sucy objani, e ojciec pana Gtowskiego umar od lat szeciu, i mody sam gospodarzy w ssiednim Jabrzykowie.
- I przyjeda tu co niedziela? - spyta Poaniecki.
- Czasem i w powszedni dzie wieczorem.
"Konkurent!" - pomyla Poaniecki.
Po chwili spyta:
- Starszy pan wsta ju?
- Musia pan dzwoni, bo Jzef poszed do pana.
- Jaki Jzef?
- Kamerdyner.
- A ty czym jeste?
- Ja jemu do pomocy.
- Ide si spyta, kiedy mona bdzie widzie si z panem.
Chopak wyszed i po chwili wrci.
- Starszy pan kaza powiedzie, e jak si ubierze, to poprosi.
- Dobrze.
Chopak wyszed; Poaniecki zosta sam i czeka, a raczej nudzi si do dugo. Wreszcie zaczo mu brakn cierpliwoci, i chcia ju wyj do ogrodu, gdy w Jzef przyszed mu oznajmi, e starszy pan prosi.
I przez sie poprowadzi go do pokoju lecego z drugiej strony domu. Poaniecki wszed i w pierwszej minucie nie pozna pana Pawickiego. Pamita go mczyzn w sile wieku i nader piknym; obecnie sta przed nim czowiek stary, z twarz pomarszczon jak pieczone jabka ktrej mae, uczernione wsiki prno usioway nada pozr modoci. Tak one, jak rwnie czarna, zaczesana z boku czupryna, oznaczay tylko nie wygase dotd pretensje.
Lecz pan Pawicki otworzy ramiona:
- Stach! Jak si masz, drogi chopcze? Chod tu!
I wskazawszy na sw bia kamizelk obj gow Poanieckiego i przycisn j do piersi, ktra poruszaa si szybkim oddechem.
Ucisk trwa przez czas dugi, a nawet dla Poanieckiego mocno za dugi; wreszcie pan Pawicki rzek:
- Nieche ci si przypatrz. Wykapana Anna, wykapana Anna! Moja biedna, kochana Anna!
I pan Pawicki zaszlocha, nastpnie otar serdecznym palcem praw powiek, na ktrej zreszt nie byo zy - i powtrzy:
- Wykapana Anna!... Twoja matka bya zawsze dla mnie najlepsz i najyczliwsz krewn.
Poaniecki sta przed nim zmieszany oraz nieco odurzony i przyjciem, jakiego si nie spodziewa, i zapachem fiksatuaru, pudru i rnych perfum, ktrymi pachniay twarz, wsy i kamizelka pana Pawickiego.
- Jak si wujaszek ma? - spyta wreszcie, sdzc, e ten tytu, jaki zreszt dawa w latach dziecinnych panu Pawickiemu, bdzie najlepiej odpowiada uroczystemu nastrojowi przyjcia.
- Jak si mam? - powtrzy pan Pawicki - niedugo mi ju! niedugo! Ale wanie dlatego witam ci tym serdeczniej w moim domu... po ojcowsku!... I jeli bogosawiestwo czowieka stojcego nad grobem, a zarazem najstarszego czonka rodziny, ma w twoich oczach jak cen, to ci je daj.
I chwyciwszy powtrnie za gow Poanieckiego ucaowa j i przeegna. Mody czowiek zmiesza si jeszcze bardziej i na twarzy jego odbi si przymus. Matka jego bya krewn i przyjacik pierwszej ony pana Pawickiego. Z nim samym nie czyy jej nigdy, o ile pamita, serdeczniejsze stosunki, wic ta uroczysto przyjcia, do ktrej jednak mimo woli musia si dostraja, bya mu ogromnie przykra. Sam Poaniecki nie mia najmniejszych uczu rodzinnych dla pana Pawickiego, wic myla w duchu: "Ta mapa bogosawi mnie, zamiast gada o pienidzach" - i chwycia go pewna zo, ktra moga mu by pomocn do postawienia jasno rzeczy. Tymczasem pan Pawicki rzek:
- Siadaj teraz, drogi chopcze, i bd jak u siebie.
Poaniecki siad i zacz mwi:
- Kochany wuju, bardzo mi jest przyjemnie wuja odwiedzi; bybym to pewnie zrobi, nawet nie majc interesu, ale wuj wie, e przyjechaem take w tej sprawie, ktr moja matka...
Tu pan Pawicki pooy mu nagle rk na kolanie:
- A kaw pie? - spyta.
- Piem - odpowiedzia zbity z tropu Poaniecki.
- Bo to Marynia rano wyjeda do kocioa. Przepraszam ci take, em ci nie odstpi mego pokoju, ale ja, stary, przyzwyczaiem si tu spa. To moje gniazdo...
To rzekszy, okrgym ruchem rki wskaza na pokj.
Poaniecki powid mimo woli oczyma za ruchem rki. Niegdy ten pokj by dla niego ustawiczn pokus, wisiaa w nim bowiem bro pana Pawickiego. Od dawnych czasw zmienio si w nim tylko obicie, ktre teraz byo rowe, przedstawiajce w nieskoczonej iloci kwadratw mode pasterki, ubrane a la Watteau i owice ryby na wdk. W oknie staa tualeta, biao nakryta, z lustrem w srebrnych ramach, zastawiona mnstwem soikw, pudeek, flaszeczek, szczotek, grzebieni, pilniczkw do paznokci itd. Obok, w kcie - fajczarnia z bursztynowymi gowami cybuchw; na cianie, nad kanapk - dzicza gowa, pod ni dwie dubeltwki, torba, trbki i w ogle przybory myliwskie; w gbi st z papierami, dbowe peczki z pewn iloci ksiek; wszdy peno gratw, mniej wicej potrzebnych i adnych, zwiastujcych jednak, e mieszkaniec tego pokoju jest osi, naokoo ktrej obraca si wszystko w domu; i e sam o siebie dba wielce. Jednym sowem, by to pokj starego kawalera i egoisty, penego drobiazgowej troskliwoci o sw 
wygod i penego pretensji. Poaniecki nie potrzebowa te wiele domylnoci, by odgadn, e pan Pawicki za nic i dla nikogo nie odstpiby swego pokoju.
Lecz gocinny gospodarz pyta dalej:
- Byo ci tam dosy wygodnie? Jak spdzie noc?
- Dzikuj, doskonale: wstaem pno.
- Z tydzie jaki przecie u mnie zabawisz.
Poaniecki, ktry by bardzo ywy, podskoczy na krzele.
- Chyba wuj wie, e ja mam interesa w Warszawie i wsplnika, ktry sam jeden pilnuje teraz caej roboty. Dlatego musz wyjecha jak najwczeniej i pragnbym dzi jeszcze zaatwi spraw, dla ktrej przyjechaem.
Na to pan Pawicki odezwa si z pewn serdeczn powag:
- Nie, mj chopcze. Dzi jest niedziela, a oprcz tego uczucia rodzinne powinny i przed interesami. Dzi witam ci i przyjmuj jako krewnego - jutro, jeli chcesz, wystpisz jako wierzyciel. Tak jest. Dzi przyjecha do mnie mj Stach, syn mojej Anny! Do jutra! Tak by powinno, Stachu. Mwi ci starszy krewny, ktry ci kocha i dla ktrego powiniene to zrobi...
Poaniecki zmarszczy si nieco, ale po chwili odrzek:
- Nieche bdzie do jutra.
- Teraz przemwia przez ciebie Anna... Czy palisz fajk?
- Nie. Pal tylko papierosy.
- Wierzaj mi, e le robisz. Ale mam dla goci i papierosy.
Dalsz rozmow przerwa turkot powozu przed gankiem.
- To Marynia przyjechaa z rannej mszy - rzek pan Pawicki.
Poaniecki, spojrzawszy w okno, dojrza row panienk w somianym kapeluszu wysiadajc z powoziku.
- Poznae Maryni?- spyta pan Pawicki.
- Miaem przyjemno... wczoraj.
- Drogie dziecko! Nie potrzebuj ci mwi, e yj tylko dla niej... W tej chwili uchyliy si drzwi i mody gos spyta:
- Mona?
- Mona, mona: jest tu Stach! - odpowiedzia pan Pawicki.
Marynia wesza szybko z kapeluszem przewieszonym na wstkach przez rami i uciskawszy ojca, podaa rk Poanieckiemu. W rowej, perkalowej sukni wygldaa nadzwyczaj zgrabna i adna. Byo w niej co z nastroju niedzielnego, a przy tym z rzewoci poranku, ktry by pogodny i jasny. Wosy miaa nieco roztargane przez kapelusz, policzki zarumienione - modo bia od niej. Poanieckiemu wydaa si dzi i weselsza, i adniejsza, ni bya wczoraj.
- Suma bdzie dzi troch pniej - rzeka do ojca - bo kanonik zaraz po rannej mszy pojecha do myna dysponowa Siatkowsk. Z ni bardzo le. Ma papa jeszcze z p godziny czasu.
- Dobrze - odrzek Pawicki. - Przez ten czas poznacie si bliej ze Stachem Poanieckim. Mwi ci: wykapana Anna! Ale ty jej nigdy nie widziaa. Pamitaj te, Maryniu, e on jutro, jeli zechce, bdzie naszym wierzycielem, ale dzi to tylko krewny i go.
- Dobrze - odpowiedziaa panna - bdziem mieli weso niedziel.
- Pani tak pno posza spa wczoraj - rzek Poaniecki - a dzi bya na rannej mszy!
A ona odrzeka wesoo:
- Na rannej mszy bywam ja i kucharz, ebymy mieli czas potem pomyle o obiedzie.
- Zapomniaem wczoraj powiedzie - rzek Poaniecki - e przywo pani ukony od pani Emilii Chwastowskiej.
- Nie widziaam Emilki ju ptora roku, ale pisujemy do siebie do czsto. Ona ma wyjecha do Reichenhall, dla swojej maej.
- Bya na wyjezdnem.
- A maa jak si ma?
- Na swoje dwanacie lat wyrosa nad miar i bardzo anemiczna. Nie zdaje si, eby bya bardzo zdrowa.
- Pan czsto bywa u Emilki?
- Dosy. To prawie jedyna moja znajomo w Warszawie. I przy tym bardzo lubi pani Emili.
- Powiedz mi, mj chopcze - spyta pan Pawicki biorc ze stou par wieych rkawiczek i wkadajc je do kieszeni na piersiach - czym ty si waciwie zajmujesz w Warszawie?
- Ja jestem tym, co nazywaj "aferzysta". Mam dom komisowo-handlowy na spk z niejakim Bigielem. Spekuluj na zbou, na cukrze, czasem na lasach i na czym si da.
- Bo ja syszaem, e ty jeste inynier?
- Jestem technik. Ale nie mogem po powrocie znale zajcia przy adnej fabryce, i puciem si na handel, tym bardziej, e miaem i o tym jakie takie pojcie i e we wspce byem ju od lat czterech, cho interesa prowadzi sam Bigiel. Ale waciwym moim zawodem jest farbiarstwo.
- Jak powiadasz? - spyta pan Pawicki.
- Farbiarstwo.
- Teraz takie czasy, e trzeba si do wszystkiego bra - rzek z godnoci pan Pawicki. - Nie ja ci to bd bra za ze. Byle zachowa dawne uczciwe tradycje rodzinne - adne zajcie nie habi czowieka.
A Poaniecki, ktremu na widok panny powrci dobry humor, i ktrego rozbawia "grandezza" pana Pawickiego, pokaza swoje zdrowe zby w umiechu i odpowiedzia:
- To chwaa Bogu.
Panna Marynia umiechna si rwnie i rzeka:
- Emilka, ktra take pana bardzo lubi, pisaa mi kiedy, e pan doskonale prowadzi swoje interesa.
- Bo tu tylko z ydami trudno, a zreszt konkurencja atwa. Ale i z ydami, byle nie wydawa manifestw antysemickich i spokojnie swoje robi, mona trafi te do adu. Co do pani Emilii jednak, ona si tyle zna na interesach, ile jej maa Litka.
- Tak, ona nigdy nie bya praktyczna. eby nie brat ma, pan Teofil Chwastowski, byaby stracia cay majtek. Ale pan Teofil bardzo Litk kocha.
- Kto Litki nie kocha? Ja pierwszy przepadam za ni. To takie dziwne dziecko i takie kochane. Mwi pani, e mam do niej zupen sabo. A panna Marynia spojrzaa uwaniej na jego szczer yw twarz i pomylaa:
"Musi by troch raptus, ale ma dobre serce."
Pan Pawicki zauway tymczasem, e czas na sum, i pocz si egna z pann Maryni tak, jakby wyjeda w kilkumiesiczn podr, nastpnie uczyni jej na gowie znak krzya i wzi kapelusz. Panienka ucisna rk Poanieckiego ywiej ni przy porannym powitaniu, ten za siadajc do powoziku powtarza sobie w duchu:
"O, mocno adna! mocno sympatyczna!..."
Za alej, ktr Poaniecki przyjecha dnia wczorajszego, powozik wytoczy si na drog, gdzieniegdzie tylko wysadzon starymi i poprchniaymi brzozami stojcymi w nierwnych odstpach, po jednej stronie cigno si pole kartoflane, po drugiej jeden ogromny an yta, z ociaymi ju i pochylonymi kosami, ktry zdawa si spa w spokojnym powietrzu i w penym wietle sonecznym. Midzy brzozami przelatyway przed powozem sroki i dudki. W dali wida byo idce ciekami przez pow to zb i zanurzone w niej po pachy dziewki wiejskie, w czerwonych chustkach na gowie, podobne do kwitncych makw.
- Dobre yto - rzek Poaniecki.
- Nieze. Robi si, co w ludzkich siach, a co Bg da, to da. Jeste mody, mj drogi, wic dam ci jedn przestrog, ktra ci si w przyszoci przyda. Zrb zawsze, co do ciebie naley, a reszt zdaj na Pana Boga. On najlepiej wie, czego nam potrzeba. Urodzaj tego roku bdzie dobry i wiedziaem to z gry, bo jak mnie ma Bg czym dotkn, to mi zsya znak.
- Co takiego? - spyta ze zdziwieniem Poaniecki.
- Za fajczarni - nie wiem, czy uwaae, gdzie ona stoi - ile razy ma by co zego, tyle razy pokazuje mi si mysz przez kilka dni z rzdu.
- Musi by dziura w pododze.
- Nie ma dziury - rzek przymykajc oczy i potrzsajc tajemniczo gow pan Pawicki.
- A eby kota sprowadzi?
- Nie sprowadz, bo jeli taka jest wola boa, eby ta mysz bya dla mnie znakiem i ostrzeeniem, to nie chc i przeciw tej woli. Ot tego roku nic mi si nie pokazao. Mwiem to Maryni... Moe Bg zechce w jakikolwiek sposb okaza, e czuwa nad nasz rodzin. Suchaj, mj drogi: wiem, e ludzie gadaj, e jestemy zrujnowani, a przynajmniej w bardzo zych interesach. Ot sam osd: Krzemie, wraz ze Skokami, z Magierwk i Suchocinem, ma okoo dwustu pidziesiciu wk. Jest tam okoo szedziesiciu tysicy rubli Towarzystwa - i nic wicej, i okoo stu tysicy dugw hipotecznych, wraz z twoj sum. Wic mamy ju sto szedziesit tysicy. Liczmy teraz tylko po trzy tysice rubli wk, to uczyni siedmset pidziesit tysicy - razem: dziewiset dziesi tysicy...
- Jak to? - przerwa ze zdumieniem Poaniecki - to wuj liczysz dugi do swego majtku?
- eby majtek by nic niewart, to by mi nikt grosza na niego nie da, wic musz doliczy dug do wartoci majtku...
 Poaniecki pomyla: "Wariat, z ktrym nie ma co gada" - i sucha dalej w milczeniu.
Pan Pawicki za mwi:
- Magierwk chc rozparcelowa. Myn sprzedam, a w Skokach i Suchocinie mam margiel - i wiesz, na ile go obliczyem? Na dwa miliony rubli.
- Ma wuj kupca?
- Dwa lata temu przyjecha tu niejaki Schaum i rozpatrywa pola. Wprawdzie pojecha, nic nie wspominajc o interesie, ale jestem pewny, e wrci. Inaczej, byaby mi si pokazaa mysz za fajczarni...
- Ha! nieche wraca.
- Wiesz, co mi take przychodzi do gowy? Skoro jeste "aferzyst", we si ty do tego interesu. Znajd sobie tylko wsplnikw.
- To za gruba dla mnie sprawa.
- Wic znajd mi kupca: dam ci dziesi procent od zyskw.
- Co panna Maria myli o tym marglu?
- Marynia, jak to Marynia. Zote dziecko, ale dziecko! I ona jednak wierzy, e Opatrzno czuwa nad nasz rodzin.
- Syszaem to od niej wczoraj.
Tymczasem zaczli si zblia do Wtorw i do lecego na wzgrzu wrd lip kocioa. Pod wzgrzem stao kilkanacie chopskich drabiniastych wzkw oraz kilka bryczek i powozikw.
Pan Pawicki przeegna si.
- To nasz kocioek, ktry musisz pamita. Wszyscy Pawiccy tu le, i ja wkrtce bd lea. Nigdzie nie modl si lepiej jak tu.
- Widz, e bdzie sporo ludzi - rzek Poaniecki.
- Jest bryczka Gtowskiego, kocz Zazimskich, powozik Jamiszw i kilka innych. Jamiszw musisz take pamita. Ona - niepospolita kobieta; on - niby wielki agronom i radca, ale safandua, ktry nie rozumia jej nigdy.
W tej chwili poczto dzwoni na wieyczce kocielnej.
- Spostrzegli nas i dzwoni - rzek pan Pawicki - suma zaraz wyjdzie... Zaprowadz ci po mszy na grb mojej pierwszej ony; pomdl si za ni, bo to przecie twoja ciotka... Zacna bya kobieta, wie jej, Panie!
Tu pan Pawicki podnis znw palec, by obetrze prawe oko. Poaniecki za spyta chcc zmieni nastrj rozmowy:
- A pani Jamiszowa bya kiedy bardzo pikna? Czy to ta sama?
Twarz pana Pawickiego rozjania si nagle. Na chwil wysun koniec jzyka z uczernionych wsikw, nastpnie zacz klepa Poanieckiego po ydce i rzek:
- Warta jeszcze grzechu, warta, warta!...
Tymczasem zajechali i obszedszy koci weszli bokiem do zakrystii, nie chcc przeciska si przez tum. Panie siedziay w bocznych awkach, tu przed stallami. Pan Pawicki zaj awk kolatorsk, w ktrej byli tylko pastwo Jamiszowie: on, czowiek wygldajcy bardzo staro z twarz inteligentn i zgnbion; ona, kobieta dobrze pod szedziesit, ubrana niemal tak jak panna Marynia, to jest w sukni perkalow i somiany kapelusz. Pene grzecznoci ukony, jakie jej pocz skada pan Pawicki, i uprzejmy umiech, z jakim mu je oddawaa, wskazyway, e panuj midzy nimi bliskie i oparte na wzajemnej adoracji stosunki. Po chwili pani, podnisszy lornetk do oczu, zacza przyglda si Poanieckiemu, nie rozumiejc widocznie, kto mg panu Pawickiemu towarzyszy. W tylnej awce za nimi jeden z ssiadw korzystajc z tego, e msza jeszcze nie rozpoczta, koczy jakie opowiadanie o polowaniu, powtrzy bowiem kilkakrotnie drugiemu ssiadowi: "Moje psy dobrze goniom..."; potem obaj przerwali t ro
zmow i zaczli obmawia Pawickiego i pani Jamiszow tak gono, e kade sowo dochodzio do uszu Poanieckiego.
Potem wyszed ksidz ze msz. Na widok tej mszy i tego kocika pami Poanieckiego znw wrcia do lat dziecinnych, gdy bywa tu z matk. Mimo woli rodzio si w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic si nie zmienia, prcz ludzi. Jednych skadaj na ksiej grudzi, drudzy si rodz, ale nowe ycie podstawia si w dawne formy, i kto przyjeda po dugiej niebytnoci, z daleka, temu si zdaje, e to wszystko, co poprzednio widzia, byo wczoraj. Koci by ten sam; nawa bya rwnie pena powych gw chopskich, szarych sukman, czerwonych i tych chustek, oraz kwiatw na gowach dziewek; tak samo pachniao kadzidem, wieym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosa ta sama brzoza, ktrej cienkie gazki wiatr, gdy si podnis, rzuca na okno i przesaniajc je, napenia koci zielonawym wiatem; tylko ludzie byli nie ci sami: cz tamtych rozsypywaa si sobie spokojnie w proch lub wydostawaa si traw spod ziemi; ci za, ktrzy zostali jeszcze, byli jacy pochyleni, zgarbieni, mnie
jsi, jakby powoli zasuwali si pod ziemi. Poaniecki, ktry chlubi si tym, e unika wszelkich zagadnie oglnych, a ktry w gruncie rzeczy, majc jakby niewyonion jeszcze dostatecznie z wszechbytu sowiask gow, zajmowa si nimi mimo woli cigle, myla teraz, e jednak jest okropna przepa midzy t wrodzon ludziom namitnoci ycia a koniecznoci mierci. Myla take, e moe dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijaj jak cienie, a msza po staremu si odprawia, i ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany cig.
Sam, wychowany za. granic, nie bardzo we wierzy, przynajmniej nie by go pewny. Czu on w sobie, jak wszyscy dzisiejsi, najnowsi ludzie, niepohamowany wstrt do materializmu, ale wyjcia jeszcze nie znalaz, i co wicej, zdawao mu si, e go nie szuka. By niewiadomym pesymist jak ci, ktrzy szukaj czego, czego nie mog znale. Odurza si zajciami, do ktrych przywyk, i tylko w chwilach wielkiego przypywu owego pesymizmu pyta siebie: na co to wszystko? na co si zdao robi majtek, pracowa, eni si, podzi dzieci - skoro wszystko koczy si przepaci? Ale to byo czasem i nie zmieniao si w sta zasad. Ratowaa go od niej modo - nie pierwsza - ale te jeszcze nie gasnca, pewna tgo duchowa i fizyczna, samozachowawczy instynkt, przyzwyczajenie do pracy, ywo charakteru i wreszcie ta sia elementarna, ktra popycha mczyzn w objcia kobiety. I teraz wic od wspomnie dziecinnych, od myli o mierci, od zwtpienia o celowoci maestwa przeszed do myli wanie a tym, e tego, 
co w nim jest lepsze, nie ma komu odda, a dalej przeszed do panny Maryni Pawickiej, ktrej perkalowa suknia, pokrywajca mode i wysmuke ciao, nie schodzia mu z oczu. Przypomnia sobie, e gdy wyjeda, pani Emilia Chwastowska, wielka przyjacika jego i panny Maryni, powiedziaa mu miejc si: "Jeli pan, bdc w Krzemieniu, nie zakocha si w Maryni, to zamkn przed panem drzwi." On jej odpowiedzia z wielk fantazj, e jedzie tylko wydusi pienidze, nie zakocha si, ale to nie bya prawda. Gdyby w Krzemieniu nie byo panny Pawickiej, byby zapewne dusi pana Pawickiego w dalszym cigu listownie albo sposobami prawnymi. Myla te o niej i o tym, jak ona wyglda ju w drodze, i by zy, e jedzie take po pienidze. Wmawiajc w siebie wielk stanowczo w takich razach postanowi przede wszystkim dochodzi swej nalenoci i raczej gotw byt przesadzi, ni nie dosadzi w terminie. Obiecywa to sobie, zwaszcza pierwszego wieczoru, gdy Marynia, jakkolwiek podobaa mu si dosy, nie ucz
ynia na nim tak wielkiego wraenia, jak myla, a raczej uczynia inne. Ale dzisiejszego rana bardzo wpada mu w oko. "Sama jest jak ranek - mwi sobie - adna i wie, e adna. Kobiety zawsze to wiedz!"
To ostatnie odkrycie usposobio go do niecierpliwie, albowiem pragn wrci jak najprdzej do Krzemienia, by dalej obserwowa kobiety na tym okazie, ktry w Krzemieniu mieszka. Jako msza skoczya si niebawem, pan Pawicki wyszed zaraz po przeegnaniu, mia bowiem jeszcze przed sob dwa obowizki: pierwszy - pomodlenia si na grobach obu on, ktre leay pod kocioem, drugi - odprowadzenia pani Jamiszowej do powozu; e za adnego nie chcia opuci, wic musia si liczy z czasem. Poaniecki wyszed z nim razem, i wkrtce znaleli si przed pytami kamiennymi, wprawionymi tu obok siebie w cian kocieln. Pan Pawicki klkn i modli si przez chwil w skupieniu, potem wstawszy obtar zy, ktre naprawd zawisy mu na rzsach, a wreszcie wziwszy Poanieckiego pod rami; rzek:
- Tak! straciem obie - i y musz.
Tymczasem przed kocielnymi drzwiami ukazaa si pani Jamiszowa w towarzystwie ma, tych dwch ssiadw, ktrzy j obmawiali przede msz, i modego pana Gtowskiego. Na jej widok pan Pawicki pochyli si do ucha Poanieckiego i rzek:
- Jak bdzie wsiadaa do powozu, uwa, jak ma jeszcze nog. Po chwili zczyli si obaj z towarzystwem; rozpoczy si ukony i powitania. Pan Pawicki przedstawi Poanieckiego, potem zwracajc si do pani Jamiszowej, doda z umiechem czowieka przekonanego, e mwi co, na co nie byle kto by si zdoby:
- Mj krewny, ktry przyjecha wujaszka ucisn i... przycisn...
- Pozwalamy tylko na pierwsze, inaczej bdzie z nami sprawa - odrzeka dama.
- Ale Krzemie to twarda rzecz - mwi dalej Pawicki - poamie sobie na nim zby, cho mody.
Pani Jamiszowa przymkna oczy.
- Ta atwo - rzeka - z jak pan tymi iskrami sypie... 'est inoui! - Jak dzi zdrowie pana?
- W tej chwili czuj si zdrw i mody.
- A Marynia?
- Bya na rannej mszy. Czekamy pastwa o pitej. Moja maa gosposia amie sobie tam gwk nad podwieczorkiem. liczny dzie...
- Wic przyjedziemy, jeli moja newralgia mi pozwoli... i jeli pan m pozwoli.
- Ssiedzie? jake? - spyta pan Pawicki.
- Zawsze chtnie, owszem! - odpowiedzia zgnbionym gosem ssiad.
- Zatem, au revoir!
- Au revoir! - odpowiedziaa pani.
I zwrciwszy si do Poanieckiego wycigna do niego rk:
- Mio mi byo pozna pana.
Pan Pawicki poda jej rami i odprowadzi do powoziku. Dwaj ssiedzi odjechali rwnie. Poaniecki zosta przez chwil sam z panem Gtowskim, ktry przypatrywa mu si do niechtnie. Poaniecki pamita go niezgrabnym chopakiem, teraz za z "niedwiadka" wyrs mczyzna duy i moe przyciki w ruchach, ale raczej przystojny, z bardzo piknym, jasnym wsem. Poaniecki nie zaczyna z nim rozmowy, czekajc, a tamten pierwszy si odezwie, lecz w, zasadziwszy rce w kieszenie, milcza uparcie.
"Dawne maniery mu zostay" - pomyla Poaniecki.
I z kolei uczu take niech do tego mruka.
Tymczasem pan Pawicki, wrciwszy od powozu Jamiszw, spyta naprzd Poanieckiego: "Uwaae?" - a potem rzek:
- No, Gtosiu, pojedziesz swoj bryczk, bo w koczu tylko dwa miejsca.
- Pojad bryk, bo wioz psa dla panny Marii - odpowiedzia mody czowiek.
I skoniwszy si odszed. Po chwili Pawicki i Poaniecki znaleli si na drodze do Krzemienia.
- Ten Gtowski to te podobno jaki powinowaty wuja? - spyta Poaniecki.
- Dziewita woda po kisielu. Oni bardzo podupadli. Ten, Adolf, ma jeden folwarczek i pustki w kieszeni.
- Ale w sercu pewnie nie pustki?
Pan Pawicki wyd usta:
- Tym gorzej dla niego, jeli mu si co marzy. Moe on i dobry czowiek, ale symplak. Ani to wychowania, ani wyksztacenia, ani majtku. Marynia lubi go - raczej: znosi.
- A! znosi?
- Widzisz, jest tak: ja powicam si dla niej i siedz na wsi, ona powica si dla mnie i siedzi na wsi. Tu s pustki; pani Jamiszowa jest znacznie od niej starsza, modziey w ogle nie ma, ycie nudne, ale co robi? Pamitaj, mj chopcze, e ycie to szereg powice. Trzeba t zasad nosi w sercu i w gowie. Zwaszcza ci, co nale do uczciwszych i troch widniejszych rodzin, nie powinni o niej zapomina. A Gtowski bywa zawsze u nas w niedziel na obiedzie - i dzi, jak syszae, wiezie psa.
Umilkli i jechali wolniej po piasku. Sroki przelatyway teraz przed nimi z brzozy na brzoz w stron Krzemienia. Za powozikiem jecha na bryczce pan Gtowski, ktry rozmylajc o Poanieckim mwi sobie:
"Jeli przyjecha ich gnbi jako wierzyciel, nadkrc mu karku, jeli jako konkurent - nadkrc mu te."
Z dziecinnych lat mia on nieprzyjazne dla Poanieckiego uczucia. Niegdy spotykali si oni czasem i wwczas Poaniecki go wymiewa albo, jako starszy o par lat, nawet bija.
Wreszcie przyjechali i w p godziny pniej znaleli si wszyscy, wraz z pann Maryni, w jadalnym pokoju przy stole. Mody psiak, przywieziony przez Gtowskiego, korzystajc z przywileju gocia, krci si pod stoem, a czasem wspina si na kolana obecnych z wielkim zaufaniem i radoci objawian za pomoc kiwania ogonem.
- To jest Gordon, ceter - mwi Gtowski - on jest jeszcze gupi, ale to mdre psy i przywizuj si okrutnie.
- liczny jest i bardzom panu wdziczna - odpowiedziaa panna Pawicka patrzc na lnicoczarn sier i te pitna nad oczyma psa.
- Zanadto przyjemny - doda pan Pawicki pokrywajc kolana serwet.
- Do pola te takie lepsze od zwyczajnych ceterw.
- Pani i poluje? - spyta Poaniecki.
- Nie, nigdy nie miaam do tego ochoty. A pan?
- A ja czasem. Zreszt yj w miecie.
- Duo bywasz? - spyta pan Pawicki.
- Prawie nigdzie. U pani Emilii, u mojego wsplnika Bigiela, u Waskowskiego, ktry by niegdy moim profesorem, a ktry teraz jest dziwakiem - i oto wszystko. Oczywicie, czasem chodz do ludzi, gdy mam do nich interesa.
- To le, mj chopcze. Mody czowiek powinien mie i utrzymywa dobre stosunki towarzyskie, zwaszcza gdy ma do nich prawo. Kto si potrzebuje pi, to co innego, ale ty, jako Poaniecki, moesz wszdzie bywa. Ja ci to powiadam. Z Maryni wiecznie mam te same historie. Dwa lata temu, gdy skoczya omnacie lat, zawiozem j w zimie do Warszawy. Rozumiesz, e tego si darmo nie robi i e to wymagao pewnych ofiar z mojej strony. No i c? Siedziaa po caych dniach u pani Emilii i czytyway ksiki. Dzikus mi si urodzi i dzikus zostanie: moecie sobie poda rce.
- Podajmy sobie rce! - zawoa wesoo Poaniecki.
A ona odrzeka miejc si:
- Kiedy, sumiennie, nie mog, bo to niezupenie tak byo: czytywaam ksiki z Emilk, prawda, ale bywalimy z pap duo, i wytaczyam si na cae ycie.
- Niech si pani nie zarzeka.
- Nie! ja si nie zarzekam, tylko nie tskni.
- To widocznie nie wywioza pani wspomnie.
- Widocznie. Zostaa mi tylko pami, ale to jest co innego.
- Tego ja, pani, nie rozumiem.
- Bo pami. to jest skad, w ktrym ley przeszo, a wspomnienie ma miejsce wwczas, gdy si do tego skadu schodzi, eby co wydoby.
Tu panna Marynia przestraszya si nieco wasn odwag, z jak zapucia si w filozoficzny wywd nad rnic pamici i wspomnie, skutkiem czego zaczerwienia si do mocno; Poaniecki za pomyla:
"I niegupia, i liczna."
Gono za rzek:
- Mnie to do gowy nie przyszo, a to takie trafne.
I obj j oczyma, penymi sympatii. Bya rzeczywicie bardzo adna, bo umiechnita, nieco zmieszana pochwa, a zarazem i uradowana ni szczerze. Zarumienia si jeszcze wicej, gdy miay mody czowiek rzek:
- Jutro, przed wyjazdem, poprosz o miejsce... cho w skadzie.
Ale on mwi to tak wesoo, e nie mona si byo na niego gniewa i e panna Marynia odpowiedziaa mu nie bez pewnej kokieterii:
- Dobrze, ale i ja wzajemnie...
- W takim razie musiabym schodzi do skadu tak czsto, e wol od razu w nim zamieszka.
To wydao si pannie Pawickiej nieco za miae na tak krtk znajomo, ale tymczasem pan Pawicki ozwa si:
- Podoba mi si Poaniecki! Wol go od Gtosia, ktry siedzi jak mruk.
- Bo ja umiem mwi tylko o tym, co si da wzi w rk - odpowiedzia z pewnym smutkiem mody czowiek.
- To we w rk widelec - i jedz.
Poaniecki umiechn si, panna Marynia nie, gdy al jej si zrobio Gtowskiego, skutkiem czego skierowaa rozmow na rzeczy, ktre dadz si wzi w rk.
"Albo kokietka, albo ma dobre serce" - pomyla znw Poaniecki.
Lecz pan Pawicki, ktry widocznie przypomnia sobie ostatni pobyt zimowy w Warszawie, spyta:
- Powiedz mi, Stachu, ty znasz Bukackiego?
- Jake! To przecie mj bliszy krewny ni wuja.
- My z caym wiatem jestemy krewni - literalnie z caym wiatem. Bukacki to by najgorliwszy tancerz Maryni. Obtacowywa j na wszystkich wieczorach.
Poaniecki zacz si znw mia.
- I za ca nagrod poszed do skadu, w kurz. No, ale tego przynajmniej odkurza nie trzeba, bo taki koo siebie staranny jak np. wujaszek. To najwikszy elegant w Warszawie. Co on porabia? Administruje wieym powietrzem, to si znaczy, e jak pogoda, wychodzi lub wyjeda na spacer. Przy tym jest orygina, ktry ma jakie szczeglne zakomrki w gowie. Ten czowiek podpatruje takie rozmaite rzeczy, ktrymi nikt inny by si nie zajmowa. Kiedy po jego powrocie z Wenecji, spotykam go i pytam, co tam widzia, a on mi odpowiada: "Widziaem na Riva degli Schiavoni, jak raz pyno p skorupki od jajka i p cytryny: stykay si, potrcay, oddalay, zbliay, wreszcie - paf! p cytryny wpado w p jajka i popyny razem. Patrz, co to znaczy harmonia!" Oto, czym zajmuje si Bukacki, cho duo umie i np. na sztuce zna si dobrze.
- A mwi o nim, e bardzo zdolny?
- Moe, ale do niczego. Zjada chleb - i na tym koniec. eby przynajmniej by przy tym wesoy, ale on jest w gruncie rzeczy melancholik. Zapomniaem powiedzie: i kocha si w pani Emilii.
- Emilka duo przyjmuje? - spytaa panna Marynia.
- Nie. Bywam ja, Waskowski, bywa Bukacki, no i jeszcze Maszko, adwokat, ten, co to kupuje i sprzedaje majtki ziemskie.
- Ona pewnie i nie bardzo moe przyjmowa, bo duo czasu musi powica Litce.
- Biedactwo drogie - rzek Poaniecki. - Pan Bg by da, eby jej przynajmniej pomg ten Reichenhall!
I wesoa twarz jego pokrya si w jednej chwili prawdziwym smutkiem.
Teraz panna Marynia spojrzaa na niego oczyma penymi sympatii i z kolei pomylaa po raz drugi:
"On jednak musi by naprawd dobry."
A pan Pawicki zacz mwi jakby sam do siebie:
- Maszko, Maszko!... Ten take krci si koo Maryni. Ale ona go nie lubia. Co do majtkw, ceny teraz takie, e poal si Boe.
- Wanie Maszko twierdzi, e w tych warunkach dobrze jest je kupowa.
Tymczasem obiad si skoczy, i przeszli do salonu na kaw, podczas ktrej pan Pawicki dworowa sobie z pana Gtowskiego, co zwyk by czyni w chwilach dobrego humoru i co mody czowiek znosi cierpliwie ze wzgldu na pann Maryni, ale z min, ktra zdawaa si mwi: "Ej, eby nie ona, wytrzsbym z ciebie wszystkie koci!" Po kawie panna Marynia siada do fortepianu, podczas gdy ojciec kad pasjansa. Graa nieszczeglnie, ale jej jasne i spokojne czoo adnie rysowao si nad pulpitem. Koo pitej pan Pawicki spojrza na zegarek i rzek:
- Jamiszowie nie przyjedaj.
- Przyjad jeszcze - odpowiedziaa Marynia.
Ale on od tej pory cigle spoglda na zegarek i co chwila ogasza nowin, e Jamiszowie nie przyjedaj. Na koniec koo szstej rzek grobowym gosem:
- Musiao si zdarzy nieszczcie.
Poaniecki sta w tej chwili koo panny Maryni, ktra rzeka przyciszonym gosem:
- Oto i bieda! Tam si pewnie nic nie stao, ale papa bdzie do wieczora w zym humorze.
Poaniecki chcia w pierwszej chwili odpowiedzie, e za to nazajutrz, jak si wypi, to bdzie w dobrym, ale widzc istotn trosk na twarzy panny, odrzek:
- To, ile pamitam, niedaleko: niech pani pole kogo dowiedzie si, co si stao.
- Moe by posa kogo, papo?
Lecz on odpowiedzia z gorycz:
- Zbytek aski. Pojad sam.
I zadzwoniwszy na sucego, wyda polecenie, by zaprzgano. Po czym zastanowi si przez chwil i rzek:
- Enfin, na wsi zawsze moe si trafi, e kto przyjedzie i zastanie moj crk sam. To nie miasto. Przy tym jestecie krewni. Ty, Gtowski, moesz mi by potrzebny, wic bd askaw pojecha ze mn.
Wyraz najwyszej niechci i niezadowolenia odbi si na twarzy modego czowieka. Przecign rk po swej powej czuprynie i rzek:
- Nad stawem jest wycignite czno, ktrego ogrodnik nie moe zepchn; obiecaem pannie Marii, e je zepchn, tylko ostatniej niedzieli me pucia mnie, bo lao jak z cebra.
- To skocz i sprbuj, do stawu trzydzieci krokw, za par minut wrcisz.
Gtowski rad nierad wyszed do ogrodu, pan Pawicki za, nie zwracajc uwagi na Poanieckiego i crk, powtarza chodzc po pokoju:
- Newralgia w gowie, zaoybym si, e newralgia w gowie; Gtowski, w razie potrzeby, moe skoczy po doktora. Ten safandua, ten radca bez rady, pewno by nie posa.
I potrzebujc widocznie wywrze na kim swj zy humor, doda zwracajc si do Poanieckiego:
- Nie uwierzysz, co to za cymba!
- Kto taki?
- Jamisz.
- Ale, papo... - zacza panna Marynia.
Lecz pan Pawicki nie da jej skoczy i rzek ze wzrastajcym zym humorem:
- Wiem! Nie podoba ci si to, e ona okazuje mi troch przyjani i troskliwoci. Czytaj sobie artykuy rolnicze pana Jamista, uwielbiaj go, stawiaj mu posgi, ale pozwl mi mie moje sympatie.
Tu Poaniecki mg podziwia istotn sodycz panny Maryni, gdy, zamiast si zniecierpliwi, podbiega do ojca i podsuwajc czoo pod jego uczernione wsiki, rzeka:
- Zaraz zaprzgn, zaraz, zaraz! Moe trzeba, ebym i ja pojechaa?... A tymczasem niech si brzydki tatu nie gniewa, bo sobie zaszkodzi.
Pan Pawicki, ktry rzeczywicie by do niej mocno przywizany, pocaowa j w czoo i rzek:
- Wiem, e w gruncie rzeczy masz dobre serce, ale co tam znw Gtowski robi?
I przez otwarte drzwi ogrodowe pocz woa na modego czowieka, ktry te powrci niebawem zmczony i rzek:
- W rodku stoi woda i za daleko wycignite; prbowaem i nie mog.
- To bierz czapk i ruszajmy, bo sysz, e zajechali.
W chwil potem modzi ludzie zostali sami.
- Papa przywyk do troch wykwintniejszego towarzystwa, ni jest na wsi - rzeka panna Marynia - wic dlatego lubi pani Jamiszow, ale i pan Jamisz jest bardzo zacny i rozumny czowiek.
- Widziaem go w kociele. Wyda mi si jakby przybity.
Bo naprawd, to on jest chory, a przy tym bardzo zapracowany.
- Tak jak pani.
- Nie. Pan Jamisz doskonale prowadzi gospodarstwo, a przy tym duo pisuje o rzeczach rolniczych. Naprawd jest to lumen naszej okolicy. I taki zacny czowiek! Ona rwnie dobra kobieta, tylko dla mnie nieco przesadna.
- Eks-pikno.
- Tak. Przyczynia si te do jej przesady i to cige ycie na wsi, przez ktre si troch rdzewieje. Myl, e w miecie wszystkie dziwactwa ludzkie i miesznoci cieraj si wzajemnie, a na wsi atwiej ludzie zmieniaj si w oryginaw. Z wolna odwyka si od towarzystwa, zachowuje si jaki przestarzay sposb w obejciu z ludmi i dochodzi si do przesady. My wszyscy musimy si ludziom z wielkich miast wydawa zardzewiali i troch mieszni.
- Nie wszyscy. Bynajmniej! - odpowiedzia Poaniecki. - Pani na przykad bynajmniej!
- Wic to przyjdzie z czasem - odpowiedziaa z umiechem.
- Czas moe take przynie zmiany.
- U nas tak mao si zmienia - i najczciej na gorsze.
- Ale w yciu panien w ogle zmiany s przewidywane.
- Chciaabym naprzd, bymy z pap mogli przyj do adu z Krzemieniem.
- Wic ojciec i Krzemie to dwa gwne, jedyne cele w yciu pani?
- Tak. Ale mao mog pomc, bo si mao znam na czymkolwiek.
- Papa, Krzemie - i nic wicej! - powtrzy Poaniecki.
Nastaa chwila przerwy w rozmowie, po ktrej panna Marynia spytaa Poanieckiego, czy nie zechce pj do ogrodu. Poszli i wkrtce znaleli si nad brzegiem stawu. Poaniecki, ktry za granic nalea do rnych stowarzysze sportowych, zepchn na wod czno, ktremu Gtowski nie mg poradzi, ale pokazao si, e jest dziurawe i e nie mona nim pywa.
- Oto przykad, co jest moje gospodarstwo! - rzeka miejc si panna Marynia. - We wszystkim i wszdzie woda przecieka. I nie wiem, jak si usprawiedliwi, bo ogrd i staw nale wycznie do mnie. Ale przed spustem ka czno naprawi.
- Bodaj, e to jeszcze to samo, w ktrym zakazywano mi jedzi, gdy byem maym chopcem.
- Bardzo by moe. Czy pan uwaa, e rzeczy daleko si mniej zmieniaj i duej trwaj ni ludzie? Czasem smutno o tym myle.
- Miejmy nadziej, e bdziemy trwali duej ni to czno zmurszae i nasiknite jak gbka wod. Jeeli to jest to samo, co za moich dziecinnych lat, to nie mam do niego szczcia. Dawniej nie pozwalano mi na nim jedzi, a teraz skaleczyem sobie rk o jaki sprchniay gwd.
To rzekszy wydoby z kieszeni chustk i pocz lew rk owija palec prawej. Ale szo mu tak niezgrabnie, e panna Marynia widzc to rzeka:
- Nie da pan sobie rady, trzeba pomc.
I pocza obwizywa mu do, ktr on krci nieznacznie, by jej utrudni zadanie, bo mio mu byo czu jej delikatne palce przy swoich. Ona spostrzega, e jej przeszkadza, i spojrzaa na niego, ale w chwili, gdy ich oczy si spotkay, poja powd i, zarumieniona, schylia si, chcc niby wiza uwaniej. Poaniecki uczu j blisko, uczu ciepo bijce od niej, wic i jemu serce zabio ywiej.
- Mam bardzo mie wspomnienia - rzek - z dawnych moich tutejszych wakacji, ale teraz wywioz jeszcze milsze. Pani jest bardzo dobra, a przy tym zupenie jak jaki kwiat w tym Krzemieniu. Pod sowem, nie przesadzam.
Panna Marynia zrozumiaa, e mody czowiek mwi to szczerze, moe nieco za miao, ale raczej przez wrodzon ywo, ni dlatego e zosta z ni sam na sam; wic nie obrazia si, tylko zacza niby gdera artobliwie swoim miym, przyciszonym gosem:
- Prosz mi nie mwi grzecznoci, bo naprzd le obwi rk, a po wtre uciekn.
- To niech pani le obwie rk, ale zostanie. Taki liczny wieczr...
Marynia skoczya robot z chustk i poszli dalej. Wieczr rzeczywicie zapowiada si liczny. Soce zniao si, staw, nie marszczony powiewem wiatru, lni ogniem i zotem. W dali, za wod, majaczyy spokojnie olszyny; blisze drzewa rysoway si w zarumienionym ju powietrzu bardzo czysto. Na podwrzu, za domem, klekotay bociany.
- Miy Krzemie, bardzo miy! - powtarza Poaniecki.
- Bardzo - odpowiedziaa Marynia.
- Tote ja rozumiem pani przywizanie do tego miejsca. Przy tym, jak si w co wkada prac, to to jeszcze bardziej przywizuje. Rozumiem te, e na wsi mona mie dobre chwile... Ot, jak teraz. Przecie tu jest tak dobrze! W miecie ogarnia czasem zmczenie, zwaszcza tych, ktrzy jak ja siedz po uszy w rachunkach, a przy tym s samotni. Bigiel, mj wsplnik, ma on i dzieci - to dobrze! A ja co? Ja nieraz mwi sobie: Ot, pracuj, i co mi z tego? Dajmy na to, e bd mia troch pienidzy- i co dalej? - nic. Jutro zawsze takie samo jak dzi: robota i robota! Widzi pani, jak si czowiek wcignie w co, jak idzie tym pdem, np. robienia pienidzy to mu si zdaje, e to cel. Ale przychodz chwile, w ktrych myl, e mj orygina Waskowski ma suszno i e nikt, kto si koczy na ski albo na wicz, nie potrafi woy w to caej duszy i poprzesta na tym wycznie. On powiada, e w nas jeszcze za wiea, pami poprzedniego istnienia i e w ogle Sowianie maj inn misj. To jest wielki orygina i filozof, i 
mistyk. Ja si z nim sprzeczam i robi pienidze, jak mog, ale teraz na przykad, jak tak chodz z pani po tym ogrodzie, to, doprawdy, zdaje mi si, e on ma suszno.
I przez chwil szli w milczeniu. wiato stawao si coraz bardziej rumiane, i twarze mieli jakby zanurzone w czerwonym blasku. Przyjazne, wzajemne uczucia wzrastay w nich z kad chwil. Byo im z sob dobrze i spokojnie.
Poaniecki odczuwa to widocznie, gdy po niejakim czasie rzek:
- Co mnie pani Chwastowska mwia i co jest prawda, to, e do pani ma si w godzin po poznaniu wicej ufnoci i bliej si jest z ni ni z kim innym w miesic. Teraz to sprawdziem. Zdaje mi si, e pani znam od dawna. Myl, e tylko osoby niezwykle dobre robi takie wraenie.
A panna Marynia odpowiedziaa z prostot:
- Emilka kocha mnie bardzo i dlatego mnie chwali. Choby to bya prawda, co ona mwi, to jednak przypuszczam, e nie ze wszystkimi tak by potrafi.
- Wczoraj, rzeczywicie, zrobia pani na mnie inne wraenie, ale pani zmczona i senna.
- Byam troch.
- I czemu pani spa nie posza! Sucy mg mi zrobi herbaty, a wreszcie byoby si i bez tego obeszo.
- Nie, tak mao gocinni nie jestemy. Papa mwi, e wypada, by ktre z nas pana przyjo. Baam si, e zechce sam czeka, a jemu to szkodzi, wic wolaam go zastpi.
Poaniecki pomyla: "Pod tym wzgldem moga by spokojna, ale jeste poczciwa, e starego egoist osaniasz."
Nastpnie rzek:
- Przepraszam pani i za to, e zaraz zaczem mwi o interesach. To kupieckie przyzwyczajenie. Ale te potem sam sobie powiedziaem: "Jeste taki, owaki!" - i ze wstydem przepraszam.
- Nie ma za co, bo nie ma winy. Panu powiedziano, e ja si wszystkim zajmuj, wic pan uda si do mnie.
Z wolna zorze rozpalay si coraz mocniej. Po niejakim czasie wrcili ku domowi, ile e wieczr zapowiada si pikny, wic siedli na werendzie ogrodowej. Poaniecki wszed na chwil do salonu, po czym wrci ze stoeczkiem od ng i przyklknwszy zacz go podsuwa pod stopy panny Maryni.
- Dzikuj, bardzo dzikuj... - odpowiedziaa pochylajc si i obejmujc rkoma sukni. - Jaki pan dobry!... dzikuj bardzo!
A on mwi:
- Ja jestem z natury nieuwany, ale wie pani, kto mnie nauczy troch troskliwoci? Litka. J trzeba nadzwyczaj ochrania i pani Chwastowska musi o tym pamita.
- I ona pamita - odrzeka panna Marynia - i wszyscy bdziemy jej w tym pomagali. Gdyby bya nie wyjechaa do Reichenhallu, byabym j zaprosia do nas.
- A ja bym przyjecha za Litk bez zaproszenia.
- Wic zapraszam pana w imieniu papy raz na zawsze.
- Niech pani tego lekko nie mwi, bom gotw naduy grzecznoci. Mnie tu jest bardzo dobrze, wic ilekro bdzie mi le w Warszawie, to tu uciekn - pod opiek pani...
Teraz Poaniecki wiedzia ju, e sowa jego przeznaczone s na to, by ich zbliy, by nawiza midzy nimi sympati, i mwi je rwnie umylnie jak szczerze, a mwic patrza na t agodn, mod twarz, ktra, owiecona zachodzcym socem, wydawaa si jeszcze spokojniejsza ni zwyke. Panna Marynia podniosa te na niego swe niebieskie oczy, w ktrych byo jakby pytanie: "Czy mwisz to wypadkiem, czy umylnie?" - i odrzeka nieco ciszej:
- Dobrze.
I oboje umilkli czujc, e istotnie co zawizuje si midzy nimi.
- Dziwi mnie, e papa nie wraca - rzeka wreszcie panna Marynia.
Rzeczywicie soce zaszo; w czerwonawym zmierzchu pocz kry cichym lotem lelek, a w stawie ozway si aby.
Lecz Poaniecki nie odpowiedzia na uwag panienki i, jakby pogrony we wasnych mylach, zacz mwi:
Ja nie analizuj ycia, bo nie mam na to czasu. Gdy mi jest dobrze, jak na przykad w tej chwili, to czuj, e dobrze; gdy le, to le - ot i wszystko. Ale przed piciu lub szeciu laty byo inaczej. Bya nas caa paczka ludzi, ktrzy si schodzili na rozprawy o znaczeniu ycia. Byo kilku uczonych i jeden literat, dzi do znany w Belgii. Zadawalimy sobie pytania: dokd idziemy? jaki wszystko ma sens, jak warto i jaki koniec? Czytywalimy pesymistw i gubilimy si w rozmaitych pytaniach, bez dna, tak jak mj jeden znajomy, asystent przy katedrze astronomii, ktry, jak zacz si gubi w przestrzeniach midzyplanetarnych, tak zgubi w nich mzg... I potem mu si zdawao, e jego gowa kry po paraboli w nieskoczonoci... Pniej wyzdrowia i zosta ksidzem. My rwnie nie moglimy do niczego doj, na niczym odpocz... Zupenie jak to ptactwo, ktre leci przez morza i nie ma na czym usi. Ale wreszcie spostrzegem dwie rzeczy: oto naprzd, e moi Belgowie bior to wszystko mniej do serca ni ja... 
my jestemy naiwniejsi... Po wtre, e mi si ochota do roboty psuje i e robi si niedog. Wwczas wziem si za uszy i zaczem na umor farbowa perkaliki. Potem te powiedziaem sobie tak: ycie jest w prawach natury - czy mdrych, czy gupich, mniejsza z tym - ale jest. y trzeba, wic trzeba z ycia wydoby, co si da. I chc co wydoby. Waskowski powiada wprawdzie, e my, Sowianie, nie potrafimy na tym poprzesta, ale to si tak gada. e na samych pienidzach nie potrafimy - na to od biedy zgoda. Ale ja sobie powiedziaem, e prcz pienidzy s jeszcze dwie rzeczy: spokj - i wie pani co? - kobieta. Bo trzeba, eby czowiek mia si z kim wszystkim podzieli. Potem musi by mier - dobrze! ale gdzie si zaczyna mier, tam si ludzka gowa koczy. "That' not my business!" - jak powiada Anglik. Tymczasem trzeba mie komu to odda, co czowiek ma i zdobywa - czy to pienidze, czy zasug, czy saw... Jeli s diamenty na ksiycu, to wszystko jedno, bo nie ma nikogo, kto by uzna, e 
one co warte. Tak samo i czowiek musi mie kogo, kto by go uznawa. A ja sobie myl: kto mnie uzna, jeli nie kobieta - byle bya ogromnie dobra, ogromnie pewna i bardzo moja, i bardzo kochana. To wszystko, czego mona chcie, bo z tego idzie spokj - i to jest jedyna rzecz, ktra ma sens. Ja to mwi nie jak poeta, ale jak czowiek pozytywny i kupiec. Mie przy sobie drug gow - to jest i cel. A potem niech bdzie, co chce. Oto moja filozofia.
Poaniecki twierdzi, e mwi jak kupiec, ale mwi take jak czowiek rozmarzony, bo tak podziaa na niego i ten wieczr letni, i obecno tej modej dziewczyny, ktra pod tak wieloma wzgldami odpowiadaa tym wygoszonym przed chwil pogldom. Poanieckiemu rwnie musiao to przyj do gowy, gdy zwrciwszy si wprost do niej rzek:
- Ja tak ot myl, ale i z tym si zwykle przed ludmi nie wygaduj. Dzi mi si jako na to zebrao, bo powtarzam, e pani Emilia ma suszno: z pani si jest w jeden dzie bliej ni z innymi w rok. Pani musi by bajecznie dobra! Oto bybym gupstwo zrobi, gdybym nie przyjecha do Krzemienia. I bd przyjeda tak czsto, jak pani pozwoli.
- Niech pan przyjeda... czsto.
- Dzikuj.
I wycign rk, a panna Marynia podaa mu take do jakby na znak przymierza.
Ach, jak i on si jej podoba, ze swoj twarz szczer, msk, ze swoj ciemn czupryn i pewn dzielnoci w caej postawie, ze swymi ywymi oczyma! Przywiz przy tym tyle tych tchnie, ktrych jej w Krzemieniu brako; jakie nowe widnokrgi wybiegajce daleko poza staw i olszyny, ktre zamykay widnokrg krzemieski. Zrobili te jednego dnia tyle drogi, ile jej mona byo zrobi.
Siedzieli wic znowu jaki czas w milczeniu i wdrowali dalej, w milczeniu rwnie popiesznie jak w rozmowie. Marynia wskazaa wreszcie rk na wiato, ktre si zwikszao za olszynami, i rzeka:
- Ksiyc.
- Aha! ksiyc! - powtrzy Poaniecki.
w za rzeczywicie wysuwa si z wolna zza olszyn, czerwony i wielki jak koo. Ale tymczasem psy zaszczekay, powozik zaturkota z drugiej strony domu i po chwili w salonie, do ktrego poprzednio ju wniesiono lampy, ukaza si pan Pawicki.
Marynia wesza do salonu. Poaniecki za ni.
- Nic si nie stao - rzek pan Pawicki. - Zajechaa ich Chromecka, e za myleli, e odjedzie wkrtce, wic nie dawali zna. Jamisz troch chory, ale jutro wybiera si do Warszawy. Ona obiecaa si tu pojutrze.
- Wic wszystko dobrze? - spytaa Marynia.
- Dobrze. A wy cocie tu porabiali?
- Suchalimy ab - odpowiedzia Poaniecki - i dobrze nam byo.
- Pan Bg wiedzia, na co i aby stworzy, wic cho mi spa po nocy nie daj, nie narzekam. Ale tymczasem niech Marynia da herbaty.
Herbata czekaa gotowa w drugim pokoju. Pan Pawicki opowiada przy niej o swojej wizycie u Jamiszw. Modzi byli milczcy, tylko od do czasu spogldali na siebie penymi wiata oczyma i na dobranoc ucisnli si bardzo mocno za rce.
Panna Marynia czua pewn ociao, rozbierajc si, jakby j ten zmczy; ale byo to dziwne jakie i mie zmczenie. Potem, gdy ju jej gwka wspara si na poduszce, nie mylaa o tym, e jutro poniedziaek, e zaczyna si nowy tydzie powszedniej roboty, tylko mylaa o Poanieckim i w uszach jej brzmiay jego wyrazy:
- Kto mnie uzna, jeli nie kobieta, byle bya ogromnie dobra, ogromnie pewna, bardzo moja i bardzo kochana.
Poaniecki za mwi sobie, zapalajc w ku papierosa:
- Dobre to, liczne, mie - gdzie taka druga?
Rozdzia trzeci
Lecz nazajutrz by szary dzie i panna Pawicka obudzia si z wyrzutami. Zdawao jej si, e wczoraj daa si unie jakiemu prdowi dalej, ni naleao, i e wprost bya z Poanieckim kokietk. Przejmowao j to szczeglnym niesmakiem z tego gwnie powodu, e jednak w Poaniecki przyjecha jako wierzyciel. Wczoraj o tym zapomniaa, dzi za mwia sobie: "Niechybnie przyjdzie mu do gowy, em go chciaa uj lub uagodzi" - i na t myl krew napyna jej do policzkw i czoa. Miaa ona natur praw i wiele ambicji, ktra wzburzaa si na kade przypuszczenie, e moe by posdzon o wyrachowanie. Teraz, uwierzywszy w moliwo takiego posdzenia, uczua z gry jakby uraz do Poanieckiego. Jedna jeszcze przy tym myl bya nad wszelki wyraz przykr: oto wiedziaa, e w ogle w kasie krzemienieckiej grosz nie moe grosza dogoni, e pienidzy nie ma i e jeeli wskutek zamierzonej parcelacji Magierwki byy na nie w przyszoci widoki, to ojciec bdzie si wykrca, gdy inne dugi uwaa za pilniejsze od dugu Poanieckiego. Obiecywaa sobie wprawdzie, e zrobi wszystko, co bdzie w jej mocy, by Poaniecki zosta koniecznie i przed innymi spacony, ale wiedziaa, e niewiele moe wskra. Ojciec wyrcza si ni chtnie w gospodarstwie, ale w sprawach pieninych rzdzi si sam i rzadko kiedy sucha jej zdania. Rola jego pod tym wzgldem polegaa wprawdzie na wykrcaniu si wszystkim ze wszystkiego, na obietnicach nigdy nie dotrzymywanych, na zwokach i na przedstawianiu urojonych oblicze i nadziei za rzeczywisto. Poniewa dochodzenia wierzytelnoci, opartych na hipotekach ziemskich, same przez si s trudne i powolne, a obrona daje si przedua niemal dowolnie, przeto pan Pawicki trzyma si istotnie przy Krzemieniu dziki swemu systemowi. W kocu grozio to wszystko rwnie nieubagan jak zupen ruin, tymczasem jednak stary czowiek uwaa si za "gow od interesw" i tym niechtniej sucha zda i rad crki, e zaraz posdza j, i wtpi o jego "gowie" - to za obraao w najwyszym stopniu jego mio wasn.
Panna Marynia przesza ju z powodu tej "gowy" i jej sposobw przez niejedno upokorzenie. ycie jej wiejskie byo tylko pozorn sielank pracy i gospodarskich zaj. Nie brako w nim ani przykroci, ani blw, i jej spokojna twarz moga oznacza nie tylko sodycz charakteru, ale i jego si, a przy tym wielkie wyrobienie duchowe. Lecz upokorzenie, ktre grozio teraz, wydao si jej trudniejsze do zniesienia od innych.
"Nieche on przynajmniej mnie nie posdza!" - mwia sobie. Ale jak moga na to poradzi? Pierwsz jej myl byo wezwa Poanieckiego na rozmow wprzd, nimby si widzia z jej ojcem, i wyzna mu cay stan rzeczy, jak si wyznaje czowiekowi, do ktrego si ma ufno. Nastpnie przyszo jej do gowy, e taka rozmowa byaby nie czym innym, jak prob o wyrozumiao, lito, a zatem upokorzeniem. Gdyby nie to e panna Marynia, jako kobieta odczuwajca wszystkie drgnienia swego serca i innych, czua na wp wiadomie, na wp instynktowo, e midzy ni a tym modym czowiekiem co si od razu zapowiedziao, co si ju prawie zaczo - a zwaszcza e co mogo i musiao sta si w przyszoci nieuniknionym, byaby si jednak chwycia tej drogi. Lecz wobec takiego stanu rzeczy zdawao si jej, e nie moe. Pozostawao jej tylko jedno: zobaczy si z Poanieckim, zatrze swoim obejciem si z nim wczorajsze wraenia, porozrywa te nici sympatii, ktre wzajem midzy sob nawizali, i da mu zupen swobod postpowania. Taki sposb wyda si jej najlepszym, wic dowiedziawszy si od sucej, e Poaniecki nie tylko ju wsta, ale wyszed po herbacie ku gocicowi, postanowia go odszuka.
I przyszo jej to atwo, on bowiem wrci ju z rannej przechadzki i stojc za boczn cian ganku, poronitego dzikim winem, rozmawia z tymi samymi dwoma psami, ktre w dniu przyjazdu tak si do niego asiy. Nie spostrzeg te jej od razu i Marynia stojc na stopniach syszaa, jak mwi do psw:
- To psiska od bior za pilnowanie domu - co? osypk jedz - a na obcych nie szczekaj, jeszcze si asz. A gupie kundysy! a prniaki!
I klepa je po biaych gowach. Nastpnie, ujrzawszy j przez szpary w winie, skoczy jak wyrzucony z procy i stan przed ni wesoy i rozjaniony.
- Dzie dobry pani. Ja sobie tu z psami rozmawiam. Jak pani spaa?
- Dzikuj.
I chodno wycigna ku niemu rk, on za patrza na ni oczyma, w ktrych najwyraniej wida byo, jak wielk i gbok przyjemno czyni mu jej widok.
I on nie mniej podoba si biednej pannie Maryni. Po prostu podoba jej si z caej duszy. Serce te cisno si jej alem, e na jego serdeczne "dzie dobry" wypada jej odpowiada tak ceremonialnie i zimno.
- Moe pani idzie do gospodarstwa? To, jeli pani pozwoli, pjd razem. Dzi musz wraca do miasta, wic dobra mi jedna wicej chwila w towarzystwie pani. Bg widzi, e gdybym mg, to bym zosta tu duej. Ale znam teraz drog do Krzemienia.
- Prosimy zawsze, jeli panu kiedykolwiek czas pozwoli.
Poaniecki zauway teraz chd bijcy od jej sw, od jej twarzy, i zacz patrze na ni ze zdziwieniem. Jeli jednak panna Marynia liczya, e uczyni on tak, jak zwykle ludzie czyni, i dostroi si natychmiast do jej tonu, to si zawioda. Poaniecki zbyt by ywym i miaym, by od razu nie spyta o przyczyn.
Jako patrzc jej cigle w oczy rzek:
- Co pani jest?
Marynia zmieszaa si:
- Pan si myli.
- Nie. I ja dobrze widz, i pani dobrze wie; e si nie myl. Pani jest dla mnie taka, jak bya pierwszego wieczoru. Ale wtedy ja zawiniem, bom zacz nie w por mwi o pienidzach. Wczoraj przeprosiem pani za to, i byo dobrze - i jak dobrze! Dzi znw jest inaczej - nieche mi pani powie dlaczego?
adna, najzrczniejsza dyplomacja nie zdoaaby bardziej zbi z tropu panny Maryni. Oto jej si zdawao, e zdoa go swym postpowaniem ozibi i oddali, on za, pytajc tak wrcz, raczej zblia si jeszcze bardziej.
I mwi dalej tonem czowieka, ktremu wyrzdzaj niesprawiedliwo:
- Niech mi pani powie szczerze, co to jest? niech pani powie! Ojciec pani mwi, e wczoraj miaem by gociem, a dzi wierzycielem. Ale to jest gup... to jest nic! Ja si na takich rnicach nie rozumiem, a wierzycielem pani nigdy nie bd, chyba dunikiem, bom ju pani duny i wdziczny za t wczorajsz dobro - i Bg widzi, jak mi chodzi o to, bym zawsze mg by duny.
I znw patrzy w jej oczy, pilnie baczc, czy w nich nie zjawi si wczorajszy umiech; lecz Marynia, ktrej serce ciskao si coraz bardziej, sza dalej drog, ktr obraa, raz dlatego, e j ju obraa, a po wtre i z obawy, by przyznawszy, e dzi jest inn, nie bya zmuszon do wyjaniania przyczyn.
- Upewniam - odrzeka wreszcie z pewnym wysileniem - e albo si pan myli wczoraj, albo si myli dzi. Ja jestem zawsze jednakowa i zawsze bdzie mi mio, jeli pan wywiezie od nas dobre wspomnienie.
Sowa byy grzeczne, ale mwia je panienka tak niepodobna do wczorajszej, e na twarzy Poanieckiego zaczo si przebija zniecierpliwienie i gniew.
- Jeli pani chodzi o to - rzek - bym udawa, i w to wierz, to niech bdzie, jak pani chce. Wyjad jednak z przekonaniem, e na wsi poniedziaek bardzo si rni od niedzieli.
Maryni dotkny te sowa, wyglday one bowiem tak, jakby Poaniecki roci sobie ju jakie prawa z powodu jej wczorajszego obejcia si z nim. Ale odpowiedziaa raczej ze smutkiem ni z gniewem:
- C ja na to poradz!
I po chwili odesza owiadczywszy, e musi pj powiedzie dzie ojcu. Poaniecki zosta sam; odpdzi psy, ktre znw prboway asi si, i zacz si zoci.
"Co to jest? - pyta w duchu. - Wczoraj dobrze, dzi le! Zupenie inna kobieta. Jakie to wszystko gupie, jakie marne! Wczoraj krewny - dzi wierzyciel. Co jej do tego? Czemu mnie jak psa traktuje? Czym kogo ograbi? Wiedziaa i wczoraj, po com przyjecha. Dobrze! Chcecie mnie wierzycielem, nie Poanieckim - dobrze! Nieche to piorun trzanie!"
Marynia tymczasem wbiega do pokoju ojca. Pan Pawicki wsta ju i siedzia przybrany w szlafrok przed biurkiem zapenionym papierami. Na chwil odwrci si, by odpowiedzie na dzie dobry crki, po czym zaraz zaj si na nowo czytaniem papierw.
- Papo - rzeka Marynia - przyszam pomwi o panu Poanieckim... czy papa...
Lecz on jej przerwa, nie przestajc patrze na papiery.
- Twojego Poanieckiego ugniot w rku, jak wosk.
- Wtpi, czy to bdzie atwo. Wreszcie ja bym chciaa, eby on przed innymi by spacony, choby z najwiksz nasz strat.
Wwczas pan Pawicki odwrci si od biurka i zacz na ni patrze. Potem spyta zimno:
- Prosz! Czy to opieka nad nim, czy nade mn?
- To jest kwestia naszego honoru...
- W czym, jak sdzisz, potrzebuj twojej rady?
- Nie, papo, ale...
- Co za patetyczny dzie nam nasta! Co tobie jest?
- Ja tylko prosz papy na wszystko...
- A ja ci take prosz, by to zostawia mnie. Usuna mnie od gospodarstwa - i ustpiem, bo o te par lat, ktre mi do ycia zostaj, nie chc si sprzecza z rodzonym dzieckiem. Ale zostawe mi cho ten kt w domu, cho t jedn izb, i pozwl mi zaatwia te sprawy, ktre si w niej zaatwi daj.
- Papo drogi, przecie ja tylko prosz...
- ebym si przenis na folwark? ktre czworaki mi wyznaczasz?
Tu pan Pawicki, ktry mwic o "patetycznym" dniu, widocznie nie chcia tylko, by kto dzieli z nim monopol, powsta w swoim perskim szlafroku jak krl Lear i chwyci za porcz fotelu, dajc przez to do zrozumienia okrutnej crce, e inaczej, raony jej okruciestwem, padby jak dugi na ziemi. Lecz jej zy cisny si do oczu, a gorzkie poczucie wasnej bezsilnoci napywao do serca. Przez chwil staa w milczeniu, walczc z alem i ochot do paczu, po czym rzeka cicho:
- Przepraszam pap...
I wysza z pokoju.
W kwadrans pniej wszed do niego, na danie pana Pawickiego, Poaniecki, ale zy, rozdraniony, lubo usiujcy nad sob panowa.
Pan Pawicki, powitawszy si z nim, usadzi go przy sobie na krzele, z gry przygotowanym, i wziwszy go doni za kolano, spyta:
- Stachu, wszak tego domu nie spalisz? Wszak mnie, ktrym ci rce otworzy jak krewny, nie zamordujesz? Wszak mi dziecka nie uczynisz sierot?
- Nie - odrzek Poaniecki - domu nie spal, wuja nie zarzn i adnego dziecka nie uczyni sierot. Prosz nawet, by wuj w ten sposb nie zaczyna mwi, bo to do niczego nie prowadzi, a dla mnie jest nieznonym.
- Dobrze - odpowiedzia pan Pawicki, nieco jednak dotknity tym, e jego styl i sposb wyraania si tak mae zyskuj uznanie. - Pamitaj tylko, e do mnie i do tego domu przyjedae jeszcze dzieckiem.
- Przyjedaem, bo przyjedaa matka, a matka po mierci ciotki Heleny przyjedaa dlatego, e wuj nie paci procentw. To wszystko nie ma si nic do rzeczy. Suma tkwi na hipotece od dwudziestu jeden lat. Z procentami zalegymi wynosi okoo dwudziestu czterech tysicy rubli. Dla okrgoci niech bdzie dwadziecia rwno - ale tych dwadziecia musz mie, bo po to przyjechaem.
Pan Pawicki pochyli gow z rezygnacj.
- Po to przyjechae?... Tak. Ale czemu ty bye wczoraj taki inny, Stachu?
Poaniecki, ktry p godziny temu zada to samo pytanie pannie Maryni, a podskoczy na krzele, ale pomiarkowa si jeszcze i rzek:
- Prosz o przystpienie do interesu.
- Ja si przed tym nie cofam, tylko pierwej pozwl mi powiedzie par sw i nie przerywaj mi. Mwie, em procentw nie paci. Prawda. Ale czy wiesz dlaczego? Matka twoja nie oddaa mi przecie caego swego majtku i nie moga tego bez pozwolenia rady familijnej uczyni. Moe gorzej dla was, e si tak nie stao, ale mniejsza z tym. Ostatecznie, wziwszy te kilkanacie tysicy rubli, powiedziaem sobie tak: kobieta zostaa sama na wiecie, z jedynym dzieckiem - nie wiadomo, jak sobie poradzi, nie wiadomo, co moe wypa - nieche te pienidze, ktre ma u mnie, bd jej funduszem elaznym, niech rosn, by w danym razie miaa o co rce zaczepi. I od tej pory byem jakby wasz kas oszczdnoci. Matka daa mi dwanacie tysicy rubli - dzi masz u mnie przeszo dwadziecia cztery. Oto rezultat. A teraz: czy zapacisz mi za to niewdzicznoci?
Na to Poaniecki rzek:
- Kochany wuju Pawicki! prosz mnie nie bra ani za gupszego, ni jestem, ani za wariata. Powiadam po prostu, e na takie plewy ja si nie zapi - bo za grube. Powiadasz wuj, e mam dwadziecia cztery tysice rubli - wic gdzie s? Prosz o nie - bez gadaniny i jeszcze takiej!
- A ja ci prosz o cierpliwo i umiarkowanie, choby dlatego, em starszy - odrzek z uraz i godnoci pan Pawicki.
- Mam wsplnika, ktry za miesic wnosi dwanacie tysicy rubli na umwiony interes - ja musz wnie tyle. Powiadam to jasno i owiadczam, e po dwch latach koatania listami - nie mog i nie bd duej cierpliwy.
Pan Pawicki wspar rk na biurku, czoo na doni - i milcza.
Poaniecki patrza na niego, czekajc odpowiedzi - patrza z wzrastajc niechci i w duszy zadawa sobie pytanie: "Czy to jest krciciel? czy bzik? czy egoista, tak zalepiony w sobie, e dobro i zo mierzy tylko wasn wygod? - czy wreszcie wszystko razem?"
Tymczasem pan Pawicki trzyma czoo cigle ukryte w doni i milcza.
- Nareszcie chciabym co wiedzie... - zacz Poaniecki.
Lecz tamten potrzsn rk, dajc zna, e chce by jeszcze sam ze swymi mylami.
I nagle podnis rozjanion twarz.
- Stachu - rzek - po co my si kcimy, kiedy jest tak prosty sposb wyjcia!
- Jaki?
- Bierz margiel!
- Co?
- Sprowad tu swego wsplnika, sprowad jakiego specjalist, oszacujemy mj margiel i zrobimy we trzech wspk. Twj... jak si tam nazywa? Bigiel? spaci mi tyle, ile na niego wypadnie, ty albo co dopacisz, albo nie - i pjdziemy razem, a zyski mog by olbrzymie.
Poaniecki wsta.
- Prosz pana - rzek - do jednej rzeczy nie jestem przyzwyczajony, mianowicie, eby kto drwi ze mnie. Ja nie chc paskiego marglu - tylko moich pienidzy, a to, co mi pan mwisz, uwaam po prostu za niegodne albo bezrozumne wykrty.
Nastaa chwila cikiej ciszy. Jowiszowy gniew zacz si zbiera w brwiach i na czole pana Pawickiego. Przez chwil piorunowa miaka oczyma, po czym przysunwszy si szybko do kokw, na ktrych wisiaa bro, zdj myliwski n i podajc Poanieckiemu, rzek:
- A wic jest inny sposb: uderzaj!
I otworzy szeroko szlafrok, lecz Poaniecki, nie panujc ju nad sob, odtrci rk z noem i zacz mwi podniesionym gosem:
- To jest licha komedia - nic wicej! Z panem szkoda traci stw i czasu. Wyjedam, bo mam dosy pana i paskiego Krzemienia, ale zapowiadam, e sum moj sprzedam choby za p ceny pierwszemu z brzegu ydowi, ktry potrafi sobie z panem poradzi.
Na to prawa rka pana Pawickiego wycigna si uroczycie:
- Id! - rzek - sprzedawaj! wpu yda w gniazdo rodzinne, ale wiedz o tym, e przeklestwo moje i tych, ktrzy tu yli, znajdzie ci wszdzie.
Poaniecki wypad z pokoju biay ze zoci, w salonie za kl, co wlazo, szukajc swego kapelusza. Znalazszy go wreszcie, chcia wyj, obaczy, czy bryczka nie zajechaa, gdy wtem wesza Marynia. Na jej widok pomiarkowa si nieco, lecz przypomniawszy sobie, e waciwie to ona zajmuje si wszystkim w Krzemieniu, rzek:
- egnam pani. Spraw z ojcem pani skoczyem. Ja przyjechaem po moj naleno, a on da mi naprzd bogosawiestwo, potem margiel, a potem przeklestwo. Dobry sposb spacania naleytoci!...
Bya chwila, e Marynia chciaa wycign do niego rk i powiedzie: "Ja rozumiem paski gniew; przed chwil byam take u ojca i bagaam go, eby pana spaci przed wszystkimi. Niech pan postpi z nami i z Krzemieniem, jak pan chce, ale niech pan mnie nie obwinia, niech pan nie myli, e ja nale do spisku przeciw panu, i niech pan ma dla mnie cho troch szacunku."
I ju jej rka wysuwaa si naprzd, ju powysze sowa zawisy jej na ustach, gdy Poaniecki, podniecajc si coraz bardziej wewntrz i tracc na nowo coraz bardziej rwnowag, doda:
- Owiadczam to pani dlatego, e gdy pierwszego wieczoru chciaem by mwi z pani, pani obrazia si i odesaa mnie do ojca. Dzikuj za skuteczn rad, ale e ona lepsza dla pastwa ni dla mnie, wic nastpn sam obmyl.
Wwczas usta Maryni poblady, w oczach zawieciy zy oburzenia, a zarazem gbokiej urazy. Podniosa gow i rzeka:
- Moe pan mwi, jakie chce, obelgi, bo za mn nikt si nie ujmie...
I zawrcia ku drzwiom, pena w duszy upokorzenia i niemal rozpaczy, to s jedyne owoce, jakie zbiera za swoj prac, w ktr kadzie wszystkie siy i cay zapa swojej modej, prawej duszy. Poaniecki spostrzeg te, e przebra miar. Majc uczucia bardzo ywe, przeszed w jednej chwili do litoci - i chcia biec za ni, przeprasza, ale byo ju za pno. Marynia wysza.
To przyprawio go o nowy napad zoci. Tym razem jednak ogarn ow zoci i siebie samego. Nie egnajc si ju z nikim, siad na bryczk, ktra tymczasem zajechaa, i ruszy z Krzemienia. W duszy wrza mu taki gniew, e przez czas jaki nie mg myle o niczym innym, tylko o zemcie: "Sprzedam, choby za trzeci cze ceny, i niech was traduj! Daj sobie sowo uczciwego czowieka, e sprzedam. Chobym nie potrzebowa, sprzedabym - na zo!"
I w ten sposb zamiar zmieni si w zawzite i zaprzysione postanowienie. Poaniecki nie by za z rodzaju ludzi, ktrzy nie dotrzymuj przyrzecze, danych bd komukolwiek, bd sobie. Chodzio teraz jedynie o to, czy znajdzie kupca na sum tak trudn do wydobycia, e aby doj do niej, trzeba byo, bez przenoni, rozgry "Krzemie".
Tymczasem bryczka wytoczya si z alei na otwart polow drog. Poaniecki, ochonwszy nieco, zacz teraz myle o Maryni w taki mozaikowy sposb, zoony z poczucia jej uroku, z wrae, jakie uczynia na nim jej twarz i postawa, ze wspomnie o niedzielnej rozmowie, z niechci, litoci, urazy, zawzitoci, a wreszcie i z niezadowolenia z siebie, ktre potgowao jeszcze zawzito wzgldem niej. Jedno z tych uczu brao na przemian gr nad innymi i narzucao im sw barw. Chwilami przypomina sobie wysok posta Maryni, jej oczy, jej ciemne wosy, jej liczne, lubo moe za szerokie usta, wreszcie jej wyraz - i opanowywa go poryw sympatii ku niej. Myla, e jest ogromnie dziewicza, a zarazem, w ustach, w ramionach, w liniach caej postawy ma co kobiecego, co pociga ku sobie z niepohamowan si. Przypomnia sobie jej gos agodny, jej spokojne wejrzenie i jej bardzo widoczn dobro. Wwczas na myl, jak by dla niej szorstki przed wyjazdem, na wspomnienie tonu, jakim do niej mwi, poczyna kl siebie. "Jeli ojciec jest stary komediant, krtacz i gupiec (mwi sobie) i jeli ona to wszystko czuje, to jest tym nieszczliwsza. A wic co? wic kady czowiek z kawakiem serca byby to zrozumia i zlitowa si nad ni, nie za napada na zapracowane biedne dziecko - ja to zrobiem, ja!" Tu mia ochot spoliczkowa si, bo zarazem wyobraa sobie, co by to byo, jakie niezmierne zblienie, jaka wyjtkowa tkliwo byaby powstaa midzy nimi, gdyby po caej ktni z ojcem obszed si z ni, jak by powinien, to jest z najwiksz delikatnoci. Byaby mu oto podaa obie rce na poegnanie, a on by je ucaowa - i rozjechaliby si jak dwoje ludzi sobie bliskich. "Niechby wreszcie diabli wzili pienidze! - powtarza w duchu - a teraz niech wezm mnie!" I czu, e porobi rzeczy, ktre si ju nie dadz naprawi, to za poczucie odbierao mu reszt rwnowagi i popychao tym bardziej po tej drodze, ktrej bdno uznawa. I znw zaczyna monologowa mniej wicej w taki sposb: "Skoro wszystko stracone, nieche si wszystko spali. Sprzedam sum byle ydowi - niech ich straduje, niech wylec na bruk, niech stary szuka urzdu, a ona niech idzie na guwernantk albo za Gtowskiego..." Tu nagle poczu, e zgodzi si raczej na wszystko ni na t ostatni myl. Gtowskiemu nadkrciby karku! Niech j kto chce bierze, byle nie taki bawan, taki niedwiadek, taki ryfa. I pikne epitety zaczy si sypa na nieszczliwego Gtowskiego; na niego przesza caa zo, jakby on rzeczywicie by sprawc wszystkiego, co si stao. Przyjechawszy w tak ludoerczym usposobieniu do Czerniowa, byby moe Poaniecki, jak drugi Ugolin, wpi si od razu Gtowskiemu zbami, "tam kdy czaszka do barkw przypada", gdyby by go na stacji spostrzeg. Na szczcie zamiast "czaszki" Gtowskiego spostrzeg tylko kilku urzdnikw, kilku chopw, kilku ydw i pognbion a inteligentn twarz radcy Jamisza, ktry go pozna, a gdy pocig niebawem nadszed, zaprosi go, dziki dobrym stosunkom z zawiadowc, do osobnego przedziau.
- Znaem jeszcze paskiego ojca - rzek - i znaem go za jego wietnych czasw. Wziem z jego ssiedztwa on. Pamitam, mia wtedy Zwichw, Brzczc, Mocarze i Rozwady w Lubelskiem. Pikna fortuna! Dziadek paski by jednym z wikszych wacicieli w tamtych stronach - ale to musiao teraz przej w inne rce.
- Nie teraz, ale ju dawniej. Ojciec mj straci za ycia cay majtek. By chory, mieszka w Nizzy, nie pilnowa, i tak to poszo. eby nie sukcesja, ktr po jego mierci dostaa matka, byoby ciko.
- Ale pan za to dajesz sobie dobrze rady. Ja znam wasz Dom. Miaem z-wami przez Abdulskiego interes o chmiel.
- To Abdulski dla pana poredniczy?
- Tak, i musz przyzna, em by ze stosunku zupenie kontent. Wyszlicie ze mn przyzwoicie - i widz, e porzdnie prowadzicie interesa.
- Inaczej nikt si nie ostoi. Mj wsplnik, Bigiel, jest uczciwy czowiek, a i ja nie jestem panem Pawickim - odpowiedzia Poaniecki.
- Jake to? - spyta zaciekawiony Jamisz.
Poaniecki, z resztkami niewygasego jeszcze rozdranienia, opowiedzia mu ca spraw.
- Hm! - odrzek Jamisz - skoro pan mwisz o nim tak bez ogrdek, to pozwle, abym i ja tak mwi, cho to paski krewny.
- On sam aden krewny; pierwsza jego ona bya krewn i przyjacik mojej matki - oto wszystko.
- Ja go znam od dziecka. To jest czowiek wicej popsuty ni zy. By jedynakiem, wic naprzd rozpiecili go rodzice, a potem czyniy to samo obie ony. Obie byy kobiety ciche i agodne, dla obydwch by boyszczem. Przez cae lata rzeczy ukaday si w ten sposb, e on by tym socem, koo ktrego krc si inne planety, i nareszcie doszed do przekonania, e jemu si od wiata naley wszystko, a ludziom od niego nic. W takich warunkach, gdy si zo i dobro wasn tylko wygod mierzy, nic atwiejszego, jak zatraci zmys moralny. Pawicki to jest mieszanina uroczystoci i folgi: uroczystoci, bo sam zawsze na chwa swoj celebrowa, a folgi, bo sobie na wszystko pozwala. Zmienio si to niemal w jego natur. Potem przyszy te trudne okolicznoci, ktrym potrafi si oprze tylko czowiek z charakterem, a on go nigdy nie mia. Zacz si wykrca i w kocu do tego przywyk. Nas, panie, ziemia uszlachetnia, ale te i ziemia psuje. Mnie jeden mj znajomy bankrut mwi: "To nie ja krc, to mj majtek krci, a ja tylko za niego gadam." - I to troch tak jest. Wicej w naszym zawodzie ni w kadym innym.
- Wyobra pan sobie - odpowiedzia Poaniecki - e ja, ktry pochodz z roli, nie mam adnego pocigu do rolnictwa. Wiem, e ono bdzie zawsze, bo by musi, ale w tej formie, jak jest dzi, nie widz dla niego przyszoci. Wy wszyscy musicie zgin.
- Ja te nie patrz rowo. Pomijam, e oglny stan rolnictwa jest w caej Europie zy, bo to rzeczy znane, ale pomyl pan tylko: ma szlachcic czterech synw, wic kady z nich odziedziczy tylko czwart cz ojcowskiego majtku. Tymczasem, c si dzieje? Kady, przywykszy do ojcowskiej normy ycia, chce y jak ojciec - ot ju koniec atwy do przewidzenia. Po drugie - ma szlachcic czterech synw, to zdolniejsi obieraj rozmaite zawody: na roli, o zakad, zostaje najmniej zdolny. Po trzecie - to, co cae szeregi pokole zapracoway, jedna lekkomylna gowa zniszczy. Po czwarte - my jestemy nieli rolnicy, a li administratorowie, dobra za administracja znaczy wicej od dobrej uprawy roli: wic c za wniosek? Ziemia zostanie, ale my, ktrzy j dzi przedstawiamy, pod form wikszej wasnoci, prawdopodobnie musimy z niej wyj. Tylko, widzisz pan, wyszedszy, moe z czasem wrcimy.
- Jak to?
- Bo naprzd, to, co pan mwisz, e pana do ziemi nic nie cignie, to jest zudzenie. Ziemia, panie, cignie i cignie z tak si, e kady, przyszedszy do pewnych lat, do pewnej zamonoci, nie moe si oprze chci posiadania choby kawaka ziemi. Przyjdzie to i na pana. I to jest naturalne. Ostatecznie, wszelkie bogactwo moe by uwaane za fikcj, prcz ziemi. Wszystko wychodzi z niej i wszystko istnieje dla niej. Jak bilet bankowy jest kwitkiem na monet metalow, lec w banku pastwa, tak i przemys, i handel, i co pan chcesz, jest ostatecznie zmienion na inny ksztat ziemi... a co do was zwaszcza, ktrzycie z niej wyszli, musicie do niej wrci.
- Ja przynajmniej nie myl.
- Co pan wiesz? Dzi robisz majtek, ale jak go zrobisz? I w tym jest przyszo. Poanieccy byli rolnikami - teraz jeden obra inny z zwd. Wikszo dzieci rolnikw musi take obra inny zawd choby dlatego, e inaczej nie moe. Cz ich zmarnieje, cz dorobi si i wrci - a wrci nie tylko z kapitaem, ale z now energi i z t znajomoci cisej administracji, jak specjalne zawody wyrabiaj - wrci przez ten pocig, ktry ziemia wywiera, i wreszcie z poczucia obowizkw, ktrych panu tumaczy nie potrzebuj.
- To, co pan mwisz, ma t dobr stron, e wwczas taki mj wujaszek nie-wujaszek, Pawicki, bdzie nalea do typw zaginionych.
Pan Jamisz zamyli si przez chwil, po czym rzek:
- Ni si cignie i cignie, pki si nie urwie, ale w kocu musi si urwa. Oni si nie utrzymaj, moim zdaniem, przy Krzemieniu, choby rozparcelowali Magierwk. Ot, kogo mi al, to Maryni. To nadzwyczaj poczciwe dziecko. Bo pan nie wiesz, e stary chcia przed dwoma laty sprzeda Krzemie i wynie si do miasta i e nie stao si to w czci na proby Maryni. Czy to ze wzgldu na pami matki, ktra tam ley, czy dlatego e tyle si mwi i pisze o obowizku trzymania si przy ziemi, do e dziewczyna robia, co moga, by do sprzeday nie dopuci. Wyobraao sobie biedactwo, e byle si wzi ze wszystkich si do roboty, mona wszystkiego dokaza. I prawdziwie, e wyrzeka si caego wiata dla tego Krzemienia. Dla niej to bdzie cios, jak si ni wreszcie urwie, a musi si urwa... Szkoda dziewczyny lat.
- Pan jeste dobry czowiek, panie radco! - zawoa Poaniecki ze zwyk sobie ywoci.
Stary czowiek umiechn si.
- Ja lubi to dziecko, bo to wreszcie i moja pupilka w zawodzie gospodarskim; pewnie, e bdzie smutno, jak nam jej zbraknie.
Poaniecki zacz przygryza czas jaki wsy, wreszcie rzek:
- Niech wyjdzie za m za kogo w okolicy, to i zostanie.
- Wyjdzie, wyjdzie... Niby to pannie bez majtku atwo. Kto u nas jest? Gtowski. Ten by j wzi. Dobry czowiek i wcale nie tak ograniczony, jak mwi. Ale ona nie ma dla niego uczucia, a bez uczucia nie wyjdzie. Jabrzykw may majteczek. Staremu si przy tym zdaje, e Gtowscy s czym mniej od Pawickich - i Gtowski take ju w to uwierzy. Jak to pan wie, u nas ten uchodzi za familianta, komu si podoba za takiego uwaa. Bo ludzie niby si miej, a w kocu przywykaj. Przy tym jeden podnosi nosa dlatego, e si dorabia majtku, a drugi dlatego, e go traci - i nic innego mu nie pozostaje. Ale mniejsza z tym. To jedno wiem, e kto Maryni wemie, per wemie.
Poaniecki mia w tej chwili w duszy to samo i przekonanie, i poczucie. Pogrywszy si wic w milczeniu, zacz na nowo rozmyla o Maryni, a raczej przypomina j sobie i wyobraa. Nagle wydao mu si nawet, e bdzie bez niej tskni; ale przypomnia sobie take, e podobne rzeczy nieraz ju mu si wydaway, a potem czas rozwiewa te zudzenia. Jednake myla o niej jeszcze nawet i wwczas, gdy zbliali si ju do miasta, i wysiadajc w Warszawie, mrucza przez zby:
- Jak si to gupio stao! jak gupio!...
Rozdzia czwarty
Po powrocie do Warszawy pierwszy wieczr spdzi Poaniecki w domu swego wsplnika Bigiela, z ktrym, jaka z dawnym koleg szkolnym, czya go i osobista zayo. Bigiel, z pochodzenia Czech, ale z rodziny osiadej w kraju od kilku pokole, prowadzi ju przed poczeniem si z Poanieckim niewielki Dom Bankowo-Handlowy i zyska sobie opini kupca, niezbyt wprawdzie przedsibiorczego, ale uczciwego i nadzwyczaj pewnego w stosunkach. Gdy Poaniecki jeszcze przed ostatnim powrotem z zagranicy wszed w spk, Dom rozszerzy znacznie sw dziaalno i sta si powan firm. Wsplnicy dopeniali si doskonale. Poaniecki, nierwnie zdolniejszy i bardziej rzutki, mia wicej pomysw i ogarnia atwiej cao kadej sprawy; natomiast Bigiel pilnowa lepiej wykonania. Gdy chodzio o to, by okaza energi lub przycisn kogo do muru, tam Poaniecki by jedyny; natomiast, gdy szo o rozmys, o obejrzenie interesu z dziesiciu stron i o cierpliwo, tam zaczynaa si rola Bigiela. Usposobieniem byli sobie wrcz przeciwni i moe dlatego mieli dla si wzajemnie szczer przyja. Przewaga w stosunku bya po Poanieckiego. Bigiel wierzy w jego niepospolite zdolnoci, a kilka pomysw, istotnie bardzo dla Domu szczliwych, jakie da Poaniecki od czasu wejcia w spk, utwierdziy t wiar. Marzeniem obydwch byo doj z czasem do takiego kapitau, by mc zaoy fabryk perkalw, ktr kierowaby Poaniecki, administrowa Bigiel. Ale, jakkolwiek obaj mogli si ju liczy do ludzi niemal zamonych, bya to odlega przyszo. Mniej cierpliwy, a bardzo na wszystkie strony spokrewniony Poaniecki prbowa wprawdzie zaraz po przyjedzie do kraju poruszy w tym celu miejscowe, tak zwane "swojskie" kapitay. Ale spotkaa go oglna nieufno. Zauway przy tym rzecz dziwn. Oto jego nazwisko otwierao mu wszystkie drzwi, ale raczej szkodzio, ni pomagao mu w interesie. Zdawa si mogo, e tym ludziom, do ktrych si zgasza, nie miecio si w gowie, jakim sposobem jeden z nich, zatem czowiek z dobrego domu i z nazwiskiem koczcym si na ski, moe dobrze prowadzi jakikolwiek interes. Poanieckiego zocio to z pocztku tak, e roztropny Bigiel musia gasi jego wybuchy za pomp przedstawie, e podobna nieufno jest istotnie opart na atach smutnych dowiadcze. I znajc dobrze histori rozmaitych przedsibiorstw handlowo-przemysowych cytowa mu cay szereg nazwisk, poczwszy od pana podskarbiego Tyzenhauza, a skoczywszy na rozmaitych bankach wociaskich i Tellusach, ktre, prcz nazwy, nie miay w sobie nic ziemskiego, czyli inaczej mwic pozbawione byy wszelkich realnych podstaw. - "Czas jeszcze nie przyszed - mwi Bigiel - ale czas przyjdzie, a raczej ju nadchodzi. Do tej pory byo tylko amatorstwo i dyletantyzm, teraz dopiero zjawiaj si tu i owdzie ludzie fachowi."
Poaniecki, ktry o swego temperamentu mia zmys spostrzegawczy do rozwinity, poczyni przy tym rozmaite dziwne odkrycia w tych sferach, do ktrych jego stosunki otwieray mu przystp. Oto spotykao go oglne uznanie za to, e co robi. Podnoszono to nawet z naciskiem, ale byo w tym uznaniu jeszcze jakby pewne pobaanie. Kady dawa zanadto do poznania, e si na to zgadza, e uwaa to za potrzebne, nikt za nie zachowa si tak, jakby fakt, i Poaniecki czym si zajmuj, uwaa za rzecz zupenie zwyk i naturaln. "Oni mnie wszyscy proteguj!" - mwi Poaniecki - i to bya prawda. Doszed te do przekonania, e gdyby na przykad chcia sign po rk ktrej z panien z tak zwanego "towarzystwa" - to jego Dom Bankowo-Handlowy i nazwa "aferzysty" byyby mu, mimo owego uznania, raczej przeszkod ni pomoc. Prdzej by mu oddano kad z tych dziewczyn, gdyby zamiast zyskownego przedsibierstwa mia jaki obduony majtek lub gdyby yjc jak wielki pan, zjada po prostu procenta od kapitau albo nawet i sam kapita.
Uczyniwszy cae tuziny tego rodzaju spostrzee, Poaniecki zacz zaniedbywa stosunki, a w kocu zaniecha ich zupenie, poprzestajc na domu Bigielw, pani Emilii Chwastowskiej i tych znajomociach mskich, jakie byy konieczne przy jego yciu kawalerskim. Jada u Franois z Bukackim, ze starym Waskowskim i z adwokatem Maszko, z ktrymi ustawicznie rozprawia i spiera si o rozmaite kwestie; bywa czsto w teatrze i na wszelkiego rodzaju zabawach publicznych; zreszt prowadzi ycie do odosobnione, i dlatego mimo wielkiej wyrozumowanej ochoty, jak rwnie mimo dostatecznego majtku, dotychczas si nie oeni.
Zajechawszy, po powrocie z Krzemienia, niemal wprost do Bigielw, wyla naprzd ca  na "wujaszka" Pawickiego, sdzc e w gospodarzu znajdzie powolnego i wspczujcego suchacza: ale Bigiel mao si wzruszy opowiadaniem i rzek:
- Ja takie typy znam. Zreszt, prawd powiedziawszy, skd Pawicki wemie pienidzy, skoro ich nie ma? Z dugami hipotecznymi trzeba mie wit cierpliwo. Majtek ziemski atwo yka pienidze, ale oddaje je z najwikszym wysileniem.
- Suchaj, Bigiel! - odrzek Poaniecki - od czasu, jak tyjesz i sypiasz po obiedzie, z tob trzeba mie take wit cierpliwo.
- Bo tak szczerze - mwi niewzruszony Bigiel - czy ty koniecznie potrzebujesz tych pienidzy? Czy nie masz do rozporzdzenia sumy, jak kady z nas obowizany jest wnie?
- Ciekawym, co tobie albo Pawickiemu do tego? Mam u niego, musz odebra, i skoczyo si.
Wejcie pani Bigielowej z caym stadkiem dzieci pooyo tam ktni. Bya to moda jeszcze kobieta, ciemnowosa, niebieskooka, bardzo dobra i bardzo zajta dziemi, ktrych byo szecioro i ktre Poaniecki nadzwyczaj lubi. Bya te za to szczer jego przyjacik, jak rwnie pani Emilii Chwastowskiej. Obie te panie, znajc i kochajc Maryni Pawick, postanowiy oeni z ni Poanieckiego, obie namawiay go bardzo silnie, by osobicie jecha po pienidze do Krzemienia; teraz pani Bigielowa pona ciekawoci, jakie te odwiedziny uczyniy na nim wraenie.
Ale z powodu dzieci nie mona si byo dogada. Najmodszy z tych, ktre ju chodziy na wasnych nogach, Ja, objwszy rkoma ydk Poanieckiego, pocz za ni cign woajc: "Pan, pan!" - co w jego jzyku brzmiao: "Pam! pam!" - dwie dziewczynki, Ewka i Joasia, wgramoliy si bez ceremonii na kolana modego czowieka, a Edzio i Jzio wytoczyli przed nim spraw. Dzieci czytay Zdobycie Meksyku i bawiy si w "zdobycie Meksyku", wic Edzio, podnisszy brwi i przekrciwszy donie do gry, mwi z zapaem:
- Dobrze! ja bd Kortezem, a Jzio rycerzem na koniu, ale jak Ewka ani Joasia nie chc by Montezum, to jake? Przecie tak nie mona si bawi, prawda? Kto musi by Montezum, bo inaczej kt bdzie Meksykanami dowodzi?
- A gdzie s Meksykanie? - spyta Poaniecki.
- No - rzek Jzio - Meksykanami s przecie krzesa i Hiszpanami take.
- To czekajcie, ja bd Montezum - a teraz zdobywajcie Meksyk!
Tu wszcz si rwetes nieopisany. ywo Poanieckiego pozwalaa mu zmienia si chwilami w dziecko. Stawi on tak zacity opr Kortezowi, e Kortez pocz mu odmawia prawa do takiego oporu, twierdzc, nie bez susznoci historycznej, e skoro Montezuma zosta pobity, to powinien si da pobi. Na to Montezuma odpowiada, e go to mao obchodzi, i walczy dalej. W ten sposb zabawa przeduaa si coraz bardziej.
Lecz pani Bigielowa, nie mogc doczeka koca, spytaa wreszcie ma:
- Jake wizyta w Krzemieniu?
- Zrobi to, co teraz robi - odpowiedzia z flegm Bigiel - poprzewraca wszystkie krzesa i wyjecha.
- Mwi ci co?
- O pann nie miaem czasu go zapyta, ale z Pawickim rozsta si, jak nie mona gorzej. Chce sprzeda swj dug na Krzemieniu co oczywicie pocignie za sob zupene zerwanie stosunkw.
- Szkoda - odrzeka pani Bielowa.
I przy herbacie, gdy dzieci spa poszy, pocza wprost wypytywa Poanieckiego o Maryni.
- Nie wiem - odpowiedzia Poaniecki - moe jest adna, moe nie! Nie zastanawiaem si nad tym.
- To nieprawda - odpowiedziaa pani Bigielowa.
- A wic nieprawda! A wic jest mia, adna i co pani chce. Mona si w niej zakocha, mona si z ni oeni, ale noga moja wicej u nich nie postanie. Wiem doskonale, dlaczego mnie tam panie wysyay; tylko lepiej mnie byo ostrzec, kim jest jej ojciec, bo ona musi by do niego z usposobienia podobna, a jeli tak jest, to dzikuj unienie.
- Niech si pan zastanowi, co pan mwi: "jest adna, jest mia, mona si z ni oeni" - a potem: "musi by do ojca podobna!" Przecie to si nie trzyma!
- By moe, wszystko mi jedno! Nie mam szczcia, i do na tymi!
- A ja powiadam panu dwie rzeczy: po pierwsze, e pan powrci pod silnym wraeniem Maryni, a po drugie, e to jest jedna z najlepszych panien, jakie w yciu widziaam, i e szczliwy bdzie, kto j wemie.
- Czemu jej dotd nikt nie wzi?
- Bo ona ma dwadziecia jeden lat i niedawno w wiat wesza. Niech pan zreszt nie myli, eby nie miaa ju starajcych si.
- Nieche j bierze kto inny.
Ale Poaniecki powiedzia to nieszczerze, myl bowiem, e j moe wzi kto inny, bya mu niezmiernie przykra. Czu te w duszy wdziczno dla pani Bigielowej za jej pochway dla Maryni.
- Niech tam! - rzek - ale pani jest dobr przyjacik.
- Nie tylko Maryni, ale i pask, i pask. Prosz tylko o szczer,, ale zupenie szczer odpowied: jest pan pod wraeniem, czy nie jest?
- Ja? pod wraeniem? Szczerze mam powiedzie `? - Ogromnie!
- A widzi pan! - odrzeka pani Bigielowa, ktrej twarz rozjania si zadowoleniem.
- C widz? Nic nie widz! Podobaa mi si ogromnie - prawda! Pani nie ma pojcia, jakie to sympatyczne i pocigajce stworzenie. I dobre musi by! Ale c? Przecie ja drugi raz do Krzemienia nie mog jecha. Wyjechaem taki zy, mwiem nie tylko Pawickiemu, ale i jej takie przykre rzeczy, e to niepodobna.
- Bardzo pan nabroi?
- Raczej zanadto ni za mao.
- To mona listem uagodzi.
- Ja bym mia pisa do Pawickiego i przeprasza? Za nic w wiecie! Przecie on mnie zreszt przekl.
- Jak to przekl?
- Jako patriarcha rodu. W swoim imieniu i wszystkich przodkw. Mam taki do niego wstrt, e nie umiabym dwch sw nakreli. To jest patetyczny komediant. J prdzej bym przeprosi, ale na co si to zdao? Ona musi z ojcem trzyma. To i ja rozumiem. W najlepszym razie odpisze mi, e jej bardzo przyjemnie, i na tym stosunek si urwie.
- Jak Emilka wrci z Reichenhallu, to pod pierwszym lepszym pozorem cigniemy tu Maryni - i wtedy, to ju bdzie paska rzecz, by si te nieporozumienia zatary.
- Za pno, za pno! - powtrzy Poaniecki. - Daem sobie sowo, e t sum sprzedam - i sprzedam.
- To moe wanie bdzie lepiej.
- Nie, to bdzie gorzej! - wtrci pan Bigiel. - Ja go namawiam, by sumy nie sprzedawa. Mam przy tym nadziej, e kupca na ni nie znajdzie.
- A tymczasem Emilka ukoczy kuracj Litki.
Tu pani Bigielowa zwrcia si do Poanieckiego:
- Zobaczy pan, jak teraz inne panny bd si panu wydaway po Maryni. Ja nie jestem z ni tak blisko jak Emilka, ale postaram si znale pierwszy lepszy pozr, eby do niej napisa i dowiedzie si, co te ona o panu myli.
Na tym skoczya si rozmowa. Poaniecki wracajc do domu spostrzeg, e jednak ta Marynia zaja ju wcale niepolednie miejsce w jego duszy. Prawd mwic, nie mg prawie o czym innym myle. Mia jednak wspczenie poczucie, e ten stosunek zacz si w warunkach niepomylnych i e lepiej byoby wybi sobie z gowy t dziewczyn, pki jest jeszcze czas po temu. Jako czowiek duchowo raczej tgi ni saby i nieprzywyky oddawa si marzeniom dlatego tylko, e s mie, postanowi trzewo oceni pooenie i rozway je ze wszystkich stron. Panna posiadaa wprawdzie wszystkie niemal te warunki, ktrych wymaga od przyszej swej ony, i nadto przypada mu osobicie do serca. Ale posiadaa przy tym i ojca, ktrego Poaniecki ju nie znosi; a oprcz ojca, prawdziwe brzemi pod postaci Krzemienia z przylegociami. "Z t uroczyst star map nie zyj si nigdy i nie mog si zy - myla Poaniecki - albowiem z nim dwojaki tylko stosunek jest moliwy: trzeba albo mu si podda, do czego bezwarunkowo nie jestem zdolny, albo nim potrzsa co dzie tak, jak potrzsnem w Krzemieniu. W pierwszym razie, ja, czowiek niezaleny, poszedbym w nieznon niewol starego egoisty, w drugim - rola mojej ony byaby trudna, przykra, i nasze poycie mogoby si popsu."
- Spodziewam si - mwi sobie dalej - e to jest trzewe i logiczne rozumowanie. Byoby ono bdnym tylko wwczas, gdybym j ju kocha. Sdz jednak, e tak nie jest. Jestem ni zajty, nie zakochany w niej. To s dwie rzeczy rne. Ergo: trzeba przesta o niej myle, i niech j bierze kto inny!
Na t ostatni myl znw zapieko go ywe uczucie przykroci, ale pomyla: "Jestem ni tak zajty, i to jest rzecz naturalna. Ostatecznie, zgryzem niejedn przykro w yciu, zgryz i t. Przypuszczam take, e bdzie si ona z kadym dniem zmniejszaa."
Ale wkrtce spostrzeg, e prcz tej przykroci zostaje w nim jeszcze uczucie alu z powodu zniknicia tych widokw, ktre otwieray si przed nim. Zdawao mu si teraz, e podniesiono przed nim jak zason przyszoci i pokazano, co by by mogo, a potem spuszczono j nagle, i ycie jego wracao na dawn drog, nie prowadzc ostatecznie do niczego, a raczej prowadzc do pustkowia. Poaniecki czu, bd co bd, e stary filozof Waskowski ma suszno i e robienie pienidzy moe by tylko rodkiem. Poza tym zagadka yciowa winna by inaczej rozwizana. Musi by jaki cel, jakie zadanie powane, ktre, spenione w sposb cny i prosty, prowadz do uspokojenia duchowego. To uspokojenie jest dusz ycia - i bez niego nie ma ono, krtko mwic, sensu. Poaniecki by pod pewnym wzgldem dzieckiem wieku, to jest nosi i on w sobie cz tego wielkiego niepokoju, ktry w obecnej schykowej epoce jest zmor ludzk. I w nim wykruszyy si te podstawy, na ktrych dotd wspierao si ycie. I on zwtpi, czy potykajcy si o wszystkie przydrone kamienie racjonalizm zdoa zastpi wiar, a wiary dotychczas nie odzyska. Od wspczesnych "dekadentw" rni si jednak tym, e si nie rozlubowa w sobie, w swoich nerwach, w swoich zwtpieniach, w swoim duchowym dramacie i e nie da sobie dyspensy na niedostwo i prniactwo. Mia, owszem, mniej wicej uwiadomione poczucie, e ycie, jakie ono jest, tajemnicze czy nie tajemnicze, musi by wypenione szeregiem prac i czynw. Sdzi, e jeli jest niepodobiestwem odpowiedzie sobie na rozmaite "dlaczego?", to jednak naley co robi - sam czyn bowiem moe by do pewnego stopnia odpowiedzi. Moe by wprawdzie niedorzeczn, ale przynajmniej czowiek, ktry tak odpowiada, zrzuca z siebie odpowiedzialno. Wic c pozostaje? Zaoenie rodziny i praca spoeczna. Jedno i drugie musi by jednak do pewnego stopnia prawem natury ludzkiej i jej przeznaczeniem, gdy inaczej ludzie nie eniliby si i nie wizali w spoeczestwa. Tego rodzaju filozofia, popierajca rozumowo mskie instynkta Poanieckiego, wskazywaa mu maestwo jako jeden z gwnych celw ycia. Jego wola bya od dawna napita i zwrcona ku temu celowi. Przez chwil panna Marynia wydaa mu si by ow przystani, "do ktrej okrt w noc pochmurn zmierza". Teraz wic, gdy sobie wyrozumowa, e wiata tej przystani nie dla niego byy zapalone, e trzeba pyn dalej, zacz na nowo eglug po nieznanych morzach, ogarno go uczucie i zmczenia, i alu. Ale wasne rozumowania wyday mu si logiczne, i wrci do domu z ustalonym prawie zupenie przekonaniem, e "jeszcze nie ta" i "jeszcze nie tym razem".
Nazajutrz, poszedszy na obiad, znalaz w restauracji Waskowskiego i Bukackiego. Po chwili nadszed te i Maszko ze swoj twarz aroganta, dugimi faworytami, monoklem w oku, wypiekami na twarzy i bia kamizelk. Po powitaniu wszyscy zaczli wypytywa si Poanieckiego o wypraw do Pawickiego, w czci bowiem wiedzieli, dlaczego panie nastaway na jego osobisty wyjazd, a prcz tego znali pann Pawick od pani Emilii Chwastowskiej.
Po wysuchaniu opowiadania przezroczysty jak sewrska porcelana Bukacki rzek z waciw sobie flegm:
- Wic wojna? To jest panna, ktra dziaa na nerwy, i teraz pora byaby o ni uderzy. Kobieta na kamienistej drodze atwiej przyjmuje ofiarowane sobie rami ni na rwnym gocicu.
- To jej podaj - rzek z pewn niecierpliwoci Poaniecki.
- Widzisz, mj kochany, s trzy przeszkody. Naprzd, jeszcze bardziej dziaa mi na nerwy pani Emilia; po wtre, miewam co rano bl w szyi i tylnej czci gowy, co zapowiada chorob mzgow; a po trzecie, jestem goy.
- Ty goy?
- Przynajmniej teraz: kupiem kilkanacie Falkw, wszystko avant la lettre, i wypukaem si na jaki miesic - a jeli dostan z Woch jednego Masaccia, o ktrego si ukadam w tej chwili, to si zrujnuj na jaki rok.
Waskowski, ktry z rysw, a raczej z wypiekw na twarzy, podobny by nieco do Maszki, lubo daleko starszy i lubo twarz mia pen sodyczy, utkwi swoje niebieskie oczy w Bukackiego i rzek:
- I to choroba wieku. Kolekcjonerstwo i kolekcjonerstwo na wszystkie strony!
- Oho! bdzie rozprawa - zauway Maszko.
- Nie mamy nic lepszego do roboty - odpowiedzia Poaniecki.
A Bukacki podnis rkawic.
- Co pan masz przeciw kolekcjonerstwu?
- Nic - odpowiedzia Waskowski. - To jest taki staruszkowaty, godny naszych czasw, sposb kochania sztuki. Czy nie mylicie, e jest w tym co zgrzybiaego? Podug mnie to jest bardzo charakterystyczne. Niegdy nosio si w sobie zapa dla wielkiej sztuki, kochao si j tam, gdzie bya: w muzeach, w kocioach; dzi sprowadza si j sobie do prywatnego gabinetu. Dawniej koczyo si na kolekcjonowaniu, dzi si od niego zaczyna - i zaczyna si od dziwactw. Nie mwi do Bukackiego, ale dzi najmodszy chopak, byle mia troch pienidzy, poczyna kolekcjonowa - i co? nieraz nie przedmioty sztuki, ale jej dziwactwa, albo przynajmniej drobiazgi. Widzicie, moi drodzy, mnie si zdawao zawsze, e mio i amatorstwo to s dwie rzeczy rne, i przypuszczam na przykad, e wielki amator kobiet nie jest czowiekiem zdolnym do podniosego uczucia.
- To by moe. W tym co jest! - rzek Poaniecki.
- Co mnie to moe obchodzi - rzek Maszko rozczesujc palcami swoje angielskie bokobrody - w tym tkwi przede wszystkim zrzdzenie starego pedagoga na nowsze czasy.
- Pedagoga? - powtrzy Waskowski. - Naprzd, od czasu, jak mi spad niespodziewanie kawa chleba, wyrzekem si rzezi niewinitek i roli Heroda; po wtre, mylisz si pan, e ja zrzdz. Ja niemal z radoci widz i notuj coraz nowe dowody, e jestemy przy kocu epoki i e wkrtce przyjdzie nowa.
- Jestemy na penym morzu i nieprdko zawiniemy do brzegu - mrukn Maszko.
- Daj spokj - odpowiedzia Poaniecki.
Lecz niezraony Waskowski cign dalej:
- Amatorstwo prowadzi do wyrafinowania, a w wyrafinowaniu gin wielkie ideay i ustpuj chci uywania. Wszystko to nic innego jak pogastwo. Nikt sobie nie zdaje sprawy, do jakiegomy stopnia spoganieli, ale jest co? Jest duch aryjski, ktry nie kostnieje, nie zastyga nigdy, duch majcy w sobie tchnienie boe, wic moc twrcz - i temu duchowi ju ciasno w pogaskich wizach, i reakcja ju si poczyna, i nastpi odrodzenie si tak na tym polu jak i na innych w Chrystusie... To niewtpliwa rzecz.
I Waskowski, ktry mia oczy jak dziecko, to jest odbijajce tylko zewntrznie przedmioty, a utkwione wiecznie jakby w nieskoczonoci, utkwi je teraz w oknach, przez ktre wida byo szare chmury, midzy ktrymi przedzieray si gdzieniegdzie promienie soca.
Bukacki za rzek:
- Szkoda, e mnie gowa pobolewa, bo to bdzie ciekawa epoka.
Lecz Maszko, ktry Waskowskiego nazywa "pi" i nudzi si jego rozprawami wszczynanymi rzeczywicie z lada powodu albo i bez powodu, wydoby z bocznej kieszeni surduta cygaro, przygryz koniec i zwrciwszy si do Poanieckiego rzek:
- Suchaj, Stasiu, czyby ty rzeczywicie sprzeda t sum, ktr masz na Krzemieniu?
- Stanowczo. Dlaczego pytasz?
- Bo ja bym moe reflektowa.
- Ty?
- Tak. Wiesz, e czsto reflektuj tego rodzaju interesa. Moemy o tym pogada. Dzi na pewno nic ci nie mog powiedzie, ale jutro ka sobie przysa wykaz hipoteczny Krzemienia i powiem ci, czy rzecz jest moliwa. Moe po obiedzie przyjdziesz do mnie na kaw i moe co uoymy.
- Dobrze. Jeli co ma by, wolabym; eby byo prdko, bo jak si tylko zaatwi z Bigielem, chciabym wyjecha.
- Dokd si wybierasz? - spyta Bukacki.
- Nie wiem. W miecie zanadto ju gorco. Gdzie do drzew i wody.
- Take stary przesd - rzek Bukacki - w miecie zawsze po jednej stronie ulicy jest cie, czego nie ma na wsi. Chodz sobie cienist stron, i jest mi dobrze; dlatego nigdy w lato z miasta nie wyjedam.
- A profesor nie wybierasz si gdzie? - spyta Waskowskiego Poaniecki.
- Owszem. Pani Emilia namawia mnie do Reichenhall. Moe si i wybior.
- A to jedmy razem. Mnie wszystko jedno, dokd pojad. Lubi Salzburg, a przy tym mio mi bdzie zobaczy pani Emili i Litk.
Bukacki wycign sw przezroczyst rk, wzi wykaaczk z kieliszka i wykaajc zby pocz mwi swym zimnym i obojtnym gosem:
- Wre we mnie tak wcieka burza zazdroci, e i ja gotw jestem jecha z wami. Poaniecki, strze si, ebym nie wybuchn jak dynamit. Byo co tak zabawnie przeciwnego midzy sowami a tonem Bukackiego, e Poaniecki pocz si mia, po chwili za odpowiedzia:
- Do gowy mi nie przyszo, e mona si zakocha w pani Emilii. Dzikuj ci za ide!
- Biada wam obojgu! - odrzek Bukacki wykaajc dalej zby.
Rozdzia pity
Nazajutrz, po wczesnym obiedzie u Bigielw, Poaniecki uda si o oznaczonej godzinie do Maszki. Czekano tam na niego widocznie, bo w gabinecie zasta wykwintn zastaw o czarnej kawy i kieliszki do likierw. Sam Maszko nie ukaza si jednak zaraz, gdy, jak mwi sucy, przyjmowa jakie panie. Jako przeze drzwi dochodzi z salonu jego gos i sowa kobiece. Poaniecki pocz si przypatrywa tymczasem przodkom Maszki, ktrych kilka portretw wisiao na cianach i o ktrych autentycznoci powtpiewali przyjaciele modego adwokata. Zwaszcza pewien zezowaty infuat dostarcza Bukackiemu przedmiotu do konceptw, ale Maszko nie zraa si tym. Postanowi on narzuci, bd co bd, wiatu siebie, swoich przodkw, swoj genialno do interesw, wiedzc, e w tym spoeczestwie, w ktrym y, bd sobie ludzie z tego podrwiwali, ale nikt nie zdobdzie si na energi, by wystpi czynnie przeciw tym pretensjom. Posiadajc sam energi i zuchwao bez granic, a oprcz tego rzeczywisty spryt do interesw, postanowi wybi si w gr za pomoc tych rodkw. Ludzie, ktrzy go nie lubili, nazywali go bezczelnym, i by on nim istotnie, ale by z rozmysu. Pochodzc z rodziny wtpliwie nawet szlacheckiej, traktowa ludzi, niewtpliwie pochodzcych ze starych rodw, jakby by bez porwnania lepiej od nich urodzonym, ludzi niewtpliwie bogatych, jakby by od nich bogatszym - i udawao si, i owa taktyka robia swoje. Pilnowa si tylko, by nie popa w zupen mieszno, ale granice w takim postpowaniu wyznaczy sobie nadzwyczaj szerokie. Ostatecznie doszed do tego, do czego chcia: by przyjmowany wszdzie i wyrobi sobie duy kredyt. Niektre obroty przynosiy mu rzeczywicie spore zyski, ale pienidzy nie zbiera. Uwaa, e na to czas nie przyszed i e musi jeszcze wkada w przyszo, chcc, by mu si wypacia tak, jak tego od niej da. Pienidzy wprawdzie nie trwoni i nie zbytkowa, sdzc, e w ten sposb wchodz w wiat parweniusze - ale gdzie trzeba byo, okazywa si, wedug wasnego wyraenia, "solidnie hojnym". Uchodzi te za czowieka nader gadkiego w interesach i nade wszystko sownego.
Sowno jego oparta bya wprawdzie na kredycie, ale te i podtrzymywaa go w wysokim stopniu, co znw pozwolio mu robi obroty istotnie wielkie. Nie cofa si za przed byle czym. Posiada, prcz odwagi i pewnego zapdu wyczajcego dugie rozmysy, jeszcze i wiar w swe szczcie. Powodzenia wzmocniy t wiar. Nie wiedzia wprawdzie nigdy sam, ile ma majtku, ale obraca duymi pienidzmi, i ludzie mieli go za bogatego.
Ostatecznie spryn jego ycia bya raczej prno ni chciwo. Chcia wprawdzie by bogatym, ale przede wszystkim pragn uchodzi za wielkiego pana, na sposb angielski. Przystosowa do tego nawet swoj powierzchowno i by niemal dumny ze swej brzydoty, wydawaa mu si bowiem arystokratyczn. Jako tkwio, jeli nie co niepospolitego, to przynajmniej co nieswojskiego w jego wydtych ustach, szerokich nozdrzach i czerwonych wypiekach na twarzy. Bya pewna sia i brutalno, jak czasem maj Anglicy, a w wyraz potgowaa jeszcze ta okoliczno, e noszc binokle musia zadziera gow do gry, a przy rozczesywaniu jasnych bokobrodw palcami, zadziera j jeszcze bardziej.
Poaniecki nie znosi go z pocztku i a nazbyt mao to ukrywa; pniej przyzwyczai si do niego, zwaszcza, e i Maszko obchodzi si z nim inaczej ni z innymi, moe przez uznanie, jakie po cichu dla niego ywi, moe te dlatego, e chcie nadto nabiera z gry czowieka tak czupurnego, byo to naraa si na natychmiastow odpraw, w najlepszym razie nieprzyjemn. W kocu, spotykajc si czsto, modzi ludzie przyzwyczaili si do swych wzajemnych saboci, i teraz na przykad, gdy Maszko, odprawiwszy swoje panie, pokaza si w gabinecie, zby si na chwil swej wielkoci i powitawszy Poanieckiego pocz mwi jak zwyky miertelnik, nie za jak wielki pan ani jak Anglik.
- Z babami! z babami! 'est toujours une mer a boire! Umieciem ich kapitalik i pac im procenta najregularniej. Nie! Przychodz przynajmniej raz na tydzie pyta, czy nie byo jakiego trzsienia ziemi.
- C mi powiesz? - spyta Poaniecki.
- Przede wszystkim napij si kawy.
I podpaliwszy alkohol pod maszynk, rzek:
- Z tob przynajmniej nie bdzie marudztwa. Wykaz hipoteczny widziaem. Suma nie jest atwa do odzyskania, ale za stracon jej uwaa niepodobna. Oczywicie, odzyskanie pociga za sob koszta, podre i tak dalej, dlatego nie mog ci da tyle, ile cao wynosi, ale dam ci jej dwie trzecie i wypac w trzech ratach w cigu roku.
- Poniewa powiedziaem sobie, e zbd wszystko, choby za mniej, wic przystaj. Kiedy pierwsza rata bdzie patna?
- Za kwarta.
- To zostawi penomocnictwo na Bigiela na wypadek, gdybym musia wyjecha.
- A teraz wybierzesz si do Reichenhallu?
- Prawdopodobnie.
- Ej, kto wie, czy ci naprawd Bukacki nie podda jakiej myli?
- Kady ma swoje. Ty na przykad?... Dlaczego ty kupujesz t sum na Krzemieniu? Przecie to jest dla ciebie za may interes.
- Midzy wikszymi robi si i mniejsze. Ale z tob bd otwarty. Wiesz, e ani moja pozycja, ani mj kredyt nie nale do ostatnich, ale i jedno, i drugie wzmocni si, gdy bd mia za sob kawa ziemi, i to taki duy. Syszaem sam od Pawickiego w swoim czasie, e byby gotw Krzemie sprzeda. Ot przypuszczam, e teraz jest jeszcze bardziej gotw i e mona bdzie cay ten majtek naby tanio, nawet bardzo tanio na jakie spaty, za jak marn na razie gotwk, z dodatkiem rente viagere. Zobacz wreszcie! Pniej, oporzdziwszy go troch jak konia na jarmark, mona go bdzie sprzeda, a tymczasem bd mia tytu wasnoci, o ktry, entre nous, mocno mi chodzi.
Poaniecki sucha z pewnym przymusem sw Maszki, po czym rzek:
- Musz ci i ja powiedzie otwarcie: kupno nie pjdzie atwo. Panna Pawicka jest bardzo sprzeday przeciwna. Ona, jak to kobiety! Kocha si w swoim Krzemieniu i uczyni wszystko, co bdzie moga, eby zosta w jej i ojca rkach.
- Wic w najgorszym razie zostan wierzycielem pana Pawickiego, i nie myl, eby suma mi przepada. Naprzd, mog j, za przykadem sprzeda, po wtre, jako adwokat, mam daleko wiksz atwo wydobycia jej. Mog sam wynale sposoby spacenia i wskaza je Pawiekiemu.
- Moesz take subhastowa Krzemie i naby go z licytacji.
- Mgbym, gdybym by kim innym, ale Maszce diablo nie wypada. Nie! Znajd si inne rodki, na ktre moe i panna Pawicka, ktr zreszt bardzo ceni i wysoko stawiam, chtnie si zgodzi.
Poaniecki, ktry w tej chwili dopija resztek kawy, postawi nagle filiank na stole.
- A! - rzek - mona i tak doj do tytuu wasnoci.
I znowu chwycio go uczucie wielkiej przykroci i gniewu. W pierwszej chwili chcia wsta i powiedzie Maszce: "Sumy nie sprzedam!" - i pj. Pohamowa si jednak, Maszko za rozczesa bokobrody i odpowiedzia:
- A gdyby?... Mog ci sowem zarczy, e w tej chwili jeszcze takiego planu nie mam, e przynajmniej nie postawiem go sobie wyranie. Ale... a gdyby? Pann Pawick poznaem w swoim czasie w Warszawie ktrej zimy i podobaa mi si bardzo. Rodzina jest dobra, majtek zrujnowany, ale duy i moliwy do uratowania. Kto wie! To taka myl, jak i kada inna. Jestem z tob zupenie lojalny, jak zreszt jestem zawsze. Pojechae niby po pienidze, ale ja wiedziaem, dlaczego ci te panie tam wyprawiy. Wrcie jednak zy jak diabe, wic przypuszczam, e nie masz zamiarw. Jeli mi powiesz, e si myl, to ustpi natychmiast - nie od planu, bo, jakem ci zarczy, nie mam go jeszcze, ale nawet od mylenia o nim, jak o czym moliwym. Daj ci na to sowo. Tylko znw w razie przeciwnym nie trzymaje si zasady: "Ni dla mnie, ni dla kogo" - i nie zagradzaj pannie drogi. A teraz sucham ci.
Poaniecki przypomnia sobie swoje wczorajsze rozumowanie; pomyla take, e Maszko ma suszno mwic, i w takim razie nie powinien pannie zagradza do niczego drogi, i po pewnym czasie odrzek:
- Nie, Maszko, ja nie mam adnych zamiarw wzgldem panny Pawickiej. Moesz si z ni eni albo nie! Powiem ci jednak otwarcie: jest jedna rzecz, ktra mi si w tym nie podoba, chocia dla mnie korzystna: oto, e ty kupujesz t sum. Wierz, e nie masz jeszcze gotowego zamiaru, ale na wypadek, jeli go powemiesz? To jako bdzie dziwnie wygldao... Na jaki nacisk, na jak sie... To zreszt twoja rzecz...
- Tak dalece moja, e gdyby mi to powiedzia kto inny, nie ty, to bym mu pierwszy to przypomnia. Mog ci jednak rczy, e gdybym powzi taki zamiar, o czym wtpi, to nie zadabym rki panny Pawickiej jako procentu od mojej sumy. Jak skoro mog sobie sumiennie powiedzie, e kupibym sum w kadym razie, to j tym samym i mam prawo kupi. Przede wszystkim, jak dzi rzeczy stoj, chc kupi Krzemie, bo mi to potrzebne - wic wolno mi uy wszelkich godziwych rodkw, ktre mnie do celu prowadz.
- Wic dobrze. Sprzedaj. Ka wygotowa kontrakt i przylij mi go lub przyjd z nim sam.
- Kontrakt kazaem wygotowa memu dependentowi; chodzi tylko o podpisy.
Jako w kwadrans pniej kontrakt zosta podpisany. Tego dnia Poaniecki, spdzajc wieczr u Bigielw, by zy jak nigdy; pani Bigielowa nie umiaa ukry zmartwienia, i Bigiel, namyliwszy si nad wszystkim dokadnie, rzek pod koniec wieczora ze zwyk rozwag i powolnoci:
- e Maszko ma i ten plan gotowy, to nie ulega wtpliwoci. Idzie tylko o to, czy zwodzi ciebie, mwic, e go nie ma, czy i siebie take.
- Niech Bg j zachowa od Maszki - ozwaa si pani Bigielowa. - To widzielimy tu wszyscy, e ona podobaa mu si bardzo.
- Przypuszczaem - odpowiedzia Bigiel - e tego rodzaju czowiek bdzie szuka majtku, ale mogem si myli. Rwnie by moe, e zechce wzi on z dobrej, starej rodziny, aby umocni przez to swoje pooenie towarzyskie, pozawiera stosunki, spokrewni si z licznymi rodzinami i w kocu wzi w swoje rce interesa caej pewnej sfery towarzyskiej. To take nieze wyrachowanie, zwaszcza e gdy zechce skorzysta ze swego kredytu dla Krzemienia, to z czasem, przy swej obrotnoci, moe go oczyci.
- I jak pani mwi, panna Pawicka podoba mu si przy tym naprawd - doda Poaniecki - a ja sobie przypominam teraz, e Pawicki take mi o tym co wspomina.
- Wic co, panie? - pytaa pani Bigielowa - wic jake bdzie?
- Wic panna Pawicka, jeli zechce, to wyjdzie za pana Maszk - odrzek Poaniecki.
- A pan?
- A ja jad tymczasem do Reichenhall.
Rozdzia szsty
I rzeczywicie, w tydzie pniej wyjecha do Reichenhallu, ale przedtem jeszcze otrzyma list pani Emilii, wypytujcy go o wypraw do Krzemienia. Na list w nie odpisa majc zamiar ustnie na odpowiedzie. Dowiedzia si rwnie, ale dopiero w wigili wyjazdu, i Maszko poprzedniego dnia wyjecha do Krzemienia, i wiadomo ta obesza go wicej, ni si spodziewa. Mwi sobie wprawdzie, e nie dalej jak w Wiedniu ju o tym zapomni, ale zapomnie nie mg i gow mia tak zajt myl o tym, czy panna Pawicka wyjdzie za Maszk, e z Salzburga napisa list do Bigiela, niby w interesach, ale waciwie dajcy przysania mu wiadomoci o Maszce. Sucha te pite przez dziesite rozpraw towarzyszcego mu Waskowskiego o wzajemnym stosunku do siebie ludw austriackich i o misji narodw nowoytnych w oglnoci. Nieraz tak by zajty myleniem o Maryni, e wprost nie odpowiada na pytanie. Dziwio go te, e chwilami widzi j tak wyranie, jakby przed nim staa, wic nie tylko jako dokadny obraz, ale jako yw istot. Widzia jej mi, agodn twarz ze licznymi ustami i z malekim znamieniem nad grn warg, jej oczy patrzce spokojnie, w ktrych wida byo skupienie i uwag, z jak suchaa jego sw; widzia ca jej posta, wysmuk, gitk, od ktrej bio ciepo wielkiej, a zarazem niezmiernie dziewiczej modoci. Przypomnia sobie jej jasn sukni i koce stp wygldajce spod tej sukni, i delikatne, lubo nieco opalone rce, i ciemne wosy poruszane powiewem w ogrodzie. Nigdy nie spodziewa si, eby moga istnie pami tak niemal dotykalna - i to pami osoby, widzianej przez czas tak krtki. Rozumia jednak, e to jest dowd, jak gbokie naprawd zrobia ona na nim wraenie, i gdy chwilami przechodzio mu przez gow, e to wszystko, co si tak wycisno w jego pamici, moe posi Maszko, prawie nie chciao mu si w to wierzy. Pierwszym jego porywem w takich chwilach, zreszt zgodnym z jego czynn natur, bya niepowstrzymana ch, eby temu przeszkodzi. Musia sobie dopiero przypomina, e to jest sprawa ju w jego woli rozstrzygnita i e postanowi sobie zaniecha panny Pawickiej.
Obaj z Waskowskim dojechali do Reichenhallu wczesnym rankiem i zaraz pierwszego dnia, zanim dowiedzieli si o adresie pani Emilii, spotkali j wraz z Litk w parku miejscowym. Pani Chwastowska, ktra nie spodziewaa si ich, a przynajmniej nie Poanieckiego, ucieszya si na ich widok szczerze. Rado jej zostaa tylko przymiona tym, e Litka, dziecko wyjtkowo wraliwe, a przy tym chore na astm i na serce, ucieszya si jeszcze bardziej, tak nawet bardzo, e dostaa silnego bicia serca w poczeniu z dusznoci i niemal omdleniem.
Ale byy to czste u niej objawy i gdy atak min, pogoda wrcia na wszystkie twarze. Wracajc do domu, dziecko trzymao za rk "pana Stacha" i w chmurnych zwykle jej oczach wiecia gboka rado. Od czasu do czasu ciskaa t rk, jakby chcc si upewni, e on naprawd przyjecha do Reichenhallu i e jest przy niej. Poaniecki wprost nie mia czasu o niczym mwi z pani Emili ani ona o nic go rozpyta, bo Litka pokazywaa mu Reichenhall i szczebioczc bez ustanku chciaa mu od razu pokaza wszystkie pikniejsze miejsca. Co chwila za mwia:
- To nic jeszcze. Thumsee adniejsze, ale pjdziemy tam dopiero jutro.
Po czym, zwracajc si do matki:
- Mama pozwoli, prawda? Ja teraz mog duo chodzi. To niedaleko. Mama pozwoli, prawda?
Chwilami znw odsuwaa si od Poanieckiego i nie puszczajc jego rki patrzya na niego swymi wielkimi oczyma, powtarzajc:
- Pan Stach! pan Stach!
Poaniecki okazywa jej ze swej strony najwiksz tkliwo, na jak mgby si zdoby starszy brat; raz w raz te gdera na ni dobrotliwie:
- Kociak niech tak nie leci, bo si zadyszy.
A ona przytulaa si do niego i wysuwajc naprzd usteczka, odpowiadaa, niby si gniewajc:
- Cicho, pan Stach!
Poaniecki spoglda jednak od czasu do czasu na jasn twarz pani Emilii, jakby chcc jej da pozna, e pragnie z ni pomwi. Ale nie byo sposobu, gdy pani Emilia nie chciaa psu wesooci Litce i wolaa jej pozostawi wsplnego przyjaciela na wyczn wasno. Dopiero po obiedzie, ktry jedli razem w ogrodzie, wrd zielonoci i wiegotania wrbli, gdy Waskowski pocz opowiada Litce o ptakach i o mioci, jak mia dla nich w. Franciszek z Asyu, a dziecko, wsparszy gwk na rce, zasuchao si zupenie, Poaniecki zwrci si do pani Chwastowskiej:
- Czy pani nie zechce si przej do koca ogrodu?
- Dobrze - odpowiedziaa. - Litko, zosta na minutk z panem Waskowskim, my w tej chwili wracamy.
I poszli, po czym zaraz pani Emilia spytaa:
- I c?
Poaniecki pocz opowiada, ale, bd e chcia si lepiej przedstawi pani Emilii, bd e postanowi rachowa si z jej natur mimozy, bd wreszcie, e ostatnie myli o Maryni nastroiy go na jak tkliwsz ni zwykle nut, do, e cakowicie rzecz przekrci. Przyzna si wprawdzie do ktni z panem Pawickim, ale milcza o tym, e przed wyjazdem z Krzemienia odezwa si i do Maryni w sposb szorstki, natomiast nie szczdzi jej w opowiadaniu pochwa i wreszcie tak skoczy:
- Poniewa ten dug sta si od razu powodem nieporozumie midzy mn a Pawickim, co musiao si odbi i na pannie Maryni, wic wolaem go sprzeda i wanie przed samym wyjazdem sprzedaem Maszce.
Pani Emilia, ktra nie miaa najmniejszego pojcia o sprawach pieninych, a natomiast posiadaa prostot zupenie anielsk, odrzeka:
- To dobrze pan zrobi. Midzy wami nie powinno by takich rzeczy jak pienidze.
Lecz Poaniecki zawstydzi si w tej chwili, e wyprowadza w pole tak naiwn dusz, i odrzek:
- Tak!... Raczej, nie! Myl, em le zrobi. Bigiel jest take zdania, e to nie byo dobrze... Maszko moe ich przyciska, moe stawia rozmaite dania, moe wystawi na sprzeda Krzemie... Nie, pani, to nie jest postpek delikatny ani taki, ktry by mg nas zbliy, i nie bybym tego uczyni, gdyby nie to, em doszed do przekonania, i trzeba sobie to wszystko raz na zawsze wybi z gowy.
- A, nie! Niech pan tego nie mwi. Ja wierz, e we wszystkim jest przeznaczenie - i wierz take, e Opatrzno przeznaczya was wzajem dla siebie.
- Tego ja, pani, nie rozumiem. Jeli tak jest, to nie potrzebuj o nic zabiega, bo w kadym razie musz oeni si z pann Pawick.
- Nie. Ja mam kobiec gow i moe mwi niedorzecznoci, ale mi si zdaje, e Opatrzno chce i obmyla wszystko tak, jak by byo najlepiej, ale zostawia ludziom wol, ci za czsto nie chc i za tym, co im przeznaczono, i dlatego tylu jest nieszczliwych.
- Moe. Trudno jednak i za czym innym, jak za wasnym przekonaniem. Rozum to take latarka, ktr nam Bg da w rk. Kto mi przy tym zarczy, czy panna Marynia wyszaby za mnie?
- Powinnam ju mie od niej wiadomo o paskich odwiedzinach w Krzemieniu, i dziwi si, e dotychczas nie mam. Myl, e najdalej jutro list nadejdzie, bo my pisujemy do siebie co tydzie. Czy ona wie o paskim wyjedzie do Reichenhallu?
- Nie. Ja sam, bdc w Krzemieniu, nie wiedziaem jeszcze, dokd pojad.
- To dobrze, bo bdzie szczera, chocia ona i tak byaby szczera.
Na tym skoczya si rozmowa pierwszego dnia. Wieczorem, na prob Litki, postanowiono pj nazajutrz do Thumsee i wyj z rana, tak aby obiad zje nad jeziorem, powrci za powozem lub, o ile by Litka nie bya zmczon, to piechot, byle zdy przed zachodem soca. Waskowski i Poaniecki stawili si przed will tych pa przed dziewit rano. Obie byy ju przybrane i czekay na werendzie, obie za wyglday tak zjawiskowo, e a stary pedagog Waskowski zosta tym uderzony.
- e te Pan Bg tworzy sobie czasem z ludzi zupene kwiaty! - rzek ukazujc z daleka matk i crk.
Rzeczywicie i pani Emilia, i Litka byy przedmiotem podziwu dla caego Reichenhallu. Pierwsza, ze swoj uduchowion anielsk twarz, bya jakby wcieleniem mioci i tkliwoci macierzyskiej, a zarazem egzaltacji; druga, o chmurnych wielkich oczach, powej czuprynie i rysach tak delikatnych, e prawie zbyt delikatnych, wygldaa raczej na jaki artystyczny pomys ni na yw dziewczynk. Dekadent Bukacki mawia o niej, e jest utkana z mgy, ledwie troch zarowionej przez wit. Jako byo w tej dziewczynie co prawie nieziemskiego, ktre to wraenie potgowaa jeszcze jej choroba, jej nadmierna wraliwo i uczuciowo. Matka kochaa j lepo, otaczajcy rwnie; ale dziecko, wyjtkowo z natury sodkie, nie dao si popsu.
Poaniecki, ktry w Warszawie widywa pani Emili kilka razy tygodniowo, by do obydwch szczerze przywizany. W miecie, w ktrym sawa kobieca jest mniej szanowan ni gdziekolwiek na wicie, robiono z tego powodu plotki, oczywicie najniesuszniejsze, gdy pani Emilia bya pod kadym wzgldem czysta jak dziecko i nosia sw egzaltowan gow po prostu w bkicie, jakby nie wiedzc, e zo istnieje. Bya nawet tak dalece czyst, e nie rozumiaa potrzeby zwracania uwagi na pozory. Przyjmowaa z radoci tych, ktrych kochaa Litka, lecz odmwia kilka dobrych partii, wyranie owiadczajc, e osobicie nic jej na wiecie prcz Litki nie potrzeba. Jeden tylko Bukacki utrzymywa, e pani Emilia dziaa na jego nerwy; Poaniecki tak si przystosowa do owego bkitu otaczajcego t krysztaow kobiet, e wprost nie zblia si nigdy do niej z myl zmcon przez pokus.
I teraz wic, po uwadze Waskowskiego, odrzek z prostot:
- Rzeczywicie; bajecznie obie wygldaj!
I przywitawszy je, powtrzy mniej wicej to samo pani Emilii, jako co, co w danym wypadku zwrcio jego uwag. Ona umiechna si z zadowolenia, prawdopodobnie dlatego, e pochwaa obejmowaa take Litk, i zbierajc sukni do drogi, rzeka:
- Miaam rano list i umylnie go wziam, by panu pokaza.
- Wolno zaraz przeczyta?
- Wolno. Prosz.
I ruszyli drog len ku Thumsee, pani Emilia, Waskowski i Litka na przedzie, Poaniecki nieco za nimi, z gow schylon nad listem. List brzmia, jak nastpuje:
"Droga moja Emilko! Dzi odebraam twoj litani pyta i zaraz odpowiadam, bo i mnie pilno podzieli si z tob mylami. Pan Poaniecki wyjecha w poniedziaek, zatem dwa dni temu. Pierwszego wieczoru przyjam go, jak przyjmuj wszystkich - i nic a nic nie przyszo mi do gowy, ale nazajutrz byo wito, miaam wolny czas, i bylimy prawie cae popoudnie nie tylko razem, ale sam na sam, bo papa pojecha do pastwa Jamiszw. C ci mam powiedzie? Taki sympatyczny, taki szczery, a przy tym prawdziwy mczyzna! Z tego, co mwi o Litce i o tobie, zaraz zmiarkowaam, e ma dobre serce. Chodzilimy dugo nad stawem, po ogrodzie. Obwizywaam mu rk, bo si skaleczy o d. Mwi rzeczy takie rozumne, em si zasuchiwaa w jego sowa. Ach, moja Emilko, wstyd mi si przyzna, ale moja biedna gowa troch si zawrcia przez ten wieczr. Ty wiesz przecie, jaka tu jestem sama, zapracowana, i jak rzadko widuj podobnych ludzi. Zdawao mi si, e przyjecha go z jakiego innego i lepszego wiata. On mi si nie tylko podoba, ale mnie tak uj swoj serdecznoci, e nie mogam zasn i cigle o nim mylaam. Wprawdzie nazajutrz pokcili si z pap, a nawet i mnie si troch dostao, cho Bg widzi, ile bym daa za to, eby midzy nami nie byo tego rodzaju spraw. W pierwszej chwili dotkno mnie to mocno, i gdyby ten brzydki czowiek wiedzia, ilem si napakaa w swoim pokoju, to by mnie poaowa. Ale pniej pomylaam, e on musi by bardzo ywy, e papa nie mia susznoci, i nie gniewam si ju. Powiem ci te do uszka, co mi jaki gos szepce cigle: oto, e on tego dugu, ktry ma na Krzemieniu, nie sprzeda nikomu, choby dlatego, eby przyjecha tu jeszcze. To, e si tak le rozstali z pap, to nic. Sam papa tego do serca nie bierze, bo to s jego sposoby, nie za uczucia ani przekonania. We mnie ma pan Poaniecki szczer przyjacik, ktra zrobi wszystko, co bdzie moga, by zaraz po rozprzeday Magierwki ustay te wszystkie powody nieporozumie i w ogle te brzydkie sprawy pienine. Wwczas on musi przyjecha, choby dla odebrania swej nalenoci - nieprawda? Moe te i ja podobaam mu si troch, e za czowiek taki ywy powie czasem co przykrego, nie trzeba si dziwi. Nic mu o tym nie mw, jak go zobaczysz, i nie aj go, niech ci Bg broni. Nie wiem dlaczego, mam jak ufno, e on nie zrobi krzywdy ani mnie, ani papie, ani mojemu kochanemu Krzemieniowi, i myl, e dobrze byoby na wiecie, gdyby wszyscy byli do niego podobni. ciskam najserdeczniej ciebie, moja droga, i Litk; Napisz mi o jej zdrowiu jak najobszerniej i kochaj mnie tak jak ja ciebie."
Poaniecki skoczywszy czyta wsun list do bocznej kieszeni surduta, nastpnie zapi go, nastpnie przesun kapelusz na ty gowy, nastpnie uczu nagle wielk ochot poamania swej laski na drobne kawaki i wrzucenia jej w strumie; nie uczyni tego jednak, tylko pocz mrucze przez zacinite zby:
- Tak? dobrze! Znasz ty Poanieckiego?... licz na to, e ci nie pokrzywdzi! Dobrze wyjdziesz!
Potem zwrci do siebie mow w sposb nastpujcy:
- Dobrze ci tak! bo to jest anio, a ty go niewart.
I znw porwaa go ch poamania w kawaki wasnej laski. Oto ujrza teraz wyranie, e dusza tej dziewczyny gotowa bya odda mu si z ca wiar i ufnoci, a on zgotowa jej od razu jeden z takich bolesnych i dotkliwych zawodw, ktrych pami - zostaje raz na zawsze i boli wiecznie. Sprzeda sum, to byo nic, ale sprzeda j czowiekowi, pragncemu j kupi w takim zamiarze jak Maszko, to znaczyo powiedzie tym samym pannie: "Nie chc ci - i id sobie za niego, jeli ci si tak podoba." Co za gorzkie rozczarowanie dla niej, po tym wszystkim, co do niej mwi owej niedzieli, po tych sowach przyjaznych, otwartych, a zarazem przeznaczonych na to, by wnikny do jej serca! Bo one byy jednak na to przeznaczone, i Poaniecki czu, e ona tak je wzia. Mg sobie teraz powtarza, ile razy chcia, e one do niczego nie obowizuj, e za pierwsz bytnoci i w pierwszej rozmowie z kobiet czowiek wysuwa tylko rogi jak limak i prbuje, na jaki grunt trafi. Nie byoby to mu teraz adn pociech. Zreszt, nie tylko nie by w humorze usprawiedliwiania si przed samym sob, ale raczej pragnby si by spoliczkowa. Pierwszy raz zobaczy tak wyranie, e mgby uzyska i serce, i rk Maryni, im za ta moliwo przedstawia mu si bardziej realnie, tym strata wydawaa mu si bardziej niepowetowan. Na dobitk, od chwili przeczytania owego listu pocz si w nim nowy przewrt. Wasne rozumowania, e powinien zaniecha Maryni, wyday mu si naraz i paskie, i ndzne. Poaniecki, przy wszystkich swoich wadach, mia wdziczne serce, i list w wzruszy go do wysokiego stopnia t dobroci i wyrozumiaoci, t gotowoci do kochania, jakie w nim tkwiy. Skutkiem tego, wspomnienie Maryni porowiao nagle w jego sercu i pamici, porowiao nawet tak mocno, e pomyla:
"Ja teraz zakocham si w niej, jak Bg w niebie!"
I ogarno go rozczulenie dla Maryni, przed ktrym nawet zo na samego siebie musiaa ustpi. Po chwili poczywszy si z reszt towarzystwa wysun si nieco z pani Emili naprzd i rzek:
- Niech mi pani daruje ten list.
- Z najwiksz chci. Prawda, jaki poczciwy? A nie przyzna mi si pan, e i jej si co dostao na wyjezdnem? Ale nie bd panu robia wymwek, skoro ona sama bierze pana w obron.
- Pani! Gdyby to co pomogo, prosibym, by mnie pani obia. Ale tu ju nie ma o czym mwi, bo to rzeczy niepowetowane.
Pani Emilia nie podzielaa jednak wcale tego zdania. Owszem, widzc wzruszenie Poanieckiego nabraa pewnoci, e sprawa, w ktrej obie strony czuj tak ywo, stoi jak najlepiej i musi skoczy si pomylnie. Na sam t myl jej liczna sodka twarz rozjania si wielk radoci.
- Zobaczymy to za kilka miesicy - rzeka.
- Ani pani si domyla, co moemy zobaczy - odpar Poaniecki mylc o Maszce.
Na to znw pani Emilia:
- Niech pan pamita o jednej rzeczy, e kto raz zyska serce Maryni, ten si nie zawiedzie nigdy.
- Wierz - odpowiedzia ze smutkiem Poaniecki - ale te takie serca, raz zraone, nie powracaj wicej.
Dalej nie mogli rozmawia, bo Litka i pan Waskowski przysunli si do nich. Po chwili dziewczynka zagarna jak zwykle Poanieckiego na wyczn sw wasno. Las, zanurzony w agodnym porannym wietle pogodnego dnia, zajmowa j nadzwyczajnie, wic pocza wypytywa o rozmaite drzewa, co chwila za wykrzykiwaa z radoci:
- Rydze!
Lecz on odpowiada jej mechanicznie, mylc o czym innym:
- Rydze, kotku, rydze!
Na koniec droga zniya si i pod stopami ujrzeli Thumsee. Po upywie p godziny zeszli na bity gociniec cigncy si nad samym brzegiem, na ktrym wida byo tu i owdzie drewniane kadki, powycigane na kilka krokw w wod. Litka miaa ochot zobaczy z bliska wielkie ryby, ktre wida byo w przezroczystej toni. Poaniecki; wziwszy j za rk, wprowadzi j w tym celu na jedn z kadek.
Ryby, przyzwyczajone do okruszyn chleba rzucanych przez goci, zamiast ucieka, zbliyy si jeszcze, i wkrtce cay ich wianek otoczy stopy Litki. W bkitnawej toni wida byo zotawobrunatne grzbiety karpiw i szar plamist usk ososio-pstrgw oraz okrge oczy wpatrzone jakby z wyrazem proby w dziewczynk.
- Wracajc wemiemy duo buek - mwia dziewczynka. - Jak one dziwnie patrz. Co one myl?
- One myl bardzo powoli - rzek Poaniecki - i tak, dopiero za godzin albo za dwie powiedz sobie: "Aha! tu staa jaka dziewczynka z pow czupryn, w rowej sukience i w czarnych poczoszkach."
- A o panu Stachu co pomyl?
- Pomyl, em jaki Cygan, bo ja nie mam powej czupryny.
- Nie. Cyganie nie maj przecie domu.
- I ja nie mam domu, Litko. Mogem go mie, alem go sprzeda.
Poaniecki wymwi ostatni wyraz w jaki niezwyczajny sposb, i w ogle by w gosie jego smutek. Dziewczynka spojrzaa na niego uwaniej i zaraz wraliwa jej twarzyczka odbia jego smutek tak, jak owa to odbijaa jej wasn posta. Potem, gdy si poczyli z reszt towarzystwa, podnosia na niego od czasu do czasu swoje chmurne oczy, z wyrazem pytajcym i niespokojnym. Wreszcie, cisnwszy mocniej jego rk, za ktr trzymaa, rzeka:
- Co panu jest, panie Stachu?
- Nic, dziecinko. Rozgldam si po jeziorze i dlatego nic nie mwi.
- Bo ja si tak cieszyam wczoraj, e panu poka Thumsee...
- Owszem. Chocia nie ma ska, bardzo tu adnie! A tamten domek z drugiej strony?
- Tam bdziemy jedli obiad.
Tymczasem pani Emilia rozmawiaa wesoo z Waskowskim, ktry niosc w rku kapelusz i szukajc co chwila po kieszeniach chustki dla obtarcia ysiny, opowiada jej swoje spostrzeenia nad Bukackim.
- On jest Aria - koczy - i dlatego w cigym niepokoju dy do spokoju. Teraz kupuje obrazy i sztychy, mylc, e tym zapeni prni. Ach, pani, na co ja patrz! To to te dzieci wieku nosz w duszy tak otcha, jak na przykad to jezioro, a w dodatku bezdenn, i myl, e mona j zapeni obrazkami, akwafortami, amatorstwem, dyletantyzmem, Baudelaire'em, Ibsenem, Maeterlinckiem, wreszcie dyletantyzmem naukowym. Biedne ptaki rozbijajce gowy o ciany klatek! To tak samo, jakbym chcia wypeni to oto jezioro, wrzuciwszy w nie ten kamyk.
- A c moe zapeni ycie?
- Wszelka szersza idea, wszelkie wiksze uczucie, ale pod jednym warunkiem, by byy poczte w Chrystusie. Gdyby Bukacki po chrzecijasku kocha sztuk, daaby mu pogod, ktrej mimo woli szuka.
- A mwi mu pan to?
- I to, i wiele innych rzeczy. Ja i jego, i Poanieckiego cigle namawiam, by czytali ycie w. Franciszka z Asyu. Nie chc i miej si ze mnie. A jednak to by najwikszy czowiek i najwikszy wity rednich wiekw, ktry odrodzi wiat. Gdyby si teraz znalaz podobny, odrodzenie si w Chrystusie nastpioby jeszcze szersze i jeszcze zupeniejsze.
Zbliao si poudnie, z nim upa. Las poczyna pachn ywic, a jezioro wygadzio si zupenie w ciszy penej blasku i odbijajc bkit bez plamki zdawao si drzema.
Doszli wreszcie do domu i ogrodu, w ktrym bya restauracja, i siedli pod cieniem buku, przy zastawionym stole. Poaniecki, przywoawszy kelnera w brudnym fraku, zamwi obiad, po czym rozgldali si w milczeniu po jeziorze i okolicznych grach.
O par krokw od stou rosa caa kpa irysw zwilana przez wodotrysk urzdzony midzy kamieniami.
Pani Emilia spojrzawszy na kwiaty rzeka:
- Gdy jestem nad jakim jeziorem, a przy tym patrz na irysy. zdaje mi si, e jestem we Woszech.
- Bo nigdzie nie ma ani tyle jezior, ani tyle irysw - odrzek Poaniecki.
- Ani tyle upojenia dla kadego czowieka - doda Waskowski. - Ja od wielu lat jed tam co rok, jesieni, szuka sobie schronienia na ostatnie dni. Dugi czas wahaem si midzy Perugi a Asyem, ale ostatniego roku przeway Rzym. To jest jakby sie do innego wiata, w ktrej wida ju jego wiato. Pojad tam w padzierniku.
- Szczerze panu zazdroszcz - rzeka pani Emilia.
- Litka ma dwanacie lat... - zacz Waskowski.
Lecz Litka przerwaa
- I trzy miesice.
- I trzy miesice; wic cho na swj wiek jest bardzo maa i trzpiotka wielka, czas by jej ju rozmaite rzeczy w Rzymie pokaza - mwi dalej Waskowski. - Nic si tak nie pamita jak to, co si widziao w dziecistwie. A cho si wielu rzeczy nie odczuje ani zrozumie, to przychodzi pniej i przychodzi bardzo przyjemnie, bo tak, jakby kto od razu owieci jakie wraenia, zanurzone w cieniu... Niech pani jedzie ze mn w padzierniku do Woch.
- W padzierniku nie mog, bo mam swoje kobiece powody, ktre mnie zatrzymuj w Warszawie.
- Jakie?
Pani Emilia pocza si mia.
- Pierwszy i najgoniejszy, a czysto kobiecy - rzeka wskazujc Poanieckiego - to oeni tego pana, ktry siedzi taki pospny i w gruncie rzeczy... taki rozkochany.
Poaniecki obudzi si z zamylenia i machn rk.
A Waskowski zapyta ze zwyk naiwnoci dziecka:
- Zawsze z Maryni Pawick?
- Tak - odrzeka pani Emilia. - By w Krzemieniu i prno by si zapiera, e go bardzo chwycia za serce.
- Mog si nie zapiera - odrzek Poaniecki.
Lecz dalsza rozmowa zostaa przerwana w przykry sposb, bo Litka niespodziewanie zasaba. Uczynio si jej nagle duszno i dostaa jednego ze swych zwykych atakw bicia serca, ktre przejmoway trwog o jej ycie nawet lekarzy. Matka porwaa j w tej chwili na rce, Poaniecki skoczy po ld do restauracji. Waskowski za pocz cign z wysileniem do stou awk ogrodow, by dziecko mogo si na niej wycign i swobodniej oddycha.
- Zmczya si, dziecinko? prawda? - pytaa pobladymi ustami pani Emilia. - Widzisz, kochanie, e byo za daleko... A doktor jednak pozwoli!... Tak gorco! Ale to nic! to przejdzie! to przejdzie!... Moje skarby, moje kochanie!...
I pocza caowa wilgotne czoo dziewczynki. Tymczasem Poaniecki wrci z lodem, a za nim nadbiega miejscowa gospodyni z poduszk w rku. Po chwili uoono ma na awce i podczas gdy pani Emilia obwijaa ld w serwet, Poaniecki, schyliwszy si nad chor, pyta:
- Jake ci, kocitko?
- Tylko duszno troch, ale lepiej... - odpowiedziaa otwierajc jak rybka usta dla schwytania oddechu.
Nie byo jednak wiele lepiej, bo nawet przez sukienk wida byo, jak to mae, chore serce bije gwatownie w piersiach.
Wszelako pod wpywem lodu atak uspokaja si z wolna, a wreszcie uspokoi si zupenie, pozostawiwszy po sobie tylko zmczenie. Litka pocza si znw umiecha do matki, ktra rwnie ochona nieco z przeraenia. Dziecko naleao pokrzepi przed powrotem, wic Poaniecki kaza poda obiad, ktrego prcz Litki nikt zreszt prawie nie tkn, wszyscy bowiem spogldali na ni co chwila z tajon obaw, czy duszno znowu jej nie chwyci. W ten sposb upyna godzina. Gocie poczli z wolna napywa do restauracji. Pani Emilia chciaa wraca do domu, lecz naleao czeka na powz, po ktry Poaniecki wysa do Reichenhallu.
Powz nadszed wreszcie, ale w drodze czeka ich nowy niepokj. Jakkolwiek jechali noga za nog i po gocicu bardzo rwnym, mae nawet wstrznienia mczyy Litk tak, e w pobliu ju Reichenhallu poczo jej znw czyni si duszno. Prosia. eby jej wolno byo wysi, ale pokazao si, e i droga piesza mczy j. Wwczas pani Emilia postanowia j nie, Poaniecki jednak uprzedzajc to macierzyskie powicenie, ktre zreszt nie byo w miar si pani Emilii, rzek:
- Litu, chod, ja ci ponios. Inaczej mama zmczy si i bdzie chora.
I nie pytajc duej, podnis j lekko z ziemi i nis zupenie swobodnie, a jednej tylko rce, eby za upewni i j, i pani Emili, e go to wcale wie mczy, pocz artowa:
- Jak taki kot chodzi po ziemi, to zdaje si wcale nieduy, a teraz ot, gdzie to te dugie noyska wisz! Trzymaj si mnie za szyj, to bdziesz si mniej koysaa.
I szed, jak umia najrwniej, a piesznie, bo chcia, by lekarz mg si ni zaj jak najprdzej; idc czu, jak jej serce bije na jego ramieniu, Ona za trzymajc si go swymi chudymi ramionkami powtarzaa:
- Niech mnie pan puci! Ja... nie mog... Niech mnie pan puci!
A on odpowiada:
- Nie puszcz! Widzisz, jak to le mczy si na piechot. Od tej pory wemiemy zawsze z sob takie due, wygodne krzeso na kkach, i jak si dziecko zmczy, to je posadzimy, a ja bd popycha.
- Nie, nie! - powtarzaa Litka ze zami w gosie.
On za nis j z tak tkliwoci jak starszy brat lub jak ojciec i serce mia istotnie wezbrane, raz dlatego, e t ma kocha istotnie, a po wtre, e przyszo mu do gowy to, o czym dotd nie myla, a przynajmniej czego nie odczuwa do wyranie: mianowicie, e maestwo otwiera take drog ojcostwu i tym wszystkim skarbom szczcia, ktre si w nim mieszcz. Teraz, niosc t drog sobie, cho obc dziewczynk, zrozumia., e Bg stworzy go do ycia rodzinnego, nie tylko na ma, ale i na ojca, jako te, e waciwy cel i znaczenie ycia tkwi w tym wanie.
I wszystkie jego myli uleciay do Maryni. Czu teraz ze zdwojon si, e ze wszystkich kobiet, jakie dotychczas spotka, j przede wszystkim wybraby za on i z ni chciaby mie dzieci.
Rozdzia sidmy
W cigu nastpnych dni Litka nie bya chora, ale czua si osabion, wychodzia jednak, poniewa doktor nie tylko nakaza jej wychodzi, ale poleci bardzo usilnie umiarkowany ruch pod gr. Waskowski poszed do niego umylnie, by dowiedzie si, jaki jest stan jej zdrowia. Poaniecki czeka na niego w czytelni, ale ju z jego twarzy pozna od razu, e nic dobrego nie przynosi.
- Lekarz nie widzi natychmiastowego niebezpieczestwa - rzek stary czowiek - ale skazuje to dziecko na wczesn mier i w ogle kae nam nad nim czuwa, bo jak mwi, niepodobna odgadn dnia ani godziny.
Poaniecki zakry oczy rk:
- Co za nieszczcie, co za cios!... Matka jej nie przeyje. mier nad takim dzieckiem! Wierzy si nie chce!
Waskowski mia zy w oczach.
- Pytaem - rzek - czy ona musi przy tym duo cierpie. Doktor powiedzia, e niekoniecznie i moe zgasn tak cicho, jakby zasna.
- Matce nie mwi nic o jej stanie?
- Nie mwi. Powiedzia wprawdzie, e jest wada serca, ale doda, e u dzieci czsto przechodzi takie rzeczy bez ladu. Sam nie ma nadziei.
Lecz Poaniecki nieatwo poddawa si nieszczciu.
- Co tam jeden doktor - rzek. - Trzeba dziecko ratowa, pki jest iskra nadziei. Doktor mg si nie pozna. Trzeba j zawie do specjalisty do Monachium lub jego tu sprowadzi. Pani Emili to przerazi, ale trudna rada! Czekaje pan. Mona i tego unikn. Ja go sprowadz - i to zaraz. Pani Emilii powiemy, e taki a taki sawny lekarz przyjecha tu do kogo i e jest sposobno poradzenia si o Litk. Nie mona zostawi jej bez ratunku. Trzeba tylko da niego napisa, by wiedzia, jak z matk gada.
- A do koga chcesz pisa?
- Do kogo? Czy ja wiem! Miejscowy doktor wskae specjalist. Chodmy do niego zaraz, by nie traci czasu.
I sprawa zostaa zaatwiana tego samego dnia. Wieczorem poszli obaj do pani Emilii. Litka bya zdrowa, ale milczca i zaspiona. Umiechaa si wprawdzie i do matki, i do swego przyjaciela, okazywaa obojgu wdziczno za troskliwo, jak j otaczali, ale Poaniecki nie mg jej rozbawi. Majc gow nabit myl o grocym jej niebezpieczestwie poczytywa mimo woli w jej smutek za oznak rozwijajcej si choroby, za wczesne przeczuwanie bliskiej mierci i z przestrachem mwi sobie w duszy, e ona ju nie jest taka jak zwykle, jakby niektre nitki, czce j z yciem, ju byy pozrywane. Przestrach jego powikszy si jeszcze, gdy pani Emilia rzeka:
- Litka si dobrze ma, ale wie pan, o co mnie dzisiaj prosia? ebymy wrcili do Warszawy.
Poaniecki wysikiem woli potumi niepokj i zwrciwszy si do maej rzek udajc wesoo:
- Ach, ty niegodziwe stworzenie! To nie al by ci byo Thumsee?
A dziewczynka pocza potrzsa swoj pow gwk.
- Nie! - odrzeka po chwili.
I zy zakrciy si jej w oczach, ale prdko nakrya je rzsami z obawy, by ich kto nie zobaczy.
"Co jej jest?" - pomyla Poaniecki.
A jej bya bardzo prosta rzecz. Oto w Thumsee dowiedziaa si, e jej chc zabra jej przyjaciela, jej "pana Stacha", jej najmilszego towarzysza. Usyszaa, e on kocha Maryni Pawick, a dotd bya pewna, e on kocha tylko j i mam. Usyszaa, e mama chce go oeni z tamt, a dotychczas uwaaa go za swoj wyczn wasno. Nie zdajc sobie dobrze sprawy z tego, co jej grozio, odczuwaa jednak, e ten "pan Stach" odejdzie od niej i e stanie si jej krzywda - pierwsza, jakiej w yciu dowiadczaa. I eby to kto inny jej t krzywd wyrzdzi, mniej by to j dotkno, ale wanie mama i "pan Stach"! To byo jakby koo bdne, z ktrego dziecko wyj nie umiao i nie mogo. Jake im si tu poskary na nich samych? Wida, e tak chc, e tak sobie ycz, e to im potrzebne i e bd szczliwi, gdy si tak stanie. Oto mama powiedziaa, e "pan Stach" kocha pann Maryni, a on nie zaprzeczy, wic trzeba ustpi, pokn zy i milcze nawet przed mam.
I Litka zamkna w sobie pierwsz gorycz yciow. 'Tak jest! musiaa ustpi, e za gorycz zym jest lekarstwem dla chorego i tak serca, zatem to ustpienie mogo by zupeniejsze i bardziej tragiczne, ni ktokolwiek z otaczajcych j mg przypuci.
Lekarz-specjalista przyjecha w dwa dni pniej z Monachium i zabawiwszy dwa dni w Reichenhallu, potwierdzi zupenie zdanie miejscowego doktora. Pani Emili uspokoi. Poanieckiemu za powiedzia, e ycie dziecka moe przetrwa miesice i lata, ale bdzie wisiao zawsze jak na nitce, ktra z lada powodu zerwa si moe. Kaza oszczdza maej wzrusze, zarwno wesoych, jak smutnych, i czuwa nad ni z najwiksz bacznoci.
Otoczono j wic opiek i pieszczotami. Oszczdzano jej nawet najmniejszych wzrusze, tylko nie oszczdzano jej najwikszych, jakimi byy listy Maryni. Echo tego, ktry nadszed w tydzie pniej, odbio si jednak o jej nasuchujce teraz pilnie uszki. Mogo ono wprawdzie rozproszy jej obawy o "pana Stacha", ale wstrzsno ni silnie. Pani Emilia wahaa si cay dzie, czy Poanieckiemu pokaza ten list. On si jednak dopytywa teraz codziennie o wiadomoci z Krzemienia, musiaaby wic wprost skama, chcc zatai, e nadeszy. Zreszt poczuwaa si do obowizku powiedzenia Poanieckiemu prawdy, by wiedzia, jakie napotka trudnoci.
Drugiego wic wieczoru po odebraniu listu, uoywszy spa Litk, sama zacza rozmow w tym przedmiocie:
- Marynia bardzo do serca wzia to, e pan sprzeda t sum na Krzemieniu.
- To by list?
- Tak.
- Moe mi go pani pokaza?
- Nie. Mog tylko przeczyta panu wiksze ustpy. Marynia jest pognbiona.
- Czy ona wie, e ja tu jestem?
- Dotychczas musiaa nie odebra mego listu, ale dziwi mnie take, e pan Maszko, ktry bawi w Krzemieniu, nie wspomnia jej o tym.
- Maszko wyjecha do Krzemienia przede mn i nie by pewny, czy pojad do Reichenhallu, zwaszcza, em mu w ostatnich dniach mwi, e zapewne zmieni projekt.
Pani Emilia posza do biurka po teczk z listami. Wrciwszy do stou poprawia lamp, po czym usiadszy naprzeciw Poanieckiego, wydobya list z koperty, ale nim go zacza czyta, rzeka:
- Bo widzi pan, jej nie o sam sprzeda tej sumy chodzi. Ale pan wie... Troch jej si rozmarzya gwka, wic to miao dla niej i inne znaczenie... J naprawd spotkao wielkie rozczarowanie!
- Pani - rzek Poaniecki - komu innemu nie przyznabym si, ale pani powiem otwarcie. Zrobiem jedno z najwikszych gupstw w yciu, ale te za adne nie zostaem tak ukarany.
A ona podniosa na niego ze wspczuciem swe tkliwe, bladoniebieskie oczy.
- Biedny pan! Wic pan naprawd taki zajty Maryni? Przecie nie przez ciekawo pytam, tylko z przyjani... Bo ja bym si staraa to wszystko naprawi, ale chciaabym by pewna...
- Wie pani, co mnie dobio? - przerwa gwatownie Poaniecki - tamten poprzedni list! W Krzemieniu podobaa mi si! Zaczem o niej myle. Mwiem sobie: ta byaby milsza i lepsza ni jakakolwiek. Ta jest taka, jakiej wanie szukaem! Ale c? Ja sobie dawno powiedziaem: nie bd czowiekiem mikkim i swego nie daruj. Pani rozumie, e jak si z czego zrobi zasad, to czowiek si jej trzyma, choby przez ambicj. Przy tym w kadym z nas siedzi dwch ludzi, z ktrych drugi krytykuje to, co robi pierwszy. Ten drugi pocz mi mwi: "Daj pokj, z ojcem nie wytrzymasz." A to istotnie nieznona figura! Wic postanowiem sobie da pokj. I dlatego pozbyem si tej sumy. Oto jak byo. Dopiero pniej spostrzegem, e nie mog pozby si myli o pannie Pawickiej i e wci mam to samo wraenie: "Ta jest taka, jakiej szukae!" I poznaem, em gupstwo zrobi. I byo mi al. Potem, jak przyszed ten list, jak si przekonaem, e i z jej strony co byo, e ona mnie moga pokocha i by moj, tak j rwnie pokochaem. I daj pani sowo, e albo trac gow, albo to jest prawda! Pki si samemu czowiekowi co roi, to nic, ale gdy si zobaczy, e i tam byy otwarte ramiona, co za ogromna rnica! Dobi mnie ten list, i rady nie mog sobie da!
- Wol panu nie czyta wszystkiego - odrzeka po chwili pani Emilia. - Naturalnie, ona pisze, e krtki sen skoczy si przebudzeniem prdszym, ni si spodziewaa. O panu Maszce mwi, e jest bardzo delikatny w sprawach pieninych, jakkolwiek pragnie, by si obrciy na jego korzy.
- Wyjdzie za niego, jak Bg w niebie!
- Pan jej nie zna. A o Krzemieniu oto, co pisze:
"Papa ma ochot pozby si majtku i zamieszka w Warszawie. Ty wiesz, jak kocham Krzemie, jak si z nim zrosam, ale wobec tego, co si stao, ju ja sama zwtpiam, czy moja praca mogaby si na co przyda. Bd jeszcze prbowaa broni miego kawaka ziemi! Papa jednak powiada, e sumienie nie pozwala mu wizi mnie na wsi, i to jest tym bardziej gorzkie, e niby o mnie chodzi. Doprawdy, e czasem ycie zakrawa na ironi. Pan Maszko ofiaruje papie trzy tysice doywotnie i ca sum z parcelacji Magierwki. Nie dziwi mu si, e szuka wasnej korzyci, ale w razie takiego ukadu doszedby prawie darmo do majtku. Sam papa powiedzia mu: "W ten sposb, jeli rok poyj, wezm za Krzemie trzy tysice, bo Magierwka i tak moja." Ale Maszko odpowiedzia, e w dzisiejszym stanie rzeczy za Magierwk zabior pienidze wierzyciele, gdy za papa zgodzi si na taki ukad, jaki on proponuje, to wemie do rki gotwk, a oprcz tego moe y trzydzieci lat albo i wicej. To take prawda. Wiem, e papie w zasadzie podoba si ten projekt, chodzi mu tylko o to, by wicej utargowa. Jedyna w tym wszystkim pociecha, e gdy zamieszkamy w Warszawie, to bd widywaa czciej ciebie, moja droga Emilko, i Litk. Szczerze i z caej duszy kocham was obie i wiem, e na wasze przynajmniej serca zawsze mog liczy."
Nastaa chwila milczenia, po czym Poaniecki rzek:
- Wic tak! Pozbawiem j Krzemienia, ale za to posaem jej aspiranta!
I mwic to nie odgadywa, e Marynia napisaa w licie niemal te same sowa i e tylko pani Emilia opucia je umylnie, nie chcc go rani. Maszko jeszcze za ostatniej bytnoci Pawickich w Warszawie czyni ju pewne zabiegi o rk panny Maryni, nie potrzebowaa wic teraz wielkiej domylnoci, eby odgadn, co znaczy nabycie przez niego sumy od Poanieckiego i przyjazd na wie. W tym wanie tkwia caa gorycz zalewajca jej serce i gboka uraza, jak czua dla Poanieckiego.
- Trzeba to wszystko koniecznie wyjani - mwia pani Emilia.
- Posaem jej aspiranta! - powtrzy Poaniecki. - Nie mog si nawet tumaczy tym, em nie wiedzia o zamiarach Maszki.
Pani Emilia obracaa czas jaki w swych delikatnych palcach list Maryni, po czym rzeka nagle:
- To tak nie moe zosta! Ja chciaam pana z ni poczy przez przyja, jak mam dla obojga, ale teraz jest jeden powd wicej, mianowicie paskie zmartwienie. To byby wyrzut dla mnie, i ja tak pana nie mog zostawi. Niech pan nie traci nadziei... Jest adne przysowie francuskie, a bardzo brzydkie polskie o potdze i woli kobiecej. Doprawdy, e ja chc bardzo pomc!
Poaniecki chwyci jej rk i podnis j do ust.
- Pani jest najlepsza i najzacniejsza w wiecie istota, jak spotkaem.
- Byam bardzo szczliwa - odpowiedziaa pani Emilia - a poniewa myl, e do tego jest tylko jedna droga, wic chciaabym, eby moi bliscy ni poszli.
- Ma pani suszno. Ta droga albo adna! Skoro yj, wic chc, eby si to ycie komu i mnie na co zdao.
- A ja, skoro pierwszy raz w yciu podjam si roli swatki - rzeka miejc si pani Emilia - chc take, eby si to na co zdao. Trzeba tylko pomyle, co teraz wypada zrobi.
To rzekszy podniosa oczy w gr. wiato lampy padao w peni na jej drobn, mod jeszcze bardzo twarz, na jej jasne wosy, nieco zwichrzone nad czoem, i byo w niej co tak uroczego, a zarazem i dziewiczego, e Poanieckiemu, jakkolwiek gow mia zajt czym innym, przyszo na myl przezwisko, ktre jej dawa Bukacki wdowy-dziewicy.
- Marynia ma duo prostoty - rzeka po chwili namysu - i najlepiej mnie zrozumie, gdy jej napisz szczer prawd. Powiem jej to, co pan mnie mwi: e pan wyjecha zajty ni bardzo; e to, co pan zrobi, zrobi pan nie obliczywszy si z sob, pod wpywem tylko tej myli, e nie mgby si pogodzi z ojcem; ale e obecnie pan najszczerzej tego auje, prosi, by nie braa tego za ze i nie odejmowaa nadziei, e si pozwoli przebaga.
- A ja napisz do Maszki, e odkupi u niego t sum z takim zyskiem, jakiego zada.
Pani Emilia pocza si mia.
- Oto ten trzewy, wyrachowany pan Poaniecki, ktry si chlubi, e pozby si polskiego charakteru i polskiej lekkomylnoci.
- A tak! a tak! - zawoa ju weselszym tonem Poaniecki. - Wyrachowanie polega na tym, eby nie aowa na to, co warte.
Lecz w tej chwili spospnia.
- A jeli ona odpowie, e jest narzeczon Maszki?
- Nie przypuszczam. Pan Maszko moe by najzacniejszy czowiek, ale on nie dla niej. Ona nie wyjdzie za m bez przywizania, a wiem, e pan Maszko nie podoba si jej zupenie. To si nigdy nie stanie. Pan Maryni nie zna. Niech pan tylko uczyni ze swojej strony, co w pana mocy, ale o pana Maszk niech pan bdzie spokojny.
- Wic zamiast pisa zatelegrafuj dzi do niego. On nie moe w Krzemieniu dugo jednym cigiem bawi i musi w Warszawie odebra moj depesz.
Rozdzia smy
Odpowied Maszki, ktr Poaniecki odebra w dwa dni pniej, brzmiaa: "W dniu wczorajszym nabyem Krzemie." - Jakkolwiek z listu Maryni mona byo przewidzie, e rzeczy wezm taki, a nie inny obrt i mody czowiek powinien by by na to przygotowany, wiadomo sprawia na nim wraenie uderzenia piorunu. Zdawao mu si, e stao si zarwno niespodziewane, jak niepowetowane nieszczcie, za ktre caa odpowiedzialno spada na niego. Pani Emilia, znajc lepiej ni ktokolwiek przywizanie Maryni do Krzemienia, miaa rwnie przeczucie, ktrego nie potrafia ukry, e przez t sprzeda sprawa zblienia do siebie dwojga modych ludzi utrudnia si w wysokim stopniu.
- Maszko, jeli nie oeni si z Maryni - mwi Poaniecki - to zupi starego Pawickiego w ten sposb, e swoj opini ocali, a tamtego zostawi bez grosza. Gdybym by sprzeda t sum pierwszemu lichwiarzowi, stary by si wykrca, co spaca, wicej obiecywa - i ruina Krzemienia przewlokaby si o cae lata, w cigu ktrych mogoby si zdarzy co pomylnego, a przynajmniej byby czas sprzeda Krzemie w dobrych warunkach. Teraz, jeli zostan bez grosza, to bdzie moja wina.
Ale pani Emilia patrzya na spraw take i z innej strony.
- Nie tylko w tym ze - mwia - e Krzemie zosta sprzedany. Gdyby to kto inny przyczyni si do tego, nie pan, i to zaraz po bytnoci u Maryni, caa rzecz nie miaaby tego znaczenia; ale to wanie jest najgorsze, e Marynia tak bardzo nie spodziewaa si tego po panu.
Poaniecki odczuwa to rwnie dobrze, e za przywyk zdawa sobie jasno spraw z kadego pooenia, rozumia wic take, e Marynia jest dla niego tak dobrze jak stracona. Wobec tego pozostawao jedno: przyzna, i tak jest, zapomnie o niej i stara si o inn on. Ale caa dusza Poanieckiego buntowaa si przeciw temu. Naprzd jego uczucie dla panny Maryni, jakkolwiek nage, nie umocnione ani czasem, ani blisz znajomoci, jakkolwiek oparte przewanie na uroku niemal wycznie fizycznym, jaki jej posta na nim wywara, wzroso w ostatnich tygodniach znacznie. Sprawi to i jej list, i budzce si w Poanieckim przekonanie, e jej wyrzdzi krzywd. Braa go teraz nad ni lito i nie mg o niej myle bez wzruszenia; skutkiem tego samo uczucie powikszyo si o te dwa pierwiastki grajce nader wan rol w kadym mskim sercu. Nastpnie w energiczny, muskularny czowiek nie umia nigdy poddawa si biernie zbiegowi zdarze. Natura jego wprost nie moga tego znie. Widok trudnoci podnieca go wanie do czynu. Na koniec sprzeciwiaa si zaniechaniu Maryni i jego mio wasna. Myl, e musi kiedy sam przed sob przyzna, e by tylko spryn w rku takiego Maszki i jednym ze rodkw do jego celw, e mu si da zuytkowa, a przynajmniej uytkowa, napeniaa go wciekoci. Choby Maszko nie otrzyma rki Maryni, choby skoczyo si na Krzemieniu, i to ju byo dla Poanieckiego wicej, ni mg wytrzyma. Teraz braa go niepowstrzymana ochota wystpi przeciw Maszce, narzuca mu kamieni pod nogi, pokrzyowa przynajmniej dalsze jego plany i pokaza mu, e jego adwokacki spryt w zetkniciu si z prawdziw msk energi nie wystarcza.
Te wszystkie i szlachetniejsze, i mniej szlachetne powody popychay Poanieckiego z nieprzepart si do przedsiwzicia czegokolwiek, do jakiego dziaania. Tymczasem pooenie byo tego rodzaju, i nie pozostawao niemal nic do roboty. W tym przeciwiestwie tkwi wanie dramat. Siedzie w Reichenhallu, pozwoli Maszce przeprowadza swoje plany, rozciga swoje sieci, stara si o rk panny Pawickiej - nie! za nic! A wic co? I na to ostatnie pytanie nie byo odpowiedzi. Po raz pierwszy w yciu Poaniecki mia takie uczucie, jakby go uwizano na acuchu, i im mniej by przyzwyczajony do takiego pooenia, tym znosi je trudniej. Pozna te po raz pierwszy w yciu, czym jest bezsenno i rozdranione nerwy. Poniewa Litka w ostatnich dniach znw uczua si gorzej, wic nad caym towarzystwem zawisa cika jak ow atmosfera niepokoju, w ktrej ycie stawao si nieznonym.
Po upywie tygodnia przyszed znowu list Maryni...
Tym razem nie byo w nim wzmianki ani o Poanieckim, ani o Maszce. Marynia donosia tylko o sprzeday Krzemienia bez adnej skargi, bez adnego objanienia, jak si sprawa odbya. Ale z tego wanie mona byo wnosi, jak gboko dotkna j ta sprzeda.
Poaniecki wolaby by, eby go o ni oskaraa. Rozumia przy tym dobrze, e milczenie o nim w licie dowodzi, jak dalece zosta wykrelony z serca tej panny, podczas gdy milczenie o Maszce moe dowodzi czego cakiem przeciwnego. Ostatecznie, jeli jej tak chodzio o ten Krzemie, to moga do niego wrci oddajc dzisiejszemu wacicielowi jego sw rk; moe wic poraa si wanie z t myl. Stary Pawicki mia wprawdzie swoje szlacheckie uprzedzenia, i Poaniecki liczy na nie, ale, uwaajc go przede wszystkim za egoist, przypuszcza, e w danym wypadku powici dla wasnej wygody i crk, i uprzedzenia.
Koniec kocem, siedzenie w Reichenhallu z zaoonymi rkoma i czekanie na wiadomo, czy panu Maszce podoba si zaofiarowa sw rk pannie Pawickiej, stao si dla Poanieckiego wprost niemoebne. Litka powtarzaa take od czasu do czasu prob do matki, by wraca do Warszawy, wic i Poaniecki postanowi wraca, tym bardziej e zblia si termin, w ktrym obaj z Bigielem mieli rozpocz nowy interes.
Postanowienie to przynioso mu na razie wielk ulg. Wrci, zajrzy pooeniu z bliska w oczy i moe co przedsiwemie. Zawsze byo to co wicej, ni siedzie w Reichenhallu. I pani Emilia, i Litka przyjy wiadomo o jego wyjedzie bez zdziwienia. Wiedziay, e przyjecha tylko na kilka tygodni, i spodzieway si rycho zobaczy go w Warszawie. Pani Emilia miaa take w poowie sierpnia wyjecha. Przez reszt miesica postanowia zosta razem z Waskowskim w Salzburgu, potem za wraca do Warszawy. Tymczasem przyrzeka Poanieckiemu, e doniesie mu kilkakrotnie o zdrowiu Litki, a oprcz tego bdzie pisaa do Maryni, by dowiedzie si, jakie s naprawd jej myli wzgldem Maszki.
W dniu wyjazdu obie panie, wraz z Waskowskim, odprowadziy go na kolej. Gdy ju by w wagonie, uczynio mu si nieco al odjeda. Bd co bd, nie wiedzia, jak si wszystko obrci w Warszawie, tu za otaczay go najyczliwsze istoty, jakie mia w wiecie. Wychylony przez okno, patrzy na smutne oczta Litki, podniesione ku niemu, i na przyjazn twarz pani Emilii z takim uczuciem, jakby to bya jego rodzina. I znowu uderzya go nadzwyczajna pikno modej wdowy, jej a nadto delikatne rysy, anielski wyraz twarzy i jej posta zupenie panieska, przybrana w czarn sukni.
- Niech pan bdzie zdrw - mwia pani Emilia - i niech pan do nas napisze z Warszawy; mniej wicej za trzy tygodnie si zobaczymy.
- Za trzy tygodnie - powtrzy Poaniecki. - Napisz z pewnoci. Do widzenia, Litu!
- Do widzenia!
- Niech si pan kania Ewce i Joasi!
- Dobrze!
I wycign jeszcze rk przez okno:
- Do widzenia! Niech panie pamitaj o przyjacielu.
- Nie zapomnimy, nie zapomnimy! Chce pan, ebymy odmawiay nowenn na pask intencj? - pytaa z umiechem pani Emilia.
- Dzikuj i za to. Dobrze! Do widzenia, profesorze!
Pocig ruszy w tej chwili. Panie poczy macha jeszcze parasolkami, pki coraz pieszniejszy oddech lokomotywy nie przesoni kbami dymu i pary okna, przez ktre wyglda Poaniecki.
- Mamo - spytaa Litka, czy naprawd trzeba mwi nowenn za pana Stacha?
- Trzeba, Litu. On taki dla nas dobry. Trzeba prosi Boga, eby by szczliwy.
- A czy on jest nieszczliwy?
- Nie... To jest... widzisz, kady ma swoje zmartwienie, i on ma swoje.
- Ja wiem, ja syszaam w Thumsee... - odrzeka dziewczynka.
I po chwili dodaa ciszej:
- Bd mwia nowenn...
A profesor Waskowski, ktry przy caej swej poczciwoci nie umia nigdy utrzyma jzyka, rzek po chwili do pani Emilii, gdy Litka posza naprzd:
- To zote serce, i on kocha obie panie, jak brat. Teraz, gdy nam specjalista powiedzia, e nie ma najmniejszej obawy, mog wszystko powiedzie. To Poaniecki umylnie go sprowadzi, bo si zaniepokoi o ma w Thumsee.
- On? - spytaa pani Emilia. - No, widzi pan, co to za czowiek!
I zy wdzicznoci zakrciy si jej w oczach. Po chwili za dodaa:
- Ale ja mu si odpac za to, bo mu dam Maryni.
Poaniecki odjeda rwnie z sercem przepenionym yczliwoci i wdzicznoci dla pani Emilii, albowiem czowiek, ktremu si co nie powiedzie i ktry wskutek tego popada w zmartwienie, ywiej odczuwa przyja ludzk. Siedzc wic teraz w kcie wagonu i majc wieo w myli obraz pani Emilii mwi sobie:
"Ot, gdybym si by w niej zakocha! Co za spokj, co za pewno szczcia! I cel w yciu byby znaleziony; wiedziabym, dla kogo pracuj, wiedziabym, e czym jestem, e moje istnienie ma jaki sens. Ona mwi wprawdzie, e nie wyjdzie za m, ale za mnie - kto wie! Tamta moe by sobie doskonaoci, ale moe mie take bardzo osche serce."
Tu uczu nagle, e jednak o tej myli spokojnie, podczas gdy na kade wspomnienie tamtej chwyta go jaki niepokj, zarazem przykry i przyjemny. Czu, e go co cignie tylko do tamtej. wieo oto ciska rk pani Emilii, i ucisk w nie zostawi mu adnego wraenia, podczas gdy dzi jeszcze pamita ciepo doni panny Maryni i doznawa pewnego rodzaju dreszczu na samo o tym wspomnienie.
I a do Salzburga myla ju tylko o "tamtej". Tym razem myli jego poczy nawet przybiera ksztat jeli nie postanowie, to pyta, jak ma wzgldem niej postpi i co w tym zbiegu rzeczy jest jego obowizkiem.
"Nie da si zaprzeczy, e ja jestem przyczyn sprzeday Krzemienia - mwi sobie. - Krzemie nie tylko mia dla niej t warto pienin, jak daoby si moe z niego wycign, gdyby nie przypieszona sprzeda, ale i t warto, ktr przywizywao do niego jej serce. Ot pozbawiem j jednej i drugiej; krtko mwic: skrzywdziem j! Postpiem prawnie, ale to dla sumienia, zoonego z czego wicej ni z paragrafw, nie wystarcza. Zawiniem i przyznaj si do tego, a skoro tak, to musz to naprawi w jakikolwiek sposb.
Ale jak?
- Na odkupienie Krzemienia od Maszki nie jestem do bogaty. Mgbym to moe uczyni rozwizujc spk z Bigielem i wycofujc wszystkie moje pienidze, to za jest materialn niemoebnoci. Bigiel mgby przez to upa, wic tego nie zrobi. Pozostaje mi zatem jedno, mianowicie: utrzyma z Pawickimi stosunki jakimkolwiek sposobem, a nastpnie owiadczy si w krtkim czasie o rk panny Pawickiej. Jeli dostan kosza, to przynajmniej uczyni, co do mnie naley."
Ale tu w drugi, wewntrzny czowiek, o ktrym Poaniecki wspomina, zabra gos i pocz mwi:
"Nie zasaniaj si kwesti sumienia. Gdyby panna Pawicka bya starsza o dziesi lat i brzydka, to mgby tak samo przyczyni si do sprzeday Krzemienia, pozbawi j wszystkiego, czego pozbawi, i do gowy by ci nie przyszo owiadcza si o jej rk. Powiedze sobie od razu, e panna Pawicka cignie ci jak obcgami za pomoc swojej twarzy, oczu, ust, ramion, caej postaci - i nie oszukuj si."
Lecz Poaniecki trzyma w ogle krtko tego drugiego wewntrznego czowieka i traktowa go czasami bardzo niegrzecznie, zgodnie wic z t metod powiedzia mu:
"Naprzd, nie wiesz, gupcze, czy i w takim razie nie starabym si krzywdy nagrodzi. e za w tym wypadku chc j wynagrodzi owiadczajc si o pann, to wanie jest naturalne. Ludzie owiadczaj si zawsze kobietom, ktre im si podobaj, nie za takim do ktrych czuj odraz. Jeli wic nie masz nic lepszego do powiedzenia, to milcz."
Wewntrzny czowiek prbowa jeszcze kilku niemiaych uwag, jak np., e pan Pawicki moe kaza zrzuci pana Poanieckiego ze schodw, e mog go w najlepszym razie przez prg nie puci; ale pan Poaniecki jako si tego nie ulk. "Ludzie - myla - nie chwytaj si dzi takich rodkw, jeli za Pawiccy mnie nie przyjm, to tym gorzej dla nich."
Przypuszcza jednak, e jeli maj cho troch taktu, to go przyjm. Zreszt wiedzia, e pann Maryni bdzie widywa u pani Emilii. Rozmylajc w ten sposb, przyjecha do Salzburga. Bya godzina czasu do nadejcia pocigu z Monachium, ktrym mia jecha do Wiednia, wic postanowi przej si po miecie. Tymczasem w sali restauracyjnej ujrza nagle jasny kraciasty pidak Bukackiego, jego monokl i jego ma gow nakryt jeszcze mniejszym mikkim kapeluszem.
- Bukacki czy jego duch! - zawoa.
- Uspokj si, Poaniecki - odpowiedzia z flegm Bukacki witajc go tak, jakby si rozstali przed godzin. - Jak si masz?
- Co ty tu robisz?
- Jem kotlet na margarynie.
- Do Reichenhallu?
- Tak. A ty do domu?
- Tak.
- Nie owiadczye si pani Emilii?
- Nie.
- Wic ci przebaczam. Moesz jecha!
- Schowaj koncepta na lepsz por. Litka jest bardzo zagroona.
Bukacki spowania i podnisszy brwi pocz mwi:
- Aj! aj! Czy to zupenie pewne?
Poaniecki opowiedzia mu pokrtce, jakie jest zdanie lekarzy. Bukacki milcza przez chwil, nastpnie rzek:
- I nie ma tu czowiek by pesymist! Biedne dziecko i biedna matka! W razie nieszczcia, zupenie sobie nie wyobraam, jak ona je zniesie.
- Ona jest ogromnie religijna, ale strach o tym myle.
- Wyjdmy troch na miasto - rzek Bukacki - tu mona si udusi...
I wyszli. Po drodze Bukacki pocz powtarza:
- I nie ma tu czowiek by pesymist! C jest taka Litka? Po prostu gob! Kady by jej poaowa, tylko mier nie poauje.
Poaniecki milcza.
- Sam nie wiem teraz - mwi Bukacki - czy jecha do Reichenhallu? W Warszawie, jak jest pani Emilia, to i ja mog wytrzyma. Raz na miesic owiadczam si jej, raz na miesic dostaj odkosza i tak sobie yj od pierwszego do pierwszego. Teraz pierwszy min, wic zatskniem do mojej pensji... Czy matka zdaje sobie spraw ze stanu maej?
- Nie. Dziecko jest zagroone, ale moe by, e pozostaje mu jeszcze z par lat.
- Ha! moe nikomu z nas nie pozostaje wicej. Powiedz mi, czy ty czsto rozmylasz nad mierci?
- Nie. Co mi to pomoe? Wiem, e t spraw musz przegra, wic sobie gowy nad ni nie ami, zwaszcza przed czasem.
- W tym rzecz, e musimy przegra, a jednak procesujemy si a do koca. Oto cay sens ycia, ktre inaczej byoby tylko nudn fars, a tak jest zarazem gupim dramatem. Co do mnie, mam teraz trzy rzeczy do wyboru: albo si powiesi, albo jecha do Reichenhallu, albo do Monachium obejrze raz jeszcze Boeckliny. Gdybym by logiczny, wybrabym to pierwsze, poniewa za nie jestem logiczny, wic wybior Reichenhall. Pani Emilia warta jest Boecklinw i jako rysunek, i jako kolor.
- Co sycha w Warszawie? - spyta nagle Poaniecki, ktry to pytanie mia na ustach od pocztku rozmowy. - Widziae Maszk?
- Widziaem. Kupi Krzemie i jest wielkim posiadaczem, a poniewa ma rozum, wic stara si wszelkimi siami, by si nie wyda zbyt wielkim. Jest askawy, wyrozumiay, pobaliwy, przystpny, to jest, zmieni si na korzy, nie moj wprawdzie, bo c mnie to moe obchodzi! Ale zapewne na swoj wasn.
- Nie eni si z pann Pawick?
- Syszaem, e ma ochot. Twj wsplnik, Bigiel, co o tym wspomnia, rwnie jak i o tym, e Krzemie zosta kupiony w warunkach zbyt dla Maszki korzystnych. Na miejscu dowiesz si o tym lepiej.
- Gdzie s obecnie Pawiccy?
- W Warszawie. Mieszkaj w Hotelu Rzymskim. Maa wcale niebrzydka. Byem u nich, jako kuzynek, i rozmawiaem o tobie.
- Moge wybra milszy dla nich przedmiot rozmowy.
- Pawicki, ktry jest rad z tego, co si stao, powiedzia, e im oddae przysug - zapewne, niechccy - ale oddae... Pytaem panny, jakim sposobem poznaa ci dopiero w Krzemieniu. Odpowiedziaa mi, e w czasie jej bytnoci w Warszawie musiae by zapewne za granic.
- Rzeczywicie, wyjedaem wtedy w interesach Domu do Berlina i bawiem tam dugo.
- Ow urazy w nich dla ciebie nie spostrzegem. Tyle si jednak nasuchaem o mioci panny do zaj sielskich, e przypuszczam, i musi by troch za, e j ich pozbawi. W kadym razie nie okazuje tego.
- By moe, e okae dopiero mnie, a sposobnoci jej nie zbraknie, gdy zaraz po powrocie bd u nich.
- W takim razie oddaj mi jedn ma przysug: oe si z pann, bo z dwojga zego wol zosta twoim kuzynem ni tego Maszki.
- Dobrze - odpowiedzia krtko Poaniecki.
Rozdzia dziewity
Po powrocie do Warszawy Poaniecki przede wszystkim uda si do Bigiela; ktry dokadnie rozpowiedzia mu, w jakich warunkach Krzemie zosta sprzedany. Warunki te byy nader dla Maszki korzystne. Zobowiza si on wypaci po upywie roku trzydzieci pi tysicy rubli, ktre miay wpyn z parcelacji Magierwki, a prcz tego paci po trzy tysice rubli rocznie a do mierci pana Pawickiego. Poanieckiemu nie wydao si to zrazu ukadem zbyt dla Pawickich niepomylnym, lecz Bigiel by innego zdania.
- Ja zbyt piesznie ludzi nie sdz - mwi - ale ostatecznie Pawicki jest starym egoist, ktry dla wasnej wygody powici przyszo dziecka, a prcz tego czowiekiem lekkomylnym. W tym wypadku renta jest niby oparta na Krzemieniu, ale Krzemie, jako majtek zrujnowany, w ktry trzeba wkada, ma warto fikcyjn. Jeli Maszko doprowadzi go do porzdku, to dobrze, jeli nie, to w najlepszym razie bdzie zalega z wypat, a przez cae lata Pawicki moe grosza nie widzie. Co wtedy zrobi? Odbierze na powrt Krzemie. Ale Maszko pozaciga do tego czasu nowe dugi, choby dlatego, eby spaci stare; i - w razie jego bankructwa - Bg wie, ilu wierzycieli wycignie po Krzemie rce. Ostatecznie wszystko polega na uczciwoci Maszki, ktry moe by sobie porzdnym czowiekiem, ale prowadzi interesa ostro, ktrego zatem jeden faszywy krok moe zrujnowa. Kto wie, czy samo kupno Krzemienia nie jest takim krokiem, bo chcc uporzdkowa majtek musi wycign swj kredyt do ostatecznoci. Widziaem takich, ktrym si dugo udawao, pki nie rzucili si na kupno wielkich majtkw ziemskich.
- Pawickim zostanie zawsze gotowizna za Magierwk - rzek Poaniecki, jakby chcc uspokoi wasne obawy o ich przyszo.
- Jeli stary Pawicki jej nie przeje, nie przegra, nie zmarnotrawi.
- Ja musz co obmyli. Przyczyniem si do sprzeday, wic musz radzi.
- Ty? - spyta ze zdziwieniem Bigiel. - Mylaem, e wasze stosunki s zerwane.
- Sprbuj je zawiza na nowo. Jutro bd u nich.
- Nie wiem, czy ci radzi zobacz.
- I ja nie wiem.
- Chcesz, ebym poszed z tob? Bo chodzi o zamanie lodw. Samego mog ci nie przyj... Szkoda, e mojej ony nie ma... Po caych wieczorach przesiaduj teraz sam i grywam na wiolonczeli, ale w dzie mam duo czasu i mog i, gdzie chcesz.
Poaniecki jednak odmwi i nazajutrz, przybrawszy si z wielk starannoci, poszed sam. Wiedzia, e jest przystojnym czowiekiem, a cho zwykle niewiele o tym myla, teraz postanowi nie zaniedba niczego, co by mogo przemwi na jego korzy. Idc mia take peno w gowie pomysw: co powie, co zrobi w takim a takim razie, i z gry stara si przewidzie, jak go przyjm.
- Bd jak najprostszym i najotwartszym - mwi sobie. - Ostatecznie, to jest najlepszy sposb.
I sam nie wiedzia, kiedy znalaz si przed Rzymskim Hotelem. Wwczas serce poczo mu bi nieco ywiej.
"Byoby niele jednak - pomyla - ebym ich nie zasta. Zostawibym kart i pniej zobaczybym, czy Pawicki odda mi wizyt." Lecz natychmiast powiedzia sobie: "Nie tchrz!" - i wszed. Dowiedziawszy si od portiera, e pan Pawicki jest w domu, posa swoj kart, i po chwili poproszono go na gr.
Pan Pawicki siedzia przy stole i pisa listy, pocigajc od czasu do czasu dym z cybucha zakoczonego wielkim bursztynem. Na widok Poanieckiego podnis gow i spojrzawszy na niego przez zote binokle, rzek:
- Prosz, prosz!
- Dowiedziaem si od Bigiela, e pastwo jestecie w Warszawie - rzek Poaniecki - i przychodz zoy moje uszanowanie.
- Bardzo to piknie z twojej strony - odrzek Pawicki - i co prawda, tom si tego nie spodziewa. Rozstalimy si w bardzo przykry sposb, i to z twojej winy. Ale poniewa poczue si do obowizku odwiedzenia mnie, wic ja, jako starszy, otwieram ci znowu ramiona.
Jednake otworzenie ramion ograniczyo si tym razem do wycignicia przez st rki, ktr Poaniecki ucisn mwic sobie w duchu:
"Niech mnie licho porwie, jeli ja tu do ciebie przyszedem i jeli wzgldem ciebie poczuwam si do jakiegokolwiek obowizku."
Po chwili spyta:
- Pastwo przenosicie si do Warszawy?
- Tak jest. Ja, stary wieniak, przywyky do wstawania ze socem i do moich zaj rolniczych... mnie ciko bdzie w waszej Warszawie. Ale nie godzio mi si wizi dziecka, wic zrobiem t jedn wicej ofiar.
Poaniecki, ktry spdzi dwie noce w Krzemieniu, przypomnia sobie, e pan Pawicki wstawa okoo jedenastej i e waciwie trudni si interesami Krzemienia, nie jego rol; pomin to jednak milczeniem, albowiem gow zajt mia w tej chwili czym innym. Oto od numeru, ktry zajmowa pan Pawicki, otwarte drzwi prowadziy do innego, w ktrym musiaa mieszka panna Marynia. Poanieckiemu, ktry zezowa w kierunku tych drzwi od chwili wejcia, przyszo do gowy, e ona moe nie chce do niego wyj, wic spyta:
- A panny Marii nie bd mia przyjemnoci zobaczy?
- Marynia wysza obejrze mieszkanie, ktre znalazem dzi rano. Przyjdzie zaraz, bo to o par krokw. Wyobra sobie, cacko, nie mieszkanko! Ja bd mia gabinet i sypialni, Marynia take bardzo adny pokoik... Jadalny jest wprawdzie troch ciemny, ale salonik jak bombonierka...
Tu pan Pawicki przeszed do opowiadania o mieszkaniu z obfitoci sw dziecka, ktre co bawi, lub starego wygodnisia, ktremu umiecha si zmiana na lepsze. W kocu rzek:
- Ledwom si obejrza, juem znalaz. Warszawka to moja stara przyjacika i znam j dobrze.
Lecz w tej chwili kto wszed do przylegego pokoju.
- To pewno Marynia - rzek Pawicki.
I pocz woa:
- Maryniu, czy to ty?
- Ja - ozwa si mody gos.
- Chode tu; mamy gocia.
Panna Marynia ukazaa si we drzwiach. Na widok Poanieckiego zdziwienie bysno na jej twarzy.
Poaniecki, wstawszy, skoni si, a gdy zbliya si do stou, wycign ku niej na powitanie rk. Ona podaa mu swoj zarwno chodno, jak grzecznie. Po czym zwrcia si do ojca, jak gdyby nikogo wicej nie byo w pokoju.
- Widziaam mieszkanie - rzeka. - adne i wygodne; nie wiem tylko, czy ulica nie zbyt haaliwa.
- Wszystkie ulice s haaliwe - zauway pan Pawicki. - To nie wie.
- Przepraszam, pjd zdj kapelusz - odrzeka panna Marynia.
I wrciwszy do swego pokoju, nie ukazywaa si przez czas do dugi.
"Nie pokae si wicej" - pomyla Poaniecki.
Lecz ona widocznie poprawiaa tylko wosy przed lustrem po zdjciu kapelusza, po czym wesza znowu i spytaa:
- Nie przeszkadzam?
- Nie - rzek Pawicki - nie mamy ju ze sob adnych interesw, z czego, mwic nawiasem, rad jestem mocno. Pan Poaniecki przyszed tylko z grzecznoci.
Poaniecki poczerwienia nieco i chcc zmieni przedmiot rozmowy rzek:
- Wracam z Reichenhallu, przywo pani ukony od pani Chwastowskiej i od Litki, i to jest take jeden z powodw, dla ktrych omieliem si przyj.
Na chwil w chodny spokj, ktry by na twarzy panny Maryni, znik.
- Pisaa mi Emilka o ataku sercowym Litki - rzeka. - Jake ona si teraz ma?
- Drugiego nie byo.
- Spodziewam si te znowu listu, i moe ju przyszed, ale go nie odebraam, poniewa Emilka prawdopodobnie adresowaa do Krzemienia.
- To ci go odel - rzek Pawicki. - Daem polecenie, by wszystko, co przyjdzie, tu odsyano.
- Pastwo ju nie powrcicie na wie? - spyta Poaniecki.
- Nie, nie powrcimy - odrzeka panna Marynia, ktrej oczy przybray na powrt wyraz chodnego spokoju.
Nastaa chwila milczenia. Poaniecki patrzy na mod dziewczyn i zdawa si walczy sam ze sob. Jej twarz cigna go z nie znan mu dotd si. Czu coraz wyraniej, e w takiej wanie znalazby najwiksze upodobanie, e tak mgby pokocha, e to jest jego typ kobiety wybranej - i tym bardziej jej chd stawa mu si nieznony. Daby teraz Bg wie co, by w tych rysach odnale znw ten wyraz, ktry widzia w Krzemieniu, to zajcie si jego sowami i zasuchanie, t zaciekawion przezroczysto oczu penych umiechw; daby Bg wie co, eby to wszystko wrcio, a nie wiedzia, jak drog i do tego, powoln czy prdk, wic dlatego si waha. Wybra na koniec t, ktra bya zgodniejsza z jego natur.
- Wiedziaem - rzek nagle - jak pani kochaa Krzemie, i mimo tego, by moe, e przyczyniem si do jego sprzeday. Jeli tak jest, to powiadam pani otwarcie, e tego najmocniej auj i nigdy aowa nie przestan. Na swoj obron nie mog nawet powiedzie, em to uczyni w uniesieniu i bez namysu. Owszem, namylaem si, tylko namys by zy i bezrozumny. Tym wiksza moja wina, i tym bardziej prosz pani o przebaczenie.
To rzekszy wsta. Policzki mu zapony, z oczu bia prawda i otwarto, ale sowa jego pozostay bez wraenia. Poaniecki szed bdn drog. Za mao on zna kobiety w ogle, eby mg sobie zda spraw, jak dalece sdy ich, zwaszcza o mczyznach, bywaj zalene od ich uczu zarwno chwilowych, jak staych. Wszystko na mocy tych uczu moe by przyjte za dobr lub z monet; wszystko tumaczone na ze lub dobre, uznane za suszne lub za faszywe; gupota moe by poczytan za rozum, rozum za gupot, egoizm za powicenie, powicenie za samolubstwo, grubiastwo za otwarto, otwarto za brak delikatnoci. Mczyzna, ktry w danej chwili budzi niech, nie moe mie dla kobiety susznoci, nie moe by szczerym, nie moe by sprawiedliwym, nie moe by dobrze wychowanym. Ow panna Marynia, czujc do Poanieckiego od chwili przyjazdu Maszki do Krzemienia gbok uraz i niech, wzia mu teraz wprost za ze jego otwarto. Pierwsz jej myl byo: "C to za czowiek, ktry uznaje za bezrozumne i ze to, co kilka dni temu zrobi z rozmysem?..." Nastpnie Krzemie, jego sprzeda, przyjazd Maszki i znaczenie tego przyjazdu, ktre odgada, to bya w niej jakby rana, ktra jtrzya si coraz bardziej. I teraz zdawao jej si, e Poaniecki rozkrwawia t ran z ca bezwzgldnoci czowieka o szorstkiej naturze i grubych nerwach.
On wsta i, z oczyma w jej twarzy, czeka, czy si ku niemu nie wycignie przyjazna i przebaczajca rka, z jasnym poczuciem, e jedno takie wycignicie doni moe stanowi o jego losie; lecz jej oczy pociemniay na chwil jakby z blu i gniewu, twarz za staa si jeszcze zimniejsz.
- Niech pan si tym nie kopoce - odrzeka z lodowat grzecznoci. - Papa jest owszem bardzo rad z ukadu i z caego stosunku z panem Maszk.
To rzekszy wstaa take jakby rozumiejc, e Poaniecki chce si poegna. On zatrzyma si jeszcze chwil, zraony, zawiedziony, peen uczucia upokorzenia, jakiego doznaje zawsze czowiek, ktrego odepchnito, wreszcie peen urazy i tumionego gniewu.
- Jeli tak - odrzek - to i ja niczego wicej nie pragnem.
- Ale tak! ale tak! Zrobiem dobry interes - zakoczy pan Pawicki.
Poaniecki wyszed - i schodzc po kilka schodw od razu, z zacinitym na gow kapeluszem, powtarza sobie w duchu:
"Noga moja u was wicej nie postanie."
Czu jednak, e gdy wrci do domu, to go zadawi gniew; ruszy wic przed siebie nie mylc o tym, dokd go nogi ponios. Zdawao mu si w tej chwili, e nie kocha Maryni, e j nawet nienawidzi, ale jednak myla o niej, i gdyby myla spokojniej, zdaby sobie spraw, e samo zobaczenie jej wstrzsno nim gboko. Widzia j oto znowu, patrzy na ni, porwna z rzeczywistoci ten jej obraz, ktry nosi w pamici - i obraz stawszy si przez to jeszcze wyraniejszy, bardziej realnie pontny, tym silniej dziaa na niego. I mimo gniewu w gbi jego duszy podnosio gow ogromne upodobanie i zachwyt. Istniay teraz dla niego jakby dwie Marynie: jedna potulna, przyjazna, zasuchana i gotowa kocha, Marynia z Krzemienia; druga, ta lodowata panna z Warszawy, ktra go odtrcia. Kobieta czsto zdwaja si tak w sercu mskim, ktre wwczas najczciej gotowe jest przebaczy tej nieprzyjaznej dla tamtej kochanej. Poaniecki nie przypuszcza nawet, eby Marynia potrafia by tak, jak dzi okazaa si dla niego; z tego powodu w jego gniewie byo jakby pewne zdziwienie. Znajc swoj istotnie niezaprzeczon warto i bdc dostatecznie zarozumiaym, nosi w sobie przewiadczenie, do ktrego nie chciaby si przyzna sam przed sob, e do mu wycign rk, by za ni pochwycono. Tymczasem pokazao si inaczej. Ta potulna panna Marynia wystpia nagle nie tylko w roli sdziego, ktry wydaje wyroki i potrafi potpi, ale zarazem i w roli jakby krlowej, u ktrej mona by w lasce lub nieasce. Poaniecki nie mg si z t myl oswoi i szamota si z ni, ale taka jest natura ludzka; e gdy pozna, i dla tej panny nie jest tak podanym, jak sdzi, e ona nie tylko nie. ceni go zbyt wysoko, ale niej od siebie samej, wbrew niechci, urazie, gniewowi cena jej wzrosa w jego oczach. Jego mio wasna zostaa zraniona, a z drugiej strony jego wola, istotnie silna, gotowa bya porwa si do walki z trudnociami i podruzgota je. Wszystkie te myli kryy teraz bezadnie w jego gowie, a raczej byy to bardziej poczucia ni myli, poszarpane i same szarpice. Powtarza sobie stokro, e wszystkiego poniecha, e musi i chce poniecha, a jednoczenie by do sabym i maym, by w tej samej chwili, gdzie w najtajniejszym kcie duszy, liczy na przyjazd pani Emilii i na t pomoc, jak w przyjazd mg mu przynie.
Pogrony w tej duchowej rozterce, nie opamita si a w poowie Zjazdu. Wwczas zada sobie pytanie: "Po licha ja szedem na Prag?" - i zatrzyma si. Dzie by pogodny i schyla si ku wieczorowi. Wisa pyna poniej w blasku, a za ni i za bliszymi kpami zielonoci wida byo rozlegy kraj zakryty na widnokrgu mg row i sinaw. Hen, za tymi mgami, by Krzemie, ktry Marynia kochaa i ktry stracia. Poaniecki, utopiwszy oczy w mgy, powiedzia sobie:
"Ciekawym, co by zrobia, ebym jej go odda?"
Lecz nie umia sobie tego dokadnie wyobrazi, natomiast wyobrazi sobie, e utrata tego kawaka ziemi bya dla niej istotnie wielk przykroci - i zrobio mu si jej al. W tym alu pocza si rozpywa jego uraza i przesania si jakby mg. Sumienie jo mu szepta, e mia to, na co zasuy.
Wracajc mwi sobie:
"Jednake ja o tym wszystkim cigle myl."
I rzeczywicie tak byo. Nigdy w najwaniejszych sprawach pieninych nie doznawa ani p takiego niepokoju, nigdy te nie pogra si w nie tak dalece. I znw przyszo mu na myl to, co mwi Waskowski, e natura jego, jako Poanieckiego; niezdolna jest woy caej duszy w robienie pienidzy. Nigdy nie dowiadczy rwnie jasnego poczucia, e mog by sprawy od tego waniejsze i po prostu bardziej pozytywne. Po raz drugi ogarno go pewne zdziwienie.
Bya ju blisko dziewita, gdy zaszed do Bigiela. Bigiel, sam w obszernym, pustym mieszkaniu, siedzia we drzwiach otwartych na ogrodow werend i wygrywa na wiolonczeli tak, e a wszystko w domu drgao. Ujrzawszy Poanieckiego przerwa jakie tremolo i spyta:
- Bye dzi u Pawickich?
- Byem.
- Jake panna?
- Jak karafka "frapowanej" wody. Na taki gorcy dzie to przyjemno. Zreszt grzeczni ludzie.
- Przewidywaem to.
- Graj dalej.
Bigiel pocz gra Trumerei i grajc przymyka oczy lub podnosi je na ksiyc. W ciszy muzyka zdawaa si napenia sodycz dom, ogrd i sam noc.
Gdy skoczy, milcza przez chwil, po czym rzek:
- Wiesz co? Jak pani Emilia wrci, ona moja zaprosi j do siebie na wie, a z ni i pann Pawick. Moe tam te lody midzy wami stopniej.
- Zagraj jeszcze raz Trumerei.
Dwiki ozway si po raz drugi, spokojne i rozmarzone. I Poaniecki by zbyt modym, by nie mia by rwnie cho troch marzycielem. Wic wyobrazi sobie, e Marynia sucha z nim razem Trumerei z rkoma w jego rkach, z gow na jego piersiach, kochajca bardzo i nad wszystko w wiecie kochana.
Rozdzia dziesity
Pan Pawicki by jednak czowiekiem, co si nazywa dobrze wychowanym, albowiem trzeciego dnia odda wizyt Poanieckiemu. Odda j nie drugiego, taka bowiem skwapliwo oznaczaaby ch utrzymania bliskich stosunkw, i nie czwartego albo pitego, byoby to bowiem dowodem braku znajomoci zwyczajw wiatowych, tylko w terminie najwaciwszym i jedynie wskazanym przez przykazania savoir vivre. Pan Pawicki szczyci si cae ycie znajomoci tych przykaza oraz waciwych im odcieni i zachowywanie ich uwaa za najwysz mdro ludzk. Jako czowiek wyrozumiay, pozwala wprawdzie istnie innym gaziom wiedzy, pod warunkiem wszelako, eby si nie przeceniay, a zwaszcza, by nie miay pretensji narzucania si ludziom prawdziwie dobrze wychowanym.
Poaniecki, dla ktrego wszystko byo podanym, co nawizywao jakkolwiek ni dalszych stosunkw z pann Maryni, z trudnoci potrafi ukry rado, jak mu sprawio przybycie pana Pawickiego. Rado ta odbia si te w uprzejmym i penym dobrego humoru przyjciu. Musia on zreszt podziwia pana Pawickiego i wpyw, jaki na niego uczynio miasto. Czupryna jego lnia si jak skrzyda krucze, mae wsiki sterczay do gry, walczc o lepsze pod wzgldem barwy z czupryn, biaa kamizelka okrywaa wysmuk pier, psowy za gwodzik przy czarnej akietce dodawa jakiego witecznego blasku caej postaci.
- Pod sowem, nie poznaem wujaszka w pierwszej chwili! - zawoa Poaniecki. - Mylaem, e jaki modzik wchodzi.
- Bonjour, bonjour! - odpowiedzia pan Pawicki. - Chmurny dzie, troch tu ciemno, i chyba dlatego wzie mnie za modzika.
- Chmurno czy jasno - co to za figura! - odpowiedzia Poaniecki.
I chwyciwszy bez ceremonii w boki pana Pawickiego pocz nim obraca i mwi:
- Talia zupenie jak u panny. Chciabym mie tak!
Pan Pawicki, mocno zgorszony tak bezceremonialnym powitaniem, ale zarazem jeszcze mocniej uradowany tym podziwem, jaki wzbudzaa jego posta, mwi bronic si:
- Voyons! Wariat jeste. Mgbym si pogniewa! Wariat jeste.
- Ale wujaszek nazawraca gw, ile sam zechce.
- Co powiadasz?- spyta pan Pawicki sadowic si w fotelu.
- Powiadam, e wujaszek przyjecha tu na podboje...
- Nie myl o tym wcale. Wariat jeste!
- A pani Jamiszowa? Albo to nie widziaem na wasne oczy...
- Co?
Tu pan Pawicki przymkn jedno oko i wysun koniec jzyka, ale trwao to chwilk tylko, po czym podnis brwi i rzek:
- Widzisz, Jamiszowa... Dobre to na Krzemie... Midzy nami, nie znosz afektacji, bo to zawsze trci prowincj. Niech Jamiszowej Pan Bg nie pamita, ile mnie ona namczya swoj afektacj. Kobieta powinna mie odwag zestarze si - wtedy stosunek koczy si przyjani, inaczej za staje si niewol.
- I wujaszek czu si motylem w ptach?
- Tylko nie mw tak - odrzek z godnoci pan Pawicki - i nie wyobraaj sobie, eby co midzy nami byo. Gdyby te i byo, nie usyszaby ode mnie o tym ani sowa. Wierz mi, jest wielka rnica midzy wami a nami z poprzedniego pokolenia. My nie bylimy moe witymi, ale umielimy milcze, a to jest wielka cnota, bez ktrej to, co si nazywa prawdziwym szlachectwem, nie istnieje.
- Z tego wnosz, e mi si wuj nie przyzna, dokd ode mnie pjdzie z tym czerwonym gwodzikiem przy wyogu.
- Owszem, owszem... Maszko dzi prosi na niadanie mnie i kilka innych osb. Z pocztku odmwiem, nie chcc zostawia Maryni samej... Ale nasiedziaem si dla niej tyle lat na wsi, e istotnie naley mi si troch rozrywki. A ty nie jeste proszony?
- Nie.
- To mnie dziwi. Jeste, jak sam powiadasz, "aferzyst", ale nosisz porzdne nazwisko. Maszko zreszt sam jest adwokatem... W ogle jednak powiem ci, i nie mylaem, eby on potrafi si tak postawi.
- Maszko potrafi postawi si nawet na gowie...
- Bywa wszdzie, wszyscy go przyjmuj... A ja miaem niegdy do niego uprzedzenie.
- A teraz wuj nie ma uprzedzenia?
- Musz przyzna, e ze mn postpowa w caej tej sprawie z Krzemieniem jak gentleman.
- Panna Marynia jest tego samego zdania?
- Zapewne... chocia myl, e jej ten Krzemie ley na sercu... Dla niej to zrobiem, em si go pozby, ale modo nie wszystko potrafi zrozumie. Zreszt wiedziaem o tym i gotw jestem znie kad przykro ze spokojem. Co do Maszki... zapewne!... Ona nie moe mu nic zarzuci. Kupi Krzemie, to prawda, ale...
- Ale gotw go odda?...
- Ty naleysz do rodziny, wic, midzy nami mwic, myl, e tak jest... Jego Marynia zaja bardzo, jeszcze za naszego poprzedniego pobytu, ale to jako nie szo. Dziewczyna bya za moda - nie do jej si podoba, ja sam troch si krzywiem, bo mnie uprzedzono co do jego rodziny. Bukacki ostrzy sobie na nim zby - ot i skoczyo si na niczym...
- Nie skoczyo si, skoro si rozpoczyna na nowo.
- Bom si przekona, e on pochodzi z bardzo dobrej rodziny, niegdy woskiej... Oni si kiedy nazywali Masco - i przyszli tu z Bon, a potem osiedli na Biaorusi. On, jeli zauway; ma nawet troch twarz wosk.
- Nie, on ma portugalsk.
- To ju wszystko jedno... Ostatecznie, pomyl: sprzeda Krzemie, a jednak go mie - to nie lada gowa wymyli... Co do Maszki - tak! Sdz, e taki jest jego zamiar, ale Marynia to dziwna dziewczyna. Przykro to mwi, ale czowiek prdzej potraf zrozumie obcego ni wasne dziecko. Jeli ona sobie jednak powie: Paris vaut la messe, jak to powiedzia Talleyrand...
- A? Ja mylaem, e to powiedzia Henryk IV?
- Bo ty jeste "aferzysta", czowiek nowych czasw. Wam, modym, historia i stare dzieje nie w smak, wolicie robi pienidze... Wszystko tedy zaley od Maryni, a ja nie bd przynagla, nie bd, bo ostatecznie przy naszych stosunkach moe si jej jeszcze lepsza partia trafi. Trzeba bdzie troch wej midzy ludzi i odszuka dawnych znajomych. Trud to tylko i umczenie, ale co trzeba, to trzeba. Mylisz, e ja z przyjemnoci id na to niadanie? Nie! ale musz troch i modziey przyjmowa. Spodziewam si te, e nie bdziesz o nas zapomina...
- Nie, nie bd...
- Wiesz, co mi o tobie powiedzieli? e ty diablo robisz pienidze. No! no! nie wiem, w kogo si wdae - nie w ojca! W kadym razie, nie ja ci to bd gani, nie, nie!... Dusie mnie bez miosierdzia, obszede si ze mn jak wilk z jagniciem, ale jest w tobie co, co mi si podoba, mam do ciebie jak sabo.
- I wzajemnie! - rzek Poaniecki.
Rzeczywicie, pan Pawicki nie kama. Mia on instynktown cze dla majtku, i ten mody czowiek, ktry go robi, wzbudza w nim pewien podziw, graniczcy z sympati. To nie by pierwszy lepszy biedny krewniak, ktry by potrzebowa pomocy, i dlatego pan Pawicki, cho na razie nie mia wzgldem niego adnych wyrachowa, postanowi zachowa z nim stosunki.
Pod koniec wizyty pocz si jeszcze oglda po mieszkaniu.
- Piknie mieszkasz! - rzek.
Bya to take prawda. Poaniecki mia tak przygotowane mieszkanie, jakby si mia eni. Samo urzdzanie go w ten sposb sprawiao mu przyjemno, albowiem dawao jaki pozr rzeczywistoci jego pragnieniom.
Pawicki te, rozejrzawszy si po salonie, za ktrym wida byo drugi, mniejszy, urzdzony nader wykwintnie, spyta:
- Czemu ty si nie enisz?
- Zrobi to, jak bd mg najprdzej.
Pan Pawicki umiechn si domylnie i klepic po kolanie Poanieckiego pocz powtarza:
- I wiem z kim, i wiem z kim!...
- To mi gowa! - zawoa Poaniecki - ukrywaje tu co przed takim dyplomat!
- Aha! co... Z wdwk? z wdwk - co?
- Kochany wujaszek!...
- Co? Niech ci Bg bogosawi, jak ja bogosawi. A teraz ruszam, bo czas na niadanie, a wieczorem koncert w Dolinie.
- W kompanii z Maszk?
- Nie, z Maryni - ale i Maszko bdzie.
- Wybieram si i ja z Bigielem.
- A to si zobaczymy. Gra z gr si nie zejdzie, ale czowiek z czowiekiem zawsze moe.
- Jak powiedzia Talleyrand...
- Wic do widzenia.
Poaniecki lubi czasem muzyk, ale nie wybiera si wcale na koncert, gdy mu jednak Pawicki o tym wspomnia, chwycia go ch zobaczenia Maryni. Po odejciu Pawickiego namyla si jeszcze czas jaki, czy i, czy nie i, ale, mona by rzec, dla formy, albowiem z gry wiedzia, e nie wytrzyma i pjdzie. Bigiel, ktry przyszed do niego na konferencj handlow po poudniu, z atwoci da si namwi, i koo czwartej znaleli si w Dolinie. Dzie, jakkolwiek wrzeniowy, by tak ciepy i pogodny, e ludzie zgromadzili si licznie i cae zgromadzenie miao pozr letni. Wszdy mnstwo jasnych sukien, jasnych parasolek i modych kobiet, ktre wyroiy si jak kolorowe motyle przygrzane socem. Midzy tym rojem, przeznaczonym do kochania albo te kochanym i kochajcym, zgromadzonym tu zarwno dla muzyki, jak w poszukiwaniu mioci, miaa si znajdowa i Marynia. Poanieckiemu przypomniay si czasy studenckie, gdy kocha si w nieznajomych i wyszukiwa ich w tumie, mylc si co chwila z powodu podobiestwa kapeluszy, wosw, oglnej postawy. I teraz zdarzyo mu si wzi z daleka za Maryni kilka osb, mniej lub wicej do niej podobnych; i teraz, jak dawniej, za kadym razem, w ktrym sobie mwi: "to ona!", doznawa tych dziwnych drga koo serca, tego niepokoju, jakiego dowiadcza dawniej. Dzi jednak braa go zo, bo wydawao mu si to miesznym, a przy tym czu, e takie poszukiwania spotka i widze, pochaniajc czowieka i skupiajc jego myli na jednej istocie, zwikszaj zajcie, jakie ona budzi, i tym bardziej do niej przykuwaj.
Tymczasem orkiestra pocza gra, zanim mg odnale t, ktrej w tumie upatrywa. Trzeba byo si i sucha, co czyni z przymusem, niecierpliwic si w duszy na Bigiela, ktry sucha bez ruchu, z przymknitymi oczyma. Po skoczeniu numeru dojrza wreszcie byszczcy cylinder i czarne wsiki pana Pawickiego, a za nimi profil Maryni. Trzeci siedzia Maszko, spokojny, peen dystynkcji, z min angielskiego lorda. Chwilami przemawia do Maryni, a ona zwracaa si ku niemu, potakujc lekko gow.
- Pawiccy tu s - rzek Poaniecki - trzeba si pj przywita.
- Gdzie ich widzisz?
- Ot, tam, z Maszk.
- A prawda. Pjdmy.
I poszli. Panna Marynia, ktra lubia pani Bigielow, powitaa Bigiela bardzo serdecznie, Poanieckiemu za skina gow nie tak zimno, by to mogo zwrci czyjkolwiek uwag, lecz pocza rozmawia z Bigielem, wypytujc o zdrowie ony i dzieci. On, w odpowiedzi, j zaprasza i j, i ojca bardzo gorco, eby odwiedzili ich w przysz niedziel na letnim mieszkaniu.
- Moja ona bdzie szczliwa, bardzo szczliwa! - powtarza. - Moe te i pani Emilia przedtem przyjedzie...
Marynia prbowaa odmwi, ale pan Pawicki, ktry chcia si bawi, a z poprzedniego pobytu w Warszawie wiedzia, e Bigielowie yj dostatnio - przyj. Stano na tym, e przyjad na obiad, a powrc wieczorem. Bya to wycieczka atwa, bo willa Bigielw leaa o jedn stacj kolei.
- Tymczasem siadajcie koo nas - rzek pan Pawicki - wanie obok nas jest kilka krzese prnych.
Przedtem jednak Poaniecki zwrci si do Maryni:
- Pani nie miaa wiadomoci od pani Chwastowskiej?
- Chciaam wanie spyta, czy pan nie mia? - odrzeka.
- Nie, ale jutro spytam depesz o Litk.
I rozmowa urwaa si. Bigiel usiad koo pana Pawickiego, Poaniecki za na skraju. Marynia zwrcia si znw do Maszki, tak e Poaniecki mg widzie tylko jej profil, i to niezupeny. Zdawao mu si, e nieco zmizerniaa, a przynajmniej cera jej staa si po kilku tygodniach pobytu w miecie bledsz i delikatniejsz, przez co dugie jej rzsy wydaway si cienistsze i bardziej wyrane. Caa jej posta bya jakby bardziej wykwintn, do czego przyczynia si staranny ubir i rwnie staranne uczesanie, ktrego sposb by inny ni dawniejszy. Dawniej nosia wosy zwizane niej, teraz byy one upite modniej, to jest wysoko pod kapeluszem. Poaniecki ogarnia oczyma jej wysmuk posta, podziwiajc ca dusz jej wdzik, widny we wszystkim, nawet w trzymaniu rki na kolanach. Wydaa mu si bardzo pikna. Odczu znw z wielk si, e jeli kady mczyzna nosi w sobie swj typ kobiecego uroku, ktry jest miar wraenia, jakie dana kobieta na nim sprawia - to ona jest tak blisk jego typu, e prawie z nim tosam. I patrzc na ni, mwi sobie w duszy:
- Ach, tak mie on, tak mie on!
Lecz ona zwracaa si do Maszki. Moe nawet zwracaa si zanadto, i gdyby Poaniecki zachowa ca zimn krew, mgby pomyle, e czyni to umylnie, dlatego, by jemu uczyni na zo. I prawdopodobnie tak byo. Rozmowa musiaa by jednak oywiona, gdy przez jej twarz przelatyway od czasu do czasu lekkie kolory.
"Ale ona go po prostu kokietuje!..." - myla ciskajc zby Poaniecki.
I chcia koniecznie usysze, co mwi. Byo to jednak trudne. Publiczno w czasie dugiej pauzy zachowywaa si do gwarnie. Maryni Poaniecki, przedzielony dwiema osobami, nie mg wcale sysze, natomiast po skoczonym nowym numerze usysza urwane sowa i zdania Maszki, ktry mia zwyczaj mwi z przyciskiem, chcc przez to nada wiksz wag kademu sowu.
- Ja go lubi - mwi Maszko. - Kady ma swoje saboci - jego saboci s pienidze... Wdziczny mu jestem, bo on mnie namwi... do Krzemienia... Myl przy tym, e jest pani szczerze yczliwy, bo nie szczdzi... I wyznaj, e pobudzi moj ciekawo...
Marynia odpowiedziaa co na to z wielkim oywieniem, po czym Poaniecki znw dosysza koniec odpowiedzi Maszki:
- Charakter jeszcze niewyrobiony i inteligencja moe mniejsza ni energia, ale natura raczej dobra...
Poaniecki doskonale rozumia, e to o nim mwi - i rwnie dobrze zda sobie spraw z taktyki Maszki. Sdzi niby wyrozumiale i bezstronnie, raczej chwali lub przynajmniej przyznawa rne przymioty, a jednoczenie obdziera z wszelkiego uroku, by to znany sposb modego adwokata. Przez to wznosi si sam jakby na stanowisko sdziego, wyjtkowe i wysze. Poaniecki wiedzia te, e Maszko mwi to nie tyle w chci ponienia jego, ile wywyszenia siebie, i e, prawdopodobnie, mwiby tak samo o kadym innym modym czowieku, w ktrym podejrzewaby moliwego wspzawodnika,:
Bya to ostatecznie taktyka, ktr moe sam Poaniecki byby si w danym razie posugiwa, co nie przeszkadzao, e w tej chwili poczyta j Maszce za szczyt przewrotnoci i postanowi mu za ni zapaci, byle zdarzya si sposobno.
Pod koniec koncertu mg jeszcze zauway, jak dalece Maszko wchodzi w rol starajcego si. Gdy panna Marynia chcc zawiza woalk zdja rkawiczki, a te stoczyy si z jej kolan, Maszko podnis je i zatrzyma wraz z parasolk, przy czym zdj z porczy krzesa jej pelerynk i przewiesi sobie przez rami, by j jej poda w chwili wyjcia z ogrodu - sowem, cakowicie by ni zajty, jakkolwiek i w tym zachowywa zimn krew i takt czowieka prawdziwie wiatowego.
Zdawa si przy tym pewny siebie i szczliwy. Jako Marynia, prcz krtkiej rozmowy powiconej Bigielowi, przez reszt czasu, o ile nie suchaa muzyki, rozmawiaa tylko z Maszk. Gdy ruszyli ku wyjciu, sza przed ojcem z nim razem, i znw Poaniecki widzia umiechnity jej profil zwracajcy si ku Maszce. Rozmawiajc patrzyli sobie w oczy. Twarz jej bya oywiona, a jej uwaga skupiona wycznie na tym, co on mwi. Rzeczywicie kokietowaa Maszk. On sam widzia to, nie przypuszczajc zreszt, mimo swego sprytu, ani na chwil, e moga tak czyni tylko dla dranienia Poanieckiego.
Przed wejciem czeka powz, do ktrego Maszko podsadzi j i starego Pawickiego, sam za pocz si egna. Lecz Marynia, przechyliwszy si ku niemu, rzeka:
- Jake? Papa przecie prosi pana? Prawda, papo?
- Takemy si umwili - rzek pan Pawicki.
Maszko siad - i odjechali zamieniwszy ukony z Bigielem i Poanieckim. Dwaj przyjaciele szli do dugi czas w milczeniu; wreszcie Poaniecki rzek udajc spokj w gosie:
- Ciekawym, czy oni ju s narzeczeni?
- Nie przypuszczam - rzek Bigiel - ale do tego idzie.
- To i ja widz.
- Mylaem, e Maszko bdzie szuka majtku. Ale on jest rozkochany. To si moe trafi nawet takiemu, ktry myli tylko o karierze... Maszko jest rozkochany. Przy tym, wziwszy j, uwolni si od wypat za Krzemie. Nie! to nawet i interes nie jest tak zy, jak si zdaje... A panna jest bardzo adna, co prawda, to prawda!...
I znw umilkli. Poanieckiemu jednak byo tak ciko, e nie mg wytrzyma.
- Powiem ci otwarcie - ozwa si - to jest dla mnie po prostu mka ta myl, e ona za niego wyjdzie... I ta bezradno! Wol wszystko ni tak bezradno. Jak ja mieszn i gupi rol odegraem w caej tej sprawie!
- Zapdzie si, a to si kademu moe trafi. To jest raczej wina tego dziwnego zbiegu okolicznoci, e bye wierzycielem jej ojca. Ty masz zupenie inne pojcia o takich sprawach ni on... jestecie ludzie z dwch rnych planet - wic nieporozumienie byo gotowe. Ty moe postawi rzecz za ostro, ale jak si zastanowi nad wszystkim, to nie moge by zbyt mikkim, nawet ze wzgldu na pann Pawick. Czynic zbyt wielkie ustpstwa, czyniby je dla niej - nieprawda? Wic c by z tego wypado? Oto, e ona pomaga ojcu w wyzyskiwaniu ciebie. Nie, t spraw naleao skoczy.
Tu roztropny Bigiel przystan na chwil, zastanowi si i rzek:
- A co do twojej roli to jest jedno wyjcie: usun si zupenie, zostawi rzeczy ich biegowi i powiedzie sobie, e wszystko idzie po twojej myli.
- Co mi pomoe - zawoa gwatownie Poaniecki - e sobie to powiem, kiedy nie idzie! nie idzie! Idzie przeciw myli... A e mi jest gupio, nie ma i na to rady. Jake? Naprzd sam to wszystko zrobiem, a teraz chciabym odrobi? Ja cae ycie wiedziaem, czegom chcia, a w tym razie dziaaem, jakbym nie wiedzia.
- To s przejcia, o ktrych si zapomina.
- Dobrze, mj kochany, ale tymczasem upada interes do ycia. Mylisz, e mnie to obchodzi dzisiaj tak jak dawniej, czy bd zdrw, czy chory, bogaty lub goy? Czczo mi si robi na sam myl o przyszoci. Ty jeste ustalony i zwizany z yciem, ale co ja? Ot, by widok, i ju go nie ma. Przecie to ogromnie zniechca!
- Ostatecznie, nie jedna panna Pawicka na wiecie.
- Co tu gada! Teraz ona jedna, bo eby bya jaka druga, to bym o tej drugiej myla. Co tu gada! Caa rzecz i caa zgryzota w tym, e ona jedna. Za rok moe mi dachwka na gow zlecie albo moe znajd inn, ale tego, co bdzie jutro - nie wiem, a e mnie dzi licho bierze, to wiem. To si wie we mnie i z innymi rzeczami, o ktrych dzi nie chc mwi. W yciu zewntrznym trzeba mie spokojny chleb - prawda? Ot w yciu wewntrznym tak samo. I to pilna sprawa, ale widzisz, ja j odkadam do oenienia si, bo to rozumiem, e nowe warunki wyrabiaj nowy sposb mylenia, i zreszt chc skoczy z jednym, nim zaczn drugie. A tu si wszystko tak gmatwa! - i nie tylko gmatwa, ale znika! Ledwo si co zjawi, ju niknie. Tak jest i teraz. yje si w niepewnoci. Ot, wolabym, eby ju byli narzeczonymi, bo w takim razie wszystko by si skoczyo samo przez si.
- Ja ci tylko powiem jedno - rzek Bigiel - jakem by dzieckiem, i zdarzyo mi si czasem wbi sobie drzazg, to mnie daleko mniej bolao, gdym j sobie sam wycign, ni gdy mi to zrobi kto drugi.
- W tym masz suszno! - rzek Poaniecki.
Lecz po chwili doda:
- Tylko widzisz, drzazg mona wycign, jeli nie za gboko wlaza i jeli si da uchwyci. Zreszt, co s porwnania! Z wycignit drzazg nic nie tracisz, a mnie si widok na przyszo psuje.
- To prawda, ale jeli nie ma innej rady...
- Kto nie jest niedog, na to wanie ciko mu si zgodzi.
Rozmowa ustaa. Dopiero z chwil, gdy si zaczli egna, Poaniecki rzek:
- Wiesz co? Wol nie by u was w niedziel.
- Moe i dobrze zrobisz - odpowiedzia Bigiel.
Rozdzia jedenasty
W domu czekaa Poanieckiego niespodzianka, zasta bowiem depesz od pani Chwastowskiej, zawierajc nastpne sowa: "Wracam jutro rano. Litka dobrze!" Powrt ten by niespodziany, a przynajmniej nadzwyczaj przypieszony, e za depesza zawieraa zapewnienie co do zdrowia Litki, Poaniecki wic zrozumia, e pani Emilia wraca tylko dlatego, by si zaj jego spraw. I na t myl serce wezbrao mu wdzicznoci. "Ot, to jest poczciwa natura! - mwi sobie - to przyjacika!..." I obok wdzicznoci wezbraa mu w sercu taka nadzieja, tak jakby pani Emilia posiadaa czarodziejski piercie lub magiczn lask, za pomoc ktrych mogaby zmieni w jednej chwili serce panny Maryni. Poaniecki nie widzia jasno, jak si to zrobi, ale wiedzia, e przynajmniej kto, bardzo yczliwy, bdzie za nim przemawia, bdzie go usprawiedliwia, bdzie podnosi jego serce i charakter, a zmniejsza uprzedzenia przeciw niemu, nagromadzone biegiem zdarze. Liczy, e pani Emilia bdzie w tym bardzo wytrwaa i e bdzie to dla niej kwesti obowizku. Czowiek, ktremu co dokucza, rad szuka tych, na ktrych by mg zoy za to odpowiedzialno. Tak i Poanieckiemu, zwaszcza w chwilach wezbrania goryczy, wydawao si, e pani Emilia jest take odpowiedzialn za jego stosunek do panny Maryni, gdyby bowiem nie bya pokazaa owego listu, z ktrego wida byo gotowo panny Maryni do pokochania go - to on byby jeszcze zdoa odczepi od niej i myl, i serce. Moe poniekd i byo tak, gdy w historii jego uczucia list ten odegra rzeczywicie wan rol. On mu pokaza, jak szczcie byo bliskie i prawie ju realne, jak dalece ona w myli oddawaa mu ju serce i dusz. Najtrudniej jest porzuci szczcie, ktre nie tylko jest upragnione, ale i zaczte - i gdyby nie w list, moe istotnie Poaniecki mniej by aowa przeszoci, atwiej zapomnia i atwiej si zgodzi z pooeniem. Teraz nie pamita, e to on sam wymg na pani Chwastowskiej pokazanie owego listu, uwaa tylko, mimo caej przyjani i wdzicznoci dla niej, e ona powinna go wspomaga ze wszystkich si. Zreszt rozumia, e tak si bdzie dziao samo przez si; spodziewa si czsto widywa pann Maryni, i to w warunkach dla siebie najkorzystniejszych, albowiem w domu, w ktrym go kochano, ceniono i w ktrym podobne uczucia musiay si udziela kademu z goci. Wszystko to wzmogo nadziej Poanieckiego z now si, ale wzmagajc nadziej dodao nowe ogniwa do tych, ktre czyy jego myli z Maryni. Poprzednio by sobie obieca, e nie bdzie u Bigielw, teraz zmieni postanowienie, przypuszczajc, e jeli tylko zdrowie pozwoli, pani Emilia take wemie udzia w tej wycieczce. A swoj drog, poza tymi wszystkimi powodami, zwizanymi z pann Maryni, rad by z caej duszy, e zobaczy te kochane twarze, tak pani Emilii jak i Litki, ktra dotychczas bya najwikszym jego przywizaniem w yciu.
Tego jeszcze wieczoru napisa par sw do Pawickiego o przyjedzie, przypuszczajc, e mu panna Marynia bdzie wdziczna za t poredni wiadomo; da zna do mieszkania pani Emilii, by nazajutrz czekano z herbat, i zamwi wygodny powz, by odwie nim te panie do domu. Nazajutrz o pitej by ju na kolei.
W oczekiwaniu na pocig pocz biega szybkim krokiem wzdu peronu, by si nieco rozgrza, albowiem ranek by chodny. Dal, budynki kolejowe i wagony, stojce na bliszych liniach, tony w mgle, ktra, bardzo gsta przy ziemi, w grze czynia si rowa i wiecca, zwiastujc, e dzie bdzie pogodny. Na peronie, prcz urzdnikw i suby, nie byo jeszcze, z powodu wczesnej godziny, nikogo; z wolna jednak ludzie poczynali napywa. Nagle przed Poanieckim wysuny si z mgy dwie postacie, z ktrych w jednej pozna z biciem serca Maryni, ktra z pann suc popieszya powita pani Emili. Nie spodziewajc si takiego spotkania, w pierwszej chwili zmiesza si mocno. Ona rwnie zatrzymaa si, jakby zdziwiona lub zakopotana. Po chwili jednak zbliy si i wycign ku niej rk.
- Dzie dobry pani! - rzek - i prawdziwie bdzie dla nas obojga dobry, jeli nasze podrniczki przyjad.
- Wic to jeszcze niepewne? - spytaa Marynia.
- Jak to? chybaby zaszo co niespodziewanego. Miaem wczoraj depesz i posaem wiadomo panu Pawickiemu w tej myli, e pani ucieszy si z nowiny.
- Dzikuj. Taka mia niespodzianka!...
- Najlepszy dowd, e pani tak rano wstaa.
- Jeszczem si nie odzwyczaia.
- I oboje przyszlimy za wczenie. Pocig nadejdzie dopiero za p godziny. Tymczasem radz pani nie sta, ale chodzi; bo ranek chodny cho dzie zapowiada si liczny.
- Mga opada - rzeka Marynia podnoszc ku grze swoje niebieskie oczy, ktre Poanieckiemu wydaway si w porannym wietle fioletowe.
- Zechce pani przej si po peronie?
- Dzikuj panu. Wol zaczeka w sali.
I skinwszy gow, odesza. Poaniecki pocz znw lata piesznymi krokami po peronie. Byo mu nieco przykro, e nie chciaa z nim zosta, ale tumaczy sobie, e to moe nie wypadao, a jeszcze wiksz pociech napeniaa go myl, jak dalece przyjazd pani Emilii bdzie sam przez si ich zblia i ile sprowadzi spotka. Dziwna jaka otucha i dobry humor wzrastay w nim z kad chwil. Myla o fioletowych oczach Maryni, o jej twarzy, zarowionej porannym chodem, i przelatujc koo okien sali, w ktrej ona siedziaa, mwi sobie prawie wesoo:
- Aha! sied tam, chowaj si! Znajd ja ci!
I czu z wiksz si ni kiedykolwiek, jak bardzo mogaby mu by drog, gdyby chciaa by cho troch dobr.
Tymczasem zadzwoniono i po kilku minutach we mgle, ktra jeszcze przy ziemi trzymaa si gsto, cho niebo nad ni byo ju bkitne, ukazay si mtne zarysy pocigu, ktry w miar zbliania si czyni si coraz wyraniejszy. Lokomotywa, oddychajc przerywanymi kbami dymu, wtoczya si coraz wolniejszym ruchem na stacj i stanwszy pocza z szumem i sykiem wyrzuca niepotrzebn ju reszt pary pod przednie koa.
Poaniecki skoczy do sleepingu - pierwsza bowiem twarz, jaka migna mu w szybie, bya twarz Litki, ktra na jego widok rozjania si, jakby na ni pad nagle promie soca. Rczki dziewczynki poczy te porusza si radonie, kiwajc na Poanieckiego, ktry w jednej chwili by w wagonie.
- Moje kocitko najmilsze! - zawoa chwytajc donie Litki - a wyspane? a zdrowe?
- A zdrowam! I wrcilimy! I bdziemy razem - i dzie dobry, panie Stachu!
Tu za ma staa pani Emilia, ktrej "pan Stach" ucaowa rk bardzo serdecznie i pocz mwi tak prdko, jak si zwykle mwi w chwilach powitania:
- Dzie dobry drogiej pani. Mam powz. Mog panie zaraz jecha; mj sucy odbierze rzeczy, prosz tylko o kwit. W domu czekaj z herbat. Prosz o kwit. Panna Pawicka jest tu take.
Panna Pawicka czekaa istotnie przed wagonem, i obie z pani Emili poczy ciska sobie rce z twarzami penymi umiechw. Litka patrzya przez chwil na pann Maryni, jakby wahajc si, potem jednak i ona rzucia si jej na szyj ze zwyk dawniejsz serdecznoci.
- Maryniu, pojedziesz z nami na herbat - mwia pani Emilia. - Nas czekaj, a ty musisz by na czczo. Dobrze? prawda?
- Jestecie pewno zmczone, jechaycie ca noc.
- I spaymy od granicy jak zabite, a zbudziwszy si, miaymy czas ubra si i umy. W kadym razie musimy wypi herbat, wic nam nic nie przeszkodzisz.
- Zatem dobrze. Z najwiksz radoci.
Lecz Litka pocza cign za sukni matki.
- Mamusiu, a pan Stach?
- Ale naturalnie, e i pan Stach take. On myla o wszystkim, dziki jemu znajdziemy wszystko przygotowane, wic musi z nami jecha.
- Musi! musi! - zawoaa Litka zwracajc si ku niemu.
A on pocz si przekomarza:
- Ot nie musi, ale chce.
I po chwili wszyscy czworo siedzieli w powozie. Poaniecki by w wybornym humorze, majc naprzeciw Maryni, a przy sobie ma Litk. Zdawao mu si, e jasno poranku wchodzi w niego i e zaczynaj si dla niego lepsze dni. Czu, e odtd bdzie nalea do maego kka istot, zwizanych z sob yciem towarzyskim i przyjani, w tym za kku bdzie i Marynia. Oto ju teraz siedziaa naprzeciw niego, bliska jego oczu i bliska przyjani, jak oboje czuli dla pani Emilii i Litki.
Tymczasem wszyscy czworo rozmawiali wesoo.
- Co si stao, Emilko - pytaa Marynia - e przyjechaa wczeniej?
- Litka tak co dzie prosia, eby wraca!
- Nie lubisz zagranicy? - pyta Poaniecki.
- Nie.
- Tsknia za Warszaw?
- Tak.
- A za mn? co? Mw zaraz, bo bdzie le!
Litka spojrzaa na matk, na Maryni, na Poanieckiego i wreszcie odrzeka:
- I za panem Stachem take.
- Masz za to! - rzek Poaniecki.
I porwawszy jej rczk, usiowa j pocaowa, a ona bronia si, jak moga.
Wreszcie pochowaa rczki, on za zwrciwszy si do Maryni i okazujc swoje zdrowe, biae zby, rzek:
- Bo widzi pani, my cigle wojujemy, ale si lubimy.
- Tak zwykle bywa - odrzeka panna Marynia.
A on popatrzy jej w oczy szczerze i prosto:
- Ej. eby to tak zwykle bywao!
Panna Marynia zarumienia si z lekka i spowaniaa; lecz nie odrzeka nic i pocza rozmawia z pani Emili.
Poaniecki za zwrci si do Litki:
- A gdzie profesor Waskowski? Pojecha do Woch?
- Nie. Zosta w Czstochowie i pojutrze wraca.
- Zdrw?
- Zdrw.
Tu dziewczynka popatrzya na swego przyjaciela i rzeka:
- Ale pan Stach schud, mamo, prawda?
- Istotnie pan zmizernia - rzeka pani Emilia.
Poaniecki by nieco zmieniony, bo le sypia, a przyczyna jego bezsennoci siedziaa przed nim w powozie. Lecz pocz si tumaczy kopotami i prac w biurze. Tymczasem zajechali przed mieszkanie pani Emilii.
Przez chwil, gdy pani Emilia posza wita si ze sucymi, a Litka wybiega za ni, Poaniecki i panna Marynia zostali sami w salce jadalnej.
- Pani tu chyba nie ma bliszej znajomoci ni pani Emilia? - spyta Polaniecki.
- Ani bliszej, ani tak kochanej.
- W yciu potrzeba jest dobroci, a ona jest bardzo dobra i yczliwa. Ja, na przykad, ktry nie mam rodziny, uwaam ten dom za rodzinny. Inaczej mi wyglda Warszawa, gdy te panie tu s...
Po czym, mniej ju pewnym gosem, doda:
- Tym razem ciesz si take z ich przyjazdu dla pani i dlatego, e wreszcie bdzie midzy nami co wsplnego i zgodnego.
Tu pocz patrze na ni z prob w oczach, jakby jej chcia powiedzie "Ja tak nie mog y! Podaj mi rk na zgod, bd dobr i dla mnie, skoro nam si zdarzy dzie tak miy."
Lecz ona, wanie dlatego, e nie moga by dla niego zupenie obojtn, sza coraz bardziej w kierunku niechci. Im okazywa wiksz dobro serca, im bardziej by sympatyczny, tym jego postpowanie z ni wydawao jej si bardziej niesychanym i tym bardziej uraza zwikszaa si w jej sercu.
Majc natur delikatn, a przy tym raczej lkliw, i odczuwajc rzeczywicie, e odpowied zbyt niechtna popsuaby harmoni dnia, wolaa milcze; lecz on nie potrzebowa odprawy w sowach, albowiem w oczach jej wyczyta, co nastpuje:
- Im mniej bdziesz si stara naprawi nasze stosunki, tym one bd lepsze, a bd najlepsze wwczas, gdy bd jak najdalsze.
I rado jego zgasa w jednej chwili, zastpi j tylko gniew i al, jeszcze od gniewu silniejszy, bo pyncy jednoczenie z tego niezwalczonego niczym uroku, ktremu Poaniecki poddawa si coraz silniej, i z przewiadczenia, e istotnie rozdzia midzy nim a Maryni staje si co dzie gbszy.
I ot, patrzc teraz na jej sodk i dobr twarz czu, e staje ona mu si rwnie drog, jak niepowrotnie stracon.
Przybycie Litki pooyo koniec tej chwili, cikiej dla niego nad wyraz. Dziewczynka wbiega z wielk radoci, z czupryn w nieadzie, ze miechem na ustach, lecz spostrzegszy ich, stana nagle i pocza spoglda to na jedno, to na drugie swymi ciemnymi oczyma - i wreszcie siada cicho przy stoliku z herbat. Wesoo jej znika take, chocia Poaniecki, zamknwszy bl w sercu, stara si by w czasie niadania rozmowny i wesoy.
Prawie jednak nie zwraca si ju do Maryni. Zajmowa si wycznie pani Emili i Litk - i dziwna rzecz: Marynia odczua to jednak jak przykro. Do szeregu uraz przybya jedna wicej.
Nazajutrz pani Emilia z Litk byy wieczorem na herbacie u Pawickich. Pan Pawicki zaprosi i Poanieckiego, ktry nie przyszed. I taka jest natura ludzka, e to znw dotkno Maryni. Niech, tak jak mio, potrzebuje mie blisko osob, przeciw ktrej si zwraca. Marynia mimo woli spogldaa cay wieczr ku drzwiom, gdy za nadesza godzina, w ktrej stao si ju pewnym, e Poaniecki nie przyjdzie, pocza kokietowa Maszk tak, e przeja zdziwieniem pani Emili.
Rozdzia dwunasty
Maszko by czowiekiem bardzo sprytnym, ale zarazem penym mioci wasnej; nie mia zreszt adnego powodu nie bra wprost za dobr monet uprzejmoci, jak okazywaa mu Marynia. Niejednakowy jej stopie przypisywa troch kokieterii, troch zmiennemu usposobieniu panny, i jakkolwiek to ostatnie przejmowao go pewnym niepokojem, nie byo jednak do silne, by powstrzyma go od stanowczego kroku.
Bigiel odgadywa istotny stan rzeczy twierdzc, e Maszko by zakochany. Tak istotnie byo. Przedtem ju panna Pawicka podobaa mu si w wysokim stopniu; nastpnie uczyniwszy rachunek wszystkich za i wszystkich przeciw, doszed do przekonania, e kategoria za przewaa. Mody adwokat ceni wprawdzie majtek, ale obdarzony przy tym wielk trzewoci umysu i znajc doskonale stosunki, w ktrych si obraca, doszed do przekonania, e panny bardzo majtnej nie znajdzie i nie dostanie. Zupenie majtne panny znajdoway si albo midzy arystokracj rodow, i to byy dla niego progi zbyt wysokie, albo wrd wiata finansw, ktry ze swej strony szuka znowu zwizkw z rodzinami noszcymi mniej wicej znane nazwiska. Maszko wiedzia doskonale, e jego malowani biskupi i pancernicy, z ktrych podrwiwa Bukacki, nie potrafi mu otworzy ogniotrwaych kas bankierskich. Rozumia, e gdyby nawet byli mniej fantastyczni, sam jego zawd adwokacki stanowiby pewn deminutionem capitis w oczach grubych ryb finansowych. Z drugiej strony, czu naprawd pewien rasowy wstrt do tego rodzaju zwizkw, podczas gdy dobrze wylegitymowane dziewczyny miay dla niego ten niepospolity urok, jaki miewaj zwykle dla parweniuszw.
Panna Pawicka nie miaa posagu - a przynajmniej bardzo nieznaczny - prawda. Biorc j jednake, uwalnia si tym samym Maszko od wszelkich zobowiza, jakie zacign wzgldem Pawickich, kupujc Krzemie. Po wtre, poczywszy si z dobr szlacheck rodzin, postaraby si zagarn ca klientel szlacheck - i to mogaby ju by korzy bardzo realna; a na koniec, przez rodzinne stosunki Maryni mgby z czasem obj interesa kilku lub kilkunastu rodzin prawdziwie zamonych - co byo od dawna celem jego zabiegw.
Pawiccy, jak wszystkie nieco wicej ni rednie rodziny wiejskie, mieli wprawdzie takich krewnych, do ktrych nie bardzo si przyznawali, ale mieli te i takich, ktrzy do nich nie bardzo si przyznawali, co zreszt dziao si nie tyle z powodw dumy, ale samo przez si, na podstawie pewnego doboru towarzyskiego, z mocy ktrego kady poszukuje w yciu ludzi znajdujcych si mniej wicej w takich samych warunkach ycia. Wiksze jednak uroczystoci rodzinne zwizuj chwilowo takie rozlunione stosunki, i Maszce nie tylko przyjemnie byo myle o tym, e na lubie miaby zupenie dononie brzmice nazwiska, ale widzia w tym w przyszoci rne moliwe korzyci. Byoby bowiem tylko rzecz zrcznoci podda tego rodzaju ludziom myl, e bdzie z ich strony adnie, a dla nich samych dobrze i bezpiecznie, gdy swoje interesa powierz, czowiekowi znanemu z energii, a zarazem wicej ni jednemu ze swoich, bo powinowatemu. Byby to niejako posag, jaki mogliby da niebogatej kuzynce. Maszko, obliczajc si z siami, ufa, e potrafi im si narzuci, a z czasem i opanowa ich. Wiedzia, e ten i w przyjdzie z pocztku o rad, tak, jakiej mona zaczerpn w pogawdce ze znajomym lub z dalekim krewnym, ktry wypadkowo zna si na rzeczy; pniej, o ile rady oka si dobre, bdzie przychodzi czciej, a w kocu odda mu wszystko w rce. W ten sposb, pomagajc innym, mg sam wypyn na szerokie wody, oczyci z czasem Krzemie, doj do znacznego majtku, porzuci wreszcie adwokatur, ktrej nie lubi i ktr uwaa tylko za rodek dojcia do celu, i ustali si wreszcie w wysokich sferach towarzyskich, jako czowiek niezaleny, a zarazem przedstawiciel wikszej i opartej na silnej podstawie wasnoci ziemskiej.
To wszystko przewidzia, wyrachowa i obliczy, zanim postanowi stara si o rk panny Pawickiej.
Nie przewidzia jednak jednej rzeczy: oto, e si zakocha w takim stopniu, jak si zakocha.
Poniekd gniewao go to, sdzi bowiem, i uczucie zbyt silne jest czym przeciwnym tej rwnowadze, jak czowiek z wysokiego towarzystwa powinien umie zawsze zachowa. Ta rwnowaga bya jednym z jego zudze. Gdyby do tego wiata nie potrzebowa si wdziera, ale gdyby si by w nim urodzi, byby sobie pozwoli kocha si, na ile serca wystarczy. Mimo caego swego sprytu nie zrozumia, e jednym z najwikszych przywilejw tego wiata, ktry uwaa si za uprzywilejowany, jest swoboda. Z tego powodu nie by zupenie kontent, gdy serce nadto mu topniao w obecnoci panny Maryni. Ale z drugiej strony, sam cel, do ktrego dy, coraz bardziej utosamia si w nim z osobistym szczciem graniczcym niemal z upojeniem.
Byy to dla niego rzeczy nowe, tak nowe, e jasno tych nieznanych widnokrgw olepiaa go. Maszko doszed do trzydziestu kilku lat ycia, nie znajc, co jest zachwyt. Teraz zrozumia, ile urokw i szczcia mieci si w tym sowie, zachwyca si bowiem pann Maryni z caej duszy. Gdy zdarzao si, e pan Pawicki przyjmowa go w swoim pokoju, a ona bya w ssiednim, Maszko tak dalece by mylami przy niej, i z trudnoci pojmowa; co pan Pawicki mwi. Gdy wchodzia, powstaway mu w sercu zupenie nie znane przedtem uczucia, tkliwe i mikkie, ktre czyniy go lepszym, ni by zwykle. Niebieskie jego oczy zmieniay wwczas swj zwyky stalowy i zimny blask na wyraz sodyczy i upojenia, wypieki na twarzy, ktry mu przypomina profesora Waskowskiego, staway si jeszcze silniejsze, caa posta tracia pozory sztywnoci, i rozczesywa palcami swoje ciemne baki nie jak angielski lord, ale jak zwyky zakochany miertelnik. Podnis si w kocu do tego stopnia, e chcia nie tylko swego dobra, ale i jej dobra, nie pojmujc go oczywicie inaczej, jak przez siebie i w sobie.
By tak zakochany, e odtrcony mg si sta niebezpiecznym, zwaszcza ze wzgldu na brak wyrobienia moralnego, przy wielkiej rzeczywicie energii i bezwzgldnoci. Do tej pory nie kocha tak nigdy, i pierwsza Marynia rozbudzia w nim wszystko to, co byo zdolne do kochania. Nie bya ona wietn piknoci, ale posiadaa w najwyszym stopniu wdzik kobiecy, i ta jej kobieco bya powodem; e pocigaa ku sobie szczeglniej natury energiczne. W jej delikatnych ksztatach byo co z pncej si roliny; twarz miaa spokojn; oczy przezroczyste i troch zmysowe usta - wszystko to razem na pierwszy rzut oka nie czynio wielkiego wraenia, ale po chwili kady najobojtniejszy nawet czowiek spostrzega, e jest w niej co szczeglnego, co nakazuje pamita, e ma si przed sob kobiet, ktra mogaby by kochana.
Zreszt, o ile Maszko czu si i by rzeczywicie lepszym w tym okresie swego ycia ni zwykle, o tyle poziom duchowy Maryni obniy si od czasu zamieszkania Pawickich w Warszawie. Sprzeda Krzemienia odja jej prac i moraln podstaw ycia. Zbrako jej podniolejszego celu. Przy tym przebieg zdarze nagromadzi w niej duo goryczy i niechci, ktre zawsze zmieniaj si w skazy na sercu. Panna Marynia sama odczuwaa to wyranie i w kilka dni po owym wieczorze, na ktry Poaniecki nie przyszed, pierwsza zacza o tym mwi z pani Emili, gdy szar godzin zostay sam na sam w saloniku przytykajcym do pokoju Litki.
- Ja to widz - mwia - e my nie jestemy z sob tak szczerze jak dawniej. Chciaam z tob mwi otwarcie i nie mogam si zebra, bo mi si zdawao, e nie jestem ju warta twojej przyjani.
A pani Emilia zbliya swoj sodk twarz do gowy panny Maryni i pocza caowa jej skro.
- Oj, ty Maryniu, Maryniu! co te ty mwisz, ty, taka zawsze rozsdna i spokojna?
- Bo ja w Krzemieniu byam wicej warta ni teraz. Ty nie uwierzysz, jaka ja byam do tego kta przywizana. Miaam wszystkie dni zajte i w sobie jak dziwn nadziej, e z czasem przyjdzie co bardzo szczliwego. Dzi to wszystko przeszo, i sama siebie nie mog odnale w tej Warszawie, a co gorzej, i mojej dawnej uczciwoci. Widziaam, jake si dziwia, em kokietowaa pana Maszk. Nie mw mi, e tego nie spostrzega. A mylisz, e ja sama wiem, dlaczego to robiam? Chyba dlatego, e jestem gorsza, chyba z jakiej zoci na siebie, na niego i na cay wiat. Nie kocham go, nie pjd za niego, wic postpuj nieuczciwie i ze wstydem si do tego przyznaj, ale przychodz chwile, w ktrych chciaabym komu wyrzdzi umyln krzywd. Ty powinna zerwa ze mn dawn przyja, bo ja naprawd jestem inn, ni byam.
Tu po twarzy panny Maryni poczy si toczy zy, skutkiem czego pani Emilia tym bardziej ja j pieci i uspokaja; wreszcie rzeka:
- Pan Maszko stara si o ciebie najwidoczniej, i mylaam, e masz zamiar go przyj. Powiem ci teraz szczerze, e mnie to zmartwio, bo to nie jest czowiek dla ciebie, ale wiedzc, jak kochaa Krzemie, przypuszczaam, e chcesz do niego w taki sposb wrci...
- Z pocztku, prawda! miaam takie myli... Chciaam w siebie wmwi, e mi si pan Maszko podoba; nie chciaam go odpycha... Chodzio mi take o co innego, ale chodzio i o Krzemie. Jednak nie mogam si przekona. Za tak cen nie chc nawet Krzemienia, ale w tym wanie ley zo. Bo w takim razie, czemu ja wprowadzam w bd pana Maszk, czemu go udz? Przez prost nieuczciwo...
- Niedobrze, e go udzisz, ale zdaje mi si, e rozumiem, skd to wypywa. Z niechci i urazy dla kogo innego - czy nie tak? Pociesz si jednak tym, e zo nie jest jeszcze niepowetowane, bo przecie postpowanie swoje z panem Maszk moesz zmieni zaraz od jutra... I trzeba, Maryniu, zmieni, pki czas, pki nic nie byo przyrzeczone:
- Ja wiem, Emilko, ja to rozumiem; tylko widzisz, kiedy jestem przy tobie i czuj jak dawniej, jak prawa i uczciwa dziewczyna, to rozumiem, e nie tylko sowo, ale i postpowanie obowizuje. I on moe mi to powiedzie...
- To mu odpowiesz, e chciaa si do niego przekona i nie moga. W kadym razie jest to jedyna droga...
Nastaa chwila milczenia, ale i Marynia, i pani Emilia czuy, e nie rozpoczy jeszcze rozmawia o tym, o co jeli nie obu, to przynajmniej pani Emilii najmocniej chodzio. Jako, wziwszy rce Maryni, rzeka:
- Teraz przyznaj si, Maryniu, e kokietowaa Maszk take i z urazy dla pana Stanisawa?
Ta za odrzeka gucho:
- Tak jest.
- A czy to nie znaczy, e owo wraenie pierwszego jego przyjazdu do Krzemienia i pierwszych waszych rozmw jeszcze si nie zataro?
- Lepiej by byo, eby si zataro.
Pani Emilia pocza gadzi jej ciemne wosy.
- Ty nie uwierzysz, jaki to dobry, dzielny i szlachetny czowiek. Dla nas ma on troch przyjani; zawsze lubi Litk, za co mu jestem z caej duszy wdziczna. Ale ty wiesz, jakie to bywa nie gorce i nawet nie ciepe, ale letnie uczucie ta przyja. On jednak i pod tym wzgldem stanowi wyjtek. Czy uwierzysz, e kiedy Litka zachorowaa w Reichenhallu, on sprowadzi z Monachium sawnego lekarza, a nam, nie chcc mnie przestrasza, powiedzia, e doktor przyjecha do innego chorego, e wic trzeba tylko korzysta z okazji. Pomyl, co to za troskliwo i dobro. To jest czowiek bardzo pewny, na ktrym mona si oprze, i energiczny, i prawy. Bywaj ludzie inteligentni, ale bez energii; inni maj energi, ale bez delikatnoci serca. On czy jedno i drugie. Zapomniaam ci powiedzie, e gdy majtek Litki by zachwiany i gdy brat mojego ma wzi si do ratowania go, najwiksz pomoc znalaz w panu Poanieckim. Gdyby Litka bya doros, nikomu w wiecie nie oddaabym jej z tak ufnoci, jak jemu. I nie potrafi ci nawet wyliczy, ile mymy doznay od niego dobrego.
- Jeli tyle, ile ja zego, to bardzo duo.
- Maryniu, on tego nie chcia. eby wiedziaa, jak on cierpi nad swoj nierozwag i jak szczerze przyznaje si do winy wzgldem ciebie!
- Sam mi to powiedzia - odrzeka Marynia. - Ja, moja Emilko, duo mylaam nad tym; prawd powiedziawszy nie mylaam o niczym innym i nie sdz, eby on wzgldem mnie zawini. W Krzemieniu by dobry dla mnie, tak dobry, e mi si zdawao... Tobie jednej to powiem, bom ci to ju zreszt pisaa, e wieczorem tej niedzieli, ktr on spdzi u nas, poszam spa z gow i sercem tak nim przepenionym, e a mi wstyd dzi o tym mwi... I czuam, e jeden dzie duej, jedno przyjazne sowo wicej z jego strony, a pokocham go na cae ycie... Zdawao mi si, e i on... Na drugi dzie wyjecha zagniewany... Bya wina ojca, bya i moja, wic potrafiam to zrozumie, i pamitasz, jaki list napisaam do ciebie do Reichenhallu? Widzisz, zupenie tak sam ufno, jak ty w nim masz, miaam i ja... Pojecha. Sama nie wiem, dlaczego mylaam, e wrci lub napisze. Nie wrci i nie napisa. Co mi mwio, e on mi Krzemienia nie odbierze - odebra... I potem... Ja wiem, e pan Maszko mwi z nim otwarcie, a on go zachca i zarczy mu, e sam o niczym nie myli... Oj, moja Emilko!... Jeli chcesz, to on nie zawini, ale ile zego mi wyrzdzi! Przez niego straciam nie tylko kochany kt; w ktrym pracowaam, ale i co wicej; bo wiar w ycie, w ludzi... w to, eby rzeczy lepsze i szlachetniejsze byy w wiecie gr nad zymi i paskimi... I sama staam si gorsza. Ja ci szczerze mwi, e nie mog si odnale. Mia prawo tak postpi, jak postpi? - dobrze. Sama to mwi i winy nie uznaj. Tylko widzisz, poama we mnie jak spryn yciow. I na to nie ma rady, to si nie da naprawi. Bo jak? Co mi z tego, e w nim zasza potem zmiana, e auje tego, co uczyni, i e gotw byby si nawet ze mn oeni? Co mi z tego, skoro ja, ktra go ju prawie kochaam, teraz nie tylko nie kocham, ale musz broni si od wstrtu. To gorzej, ni gdyby mi by obojtny... Ja wiem, o co tobie idzie, ale przecie ycie mona budowa tylko na mioci, nie na niechci. Jak ja mu mog poda rk z t uraz w duszy i z tym alem, e przez niego - winien, czy nie winien - tyle si popsuo? Mylisz, e ja nie widz jego zalet, ale c na to poradz, kiedy im wicej ich widz, tym bardziej wanie mnie od niego odtrca, i gdybym musiaa wybiera, wybraabym pana Maszk, cho on mniej wart. Na wszystko, co mi moesz powiedzie o nim dobrego, zgadzam si, ale na wszystko odpowiadam ci: nie kocham go i nigdy nie pokocham...
Teraz oczy pani Emilii zaszy zami.
- Biedny pan Stach! - rzeka jakby sama do siebie.
A po chwili milczenia spytaa:
- I nic ci go nie al?
- al mi go, gdy myl o takim, jakim by w Krzemieniu, al mi go take, gdy go nie widz, ale z chwil, gdy go zobacz, mam dla niego tylko... niech.
- Bo nie wiesz, jaki on ju by w Reichenhallu nieszczliwy, a teraz jeszcze jest nieszczliwszy. On nie ma nikogo na wiecie...
- Ma twoj przyja i ma to, e kocha Litk...
- Moja Maryniu, to jest co innego! Ja z caej duszy mu jestem wdziczna za to przywizanie do Litki, ale to zupenie co innego, i sama to rozumiesz, e on ci kocha inaczej i sto razy mocniej ni Litk...
W pokoju byo ju zupenie ciemno, ale po chwili sucy wnis lamp i postawiwszy j na stole, wyszed. Przy jej blasku pani Emilia spostrzega nagle jaki biaawy ksztat skulony na kozetce przy drzwiach prowadzcych do dziecinnego pokoju.
- Kto tam jest? czy to Litka?
- Ja, mamusiu.
W gosie jej byo co niezwykego. Pani Emilia wstaa i podesza piesznie ku niej.
- Kiedy tu wesza? Co tobie jest?
- Tak mi jako smutno i niedobrze.
Pani Emilia siada na kozetce i przygarnwszy do siebie dziewczynk spostrzega w jej oczach zy.
- Litu, ty paczesz? Co tobie jest?
- Tak smutno, tak smutno!
I, przytuliwszy gow do ramienia matki, pocza paka. Byo jej istotnie smutno, dowiedziaa si bowiem, e "pan Stach" jeszcze jest nieszczliwszy ni w Reichenhallu i e Maryni sto razy wicej kocha ni j.
Tego wieczoru, idc spa, wspia si, ju tylko w koszulce, do ucha matki i pocza szepta.
- Bo, mamusiu, ja mam jeden bardzo wielki grzech na sumieniu...
- Moje biedactwo, c ci tam dokucza?
A ona szepna jeszcze ciszej:
- Bo ja nie kocham panny Maryni...
Rozdzia trzynasty
Pani Emilia z Litk i Maryni, a z nimi pan Pawicki, jechali na obiad do Bigielw, do letniego ich domu pooonego w lesie, o ptrzeciej godziny drogi od miasta. Dzie by wrzeniowy, pogodny, peen byszczcych pajczyn w powietrzu i na ryskach. Na drzewach trzymaa si jeszcze ziele do wiea, gdzieniegdzie jednak, wrd liciastych zagaje, wida byo jakby fontanny lub bukiety te i czerwone. Pannie Maryni owa blada i zotawa jesie przypomniaa zajcia wiejskie, zapach zb w ssiekach, pola w brogach i przejrzyste przestrzenie k, zakoczone a hen gdzie na widnokrgu wstkami olszyn. Zrobio jej si tskno po tym yciu i po tym spokoju, wobec ktrych miasto, mimo pracy, ktra kipi w jego codziennym bycie, ale ktrej panna Marynia nie umiaa odczu, wydao jej si czczym i prniaczym. Czua teraz, e to ycie, w ktrym odnajdowaa swoj warto i swoj zasug, jest dla niej bezpowrotnie stracone - a natomiast nie zarysowao si przed ni nic, co by jej zdoao je zastpi i wynagrodzi. Moga wprawdzie wrci poniekd do niego zostawszy pani Maszkow, ale na sam t myl serce zalao si jej gorycz, i Maszko wraz ze sw warszawsk pewnoci siebie, wraz ze swymi wypiekami i faworytami, wraz ze swym mapowaniem angielskiego lorda, wyda si jej wprost wstrtny. Nigdy te nie czua wikszej niechci do Poanieckiego, ktry jej odj Krzemie, a podsun na to miejsce Maszk. Tym brzydzia si w tej chwili, tamtego, zdawao jej si, e nienawidzi. Widziaa przed sob ycie z ojcem na warszawskim bruku, bez celu, bez pracy, bez ideau - z alem za przeszoci i do przeszoci, a z pustk w przyszoci. Z tej przyczyny w pogodny, jesienny dzie, zamiast j uspokoi, przej jej dusz smutkiem i gorycz. Droga w ogle nie odbywaa si wesoo. Litka siedziaa nachmurzona, poniewa "pana Stacha" nie byo w powozie. Pani Emilia za ca uwag zwracaa na ni w obawie, czy jej pospny humorek nie stoi w zwizku ze zdrowiem. Tylko pan Pawicki by w prawdziwie dobrym humorze, zwaszcza w pocztku drogi. Naprzd, w swoim zapitym surducie z czerwonym gwodzikiem w dziurce, w jasnym paletocie i z nastawionymi jak igy wsikami, czu si piknym, a e reumatyzmy, ktre czasem odczuwa, nie dokuczay mu z powodu pogody, wic i rzekim; po wtre, naprzeciw niego siedziaa jedna z najprzystojniejszych kobiet w Warszawie, o ktrej przypuszcza, e nie pozostanie obojtna na tyle powabw, o tyle przynajmniej, e potrafi je zauway i oceni. Niechby przynajmniej powiedziaa sobie: "Ach, jaki to uroczy musia by mczyzna!" - byby si pan Pawicki w najgorszym razie zadowoli choby takim, obowizujcym wstecz uznaniem. W tej nadziei by istotnie czarujcy, bo na przemian to wzniosy i ojcowski, to figlarny; wychodzc za ze stanowiska, e dzisiejsza modzie nie umie by grzeczna dla kobiet, w grzecznociach, jakie prawi pani Emilii, zawadza a o mitologi, co byo nawet pod pewnym wzgldem usprawiedliwione, patrzy bowiem na ni jak satyr.
Lecz wszystko to byo przyjmowane z bladym umiechem i ze zbyt ma uwag, wic w kocu zrazi si i pocz mwi o czym innym, mianowicie, e dziki stosunkom crki pozna "buruazj", z czego zreszt jest poniekd rad, bo dotychczas widywa tego rodzaju towarzystwo tylko na scenie, a przecie w yciu trzeba si styka z najrozmaitszego rodzaju ludmi, albowiem od wszystkich mona si czego nauczy. Doda wreszcie, e jest obowizkiem pewnych sfer nie odpycha od siebie ludzi, lecz przeciwnie, przygarnia ich, by tym sposobem wdraa w nich zdrowe zasady, wic i on, ktry stara si zawsze spenia obowizki spoeczne, nie cofnie si przed t misj. Tu szlachetny wyraz jego twarzy przybra pewien rodzaj melancholii i w ten sposb zajechali przed will Bigielw.
Staa ona w szczerym lesie sosnowym, w ssiedztwie innych, wrd starych sosen, ktre miejscami wycito, miejscami pozostawiono w grupach po kilka lub kilkanacie. Zdaway si one nieco dziwi, co robi midzy nimi, wrd dawnej lenej zaciszy, dom tak wiey, ale osaniay go jednak gocinnie przed wiatrem, w dni za pogodne otaczay go balsamicznym powietrzem przesiknitym woni igliwia i ywicy.
Bigielowie wraz z czered dzieci wyszli na spotkanie goci. Pani Bigielowa, ktra Maryni bardzo lubia, witaa j z wielk serdecznoci, pragnc prcz tego uj j tym dla Poanieckiego, rozumowaa bowiem sobie w ten sposb, e im lepiej panna Marynia pozna, jak mogoby by jej midzy nimi dobrze, tym mniej bdzie robia trudnoci. Pan Pawicki, ktry za poprzedni bytnoci z Maryni w Warszawie, poznawszy Bigielw u pani Emilii, poprzesta by tylko na zoeniu im kart wizytowych, okaza si teraz tak askawym ksiciem, jakim tylko mg okaza si czowiek najbardziej wykwintny, a przy tym speniajcy misj przygarniania "buruazji". Pani Bigielow pocaowa w rk, Bigielowi za rzek ze wspaniaomyln dobroci:
- W dzisiejszych czasach kademu jest przyjemnie znale si pod dachem czowieka jak pan, a mnie tym bardziej, skoro mj kuzyn, Poaniecki, wszed na drog handlow i jest paskim wsplnikiem.
- Poaniecki to tgi czowiek - odpowiedzia z prostot Bigiel ciskajc urkawicznion do pana Pawickiego.
Panie weszy na chwil do pokojw zdj kapelusze, po czym, poniewa ciepo byo zupenie, wrciy na werend.
- A pana Poanieckiego nie ma jeszcze? - spytaa pani Emilia.
- Pan Stanisaw jest tu od rana - odpowiedziaa Bigielowa - ale teraz poszed odwiedzi pani Krasawsk. To tu obok - dodaa zwracajc si do Maryni - nie ma nawet p wiorsty... Tu wszdzie peno letnich mieszka, a te panie to nasze najblisze ssiedztwo.
- Pamitam pann Terk Krasawsk z karnawau - odrzeka Marynia. - Bya zawsze bardzo blada.
- O, ona dotychczas bardzo anemiczna. Przesz zim spdzaa w Pau.
Tymczasem mae Bigielta, ktre kochay na zabj Litk, wycigny j przed dom na zabaw. Dziewczynki pokazyway jej swoje ogrdki, pozakadane na piasku midzy sosnami, na ktrych po prawdzie nic nie chciao rosn. Ogldziny te byy przerywane co chwila ze strony dziewczynek wspinaniem si na palce i caowaniem policzkw Litki, ktra pochylajc sw pow, liczn gwk, oddawaa je z wielk tkliwoci.
Ale chopcy chcieli take mie swj udzia. Naprzd spustoszyli do szcztu georginie rosnce pod domem wybierajc dla Litki najpikniejsze okazy, po czym pokcili si o to, w co si Litka lubi bawi, i poszli na spraw do pani Emilii. Edzio, ktry mia zwyczaj mwi bardzo gono, a przy tym zamyka oczy, pocz krzycze:
- Prosz pani, ja mwi, e ona najlepiej lubi serso, tylko nie wiemy, czy pani pozwoli na serso.
- Byle nie biegaa, bo to jej szkodzi.
- Nie, prosz pani. Bdziemy tak rzucali, eby wszystkie kka prosto szy do niej, to wtedy nic nie bdzie biegaa. A jeli Jzio nie umie, to niech rzuca do kogo innego.
- Ja chc do niej! - odpowiedzia aonie Jzio.
I na sam myl, e go pragn pozbawi tej przyjemnoci, usta jego przybray ksztat podkwki i poczy drga; jednake Litka zapobiega wybuchowi alu, mwic:
- I ja bd do ciebie rzucaa, Jziu, bd bardzo czsto do ciebie rzucaa.
A wilgotne ju oczy Jzia poczy si zaraz umiecha.
- Nie zrobi jej oni krzywdy - mwi Bigiel do pani Emilii. - Dziwna rzecz: chopczyska urwisy, co si zowie, a z ni ogromnie uwani! Ale to Poaniecki wychowa ich w takim kulcie do niej.
- Takie kochane dzieci, jak mao na wiecie! - odrzeka pani Emilia.
Dzieci za zbiy si przez chwil w kupk dla rozebrania midzy siebie kek i paeczek. W rodku tej kupki staa najstarsza wiekiem i najwysza Litka, a jakkolwiek Bigielta naleay do dzieci raczej przystojnych, ona ze sw sodk i poetyczn twarzyczk o rysach prawie nadto delikatnych wygldaa wrd tych czerstwych pucoowatych twarzyczek jak istota z innej planety. Pierwsza pani Bigielowa zwrcia na to uwag.
- Patrzcie - rzeka - czy to nie istna krlewna? Szczerze mwi, e jej si napatrzy nigdy nie mog.
- Takie to jakie szlachetne - doda Bigiel.
A pani Emilia patrzya na swoj jedynaczk wzrokiem, w ktrym byo morze mioci. Dzieci rozbiegy si teraz i ustawiy w wielkie koo tworzc na szarym tle igliwia rnobarwne plamki, przy czym pod ogromnymi sosnami wydaway si tak mae jak kolorowe grzybki:
Panna Marynia zesza z werendy i stana przy Litce, eby jej pomaga w apaniu kek, po ktre trzeba byo podbiega, i by w ten sposb ochrania j od zmczenia.
W tej chwili na szerokiej drodze lenej, prowadzcej do willi, ukaza si Poaniecki. Dzieci nie dostrzegy go od razu, lecz on ogarn wzrokiem werend, podwrze i ujrzawszy jasn sukni Maryni pod sosn przpieszy kroku. Litka, ktra wiedziaa, e mama niepokoi si kadym jej ywszym ruchem, a nie chcc niepokoi mamy za nic w wiecie, staa z kolankami przy sobie, prawie nie poruszajc si z miejsca i chwytajc na paeczk tylko te kka, ktre spaday wprost na ni, panna Marynia za biegaa za wszystkimi dalszymi. Z powodu tej bieganiny wosy jej rozluniay si co chwila, tak e musiaa je poprawia, i w chwili gdy Poaniecki wchodzi w bram, staa przechylona nieco w ty, z podniesionymi ku gowie ramionami.
On nie spuszcza z niej oczu i j jedn tylko widzia: wydaa mu si na tym obszernym dziedzicu modsza i mniejsza ni zwykle, a przy tym tak dziewicza, tak niesychanie pontna, tak stworzona do tego, by j otoczy ramionami i przycisn do piersi, jako kobiet i jako najdrosze w wiecie stworzenie, e nigdy dotd nie odczu z rwn si, jak dalece ju j kocha.
Dzieci na jego widok poporzucay kka, paeczki i z krzykiem ruszyy na spotkanie. Zabawa przerwaa si. Litka w pierwszej chwili skoczya rwnie ku niemu, ale nagle wstrzymaa si i pocza spoglda swymi wielkimi oczyma to na Poanieckiego, to na Maryni.
- A ty nie lecisz powita pana Poanieckiego? - spytaa panna Marynia.
- Nie...
- Czemu, Litu?
- Bo...
I policzki jej poczerwieniay nieco, cho biedne dziecko nie umiao, czy nie miao wypowiedzie swej myli, ktr mogoby wyrazi w sowach:
- Bo on ju nie mnie najwicej kocha, tylko ciebie i na ciebie tylko patrzy.
On za zblia si opdzajc si od dzieci i powtarzajc im:
- Nie czepiajcie si, smyki, bo poprzewracam!
I wycign rk ku Maryni, patrzc jej w oczy z prob o przyjazny umiech, o powitanie choby odrobin mniej obojtne ni zwykle po czym dopiero zwrci si do Litki:
- A kocitko najmilsze zdrowe?
Ona za, zapomniawszy na jego widok i pod wpywem jego gosu o caym strapieniu swego maego serduszka, podaa mu obie rczki, mwic:
- A tak! a zdrowe, a wczoraj pan Stach nie przyszed do nas i byo smutno, a teraz zaprowadz pana Stacha do mamy na spraw.
I po chwili wszyscy znaleli si na werendzie.
- Jak si maj panie Krasawskie? - spytaa pani Emilia.
- Zdrowe i wybieraj si tu po obiedzie - odpowiedzia Poaniecki.
Przed samym obiadem przyjecha profesor Waskowski i przywiz z sob Bukackiego, ktry w wigili tego dnia przyjecha by do Warszawy. Jego zaye stosunki z Bigielami pozwalay mu przyby do nich bez zaproszenia, a obecno u nich pani Emilii bya dla niego zbyt siln pokus, aby si mia jej oprze. Zreszt wita si z ni bez ladu sentymentu, w sposb artobliwy jak zwykle, ona za rada go widziaa, bo j bawi oryginalnym i dziwacznym sposobem wyraania myli.
- Mia pan jecha do Monachium i do Woch? - spytaa go, gdy siedli do obiadu.
- Tak, pani - odpowiedzia - ale zapomniaem w Warszawie noyka do rozcinania kartek w drodze i wrciem po niego.
- O! to wany powd.
- Zawsze mnie to niecierpliwio, e ludzie wszystko robi z wanych powodw. Co za przywilej maj wane powody, by kady musia si do nich stosowa? Zreszt, oddaem niechccy ostatni przysug przyjacielowi, albowiem wczoraj byem zaraz na pogrzebie Lisowicza.
- To ten, taki may, chudy sportsman? - spyta Bigiel.
- Ten - odpar Bukacki - i wyobracie sobie, e dotychczas nie mog wyj ze zdumienia, jak czowiek, ktry cae ycie baznowa, mg si zdoby na rzecz tak powan jak mier. Po prostu, nie poznaj mego Lisowicza! Na kadym kroku ma czowiek zawody.
- Ale - rzek Poaniecki - opowiaday mi panie Krasawskie, e Poszowski, ten, w ktrym to wszystkie kobiety w Warszawie si kochay, zastrzeli si w Rzymie.
- To mj krewny - rzek pan Pawicki.
Wiadomo poruszya jednak gwnie pani Emili. Samego Poszowskiego prawie nie znaa, lecz kilka razy w yciu widziaa jego ciotk, u ktrej starszy brat jej ma, po stracie osobistego znacznego majtku, by plenipotentem. Wiedziaa te o lepym przywizaniu tej ciotki do siostrzeca.
- Mj Boe, co za nieszczcie! - rzeka. - Czy to tylko prawda? Czowiek mody, taki zdolny, taki bogaty... Biedna panna Poszowska.
- I jaki wielki majtek zostaje bez spadkobiercy! - doda Bigiel. - Ja te stosunki znam, bo to tak blisko Warszawy. Stara panna Poszowska miaa dwoje krewnych: pani Kromick - cho ta bya dalsza - i Leona Poszowskiego, ktry by najbliszy. Dzi oboje nie yj.
Te sowa poruszyy znw pana Pawickiego. By on istotnie jakim dalekim krewnym panny Poszowskiej i nawet niegdy widzia j dwa czy trzy razy w yciu, ale zostao mu po niej tylko wspomnienie strachu, za kadym bowiem razem wypowiadaa mu gorzkie prawdy bez ogrdek, a raczej, mwic po prostu, za kadym razem wyajaa go, ile si zmiecio. Z tego powodu w dalszym cigu ycia unika jej najstaranniej, i wszelkie stosunki byy midzy nimi zerwane, cho przy sposobnoci lubi dla wiata wtrci swko o swym pokrewiestwie z rodzin tak znan i mon. Nalea on do tej, licznej w naszym kraju, kategorii ludzi, ktra jest przekonana, e Pan Bg atw drog dojcia do majtku za pomoc spadku umylnie dla niej stworzy, i ktra kad nadziej tego rodzaju uwaa za pewno. Tote powid uroczystym wzrokiem po zgromadzeniu i rzek:
- Moe te Opatrzno postanowia, eby te majtki przeszy na inne gowy, ktre potrafi lepiej ich uy.
A Poaniecki rzek:
Ja Poszowskiego spotkaem te raz za granic, i uczyni na mnie wraenie zupenie niepospolitego czowieka. Przypominam go sobie doskonale.
- Taki by podobno wietny i sympatyczny - dodaa pani Bigielowa.
- Niech Bg okae mu miosierdzie! - rzek profesor Waskowski. Znaem go i ja: to by prawdziwy Aria!
- Ozoria - rzek pan Pawicki.
- Aria - powtrzy profesor.
- Ozoria... - poprawi z naciskiem i godnoci pan Pawicki.
I dwaj starzy ludzie poczli spoglda na siebie ze zdumieniem, nie wiedzc, czego wzajem od siebie chc, i ku wielkiej uciesze Bukackiego, ktry naoywszy monokl rzek:
- Jakie: Aria czy Ozoria?
Nieporozumieniu pooy koniec Poaniecki wyjaniajc, e Ozoria jest to nazwa herbu rodziny Poszowskich, e wic mona by razem Ari i Ozori, na co zreszt pan Pawicki zgodzi si niechtnie, czynic przy tym nawiasow uwag, e kto nosi porzdne nazwisko, ten nie potrzebuje si go wstydzi ani przekrca.
Bukacki za, zwrciwszy si do pani Emilii, pocz mwi swym zwykym zimnym tonem:
- Jedno jedyne samobjstwo uwaam za usprawiedliwione, a mianowicie samobjstwo z mioci, skutkiem czego namawiam si na nie od kilku lat - zawsze na prno!
- Mwi, e samobjstwo to tchrzostwo - wtrcia Marynia.
- Tote ja nie odbieram sobie ycia ze zbytku odwagi.
Lecz Bigiel rzek:
- Mwmy o yciu, nie o mierci, i o tym, co w nim najlepsze, to jest o zdrowiu. Za zdrowie pani Emilii!
- I Litki! - doda Poaniecki.
Po czym zwrci si do panny Maryni:
- Za zdrowie naszych wsplnych przyjaciek!
- Najchtniej - odrzeka panna Marynia.
On za zniy nieco gos i mwi dalej:
- Bo widzi pani, ja uwaam je nie tylko za swoje przyjaciki, ale take... jak by tu powiedzie?... za ordowniczki. Litka to jeszcze dziecko, ale pani Emilia wie przecie, komu ofiarowa przyja, wic gdyby kto mia do mnie jakie uprzedzenia, choby suszne, gdybym z kim postpi nie tak, jak powinienem, ale wprost le - i gdyby widzia, e ja si tym mcz, to przecie powinien pomyle, e jednak nie jestem najgorszym z ludzi, skoro taka pani Emilia ma dla mnie szczer yczliwo.
Panna Marynia zmieszaa si, ale jednoczenie uczynio si jej go al, on za koczy jeszcze ciszej:
- A ja si naprawd mcz. Mnie o to bardzo, bardzo chodzi!
Zanim odpowiedziaa, pan Pawicki wznis zdrowie pani Bigielowej i wypowiedzia ca mwk, ktrej treci byo, e krlow stworzenia jest waciwie nie kto inny, tylko kobieta, zatem przed kobiet, jako krlow, powinny si wszelkie gowy pochyla, i z tej przyczyny on pierwszy skania swoj cae ycie przed wszystkimi kobietami w ogle, a obecnie skania j przed pani Bigielow w szczeglnoci.
Poaniecki yczy mu w duszy, eby si udawi, czu bowiem, e mgby by uzyska jakie dobre sowo od panny Maryni, i czu, e chwila mina. Jako panna Marynia posza uciska pani Bigielow, a wrciwszy nie podniosa wicej zacztej rozmowy, on za nie mia spyta jej wprost o odpowied.
Zaraz po skoczonym obiedzie nadjechay panie Krasawskie: matka, kobieta lat pidziesiciu, ywa, pewna siebie, wielomwna - i panna, w zupenym przeciwstawieniu do matki, sztywna, sucha, zimna, wymawiajca: tek zamiast tak, ale zreszt z twarz przystojn cho blad, przypominajc nieco twarze holbeinowskich madonn.
Poaniecki pocz j ze zoci bawi, ale spogldajc od czasu do czasu na wie twarz i niebieskie oczy Maryni mwi sobie w duchu: "eby cho sowo dobre daa! ty... ty, bezlitosna!..."
I zoci si coraz bardziej, a gdy panna Krasawska wymwia raz meme zamiast mama, spyta jej szorstko:
- Kto taki?
Meme za wyadowywaa cay zapas swych wiadomoci, a raczej domysw o samobjstwie Poszowskiego.
- Wyobracie sobie pastwo - mwia z zapaem - mnie zaraz przyszo do gowy, e on si zastrzeli z powodu mierci Kromickiej. Panie, wie nad jej dusz, to bya kokietka - i nie lubiam jej nigdy. Kokietowaa go tak, em baa si Terki prowadzi tam, gdzie oni razem byli, bo to dla takiej modej dziewczyny po prostu zy przykad. Co prawda, to prawda!... Panie, wie nad jej dusz... Terka take nie miaa dla niej sympatii.
- Ach, pani - rzeka pani Emilia - ja zawsze syszaam, e to by anio.
A Bukacki, ktry nigdy w yciu nie widzia pani Kromickiej, zwrci si do pani Krasawskiej i rzek z flegm:
- Madame, je vous donne ma parole d'honneur, e to by archanio.
Pani Krasawska umilka na chwil, nie wiedzc, co odpowiedzie, nastpnie zaperzywszy si byaby odpowiedziaa co ostrego, gdyby nie to, e Bukacki, jako czowiek zamony, mg w danym razie by dobr parti dla panny Terki. Rwnymi wzgldami cieszy si w jej oczach i Poaniecki - i dla nich to wycznie utrzymywaa w lato stosunki z Bigielami, ktrych zreszt, gdy jej tak wypado, nie poznawaa na ulicy.
- U panw - rzeka - kada przystojna kobieta to zaraz anio albo archanio. Ja nawet i wwczas tego nie lubi, kiedy mi o Terce to mwi. A pani Kromicka moga by dobr osob, ale nie miaa taktu i caa rzecz!
W ten sposb rozmowa o Poszowskim upada, tym bardziej, e uwaga pani Krasawskiej zwrcia si wycznie na Poanieckiego, ktry bawi pann Terk. On bawi j troch na zo sobie, troch na zo pannie Maryni, i stara si sam w siebie wmwi, e mu jest przy niej dobrze; stara si nawet znale w niej wdzik i odkry, e ma za cienk szyj i oczki jakby zgase, ktre oywiaj si i zwracaj pytajco do niego wwczas, gdy na pytanie nie ma miejsca. Zauway take, e moga by cich despotk, gdy bowiem matka poczynaa mwi zbyt gono, panna Terka przykadaa lornetk do oczu i spogldaa na ni uwanie, matka za pod wpywem tego wzroku zniaa gos lub milka zupenie. W ogle panna Terka nudzia go niepomiernie, i jeli zajmowa si ni pilniej ni kiedykolwiek, to uczyni to tylko jako desperat, dla obudzenia choby cienia zazdroci w pannie Maryni. Nawet zupenie rozumni ludzie chwytaj si takich marnych rodkw, gdy ich uczuciowa bieda zbyt przycinie. Wywouj one zreszt zwykle wprost odwrotny skutek, bo z jednej strony utrudniaj pniej zblienie i rozwikanie nieporozumie, z drugiej potguj tylko uczucie w sercu tego, kto ich uywa. Poaniecki w kocu tak by stskniony za Maryni, e zgodziby si nawet na usyszenie niechtnego sowa z jej ust, byle si do niej zbliy i przemwi, a tymczasem wydao mu si to trudniejsze teraz ni przed godzin.
Odetchn te gboko, gdy wieczr si skoczy i gdy gocie poczli si zabiera do odjazdu. Przedtem jednak Litka zbliya si do matki i objwszy rkoma jej szyj pocza co do niej szepta. Pani Emilia skina gow, po czym zbliywszy si ku niemu rzeka:
- Panie Stanisawie, jeli pan nie ma zamiaru nocowa, to niech pan jedzie z nami. My z Maryni wemiemy Litk midzy siebie, i miejsca bdzie dosy.
- Dobrze; nie mog nocowa i bardzo jestem wdziczny - odpowiedzia Poaniecki.
I domyliwszy si atwo, kto by autorem projektu, zwrci si do Litki i rzek:
- Ty kocitko moje najlepsze, ty!...
Ona za, trzymajc si przy sukni matki, podniosa ku niemu swe oczy, na wp smutne, na wp uradowane, pytajc cicho
- Dobrze, panie Stachu?
W kilka chwil pniej ruszono. Po dniu pogodnym nastaa jeszcze pogodniejsza noc, troch chodna, ale caa rozjaniona i srebrna od ksiyca. Poaniecki, ktremu dzie zeszed marnie i ciko, odetchn teraz pen piersi i czu si prawie szczliwy, majc przed sob dwie istoty, ktre kocha bardzo gboko, a jedn, ktr kocha nad wszystko w wiecie. Przy blasku ksiyca widzia teraz jej twarz i wydaa mu si ona spokojna i agodna. Pomyla, e i uczucia Maryni musz by w tej chwili takie same i e moe niech jej dla niego taje wrd tego oglnego spokoju.
Litka zasuna si w gb siedzenia i zdawaa si spa. Poaniecki przyrzuci szalem wzitym od pani Emilii jej nki, i jechali czas jaki w milczeniu.
Po czym pani Emilia pocza mwi o Poszowskim, wiadomo bowiem o jego mierci uczynia na niej silne wraenie.
- Tkwi naprawd w tym wszystkim jaki bardzo smutny dramat - rzek Poaniecki - i pani Krasawska moe mie troch susznoci utrzymujc, e te dwie mierci stoj z sob w zwizku.
Na to panna Marynia rzeka:
- Jest w samobjstwie to okropnego, e powinno si je potpi, a potpiajc, ma si takie wraenie, jakby si nie miao adnego wspczucia dla nieszczcia.
Poaniecki za odpowiedzia:
- Wspczucie trzeba mie dla tych, ktrzy jeszcze czuj, a wic dla ywych.
Rozmowa urwaa si i czas jaki jechali znw w milczeniu. Po chwili Poaniecki ukaza na owiecone okna domu stojcego w gbi lenego parku i rzek:
- To willa pani Krasawskiej.
- Nie mog jej darowa tego - rzeka pani Emilia - co mwia o tej nieszczliwej pani Kromickiej.
- To jest kobieta wprost drapiena - odpowiedzia Poaniecki - a wiecie panie dlaczego? Oto z powodu crki. Cay wiat uwaa za to, ktre by chciaa uczyni jak najczarniejszym, eby panna Terka odbia si na nim tym janiej. By moe, e matka kroia niegdy na Poszowskiego - by moe, e pani Kromick uwaaa za przeszkod i std jej nienawi do niej.
- To adna panienka - rzeka Marynia.
- S istoty, dla ktrych poza wiatem form towarzyskich zaczyna si inny, daleko obszerniejszy - dla niej nie zaczyna si nic, a raczej koczy wszystko. To jest zupeny automat, w ktrym serce uderzy wwczas dopiero, kiedy matka je kluczem nakrci. Zreszt, duo jest podobnych panien na wiecie, a i te nawet, ktre wydaj si inne, czsto s takie wanie... Wieczna historia Galatei... Czy panie uwierz, e w tej lalce, w tej zgaszonej wieczce zakocha si przed paru laty, bez pamici, jeden mody lekarz, mj znajomy. Dwakro si owiadcza i dwakro zosta odrzucony, bo te panie patrzyy wyej. Zacign si nastpnie do suby holenderskiej - i zapewne umar tam gdzie na febr, bo z pocztku pisywa do mnie, dopytujc si o swj automat, a pniej listy ustay.
- Czy ona wie o tym?
- Wie, bo ilekro j zobacz, tylekro o nim mwi. I co jest charakterystyczne, to to, e jego wspomnienie nie mci ani na sekund jej pogody. Mwi o nim, jak o kadym innym. Jeli spodziewa si od niej cho pomiertnego alu, to i w tym si zawid... Musz paniom pokaza kiedy jeden jego list. Ja mu prbowaem wytumaczy to uczucie, on za odpisa mi: "Ja j sdz trzewo, ale nie mog duszy od niej odedrze..." By to zreszt sceptyk, czowiek pozytywny - dziecko ostatnich czasw... Ale pokazuje si, e uczucie drwi sobie ze wszystkich filozofii, ze wszystkich prdw... Wszystko mija, a ono byo, jest i bdzie... Przy tym tamten mwi mi niegdy tak: "Wolabym by nieszczliwy z ni ni szczliwy z inn..." I co tu gada! Czowiek patrzy trzewo, ale nie moe duszy odedrze - i skoczyo si.
Rozmowa skoczya si rwnie. Wjechali teraz na drog wysadzon kasztanami, ktrych pnie migotay rowo w wietle powozowych latarni.
- A jak komu bieda, to musi cierpie! - dorzuci na ostatek Poaniecki, idc widocznie za biegiem wasnych myli:
Tymczasem pani Emilia pochylia si nad Litk:
- pisz, dziecinko? - spytaa.
- Nie, mamusiu - odpowiedziaa Litka.
Rozdzia czternasty
- O majtek nie ubiegaem si nigdy - mwi pan Pawicki - ale jeli Opatrzno w niezbadanych swych wyrokach tak pokierowaa, eby cho cz tej wielkiej fortuny przesza w nasze rce, to nie chc jej drg krzyowa... Mnie z tego wiele ju nie przyjdzie, mnie potrzebne wkrtce bd cztery deski i cicha za dziecka, dla ktrego yem, ale tu idzie o Maryni.
- Zwracam pask uwag - rzek zimno Maszko - e, po pierwsze, to s widoki bardzo niepewne...
- Ale czy godzi si nie bra ich pod uwag?...
- Po wtre, e pani Poszowska yje jeszcze...
- Ale z babinki trociny ju si sypi... stara jak grzyb!
- Po trzecie, e moe zapisa majtek na cele publiczne...
- Ale czyby nie mona przeciw temu wystpi?
- Po czwarte, e wasze pokrewiestwo jest niezmiernie dalekie. W ten sposb wszyscy w Polsce s sobie krewni.
- Jednake bliszych krewnych nie ma.
- Poaniecki to przecie take wasz krewny?
- aden! Dalibg, aden! On jest krewny pierwszej mojej ony, nie mj!
- A Bukacki?
- Daje pan spokj. Bukacki jest kuzynem ony mojego szwagra.
- Innych krewnych pan nie ma?
Przyznawali si do nas Gtowscy z Jabrzykowa. Jak to pan wie... Ludzie to mwi, co im pochlebia... z Gtowskim zreszt nie potrzebuj si liczy.
Maszko umylnie przedstawia trudnoci, by potem ukaza brzeek nadziei, wic rzek:
- U nas ludzie s chciwi na spadki - i niech si spadek jaki otworzy, zlatuj si ze wszystkich stron, jak wrble na pszenic... Wszystko w takich razach polega na tym, kto si prdzej zgosi, z czym si zgosi i na koniec przez kogo si zgosi... Pamitaj pan, e czowiek sprysty i znajcy si na rzeczy moe z niczego co zrobi, gdy przeciwnie, czowiek bez energii i znajomoci interesw, majc nawet pewne podstawy dziaania, moe nic nie wskra...
- To wiem z dowiadczenia. Cae ycie miaem pty interesw.
Tu pan Pawicki przecign rk po gardle, Maszko za doda:
- Prcz tego moesz pan sta si igraszk adwokatw i by wyzyskiwanym bez granic...
- Liczybym w takim razie na osobist pask z nami przyja...
- I nie zawidby si pan - odrzek z powag Maszko. - I dla pana, i dla panny Marii mam tak gbok przyja, jak gdybycie naleeli do mojej rodzimy.
- W imieniu sieroty dzikuj - odpowiedzia pan Pawicki.
I wzruszenie nie pozwolio mu mwi wicej.
Maszko za spowania i rzek:
- Ale jeli chcecie, bym broni waszych praw i w tym wypadku, ktry, jak powiedziaem, moe si okaza zudzeniem - i w innych - to mi te prawa dajcie...
Tu mody adwokat chwyci rk pana Pawickiego.
- Szanowny panie - rzek - pan domylasz si, o czym chc mwi, wic zechciej wysucha mnie cierpliwie do koca.
Po czym zniy gos i, cho nikogo nie byo w pokoju, j mwi prawie cicho. Mwi z si, powag, a zarazem z wielkim umiarkowaniem, jak przystao na czowieka, ktry nigdy nie zapomina, kim jest i co przynosi. Pan Pawicki przymyka chwilami oczy, chwilami ciska rk Maszki, wreszcie po ukoczonej konferencji rzek:
- Przejd pan do salonu, ja tam przyl Maryni. Nie wiem, co ona panu odpowie, w kadym razie niech si stanie to, czego Bg chce... Ja umiaem pana zawsze ceni, teraz ceni jeszcze wicej - i ot!
Ramiona pana Pawickiego otworzyy si szeroko - i Maszko pochyli si ku nim, powtarzajc nie bez wzruszenia, cho zawsze z wysok godnoci:
- Dzikuj, dzikuj!
I po chwili znalaz si w salonie.
Panna Marynia wysza z twarz mocno poblad, ale spokojn. Maszko podsun jej krzeso, sam siad na drugim i pocz mwi:
- Jestem tu z upowanienia ojca pani. Sowa moje nie powiedz pani ju nic takiego, czego by przedtem nie wypowiedziao milczenie, ktre pani odgadywaa. Ale poniewa przysza chwila, w ktrej powinienem nazwa po imieniu moje uczucia, czyni wic to z ca ufnoci w serce i charakter pani. Jestem czowiekiem, ktry pani kocha, na ktrym si oprze mona, wic skadam w rce pani moje ycie - i prosz z gbi serca, by pani zgodzia si i razem ze mn.
Panna Marynia milczaa przez chwil, jakby szukajc sw, po czym rzeka:
- Winnam panu jasno i szczerze odpowiedzie; wyznanie to jest dla mnie cikie, bardzo cikie, ale nie chc, by si taki czowiek jak pan udzi: nie kochaam pana, nie kocham i on pask nie zostan nigdy, choby mi przysza nigdy niczyj nie zosta.
Tu zapanowao milczenie jeszcze dusze. Wypieki na twarzy Maszki zapony silniej, a oczy jego poczy rzuca zimne stalowe blaski.
- Odpowied jest rwnie stanowcza - rzek - jak dla mnie bolesna i nieoczekiwana. Czy jednak pani nie zechce, zamiast odtrca mnie w tej chwili stanowczo, da sobie kilka dni czasu do namysu?
- Sam pan powiedzia, em odgadywaa uczucia pana, wic miaam czas zastanowi si nad sob i odpowied, jak panu daj, daj po zupenym namyle.
Gos Maszki sta si teraz suchy i ostry:
- Czy pani sdzi przy tym, e na mocy zachowania si pani ze mn nie miaem prawa zanie takiej proby, jak zaniosem?
I pewien by w tej chwili, e panna Marynia odpowie mu, i to zachowanie si le zrozumia, e nie byo w nim nic, co by mogo go upowania do jakiejkolwiek nadziei, sowem, e pjdzie drog wykrtw, jak zwykle czyni kokietki, ktre kokieteri zmuszone s okupowa kamstwem - lecz ona podniosa na niego oczy i rzeka:
- Postpowanie moje z panem nie byo chwilami takie, jak by powinno; przyznaj si do winy i z caej duszy za ni przepraszam.
Maszko zamilk. Kobieta, ktra si wykrca, budzi pogard, kobieta, ktra przyznaje si do winy, wytrca bro z rki kadego przeciwnika, w ktrego naturze, lub choby tylko w wychowaniu, ley iskra uczu rycerskich. Prcz tego, jedynym, ostatnim sposobem poruszenia serca kobiety jest w takim razie: nie uzna wspaniaomylnie jej wystpku. Maszko, jakkolwiek widzia przed sob przepa, zrozumia to - i postanowi postawi wszystko na ostatni kart.
Kady nerw dygota w nim z gniewu i obraonej mioci wasnej, jednake opanowa si, wzi kapelusz i zbliywszy si do panny Maryni podnis do ust jej rk.
- Wiedziaem, e pani kocha Krzemie - rzek - i kupiem go po to jedynie, by go zoy u ng pani. Widz, em szed bdn drog, i cofam si, chocia czyni to z alem bez granic. To ja pani przepraszam. Winy ze strony pani nie byo i nie ma adnej. Spokj pani droszy mi jest od wasnego szczcia, dlatego prosz jak o jedyn ask: niech pani nie czyni sobie wyrzutw. A teraz egnam pani.
I wyszed.
Ona za siedziaa dugi czas nieruchoma, z blad twarz i uczuciem znkania w duszy. Nie spodziewaa si znale w nim tyle szlachetnych uczu. Obok tego przysza jej do gowy nastpna myl: "Tamten odebra mi Krzemie, by uratowa swoje - ten go kupi, by mi go zwrci!" I nigdy dotd Poaniecki nie by tak dalece zgubiony w jej mylach. W tej chwili nie pamitaa, e Maszko kupi Krzemie nie od Poanieckiego przecie, tylko od jej ojca, po wtre, e kupi go korzystnie, po trzecie, e wprawdzie chcia go zwrci, ale zarazem i zabra go na nowo wraz z jej rk, uwolniwszy si w dodatku od wypat, ktre na nim ciyy, a na koniec, e, waciwie biorc, Krzemienia nie wydziera jej ani Poaniecki, ani nikt inny, tylko pan Pawicki sprzeda go dobrowolnie, poniewa znalaz kupca. Ale ona patrzya w tej chwili po kobiecemu na t spraw i przeciwstawiaa Poanieckiemu Maszk, wywyszajc nad miar ostatniego, potpiajc nad win pierwszego. Postpowanie Maszki wzruszyo j tak dalece, e gdyby nie czua ku niemu wprost odrazy, byaby go odwoaa. Przez chwil zdawao jej si nawet, e powinna to uczyni ale zbrako jej si.
Nie wiedziaa te, e Maszko schodzi ze schodw z wciekoci i rozpacz w duszy. Rzeczywicie, otworzya si przed nim przepa.
Wszystkie rachuby go zawiody; kobieta, ktr istotnie pokocha, nie chciaa go i odrzucia - i jakkolwiek staraa si go w sowach oszczdza, czu si upokorzony jak nigdy w yciu. Cokolwiek dotychczas w yciu przedsibra, zawsze przeprowadza to w poczuciu wasnej siy i wasnego rozumu, z niezachwian pewnoci, e mu si uda. Odmowa Maryni odebraa mu i t pewno. Pierwszy raz zwtpi o sobie, pierwszy raz mia poczucie, e jego gwiazda zaczyna bledn i e moe rozpocz si dla niego okres klsk na wszystkich polach, na ktrych dotychczas dziaa. Okres ten ju si nawet rozpocz. Maszko kupi Krzemie w warunkach wyjtkowo korzystnych, by to jednak majtek zbyt wielki w stosunku do jego rodkw. Gdyby Marynia nie odrzucia go, byby sobie da rady, w takim bowiem razie nie potrzebowaby myle ani o doywotniej rencie dla pana Pawickiego, ani o spaceniu tej sumy, ktra, wedug ukadu, przypadaa Maryni za Magierwk. Obecnie mia do spacenia Maryni, Poanieckiego i dugi na Krzemieniu, ktre trzeba byo spaci co prdzej, albowiem z powodu lichwiarskich procentw rosy one z dnia na dzie i groziy zupen ruin. Na to wszystko by tylko kredyt - dotd wprawdzie nie zachwiany, ale wycignity jak struna; Maszko za czu, e gdyby ta struna kiedykolwiek pka, byby zgubiony bezpowrotnie.
Dlatego chwilami, obok alu za Maryni, obok blu, jakiego doznaje czowiek po stracie szczcia, porywa go gniew bez granic, niemal szalony - i rwnie niepohamowana ch zemsty. By to czowiek z dusz energiczn, w ktrego naturze leaa ch zapacenia zem za krzywd. Dlatego wchodzc do siebie, mrucza przez zacinite zby:
- Jeli nie zostaniesz moj on, nie daruj ci tego, co mi uczynia; jeli zostaniesz - nie przebacz ci rwnie.
Tymczasem pan Pawicki wszed do pokoju, w ktrym siedziaa Marynia, i rzek:
- Odmwia mu, bo inaczej byby wstpi do mnie wychodzc.
- Tak, papo.
- Nie daa mu adnej nadziei na przyszo?
- Nie, papo... Szanuj go, jak nikogo w wiecie, ale nie daam mu nadziei.
- Co ci odpowiedzia?
- Wszystko, co mg odpowiedzie taki szlachetny czowiek.
- Nowe nieszczcie - rzek - i kto wie, czy nie pozbawia mnie kawaka chleba na staro... Ale wiedziaem, e z tym nie bdziesz si liczya.
- Nie mogam, nie mogam inaczej postpi.
- Nie chc te ci zmusza, a swoje zmartwienie id ofiarowa tam, gdzie kada za starego bdzie policzon.
I poszed do Loursa patrze na grajcych w bilard. Byby si zgodzi na Maszk, ale w gruncie rzeczy nie uwaa go za parti zbyt wietn, i sdzc, e Maryni moe si trafi lepsza, nie martwi si zbytecznie tym, co si stao.
Marynia za w p godziny pniej wpada do pani Emilii.
- Jeden przynajmniej ciar spad mi z serca - rzeka na wstpie - odmwiam dzi stanowczo panu Maszce.
Pani Emilia uciskaa j w milczeniu. Marynia za mwia dalej:
- al mi go... Postpi ze mn tak szlachetnie i delikatnie, jak tylko taki czowiek mg postpi, i gdybym miaa dla niego cho ma iskierk uczucia, wrciabym do niego dzi jeszcze.
Tu powtrzya pani Emilii ca rozmow z Maszk. Istotnie, nie mona mu byo nic zarzuci, i pani Emilia nie moga oprze si pewnemu zdziwieniu, posdzaa bowiem Maszk o charakter gwatowny i nie spodziewaa si, eby w tak cikiej dla siebie chwili potrafi si zdoby na tyle umiarkowania i szlachetnoci. A panna Marynia rzeka:
- Moja Emilko, znam twoj przyja dla pana Poanieckiego, ale sd tych dwch ludzi z ich uczynkw, nie ze sw, i porwnaj ich z sob.
- Nigdy nie bd ich porwnywaa - odrzeka pani Emilia. - Tu nie mona robi porwna. Pan Stanisaw jest dla mnie natur stokro wysz od Maszki, ty za sdzisz go niesusznie. Ty, Maryniu, nie masz prawa mwi: "Jeden odebra mi Krzemie, drugi chcia mi go zwrci." Tak nie byo. Pan Poaniecki nie odbiera ci go nigdy, a dzi, gdyby mg, zwrciby ci go z caego serca. To uprzedzenie mwi przez ciebie.
- Nie uprzedzenie, ale rzeczywisto, ktrej nic zmieni nie moe.
A pani Emilia posadzia j przed sob i rzeka:
- Owszem, Maryniu, uprzedzenie, i powiem ci, dlaczego. Oto ty nie jeste dotychczas dla niego obojtna.
Panna Marynia drgna, jakby kto dotkn bolcej j rany, i po chwili odpowiedziaa zmienionym gosem:
- Pan Poaniecki nie jest mi obojtny... Masz suszno... Wszystko, co mogo by we mnie sympati dla niego, zmienio si w niech - i suchaj, Emilko, co ci teraz powiem: gdybym miaa wybr midzy tymi dwoma ludmi, wybraabym bez adnego wahania Maszk.
Pani Emilia spucia gow; po chwili ramiona panny Maryni oploty jej szyj.
- Jakie to dla mnie zmartwienie, e ja tobie sprawiam tak przykro, ale ja musz mwi prawd. Wiem, e w kocu i ty przestaniesz mnie kocha i zostan zupenie sama na wiecie.
I rzeczywicie poczo si stawa co podobnego. Obie mode kobiety rozstay si w uciskach i pocaunkach, a jednak, gdy si znalazy z dala od siebie, uczuy obie jednoczenie, e co naderwao si midzy nimi i e wzajemny ich stosunek nie bdzie ju tak serdeczny, jak by dotd.
Pani Emilia wahaa si przez kilka dni, czy powtrzy Poanieckiemu sowa Maryni, lecz on prosi j tak usilnie o ca prawd, i w kocu pomylaa, e i trzeba, i lepiej bdzie j wypowiedzie. On za wysuchawszy wszystkiego rzek:
- Dzikuj pani. Jeli panna Pawicka mn pogardza, musz si na to zgodzi, nie mog si tylko na to zgodzi, bym sam sob zacz pogardza. Zaszedem i tak za daleko. Pani droga wie, e jelim wzgldem niej zawini, tom si stara to naprawi, a j przebaga. Do dalszych obowizkw si nie poczuwam. Bd mia cikie chwile, tego pani nie ukrywam, ale niedog nie byem, nie jestem, i potrafi zdoby si na to, by wszystko, co dla panny Pawickiej czuj, wyrzuci przez okno jako rzecz w moim pokoju niepotrzebn. To pani wicie przyrzekam!
- Wierz panu, ale si przy tym bardzo cierpi.
On za odrzek prawie wesoo:
- Co tam! jak mi zbyt sparzenie dokuczy, poprosz pani o opatrunek, a wiem, e gdy mi go takie poczciwe rce zrobi, to bdzie skuteczny. Litu pani pomoe i ani sykn.
Po czym wrci do siebie, peen wewntrz poczucia woli i energii. Zdawao mu si, e potrafi wzi to uczucie i zama je, jak si amie lask o kolano. Tym zapdem y kilka dni nastpnych. Nie pokazywa si przez ten czas nigdzie, prcz w biurze, gdzie rozmawia z Bigielem wycznie o interesach. Pracowa od rana do wieczora i nie pozwala sobie we dnie nawet myle o Maryni.
Ale nie mg si od tego obroni podczas bezsennych nocy. Wwczas przychodzio na niego wyrane poczucie, e Marynia moga go kocha, moga wyj za niego, e byaby mu najlepsz on, e mg by z ni szczliwy, jak nigdy z nikim nie bdzie, i e kochaby j, jak swoje najwysze dobro.
al, ktry narodzi si z tych rozmyla, wnikn w jego cae istnienie i nie opuszcza go wicej, e za al poera dusz i zdrowie jak rdza elazo, wic Poaniecki pocz marnie. Spostrzeg, e amanie uczucia daje jeden niewtpliwy skutek: zamanie szczcia. Nigdy nie widzia przed sob takiej pustki i nigdy nie odczuwa z rwn si, e nic mu jej zapeni nie zdoa. Spostrzeg take, e mona kobiet kocha nie tak, jak jest, ale tak, jak by by moga. I wreszcie tskni bez miary.
Ale majc nad sob duo wadzy unika Maryni. Wiedzia zawsze, kiedy ma by u pani Emilii, i wwczas zamyka si w domu.
Dopiero gdy Litka zachorowaa, pocz chodzi do pani Emilii codziennie, przesiadywa u niej po caych dniach i spdza godziny razem z Maryni przy chorym dziecku.
Rozdzia pitnasty
A biedna Litk, po nowym, groniejszym ni poprzednio ataku, nie moga ju przyj do zdrowia. Dni spdzaa teraz lec na szezlongu w saloniku, albowiem na jej prob lekarze i pani Emilia zgodzili si nie trzyma jej cay czas w ku. Lubia te, gdy Poaniecki siedzia przy niej, i rozmawiaa z nim i z matk o wszystkim, co jej przechodzio przez gwk. Z Maryni bywaa zwykle milczca, natomiast czasem wpatrywaa si ni dugo, a potem podnosia oczy do sufitu, jakby namylajc si nad czym, jakby chcc co zrozumie i zda sobie z czego spraw. Nieraz te zamylania si jej zdarzay si i wwczas, gdy zostawaa z matk sam na sam, pewnego za popoudnia zbudzia si jakby ze snu i zwrciwszy si do matki rzeka:
- Mamusiu, niech mamusia sidzie przy mnie, tu, na sofie.
Pani Emilia siada; dziecko otoczyo rk jej szyj i wsparszy gow na jej ramieniu, poczo mwi pieszczotliwym, osabionym nieco gosem:
- Bo ja si chciaam mamusi spyta o jedn rzecz, tylko nie wiem, jak to powiedzie.
- O co ci idzie, dziecinko?
Litka milczaa przez chwil, zbierajc myli, po czym spytaa:
- Jeeli si, mamusiu, kogo kocha, to co?
- Jeli si kogo kocha, Litu?
Pani Emilia powtrzya pytanie, nie rozumiejc zrazu dobrze, o co dziewczynka pyta, ona jednak nie umiaa pyta dokadniej.
- To co, mamusiu?...
- To chciaoby si, eby ten kto by zdrw, tak jak ja chc, eby ty bya zdrowa.
- I co jeszcze?
- I chciaoby si, eby by szczliwy, eby mu na wiecie byo dobrze, a jeli trafi mu si co zego, to chciaoby si samemu za niego cierpie.
- I co jeszcze?
- I chciaoby si mie go zawsze przy sobie, tak jak ty jeste przy mnie - i chciaoby si, eby on tak kocha, jak ty mnie kochasz.
- To ja teraz rozumiem - rzeka po chwili zamylenia si Litka. - I ja sama mylaam take, e to tak.
- Tak, kotku.
- Bo, widzi mamusia, ja jeszcze w Reichenhallu, pamita mama? w Thumsee, syszaam, e pan Stach kocha pann Maryni, i teraz wiem, e on musi by nieszczliwy, chocia nigdy o tym nie mwi.
Pani Emilia, bojc si wzrusze dla Litki, rzeka:
- Czy ciebie, kotku, nie mczy ta rozmowa?
- O, nic a nic! Ju teraz rozumiem. On by chcia, eby ona jego kochaa, a ona nie kocha, i chciaby by zawsze przy niej, a ona mieszka z ojcem i nie chce si z nim oeni.
- Wyj za niego...
- Wyj za niego. On si tym martwi, mamusiu? prawda?
- Pewnie, moje dziecko.
- Bo ja to wszystko wiem. A eby ona wysza za niego, czyby go kochaa?
- Pewnie, kotku, on taki dobry czowiek.
- To ja ju teraz wiem.
Dziewczynka przymkna oczy, i pani Emilia sdzia przez chwil, e usypia, ale ona po niejakim czasie znw pocza pyta:
- A jakby on si oeni z Maryni, czyby nas przesta kocha?
- Nie, Litu. On by nas zawsze tak samo kocha.
- Ale Maryni lepiej?
- Marynia byaby mu wtedy blisz ni my. Czemu si ty, kotku, o to tak dopytujesz?
- To le?
- Nie, nie ma w tym nic zego, nic a nic! Tylko boj si, e si zmczysz.
- O nie! ja i tak cigle o panu Stachu myl. Ale niech mamusia nic o tym Maryni nie mwi.
Na tym skoczya si rozmowa, po ktrej Litka przez kilka nastpnych dni bya milczca, tylko jeszcze uporczywiej ni przedtem wpatrywaa si w Maryni. Czasem braa j za rk i zwracaa ku niej oczy, jakby chciaa j o co zapyta. Czasem, gdy oboje z Poanieckim byli przy niej, przenosia ustawicznie wzrok to na ni, to na niego, a potem przymykaa powieki. Oni za przychodzili czsto, codziennie, czasem i kilka razy na dzie, chcc uly pani Emilii, ktra nie pozwalajc si nocami nikomu przy Litce zastpi, spdzaa je od tygodnia bezsennie, pic nieco tylko w dzie, gdy sama Litka j o to uprosia. Pani Emilia nie zdawaa sobie jednak sprawy z caego niebezpieczestwa, jakie maej grozio, lekarz bowiem, sam nie wiedzc, jak si obrci ten okres choroby, czy bdzie tylko krokiem naprzd, czy kocem, uspokaja matk tym bardziej stanowczo, e Poaniecki jak najusilniej go o to prosi.
Miaa jednak przeczucie, e stan dziecka nie jest pomylny, i mimo uspokoje lekarza serce zamierao w niej nieraz z trwogi. Litce ukazywaa wprawdzie twarz zawsze umiechnit i weso, rwnie jak Poaniecki i panna Marynia, ale dziewczynka nauczya si obecnie tak uwaa na wszystko, e najstaranniej ukrywany niepokj matki nie uszed jej baczenia.
Wic te pewnego rana, gdy Poaniecki zostawszy sam z ni zajty by nadymaniem dla niej wielkiego globusa z tafty jedwabnej, ktry przynis jej w darze, dziewczynka rzeka:
- Panie Stachu, ja czasem widz, e mamusia okropnie si martwi, e ja chora.
Poaniecki przesta nadyma balon i odpowiedzia:
- Ani jej si ni. Co tam si roi pod t czupryn! Zreszt, naturalnie, e si martwi, bo wolaaby, eby bya zdrowa...
- Dlaczego to wszystkie inne dzieci s zdrowe, tylko ja jedna cigle choruj?
- adnie zdrowe! A Bigielta nie choroway, jedno w drugie, na koklusz? Przez kilka miesicy cay dom by jak owczarnia. A Jzio nie mia odry? Wszystkie dzieciska wiecznie choruj, i tyle z nich pociechy.
- To pan Stach tylko tak mwi, bo one choruj, a potem s zdrowe...
Tu pocza trz gwk.
- Nie, to co innego. I teraz cigle musz lee, bo mi zaraz serce bije. I jak onegdaj zaczli piewa na ulicy, a mamusi nie byo w pokoju, to poszam troch do okna i zobaczyam pogrzeb - i pomylaam, e ja take pewno umr...
- Plecie Litka! - zawoa Poaniecki.
I pocz prdko znw nadyma globus, eby pokry wzruszenie, a zarazem pokaza dziewczynce, jak mao znacz jej sowa.
Lecz dziecko szo dalej za swoj myl:
- Mnie tak czasem duszno i tak mi serce bije... Mamusia powiedziaa, ebym ja wtedy mwia: Pod Twoj obron - i ja zawsze mwi, bo ja si okropnie boj umrze! Ja wiem, e w niebie dobrze, ale nie byabym z mamusi, tylko sama na cmentarzu... Tak, i w nocy...
Poaniecki pooy nagle globus, siad przy kanapce i wziwszy rk Litki rzek:
- Mj Litu, jeli mam kochasz, jeli mnie kochasz, nie myl o takich rzeczach. Tobie nic nie bdzie, ale dopiero by si mama martwia, gdyby wiedziaa, czym dziecko sobie gwk zaprzta! Bo pamitaj, e sobie tym szkodzisz...
A Litka zoya rce:
- Mj panie Stachu, ju tylko o jedno zapytam, tylko o jedno - nic wicej!
On pochyli ku niej gow.
- No, pytaj, kocie. Byle o co mdrego.
- Czy pan Stach bardzo by mnie aowa?
- A, widzisz, jaka niepoczciwa!
- Mj panie Stachu!... powiedzie!
- Ja? co za niegodziwe dziecko! Litu wie, e j kocham... ogromnie kocham! Niech Bg broni... Nikogo na wiecie bym tak nie aowa... Bdziesze ty mi cicho nareszcie, ty mucho utrapiona! ty... najmilsze drogie stworzenie!...
A dziewczynka zwrcia ku niemu rozjanione oczy:
- Ju bd cicho.... Dobry pan Stach!
I w chwili; gdy wesza pani Emilia, a on zabiera si do odejcia, spytaa jeszcze:
- Ale pan Stach nie gniewa si na mnie?
- Nie, Litu! - odrzek Poaniecki.
Wyszedszy do przedpokoju usysza lekkie stukanie we drzwi, pani Emilia bowiem kazaa zdj dzwonki. Otworzy i spostrzeg Maryni, ktra zwykle przychodzia wieczorami. Przywitawszy si z nim spytaa:
- Jak dzi Litka?
- Jak zwykle.
- By doktor?
- By. Nic nowego nie znalaz. Pozwoli pani sobie pomc?
To powiedziawszy chcia zdj z niej paletot, lecz ona odmwia nie chcc przyjmowa jego usug. Wwczas majc serce wezbrane poprzedni rozmow z Litk, napad na ni najniespodzianiej:
- To jest prosta grzeczno, nic wicej, a choby byo czym wicej, mogaby wreszcie pani zostawi swoj niech do mnie za tym progiem, bo tam jest dziecko chore, ktre nie tylko ja, ale i pani niby kocha. W tym po prostu nie ma nie tylko dobroci, ale i miary. Zdjbym tak samo paletot z kadej innej kobiety, i niech pani wie, e teraz myl o Litce i o niczym wicej.
I mwi to z wielk zapalczywoci, tak e zaskoczona ni nagle panna Marynia przestraszya si naprawd, troch stracia gow, tak e pozwolia kornie zdj z siebie paletot i nie tylko nie znalaza w sobie siy, by si obrazi, ale uczua, e tak moe przemawia czowiek szczerze i gboko dotknity niepokojem, zmartwieniem, zatem czowiek prawdziwie czujcy i z gruntu dobry.
Moe wreszcie ta niespodziana jego energia przemwia do jej natury kobiecej, do, e Poaniecki uj j w tej chwili wicej ni kiedykolwiek od czasu widzenia si w Krzemieniu i nigdy dotychczas nie przypomnia jej tak silnie owego dzielnego, modego czowieka, ktrego oprowadzaa niegdy po krzemienieckim ogrodzie. Byo to wprawdzie tylko wraenie przelotne, ktre nie mogo stanowi o wzajemnym ich do siebie stosunku, ale na razie podniosa na niego oczy nieco zdziwione, lecz nie gniewne, i rzeka:
- Przepraszam pana...
On za pohamowa si przez ten czas i zawstydzi:
- To ja przepraszam. Litka gadaa mi dzi o swojej mierci, i taki jestem wzburzony, e rady sobie da nie mog... Pani powinna to zrozumie i przebaczy mi.
To rzekszy cisn silnie jej rk i wyszed.
Rozdziay 16-30
Rozdzia szesnasty
Nastpnego dnia Marynia ofiarowaa si pani Emilii zamieszka u niej a do zupenego wyzdrowienia Litki, Litka za popara jej prob, na ktr pani Emilia po krtkim oporze bya zmuszona si zgodzi. Rzeczywicie upadaa ze znuenia; zdrowie chorej wymagao nieustajcej i wyjtkowej czujnoci, nowy atak bowiem mg przyj lada chwila. Trudno byo liczy, eby suca, choby najbardziej przywizana, nie zdrzemna si w takiej wanie chwili, w ktrej pieszny ratunek mg stanowi o yciu dziecka - wic obecno Maryni bya prawdziw pomoc i uspokojeniem dla stroskanej matki.
Co do pana Pawickiego, ten wola jada w restauracji ni w domu, nie robi wic trudnoci. Marynia zreszt wpadaa co dzie dowiedzie si o jego zdrowie i przyprowadzi do porzdku domowe rachunki, potem wracaa do pani Emilii, by poow nocy przesiedzie przy maej.
W ten sposb Poaniecki, ktry wszystkie chwile wolne od zaj spdza u pani Emilii i przyjmowa, a raczej odprawia z podzikowaniami wszystkich, ktrzy przychodzili dopytywa si o zdrowie dziewczynki, widywa Maryni codziennie.
I podziwia j szczerze. Sama pani Emilia nie okazywaa wicej troskliwoci dla chorej i nie umiaa lepiej koo niej chodzi. Po tygodniu twarz panny Maryni poblada z niewywczasu i obawy, oczy podkryy si ciemno, ale siy jej i energia zdaway si wzrasta z kad chwil. Byo w niej przy tym tyle sodyczy i dobroci, co tak cichego i delikatnego w usugach, jakie oddawaa Litce, e dziewczynce mimo owej urazy, ktr dla Maryni ywia w gbi swej maej duszki, poczo by z ni dobrze, i gdy oddalia si na kilka godzin do ojca, chora wygldaa jej z utsknieniem.
Zreszt zdrowie maej raczej si poprawio w ostatnich czasach. Doktor pozwoli jej wstawa, przechadza si po pokoju i siadywa w fotelu, ktry w soneczne dni przysuwano jej do drzwi prowadzcych na balkon, aby moga spoglda na ulic i rozrywa si ruchem ludzi i powozw.
Poaniecki, pani Emilia i panna Marynia otaczali j czsto wwczas, a przedmiotu do rozmw i pogadanek dostarczao to, co si dziao na ulicy. Czasem dziecko byo znuone i jakby zadumane, czasem jednak dziecinna natura braa gr i bawio j wszystko, wic i padziernikowe soce obrzucajce dachy, ciany i szyby sklepw bladym zotem, i stroje przechodniw, i nawoywania przekupniw. Zdawao si, e owe potne pierwiastki ycia, pulsujce w wirze miejskim, wchodz w dziecko i oywiaj je. Czasem przychodziy jej te do gowy dziwne myli, i raz, gdy przed balkonem przesuwa si ciki wz, wiozcy drzewa cytrynowe w donicach, ktre, lubo skrpowane acuchami, chwiay si zgadnie z ruchem wozu, maa rzeka:
- Im serce nie bije.
A potem, podnoszc oczy na Poanieckiego, spytaa:
- Panie Stachu, czy drzewa dugo yj?
- Bardzo dugo, niektre yj tysice lat.
- O to ja chciaabym by drzewem. A mamusia jakie najlepiej lubi?
- Brzoz.
To ja chciaabym by ma brzzk, a mamusia byaby du, i rosybymy razem. A pan Stach chciaby take by brzoz?
- Bylem rs gdzie niedaleko od maej brzzki.
Litka za popatrzya na niego i potrzsajc troch smutno gwk, rzeka:
- O, nie! ja teraz wiem wszystko. Ja wiem, przy kim by pan Stach chcia rosn.
Panna Marynia zmieszaa si i spucia oczy na robot, Poaniecki za pocz gadzi lekko doni pow gwk i powtarza:
- Moje kocitko kochane; moje mie! moje, moje!...
Litka umilka; nastpnie spod dugich jej rzs wypyny dwie zy i stoczyy si cicho po policzkach.
Po chwili podniosa jednak swoj sodk twarzyczk rozjanion umiechem.
- Ja mamusi bardzo kocham - rzeka - i pana Stacha kocham, i Maryni kocham...
Rozdzia siedemnasty
Profesor Waskowski dowiadywa si codziennie o zdrowie maej, i cho najczciej go nie przyjmowano, posya jej kwiaty. Poaniecki, spotkawszy go kiedy na obiedzie, pocz mu dzikowa w imieniu pani Emilii.
- Astry tylko, astry - odrzek profesor. - Jak ona si dzi ma? 
- Dzi niele, a w ogle niedobrze. Gorzej ni w Reichenhallu. Strach zawsze ogarnia przed kadym nastpnym dniem, a gdy si pomyli, e tego dziecka moe zabrakn!...
Tu Poaniecki urwa, bo zbrako mu w gardle dalszych sw; wreszcie, chcc si sam przeama, pocz kl:
- Co tu si oglda za jakim zmiowaniem! Jest tylko logika, ktra powiada, e kto ma chore serce, ten musi umrze - i nieche piorun trzanie takie ycie!
Na to nadszed Bukacki, ktry dowiedziawszy si, o co chodzi, napad rwnie na profesora Waskowskiego, i on bowiem, kochajc Litk, buntowa si w duszy na myl o grocej jej mierci.
- Jak mona udzi si dobrowolnie przez tyle lat i wygasza zasady, ktre obracaj si wniwecz wobec lepego przeznaczenia.
Lecz stary czowiek odpowiedzia agodnie:
- Jak wy moecie, moi kochani, mierzy wasz wasn miar mdro bosk i miosierdzie boskie? Kto wszed w podziemie, tego otacza ciemno, ale ten nie ma jeszcze prawa przeczy, e ponad sklepieniem istnieje niebo i soce, wiato i ciepo...
- Oto mi pociecha! - przerwa Poaniecki - mucha nie wyyje na tej filozofii, a c dopiero matka, ktrej jedyne i kochane dziecko umiera.
Lecz niebieskie oczy profesora byy ju jakby za wiatem; przez chwil wpatrywa si uporczywie przed siebie, po czym ozwa si, jak czowiek, ktry co widzi, ale nie jest pewny, czy widzi dokadnie:
- A mnie si zdaje, e to dziecko zanadto wszczepio si w serce ludzkie, eby tak ot przej i odej bez ladu. Co w tym jest... Co jej byo przeznaczone, ona musi co speni - i przedtem nie umrze.
- Mistycyzm! - rzek Bukacki.
Lecz Poaniecki przerwa:
- Oby tak byo! Mistycyzm nie mistycyzm, ale oby tak byo! Czowiek w biedzie chwyta si nawet za cie nadziei. Mnie te nigdy si w gowie nie miecio, eby ona miaa umrze.
A profesor doda:
- Kto wie! moe ona nas wszystkich jeszcze przeyje!
Poaniecki by w tej fazie sceptycyzmu, w ktrej czowiek w niczym nie uznaje pewnoci, ale wszystko uznaje za moliwe, zwaszcza to wszystko, czego w danym wypadku pragnie serce; odetchn wic lej i nabra jako otuchy.
- Niech Bg zmiuje si nad ni i nad pani Emili - rzek. - Dabym na sto mszy, gdybym wiedzia, e jej to pomoe.
- Daj na jedn, byle ze szczer intencj.
- A dam! a dam! Co do szczeroci intencji, nie bybym szczerszy, gdyby o wasn moj skr chodzio.
Waskowski umiechn si i rzek:
- Ty jeste na dobrej drodze, bo umiesz kocha.
I jako lej uczynio si wszystkim. Bukacki, jeli w duszy myla co przeciwnego temu, co mwi Waskowski, nie mia si z tym odezwa, bo sceptycyzm, choby najbardziej wkorzeniony, gdy ludzie wobec prawdziwego nieszczcia szukaj ratunku w wierze, nakada czapk na uszy i nie tylko tchrzy, ale wydaje si sam sobie marnym i maym.
Bigiel, ktry nadszed w tej chwili, ujrza weselsze twarze i rzek:
- Widz po was, e maa nie gorzej.
- Nie, nie! - rzek Poaniecki - i profesor mwi nam takie poczciwe rzeczy, e tylko go do rany przyoy.
- Chwaa Bogu! ona moja daa dzi na msz, a potem posza do pani Emilii. Dzi bd jad z wami, bo mam urlop, i skoro Litce lepiej, to powiem wam drug weso nowin.
- Co takiego?
- Spotkaem przed chwil Maszk, ktry zreszt zaraz tu przyjdzie, a jak przyjdzie, to mu powinszujcie, bo si eni.
- Z kim? - spyta Poaniecki.
- Z moj ssiadk.
- Z pann Krasawsk?
- Tak.
- Rozumiem - rzek Bukacki - skruszy na proch te panie swoj wielkoci, swoim urodzeniem, swoim majtkiem i z tego prochu ulepi sobie on i teciow.
- Wytumaczcie mi jedn rzecz - rzek profesor Waskowski. - Maszko jest czowiekiem religijnym...
- Jako konserwatysta - przerwa Bukacki - dla przyzwoitoci.
- I te panie take - cign dalej Waskowski.
- Ze zwyczaju...
- Dlaczego oni nie zamylaj si nigdy o yciu przyszym?
- Maszko! czemu ty nie zamylasz si nigdy o yciu przyszym? - zawoa Bukacki zwracajc si do wchodzcego w tej chwili adwokata.
Maszko za zbliy si do nich i spyta:
- Jak powiadasz?
- Powiadam: Tu, felix Maszko, nube!
Wwczas wszyscy poczli mu skada yczenia, on za przyjmowa je z pen godnoci powag, w kocu przemwi:
- Moi drodzy, dzikuj wam z caego serca; a poniewa wszyscy znacie moj narzeczon, wic nie wtpi o szczeroci waszych ycze.
- Nie pozwl sobie na to! - rzek Bukacki.
A Poaniecki dorzuci:
- W por ci przyszed Krzemie.
Krzemie istotnie przyszed Maszce w por, bez niego bowiem moe nie zostaby przyjty. Ale wanie dlatego ta uwaga nie bya mu przyjemn, wic skrzywi si i rzek:
- Uatwie mi to kupno, i czasem ci jestem za to wdziczny, a czasem ci przeklinam.
- Dlaczego?
- Bo twj wujaszek Pawicki jest najnudniejsz i najnieznoniejsz figur na wiecie, nie mwic o twojej kuzynce, ktra jest bardzo mia panna, ale odmienia od rana do wieczora swj nieodaowany Krzemie przez wszystkie siedm przypadkw, dodajc do kadego ezk. Ty tam mao bywasz, ale wierz mi, e to jest take niepospolicie nudne.
A Poaniecki pocz mu patrze w oczy i odpowiedzia:
- Suchaj, Maszko. Ja wygadywaem na mojego wujaszka, co wlazo, ale nie idzie za tym, ebym mia sucha cierpliwie, gdy kto na niego wygaduje, zwaszcza kto, kto zrobi na nim dobry interes. Co do panny Marii, wiem, e jej al Krzemienia, ale to dowodzi, e nie jest pust lalk, nie jest manekinem, tylko kobiet z sercem, rozumiesz mnie!
Nastaa chwila milczenia. Maszko doskonale zrozumia, kogo Poaniecki mia na myli mwic o pustej lalce i manekinie, wic wypieki na twarzy przybray barw cegy, a usta poczy drga. Jednak pohamowa si. Nie by on wcale tchrzem, ale nawet najzuchwalszy czowiek ma zwykle kogo, z kim woli nie zadziera, i dla Maszki takim kim by wanie Poaniecki.
Wic wzruszywszy ramionami rzek:
- Czego ty si gniewasz? Jeli ci to robi przykro...
Lecz Poaniecki przerwa:
- Ja si nie gniewam, tylko radz ci pamita moje sowa.
I patrzy mu dalej w oczy, Maszko za pomyla: "Jeli koniecznie chcesz awantury, to bdziesz j mia."
- Twoje sowa - odrzek - mog pamita, tylko przyjmije i ty ode mnie rad: nie pozwalaj sobie do mnie mwi tym tonem, bo mgbym go take zapamita i wezwa ci do obrachunku.
- Co u Licha! - zacz Bukacki. - Co wam jest!?
Lecz Poaniecki, w ktrym rozdranienie na Maszk zbierao si od dawna, byby posun niechybnie rzeczy do ostatecznoci, gdyby nie to, e w tej chwili wpad do gabinetu sucy pani Emilii.
- Prosz pana - rzek zdyszanym gosem - panienka umiera!
Poaniecki zblad i porwawszy za kapelusz, skoczy do drzwi. Nastao guche, dugie milczenie, ktre przerwa wreszcie Maszko:
- Zapomniaem - rzek - e jemu wszystko trzeba teraz wybaczy...
A Waskowski zakrywszy oczy rkoma pocz si modli.
Wreszcie podnis gow i ozwa si:
- Bg jeden okiezna mier i potrafi j powstrzyma.
Jako w kwadrans pniej Bigiel odebra od ony kartk ze sowami: "Atak min."
Rozdzia osiemnasty
Poaniecki pdzi do pani Emilii w trwodze, czy zastanie jeszcze Litk przy yciu, sucy bowiem powiedzia mu w podczas drogi, e panienka dostaa konwulsji i bya konajca. Gdy jednak przyby na miejsce, pani Emilia sama wybiega na jego spotkanie i jednym tchem, z gbi piersi rzucia mu sowa:
- Lepiej! lepiej!
- Doktor jest? - spyta Poaniecki.
- Jest.
- A maa?
- pi.
W twarzy pani Emilii resztki przeraenia walczyy z nadziej i radoci. Poaniecki zauway, e usta jej byy prawie biae, oczy suche i zaczerwienione, a twarz w wypiekach. Bya miertelnie znuona, albowiem nie spaa od dwudziestu czterech godzin.
Lekarz jednak, czowiek mody i energiczny, uwaa, e niebezpieczestwo na razie mino. Pani Emili pokrzepio szczeglniej to, co powiedzia jej przy Poanieckim.
- Nie powinnimy dopuci do nastpnego ataku i nie dopucimy.
Bya w tych sowach istotnie otucha, widocznie bowiem doktor uwaa za rzecz moliw niedopuszczenie do nastpnego ataku, ale byo i ostrzeenie, e nastpny mgby by miertelnym. Lecz pani Emilia czepiaa si teraz kadej nadziei, jak czowiek spadajcy w przepa czepia si gazi drzew rosncych nad jej krawdzi.
- Nie dopucimy! nie dopucimy! - powtarzaa ciskajc gorczkowo rk doktora.
Poaniecki spojrza mu nieznacznie w oczy, jakby chcc wyczyta w nich, czy mwi to dla uspokojenia matki, czy na podstawie lekarskiego przewiadczenia, po czym spyta na prb:
- Pan nie odstpi jej dzisiaj?
- Nie widz tego najmniejszej potrzeby - odpowiedzia doktor. - Dziecko jest wyczerpane i prawdopodobnie bdzie spao dugo i mocno. Jutro przyjd, ale dzi z zupenym spokojem mog i do domu.
Po czym zwrci si do pani Emilii:
- Pani rwnie powinna wypocz. Wszelkie niebezpieczestwo mino, trzeba za, eby chora nie widziaa na twarzy pani ani zmczenia, ani niepokoju, albowiem sama mogaby si tym zaniepokoi, a na to jest zbyt saba.
- Nie mogabym zasn - odpowiedziaa pani Emilia.
Lecz doktor zwrci na ni swoje bladoniebieskie oczy i wpatrzywszy si w ni jakby z pewnym nateniem, rzek z wolna:
- Za godzin pooy si pani i zaraz zanie. Sze do omiu godzin bdzie pani spaa nieprzerwanym snem. Powiedzmy om... Jutro bdzie si pani czua silna i wypoczta. A teraz, dobranoc.
- A krople na wypadek, jeli si maa obudzi?
- Krople da kto inny. Pani bdzie spaa. Dobranoc.
I pocz si egna. Poaniecki chcia i za nim, by wypyta go na cztery oczy o Litk, pomyla jednak, e dusza tego rodzaju rozmowa mogaby zaniepokoi pani Emili, wic wola jej zaniecha, przyrzekszy sobie natomiast, e nazajutrz pjdzie do mieszkania doktora i tam si z nim rozmwi.
Po chwili, gdy zostali sam na sam z pani Emili, rzek:
- Niech pani uczyni, jak doktor mwi. Trzeba odpocz. Zapowiadam, e id teraz do pokoju Litki i nie ruszam si ca noc.
Lecz jej wszystkie myli byy przy maej, wic zamiast odpowiedzie mu wprost, rzeka:
- Czy pan wie, e po ataku, przedtem nim usna, pytaa si o pana kilka razy... i o Maryni take. Usna z zapytaniem: "Gdzie pan Stach?"
- Moja biedaczka kochana! Ja bybym i tak przyszed zaraz po obiedzie. Leciaem tu ledwie ywy. Kiedy si atak rozpocz?
- Przed poudniem. Od rana bya smutna, jakby co przeczuwaa. Pan wie, e ona przede mn zawsze zarcza, e jest zdrowa, musiaa si jednak czu niedobrze, bo przed samym atakiem siada przy mnie i prosia, eby j trzyma za rczk. Wczoraj jeszcze - zapomniaam panu powiedzie - zadawaa mi takie dziwne pytania: czy prawda, e jak chore dziecko o co prosi, to mu si nigdy nie odmawia? Ja powiedziaam, e tak, chybaby prosio o rzeczy niemoliwe do spenienia. Co jej chodzio widocznie po gwce, bo wieczorem, jak Marynia wpada na chwilk, znw zadawaa nam podobne pytania. Posza spa wesoo, ale dzi od rana skarya si na duszno. Szczciem, e posaam po doktora przed samym atakiem i e zaraz przyszed.
- Najwiksze szczcie to, e odszed z tak pewnoci, i atak si nie powtrzy. Jestem zupenie pewny, e takie jest jego przekonanie - odpowiedzia Poaniecki.
Pani Emilia podniosa oczy w gr:
- Pan Bg taki miosierny! taki dobry, e...
I mimo wszelkich wysile pocza ka, albowiem stumiona trwoga i rozpacz zmieniy si w niej teraz w rado i znalazy ujcie we zach. W tej szlachetnej i uduchowionej naturze wrodzona egzaltacja psua wiecznie spokojny rozmys, skutkiem czego pani Emilia nie zdawaa sobie w niczym sprawy z istotnego stanu rzeczy, i teraz na przykad nie miaa najmniejszej wtpliwoci, i choroba Litki skoczya si raz na zawsze tym ostatnim atakiem i e odtd pocznie si dla niej okres zupenego zdrowia.
Poaniecki za nie mia ani ochoty, ani serca wskazywa jej poredniej drogi midzy rozpacz a radoci. Serce wezbrao mu dla niej wielk litoci, i przysza na niego jedna z takich chwil, w ktrej odczuwa wyraniej ni zwykle, jak gboko, chocia bezinteresownie, jest przywizany do tej egzaltowanej i idealnej kobiety. Gdyby bya jego siostr, byby j obj i przycisn do piersi, tymczasem ucaowa jej delikatne, wychude rce i rzek:
- Chwaa Bogu, chwaa Bogu! Niech droga pani teraz o sobie pomyli, a ja id do maej i nie rusz si, pki si nie obudzi.
I poszed. W pokoju Litki panowa mrok, bo aluzje byy spuszczone, a na dworze sonce ju zachodzio, wic tylko przez szpary pomidzy deszczukami przedzierao si nieco czerwonych promieni, ktre niedostatecznie rozwiecay pokj i ktre wkrtce zniky, albowiem niebo poczo si chmurzy. Litka spaa gbokim snem. Poaniecki siadszy przy niej pocz wpatrywa si w jej upion twarz i w pierwszej chwili serce mu si cisno bolesnym uczuciem. Litka leaa na wznak, z gwk zwrcon do sufitu; biedne, cienkie jej rczta leay bezwadnie na kodrze, oczy byy zamknite, a pod oczyma gbokie cienie od rzs. Jej blado, ktra w tym czerwonym pmroku wydawaa si jak woskowa, i otwarte usta, a wreszcie i gbokie upienie, nadaway jej twarzyczce pozr takiego spokoju, jaki maj twarze umarych. Lecz ruch szlarek, ktrymi obszyty by jej nocny kaftanik, wskazywa, e dziecko yje i oddycha. Oddech by nawet spokojny i bardzo regularny. Poaniecki dugi czas wpatrywa si w t chor twarz i raz jeszcze odczu z ca si to, co odczuwa czsto, gdy o sobie rozmyla: mianowicie, e natura stworzya go na ojca, e obok wybranej kobiety, dzieci mogyby by niezmiern mioci jego ycia, jego gwnym celem i powodem jego istnienia. Zrozumia to przez lito i mio, jak w tej chwili odczuwa dla Litki, ktra, obca pochodzeniem, bya mu w tej chwili tak droga jak rodzone dziecko. "Gdyby mi j oddano na wasno - pomyla - gdyby jej zbrako matki, wzibym j na zawsze i uwaabym, e mam dla czego y."
I czu rwnie, e gdyby mona byo wej w targ ze mierci, oddaby jej siebie bez wahania, byle wykupi to "kocitko", nad ktrym teraz ta mier zdawaa si unosi jak drapieny ptak nad gobiem. Ogarna go tkliwo, jakiej dotychczas nie dowiadcza, i w czowiek, z charakteru raczej szorstki i prdki, gotw by caowa rce i gwk tego dziecka, w najtkliwszej pieszczocie, takiej, na jak nie kade nawet serce kobiece zdoby by si mogo.
Tymczasem pociemniao. Po chwili wesza pani Emilia osaniajc doni bkitn lampk nocn.
- pi? - spytaa cicho, stawiajc lampk na stoliku za gow Litki.
- pi - odpowiedzia rwnie cicho Poaniecki.
Pani Emilia wpatrzya si w upion.
- Widzi pani - szepn dalej Poaniecki - jak oddycha rwno i spokojnie. Jutro bdzie zdrowsza i silniejsza.
- Tak - odpowiedziaa z umiechem.
- Teraz na mam kolej. Spa! spa! bo inaczej zaczn zrzdzi okropnie.
Jej oczy miay si cigle do niego z wdzicznoci. W agodnym, bkitnym wietle lampki nocnej wygldaa jak zjawisko. Twarz miaa zupenie anielsk i Poaniecki mimo woli pomyla, e i ona, i Litka wygldaj istotnie jak jakie zaziemskie postacie, ktre przez czysty wypadek zabkay si na ten wiat.
- Tak - odpowiedziaa. - Teraz odpoczn. Przysza Marynia Pawicka i profesor Waskowski. Marynia chce koniecznie zosta.
- To tym lepiej. Ona tak dobrze chodzi koo maej. Dobranoc pani.
- Dobranoc.
Poaniecki zosta znw sam i pocz myle o pannie Maryni. Na sam wiadomo, e j za chwil zobaczy, nie mg ju myle o czym innym, i teraz oto stawia sobie pytanie: w czym ley ta dziwna tajemnica natury, na mocy ktrej on na przykad nie pokocha pani Emilii, stanowczo pikniejszej od Maryni, prawdopodobnie lepszej, sodszej, zdolniejszej do kochania - tylko tamt dziewczyn, ktr bez porwnania mniej zna i susznie lub niesusznie mniej czci? A jednak przy kadym zblieniu si z Maryni budziy si w nim natychmiast te wszystkie porywy, ktre mczyzna odczuwa moe na widok wybranej kobiety, podczas gdy tak prawdziwie kobieca posta jak pani Emilii nie czynia na nim innego wraenia, ni gdyby bya malowidem lub rzeb... Dlaczego tak jest i dlaczego, im wicej w czowieku kultury, im bardziej nerwy jego staj si subtelne a wraliwo wiksza, tym wiksz czyni rnic midzy kobiet a kobiet? Poaniecki nie mia na to innej odpowiedzi, jak owa, ktr da w doktor zakochany w pannie Krasawskiej: "Ja patrz na ni trzewo, tylko nie mog od niej duszy odedrze." Byo to raczej stwierdzenie zjawiska ni odpowied, na ktr zreszt nie mia czasu, gdy w teje chwili panna Marynia wsuna si do pokoju.
Skinli sobie wzajem gowami, po czym on podnis fotel i postawi go cicho przy ku Litki dajc na migi pannie Maryni zna, eby siada. Ona pierwsza pocza mwi, a raczej szepta:
- Niech pan pjdzie teraz na herbat. Profesor Waskowski tam jest.
- A pani Emilia?
- Nie moga ju wysiedzie. Mwia, e a jej samej dziwno, ale musi i spa.
- Ja wiem, dlaczego. Doktor j zahipnotyzowa i dobrze zrobi. Maa naprawd lepiej.
Panna Marynia spojrzaa mu w oczy, lecz on powtrzy:
- Naprawd lepiej... jeli atak nie wrci, a jest nadzieja, e nie wrci.
- Ach! Bogu chwaa... Niech pan teraz pjdzie na herbat.
Lecz on wola tak oto szepta do niej z bliska i poufnie, wic odrzek:
- Dobrze, dobrze, ale pniej. Umwmy si przy tym tak, by i pani moga wypocz. Syszaem, e ojciec pani by chory. Pewno pani i nad nim czuwaa.
- Ojciec zdrw ju, a ja chc koniecznie zastpi Emilk. Mwia mi, e jej suba nie spaa take ca zesz noc, bo stan maej by ju przed atakiem niepokojcy..: Trzeba, eby teraz kto cigle czuwa, wic ja bym chciaa tak to urzdzi, ebymy - ja, pan i Emilka - zastpowali si kolejno.
- Dobrze. Ale dzi ju zostan. Jeli nie tu, to bd w ssiednim pokoju na podordziu. Kiedy pani dowiedziaa si o ataku?
- Nie wiedziaam nic. Przyszam, jak zwyczajnie wieczorem, dowiedzie si, co sycha.
- A do mnie przybieg sucy pani Emilii, w czasie gdy jadem obiad. Wyobrazi sobie pani atwo, jakem tu lecia; nie byem pewny, czy j znajd jeszcze przy yciu. Co jest przy tym dziwnego, to, e w czasie obiadu rozmawialimy prawie cigle o Litce z Bukackim i Waskowskim, zanim przyszed Maszko z oznajmieniem o swoim maestwie.
- Pan Maszko si eni?
- Tak. Jeszcze nowina si nie rozesza, ale on sam oznajmi nam j uroczycie. eni si z pann Krasawsk, pamita pani? z t, ktra to bia wwczas u Bigielw. To dobra partia dla Maszki - panna Krasawska.
Nastaa chwila milczenia. Panna Marynia, ktra nie kochajc Maszki, odrzucia jego rk, ale ktra niejednokrotnie wyrzucaa sobie swoje wzgldem niego postpowanie, w przypuszczeniu, i narazio go ono na zawd i cierpienia, moga znale tylko pociech w wiadomoci, e mody adwokat przenis cios tak atwo. Jednake wiadomo o tym zdziwia j na razie i uboda. Kobiety, gdy z kim wspczuj, chc po pierwsze, by w kto by naprawd nieszczliwy, a po wtre, chc same agodzi nieszczcie; gdy si pokae, e potrafi to uczyni i kto inny, doznaj pewnego rozczarowania. Mio wasna panny Maryni zostaa take podwjnie dotknita. Nie sdzia, by tak atwo byo o niej zapomnie, a przy tym musiaa przyzna, e wyobraenie jej o Maszce, jako o wyjtkowym czowieku, nie miao adnej podstawy. By on dla niej dotychczas rodzajem tuza w partii przeciw Poanieckiemu - teraz przesta nim by. Czua si wic, bd co bd, nieco upokorzona. Nie przeszkodzio jej to wprawdzie owiadczy z pewnym akcentem prawdy Poanieckiemu, e jego nowina sprawia jej szczer i gbok rado, ale w gruncie rzeczy odczuwaa i ku niemu jakby rodzaj urazy za to, e j powiedzia.
Poaniecki od pewnego czasu postpowa z ni bardzo powcigliwie i w niczym nie zdradza si z tym, co si w nim dziao. Nie udawa zbytniego chodu; poniewa musieli si spotyka, wic w obejciu si z ni zachowa nawet pewn yczliw swobod, ale ona wanie dlatego sdzia, e przesta j kocha. I taka jest natura ludzka, e, jakkolwiek dawna uraza cigle ya, a nawet zwikszaa si w duszy panienki, jakkolwiek pierwsze rozczarowanie zmienio si jakby w rdo sczce coraz now gorycz, przecie ta myl, e niech jej jest mu ju obojtn, drania pann Maryni. Teraz zdawao jej si, e Poaniecki musi jednak tryumfowa nad jej pomyk co do Maszki i nad tym, e bd co bd ona, ktra przed niedawnym czasem miaa wybr midzy Maszk a nim, obecnie go nie ma, i e zostaje jakby w pewnym opuszczeniu, troch upokarzajcym.
On za daleki by od takich myli. Rad by wprawdzie, e Marynia pozna, i wywyszajc nad niego Maszk, mylia si gruntownie, ale ani mu si nio cieszy albo tryumfowa z powodu jej osamotnienia, bo w kadej chwili i wicej ni kiedykolwiek gotw by otworzy jej ramiona, przycisn j do piersi i kocha. Pracowa on wprawdzie nad zamaniem w sobie uczucia wytrwale i nawet z zawzitoci, ale czyni to wycznie dlatego, e nie widzia przed sob adnej nadziei, a poczytywa za rzecz uchybiajc swojej godnoci mskiej wkada wszystkie siy duszy i serca w uczucie nieodwzajemnione. Chcia wedle wasnego wyraenia "nie da si", i nie dawa si, jak umia, ale pojmowa to doskonale, e taka walka nuy, wyczerpuje i e gdy nawet koczy si zwycistwem, przynosi, zamiast szczcia, pustk. A oprcz tego, daleko mu byo do zwycistwa. Po wielkich wysileniach doszed wreszcie do tego tylko, e jego uczucie pomieszao si z gorycz. Ferment taki rozkada wprawdzie mio, z tej prostej przyczyny, e j zatruwa, i z czasem mg j rozoy w sercu Poanieckiego. Ale na razie, co za znikomy rezultat! Teraz oto, siedzc nie opodal Maryni i patrzc na jej twarz i gow, owiecon bladym wiatem lampki, mwi sobie w duszy: "Gdyby tylko chciaa!" Myl ta zocia go, ale chcc by z sob szczery musia przyzna, e gdyby tylko chciaa, pochyliby si do jej ng z najwiksz gotowoci. Wic co za znikomy rezultat, a zarazem co za bezdroe! Jednoczenie bowiem czu, i nieporozumienie midzy nimi tak ju wyroso, i gdyby Marynia nawet chciaa powrotu takich chwil, jakie spdzili w Krzemieniu, to mio wasna i obawa, by nie stan wzgldem samej siebie w sprzecznoci, zamknaby jej usta. Stosunek ich tak si ju powika, e prdzej jeszcze mogliby pokocha si ni porozumie.
Po krtkiej rozmowie zapada midzy nimi cisza przerywana tylko oddechem chorego dziecka i lekkim a pospnym dwikiem szyb, w ktre zacina drobny deszcz. Na dworze uczynia si noc wilgotna jesienna, niosca z sob ucisk, smutek, pesymizm i zniechcenie. Rwnie smutno wyglda w pokj, w ktrego mrocznych ktach zdawaa si czai mier. Godzina pyna za godzin, coraz wolniej. Poanieckiego ogarny nagle ze przeczucia. Spojrza na Litk i naraz wydao mu si szalestwem przypuszczenie, e ona moe wyy. Prne czuwanie! prne nadzieje! prne zudzenia! To dziecko musi umrze! musi, tym bardziej, im jest drosze, sodsze, im bardziej kochane! Za ni pjdzie pani Emilia - i potem bdzie pustka prawdziwie beznadziejna! Co za ycie! Oto on, Poaniecki, ma te dwie jedyne istoty na wiecie, ktre go kochaj, dla ktrych jest czym, wic oczywicie musi je straci! Przy nich byoby si o co zahaczy w yciu, bez nich - zostaje jedna nico i jaka przyszo lepa, gucha, bezrozumna, z twarz idioty...
Najenergiczniejszy czowiek potrzebuje, by go kto kocha. Inaczej czuje w sobie mier, i jego energia zwraca si przeciw yciu. Taka chwila przysza na Poanieckiego. "Nie wiem ostatecznie, dlaczego bym nie mia sobie w eb paln - pomyla - nie z rozpaczy za nimi, ale z powodu nicoci bez nich. Jeli ycie ma by bezsensem, nie ma dobrej racji, by na bezsens pozwoli - chyba przez ciekawo, do jakiego stopnia doj moe."
Lecz ta myl nie zjawia si w nim jako zamiar. Byo to raczej targnicie za acuch nieszcz czowieka, ktry si zyma: chwila gniewu, szukajcego przeciw komu by si zwrci. W Poanieckim zwrci si on nagle na Maryni. Sam on nie wiedzia, dlaczego wydao mu si nagle, e wszystko co si dzieje zego, dzieje si z jej powodu, e ona wniosa w ich kko niech, ktrej nie byo, zmartwienie, ktrego nie byo, e rzucia jakby jaki kamie w ich gadk wod, i teraz fale, rozszerzajc si coraz bardziej, ogarniaj nie tylko jego, ale i pani Emili, i Litk. Jako czowiek rzdzcy si rozsdkiem, nie nerwami, rozumia ca czczo tego rodzaju zarzutw, a jednak nie mg oprze si wspomnieniu, e nim Marynia przyjechaa, byo wszystko lepiej, a jeszcze o tyle nawet lepiej, e ow przeszo mg uwaa jako szczliwy okres ycia. Kocha oto wwczas tylko Litk, takim jasnym, ojcowskim uczuciem, ktre nie przynioso i nie mogo przynie jednej chwili goryczy. Kto wie przy tym, czy z czasem nie byby potrafi pokocha pani Emilii. Ona wprawdzie nie miaa dla niego innych uczu, tylko przyjazne, ale moe jedynie dlatego, e innych nie pragn. Nieraz szlachetne kobiety wyrzekaj si uczu wychodzcych poza granic przyjani, by nie utrudnia i nie plta ycia komu, kto mgby by drogim, ale nie chce. Wwczas w gbi ich duszy ley cichy, ukryty smutek, znajduj jednak sodycz i pociech w tkliwoci, na jak przyja pozwala.
Poaniecki poznawszy Maryni odda jej zaraz najlepsz cz uczu. Po co? Dlaczego? Tylko na zgryzot sobie. Teraz, na domiar nieszczcia, ta Litka, ktra bya jedynym promykiem jego ycia, umieraa lub moga umrze kadej chwili. Poaniecki znw wpatrzy si w ni i w duszy mwi jej:
"Zosta cho ty, dziecinko! ty nie wiesz, jaka potrzebna i mnie, i matce. Niech Bg broni, co za ycie bdzie bez ciebie, drogie stworzenie!"
Nagle spostrzeg, e oczy dziewczynki patrz na niego.
Przez chwil myla, e si udzi, i nie mia si poruszy, lecz maa pocza si umiecha i wreszcie wyszeptaa:
- Pan Stach...
- To ja, Litu! Jak si czujesz?
- Dobrze, a gdzie mama?
- Zaraz przyjdzie. Wojowalimy z ni ogromnie, eby posza spa, i ledwiemy j namwili.
Litka zwrcia gow i spostrzegszy pann Maryni, rzeka:
- A, to ciocia Marynia?
Od pewnego czasu maa mwia jej: ciociu.
Panna Marynia wstaa i wziwszy flaszeczk, stojc na szafce nocnej, pocza nalewa pod wiato lampki krople na yeczk, nastpnie podaa je Litce, a gdy dziewczynka skoczya pi, przycisna usta do jej czoa.
Nastaa chwila milczenia, po czym dziecko rzeko jakby samo do siebie:
- Nie trzeba mamy budzi.
- Nie, nikt nie bdzie budzi - odpowiedzia Poaniecki. - Wszystko tak bdzie, jak Litu chce.
I pocz gadzi jej rczk lec na kodrze.
Ona za patrzya na niego powtarzajc, jak miaa zwyczaj:
- Pan Stach... pan Stach:..
Przez chwil zdawao si, e unie, ale dziecko widocznie rozmylao o czym z wielkim wysileniem, albowiem brwi jego podnosiy si do gry; wreszcie, otworzywszy oczy, ja spoglda kolejno to na Poanieckiego, to na pann Maryni.
W pokoju sycha byo tylko dwik deszczu o szyby.
- Co ci jest, dziecinko? - spytaa panna Marynia.
Ona za, zoywszy rce, wyszeptaa ledwie dosyszalnym gosem:
- Bo ja mam wielk, wielk prob do cioci Maryni, ale... nie miem powiedzie.
Panna Marynia pochylia ku niej swoj agodn twarz.
- Mw, moje kochanie! Wszystko zrobi, co zechcesz.
Wwczas dziewczynka, chwyciwszy jej do i przycisnwszy do niej usta, wyszeptaa:
- eby ciocia Marynia kochaa pana Stacha.
W ciszy, jaka nastaa po tych sowach, sycha byo tylko przypieszony nieco oddech dziewczynki; wreszcie ozwa si spokojny gos panny Maryni:
- Dobrze, kochanie.
Poanieckiego schwyci nagle za gardo spazm paczu. Wszystko, nie wyczajc panny Maryni, zniko mu z oczu wobec tego dziecka, ktre w takiej chwili, chore, bezsilne i wobec mierci, mylao tylko o nim.
Litka za pytaa dalej:
- I ciocia wyjdzie za pana Stacha?
W wietle bkitnej lampki twarz panny Maryni wygldaa bardzo blado, usta jej dray, ale odrzeka bez wahania:
- Tak jest, Litu.
Dziewczynka podniosa po raz wtry do ust jej rk. Gwka jej opada znw na poduszk, i czas jaki leaa z zamknitymi powiekami, po chwili jednak dwie zy spyny jej po policzkach.
Nastaa teraz jeszcze dusza cisza. Deszcz bi w szyby. Poaniecki i panna Marynia siedzieli bez ruchu, bez spojrzenia na siebie, jakby posnli. Czuli tylko oboje, e losy ich przewayy si tej nocy, ale byli jakby oguszeni tym, co zaszo. W chaosie myli i uczu adne z nich nie umiao ni uwiadomi, ni okreli, co si w nim dzieje.
I w tym milczeniu, w tym instynktownym milczeniu, by wypadkiem nie spojrze sobie w oczy, godzina pocza pyn za godzin. Zegary wybiy pnoc, potem pierwsz; koo drugiej pani Emilia Wsuna si jak cie do pokoju.
- pi? - spytaa.
- Nie, mamusiu - odpowiedziaa Litka.
- Dobrze ci jest?
- Dobrze, mamusiu.
I gdy pani Emilia usiada przy niej na ku, maa objta rczkami jej szyj, i tulc swoj pow gwk do jej piersi rzeka:
- Ja teraz, mamusiu, wiem, e jak chore dziecko o co prosi, to mu nigdy nie odmawiaj.
I czas jaki przytulaa si jeszcze do matki w milczeniu, po czym, przecigajc kade sowo, jak czyni dzieci senne lub bardzo osabione, rzeka:
- Pan Stach nie bdzie wicej smutny i powiem mamusi dlaczego...
Lecz tu gwka jej pocza ciy na piersiach matki, i pani Emilia uczua zimny pot wystpujcy zarwno na rce dziecka, jak na jego skroni.
- Litu! - zawoaa cichym, przeraonym gosem.
A dziewczynka pocza mwi:
- Tak mi dziwnie! tak sabo!...
Myli jej poczy si widocznie mci, gdy po chwili mwia dalej:
- O! morze pynie! Takie due morze, i my wszyscy po nim pyniemy! Mamo, mamo!...
I przyszed znowu atak, straszny, niemiosierny. Ciao dziewczynki wypryo si w konwulsji, a renice jej ucieky w ty gowy. Nie byo si ju co udzi: nadchodzia mier, czu j byo w bladym wietle lampki i w mrocznych ktach pokoju, w dwiku szyb bitych deszczem i w szumie wiatru penym przeraajcych gosw i woa.
Poaniecki zerwa si i pobieg po doktora; po kwadransie wrcili obaj, niepewni wobec zamknitych drzwi pokoju, czy dziecko yje jeszcze, i znikli w nich natychmiast, naprzd Poaniecki, potem doktor powtarzajcy od chwili, gdy go wycignito z ka, jeden frazes:
- Chyba wzruszenie czy przestrach?
Kilkoro ludzi ze suby o twarzach sennych i przeraonych zgromadzio si pode drzwiami, nasuchujc - i w caym mieszkaniu nastaa cisza, duga, cika jak ow.
Przerwaa j wreszcie Marynia, ktra pierwsza wysza z zamknitego pokoju, z twarz blad jak ptno, i trzscym si gosem rzeka piesznie:
- Wody dla pani! Panienka nie yje!
Rozdzia dziewitnasty
Jesie w ostatnich swych dniach umiecha si jeszcze czasem do ludzi ogromnie smutno, ale zarazem i pogodnie, jak umierajca na suchoty kobieta. W taki pogodny dzie wypad wanie pogrzeb Litki. Jest w tym bole pomieszana z pewn pociech, e ludzie, ktrzy zostaj, myl i czuj w dalszym cigu za swoich zmarych. Poanieckiego, ktry zajmowa si pogrzebem, w pogodny i smutny dzie przej jeszcze wikszym smutkiem, ale podstawiajc si w uczucia Litki, pomyla, e dziecko wanie by sobie takiego dnia yczyo - i znalaz w tym pewn ulg. A do tej chwili nie umia wprost zmierzy gbi swojego alu. Taka wiadomo przychodzi pniej, a zaczyna si dopiero wwczas, gdy kochana istota zostaje na cmentarzu, a czowiek wraca sam do pustego domu. Prcz tego, zajcia pogrzebowe pochony Poanieckiemu wszystek czas. ycie otoczyo sztucznymi formami i utrudnio nawet tak prosty akt, jakim jest mier. Poaniecki chcia odda Litce jeszcze t ostatni usug, ktr zreszt nie mia si kto zaj. Wszystkie te spryny ycia, na mocy ktrych czowiek myli, postanawia i dziaa, zostay w pani Emilii przez mier dziecka podcite. Wiatr okaza si tym razem zbyt silny na wen jagnicia. Na szczcie jednak, zbyt wielka bole zabija sam siebie, albowiem odrtwia serca ludzkie. To stao si z pani Emili. Poaniecki zauway, e panujcym wyrazem jej twarzy i oczu byo bezmierne, zastyge przeraenie. Jak w oczach jej nie byo ez, tak w ustach sw, tylko jaki szept tragiczny i zarazem dziecinny, dowodzcy, e myl jej nie ogarnia nieszczcia, lecz kry wok towarzyszcych mu drobiazgw, czepia si ich i otacza je troskliwoci tak, jakby dziecko yo jeszcze. W pokoju, zmienionym w aobn wietlic, Litce upionej wrd kwiatw na atasowej poduszce nie mogo brakn niczego; tymczasem zdziecinniae z blu serce matki zwracao si ustawicznie do tego, czego dziecku mogo brakn. Gdy j prbowano oderwa od ciaa, nie stawiaa oporu, tylko tracia reszt przytomnoci i poczynaa jcze, jakby jej zadawano bl nad siy.
Poaniecki i Chwastowski, brat ma, ktry przyby przed samym pogrzebem, usiowali j wyprowadzi w chwili, gdy Litk przykrywano wiekiem; lecz gdy pani Emilia pocza woa maej po imieniu, obydwom nie stao odwagi. Kondukt ruszy wreszcie, wrd pochodni, liczny, cigncy za sob ogon karet, poprzedzany przez ksiy i pospny piew, a z miejsca otoczony gromad ciekawych, ktrzy w nowoytnych miastach tak pas oczy ludzk boleci jak w staroytnych pasiono je ludzk krwi po cyrkach. Pani Emilia prowadzona przez brata ma, majc obok siebie Maryni, sza tu za karawanem, z twarz such i bezduszn. Oczy jej widziay teraz tylko jeden szczeg i myl zajmowaa si nim wycznie. Oto zdarzyo si, e jedno pasemko powych, niezmiernie obfitych wosw Litki zostao na zewntrz trumny. Pani Emilia przez ca drog nie spuszczaa z niego oczu, powtarzajc co chwila: "O Boe, Boe! przycili dziecku wosy!"
W Poanieckim al, zmczenie, nerwowy rozstrj z powodu bezsennoci - zmieniy si w poczucie tak nieznonego ciaru, e chwilami chwytaa go nieprzezwyciona ch zawrci z p drogi, pj do siebie, rzuci si na jak sof, nie myle o niczym, nie chcie niczego, nie kocha nikogo, nie czu nic. I jednoczenie ten odruch samolubstwa dziwi go i oburza przeciw sobie samemu; jednoczenie wiedzia, e nie zawrci, e wypije ten kielich a do dna, pjdzie a do koca, nie tylko dlatego, e tak wypada, ale dlatego, e al za Litk i przywizanie do niej bd silniejsze od egoizmu. Czu te teraz doskonale, e wszystkie inne jego uczucia skurczyy si, zwidy i e dla caego wiata ma w sercu, w tej przynajmniej chwili, wielkie nic. Zreszt jego myli i uczucia wpady w zupeny bezad, zoony z wrae zewntrznych, uwiadamianych bardzo pobienie, ze spostrzee czynionych nie wiadomo dlaczego i pomieszanych zupenie mechanicznie z uczuciem alu i zmartwienia. Chwilami patrza na domy, koo ktrych przechodzi kondukt, i rozrnia ich kolory; chwilami wpada mu w oczy jaki szyld sklepowy, ktry odczytywa nie wiedzc, z jakiego powodu to czyni; to znw myla, e oto ksia przestali piewa, ale zaraz zaczn, i czeka tego ponownego zerwania si aobnych gosw jakby z pewn obaw. Czasem rozumowa tak jak czowiek, ktry budzc si ze snu chce sobie zda spraw z rzeczywistoci: "To s domy - mwi sobie - to szyldy, to zapach smoy z pochodni, a tam w grze ley Litka, i idziemy na cmentarz..." I nagle zrywaa si w nim fala alu za tym sodkim, kochanym dzieckiem, za t drog gwk, ktra tyle razy umiechaa si do niego. Przypomina j sobie z dawniejszych i z ostatnich czasw; przypomina z Reichenhallu, gdy j nis wracajc z Thumsee; a dalej na wsi u Bigielw i w mieszkaniu pani Emilii, gdy mwia, e chciaaby by brzzk - i wreszcie, gdy na kilka godzin przed mierci prosia Maryni, by za niego wysza. Poaniecki nie mwi sobie wprost, e Litka kochaa si w nim jak dorosa kobieta i e zarczajc go z Maryni uczynia akt ofiary, bo i w rzeczywistoci nieuwiadomione uczucia dziewczynki nie dayby si moe tak cile okreli; czu jednak doskonale, e byo to co podobnego i e ofiara miaa miejsce, wypyna za z tego gbokiego i wyjtkowego przywizania, jakie dziecko dla niego czuo. Pozniewa strat najdroszych nawet osb odczuwa si przewanie za pomoc szkody, jak si osobicie ponosi, wic Poaniecki j teraz powtarza sobie: "To bya jedyna dusza prawdziwie mnie kochajca! Nie mam teraz nikogo ma caym wiecie..." I podnisszy oczy na trumn, ku temu pasemku powych wosw, ktre koysay si w powietrzu, pocz woa w duszy na Litk tymi wszystkimi tkliwymi wyrazami, ktrymi przemawia do niej za ycia. Wreszcie uczu, e zy dusz go, gdy to jest woanie bez echa. Jest co rozdzierajcego w obojtnoci zmarych. Gdy istota, ktra odczuwaa kade sowo i kade spojrzenie, staje si obojtn, kochajca - lodowat, bliska w codziennym yciu i najblisza w sercu - uroczyst i dalek, nic nie pomoe powtarza sobie: "mier! mier!" Obok caej boleci, pyncej ze straty, czuje si jeszcze jakby rozdzierajcy zawd, jakby serdeczn krzywd wyrzdzon przez to martwe ciao, ktre pozostaje guchym na nasz bole, nasze woanie. Poaniecki mia rwnie na dnie duszy uczucie, e Litka odejmujc mu si i idc w kraj mierci wyrzdzia mu jakby krzywd, a przy tym z istoty bliskiej staa si dalek, z poufaej uroczyst - czym odlegym, wysokim, witym, a zarazem zupenie obojtnym na rozpacz matki i na gbokie osamotnienie najbliszego przyjaciela. Byo w tych uczuciach Poanieckiego wiele egoizmu, ale gdyby nie w egoizm, ktry przede wszystkim wasn strat i wasne opuszczenie ma na myli - ludzie, zwaszcza wierzcy w zagrobowe ycie i w zagrobowe szczcie, nie aowaliby umarych.
Kondukt wyszed wreszcie z miasta na otwartsze, widniejsze przestrzenie i za rogatk posuwa si wzdu cmentarnego muru przybranego w girlandy ebrakw i w girlandy z niemiertelnikw i z choiny, przeznaczone na groby. Szeregi ksiy w biaych komach, suba pogrzebowa z pochodniami, karawan z trumn i ludzie idcy za nim zatrzymali si przed bram, po czym zdjto Litk, i Poaniecki, Bukacki, Chwastowski i Bigiel ponieli j do grobu ojca.
Ta cisza i pustka, ktra po kadym pogrzebie czeka dopiero w domu na ludzi wracajcych od wieych grobw, zdawaa si tym razem poczyna ju na cmentarzu. Dzie by pogodny, blady; z drzew tu i owdzie spyway bez szelestu ostatnie poke licie; orszak pogrzebowy zmala wrd tych rozlegych bladych przestrzeni, ktre usiane krzyami, zdaway si nie mie koca, jakby naprawd cmentarz w otwiera si na nieskoczono. Czarne, bezlistne drzewa, o wierzchokach zoonych z cienkich i jakby roztopionych w wietle gazek, podobne do widziade szare i biae pomniki, zwide licie pokrywajce dugie i proste aleje, wszystko to razem czynio istotnie wraenie jakich Pl Elizejskich, penych gbokiego spokoju, ale i gbokiej sennej melancholii, jakich "miejsc zimnych i smutnych", o ktrych marzya pospna gowa Cezara i ktrym miaa teraz przyby jedna wicej animula vagula.
Trumna stana wreszcie nad otwartym grobem. Ozwao si rozdzierajce: Requiem aeternam, a nastpnie: Anima eius. Poaniecki przez chaos swych myli i wrae oraz przez zason wasnego alu widzia, jak we nie, skamienia twarz i szklane oczy pani Emilii, zy Maryni, ktre go draniy w tej chwili, blade policzki Bukackiego, z ktrego rysw wida byo wyranie, e jego yciowa filozofia, nie majc nic do roboty na tym cmentarzu, opucia go przed bram - i trumn z Litk. Gdy na wieko rzucono gar piasku, on poszed za przykadem innych, gdy za po spuszczeniu na pasach trumny w gb grobu zamykano kamienne drzwi, znw porwao go co za gardo, tak e wszystko, o czym myla i co uwiadamia dzisiaj, zmienio si w jedn nico. W duszy powtarza proste sowa: "Do widzenia, Litu!" - ktre pniej, gdy je sobie przypomnia, wyday mu si rwnie niczym w stosunku do jego mczcej duchowej burzy - i na tym koniec. Orszak pogrzebowy zacz si zmniejsza i topnie. Poanieckiego rozbudzi po niejakim czasie wiatr, ktry nadciga z dala, spomidzy krzyw. Przy grobie spostrzeg teraz pani Emili z Maryni, Bigielow, Waskowskim i stryjem Litki. Powiedzia sobie, e wyjdzie ostatni - i czeka, powtarzajc znw w duszy sowa: "Do widzenia, Litu!" - i mylc o mierci, o tym, e on take przyj musi do tego miasta nagrobkw i e to jest ocean, w ktry spyn wszystkie myli, zabiegi, uczucia... Wydao mu si teraz, jakby on i wszyscy, co tam stali przy tym grobie lub odeszli, byli na okrcie, ktry dy wprost do przepaci. O yciu pozagrobowym w tej chwili nie myla.
Tymczasem nadszed prdki jesienny zmrok. Krzye stay si jeszcze bledsze. Stary profesor i Chwastowski poprowadzili pani Emili ku dzwiom cmentarnym, bez adnego z jej strony oporu. Poaniecki powtrzy raz jeszcze: "Do widzenia, dziecinko!" - i wyszed.
Za bram pomyla:
- Szczciem, e matka nieprzytomna, bo co za straszna myl, e dziecko zostao tam samo! Zmarli opuszczaj nas, ale i my ich opuszczamy. Jako z dala ujrza karet, w ktrej odjedaa pani Emilia - i wydawao mu si, e taki porzdek rzeczy na wiecie ma w sobie co oburzajcego.
Sam jednak wsiadszy do doroki dozna chwili egoistycznej ulgi pyncej z poczucia, e skoczy si jaki akt mczcy i ciki, po ktrym nastpi odpoczynek. Po powrocie wasne mieszkanie wydao mu si czcze, bez promyka wesooci, bez otuchy i nadziei; ale gdy przy herbacie wycign si na sofie, ogarno go zwierzce zadowolenie z wypoczynku po trudzie - uczucie ulgi, a nawet jakby zadowolenie z tego, e pogrzeb skoczony i Litka pochowana, ogarno go po raz drugi. Przypomnia sobie wwczas zdanie jakiego myliciela: "Nie znam zbrodniarzy, znam tylko ludzi uczciwych - i ci s ohydni." Poaniecki wydawa si sobie w tej chwili obrzydliwym.
Wieczorem przypomnia sobie, e trzeba dowiedzie si jednak o pani Emili; ktr Marynia miaa zabra na kilka tygodni do siebie. Wychodzc spostrzeg na stole fotografi Litki i ucaowa j. W kwadrans pniej zadzwoni do Pawickich.
Sucy powiedzia mu, e pan wyszed, ale prcz pani Chwastowskiej jest profesor Waskowski i ksidz Chylak. W saloniku przyja go Marynia, le uczesana, z czerwonymi oczyma, prawie brzydka. Natomiast dawniejszy sposb jej obejcia si z nim zmieni si zupenie, jakby Marynia zapomniaa o wszystkich urazach wobec rzeczy bardziej nieszczsnych.
- Emilka jest u mnie - pocza szepta. - le si ma, ale zdaje si, e przynajmniej rozumie, co si do niej mwi. Jest przy niej profesor Waskowski... On tak z serca mwi... Czy pan chce koniecznie widzie Emilk?
- Nie, pani. Przyszedem tylko dowiedzie si, jak si ma, i zaraz id...
- Nie wiem... moe ona zechce pana zobaczy. Niech pan chwil odpocznie, a ja pjd tam i wspomn, e pan przyszed. Litka tak pana kochaa, e dla tego samego moe Emilce bdzie mio widzie pana.
- Dobrze - rzek Poaniecki.
Marynia odesza do przylegego pokoju, ale widocznie nie moga zaraz zacz rozmowy. Poanieckiego bowiem doszed przez odemknite drzwi nie jej gos, lecz gos Waskowskiego, peen akcentw gbokiego przekonania, a przy tym jakby wysilenia, starajcego si przebi pancerz nieczuoci i boleci.
Stary profesor mwi:
- ...To tak, jakby wysza do drugiego pokoju po zabawk - i jakby miaa zaraz wrci... Ona nie wrci, ale pani pjdziesz do niej. Moja droga pani, patrz na mier nie od strony ziemi, ale od strony Boga. Dziecko yje i szczliwe, bo samo bdc w wiecznoci, patrzy na to rozczenie si wasze jak na jedno mgnienie oka. Litka yje - mwi dalej z naciskiem - yje i szczliwa. Ona widzi, e pani idziesz ku niej, i wyciga do ciebie rce, i wie, e za chwil nadejdziesz, bo ze strony Boga ycie i bole to mniej ni mgnienie oka - a potem wieczno, razem z Litk, pomyl, najdrosza pani - z Litk, w spokoju, w weselu... bez chorb, bez mierci. wiaty min, a wy bdziecie razem...
A Poaniecki pomyla z gorycz:
"Dobrze by byo, gdyby to byo pewne..."
Po chwili za:
"Gdybym tak czu, to bym mia po co tam wchodzi. Inaczej nie!"
Jednake, wbrew tej myli, wszed nie czekajc nawet na powrt Maryni, bo wydao mu si, e jeli nie mia powodu, to mia powinno, i e nie wolno mu tchrzy przed cudz boleci. Egoizm jest "bawen w uszach od ludzkiego jku", a tumaczy si sam przed sob, e wielkiej boleci nie mona powiedzie nic takiego, co by j pocieszyo. Poaniecki rozumia, e tak jest, i wstyd mu byo cofa si wygodnie, zamiast pj naprzeciw alowi matki. Wszedszy spostrzeg pani Emili siedzc na sofce; nad sofk staa lampa, a poniej palma, ktra rzucaa na t nieszczsn gow cie, jakby olbrzymich rozpostartych nad ni palcw. Przy pani Emilii siedzia Waskowski i trzymajc j za rce patrzy w jej twarz. Poaniecki odj mu te rce i pochyliwszy si ku nim, pocz je w milczeniu do ust przyciska.
Pani Emilia mrugaa chwil oczami, jak kto usiujcy rozbudzi si ze snu, po czym nagle zawoaa z niespodziewanym wybuchem:
- Pamita pan, jak ona...
I porwa j pacz ogromny, przy ktrym ciskaj si rce, usta nie mog tchu zapa i piersi pkaj od ka. W kocu zbrako jej si i zemdlaa. Gdy przysza znw do siebie, Marynia wyprowadzia j do swego pokoju. Poaniecki z Waskowskim wyszli do przylegego saloniku, gdzie ich zatrzyma Pawicki, ktry tymczasem wrci z miasta.
- Taka smutna osoba w domu - rzek im - to bardzo psuje ycie; naleaoby mi si troch spokoju i swobody, ale c robi, c robi!... Musz zej na drugi plan, i gotw jestem...
Po upywie p godziny przysza na chwil Marynia z doniesieniem, e pani Emilia pooya si na jej proby i e jest nieco spokojniejsza. Poaniecki i Waskowski poczli si egna i wyszli.
Szli w gstej mgle, ktra noc wstaa od ziemi po dniu pogodnym przesaniajc ulice i czynic koo latarni rnobarwne krgi. Obaj rozmylali o Litce, ktra spdzaa pierwsz noc z dala od matki, wrd zmarych. Poanieckiemu wydao si to wprost straszne, nie dla Litki, ale dla pani Emilii, ktra musiaa o tym myle. Rozwaa sobie rwnie sowa Waskowskiego, mwione do niej, i w kocu ozwa si:
- Syszaem, co pan mwi... Jeli jej to sprawio ulg, to dobrze; ale widzi pan, eby to by pewnik, to powinni bymy sobie teraz... bo ja wiem?... chyba uczt wyprawi i cieszy si, e Litka umara.
- A skd wiesz, e si nie bdziemy cieszyli po mierci?
- To pan powiedz, skd wiesz, e tak bdzie?
- Ja nie wiem, ja wierz.
Na to nie byo co rzec, wic Poaniecki mwi jakby do siebie: Miosierdzie, empiryjskie wiato, wieczno - poczenie a w rzeczywistoci co? - trup dziecka na cmentarzu i matka, ktra wije si z blu... Niechby mier rodzia przynajmniej t pask wiar, ale ona rodzi zwtpienie. Bo panu jednak tego dziecka al, a mnie jeszcze wicej, i ten al wprost narzuca mi pytanie: dlaczego ona umara? po co takie okruciestwo? Wiem, e to gupie pytanie i e miliardy ludzi je sobie zadaway; ale jeli to ma by pociecha, to nieche j piorun trzanie! Wiem take, e nie znajd odpowiedzi, ale dlatego chce mi si zgrzyta i kl... Nie rozumiem - i buntuj si - ot i wszystko! To cay skutek, ktrego i pan nie moesz uzna za podany.
Waskowski odpowiedzia rwnie, jakby mwi sam do siebie:
- Chrystus zmartwychwsta, bo by Bogiem, ale jako czowiek i on przeszed przez mier. C ja, lichy robak, mog innego uczyni, jak wielbi wol i mdro bo w mierci?
Na to Poaniecki odrzek:
- Z panem nie ma co mwi.
- lisko jest - odrzek Waskowski - podaj mi rk.
I wziwszy Poanieckiego pod rami, wspar si na nim i mwi dalej:
- Mj drogi! ty masz poczciwe i kochajce serce, ty bardzo kochae t ma, byby wiele dla niej uczyni - nieprawda? - zrbe jeszcze to jedno: wierzysz czy nie wierzysz, zmw za ni: Wieczny odpoczynek... Jeli mylisz, e jej si to na nic nie przyda, powiedz sobie: "Wicej jednak nic ju dla niej nie mog, a to jedno mog..."
- Daj mi pan spokj! - odpowiedzia Poaniecki.
- Jej to moe by niepotrzebne, ale jej bdzie mia pami twoja, ona bdzie ci wdziczna i wyprosi ci ask bo.
Poaniecki wspomnia, jak Waskowski na wie o ostatnim ataku Litki mwi, e ycie dziecka nie moe by bezcelowym i e jeli ono ma umrze, to prawdopodobnie przeznaczonym mu jest przed mierci co speni. I teraz chcia napa z tego powodu na Waskowskiego, gdy nagle uderzya go myl, e jednak Litka przed mierci poczya go z Maryni.
I mimo woli nasuno mu si pytanie: "A moe ona dlatego ya?" Lecz w teje chwili pocz si buntowa przeciw tej myli. Chwyci go nagy gniew na Maryni, peen zawzitoci i niemal pogardy.
"Ja nie chc tamtej za tak cen - pomyla cisnwszy zby. - Nie chc! Do sam si przez si namczyem. Oddabym takich dziesi za jedn Litk!"
A tymczasem Waskowski, drepczc koo niego, mwi:
- Nie wida nic na krok i kamienie olizgy od mgy. eby nie ty, bybym si ju dawno przewrci.
A Poaniecki ochon i odrzek:
- Bo widzisz, panie profesorze, kto chodzi po ziemi, musi na d patrze, nie do gry.
- Ty masz dobre nogi, mj kochany.
- I oczy, ktre widz jasno, nawet w takiej mgle, ktra nas otacza. Bo my wszyscy yjemy we mgle, a za ni licho wie, co jest. Wszystko, co pan mwi, robi mi takie wraenie, jakby kto kruszy suche gazki, rzuca je w potoki i mwi, e z tego bd kwiaty. Bdzie zgnilizna i nic wicej... Mnie take co ten potok porwa, z czego mylaem, e bdzie kwiat. Gupstwo!... Ale, ot, paska brama - dobranoc!
I rozstali si. Poaniecki wrci do siebie ledwie ywy ze zmczenia i pooywszy si pocz si w dalszym cigu mczy mylami, a raczej widzeniami. Naprzd stana mu przed oczyma ubezwadniona blem posta pani Emilii, siedzca w saloniku Maryni pod liciem palmowym, ktry zwiesza si nad jej gow jak ogromna, zowroga rka, z rozpostartymi, drapienymi palcami, i rzuca cie na jej twarz. "Mgbym nad tym filozofowa do jutra rana - mrucza do siebie. - Wszystko, z czego si skada ycie, to taka rka, od ktrej pada cie - nic wicej! Bo gdyby przy tym byo jeszcze troch miosierdzia, to by to dziecko nie umaro a tym, co mwi Waskowski, i wrbel si nie nakarmi."
Tu jednak przypomnia sobie, i Waskowski nie tylko mwi o mierci, ile prosi go jeszcze, by zmwi za Litk Wieczny odpoczynek. Poaniecki pocz teraz walczy z sob. Brak gbszej wiary, by Litka moga sysze jego Wieczny odpoczynek i by mg on si jej na co przyda, zamyka mu usta. Czu przy tym jakby pewien wstyd mwi sowa, ktre nie pyny z gbi jego przekonania, a jednoczenie czu taki sam wstyd nie czyni tego. "Bo wreszcie, co ja wiem? - myla. - Nic. Naok mga i mga. Prawdopodobnie nic jej z tego nie przyjdzie, ale bd co bd jest to istotnie jedyna rzecz, ktr mog jeszcze uczyni dla mojego "kocitka", dla tego drogiego dziecka, ktre w dniu mierci mylao o mnie."
I czas jaki waha si jeszcze, po czym jednak klkn na ku i mwi Wieczny odpoczynek.
Nie przynioso mu to wszelako adnej pociechy, bo rozbudzio tylko tym wikszy al za Litk, a jednoczenie zo na Waskowskiego za to, e go zapdzi w pooenie, w ktrym musia albo wpa w sprzeczno z samym sob, albo zdradzi niejako Litk. Poczu wreszcie, e ma do tego rodzaju szarpaniny, i postanowi nazajutrz pj od rana do biura i zajc si wraz z Bigielem pierwsz lepsz spraw handlow, byle tylko oderwa myl od tego bolesnego, bdnego koa, w ktrym si od kilku gni krci.
Lecz nazajutrz Bigiel uprzedzi go i przyszed sam do niego, moe take w tym celu, by go zaj czym innym. Poaniecki rzuci si z pewn chciwoci do rozpatrywania biecych interesw - nie mogli jednak obaj z Bigielem dugo si nimi zajmowa, bo w godzin pniej zjawi si Bukacki z poegnaniem.
- Jad dzi do Woch, i Bg wie, kiedy wrc - rzek. - Chciaem wam powiedzie: Bdcie zdrowi! mier tego dziecka dotkna mnie wicej, niem si spodziewa...
- I dlatego wyjedasz?
- Duo by o tym mwi. U nas, widzisz, to si tak powiada, e si jest buddyst czy te czym ci si podoba - a w gruncie rzeczy troch si wierzy, troch ufa w... jakie miosierdzie... i tym si yje. Tymczasem co? Oto rzeczywisto bije nas co dzie po fizjonomii - i wprowadza w duchow rozterk, w zmartwienie, w moralny ucisk. Tu si wiecznie co albo kogo kocha, wiecznie si cudzym nieszczciem martwi, a ja tego nie chc. To mnie mczy...
- W czym ci pomog Wochy?
- W czym mi pomog? Bo tam mam soce, ktrego tu nie mam; mam sztuk, ktrej tu nie mam, a do ktrej czuj sabo; mam Chianti, ktre mi dobrze robi na katar odka, i w kocu mam ludzi, ktrzy mnie nic a nic nie obchodz i ktrzy mog sobie setkami umiera bez adnej dla mnie przykroci. Bd patrzy na obrazy, bd sobie kupowa, co mi potrzeba, pielgnowa swoje reumatyzmy, swj bl gowy i bd sobie mniej wicej wykwintnym, mniej wicej sytym i mniej wicej zdrowym zwierzciem - co, wierz mi, jest jeszcze najbardziej podanym rodzajem i stanem ycia. Tu nie mog by dostatecznie bydlciem, a z duszy chc nim by.
- Masz racj, Bukacki. My oto, widzisz, siedzimy w rachunkach, take troch dlatego, eby si skretynizowa i nie myle o czym innym. Jak zrobimy taki majtek, jaki ty masz, to - nie wiem, jak Bigiel - ale ja pjd twoim ladem.
- Zatem, do widzenia w czasie i przestrzeni! - rzek Bukacki.
W chwil po jego wyjciu Poaniecki rzek:
- On ma suszno. Ile ja bym by na przykad szczliwszy, gdybym si nie by przywiza do tego dziecka i do pani Emilii. My jestemy pod tym wzgldem nieuleczalni i psujemy sobie dobrowolnie ycie. On ma suszno. Tu zawsze si co lub kogo kocha. To dziedziczna choroba... Wieczny romantyzm, wieczny sentymentalizm - i wieczne kolki w sercu.
A Bigiel rzek:
- Kania ci si stary Pawicki. Ten nie kocha nikogo; prcz siebie.
- W rzeczywistoci moe tak jest, ale jemu brak i rozumu, i odwagi, eby sobie powiedzie, e tak wolno i tak trzeba. Owszem. Jest przekonany, e trzeba inaczej, i przez to jest w cigej niewoli. Tu, cho kto ma tak natur jak on, to jeszcze musi udawa, nawet przed sob samym, e co lub kogo kocha.
- A bdziesz dzi u pani Emilii? - spyta Bigiel.
- Naturalnie! Gdybym ci na przykad powiedzia, e mam malari, to tym samym jeszcze bym si z niej nie wyleczy.
I rzeczywicie, nie tylko tego dnia by u pani Emilii, ale by dwa razy, albowiem za pierwsz bytnoci nie zasta tych pa w domu. Pawicki, na zapytanie, gdzie jest crka, odpowiedzia mu z odpowiednim patosem i rezygnacj: "Ja nie mam teraz crki!" - Poaniecki nie chcc mu nawymyla, do czego uczu nag ochot, wyszed i powrci dopiero wieczorem.
Tym razem wysza znw do niego sama Marynia i oznajmia mu, e pani Emilia zasna po raz pierwszy od pogrzebu Litki. Mwic to trzymaa czas jaki rk w jego doni. Poaniecki, mimo caej rozterki, w jakiej byy jego myli, nie mg tego nie zauway, a gdy spojrza wreszcie pytajcym wzrokiem w jej oczy, dostrzeg, e policzki panienki zarumieniy si lekko. Tymczasem siedli obok siebie i poczli rozmawia.
- Byymy na Powzkach - rzeka Marynia - i obiecaam Emilce, e bdziemy tam jedziy codziennie.
- Czy to dla niej dobrze, tak sobie co dnia przypomina dziecko i rozdziera rany?
- Ach, albo one zaschy? - odpowiedziaa Marynia - i czy jest mono powiedzenia jej: "Nie jed!" Ja sama mylaam, e to bdzie niedobrze, ale przekonaam si, e przeciwnie. Na Powzkach pakaa bardzo, ale byo jej lepiej. - Wracajc przypomniaa sobie, co jej mwi profesor Waskowski - i ta myl to dla niej jedyna pociecha - jedyna!
- Nieche ma cho tak - odpowiedzia Poaniecki.
- Widzi pan, ja nie miaam jej z pocztku wspomnie o Litce, ale ona cigle o niej mwi. Niech pan take nie obawia si mwi jej o niej, bo to jej sprawia widocznie ulg...
Tu panienka pocza opowiada jeszcze bardziej znionym i jakby niepewnym gosem:
- Ona sobie cigle wyrzuca, e tej ostatniej nocy posuchaa zapewnie doktora i posza spa. Jej al tych straconych chwil, ktre moga spdzi z Litk, i ta myl nurtuje j. Dzi, gdy wrciymy z cmentarza, pocza mnie wypytywa o najdrobniejsze szczegy: jak dziecko wygldao, jak dugo spao, czy brao lekarstwo i co przy tym mwio, czy odzywao si do nas?... Przy tym zaklinaa mnie, ebym sobie przypomniaa wszystko i ebym nie opucia adnego sowa.
- I pani nie pomina niczego?
- Nie.
- ...Jak ona to przyja?
- Bardzo, bardzo pakaa.
Oboje umilkli i milczeli do dugo, po czym Marynia rzeka:
- Pjd zobaczy, co si z ni dzieje.
Po chwili wrcia:
- pi - rzeka. - Chwaa Bogu!
Jako Poaniecki nie widzia tego wieczora pani Emilii, ktra zapada jakby w letargiczny sen. Przy poegnaniu Marynia znw ucisna dugo i silnie jego rk i niemal z pokor spytaa:
- Pan mi nie ma za ze tego, e ja powtrzyam Emilce ostatnie yczenie Litki?
- W takich chwilach - odpowiedzia Poaniecki - nie umiem myle o sobie. Mnie chodzi tylko o pani Emili, i jeli sowa pani sprawiy jej ulg, to pani za nie dzikuj.
- Wic do jutra? prawda?
- Do jutra.
Poaniecki poegna si i wyszed, a schodzc ze schodw myla:
"Ona uwaa si za moj narzeczon."
I nie myli si. Marynia uwaaa go za narzeczonego. Nie by on jej nigdy obojtnym; owszem, sia urazy bya w niej miar tego niezwykego zajcia, jakie w niej obudzi. A przy tym, w czasie choroby i pogrzebu Litki mg on sam odkrywa w sobie niezgbione pokady egoizmu - jej wyda si tak dobrym, e po prostu nie miaa go z kim porwna. Reszty dokonay sowa Litki. W istocie rzeczy jej serce pragno przede wszystkim kocha - i teraz - skoro raz przyrzeka Litce w chwili jej mierci, skoro raz zobowizaa si do kochania i do zampjcia, wydao si jej, e gdyby nawet nie kochaa, powinna to sobie nakaza - i e nie wolno jej ju nie kocha. Poaniecki wszed w sfer jej obowizku, naleaa za do tych prostych kobiecych natur, dotychczas wcale jeszcze nierzadkich, dla ktrych ycie i obowizek znacz jedno i to samo, i ktre dlatego do obowizku wnosz dobr wol, i nie tylko dobr, ale bardzo wytrwa.
Taka za wola prowadzi za sob mio, ktra wieci jak soce, grzeje jak jego ciepo i koi jak bkitne, pogodne niebo. W ten sposb ycie nie staje si suchym krzakiem cierniowym, ktry kole, tylko kwiatem, ktry kwitnie i upaja.
Ta, prawa w mylach, a zarazem prosta i delikatna w uczuciach, wiejska panna posiadaa ow zdolno do ycia i do szczcia w najwyszym stopniu.
Tote gdy Poaniecki odszed, ona rozmylajc o nim nie nazywaa go ju w duszy inaczej, tylko "Pan Stach!" Bo te to ju i by jej "Pan Stach". Poaniecki za kadc si spa powtarza sobie nieco mechanicznie:
- Ona uwaa si za moj narzeczon.
mier Litki i przejcia ostatnich dni odsuny nie tylko w jego mylach, ale i w jego sercu, Maryni na dalsze, a nawet bardzo dalekie plany. Teraz znw pocz myle o niej i zarazem o swej przyszoci. I nagle da jakby chmur niezliczonych pyta, na ktre w tej chwili przynajmniej nie mia adnej odpowiedzi.
Czu tylko przed nimi strach; czu, e na razie brakuje mu zarwno si i ochoty, eby podj ten trud. Znw zacz y dawnym yciem, znw wpa w to sentymentalne koo bdne, znw niepokoi si, znw wysila, zabiega o rzeczy, ktre przynosz tylko gorycz, pora si z sob z uczuciowych powodw? Czy nie lepiej pilnowa rachunkw z Bigielem, zbija pienidze, by kiedy ruszy jak Bukacki do Woch lub gdzie indziej, gdzie jest soce, sztuka, wino dobre na odek i przede wszystkim ludzie obojtni, ktrych szczcie serca przybysza nie rozpromieni, ale za to mier lub niedola nie wycisn ani jednej zy.
Rozdzia dwudziesty
Podczas tych wszystkich rozterek duchowych, przez ktre przechodzi Poaniecki, interesa Domu Handlowego rozwijay si jednak pomylnie. Dziki zdrowemu rozsdkowi, pilnoci i czujnoci Bigiela, biece sprawy byy zaatwiane zawsze z jednak dokadnoci, ktra ze strony klientw Domu usuwaa wszelk moliwo zawodu, niezadowolenia, skarg. Dom zyskiwa z kadym dniem na opinii, rozszerza z wolna i stopniowo dziaalno, porasta w pierze. Poaniecki zreszt pracowa nie z takim wprawdzie spokojem jak dawniej, ale nie mniej od Bigiela. Ranne godziny spdza codziennie w biurze, im za wiksze byy jego duchowe frasunki, im nieporozumienia z Maryni staway si od chwili jej przyjazdu do Warszawy gbsze, tym pracowa gorliwiej. Ta robota, najczciej cika i chwilami wymagajca nawet do natonego mylenia, ale nie stojca w adnym zwizku z tym, co go bolao, i nie mogca przyczyni adnej wewntrznej troski, staa mu si w kocu rodzajem przystani, w ktrej si chowa przed burz. Poaniecki pocz j lubi. "Tu przynajmniej wiem, co robi i do czego d - mwi Bigielowi - tu wszystko jest bardzo jasne: jeli nie znajd szczcia, znajd przynajmniej to rozszerzenie ycia i t swobod, ktr daje pienidz, i tym lepiej dla mnie, jeli potrafi na tym poprzesta." Ostatnie wypadki utwierdziy go tylko w tych mylach. Rzeczywicie, od strony uczu przychodziy na wycznie zmartwienia. Ta siejba dawaa gorzkie niwo, podczas gdy jedyne powodzenia, ktrych dozna, a ktre bd co bd krzepi i broni w yciu od nieszczcia, da mu w Dom Handlowy. Sam Poaniecki myla z pewnym zdziwieniem, e tak jest, ale tak nie byo. Sam czu ciasnot tego zadowolenia, ktre mg da Dom; ale jednoczenie mwi sobie, e skoro nie mona inaczej, to trzeba i bezpieczniej jest na tym poprzesta, albowiem lepiej jest by wycznie kupcem, ktremu si powodzi, ni romantykiem, ktrego wszystko zawodzi. Wic od mierci Litki postanowi tym bardziej stumi w sobie wszystkie te porywy, ktrym rzeczywisto nie umiaa odpowiedzie i ktre nie przynosiy nic prcz zgryzot. Oczywicie Bigiel rad by z takiego usposobienia swego wsplnika, ktre Domowi mogo przynie tylko korzy.
Poaniecki nie mg jednak sta si w cigu kilku tygodni czowiekiem penie obojtnym na to wszystko, z czym niegdy zwizane byo jego serce. Skutkiem tego od czasu do czasu odwiedza Litk, ktrej kamie grobowy pokryway ju rankami biae, zimowe szrony. Dwukrotnie spotka na cmentarzu pani Emili z Maryni. Raz odwozi je do miasta, i wwczas pani Emilia pocza dzikowa mu za pami o maej. Poaniecki zauway, e czynia to ze wzgldnym spokojem, zrozumia za ten spokj, gdy przy poegnaniu rzeka mu: "Ja teraz cigle myl, e ona, yjc sama w wiecznoci, uwaa to rozczenie za tak krtkie jak jedno mgnienie oka - i pan nie wie, co to za pociecha, e przynajmniej nie tskni." Poaniecki powiedzia sobie w duszy: "No, e nie wiem, to nie wiem!" Jednake gbokie przekonanie,  jakim mwia pani Emilia, uderzyo go: "Jeli to s zudzenia - pomyla - to s prawdziwie ywotne zudzenia, skoro potrafi nawet z piwnicy grobowej wycign dla ycia..."
Marynia potwierdzia zreszt w pierwszej rozmowie z Poanieckim, e pani Emilia yje tylko t myl. To jedno agodzio jej al. Po caych dniach nie mwia z Maryni o niczym innym i powtarzaa tak uporczywie w kko, i mier, widziana od strony Boga, jest rozczeniem na jedno mgnienie oka, e ta uporczywo pocza Maryni niepokoi.
- Mwi te o Litce - rzeka w kocu panna Pawicka - jakby dziecko nie umaro i jakby je miaa jutro zobaczy.
- To i szczcie - odpowiedzia Poaniecki. - Waskowski odda jej rzeteln usug. Taki gwd w gowie nie boli.
- A przecie ona ma suszno, bo to tak jest...
- Nie bd pani zaprzecza.
Maryni niepokoia wprawdzie uporczywo, z jak pani Emilia wracaa cigle do jednej myli; z drugiej strony jednak sama patrzya na mier nie inaczej, wic w odcie sceptycyzmu, widoczny w sowach Poanieckiego, dotkn j nieco i zabola.
Nie chcc wszelako zdradzi si z tym zmienia rozmow.- Kazaam powikszy fotografi Litki - rzeka. - Wczoraj mi odniesiono trzy egzemplarze. Jeden dam Emilce. Baam si poprzednio, e to j nadto wzruszy, ale teraz widz, e mona. Owszem, bdzie jej bardzo mie.
To powiedziawszy wstaa i posza do pek z ksikami, na ktrych leay owinite w bibuk fotografie, nastpnie siada obok Poanieckiego przed maym stolikiem i pocza je rozwija.
- Opowiadaa mi Emilka - rzeka - jak wasz rozmow, na krtko przed mierci maej, w ktrej Litka powiedziaa, e yczyaby sobie, ebycie we troje byli brzozami i roli blisko siebie. Pamita pan t rozmow?
- Tak, przypominam sobie. Dziwia si, e drzewa tak dugo yj, a potem namylaa si, jakim by chciaa by, i najlepiej jej si podobaa brzoza.
- Tak A pan powiedzia, e take chciaby rosn blisko... Wic ja teraz naok tych fotografii, na passepartout, chciaam wymalowa brzozy. O, tu, widzi pan, zaczam, ale nie bardzo mi idzie, bo naprzd dawno nie miaam farb w rku, a po wtre, nie umiem malowa z pamici.
To rzekszy wydobya jedn z fotografii i pocza pokazywa Poanieckiemu podmalowane akwarel brzozy, e za wzrok miaa nieco krtki, wic pochylia si nad swoj robot tak, e skro jej znalaza si przez chwil tu przy skroni Poanieckiego.
Nie bya mu ju ona dawn Maryni, o ktrej marzy wracajc wieczorami od pani Emilii i ktra wypeniaa mu wwczas ca dusz. Ten czas min. Myli jego odeszy w inn stron. Natomiast Marynia nie przestaa by typem kobiecym, czynicym wyjtkowo silne wraenie na jego mskie nerwy, i teraz, gdy skro jej dotykaa niemal jego skroni, gdy jednym rzutem oczu obj jej matow twarz, zarumienione nieco policzki i pochylon nad malowidem posta, odczu w pocig z dawn si, i artka krew pocza mu napdza rwnie artkie myli do gowy.
"Gdybym jej teraz zacz caowa oczy i usta - powiedzia sobie - ciekawym, jak by postpia?"
I na jedno mgnienie oka porwaa go ch, by to uczyni, choby przy tym obrazi miertelnie Maryni. Za to dugie odpychanie go, za tyle niepokoju, trosk i zmartwie, chciaby by mie tak chwil zapaty i - moe zarazem - zemsty.
Tymczasem Marynia, przypatrujc si robocie, mwia dalej:
- Dzi mi si to wydaje gorsze jeszcze ni wczoraj. Na nieszczcie drzewa nie maj teraz lici i nie bd moga znale modelu.
- Nie - rzek Poaniecki - to wcale nieza grupa. Tylko jeli te drzewa maj wyobraa pani Emili, Litk i mnie - to czemu pani zrobia cztery brzozy?
- Czwarta to ja - odrzeka z pewn niemiaoci Marynia. - Ja take chciaabym kiedy tak rosn razem...
Poaniecki spojrza na ni bystro, ona za, obwijajc na nowo fotografie, pocza mwi, jakby si pieszc:
- Tyle si rzeczy dla mnie zwizao ze wspomnieniem tej dziecinki... Byam w ostatnich czasach prawie cigle z ni i z Emilk... Emilka to dzi dla mnie jedna z najbliszych w wiecie osb... Ja tak samo naleaam do nich jak i pan... Nie wiem dobrze, jak to powiedzie... Byo nas czworo, a teraz zostao troje - zwizanych przez Litk... Bo ona nas zwizaa. Ja teraz, jak o niej myl, to zarazem myl o Emilce i o panu... Dlatego postanowiam wymalowa cztery brzozy, a widzi pan, e s trzy fotografie: jedna dla Emilki, jedna dla mnie, a jedna dla pana.
- Dzikuj pani - odrzek Poaniecki wycigajc ku niej rk.
Marynia oddaa mu ucisk bardzo serdecznie i rzeka:
- Dla jej pamici te powinnimy zapomnie o wszystkich dawnych urazach.
- To si ju stao - odpowiedzia Poaniecki - a co do mnie, to chciaem, eby tak byo jeszcze na dugo przed mierci Litki.
- Tote odtd zacza si moja wina, za ktr pana przepraszam.
I znw podaa mu rk. Poaniecki zawaha si przez chwil, czy ma j podnie do ust, nie uczyni tego jednak, tylko rzek:
- A wic zgoda?
- I przyja? - odpowiedziaa Marynia.
- I przyja.
W oczach jej odbia si gboka, spokojna rado, ktra opromieniaa ca jej twarz agodnym wiatem. Byo w niej teraz tyle dobroci i ufnoci, e Poanieckiemu mimo woli przypomniaa si owa dawna Marynia, ktr widzia w Krzemieniu, gdy siedziaa na ganku ogrodowym w promieniach zachodzcego soca.
Jednake od mierci Litki by on w takim nastroju, e podobne wspomnienia uwaa za niegodne siebie, wic wsta i pocz si egna.
- Nie zostanie pan z nami na cay wieczr? - spytaa Marynia.
- Nie, pani, musz wraca.
- Powiem Emilce, e pan wychodzi - rzeka idc ku drzwiom przylegym.
- Ona teraz albo rozmyla o Litce, albo si modli, inaczej byaby tu sama przysza. Niech jej pani nie przerywa, a ja i tak jutro przyjd.
Na to Marynia zbliya si ku niemu i patrzc mu w oczy z wielk serdecznoci rzeka:
- I jutro, i codziennie. Wszak prawda? Niech pan pamita, e pan jest teraz dla nas "pan Stach".
Od mierci Litki drugi raz Marynia nazwaa go w ten sposb, tote idc do siebie Poaniecki myla:
"Jej stosunek do mnie jest zupenie zmieniony. Ona si poczuwa po prostu do przynalenoci do mnie, bo si do tego zobowizaa obietnic dan umierajcemu dziecku, gotowa nawet pokocha si we mnie i nie pozwoli sobie nie pokocha si... Takich u nas na tuziny."
I nagle pocz si zoci:
"Znam te rybie natury z zimnym sercem, a natomiast egzaltowan gow, pen tak zwanych zasad. Wszystko dla zasady, wszystko dla obowizku - nic samorzutnego w sercu! Mgbym zdechn przy jej nogach i nic nie wskra; dopiero gdy obowizek kae jej mnie pokocha, to bdzie kochaa nawet rzeczywicie."
Widocznie Poaniecki przywyk w swoich wczgach za granic do innego rodzaju kobiet, a przynajmniej o innych zapewne naczyta si w ksikach. Poniewa jednak mia przy tym troch i zdrowego rozsdku, wic ten rozsdek pocz do niego take przemawia:
- Suchaj, Poaniecki - mwi - to to s wanie dlatego wyborowe natury, nadzwyczaj pewne, na ktrych mona budowa, na ktrych mona oprze ycie. Czy ty zwariowa! Tobie przecie chodzio o on, nie o przemijajc awantur miosn."
Ale Poaniecki nie przestawa si zyma i odpowiada rozsdkowi:
"Jeli mam by kochany, chc by kochany dla samego siebie."
Rozsdek prbowa jeszcze tumaczy mu, e wszystko jedno; jak si mio zaczyna, bo potem nie moe by inaczej kochany, jak dla samego siebie, w tym za wypadku, po owych pracach i rozdranieniach, to jest rzecz i zarazem naturaln; i niemal cudown, niemal opatrznociow, e zaszo co takiego, co od razu zamao zapory. Ale Poaniecki nie przestawa si dsa.
Rozsdkowi przyszed wreszcie na pomoc i w pocig, i owo upodobanie w Maryni, na mocy ktrego Poaniecki widzia w niej wicej uroku ni w kadej innej kobiecie. Ten pocig mwi z kolei:
"Nie wiem, czy j kochasz; czy nie, i mniejsza o to, ale dzi, gdy si zbliya do ciebie ramieniem i twarz, mao ze skry nie wyskoczy. Czemu ci taki dreszcz nie przejmuje, gdy siedzisz koo innej kobiety? Pomyl, co za rnica!"
Ale Poaniecki odpowiada na to wszystko:
"Ryba! Obowizkowa ryba!..."
I znowu przysza mu myl: "ape j, skoro ten gatunek wolisz ni kady inny. Ludzie si jednak eni, i na ciebie czas. Czego bdziesz wicej szuka? Czy takiej jakiej mioci, z ktrej pierwszy gotw jeste si wymiewa... Mio twoja zgasa - dobrze! ale zosta pocig i to przekonanie, ktre jednak masz, e to uczciwa i pewna kobieta."
"Tak - myla dalej - ale z mioci, czy gupiej, czy mdrej, pynie wola, a czy ja j teraz mam? Nie, bo si waham, podczas gdy poprzednio nie wahaem si. Po wtre, trzeba zway, co lepsze: czy panna Pawicka, czy ma i winien w Domu pod firm Bigiel i Poaniecki. Pienidz daje potg i swobod, a ze swobody najlepiej si korzysta, gdy si nikogo nie dwiga ani na ramionach, ani w sercu."
Tak rozmylajc przyszed do domu i pooy si spa. W nocy niy mu si brzozy na wydmach, spokojne niebieskie oczy i czoo ocienione ciemnymi wosami, od ktrego bio ciepo.
Rozdzia dwudziesty pierwszy
W kilka dni pniej, rano, zanim wyszed do biura, przyszed do niego Maszko.
- Przychodz do ciebie w podwjnym interesie - rzek - ale zaczynam od pieninego, eby ci zostawi swobod powiedzenia: "Tak lub nie."
- Mj drogi, pienine interesa zaatwiam w biurze, wic zacznij od drugiego z kolei.
- To nie jest sprawa waszego Domu, tylko prywatna, dlatego wol mwi o niej prywatnie. Wiesz, e si eni, potrzebuj pienidzy. Wydatkw mam jak wosw na gowie, a przy tym spat co niemiara. Przychodzi termin wypacenia ci pierwszej raty z owej sumy na Krzemieniu, ktr od ciebie nabyem. Czy nie moesz odoy mi terminu jeszcze na kwarta?
- Bd z tob szczery - rzek Poaniecki - mog, ale nie chc.
- No, to ja bd rwnie szczery i spytam: co zrobisz, jeli ci jej nie zapac?
- I to si zdarza na wiecie - odpowiedzia Poaniecki - ale tym razem masz mnie za gupszego, ni jestem, bo wiem, e zapacisz.
- Skd masz t pewno?
- enic si, i to enic si bogato, nie moesz narazi si na opini niewypacalnego. Spod ziemi wydusisz, a zapacisz.
- Z prnego i Salomon nie naleje.
- Bo nie bra u ciebie lekcji. Mj drogi, nikt nas nie syszy, wic powiem ci, e ty przecie cae ycie nie innego nie robisz.
- Wic jeste pewny, e zapac?
- Tak.
- Masz suszno. Chciaem od ciebie grzecznoci, do ktrej nie mam prawa. Tylko, e nareszcie i ja czuj si tym wszystkim zmczony... Tu bra, tam zatyka - wiecznie y w takim koowrocie - to nareszcie przechodzi siy ludzkie!... Zawijam niby do portu. Za dwa miesice stan na innych nogach, ale tymczasem dopywam reszt pary... Nie moesz - trudno!... Jest troch lasu na Krzemieniu - wytn go i zapac, skoro nie mona inaczej.
- Co tam za lasy na Krzemieniu! Stary Pawicki wygoli, co si dao.
- Jest dua dbrowa za dworem ku Niedziakowu.
- Prawda. Jest.
- Wiem, e wy z Bigielem robicie i takie interesa. Kupcie ode mnie t dbrow. Oszczdzi mi to szukania kupca, a wy moecie wyj z zyskiem.
- O tym pomwi z Bigielem.
- Wic z gry nie odmawiasz?
- Nie. Jeli oddasz tanio... moe bym nawet i sam... Ale w takich rzeczach potrzebuj obliczy moliwe zyski lub straty. Chc take wiedzie twoje warunki. Oblicz si i ty. Przylij mi wykaz, ile tam tego jest - i jakie sztuki. Ja tego nie pamitam.
- Przyl ci za godzin.
- W takim razie wieczr dam ci odpowied.
- O jednym warunku z gry ci uprzedzam: nie bdziesz mia prawa wyci dbrowy przed dwoma miesicami.
- Dlaczego?
- Bo Krzemie ogromnie straci bez tej ozdoby, wic po lubie zaproponuj ci odprzeda, naturalnie z odpowiednim zyskiem.
- Zobaczymy.
- Prcz tego mam na Krzemieniu margiel. Pamitasz, e sam mi o tym mwi. Pawicki oblicza to na miliony - i to gupstwo! - ale w rkach sprytnych ludzi to naprawd moe by niezy interes. Pomylcie i o tym z Bigielem; ja przyjbym was do spki.
- Jeli interes okae si dobry; po to jest nasz Dom, eby dobre robi.
- Wic o tym pomwimy pniej, a teraz wracam do dbrowy. Oglny zarys naszego ukadu niech bdzie taki, e ja, zamiast przypadajcej raty, daj ci dbrow lub jej cz, stosownie do obliczenia; daj ci j niejako w zastaw, ty za zobowiesz si nie wycina dbw przed upywem wstpnego kwartau.
- To mog zrobi - rzek Poaniecki. - Oczywicie przyjd nastpnie takie kwestie, jak dostawy dbw do kolei etc., o ktrych bdziemy mwili przy spisywaniu kontraktu, jeli w ogle bdziemy go spisywali.
- Wic przynajmniej jeden ciar z gowy! - rzek Maszko trc rk czoo. - Wyobra sobie, e mam takich dziesi lub pitnacie na dzie nie liczc rozmw o interesach z pani Krasawsk, ktre s cisze od wszystkiego, i suby przy narzeczonej, ktra...
Tu Maszko zaci si na minut, lecz nagle machn rk i doda:
- Ktra take nie jest lekka.
Poaniecki spojrza na niego ze zdziwieniem. W ustach Maszki, tak przestrzegajcego wiatowych wzgldw w kadym sowie, byo to co niesychanego.
A Maszko mwi dalej
- Lecz mniejsza o to. Pamitasz, jak przed mierci Litki omal raz nie przyszo midzy nami do ktni... Nie policzyem si z tym, e ty bardzo kocha t ma, e by niespokojny, rozdraniony, i postpiem po grubiasku... Wina bya zupenie po mojej stronie, zatem przepraszam ci.
- To rzecz zapomniana - odpowiedzia Poaniecki.
- Przypomniaem j dlatego, e mam ci prosi o usug. Jest rzecz taka: Ja nie mam przyjaci; krewnych albo nie mam, albo mam takich, z ktrymi nie warto si popisywa. Teraz musz szuka drubw i dalibg nie bardzo wiem, gdzie si zwrci... Wiesz, e miaem w rku interesa rozmaitych paniczykw... Ale prosi pierwszego lepszego pajaca, dlatego e ma tytu - nie idzie, nie chce mi si. Chodzi mi o to, bym mia drubw porzdnych ludzi, a powiem otwarcie - i porzdne nazwiska... Te panie rwnie bardzo na to uwaaj, wic - czy zechcesz mi drubowa?
- Tego bym ci nie odmwi, gdyby przyszed w innych okolicznociach. Ale powiem ci, jak jest. Patrz: nie nosz krepy na kapeluszu ni biaych tasiemek przy surducie, wic nie jestem w aobie, a mimo tego, daj ci sowo, e jestem w wikszej aobie, ni gdyby mi wasne dziecko umaro...
- Tak, nie policzyem si z tym - rzek Maszko. - Przepraszam ci.
Poanieckiego ujy te sowa.
- Jeli zreszt bardzo ci na tym zaley... jeli prawdziwie nie bdziesz mg znale nikogo innego - to nieche bdzie, jak chcesz, ale szczerze ci mwi, e po takim pogrzebie ciko mi bdzie by na weselu.
Poaniecki nie powiedzia wprawdzie: "na takim weselu", ale Maszko odgad jego myli.
- Przy tym - mwi dalej Poaniecki - jest i druga okoliczno. Ty musia o tym sysze, e byo jakie biedaczysko, doktorzyna... ktry kocha si na mier w twojej narzeczonej. Wolno jej byo nie by wzajemn i nikt jej z tego powodu nie moe robi zarzutu, ale tamten swoj drog pojecha gdzie, gdzie pieprz ronie, i licho go wzio... rozumiesz? a ja byem z nim w przyjani, zwierza mi si ze swoich nieszcz i wypakiwa mi si w kamizelki - rozumiesz?... W tych warunkach drubowa innemu - sam powiedz?
- I tamten naprawd umar z mioci dla mojej narzeczonej?
- To ty o tym nie sysza?
- Nie tylkom nie sysza, ale uszom nie wierz...
- Wiesz co, Maszko, maestwo zmienia czowieka, ale widz, e i narzeczestwo. Ja ci wprost nie poznaj.
- Bo jak ci powiedziaem, jestem tak zmczony, e ju mi tchu nie staje, a w takich razach maska spada.
- Co przez to rozumiesz?
- Rozumiem, e s dwie kategorie ludzi: jedni nie robi sobie z niczego nic i sposb postpowania stosuj przygodnie do kadej okolicznoci; drudzy maj pewien system, ktrego si mniej wicej konsekwentnie trzymaj. Ja nale do tych drugich. Przywykem do ochraniania pozorw, i co wicej, przyzwyczaiem si do tego tak bardzo, e w kocu zmienio si to w moj natur. Ale widzisz, gdy si na przykad podruje samowtr w wielki upa - wwczas na czowieka najbardziej comme il faut moe przyj chwila, w ktrej rozepnie nie tylko surdut, ale i kamizelk. Na mnie przysza taka chwila, wic si rozpinam.
- To si znaczy?
- To si znaczy, i zdumieniem mnie przejmuje wiadomo, i kto mg si na mier zakocha w mojej narzeczonej, ktra jest, jak mi to niegdy w zoci dae do zrozumienia, zimna, sztywna i tak mechaniczna w ruchach, sowach i mylach, jakby bya nakrcana kluczem. To wszystko jest zupen prawd - i ja to potwierdzam. Nie chc, eby mnie mia za wikszego nicponia, ni jestem. Ja jej nie kocham, i moje maestwo bdzie rwnie sztywne jak moja narzeczona. Kochaem pann Pawick, ktra mnie odrzucia. Pann Krasawsk bior dla jej majtku. Jeli powiesz, e to jest niegodziwo, odpowiem ci, e t niegodziwo spenio lub speni tysice tak zwanych porzdnych ludzi, ktrym podajesz rk i ktrym, co wicej, ycie nie upywa w rozkoszy, ale te i nie w tragedii. Kuleje, ale idzie... Pniej pomaga im przyzwyczajenie, przeyte lata, ktre przynosz jaki rodzaj przywizania, dzieci, ktre si rodz - i jako idzie! Takich maestw jest wikszo, bo wikszo ludzi woli chodzi po ziemi, ni wspina si na szczyty. Czsto nawet inne maestwa s gorsze, bo gdy na przykad kobieta woli lata, a mczyzna peza tub odwrotnie - to nie ma widokw na porozumienie. Co do mnie, napracowaem si jak w. Pochodzc z rodziny podupadej, chciaem wypyn - do tego si przyznaj. Gdybym chcia by zosta nieznanym kauzyperd i zbija tylko pienidze, moe bym je zbi i otworzy mojemu synowi na rozcie wrota do ycia. Ale ja nie kocham moich dzieci przed ich przyjciem na wiat, wic chciaem sam mie nie tylko pienidze; ale by czym, co znaczy, zaj jakie stanowisko, zaway, jak u nas mona zaway, wic przynajmniej w yciu towarzyskim. Z tego wyniko, e co adwokat zarobi, to grand seigneur pochon. Stanowisko obowizuje. Zatem nie mam pienidzy, znudzia mi si szarpanina polegajca na wyrywaniu dziury w jednym miejscu, eby j zatka w drugim - i dlatego bior pann Krasawsk, ktra znw dlatego idzie za mnie, e jeli nie rzeczywicie, to pozornie jestem wielkim panem, a raczej udaj wielkiego pana, bawicego si w adwokatur... Partie s rwne, niczyjej krzywdy nie ma i nikt nikogo nie oszukuje, albo, jeli wolisz, oboje oszukujemy si w jednakowej mierze. Oto jest caa prawda, a teraz, jeli chcesz, to mn pogardzaj.
- Dalibg, e nigdy nie szanowaem ci wicej - odpowiedzia Poaniecki - bo teraz podziwiam nie tylko twoj szczero, ale i odwag.
- Przyjmuj komplement za szczero, ale w czym widzisz odwag?
- W tym, e majc tak mao zudze co do panny Krasawskiej, enisz si z ni jednak.
- Bo jestem wicej mdry ni gupi. Szukaem pienidzy - prawda, ale czy mylisz, e dla pienidzy oenibym si z pierwsz z brzegu, ktra je posiada? Bynajmniej, mj kochany. Ja bior pann Krasawsk i wiem, co robi. Panna Krasawska ma swoje wielkie przymioty, niezbdne w warunkach, w jakich ja j bior, a ona za mnie wychodzi. Panna Krasawska bdzie on zimn, nieprzyjemn, kwan - a nawet i pogardliw, o ile nie bdzie si mnie baa. Ale natomiast panna Krasawska, tak jak i jej matka, ma cze religijn dla pozorw, dla tego, co wypada lub nie wypada, a oglnie mwic, dla tak zwanej przyzwoitoci. To raz. Dalej, nie ma w niej ani jednego takiego ziarnka, z ktrego wyrastaj awanturnice - i poycie z ni, tak nieprzyjemne, jak by moe, nie skoczy si nigdy skandalem. To dwa. A po trzecie, jest we wszystkim pedantk, zatem zarwno w pobonoci jak i w spenianiu tych wszystkich zobowiza, ktre na siebie wemie. To ju istotnie wielki przymiot. Nie bd z ni szczliwy, ale bd mg by spokojny, kto wie za, czy to nie jest maksimum, ktrego w yciu mona da. I to ci, mj kochany, powiadam: gdy bdziesz bra on, przede wszystkim myl o przyszym spokoju. W kochance szukaj sobie, czego chcesz: dowcipu, temperamentu, poetycznego nastroju, wraliwoci, ale z on trzeba y lata, wic szukaj w niej tego, na czym si mona oprze - szukaj zasad.
- Nie miaem ci nigdy za gupiego - rzek Poaniecki - ale widz, e masz wicej rozumu, niem myla.
- Bo widzisz, nasze kobiety, ot na przykad ze wiata pieninego, ksztac si naprawd na francuskiej powieci, a wiesz, co z tego wynika?
- Mniej wicej wiem, ale dzi jeste tak wymowny, e rad wysucham twego okrelenia.
- Oto, e kobieta staje si sama dla siebie Bogiem i prawem.
- A dla ma?
- Kameleonem i dramatem.
- To si tak troch dzieje w wiecie bardzo pieninym; a pozbawionym tradycji. Tam wszystko jest pozorem i toalet, pod ktr siedzi nie dusza, ale mniej wicej wykwintne zwierztko.
- Ale ten wiat bogaty i strojny, bawicy si, przesiknity dyletantyzmem artystycznym, literackim, a nawet i religijnym, trzyma batut i kieruje chrem.
- U nas jeszcze nie.
- U nas jeszcze niezupenie. Zreszt, s wyjtki nawet w tym wiecie, tym bardziej musz by poza nim. Tak, u nas s inne kobiety, na przykad panna Pawicka. Ach, co za spokj, co za bezpieczestwo, a przy tym co za wdzik ycia z tak jak ona! Niestety- ona nie dla takich jak ja!
- Maszko! Spryt gotw ci byem od biedy przyzna, ale nie wiedziaem, e jest w tobie i entuzjazm.
- Co chcesz: bom si w niej kocha, a teraz eni si z pann Krasawsk!
Ostatnie sowa Maszko wymwi jakby z pewn zoci. Po czym nastaa chwila milczenia. 
- Wic nie bdziesz mi drubowa? - spyta Maszko.
- Daj mi czas do namysu.
- Za trzy dni wyjedam.
- Dokd?
- Do Petersburga. Mam tam interesa. Zabawi ze dwa tygodnie.
- To ci po przyjedzie odpowiem.
- Dobrze. Dzi ci przyl wykaz moich dbw w trzech rozmiarach. Byle raty nie paci!
- A ja warunki, pod ktrymi je kupi.
Tu Maszko poegna si i wyszed, a wkrtce za nim pody do biura Poaniecki. Po naradzie z Bigielem postanowi, jeli rzecz si okae moliwa i korzystna; kupi dbrow na wasn rk. Sam nie umia sobie zda sprawy, dlaczego czu jak dziwn ch zahaczy si o Krzemie. Po godzinach biurowych myla take o tym, co mu mwi Maszko o pannie Pawickiej. Czu doskonale, e mwi prawd - i e z tego rodzaju kobiet ycie moe by nie tylko bezpieczne, spokojne, ale i pene wdziku. Spostrzeg si jednak, e w tych rozmylaniach oddaje sprawiedliwo raczej ju tylko typowi, ktrego Marynia bya okazem, ni Maryni samej. Spostrzeg rwnie tysice niekonsekwencji w sobie. Bo oto byo w nim jakie zniechcenie, a nawet gniew przeciw kochaniu kogokolwiek lub czegokolwiek, przeciw zapdzaniu serca w jakie wizy i wzy, tak zwykle popltane, e a bolesne. Na sam myl o tym burzy si i w duchu powtarza: "Nie chc! mam tego dosy! - to jest niezdrowa wybujao, ktra prowadzi tu ludzi tylko do zbocze i cierpie." Jednoczenie za mia na przykad za ze Maryni, e nie pokochaa go jak wybuja bezwzgldn mioci, a pocza otwiera mu serce dopiero wwczas, kiedy poniekd nakaza jej to obowizek. Nastpnie, nie chcc kochania, dziwi si jednak, e mu ono tak atwo poczo widn i e daleko wicej pragn Maryni wwczas, gdy ona go nie chciaa, ni teraz; gdy okazywaa mu si skonniejsz. "Ostatecznie - myla - to wszystko prowadzi do tego, e czowiek sam nie wie, czego chce i czego si ma trzyma, to jest do stanu, ktry niech piorun trzanie! Panna Pawicka ma wicej przymiotw, ni si sama domyla, panna Pawicka jest obowizkowa, prawa, cicha, pikna, zmysy moje cign mnie do panny Pawickiej, a jednoczenie czuj, e panna Pawicka nie jest mi tym, czym bya, i e co we mnie diabli wzili."
- Ale co?
"Jeli zdolno do kochania - monologowa dalej Poaniecki - to poniewa doszedem do wniosku, e kochanie jest najczciej gupstwem, a zbytnie kochanie zawsze gupstwem, wic powinienem by kontent tymczasem nie jestem kontent."
Lecz po chwili przyszo mu na myl, e to jest tylko rodzaj osabienia taki, jaki przychodzi na przykad po chirurgicznej operacji lub po przebytej chorobie - i e ycie pozytywne wypeni mu z czasem ow czczo, ktr odczuwa.
yciem pozytywnym za by dla niego Dom Handlowy.
Przyszedszy na obiad zasta Waskowskiego i dwch sucych, ktrzy mrugali na siebie, widzc, jak staruszek podnosi chwilami widelec z kawakiem misa do gry i zamyla si na mier lub rozmawia sam z sob. Profesor Waskowski od niejakiego czasu ustawicznie rozmawia z sob, i to tak gono, e ludzie ogldali si za nim na ulicy. Niebieskie jego oczy patrzyy teraz przez chwil bezprzytomnie na Poanieckiego, po czym zbudzi si jakby ze snu i rzek koczc poczt w gowie myl:
- Ona powiada, e j to zbliy do dziecka.
- Kto powiada? - spyta Poaniecki.
- Pani Emilia.
- W jaki sposb si zbliy?
- Bo chce zosta siostr miosierdzia.
Poaniecki zamilk pod wraeniem tej wiadomoci. Mg on sobie myle, co mu przez gow przeszo, rugowa z siebie uczuciowo, filozofowa o niezdrowych wybujaociach caego spoeczestwa, w ktrym y - w duszy mia jednak dwie jakby witoci: Litk i pani Emili. Litka bya ju tylko drogim wspomnieniem, natomiast pani Emili kocha ywym, braterskim i najtkliwszym uczuciem, ktrego w rozmylaniach nigdy nie tyka.
Tote przez jaki czas nie mg si zdoby na odpowied, nastpnie spojrza surowo na Waskowskiego i rzek:
- Pan, profesorze, namawiasz j do tego. Ja si w paskie mistycyzmy i paskie idee spod ciemnej gwiazdy nie wdaj, ale wiedz o tym, e bierzesz na swoje sumienie jej ycie, bo ona po prostu nie ma si fizycznych na siostr miosierdzia i w rok umrze - rozumiesz pan?
- Mj drogi - odpowiedzia Waskowski - ot i skazae mnie sdem doranym, nie wysuchawszy. Czy ty si zastanawia nad tym, co znaczy wyraenie "m sprawiedliwy"?
- Gdy mi chodzi o kogo bliskiego, drwi z wyrae.
- Mnie ona wczoraj powiedziaa o tym najniespodzianiej, a ja j spytaem: "Moje dziecko, ale czy ty bdziesz miaa do siy, bo to cika praca?" Wwczas umiechna si do mnie i powiada tak: "Nie odmawiajcie mnie, bo to moja ucieczka i moje szczcie. Jeli si pokae, e nie mam si, to mnie nie przyjm, a jeli przyjm, a siy mi nie starcz, to pjd wczeniej do Litki, a ja tak tskni!" Co ja miaem powiedzie na tak wol i tak prostot? Co ty potrafisz powiedzie? Kto, nawet niewierzcy, miaby powiedzie, e moe Litki wcale nie ma i e ycie w pracy, w miosierdziu, w powiceniu, a mier w Chrystusie moe do Litki nie doprowadzi? Wymyl jej inn pociech, ale jak wymylisz? Daj inn nadziej, ukj j czym innym, ale czym ukoisz? Bdziesz j przecie widzia, wic powiedz szczerze: czy omielisz si jej odradza?
- Nie - rzek krtko Poaniecki.
Po chwili za doda:
- Nic, tylko zmartwienia ze wszystkich stron!
- Jedno by mona - mwi dalej Waskowski - namawia j, eby zamiast sistr miosierdzia, u ktrych praca jest nad jej siy; wybraa jaki zakon kontemplacyjny. S takie, gdzie biedny atom ludzki rozpywa si tak w Bogu, e przestaje y yciem osobistym, wic przestaje i cierpie...
Poaniecki machn rk.
- Ja si na tych rzeczach nie rozumiem - rzek szorstko - i nie wdaj si w nie.
- Wanie mam tu gdzie ksieczk wosk o nazaretankach - rzek Waskowski rozpinajc surdut. - Nie wiem, gdzie mi si podziaa... Wychodzc, gdzie j schowaem.
- Co mnie mog obchodzi paskie nazaretanki?
Lecz Waskowski za surdutem rozpi nastpnie w poszukiwaniu i kamizelk, po czym zamyli si i rzek:
- Czeg ja szukaem? A wiem, tej woskiej ksieczki. Za par dni jad do Rzymu - na dugo, na bardzo dugo. Pamitasz, com ci mwi, e to przedsionek do innego wiata? Ju mi czas do boej sieni. Emilk bardzo bym namawia, eby jechaa do Rzymu, ale ona od dziecka nie odjedzie. Jako siostra miosierdzia zostanie tutaj. Moe by si jej jednak podobaa regua nazaretanek... Taka pogodna i prosta jak pierwsze chrzecijastwo... A ja jad wkrtce... Nie z gow, mj drogi, bo tam lepiej wiedz, czego si trzyma, ale z sercem - maluczki, ale miujcy.
- Zapnij profesor kamizelk - rzek Poaniecki.
- Dobrze, zapn. Ja, widzisz, mam co pod sercem i powiedziabym ci, bo ty wartki jak woda, ale ty masz dusz... Widzisz, chrzecijastwo nie tylko si nie koczy, jak si niektrym filozofujcym wartogowom zdaje, ale zrobio dopiero poow drogi...
- Kochany profesorze - rzek agodniej Poaniecki - wysucham tego, co mi pan chcesz powiedzie, chtnie i cierpliwie, ale nie dzi, bo dzi myl tylko o pani Emilii, i po prostu za gardo mnie ciska... To przecie katastrofa! '
- Dla niej, nie. ycie jej si przyda - i mier rwnie.
Poaniecki za pocz mrucze:
- Dalibg; nie tylko kade mocniejsze uczucie, ale prosta przyja koczy si zgryzot... Nigdy adne przywizanie nie przynioso mi nic, prcz zmartwie: Bukacki ma suszno... Z oglnych przywiza tylko bieda, z osobistych tylko bieda - i yj tu w takim otoczeniu!...
Rozmowa urwaa si, a raczej zmienia w monolog profesora Waskowskiego, ktry pocz rozprawia z sob o Rzymie i chrzecijastwie. Po obiedzie wyszli razem na ulic pen brzku dzwonkw od sanek i wesoego zimowego ruchu, albowiem z rana dnia tego spad do obficie nieg, a pod wieczr uczynio si pogodnie, cicho i mrono.
- Zapnije profesor kamizelk - rzek nagle Poaniecki spostrzegszy rozpite ubranie Waskowskiego.
- Dobrze, zapn - odpowiedzia Waskowski.
I pocz cign dziurki kamizelki do guzikw surduta.
"Lubi jednak tego Waskowskiego - mwi sobie Poaniecki wracajc do domu. - Gdybym si do niego na dobre przywiza, pewnie by go licho wzio, bo taki ju mj los. Na szczcie, dotychczas do mi to obojtne."
I tak mwic Poaniecki wmawia w siebie rzecz nie istniejc, albowiem mia szczer przyja dla profesora Waskowskiego, i los jego nie by mu bynajmniej obojtny.
Gdy wrci do domu, na wstpie umiechna si do niego twarzyczka Litki z duej fotografii, ktr podczas jego niebytnoci przysaa Marynia. Jej widok wzruszy Poanieckiego do gbi duszy. Czsto zreszt doznawa on tego rodzaju wzrusze, gdy niespodzianie przypomnia sobie Litk lub nagle spostrzeg jeden z jej portretw. Zdawao mu si wwczas, e mio do tego dziecka, pochowana gdzie w gbi serca, wstawaa nagle z dawn ywotnoci i si przejmujc ca jego istot ogromn tkliwoci i ogromnym alem. To odwieanie si alu byo nawet tak bolesne, e go unika, jak zwykle czowiek unika prawdziwego cierpienia. Teraz jednak byo w jego wzruszeniu co sodkiego. Litka umiechaa si do niego przy blasku lampy, jak gdyby chciaa powiedzie: "Pan Stach". Naok jej gwki, na biaym obramowaniu, zieleniy si cztery brzozy namalowane przez Maryni.
Poaniecki sta i patrzy przez dugi czas, na koniec pomyla:
"Wiem, w czym moe by szczcie ycia - w dzieciach."
Lecz po chwili rzek sobie:
"Tylko ja moich wasnych nie bd nigdy tak kocha, jak kochaem to biedactwo."
Tymczasem wszed sucy i odda mu list od Maryni, ktry przyszed razem z fotografi. Marynia pisaa, co nastpuje
"Ojciec poleci mi prosi pana na wieczr. Emilka przeniosa si ju dzi do siebie, i woli, eby do niej tego dnia nie przychodzi. Posyam panu fotografi Litki i prosz koniecznie o przyjcie; chc bowiem pomwi z panem o Emilce. Papa prosi i pana Bigiela, ktrego obieca bawi, bdziemy wic mogli pomwi spokojnie."
Poaniecki po przeczytaniu listu ubra si i poczytawszy czas jaki, poszed do Pawickich.
Bigiel bawi tam ju od kwadransa i gra w pikiet z panem Pawickim; Marynia siedziaa opodal, przy maym stoliku, zajta jak robot. Poaniecki przywitawszy si ze wszystkimi siad przy niej i pocz mwi:
- Dzikuj pani najmocniej za fotografi. Zobaczyem j niespodzianie, i Litka tak mi stana przed oczyma, e nie mogem ochon. Wie pani, e takie, chwile s miar alu, z ktrego czowiek sobie nawet sprawy nie zdaje. Dzikuj najmocniej! I za cztery brzozy take... Co do pani Emilii, wiem ju wszystko od Waskowskiego. Czy to zamiar tylko, czy nieodwoalne postanowienie?
- Prdzej, e to nieodwoalne postanowienie - odpowiedziaa Marynia.
- I co pani myli?
Marynia podniosa na niego oczy, jakby czekajc od niego jakiej rady.
- Ona nie ma na to si - rzeka wreszcie.
Poaniecki milcza przez chwil, nastpnie rozoy bezradnie rce.
- Mwilimy o tym z Waskowskim - rzek. - Ja na niego napadem, bo mylaem, e to jego myl, ale on mi przysiga, e w niczym si do tego nie przyczyni. Pyta natomiast, jak inn pociech jej wymylimy - i nie umiaem mu na to odpowiedzie. Co jej naprawd w yciu zostao?
- Tak - odrzeka cicho Marynia.
- I myli pani, e ja nie rozumiem, skd si wzio to postanowienie? Ona po prostu nie chce w niczym swoich zasad religijnych obrazi, a chce wczeniej umrze. Wie, e to obowizki nad jej siy, i dlatego je na siebie bierze.
- Tak - powtrzya Marynia.
I schylia gow tak nisko nad robot, e Poaniecki widzia tylko rozbir jej ciemnych wosw na maej gwce. Miaa przed sob pene pudeko pereek, ktre naszywaa na rozmaite przedmioty, przeznaczone na dobroczynn loteri, i teraz do owych pereek poczy si sypa zy, ktre pyny z jej oczu.
- Ja widz doskonale, e pani pacze - rzek Poaniecki.
A ona podniosa na niego zazawione oczy, jakby mu chciaa powiedzie: "Przed tob nie bd skrywaa ez" - i odrzeka:
- Wiem, e Emilka dobrze robi - ale taki al!...
Na to Poaniecki, troch ze wzruszenia, a troch dlatego, e sam nie wiedzia, co ma powiedzie, pocaowa j, po raz pierwszy w yciu, w rk. Pery z oczu Maryni poczy si potem sypa jeszcze gciej, tak e musiaa wsta i odej.
Poaniecki zbliy si do grajcych w chwili, gdy pan Pawicki mwi kwano uprzejmym tonem do swego partnera:
- Rubikon za rubikonem. Ha, trudno! Pan przedstawiasz nowe czasy, a ja star tradycj, zatem musz by pobity.
- Co to si ma do pikiety? - odrzek spokojnie Bigiel.
Marynia wrcia po chwili z oznajmieniem, e herbata gotowa. Oczy miaa nieco czerwone, ale twarz jasn i spokojn. Gdy pniej Bigiel z panem Pawickim zasiedli znowu do kart, rozmawiaa z Poanieckim takim cichym, poufnym tonem, jakim rozmawiaj ludzie bardzo sobie bliscy, majcy mnstwo wsplnych spraw w yciu. Wprawdzie wsplno ow wytworzya midzy nimi mier Litki i nieszczcie pani Emilii, wic te rozmowa ich nie moga by weso, ale mimo tego oczy, jeli nie usta Maryni, umiechay si do Poanieckiego, zarazem smutno i pogodnie.
Pnym za wieczorem, gdy Poaniecki odszed, Marynia rozmylajc o nim nie nazywaa go w myli inaczej, tylko "pan Stach".
Poaniecki rwnie wrci do domu w usposobieniu o wiele agodniejszym, ni bywa dotd od czasu mierci Litki. Chodzc po pokojach zatrzymywa si co chwila przed fotografi maej, patrzc zarazem na cztery brzozy malowane przez Maryni, i myla, e jednak ten wze, jaki zawizaa midzy nim a Maryni Litka, staje si co dzie niemal cilejszy, sam przez si - jakby bez niczyjej woli i wprost jak tajemnicz si rzeczy.
I myla take, e jeli brak mu ju dawnej, pierwotnej ochoty do utrwalenia tego wza - to rwnie brakoby mu prawie odwagi, by go stanowczo przeci, zwaszcza tak prdko po mierci Litki.
Pn noc zasiad nad wykazami przysanymi przez Maszk. Chwilami jednak czyni pomyki w rachunkach, bo widzia przed sob pochylon gow Maryni i jej zy spadajce do pudeka ze szklanymi paciorkami. Nazajutrz zakupi dbrow na Krzemieniu - bardzo zreszt korzystnie.
Rozdzia dwudziesty drugi
Maszko powrci po dwch tygodniach z Petersburga, do zadowolony z obrotu wasnych spraw kredytowych, i przywiz wane wiadomoci, ktre doszy go, jak utrzymywa, drog czysto poufn i nie byy dotd nikomu znane. Oto zeszego roku zbiory w caym pastwie byy bardzo niepomylne. Tu i owdzie poczo si pokazywa widmo godu, atwo za byo odgadn, e do wiosny zapasy wyczerpi si w caych okolicach i e klska godowa moe sta si powszechn. Wobec tego ludzie wiadomsi rzeczy zaczli przebkiwa o prawdopodobiestwie zakazu wywozu zboa za granic - i tego to rodzaju echa przywiz Maszko zarczajc przy tym, e doszy do jego uszu przez osoby bardzo rzeczy wiadome. Poanieckiego wiadomo ta uderzya tak silnie, e zamkn si na kilka dni z owkiem w rku, po czym uda si do Bigiela z propozycj, eby tak rozporzdzaln gotowizn, jak i kredyt Domu obrci na hurtowne zakupy zboa.
Bigiel zlk si - ale on od tego zaczyna wobec kadego nowego interesu. Poaniecki nie ukrywa mu zreszt, e to bdzie operacja na wielk skal, od ktrej powodzenia lub niepowodzenia mog ich losy zalee. Zupene niepowodzenie byo jednak mao prawdopodobne, powodzenie za mogo uczyni z nich jednym zamachem ludzi prawdziwie zamonych. Byo do przewidzenia, e wobec braku zboa ceny pjd w kadym razie w gr - byo rwnie do przewidzenia, e prawo ograniczy wprawdzie mono robienia nowych kontraktw z kupcami innych krajw, ale uszanuje kontrakty zawarte przed jego ogoszeniem; gdyby za i to chybio, podniesienie si cen w samym kraju byo rzecz niemal pewn. Poaniecki wszystko, o ile byo w mocy ludzkiej, przewidzia, wszystko obliczy i Bigiel, ktry mimo swej ostronoci by czowiekiem rozsdnym, musia przyzna, e widoki powodzenia s istotnie znaczne i e szkoda pomija sposobnoci.
Jako po kilku jeszcze naradach, podczas ktrych opozycja Bigiela saba coraz bardziej, stano na tym, czego Poaniecki chcia - i po pewnym czasie gwny komisant Domu, Abdulski, wyjecha z upowanieniem czynienia kontraktw w imieniu Domu, tak na gotowe ju zboe, jak i na majce przyj z przyszych omotw.
W lad za Abdulskim wyjecha do Prus Bigiel. Poaniecki zosta sam na czele Domu i pracowa od rana do wieczora, skutkiem czego nie pokazywa si prawie u nikogo.
Ale czas nie duy mu si, bo oywiaa go nadzieja wielkich zyskw i obfitszej w dziaalno przyszoci. Poaniecki rzucajc si na ow spekulacj i wcigajc do niej Bigiela uczyni to przede wszystkim dlatego, e uwaa j za dobr. Ale mia przy tym i inn myl. Oto Dom Handlowy, razem ze wszystkimi swymi sprawami, by za ciasnym polem dla jego fachowego wyksztacenia, dla zdolnoci i energii - i Poaniecki to czu. Ostatecznie, o co chodzio w tego rodzaju sprawach, jakie prowadzi Dom? Kupi tanio, sprzeda droej i schowa do kasy zysk - to by jedyny cel. Zakupna na wasn rk albo porednictwo - nic wicej. Poanieckiemu byo ciasno w tej uprzy. "Chciabym co kopa lub co fabrykowa - mwi w chwilach zniechcenia i niesmaku do Bigiela - bo my w gruncie rzeczy staramy si tylko o to, by z tego potoku pienidzy, jaki w obrotach ludzkich pynie, zwrci cho jak tak strug do naszej kieszeni, ale nie produkujemy nic." I to bya prawda. Poaniecki pragn doj do majtku, zdoby kapita, a nastpnie wzi si do jakiej roboty, bardziej walnej, dajcej szersze pole do pracy i twrczoci.
Sposobno, jak mu si zdawao, nadesza, wic chwyci j oburcz. "Potem pomyl o wszystkim innym" - mwi sobie.
Przez "wszystko inne" rozumia swoje sprawy ducha i serca, to jest swj stosunek do wiary, do ludzi, do ziemi, do kobiety. Rozumia, e chcc by w yciu spokojnym trzeba te stosunki wyjani i stan na pewnych nogach. S ludzie, ktrzy cae ycie nie wiedz, czym s wzgldem tych podstaw, i ktrych kady wiatr kieruje w inn stron. Poaniecki czu, e tak nie powinno by. W obecnym swym usposobieniu przewidywa, e te pytania mog by rozstrzygnite w sposb tak trzewy, e a suchy, i tak pozytywny, e a materialistyczny, a w ogle ujemny; ale rozumia, e rozstrzygnite by musz.
"Chc wiedzie jasno, czym co powinien, czy nie" - mwi sobie.
Tymczasem pracowa i ludzi mao widywa. Nie mg si jednak cakowicie od nich usun. Przekona si te, e najbardziej osobiste pytania nie mog by rozstrzygane tylko wewntrznie, tylko we wasnym mzgu lub sercu, zamknitym na cztery spusty, ale e najczciej jakie wpywy zewntrzne, jacy ludzie, dalsi lub blisi, przypieszaj tak koniec rozmyla, jak i pyncych z rozmylania postanowie. Stao si to przy poegnaniu pani Emilii, ktra codziennie teraz i niemal gorczkowo skracaa termin wstpienia do nowicjatu sistr miosierdzia.
Poaniecki nie przestawa wrd swych zaj chodzi do niej, ale kilkakrotnie nie zasta jej w domu, raz za znalaz u niej pani Bigielow, a zarazem i pani, i pann Krasawsk, ktrych obecno krpowaa go w wysokim stopniu. Nastpnie, gdy Marynia doniosa mu, e pani Emilia rozpoczyna nowicjat za kilka dni, poszed, by j poegna.
Zasta j spokojn i niemal weso, ale na jej widok cisno mu si serce. Twarz miaa przezroczyst, miejscami jakby uczynion z perowej masy; bkitne yy przeglday jej przez skr na skroniach. Bya bardzo pikna w sposb prawie nieziemski, ale Poaniecki pomyla: "egnam j na dobre, bo ona i miesica nie wytrzyma: z jednego wicej przywizania - jedna wicej zgryzota i nieszczcie!"
Ona pocza z nim mwi o swoim postanowieniu jako o rzeczy najzwyklejszej, ktra si sama przez si rozumie i jest naturalnym nastpstwem tego, co si stao, naturaln ucieczk przed yciem, pozbawionym wszelkiej podstawy. Poaniecki zrozumia, e odradza jej byoby z jego strony wprost rzecz niesumienn i zupenie bezmyln.
- Pani tu zostanie? w Warszawie? - spyta.
- Tak. Bo chciaabym by blisko Litki, i matka przeoona obiecaa mi, e bd naprzd w domu, a potem, jak si czego naucz, to przy ktrym z tutejszych szpitalw. Chybaby zaszy jakie nadzwyczajne wypadki... Pki bd w domu, co niedziela bdzie mi wolno odwiedza Litk.
Poaniecki zacisn zby i milcza; patrzy tylko na delikatne, jakby woskowe, rce pani Emilii, mylc w duszy:
"Ona chce tymi rkoma opatrywa chorych?..."
Ale jednoczenie odgadywa, e ona chce przede wszystkim czego innego. Pod jej pogod i rezygnacj odczuwa niezmierzony bl, mocny jak mier i woajcy o mier ze wszystkich si duszy i serca. Chciaa tylko, by ta mier przysza bez jej winy, nie jako jej grzech, ale jako zasuga, ktrej nagrod miao stanowi poczenie si z Litk...
I teraz dopiero Poaniecki zrozumia rnic midzy blem a blem, alem a alem. I on kocha Litk, ale w nim, obok alu za ni i wspomnie o niej, byo jeszcze co innego, jaki yciowy interes, jaka ciekawo przyszoci, jakie chci, myli, denia. Pani Emilii nie zostao nic, tak jakby umara razem z Litk, i jeli zajmowao j co jeszcze na wiecie, jeli kochaa tych, ktrzy jej byli bliscy, to tylko dla Litki, przez Litk i o tyle, o ile byli z ni zwizani.
Poanieckiemu cikie byy te odwiedziny i to poegnanie. Przywiza si by do pani Emilii gboko, a teraz mia poczucie, e ni czca ich prysa raz na zawsze i e drogi ich rozchodz si w tej chwili, bo on idzie dalej drog ycia, ona za chce, by jej ycie wypalio si jak najprdzej, i wybiera trud - wprawdzie bogosawiony - ale nad siy, by przypieszy mier.
Ta myl zamykaa mu usta. W ostatniej jednak chwili przywizanie, jakie mia z dawna dla niej, przemogo, i pocz mwi z prawdziwym wzruszeniem, caujc jej rk:
- Droga pani, bardzo droga! niech pani Bg strzee i pociesza!
Tu zabrako mu sw, lecz ona, nie puszczajc jego rki, rzeka:
- Do mierci nie zapomn panu, e pan Litk tak kocha. Wiem od Maryni, e ona was poczya, i dlatego wiem, e bdziecie szczliwi, bo inaczej Bg nie byby jej tak natchn. Ile razy was w yciu zobacz, tyle razy pomyl sobie, e wasze szczcie - to dzieo Litki. Nieche jej wola speni si jak najprdzej i niech was Bg bogosawi oboje.
Poaniecki nie odrzek nic, tylko, wracajc do domu, myla:
"Wola Litki!... Ona ani przypuszcza, e wola Litki moe by nie speniona - i jake jej miaem powiedzie, e tamta nie jest ju tym dla mnie, czym bya..."
A jednak czu coraz wyraniej, e duej nie powinno tak by i e owe wzy czce go z Maryni naley w krtkim czasie albo cieni, albo zerwa, by pooy koniec dziwacznemu pooeniu, nieporozumieniom i troskom, jakie std mogy wynikn; czu, e trzeba to uczyni prdko, by postpi uczciwie. I ogarn go nowy niepokj, wydao mu si bowiem, e jakkolwiek postpi, nie przyniesie mu to szczcia.
Wrciwszy do domu, zasta list Maszki, ktry brzmia, jak nastpuje:
"Byem u ciebie dzi dwa razy. Jaki wariat zely mnie wobec moich dependentw z powodu dbrowy, ktr ci sprzedaem. Nazywa si Gtowski. Potrzebuj z tob pomwi i bd raz jeszcze przed wieczorem."
Jako przybieg przed upywem godziny i nie zdejmujc paletota pocz pyta:
- Ty znasz tego Gtowskiego?
- Znam. To ssiad i krewny Pawickich. Skd to poszo i co si stao?
Maszko zdj paletot i rzek:
- Nie rozumiem nawet, skd wie o tej sprzeday moga si rozej, bo ja nie mwiem o tym nikomu i nawet zaleao mi na tym, by si nie rozesza.
- Nasz agent, Abdulski, jedzi do Krzemienia obejrze dbrow. Gtowski musia si od niego dowiedzie o sprzeday.
- Suchaje, co si stao. Dzi w biurze przynosz mi kart Gtowskiego. Nie wiedzc, kto to jest - przyjmuj. Wchodzi jaki chystek i pyta mnie: czy prawda, e sprzedaem dbrow i e chc rozkolonizowa cz Krzemienia? Oczywicie, odpowiadam take pytaniem: co go to moe obchodzi? Ten mwi, e zobowizaem si paci z Krzemienia doywotni rent staremu Pawickiemu i e jeli, prowadzc rabunkowe gospodarstwo, zrujnuj Krzemie, nie bdzie mnie na czym poszukiwa. Rozumiesz, e na to poradziem mu, eby wzi kapelusz, zapi si dobrze ze wzgldu na mrz, i eby poszed, skd przyszed. Wwczas pocz wrzeszcze, nazwa mnie wobec moich dependentw szachrajem, oszustem, wreszcie powiedzia mi, e mieszka w Saskim Hotelu - i poszed. Czy ty nie masz do tego klucza? Czy nie moesz powiedzie mi, co to znaczy?
- Owszem Po pierwsze: ten Gtowski jest ograniczony i z natury gbur; po drugie: Gtowski jest od lat caych zakochany w pannie Pawickiej, i chciao mu si zosta jej rycerzem.
- Wiesz, e mam do zimnej krwi, ale istotnie, chwilami zdaje mi si, e to sen. eby kto pozwoli sobie zely mnie za to, e sprzedaj swoj wasno - to wprost przechodzi ludzkie pojcie.
- Co mylisz robi? Gtowskiemu pierwszy stary Pawicki natrze uszu i zmusi go, by ci przeprosi.
Na to twarz Maszki przybraa taki wyraz zimnej i zawzitej zoci, e Poaniecki mimo woli pomyla:
"No, "niedwiadek" nawarzy piwa, jakiego si nie spodziewa - i musi je wypi."
- Mnie nikt nigdy w yciu bezkarnie nie ubliy i nie ubliy - rzek Maszko - a ten czowiek nie tylko mnie zely, ale zrobi mi tak krzywd, jakiej si nie domyla.
- To jest chystek, po prostu niepoczytalny.
- Wcieky pies jest niepoczytalny, a mimo tego w eb mu si strzela. Widzisz, e mwi chodno, wic suchaj, co ci powiem: spotkaa mnie katastrofa, spod ktrej si nie podnios.
- Mwisz chodno, ale zo ci dusi, wic przesadzasz.
- Bynajmniej. Bd cierpliwy i wysuchaj mnie do koca. Pooenie jest takie: jeli moje maestwo nie dojdzie do skutku albo nawet odwlecze si na jakie kilka miesicy, diabli wezm mnie, moje stanowisko, mj kredyt, mj Krzemie i wszystko, co mam. Powiedziaem ci, e jad resztk pary - i musz stan. Panna Krasawska nie wychodzi za mnie z mioci, tylko dlatego, e ma dwadziecia dziewi lat i e wydaj si jej, jeli nie wymarzon, to przynajmniej dostateczn parti. Jeeli si tylko pokae, e nie jestem tak, jak myli, to zerwie ze mn. Gdyby te panie dzi dowiedziay si, em sprzeda dbrow na Krzemieniu z potrzeby - jutro miabym rekuz. Teraz pomyl: awantura bya publiczna, bo przy moich dependentach. Rzecz nie utai si. Mgbym im moe sprzeda dbrowy wytumaczy - ale pozostaj prcz tego czowiekiem zelonym. Gdybym nie wyzwa Gtowskiego, mog ze mn zerwa jako z szuj bez honoru, jeli go wyzw - pamitaj, e to s dewotki, a prcz tego kobiety tak przestrzegajce pozorw, jak drugich nie znam - wic zerw ze mn, jako z awanturnikiem. Jeli Gtowskiego postrzel, zerw ze mn jako z zabjc; jeli on mnie, zerw, jako z niedog, ktry si pozwoli zely i poturbowa. Na sto danych jest dziewidziesit, e tak postpi. Rozumiesz teraz, dlaczegom ci powiedzia, e diabli wezm mnie, mj kredyt, moje stanowisko i w dodatku Krzemie.
Poaniecki machn rk z caym bezmylnym egoizmem, na jaki zdoby si moe tylko mczyzna w stosunku do drugiego mczyzny, ktry go w gruncie rzeczy mao obchodzi.
- Ba! - rzek. - Krzemie moe ja od ciebie kupi. Ale pooenie jest cikie. Co tedy mylisz robi z Gtowskim?
Na to Maszko rzek:
- Dotychczas pac dugi. Nie chciae mi drubowa, czy zechcesz by moim wiadkiem?
- Tego si nie odmawia - rzek Poaniecki.
- Dzikuj. Gtowski mieszka w Saskim Hotelu.
- Jutro bd u niego.
Zaraz po wyjciu Maszki Poaniecki wybra si na spdzenie wieczoru u Pawickich, po drodze za myla:
"Z Maszk nie ma artw, i rzecz nie skoczy si byle jak; ale co mnie to moe obchodzi? Co oni wszyscy mnie obchodz albo ja ich? Jednake jaki czowiek jest diabelnie sam na wiecie!"
I nagle uczu, e jedyn na wiecie istot, ktr on co obchodzi i ktra o nim myli nie jak o rzeczy, jest Marynia.
I rzeczywicie, gdy wszed, z samego ucisku jej rki pozna, e tak jest: ona za rzeka mu na powitanie swoim agodnym i spokojnym gosem:
- Miaam przeczucie, e pan przyjdzie. Niech pan patrzy: jest gotowa dla pana filianka.
Rozdzia dwudziesty trzeci
Poaniecki, przybywszy do Pawickich, zasta tam Gtowskiego. Modzi ludzie przywitali si od razu z widocznym chodem i niechci. Dnia tego nie byo w caym wiecie nieszczliwszego czowieka ni Gtowski. Stary Pawicki z niego drwi jak zwykle, a nawet wicej ni zwykle, by bowiem w wybornym humorze z powodu swej krewnej, po ktrej spodziewa si znacznego spadku; Maryni krpowaa jego obecno i przymus w na prno staraa si pokry uprzejmym obejciem si i dobroci. Na koniec Poaniecki udawa niemal, e go nie widzi. Widocznym take byo, e Gtowski nie przyzna si do niczego przed starym Pawickim i e dry teraz o to, by Poaniecki nie uczyni o jego zajciu z Maszk jakiej wzmianki lub eby go nie opowiedzia.
Poaniecki zrozumia to od razu, jak rwnie i przewag, jak mu jego milczenie daje nad "niedwiadkiem"; chcc za jej uy w interesie Maszki, do czasu milcza, lecz nie umia sobie odmwi chci ukarania Gtowskiego w inny sposb. Oto przez cay wieczr zajmowa si tak Maryni, jak nigdy od czasu mierci Litki, co Maryni przejmowao widoczn radoci. Zostawiwszy Gtowskiego staremu Pawickiemu chodzili oboje w poufnej rozmowie po pokoju, potem za siedli pod ow palm, pod ktr Poaniecki widzia po powrocie z pogrzebu pani Emili - i rozmawiali wanie o jej bliskim wstpieniu do sistr miosierdzia. Lecz Gtowskiemu zdawao si chwilami, e tak mog rozmawia tylko narzeczeni, i czu wwczas to, co musi czu dusza, nie w czycu, bo czycowa ma jeszcze przed sob nadziej, lecz taka, ktra przestpuje bram z napisem: "Lasciate ogni speranza". Widzc ich tak razem, wyobraa sobie rwnie, e moe Poaniecki kupi dbrow wraz z gruntem, eby cho cz Krzemienia odzyska dla Maryni, a zatem z jej wol i wiedz. I na sam myl, jak w takim razie zabrn uczyniwszy awantur Maszce, wosy powstaway mu na gowie; Pawicki za, syszc jego na wp przytomne albo i cakiem niedorzeczne odpowiedzi, bawi si coraz lepiej kosztem "prowincjaa", ktry na bruku miejskim traci reszt rozumu. Pan Pawicki mia si ju za wzr czowieka "stoecznego".
Przysza jednak chwila, e gdy Marynia zaja si w drugim pokoju herbat, a pan Pawicki poszed do siebie po cygara, modzi ludzie zostali sam na sam; wwczas Poaniecki zwrci si do Gtowskiego i rzek:
- Wyjdmy po herbacie razem; chc z panem pomwi w sprawie paskiego zajcia z panem Maszk.
- I owszem - odrzek ponuro Gtowski zrozumiawszy, e Poaniecki jest wiadkiem Maszki.
Tymczasem trzeba byo jeszcze zosta na herbacie, a potem siedzie do dugo, gdy stary pan Pawicki nie lubi ka si wczenie i wzywa Gtowskiego na parti szachw. Podczas partii panna Marynia z Poanieckim siedzieli znw osobno i rozmawiali z oywieniem, ku serdecznej mce "niedwiadka".
- Przyjazd pana Gtowskiego - rzek nagle Poaniecki - musi by pani miy, bo pani przypomnia Krzemie.
Przez twarz Maryni przemkno zdziwienie, e Poaniecki pierwszy wspomina Krzemie. Ona sdzia, e na mocy milczcej ugody spraw t pokryje wiekuiste milczenie. Po chwili te odrzeka:
- Ja ju wicej nie myl o Krzemieniu.
I mwic to mwia nieprawd, bo w gbi serca byo jej serdecznie al i miejsca, w ktrym si wychowaa, i pracy kilku lat, i zburzonych nadziei; ale sdzia, e tak jej nakazuje mwi zarwno obowizek, jak i budzce si dla Poanieckiego coraz silniejsze uczucie.
- Krzemie - dodaa nieco wzruszonym gosem - by powodem naszej ktni, a ja chc teraz zgody, i zgody na zawsze.
I mwic to patrzya Poanieckiemu w oczy z tak pen sodyczy kokieteri, na jak umie si zdoby licha kobieta zawsze, a uczciwa wwczas tylko, gdy poczyna kocha; Poaniecki za pomyla:
"Jednake ona jest ogromnie dobra."
I zaraz powiedzia gono:
- Pani by miaa przeciw mnie bajeczn bro, bo mnie dobroci do pieka by mona zaprowadzi...
A ona odrzeka:
- Ja tam nie chc pana prowadzi.
I na znak, e nie chce, pocza trz z umiechem swoj ciemn, liczn gwk, a Poaniecki patrzy w jej twarz, w miejce si, nieco za szerokie usta i mwi sobie w duchu:
"Kocham j czy nie kocham, ale adna mnie tak nie cignie jak kleszczami!"
Jako nigdy nie uja go i nie podobaa mu si wicej, nawet wwczas, gdy nie mia ani cienia wtpliwoci, e j kocha, i gdy boryka si z tym uczuciem.
Pocz si jednak egna, gdy uczynio si pno, i po chwili obaj z Gtowskim znaleli si na ulicy.
Wwczas Poaniecki, ktry nigdy nie umia uchroni si od popdliwoci, zatrzyma nieszczliwego "niedwiadka" i spyta niemal w sposb wyzywajcy:
- Czy pan wiedziae, e dbrow na Krzemieniu kupiem ja?
- Wiedziaem - odpowiedzia Gtowski - bo wasz komisant, ten, co powiada, e pochodzi z Tatarw... zapomniaem jak mu tam!... by u mnie w Jabrzykowie i mwi mi, e to pan.
- Dlaczego tedy zrobie pan awantur panu Maszce, nie mnie?
Na to Gtowski odrzek:
- Niech mnie pan tak nie przyciska do muru, bo ja tego nie lubi. Awantur zrobiem tamtemu jegomoci, nie panu, bo pastwu Pawickim nic si od pana nie naley, a tamten ma im paci rocznie z Krzemienia tyle, ile si zobowiza, a jak zdewastuje Krzemie, to nie bdzie mia z czego. Chciae pan wiedzie, dlaczego tamtemu nawymylaem, to pan wiesz.
Poaniecki musia przyzna w duchu, e w odpowiedzi Gtowskiego jest pewna suszno, pocz te natychmiast rozmow z innej strony.
- Pan Maszko prosi mnie na wiadka - rzek - dlatego mieszam si do tej sprawy. Jako wiadek, bd u pana jutro, dzi za, jako czowiek prywatny i jako krewny, cho daleki, pana Pawickiego, mog panu powiedzie tylko to: oddae najgorsz usug panu Pawickiemu, i jeli i on, i panna Maria zostan bez kawaka chleba, to panu bd to zawdziczali. Tak jest!
Oczy Gtowskiego stay si zupenie okrge.
- Bez kawaka chleba?... mnie bd zawdziczali?...
- Tak jest - powtrzy Poaniecki. - Suchaje pan dobrze. Bez wzgldu na to, jaki bdzie rezultat zajcia... okolicznoci s takie, e moe ono mie najfatalniejsze skutki. Mwi to panu pod sowem: pan prawdopodobnie zrujnowae pana Pawickiego i odje i jemu, i crce sposb, a raczej rodki do ycia.
Jeli Gtowski istotne nie lubi, gdy go przyciskano do muru, to teraz bya pora do okazania owego wstrtu. Lecz Gtowski straci zupenie gow i sta w przeraeniu, z otwartymi ustami, nie umiejc znale odpowiedzi, i dopiero po chwili zacz:
- Co? jak? jakim sposobem? Bd pan pewny, e do tego nie przyjdzie, chobym mia im Jabrzykw odda.
Lecz Poaniecki przerwa:
- Panie Gtowski, szkoda sw! Ja wasz okolic znam od maego dziecka. Co to jest Jabrzykw? i co pan masz na Jabrzykowie?
Bya to prawda. Jabrzykw by wioszczyn o dziewiciu wkach, a przy tym Gtowski mia, jak to bywa, odziedziczonych dugw wyej uszu na Jabrzykowie - wic rce opady mu zupenie.
Przyszo mu jednak do gowy, e moe rzeczy tak nie stoj, jak je przedstawia Poaniecki, i chwyci si tej myli jak deski zbawienia.
- Ja tego nie rozumiem, co pan mwi - rzek. - Bg mi wiadek, e wolabym wasn zgub ni zgub pastwa Pawickich, i to pan wiedz, e chtnie bym nadkrci karku panu Maszce, ale jeli trzeba, jeli chodzi o pastwa Pawickich, to niech mnie pierwej diabli wezm. Ja byem zaraz po tym zajciu u pana Jamisza, ktry teraz jest na kadencji, i przyznaem mu si do wszystkiego. Powiedzia mi, em gupstwo zrobi, i zwymyla mnie - prawda! Gdyby o moj skr chodzio - co mi tam! palcem bym nie ruszy; ale skoro to co innego, wic co mi powie pan Jamisz, to zrobi, choby mnie mia potem piorun trzasn. Pan Jamisz mieszka w Saskim Hotelu i ja te.
Na tym rozstali si, i Gtowski poszed do swego hotelu klnc Maszk, siebie i Poanieckiego. Czu, e musiao tak by, jak Poaniecki mwi, e stao si jakie nieszczcie niepowetowane i e wyrzdzi cik krzywd tej samej pannie Marii, za ktr oddaby ostatni kropl krwi; czu, e ostatecznie, jeli bya dla niego jakakolwiek nadzieja, to j zniszczy. Pawicki zamknie mu drzwi. Panna Maria wyjdzie za Poanieckiego - chybaby on sam jej nie chcia. Ale kto by jej nie chcia? I jednoczenie biedny Gtowski ujrza jasno, e midzy tymi, ktrzy by mogli poda jej rki - on, w kadym razie, byby ostatnim, za ktrego by wysza. "Co ja mam? Nic - mwi sobie - ten parszywy Jabrzykw i nic wicej ani rozumu, ani pienidzy. Kady co wie, tylko ja nic nie wiem! Kady co znaczy, tylko ja nic nie znacz. Taki Poaniecki ma i nauk, i pienidze, a e ja j lepiej kocham - diabli mi z tego, i tyle jej, skorom taki dure, e jeszcze jej przez to szkodz, nie pomagam."
Poaniecki wracajc do domu myla o Gtowskim to samo i w ogle nie mia dla niego ani iskry wspczucia. W domu zasta Maszk, ktry go czeka od godziny i ktry rzek mu na powitanie:
- Drugim wiadkiem bdzie Kresowski.
Poaniecki skrzywi si nieco i odpowiedzia:
- Widziaem Gtowskiego.
- I co?
- To dure.
- Przede wszystkim. Czy mwie mu co w moim imieniu?
- W twoim nic. Mwiem mu jako krewny pana Pawickiego, e odda mu najgorsz w wiecie usug.
- Nie dae adnych wyjanie?
- adnych. Suchaj, Maszko, tobie chodzi o pen satysfakcj; mnie take nic na tym nie zaley, ebycie sobie we by postrzelali. Na mocy tego, com Gtowskiemu powiedzia, gotw jest przysta na wszystkie twoje warunki. Na szczcie, uda si do radcy Jamisza, a to jest rozsdny i agodny czowiek, ktry take rozumie, e Gtowski postpi jak dure, i rad bdzie da mu lekcj:
- Dobrze - rzek Maszko. - Daj mi piro i kawaek papieru.
- Masz na biurku.
Maszko siad i zacz pisa, a gdy skoczy, poda zapisan wiartk Poanieckiemu.
Poaniecki czyta, co nastpuje:
"Owiadczam niniejszym, e napadem na pana Maszk po pijanemu, w stanie nieprzytomnym, i nie zdajc sobie sprawy z tego, co mwi. Dzi wytrzewiony, wobec moich wiadkw i wiadkw pana Maszki oraz osb, ktre byy przy napaci obecne, uznaj mj postpek za grubiaski i bezrozumny; i z najwikszym alem i pokor odwouj si do wyrozumiaoci i aski pana Maszki, proszc go o przebaczenie i wyznajc publicznie, e jego postpowanie byo i jest we wszystkim wysze nad sdy ludzi do mnie podobnych."
- Gtowski ma to wydeklamowa, a nastpnie podpisa - rzek Maszko.
- To jest diablo nielitociwe. Na to si nikt nie zgodzi.
- Uznajesz, e ten bazen dopuci si wzgldem mnie czego niesychanego?
- Uznaj.
- Rozumiesz, jakie skutki ta awantura dla mnie pocignie?
- Tego nie mona wiedzie.
- To ja wiem - i powiem ci tylko tyle: te panie auj w duszy, e si zwizay, i skorzystaj z lada pozoru, ktry je osoni przed wiatem. To jest pewne. Jestem zgubiony, niemal bez ratunku.
- Do licha!
- Rozumiesz teraz, e to, co mnie nurtuje, musi si na kim skrupi i e Gtowski musi mi w taki lub owaki sposb za krzywd zapaci.
Poaniecki ruszy ramionami.
- Nie rozczulam si i ja nad nim. Niech tak bdzie.
- Kresowski przyjdzie po ciebie jutro o dziewitej.
- Dobrze.
- Zatem do widzenia. Ale! jeli zobaczysz jutro Pawickiego, powiedz mu, e w Rzymie umara jego krewna, Poszowska, po ktrej spodziewa si spadku. Testament by tu u regenta Podwjnego i ma by jutro otwarty.
- Dobrze. Pawicki ju o tym wie, bo ona umara przed piciu dniami.
Poaniecki zosta sam. Przez czas jaki myla o swojej sumie, nie przewidujc sposobu, w jaki j bdzie mg od zbankrutowanego Maszki wydoby - i myl ta zaniepokoia go. Przypomnia sobie jednak, e suma ta nie moga by przed cakowit spat wykrelona z hipoteki Krzemienia, e wic w ostatecznym razie zostanie, jak by dawniej, wierzycielem Krzemienia. Krzemie nie by wprawdzie wiele lepszym dunikiem od Maszki, nie bya to wic wielka pociecha - ale na razie naleao na niej poprzesta.
Pniej te przyszo mu do gowy co innego. Pocz wspomina Litk, pani Emili, Maryni, i uderzyo go to, jak tego rodzaju wiat kobiecy, czysto uczuciowy, ktrego gwny interes polega na kochaniu, na szczciu bliskich, rny jest od wiata mskiego, penego wspzawodnictw, walki, czubienia si, gnieww, pojedynkw, wysikw dla zrobienia majtku i zmczenia. I uzna w tej chwili, czego ju nie czu dawno, e jeli jest na wiecie spoczynek, szczcie, ukojenie, to naley ich szuka u kochajcej kobiety. Byo to poczucie wprost przeciwne jego filozofii z dni ostatnich, dlatego zaniepokoio go. Ale porwnywajc dalej te dwa wiaty nie mg si jednak oprze uznaniu, e ten kobiecy, kochajcy, ma swoj zasad i swoj racj bytu.
Gdyby Poaniecki by bieglejszy w Pimie w., byyby mu niechybnie przyszy do gowy sowa: "Maria lepsz czstk obraa."
Rozdzia dwudziesty czwarty
Kresowski spni si nazajutrz blisko o godzin. By to, wedug znanego u nas okrelenia, jeden z, administratorw wieego powietrza w miecie, to jest jeden z ludzi nie robicych nic. Mia do znane nazwisko i straci do znaczny majtek. Na tych dwch podstawach sta, y, bywa wszdzie i uznawany by powszechnie za porzdnego czowieka. Jak powysze tytuy mog na to wszystko wystarczy, to jest tajemnica wielkich miast; do, e nie tylko stanowisko Kresowskiego byo uznane i zapewnione, ale uwaano go nadto za czowieka, do ktrego w delikatnych sprawach mona si bezpiecznie uda. W sdach honorowych uywano go za arbitra, w pojedynkach za wiadka. Wysokie sfery finansowe zapraszay go rade na obiady, luby, chrzciny i tym podobne uroczystoci, albowiem mia patrycjuszowsk ysin i bardzo polsk fizjognomi, doskonale wic st ubiera.
By to czowiek w gruncie rzeczy ogromnie rozczarowany do ludzi, troch suchotnik i bardzo zgryliwy; posiada jednak pewn doz humoru, ktra pozwalaa mu. widzie mieszne strony rzeczy, zwaszcza bardzo drobnych, w czym przypomina nieco Bukackiego - i drwi z wasnej zgryliwoci. Pozwala take artowa z niej innym, ale pod miar. Gdy j przebrano, wyprostowywa si nagle i przyciska ludzi a nadto, wskutek czego uwaano go za niebezpiecznego. Opowiadano o nim, e w kilku wypadkach znalaz odwag tam, gdzie by wielu jej brako, i e w ogle umia "wysoko nos nosi". Nie szanowa nikogo i niczego prcz swojej, istotnie, bardzo szlachetnej fizjognomii, nie szanowa zwaszcza czasu, albowiem spnia si zawsze i wszdzie.
Wszedszy obecnie do Poanieckiego, pocz te zaraz po przywitaniu tumaczy swoje opnienie.
- Czy pan nie zauwaye - rzek - e jeli si czowiekowi bardzo pieszy i bardzo na popiechu zaley, wwczas najniezbdniejsze do wyjcia rzeczy gin umylnie, jakby w wod wpady. Sucy szuka kapelusza - nie ma kapelusza, szuka kaloszy - nie ma kaloszy, szuka si portmonetki - nie ma portmonetki. O zakad, zawsze!
- Bywa tak - rzek Poaniecki.
- Ja nawet wynalazem na to sposb. Gdy mi co tak jak w wod wpadnie, siadam, umiecham si i mwi gono: "Pasjami lubi tak co zgubi; czowiek szuka, oywia si, rusza, zapenia czas - to niezmiernie zdrowe i przyjemne." I co pan powiesz? Wtedy od razu si znajduje to, co zgino.
- Mona by wzi patent na taki wynalazek - odpowiedzia Poaniecki. - Ale mwmy o sprawie Maszki.
- Mamy i do radcy Jamisza. Maszko przysa mi cyrograf, ktry napisa dla Gtowskiego. Nie chce ani sowa zmieni - ale to niemoliwe, zbyt ostre - to nie moe by przyjte... Rozumiem, e czeka nas pojedynek, nic wicej - innego wyjcia nie widz.
- Gtowski zda si ze wszystkim na pana Jamisza i zrobi wszystko, co mu pan Jamisz kae, a pan Jamisz jest, naprzd, take oburzony na Gtowskiego, a po wtre czowiek chory, agodny, spokojny, tak e kto wie, czy nawet takich warunkw nie przyjmie.
- Pan Jamisz jest safandua - odpar Kresowski. - Ale chodmy, bo pno.
I wyszli. Po chwili sanki zatrzymay si przed Saskim Hotelem. Pan Jamisz czeka na nich, ale przyj ich w szlafroku, by bowiem istotnie niezdrw. Kresowski patrzc na jego twarz inteligentn, ale pognbion i nalan, pomyla:
"Ten istotnie gotw si zgodzi na wszystko."
- Siadajcie, panowie - rzek pan Jamisz. - Przyjechaem dopiero od trzech dni - i cho nie czuj si dobrze, rad jestem, bo moe si uda awantur zaagodzi. Wierzcie mi, e pierwszy natarem uszu mojemu paliwodzie.
Tu pocz ramionami rusza, a nastpnie zwrciwszy si do Poanieckiego spyta:
- Co tam u Pawickich? Nie byem dotd u nich, a tskno mi do mojej zotej Maryni...
- Panna Maria zdrowa - odrzek Poaniecki.
- A staruszek?...
- Umara przed kilku dniami daleka jego krewna, bardzo bogata, wic liczy na spadek. Wczoraj mi to mwi, ale ja syszaem, e cay majtek zapisaa na dobroczynno... Testament dzi albo jutro bdzie otwarty...
- Bg by j natchn, eby Maryni co zapisaa. Ale przystpmy do sprawy. Moi panowie, nie potrzebuj wam mwi, e naszym obowizkiem jest skoczy j, o ile mona, zgodnie.
Kresowski skoni si. Nudziy go podobne wstpy, ktre ju sysza Bg wie ile razy w yciu, wic przerwa:
- Jestemy tym obowizkiem gboko przejci!...
- Tak si te spodziewaem - odrzek dobrodusznie pan Jamisz. - Ja sam przyznaj, e pan Gtowski nie mia najmniejszego prawa postpi, jak postpi; uznaj nawet za suszne, eby by za to ukarany, wic skoni go do wszelkich nawet bardzo znacznych ustpstw mogcych zapewni panu Maszce naleyt satysfakcj.
Kresowski wydoby z kieszeni zoony arkusik listowego papieru i poda go z umiechem panu Jamiszowi mwic:
- Pan Maszko nie wymaga te niczego wicej, jak eby pan Gtowski naprzd odczyta ten may dokumencik wobec swoich i jego wiadkw oraz wobec dependentw, obecnych przy awanturze, a nastpnie, by podpisa pod nim swoje szanowne nazwisko.
Pan Jamisz, znalazszy midzy papierami okulary, naoy je na nos i pocz czyta. Lecz w miar, jak czyta, twarz jego zaczerwienia si, nastpnie poblada, nastpnie zacz sapa, nastpnie i Poaniecki, i Kresowski prawie oczom nie chcieli wierzy, e to jest ten sam pan Jamisz, ktry przed chwil gotw by do wszelkich ustpstw.
- Moi panowie - rzek przerywanym gosem - pan Gtowski postpi jak paliwoda, narwaniec, ale pan Gtowski jest... szlachcic, i oto, co w jego imieniu odpowiadam panu Maszce.
To rzekszy przedar arkusik na cztery czci i rzuci go na ziemi.
Rzecz nie bya przewidziana. Kresowski pocz si namyla, czy pan Jamisz postpkiem swym nie ubliy jego godnoci jako wiadka - i twarz pocza mu w jednej chwili lodowacie i ciga si jak u zego psa; ale Poanieckiemu, ktry pana Jamisza lubi, podobao si to jego oburzenie.
- Panie radco - rzek dobitnie - pan Maszko jest pokrzywdzony w tak niebyway sposb, e nie moe mniej wymaga, ale ja i pan Kresowski przewidywalimy pask odpowied, i zwiksza ona tylko szacunek, jaki dla pana mamy.
Radca Jamisz usiad - i bdc nieco astmatykiem oddycha czas jaki ciko; po czym uspokoi si i rzek:
- Mgbym panom zaofiarowa przeproszenie ze strony pana Gtowskiego, ale cakiem w innych wyrazach; widz jednak, e tracilibymy tylko czas, wic mwmy po prostu o zadouczynieniu z broni w rku. Za chwil przyjdzie tu pan Witkowski, drugi wiadek Gtowskiego, i jeli moecie poczeka, to uoymy zaraz warunki.
- To si nazywa i prosto do celu - rzek Kresowski, cakiem pogodzony z panem Jamiszem.
- Ale si idzie z koniecznoci, i ze smutnej koniecznoci - odpowiedzia pan Jamisz.
Poaniecki spojrza na zegarek.
- Ja musz o jedenastej by w biurze - rzek - ale jeli pan radca pozwoli, wpadn tu koo pierwszej dla przejrzenia i podpisania warunkw.
- Dobrze. Z gry pana uprzedzam, e rozumiem, i warunki nie mog by uoone tak, by budziy miech ludzki, ale licz te na to, e i pan Kresowski, i pan, panie Poaniecki, nie zechcecie ich posuwa do ostatecznoci.
- Nie; moesz pan by pewny, e nie myl by nadto zapalczywy kosztem cudzej skry.
To rzekszy Poaniecki wyszed i uda si do biura, gdzie istotnie czekao go kilka spraw do wanych, o ktrych pod niebytno Bigiela musia stanowi wasn gow. W poudnie podpisa warunki, ktre byy powane, ale nie nadto ostre, nastpnie uda si na obiad, spodziewa si bowiem zasta w restauracji Maszk.
Maszko jednak widocznie musia by u pa Krasawskich; natomiast pierwsz osob, jak Poaniecki ujrza, by pan Pawicki, przybrany jak zwykle starannie, ogolony, opity, wywieony, ale pospny jak noc.
- Co tu szanowny wujaszek porabia? - spyta Poaniecki.
- Jak mam jakie zmartwienie, nie jadam zwykle w domu, by nie zasmuca Maryni - odpar pan Pawiki. - Id gdziekolwiek i ot - skrzydeko kapona, yeczka kompotu - to wszystko, czego mi potrzeba. Siadaj, jeli nie znajdziesz weselszego towarzystwa.
- Co si stao? - spyta Poaniecki.
- Gin stare tradycje - to si stao!
- Ba! to nie osobiste tylko wujaszka nieszczcie.
Pan Pawicki spojrza na niego zarazem ponuro i uroczycie i rzek:
- Dzi byo otwarcie testamentu.
- No i co?
- I co? I gadaj teraz po Warszawie: "Pamitaa o najdalszych krewnych!!" adnie pamitaa! Marynia ma zapis - tak?- a wiesz jaki? Czterysta rubli doywotnie. I to milionerka!! Pannie sucej si taki legat zostawia, nie krewnej.
- A wujaszek?
- A ja nic. Rzdcy zapisaa pitnacie tysicy rubli, a o mnie ani dudu.
- C robi?
- Gin stare tradycje! Ilu to ludzi dawniej dochodzio przez testamenta do majtkw, a dlaczego? Bo istniaa mio i solidarno w rodzinach.
- I dzi jeszcze znam takich, ktrym tysice spady na gow z zapisw.
- Tak. S tacy, s! Jest takich peno, ale ja do nich nie nale.
Pan Pawicki wspar gow na rku, i z ust jego wyszo co w rodzaju monologu:
- e te zawsze i wszdzie gdzie, komu, kto, co...
Tu westchn i po chwili doda:
- A mnie nigdy i nigdzie, nikt, nic...
A Poanieckiemu przysza nagle rwnie okrutna jak pusta myl do gowy, by rozweseli pana Pawickiego, wic rzek:
- E, ona umara w Rzymie, a tutejszy testament dawniej pisany, przedtem za take istnia, jak syszaem, cakiem inny. Kto wie, czy z Rzymu nie nadejdzie jaki kodycylek i czy si wujaszek nie obudzi ktrego dnia milionerem.
- Nie przyjdzie! - odpowiedzia pan Pawicki.
Lecz sowa Poanieckiego poruszyy go; pocz na niego spoglda, pocz si krci, jakby krzeso, na ktrym siedzia, byo oem Madejowym - wreszcie rzek:
- I ty uwaasz, e to jest moliwe?
A Poaniecki odrzek z prawdziwie szelmowsk powag:
- Nie widz w tym nic niepodobnego.
- Gdyby wola Opatrznoci...
- I to by moe.
Pan Pawicki spojrza po sali: byli sami; nagle odsun krzeso i rzek wskazujc na kamizelk:
- Chopcze! chod tu...
Poaniecki pochyli gow, ktr pan Pawicki dwukrotnie ucaowa mwic przy tym ze wzruszeniem:
- Dodae mi otuchy, pokrzepie mnie... Niech bdzie, jak Bg chce, ale pokrzepie mnie. Przyznam ci si teraz, em do niej pisa. Nic, tylko eby si przypomnie, e yjemy. Pytaem, kiedy si koczy termin dzierawy jednego folwarku. Nie miaem, rozumiesz, zamiaru bra tej dzierawy, ale pozr by dobry... Niech ci Bg zapaci za to, e mnie pokrzepi... Ten testament mg by zrobiony przed moim listem, potem pojechaa do Rzymu, po drodze musiaa myle o moim licie, a wic i o nas - i powiadasz, e to by moe?... Niech ci Bg zapaci!
Po chwili twarz jego rozjania si zupenie; nagle pooy do na kolanie Poanieckiego i klasnwszy jzykiem, zawoa:
- Wiesz co, chopcze? Moe w szczliw godzin powiedziae! A ebymy tak wypili buteleczk Mouton-Rotschild, na rachunek tego kodycylku - co?
- Dalibg, nie mog - rzek Poaniecki, ktry poczyna si troch wstydzi swego konceptu - nie mog i nie bd.
- Musisz.
- Pod sowem, nie mog. Mam peno roboty i nie bd sobie czupryny zaprsza za nic w wiecie.
- Kozie uparty, czysty kozie! To ja sam wypij p na szczliw godzin.
I kaza poda, po czym spyta:
- Co ty masz takiego do roboty?
- Rozmaite rzeczy. Zaraz po obiedzie musz by u profesora Waskowskiego.
- Co to za figura ten Waskowski?
- A prawda! - rzek Poaniecki - na tego take spad po bracie, ktry by grnikiem, majtek, i to znaczny. Ale on wszystko biednym rozdaje.
- Biednym rozdaje, a chodzi do porzdnej restauracji - lubi takich filantropw! Ja, gdybym mia co biednym rozdawa, to sobie wszystkiego bym odmawia.
- On dugo chorowa, i doktor kaza mu zdrowo jada. Ale on i tu jada tylko to, co tanio kosztuje. Mieszka w ciupie i hoduje ptaki, a obok ma dwa wielkie pokoje - i wie wuj, kto w nich nocuje? - oto dzieci, ktre zbiera po ulicach.
- Mnie si te od razu zdawao, e on ma co tu...
Tu pan Pawicki pocz si stuka palcem w czoo.
Waskowskiego Poaniecki nie zasta, wic po widzeniu si poprzednim z Maszk, koo pitej po poudniu, wpad do Maryni, bo jednak sumienie go gryzo z powodu bzdurstw, ktrych nagada Pawickiemu. "Stary - mwi sobie - bdzie spija wysokie wina na rachunek tego kodycylu, a oni, podug mnie, i tak nad stan yj. Nie trzeba, eby art trwa zbyt dugo."
Maryni zasta w kapeluszu. Miaa i do Bigielw, ale zatrzymaa go, on za, poniewa i tak nie przyszed na dugo, wic zosta.
- Winszuj pani spadku - rzek.
- I ja rada jestem - odpowiedziaa - bo to co pewnego, a w naszym pooeniu to wana rzecz. Zreszt chciaabym by jak najbogatsza.
- Dlaczego?
- A pamita pan, co pan raz mwi, e chciaby mie tyle, eby zaoy fabryk i nie prowadzi Domu Handlowego. Ja to zapamitaam, a e kady ma jakie swoje pragnienia, wic i ja chciaabym mie duo, duo pienidzy.
Tu mylc, e moe powiedziaa zbyt wiele i zbyt wyranie, pocza rozprostowywa fady sukni, bo to pozwalao jej schyli gow.
- Ja przychodz jeszcze, eby pani przeprosi - rzek Poaniecki. - Dzi przy obiedzie nagadaem gupstw panu Pawickiemu, e panna Poszowska moe zmienia testament i zapisaa mu cay majtek. Nad moje spodziewanie wzi to powanie. Nie chciabym, eby si udzi, i jeli pani pozwoli, to zaraz pjd do jego pokoju, by jako mu to wytumaczy.
A Marynia pocza si mia.
- Ja ju to tumaczyam - i wyaja mnie, i to bardzo! Widzi pan, co pan nabroi. Naprawd, ma pan za co przeprasza.
- Wic przepraszam.
I chwyciwszy jej rk pocz j okrywa pocaunkami, a ona zostawia mu j zupenie, powtarzajc, niby artobliwie, ale ze wzruszeniem:
- A niedobry pan Stach, niedobry pan Stach!
Poaniecki dnia tego czu na ustach, a do chwili snu, ciepo rki Maryni i nie myla ani o Maszce, ani o Gtowskim, powtarza sobie natomiast z wielk uporczywoci:
- Czas to rozstrzygn...
Rozdzia dwudziesty pity
Kresowski z doktorem i z pudekiem zawierajcym pistolety siedzia w jednej karetce, a Poaniecki z Maszk w drugiej - i jechali na Bielany. Dzie by jasny i mrony peen na dole rowej mgy. Koa obracay si ze skrzypieniem po zmarzym niegu, konie dymiy i okryway si szronem; na drzewach leaa oki obfita.
- Mrz, bo mrz - rzek Maszko. - Palce poprzymarzaj nam do cynglw.
- I mia rzecz zdejmowa futra!
- Tote zmiujcie si, nie marudcie. Mj drogi, powiedz Kresowskiemu, eby od razu przystpi do rzeczy.
Tu Maszko pocz przeciera zapocone binokle i doda:
- Nim dojedziemy, soce pjdzie w gr, i bdzie ogromny blask od niegu.
- To si prdko skoczy - odpowiedzia Poaniecki. - Skoro Kresowski stawi si na czas, na tamtych nie bdziemy czekali, bo przywykli rano wstawa.
- Wiesz, co mnie w tej chwili zastanawia? - rzek Maszko - e jest w wiecie jeden czynnik, z ktrym si nikt w swoich planach i w swoim dziaaniu nie liczy, a przez ktry wszystko si moe rozbi, zawie, popsu - to gupota ludzka. Dajmy na to, e ja mam dziesi razy wicej rozumu, ni mam, e nie mam na celu interesw pana Maszki, tylko e jestem, przypumy, jakim wielkim politykiem, jakim Bismarckiem lub Cavourem, ktry potrzebuje zdoby majtek dla przeprowadzenia swoich planw i ktry oblicza kady krok, kade sowo - c? Przychodzi takie bydl, nieobliczalne dla adnego umysu - i wszystko od razu w eb bierze. To co bajecznego! Zastrzeli mnie czy nie zastrzeli - mniejsza na teraz o to, ale bestia popsua mi robot caego ycia.
- Kt to moe obliczy? - rzek Poaniecki. - To tak samo, jakby ci dachwka na gow spada.
- Wanie dlatego wcieko bierze.
- A co do tego, eby ci mia zastrzeli - daj spokj.
Maszko ochon, przetar znowu binokle i pocz mwi:
- Mj drogi, widz, e od chwili wyjazdu troch mnie obserwujesz, a teraz chcesz mi doda animuszu. I to jest naturalne. Z mojej strony musz ci take uspokoi i zarczam ci pod sowem, e nie zrobi wam wstydu. To jest prosta rzecz, e czuj troch niepokoju, ot tu - w doku, ale wiesz dlaczego? To, co stanowi niebezpieczestwo ycia, samo strzelanie do siebie, to jest nic! Niech mnie i jemu dadz strzelby, niech nas puszcz w las, dalibg p dnia bd wali do tego durnia i p dnia wytrzymywa jego strzay. Ale ja ju miaem jeden pojedynek w yciu, i wiem, co to jest. To ta komedia niepokoi czowieka, to przygotowania, to wiadkowie, to myl, e bd na ciebie patrzyli, i obawa, jak si znajdziesz, jak si popiszesz. To jest po prostu wystpienie publiczne - i kwestia mioci wasnej - nic wicej. Dla natur nerwowych prawdziwe przejcie. Ale ja nie jestem zbyt nerwowym. Rozumiem take, e pod tym wzgldem mam wyszo nad przeciwnikiem, bom wicej przywyk do ludzi ni on. Taki osie ma wprawdzie mniej wyobrani i nie potrafi, na przykad, wyobrazi sobie, jak bdzie wyglda jako trup, jak zacznie si psu i tak dalej. Ale panowa nad sob ja jednak lepiej potrafi... Przy tym powiem ci to jeszcze filozofia filozofi, ale w takich razach rzecz rozstrzyga temperament i namitno. Mnie ten pojedynek do niczego nie prowadzi, w niczym nie ratuje, przeciwnie, moe mnie wpdzi w kopoty. A jednak nie umiem go sobie odmwi... Tyle mi si w duszy zebrao oburzenia, tak tego osa nienawidz, tak bym go chcia zgnie, zdepta, e w tym razie przestaj rozumowa. I tego moesz by pewny, e jak tylko zobacz t bawask twarz, zapomn o niepokoju, zapomn o komedii, a bd widzia tylko jego.
- To do rozumiem - rzek Poaniecki.
A na twarzy Maszki wypieki powikszyy si i stay si sine od mrozu, przy czym wyglda zarwno zawzicie, jak szpetnie.
Tymczasem nadjechali. Jednoczenie prawie zaskrzypiaa i kareta wiozca Gtowskiego, pana Jamisza i Witkowskiego, ktrzy wysiadszy poczli si kania przeciwnikom, po czym w siedmiu, liczc z doktorem, udali si w gb lasku, na miejsce upatrzone ju poprzedniego dnia przez Kresowskiego.
Furmani spogldajc na owe siedm paltotw, rysujcych si czarno i dziwacznie na niegu, poczli na siebie mruga:
- Wiecie, co to bdzie? - spyta jeden.
- Albo mi to pierwszyzna! - odpowiedzia drugi.
- Niech si wiat poleruje, niech si kpy bij!
Tamci w tym czasie, capic cikimi kaloszami i wyrzucajc z nozdrzy supy biaej pary, szli ku drugiemu brzegowi lasku. Po drodze pan Jamisz, troch wbrew reguom obowizujcym w podobnych okolicznociach, zbliy si do Poanieckiego i pocz mwi:
- Chciaem szczerze, by mj paukant przeprosi pana Maszk, ale w takich warunkach niepodobna.
- Ja proponowaem Maszce take, eby zagodzi to, co napisa - i nie chcia...
- To i nie ma, wyjcia. Wszystko to bardzo gupie, ale nie ma wyjcia!
Poaniecki nie odpowiedzia, i szli w milczeniu. Pan Jamisz znw pocz mwi:
- Ale! Syszaem, e Marynia Pawicka ma jaki zapis?
- May, ale ma.
- A stary?
- Zy, e cay majtek nie jemu zapisany.
Pan Jamisz uderzy si rkawiczk po czole:
- On ma troch tu, ten Pawicki.
Potem obejrzawszy si naok, rzek:
- Jako daleko idziemy.
- Zaraz bdziemy na miejscu.
I szli dalej. Soce podnioso si nad zarola. Od drzew kady si na niegu bkitnawe cienie, ale coraz wicej wiata wnikao w las. Pochowane gdzie po wierzchokach wrony i kawki strzsay suchy jak puch nieg, ktry sypa si bez szelestu na ziemi tworzc pod drzewami mae, piczaste kopce. Wszdzie bya wielka cisza i spokj. Ludzie tylko zmcili j na to, by do siebie strzela.
Stanli wreszcie na skraju lasu, gdzie byo widno. Krtkiej przemowy pana Jamisza o wyszoci zgody nad wojn Maszko i Gtowski wysuchali z uszami zakrytymi przez futrzane konierze; nastpnie, gdy Kresowski nabi pistolety, wybrali je i zrzuciwszy futra, stanli naprzeciw siebie, z lufami zwrconymi ku grze.
Gtowski oddycha popiesznie, twarz mia czerwon i wsy w soplach. Z caej jego postawy i twarzy wida byo, e rzecz sprawia mu niezmierny przymus, e trzyma si przez wstyd i si woli i e gdyby poszed za naturalnym porywem uczu chwili, to wolaby skoczy na przeciwnika i wyomota go kolb od pistoletu, a choby pici. Maszko, ktry poprzednio udawa, e go nie widzi, patrza teraz na niego z twarz pen nienawici, zawzitoci i pogardy. Policzki jego cae byy w plamach. Panowa nad sob jednak wicej od Gtowskiego i - przybrany w dugi surdut, w wysokim kapeluszu na gowie, ze swoimi dugimi bokobrodami - wyglda a nadto sztywnie, a zbyt podobnie do aktora grajcego rol pojedynkujcego si dentlemana.
"Zastrzeli "niedwiadka" jak psa" - pomyla Poaniecki.
Rozlegy si sowa komendy i dwa strzay wstrzsny cisz len, po czym Maszko zwrci si do Kresowskiego i rzek zimno:
- Prosz nabi pistolety.
Lecz jednoczenie przy nogach jego ukazaa si na niegu plama krwi.
- Pan jeste ranny - rzek zbliajc si szybko doktor.
- By moe.... prosz nabi...
I w tej chwili zachwia si, albowiem istotnie by ranny. Kula zniosa mu sam wierzchoek koci w kolanie.
Pojedynek zosta przerwany. Tylko Gtowski sta jeszcze czas jaki na miejscu z wytrzeszczonymi oczyma, zdumiony tym, co si stao.
Po pierwszym opatrunku zbliy si jednak, popchnity przez pana Jamisza, do Maszki i rzek zarwno niezgrabnie, jak szczerze:
- Teraz przyznaj, em nie mia prawa nachodzi pana - i odwouj wszystko, com powiedzia, i przepraszam. A e pan jeste ranny, to ja tego nie chciaem.
I po chwili, gdy odchodzi z panem Jamiszem i Wilkowskim, sycha byo, jak mwi:
- Jak Boga najszczerzej kocham, czysty przypadek - to pistolety takie, bo ja chciaem mu nad gow...
Maszko tego dnia nie otworzy ust - na pytanie za doktora, czy rana bardzo mu dokucza, potrzsa tylko gow na znak, e nie.
Bigiel, ktry by dniem pierwej powrci z Prus z kieszeniami penymi kontraktw, dowiedziawszy si o wszystkim, co zaszo, mwi do Poanieckiego:
- Maszko jest niby inteligentny czowiek, ale, dalibg, midzy nami kady ma jakiego wieka... On na przykad ma wzicie, ma mnstwo doskonaych spraw; mgby mie znaczne dochody, robi majtek! Nieprawda! Woli si rzuca, wyciga kredyt do ostatka, kupowa majtki ziemskie, udawa wielkiego waciciela, lorda; by Bg wie kim, byle nie by tym, kim jest. Jakie to wszystko dziwne, i tym dziwniejsze, e takie powszechne! Nieraz myl, e ycie samo w sobie jest nieze, ale tu wszyscy je sobie psuj brakiem rwnowagi w gowie i t jak diabelsk fantazj, jakim bzikiem, ktrego kady ma za konierzem. Bo ja rozumiem, e czowiek chce mie wicej, ni ma, i znaczy wicej, ni znaczy, ale niech nie dy do tego w fantastyczny sposb. Maszce ja pierwszy przyznaj i spryt, i energi, ale wziwszy wszystko na uwag - dalibg, on ma co tu!
Tu Bigiel stukn kilkakrotnie palcem w czoo.
Maszko tymczasem cierpia z zacinitymi zbami, albowiem rana jego, nie bdc niebezpieczna dla ycia, bya jednak nadzwyczaj bolesna. Wieczorem zemdla dwukrotnie w obecnoci Poanieckiego. Potem przyszo osabienie, podczas ktrego owa hardo duszy, ktra przez cay dzie podtrzymywaa modego adwokata, wyczerpaa si zupenie. Po opatrunku, gdy doktor odszed, lea czas jaki spokojnie, po czym rzek:
- Ale bo ja mam i szczcie!
- Nie myl o tym - odpowiedzia Poaniecki - dostaniesz wikszej gorczki.
Maszko za mwi dalej:
- Zelony, ranny, zrujnowany - wszystko naraz!
- Powtarzam ci, e nie pora o tym myle.
Maszko wspar si okciem na poduszce, sykn z blu i rzek:
- Daj spokj. To ostatni mj czas, w ktrym mog si wygada z porzdnym czowiekiem. Za tydzie lub dwa bd nalea do ludzi, ktrych si unika... Co mi tam gorczka! Jest co nieznonego w takiej zupenej ruinie, w takim zarwaniu si ludzkiej doli, mianowicie, e potem pierwszy lepszy kretyn, pierwsza lepsza g, bd mwili: "Ja to od dawna wiedziaem." - "Ja to z gry przewidywaem." Tak! wszyscy zawsze wszystko przewiduj... po fakcie - i z czowieka, w ktrego piorun trzas, robi w dodatku gupca lub wariata.
Poaniecki przypomnia sobie w tej chwili sowa Bigiela. Maszko za dziwnym trafem mwi w dalszym cigu tak, jakby chcia na nie odpowiedzie:
- A mylisz, em ja nie zdawa sobie sprawy, em szed za ostro, em si pcha za gwatownie, e chciaem by czym wicej, ni byem, em za wysoko nos nosi... Tej sprawiedliwoci mi nikt nie odda, ale ty wiedz o tym, em ja to sobie mwi... Tylko mwiem sobie jednoczenie: tak potrzeba - to jedyna droga, eby wypyn - i co? - moe stosunki s krzywe, moe oglne ycie idzie na opak, ale jednak, gdyby nie ta bezdennie gupia a nieprzewidziana i nieobliczalna awantura, bybym wypyn - wanie dlatego; e taki byem, jak byem... Gdybym by skromnym czowiekiem, nie bybym dosta panny Krasawskiej... U nas trzeba zawsze co udawa - i jeli mnie diabli bior; to nie przez moj pych, tylko przez tamtego kpa:
- Przecie, u licha, nie moesz na pewno wiedzie, czy twoje maestwo nie dojdzie do skutku.
- Mj kochany, nie znasz tych kobiet. One w braku czego lepszego zgodziy si na pana Maszk, bo panu Maszce dobrze si wiodo... Gdy byle cie padnie na mj majtek, moje pooenie, moje stanowisko porzuc mnie bez miosierdzia, a potem gry bd na mnie waliy, by siebie osoni przed wiatem... Co ty o nich wiesz? Panna Krasawska to nie panna Pawicka!
Nastaa chwila milczenia, po czym Maszko mwi dalej sabncym gosem:
- Ta moga mnie uratowa... Bybym dla niej wszed na inn drog, daleko spokojniejsz... Krzemie w takich warunkach byby uratowany... Od razu odpada dug jej, renta Pawickiego... Bybym wybrn... Przy tym, czy ty wiesz, e ja kochaem si w niej jak student?... Ot, tak przyszo, nie wiadomo skd. Ale ona wolaa si na ciebie gniewa, ni mnie kocha... Teraz to rozumiem. Na to nie ma rady...
Poaniecki, ktremu nie w smak bya ta rozmowa, przerwa j i rzek z odcieniem niecierpliwoci:
- Dziwi mnie, e czowiek z twoj energi uwaa wszystko za stracone, podczas gdy wszystko nie jest stracone. Panna Pawicka to jest przeszo, nad ktr sam zrobie krzyyk, owiadczajc si o pann Krasawsk. Co do teraniejszoci - zostae napadnity - prawda, ale si pojedynkowa; jeste ranny, ale tak, e za tydzie bdziesz zdrw - i ostatecznie te panie jeszcze ci nie owiadczyy, e z tob zrywaj. Pki tego nie bdziesz mia czarno na biaym, nie masz prawa o tym mwi... Jeste chory i dlatego przedwczenie odprawiasz nad sob egzekwie. Ale ja ci powiem co innego. Trzeba tamtym paniom da zna, co si stao. Czy chcesz, ebym jutro do nich poszed? Zrobi potem, co chc, ale nieche wiadomo maj z ust wiadka, nie za przez miejscowych plotkarzy.
Maszko pomyla przez chwil i rzek:
- Ja i tak chciaem do mojej narzeczonej napisa, ale jeli ty pjdziesz, to bdzie jeszcze lepiej. Nie mam nadziei, eby mi ona dotrzymaa - trzeba jednak zrobi, co naley. Dzikuj ci. Ty potrafisz rzecz przedstawi z lepszej strony... Tylko ani sowa o jakichkolwiek kopotach... T sprzeda dbrowy musisz zmniejszy do zera - do grzecznoci, jak ci chciaem wywiadczy... Szczerze ci dzikuj. Powiedz, e Gtowski mnie przeprosi...
- Masz kogo, co by przy tobie siedzia?
- Mj sucy i jego ona. Doktor przyjdzie jeszcze i przyprowadzi z sob felczera. Mnie to diablo dolega, ale nie czuj si le.
- Zatem do widzenia.
- Bd zdrw. Dzikuj ci. Ty jeste...
- pij dobrze.
I Poaniecki wyszed. Po drodze myla o Maszce, i myla z pewnym gniewem: "Ten nie jest romantykiem - niczym mniej - ale jednak i ten poczuwa si do udawania czego w tym rodzaju... Panna Pawicka! kocha j... byby wszed na inn drog... moga go uratowa... ot, podatek pacony romantyzmowi - i w dodatku faszyw monet, bo w miesic jednak owiadczy si tamtej lalce - dla pienidzy. Moem ja gupszy, ale tego nie rozumiem i w szczero takich zawodw, ktre si tak atwo pocieszaj, nie wierz... Gdybym jedn kocha i dozna zawodu, to bym si z drug w miesic nie oeni. Niech mnie licho wemie, jelibym to zrobi! On ma jednak racj, e Marynia to inny gatunek ni Krasawska... To nie ma i gadania: zupenie inny! zupenie inny!..."
I ta myl bya mu jednak ogromnie przyjemna. Wrciwszy do domu zasta list Bukackiego z Woch i kartk Maryni, pen niepokoju i pen pyta z powodu wieci o pojedynku. Bya w niej proba o przysanie wiadomoci nazajutrz rano: co si stao, o co poszo, a zwaszcza o wiadomo, czy wszystko naprawd skoczone i czy adne nowe zajcia nie gro.
Poaniecki pod wpywem myli, e to "inny gatunek ni panna Krasawska" - odpisa serdeczniej, ni sam chcia, i oddawszy odpowied swemu sucemu, rozkaza, by zostaa oddana nazajutrz o dziewitej rano. Nastpnie wzi si do czytania listu Bukackiego, przy czym od samego pocztku pocz wzrusza ramionami.
Bukacki pisa, co nastpuje:
"Niech Sakya-Muni wyprosi ci bogosawion Nico. Prcz tego powiedz Kapanerowi, by nalenych mi trzech tysicy rs. nie wysya do Florencji, ale zatrzyma u siebie do mego rozporzdzenia. W tych dniach postanawiam pomyle o powziciu zamiaru (czy uwaasz, jakie to stanowcze?) zostania wegetarianinem. Jeli ta myl mnie nie zmczy, jeli zamiar zmieni si w postanowienie, a postanowienie nie bdzie nad moje siy, to przestan by zwierzciem misoernym, i ycie bdzie mnie mniej kosztowao. To caa sprawa. Co do ciebie, prosz ci na wszystko, uspokj si, albowiem ycie niewarte jest fatygi.
Wiesz? Doszedem, dlaczego Sowianie wol syntez od analizy. Bo s prniakami, a analiza to pracowita rzecz. Syntetyzowa mona palc po obiedzie cygaro. Zreszt, maj suszno, e s prniakami. We Florencji jest do ciepo, zwaszcza na Lung-Arno. Chodz sobie i robi syntez szkoy florenckiej. Poznaem tu jednego zdolnego akwarelist, take Sowianina, ktry yje ze sztuki, ale dowodzi, e sztuka - to jest wistwo, wykwite z mieszczaskiej chci rozkoszy i z nadmiaru pienidzy, ktre jedni nagromadzaj kosztem drugich. Jednym sowem: sztuka, podug niego, to podo i krzywda! Napad na mnie jak na psa, twierdzc, e by buddyst i zajmowa si sztuk jest szczytem niekonsekwencji; ale ja jeszcze bardziej napadem na niego i odpowiedziaem mu, e poczytywa konsekwencj za co lepszego od niekonsekwencji jest szczytem mieszczaskiego obskurantyzmu, mieszczaskich przesdw i podoci. Czowiek by zdumiony i straci mow. Namawiam go, eby si powiesi, ale nie chce. Powiedz mi, czy ty jeste pewny, e ziemia naprawd krci si koo soca i czy to wszystko nie arty? Mnie zreszt jest to wszystko jedno! W Warszawie al mi byo tego dziecka, ktre umaro. Tu czsto take o nim myl. Jakie to gupie! Co robi pani Emilia? Ludzie maj z gry przeznaczone role na wiecie, a jej przypada rola ze skrzydami i z cierpieniem. Po co ona bya cnotliwa? Byoby jej inaczej, weselej. Co do ciebie, czowieku, zrb mi jedn ask. Prosz ci na wszystko, nie e si. Pamitaj, e jeli si oenisz, jeli bdziesz mia syna, jeli bdziesz pracowa, eby mu zostawi majtek, uczynisz to wycznie po to, by ten syn by tym, czym ja jestem, ja za jestem bardzo miym chopcem, ale mam pewne wtpliwoci, czy nieodzownym. Bd zdrowa, zapalczywa energio, bd zdrw, Domie Handlowy, spko komisowa, formo przechodnia, praco naogowa, wysiku pieniny, przyszy ojcze rodziny, hodowco dzieci i kopotw! Uciskaj ode mnie Waskowskiego. To take syntetyk. Niech Sakya-Muni otworzy ci oczy, aby pozna, e na socu jest ciepo, a w cieniu zimno, i e lee jest lepiej ni sta. Twj Bukacki."
"Bigos!" - pomyla Poaniecki.
A nastpnie pocz sobie mwi:
- Wszystko to jest sztuczne, wszystko to jest oszukiwanie siebie samego przez jak ostateczno. Ale gdy si czowiek do tego przyzwyczai, zmienia mu si to poniekd w natur, przy czym diabli bior rozum, energi, i dusza rozkada si jak trup. Mona rzuci si bem w tak przerbl, w jak rzuci si Maszko, lub w tak jak Bukacki. W obu razach idzie si pod ld. Co u licha! musi by jednak jakie zdrowe i normalne ycie - trzeba mie tylko troch oleju w gowie. Takiemu Bigielowi jest jednak niele na wiecie. Ma on, ktr kocha, dzieci, ktre kocha, pracuje jak w, ale ma zarazem w duszy wielkie przywizanie do ogu i swoj wiolonczel, na ktrej wygrywa przy ksiycu, zadzierajc gow do puapu. Nie mona powiedzie, by to by czowiek zmaterializowany. Nie. W nim jako godzi si jedno z drugim. I dobrze mu!
Poaniecki pocz chodzi po pokoju i spoglda od czasu do czasu na miejc si spord brzz twarz Litki. Potrzeba przystpienia z samym sob do cisego obrachunku ogarniaa go coraz silniej. Jako kupiec, wzi si do rozpatrywania swego: credit i debet, co zreszt nie byo trudne. W rubryce dodatnich stron jego ycia niegdy gwne miejsce zajmowao jego uczucie dla Litki. Bya mu ona w swoim czasie tak drog, e gdyby mu przed rokiem na przykad powiedziano: "Bierz j jako swoje dziecko na wasno", byby j wzi i uwaa, e ma dla czego y. Ale teraz ten stosunek by tylko wspomnieniem i z rubryki szczcia przeszed do rubryki nieszczcia. Co wic pozostawao? Naprzd samo ycie, po wtre, ten dyletantyzm umysowy, ktry, bd co bd, jest rozkosz, dalej przyszo, ktra zaciekawia, dalej uycie materialne i wreszcie Dom Handlowy. Miao to swoj warto, ale Poaniecki spostrzeg, e brak w tym celu. Co do Domu Handlowego, Poanieckiemu podobay si powodzenia, jakich dozna, nie za rodzaj pracy, jakiej Dom wymaga. Przeciwnie: rodzaj pracy nie wystarcza mu, by mu za ciasny, za lichy i gniewa go. Z drugiej strony dyletantyzm, ksiki, wiat umysowy, wszystko to miao znaczenie, jako okrasa ycia, ale nie mogo sta si jego podstaw. "Bukacki - mwi sobie Poaniecki - wlaz w to po uszy, tym chcia y - i zwichn si, zniedonia, wyjaowia. Kwiaty s same w sobie rzecz dobr, ale kto by chcia wycznie oddycha ich zapachem, ten si otruje." I istotnie, nie potrzebowa by wielkim mdrcem, by naokoo spostrzec mnstwo udzi zwichnitych, ktrych zdrowie duchowe wanie w dyletantyzm umysowy podkopa tak, jak morfina podkopuje zdrowie fizyczne.
I jemu samemu wyrzdzi on ju duo szkd, choby dlatego, e zrobi z niego sceptyka. Od cikiej choroby uratowa go tylko zdrowy organizm odczuwajcy konieczn potrzeb wydania zbytku energii - i praca. Ale co bdzie dalej - i czy moe tak i dalej? Na to pytanie odpowiedzia sobie teraz stanowczo: nie! Skoro sprawy Domu Handlowego nie byy w stanie wypeni mu ycia i skoro byo wprost niebezpieczne wypenia je dyletantyzmem, wic naleao wypeni je czym innym, stworzy sobie nowe wiaty, nowe obowizki, otworzy nowe widnokrgi, a na to bya jedna rada - oeni si.
Niegdy, gdy sobie to mwi, widzia przed sob jak nieokrelon posta czc wszystkie przymioty moralne i fizyczne, ale bez ciaa i bez imienia. Teraz bya to posta rzeczywista. Miaa spokojne niebieskie oczy, ciemne wosy, nieco za szerokie usta i nazywaa si Marynia Pawicka. O kim innym nie mogo by nawet mowy, a t Poaniecki przedstawi sobie tak realnie, e a ttna w skroniach poczy mu bi ywiej. Zdawa sobie jednak doskonale spraw, e teraz czego brako w tym jego uczuciu dla Maryni, mianowicie tego, naokoo czego snuje si marzenie; tego, co nie mie poda niczego, a spodziewa si wszystkiego; tego, co si boi, co dry, co klczy, co mwi kochanej kobiecie: "do twoich ng"; co z mioci, ktra jest dz, robi zarazem kult, ktry jest czci, wprowadzajc jaki mistyczny odcie w stosunek mczyzny do kobiety, robi z mczyzny nie tylko kochanka, ale i wyznawc. To przeszo. Poaniecki, mylc teraz o Maryni, myla trzewo, niemal zuchwale. Czu, e moe przyj, wzi j i mie, i e, gdy to uczyni, to z dwch powodw: raz dlatego, e Marynia jest dla niego kobiet pocigajc wicej od wszystkich innych, a po wtre, e rozum nakazuje mu si eni, i eni z ni.
"Bo ona - myla - jest jednak ogromnie pewna. Nic w niej nie ma wyjaowionego, nic zeschego. Egoizm nie zabi w niej serca - i to jest niezawodne, e taka nie bdzie mylaa tylko o tym, co jej si naley. To jest wcielona uczciwo, wcielony obowizek - i w yciu trzeba bdzie tego chyba pilnowa, eby nie za mao mylaa o sobie. Jeli rozum nakazuje mi si eni, to uczynibym gupstwo, szukajc innej."
Po czym zada sobie pytanie: czy poniechawszy Maryni nie uczyniby zarazem nieuczciwoci? Litka ich poczya. Co w jego sercu podnosio si na sam myl sprzeciwienia si woli i ofierze tego drogiego dziecka. Gdyby jednak chcia postpi wbrew tej woli, czy tak powinien si by zachowywa? Nie. W takim razie powinien by od mierci Litki nie pokaza si u Pawickich, nie widzie Maryni, nie caowa jej rk, nic da si unosi tej fali, ktra poniosa, by moe, si wypadkw, ale zaniosa tak daleko, e dzi uczyniby zawd Maryni i spad w jej oczach do lichej roli czowieka, ktry sam nie wie, czego chce. Bo musiaby by lepym, eby nie spostrzec, e Marynia uwaaa si za jego narzeczon i e jeli nie niepokoia si dotychczas jego milczeniem, to tylko dlatego, e przypisywaa je aobie, jak w sercu nosili oboje po Litce.
"Wic patrzc od strony rozumu, trzeba si z ni eni - mwi sobie Poaniecki - od strony instynktu zachowawczego - trzeba; od strony zmysw - trzeba; od strony uczciwoci - trzeba! Zatem co? Zatem bybym niedog i szuj, gdybym si waha i nie uwaa sprawy za rozstrzygnit. To rzecz skoczona!"
Po czym odetchn i pocz chodzi po pokoju. Pod lamp lea list Bukackiego. Poaniecki wzi go i pocz czyta od miejsca, na ktre przypadkiem pady jego oczy:
"Prosz ci na wszystka, nie e si. Pamitaj, e jeli si oenisz, e jeli bdziesz mia syna, jeli bdziesz pracowa, by mu zostawi majtek, uczynisz to wycznie po to, by ten syn by tym, czym ja jestem..."
- Ot, miy mydku - odpowiedzia z pewn zawzitoci Poaniecki - oeni si, oeni si z Maryni Pawick; syszysz? Bd robi majtek, a jeli bd mia syna, to nie zrobi z niego dekadenta - rozumiesz?
I rad by z siebie.
W chwil pniej spojrza na Litk i uczu, e go ogarnia nage wzruszenie. Fala alu za ni i uczucia dla niej podniosa si z now si w jego sercu. Pocz rozmawia z dzieckiem, jak zwykle w waniejszych chwilach ycia rozmawia si z drogimi zmarymi.
- Kocitko zadowolone? prawda?- pyta.
A ona miaa si do niego spord brzz wymalowanych przez Maryni; zdawao si, e mruga oczyma i odpowiada:
- Tak, panie Stachu! tak!
Poanieckiemu oczy zaszy zami.
Tego wieczoru, przed pjciem do ka, odebra od sucego list, ktry nazajutrz rano mia by oddany Maryni, i napisa drugi, jeszcze serdeczniejszy, w nastpujcych sowach:
"Droga Pani. Gtowski zrobi Maszce awantur do niedorzeczn, z ktrej wypad pojedynek. Maszko jest lekko rany. Przeciwnik przeprosi go na miejscu. adnych dalszych skutkw nie bdzie, chyba ten, em si raz jeszcze przekona, jaka Pani jest dobra, troskliwa, najlepsza, i e jutro, jeli Pani pozwoli, przyjd z podzikowaniem ucaowa drogie i kochane rce Pani. Przyjd po poudniu, bo rano po biurze musz by u pani Krasawskiej, a potem poegna profesora Waskowskiego, cho, gdyby mona, wolabym zacz dzie nie od nich.
Poaniecki"
Po napisaniu tych sw spojrza na zegarek i jakkolwiek bya ju jedenasta, kaza list odnie nie nazajutrz, ale natychmiast.
- Wejdziesz przez kuchni - rzek sucemu - i gdyby panienka spaa, to zostawisz.
Po czym zostawszy sam mia do panienki nastpujc przemow:
- Byaby chyba bardzo niedomylna, gdyby si nie domylia, dlaczego jutro przyjd.
Rozdzia dwudziesty szsty
Pani Krasawska przyja Poanieckiego mocno zdziwiona z powodu wczesnej godziny, ale jednak przyja go, domylajc si, e przychodzi w jakiej niezwykej sprawie. On te, bez dugich wstpw, opowiedzia jej, co zaszo, kamic przy tym o tyle, o ile byo trzeba, by osoni Maszk przed podejrzeniem o bankructwo lub ze interesa...
Zauway przy tym, e podczas opowiadania stara dama trzymaa utkwione w niego swoje zielone, wykute jakby z kamienia i pozbawione blasku oczy, i e aden musku jej twarzy nie drgn.
Dopiero gdy skoczy, rzeka:
- W tym wszystkim nie rozumiem jednej rzeczy: dlaczego pan Maszko sprzedawa te dby? To przecie jest niema ozdoba kadej rezydencji.
- Te dby le opodal od domu - odpowiedzia Poaniecki - i psuj pole, bo pod ich cieniem nie chce si nic rodzi, a pan Maszko jest praktyczny czowiek. Zreszt, mwic szczerze, my jestemy dawni znajomi, i zrobi to dla mnie przez przyja. Pani wie, e ja jestem kupcem; potrzebna mi bya dbina, i Maszko odstpi mi, ile mg.
- Nie rozumiem w takim razie, dlaczego tamten mody czowiek...
- Jeli pani zna radc Jamisza - przerwa Poaniecki - to on, jako bliski ssiad Krzemienia i Jabrzykowa, objani pani, e ten mody czowiek jest niespena rozumu - i znany z tego w caej okolicy.
- W takim razie pan Maszko nie powinien si by pojedynkowa.
- Pani - rzek z odcieniem niecierpliwoci Poaniecki - w takich razach my mamy inne pojcia od pa.
- Pan pozwoli, e powiem par sw mojej crce.
Poaniecki pomyla, e byaby pora wsta i poegna si, poniewa jednak przyszed niejako na rekonesans i chcia przynie jak wiadomo Maszce, wic rzek:
- Jeli panie maj jakie polecenie do pana Maszki, to wprost std id do niego.
- Za chwilk - odrzeka pani Krasawska.
Poaniecki zosta sam i czeka do dugo, tak nawet dugo, i pocz si niecierpliwi. Wreszcie weszy obie panie Krasawskie.
Panna, ubrana w bia "szmizetk" z marynarskim krawatem i uczesana nie do starannie, wydaa si jednak Poanieckiemu, mimo lekkiego zapalenia oczu i mimo kilku pryszczykw na czole, pokrytych pudrem, wcale adna. Bya w niej jaka pontna ociao, z ktrej, wstajc widocznie bardzo pno, nie zdoaa si jeszcze otrzsn, i jakie rwnie pontne poranne zaniedbanie. Zreszt na anemicznej jej twarzy nie malowao si adne wzruszenie.
I po ukonach, zamienionych z Poanieckim, rzeka zimnym, spokojnym gosem:
- Niech pan bdzie askaw powiedzie panu Maszce, e bardzo si zmartwiam i przestraszyam. Czy naprawd rana jest lekka?
- Bezwarunkowo.
- Uprosiam mamy, eby pojechaa doglda pana Maszk, a ja mam odwioz i bd w powozie czekaa na wiadomo. Potem znw po mam przyjad - i tak co dzie, pki pan Maszko nie bdzie zupenie zdrw. Mama taka dobra, e pozwala. Niech pan to powie panu Maszce.
Tu lekki, ledwo dostrzegalny rumieniec przemkn po jej bladej twarzy. Poanieckiemu, dla ktrego sowa jej byy zupen niespodziank i przejy go zdziwieniem, wydaa si teraz zupenie adn, i w chwil pniej, idc do Maszki, mwi sobie:
"No, jednak kobiety s lepsze, ni si wydaj... To przecie zupenie dwie karafki zmroonej wody, a jednak ta dziewczyna ma troch serca. Maszko si na niej nie pozna i bdzie mia przyjemny zawd. Stara pojedzie do niego, zobaczy tych wszystkich biskupw i kasztelanw z krzywymi nosami, z ktrych tak cieszy si Bukacki, i do reszty uwierzy w wielko Maszki."
Tak rozmylajc, znalaz si w mieszkaniu Maszki i musia czeka, albowiem trafi na chwil opatrunku. Zaledwie jednak doktor wyszed, Maszko kaza go prosi i nie przywitawszy si nawet, spyta:
- C, bye?
- Jak si masz, jak spae?
- Dobrze. Mniejsza z tym... Bye?
- Byem. Powiem ci krtko: za kwadrans pani Krasawska przyjedzie ci doglda. Panna kazaa ci powiedzie, e odwiezie tu matk i bdzie czekaa na wiadomo, jak si masz. Kaza ci powiedzie, e si bardzo przestraszya, e jest bardzo nieszczliwa, ale Bogu dzikuje, e nie ma nic gorszego. Widzisz, Maszko!... Jeszcze ci dodam, e jest adna, e mnie uja - i id sobie, bo nie mam czasu.
- Zmiuj si, zaczekaj chwil. Czekaj! mj kochany; ja nie mam gorczki - i jeli to mwisz z obawy...
- Nudny jeste! - przerwa Poaniecki. - Daj ci sowo, e mwi prawd - i e przedwczenie obgadywa wasn narzeczon.
Maszko opuci gow na poduszki i czas jaki milcza, po czym rzek jakby do siebie:
- Ja bym j gotw naprawd pokocha...
- To dobrze - rzek Poaniecki - bd zdrw! Id poegna Waskowskiego.
I zamiast do Waskowskiego poszed do Pawickich, ktrych zreszt nie zasta. Pawicki nigdy w domu nie siedzia, a o Maryni powiedziano mu, e wysza przed godzin. Zwykle, gdy si idzie do kobiety, ktra budzi ywe zajcie, gdy si przez drog ukada, co si jej powie, a potem nie zastaje si jej w domu, ma si do gupi min. Poaniecki to czu i by zy. Wstpi jednak do sklepu ogrodniczego i zakupiwszy mnstwo kwiatw kaza je odesa do Pawickich. Myl, z jak radoci Marynia je przyjmie i z jak bijcym sercem bdzie czekaa wieczoru, sprawia mu jednak tak wielk przyjemno, e zjadszy po drodze obiad, w najlepszym humorze wpad do Waskowskiego.
- Przyszedem poegna profesora - rzek. - Kiedy profesor wyjeda?
- Jak si masz, kochany! - odrzek Waskowski. - Musiaem odoy na par dni, bo, widzisz, ja tu zimuj rozmaitych malcw...
- Modych Aryjczykw, ktrzy w wolnych chwilach wycigaj portmonetki z kieszeni?
- Nie... To jest, widzisz, to dobre dusze, ale bez dozoru nie mona ich zostawi. Musiaem wystara si o zastpc, ktry bdzie tu mieszka na moim miejscu.
- I ktry si tu upiecze. Jak profesor moe wytrzyma w takim gorcu?
- Bo siedz bez surduta, i pozwolisz, e go nie wo. Troch tu ciepo, ale transpiracja zdrowa rzecz, a ju ten skrzydlaty drobiazg to przepada za gorcem.
Poaniecki obejrza si naokoo. W pokoju byo przynajmniej z p tuzina trznadli, mieciuszek, sikorek i czyw, nie liczc wrbli, ktre przyzwyczajone wida do karmienia, tumami zaglday przez okno. Profesor utrzymywa w pokoju tylko te ptaki, ktre wykupywa od ptasznikw, wrbli za nie puszcza do rodka, twierdzc, e "nie byoby koca, a byaby krzywda kilka przyj, a innym odmwi". Pokojowe miay klatki poprzyczepiane do murw i wewntrznej framugi okna, ale szy do nich tylko na noc, w dzie za latay wolno po caym pokoju, napeniajc go wiegotem i zostawiajc lady na ksikach i rkopisach, ktrymi zaoone byy stoy i wszystkie kty.
Niektre z ptakw, bardziej oswojone, siaday nawet na gowie Waskowskiego. Na pododze trzeszczay pod nogami uskwiny konopnego siemienia. Poaniecki, ktry to mieszkanie zna doskonale, wzruszy jednak ramionami i rzek:
- Wszystko to bardzo dobre, ale e profesor pozwala im czubi si lub wiadczy sobie na wasnej gowie, to dalibg zanadto! Przy tym tu jest zaduch.
- To wina witego Franciszka z Asyu - odpowiedzia Waskowski - bo ja od niego nauczyem si lubi ten drobiazg. Mam nawet i par gobi, ale to piecuchy.
- Profesor pewnie zobaczysz si z Bukackim - rzek Poaniecki miaem od niego list. Oto jest.
- Mona przeczyta?
- Wanie dlatego daj.
Waskowski przeczyta i gdy skoczy, rzek:
- Ja go zawsze bardzo kocham, tego Bukackiego, to dobra dusza, ale... widzisz... on ma troch tu!
I Waskowski pocz stuka palcami w czoo.
- To ju zaczyna mnie bawi! - zawoa Poaniecki. - Wyobra sobie, profesor, od kilku dni cigle kto stuka si w czoo i mwi o kim ze znajomych: "On ma tu!" Mie spoeczestwo!
- Kiedy to troch tak jest! troch tak jest... - odpowiedzia z umiechem Waskowski. - A wiesz ty, co to jest? Oto, zwyczajnie, aryjski niepokj ducha, w nas za, jako w Sowianach, wicej tego ni na Zachodzie, bomy najmodsi z Ariw, i wskutek tego ni rozum, ni serce nie uoyy si w nas jeszcze do rwnowagi. My, najmodsi z Ariw, czujemy najywiej, bierzem wszystko do serca najgorcej i stosujemy do praktyki ycia najzapalczywiej... Ja duo widziaem, jam to dawno spostrzeg... Co za dziwne natury!... Ot, na przykad, studenci niemieccy knajpuj - i co? - i nie przeszkadza im to ani pracowa, ani wyrabia si na praktycznych ludzi. Ale nieche Sowianin przejmie si t mod i zacznie knajpowa, to zgin, to zaknajpuje si na mier! I tak we wszystkim. Niemiec bdzie pesymist, bdzie pisa tomy o tym, e ycie jest rozpacz - i bdzie przy tym pi piwo, hodowa dzieci, zbija pienidze, polewa ogrd i sypia pod pierzyn. Sowianin si powiesi albo si zgubi szalonym yciem, rozpust; zdusi si botem, w ktre bdzie wazi umylnie... Ja, mj drogi, pamitam ludzi, ktrzy si na mier zabajronizowali... Ja duo widziaem... Widziaem ludzi, ktrzy kochajc na przykad chopw, koczyli na tym, e si spijali wdk po karczmach. Nie ma u nas miary i nie moe by, bo u nas do zbytniego przejmowania si kad ide docza si jeszcze lekkomylno i - wiesz co? - oto prno. Ach, Boe, jacy my wszyscy prni! jak my chcemy wysun si zawsze naprzd, by nas widziano i podziwiano! We takiego Bukackiego; wlaz - naprawd wlaz - po uszy w sceptycyzm, w pesymizm, w buddaizm, w dekadentyzm - bo ja wiem w co wreszcie? - przecie teraz i w tym panuje chaos - wlaz tak gboko, e go te miazmy naprawd zatruwaj; ale czy mylisz, e on przy tym nie pozuje? Co za dziwne natury! - zarazem najszczersze, najywiej czujce, najmocniej wszystko biorce do serca i komedianckie. Kiedy si o tym myli, to si je kocha, ale jednoczenie chce si mia i paka.
Poaniecki przypomnia sobie, jak za pierwsz bytnoci w Krzemieniu opowiada Maryni o swoich czasach belgijskich, gdy bawic si na spk z kilkoma modymi Belgami w pesymizm, spostrzeg wreszcie, e on te wszystkie teorie bierze daleko wicej od nich do serca i e tym samym wicej mu one psuj ycie. Wic teraz rzek:
- To, co profesor mwi, to jest prawda. Takie rzeczy widziaem i ja i dlatego wszystkich nas diabli wezm.
Lecz Waskowski wlepi w zamarznite szyby swoje mistyczne oczy i rzek:
- Nie, nas wszystkich przygarnie kto inny. Ta gorco krwi, ta zdolno przejmowania si ide, to s wielkie podstawy do misji, ktr Chrystus sowiaskiemu wiatu wyznaczy.
Tu Waskowski wskaza na poplamiony przez ptaki rkopis i rzek tajemniczo:
- Widzisz, ja z tym jad. To praca mojego ycia.:. Chcesz, ebym ci to przeczyta?
- Dalibg, nie mam czasu. Pno ju.
- Prawda. Mroczy si. Wic ci powiem w krtkich sowach... Nie tylko myl, ale i najgbiej wierz, e Sowianie maj wielk misj do spenienia.
Tu Waskowski przerwa, pocz trze rk czoo i rzek:
- Co to za dziwna liczba: "trzy!..." Co w tym jednak jest tajemniczego!
- Mia profesor mwi o misji - rzek niespokojnie Poaniecki.
- Nie bj si: to ma zwizek jedno z drugim. Bo, widzisz, s trzy wiaty w Europie: romaski, germaski i sowiaski. Tamte ju speniy, co miay speni. Przyszo - to ten trzeci.
- I co ten trzeci ma zrobi?
- Stosunki spoeczne, prawo, stosunek czowieka do czowieka, ycie pojedynczych ludzi i to, co si nazywa yciem prywatnym, jest bd co bd oparte na nauce chrzecijaskiej. Uomnoci ludzkie wykrzywiaj j, ale jednak wszystko na niej stoi. Ale to dopiero poowa zadania speniona - pierwszy okres!... S ludzie, ktrzy myl, e chrzecijastwo si koczy. Nie. Dopiero drugi okres ma si zacz. Chrystus jest w yciu pojedynczych ludzi, ale go nie ma w historii - rozumiesz? Wprowadzi go do historii, oprze na nim stosunki dziejowe, stworzy mio bliniego i w znaczeniu dziejowym - oto misja, ktr ma speni wiat sowiaski... Tylko brak mu jeszcze wiadomoci, i trzeba mu na t misj oczy otworzy.
Poaniecki milcza, bo nie mia co odpowiedzie. Waskowski za mwi dalej
- Oto, nad czym cae ycie mylaem - i tom wypowiedzia w tej oto pracy... (Tu wskaza na rkopis.) To robota caego mojego ycia. To ta wskazana misja.
"Na ktr tymczasem trznadle... - pomyla Poaniecki - i zapewne tak jeszcze bdzie dugo."
Gono za rzek:
I profesor spodziewa si, e jak taka rzecz wyjdzie z druku...
- Nie, ja si niczego nie spodziewam. Ja mam troch mioci, ale ja za lichy czowiek, za marny umys... To zginie, jakby kto kamie rzuci w wod, ale bd fale, bd koa. Niech potem przyjdzie jaki wybraniec... Bo ja wiem?... Co przeznaczone, to nie minie. Oni nie potrafi wyrzec si misji, choby sami chcieli... I widzisz, natur ludzkich nie trzeba odciga od ich przeznaczenia ani przemoc zmienia. Co dobre gdzie indziej, to moe by ze u nas, bo nas do czego innego Bg stworzy. Zreszt, prna robota. I ty prno w siebie wmawiasz, e chcesz tylko pienidze robi, i ty musisz pj za gosem przeznaczenia i natury...
- Ja nawet id, bo si eni... To jest: eni si, jeli mnie zechc.
A Waskowski obj go przez p:
- Bodaje ci! A to doskonale! Niech ci Bg bogosawi... Wiem! Wam to nakazaa ta dziecinka... A pamitasz, jakem ci mwi, e i ona ma co do spenienia, e nie umrze, pki tego nie speni? Nieche jej Bg da wiato, a wam obojgu bogosawiestwo... Marynia to przecie zoto!...
- A kochanemu profesorowi szczliwej drogi i szczliwej misji.
I tobie, i tobie - czego sobie sam yczysz.
- Ja? czego sobie ycz? - mwi wesoo Poaniecki. - A tak z p tuzina maych misjonarzy...
- A urwis! zawsze by urwis! - odpowiedzia Waskowski. - No le, le, ja tam do was jeszcze przyjd...
Poaniecki wylecia, wsiad w dorok i kaza si wie do Pawickich. Po drodze ukada sobie, co powie Maryni, i uoy sobie mwk, w miar uczuciow, w miar trzew, jak przystoi na pozytywnego czowieka, ktry znalaz wprawdzie to, czego szuka, ale ktry eni si take i przez rozum.
Marynia spodziewaa si go widocznie o wiele pniej, bo wiata w pokojach nie byy pozapalane, chocia ostatnie blaski zachodu gasy ju na dworze.
Poaniecki pocz na powitanie caowa jej obie rce i zapomniawszy zupenie o rozumnej przemowie spyta troch niepewnym i wzruszonym gosem:
- Odebraa pani kwiaty i list?
- Tak...
- I domyla si pani, dlaczegom przysa?
Maryni serce bio tak mocno, e nie zdobya si na odpowied.
Wic Poaniecki pyta dalej, coraz bardziej przerywanym gosem:
- Czy pani zgadza si na wol Litki? Czy pani mnie chce?
- Tak - odpowiedziaa Marynia.
Teraz on, w poczuciu, e wypada jej dzikowa, na prno szuka sw. Przyciska tylko coraz mocniej do ust jej rce i zarazem trzymajc je obie, przyciga j z lekka, coraz bliej i bliej. Nagle owion go pomie; obj j i pocz ustami szuka jej ust. Lecz ona odwrcia gow, tak e mg tylko caowa wosy na jej skroniach. Przez chwil, w mroku, sycha byo tylko ich przypieszone oddechy, wreszcie Marynia wyrwaa mu si z ramion.
W kilka minut pniej suca wniosa wiato. Poaniecki ochonwszy przestraszy si teraz wasnego zuchwalstwa i pocz z niepokojem spoglda w oczy Maryni. By pewien, e j obrazi, i by gotw przeprasza. Tymczasem ze zdziwieniem spostrzeg, e w jej twarzy nie byo adnych ladw gniewu. Oczy miaa spuszczone, policzki paajce, wosy nieco w nieadzie; zna byo, e jest pomieszana i jakby odurzona - ale przy tym przejta tylko takim penym sodyczy strachem kobiety zakochanej, ktra przestpujc nowy prg czuje, e trzeba co na nim powici, ale ktra przestpuje go i ulega dlatego, e chce, e kocha i e powinna wobec praw, ktre mczynie przyznaje.
Poanieckiego jednak przejo na jej widok ywe uczucie wdzicznoci. Zdawao mu si teraz, e kocha Maryni tak, jak j kocha dawniej, przed mierci Litki. Uczu te, e w tej chwili nie moe by dla niej zbyt delikatnym ani zbyt wspaniaomylnym, wic wziwszy znowu jej rk, podnis j do ust z wielk czci i rzek:
- Ja wiem, em pani niewart - to nie ma i gadania! Ale Bg widzi, e co bdzie w moich siach, to zawsze dla pani zrobi.
A Marynia spojrzaa na niego wilgotnymi oczyma:
- Byle pan by szczliwy...
- Czy z pani mona nie by? Ja to widziaem od pierwszej chwili w Krzemieniu. Ale potem, pani wie: wszystko si popsuo. Mylaem, e pani wyjdzie za Maszk, i com si nagryz!...
- To ja byam za i przepraszam... mj drogi - panie Stachu!...
Poaniecki za zawoa z wielkim zapaem:
- Jeszcze dzi profesor mwi: "Marynia to zoto." I prawda! wszyscy to mwi - nie tylko zoto, ale skarb - bardzo drogi!
A jej dobre oczy poczy si do niego mia:
- Moe i bardzo ciki...
- Niech pani o to gowa nie boli; ja mam do si i potrafi go na rku nosi... Teraz przynajmniej mam po co y.
- I ja - odpowiedziaa Marynia.
- Czy pani wie, e ja ju tu byem? Przysaem potem te chryzantemy. Po wczorajszym licie pani powiedziaem sobie: to po prostu anio, i trzeba nie mie ani serca, ani pitej klepki, eby duej zwleka.
- Taka byam niespokojna o ten pojedynek - i nieszczliwa. Ale to ju naprawd skoczone?
- Daj pani sowo - najzupeniej.
Marynia chciaa dalej wypytywa, ale tymczasem nadszed pan Pawicki; chwilk sycha byo, jak pokasujc troch stawia lask i zdejmowa paletot w przedpokoju, potem otworzy drzwi i ujrzawszy ich samych rzek:
- Tak we dwoje sobie siedzicie?
 Marynia, podbiegszy ku niemu, pooya mu rce na ramionach i nadstawiajc czoo do pocaunku odrzeka:
- Jak narzeczeni, papo.
Pan Pawicki cofn si nieco i spyta:
- Jak powiadasz?
- Mwi - odpowiedziaa patrzc mu spokojnie w oczy - e pan Stanisaw chce mnie wzi i e jestem bardzo szczliwa...
Poaniecki przybliy si, uciska z caej siy pana Pawickiego i rzek:
- Chc wzi, za zgod i pozwoleniem wujaszkowym.
Lecz pan Pawicki zawoa: "Dziecko moje!" i podywszy chwiejnym krokiem do kanapy, siad na niej ciko.
- Pozwlcie... - mwi - wzruszenie... Nic to - nie zwaajcie na mnie... Moje dzieci!... Jeli wam to potrzebne - bogosawi z caego serca...
I bogosawi, przy czym opanowao go jeszcze wiksze wzruszenie, bo Maryni kocha jednak rzeczywicie. Gos wiz mu co chwila w gardle, i oboje modzi syszeli tylko takie oderwane zdania lub wyrazy jak na przykad: "Jaki kt przy was - dla starca, ktry cae ycie pracowa...", "Jedyne dziecko...", "Sierota..."
Oni za uspokajali go na wspk i uspokoili tak dobrze, e w p godziny potem pan Pawicki uderzy nagle po ramieniu Poanieckiego i rzek:
- Ach, rozbjniku! To ty myla o Maryni, a ja mylaem, e ty troch...
I reszt dokoczy do ucha Poanieckiego, ktry zaczerwieni si z oburzenia i odpowiedzia:
- Jak wuj moe przypuszcza! Gdyby mi to kto inny mia powiedzie...
- No, no, no! - odpar miejc si Pawicki. - Nie ma dymu bez ognia.
Tego jeszcze wieczoru Marynia, egnajc si z Poanieckim, spytaa:
- Czy mi pan nie odmwi jednej rzeczy
- Co tylko pani rozkae.
- Bo ja sobie dawno powiedziaam, e jeli przyjdzie taka chwil jak dzi, to potem pojedziemy razem do Litki.
- A moja droga pani! - odpowiedzia Poaniecki.
A ona mwia dalej:
- Nie wiem, co tam ludzie powiedz, ale co nam do wiata - prawda?
- Naturalnie! Mielibymy te na ludzi si oglda! Z duszy serca jestem pani wdziczny za t myl. Moja droga pani, moja... Maryniu.
- Bo ja myl, e ona patrzy na nas i modli si za nas.
- Tak, to nasza maa patronka.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
- Do jutra.
- Do jutra - rzek caujc jej rce - do pojutrza, co dzie, i do...
Tu doda ciszej:
- I do lubu.
- Tak! - odpowiedziaa Marynia.
Poaniecki wyszed. W gowie i w sercu czu wielki zamt myli, uczu, wrae, nad ktrymi panowao jedno gwne pojcie, e stao si co niesychanie stanowczego, e los jego zosta rozstrzygnity, e czas namysw, waha si i zmian przeszed i e trzeba zacz nowe ycie. I to poczucie nie byo mu nieprzyjemne, a nawet graniczyo z pewnym upojeniem, zwaszcza gdy przypomnia sobie, jak caowa skro i wosy Maryni. To co, czego w jego uczuciu brako, malao i gino w owym przypomnieniu prawie zupenie - i Poanieckiemu zdawao si, e znalaz wszystko, czego do zupenego szczcia trzeba. "Tym si nie przesyc nigdy!" - myla sobie, i wprost zdawao mu si, e to jest niepodobiestwo. Przy tym myla o dobroci Maryni, o tym, jak ona jest pewna, jak na takim sercu i charakterze mona budowa, jak w yciu z ni nigdy nic nie moe grozi, jak ona nic w nim nie zdepce, nic nie zmarnuje, jak przyjmie za zoto to, co jest w nim zotem, jak bdzie ya dla niego, nie dla siebie - i tak mylc zadawa sobie w duszy pytanie: co mg lepszego znale? - i prawie dziwi si swoim dawnym wahaniom.
Jednake czu jednoczenie, e to, co ma przyj, jest zmian tak olbrzymi, czym tak bez miary stanowczym, e gdzie, na dnie, w najgbszym zakcie duszy, budzi si w nim jakby niepokj przed owym szczciem nieznanym.
Lecz nie waha si: "Nie jestem ani tchrzem, ani niedog - myla. Trzeba teraz i naprzd, i pjd."
Wrciwszy do domu spojrza na Litk i natychmiast otworzy si przed nim jakby nowy jasny widnokrg. Pomyla, e moe mie dzieci. Tak oto jasn, drog gwk - i to z Maryni! Na sam myl o tym serce poczo mu bi ywiej - i do porywu zmysw doczya si taka jaka otucha yciowa, jakiej od dawnych lat nie zazna. Czu si prawie zupenie szczliwy. Spojrzawszy wypadkiem na list Bukackiego, ktry przy rozbieraniu si wydoby z kieszeni, pocz si mia tak szczerze, e a sucy zajrza ze zdziwieniem do pokoju. Poaniecki mia ochot powiedzie mu, e si eni.
Zasn dopiero nad ranem, ale wsta rzewy, wypoczty i ubrawszy si polecia do biura, by jak najprdzej zwiastowa nowin Bigielowi.
Bigiel uciska go, nastpnie pocz ze zwyk sobie powolnoci rozwaa spraw i wreszcie rzek:
- Biorc na rozum, to jest najmdrzejsza rzecz, jak w yciu zrobie.
Po czym ukazawszy na biurko z papierami, doda:
- Te kontrakty powinny by korzystne - ale tamten jeszcze lepszy.
- Co? nieprawda? - zawoa chepliwie Poaniecki.
- Lec powiedzie onie - rzek Bigiel - bo nie mog wytrzyma, a ty sobie take id, i id na dobre. Bd ci zastpowa do dnia lubu i przez miodowy miesic.
- Dobrze - odpowiedzia Poaniecki. - Lec odwiedzi Maszk, a potem jedziemy z Maryni do Litki.
- To jej si od was naley.
Poaniecki nakupi znw po drodze kwiatw, doczy do nich wiadomo, e zaraz przychodzi, i wpad do Maszki.
Maszko mia si pod opiek pani Krasawskiej znacznie lepiej i lada chwila spodziewa si jej przybycia. Tymczasem wysuchawszy nowiny cisn rk Poanieckiego z pewnym wzruszeniem i rzek:
- Powiem ci tylko jedno: nie wiem, czy ona bdzie z tob szczliwa - ty z ni na pewno.
- Bo kobiety s lepsze od nas - odpowiedzia Poaniecki - spodziewam si, e po tym, co ci spotkao, i ty jeste tego zdania.
- Wyznaj, e dotd nie mog ochon ze zdumienia. S zarazem i lepsze od nas, i bardziej tajemnicze. Wyobra sobie...
Tu Maszko zaci si, jak gdyby si waha, czy ma mwi dalej.
- Co? - spyta Poaniecki.
- Tak! ty jeste dyskretny czowiek, a przy tym dae mi takie dowody przyjani, e moe nie by midzy nami tajemnic: wyobra wic sobie, e wczoraj po twoim odejciu odebraem anonim - tu, jak wiesz, panuje ten szlachetny obyczaj pisania anonimw - a w nim wiadomo, e papa Krasawski istnieje, yje i ma si dobrze.
- Co znowu? Moe by plotka.
- Ale moe i nie by. yje podobno w Ameryce. List odebraem podczas bytnoci pani Krasawskiej. Nie mwiem jej nic, ale po pewnym czasie, gdy po obejrzeniu tych oto portretw pocza mnie wypytywa o dalsze stosunki rodzinne, spytaem i ja j z kolei: jak dawno jest wdow? Odpowiedziaa mi na to: "Jestemy z crk same na wiecie od dziewiciu lat, ale to s smutne dzieje, o ktrych dzi nie chc mwi." Uwa, e nie odpowiedziaa wprost, kiedy jej m umar.
- I co ty na to?
- Ja myl, e jeli papa yje, to musi by tego rodzaju figura, o ktrej si nie mwi, i e to naprawd mog by "smutne dzieje".
- Tajemnica dawno by si wydaa.
- Te panie siedziay kilkanacie lat za granic. Kto wie? Zreszt w niczym to moich zamiarw nie zmienia. Jeli pan Krasawski siedzi w Ameryce i nie przyjeda tu, to musi mie do tego dobre powody, wic tak, jakby go nie byo. Owszem, teraz nabieram otuchy, e moje maestwo dojdzie do skutku, bo rozumiem, e gdy ludzie musz co ukrywa, wwczas mniej s wymagajcy.
- Wybacz mi moj ciekawo - rzek Poaniecki biorc kapelusz - ale mnie chodzi o moj sum, a teraz o Pawickich; czy ty wiesz na pewno, e te panie maj pienidze?
- Powiem ci otwarcie: zdaje si, e i grube, ale jednak stawiam na kart troch zakryt. Prawdopodobnie maj znaczn gotwk. Matka powiedziaa mi kilkakrotnie, e crka jej nie potrzebuje si oglda na majtek ma. Kas elazn widziaem. Dom prowadz duy. Znam w Warszawie prawie wszystkich ydw i nie-ydw, ktrzy poyczaj pienidzy, i wiem na pewno, e nikomu grosza nie winne. Jak sam wiesz, maj adn will niedaleko od Bigielw. Z kapitau nie yj, bo s na to za mdre.
- Pozytywnej cyfry jednak nie wiesz?
- Prbowaem wypytywa, ale z daleka. Nie bdc zbyt pewnym stosunku z nimi, nie mogem bardzo naciska. Dano mi do zrozumienia, e bdzie ze dwiecie tysicy rubli, a kiedy wicej.
Poaniecki poegna si i idc do Pawickich myla:
"Wszystko to s jakie tajemnice, jakie mroki, jakie ryzyka. Wol Maryni."
I w p godziny pniej jechali z Maryni na cmentarz do Litki. Dzie by ciepy jak na wiosn, ale szaro; miasto wygldao ponuro i brudno. Na cmentarzu topniejcy nieg opada patami na ziemi z grobw i odsania zk, na wp przegni muraw. Z ramion krzyw i z bezlistnych gazi drzew spaday due krople, ktre zrywajcy si od czasu do czasu podmuch ciepego wiatru rzuca w twarz Poanieckiemu i Maryni. Podmuchy owe szarpay jej sukni, tak e musiaa j tumi. Stanli wreszcie u grobu Litki.
I tu wszystko byo mokre, olizge, pospne, na wp obnaone z topniejcego niegu. Myl, e to dziecko, ktrego niegdy tak strzeono, takie kochane i pieszczone, ley teraz w tej wilgoci i piwnicznym mroku, nie chciaa si Poanieckiemu prawie w gowie pomieci. "Wszystko to moe naturalne - myla - jednak ze mierci niepodobna si pogodzi." I rzeczywicie byo tak, e ilekro odwiedza Litk, wraca z tego cmentarza z jakim niepohamowanym buntem, z jakim namitnym protestem w duszy. Te myli poczy go targa i w tej chwili; wydao mu si wprost strasznym kocha Litk i pogodzi kochanie ze wiadomoci, e o kilka stp poniej ona tam ley, czarna i rozkadajca si. "Ja tu nie powinienem przychodzi - mwi sobie - bo tu wciekam si, trac gow i wszelkie podstawy do ycia." Przede wszystkim jednak mczy si, bo jeli o mierci niepodobiestwem jest nie myle, rwnym niepodobiestwem jest co wymyli, i dlatego wszystko, co o niej przychodzi do gowy, jest, o ile czowiek nie wycignie rk do prostej wiary, zarazem rozpaczliwym i pytkim, oklepanym, pospolitym. "Mnie tu chodzi wicej ni o samo istnienie, a umiem sobie odpowiedzie tylko komunaem. Zupene koo bdne!" I to bya prawda. Jeli bowiem myla na przykad, e na pierwsze wspomnienie o mierci wszystko staje si dymem, i czu, e, niestety, tak jest, czu przy tym, e tysice ludzi zdobyy si na to pojcie przed nim i e nikt nie znalaz w tym ani otuchy, ani nawet takiego zadowolenia, jakie daje wykrycie prawdy. Wszystko, co mg sobie powiedzie, byo zarazem straszne i miakie. atwo mu byo rozumie, e cae ycie ludzkie, dzieje powszechne, wszelkie filozofie s w gruncie rzeczy tylko walk ze mierci: nieustann, rozpaczliw, zupenie zrozumia i jednoczenie bezdennie gupi i bezcelow, bo z gry stracon. Ale takie rozumienie nie mogo mu przynie adnej ulgi, byo ono bowiem tylko stwierdzeniem nowego koa bdnego. "Bo gdy jedynym celem wszelkich wysikw ludzkich jest ycie, a jedynym rezultatem mier, to bezsens przechodzi miar, i po prostu nie mona by go przypuci, gdyby nie owa oczywisto obmierza i niemiosierna, ktra istoty ywe i kochane zmienia w rzecz zgni."
Poaniecki za kad bytnoci na cmentarzu zatruwa si podobnymi mylami. Dzi, jadc, sdzi, e obecno Maryni uwolni go od nich, tymczasem stao si raczej przeciwnie. mier Litki, poderwawszy w nim ufno w sens i w moraln celowo ycia, podkopaa wanie w nim i t pierwsz, dawn mio do Maryni, tak naiwn i pozbawion zwtpie; teraz wic, gdy wraz z Maryni stan przy grobie Litki, gdy ta mier, ktra zacza by ju tylko wspomnieniem, staa si znw czym niemal dotykalnym, zatruwajce jej dziaanie spotgowao si znowu. Znw mu si wydao, e cae ycie, zatem i mio, jest tylko obdem, a zabiegi yciowe czym zupenie czczym i marnym. Jeli nad yciem nie ma ani rozumu, ani miosierdzia - to po co si trudzi, po co kocha, po co si eni? Czy po to, eby mie dzieci, przywiza si do nich kad kropl krwi, a potem patrze bezradnie, jak je owa lepa, gupia, oburzajca i brutalna sia dusi jak wilk jagnita - i przychodzi do ich grobu z myl, e pleniej w ciemnoci i wilgoci. Ot, Litka tam przecie ley!
Dziwnie pospny dzie potgowa tylko gorycz tych poczu. Czasami, za poprzednich bytnoci, cmentarz wydawa si Poanieckiemu jak wielk nicoci, w ktrej rozpywa si ycie, ale rozpywa si i wszelka niedola, czym ogromnie sennym i kojcym. Dzi nie byo na nim spokoju. Paty niegu osuway si z pni i grobw; wrd mokrych drzew tuky si z krakaniem wrony. Nage i potne podmuchy wiatru rzucay kroplami wilgoci oderwanymi od gazi i gnc je tworzyy jak rozpaczliw szarpanin wrd nieruchomych, kamiennych i obojtnych krzyw.
Wtem Marynia przestaa si modli i rzeka takim stumionym gosem, jakim si mwi na cmentarzach:
- Teraz jej dusza musi by midzy nami.
Poaniecki nie odpowiedzia nic, ale naprzd pomyla, e on i Marynia s istotami jakby z dwch odrbnych wiatw, a nastpnie, e gdyby w tym, co ona mwi, bya cho czstka prawdy, to wszystkie jego duchowe rozterki byyby mniej warte ni ten topniejcy nieg. "W takim razie - mwi sobie - istnieje umieranie i istniej cmentarze, ale mierci po prostu nie ma."
Marynia pocza ukada teraz na grobie wianki z niemiertelnikw. ktre kupili przed bram, on za myla piesznie, raczej za pomoc poczu ni za pomoc myli:
"W moim wiecie nie ma na nic odpowiedzi, s tylko koa bdne, ktre si staczaj w przepa."
I uderzyo go to, e gdyby takie pojcia o mierci, jakie miaa Marynia, nie wypyway z wiary albo gdyby byy zupenie nieznane i gdyby niespodzianie postawi je jaki filozof jako hipotez - to by t hipotez uznano za najgenialniejsz z genialnych - ona bowiem wszystko tumaczy, na wszystko daje odpowied, rozwieca nie tylko ycie, ale i mier, ktra jest ciemnoci. Ludzko klkaaby z podziwu przed takim mdrcem i tak naukow teori.
Z drugiej strony czu, e jednak byo co z Litki midzy nimi. Ona sama rozsypywaa si w proch, ale co j przeyo; zostay jakie fale jej myli, jej woli, jej uczucia. To, e on zbliy si z Maryni, e byli narzeczonymi, e teraz stali przy grobie Litki, e si pocz, e ycie pjdzie im razem, e bd mieli dzieci, ktre z kolei bd yy, kochay i mnoyy si - czyme byo, jeli nie tak fal, ktra wyszedszy z tego dziecka, moga i i i w nieskoczono, odradzajc si w niemiertelnym acuchu zjawisk? Jake tedy zrozumie, by z istoty miertelnej wysza niemiertelna i nieskoczona energia? Marynia w prostocie swej wiary znalaza na to odpowied, Poaniecki - nie.
A jednak Marynia miaa suszno. Litka bya midzy nimi. Poanieckiemu przeleciao teraz przez gow jakie niejasne i niezwarte w cis myl przypuszczenie, e moe wszystko to, co czowiek za ycia pomyli, wszystko, czego chce, wszystko, co przekocha, jest tak, stokro bardziej nieuchwytn, stokro subtelniejsz od eteru materi, z ktrej powstaje jaka astralna istota, wiadoma siebie, i albo wieczna, albo przeradzajca si w istnienie coraz doskonalsze, subtelniejsze, a do nieskoczonoci. I zdawao mu si, e atomy myli i uczu mog si skupia w odrbn jednostk wanie dlatego, e wychodzc z jednego mzgu lub serca s sobie pokrewne, zatem d ku sobie z tej samej tajemniczej zasady, z jakiej skupiaj si pierwiastki fizyczne, by wytworzy fizyczn jednostk. Obecnie nie mia czasu nad tym myle, ale zdawao mu si, e czego dostrzeg, e w zasonie, ktr mia na oczach, utworzya si jaka maa szpara. Mogo si to okaza zudzeniem, ale w tej chwili czu, e Litka jest jednak midzy nimi, mniema, e obecno jej w taki tylko sposb moe by zrozumia.
W tym czasie nadszed jaki pogrzeb, bo w dzwonnicy stojcej na rodku cmentarza poczto dzwoni. Poaniecki poda Maryni rk i poszli ku bramie. W drodze Marynia, mylc widocznie w dalszym cigu o Litce, rzeka:
- Teraz jestem zupenie pewna, e bdziemy szczliwi.
I przytulia si silniej do ramienia Poanieckiego, bo zreszt i uderzenia wiatru stay si tak potne, e trudno jej byo im si oprze. Jeden z podmuchw obwin jej woalk naokoo szyi Poanieckiego. Rzeczywisto pocza go woa. Przyciska oto do boku rami kochajcej kobiety i czu, e kochanie, jeli nie jest zdolne przesoni mierci, to przynajmniej godzi z yciem.
Wsiadszy do karety wzi do Maryni i nie wypuszcza jej przez ca drog. Chwilami wracaa mu niemal zupena otucha, myla bowiem, e owe braki, jakie istniay w jego uczuciu, ta sodka i dobra do gruntu dziewczyna potrafi wypeni i wskrzesi wszystko, co zmarniao. "Moja ona! moja ona!" - powtarza sobie w duszy, patrzc na ni, a jej poczciwe jasne oczy odpowiaday mu: "Twoja!"
Gdy zajechali do domu, pan Pawicki nie powrci jeszcze z przedobiedniej przechadzki, znaleli si wic sam na sam. Poaniecki siad koo Maryni i pod wpywem tych myli, ktre przechodziy mu przez gow podczas drogi, rzek:
- Pani powiedziaa, e Litka bya midzy nami - i to prawda! Ja zawsze wracaem jak city z cmentarza, a jednak dobrze, emy tam byli.
Marynia za odrzeka:
- Bo to tak, jakbymy jedzili po bogosawiestwo.
- Ja mam to samo wraenie, i prcz tego, tak mi si wydaje, jak bymy ju byli poczeni, a przynajmniej blisi sobie ni przedtem.
- Tak - i to bdzie i smutne, i dobre wspomnienie.
Wtedy on wzi znowu jej rce i rzek:
- Wic jeli pani ufa, e bdziemy szczliwi, po co szczcie zwleka? Moja dobra, moja najlepsza, i ja ufam, e nam bdzie dobrze; nie zwczmy lubu. Mamy zacz nowe ycie, to je zacznijmy prdko.
- To niech pan postanowi. Ja ca dusz jestem pana.
Na to on przycign j jak pierwszego dnia i po chwili znw pocz szuka ustami jej ust, ona za, czy to pod wpywem myli, e jego prawa s dzi ju wiksze, czy pod wpywem budzcych si zmysw, nie odwracaa ju gowy, ale zmruywszy oczy, sama podaa mu usta jakby spragnione od dawna.
Rozdzia dwudziesty sidmy
Dla Poanieckiego rozpocz si teraz czas przedlubnych zabiegw i przygotowa. Mieszkanie mia wprawdzie gotowe przeszo od p roku, to jest jeszcze, zanim Maryni pozna. W swoim czasie, gdy Bukacki wymiewa si z tego mieszkania widzc w nim dowd, do jakiego stopnia Poaniecki paa chci enienia si, Poaniecki nie zaprzecza:
- Tak jest - mwi. - Mam tyle, e mog sobie na to pozwoli, a tymczasem wydaje mi si, e ju zaczynam co w tym celu robi i e moje zamiary staj si czym rzeczywistym.
Bukacki nazywa to przezornoci godn pochway; przy czym wyraa zdziwienie, e czowiek, tak przewidujcy przyszo, nie zamawia od razu akuszerki i niaki. Czasem tego rodzaju rozmowy koczyy si ktni. Poaniecki bowiem nie znosi, gdy mu kto odmawia trzewego na wiat pogldu. Bukacki za utrzymywa, e to jest ptasi, godny trznadla romantyzm, poczyna od budowy poetycznego gniazdka. Jeden twierdzi, e nie moe by nic rozsdniejszego, jak przygotowywa klatk, chcc mie ptaka; drugi odpowiada, e gdy ptak jeszcze nieupatrzony i pow niepewny, klatka jest oszukiwaniem wasnego apetytu. Koczyo si aluzjami do cienkich ng Bukackiego, uniemoliwiajcych pogo za wszelkiego rodzaju ptakami, choby bez skrzyde. Bukacki wpada wwczas w wymienity humor.
Teraz jednak gdy klatka bya gotowa i ptak nie tylko zowiony, ale chtny, pozostawao jeszcze tyle do roboty, e Poanieckiego ogarniao nieraz zdziwienie, e akt, tak z natury prosty, jak oenienie si, stal si w ucywilizowanych spoeczestwach tak zoonym. Zdawao mu si, e jeli nikomu nie przysuguje prawo wglda w moraln stron zwizku, poniewa jest on wpywem czystej wolnej woli - formalna strona winna by rwnie mniej dozorowan.
Ale myla tak naprzd dlatego, e nie by prawodawc, po wtre, e by czowiekiem prdkim, ktrego niecierpliwia konieczno wyszukiwania "papierw", a po trzecie, e raz postanowiwszy si eni, przesta si stanowczo namyla, analizowa - i dy do tego, jak czowiek czynu. Napeniao go to nawet nieraz dum, gdy si porwnywa z takim na przykad Poszowskim, ktrego historia, zanim zacza by znan z jego wasnego pamitnika, krya ju z ust do ust midzy ludmi: "Jednake ja jestem z innego metalu" - myla z pewnym zadowoleniem Poaniecki. Chwilami znw, gdy sobie przypomina posta Poszowskiego, jego szlachetny i delikatny, a zarazem silnie zarysowany profil, jego wyksztacenie, subtelno i gitko umysow, jego niesychany dar jednania sobie ludzi, a zwaszcza kobiet, przychodzio mu na myl, e jednak on, Poaniecki, jest typem mniej wytwornym, mniej uszlachetnionym i w ogle czowiekiem wyciosanym z grubszego materiau. Wszelako odpowiada sobie, e widocznie, wobec warunkw ycia i odpornoci, jakiej ono wymaga, jest rzecz wprost zgubn by zbytnim filigranem, tak pod wzgldem umysowym, jak i fizycznym. Widzia w sobie rwnie daleko wiksz zdolno yciow. "Ostatecznie - myla - ja mog si na co przyda, podczas gdy on przydaby si tylko do postawienia na spoeczn etaerk z biblotami. Ja potrafi chleb zdoby, on potrafi tylko z gotowego krci gaki. Ja umiem, i dobrze umiem, farbowa perkaliki, on umia tylko farbowa policzki kobiece. A jaka ogromna midzy nami rnica w stosunku do kobiety! Ten czowiek przeanalizowa swoje ycie i ycie kochanej kobiety, zgubi j i siebie, nie mogc wyj z wtpliwoci, czy j do kocha; ja mam te wtpliwoci, czy moja mio jest zupena, a jednak swoj kobiecin bior - i niedog bybym, nie mczyzn, gdybym si mia naprzd ba przyszoci i gdybym nie potrafi wycisn z niej w prosty sposb tyle dobra i szczcia, ile si da wycisn."
Tu Poaniecki, jakkolwiek zarzeka si analizy, poczyna analizowa, wprawdzie nie siebie, ale Maryni. Pozwala sobie zreszt na to tylko dlatego, e z gry by pewien pomylnych wnioskw. To jednak rozumia, e w obliczaniu przyszoci dwojga ludzi dobra wola jednej strony nie wystarcza i staje si niczym na wypadek braku dobrej woli z drugiej strony. Ale by pewien, e biorc Maryni nie bierze martwego serca. Marynia nie tylko przyniosa na wiat praw natur, ale od modych lat zetkna si z prac i warunkami, w ktrych musiaa zapomina o sobie, by myle o innych. Prcz tego byo nad ni, rwne jakby nieustajcemu zagrobowemu bogosawiestwu, wspomnienie matki, ktrej spokj, prostot i prawo, a zarazem ycie pene smutkw wspominano dotd z najwiksz czci w caej okolicy Krzemienia. Poaniecki wiedzia o tym i by przekonany, e budujc na sercu i charakterze Maryni buduje na niewzruszonej niemal podstawie. Nieraz przychodziy mu na myl sowa jednej znajomej i przyjaciki jego matki, ktra zapytana: czy wicej si troszczy o przyszo synw, czy crek? odpowiedziaa: "Wycznie o synw, bo moje crki w najgorszym razie mog by tylko nieszczliwe." Tak! synw chowa szkoa i wiat - i oboje mog z nich zrobi otrw; crki, ktrym dom wszczepia poczciwo - "w najgorszym razie mog by tylko nieszczliwe". Poaniecki rozumia, e tak byo i z Maryni. Tote, jeli j analizowa, bya ta analiza raczej rozpatrywaniem si i lubowaniem jubilera w swoich klejnotach ni metod uczonego, ktry pragnie doj do nieznanych i nie dajcych si przewidzie wnioskw.
Jednake raz pokcili si z Maryni bardzo powanie z powodu listu Waskowskiego, ktry Poaniecki otrzyma z Rzymu w kilka tygodni po wyjedzie profesora i ktry odczyta w caoci Maryni. List ten brzmia, jak nastpuje:
"Mj drogi. Mieszkam via Tritone, pension Franaise. Odwied moje warszawskie mieszkanie; zobacz, czy Snopczyski dobrze dozoruje moich malcw i czy drobiazg w. Franciszka ma pod dostatkiem wody i siemienia. Jak przyjdzie wiosna, trzeba otworzy okna i klatki - kto chce, niech zostanie, a kto chce, niech leci. Malcy w rodzaju homo sapiens powinni mie dobre poywienie, bom na to zostawi, a prcz tego, mao moraw, a duo mioci. Snopczyski jest dobry czowiek, ale melancholik. Powiada, e to skutkiem niegw. Jak go napadnie tak zwana przez niego "chandra", po caych tygodniach patrzy na wasne buty i milczy - a z dzieciskami trzeba gada, by nabray zaufania. Ot i wszystko co do Warszawy.
T prac mojego ycia, o ktrej ci mwiem, drukuj tu po francusku w drukarni dziennika "L'Italie". Troch si miej z mojej francuszczyzny i ze mnie, alem ja do tego przywyk. Przyjecha tu Bukacki. Dobre, kochane chopczysko, zdziwacza do reszty i powiada, e powczy nog, cho ja tego nie zauwayem. On bardzo kocha i ciebie, i Maryni, a naprawd to i wszystkich, pomimo e si tego wypiera. Za to, jak zacznie wygadywa - uszy widn. Niech ci Pan Bg bogosawi, drogi chopcze, i ciebie, i twoj poczciw Maryni. Chciabym by na waszym weselu, ale nie wiem, czy mi tu skocz do Wielkiejnocy moj robot; wic tymczasem posuchaj, co ci powiem, i wiedz, e w tym celu pisz ten list. Nie myl, e stary gada, byle gada, bo przecie wiesz, em ja by nauczycielem, e od tego zajcia uwolni mnie dopiero spadek po bracie, em dowiadczy i widzia. Jeli bdziecie mieli dzieci - nie zamczaj ich nauk, daj im rosn wedle woli boej. Mgbym na tym skoczy, ale ty lubisz cyfry, wic dam ci cyfry. Mae dziecko ma godzin pracy tyle, ile dorosy czowiek - urzdnik, z t rnic, e urzdnik gawdzi podczas biurowych godzin z kolegami lub pali papierosy; dziecko za musi przez cay czas wyta uwag, bo inaczej zgubi wtek i przestanie rozumie, co do niego mwi. Urzdnik po skoczonej pracy idzie do domu, dziecko musi si przygotowywa na dzie nastpny, co zdolnemu zabiera cztery godziny, mniej zdolnemu - sze. Dodaj do tego, e ubosze dzieci czsto daj lekcje, bogatsze je bior - co razem wyniesie godzin dwanacie. Dwanacie godzin pracy dla dziecka!... Czy ty to rozumiesz, mj drogi? Czy sobie zdajesz spraw, jakie to z tego musz wyrasta natury chore, zwichnite, skonne do najdzikszych manii - krzywe, oporne? Czy ty rozumiesz, jak my posiewamy naszymi dziemi cmentarze - i dlaczego najpotworniejsze idee znajduj wyznawcw? Ach, dzi ograniczaj nawet prac dorosych po fabrykach - ale o tym filantropia milczy. O! to przecie pole - to gotowa zasuga - to przysza wito i sawa! Nie zamczaj mi swoich nauk - prosz ci o to! I prosz Maryni - przyrzeczcie mi to oboje. Ja nie gadam, byle gada, jak czasem mwi Bukacki, bo mwi z serca, i to jest najwiksza reforma, jaka czeka wieki przysze, najwiksza po wprowadzeniu Chrystusa do dziejw. Zdarzyo mi si i kilka dni temu w Perugii co dziwnego, ale o tym kiedy ci opowiem, a teraz ciskam was oboje."
Marynia suchaa tego listu patrzc za przykadem owego Snopczyskiego, o ktrym wspomina profesor, na koce swych bucikw. Poanecki za pocz si mia i rzek:
- Czy pani syszaa co podobnego? Jeszcze do naszego lubu daleko, a profesor ju lamentuje nad naszymi dziemi i wstawia si za nimi. To troch historia mego gniazdka.
Po chwili za doda:
- Co prawda, to moja wina, bom mu poczyni rozmaite obietnice. I pochyliwszy si tak, aby dojrze oczy Maryni, pocz pyta:
- A co pani mwi na w list?
Poaniecki pytajc w ten sposb mia tak nieszczliw chwil, w ktrej czowiek nie jest sam sob - i postpuje niezgodnie z wasn natur. By on w ogle charakterem raczej szorstkim, ale nie grubiaskim, a nawet zdolnym chwilami do prawdziwie kobiecych delikatnoci. Tymczasem teraz zarwno w jego spojrzeniu, jak i w pytaniu skierowanym do dziewczyny, tak przypominajcej mimoz jak Marynia, byo wprost co brutalnego. Ona wiedziaa rwnie, e za maestwem id dzieci, ale przedstawiao jej si to jako co nieokrelonego, o czym si nie mwi, a jeli si mwi, to albo w aluzji tak delikatnej jak koronka, albo w chwili jakiego wzruszenia, z bijcym sercem, z rozkochanymi ustami przy uchu, w nastroju niemal uroczystym, jak o jakim sanctissimum wsplnej przyszoci. Wic te niedbay ton, z jakim mwi o tym Poaniecki, zarwno j zabola, jak oburzy. Mimo woli przyszo jej na myl: "Dlaczego on tego nie rozumie?" I z kolei ona postpia niezgodnie ze swoj natur, bo, jak si to czsto zdarza osobom niemiaym w chwilach przykroci i zmieszania, udaa wikszy gniew, ni czua rzeczywicie.
- Pan nie powinien si tak ze mn obchodzi! - zawoaa z oburzeniem. - Pan nie powinien tak do mnie mwi!
Poaniecki mia si jeszcze, chcc nadrobi sztuczn wesooci.
- Czemu si pani gniewa? - spyta.
- Pan postpuje ze mn nie tak, jak powinien.
- Nie rozumiem, o co chodzi.
- To tym gorzej.
A jemu miech znik z ust, twarz pociemniaa z gniewu i pocz mwi prdko, jak czowiek, ktry nagle przestaje si rachowa ze sowami:
- By moe, e jestem gupi, ale wiem, co jest dobro, a co nie. W ten sposb ycie staje si niemoliwe. Kto z niczego robi wielkie rzeczy, nieche sam siebie wini, a poniewa obecno moja jest pani przykra, wic sobie id.
I porwawszy za kapelusz ukoni si i wyszed. Marynia nie prbowaa go zatrzymywa. Przez chwil jeszcze obraza i gniew przytumiy w niej wszelkie inne uczucia, po czym pozostao jej tylko wraenie jakby ciosu obuchem. Myli jej rozproszyy si jak stado ptakw, nad nimi za growao tylko jedno niejasne pojcie: "Stao si! Nie wrci!" W ten sposb zapada si nad ni gmach, ktry ju pocz by wiza si w tak pikne linie. Pustka, nico, mczce, bo bezcelowe ycie i cierpe serce - oto, co jej pozostawao. A byo ju tak blisko do szczcia!... Jednake to, co si stao, stao si tak nage, byo czym tak niezrozumiaym, e nie umiaa na razie zda sobie z tego sprawy. Zbliywszy si do biurka pocza na nim porzdkowa mechanicznie papiery, z jakim bezmylnym popiechem, jakby od uporzdkowania ich mogo co w tej chwili zalee. Potem spojrzaa na fotografi Litki i siada nagle z domi na oczach i skroniach. Po pewnym czasie jednak przyszo jej na myl, e wola Litki musi by silniejsza od woli ich obojga - i zawita jej nagle promyk nadziei. Pocza chodzi po pokoju i rozpamitywa, co zaszo, przy tym przypomniaa sobie Poanieckiego nie tylko, jakim by w ostatniej chwili, ale i przedtem, dwa, trzy dni, tydzie temu. al jej by teraz ju wikszy od urazy i powiksza si coraz bardziej - wraz z uczuciem dla Poanieckiego. Po niejakim czasie pocza sobie mwi, e nie wolno jej byo si unosi, e obowizkiem jej byo przyj i kocha Poanieckiego takim, jakim by, nie za wymaga, eby si dostosowywa do jej poj. "To przecie ywy czowiek, nie lalka" - powtrzya kilkakrotnie. I ogarniao j coraz wiksze poczucie winy, a zatem i skruchy. Z natury potulne i bardzo zdolne do kochania serce wystpowao do walki z trzewym rozumem, ktry posiadaa niewtpliwie i ktry teraz prno jej mwi, e suszno nie bya po stronie Poanieckiego i e przecie nie powiedziaa mu nic takiego, co by byo nie do przebaczenia. Mwia sobie: "Jeli ma cho troch dobre serce, to wrci", ale zarazem zdejmowaa j obawa przed mioci wasn mczyzn w ogle, a Poanieckiego w szczeglnoci, bya bowiem zbyt inteligentna, eby nie spostrzec, i on dba wielce o to, by uchodzi za czowieka nieugitego. Ale tego rodzaju uwagi, ktre niechtne serce czynioby na jego niekorzy, roztkliwiay j ju tylko dla niego.
I w p godziny pniej bya ju do gbi duszy przekonana, e wina ley tylko li po jej stronie i e "tyle go ju w yciu namczya", e teraz powinna ustpi, to jest: pierwsza wycign rk do zgody. Ustpstwo owo rwnao si w jej pojciu napisaniu do niego kilku sw pojednawczych. "On si tak nacierpia z powodu tej sprawy Krzemienia, e mu si to naley." I gotowa bya choby paka nad jego losem. Spodziewaa si przy, tym, e on, ten niegodziwy, brzydki czowiek, oceni to, ile j kosztuje pisa do niego, i przyjdzie jeszcze tego wieczoru.
Zdao jej si, e nic atwiejszego, ni skreli kilka serdecznych wyrazw, takich, ktre by idc od serca szy wprost do serca. Ale co za trudno!
List nie ma oczu, ktre zachodz zami, nie ma twarzy, ktra si umiecha zarazem smutno i sodko, nie ma gosu, ktry drga, nie ma rk, ktre si wycigaj. List mona czyta i rozumie, jak si chce, bo to tylko czarne litery na obojtnym jak mier papierze.
Marynia dara wanie trzeci arkusik, gdy pomarszczona jak pieczone jabko twarz pana Pawickiego, z wieo ufarbowanymi wsikami, ukazaa si w uchylonych drzwiach.
- Nie ma Poanieckiego? - spyta.
- Nie ma, papo.
- A czy przyjdzie jeszcze?
- Nie wiem, papo - odpowiedziaa z westchnieniem.
- Moje dziecko, jeli przyjdzie, powiedz mu, e najdalej za godzin wrc i e chc z nim pomwi.
"Och! i ja chc z nim pomwi" - pomylaa Marynia.
I przedarszy trzeci arkusik wzia czwarty i pocza si zastanawia czy ca ktni obrci w art, czy te po prostu przeprosi? art mg si nie podoba; w przeproszeniu byo co cieplejszego, tylko - to takie trudne! Gdyby on nie by sobie polecia - do byo wycign rk, ale on wylecia jak z procy, ten zonik, taki kochany...
I podnisszy oczy do gry pocza usilnie pracowa swoj ciemn gwk, gdy nagle w przedpokoju ozwa si dzwonek. Maryni poczo bi serce jak motem, a przez gow przelatyway jej jak byskawice pytania:
- On? czy nie on?
Drzwi si otworzyy - to by on.
Wszed jak wilk, z gow spuszczon, z twarz ponur i widocznie bardzo niepewny, jak zostanie przyjty; ale ona na jego widok zerwaa si z bijcym jak u ptaka sercem, z rozpromienionym wzrokiem, szczliwa, ujta niezmiernie tym, e wrci - i pierwsza podbiegszy ku niemu pooya mu rce na ramionach.
- A jaki dobry! jaki poczciwy! - pocza mwi. - A czy pan wie, e ja chciaam ju pisa do pana?
Poaniecki przycisnwszy jej rce do ust milcza przez czas jaki, wreszcie rzek:
- Pani mnie powinna kaza zrzuci ze schodw.
I w uniesieniu wdzicznoci przycisnwszy j do siebie pocz caowa jej usta, oczy, skronie i wosy, ktre rozwizay si w ucisku. W takich chwilach zdawao mu si zawsze, e odnajduje wszystko, co stanowi zupen i wielk mio. Wreszcie puci j i mwi dalej:
- Pani jest za dobra. Chocia to lepiej, bo to mnie ogromnie podbija. Przyszedem pani przeprosi - nic wicej. Ja zaraz ochonem... Nawymylaem sobie od ostatnich osw i nie umiem powiedzie, jak mi byo al. Chodziem po ulicy, mylaem, e moe pani zobacz w oknie i e z twarzy pani poznam, czy mog wrci. Potem nie mogem wytrzyma i przyszedem...
- To ja przepraszam, to moja wina. Widzi pan podarty papier pisaam i pisaam.
Ale on poera teraz oczyma jej wosy; ktre upinaa popiesznie. Z zarumienion twarz, od ktrej bia rado, ze miejcymi si od szczcia oczyma, wydaa mu si pikniejsz ni kiedykolwiek i tak podan jak nigdy.
Marynia spostrzega te, e patrzy na jej wosy, i zmieszanie jej walczyo z czysto kobiec kokieteri. Upinaa je umylnie niezrcznie, tak e coraz wiksz fal pokryway jej ramiona, a jednoczenie mwia:
- Niech pan nie patrzy, bo sobie pjd.
- To przecie moje bogactwo - odrzek Poaniecki - a przy tym w yciu nic podobnego nie widziaem.
I wycign znw ku niej rce, ale ona pocza si wykrca.
- Nie wolno, nie wolno! - powtarzaa - mnie i tak wstyd. Powinnam bya odej.
Wosy jednak przyszy z wolna do adu, po czym siedli oboje i poczli rozmawia spokojniej, chocia z oczyma w oczach.
- I pani naprawd chciaa pisa? - spyta Poaniecki.
- Widzi pan podarty papier.
- Szczerze mwi, e pani zbyt dobra.
Ona podnisszy oczy i wpatrzywszy si w pk przybit nad biurkiem odrzeka:
- Dlatego, e to bya moja wina. Tak! tylko moja!
I sdzc, e nie moe by do wspaniaomylna, dodaa po chwili, zaczerwieniwszy si po uszy i spuszczajc oczy:
- Bo jednak profesor Waskowski ma suszno w tym, co pisze o... nauce.
Poaniecki mia w tej chwili ochot klkn i ucaowa jej nogi. Jej wdzik i dobro nie tylko rozbrajay go, ale i naprawd podbijay zupenie.
- em zgin, tom zgin! - zawoa, jakby koczc jak niewypowiedzian sowami myl. - Pani zawojuje mnie zupenie.
A ona pocza trz wesoo gwk.
- Oj, nie wiem! Taki tchrz ze mnie.
- Tchrz z pani? Powiem pani jedn anegdot: w Belgii znaem dwie panny Wauters, ktre miay faworyta kota. Poczciwe stworzenie, zdawaoby si, e go mona do rany przyoy. Potem jedna z nich dostaa w podarku oswojonego zajca. C pani powie! Kot si go tak ba, e ze strachu skaka na wszystkie szafy i piece. Raz poszy panny Wauters na spacer i nagle przypomniay sobie, e kot zosta z zajcem: A czy "Mato" nie zrobi jakiej krzywdy zajcowi? - "Matou"? on si go przecie tak boi, e ze skry wyazi!" I poszy spokojnie. W godzin potem wracaj i niech pani zgadnie, co si stao. Oto zastay tylko uszy z zajca. To zupenie stosunek pa do nas. Niby si boicie, a potem zostaj z nas tylko uszy!
I Poaniecki pocz si mia, a Marynia z nim; po chwili za doda:
- Wiem, e i ze mnie zostan tylko uszy.
Mwi zreszt nieprawd, bo mia poczucie, e bdzie inaczej. Marynia te pomylawszy odrzeka:
- Nie. Ja nie mam takiego charakteru.
- To i lepiej - odpowiedzia Poaniecki - bo powiem pani szczerze, jaki wniosek wyprowadzam z moich yciowych obserwacji: oto wikszy egoizm bierze zawsze gr nad mniejszym.
- Albo te wiksza mio poddaje si mniejszej - odpowiedziaa Marynia.
- To na jedno wyjdzie. Co do mnie, wyznaj, e jakiego Heroda miabym ochot ot tak w rku trzyma (tu Poaniecki otworzy palce, a potem cisn je w pi), ale z takim gobiem, jak pani - to rzecz cakiem inna. Z pani, myl, trzeba bdzie wojowa o to, eby pani nie zanadto wyrzekaa si siebie, a nie za duo oddawaa. Taka ju pani natura, i ja wiem, kogo bior. Zreszt wszyscy to mwi, i nawet taki Maszko, ktry nie jest adnym Salomonem, powiedzia mi tak: "Ona z tob moe by nieszczliwa, ty z ni - nigdy." I mia suszno: Oto ciekawym, jaki bdzie Maszko dla swojej ony. To twarda rka.
- A bardzo zakochany?
- Nie tak, jak by przed pewnym czasem, gdy go troch kokietowano.
- Bo nie by taki niegodziwy jak pewien "pan Stach".
- To bdzie dziwne maestwo. Ona nie jest brzydka, cho jest blada i ma zawsze czerwone oczy. Ale Maszko eni si dla majtku. Przypuszcza, e ona go nie kocha, i gdy bya ta awantura z Gtowskim - to take rycerz! - by pewien, e te panie skorzystaj ze sposobnoci, by zerwa. Tymczasem stao si wprost przeciwnie - i niech pani sobie wyobrazi, e Maszko jest teraz znw niespokojny, e wszystko idzie tak jak po male... Wydaje mu si to podejrzane. To s jakie dziwne rzeczy. Istnieje jakoby i pan Krasawski... Bg wie co!... Wszystko to razem jest gupie. Tam nie bdzie szczcia, przynajmniej takiego, jak ja sobie wyobraam.
- A jak pan sobie je wyobraa? - spytaa Marynia.
- Ja myl, e szczcie jest w tym, eby wzi kobiet pewn - tak jak pani - i jasno widzie przyszo.
- A ja myl, e w tym, eby by kochan, ale to jeszcze nie do.
- C jeszcze?
- eby by tego wart i eby...
Tu panna Marynia nie umiaa przez jaki czas znale sw, w kocu jednak rzeka:
- I eby wierzy w ma... i eby z nim razem pracowa.
Rozdzia dwudziesty smy
Poaniecki nie myli si. Maszce szo wszystko tak pomylnie, pani i panna Krasawska zapowiaday si tak wzorowo, e by coraz niespokojniejszy. Chwilami sam si mia z tego, a poniewa przed Poanieckim nie mia od pewnego czasu nic skrytego, wic ktrego dnia rzek mu z caym cynizmem
- Mj drogi - to s po prostu anioy, a mnie wosy na gowie powstaj, bo w tym co jest.
- Podzikuj lepiej Panu Bogu!
- Kiedy s za idealne, bez adnej wady, nawet bez prnci. Wczoraj na przykad daem im do zrozumienia, e jestem adwokatem tylko dlatego, i moim zdaniem synowie lepszych rodzicw powinni si teraz do czego bra i czym by. Zgadnij, co mi odpowiedziay? Oto, e to jest takie dobre stanowisko jak i kade inne, e dla nich byle praca, kada dobra i e tylko liche i prne natury mog si pracy wstydzi. Wystrzelay tyle adunkw nabitych komunaami, e miaem im ochot odpowiedzie jak sentencj ze wzorw kaligraficznych: "Honor jest jak przepacista skaa" - lub co podobnego! Poaniecki, ja ci powiadam, e w tym co tkwi. Mylaem, e papa, ale nie papa. Mam ju o nim wiadomo: mieszka w Bordeaux, nazywa si tam Mr de Langlais - i ma swoje ognisko rodzinne, nie tyle legalne, ile licznie otoczone, ktre utrzymuje za pensj otrzymywan od pani Krasawskiej.
- Co ci to szkodzi?
- Nic a nic.
- Jeli tak, to s nieszczliwe kobiety - i caa rzecz.
- Tak, ale czy dochody ich odpowiadaj nieszczciom? Pamitaj, e ja mam ciary. Przy tym, widzisz, jeli to s takie kobiety, jak si wydaj, a w dodatku bogate, to gotwem si naprawd zakocha, i to bdzie gupio; jeli si pokae, e nie maj nic albo mao, to gotwem si take zakocha, i to bdzie jeszcze gupiej. Ona ma dla mnie urok.
- Nie. To bdzie jedyna rzecz mdra, w kadym razie. Ale ty jednak myl o sobie, Maszko, a troch o mnie i o Pawickich. Wiesz, e ja nie mam zwyczaju w tych rzeczach folgowa, a terminy si zbliaj.
- Jeszcze pal w kotle - kredytem. Wy zreszt siedzicie na hipotece Krzemienia. Za par dni bdzie u pani Krasawskiej wieczr zarczynowy, po ktrym mam nadziej, e si czego pewnego dowiem.
Tu Maszko pocz monologowa.
- e jednak tak pozytywny czowiek jak ja wszed jak w las, to nie do pojcia. Z drugiej strony nie ma tu czowieka, midzy tymi nawet, co najlepiej wiedz, jak kto stoi, ktry by pozwoli sobie wtpi o majtku pani Krasawskiej. A jednak, one s takie szlachetne!!!...
- Twoje obawy s te prawdopodobnie ponne - przerwa z pewn niecierpliwoci Poaniecki. - Ale ty, mj kochany, nie jeste wcale pozytywny czowiek, bo zawsze udawa i jeszcze co udajesz, zamiast patrze tego, co ci dawao chleb.
W kilka dni pniej odby si rzeczywicie zarczynowy raut Maszki, na ktrym bya i Marynia, albowiem pani Krasawska, ktrej si pan Pawicki podoba i ktrego koligacje byy jej wiadome, nie unikaa z nim stosunkw tak jak z Bigielami. Maszko sprowadzi wszystkich swych znajomych o rozgonych nazwiskach, ze szkami na oczach i z rozdzielonymi na dwie poowy gowami, po wikszej czci bardzo modych i przewanie niezbyt lotnych. Byo midzy nimi piciu braci Wyw, ktrych zwano: Mizio, Kizio, Bizio, Breloczek i Tatu. Dawano im nazw piciu braci picych, gdy odczuwajc pobudki yciowe wycznie w nogach, oywiali si tylko w karnawale, a drtwieli zupenie, przynajmniej pod wzgldem umysowym, na post. Bukacki kocha ich i cieszy si nimi. By baron Kot, ktry zasyszawszy co od kogo o jakim staroytnym Kocie z Dbna dodawa zawsze, gdy go przedstawiano: "z Dbna", a ktry na wszystko, co do niego mwiono, odpowiada stale: Quelle drle d'histoire! Maszko by z nimi wszystkimi na: "ty", chocia traktowa ich z pewnym rodzajem lekcewaenia, rwnie jak i Kopowskiego, modzieca o przepysznej, idealnej gowie i tak samo przepysznych jak bezmylnych oczach. Kategori rozumniejszych przyjaci Maszki przedstawiali Poaniecki i Kresowski. Pani Krasawska zaprosia rwnie kilkanacie dam z crkami, koo ktrych krcili si z niedbaoci i flegm Wye, a ktrych panieskie serduszka biy za zblieniem si Kopowskiego, mniej zwaajc na jego duchowe podobiestwo z Hamletem, polegajce na tym, e jeli nie on, to mzg jego mgby si zmieci "w skorupie od orzecha". Kilka powanych ysin stanowio dopenienie salonu.
Panna Krasawska, ubrana biao, mimo zaczerwienionych oczu wygldaa nader powabnie. By w niej istotnie jaki kobiecy urok polegajcy na dziwnym, prawie sennym spokoju. Przypominaa nieco postacie Perugina. Chwilami oywiaa si jak alabastrowa lampka, w ktrej nagle rozbynie wiato - po chwili znw gasa, ale gasa nie bez wdziku. Tego wieczora, przybrana w lekk bia sukni, wydawaa si adniejsz ni zwykle. Poaniecki patrzc na ni myla, e moe mie do osche serce i do osch gow, ale moe by przyzwoit on, zwaszcza dla Maszki, ktry, w gruncie rzeczy, nad wszystko ceni przyzwoito wiatow. Poycie ich zapowiadao si jak chodny i blady dzie, w ktrym soce nie dopieka, ale te i burza nie grozi. Teraz oto siedzieli w kocu salonu, nie za blisko, ale te nie za daleko od reszty towarzystwa; zajmowali si sob nie wicej i nie mniej, ni wypadao; w jego obejciu si z ni wida byo tyle uczucia, ile byo trzeba, ale przede wszystkim ch, eby si wyda narzeczonym correct - ona za odpacaa mu t sam monet. Umiechali si do siebie przyjanie; on mwi wicej od niej, jako przyszy przewodnik i gowa domu, czasem patrzyli sobie w oczy, sowem, tworzyli najbardziej poprawn i najbardziej wzorow par narzeczonych, jak sobie mona byo w znaczeniu wiatowym wyobrazi. "Ja bym nie wytrzyma" - mwi sobie Poaniecki. - I nagle przypomnia sobie, e podczas gdy ona tu sobie siedzi, konwencjonalnie umiechnita, spokojna, biaa, ten w doktorzyna, ktry nie mg "duszy od niej odedrze" - prchnieje gdzie, midzy zwrotnikami, rwnie spokojnie pod ziemi, zapomniany, tak jakby nigdy nie istnia. I porwaa go zo. Odczu nie tylko pogard dla serca panny Krasawskiej, ale ten jej spokj wyda mu si czym w zym smaku, jak duchow martwot, ktra niegdy bya w modzie i na ktr wwczas, widzc w niej co demonicznego, piorunowali poeci, ale ktra z czasem spospoliciaa i staa si rwn moralnej nicoci i gupocie. "To przede wszystkim jest g, a w dodatku g bez serca" - pomyla Poaniecki. I w tej chwili niepokj Maszki z powodu szlachetnego zachowywania si tych pa sta mu si zrozumiaym do tego stopnia, e Maszko urs w jego opinii jako czowiek przenikliwy i sprytny.
Potem pocz porwnywa wasn narzeczon z pann Krasawsk i z wielkim wewntrznym zadowoleniem powiedzia sobie: "Maryka to zgoa inny gatunek." Czu, e wypoczywa duchowo, patrzc na ni. O ile tamta bya jakby sztuczn rolin wyhodowan nie w szerokich zdrowych powiewach, ale pod szkem, o tyle od tej bio ycie i ciepo, a pomimo tego porwnanie wypadao na korzy Maryni nawet pod wzgldem wiatowym: Poaniecki nie lekceway zupenie tak zwanej "dystynkcji", rozumiejc, e jeli nie zawsze, to czsto odpowiada ona pewnemu duchowemu wykoczeniu, zwaszcza u kobiet. Ow patrzc teraz to na jedn, to na drug, doszed do przekonania, e owo wykoczenie, ktre u panny Krasawskiej jest czym nabytym i krpujcym, u Maryni czym wrodzonym. W tamtej byo to narzucon zewntrznie sukni, w tej dusz i jakby naturaln cech gatunku, uszlachetnionego przez dugie wieki kultury. Biorc z pogldw Bukackiego tyle, ile mu byo potrzeba, to jest, ile w nich byo trafnego, Poaniecki przypomnia sobie, co tene nieraz powtarza, e kobiety, bez wzgldu na pochodzenie, dziel si na patrycjuszki, majce kultur, zasady i duchowe potrzeby wprowadzone w krew, i na parweniuszki, ktre ubieraj si w nie, jak w mantylki, tylko do goci. Obecnie spogldajc na szlachetny profil Maryni, Poaniecki myla z chepliwoci maomieszczanina, enicego si z ksiniczk, e bierze patrycjuszk w caym znaczeniu tego wyrazu.
I do tego patrycjuszk bardzo adn. Nieraz kobietom potrzeba tylko troch pola i troch szczcia, by zakwitn. Marynia, ktra Poanieckiemu, w chwili gdy wrci z pogrzebu Litki, wydaa si prawie brzydk, teraz dziwia go czasami swoj urod. Panna Krasawska wygldaa przy niej jak spowiaa suknia przy nowej, i gdyby fortuna panny Pawickiej bya na wysokoci jej urody, uchodziaby niewtpliwie za pikno. I tak Wye, nakadajc binokle na swoje koskie nosy, spogldali na ni z pewnym podziwem, za baron Kot z Dbna owiadczy poufnie, i prawdziwe szczcie, e ju narzeczon, bo gdyby tak nie byo, to kto wie, czyby nie "wdepn".
Poaniecki te mg zauway tego wieczora jeden rys swego charakteru, ktrego si nie domyla. Oto by zazdrosny. Poniewa by jednoczenie przekonany, e Marynia jest kobiet zupenie pewn, ktrej mona lepo zaufa, przeto zazdro ta bya prost niekonsekwencj. W swoim czasie zazdrosny by o Maszk, i to rozumiao si samo przez si; ale teraz sam nie umia sobie zda sprawy, dlaczego na przykad taki Kopowski, ze swoj gow archanioa a ptasim mzgiem, moe go drani dlatego tylko, e siedzi koo Maryni i zadaje jej zapewne mniej lub wicej niedorzeczne pytania, na ktre ona mniej lub wicej uprzejmie odpowiada. Pocztkowo pocz sam sobie robi wyrzuty: "Trudno jednak wymaga od niej, eby mu pokazaa jzyk!" Pniej wszelako osdzi, e Marynia zanadto czsto zwraca si ku Kopowskiemu, e patrzy na niego zbyt ciekawie i odpowiada mu zbyt uprzejmie. Przy kolacji, siedzc koo niej, by zy i milczcy, a gdy go spytaa o powd, odpowiedzia najniedorzeczniej
- Nie chc psu wraenia, jakie sprawi pan Kopowski.
A jej podobao si to, e by o ni zazdrosny, wic cisnwszy kciki ust dla stumienia umiechu i spogldajc na niego uwanie, rzeka:
- Czy pan take sdzi, e w panu Kopowskim jest co nadzwyczajnego?
- Owszem, owszem! On nawet jak idzie ulic, to zdaje si, e niesie gow na wiee powietrze z obawy, eby mu jej mle nie zjady.
Kciki ust Maryni wytrzymay prb, ale oczy miay si widocznie; wreszcie nie mogc wytrzyma rzeka cicho:
- Szkaradny zazdronik.
- Ja? Bynajmniej!
- No, to powiem panu wyjtek z naszej rozmowy. Pan wie, e wczoraj by na estradzie w czasie koncertu wypadek katalepsji. Dzi mwiono o tym koo nas, wic tak, midzy innymi, spytaam pana Kopowskiego: czy widzia kataleptyka? Wie pan, co mi odpowiedzia? e kady moe mie inne przekonania. A co? czy nie nadzwyczajny czowiek?
Poaniecki udobrucha si i pocz si mia.
- Ale ja pani powiadam, e on wprost nie rozumie, co si do niego mwi, i odpowiada byle co.
I reszt wieczoru spdzili ju przy sobie, w dobrej zgodzie. W chwili rozstania, gdy Pawiccy, majc tylko podwjn karetk, nie mogli zabra Poanieckiego, Marynia pochylia si ku niemu i spytaa:
- Czy brzydki grymanik przyjdzie jutro na obiad?
- Przyjdzie, bo kocha - odpowiedzia Poaniecki otulajc jej nogi futrem.
Ona za odszepna mu do ucha jakby wielk nowin:
- I ja take.
A jakkolwiek on, w chwili gdy to mwi, by zupenie szczery, ona jednak mwia wiksz prawd.
Maszko odprowadza Poanieckiego do domu. Po drodze rozmawiali o dzisiejszym wieczorze. Maszko opowiada, e przed przybyciem goci prbowa mwi z pani Krasawsk o interesach, ale mu si nie powiodo.
- Bya chwila - rzek - e chciaem postawi kwesti jasno, ubrawszy j oczywicie w moliwie delikatne formy. Ale baem si. Ostatecznie, dlaczego ja wtpi o posagu mojej narzeczonej? Tylko dlatego, e te panie obchodz si ze mn przyzwoiciej, niem si spodziewa. Jako humor, to jest bardzo dobre, ale boj si za daleko posuwa, bo nu moje obawy oka si ponne, nu one maj rzeczywicie pienidze - i oburz si, gdy moja ciekawo okae si zbyt interesown. Trzeba si i z tym liczy, bo mog si rozbi u portu.
- Wic dobrze - odpowiedzia Poaniecki - dajmy na to, i to zreszt jest prawdopodobne, e maj; ale gdyby si pokazao, e nie - co zrobisz wwczas? Czy masz gotowy plan? Zerwiesz z pann Krasawsk, czy si z ni oenisz?
- Nie zerw w adnym razie, bo nic na tym nie zyskam. Jeli moje maestwo nie przyjdzie do skutku, zbankrutuj i tak. Ale powiem wwczas jasno, jakie jest moje pooenie finansowe, i przypuszczam, e panna Krasawska ze mn zerwie.
- Jeli za nie?
- Zakocham si w niej i zaczn ukada si z wierzycielami. Przestan, jak mwisz, "udawa" - i bd si stara zarobi na chleb dla nas obojga. Jestem niezym adwokatem. O tym wiesz.
- To jest do przyzwoite - odpowiedzia Poaniecki - ale mnie to nie uspokaja co do Pawickich i co do mnie.
- Wy jestecie w lepszym pooeniu od innych, bo siedzicie na Krzemieniu. W danym razie ty wemiesz wszystko w swoje twarde apy i co tam wyciniesz. Gorzej z tymi, ktrzy mi wierzyli na sowo, i powiem ci w oczy, e mi wicej o nich chodzi. Miaem, a nawet mam, ogromne zaufane... To dzi moja bolczka. Ale jeli mi dadz czas, to jako wyatam... Gdybym za mia troch szczcia w domu, a w nim spryn do roboty...
Tu doszli do mieszkania Poanieckiego, wic Maszko nie dokoczy myli. W chwili jednak, gdy si mieli poegna, rzek nagle:
- Suchaj. Ty mnie masz troch za szuj, a ja mniej ni jestem, ni mylisz. Udawaem - jak powiadasz - prawda! musiaem si wykrca jak piskorz i w tych wykrtach schodziem czasem z bitej drogi... Alem si zmczy, i powiem ci otwarcie, e chce mi si troch szczcia, bom go nie mia. Dlatego chciaem si eni z twoj dzisiejsz narzeczon, cho jest niemajtna. A co do panny Krasawskiej, czy ty wiesz, e s czasem chwile, w ktrych wolabym, eby si okazao, e nic nie ma, ale eby w zamian nie opucia mnie, gdy si dowie, e i ja nic nie mam. To ci szczerze mwi... A teraz: dobranoc!
"No! - mwi sobie Poaniecki - to co w Maszce nowego."
I wszed do bramy. Stanwszy u drzwi usysza ze zdziwieniem w swoim mieszkaniu fortepian. Sucy powiedzia, e to Bigiel czeka na niego od dwch godzin.
Poaniecki zaniepokoi si, ale pomyla, e gdyby powodem bytnoci Bigiela byo co niepomylnego, to by nie wygrywa na fortepianie. Jako okazao si, e Bigielowi potrzeba byo pilno tylko podpisu Poanieckiego do sprawy, ktra musiaa by zaatwiona nazajutrz rano.
- Moge mi zostawi papiery i i spa - rzek Poaniecki.
- Ja te wyspaem si u ciebie na sofie, a potem siadem do fortepianu. Niegdy graem tak dobrze jak i na wiolonczeli, ale teraz ju palce cikie. Twoja Marynia podobno gra: to taka mia rzecz w domu!
A Poaniecki pocz si mia swoim szczerym, yczliwym miechem.
- Moja Marynia? Moja Marynia posiada talent ewangeliczny: "nie wie lewica, co robi prawica". Biedactwo kochane! Nie ma te adnej pretensji i grywa tylko wwczas, kiedy j o to prosz.
Na to rzek Bigiel:
- Niby si to wymiewasz, ale tak si wymiewaj tylko zakochani.
- Bo te jestem zakochany najzupeniej. Przynajmniej teraz tak mi si wydaje, a w ogle musz powiedzie, e mi si to wydaje coraz czciej. Chcesz, Bigiel, herbaty?
- Dobrze. Wracasz od pani Krasawskiej?
- Tak.
- C Maszko? Dobija do brzegu.
- Przed chwil si z nim rozstaem. Odprowadza mnie do bramy. Jednake on mwi czasem takie rzeczy, ktrych by si po nim nikt nie spodziewa.
I Poaniecki rad, e ma z kim pogawdzi, i czujc potrzeb poufnej rozmowy pocz opowiada, co sysza od Maszki i jak dalece zdziwi si znalazszy romantyka pod skr czowieka tego rodzaju.
- Maszko nie jest szuj - rzek Bigiel. - On jest tylko na drodze do rozmaitych zbocze, a powodem tego jest jego prno i cze dla pozorw. Ale z drugiej strony, ta cze dla pozorw chroni go od ostatecznego upadku. Co za do romantyka, ktrego w nim odkrye...
Tu Bigiel obci koniec cygara, zapali je z wielk uwag, marszczc przy tym brwi, i siadszy wygodnie, mwi dalej:
- Bukacki powiedziaby na ten temat z dziesi ironicznych paradoksw o naszym spoeczestwie... To mi utkwio w gowie, co mi mwi, jak on napada na nas za to, e tu si zawsze co albo kogo kocha. Jemu si zdaje, e to gupie i do niczego, a ja w tym widz wielki przymiot. Trzeba czym na wiecie sta, a co my mamy? Pienidzy nie mamy, rozumu o tyle o ile, daru orientowania si w pooeniu niewiele, gospodarnoci - mao; my naprawd mamy to jeszcze, e tu si prawie mimo woli, przez jaki oglny nastrj, co albo kogo kocha, a jeli si nawet nie kocha, to si czuje tego potrzeb. Ty wiesz, e ja jestem rozsdny czowiek i kupiec, wic mwi trzewo. Ja si nad tym zastanawiaem z powodu Bukackiego... Taki Maszko, na przykad, gdzie indziej byby szelm spod ciemnej gwiazdy. I takich znam wielu. Tu jednak nawet pod szuj moesz si doskroba czowieka - i to jest prosta rzecz! Bo ostatecznie, pki si w brzuchu ma jeszcze jak iskr, pty si nie jest zupenym bydlciem - a tu si j ma, wanie dlatego, e si co kocha.
- Przypominasz mi Waskowskiego. To, co mwisz, to niedalekie od jego pogldw na misj najmodszych z Ariw.
- Co mi tam Waskowski! Mwi to, co myl. Wiem jedno: odejmij nam to - a rozlecimy si jak beczka bez obrczy.
- Wic suchaj, co ci powiem. Jest to rzecz we mnie do dawno rozstrzygnita. Kocha lub nie kocha kogo - to kwestia osobista, ale rozumiem, e co trzeba w yciu kocha. I ja take zastanawiaem si nad tym. Po mierci tego oto dziecka czuem, e pewne strony we mnie licho wzito - czasem czuj to jeszcze. Dzi nie, ale miewam chwile - jak by ci powiedzie: odpywu, wyczerpania, zwtpie - i jeli si pomimo tego eni, to dlatego, i rozumiem, e trzeba da yciowy i silny podkad pod oglniejsz mio...
- Dlatego i nie dlatego - odpowiedzia nieubagany w swym rozsdku Bigiel - bo ty si enisz wcale nie z powodw czysto rozumowych. Bierzesz adn i poczciw dziewczyn, do ktrej ci cignie, i nie wmawiaj w siebie, e jest inaczej, bo i ty zaczniesz udawa... To, mj kochany, te wtpliwoci przed oenieniem si ma kady. Ja, jak mnie widzisz - nie aden filozof, a dziesi razy na dzie pytaem siebie przed lubem: czy ja do kocham moj przysz? czy tak jak potrzeba? czy nie za mao dusz, a nie za wiele zmysami? Bg wie co! Potem oeniem si, wziem dobr kobiet, i jest nam dobrze. Wam rwnie bdzie dobrze, bylecie po prostu rzeczy brali, bo to cige zachodzenie w gow i rozpatrywanie jakich tajnikw serca - to dalibg gupstwo.
- Moe i gupstwo - odpowiedzia Poaniecki. - Ja te nie mam zamiowania do leenia do gry brzuchem i analizowania si od rana do wieczora, ale nie mog nie widzie faktw.
- Jakich faktw?
- Takich, jak na przykad, e moje uczucie nie jest tym, czym byo na pocztku. Myl, e tym bdzie, przyznaj, e do tego idzie. eni si mimo tych spostrzee, tak jakby one nie istniay, ale je robi.
- To wolno.
- I widzisz, co jeszcze prcz tego myl: e trzeba jednak, by okna domu wychodziy na soce, inaczej bdzie w mieszkaniu zimno.
- To dobrze powiedzia - odrzek Bigiel.
Rozdzia dwudziesty dziewity
Tymczasem zima pocza si przeamywa, nadchodzi koniec postu, a tym samym zblia si termin lubu tak Poanieckiego, jak Maszki. Bukacki, zaproszony na drub, odpisa mu midzy innymi, co nastpuje: "Wytrca wszechsi twrcz ze stanu oglnego, to jest ze stanu doskonaego spoczynku, i zmusza j za pomoc zawieranych na ziemi maestw do wcielania si w mniej wicej wrzaskliwe szczegy, wymagajce koysek i zabawiajce si trzymaniem wielkiego palca od nogi w ustach, jest zbrodni. Przyjad jednak, poniewa piece s u was lepsze ni tu." Jako na tydzie przed witami przyjecha i przywiz w darze Poanieckiemu misternie ozdobn pergaminow kart, w rodzaju klepsydry pogrzebowej, na ktrej by napis: "Stanisaw Poaniecki, po dugim i cikim kawalerstwie etc."
Poaniecki, ktremu karta si podobaa, ponis j nazajutrz koo poudnia Maryni. Zapomnia jednak, e to niedziela, i uoywszy sobie z gry mie spdzenie czasu do obiadu, dozna jakby rozczarowania, zastawszy Maryni w kapeluszu.
- Pani wychodzi? - spyta.
- Tak. Do kocioa. Dzi niedziela.
- A, niedziela!... Prawda! A ja mylaem, e sobie posiedzimy razem. Tak by byo przyjemnie...
A ona podniosa na niego swoje pogodne niebieskie oczy i rzeka z prostot:
- A suba boa?
Poaniecki na razie przyj te sowa tak, jakby by przyj kade inne, nie przewidujc, e w duchowym procesie, jaki mu pniej przyszo przechodzi, odegraj one, wanie z powodu swej prostoty, pewn rol. Tymczasem odrzek, jakby powtarzajc je mechanicznie:
- Mwi pani: "suba boa". Owszem! Ja mam czas, pjdziemy razem.
Marynia przyja to owiadczenie z wielkim zadowoleniem. Po drodze rzeka:
- Ja, to im jestem szczliwsza, tym bardziej Pana Boga kocham.
- To take znak dobrej natury; inni tylko myl o Bogu, jak bieda.
I w kociele przyszo mu znw na myl to, o czym myla w czasie pierwszej swej bytnoci w Krzemieniu, gdy razem ze starym Pawickim byli na naboestwie w Wtorach: "Wszystkie filozofie i systemy licho bierze, jeden po drugim, a msza po staremu si odprawia." Zdawao mu si, e jednak jest w tym co niepojtego. On, ktry z powodu Litki zetkn si ze mierci w sposb tak bolesny, wraca ustawicznie do tych ciemnych zagadnie, ilekro zdarzyo mu si by czy na cmentarzu, czy w kociele na mszy, czy w jakichkolwiek okolicznociach, w ktrych odbywao si co nie majcego zwizku z biecymi realnymi potrzebami ycia, ale obliczonego na pozagrobow przyszo. Uderzyo go, jak jednak w yciu wiele si robi dla tej przyszoci i jak; mimo wszelkich filozofowa, zwtpie, yje si tak, jakby ona bya zupenie niewtpliw, ile si dla niej powica z osobistych maych egoizmw, ile si spenia filantropijnych czynw, jak si wznosi ochrony, szpitale, przytuki, kocioy, a wszystko na ten rachunek patny dopiero poza grobem.
Jeszcze bardziej uderzaa go myl, e naprawd, eby si pogodzi z yciem, trzeba naprzd pogodzi si ze mierci, a bez wiary w co zagrobowego jest to wprost niemoliwe. Natomiast, gdy si j ma, kwestia upada, jakby jej nie byo. "Niech diabli wezm aob - wmy sobole!" Bo jeli tak, to czego mona chcie wicej? Ma si przed sob tylko widok jakiego nowego istnienia, w najgorszym razie ogromnie ciekawego - i ta pewno rwna si spokojowi i ciszy. Przykad tego mia teraz Poaniecki w Maryni. Z powodu nieco krtkiego wzroku trzymaa gow schylon nad ksik, ale gdy chwilami podnosia j, Poaniecki widzia twarz tak pogodn, tak pen rolinnego niemal spokoju i tak ukojon, e po prostu anielsk. "To jest szczliwa kobieta i bdzie zawsze szczliwa! - mwi sobie. - I w dodatku ma rozum, bo gdyby po stronie przeciwnej bya przynajmniej pewno - byaby zarazem i ta pociecha, jak daje prawda - ale mordowa si dla rozmaitych znakw zapytania - to czyste gupstwo."
Po drodze do domu Poaniecki mylc cigle o tym wyrazie Maryni rzek:
- W kociele wygldaa pani jak jaki profil Fra Angelica. Miaa pani twarz istoty zupenie szczliwej.
- Bo te ja teraz jestem szczliwa. A wie pan dlaczego? Oto dlatego, e jestem lepsza, ni byam. Miaam wwczas w sercu uraz i niech, nie miaam przed sob adnej nadziei i wszystko to razem zoyo si na tak gorycz, e strach! Powiadaj, e nieszczcie uszlachetnia wybrane dusze, ale ja nie jestem wybran dusz. Zreszt, moe nieszczcie uszlachetnia, ale gorycz, ale uraza, ale niech - psuje... To jak trucizna.
- Bardzo mnie pani wwczas nienawidzia?
Marynia spojrzaa na niego i odrzeka:
- Tak nienawidziam, e po caych dniach mylaam tylko o panu.
- Maszko ma spryt - odpowiedzia Poaniecki - on niegdy okreli mi to tak: "Wolaa ciebie nienawidzi ni mnie kocha."
- Oj, e wolaam, to wolaam!
Tak rozmawiajc doszli do domu. Poaniecki mia wtedy czas rozwin swoj pergaminow klepsydr i pokaza j Maryni. Ale jej koncept ten si nie podoba. Braa ona maestwo nie tylko od strony serca, ale i od strony religii. "Z takich rzeczy si nie artuje" - rzeka - i po chwili przyznaa si Poanieckiemu, e czuje uraz do Bukackiego.
Po obiedzie nadszed Bukacki. Przez te kilka miesicy pobytu we Woszech sta si jeszcze cieszym, co byo dowodem przeciw skutecznoci Chianti na katar odka. Nos jego przypomina subtelnoci ostrze noa, a humorystyczna, ironicznie umiechnita twarzyczka uczynia si jakby porcelanow i nie wiksz od pici dorosego mczyzny. By on krewnym i Poanieckiego, i Maryni, i dlatego mwi przy nich, co mu si podobao. Od progu niemal owiadczy im, e wobec coraz czstszych obecnie na wiecie zbocze umysowych, moe tylko ubolewa, ale nie dziwi si, i si zarczyli. Przyjecha wprawdzie w nadziei, e potrafi ich jeszcze uratowa, ale widzi teraz, e si spni i e nie pozostaje mu nic innego, tylko rezygnacja. Marynia, syszc to, pocza si oburza, ale Poaniecki, ktry go lubi, rzek:
- Zachowaj koncepta na mow weseln, ktr musisz powiedzie, a teraz powiedz nam tylko: jak si ma nasze profesorzysko?
Na to Bukacki odpowiedzia powanie:
- Dosta pomieszania zmysw.
- Niech pan nie artuje w ten sposb - rzeka Marynia.
A Poaniecki doda:
- I tak marnie.
Lecz Bukacki cign z rwn powag:
- Profesor Waskowski ma pomieszanie zmysw, a oto s moje dowody: po pierwsze, chodzi po Rzymie bez kapelusza, a raczej chodzi, bo obecnie jest w Perugii; po wtre, napad na mod i przystojn Angielk dowodzc jej, e Anglicy s tylko w prywatnym yciu chrzecijanami, ale e stosunek Anglii do Irlandii nie jest chrzecijaski; po trzecie, drukuje broszur, e misja oywienia i odrodzenia dziejw duchem chrzecijaskim powierzona zostaa najmodszym z Ariw. Pozwlcie, e to s dowody.
- Wiedzielimy to przed wyjazdem profesora, i jeli nic wicej mu nie grozi, to mam nadziej, e zobaczymy go w dobrym zdrowiu.
- On nie myli o powrocie.
Lecz Poaniecki wydoby notes, napisa kilka sw owkiem i podawszy Maryni rzek:
- Niech pani przeczyta i powie, czy dobrze?
- Skoro przy mnie pisz, usuwam si - rzek Bukacki.
- Nie, nie! to nie sekret!
A Marynia zaczerwienia si jak winia z radoci i jakby nie chcc oczom wierzy, pocza pyta:
- Czy to naprawd? Nie?...
- To zaley od pani.
- Ach, panie Stachu!... Anim o tym marzya. Musz powiedzie papie, musz!
I wybiega z pokoju.
- Gdybym by poet, to bym si powiesi - rzek Bukacki.
- Dlaczego?
- Bo jeli par sw, skrelonych rk wsplnika Domu Bigiel i Spka, moe zrobi wicej wraenia ni najpikniejszy sonet, to lepiej jest by chopcem mynarskim ni poet.
Ale Marynia w uniesieniu radoci zapomniaa ksieczki notatkowej, wic Poaniecki pokaza j Bukackiemu, mwic:
- Czytaj.
Bukacki przeczyta:
"Po lubie Wenecja, Florencja, Rzym, Neapol - czy dobrze?"
- Wic to podr do Woch?
- Tak. Wyobra sobie, e to biedactwo nie byo nigdy w yciu za granic, a Wochy wydaway si jej zawsze zaczarowanym krajem, o ktrego widzeniu ani marzya. To wielka rado dla niej - a u licha, c dziwnego, e ja troch myl o jej przyjemnociach!
- Mio i Wochy! O Boe, ile ty ju razy na to patrza! Wszystko to stare jak wiat.
- Nieprawda! Zakochaj si, a obaczysz, e znajdziesz w tym co nowego.
- Mj kochany, nie o to idzie, e ja si jeszcze nie kocham, tylko o to, e si ju nie kocham. Dawno wygrzebaem z piasku tego Sfinksa i nie jest ju on dla mnie zagadk.
- Bukacki, oe si.
- Nie mog. Mam za saby wzrok i za saby odek.
- C to za przeszkoda?
- Bo widzisz, kobieta jest jak papierowa karta. Anio pisze z jednej strony, diabe z drugiej, papier przebija, sowa si mieszaj, i robi si bigosik, ktrego ja nie mgbym ani przeczyta, ani strawi.
- e te ty moesz cae ycie y konceptami!
- Tak samo umr jak i ty, ktry si enisz. Nam si zdaje, e my mylimy o mierci: ona o nas lepiej myli.
-Tymczasem Marynia wrcia z ojcem, ktry uciska Poanieckiego i rzek:
- Mwia mi Marynia, e chcecie jecha do Woch po lubie.
- Jeli moja przysza pani si zgodzi.
- Przysza pani nie tylko si zgadza - odpowiedziaa Marynia - ale stracia gow z radoci i ma ochot skaka po pokoju, jakby miaa dziesi lat.
Na to pan Pawicki rzek:
- Jeli krzyyk samotnego starca moe si wam przyda w dalek podr, to was egnam.
I wznis oczy i rce ku grze, ku niewymownej radoci Bukackiego, lecz Marynia cigna w d wzniesion rk pana Pawickiego i pocaowawszy j rzeka miejc si:
- Papusiu, bdzie czas, to my si dopiero tam kiedy po lubie wybieramy.
- I waciwie mwic - doda Bukacki - to kupuje si bilety, oddaje si na wag rzeczy i jedzie si - nic wicej.
Na to pan Pawicki zwrci si do modego cynika i odpowiedzia z pewnym namaszczeniem:
- Czy juecie do tego doszli, e bogosawiestwo samotnego starca i ojca uwaacie za zbyteczne?
Lecz Bukacki, zamiast odpowiedzi, obj wp pana Pawickiego, pocaowa go w okolic kamizelki i rzek:
- A czyby "samotny starzec" nie zagra w pikiet, eby tym dwom szalonym gowom da si wygada?
- Ale z rubikonem? - odpowiedzia pan Pawicki.
- Ze wszystkim, czego pan chce.
To powiedziawszy zwrci si do modej pary:
- Najmijcie mnie za przewodnika po Woszech.
- Ani myl - odpowiedzia Poaniecki. - Byem tylko w Belgii i we Francji, Woch nie znam, ale chc widzie to, co nas bdzie interesowao, nie to, co ciebie. Widziaem takich jak ty, i wiem, e wy przez przerafinowanie dochodzicie do tego, e nie kochacie sztuki, tylko wasne znawstwo.
Tu Poaniecki mwi dalej do Maryni:
- Tak, oni do tego dochodz. Trac poczucie wielkiej i prostej sztuki, a szukaj czego, co moe zaj jeszcze ich przesyt - i dowie znawstwa. Nie widz drzewa, tylko wyszukuj skw. Nie obchodz ich najwiksi, ktrych my pojedziemy oglda, tylko jacy najmniejsi, o ktrych nikt nie sysza; wydobywaj jakie nazwiska spod ciemnej gwiazdy; zajmuj si t lub ow manier, wmawiaj w siebie i w drugich, e rzeczy gorsze; bardziej niedone, s ciekawsze od lepszych i doskonalszych. My za jego przewodem moglibymy nie zobaczy caych kociow, a widzielibymy rozmaite rzeczy, ktre przez lup trzeba oglda. Mwi pani, e wszystko to przesyt, naduycie i przerafinowanie - a my sobie proci ludzie.
Marynia patrzya na niego z dum, jakby chciaa powiedzie: "O to, to si nazywa mwi!" Duma za jej wzrosa jeszcze, gdy Bukacki rzek:
- Masz wszelk suszno.
Lecz oburzya si, gdy po chwili doda:
- A po wtre, gdyby jej nie mia, przed tym oto trybunaem nie wygrabym sprawy.
- Przepraszam, ja wcale nie jestem zalepiona.
- A ja wcale nie jestem znawc sztuki.
- Owszem, pan jest.
- Jeli jestem, tedy owiadczam, e znawstwo obejmuje tylko wicej szczegw, wcale za nie przeszkadza kochaniu wielkiej sztuki, a niech pani wierzy nie Poanieckiemu, ale mnie.
- Nie! Wol wierzy panu Poanieckiemu.
- Co byo do przewidzenia - odpowiedzia Bukacki.
Marynia pocza spoglda to na jednego, to na drugiego z troch zakopotan min, ale tymczasem pan Pawicki nadszed z kartami. Narzeczeni chodzili pod rk po pokojach, Bukacki za wkrtce pocz si nudzi i nudzi si coraz bardziej. W kocu wieczora humor, ktry go oywia, zgas, maa twarzyczka staa si jeszcze mniejsza, nos jeszcze ostrzejszym i wyglda jak zwidy li. Wieczorem, gdy wyszli razem z Poanieckim, ten spyta:
- Co ci zbrako animuszu?
- Bo ja jestem jak maszyna - odrzek Bukacki - pki mam w sobie paliwo, pty jad, ale jak wieczorem ranny zapas si wyczerpie, to staj.
A Poaniecki spojrza na niego uwanie:
- Czyme ty w sobie palisz?
- S rozmaite rodzaje wgla. Chod do mnie, dam ci filiank dobrej kawy; to nas oywi.
Suchaj, to jest delikatna rzecz, ale mnie kto mwi, ze ty si od dawna morfinizujesz.
- Od bardzo niedawna - odrzek Bukacki. - eby ty wiedzia, jakie to horyzonty otwiera.
- I zabija. Bje ty si Boga!
- I zabija. Powiedz mi tak szczerze, czy tobie kiedy przyszo do gowy, e mona mie po prostu nostalgi mierci?
- Nie - rzek Poaniecki - ja rozumiem rzecz przeciwn.
Na chwil umilkli.
- Ale ja ci nie dam ani morfiny, ani opium - rzek wreszcie Bukacki - tylko dobrej kawy i butelk uczciwego Bordeaux. Bdzie to niewinna orgia.
Po niejakim czasie doszli do mieszkania Bukackiego. Byo to mieszkanie prawdziwie zamonego czowieka, trcce nieco pustk, ale pene drobiazgw majcych zwizek ze sztuk, obrazw i rycin. Lampy paliy si w kilku pokojach, bo Bukacki nie znosi ciemnoci nawet podczas snu.
Bordeaux znalazo si w pogotowiu, a pod maszynk od kawy zapon po chwili bkitny pomyk. Bukacki wycign si na sofie i rzek nagle:
- Bo moe ty jednej rzeczy nie przypuszczasz, e jak mnie widzisz takiego filigranowego, jak jestem, ja nic a nic nie boj si mierci.
- To jedno czasem przypuszczaem - odpowiedzia Poaniecki - e ty dowcipkujesz i dowcipkujesz; udzisz sam siebie i drugich, a w gruncie rzeczy w tobie tego nie ma - i e to wszystko jest sztuczne.
- Gupota ludzka bawi mnie troch.
- Ale ty, jeli si masz za mdrego, jak moge sobie tak marnie ycie urzdzi?
Tu Poaniecki obejrza si na bibloty, obrazy i doda:
- Bo w caym tym otoczeniu ty jednak marnie yjesz.
- Dosy marnie.
- Ty take naleysz do tych, ktry udaj! Co za choroba w tym spoeczestwie! Pozujesz i caa rzecz!
- Czasem. Ale zreszt to si zmienia w natur.
Bukacki z wolna, pod wpywem Bordeaux, oywia si i stawa si rozmowniejszym, jakkolwiek nie powracaa mu wesoo.
- Widzisz - rzek - jednej rzeczy nie udaj. Oto wszystko, co sam mogem sobie powiedzie lub co kto moe mi powiedzie, pomylaem i powiedziaem sobie od dawna. Prowadz najgupsze i najbardziej czcze ycie, jakie mona prowadzi. Naokoo mnie jest ogromna nico, ktrej si boj i ktr zarzucam takimi oto gratami, jakie widzisz w tym pokoju, eby si mniej ba. Nie lka si mierci to co innego, bo si po mierci nie czuje ani myli. Wtedy ja bd stanowi take czstk nicoci, ale czu j yjc, uwiadamia j, zdawa sobie z niej spraw, dalibg, nie moe by nic podlejszego. Przy tym stan mego zdrowia jest zy naprawd i odejmuje mi wszelk energi. Nie mam w sobie paliwa, wic go sobie dodaj. Mniej w tym jest pozy i udawania, ni przypuszczasz. e poddawszy sobie paliwa bior ycie ze strony humorystycznej, to naladuj w tym chorego, ktry ley na tym boku, na ktrym mu lee najdogodniej. Tak mi najdogodniej, a e pozycja jest sztuczna, zgadzam si; kada inna jednak byaby dokuczliwsza. I oto przedmiot wyczerpany.
- Gdyby ty si wzi do jakiej roboty.
- Daje spokj. Naprzd, ja mnstwo rzeczy wiem, a nic nie umiem; po wtre jestem chory; po trzecie, rade paralitykowi, eby duo chodzi, kiedy on nie wada nogami. Przedmiot wyczerpany! Napij si oto wina i mwmy o tobie. To dobra panna, panna Pawicka, i dobrze robisz, e si z ni enisz. Co ja tam gadam sobie w dzie; to si nie liczy. To dobra panna i ona ciebie kocha...
Tu Bukacki, oywiony i podniecony widocznie winem, pocz popiesznie mwi:
- Bo co ja po dniu gadam, to si nie liczy. Teraz jest noc, pijemy wino, i przychodzi szczersza chwila. Chcesz jeszcze wina czy kawy? Lubi ten zapach: trzeba zawsze miesza mokk i Cejlon w rwnych czciach... Przychodzi teraz szczersza chwila! Wiesz, co ja w gruncie rzeczy myl. Nie mam dobrego pojcia, ile szczcia moe da sawa, bom jej nie posiad, a e witynia w Efezie ju spalona, wic nie ma przede mn widokw... Przypuszczam jednak, ot tak sobie, e t ilo mogaby zje mysz, i to nie tylko na czczo, ale po dobrym niadaniu w spiarni... Wiem natomiast, co jest dostatek, bo go troch mam; wiem, co s podre, bom si wczy; wiem, co swoboda, bom swobodny: wiem, co kobiety - oj, u diaba, a nadto! - i wiem, co ksiki. Prcz tego, w tym pokoju mam troch obrazw, troch rycin i troch porcelany... A teraz suchaj, co ci powiem: wszystko to nic! wszystko marno! gupstwo! prchno! w porwnaniu z jednym sercem, ktre kocha! Ot, rezultat moim spostrzee - tylkom ja doszed do tego na kocu, co dla normalnych ludzi jest pocztkiem.
Tu pocz gorczkowo miesza yeczk w kawie, a Poaniecki, ktry by bardzo ywy, zerwa si i rzek:
- A ty bestio jedna! A ce to gada przed kilku miesicami, e pyrgasz do Woch, bo tam ciebie nikt nie kocha ani ty nikogo nie kochasz. Pamitasz, moe si bdziesz wypiera?
- A cem gada dzi rano tobie i twojej narzeczonej? ecie powariowali? A teraz tobie mwi, e dobrze robisz! C ty chcesz ode mnie logiki! Gada a mwi, to dwie rzeczy rne. A teraz jestem szczerszy, bom wypi dwie butelki wina.
Lecz Poaniecki pocz chodzi po pokoju i powtarza:
- No, dalibg! to co bajecznego. Ot, jaki jest grunt rzeczy i co oni wszyscy mwi, gdy si ich przycinie.
Bukacki nala troch drc rk drug filiank kawy i mwi dalej:
- Kocha - to ju dobrze, ale jest jeszcze co lepszego - to by kochanym. Nad to ju nie ma nic! Co do mnie, oddabym te wszystkie... Ale o mnie nie warto mwi. ycie jest to licho i bez talentu napisana komedia - nawet to, co ogromnie boli, bywa czasem jak lichy melodramat; ale jeli w yciu jest co dobrego, to tylko by kochanym. Wyobra sobie, em tego nie zazna - a ty to znalaz, nie szukajc...
- Tego nie mw, bo nie wiesz, jak mi to przyszo.
- Wiem. Mwi mi Waskowski... To zreszt wszystko jedno. Rzecz w tym, eby to umia ceni.
- A czego ty chcesz? Rozumiem take, e mnie troch kochaj, wic eni si i koniec.
Na to Bukacki pooy mu rk na ramieniu.
- Nie, Poaniecki. Ja jestem gupcem wzgldem siebie samego, ale niezym obserwatorem tego, co si koo mnie dzieje. To nie koniec - to pocztek... Wikszo mczyzn mwi tak, jak ty: "eni si-i koniec!" - i wikszo si myli.
- Tej filozofii ja nie rozumiem.
- A to widzisz, o to chodzi: nie do kobiet wzi - trzeba jej si take da - i trzeba, eby to czua. Rozumiesz?
- Nie bardzo.
- No, to udajesz naiwnego: trzeba, eby si czua nie tylko wasnoci, ale i wacicielk. Dusza za dusz! - inaczej mona kark skrci. Maestwa bywaj dobre albo ze. Maszki bdzie ze dla dwudziestu powodw, a midzy innymi i dla tego, o ktrym chc mwi.
- On jest innego zdania. Ale dalibg szkoda, e ty si nie oeni, skoro tak dobrze rozumiesz, jak powinno by.
- Gdyby rozumie i dziaa zgodnie z rozumem znaczyo to samo, nie byoby rozmaitych - przerozmaitych upadkw, od ktrych nas wszystkich koci bol. Zreszt wyobra sobie mnie enicego si!
Tu Bukacki pocz si mia swoim cienkim gosikiem. Wrcia mu nagle wesoo, a z ni i widzenie rzeczy ze strony komicznej.
- Ty bdziesz mieszny, a c dopiero ja... Boki zrywa, co to za chwila! Obaczysz za dwa tygodnie... Na przykad, jak si bdziesz ubiera do kocioa. Tu mio, bicie serca, powane myli, nowa epoka... w yciu; tam ogrodnik z bukietami, frak, zgubione spinki, zawizywanie krawata, wciganie lakierkw - wszystko razem, jeden chaos, jeden bigos... Ratujcie mnie, anieli niebiescy! Lituj si nad tob, mj kochany - i prosz, by nie bra na serio tego, com mwi. Zdaje si, e to nw, a ja na nowiu miewam mani mwienia sentymentalnych komunaw. Wszystka gupstwo!... To nw - nic wicej! Byem tkliwym jak owca, ktra stracia pierworodne - i niech mnie kaszel porwie, jelim nie mwi komunaw.
Lecz Poaniecki napad na niego:
- Widziaem mnstwo rzeczy marnych, ale wiesz, co mi si wydaje najmarniejszym w tobie i w tobie podobnych? Oto, e wy, ktrzy wyzwalacie si ze wszystkiego, nie uznajecie nad sob nic, boicie si jak ognia kadej uczciwej prawdy dlatego tylko, e kto kiedy mg j ju wypowiedzie. Jakie to liche, to dalibg sw brak! Co do ciebie, mj kochany, szczerszy bye przed chwil ni teraz... Teraz znw jeste pudlem, ktry taczy na dwch nogach - ale ja ci powiadam, e dziesiciu takich jak ty nie wytumaczy mi, em nie wygra wielkiego losu na loterii.
I poegna Bukackiego z pewnym gniewem - w drodze jednak uspokoi si i powtarza ustawicznie:
- Ot, gdzie prawda! Ot, co mwi taki Maszko i nawet taki Bukacki, gdy chce by szczerym - a ja wygraem po prostu wielki los - i nie strwoni tego, com wygra.
Po czym, wrciwszy do domu i spojrzawszy na fotografi Litki, rzek gono: "Moje kocitko kochane!..." A do chwili zanicia myla nastpnie o Maryni ze sodycz i zarazem ze spokojem czowieka, ktry czuje, e jakie wielkie zadanie yciowe zostao stanowczo rozwizane i dobrze rozwizane.
Bo jednak, mimo sw Bukackiego, by przekonany, e gdy si oeni to tym samym wszystko bdzie rozstrzygnite i skoczone.
Rozdzia trzydziesty
Katastrofa", jak mwi Bukacki, wreszcie nadesza. Poaniecki dowiadczy te, e jeli jest w yciu wiele takich dni, w ktrych czowiek nie moe poapa wasnych myli, do takich naley przede wszystkim dzie lubu. Chwilami kilkanacie naraz krcio si w jego mzgu, tak niewyranych, e podobnych raczej do nieuwiadomionych dokadnie wrae ni do myli. Czu wic, e w yciu jego zaczyna si nowa epoka, e bierze na siebie wielkie obowizki, ktre speni trzeba sumiennie i powanie, a jednoczenie, ale to zupenie jednoczenie, dziwi si, e kareta dotd nie zajeda, i zdziwienie swoje wyraa w ksztacie groby: "Niech mi si szelmy spni, to im karki pokrc." Opanowywa go chwilami nastrj uroczysty i jakby uczciwa boja przed t przyszoci, za ktr bra na siebie odpowiedzialno - czu w sobie pewn podnioso i w tym uczuciu podniosoci poczyna mydli brod i namyla si, czy na dzie tak wyjtkowy nie warto by wyjtkowo sprowadzi fryzjera do swej nieco niesfornej czupryny. Marynia podstawiaa si wspczenie we wszystkie jego wraenia. Widzia j tak, jakby bya przed nim. Myla, e si w tej chwili take ubiera, e stoi w swoim pokoju przed lustrem, e mwi ze suc, a dusza jej leci ku niemu i serce bije niespokojnie. Wwczas chwytao go rozczulenie i monologowa: "Tylko ty si tam nie bj, moje poczciwe stworzenie, bo dalibg, ja ci krzywdy nie zrobi" - i widzia si w przyszoci dobrym, wyrozumiaym, tak e z pewnym wzruszeniem pocz spoglda na lakierki, stojce obok fotelu, na ktrym leao lubne ubranie. Powtarza sobie take od czasu do czasu: "Kiedy si eni, to si eni!" Mwi sobie, e by gupi, wahajc si, bo takiej drugiej Maryni nie ma na wiecie; czu, e j kocha, a zarazem myla, e pogoda jest nieza, ale e moe i deszcz upa, e w kociele wizytkowskim moe by chodno, e za godzin bdzie klcza przy Maryni, e bezpieczniej jest wzi biay krawat wizany ni przypinany; e jednak lub jest chyba najwaniejszym w yciu obrzdkiem, e jest w tym chyba co witego, i e nie trzeba, u licha, gowy traci w adnych okolicznociach, bo za godzin to si skoczy, nazajutrz wyjad, a potem zacznie si normalne i spokojne ycie ma z on.
Te myli jednak rozlatyway si chwilami jak stado wrbli, w ktre kto nagle zza potu strzeli - i w gowie Poanieckiego robia si prnia. Mechanicznie wwczas przychodziy mu na usta tego rodzaju frazesy, jak na przykad: "smy kwietnia, jutro roda! jutro roda! mj zegarek! jutro roda!" Pniej budzi si, powtarza sobie: "Trzeba by idiot!" - i rozproszone ptaki wracay znowu caym stadem do jego gowy i poczynay w niej wichrzy.
Tymczasem nadjecha Abdulski, komisant Domu "Poaniecki, Bigiel i Spka", ktry, obok Bukackiego, mia by drugim drub. Bdc z pochodzenia Tatarem i czowiekiem smagym, chocia przystojnym, wyglda we fraku i biaym krawacie tak piknie, i Poaniecki wyrazi nadziej, e zapewne take wkrtce si oeni. Abdulski odpowiedzia: "Chciaaby dusza do raju!", po czym rozpocz pantomin majc przedstawia liczenie pienidzy i pocz mwi o Bigielach. Wszystkie dzieci chciay by na lubie i na weselu, Bigielowie za postanowili wzi tylko dwoje starszych, z czego powstay niesnaski i rnica zda wypowiadana ze strony pani Bigielowej za pomoc klapsw. Poaniecki, ktry by wielki dzieciarz, oburzy si tym nadzwyczajnie i rzek:
- Ja Bigielom figla zrobi. Czy oni ju pojechali?
- Zaraz mieli wyjeda.
- To dobrze, to ja wpadn do nich, po drodze do pastwa Pawickich, zabior wszystkie dzieciska i wysypi je przed pani Bigielow u mojej narzeczonej.
Abdulski wyrazi przekonanie, e Poaniecki tego nie zrobi, ale tym bardziej utwierdzi go tylko w zamiarze. Jako siadszy do karety pojechali wprost po dzieci. Nauczycielka Bigielw, wiedzc, jakie stosunki cz Poanieckiego z domem, nie miaa si sprzeciwia, tak e w p godziny pniej Poaniecki, ku wielkiemu przeraeniu pani Bigielowej, wszed do pastwa Pawickich na czele caego stadka Bigielt ubranych w codzienne sukienki, z poprzekrzywianymi konierzami, z czuprynami po wikszej czci w nieadzie i z minami na wp uszczliwionymi, a na wp przestraszonymi.
I podbiegszy do Maryni rzek caujc jej rce przybrane ju w biae rkawiczki:
- Chcieli dzieciska pokrzywdzi. Niech pani powie, em dobrze zrobi!
A Maryni uj i ucieszy naprawd ten dowd jego dobrego serca, a wic rada bya dzieciom z caej duszy, a nawet rada i z tego, e zebrani gocie poczytali jej przyszego za oryginaa i e pani Bigielowa, poprawiajc popiesznie przekrzywione konierzyki, powtarzaa z zakopotaniem:
- No i c z takim wariatem robi!
Troch tego samego zdania by i pan Pawicki. Ale Poaniecki i Marynia zajli si po chwili tak wycznie sob, e wszystko inne zniko im z oczu. Obojgu serca biy troch niespokojnie. On spoglda na ni z pewnym zdziwieniem. Caa w bieli, poczwszy od trzewikw a do rkawiczek, z zielonym wiankiem na gowie i z dugim welonem wydaa mu si inna ni zwykle. Byo w niej co niezwykle uroczystego, tak jak w zmarej Litce. Poaniecki nie uczyni wprawdzie tego porwnania, czu jednak, e w tej chwili ta biaa Marynia, jeli nie jest mu dalsz, to wicej oniemiela go od wczorajszej, przybranej w codzienny ubir. Wydawaa mu si przy tym brzydsz ni zazwyczaj, bo wianek lubny wyjtkowo tylko bywa kobietom do twarzy, a w dodatku niepokj i wzruszenie zaczerwieniy jej twarz, ktra przy biaym kolorze wygldaa jeszcze czerwiesza, ni bya rzeczywicie. Ale dziwna rzecz! Ta wanie okoliczno wzruszya Poanieckiego. W jego sercu, z natury raczej dobrym, powstao jakie uczucie podobne do rozczulenia lub litoci. Zrozumia, e w tej Maryni musi teraz serce bi jak w schwytanym ptaku, i pocz j uspokaja, pocz mwi do niej tak dobrymi i uczciwymi sowami, e a sam si dziwi, skd mu si tyle ich bierze i jakim sposobem przychodz mu z tak atwoci. Ale przychodziy mu one z atwoci wanie z powodu Maryni. Tak w niej zna byo, e ona oddaje mu si z biciem serca, ale zarazem z ufnoci, e oddaje mu serce, dusz i ca istot, cae ycie, i to nie tylko na dobre, ale na kade chwile ycia - i a do koca ycia, e pod tym wzgldem aden cie nie powsta w umyle Poanieckiego, a ta pewno uczynia go w tej chwili lepszym, tkliwszym i wymowniejszym, ni bywa zwykle. W kocu trzymali si za rce i patrzyli sobie w oczy nie tylko z mioci. ale z najwiksz przyjani i otuch na przyszo. Oboje odczuwali wzajemn rzetelno. Jeszcze kilka drwi! - i ta przyszo miaa si rozpocz. Ale teraz myli obojga poczy si wyjania, i ten niepokj wewntrzny, od ktrego nie byli wolni, ustpowa coraz bardziej i zmienia si w miar zbliania si obrzdu religijnego, w powane skupienie. Myli Poanieckiego nie rozlatyway si ju jak wrble, pozostao mu tylko jakby pewne zdziwienie, e on, przy caym swym sceptycyzmie, tak odczuwa nawet religijn donioso majcego si speni aktu. W gruncie rzeczy nie by on sceptykiem. W duszy tkwia mu nawet tsknota za uczuciami religijnymi - i jeli do nich nie wraca, to jedynie przez pewne odzwyczajenie si i przez duchow opieszao. Sceptycyzm, co najwyej, wstrzsa powierzchni jego umysu, tak jak wiatr marszczy powierzchni toni, ktrej gb pozostaje spokojna. Odwyk rwnie od form - ale bya to rzecz przyszoci i Maryni - tymczasem jednak ju ten obrzd, ktremu mia si podda, wyda mu si tak podniosym, tak penym powagi i witoci, e gotw by przystpi do niego ze schylon gow.
Przedtem wszelako trzeba byo si podda innemu obrzdkowi, ktry, sam w sobie rwnie uroczysty, by Poanieckiemu do przykry: mianowicie, trzeba byo klkn przed panem Pawickim, ktrego Poaniecki uwaa za durnia, przyj jego bogosawiestwo i wysucha przemwienia, do ktrego sposobnoci, wiadomo byo, i pan Pawicki nie pominie. Poaniecki jednak ju poprzednio powiedzia sobie: "Skoro si chc eni, to musz przej przez wszystko, co lub poprzedza, i to z dobr min, a jak min bdzie miaa w takich chwilach ta mapa, Bukacki, to mnie mao obchodzi." Wskutek tego klkn teraz z ca gotowoci koo Maryni przed panem Pawickim i wysucha jego bogosawiestwa oraz przemwienia, ktre zreszt niedugo trwao. Pan Pawicki sam by take naprawd wzruszony, gos mu dra, rce rwnie, i zaledwie zdoa wypowiedzie co w rodzaju zaklcia do Poanieckiego, by cho czasem nie broni Maryni w przyszoci przyj i pomodli si na jego grobie, pki zupenie traw nie poronie.
Zreszt uroczysto tej chwili zmci poniekd Jzio Bigiel, widzc bowiem z jednej strony zy pana Pawickiego, z drugiej Maryni i Poanieckiego na klczkach, co w domu Bigielw bywao nie tylko kar, ale czstokro i wstpem do jeszcze sprystszych rodkw pedagogicznych, da wyraz swemu wspczuciu i obawom za pomoc zamknicia oczu, otworzenia ust - i uderzenia w pacz tak donony, na jaki tylko umia si zdoby. Gdy przy tym pozostae rodzestwo poszo w znacznej czci za jego przykadem i gdy wszyscy zaczli si porusza, chwila bowiem wyjazdu do kocioa nadesza, porosy traw grb pana Pawickiego nie mg wywoa naleycie elegicznego wraenia.
Siedzc w karecie midzy Abdulskim a Bukackim, Poaniecki ledwie pswkami odpowiada na ich pytania; nie miesza si do rozmowy, natomiast monologowa sam z sob. Myla, e za par minut stanie si to, o czym marzy caymi miesicami i czego a do mierci Litki najmocniej w yciu pragn. Tu po raz ostatni wstrzsno nim poczucie rnicy midzy t niedawno ubieg przeszoci a chwil obecn. Bya jednak rnica. Dawniej dy i pragn, dzi tylko chcia i zgadza si. Myl ta przeja go jak zamrz, przemkno mu bowiem przez gow, e moe w nim samym brak tych podstaw, na ktrych wolno budowa. Ale by to czowiek, ktry umia krtko trzyma swoje niepokoje, a w danym razie rozgania je na cztery wiatry. Powiedzia wic sobie: "Naprzd, nie czas o tym myle, a po wtre, e rzeczywisto nie zawsze odpowiada rojeniom, to rzecz prosta." Potem przesuwao mu si jeszcze przez pami to, co powiedzia Bukacki: "Nie do wzi, trzeba i da" - ale pomyla, e to jest jakie przdzenie nitki tak cienkiej, e jej wcale nie ma, i e ycie trzeba bra prociej, nie jest ono bowiem obowizane zgadza si z uprzednio powzitymi teoriami. Tu powtrzy, co sobie czsto powtarza: "eni si - i koniec!" Po czym obja go rzeczywisto, a raczej chwila obecna; nic innego nie mia ju w gowie, tylko Maryni, koci i lub.
Ona tymczasem, jadc, prosia po cichu Boga, eby jej dopomg i pozwoli uszczliwi ma; dla siebie prosia take o troch szczcia, bdc zreszt pewna, e to jej zmara matka wyprosi.
Potem szli oboje, prowadzeni pod rce, przez szpaler zaproszonych i ciekawych, widzc troch jak przez mg: w dali wiece migocce przy otarzu, a obok twarze znajome i nieznajome. Oboje dojrzeli wyraniej twarz pani Emilii, przybran w biay kwef siostry miosierdzia, i jej oczy, zarazem umiechnite i zalane zami. Obojgu przypomniaa si Litka i przyszo im na myl, e to ona waciwie prowadzi ich do otarza. Po chwili klczeli majc przed sob ksidza, wyej za pomyki wiec, blaski pozoce i wite twarze gwnego obrazu. Ceremonia si rozpocza. Poczli powtarza za ksidzem zwyke wyrazy przysigi lubnej, i Poanieckiego, trzymajcego rk Maryni, ogarno nagle takie wzruszenie, jakiego si nie spodziewa i jakiego nie dozna od czasu, gdy matka zaprowadzia go do pierwszej Komunii. Oto poczu, e to nie tylko jest zwyky, prawny obrzdek, na mocy ktrego mczyzna zyskuje prawo do kobiety; ale e w tym zwizaniu rk, w tej przysidze jest jaka tajemnicza, zawiatowa moc - jest po prostu Bg, przed ktrym uchyla si dusza i serce dry. O uszy obojga odbijay si teraz wrd ciszy uroczyste sowa: Quod Deus junicit, homo non disjungat - a Poaniecki odczuwa, e ta Marynia, ktr bra, staje si jego ciaem i krwi, i czci jego duszy, i e dla niej rwnie on ma by tym samym. Tymczasem na chrze wybuchn chr gosw: Veni Creator i w kilka chwil pniej Poanieccy wyszli z kocioa. Po drodze przedtem objy jeszcze Maryni rce pani Emilii: "Niech was Bg bogosawi!" - i gdy oni jechali do domu na weselne przyjcie, ona posza na cmentarz, by powiedzie Litce nowin, e "pan Stach" oeni si dzi z Maryni.
Rozdziay 31-45
Rozdzia trzydziesty pierwszy
We dwa tygodnie pniej, w Wenecji, portier hotelu Bauera odda Poanieckiemu list ze stemplem warszawskim. Byo to w chwili, gdy oboje z on siadali do gondoli, by pojecha do Santa Maria delia Salute, gdzie tego dnia, jako w rocznic mierci matki Maryni, miaa si odprawi msza za jej dusz. Poaniecki, ktry si nic wanego z Warszawy nie spodziewa, woy list do kieszeni i spyta ony:
- A czy to troch na msz nie za wczenie?
- Tak jest, cae p godziny.
- To moe chcesz si przejecha przedtem w stron Rialto?
Marynia zawsze bya na to gotowa. Nie bdc przedtem nigdy w yciu za granic, ya wprost w nieustajcym upojeniu, i zdawao jej si, e wszystko, co j otacza, jest snem. Nieraz z nadmiaru zachwytu rzucaa si mowi na szyj, tak jakby to on zbudowa Wenecj i jakby jemu wycznie naleao si podzikowanie za jej pikno; nieraz take powtarzaa:
- Patrz, widz i nie wierz, e to prawda!
Pojechali wic ku Rialto. Ruchu byo jeszcze, z powodu wczesnej godziny, mao, woda jakby pica, dzie cichy, przezroczysty, ale niezbyt soneczny, jeden z takich, w ktrych Canale Grande przy caej swej piknoci ma spokj cmentarza; paace zdaj si puste i zapomniane, a w nieruchomym ich odbiciu w toni jest jaki gboki smutek rzeczy martwych. Patrzy si wwczas na nie w milczeniu i jakby z obaw, by sowami nie zamci oglnej ciszy.
Tak te patrzya Marynia. Ale Poaniecki, mniej wraliwy, przypomnia sobie, e ma w kieszeni list, wic go wydoby i pocz czyta, a po chwili rzek:
- A!... Maszko take ju onaty. Ich lub odby si w trzy dni po naszym.
Marynia za, jakby zbudzona ze snu, spytaa mrugajc oczyma:
- Co mwie?
- Mwiem, rozmarzona gowo, e lub Maszki ju si odby. Ona za wspara gow na jego ramieniu i patrzc mu w oczy odpowiedziaa:
- Co mi tam Maszko!... ja mam swojego Stacha.
Poaniecki umiechn si jak czowiek, ktry askawie pozwala si kocha, ale si temu nie dziwi, po czym pocaowa on w czoo z pewn dystrakcj, gdy list pocz go jednak zajmowa, i czyta dalej. Nagle rzuci si jakby ukuty i zawoa:
- Oto prawdziwa katastrofa!
- Co si stao?
- Panna Krasawska ma dziesi tysicy rubli doywocia, ktre zapisa jej wuj. Zreszt ani grosza posagu.
- Ale to i tak duo:
- Duo? To posuchaj, co pisze Maszko: "Wobec tego moje bankructwo jest rzecz spenion, a ogoszenie niewypacalnoci kwesti czasu." Zawiedli si oboje, rozumiesz? - bo on liczy na jej majtek, a ona na jego.
- Przynajmniej maj z czego y.
- Maj z czego y, ale Maszko nie ma czym pospaca dugw, a to troch i nas obchodzi - mnie, ciebie i twego ojca... Wszystko moe przepa.
Teraz Marynia zaniepokoia si na dobre.
- Mj Stachu - rzeka - moe twoja obecno tam potrzebna, to wracajmy... Co to bdzie za cios dla papy!
- Napisz zaraz do Bigiela, by mnie zastpi i ratowa, co mona... Nie bierz przy tym, dziecko. zanadto do serca tej sprawy. Ja mam na kawaek chleba dla nas obojga i dla twego ojca.
Marynia obja rk jego szyj.
- Mj ty dobry!... Z takim czowiekiem jak ty mona by spokojn.
- Przy tym co si da uratowa... Jeli Maszko znajdzie kredyt, to nas pospaca. Moe te znajdzie kupca na Krzemie. Ale! Pisze mi, ebym spyta Bukackiego, czyby nie kupi Krzemienia, i ebym go do tego namawia. On dzi w wieczr jedzie do Rzymu, i zaprosiem go na niadanie... Spytam go. On ma znaczny majtek - i miaby co do roboty. Ciekawym, jak Maszkom ycie pjdzie. On mi pisze w kocu listu: "onie odkryem stan moich interesw, wobec czego zachowaa si biernie, ale matka nie posiada si z oburzenia." Wreszcie dodaje, e si w ostatnich czasach w onie pokocha i e gdyby si rozstali, byoby to dla niego najwikszym w yciu nieszczciem. Ta liryka mao mnie obchodzi - ale ciekawym jednak, jak si to wszystko skoczy.
- Ona go nie opuci - rzeka Marynia.
- Nie wiem; sam nawet mylaem w swoim czasie, e nie - ale mam ochot si sprzecza. Chcesz pj o zakad?
- Nie, bo nie chc wygra. Ty brzydki czowieku, nie znasz kobiet.
- Owszem, znam je, i dlatego wiem, e nie wszystkie s takie jak ta maa, ktra pynie teraz gondol...
A ona odpowiedziaa:
- W Wenecji, gondol i obok swojego Stacha!
Tymczasem dojechali do kocioa. Wrciwszy po mszy do hotelu, zastali ju Bukackiego przybranego jak do drogi w kraciaste szare ubranie, ktre na jego wte ciao wydawao si za obszerne, w te trzewiki i fantastyczny krawat zawizany z rwn fantazj jak niedbaoci.
- Jad dzisiaj - rzek przywitawszy si z Maryni. - Czy pani kae przygotowa mieszkanie we Florencji? Mog naj jaki paac.
- To pan zatrzymuje si po drodze do Rzymu?
- Tak jest. Naprzd dlatego, eby da zna w Galerii, e przyjedziecie, i eby pooono dywan na schodach; po wtre, dla czarnej kawy, ktra w ogle we Woszech jest za, a we Florencji u Giacosa wyjtkowo doskonaa... via Tornabuoni... To zreszt jedyna rzecz co warta we Florencji...
- Co pan ma za przyjemno mwi zawsze co innego, ni pan myli...
- Owszem, myl, szczerze naj wam jakie adne mieszkanko na Lung-Arno.
- My si zatrzymujemy w Weronie.
- Dla Romea i Julii? Owszem, owszem! Pki jeszcze nie wzruszacie ramionami, mylc o nich - jedcie. Za jaki miesic byoby ju moe za pno.
Marynia fukna na niego jak kotka, po czym zwrciwszy si do ma rzeka
- Stachu, nie pozwl temu panu tak mi dokucza.
- Dobrze - odpowiedzia Poaniecki. - Utn mu gow, ale po niadaniu.
Bukacki za pocz deklamowa:
" Nie! Jeszcze nie wita!
To nie skowronek - to jest gos sowika."
I nastpnie, zwrciwszy si do Maryni, spyta:
- Napisa Poaniecki dla pani jaki sonet?
- Nie.
- O, to zy znak!... Macie balkon od ulicy... Czy nie przyszo mu do gowy ani razu stan pod balkonem pani z mandolin?
- Nie.
- O, bardzo le!...
- Przecie tu nie ma gdzie stan, bo woda.
- Mg podjecha gondol. Widzi pani, u nas co innego, ale tu, we Woszech, takie ju jest powietrze, e jeli kto prawdziwie kocha, to albo pisze sonety, albo staje z mandolin pod balkonem. To jest rzecz zupenie pewna, wypywajca z pooenia geograficznego, prdw morskich, skadu chemicznego powietrza i wody - i jeli kto nie pisze sonetw ani nie staje z mandolin, to najniezawodniej nie kocha. Mog pani przytoczy bardzo znakomite dziea traktujce o tym przedmiocie.
- Zdaje si, e bd zmuszony uci mu gow przed niadaniem - rzek Poaniecki.
Do egzekucji jednak nie przyszo z tego powodu, e wanie pora bya na niadanie. Siedzieli przy osobnym stole, ale w tej samej sali, w ktrej by st oglny, co dla Maryni, ktr wszystko zajmowao, byo take rdem rozkoszy, widziaa bowiem prawdziwych Anglikw. Czynio jej to wraenie, e zajechaa gdzie do krajw tak ju egzotycznych, e jak Krzemie Krzemieniem aden z jego mieszkacw nie zapuci si w tak drog. Dla Bukackiego, a nawet i dla Poanieckiego, to jej upojenie byo powodem nieustajcych artw, ale te i prawdziwej przyjemnoci. Pierwszy mwi, e przypomina mu to jego modo, drugi nazywa on poln stokrotk - i mwi, e takiej nie al wiat pokazywa.
Sam Bukacki zauway jednak, e "polna stokrotka" miaa duo poczucia sztuki i duo szczeroci. Wiele rzeczy byo jej wiadomych z ksiek lub rycin; nie umiejc si na niektrych pozna, przyznawaa si do tego otwarcie, ale nie byo w jej wraeniach nic sztucznego ani nic wmwionego. Gdy jej co przypado do serca, zachwyt jej nie mia natomiast granic, tak e oczy jej staway si wilgotne. Bukacki czasem artowa z niej bez miosierdzia, czasem wmawia w ni, e wszyscy tak zwani znawcy maj gwodzie w gowie i e ona, jako natura wraliwa i wykwintna, a dotychczas niezbaamucona, jest dla niego najwiksz w rzeczach sztuki powag, byaby za jeszcze wiksz, gdyby miaa lat dziesi.
Przy niadaniu nie byo jednak mowy o sztuce, albowiem Poaniecki przypomnia sobie nowiny warszawskie i rzek:
- Miaem list od Maszki.
- I ja - odpowiedzia Bukacki.
- I ty? To jednak naprawd pilno. Maszko musi by przycinity nie artem. Wiadomo ci tedy, o co chodzi.
- Namawia, a raczej zaklina, ebym kupi - wiesz co?
Bukacki umylnie nie wymieni Krzemienia, wiedzc doskonale, jakiej rozterki by on powodem midzy Poanieckim a Maryni, i przez delikatno dla Maryni.
Lecz Poaniecki zrozumiawszy jego intencj ozwa si:
- Ach Boe! Niegdy unikalimy tego wyrazu, jak dotknicia bolczki, ale teraz - przy onie - to przecie co innego... Trudno si cae ycie krpowa.
Bukacki spojrza na niego bystro. Marynia za zarumienia si i rzeka:
- Sta ma zupen suszno. Zreszt wiem, e chodzi o Krzemie.
- A tak, chodzi o Krzemie.
- No i c? - spyta Poaniecki.
- Nie kupibym go, choby dla tego samego, eby pani nie miaa wraenia, e tak nim ludzie rzucaj jak pik.
Marynia zarumienia si jeszcze wicej i rzeka:
- Kiedy ja ju wcale nie myl o Krzemieniu.
I spojrzaa na ma, on za kiwn na znak zadowolenia i pochway.
- To dowd - odpowiedzia - e jeste rozsdne dziecko.
- Przy czym - mwia dalej Marynia - jeli pan Maszko si nie utrzyma, to Krzemie albo si rozpadnie, albo pjdzie w lichwiarskie rce, a to jednak byoby mi przykro...
- Aha! - rzek Bukacki - skoro jednak pani wcale nie myli ju o Krzemieniu?
Marynia spojrzaa znw na ma i tym razem ju z niepokojem, on si pocz si mia.
- Zapaa si Marynia - rzek.
Po czym zwrci si do Bukackiego:
- Widocznie Maszko widzi w tobie jedyn desk ratunku.
- Ale ja nie jestem deska... patrz na mnie... raczej somka. Kto si zechce ratowa przez schwytanie takiej somki, zginie, utonie... Zreszt sam Maszko nieraz mi mwi: "Masz przytpione nerwy." Moe i mam! Ale wanie dlatego potrzebuj silnych wrae... Gdybym Maszce pomg, wygrzebaby si, stanby na nogach, udawaby dalej lorda, ona jego udawaaby wielk pani, byliby okropnie comme il faut... - i miabym nudn komedi, ktr ju widziaem i na ktrej ziewaem. Przeciwnie, jeli mu nie pomog, zrujnuje si, zginie, zdarz si jakie zajmujce a niespodziewane wypadki, zdarzy si moe co tragicznego, co mnie wicej zajmie. Teraz pomylcie pastwo: za lich komedi musiabym zapaci, i to drogo - tragedi mog mie darmo. Jak tu si waha?
- Fe! jak pan moe mwi takie rzeczy! - zawoaa Marynia.
- Nie tylko mog mwi, ale je napisz Maszce. Przy tym on mnie zawid w najniegodziwszy sposb.
- W czym?
- W czym? W tym, e ja mylaem: oto prawdziwy snob! to materia na czarny charakter! to czowiek naprawd bez skrupuu i serca! Tymczasem c si pokazuje: e on na dnie duszy ma jak uczciwo, e chciaby pospaca wierzycieli, e mu tej lalki z czerwonymi oczyma al, e j kocha, e rozczenie z ni byoby dla niego straszn klsk... Sam mi to pisze najbezczelniej... Sowo daj, e w tym spoeczestwie na nic liczy nie mona!... Przesiaduj za granic, bo tego znie nie mog.
Tym razem pani Poaniecka rozgniewaa si na dobre:
- Jak pan bdzie takie rzeczy mwi, to poprosz Stasia, eby zerwa z panem stosunki.
A Poaniecki wzruszy ramionami i doda:
- e te ty naprawd zagadujesz dla konceptu siebie i drugich, a nigdy nie mylisz rozsdnie i po ludzku. Rozumiesz, e ja ci namawiam do kupna Krzemienia, a to tym bardziej e mgbym w tym mie pewien interes, ale jednak - miaby jakie zajcie, miaby co do roboty...
Na to Bukacki pocz si mia, po chwili za odrzek:
- Ja ci ju niegdy powiedziaem, e przede wszystkim lubi robi to, co mi si podoba, a e mi si najwicej podoba nic nie robi, wic nic nie robic robi to, co mi si najwicej podoba. Jeli mdry, dowied mi, e powiedziaem gupstwo. Po wtre: ja - hreczkosiejem!... To przecie wprost przechodzi imaginacj! Ja, dla ktrego deszcz i pogoda jest tylko kwesti wzicia laski lub parasola, miabym na stare lata wystawa na jednej nodze, jak uraw, i patrze, czy si podoba socu wieci, czy chmurom kropi? Ja bym mia palpitowa, czy mi pszenica nie poronie, czy mi si rzepak nie wysypie, czy zaraza nie padnie na kartofle, czy si uwin z grochem, czy potrafi dostawi Ickowi do Psiej Wlki tyle korcy, na ile zawarem kontrakt, czy mi fornalki nie dostan nosacizny, a owce motylic? Ja miabym na staro doj do tego, eby z powodu stpienia umysowego mwi co trzy sowa: "Panie dobrodzieju", albo "Co to ja chciaem powiedzie?" Voyons! pas si bete! Ja, czowiek wolny, miabym zosta glebae adscriptus? - mocipanem, somsiadem, bratem at, panem Maciejem, Lechit?
Tu, podniecony nieco winem, pocz cytowa pgosem sowa laza z Lilli Wenedy:
Czy ja Lechita? C to? czy mi z oczu
Patrzy gburostwo, pijastwo, obarstwo,
Siedem miertelnych grzechw, gust do wrzasku,
Do ukwaszonych ogrkw, do herbw?
- Gadaje tu z nim!- rzek Poaniecki - tym bardziej e w gruncie rzeczy ma troch susznoci!
Ale Marynia, ktra od chwili, gdy Bukacki zacz mwi o kopotach wiejskich, zamylia si nieco, teraz strzsna z czoa zamylenie i rzeka:
- Ja, gdy papa by niezdrw (a nigdy w Krzemieniu nie by tak zdrw jak w ostatnich czasach), wyrczaam go troch w gospodarstwie - i pniej weszo mi to w zwyczaj. Chocia, Bg widzi, e kopotw nie brako, robio mi to tak przyjemno, e nie umiem tego wypowiedzie. Ale nie rozumiaam, dlaczego to tak jest, i zrozumiaam dopiero, gdy mi to wytumaczy pan Jamisz. On mi mwi, e to jest ta istotna praca, na ktrej wiat stoi, a wszelka inna jest albo dalszym jej wynikiem, albo czym sztucznym... Pniej te zrozumiaam nawet takie rzeczy, o ktrych on nie wspomina. Nieraz, jak na wiosn wyszam w pole i widziaam, e wszystko ronie, to czuam, e i serce przy tym ronie. I wiem teraz dlaczego: bo w kadych innych stosunkach ludzkich moe by kamstwo, a ziemia - to prawda... Ziemi nie mona oszuka, ale i ona da albo nie da, ale nie oszuka... Dlatego ziemi kocha si tak jak prawd - a e si j kocha, wic i ona uczy kocha... I rosa pada nie tylko na zboa, nie tylko na ki, ale jakby i na dusz, i czowiek staje si lepszym, bo jak ma do czynienia z prawd i kocha, to jest bliej Boga... Dlatego ja tak kochaam mj Krzemie.
Tu pani Poaniecka przestraszya si i swojej wymowy, i tego, co tam pomyli "Sta" - a jednoczenie wzruszyy j wspomnienia; wszystko to za odbio si jakby zorz w jej oczach, na jej modej twarzy - i sama bya jak zorza.
Bukacki patrzy na ni, jakby patrzy na jakie nieznane, wieo odkryte arcydzieo szkoy weneckiej, nastpnie przymkn oczy, pochowa do poowy sw ma twarzyczk w ogromny fantastyczny krawat i szepn:
- Dlicieuse!...
Po czym, wysunwszy brod z krawata, rzek:
- Pani ma najzupeniejsz suszno...
Ale logiczna kobietka nie pozwolia si pozby komplimentem.
-:Jeli ja mam suszno, to pan jej nie ma.
- To inna rzecz. Pani ma suszno dlatego, e jej z tym do twarzy, a kobieta zawsze wwczas ma suszno.
- Stasiu! - rzeka Marynia zwracajc si do ma.
Lecz tyle byo w niej w tej chwili uroku, e on patrza na ni rwnie z zachwytem, oczy mu si miay, nozdrza poruszay si szybkim ruchem, na chwil nakry jej rk doni i rzek:
- Oj, dziecko! dziecko!
A potem pochyliwszy si ku niej szepn:
- Gdyby nie to, e jestemy w sali, to bym zacaowa te oczy kochane i te usta.
I mwic tak Poaniecki popenia wielk omyk, w tej chwili bowiem nie do byo odczu fizyczne ponty Maryni, zapon do kolorw na jej twarzy, do oczu lub ust, ale naleao zrozumie i odczu w niej dusz; jak za dalece on jej nie odczu, dowodziy najlepiej jego pobaliwe sowa: "Oj, dziecko! dziecko!" Bya mu w tej chwili tylko uroczym dzieckiem-kobiet - i o niczym innym nie myla.
Tymczasem przyniesiono kaw. Na zakoczenie rozmowy Poaniecki rzek:
- Tak tedy Maszko wyszed na liryka - i to po lubie.
Bukacki za, poknwszy filiank wrztku, odpowiedzia:
- W tym gupstwo, e to Maszko, ale nie w tym, e po lubie... Troch liryzmu, wanie po lubie... Ale przepraszam! Tylko com nie powiedzia czego rozsdnego... Przepraszam pani najmocniej i przyrzekam, e wicej nie bd!... Sparzyem si widocznie w jzyk gorc kaw, ale pij tak gorc dlatego, e mi powiedziano, i to dobrze na bl gowy, a mnie gowa boli, boli...
Tu Bukacki pooy do na karku i potylicy, przy czym zamruy oczy i przez kilka sekund pozosta bez ruchu, po czym rzek:
- Gada si i gada, a gowa boli. Poszedbym ju sobie, ale ma tu przyj do mnie malarz wirski, z ktrym jad razem do Florencji, znakomity akwarelista, prawdziwie znakomity... Nikt nie wydoby z akwareli wikszej siy. Ale oto wanie nadchodzi.
I istotnie wirski, jakby wywoany zaklciem, zjawi si w tej chwili i pocz si rozglda upatrujc Bukackiego. Dostrzegszy go wreszcie, zbliy si do stou.
By to krpy, niski czowiek, o grubym karku, potnej piersi, cerze nadzwyczaj smagej i czuprynie tak czarnej, jakby by Wochem. Twarz mia pospolit, ale spojrzenie rozumne i gbokie, a przy tym agodne. Idc kiwa si nieco na obie strony z powodu szerokoci bioder.
Bukacki przedstawi go w nastpnych sowach pani Poanieckiej:
- Przedstawiam pani pana wirskiego, malarza, rodzaj geniusza, ktry nie tylko ma talent, ale mia najnieszczliwsz ide niezmarnowania go, co mg zrobi tak dobrze i z rwnym dla ludzi poytkiem jak kady inny... Ale on woli zapenia wiat akwarelami i rozgosem.
wirski umiechn si ukazujc dwa szeregi dziwnie drobnych, ale zdrowych i biaych jak ko soniowa zbw, i rzek:
- Chciabym, eby to bya prawda.
- I powiem pastwu, dlaczego on nie zmarnowa talentu - cign dalej Bukacki - oto z powodw tak parafialnych, e porzdnemu artycie wstyd by byo do czego podobnego si przyzna: kocha Pognbin - gdzie koo Poznania - czy tak? a kocha dlatego, e si tam urodzi. Gdyby si urodzi na Gwadelupie, to by kocha Gwadelup - i mio do Gwadelupy byaby go take ratowaa w yciu. Ten czowiek oburza mnie - i niech pani powie, czy nie susznie?
Na to Marynia rzeka podnoszc swoje bkitne oczy na wirskiego:
- Pan Bukacki nie jest taki niegodziwy, jak si wydaje, bo jednak powiedzia o panu wszystko, co mona byo najlepszego.
- Umr zapoznany - szepn Bukacki.
A wirski patrzy tymczasem na Maryni tak, jak sobie moe pozwoli bez obraania kobiety tylko malarz. W oczach jego malowao si widoczne zajcie; w kocu mrukn:
- Tu w Wenecji zobaczy niespodzianie tak gow- to przecie co bajecznego!
- Co takiego? - spyta Bukacki.
- Mwi, e pani ma ogromnie swojski typ: o to, o! na przykad (tu pocign sobie wielkim palcem przez nos, usta i brod). I jaka przy tym czysto linii!
- Co? nieprawda?- rzeki z zapaem Poaniecki - zawsze to samo mylaem!
- Zao si, e tego nigdy nie myla - odpar Bukacki.
Lecz Poaniecki rad by i dumny z tego zajcia, jakie w synnym artycie wzbudzia Marynia, wic rzek:
- Gdyby tak panu zrobio jakkolwiek przyjemno malowanie jej portretu, mnie by zrobio jeszcze wiksz przyjemno mie go.
- Z duszy serca - odpowiedzia z prostot wirski - ale ja jad dzi do Rzymu. Tam mam te zaczty portret pani Osnowskiej.
- I my wanie, najdalej za dziesi dni, bdziemy w Rzymie.
- A wic zgoda!
Marynia dzikowaa czerwienic si po uszy. Lecz Bukacki pocz si egna i pocign za sob wirskiego: Wyszedszy rzek mu:
- Mamy jeszcze czas. Chod do Florianiego na kieliszek koniaku.
Bukacki nie umia i nie lubi pi, ale od czasu, gdy si morfinizowa, czyni to w wyszym stopniu, ni mg znie, albowiem kto mu powiedzia, e to jedno drugie zobojtnia.
- Co za mia para ci Poanieccy! - rzek wirski.
- Niedawno si pobrali.
- I wida, e on j ogromnie kocha. Jakem j pochwali, a mu si oczy miay i rs jak na drodach.
- Ona jego sto razy wicej kocha.
- Skd ty si na tych rzeczach znasz?
Bukacki nie odpowiedzia, tylko podnisszy swj spiczasty nos do gry, mwi jakby do siebie:
- To mi brzydzio maestwo i mio, e to zawsze z jednej strony wyzysk, z drugiej ofiara. Taki Poaniecki - dobry czowiek, ale c? Ona ma tyle samo rozumu, tyle samo charakteru - tylko wicej kocha, wic im si ycie uoy tak: e on bdzie socem, bdzie askawie wieci, askawie grza, uwaa j za swoj wasno, za planetk, ktra si powinna koo niego krci. To si ju wszystko dzi zaznacza... Ona ju wesza w jego sfer. Jest w nim jaka pewno siebie, ktra mnie gniewa. On bdzie mia j - i reszt, ona tylko jego - bez reszty. On si bdzie pozwala kocha uwaajc ze swojej strony kochanie jako swoj cnot, dobro i ask, ona bdzie kochaa uwaajc swoj mio za szczcie i obowizek... Patrzcie mi go, boka promienistego!... Mam ochot wrci i powiedzie im to, w nadziei, e stan si mniej szczliwi.
Ale tymczasem siedli przed Florianim i po chwili podano im koniak. wirski myla czas jaki o Poanieckich, po czym spyta:
- No! a jeli jej bdzie z tym dobrze?
- Wiem, e ma krtki wzrok, wic mogoby jej by rwnie dobrze nosi okulary.
- Ide do licha! do takiej twarzy!...
- Wic ciebie to oburza, a mnie tamto.
- Bo ty masz w gowie jaki mynek od kawy, ktry wszystko miele i miele, pki nie zmiele na drobny py. Czego ty w ogle chcesz od mioci?
- Ja, od mioci? Ja nic nie chc od mioci! Niech tego diabe wemie, kto czego chce od mioci! Ja mam od niej strzykanie w opatkach. Ale gdybym by inny, ni jestem, gdybym mia okreli, czym mio by powinna, gdybym od niej czego chcia, to bym chcia...
- Czego? Hop! przeskocz!
- eby si skadaa w rwnej iloci: z dzy i czci!
Po czym wypi kieliszek koniaku i po chwili doda:
- Zdaje si, e powiedziaem co, co moe by mdre, jeli nie jest gupie... Ale mi to wszystko jedno!...
- Nie! to nie jest gupie.
- Dalibg, to wszystko jedno!
Rozdzia trzydziesty drugi
Po tygodniowym pobycie we Florencji odebra Poaniecki pierwszy list od Bigiela w sprawach Domu, a w nim wiadomoci tak pomylne, e przechodzce niemal oczekiwanie. Prawo wzbraniajce wywozu zboa z powodu godu zostao ogoszone. Ale Spka miaa ogromne zapasy zakupione i wywiezione poprzednio, e za ceny w pierwszych zwaszcza chwilach podskoczyy za granic nadzwyczajnie, wic Bigiel i Poaniecki poczli robi doskonae interesa. Spekulacja, pomylana i przeprowadzona na wielk skal, okazaa si tak korzystn, i z ludzi zamonych, jakimi byli poprzednio, stawali si niemal bogatymi. Poaniecki zreszt od dawna by pewien swego i nie ywi adnych obaw; wiadomo jednake ucieszya go zarwno ze wzgldw finansowych, jak i ze wzgldu na mio wasn. Powodzenie upaja i wzmaga ufno do siebie samego. Tote w rozmowie z on niezupenie potrafi si wstrzyma od tego, by jej nie da do zrozumienia, e jest niepospolit gow, wysz bezwarunkowo od caego otoczenia, jakby drzewem najbardziej wybujaym w lesie, czowiekiem, ktry dochodzi zawsze tam, dokd zamierzy, sowem rodzajem Feniksa we wasnym spoeczestwie, obfitujcym w ludzi, ktrzy nie mog sobie da rady na wiecie. Na wiecie te caym nie mg by znale wdziczniejszego i gotowego przyj wszystko z gbsz wiar suchacza.
- Ty jeste kobieta - mwi jej nie bez pewnego odcienia wyszoci - wic c ci mam tam opowiada spraw od pocztku i wdawa si w szczegy. Jako kobiecie, najlepiej wszystko wyjani, gdy ci powiem tak: tego medalionu z czarn per, ktry ci pokazywaem u Godoniego, wczoraj nie byem w stanie kupi, dzi jestem - i kupi.
Marynia pocza mu dzikowa i prosi, eby tego nie czyni, ale on uciska j, zapowiedzia, e nic go nie wstrzyma, e to rzecz postanowiona i e "Mary" ma si uwaa za wacicielk czarnej wielkiej pery, ktra na takiej biaej szyjce bdzie licznie wygldaa. Potem j caowa t szyjk, a gdy si wreszcie nasyci, czujc jednak potrzeb jakiegokolwiek suchacza pocz chodzi po pokoju, umiecha si do ony, do samego siebie i mwi:
- Nie wspominam ju o takich, ktrzy nic nie robi: Bukacki na przykad, wiadomo, e do niczego... Nie mwi o osach - taki Kopowski, wiadomo, e kocia gowa; ale wemy nawet ludzi, ktrzy co robi i ktrzy niby maj rozum: taki Bigiel nigdy by sposobnoci w lot nie pochwyci, zaczby namyla si, ociga, dzi by si decydowa, jutro by si ba - i pora by przesza. A tu o co chodzi? Naprzd, eby mie gow, a po wtre, eby si i porachowa. I jak dziaa, to dziaa!... Trzeba mie przy tym trzewo i nie pozowa. Maszko niby niegupi, a patrz, co wymdrkowa!... Ja tam nie chodziem i nie pjd jego ladem.
Tak mwic chodzi dalej i potrzsa swoj obfit czarn czupryn, a Marynia, ktra by w kadym razie suchaa z wiar jego sw, przyjmowaa je teraz jako niezbity pewnik, tym bardziej e miay one podstaw w istotnym powodzeniu.
On za zatrzyma si wreszcie przed ni i rzek:
- Wiesz, co ja myl? - e trzewo to rozum. Mona mie inteligentn gow, to jest i wsikajc wiedz jak gbka, i wraliw, a nie mie przy tym swego wasnego trzewego rozumu. Dowodem dla mnie Bukacki. Nie bierz mnie za zarozumialca, ale gdybym ja na przykad wiedzia tyle o sztuce, ile on, to bym mia o niej lepszy sd. On si tyle naczyta i tyle pochwyta opinii, e wreszcie nie ma adnej. Doprawdy, ja z tego materiau, ktry on nagromadzi, co bym jednak wasnego wycisn.
- O to - odpowiedziaa Marynia - z najwiksz pewnoci!
Poaniecki mg mie pod pewnym wzgldem suszno. Nie by on wcale czowiekiem gupim, i moe by, e jego inteligencja bya bardziej zwart i tsz od inteligencji Bukackiego; ale natomiast bya i mniej gitk, i mniej obszern - to za nie przyszo mu na myl. Nie pomyla rwnie, e w tej chwili, pod wpywem chepliwoci, mwi przed Maryni rzeczy, od ktrych wypowiedzenia wobec obcych, bardziej sceptycznych ludzi, wstrzymaaby go obawa miesznoci i krytyki. Ale on ju z Maryni nie krpowa si. Sdzi, e jeli wobec kogo mg sobie na tak chepliwo pozwoli, to wobec ony. Przecie, jak sam si wyraa: "wzi j i skoczyo si" - przecie ona bya jego.
W ogle nie czu si nigdy tak szczliwy i tak zadowolony z ycia jak teraz. Dozna powodzenia materialnego i przyszo uwaa za zabezpieczon. Wzi kobiet mod, pontn dla siebie i rozumn, dla ktrej zosta dogmatem, co i nie mogo by inaczej, gdy usta jej po caych dniach nie osychay od jego pocaunkw, a zdrowe i uczciwe serce byo przepenione wdzicznoci za kochanie. Czego mu mogo brakn, czego mg jeszcze poda? By przy tym zadowolony z siebie, bo przypisywa w znacznej czci swemu rozumowi i swojej zasudze to, e tak potrafi urzdzi sobie ycie, i zapowiadao si i pomylnie, i spokojnie. Widzia, e innym jest le, jemu dobrze - i tumaczy t rnic na wasn korzy. Niegdy myla, e czowiek, chcc by spokojnym, potrzebuje uregulowa swj stosunek do siebie samego, do ludzi, do Boga. Dwa pierwsze uwaa, za uregulowane. Mia on, prac i przyszo; wic da i zapewni sobie to, co mg da i zapewni. Co do ogu, pozwala sobie na jego krytyk, czasem na wymylanie, ale czu, e go na dnie duszy kocha rzeczywicie, e nawet choby chcia; nie potrafiby inaczej, e gdyby w danym razie trzeba byo pj w wod lub ogie - to by poszed, wic uwaa, e i z tej strony wszystko jest zaatwione. Pozosta stosunek do Boga. Czu, e gdyby i ten sta si jasnym i pewnym, mgby wszystkie zadania ycia uwaa za zaatwione, a w kocu powiedzie sobie: "Wiem, dlaczego yem, czego chciaem i dlaczego musz umrze." Nie bdc uczonym, zetkn si jednak o tyle z nauk, i wiedzia, e wyjanie i odpowiedzi nie ma co szuka w tak zwanej filozofii, raczej we wasnym widzeniu rzeczy, a przede wszystkim w uczuciu, o ile jedno i drugie jest proste, inaczej bowiem prowadzi do dziwactw. Tymczasem, poniewa nie by pozbawiony zupenie wyobrani, widzia przed sob jakby obraz uczciwego i zrwnowaonego czowieka, ktry jest dobrym mem, dobrym ojcem, pracuje, a modli si, w wita prowadzi dzieci do kocioa i yje yciem ogromnie pod wzgldem moralnym zdrowym. Obraz taki umiecha mu si, a w yciu tyle si robi dla obrazw! Myla rwnie, e og, ktry by posiada wielk ilo takich obywateli, byby tszym i zdrowszym od spoeczestwa, ktre u dou skada si z ciemnych gw, a u gry z mdrkw, dyletantw, dekadentw i wszelkich tego rodzaju zakazanych figur ze zwichnitym mzgiem. Niegdy, wkrtce po poznaniu Maryni, zapowiada sobie i Bigielowi, e jak skoczy z wasn osob i z ludmi, to si zabierze tgo i do tego trzeciego stosunku. Ot czas nadszed lub przynajmniej nadchodzi. Poaniecki rozumia, e do tego potrzebny jest wikszy spokj ni w, jaki daje podr polubna, wraenia nowego ycia, nowego kraju i ta krtanina midzy hotelami a galeriami, w jakiej z Maryni yli. Ale, pomimo tych warunkw, w rzadkich chwilach, w ktrych zostawa z wasnymi mylami - zwraca je natychmiast do tego gwnego dzi dla siebie zadania. Ulega przy tym rozmaitym wpywom, ktre, same przez si drobne, wywieray jednak pewne dziaanie, choby dlatego, e im si ju umylnie nie opiera. Takim by wpyw Maryni. Poaniecki nie zdawa sobie z niego sprawy i nie byby go przyzna, a jednak ciga obecno przy nim tej duszy pogodnej, szczerze i bardzo po prostu religijnej, bardzo obowizkowej w stosunku do Boga, dawaa mu mimowolnie poczucie spokoju i pogody, jakie w wierze znale mona. Ilekro te prowadzi on do kocioa, przypomina sobie te sowa, ktre mu powiedziaa w Warszawie: "Jake? to suba boa!" I wciga si w ni, chodzi bowiem zawsze z on do kocioa, z pocztku dlatego, by jej nie puszcza samej, a pniej i dlatego jeszcze, e sprawiao mu to pewne wewntrzne zadowolenie, jakie na przykad uczonemu moe sprawi przypatrywanie si objawom, ktre go szczeglnie zajmuj. W ten sposb, mimo nieodpowiednich warunkw, mimo podry i roztarganego wszelkiego rodzaju wraeniami umysu, szed cigle naprzd po nowej drodze. Myli jego w tym kierunku mieway chwilami wielk energi i stanowczo: "Ostatecznie - mwi sobie - ja Boga czuj! Czuem go u grobu Litki, czuem, chociaem nie przyznawa, w sowach Waskowskiego o mierci, czuem przy lubie, czuem go u nas na rwninach i tu w grach nad niegami, a tylko pytam jeszcze: jak go mam sawi, czci i kocha? Czy tak, jak si spodoba mnie osobicie, czy tak, jak to czyni moja ona i jak mnie uczya moja matka?"
W Rzymie jednak przesta z pocztku o tych rzeczach myle. Tyle wrae zewntrznych gromadzio si naraz w jego umyle, e na adne refleksje nie byo miejsca. Przy tym przychodzili wieczorem z Maryni tak zmczeni, e prawie ze strachem przypominali sobie sowa Bukackiego, ktry czasem suc im dla wasnego zadowolenia za cicerone, mawia im za kadym razem: "Nie widzielicie tysicznej czci tego, co widzie warto, ale to wszystko jedno, bo w ogle nie warto i tu przyjeda - tak samo jak nie warto siedzie w domu."
Bukacki by teraz w okresie przeczenia w kadym nastpnym zdaniu temu, co zdawa si twierdzi w poprzednim.
Profesor Waskowski przyjecha te na powitanie z Perugii, co Maryni tak ucieszyo, i przywitaa go, jakby by jej najbliszym krewnym. Ale po uspokojeniu si pierwszych wybuchw radoci zauwaya jakby jaki smutek w oczach profesora.
- Co panu jest? - pytaa - czy panu niedobrze we Woszech?
- Moje dziecko - odpowiedzia profesor- i w Perugii dobrze, i w Rzymie dobrze... Ach! jak dobrze! Wiedz o tym, e tu chodzc po ulicach depczesz py wiata... To, jak zawsze powtarzam, przedsionek do innego ycia - tylko...
- Tylko co?
- Tylko ludzie... widzicie... to nie ze zego serca - bo tu, jak i wszdzie, wicej dobrych ni zych - ale mi czasem smutno, e jak u nas tak i tu maj mnie troch za wariata.
Bukacki, ktry sysza rozmow, rzek:
- Wic nie ma profesor wikszego powodu do smutku tu ni u nas?
- Tak - odpowiedzia Waskowski - tylko e tam mam bliskich jak wy, ktrzy mnie kochaj, a tu nie... I przy tym tskni.
Po czym zwrci si do Poanieckiego:
- Dzienniki tutejsze pomieszczay sprawozdania z mojej rozprawy. Niektre zupenie szydz - Bg z nimi! Niektre godz si, e nowa epoka powinna si rozpocz przez wprowadzenie Chrystusa i jego ducha do dziejw. Jeden przyzna, e pojedynczy ludzie yj z sob po chrzecijasku, a narody jeszcze po pogasku - nazwa nawet t uwag wielk, ale i ten, i wszystkie inne, gdy przechodz do tego, co twierdz, i to jest misja, ktr Bg przeznaczy nam i innym najmodszym z Ariw - bior si za boki od miechu... A to mnie boli... Daj te do zrozumienia, e ja mam troch tu...
I biedny Waskowski pocz stuka palcem w czoo. Po chwili jednak podnis gow i rzek:
- Czowiek rzuca ziarno w smutku i nieraz w zwtpieniu, ale ziarno pada na rol i da Bg, e zejdzie.
Potem j wypytywa o pani Emili, w kocu za zwrci ku nim swoje jakby rozbudzone ze snu oczy i spyta naiwnie:
- A dobrze wam ze sob?
Marynia zamiast odpowiedzi poskoczya do ma i przytuliwszy mu gow do ramienia rzeka:
- O, widzi profesor! - ot, tak nam ze sob! tak!...
A Poaniecki pocz gadzi rk jej ciemn gwk.
Rozdzia trzydziesty trzeci
Po tygodniu zawiz Poaniecki on na via Margutta do wirskiego, z ktrym poprzednio widywali si niemal co dzie, z ktrym si zyli, polubili i ktry mia rozpocz teraz jej portret. Zastali tam pastwa Osnowskich i zrobili z nimi znajomo, tym atwiej, e panie te byy niegdy, przed kilku laty, razem na jakim wieczorze, a Poaniecki by nawet w swoim czasie przedstawiony w Ostendzie pani Osnowskiej, potrzebowa si wic teraz tylko przypomnie. Nie pamita wprawdzie Poaniecki, czy w owej epoce, w ktrej po zobaczeniu kadej modej i przystojnej kobiety pyta si siebie: "Czyby nie ta?" - zadawa sobie takie pytania i co do dzisiejszej pani Osnowskiej - mogo to jednak by, miaa bowiem wwczas opini adnej, chocia nieco narwanej panny. Dzi bya to kobieta lat dwudziestu szeciu lub omiu, bardzo wysoka, o wieej lubo smagej cerze, winiowych ustach, rozwianej grzywce i nieco skonych fiokowych oczach, ktre nadaway jej twarzy podobiestwo do twarzy chiskich, a zarazem wyraz pewnej zoliwoci i sprytu. Miaa dziwny zwyczaj trzymania si, polegajcy na zasuwaniu w ty ramion, a wysuwaniu naprzd figury, wskutek czego Bukacki mwi o niej; e nosi biust en offrande. W jednej niemal chwili powiedziaa Maryni, i poniewa pozuj w jednej pracowni, wic si powinny uwaa za koleanki; Poanieckiemu, e go sobie przypomina z balu w Ostendzie, jako dobrego tancerza i dobrego causeur, i e z tego nie omieszka i teraz korzysta; obojgu, i jej bardzo przyjemnie, e si upaja Rzymem, e czyta Cosmopolis, e jest zakochana w willi Doria, w widoku z Pincio, e ma nadziej, i razem zobacz katakumby, i e zna dziea Rossiego w przekadzie Allarda. Po czym ucisnwszy rce wirskiemu i umiechnwszy si z kokieteri do Poanieckiego, wysza owiadczajc, e ustpuje miejsca godniejszej od siebie, i zostawiajc wraenie zawieruchy, Chinki i kwiatu. Pan Osnowski, czowiek bardzo mody, z nic nie znaczc, ale dobr twarz jasnego blondyna, wyszed za ni, nie zdoawszy prawie przemwi sowa.
wirski odetchn gboko.
- O to burza! - rzek. - Mam z ni tysic trudnoci, by j utrzyma dwie minuty w spokoju.
- A jaka interesujca twarz! - rzeka Marynia. - Czy wolno przyjrze si portretowi?
- Ju mu niewiele brak, wic wolno - odrzek wirski.
Marynia i Poaniecki zbliyli si do papieru i mogli, bez potrzeby sadzenia si na grzecznoci, wyrazi swj podziw wirskiemu. Ta gowa, malowana akwarel, miaa si i ciepo olejnego obrazu, a zarazem bya w niej caa istota duchowa pani Osnowskiej. wirski sucha spokojnie pochwa, i zna byo, e sam jest rad z wasnej roboty. Nastpnie zakry go i odnisszy w ciemny kt pracowni usadzi Maryni na przygotowanym krzele i pocz si w ni wpatrywa.
J miesza cokolwiek w uparty wzrok, i policzki jej poczy si rumieni, ale wirski umiecha si z zadowoleniem, mruczc:
- Tak! to inny typ... ziemia i niebo!
Chwilami przymyka jedno oko, co Maryni jeszcze bardziej mieszao, chwilami zblia si do papieru, to znw odstpowa, znw si w ni wpatrywa i znw mwi jakby sam do siebie:
- Tam trzeba byo wydoby diaba, a tu kobieco.
Na to Poaniecki rzek:
- Skoro pan to tak od razu spostrzeg, to ju jestem pewny arcydziea.
wirski przesta nagle spoglda na papier i na Maryni - i zwrciwszy si ku Poanieckiemu umiechn si wesoo, ukazujc swoje zdrowe zby.
- Co, panie! kobieco - i swojska kobieco, to gwny charakter pani twarzy.
- I chwyci go pan, tak jak w tamtym portrecie chwyci pan diaba.
- Stasiu!! - rzeka Marynia.
- To nie ja wymyliem, to pan wirski.
- Jeli pan sobie yczy, to powiedzmy: diabeek - nie diabe... I adny diabeek, ale niebezpieczny. Ja malujc obserwuj sobie rozmaite rzeczy. To ciekawy typ, pani Osnowska.
- Dlaczego?
- Czy pani zauwaya jej ma?
- Jako tak byam ni zajta, e nie miaam kiedy.
- Ot, widzi pani, ona go tak zasania, e go prawie nie wida, a co gorzej, to i ona go nie widzi, tymczasem jest to najpoczciwszy w wiecie chopiec, ogromnie dobrze wychowany, niesychanie delikatny, bardzo bogaty i wcale niegupi, a w dodatku kocha j do szalestwa.
Tu wirski pocz rysowa i powtrzy jakby przez dystrakcj:
- Ko-cha j sza-lenie... Niech pani troch poprawi wosy koo ucha... Jeli m pani take gawdziarz, to bdzie w rozpaczy, bo Bukacki utrzymuje, e jak si wezm do roboty, to mi si usta nie zamykaj, i nikomu nie dam przyj do sowa... Ona, widzi pani, moe by sobie dotychczas czysta jak za, ale jest kokietka... To zimne serce, a ognista gowa... Niebezpieczny rodzaj! o! niebezpieczny! Caymi tuzinami zjada ksiki - naturalnie francuskie... Uczy si z nich psychologii, dowiaduje si o temperamentach kobiecych, o kobiecej zagadkowoci, szuka w sobie zagadek, ktrych wcale w niej nie ma, odnajduje aspiracje, o ktrych wczoraj nie wiedziaa, deprawuje si umysowo i t deprawacj uwaa za rozum, a ma lekceway.
- Ale pan straszny czowiek! - zauwaya Marynia.
- Panie, panie - rzek Poaniecki - ona mi si jutro schowa ze strachu, jak nadejdzie chwila posiedzenia.
- Niech si nie chowa. To inny typ... Osnowski wcale nie jest gupi, ale ludzie, a zwaszcza, za przeproszeniem, kobiety s tak niemdre, e jeli czyj rozum nie bije nikogo po gowie, jeli mu troch brak pewnoci siebie, jeli nie drapie jak kot i nie rozcina jak n, to go nie ceni. Dalibg, widziaem to sto razy w yciu!...
Po chwili przymkn znw jedno oko, popatrzy na Maryni i mwi dalej:
- W ogle, jakie spoeczestwo ludzkie jest gupie! Ja nieraz zadawaem sobie pytanie, dlaczego uczciwo charakteru, serca i taka rzecz jak dobro bywaj mniej cenione ni tak zwany rozum? Dlaczego w yciu spoecznym istniej dwie przewanie etykiety: rozumny lub gupi, a na przykad nie ma zwyczaju mwi: cnotliwy i niecnotliwy - tak dalece nie ma zwyczaju, e ju same wyrazy wydayby si mieszne.
- Bo - rzek Poaniecki - - rozum to jest latarka, ktr sobie musi wieci i cnota, i dobro, i serce - inaczej mog sobie porozbija nosy, a co gorsza, porozbija nosy drugim.
Marynia nie rzeka wprawdzie ani sowa, ale z twarzy jej mona byo wyranie wyczyta:
- Jaki ten Sta mdry, to strach!
"Mdry Sta" tymczasem doda:
- Ja zreszt nie mwi o Osnowskim, bo go nie znam.
- Osnowski - odrzek wirski - kocha on jak swoj on, jak swoje dziecko i jak swoje szczcie, a ona ma gow zawrcon Bg wie czym i nie odpaca mu wzajemnoci. Mnie, jako czowieka nieonatego, zajmuj bardzo kobiety, tote nieraz po caych dniach mwimy, a zwaszcza mwilimy o nich z Bukackim, pki i jego wicej interesoway ni dzi. Bukacki dzieli kobiety na duchowe plebejuszki, przez ktre rozumie liche i paskie dusze - i na duchowe patrycjuszki, to jest natury wyszlachetnione, pene wyszych aspiracji i wsparte na zasadach, nie na frazesach. Jest w tym pewna suszno, ale ja wol mj podzia, bo jest prostszy: na wdziczne serca i niewdziczne.
Tu na chwil oddali si od szkicu, przymruy oczy, po czym wziwszy mae lusterko nastawi je ku obrazowi i pocz patrze na odbicie.
- Pani pyta, co ja rozumiem przez wdziczne i niewdziczne serca? - rzek zwracajc si do Maryni, jakkolwiek o to nie pytaa. - Ot wdziczne serce jest takie, ktre czuje, gdy jest kochane, i wzrusza si mioci, i za kochanie coraz bardziej kocha, i coraz bardziej si oddaje, i ceni je, i czci. Niewdziczne - wyzyskuje tylko mio, i im jest pewniejsze, tym mniej sobie z niej robi, wicej j lekceway i depce... Kobiet o niewdzicznym sercu do jest pokocha, by ona przestaa kocha. Rybak nie troszczy si o ryb w matni - wic i pani Osnowska nie troszczy si o pana Osnowskiego. W gruncie rzeczy jest to najgrubsza forma egoizmu, jaka istnieje - po prostu murzyska! - i dlatego niech Bg strzee pana Osnowskiego, a j niech licho porwie z jej chiskimi oczyma koloru fiokw i fryzowan grzywk. Malowa tak - dobrze! ale oeni si z tak - nie ma gupich! Czy pani uwierzy, e ja si tak boj niewdzicznego serca, em si dlatego dotd nie oeni, cho mi dobrze wydzwonia czterdziestka.
- Przecie to tak atwo pozna - rzeka Marynia.
A wirski odrzek:
- Licha tam! zwaszcza gdy kto strci zmysy i rozum.
I przegiwszy swoj atletyczn figur, patrzy czas jaki na szkic, po czym rzek:
- No, dosy na dzi! Nagadaem si te tak, e chyba muchy popaday ze cian. Jutro, jak pani bdzie miaa tego nadto, to niech pani tylko w donie klanie... Ja zreszt tyle z pani Osnowsk nie gadam, bo i ona lubi gada... A co ja si nasucham tytuw ksiek! No, mniejsza z tym! - Co jeszcze chciaem powiedzie i zapomniaem... Aha! - e pani jest wdziczne serce!
Poaniecki pocz si mia i zaprosi wirskiego na obiad, obiecawszy mu towarzystwo Bukackiego i profesora Waskowskiego.
- Z wielk radoci - odpowiedzia wirski - ja jestem taki samotny jak dzik. A e jest pogoda i penia, wic potem pojedziemy oglda Koloseum przy ksiycu.
Obiad jednak odby si bez umysowych koziokw Bukackiego; albowiem ten czu si niezdrw i napisa, e nie przyjdzie. Natomiast wirski i Waskowski przystali do siebie wybornie i zaprzyjanili si od razu. wirski tylko przy robocie nie pozwala nikomu doj do sowa, w ogle za lubi i umia sucha, a jakkolwiek profesor wraz ze swymi pogldami wydawa mu si czasem komiczny, jednak zna byo w staruszku tak szczero i dobro, e trudno mg sobie kogo nie zjedna. Artyst te uderzya jego mistyczna twarz i wyraz oczu. Troch go sobie w duszy szkicowa i suchajc o Ariach myla, jak by te wygldaa taka gowa, gdyby dobrze uchwyci wszystko, co w niej jest?
Pod koniec obiadu profesor j rozpytywa Maryni, czyby nie chciaa widzie papiea, i owiadczy, e za trzy dni ma przyby belgijska pielgrzymka, do ktrej mona by si przyczy. wirski, ktry zna cay Rzym i wszystkich monsiniorw, zarczy, e potrafi to z atwoci przeprowadzi. Usyszawszy to, profesor patrzy na niego i spyta:
- To pan prawie Rzymianin?
- Od szesnastu lat.
- Prosz!...
Tu profesor zmiesza si nieco z obawy, czy nie popenia niedyskrecji, ale chcc jednak wiedzie, co ma sdzi o czowieku tak sympatycznym, przemg niemiao i spyta:
- A... czy z Kwirynau, czy z Watykanu?
- Z Pognbina - odpowiedzia wirski marszczc nieco brwi.
Zakoczenie obiadu przerwao dalsze objanienia i dalsz rozmow. Marynia ledwie moga dosiedzie na myl, i zobaczy przy ksiycu Kapitol, Forum i Koloseum. Jako w chwil pniej pojechali przez owietlone elektrycznoci Corso ku ruinom.
Noc bya cicha i ciepa, a koo Forum i Koloseum pusto zupenie, jak zreszt czasem bywa i we dnie. W okolicach kocioa Santa Maria Liberatrice kto gra w otwartym oknie na flecie, i w ciszy sycha byo kad nut. Na przedni cz Forum pada gboki cie od wzgrza i gmachu kapitoliskiego, ale dalsze plany byy oblane jasnym, zielonawym wiatem, rwnie jak i Koloseum, ktre z dala wydawao si jak srebrne. Gdy powz zatrzyma si przy arkadach olbrzymiego cyrku, Poanieccy, wirski i Waskowski weszli do wntrza i poczli si posuwa ku rodkowi areny, omijajc nagromadzone bliej arkad gruzy, odamy kolumn, fryzw, stosy cegie, kamieni i niskie, stojce tu i owdzie coky. Pod wpywem milczenia i pustki sowa nie cisny si im do ust. Przez uki arkad wchodziy do wntrza snopy miesicznego wiata, ktre zdawao si spa cicho na podou areny, na przeciwlegych murach, w szczerbach, rozpadlinach cian, w zaamaniach, na osrebrzonych mchach i bluszczach pokrywajcych tu i owdzie zwalisko. Inne czci gmachu, pogrone w nieprzebitym mroku, czyniy wraenie czarnych i tajemniczych czeluci. Z pooonych nisko kunikuw szo surowe tchnienie pustki. Rzeczywisto zacieraa si wrd tego labiryntu i tej mieszaniny murw, arkad, wietlistych pasem i gbokich cieniw. Olbrzymia ruina zdawaa si traci swj byt realny i stawa, si sennym widziadem albo raczej jakim dziwnym wraeniem zoonym z ciszy, nocy, ksiyca, ze smutku i ze wspomnie wielkiej a penej cierpie i krwi przeszoci. wirski pierwszy pocz mwi przyciszonym gosem:
- Ile tu blu, ile ez, jaka niezmierna tragedia!... Niech sobie mwi, co chc - w chrzecijastwie tkwi co nadludzkiego i tej myli nie mona si oprze.
Tu zwrci si do Maryni i szepta dalej:
- Niech pani sobie wyobrazi tamt potg: cay wiat, miliony ludzi, elazne prawo, si, jakiej nigdy przedtem i potem nie widziano, organizacj, jakiej nigdy nie byo, wielko, saw, setki legionw, olbrzymie miasto, wadnce wiatem - i ten tam oto Palatyn wadncy miastem; zdawaoby si, e adna moc ziemska tego nie obali - tymczasem przychodzi dwch ydw, Piotr i Pawe - nie z broni, lecz ze sowem - i patrz pani: tu ruina, na Palatynie ruina, na Forum ruina, a nad miastem krzye, krzye, krzye i krzye.
Znw nastaa cisza, tylko od strony Santa Maria Liberatrice zachodzi cigle gos fletu.
Po chwili profesor Waskowski rzek wskazujc na aren:
- I tu by krzy - ale oni go znieli...
Lecz Poaniecki rozmyla o sowach wirskiego, miay one bowiem dla niego ywotniejsze znaczenie, ni mogyby mie dla czowieka, ktry walk duchow z sob ukoczy. Wreszcie idc za biegiem wasnych myli rzek:
- Tak, w tym tkwi co nadludzkiego. Jaka prawda wieci tu w oczy, jak ten ksiyc.
Z wolna mieli si ku wyjciu, gdy wtem na zewntrz zaturkota powz, potem w ciemnej niszy prowadzcej do rodka cyrku day si sysze kroki i jakie dwie wysokie postacie wychyliy si z cienia na wiato.
Jedna z nich przybrana w szar sukni, ktra w blasku miesicznym lnia jak stal, zbliywszy si na kilka krokw, by lepiej przypatrzy si zwiedzajcym, rzeka nagle:
- Dobry wieczr! Noc taka liczna, e i my wybralimy si do Koloseum. Co za noc!
Poaniecki rozpozna gos pani Osnowskiej.
Ona za, podajc mu rk, mwia gosem tak mikkim jak w gos fletu dochodzcy od strony kocioa:
- Zaczn wierzy w przeczucia, bo doprawdy co mi mwio, e znajd tu znajomych. Jaka noc liczna!...
Rozdzia trzydziesty czwarty
Wrciwszy do hotelu Poanieccy znaleli z pewnym zdziwieniem karty wizytowe pastwa Osnowskich, a zdziwienie ich pochodzio std, e im to pierwszym, jako modemu maestwu, naleao skada wizyty. Na uprzejmo, i tak niezwyk, trzeba byo odpowiedzie rwn uprzejmoci, nazajutrz wic pokwapili si z rewizyt. Bukacki, ktry ich przedtem widzia, jakkolwiek mocno niezdrw i ledwie wczcy nogi, zdoby si wszelako na jeden ze swych zwykych konceptw i rzek Poanieckiemu, gdy na chwil zostali sam na sam:
- Ona bdzie ci kokietowaa, ale jeli przypuszczasz, e si w tobie zakocha, to si mylisz. W niej jest troch podobiestwa do brzytwy - potrzeba jej paska do ostrzenia si, i w najlepszym razie bdziesz dla niej paskiem.
- Naprzd, nie chc by jej paskiem - odpowiedzia Poaniecki - a po wtre, jeszcze na to za wczenie.
- Za wczenie? To si znaczy, e sobie zabezpieczasz przyszo.
- Nie, to znaczy, e myl o czym innym, a take, e coraz wicej kocham swoj Maryni, tak e gdy skoczy si: za wczenie, bdzie: za pno - i e pani Osnowska mogaby si na mnie poszczerbi, ale nie wyostrzy.
I Poaniecki mwic to by szczerym: myli mia istotnie zajte czym innym, w kadym za razie byo na to za wczenie.
By za tak dalece pewny siebie, e jednoczenie czu pewn gotowo poddania si prbie. Inaczej mwic, sprawioby mu to pewne zadowolenie, gdyby pani Osnowska si na nim poszczerbia.
Tymczasem po niadaniu pojechali z Maryni na posiedzenie do wirskiego, ktre jednak krtko trwao, artysta bowiem by sdzi w jakim konkursie artystycznym i musia pieszy na posiedzenie. Gdy wrcili do siebie, w kwadrans pniej nadszed pan Osnowski.
Poaniecki, po rozmowie ze wirskim, wynis dla niego pewne politowanie, ale zarazem jakby lekcewaenie, Marynia jednak czua dla niego yw sympati. Ujo j to, co syszaa o jego dobroci, delikatnoci i przywizaniu do ony. Teraz zdawao jej si, e te wszystkie przymioty s jakby wypisane na jego twarzy, wcale zreszt niebrzydkiej, chocia tu i owdzie pokrytej pryszczami.
Pan Osnowski powitawszy ich pocz mwi z pewn swobod czowieka przywykego do dobrych towarzystw:
- Ja tu przychodz z polecenia ony z pewn propozycj. Chwaa Bogu, e ceremonie wizytowe midzy nami skoczone, chocia za granic nie warto si zbyt cile z tym rachowa. Jest rzecz taka: chcemy dzi jecha do witego Pawa, a nastpnie do Tre Fontane. To ju za miastem; ciekawy klasztor i liczny stamtd widok. Ot byoby nam bardzo przyjemnie, gdyby pastwo zgodzili si razem odby t wycieczk.
Marynia zawsze gotowa bya na wszelkie wycieczki, zwaszcza w towarzystwie i przy miej pogawdce, skutkiem czego pocza spoglda na ma czekajc, co powie. Poaniecki za spostrzeg, i ona ma ochot, a oprcz tego pomyla w duchu: "Chcesz si troch poszczerbi, to si poszczerb."
I odrzek:
- Ja zgodzibym si chtnie, ale to zaley od mojej wadzy wyszej.
Wadza wysza jeszcze nie bya pewna, czy pokorny podwadny mwi to szczerze, ale widzc na jego twarzy umiech i dobry humor, omielia si wreszcie zawyrokowa:
- Z wielk wdzicznoci - tylko czy nie narobimy kopotu?
- Nie kopotu, ale przyjemnoci - odpowiedzia Osnowski. - W takim razie doskonale! Za kwadrans tu bdziemy.
Jako za kwadrans ruszyli. Chiskie oczy pani Osnowskiej pene byy zadowolenia i pogody. Ubrana w fularow sukni koloru irys i w jakie okrycie, mogce uchodzi za smy cud wiata, wygldaa rzeczywicie jak rusaka. I nim dojechali do w. Pawa, Poaniecki sam nie wiedzia, jakim sposobem pani Osnowska, ktra nic w tym przedmiocie nie mwia, potrafia mu jako powiedzie, a przynajmniej da do zrozumienia, co nastpuje:
"Twoja ona to sobie ot, mia, wiejska kobiecinka, o moim mu nie ma co i mwi. Rozumie si i dzieli wraeniami moemy tylko my dwoje."
Ale on j postanowi drani.
Gdy dojechali do w. Pawa, ktrego zreszt pani Osnowska nie nazywaa inaczej, tylko San Paolo fuori le Mura, m jej chcia zatrzyma powz, lecz ona rzeka:
- Zatrzymamy si z powrotem, bo wwczas bdziem wiedzieli, ile nam czasu zostaje, a teraz jedmy prosto do Tre Fontane.
Po czym zwrciwszy si do Poanieckiego, mwia dalej:
- S te tu, w tym sawnym podwrzu, rozmaite rzeczy, o ktre chciaabym pana zapyta.
- To pani le trafi! - odpowiedzia Poaniecki - bo ja si na tych rzeczach nic a nic nie znam.
Pokazao si wkrtce, przy mijaniu rozmaitych pamitkowych miejscowoci, e w caym towarzystwie zna si najlepiej pan Osnowski. Biedaczysko studiowa od rana do wieczora przewodniki, dlatego by sam mg by przewodnikiem onie, a po czci dlatego, eby jej si przez swoj wiedz podoba. Ale ona lekcewaya objanienia, jakich mg udzieli, dlatego e pochodziy od niego. Wicej jej przypada do smaku zuchwaa pewno siebie, z jak Poaniecki przyzna si, i o staroytnociach nie ma pojcia.
Za witym Pawem odkry si widok na Kampani, wraz z jej akweduktami zdajcymi si biec jakby z popiechem do miasta i na Gry Albaskie, przesonione bkitn mg oddalenia, zarazem spokojne i wietliste. Pani Osnowska patrzya na nie czas jaki rozmarzonym wzrokiem, po czym spytaa:
- Czy pastwo byli w Albano i w Nemi?
- Nie - odpowiedzia Poaniecki - posiedzenia u wirskiego przecinaj nam dzie tak, e nie moemy czyni wikszych wycieczek przed ukoczeniem portretu.
- Mymy ju byli, ale jak pastwo wybior si tam, wecie mnie jeszcze raz z sob - wemiecie mnie z sob... Dobrze? Pani pozwoli? - dodaa zwracajc si do Maryni. - Bd troch pitym koem, ale to nic... Zreszt bd cichutko, cichutko siedzie w kcie powozu i ani si odezw ani mrumru! Dobrze...
- Oj, maa, maa! - rzek pan Osnowski.
A ona mwia dalej:
- M mj nie chce wierzy, e zakochaam si w Nemi. A ja si zakochaam. Jak tam byam, to mi si zdawao, e tam jeszcze chrzecijastwo nie doszo, e nocami wychodz jacy kapani i odprawiaj nad jeziorem pogaskie obrzdy. Krtko powiem: cisza i tajemnica - oto Nemi. Czy pan uwierzy, e jak tam byam, to mi ochota przysza zosta pustelnic - i dotd nie przesza. Zbudowaabym sobie pustelni nad brzegiem jeziora - i chodziabym w dugiej szarej sukni, podobnej do habitu witego Franciszka z Asyu - i boso. Co bym daa, eby zosta pustelnic!... Widz siebie nad jeziorem...
- Anetko, a co by si ze mn stao? - spyta p artem, p powanie pan Osnowski.
- Ty by si pocieszy - odpowiedziaa krtko.
Poaniecki za pomyla:
"Byaby pustelnic pod warunkiem, eby na drugim brzegu jeziora stao par tuzinw frantw i przypatrywao si przez lornetki, co pustelnica robi i jak wyglda."
By zbyt dobrze wychowanym, eby powiedzie jej wprost to, co pomyla, ale powiedzia jej co podobnego i co mona byo tak zrozumie, a ona pocza si mia i odrzeka:
- Naturalnie. yabym z jamuny, wic czasem musiaabym ludzi widywa, i gdybycie pastwo przyjechali do Nemi, przyszabym take do pana i powtarzaabym po cichutku: Un soldo! un soldo!
To rzekszy wycigna ku niemu swe drobne rce i pocza nimi potrzsa powtarzajc z pokor:
- Un soldo per la povera! un soldo!...
I patrzya mu w oczy.
Pan Osnowski za mwi tymczasem Maryni:
- To si nazywa Tre Fontane, bo tam s trzy rda. Tam by city w. Pawe, i jest podanie, e gowa jego podskoczya trzykrotnie i e na tych miejscach wytrysy rda. To teraz naley do trapistw. Dawniej tam nie mogli nocowa, taka bya febra, ale teraz mniejsza, bo zasadzili na wzgrzach cay las eukaliptw. O! wida ju std!
A pani Osnowska, przechylona nieco w ty, przymkna na chwil oczy i mwia Poanieckiemu:
- Mnie to powietrze rzymskie upaja. Jestem jak nieprzytomna. W domu nie wymagam wicej od ycia nad to, co mi daje, a tu si demoralizuj, tu czuj, e mi czego brak. Czy ja wiem czego? Tu si co przeczuwa, co odgaduje, za czym tskni... Moe to le. Moe niepotrzebnie to mwi Ale ja zawsze mwi to, co mi przez myl przejdzie. W domu, jak byam maa, nazywali mnie Szczerotk. Poprosz ma, eby mnie std wywiz. Moe najlepiej y w swojej ciasnej skorupce jak w albo jak limak.
Na to Poaniecki odrzek powanie:
- W skorupie moe by dobrze limakom lub wiom, ale nie ptakom i do tego rajskim, o ktrych jest podanie, e nie maj ng, i z tej przyczyny nie mog nigdy spocz, tylko musz lata i lata.
- Jakie liczne podanie... - odpowiedziaa pani Osnowska.
I podnisszy donie pocza nimi porusza udajc ruch skrzyde i powtarzajc:
- Tak cigle w powietrzu, w powietrzu!
Pochlebio jej porwnanie, a zarazem zdziwio j to, e Poaniecki mwi z powag w gosie, a zarazem z twarz niedba i jakby ironiczn. Pocz j zajmowa, bo wyda jej si bardziej inteligentnym i trudniejszym do opanowania, ni si spodziewaa.
Tymczasem dojechali do Tre Fontane. Zwiedzili ogrd, koci i kaplic, w ktrej podziemiu bij trzy rda. Pan Osnowski objania swoim dobrym, troch jednostajnym gosem, co przedtem wyczyta. Marynia suchaa go z zajciem, Poaniecki za pomyla:
"Jednake y z nim trzysta szedziesit pi dni na rok musi by troch ciko!"
Usprawiedliwiao to poniekd w jego oczach pani Osnowsk, ktra wziwszy teraz na si now rol rajskiego ptaka, nie spocza na chwil nie tylko na ziemi, ale na adnym przedmiocie. Naprzd napia si likieru z eukaliptw, ktry klasztor wyrabia jako rodek przeciw febrze, nastpnie owiadczya stanowczo, e gdyby bya mczyzn, to by zostaa trapist; potem jednak przypomniaa sobie, e umiechaby si jej zawd eglarski, "cigle midzy morzem a niebem - jakby za ycia w nieskoczono"; wreszcie jednak nad wszystkimi innymi wzia w niej gr ch zostania wielkim, bardzo wielkim pisarzem, ktry maluje najdrobniejsze poruszenia duszy, pwiadome uczucia, niedopowiedziane pragnienia, wszystkie ksztaty, wszystkie kolory, wszystkie cienie. Zgromadzeni dowiedzieli si te pod sekretem, e pisze swj pamitnik, ktry ten "poczciwy Jzio" uwaa za arcydzieo, ale ona wie, e to jest nic, nie ma najmniejszych pretensji i wymiewa si i z Jzia, i z pamitnika.
"Jzio" za patrzy na ni rozkochanymi oczyma, z wielk mioci na popryszczonej twarzy, i powtarza protestujc:
- A co do pamitnika, to przepraszam, bardzo przepraszam!
Wyjechali ju pod zachd. Od drzew kady si dugie cienie, soce stao si wielkie i czerwone. Dalekie akwedukty i Gry Albaskie wieciy rowo. Byli w poowie drogi, gdy z wiey w. Pawa zadzwoniono na Anio Paski - i wnet za tym dzwonem ozwa si drugi, trzeci, dziesity. Kady koci podawa gos nastpnemu, i zrobi si chr tak ogromny, tak rozdwiczao si cae powietrze, jakby na Anio dzwonio nie tylko miasto, ale caa okolica, rwniny i gry.
Poaniecki spojrza na owiecon zotym blaskiem twarz Maryni. By w niej wielki spokj i skupienie. Wida byo doskonale, e tak sobie teraz odmawia Anio Paski, jak odmawiaa w Krzemieniu, gdy dzwoniono w Wtorach. Zawsze i wszdzie jednako. Poanieckiemu przypomniaa si znw "suba boa". Wydao mu si to tak proste i uspokajajce jak nigdy. Ale zarazem teraz, zbliajc si do miasta, zrozumia trwao, ywotno i ogrom tych wierze. "To wszystko - pomyla - przecie tak trwa od ptora tysica lat, i nie w czym innym moc i niepoyto tego miasta, tylko w tych wieach, dzwonach, w tej statecznoci krzya, ktry trwa i trwa." Tu znw przypomniay mu si sowa wirskiego "Tu ruina, na Palatynie ruina, na Forum ruina, a nad miastem krzye, krzye i krzye!" I wydao, mu si niewtpliwym, e w samej tej trwaoci jest co nadludzkiego. Tymczasem dzwony biy, a niebo nad miastem oblewao si zorz. Pod wraeniem modlcej si Maryni i dzwonw, i tego nieszpornego nastroju, ktry zdawa si unosi nad miastem i ca ziemi, w Poanieckim, ktry mia wiele duchowej prostoty, pocza si wyania nastpna myl: "Jakim musiabym by gupcem i pyszakiem, gdybym wobec tej potrzeby wiary i tego poczucia Boga mia szuka jakich swoich wasnych form czci i mioci, zamiast przyj te, ktre Marynia nazywa "sub bo" i ktre musz by jednak najlepsze, skoro wiat yje w nich od blisko dwch tysicy lat..." Po czym, jako czowieka praktycznego, uderzya go rozsdna strona tej myli, i j dalej mwi sobie, niemal wesoo: "Z jednej strony tradycja tysicy lat, ycie Bg wie ilu pokole, Bg wie ilu spoeczestw, ktrym byo i jest w tych formach dobrze, powaga - Bg wie ilu gw, ktre uwaaj je za jedyne - z drugiej strony, kto taki! - ja! wsplnik domu komisowego pod firm Bigiel i Poaniecki! - i ja miabym mie pretensj, e wymyl co lepszego, w co si Pan Bg lepiej pomieci? To trzeba by chyba by durniem! Ja przecie jestem z sob szczery czowiek i nie znisbym, gdyby mi przychodzio od czasu do czasu na myl, e jednak jestem kiep. A do tego, tak wierzya moja matka i tak wierzy moja ona - a nie widziaem w nikim wicej spokoju jak w nich."
Tu spojrza raz i drugi na Maryni, a ona widocznie skoczya swj Anio Paski, bo umiechna mu si na odpowied i spytaa:
- Co ty taki milczcy? '
- Wszyscy milczymy - odpowiedzia.
I tak byo, ale z rnych przyczyn. W czasie gdy Poaniecki by zajty swymi mylami, pani Osnowska zagabna go kilkakrotnie i oczyma, i sowami. On jednak na sowa odpowiada co pite przez dziesite spojrze za wcale nie zauway - i po prostu obrazi j; moga mu przebaczy, a nawet mogo jej si podoba, gdy na oznajmienie, e pragnaby by zakonnic, odpowiedzia jej ukrytym w grzecznych sowach zuchwalstwem, ale dotkno j miertelnie, gdy po prostu przesta na ni zwaa - i za kar rwnie przestaa na niego zwaa.
Ale, jako osoba dobrze wychowana, staa si tym grzeczniejsz dla Maryni. Pocza j wypytywa o jutrzejsze zamiary i dowiedziawszy si, e maj by w Watykanie, owiadczya, e i oni z mem maj karty wstpu i e rwnie skorzystaj ze sposobnoci.
- Pani wie, jak trzeba by ubran?- spytaa- czarna suknia i na gowie czarna koronka. Troch si staro w tym wyglda, ale to nieodzowne.
- Wiem, przestrzega mnie pan wirski - odpowiedziaa pani Poaniecka.
- Pan wirski cigle mi w czasie posiedze o pani opowiada. On ma dla pani ogromn sympati.
- I ja dla niego - rzeka Marynia.
W czasie tej rozmowy zajechali przed hotel. Poaniecki otrzyma od piknej pani tak lekki i oziby ucisk rki, e jakkolwiek gow mia zajt czym innym, jednak to zauway.
"Czy to jest nowy sposb - pomyla - czy te ja powiedziaem co, co jej si nie podobao?"
I wieczorem spyta Maryni:
- Co mylisz o pani Osnowskiej?
- Myl - odrzeka - e pan wirski moe mie troch susznoci.
A Poaniecki odpowiedzia:
- Ona w tej chwili pisze pamitnik, ktry "Jzio" uwaa za arcydzieo...
Rozdzia trzydziesty pity
Nazajutrz, gdy Marynia wysza ubrana do ma, w ledwie j pozna. Ubrana w czarn sukni i w czarnej koronce na gowie wydawaa mu si wysz, szczuplejsz, smaglejsz i starsz. Ale podobaa mu si pewna w niej powaga, ktra przypomniaa mu chwil lubu. W p godziny pniej wyjechali. Marynia przyznaa mu si po drodze do strachu i do bicia serca, on za uspokaja j artujc, chocia take by nieco wzruszony, a gdy po krtkiej drodze wjechali w olbrzymie pkole przed w. Piotrem, czu, e i jemu pulsa nie bij jak co dzie, a prcz tego mia takie dziwne wraenie, jakby by mniejszy ni zwykle. U schodw, przy ktrych stao kilku szwajcarw przybranych w przepyszne, obmylone przez Michaa Anioa ubiory, znaleli wirskiego, ktry wprowadzi ich na gr, wraz z tumem ludzi, przewanie Belgw. Marynia, troch oguszona, sama nie wiedziaa, kiedy znalaza si w bardzo obszernej sali, w ktrej tum by jeszcze wikszy, z wyjtkiem w rodku, gdzie szwajcarowie, ustawieni w szpaler, utrzymywali szerokie wolne przejcie. Tumy, midzy ktrymi sycha byo jzyk francuski i flamandzki, szepczc midzy sob znionymi gosami, zwracay gowy i oczy ku temu przejciu, w ktrym zjawiay si od czasu do czasu przez drzwi przylegej sali postacie w dziwnych kostiumach, przenoszcych Poanieckiego myl do galerii antwerpskich lub brukselskich. Zdawao mu si, e rednie wieki zmartwychwstaj: czasem wic by to jakby jaki rycerz redniowieczny, w innym wprawdzie hemie ni na dawnych obrazach, ale ze stal na piersiach; czasem niby herold w krtkiej czerwonej dalmatyce i w czerwonym na gowie berecie; chwilami przez uchylone drzwi migay purpury kardynalskie lub fiolety biskupie, strusie pira, koronki na czarnych aksamitach i gowy niezmiernie sdziwe, o biaych wosach, lub twarze jakby z sarkofagw. A jednak zna byo, e spojrzenia tumw padaj na te osobliwe stroje, na te barwy i na te twarze, jakby mimochodem, e tezy szukaj czego innego, wyszego, i czego innego serca, e uwaga skupia si w mylach, a uczucie w duszach, w oczekiwaniu jakiej chwili, ktr si w yciu raz ma, a na zawsze pamita. Poaniecki trzymajc Maryni za rk, by jej nie zgubi w tumie, czu, jak ta rka dry ze wzruszenia, sam za, wrd tych cichych tumw, wrd tej powagi historycznej i jakby zmartwychwstaych prastarych czasw, wrd tego skupienia i oczekiwania - dozna znw tego dziwnego wraenia, e staje si coraz mniejszy i mniejszy, i tak may jak nigdy w yciu.
Wtem jaki gos cichy i nieco zdyszany szepn przy nich:
- Upatrywaam was i ledwie znalazam. Zdaje si, e to ju bdzie zaraz.
Ale to nie miao by jeszcze zaraz. wirskiego tymczasem powita znajomy Monsinior, i pomwiwszy z nim kilka sw, wprowadzi uprzejmie cae towarzystwo do przylegej sali, obitej czerwonym adamaszkiem. Poaniecki ze zdziwieniem spostrzeg, e i tu ju byo peno ludzi, z wyjtkiem jednego koca sali, ktry osaniaa stra honorowa, a w ktrym stao na podwyszeniu krzeso, przed nim za kilku praatw i biskupw rozmawiajcych z sob poufnie. Tu oczekiwanie i skupienie wpadao w oczy jeszcze wyraniej. Wida byo, e ludzie wstrzymuj oddechy i e wszystkie twarze maj uroczysty i tajemniczy wyraz. Bkitna jasno dnia pomieszana z purpurowymi odblaskami obicia, napeniaa t sal jakim niezwykym wiatem, w ktrym promienie soca, wdzierajc si tu i owdzie przez szyby, wydaway si bardziej rumiane i jakby czerwiesze.
Czekali jeszcze przez czas jaki, na koniec w pierwszej sali da si sysze szmer, potem pomruk, potem okrzyk, na koniec w otwartych bocznych drzwiach ukazaa si biaa posta niesiona przez gwardzistw szlacheckich. Rka Maryni cisna nerwowo do Poanieckiego, w za odda jej ten ucisk, i wraenia szybkie, zlewajce si w jedno oglne poczucie jakiej wyjtkowej i uroczystej chwili, poczy cisn si tak do jego umysu jak w czasie lubu.
Jeden z kardynaw pocz przemawia, lecz Poaniecki nie sysza i nie rozumia jego przemowy. Jego oczy, myl i caa dusza byy przy przybranej biao postaci. Nic z niej nie uchodzio jego uwagi. Uderzyo go jej niesychane wycieczenie, szczupo, chudo i twarz tak blada, a zarazem tak przezrocza, jak bywaj twarze umare. Byo w niej co bezcielesnego, a przynajmniej wydaa mu si na wp tylko ciaem, a na wp tylko zjawiskiem; jakby tylko wiatem przewiecajcym przez alabaster, jakby duchem wszczepionym w jak przezrocz materi, jakby porednim ogniwem midzy dwoma wiatami, ogniwem ludzkim jeszcze, lecz ju i nadludzkim, ziemskim dotd, ale zarazem nadziemskim. I przez dziwn antytez materia w niej wydawaa si czym widziadowym, duch czym realnym.
Potem gdy ludzie poczli zblia si do niej po bogosawiestwo, gdy Poaniecki zobaczy u stp jej swoj Maryni, gdy uczu, e do tych kolan, na wp ju empirejskich, mona zarazem pochyli si jak do ojcowskich, ogarno go silniejsze nad wszystko wzruszenie, oczy mu zaszy mg i prawda! - nigdy w yciu nie czu si tak maym ziarnkiem piasku, ale zarazem uczu si ziarnkiem piasku, w ktrym bije wdziczne serce dziecka.
Po wyjciu wszyscy byli milczcy. Marynia miaa oczy jakby rozbudzone ze snu; profesorowi Waskowskiemu trzsy si rce; na niadanie przywlk si Bukacki, ale sam bdc chory, nie potrafi nikogo rozgada; nawet wirski mao gawdzi podczas posiedzenia - i tylko, wracajc cigle do tego samego przedmiotu, od czasu do czasu powtarza:
- Tak, tak! Kto tego nie widzia, ten nie moe mie o tym adnego pojcia. To zostaje.
Wieczorem Poaniecki z Maryni poszli oglda zachd soca z Trinita dei Monti. Dzie koczy si bardzo pogodnie. Miasto cae pogrone byo jakby w rozpylonym zotym blasku; pod ich stopami, hen, w dole, na Piazza d'Espagna, poczyna si ju zmierzch, ale zmierzch jeszcze wietlisty, w ktrego agodnych tonach wida byo bzy, irysy i biae lilie w wystawach kwiatowych po obu stronach Condotti. W caym obrazie by jaki wielki i niezmcony spokj, jakby kojca zapowied nocy i snu. Potem plac Hiszpaski pocz coraz bardziej zanurza si w cie, tylko Trinita wiecia cigle purpurowo.
I Poaniecki, i Marynia odczuli ten spokj w sobie. Zstpowali teraz z olbrzymich schodw z jakim dziwnym uczuciem ciszy w duszach. Wszystkie wraenia dnia ukaday si w nich w linie tak wielkie i spokojne jak owe pasma zorzy, ktra wiecia jeszcze nad nimi. Poaniecki wreszcie rzek:
- Wiesz, co ja pamitam jeszcze z dziecinnych lat? - e u nas w domu mwio si pacierz wieczorny zawsze razem.
I pocz patrze pytajcym wzrokiem w jej oczy.
- A, mj Stachu! - odrzeka gosem, w ktrym drgao wzruszenie - ja ci tylko nie miaam o tym mwi... mj najlepszy!
On za odrzek:
- "Suba boa!" - czy pamitasz?
Lecz ona powiedziaa to niegdy z tak prostot i jako rzecz, ktra tak bardzo rozumiaa si sama przez si, e teraz nie pamitaa nic a nic.
Rozdzia trzydziesty szsty
Poaniecki cigle jednak by w nieasce u pani Osnowskiej. Spotykajc si z nim u wirskiego midzy jednym posiedzeniem a drugim, mwia z nim tylko tyle, ile nakazywao jej dobre wychowanie i grzeczno. Poaniecki widzia to doskonale, czasem pyta si siebie: "Czego ona ode mnie chce?" - i niewiele sobie z tego robi, a byby jeszcze mniej robi, gdyby jednak pani Osnowska zamiast dwudziestu omiu miaa pidziesit osiem lat, gdyby nie posiadaa tak fiokowych oczu i tak winiowych ust. I taka jest natura ludzka, e pomimo i rzeczywicie niczego od niej nie chcia i nie wyglda, nie mg wstrzyma si od mylenia, co by by mogo, gdyby istotnie stara si o jej aski, i do czego ona byaby zdoln si posun.
Odbyli we czworo jeszcze jedn przejadk do katakumb w. Kaliksta, Poaniecki bowiem chcia si wypaci grzecznoci za grzeczno, to jest powozem za powz. Ale wycieczka ta nie przyniosa zgody. Rozmawiali tylko o tyle, eby nie zwrci na siebie uwagi - i jego wreszcie zaczo to gniewa. Rzeczywicie, to zachowanie si pani Osnowskiej wytwarzao midzy nimi szczeglny stosunek, niby niechtny, ale im tylko wiadomy, zatem co wycznego midzy nimi, jaki rodzaj tajemnicy, do ktrej nikt inny nie by dopuszczany. Poaniecki sdzi, e wreszcie wszystko to urwie si z chwil, gdy koo jej portretu nic ju nie bdzie do roboty, ale tymczasem, cho twarz bya ju dawno skoczona. pozostawao duo innych drobnych szczegw, dla ktrych obecno uroczej modelki okazywaa si niezbdn.
Skadao si za znowu tak choby z tej prostej przyczyny, e wirski nie chcia traci czasu, e gdy Poanieccy przychodzili, pastwo Osnowscy byli jeszcze w pracowni. Czasem te przyzostawali nieco, dla powitania si i krtkiej pogawdki o wczorajszych wraeniach, czasem, pan Osnowski bywa wysyany przez on za jak spraw, lub po jakie wiadomoci wwczas wychodzi naprzd, zostawiajc jej powz przed pracowni.
I raz zdarzyo si, e gdy Marynia ju zasiada do pozowania, pani Osnowska jeszcze nie bya wysza; przez chwil, dowiedziawszy si, e Poanieccy byli zeszego wieczoru w teatrze, wypytywaa si, nakadajc przed lustrem kapelusz i rkawiczki, o piewakw i o oper - po czym, zwrciwszy si do Poanieckiego, rzeka:
- A teraz poprosz o odprowadzenie mnie do powozu.
I zarzuciwszy okrycie pocza szuka wstek przyszytych z tyu do podszewki, eby je zawiza w pasie, ale w przedpokoju zatrzymaa si nagle.
- Nie mog przez rkawiczki znale wstek - rzeka - niech si pan zmiuje nade mn!
Poaniecki pocz szuka, ale przy tym musia j niemal obj. Przez chwil obla go war dzy, tym bardziej, e pochylia si ku niemu tak, e ciepo od jej twarzy i ciaa poczo na niego bi.
Ona za zapytaa pgosem:
- Czemu si pan gniewa na mnie? To le! Ja tak potrzebuj przyjaznych dusz! Co ja panu zrobiam?
On tymczasem znalaz wstki, odsun si, ochon i z tym nieco grubym zadowoleniem czowieka szorstkiego, ktry chce wyzyska swj tryumf i zaznaczy, e si nie da - odpowiedzia jej po prostu impertynencj:
- Pani mi nic nie zrobia - i nic nie moe zrobi.
Lecz ona odbia niegrzeczno, jakby pik w tenisie:
- Bo tak mao czasem zwaam na ludzi, e ich prawie nie widz.
Po czym poszli w milczeniu a do powozu.
"A wic to tak? - myla wracajc do pracowni Poaniecki - wic tam by si mona posun tak daleko, jak si podoba!"
I znw przebieg go dreszcz od stp do gowy.
"...Tak daleko, jak si podoba..." - powtrzy.
Przy czym nie zda sobie sprawy, e popenia omyk, jak popeniaj codziennie tuziny mczyzn, mionikw polowania na cudzych gruntach. Pani Osnowska bya kokietk, miaa osche serce i zniecniay ju umys, ale bya jeszcze o sto mil od zupenego fizycznego upadku.
Tymczasem wrci do pracowni z uczuciem, e uczyni dla Maryni jak ogromn ofiar, i z pewnym alem w sercu, naprzd z tego powodu, e ona o tym wiedzie nie bdzie, a po wtre, e choby si dowiedziaa, to by jego postpek uwaaa za zupenie prosty. To poczucie gniewao go i gdy spojrza na ni, na czyste jej oczy, na twarz jej spokojn i pikn uczciw piknoci, mimo woli porwnanie tych dwch kobiet nasuno mu si na myl, i w duszy powiedzia sobie:
"Ach, Marynia! taka wolaaby si w ziemi zapa! tej mona by pewnym!"
I rzecz szczeglna. Byo w tym niewtpliwie uznanie, ale by zarazem odcie politowania i jakby rozdranienia. Bya to dusza tak bardzo jego, i nie czu si w obowizku do ustawicznego podziwu nad jej wartoci.
I przez reszt posiedzenia wraca ustawicznie myl do pani Osnowskiej. Przypuszcza, e w przyszoci przestanie mu po prostu rk podawa, i pokazao si, i si znw omyli, Przeciwnie, chcc mu dowie, e nie przywizuje adnej wagi do niego ani do jego sw, bya z nim grzeczniejsza ni przedtem. Tylko pan Osnowski mia min obraon i stawa si dla niego z kadym dniem bardziej lodowaty - zapewne wskutek rozmw z "Anetk".
Lecz w kilka dni pniej innego rodzaju wraenia zatary to zajcie w pamici Poanieckiego. Bukacki od dawna cigle by niezdrw; narzeka coraz bardziej na bl gowy z tyu czaszki i na jakie dziwne uczucie, jakby rozbratu z wasnymi miniami. Humor jego odzywa si jeszcze czasem, ale wybucha i gas jak ogniotrysk. Coraz rzadziej przychodzi na wsplne obiady w hotelu. Na koniec ktrego ranka Poaniecki odebra jego kartk, skrelon bardzo niepewn rk, a w niej sowa:
"Mj drogi, zdaje si, e od dzisiejszej nocy jestem na wsiadanym. Jeli chcesz widzie odjazd, to przyjd do mnie, zwaszcza w braku czego lepszego do roboty."
Poaniecki zatai kartk przed Maryni, ale poszed natychmiast. Zasta Bukackiego w ku, a przy nim lekarza, ktrego zreszt Bukacki natychmiast odprawi.
- Przestraszye mnie okropnie - rzek Poaniecki. - co ci jest?
- Nic wielkiego: maleki paraliyk lewej czci ciaa.
- Bje si Boga!
- Rozumnie mwisz! Jeli kiedy bya pora po temu, to teraz. Nie mam wadzy w lewej rce, w lewej nodze - i nie mog wsta. Takem si obudzi dzi rano. Mylaem, em straci i mow, i zaczem sobie deklamowa: Per me si va - ale jak widzisz - nie! Jzyk zosta - a teraz pracuj nad odzyskaniem pogody myli.
- Czy ty tylko pewny, e to parali? Moe to chwilowe odrtwienie.
- "Czym jest ycie? ach, chwilk tylko!" - pocz deklamowa Bukacki. - Nie mog si rusza i skoczyo si - albo jeli wolisz: zaczo si!
- To by bya okropna rzecz, ale ja w to nie wierz. Kady moe na czas jaki zdrtwie.
- Bywaj chwile w yciu nieco przykre, jak mwi kara, ktrego kucharka oskrobywaa noem z uski. Przyznaj ci si, e w pierwszej chwili strach mnie zdj. Czy ty miae kiedy uczucie podnoszenia si wosw na gowie? Niezupenie ono da si policzy do uczu rozkosznych. Ale teraz przyszedem ju do rwnowagi, i po trzech godzinach wydaje mi si, em sobie y z moim paraliem od dziesiciu lat. Kwestia przyzwyczajenia! - jak mwi rydz na patelni. Duo gadam, bo nie mam wiele czasu. Czy ty wiesz, mj drogi, e ja za par dni umr?
- Prawdziwie gadasz! Ludzie sparaliowani yj po trzydzieci lat.
Bukacki odpowiedzia:
- Nawet po czterdzieci! Parali jest to poniekd luksus, na jaki sobie mog niektrzy pozwoli - ale nie tacy jak ja. Dla tgiego czowieka, ktry ma porzdny kark, porzdne plecy i porzdne ydki, to moe by nawet rodzajem wypoczynku, rodzajem wywczasu po wesoej modoci i sposobnoci do rozmyla - ale dla mnie! Pamitasz, jake wymiewa moje ydki? Ot powiadam ci, e miaem wwczas elephantiasis w porwnaniu z tym, co dzi jest. To nieprawda, e kady czowiek jest bry - ja jestem tylko lini - i do tego lini idc - bez artw - w nieskoczono!...
Poaniecki pocz si zyma, zaprzecza, powoywa si na znane sobie przykady, lecz Bukacki odpar:
- Daj pokj! ja czuj i wiem, e za par dni przyjdzie parali mzgu. Nie mwiem nikomu, em ja si od roku tego spodziewa i od roku czytaem medyczne ksiki... Przyjdzie drugi atak, i bdzie koniec!
Tu umilk, lecz po chwili pocz znw mwi:
- I czy mylisz, e ja tego nie wol! Pomyl, e ja jestem samotny jak odcity od rki palec. Nie mam nikogo... Tu, a nawet w Warszawie, mogliby mnie pilnowa tylko ludzie patni. To ogromnie pode ycie, bez ruchu i bez ywego ducha bliniego. Gdy strac mow, jak straciem ruch, to pierwsza lepsza dozorczyni albo pierwszy lepszy dozorca bdzie mnie mg po fizjognomii bi, ile mu si podoba. A trzeba ci wiedzie jedn rzecz. Zlkem si w pierwszej chwili paraliu, ale w moim marnym ciele siedzi harda dusza - przypomnij sobie, com ci mwi, e si mierci nie boj - i nie boj si!
Tu w oczach Bukackiego mign jaki powy odblask odwagi i energii ukrytej gdzie na dnie tej zwichnitej i rozmikczonej duszy.
Lecz Poaniecki, ktry mia dobre serce, pooy rk na jego sparaliowanej doni i rzek z wielk serdecznoci:
- Mj Adziu! Nie przypuszczaj tylko, e ci tak zostawimy, jak jeste i nie mw, e nie masz nikogo. Masz mnie, a oprcz mnie i moj on, i wirskiego, i Waskowskiego, i Bigielw. Dla nas nie jeste obcy. Przewioz ci do Warszawy, umieszcz w domu zdrowia, i bdziemy ci dogldali, a po pysku aden dozorca nie bdzie ci bi - naprzd dlatego, e ja bym kademu koci poama, a po wtre, e u nas s szarytki, a midzy nimi pani Emilia.
Bukacki umilk i troch poblad. By i on wicej wzruszony, ni chcia okaza. Przez oczy przeszed mu cie. Po duszym milczeniu rzek:
- Ty jeste dobry chopak. I sam nie wiesz, e dokazae cudu, bo dokaza, e jeszcze czego chc... Tak, ogromnie bym chcia do Warszawy - midzy was wszystkich. Ogromnie bym si cieszy na Warszaw!...
- Trzeba, eby i tu zaraz przenis si do jakiego domu zdrowia pod stay nadzr. wirski powinien wiedzie, gdzie najlepiej. Tymczasem oddaj mi si w apy - dobrze? Pozwl, e ja si za ciebie rozporzdz.
- Rb, co chcesz - odpowiedzia Bukacki, w ktrego, na widok nowych planw i energii Poanieckiego, pocza wstpowa otucha.
Poaniecki napisa do wirskiego, do Waskowskiego i wysa natychmiast posacw. W p godziny zjawili si obaj, a wirski ze synnym miejscowym lekarzem - i jeszcze przed poudniem Bukacki znalaz si w domu zdrowia, w jasnym i wesoym pokoju.
- Jaki to agodny i ciepy ton - rzek spogldajc na zotawy kolor cian i puapu. - To adne.
Po czym zwrci si do Poanieckiego:
- Przyjd do mnie wieczorem - rzek - a teraz id do ony.
Poaniecki poegna si i wyszed. Przyszedszy do domu, opowiedzia ostronie Maryni cay wypadek, nie chcia jej bowiem przestraszy nag wieci, przypuszczajc, e moe by w stanie odmiennym. Marynia pocza go prosi, by zabra j do Bukackiego, jeli nie wieczorem, to nazajutrz rano - co przyrzek uczyni. Wybrali si te zaraz po niadaniu; gdy posiedzenia tego dnia nie byo.
Ale przedtem profesor Waskowski nie odstpowa Bukackiego ani na chwil. Gdy chory zagospodarowa si ju w nowym ku, w domu zdrowia, staruszek pocz mu opowiada, jak raz myla ju, e umrze, ale po spowiedzi i po przyjciu sakramentw zrobio mu si jakby cudem lepiej.
- Znana metoda, kochany profesorze - odpowiedzia z umiechem Bukacki - i wiem, o co panu chodzi.
A profesor zmiesza si, jakby zapany na zym uczynku - i zoy rce.
- Bo ja si zao, e to by ci pomogo! - rzek.
Bukacki za odpowiedzia z odbyskiem dawnego humoru:
- Dobrze, za par dni przekonam si, o ile mi to pomoe - z tamtej strony rzeki.
Przybycie Maryni ucieszyo go tym bardziej, e byo dla niego niespodziank. Pocz mwi, e nie spodziewa si ju po tej stronie rzeki zobaczy adnej kobiety, a do tego swojej. Troch przy tym na wszystkich zrzdzi, ale z widocznym wzruszeniem.
- Co to za romantycy! - mwi. - To jest wprost brak rozsdku zajmowa si takim kocianym dziadkiem jak ja. Wy nigdy nie potraficie by rozsdni, Po co to? na co? Oto jeszcze przed mierci musz by wdziczny - i jestem wdziczny - szczerze - bardzo szczerze!...
Ale Marynia nie daa mu mwi o mierci, natomiast z wielkim spokojem mwia o koniecznoci przeniesienia si do Warszawy, midzy swoich; mwia o tym, jak o rzeczy, ktrej moliwo wykonania nie podlega najmniejszej wtpliwoci, i potrafia z wolna wszczepi to przekonanie w Bukackiego. Dawaa mu rady, jak ma si urzdzi, a on w kocu sucha ich chciwie. Myli jego przeszy w jaki stan folgi, w ktrym day sob powodowa. Czu si jakby dzieckiem i do tego biednym dzieckiem.
Tego samego dnia odwiedzi go jeszcze pan Osnowski i ten rwnie okaza mu tyle zajcia i serca, ile mg okaza rodzony brat. Bukacki wprost si tego wszystkiego nie spodziewa i na nic podobnego nie liczy. Tote, gdy pnym wieczorem przyszed jeszcze raz Poaniecki i gdy zostali sam na sam, rzek: 
- Powiem ci teraz szczerze: nigdym lepiej nie czu, em z ycia zrobi gupi fars i em je zmarnowa jak pies.
Po chwili za doda:
- I gdybym by chocia znajdowa prawdziwe upodobanie w tej metodzie, wedug ktrej yem - ale i to nie. Jaka gupia ta nasza epoka! Czowiek si rozdwaja: wszystko, co w nim lepsze, chowa i zatyka gdzie w kty, a staje si jak map czy pajacem, i to gorzkim pajacem, a w dodatku czsto nieszczerym. Wicej wmawia w siebie marno ycia ni j odczuwa - jakie to dziwne! Jedna rzecz mnie pociesza, e czym naprawd rzeczywistym w yciu jest tylko mier - chocia z drugiej strony, to znw nie racja, eby przedtem, nim ona przyjdzie, mwi na wino, e to ocet...
- Mj kochany - odpowiedzia Poaniecki - ty si zawsze mczy tym cigym nawijaniem myli na byle motek. Nie czye tego teraz.
- Masz suszno. Ale nie mog o tym nie myle, e pkim chodzi i by jako tako zdrw, drwiem z ycia, a teraz - powiem ci pod sekretem - ja mam ochot jeszcze y.
- I bdziesz.
- Ej, daj spokj. ona twoja mi to wmwia - ale teraz znw nie wierz. I ciko mi. Zmarnowaem si. Ale suchaj, dlaczego chciaem z tob mwi. Nie wiem, czy czeka mnie jaki obrachunek, czy nie? Szczerze ci mwi: nie wiem! - a jednak mam jaki dziwny niepokj, jakbym si czego ba - to powiem ci czego: oto, e ja tam, dla swoich, nic nie zrobiem, a mogem! mogem!... Przed t myl strach mnie bierze - daj ci sowo! To jest niegodna rzecz! Nic nie zrobiem: zjadaem darmo chleb, a teraz... mier. Jeli s jakie baty i jeli mnie czekaj, ta za to - i suchaj, Stachu - ciko mi!...
Tu, jakkolwiek mwi zwykym sobie, niedbaym tonem, twarz jego pocza wyraa istotny niepokj - usta poblady mu nieco. a na czole osiado kilka kropel potu.
- Daje pokj! - rzek Poaniecki. - Ot, co mu do gowy przychodzi! Szkodzisz. sobie!
Lecz Bukacki mwi dalej:
- Suchaj, czekaj! Ja mam do znaczny majtek - niech cho on co zrobi za mnie. Ja tobie zostawi cz, ale ty reszt rozporzd na co poytecznego! Ty jeste praktyczny i Bigiel take. Namylcie si, bo ja nie wiem, czy bd mia czas. Zrobisz to?
- I to, i co chcesz!
- Dzikuj ci. Jaki to dziwny tego rodzaju niepokj i tego rodzaju wyrzuty? A jednak nie mog si pozby poczucia winy. Takie warunki, e nie godzi si! Trzeba zrobi co uczciwego, chocia przed mierci. To jednak nie arty!... mier. eby to byo co widnego, ale to takie ciemne!... I trzeba rozpada si, psu i gni po ciemku. Czy ty jeste czowiek wierzcy?
- Tak jest.
- A ja ani tak, ani nie. Bawiem si w nirwan, tak jak w inne rzeczy. Wiesz, eby nie poczucie tej winy, to bym by spokojniejszy. Nie miaem pojcia, e to tak moe dokucza. Mam wraenie, e jestem pszczo, ktra ograbia swj ul, i e to jest rzecz poda. Ale przynajmniej zostanie po mnie majtek. Co? prawda? Troch straciem, ale bardzo niewiele i to na obrazy, ktre take zostan - prawda? Ach, jak bym ja chcia teraz jeszcze y, choby z rok, choby tyle, by nie umrze tu...
Na chwil zamyli si i potem rzek:
- Ja teraz rozumiem jedno: ycie moe by ze, bo je czowiek moe sobie gupio urzdzi - ale istnienie to dobra rzecz:
Poaniecki odszed pn noc. Przez tydzie nastpny zdrowie chorego wahao si. Lekarze nie umieli nic przewidzie, sdzili jednak, e podr w adnym razie nie moe sprowadzi niebezpieczestwa. wirski i Waskowski podjli si odwie chorego, ktry tskni coraz bardziej i codziennie prawie wspomina pani Emili - siostr miosierdzia. Ale w wigili dnia, w ktrym mieli wyjecha, straci nagle mow. Poanieckiemu serce si krajao, gdy patrzy na jego oczy, w ktrych chwilami malowa si straszny niepokj, a chwilami jakby jaka wielka, niema proba. Prbowa pisa, ale nie mg. Wieczorem przyszo poraenie mzgu - i umar.
Pochowano go na Campo Santo tymczasowo. Poaniecki bowiem domyla si, i jego spojrzenia wyraay prob o przewiezienie go do kraju, a wirski potwierdzi domys.
Tak znika ta baka mydlana, czasem poyskujca barwami tczy, ale czcza i nietrwaa jak prawdziwa baka...
Poaniecki szczerze strapiony by jego mierci i nastpnie caymi godzinami rozmyla o tym dziwacznym yciu. Mylami tymi nie dzieli si z Maryni, bo jako dotd nie weszo mu w zwyczaj dzieli si z ni tym, co si w nim dziao. Ostatecznie, jak to si czsto zdarza ludziom, ktrzy myl o umarych, wyprowadzi z tych rozmyla rozmaite wnioski na wasn korzy.
"Bukacki - mwi sobie - nigdy nie umia przyj do adu z wasnym rozumem; brako mu zmysu yciowego, nie umia rozpoznawa si w tym lesie i szed zawsze wedug chwilowej fantazji. I gdyby mu byo z tym dobrze. gdyby by z ycia co wycisn - przyznabym mu jeszcze rozum. Ale jemu byo le. Istotnie, gupi jest rzecz wmawia w siebie, zanim mier przyjdzie, e wino jest octem. Jednak patrz janiej na rzeczy, a oprcz tego, byem z sob daleko szczerszy. Bd co bd, ja prawie zupenie jestem w porzdku i z Bogiem, i z yciem."
Byo w tym nieco prawdy, ale byy i zudzenia. Poaniecki nie by w porzdku z wasn on.
Sdzi, e dajc jej opiek, chleb, dobre obchodzenie si i miadc od czasu do czasu jej usta pocaunkami, spenia wszelkie moliwe obowizki, jakie wzgldem niej zacign. Tymczasem stosunki midzy nimi zaznaczay si coraz wyraniej w ten sposb, e on tylko raczy kocha i raczy przyjmowa mio. W cigu jego spostrzee yciowych uderzao go niejednokrotnie dziwne zjawisko, e gdy na przykad czowiek, znany z uczciwoci, speni jaki szlachetny postpek, ludzie kiwali rkoma, jakby z pewn niedbaoci, mwic: "Ach, ten pan X. To zupenie naturalne!" Gdy jednak wypadkiem zdarzyo si uczyni co uczciwego szui - ci sami ludzie mwili z wielkim uznaniem: "A jednak w nim co jest." Sto razy Poaniecki widzia, e grosz, dany przez skpca, wicej czyni wraenia ni dukat, dany przez czowieka hojnego. Nie zdawa sobie jednak sprawy, e w stosunku do Maryni sam trzyma si takiej samej miary sdu i uznania. Oddawaa mu ca sw istno, ca dusz. - "Ach Marynia! to naturalne!" I kiwa rwnie rk. Gdyby jej mio nie bya tak bezwzgldn, gdyby przychodzia mu z wiksz trudnoci, gdyby w przewiadczeniu, e jest skarbem, oddawaa si jako skarb, gdyby w przewiadczeniu, e jest bstwem, wymagaa schylonej gowy i czci - Poaniecki byby j przyjmowa ze schylon gow i czci. Takie jest oglnie serce ludzkie, i tylko najbardziej wyborowe natury, utkane z promieni, umiej wznie si nad ten poziom. Marynia oddawaa Poanieckiemu swoj mio jako jego prawo - wic i przyjmowa j jako swoje prawo. Jego mio uwaaa za szczcie, wic te on dawa j jako szczcie - sam za czu si bokiem w otarzu. Jeden jego promie pada na serce kobiece i rozjania je - reszt promieni boek chowa dla siebie. Biorc wszystko - oddawa tylko cz. W jego mioci nie byo tej bojani, ktra wypywa ze czci, i nie byo tego, co w kadej pieszczocie mwi kochanej kobiecie: "Do twoich stp!"
Ale nie rozumieli jeszcze tego oboje.
Rozdzia trzydziesty sidmy
- Nawet si nie pytam - mwi Bigiel do Poanieckiego po jego powrocie do Warszawy - czy jeste szczliwy. Z tak osob, jak twoja ona, nie mona by nieszczliwym.
- Tak - odpowiedzia Poaniecki. - Marynia taka poczciwa kobiecina, e trudno o lepsz.
Po czym zwrci si do pani Bigielowej:
- Obojgu nam dobrze - rzek - i nie moe by inaczej. Pamita droga pani nasze dawne rozmowy o maestwie i mioci? Pamita pani, jak ja si baem, eby nie trafi na kobiet, ktra by chciaa zasoni sob mowi cay wiat, zaj wszystkie jego myli, wszystkie jego uczucia, by jedynym celem jego ycia? Pamita pani, jak dowodziem i pani, i pani Emilii, e jednak mio dla kobiety nie moe i nie powinna by dla czowieka wszystkim i e poza ni s inne sprawy na wiecie?
- Tak, ale pamitam take, co ja panu mwiam, i mnie na przykad zajcia domowe nic a nic nie przeszkadzaj kocha dzieci... Bo ja wiem! ale tak mi si jako zdaje, e te rzeczy nie s jak, na przykad, pudeka, ktrych jak si kilka na stole postawi, to na inne nie ma ju miejsca.
- Moja ona ma suszno - rzek Bigiel - To zauwayem, e ludzie czsto si myl, przenoszc w warunki fizyczne uczucia albo idee. Gdy, o nich mowa, nie ma co mwi o miejscu...
Na to Poaniecki rzek wesoo:
- Cicho, ty kraju podbity!
- A kiedy mi z tym dobrze - rzek roztropnie Bigiel.
- Przy tym i ty bdziesz podbity.
- Ja?
- Tak. Poczciwoci, dobroci, sercem.
- To co innego. Mona by podbitym i nie by pantoflem. Nie przeszkadzajcie mi pastwo chwali Maryni. Trafiem tak, e lepiej nie mogem, i wanie dlatego e ona zadawalnia si takim uczuciem, jakie dla niej mam - i nie chce by moim wycznym boyszczem. Za to j kocham! Bg mnie ustrzeg od ony wymagajcej powicenia dla siebie caej duszy, caego rozumu, caej istoty et caetera - i szczerze mu za to dzikuj, bo takiej bym nie znis. Prdzej rozumiem, e to wszystko mona da z dobrej woli, a mianowicie wwczas, gdy to nie jest wymaganiem.
- Niech mi pan wierzy, panie Stanisawie - odrzeka pani Bigielowa - e my bez wyjtku jestemy pod tym wzgldem jednako wymagajce, tylko z pocztku bierzemy czsto t czstk, ktr nam daj, za cao, a potem...
- A potem co? - przerwa nieco drwico Poaniecki.
- Potem te, ktre maj w sercu prawdziw poczciwo, zdobywaj si na co, co dla was jest sowem bez znaczenia, a dla nas czsto podstaw ycia.
- C to za talizman?
- Rezygnacja.
Poaniecki zacz si mia.
- Nieboszczyk Bukacki mawia - rzek - e kobiety ubieraj si czsto w rezygnacj tak jak w kapelusz, dlatego e im z tym do twarzy. Kapelusz z rezygnacji, woalka z lekkiej melancholii - albo to brzydkie?
- Nie, to niebrzydkie. Co pan chce! moe to strj, ale w takim stroju atwiej si dosta do nieba ni w innym.
- To moja Marynia skazana w takim razie do pieka, bo mam nadziej, e go nie bdzie nigdy nosia. Zreszt za chwil j pani zobaczy, gdy obiecaa mi, e po naszych godzinach biurowych przyjdzie do pastwa. Spnia si maruda, ale ju tu powinna by.
- Ojciec pewnie jej nie puszcza. Ale zostaniecie pastwo u nas na obiedzie, bez adnej ceremonii - prawda?
- Zostaniemy na obiedzie. Zgoda!
- I tak kto si nam dzi obieca, wic si tylko towarzystwo powikszy. Tymczasem pjd zapowiedzie, eby przygotowano dla was nakrycia.
To rzekszy pani Bigielowa wysza. Poaniecki za spyta Bigiela:
- Kogo macie mie na obiedzie?
- Zawiowskiego, przyszego korespondenta naszego Domu.
- Jaki to Zawiowski?
- Ten, ten sam, znany ju - poeta.
- Z Parnasu do kantorka? jake to?
- Bo ju nie pamitam, kto powiedzia, e spoeczestwo nasze trzyma swoich geniuszw na diecie. Mwi, e to bardzo zdolny czowiek, ale wierszami nie mona na chleb zarobi. Wiesz, nasz Ciskowski przeszed do Towarzystwa Ubezpiecze - posada zawakowaa, i zgosi si Zawiowski. Miaem troch skrupuw, ale on mi powiedzia, e to dla niego kwestia chleba i monoci pracy. Przy tym podoba mi si, bo si przyzna od razu, e w trzech jzykach pisze, ale adnym dobrze nie mwi, a po wtre, e nie ma najmniejszego pojcia o korespondencji handlowej.
- E, to gupstwo - odrzek Poaniecki - w tydzie si nauczy. Tylko czy to na dugo bdzie tej posady i czy korespondencja nie bdzie zalegaa... Z poet sprawa!
- To si poegnamy. Ale rozumiesz, e gdy sam si zgosi, wolaem da miejsce takiemu Zawiowskiemu ni komu innemu. Za trzy dni ma zacz robot. Tymczasem wypaciem mu naprzd miesiczn pensj, bo byo trzeba.
- Goy by?
- Zdaje si. Jest tu stary Zawiowski, ten, co ma crk, bardzo bogaty czowiek. Pytaem si naszego, czy nie jego krewny. Powiedzia, e nie, ale si przy tym zaczerwieni, wic myl, e tak. Ale jak to u nas! w niczym rwnowagi: jedni wypieraj si krewnych dlatego e biedni, drudzy dlatego e bogaci. Wszystko dla fantazji - i przez t szelmowsk pych. On ci si zreszt z pewnoci spodoba. onie mojej si podoba.
- Kto si podoba twojej onie? - spytaa wchodzc pani Bigielowa.
- Zawiowski.
- Bom czytaa jego taki adny wiersz, pod tytuem: Na progu. Przy tym Zawiowski wyglda, jakby co chowa przed ludmi.
- Chowa bied, a raczej bieda jego chowaa.
- Nie, on wyglda, jakby przeszed przez jaki ciki zawd.
- Widziae romantyczk! Mwia mi ju, e on duo przecierpia, i obrazia si, gdym wyrazi przypuszczenie, e moe na robaki w dziecinnym wieku albo na ognipir. To dla niej nie do poetyczne.
Lecz Poaniecki pocz spoglda na zegarek i pocz si niecierpliwi.
- Nie popisuje mi si Marynia - rzek - co za maruda!
Lecz "maruda" wanie w tej chwili nadesza, a raczej nadjechaa. Powitanie odbyo si bez wybuchw, albowiem z Bigielow widziay si ju poprzednio na kolei. Poaniecki zapowiedzia onie, e zostaj na obiad, na co zgodzia si chtnie, a nastpnie pocza wita si z dziemi, ktre hurmem wpady do pokoju.
Tymczasem nadszed Zawiowski, ktrego Bigiel przedstawi Poanieckim. By to jeszcze zupenie mody czowiek, at okoo dwudziestu siedmiu lub omiu, i Poaniecki, patrzc na niego, zauway, e bynajmniej nie ma miny czowieka, ktry duo cierpia w yciu. By tylko widocznie zakopotany w towarzystwie, ktrego przez p wcale nie zna. Twarz mia nerwow, z wystajc silnie naprzd, jak u Wagnera, brod, z wesoymi czarnymi oczyma i z niezmiernie delikatnym, bielszym ni reszta twarzy czoem, na ktrym wydatne yy formoway liter Y. By przy tym do wysoki i do niezgrabny.
- Syszaem - rzek mu Poaniecki - e za trzy dni zacznie pan z nami kolegowa.
- Tak jest, panie pryncypale - odpowiedzia mody czowiek - raczej suy w biurze.
Poaniecki zacz si mia.
- Tylko pan daj spokj z pryncypaowaniem! U nas nie ma zwyczaju tak si moci mociami albo pryncypaowa... Nie wiem, chybaby mojej onie podoba si taki tytu, dlatego e dodaby jej powagi we wasnych oczach.
Tu zwrci si do Maryni:
- Suchaj no, pani pryncypaowo: czy chcesz, eby ci nazywano pryncypaow? Bdzie nowa zabawa!
Zawiowski zmiesza si, ale pocz si rwnie mia, gdy pani Poaniecka odrzeka:
- Nie, bo mi si zdaje, e "pryncypaowa" powinna nosi oto taki ogromny czepek (tu pokazaa rkoma jak wielki), a ja nie cierpi czepka.
Zawiowskiemu uczynio si raniej wrd wesoej dobrodusznoci tych ludzi, zmiesza si jednak znowu, gdy Marynia mu rzeka:
- A pan to mj dawny znajomy. Teraz nic nowego nie czytaam, bomy dopiero co wrcili; czy przybyo co przez ten czas?
- Nie, pani - odpowiedzia - ja si tak tym zajmuj, jak pan Bigiel muzyk: w wolnych chwilach i dla wasnej rozrywki.
- Nie wierz - odpowiedziaa pani Poaniecka.
I miaa suszno nie wierzy, bo wcale tak nie byo. W odpowiedzi Zawiowskiego brako te prostoty, ale on chcia da pozna, e przede wszystkim pragnie uchodzi za korespondenta Domu Handlowego i by traktowanym jako urzdnik, nie jako poeta. Tytuowa te Bigiela i Poanieckiego bynajmniej nie przez potulno, tylko by okaza, e podjwszy si pracy biurowej, uwaa j za taj dobr, jak kada inna, e si do tej roli stosuje i bdzie si stosowa w przyszoci. Byo w tym rwnie i co innego. Zawiowski, jakkolwiek mody, spostrzeg, ile jest miesznoci w ludziach, ktrzy napisawszy jeden lub drugi wierszyk przybieraj pozy wieszczw i ka si za takowych uwaa. Jego wygrowana mio wasna draa przed obaw miesznoci - wpad wic w drug ostateczno i prawie wstydzi si swojej poezji. W ostatnich czasach, w ktrych przy tym znosi wielki niedostatek, stao si to niemal dziwactwem, i najlejsza wzmianka z czyjejkolwiek strony o tym, e jest poet, wprowadzaa go w tumiony gniew.
Czu za jednoczenie, e jest nielogicznym, wobec tego bowiem najprostsz rzecz byo nie pisywa wierszy i nie ogasza ich; ale od tego nie mg si powstrzyma. Gowa jego nie bya otoczona jeszcze aureol, ale pado ju na ni kilka promykw, ktre to rozwietlay mu czoo, to gasy, w miar jak tworzy lub si zaniedbywa, po kadym nowym wierszu promyk poczyna na nowo drga - i Zawiowski, zarwno zdolny, jak ambitny, ceni w gruncie rzeczy te odbyski sawy wicej ni wszystko w wiecie. Chcia jednak, by ludzie midzy sob tylko o nim mwili, ale nie jemu w oczy. Gdy przeczuwa, e o nim zaczynaj zapomina, cierpia skrycie. Byo w nim jakby rozdwojenie mioci wasnej, ktra chce sawy i zarazem odpycha j przez pewn dziko i dum, z obawy, by kto nie powiedzia, e jej za duo. A prcz tego tkwio w nim mnstwo sprzecznoci, jak w czowieku modym i wraliwym, ktry przejmuje si i odczuwa wyjtkowo, a wrd tych odczuwa nie umie czstokro wasnego ja odnale. Z tego powodu artyci w ogle wydaj si czstokro sztuczni.
Tymczasem jednak podano obiad, podczas ktrego rozmowa toczya si oczywicie o Woszech i o ludziach, jakich Poanieccy tam spotkali. Poaniecki opowiada o Bukackim i o jego ostatnich chwilach, a zarazem ostatniej woli, wskutek ktrej sta si spadkobierc po nim do znacznej sumy. Daleko wiksza cz miaa by uyt na cele publiczne - i o tym mieli si z Bigielem naradzi. Lubiono jednak Bukackiego i wspominano go ze wspczuciem, a pani Bigielowa miaa nawet zy w oczach. gdy Marynia wspomniaa, e si przed mierci wyspowiada i e umar jak chrzecijanin. Ale wspczucie to byo tego rodzaju, e mona byo przy nim je obiad, - i jeli Bukacki wzdycha kiedykolwiek naprawd za nirwan to obecnie mia, czego chcia, zosta bowiem dla ludzi, nawet sobie bliskich i ktrzy go lubili, wspomnieniem zarwno lekkim, jak nietrwaym. Jeszcze tydzie, miesic lub rok - i nazwisko jego miao si sta dwikiem bez echa. Istotnie, na niczyj gbsz mio nie zarobi, niczyjej nie mia, i ycie spyno mu w ten sposb, e nawet po takim dziecku, jak Litka, zostao nie tylko stokro wicej alu, mioci, ale i pamitnych ladw. Zawiowskiego, ktry go nie zna, zaciekawio z pocztku jego ycie, gdy jednak wysucha wszystkiego, co Poaniecki opowiada, pomylawszy rzek: "To w dodatku kopia!" - Bukackiego, ktry ze wszystkiego artowa, byby jednak zabola taki nagrobek.
Lecz Marynia, chcc nada weselszy zwrot rozmowie, pocza opowiada o wycieczkach, ktre czynili po Rzymie i jego okolicach, bd to sami, bd ze wirskim, bd z Osnowskimi. Bigiel, ktry by koleg Osnowskiego i od czasu do czasu jeszcze go widywa, rzek:
- On ma jedn mio, to jest wasn on, i jedn nienawi, to jest wasn otyo, a raczej skonno do niej. Zreszt najlepszy w wiecie czowiek.
- Ale on wyglda zupenie szczupy - rzeka Marynia.
- Dwa lata temu by prawie gruby, ale jak pocz jedzi na welocypedzie, fechtowa si, zaywa kuracji Bettinga, latem pi Karlsbad, a zim jedzi do Woch lub Egiptu dla transpiracji - tak na powrt zrobi si cienki. Zreszt, le powiedziaem, e on ma nienawi do otyoci - to jego ona! A on to czyni przez kokieteri wzgldem niej. Tacowywa te po caych nocach na balach, take z tego samego powodu.
- To sclavus saltans - rzek Poaniecki. - wirski ju nam o tym opowiada.
- Bo rozumiem, e mona on kocha - rzek Bigiel - e mona j uwaa, jak si to mwi, za renic oka. Dobrze! Ale ja, jak Boga kocham, syszaem, e on do swojej wiersze pisuje, e otwiera z zamknitymi oczyma ksiki, zaznacza palcem wiersz i wry sobie z tego, co przeczyta, czy jest kochany. Jeli mu le wypadnie, to wpada w melancholi. On si kocha jak student. Liczy wszystkie jej spojrzenia, usiuje odgadn, co miao za znaczenie takie lub owakie jej sowo; cauje nie tylko jej nogi i rce, ale gdy myli, e nikt na niego nie patrzy, to i jej rkawiczki... Bg wie co! i tak ju przez cae lata.
- A jaki kochany!. - rzeky Marynia.
- Chciaaby, ebym taki by? - spyta Poaniecki.
Ona pomylaa chwilk i odrzeka:
- Nie, bo w takim razie byby inny, ni jeste.
- O, to Machiawel! - rzek Bigiel. - Warto by tak odpowied zapisa, bo to zarazem i pochwaa, i troch krytyki, i zawiadczenie, e tak jak jest, jest najlepiej i e mona by da jeszcze czego lepszego. Daje tu sobie, czowieku, z tym rad.
- Ja to bior jako pochwa - rzek Poaniecki - cho pani (tu zwrci si do Bigielowej) powie zapewne, e to rezygnacja.
Pani Bigielowa odrzeka miejc si:
- Wierzch jest z mioci, rezygnacja moe przyj z czasem jak podszewka, jeli zacznie by chodno.
Lecz Zawiowski patrzy z ciekawoci na Maryni. Sama ona wydaa mu si i adna, i sympatyczna, a odpowied jej zastanowia go. Pomyla jednak, e tak moga mwi tylko kobieta bardzo zakochana, ktrej nigdy nie do uczucia. I pocz spoglda na Poanieckiego z pewn zazdroci, e za by wielkim samotnikiem, wic przyszy mu zarazem do gowy sowa piosenki: "U ssiada onka mia."
Tymczasem, poniewa cay czas milcza lub przemwi zaledwie par sw, wydawao mu si, e trzeba by jako wtrci si do rozmowy. Ale powstrzymywaa go niemiao i przy tym przemijajcy bl zbw, ktry po przejciu wikszego paroksyzmu odzywa si jeszcze chwilami do silnie. Odbierao mu to reszt animuszu - wreszcie jednak, zdobywszy si na odwag, spyta:
- A pani Osnowska?
- A pani Osnowska - odrzek Poaniecki - ma ma, ktry kocha za dwoje, wic si nie potrzebuje fatygowa. Tak przynajmniej utrzymuje wirski. Przy tym ma chiskie oczy, ma imi Aneta, plomb w grnych zbkach, ktr wida, jak si bardzo mieje - wic woli si umiecha - i w ogle jest jak synogarliczka: krci si w kko i woa: "Cukru! cukru!"
- To zoliwy czowiek! - odrzeka Marynia. - Jest liczna, ywa, sprytna - a pan wirski nie moe wiedzie, o ile ona ma kocha, bo z pewnoci o tym z ni nie rozmawia. To wszystko s tylko przypuszczenia.
Poaniecki pomyla dwie rzeczy: naprzd, e to nie s przypuszczenia, a po wtre, e ma on rwnie naiwn jak poczciw.
Zawiowski za rzek:
- Ciekawym, co by to byo, gdyby ona tak samo kochaa si w nim jak on w niej?
- Byby to najwikszy dwuosobowy egoizm, jaki wiat widzia - odpowiedzia Poaniecki. - Byliby tak zajci sob, e nie widzieliby nic i nikogo obok siebie.
Zawiowski umiechn si i odrzek:
- wiato nie przeszkadza ciepu, ale je rodzi.
- cile biorc, to jest porwnanie wicej poetyczne ni fizyczne - odrzek Poaniecki.
Ale obydwom paniom podobaa si odpowied Zawiowskiego i obie popary go gorco, a gdy do nich przyczy si i Bigiel, Poaniecki zosta przegosowany.
Potem poczto mwi o Maszce i jego onie. Bigiel opowiada, e Maszko dosta w rce ogromn spraw o zwalenie milionowego testamentu po pannie Poszowskiej, z ktr wystpio kilkunastu spadkobiercw do dalekich. Pan Pawicki donosi o tym Maryni do Woch, ale uwaaa ca spraw za takie marzenie, jakim niegdy byy miliony, oparte na marglu w Krzemieniu, i zaledwie o tym wspomniaa mowi, ktry te od razu kiwn na wszystko rk. Teraz sprawa, skoro Maszko si jej podj, zapowiadaa si powaniej. Bigiel przypuszcza, e musz by jakie nieformalnoci w testamencie, i twierdzi, e gdyby Maszko wygra, mgby od razu stan na nogach, wymwi sobie bowiem olbrzymie honorarium. Poanieckiego caa rzecz zaciekawia mocno.
- Maszko ma jednak sprysto kota - rzek - zawsze padnie na nogi.
Bigiel za odpowiedzia:
- I tym razem powinnicie prosi Boga, eby krzya nie zama, bo to dla pani i dla jej ojca chodzi o niema rzecz. Sam Poszw ze wszystkimi folwarkami oceniono na siedmset tysicy rubli. A prcz tego jest gruba gotwka.
- To by byo dziwne, taka niespodziana gratka - rzek Poaniecki.
Lecz Marynia dowiedziaa si z przykroci, e ojciec jej wystpi wraz z innymi spadkobiercami o zwalenie testamentu. Jej "Stach" by czowiekiem zamonym, i miaa lep wiar, e od niego tylko zaley zrobi miliony; ojciec mia rent, a prcz tego ona odstpia mu doywocie na sumie, ktra si naleaa z Magierwki, wic bieda nikomu nie grozia. Mio by wprawdzie byo pani Poanieckiej mc odkupi Krzemie i wozi tam na lato swojego "Stacha", ale nie za takie pienidze.
Pocza wic mwi z wielkim oywieniem:
- Ja si tym tylko martwi. To byy pienidze uyte tak poczciwie! Nie godzi si zmienia woli zmarych, nie godzi si odejmowa chleba biednym albo szkoom. Synowiec pani Poszowskiej zastrzeli si: moe jej chodzio o ratunek duszy jego, o przejednanie boego miosierdzia. To si nie godzi!... Powinno si inaczej myle i inaczej czu!...
I a zaponia si nieco, a Poaniecki rzek:
- A jaka rezolutna!
Lecz ona wysuna naprzd swoje nieco za szerokie usta z wyrazem zadsanego dziecka i pocza powtarza:
- No, Stachu, powiedz, e ja mam suszno, powiedz, e ja mam suszno!! Ty to powinien powiedzie!
- Bez wtpienia - rzek Poaniecki - ale Maszko moe spraw wygra.
- ycz mu, eby przegra - odpowiedziaa.
Poaniecki za powtrzy:
- A jaka rezolutna!
"I jaka poczciwa, jaka szlachetna natura!" - pomyla Zawiowski nadajc zarazem w swym plastycznym umyle pojciom o dobroci i szlachetnoci ksztat kobiety o ciemnych wosach, niebieskich oczach, wysmukej postawie i ustach nieco za szerokich.
Po obiedzie Bigiel z Poanieckim wyszli na cygara i czarn kaw do pokoju biurowego, gdzie mieli zarazem odby pierwsz narad, na jakie cele rozporzdzi spadkiem po Bukackim. Zawiowski jako niepalcy zosta z paniami w salonie. Wwczas Marynia, ktra, jako pani "pryncypaowa", poczuwaa si do obowizku omielenia przyszego urzdnika "Domu", zbliya si do niego i rzeka:
- Ja tak jak pani Bigielowa chciaabym, ebymy wszyscy uwaali si za jedn wielk rodzin, dlatego niech pan zaliczy i nas do swoich dobrych znajomych.
- Z najwiksz chci, jeli pani pozwoli - odpowiedzia Zawiowski. - Ja i tak bybym zoy moje uszanowanie...
- Poznaam wszystkich panw z biura tylko na lubie, potem zaraz wyjechalimy, ale teraz przyjdzie do bliszej znajomoci. M mi mwi, e chciaby, ebymy si zbierali jednego tygodnia u pastwa Bigielw, a drugiego u nas. To bardzo dobry zamiar, tylko ja robi jedno zastrzeenie.
- Jakie? - spytaa pani Bigielowa.
- eby nie wolno byo mwi na tych zebraniach o adnych interesach handlowych. Bdzie troch muzyki, bo spodziewam si, e o tym pomyli pan Bigiel - a czasem odczytamy co takiego, jak Na progu.
- To chyba nie przy mnie - rzek z przymuszonym umiechem Zawiowski.
A ona pocza mu patrze w oczy ze zwyk sobie prostot:
- Czemu nie? - spytaa. - Wobec ludzi szczerze przyjaznych? Mymy o panu nieraz i mwili, i myleli, zanim przyszo do poznania, a c dopiero teraz.
Zawiowski czu si ogromnie rozbrojony. Zdawao mu si, i wpad midzy wyjtkowych ludzi, a przynajmniej, e pani Poaniecka jest wyjtkow kobiet. Obawa, ktra palia go jak ogie, eby nie wyda si miesznym razem ze swoj poezj, ze swoj dug szyj i piczastymi okciami, pocza si w nim zmniejsza. Byo mu przy niej jako swobodnie. Odczuwa, e ona nigdy nie mwi dlatego tylko, by co powiedzie, lub ze wzgldw towarzyskich, ale wypowiada najcilej tylko to, co pynie z jej dobroci i wraliwoci. Przy tym zachwycaa go jej twarz i posta, tak jak w Wenecji zachwycia wirskiego. A poniewa przywyk szuka dla kadego wraenia okrele, wic pocz szuka wyrazw i dla niej i czu, e one powinny by nie tylko szczere, ale zarazem wykwintne, wdziczne i polne, tak jak pikno jej bya wspczenie wykwintna i polna. Uzna, e ma przed sob temat, i zbudzi si w nim artysta.
Tymczasem ona pocza go wypytywa z wielk yczliwoci o stosunki rodzinne, na szczcie jednak wejcie do salonu Bigiela i Poanieckiego uwolnio go od dokadniejszych odpowiedzi, ktre musiayby mu by przykre. Ojciec jego, znany niegdy karciarz i hulaka, od kilku lat cierpia na pomieszanie zmysw i by w zakadzie dla obkanych.
Muzyka miaa przerwa t draliw rozmow. Poaniecki koczy z Bigielem narad, w za mwi:
- Zdaje si, e to doskonay projekt, ale trzeba si jeszcze bdzie namyli.
Potem, wsparszy si na wiolonczeli, pocz si rzeczywicie namyla, a wreszcie rzek:
- To dziwna rzecz! Ja, jak gram, to niby nic innego mi nie w gowie, a tymczasem nieprawda! Jaka czstka mzgu zastanawia si wtedy nad innymi rzeczami, i co szczeglne, to, e najlepsze pomysy wanie wwczas przychodz.
To rzekszy siad, chwyci wiolonczel midzy kolana, przymkn oczy i rozpocz Pie wiosenn.
Zawiowski odszed tego dnia do siebie zachwycony domem, ludmi, ich prostot, Pieni wiosenn, a szczeglniej pani Poanieck.
Ona za ani si domylaa, e z czasem moe wzbogaci "nowym dreszczem" poezj.
Rozdzia trzydziestu smy
Pastwo Maszkowie odwiedzili Poanieckich w tydzie po ich przyjedzie. Ona, przybrana w szar sukni obszyt takieje barwy marabutem, wygldaa tak adnie jak nigdy. Zapalenie oczu, na ktre dawniej cierpiaa, przeszo. Twarz jej posiadaa dawniejsz obojtn, prawie senn agodno, ale obecnie podnosio to tylko jej artystyczny wyraz. Dawniejsza panna Krasawska bya starsza okoo piciu lat od Maryni i jako panna wygldaa starzej, teraz jednak zdawao si, e odmodniaa. Wysmuka i rzeczywicie nader zgrabna jej posta rysowaa si w obcisej sukni jak dziecinna. Szczegln byo rzecz, e Poaniecki, ktry jej nie lubi, znajdowa w niej co pocigajcego, i ilekro j widzia, mwi sobie: "Wszelako w niej co jest." Nawet jej gos monotonny i nieco dziecinny mia dla niego pewien urok. Obecnie wprost powiedzia sobie, e wyglda wyjtkowo wdzicznie i e wicej si zmienia na korzy od Maryni.
Sam Maszko zakwit rwnie jak sonecznik. Dystynkcja a bia od niego, a obok niej pewno siebie i duma, agodzona askawoci. Zdawa by si mogo, e jednego dnia nie jest w stanie objecha swych woci sowem, udawa wicej ni kiedykolwiek. Nie udawa tylko mioci do ony, zna bowiem byo z kadego jego spojrzenia, e j pokocha rzeczywicie. Naprawd trudno byoby znale kobiet, ktra by lepiej odpowiadaa jego pojciom o dobrym smaku, wykwintnoci i wielkowiatowym polorze. Jej obojtno, jej jakby zamroone obejcie si z ludmi uwaa za co wprost nieporwnanego. Ona tej "dystynkcji" nie tracia nigdy i w adnej chwili, nawet sam na sam z nim. On za jak prawdziwy parweniusz, ktry posiad ksiniczk, pokocha j wanie dlatego, e mu si wydawaa ksiniczk i e j posiad.
Marynia pocza wypytywa, gdzie spdzili czas polubny, na co pani Maszkowa odrzeka: "w majtku ma" - takim tonikiem, jak gdyby w "majtek ma" by majoratem od dwudziestu pokole - przy czym dodaa, e za granic wybieraj si dopiero za rok, gdy m pokoczy interesy, tymczasem na letnie miesice wyjad znw do "majtku ma".
- Pani lubi wie? - spytaa Marynia.
- Mama lubi wie - odrzeka pani Maszkowa.
- A Krzemie podoba si mamie pani?
- Tak. Tylko okna w domu jak w oranerii. Tyle szyb!
- To troch konieczne - odrzeka miejc si pani Poaniecka - bo jak si taka szyba stucze, to j kady szklarz naprawi, a po wielkie trzeba by posya a do Warszawy.
- M mwi, e wybuduje nowy dom.
Pani Poaniecka westchna po cichu i zmienia przedmiot rozmowy. Poczy mwi o wsplnych znajomych. Pokazao si, e pani Maszkowa braa niegdy z "Anetk" Osnowsk i z jej modsz krewn, Linet Castelli, lekcje taca i e znaj si doskonale, i e Lineta jeszcze adniejsza od Anety, a przy tym maluje i ma cay album wasnych wierszy. Pani Maszkowa syszaa, e Anetka ju wrcia i e Lineta zamieszka w tej samej willi a do czerwca, razem ze swoj ciotk, pani Broniczow... "i to bdzie bardzo dobrze, bo one takie mie!"
Poaniecki za z Maszk wynieli si z wolna do przylegego saloniku i rozmawiali o testamencie panny Poszowskiej.
- Mog ci powiedzie, em prawie wypyn - mwi Maszko. - Byem niemal nad przepaci, ale ta sprawa postawia mnie na nogi, przez to samo, em j zacz. Bo te od lat caych nie byo podobnej. Tu chodzi o miliony. Poszowski sam przez si bogatszy by od ciotki - i zanim sobie w eb strzeli, zapisa majtek matce pani Kromickiej, a gdy ta go nie przyja, caa fortuna przesza na star pann Poszowsk. Rozumiesz teraz, ile babulka musiaa zostawi.
- Bigiel wspomina o siedmiuset tysicach rubli.
- Powiedze twemu Bigielowi, skoro tak lubi liczy, e jest przeszo dwa razy tyle. No, musz sobie jednak odda t sprawiedliwo, e si umiem ratowa i e atwiej mnie wrzuci do wody ni utopi. Ale co ci osobliwego powiem: wiesz, komu to zawdziczam? - twemu teciowi. On mi niegdy o tym wspomina, ale zrazu machnem rk. Potem wpadem w te tarapaty, o ktrych ci pisaem. Miaem n na gardle. Ot trzy tygodnie temu spotykam wypadkiem twego tecia, ktry mi, midzy innymi, zaczyna mwi o pannie Poszowskiej i wymyla na ni, ile wlezie. Nagle uderzyem si w czoo. Co mam do stracenia? Nic. Kazaem regentowi Wyszyskiemu pokaza sobie testament - i widz, e nieformalnoci s. Mae, ale s. W tydzie miaem ju plenipotencj od spadkobiercw i rozpoczem spraw. I co powiesz? Na sam wie o honorarium, jakie mam dosta w razie wygranej, wrcia ludziom ufno, wrcia moim wierzycielom cierpliwo, wrci kredyt - i trzymam si... Pamitasz? By czas, em spuci z tonu, e mi po gowie chodziy sielankowe zamiary wyrobienia si mrwcz prac, ograniczeniem ycia. Gupstwo! To trudno, mj kochany! Ty mi zarzuca, e udaj, ale u nas trzeba. Ja musz dzi udawa czowieka, ktry jest zarwno pewny swego majtku, jak i wygranej.
- Powiedz mi otwarcie, czy to jest dobra sprawa?
- Jak to czy dobra?
- Po prostu, czy niezbyt trzeba j bdzie cign za uszy, przeciw susznoci?
- Wiedz o tym, e w kadej sprawie jest co do powiedzenia na jej korzy, i uczciwo adwokacka polega wanie na tym, eby to powiedzie. Waciwie tu jest kwestia, kto ma by spadkobierc i czy testament jest tak napisany, eby si mg osta wobec prawa - a prawo nie ja wymyliem.
- Masz widoki wygranej?
- Gdy chodzi o zwalenie testamentu, niemal zawsze si je ma, dlatego e atak jest zawsze prowadzony sto razy energiczniej ni obrona. Kto si bdzie przeciw mnie broni? Instytucje, to jest ciaa same przez si ociae, mao zaradne, ktrych przedstawiciele nie maj w obronie adnego osobistego interesu. Wezm adwokata; dobrze! ale co mu dadz? co mu mog da? Tyle, ile z prawa wypada. Ot i ten adwokat bdzie mia raczej wiksze widoki zysku w razie, jeli ja wygram - bo to moe zalee od osobistego mego z nim ukadu. W ogle powiem ci, e w sprawach sdowych tak jak i w yciu wygrywa ta strona, ktra bardziej chce wygra.
- Ale opinia publiczna zmiele ci na otrby, jeli poobalasz takie zapisy. Widzisz! moja ona jest poniekd interesowan...
- Jak to: poniekd? - przerwa Maszko. - Bd waszym prawdziwym dobroczyc.
- Wic dobrze. Ot ona moja oburzaa si i oburza na ca t spraw.
- ona twoja jest wyjtkiem.
- Niezupenie. Bo i mnie to nie w smak.
- C to? Przerobili i ciebie na romantyka?
- Mj drogi! my si z dawna znamy. Mw tym jzykiem do kogo innego.
- Dobrze. Bd wic mwi tylko o opinii. Naprzd powiem ci, e pewna niepopularno czowiekowi prawdziwie comme il faut raczej pomaga, ni szkodzi. Po wtre, trzeba te rzeczy rozumie. Zmielono by mnie, jak si wyrazie, na otrby, gdybym t spraw przegra, ale gdy j wygram, bd tylko uwaany za tg gow - a ja j wygram!
Po chwili za mwi dalej:
- A ze stanowiska ekonomicznego o co tu chodzi? Pienidze zostan w kraju, i dalibg, nie wiem, czy bd gorzej uyte. Bo, e mogoby si za nie wyhodowa kilkanacioro chuderlawych dzieci, ktre wyrosn na niedogw i bd si przyczyniay do skarlenia rasy, albo e kilkanacie szwaczek mogoby dosta maszyny do szycia, albo e kilkadziesit bab lub dziadw mogoby y o par lat duej, to krajowi niewiele z tego przyjdzie. To s cele nieprodukcyjne. Trzeba, ebymy si raz nauczyli ekonomii... Wreszcie krtko powiem: miaem n na gardle. Moim pierwszym obowizkiem jest zabezpieczy byt sobie, mojej onie i mojej przyszej rodzinie. Jeli kiedykolwiek bdziesz w takim pooeniu, jak ja byem - to mnie zrozumiesz. Wolaem wypyn ni uton - a takie prawo kady ma. ona moja, jak ci pisaem, ma znaczn rent, ale majtku prawie nic, a przynajmniej niewiele. Do tego z tej renty paci jeszcze co swemu ojcu. T pensj powikszyem, bo mi grozi, e tu zjedzie, a tegom sobie nie yczy.
- Tak wic wiesz ju teraz na pewno, e pan Krasawski istnieje? Pamitam, e mi o tym wspomina.
- Wanie dlatego, e ci niegdy wspominaem, nie robi z tego tajemnicy i dzi. Zreszt wiem, e ludzie gadaj o tym z krzywd mojej teciowej i mojej ony, e rozpowiadaj Bg wie co, wic, jako przyjacielowi, wol ci powiedzie, jak jest. Pan Krasawski yje w Bordeaux; by porednikiem w handlu sardynkami i zarabia dobre pienidze, ale posad t straci, bo si zapija i zapija absyntem, a prcz tego stworzy sobie nielegaln rodzink. Te panie posyaj mu trzy tysice frankw rocznie, ale mu to nie wystarcza i midzy rat a rat gniecie go bieda, wskutek czego zapija si coraz bardziej i gnbi te biedne kobiety listami, w ktrych grozi, e ogosi w pismach, jak si z nim obchodz. A one obchodz si z nim lepiej, ni wart. Pisa i do mnie zaraz po lubie proszc o podniesienie pensji o tysic frankw. Oczywicie, dowodzi mi, e go te kobiety "zjady", e nie mia za grosz szczcia w yciu, e stoczy go ich egoizm - i ostrzega mnie przed nimi...
Tu Maszko pocz si mia:
- A ma bestia fantazj szlacheck. Raz z biedy chcia si wzi do sprzedawania afiszw na korytarzu teatralnym - ale kazali mu si ubra w jaki kaszkiet i tego nie mg przenie. Pisze do mnie tak: "Wszystko by, panie, dobrze poszo, ale kaszkiet!! jak mi dali kaszkiet - nie mogem!..." I wola z godu umrze ni woy kaszkiet! Podoba mi si mj te! Byem niegdy w Bordeaux, ale dalibg zapomniaem, jakie kaszkiety nosz ci, co sprzedaj afisze, a chciabym taki kaszkiet widzie... Rozumiesz zreszt, e wolaem doda tysic frankw, byle go trzyma z daleka, razem z jego absyntem i kaszkietem... Co mnie boli, to to, e ludzie mwi, e on i tu by jakim wonym czy pisarzem, a to jest poda potwarz, bo do otworzy pierwszy lepszy herbarz, eby wiedzie, kto byli Krasawscy. Tu koligacje s wiadome i Krasawskim ich nie brak. Czowiek upad - ale rodzina bya i jest znakomita. Te panie maj tu na tuziny krewnych nie byle jakich - i jeli ci ca t histori opowiadam, to dlatego; e chc, by wiedzia, jaka jest prawda.
Ale prawda dotyczca rodu Krasawskich mao obchodzia Poanieckiego, wic wrcili do pa, tym bardziej, e tymczasem nadszed Zawiowski, ktrego Poaniecki zaprosi na poobiedni herbat, aby mu pokaza fotografie przywiezione z Woch. Jako cae ich zwoje leay ju przygotowane na stole, ale Zawiowski trzyma w rku ramk z gwk Litki i zachwyca si tak, e zaraz po zapoznaniu si z Maszk znw pocz patrze na portrecik i mwi o nim w dalszym cigu.
- Mylabym prdzej, e to jaki pomys artystyczny - rzek - ni portret ywego dziecka. Co za cudna gwka i co za wyraz! To pani siostrzyczka?
- Nie - odpowiedziaa pani Poaniecka - i to jest dziecko, ktre ju nie yje!
W oczach Zawiowskiego jako poety w tragiczny cie podnis jeszcze wspczucie i podziw dla tej istotnie anielskiej twarzy. Przez jaki czas przypatrywa si jej w milczeniu, to odsuwajc, to zbliajc do oczu fotografi, po czym rzek:
- Ja si dlatego pytaem, czy to nie pani siostra, bo jednak jest co... w rysach, raczej w oczach... doprawdy co jest!
Zawiowski zdawa si szczerze mwi, ale Poaniecki mia tak, religijn niemal, cze dla zmarej, e mimo caego uznania dla urody Maryni porwnanie wydao mu si jakim rodzajem profanacji, wic wyjwszy fotografi z rk Zawiowskiego, ustawi j na powrt i pocz mwi z pewn szorstk ywoci:
- Ale bynajmniej! bynajmniej! Nie ma jednego rysu wsplnego. Jak mona nawet porwnywa! Ani jednego rysu wsplnego!
A Maryni dotkna nieco ta jego ywo.
- Ja take jestem tego zdania - odrzeka.
Lecz jemu nie do byo jej zdania.
- Czy pani znaa Litk? - spyta zwrciwszy si do pani Maszkowej.
- Tak!
- Prawda! widziaa j pani u Bigielw.
-Tak.
- No, przecie nie ma ladu podobiestwa?
- Nie.
Zawiowski, ktry adorowa szczerze pani Poanieck, pocz patrze na Poanieckiego z pewnym zdziwieniem - on jednak spoglda teraz na wyduon posta pani Maszkowej, rysujc si przez popielat sukni, i myla:
- Jaka ona zgrabna!
Po chwili Maszkowie poczli si egna. Maszko, caujc na odchodnem rk pani Poanieckiej, rzek:
- Mnie moe wypadnie wkrtce wyjecha do Petersburga; niech pani pamita troch przez ten czas o mojej onie.
W czasie herbaty Marynia przypomniaa Zawiowskiemu obietnic, jak jej uczyni za pierwsz bytnoci, e jej przyniesie i odczyta wariant wiersza: Na progu - on za tak przylgn od razu do Poanieckich, e odczyta nie tylko wariant, ale i drugi wiersz, ktry by poprzednio napisa. Zna byo po nim, e sam dziwi si wasnej odwadze i ochocie - tote po odczytaniu i wysuchaniu pochwa, ktre byy naprawd szczere, rzek:
- Ja rwnie szczerze mwi, e z pastwem, za trzecim widzeniem si, to si tak jako jest, jakby si od dawna znao. A mi to dziwne.
Poaniecki przypomnia sobie, e niegdy powiedzia co podobnego Maryni w Krzemieniu - ale przyj to teraz, jakby naleao si i jemu.
Zawiowski za j wycznie mia na myli: po prostu zachwycaa go i swoj prost dobroci, i twarz.
Gdy odszed, Poaniecki rzek:
- To bestia naprawd zdolna. Czy ty uwaaa, e on jakby si troch zmieni na twarzy?
- Przystrzyg wosy - rzeka Marynia.
- Aha! i broda jeszcze wicej mu wystaje.
To mwic Poaniecki wsta i pocz ukada zwoje fotografii na peczce nad stoem, wreszcie zabra portret Litki i rzek:
- Przenios j do mego gabinetu.
- A tam masz t z brzzkami, kolorowan.
- Tak, ale nie chc, eby i ta staa tu, tak na widoku. Kady robi uwagi, a czasem mnie to gniewa. Pozwolisz?
- Dobrze, mj Stachu - odpowiedziaa Marynia.
Rozdzia trzydziesty dziewity
Bigiel usilnie namawia Poanieckiego, by nie zwija Domu i me rzuca si zbyt popiesznie w innego rodzaju przedsibiorstwa. "Stworzylimy uczciwy kupiecki dom - mwi - jakich u nas mao, i dlatego jestemy poyteczni." Utrzymywa, e przez sam wdziczno naley prowadzi dalej interes, za pomoc ktrego podwoili niemal majtki, przy czym wypowiada przekonanie, i oka najwikszy rozum, gdy teraz wanie bd prowadzili rzecz ostronie, gruntownie, i gdy pierwsza miaa spekulacja, jakkolwiek szczliwa, nie tylko nie zachci ich do innych, ale bdzie ostatni. Poaniecki zgadza si na to, e umiarkowanie trzeba okaza wanie w powodzeniu, ale narzeka, e w Domu nie moe si pomieci i pragnby co produkowa. Mia on tyle zmysu praktycznego, e o fabryce na wasn rk jeszcze nie myla. "Maej nie chc prowadzi mwi - bo mnie wielkie, produkujce en gros, pochon, a na wielk nie mam, w akcyjnej za pracowabym nie na siebie, ale na innych." Rozumia te, e o akcjonariuszw, zoonych z miejscowych ywiow, nieatwo, a obcych nie chcia, wiedzc przy tym, e nie potrafi wzbudzi w nich zaufania i e samo jego nazwisko bdzie mu w tym przeszkod. Bigiel, ktremu chodzio o Dom, szczerze rad by z tej trzewoci pogldu.
W Poanieckim za zbudzia si jeszcze inna ch, mianowicie odwieczna, stara jak ludzko, ch posiadania. Po szczliwej spekulacji i po zapisie Bukackiego sta si on czowiekiem zupenie zamonym, ale przy caej swej istotnej trzewoci mia jakie dziwne poczucie, e ta zamono, polegajca choby na najpewniejszych, zamknitych w kasie ogniotrwaej papierach, jest rwnie papierow i pozostanie ni dopty, dopki nie bdzie posiada czego realnego, o czym by mg powiedzie: "To moje!" Ta dziwna dza ogarniaa go coraz silniej. Nie chodzio mu o nic wielkiego, ale o jakikolwiek kt, byle wasny, gdzie by mg czu si u siebie. Prbowa nad tym filozofowa i tumaczy Bigielowi, e ta ch posiadania musi by jak namitnoci wrodzon, ktr mona potumi, ale ktra w wieku dojrzalszym odzywa si z now si. Bigiel uznawa, e tak moe by, i mwi mu:
- To i suszne. Jeste onaty, wic chcesz mie wasne, nie za najte ognisko, a e masz po temu wszelkie rodki, wic sobie takie ognisko stwrz.
Poaniecki myla czas jaki o wybudowaniu duego domu w miecie, ktry by czyni zado chci posiadania i zarazem przynosi dochody. Ale ktrego dnia spostrzeg, e ten praktyczny zamiar ma jedn z stron - mianowicie nie posiada adnego wdziku. Co, o czym si mwi "To moje" - trzeba lubi, a jak tu lubi kamienic, w ktrej mieszka kady, kto najmie mieszkanie? Z pocztku wstydzi si tej myli, bo mu si wydaa romantyczn, ale potem powiedzia sobie: "Nie! skoro posiadam rodki, przeto uycie ich w ten sposb, ktry by mi zapewni przyjemno, nie tylko nie jest romantyzmem, ale dowodem rozsdku." Bardziej pocza go pociga myl o jakim mniejszym domu w miecie lub za miastem, o takim, w ktrym by sam tylko z on mieszka. Ale chciao mu si przy tym cho kawaka ziemi, na ktrej by co roso. Czu, e na przykad widok drzew, ktre by rosy w jego ogrodzie, przed jego domem, na jego gruncie, sprawiaby mu wielk przyjemno. Sam si dziwi, e tak jest, ale tak byo. W kocu doszed do przekonania, e najmilej byoby mu posiada jak kolonijk tu pod miastem, co w rodzaju takiego letniego domu, jaki posiada Bigiel, ale z kawakiem ziemi, kawakiem lasu, jakimi kilku morgami warzywnego ogrodu, wreszcie z sadem i z bocianim gniazdem gdzie na starej lipie.
- Skoro na to mam, to wol, eby to byo takie ni inne, to jest adne, nie brzydkie - mwi sobie.
I pocz rzecz rozwaa ze wszystkich stron. Rozumia, e gdy chodzi o gniazdo, w ktrym si ma mieszka przez reszt ycia, trzeba wybra rozwanie, wic nie pieszy si. Tymczasem mylenie o tym zajo mu wszystkie godziny wolne od pracy biurowej i sprawiao mu rzeteln przyjemno. Ci i owi dowiedzieli si wkrtce, e Poaniecki szuka czego za gotowy grosz, nadeszy wic z rnych stron propozycje, czsto dziwaczne, ale niekiedy do pontne. Trzeba byo czasem jedzi, oglda wille pooone w miecie lub za miastem. Czstokro, po powrocie z biura i po obiedzie, Poaniecki zamyka si z listami, z planami i pokazywa si dopiero wieczorem. Marynia miaa wwczas duo wolnego czasu. Spostrzega wreszcie, e co zajmuje go niezwykle, i prbowaa dopytywa, lecz on odpowiedzia:
- Moje dziecko, jak bdzie rezultat, to ci powiem, ale pki sam nic nie wiem, trudno, ebym si rozgadywa o niczym. To takie przeciwne mojej naturze.
Dowiedziaa si wreszcie, o co chodzi, od pani Bigielowej, ta za wiedziaa od ma, ktrego naturze nie byo przeciwnym rozgadywa si z on o wszelkich przedsiwziciach i zamiarach na przyszo. Dla pani Poanieckiej byoby rwnie ogromn przyjemnoci rozmawia z mem o wszystkim, a zwaszcza o wyborze gniazda. Oczy miay jej si na sam myl o tym, ale skoro "usposobienie Stacha" stao temu na przeszkodzie, wic wolaa nie dopytywa przez delikatno.
On za nie mia zych chci, ale wprost nie przyszo mu do gowy wtajemnicza jej w jakiekolwiek sprawy, w ktrych chodzio o pienidze. Moe byoby inaczej, gdyby mu bya wniosa znaczny posag i gdyby zmuszony by rozporzdza i jej majtkiem: by czowiekiem w takich razach nader skrupulatnym: Ale poniewa rozporzdza tylko swoim, nie czu, tak jak i za dawnych kawalerskich czasw, adnej potrzeby spowiadania si z tego, pty szczeglniej, pki nic nie byo postanowione. Z Bigielem jednym rozmawia, dlatego e przywyk z nim rozmawia o interesach.
Z on mwi o takich rzeczach, ktre podug niego "do niej naleay", wic midzy innymi o kku znajomych, ktre naleao sobie stworzy. Pod koniec swego kawalerstwa Poaniecki nie bywa prawie nigdzie, czu jednak, e obecnie nie moe tak by. Oddali wic wizyt Maszkom i ktrego wieczoru poczli rozwaa, czy wypada im by u Osnowskich, ktrzy w tym czasie wrcili z zagranicy i mieli do potowy czerwca zosta w Warszawie. Marynia mwia, e wypada, dlatego e si bd widywali u pani Maszkowej, i miaa ochot, albowiem lubia pana Osnowskiego, ktry j wzrusza. Poaniecki okaza mniej chci, i pocztkowo stano na tym, czego chcia, ale w kilka dni pniej Osnowscy spotkali Maryni i powitali j tak serdecznie, pani Osnowska powtarzaa tak czsto: "my, Rzymianki", oboje za kadli taki nacisk na nadziej widywania i spotkania si, e niepodobna byo unikn zoenia im wizyty.
Jednak gdy Poanieccy przybyli w odwiedziny, wszelkie uprzejmoci okazywano przede wszystkim Maryni. M przeciga si pod tym wzgldem w grzecznociach z on. Dla Poanieckiego byli, jako ludzie dobrze wychowani, rwnie uprzejmi bez zarzutu, ale zimniej. On rozumia, e Marynia gra pierwsz, on za dopiero nastpn rol, i troch go to jednak dranio. Pan Osnowski zreszt nie potrzebowa si wysila na grzecznoci dla pani Poanieckiej, albowiem czujc, e ona ma dla niego szczer sympati, odpaca jej z nawizk, gdy mu tego w ogle brako.
Maryni wyda si jeszcze bardziej zakochany w onie, ni by poprzednio. Wprost zna byo, e serce mu bije ywiej, gdy na ni patrzy. Mwic do niej, zdawa si podsuwa wyrazy jakby z pewn obaw, by jej czymkolwiek nie zrazi. Poaniecki patrzy na niego z pewnym politowaniem, ale byo to zarazem i wzruszajce. W walce z otyoci natomiast pan Osnowski odnis tak walne zwycistwo, e ubranie wydawao si na nim za szerokie. Czerwone wyrzuty, ktre okryway jego twarz blondyna, zniky i w ogle by przystojniejszy ni przedtem.
A pani miaa zawsze swoje nieporwnane skone oczy koloru fiokw i myli, ktre jak rajskie ptaki cigle bujay w powietrzu.
Ale Poanieccy zrobili u Osnowskich now znajomo, mianowicie poznali pani Broniczow i jej siostrzenic, pann Castelli, ktre przybyy na "letni karnawa" do Warszawy i zamieszkay w tej samej willi, ktr nieboszczyk Bronicz sprzeda Osnowskim, z wymwieniem jednego pawilonu dla ony. Pani Broniczowa bya wdow po panu Broniczu, o ktrym wspominaa jako o ostatnim krewnym ksit Ostrogskich, zatem ostatnim z Rurykowiczw. Znano j take w miecie pod nazw "Sodyczki"; przezwisko to zawdziczaa temu, e mwic, zwaszcza do osb, o ktre jej chodzio, przymilaa si tak, i zdawa si mogo, e mwi przez trzymany w ustach kawaek cukru. Opowiadano dziwy o jej kamstwach. Panna Castelli bya crk jej siostry, ktra w swoim czasie, ku wielkiemu zgorszeniu rodziny i wiata, wysza za Wocha, nauczyciela muzyki, i zmara przy saboci, pozostawiajc crk. Gdy w rok potem i pan Castelli utopi si na Lido, pani Broniczowa wzia i wychowaa siostrzenic.
Panna Lineta bya prawie zupen piknoci, o rysach bardzo regularnych, czarnych oczach, zotawych wosach i cerze a zbyt piknej, bo niemal porcelanowej. Miaa jednak przycikie powieki, co jej nadawao senny wyraz, ale ta senno moga si wydawa take skupieniem. Mona byo mniema, e to jest istota, ktra ya bardzo rozwinitym yciem wewntrznym, i dlatego zachowuje si nieco obojtnie wzgldem tego, co j otacza. Kto by zreszt sam nie wpad na w domys, mg by pewien, e mu pani Broniczowa do tego dopomoe. Pani Osnowska, ktra przechodzia przez okresy zachwytu nad kuzynk, mwia o oczach panny Linety, e s "gbokie jak jeziora", kwesti byo tylko, co jest na dnie, ale wanie ta tajemnica dodawaa pannie Linecie uroku.
Pastwo Osnowscy przyjechali z zamiarem bawienia si w Warszawie, ale pani Aneta nie na prno bya w Rzymie. "Sztuka i sztuka! - mwia do pani Poanieckiej - o niczym wicej nie chc wiedzie." Zamiarem jej jawnym byo otworzy salon "ateski", a skrytym zosta Beatrycz jakiego Kanta, Laur jakiego Petrarki lub przynajmniej czym w rodzaju Vittorii Colonna dla jakiego Michaa Anioa.
- Mamy adny ogrd przy willi - mwia - wieczory bd liczne, i bdziem si schodzili na takie pogadanki rzymskie, florenckie... Pani wie (tu podniosa do poziomu z ramionami donie i pocza nimi porusza), szara godzina, troch zorzy, troch ksiyca, kilka lamp, troch cieniw od drzew: siedzi si i rozmawia pgosem o wszystkim: o yciu, uczuciach, o sztuce. Przecie to doprawdy wicej warte ni plotki! Mj Jziu, moe si bdziesz nudzi, ale nie gniewaj si, zrb to dla mnie i wierz mi, e to bdzie bardzo adne.
- Ale, moja Anetko, czy mnie to moe nudzi, co ciebie bawi? - odpowiedzia Osnowski.
- Teraz zwaszcza, pki Lineta jest z nami, to przecie artystka w kadej kropli krwi!
Tu zwrcia si do niej:
- Jak tam niteczk przdzie ta gwka? Co mwisz o takich wieczorach rzymskich?
Panna Lineta umiechna si, a "ostatnia z Rurykowiczw" pocza mwi z wyrazem nieopisanej sodyczy do Poanieckich:
- Pastwo nie wiedz, e j Wiktor Hugo bogosawi, gdy bya jeszcze maa.
- To panie znay Wiktora Hugo? - spytaa Marynia.
- My? nie! Nie byabym chciaa go zna za nic w wiecie, ale raz przejedaymy przez Passy, gdy on sta na balkonie, i - nie wiem, czy przez jakie przeczucie, czy przez natchnienie, jak zobaczy Linetk, tak podnis rk i przeegna j.
- Ciociu! - rzeka panna Castelli.
- Kiedy prawda, moje dziecko, a co prawda, to prawda! Zaraz na ni zawoaam: "Patrz! patrz! podnosi rk" - i pan Cardyn, konsul, ktry siedzia na przodzie, widzia take, e on podnis rk, a potem przeegna ci. Owszem, ja to chtnie opowiadam, bo moe za to przeegnanie Pan Bg odpuci mu jego grzechy, ktrych mia tyle. On, taki przewrotny umys, a jednak zobaczywszy Linetk przeegna j!
Byo w tym tyle prawdy, e panie te przejedajc przez Passy istotnie widziay na balkonie Wiktora Hugo. Co do bogosawiestwa, jakiego mia udzieli Linetce, ze jzyki warszawskie dowodziy, e podnis rk, albowiem w tej chwili ziewa.
Lecz tymczasem pani Osnowska mwia dalej:
- Stworzymy tu sobie mae Wochy, a jeli si prba nie uda, to na przysz zim uciekniemy do wielkich. Ju mi to chodzio po gowie, eby otworzy w Rzymie dom. Tymczasem Jzio przywiz kilka adnych kopii obrazw i posgw. To tak poczciwie z jego strony, bo jego to niewiele obchodzi, wic zrobi to tylko dla mnie. S tam bardzo dobre rzeczy, bo Jzio mia ten rozum, e sobie nie ufa i prosi o pomoc pana wirskiego. Szkoda, e go tu nie ma. Szkoda take, e pan Bukacki jak na zo umar, bo i on by si nam przyda. Czasem bywa bardzo miy. Mia tak jak gitko jak w, a to w rozmowie dodaje ycia. Ale - tu zwrcia si do pani Poanieckiej - czy pani wie, e pani cakiem podbia pana wirskiego? Po pani wyjedzie o nikim innym nie mwi i zacz Madonn, ktra ma pani rysy. Zostanie pani Fornarin! Pani ma widocznie szczcie do artystw - i jak si moje wieczory florenckie zaczn, musimy si trzyma z Linet, inaczej pjdziemy w kt!
A pani Broniczowa, rzuciwszy niechtne spojrzenie Maryni, rzeka:
- Ach, pan wirski! Pamitasz, Linetko?... Ale jeli chodzi o twarze, ktre robi wraenie na artystw, to powiem pastwu, co si raz zdarzyo w Nizzy...
- Ciociu!... - przerwaa panna Castelli.
- A kiedy prawda, moja Niteczko, a co prawda, to prawda... Rok temu... Nie! dwa lata temu... Jak to ten czas leci...
Lecz pani Osnowska, ktra zapewne syszaa ju nieraz, co si zdarzyo w Nizzy, pocza wypytywa pani Poanieckiej:
- A pastwo duo maj znajomoci w wiecie artystycznym?
- Mj m zapewne - odpowiedziaa Marynia - ja nie; ale znamy Para Zawiowskiego.
Pni Osnowska wpada na t wiadomo w prawdziwy entuzjazm. Jej marzenie byo pozna pana Zawiowskiego i niech Jzio powie, czy to nie byo jej marzenie? Niedawno czytay z Linet jego wiersz pod tytuem: Ex imo - i Lineta, ktra czasem tak umie jednym sowem okreli wraenie, jak nikt inny, powiedziaa... Co to ona takiego charakterystycznego powiedziaa?...
- e w tym jest co piowego - poddaa pani Broniczowa.
- A tak, e w tym jest co piowego. Ja sobie wyobraam pana Zawiowskiego take jak jaki odlew. Jak on naprawd wyglda?
- Niski - odrzek Poaniecki - gruby, lat pidziesit i adnego wosa na gowie.
Na to twarze pani Osnowskiej i panny Linety przybray taki wyraz rozczarowania, e Marynia pocza si mia i odrzeka:
- Niech panie mu nie wierz, to zy czowiek i lubi martwi. Pan Zawiowski jest mody, troch dziki i troch podobny do Wagnera.
- To znaczy, e ma brod jak poliszynel - doda Poaniecki.
Lecz pani Osnowska nie braa ju w uwag sw Poanieckiego i wymoga na Maryni, e uatwi jej poznanie z panem Zawiowskim - i to prdko, "bardzo prdko, bo lato za pasem!"
- Postaramy si przy tym, eby mu byo dobrze midzy nami i eby nie by dziki - cho, jeli jest troch dziki, to nic nie szkodzi, bo on powinien by troch dziki i troch najea si, gdy ludzie si do niego zbliaj... jak orze w klatce! Zreszt porozumiej si z Linetk, bo i ona zamknita w sobie i tajemnicza jak sfinks.
- Mnie si zdaje, e kada niepospolita dusza... - zacza ciocia "Sodyczka".
Lecz Poanieccy poczli si egna. W sieni spotkali cudnego Kopowskiego, ktremu sucy okurza trzewiki, a ktry tymczasem przeczesywa sw posgow i tward jak marmur gow. Wyszedszy Poaniecki rzek:
- Ten im si przyda take na "florenckie" wieczory. To take sfinks!
- Gdyby sta w niszy! - rzeka Marynia. - Jakie to jednak adne kobiety!
- Dziwna rzecz - odpowiedzia Polaniecki. - Niby pani Osnowska jest adna, a ja na przykad wol, jako urod, pani Maszkow. Co do Castelli, to naprawd adna, cho za wysoka. Czy ty uwaaa, e si tam cigle o niej mwi, a ona ani mru-mru.
- Ma opini bardzo inteligentnej - odpowiedziaa Marynia- ale moe troch niemiaa jak Zawiowski. Trzeba bdzie pomyle o tym poznaniu.
Ale tymczasem wypadek pomiesza plany poznania. Pani Poaniecka na drugi dzie po wizycie polizgnwszy si na schodach zbia kolano tak silnie, e przez kilka dni musiaa lee w ku. On wrciwszy z biura i dowiedziawszy si, co zaszo, naprzd przestraszy si, a nastpnie, uspokojony przez lekarza, zburcza on do ywo:
- Powinna pamita, e tu moe nie tylko o ciebie chodzi! - rzek jej.
Ona cierpiaa do mocno i z powodu uderzenia, i z powodu tych sw, ktre wyday si jej jakie nadto bezwzgldne, sdzia bowiem, e jemu powinno przede wszystkim o ni chodzi, zwaszcza e inne obawy nie byy jeszcze na niczym oparte. Poza tym jednak okaza jej wielk troskliwo i ani nazajutrz, ani nastpnego dnia nie poszed do biura, i tylko dlatego, by jej pilnowa. W godzinach przedpoudniowych czytywa jej, po niadaniu za pracowa w przylegym pokoju przy otwartych drzwiach, tak aby go moga w kadej chwili zawoa. Ona, przejednana t troskliwoci, dzikowaa mu za ni bardzo gorco, wskutek czego ucaowa j i rzek:
- Moje dziecko, to przecie prosty obowizek. Widzisz, e nawet i obcy dowiaduj si o ciebie codziennie.
Obcy rzeczywicie dowiadywali si codziennie. Zawiowski wypytywa w biurze: "jak si pani ma?", Bigielowa przychodzia po poudniu, a Bigiel wieczorem i nie wchodzc do pokoju chorej, wygrywa w przylegym na fortepianie, by j rozerwa. Pastwo Maszkowie i pani Broniczowa zostawili dwukrotnie karty wizytowe, pani Osnowska za, zostawiwszy ma w powozie na dole, wdara si do Maryni troch przemoc i siedziaa u niej koo dwch godzin rozmawiajc ze zwykym sobie darem przerzucania si z przedmiotu na przedmiot, o Rzymie, swoich zamierzonych wieczorach, o wirskim, mu, o Linecie i o Zawiowskim, ktry jej spa nie dawa. Pod koniec odwiedzin owiadczya pani Poanieckiej, e powinny sobie mwi "ty" - i e wzywa j, by jej pomoga w jednym planie: "to jest nie w planie, ale w spisku", czyli raczej w czym takim, co jak jej wpado do gowy, tak si pali i pali, do tego stopnia, e caa gowa si pali!
- Tak mi utkwi w myli ten Zawiowski, e a Jzio pocz by o niego zazdrosny, ale Jzio z tylu rzeczy, biedaczysko, nie umie sobie zda sprawy! Ja jestem pewna, e oni z Linet s dla siebie stworzeni, to jest, nie Jzio z Linet, ale Zawiowski. I to poezja, i to poezja! Nie miej si, Maryniu, i nie myl, e ja jestem postrzelona. Ty Linety nie znasz. Jej trzeba jakiego nadzwyczajnego czowieka. Ona za takiego Kopowskiego za nic w wiecie by nie wysza, cho Kopowski wyglda jak cherubin. Takiej twarzy, jak ma Kopowski, nigdy w yciu nie widziaam... Moe we Woszech na jakim obrazie, ale i to nie. A wiesz, co Lineta o nim mwi: 'est un imbcile! Moe, ale jednak i ona na niego patrzy! Pomyl, jak by to licznie byo, eby oni si poznali, pokochali i pobrali - to jest, nie Kopowski z Linet, ale Zawiowski! To dopiero byaby para! A Lineta ze swoimi aspiracjami, kogo ona znajdzie? Gdzie dla niej jest m? A co bymy si napatrzyy, to bymy si napatrzyy! Wyobraam sobie, jakby si oni kochali. Na wiecie tak nudno, e jak mona mie taki widok, to warto popracowa. Zreszt wiem, e to nie pjdzie trudno, bo i ciocia Broniczowa rce amie, gdzie ona znajdzie ma dla Linety. Boj si, czym ci nie zmczya, ale to tak mio pogada, zwaszcza, gdy si co ukada.
Rzeczywicie, po wyjciu pani Osnowskiej Marynia czua jakby zawrt gowy. Jednake, gdy Poaniecki nadszed, pocza mu opowiada o przygotowanych na Zawiowskiego planach, troch si miejc z zapau pani Osnowskiej, a wreszcie rzeka:
- Ona musi mie dobre serce i podoba mi si, ale jaka egzaltowana! Co jej przez gow nie przechodzi!
- Raczej narwana ni egzaltowana - odpowiedzia Poaniecki - a to, widzisz, jest rnica, bo egzaltacja idzie niemal zawsze w parze z dobrym sercem, a narwanie czsto godzi si z oschoci serca i czsto nawet wypywa z tego, e gowa si pali, a serce pi.
- Ty nie lubisz pani Osnowskiej - rzeka Marynia.
Poaniecki nie lubi jej istotnie, ale tym razem, zamiast potwierdzi lub zaprzeczy, pocz na on spoglda z pewn ciekawoci. Uderzya go w tej chwili jej pikno. Wosy jej rozpyway si w nieadzie po poduszce i drobna jej twarz wychylaa si z tej ciemnej fali po prostu jak kwiat. Oczy jej wydaway si bkitniejsze ni zwykle, przez rozchylone usta wida byo brzeek drobnych i biaych zbw. Poaniecki zbliy si do niej i rzek pgosem:
- Jaka ty dzi adna!
I pochyliwszy si nad ni, ze zmienion twarz, pocz caowa jej oczy i usta.
Lecz kady pocaunek wstrzsa ni, a kade wstrznicie sprawiao jej bl. Prcz tego przykro jej byo, e on jakby tylko wypadkiem spostrzeg jej pikno, przykrym by dla niej jego wyraz twarzy i jego nieuwaga, wic pocza odwraca gow.
- Stasiu! nie cauj mnie tak mocno, wiesz, e jestem cierpica.
Wwczas Poaniecki wyprostowa si i rzek z tumionym gniewem:
- Prawda! Przepraszam!
I wyszed do swego pokoju rozpatrywa plan jakiego letniego domu z ogrodem, ktry mu dzisiejszego rana przysano.
Rozdzia czterdziesty
Lecz choroba pani Poanieckiej nie trwaa dugo, i w tydzie pniej mogli ju oboje pojecha do Bigielw, ktrzy tymczasem przenieli si na letnie mieszkanie; pogoda bowiem, mimo wczesnej pory, uczynia si pikna i w miecie zaczy si prawie upay. Zawiowski, ktry by si ju oswoi, przyjecha take, wraz z ogromnym latawcem, ktrego mieli puszcza na wspk z Poanieckim i dziemi. Bigielowie polubili Zawiowskiego rwnie, poniewa by czowiekiem prostym i poza swoj dzikoci wesoym, a chwilami nawet dziecinnym. Pani Bigielowa utrzymywaa przy tym, e ma szczegln gow, co byo o tyle prawd, e posiada blizn na powiece i e wystajca broda nadawaa mu wyraz energii, ktrej cakowicie przeczya grna cz twarzy, tak delikatna, e prawie kobieca. Z pocztku pani Bigielowa doszukiwaa si w nim oryginaa, ale on zbyt uwiadamia wszystko, a zatem i samego siebie, by mg by oryginaem. By tylko nierwnym przez niemiao, wielkim entuzjast i czowiekiem nie bez ukrytej pychy.
Przy obiedzie rozpowiadano mu o Osnowskich, o zamierzonych wieczorach atesko-rzymsko-florenckich, o pannie Castelli i o ciekawoci, jak w paniach wzbudzi.
Usyszawszy o tym rzek:
- No, to dobrze wiedzie, to nie pjd tam za nic w wiecie.
- Naprzd pozna si pan z nimi u nas - rzeka Marynia.
A on zoy rce:
- Pani, uciekn z przedpokoju!
- Dlaczego? - spyta Poaniecki - trzeba mie odwag nie tylko swoich przekona, ale i swoich wierszy.
- A oczywicie - rzeka pani Bigielowa. - Co tu si wstydzi! Powinien pan miao ludziom w oczy patrze i mwi im: "Pisz, bo pisz!"
- Pisz, bo pisz! - powtrzy rezolutnie Zawiowski podnoszc gow i miejc si.
Lecz Marynia mwia dalej:
Pozna si pan z nimi u nas, potem zoy im pan kart, a nastpnie pojedziemy kiedy do nich wieczorem.
On za rzek:
- Nie mog schowa gowy w nieg, bo go nie ma, ale jednak wynajd sobie jak kryjwk.
- A jeli pana bd bardzo prosia?
- To pjd - odpowiedzia po chwili Zawiowski czerwienic si z lekka.
I spojrza na ni. Przybladszy nieco przez dusze leenie w ku, twarz jej zdrobniaa jeszcze i wygldaa na twarz szesnastoletniej dziewczyny. Zawiowskiemu wydaa si tak cudn, e nie mg jej niczego odmwi.
Wieczorem Poanieccy mieli go zabra z powrotem do miasta, ale przedtem Marynia rzeka mu:
- Trzeba teraz uywa z panem przemocy, bo pan nie widzia Linety Castelli, a jak j pan zobaczy, to si pan zakocha.
- Ja, pani!? - zawoa Zawiowski przyoywszy do do piersi. - Ja, w pannie Castelli?
I tyle byo szczeroci w jego pytaniu, e znw zmiesza si; ale tym razem zmieszaa si rwnie nieco i pani Poaniecka.
Tymczasem Poaniecki skoczy z Bigielem rozmow o niebezpieczestwach lokaty kapitau w ziemi i pojechali. Marynia przypomniaa sobie, jak niegdy wracali tak z ojcem, pani Emili, Litk i Poanieckim od Bigielw, w tak sam miesiczn noc. Jak wwczas ten "pan Stanisaw" kocha si w niej i jaki by nieszczliwy; jaka ona bya dla niego surowa - i serce poczo jej bi litoci dla tego "pana Stanisawa", ktry wwczas tyle wycierpia. Chciao si jej teraz przytuli do niego i przeprosi za owe dawne ze chwile - i gdyby nie obecno Zawiowskiego, byaby to uczynia.
Lecz w dawny pan Stanisaw siedzia sobie teraz spokojny i pewny siebie koo niej i pali cygaro. Przecie ona bya jego, przecie j wzi i mia, wic wszystko si skoczyo.
- O czym ty tak rozmylasz, Stachu? - spytaa.
- O interesach, o ktrych mwilimy z Bigielem.
I otrzsnwszy popi z cygara, woy je do ust i pocign tak, e czerwone wiateko rozwiecio mu wsy i cz twarzy.
A Zawiowski patrzc na twarz Maryni pomyla w swojej modej duszy, e gdyby ona bya jego on, to by nie pali teraz cygara ani nie rozmyla o interesach, o ktrych si mwi z Bigielem, ale chyba klczaby przed ni i adorowa j na kolanach.
I z wolna, pod wpywem nocy i tej sodkiej twarzy kobiecej, ktr uwielbia, pocza go ogarnia egzaltacja. Po niejakiej chwili j deklamowa z pocztku cicho, jakby sam do siebie, a potem coraz goniej swj wiersz, pod tytuem niegi w grach. Bya w tym wierszu jakby ogromna tsknota za czym niedostpnym i niepokalanym. Zawiowski sam nie wiedzia, kiedy znaleli si w miecie i kiedy latarnie poczy miga po obu stronach ulicy.
Przy domu Poanieckich Marynia rzeka:
- Wic pojutrze na five o clock?
- Tak jest-odpowiedzia caujc j w rk.
Pani Poaniecka bya troch rozmarzona pod wpywem przejadki, nocy, a moe i wiersza. Lecz od czasu pobytu w Rzymie oboje z mem odmawiali razem pacierz wieczorny. I po tym pacierzu ogarna j nagle wielka tkliwo, jakby przypyw uczucia pokrytego przez chwil innymi wraeniami. Zbliywszy si obja ramionami szyj Poanieckiego i pocza szepta:
- Mj Stachu! tak nam jednak ze sob dobrze? Prawda?
On za przycign j do siebie i odpowiedzia z pewn niedba chepliwoci:
- A czy ja si skar?
I ani w gowie mu nie postao, e w pytaniu jej by jakby odcie alu i zwtpienia, ktrego nie chciaa do duszy dopuci - i e pragna, by j uspokoi i upewni.
Nazajutrz Zawiowski odda w biurze Poanieckiemu wycinek z jakiej gazety ze niegami w grach. Poaniecki przeczyta go przy obiedzie, ale przy brzku widelcw wiersz wyda si mniej pikny ni wrd ciszy nocnej przy wietle ksiyca.
- Zawiowski mwi - rzek Poaniecki - e wkrtce wyjdzie tom, ale obieca, e przedtem pozbiera wszystko, co byo w rnych pismach, i przyniesie ci.
Marynia za odrzeka:
- Nie; trzeba, eby to zachowa dla Linety.
- Ach! jutro si maj spotka po raz pierwszy. Chcecie koniecznie urzdzi epok w yciu Zawiowskiego?
- Chcemy - odpowiedziaa z pewn stanowczoci Marynia. - Aneta z pocztku mnie zdziwia - ale dlaczeg by nie!
Jako spotkanie nastpio nazajutrz. Pastwo Osnowscy, pani Broniczowa i panna Castelli przyjechali nader punktualnie o pitej, ale Zawiowski przyszed jeszcze wczeniej, by unikn wchodzenia do salonu przy caym towarzystwie. A i tak by nie tylko nastraszony, ale niezgrabniejszy ni zwykle, i nigdy wasne nogi nie wydaway mu si tak dugie. Bya jednak pewna dystynkcja nawet w jego niezgrabnoci i pani Osnowska umiaa si na tym pozna. Rozpoczy si pierwsze sceny komedii ludzkiej, w ktrych te panie, jako osoby dobrze wychowane, wystrzegajc si wszelkiej natarczywoci w przypatrywaniu si Zawiowskiemu, nie czyniy jednak nic innego; on za, udajc, e tego nie widzi, nie myla jednak o niczym innym, tylko, e mu si przypatruj i e go sdz. Sprawiao mu to wielki przymus, ktry stara si pokry przez sztuczn swobod, mia bowiem tyle mioci wasnej, e mu chodzio o to, by sd wypad dobrze. Ale panie te byy tak z gry nastrojone, e sd nie mg wypa le, i gdyby nawet Zawiowski okaza si gupim i paskim, byoby to wzite za mdro i poetyczn oryginalno. Najobojtniej zachowywaa si panna Lineta, ktr poniekd dziwio, e w tej chwili nie ona jest socem, a Zawiowski ksiycem, lecz e dzieje si odwrotnie. Pierwsze wraenie, jakie na ni uczynia twarz Zawiowskiego, byo: "Co za porwnanie z tym gupcem Kopowskim!" i nieporwnana, cudna twarz tego "gupca" stana jej jak ywa przed oczyma, skutkiem czego powieki jej stay si jeszcze cisze, a wyraz twarzy przypomina jeszcze bardziej ni zwykle sfinksa... z porcelany. Dranio j to jednak, e Zawiowski nie zwraca adnej niemal uwagi ani na jej posta Junony, ani na "co tajemniczego i poetycznego", co, jak utrzymywaa pani Broniczowa, przykuwao od pierwszego rzutu oka. Z wolna te zacza na niego spoglda i majc obok poetycznego usposobienia rozwinity silnie zmys wiatowej obserwacji, zauwaya, e wprawdzie on ma duo wyrazu, ale e surdut na nim le ley i e musi si ubiera u byle krawca, a szpilka w jego krawacie jest wprost mauvais genre. On tymczasem rzucajc niekiedy spojrzenia na Maryni, jako na jedyn blisk i przyjazn dusz, rozmawia z pani Osnowsk, ktra uwaajc za najwyszy takt nie mwi za pierwszym razem o poezji, a dowiedziawszy si, i Zawiowski pierwsze lata dziecistwa spdzi na wsi, pocza szczebiota o swoim pocigu do ycia wiejskiego. M jej wola zawsze miasto majc w miecie swoje przyjemnoci i przyjaci, ale co do niej!... "Och, ja jestem szczera i przyznam si od razu, e nie cierpi folwarku, gospodarstwa i rachunkw, za ktre nieraz byam ajan... Przy tym, troch ze mnie prniak, wic lubiabym tak robot, przy ktrej mona prnowa: zaraz! co to ja bym lubia?"
Tu rozoya swe wyduone paluszki, eby na nich atwiej wyliczy zajcia, ktre by jej przypady do smaku:
- Naprzd, lubiabym pa gsi!
Zawiowski rozemia si; wydaa mu si naturaln, a przy tym zabawi go obraz pani Osnowskiej pascej gsi.
Jej fiokowe oczy poczy si take mia i wpada w ton swobodnej i wesoej dziewczynki, ktra mwi o wszystkim, co jej przez gow przejdzie.
- A pan by lubi? - spytaa nagle Zawiowskiego.
On za odpowiedzia:
- Pasjami!
- A widzi pan!... Co to jeszcze? Aha! lubiabym by rybakiem. Rano na wodzie musz si zorze odbija licznie... Przy tym mokre sieci przed chat, z bonkami wody w oczkach, to takie adne!... Chciaabym by przynajmniej, jeli nie rybakiem, to czapl i medytowa na jednej nodze nad wod, albo czajk nad kami. Ale nie! czajka to jaki smutny ptak! - prawda? jakby w aobie!
Tu zwrcia si do panny Castelli:
- A ty, Linetko, czym chciaaby by na wsi?
Panna Castelli podniosa powieki i po chwili rzeka:
- Pajczyn.
Wyobrania Zawiowskiego jako poety poruszya si t odpowiedzi. Nagle stany mu przed oczyma wielkie powe przestrzenie rysk i srebrne nitki pawice si w spokojnym bkicie i socu.
- A jaki to adny obraz! - rzek.
I spojrza uwaniej na pann Linet, a ona umiechna si jakby z podzikowaniem za to, e odczu pikno obrazu.
Lecz w tej chwili nadeszli Bigielowie, Zawiowskiego za wzia w obroty pani Broniczowa i zastawia go krzesem tak, e si nie mg poruszy. atwo byo odgadn, co stanowio przedmiot ich rozmowy. Zawiowski bowiem podnosi od czasu do czasu oczy na pann Castelli, jakby chcc sprawdzi, czy wyglda na to, co o niej syszy. Wreszcie, jakkolwiek rozmowa prowadzona bya przyciszonym gosem, obecni usyszeli wkrtce sowa, jakby przecedzone przez kawaek cukru:
- Czy pan wie, e j Napoleon... to jest, chciaam powiedzie: Wiktor Hugo... bogosawi...
W ogle Zawiowski nasucha si tylu rzeczy niezwykych, e mg z pewn ciekawoci przypatrywa si pannie Castelli. Bya ona, wedug tych opowiada, najdziwniejszym w wiecie dzieckiem, zawsze bardzo agodnym, ale nieobliczalnym. Majc lat dziesi, bya bardzo chora. Kazano jej oddycha morskim powietrzem, i te panie mieszkay dugo na Stromboli...
- Dziecko patrzyo na wulkan, na morze i klaskao w rczta powtarzajc: "adnie! adnie!" Zajechaymy tam przypadkiem, bkajc si w najtym jachcie bez celu; trudno byo zosta duej, bo to pusta wysepka, i nie byo gdzie mieszka i nie bardzo co je, ale ona za nic nie chciaa wyjeda jakby w przeczuciu, e tam przyjdzie do zdrowia. Jako w miesic, a jeli nie w miesic to we dwa, pocza do siebie przychodzi, i niech pan patrzy, e wyrosa jak trzcina!
Rzeczywicie panna Castelli, lubo ksztatna i nie raca wzrostem, wysz bya nieco nawet od pani Osnowskiej. Zawiowski patrza na ni ze wzrastajcym zajciem. Przed rozejciem si goci, wypuszczony wreszcie z niewoli, zbliy si do niej i rzek:
- Nie widziaem nigdy wulkanu i nie mam pojcia, jakie to moe sprawia wraenie.
- Ja znam tylko Wezuwiusz - odpowiedziaa - ale jakemy go widziay, nie byo wybuchu.
- A Stromboli?
- Nie znam.
- Tom si tylko przesysza, bo - ciotka pani...
- Tak - odpowiedziaa panna Castelli - nie pamitam! Byam widocznie zbyt maa.
I na twarzy jej odbia si przykro i zmieszanie.
Pani Osnowska, nie wychodzc do koca z roli czarujcej terkotki, zaprosia przed wyjazdem Zawiowskiego do siebie, "ktregokolwiek wieczoru, bez ceremonii i bez fraka, bo tak wiosn mona uwaa za lato, a w lecie najprzyjemniejsza swoboda". Owiadczya przy tym, i rozumie, e ludzie tacy jak on nie lubi nowych znajomoci, ale jest na to prosty sposb, a mianowicie: uwaa ich za star. Najczciej siedz sami: Linetka co czyta albo mwi, co jej przez gow przechodzi, a jej takie rne rzeczy przez gow przechodz, e warto je sysze, zwaszcza komu, kto jest w stanie lepiej je odczu i zrozumie ni kto inny.
Panna Castelli ucisna na poegnanie do silnie jego rk, jakby potwierdzajc, e mog i powinni si zrozumie. Zawiowski, nieprzywyky do ludzi, by troch odurzony: sowami, szelestem sukien, oczyma i zapachem irysowym, ktry te panie zostawiy po sobie. Czu przy tym troch zmczenia, bo w tej rozmowie, jakkolwiek swobodnej i pozornie penej prostoty, brako takiego spokoju, jaki by zawsze w sowach pani Poanieckiej i pani Bigielowej; Zawiowskiemu zostao poniekd wraenie bezadnego snu.
Bigielowie mieli zosta na obiedzie, wic Poaniecki zatrzyma i Zawiowskiego. Tymczasem poczli mwi o tych paniach.
- C panna Castelli? - spytaa Marynia.
- Obie maj duo wyobrani - odpowiedzia po chwili zastanowienia Zawiowski. - Czy pani zauwaya, jak im atwo mwi obrazami?
- Ale prawda, jaka Lineta interesujca panna?
Poaniecki, na ktrym panna Castelli nie czynia wielkiego wraenia, a ktry by godny i pilno mu byo do obiadu, odezwa si z pewn niecierpliwoci:
- Co wy tam upatrujecie! Interesujca, dopki nie spowszednieje.
Pani Poaniecka za odrzeka:
- Nie! Lineta nie spowszednieje... Powszedniej tylko takie zwyczajne, proste istoty, ktre nie umiej nic innego, tylko kocha.
Zawiowskiemu, ktry spojrza na ni w tej chwili, wydao si, i dostrzeg w niej odcie smutku. Bya moe przy tym jeszcze osabiona, bo twarz jej miaa tony po prostu liliowe.
- Pani si zmczya? - spyta.
- Troch - odpowiedziaa umiechajc si.
Jego za mode, wraliwe serce zabio dla niej wielkim wspczuciem. "To jest naprawd lilia" - pomyla - i w porwnaniu z jej sodkim urokiem pani Osnowska przedstawia mu si jak krzykliwa sjka, a panna Castelli jak martwa gowa posgu. Poprzednio, po kadym widzeniu pani Poanieckiej, marzy, bywao, o takiej kobiecie jak ona; tego wieczoru pocz marzy nie o takiej jak ona, ale o niej samej. A poniewa uwiadamia szybko wszystko, co si w nim dziao, wic spostrzeg, e ona zaczyna mu by kwiatem nie tylko "polnym", ale i kochanym.
Poaniecki za, spotkawszy go na drugi dzie w biurze, pyta:
- C pica krlewna? nia si panu, co?
- Nie! - odpowiedzia Zawiowski czerwienic si.
Poaniecki spostrzegszy jego rumieniec pocz si mia i rzek:
- Ha! trudno! kady musi przez to przej: przeszedem i ja!
Rozdzia czterdziesty pierwszy
Marynia nie skarya si nawet sama przed sob na ma. Nie byo dotd midzy nimi najmniejszego nieporozumienia. Musiaa tylko przyzna, e prawdziwe, bardzo wielkie szczcie, a zwaszcza bardzo wielk mio, tak, o jakiej marzya, gdy Poaniecki by jej narzeczonym, wyobraaa sobie inaczej. O tym przekonywa j kady niemal dzie. Inne byy nadzieje, inn pokazywaa si rzeczywisto. Prawa natura Maryni nie pocza si przeciw tej rzeczywistoci buntowa, ale pad na ni cie smutku, wraz z poczuciem, e w cie moe si sta z czasem tem ycia. Majc pen dusz dobrej woli prbowaa sobie z pocztku dowie, e to s jej wasne urojenia. Czego jej brako i w czym Poaniecki mg j zawie? Nie wyrzdzi jej nigdy umylnej przykroci; ilekro przyszo mu do gowy, e co mogoby by jej przyjemne, stara si jej to zapewni: by dla niej hojny, dba o jej zdrowie, chwilami zacaowywa jej twarz i rce - sowem, by raczej dobrym ni zym. A jednak czego w tym brako. Maryni trudno byo to okreli w jednym lub kilku sowach, ale umys jej by zbyt jasnym, eby nie rozumie tego, co serce odczuwao co dzie ywiej i co dzie smutniej. Czego brako! Po wielkim i uroczystym wicie mioci zaczyna si szereg dni powszednich, a jej al byo wita; chciaaby bya rozcign je na cae ycie, widziaa za ze zmartwieniem, e mowi jej ta powszednio wydawaa si wanie czym normalnym i podanym. Tak jak byo, nie byo le, ale to nie byo owo wysokie szczcie. ktre taki czowiek powinien by zdolny czu, stworzy i da. Ale prcz tego chodzio i o inne rzeczy. Oto ona czua, i jest wicej jego ni on jej - i e gdy ona oddaje mu ca dusz, on zwraca jej ze swojej tylko t czstk, ktr z gry przeznaczy na uytek domowy. Mwia sobie wprawdzie, e on jest mczyzn, e ma poza ni cay wiat pracy i myli; ale niegdy spodziewaa si, e on j wemie za rk i w ten wiat wprowadzi, e przynajmniej w domu bdzie si nim z ni dzieli, tymczasem nie moga si nawet udzi, eby tak byo. I rzeczywisto gorsza bya, ni sobie wyobraaa. Poaniecki - jak sam si wyraa - wzi j i mia, i gdy wzajemne ich uczucie stao si zarazem prostym i wzajemnym obowizkiem, sdzi, i nie potrzebuje inaczej si o nie troszczy ani inaczej o nie zabiega, jak o wszelkie inne obowizki codziennego ycia. Nie przyszo mu wprost do gowy, e do takiego ogniska nie do jest dokada zwyczajnych drew, jak si dokada do komina, ale e trzeba sypa w nie bursztyn i myrr, tak, jak si sypie przed otarzem. Gdyby mu ktokolwiek co podobnego powiedzia, wzruszyby ramionami i uzna go za romantyka. Dlatego bya w nim moe troskliwo ma, ale nie byo nic troski kochanka ani przejcia si, ani czuwania, ani takiej bojani, ktra w mniejszym zakresie ziemskich uczu jest tym, czym boja boa w uczuciu religijnym. Niegdy, gdy po sprzeday Krzemienia Marynia bya wzgldem niego obojtna, on czu i przeszed przez to wszystko, ale teraz, a nawet od czasu mierci Litki, gdy pocz by zupenie pewnym, e ona jest jego wasnoci, nie myla o niej wicej, ni wypada myle o wasnoci. Uczucie jego, oparte przewanie na jej uroku fizycznym, posiado to, czego chciao - i byo spokojne, a czas mg je tylko w przyszoci spowszednia, ochadza, stpia.
Tymczasem teraz ju, jakkolwiek byo jeszcze ywe, brako mu takiej na przykad czujnej i pieszczotliwej tkliwoci, jaka bya w uczuciu dla Litki. I Marynia to spostrzega. Dlaczego tak byo? - na to nie umiaa odpowiedzie, niemniej jednak wyranie czua, e bya dla tego czowieka, ktremu chciaa by wszystkim, czym pospolitszym i mniej cennym ni tamto zmare dziecko.
Nie przyszo jej to do gowy i nie mogoby si adn miar w niej pomieci, i jedyny powd by ten, e tamto dziecko nie byo jego, a ona za oddaa mu i ciao, i dusz. Sdzia, e im si wicej oddaje, tym si wicej powinno otrzyma i mie. Ale czas przynis jej pod tym wzgldem duo zawodw. Oto nie moga rwnie nie dostrzec, e wszyscy byli pod jakim jej urokiem, e wszyscy j ceni, chwal, e wirski, Bigiel, Zawiowski i nawet pan Osnowski patrz na ni nie tylko z podziwem, ale niemal z zachwytem, i e najmniej ze wszystkich robi sobie z tych przymiotw - on - "Stach". Ani na chwil nie przyszo jej na myl, by on nie by zdolny si na niej pozna i oceni tego, co inni w niej dostrzegali i ocenili z tak atwoci. Wic co by za powd? Te pytania drczyy j teraz dniem i noc. To, i spostrzega, e Poaniecki we wszystkim troch udaje charakter zimniejszy i bardziej trzewy, ni ma rzeczywicie, nie wydao si jej dostateczn odpowiedzi. Pozostawaa jej, niestety, odpowied tylko jedna: "On mnie nie kocha tak, jak by mg, i dlatego nie ceni, jak ceni inni." Byo w tym tyle samo prawdy, ile goryczy i smutku.
Instynkt kobiecy, ktry w takich razach nigdy nie zawodzi, ostrzeg Maryni, e uczynia na Zawiowskim niezwyke wraenie i e to wraenie powikszao si za kadym spotkaniem. I myl ta nie oburzaa jej, nie wybuchna w gniewnym pytaniu: "Jak on mie?!" - bo zreszt on na nic si nie omiela - przeciwnie, dodaa jej pewnej otuchy, pewnego zaufania we wasny urok, ktre chwilami poczynaa traci, ale zarazem wzbudzia tym wikszy al, e tak tkliw cze, taki zachwyt okazywa jej kto obcy, nie za "Stach". Co do Zawiowskiego, nie czua dla niego nic, prcz wielkiej sympatii i przychylnoci, wic myli jej pozostay czyste. Nie byaby zdoln bawi si przez prno cudzym cierpieniem, i z tego powodu, nie chcc, by zaszed za daleko, przyczya si chtnie do planu pani Osnowskiej zblienia Zawiowskiego z pann Castelli, jakkolwiek ten plan wyda si jej tak nagym, e a niezrozumiaym. Zreszt i serce jej, i umys byy zajte cakowicie pytaniami: czemu ten dobry, ten rozumny i ten kochany "Stach" nie chce wstpowa z ni na wysokoci? czemu on nie ceni jej tak, jak by mg? czemu on j tylko kocha, ale nie kocha si w niej? czemu jej mio uwaa tylko za co przynalenego, ale nie za co drogiego? Skd to poszo i gdzie ley tego przyczyna?
Kada paska, samolubna natura znalazaby ca win w nim - Marynia Poaniecka znalaza j w sobie. Wprawdzie odkrycie to uczynia z cudz pomoc, ale tak bya zawsze gotowa zdj wszelk odpowiedzialno ze swego "Stacha", a wzi na siebie, e obok przestrachu, sprawio ono jej niemal rado.
Raz po poudniu siedziaa sama i z rkoma zoonymi na kolanach gubia si w mylach i pytaniach, na ktre nie umiaa znale odpowiedzi, gdy wtem drzwi si otworzyy, i ukaza si w nich biay kwef i ciemna suknia siostry miosierdzia.
- Emilka! - zawoaa z radoci pani Poaniecka.
- Tak, to ja - odpowiedziaa siostra - mam dzi wolny dzie i chciaam was odwiedzi. Gdzie pan Stanisaw?
- Stach jest u pastwa Maszkw, ale myl, e niezadugo wrci. Ach, jaki bdzie rad! Siadaj, odpocznij!
Pani Emilia siada i pocza mwi:
- Ja bym czciej do was wpadaa - tylko e nie mam czasu. Ale dzi wolny dzie: byam u Litki. eby wiedziaa, jak tam zielono i co ptakw!
- Bylimy tam kilka dni temu. Wszystko kwitnie - i taki spokj... Jaka szkoda, e Stacha nie ma!
- Tak. On ma przy tym kilka listw Litki: chciaam go prosi, eby mi ich poyczy. Na przysz niedziel wpadn znowu i odnios mu je.
Pani Emilia mwia ju spokojnie o Litce. Moe byo tak dlatego, e z niej samej zosta tylko cie ywej istoty, ktry mia si wkrtce rozwia - ale tymczasem bya w niej niezmcona pogoda. Myl jej nie bya ju take pochonita wycznie nieszczciem, i owa dawna obojtno dla wszystkiego, co nie byo Litk, przesza. Zostawszy siostr miosierdzia zstpia znw midzy ludzi i nauczya si odczuwa wszystko, co stanowio ich dol lub niedol, wesoo lub smutek, a nawet przyjemno lub przykro.
- A jak tu u was zawsze adnie! - rzeka po chwili. - Po naszych biaych cianach takie mi si tu wszystko wydaje bogate. Pan Stanisaw by niegdy wielki leniuch; bywa u pastwa Bigielw i u nas; nigdzie wicej nie chciao mu si bywa, ale teraz pewno si rozrusza i przyjmujecie duo ludzi?
- Nie - odpowiedziaa Marynia. - Bywamy tylko u pastwa Maszkw, u pani Broniczowej i u pastwa Osnowskich.
- A, poczekaj! Ja znam pani Osnowsk. Znaam j jeszcze pann. Znaam take oboje pastwa Broniczw i ich siostrzenic, ale ona nie bya wtedy jeszcze dorosa. Pan Bronicz umar sze lat temu. Widzisz, jak ja wszystko wiem!
Marynia pocza si mia.
- Doprawdy wicej ode mnie. Ja poznaam pastwa Osnowskich dopiero w Rzymie.
- Przecie tyle lat mieszkaam w Warszawie, wic wszystko obijao si o uszy. Niby to przesiadywaam cigle w domu, ale wiat mnie zajmowa. Taki to by ze mnie lekkoduch! Zreszt i twj dzisiejszy pan Stach zna pani Osnowsk...
- Mwi mi o tym. Spotykali si na balach publicznych.
- Ona miaa wwczas wychodzi za pana Kopowskiego. Byy i rozpacz, bo jej ojciec si sprzeciwi. Ale dobrze trafia? - nieprawda? Pan Osnowski zawsze uchodzi za bardzo dobrego czowieka.
- I jest dla niej jak najlepszy. Ale o tym nie wiedziaam, e ona miaa wyj za pana Kopowskiego, i dziwi mnie to - taka inteligentna.
- Chwaa Bogu, e szczliwa; byle chciaa to ceni. To rzadka rzecz szczcie, i tak si trzeba umie z tym dobrze obchodzi! Ja si nauczyam teraz patrze na wiat bardzo bezstronnie, jak mog tylko ludzie; ktrzy dla siebie niczego ju nie wygldaj - i wiesz, co mi nieraz przychodzi do gowy? e szczcie to jak oczy: lada prszynka - i zaraz poczynaj zy pyn.
Marynia umiechna si troch smutno i odrzeka:
- Oj to, to wielka prawda!
Nastaa chwila milczenia, po czym pani Emilia, spojrzawszy uwanie na Maryni, pooya agodnie swoj przezroczyst rk na jej doni i spytaa:
- Ale ty, Marylko, jeste szczliwa?- tak?
Maryni chwycia nagle taka ch do paczu, e opara si jej tylko z najwikszym wysileniem. Ale trwao to jedno mgnienie oka. Caa jej prawa dusza wzdrygna si nagle na myl, e jej zy lub smutek byyby niejako skarg na ma, wic si woli opanowaa wzruszenie i odrzeka:
- Byle tylko Stach by szczliwy!
I podniosa pogodne ju zupenie oczy na pani Emili; ktra rzeka:
- Litka wam to wyprosi! Spytaam tylko dlatego, e jakem wesza, wydaa mi si jaka zaspiona. Ale ja wiem najlepiej, jak on ci kocha i jaki by nieszczliwy wwczas, gdy si na niego gniewaa z powodu Krzemienia.
Maryni twarz rozjania si umiechem. Tak mie jej byo kade sowu o jego dawnej mioci, e gotowa bya sucha tego rodzaju opowiada bez koca.
Pani Emilia za mwia dalej, dotykajc jej rki:
- A ty, brzydkie dziecko! takie byo niemiosierne, tak nie umiaa ani oceni, ani uszanowa prawdziwego przywizania, e czasem byam na ciebie za. Czasem baam si o poczciwego pana Stanisawa, eby si nie zrazi do ycia, eby si nie zwichn, eby nie zdziwacza. Bo to, widzisz, zdarza si, e jak si zrobi jaka fadka gdzie w gbi serca, to cae ycie nie mona jej potem wyprostowa.
Marynia podniosa gow i pocza mruga, jakby oczy jej porazio jakie nage wiato.
- Emilko, Emilko! - zawoaa - jak ty rozumnie mwisz!
Pani Emilia nazywaa si teraz "siostra Aniela", ale Marynia nazywaa j zawsze dawnym imieniem.
- Ej, co tam rozumnego! - rzeka. - Ot, tak sobie zrzdz za dawne czasy. Ale Litka wyprosi wam szczcie, i Bg wam je da, bocie go oboje warci.
I pocza si zbiera. Marynia zatrzymywaa j do przyjcia ma, ale na prno, gdy w zakadzie czekao j zajcie. Jednakowo pogawdziy jeszcze, wedug zwyczaju kobiecego, z kwadrans we drzwiach; wreszcie pani Emilia odesza obiecujc odwiedzi ich znw na przysz niedziel.
Marynia Poaniecka wrcia na swj fotel pod oknem i wsparszy si na rku pocza myle nad sowami pani Emilii, po chwili za rzeka pgosem:
- Tak, to moja wina!...
Zdawao jej si teraz, e ma klucz do zagadki.
Oto nie umiaa uszanowa siy tak prawdziwej i tak wielkiej jak mio. I teraz w jej struchlaym sercu wydaa si ta mio jakim obraonym bstwem, ktre karze. Wwczas Poaniecki by przed ni na kolanach. Ilekro si spotkali, patrzy jej w oczy wygldajc zmiowania od jej serca i od tych wspomnie bahych, Nikych, ale drogich, ktre ich czyy. Gdyby wtedy bya zdobya si na prostot i na wspaniaomylno, gdyby bya wycigna do niego rce, jak nakazywao jej tajone uczucie - byby jej wdziczny przez cae ycie, byby czci j, czci i kocha z tym wiksz tkliwoci, im bardziej odczuwaby wasn win, a jej dobro. Ale ona wwczas wolaa pielgnowa i rozdmuchiwa swoj uraz, a jednoczenie przyciga Maszk. Gdy byo trzeba zapomnie, nie umiaa zapomnie; gdy trzeba byo przebaczy, nie umiaa przebaczy. Wolaa sama cierpie, byle i on cierpia. Poanieckiemu oddaa rk wwczas dopiero, kiedy nie moga inaczej, kiedy nie odda jej byoby wprost niecn i bezrozumn zatwardziaoci. Prawda, e wwczas tumione kochanie powstao w caej swej nieprzezwycionej mocy i e pokochaa sercem i dusz - ale to byo za pno. Mio zostaa obraona. Co si zamao, co zgino; w jego sercu powstaa taka zowroga fada, o jakiej wspomniaa pani Emilia - i teraz ona, Marynia, zbiera tylko to, co posiaa.
On tu nic nie winien - i jeli kto komu, to nie on jej, ale ona jemu popsua ycie.
Zdj j na t myl taki strach i taki al, e przez chwil patrzya w przyszo z zupenym przeraeniem. A zarazem chciao si jej paka i paka jak maemu dziecku. Gdyby pani Emilia nie bya odesza, byaby to uczynia w jej ramionach. Bya tak przejta ciarem wasnych przewinie, e gdyby w tej chwili kto nadszed i prbowa zdj z niej ten ciar, gdyby jej powiedzia: "Ty tyle winna, ile gob" - byaby uwaaa, i mwi rzecz niegodziw. Najstraszniejszym w tej rozterce duchowej byo to, e w pierwszej chwili klska wydaa jej si niepowetowan i e jej si zdawao, i w przyszoci moe by tylko gorzej i gorzej, e "Stach" bdzie j coraz mniej kocha - i e bdzie mia prawo coraz mniej kocha, sowem: nie widziaa przed sob ratunku.
Logika mwia jej: dzi jeszcze jest dobrze w porwnaniu z tym, co moe by jutro, pojutrze, za miesic, za rok... A tu przecie chodzi o cae ycie.
I pocza wysila sw biedn, strapion gow, by wynale, jeli nie drog, to przynajmniej jak cieyn, ktr by mona wyj z tych manowcw nieszczcia. Na koniec, po dugim wysileniu, po Bg wie ilu poknitych zach, zdawao jej si, e widzi przed sob jakie wiato.
I to wiato w miar, jak mu si ja przyglda, roso coraz bardziej. Byo jednak co potniejszego od logiki nieszczcia, potniejszego od win spenionych i obraonego bstwa, umiejcego si tylko mci - miosierdzie boe!
Ona zawinia, wic do niej naley winy naprawi. Trzeba oto "Stacha" kocha tak, eby odnalaz wszystko to, co mu zgino w sercu. Trzeba mie cierpliwo i nie tylko nie narzeka na swoj dzisiejsz dol, ale jeszcze dzikowa Bogu i "Stachowi", e jest taka, jak jest. Gdyby przyszy wiksze smutki i trudnoci, trzeba je po cichutku pochowa w sercu - i wytrwa dugo, bardzo dugo, choby lata cae, pki nie przyjdzie miosierdzie boe.
cieynka pocza si teraz zmienia w gociniec. "Nie zabdz!" - mwia sobie Marynia. - Chciao si jej i teraz paka z wielkiej radoci, ale sdzia, e nie moe sobie na to pozwoli. Zreszt lada chwila Stach mg wrci i trzeba, eby j zasta z suchymi oczyma.
Jako niebawem wrci. Marynia chciaa w pierwszej chwili rzuci mu si na szyj, ale czua si wzgldem niego tak winn, e wstrzymaa j jaka naga niemiao.
On za, pocaowawszy j w czoo, spyta:
- Nie by tu nikt?
- Bya Emilka, ale nie moga duej zosta. Przyjdzie w przysz niedziel.
Wwczas zniecierpliwi si:
- Ach, Boe! Wiesz, e to taka dla mnie przyjemno j widzie - czemu nie daa mi zna? Wiedziaa przecie, gdzie jestem: czemu nie pomylaa o mnie?
A ona, jak dziecko, ktre si tumaczy, pocza mwi gosem, w ktrym drgay zy, ale zarazem i jaka otucha:
- Nie, Stachu! - owszem! - jak ciebie kocham, tak cigle mylaam o tobie!
Rozdzia czterdziesty drugi
- A widzicie pastwo, e byem - mwi wesoo u Bigielw Zawiowski - patrzyli na mnie troch jak na jak panter albo na wilka, ale ja okazaem si bardzo oswojonym stworzeniem; nikogo nie podrapaem, nic nie rozbiem, odpowiadaem mniej wicej przytomnie. Nie, ja to przecie dawno zauwayem, e z ludmi atwiej y, ni si wydaje - i tylko w pierwszych chwilach mam zawsze ochot zmyka. Ale te panie naprawd bardzo s swobodne.
- Prosz nas nie zbywa i opowiedzie nam dokadnie wszystko, jak byo - rzeka pani Bigielowa.
- Jak byo? Ot naprzd wszedem za krat willi i nie wiedziaem, co dalej uczyni, ani gdzie mieszkaj pastwo Osnowscy, a gdzie pani Broniczowa - i czy im si razem skada wizyt, czy trzeba by osobno u jednych i u drugich.
- Osobno - rzek Poaniecki. - Pani Broniczowa ma oddzielne mieszkanie, chocia maj jeden salon, ktry uwaaj za wsplny.
- Ot znalazem wszystkich w tym salonie i pani Osnowska pierwsza wyprowadzia mnie z kopotu, bo mi powiedziaa, e si mn dziel z pani Broniczow i e za jednym razem skadam dwie wizyty. Zastaem tam pani Maszkow i pana Kopowskiego - i to jest jaki pan, taki pikny, e powinien mie na gow takie pudeko z aksamitem w rodku, jakich uywaj jubilerowie. Kto to jest pan Kopowski?
- Dure! - odpowiedzia Poaniecki. - W tym si mieci imi, sposb utrzymania, zajcie i znaki szczeglne. Innego rysopisu nie potrzebuje nawet w paszporcie.
- Teraz rozumiem - rzek Zawiowski - i niektre sowa, jakie syszaem, stay mi si jasne. Ot ten pan pozowa, a mode panie maloway go: pani Osnowska olejno wprost, a panna Castelli akwarel z profilu. Obie byy ubrane w perkalowe fartuszki na wierzchu sukien i obie byy liczne. Pani Osnowska widocznie dopiero zacza si uczy, ale panna Castelli ma duo wprawy.
- O czymecie mwili?
Zawiowski zwrci si do Maryni:
- Naprzd te panie pytay o zdrowie pani, ja za powiedziaem, e pani coraz lepiej wyglda.
Nie wspomnia jednak, e przy tej okazji zaczerwieni si by jak student i e obecnie pociesza si tylko myl, e wszyscy tak byli zajci malowaniem, i nikt tego nie zauway, w czym zreszt myli si.
Zmiesza si nawet nieco teraz jeszcze i chcc to pokry pocz mwi dalej:
- Pniej, oczywicie, mwilimy o malowaniu i portretach. Ja zauwayem, e panna Castelli uja nieco gowy panu Kopowskiemu, ona za odpowiedziaa mi: "To nie ja, to natura!"
- To sprytna dziewczyna!
- I powiedziaa to zupenie gono. Ja si zaczem mia, wszyscy inni take, a ze wszystkimi i pan Kopowski. To musi by atwy charakter. Owiadczy nastpnie, e jeli dzi gorzej wyglda ni zwykle, to dlatego, e si nie wyspa i e mu pilno w objcia Orfeusza.
- Orfeusza?
- Tak. Pan Osnowski poprawi go bez ceremonii, ale on si nie zgodzi na poprawk, mwic, e przynajmniej z dziesi razy by na Orfeuszu i e pamita dobrze. Te panie troch si nim bawi, ale on taki adny chopiec, wic go rade maluj. Jaka to jednak artystka ta panna Castelli! Jak mi zacza pokazywa pdzelkiem rozmaite paszczyzny i linie na zacztym portrecie pana Kopowskiego, to a dostaa kolorw: "Co to za linia!" - "A jakie tu tony!" Musz jej odda sprawiedliwo, e wygldaa przy tym jak muza. Mwia mi, e przede wszystkim lubi malowa portrety, e o kadej twarzy myli naprzd jak o modelu i e te gowy, w ktrych jest co niepospolitego, ni si jej.
- Oho! bdzie i pan naprzd si jej ni, a potem pozowa - jestem pewna! - odrzeka Marynia. - I to bdzie dobrze.
Zawiowski za odpowiedzia troch niepewnym gosem:
- Powiedziaa mi wprawdzie, e to jest podatek, ktry lubi ciga od dobrych znajomych, sama jednak wprost nie zwrcia si do mnie z daniem - i eby nie pani Broniczowa, nie byoby o tym mowy.
- Pani Broniczowa wyrczya muz? - rzek Poaniecki.
Marynia za powtrzya:
- Owszem, to bdzie dobrze.
- Dlaczego, pani? - spyta Zawiowski.
I spojrza na ni wzrokiem zarazem pokornym i niespokojnym. Myl, e ona moe chce umylnie popchn go do innej, dlatego i odgada, co dzieje si w jego sercu, pocigaa go i zarazem przejmowaa strachem.
- Bo - odpowiedziaa Marynia - ja wprawdzie panny Linety prawie nie znam i sdz tylko z pierwszych wrae i z tego, co o niej sysz, ale mi si wydaje, e to niepospolita natura i e jest co gbokiego w jej sercu - wic dobrze, e si poznacie.
- Ja takie sdz z pierwszych wrae - odpowiedzia uspokojony Zawiowski - i prawda, e mnie rwnie panna Castelli wydaje si mniej powierzchown ni pani Osnowska. W ogle to s adne i mie kobiety, tylko - moe ja nie umiem tego okreli, bo nie znam do wiata - ale oto, wyszedszy od nich, miaem takie uczucie, jakbym jecha w wagonie z ogromnie miymi cudzoziemkami, ktre bawi si, rozmawiaj bardzo sprytnie - ale nic wicej. Czuje si jednak w nich co obcego. Pani Osnowska na przykad to zupenie jak storczyk. Kwiat bardzo szczeglny i adny, ale jaki obcy. Panna Castelli - take. Tak!... i w niej nie ma nic swojskiego. Z nimi nie ma si uczucia, e si wyroso z jednego pola, na jednym ddu i pod jednym socem...
- Jak ten poeta ma intuicj! - rzek Poaniecki.
Zawiowski za oywi si tak, i na jego delikatnym czole zarysoway si wyranie yy w ksztacie Y. Czu, e w jego przyganie dla tamtych pa jest zarazem pochwaa dla Maryni, i to czynio go wymownym.
- Przy tym - mwi dalej - istnieje jaki instynkt, ktry odgaduje prawdziw yczliwo ludzk. Tam si tego nie odgaduje. One s mie, uprzejme - ale to wyglda tylko na form, i dlatego myl, e tam czowiek szczery, ktry atwo lgnie do ludzi, mgby dozna wielu zawodw. To taka przykra i upokarzajca rzecz bra towarzysk plew za ziarno! Co do mnie, to dlatego wanie boj si ludzi; bo cho pan Poaniecki powiada, e ja mam intuicj, ale ja wiem doskonale, e w gruncie rzeczy jestem naiwny. A bol mnie takie rzeczy ogromnie. Po prostu, nie znosz tego moje nerwy. Pamitam, e gdy bdc jeszcze dzieckiem zauwayem, e ludzie s inni dla mnie przy rodzicach, a inni, gdy ich nie ma, bya to jedna z wikszych przykroci mego dziecistwa. Wydawao mi si to nikczemne i gryzo mnie tak, jakbym si sam czego nikczemnego dopuszcza.
- Bo pan ma poczciw natur - rzeka pani Bigielowa.
On za wycign swoje dugie rce, ktrymi mia zwyczaj wymachiwa, gdy zapomniawszy o swej niemiaoci, mwi swobodnie, i zawoa:
- Ach, szczero! to i w sztuce, i w yciu - jedyna rzecz!
Lecz pani Poaniecka pocza broni tamtych pa.
- Ludzie, a zwaszcza panowie, s czsto niesprawiedliwi i wasne posdzenia, a nawet przypuszczenia, bior za rzeczywisto. Co do pani Osnowskiej i panny Castelli, jak mona je podejrzewa za drugim widzeniem? S wesoe, dobre, uprzejme, i z czeg miaaby pyn ta uprzejmo, jeli nie ze szczerego serca?
Po czym zwrciwszy si do Zawiowskiego pocza si z nim przekomarza, troch artami, troch naprawd:
- A pan nie ma takiej poczciwej natury, jak mwi pani Bigielowa, bo te panie pana chwal, a pan je obmawia...
Lecz Poaniecki przerwa jej ze zwyk sobie ywoci:
- Ach, ty jeste take naiwna i wszystkich mierzysz wasn miar. Wiedze o tym, e zdawkowa dobro i uprzejmo mog pyn take z egoizmu, ktry chce, eby mu wesoo byo i spokojnie.
Po czym rzek do Zawiowskiego:
- Jeli pan tak uwielbia szczero - to ot! - tu siedzi! - masz pan prawdziwy typ!
- Wiem! wiem! - rzek z zapaem Zawiowski.
- A chciaby, eby byo inaczej? - pytaa miejc si Marynia.
- Nie; nie chciabym, ale swoj drog, jakie to na przykad szczcie, e nie jeste za maa i e nie potrzebujesz nosi korkw, bo gdyby je nosia, miaaby ustawiczne zapalenie sumienia, e oszukujesz ludzi.
A Marynia widzc, e wzrok Zawiowskiego skierowa si do jej stp, pochowaa je mimowolnie pod stoek i zmieniajc przedmiot rozmowy, spytaa:
- A paski tom wyjdzie ju podobno w tych dniach?
- Byby ju wyszed - odpowiedzia Zawiowski - ale dodaem jeden wiersz - i to wydanie opni.
- A mona wiedzie tytu wiersza?
- Lilia.
- Czy nie Lilia-Lineta?
- Nie, pani. Nie Lilia-Lineta.
Twarz Maryni spowaniaa. atwo jej byo z odpowiedzi odgadn, e to jest wiersz do niej i o niej, wic nagle uczynio si jej przykro, e to rozumie tylko ona sama, a drugi Zawiowski, i e skutkiem tego powstaje midzy nimi rodzaj tajemnicy, im tylko wiadomej. Zdawao jej si, e to jest czym niezgodnym z t jej szczeroci, o ktrej przed chwil bya mowa, i e jest jakim grzechem wzgldem "Stacha". Po raz pierwszy dostrzega, w jakie duchowe trudnoci moe wpa kobieta, choby najbardziej zakochana w mu i najniewinniejsza, jeli tylko padnie na ni nieobojtny wzrok obcego mczyzny. Bo jednak wtajemniczy ma w swoje przypuszczenia wydao si jej niepodobiestwem. Po raz pierwszy zdj j pewien gniew na Zawiowskiego, ten za odczu to natychmiast swymi nerwami artysty tak, jak barometr odczuwa zmiany pogody, jako za czowiek pozbawiony wszelkiego dowiadczenia, wzi rzecz tragicznie. Wyobrazi sobie, e Marynia zamknie mu drzwi, e go znienawidzi, e nie bdzie mg jej widywa - i cay wiat przedstawi mu si od razu w aobnych barwach. W jego artystycznej naturze istniaa prawdziwa mieszanina egoizmu, fantazji i istotnej tkliwoci, niemal kobiecej, ktra potrzebowaa ciepa i kochania. Poznawszy pani Poanieck przylgn do niej z prawdziwym egoizmem sybaryty, ktremu takie uczucie jest mie i ktry o niczym wicej nie myli; nastpnie jego fantazja wyniosa j na poetyckie wyyny i spotgowawszy stokrotnie rzeczywisty jej urok uczynia z niej nadziemsk niemal istot, a wreszcie wrodzona tkliwo, dla ktrej osamotnienie i brak bliskiego serca byy rzeczywistym blem, wzruszya si tak t dobroci, z jak zosta przygarnity, e z tego wszystkiego zrodzio si co, majcego wszelkie pozory mioci. Brako jednak temu uczuciu realnych podstaw. Zawiowski jak zreszt wikszo artystw, obok zdolnoci do poryww tak idealnych jak idealn jest sama dusza, mia zmysy satyra. Ot zmysy te tym razem spay. Przybra Maryni w tyle blaskw, w tyle witoci, e nie poda jej. Gdyby, wbrew wszelkiemu prawdopodobiestwu, rzucia mu si niespodziewanie na szyj, przestaaby estetycznie dla niego by tym, czym bya i czym j chcia mie, to jest istot bez skazy. Tym bardziej te sdzi, e na takie uczucie moe sobie pozwoli, i tym bardziej byo mu teraz al tego upojenia, ktre w tak wdziczny sposb koysao myl i zapenio mu pustk ycia. Tak mu byo z tym dobrze, e, wrciwszy do siebie, widzia jak posta kobiec, do ktrej ng kad dusz, e mia o kim marzy i do kogo pisywa wiersze. Teraz zrozumia, e jeli pani Poaniecka domyli si wyranie, co si w nim dzieje, i jeli on sam nie potrafi lepiej tego ukry ni dotd, to stosunek ich nie bdzie mg si osta, i dawna pustka, tym razem jeszcze dotkliwsza, otoczy go znowu. Pocz wic wysila gow, jak by temu zapobiec i jak by nie tylko nie utraci nic z tego, co dotd mia, ale widywa Maryni jeszcze czciej. W bujnej jego wyobrani nie brako sposobw, jako uczyniwszy ich pobieny przegld, znalaz i wybra jeden, ktry, jak mu si zdawao, prowadzi najprostsz drog do celu.
- Zakocham si niby w pannie Castelli - rzek sobie - a jej bd si zwierza z moich udrcze. To nas nie tylko nie oddali, ale zbliy. Uczyni z niej moj patronk.
I natychmiast pocz ukada rzecz tak, jakby ukada sztuk. Wyobrazi sobie, e si naprawd kocha w tamtej "sennej krlewnie", e jest nieszczliwy i e wyznaje swoj tajemnic Maryni, ktra go sucha pochylona z wilgotnymi z litoci oczyma i jak prawdziwa siostra kadzie mu rk na czoo. Ta gra fantazji wydaa mu si tak oczywist, a wraliwo jego bya tak wielk, e komponowa wyraenia, jakimi bdzie spowiada si Maryni - wynajdywa proste a rozdzierajce - i czyni to z takim przejciem, e si niemal wzrusza zupenie szczerze.
Marynia za, wracajc z mem do domu, rozmylaa o tym wierszu, zatytuowanym Lilia, ktry opni wydanie ksiki. Jako prawdziwa kobieta, troch go bya ciekawa, a troch si go baa. Baa si te w ogle trudnoci, jakie moga zrobi w stosunku z Zawiowskim przyszo. I pod wpywem tych obaw rzeka:
- Wiesz, o czym ja myl? e taka Lineta to byby jednak wielki los dla Zawiowskiego.
- Powiedz mi - odpowiedzia Poaniecki - co wam strzelio do gowy z tym Zawiowskim i z tamt wosk gidi?
- Ja, mj Stachu, przecie nie swatam, tylko mwi, e nie byoby to le. Anetce Osnowskiej troch si pali w gowie, to prawda, ale ona taka ywa jak iskra.
- Narwana, nie ywa, ale wierz mi, e nie taka naiwna, jak si wydaje, i we wszystkim ma swj osobisty planik. Czasem myl, e j panna Castelli tyle obchodzi, ile mnie, i e na dnie tego wszystkiego jest co innego.
- C by mogo by?
- Nie wiem, a nie wiem moe dlatego, e i to mnie mao obchodzi. W ogle nie mam zaufania do tych kobiet.
Dalsz rozmow przerwa im Maszko, ktry zajeda wanie dorok przed ich dom, i ujrzawszy ich popieszy powita Maryni, nastpnie rzek do Poanieckiego:
- Dobrze, emy si spotkali, bo jutro wyjedam na par dni, a e dzi termin, wic przynosz ci pienidze.
Po czym zwrci si do Maryni:
- Byem wanie u ojca pani. Pan Pawicki doskonale wyglda, ale mwi mi, e tskni za wsi i za gospodarstwem, dlatego namyla si, czy nie kupi jakiego majteczku pod miastem. Powiedziaem mu, e jeli wygramy spraw, to moe si utrzyma przy Poszowie.
Maryni nie w smak bya ta rozmowa, w ktrej przebijaa zreszt lekka ironia, wic nie chciaa jej podtrzymywa. Po chwili te Poaniecki zabra Maszk do swego gabinetu.
- Wszystko wic dobrze idzie? - rzek.
- Oto jest rata - odpowiedzia Maszko - jaka przypada od twojej sumy. Bd askaw pokwitowa.
Poaniecki siad do biurka i napisa pokwitowanie. Maszko za rzek:
- A teraz inna sprawa. Sprzedaem ci niegdy dbrow na Krzemieniu z warunkiem, e bd mg j odkupi zwrciwszy cen i umwiony procent. Oto cena i umwiony procent. Spodziewam si, e nie masz nic do nadmienienia, ja za mog ci tylko podzikowa, bo mi odda wwczas rzeczywist usug i - i jeli kiedy bdziesz potrzebowa czego ode mnie - prosz ci - bez adnej ceremonii! - prosz do mnie jak w dym - usuga za usug! Wiesz, e lubi by wdzicznym!
"Ta mapa poczyna mnie protegowa!" - pomyla Poaniecki.
I gdyby nie by u siebie, moe wypowiedziaby gono t cich uwag. lecz si pohamowa i rzek:
- Nic nie mam do nadmienienia, poniewa taki by kontrakt. Nie traktowaem te tego nigdy jako interesu.
- Tym bardziej umiem to ceni - odpowiedzia askawie Maszko.
- A w ogle, co u ciebie sycha? - spyta Poaniecki. - Widz, e pyniesz wszystkimi aglami. Jak sprawa?
- Ze strony instytucji dobroczynnych wystpuje jaki mody adwokacina, nazwiskiem led. Pikne nazwisko, prawda? Gdybym kota tak nazwa, to by trzy dni miaucza. Ale ja tego ledzia opieprz i zjem. Pytasz: jak sprawa? Sprawa stoi tak, e po jej ukoczeniu bd si mg prawdopodobnie wycofa z adwokatury, ktra zreszt nie jest zajciem odpowiednim dla mnie - i osi stale w Krzemieniu.
- Z gotwk w kieszeni?
- Z gotwk w kieszeni - i to z grub! Mam dosy adwokatury. Ostatecznie, kto wyszed z ziemi, tego do ziemi cignie. To si dziedziczy razem ze krwi. Ale na teraz do o tym. Jutro, jak ci powiedziaem, wyjedam i polecam wam moj pani, tym bardziej e pani Krasawska pojechaa w tej chwili do okulisty do Wiednia. Wybieram si jeszcze do Osnowskich prosi, eby rwnie o niej pamitali.
- Chtnie, owszem! - odpowiedzia Poaniecki.
Potem przysza mu na pami rozmowa z Maryni, wic spyta:
- Ty dawno znasz Osnowskich?
- Do dawno. Chocia ona moja zna ich jeszcze lepiej. On grubo bogaty czowiek; mia jedynaczk siostr, ktra umara, i skpca stryja, po ktrym wzi ogromn fortun. Co do niej - c ci powiedzie? - czytywaa jeszcze jako panna, co jej w rk wpado, miaa pretensje do rozumu, do artyzmu - sowem, do wszystkiego, do czego mona mie pretensj, a swoj drog kochaa si w Kopowskim - ot, masz j ca.
- A pani Broniczowa i panna Castelli?
- Panna Castelli podoba si lepiej kobietom ni mczyznom, zreszt nic o niej nie wiem prcz tego, co mwiono, e tene Kopowski stara si, czy stara o ni; a pani Broniczowa...
Tu Maszko pocz si mia:
- Pani Broniczow chedyw wprowadza osobicie na piramid Cheopsa, nieboszczyk Alfons hiszpaski mwi jej co dzie w Cannes: Bonjour, madame la comtesse! Musset pisywa jej w 56 roku wiersze w albumie, a Moltke przesiadywa u niej na kuferku w Karlsbadzie - sowem: przez imaginacj jedzia na wszelkie koronacje. Teraz, od czasu gdy panna Castelli dorosa, a raczej wybujaa na pi stp i co tam cali, ciocia "Sodyczka" odbywa te imaginacyjne podre ju nie na wasny rachunek, ale siostrzenicy, w czym jej od pewnego czasu pomaga pani Osnowska tak gorliwie, e a trudno zrozumie, jaki ma w tym cel. Oto wszystko, chyba e chcesz wiadomoci o nieboszczyku panu Broniczu, ktry umar sze lat temu, nie wiadomo na jak chorob, bo pani Broniczowa za kadym razem wynajduje inn, dodajc prcz tego, e by to ostatni z Rurykowiczw, nie dodajc za, e przedostatni, to jest jego ojciec, by w swoim czasie rzdc u Rdutowskich i e na nich dorobi si fortuny. No, skoczyem... Vanity' fair!... Bd mi teraz zdrw, trzymaj mi si dobrze, a w razie potrzeby licz na mnie. Gdybym by pewien, e taka potrzeba prdko zajdzie, zmusibym ci do przyrzeczenia, e si do nikogo innego nie udasz, tylko do mnie. Do widzenia.
To rzekszy Maszko ucisn rk Poanieckiego z nieopisan askawoci - i wyszed, Poaniecki za, wzruszywszy ramionami, rzek:
- Dobrze, e mnie nie poklepa po ramieniu!... Vanity' fair! vanity' fair! Taki niby sprytny czowiek, a nie widzi takiej samej prnoci w sobie, jak wymiewa w innych. Jaki on by inny tak jeszcze niedawno! Omal nie przesta udawa, ale jak bieda przesza, diabe wzi gr.
Tu przypomniao mu si, co Waskowski mwi niegdy o prnoci, o komedianctwie, po czym pomyla:
"A jednak takim ludziom u nas si powodzi!"
Rozdzia czterdziesty trzeci
Pani Osnowska zapomniaa tak zupenie o swoich "florencko-rzymskich" wieczorach, e bya zdziwiona, gdy jej je kiedy m przypomnia. Jakie wieczory! ani jej w gowie! Ona ma teraz inne zajcie, ktre si nazywa "oswajaniem ora". "Jeli kto nie widzi, e orze i Lineta dla siebie stworzeni, to, z przeproszeniem ma i pana, ma bardzo krtki wzrok, ale na to nie ma rady. Mczyni w ogle wielu rzeczy nie rozumiej, bo im brak poczu! Zawiowski moe by pod tym wzgldem wyjtkiem, ale gdyby Marynia Poaniecka powiedziaa mu po przyjani, eby si staranniej ubiera i zapuci brod, to by byo doskonale! Castelka taka na wskro estetyczna, e j byle co razi, cho z drugiej strony on j porywa - mao powiedzie! - wprost hipnotyzuje!... I przy jej naturze nie ma w tym nic dziwnego!"
Pan Osnowski suchajc takiego szczebiotania rozpywa si z zachwytu i korzystajc ze sposobnoci stara si opanowa rce ony, by je pokrywa pocaunkami a do okci; raz jednak zada jej to zupenie naturalne pytanie, ktre i Poaniecki zada Maryni:
- Powiedz mi, co ci na tym zaley?
A pani Aneta odrzeka z kokieteri:
- La reine 'amuse! To nie sztuka pisa ksiki. Byle troch talentu - to i dosy; ale przeprowadzi w yciu to, o czym mwi ksiki, daleko wiksza sztuka, a przy tym, co za zabawa!...
Po chwili za dodaa:
- Moe te i mam jaki osobisty cel, a jeli mam, to niech si go Jzio domyli.
- Powiem do ucha - odpowiedzia Osnowski.
Ona za nadstawia ucha z figlarn min, mrugajc przy tym z ciekawoci swymi fiokowymi oczyma.
Lecz Osnowski po to tylko zbliy usta do jej ucha, by je ucaowa, za ca za tajemnic powtrzy jedynie:
- La reine 'amuse!
I by w tym suszno. Pani Osnowska moga mie swoje osobiste cele w zblianiu Zawiowskiego do "Castelki", a swoj drog to wytwarzanie romansu w yciu i rola maej opatrznoci zajmoway j i bawiy ogromnie.
W tych opatrznociowych zamiarach wpadaa te czsto i do Maryni Poanieckiej, by si czego o "orle" dowiedzie, i najczciej wracaa z dobr otuch, Zawiowski bowiem, chcc upi podejrzenia Maryni, coraz wicej mwi z ni o pannie Linecie. Dyplomacja jego okazaa si tak skuteczn, e gdy raz pani Osnowska zapytaa wprost Maryni, czy si Zawiowski w niej nie kocha, ta odpowiedziaa miejc si:
- Musimy si z tym pogodzi, moja Anetko, ale ani we mnie, ani w tobie. Jabko zostao przyznane Linecie, a nam nie pozostaje nic, tylko albo paka, albo si pocieszy.
Z drugiej strony panna Castelli ya w ustawicznym wmawianiu i poddawaniu tak uczu jak myli, ktrych sama mio wasna nakazywaa jej si nie zapiera. Od rana do wieczora syszaa, e ten "orze" o szerokich skrzydach kocha si w niej, e jest u jej ng i e taka wybrana, taka wyjtkowa istota jak ona nie moe by na to nieczu. Zbyt jej te to pochlebiao, by moga by nieczu. Malujc Kopowskiego podziwiaa wprawdzie zawsze "przepyszne paszczyzny" na jego twarzy - i lubia go, bo jej dostarcza pola do rozmaitych powiedze, ktre powtarzano potem jako dowd sprytu i dowcipu; lubia go z rnych powodw, ale wszake i Zawiowski nie by brzydkim chopcem, cho nie nosi brody i nie ubiera si do starannie. A przy tym tyle mwiono o jego skrzydach i o tym, e taka dusza jak jej powinna go zrozumie. Mwili to wszyscy, nie tylko Anetka! Pani Broniczowa, ktra nie rozumiaa niegdy, jak si mg kto w niej nie kocha, przeniosa pniej t nieszczliw pewno siebie na siostrzenic - i tym samym przyczya si do zdania pani Osnowskiej haftujc przy tym kanw rzeczywistoci kwiatami wasnego pomysu. Wreszcie i pan Osnowski zapisa si do chru. Z mioci dla ony kocha on "Castelk", pani Broniczow i gotw by kocha wszystko, co miao dalszy lub bliszy zwizek z "Anetk", wic wzi spraw do serca. Zawiowski by mu sympatyczny; wiadomoci za, jakie o nim zebra, brzmiay pomylnie. Dowiedzia si w ogle o nim tylko tyle, e by odludek; ambitny i uparty we wszystkim, co zamierzy... a oprcz tego skryty i bardzo zdolny; gdy za paniom przypado to wszystko do smaku, j pan Osnowski zupenie powanie rozmyla: "Czyby to nie byo dobrze?" Zachowanie si Zawiowskiego usprawiedliwiao poniekd powany pogld na rzeczy, pocz bowiem od niejakiego czasu czciej nawiedza "wsplny salon" i wicej rozmawia z pann Linet. Czyni wprawdzie to pierwsze zawsze na uprzejme zaproszenie pani Osnowskiej, ale drugie pyno z jego tylko woli. Pani Aneta zauwaya te, e wzrok jego zatrzymuje si coraz uwaniej na zotawych wosach i sennych powiekach Castelki, a oczy jego odprowadzaj j, gdy przechodzi przez salon. On za rzeczywicie pocz jej si przypatrywa, troch przez dyplomacj, a troch przez ciekawo.
Rzecz jednak staa si o wiele wicej powan, gdy wyszed pierwszy tom jego poezji. Wiersze ju poprzednio zwracay na siebie uwag i mwiono o nich duo, wszelako wraenie rozdrabniao si przez to, e wychodziy w znacznych odstpach czasu i w rozproszeniu. Teraz ksika uderzya ludzi w oczy. By w niej blask, sia i szczero. Jzyk mia w sobie niepoyto i wag metalu, a mimo tego gi si posusznie i przybiera wszelkie najsubtelniejsze ksztaty. Wraenie roso. Wkrtce pochwalny pomruk zmieni si w peen podziwu gwar. Ze zwyk w takich razach przesad wynoszono teraz dzieo nad warto; a w modym poecie poczto przewidywa przyszego spadkobierc wielkiej sawy i wielkich buaw. Nazwisko jego przeszo z redakcyjnych gabinetw do publicznoci. Poczto o nim mwi wszdzie, zajmowa si nim i szuka go, ciekawo za staa si tym wiksza, e osobicie by mao znany. Stary, bogaty pan Zawiowski, ojciec panny Heleny, ktry mia zwyczaj mawia, e istniej moe dwie najwiksze plagi na wiecie, to jest podagra i ubodzy krewni, powtarza teraz kademu, kto go spyta: Mais oui, mais oui - 'est mon cousin - i takie owiadczenie miao rwnie sw towarzysk wag dla wielu osb, a midzy innymi pierwszorzdn dla pani Broniczowej. Pani Osnowska wraz z pann Castelli przestay cierpie nawet z powodu mao "gustownej" szpilki w krawacie Zawiowskiego, bo teraz wszystko w nim mogo ju uchodzi za oryginalno. Bolao je jeszcze skrycie, e mu byo na imi Ignacy. Wolayby, eby mia inne, jako bardziej odpowiednie do sawy i poezji; gdy jednake pan Osnowski, ktry z Metz wynis troch aciny, wytumaczy im, e to znaczy Ognisty, owiadczyy, e jeli tak, to co innego - i pogodziy si z Ignacym.
Szczera i wielka rado panowaa z powodu rozgosu ksiki u Bigielw, u Poanieckich i w biurze. W biurze nie byo ludzi zazdrosnych. Stary kasjer, Wakowski, agent Abdulski i drugi buchalter, Poniakowski, dumni byli z kolegi, jakby jego sawa opromieniaa rwnie i Dom. Wakowski mwi nawet: "Ale zadalimy ludziom szyku!" Bigiel rozwaa przez dwa dni, czy Zawiowski moe wobec tego wszystkiego poprzesta na skromnej posadzie w Domu Handlowym pod firm: Poaniecki i Bigiel, ale Zawiowski, zapytany przez niego, odpowiedzia:
- A to dobre! panie drogi! To za to, e troch ludzie gadaj, chcecie mnie pozbawi kawaka chleba i najmilszego w wiecie koleestwa. Nakadcy nie znalazem i ebym nie by waszym buchalterem, nie mgbym by ksiki wyda.
Na taki argument nie byo co odpowiedzie - i Zawiowski zosta w biurze. Bywa tylko coraz czciej gociem w domu i u Bigielw, i u Poanieckich. U Osnowskich nie pokaza si po wyjciu ksiki cay tydzie, jak gdyby co zbroi. Ale pani Bigielowa i Marynia namawiay go, eby poszed, on za mia skryt ochot, wic ktrego dnia wybra si tam na wieczr.
Zasta jednak panie w chwili wyjazdu do teatru. Chciay koniecznie zosta, ale nie zgodzi si, i w kocu stano na tym, co i pani Anecie, i pannie Castelli sprawio widoczn rado, mianowicie, e pojedzie razem z nimi. Tak si te stao: "Jzio, jeli zechce, wemie sobie bilet do krzese." I Jzio wzi bilet do krzese. W czasie przedstawienia Zawiowski siedzia na przodzie loy, razem z pann Linet, bo pani Osnowska upara si, e razem z pani Broniczow bdzie im "matkowaa". - "Wy sobie rozmawiajcie, o czym chcecie, a jeli kto przyjdzie, to ju ja go tak zaterkocz, e nie bdzie wam mg przeszkodzi." Oczy ludzkie zwracay si czsto na t lo, gdy si dowiedziano, kto w niej siedzi. I panna Castelli czua, e otacza j jakby wiato; czua, e ludzie nie tylko na niego patrz, ale zarazem pytaj si: kto jest ta gowa o zotawych wosach i sennych powiekach, do ktrej on si pochyla i mwi? Sama za, spogldajc chwilami na niego, mwia sobie, e gdyby nie ta zanadto wystajca broda, to by by zupenie adny, bardzo delikatny profil, i e t brod mgby przykry zarost... Pani Osnowska ze swojej strony dzielnie wywizywaa si z obietnicy, i gdy nadszed Kopowski, zaterkotaa go tak, e zaledwie mia czas przywita si z pann Castelli i rzec do Zawiowskiego:
- A pan to pisuje wiersze.
Po dokonaniu za tego szczliwego odkrycia zdoa jeszcze doda, ale raczej pod postaci monologu:
- Ja bym ogromnie lubi wiersze, ale dziwna rzecz, jak tylko czytam wiersze, to zaraz myl o czym innym.
Panna Castelli, odwrciwszy ku niemu twarz, rzucia mu dugie spojrzenie - i nie wiadomo, co przewaao w tym spojrzeniu: zoliwo kobiety czy nagy podziw artystki - albowiem ta pozbawiona mzgu gowa wychylajca si z gbi loy wygldaa jednak na czerwonym tle cian jak jaki mistrzowski pomys malarski.
Po przedstawieniu pani Osnowska nie chciaa puci Zawiowskiego i pojechali razem na herbat. Zaledwie jednak stanli w domu, pani Broniczowa pocza mu robi wyrzuty:
- Pan jest niegodziwy czowiek, i jeli Linetce si co stanie, to bdzie na paskim sumieniu. Dziecko mi nie je, nie pi, tylko czyta pana i czyta...
Pani Osnowska za natychmiast dodaa:
- Tak! Mam i ja si o co skary: zagrabia pask ksik i nie chce nikomu ani na chwil jej da, a jak si gniewamy, to wie pan, co odpowiada? - "To moje! to moje!"
A panna Castelli, jakkolwiek nie miaa w tej chwili w rku ksiki, przycisna je do piersi, jakby chcc czego broni, i odrzeka cichym, mikkim gosem:
- Bo to moje! moje!...
Zawiowski spojrza na ni i uczu, e co w nim jakby zadrao. Ale wracajc pno, przechodzi koo okien Poanieckich, w ktrych si jeszcze wiecio. Po przedstawieniu i rozmowie u Osnowskich czu jaki zawrt gowy. Teraz widok tych okien oprzytomni go. Dozna nagle takiego bogiego wraenia, jakiego si doznaje, gdy si myli o czym bardzo dobrym i bardzo drogim. Ogromnie czyste uwielbienie dla Maryni ozwao si w nim z dawn si. Ogarna go taka agodna egzaltacja, w ktrej zmysy usypiaj, a czowiek staje si niemal wycznie dusz i wrci do domu szepcc ustpy z wiersza Lilia, najbardziej egzaltowanego, jaki kiedykolwiek napisa.
A u Poanieckich wiecio si jeszcze dlatego, e zaszo co, co Maryni wydao si owym wygldanym miosierdziem boym.
Wieczorem, po herbacie, siedziaa amic jak zwykle gow nad dziennymi rachunkami, gdy nagle zoya owek. Po chwili przyblada - ale zarazem twarz jej staa si jasna - i troch zmienionym gosem rzeka:
- Stachu!...
Jego zdziwi jej gos, wic zbliy si i spyta:
- Co tobie jest? Troch blada.
- Chod bliej, mam ci co powiedzie.
I objwszy rkoma jego gow, pocza mu co szepta do ucha - a on sucha, nastpnie za pocaowawszy j w czoo rzek:
- Tylko si nie wzruszaj, bo sobie moesz zaszkodzi...
Ale i w jego sowach czu byo pewne wzruszenie... Przez czas jaki chodzi po pokoju - przypatrujc si onie - w kocu pocaowa j znw w czoo.
- Ludzie zwykle sobie ycz pierwszego syna - rzek - ale ty mi pamitaj, eby bya crka. Damy jej na imi Litka.
Oboje nie mogli jednak dugo usn tej nocy - i oto dlaczego Zawiowski widzia wiato w ich oknach.
Rozdzia czterdziesty czwarty
Po tygodniu, gdy prawdopodobiestwo stao si pewnoci, Poaniecki zwiastowa nowin Bigielom. Pani Bigielowa poleciaa jeszcze tego dnia do Maryni, ktra rozpakaa si z radoci w jej poczciwych ramionach.
- Zdaje mi si - rzeka - e mnie teraz i Stach bdzie wicej kocha?
- Jak to wicej? - spytaa pani Bigielowa.
- Chciaam powiedzie: jeszcze wicej! - odrzeka Marynia. - A zreszt widzisz, mnie nigdy nie dosy!
- Miaby ze mn do czynienia, gdyby byo nie dosy!
Tymczasem zy oschy na sodkiej twarzy pani Poanieckiej - i pozosta tylko umiech. Po chwili zoya rce jak do pacierza i rzeka:
- Ach, Boe, eby tylko bya crka, bo Stach sobie yczy crki!
- A ty co by wolaa?
- Ja bym... tylko nie mw tego Stachowi... ja bym wolaa chopca, ale niech bdzie crka!
Nastpnie zamylia si i spytaa:
- Na to jednak nie ma rady, prawda?
- Nie - odpowiedziaa miejc si pani Bigielowa. - Na to jeszcze nie wynaleli sposobu.
Bigiel za ze swojej strony opowiada nowin kademu, kogo napotka, w biurze za rzek przy Poanieckim, z pewnym namaszczeniem w gosie:
- No, moi panowie, zdaje si, e Dom si powikszy o jednego wsplnika.
Urzdnicy zwrcili na niego pytajce spojrzenia, on za doda:
- Dziki panu Poanieckiemu - i pani Poanieckiej.
Wwczas wszyscy rzucili si do Poanieckiego z yczeniami, z wyjtkiem Zawiowskiego, ktry pochyliwszy si nad biurkiem pocz pilnie przeglda kolumny cyfr - i dopiero po chwili, czujc, e jego zachowanie si moe zwrci uwag, odwrci si ze zmienion twarz ku Poanieckiemu i ucisnwszy mu rk pocz powtarza:
- Winszuj, winszuj...
Po czym wydao mu si, e jest komiczny, e co zapado mu si na gow, e mu jest czczo i bezbrzenie gupio i e cay wiat jest bajecznie paski. Najgorszym byo jednak uczucie wasnej komicznoci; bo przecie rzecz bya tak naturalna i atwa do przewidzenia, e byby j zdolny przewidzie nawet taki Kopowski. Tymczasem on, czowiek inteligentny, pisujcy wiersze przyjmowane z zapaem, uwiadamiajcy wszystko, co si wok dzieje, zapdzi si w takie zudzenia, i mu si teraz zdawao, e w niego piorun trzas. Co za upokarzajca mieszno! Ale on pozna Maryni jako pani Poanieck i mimowolnie wyobrazi sobie, e ona zawsze bya pani Poanieck, e bdzie ni na przyszo, jak jest w teraniejszoci, i wprost nie przyszo mu do gowy, e mogy nadej jakie zmiany. I oto zobaczywszy kiedy liliowe tony na jej twarzy, nazwa j sobie Lili i pisywa do niej liliowe wiersze. A teraz ten utrapiony zmys, ktry do kadej przykroci dorzuca jeszcze drwiny, szepta mu do ucha: "A dobra lilia!..." I Zawiowski czu si coraz bardziej zgnieciony i coraz bardziej mieszny. On pisa wiersze, a Poaniecki ich nie pisa. W tym zestawieniu bya zarazem i gryzca gorycz, i co bazeskiego; Zawiowski za pi z tego kielicha penymi ustami, umylnie tak, by nie uroni jednej kropli. Gdyby jego uczucia byy si wyday, gdyby je by wyzna Maryni, gdyby go odepchna bya z najwiksz pogard, a Poaniecki zrzuci ze schodw - byoby jeszcze w tym co zakrawajcego na dramat. Ale takie zakoczenie - "takie paskie!..." Mia on natur odczuwajc wszystko dziesi razy silniej ni zwyke natury ludzkie, wic pooenie wydao mu si wprost nie do wytrzymania, a te godziny biurowe, ktre musia jeszcze przesiedzie - mk. Uczucie jego dla Maryni nie tkwio gboko w sercu, ale zajo cakowicie jego wyobrani, teraz za rzeczywisto uderzya go nielitociwie doni po gowie, uderzenie za wydao mu si nie tylko bolesne i grubiaskie, ale zarazem szydercze. Przychodzia mu do gowy desperacka myl: wzi kapelusz, wyj i nie wrci wicej. Na szczcie, nadesza zwyka godzina zakoczenia pracy - i wszyscy zaczli si rozchodzi.
Zawiowski idc przez korytarz, w ktrym przy wieszadach byo lustro, i ujrzawszy sw dug posta i wystajc brod, powiedzia sobie: "Tak wyglda bazen!" Tego dnia nie poszed jak zwykle na obiad z drugim buchalterem, Poniakowskim. Rad by by uciec nawet sam przed sob. Tymczasem zamkn si w domu i z przesad prawdziwego artysty potgowa do niemoliwych granic swoje nieszczcie i swoj mieszno. Po kilku dniach jednak uspokoi si, czu tylko jak dziwn pustk w sercu, tak zupenie, jakby ono byo mieszkaniem, z ktrego si kto wyprowadzi. U Poanieckich nie pokaza si przez dwa tygodnie, ale po upywie tego czasu zobaczy Maryni na letnim mieszkaniu u Bigielw i zdumia si.
Wydaa mu si prawie brzydka. Nie byo to zupenie jego uprzedzenie, albowiem jakkolwiek w postaci jej trudno byo jeszcze dopatrzy rnicy, zmienia si jednak mocno. Usta miaa nabrzmiae, wyrzuty na czole i strcia wieo cery. Bya przy tym spokojna, ale nieco smutna, tak jakby spotka j jaki zawd. Zawiowskiego, ktry w istocie rzeczy mia dobre serce, wzruszya ta jej brzydota. Poprzednio zdawao mu si, e ni pogardza. Teraz wydao mu si to gupie.
Zreszt zmienia si tylko jej twarz, nie dobro ani yczliwo. Owszem, czujc si teraz zabezpieczon od zbytniego z jego strony zachwytu, okazywaa mu wicej serdecznoci ni dawniej. Wypytywaa go z wielkim zajciem o pann Castelli i gdy spostrzega, e jest to przedmiot, o ktrym i on chtnie ju rozmawia, pocza si umiecha dawnym, penym niewypowiedzianej sodyczy umiechem i rzeka prawie wesoo:
- Dobrze, dobrze! Tam si dziwi, e pan znw dawno nie by - i wie pan, co mi mwia i Anetka, i pani Broniczowa? Mwiy mi...
Ale tu przerwaa i po chwili:
- Nie - tego nie mog gono powiedzie. Pjdziemy troch do ogrodu...
I podniosa si, ale nie do uwanie, tak e potknwszy si na pierwszym kroku omal nie upada.
- Uwaaj! - zawoa z niecierpliwoci Poaniecki.
A ona pocza spoglda na niego prawie ze strachem i pokor - i zaczerwieniwszy si odrzeka:
- Stachu, to niechccy, jak ciebie kocham!...
- Pan take niech jej nie przestrasza! - rzeka z ywoci pani Bigielowa.
Byo bowiem tak widocznym, e Poanieckiemu chodzio w tej chwili wicej o przysze dziecko ni o Maryni, e nawet Zawiowski to zrozumia.
Co do Maryni, byo jej to wiadome nie od dzisiejszego dnia. Przesza z tego powodu przez ca walk duchow z sob, o ktrej na razie nie mwia nikomu, a walka ta bya tym trudniejsza, im bardziej stan jej zdrowia wyradza rozdranienie, niepokj i skonno do pospnych myli. Przesza przez cikie chwile, zanim powiedziaa sobie; e tak musi by, jak jest.
Poaniecki byby wprost zdumiony, gdyby mu kto powiedzia, e nie kocha, a zwaszcza e nie ocenia ony tak, jak powinien. Kocha j po swojemu, a zarazem sdzi, e jeli kiedy, to teraz im obojgu powinno przede wszystkim chodzi o dziecko. Bdc z natury ywym i porywczym posuwa chwilami t troskliwo za daleko, ale nie poczytywa sobie tego za grzech. Nad tym, co si moe dzia w duszy Maryni, nawet si nie zastanawia. Zdawao mu si, e midzy innymi jej obowizkami jednym z pierwszych jest obowizek dostarczania mu dzieci, e zatem prost jest rzecz, i go spenia. By jej za to wdziczny i wyobraa sobie, e bdc troskliwym o dziecko jest tym samym troskliwy i o ni, i tak troskliwy, jak mao ktry m. Gdyby by uzna za stosowne wezwa si do obrachunku co do postpowania z on, uwaaby rwnie, e jest rzecz zupenie naturaln, i jej urok czysto kobiecy pociga go teraz mniej ni przedtem. Z kadym dniem stawaa si brzydsza i chwilami razia jego zmys estetyczny, on za mniema, e ukrywajc to przed ni i starajc si jej okaza wspczucie, jest tak delikatnym, jak tylko mczyzna dla kobiety by moe.
Ona za miaa wraenie, e ta nadzieja, na ktr najbardziej liczya, zawioda j; czua, e schodzi na drugi plan, e bdzie schodzia coraz bardziej. I mimo caego uczucia dla ma, mimo skarbw tkliwoci, ktre ju zbieray si w niej dla przyszego dziecka, w pierwszej chwili ogarn jej dusz bunt i al. Ale trwao to niedugo. Pocza z tym walczy i zmoga si. Powiedziaa sobie, e tu nie ma niczyjej winy, e takie jest ycie i e to wypada z naturalnego porzdku rzeczy, ktry znw jest wynikiem woli boej. Potem zacza sama siebie oskara o egoizm i kruszy si pod ciarem tej myli. Czy ona ma prawo myle o sobie, nie o Stachu i nie o przyszym dziecku? Co moe Stachowi zarzuci? Co w tym dziwnego, e on, ktry nawet cudze dzieci tak kocha, ma dusz zajt teraz przede wszystkim swoim, e mu serce naprzd do niego bije? Czy nie ma w tym obrazy boskiej, e ona pozwala sobie dochodzi przede wszystkim jakich swoich praw, jakiego swego szczcia, ona, ktra tyle zawinia?
Kto ona jest i co ma za prawo do jakiego wyjtkowego losu? I gotowa bya bi si w piersi. Bunt przeszed; zostao tylko gdzie, na samym dnie serca, troch alu, e ycie takie dziwne i e kade nowe uczucie zamiast potgowa dawniejsze odsuwa je w gb... Ale gdy ten al cisn si jej z serca do oczu pod postaci ez lub poczyna dre na ustach, ju mu nie pozwalaa i na takie ujcie. "Cicho mi zaraz! - mwia sobie w duszy - tak jest, tak bdzie i tak trzeba, bo takie jest ycie i taka wola boska, z ktr musisz si zgodzi." I wreszcie zgodzia si.
Powoli odzyskaa nawet spokj nie zdajc sobie sprawy, e podkadem jego jest rezygnacja i smutek. By to zreszt smutek, ktry si umiecha. Jako modej kobietce byo jej take chwilami przykro, gdy w oczach ma lub nawet kogo obcego wyczytywaa nagle wyranie: "Ach, jake ty zbrzyda!" Ale e pani Bigielowa zapewnia j, e "potem" bdzie jeszcze adniejsza, wic odpowiadaa im w duszy: "Poczekajcie!" - i to bya jej pociecha.
Odpowiedziaa te co podobnego i Zawiowskiemu. Bya zarazem rada i nierada z wraenia, jakie na nim uczynia, gdy jeli z jednej strony cierpiaa na tym troch jej mio wasna, z drugiej czua si zupenie zabezpieczona i moga z nim swobodnie rozmawia. Chciaa za pomwi, i to zupenie powanie, albowiem przed kilkoma dniami pani Aneta Osnowska powiedziaa jej wprost, e "Kolumienka" po uszy zakochana i e Zawiowski ma wszelkie przed sob widoki.
J za zaniepokoio cokolwiek to kucie elaza na gorco. Nie umiaa sobie zda sprawy, dlaczego tak jest, nawet biorc w rachub wrodzon porywczo pani Anety. Dla Zawiowskiego, ktry sta si niejako beniaminem obu domw, miaa rwnie, jak Bigielowie i Poaniecki, ogromnie wiele przyjani - a oprcz tego bya mu wdziczna, bd co bd bowiem pozna si na niej. Ow rada by bya mu dopomc w tym, co zdawao si by dla niego wielkim losem, ale jednoczenie przychodzio jej na myl: "A nu to bdzie dla niego le?" Zlka si troch i odpowiedzialnoci, i swojej wasnej poprzedniej polityki. Teraz wic chciaa naprzd dowiedzie si, co te on naprawd myli, po wtre da mu do zrozumienia, jak rzeczy stoj,  na koniec poradzi mu, by w danym razie sam dobrze patrzy i rozwaa.
- Tam si ju dziwi, e pan dawno nie by - powtrzya, gdy wyszli do ogrodu.
Zawiowski za spyta:
- Co pani mwia pani Osnowska?
- Powiem panu tylko jedno, cho nie wiem, czy powinnam to powtarza. Pani Osnowska mwia mi, e... Ale nie! Naprzd musz wiedzie, czemu pan tak dawno u nich nie by?
- Byem niezdrw i miaem zmartwienie. Nie bywaem nigdzie. Nie mogem! Pani sobie przerwaa...
- Tak, bo chciaam wiedzie, czy si pan naprawd nie pogniewa o co na te panie. Ot pani Osnowska mwia mi, e Lineta przypuszcza, e tak jest i e kilka razy widziaa z tego powodu zy w jej oczach.
Zawiowski zaczerwieni si, po czym na jego modej wraliwej twarzy odbio si prawdziwe rozczulenie.
- Ach, Boe! - odpowiedzia - ja bym si mia gniewa i jeszcze na tak pann Linet! Czy ona moe kogo obrazi?
- Ja to powtarzam, co mi powiedziano, cho pani Osnowska jest tak ywa, e - nie miem rczy, czy wszystko, co ona mwi, jest cise. Wiem, e nie kamie - ale pan rozumie, e osoby bardzo ywe widz czasem rzeczy jak przez powikszajce szko. Niech pan sam sprawdzi, jak to jest. Lineta wydaje mi si mia, bardzo niepospolita i bardzo dobra ale niech pan sam sprawdzi. Pan ma tyle zmysu obserwacyjnego.
- e jest dobra i niepospolita, to nie ma wtpliwoci. Pamita pani, jakem mwi, e one czyni mi wraenie cudzoziemek, ale to nieprawda! Pani Osnowska - moe! ale nie panna Lineta!
A Marynia odrzeka:
- Trzeba samemu patrze i patrze! Rozumie pan, e ja pana do niczego nie namawiam... Baabym si nawet troch Stacha, ktry nie lubi tych pa... Ale szczerze powiem, e jak usyszaam o zach Linetki, tak mnie to chwycio za serce:.. Biedactwo!...
- Nawet nie umiem pani powiedzie, jak mnie wzrusza sama myl o tym! - odpowiedzia Zawiowski.
Dalsz jednak rozmow przerwa Poaniecki, ktry zbliywszy si rzek:
- C? cigle swaty! Te kobiety s jednak niepoprawne! Wiesz, Maryniu, co ci powiem? e bybym najszczliwszy, gdyby si w takie rzeczy nie wdawaa.
Pani Poaniecka pocza si tumaczy, lecz on zwrciwszy si do Zawiowskiego rzek:
- Ja si tam w nic nie wdaj, ale wiem tylko, e nie mam do tych pa najmniejszego zaufania.
Zawiowski jednak powrci do domu rozmarzony. Poruszyy si w nim wszystkie struny wyobrani i poczy dwicze tak, e ochota do snu odleciaa od niego zupenie. Nie zapali wiata, by mu nic nie przeszkadzao gra na tych rozegranych strunach - i siedzc w blasku ksiyca myla, a raczej tworzy. Nie kocha si jeszcze, ale ogarniaa go ju wielka tkliwo, gdy myla o pannie Castelli - i ukada obrazy takie, jakby si ju kocha. Widzia j tak wyranie, jakby staa przed nim; widzia jej czarne oczy i zotaw gow pochylajc si jak podcity kwiat, a - na jego piersi. I wydao mu si, e kadzie palce na skroniach tej gowy, e czuje jedwabne dotknicie jej wosw i przechylajc si nieco w ty patrzy, czy pieszczota nie osuszya ez, a jej oczy miej si do niego jak niebo, jeszcze mokre po deszczu, ale ju soneczne... Potem wyobrania pocza porywa jego zmysy. Wydao mu si, e jej wyznaje mio, e j przyciska do piersi i wyczuwa pieszne bicie jej serca, e klczy z gow na jej kolanach, od ktrych przez jedwab bije ciepo na jego twarz. I pocz naprawd dre. Dotychczas bya dla niego obrazem, teraz wyczu j po raz pierwszy jako kobiet. Nie byo w nim ani jednej myli, ktra by nie bya przy niej - i zapamita si w niej tak, e straci poczucie, gdzie jest i co si z nim dzieje.
Jaki ochrypy piew na ulicy zbudzi go. Wwczas zapali wiato i pocz myle trzewiej. Zdj go teraz pewien niepokj, albowiem jedna rzecz wydaa mu. si niewtpliw, mianowicie, e jeli nie zaprzestanie bywa zupenie u pani Broniczowej i u Osnowskich, to si zakocha w tamtej dziewczynie bez pamici.
"Trzeba wic wybra!" - mwi sobie.
I nazajutrz poszed j zobaczy - bo pocz tskni - a teje jeszcze nocy prbowa napisa wiersz pod tytuem Pajczyna.
Nie mia jednak pj do pani Broniczowej, wic czeka a do godziny, w ktrej mona byo zasta wszystkich we wsplnym salonie na herbacie. Pani Osnowska przyja go z nadzwyczajn serdecznoci i z wybuchami wesoego miechu, lecz on przywitawszy si pocz patrze na twarz panny Castelli, i serce zabio mu ywiej, gdy ujrza, e bije z niej wielka i gboka rado.
- Wie pan, co ja mylaam? - zawoaa ze zwyk sobie ywoci pani Aneta - nasza "Toplka" tak lubi brody u panw, e mylaam, e pan zapuszcza brod i dlatego si nie pokazuje.
"Toplka" za odrzeka:
- Nie, nie! niech pan zostanie tak, jak pana poznaam.
Lecz pan Osnowski otoczy wp ramieniem Zawiowskiego i rzek z t poufaoci dobrze wychowanego czowieka, ktry umie postawi od razu stosunki na bliszej i serdeczniejszej stopie:
- A, pochowa nam si pan Igna, prawda? Ale ja mam na niego sposb: niech Linetka zacznie jego portret, to musi co dzie przychodzi.
Pani Osnowska klasna w rce:
- Jaki ten Jzio rozumny, to a dziw!
Jemu za rozpromienia si caa twarz, e powiedzia co, co podobao si onie, i pocz powtarza:
- Prawda? co! Moja droga Anetko, prawda?
- Ja ju si przymawiaam - odpowiedziaa mikkim gosem panna Castell i - ale baam si naprzykrza.
- Kiedy tylko pani rozkae - odpowiedzia Zawiowski.
- Teraz dzie taki dugi, to moe o czwartej, po panu Kopowskim. Zreszt niezadugo ju skocz tego nieznonego pana Kopowskiego.
- Wie pan, co ona powiedziaa o panu Kopowskim? - zacza pani Broniczowa.
Lecz panna Castelli za nic nie pozwolia jej powiedzie, zreszt przeszkodzi temu pan Pawicki, ktry wanie w tej chwili nadszed i rozbi towarzystwo. Pan Pawicki poznawszy pani Anet u Maryni straci dla niej gow, do czego otwarcie si przyznawa, ona za kokietowaa go, ku wielkiej swojej i innych uciesze, bez miosierdzia.
- Niech tatu siada, tu koo mnie - rzeka - bdzie nam przy sobie dobrze? - co?
- Jak w niebie! jak w niebie! - odpowiedzia pan Pawicki uderzajc si raz po raz domi po kolanach i wysuwajc z zadowolenia koniec jzyka.
Zawiowski za przysiad si do panny Castelli i rzek:
- Taki jestem szczliwy, e bd mg tu co dzie przychodzi... Czy tylko naprawd nie zajm pani czasu?
- Owszem, zajmie pan - odpowiedziaa patrzc mu w oczy - ale zajmie pan tak, jak nikt inny zaj by nie potrafi. Ja naprawd baam si tylko naprzykrza - bo ja si pana boj.
Teraz on zajrza jej w gb renic i odpowiedzia z naciskiem:
- Niech si mnie pani nie boi.
Panna Lineta spucia powieki, i nastaa chwila do kopotliwego milczenia; po czym panienka spytaa troch przyciszonym gosem:
- Czemu pan tak dugo nie przychodzi?
On mia na jzyku odpowied: "To ja si boj", ale nie mia posun si tak daleko, wic odpowiedzia:
- Pisaem.
- Wiersz?
- Tak, pod tytuem: Pajczyna! Jutro go przynios. Pamita pani, co pani powiedziaa, kiedym pani pozna? e chciaaby pani by pajczyn. Jam to zapamita i od tej pory cigle widziaem obraz takiej nienej nitki, ktra buja po powietrzu.
- Buja, ale nie o wasnej sile - odpowiedziaa panna Castelli - i nie moe zalecie wysoko, chyba...
- Co? czemu pani nie koczy?
- Chyba e si owinie koo skrzyde jakiego wielkiego Latawca...
To rzekszy panna Lineta nagle wstaa i odesza, by pomc panu Osnowskiemu, ktry w tej chwili otwiera okno.
A Zawiowski zosta sam - z mg na oczach. Zdawao mu si przy tym, e syszy, jak mu ttna bij w skroniach.
Oprzytomni go dopiero miodowy gos pani Broniczowej.
- Par dni temu mwi mi stary pan Zawiowski, e pan jego krewny, ale e pan u niego bywa nie chce, a on u pana nie moe, bo ma pedogr. Czemu pan u niego nie bywa? To taki miy i dystyngowany czowiek! Niech pan do niego pjdzie. Jemu to nawet przykro. Pjdzie pan?
- Dobrze, pani, mog pj - odpowiedzia Zawiowski, ktry w tej chwili gotw by na wszystko si zgodzi.
- Jaki pan musi by dobry i atwy. Pozna pan tam swoj kuzynk, pann Helen. Tylko niech si pan nie zakocha, bo to take bardzo dystyngowana panienka.
- Nie, pani, nie ma niebezpieczestwa - rzek miejc si Zawiowski.
- Mwi zreszt o niej, e ona si kochaa w tym Poszowskim, ktry to si zastrzeli, i e nosi wieczn aob w sercu. A kiedy pan do nich pjdzie?
- Jutro, pojutrze. Kiedy si pani podoba.
- Bo widzi pan, oni wyjedaj. Lato za pasem! Gdzie pan bdzie w lecie?
- Nie wiem, pani. A panie?
Panna Castelli, ktra przez ten czas wrcia i siada niedaleko, przerwaa rozmow z Osnowskim i dosyszawszy zapytanie Zawiowskiego odrzeka:
- Nie mamy jeszcze projektu.
- Wybieraymy si do Scheveningen - mwia pani Broniczowa - ale z Linetk to tak trudno...
I po chwili dodaa ciszej:
- Ona taka zawsze otoczona - takie ma szczcie do ludzi, e pan nie uwierzy! Cho dlaczego by pan nie mia uwierzy? Do na ni spojrze. Mj nieboszczyk m przepowiada mi to jeszcze wwczas, gdy ona miaa dwanacie lat: "Obaczysz - mwi - co to bdzie za kopot, jak ona doronie!" I jest kopot, drogi panie, jest kopot! Mj m duo rzeczy naprzd przewidzia... Ale! Czy ja mwiam panu, e on by ostatnim z Rur... A tak! mwiam! Dziecimy wasnych nie mieli, bo pierwsze nie doszo, a on by czterdzieci lat starszy ode mnie - i pniej by mi raczej... ojcem.
"C mnie to moe obchodzi!" - pomyla Zawiowski. Pani Broniczowa za mwia dalej:
- Mj nieboszczyk m zawsze bola nad tym, e nie ma syna. To jest - by syn, ale przyszed o poow drogi za wczenie... (Tu w gosie pani Broniczowej zadrgay zy.) Trzymalimy go czas jaki w spirytusie... Ach!! co to za smutne wspomnienia! Ile si m nacierpia, e umrze ostatni z Rur... Mniejsza zreszt z tym! do, e w kocu przywiza si do Linetki, jak do rodzonej, i oczywicie to bya najblisza krewna - i co po nas zostanie, to bdzie jej. Moe i dlatego j tak ludzie otaczaj... Chocia - nie! Ja im si nie dziwi. eby pan wiedzia, co to jednak za mka i dla niej, i dla mnie! Dwa lata temu w Nizzy, jeden Portugalczyk, hrabia Jao Colimaao, krewny Alkantarw, tak straci gow, e a miech bra. Albo ten Grek zeszego roku w Ostendzie!... Syn bankiera z Marsylii, milioner... Jake to on si nazywa?... Linetko, jak to nazywa si ten Grek milioner - ten, co to wiesz?
- Ciociu! - rzeka z widoczn niechci panna Lineta.
Lecz ciocia bya ju w penym biegu jak pocig puszczony ca si pary.
- Aha! przypominam sobie - rzeka - Kanafaropulos, sekretarz ambasady francuskiej w Brukseli.
Panna Lineta wstaa i odesza do pani Osnowskiej rozmawiajcej przy gwnym stole z panem Pawickim, ciocia za odprowadzajc j wzrokiem rzeka:
- Gniewa si dziecko!... Ona ogromnie nie lubi, jak mwi o jej powodzeniach, a ja nie mog wytrzyma. Pan mnie rozumie? Patrz pan, jaka ona wysoka! Tak mi wybujaa!... Anetka nazywa j czasem Kolumienk, a czasem Toplk - i prawdziwa z niej Toplka! C dziwnego, e j ludzkie oczy widz! Nie wspominaam jeszcze o panu Ufiskim. To nasz wielki przyjaciel. Mj nieboszczyk m bardzo go lubi. Pan przecie musia sysze o panu Ufiskim? To ten, co tak sawnie wycina sylwetki z papieru. Cay wiat go zna. Nie wiem, na ilu dworach wycina sylwetki, a ostatnim razem wycina ksicia Walii. By take jeden Wgier...
Pan Osnowski, ktry siedzc niedaleko bawi si oweczkiem przy breloku, to wysuwajc go, to zasuwajc na powrt, zniecierpliwi si wreszcie i rzek:
- Jeszcze ze dwch takich, kochana ciociu, a bdzie wieczorek kostiumowy.
- Wanie, wanie! - odpowiedziaa pani Broniczowa. - Jeli o nich wspominam, to dlatego, e Linetka nie chciaa ani sysze o adnym. To taka szowinistka! Pan nie ma pojcia, jaka z tego dziecka szowinistka!
- Nieche jej Bg da zdrowie - rzek Zawiowski.
Po czym wsta i pocz si egna. Na poegnanie dugo zatrzyma do panny Linety, ktra zreszt odpowiedziaa mu rwnie dugim uciskiem.
- Do jutra! - rzek patrzc jej w oczy.
- Do jutra... po panu Kopowskim. A nie zapomni pan o Pajczynie?...
- Nie, pani, nie zapomn... nigdy - odpowiedzia nieco wzruszonym gosem Zawiowski.
Wyszli razem z panem Pawickim, ale zaledwie znaleli si na ulicy, gdy staruszek uderzy go z lekka w rami i zatrzymawszy si rzek:
- Panie modziku, czy pan wie, e ja wkrtce zostan dziadkiem?
- Wiem - odpowiedzia Zawiowski.
- Tak! tak! - powtrzy z rozkosznym umiechem Pawicki - a mimo tego powiem panu tylko tyle: nie ma nad mode matki!!...
I miejc si pocz go klepa raz po raz po ramieniu, po czym przyoy koce palcw do ust, poegna si i odszed. Zawiowskiego doszed tylko z daleka jego troch drcy gos:
- Nie ma nad mode...
Reszt zguszy turkot na ulicy.
Rozdzia czterdziesty pity
Od tego czasu Zawiowski przychodzi codziennie do cioci Broniczowej. Czsto zastawa jeszcze Kopowskiego, albowiem w ostatnich czasach co popsuo si w portrecie "Antinousa". Panna Lineta mwia, e nie zdoaa jeszcze wszystkiego z tej twarzy wydoby, e moe wyraz jest nie taki, jak by powinien, sowem - potrzebowaa czasu do namysu. Z Zawiowskim szo jej atwiej.
- W takiej gowie, jak pana Kopowskiego - rzeka raz - do jest zmieni najmniejsz lini, do pooy niewaciwe wiato, eby wszystko przepado. Tymczasem w panu Zawiowskim trzeba chwyci przede wszystkim charakter.
Syszc to obaj byli zadowoleni. Kopowski owiadczy nawet, i to nie jego wina, e go takim Pan Bg stworzy. Pani Broniczowa opowiadaa pniej, e panna Lineta rzeka z tego powodu: "Bg go stworzy, Syn Boy odkupi, ale Duch wity zapomnia go owieci." Dowcip ten powtarzano o biednym panu Kopowskim w caej Warszawie.
Zawiowski do go lubi. Po kilku spotkaniach wyda mu si tak bezdennie ograniczony, i nie przyszo mu do gowy, eby mona by o niego zazdrosnym. Natomiast zawsze mio byo na niego patrze. Te panie lubiy go rwnie, chocia czsto pozwalay sobie z niego artowa, a czasem suy im wprost za pik, ktr przerzucay sobie z rk do rk. Gupota Kopowskiego nie bya zreszt ani pospn, ani podejrzliw. Humor posiada jednostajny i istotnie przecudny umiech, o czym moe wiedzia, wic wola si umiecha ni marszczy. By dobrze wychowany, obyty w wiecie a przy tym ubiera si wymienicie i pod tym wzgldem mg Zawiowskiemu suy za mistrza.
Zadawa te od czasu do czasu zdumiewajce pytania, ktre napeniay uciech mode panie. Raz, syszc pani Broniczow mwic o poetyckich natchnieniach, spyta Zawiowskiego: "Czy na to co trzeba, czy nie trzeba?" - i w pierwszej chwili zmiesza go, albowiem ten nie wiedzia, co mu odpowiedzie.
Kiedy znw pani Anetka rzeka mu:
- Czy pan pisa kiedy wiersze? Niech pan dobierze jaki rym!
Kopowski zada, eby mu zostawiono czas do jutra. Ale nazajutrz zapomnia albo te i nie znalaz, te panie za byy tak dobrze wychowane, e mu nie przypomniay obietnicy. Tak zawsze przyjemnie byo na niego patrze, e nie chciay mu robi przykroci.
Tymczasem koczya si wiosna, a nadchodziy wycigi. Zawiowski by zaproszony na cay ich czas do powozu pastwa Osnowskich; dawano mu miejsce naprzeciw panny Linety. I podziwia j z caej duszy. W jasnych toaletach, w jasnych kapeluszach, z umiechem w czarnych oczach, ze swoj spokojn twarz, zarumienion nieco pod tchnieniem wieych powieww, wydawaa mu si wiosn i rajem. Wracajc do domu miewa jej pene oczy, pen myl i pene serce. W tym wiecie, w ktrym one yy, w towarzystwie tych modych ludzi, ktrzy zbliali si do powozu, by bawi te panie, bywao mu nieswojo, ale jej widok wynagradza mu wszystko. Pod wpywem sonecznych dni, pogody, szerokich letnich powieww i tej modej dziewczyny, ktra poczynaa mu by drog, y jakby w cigym upojeniu. Czu w sobie modo i si. W twarzy jego bywao czasem istotnie co orlego. Chwilami zdao mu si, e jest rozbujaym dzwonem, ktry bije i bije, i gosi rado ycia, rado mioci, rado szczcia - wielki odpust kochania. Pisywa te duo i pracowa tak atwo jak nigdy, a w wierszach jego by jakby czerstwy zapach wieo zoranych zagonw, jakby bujno modych lici, jakby szum skrzyde ptakw nadlatujcych na ugory - i ogromna szeroko k i pl. Poczu si w swej mocy i przesta si wstydzi poezji nawet przed obcymi, bo zrozumia, e w nim co jest, e co tkwi i e ma co podoy pod kochane stopy.
Poaniecki, ktry mimo swego kupiectwa mia niepohamowan namitno do koni i nie opuszcza nigdy wycigw, widywa go przez wszystkie dni w towarzystwie Osnowskich i panny Castelli, zapatrzonego w ni jak w tcz, i kiedy w biurze pocz go przeladowa, e si kocha, na co Zawiowski odpowiedzia:
- To nie ja, to moje oczy; ale pastwo Osnowscy wkrtce wyjad, te panie take - i wszystko minie jak sen.
Nie mwi jednak prawdy, bo ju nie wierzy sam, by wszystko mogo min jak sen. Przeciwnie, czu, e zaczo si dla niego nowe ycie, ktre wyjazd panny Castelli moe zama.
- A dokd wybiera si pani Broniczowa z pann Castelli? - pyta dalej Poaniecki.
- Przez reszt czerwca i przez lipiec zabawi u pastwa Osnowskich, a potem jad jakoby do Scheveningen, ale to jeszcze niepewne.
- Przytuw Osnowskich o trzy mile od Warszawy - rzek Poaniecki.
Zawiowski od kilku ju dni zadawa sobie z biciem serca pytanie, czy go zaprosz, czy nie; gdy go jednak zaprosili, i w dodatku bardzo uprzejmie, nie obieca im i przy wszelkich zapewnieniach wdzicznoci pocz si droy, tumaczc si zajciami i brakiem czasu. Panna Castelli suchaa z boku, podnoszc w gr swoje zotawe brwi, a gdy wychodzi, zbliya si ku niemu i rzeka:
- Czemu pan nie chce przyjecha do Przytuowa?
On za, spostrzegszy, e nikt ich nie sucha, odrzek patrzc jej w oczy:
- Boj si.
Wwczas pocza si mia i powtarzajc sowa Kopowskiego spytaa:
- Czy na to co trzeba, czy nie trzeba?
- Na to trzeba - odpowiedzia nieco drcym gosem - by mi pani powiedziaa: "Przyjed!"
Ona zawahaa si jeszcze przez chwil; moe nie miaa mu powiedzie tak wprost i w tej formie, jak on tego da, nagle jednak zarumienia si i wyszeptaa:
- Przyjed!
Potem ucieka, jakby wstydzc si tych kolorw, ktre pomimo mroku biy coraz widoczniej jej na twarz.
Zawiowskiemu, gdy wraca do domu, zdawao si, e pada deszcz gwiazd.
Wyjazd Osnowskich mia jednak nastpi dopiero za dziesi dni. Przedtem malowanie portretu szo zwykym trybem i miao tak i a do ostatniego dnia, albowiem panna Lineta nie chciaa traci czasu. Pani Osnowska namwia j, by wycznie malowaa Zawiowskiego, poniewa Kopowski potrzebuje ju tylko kilku posiedze, ktre bdzie mona urzdzi w Przytuowie, przed samym ich wyjazdem do Scheveningen. Dla Zawiowskiego owe posiedzenia stay si teraz jakby pierwsz potrzeb ycia - i jeli wypadkiem zasza jaka przeszkoda, uwaa taki dzie za stracony. Pani Broniczowa bywaa najczciej obecna przy malowaniu. Zawiowski odgadywa w niej jednak dusz przyjazn, i w kocu sposb, w jaki mwia o pannie Linecie, pocz mu by miy. Oboje ukadali wprost hymny na cze panny Linety, ktr w poufaej rozmowie pani Broniczowa nazywaa "Niteczk". Zawiowskiemu podobao si to miano tym bardziej, im wyraniej czu, jak ta "Niteczka" obwija mu si koo serca.
Czstokro jednak wydawao mu si, i pani Broniczowa opowiada rzeczy nieprawdopodobne. e panna Lineta bya i moga by najzdolniejsz uczennic wirskiego, e wirski mg j nazywa "La perla", e mg si w niej, jak pani Broniczowa dawaa do zrozumienia, kocha - w to wszystko byo atwo uwierzy; ale eby w wirski, znany w caej Europie i nagradzany wielkimi medalami na wszystkich wystawach, mia owiadczy ze zami na widok jakiego szkicu panny Linety, e poza technik - on by raczej mg bra od niej lekcje, o tym nawet Zawiowski pozwala sobie wtpi. I gdzie, w jakim kcie duszy, w ktrym zataio si jeszcze troch trzewoci, dziwi si, e panna "Niteczka" wprost temu nie zaprzecza i poprzestaje na zwykych w takich razach sowach: "Ciociu! wiesz, e ja nie lubi, jak takie rzeczy powtarzasz!" Wreszcie jednak straci i te ostatnie przebyski trzewoci, pocz si rozczula nawet nad nieboszczykiem Broniczem, a pani Broniczow niemal pokocha, za to tylko, e mg rozmawia z ni od rana do wieczora o pannie Castelli.
Wskutek powtarzajcych si nalega pani Broniczowej odwiedzi take w tych czasach starego pana Zawiowskiego, owego Krezusa, u ktrego przedtem nie bywa. Stary szlachcic, o biaych jak mleko wsach, rumianej cerze i obcitych krtko siwych wosach, przyj go z nog na fotelu i z pewn wielkopask poufaoci czowieka, ktry przywyk do tego, e si ludzie wicej z nim licz ni on z nimi.
- Przepraszam, e nie wstaj - rzek - ale pedogra, nie arty... Ha, c robi! Pucizna! Zdaje si, e to ju bdzie po wiek wiekw przywizane do nazwiska. A ty miewasz czasem upania w wielkim palcu?
- Nie - odpowiedzia Zawiowski, cokolwiek zdziwiony zarwno sposobem przyjcia, jak i tym, e stary szlachcic mwi mu od pierwszego widzenia: ty.
- Poczekaj, przyjdzie staro!
Po czym zawoawszy na crk przedstawi jej Zawiowskiego i pocz rozmawia o stosunkach rodzinnych wykazujc modemu czowiekowi, w jaki sposb s krewni. W kocu rzek:
- No, ja tam wierszy nie pisywaem, bom na to za gupi, ale musz ci powiedzie, e mi si popisa - i em si nie wstydzi, chociaem wyczyta moje nazwisko pod wierszami.
Odwiedziny nie miay si jednak skoczy pomylnie. Panna Zawiowska, osoba lat niespena trzydziestu, adna, ale jakby przedwczenie zwida i pospna, chcc wzi udzia w rozmowie pocza wypytywa "kuzyna", kogo zna i gdzie bywa, a stary szlachcic do kadego wymienionego nazwiska dodawa w jednym lub dwch sowach swoj opini. Przy wymienieniu Poanieckich powiedzia: "Dobra krew!" - przy Bigielach spyta: "Jak?", a gdy Zawiowski powtrzy ich nazwisko, doda: Connais pas - pani Osnowsk okreli jednym sowem: "Dzierlatka!" - przy Broniczowej mrukn: "Furfantka!" - na koniec, gdy mody czowiek wymieni z pewnym zmieszaniem pann Castelli, szlachcic, ktrego w tej chwili upno widocznie w nodze, skrzywi si okropnie i zawoa:
- Aj! Pdiabl weneckie!
Na to Zawiowskiemu, ktry mimo swej niemiaoci by czowiekiem popdliwym, zamio si w oczach, wystajca i tak dolna szczka wysuna si jeszcze bardziej naprzd, pocz starego czowieka mierzy wzrokiem od chorej nogi a do gowy - i rzek:
- Pan masz sposb wydawania doranych sdw, ktry mi si nie podoba, dlatego mio mi go poegna.
I skoniwszy si porwa kapelusz i wyszed.
Stary pan Zawiowski za, ktry przywyk sobie na wszystko pozwala i ktremu wszystko uchodzio, patrza czas jaki z osupieniem na crk i dopiero po dugim milczeniu zawoa:
- Co, on si "wcik"?
Mody czowiek nie opowiedzia pani Broniczowej tego, co zaszo. Wspomnia tylko, e by z wizyt i e ojciec i crka zarwno mu si nie podobali. Dowiedziaa si jednak o wszystkim od samego starego Zawiowskiego, ktry zreszt nawet w oczy nie nazywa panny Castelli inaczej, tylko "Pdiabl weneckie".
- Nasaa mi pani za to caego diaba - rzek jej - dobrze, e mi gowy nie rozbi.
W gosie jego przebijao jednak jakby pewne zadowolenie, e to Zawiowski okaza si taki czupurny, ale pani Broniczowa nie zauwaywszy tego odcienia wzia rzecz nieco do serca i ku wielkiemu zadziwieniu "caego diaba", rzeka mu:
- On przepada za Linetk, i to jest u niego rodzaj pieszczoty, a przy tym czowiekowi majcemu tak pozycj i w tym wieku duo trzeba przebaczy. Pan musia nie czyta powieci Kraszewskiego: Pdiabl weneckie... To jest przezwanie, w ktrym jest od tego czasu pewna poezja... Jak si staruszek udobrucha, niech pan do niego par sw napisze - dobrze? Takie stosunki trzeba podtrzymywa...
- Pani - odpowiedzia Zawiowski - nie napisz za nic w wiecie!
- Nawet gdybym nie tylko ja o to prosia?
- To jest... kamieniem znw nie jestem.
Panna Castelli umiechna si suchajc tych sw. W duszy podobao si jej jednak, e Zawiowski po jednym sowie o niej, ktre wydao mu si ubliajcym, skoczy tak, jakby usysza blunierstwo. Tote przy pozowaniu, gdy na chwil zostali sami, rzeka mu:
- Dziwna rzecz, jak ja mao wierz w szczero ludzk... Tak mi trudno uwierzy, eby kto, prcz cioci, by mi prawdziwie yczliwy.
- Czemu, pani?
- Nie wiem. Sama nie umiem sobie zda z tego sprawy.
- A na przykad pastwo Osnowscy? Pani Aneta?
- Pani Aneta? - powtrzya panna Castelli.
I pocza pilnie malowa, jakby zapomniaa o pytaniu.
- A ja, pani? - spyta ciszej Zawiowski.
- Tak! - odrzeka - pan, tak! Pan jeden, jestem pewna, e nie pozwoliby o mnie nikomu le mwi. Ja czuj, e pan mi jest szczerze yczliwy, cho nie wiem dlaczego, bo ja w ogle tak mao jestem warta...
- Pani mao warta! - zawoa zrywajc si Zawiowski. - Nieche pani pamita, e ja naprawd nie pozwalam nikomu o pani le mwi, nawet jej samej.
Panna Castelli umiechna si i rzeka:
- Dobrze, ale niech pan siada, bo nie mog malowa.
On siad, lecz patrzy na ni wzrokiem tak penym mioci i zachwytu, e poczo j to miesza.
- Co za nieposuszny model! - rzeka - niech pan odwrci gow troch na prawo i nie patrzy na mnie.
- Nie mog! nie mog! - odpowiedzia Zawiowski.
- A ja doprawdy nie mog malowa. Gowa zaczta w innej pozycji... Nieche pan poczeka...
To rzekszy zbliya si i dotknwszy palcami jego skroni pocza odwraca mu z lekka gow na prawo. Lecz jemu serce jo bi jak motem, wszystko zakrcio mu si w oczach i przytrzymawszy rk panny Castelli przycisn do ust jej ciep do.
- Co pan robi? - szepna panna Lineta.
On wci trzyma jej do na ustach - i nie odpowiada nic - tylko przyciska j coraz silniej.
Wwczas ona rzeka piesznie:
- Niech pan pomwi z cioci... My jutro wyjedamy.
I nie mogli sobie powiedzie nic wicej, albowiem w tej chwili Osnowski, Kopowski i pani Aneta, ktrzy poprzednio siedzieli w przylegym saloniku, wrcili do pracowni.
Pani Aneta spostrzegszy zarumienione policzki panny Castelli spojrzaa bystro na Zawiowskiego i rzeka:
- Jake pastwu dzi idzie?
- Gdzie ciocia? - spytaa panna Castelli.
- Wyjechaa z wizytami.
- Dawno?
- Kilka minut temu. Jake pastwu dzi poszo?
- Dobrze, ale na dzi ju dosy:
To rzekszy panna Lineta zoya pdzle i po chwili posza do siebie, by umy rce. Zawiowski zabawi jeszcze czas jaki, odpowiadajc mniej wicej przytomnie na pytania, ktre mu zadawano, ale mia ochot odej. Ba si rozmowy z pani Broniczow i zwyczajem tchrzw pragn j odoy do jutra. Chcia przy tym zosta na chwil sam ze swymi mylami, uadzi je, oceni lepiej donioso tego, co si stao, w tej chwili bowiem mia w gowie tylko jakby chaos mtnych poj, e stao si co niesychanego, co, od czego zacznie si nowa epoka w jego yciu. Na sam myl o tym przejmowa go dreszcz szczcia, ale zarazem i strach, czu bowiem, e teraz nie czas si ju cofa, e trzeba i naprzd przez mio, przez wyznania, przez owiadczenie si pannie i rodzinie a do otarza. Pragn tego ca dusz, ale tak przywyk wszystko, co jest szczciem, uwaa za poetyczne urojenie, za co nalecego wycznie do wiata myli, sztuki i marze, e prawie nie mia uwierzy, by panna Castelli zostaa naprawd jego on. Tymczasem ledwie mg dosiedzie i gdy Lineta wrcia, pocz si egna.
Ona podaa mu sw ochodzon w zimnej wodzie rk i rzeka:
- Nie zaczeka pan na cioci?
- Musz odej, a jutro poegnam si z pani i pani Broniczow.
- Wic do widzenia!
Poegnanie to wydao si Zawiowskiemu, po tym co zaszo, tak nieodpowiednie i chodne, e ogarniaa go rozpacz. Ale nie mia egna si przy ludziach inaczej, tym bardziej, e pani Aneta patrzya na niego z niezwyk uwag. Na odchodnem pan Osnowski rzek mu:
- Czekaj pan. Mam co do zaatwienia w miecie, wic pjdziemy razem.
I wyszli. Ale zaledwie znaleli si przed bram willi, pan Osnowski zatrzyma si, pooy mu rk na ramieniu i z przekorn min zapyta:
- Panie Ignasiu! a czy nie pokcilicie si troch z Linet?
Zawiowski spojrza na niego wielkimi oczyma:
- Ja? z pann Linet?
- Bo tak jako poegnalicie si chodno. Mylaem, e j pan przynajmniej w apk pocauje!
Oczy Zawiowskiego stay si jeszcze wiksze, pan Osnowski za pocz si mia i rzek:
- No, to powiem panu prawd! ona moja, jako to kobietka ciekawa, podgldaa was i widziaa, co si stao. Mj panie Ignasiu, masz pan we mnie ogromnego przyjaciela, ktry prcz tego wie, co to znaczy kocha. I jedno tylko panu mog powiedzie: daj ci Boe by tylko tak szczliwym, jak ja jestem!
To rzekszy pocz potrzsa jego doni, a Zawiowski, chocia zmieszany do najwyszego stopnia, ledwie si powstrzyma, eby mu si nie rzuci na szyj.
- Czy pan naprawd masz dzi co do roboty? Dlaczego odszed?
- Otwarcie panu powiem, potrzebowaem myli zebra, a przy tym zdj mnie strach przed pani Broniczow.
- To pan cioci nie znasz. Jej take si w gowie pali. Odprowade mnie kawaek drogi, a potem wracaj do nas bez ceremonii. Wracajc zbierzesz wanie myli, przez ten czas wrci pani Broniczowa i powiesz do niej mwk, przy ktrej si rozpacze. Nic innego ci nie grozi. Pamitaj take, e jeli ci bdzie dobrze, to bdziesz gwnie winien wdziczno mojej Anetce, bo dalibg, e tak montowaa gow Castelce, jakby bya pask rodzon siostr. To ju taka szalona gwka, a zarazem takie poczciwe serce! Rwnie dobre kobiety moe istniej, ale lepszej nie ma na wiecie... Nam si troch zdawao, e ten gupta Kopowski ma si ku Castelce, i Anetk gniewao to ogromnie. One lubi Koposia, ale pozwolisz, e wyj za takiego - to by byo nadto.
Tak gawdzc wzi Zawiowskiego pod rk i po chwili pocz znw mwi:
- Dajmy te sobie pokj z tytuowaniem si per pan. Mamy przecie zosta krewniakami. Musz ci jeszcze to powiedzie: nie wtpi, e Castelka kocha ci najserdeczniej, bo to te poczciwe stworzenie. Ale swoj drog, tak jej zawracano tob gow, a ona taka jeszcze moda, e dorzuca drew na ten ogie... dorzucaj!... Rozumiesz!... Trzeba, eby si to wkorzenio - co powinno atwo przyj, bo to istotnie niezwyka natura. Nie myl, ebym ci chcia przestrzega albo straszy. Nie! Chodzi tylko o ugruntowanie rzeczy. e ona ci kocha, to nie ulega wtpliwoci. eby ty j by widzia, jak ona nosia si z twoj ksik albo co si z ni dziao wwczas, gdy wrcilicie z teatru! Przysza mi wtedy do gowy gupia myl. Powiedziaem, em sysza, i stary Zawiowski dlatego tak chciaby ci pozna, e ma zamiar oeni ci ze swoj crk, eby majtek nie wyszed z nazwiska - i wyobra sobie, e to biedactwo, jak to usyszao, tak zrobio si blade jak papier. Aem si przestraszy i co prdzej odwoaem. C ty na to?
Zawiowskiemu chciao si mia i paka, tymczasem przyciska tylko z caej siy do boku rk trzymajcego go pod rami Osnowskiego i po chwili rzek:
- Anim ja jej wart, ani...
- No - i co po tym drugim ani - moe chciae powiedzie: ani jej tak kocham!
- Bogdaj tak! - odpowiedzia Zawiowski podnoszc w gr oczy.
- No, to wracaje teraz i u sobie mwk do cioci Broniczowej. Nie bj si by nadto patetycznym. Ona to lubi!... Do widzenia, Igna! Ja za jak godzin wrc i bdziemy mieli zarczynowy wieczorek.
Tu poczli si ciska za rce z uczuciem istotnie braterskim, przy czym pan Osnowski rzek:
- Powtarzam ci jeszcze raz: daj ci Boe znale w Castelce tak tylko on jak moja Anetka!
Zawiowski wracajc myla, e pan Osnowski jest jeden anio, pani Osnowska drugi, pani Broniczowa trzeci, a panna Lineta unosi si nad nimi wszystkimi na archanielskich skrzydach, jak wito, jak co boego. Zrozumia teraz, e serce kocha moe a do blu. W duszy klcza u jej kolan, bi gow u jej ng, kocha j, ubstwia, a jednoczenie do tych wszystkich uczu, ktre w nim gray jakby jeden wielki hejna, doczyo si uczucie takiej tkliwoci, jak gdyby ta uwielbiona kobieta bya zarazem dzieckiem, jedynym i ogromnie kochanym, ale jeszcze malutkim i potrzebujcym opieki. Przypomnia sobie opowiadanie Osnowskiego, jak poblada, gdy jej powiedziano, e chc go oeni z inn - i w duszy powtarza sobie: "A moja ty, a moja!..." - I rozczula si bez miary, a wdziczno zalewaa mu tak serce, i zdawao mu si, e yciem caym nie wypaci si jej za t jedn chwil bladoci. Czu si tak szczliwym jak nigdy, i chwilami ogrom tego szczcia niemal przeraa go. Przedtem by teoretycznym pesymist, obecnie za rzeczywisto zadawaa tak dalece kam tym naleciaym teoriom, i trudno mu byo uwierzy, by si mg do tego stopnia omyli.
Tymczasem wraca do willi wcigajc po drodze w nozdrza zapach kwitncych jaminw i majc jakie mtne poczucie, e ta upajajca wo nie jest niczym zewntrznym, ale po prostu czstk i skadnikiem jego szczcia. Po drodze mwi sobie: "Co to za ludzie, co to za dom, co za rodzina! Tylko midzy nimi moga si wychowa ta moja Biaa!" Patrza przy tym na zachodzce wrd wieczornego spokoju soce, na zociste firanki zrz, poprzewizywane tamami z purpury, i ten spokj pocz go ogarnia. W tych niezmiernych wiatach uczu niezmiern ask i dobro, ktre patrz na wiat, koj go i bogosawi. Nie modli si wprawdzie sowami, ale wszystko piewao mu w duszy jakby jedn dzikczynn modlitw.
Przy bramie willi ocknwszy si jak ze snu spostrzeg starego sucego Osnowskich, ktry patrza sobie na przejedajce powozy.
- Dobry wieczr, Stanisawie! - rzek. - A pani Broniczowa nie wrcia?
- Wanie wygldam: tylko co starszej pani nie wida.
- Panie s jeszcze w salonie?
- S - i pan Kopowski te.
- A kto mi otworzy?
- Tam otwarte, ja ino na chwil zeszedem.
Zawiowski poszed na gr - ale nie znalazszy we wsplnym salonie nikogo, przeszed do pracowni. Tam byo jednak rwnie pusto, natomiast z przylegego mniejszego pokoiku doszy go przez portier, przedzielajc w salonik od pracowni, jakie ciche gosy.
W przypuszczeniu, e znajdzie tam obie panie wraz z Kopowskim, uchyli portier - i spojrzawszy skamienia.
Panny Castelli nie byo w saloniku, natomiast Kopowski klcza przed pani Osnowsk, ktra trzymajc rce zanurzone w jego bujnych wosach, odchylaa mu w ty gow zniajc jednoczenie sw twarz jakby dla zoenia na jego czole pocaunku.
- Aneto! jeli mnie kochasz! - mwi zdawionym przez namitno gosem Kopowski.
- Kocham! Ale nie! ja tego nie chc! - odpowiedziaa pani Osnowska odsuwajc go nieco od siebie.
Zawiowski mimowolnym ruchem zapuci portier; przez chwil sta przed ni, jakby nogi jego stay si naraz oowiane, wreszcie nie zdajc sobie dobrze sprawy, co robi, przeszed pracowni, ktrej gruby dywan zguszy jak i poprzednio jego kroki, przeszed gwny salon, przedpokj, schody i znalaz si w bramie willi.
- Janie pan wychodzi? - spyta stary sucy.
- Tak - odrzek Zawiowski.
I pocz i tak szybko, jakby ucieka. Po chwili jednak stan i rzek gono do siebie:
- Czym ja nie oszala?
I nagle wydao mu si to moliwym, poczu bowiem, e traci wtek myli, e nie umie zda sobie z niczego sprawy, e nic nie rozumie i niczemu nie wierzy. Co poczo si w nim rwa, co wali. Jak to? wic ten dom, o ktrym przed chwil myla, e jest jakim bogosawionym przybytkiem wyjtkowych dusz, kryje zwyky fasz, zwyk licho, zwyke brudy yciowe - ndzn i zarazem haniebn komedi? I tak atmosfer oddycha, w takim yje otoczeniu, z takimi istotami przestaje jego Lineta jego "Biaa"? Tu przypomniay mu si sowa Osnowskiego: "Daj ci Boe znale w Castelce tak tylko on, jak ja znalazem w mojej Anecie!" "Dzikuj!" - pomyla Zawiowski - i mimo woli pocz si mia. Zo ni brud nie byy mu nowin: widzia je i wiedzia, e istniej; ale po raz pierwszy ycie ukazywao mu je z tak niemiosiern ironi, przez ktr w pan Osnowski, czowiek, ktry mu okaza serce brata, czowiek uczciwy, czowiek prawy, dobry jak mao ludzi w wiecie, wyda mu si zarazem baznem, rodzajem wzniosego durnia - wzniosego przez wiar i uczucie - durnia przez kobiet. I po raz pierwszy rwnie ujrza jasno, co moe licha i ndzna kobieta zrobi z czowieka - bez jego winy. Otworzyy si przed nim nowe, straszliwe widnokrgi yciowe - cae krainy, ktrych istnienia nie przypuszcza, rozumia bowiem dotd, e za kobieta moe czowieka wyssa jak pajk i zabi - i wydawao mu si to demonicznym, ale nie przypuszcza, e moe go przy tym zbani. Z t myl nie umia sobie da rady. A jednak w pan Osnowski yczcy mu, by by szczliwym ze swoj przysz jak on z Anet - by mieszny. Na to take nie byo rady. Nie wolno tak kocha, by a do tego stopnia si zalepi.
Tu myli Zawiowskiego przeniosy si do Linety. W pierwszej chwili mia poczucie, e od tego brudu w domu Osnowskich i od tego zwtpienia, ktre zrodzio si w jego sercu, pad jaki cie i na ni. Po chwili pocz sobie jednak wyrzuca to wraenie jako profanacj, jak zbrodni obraonej niewinnoci, jako pokalanie myl rwnie czystej jak kochanej istoty i jej anielskich pir. Chwycio go oburzenie na siebie samego. "Czy taki gob domyla si nawet zego?" - pyta w duszy. I mio jego wzmoga si jeszcze bardziej na myl, e "takie przeczyste dziecko" musi ociera si o zepsucie. Chciaby by odsun j jak najprdzej od pani Osnowskiej, osoni j od jej wpywu, porwa na rce i wynie z tego domu, w ktrym niewinne jej oczy mogy si otworzy na zo i zepsucie. Demon jaki szepta mu wprawdzie chwilami do ucha, e i pan Osnowski tak wierzy jak on, e daby krew wasn w zakad za uczciwo ony, e kade zwtpienie poczytaby take za profanacj swej witoci. Lecz Zawiowski odpdza ze zgroz te podszepty. "Do spojrze w jej oczy" - mwi sobie.. I na samo wspomnienie o tych oczach gotw by bi si w piersi, jakby ciko zgrzeszy. By te zy na siebie, e wyszed, e nie doczeka pani Broniczowej i nie pokrzepi si widokiem Linety. Wspomnia teraz, jak przyciska usta do jej doni i jak ona mienic si ze wzruszenia mwia mu: "Niech pan pomwi z cioci." Ile byo anielskiej prostoty i czystoci w tych sowach! jaka prawo duszy, ktra kochajc chce, by wolno jej byo wobec caego wiata kocha! Zawiowskiego, gdy o tym myla, braa ochota wrci, czu jednak, e nadto by wzburzony i e poprzedniej swej bytnoci, jeli sucy o niej wspomnia, nie potrafiby usprawiedliwi:
Potem znw mu stan przed oczyma obraz Kopowskiego klczcego przed pani Osnowsk i pocz si siebie pyta: co ma wobec tego robi i jak postpi? Przestrzec Osnowskiego? - myl t odepchn od razu z oburzeniem. Zamkn si z pani Anet - i powiedzie jej na cztery oczy kazanie? - wskae mu drzwi. Przez chwil przyszo mu do gowy zagrozi Kopowskiemu i wymc na nim przyrzeczenie, e przestanie bywa w domu Osnowskich. Ale po chwili uzna, e i to na nic. Kopowski, jeli ma cho troch odwagi, zely go, wyzwie - w takim razie on bdzie musia milcze, a ludzie pomyl, e awantura powstaa z powodu panny Castelli. Zawiowskiemu byo al Osnowskiego, albowiem powzi dla niego szczer przyja, a z drugiej strony zbyt by modym, by zgodzi si od razu z myl, e zo i krzywda ludzka maj pozosta bezkarne. Ach, gdyby w tym razie mg si kogo poradzi, na przykad takiego Poanieckiego albo Maryni! Ale nie mogo to by. I po duszym namyle doszed do przekonania, e naley mu wszystko pochowa w sobie i milcze.
Przy tym z namitnej proby Kopowskiego i z odpowiedzi pani Anety wnosi, e zo mogo jeszcze nie przej w zupeny upadek. Kobiet nie zna - ale naczyta si o nich niemao. Wiedzia, e istniej i takie, dla ktrych forma zego ma wicej ponty od jego istoty - to jest kobiety pozbawione zmysu moralnego, ale te i temperamentu, majce tyle samo pocigu do zakazanego romansu, ile niechci do zupenego upadku, sowem: takie, ktre niezdolne kocha nikogo, zawodz zarwno mw, jak i kochankw. Przypomniay mu si sowa jakiego Francuza: "Gdyby Ewa bya Polk, byaby urwaa jabko, ale nie byaby go zjada." Podobnym typem wydaa mu si pani Osnowska. Zo mogo by w niej rwnie pytkie jak i dobro, i w takim razie zakazany stosunek mg jej si prdko znudzi, zwaszcza z takim Kopowskim.
Tu jednak Zawiowski traci osnow rozumowa i klucz do duszy pani Anety. Rozumiaby stosunek z kadym innym, ale nie z Kopowskim, z takim Cherubem o mzgu idioty. "Pudel wicej rozumie, co si do niego mwi - myla Zawiowski - i kobieta z takimi aspiracjami do rozumu, do wiedzy, do artyzmu, do rozumienia wszelkich odcieni myli i uczu moe si ponia dla takiej pauby!" Tego nie umia sobie wytumaczy nawet tym, co o kobietach czyta.
A jednak rzeczywisto mwia wyraniej ni wszystkie ksiki, e tak byo. Nagle przyszo na pami Zawiowskiemu, co mu mwi Osnowski, e bali si, i "ten gupta moe si mie ku Castelce", e pani Osnowsk ogromnie to gniewao i e dlatego montowaa jej gow innym uczuciem. Wic jednak pani Osnowskiej chodzio o to, by Kopowski nie stara si o pann Castelli - i by go zachowa dla siebie. Tu Zawiowski drgn nagle, bo uderzya go myl, e jeli tak, to jednak Kopowski mia jakie widoki powodzenia. I cie znowu przesoni mu jasn posta Linety. Gdyby tak byo, spadaby w jego oczach do poziomu pani Osnowskiej. Przez chwil uczu gorycz w ustach, a ogie w mzgu. Zerwa si w nim gniew jak wicher. Tego nie mgby jej przebaczy i samo podejrzenie otruoby go. Zatrzymawszy si znw na ulicy czu, e musi zdusi t myl w sobie, bo inaczej chyba oszaleje.
Jako zdusi j tak dokadnie, e uzna si za ostatniego gupca, tylko dlatego, e mu moga przyj do gowy. e panna Lineta nie bya zdoln pokocha takiego Kopowskiego, najlepszy dowd by w tym, e pokochaa jego - a obawy i podejrzenia pani Osnowskiej wypyway tylko z mioci wasnej kobiety lekkiej i prnej, ktra lka si, by nie uznano innej za pikniejsz i bardziej pontn od niej. Zawiowski mia teraz uczucie, e zepchn kamie z piersi, ktry go gnit. Pocz te w duszy przeprasza znw na klczkach swoj niepokalan i myli jego o niej byy ju odtd pene mioci, uwielbienia i skruchy.
Uczyni sobie jednak uwag, jak zo, choby przez kogo innego spenione, rodzi zo - i ile szkaradnych myli przeszo mu przez gow dlatego tylko, e widzia durnia u ng wietrznicy. Uwag t zanotowa sobie w pamici.
W pobliu domu spotka Poanieckiego pod rk z pani Maszkow i tak ju by zatruty dniem dzisiejszym, e przeszo mu przez myl nage podejrzenie. Ale Poaniecki pozna go przy wietle ksiyca i latarni i widocznie nie mia zamiaru si ukrywa, bo go zaczepi.
- Dobry wieczr - rzek. - Co tak wczenie dzi do domu?
- Byem u pani Broniczowej, a teraz ot tak, wcz si, bo noc pikna.
- To wstpe pan do nas. Ja tylko odprowadz pani - i wracam. ona do dawno pana nie widziaa.
- Dobrze - rzek Zawiowski.
I istotnie wzia go ochota zobaczy pani Poanieck. Tyle si przez niego przewalio uczu i myli, e czu si zmczony, a wiedzia, e dobra i spokojna twarz pani Maryni podziaa na niego w sposb kojcy.
Po chwili te zadzwoni do Poanieckich i wszedszy pocz si po przywitaniu tumaczy, e przychodzi zaproszony przez ma, na co ona rzeka:
- Ale owszem, bardzom rada. Mj m odprowadza w tej chwili pani Maszkow, ktra mnie odwiedzia, ale wrci na herbat. Pewno i pastwo Bigielowie przyjd, a moe i mj ojciec, jeli si nie wybra do teatru.
To rzekszy wskazaa mu miejsce przy stole, sama za, poprawiwszy ciemnik na lampie, zabraa si do roboty, ktr bya zajta poprzednio, mianowicie do szycia kokardek z wskich rowych i bkitnych wstek, ktrych peno leao przed ni.
- Co pani robi? - spyta Zawiowski.
- Kokardki. To si przyszywa na rozmaite ubrania. Po chwili za dodaa:
- Ale daleko ciekawsze jest, co pan robi? Czy pan wie, e ju caa Warszawa eni pana z Linetk Castelli. Widzieli was w teatrze, na wycigach, widuj na spacerach i ani ludziom wytumaczy, e to jeszcze nie zdecydowane.
- Bo... mwiem zawsze z pani tak otwarcie, e i teraz powiem szczerze: e to ju prawie zdecydowane.
A ona podniosa na niego oywione umiechem i ciekawoci oczy:
- Tak? A, to doskonaa nowina! Nieche Bg da panu takie szczcie, jakiego panu oboje yczymy.
Tu wycigna do niego rk, a potem rozciekawiona spytaa:
- Mwi pan z Linetk?
Zawiowski pocz opowiada, jak byo, i przyzna si do swojej rozmowy z pann Castelli i z panem Osnowskim; potem unoszc si stopniowo w opowiadaniu, wyspowiada si ze wszystkiego, co si w nim dziao jak z pocztku przypatrywa si, krytykowa, walczy z sob, nie mia si spodziewa; jak stara si sam sobie wybi z gowy, a raczej z serca to uczucie - i jak nie mg jednak mu si oprze. Zapewnia, e kilka razy obiecywa sobie przeci od razu znajomo, bywanie, ale za kadym razem si mu brako, za kadym razem spostrzega ze strachem, e ju cay wiat, cay cel ycia tam; e bez niej, bez panny Linety, nie wiedziaby, co z tym yciem zrobi - i wraca..
Zawiowski nie mniej wprawdzie przypatrywa si, ale mniej krytykowa i walczy z sob, ni opowiada. Mwi to jednak szczerze. Doda w kocu, e obecnie wie ju z pewnoci, e kocha nie swoje wasne uczucie, uwizione w pannie Linecie, ale j sam, dla niej samej, i e to jest jego najdrosza w wiecie gowa.
- Niech pani pomyli - rzek - inni maj rodziny, matki, siostry, braci; ja, poza moim nieszczliwym ojcem, nie mam nikogo - i dlatego wszelkie ludzkie mioci skupiy mi si w niej jednej.
- Tak! - odrzeka Marynia. - To si musiao sta.
On za mwi dalej z coraz wikszym uniesieniem:
- Ale cigle jeszcze zdaje mi si, e to sen, i nie moe mi si w gowie pomieci, eby ona naprawd zostaa moj on. Czasem zdaje mi si, e to nie moe by i e zajdzie co takiego, e wszystko przepadnie.
Rzeczywiste uczucie potgowao si w nim jeszcze przez egzaltacj, do ktrej wicej od innych ludzi by skonny, i wreszcie pocz dre nerwowo, a potem zakry oczy rk i mwi:
- Ot, widzi pani! musz oczy zasoni, eby sobie to dobrze wyobrazi. Takie szczcie! takie bajeczne szczcie! Czeg czowiek szuka i w yciu, i w maestwie? - wanie szczcia! - a swoj drog, to a siy przerasta. Nie wiem, czym ja taki saby, czy co? - ale szczerze mwi: czasem mi tchu nie staje.
Marynia pooya kokardk na stole i zoywszy na niej rce, przez chwil patrzya na niego, po czym rzeka:
- Bo pan jest poeta i nadto unosi si. Powinien pan patrze spokojniej. Niech pan posucha, co powiem. Ja mam ksieczk po matce, w ktrej, bdc chora i nie spodziewajc si dugo y, spisywaa dla mnie, co uznaa za dobre. O maestwie napisaa mi co, czego pniej nie syszaam od nikogo i nie czytaam w adnej ksice: e nie po to powinno si wychodzi za m, by by szczliw, tylko po to, by speni te obowizki, ktre Bg wwczas wkada - i e szczcie to tylko przydatek i podarek boy. Widzi pan, jakie to proste, a jednak doprawdy, e nie tylko tego pniej nie syszaam, ale nie widziaam, eby kto enic si albo wychodzc za m wicej o tym myla ni o szczciu. Niech pan o tym pamita i niech pan powtrzy to Linetce, dobrze?
A Zawiowski popatrzy na ni ze zdziwieniem:
- Wie pani, e to jest tak proste, i istotnie nie przychodzi nikomu na myl.
Ona za umiechna si - troch smutno - i wziwszy swoj kokardk pocza j zszywa znowu. Po chwili za powtrzya:
- Niech pan to powie Linetce.
I szya dalej wycigajc szybkim ruchem swoj wychud nieco rk wraz z ig.
- Rozumie pan: jak si tak zasad ma w sercu, to si ma wieczny spokj - weselszy albo smutniejszy - jak Bg da! - ale jednakowo gboki. A bez tego, to tylko jaka gorczka szczcia - i gotowe zawsze zawody, choby dlatego tylko, e to szczcie moe by inne, ni je sobie wyobraamy.
I szya dalej..
A on patrzy na jej pochylon gow, na jej migajc rk, na jej robot, sucha jej gosu, i zdawao mu si, e ten spokj, o ktrym mwia, unosi si nad ni, napenia cae powietrze, zwiesza si nad stoem, pali si agodnie w lampie - i wreszcie wstpuje w niego.
By tak zajty sob, swoj mioci, e ani mu w gowie nie postao, e serce jej moe by przy tym smutne; natomiast przejmowao go jakby podwjne zdziwienie: naprzd, e te prawdy, ktre ona mwi, s takim a, b, , i powinny lee na samym wierzchu kadego umysu, a po wtre, e mimo to, jego wasny umys nie wydoby ich jednak z siebie, a przynajmniej na nie nie baczy. "Co to jest - pomyla - mdro nasza, ksikowa, w porwnaniu z t prost mdroci prawego kobiecego serca!" Potem przypomniawszy sobie pani Osnowsk i spogldajc na Maryni pocz w duszy monologowa: "Tamto kobieta i to kobieta!" I nagle przysza na niego ogromna ulga; wszystkie rozkoysane myli uoyy si do poziomu. Czu, e wypoczywa patrzc na t szlachetn istot. "W Linecie - mwi sobie - jest taka sama cisza, taka sama prostota i taka sama prawo."
Tymczasem nadszed Poaniecki, a wkrtce potem Bigielowie, za ktrymi przyniesiono wiolonczel. Przy herbacie Poaniecki mwi o Maszce. Spraw o zwalenie testamentu prowadzi Maszko z ca energi i postpowaa naprzd, cho trudnoci jeyy si na kadym kroku. Adwokat stajcy ze strony instytucji dobroczynnych, w mody led, ktrego Maszko obiecywa opieprzy, podla oliw i zje - okaza si nie tak atwym do zjedzenia, jak si zdawao. Poaniecki sysza o nim jako o czowieku zimnym, upartym, a jednoczenie jak o biegym prawniku.
- Co jest przy tym zabawne - rzek - e Maszko, jak to Maszko, uwaa si za jakiego patrycjusza, ktry walczy z plebejuszem i mwi, e to bdzie prba: jaka krew tsza? Szkoda, e Bukasio nie yje, bo sprawioby mu to uciech.
- A Maszko cigle jeszcze w Petersburgu? - spyta Bigiel.
- Dzi wraca. Ona dlatego nie moga zosta na wieczr - odpowiedzia Poaniecki.
Po chwili za doda:
- Ja miaem do niej w swoim czasie uprzedzenie, ale przekonywam si, e to nieza kobiecina, a przy tym biedna.
- Czemu biedna? Jeszcze pan Maszko sprawy nie przegra - rzeka pani Bigielowa.
- Ale on cigle przesiaduje za domem. Matka pani Maszkowej jest w zakadzie oftalmicznym w Wiedniu i podobno cakiem oczy traci, a ona siedzi po caych dniach sama jak pustelnica. Mwi, e miaem do niej uprzedzenie, ale teraz mi jej al.
- Prawda - rzeka Marynia - e ona, od czasu jak wysza za m, staa si daleko sympatyczniejsza.
- Tak - odpowiedzia Poaniecki - i przy tym nic nie stracia wdziku. Szpeciy j dawniej czerwone oczy, a teraz jej to przeszo - i zawsze taka panienkowata, jak bya.
- Nie wiadomo tylko, czy Maszko z tego rwnie zadowolony - odrzek Bigiel.
Lecz Maryni korcio, by powiedzie obecnym nowin o Zawiowskim; poniewa jednak nie by jeszcze urzdownie zarczonym, wic nie wiedziaa, czy mona. Ale gdy po herbacie pani Bigielowa pocza go wypytywa, jak "sprawa" stoi, a on sam odrzek, e jest prawie ukoczona, wtrcia i pani Marynia swoje swko oznajmiajc obecnym, e sprawa stoi w ten sposb, i mog skada panu Zawiowskiemu yczenia. Wwczas wszyscy poczli go ciska za rce z t prawdziw przyjani, jak dla niego mieli i wszystkich ogarna szczera wesoo. Bigiel pocaowa z radoci pani Bigielow. Poaniecki rozkaza przynie kieliszki i butelk szampana, by wypi zdrowie "najwybujalszej pary" w Warszawie, pani Bigielowa pocza przekomarza si z Zawiowskim przewidujc naprzd, co to bdzie za gospodarstwo poety i malarki; Zawiowski mia si, ale zarazem by naprawd wzruszmy tym, e jego marzenia poczynaj by czym realnym.
W chwil pniej Poaniecki trcajc si z nim rzek:
- Szcz Boe, a ja dam panu tylko jedn rad: co masz w sobie poezji, to kad w dzieo, w robot, a w yciu bd realist i pamitaj, e maestwo to nie rom...
Lecz nie mg skoczy, bo pani Marynia pooya mu nagle rk na ustach i rzeka miejc si:
- Cicho, ty mdra gowo!
A potem do Zawiowskiego:
- Niech pan nie sucha tego sensata, niech pan nie tworzy sobie adnych teorii z gry, tylko niech pan kocha.
- Tak, pani, tak! - odpowiedzia Zawiowski.
A Poaniecki dranic si doda:
- To kup pan sobie w takim razie harf...
Ale na wspomnienie o harfie Bigiel chwyci swoj wiolonczel mwic, e taki wieczr trzeba skoczy muzyk; Marynia siada do fortepianu i po chwili poczli serenad Hndla. Zawiowski mia wraenie, e dusza z niego wychodzi, bierze te agodne tony w siebie i leci wrd nocy koysa nimi do snu Linet. Pnym wieczorem wyszed jakby pokrzepiony widokiem tych zacnych ludzi.
Rozdziay 46-60
Rozdzia czterdziesty szsty
Marynia miaa ju spokj - "taki, jaki Bg da" - ale rzeczywicie gboki. Wielk pomoc w odzyskaniu jego by w zagrobowy gos, owa poka ju przez lata ksieczka, w ktrej wyczytaa: "Nie po to powinno si wychodzi za m, by by szczliw, ale po to, by speni te obowizki, ktre Bg wwczas wkada." Marynia, ktra czsto zagldaa do tej ksieczki, nieraz poprzednio odczytywaa te sowa, ale prawdziwego znaczenia nabray one dla niej dopiero w ostatnich czasach, wrd tego procesu duchowego, przez ktry przechodzia od powrotu z Woch. Skoczy si on w ten sposb, e nie tylko pogodzia si z losem, ale obecnie nie dopuszczaa nawet myli, e jest nieszczliwa. Powtarzaa sobie, e jest to szczcie inne wprawdzie, ni sobie wyobraaa, ale niemniej rzeczywiste. Zapewne, e gdyby jej Bg da moc rzdzenia sercami ludzkimi, to by chciaa, eby "Stach" okazywa jej - nie wicej czci - ale wicej takiej tkliwoci, do jakiej by zdolny i jak okazywa by w swoim czasie Litce; eby uczucie jego dla niej mniej byo trzewe, eby byo w nim to jakie ziarnko poezji, ktr miaa jej mio. Ale z drugiej strony, naprzd, gdzie, w jakim kciku serca ywia zawsze nadziej, e to przyj moe, a po wtre, mylaa w duszy, e gdyby nawet nie przyszo, to i tak powinna Bogu dzikowa, e jej da czowieka dzielnego i prawego, ktrego moga nie tylko kocha, ale i ceni. Nieraz zastanawiaa si, z kim by go tu porwna - i nie umiaa znale nikogo, kto by porwnanie wytrzyma. Bigiel by zacny czowiek, ale nie mia tego polotu; Osnowskiemu, przy caej jego dobroci, brako tej dzielnoci yciowej i brako pracy; Maszko by istot we wszystkim stokro nisz; Zawiowski wydawa jej si raczej genialnym dzieckiem ni mczyzn, sowem - z porwna Stach wychodzi zawsze zwycisko - i jedynym ich rezultatem zawsze byo, e czua do niego coraz wiksze zaufanie yciowe i coraz wicej go kochaa. Przy tym ograniczajc siebie, poddajc mu swoje ja, przynoszc na ofiar swoje rojenia i swj egoizm, miaa poczucie, e coraz wicej wyrabia si duchowo, e si doskonali, e staje si lepsz, e nie schodzi na aden ni, ale wstpuje na jakie wyyny, skd duszy bliej do Boga - i nagle spostrzega, e w takim poczuciu ley cay wiat szczcia. Poaniecki czsto bywa teraz za domem, wic ona czsto zostawaa sama i nieraz rozumowaa z wielk prostot uczciwej kobieciny: "Przecie czowiek powinien si stara, by by coraz lepszy, a jeli ja nie jestem gorsza, ni byam - to i dobrze! Gdyby byo inaczej, to bym si moe popsua!" Nie przychodzio jej jednak na myl, e jest w tym wicej mdroci ni na przykad we wszystkich mylach i powiedzeniach pani Osnowskiej. Wydao jej si te naturalnym, e tymczasem ma dla "Stacha" mniej powabu ni przedtem. Od tego miaa due lustro, w ktre spogldajc mwia sobie: "No, oczy si nie zmieniaj, ale co to za figura! co za twarz. Ja, ebym bya Stachem, to bym ucieka z domu!" I mylaa nieprawd, bo nie byaby ucieka, ale zdawao jej si, e w ten sposb powiksza zasug Stacha. Dodaway jej te otuchy sowa pani Bigielowej, e potem bdzie jeszcze adniejsza, "zupenie, jak jaka dziewczyna". I chwilami wzbieraa w jej sercu rado i wdziczno, e tak wszystko mdrze urzdzone, i z pocztku jest si troch brzydsz, potem trzeba troch przecierpie, a jeszcze potem, nie tylko, e wszystko wraca, ale w nagrod ma si jeszcze "bobo" kochane, ktre i z yciem wie, i nowy wze midzy on a mem wytwarza. W ten sposb miewaa chwile nie tylko spokoju, ale i wprost wesooci - i kiedy rzeka pani Bigielowej:
- Wiesz, co ja myl?... e zawsze mona by szczliw, tylko trzeba si Boga ba.
- Co to si ma jedno do drugiego? - spytaa pani Bigielowa, ktra od ma przeja si zamiowaniem jasnoci w rozumowaniu.
- A to - odpowiedziaa Marynia - eby poprzestawa na tym, co On daje, i nie drczy Go, e nie da tego, co nam si zdawao najlepsze.
Potem dodaa wesoo:
- Nie nudzi, nie nudzi!
I obie poczy si mia.
Nieraz te w troskliwoci niemal przesadnej, jak Poaniecki okazywa onie, zna byo wyranie, e mu gwnie chodzi o dziecko; ale Marynia nie miaa mu ju tego za ze. Po prawdzie nie miaa nigdy; obecnie jednak gotowa bya uwaa to za jego zasug, albowiem powiedziaa sobie, e teraz jest obowizkiem ich obojga dba przede wszystkim o dziecko jako o przysze wsplne kochanie. Tak zrzekajc si z kadym dniem czego z wasnego egoizmu, zyskiwaa coraz wikszy spokj, coraz wiksz pogod, ktra odbijaa si w jej oczach, tak cudnych jak nigdy przedtem. Gotowa bya i pod tym wzgldem zgodzi si z wol bosk, ale troch si baa Stacha - i pewnego dnia spytaa go artujc:
- Stachu, a nie wybijesz, jak bdzie syn?
- Nie - odpowiedzia miejc si i caujc j w rk - ale wolabym, eby bya crka.
- A ja syszaam od pani Bigielowej, e panowie zawsze wol chopcw.
- A ja jestem taki pan, ktry woli dziewczyn.
Nie zawsze jednak myli jej byy tak wesoe. Chwilami przychodzio jej do gowy, e moe umrze, bo wiedziaa, e to si zdarza, i modlia si gorco, eby si tak nie stao; bo naprzd, baa si mierci, po wtre, al by jej byo odchodzi, choby do nieba, wwczas gdy zapowiadao jej si tyle kochania, a na koniec wyobraaa sobie, e Stach ogromnie by jej jednak aowa. I na t myl rozczulaa si nad nim tak, jakby ju obecnie by czowiekiem najgodniejszym politowania ze wszystkich nieszczliwcw na wiecie. Nigdy te nie mwia z nim o tym, chocia zdawao jej si, e on sam czasem si tego obawia.
I mylia si najzupeniej. Doktorka, ktra odwiedzaa co tydzie Maryni, zapewniaa za kadym razem i j, i Poanieckiego, e wszystko jest i postpuje najprawidowiej, skutkiem czego Poaniecki nie mia adnej obawy o ycie ony. Powodem jego niepokoju byo zgoa co innego, czego Marynia, na szczcie dla siebie, ani si dotd domylaa, a czego sam Poaniecki nie mia wyranie nazwa. Oto od niejakiego czasu poczo mu si co psu w yciowych rachunkach, z ktrych by tak dumny i ktre daway mu tak wewntrzn pewno siebie. Przed niedawnym jeszcze czasem uwaa, e jego teorie yciowe s jak dom zbudowany z tgich bierwion i wsparty na potnych fundamentach. W duszy pyszni si tym domem, a po cichu wywysza si nad tych, ktrzy nie umieli sobie nic podobnego zbudowa. Krtko mwic uwaa si za lepszego yciowego majstra od innych. Sdzi take, e robota jest skoczona od gry do dou - tylko wej, zamieszka i wypoczywa! Zapomnia, e dusza ludzka jak ptak: gdy wzbije si na pewn wysoko, nie tylko nie wolno jej spocz, ale musi tgo skrzydami pracowa, by si na niej utrzyma. Inaczej pierwsza lepsza pokusa przycignie j ku ziemi.
Im za pokusa bya lichsza i marniejsza, tym wiksza kicaa go na siebie zo, e jednak jej ulega. Poziomy przedmiot i paska dza! - nie byo si nawet czym przed sob wytumaczy. A pomimo tego ciany domu poczy si rysowa. Poaniecki by obecnie czowiekiem religijnym - i to z przekonania, mia za za duo szczeroci wobec siebie samego, by wej w ukad ze swymi zasadami i powiedzie sobie, e nawet najbardziej wierzcym ludziom zdarzaj si podobne sprawki. Nie! By on z natury czowiekiem do bezwzgldnym i logika mwia mu: "albo, albo!" - czu za, e tak mwi susznie. Pokusie dotd nie uleg, lecz gniewao go ju to samo, e j ma, albowiem prowadzio go do zwtpienia o wasnym charakterze. Uwaajc si za lepszego od innych, nagle stan wobec pytania, czy nie jest lichszym od innych, bo jednak pokus nie tylko mia, ale czu, e w danym razie mgby si jej podda.
Nieraz patrzc na pani Osnowsk powtarza sobie zdanie Konfucjusza: "Kobieta zwyczajna ma tyle rozumu, co kura; kobieta nadzwyczajna - tyle, ile dwie kury"; na widok za pani Maszkowej przychodzio mu do gowy, e s kobiety, wzgldem ktrych ta oburzajca prawda chiska jest jeszcze pochlebstwem. Gdyby przynajmniej mona byo powiedzie o pani Maszkowej, e jest szczerze gupia, stanowioby to pewien jej rys indywidualny. Ale ona bya adna. Kilkanacie lub kilkadziesit formuek uczynio z niej przyzwoit nico. Rwnie jak dwiecie lub trzysta wyrazw stanowi cay jzyk mieszkacw Nowej Gwinei i zaspakaja wszystkie ich potrzeby; tak owe formuki wystarczay pani Maszkowej do stosunkw towarzyskich, do mylenia i ycia. Zreszt bya bezdennie bierna, z tym odcieniem automatycznej powagi, jak wytwarza ciasnota umysowa i lepa wiara, e gdy si zachowuje odpowiednie formy, nie mona bdzi. Poaniecki tak j zna i tak nieraz wymiewa, jeszcze jako pann. Nazywa j lalk, manekinem, mia do niej zo za owego lekarza, ktry dla niej zmarnia gdzie, gdzie pieprz ronie - lekceway j i nie lubi jej. Ale nawet i wwczas, ilekro j widzia czy to u Bigielw, czy gdy w sprawie Maszki chodzi do pani Krasawskiej, zawsze wraca pod fizycznym jej wraeniem, z ktrego doskonale zdawa sobie spraw. Ta zgaszona twarz, w bierny, rolinny spokj jej wyrazu, w chd w zachowaniu si, owe zaczerwienione czstokro oczy, owe wysmuke ksztaty miay w sobie co, co go niezwykle pocigao. Tumaczy to sobie wtedy jakim prawem naturalnego doboru, i okreliwszy rzecz technicznie, poprzestawa na tym, albowiem wraenie, jakie czynia na nim Marynia, byo jeszcze wiksze, wic za nim poszed. Ale obecnie Marynia bya jego i oswoi si z jej piknoci, ktra zreszt na czas pewien znika; zoyo si za tak, e z powodu czstych wyjazdw Maszki widywa pani Maszkow prawie codziennie, skutkiem czego dawne wraenia nie tylko odyy, ale w warunkach, w jakich znajdowa si Poaniecki ze wzgldu na Maryni, odyy z niespodzian potg. I stao si wreszcie, e on, ktry nie zgodzi si by paskiem do ostrzenia si dla dziesi razy pikniejszej i bardziej uroczej pani Osnowskiej, on, ktry si opar jej rzymskim fantazjom, on, ktry uwaa si za czowieka zasad, silniejszego charakteru i tszego umysem od innych ludzi, spostrzeg teraz, e gdyby pani Maszkowa chciaa trci nk w w gmach, to wszystkie jego wizania mogyby si rozluni, i puap mg mu spa na gow. Zapewne - nie przestaby ony kocha, bo si do niej szczerze i gboko przywiza - ale czu, e byby wstanie j zdradzi - i to nie tylko j, ale siebie samego, swoje zasady, swoje pojcia o tym, jakim uczciwy i moralny czowiek by powinien. Z pewnym przestrachem, a zarazem i ze zoci odnalaz w sobie nie tylko zwierz ludzkie, ale i sabe zwierz. Niepokoi si tym, buntowa si przeciw owej saboci, a jednak nie mg jej zmc. Prost rzecz byo wobec tego nie widywa pani Maszkowej lub widywa j jak najrzadziej - on tymczasem wynajdowa powody, by j widywa jak najczciej. Z pocztku chcia si sam nimi upi, ale wobec wrodzonej mu szczeroci wewntrznej, byo to niemoliwe i koczyo si na tym, e tylko sobie wymyla. Natomiast oszukiwa nimi on i kogo wypado. Gdy by razem z pani Maszkow, nie mg si powstrzyma od patrzenia na ni, od obejmowania wzrokiem jej twarzy i caej postaci. Braa go chorobliwa ciekawo, jak by ona znalaza si w razie, gdyby wobec niej wyda si z tym, co si z nim dziao, co by wwczas rzeka - i lubowa si mimo woli w przypuszczeniach, e zachowaaby si zupenie biernie. Z gry ni za to pogardza, ale tym bardziej stawaa mu si podan. Odkrywa w sobie cae gry zepsucia, ktre przypisywa swemu dugiemu pobytowi za granic, i majc si dotychczas za niespoyt i zdrow natur, poczyna si niepokoi, czy si na sobie nie pomyli i czy owo dziwne wraenie, jakie czynia na nim istota tak mao pontna, nie jest objawem jakiej newrozy toczcej go mimo jego wiedzy. Nie przyszo mu do gowy, e mog istnie takie nawet stany, w ktrych dusza mska kobiet wprost pogardza, a zwierz ludzkie tskni do niej.
W niej za instynkt zastpowa bystro; nie bya ju zreszt do naiwn, by nie rozumie, co znaczy jego lizgajcy si po jej postaci wzrok lub co wyraay jego oczy, gdy rozmawiajc z ni, zwaszcza gdy byli sami, patrzy z pewnym uporem w jej twarz. I naprzd doznaa pewnego zadowolenia mioci wasnej, jakiemu trudno si oprze nawet kobiecie uczciwej, gdy widzi wywierane przez siebie wraenie, gdy czuje si wyrnion, bardziej podan od innych, sowem - zwycisk. Poza tym gotowa bya nie uznawa i nie widzie niebezpieczestwa, jak nie chce go widzie kuropatwa, gdy chowa gow w nieg czujc krcego nad sob jastrzbia. Tym niegiem byy dla pani Maszkowej pozory. I Poaniecki to czu. Wiedzia jeszcze z kawalerskiego dowiadczenia, e s kobiety, ktrym przede wszystkim chodzi o ocalenie pewnych, czsto nawet dziwacznych pozorw. Pamita takie, ktre wybuchay oburzeniem, gdy mwi do nich po polsku to, czego suchay z umiechem po francusku; spotyka i takie, ktre byy jak nieprzystpne twierdze u siebie w domu i w miecie, a jak wolne miasta na letnich mieszkaniach, na wodach lub w kpielach - i takie, ktre znosiy zamach, a nie znosiy sw - i takie, dla ktrych rozstrzygajc rzecz byo: wiato i ciemno. Wszdzie, gdzie uczciwo nie pyna z duszy i z zasad wszczepionych jak ospa w krew, opr lub upadek zaleay od przypadku, od otoczenia, od zewntrznych nieraz bahych warunkw, od osobistych poj o pozorach przyzwoitoci. Sdzi, e tak by by mogo i z pani Maszkow, i jeli nie wszed dotychczas na drog prb i dowiadcze, to tylko dlatego, e walczy sam z sob, e si nie chcia podda i e pogardzajc ni na dnie duszy, pragn unikn pogardy dla siebie. Hamowao go te przywizanie do Maryni i wspczucie, jakby pomieszane z czci dla jej stanu, i wdziczno dla niej, i nadzieja ojcostwa, ktr si wzrusza, i pami na krtko czasu, ktry ze sob przeyli, i uczciwo, i uczucia religijne. Byy to niby acuchy, na ktrych trzyma jeszcze szarpice si zwierz ludzkie.
Nie trzyma jednak z rwn zawsze si. Raz, a mianowicie tego wieczora, w ktrym spotka ich Zawiowski, o mao si nie zdradzi. Na myl, e Maszko wraca i e pani Maszkowa dlatego pieszy do domu, ogarna go nagle niska, czysto fizyczna zazdro, i rzek z pewn zoci, tumion, ale wyran:
- Tak! rozumiem pani popiech! Ulisses wraca, wic Penelopa musi by w domu, ale...
Tu uczu ochot kl.
- Ale co? - spytaa pani Maszkowa.
Poaniecki za odrzek bez adnego zastanowienia:
- Wanie dzi chciabym pani duej zatrzyma!
- Nie wypada! - odpowiedziaa krtko, swoim jakby przecedzonym przez drobne sitko gosikiem.
I w tym: "Nie wypada!" bya caa jej dusza.
On wrci klnc naprawd j i siebie, a wrciwszy zasta w jasnym, spokojnym pokoju Maryni z Zawiowskim, dowodzc, e w maestwie winno si szuka nie jakiego urojonego szczcia, ale obowizkw, ktre Bg wwczas wkada.
Rozdzia czterdziesty sidmy
- Co mi pani Osnowska i co mi jej wszystkie sprawki? - mwi sobie nazajutrz Zawiowski idc do pani Broniczowej. - Ja nie eni si z pani Osnowsk, tylko z t moj! Po com ja si wczoraj tak szarpa i drczy?
I rzekszy to do "swojej duszy wyniosej" pocz ju tylko myle o tym, co powie pani Broniczowej, albowiem, mimo upewnie Osnowskiego, mimo wszelkiej nadziei, e ta rozmowa bdzie tylko jak form, ktr trzeba wypeni, mimo zaufania do serca Linety i dobroci pani Broniczowej, "wyniosa dusza" bya w strachu. Zasta obie panie razem - i ju, omielony dniem wczorajszym, przycisn do ust rk Castelki, ktra sponiwszy si leciuchno, rzeka:
- A ja uciekam!
- Niteczko, zosta! - rzeka pani Broniczowa.
- Nie - odpowiedziaa - boj si i tego pana, i cioci.
Tak mwic pocza si ociera swoj zotaw gwk, jak rozpieszczona kotka, o rami pani Broniczowej powtarzajc:
- Ciociu, nie zrb mu krzywdy! nie zrb mu krzywdy!
I spojrzawszy na niego ucieka rzeczywicie. Zawiowski ze wzruszenia i nadmiaru mioci blady by jak ptno, a pani Broniczowa miaa zy na rzsach.
I widzc, e on gardo ma tak cinite, e atwiej by mu byo paka ni mwi, rzeka:
- Ja wiem, po co pan przychodzi. Widziaam ja od dawna, co si w was dzieje, moje dzieci...
Zawiowski chwyci jej rce i pocz je kolejno do ust przyciska, ona za mwia dalej:
- Och, ja sama w yciu zbyt wiele czuam, ebym si nie miaa zna na prawdziwych uczuciach - powiem wicej: to moja specjalno! Kobiety yj tylko sercem i umiej serce odgadywa. Wiem, e pan Niteczk prawdziwie kocha, i jestem pewna, e gdyby ona pana nie kochaa lub gdybym ja jej panu odmwia, to by pan tego nie przey - prawda?
Tu pocza patrze na niego pytajcym wzrokiem, on za rzek z wysileniem:
- Niechybnie, pani! Nie wiem, co by si ze mn stao!
- A co? ja to zaraz odgadam! - odrzeka z rozpromienion twarz. - Ach, mj drogi panie, mnie do spojrze! - tote nie bd zym duchem dla paskiego geniuszu. Nie! ja tego nie zrobi, ja nie mog tego zrobi! Kogo ja znajd dla Niteczki? gdzie czowiek, ktry by jej by wart? ktry by mia w sobie to wszystko, co ona gwnie kocha i ceni? Ja jej nie mog odda za takiego Kopowskiego i nie oddam, panie! Pan Niteczki moe tak dobrze nie zna jak ja, ale ja nie mog i nie oddam!
Zawiowskiego mimo caego wzruszenia zdziwia ta energia, z jak pani Broniczowa odmawiaa rki "Niteczki" Kopowskiemu, tak jak gdyby on wanie Kopowskiego, nie siebie, owiadcza, ciocia za mwia dalej, wzruszona, ale widocznie lubujca si we wasnych sowach i w pooeniu:
- Nie! o Kopowskim mowy by nie mogo! Pan jeden potrafi uszczliwi Niteczk. Pan jeden potrafi jej da to, czego ona potrzebuje. Ja ju od wczoraj wiedziaam, e pan bdzie ze mn dzi mwi... Przez ca noc ani oka nie zmruyam. Niech si pan nie dziwi. Tu przecie o Niteczk chodzi! - wic wahaam si jeszcze! Strach mnie bra przed dzisiejsz rozmow, bom z gry wiedziaa, e si panu nie opr, e pan porwie mnie swoim uczuciem i swoj wymow, tak jak wczoraj porwa pan Niteczk.
Zawiowski, ktry ani wczoraj, ani dzi nie umia sowa wybka, nie mg jako zda sobie sprawy, w czym waciwie leaa sia jego wymowy i kiedy mia czas z ni si popisa; lecz pani Broniczowa nie pozwolia mu zastanowi si duej nad tym pytaniem:
- I wie pan, co zrobiam? Oto, co zawsze czyni w najwaniejszych chwilach ycia. Rozmwiwszy si wczoraj z Niteczk, poszam dzi rano na grb ma. On tu ley w Warszawie... (Nie wiem, czy panu mwiam, e on by ostatnim z Rur... a tak! mwiam!) Ach, drogi panie, co to dla mnie za ucieczka ten grb - i ile ju wyniosam stamtd dobrych natchnie!... Czy chodzio o edukacj Niteczki, czy o jak podr, czy o lokat kapitaw, ktre m mi zostawi, czy o poyczk, ktrej kto z krewnych albo znajomych da, ja zawsze tam jak w dym! I da pan wiar? Nieraz hipoteka, zdaje si, dobra, interes doskonay, nieraz nawet serce nakazuje da lub poyczy - a m, tam z gbi wiekuistego spoczynku, powiada "Nie daj!" - i nie dawaam! I nigdy le na tym nie wyszam! Ach, drogi panie! pan, ktry wszystko czuje i rozumie, pan pojmie, jak si dzi modliam, jak ze wszystkich si duszy pytaam: "Da Niteczk czy nie da Niteczki?"
Tu chwycia go rkoma za skronie i zawoaa przez zy:
- Ale mj Teodor odpowiedzia: "Da!" - wic ci j daj - i moje bogosawiestwo w dodatku!
zy zgasiy istotnie dalsz wymow pani Broniczowej. Zawiowski klkn przy niej, panna "Niteczka", ktra wesza jakby na umwion chwil, rzucia si przy nim na kolana, pani Broniczowa za wycignwszy rce mwia kajc:
- Ona twoja! twoja! Daj ci j ja - i daje Teodor!
Potem wstali we troje. Ciocia nakrya oczy chustk i pozostaa bez ruchu; z wolna jednak pocza nieco uchyla chustki, spoglda z boku na oboje modych; nagle rozmiaa si i groc im palcem rzeka:
- Oj, wiem ja, czego by si wam teraz chciao! Chcielibycie zosta sami. Pewno macie sobie teraz co do powiedzenia - prawda?
I wysza. Zawiowski wzi wwczas rce panny Castelli i patrzy z upojeniem w jej oczy.
Po czym siedli i ona pozostawiwszy swoje donie w jego rkach opara skro na jego ramieniu. Bya to jakby pie bez sw. Zawiowski pocz pochyla gow ku jej jasnej twarzy, Lineta przymkna oczy, ale on by zbyt mody, zbyt niemiay, nadto czci i kocha, wic nie odway si jeszcze dotkn ustami ust, tylko caowa jej zotawe wosy - a i tak pokj, w ktrym siedzieli, pocz si z nim krci, ziemia pocza si krci; potem wszystko zniko mu sprzed oczu, straci pami, gdzie jest, co si z nim dzieje, sysza tylko bicie wasnego serca, czu wo tych jedwabnych wosw, ktre muskay jego wargi, i zdao mu si, e w tym jest wiat.
Lecz to by tylko sen, z ktrego trzeba si byo zbudzi. Po pewnym czasie ciocia pocza uchyla lekko drzwi, jakby chcc jak najmniej straci z romansu, w ktrym odegraa przy pomocy Teodora rol opiekuczego ducha; w przylegym pokoju ozway si gosy pastwa Osnowskich i w chwi1 pniej panna Castelli znalaza si w ramionach cioci, z ktrych przesza w objcia pani Anety, Osnowski za ciskajc ze wszystkich si rce Zawiowskiego mwi:
- A jaka rado w domu, jaka rado! - bomy ci tu wszyscy szczerze pokochali: ja i ciocia, i Anetka, nie mwic ju o tej maej.
Po czym zwrci si do ony i rzek:
- Wiesz, Anetko, czego ja Ignasiowi jeszcze wczoraj yczyem? eby im tak byo z sob jak nam!
I chwyciwszy jej rce pocz je namitnie caowa. Zawiowski, jakkolwiek w ogle nie wiedzia, co si z nim dzieje, odzyska jednak o tyle przytomno, e spojrza w twarz pani Anety; lecz ona odrzeka wesoo, odbierajc mowi rce:
- Nie! Im bdzie lepiej, bo Castelka nie taki trzpiot jak ja, a pan Zawiowski nie bdzie jej tak - natarczywie caowa rk przy ludziach. No, Jziu, pu!
- Niech j tylko tak kocha jak ja ciebie, mj skarbie, moja dziecinko! - odpowiedzia rozpromieniony Jzio.
Zawiowski tego dnia zosta a do wieczora u pani Broniczowej i nie poszed wcale do biura. Po niadaniu wyjechali powozem wraz z cioci i pann Linet, pani Broniczowa bowiem chciaa ich koniecznie wiatu pokaza. Przejadka w Aleje niezupenie si jednak udaa z powodu krtkiego, nawalnego ddu, ktry rozpdzi powozy. Po powrocie pan Osnowski, poczciwy jak zawsze, postawi nowy wniosek, ktry Zawiowskiego uszczliwi.
- Przytuw nam nie ucieknie - rzek - mieszkamy tu i tak jakby wp na wsi, a e dosiedzielimy do koca czerwca, wic moemy posiedzie jeszcze par dni. Nieche ta zakochana para zamieni piercionki przed wyjazdem, a przy tym, niech nam z Anet wolno bdzie wyprawi im zarczynowy wieczorek. Dobrze, ciociu? Widz, e oni nic nie maj przeciw temu, a Ignasiowi bdzie pewno przyjemnie mie na zarczynach swoich bliskich, pastwa Poanieckich, pastwa Bigielw... u tych ostatnich wprawdzie nie bywamy, ale to nic! Jutro bdziemy u nich z wizyt i rzecz si zaatwi. Dobrze, Ignasiu? Dobrze, ciociu?
Igna by oczywicie w sidmym niebie; co do cioci, nie wiedziaa wprawdzie, jakiego zdania byby pod tym wzgldem Teodor - i pocza si waha. Ale naprzd, mona byo Teodora jeszcze o to zapyta, a po wtre, przypomniaa sobie, e tak wielkim gosem odpowiedzia ze swego miejsca wiekuistego spoczynku: "Da!", e niepodobna byo mie wtpliwoci co do jego dobrych chci - w kocu wic zgodzia si na wszystko.
Po obiedzie nadszed codzienny niemal go, Kopowski - i okazao si, e by jedyn istot w willi, ktrej wie o uczuciach i zarczynach modej pary nie sprawia radoci. Twarz jego wyraaa przez jaki czas niewypowiedziane osupienie, w kocu za rzek:
- A ja to bym si nigdy nie by domyli, e panna Lineta pjdzie za pana Zawiowskiego.
Pan Osnowski za trciwszy okciem Zawiowskiego przymruy oko i rzek mu po cichu z wielce przebieg min.
- Uwaae? Ja ci wczoraj jeszcze mwiem, e on si podkochuje w Castelce.
Zawiowski opuci pnym wieczorem will Osnowskich. Wrciwszy do siebie, nie zabra si jednak do wierszy - cho zdawao mu si teraz, e jest jak harf, ktrej struny dwicz same przez si - ale do biurowej korespondencji i do rachunkw, ktrych we dnie nie mg odrobi.
W biurze ujo to wszystkich tak dalece, e gdy pastwo Bigielowie po wizycie Osnowskich byli u nich z rewizyt, a zarazem z pierwszymi odwiedzinami u pani Broniczowej, Bigiel rzek:
- Co s warte wiersze pana Zawiowskiego, to paniom wiadomo, ale moe panie nie wiedz, jaki to sumienny czowiek. Ja mwi dlatego o tym, e to u nas rzadka rzecz. Wtedy, jak tu u pa bawi cay dzie i nie mg by w biurze, to je sobie kaza w nocy otworzy dyurnemu, zabra ksiki i listy do domu i odrobi, co do niego naleao. To mio pomyle, e si ma z takim czowiekiem do czynienia, bo takiemu mona ufa.
Tu jednak zacny wsplnik Domu pod firm Bigiel i Poaniecki zdziwi si, e tak wysoka pochwaa z jego ust tak mae uczynia wraenie i e pani Broniczowa, zamiast okaza rado, odrzeka:
- Ach, mamy nadziej, e w przyszoci pan Zawiowski bdzie si mg odda pracy odpowiedniejszej jego pozycji i zdolnociom.
W ogle wraenie, jakie obie strony odniosy z poznania si, dowodzio, e obydwom byo ze sob jako nieswojo. Bigielom podobaa si wprawdzie panna Lineta, ale on odchodzc szepn onie: "Jak oni tu sobie wygodnie yj!" Mia poczucie, e dusz tej caej willi jest jakby cige witowanie, czyli prniactwo, ale nie mia daru prdkiego wyraania swych myli.
Pani Broniczowa po ich odejciu mwia do panny Castelki:
- Zapewne, zapewne!... To musz by wymienici ludzie - tak!.. Doskonali ludzie! jestem pewna... Tak!... zapewne!...
I jako nie koczya swej myli, ale "Niteczka" musiaa j jednak zrozumie, albowiem odrzeka:
- Przecie to nie adni jego krewni.
Ale w kilka dni pniej odezwali si i krewni. Zawiowski, ktry dotd, mimo yczenia pani Broniczowej, nie by z przeprosinami u starego pana Zawiowskiego, odebra od niego list nastpujcy:
"Panie biku! Podrapae mnie niesusznie, bo ja ci nie chcia obrazi, a e mwi zawsze to, co myl, to mi wolno, bom stary. Musieli ci te powiedzie, e ja twojej pannie w oczy nie mwi inaczej, jak "pdiabl weneckie". Ale Bg ci tam wiedzia, e si kochasz i enisz. Ja si o tym wczoraj dopiero dowiedzia i teraz dopiero rozumiem, czemu mi skoczy do oczu; ale e wol paliwodw ni ciemigw, a nie mog przez t diabl pedogr przyj sam do ciebie, eby ci powinszowa, przeto przyjd ty do starego, ktry ci jest yczliwszy, ni mylisz."
Po takim licie Zawiowski poszed tego samego dnia i zosta przyjty z serdecznoci cokolwiek mrukliw, ale tak szczer, e tym razem stary weredyk podoba mu si naprawd i e naprawd poczu w nim krewnego.
- Niech ci Bg bogosawi i Najwitsza Panna - rzek stary. Ja ci mao znam, ale tylem o tobie sysza, e chciabym; ebym o wszystkich Zawiowskich mg tak sysze.
I pocz ciska jego rk, po czym zwrciwszy si do crki rzek:
- I jenialna bestia, co?
Na odchodnem za spyta:
- A c "Teodor"? Nie brudzi ci tam zanadto? co?
Zawiowski, ktry jako artysta posiada w wysokim stopniu poczucie miesznoci i ktremu w duszy wyda si take Teodor komicznym, rozemia si i odpowiedzia:
- Nie. Przeciwnie: by za mn.
A stary pocz krci gow:
- To diablo wygodny Teodor! Miej si na bacznoci, bo to wyga!
Pani Broniczowa miaa jednak tyle prawdziwej czci dla majtku i towarzyskiego pooenia starego pana Zawiowskiego, e zaraz na drugi dzie posza do niego w odwiedziny i pocza mu niemal dzikowa za tak uprzejme przyjcie krewniaka. Ale szlachcic niespodzianie rozgniewa si.
- C to pani mylisz, e ja jaki furfant? - rzek. - Pani syszaa ode mnie, e ubodzy krewni to plaga - i mylisz, e ja mam im to za ze, e goli. Nie!... Pani mnie nie znasz! Tylko, wiedz pani o tym, e jak szlachcic straci wszystko i zrobi si goy, to najczciej staje si szuj. Takie nasze charaktery albo raczej - taki ich brak. A ten Ignacy - sysz zewszd - porzdny czowiek, cho goy, i dlatego go kocham.
- I ja go kocham - odrzeka pani Broniczowa. - Wszake pan bdzie na zarczynach?
- 'est dcid. Chobym si mia kaza zanie!...
Pani Broniczowa wrcia rozpromieniona i przy niadaniu nie moga si powstrzyma od wypowiedzenia przypuszcze, ktre jej bujna fantazja pocza tworzy.
- Pan Zawiowski - rzeka - to milionowy czowiek i bardzo przywizany do nazwiska. Zupenie bym si nie dziwia, gdyby naszego Ignasia zrobi swoim spadkobierc, jeli nie w gwnej, to przynajmniej w znacznej czci, albo gdyby ktry ze swych majtkw w Poznaskiem zmieni dla niego na ordynacj. Zupenie bym si nie dziwia.
Nikt nie zaprzeczy, bo widziano i takie wypadki na wiecie; dlatego po niadaniu pani Broniczowa ucisnwszy Niteczk szepna jej do ucha:
- Oj, ty, ty! przysza pani ordynatowo!
Wieczorem za rzeka Zawiowskiemu:
- Niech si pan nie dziwi, e ja si tak do wszystkiego mieszam, ale ja przecie wasza mama. Ot mama ogromnie ciekawa, jaki piercionek pan przygotuje dla Niteczki? Prawda, e to bdzie co adnego? Tyle ludzi bdzie na tych zarczynach! A przy tym nie ma pan pojcia, co to za malec wybredny! Ona taka nawet w drobiazgach estetyczna - i ma swj wasny gust, ale jaki! ho! ho!
- Ja chciabym, pani - odpowiedzia Zawiowski - eby w kamieniach byy kolory, oznaczajce wiar, nadziej i mio, bo w niej moja wiara, moja nadzieja i moja mio.
- Bardzo liczna myl! Mwi pan ju o tym z Niteczk? Wie pan co? W rodku niech bdzie pera, na znak, e ona pera. Teraz symbole w modzie. Czy ja panu mwiam, e pan wirski, jak jej dawa lekcje, to j nazywa: "La perla"? A tak, mwiam panu! Pan nie zna pana wirskiego'? On take... Mwi mi Jzio Osnowski, e on dzi-jutro przyjeda. Wic to szafir, rubin, szmaragd i w rodku pereka?... O tak! pan wirski take... Czy pan bdzie na pogrzebie?
- Na czyim, pani?
- Pana Bukackiego. Bo Jzio Osnowski mwi mi, e pan wirski przywiz jego ciao.
- Nie znaem go, nigdym go w yciu nie widzia.
- To lepiej. Niteczka bdzie wolaa, e pan go nie zna! Bg w miosierdziu swoim moe mu przebaczy, pomimo e dla, mnie nie by nigdy sympatyczny, a Niteczka nie moga go znosi. Ale maa bdzie rada z piercionka, a jak ona rada, to i ja rada.
A "maa" nie tylko bya rada z piercionka, ale z ycia w ogle. Rola narzeczonej nabieraa dla niej coraz wikszego uroku. Przyszy liczne, bardzo widne noce, w czasie ktrych przesiadywali z Zawiowskim na balkonie i przytulajc si do siebie patrzyli na drganie wiata na liciach albo gubili wzrok w srebrnej kurzawie drogi mlecznej i w rojach gwiazd. Od rosncej pod balkonem akacji szed w gr zapach mocny i odurzajcy jak z wielkiej kadzielnicy. W nich zmysy zdaway si usypia, dusze za, ukoysane cisz, same zmienione w czyste wiato, rozpraszay si niejako wrd nocnych gbin, stapiay si w jedno z agodnym blaskiem ksiyca - i tak oboje, siedzc z doni w doni, w pzapamitaniu, w pnie, zatracali prawie poczucie odrbnego bytu i ycia zachowujc tylko pwiadomo jakiego powszechnego szczcia i powszechnego sursum corda.
Zawiowski, gdy si potem rozbudzi i wraca do rzeczywistego ycia, rozumia, e takie chwile, w ktrych serce topnieje w owym panteizmie mioci i bije tym samym ttnem, jakim drga wszystko, co kocha si, czy i adzi we wszechwiecie, s najwyszym szczciem, jakie mio da moe, i tak niezmiernym, e gdyby trwao duej, musiaoby zniszczy ludzk jednostk. Lecz majc dusz idealisty przypuszcza, e gdy przychodzi mier i oczyszcza z materii monad ludzk, wwczas te chwile zmieniaj si w wieczno - i w ten sposb wyobraa sobie niebo, w ktrym nic nie jest pochonitym, lecz wszystko tylko zczonym i zadzonym z ogln harmoni.
Panna Lineta nie moga wprawdzie szybowa jego lotem, lecz odczuwaa jakby pewien zawrt gowy, jakby pewne upojenie od jego pdu i czua si take szczliw. Kobieta nawet niezdolna kocha czowieka, kocha jednake mio, a co najmniej - siebie i swoj w niej rol, i dlatego najczciej z radoci przestpuje prg narzeczestwa czujc zarazem wdziczno dla mczyzny, ktry otwiera przed ni nowe widnokrgi ycia. Przy tym, w pann Linet wmawiano mio tak mocno, e w kocu uwierzya w ni zupenie.
I raz, gdy Zawiowski spyta jej, czy jest pewna siebie i swego serca, podaa mu obie rce jakby z wylaniem i odrzeka:
- O tak; teraz ju wiem, e kocham.
On przycisn wysmuke jej palce do ust, do czoa, do oczu jak co witego, ale zaniepokoi si jednak jej sowami i spyta:
- Czemu dopiero teraz, Niteczko? Czy bya chwila, w ktrej mylaa, e nie bdziesz mnie moga pokocha?
Panna Castelli podniosa w gr swe czarne oczy i zamylia si nieco; po chwili w kcikach jej ust i w dokach twarzy pocz si zbiera umiech.
- Nie - rzeka - ale ja jestem wielki tchrz, wic si baam. Ja rozumiem, e kocha pana to inna rzecz ni kocha pierwszego z brzegu.
I nagle pocza si mia:
- Och, z panem Kopowskim to byoby simple comme bonjour! Ale z panem!... Moe ja nie umiem tego dobrze wyrazi, ale nieraz mi si zdawao, e to tak, jakby wstpowa na jak gr albo na jak wie. Gdy si raz stanie na wierzchoku, wida wiat cay, przedtem jednak trzeba i i i, i trudzi si, a ze mnie - taki leniuszek!...
Zawiowski, jak by dugi i kocisty, wyprostowa si i rzek:
- Jak mi si mj drogi leniuszek zmczy, to go wezm na rce jak dziecko i ponios choby najwyej.
- A ja si bd przytulaa, eby jak najmniej ciy - odpowiedziaa Castelka ciskajc ramionka i wchodzc w rol maego dziecka. Zawiowski za uklk przed ni i pocz caowa brzeki jej sukni. Zdarzay si jednak na tym niebie i chmurki, ale nie oni temu byli winni.
Modemu czowiekowi zdawao si czasem, e jego uczucie nadto jest dozorowane, e i pani Broniczowa, i pani Osnowska zanadto sprawdzaj, czy kocha, zanadto rozpatruj, jak kocha. Tumaczy to sobie wprawdzie ciekawoci kobiec i w ogle zajciem, jakie w kobietach wzbudza mio, ale wolaby by mie wicej swobody i wolaby by, eby mu nie pomagano kocha. Uczucie swe uwaa za wito, i przykro mu byo czyni z niego wystaw dla niepowoanych oczu, a tymczasem ledzono kady jego ruch i kade sowo. Przypuszcza take, e si musz potem odbywa kobiece sesje, na ktrych pani Broniczowa z pani Osnowsk wydaj swoje approbatur, i ta myl gniewaa go, bo sdzi, e obie nie s nawet w stanie zrozumie jego uczucia.
Gniewao go rwnie, e Kopowski zosta zaproszony do Przytuowa i e wybiera si tam razem ze wszystkimi, ale w tym wypadku chodzio mu tylko o Osnowskiego, ktrego szczerze polubi. Pozorem do tych zaprosin by nie dokoczony przez pann Linet portret Kopowskiego. Zawiowski zrozumia teraz jasno, e wszystko stao si tak za namow pani Osnowskiej, ktra doskonale umiaa ludziom podsuwa swoje yczenia jako ich wasne. Chwilami przychodzio mu nawet do gowy prosi pann Linet, by zaniechaa koczenia tego portretu, ale wiedzia, e j zasmuci tym daniem jako artystk, a przy tym ba si, by go nie posdzono o zazdro o takiego mydka jak "Koposio".
Rozdzia czterdziesty smy
wirski przyjecha istotnie z Woch z ciaem Bukackiego i zaraz na drugi dzie po przyjedzie poszed do Poanieckich. Zasta jednak tylko Maryni, m jej bowiem wyjecha by za rogatki dla ogldania jakiej wystawionej na sprzeda kolonii. Maryni znalaz tak zmienion, e z trudnoci j pozna, ale e w Rzymie polubi j ogromnie, wic si tylko tym bardziej rozczuli jej widokiem; po chwili zreszt wydaa mu si tak wzruszajca i tak w swoim rodzaju pikna w aureoli przyszego macierzystwa, a oprcz tego tyle mu nasuna artystycznych porwna z rozmaitymi primitivami rozmaitych szk woskich, e wedle zwyczaju zacz gono swoje zachwyty wypowiada. Ona miaa si z jego oryginalnoci, ale jednak doda jej pewnej w biedzie otuchy, i rada bya, e przyjecha naprzd dlatego, e czua szczer sympati dla tej krzepkiej i zdrowej natury, a po wtre, i bya pewna, e si bdzie nad ni zachwyca i przy "Stachu", a tym samym podnosi j w jego oczach.
Zatrzymaa go te do dugo, chcc, by doczeka powrotu Poanieckiego; ten jednak wrci dopiero pnym wieczorem, a tymczasem nadszed Zawiowski, ktry teraz potrzebujc kogo, przed kim by mg wylewa swj nadmiar szczcia, odwiedza pani Poanieck dosy czsto. Przez chwil obaj ze wirskim spogldali na siebie z pewn ostronoci, jak si zwykle zdarza ludziom wybitnym, ktrzy wzajemnie obawiaj si wygrowanych pretensji, a natomiast tym atwiej przystaj do siebie, gdy spostrzeg, e obaj s proci. Tak stao si i z nimi. Do zamania lodw przyczynia si take i Marynia przedstawiajc Zawiowskiego jako narzeczonego znajomej wirskiego panny Castelli.
- Jake! - zawoa wirski - znam doskonale. To moja uczennica! I pocz ciska rce Zawiowskiego, po czym mwi:
- Paska narzeczona ma tycjanowskie wosy... Troch za wysoka, ale i pan wysoki. Takiego osadzenia gowy ze wiec szuka! Pan naturalnie musia zauway, e ona ma w ruchach co abdziego. Ja nawet nazywaem j abdziem.
- "La perla" - pamita pan?
wirski spojrza na niego z pewnym zdziwieniem:
- To jest taki obraz Rafaela w Madrycie - odpowiedzia - w Museo del Prado. Skd panu przysza na myl "La perla"?
- Zdaje mi si, em o niej co od tych pa sysza - rzek zbity z tropu Zawiowski.
- A tak, by moe, bo ja mam u siebie w pracowni, na via Margutta, kopi wasnej roboty.
Zawiowski powiedzia sobie w duchu, e jednak trzeba by wicej ostronym w powtarzaniu sw pani Broniczowej, i po niejakim czasie pocz si zbiera, szed bowiem na wieczr do narzeczonej. wirski pody wkrtce za nim zostawiwszy Maryni adres swojej warszawskiej pracowni i proszc, by Poaniecki zobaczy si z nim w sprawie pogrzebu jak najprdzej.
Jako Poaniecki wybra si do niego nazajutrz rano. Pracownia wirskiego stanowia rodzaj szklanej hali, przyczepionej jak gniazdo jaskcze do dachu jednego z kilkupitrowych domw, i trzeba byo do niej i osobnymi krtymi schodami jak na wie. Natomiast artysta mia w niej zupen swobod i widocznie nie zamyka drzwi, albowiem Poaniecki idc do gry usysza tpy dwik elaziwa i basowy gos piewajcy:
Wiosna ciepem na wiat chucha,
Kwitn ciernie i rzeucha,
A ja piewam, zamiast szlocha,
Bom ci take przesta kocha!
Hu-ha-hu!!
"Dobrze - pomyla Poaniecki przystajc dla nabrania tchu - ma bas, bo ma! Ale czym on u licha tak szczka?"
Lecz przeszedszy reszt schodw, a nastpnie may korytarzyk, zrozumia powd ujrzawszy przez odemknite drzwi wirskiego przybranego do pasa tylko w siatkow koszulk, spod ktrej przeglda jego herkulesowy tors - i z hantlami w rku.
- O! jak si pan ma! - pocz woa wirski kadc hantle na widok gocia. - Przepraszam, em nie ubrany, ale to nic; przy tym si troch hantlowaem. Wczoraj zaraz byem u pastwa, ale zastaem tylko pani. C, panie! przywiozem naszego biednego Bukacjusza! A chata dla niego gotowa?
Poaniecki odrzek ciskajc rce malarza:
- Grb skoczony od dwch tygodni - i krzy ju stoi. Serdecznie witamy tu pana w Warszawie! Mwia mi ona, e ciao jest ju na Powzkach.
- Tymczasem w krypcie kocielnej. Jutro go pochowamy.
- Dobrze. Ja dzi jeszcze zamwi ksiy i dam zna znajomym. Co tam porabia profesor Waskowski?
- Mia pisa do was. Upay wypdziy go z Rzymu, i wiesz pan, gdzie pojecha? Oto midzy najmodszych Aryjczykw. Mwi, e podr zajmie mu ze dwa miesice. Chce si przekona, o ile gotowi s do jego historycznej misji. Pojecha na Ankon i Fiume, a potem dalej i dalej!... - Biedny profesorzysko! Myl, e go czekaj nowe zawody.
- To by moe. Ludzie si z niego miej. Ja, wiesz pan, nie wiem, o ile najmodsi z Ariw s zdolni do spenienia jego idei - ale sama idea jest, dalibg, tak niepospolita i chrzecijaska, i prawdziwa, e trzeba by takim Waskowskim, eby si na ni zdoby. Pozwolisz pan, e si ubior. Upay tu u was bez maa jak we Woszech i gimnastykowa si lepiej w samym kaftaniku.
- A najlepiej wcale si nie gimnastykowa w takie gorco.
Tu Poaniecki spojrza na ramiona wirskiego i rzek:
- No ale pan to mgby si za pienidze pokazywa.
- Co? - rzek wirski - bicepsy nieze. A obacz pan te deltoidee! To moja prno. Bukacjusz zawsze powtarza, e moe mi kady powiedzie, i maluj jak idiota, ale nie wolno nikomu, e nie podnios stu kilo jedn ap albo e nie zrobi dziesiciu musz w dziesiciu strzaach.
- I taki czowiek nie przekae swoich bicepsw ani deltoidew potomstwu!
- Ha! c robi!... Boj si, panie, niewdzicznego serca; jak Boga kocham, tak si boj! Znajd mi pan tak drug jak pani Poaniecka, to nie bd si i dnia namyla. Ale!... Czego mam yczy? syna czy crki?
- Crki! crki!... potem niech bd synowie, ale pierwsza niech bdzie crka.
- A kiedy si spodziewacie?
- Jakoby w grudniu.
- Daj Boe szczliwie! Pani zreszt zdrowa kobieta, wic nie ma si czego ba.
- Ogromnie si zmienia, prawda?
- Ona jest inna, ni bya, ale daj Boe najpikniejszym tak wyglda. Co to za wyraz! Czysty Botticelli! daj sowo! Czy pan pamita ten jego obraz w willi Borghese? Madonna col Bambino e angeli? Tam jest jedna gowa anioa, troch pochylona, ubrana w lilie: zupenie pani, zupenie ten sam wyraz! Wczoraj mnie to od razu uderzyo - i aem si wzruszy.
To rzekszy poszed za parawan, by wdzia koszul, i zza parawana mwi dalej:
- Pan pytasz, czemu ja si nie eni! A wie pan, czemu? Bo nieraz mi si przypomina, co Bukacjusz take powtarza, e ja mam ostry jzyk i twarde bicepsy, a malane serce - takie gupie, e gdybym mia tak on jak paska i gdyby ta ona bya w tym stanie, to, dalibg, nie wiem, co bym zrobi? Czy chodzibym przed ni na kolanach, czy czoem bi, czy stawia gdzie w kcie na stole i adorowa z podniesionymi rkoma - dalibg, nie wiem!
Poaniecki pocz si mia.
- Ej! - odrzek - to si tylko tak zdaje:.. przed lubem, a potem samo przyzwyczajenie miarkuje zbytek czuoci.
- Nie wiem. Moe ja taki gupi.
- Wie pan co? Jak ju moja Marynia bdzie wolna, trzeba, eby dla pana znalaza on tak jak sama.
- Zgoda!! - hukn zza parawana wirski. - Verbum! Oddam si pani w rce i jak mi powie: "e si!" - tak si eni z zamknitymi oczyma.
I wyszedszy jeszcze bez surduta, pocz powtarza:
- Zgoda! zgoda!... Bez artw! Byle pani zechciaa.
- Kobiety zawsze to lubi! - odpowiedzia Poaniecki. - eby pan by widzia na przykad, co taka Osnowska wyrabiaa, eby naszego Zawiowskiego oeni z pann Castelli! A i Marynia jej pomagaa - tyle, ile pozwoliem. I ona uszkami strzyga. Kobietom w to graj!
- Poznaem wczoraj u pastwa tego Zawiowskiego. Ogromnie miy chopak. I to po prostu genialny eb. Do na niego spojrze. Co to za profil, z tym kobiecym czoem i z t zuchwa szczk. Ma za dugie piszczele i kolana musi mie grubo wizane, ale gowa pyszna!
- To nasz beniaminek w biurze, i naprawd ogromnie go kochamy, bo to przy tym poczciwa natura.
- Aha! To on jest waszym urzdnikiem? A ja mylaem, e to z tych bogatych Zawiowskich, bom za granic widywa do czsto jakiego starego oryginaa bogacza.
- To jego krewny - rzek Poaniecki - ale ten nasz nie ma zamanego szelga.
A wirski pocz si mia:
- Jake! stary Zawiowski z crk, milionow jedynaczk! pyszna figura! Koo panny krcio si tam we Florencji i w Rzymie z p tuzina porujnowanych ksit woskich, a stary gada, e crki za obcego nie da - "bo to, panie, kiepciejsza rasa". Wyobra pan sobie, e on nas uwaa za pierwsz na wiecie ras, a midzy nami pewno Zawiowskich i kiedy dowodzi tego tak: "Niech sobie - (powiada) - gadaj, co chc! ja si dosy najedzi po wiecie, i ilu to Niemcw, Wochw, Francuzw czycio mi buty, a ja - (powiada) - butw nikomu nie czyci i nie bd!"
- Dobry! - odpowiedzia miejc si Poaniecki - to czyszczenie butw uwaa nie za kwesti pozycji w wiecie, tylko narodowociow.
- Tak i zdaje mu si, e Pan Bg po to wycznie stworzy inne "nacje", eby szlachcicowi spod Kutna mia kto wyczyci buty, jak mu si podoba wyjecha za granic. A czy on nie krci nosem na maestwo modego, bo to wiem, e on Broniczw uwaa za hetk-ptelk.
- Moe i krci, ale on si z naszym Zawiowskim niedawno pozna, i przedtem nie widywali si, bo nasz to harda dusza i nie chcia pierwszy szuka starego.
- To go lubi. Byle tylko dobrze trafi, bo to...
- Co? Pan zna pann Castelli? co to za dziewczyna?
- Ja znam pann Castelli, ale widzisz pan, nie znam si na pannach. Ba! ebym si na nich zna, to bym nie doczeka czterdziestki w kawalerskim stanie... One wszystkie dobre i wszystkie mi si podobaj; tylko jak kilka z tych, ktre mi si podobay, widziaem potem matkami - tak teraz adnej nie wierz. I zoci mnie to - bo, ebym nie mia ochoty si eni - no! to powiedziabym: mniejsza z tym! - ale mam! Co ja mog wiedzie? Wiem, e kada ma gorset, ale jakie tam serce w tym gorsecie - licho wie! A w pannie Castelli si kochaem, bo zreszt ja si we wszystkich kochaem, ktrem spotka. W tej moe nawet wicej ni w innych.
- I co, i jako jednak eniaczka nie przysza panu do gowy?
- Licha tam nie przysza! Tylko wwczas nie miaem tych pienidzy, co dzi, ni tego rozgosu - byem na dorobku, a wierz mi pan, e ludzi na dorobku nikt si tak nie boi jak dorobkiewicze. Baem si, e mi pan Bronicz albo pani Broniczowa min zrobi, a e panny nie byem pewny, wic daem spokj.
- Zawiowski te przecie nie ma pienidzy.
- Ale gono o nim i przy tym jest stary Zawiowski - a to koligacja nie artem. Kto o starym u nas nie sysza? Zreszt co do mnie, mwic szczerze, nie smakowali mi Broniczowie do tego stopnia, em w kocu machn rk.
- To pan i nieboszczyka zna? Niech pan si nie dziwi, e ja tak wypytuj, bo mi idzie o naszego Zawika.
- Panie, kogo ja nie znaem? Znaem i siostr pani Broniczowej, pani Castelli. Przecie ja od dwudziestu czterech lat siedz we Woszech - a o czterdziestce to si tak mwi dla okrgoci. Naprawd to mam czterdziesty pity. Znaem i pana Castellego, ktry by zreszt dobry czowiek; znaem wszystkich. C panu powiedzie? Pani Castelli bya egzaltowana kobieta, a odznaczaa si tym, e nosia krtkie wosy, e bya zawsze nie umyta i miaa newralgi w twarzy. Co do pani Broniczowej, t pan znasz.
- A kto by pan Bronicz?
- "Teodor?" Pan Bronicz by dubeltowy dure, raz dlatego, e by durniem, a po wtre, e si za niego nie mia. Zreszt milcz, bo: de mortuis nihil, nisi bene - by o tyle tusty, o ile ona chuda; way podobno przeszo sto pidziesit kilo i mia rybie oczy. W ogle to byli ludzie przede wszystkim prni. Co tu si rozwodzi! Jak czowiek dugo yje na wiecie i duo ludzi widuje, a gada z nimi tak, jak ja gadam przy malowaniu, to si przekonywa, e istnieje prawdziwy wielki wiat, ktry si wspiera na tradycji, a oprcz tego istnieje kanalia, ktra, majc troch grosiwa, udaje wielki wiat. Ot nieboszczyk Bronicz i jego dzisiejsza wdowa zawsze mi troch trcili tym gatunkiem, dlatego wolaem si trzyma z daleka. Ot, eby Bukacki y, ten by dopiero rozpuci jzyk ich kosztem. On wiedzia, e ja si kochaem w Castelli, i co si ze mnie nadrwi, niech mu Bg nie pamita - a kto wie, czy susznie, bo kto jest panna Lineta, to si dopiero pokae.
- Mnie najbardziej chodzio - odrzek Poaniecki - eby si wanie o niej co dowiedzie.
- Wszystkie dobre, wszystkie dobre, tylko ja ich si boj, razem z ich dobroci. Chyba mi paska ona za ktr zarczy.
Na tym rozmowa si urwaa i poczli mwi o Bukackim, a raczej o jutrzejszym jego pochwku, do ktrego Poaniecki porobi ju poprzednio wszelkie przygotowania. Wyszedszy od wirskiego zamwi jeszcze ksiy, a nastpnie da zna znajomym o jutrzejszej godzinie.
Kocielny obrzdek pogrzebowy by ju odprawiony w swoim czasie w Rzymie, wic Poaniecki wezwa tylko kilku duchownych, jako czowiek religijny, by modlitwy swoje poczyli z modlitwami obecnych. Uczyni te to take przez przywizanie i wdziczno dla Bukackiego, ktry mu zostawi znaczn cz swego majtku.
Prcz obojga Poanieckich przybyli pastwo Maszkowie, Osnowscy, Bigielowie, wirski, pan Pawicki i pani Emilia, ktra chciaa odwiedzi zarazem Litk. Dzie by prawdziwie letni, soneczny i znojny. Cmentarz wyglda zupenie inaczej ni za poprzednich bytnoci Poanieckiego. Wybujae ogromnie drzewa stanowiy jakby zbit, gst, zoon z ciemniejszych i janiejszych lici zason, pokrywajc gbokim zielonym cieniem biae i szare pomniki. Miejscami cmentarz wydawa si wprost lasem penym mroku i chodu. Na niektrych grobowcach drgaa wietlista sie promieni sonecznych, przecedzona przez licie akacji, topoli, grabw, bzw i lip; inne krzye, zatulone w gszcz, zdaway si drzema w chodzie nad mogiami. W gaziach i wrd lici rojno byo od ptasiego drobiazgu, ktry odzywa si ze wszystkich stron nieustannym wiegotem, agodnym i jakby umylnie przyciszonym, by picych nie budzi.
wirski, Maszko, Poaniecki i Osnowski wzili na ramiona wsk trumn ze szcztkami Bukackiego i poczli j nie do przygotowanego grobu. Ksia w biaych komach, ktre to rozbyskay w socu, to gasy, szli przed trumn, za ni czarno ubrane mode kobiety, i cay ten orszak posuwa si z wolna przez cieniste aleje, cicho, spokojnie, bez ka i ez towarzyszcych zwykle pogrzebom, tylko z powag i smutkiem, ktry tym by na ich twarzach, czym cie od drzew na grobowcach. Bya w tym wszystkim jednak jaka pena melancholii poezja - i wraliwa dusza Bukackiego potrafiaby odczu wdzik tego aobnego obrazu.
W ten sposb przyszli do grobowca, ktry mia ksztat sarkofagu i cay by wzniesiony nad ziemi, Bukacki bowiem mwi by za ycia wirskiemu, e nie chce lee w piwnicy. Trumn atwo wsunito przez elazne drzwi do rodka, po czym oczy kobiet wzniosy si ku grze, usta poczy szepta modlitwy, i po chwili zostawiono Bukackiego cmentarnej samotnoci, drzewom szumicym, wiegotowi ptactwa i boemu miosierdziu.
Pani Emilia i Poanieccy poszli nastpnie do Litki; reszta towarzystwa czekaa na nich w powozach przed kocioem, bo tak sobie yczya pani Osnowska.
Poaniecki mia sposobno przekona si przy grobie Litki, jak dalece ta, tak bardzo niegdy kochana dziecina zbkitniaa mu ju w duszy i rozwiaa si w cie. Niegdy ilekro odwiedza jej grb, tylekro buntowa si przeciw jej mierci i nie zgadza si na ni, z ca namitnoci wieego alu. Dzi wydao mu si rzecz prawie naturaln, e ona tu sobie ley w cieniu tych drzew, na tym cmentarzu; mia niemal poczucie, e tak musiao si skoczy; przestaa by dla niego prawie zupenie realn istot, a staa si tylko sodk mieszkank pamici, westchnieniem, wiatem, rodzajem jeno takiego wspomnienia, jakie zostawia muzyka.
I byby si moe oburzy na siebie, gdyby nie to, e spostrzeg, i pani Emilia wstaa po odmwionej modlitwie z twarz pogodn, z wyrazem wielkiej tkliwoci w oczach, ale bez ez. Zauway przy tym jednak, e wyglda jak osoby chore; e z trudnoci podniosa si z klczkw i e idc wspiera si na lasce. Jako ona bya ju w pocztkach cikiej choroby krzya, ktra pniej na kilka lat przykua j do ka i pucia dopiero do trumny.
Przed bram cmentarn czekali na nich Osnowscy; pani zaprosia ich na jutro na wieczorek zarczynowy Zawiowskiego, a potem "kto askaw", do Przytuowa.
wirski siad wraz z pani Emili do powozu Poanieckich i przez czas jaki zbiera w milczeniu wraenia, a wreszcie rzek:
- Jakie to dziwne! Dzi bylimy na pogrzebie, jutro bdziemy na zarczynach: co mier wykosi, mio posieje - i to jest ycie!
Rozdzia czterdziesty dziewity
Zawiowski yczy sobie, by jego zarczyny odbyy si nie wieczorem, przy ludziach, tylko przedtem, i stao si zado jego woli, tym bardziej e Castelka, ktra chciaa przed ludmi ukaza si ju jako narzeczona, popara go wobec cioci Broniczowej. Byo im tak swobodniej i gdy ludzie poczli si schodzi, oboje wystpowali ju jako moda para. Od panny Linety bi blask szczcia. Sama znajdowaa urok w roli narzeczonej i rola dodawaa jej uroku. W wysmukej jej postawie byo co skrzydlatego; powieki nie zapaday jej dzi sennie na oczy; renice byy wietliste, usta w umiechach, twarz w rumiecach. Bya tak adna, e wirski ujrzawszy j nie mg si jednak wstrzyma od kilku cichych westchnie za rajem utraconym i odzyska pogod duszy dopiero wwczas, gdy przypomnia sobie swoj ulubion piosenk:
A ja piewam, zamiast szlocha,
Bom ci take przesta kocha!
Hu-ha-hu!!
Zreszt wszystkich dzi uderzaa jej pikno. Stary pan Zawiowski, ktry si kaza na swoim fotelu wnie do salonu, zatrzyma jej rce i przez jaki czas patrzy na ni, po czym ogldajc si za crk rzek:
- No! e takie "pdiabl weneckie" moe gow zawrci, to moe, a zwaszcza poecie, bo to, panie, jak powiadaj, u nich w gowach: fiu! fiu!
Po czym zwrci si do modego i spyta:
- A co? nie skrcisz mi dzi karku, em na ni powiedzia: "pdiabl weneckie"?
Zawiowski za rozmia si i pochyliwszy gow pocaowa w rami staruszka:
- Nie; dzi bym nie mg nikomu skrci karku.
- No! - rzek stary, widocznie uradowany z tej oznaki czci. - Niech wam Bg i Najwitsza Panna bogosawi. Mwi: i Najwitsza Panna, bo Jej opieka to grunt!...
To rzekszy pocz szuka za sob w fotelu i wydobywszy due jubilerskie pudeko mwi do Linety:
- A to od rodziny Zawiowskich: daj ci Boe dugo nosi.
Castelka wziwszy pudeko przegia sw wdziczn posta, by rwnie pocaowa go w rami, on za obj j za szyj i rzek do modego:
- Chode i ty!
I ucaowa oboje w czoo, z wikszym wzruszeniem ni chcia okaza, mwic przy tym:
- A kochajciee si i szanujcie jak uczciwi ludzie.
Panna Lineta otworzya nastpnie pudeko, w ktrym na szafirowej aksamitnej podcieli rozbysa wspaniaa rywiera. Stary powtrzy raz jeszcze z naciskiem: "Od rodziny Zawiowskich" - chcc widocznie okaza, e panna, ktra wychodzi za Zawiowskiego, nawet nie majcego majtku, nie robi zego interesu. Ale nikt go nie sucha, gdy gowy modych pa: pani Linety, pani Osnowskiej, pani Maszkowej, pani Bigielowej i nawet Maryni, pochyliy si zwartym wiankiem nad migotliwymi kamieniami, i usta wstrzymyway czas jaki oddech, nim wreszcie szmer podziwu i pochwa przerwa milczenie.
- Nie o te brylanty chodzi! - woaa pani Broniczowa rzucajc si niemal w objcia starego pana Zawiowskiego - ale jaki dar, takie serce!
A staruszek broni si i powtarza:
- Daj pani spokj! daj pani spokj!...
Po czym towarzystwo rozbio si na pary lub mae gromadki. Narzeczeni zajli si tak sob, e cay wiat zgin im z oczu; Osnowski ze wirskim przysunli si do Maryni i pani Bigielowej; Kopowski j zabawia pani domu, a Poaniecki pani Maszkow. Co do samego Maszki, chodzio mu widocznie o blisze poznanie si ze starym Krezusem, bo zastawi go tak krzesem, e nikt nie mg si do niego zbliy, i pocz z nim rozmow o czasach dawnych i dzisiejszych, ktra, jak atwo odgad, stanowia ulubiony temat dla staruszka.
By jednak zanadto sprytny, by by we wszystkim jego zdania. Pan Zawiowski zreszt nie zawsze napada na nowe czasy, owszem, w czci je podziwia, w czci uznawa, e pod wielu wzgldami id ku lepszemu, ale swoj drog nie chciay mu si w gowie pomieci, Maszko za tumaczy mu, e wszystko na wiecie musi si zmienia, zatem tak dobrze szlachta jak inne warstwy ludzi.
- Ja, szanowny panie - mwi - trzymam si roli przez jakie dziedziczne instynkta, przez to co, co czowieka, ktry z ziemi wyszed, do ziemi cignie - ale administrujc wasnym majtkiem jestem przy tym adwokatem i jestem poniekd z zasady, bo trzeba, ebymy mieli swoich w tej gazi. Inaczej zostaniemy na asce i nieasce ludzi pochodzcych z innej sfery i czsto wprost przeciw nam uprzedzonych. I musz naszym ziemianom odda t sprawiedliwo, e po wikszej czci rozumiej to dobrze, i dlatego wol swoje interesa powierza mnie ni innym. Niektrzy poczytuj to sobie poniekd za obowizek.
- To tam, panie, w palestrze zawsze bywali nasi - odpowiedzia pan Zawiowski - ale w innych fachach czy szlachcic da sobie rad - dalibg, nie wiem! Sysz ja to, sysz, emy si powinni do wszystkiego bra, tylko ludzie zapominaj, e bra si a wskra - to dwie rne rzeczy. Poka mi pan takiego, co by wskra.
- A ot, masz szanowny pan takiego Poanieckiego: ten na Domu Komisowo-Handlowym zrobi wcale duy majtek i co ma, to w gotowinie, tak e jutro mgby wszystko na st pooy. Sam on szanownemu panu nie zaprzeczy, e rady moje czsto byy mu przydatne, ale jednak co zrobi, to zrobi przez handel - gwnie zboem.
- Prosz! prosz! - rzek pan Zawiowski patrzc na Poanieckiego i wytrzeszczajc troch ze zdziwienia oczy - naprawd zrobi majtek? Prosz... Jeli z prawdziwych Poanieckich - to dobra rodzina.
- A tamten, brunet, krpy - to malarz wirski.
- To wiem, bom go za granic widywa. I wirscy, panie, w piecach nie palili... Ale on moe sobie tylko wymalowa pienidze, bo przecie chyba ich nie zrobi?
- Licha tam, nie zrobi! - rzek poufaym tonem Maszko. - Niejeden gruby majtek podolski tyle nie daje, ile jemu akwarele.
- Co takiego?
- Obrazy, wodn farb...
- Prosz! nawet nie olejne!... I ten take?... Ha! to moe i mj krewniak dorobi si na wierszach... Niech pisze, niech pisze! Ja mu tego nie bd bra za ze... Pan Zygmunt by szlachcic i pisywa - i to, panie, nie od parady. Pan Adam by take szlachcic - a gono o nim - goniej ni o tym trzecim furfancie, co to si bawi w demokracj... Jake mu tam? Mniejsza z tym! Mwisz pan, e si czasy zmieniaj? Hm, prosz!... Niech si tam zmieniaj, byle z pomoc bo, na lepsze.
- Gwna rzecz - rzek Maszko - by nie wizi ni zdolnoci w gowach, ni kapitaw w kasach, bo kto tak czyni, ten wprost grzeszy przeciw spoeczestwu.
- A, to za pozwoleniem! Jake to pan rozumiesz? To mi nie wolno zamkn na klucz tego, co moje, tylko mam zostawi szuflad otworem dla zodziei?
Maszko umiechn si z odcieniem wyszoci i pooywszy rk na porczy fotelu rzek:
- Nie o to chodzi, szanowny panie.
I nastpnie zacz wykada panu Zawiowskiemu zasady ekonomii politycznej, ktrych stary szlachcic sucha kiwajc gow i powtarzajc od czasu do czasu: "Prosz! to co nowego! - ale ja i bez tego rady sobie dawa!"
Pani Broniczowa za wodzia rozrzewnionymi oczyma za par narzeczonych, a jednoczenie opowiadaa panu Pawickiemu (ktry znw wodzi nie mniej rozrzewnionymi oczyma za pani Osnowsk) swoje lata modoci, poycie z Teodorem i nieszczcie, jakie ich spotkao z powodu przedterminowego przyjcia na wiat jedynego ich potomka. Pan Pawicki sucha z roztargnieniem, lecz ona w kocu wzruszywszy si wasnym opowiadaniem mwia nieco drcym gosem:
- Tak wic caa moja mio, nadzieja i wiara w Linetce! Pan to rozumie, bo pan ma take crk! A co do Lola, niech pan pomyli, jakim blogosawiestwem byoby to dziecko, gdyby yo, skoro nawet i potem tyle oddawao nam usug.
- Ogromnie wzruszajce! ogromnie wzruszajce! - przerwa pan Pawicki.
- O, tak! - mwia dalej pani Broniczowa. - Ile to razy, w czasie niw, mj m wbiega do mnie z okrzykiem: "Lolo monte!" i wysya wszystkie siy robocze w pole. U innych pszenica porastaa w kopach, u nas nigdy. - O tak! I to bya tym wiksza strata, e to bya ostatnia nadzieja! Mj m by czowiek w wieku - i mog rzec, e by dla mnie najlepszym opiekunem, ale po tym nieszczciu - tylko opiekunem.
- Tu go przestaj rozumie - rzek pan Pawicki. - He, he! zupenie nie rozumiem!...
I otworzywszy usta spojrza figlarnie na pani Broniczow, ta za uderzya go z lekka wachlarzem i rzeka:
- Nieznoni s ci mczyni: dla nich nie ma nic witego!
A wirski pyta tymczasem Maryni:
- Co to za istny Perugino - ta blada osoba, z ktr rozmawia m pani!
- To nasza znajoma, pani Maszkowa. Czy pan jej nie by przedstawiony?
- Owszem. Poznaem j jeszcze wczoraj na pogrzebie, ale zapomniaem nazwiska. Wiem, e to ona, tego pana, ktry rozmawia ze starym panem Zawiowskim. Czysty Vannucchi!... Ten sam kwietyzm i troch tawa. Ale ona ma bardzo pikne linie.
I popatrzywszy jeszcze chwil doda:
- Twarz zgaszona, ale nadzwyczajne linie caej figury. Niby szczupa, niech jednak pani zauway rysunek ramion i plecw.
Ale Marynia nie patrzya na rysunek ramion i plecw pani Maszkowej, tylko na ma - i na twarzy jej odbi si nagle niepokj. Poaniecki pochyla si wanie w tej chwili do pani Maszkowej i mwi do niej co, czego Marynia nie moga dosysze, siedzieli bowiem z daleka, ale wydao si jej, e on spoglda na t zgaszon twarz i w te blade oczy takim wzrokiem, jakim w czasie ich podry polubnej spoglda chwilami na ni. Ach! ona znaa ten wzrok. I serce poczo teraz bi w niej, jakby w poczuciu jakiego wielkiego niebezpieczestwa. Natychmiast jednak powiedziaa sobie: "To nie moe by! to byoby niegodne Stacha." Nie moga si wszelako powstrzyma, eby na nich nie patrze. Poaniecki mwi co bardzo ywo, czego pani Maszkowa suchaa ze zwyk sobie obojtnoci. Marynia za pomylaa znowu: "Co mi si uwidziao! - mwi ywo, jak on zawsze, ale nic wicej." Reszt jej wtpliwoci rozproszy wirski, ktry czy to dlatego, e zauway jej niepokj i badawczy wzrok, czy nie poznawszy si istotnie na wyrazie twarzy Poanieckiego, rzek:
- Z tym wszystkim ona nic nie mwi. M pani musi podtrzymywa rozmow i wyglda, jakby si razem nudzi i zoci.
Twarz Maryni rozpromienia si w jednej chwili:
- O, to pan ma suszno! Stach z pewnoci troch si nudzi, a on jak tylko si nudzi, to zaraz zy.
I wpada w doskonay humor. Oddaaby teraz tak rywier brylantow, jak pan Zawiowski podarowa Castelce, by ten Stach zbliy si w tej chwili do niej i eby mu moga powiedzie i usysze od niego jakie dobre sowo. Jako w kilka minut pniej stao si zado jej yczeniu, albowiem do pani Maszkowej przybliy si pan Osnowski. Poaniecki za wsta, po drodze rzek par sw do pani Osnowskiej rozmawiajcej z Kopowskim i wreszcie siad przy onie.
- Czy ty chcesz mi co powiedzie? - spyta.
- Jakie to dziwne, Stachu! - rzeka Marynia - bo ja w tej chwili woaam na ciebie, ale tylko w myli, a ty to jednak odczu i przyszede.
- A widzisz, jaki ze mnie m! - odpowiedzia z umiechem. - Ale naprawd, to przyczyna jest bardzo prosta: zauwayem, e na mnie patrzysz, zlkem si, czy ci co nie jest, i przyszedem.
- Ja patrz, bo - bo mi tskno.
- A ja przychodz, bo mi tskno. Jak ty si czujesz? Powiedz szczerze; moe chciaaby do domu?
- Nie, Stachu, doskonale mi jest, jak ci kocham. Mwilimy z panem wirskim o pani Maszkowej i bawiam si doskonale.
- Domylam si, ecie j obmawiali. Ten oto artysta sam o sobie mwi, e ma zy jzyk.
- Przeciwnie- odpowiedzia wirski. - Tym razem podziwiaem tylko jej figur. Na zy jzyk moe przyj kolej pniej.
- O tak - rzek Poaniecki - pani Osnowska mwi, e ona ma wanie niedobr figur, i to jest dowd, e ma dobr: Ale! Marychna, powiem ci co o pani Osnowskiej.
Tu pochyliwszy si do ony rzek po cichu:
- Wiesz, co po drodze syszaem z ust Kopowskiego, idc tu do ciebie?
- Co? co zabawnego?
- Jak kto uwaa: syszaem, jak mwi do pani Anety: "ty".
- Stachu!
- Jak ci kocham! Powiedzia jej: "Ty zawsze taka!"
- Moe cytowa jakie cudze sowa.
- Nie wiem! Moe, ale moe i nie. Oni si przecie niegdy podobno kochali.
- Fe! wstyd si!
- Powiedz to im - a raczej pani Anecie.
Marynia, ktra wiedziaa doskonale, e przeniewierstwo istnieje, ale uwaajc je raczej za jak ksikow francusk teori ani si spodziewaa, by je mona byo napotka na kadym kroku i w praktyce, pocza teraz spoglda na pani Anet ze zdziwieniem, a przy tym z tak ogromn ciekawoci, z jak kobiety uczciwe spogldaj na te, ktre miay odwag zejcia z gocica na boczne cieki. Miaa jednak zbyt praw natur, by uwierzy od razu w zo - i nie chciao si jej jako w gowie pomieci, eby mogo co by naprawd midzy t par, choby ze wzgldu na niesychan gupot Kopowskiego. Zauwaya wszelako, e rozmawiaj z sob bardzo ywo.
A oni siedzc nieco zasunici midzy wielki porcelanowy wazon a fortepian nie tylko rozmawiali, ale kcili si od kwadransa.
Po przejciu Poanieckiego pani Aneta rzeka z pewnym niepokojem:
- Boj si, czy czego nie dosysza. Ty nigdy nie uwaasz.
- Tak! zawsze moja wina! A kto cigle powtarza: bd ostrona!
I rzeczywicie, pod tym wzgldem oboje byli siebie warci, on bowiem nie umia nic przewidzie z powodu swej gupoty, ona za bya nieostrona a do zuchwalstwa. Dwie ju osoby wiedziay ich tajemnic; inne mogy j ju odgadywa i trzeba byo caego zalepienia Osnowskiego, eby si niczego nie domyla. Ale ona wanie na to liczya.
Lecz tymczasem Kopowski spojrza na Poanieckiego i rzek:
- Nic nie sysza.
Po czym wrci do zacztej rozmowy, ale tym razem pocz mwi ciszej i po francusku:
- Bo, eby mnie kochaa, to by bya inna, ale skoro mnie nie kochasz, to c ci to mogo szkodzi?
To rzekszy zwrci na ni swoje cudne, bezmylne oczy, a ona odpowiedziaa z niecierpliwoci:
- Kocham czy nie kocham, a z Castelk nigdy, rozumiesz? nigdy! Raczej wolaabym z kad inn! - cho gdyby ty naprawd mnie kocha, to by o maestwie nie myla.
- Ja bym nie myla, eby bya inna.
- Patientez!
- Tak! do mierci? Gdybym si by z Castelk oeni, to bymy wanie byli blisko.
- Nigdy! powtarzam ci!
- No, ale dlaczego?
- Ty by tego nie zrozumia. Zreszt Castelka jest narzeczona, i szkoda czasu o tym mwi.
- Sama mi kazaa udawa, e si o ni staram, a teraz mi robisz wyrzuty. Ja z pocztku o niczym nie mylaem, ale pniej podobaa mi si - i tego si nie wypieram; ona si wszystkim podoba, a oprcz tego to dobra partia.
Pani Osnowska pocza targa w palcach chusteczk.
- I ty mi miesz w oczy mwi, e ona ci si podobaa, wic nareszcie: czy ja, czy ona?
- Ty, ale si z tob przecie nie mog oeni, a z ni mogem, bom to widzia doskonale, e jej si te podobaem.
- Gdyby lepiej rozumia kobiety, to by si cieszy z tego, em do maestwa nie dopucia. Ty jej nie znasz. Ona jest caa jak patyk, a przy tym ma zy charakter. Czy i tego nie rozumiesz, em ci kazaa stara si o ni przez wzgld na ludzi i na Jzia. Inaczej, czym by mg usprawiedliwi codzienne prawie bywanie?
- Ja bym rozumia, gdyby bya inna.
- Nie przeszkadzaj mi. Widzisz, e wszystko tak urzdziam, eby twj portret nie by skoczony i eby mg przyjecha do Przytuowa. Potem przyjedzie tam Stefcia Ratkowska, krewna daleka Jzia. Rozumiesz? Musisz udawa, e ci ci podoba, a ja w Jzia wmwi, co chc. W ten sposb bdziesz mg zosta w Przytuowie. Do panny Ratkowskiej ju pisaam. Jest nieadna, ale mia.
- Cigle udawa i za to nic!
- Chciaabym ci powiedzie: to sobie nie przyjedaj.
- Anetko!
- Wic bd cierpliwy. Nie mog si na ciebie dugo gniewa. Ale teraz ju id sobie. Id, zabaw pani Maszkow.
I po chwili pani Osnowska zostaa sama. Oczy jej odprowadzay przez minut Kopowskiego, z resztkami gniewu, ale zarazem z pewn czuoci. W biaym krawacie, przy swej smagej cerze, by tak zabjczo pikny, e nie moga mu si dosy napatrzy. Lineta bya ju narzeczon innego, a jej jeszcze wydaa si nieznon myl, e ta jej codzienna rywalka moga go nie tylko posi jako ma, ale nawet jako kochanka. Pani Aneta mwic Kopowskiemu, e zgodziaby si dla niego raczej na kad inn ni na Castelk, mwia szczer prawd. Bya to dla niej kwestia zarazem ogromnej saboci dla tego gupiego Endymiona i kwestia mioci wasnej. Nie zgadzay si na to wprost jej nerwy. Pewne zamiowania estetyczne, ktre sama uwaaa za wzniose i pynce z greckiej natury, a ktre w gruncie rzeczy byy paskie, zastpoway w niej moralno i sumienie. Z powodu tych zamiowa zostawaa pod nieprzepartym urokiem Kopowskiego, ale majc tylko zapaln gow, a zimny jak u ryby temperament, wolaa, jak to intuicyjnie odgad Zawiowski, igraszk ze zem ni samo zo. Swoj drog trzymajc si zasady: "Jeli nie ja, to nikt inny!" - byaby gotowa posun si do ostatecznoci, by nie dopuci do maestwa Kopowskiego z Linet, tym bardziej e spostrzega, i Lineta, mimo wszystkich swoich "powiedze" o Kopowskim, mimo ironii, z jak si o nim odzywaa, i artw z niego, jest take pod urokiem jego wyjtkowej urody, e te wszystkie arty s tylko dranieniem si, w ktrym tkwi pocig, i e w ogle upodobania jej wasne i upodobania Linety s jednakowe. Nie spostrzega natomiast, e z tego powodu na dnie duszy ma rodzaj pogardy dla Linety.
Chciaa j przede wszystkim zwyciy i przez Zawiowskiego udao si jej to znakomicie. Wiedziaa, e dziewczyna przez sam prno nie oprze si jej wmawianiu i hodom czowieka o rozgonym imieniu. W ten sposb zachowaa dla siebie Kopowskiego, a nadto wyprawia sobie pyszne widowisko, na jakie zawsze z chciwoci patrz wszystkie kobiety, dne bardziej wrae ni uczu. Gdyby przy tym w sawny Zawiowski, gdy mu ona z czasem spowszednieje, chcia sobie szuka gdzie indziej Beatryczy - to moe by j znalaz... Ludziom, ktrzy maj moc przekaza pamici ludzkiej i uwielbieniu wiekw kochane imi, mao si czego odmawia. Tych zamiarw na przyszo pani Aneta nie okrelaa dotd wyranie, miaa jednak jakby mgliste poczucie, e wwczas tryumf jej byby jeszcze zupeniejszy.
Tryumfowaa jednak ju i teraz, albowiem wszystko poszo podug jej woli. Gniewa j tylko Kopowski. Sdzia, e on jest niemal jej rzecz, tymczasem spostrzega, e, o ile by zdolny do wyrozumowania czegokolwiek, wyrozumowa sobie, e od przybytku gowa nie boli, i e Aneta mogaby nie przeszkadza Linecie. Dranio j to tak mocno, e chwilami mylaa, czym by mu za to dokuczy; tymczasem rada bya, e Lineta zdawaa si by naprawd zakochana dusz i sercem w swoim Zawiowskim, co dla Kopowskiego byo zarazem i niezrozumiae, i przykre.
Myli te przelatyway jej teraz jak byskawica przez gow i przeleciay wszystkie przez krtk chwil samotnoci. Przerwao je wreszcie podanie kolacji. Osnowski, ktry chcia, by on otaczao takie powszechne uwielbienie, jakim on j otacza, a ktremu wydawao si przy tym nader trafnym to, co mwi Zawiowskiemu o poyciu maeskim, mia nieszczliw myl powtrzy znw przy pierwszym toacie yczenie, by Zawiowskiemu byo tak dobrze z Linet, jak jemu z Anet. Na to oczy Zawiowskiego i Poanieckiego zwrciy si mimo woli na pikn pani, ktra spojrzaa bystro na Poanieckiego, i wtpliwoci obojga pierzchy w jednej chwili, to jest ona nabraa zupenej pewnoci, e Poaniecki ich sysza, on za, e Kopowski nie cytowa obcych sw, ale mwi "ty" wprost do niej. Pani Aneta odgada nawet, i Poaniecki musia mwi o tym z Maryni, widziaa bowiem, jak w chwil po jego przejciu oboje rozmawiajc spogldali czas jaki na ni z wielk ciekawoci. Ta myl napenia j gniewem, chci zemsty i dystrakcj, tak e bez adnej uwagi suchaa dalszych toastw, ktre wznosi jej m, pan Zawiowski i pan Pawicki, a w kocu Bigiel.
Lecz po kolacji przyszo jej nagle do gowy, by urzdzi dancing-party - i "Jzio" - posuszny, jak zawsze, na kade skinienie, a przy tym rozochocony po kolacji, popar gorco t myl. Marynia nie moga taczy, ale byo prcz niej pi modych pa: panna Lineta, pani Osnowska, pani Bigielowa, pani Maszkowa i panna Zawiowska. Ta ostatnia owiadczya wprawdzie, e take nie taczy, ale poniewa i tak mwiono o niej, e ona nie taczy, nie mwi, nie je i nie pije, wic odmowa jej nie popsua ochoty. Osnowski, ktry by w rozkosznym usposobieniu, owiadczy przy tym, e "trzeba, aby Igna mg wzi w ramiona Linetk, bo pewno si dotd nie omieli".
Pokazao si jednak, e Zawiowski nie by w monoci skorzystania z dobrych chci pana Osnowskiego, albowiem nigdy w yciu nie taczy i nie mia o tym najmniejszego pojcia, co pani Broniczow i pann Linet nie tylko zdziwio, ale i cokolwiek dotkno. Natomiast Kopowski posiada t sztuk w wysokim stopniu, on wic rozpocz tace z pann Linet jako bohaterk wieczoru. Tworzyli razem liczn par i oczy mimo woli zwracay si za nimi. Zawiowski musia patrze, jak jej zotawa gwka pochyla si ku ramieniu Kopowskiego, jak piersi ich s blisko - i jak oboje wirujc w takt Bigielowego walca cz si w harmonii ruchw, zlewajc si niejako w jeden ad i w jedn cao. I patrzc na to by zy, rozumia bowiem, e jest co, czego on nie umie i co bdzie czyo Linet z innymi, a rozczao z nim. Na dobitk mwiono koo niego o urodzie taczcej pary, a siedzcy obok wirski rzek:
- Co to za liczny pan! Gdyby istnieli hurysowie, tak jak istniej huryski, to on mgby by hurysem w damskim rju Mahometa.
Oni za walcowali dugo i bya w tych tonach walca, a zarazem w ich poruszeniach, jakby jaka upajajca i upojona omdlao, co jeszcze bardziej dranio Zawiowskiego, przypomnia sobie bowiem rwnie cyniczny jak prawdziwy wiersz Byrona o walcu. Wreszcie pocz sobie mwi z zupen niecierpliwoci: "Kiedy ten osie j puci!" Ba si take, by mu si nie zmczya.
"Osie" puci j wreszcie na drugim kocu salonu i wzi zaraz pani Osnowsk. Lecz Lineta przybiega do narzeczonego i siadszy przy nim rzeka:
- On dobrze taczy, ale lubi si z tym popisywa, bo zreszt nie ma z czym innym. Za dugo mnie trzyma. Zdyszaam si troch, i serce mi bije... Chciaabym, aby pan przyoy rk i zobaczy, jak bije... Ale nie wypada! Jakie to dziwne! bo przecie to pana wasno...
- Moja!... - rzek Zawiowski wycigajc ku niej rk. - Linetko, nie mw mi dzi "pan".
- Twoja wasno - odszepna.
I nie bronia mu doni, opucia j tylko troch wzdu sukni, tak aby ludzie mniej widzieli.
- Zazdrociem mu - rzek Zawiowski ciskajc namitnie jej palce.
- Czy chcesz, ebym wicej dzi nie taczya? Ja lubi, ale wol by przy tobie...
- Moja uwielbiona!
- Ja jestem gupia, wiatowa dziewczyna, ale ja chc by ciebie wart. Widzisz, ja bardzo lubi muzyk... nawet walce, nawet polki. Tak to na mnie dziwnie dziaa... Jak ten pan Bigiel adnie gra!... Ja przecie wiem, e s rzeczy wysze od walcw. Potrzymaj mi chusteczk i pu na chwilk rk. To twoja rka, ale musz poprawi wosy. Czasem potaczy, to przecie nic zego? - prawda? Ale jeli ty nie bdziesz sobie yczy - to nie bd, bo ze mnie pokorne stworzenie. Naucz si czyta w twoich oczach i potem bd jak woda, ktra odbija i chmury, i pogod. Tak mi przy tobie dobrze!... Patrz, jak tamci doskonale tacz!
Zawiowskiemu nie starczyo sw: mg tylko w jeden sposb okaza, co czuje dla niej, to jest klkn przed ni. Ale ona tymczasem ukazywaa mu Poanieckiego taczcego z pani Maszkow i pocza ich szczerze podziwia:
- Doprawdy, e on lepiej taczy od pana Kopowskiego - mwia z byszczcymi oczyma. - I ona, jaka zgrabna! O! chciaabym cho raz z nim zataczy... jeli pozwolisz.
Zawiowski, w ktrym Poaniecki nie wzbudza najmniejszej zazdroci, odrzek:
- Mj skarbie, ile zechcesz. Sam ci go zaraz przyl.
- Ach, i jak doskonale tacz, jak doskonale! I ten walc, to jakby jaki miy dreszcz. Oni pyn, nie tacz.
Tego zdania bya i Marynia, ktra wodzc oczyma za taczc par doznawaa jeszcze wikszego uczucia przykroci ni przed chwil Zawiowski, albowiem wydao jej si kilkakrotnie, e Poaniecki spoglda znw na pani Maszkow takim wzrokiem, jakim spoglda na ni wwczas, gdy wirski uczyni przypuszczenie, e albo si nudzi, albo jest zy. Tylko teraz przypuszczenie takie byoby ju niemoebne. Chwilami oboje taczcy przesuwali si tu koo Maryni, i wwczas widziaa doskonale, jak jego rka silnie obejmuje stan pani Maszkowej, jak jego oddech oblewa jej szyj, jak rozdymaj mu si nozdrza, a spojrzenia lizgaj si po obnaonym gorsie. Mogo to by niewidoczne dla wszystkich innych, ale nie dla Maryni, ktra umiaa czyta w jego twarzy jak w ksice. I nagle wiato lamp zmierzcho w jej oczach. Zrozumiaa, e co innego jest nie by szczliw, a co innego byoby by nieszczliw. Trwao to krtko, tak krtko jak jeden takt walca lub jak minuta, w ktrej serce ciska si i przestaje bi, ale starczyo na przeczucie, e ycie w przyszoci mogoby si zupenie poplta, a dzisiejsza mio zmieni si w gorzki i pogardliwy al. I przeczucie to napenio j przeraeniem. Uchylia si na chwil przed ni jakby zasona, spoza ktrej ukazaa si niespodzianie caa ndza i lichota natur ludzkich, cay szych ycia. Nic si jeszcze nie stao, nic zupenie, tylko przyszo na pani Poanieck widzenie, e moe nadej czas, w ktrym ufno jej do ma moe rozwia si jak dym.
Ale prbowaa si jeszcze broni zwtpieniom. Pragna w siebie wmwi, e on jest pod wraeniem taca, nie tancerki. Wolaa nie wierzy oczom. Zdejmowa j wstyd za tego "Stacha", z ktrego dotychczas bya tak dumna, i walczya ze wszystkich si z tym uczuciem rozumiejc, e chodzi o rzeczy ogromnie wane i ze z tej maej rzeczy, z tej jego winy, dotd prawie adnej, mog wypyn nastpstwa, ktre odbij si na caej ich przyszoci.
A wtem ozwa si koo niej artobliwy gosik pani Osnowskiej:
- Ach, Maryniu! twojego ma i pani Maszkow chyba natura umylnie stworzya, eby z sob walcowali. Co to za para!
- Tak! - odpowiedziaa z wysileniem pani Poaniecka.
Pani Aneta za szczebiotaa dalej:
- Doskonale do siebie przystaj. Doprawdy, e na twoim miejscu byabym troch zazdrosna... A ty? jeste zazdrosna? Nie? Ja jestem szczera i przyznaj si otwarcie, e tak. Przynajmniej niegdy tak byo. Och! wiem przecie; e Jzio mnie kocha, ale ci panowie, nawet kochajc, miewaj swoje mae fantazje. Ich o to gowa ani troch nie boli, a e nas troch boli serce - to tego nie widz lub nie chc widzie. Najlepsi nie s inni. Jzio? - tak! wzorowy m - a czy mylisz, e ja go nie znam? Teraz ju przyzwyczaiam si, i czsto miech mnie zbiera, bo oni przy tym tacy niezgrabni!... Ja natychmiast wiem, jak tylko Jzio poczyna si baamuci - i wiesz, po czym to poznaj?
Marynia wci patrzya na ma, ktry przez ten czas przesta taczy z pani Maszkow, a wzi pann Linet. I nagle doznaa wielkiej ulgi, wydao jej si bowiem, e Stach taczy z pann Linet z tym samym wyrazem twarzy. Podejrzenia jej zaczy bledn, natomiast pomylaa, e jeli posdzaa go niesusznie, to sama jest niegodziw. Nigdy nie widziaa go przedtem taczcego i przyszo jej do gowy, e moe on zawsze tak taczy.
Tymczasem pani Osnowska powtrzya:
- Wiesz, po czym poznaj, gdy Jzio poczyna si baamuci?
- Po czym? - spytaa raniej Marynia.
- Naucz ci tego sposobu. Ot, jak tylko sam ma nieczyste sumienie, natychmiast podejrzewa innych i udziela mi tych swoich spostrzee, eby odwrci uwag od siebie. Poczciwy Jzisko! To ich metoda. Jak oni wszyscy kami, nawet najlepsi!
To rzekszy odesza z przekonaniem, e na towarzyskiej szachownicy uczynia nader zrczne posunicie. I byo ono poniekd zrczne. W gowie Maryni powsta jakby chaos. Nie wiedziaa, co wreszcie ma o wszystkim myle. Ogarno j te wielkie zmczenie fizyczne. "Ja jestem niezdrowa - rzeka sobie - rozdraniona, i moe mi si Bg wie co wydawa." I poczucie zmczenia powikszao si w niej z kad chwil. Cay w wieczr przedstawia jej si teraz jako gorczkowo. M jej mwi o pani Osnowskiej jak o kobiecie wiaroomnej, ona mwia to samo o wszystkich mach; on patrza nieuczciwymi oczyma na pani Maszkow, a pani Aneta mwia do Kopowskiego "ty". Do tego mieszay si taczce pary, jednostajny takt walca, gowy zakochanych - i wreszcie burza, ktra odezwaa si na dworze. Co za mieszanina wrae, co za fantasmagoria! "Ja jestem niezdrowa" - powtrzya w myli Marynia. Ale czua zarazem, e j opuszcza spokojno i e to by zy wieczr jej ycia. Chciao si jej ogromnie do domu, ale jak na zo, na dworze bya ulewa. "Do domu! do domu!" Gdyby tak jeszcze Stach powiedzia jakie dobre i serdeczne sowo! Niechby nie mwi ani o pani Osnowskiej, ani o pani Maszkowej, tylko o czym, co ich samych dotyczy, a jest im drogie.
"Ach, jaka ja zmczona!"
Tymczasem Poaniecki zbliy si do niej, i na widok jej biednej, bladej twarzy ozwao si w nim wspczucie dla niej, na jakie zreszt atwo zdobywao si jego dobre z natury serce.
- Moje biedactwo - rzek - czas na ciebie do lka; niech tylko ulewa troch przejdzie. Nie boisz si grzmotw?
- Nie; sid przy mnie.
- To letnia burza, zaraz minie. Jaka ty senna!
- Moem niepotrzebnie przyjechaa. Mnie bardzo potrzeba spokoju, Stachu.
On sumienie mia niezbyt czyste i by zy na siebie. Ani mu przez myl nie przeszo, by to, co ona mwi o spokoju, mogo stosowa si do niego, do jego pokus i postpowania z pani Maszkow, ale uczul nagle, e gdyby si czego domylia, spokj jej byby z jego winy zabity raz na zawsze - i - poniewa nie by czowiekiem zepsutym, ogarna go boja i skrucha.
- Do licha ze wszystkimi tacami! - rzek. - Bd siedzia w domu i pilnowa swego dobra.
I mwi to tak szczerze, e jej, ktra go znaa doskonale, nie mg przej przez gow ani cie zwtpienia. Tote ogarno j uczucie ogromnej ulgi.
- Jak ty jeste przy mnie - rzeka - to ja zaraz mniej si czuj zmczona. Przed chwil byo mi jako niedobrze. Aneta siedziaa koo mnie, ale c ja j mog obchodzi! Gdy czowiek jest niezdrw, potrzebuje koo siebie kogo swojego i pewnego. Moe mnie wyajesz za to, co ci powiem, bo to dziwne, eby takie rzeczy mwi na wieczorze, u obcych, i tak dawno po lubie, wic sama rozumiem, e troch dziwacz, ale mi ciebie naprawd potrzeba, bo - ja ci bardzo kocham.
- I ja ciebie kocham, drogie stworzenie - odpowiedzia Poaniecki, ktry w tej chwili mia uczucie, e jedynie mio do niej moe by w nim uczciw i spokojn.
Tymczasem ulewa zmniejszya si, tylko byskao jeszcze tak, e okna willi staway si co chwila jasnosine. Bigiel, ktry by na zakoczenie wieczoru odegra preludium szopenowskie, rozmawia teraz z pann Linet i Zawiowskim o muzyce i zastanowiwszy si dobrze nad swoj ide rzek:
- To tam Bukacki wymyla rozmaite podziay i typy kobiet, a ja mam swoje kryterium muzyczne. S kobiety, ktre lubi muzyk dusz, a s takie, ktre j lubi skr - i takich bym si ba.
W kwadrans pniej krtka letnia burza przesza i wypogodzio si zupenie; gocie pastwa Osnowskich poczli zbiera si do domw. Tylko Zawiowski pozosta duej od innych, by ostatni mg powiedzie pannie Linecie: - Dobranoc!
Poaniecki z obawy o Maryni kaza powozowi jecha noga za nog. W jej zmczonej gowie przesuwa si cigle obraz ma taczcego z pani Maszkow, a w uszach brzmiay sowa pani Osnowskiej: "Ach, jak oni kami, nawet najlepsi!" Ale Poaniecki otoczy j tymczasem ramieniem i trzyma opart o siebie przez ca drog - wic stopniowo niepokj jej pocz taja. Chciao jej si z caej duszy zada mu takie jakie pytanie, z ktrego mgby si domyli jej obaw i uspokoi j. Ale po chwili mylaa: "Gdyby mnie nie kocha, nie okazywaby troskliwoci. On prdzej mgby by okrutny ni udawa. Nie spytam go dzi o nic."
Poaniecki za, widocznie pod wpywem myli, ktre snu w gowie, i pod wpywem wraenia, e ona jedna moe by jego praw mioci i prawdziwym szczciem, pochyli si i pocaowa z lekka jej twarz.
"Nie spytam go o nic i jutro" - pomylaa Marynia opierajc gow o jego rami.
A po chwili jeszcze:
"Nigdy mu nic nie powiem."
I utrudzenie, zarazem duchowe i fizyczne, poczo przemaga jej siy tak, e nim dojechali do domu, oczy jej si przymkny i usna na ramieniu Poanieckiego.
Pani Broniczowa siedziaa tymczasem w salonie spogldajc ku szklanym drzwiom balkonu, na ktry narzeczeni wyszli na chwil, by odetchn odwieonym przez deszcz powietrzem i powiedzie sobie bez wiadkw: Dobranoc! Po burzy zrobia si przejasna noc, pachnca mokrymi limi, pena gwiazd, jakby wykpanych w ddu i umiechnitych przez zy. Oni stali czas jaki w milczeniu, potem poczli sobie mwi, e si z caej duszy kochaj, a wreszcie Zawiowski wysun rk, na ktrej poyskiwa piercionek, i rzek:
- Moja, bardzo kochana! Patrz na ten piercionek i nie mog mu si napatrzy. Dotychczas zdawao mi si, e to wszystko sen, i teraz dopiero miem myle, e ty bdziesz moj naprawd.
A Lineta przyoya do do jego rki, tak aby dwa piercionki byy obok siebie, i odrzeka rozmarzonym gosem:
- Tak! Ju nie ma dawnej Linety, tylko twoja narzeczona; ju cae ycie musimy do siebie nalee - i a mi dziwnie, e w tych piercionkach jest taka sia, jakby w nich byo co witego.
Zawiowskiemu zalewao serce szczcie i spokojna sodycz.
- Bo - rzek - w piercionku jest dusza, ktra si oddaje, a w zamian bierze drug dusz... I w tak zot obietnic wszczepia si wszystko, co w czowieku mwi: chc, kocham i przyrzekam!...
Panna Lineta powtrzya jak ciche echo:
- Chc, kocham i przyrzekam...
Wwczas on obj j i trzyma dugo przy piersiach a potem zacz si z ni egna. Lecz porwany si mioci i polotem wasnej swej duszy, uczyni z tego poegnania jaki religijny akt czci i adoracji.
Wic dawa "dobranoc" tym bogosawionym rkom, ktre mu day tyle szczcia, i "dobranoc" sercu, ktre go pokochao, i "dobranoc" ustom, ktre wypowiedziay mio, i "dobranoc" przeczystym oczom, przez ktre patrzya na niego wzajemno - a wreszcie dusza wysza z niego i zmienia si jakby w wietlisty krg koo tej droszej nad wiat i uwielbionej gowy...
- Dobranoc!...
Po chwili pani Broniczowa i panna Castelli zostay same w salonie.
- Zmczya mi si, dziecko? - spytaa pani Broniczowa patrzc na zbudzon jakby ze snu twarz Linety.
A panna Castelli odrzeka:
- Ach, ciociu, wracam z gwiazd, a to taka daleka droga!
Rozdzia pidziesity
Zawiowski mg sobie powiedzie, e i poetom przywieca czasem szczliwa gwiazda. Od chwili zarczyn z pann Castelli przychodzio mu wprawdzie czsto do gowy, e trzeba bdzie teraz pomyle o rodkach na urzdzenie domu i opdzenie wydatkw tak lubu jak i wesela, ale bdc przede wszystkim zakochanym i nie majc w ogle jasnego pojcia o podobnych rzeczach przedstawia sobie to wszystko tylko jak jak now trudno yciow, ktr naley przezwyciy; zama za ich ju tyle w yciu, e ufajc w swe siy mniema, e zamie i t, ale nad sposobami dotychczas nie rozmyla.
Natomiast rozmylali za niego inni. Stary pan Zawiowski, w ktrym, obok caego uznania dla geniuszw, nic nie mogo zachwia wiary, i kdy poeta musi mie w gowie: "fiu, fiu!" - wezwa Poanieckiego na osobn narad i rzek mu:
- Ja powiem otwarcie, e mi si ten chopak spodoba, bo ojciec jego by z przeproszeniem wielki hultaj: nic, panie, tylko karty, kobiety i konie!... Doczeka si te za ycia pokuty. A mody si w niego nie wda - i nie tylko ujmy nazwisku nie przynis, ale chlub. No, inni nie bardzo mnie do tego przyzwyczaili, tote o nim, da Pan Bg poy, nie zapomn, ale i zaraz chciabym dla niego co zrobi, bo cho to daleki krewny, ale krewny i nazwisko to samo, a to grunt!
Na to Poaniecki odrzek:
- Mymy ju o tym myleli, tylko to trudna rzecz. Byle wspomnie o pomocy, to mu ambicja tak bije do gowy, e najcierpliwszego moe do zoci doprowadzi.
- Prosz... Taka to harda sztuka! - przerwa z widocznym zadowoleniem pan Zawiowski.
- Tak jest. On prowadzi ksigi i korespondencj w naszym Domu od niedawna, ale szczerzemy go pokochali, wic obaj ze wsplnikiem sami zaofiarowalimy mu kredyt; powiedzielimy tak: "We kilka tysicy rubli na wydatki i urzdzenie domu, a oddasz nam w cigu trzech lat z tego, co ci wpynie za ksik." Nie chcia. Powiedzia nam, e ufa swojej narzeczonej, e jest pewny, i ona zastosuje si do niego - i nie chcia. Osnowski mia te ochot ofiarowa mu pomoc, alemy go powstrzymali wiedzc, e to na nic.... To bdzie trudna sprawa.
- Moe te on co ma?
- Ma i nie ma. Teraz dopiero dowiedzielimy si, e mu po matce zostao kilkanacie tysicy rubli, ale on z procentu utrzymuje ojca w domu dla obkanych, i kapita uwaa za nienaruszalny. e z niego nic nie wemie, to pewna, bo, nim zacz u nas urzdowa, znosi tak bied, e wprost gd mar, a nie ruszy ani grosza. To taki charakter. I zrozumie szanowny pan, dlaczego go tak cenimy. On, zdaje si, co teraz pisze i liczy, e z tego opdzi koszta urzdzenia. Moe by. Teraz jego nazwisko duo znaczy.
- Gruszki na wierzbie! - rzek pan Zawiowski. - Mwisz pan, e jego nazwisko duo znaczy? - prosz!... Ale to gruszki na wierzbie!
- Niekoniecznie; tylko, e to nie przyjdzie prdko.
- To z wami robi ceremonie, bocie mu obcy, ale ja krewny.
Poaniecki potrzsn gow:
- My mu obcy, ale dawniejsi znajomi od pana i znamy go lepiej.
Pan Zawiowski, nieprzywyky, eby mu si ktokolwiek sprzeciwia, pocz rusza swoimi biaymi wsami i sapa z niezadowolenia. Pierwszy te raz w yciu przyszo mu biedzi si o to, czy kto, komu on chce da pienidzy, raczy je przyj. Razem go to dziwio, podobao mu si i gniewao go. Przypomnia sobie teraz to, o czym Poanieckiemu nie wspomina, ile to razy paci by weksle za ojca modego czowieka - i jakie weksle! A oto jabko pado tak daleko od jaboni, e teraz by nowy i niespodziewany kopot.
- No - rzek po chwili - moe to Bg miosierny daje, e modsze pokolenia tak si zmieniaj, bo diabu do nich: ani przystp!...
Tu twarz rozjania mu si nagle ogromnie poczciw radoci. Niewyczerpany optymizm, lecy na dnie jego duszy, znalazszy realny dowd na swe usprawiedliwienie, napeni mu serce wesoymi widzeniami.
- Zgrye go tu, panie diable - rzek - kiedy to bestia jak z kamienia!... Zdolne szelmy! zawzite w robocie! - i charaktery - ot co! charaktery!
Tu wytrzeszczy oczy i krcc gow, usta zoy na znak podziwu jak do gwizdania, a potem doda:
- Prosz! i to w szlachcie! Dalibg, takem si nie spodziewa.
- Zdaje si te - rzek Poaniecki - e nie bdzie innej rady, tylko panna Castelli musi si do niego zastosowa.
Lecz stary szlachcic skrzywi si nagle:
- To niby si gada! hm! Zastosuje si, nie zastosuje? - licho j wie! Moda, jak to moda, moe i gotowa na wszystko, ale kto zarczy, na jak dugo? A prcz tego jest tam ciotka i ten usuny nieboszczyk, co to, jak, panie, huknie spod ziemi, to i gadaje z nim!... Ja, dalibg, ceni takich, co si dorobili majtku, ale jak kto wylaz z folwarku, nie ze dworu, a udaje, e mieszka zawsze w paacach, to mu si chce paacw. I tak byo ze starym Broniczem. Na prnoci tam nie zbywao im obojgu, i w takiej szkole chowaa si moda. Nic, panie, tylko wygody i zbytek. Ignacy ich pod tym wzgldem nie zna - i pan nie znasz. Taka, ot! (tu wskaza gow na crk) poszaby na poddasze, jakby raz daa sowo, ale tam moe nie pj atwo.
- Ja ich nie znam - rzek Poaniecki - i rnie o nich syszaem, a przez yczliwo dla Ignasia chciabym wiedzie wreszcie, co o nich sdzi.
- Co o nich sdzi? Ja znam je dawniej, a te nie bardzo wiem. Ano! sdzc z tego, co gada sama Broniczowa - wite kobiety, panie, najzacniejsze!... I pobone! - ho! za ycia by je kanonizowa!... Ale to, widzisz pan, jest tak: s u nas kobiety, ktre Boga i przykazania wiary nosz w sercu, a s te i takie, ktre sobie z naszej katolickiej religii robi katolicki sport - i takie najgoniej gadaj i wyrastaj, gdzie ich nie posia. Ot, co jest!
- A, jak pan ma suszno - rzek miejc si Poaniecki.
- Co? nieprawda? - spyta Zawiowski. - Ja si napatrzy rnym rzeczom w yciu... Ale wrmy do materii. Masz tedy pan jaki sposb, eby ten bik przyj pomoc, czy nie masz?
- Trzeba bdzie co obmyle, ale w tej chwili nic mi do gowy nie przychodzi.
Wtem panna Helena Zawiowska, ktra, zajta wyszywaniem na kanwie, milczaa do tej chwili, jakby nie syszc rozmowy, podniosa nagle swe stalowe, zimne oczy i rzeka:
- Jest sposb bardzo prosty.
Stary szlachcic spojrza na ni:
- Ot i znalaza! C to za taki prosty sposb?
- Niech papa zoy dostateczny kapita dla ojca pana Ignacego.
- To lepiej byo ci nie radzi. Ju ja dosy w yciu zrobi dla ojca pana Ignacego, cho go nie chciaem na oczy widzie, a teraz chciabym co zrobi dla samego pana Ignacego.
- Tak, ale jeli jego ojciec bdzie mia zabezpieczony do mierci procent, to on sam bdzie mg rozporzdza tym, co ma po matce.
- A jak mi Bg miy, prawda! - rzek ze zdumieniem pan Zawiowski. - Patrze pan! Tomy obaj na prno gowy amali, a ona znalaza! Jak mi Bg miy, prawda!
- Pani ma zupen suszno - rzek Poaniecki.
I spojrza na ni z ciekawoci, lecz ona ju pochylia sw obojtn i jakby przedwczenie zwid twarz nad robot.
Wiadomo o takim obrocie sprawy ucieszya mocno pani Poanieck i Bigielw, a przy tym daa powd do rozmw o pannie Helenie Zawiowskiej. Niegdy miaa ona opini panny zimnej i cenicej nad wszystko formy; lecz opowiadano, e pniej przez ten chd przedaro si do jej serca wielkie uczucie, ktre zmieniwszy si w tragedi zmienio rwnie i t niegdy wiatow istot na kobiet dziwn, oderwan od ludzi, zamknit w sobie, zazdrosn o swj bl. Niektrzy wynosili jej wielk dobroczynno, ale jeli istotnie bya dobroczynn, to tak skrycie, e nikt nic dobrze nie wiedzia. Trudno te byo komukolwiek si do niej zbliy, gdy obojtno jej zbyt bya podobna do dumy. Mczyni utrzymywali, e w obejciu jej jest wprost co pogardliwego, jakby nie moga darowa im, e yj.
Zawiowski by w Przytuowie i wrci dopiero w tydzie po rozmowie starego z Poanieckim, to jest wwczas, gdy szlachcic zoy ju na imi jego ojca dwa razy wikszy kapita ni ten, ktry suy dotychczas na opat domu zdrowia. Dowiedziawszy si o tym polecia dzikowa i broni si przed przyjciem, lecz stary czujc pewny grunt pod nogami zburcza go z miejsca.
- A ty co masz tu do gadania - rzek - kiedy ja dla ciebie nic nie zrobi?... Tobie nic nie daem, wic nie masz prawa przyjmowa albo nie przyjmowa, a e mi si podobao przyj z pomoc choremu krewnemu, to kademu wolno.
I rzeczywicie nie byo na to nic do odpowiedzenia, wic skoczyo si na uciskach i wzruszeniu, w ktrym obaj ci, niedawno obcy sobie ludzie, poczuli si naprawd krewnymi.
Nawet i panna Helena okazywaa "panu Ignasiowi" yczliwo, co za do starego pana Zawiowskiego, ten bolejc skrycie nad tym, e nie ma syna, pokocha modego czowieka serdecznie, i gdy w tydzie pniej pani Broniczowa wpadszy dla jakiego sprawunku do Warszawy przysza dowiedzie si, co sycha z pedogr, a zarazem mwic o modej parze powtrzya kilkakrotnie na wiksz chwa "Niteczki", e wychodzi za czowieka bez majtku, staruszek zniecierpliwi si i zawoa:
- Co mi tam pani mwisz! Bg to raczy wiedzie, kto robi lepsz parti nawet pod wzgldem majtkowym, nie mwic ju o innych.
I pani Broniczowa, ktra zreszt znosia wszystko od starego weredyka, zniosa gadko nawet wzmiank o "innych wzgldach". Natomiast w p godziny pniej rozpucia do woli skrzyda wyobrani. Odwiedziwszy po drodze Poanieckich opowiedziaa im, e pan Zawiowski formalnie przyrzek jej uczyni ze swoich majtkw pruskich ordynacj dla "tego kochanego Ignasia". Sama wyznaa rwnie, e pokochaa "tego kochanego Ignasia" tak niepohamowanym macierzyskim uczuciem, i chwilami zastpowa w jej sercu Lola. W kocu wyrazia niezachwian pewno, i Teodor pokocha go nie mniej od niej i e dla obojga pami Lola staa si przez to mniej bolesn.
Zawiowski nie wiedzia ani o tym, e w sercu pani Broniczowej zastpi Lola, ani o wynalezionej przez ni ordynacji. Spostrzeg jednak, i jego stosunek do ludzi poczyna si zmienia. Wiadomo o owej ordynacji musiaa si rozej z piorunujc szybkoci po miecie, albowiem znajomi witali go jako inaczej, a nawet koledzy biurowi, ludzie uczciwi, poczli z nim by mniej poufali. Wrciwszy z Przytuowa musia pj w odwiedziny do wszystkich, ktrzy byli obecni na wieczorze zarczynowym u Osnowskich, i szybko, z jak mu odda wizyt taki na przykad Maszko, wiadczya rwnie o tej zmianie stosunku. Maszko w pierwszych chwilach znajomoci traktowa go troch z gry. Teraz nie przesta wprawdzie by protekcjonalnym, ale ile byo yczliwej i przyjacielskiej poufaoci w jego obejciu, jaka wyrozumiao - nawet dla poezji! Nie! Maszko nic nie mia przeciw poezji; wolaby moe, eby wiersze Zawiowskiego byy w duchu odpowiedniejszym obozowi prawdziwie dobrze mylcych ludzi, ale w ogle na istnienie poezji si zgadza, a nawet j pochwala. askawe jego usposobienie i dla poezji, i dla poety wida byo w jego spojrzeniu, w jego umiechu, w powtarzaniu co chwila: "Ale owszem, owszem, ale bardzo!" Zawiowski, ktry by pod wieloma wzgldami naiwny, lecz przy tym wyjtkowo inteligentny, zrozumia jednak, e w tym wszystkim jest jakie udawanie czego, i pomyla:
"Dlaczego ten, niby rozumny, czowiek tak pozuje, e to wida?"
I tego samego dnia poruszy to pytanie w rozmowie u Poanieckich, u nich bowiem pozna by Maszk.
- Ja, gdybym pozowa - rzek - starabym si tak robi, eby si na tym nie poznali.
- Ci, ktrzy pozuj - odpowiedzia Poaniecki - licz na to, e cho si ludzie na pozie poznaj, w kocu przez samo lenistwo lub brak odwagi cywilnej zgodz si na to, co poza ma wyraa. To zreszt trudna rzecz. Czy pan uwaa, e kobiety, ktre si ruj, trac z wolna miar w oku? Z pozowaniem jest tak samo. Najinteligentniejsi trac miar.
- Prawda - odpowiedzia Zawiowski - jak rwnie prawda i to, e ludziom mona wszystko narzuci.
- Co do Maszki - mwi dalej Poaniecki - wie przy tym, e si enisz z pann, ktra uchodzi za zamon; wie, ecie si polubili ze starym panem Zawiowskim, i moe chciaby za pask protekcj zbliy si z nim. Maszko musi myle o przyszoci, bo mwiono mi, e sprawa o zwalenie testamentu, od ktrej zaley jego los, nie stoi zbyt pomylnie.
Jako tak byo. w mody adwokat, wystpujcy w obronie testamentu, okazywa a nadto wiele zrcznoci, energii i oporu.
Lecz na tym skoczya si rozmowa o Maszce, albowiem pani Marynia zacza si wypytywa o Przytuw i jego mieszkacw, dla Zawiowskiego za by to przedmiot niewyczerpany. W wyrazistym opowiadaniu ukaza si dwr przytuowski, z lipami przy drogach, dalej cienisty ogrd, stawy, trzciny, olszyny i na widnokrgu pas sosnowego lasu. Krzemie, ktry by ju zblad w pamici Maryni, stan przed ni teraz jak ywy, i w tym chwilowym odyciu tsknoty pomylaa, e kiedy, kiedy poprosi Stacha, by j zawiz cho do Wtorw, do tego kocika, w ktrym j chrzcili i w ktrym pochowana bya jej matka. Moe w tej chwili Krzemie przypomnia si i Poanieckiemu, albowiem machnwszy rk, rzek:
- To wszdzie na wsi tak samo. Pamitam, co mawia Bukacki; e on lubiby namitnie wie, ale pod warunkiem, eby w domu by doskonay kucharz, dua biblioteka, adne i inteligentne kobiety - i eby nie potrzebowa duej tam siedzie na rok ni dwa dni. I ja go rozumiem.
- A jednak - rzeka Marynia - tak ci si chce mie swj kawaek ziemi pod miastem?
- eby latem mieszka u siebie, nie u Bigielw, jak musimy uczyni w tym roku.
- A we mnie - rzek Zawiowski - jak tylko jestem na wsi, odzywaj si jakie polne instynkta. Zreszt moja narzeczona nie lubi miasta, a to dla mnie dosy.
- Linetka naprawd nie lubi miasta? - spytaa z zajciem Marynia. - Bo to urodzona artystka. Ja przecie take patrz na natur i odczuwam j, ale ona pokazuje mi takie rzeczy, ktrych sam nie umiabym dostrzec. Przed kilku dniami wybralimy si wszyscy do lasu, gdzie pokazywaa mi na przykad paprocie w socu. To takie adne! Nauczya mnie take, e pnie sosen maj, zwaszcza w wieczornym owietleniu, ton fioletowy. Ona otwiera mi oczy na kolory, ktrych przedtem nie widziaem, i jak jaka wrka chodzc po lesie pokazuje mi nowe wiaty.
Poaniecki pomyla, e wszystko to moe by dowodem artyzmu, ale moe by rwnie objawem mody i tego wmawianego w siebie powszechnie zamiowania do malarstwa, a w nim do kolorytu, ktrym wojuje dzi byle panna nie z mioci dla sztuki, ale dla popisu. Sam on nie zajmowa si malarstwem, spostrzeg jednak, e dla wiatowych gsek stao si ono w ostatnich czasach towarem, chtnie wystawianym na jarmarku prnoci, albo, inaczej mwic, frazesem majcym dowodzi artystycznej kultury i artystycznej duszy.
Ale zachowa te myli dla siebie. Zawiowski za mwi dalej:
- Ona przy tym ogromnie lubi dzieci wiejskie! Mwi, e to takie doskonae modele i mniej spospolitowane ni mode Woszta. Jak pogoda, cay dzie jestemy na wieym powietrzu i opalilimy si oboje. Ucz si te gra w tenis i robi wielkie postpy. To si zdaje atwo, a z pocztku idzie bardzo trudno. Pan Osnowski grywa zapalczywie, eby nie uty. Trudno wypowiedzie, co to za dobry i delikatny czowiek.
Poaniecki, ktry za czasw swego pobytu w Belgii uprawia tenis nie mniej zapalczywie od pana Osnowskiego, pocz si teraz chepi swym dowiadczeniem i rzek:
- ebym tam by, pokazabym wam, jak si gra w tenis.
- Mnie tak! - odpowiedzia Zawiowski - ale oni tam zreszt dobrze graj, zwaszcza Kopowski.
- A, to pan Kopowski jest w Przytuowie? - spyta Poaniecki.
- Jest - odpowiedzia Zawiowski.
I nagle obaj spojrzawszy sobie w oczy w jednej chwili odgadli, e obaj co wiedz - i umilkli. Nastaa chwila ciszy i nawet zakopotania, albowiem pani Marynia zaczerwienia si niespodzianie, a nie umiejc tego ukry, czerwienia si coraz mocniej.
Zawiowski, ktry rozumia dotd, e jest wycznym posiadaczem tajemnicy, spostrzeg ze zdziwieniem jej rumiece i zmiesza si rwnie, nastpnie za chcc zakopotanie zagada, pocz mwi popiesznie:
- Tak, Kopowski jest w Przytuowie. Pan Osnowski zaprosi go dlatego, e panna Lineta nie skoczya jego portretu, a pniej nie bdzie na to czasu. Prcz tego, bawi tam krewna pana Osnowskiego, panna Ratkowska, i myl, e Kopowski o ni si stara. To bardzo mia i cicha panienka. W sierpniu wyjedamy wszyscy do Scheveningen, bo te panie nie lubi Ostendy... Gdyby pan Zawiowski nie by przyszed z tak serdeczn pomoc memu ojcu, ja nie bybym mg pojecha, ale teraz mam rozwizane rce...
To rzekszy pocz mwi z Poanieckim o swym stanowisku w biurze, ktrego nie chcia porzuci. Prosi natomiast, by ze wzgldu na wyjtkowe okolicznoci mg otrzyma kilkomiesiczny urlop. Po czym poegna si i wyszed, albowiem pilno mu byo do pisania listu do narzeczonej. Za par dni mia znw jecha do Przytuowa, ale tymczasem pisywa, niekiedy nawet po dwa razy dziennie.
I przez drog do swego mieszkania ukada sobie sowa listu, wiedzia bowiem, e panna Lineta bdzie czytaa go na wspk z pani Broniczow, e obie bd szukay w nim nie tylko serca, ale skrzyde, i e pikniejsze ustpy bd czytane pod sekretem pani Anecie, panu Osnowskiemu, a nawet pannie Ratkowskiej. Ale nie bra tego za ze swojej ukochanej "Niteczce" - owszem, by jej wdziczny, e si nim chlubi, i dokada wszystkich si, by odpowiedzie jej wysokiemu o nim wyobraeniu. Nie gniewaa go rwnie myl, e ludzie bd wiedzieli, jak j kocha. "Niech wiedz, e jest kochana tak jak nikt w wiecie!"
Obok tego, myla teraz troch i o Maryni. Rumiece jej wzruszyy go, widzia w nich bowiem dowd przeczystej natury, ktra nie tylko sama nie byaby zdolna do zego, ale ktr nawet zo cudze zawstydza, uraa i trwoy. I porwnujc j z Osnowsk, zrozumia, jaka jednak przepa moe dzieli kobiety, pozornie bliskie sobie przez pooenie towarzyskie i poziom umysowy.
Poaniecki za rzek po wyjciu Zawiowskiego:
- Widziaa, e i Zawiowski musia czego dopatrzy. Teraz nie mam ju wtpliwoci. lepy ten Osnowski! lepy!
Pani Marynia za odpowiedziaa:
- Wanie jego zalepienie powinno j uj i powstrzyma. To byoby okropne!
- To nie "byoby" - to jest. Widzisz, szlachetne dusze pac za ufno wdzicznoci, pode - pogard.
Rozdzia pidziesity pierwszy
Dla pani Maryni sowa te byy wielk otuch, mylc bowiem o swoich poprzednich niepokojach mniemaa zarazem, e Poaniecki nie powiedziaby nic podobnego, gdyby by zdolnym zawie jej ufno. Nie przypuszczaa te, e czowiek inn moe mie miar ogln, inn osobist i e w yciu co krok napotyka si takie dwie rne miary. Mwia sobie, e do jest okazywa mowi ufno bez granic, by go od wszystkiego powstrzyma, i z mniejsz obaw mylaa teraz o bliskim ssiedztwie letniego domu pani Krasawskiej z domem Bigielw, w ktrym oboje z mem mieli przepdzi lato. atwo bowiem byo odgadn, e pani Maszkowa, ktra ju si bya przeniosa do domu matki, bdzie z samych nudw czstym gociem u Bigielw. Maszko nie wysa jej do Krzemienia, nie chcc si z ni na letnie miesice rozcza. Z Warszawy, w ktrej musia zosta dla interesw, atwo mu byo codziennie dojeda do ony mieszkajcej o godzin od rogatek, tymczasem odlegy Krzemie wycza mono podobnych wypraw. Maszce, zakochanemu szczerze w onie, obecno jej bya potrzebna jako pokrzepienie, albowiem nadchodziy znw na niego cikie czasy. Sama sprawa o zwalenie testamentu nie bya jeszcze wcale stracona, nie braa jednak, z powodu sprystoci obrony, pomylnego obrotu; poczynaa si przewleka, i ludzie poczli o niej wtpi - ju za to samo byo dla Maszki niemal klsk. Kredyt jego, ktry z pocztku sprawy tak by ody i rozkwit jak jabo na wiosn, pocz si powtrnie chwia. led, ktry by osobistym Maszki wrogiem i czowiekiem w ogle zawzitym, nie tylko nie poprzesta na rozpuszczaniu wieci o zym pooeniu swego wspzawodnika, lecz postara si, by wtpliwoci co do pomylnego zakoczenia sprawy przedary si i do prasy. Pocza si bezlitosna wojna prawna i osobista. Maszko bowiem stara si rwnie szkodzi wszelkimi siami nieprzyjacielowi, a przy spotkaniach si z nim zachowywa si wprost wyzywajco. Nie przynosio mu to jednak korzyci. Kredyt stawa si coraz trudniejszy, a wierzyciele, lubo spacani dotd regularnie, tracili ufno. Zaczo si znw gorczkowe poszukiwanie pienidzy w tym celu, by jednym dugiem zepchn drugi i podtrzyma opini natychmiastowej wypacalnoci. Maszko zuywa na to tyle inteligencji i energii, e gdyby nie zasadniczy fasz w jego yciowych stosunkach, byby z tymi przymiotami doszed do sawy i wielkiego majtku.
Zwalenie testamentu mogo wszystko uratowa, ale na to trzeba byo czeka, a tymczasem wiza rwce si tu i owdzie nici, co byo rwnie nieatwym, jak i upokarzajcym. Przyszo do tego, e we dwa tygodnie po przeniesieniu si Poanieckich do Bigielw, gdy pastwo Maszkowie przybyli do nich w odwiedziny, Maszko zmuszony by zada od Poanieckiego "przyjacielskiej usugi", to jest - podpisania wekslu na kilka tysicy rubli.
Poaniecki by z natury czowiekiem uczynnym i raczej hojnym, ale mia swoj teori, ktra w sprawach pieninych nakazywaa mu by trudnym - i skutkiem tego podpisu odmwi, natomiast za uczstowa Maszk swymi pogldami na kwestie pienine midzy przyjacimi.
- Gdy chodzi nie o obustronny korzystny interes - rzek mu - ale o usug prywatn, odmawiam podpisu z zasady; natomiast su gotwk, o ile znajomy lub przyjaciel potrzebuje jej z powodu chwilowego kopotu, nie za z powodu rozpaczliwego pooenia. W tym ostatnim razie wol zachowa moj usuno na pniej.
- To si znaczy - odrzek sucho Maszko - e dajesz mi lekk nadziej wsparcia, gdybym zbankrutowa?
- Nie. To si znaczy, e jeli przyjdzie katastrofa, wwczas zacignwszy u mnie poyczk bdziesz mg schowa to, co poyczysz, lub rozpocz z owym kapitaem co na nowo. Obecnie rzucisz go jak w przepa, ze szkod dla mnie, bez poytku dla siebie.
Maszko obrazi si.
- Mj drogi - rzek - widzisz moje pooenie w gorszym wietle ni ja sam i ni jest rzeczywicie. Wanie jest to chwilowy kopot i may kopot. Ceni twoje dobre chci, ale dzi jeszcze nie oddabym moe moich widokw za twj gotowy majtek. Teraz za mam jedn przyjacielsk prob, mianowicie: ebymy nie mwili o tym wicej.
I obaj wrcili do pa: Maszko zy na siebie, e czegokolwiek da, Poaniecki, e daniu odmwi. Jego teoria, i w interesach pieninych naley by nieuytym, nieraz sprawiaa mu podobne przykroci, nie mwic o szkodach, ktre mu w yciu przyniosa.
Przy paniach jego zy humor powikszy si jeszcze z powodu porwnania pomidzy pani Maszkow a Maryni. Ku wielkiemu umartwieniu Maszki, nic dotd nie zwiastowao, by pani Maszkowa miaa zosta matk, a co wiksza, zaufany lekarz, ktry zna j od dziecistwa, pocz wtpi, czy to kiedykolwiek nastpi. Natomiast zachowaa ca wysmuko panieskich ksztatw i teraz zwaszcza, w perkalowej letniej sukni, wygldaa przy bardzo zmienionej i ociaej Maryni nie tylko jak dziewczyna, ale jak osoba modsza o kilka lat. Poaniecki, ktremu si zdawao, e si ju upora z tym dziwnym pocigiem, jaki na niego wywieraa, uczu nagle, e tak nie jest i e z powodu bliskiego ssiedztwa widujc j czsto, bdzie coraz bardziej poddawa si jej fizycznemu urokowi.
Stosunek jego do ony sta si jednak od czasu zarczynowego wieczoru Zawiowskiego cieplejszy, i Marynia bya mielsz ni poprzednio, tote teraz po wyjciu Maszkw spostrzegszy, e Poaniecki poegna si z Maszk zimniej ni zwykle i e w ogle by zy, spytaa, czy si nie pornili.
Poaniecki nie mia zwyczaju mwi z ni o interesach, ale w tej chwili by niezadowolony z siebie i uczu tak potrzeb wypowiedzenia tego, co mu ciyo, jak zawsze odczuwa czowiek, troch egoista, majcy pewno, e znajdzie wspczucie w oddanym mu sercu, wic rzek:
- Odmwiem Maszce poyczki i szczerze ci powiem, e mi teraz przykro. On ma przed sob jeszcze widoki ratunku, ale pooenie jego jest takie, e nim dojdzie do celu, moe si przez lada przeszkod przewrci. Ostatecznie, nigdy nie bylimy z nim w przyjani, prawie go nie lubi; razi mnie, gniewa, ale jednak ycie stykao nas ustawicznie, a oprcz tego, on odda nam raz wielk przysug. Wprawdzie oddawaem i ja jemu usugi, ale teraz on znw ma n na gardle.
Marynia suchaa z przyjemnoci tych sw, pomylaa bowiem, e gdyby Stach by naprawd pod urokiem pani Maszkowej, to nie byby poyczki odmwi, a po wtre, widziaa w jego alu dowd dobrego serca. al byo i jej Maszkw, ale nie wnisszy mowi prawie adnego posagu nie miaa go wprost prosi, by przyszed im w pomoc, wic tylko spytaa:
- Czy mylisz, e to musiaoby by stracone?
- Moe tak, moe nie - odpowiedzia Poaniecki.
Po czym doda z pewn chepliwoci:
- Odmwi to ja umiem. Bigiel ma miksze serce.
- Tylko nie mw! Ty taki poczciwy! Najlepszy dowd, e ci to takie przykre.
- Naturalnie, e nie moe by przyjemnie pomyle, e czowiek, choby obcy, wije si tam, jak w, z powodu kilku tysicy rubli. Ja wiem, o co chodzi. Maszko da ostateczny termin na jutro, przedtem szuka wszdzie pienidzy, ale szuka ostronie, nie chcc robi haasu i przestrasza wierzycieli, a w ostatecznoci liczc na mnie. Ot, widzisz, jutro nie zapaci. Przypuszczam, e za kilka dni znajdzie jeszcze tyle, ile mu potrzeba, ale tymczasem opinia jego akuratnoci zachwieje si, a w pooeniu, w jakim jest, wszystko moe by dla niego zgub.
Pani Marynia pocza patrze na ma, wreszcie rzeka z pewn niemiaoci:
- A tobie byoby to naprawd trudno?
- Jeli chcesz prawdy, to wcale nie. Ja mam tu nawet ze sob ksieczk czekow, a wziem j dlatego, ebym mg zaraz zadatkowa, jeli jak kolonijk upatrz.
Potem zacz si mia.
- O! - rzek - protekcja i wspczucie dla dawnego adoratora! Zaczyna mi to dawa do mylenia.
Pani Marynia rwnie pocza si mia, bo rada bya, e rozjania twarz ma, lecz przeczc swoj wdziczn gwk, rzeka:
- Nie! to nie wspczucie dla adoratora, tylko brzydki egoizm, bo sobie myl, czy te par tysicy rubli warte przykroci mojego Stacha.
Wwczas Poaniecki pocz gadzi doni jej wosy.
- Ty jednak - rzek - jeste poczciwa kobiecinka z kociami.
Po czym spyta:
- No, wic decyduj: raz, dwa, trzy! - da?
Ona nie odrzeka nic, tylko jak rozpieszczone dziecko pocza mruga oczyma na znak, eby da. Obojgu uczynio si naraz wesoo, jednake Poaniecki j udawa, e narzeka, i mrucze:
- Oto, co jest by pod pantoflem. Wcze si tu, czowieku, po nocy i pro pana Maszki, eby przyj twoje pienidze, dlatego e tej oto rozpieszczonej figurze tak si podoba!
A jej serce zalewao si po prostu radoci, e j nazwa "rozpieszczon figur". Wszystkie jej dawne smutki, wszelkie niepokoje zniky, jakby zaklte tymi sowami. Rozpromienione jej oczy patrzyy na ma z nieopisan mioci.
Po chwili spytaa:
- Czy to koniecznie zaraz musisz tam i?
- Naturalnie. Maszko jutro o smej jedzie do miasta i bdzie cay dzie lata.
- To ka sobie zaprzc biedk Bigiela.
- Nie! Ksiyc wieci i niedaleko. Pjd piechot.
To rzekszy poegna on i zabrawszy z sob ksieczk z czekami, poszed. Po drodze myla:
"Jednakowo t Maryni mona by do rany przyoy. To takie zote stworzenie, e choby czowiek chcia czasem zrobi jakie szelmostwo, po prostu nie ma serca. Da mi Bg tak on, jakich mao na wiecie."
I czu w tej chwili, e j kocha naprawd. Czu rwnie, e mio sama w sobie, jako wzajemny pocig istot odmiennej pci, nie jest jeszcze szczciem, a le skierowana moe by nawet niedol; ale e natomiast nawet wyobrania ludzka nie potrafi wymarzy wikszego szczcia na wiecie, jak wielka i zarazem prawa mio w maestwie. - "Nad to nie masz nic - mwi Poaniecki - i pomyle, e to ley pod rk, e to jest przystpne dla kadego, e to rzecz jedynie dobrej i uczciwej woli, a ludzie depc po tym gotowym skarbie i powicaj spokj dla targaniny, a cze dla bezczci!"
Tak rozmylajc doszed do willi Maszkw, ktrej okna byszczay, jak wielkie latarnie na ciemnym tle lasu. Wszedszy przez furtk na owiecone ksiycem podwrze i zbliywszy, si do ganku, ujrza przez szyby przylegego do sieni pokoiku oboje Maszkw siedzcych na niskiej skrconej w semk kanapce, przy ktrej znajdowa si stolik z lamp. Maszko obejmowa ramieniem stan ony, drug za rk trzyma jej do, ktr to podnosi do ust, to znia, jakby za co dzikowa. Nagle obj obu ramionami mod kobiet, przycign j ku sobie i przechyliwszy pocz namitnie caowa jej usta, ona za z rkoma opuszczonymi bezwadnie na kolana, nie oddajc mu pieszczot, ale te nie bronic si, poddawaa im si tak biernie, jakby bya istot pozbawion zarwno woli, jak krwi. Przez chwil Poaniecki widzia tylko wierzch gowy Maszki, jego dugie faworyty, poruszajce si od pocaunkw - i na ten widok krew uderzya mu do gowy. Obla go taki sam ukrop dzy, jak wwczas, gdy szuka tasiemek do okrycia pani Osnowskiej - i tym bardziej palcy, e spotgowany caym szeregiem poprzednich pokus. Ten dziwny dla samego Poanieckiego, czysto fizyczny pocig, z ktrym od dawna walczy, ody teraz z niepohamowan si. Przez mgnienie oka zbudziy si w nim dzikie instynkty pierwotnego czowieka, ktry na widok podanej kobiety w cudzym objciu wpada we wcieko i gotw si o ni porwa za bary ze szczliwym wspzawodnikiem. Wraz z dz zapieka go zazdro, nieprawa, ndzna i najnisza ze wszystkich rodzajw zazdroci, bo czysto fizyczna, a jednak tak nieokieznana, e on, ktry dopiero co rozumowa, i tylko uczciwa mio do ony moe by prawdziwym szczciem, podeptaby w tej chwili to szczcie i t mio, byle mc podepta Maszk, a samemu chwyci w ramiona to wysmuke ciao kobiece i pokrywa pocaunkami t twarz lalki, bezmyln i mniej pikn od twarzy jego wasnej ony.
Tymczasem w widok przez szyby nie tylko wzburzy go, ale sta mu si nieznonym, wic podskoczywszy do drzwi pocign gorczkowo za dzwonek - i myl, e w dwik, ktry nagle rozleg si wrd ciszy, musia przerwa maeskie pieszczoty, sprawia mu jak dzik i zoliw rado. Gdy sucy otworzy drzwi, kaza si oznajmi, sam za usiowa uspokoi si i uoy jako tako to, co mia powiedzie Maszce.
Po chwili Maszko wyszed do niego, z twarz nieco zdziwion.
- Wybacz, e przychodz tak pno - rzek Poaniecki - ale ona zburczaa mnie za to, em ci odmwi usugi, e za wiem, i wyjedasz jutro rano, przyszedem dzi jeszcze, by t spraw zaatwi.
Na twarzy Maszki odbia si tajemna rado. Domyli si on od razu, e tak pne odwiedziny Poanieckiego maj jaki zwizek z ich poprzedni rozmow, nie spodziewa si jednak, e rzecz od razu pjdzie tak gadko.
- Prosz ci - rzek. - ona moja jeszcze nie pi.
I wprowadzi go to tego samego pokoju, w ktrego wntrze Poaniecki spoglda przed chwil przez szyby. Pani Maszkowa siedzc na tej samej kanapce trzymaa w rku n do rozcinania kartek i ksik, ktr widocznie przed chwil wzia ze stolika. Zgaszona jej twarz wydawaa si spokojn, ale na policzkach wida byo lady wieych pocaunkw i usta miaa wilgotne, a oczy mgliste. W Poanieckim znw zawrzaa krew i mimo wszelkich wysikw, by zachowa si obojtnie, cisn tak silnie podan sobie rk, e usta pani Maszkowej cigny si jakby z blu.
Jego za, z chwil gdy dotkn jej rki, mrowie przebiego od stp do gowy. Byo w samym jej podaniu doni co tak biernego, e mimo woli przeleciao mu przez gow, e ta kobieta nie jest zdoln do adnego oporu wzgldem kogokolwiek, kto bdzie mia odwag i zuchwao zdoby si na prosty zamach.
Tymczasem Maszko pocz mwi:
- Wyobra sobie, emy obaj dostali bur: ty, e mi usugi odmwi, a ja, em jej zada. Ty masz poczciw on, ale i moja nie gorsza. Twoja wzia mnie w obron, a moja ciebie. Przyznaem jej si otwarcie do chwilowego kopotu, a ona wyajaa mnie, em tego od razu nie uczyni. Oczywicie nie mwia do mnie jak prawnik, bo o tym nie ma pojcia, ale koniec kocem powiedziaa mi, e pan Poaniecki susznie mi odmwi, e trzeba wierzycielowi da jak pewno i e t pewno ona gotowa jest da na swoim doywociu i w ogle na wszystkim, co jest jej... Wanie dzikowaem jej za jej poczciwo w chwili, gdy nadszed.
Tu Maszko pooy rk na ramieniu Poanieckiego.
- Mj kochany - rzek - zgodz si z tob, e twoja pani jest najlepsza w wiecie istota, a zgodz si tym bardziej, e mam wiey tego dowd, pod warunkiem jednak, i mi przyznasz, e moja nie gorsza. Nie powinno ci te dziwi, e chowam przed ni moje kopoty, bo dalibg, dobrem gotw jestem si z takim kochanym stworzeniem zawsze podzieli, ale ze, tym bardziej chwilowe, zachowuj tylko dla siebie, i gdyby j zna tak jak ja, to by si temu nie dziwi.
Poaniecki, ktry poza ca pokus, jak dla niego bya pani Maszkowa, nie mia wcale o niej wygrowanego pojcia i bynajmniej nie uwaa jej za zdoln do ofiar, pomyla:
"Albo to jest naprawd dobra kobieta, i ja si myl, albo Maszko okama j tak, i istotnie uwaa jego pooenie za wietne, a kopot za zupenie chwilowy."
I gono rzek do niej:
- Ja jestem czowiek cisy w interesach, ale za kogo mnie pani ma przypuszczajc, e dabym jakiej pewnoci na majtku pani? Odmwiem jedynie przez lenistwo - i ogromnie si wstydz; odmwiem dlatego, by w danym razie nie potrzebowa jedzi do Warszawy po nowe zapasy. W lecie czowiek robi si leniuchem i egoist. Ale w ogle chodzi o ma rzecz, i ludziom, ktrzy jak m pani zajmuj si interesami, takie kopoty zdarzaj si codziennie. Nieraz potrzebuje si poyczki dlatego tylko, e wasnych pienidzy nie mona na czas podnie.
- I wanie to mi si trafio - rzek Maszko, widocznie zadowolony, e Poaniecki tak przedstawia spraw jego onie.
- Mama zajmowaa si interesami, wic ja si na tym nie znam - wtrcia pani Maszkowa - ale dzikuj panu.
Poaniecki za pocz si mia:
- Wreszcie, co mi po pani porczeniu? Przypuszczam na chwil, e zbankrutujecie, a przypuszczam wanie dlatego, e nic podobnego pastwu nie grozi: czy pani wyobraa sobie w takim razie mnie, procesujcego pani i zabierajcego jej dochody?
- Nie! - rzeka pani Maszkowa.
Poaniecki podnis jej rk do ust, ale przy wszelkich pozorach wiatowej grzecznoci wpi w ni usta ze wszystkich si, a jednoczenie we wzroku, ktrym na ni patrza, bya taka namitno, e adne wyznanie sowami nie zdoaoby jej wicej powiedzie.
Ona za nie chciaa da pozna, e to rozumie, chocia rozumiaa dobrze, e w pozr grzecznoci by dla ma, a moc pocaunku dla niej, rozumiaa rwnie, e si Poanieckiemu podoba, e jej pikno pociga go - najlepiej jednak rozumiaa, e w tej chwili tryumfuje nad Maryni, o ktrej urod bya jeszcze jako panna zazdrosna, wic czua przede wszystkim gbokie zadowolenie mioci wasnej.
Spostrzega zreszt ju od dawna, e Poaniecki ponie przy niej - nie bya za natur ani tak uczciw, ani tak delikatn, by to mogo j urazi lub zabole. Przeciwnie: budzia si w niej ciekawo, zajcie i prno. Instynkt ostrzega j wprawdzie, e to jest czowiek zuchway, ktry w danym razie gotw jest posun si za daleko - i myl ta przejmowaa j czasem obaw; ale gdy dotd nie zdarzyo si jeszcze nic podobnego, sama nawet obawa miaa dla niej pewien urok.
Tymczasem za rzeka Poanieckiemu:
- Mama zawsze mwia o panu jak o czowieku, ktremu w kadym wypadku mona by zaufa.
Mwia to zwykym sobie, wycedzonym gosikiem, co Poaniecki nieraz poprzednio wymiewa, ale teraz wszystko byo w niej dla niego tym wiksz pont, wic patrzc jej cigle w oczy rzek:
- Niech i pani tak myli o mnie.
- Ufajciee sobie nawzajem - wtrci artobliwie Maszko - a ja pjd do siebie przygotowa, co potrzeba, i za chwil spraw zaatwimy.
Poaniecki i pani Maszkowa zostali sami. Na jej twarzy odbio si pewne zakopotanie, dla pokrycia ktrego pocza poprawia ciemnik na lampie, on za zbliy si szybko do niej i pocz mwi:
- Bd szczliwy, jeli i pani zechce tak myle o mnie. Ja jestem czowiek bardzo pani oddany, bardzo!... Chciabym mie cho przyja pani... Czy mog na ni liczy?
- Tak.
- Dzikuj.
To rzekszy wycign ku niej rk, bo zreszt wszystko to, co mwi, zmierzao tylko do tego, by opanowa jej do. Jako pani Maszkowa nie miaa mu jej odmwi, on za chwyciwszy j opar na niej usta po raz drugi, ale tym razem, nie poprzestajc na jednym pocaunku, pocz j niemal poera. W oczach mu si zamio. Chwila jeszcze, a byby w zapamitaniu chwyci i przycign ku sobie t podan istot - tymczasem jednak w przylegym pokoju ozway si skrzypice buty Maszki, co usyszawszy pierwsza pani Maszkowa pocza mwi piesznie:
- Mj m wraca.
W tej chwili Maszko otworzy drzwi i rzek:
- Prosz ci.
Po czym zwrciwszy si do ony doda:
- Ka tymczasem przynie herbaty, my zaraz wrcimy.
Jako sama sprawa nie zaja wiele czasu. Poaniecki wypeni czek i by koniec. Ale Maszko poczstowa Poanieckiego cygarem i poprosi siedzie, gdy mia ochot pogawdzi.
- Znw wal si na mnie kopoty - rzek. - Wybrn, bo wybrn. Miaem nieraz do czynienia z wikszymi. Chodzi tylko o to, by soce uprzedzio ros i bym otworzy sobie jaki nowy kredyt lub jakie nowe rdo dochodu przed ukoczeniem sprawy i dla jej poparcia.
Poaniecki, cay wzburzony wewntrz, sucha tego pocztku zwierze z nieuwag i u niecierpliwie cygaro. Nagle przysza mu jednak niegodziwa myl, e gdyby Maszko zgin z kretesem, ona jego staaby si atwiejszym jeszcze upem.
Wic spyta szorstko:
- Czy ty pomyla nad tym, co uczynisz, jeli spraw przegrasz?
- Nie przegram - rzek Maszko.
- Wszystko si zdarza - i sam najlepiej o tym wiesz.
- Nie chc o tym myle.
- A jednak powiniene - rzek Poaniecki z akcentem pewnej radoci, ktrej Maszko nie zauway. - Co w takim razie zrobisz?
Maszko wspar donie na kolanach i patrzc ponuro w ziemi rzek:
- W takim razie musz opuci Warszaw.
Nastaa chwila milczenia. Twarz modego adwokata stawaa si coraz pospniejsz; wreszcie zamyli si i pocz mwi:
- Niegdy, za moich najlepszych czasw, znaem w Paryu barona Hirscha. Zetknlimy si kilkakrotnie i raz nawet wzilimy udzia w jakiej sprawie honorowej. Czasem teraz, gdy mnie opadn zwtpienia, przypominam go sobie, bo on pozornie wycofa si z interesw, a w gruncie rzeczy ma ich mnstwo, zwaszcza na Wschodzie. Znam takich, ktrzy porobili przy nim majtki, bo tam pole otwarte na kadym kroku.
- Mylisz wic, e mgby si do niego uda?
- Tak. Ale prcz tego mog sobie take w eb strzeli...
Lecz Poaniecki nie wzi tej groby powanie. Z krtkiej tej rozmowy przekona si o dwch rzeczach: naprzd, e Maszko, mimo swej pozornej pewnoci, myli czsto o moliwej ruinie, a po wtre, e na taki wypadek ma nawet plan, moe fantastyczny, ale gotowy.
Lecz Maszko otrzsn si nagle z pospnych widze i rzek:
- Moja sia zawsze leaa w tym, em nigdy nie myla o dwch rzeczach naraz. Dlatego myl wycznie o sprawie. Wiem, e tamten otr robi wszystko, eby mnie zgubi w opinii, ale ja drwi z opinii i chodzi mi tylko o sdy. Gdybym si zarwa przedwczenie, mogoby to i na nie le wpyn. Rozumiesz? Uwaano by wwczas ca spraw za rozpaczliwy wysiek toncego, ktry si chwyta, czego moe. Ot tego nie chc. Dlatego musz uchodzi za czowieka stojcego na silnych nogach. Jest to smutna konieczno, ale nie wolno mi by teraz nawet oszczdnym, nie wolno zmniejszy skali ycia. Jak mnie widzisz, mam kopotw po uszy, zreszt kt o tym lepiej wie od ciebie, ktry mi dajesz poyczk? A jednak wczoraj jeszcze targowaem Wybrz, znaczny majtek w Rawskiem, jedynie dlatego, by moim wierzycielom i przeciwnikom zasypa piaskiem oczy. Powiedz mi, ty znasz dobrze starego Zawiowskiego?
- Od niedawna. Poznaem go przez modego.
- Ale mu si podoba, bo on ogromnie podziwia ludzi ze szlacheckimi nazwiskami, ktrzy robi majtki. Wiem, e on sam jest wasnym plenipotentem, ale si starzeje i gnbi go pedogra. Ja mu podsunem kilka myli - wic gdyby ciebie o co spyta - pole mu mnie. Rozumiesz, e nie chc dobra si do jego kasy, chocia jako penomocnik miabym jakie dochody, ale gwnie chodzi mi o to, by si rozgosio, em zosta penomocnikiem takiego milionera. Czy prawda, e on dla modego chce zrobi ordynacj z majtkw poznaskich?
- Tak opowiada pani Broniczowa.
- To byby dowd, e to nieprawda, ale wszystko na wiecie jest moliwe. W kadym razie i ten mody wemie za on jaki posag, a jako poeta nie ma pewno najmniejszego pojcia, jak si z takimi rzeczami obchodzi. Mgbym mu rwnie posuy rad i pomoc.
- Musz ci w jego imieniu stanowczo odmwi, albowiem jego interesami przyrzeklimy si zaj w przyszoci my, to jest ja i Bigiel.
Maszko zmarszczy si nieznacznie i odrzek:
- Mnie te nie chodzi o jego interesa, tylko o to, bym mg ludziom powiedzie, e jestem penomocnikiem Zawiowskiego, bo rozumiesz, e nim si wyjani, ktrego Zawiowskiego, mj kredyt moe na tym tylko zyska.
- Wiesz, e ja si nigdy nie wdaj w cudze sprawy, ale powiem ci szczerze, e dla mnie to byaby straszna rzecz tak istnie tylko kredytem.
- Spytaj si najwikszych milionerw w wiecie, czy porobili majtki na innej podstawie.
- A ty spytaj wszystkich bankrutw, czy si nie zarwali z takieje przyczyny.
- Co do mnie, przyszo to pokae.
- Tak - rzek wstajc Poaniecki.
Maszko podzikowa mu jeszcze za poyczk i obaj przeszli na herbat do pani, ktra spytaa:
- C? sprawa ju zaatwiona?
A Poaniecki, ktrego znw wstrzsn jej widok i ktry nagle przypomnia sobie, e przed chwil powiedziaa mu: "M wraca!" - jakby ju wspwinna, odpowiedzia jej nie zwaajc na Maszk.
- Midzy mem pani a mn ju zaatwiona, midzy nami dwojgiem - jeszcze nie.
Pani Maszkowa, jakkolwiek miaa krew chodn, zmieszaa si jednak, jakby przestraszona jego zuchwalstwem, Maszko za spyta:
- Jak to?
- Tak to - odpowiedzia Poaniecki - e pani przypuszczaa, ibym by zdolny da porczenia na jej majtku - i tego nie mog jej dotd darowa.
Pani Maszkowa spojrzaa na niego swymi niewyranymi szarymi oczyma. jakby z pewnym podziwem. Zaimponowaa jej jego miao i przytomno umysu, z jak umia nada przyzwoity towarzyski obrt swym sowom. Wyda jej si przy tym w tej chwili urodziwym mczyzn, bez porwnania urodziwszym od jej ma.
- Przepraszam - rzeka.
- To nie pjdzie atwo. Ani pani wie, jaki ze mnie zawzity czowiek.
Wwczas odpowiedziaa z pewn kokieteri, jak istota wiadoma swego uroku i swej mocy:
- Nie wierz.
On za siad koo niej i wziwszy nieco niepewn rk filiank, pocz porusza yeczk herbat. Ogarnia go coraz wikszy niepokj. Nieraz przedtem nazywa pani Maszkow, jeszcze za jej panieskich czasw, ryb, a teraz czu ciepo bijce przez lekkie ubranie od jej ciaa i doznawa takiego wraenia, jakby go kto obsypywa skrami. Znw przypomniay mu si jej sowa: "M wraca!" - i serce poczo mu zapywa falami krwi, gdy zdao mu si, e tak moga ozwa si kobieta ju gotowa i przygotowana na wszystko. Jaki gos mwi mu w duszy: "To jest tylko kwestia sposobnoci!" - i na t myl rozkieznana jego dza zmienia si zarazem w jak rozkieznan rado. Przesta do reszty nad sob panowa. Przez chwil pocz szuka stop jej stopy, lecz nagle samemu wydao si to zbyt grubym i prostackim. Powiedzia sobie wreszcie, e gdy chodzi ju tylko o czas i sposobno, trzeba umie czeka. Przewidywa, e czas przyjdzie, sposobno si znajdzie - i w dreszczach, jakie go przejmoway na sam t myl, odnajdowa zapowied przyszych palcych uniesie.
Tymczasem byo mu ciko, musia bowiem podtrzymywa rozmow zupenie niezgodn ze swym nastrojem i odpowiada Maszce, ktry wypytywa o przysze zamiary Zawiowskiego co do urzdzenia sobie ycia i o rozmaite tym podobne rzeczy. Wreszcie pocz si egna, ale przed odejciem zwrciwszy si do Maszki rzek:
- Jakie psy opaday mnie po drodze, a zapomniaem laski; poycz mi swojej.
adne psy nie opaday go po drodze, ale chodzio mu o pozostanie cho przez minut sam na sam z pani Maszkow, tote gdy Maszko wyszed, zbliy si do niej szybko i ozwa si jakim przytumionym, nieswoim gosem:
- Pani widzi, co si ze mn dzieje?
Ona widziaa istotnie jego wzburzenie, jego wiecce dz oczy i rozdte nozdrza - ogarn j nagle niepokj i obawa, lecz on pamita tylko jej sowa: "M wraca!" - i jedno tylko mia poczucie: niech si stanie, co chce! - i ten sam czowiek, ktry przed chwil mwi sobie, e trzeba umie czeka, teraz, stawiajc wszystko w mgnieniu oka na jedn kart, szepn:
- Ja pani kocham!
A ona staa przed nim ze spuszczonymi oczyma, jakby oguszona i zmieniona w sup pod wpywem tych sw, od ktrych musiao si ju zacz proste przeniewierstwo, a zatem nowa epoka w jej yciu. Odwracaa tylko nieco gow, jakby pragnc unikn jego wzroku. Nastao milczenie; sycha byo tylko zdyszany nieco oddech Poanieckiego. Lecz w przylegym pokoju ozway si znw skrzypice buty Maszki.
- Do jutra - szepn Poaniecki.
I w tym szepcie byo niemal co rozkazujcego. Pani Maszkowa staa cigle bez ruchu, ze spuszczonymi oczyma, jak sup.
- Oto jest laska - rzek Maszko. - Ja jutro rano wyjedam do miasta i wrc dopiero wieczorem. Jeli bdzie pogoda, to moe pastwo zechcecie odwiedzi moj pustelnic.
- Dobranoc! - rzek Poaniecki.
I po chwili znalaz si na pustej, owieconej przez ksiyc drodze. Zdawao mu si, e wyskoczy z pomieni. Cisza nocy i lasu bya czym tak sprzecznym z jego wzburzeniem, e uderzya go jakby co nadzwyczajnego. Pierwszym wraeniem, jakie potrafi uwiadomi, byo poczucie, e skoczya si jego wewntrzna walka, skoczyy si wahania, e mosty ju spalone i e stao si. Jaki gos wewntrzny pocz mu krzycze w duszy, i stao si przede wszystkim to, i jest ndznikiem, ale wanie w tej myli tkwia jaka desperacka ulga, albowiem mwi sobie, e skoro tak jest, wic musi zgodzi si na siebie jako na ndznika, a w takim razie "niech wszystko przepada i niech wszystko diabli bior!" Ndznik nie potrzebuje przynajmniej walczy ze sob i moe da sobie folg. Tak jest! stao si i mosty spalone! Sprzeniewierzy si Maryni, zdepce jej serce, zdepce uczciwo, zdepce zasady, na ktrych budowa ycie, ale w zamian bdzie mia pani Maszkow! Teraz jedno z dwojga: albo ona oskary go przed mem i jutro nastpi pojedynek - co jeli si stanie, to niech si stanie! albo bdzie milczaa, a w takim razie zostanie jego wsplniczk. Jutro Maszko wyjedzie, on za posidzie wszystko, czego pragnie, choby potem mia si wiat zapa. Ona, jeli go nie oskary, to lepiej jej nie prbowa oporu. Wyobraa te sobie, e go nie bdzie prbowaa albo uczyni to tylko dla zachowania pozorw. I poczo w nim wrze na nowo. Ta jej bezwadno, ktra budzia w nim niegdy tyle pogardy, staa mu si teraz jedn wicej pont. Wyobraa sobie dzie jutrzejszy i bierno tej kobiety. Mimo caego zamtu myli, rozumia doskonale, e ona wanie w tej biernoci bdzie pniej szukaa dla siebie wymwki, e powie sobie, i nie przyoya si do winy, e j do niej zmuszono - i w ten sposb bdzie okamywaa wasne sumienie, Boga, a w razie potrzeby ma. I tak mylc, pogardza ni tyle samo, ile jej poda, ale czu jednoczenie, e on sam niewiele wicej wart i e na mocy jakiego doboru, nie tylko naturalnego, ale i moralnego, powinni do siebie nalee.
Pojmowa rwnie, e dla niego za pno ju cofa si z tej drogi i e gdy raz te same jego usta, ktre zaprzysigy wierno i mio Maryni, powiedziay innej kobiecie: "kocham" - to najwiksze ze zostao spenione. Reszta bya ju tylko prost konsekwencj, ktrej nie naleao odrzuca, choby dlatego e bya przynajmniej zarazem rozkosz. Wyobraa sobie, e tak musz rozumowa wszyscy, ktrzy wyrzucajc za okno uczciwo decyduj si na szelmostwo, ale samo rozumowanie wydao mu si rwnie susznym jak niemoralnym. I w miar jak poczyna myle trzewiej, zdumiewa si nad wasnym zepsuciem. Widywa duo za i brudu ukrytego w wiecie pod pozorami poloru i ogady, wiedzia, e owo zepsucie wyrobio sobie niejako, pod wpywem lichych ksiek, prawo obywatelstwa; ale pamita, e oburza si tym, e chcia dla swego spoeczestwa prostoty i surowoci obyczajw, w przekonaniu, e tylko na takich podstawach moe rozwin si spoeczna tgo i oporno. Nic nie wzbudzao w nim tyle obaw o przyszo, ile to wykwintne zo Zachodu posiane na dzik sowiask gleb i wyrastajce na niej chorobliwym kwiatem dyletantyzmu, rozpusty, bezsilnoci i wiaroomstwa. Przypomnia sobie, e nieraz oskara o taki posiew to wysokie sfery finansowe, to arystokracj rodu i nieraz napada na nie z tego powodu bez miosierdzia. A teraz zrozumia, e kto yje w atmosferze przesyconej kwasem wglowym, ten musi si zaczadzi. W czyme on by lepszy od innych? O ile raczej by gorszym od tych, ktrzy pawic si w zepsuciu jak kijanki w wodzie, nie bawili si przynajmniej w hipokryzj, nie oszukiwali samych siebie, nie przepisywali innym praw i nie stawiali ideau zdrowego duchowo czowieka, uczciwego ma, uczciwego ojca - jako obowizujcego wzoru. I prawie nie chcia wierzy sobie, by by tym samym czowiekiem, ktry niegdy umia kocha idealn przyjani pani Emili, ktry szczerze przyrzek Maryni uczciwo maesk i ktry wreszcie uwaa si za umys jasny, a charakter bardziej prawy i silniejszy od innych.
On silniejszy? Sia jego bya tylko zudzeniem, pyncym z braku pokus. Jeli kocha idealnym uczuciem brata pani Emili, jeli opar si kokieterii pani Osnowskiej, to tylko dlatego, e nie wzbudziy w nim tego zwierzcego pocigu, jaki wzbudzia ta lalka z czerwonymi oczyma, ktr odpychaa jego dusza, a do ktrej rway si od dawna jego zmysy. Myla te teraz, e jego uczucie dla Maryni nie byo take nigdy uczciwym, bo w gruncie rzeczy nie byo rwnie czym innym, jak takim samym zwierzcym pocigiem. Przyzwyczajenie stpio go, wic powstrzymany prcz tego i przez stan Maryni, zwrci si tam, dokd mg - i zwrci si bez adnego hamulca ni skrupuu, ledwie w p roku po lubie.
I Poaniecki, ktry, wyszedszy od Maszkw, mia poczucie, e jest ndznikiem, pocz nagle miarkowa, e jest wikszym ndznikiem, ni zrazu myla, albowiem przypomnia sobie take, e ma zosta ojcem.
W domu, w oknach Maryni, wiata nie byy jeszcze pogaszone. Poaniecki byby da wiele za to, by j zasta ju pic. Przyszo mu nawet na myl pj dalej i nie wrci, pki w oknach nie bdzie ciemno. Ale nagle zobaczy jej sylwetk na szybie. Musiaa go wyglda i poniewa przed domem byo jasno, musiaa go dostrzec. Pomiarkowawszy to wszed.
Przyja go ju w biaym nocnym kaftaniku i z rozwizanymi wosami. Bya w tych rozwizanych wosach pewna umylna kokieteria, bo wiedziaa, e ma pikne i e on lubi si nimi bawi.
- Czemu ty si nie pooya? - spyta wchodzc.
A ona zbliya si ku niemu senna, ale umiechnita, i rzeka:
- Czekaam na ciebie z pacierzem.
Od czasw pobytu w Rzymie odmawiali pacierz razem. Ale obecnie Poanieckiemu sama myl o tym wydaa si nie do zniesienia.
Marynia tymczasem zacza pyta:
- C, Stachu, kontent jeste, e go poratowa? Prawda, e kontent?
- Tak - odpowiedzia Poaniecki.
- A ona czy wie o jego pooeniu?
- Wie i nie wie. Pno ju. Pjdmy spa.
- Dobranoc! Wiesz, o czym tu sama rozmylaam: e ty taki poczciwy i dobry!
I wycignwszy ku niemu twarz obja go za szyj, on za ucaowa j czujc jednoczenie i czyst prawo tego pocaunku, i swoj podo, i cae szeregi podoci, ktre przyjdzie mu speni nastpnie.
Jedn speni zaraz, klknwszy do pacierza, ktry Marynia pocza gono odmawia. Nie mg tego nie uczyni, a czynic odgrywa tylko ndzn komedi, bo nie mg si modli.
Po skoczonym pacierzu i powtrnym "dobranoc" nie mg rwnie usn. Zdawao mu si, e idc do Maszkw obj myl i swj postpek, i wszelkie jego moralne wyniki. Tymczasem okazao si, e nie. Przyszo mu teraz do gowy, e w Boga mona nie wierzy, ale nie wolno z Niego drwi. Speni na przykad wiaroomstwo, wrci jutro lub pojutrze, po dokonanym cudzostwie, do domu i klkn do pacierza - to byoby nadto. Czu. e trzeba wybra. Albo uczucie religijne i szczera wiara, albo pani Maszkowa! Godzi tego nie mona. I nagle spostrzeg, e wszystko, co przez lata rozmyla wyrobi i wypracowa w sobie, e cay ten ogromny spokj pyncy z rozwizania gwnej zagadki ycia, sowem to, co stanowio istot jego duchowego bytu, trzeba po prostu odepchn. Z drugiej strony rozumia rwnie, e od jutra trzeba bdzie zacz kama swoim zasadom spoecznym, swemu uznaniu rodziny jako podstawy spoecznego bytu. Nie wolno rwnie gosi takich zasad, a prywatnie - uwodzi cudze ony. Trzeba take wybra. Co do Maryni, kamstwo w stosunku do niej ju zostao spenione. Tak wic za jednym zamachem szed w ruin jego stosunek do Boga, do spoeczestwa, do kobiety, sowem, puap owego pracowicie dwignitego duchowego domu, w ktrym dotychczas mieszka, wali mu si na gow. I to zazbianie si zego przejo go pewnym zdumieniem. Nie spodziewa si, eby po przeciciu jednej nitki cay szew pru si tak nagle, i z pewnym zdziwieniem pocz sobie zadawa pytanie: jakim sposobem moe istnie na wiecie tego rodzaju oportunizm, ktry wiaroomstwo godzi w yciu z uczciwoci i honorem? Bo jednak tak byo. Zna wielu tak zwanych porzdnych ludzi, onatych, kochajcych ony, niby religijnych - i zarazem uganiajcych si za kad spotkan kobiet. Ci sami, ktrzy by onom swoim wszelkie zboczenie z drogi obowizku poczytywali za zbrodni, pozwalali sobie na maesk niewiar bez adnego skrupuu. Przypomnia sobie, jak kto z jego znajomych, przyparty z tego powodu do muru, wykrci si wesoo znanym brukowym dowcipem, i nie jest szwedzk zapak. Ostatecznie wiaroomstwo utaro si i midzy mczyznami uchodzio za co dozwolonego, niemal za zwyczaj. Poanieckiemu myl ta przyniosa chwil ulgi, ale krtk, by bowiem czowiekiem logicznym, jeli nie w postpkach, to przynajmniej w rozumowaniu. Tak! wiat nie skada si z samych otrw i hipokrytw, ale w znakomitej czci skada si z ludzi lekkich i bezmylnych - i ten oportunizm godzcy cudzostwo z pojciem honoru i uczciwoci nie jest niczym innym jak bezmylnoci. W czym bowiem moe rozgrzesza zwyczaj czowieka, ktry uznaje niemoralno i gupot tego zwyczaju? "Dla durnia - myla Poaniecki - wiaroomstwo moe by wesoym wypadkiem; dla czowieka umiejcego powanie myle jest otrostwem, tak samo przeciwnym etyce jak zodziejstwo, jak podpisywanie cudzych nazwisk na wekslach, jak amanie przysigi, jak amanie sowa, jak oszustwo w handlu lub w kartach. Religia moe odpuszcza grzech cudzostwa jako chwilowy upadek, ale cudzostwo, ktre si samo z gry rozgrzesza, wycza religi, wycza obywatelsko, wycza uczciwo, wycza honor." Poaniecki, ktry w rozumowaniach ze sob by zawsze szczerym, a w ogle ogromnie bezwzgldnym, nie cofn si i przed tym ostatecznym wnioskiem.
Natomiast zlk si, jakby ujrza przepa. Jeli si nie cofnie, skrci kark. Ale jednoczenie pocz gry si wasn saboci. Ju zna si dostatecznie - i z alem, a zarazem z pogard dla tej wasnej saboci, z gry by przekonany, e gdy zobaczy pani Maszkow - zwierz ludzkie wemie w nim gr nad dusz. Cofn si? - wszak on powtarza to sobie i postanawia po kadej pokusie, a potem wobec kadej nastpnej namitno unosia na zamanie karku jego wol, tak jak dziki ko unosi jedca. Na samo to wspomnienie chciao mu si kl. Gdyby w domu by nieszczliwym, gdyby jego namitno wyrosa na tle wielkiej mioci - miaby co na jej usprawiedliwienie; ale on pani Maszkowej nie kocha, tylko jej pragn. Z tego rozdwojenia natury ludzkiej nie umia sobie nigdy zda sprawy; wiedzia tylko, e pragn i e bdzie pragn za kadym widzeniem, za kad myl o niej.
Wic pozostawaaby jedna rada: nie widywa jej - rada niemoliwa, nie tylko ze wzgldu na wszelkiego rodzaju stosunki, znajomoci, ale choby ze wzgldu na to, e w takim razie Marynia poczaby co podejrzewa. Poaniecki ani przypuszcza, e to ju miao miejsce i e ona ukrya tylko przed nim cierpienie - zdawa sobie jednak spraw, e gdyby zdrada jego wysza w jakikolwiek sposb na jaw, byby to dla tej sodkiej i penej wiary kobiety cios wprost nad siy. I wyrzuty jego wzrosy jeszcze. Chwyci go ogromny al i lito nad ni, a zarazem tym wiksza pogarda dla siebie. Mimo ciemnoci, krew przypyna mu do twarzy na wspomnienie, i Maszkowej powiedzia: "Kocham", e fatalne sowo ju pado, e zawid i zdradzi to poczciwe, prawe stworzenie i e byby zdolny zawie jej ufno i podepta serce.
Przez chwil wydao mu si to czystym niepodobiestwem, lecz sumienie odpowiedziao mu: "Byby zdolny!" Jednake w tym alu i litoci nad ni znalaz pewn pociech, gdy pozna, e uczucie jego dla niej byo i jest czym wicej ni zwierzcym pocigiem i e tkwiy w nim jakie wzy pynce ze wsplnoci poycia, z wzajemnej przynalenoci, ze lubu, ze stowarzyszenia si na z i dobr dol, z wielkiego szacunku i przywizania, ktre w przyszoci miao by spotgowane przez dziecko. Nigdy te nie kocha jej wicej jak w tej chwili wewntrznej rozterki i nigdy nie budzia w nim wikszej tkliwoci. Poczo dnie. Przez szpary okiennicy wchodzi brzask i napenia pokj bladym wiatem, przy ktrym wida byo niewyranie jej ciemn, wgbion w poduszki gow; Poanieckiemu za serce przepenio si poczuciem, e to jest jego jedyne i najwysze dobro, e tam pi jego bardzo kochana twarzyczka, najlepsza przyjacika, ona i przysza matka jego dziecka. I adne wywody, adne rozumowania nad religijn i spoeczn niecnoci cudzostwa nie napeniy go takim ku niemu i ku sobie obrzydzeniem, jak widok tej sodkiej, upionej twarzy. wiata przez szpary wchodzio coraz wicej i gwka jej coraz wyraniej wychylaa si z cienia. Wida ju byo pkola jej ciemnych rzs na policzkach - i Poaniecki wpatrujc si w ni pocz sobie mwi: "Twoja poczciwo mnie pomoe!" Nagle lepsze uczucia wziy w nim gr: zwierz ustpio duszy - i ogarna go pewna otucha, pomyla bowiem, e gdyby by takim ndznikiem, jak sobie wyobraa, byby z lejszym sercem poszed za gosem namitnoci i nie przechodzi takich zgryzot.
Nazajutrz zbudzi si pno, zmczony i nieco chory. Czu jakie zniechcenie i wyczerpanie, ktrego przedtem nie dowiadcza. Przy wietle dziennym, a w dodatku przy wietle dnia ddystego i pospnego, caa sprawa przedstawiaa mu si inaczej, trzewiej, pospoliciej - i ani przyszo nie przedstawia mu si tak gron, ani wina tak wielk. Wszystko zmalao w jego oczach. Pocz teraz myle gwnie nad tym, czy pani Maszkowa przyznaa si do wszystkiego mowi, czy nie. Chwilami przypuszcza, e tak, i na t myl doznawa takiego uczucia, jakiego doznaje czowiek, ktry niepotrzebnie zalaz w wielki i przykry kopot. Z wolna jednak to uczucie zmieniao si w coraz wikszy i ywszy niepokj. "Pooenie jest gupie - mwi sobie. - Maszce wszystko mona zarzuci, ale nie jest ani niedog, ani tchrzem - i podobnej obelgi nie schowa do kieszeni. Wic wyjanienia, awantura - moe pojedynek? Nieche to piorun trzanie! Co za fatalna historia, jeli rzecz dojdzie do Maryni!" I pocz si zoci na cay wiat. Oto dotd mia zupeny spokj, o nikogo nie dba, z nikim si nie liczy, dzi za obraca na wszystkie strony w gowie wyrazy: "Powiedziaa? - nie powiedziaa?" i od rana nie mg o niczym innym myle. Przyszo do tego, e wreszcie zada sobie pytanie: "Co u licha, czy ja si Maszki boj? - ja?" Ale on si nie Maszki ba, tylko Maryni, co byo rwnie dla niego czym i nowym, i zdumiewajcym, albowiem przed paroma jeszcze dniami byby raczej wszystko przypuci ni to, e si jej bdzie kiedykolwiek ba. I w miar, jak zbliao si poudnie, sprawa, ktra rano przedstawia mu si w zmniejszonych rozmiarach, pocza znw rosn w jego oczach. Chwilami pokrzepia si nadziej, e pani Maszkowa bdzie milczaa, chwilami j traci i wwczas czu, e nie tylko Maryni, ale nikomu nie bdzie mia spojrze w oczy, i ba si take Bigiela, ba si Bigielowej, pani Emilii, Zawiowskiego, sowem: wszystkich znajomych. "Oto, co jest nabroi! - myla sobie. - Ile jedno gupstwo kosztuje!" Niepokj jego zwikszy si do tego stopnia, e wreszcie, pod pozorem odesania laski, wysa sucego chopaka do pani Maszkowej z ukonem i zapytaniem o zdrowie.
Sucy wrci w p godziny. Poaniecki widzia go przez okno i zeszedszy piesznie na jego spotkanie, dowiedzia si, e przynis list od pani Maszkowej do Maryni. Odebrawszy list odda go Maryni i serce bio mu jeszcze niespokojniej, gdy ledzi jej twarz, podczas gdy czytaa.
Lecz Marynia skoczywszy podniosa na niego swe spokojne oczy i rzeka:
- Prosi nas pani Maszkowa dzi na podwieczorek... i Bigielw take.
- Aa! - odpowiedzia Poaniecki odetchnwszy pen piersi.
I w duszy doda:
"Nie powiedziaa!"
- Pjdziemy? prawda? - pytaa Marynia.
- Jak chcesz... To jest... id z Bigielami, ja po obiedzie musz jecha do miasta. Musz si widzie ze wirskim. Moe go tu przywioz.
- To moe si wymwi?
- Nie, nie! id z Bigielami. Moe po drodze wstpi do niej i wytumacz si. Ale i to nie! Ty mnie wytumacz.
I wyszed, bo potrzebowa zosta sam ze swymi mylami.
"Nie powiedziaa!"
Poanieckiego ogarno uczucie ulgi i radoci. Nie powiedziaa mowi, nie obrazia si, zaprosia ich, zatem zgadza si na wszystko, gotowa i dalej - i doj wszdzie, dokd j bdzie chcia zaprowadzi. Czyme jest samo to zaproszenie, jeli nie chci uspokojenia go - jeli nie odpowiedzi na jego: "Do jutra!" Teraz wic wszystko zaley tylko od niego. I mrowie poczo go znw przechodzi od stp do gw. Nie ma ju przeszkd, chyba w nim samym. Ryba potkna haczyk. Pokusy opady go z now potg, bo nie hamowaa ju ich niepewno. Tak jest! ryba pokna haczyk. Nie opara si. Tu chwycio go uczucie tryumfu i zadowolenia mioci wasnej, a jednoczenie mylc o pani Maszkowej pocz j niemal przeprasza w duszy, e chwilami mg wtpi o niej i - poczyta j choby przez pi minut za uczciw kobiet... Teraz przynajmniej wiedzia, co o niej sdzi, i by jej za to wdziczny. Po chwili pocz si mia ze swoich poprzednich obaw. W ten sposb skada jej pierwszy przynaleny hod - pogardy. Przestaa by dla niego czym niedostpnym, czym, o co si toczy walka midzy obaw a nadziej, Mimo woli wyobraa j sobie teraz jak co swego, jako rzecz wasn, zawsze pontn, ale tym samym mniej cenn. Sprawia mu take przyjemno myl, e jeli si pokusie oprze, to bdzie ju czysto jego zasuga. Teraz, gdy drzwi stay otworem, spostrzeg ze zdziwieniem, e zwiksza si w nim ch oporu. Raz jeszcze przeleciao mu przez myl wszystko, co sobie o wiaroomstwie mwi w czasie bezsennej nocy - raz jeszcze serce przypomniao mu Maryni, jej prawo, uczciwo, bliskie macierzystwo - i ten ogromny spokj, to jedyne prawdziwe szczcie, ktre tylko przy niej mg znale - i w kocu tych wszystkich rozmyla postanowi jecha do miasta i nie by u pani Maszkowej.
Po obiedzie kaza zaprzc. Siedzc ju na Bigielowej bidce przechyli si, uciska Maryni i powiedziawszy jej na poegnanie: "Baw si dobrze" - pojecha. Poranne jego wyczerpanie mino. Odzyska nawet humor, czu si bowiem zadowolony sam z siebie. Wracaa mu ufno we wasne siy i wasny charakter. Sprawiaa mu przy tym pewn dranic przyjemno myl o zdziwieniu pani Maszkowej, gdy si dowie, e sobie pojecha i e nie ma zamiaru by u niej. Czu jak potrzeb zemsty nad ni za to fizyczne wraenie, ktre na nim wywieraa. Od chwili tego listu z zaprosinami, ktry napisaa do Maryni, pogarda jego dla niej zwikszya si tak bardzo, i po chwili zacz przypuszcza, i byby w stanie wyj zwycisko nawet, gdyby teraz do niej wstpi.
"A gdybym rzeczywicie wstpi i nada inne znaczenie wczorajszym sowom?" - rzek sobie.
Lecz zaraz pomyla:
"Nie bd oszustem przynajmniej wzgldem siebie samego."
By jednak pewny, e ona nie zdziwiaby si jego przybyciem. Po tym, co jej wczoraj powiedzia, moga przypuszcza, e on znajdzie jakikolwiek powd do odwiedzenia jej przed przybyciem Maryni i Bigielw lub do pozostania po ich wyjciu.
Natomiast, jeli go zobaczy przejedajcego, pomyli, e si jej boi, albo poczyta go za bazna i gbura.
"Nie ma wtpliwoci - monologowa dalej - e czowiek, ktry sam nie uwaa si za bazna lub ciemig, niezdolnego oprze si byle lalce, wstpiby i stara si naprawi jakim bd sposobem wczorajsze gupstwo."
Lecz jednoczenie chwyta go strach.
Ten sam gos, ktry wczoraj w wieczr krzycza mu w duszy, e jest ndznikiem, pocz mu to powtarza z podwjn energi.
"Nie wstpi - pomyla Poaniecki. - Rozumie a umie si powcign, to dwie rzeczy rne."
Z dala wida ju byo will pani Krasawskiej.
Nagle przyszo mu do gowy, e pani Maszkowa w podranieniu, w poczuciu zniewagi, przez obraon mio wasn, przez zemst moe Maryni powiedzie co takiego, co jej otworzy oczy. Moe to uczyni jednym sowem, jednym umiechem, dajc choby najdalej do zrozumienia, e jakie zuchwae jego nadzieje rozbiy si o uczciwo kobiec - i w taki sposb objani jego nieobecno. Kobiety rzadko kiedy odmawiaj sobie podobnych maych zemst, a rzadziej jeszcze s jedna wzgldem drugiej miosierne.
"Gdybym mia odwag wstpi..."
W tej chwili bryczka zrwnaa si z bram willi.
- Zatrzymaj si - rzek do powocego chopaka Poaniecki.
Na ganku zobaczy pani Maszkow, ktra jednak cofna si zaraz do wntrza domu.
Poaniecki przeszed dziedziniec; we drzwiach przyj go sucy.
- Pani na grze - rzek.
Poaniecki czu, e nogi dr pod nim, gdy wchodzi na pitro, tymczasem za przez gow przelatyway mu nastpne myli:
"Kto ycie bierze lekko, ten moe sobie na wszystko pozwoli, ale ja go nie bior lekko. Gdybym po tym wszystkim, com uwiadomi, com przemyla i com sobie powiedzia, nie umia nad sob zapanowa, bybym ostatnim czowiekiem."
Tu stanwszy we drzwiach pokoju, ktry mu wskaza sucy, spyta:
- Mona?
- Prosz - ozwa si przecedzony gosik.
I po chwili znalaz si w buduarku pani Maszkowej.
- Wstpiem - rzek podajc jej rk - by si wytumaczy, e nie mog by na podwieczorku. Musz jecha do miasta.
Pani Maszkowa za staa przed nim z pochylon nieco gow, ze spuszczonymi oczyma, zmieszana, pena widocznej obawy, majc w postawie i wyrazie twarzy co z zrezygnowanej ofiary, ktra widzi, e stanowcza godzina nadesza - i e nieszczcie sta si musi.
Nastrj ten ogarn w jednej chwili i Poanieckiego, wic przysunwszy si nagle, pocz pyta stumionym gosem:
- Pani si boi... Czemu pani si boi?
Rozdzia pidziesity drugi
Nazajutrz pani Poaniecka odebraa list od ma, e tego dnia nie wrci, jedzie bowiem oglda koloni pooon z drugiej strony miasta. Nastpnego za to dnia wrci i przywiz ze sob wirskiego, ktry od dawna by obieca Bigielom i Poanieckim, e ich na letnim mieszkaniu odwiedzi.
- Wyobra sobie - rzek po przywitaniu si z on Poaniecki - e ten Buczynek, ktry ogldaem, ley o miedz od Jamienia starego Zawiowskiego; dowiedziawszy si o tym, odwiedziem staruszka, ktry ma si niedobrze - i niespodzianie znalazem w Jamieniu pana wirskiego. Pomg mi oglda Buczynek i dom bardzo mu si podoba. Jest te adny ogrd, duy staw i troch lasu. Niegdy by to znaczny majtek, ale grunta rozprzedano, tak e przy dworze mao si pozostao.
- adna, bardzo adna rezydencja - rzek wirski. - Duo cienia, duo powietrza i duo spokoju.
- Kupisz? - spytaa Marynia.
- By moe. Tymczasem chciabym naj. Zamieszkalibymy tam przez reszt lata i przekonali si, czy nam dobrze. Waciciel tak jest pewien, e nam si tam pobyt spodoba, i zgadza si na wynajcie. Bybym mu zaraz da zadatek, ale wolaem wiedzie, co o tym mylisz.
Maryni al byo troch towarzystwa Bigielw, ale zauwaywszy, e m patrzy pilnie w jej oczy i e ma widocznie ochot zamieszka przez reszt lata u siebie, owiadczya, e zgadza si najchtniej.
Bigielowie poczli si sprzecza i ka weto, lecz gdy Poaniecki przedstawi im, e tu chodzi o wyprbowanie domu, w ktrym prawdopodobnie oboje z Maryni bd mieszkali kadego lata, do koca ycia, musieli przyzna, e powd jest suszny.
Poaniecki za rzek:
- Jutro tedy najm i co potrzeba jeszcze ze sprztw przenios z Warszawy, a pojutrze bdziemy si mogli przenie.
- To zupenie, jakby pan chcia std jak najprdzej uciec - odpowiedziaa pani Bigielowa - po co taki popiech?
Ostatecznie stano na tym, e pastwo Poanieccy przenios si za cztery dni do Buczynka. Tymczasem podano obiad, w czasie ktrego wirski pocz opowiada, jakim sposobem Poaniecki znalaz go w Jamieniu u Zawiowskich.
- Panna Helena chciaa - rzek - ebym malowa portret ojca, i yczya sobie, eby to mogo odbywa si w Jamieniu. Pojechaem, bo mi tskno za robot, a przy tym staruszek ma ciekaw gow. Ale nie mogo z tego nic by. Oni tam we dworze maj dwuokciowe mury, przez co w pokojach ze wiato. W tych warunkach nie chciaem malowa, a nastpnie znalaza si i druga przeszkoda, bo model dosta ataku pedogry. Doktor, ktrego wzili z sob na wie, mwi mi, e to stan nie jest dobry i e si moe le skoczy.
- al mi pana Zawiowskiego - rzeka Marynia - bo to widocznie zacny czowiek. I panna Helena biedna. W razie jego mierci zostanie zupenie sama. A czy on zdaje sobie spraw ze swego stanu?
- I zdaje, i nie zdaje, jak to on: zawsze orygina. Niech pani spyta ma, jak go przyj.
Poaniecki umiechn si i rzek:
- Zwiedzajc Buczynek dowiedziaem si, e Jamie tu, i postanowiem tam pojecha. Panna Helena zaprowadzia mnie do ojca, ale on koczy sobie wanie raniec i nie przywita si ze mn, pki nie odmwi ostatniej Zdrowaki. Potem zacz mnie przeprasza i powiada tak: "Bo to tam matadory niebieskie swoj drog, z Ni czek mielszy i po staremu: jak Ona si zmiuje, to i dobrze, bo Jej niczego nie odmwi."
- Co to za typ! - zawoa wirski.
Bigielowie poczli si mia, pani Marynia rzeka jednak, e jest w takiej ufnoci co wzruszajcego, na co wirski zgodzi si, Poaniecki za mwi dalej:
- Potem wspomnia mi, e mu czas myle o testamencie, a ja nie zaprzeczaem, jak si zwykle robi, bo mi chodzio o naszego Zawika. Powiedziaem mu natomiast, e jest to kwestia czysto prawna, na ktr nigdy nie za wczenie - i e nawet zupenie modzi ludzie powinni o tym myle.
- To i moje zdanie - wtrci Bigiel.
- Mwilimy te i o modym Zawiowskim - rzek Poaniecki - staruszek pokocha go serdecznie.
- Jake! - zawoa wirski. - Jak si dowiedzia, e byem w Przytuowie, zaraz zacz si o niego dopytywa.
- To pan by w Przytuowie? - spytaa pani Poaniecka.
- Cztery dni, pani - odrzek malarz. - Ogromnie lubi Osnowskiego.
- A pani Osnowsk?
- O niej wypowiedziaem moje zdanie w Rzymie i, o ile pamitam, rozpuciem jzyk jak bicz.
- Pamitam i ja. By pan bardzo niegodziwy. C moda para?
- A nic. Szczliwa. Ale jest tam panna Ratkowska: ogromnie mia panna! Bez maa, em si w niej nie zakocha.
- Masz tobie! A mwi mi Sta, e pan si we wszystkich kocha.
- Stale, pani. To jest: stale we wszystkich, a zatem stale.
Bigiel usyszawszy to zastanowi si dobrze i rzek:
- To jest sposb, eby si nigdy nie oeni.
- Niestety, drogi panie! - zawoa wirski. - To te i jest.
Po czym zwrciwszy si do Maryni rzek:
- To moe pan Stanisaw mwi pani i o dalszej naszej umowie? Jak mi pani powie: "e si!" - eni si! Taki by ukad z pani mem, i dlatego chciabym, eby pani zobaczya pann Ratkowsk. Jej na imi Stefania, to znaczy: Uwieczona. adne imi, prawda? Ciche jakie stworzenie, niemiae, bojce si pani Anety i panny Castelli, ale widocznie poczciwe. Miaem tego dowd. Jak chodzi o jak pann, to wszystko uwaam i notuj w pamici. Przyszed raz przy mnie do Przytuowa ebrak, z twarz jak jaki pustelnik z Tebaidy. Pani Osnowska i panna Castelli. powypaday do niego z aparatami fotograficznymi i nu go fotografowa z bokw, z przodu - ile wlazo, a staremu moe si chciao je. Poddawa si w nadziei jamuny, ale byo mu widocznie przykro. Proci ludzie maj tego rodzaju pojcia. Ot adna z tych pa tego nie spostrzega, a przynajmniej na to nie zwaaa. Obchodziy si z nim jak z rzecz i dopiero panna Ratkowska powiedziaa im, e starego upokarzaj i mcz. To maa rzecz, ale dowodzi serca i delikatnych uczu. Krci si tam koo niej ten pikny Kopowski, ale ona nie zachwyca si nim tak jak te panie, ktre si nim bawi, maluj go, wymylaj dla niego kostiumy, przebieraj i nieledwie na rku nosz jak lalk. Nie. Ona mi sama powiedziaa, e j Kopowski nudzi, i to mi si take podoba, bo on ma tyle rozumu ile gaka u laski.
- Pan Kopowski - rzek Bigiel - potrzebuje, o ile syszaem, pienidzy, a panna Ratkowska niebogata. Wiem, e jej ojciec umierajc zosta duny bankowi sum, ktra z procentami wyniosaby do dnia ostatniego ubiegego miesica...
- Co nam do tego? - przerwaa pani Bigielowa.
- Waciwie, to masz suszno; to nie nasza sprawa.
- A jak wyglda panna Ratkowska? - spytaa Marynia.
- Panna Ratkowska? Ona nie jest pikna, ale ma sodk twarz, blad cer i ciemne oczy. Pani j zobaczy, bo te panie mwiy, e maj ch wpa tu ktregokolwiek dnia. A ja namawiaem, bo mi chodzio o to, eby j pani zobaczya.
- Dobrze! - odpowiedziaa miejc si Marynia. - Zobacz i wydam wyrok. Ale jeeli bdzie pomylny?
- Owiadczam si, sowo daj! W najgorszym razie dostan odkosza. Jeli pani powie: "Nie" - to pojad na kaczki! W kocu lipca mona ju strzela...
- O, to powane zamiary! - rzeka pani Bigielowa - ona albo kaczki! Pan Zawiowski tak by si nie wyrazi.
- Bo i po co rozumowa, skoro si kocha? - rzeka Marynia.
- Ma pani suszno, tote ja mu zazdroszcz - nie panny Castelli, chocia sam si w niej kochaem - o nie! ale wanie tego stanu, w ktrym si ju nie rozumuje.
- A c pan ma przeciw pannie Castelli?
- Nic, pani. Winienem jej wdziczno, bom dziki niej mia swoj por zudze. Dlatego nie bd nigdy o niej le mwi, chyba mnie kto bardzo pocignie za jzyk - wic niech mnie panie nie cign.
- Ale owszem! - rzeka pani Bigielowa. - Musi nam pan o obojgu opowiada. Prosz tylko na werand, bo kazaam tam poda kaw.
I po chwili znaleli si na werandzie. Bigielta rozbiegy si rnokolorowym stadkiem midzy drzewami krcc si na ksztat jasnych motyli. Bigiel czstowa wirskiego cygarami, Marynia za korzystajc z chwili przysuna si do ma, ktry sta nieco z boku, i podnisszy na niego swoje dobre oczy spytaa:
- Co ty taki milczcy, Stachu?
- Zmczony jestem - odpowiedzia. - W miecie upa, a w naszym mieszkaniu mona si udusi. Nie mogem spa, bo i Buczynek zalaz mi do gowy.
- A ja ciekawam tego Buczynka - wiesz? naprawd ciekawam. Dobrze zrobi, e go zobaczy i naj - bardzo dobrze.
I patrzya na niego z przymileniem, lecz widzc, e wyglda istotnie nieswj, rzeka:
- My tu zagadamy pana wirskiego, a ty moe pjdziesz troch odpocz.
- Nie... nie mgbym zasn - odpowiedzia Poaniecki.
Tymczasem wirski mwi:
- Nie ma nic wiatru. adna gazka ani si poruszy. Prawdziwy letni dzie! Czy pastwo uwaaj, e w czasie upau i w chwilach takiej ciszy cay wiat wydaje si jakby zamylony? To, pamitam, Bukacki zawsze mawia, e jest w tym co mistycznego - i e chciaby umiera w taki soneczny dzie... ot, tak sobie: siedzie w fotelu, potem zasn i wsikn w wiato...
- I nie umar w lato - zauway Bigiel.
- Ale na wiosn... i w pogod. Przy tym na og biorc nie mczy si, a to nade wszystko.
Tu umilk na chwil, po czym doda:
- Bo mier - z tym si mona i trzeba pogodzi, i to mnie nigdy nie oburzao; ale po co istnieje cierpienie, to, dalibg, przechodzi ludzkie pojcie.
Nikt nie podnis tej uwagi, wic wirski strzepnwszy popi z cygara rzek:
- Ale mniejsza z tym. Po obiedzie i przy czarnej kawie mona znale weselszy temat.
- O Zawiku, niech nam pan powiada o Zawiku! - zawoaa pani Bigielowa.
- Zawiek podoba mi si. Wida we wszystkim, co on robi i mwi lwi pazur - i w ogle to niepospolita organizacja... ogromnie bujna. Przez te par dni w Przytuowie poznalimy si troch bliej i zaprzyjanili. Nie macie pastwo pojcia, jak Osnowski go pokocha. I z nim, z Osnowskim, mwiem otwarcie, e si boj, czy taki Zawiek moe by szczliwy z tymi paniami.
- Ale dlaczego, panie? - spytaa Marynia.
- To tak trudno okreli, gdy si nie ma adnych faktw. Ale to si czuje. Dlaczego?... Bo one to s natury zupenie odmienne. Widzi pani, te wszystkie wysze aspiracje, ktre dla Zawiowskiego s dusz ycia, dla tych pa s tylko przyborem, czym w rodzaju koronki przy sukni. To si wkada od goci, a na co dzie chodzi si w szlafroku - i to ju jest ogromna rnica. Boj si, czy zamiast poszybowa jego lotem, one nie bd chciay, by drepta przy nich ich gsim truchcikiem - i czy tego, co w nim jest, nie rozmieni na drobne dla opdzenia swoich codziennych towarzyskich wydatkw. A przecie w nim co jest! Nie przypuszczam, eby miay nastpi jakie katastrofy, bo nie mam prawa odmawia im zwykej, zdawkowej uczciwoci, ale moe nie by szczcia. Powiem pastwu tylko tyle: znacie przecie wszyscy Zawika i wiecie, e jest ogromnie prosty, a jednak, podug mnie, jego mio jest dla Castelki za trudna i zanadto wyczna. On kadzie w to ca dusz, a ona... czsteczk gotowa odda - tak!... ale reszt rada by zachowa na stosunki towarzyskie, na wygody, na tualety, na bywanie, na luksus, na five o'clocki, na lawn-tennisa z panem Kopowskim, sowem na w mynek, w ktrym si ycie pytluje na otrby...
- To moe si nie stosowa do panny Castelli, i jeli si nie stosuje, to tym lepiej dla Zawiowskiego - rzek Bigiel - ale w ogle to jest trafne.
- Nie - odpowiedziaa pani Bigielowa - to przede wszystkim jest niegodziwe: pan naprawd nienawidzi kobiet.
- Ja nienawidz kobiet! - zawoa wirski wznoszc obie rce ku niebu.
- To chyba pan nie widzi, e pan z panny Castelli robi zwyczajn gsk.
- Ja, pani, dawaem jej tylko lekcje malowania, ale wychowaniem jej nie zajmowaem si nigdy.
A pani Marynia syszc to wszystko rzeka pogroziwszy wirskiemu:
- To a dziwne, eby taki dobry czowiek mia taki zy jzyk.
- W tym jest pewna suszno - odpowiedzia wirski - ja sam to czuj i nieraz zadawaem sobie pytanie: czy ja naprawd jestem dobry czowiek? Ale myl, e jestem. Bo s ludzie, ktrzy obmawiaj blinich przez zamiowanie do grzebania w bocie - i to jest plugawe; s inni, ktrzy to czyni przez zazdro - i to jest rwnie plugawe. Taki jednak Bukacjusz obgadywa dla konceptu, a ja... ja naprzd jestem gadatywus, po wtre, czowiek, a zwaszcza kobieta, zajmuje mnie wicej ni wszystko inne, a na koniec, lichota, pasko i mae marnoci natury ludzkiej ogromnie mnie gryz. I dalibg, e to z tego idzie. Ja bym chcia, eby wszystkie kobiety miay skrzyda, wic jak widz, e niektre maj tylko ogony, tak z samego zdziwienia poczynam krzycze wniebogosy.
- A czemu pan tak samo nie krzyczy na mczyzn? - spytaa pani Bigielowa.
- A niech ich tam! Co oni mnie obchodz! Przy czym, mwic powanie, moe nam si naley wicej ni paniom.
Tu i pani Bigielowa, i Marynia napady na nieszczliwego malarza, lecz on pocz si broni i mwi dalej:
- Niech panie wezm takiego Zawiowskiego i tak pann Castelli. On napracowa si od dziecistwa, naama si z trudnociami, namyla si, da ju co wiatu, a ona co? Czysty kanarek w klatce!... Dadz mu wody, cukru, muchotrzepu i siemienia, a on ma tylko rozczesywa dziobkiem swoje te pirka i wiergota. Albo tak nie jest? My ogromnie pracujemy, pani! Cywilizacja, nauka, sztuka, chleb i wszystko, na czym wiat stoi, to ostatecznie nasze dzieo. A to przecie bajeczny trud! O tym si atwo mwi, ale si ciko dwiga. Czy to jest suszne albo naturalne, e was od tego odsuwaj, nie wiem, i w tej chwili nie o to mi chodzi, ale na og biorc wam si zosta tylko jeden dzia: kochanie - wic umiejcie przynajmniej kocha.
Tu smaga twarz jego przybraa wyraz wielkiej agodnoci, a zarazem jakby melancholii.
- Ot, ja na przykad, pracuj niby dla tej naszej sztuki. Dwadziecia pi lat ma tam i ma tym pdzliskiem po papierze albo po ptnie i Bg jeden wie, com si napiowa, nimem z siebie co wydoby; tymczasem czuj si samotny na wiecie jak palec. A czeg chc? Oto eby mi Pan Bg za ca t pi da jakie poczciwe kobiecitko, ktre by mnie troch kochao i byo wdziczne za moj mio!
- To czemu si pan nie eni?
- Czemu? - odpar z pewnym wybuchem wirski - bo si boj, bo z was jedna na dziesi umie kocha, cho nie macie nic innego do roboty.
Dalsz rozmow przerwao przybycie pana Pawickiego z pani Maszkow, ktra w fularowej, ciemnoniebieskiej sukni w biae kropki wygldaa z daleka jak motyl. Pan Pawicki wyglda jak drugi motyl i zbliywszy si do ganku pocz mwi:
- Porwaem, porwaem pani Maszkow i przyprowadzam. Dobry wieczr pastwu, dobry wieczr, Maryniu! Jad tu sobie do was dorok, a patrz: pani stoi na ganku - wic porwaem i przyszlimy piechot. Dorok odprawiem, bo myl, e mnie odelecie.
Obecni poczli wita pani Maszkow, ona za, zarumieniona przechadzk, pocza tumaczy si wesoo, zdejmujc kapelusz ze swych popielatych wosw, e istotnie pan Pawicki porwa j niemal przemoc, gdy spodziewajc si powrotu ma nie chciaa opuszcza domu. Pan Pawicki uspokaja j, e m nie znalazszy jej w domu domyli si, gdzie jest, a za porwanie i za przechadzk sam na sam nie bdzie si gniewa, bo to przecie nie jest miasto, gdzie ludzie robi plotki z lada powodu - tu pocz pociga swoj bia kamizelk z min czowieka, ktry nie dziwiby si, gdyby robiono o nim plotki - ale wie, ktra ma swoje prawa i pozwala nie oglda si na etykiet.
To rzekszy spojrza filuternie na pani Maszkow, zatar rce i doda:
- He, he! wie ma swoje prawa... Dobrzem powiedzia: ma swoje prawa, tak! - i dlatego dla mnie nie ma jak wie.
Pani Maszkowa miaa si czujc, e jej z tym adnie i e kto moe j podziwia. Lecz Bigiel, ktry sam bdc w rozumowaniu cisymi, wymaga od wszystkich logiki, zwrci si do Pawickiego i rzek:
- Jeli nie ma jak wie, to czemu pan dobrodziej nie chce na lato z miasta wyruszy?
- Jak pan powiada? - spyta pan Pawicki: - Czemu nie chc wyruszy? Chciaem si wybra do Karlsbadu, ale...
Tu umilk na chwil i zapomniawszy, e dopiero co dawa do zrozumienia, i mgby jeszcze mod kobiet narazi na ze jzyki ludzkie, spojrza z pospn rezygnacj i doda:
- Czy warto dba o te par lat ycia, o ktre ani mnie, ani nikomu nie chodzi.
- Masz tobie! - zawoaa wesoo Marynia. - Jeli tatu nie pojedzie do Karlsbadu, to bdzie pi Millbrun u nas w Buczynku.
- W jakim Buczynku? - spyta Pawicki.
- Prawda, trzeba ogosi la grande nouvelle!
I pocza opowiada, e Buczynek zosta wyszukany, najty, e prawdopodobnie bdzie kupiony i e za cztery dni oboje z mem przenosz si do tego Buczynka na cae lato.
Lecz pani Maszkowa wysuchawszy opowiadania podniosa ze zdziwieniem swoje oczta na Poanieckiego i patrzc na niego spytaa:
- Wic pastwo naprawd nas opuszczaj?
- Tak jest - odrzek jakby z pewn opryskliwoci.
- Aa!
I przez chwil patrzya na niego wzrokiem osoby, ktra nic nie rozumie i ktra pyta, co to wszystko znaczy; lecz nie otrzymawszy adnej odpowiedzi zwrcia si do Maryni i pocza obojtn rozmow.
Bya tak wdroona w formy wiatowe, e sam tylko Poaniecki mg pozna, e wiadomo o Buczynku przenika przez te pokady, ktre tworzc jakby pokrowiec na jej mzgu przytpiy jego czuo. Domylia si jednak, e jej osoba moe tu wchodzi w gr i e te nage przenosiny mog sta z ni w zwizku. Z kad minut prawda ta przedstawiaa si jej coraz janiej - i chodna jej twarz przybraa wyraz jeszcze chodniejszy. Stopniowo ogarniao j uczucie upokorzenia. Zdawao si jej, e Poaniecki zrobi co wprost przeciwnego temu, czego miaa prawo od niego oczekiwa - i e uchybi ciko nie tylko jej, ale tym wszystkim wzgldom, jakie czowiek pewnej sfery winien kobiecie. I caa jej dusza odmalowaa si w tym, e zabolao j to mocniej ni jego odjazd. W pewnych razach kobiety wymagaj tym wicej wzgldw, im mniej im si naley, i tym wicej czci, im mniej na ni zasuguj, bo potrzeba im tego do oszukiwania samych siebie: a rwnie czsto zalepienie, delikatno lub komedianctwo mczyzn przyznaje im wszystko, czego daj - przynajmniej do czasu. Jednake, w tym zamiarze przeprowadzenia si za kilka dni we wprost przeciwn stron miasta bya jakby godna gbura zapowied zerwania stosunku. Wiaroomstwo miewa swoje tego rodzaju zapowiedzi a posteriori - i miewa zawsze, albowiem nie ma w wiecie przykadu, by stosunek oparty na wiaroomstwie osta si. Ale tym razem grubiastwo przeszo wszelk miar i siejba wydaa zbyt wczenie waciwe niwo. Mao lotna z natury myl pani Maszkowej nie potrzebowaa zbytnich wysile, by doj do wniosku, e to, co j spotkao, nazywa si po prostu pogard.
A w tym samym czasie i Poaniecki myla:
"Jak ona bajecznie musi mn pogardza!"
Oboje za nie zdawali sobie w tej chwili sprawy, e to, w najlepszym razie, bya tylko kwestia czasu.
Lecz pani Maszkowa chwytaa si jeszcze nadziei, e to moe by jakie nieporozumienie, jaki chwilowy gniew, jaka draliwo fantasty, jaka obraza, ktrej nie umiaa sobie wytumaczy, sowem, co takiego, co moe by mniej stanowczym, ni si pozornie wydaje. Jedna rozmowa, jedno sowo rzucone odpowiednio mogo jeszcze wszystko wyjani. Sdzc, e i Poaniecki moe odczuwa potrzeb takiej rozmowy, postanowia mu j uatwi.
Wic po herbacie poobiedniej pocza si zbiera do domu i spojrzawszy na Poanieckiego rzeka:
- A teraz musz prosi ktrego z panw, by mnie odprowadzi.
Poaniecki wsta. Zmczona, a zarazem gniewna jego twarz zdawaa si mwi pani Maszkowej: "Jeli chcesz szczerej prawdy, bdziesz j miaa" - lecz niespodzianie Bigiel pomiesza im szyki rzekszy:
- Wieczr taki pogodny, e moemy wszyscy pani odprowadzi.
I tak si stao. Pan Pawicki uwaajc si dzi za rycerza pani Maszkowej poda jej z wielk galanteri rk i przez ca drog zabawia j rozmow, tak e do Poanieckiego, ktry prowadzi pani Bigielow, nie miaa sposobnoci ani sowa przemwi, prcz "dobranoc" przy bramie. Temu "dobranoc" towarzyszy ucisk rki, ktry by nowym pytaniem - bez odpowiedzi. Poaniecki zreszt rad by, e nie potrzebuje dawa objanie. Mg da tylko mtne, a przede wszystkim przykre. Pani Maszkowa ju obecnie budzia w nim tyle duchowego niesmaku, ile fizycznego pocigu, i z obu tych przyczyn uwaa, e pozostawszy w domu Bigielw bdzie j mia zbyt blisko. Zreszt wyszuka Buczynek i wynaj go gwnie z tego powodu, e natury spryste, nacinite zbyt silnie, instynktowo musz co przedsibra i dziaa, choby owo dziaanie nie byo w bezporednim zwizku z tym, co im dolega. Nie mia jednak bynajmniej poczucia, e ucieczka od niebezpieczestwa rwna si powrotowi na uczciw drog lub nawet prowadzi do niej; w tej chwili zdawao mu si, e na to za pno, e to jest rzecz przepada raz na zawsze. "Ucieka - mwi sobie - by na to czas. Obecnie jest to tylko egoizm zwierzcia, ktre zaniepokojone w jednym legowisku, szuka sobie drugiego." Zdradziwszy oto poprzednio Maryni zdradza teraz pani Maszkow z obawy, by stosunek z ni nie sta si zbyt mczcym - i zdradza w sposb zarwno ndzny, jak gruby, depcc po niej. To tylko nowa podo, ktrej dopuszcza desperat, w przekonaniu, e jakkolwiek by si wysila, stoczy si zawsze w przepa.
Na dnie tych myli kryo si jednak niezmierne zdumienie. Gdyby to wszystko zdarzyo si komu innemu, biorcemu ycie lekko, taki mgby machn rk i uwaa, e spotka go jeden wicej wesoy wypadek. Poaniecki rozumia, e wielu patrzyoby na spraw w ten wanie sposb. Ale on wyrobi by w sobie zasady, mia je - i spad z caej ich wysokoci, zatem jego upadek by tym wikszy. "Wic - myla sobie - to, com zdoby, do czegom doszed, ostatecznie od niczego nie broni. Majc to krci si kark, tak jakby si niczego nie miao." I rzecz ta wydawaa mu si wprost nie do pojcia. Dlaczego? z jakiej przyczyny? Na to pytanie nie umia sobie odpowiedzie i zwtpiwszy poprzednio o swej uczciwoci i honorze pocz teraz wtpi o rozumie, czu bowiem, e nie moe tu czego uchwyci i uwiadomi.
W ogle za czu si czowiekiem strconym w jak duchow pustk, ktry nie moe niczego odnale, nawet przywizania do ony. Wydao mu si, e zatraciwszy w sobie wszystkie ludzkie strony zatraci zarazem zdolno i prawo do kochania jej. Z nie mniejszym te zdziwieniem spostrzeg, e w gbi serca ywi jakby uraz do niej za swj wasny upadek. Dotychczas nie skrzywdzi nikogo w yciu, nie mg wic wiedzie e zwykle czuje si uraz; a nawet nienawi, do tego, komu si czyni krzywd.
Tymczasem towarzystwo po poegnaniu pani Maszkowej wracao do domu. Marynia sza teraz obok ma, ale przypuszczajc, e jest zajty obliczeniami tyczcymi kupna kolonii, i pamitajc, e w takich razach nie lubi, gdy mu przeszkadzano, nie przerywaa milczenia. Wieczr by tak ciepy, e po powrocie zostali jeszcze na ganku. Bigiel pocz zatrzymywa wirskiego na noc artujc przy tym, e taki Herkules nie pomieci si w jego bryczuszce obok pana Pawickiego. Poaniecki, ktremu obecno kogo obcego bya na rk, popar nalegania Bigiela.
- Niech pan zostanie - rzek - ja jutro rano jad do miasta, wic zabierzemy si razem.
- Pilno mi tylko do malowania - odpowiedzia wirski. - Jutro chciaem si zabra od rana do roboty, a w ten sposb bdzie marudztwo.
- Czy pan ma jak terminow robot? - spytaa Marynia.
- Nie, pani, ale rka wychodzi z wprawy. To jest tego rodzaju rzemioso, e w nim nigdy nie wolno odpoczywa; straciem ju tyle dni na wczdze, to do Przytuowa, to do pastwa, a farby tymczasem schn.
Obie panie poczy si mia, e to mwi sawny mistrz, ktry przecie powinien by wolny od obawy, e zapomni malowa. Lecz wirski odrzek:
- To si tak zdaje, e gdy si dojdzie do pewnej doskonaoci, to si j posiada. To dziwna rzecz ten ludzki organizm, ktry ma tylko do wyboru: albo i naprzd, albo si cofa. Nie wiem, czy tak we wszystkim, ale w artyzmie nie wolno powiedzie sobie: "Ju dobrze!" - nie wolno stan. Jak przez tydzie nie maluj, nie tylko trac biego apy, ale nie poczuwam si w mocy. Rka tpieje - to jeszcze rozumiem! - ale przy tym tpieje i zmys artystyczny, tpieje po prostu talent. Mylaem, e to tak jest tylko w moim zawodzie, bo w nim ogromnie duo znaczy technika, ale dacie pastwo wiar, e ten niatyski, ktry pisuje do teatru, mwi mi to samo. A w takiej literaturze na czyme polega technika? Na tym chyba, eby jej nie mie albo przynajmniej eby jej nie byo wida. Jednak i tamten gada, e nie moe stan, e cofa si lub postpuje w miar wysile. Suba sztuce! - to adnie brzmi. Ach, co za psia suba, w ktrej nigdy nie ma spoczynku i nigdy spokoju! Nic, tylko moz i strach! Czy to ju przeznaczenie caego ludzkiego pogowia, czy tylko my jestemy takie zamczone figury...
wirski wprawdzie nie wyglda wcale na zamczon figur, nie wpada te w ton patetyczny narzekajc na swoje rzemioso; ale w rozmachanych sowach jego bya jaka szczero, ktra czynia je zajmujcymi. Po chwili podnis pi i wygraajc ni ksiycowi, ktry wanie ukaza si nad lasem, zawoa na wp wesoo, na wp ze zoci:
- Ot, taka pyza! Jak raz nauczya si krci koo ziemi, tak ju jest pewna swojej sztuki. eby cho jedn tak chwil mie w yciu!
Pani Marynia pocza si mia i podnisszy mimo woli oczy w kierunku rki wirskiego rzeka:
- Niech pan nie narzeka. To nie tylko artystom nie wolno stan. Czy si pracuje nad obrazem, czy nad samym sob, to wszystko jedno, a pracowa trzeba, kadej godziny, bo inaczej byoby le.
- Ogromnie trzeba pracowa! - przerwa z westchnieniem pan Pawicki.
Lecz ona mwia dalej szukajc z pewnym wysileniem jakiego porwnania i podnoszc przy tym brwi:
I Widzi pan, gdyby kto cho na chwilk powiedzia sobie: "Jestem dostatecznie mdry i do dobry" - to ju to samo nie byoby ani mdre, ani dobre. Oto mnie si wydaje, e my wszyscy pyniemy przez jak gbin, gdzie do lepszego brzegu, ale kto tylko chce odpocz i przestanie porusza rkoma, tego zaraz wasny ciar cignie na dno.
- Frazesy! - rzek nagle Poaniecki.
Ona za, rada z trafnoci porwnania, odpowiedziaa:
- Nie, Stachu! jak ciebie kocham, tak to nie frazesy!
- Daby Bg tylko zawsze takie sysze - rzek ywo wirski. - Pani ma zupen suszno.
Lecz Poaniecki w gruncie rzeczy rwnie by przekonany, e ona ma suszno - i, co wicej, w tych ciemnociach, ktre go otaczay, poczo co byszcze na ksztat wiateka. Oto on wanie powiedzia by sobie: "Jestem dostatecznie mdry, dostatecznie dobry - i mog odpocz" - oto on wanie zapomnia o koniecznoci cigego wysiku, on zaprzesta porusza rkoma na gbinie i wnet wasny ciar pocign go na dno. Tak byo! Wszystkie te wysokie religijne i moralne zasady, ktre zdoby, zamkn w swej duszy, tak jak zamyka w kasie pienidze - i uczyni z nich martwy kapita. Mia je, ale jakby na skadzie. Wpad w zalepienie skpca, ktry cieszy si nagromadzonym zotem, ale yje jak ndzarz. Mia je, ale z nich nie y - i zaufawszy swemu bogactwu wyobrazi sobie, e jego yciowe rachunki s pokoczone i e moe spocz. A teraz poczyna si jakby brzask wrd tej nocy, ktra zalegaa jego umys, i z cienia pocza si wychyla ku niemu mglista jeszcze i niewyrana prawda, e tego rodzaju rachunki nie mog by nigdy zamknite - i e to jest ogromna, codzienna i nieustanna praca, ktra, jak mwi Marynia, koczy si dopiero tam, gdzie, na drugim, lepszym brzegu.
Rozdzia pidziesity trzeci
- Mj drogi panie, czemu pan si tak nie ubiera jak pan Koposki? - mwia do Zawiowskiego pani Broniczowa. - Naturalnie, e Niteczka ceni wicej paskie poezje ni wszelkie na wiecie ubrania, ale pan nie uwierzy, jaki to malec estetyczny i jak ona si doskonale zna nawet na takich rzeczach. Wczoraj biedactwo przyszo do mnie i pyta z tak liczn mink, e gdyby j pan widzia, to by si pan rozpyn: "Ciociu - pyta - czemu pan Igna nie ma na rano biaego flanelowego kostiumu? Wszystkim panom tak adnie w tych kostiumach!" Niech pan sobie co podobnego sprawi, ona bdzie rada. Widzi pan, e i Jzio Osnowski ma flanelowy kostium - on nawet ma kilka, przez kokieteri wzgldem Anetki. To s mae rzeczy - wiem! - ale kobiety to ogromnie ujmuje, gdy si zwaa na ich wymagania. Pan nie ma pojcia, jak ona wszystko widzi. W Scheveningen wszyscy do poudnia chodz w takich kostiumach, i jej byoby przykro, gdyby kto pomyla, e pan nie naley do towarzystwa, ktre wie, jak si ubiera. Pan taki dobry, pan sobie kupi taki kostium - prawda? Pan to dla niej zrobi - i nie wemie mi za ze, e ja mwi o tym, co Niteczka lubi?
- Ach, pani - rzek Zawiowski - najchtniej!
- Jaki pan poczciwy! Ale! co to jeszcze chciaam powiedzie?... Aha! i adny ncessaire podrny z tej skry? - dobrze? - mj drogi panie! Niteczka ogromnie lubi adne sakwojae u panw; a za granic, jak kogo widz, tak go pisz... Wczoraj - powiem panu w sekrecie - ogldaymy ncessaire pana Kopowskiego! Bardzo adny i w dobrym gucie... kupiony w Drenie. Niteczce bardzo si podoba. Niech go pan zobaczy i niech pan sobie kupi co w tym rodzaju. Przepraszam, e ja si to wdaj, ale to bagatela. Widzi pan, ja znam i kobiety w ogle, i Niteczk. Z ni nie ma lepszej metody ni ustpstwa w maych rzeczach. Gdy chodzi o wielkie rzeczy, ona si potrafi wszystkiego wyrzec. Przecie pan sysza, jakie ona miaa partie do wyboru, a jednak wybraa pana. Nieche jej pan za to okazuje wdziczno cho w drobiazgach. Czy pan, jako psycholog, nie zauway, e natury, zdolne do wielkich powice, zachowuj si wanie na wyjtkowe okazje, a w yciu codziennym lubi, eby im dogadzano?
- By moe, pani; dotd jako nie zastanawiaem si nad tym.
- O, z pewnoci tak jest, i taka jest wanie natura Niteczki. Pan nie jest jeszcze w stanie oceni, co to za natura, cho powinien by pan oceni przez to samo, e pana wybraa. Ale wy, mczyni, nie umiecie odczu tyu odcieni! Jakby przyszo co do czego, zobaczyby pan dopiero, jak w niej nic nie ma egoizmu. Niech j Pan Bg ochroni od wszelkich prb, ale, gdyby przyszo co do czego, zobaczyby pan.
- Pani - odpar z pewn ywoci Zawiowski - wiem, e pani ceni pann Niteczk, ale jednak i pani nie myli o niej tyle dobrego, ile ja.
- Ach, jak ja pana kocham, gdy pan takie rzeczy mwi! - zawoaa z radoci pani Broniczowa. - Mj drogi panie! Ale jeli tak, to mama jeszcze co szepnie panu do ucha: oto ona pasjami lubi u panw czarne jedwabne poczoszki, ale jedwabne! Niech pan zapamita! Jej do spojrze, eby odrni, co jedwab, a co fil d'Ecosse! Mj Boe! Niech mnie pan nie posdza, e ja si do wszystkiego chc miesza. Nikt si tak nie potrafi usuwa jak ja, tylko chodzi o to, by Niteczka nigdy nie pomylaa, e pan pod jakimkolwiek wzgldem nie dorwnywa innym. Co pan chce! Bierze pan prawdziw artystk, ktra lubi, eby wszystko, co j otacza, byo adne. I doprawdy, ona przecie wcale nie bdzie tak biedna, eby nie miaa do tego prawa. C, panie?
Zawiowski wydoby ksieczk do notatek i rzek:
- Zapisz sobie zlecenia pani, ebym czego nie zapomnia.
W sowach jego by odcie ironii. Pani Broniczowa swym nadmiarem sw, sposobem mwienia,; a zwaszcza swym zbyt widocznym zamiowaniem w rzeczach powierzchownego zbytku niecierpliwia go czstokro. Zawiowskiego razio w niej jakby pewne parweniuszostwo natury. Poniewa nie wiedzia, jakie gmachy pobudowaa ju na majtku starego pana Zawiowskiego, nie mg wprost zrozumie, jak kobieta delikatna moga tak mao krpowa si z nim w wymaganiach dla Niteczki, gdy szo o skal ich przyszego ycia. Sdzi przedtem, e bdzie wprost przeciwnie, e te panie bd okazyway a nazbyt wiele skrupuw i delikatnoci - i to byo pierwsze jego rozczarowanie. Z drugiej strony bola go zy smak, z jakim niemal codziennie pani Broniczowa wspominaa o wielkich partiach, jakie Niteczka moga porobi, i o wyrzeczeniach si, ktre dla niego uczynia. Te wyrzeczenia si jeszcze nie miay miejsca. Zawiowski nie by zarozumialcem, ale te nie nosi niej gowy, ni byo trzeba - i z tym, co w nim byo, uwaa si nie za gorsz, ale za lepsz parti od takich Kopowskich lub od rozmaitych Colimaaw, Kanafaropulosw i tym podobnych zakazanych operetkowych figur. Wzburzaa go sama myl, e go miano z nimi porwnywa, zwaszcza na jego niekorzy. Majc w duszy mio i poezj sdzi, e ma to, czym i ksita tej ziemi nie zawsze rozporzdzaj. Jakie bdzie praktyczne ich ycie z Niteczk, o tym niewiele dotd myla, lub myla tylko oglnie, ale czujc w sobie si i gotowo do wzicia si za czuby ze wszelkim losem ufa, e bdzie bujne. Targowa si o ow bujno nie mia zamiaru i gdy pani Broniczowa zdradzaa podobne chci, musia si powstrzymywa, by jej nie powiedzie; e wydaje mu si to paskim.
wirski, bawic w Przytuowie, wypowiedzia raz dziwne zdanie, e mio nie jest cakowicie lep, ale cierpi na daltonizm. Zawiowski sdzi, e malarz mwic to mia na myli Osnowskiego, nie przypuszcza za, e i sam jest doskonaym okazem czowieka podlegego temu cierpieniu. Olep jednak tylko w stosunku do panny Linety - poza ni widzia wszystko i dostrzega wszystko z wiksz jeszcze ni zazwyczaj bystroci. I niektre spostrzeenia przejmoway go zdziwieniem. Nie liczc obserwacji nad pani Anet, jej Jziem i Kopowskim, zauway na przykad, e jego wasny stosunek do pani Broniczowej poczyna si zmienia - i e od czasu jak sta si jej bliskim, jak oswajaa si i spoufalaa z nim, jako z przyszym krewnym i przyszym mem Niteczki, poczynaa mniej ceni jego osob, jego dziea, jego talent. Byo to moe dla zwykego oka niewidoczne, ale dla Zawiowskiego wyrane - nie umia za odpowiedzie sobie, dlaczego tak jest. Przyszo dopiero miaa go nauczy, e pospolite natury zetknwszy si z ludmi lub rzeczami wyszymi przez samo spoufalenie si trac dla nich szacunek, jakby okazujc mimo woli, e to, co stao si im bliskim, musiao tym samym zarazi si paskoci i lichot i tym samym nie mogo pozosta wysokim. Tymczasem pani Broniczowa rozczarowywaa go coraz bardziej. Niecierpliwi go w "wygodny" Teodor majcy w danym wypadku osoni sw zagrobow powag wszelki postpek.
Zdumiewaa go jaka ptasia ruchliwo tego umysu, ktry chwytajc wszystko w lot z dziedziny dobra i piknoci, zmienia zarazem wszystko w nieobowizujce i puste sowa.
Dziwia go na koniec jej ogromna nieyczliwo dla ludzi. Pani Broniczowa, niemal pokorna wobec starego Zawiowskiego, poufnie mwia o nim z niechci; panny Heleny wprost nie lubia; o pani Krasawskiej i pani Maszkowej odzywaa si z wiecznym przeksem, o Bigielach z lekcewaeniem, szczeglniej za sol w oku bya jej pani Poaniecka. Pochwa oddawanych Maryni przez wirskiego, Zawiowskiego i Osnowskiego suchaa z tak niecierpliwoci, jakby byy one zarazem ujm dla panny Castelli. Zawiowski przekona si, e naprawd pani Broniczowa nie lubi nikogo na wiecie prcz "Niteczki".
Ale to wanie wynagradzao w jego pojciu wszystkie jej ujemne waciwoci. Nie poj dotd, e takie uczucia zawistne i wyczne, ktre zamiast rozszerza serce dla ludzi, czyni je ciasnym i oschym, s tylko dwugowym egoizmem i e taki egoizm moe by rwnie grubym i nieuytym jak jednogowy. Sam kochajc z caej duszy Linet i czujc si, od czasu jak j pokocha, lepszym i pobaliwszym, sdzi; e istota, ktra kocha prawdziwie, nie moe by w gruncie rzeczy z - i w imi wsplnej mioci przebacza pani Broniczowej wszelkie jej braki.
Natomiast w stosunku do panny Linety bystry ten obserwator nie umia niczego dostrzec. Potniejsze dusze mskie czyni dlatego tyle nieszczsnych omyek w mioci, e przybieraj kochane kobiety we wszystkie swoje promienie nie zdajc sobie nastpnie sprawy, e ten blask, od ktrego olniewaj, jest ich wasny. Tak byo i z Zawiowskim. Panna Lineta oswajaa si co dzie wicej i z nim, i ze swoj rol narzeczonej. Ta myl, e on j wyrni, przenis nad inne, wybra i pokocha, bdca niegdy nieustannym ywym rdem zadowolenia mioci wasnej i dumy, poczynaa traci dla niej urok nowoci i powszednie. Wszystko, co byo mona z niej wydoby na chwa wasn, ju z pomoc pani Broniczowej wydobya. Podziw ludzki zosta rwnie, jak si wyrazi wirski - "zeskamotowany", a posg by teraz tak blisko jej oczu, e zamiast ogarnia jego cao, ja wykrywa skazy na marmurze. Chwilami jeszcze, pod wpywem cudzych zda lub cudzych podziww, odzyskiwaa pami i wiadomo jego miary, ale wwczas ogarniao j jakby zdziwienie, e ten, peen prostoty, rozkochany, patrzcy w jej oczy i powolny na kade jej skinienie czowiek jest owym Zawiowskim, nad ktrym nawet wirski krci gow, a ktrego taki Osnowski uwaa za jak cenn wasno publiczn. Ona przecie moga go posa w kadej chwili na przykad po wiee truskawki albo po wczk! I poczucie to sprawiao jej pewn przyjemno, a tym samym czynio go jeszcze potrzebnym. Podziwiaa w nim wasn moc i czasem spowiadaa mu si z tego rodzaju wrae bardzo szczerze.
Raz, gdy zaszli na wilgotne ki, Zawiowski wrci si dla niej po kalosze. Nastpnie klknwszy przy olsze nakada je jej na nogi, ktre przy tym caowa. Wwczas ona spogldajc na t schylon do swych stp gow rzeka:
- Pana maj za wielkiego czowieka, a pan mi kalosze nakada!
Zawiowski za podnis na ni oczy i rozbawiony zestawieniem, odpowiedzia wesoo, nie wstajc z klczek:
- Bo ogromnie kocham!
- To dobrze, ale ciekawam, co by te ludzie na to powiedzieli?
I ta ostatnia kwestia zdawaa si j najbardziej zajmowa. Zawiowski jednak pocz z ni w tej chwili ktni za to, e powiedziaa mu: pan - i nie zauway, e w tym jej: "To dobrze!" byo jakby pewne roztargnienie,  jakim si pomija rzeczy mniejszej wagi lub zbyt znane. Z podobnym te pbaczeniem suchaa tego, co mwi dalej, e nie bdc zarozumialcem, uwaa si za zwykego czowieka, ale szanuje swj zawd, i e za najwiksze szczcie poczytuje wanie takie ycie, w ktrym mona suy wysoko, a kocha po prostu. W poczuciu tego szczcia otoczy jej stan ramieniem, tak aby to swoje proste kochanie mie jak najbliej piersi. Ale gdy przy tym wystajca jego broda wysuna si jeszcze bardziej naprzd, co zdarao si zawsze, ilekro mwi z uniesieniem, Castelka pocza go prosi, by si od tego odzwyczai, bo mu to nadaje surowy wyraz, a ona lubi koo siebie wesoe twarze. Za jedn drog przypomniaa mu take, e wczoraj woc j po stawie i zmczywszy si wiosowaniem oddycha przy niej bardzo gono. Nie chciaa mu tylko od razu powiedzie, jak jej to "dawao na nerwy". Jej byle co "daje na nerwy" - ale nic tak, jak gdy kto przy niej zmczy si i gono oddycha.
'Io mwic zdja kapelusz i pocza wachlowa twarz. Powiew podnosi jej jasne wosy i w zielonawym cieniu olch, obrzucona tu i owdzie socem wdzierajcym si przez licie, wygldaa jak zjawisko. Zawiowski poi ni oczy, a w sowach jej podziwia przede wszystkim wdzik rozpieszczonego dziecka. Byo moe w nich co wicej, ale on niczego wicej nie szuka i nie znalaz, wanie dlatego, e mio jego bya, przy caej swej mocy, prosta.
Prostota jednak nie wycza lotu. Panna Niteczka przyczepia si istotnie jak pajczyna do skrzyde ptaka, ktry te mimo woli unosi j na wysokoci, gdzie kady ruch serca trzeba odczu, wszystko odgadn, wszystko zrozumie, i gdzie myl nawet musi si nata, aby da wyraz uczuciu. A z panny Niteczki by "taki leniuszek!" Sama to niegdy mwia swemu Latawcowi, ktry teraz ani domyla si, e owe wyyny sprawiaj jej tylko zawrt gowy i zmczenie.
Zdarzao si teraz coraz czciej, i budzc si rano i mylc o tym, e trzeba bdzie spotka si z narzeczonym i nastroi si od rana na jego wysok nut, doznawaa takiego uczucia jak dziecko, na ktre czeka trudna lekcja. Ona ju t lekcj wydaa; ju wypowiedziaa mniej wicej wszytko, czego j nauczono, i sdzia, e narzeczestwo powinno jej przynie wakacje. Miaa na koniec dosy tych wszystkich swoich i cudzych niepospolitoci, tych oryginalnych okrele, tych trafnych odezwa si, ktrymi wojowaa dotd na wiecie. Czua zreszt, e zapas wyczerpywa si i e w studni ju dno wida. Pozostaway jej tylko jeszcze jakie odczuwania artystyczne, i ten nieznony "pan Igna" mg przecie poprzesta na tym, e od czasu do czasu pokazywaa mu to jak rozleg k, to kawaek lasu, to skrawek pola z powym, jakby rozpierzchym w wietle, zboem i mwia: "adne! adne!" To byo atwiejsze! On wprawdzie nie umia znale do sw i podziwu, ile gbokiej artystycznej duszy kryje si w takim jednym wyrazie: "adne" - ale jeli tak, to czego chcia wicej? i dlaczego w rozmowie, w uczuciu, w sposobie kochania zmusza j do jakich niepotrzebnych wysile? Jeli za nie zmusza, jeli to przychodzio bez jego wiedzy, to tym gorzej dla niego, e bdc z natury takim stromym, jeszcze w dodatku o tym nie wiedzia. Niech sobie w takim razie gada ze Stefci Ratkowsk!
Z "Koposiem" natomiast nie potrzeba byo adnych wysile, tote towarzystwo jego byo prawdziwym dla panny Castelli wypoczynkiem. Sam jego widok rozwesela j, wywoywa umiech na jej twarzy i usposabia do artw. Taki Poaniecki by wprawdzie raz w yciu zazdrosny o Kopowskiego, ale Zawiowskiemu jako czowiekowi, ktry y daleko wyczniej yciem umysowym, a zatem i mierzy wszystko miar czysto umysow, ani przez myl nie przeszo, by dziewczyna tak "uduchowiona" i tak "mdra" jak Niteczka moga cho przez chwil patrze inaczej na Kopowskiego jak na przedmiot do wesoych artw, na jakie sobie ustawicznie pozwalaa. Czy sama pani Broniczowa, pomimo caej powierzchownoci swego umysu, nie oburzaa si na samo przypuszczenie oddania Niteczki Kopowskiemu? To, co Zawiowski widzia midzy nim a pani Anet, nie byo dla niego adn nauk, uwaa bowiem swoj Niteczk za przeciwlegy biegun Anety. Niteczka przecie wybraa jego, on za by znw antytez Koposia. To jedno usuwao wszelk wtpliwo. Niteczka bawia si Koposiem, malowaa go, prowadzia z nim takie rozmowy, e Zawiowski wydziwi si nie mg, jak przy nich moga nie usn, artowaa z niego, wodzia za nim rozweselonym wzrokiem - ale tylko dlatego e bya jeszcze dzieckiem, ktre potrzebowao mie swe chwile zabawy, a nawet i pustoty. Natomiast nikt lepiej od niej nie widzia caej jego bezdennej gupoty - i nikt tak czsto o niej nie mwi. Ile razy wymiewaa si z niej przed Zawiowskim!...
Nie wszystkie jednak oczy patrzay na t zabawk jednakowo - a przede wszystkim patrzaa inaczej pani Aneta, ktra od czasu do czasu mwia wprost mowi, e Castelka kokietuje Kopowskiego. "Jziowi" wydawao si rwnie niekiedy, e tak jest, i mia ochot wyprawi grzecznie Koposia z Przytuowa, na to jednak pani Aneta nie chciaa zezwoli. "Skoro stara si o Stefci, to nie mamy prawa zawizywa tak biednej dziewczynie losu." Osnowskiemu al byo tej sodkiej Stefci dla Koposia, ale poniewa rzeczywicie nie miaa adnego majtku i poniewa Anetka yczya sobie, eby to przyszo do skutku, wic nie mia si sprzeciwi.
Ale za to nie posiada si ze zdziwienia i oburzenia na Castelk: "Majc takiego Ignasia, kokietowa takiego durnia - na to trzeba chyba by zupenie bezduszn lalk." Z pocztku nie chciao mu si to w gowie pomieci. W przypuszczeniu, e jednak Anetka chyba si musiaa omyli, pocz pilniej przypatrywa si modej dziewczynie - i poniewa, poza osobistym swym stosunkiem do ony, nie by wcale czowiekiem gupim, dostrzeg mnstwo rozmaitych rzeczy, ktre go ze wzgldu na przyja, jak mia do Zawiowskiego, mocno zaniepokoiy. Nie przypuszcza wprawdzie, by zdarzy si jakikolwiek wypadek mogcy zmieni pooenie, ale zadawa sobie pytanie: jaka bdzie przyszo Ignasia z kobiet tak mao umiejc go ceni i tak mao duchowo rozwinit, e nie tylko znajdowaa upodobanie w towarzystwie takiego bezgowego piknisia, ale pozwalaa sobie pociga go i baamuci? "Anetka sdzi wszystkich po sobie - myla Osnowski - i rzeczywicie omylia si przypisujc Castelce jakie gbsze poczucia: to marionetka, na ktr, jeli nie wpyny podobne dusze jak Anetka i Igna, to ju jej nic nie rozbudzi." W ten sposb w nieszczsny, chory na daltonizm mioci czowiek odkrywajc z jednej strony prawd, z drugiej popada w bd coraz grubszy. Na "Castelk" za to patrzy z kadym dniem trafniej i nie potrzebowa zbytnich wysile, by doj do pewnoci, e w stosunku tej "idealnej" Niteczki do Koposia s wprawdzie arty, jest duo przekory, dranienia si, nawet drwin, ale jest i taka nieprzeparta sabo, i taki pocig, jaki kobiety z duszami modniarek czuj do adnych i adnie ubranych chopcw. Fenomenalna gupota Kopowskiego zdawaa si jeszcze wzrasta na wieym powietrzu, ale za to soce pozocio jego delikatn cer, przez co oczy stay si wyrazistsze, zby bielsze, zarost na twarzy pojania i lni si jak jedwab. Rzeczywicie, e blask bi nie tylko od jego modoci i urody, ale od jego bielizny, krawatw, od jego wyszukanych, a zarazem prostych kostiumw. Rano, przybrany do lawn-tennisa w angielskie flanele, mia w sobie jak wieo poranku i rozmarzenie snu. Wysmuke a zarazem wytoczone jego ksztaty rysoway si jakby pieszczotliwie przez mikkie tkaniny i gdzie ten kocisty Zawiowski mg si porwna w oczach tych pa, razem ze swoj zuchwa wagnerowsk szczk i dugimi nogami, z tym mignonem przypominajcym jednoczenie bogi greckie i urnale md, jednoczenie woskie gliptoteki i tabldoty Biarritz lub Ostendy! Trzeba byo by takim cudakiem jak ta cicha woda, Stefcia Ratkowska, eby utrzymywa (chyba na zo), e to jest nieznona lala. Castelka miaa si wprawdzie, gdy wirski wyrazi si kiedy, i Kopowski, zwaszcza zapytany o co znienacka, miewa takie spojrzenia, w ktrych wida szesnacie quartiers gupoty po mieczu i po kdzieli. Rzeczywicie, on miewa troch nieprzytomne spojrzenia i zwykle nie od razu mg poj, czego od niego chc. Ale za to taki by wesoy, taki wydawa si agodny i, mimo niezbyt lotnej myli, tak dobrze wychowany, a wreszcie taki liczny i wywieony, e wszystko mona mu byo przebaczy.
Zawiowski myli si sdzc, e tylko pani Broniczowa przepada za rzeczami powierzchownego zbytku i e jego narzeczona nie wie o tych wszystkich daniach, z ktrymi ciocia wystpuje. Castelka wiedziaa o nich. Straciwszy nadziej, by "pan Igna" mg kiedykolwiek dorwna Kopowskiemu, chciaa, eby przynajmniej si do niego zbliy. Do rzeczy powierzchownego zbytku miaa wrodzony pocig - i "ciocia" proszc Zawiowskiego, by sobie kupi to lub owo, speniaa tylko jej dania. Dla niej rzeczywicie, do byo spojrze, eby odrni jedwab od fil d'Ecosse, i caa jej dusza instynktownie rwaa si do jedwabiu. Kopowski by za dla niej tym wrd ludzi, czym jedwab wrd tkanin. Gdyby nie pani Aneta, ktra powstrzymywaa modego czowieka, i gdyby nie rozmaite grne uczucia, ktre wmwia w Castelk, Castelka byaby niechybnie za niego wysza. Osnowski nie wiedzc o tym wszystkim dziwi si nawet, e si tak nie stao, doszed bowiem w kocu swych spostrzee do wniosku, e i dla Linety, i dla Zawiowskiego byoby tak moe lepiej.
I ktrego dnia zwierzy si z tych myli onie, lecz ona rozgniewaa si i odrzeka z wielk ywoci:
- Nie stao si, bo si sta nie mogo. Nikt nie jest obowizany stosowa si do Jzia pomysw. Ja pierwsza spostrzegam, e Castelka kokietuje Kopowskiego. Kt mg wiedzie, e to taka natura? By narzeczon i ju kokietowa innych - to przechodzi ludzkie pojcie. Ale ona to robi przez prno, na zo Stefci Ratkowskiej, a moe dlatego, by wzbudzi zazdro w Zawiowskim. Kto j tam wie! atwo teraz Jziowi mwi i zwala ca win na mnie, e to ja zrobiam to maestwo; niech sobie Jzio lepiej przypomni, ile razy sam zachwyca si Castelk, ile razy mwi, e to niezwyka natura i e taka wanie uszczliwiaby pana Ignasia! adnie niezwyka natura!! Teraz kokietuje Kopowskiego, a gdyby bya jego narzeczon, to by kokietowaa Zawiowskiego. Jak kto jest prny, to pozostanie zawsze prny. Jzio mwi, e ona byaby odpowiedniejsza dla Kopowskiego. Trzeba byo mie pierwej ten rozum, nie dopiero wwczas, gdy ona jest narzeczon Zawiowskiego. Ale Jzio umylnie tak mwi, dlatego tylko, eby mi pokaza, jakie gupstwo zrobiam pomagajc panu Ignasiowi.
I caa sprawa zostaa obrcona w ten sposb, i Zawiowski i Castelka zeszli na drugi plan, na pierwszy za wystpio okruciestwo i zoliwo Jzia. Ale Osnowski pocz si usprawiedliwia i rozoywszy rce mwi:
- Anetko! Jak ty moesz nawet przypuci, e ja ci chciaam zrobi przykro? Przecie ja wiem, jakie ty poczciwe i serdeczne miaa chci; Anetko widzisz, mnie strach bierze o przyszo Ignasia, bo go kocham. Chciabym z duszy serca, eby mu Bg da tak istot, jak ty jeste. Moja ptaszynko najdrosza, ty wiesz, e ja bym wola jzyk straci ni powiedzie ci co przykrego. Przyszedem, ot tak, pogada z tob i naradzi si, bo wiem, e w tej kochanej gwce zawsze znajdzie si na wszystko sposb.
To rzekszy pocz caowa jej rce, a nastpnie ramiona i twarz, z ogromn mioci i coraz wikszym uniesieniem, lecz ona odwracaa gow wykrcajc si od pocaunkw i mwic:
- Ach, jaki Jzio spocony!
On za rzeczywicie by niemal zawsze spocony, bo po caych dniach grywa w tenisa, jedzi konno, wiosowa, wczy si po polach i lasach, byle schudn do miary jej wymaga.
- Powiedz tylko, e si nie gniewasz! - rzek puszczajc jej rk i patrzc z tkliwoci w oczy.
- No, nie!... Ale jak ja mog da rad. Oto niech sobie jad jak najprdzej do tego Scheveningen, a Kopowski niech tu zostanie ze Stefci.
- Widzisz, e znalaza sposb. Niech jad z pocztkiem sierpnia. Ale czy ty zauwaya, e Stefcia jako nie bardzo... jako jej Koposio nie przypad dotd do serca?
- Stefcia skryta, jak mao kto. Jzio nie zna kobiet.
- Pewno masz i w tym suszno. A nawet widz, e ona nie lubi Castelki. Moe te gniewa si w duszy i na Kopowskiego.
- Albo co? - spytaa ywo pani Aneta. - Czy Jzio widzia co takiego z jego strony wzgldem Castelki?
- Koposio, jak to Koposio. mieje si do niej, bo ma adne zby, ale gdybym co zobaczy, ju by go nie byo w Przytuowie. Moe te i Castelka kokietuje go dlatego tylko, e taka jej natura... sans le savoir... Ju to samo jest ze, ale eby a byo co do podpatrywania - tego nie przypuszczam.
- Trzeba jednak wybada Kopowskiego co do Stefci. Wie Jzio co? Oto dzi pojad z nim konno ku Leniczwce i pomwi troch serio... Wy sobie jedcie w inn stron.
- Dobrze, dziecinko. Patrz, e jednak gwka zaczyna radzi!
I pocz zbiera si do wyjcia, lecz w progu stan, pomyla chwil i rzek:
- Jakie to jednak dziwne i niepojte: ten Igna, zdaje si, wszystko w lot chwyta - a tymczasem uwielbia t Castelk jak jakie bstwo, i nic a nic nie widzi.
Po poudniu za, gdy Kopowski z pani Anet odjedali cienistym gocicem do lenego domku, Zawiowski odprowadzajc j oczyma i patrzc na jej posta rysujc si na koniu w obcisej amazonce na ksztat wysmukego dzbanka myla:
"Jaka ona jednak zgrabna i pontna! Jest w tym jaka ironia ycia, e ten poczciwy i serdeczny Osnowski niczego si nie domyla!"
I bya rzeczywicie w tym ironia ycia - ale nie tylko w tym.
Rozdzia pidziesity czwarty
Od czasu wsplnej wycieczki pani Anety i Kopowskiego do Leniczwki co si zmienio w towarzyskim nastroju mieszkacw Przytuowa. Zawiowski patrzy wprawdzie po dawnemu w oczy narzeczonej i zachwyca si ni bez miary, natomiast w obejciu si jej z nim i z innymi by jaki leciuchny odcie zego humoru. Kopowski czu si jakby skrpowany; na Castelk spoglda tylko ukradkiem, zblia si do niej skwapliwie, ale tylko w nieobecnoci pani Anety, a natomiast przysiada si czciej do panny Ratkowskiej, z ktr rozmawia jakby w roztargnieniu. Pani Aneta bya jeszcze rezolutniejsza ni zwykle i ku wielkiemu zadowoleniu "Jzia" rozcigna tak baczn opiek nad wszelkimi sprawami w Przytuowie, e dwukrotnie jeszcze braa Kopowskiego na osobn rozmow. Wzrok Castelki nie goni za Koposiem z tak pweso, pironiczn swobod jak dawniej - natomiast chmurne oczy panny Ratkowskiej zwracay si na Zawiowskiego z pewnym wspczuciem, sowem: co si zmienio zarwno w spojrzeniach, jak w stosunkach.
Byy to jednak zmiany dostrzegalne chyba dla oka bardzo bystrego i przywykego patrze w tego rodzaju ycie, w ktrym, w braku wikszych celw i tgiej codziennej pracy, najmniejsze odcienia uczu, najbardziej subtelne ruchy myli, a nawet usposobie, nie tylko przybieraj pozory doniosych wypadkw, ale czstokro kryj w sobie rzeczywiste ich zarody. Zewntrznie, ycie to pozostao tym, co byo, to jest jakby codziennym witowaniem, majwk, wiejskim wywczasem splecionym z mioci, estetycznych wrae, mniej wicej subtelnych rozmw i wreszcie zabaw. Uoenie caego szeregu tych zabaw tak, aby dzie zosta zapeniony, byo jedynym zadaniem obciajcym umysy, a i to najwiksz jego cz bra na siebie, jako gospodarz, pan Osnowski.
Pewnego jednak poranku jednostajn pogod tego ycia przerwa grom pod postaci dwch listw z czarnymi obwdkami pod adresem Osnowskiego i Zawiowskiego. W chwili, gdy je przyniesiono, cae towarzystwo byo przy poobiedniej kawie - i oczy pa zwrciy si z ciekawoci i niepokojem na czytajcych, ktrzy wydobywszy karty z otwartych kopert, zawoali niemal jednoczenie:
- Pan Zawiowski umar!
Wiadomo uczynia wielkie wraenie. Pani Broniczowa jako osoba dawnej szkoy, pamitajca czasy, w ktrych przybycie sztafety na wie obowizywao tkliwsze istoty do zemdlenia, nim nawet pokazao si, co sztafeta przywioza - wpada w rodzaj odrtwienia poczonego z utrat mowy; panna Ratkowska, ktra czas jaki spdzia w domu Zawiowskich i miaa dla nich wielk przyja, poblada naprawd; panna Castelli chwyciwszy rk pani Broniczowej staraa si j przyprowadzi do przytomnoci szepcc pgosem: Voyons chere, tu 'es pas raisonnable! Pani Aneta za, jakby chcc sprawdzi wasnymi oczyma tre zawiadomienia, wyja je z rk ma i pocza czyta:
"p. Eustachy Zawiowski rozsta si z tym wiatem w dniu 25 lipca etc. Pogrona w alu crka zaprasza krewnych i przyjaci na pogrzeb w kociele parafialnym w Jamieniu w dniu 28 bm., etc."
Po czym nastaa chwila milczenia, ktr przerwa pierwszy Zawiowski.
- Mao go znaem - rzek - i niegdy byem do niego uprzedzony, ale teraz szczerze mi go al, bom si przekona, e to by z gruntu zacny czowiek.
- I on ci te szczerze pokocha - odpowiedzia Osnowski. - Miaem tego dowody.
Pani Broniczowa, ktra przez ten czas przysza do siebie, owiadczya, i dowody teraz dopiero mog pokaza si w caej peni i e serce pana Eustachego prawdopodobnie okae si jeszcze wiksze, ni przypuszczaj. "Pan Eustachy zawsze bardzo kocha Niteczk, a taki czowiek nie mg by zy." Jej, to jest pani Broniczowej, chwilami przypomina Teodora, i dlatego tak si do niego przywizaa. By wprawdzie czasem o tyle szorstki, o ile Teodor by zawsze agodny, ale obaj mieli jednak prawo duszy, ktr Pan Bg najlepiej potrafi osdzi.
Potem zwrcia si do Niteczki przypominajc jej, e najmniejsze wzruszenie nabawia j ciskania w doku, i proszc, eby si tym razem staraa nie podda wrodzonej tkliwoci. Zawiowski te w poczuciu, e i jego, i Niteczk po raz pierwszy dotkn jaki wsplny smutek, pocz caowa jej rce. Nastrj w przerwa dopiero Kopowski, ktry rzek jakby w zamyleniu nad znikomoci rzeczy ludzkich:
- Ciekawym, co panna Helena zrobi z fajkami po panu Zawiowskim?
Rzeczywicie stary szlachcic mia synny na cae miasto zbir fajek i w swoim czasie, przez niech do papierosw i cygar, urzdza nawet u siebie zebrania dla mionikw cybucha. Troska Kopowskiego o te fajki nie zostaa jednak zaspokojona, raz dlatego, e Zawiowskiemu przynieli w tej chwili list od Poanieckiego zawierajcy rwnie wiadomo o mierci staruszka i wezwanie na pogrzeb, a po wtre z tej przyczyny, e Osnowski pocz naradza si z on nad wyjazdem do Jamienia.
Stano na tym, e wszyscy wyrusz zaraz do miasta, gdzie partie zd jeszcze pokupowa rozmaite aobne drobiazgi, a nazajutrz, w dzie pogrzebu, bd w Jamieniu. Tak si te i stao. Zawiowski, zaraz po przyjedzie, wstpi do siebie, by odwie rzeczy i przygotowa na jutro czarne ubranie, a nastpnie poszed do Poanieckich, w przypuszczeniu, e moe i oni przyjechali od Bigielw. Sucy powiedzia mu, e wczoraj by tylko pan, ale zaraz odjecha do Jamienia, koo ktrego pastwo od dwch tygodni wynajli czy nawet kupili dom.
Usyszawszy to wrci do willi Osnowskich, by wieczr spdzi z narzeczon. W przedpokoju zdziwiy go dochodzce z gbi domu tony straussowskiego walca, wic spotkawszy w nastpnym saloniku pann Ratkowsk pocz j wypytywa, kto gra.
- Niteczka gra z panem Kopowskim - odrzeka panna Ratkowska.
- To pan Kopowski ju tu jest?
- Przyszed przed kwadransem.
- A pastwo Osnowscy?
- Jeszcze nie wrcili z miasta. Anetka robi sprawunki.
Zawiowski po raz pierwszy w yciu uczu pewne niezadowolenie z Niteczki. Rozumia, e stary zmary szlachcic nie by jej niczym, niemniej jednak chwila do grania walca na cztery rce z Kopowskim wydaa mu si nieodpowiedni. Mia poczucie, e tkwi w tym jaki brak smaku. I pani Broniczowa, ktrej nie brako wiatowej domylnoci, odgada widocznie to wraenie z jego twarzy.
- Niteczka bya ogromnie i wzruszona, i zmczona - rzeka na wstpie - a jej nic tak nie uspokaja jak muzyka. Zaniepokoiam si te bardzo, bo ju j zaczo ciska w doku, wic gdy nadszed pan Kopowski, sama zaproponowaam. eby co zagrali.
Oni jednak przestali gra - i niemie wraenie Zawiowskiego poczo si z wolna rozprasza. W tej willi byo dla niego mnstwo wieych, drogich wspomnie. O zmroku pocz chodzi z Niteczk pod rk po pokojach i zatrzymujc si w rnych miejscach, co chwila co sobie przypomina.
- Pamitasz? - mwi w pracowni - tu przy malowaniu wzia mnie za skronie, by mi odwrci gow, a ja pierwszy raz w yciu pocaowaem ci w rk. Jake powiedziaa: "Niech pan pomwi z cioci" - straciem nie tylko przytomno, ale oddech... Moja ty wybrana, moja najdrosza...
Ona za odpowiedziaa:
- A jaki ty by wtenczas blady!
- Trudno nie by bladym, jak komu serce zamiera ze wzruszenia. Przecie ja ju ci kochaem bez pamici.
Panna Castelli podniosa oczy w gr i po chwili rzeka:
- Jakie to wszystko dziwne!
- Co, Niteczko?
- e to si tak jako zaczyna i zaczyna, jak jakie prbowanie, jak jaka gra... potem si coraz bardziej w to wchodzi - i nagle: klamka zapada.
Zawiowski pocz przyciska jej rami do piersi i odrzek:
- A tak! klamka zapada. Mam moj jasn dziewczyn i nie puszcz.
Potem chodzc cigle pod rk przeszli do wielkiego salonu. Zawiowski wskaza oszklone drzwi i rzek:
- Nasz balkon i nasza akacja.
Mroczyo si coraz bardziej. Przedmioty w pokoju pogray si w cie; gdzieniegdzie tylko na zoconych ramach obrazw poyskiway wiateka, jakby jakie oczy podgldajce mod par.
- Kochasz ty mnie?- spyta nagle Zawiowski.
- Ty wiesz!
- Powiedz: tak!
- Tak!
Wwczas przycisn jeszcze silniej jej rami i pocz mwi zmienionym przez wzbierajce uczucie gosem:
- Ty po prostu nie masz pojcia, ile w tobie jest szczcia. Sowo ci daj: nie masz pojcia! Ty nie wiesz, jak ja ci kocham. Ja bym za ciebie ycie odda. Ja bym wiat odda za twj jeden wosek! Ty mj wiat, moje ycie, moje wszystko! Ja bym bez ciebie teraz umar.
- Sidmy - szepna panna Castelli. - Takam zmczona.
I siedli wsparci o siebie ramionami, ukryci w mroku. Nastaa chwila milczenia.
- Co tobie? Ty cay drysz - szepna panna Lineta.
Lecz i sama, czy to rozkoysana wspomnieniami, czy porwana jego uczuciem lub bliskoci, pocza oddycha pieszniej i przymknwszy oczy, pierwsza podsuna mu usta.
A tymczasem Kopowski nudzi si widocznie w przylegym pokoju z pann Ratkowsk i pani Broniczow, albowiem w teje chwili rozlegy si tony tego walca, ktrego przedtem grali z Linet.
Zawiowskiemu, gdy wrci do siebie, wasne kawalerskie mieszkanie wydao si obrazem pustki i smutku, jakim bezcelowym koczowiskiem, po ktrym nie zostaje nawet wspomnienie - i pomyla, i ta zota Niteczka ju tak obwina mu si koo serca, e naprawd y by bez niej nie chcia i nie mg.
Pogrzeb pana Zawiowskiego odby si nazajutrz niezbyt tumnie. Majtki okoliczne, jako lece bliej miasta, naleay po wikszej czci do ludzi zamonych, ktrzy lato spdzali za granic, a z tej samej przyczyny niewielu znajomych pana Zawiowskiego pozostao i w miecie. Nadcigny tylko liczne gromady wocian, ktre toczc si w kociele spoglday na trumn jakby ze zdziwieniem, e pan tak mony, majcy w brd gruntw, pienidzy i statku, idzie do ziemi jak pierwszy lepszy chop siedzcy gdzie na komornym na wyczkach Inni patrzyli z zazdroci na pann, na ktr "tyle dobra" spa miao. I taka jest natura ludzka, e nie tylko chopi, ale i ludzie wykwintni, dalsi lub blisi znajomi pana Zawiowskiego, nie mogli nawet w czasie samej ceremonii pogrzebowej powstrzyma si od rozmylania, co te panna Helena uczyni z tymi milionami, ktre jej pozostan do otarcia ez. Byli i tacy, ktrzy odgadujc w modym Zawiowskim, jako w ostatnim krewnym tego nazwiska, spadkobierc znacznej czci majtku, zadawali sobie po cichu pytanie, czy ten szczliwy poeta, a jutro moe milioner, nie przestanie wierszy pisywa. I myleli, jakby z pewnym niewytumaczonym zadowoleniem, e prawdopodobnie przestanie.
Gwn jednak uwag zwracaa panna Helena. Podziwiano powszechnie poddanie si, z jakim zniosa t strat, tym boleniejsz, e po mierci ojca pozostawaa sama jedna na wiecie, bez bliszych krewnych, jak mody poeta - i nawet bez przyjaci, o ktrych przestaa si od dawna stara. Sza za trumn z twarz, po ktrej spyway zy, ale spokojn, tym zwykym u niej, troch martwym i kamiennym spokojem, wrciwszy za z pogrzebu opowiadaa o mierci ojca tak, jakby od niej upyno przynajmniej kilka miesicy. Panie z Przytuowa nie mogy zrozumie, e mwi przez ni ogromna wiara i e na mocy owej wiary mier ta, wobec innej, ktr przeya i ktra poszarpaa jej dusz, wydaa jej si czym smutnym wprawdzie, ale zarazem bogosawionym, wyciskajcym zy alu, ale nie rozpaczy. Jako stary pan Zawiowski umar bardzo pobonie, cho prawie nagle. Od czasu przybycia do Jamienia mia zwyczaj spowiada si dwa razy na tydzie, wic nie brako mu pociechy religijnej. Umar z racem w rku, na swoim fotelu, zasnwszy poprzednio lekkim snem, bez adnych cierpie, gdy codzienne jego dolegliwoci opuciy go na kilka dni przedtem, tak e ju pocz nabiera nadziei zupenego wyzdrowienia. Panna Helena, opowiadajc o tym swym zaciszonym i monotonnym gosem, zwrcia si wreszcie do Zawiowskiego i rzeka:
- O panu te wspomina bardzo czsto. Moe na godzin jeszcze przed mierci mwi, e jeli pan przyjedzie do Buczynka do pastwa Poanieckich, eby mu zaraz da zna, bo si chce koniecznie z panem widzie. Ojciec bardzo, bardzo pana kocha i ceni.
- Droga pani - rzek Zawiowski podnoszc do ust jej rk - auj go te serdecznie razem z pani.
Byo co szlachetnego i szczerego zarwno w jego tonie, jak w sowach, wic oczy panny Heleny zaszy zami, pacz za pani Broniczowej rozleg si tak gono, e gdyby nie flakonik z solami podany przez pann Castelli, byby prawdopodobnie przeszed w atak nerwowy.
Lecz panna Zawiowska, jakby nie syszc tych ka, pocza dzikowa Poanieckiemu za pomoc, jakiej od niego doznaa, on bowiem zaj si pogrzebem i tymi kopotami, jakimi mier bliskich obarcza w dodatku do nieszczcia tych, ktrzy bliskich trac. On za wzi to wszystko na siebie i przez uczynno, i dlatego, e obecnie chwyta kad sposobno, by si czym zaj, zaguszy i wyj z mczcego koa rozmyla.
Marynia nie bya na pogrzebie, gdy m nie yczy sobie, by si naraaa na tok i zmczenie, natomiast dotrzymywaa pannie Zawiowskiej towarzystwa w domu niosc jej pociech, jak byo mona. Obecnie chciaa j zabra wraz z przytuowskimi paniami do Buczynka, a nawet zatrzyma u siebie kilka dni. Poaniecki popiera jej prob, ale panna Helena, majc w domu star sw nauczycielk, odmwia zapewniajc pani Maryni, e w Jamieniu nie bdzie jej wcale przykro i e zwaszcza w pierwszych dniach nie chciaaby go porzuca.
Za to panie z Przytuowa, ktre i tak za namow wirskiego miay zamiar odwiedzi Poanieckich, pojechay chtnie wraz ze znajomymi panami do Buczynka - tym bardziej, e pani Broniczowa czua ochot dowiedzie si od Poanieckiego bliszych szczegw o ostatnich chwilach zmarego. Pani Marynia, ktra z wielk ciekawoci przypatrywaa si pannie Ratkowskiej, zabraa j teraz do swego powozu - i stao si to, co si czasem zdarza na wiecie: oto obie mode kobiety od razu poczuy ku sobie nieprzeparty pocig. W smutnych oczach panny Ratkowskiej, w jej wyrazie, w jej twarzy "zaciszonej", wedle wyraenia wirskiego, byo co takiego, e pani Marynia niemal od pierwszego wejrzenia odgada natur niemia, przywyk do zamykania si w sobie, ale delikatn i tkliw. Z drugiej strony panna Ratkowska tyle nasuchaa si od modego Zawiowskiego o Maryni (a nasuchaa si dlatego, e inne panie w Przytuowie nierade podaway ucha pochwaom blinich), i widzc w jej oczach zajcie i sympati, do ktrych w swym ubstwie i samotnoci nie przywyka, przylgna do niej caym sercem. W ten sposb przyjechay do Buczynka jako dobre przyjaciki, i wirski, ktry wraz z Poanieckim, Osnowskim i Kopowskim, przyby tu za nimi, nie potrzebowa wielkiej domylnoci, by odgadn, e sd Maryni bdzie dla panny Stefci pochlebny.
Chcia jednak go usysze. Marynia pocza pokazywa gociom swoj now rezydencj, ktra miaa zosta jej wasnoci. Poaniecki bowiem ju by postanowi kupi Buczynek. Ogldano zwaszcza ogrd, w ktrym rosy nadzwyczaj stare biaodrzewy. wirski, korzystajc z tej przechadzki, poda rk Maryni i w powrotnej drodze do domu, gdy towarzystwo rozproszyo si nieco po wszystkich alejach, spyta z wielkim impetem:
- C pani? jakie pierwsze wraenie?
- Jak najlepsze. Ach, jakie to musi by dobre i tkliwe dziecko! Niech pan stara si j pozna.
- Ja? A to na co? Ja si dzi owiadczam. Czy pani myli, e tego nie zrobi? Pod sowem, e dzi jeszcze - i to w Buczynku. Ja ju nie mam czasu na przypatrywania si i namysy. W tych rzeczach musi by troch hazardu. Dzi si owiadczam, tak jak tu przed pani stoj. 
Pani Poaniecka pocza si mia sdzc, e artuje, on za odpowiedzia:
- Ja si take miej, bo w tym nie ma nic smutnego. Nic nie szkodzi, e to w dzie pogrzebu: nie jestem przesdny. A raczej owszem! Jestem - i wierz, e z pani rki nie moe by le.
- Ale to nie z mojej rki. Ja j przecie dzi dopiero poznaam.
- Wszystko mi jedno. Cae ycie baem si kobiet, a tej jako nic a nic! To po prostu nie moe by niewdziczne serce.
- Nie. I ja myl, e nie.
- A widzi pani. Na mnie ostatni czas. Przyjmie mnie, to bd j cae ycie, ot, tu nosi - (tu wsun rk w zanadrze surduta) - a nie, to...
- To co?
- To si zamkn i bd jaki tydzie od rana do wieczora malowa. Mwiem, e pojad na kaczki - ale nie! To powaniejsza rzecz, ni pani myli. Sdz jednak, e powinna mnie przyj. Wiem, e ona tego damskiego papilota, tego Koposia, nie kocha; jest na wiecie sama i sierota, a mnie zrobi dobrodziejstwo, za ktre potrafi by jej wdziczny przez cae ycie, bo ze mnie w gruncie rzeczy dobry czowiek - a boj si, ebym nie zgorzknia.
Marynia teraz dopiero spostrzega si, e wirski moe mwi powanie - i odrzeka:
- Pan naprawd dobry czowiek, wic pan nigdy nie zgorzknieje.
On za odrzek z wielkim oywieniem:
- Owszem. Mogoby si na tym skoczy. Z pani bd szczery. Czy pani myli, e ja jestem tak szczliwy, jak si wydaj. Dalibg, e nie! Zdobyem troch pienidzy i sawy - prawda. Ale moe nie byo pomidzy mczyznami drugiego, ktry by tak wyciga rce do jakiego kobiecego ideau, jak ja. I co? Spotkaem pani, spotkaem pani Bigielow, moe jeszcze dwie, trzy - zacne, prawe, rozumne, czyste jak zy... Niech pani pozwoi! Ja nie chc mwi pani grzecznostek, a w tym, co powiem nastpnie, nie chc wygasza krytyki, tylko odkrywam mj bl: widziaem midzy naszymi kobietami tyle szychu, tyle paskich i pytkich natur, taki egoizm, tyle mielizn, tyle niewdzicznych serc, tyle lalek z kartonu, tyle nieszczerych aspiracji, e od tego widoku mogo zgorzknie dziesiciu takich jak ja.
Po chwili za doda:
- To dziecko wydaje si inne: ciche, sodkie i bardzo uczciwe. Daje Boe, eby taka bya - i eby mnie chciaa.
Tymczasem pani Broniczowa, wziwszy otwarcie Poanieckiego na bok, mwia ze wzniesionymi oczyma:
- O tak! on mi przypomina moje mode lata - i jak pan widzi, pomimo tego, e przez duszy czas stosunki midzy nami byy zerwane, dochowaam mu do koca ycia przyjani. Pan musia sysze... Ale nie! nie mg pan sysze, bom nigdy nikomu o tym nie wspominaa, e ode mnie tylko zaleao zosta... matk Helenki. Teraz ju nie ma potrzeby tajemnicy. Dwukrotnie owiadcza si o moj rk i dwukrotnie mu odmwiam. Szanowaam i lubiam go zawsze, ale pan zrozumie, e gdy si jest modym, szuka si czego innego, szuka si tego, co znalazam w moim Teodorze... O tak! Raz byo to w Ischii, a drugi raz w Warszawie. Cierpia bardzo - ale c ja mogam poradzi? Czy pan w moim pooeniu postpiby inaczej? Niech pan szczerze powie?
Poaniecki nie majc najmniejszej chci odpowiada ani szczerze, ani nieszczerze, jak by postpi w pooeniu pani Broniczowej, rzek:
- Pani yczya sobie o co mnie zapyta?
- Tak! o tak! Chciaam pana zapyta o jego ostatnie chwile. Helenka mwia, e on umar nagle, ale pan, mieszkajc tak blisko, musia go odwiedza, wic moe pan pamita, co on mwi, moe wie, jakie byy jego ostatnie zamiary i myli? Osobicie nie mam w tym przecie najmniejszego interesu. Mj Boe! chyba trudno byo postpowa bezinteresowniej. Pan Niteczki nie zna! Ale pan Zawiowski da mi sowo, e zapisze panu Ignasiowi swoje poznaskie majtki. Jeli sowa nie dotrzyma lub nie zdy dotrzyma, niech mu to Pan Bg przebaczy, tak jak ja przebaczam. Majtek! - zapewne! To nic nie stanowi! Kt da lepszy od Niteczki przykad nieogldania si na majtek? Gdyby byo przeciwnie, nie byaby odrzucia takich partii, jak markiz Jao Colimaao lub pan Kanafaropulos. Pan musia sysze take o panu Ufiskim? (To ten, co za swoje sawne sylwetki kupi ju sobie paac w Wenecji. Ostatnim razem wycina ksicia Walii.) Jeszcze tego roku owiadcza mi si o Niteczk. Och tak, drogi panie! jeli kto szuka majtku - to chyba nie my. Ale nie chciaabym, eby Niteczka kiedykolwiek moga pomyle, e zrobia ofiar - bo jednak... midzy nami, ona robi ofiar, a biorc po wiatowemu - wielk ofiar! Na to Poaniecki, ktry by czowiek ywy i ktrego rozgnieway ostatnie sowa Pani Broniczowej, odrzek:
- Nie znaem ani markiza Jao Colimaao, ani pana Kanafaropulosa, ale na tutejszym gruncie to s nazwiska troch... dziwne. Przypuszczam te, e panna Castelli wychodzi za Zawiowskiego z mioci, a w takim razie wszelka ofiara jest wykluczona. Ja, pani, jestem czowiek otwarty i mwi to, co myl. Czy Zawiowski jest czowiekiem praktycznym, to inna rzecz, ale Zawiowski nie wie i nie chce pyta, co przynosi mu panna Castelli; panie za doskonale wiedz, co on przynosi, nawet pod wzgldem wiatowym.
- Ach, to pan, widz, nie sysza, e Castellowie pochodz od Marino Falieri...
- Wanie, pani, em nie sysza ani ja, ani nikt inny. Przypumy, e dla mnie i dla pani takie wzgldy nie maj znaczenia, skoro jednak pani pierwsza wspomniaa, e biorc po wiatowemu, panna Lineta robi wielk ofiar - omiel si temu zaprzeczy i powiedzie, e nie mwic ju o talencie Zawiowskiego i jego stanowisku - partie s rwne.
Z jego tonu i twarzy wida byo, e jeli pani Broniczowa nie poprzestanie na tym, co powiedzia, to gotw mwi jeszcze otwarciej; ale pani Broniczowa majc widocznie niejedn strza w swoim koczanie chwycia rk Poanieckiego i wstrzsajc ni silnie, zawoaa:
- Ach, jaki pan poczciwy, e pan tak gorco ujmuje si za Ignasiem, i jak ja pana za to kocham! Ale przeciw mnie nie trzeba go broni, bo i ja jego pokochaam jak wasnego syna. Kog ja mam na wiecie, jeli nie tych dwoje, i jeli wypytuj, czy pan czego nie wie o jakim rozporzdzeniu pana Zawiowskiego, to jedynie przez mio dla Ignasia. Wiem, e starzy ludzie lubi odkada i odkada, tak jakby przez to i mier daa si odoy. Ach, panie, mier nie da si odoy!... nie! nie! Ale Helence nic po tych wszystkich milionach, a Igna... mgby dopiero prawdziwie rozwin skrzyda... Mnie i Niteczce chodzi przede wszystkim o jego talent. Ale gdyby przyszo co do czego...
- C ja pani mog powiedzie? - odrzek Poaniecki. - e pan Zawiowski myla o Ignasiu, to dla mnie rzecz niewtpliwa, i powiem pani dlaczego. Z jakie dziesi dni temu kaza przynie jakie stare bronie, eby mi je pokaza, przy czym zwrci si do crki, i syszaem, jak do niej mwi tak: "Tego nie warto w testamencie wylicza, ale po mojej mierci oddaj to Ignasiowi, bo tobie nic po tym." Z tego wnosz, e albo ju by zrobi jaki zapis dla Ignasia, albo o nim myla. Wicej nic nie wiem - bom go o nic nie pyta. Jeli jaki nowy testament jest, to za par dni bdzie wiadomo, a panna Helena z pewnoci go nie ukryje...
- Czy pan dobrze zna t poczciw Helenk? Ale tak! tak! Pan jej nie zna tak jak ja - a ja za ni mog rczy. Niech pan jej nigdy przy mnie nie podejrzewa! Helenka miaaby ukrywa testament? Nigdy, mj panie!
- Zechciej pani askawie nie przypisywa mi myli, ktrych nie miaem i przed ktrymi si zastrzegam. Testamentu w adnym razie nie mona ukry, bo go si robi przy wiadkach.
- A widzi pan, e tego nawet nie mona ukry, bo si to robi przy wiadkach. Byam pewna, e tego nie mona ukry. Zreszt pan Zawiowski tak kocha Niteczk, e choby przez wzgld na ni, nie mg zapomnie o Ignasiu. On j na rku nosi, jeszcze jak bya taka, ot...
Tu pani Broniczowa umiecia jedn do powyej drugiej, by w ten sposb da Poanieckiemu pojcie, jak moga by wwczas Niteczka, po chwili jednak rzeka:
- A moe nawet i nie bya taka!
Po czym wrcili do reszty towarzystwa ktre skoczywszy oglda ogrd zabierao si do niadania. Poaniecki patrzc na wdziczn twarz panny Castelli pomyla, e wwczas, gdy stary pan Zawiowski nosi j na rku, moga by istotnie licznym i miym dzieckiem. Nagle przypomniaa mu si Litka, ktr on take na rku nosi, i zapyta:
- Wic to pani taka dawna znajoma nieboszczyka?
- O tak! - odpowiedziaa panna Niteczka. - Bdzie temu ze cztery... lata... Ciociu, jak to dawno poznaymy pana Zawiowskiego?
- O czym ta zakochana gwka myli! - zawoaa pani Broniczowa. - Ach, mj dobry panie! Co to za szczliwy wiek i co za szczliwa epoka!
Tymczasem wirski siedzc przy pannie Ratkowskiej czu, e nie tak atwo bdzie mu wywiza si z obietnicy danej Maryni, jak si zdawao. Przeszkadzali mu wiadkowie, a jeszcze bardziej jaka niespokojno koo serca, w poczeniu z utrat zwykej przytomnoci i swobody. "Pomyle - mwi sobie - e ja jestem wikszy tchrz, ni przypuszczaem!" I nie szo mu. Chcia przynajmniej przygotowa grunt, a mwi o czym innym, ni sobie yczy. Zauway teraz, e panna Ratkowska ma adn szyj, z perowymi tonami koo uszu, i bardzo adny dwik gosu lecz zauway z pewnym zdziwieniem, e to oniemiela go jeszcze bardziej. Po niadaniu cae towarzystwo trzymao si, jakby na przekr, razem. Panie byy pomczone pogrzebem, a gdy w godzin pniej pani Aneta owiadczya, e trzeba wraca, dozna zarazem uczucia przykroci i ulgi. "Nie moja wina - pomyla - ja miaem stanowczy zamiar."
Lecz gdy panie byy ju na wsiadanym, uczucie ulgi zmienio si w nim w al nad samym sob. Pomyla o swej samotnoci, o tym, e nie ma komu odda ani sawy, ani dostatku; pomyla o swoim wspczuciu dla panny Ratkowskiej, o ufnoci, jak w nim budzia, o szczerej sympatii, ktr od pierwszego wejrzenia dla niej powzi - i w ostatniej chwili zdoby si na odwag.
Podawszy wic panience rami do powozu rzek:
- Prosi mnie pan Jzef, ebym znw wpad kiedy do Przytuowa i dobrze! Wpadn, ale z palet i pdzlami. Ja tak chciabym mie pani gow!...
I uci szukajc, w jaki sposb przej od tego, co powiedzia, do tego, o co mu chodzio, a zarazem czujc, e trzeba si ogromnie pieszy, bo nie ma czasu. Lecz panna Ratkowska, widocznie nie przyzwyczajona, by kto si ni zajmowa, spytaa z nieudanym zdziwieniem:
- Moj?
Na to wirski rzek prdko nieco przyciszonym gosem:
- Niech mi pani pozwoli by echem i powtrzy ten wyraz.
Panna Ratkowska spojrzaa na niego, jakby nie rozumiejc, o co chodzi, ale w tej chwili pani Aneta zawoaa j do powozu, tak e wirski mia zaledwie czas cisn jej rk i rzec:
- Do widzenia.
Powz ruszy. Rozpite parasolki wnet przysoniy twarz panny Ratkowskiej, malarz powid wzrokiem za odjedajcymi i wreszcie zada sobie samemu pytanie:
- Czym ja si owiadczy, czy nie?
By jednak pewny, e panna Ratkowska bdzie teraz mylaa przez ca drog o tym, co jej powiedzia. Mwi sobie rwnie, e znalaz si zrcznie i e dobrze skorzysta z jej pytania; pod tym wzgldem by z siebie zadowolony, ale jednoczenie dziwi si, e nie doznaje ani wielkiej radoci, ani niepokoju, i e ma jakie guche poczucie, jakby w tym wszystkim czego brako.
Zdawao mu si, e jak na chwil tak donios, jest za mao wzruszony. I w zamyleniu zawrci od bramy ku domowi. Pani Poanieckiej; ktra widziaa z daleka poegnanie, uszki czerwieniy si z ciekawoci, pomimo jednak e ma nie byo w tej chwili w pokoju, nie miaa pierwsza pyta, lecz za to wirski w oczach jej wyczyta tak wyranie pytanie: "czy si pan owiadczy?" - e umiechn si i odrzek tak, jakby je zadaa:
- Tak, pani!... prawie. Niezupenie... Nie byo sposobnoci do obszerniejszej rozmowy, wic nie mogem mie odpowiedzi; nie wiem nawet, czy zostaem zrozumiany.
Marynia nie widzc w nim tego oywienia z jakim mwi z ni przedtem, i przypisujc to niepokojowi chciaa mu doda otuchy, lecz przeszkodzio jej wejcie Poanieckiego. wirski te pocz si zaraz egna, ale pragnc widocznie zaspokoi dokadniej przed wyjazdem jej ciekawo, rzek nie zwaajc na obecno Poanieckiego:
- W kadym razie jutro bd w Przytuowie albo napisz list; mam nadziej, e odpowied bdzie pomylna.
Po czym ucaowa z wielk przyjani jej rce i po chwili znalaz si sam w swojej doroce, pogrony w kbach powej kurzawy i we wasnych mylach.
Jako malarz tak by przyzwyczajony do chwytania po malarsku rozmaitych nasuwajcych si oczom szczegw, e czyni to nawet i teraz, ale mimo woli, bez naleytego uwiadamiania, jakby tylko powierzchni mzgu. W gbi za zastanawia si nad wszystkim, co zaszo.
"Co u diaba, wirsiu! - mwi sobie. - Co si z tob dzieje? Czy si nie rozpdza dwadziecia pi lat, eby przeskoczy ten rw? Czy nie stao si to, do czego piae jeszcze dzi rano? Gdzie twj impet? Gdzie twoja rado? Czemu nie krzyczysz: "Nareszcie! enisz si - rozumiesz, stary dziku? Nareszcie! nareszcie!""
Ale byo to prne podniecanie si. Czowiek wewntrzny pozosta chodny: rozumia, e to, co go spotkao, powinno by szczciem, ale tego nie odczuwa.
Poczo go ogarnia coraz wiksze zdziwienie. Postpi, zdaje si, z wszelk wiadomoci i wol. Nie by dzieckiem ani lekkoduchem, ani histerykiem, ktry sam nie wie, czego chce. Wyrozumowawszy raz, e tak bdzie dobrze - nie zmieni zdania. Panna Ratkowska bya przecie zawsze t sam sodk, "zaciszon", bardzo pewn istot - czemu myl, e ona zostanie tym jego upragnionym od dawna "kobiecitkiem", nie rozgrzewaa go silniej? Dlaczego nadzieja, zmieniona ju niemal w pewno, nie zmieniaa si zarazem w rado, a na dnie duszy zostao mu poczucie jakby jakiego zawodu?
"To, co jej powiedziaem - pomyla - mogo by zrczne, ale byo suche. Niech mnie piorun trzanie, jeli to nie byo suche, a przy tym i niezupene. Po prostu nie mam jeszcze pewnoci i nie odczuwam rzeczy jakby ju spenionej."
Tu wraenia malarskie przerway mu wtek myli. Owce rozproszone na przylegej pochyej ce, przesonione oddaleniem i zarazem skpane w socu, wydaway si na zielonym tle jak jasne plamy, z odcieniem mocno bkitnym, obramowane zotem.
- Te owce s niebieskie; impresjonici maj troch racji - mrukn wirski - ale niech ich diabli porw! Ja eni si!
I wrci do swoich rozmyla. Tak!:.. Skutek nie odpowiedzia nadziei i oczekiwaniom. Bywaj rne myli, ktrych czowiek nie chce sobie wypowiedzie, ale bywaj i poczucia, ktrych nie chce zmieni w wyrane myli. Tak byo ze wirskim. Nie kocha panny Ratkowskiej - i oto bya gotowa, prosta odpowied na wszystkie pytania, ktre sobie zadawa. Ale on j omija, pki mg. Nie chcia przyzna, e bierze t dziewczyn tylko dlatego, e ma ogromn ochot si eni. Pragn wytumaczy sobie, e nie odczuwa rzeczy jako ju spenionej, co byo wykrtem. Nie kocha! Inni przez kobiet dochodzili do mioci, on za do swojej oglnej, wewntrznej potrzeby kochania chcia dostosowa kobiet, to jest, poszed drog wprost od zwykej odmienn. Inni majc bstwo budowali dla niego koci, on majc gotowy koci wprowadza sobie do niego bstwo, nie dlatego e je poprzednio z caej mocy uwielbi, ale e mu si wydao niele do architektury wityni dopasowanym. I teraz zrozumia, czemu jeszcze dzi rano okazywa tyle zapau i stanowczoci, a teraz pozosta taki chodny. Tym tumaczy si i w ogromny impet w przeprowadzeniu zamiaru, i w brak duchowego alleluja! po jego przeprowadzeniu.
Zdziwienie wirskiego poczo przechodzi w smutek. Pomyla, e byby moe lepiej zrobi, gdyby zamiast tyle rozmyla o kobiecie, zamiast tworzy teorie, jak kobieta by winna, zapa za pierwsz lepsz dziewczyn, ktra by mu przypada do serca i zmysw. Teraz poj, e kocha si t kobiet, ktr si kocha, i nie dopasowywa si do niej adnych z gry powzitych poj o mioci, bo te pojcia - jak dzieci - dopiero z kobiety mog si rodzi. Wszystko to byo mu tym dotkliwsze, e jednak czu, i mgby ogromnie kocha, i uwiadamia coraz dokadniej, e nie kocha, jak by mg. Przypomnia sobie, co mu w swoim czasie opowiada jeszcze w Rzymie Poaniecki o jakim modym lekarzu, ktry podeptany przez jak bezmyln lalk, mwi: "Ja wiem, jaka ona jest, ale nie mog duszy od niej odedrze." Oto bya mio mocna jak mier - oto ten kocha!... Nie wiadomo, dlaczego naraz przysza wirskiemu na myl panna Castelli i Zawiowski? Przypomnia sobie rwnie jego zapatrzon i jakby wniebowzit twarz, ktr widywa w Przytuowie.
I znw zbudzi si w nim artysta, ktry wskutek caych lat nawyknienia podstawia si w czowieka nawet wwczas, gdy czowiek myla o rzeczach najbardziej osobistych. Na chwil zapomnia o sobie, o pannie Ratkowskiej, a pocz myle o twarzy Zawiowskiego i o tym, co waciwie stanowio najistotniejszy jej wyraz? Jaka skupiona egzaltacja? - tak! - ale byo i co innego - co jeszcze istotniejszego.
I nagle drgn.
"Dziwna rzecz - pomyla - to jest gowa tragiczna!"
Rozdzia pidziesity pity
W kilka dni pniej Zawiowski wezwany przez Poanieckiego pojecha do miasta. Modemu czowiekowi bardzo nie chciao si opuszcza Przytuowa, ale panna Helena yczya sobie, by koniecznie by obecny przy otwarciu testamentu ojca. Obaj z Poanieckim i z prawnikiem starego pana Zawiowskiego, adwokatem Kononowiczem, udali si w tym celu do Jamienia. Gdy jednak przez dwa nastpne dni, w listach do "Niteczki", Zawiowski wylewa tylko swoje uczucia na papier, nie czyni za najmniejszej wzmianki o testamencie, pani Broniczowa, ktr przedtem wprowadzay w zachwyt te wylewy, wyznaa teraz pod sekretem pani Anecie, e po pierwsze jest to gupi sposb pisywania do narzeczonej, a po wtre, e jest quelque chose de louche w takim, jakby umylnym, milczeniu. Wprawdzie, pierwszy z tych listw pisany by z miasta, drugi natychmiast po przyjedzie do Jamienia; stara dama twierdzia jednak, e w kadym razie Zawiowski powinien by w nich wspomnie przynajmniej o swoich nadziejach, milczc bowiem, okazywa "Niteczce" brak zaufania i po prostu j obraa.
Osnowski twierdzi przeciwnie, e Zawiowski zamilcza o swych nadziejach przez delikatno wzgldem panny Linety, i z tego powodu przyszo do maej sprzeczki midzy nim a pani Broniczow, ktra przy tej sposobnoci wygosia pewnik psychologiczny, e mczyni w ogle maj nader sabe pojcie o dwch rzeczach, mianowicie: o logice i delikatnoci: "Och, tak! - i o logice! moe nie wasza wina, e tacy jestecie, ale tacy jestecie, mj Jziu, wszyscy!" Nie mogc jednak usiedzie na miejscu, po dwch dniach pod pierwszym lepszym pozorem wyjechaa do miasta, aby zasign w sprawie testamentu jzyka.
Wrciwszy nazajutrz przywioza z sob naprzd pani Maszkow, z ktr spotkaa si na przytuowskiej stacji, a ktra chciaa ju od dawna "t kochan Anetk" odwiedzi, a po wtre, wiadomo, e nie znaleziono adnego nowego testamentu pana Zawiowskiego i e jedyn i wyczn spadkobierczyni ogromnego majtku zostaa panna Helena Zawiowska. Wiadomo znan ju bya w Przytuowie z trzeciego listu pana Ignasia, ktry przez ten czas odebraa panna Lineta, niemniej jednak potwierdzenie jej przez pani Broniczow sprawio nadzwyczajne wraenie, tak i przyjazd pani Maszkowej przeszed jak niepostrzeony. Byo to wszystko ogromnie dziwne. Zawiowskiego poznay te panie jako czowieka bez majtku. Panna Lineta zostaa jego narzeczon wwczas, gdy nie byo jeszcze adnych widokw na testament. Stao si to naprzd pod wpywem pani Anety, ktra "palia pod kotami tak, i trzeba byo jecha i jecha prdko"; stao si tak pod wpywem oglnego zapau, jaki wzbudziy poezje Zawiowskiego, pod wpywem jego sawy; przez mio wasn panny Linety i pani Broniczowej, ktra to mio wasna czua si nie tylko zadowolon, ale porwan tym, e w sawny i rozgony Zawiowski, zwracajcy na siebie wszystkie oczy, klkn u ng nie adnej innej tylko "Niteczki". Stao si wreszcie dla opinii ludzkiej, ktra moga tylko wysawi pann szukajc nie majtku, ale takich bogactw, jakie posiada Zawiowski. Prawda, e rozpoczwszy si w ten sposb, wszystko poszo dalej take i si tego yciowego pdu, ktry raz porwawszy ludzi, niesie ich tak, jak fale rzek nios porwane przez si przedmioty - mimo ich woli. Bd co bd, jednak panna Castelli zostaa narzeczon czowieka bez majtku - i gdyby nie owe nadzieje, ktre otworzyy si pniej, ani ona sama, ani pani Broniczowa, ani nikt inny nie mgby bra i nie braby Zawiowskiemu za ze braku dziedzicznej fortuny. Ale taka jest natura ludzka, i wanie dlatego e te nadzieje powstay i powstawszy uczyniy z Zawiowskiego na domiar wszystkiego znakomit parti - teraz, gdy rozwia je wiatr rzeczywistoci, nikt nie mg oprze si poczuciu pewnego zawodu. Jedni martwili si tym szczerze, drudzy, jak Kopowski i pani Maszkowa (ktra sama nie wiedziaa dlaczego), czuli pewne zadowolenie z takiego obrotu rzeczy, ale poczuciu pewnego zawodu nie mg si oprze nawet tak serdeczny przyjaciel Zawiowskiego jak Osnowski.
Zawiowski w ostatnim licie do panny Linety pisa midzy innymi "Chciabym by najbogatszy - dla ciebie, ale co mi tam to wszystko znaczy wobec ciebie! Szczerze ci mwi, em przesta o tym myle, a wiem, e ty, ktra nie chodzisz po ziemi, mogaby si zmartwi tym tylko o tyle, o ile ja bym si zmartwi. A ja nic! jak ciebie kocham! To wielkie zaklcie, ogromnie dla mnie wite, wic powinna mi wierzy. Ludziom gro w yciu rozmaite braki i niedostatki, ale ja ci po prostu mwi, e ci nie dam adnemu. Moja ty zota! moja jedyna dziecino i pani" - itd. Panna "Niteczka" pokazaa ten list pani Anecie, pannie Ratkowskiej, a po przyjedzie cioci - oczywicie i cioci. Jako Zawiowski nie myli si co do niej przynajmniej pod tym wzgldem, e gdy w caym Przytuowie nie byo mowy o czym innym, jak tylko o testamencie starego pana Zawiowskiego, panna Lineta wrd tych rozmw i ubolewa milczaa. Moe tylko oczy jej przybray do pewnego stopnia dawniejszy senny wyraz, moe pyry samych kcikach jej ust, gdy mwiono o Zawiowskim, zbierao si co na ksztat maej pogardliwej fadki, moe wreszcie rozmawiaa wieczorami bardzo obszernie z "cioci", gdy po oglnym "dobranoc" odchodziy do siebie; nigdy jednak, prawdziwie jak istota, ktra "nie chodzi po ziemi", nie zabraa gosu w tej sprawie przy ludziach.
"Koposio" raz w chwili, gdy na minut zostawiono ich sam na sam, pocz z ni o tym mwi, ale ona naprzd pooya paluszek na wasnych ustach, a potem odwrcia go z daleka ku jego ustom na znak, e sobie tego nie yczy. Co wicej, nawet pani Broniczowa odzywaa si przy niej o swoich zawodach mao i ostronie. Natomiast, gdy jej nie byo w pokoju, nie moga zatamowa przypywu do ust nagromadzonej w sercu goryczy, ktry to przypyw unis j kilkakrotnie tak dalece, e o mao nie pokcili si z Osnowskim.
Osnowski bowiem wyrzucajc sobie w duchu owo poczucie zawodu, od ktrego i on nie mg si obroni, stara si teraz wszelkimi siami zmniejszy znaczenie katastrofy i dowie, e Igna jest w ogle wyjtkow parti, a nawet i pod wzgldem finansowym wcale niez.
- Nie myl - mwi - e byby przesta pisa odziedziczywszy po starym panu Zawiowskim, ale sama administracja tak ogromnego majtku byaby mu zaja tyle czasu, e jego talent mgby na tym ucierpie. Jak chodzi o Ignasia, to widzi ciocia, mimo woli przypomina si, co Henryk VIII powiedzia, gdy ktry z ksit zagrozi Holbeinowi: "Z dziesiciu chopw zrobi, gdy mi przyjdzie fantazja, dziesiciu lordw, ale z dziesiciu lordw nie zrobi jednego Holbeina." Igna jest wyjtkowy czowiek. Niech mi ciocia wierzy, em zawsze uwaa Niteczk za urocze i poczciwe dziecko i zawszem j lubi, a prawdziwie urosa w moich oczach dopiero od czasu, jak potrafia si pozna na Ignasiu... By czym w yciu takiego czowieka to przecie jest zadanie, ktrego kada kobieta mogaby jej pozazdroci. Prawda, Anetko?
- Naturalnie - odrzeka pani Osnowska - e kobiecie jest przyjemniej, gdy naley do czowieka, ktry jest czym.
Osnowski za odrzek wp miejc si, wp powanie:
- A mylisz, e mnie to nieraz nie trapi, e taka istota jak ty naley do takiego zera jak pan Jzef Osnowski? Ale trudna rada! stao si! A przy tym to zero bardzo kocha...
Po czym zwrci si do pani Broniczowej.
- Niech te ciocia pomyli - rzek - e Igna ma kilkanacie tysicy rubli swoich, a przy tym po mierci ojca wemie to, co mu stary pan Zawiowski zapewni. Biedny on nie bdzie...
Pani Broniczowa ruszya pogardliwie gow.
- Ach, naturalnie - odrzeka - Niteczka zgodziwszy si na pana Zawiowskiego nie szukaa przecie pienidzy; bo gdyby bya szukaa pienidzy, do nam byo rk kiwn na pana Kanafaropulosa...
- Ciociu! litoci! - zawoaa miejc si pani Aneta.
- A wic nic si nie stao - rzek Osnowski. - Panna Helena z pewnoci za m nie pjdzie, wic i tak majtek kiedy przejdzie, jeli nie na Ignasia, to na jego dzieci - ot i caa rzecz!
Widzc jednak pognbion cigle twarz pani Broniczowej, po chwili doda:
- No, ciociu! wicej zgody na wol bosk! wicej pogody! Igna ani na cal nie mniejszy!...
- Ach naturalnie - odrzeka z odcieniem zego humoru. - Naturalnie, e to wszystko nic nie zmieni. Zawiowski swoj drog ma talent, a swoj drog, kady musi przyzna, e robi parti nad swoje spodziewanie. O tak! o tym nie moe by dwch zda. Naturalnie, e mniejsza o ten majtek, tym bardziej e ludzie rnie mwi o sposobach, jakimi go stary pan Zawiowski tak bardzo powikszy. Niech mu tam Bg bdzie askaw i niech mu przebaczy, e mnie zwid, nie wiadomo dlaczego... Jeszcze dzi modliymy si z Niteczk za niego... Trudna rada!... Naturalnie wolaabym, eby by nie mia tej skonnoci do mwienia nieprawdy, bo to moe by familijne; wolaybymy take obie z Niteczk, eby pan Ignacy mniej by dawa do zrozumienia; e zostanie spadkobierc para Zawiowskiego...
- Przepraszam najmocniej! - przerwa ywo Osnowski - nigdy nie dawa... Pozwoli ciocia! To ju nadto! Nie chcia tam i, ciocia go sama przy mnie wyprawiaa.
Lecz pani Broniczowa bya ju w biegu i nic jej nie mogo zatrzyma, wic odrzeka ze wzrastajcym rozdranieniem:
- To Jziowi nie dawa, a mnie dawa. Niteczka moe zawiadczy. Powiedziaam zreszt Jziowi; e mniejsza z tym. Naturalnie, e nic si nie zmieni, i jeeli mam troch zmartwienia, to bynajmniej nie z tego powodu. Jzio nie by nigdy matk i jako mczyzna nie potrafi zrozumie, ilu my, matki, doznajemy obaw w ostatnich chwilach przed oddaniem dziecka w obce rce. Dowiedziaam si dopiero teraz oto, e Zawiowski, przy wszystkich swych przymiotach, ma gwatowny charakter... I ma! Ja go zawsze o co podobnego podejrzewaam... A jeli tak jest, to byaby to wprost mier dla Niteczki... Sam pan Poaniecki nie zaprzeczy, e on ma gwatowny charakter... Sam Poaniecki, niby jego przyjaciel (o ile mczyni zdolni s do przyjani), da do zrozumienia, e ojciec jego mia take gwatowny charakter i e wskutek tego dosta pomieszania zmysw, ktre moe by dziedziczne. Wiem, e pan Ignacy niby Niteczk kocha (o ile mczyni zdolni s naprawd kogo kocha), ale czy to na dugo bdzie tej mioci? e on jest troch egoista - temu sam Jzio nie zaprzeczy (zreszt, wy wszyscy jestecie egoici); wic nieche Jzio nie dziwi si, e mnie w ostatnich chwilach strach bierze, gdy pomyl, e moja dziecinka moe si dosta w rce okrutnika, wariata i egoisty...
- Nie! - zawoa Osnowski zwracajc si do ony - jak ciebie kocham, tak po prostu uszy widn! Po prostu mona gow straci!
Lecz pani Aneta zdawaa si bawi t rozmow jak w teatrze. Sprzeczki pani Broniczowej z mem bawiy j zawsze, teraz za zanosio si na wiksz ni zwykle, albowiem pani Broniczowa, spojrzawszy na Osnowskiego jakby z politowaniem, mwia dalej:
- Przy tym ta sfera!... Ci wszyscy wirscy, Poanieccy, Bigiele! Wszyscymy byli i jestemy zalepieni w Zawiowskim, ale prawd mwic, czy to jest sfera odpowiednia dla Niteczki?... To trudno! rnice midzy ludmi sam Pan Bg postanowi i std pyn rnice w wychowaniu. Jzio moe nie zdaje sobie dokadnie z tego sprawy (bo w ogle mczyni z takich rzeczy nie umiej sobie zda sprawy), ale ja Jziowi powiem, e s odcienie i odcienie, ktre w yciu mog ogromnie duo stanowi. Jzio chyba zapomnia, kto jest Niteczka, i e jeli tak Niteczk raz co zaboli, co zrazi, to moe to yciem przypaci. Niech Jzio pomyli, kto s, midzy nami mwic, tacy Poanieccy, taki wirski i caa ta kompania, z ktr yje Zawiowski i z ktr bdzie moe zmusza y Niteczk!
- A! z tego stanowiska rzecz bierzemy? - przerwa Osnowski. Dobrze! Niech bdzie z tego! Przede wszystkim tedy, kto by stary pan Zawiowski, to ciocia wie dobrze, choby ze wzgldu na swj wasny do niego stosunek. Jeli cioci chodzi o sfer, to mam zaszczyt powiedzie, e my wszyscy w stosunku do takich Poanieckich jestemy parweniuszami i e to my poufalimy si z nimi. Ja si nigdy w adne rodowody nie wdaj, ale skoro ciocia ich chce, to nieche je ciocia ma. O wirskich musiaa ciocia sysze, e s kniaziami. Ta linia, ktra przeniosa si do Wielkopolski, porzucia tytu, ale prawo do niego posiada. Oto, czym s oni. A co do nas, mj dziad by plenipotentem na Ukrainie i tego nie myl si wypiera, skd za wyroli Broniczowie, ciocia wie lepiej ode mnie. Ja nie poruszaem tej materii, ale poniewa jestemy sami, wic moemy mwi otwarcie. O Castellich take ciocia wie.
- Castellowie pochodz od Marino Falieri!... - zawoaa z uniesieniem pani Broniczowa.
- Kochana ciociu! przypominam, e jestemy sami.
- Ale od Niteczki tylko zaleao zosta margrabin Colimaao.
- La vie parisienne! - odpowiedzia Osnowski. - Zna ciocia t operetk? Jest w niej take admira szwajcarski.
Pani Aneta bawia si doskonale, Osnowskiemu jednak uczynio si nagle przykro, e we wasnym domu poruszy niemie dla pani Broniczowej wspomnienia, wic doda:
- Ale na co to wszystko? Ciocia przecie wie, jak ja Niteczk zawsze kochaem i jak z duszy serca chciabym, eby si okazaa godn Ignasia.
Lecz byo to tylko dolaniem oliwy do ognia, pani Broniczowa bowiem usyszawszy blunierstwo stracia do reszty zimn krew i zawoaa z nowym wybuchem:
- Niteczka?... eby si okazaa godn Ignasia?... takiego...
Na szczcie, wejcie pani Maszkowej przerwao dalsz rozmow. Ciocia Broniczowa umilka, jak gdyby oburzenie uwizio jej sowa w ustach, pani Aneta za pocza zaraz wypytywa pani Maszkow, co si dzieje z reszt towarzystwa i gdzie ich zostawia.
- Pan Kopowski, Niteczka i Stefcia zostali w oranerii - odpowiedziaa pani Maszkowa-one obie rysuj storczyki, a pan Kopowski nas bawi.
- Czym? - spyta Osnowski.
- Rozmow... i umiaymy si serdecznie. Opowiada nam, e jego znajomy, pan Wy, ktry podobno jest wielkim heraldykiem, zarcza mu zupenie powanie, e jedna rodzina w Polsce jest herbu Stoowe Nogi.
- Czy jedna?... - mrukn wesoo Osnowski. - Rodzina Kopowskich z pewnoci.
- A Stefcia zostaa take w oranerii? - zapytaa pani Aneta.
- Tak. Razem rysuj.
- Chcesz i do nich?
- Dobrze.
Lecz w tej chwili sucy przynis listy, ktre pan Osnowski odebrawszy od niego przeglda i oddawa. "Dla Anetki, dla Anetki! - mwi - ta maa literatka ma zawsze ogromn korespondencj... Dla pani - doda zwracajc si do pani Maszkowej - dla cioci... a to do Stefci... Znajomy jaki charakter... cakiem znajomy... Panie pozwol, e jej odnios ten list."
- Owszem, id tam - rzeka ywo pani Aneta. - My tymczasem przeczytamy nasze.
Osnowski wzi list i poszed w stron cieplarni przypatrujc mu si i powtarzajc przez drog:
- Skde znam ten charakter... to jakby... Wiem, em ju widzia to pismo!
W cieplarni znalaz troje modych ludzi siedzcych pod wielkim arumem, przy elaznym tym stoliku, na ktrym sta storczyk. Obie panny przerysowyway go w malarskich albumach. Kopowski za nieco za nimi, przybrany we flanelowy biay kostium i czarne poczochy, zaglda przez ramiona panienek do albumw palc przy tym cieniutkiego papierosa, ktrego przed chwil wydoby z wykwintnej, lecej koo doniczki papieronicy.
- Dzie dobry! - rzek Osnowski. - C moje storczyki? Pyszne, prawda? Co to za osobliwe kwiaty! Stefciu, jest tu do ciebie list... Przepro tych pastwa i przeczytaj, bo mi si zdaje, e znam charakter, a nie mog sobie adn miar przypomnie, czyj by mg by.
Panna Ratkowska otworzya list i pocza czyta. Po chwili zmienia si na twarzy, po czole jej przeszed pomie, potem blado i znw pomie. Osnowski patrzy na ni z zaciekawieniem, ona za skoczywszy czyta pokazaa mu podpis i rzeka troch drcym gosem:
- Oto od kogo list...
- A!... - rzek Osnowski, ktry nagle wszystko zrozumia.
- Czy mog ci prosi o chwil rozmowy?
- Natychmiast, moje dziecko - odrzek jakby z pewnym rozrzewnieniem Osnowski. - Su ci.
I wyszed z cieplarni.
- A nas to przecie zostawili cho raz samych! - ozwa si naiwnie Kopowski.
Panna Lineta nie odpowiedziaa nic, tylko wziwszy lec na stole irchow papieronic Kopowskiego, pocza si ni gadzi z lekka po twarzy. On za patrzy na t pikn twarz swymi cudnymi oczyma, pod ktrymi po prostu tajaa... Panna Lineta wiedziaa od dawna, co o nim sdzi, jego bezgraniczna gupota nie miaa ju dla niej tajemnic, a jednak wykwintno i niezrwnana uroda tego guptaka wprawiaa w jaki niezwyky ruch jej plebejuszowsk krew. Kady wos w jego brodzie mia dla niej jaki dziwny i nieprzeparty urok.
- Bo czy pani uwaa, e nas to od jakiego czasu tak dogldaj, jak nie wiem kogo? - mwi dalej Kopowski.
A ona udajc, e nie syszy, cigle gadzia papieronic swoj delikatn twarz i zbliajc j coraz bardziej ku ustom rzeka:
- Jaka ta ircha przyjemna w dotkniciu! Niech pan zobaczy, jakie to przyjemne...
Kopowski wzi papieronic, ale przyoy j do ust i pocz caowa z lekka miejsce, ktre przed chwil dotykao twarzy Linety.
Wwczas nastao midzy nimi milczenie.
- Musimy std odej - rzeka panna Castelli.
I wziwszy doniczk ze storczykiem chciaa j zaoy na cieplarniane schodki, czego jednak z powodu ich pochyoci nie moga uczyni.
- Niech pani pozwoli - rzek Kopowski.
- Nie, nie! - odpowiedziaa - upadnie i rozbije si. Zao z drugiej strony.
I to rzekszy, z doniczk w rku obesza schodki i udaa si na drug stron, gdzie midzy nimi a cian by wski korytarzyk. Kopowski uda si za ni.
Tam, wstpiwszy na kupk cegie zaoya doniczk na najwyszy schodek, lecz w chwili gdy chciaa zej, cegy poruszyy si pod jej stopami, tak i pocza si chwia. W tej rwnie chwili stojcy za ni Kopowski chwyci j wp. I przez kilka sekund pozostali w ten sposb: ona wsparta plecami na jego piersiach, on cisnc j ku sobie. Lecz panna Castelli przewaaa si coraz bardziej, tak e w kocu gowa jej znalaza si na ramieniu Kopowskiego.
- Co pan robi... to le! - pocza szepta z falujc piersi, oblewajc go gorcym oddechem.
On za zamiast odpowiedzie wpi wsy w jej usta. Nagle ramiona jej objy namitnym ruchem jego szyj i bez tchu pocza mu zapamitale oddawa pocaunki.
I w uniesieniu nie spostrzegli oboje, e Osnowski wrciwszy przez otwarte drzwi cieplarni przeszed po mikkim piasku na schodki i patrzy na nich z twarz zmienion i blad ze wzruszenia jak ptno.
Rozdzia pidziesity szsty
Zawiowski bawi tymczasem midzy Warszaw a Buczynkiem przejedajc codziennie i bawic po kilka godzin to tu, to tam, w miar jak nakazyway mu jego sprawy i zajcia. Poniewa lub jego mia nastpi jesieni, zaraz po powrocie z Scheveningen, Poaniecki powiedzia mu, e czas ju wyszuka mieszkanie i urzdzi je cho jako tako. Obaj z Bigielem obiecali w tej sprawie wszelk pomoc, pani Bigielowa za miaa si zaj gospodarsk czci urzdzenia. W Buczynku obecno Zawiowskiego bya rwnie potrzebna ze wzgldu na stosunki z pann Helen. Ta, jakkolwiek datowany sprzed roku testament ojca uczyni j jedyn spadkobierczyni caego ogromnego majtku, nie ukrywaa bynajmniej, i wie, e ojciec nie zrobi innego testamentu tylko dlatego, e albo nie przewidywa tak prdkiej mierci, albo, zwyczajem starych ludzi, z dnia na dzie odkada. Nie miaa jednak najmniejszej wtpliwoci, i ojciec chcia co uczyni dla imiennika i krewnego - i mwia otwarcie, e poczytuje sobie za obowizek sumienia speni ojcowsk wol. Nikt nie umia wprawdzie przewidzie, w jakiej mierze postanawia to uczyni, i jej samej, przed spisaniem dokadnego inwentarza wszystkich majtkw i kapitaw, trudno by byo na podobne pytanie odpowiedzie; tymczasem jednak pocza obdarza Zawiowskiego tym wszystkim, co, wedle jej mniemania, powinni byli mscy spadkobiercy dziedziczy. W ten sposb oddaa mu cz kredensu po nieboszczyku, znaczny i cenny zbir broni, w ktrej zmary si kocha, zbytkowne, umiowane przez staruszka konie, ktre Poaniecki wzi w komis - i nastpnie ow kolekcj fajek, o ktrej losy tak w swoim czasie troszczy si Kopowski.
Zimna i pozornie obojtna dla wszystkich, oniemielajca ludzi surowym i skupionym wyrazem twarzy, miaa dla jednego tylko Zawiowskiego jakie matczyne niemal odcienie w gosie i spojrzeniu, jakby razem z majtkiem odziedziczya po starym ojcu i przychylno dla modego czowieka. Jako i rzeczywicie by on jedyn na wiecie istot, z ktr czyy j pewne wzy krwi, a przynajmniej tosamo nazwiska. Dowiedziawszy si od Poanieckich o zachodach Zawiowskiego co do urzdzenia mieszkania prosia Poanieckiego, by na wydatki tego urzdzenia zoy od niej w banku spor sum na imi "pana Ignasia", proszc jednak, by mu od razu o tym nie wspomina.
Zawiowski, ktry mia mode i wdziczne serce, przywiza si te do niej prdko - jak do starszej siostry - i ona to czua doskonale. Bya to wzajemna sympatia dwch natur, ktre ycz sobie dobra i maj do siebie ufno. Czas przeradza zwykle tego rodzaju pocztkowe sympatie w ogromnie trwa przyja, ktra w zych zmianach ycia moe by rwnie ogromnym oparciem. Ale w tej chwili Zawiowski mg jej powici drobniuchn zaledwie czstk duszy, gdy i dusz, i serce, i wszystkie siy woy z ca wycznoci fanatyka w mio dla ubstwianej coraz bardziej "Niteczki".
Tymczasem za krci si jak mucha w ukropie midzy Buczynkiem a miastem, czyni nawet nowe znajomoci. Jedn z nich by profesor Waskowski, ktry wrci ze swej pielgrzymki midzy "najmodszych z Ariw". Zwiedzi wszystkie wybrzea Morza Adriatyckiego i cay Pwysep Bakaski, ale stan jego zdrowia tak by opakany, e Poanieccy zabrali go na stae do Buczynka, by ochroni go od wyzyskiwania i da mu odpowiedni opiek, ktrej w swoim osamotnieniu byby gdzie indziej nie znalaz. Zawiowski, ktry sam by czowiekiem egzaltowanym i gotowym odczu wszelk szersz ide, choby wydawaa si wszystkim rozsdnym gupcom niedorzeczn, pokocha pierwszego dnia starego profesora razem z jego teori historycznej misji przeznaczonej najmodszym z Ariw. O teorii tej sysza ju poprzednio niejednokrotnie od wirskiego i od Poanieckich - i uwaa j za wspaniae marzenie. Lecz i jego, i wirskiego, i Poanieckich uderzyo teraz to, e profesor po powrocie ze swej podry prawie o niej nie wspomina. Gdy go zapytywano o jego ksik i podr, odpowiada tylko: "Nikt nie moe si uchyli od suby, ktr mu Chrystus przeznaczy" - po czym wlepia przed siebie swoje mistyczne oczy, jakby czego szuka lub czego upatrywa w nieskoczonoci - i stara twarz jego przybieraa wyraz tak gbokiego smutku, a nawet takiego blu, e nikt nie mia serca porusza szczegowiej tej kwestii.
Wezwany przez Poanieckich lekarz owiadczy, e zbyt tusta kuchnia najmodszych z Ariw nabawia starego czowieka cikiego kataru odka, do czego przyczy si marasmus senilis. I profesor rzeczywicie mia ciki katar odka, ale Zawiowski odgadywa w nim jeszcze co innego, mianowicie rozpaczliw walk midzy tym, w co wierzy i czemu jak prawdziwy idealista-maniak powici cae ycie, a zwtpieniem. Jeden Zawiowski rozumia ca tragedi takiego kocowego: ergo erravi - i wzrusza si ni podwjnie, bo jako czowiek z sercem i jako poeta, ktry widzia natychmiast temat do poematu: obraz starca siedzcego w socu przed domem, na ruinie ycia, wierze i czekajcego ze sowami: "marno marnoci", na mier, ktrej krok sycha z oddalenia.
Z profesorem jednak moe jeszcze nie byo tak le, jak sobie wyobraa Zawiowski. "Najmodsi z Ariw" mogli go wprawdzie zawie, ale pozostaa wiara, e chrzecijastwo nie wypowiedziao jeszcze ostatniego swego sowa i e nastpna epoka w yciu ludzkoci nie bdzie czym innym, jeno rozszerzeniem ducha Chrystusowego i przeniesieniem go ze stosunkw midzy jednostkami na stosunki oglnoludzkie. "Chrystus w dziejach" nie przesta by dla niego widzeniem przyszoci. Wierzy nawet zawsze, e misja wprowadzenia mioci do dziejw przeznaczona zostaa najmodszym z Ariw - tylko od czasu podry ogarn go gboki smutek, zrozumia bowiem, e przedtem jeszcze nie tylko on, ale cae pokolenia musz pomrze na katar odka spowodowany niestrawn kuchni ksistw naddunajskich.
Tymczasem zamkn si w sobie i w milczeniu, ktre miao raczej pozory goryczy yciowej, ni byo ni rzeczywicie. O swojej "idei" wprost prawie nie mwi, wida jednak byo, e jak wskazwki zegara, zatrzymane na jednej godzinie, zawsze pokazuj tylko t jedn, tak i wskazwka jego umysu nie schodzia z owej idei; na rozmaite bowiem pytania odpowiada sowami, ktre byy raczej w zwizku z ni ni z rzecz, o ktr go pytano. Ilekro chciano przywoa go do rzeczywistoci, trzeba go byo budzi. Zaniedba si te do reszty w ubraniu i co dzie wicej zdawa si zapomina, e na przykad guziki przy kamizelce su do tego, by byo na co j zapi. Ze swoim wiecznym roztargnieniem, ze swymi oczyma zarazem krtkowidza i dziecka, odbijajcymi niejako mechanicznie wraenia zewntrzne, z twarz zamylon, na ktrej wypieki stay si wskutek zego trawienia jeszcze silniejsze, na koniec w zaniedbanym ubraniu i dziwacznych pantalonach, ktre, nie wiadomo dlaczego, nosi dwa razy tak szerokie jak wszyscy, budzi w obcych wesoo i stawa si czsto przedmiotem mniej lub wicej zoliwych artw. Zdaje si, e podobne uczucia budzi przede wszystkim w "najmodszych z Ariw". W ogle poczytywano go za czowieka, ktrego klepkom w gowie brak obrczy. Niektrzy jednak okazywali mu nawet politowanie. Wyraz "nieszkodliwy" odbija si czsto w jego uszach, ale on zdawa si go nie sysze.
Czu jednak, e u Poanieckich jest mu dobrze, e nikt nie wymiewa si z niego ani te nie okazuje mu takiej litoci, jak okazuje si idiocie. Zreszt, ani zbyt tusta kuchnia "najmodszych z Ariw", ani katar odka nie odjy mu jego niezmiernej wyrozumiaoci i przychylnoci dla ludzi. By to zawsze ten sam stary profesorzysko, ktry zapomnia o sobie, ale odzyskiwa przytomno, gdy chodzio o innych. Po staremu kocha Maryni Poanieck, Poanieckiego, pani Emili, wirskiego, Bigielw, nawet Maszk, sowem: wszystkich, z ktrymi zbliyo go ycie. W oglnoci mia o ludziach jakie dziwne pojcie, e wszyscy, czy chc, czy nie chc, czemu su i e s jakby pionkami, ktre posuwa rka boa w wiadomych sobie celach. Artystw takich, jakim by wirski, uwaa za posannikw, ktrzy "przejednywaj".
W taki sam sposb patrzy na Zawiowskiego, ktrego poezje czyta poprzednio. Poznawszy ich autora przypatrywa mu si tak ciekawie jakby jakiej osobliwoci, nazajutrz za, gdy mody czowiek odjecha do miasta i gdy przy herbacie poczto o nim mwi, podnis palec i zwrciwszy si do Maryni rzek z tajemnicz min:
- O! to boy ptak! Ani on wie, co mu Bg na gowie napisa i do czego go przeznaczy.
Marynia pocza mu opowiada o bliskim maestwie Zawiowskiego, o jego uczuciu dla panny Linety i o niej samej wychwalajc jej dobro i pikno.
- Tak! - rzek wysuchawszy profesor. - Widzisz? I ona ma swoj misj, i ona "wybrana". Bg jej kaza czuwa nad takim pomieniem, a skoro zostaa wybrana, to trzeba j czci jak wybran... Widzisz? aska jest nad ni.
Po czym zamyli si i doda:
- Wszystko to jest dla ludzkoci droga w przyszo.
Poaniecki spojrza na on, jakby jej chcc powiedzie wzrokiem, e profesor marzy bez zwizku, lecz on przymruy nieco oczy i, patrzc przed siebie, mwi dalej:
- Bo jest na niebie droga mleczna i jak Bogu potrzeba, to bierze z niej kurzaw i tworzy nowe wiaty. A widzicie, ja myl, e jest taka sama droga mleczna duchowa, zoona ze wszystkiego, co ludzie myleli i czuli. Wszystko w niej jest: i to, co zrobili geniusze, i dziea talentw, i wysiki myli mskiej, i uczciwo kobiecych serc, i ludzka dobro, i ludzkie ble: nic nie ginie, cho wszystko si w py obraca, bo z tego pyu za wol bosk tworz si nowe duchowe wiaty dla ludzi.
Tu j mruga oczyma rozwaajc to, co powiedzia - po czym, jakby przebudziwszy si, pocz szuka guzikw u kamizelki i doda:
- A ta panienka musi mie duszk czyst jak za, skoro Bg wskaza j palcem i przeznaczy jej by strem tego ognia.
Przyjazd wirskiego przerwa dalsz rozmow. Dla Maryni nie by on niespodziank, albowiem malarz zapowiedzia jej, e albo sam przyjedzie, albo do niej napisze, jaki obrt wzia jego sprawa. Marynia ujrzawszy go teraz przez okno bya prawie pewna, e wszystko skoczyo si pomylnie, lecz on wszedszy do pokoju i powitawszy si ze wszystkimi spoglda na ni z min tak dziwn, e nie wiedziaa, co z niej wywry.
Widocznie chciao mu si mwi o sprawie, i to zaraz, nie chcia jednak tego czyni przy Poanieckim i Waskowskim. Poaniecki te, przed ktrym Marynia wygadaa si, o co idzie, przyszed mu w pomoc i wskazawszy na on rzek:
- Jej trzeba duo chodzi; niech j pan wemie do ogrodu, bo wiem, e macie ze sob do pomwienia.
I po chwili oboje znaleli si w alei wrd biaodrzeww. Czas jaki szli w milczeniu, on, koyszc si na swych szerokich biodrach atlety i szukajc od czego by zacz, ona podana nieco naprzd, z twarz dobr i rozciekawion. Obojgu pilno byo do rozmowy, jednake wirski zacz od czego innego.
- Pani powiedziaa wszystko mowi? - spyta nagle.
Marynia zaczerwienia si jakby zapana na wystpku i odrzeka:
- ...Bo Stach taki dla pana yczliwy, i ja nie chc mie dla niego tajemnic.
wirski ucaowa jej rce.
- Ale owszem! dobrze! Ja si tego nie wstydz, rwnie jak i tego, em dosta kosza.
- Nie moe by! Pan artuje - rzeka zatrzymujc si Marynia.
- Sowo pani daj!
I widzc przykro, jak jej sprawia nowina, pocz mwi jakby z troskliwoci:
- Tylko niech pani nie bierze tego do serca wicej ode mnie. Stao si, co si miao sta. Ot, przyjechaem tu, stoj przed pani, nie strzeliem sobie w eb i nie myl tego robi, ale swoj drog, com dosta kosza, tom dosta.
- Ale dlaczego? co panu odpowiedziaa?
- Dlaczego? co mi odpowiedziaa? - powtrzy wirski. - Widzi pani, w tym wanie jest co, od czego mi troch gorzko w ustach. Ja przyznam si pani szczerze, e w pannie Ratkowskiej bardzo si nie kochaem. Podobaa mi si (one mi si wszystkie podobaj), mylaem, e to bdzie wdziczne i poczciwe serce, i dlategom si niby tu owiadczy. Ale wicej przez rozum - i e mi czas! Potem miaem nawet troch zgagi. Bya nawet chwila, em sobie powiedzia: "Twoje owiadczyny w Buczynku nie byy zbyt wyrane, lepiej pue to jeszcze kantem." Ale zrobio mi si wstyd. Co u licha, myl sobie, przestpie prg jedn nog, przestpe i drug. I napisaem do niej list, tym razem ju zupenie wyrany, a ot, co mi odpisano!
To rzekszy wyj z kieszeni surduta list, lecz nim zacz go czyta, rzek jeszcze:
- Z pocztku s zwyke komunay... Jak to pani wie! - Szanuje mnie ogromnie, byaby dumna i szczliwa (ale woli nie by), ywi dla mnie szczer sympati (jeli tak bdzie ywi ma jak t sympati, to nie bdzie tusty), w kocu za powiada tak:
"Nie jestem w monoci odda panu serca z tak radoci, na jak pan zasuguje. Wybraam inaczej - i jeli nie bd nigdy szczliwa, nie chc przynajmniej wyrzuca sobie pniej, e byam nieszczera. Wobec tego, co u nas zaszo, nie mog pisa duej, niech mi pan jednak wierzy, e bd mu cae ycie wdziczna za zaufanie i e od dzi zaczn codziennie prosi Boga, by panu pozwoli znale godne pana serce i w caym yciu bogosawi..."
Oto wszystko!
Nastaa chwila milczenia, potem wirski rzek:
- To s, co si mnie tyczy, puste sowa, ale to znaczy: kocham innego.
- Zdaje si, e tak jest - odrzeka ze smutkiem Marynia. - Biedna dziewczyna, bo to jednak poczciwy list.
- Poczciwy list! poczciwy list! - zawoa wirski. - One wszystkie takie poczciwe! Oto dlaczego troch mi gorzko. Nie chce mnie? dobrze! To kadej wolno. Kocha si? To take kadej wolno. Ale w kime si kocha? Przecie nie w Osnowskim ani nie w Zawiowskim, wic w kim? Oto w tej gace od laski, w tej kukiece, w tym piknisiu, w tym modelu krawieckim, w tym ideale panien sucych! Widziaa pani takich licznych panw na sztukach perkalw? - to zupenie on! Gdyby sta w oknie u fryzjera, to panny wygniotyby szyb. Pamita pani, com o nim powiedzia: damski hurys! I to jest gorzkie! i to jest niesmaczne - (mwi z coraz wikszym rozdranieniem akcentujc ze szczeglniejsz si wyraz: jest) - i to le mwi o kobietach, bo bde tu, czowieku, Newtonem, Rafaelem, Napoleonem - i chciej za ca nagrod jednego serca, jednej kobiecej gowy! Nieprawda! Ona woli jakiego lukrowanego Bibisia. Ot, jakie one s!
- Nie wszystkie, panie, nie wszystkie! Zreszt pan jako artysta powinien wiedzie, co to jest uczucie. Padnie co na czowieka i skoczyo si wszelkie rozumowanie.
- Nie - rzek spokojnie wirski - ja wiem, e nie wszystkie. A co do mioci, pani mwi: "Padnie co i skoczyo si." Moe! To niby jak choroba... Ale istniej choroby, na ktre szlachetniejsze gatunki istot nie choruj. Istnieje na przykad choroba racic. Pozwoli pani powiedzie, e trzeba mie racice, eby jej dosta. Nie byo jednak chyba wypadku, eby gobica zakochaa si w dudku, cho to bardzo adny ptak. Widzi pani! - na gobic to nie padnie... W dudkach kochaj si dudkwny. I niech si sobie kochaj, byle nie udaway gobic. Mnie tylko o to chodzi... Niech pani sobie przypomni, jak niegdy u pastwa Bigielw wygadywaem na pann Castelli. A jednak ta wolaa ostatecznie Zawiowskiego. Mnie chodzi o te faszywe aspiracje, o t nieszczero, o ten frazes. Skoro jeste dudkwn - mieje odwag do tego si przyzna. Nie udawaj, nie kam, nie zwd. Przecie ja, czowiek dowiadczony, szyj bym by odda za to, e taka panda Ratkowska nie jest po prostu w stanie zakocha si w takim Koposiu, a jednak tak jest! Ja si pociesz, tu mnie nie o siebie chodzi, tylko o t komedi, o to konwencjonalne kamstwo - i nie o pann Ratkowsk, ale o to, e taki typ jak Koposio zwycia.
- Tak - rzeka Marynia. - Trzeba by tylko wiedzie, dlaczego wszystko tak si jako popltao. 
Lecz wirski machn rk.
- Waciwie mwic - rzek - to si raczej rozpltao. Gdyby bya za mnie wysza, bybym j pewno w kocu na rku nosi. Daj pani sowo!... We mnie si nagromadzio ogromnie duo tkliwoci. Bybym dla niej dobry i byoby nam dobrze. Tego mi te troch al. Ale przecie nie ona jedna na wiecie. Pani mi znajdzie jak poczciw dusz, ktra mnie zechce. I prdko, moja droga pani, bo doprawdy, e czasem ju nie mog wytrzyma. Dobrze?
Marynia pocza si rozwesela widzc, e sam wirski nie bardzo bierze do serca utrat panny Ratkowskiej. Lecz zastanawiajc si teraz spokojniej nad jej listem przypomniaa sobie jeden jego frazes, na ktry z pocztku, caa zajta spraw odmowy, nie zwrcia uwagi - i zaniepokoia si nim.
- Czy pan zauway - spytaa - e ona w jednym miejscu mwi "Po tym, co si u nas stao, nie mog pisa duej." Czy pan nie domyla si, co si tam mogo sta?
- Moe Koposio ju si owiadczy.
- Nie. W takim razie napisaaby to wyraniej. Jeli ona przywizaa si do niego, to naprawd biedna dziewczyna, bo ona podobno nie ma adnego majtku, a pan Kopowski take jakoby niebogaty, wic wtpliwa rzecz, czy si zdecyduje.
- Prawda - rzek wirski. - Wie pani, e mnie samemu przychodzio to na myl. Ona si w nim kocha, to nie ulega kwestii, ale on si z ni nie oeni.
Nagle zatrzyma si i rzek:
- W takim jednak razie, po co on tam siedzi?
- Bawi si nim i on si bawi - odpowiedziaa popiesznie Marynia odwracajc przy tym nieco twarz, aby wirski nie dostrzeg jej zmieszania.
I odpowiedziaa nieszczerze. Od czasu jak Poaniecki podzieli si z ni swymi spostrzeeniami co do stosunku Kopowskiego z pani Osnowsk, mylaa o tym czsto, i pobyt modzieca w Przytuowie jej samej wydawa si nieraz podejrzanym, a upozorowanie go za pomoc panny Ratkowskiej niegodziwoci. Niegodziwo staa si tym wiksz, jeli panna Ratkowska naprawd zakochaa si w Kopowskim. Ale wszystkie te intrygi mogy jednak lada chwila wyj na wierzch, i Marynia rozmylaa teraz z niepokojem, czy sowa panny Ratkowskiej: "po tym, co si u nas stao" - nie maj takiego wanie znaczenia. W takim razie byoby to prawdziw katastrof i dla tego poczciwego pana Osnowskiego, i dla panny Stefci.
Istotnie, wszystko mogo si poplta w tragiczny sposb.
- Ja jutro wybieram si do Przytuowa - rzek wirski. - Chc umylnie by u Osnowskich, eby pokaza, i nie ywi do nikogo urazy. Jeli tam si co naprawd stao albo jeli kto zachorowa, to bd wiedzia i dam pastwu zna. Zawika tam przecie w tej chwili nie ma.
- Nie, pan Igna bawi w miecie. Jutro albo pojutrze pewnie wpadnie tu albo do Jamienia. Stach dzi take wybiera si do miasta. Moja przyjacika, siostra Aniela, bardzo jest niezdrowa, i chcemy j do nas cign, a e ja nie mog jecha, wic jedzie Sta.
- Siostra Aniela? To ta, ktr m pani nazywa pani Emili... Fra Angelico!... twarz zupenie witej. liczna twarz! Widziaem j co dwa razy u pastwa. Ot, eby taka nie bya zakonnic...
- I chore biedactwo. Prawie ju nie moe chodzi... Dostaa ze zbytniej pracy choroby krzya.
- Oj, to bieda - rzek wirski. - Bd pastwo mieli profesora i t biedaczk... Jacy wy jednak jestecie dobrzy ludzie!
- To Stach! - odpowiedziaa Marynia.
W tej chwili na kocu alei pokaza si Poaniecki i piesznym krokiem podszed ku nim.
- Syszaem, e pan dzi jedzie? - rzek wirski - zabierzemy si razem.
- Dobrze.
I zwrciwszy si do ony rzek:
- Maryniu, a czy nie dosy chodzia? Chcesz si na mnie oprze?
Marynia wzia go pod rami i razem podeszli do werendy, po czym wesza do pokoju, by kaza poda popoudniow herbat.
Poaniecki za zbliy si ywo do wirskiego:
- Odebraem dziwn depesz - rzek - ktrej nie chciaem pokaza przy onie. Osnowski pyta mnie, gdzie jest Igna, i wzywa, bym w jego sprawie przyjecha jutro do miasta. Co to moe by?
- To dziwna rzecz - odpowiedzia wirski. - Mnie panna Ratkowska pisaa, e tam si co stao.
- Czyby kto zachorowa?
- To by wezwano wprost Zawiowskiego... Gdyby panna Castelli albo pani Broniczowa... wezwano by go natychmiast...
- A gdyby go Osnowski nie chcia przestrasza, to by do mnie zatelegrafowa.
I obaj poczli patrze sobie z niepokojem w oczy.
Rozdzia pidziesity sidmy
Nazajutrz w p godziny po przyjedzie Poanieckiego zadzwoni do niego Osnowski. Poaniecki na odgos dzwonka poszed sam otworzy. Od wczoraj y w wielkim niepokoju. Przypuszcza od dawna, e w Przytuowie moe lada dzie bomba wybuchn, ale na prno bi si z mylami, jaki zwizek moe mie jej wybuch z Zawiowskim.
Osnowski ucisn mu rk na powitanie ze szczeglniejsz si, jak si czyni w wyjtkowych okolicznociach ycia, a gdy Poaniecki poprosi go do swego gabinetu, po drodze spyta:
- Pani bawi w Buczynku?
- Tak jest - odpowiedzia Poaniecki - jestemy zupenie sami.
W gabinecie Osnowski usiadszy na wskazanym krzele schyli gow i przez chwil milcza oddychajc przy tym piesznie, albowiem wskutek nadmiernego trenowania si cierpia troch na rozedm puc, teraz za wzruszenie i schody zatamoway mu jeszcze bardziej oddech. Poaniecki czeka jaki czas cierpliwie, wreszcie wrodzona mu ywo przemoga, i spyta:
- Co si stao, panie!
- Stao si nieszczcie - odrzek z gbokim smutkiem Osnowski. - Maestwo Ignasia zerwane.
- Maestwo zerwane? Dlaczego?
- S to rzeczy tak przykre, e lepiej by moe byo dla Ignasia nie wiedzie powodw. Czas jaki wahaem si nawet, czy o nich nie zamilcze, ale nie!... Trzeba, eby si o wszystkim dowiedzia, bo tu chodzi o co waniejszego ni jego mio wasna. Moe oburzenie i wstrt dopomog mu do zniesienia nieszczcia. Maestwo jest zerwane, bo panna Castelli nie jest warta rki takiego jak on czowieka - i gdyby dzi jeszcze moga by mowa o naprawieniu tego stosunku, ja pierwszy pooybym stanowcze weto.
Tu pan Osnowski pocz znw owi oddech, Poaniecki za, ktry sucha dotd jak wryty jego sw, wybuchn nagle:
- Ale na miy Bg, co takiego zaszo?
- Zaszo to, e te panie od trzech ju dni wyjechay za granic z Kopowskim, jako narzeczonym panny Castelli.
Poaniecki, ktry przed chwil zerwa si by z krzesa, siad teraz na powrt. Na twarzy jego, przy caym wzruszeniu i niepokoju, odbio si niewypowiedziane zdumienie. Czas jaki patrzy na Osnowskiego, po czym jakby nie mogc zebra myli, rzek:
- Kopowski?... take i z pann Castelli?...
Lecz Osnowski zbyt by zajty sam spraw, by mg zwrci uwag na szczegln form pytania Poanieckiego.
- Niestety! - rzek - pan przecie wiesz, e ja jestem w pokrewiestwie z tymi paniami; matka moja bya cioteczn siostr pani Broniczowej, a zatem take matki Linety, i czas jaki choway si razem. Rozumiesz pan, e raczej pragnbym je oszczdzi. Ale mniejsza z tym. Stosunki nasze s zerwane, a przy tym choby panna Castelli bya moj rodzon siostr, powiedziabym panu o niej to samo, co teraz powiem. Co do Zawiowskiego, poniewa oboje z on wyjedamy take - i to dzi, mog go nie znale. Powiem nawet otwarcie, e mi brak odwagi z nim mwi, ale panu powtrz wszystko, com widzia. Pan, jako bliszy jego przyjaciel, moe potrafisz zagodzi cios; trzeba jednak, eby Igna wiedzia o wszystkim, bo na tego rodzaju nieszczcia nie ma lepszego lekarstwa ni obrzydzenie.
Tu pocz opowiada Poanieckiemu, co widzia w cieplarni, wzruszajc si przy tym, tracc chwilami oddech, a zarazem nie mogc si oprze pewnemu zdziwieniu na widok gorczki, z jak go sucha Poaniecki. Spodziewa si po nim wicej zimnej krwi, nie mg za si domyli, e Poaniecki ma osobiste powody, dla ktrych tego rodzaju opowiadanie gra silniej na jego nerwach, ni mogaby to uczyni nawet wiadomo o mierci Zawiowskiego lub panny Castelli.
- W pierwszej chwili straciem gow - mwi dalej Osnowski - nie jestem czowiekiem gwatownym, ale jakim sposobem nie poamaem mu koci, nie wiem. Moem pamita, e jest moim gociem, moe, e tu chodzi o rzeczy waniejsze ni on, moe pomylaem o Ignasiu, moe nie mylaem o niczym. Straciem gow i wyszedem. Po chwili wrciwszy powiedziaem mu, eby poszed za mn. Widziaem, e by blady, ale zdecydowany. U siebie powiedziaem mu, e postpi niegodnie, e naduy gocinnoci uczciwego domu i e Lineta jest ndznic, dla ktrej nie mam do sw pogardy, e maestwo jej z Zawiowskim jest tym samym zerwane, ale e jego zmusz do oenienia si z ni, chobym mia si uciec do wszelkich ostatecznoci... Tu si pokazao, e oni musieli si ju naradzi przez ten czas, w ktrym zostawiem ich samych, odpowiedzia mi bowiem, e si w Linecie od dawna kocha i e gotw jest w kadej chwili z ni si oeni. Co do Zawiowskiego - czuem, e Kopowski powtarza sowa, ktre mu podyktowaa Lineta, gdy powiedzia mi to, na co by si sam nie zdoby: e gotw jest da Zawiowskiemu wszelk satysfakcj, ale e nie potrzebowa si z nim liczy, bo nie ma dla niego adnych obowizkw... "e panna Lineta wybraa ostatecznie mnie, to - powiada - tym gorzej dla niego, ale to jej rzecz..." Co si tymczasem dziao midzy ciotk a Linet, nie wiem, do e nim skoczyem z Kopowskim, ciotka Broniczowa wpada do mnie jak furia, z wyrzutami, e to my oboje z on nie pozwolilimy Linecie pj za naturalnym popdem serca, e narzucilimy jej Zawiowskiego, ktrego nigdy nie kochaa, e Lineta pakiwaa po caych nocach, e przypaciaby to maestwo yciem, e to wszystko, co si stao, byo wyran wol bosk... i tak z godzin!... My winni, Zawiowski winien, tylko one bez skazy!
Tu Osnowski pocz trze rk czoo i rzek:
- Ach, panie! Mam trzydziesty szsty rok i anim sobie wyobraa, co to jest kobieca przewrotno. Wie pan, e taka niepojta zdolno odwracania rzeczy na wierzch podszewk dotd nie chce mi si w gowie pomieci. Rozumiem przecie, jaka bya sytuacja. Rozumiem, e pojy, i z Zawiowskim wszystko skoczone, choby dlatego e ja przeszkodz, i e nie pozostaje im nic - tylko Kopowski. Ale ta atwo robienia czarnego biaym, a biaego czarnym!... ten brak zmysu moralnego, zmysu prawdy i sprawiedliwoci... ten egoizm bez dna i miary!... Licho by je wreszcie pobrao, gdyby nie to, e chodzi o Ignasia!... Byby z nimi najnieszczliwszy, ale dla czowieka tak egzaltowanego i tak zakochanego co to za cios!... co to za zawd!... A i ta Lineta!... Kto by by przypuci!... Taki dure, taki dure!... I to dziewczyna niby pena poryww, ktra przed kilku tygodniami zamienia piercionki, daa sowo!... i to narzeczona takiego Zawiowskiego!... Dalibg, mona zmysy straci!
- Mona zmysy straci - powtrzy jak echo Poaniecki.
Nastaa chwila milczenia.
- I to dawno si stao? - spyta wreszcie Poaniecki.
- Trzy dni, jak wyjechali razem do Scheveningen. Wyjechali za zaraz tego samego dnia. Kopowski mia paszport ze sob. Patrz pan, jak najwikszy osie zdobdzie si jednak na chytro! On mia gotowy paszport, bo udawa, e si stara o moj kuzynk Ratkowsk, i zamierza niby jecha razem z nami za granic. Udawa, e si o tamt stara, eby t mg baamuci. Aj, biedny ten Igna, biedny! Daj panu sowo, e gdyby by moim bratem, nie miabym dla niego wicej wspczucia... Lepiej!... lepiej, e si nie zwiza z tak... Linet, z tak p-Woszk, ale co to za rozdarcie!...
Tu Osnowski wydoby chustk i pocz ni przeciera binokle mrugajc przy tym oczyma, z twarz strapion i bezradn; Poaniecki za spyta:
- Czemu pan pierwej nie da zna?
- Czemu pierwej nie daem zna? Bo mi ona zachorowaa. Ataki nerwowe... Bg wie co!... Pan nie wierzy, jak ona to do serca wzia. I nic dziwnego!... Taka kobieta - i e to w naszym domu! Przy jej wraliwoci, to i dla niej by cios, bo i zawd ze strony Linety, ktr tak kochaa, i al Ignasia, i to zetknicie si ze zem, i obrzydzenie!... Na tak czyst i uczuciow natur to wicej, ni trzeba... W pierwszych chwilach mylaem, e mi ciko zachoruje, a i teraz jeszcze mwi: daj Boe, eby si to nie odbio zgubnie na jej nerwach! My nie umiemy sobie po prostu zda sprawy, co si dzieje w takiej duszy na sam widok zego.
Poaniecki popatrzy uwanie na Osnowskiego, przygryz wsy i milcza. Ten za po chwili mwi dalej:
- Posaem po doktora i drugi raz straciem gow. Na szczcie bya Stefcia Ratkowska i ta poczciwa pani Maszkowa. Obie tak si serdecznie zajy Anetk, e im bd cae ycie wdziczny. Pani Maszkowa na pozr zdaje si zimna, a to takie serdeczne stworzenie!...
- Ja sdz wprost - rzek Poaniecki chcc odwrci rozmow od pani Maszkowej - e gdyby stary Zawiowski zostawi by Ignasiowi jaki majtek, to by to wszystko nie miao miejsca.
- By moe - odpowiedzia Osnowski - ale dla mnie nie ulega wtpliwoci, e gdyby Lineta wysza za Ignasia, to choby w dodatku posiada jeszcze cay majtek pana Zawiowskiego, niemniej instynkt jej cignby j w stron wszystkich takich Kopowskich, jakich by jej przyszo w yciu spotka. To tego rodzaju dusza. Ja jednak niektre rzeczy rozumiem. Powiedziaem, e mona zmysy straci na myl, e tak jest, jak jest, ale czciowo zdaj sobie spraw z tego, co zaszo. To za plaska natura, by moga pokocha naprawd takiego Zawiowskiego. Jej potrzeba Kopowskich. Ale wmawiano w ni rozmaite wysze porywy, a w kocu i ona sama wmwia w siebie to, czego nie byo. Ignasia pocigny przez prno, przez mio wasn, dla opinii ludzkiej i przez nieznajomo siebie samych. Ale co jest nieszczere, to i nie moe trwa. Z chwil gdy ich prno zostaa zadowolon, Igna przesta im wystarcza. Potem zlky si, e moe z nim nie bdzie takiego ycia, jakie one jedynie ceni, moe pocz je utrudza jego za wysoki dla nich nastrj. Dodaj pan do tego t histori testamentu, ktra nie bdc zapewne gwn przyczyn katastrofy zmniejszya jednak Ignasia w ich oczach, dodaj przede wszystkim instynkty Linety, dodaj Kopowskiego, a bdziesz mia na wszystko odpowied. S kobiety, takie jak paska ona albo jak moja Anetka, a s i takie jak one!...
Tu pan Osnowski zamilk znw na chwil, po czym rzek:
- Widz ju i zmartwienie, i oburzenie paskiej ony, a auj, e pan nie widzia, jak to przyja moja... albo nawet taka pani Maszkowa. Tak! s kobiety i kobiety... Aj, panie, panie! powinnimy co dzie na kolanach Bogu dzikowa, e nam da takie, jakie mamy!
I a gos zadrga mu wzruszeniem.
Poaniecki za, pomimo i na razie chodzio mu gwnie o Zawiowskiego, wprost zdumiewa si, jakim sposobem czowiek ten, ktry przed kilku minutami rozumowa tak trafnie i gboko, mg by zarazem tak naiwnym. Bra go te gorzki miech na wzmiank Osnowskiego o oburzeniu Maszkowej. W ogle ogarno go poczucie jakiej przygniatajcej ironii ycia, ktrej caego bezmiaru nigdy dotd nie widzia tak jasno.
- Pan nie bdziesz widzia Zawiowskiego? - spyta po chwili.
- Powtarzam panu otwarcie, e nie czuj w sobie do odwagi; dzi wracam do Przytuowa i dzi z naszej stacji wyjedamy. on musz wywie, raz dlatego, e sama mnie o to ze zami prosia, a po wtre, e od zmiany wrae moe zalee jej zdrowie. Pojedziemy gdzie nad morze, byle nie do Scheveningen, tam gdzie pojechay one z Kopowskim. Ale mam do pana jedn wielk prob. Pan wie, jak ja Ignasia kocham i ceni. Niech mi pan napisze, jak on biedaczysko to przyjmie i co si z nim bdzie dziao. Prosibym o to wirskiego, ale moe go nie zobacz.
Tu zakry twarz i rzek:
- Aj! jakie to wszystko smutne! jakie smutne!
- Dobrze - rzek Poaniecki. - Przylij mi pan adres, a ja donios panu, jak si rzeczy obrc. Skoro jednak na mnie spada ta cika misja powiedzenia Zawiowskiemu, co si stao, zechciej mi j pan uatwi. Trzeba, eby mia wiadomo nie od osoby trzeciej lub czwartej, ale od kogo, co na wszystko patrzy. Usyszawszy o zajciu ode mnie, mgby przypuci, e rzecz przedstawiam niedokadnie. W takich razach czowiek chwyta si za kady cie nadziei. Sid pan i napisz do niego. Oddam mu paski list na poparcie tego, co powiem. Inaczej, gotw by moe polecie za nimi do Scheveningen. Uwaam taki list za rzecz absolutnie potrzebn.
- Czy on tu tymczasem nie nadejdzie?
- Nie. Ojciec jego jest chory i on jest z nim razem. Mojego przyjazdu spodziewa si dopiero po poudniu. Napisz pan koniecznie.
- Masz pan suszno, zupen suszno - rzek Osnowski.
I siad przy biurku.
"Ironia ycia! ironia ycia! - myla tymczasem Poaniecki chodzc w zburzeniu po przylegym pokoju. - Czyme, jeli nie krwaw ironi jest to, co spotkao Zawiowskiego?... Czym jest taka panna Castelli ze swoj postaci abdzia, a instynktami pokojwki, ta "wybranka boa", jak jeszcze wczoraj mwi Waskowski? Czym jest pani Broniczowa - i Osnowski ze swoj wiar w on - i ataki nerwowe tej ony spowodowane samym zetkniciem si ze zem tak czystej duszy - i oburzenie pani Maszkowej?... Nic, tylko mieszna komedia ludzka, w ktrej jedni oszukuj drugich, drudzy oszukuj samych siebie; nic, tylko oszukani i oszukujcy; nic, tylko pomyki, zalepienie, bdy, yciowe kamstwa, ofiary pomyek, ofiary oszustwa, ofiary zudze, pltanina bez wyjcia; pocieszna i zarazem rozpaczliwa ironia pokrywajca ludzkie uczucia, namitnoci, nadzieje, tak jak nieg pokrywa zim pola - i oto ycie!"
I myli te byy dla Poanieckiego tym cisze, e powstajc na pokadzie czysto osobistym, staway si zarazem rodzajem obrachunku z wasnym sumieniem. By na to do egoist, by przystosowywa wszystko do siebie, a nie by do gupim, by nie wiedzie, e w tej przeironicznej komedii ludzkiej odegra rol ogromnie ndzn. Pooenie byo tego rodzaju, e chciaby by ca si tchu wygwizda tak pann Castelli, a jednoczenie rozumia, e jeli komu, to jemu, nie wolno nawet jej sdzi.
W czyme on by lepszy? W czym mniej ohydny? Ona zdradzia czowieka dla durnia - on zdradzi on dla bezmylnej lalki. Ona posza za swymi instynktami modniarki, on za swymi - pawiana. Ale ona zdeptaa tylko sztuczne frazesy, ktrymi oszukiwaa siebie i drugich, on zdepta zasady. Ona zawioda ufno, ale zamaa tylko sowo - on zawid tak samo ufno i zama wicej ni sowo, bo przysig. A wobec tego co? Czy on ma prawo j potpi? Jeli za nie ma monoci jej usprawiedliwi, jeli gotw uzna, e byoby rzecz niesprawiedliw i oburzajc, eby taka istota zostaa on Zawiowskiego, to jakim prawem on jest mem Maryni? Jeli znajdzie cho jedno sowo potpienia dla panny Castelli (a niepodobna przecie go nie znale), to w takim razie chcc by konsekwentnym, powinien by rozczy si z Maryni, czego jednak nie uczyni nigdy i nie byby w stanie uczyni. Oto koo bdne! Poaniecki nieraz ju przechodzi przez gorzkie chwile z powodu swego sukcesu, ale ta bya tak cika, e a przeja go zdziwieniem. Stopniowo stawaa si wprost mk. W kocu przez prosty instynkt zachowawczy pocz szuka czego, co by mu przynioso choby doran ulg. Ale prno mwi sobie, e na przykad tacy ludzie jak Kopowski nie braliby tak, w jego pooeniu, rzeczy do serca. Byoby mu tak sam pociech, gdyby by pomyla, e nie braby tego take do serca kot albo ko. Prno przypomnia sobie sowa Balzaka: "Wiaroomstwo, gdy si nie wyda, jest niczym, gdy si wyda - bahostk." "Kamstwo! - powtarza zaciskajc zby - dobre mi nic, ktre tak piecze!" Rozumia wprawdzie, e poza samym faktem moe by co, co sam fakt robi wicej albo mniej wystpnym; ale rozumia rwnie, i w jego wypadku wszystkie okolicznoci s takie, e win czyni niezmiern i nieodpuszczaln. "Oto ju teraz - myla - odejmuje mi ona prawo sdu, prawo posugiwania si sumieniem! Czowieka wyszego powicono dla durnia, zdeptano go, wepchnito go w nieszczcie, w tragedi, ktra moe go zama; uczyniono to w sposb ndzny i paski - a mnie zasie! nawet w duszy napitnowa tak pann Castelli!" I nigdy dotd nie staa mu si tak niemal dotykaln ta prawda, e, jak za pewne wystpki mona zosta pozbawionym udziau w yciu spoecznym, tak on zosta pozbawiony udziau w yciu moralnym. Mia ju do zgryzot, ale teraz spostrzeg nowe jeszcze spustoszenia, ktrych zrazu nie widzia. W miar, jak zastanawia si nad tragedi Zawiowskiego, i jak coraz lepiej ogarnia jej ogrom, poczyna go obejmowa guchy niepokj, podobny do przeczucia, e na mocy jakiej wyszej, tajemniczej logiki, i w jego losach musi zdarzy si co strasznego. Kto nosi w sobie zard miertelnej choroby, dla tego mier jest tylko kwesti czasu.
Na koniec jednak znalaz t ulg, e myli jego zwrciy si wycznie do chwili obecnej i do Zawiowskiego. Jak on to przyjmie? jak przeniesie? Wobec egzaltacji Zawiowskiego, wobec jego gbokiej, zalepionej wiary w narzeczon i mioci, jak dla niej czu, byy to pytania wprost grone. "Wszystko si w nim podrze i wszystko usunie mu si od razu spod ng" myla Poaniecki. Wydao mu si, i jest co wstrtnego i potwornego w tym, e nawet takie stosunki yciowe, ktre nie nosz w sobie zarodw tragedii i ktre powinny si koczy pomylnie, kocz si bez dobrej przyczyny le, i e ycie jest jakby lasem, w ktrym nieszczcia tropi czowieka gorzej ni psy zwierza, bo tropi milczkiem. Poaniecki poczu nagle, e prcz wiary w samego siebie, ktr straci od dawna, mog si w nim zachwia i rozmaite inne rzeczy, jeszcze waniejsze, bo bardziej podstawowe. W tej chwili jednak myla wicej o Zawiowskim ni o czymkolwiek innym. Mia dobre serce, i Zawiowski by mu bliskim, wic si szczerze wzrusza jego niedol. "A tamten pisze mu po prostu jakby wyrok - myla syszc z przylegego pokoju skrzypienie pira Osnowskiego. - Biedne chopczysko!... I takie to wszystko niezasuone!"
Osnowski skoczy wreszcie list - i otworzywszy drzwi rzek:
- Pisaem ogldnie, ale napisaem ca prawd. Niech mu teraz Bg doda si! Czy ja si spodziewaem, e tak musz mu zwiastowa nowin!
Ale pod jego szczerym smutkiem wida byo jakby pewne zadowolenie z wasnej roboty. Widocznie sdzi, e si potrafi wypisa lepiej, ni si sam po sobie spodziewa.
- A teraz raz jeszcze powtarzam gorc prob - rzek - by mi pan donis cho par sw o Ignasiu. Ach, gdyby to nie byo takie irrparable! - doda wycigajc do Poanieckiego rk - do widzenia! do widzenia!... Napisz i do Ignasia, ale teraz musz jecha, bo mnie ona czeka... Daj Boe, zobaczy si nam w szczliwszych czasach. Do widzenia! Pani najserdeczniejsze pozdrowienie.
I wyszed.
"Co robi? - myla Poaniecki. - Czy poprzesta na posaniu listu Zawiowskiemu do jego mieszkania, czy szuka go, czy czeka tu? W takich chwilach warto by go nie zostawia samego, ale ja w wieczr musz wraca do Maryni, wic i tak zostanie sam. Zreszt, kto mu zabroni schowa si przed ludmi? Ja bym si take na jego miejscu schowa!... Musz by u pani Emilii..."
Czu si tak zmczony i t niespodziewan tragedi, i mylami o sobie, i myl o cikiej roli, jak mu wypadnie odegra z Zawiowskim, e z pewnym zadowoleniem przypomnia sobie o tym, i musi by u pani Emilii, a nastpnie odwie j do Buczynka. Przez chwil mia pokus odoy widzenie si z Zawiowskim i oddanie mu listu do nastpnego dnia, pomiarkowa jednak, e Zawiowski nie zastawszy go w domu mgby wybra si do Buczynka.
- Niech si lepiej dowie wszystkiego tu - rzek sobie - wobec stanu Maryni, trzeba zachowa przed ni zupen tajemnic i o tym, co si stao, i o tym, co si sta moe. Trzeba rwnie uprzedzi wszystkich, by milczeli. Zawiowski najlepiej by zrobi wyjedajc za granic. Maryni powiedziabym, e jest w Scheveningen, a pniej, e si tam rozmylili i rozeszli.
Tu znw pocz chodzi szerokim krokiem po pokoju i powtarza:
- Ironia ycia! ironia ycia!
Po czym gorycz i wyrzuty przypyny mu now fal do duszy. Ogarniao go dziwne uczucie, jakby jakiej odpowiedzialnoci za to, co si stao. "Co u licha! - powtarza sobie - przecie ja w tym przynajmniej nie zawiniem!" Lecz po chwili przyszo mu do gowy, e jeli osobicie nie zawini, to w kadym razie jest drzewem z tego samego lasu, co i panna Castelli, i e tacy jak on wytworzyli t spoeczno-moraln atmosfer, w ktrej podobne kwiatki mog wschodzi, rozwija si i kwitn. Na myl o tym porywaa go dzika zo.
Tymczasem w przedpokoju ozwa si dzwonek. Poaniecki by czowiekiem odwanym, jednake na odgos tego dzwonka czu, e serce poczyna mu bi niespokojnie. Zapomnia, e umwi si ze wirskim, i razem pjd na niadanie, i w pierwszej chwili by pewien, e nadchodzi Zawiowski. Ochon dopiero usyszawszy w przedpokoju gos malarza, lecz tak by zmordowany, i przybycie jego sprawio mu przykro.
"Ten dopiero rozpuci jzyk! - pomyla z niechci - ten bdzie gada!"
Postanowi jednak powiedzie mu wszystko, bo rzecz i tak nie moga utrzyma si w tajemnicy. Chodzio mu za o to, by wirski, na wypadek przyjazdu do Buczynka, wiedzia, jak zachowa si wzgldem Maryni. Omyli si zreszt, przypuszczajc, e wirski bdzie go dobija swymi teoriami o niewdzicznych sercach. Malarz wzi rzecz nie od strony oglnych wywodw, ale od strony Zawiowskiego. Na wywody mia przyj czas pniej; obecnie suchajc Poanieckiego powtarza tylko: "A nieszczcie! a niech Bg broni!" - chwilami za: "Nieche to piorun trzanie!..." - przy czym jego herkulesowe pici zaciskay si z gniewu.
Poaniecki za unosi si stosunkowo i napada na pann Castelli bez miosierdzia, zapominajc, e tym samym wydaje wyrok i na siebie. W ogle jednak rozmowa uczynia mu ulg. Odzyska wreszcie zwyk zaradno. Pomyla, e Zawiowskiego nie mona jednak w takiej chwili opuszcza, pocz wic prosi wirskiego, by w zastpstwie odwiz pani Emili do Buczynka i wytumaczy Maryni jego nieobecno powodami biurowymi. wirski, ktry ju nie mia po co jecha do Przytuowa, zgodzi si najchtniej, i gdy zamwiony przez Poanieckiego powz nadjecha, obaj udali si do pani Emilii.
Praca nie bdca w adnym stosunku do jej si, ktr jako siostra miosierdzia musiaa spenia, sprowadzia na ni chorob krzya. Znaleli j wychud i zmienion, z twarz przezroczyst i na wp opadymi powiekami. Chodzia jeszcze, ale wspierajc si na dwch laskach i nie wadnc dokadnie ruchami ng. Jak dawniej praca zbliya j do ycia, tak teraz choroba pocza j znw od niego oddala. ya tylko w kole swych myli i wspomnie patrzc na sprawy ludzkie troch jak przez sen, troch ju jakby z drugiego brzegu. Cierpiaa bardzo mao, co lekarze uwaali za zy znak; ale ona, poznawszy nieco jako siostra miosierdzia rne choroby, wiedziaa, e nie ma dla niej ratunku, a przynajmniej, e ratunek nie w mocy ludzkiej, i pozostaa spokojna. Zapytana te przez Poanieckiego o zdrowie, odrzeka podnoszc z wysileniem powieki:
- le chodz, ale tak mi jest dobrze!
I byo jej dobrze. Dokucza jej jeden tylko moralny skrupu. W duszy wierzya najgbiej, e gdyby pojechaa do Lourdes odzyskaaby z pewnoci zdrowie, nie chciaa za tego czyni i ze wzgldu na odlego Lourdes od grobu Litki, i ze wzgldu na swoj nostalgi za mierci. Nie wiedziaa jednak, czy ma prawo poniecha czegokolwiek dla podtrzymania danego jej ycia, a zwaszcza czy ma prawo przeszkadza asce i cudom, i niepokoia si tym.
Obecnie umiechaa si jej jednak myl zobaczenia Maryni i bya ju gotowa do drogi; wirski mia przyjecha po ni o pitej, tymczasem za obaj z Poanieckim poszli na umwiony obiad, wirski bowiem, mimo caego przejcia si spraw Zawiowskiego, czu si godny jak wilk. Przyszedszy czas jaki siedzieli w milczeniu, wreszcie Poaniecki rzek:
- Chciaem pana prosi jeszcze o jedno, mianowicie: by da zna pannie Helenie o wszystkim, co zaszo, i zarazem powiedzia jej, by nic nie mwia mojej onie.
- Dobrze - rzek wirski - pjd jeszcze dzi do Jamienia niby spacerem i postaram si j zobaczy. Jeli mnie nie przyjmie, napisz jej na bilecie, e chodzi o Zawiowskiego. Jeli bdzie chciaa przyjecha tu, to j odwioz, bo ja w kadym razie dzi jeszcze wrc.
Po chwili za spyta:
- Nie mwi te panu Osnowski, czy panna Ratkowska jedzie z nimi czy te zostaje w Przytuowie?
- Nie mwi nic - odrzek Poaniecki - panna Ratkowska mieszka zwykle u swojej starszej krewnej, pani Mielnickiej. Jeli pojedzie, to chyba dla towarzystwa pani Osnowskiej, ktrej anielska natura dostaa palpitacji serca na widok tego, co si stao.
- Aa!! - rzek wirski.
- Tak. Innej racji nie ma. Panna Ratkowska bawia u Osnowskich dlatego, e niby Kopowski mia si o ni stara, a skoro Kopowski wystara si o inn, wic dalszy jej pobyt nie miaby racji bytu.
- Dalibg, tak, to co bajecznego! - rzek wirski - to, z wyjtkiem Osnowskiej, one tam wszystkie kochay si w tym dudku!
Poaniecki umiechn si ironicznie i kiwn gow; na ustach uwizy mu sowa: "Bez wyjtku! bez wyjtku!..."
Lecz wirski rozpocz teraz swoje wywody o kobiecie, od ktrych dotd si powstrzymywa.
- Ot, widzisz pan! ot, widzisz pan! - mwi. - Ja znam Niemki, Francuzki, a zwaszcza Woszki; Woszki na og mniej maj poryww, mniej wyksztacenia, wicej temperamentu, ale s szczersze i prostsze. Niech tego makaronu nie dojem, jelim widzia gdzie tyle faszywych aspiracji i tak niezgodno midzy natur, ktra jest paska, a frazesem, ktry jest wysoki. eby pan wiedzia, co taka panna Ratkowska mwia mi o Kopowskim! Albo we t "Toplk", t "Kolumienk", t "Niteczk", t pann Castelli. Lilia - co? Byby pan przysig? Mimoza - co? Artystka? Sybilla? Zotowosy i czarnooki idea na dugich nogach? - co? A ot, masz j pan! Pokazao si! Wybraa nie czowieka, ale mydka, nie mczyzn, ale lal. Jak przyszo co do czego, Sybilla zmienia si w garderobian. A ja panu powiadam, e one wszystkie palpituj do modnych mydkw - i nieche je piorun zapali!
Tu wirski zoy swoj olbrzymi pi i chcia uderzy ni w st, lecz Poaniecki zatrzyma j, w drodze i rzek:
- Pozwolisz pan, e stao si jednak co wyjtkowego!
wirski pocz si sprzecza i utrzymywa, e "one wszystkie takie" - i e wszystkie wol krawieck miar od fidiaszowskiej; stopniowo jednak pocz przychodzi do rwnowagi i przyzna, e panna Castelli moe by wyjtkiem.
- Pamitasz pan, co panu mwiem, kiedy pyta o Broniczw? - rzek - kanalia, panie! kanalia, ni zasad, ni charakterw, parweniuszostwo duchowe - nic wicej! On by dure, a j pan znasz... Bg mnie ustrzeg, bo gdyby oni byli wwczas wiedzieli, e ja mam te jakie gupie szpargay, ktrych im brak, to nie byliby robili mi min, i mogem si adnie ubra! Niechby mnie by las ogarn!... Jak mnie pan widzisz, tak jad z Zawiowskim za granic, bo mam tego do.
Zapacili i wyszli. Na ulicy wirski spyta:
- Co pan teraz robisz?
- Id szuka Zawiowskiego.
- Gdzie pan go znajdziesz?
- Myl, e u wariatw, u ojca, a jeli nie, to bd na niego czeka w domu u siebie.
Lecz Zawiowski zblia si wanie w tej chwili do restauracji. wirski spostrzeg go pierwszy z daleka.
- A ot, idzie! - rzek.
- Gdzie?
- Po drugiej stronie ulicy. Ja bym go o wiorst pozna po jego szczce. Powiesz mu pan wszystko zaraz? Jeli tak, to odchodz. Nie potrzeba wam wiadkw.:
- Dobrze - rzek Poaniecki. 
Zawiowski, spostrzegszy ich rwnie, przypieszy kroku i stan przed nimi, ubrany wykwintnie, prawie strojny, i z twarz weso.
- Ojciec mj ma si lepiej! - zawoa nieco zdyszanym gosem; podajc im rce. - Mam czas i wpadam dzi do Przytuowa.
Lecz wirski ucisnwszy silnie jego rk odszed w milczeniu. Mody czowiek popatrzy za nim ze zdziwieniem i rzek:
- Czy pan wirski obrazi si czym?
I spojrzawszy na Poanieckiego spostrzeg dopiero, e i jego twarz ma jaki powany, niemal surowy wyraz.
- Co to znaczy? - spyta - czy co si stao?
Poaniecki za wziwszy go za rk rzek gosem wzruszonym i serdecznym:
- Mj panie Ignasiu, uwaaem pana zawsze nie tylko za wyjtkowy talent, ale i za wyjtkowy charakter. Mam panu oznajmi bardzo ze nowiny, ale jestem pewny, e znajdziesz w sobie do siy i nie poddasz si nieszczciu.
- Co si stao? - spyta zmieniwszy si w jednej chwili na twarzy Zawiowski.
Poaniecki skin na dorok i rzek:
- Siadaj pan!... Na most! - zawoa zwracajc si do wonicy.
Po czym wydoby list Osnowskiego i odda go Zawiowskiemu.
Mody czowiek rozerwa popiesznie kopert i zacz czyta. Poaniecki z wielk tkliwoci otoczy go rk wp nie spuszczajc oczu z jego twarzy, na ktrej w miar czytania odbijao si zdumienie, niewiara w to, co czyta, oguszenie, a przede wszystkim przestrach bez granic. Policzki pobielay mu jak ptno, wida jednak byo, e odczuwajc nieszczcie nie ogarnia go jeszcze i nie rozumie dokadnie, spojrza bowiem na Poanieckiego jakby bezmylnie i spyta zajkliwym, cichym gosem:
- Jake?... jake ona moga?...
Nastpnie zdjwszy kapelusz pocz wodzi rk po wosach.
Poaniecki za rzek:
- Nie wiem, co panu napisa Osnowski, ale tak jest!... Tu nie ma ju co umniejsza rzeczy. Miej pan odwag powiedzie sobie, e to si stao i stao niepowrotnie. Pana byo dla niej szkoda - bo wart wicej ni to wszystko. S ludzie, ktrzy pana prawdziwie ceni i kochaj. Ja wiem, e to jest ogromne nieszczcie - i rodzony brat nie bolaby nad panem wicej ni ja. Ale stao si!... Mj drogi panie Ignasiu! Oni pojechali Bg wie gdzie. Osnowscy take. W Przytuowie nikogo nie ma. Ja rozumiem, co si w panu musi dzia, ale pan masz przed sob lepsz przyszo ni z pann Castelli. Bg pana do wikszych rzeczy przeznaczy - i z pewnoci da panu wiksz ni innym si. Pan jeste sol ziemi. Pan masz wyjtkowe obowizki i wzgldem siebie, i wzgldem ludzi... Ja wiem, e trudno jest machn od razu rk na to, co si kochao - i tego od pana nie wymagam, ale panu nie wolno poddawa si, jak pierwszemu lepszemu, rozpaczy. Mj drogi, biedny panie!
Poaniecki mwi jeszcze dugo i mwi z si, bo sam si wzruszy. Wypowiada nawet w dalszym cigu rzeczy nie tylko serdeczne, ale i rozumne: e nieszczcie ma to do siebie, i stoi, a czowiek czy chce, czy nie chce, musi i w przyszo, wic odchodzi od niego coraz dalej. Wlecze si wprawdzie za czowiekiem ni blu i pamici, ale coraz ciesza, albowiem sia rzeczy jest taka, e yje si jutrem. Wszystko to byo prawd, ale drug, daleko blisz, daleko realniejsz i bardziej dotykaln byo to, o czym mwi list Osnowskiego. Poza tym faktem istniay tylko puste dwiki odbijajce si zewntrznie o uszy, ale tak niezrozumiae i dla Zawiowskiego tak pozbawione wszelkiego sensu jak turkot lub jak oddwik elaznych krat mostu, przez ktry przejedali obecnie z Poanieckim. Zawiowski mg czu i myle tylko w sposb ogromnie mtny, mia jednak poczucie, naprzd, e to, co si stao, jest wprost niemoliwym, a jednak jest, po wtre za, e on si adn miar na to zgodzi nie moe i nigdy nie zgodzi - co jednak nie ma najmniejszego znaczenia. Na nic innego nie byo w jego gowie miejsca. Nie umia nawet uwiadomi ani tego wszystkiego, co traci, oprcz panny Linety, ani swego blu, ani alu, ani ruiny, ani pustki, ani utraty wszystkich podstaw ycia; wiedzia tylko, e panny Linety ju nie ma, e go nie kochaa, e go opucia, e wyjechaa z Kopowskim, e maestwo jego zerwane, e zosta sam, e to wszystko ju si stao - i e on tego nie chce, jako rzeczy nieprawdopodobnej, niemoliwej i strasznej.
A jednak to si stao.
Doroka pocza jecha za mostem wolno, wymijali bowiem stado wow pdzonych do miasta, a wrd ich ociaego tupotu Poaniecki mwi dalej. O uszy Zawiowskiego odbijay si sowa: "wirski, zagranica, Wochy, sztuka"; ale on nie rozumia, e wirski to znaczy znajomy czowiek, zagranica - wyjazd, a Wochy - kraj... On teraz mwi pannie Linecie: "To dobrze, ale c ze mn bdzie? Jake ty moga o tym nie pomyle, e ja ci tak ogromnie kocham?" I przez chwil wydao mu si, e gdyby j zobaczy, e gdyby mg jej powiedzie, e z ludzkim blem trzeba si liczy, to by si rozpakaa i rzucia mu si na szyj. "Nas jednak tyle rzeczy czy - mwi jej - przecie ja jestem ten sam, twj..." I nagle wystajca szczka pocza mu drga, na czole ukazay si yy, a oczy zaszy mg ez. Poaniecki, ktry mia nadzwyczaj dobre serce i ktry prcz tego sdzi, e potrafi go wzruszy, obj go nagle za szyj, i, sam wzruszony, pocz go caowa w policzek. Lecz rozrzewnienie Zawiowskiego nie trwao dugo, albowiem wrci do poczucia rzeczywistoci. "Ja jej tego nie powiem - pomyla - bo jej nie zobacz, gdy odjechaa ze swoim narzeczonym - z Kopowskim." I na t myl twarz skamieniaa mu na nowo. Pocz teraz lepiej uwiadamia ca donioso swego nieszczcia. Uderzya go po raz pierwszy myl, e gdyby Lineta umara, strata jego byaby mniejsz. Otcha mierci zostawia wierzcym nadziej wsplnego ycia na drugim brzegu, niewierzcym - wsplnej nicoci, a zatem nadziej jakiego wsplnego losu i poczenia si. Przy tym mier jest bezsiln wobec kochania, ktre idzie za grb; moe drog dusz zabra, ale nie moe nam zabroni jej kocha i nie moe jej skazi - owszem, przebstwia j i czyni nie tylko kochan, ale i wit. A Lineta odejmujc Zawiowskiemu siebie, to jest najdrosz dusz, odja zarazem i nadziej, i prawo kochania, i prawo alu, i prawo tsknoty, i prawo czci; odchodzc sama, zastawia na domiar skaon pami. Zawiowski uczu teraz jasno, e jeli nie potrafi przesta jej kocha, to tym samym bdzie ndznikiem, a czu, e nie potrafi! I z t dopiero chwil ogarn cay ogrom spustoszenia, ruiny, mki. Z t chwil zrozumia, e to jest wicej, ni mona znie.
Poaniecki za mwi:
- Jed ze wirskim do Woch, przebolej, mj drogi, przecierp!... Inaczej nie moe by. Ale wiat jest szeroki! Tyle rzeczy do widzenia, do kochania! Przed tob wszystka otworem. I przed nikim tak jak przed tob. wiatu si od ciebie duo naley, ale i tobie duo od wiata. Mj drogi! Jed - ycie jest naokoo, ycie jest wszdzie; przyjd nowe wraenia, ktrym si nie oprzesz, i zajm ci myl, zagodz bl. Nie bdziesz si krci koo jednego wspomnienia. wirski pokae ci Wochy. Zobaczysz, co to za towarzysz i jakie ci horyzonty otworzy. Przy tym powiem ci, e czowiek jak ty powinien mie t si, ktr ma muszla perowa, i wszystko zmienia po prostu w pery. A teraz suchaj, co ci mwi prawdziwy przyjaciel. Jed i to zaraz. Przyrzecz mi, e pojedziesz. Da Bg mojej onie szczliwie przeby sabo, to moe i my si tam na wiosn wybierzemy. Obaczysz, jak nam bdzie doskonale. C, Ignasiu, przyrzeczesz mi - dobrze?
- Dobrze - odpowiedzia Zawiowski usyszawszy ostatni wyraz, a w ogle nie wiedzc, o co chodzi.
- No, to chwali Boga! - zawoa Poaniecki. - Wrcimy teraz do miasta i spdzimy wieczr razem. Ja mam co do roboty w biurze i wybraem si na dwa dni.
To rzekszy kaza zawrci, bo zreszt i soce miao si pod zachd. By liczny dzie, taki jakie zdarzaj si w kocu lata. Nad miastem unosi si zotawy, delikatny py; dachy, a zwaszcza kocielne wiee, poyskiway po brzegach jakby odblaskiem bursztynu i rysujc si czysto w przezroczym powietrzu zdaway si w nim lubowa. Czas jaki jechali w milczeniu.
- Gdzie wolisz zajecha: do mnie czy do siebie? - spyta Poaniecki, gdy wjechali do miasta.
Ruch miejski zdawa si Zawiowskiego otrzewia, spojrza bowiem zupenie przytomnie na Poanieckiego i rzek:
- Od wczoraj nie byem w domu, bom nocowa u ojca. Moe tam s jakie listy, wic jedmy do mnie.
I Zawiowski dobrze przewidzia, w mieszkaniu bowiem czeka go list od pani Broniczowej z Berlina. Zawiowski gorczkowo rozerwa kopert i pocz czyta, Poaniecki za patrzc na mienic si jego twarz pomyla "I powiedzie, e w nim tai si jeszcze co nadziei."
Tu przyszed mu nagle na pami w mody doktor, ktry w swoim czasie mwi mu o pannie Krasawskiej:
"Ja wiem, jaka ona jest, ale nie mog od niej duszy odedrze..."
Zawiowski skoczy czytanie i wsparszy gow na rku, pocz patrze bezmylnie na st i lece na nim papiery. Wreszcie ocknwszy si poda list Poanieckiemu.
- Czytaj pan - rzek.
Poaniecki wzi list i czyta, co nastpuje:
"Wiem, e pan wierzy naprawd w swoje uczucie dla Niteczki i e w pierwszej chwili, to, co si stao, wyda si panu nieszczciem; niech mi pan te wierzy, e i mnie, i jej nieatwo przyszo zdoby si na krok stanowczy. Pan moe nie potrafi dobrze oceni Niteczki (mczyni tylu rzeczy nie umiej oceni), ale powinien j pan by pozna przynajmniej o tyle, eby wiedzie, ile j kosztuje, gdy musi wyrzdzi najmniejsz przykro, nawet komu obcemu. Ale trudno! taka jest wola boska, ktrej grzech nie sucha. Czynimy obie to, co nam sumienie nakazuje i Niteczka zbyt jest prawa, eby moga odda panu rk bez prawdziwego przywizania. To, co si stao, stao si nie tylko zgodnie z wol bosk, ale zgodnie z dobrem pana i jej; gdyby bowiem nie kochajc pana dostatecznie, zostaa pask on, jakeby moga oprze si pokusom, na ktre taka istota z pewnoci bdzie wobec wiatowego zepsucia naraona? Prcz tego, pan ma swj talent, wic pan ma co, Niteczka za tylko serce, ktre przymus zamaby w jednej chwili - i jeeli si panu zdaje, e ona pana zawioda, niech pan sumiennie pomyli: czyja wina jest wiksza? Pan wiele zego wyrzdzi Niteczce, bo pan opta jej wol i nie pozwoli pj za naturalnym popdem serca, a tym samym powici pan lub gotw by powici przez egoizm jej szczcie, a nawet ycie, jestem bowiem przekonana, e w takich warunkach nie przeyaby jednego roku. Niech to panu jednak Bg przebaczy tak, jak my obie przebaczamy - i niech pan wie, e dzi jeszcze modliymy si za pana na umylnie zamwionej na pask intencj mszy u w. Jadwigi.
Piercionek zechciej pan odesa do willi Osnowskich; paski, poniewa Osnowscy take mieli zaraz wyjecha, dojdzie pana przez rce panny Ratkowskiej. Raz jeszcze, niech panu Bg wszystko przebaczy i zachowa go w swojej opiece."
- To jest co niesychanego! - rzek Poaniecki.
A Zawiowski odrzek z rozdzierajcym smutkiem:
- To wida, z prawdy mona to samo zrobi, co z mioci, a jam si tego nie domyla.
- Suchaj mnie, Ignasiu - odpowiedzia Poaniecki, ktry pod wpywem wspczucia pocz mwi Zawiowskiemu ty - to ju kwestia nie tylko twojego nieszczcia, ale twojej godnoci. Cierp, ile chcesz, ale powiniene znale si do okazania, e o to wszystko nie dbasz.
Nastao dugie milczenie. Tylko Poaniecki przypominajc sobie list powtarza od czasu do czasu:
- To przechodzi ludzkie pojcie!
Wreszcie zwrci si do Zawiowskiego:
- wirski wraca dzi jeszcze z Buczynka i pnym wieczorem wpadnie do mnie. Chod i ty. Spdzimy wieczr razem i pogadacie o podry.
- Nie - rzek Zawiowski - ja po powrocie z Przytuowa miaem spdzi noc u ojca - i musz do niego i. Jutro rano przyjd do pana i zobacz si ze wirskim.
Mwi za tak, poniewa chcia zosta sam. Poaniecki nie sprzeciwi si jego zamiarowi spdzenia nocy w zakadzie, sdzi bowiem, e zajcie przy chorym i opieka nad nim zajm umys Zawiowskiego, przy tym za przyjdzie znuenie i potrzeba snu. Postanowi jednak odprowadzi go a do zakadu.
Jako poegnali si dopiero przy bramie. Zawiowski jednak, zabawiwszy kilka minut w zakadzie i wypytawszy si dozorcy o ojca, wyszed i ukradkiem wrci do domu.
Zapaliwszy wiec, odczyta raz jeszcze list pani Broniczowej i zakrywszy twarz rkoma, pocz rozmyla. Mimo listu Osnowskiego i mimo wszystkiego, co mu powiedzia Poaniecki, jaka wtpliwo i jaka nadzieja taiy si istotnie w jego duszy. Wiedzia, e stao si, ale chwilami mia takie uczucie, jakby to nie bya rzeczywisto, tylko zy sen. Dopiero list pani Broniczowej dotar do tego jakiego kcika duszy, ktry jeszcze nie chcia wierzy - i wypali w nim reszt zudzenia. Tak! nie byo ju Linety, nie byo przyszoci, nie byo szczcia! Posiad to wszystko Kopowski, jemu za zostaa tylko samotno, upokorzenie i okropna nico. Zostao mu take wraenie, e gdyby "Niteczka" moga mu wydrze i ten talent, o ktrym wspominaa pani Broniczowa, to byaby wydara i oddaa Kopowskiemu. Czyme on by dla niej wobec Kopowskiego!? "Tego ja wprawdzie nigdy nie zrozumiem - pomyla - ale tak jest!..." i pocz si zastanawia, co w nim jest tak ndznego, eby go tak powica bez miosierdzia, bez najmniejszej uwagi, eby si mniej liczy z nim ni z najlichszym robakiem. "Czemu ona kocha Kopowskiego, nie mnie, ktremu "mwia, e kocha?" I przypomnia sobie, jak mu kiedy draa w ramionach, gdy po zarczynowym wieczorze oddawa jej "dobranoc". A teraz dry tak samo w ramionach Kopowskiego. I na t myl porwawszy chustk pocz j ciska w zbach, eby nie krzycze z blu i wciekoci. "Co to jest? dlaczego si to stao?!" By przecie czas, e on jej nie kocha; dlaczego wwczas nie wysza za Kopowskiego? Co ona moga mie w tym, by go tak podepta bez adnej potrzeby?
I znw porwa za list pani Broniczowj, jakby spodziewajc si znale w nim odpowied na te straszne pytania. Przeczyta raz jeszcze ustp o woli boskiej i o tym, e to on by winien, e on wyrzdzi wiele zego "Niteczce" - i o tym, e ona mu przebacza, i o mszy, ktra si odprawia na jego intencj u w. Jadwigi, a skoczywszy pocz patrze w wiec, mruga oczyma i mwi:
- Jak to?... wic to tak mona?... Co ja waciwie zawiniem?
I nagle uczu, e poczyna go opuszcza pojcie, co jest prawda, a co fasz, co krzywda, a co dobro, co suszno, a co niesuszno. Odesza od niego Lineta, zabraa mu siebie, zabraa mu przyszo, a teraz poczy si usuwa, jedna po drugiej, wszystkie podstawy ycia - i rozum, i zmysy, i samo ycie... Wiedzia jeszcze, e on t swoj Niteczk zawsze kocha nad ycie i e adn miar nie mg chcie jej krzywdy, ale poza tym wraeniem wszystko, co stanowi istot mylc, kruszyo si w nim na proch i jak proch rozlatywao si w tym ogromnym wietrze nieszczcia.
Jednake kocha. Lineta rozdwajaa mu si teraz na dzisiejsz i dawn. Pocz sobie przypomina jej gos, twarz, jasnozote wosy, jej czarne oczy i usta, jej wysok posta, rce i to ciepo, ktre tylekro wyczuwa od nich ustami. Potna jego wyobrania odtworzya j niemal dotykalnie i pozna, e nie tylko t swoj dawn kocha, ale kocha dotd, e bez adnej miary tskni za ni i bez miary cierpi po jej stracie.
A poznawszy to j znw do niej mwi:
- Jake ty moga przypuszcza, e ja to potrafi przenie?
W tej chwili nie mia te najmniejszej wtpliwoci, e, na przykad, Bg wie to bardzo dobrze. Dugi czas przesiedzia jeszcze w milczeniu i wieca bya niemal do poowy wypalona, gdy si ockn.
Ale wwczas stao si w nim co nadzwyczajnego.
Mia takie wraenie, jakby odbija statkiem od ldu - i zdawao mu si, co wwczas zawsze si zdaje, e to nie on si oddala, ale e od niego odsuwa si ten brzeg, na ktrym dotd przebywa. Wszystko, co byo nim i w ogle jego yciem, wszystkie myli, nadzieje, ambicje, cele, zamiary, nawet mio, nawet panna Lineta, nawet jej strata - i te koa bdne, i te mki, przez jakie przeszed, wyday mu si nie tylko ju od niego oddzielone, ale jakby obce i wycznie do tamtego ldu nalece. I stopniowo niky, stopniowo topniay - coraz mniejsze, coraz bardziej widziadowe, coraz podobniejsze do snu; a on oddala si czujc, e do tej obczyzny wrci ju nie chce, nie moe - i e wszystko, co z niego zostao, naley do tego przestworu, ktry bra go w siebie i otwiera si przed nim - niezmierny i tajemniczy...
Rozdzia pidziesity smy
W cztery dni pniej, w dzie Wniebowzicia Najw. Panny, ktry by zarazem dniem imienin pani Poanieckiej, Bigielowie i wirski przyjechali do Buczynka. Maryni nie zastali w domu, bya bowiem wraz z pani Emili na nieszporach w jamieskim kociele. Pani Bigielowa dowiedziawszy si o tym udaa si z ca gromadk Bigielt za nimi. Mczyni pozostawszy sami rozmawiali o wypadku, o ktrym od kilku dni rozmawiao cae miasto, to jest o usiowanym samobjstwie Zawiowskiego.
- Byem u niego dzi trzeci raz - rzek Bigiel - ale suba panny Heleny Zawiowskiej ma rozkaz niedopuszczania nikogo, prcz lekarzy.
- I mnie - rzek Poaniecki. - Dzi pierwszy raz nie mogem go odwiedzi, ale poprzednich dni spdzaem co dzie u niego po kilka godzin. onie mwi, e przesiaduj w biurze dla interesw.
- Powiedz mi, jak to si stao? - spyta Bigiel, ktry chcia wiedzie wszystkie szczegy, by je potem dokadnie po swojemu rozway.
- Stao si tak - odrzek Poaniecki - e Igna powiedzia mi, i idzie do zakadu obkanych do ojca. Byem z tego rad, bom sdzi, e go to oderwie od rozmyla. Odprowadziem go jednak a do bramy i obieca mi, e nazajutrz do mnie przyjdzie. Tymczasem pokazao si, e chcia si mnie pozby, by sobie spokojnie w eb strzeli.
- Wic ty nie pierwszy go znalaze?
- Nie. Nie przypuszczaem nic podobnego i bybym go czeka do jutra. Na szczcie, panna Helena przyjechaa na sam wie o zerwaniu maestwa...
- Ja jej daem o tym zna - przerwa wirski - i tak to wzia do serca, e aem si zdumia - jakby przeczuwaa, co si stanie!
- To dziwna istota - rzek Poaniecki. - Nie mogem si wywiedzie, jak to byo, do, e ona pierwsza go znalaza, ona pierwsza daa mu ratunek, ona pierwsza wezwaa ca czered doktorw - i wreszcie kazaa go przenie do siebie.
- Ale lekarze utrzymuj, e bdzie y?
- Waciwie nic dotychczas nie wiedz. On musia przy strzale pochyli bro, tak e kula przebiwszy czoo posza ku grze i zatrzymaa si pod czaszk. Znaleli i wyjli j do atwo, ale czy bdzie y - a jeli bdzie, to czy umys jego ocaleje - nie wiadomo. Jeden z lekarzy obawia si zaburze w mowie, ale teraz chodzi jeszcze o ycie.
Wypadek, jakkolwiek oglnie ju znany i opisywany dotychczas codziennie przez gazety, czyni zawsze wraenie tak wielkie, i czas jaki trwao milczenie. wirski, ktry przy swych muskuach atlety mia kobiec wraliwo, przyblad nieco i wybuchn:
- Przez takie - kabotenki!
Lecz siedzcy obok profesor Waskowski rzek z cicha:
- Zostaw je pan boemu miosierdziu.
- Prosz ci - rzek Bigiel zwracajc si do Poanieckiego - a ty nie podejrzewae?
- Ani mi do gowy nie przyszo, eby mia sobie w eb strzeli. Oczywicie, widziaem, e si ze sob amie. Przez chwil, gdymy jechali, pocza mu si broda trz, jakby chcia wybuchn paczem, ale to harda dusza. Pohamowa si zaraz i pozornie uspokoi. Gwnie zwid mnie obietnic, e nazajutrz przyjdzie.
Po chwili za mwi dalej:
- Wiecie, co mi si zdaje? Oto, e tak ostatni kropl, ktra przelaa naczynie, by list Broniczowej. Igna da mi go do czytania: napisaa mu, e to wola boska, a wina po jego stronie, e by egoist, one za id za gosem sumienia i prawoci, e mu przebaczaj i prosz Boga, eby mu take przebaczy, sowem: niesychane rzeczy! Widziaem, e to zrobio na nim rozpaczliwe wraenie - i wyobraam sobie, co si musiao dzia z czowiekiem, tak skrzywdzonym i tak egzaltowanym, gdy w dodatku zobaczy, e to jemu przypisuj krzywd, gdy zrozumia, e wszystko mona sponiewiera, odwrci, e mona podepta rozum, prawd; najprostsze zasady susznoci - i zasoni si Panem Bogiem. Mnie to przecie nie tyczyo, a gdym obaczy ten cynizm, czy te ten brak moralnego zmysu, dalibg, zadaem sobie pytanie: czy ja zwariowaem, czy te na wiecie prawda i uczciwo s tylko zudzeniem?
Tu Poaniecki pocz targa gorczkowo brod, tak wzburzao go samo wspomnienie listu pani Broniczowej, wirski za rzek:
- Rozumiem, e gdy nawet jest si czowiekiem wierzcym, w takich chwilach mona plun na ycie.
Lecz Waskowski pocz trze rk czoo i nastpnie ozwa si jakby sam do siebie:
- Tak. Widziaem i takich... Bo s ludzie, ktrzy wierz nie z mioci, ale jakby tylko dlatego, e ateizm zbankrutowa... jakby z rozpaczy. Kto sobie wyobraa, e tam gdzie, za zjawiskami, jest nie Ojciec miosierny, ktry kadzie rk na kadej nieszczsnej gowie, ale jaki On, niedostpny, niezbadany i obojtny - wtedy wszystko jedno, czyby si powiedziao absolut, nirwana - wtedy On jest tylko pojciem, nie mioci - i nie mona go kocha, a gdy przyjdzie nieszczcie, to si pluje na ycie.
- To dobrze - odpowiedzia opryskliwie wirski - ale tymczasem Zawiowski ley z rozbit czaszk, a one pojechay sobie gdzie nad morze i dobrze im.
- Skd pan wie, e im dobrze? - spyta Waskowski.
- Pal je licho!
- A ja panu mwi, e to s nieszczliwe kobiety. Nie wolno bezkarnie depta prawdy. One bd wmawiay jedna w drug rne rzeczy, ale jednej wmwi nie potrafi, to jest szacunku dla siebie; poczn sob po cichu pogardza - i w kocu nawet to przywizanie, jakie do siebie maj, zmieni si w skryt niech. To musi nastpi.
- Pal je licho - powtrzy wirski.
- Miosierdzie boe jest dla zych, nie dla dobrych - zakoczy Waskowski.
Tymczasem Bigiel rozmawia z Poanieckim podziwiajc dobro i odwag panny Heleny Zawiowskiej.
- Bo to z tego bd ludzkie gadania bajeczne - rzek.
- Ona o to nie dba - odpowiedzia Poaniecki. - Ze wiatem si nie liczy, bo nic od niego nie chce. To take harda dusza. Zawiowskiemu okazywaa zawsze wyjtkowe przywizanie, a jego postpek musia j okropnie wstrzsn. Wiecie?... Historia Poszowskiego?...
- Znaem go osobicie - rzek wirski. - Ojciec jego pierwszy przepowiedzia mi w Rzymie, e wypyn... O pannie Helenie mwiono bogdaj, e bya narzeczon Poszowskiego.
- Nigdy ni nie bya, ale podobno w skrytoci serca kochaa go ogromnie. Takie ju mia szczcie... To pewna, e od jego mierci zupenie staa si inn. Dla kobiety tak wierzcej jego samobjstwo istotnie musiao by strasznym ciosem, bo co to jest - nie mc si nawet modli za czowieka, ktrego si kochao!... A teraz znw Zawiowski!... Jeli kto, to ona zrobi wszystko, eby go uratowa. Wczoraj, jak tam byem, wysza do mnie ledwie ywa - blada, zmczona, niewyspana. A tam przecie jest komu go pilnowa. Panna Ratkowska mwia mi o niej, e od czterech dni spaa moe godzin.
- Panna Ratkowska? - zapyta ywo wirski.
- Tak! Zapomniaem powiedzie: dowiedziaa si z gazet o wypadku i tego samego dnia przeniosa si do panny Heleny, eby czuwa nad Zawiowskim. Biedactwo, take podobniejsze do cienia ni do czowieka.
- Panna Ratkowska!... - powtrzy wirski.
I pocz mechanicznie szuka rk w kieszeni od surduta pugilaresu, w ktrym nosi jej bilet.
Przypomnia sobie teraz jej sowa: "Wybraam inaczej - i jeeli nigdy nie bd szczliwa, nie chc przynajmniej wyrzuca sobie pniej, e byam nieszczera." Teraz dopiero zrozumia i znaczenie, i rzeczywist tragedi tych sw. Oto, wbrew wszelkim wiatowym wzgldom, nie dbajc na jzyki ludzkie ta moda dziewczyna posza teraz pilnowa tego samobjcy. C to mogo znaczy? Rzecz bya jasna jak soce. Wprawdzie Kopowski wyjecha z inn, ale ona mwia zawsze otwarcie, co myli o Kopowskim, a gdyby Zawiowski by jej obojtny, nie szaby teraz przecie czuwa u jego ka.
- Zdaje si, e ja jestem osie! - mrukn wirski.
Lecz nie by to jedyny wniosek, do ktrego po dojrzalszej rozwadze doszed. Nagle obja go tsknota za pann Ratkowsk, al, e si to nie stao, co si mogo sta, i wielka, bezgraniczna lito nad ni: "Spudowae znw, stary dziku - mwi sobie dalej - i dobrze ci tak! Ale dobry czowiek byby czu lito, a ty pocze zgrzyta; posdzae j o mio dla durnia, o udawanie aspiracji, o pask natur; obgadywae j przed pani Poanieck i przed nim; krzywdzie sodkie i nieszczsne stworzenie, nie dlatego, by ci jej odmowa zbyt bolaa, ale przez mio wasn. Dobrze ci tak! dobrze! Jeste osie, jeste jej niewart i bdziesz si koata sam do mierci, jak mandryl za krat w menaerii."
Bya w tych zarzutach cz prawdy. wirski nie kocha si na dobre w pannie Ratkowskiej, ale jej odmowa uboda go gbiej, ni sam przyznawa - i nie umiejc zapanowa nad sw gorycz, wdawa si w oglne wywody o kobietach, cytujc pann Ratkowsk jako przykad - z ujm dla niej.
Teraz za pozna ca czczo podobnych wywodw. - "Te gupie syntezy gubiy mnie zawsze - myla: - Kobiety s to indywidua jak wszyscy ludzie - i pojcie oglne: "kobieta" nic nie objania. Jest taka panna Castelli, jest taka pani Osnowska, w ktrej przypuszczam rozmaite szelmostwa nie majc zreszt na to dowodw; ale z drugiej strony, jest pani Poaniecka, pani Bigielowa, jest siostra Aniela i panna Helena, i panna Stefcia. Biedne dziecko - i dobrze mi tak! Ona si tam po cichu martwia, a jam zgrzyta. Jeeli taka dziewczyna nie jest dziesi razy wicej warta ode mnie, to to soce nie jest warte mojej fajki. Miaa wit racj dawszy odkosza takiemu bawoowi. Pojad sobie na Wschd i basta! Takiego wiata jak w Egipcie nie ma na wiecie!... I co to jest uczciwa kobieta! Przecie ona zrobia mi dobrze nawet swoj odmow, bom si przez ni przekona, e moje teorie o kobietach mona psu o grzbiet potuc. Ale eby panna Zawiowska postawia cay puk dragonw przed drzwiami, to musz tamt biedaczk zobaczy i powiedzie jej, co o niej myl."
Jako nazajutrz uda si do domu panny Heleny. Nie chciano go wpuci, ale nastawa tak, e wreszcie zosta przyjty. Panna Helena sdzc, e powoduje nim wycznie przyja i troskliwo, wprowadzia go nawet do pokoju, w ktrym lea ranny. Tam, w mroku zapuszczonych rolet, ujrza Zawiowskiego, od ktrego bi z dala zapach jodoformu, z obwizan gow i z wystajc szczk, a przy nim te dwie kobiety wymczone, z gorczk od bezsennoci w twarzach, i rzeczywicie do dwch cieniw podobne. Zawiowski lea z otwartymi ustami, zmieniony, nic do siebie niepodobny, jakby bez porwnania starszy, z opuchlin na powiekach, wychylajcych si spod bandau. wirski polubi go by bardzo - i przy swej wraliwoci mia dla niego nie mniej wspczucia od Poanieckiego lub Osnowskiego - jednakowo uderzya go teraz jego szpetno. "Ten si dopiero urzdzi" - pomyla, po czym zwrciwszy si do panny Heleny spyta pgosem:
- Nie odzyska przytomnoci?
- Nie - odpowiedziaa szeptem.
- C doktor mwi?
Panna Helena poruszya swymi wychudymi domi na znak, e wszystko jeszcze niepewne, po czym szepna znowu:
- Dzi pity dzie...
- I gorczka mniejsza - dodaa panna Ratkowska.
wirski chcia ofiarowa swoje usugi do pilnowania chorego, ale panna Zawiowska wskazaa mu oczyma modego lekarza, ktrego zrazu nie mg w mroku dostrzec, a ktry, siedzc w fotelu obok stou z miednic i stosami jodoformowej waty, drzema ze zmczenia czekajc, pki drugi go me zmieni.
- Mamy dwch - szeptaa panna Ratkowska - a oprcz nich, ludzi z domu zdrowia, ktrzy umiej obchodzi si z chorymi.
- Panie ogromnie si jednak mcz.
- Tu chodzi o chorego!... - odpowiedziaa spogldajc w stron ka.
wirski poszed za jej wzrokiem. Oczy jego przyzwyczaiy si ju lepiej do mroku i dojrza teraz wyranie twarz Zawiowskiego, nieruchom, z wargami prawie czarnymi. Dugie jego ciao byo rwnie nieruchome, tylko palce wychudej rki, lecej na kodrze, poruszay si jednostajnym ruchem, jakby j drapic.
"Wywioz go za par dni, jak Bg na niebie!" - pomyla wspominajc swego koleg, owego "Sowianina", z ktrym droczy si swego czasu Bukacki, a ktry strzeliwszy sobie w gow zmar dopiero po dwch tygodniach mki.
Chcc jednak doda otuchy kobietom rzek wbrew temu, czego by pewien:
- Tego rodzaju rany albo zaraz s miertelne, albo si lecz.
Panna Helena nie odpowiedziaa nic, tylko twarz cigna si jej kurczowo i usta poblady. Widocznie w jej duszy taia si straszna myl, e on take moe umrze, a nie chciaa jej dopuci. Miaa do jednego tamtego samobjstwa - i zarazem chodzio jej o co wicej ni o uratowanie Zawiowskiemu ycia.
wirski pocz si egna. Wchodzi tu z przygotowan przemow do panny Ratkowskiej, ktrej postanowi si przyzna, e j niesusznie posdza, wyrazi ca cze, jak dla niej ywi, i prosi o przyja, ale wobec rzeczywistej tragedii tych dwch kobiet, wobec tej grozy mierci i tego ptrupa uzna natychmiast, e wszystko, co mia zamiar powiedzie, byo liche, mae i e tu na takie marne osobiste rzeczy nie pora.
Przycisn tylko do ust w milczeniu rk panny Heleny, a nastpnie panny Ratkowskiej i wyszedszy z tego pokoju, przesyconego nieszczciem i jodoformem, odetchn gboko.
W jego malarskiej wyobrani przedstawi si teraz wyranie Zawiowski, zmieniony, o dziesi lat starszy, z obwizan gow i czarnymi wargami.
I pomimo caego wspczucia, jakie dla niego mia, chwycio go nagle oburzenie.
- Przedziurawi sobie czaszk - mrukn - przedziurawi talent - i ani dba! A tamte, niebogi, dusze z siebie wywcz i trzs si jak licie.
Po czym ogarno go jakby uczucie zazdroci, jakby al nad samym sob, i j monologowa:
- C, stary! A gdyby ty na przykad zapakowa sobie w swj talent kawaek oowiu, nikt by przy tobie nie chodzi tak na palcach!
Dalsze rozmylania przerwa pan Pawicki, ktry spotkawszy go na skrcie ulicy zatrzyma i pocz rozmawia.
- Ja dopiero z Karlsbadu - rzek. - Panie! ile przystojnych kobietek! Dzi jad do Buczynka... Widziaem ju Poanieckiego i wiem, e crka zdrowa; ale on si jako cign.
- Bo mia zmartwienie. Sysza pan o Zawiowskim?
- Syszaem! syszaem! A c, panie? co pan na to?
- Nieszczcie!
- Nieszczcie, ale i to, e dzi nie ma zasad. Wszystko to te nowe wymysy, te wasze ateizmy, hipnotyzmy, socjalizmy. Modzie nie ma zasad - ot, co!...
Rozdzia pidziesity dziewity
Poaniecki pod wraeniem katastrofy zapomnia zupenie o obietnicy uczynionej Osnowskiemu, e napisze mu, jak Zawiowski przenis zerwanie maestwa i odjazd panny Castelli. Osnowski jednak, dowiedziawszy si o wypadku z gazet, pocz codziennie wypytywa depeszami o stan chorego - i niepokoi si nim ogromnie. W prasie i publicznoci kryy najsprzeczniejsze wieci. Niektre pisma donosiy, i stan w jest bez nadziei, inne przepowiaday ryche wyzdrowienie. Poaniecki przez dugi czas nie mg te donie nic pewnego, i dopiero po dwch tygodniach przesa depesz, e chory przesta si waha midzy yciem a mierci - i e lekarze rcz ju stanowczo za jego ocalenie.
Osnowski odpowiedzia obszernym listem, w ktrym donosi zarazem rozmaite nowiny z Ostendy.
"Bg panu zapa za dobr wiadomo. Wic to ju stanowczo wszelkie niebezpieczestwo mino? Nie umiem panu wypowiedzie, jaki ciar spad z serca nam obojgu. Powiedz pan Ignasiowi, e nie tylko ja, ale i moja ona przyja ze zami nowin o jego ocaleniu. Ona o nikim innym teraz nie mwi i nie myli, tylko o nim. Ach panie, co to s kobiety! - mona by tomy o tym pisa! Anetka to przecie wyjtek, a da pan wiar, e pomimo caego przeraenia, alu i wspczucia, Igna urs jeszcze w jej oczach przez ten nieszczsny postpek. One szukaj zawsze strony romantycznej, tak dalece, e nawet i w Kopowskim Anetka, ktra zna ca jego gupot, widzi teraz, jako w sprawcy nieszczcia, co demonicznego. Ale przede wszystkim, chwaa Bogu za ocalenie Ignasia! Niech yje na chwa naszego spoeczestwa i niech znajdzie godn siebie istot. Z depeszy paskiej wnosz, e jest pod opiek panny Heleny. Niech i jej da Bg wszystko dobre za takie poczciwe serce. Ona istotnie nie ma nikogo bliszego na wiecie - i wyobraam sobie, e Igna przez wspomnienie Poszowskiego jest jej jeszcze droszy.
Teraz, gdy mnie pan ju uspokoi o jego ycie, mog wam przesa kilka wiadomoci o ciotce Broniczowej i o Linecie. Moe pan ju sysza, e one tu s wraz z Kopowskim. Pojechay naprzd do Scheveningen, ale dowiedziay si, e tam ospa, wic ucieky do Ostendy nie przypuszczajc, e i my tu jestemy. Spotkalimy si kilkakrotnie w Kursalu - i udawalimy, e si nie znamy. Kopowski zostawi nawet u nas bilety, ale go nie rewizytowaem, pomimo i, jak susznie mwi moja ona, on w tym wszystkim daleko mniej winien od nich. Dopiero po otrzymaniu tej depeszy, w ktrej mi pan donosisz, e Igna stanowczo uratowany, zdawao mi si, e sama ludzko nakazuje im j posa - i tak zrobiem. Im si i tak tu le dzieje, bo znajomi odsuwaj si od nich - chciaem wic, by przynajmniej to wiedziay, i nie maj ycia ludzkiego na sumieniu, tym bardziej e Lineta jakoby jednak odczua postpek Ignasia. Jako tego samego dnia byy u nas z wizyt i ona moja je przyja. Ona susznie mwi, e zo jest chorob moraln, a w chorobie nie godzi si krewnych opuszcza. W ogle to pierwsze zetknicie si byo i cikie, i kopotliwe dla obu stron. O Ignasiu nie mwilimy ani sowa. Kopowski wystpuje tu jako narzeczony Linety, ale nie wydaj si zbyt uszczliwieni, cho, co prawda, to ona stosowniejsza dla niego ni dla Ignasia, i pod tym przynajmniej wzgldem wszystko, co zaszo, mona uwaa za zrzdzenie boe. Wiem te od osb postronnych, e tak przedstawia rzecz i ciotka Broniczowa. Nie potrzebuj panu mwi, jak mnie zoci to naduywanie imienia boskiego. Wiem, e niektrym z bawicych tu znajomych prbowaa wmwi, i zerway z Ignasiem z powodu jego braku uczu religijnych; innym opowiadaa historie o jego despotyzmie i niezgodnoci usposobie z Linet. Wszystko to jest oszukiwanie, nie tylko wiata, ale i siebie. Ciotka przez cige wmawianie sobie i innym sama w kocu uwierzya w podniosy charakter Linety - i pod tym wzgldem doznaa ogromnego zawodu. Poczuwa si wprawdzie do obowizku osaniania jej, wymyla Bg wie co na jej obron i miota si jak szalona, ale poczucie zawodu w niej tkwi, i myl, e si tym gryzie, bo zmizerniaa mocno. Chodzi te im widocznie o stosunki z nami; myl, e je to niejako zwie na powrt ze wiatem, ale chocia ona moja je przyja, oczywicie, stosunki nasze nie mog powrci do dawnej normy. Ja pierwszy nie mgbym na to pozwoli, ze wzgldu na mj obowizek dobierania dla ony odpowiedniego towarzystwa. lub Linety z Kopowskim ma si odby podobno za dwa miesice w Paryu. Naturalnie, e nie bdziemy. ona moja zreszt patrzy na to bardzo sceptycznie. Rozpisaem si tak obszernie w nadziei, e w ten sposb zobowi pana do rwnie obszernej odpowiedzi ze wszelkimi szczegami o Ignasiu. Gdy stan zdrowia jego na to pozwoli, niech go pan uciska ode mnie i niech mu pan powie, e ma i zawsze bdzie mia we mnie najserdeczniejszego, dusz i sercem oddanego mu przyjaciela."
Pani Marynia mimo spnionej pory mieszkaa jeszcze w Buczynku, wic Poaniecki odebrawszy ten list w biurze pokaza go najpierw Bigielom, u ktrych by na obiedzie.
- Z jednej rzeczy si ciesz - rzeka przeczytawszy list pani Bigielowa - oto, e ona wychodzi sobie zaraz za tego Kopowskiego. Inaczej baabym si, e w Ignasiu znw si co odezwie i e wyzdrowiawszy gotw by do niej powrci.
- Nie. Zawiowski ma duo charakteru i myl, e nie wrciby w adnym razie - rzek Bigiel. - Jak mylisz, Stachu?
Bigiel tak by przyzwyczajony pyta w kadym wypadku o zdanie wsplnika, e i w tym nie umia si bez niego obej.
- Ja myl, e one, gdy si rozpatrz, co zrobiy, prdzej by gotowe byy wrci, a co do niego, yem ju tyle lat i widziaem tyle nieprawdopodobnych meczy, e za nikogo nie rcz.
W tej chwili Poanieckiemu znw przypomniay si sowa: "Ja wiem, jaka ona jest, ale nie mog od niej duszy odedrze."
- A ty by wrci na jego miejscu? - spyta Bigiel.
- Myl, e nie, ale nie zarczam i za siebie. Przede wszystkim nie bybym sobie w eb strzela. Zreszt, nic nie wiem!
I mwi to z wielkim zniechceniem, pomyla bowiem, e jeli kto, to on nie mia prawa za siebie rczy.
Lecz pani Bigielowa pocza mwi:
- Daabym nie wiem co, eby Ignasia zobaczy, ale doprawdy, e atwiej fortec zdoby, ni si do niego dosta. I nie rozumiem, dlaczego panna Helena tak go broni przed ludmi, nawet tak yczliwymi jak my.
- Ona go broni przed ludmi, bo mu doktor nakaza bezwzgldny spokj. Zreszt jemu, od czasu jak odzyska pami, widok ludzi, choby najyczliwszych, jest ogromnie przykry. I to si rozumie. Nie moe przecie z nimi mwi o swoim postpku, a widzi, e kady, kto si do niego zblia, myli nie o czym innym, tylko o tym.
- A pan bywa u niego co dzie?
- Mnie dopuszczaj, bo ja naleaem poniekd do sprawy od pocztku. Pierwszy przecie doniosem mu o zerwaniu maestwa - i niby to go pilnowaem.
- Czy on t dziewczyn jeszcze wspomina?
- Pytaem o to panny Heleny i panny Ratkowskiej: powiedziay mi, e nigdy. Sam przesiaduj take przy nim godzinami i nie syszaem nigdy nic. To jest dziwna rzecz: on jest przytomny, wie, e jest ranny, wie, e chory, ale zdaje si przy tym nic nie pamita rzeczy przeszych, tak jakby przeszo wcale nie istniaa. Lekarze mwi, e rany w gow powoduj rne takie najszczeglniejsze objawy. Zreszt poznaje kadego, kto si do niego zbliy; okazuje ogromn wdziczno pannie Helenie i pannie Ratkowskiej. Szczeglniej lubi pann Ratkowsk i widocznie tskni za ni, gdy na chwil od niego odejdzie. Ale te one obie - dalibg! - sw na to nie ma - jakie poczciwe.
- Mnie szczeglniej wzrusza panna Ratkowska - rzeka pani Bigielowa.
Bigiel za wtrci:
- Ja zastanowiwszy si dobrze nad wszystkim doszedem do wniosku, e ona musiaa si w nim kocha.
- Niepotrzebnie traci czas na namys - odpowiedzia Poaniecki - bo to jasna rzecz jak soce. Biedactwo chowao w sobie uczucie, pki nie przyszo nieszczcie. Dlatego odrzucia tak parti jak wirski. Nie robi z tego tajemnicy, bo sam wirski rozpowiada to na wszystkie strony. Jemu si zdaje, e winien jej zadouczynienie za to, i posdza j o mio do Kopowskiego. Gdy Zawiowski strzeli do siebie, ona bya po odjedzie Osnowskich u swojej krewnej, pani Mielnickiej, ale dowiedziawszy si, e panna Helena zabraa Ignasia, przysza do niej i uprosia j, by jej pozwolia zosta. Wszyscy doskonale wiedz, jak to rozumie, ale ona si z takimi wzgldami nie liczy, rwnie jak i panna Helena.
Tu Poaniecki zwrci si do pani Bigielowej:
- Ach, pani! pani najbardziej wzrusza panna Ratkowska, ale niech pani pomyli, co to za, dalibg, tragiczna posta taka panna Helena. Zawiowski przynajmniej yje, a Poszowski lepiej wymierzy. I wedle jej poj, nie ma dla niego miosierdzia nawet na tamtym wiecie. A ona go kocha. Oto pooenie! Wreszcie po takim jednym samobjstwie przychodzi to drugie, rozdziera wszystkie rany, odwiea wszystkie wspomnienia. Panna Ratkowska moe by sobie wzruszajca, ale tamta ma ycie zamane raz na zawsze, adnej nadziei, tylko rozpacz.
- Prawda, prawda! Ale ona musiaa przywiza si do Ignasia, skoro nim si tak opiekuje...
- Ja rozumiem, dlaczego ona to robi. Oto za ratunek Zawiowskiego chce wyprosi u Pana Boga miosierdzie dla tamtego.
- To by moe - rzek Bigiel. - A Zawiowski, kto wie, czy nie oeni si z pann Ratkowsk, jak wyzdrowieje.
- Jeli zapomni o tamtej, jeli si nie zamie i jeli wyzdrowieje.
- Jak to, jeli wyzdrowieje? Sam przecie mwie, e to ju niewtpliwe.
- Niewtpliwe, e bdzie y, ale pytanie, czy bdzie dawnym Zawiowskim. Choby sobie by w gow nie strzela; to i wwczas trudno by byo orzec, czyby takie przejcie nie zamao czowieka tak egzaltowanego. A dodaj jeszcze rozbit gow! Za to si przecie paci! Kto tam wie, co bdzie dalej, ale teraz, na przykad, niby to przytomny, niby mwi z sensem, a czasem utnie i nie moe sobie przypomnie najprostszego wyrazu. Dawniej si nigdy nie zacina. I to dziwne, e nazwy rzeczy pamita dobrze, ale jak chodzi o jak czynno, najczciej staje - i albo sobie przypomni z wysileniem, albo wcale.
- A c doktor?
- W Bogu nadzieja, e to przejdzie - i doktor te jej nie traci. Jednak wczoraj jeszcze, jakem tylko wszed, powiedzia: "Pani..." i uci. Widocznie chodzio mu o Maryni, ktr sobie nagle przypomnia - ale nie umia o ni spyta. Z kadym dniem wicej mwi - to prawda, tylko nim przyjdzie do siebie, moe jeszcze duo czasu napyn, a jakie lady mog na zawsze pozosta.
- A Marynia wie ju o wszystkim?
- Pki nie byo pewnoci, e bdzie y, trzymaem wszystko w tajemnicy, ale potem wolaem jej powiedzie. Oczywicie, zachowaem wszelkie ostronoci. Cakowitego sekretu trudno byo duej utrzyma. Zanadto ludzie o tym mwi, i baem si, eby nie dowiedziaa si z boku. Powiedziaem jej zreszt, e jest lekko ranny i e nic mu nie grozi, ale e lekarze zakazuj go odwiedza. I tak zmartwia si ogromnie.
- Kiedy j pan zabierze do miasta?
- Pki pogoda, wol, eby siedziaa na wsi.
Dalsz rozmow przerwa list, ktry Poanieckiemu odda sucy. List by od Maszki i zawiera nastpne sowa:
"W twoim wasnym interesie chc si z tob widzie. Bd ci czeka u ciebie do pitej."
- Ciekawym, czego ten chce? - rzek Poaniecki.
- Kto taki?
- Maszko. Chce si ze mn widzie.
- Interesa i interesa! - rzek Bigiel. - Ten ma ich wyej uszu. Czasem doprawdy dziwi si, skd mu starczy si i gowy na to wszystko. Czy wiesz, e pani Krasawska przyjechaa i e cakiem stracia oczy? Nic ju nie widzi - ale to, co si zowie - nic! Bylimy u tych pa przed wyjazdem ze wsi. Gdzie si obrci - bieda ludzka, a lito bierze patrze.
- Ale te w nieszczciu kady si pokazuje tym, czym jest - odrzeka pani Bigielowa. - Pamita pan, emy uwaali pani Maszkow za charakter troch oschy, a tymczasem nie uwierzy pan, jaka ona jest dobra dla matki. Nie pozwala si sucej do niej zbliy, sama j wszdzie oprowadza, posuguje jej, czyta. Prawdziwie, e mi sprawia mi niespodziank, a raczej obie, bo i pani Krasawska stracia cakiem dawn fanaberi. Przyjemnie patrze, jak si te kobiety kochaj. Pokazuje si, e w pani Maszkowej byo jednak co, na czym nie umielimy si pozna.
- Obie te ogromnie oburzay si postpkiem panny Castelli - doda Bigiel. - Pani Krasawska powiedziaa nam: "Gdyby moja Terka tak postpia, to jak jestem lepa i potrzebujca opieki, tak bym si jej wypara." Ale pani Maszkowa, jaka jest, taka jest, a tak by nie postpia, bo to inny gatunek kobiety.
Poaniecki wypi swoj filiank czarnej kawy i pocz si egna. Wszelka rozmowa o pani Maszkowej staa mu si od pewnego czasu nieznon, a oprcz tego wydao mu si, e znw syszy jaki ustp z tej dziwnej komedii ludzkiej, ktra rozgrywaa si koo niego i w ktrej on odgrywa take sw marn rol. Nie przyszo mu na myl, e natura ludzka jest tak zoona, i nawet w najlichszej mog si jeszcze znale jakie pierwiastki dobre i e pani Maszkowa, mimo wszystkiego, moe by jednak kochajc crk. W ogle wola o tym nie myle, a natomiast pocz si zastanawia nad pytaniem: czego moe od niego chcie Maszko? Zapomniawszy, i Maszko napisa w licie, i chce go widzie nie w swoim, ale w jego wasnym interesie, przypuszcza z pewnym niepokojem, e znowu zechce od niego pienidzy.
"A ja - pomyla - teraz mu ich nie odmwi."
I przyszo mu do gowy, e ycie jest podobne do maszynerii zegarka. Gdy w jednym kku co si zwichnie, wszystkie poczynaj dziaa nieprawidowo. Co za zwizek mg istnie midzy jego zajciem z pani Maszkow a jego interesami, jego kas i jego kupiectwem? A jednak poczu, e nawet jako kupiec nie ma - przynajmniej wzgldem Maszki - takiej swobody, jak mia dawniej.
Jednake przypuszczenia jego okazay si mylne. Maszko nie przyszed da pienidzy.
- Szukaem ci w biurze i w domu - rzek - wreszcie domyliem si, e musisz by u Bigielw, i posaem tam kartk. Chc z tob pomwi w twojej wasnej sprawie.
- Czym ci mog suy? - spyta Poaniecki.
- Przede wszystkim, prosz ci, by to, co powiem, zostao midzy nami.
- Dobrze. Sucham ci.
Maszko patrzy przez chwil w milczeniu na Poanieckiego, jakby chcc go przygotowa tym milczeniem do jakiej wanej wiadomoci, wreszcie rzek z dziwnym spokojem odmierzajc kady wyraz:
- Chciaem ci powiedzie, e jestem zgubiony bez ratunku.
- Przegrae spraw?
- Nie. Sprawa przyjdzie dopiero za par tygodni, ale wiem, e j przegram.
- Skd masz t pewno?
- Pamitasz, com ci niegdy mwi, e sprawy o zwalenie testamentw prawie zawsze si wygrywa dlatego, e atak jest zwykle energiczniejszy ni obrona, e na zwaleniu zwykle osobicie komu zaley, a na utrzymaniu - nie. Na wiecie do wszystkiego mona si przyczepi, bo cho co jest zgodne z duchem prawa, zawsze niemal, w mniejszym lub wikszym stopniu, nie czyni zado jego literze, a sdy musz trzyma si litery.
- Tak. To wszystko mwie.
- Ot tak jest i z t spraw, ktrej ja si podjem. Nie bya ona tak awanturnicz, jak si zdaje. Mnie wszystko zaleao na tym, eby zwali testament - i bybym moe potrafi wykaza pewne jego niezgodnoci z liter prawa, gdyby nie to, e kto rwnie namitnie usiuje wykaza, e ich nie ma. Dugo ci o tym nie bd rozpowiada, do, eby wiedzia, i mam do czynienia nie tylko z przeciwnikiem-adwokatem - i to z kutym na cztery nogi, ale z osobistym nieprzyjacielem, ktremu chodzi nie tylko o spraw, ale o to, by mnie zgubi. Niegdy sponiewieraem go i teraz si mci.
- Ja w ogle nie rozumiem, jakim sposobem nie masz do czynienia wycznie z prokuratori?
- Bo s i zapisy prywatne, w ktrych obronie strona przeciwna udaa si do tego ledzia. Zreszt mniejsza z tym. Spraw musz przegra, bo jest w tych warunkach do przegrania, i gdybym by ledziem, to bym j wygra tak, jak j wygra on. Z gry to wiem - i nie udz si. Do ju tego wszystkiego.
- To pjdziesz dalej; bdziesz apelowa.
- Nie, mj kochany. Ja ju nie mog i dalej.
- Dlaczego?
- Dlatego e mam dugw wicej ni wosw na gowie, e po pierwszej przegranej wierzyciele rzuc si na mnie - i e (tu Maszko zniy gos) ja musz ucieka...
Nastao milczenie. Maszko wspar okie na kolanie, gow na doni i czas jaki siedzia pochylony - po chwili za nie podnoszc gowy pocz znw mwi jakby sam do siebie:
- Urwao si. Wizaem rozpaczliwie, pki mi rce nie ustay; kademu zbrakoby si, a ja jeszcze wizaem. Ale ju nie mog! Bg widzi, ju nie mam si. Kada rzecz musi mie swj koniec - i niech si to raz skoczy.
Tu odetchn jak czowiek ogromnie zmczony. Po czym podnis gow i rzek:
- To jednak tylko moja sprawa, a ja przyszedem, by mwi o twoich. Suchaj! Wedug kontraktu zawartego przy sprzeday Krzemienia miaem po rozparcelowaniu Magierwki spaci twoj on; ty masz prywatnie u mnie kilka tysicy rubli. Twojemu teciowi mam wypaca doywotni rent. Ot przychodz ci powiedzie, e nie za tydzie, to za dwa, uciekam za granic jako bankrut - i e grosza z tego nie bdziecie widzieli.
I Maszko powiedziawszy to wszystko z ca dobitnoci i zuchwalstwem czowieka, ktry nie ma ju nic do stracenia, pocz patrze w oczy Poanieckiego, jakby szukajc burzy.
Lecz zawid si najzupeniej. Poanieckiego twarz pociemniaa wprawie na jedno mgnienie oka jakby z tumionego gniewu, ale po chwili uspokoi si i rzek:
- Ja si zawsze spodziewaem, e si to tak skoczy.
Maszko, ktry wiedzc, z kim ma do czynienia, przypuszcza raczej, e Poaniecki chwyci go za konierz, popatrzy na niego ze zdziwieniem, jak gdyby chcia go spyta, co mu si stao?
A Poaniecki w teje chwili pomyla:
"Gdyby chcia jeszcze ode mnie na drog - to bym mu nie mg odmwi."
Gono za powtrzy:
- Tak! to byo do przewidzenia.
- Nie! - odrzek Maszko z namitnoci czowieka, ktry nie chce rozsta si z myl, e wszystkiemu winien tylko zbieg wyjtkowych okolicznoci - tego nie masz prawa mwi. Ja, na godzin przed mierci, gotwem powtrzy, e mogo pj inaczej.
A Poaniecki spyta jakby z odcieniem niecierpliwoci:
- Mj kochany, czego ty waciwie ode mnie chcesz?
Maszko ochon i odrzek:
- Ja od ciebie niczego nie chc. Przyszedem tylko jako do czowieka, ktry mi zawsze okazywa yczliwo i u ktrego, prcz dugw pieninych, zacignem jeszcze dug wdzicznoci - eby ci wyzna otwarcie, jak rzeczy stoj, i zarazem powiedzie: ratuj, co mona i ile mona.
Poaniecki zacisn zby. Sdzi, e nawet w tej ironii ycia, ktrej zgrzyt sysza cigle od pewnego czasu wok siebie, powinna by pewna miara. Tymczasem sowa Maszki o przyjani i dugu wdzicznoci wyday mu si czym po prostu przechodzcym t miar: "Niech diabli wezm pienidze i ciebie - byle raz sobie poszed!" - pomyla w duchu.
Lecz potumiwszy w sobie ch wypowiedzenia tego gono, rzek:
- Nie widz sposobu.
- Jest tylko jeden - odpowiedzia Maszko. - Pki jeszcze ludziom nie wiadomo, e musz si zaama, pki ze spraw testamentu wi si nadzieje, pki moje nazwisko i mj podpis co znacz - moesz sprzeda sum swojej ony. Powiesz nabywcy, e chcesz skapitalizowa cay majtek lub co podobnego. O pozr atwo. Nabywca znajdzie si zawsze, zwaszcza gdy zdecydujesz si sprzeda ze znacznym ustpstwem. W widokach zysku kupi j byle yd. Wol, eby kto inny straci ni ty; a tobie wolno byo nie sysze tego, com ci powiedzia o moim przyszym bankructwie, i wolno ci mie nadziej. e spraw wygram. Moesz by przy tym pewny, e ten, kto od ciebie t sum kupi, sprzedaby ci j bez adnego skrupuu, choby wiedzia, e jutro nie bdzie warta zamanego szelga. wiat jest gied, a na giedzie wikszo interesw robi si wedle tej normy. To si nazywa zrczno.
Na to Poaniecki odpowiedzia:
- Nie. To si nazywa inaczej. Wspomniae ydw: ot istniej pewne interesa, ktre oni okrelaj jednym wyrazem: schmutzig! Sum mojej ony bd ratowa w inny sposb.
- Jak wola twoja. Ja, mj kochany, wiem take, co wart mj sposb, tylko widzisz, mimo wszystkiego, powiedziaem sobie, e ci go powinienem poda. Jest to moe uczciwo przyszego bankruta - ale ja ju nie mog mie innej. atwo si domylisz, jak mi lekko to mwi. Wiedziaem zreszt z gry, e si na to nie zgodzisz, wic chodzio mi tylko o to, by zrobi swoje. A teraz daj mi filiank herbaty i kieliszek koniaku, bo ledwie yj.
Poaniecki zadzwoni o herbat i koniak, Maszko za mwi dalej:
- Pewn ilo ludzi musz zarwa - na to nie ma rady - wic wol zarwa obojtnych ni tych, ktrzy mi oddali jak usug. S pooenia, w ktrych trzeba by oportunist wzgldem wasnego sumienia.
Tu Maszko umiechn si z gorycz.
- Ja sam o tym nie wiedziaem - mwi dalej - ale teraz otworzyy si przede mn nowe horyzonty. Czowiek uczy si do mierci. My, bankruci, mamy take pewien punkt honoru. Co do mnie, mniej mi chodzi o takich, ktrzy by mnie take w danym razie zarwali, ni o bliskich, ktrym winienem wdziczno. Jest to moe moralno Rinaldiniego, ale swego rodzaju moralno.
Tymczasem sucy wnis herbat. Maszko potrzebujc si widocznie pokrzepi dola do swej filianki przez p koniaku i ostudziwszy w ten sposb wrztek wypi jednym tchem.
Poaniecki za rzek:
- Mj kochany, pooenie znasz lepiej ode mnie. Wszystko, co mgbym ci powiedzie przeciw ucieczce, a za pozostaniem i za ukadem z wierzycielami, zapewne powiedziae sobie sam; wic wol si spyta o co innego: Masz ty o co rce zaczepi? masz ty cho na wyjazd?
- Mam. Czy si bankrutuje na sto tysicy, czy na sto dziesi - to wszystko jedno, ale dzikuj ci za pytanie.
Tu Maszko dola znw koniaku do drugiej filianki herbaty - i rzek:
- Nie myl, e zaczynam pi z rozpaczy, ale od rana dzi nie usiadem - i jestem ogromnie zmczony. Ach, jak mi to dobrze zrobio! Powiem ci teraz otwarcie, e nie daem jeszcze za wygran. Widzisz, e nie strzeliem sobie w eb. To melodramat, to si ju zuyo. Wiem wprawdzie, e tu wszystko dla mnie skoczone, ale na tym gruncie i tak nie mgbym wypyn. Tu s po prostu za mae interesa - i nie ma pola. We taki Zachd, taki Pary! Ot, tam ludzie robi fortuny, tam przewracaj si i podnosz. Co tu gada, kiedy to tak jest! Czy ty wiesz, e taki Hirsch nie mia moe trzystu frankw wychodzc z kraju? Wiem! wiem! ze stanowiska tutejszej stchlizny i tutejszego safandulstwa to si wyda marzeniem, gorczk bankruta... A jednak tam gorsi ode mnie robi miliony - gorsi!... Przegram albo wygram, ale jeli tu kiedy wrc...
I widocznie herbata z koniakiem pocza go podnieca, bo zacisnwszy donie doda:
- Obaczysz!...
Lecz Poaniecki ozwa si z wiksz jeszcze ni poprzednio niecierpliwoci:
- Jeli to nie s marzenia, to jest przyszo. A teraz co?
- Teraz - rzek po chwili Maszko - bd mnie mieli za szuj - nikt za nie pomyli, e s upadki i upadki... Tobie powiem na przykad, em nie wzi od mojej ony ani jednego podpisu, ani jednego zarczenia i e ona bdzie miaa to wszystko, co miaa, nim za mnie wysza... Wyjedam teraz sam, i pki si nie ustal, ona zostanie tu z matk. Nie wiem, czy sysza, e pani Krasawska stracia wzrok. Nie mog ich teraz zabiera, bo nie jestem nawet pewny, gdzie bd mieszka... moe w Paryu, moe w Antwerpii... Ale mam nadziej, e nasze rozczenie dugo nie potrwa... One jeszcze nie wiedz o niczym... Ot, w czym tkwi dramat, ot, co mnie mczy...
I Maszko pooy do na wierzchu gowy, zmruywszy przy tym jakby z blu oczy.
- Kiedy ty wyjedasz? - spyta Poaniecki.
- Nie wiem, dam ci zna. Ty mi widocznie chcia ofiarowa pomoc - i moesz mi j da, chocia nie pienin. Od mojej ony bd si ludzie z pocztku odsuwali. Przygarnijcie j troch - we ty j w opiek. Zgoda? Ty by prawdziwie dla mnie yczliwy, a wiem, e i dla niej jeste yczliwy.
"Dalibg, mona zwariowa!" - pomyla Poaniecki.
Lecz gono rzek:
- Zgoda.
- Dzikuj ci z duszy serca. I jeszcze jedna proba. Ty masz na obie te panie duo wpywu. One wierz wszystkiemu, co powiesz. Broe mnie troch w pierwszych czasach wobec mojej ony. Wytumacz jej, e co innego jest nieuczciwo, a co innego nieszczcie. Ja, dalibg, nie jestem taki otr, za jakiego mnie ludzie bd mieli. Ot widzisz - mogem i on moj pocign do ruiny, a jednak tego nie uczyniem; mogem z ciebie wydoby jeszcze z jakie par tysicy rubli - a jednak wol tego nie zrobi. Ty jej to wszystko potrafisz przedstawi - i ona ci uwierzy. Zgoda?
- Zgoda - powtrzy Poaniecki.
A Maszko raz jeszcze obj domi gow i j powtarza ze cignit jakby od fizycznego blu twarz:
- Oto w czym prawdziwa ruina! ot, co najwicej boli!
I po chwili pocz si egna, a przy tym ponownie dzikowa za yczliwo dla ony i przysz nad ni opiek.
Poaniecki wyszed z nim razem, wsiad do powozu i ruszy do Buczynka.
Po drodze myla o Maszce, o jego losach, ale zarazem powtarza sobie "Ja take jestem bankrut!" I bya to prawda. Prcz tego, od pewnego czasu drczy go jaki oglny, niewyrozumowany niepokj, z ktrym nie mg sobie da rady. Naok widzia zawody, klski, ruiny - i nie mg si oprze poczuciu, e to wszystko jest i dla niego jakby jak zapowiedzi i grob na przyszo. Dowodzi sobie wprawdzie, e podobne obawy nie dadz si logicznie usprawiedliwi, niemniej jednak obawy nie przestaway mu tkwi gdzie na dnie duszy. I kiedy indziej mwi znw sobie: "Dlaczego ja jedynie miabym stanowi wyjtek?" Wwczas serce ciskao mu si przeczuciem nieszczcia. Byo to jeszcze gorsze od tych szpilek, ktre mimo woli wbijali w niego, byle sowem, ludzie nawet najyczliwsi. W ogle nerwy jego ucierpiay w ostatnich czasach tak, e sta si prawie przesdny. Codziennie wraca do Buczynka z niepokojem, czy podczas jego niebytnoci nie stao si w domu co zego.
Tym razem powrci z powodu Maszki pniej ni zwykle i zajecha o zupenym ju mroku. Wysiadszy przed gankiem na piaszczystej drodze. ktra tumia turkot powozu, ujrza przez okno Maryni, pani Emili i profesora, siedzcych przy stole w porodku saloniku. Marynia ukadaa pasjans i widocznie tumaczya go pani Emilii, miaa bowiem zwrcon ku niej gow i palec na karcie. Poaniecki na widok jej pomyla to, co od niejakiego czasu cigle sobie powtarza i co napeniao go zarazem i uczuciem szczcia, i jeszcze wikszej dla siebie goryczy: "To jest najczystsza dusza, jak w yciu spotkaem!" - I z t myl wszed do pokoju.
- Spnie si dzisiaj - rzeka Marynia, gdy przy powitaniu podnosi jej rk do ust - ale czekamy ci z kolacj.
- Maszko mnie zatrzyma - odpowiedzia Poaniecki. - Co tu sycha?
- Jak zawsze. Wszystko dobrze.
- A ty jak si czujesz?
- Jak ryba - odpowiedziaa wesoo, podajc mu czoo do pocaunku.
Nastpnie pocza wypytywa o Zawiowskiego. Poaniecki po przykrej rozmowie z Maszk po raz pierwszy odetchn swobodniej. "Zdrowa jest i wszystko dobrze!" - pomyla jakby ze zdziwieniem. I rzeczywicie byo mu dobrze w tym jasnym saloniku, w tym ogromnym spokoju, wrd yczliwych dusz i obok tej najbliszej istoty, tak dobrej i pewnej. Czu, e tu byo wszystko, czego potrzeba do szczcia, ale jednoczenie czu, e on to szczcie dobrowolnie popsu, e wnis do czystej atmosfery domowej pierwiastki zepsucia i zego - i e pod takim dachem mieszka bezprawnie.
Rozdzia szedziesity
W poowie wrzenia dni nastay tak zimne, e pastwo Poanieccy przenieli si z Buczynka do swego miejskiego mieszkania. Poaniecki na przybycie ony odwiey je i przyozdobi kwiatami. Zdawao mu si wprawdzie, e straci prawo do kochania jej, ale on straci tylko dawn swoj wzgldem niej swobod; natomiast moe wanie wskutek tego sta si z ni daleko bardziej uwanym i uprzedzajcym. Prawa do kochania nikt nie daje i nic nie moe go odebra. Inna rzecz, e czowiek w upadku i wobec duszy nierwnie szlachetniejszej moe nie czu si jej godnym. Wwczas kocha z pokor i swego uczucia nie mie nazwa waciwym mianem. Co Poaniecki straci rzeczywicie, to swoj pewno siebie, swoj zamaszysto i swoj dawn bezceremonialno w stosunku z on. Teraz byy czasem w jego obejciu z ni takie odcienie, jakby ona bya jeszcze pann Pawick, a on niepewnym swego losu pretendentem.
Jednake ta jego niepewno wygldaa niekiedy na chd. Ostatecznie stosunek ich, mimo wikszej uwagi i starannoci ze strony Poanieckiego, sta si dalszym, ni by przedtem. "Nie mam prawa!" - oto, co powtarza sobie Poaniecki przy kadym ywszym poruszeniu serca. I Marynia w kocu spostrzega, e oni yj teraz z sob jako inaczej, ale tumaczya sobie to rozmaitymi powodami.
Naprzd, w domu byli gocie, przy ktrych, bd co bd, swoboda poycia musiaa si zmniejszy. Po wtre, przyszo owo nieszczcie z Zawiowskim, ktre Poanieckim mogo wstrzsn i oderwa jego myl w inn stron, a wreszcie Marynia przywyka ju do rozmaitych zmian w usposobieniu "Stacha" i przestaa przywizywa do nich tyle znaczenia, ile przywizywaa poprzednio.
Przeszedszy przez dugie godziny smutku i rozmyla dosza na koniec do przekonania, e w pierwszych czasach, pki si pewne nierwnoci i zagicia charakterw nie uo do jednej wsplnej linii, takie rne zmiany i odcienie w poyciu s rzecz konieczn, ale przejciow. Dopomg jej take do wykrycia tej prawdy zdrowy rozsdek pani Bigielowej, ktra, gdy raz Marynia pocza podnosi jej doskonay stosunek z mem, rzeka:
- Ej, nie od razu do tego przyszo. Z pocztku kochalimy si niby to zapalczywiej, ale bylimy daleko mniej dopasowani; czasem jedno cigno w jedn, a drugie w drug stron. Tylko, e oboje mielimy uczciwo i dobr wol. Pan Bg to widzia i pobogosawi. Po pierwszym dziecku wszystko poszo od razu jak najlepiej - i dzi nie oddaabym mojego starego kociska za wszystkie skarby wiata, chocia mi tyje, a jak namawiam na Karlsbad, to nie chce sucha.
- Po pierwszym dziecku? - spytaa z wielkim zajciem Marynia. - Aha! zaraz bym bya zgada, e to przyszo po pierwszym dziecku.
Pani Bigielowa pocza si mia.
- A jaki on by zabawny, jak nam si pierwszy chopak urodzi! Bo przez pierwsze dni nie mwi nic a nic, tylko podnosi na czoo okulary, przypatrywa mu si, jak jakiemu zamorskiemu dziwu, a potem szed do mnie i caowa mnie po rkach.
Nadzieja dziecka bya take powodem, dla ktrego Marynia nie braa zbyt do serca tej nowej zmiany w Stachu. Naprzd obiecywaa sobie oczarowa go z kretesem - i dzieckiem (o ktrym bya z gry przekonana, e bdzie czym po prostu fenomenalnym) - i swoj po saboci urod, a po wtre, sdzia, e teraz nie wolno jej myle o sobie ani nawet wycznie o Stachu. Teraz bya zajta przygotowaniem miejsca dla przyszego gocia zarwno w domu, jak w duszy. Czua, e trzeba obwin tak figur nie tylko w pieluszki, ale i w mio. Wic gromadzia odpowiednie zapasy. Mwia sobie zarazem, e ycie we dwoje moe by zmienne, ale we troje nie moe by czym innym, tylko szczciem i wypenieniem si owego oczekiwanego miosierdzia i aski boej.
W ogle patrzya w przyszo nadzwyczaj ranie. Jeli wreszcie Poaniecki by dla niej jaki inny, jakby bardziej etykietalny i jakby dalszy, miewa natomiast takie delikatnoci, jakich nie okazywa dawniej. Trosk i zmczenie, ktre widywaa na jego twarzy, przypisywaa przywizaniu do Zawiowskiego, o ktrego zdrowie nie byo ju wprawdzie obawy, ale ktrego nieszczcie sama odczuwaa kobiecym sercem, rozumiejc, e moe ono trwa pty, pki i ycie. Rozumienie tego dao niejedn chwil smutku i jej, i Bigielom, i wszystkim, ktrym Zawiowski sta si bliskim. Przy tym, wkrtce po przybyciu Poanieckich do miasta, nadeszy nagle z Ostendy wiadomoci groce nowymi na przyszo powikaniami. Pewnego poranku wirski wpad jak bomba do biura i wziwszy Bigiela i Poanieckiego do osobnego pokoju rzek im z tajemnicz min:
- Wiecie, co si stao? By u mnie Kresowski, ktry wczoraj wrci z Ostendy. Osnowski rozsta si z on i poama koci Kopowskiemu. Skandal bajeczny! Caa Ostenda nie mwi o niczym innym.
Oni obaj umilkli pod wraeniem wieci, wreszcie Poaniecki rzek:
- To prdzej czy pniej musiao przyj. Osnowski by lepy.
- A ja nic nie rozumiem - doda Bigiel.
- Niesychana historia! - rzek wirski. - Kto by co podobnego przypuci!
- C mwi Kresowski?
- Kresowski opowiada, e Osnowski umwi si kiedy z jakimi Anglikami, e pojedzie z nimi do Blackenberga na strzelanie delfinw. Tymczasem spni si na kolej czy te na tramwaj. Majc przed sob godzin czasu, wrci do domu i zasta u siebie Kopowskiego. Wyobracie sobie, co musia zobaczy, skoro czowiek tak agodny unis si i straci gow do tego stopnia, e, bez pamici na skandal, wygrzmoci Kopowskiego tak, e Kopowski ley.
- On tak by w onie zakochany, e mg nawet oszale lub j zabi - rzek Bigiel. - Co za nieszczcie dla czowieka!
- Oto co s kobiety! - zawoa wirski.
Poaniecki milcza. Bigiel, ktremu ogromnie al byo Osnowskiego, pocz chodzi po pokoju. Na koniec stan przed wirskim i wsadziwszy rce w kiesze rzek:
- A jednak, ja nic nie rozumiem.
wirski za, nie odpowiadajc wprost, rzek zwrciwszy si do Poanieckiego:
- A pamitasz pan, co ja o niej w Rzymie mwiem - wtedy, gdym malowa portret paskiej ony? Stary Zawiowski nazywa Osnowsk dzierlatk. Teraz rozumiem, jak to byo suszne; bo dzierlatka ma jeszcze drug nazw: "mieciucha"! Co za kobieta! Wiedziaem, e niewiele warta, ale nie przypuszczaem, eby moga pj tak daleko... I to z takim Kopowskim!... Teraz widz janiej rozmaite rzeczy! Kopowski tam przecie cigle przesiadywa; niby to stara si o pann Castelli, potem niby o pann Ratkowsk, a widocznie porozumieli si z pani i wynajdowali na wspk pozory. Co za wesoy chopy! Castelka na obiad, a Osnowska na deser! Takiemu dobrze!... Midzy tymi obiema musiaa te by rywalizacja. Jedna przez drug czyniy ustpstwa, eby go do siebie pocign. Mylicie, e tam mio wasna kobieca mao znaczya?
- Masz pan zupen suszno - rzek Poaniecki. - Osnowska bya zawsze najprzeciwniejsza maestwu Kopowskiego z Castelli i dlatego prawdopodobnie tak gorliwie swataa j Ignasiowi. Gdy tamci, mimo wszystkiego, potrafili si porozumie, posuna si do ostatecznoci, by Kopowskiego przy sobie zatrzyma. Stosunek ich to stara historia.
- Troch zaczynam rozumie - rzek Bigiel - ale jakie to smutne!
- Smutne?... - rzek wirski. - Przeciwnie! Kopowskiemu byo wesoo!... Chocia - nie! "Mie zego pocztki, lecz koniec aosny!" Nie ma mu czego zazdroci. Wiecie wy, e Osnowski mao co sabszy ode mnie, bo on si ba uty przez kokieteri dla ony i od rana do wieczora uprawia wszelkie moliwe sporty. Ach, jak on j kocha! jaki to dobry czowiek - i jak mi go al! Wszystko ta kobieta w nim miaa: serce, majtek, psie przywizanie - i wszystko podeptaa. Taka Castelli nie bya przynajmniej jeszcze on.
- I oni si naprawd rozstali?
- Tak dalece naprawd, e ona ju wyjechaa. Co tam musiao by, skoro taki Osnowski j opuci - dalibg, ciko myle.
Lecz Bigiel, ktry lubi bra rzeczy ze strony praktycznej, rzek:
- I ciekawym, co ona zrobi? Bo cay majtek jego.
- Jeli jej od razu nie zabi, to pewno nie da jej z godu umrze. To nie tego rodzaju czowiek. Kresowski mwi mi, e on zosta w Ostendzie i e chce Kopowskiego jeszcze wyzwa. Ale Kopowski z tydzie podobno musi polee. Bdzie i pojedynek. Pani Broniczowa z pann Castelli wyjechay take do Parya.
- A maestwo z Kopowskim?
- Jake pan chcesz? Samo si przez si rozumie, e wobec tak jawnej zdrady oblubieca - zerwane. Zo nie puy. Osiady i one na koszu. Ha! Nieche szukaj za granic jakiego ksicia Crapulescu, bo po tym, co zrobiy z Ignasiem, tu mgby tak Castelk wzi chyba szuja albo dure. Zawiowski przecie do niej nie wrci.
- Ja to samo mwiem Poanieckiemu - rzek Bigiel - a on mi na to odpowiedzia: "Kto wie!"
- E? - rzek wirski - czy pan naprawd przypuszczasz?...
- Nie wiem! nic nie wiem! - odpowiedzia jakby z wybuchem Poaniecki - za nic nie rcz, za nikogo nie rcz i za siebie nie rcz!
wirski spojrza na niego z pewnym zdziwieniem.
- Ha, moe to i racja! - rzek po chwili. - Gdyby mi kto by wczoraj powiedzia, e Osnowscy kiedykolwiek rozstan si ze sob, miabym go za bzika.
I pocz si egna, bo mu pilno byo do roboty, a przy tym, chcc raz jeszcze usysze o katastrofie Osnowskich ze wszelkimi szczegami, umwi si z Kresowskim na obiad. Bigiel i Poaniecki zostali sami.
- Zo trzeba zawsze przypaci - rzek po namyle Bigiel. - A wiesz, co mnie zastanawia? Oto, jak jednak u nas poziom moralny si obnia. We tak Broniczow, tak Castelli, tak Osnowsk... Jakie to nieuczciwe, jakie popsute i jakie w dodatku gupie! Jaka mieszanina licho wie czego, jakie pretensje bez granic, a zarazem natury pokojwek! A ckliwo myle - prawda? I tacy ludzie, jak Igna lub Osnowski, pac za to.
- I tej logiki si nie rozumie - odpowiedzia pospnie Poaniecki.
Bigiel pocz znw chodzi po pokoju, cmoka i krci gow - nagle stan przed Poanieckim z rozjanion twarz i klepic go po ramieniu rzek:
- No, mj stary! ty i ja moemy sobie powiedzie, emy na loterii ycia wycignli wielkie losy. Nie bylimy take wici, ale moe Pan Bg dlatego nam poszczci; emy si nie podkopywali po zodziejsku pod cudze domy.
Poaniecki nie odrzek nic, tylko pocz zbiera si do wyjcia.
Tak si ju zoyy warunki, e wszystko, co si naok dziao, i wszystko, co naok sysza, tworzyo jakby pi, ktra szarpaa jego nerwy. W dodatku mia poczucie, e to nie tylko jest okrutnie mczce i bolesne, ale poczyna by i mieszne. Chwilami przychodzio mu do gowy zabra Maryni i zakopa si z ni gdzie na jakiej zapadej wsi, byle daleko od tej nieznonej komedii ycia, ktra zarazem stawaa si coraz wicej plugaw. Wiedzia jednak, e tego nie zrobi choby z tej przyczyny, e stoi temu na przeszkodzie stan Maryni. Zerwa wszelako skoczone ju prawie ukady o Buczynek, dlatego by sobie upatrzy jak dalsz i mniej przystpn letni siedzib. W ogle stosunki z ludmi poczy mu ogromnie ciy, czu za, e jest w wirze i e si z niego nie wydobdzie. Chwilami budzi si w nim dawny, peen energii i trzewoci czowiek, ktry pyta sam siebie ze zdziwieniem: "Co u diaba! czemu mi taka wina, jakich ludzie dopuszczaj si co dzie tysice, tak narasta bez adnej miary?" Ale zmys prawdy odpowiada mu wwczas, e jak w medycynie nie masz chorb, tylko s chorzy, tak w wiecie moralnym nie masz win, tylko s winni. Co jeden atwo znosi, to drugi przypaca yciem. I prno usiowa si osoni. Wina jego, jako czowieka zasad, jako czowieka, ktry polubi zaledwie przed p rokiem tak kobiet jak Marynia, jako czowieka, ktrego wkrtce czekao ojcostwo, bya bez miary - i tak niczym nieusprawiedliwiona, tak niesychana, e czasem a zdumiewa si, jak j mg speni. Teraz, wracajc do domu pod wraeniem nieszczcia Osnowskiego i obracajc je w gowie na wszystkie strony, mia znw poczucie, jakby pewna cz odpowiedzialnoci za to, co si stao, ciya i na nim. "Bo ja - mwi sobie - jestem akcjonariuszem w tej fabryce, ktra wytwarza takie stosunki i takie kobiety jak Castelli lub Osnowska." Po czym przyszo mu do gowy, e Bigiel mia suszno, mwic, i poziom moralny si obnia - i e nastrj oglny, ktry nie wycza moliwoci podobnych postpkw, jest wprost niebezpieczny. Rozumia bowiem, e to wszystko nie pyno ani z wyjtkowych nieszcz, ani z nadzwyczajnych namitnoci, ani ze zbytniej wybujaoci natur, ale ze spoecznej swawoli, i e imi podobnych zbocze jest: legion. "Ot - pomyla - tylko w kku moich znajomych jest Maszkowa, jest Osnowska, jest panna Castelli - a przeciw nim kogo postawi? - jedn moj Maryni!" - I w tej chwili nie przyszo mu na myl, e obok Maryni jest w jego kku jeszcze i pani Emilia, i pani Bigielowa, i panna Helena Zawiowska, i panna Ratkowska. Natomiast Marynia przedstawia mu si na tym tle zepsucia i lekkomylnoci tak do tamtych niepodobna, tak czysta i tak pewna, e wzruszy si do gbi duszy na samo jej wspomnienie. "To inny wiat, to inny gatunek" - pomyla. Na chwil przypomnia sobie, e i Osnowski nazywa swoj on wyjtkiem, ale wnet odrzuci precz od siebie t z myl: - "To Osnowski si myli, a ja si nie myl." I uczu, e sceptycyzm, ktry by si nie cofn przed Maryni, byby nie tylko gupim, ale i ndznym. W niej nie byo wprost miejsca na zo. Na bocie siada moe tylko ptactwo botne. Sam on mwi jej niegdy artujc, e gdyby nosia korki, to by ze zgryzoty, e oszukuje wiat, dostaa zapalenia sumienia. I w tym arcie bya prawda. Widzia j teraz oto przed sob tak wyranie, jak si zawsze widzi osob, o ktrej si rozmyla ze skupionym uczuciem! widzia jej zmienion posta i zmienion twarz, w ktrej pozostay jednak zawsze te same liczne, nieco za szerokie usta, i te same przeczyste oczy - i wzrusza si coraz bardziej. "Ja naprawd wygraem wielki los na loterii ycia - myla - alem nie umia tego szczcia oceni." - "Zo trzeba zawsze przypaci" - mwi Bigiel. I Poaniecki, ktremu nieraz ju przychodzia podobna myl, uczu teraz przed ni zabobonny strach. "Jest - myla - jaka logika, z mocy ktrej zo, jak fala odbita od brzegu, wraca si, musi wic wrci i moje." I nagle wydao mu si zupenym niepodobiestwem, eby on mg posiada spokojnie tak kobiet i takie szczcie. Nie byoby w tym wanie tej logiki, ktra nakazuje wraca si fali zego. A zatem co? Zatem Marynia moe na przykad umrze przy saboci. Pani Maszkowa moe przez zemst nad nim powiedzie jakie sowo, ktre utkwi w Maryni - a wobec jej stanu wyjdzie potem pod postaci gorczki. Nie potrzeba nawet na to caej prawdy. Owszem, pani Maszkowa moe si przy tym nawet pochwali, e opara si jego zamachom, "a kto wie - mwi sobie Poaniecki - czy w tej chwili Maszkowa nie jest z wizyt u Maryni, a w takim razie pierwsza lepsza rozmowa o mczyznach - i kilka artobliwych sw - wystarczy..."
Tak rozmylajc czu, e mu czapka gore na gowie, i przyszed do domu z uczuciem trwogi. Ale w domu nie zasta pani Maszkowej, natomiast Marynia oddaa mu kartk od panny Heleny Zawiowskiej, proszc, by po obiedzie przyszed do niej.
- Boj si, czy panu Ignasiowi nie jest gorzej - rzeka Marynia.
- Nie. Ja tam wpadem na minut rano. Panna Helena bya na jakiej konferencji z prawnikiem Kononowiczem, ale widziaem i pann Ratkowsk, i Zawiowskiego. Mia si zupenie dobrze i rozmawia ze mn prawie wesoo.
Przy obiedzie Poaniecki postanowi powiedzie Maryni o nowinach, ktre sysza, wiedzia bowiem, e i tak nie ukryj si przed ni, a nie chcia, by doniesiono jej o nich zbyt nagle i nieostronie.
Wic gdy spytaa go, co sycha w biurze i na miecie - odrzek:
- W biurze nic nowego, a na miecie mwi o jakich nieporozumieniach midzy Osnowskimi.
- Midzy Osnowskimi?
- Tak. Co tam zaszo w Ostendzie. Podobno powodem wszystkiego jest Kopowski.
Marynia zaczerwienia si i rzeka:
- Co te ty, Stachu, mwisz?
- Mwi, co syszaem. Pamitasz moje uwagi na wieczorze zarczynowym Zawiowskiego? Pokazuje ci, e miaem suszno! Krtko ci powiem, e bya jaka awantura i e w ogle jest le.
- Ale przecie mwie, e Kopowski jest narzeczonym panny Castelli?
- Jest albo przesta nim by. Tam si mogo wszystko pozrywa.
Na Maryni wiadomo sprawia wielkie wraenie. Chciaa jeszcze dopytywa, ale gdy Poaniecki powiedzia jej, e nic wicej nie wie i e prawdopodobnie dopiero za kilka dni nadejd dokadniejsze wieci, pocza biada nad dol Osnowskiego, ktrego zawsze bardzo lubia i oburza si na pani Anet.
- Ja mylaam - mwia - e on j przejedna i pocignie swoim przywizaniem, ale ona jego niewarta, i pan wirski ma suszno w tym, co o kobietach mwi.
Lecz dalsz rozmow przerwa pan Pawicki, ktry po wczesnym restauracyjnym obiedzie przyszed, by opowiedzie "wielk nowin", o ktrej take ju sysza, bo mwio o niej cae miasto. Poaniecki pomyla teraz, e dobrze zrobi, przygotowawszy do niej on, albowiem ju w opowiadaniu pana Pawickiego rzecz przybraa barwy nader jaskrawe. Pan Pawicki wspomina wprawdzie w cigu opowiadania o zasadach i o "dawnych matronach", widocznie by jednak zadowolony, e zdarzyo si co tak budzcego zajcie - i widocznie bra take rzecz ze strony komicznej, bo w kocu rzek:
- No! ale to rezolutna kobietka! ta figlarka! Co na placu, to nieprzyjaciel! Nikomu nie przepucia, nikomu, nikomu!... Biedny Osnosio, ale ona nikomu nie przepucia!
Tu podnis do gry brwi, a potem spojrza na Maryni i Poanieckiego, jakby chcc sprawdzi, czy pojli, co miao znaczy "nikomu". Ale na twarzy Maryni odbi si niesmak.
- Fe! Stachu - rzeka - jakie to wszystko nie tylko niegodziwe, ale brzydkie.
Rozdziay 61-70
Rozdzia szedziesity pierwszy
Po obiedzie Poaniecki uda si do panny Heleny. Zawiowski nosi jeszcze ba czole czarn przepask, z szerszym w porodku plastrem zakrywajcym ran, zacina si i patrzc, nieco zezowa, ale w ogle przychodzi coraz bardziej do siebie i uwaa si ju za zdrowego, lekarz za zapewnia, e i te objawy, jakie jeszcze pozostay wskutek rany, min bez ladu. W chwili gdy Poaniecki wszed, mody czowiek siedzia przy stole w gbokim fotelu, w ktrym niegdy siadywa stary pan Zawiowski, i sucha z przymknitymi oczyma wierszy, ktre mu czytaa panna Ratkowska.
Lecz ona na widok gocia zoya ksik.
- Dobry wieczr pani! - rzek Poaniecki. - Jak si masz, Ignasiu? Widz, em przerwa czytanie. W czy pastwo si tak zaczytujecie?
Panna Ratkowska zwrcia ku ksice sw krtko ostrzyon gow (miaa dawniej przepyszne wosy, ale ostrzyga je, by jej nie zabieray czasu przy chorym) i odrzeka:
- To s wiersze pana Zawiowkiego.
- Swoich wasnych wierszy suchasz? - rzek miejc si Poaniecki. - No, i jak ci si podobaj?
A Zawiowski odrzek:
- Sucham ich jak nie swoich.
Po chwili za doda mwic z wolna i troch si zacinajc:
- Ale ja znw bd pisa, tylko cakiem przyjd do siebie...
i wida byo, e ta myl bardzo go zajmuje i e nieraz musia ju o tym mwi, bo panna Ratkowska rzeka, jakby mu chcc doda otuchy:
- I takie same liczne, i ju niezadugo.
A on umiechn si do niej z wdzicznoci - i umilk.
Lecz w tej chwili wesza do pokoju panna Helena i ucisnwszy rk Poanieckiego rzeka:
- Jak to dobrze, e pan przyszed; chciaam si pana poradzi...
- Su pani.
- Nie. Prosz pana do siebie.
I przeprowadziwszy go do drugiego pokoju wskazaa na krzeso, po czym siadszy naprzeciw milczaa, jakby zbierajc myli.
Poaniecki, patrzc na ni pod wiato, pierwszy raz dostrzeg kilka srebrnych nitek w jej jasnych wosach - i pomyla, e ta kobieta nie ma jeszcze trzydziestu lat.
Ona za pocza mwi swoim gosem zimnym i stanowczym:
- To waciwie nie jest proba o rad, ale o pomoc dla mego krewnego. Wiem, e pan jest jego prawdziwym przyjacielem, a przy tym i mnie okaza pan tyle serca przy meirci ojca, e na reszt ycia zachowam wdziczno, a teraz bd mwia z panem otwarciej, nibym mwia z kim innym... Z powodw osobistych, ktrych nie chc dotyka, a o ktrych mog panu tylko powiedzie, e s bolesne, postanowiam stworzy sobie inne warunki ycia, dla mnie znoniejsze. Byabym to zrobia dawniej, ale pki ojciec y - nie mogam. Potem przyszo to nieszczcie! Zdawao mi si, e moim obowizkiem jest nie opuszcza ostatniego krewnego noszcego nasze nazwisko, dla ktrego przy tym miaam szczer i serdeczn przyja. Ale teraz on, Bogu dziki, uratowany. Lekarze odpowiadaj za jego ycie, i jeli Bg da mu wyjtkowe zdolnoci i przeznaczy go do wielkich rzeczy, nic nie staje na przeszkodzie jego przeznaczeniu.
Tu przerwaa, jakby zamyliwszy si nagle nad czym przyszym, po czym zbudziwszy si mwia dalej:
- Ale tym samym moje ostatnie zadanie skoczone, i wolno mi wrci do poprzednich zamiarw. Pozostaje tylko majtek, ktry mj ojciec pozostawi znaczny, a ktry mi jest do mojego przyszego ycia zupenie niepotrzebny. Gdybym moga uwaa go za swoj osobist wasno, rozporzdziabym nim moe inaczej; poniewa jednak jest to majtek rodzinny, uwaam, e nie mam prawa przekazywa go na inne cele, pki yje kto z rodziny noszcy to samo nazwisko. Nie ukrywam panu, e powoduje mn i przywizanie do mego kuzyna; sdz jednak, e przede wszystkim robi to, co mi sumienie nakazuje, a przy tym speniam wol ojca, ktry jej spisa nie zdy, ale ktry (wiem z wszelk pewnoci) cz majtku chcia Ignasiowi zostawi. Ja wyposaam siebie sama, nie w tym stopniu, jak ojciec myla, ale bior jednak wicej, ni mi potrzeba. Reszt niech dziedziczy Igna. Akt darowizny spisa ju, wedug wszelkich przepisw prawnych, pan Kononowicz. Obejmuje on ten dom, Jamie, majtek w Kutnowskiem, majtki poznaskie i kapitay, z wyjtkiem tej czci, ktr sama siebie wyposaam, i jakiej czci, ktr przeznaczam dla panny Ratkowskiej. Chodzi tylko o to, by w akt Ignasiowi wrczy. Pytaam dwch lekarzy, czy to nie jest za wczenie i czy wstrznienie nie mogoby mu zaszkodzi. Zarczaj mi, e nie i e wszelka pomylna nowina moe tylko pomylnie wpyn na jego zdrowie, co jeli tak jest, chc to zaraz uczyni, bo mi pilno.
Tu umiechna si blado. Poaniecki za ucisnwszy jej rk spyta z niekamanym wzruszeniem:
- Droga pani, ja nie przez ciekawo pytam: co pani zamierza?
Ona za nie chcc widocznie odpowiedzie wprost rzeka:
- Czowiek ma zawsze prawo schroni si pod opiek bosk. Co do Ignasia, on ma poczciwe serce i szlachetny charakter, ktry si nie popsuje majtkiem; ale to majtek jest bardzo znaczny, a on jest mody, niedowiadczony, zacznie ycie w zupenie zmienionych warunkach, wic chciaam pana, jako zacnego czowieka i jako jego przyjaciela, prosi o opiek nad nim. Niech go pan strzee, niech go pan ochrania przed zymi ludmi, ale przede wszystkim niech mu pan przypomina, e obowizkiem jego jest pisa i pracowa dalej. Mnie chodzio nie tylko o uratowanie jego ycia, ale i uratowanie jego zdolnoci. Niech pisze, niech si wypaci spoeczestwu nie tylko za siebie, ale i za tych, ktrych Bg stworzy na chwa i pomoc ludziom, a ktrzy zgubili i siebie, i swoje zdolnoci.
Tu nagle wargi jej poblady, rce zacisny si i gos uwiz w gardle. Zdawa si mogo, e nagromadzona w tej duszy rozpacz zerwie naraz wszystkie tamy; po chwili opanowaa si jednak, i tylko zacinite rce wiadczyy, z jakim jej to przyszo wysileniem.
Poaniecki widzc jej mk sdzi, e w tym razie najlepiej bdzie zwrci jej myl w inn stron, do rzeczy praktycznych i biecych, dlatego te rzek:
- Oczywicie, bdzie to niesychana zmiana w yciu Ignasia; spodziewam si jednak i ja, e mu wyjdzie tylko na dobre... Znajc go, trudni przypuci inaczej. Czyby jednak pani nie moga odoy tej darowizny na rok lub przynajmniej p roku?
- Dlaczego?
- Dla przyczyn, ktre nie le w samym Ignasiu, ale ktre mog mie z nim zwizek. Nie wiem, czy dosza pani wiadomo, e maestwo panny Castelli z Kopowskim jest zerwane i e pooenie tych pa jest wskutek tego ogromnie przykre. Przez zerwanie z Ignasiem oburzyy na siebie opini, a teraz znw nazwiska ich s na jzykach ludzkich. Byoby dla nich doskonaym wyjciem wrci do Ignasia - i mona przypuci, e dowiedziawszy si o darowinie pani bd z pewnoci usioway to uczyni, a Igna, zwaszcza po tak krtkim czasie i tak osabiony, jak zawsze jest - nie wiadomo, czy nie da si pocign...
Panna Helena patrzya na Poanieckiego ze cignitymi z natenia uwagi brwiami, po czym zastanowiwszy si nad tym, co powiedzia, odrzeka:
- Nie. Ja sdz, e Igna wybierze inaczej.
- Odgaduj pani myl, ale niech pani pomyli, e on do tamtej by przywizany nad wszelk miar, tak e nie chcia przey jej straty.
I tu stao si co, czego Poaniecki nie spodziewa si, albowiem panna Helena, tak zawsze wadnca sob i niemal surowa, rozoya bezradnie swoje wychude rce i rzeka:
- Ha! gdyby tak byo... gdyby dla niego nie byo innego szczcia, tylko w niej... Och, panie, ja przecie wiem, e on nie powinien tego uczyni, ale s rzeczy od czowieka mocniejsze, i s takie, ktrych koniecznie do ycia potrzeba, a przy tym...
Poaniecki spoglda na ni ze zdziwieniem, ona za po chwili dodaa:
- Przy tym czowiek zawsze moe wstpi na lepsz drog - pki yje.
"Nie przypuszczaem, e co podobnego od niej usysz" - pomyla Poaniecki.
I gono rzek:
- W takim razie pjdziemy do Ignasia.
Zawiowski przyj wiadomo naprzd ze zdumieniem, a potem z radoci, ale bya to rado jakby tylko zewntrzna. Mona byo przypuci, e za pomoc mzgu rozumie, e spotyka go co ogromnie pomylnego, i mwi sobie, e trzeba si z tego cieszy, ale tego sercem nie odczuwa. Serce to objawio si tylko w trosce i zajciu, z jakim pocz si wypytywa panny Heleny, co ona zamierza i co si z ni stanie. Panna Helena nie chciaa mu odpowiedzie i wspomniawszy oglnikowo, e zamierza usun si od ycia i e postanowienie jej jest niezachwiane, zaklinaa go o to, o co widocznie najwicej jej chodzio, to jest, eby nie zgubi swych zdolnoci i nie zawid przywizanych do siebie ludzi. Mwia do niego, jak matka, on za, powtarzajc: "Bd znw pisa, tylko cakiem przyjd do siebie" - caowa jej rce i mia zy w oczach. Nie wiadomo jednak byo, czy byy to zy wspczucia dla niej, czy al dziecka, ktre opuszcza dobra i sodka opiekunka; albowiem panna Helena powiedziaa mu, e od tej chwili uwaa si za jego gocia w tym domu i e za dwa dni zamyla si usun.
Zawiowski nie chcia si jednak na to zgodzi i wymg na niej, e zostanie jeszcze przez tydzie, na co wreszcie przystaa z obawy, by go nie drani i nie zaszkodzi jego zdrowiu. Wwczas uspokoiwszy si wpad w wesoo maego chopca, ktrego probie uczyniono zado. W kocu wieczora zamyli si jednak, jakby co sobie przypominajc, po czym powidszy zdziwionymi oczyma po obecnych rzek:
- Dziwna rzecz, ale tak mi si zdaje, jakby to wszystko ju niegdy si zdarzyo.
Poaniecki za, chcc wprowadzi weselszy ton do rozmowy, spyta miejc si:
- Za poprzednich istnie, na innych planetach? Prawda?
- Tak, to ju wszystko niegdy byo - powtrzy Zawiowski.
- I te same wiersze ju pisae - na ksiycu?...
On za podnis lec na stole ksik, popatrzy na ni, zamyli si i w kocu rzek:
- Ja znw bd pisa - tylko cakiem przyjd do siebie.
Poaniecki poegna si i wyszed. Tego jeszcze wieczora panna Ratkowska przeniosa si do swojego pokoiku u pani Mielnickiej.
Rozdzia szedziesity drugi
Rozejcie si Osnowskich, ktrzy w yciu towarzyskim zajmowali do wybitne stanowisko, i wielka fortuna, ktra nagle spada na Zawiowskiego, byy to najwaniejsze nowiny, ktrymi zajmowao si cae miasto. Ludzie, ktrzy przypuszczali, e panna Helena wzia do siebie modego krewnego dlatego, by si za niego wyda, osupieli z podziwu. Powstay nowe plotki i przypuszczenia: poczto szepta sobie do uszu, i Zawiowski by synem starego bogacza i e zagrozi siostrze procesem o ukrycie testamentu, ktra te wolaa zrzec si wszystkiego i wyjecha za granic ni narazi si na skandaliczny proces. Inni wszelako twierdzili, e powodem jej wyjazdu bya panna Ratkowska i e midzy tymi paniami miay miejsce niesychane i oburzajce rzeczy, wskutek ktrych szanujce si domy nie puszczaj przez prg panny Ratkowskiej. Byli wreszcie i tacy, ktrzy wystpujc w imi publicznego dobra odmawiali wprost pannie Helenie prawa do rozporzdzania w ten sposb majtkiem, dajc przy tym do zrozumienia, e sami, w danym razie, rozporzdziliby nim inaczej i zgodniej z poytkiem powszechnoci.
Sowem mwiono wszystko, na co si moe zdoby plotkarstwo, wcibstwo, lekkomylno i niecna zoliwo. Wkrtce atoli ciekawoci oglnej przyby nowy pokarm pod postaci wieci o pojedynku Osnowskiego z Kopowskim, w ktrym Osnowski zosta ranny. Kopowski wrci te niebawem do miasta ze saw bohatera nadzwyczajnych przygd miosnych i ornych - gupszy ni kiedykolwiek, ale zarazem pikniejszy ni kiedykolwiek i w ogle tak uroczy, e na sam jego widok modsze i starsze serca poczynay bi przypieszonym ttnem.
Osnowski, raniony do lekko, leczy si w Brukseli. wirski otrzyma od niego krtk wiadomo wkrtce po pojedynku, e ma si dobrze, e w poowie zimy wybiera si do Egiptu, ale e przedtem wrci do Przytuowa. Z wiadomoci t przyszed do Poanieckiego wyraajc przy tym obaw, czy Osnowski nie powrci tylko dlatego, by znw poszukiwa swej krzywdy na Kopowskim.
- Bo tego jestem pewny - rzek - e jeli on zosta ranny, to dlatego, e na to pozwoli. Podug mnie, on chcia po prostu zgin. Ja si z nim nastrzelaem niemao u Brufiniego i wiem, jak on strzela. Widziaem go, jak zbija zapaki - i jestem przekonany, e gdyby by chcia Koposia zdmuchn, to tyle bymy go dzi widzieli.
- By moe - odpowiedzia Poaniecki - ale skoro mwi o podry do Egiptu, to widocznie nie ma zamiaru da si zabi. Owszem, niech jedzie i niech zabierze ze sob Zawiowskiego.
- Prawda, e i Zawiowski powinien troch wiata zobaczy. Chciabym std do niego zajrze. Jak on si ma?
- Pjd razem z panem, bom go dzi nie widzia. On si dobrze ma, ale jest jaki dziwny. Pamitasz pan, jaka to bya harda i zamknita w sobie dusza? Ot teraz niby zdrw, ale zrobio si z niego mae dziecko: przy najmniejszej przykroci zy ma w oczach.
Po chwili wyszli razem. Po drodze wirski spyta:
- Panna Helena jest jeszcze przy Zawiowskim?...
- Jest. On tak do serca bierze jej odjazd, e jej go al. Miaa wyjecha za tydzie, a teraz, jak pan widzisz, min ju i drugi.
- Co ona waciwie chce ze sob zrobi?
- Nikomu wyranie nie mwi. Prawdopodobnie wstpi da jakiego zakonu i bdzie si cae ycie modlia za Poszowskiego.
- A panna Ratkowska?
- Panna Ratkowska jest u pani Mielnickiej.
- Czy bardzo Zawiek po niej tskni?
- Przez pierwsze dni. Potem jakby zapomnia.
- Jeli w cigu roku nie oeni si z ni, to ja powtarzam swoje owiadczenie. Jak Boga kocham! Taka kobieta, jak raz zostanie on, to si do czowieka przywie.
- Wiem, e panna Helena w duszy by sobie tego yczya, eby on si z Ratkowsk oeni. Ale kto wie, jak si to obrci?
- E! jestem pewny, e si oeni, a to, co ja mwi, to s marzenia gowy citej. Ja si ju nie oeni.
- ona mi wspominaa, e jej to pan wczoraj mwi; ale ona si miaa z tej groby.
- To nie groba, tylko, e nie mam szczcia.
Dalsz rozmow przerwa im widok powozu, w ktrym siedziaa pani Krasawska z pani Maszkow. Jechay w kierunku alei, chcc widocznie zay powietrza. Dzie by jasny, ale chodny i - pani Maszkowa tak bya zajta naciganiem na matk ciepego paszczyka, e nie spostrzega ich i nie oddaa im ukonu.
- Byem u nich onegdaj - rzek wirski - to dobra kobiecina!
- Sysz, e jest bardzo dobr crk - odpowiedzia Poaniecki.
- To to i ja spostrzegem bdc u nich, ale - jak to zwykle staremu sceptykowi - zaraz mi przyszo do gowy, e ona znajduje zarazem upodobanie w roli troskliwej crki. Czy pan nie zauway. e kobiety czstokro robi co dobrego dlatego, e myl, i im z tym adnie?
I wirski nie myli si. Pani Maszkowa znalaza istotnie upodobanie w roli powicajcej si crki, ale byo to ju bardzo wiele, bo takie upodobanie wypyno jednak z rzeczywistego jej przywizania do matki i z tego, e na widok jej nieszczcia co w niej zbudzio si i zadrgao. Przy tym wirski nie chcia, czy nie umia uczyni ze swej myli tego dalszego wywodu, e jak w zakresie tualety kobieta do nowego kapelusza potrzebuje nowego okrycia, nowej sukni i nowych rkawiczek, tak i w zakresie dobra, raz co posiadszy, lubi by take od stp do gw na nowe odziana. W ten sposb odrodzenie si kobiety nie jest nigdy zupenie niemoliwym.
Ale tymczasem doszli do Zawiowskiego, ktry przyj ich z radoci, albowiem od niejakiego czasu, jak zwykle powracajcym do ycia chorym, widok ludzi czyni mu przyjemno. Dowiedziawszy si od wirskiego, e ten jedzie wkrtce do Woch, pocz si napiera, by go ze sob zabra.
"Aha! - pomyla wirski - wic ci jako panna Ratkowska nie w gowie?"
Zawiowski pocz dowodzi, e od dawna marzy o Woszech i e czuje, i nigdzie by mu si tak nie pisao jak tam, pod tymi wraeniami sztuki i tych wiekw rozsypujcych si w ruiny obwinite w bluszcz. mia si do tej myli i unosi, wic poczciwy wirski zgodzi si bez trudnoci.
- Ale - rzek - ja teraz tam dugo nie zabawi: bo mam tu do roboty kilka portretw, a przy tym obiecaem panu Poanieckiemu wrci na chrzciny.
Po czym zwrci si do Poanieckiego:
- No, c nareszcie: na chrzciny syna czy crki?
A Poaniecki odrzek:
- Niech ju bdzie, co chce, byle Bg da szczliwie.
I gdy tamci poczli ukada plan podry, poegna si i poszed do biura. Mia do przejrzenia ca poczt z dnia zeszego, wic zamknwszy si w swym gabinecie pocz czyta listy i zapisywa do skorowidza te, ktre dotykay spraw wymagajcych natychmiastowego zaatwienia. Po niejakim jednak czasie przerwa mu robot wieo przyjty do biura wony, ktry wszedszy owiadczy, e jaka pani chce si z nim widzie.
Poaniecki zaniepokoi si. Przyszo mu nie wiadomo dlaczego na myl, e to nie moe by kto inny, tylko pani Maszkowa. I w przewidywaniu jakich wyjanie i scen serce poczo mu bi niespokojnie.
Tymczasem we drzwiach ukazaa mu si najniespodziewaniej umiechnita, wesoa twarz Maryni.
- A co? zrobiam ci niespodziank? - rzeka.
Poaniecki zerwa si na jej widok z uczuciem nagej i ogromnej radoci i chwyciwszy jej rce pocz je kolejno caowa.
- A, moja droga! To rzeczywicie niespodzianka! - rzek. - Skde ci przyszo do gowy tu zajrze?
I tak mwic pocz przysuwa jej fotel i usadza j jak miego, a zarazem znakomitego gocia. Z rozpromienionej jego twarzy wida byo, jak jej obecno czyni mu przyjemno.
- Mam ci co ciekawego do pokazania - rzeka Marynia - a e trzeba mi i tak chodzi, wic tu zaszam. A ty co mylae? e to kto? przyznaj mi si zaraz!
To rzekszy pocza mu przegraa, miejc si, on za odrzek:
- Tu si tyle interesw zaatwia. W kadym razie nie mylaem, e to ty. Co masz mi do pokazania?
- Patrz, jaki list odebraam.
Poaniecki wzi list i pocz czyta:
"Droga i kochana pani! Zdziwi to moe pani, e si do niej udaj, ale pani, ktra masz zosta wkrtce matk, jedna na wiecie zrozumiesz, co musi si dzia w sercu matki (choby bya tylko ciotk), ktra widzi nieszczcie swego dziecka. Niech mi pani wierzy, e nie chodzi mi o nic innego, jak o przyniesienie chwilowej chocia ulgi nieszczliwemu dziecku, a chodzi mi o to tym bardziej, e w tym wszystkim, co si stao, ja sama gwnie zawiniam. Moe i te sowa pani zdziwi, ale tak jest! Ja zawiniam, bo e zy i zepsuty czowiek, w chwili gdy Niteczce zrobio si le i gdy stracia przytomno, omieli si dotkn jej swoimi niegodziwymi ustami, to nie powinnam bya z tego powodu gowy traci i z dziecka czyni ofiary. Winien wprawdzie i Jzio Osnowski, ktry kwesti maestwa postawi na ostrzu noa - i jeli, podejrzewajc ju co, chcia w ten sposb pozby si z domu Kopowskiego, to niech mu to Bg przebaczy, bo nie godzi si broni siebie kosztem cudzego szczcia i ycia. Ach, pani! mnie w pierwszej chwili take si zdawao, e jedynym wyjciem jest maestwo z tym niegodziwcem i e Niteczka nie ma ju prawa zosta on Ignasia. Pisaam nawet umylnie do niego, e ona posza za popdem serca i e oddaje tamtemu rk z przywizania, bo mylaam, e w ten sposb Igna przeniesie atwiej jej strat i chciaam zmniejszy jego bole... Niteczka dla Kopowskiego! Bg miociwy tego nie dopuci, a gdy i ja spostrzegam, e byoby to mierci dla Niteczki, obie mylaymy ju tylko o tym, jak si uwolni z tych wizw. Dzi nie chodzi te ju o powrt do dawnych stosunkw, bo i Niteczka tak stracia wiar w ludzi i ycie, e prawdopodobnie nigdy by si na to nie chciaa zgodzi. Ona nawet nie wie, e pisz ten list. Gdyby kochana pani widziaa, jak ona przypacia to wszystko zdrowiem i jak okropnie odczua postpek pana Zawiowskiego, miaaby pani nad ni lito. On nie powinien by tego robi, choby ze wzgldu na ni; niestety! - mczyni, jak prawdziwi egoici, w takich razach licz si tylko z wasn wol. Ona tyle w tym wszystkim winna, ile nowo narodzone dziecko, ale ja patrz na to, jak mi niknie w oczach i jak od rana do wieczora gryzie si tym, e staa si mimowoln przyczyn jego nieszczcia i e mu moga zama ycie. Wczoraj ze zami w oczach prosia mnie, bym w razie jej mierci bya matk dla Ignasia i opiekowaa si nim jak wasnym synem. Co dzie mwi o tym, e on musi j przeklina, a mnie serce pka, bo doktor powiedzia, e za nic nie rczy, jeli taki stan potrwa. Bg miosierny! Ale niech i pani przyjdzie z pomoc rozpaczy matki: niech pani chocia od czasu do czasu doniesie mi co o Ignasiu, a raczej, niech pani napisze mi, e jest zdrw, spokojny, e o niej zapomnia i e jej nie przeklina, ebym moga pokaza jej ten list i przynie cho troch ulgi w cierpieniu. Ja czuj, e pisz na wp przytomnie, ale pani zrozumie, co si we mnie dzieje, jak patrz na t nieszczliw ofiar. Bg to pani wynagrodzi, a ja si bd codziennie modlia, aby crka pani, jeli Bg da wam crk, bya szczliwsza od mojej biednej Niteczki."
- C ty o tym mylisz? - spytaa Marynia.
- Ja myl - rzek Poaniecki - e wie o zmianach w losie Zawiowskiego rozesza si dostatecznie szeroko, a po wtre, myl, i ten list przesany pod twoim adresem, przeznaczony jest rzeczywicie dla Ignasia.
- To by moe. To nie jest szczery list. Ale one jednak mog by bardzo nieszczliwe.
- Pewno, e nie musi im by wesoo. Osnowski mia suszno, piszc, e w tym wszystkim jest jeszcze i dla Broniczowej ogromny zawd i e ona na prno chce sam siebie oszuka. A co do panny Castelli, wiesz, co mi powiedzia wirski? Nie powtrz ci jego dosadnych sw, ale powiedzia, e teraz moe j wzi chyba albo gupiec, albo czowiek bez moralnej wartoci. One same to rozumiej i pewno, e im niewesoo. By moe, e i sumienie si odzywa, ale patrz jednak, ile w tym licie wykrtw. Nie pokazuj go Ignasiowi.
- Nie. Nie poka - odpowiedziaa Marynia, ktrej najgortsze yczenia byy po stronie panny Ratkowskiej.
A Poaniecki idc za myl, ktra go nurtowaa od dawna, powtrzy jej niemal dosownie to, co powtarza sobie samemu:
- Jest jaka logika, ktra karze, i one zbieraj to, co posiay. Zo jak fala odbija si od brzegu i wraca.
Na to Marynia pocza kreli parasolk figury po pododze, jakby si nad czym namylajc, potem za podnisszy na ma swoje jasne oczy rzeka:
- Prawda, mj Stachu, e zo wraca, ale moe take wrci jako zgryzota i jako al, a wwczas Pan Bg poprzestaje na takiej pokucie i wicej nie karze.
Gdyby Marynia, wiedzc nawet, co mu dolega, chciaa zagodzi jego udrczenia i doda mu otuchy, nie potrafiaby wynale nic lepszego nad tych kilka prostych sw. Poaniecki y od niejakiego czasu pod przeczuciem, e musi go spotka jakie nieszczcie, i pod ustawicznym przed nim strachem. Dopiero od niej dowiedzia si, e ow powracajc fal moe by sama jego zgryzota i al. Tak! nagryz si niemao i alu w nim nie brako, a czu rwnie, e gdyby to mogo by zadouczynieniem, byby gotw przecierpie jeszcze dwakro mocniej. Tymczasem braa go ochota porwa w ramiona t pen prostoty i prawoci kobiet, od ktrej pyno na niego tylko dobro - i jeli tego nie uczyni, to jedynie z obawy wzrusze dla niej, ze wzgldu na jej stan i ow niemiao, ktra go w stosunku do niej krpowaa. Natomiast podnis do ust jej rk i rzek:
- Ty masz suszno- i jeste bardzo dobra.
A ona, rada z pochway, umiechna si do niego i pocza zbiera si do domu.
Gdy wysza, Poaniecki zbliy si do okna i odprowadza j oczyma. Z daleka widzia jej przegit posta posuwajc si ociaym krokiem oraz ciemne wosy wygldajce spod kapelusza - i w tej chwili odczu z now, wiksz ni kiedykolwiek si, e to jest jego najdrosza w wiecie istota - i e j jedn kocha i bdzie kocha do mierci.
Rozdzia szedziesity trzeci
W dwa dni pniej Poaniecki odebra od Maszki kartk zawierajc par sw poegnania.
"Wyjedam dzi - pisa Maszko. - Bd si star koniecznie jeszcze wpa do ciebie, ale na wszelki wypadek egnam ci i dzikuj ci za wszystkie dowody przyjani, jakie mi okazae. Niech ci Bg szczci lepiej, ni mnie dotd szczci. Bardzo bym chcia zobaczy si z tob cho na minut - i jeli bd mg, wpadn do ciebie koo czwartej do biura. Tymczasem powtarzam prob, bycie pamitali o mojej onie i przygarnli j troch, gdy ludzie j opuszcz. Ciebie prosz rwnie, by mnie przed ni broni przeciw ludzkim jzykom. Wyjedam do Berlina - o dziewitej wieczr - i zupenie otwarcie. Do widzenia, a w kadym razie bd zdrw - i raz jeszcze dziki za wszystko. - Maszko."
Poaniecki poszed koo czwartej do biura, ale przeszo godzin czeka na prno. "Nie przyjdzie - pomyla wreszcie - tym lepiej!" I poszed do domu z poczuciem pewnego zadowolenia, e udao mu si unikn kopotliwego spotkania. Wieczorem jednak poczo si w nim budzi pewne politowanie dla Maszki. Pomyla, e to jest czowiek, ktry wprawdzie szed z i gorczkow drog, ale si namczy i naszarpa, a w kocu ciko przypaci - e to wszystko, co si stao, byo dawno do przewidzenia, jeeli zatem ci, ktrzy to przewidywali, yli z nim i przyjmowali go u siebie, nie powinni teraz okazywa mu pogardy w chwili upadku. Rozumia te, ile Maszce sprawi przyjemnoci swoim przybyciem na kolej - i po chwili wahania - poszed.
Po drodze przypomnia sobie, e prawdopodobnie znajdzie na dworcu i pani Maszkow, lecz wiedzia, e i tak musi j spotyka, a sdzi, e cofn si z tego powodu byoby jakim marnym tchrzostwem.
Z tymi mylami wszed na dworzec. W niewielkiej salce pierwszej klasy byo ju kilka osb i na stoach leay cae stosy rcznych tobokw, lecz nigdzie nie mg dostrzec Maszki, i dopiero rozejrzawszy si dokadnie rozpozna w modej zakwefionej damie, siedzcej w kcie sali, pani Maszkow.
- Dobry wieczr - rzek zbliywszy si ku niej. - Przychodz poegna pani ma. Co si z nim dzieje?
Ona skinwszy mu lekko gow odrzeka zwykym sobie chodnym gosikiem:
- Mj m kupuje bilety. Zaraz przyjdzie.
- Jak to bilety? Czyby i pani miaa z nim jecha?
- Nie; mj m kupuje bilet.
Dalsza rozmowa w tych warunkach przedstawiaa si do trudno; po chwili jednak wszed Maszko w towarzystwie kolejowego sucego, ktremu oddawa bilet i pienidze z poleceniem wyekspediowania rzeczy. Przybrany w dugi paszcz z peleryn i w mikki filcowy kapelusz, wyglda razem ze swymi dugimi faworytami i ze zotymi binoklami na jakiego podrujcego dyplomat. Poaniecki te udzi si, e Maszko okae nadzwyczajn rado z jego przybycia. Maszko ujrzawszy go rzek wprawdzie:
- Ach, jakem ci wdziczny, e przyszed! - ale jakby z pewn niedbaoci i z popiechem, zwykym u ludzi, ktrzy wyjedaj.
- No - ozwa si rozgldajc si po sali - wszystko zaatwione! Ale gdzie to s moje rczne pakunki! - A s! - Dobrze!
Po czym zwrci si do Poanieckiego i powtrzy:
- Dzikuj ci, e przyszed. Zrbe mi w takim razie jeszcze jedn lask i odwie on do domu albo przynajmniej wyjd z ni razem i pom jej odnale powz. Tereniu, pan Poaniecki odwiezie ci do domu. Mj drogi, chod na chwil, mam ci jeszcze co powiedzie.
I wziwszy Poanieckiego na bok pocz mwi gorczkowo:
- Odwie j koniecznie. Ja swj wyjazd upozorowaem, ale ty, tak mimochodem, powiedz jej, e dziwisz si, i na tak krtko przed terminem sprawy wyjedam, bo gdyby mnie jaki wypadek zatrzyma, sprawa musiaaby by przegrana. Chciaem u ciebie by, eby ci wanie o to prosi, ale, jak to wiesz... w dniu wyjazdu! Termin za tydzie!... Ja zachoruj; stanie za mnie mj dependent, ktry jest poczynajcym adwokatem - i oczywicie przegra. Ale rzecz bdzie upozorowana przez wypadek. on zabezpieczyem. Wszystko jest na jej imi i nie zabior jej jednej szklanki. Sam te mam jeden pomys, z ktrym udam si do towarzystwa budowy okrtw w Antwerpii. Jeli zrobi ukad, lasy zadr w caym kraju, ale kto wie, czy w takim razie nie wrc, bo caa sprawa o Poszw jest wobec tego drobnostk. Nie mog mwi obszerniej! Gdyby nie te cikie chwile, ktre przej musi moja ona, bronibym si zgryzocie, ale to mnie dusi tak!
Tu pokaza rk na gardo, a potem mwi jeszcze pieszniej:
- Nieszczcie na mnie spado, ale nieszczcie moe spa na kadego. Zreszt za pno o tym mwi. Jak byo, tak byo, alem robi, com mg, i jeszcze zrobi, co bd mg. I to dla mnie ulga, e ty take swoje wydobdziesz - choby z Krzemienia! ebym mia czas powiedzie ci, co mam za pomys, sam by przyzna, e lada komu by nie przyszed do gowy. By moe, e bd mia interesa i z wasz spk. Widzisz, e si nie daj... I on zabezpieczyem zupenie. Ha! stao si! stao! Inny na moim miejscu gorzej by skoczy. Czy nieprawda? Ale wracajmy teraz do ony.
Poaniecki sucha z pewn przykroci sw Maszki. Podziwia wprawie jego duchow niepoyto, ale jednoczenie czu, e brak w nim jakiej rwnowagi, ktra rni przedsibierczego czowieka od przedsibierczego awanturnika. I zdawao mu si, e w Maszce jest ju co z przyszego wytartego wygi, ktry bdzie si jeszcze dugo rzuca, ale razem ze swymi pomysami bdzie spada coraz niej, a skoczy na wykrzywionych butach, drugorzdnej kawiarni i opowiadaniach wrd tak samo "zaamanych" o swojej dawnej wielkoci. Pomyla take, e powd tego wszystkiego to ycie oparte od pocztku na nieprawdzie i e Maszko, przy caej swej inteligencji, nigdy nie potrafi si z pt nieprawdy wydoby.
Oto udawa jeszcze i teraz przy onie. Poniekd musia to czyni, ale gdy sala pocza si napenia ludmi, a midzy nimi niektrzy znajomi przychodzili ich wita i zamieni par takich prdkich sw, jakie zamienia si na kolejach, Maszko odzywa si do nich z takim jakim odcieniem wyszoci i aski, e Poanieckiego braa zo. "I pomyle - mwi sobie - e on ucieka przed wierzycielami; co by byo, gdyby ten czowiek doszed kiedykolwiek do fortuny!"
Ale tymczasem ozwa si dzwonek, a zza okien da si sysze popieszny oddech lokomotywy. Ludzie poczli si rusza i pieszy. "Ciekawym, co si w nim teraz dzieje?" - pomyla Poaniecki. Lecz on i w takiej chwili nie mg wydoby si z wizw kamstwa. By moe, e serce cisno mu si zym przeczuciem, e mia bysk jasnowidzenia, i tej ony, ktr kocha, wicej nie zobaczy, e jedzie na ndz, na poniewierk, na upadek, ale nie wolno mu byo ni okaza tego, co czu, ani nawet poegna ony tak, jakby chcia.
Ozwa si drugi dzwonek. Wyszli na peron, i Maszko zatrzyma si jeszcze chwil przed sleepingiem. Blask latarni pada prosto na jego twarz, na ktrej pojawiy si okoo ust dwie zmarszczki. Lecz mwi spokojnie, tonem czowieka, ktrego interesa zmuszaj do kilkodniowego wyjazdu i ktry jest pewien, e wrci.
- No, do widzenia, Tereniu. Ucauj ode mnie rce mamy i bd mi zdrowa. Do widzenia! do widzenia!
To mwic podnis jej rk, ktr jednak dugo trzyma przy ustach.
A Poaniecki usunwszy si umylnie nieco na bok myla:
"Oni si widz ostatni raz. Za jakie p roku nastpi urzdowa separacja."
I uderzy go szczegowy los tych obydwch kobiet, jednaki dla matki i crki. Obie wyszy za m ze wszelkimi pozorami wietnoci - i obydwch mowie musieli odbiey od domowego ogniska pozostawiajc onom tylko wstyd.
Lecz tymczasem zadzwoniono po raz trzeci. Maszko wsiad do wagonu. Przez chwil w szerokiej szybie sleepingu wida byo jeszcze jego faworyty zote binokle, po czym pocig zasun si w ciemno.
- Su pani - rzek Poaniecki.
I by prawie pewien, e pani Maszkowa podzikuje mu sucho za towarzystwo. By nawet z tego powodu zy, albowiem postanowi powiedzie jej co nie tylko o mu, ale i od siebie. Lecz ona skonia gow na znak zgody. Miaa take swj plan. W sercu jej zebrao si tyle gorzkiej niechci i urazy do Poanieckiego, i w przypuszczeniu, e on moe znowu zechce skorzysta z chwili, ktr mieli spdzi samowtr, postanowia mu da odpraw, ktr by dugo popamita.
Lecz mylia si najzupeniej. Naprzd, on przez ni rozbi si jak d o skal, i z tego powodu przez jaki czas czu dla niej nie tylko niech, ale i nienawi. Po wtre, jeli pniej przez coraz wyraniejsze poczucie, e wina jest wycznie po jego stronie, nienawi ta przesza, to zmieni si tak dalece, e by ju niemal zupenie innym czowiekiem. Kupiecki obrachunek z samym sob nauczy go, e za podobne wybryki za drogo si paci; by w fazie ogromnej tsknoty za yciem bez oszustwa, a wreszcie zgryzota i al tak przeary w nim dz, jak rdza przeera elazo. Pomagajc jej teraz wsiada do powozu i dotknwszy jej ramienia pozosta spokojny - i wsiadszy pocz jej zaraz mwi o Maszce, sdzi bowiem, e przez samo uczucie ludzkoci naley przygotowa j na przysz katastrof i zagodzi jej znaczenie.
- Podziwiam odwag ma pani - rzek. - Niech w czasie jego pobytu w Berlinie runie jeden most na kolei, to nie bdzie mg wrci na spraw, od ktrej - jak pani zapewne wiadomo - cay jego los zaley. Musia wyjecha dla wanych powodw, ale to zawsze hazard.
- Mosty s mocne - odpowiedziaa pani Maszkowa.
Lecz on, nie zraony t niezbyt zachcajc odpowiedzi, mwi dalej odchylajc przed ni stopniowo zason przyszoci i mwi tak dugo, e tymczasem przybyli przed mieszkanie Maszkw. Wwczas ona, nie rozumiejc widocznie znaczenia jego sw, a moe za, e nie miaa sposobnoci dania mu zamierzonej odprawy, rzeka wysiadszy ju z karety:
- Czy pan ma jaki osobisty cel w tym, eby mnie niepokoi?
- Nie, pani - odrzek Poaniecki, ktry uzna, e nadszed czas powiedzenia jej tego, co jej postanowi powiedzie od siebie. - W stosunku do pani mam tylko jeden cel, oto owiadczy, em wzgldem pani niegodnie zawini - i e pani z caej duszy przepraszam.
Lecz moda kobieta nie odpowiedziawszy ani sowa wesza do sieni. Poaniecki do koca ycia nie dowiedzia si, czy to byo milczenie nienawici, czy przebaczenia.
Jednake wraca do domu z pewn ulg, albowiem zdawao mu si, e powinien by tak postpi. By to w jego oczach may akt pokuty - byo mu za wszystko jedno, jak pani Maszkowa go zrozumiaa. "Moe sdzi - mwi sobie - em j przeprasza za moje pniejsze postpowanie; w kadym razie bd jej teraz mielej w oczy patrzy."
I w tej jego myli byo niezawodnie troch egoizmu, ale bya i wola wyjcia z manowcw.
Rozdzia szedziesity czwarty
Panna Helena odebraa rwnie przed wyjazdem od pani Broniczowej list w rodzaju tego, ktry odebraa Marynia, i rwnie jak Marynia nie pokazaa go Zawiowskiemu. Zreszt i Zawiowski wyjecha razem ze wirskim w tydzie pniej, nie odwiedziwszy nikogo ze znajomych, z wyjtkiem panny Ratkowskiej. Sam wirski odwid go od wszelkich odwiedzin i Poaniecki w rozmowach z on przyznawa mu zupen suszno. "Teraz - mwi - byoby to przykre i dla Ignasia, i dla nas. Co innego ci, ktrzy go co dzie odwiedzali, bo ci do niego przywykli, ale nikt z innych nie mgby si powstrzyma, by mimo woli nie spoglda na lad, jaki mu na czole pozosta. Zreszt Igna zmieni si bardzo. Przez podr przyjdzie zupenie do siebie, i gdy wrci, my przyjmiemy go, jakby nic nie zaszo, a obcy bd w nim przede wszystkim widzieli bogatego panicza."
I tak mogo by rzeczywicie. Ale tymczasem przez w wyjazd wok Poanieckich uczynio si pusto. Kko ich znajomych rozproszyo si na wszystkie strony. Osnowski bawi cigle w Brukseli; o niej nikt dobrze nie wiedzia, gdzie jest. Pani Broniczowa z pann Castelli siedziay w Paryu; zbrako rwnie domu Zawiowskich; pani Krasawska z crk zamkny si i yy tylko jedna dla drugiej, a na koniec choroba przykua biedn pani Emili raz na zawsze do ka.
Pozostali tylko Bigielowie i profesor. Ale on by rwnie chory, a przy tym zdziwacza tak bardzo, e dalsi mieli go wprost za wariata. Inni mwili z pewn ironi, i czowiek, ktry spodziewa si, e duch chrzecijaski przeniknie tak samo w dzieje, jak przenikn w stosunki prywatne, nie moe by chyba przy zdrowych zmysach. On sam pocz te myle o mierci i czyni do niej przygotowania. Czstokro powtarza Poanieckiemu, e chciaby umrze w "sieni do innego wiata" - i wybiera si w tym celu do Rzymu. Ale kochajc bardzo Maryni, pragn doczeka si przedtem jej saboci.
W ten sposb czas pyn Poanieckim w wielkim osamotnieniu. Byo ono zreszt potrzebne i dla Maryni, ktra w ostatnich dniach czua si mocno niezdrowa, i dla jego usposobienia. Poaniecki pracowa w biurze - i nad sob; wyrabia w sobie nowego czowieka i czuwa nad on, ona za rwnie przygotowywaa si do nowej w yciu epoki - i przygotowywaa si wesoo, albowiem zdawao jej si, e sama jej zapowied wpywa doskonale na nich oboje. Poaniecki stawa si z kadym dniem jaki mniej bezwzgldny, wyrozumialszy w sdach o ludziach i agodniejszy, nie tylko w stosunku do niej, ale w stosunku do wszystkich, z ktrymi go stykao ycie. J otacza wyjtkow, uprzedzajc troskliwoci, a jakkolwiek przypuszczaa, e troskliwo owa ma na celu nie tyle jej osob, ile dziecko - uznaa to za suszne i bya mu wdziczna. Dziwia j czasem pewna niemiao i jakby pewne wahanie si w jego obejciu, ale nie mogc odgadn, e to jest tylko powstrzymywanie uczucia dla niej, przypisywaa podobne objawy obawie Stacha o to, czy wszystko odbdzie si szczliwie.
I w tych warunkach poczy uchodzi cae tygodnie. Jednostajno ich przeryway czasem listy wirskiego, ktry, gdy mg zapa woln chwil, donosi, co mg, o Zawiowskim i o sobie. W jednym z listw pyta w imieniu Zawiowskiego, czy pani Poaniecka pozwoli, by ten opisy swych wrae posya pod form listw do niej. - "Mwilimy z nim o tym obszernie - pisa wirski. - On utrzymuje naprzd, e i pani moe bdzie przyjemnie mie echa z kraju, ktry pani pozostawi tyle miych wspomnie, a po wtre, e to bardzo uatwia robot, gdy si pisze jakby prywatnie. - Jest zdrw, chodzi, jada i sypia doskonale. Co wieczr widuj go te, jak siada do biurka i zabiera si do pisania. Uwaaem, e prbuje i wierszy. Jako to nie idzie, bo dotd, o ile wiem, nic nie napisa - przypuszczam jednak, e powoli wszystko si odnajdzie, a tymczasem moe forma listw istotnie uatwi mu prac. Dodaj na ostatek, e pann Helen wspomina z ogromn wdzicznoci, a na kade wspomnienie o pannie Ratkowskiej rozpromienia si w oczach. Ja za czsto mu o niej wspominam, bo c mam biedny robi? Jak co nie przeznaczono, to i nie ma rady, a jak komu pisane, e musi zosta kokiem w pocie - to nie puci lici i na wiosn."
W poowie listopada przyszed jednak z Rzymu list, ktry obojgu Poanieckim da duo do mylenia. wirski pisa, co nastpuje:
"Wyobracie sobie pastwo, e jest tu pani Broniczowa i panna Castelli - i em si z nimi widzia. Ja w Rzymie jak w domu, wic o ich przyjedzie dowiedziaem si zaraz na drugi dzie. I wiecie, com na razie zrobi? Oto namwiem Ignasia do Sycylii, w czym zreszt nie miaem wiele trudnoci. Pomylaem, e bdzie siedzia w Palermo, w Syrakuzach i w Taorminie, a gdyby wypadkiem wpad w rce "mafii", mniej drogo zapaci za wykup, ni ju zapaci za prawo noszenia przez pewien czas piercionka panny "Niteczki". - Mwiem sobie, e jeli si maj spotka gdziekolwiek na wiecie i godzi, nieche si sobie spotykaj i godz, ale nie chciaem bra tego na wasne sumienie, zwaszcza po tym wszystkim, co zaszo. - Igna jest niby zdrw, ale umysowo nie przyszed jeszcze do siebie i w tym stanie mgby atwo by doprowadzony do czego, czego by potem cae ycie aowa. Co do tych pa, domyliem si od razu, dlaczego one tu przyjechay, i cieszyem si w duszy, em im pomiesza szyki - e za domys mj by trafny, to dowd, e w kilka dni pniej przyszed do Ignasia list, na ktrym rozpoznaem charakter szanownej wdowy po nieboszczyku Teodorze. Napisaem na kopercie, e Zawiowski wyjecha, nie wiadomo dokd, i list odesano retro.
To jednak dopiero pocztek historii. Nazajutrz odbieram list ja z wezwaniem na rozmow. Odpisuj, e z alem musz odmwi, ale moje zajcia nie pozwalaj mi na zrobienie sobie tej przyjemnoci. Na to odbieram drug kartk, ju z odwoaniem si do mego charakteru, talentu, pochodzenia, serca, wspczucia dla nieszczliwej kobiety - i z prob, bym albo sam przyszed, albo wyznaczy godzin w pracowni. Nie byo rady poszedem. Przyja mnie sama pani Broniczowa ze zami i z caym potokiem opowiada, ktrych nie bd powtarza, ale w ktrych "Niteczka" ukazuje si jak w. Agnieszka-mczennica. Pytaem: czym mog suy? Powiedziaa mi, e tu nie chodzi o nic innego, jak o dobre sowo ze strony Zawiowskiego, e "dziecko jest chore, kaszle i prawdopodobnie roku nie przeyje, ale chce umrze ze sowem przebaczenia". Na to, wyznaj, em troch zmik, alem si trzyma. Nie mogem zreszt da adresu Zawiowskiego, bom nie wiedzia rzeczywicie, w ktrym hotelu si zatrzyma. Pociem si jak w ani i w kocu przyrzekem tam co oglnikowo, e jeli Igna zacznie kiedy pierwszy ze mn mwi o pannie Castelli, to go bd namawia, by postpi zgodnie z chci pani Broniczowej.
Ale to wszystko jeszcze nic. W chwili gdym myla o odwrocie, wesza nagle sama panna Lineta i zwrcia si do ciotki z prob, by moga ze mn sam na sam pomwi. Nawiasem powiem pastwu, e wychuda i e wydaa mi si jeszcze wysza ni zwykle, prawdziwie jak "toplka", ktr lada wiatr moe zama. Ledwomy zostali sami, zwrcia si do mnie i powiedziaa mi tak: "Ciotka prbuje mnie uniewinni i robi wszystko z mioci dla mnie, wic jestem jej wdziczna, ale ja nie mog tego przenie i owiadczam panu, e jestem winna, e jestem za, e jestem nic niewarta i e, jeli jestem nieszczliwa, to stokrotnie na to zasuyam". - Usyszawszy to zdumiaem, ale widziaem, e mwi szczerze, bo jej si usta trzsy i oczy zamiy. Mwcie sobie pastwo, e mam malane serce, ale wyznaj, em si grubo wzruszy, i spytaem, co mog dla niej uczyni. Na to odpowiedziaa mi, e nic, ale prosia, ebym wierzy przynajmniej w to, e ona w tych usiowaniach cioci do nawizania na nowo stosunku nie bierze adnego udziau, e jej si po postpku Zawiowskiego otworzyy oczy na to, jaka ona jest, co zrobia, i e tego nigdy w yciu nie zapomni. W kocu powtrzya raz jeszcze, e ona jedna wszystkiemu winna, i prosia, ebym t nasz rozmow powtrzy Zawiowskiemu, ale nie teraz, tylko kiedy, gdy jej ju nie bdzie mg posdza, e go chce wzruszy.
No i co? Dalibycie czemu podobnemu wiar? Ja widz jasno dwie rzeczy. Naprzd, e j zamach Zawiowskiego na siebie musia, bd co bd, okropnie wstrzsn, a po wtre, e jest bajecznie nieszczliwa, i kto wie, czy rzeczywicie nie chora. Przychodzi mi te na myl to zdanie panny Heleny Zawiowskiej, ktre mi pan powtrzy, e o czowieku nie wolno wtpi, pki yje. W kadym razie jest to rzecz nadzwyczajna. Wierz te, e gdyby nawet Zawiowski chcia teraz do niej wrci, ona nie zgodziaby si na to tylko dlatego, e si go nie czuje godna. Co do mnie, myl, e na wiecie jest wiele lepszych i szlachetniejszych od niej natur kobiecych, ale niech mnie licho porwie, jeli bd dziaa przeciw niej!"
W dalszym cigu nastpoway zapytania o zdrowie i ukony dla pastwa Bigielw.
List ten uczyni wielkie na wszystkich wraenie i da powd do licznych rozpraw midzy Poanieckimi i Bigielami. Pokazao si te zarazem, jak dalece zmienionym czowiekiem jest Poaniecki. Dawniej nie znalazby do sw potpienia dla panny Castelli i nie byby nigdy uwierzy, e w tego rodzaju kobiecie moe si odezwa jaka struna uczciwsza; obecnie za, gdy pani Bigielowa (ktra, jak i inne panie, ciaem i dusz naleaa do stronnictwa panny Ratkowskiej) wyrazia wtpliwo, czy nie jest to tylko odmienna taktyka ze strony panny Castelli - rzek:
- Nie, ona na to zbyt moda i wydaje mi si w tym szczer. To ju jest wielka rzecz, jeli tak bezwzgldnie uznaje swoj win, bo to dowodzi, e jej zbrzyda yciowa nieprawda.
Po chwili za zastanowienia doda:
- Ja pamitam, jak na przykad taki Maszko nieraz niby uznawa, e idzie bdn i faszyw drog, ale natychmiast szuka poza sob przyczyn, ktre by go mogy usprawiedliwi: "U nas tak trzeba"; "to wina naszego spoeczestwa"; "pac takimi pienidzmi, jakie maj kurs!" - Com si tego nasucha! I to bya rwnie nieprawda. Tymczasem jest pewna odwaga w powiedzeniu: moja bezwzgldna wina! - i kto t odwag ma, temu jeszcze co zostao.
- Wic pan sdzi, e Zawiowski dobrze by zrobi wrciwszy do niej?
- Ani tak sdz, ani przypuszczam, by si to sta mogo.
Lecz ywe zajcie rozbudzone wiadomociami z Rzymu oraz troska o Zawiowskiego i pann Castelli przeszy wkrtce pod naciskiem powaniejszej troski, jaka zawisa nad domem Poanieckich. Pod koniec listopada zdrowie Maryni poczo si psu widocznie. Psuo si zreszt ju od dawna, ale ona ukrywaa to, pki moga. Przychodziy na ni teraz cikie bicia serca i osabienie tak wielkie, i byway dni, w ktrych nie moga poruszy si z fotelu. Nastpnie doczyy si do tego ble krzya i zawroty gowy. W cigu tygodnia zmienia si w oczach i wychuda do tego stopnia, e nawet lekarze, ktrzy a dotd uwaali te objawy za zwyk zapowied zbliajcej si saboci, poczli si nimi niepokoi. Przezroczysta jej twarz przybieraa teraz czasem odcie bkitnawy i, zwaszcza w chwilach gdy chora trzymaa oczy zamknite, stawaa si podobn do twarzy umarej. Nawet pani Bigielowa, najwiksza optymistka w otoczeniu, nie moga w kocu oprze si obawom, lekarz za owiadczy wprost Poanieckiemu, e w takich warunkach oczekiwane przejcie moe by niebezpieczne i samo w sobie, i w nastpstwach. Naprawd jedna tylko Marynia, lubo co dzie sabsza i wicej wyczerpana, nie tracia otuchy.
Poaniecki za j traci. Przyszed na niego czas tak ciki, e wszystkie ble i zmartwienia, jakie trafio mu si w yciu przechodzi, wyday mu si niczym w porwnaniu z tym straszliwym niepokojem przechodzcym czstokro w zupen utrat nadziei. Niegdy po oenieniu si z Maryni, w jego pojciach o maestwie i nadziejach na przyszo, dziecko byo czym gwnym; teraz dopiero uczu, e oddaby nie jedno, ale wszystkie dzieci, jakie kiedykolwiek mg mie, byle uratowa t jedyn, kochan gow. I serce krajao mu si, gdy czasem Marynia powtarzaa swym osabionym gosem pytanie, ktre i przedtem nieraz mu zadawaa: "Stachu a jeli bdzie chopiec?" - Rad by by upa jej do ng i objwszy je powiedzie: "Niech licho porwie chopca czy dziewczyn, byle zostaa mi ty!"- musia za umiecha si do niej i zapewnia j spokojnie, e mu to wszystko jedno. Opady go znw dawniejsze strachy - i owa nadzieja, ktr w nim wzbudziy sowa Maryni, e fala zego wraca przy asce boej tylko jako al, rozwiaa si bez ladu. Teraz chwilami miewa znowu poczucie, e choroba Maryni moe by wanie tak powracajc fal. Jakim sposobem tak mogo by, na to nie mia odpowiedzi, ale prno rozum mwi mu, e na przykad midzy wystpkiem pani Osnowskiej lub panny Castelli a kar, jaka je spotkaa, istnieje bezporedni zwizek, ktrego tu nie masz. Strach odpowiada mu na to, e zo moe si filtrowa przez ycie tak tajemniczymi drogami, i rozum ludzki nigdy ich nie wyledzi. I na t myl ogarniaa go jaka wprost mistyczna boja. Czowiek w nieszczciu traci zdolno do cisych rozumowa i yje pod uciskiem groby - i pod takim uciskiem y Poaniecki. Widzia tylko przepa i wasn bezsilno. Nieraz patrzc na wyndznia twarz Maryni mwi sobie: "Trzeba by szalonym, eby przypuci, i ona moe nie umrze!" - a jednoczenie szuka rozpaczliwie na twarzach otaczajcych cho cienia nadziei i kad kropl krwi, kad czstk mzgu, ca dusz i sercem buntowa si przeciw jej mierci. Wydawao mu si to niepojt krzywd, eby ona miaa zamkn na zawsze oczy, zanim on nie okae jej, jak j bez miary kocha, zanim jej nie wynagrodzi tych wszystkich chwil nieuwagi, szorstkiego obejcia, egoizmu i niewiary, zanim nie powie jej, e staa si dusz jego duszy, czym nie tylko nad wszystko w yciu umiowanym, ale i uczczonym. Powtarza sobie, e jeli Bg tego dla niego nie uczyni, to powinien uczyni dla niej, eby przynajmniej odesza z uczuciem takiego szczcia, na jakie zasuya. Od tych zuchwaych narzuca Bogu, jak powinien postpi, przechodzi znw do skruchy; pokory i proby. Ale tymczasem Marynia bya z kadym dniem bardziej i niebezpieczniej chora, on za wrd dwch rozpaczy, z ktrych jedna krzyczaa: "To nie moe by!" - a druga: "To musi by!" - wi si istotnie jak w kleszczach.
Na domiar, z koniecznoci, z obawy, by onie nie odebra otuchy, musia wobec niej udawa, e z jej choroby niewiele sobie robi. I lekarz, i pani Bigielowa przestrzegali go co dzie, by jej nie przestrasza; wskazywa mu to rwnie wasny rozum, a jednoczenie byo to dla niego nowym udrczeniem, przychodzio mu bowiem na myl, e ona moe to wzi za brak uczucia i umrze z myl, e on jej nigdy nie kocha. Zmienio si te w nim wszystko do dna. Bezsenno, zmczenie i trwoga wprowadziy go w stan jakiej chorobliwej egzaltacji, w ktrej samo nawet niebezpieczestwo, i tak a nadto rzeczywiste; widzia w spotgowanym stopniu. Zdawao mu si, e nie ma adnej nadziei, i chwilami myla o Maryni, jakby ju umara. Po caych dniach rozpamitywa wszystkie dodatnie strony jej charakteru, jej sowa, dobro, spokj; przypomina sobie, jak wszyscy j kochali, i jednoczenie czyni sobie rozpaczliwe wyrzuty, e jej nigdy nie by wart, e j nie do kocha, nie do ceni, e w kocu zama jej wiar, a zatem musi j straci - i traci susznie.
I w tym poczuciu, e rzecz tak straszna jest zarazem zasuon i e na wszelk popraw jest za pno, byo po prostu co rozdzierajcego. Ci nawet, ktrzy za ycia byli zawsze bardzo kochani, odchodzc pozostawiaj po sobie al, e jeszcze nie do byli kochani - ze wszystkich najciszy.
Na pocztku grudnia wrcili po dwumiesicznym pobycie we Woszech wirski i Zawiowski. Poaniecki tak wysech i zmizernia przez ten czas, e go ledwie poznali; ale i on, cay pogrony w swym nieszczciu, prawie nie zwrci na nich uwagi i sucha jak przez sen sw pociechy i otuchy ze strony obydwch, rwnie jak i opowiada, ktrymi zacny malarz prbowa rozerwa jego strapion myl. Co go teraz mg obchodzi Zawiowski, pani Broniczowa lub panna Castelli wobec tego, e jego Marynia moga lada dzie skoczy! wirski, ktry mia dla niej ogromn przyja, chcc zaczerpn skdkolwiek troch nadziei uda si do pani Bigielowej, lecz i ta nie miaa jej wiele. Lekarze sami nie wiedzieli dobrze, co chorej jest, bo do jej stanu przyczyy si jeszcze rozmaite inne powikania nie dajce si nawet okreli. Wiadomo im byo tylko, e serce chorej dziaa nieprawidowo, obawiano si za przede wszystkim, by wskutek zego krenia krwi nie potworzyy si w yach skrzepy groce natychmiastow mierci. Lecz prcz tego, nawet w razie szczliwego rozwizania, obawiano si mnstwa rzeczy: i wycieczenia, i upadku si, i wszelkiego rodzaju nastpstw, ktre dopiero pniej mogy si ukaza. wirski przekona si, e pani Bigielowa nie udzi si ju take, gdy w kocu rozmowy rozpakaa si i rzeka:
- Biedna Marynia, ale biedny i on! eby mu chocia dziecko zostao, moe by znalaz siy do zniesienia tego ciosu.
I wypakawszy si dodaa:
- I tak ja nie rozumiem, jak on moe to wszystko wytrzyma.
Bya to prawda. Poaniecki nie jad i nie spa. W biurze nie pokazywa si od dawna, z domu za wypada tylko chwilami po kwiaty, ktre Marynia zawsze lubia i ktrych widok j rozwesela. Ale bya ju tak chora, e on za kadym razem niosc pki chryzantem wraca ze straszn myl, e moe niesie je na trumn. Maryni samej otworzyy si oczy, e to moe zblia si mier. Mowi nie chciaa nic o tym mwi, ale przed pani Bigielow pakaa ktrego dnia z alu za yciem i za "Stachem". Martwia si te myl, jak on to przeniesie, bo chciao jej si, eby jej bardzo aowa, a jednoczenie, eby nie bardzo cierpia. Przez dugi czas udawaa jednak przed nim, e jest pewna, i wszystko skoczy si szczliwie.
Ale pniej, gdy poczy przychodzi na ni omdlenia, zebraa si na odwag, by z nim mwi troch otwarciej. Wydao jej si to obowizkiem, wic ktrej nocy, gdy pani Bigielowa, zwyciona bezsennoci, posza spa, a on czuwa jak zawsze przy niej, przycigna do siebie jego rk i rzeka:
- Stachu, ja chciaabym z tob pomwi i o jedn rzecz ci prosi.
- Co chcesz, kochanie? - spyta Poaniecki.
Ona czas jaki namylaa si widocznie, jak by wyrazi swoj prob, a potem pocza mwi:
- Obiecaj mi... Ja wiem, e pewno wyzdrowiej... ale przyrzecz mi, e... choby to by chopiec, ty go bdziesz kocha i bdziesz dla niego dobry.
Poaniecki nadludzkim wysikiem pohamowa tkanie, ktre chwytao go za piersi, i odrzek spokojnie:
- Moje drogie kochanie! I ciebie bd zawsze kocha, i jego. Bd pewna!...
Na to Marynia sprbowaa podnie jego rk do ust, ale z osabienia nie moga tego uczyni, wic pocza si tylko umiecha do niego z wdzicznoci, a po chwili znw rzeka:
- I jeszcze jedno... Nie myl, ebym przypuszczaa zaraz jakie straszne rzeczy - wcale nie! - ale ja - chciaabym si wyspowiada...
Poanieckiego dreszcz przebieg od stp do gowy.
- Dobrze, moje dziecko - odpowiedzia zajkliwym i jakby nieswoim gosem.
Ona za przypomniawszy sobie, e niegdy podobao mu si jej wyraenie: "suba boa", i chcc mu da pozna, e tu nie chodzi o nic innego, jak tylko o wypenienie zwykych religijnych obowizkw, powtrzya z umiechem, niemal wesoym:
- Suba boa!
I spowied odbya si nazajutrz. Poaniecki tak by ju pewien, e to jest koniec wszystkiego, i niemal dziwio go, e Marynia yje jeszcze, a nawet, e wieczorem uczynio si jej nieco lepiej.
Nie mia ju wpuci nadziei do duszy. Ona jednak staa si rzewiejsza i mwia, e jej lej oddycha. Okoo pnocy pocza z nim zwyk wojn o to, by poszed odpocz. Jako on ze zmartwienia i trudu wyglda ju niewiele lepiej od niej. Broni si te i teraz z pocztku, utrzymujc, e spa w dzie, co bya nieprawda - i e jest wypoczty; ale gdy nalegaa koniecznie - ustpi, tym bardziej e bya przy niej umylna kobieta i Bigielowa, a lekarz, ktry od tygodnia sypia w ich mieszkaniu, upewni go, e na dzi nie naley si niczego gorszego spodziewa.
Wyszedszy jednak uczyni to, co czyni zwykle, to jest siad na fotelu przy drzwiach i pocz nasuchiwa, co dzieje si w jej pokoju. W ten sposb poczy mu upywa godziny nocy.
Za najmniejszym szmerem zrywa si, lecz gdy szmer ustawa, siada znowu i poczyna rozmyla, prdko a chaotycznie, jak czyni ludzie, nad ktrymi wisi niebezpieczestwo. Chwilami jednak myli zachodziy mu ze znuenia jedna za drug tworzc jak zbit gstwin, w ktrej si plta nie mogc nic rozezna. Morzy go te i sen. Siy mia niepospolite, ale od dziesiciu dni przebiera si tylko, nie rozbiera - i na nogach podtrzymywaa go jedynie czarna kawa i gorczka. Nie poddawa si i teraz, cho gowa ciya mu oowiem, a gstwina myli zmienia si jakby w czarn chmur, bez jednego janiejszego promyka. Mechanicznie tylko powtarza sobie jeszcze, e Marynia chora i e on nie powinien usn; ale sowa te nie miay ju dla niego najmniejszego znaczenia.
Wreszcie trud, wyczerpanie i bezsenne noce przemogy. Chwyci go nieprzeparty, kamienny sen, w ktrym nic si nie ni, w ktrym ginie rzeczywisto, ginie cay wiat i samo ycie zdaje si drtwie.
Nad ranem zbudzio go dopiero pukanie do drzwi.
- Panie Stanisawie! - ozwa si przytumiony gos pani Bigielowej.
Poaniecki zerwa si na rwne nogi i oprzytomniawszy w teje chwili, wybieg z pokoju. Jednym spojrzeniem obj ko Maryni i na widok zapuszczonych firanek nogi zachwiay si pod nim.
- Co si stao? - wyszepta zbielaymi wargami.
A pani Bigielowa odpowiedziaa rwnie cicho, gosem nieco zdyszanym:
- Macie syna...
I pooya palec na ustach.
Rozdzia szedziesity pity
Byy jeszcze dni cikie i bardzo cikie. Przyszo osabienie tak wielkie, e ycie Maryni poczo si waha jak pomyk. Zganie czy rozetleje? - na to nie umia nikt odpowiedzie. Chwilami wszyscy byli przekonani, e ju, ju ganie. Jednake modo i ulga, jak organizmowi przynioso przyjcie na wiat dziecka, przewayy szal na stron ycia. Ktrego dnia chora po dugim nie obudzia si jakby rzewiejsza. Stary lekarz, ktry by przy niej i ktry to stwierdzi, chcc upewni si lepiej, e owo polepszenie nie jest zudzeniem, zada wezwania drugiego, z ktrym przedtem skadali konsylia. Poaniecki sam po niego pojecha i prawie odchodzi od zmysw szukajc go po miecie przez p dnia, nie mia bowiem jeszcze mie nadziei, e to ju zwrot stanowczy w jej chorobie i w jego niedoli. Gdy nareszcie odnalaz utrapionego medyka i gdy przywiz go do domu, przyja ich w przedpokoju pani Bigielowa, z mokrymi rzsami, ale z twarz rozpromienion, i rzeka:
- Lepiej! stanowczo lepiej
I nie moga mwi wicej, bo zy popyny z jej oczu. Poaniecki poblad ze wzruszenia, ona za opanowawszy po chwili sw rado pocza mwi, umiechajc si przez zy:
- Wie pan, wojuje ju o jedzenie! Przedtem kazaa sobie przynie maego. Dopytywaa take, czemu pan nie wraca. A teraz wojuje o jedzenie, ale jak wojuje! A, chwaa Bogu! chwaa Bogu!
I w uniesieniu uciskaa Poanieckiego, a on przez dugi czas nie odejmowa ust od jej rk; dra tylko cay z wysilenia, eby potumi rado, ale zarazem i jki, ktre nagromadziwszy si w nim przez tyle dni trwogi i mczarni chciay teraz koniecznie wybuchn.
Tymczasem lekarze poszli do Maryni i siedzieli przy niej do dugo. Gdy po skoczonej naradzie ukazali si znowu, na twarzach ich wida byo zadowolenie. Na gorczkowe zapytania Poanieckiego, ten, ktry stale by przy Maryni, stary impetyk, ze zotymi okularami na nosie i zotym sercem w piersiach, sam uszczliwiony, ale utrudzon bardzo, rzek oburkliwie:
- Jak si ma? Id pan, podzikuj Bogu! ... ot co!
I Poaniecki poszed. Gdyby by czowiekiem zupenie niewierzcym, byby w tej chwili poszed tak samo - i z sercem, wezbranym zami i wdzicznoci, byby dzikowa tak samo Bogu, e si nad nim zlitowa i pozwoli wrci fali zego tylko pod postaci alu, zgryzoty, mki - nie pod postaci mierci.
Po czym uspokoiwszy si wszed na palcach do pokoju ony, przy ktrej bya ju pani Bigielowa. Marynia ranie spogldaa przed si rozweselonymi oczyma i na pierwsze wejrzenie zna byo, e istotnie ma si daleko lepiej. Ujrzawszy go rzeka:
- A widzisz, Stachu... dobrze!
- Dobrze, kochanie - odpowiedzia cicho Poaniecki.
Nie pora bya jeszcze na gone wybuchy, wic siad w milczeniu przy jej ku. Lecz po chwili rado i ogromna mio do niej zmogy go tak, i przechyliwszy si obj rkoma jej okryte kodr stopy, a nastpnie przyoywszy do nich twarz pozosta w ten sposb bez ruchu.
Ona za, jakkolwiek bardzo jeszcze osabiona, umiechaa si z zadowolenia. Przez czas jaki patrzya na niego, po czym, zupenie jak dziecko uszczliwione, e je pieszcz, rzeka do pani Bigielowej ukazujc swoim przezroczystym paluszkiem na t ciemn czupryn przytulon do jej ng:
- Kocha!
Nazajutrz Marynia czua si jeszcze zdrowsz, i od owej chwili kada niemal godzina przynosia polepszenie. W kocu by to ju nie powolny powrt do zdrowia, ale jakby rozkwit, jakby nagy powrt wiosny po zimie, ktry zdumiewa samego lekarza. Poanieckiemu chciao si teraz chwilami krzycze z radoci, ktra dusia go tak, jak dawniej - mka. Trzymano Maryni jeszcze w ku przez zbytek ostronoci; ale gdy wracay jej siy, rumiece, ochota do ycia, humor, pocza sobie przykrzy i co dzie wieczorem zapowiada, e nazajutrz wstanie. Pod jednym tylko wzgldem duga choroba i bezsilno przyniosy zmian w jej usposobieniu, ktra jednak wkrtce miaa przej razem z innymi ladami saboci. Oto tak spokojna i rozsdna niegdy kobietka staa si na pewien czas jakby rozpieszczonym dzieckiem, ktre czsto napierao si rozmaitych rzeczy bardzo usilnie i odczuwao prawdziwe zmartwienie, jeli mu ich odmawiano. Poaniecki rozmawiajc z ni wchodzi mimo woli w jej ton, skutkiem czego owe "grymasy" byy i powodem do wesooci.
Raz pocza si przed nim skary, e pani Bigielowa nie chce jej da czerwonego wina. Pani Bigielowa tumaczya si, e daa tyle, ile doktor pozwoli, ale musi czeka na jego pozwolenie, eby da wicej. Poaniecki j zaraz Maryni pociesza mwic do niej tak zupenie, jak niegdy mawia do Litki:
- Dadz dziecku wina, zaraz dadz!... Tylko doktor przyjdzie...
A Marynia na to:
- Czerwonego!...
- Ale jak czerwonego! - odpowiedzia z zapaem Poaniecki.
Po czym oboje poczli si mia, a z nimi razem i pani Bigielowa. Jak dawniej w caym tym pokoju unosia si trwoga mierci i nieszczcia, tak teraz czsto rado rozwiecaa go jak soce. Chwilami wpadali w doskonay humor, a do kompanii nalea czstokro i dziadzio Pawicki, ktry od czasu przyjcia na wiat wnuka sta si peen patriarchalnej, ale dobrotliwej powagi, nie wyczajcej wesooci. Bywao zreszt rnie; czasem bowiem bra w nim gr nastrj wysoki i uroczysty. Pewnego dnia przynis testament i zmusi wszystkich do wysuchania jego paragrafw od pocztku do koca. We wstpie egna si we wzruszajcych sowach z yciem, z crk, z Poanieckim i z wnukiem, nie szczdzc przy tym wskazwek tyczcych jego wychowania na dobrego wnuka, dobrego syna, ojca i obywatela; nastpnie czyni go spadkobierc wszystkiego, co posiada - i pomimo e od bankructwa Maszki posiada tylko tyle, ile mu dawa Poaniecki - niemniej czu si wzruszonym swoj hojnoci i niemniej cay wieczr mia min pelikana, ktry nakarmi wasn krwi pisklta.
Czowiek, ktry si odradza na wiat po cikiej chorobie, przechodzi poniekd znw przez wszystkie okresy dziecistwa i pierwszej modoci, z t jedynie rnic, e to, co dawniej liczyo si na lata, liczy si w takich warunkaeh na tygodnie lub nawet dni. Tak byo z Maryni. Pani Bigielowa, ktra z pocztku nazywaa j bb, mwia miejc si, e stopniowo bb zmienia si w ma dziewczynk, a z dziewczynki w podlotka. Ale w podlotku pocza si nastpnie odnajdowa kobieca kokieteria. Teraz gdy j czesano, wymagaa ju koniecznie, by jej stawiano na kolanach niewielkie zwierciado, ktre miaa po matce, i pilnie badaa w nim, czy te zapowied pani Bigielowej, e "potem jest si jeszcze adniejsz", sprawdza si na niej. W pierwszych czasach ogldziny niezbyt j zadawalniay, pniej jednak coraz wicej. Na koniec, ktrego dnia, kazaa sobie zaraz po uczesaniu poda raz jeszcze zwierciado - i jeszcze raz odbya dokadny przegld cery, oczu, ust, wosw, wyrazu, sowem: wszystkiego, co byo do obejrzenia.
I rewia musiaa wypa dobrze, albowiem pocza si umiecha, rozpromienia, wreszcie zwrcia si w stron pokoju Poanieckiego i przegraajc wymizerowan pistk, z min wielce zdobywcz rzeka:
- A, poczekaj no teraz, panie Stachu!
Rzeczywicie za nigdy nie bya rwnie liczna. Pe jej, zawsze bardzo czysta, staa si jeszcze bardziej przezrocza i jeszcze wicej liliowa ni wwczas, gdy Zawiowski traci gow i rymowa z tego powodu od rana do wieczora. A obok tego na policzkach jej wita ju pierwszy rowy blask zdrowia. Z oczu, z ust, ze zdrobniaej po chorobie twarzy, bio jakby wiato, jakby odrodzenie si do ycia i jakby wiosna. Bya to po prostu cudna gowa, pena barw jasnych a leciuchnych, a zarazem subtelnego rysunku - prawdziwie wytworna i, jak si niegdy wyrazi Zawiowski polna - tak cudna, e chwilami, gdy leaa na poduszkach i na podcieli ciemnych wosw, nie mona si jej byo do napatrzy. Tote tak zwany "Pan Stach", ktry to wszystko widzia doskonale i ktry, wedle okrelenia Bigiela, nie mg ju z mioci "ani rk, ani nog ruszy" - nie potrzebowa wcale "czeka". Nie tylko j teraz kocha jak kobiet i jak drog gow, ale czu dla niej wdziczno bez granic za to, e nie umara - i okazywa sw wdziczno w ten sposb, e stara si odgadywa jej myli. Marynia ani przypuszczaa kiedykolwiek, e stanie si do tego stopnia osi jego ycia, renic jego oka, dusz jego myli i czynnoci. Nigdy nie byo im ze sob le, ale teraz, wraz z powrotem do zdrowia Maryni, weszo do ich domu niebywae szczcie i niebywaa rado.
Przyczynia si do niej dzielnie i mody Poaniecki. Marynia nie moga sama karmi, i m przewidujc to sprowadzi do syna ywicielk. Chcc jednak sprawi chorej przyjemno sprowadzi dawn jej znajom z Krzemienia. Suya ona niegdy u Pawickich, po ich wyjedzie za zgodzia si do Jabrzykowa i tam zdarzyo si jej nieszczcie. Nigdy nie wiedziano dobrze, kto by jego przyczyn; jeli jednak ktremu z wikszych wacicieli mona byo zarzuci brak mioci do ludu, to nie panu Gtowskiemu, albowiem w caym Jabrzykowie peno byo dowodw, jak dalece pan Gtowski lud kocha. Nawet i przy ukadach o serwituty wspobywatele z Jabrzykowa midzy innymi kwestiami podnosili i t, e: "pan dziedzic na biaym koniu jedzi, z pistolca se strzyla i dziewkom w lipia patrzy" - i jeli z jednej strony nieatwo byo poj, jaki waciwie zwizek maj powysze zwyczaje pana Gtowskiego z ukadami o serwituty, to natomiast z drugiej stawao si zupenie jasnym, i dziki tyme zwyczajom, Poaniecki znalaz z atwoci w Jabrzykowie karmicielk dla swego syna.
e za bya to silna, moda i hoa Mazurka, przeto mody czowiek mg tylko dobrze wyj na jej opiece. W ogle w may Poaniecki bya to osoba, ktra od pierwszej chwili przyjcia na wiat rozpanoszaa si w domu co dzie bardziej nie liczc si z nikim i nie mylc o niczym, tylko o wasnych potrzebach i przyjemnociach. W myl tej metody, w chwilach wolnych od uczt i snu zajmowa si wiczeniem i rozwojem swych maych puc, za pomoc krzyku tak doniosego, na jaki tylko poranny jego wiek umia si zdoby. Przynoszono go wwczas najczciej do Maryni, przy czym rozpoczynay si nieskoczone sesje, na ktrych rozpatrywano szczegowo wszystkie jego fizyczne i umysowe zalety oraz uderzajce podobiestwo do yciodawcw. Stwierdzono w ten sposb, e ma nos matki, odrzuciwszy z rzadk w gosowaniu jednomylnoci uwag mamki, e ma nos jak "kociak"; stwierdzono rwnie, e bdzie mia niezmiernie ujmujcy umiech, e bdzie brunetem, e bdzie niezawodnie wysoki, e jest bardzo ywy i e bdzie si odznacza zadziwiajc pamici. Pani Bigielowa, pki Marynia leaa jeszcze w ku, robia przy tym na swoj rk rozmaite odkrycia, ktre zwiastowaa wszem wobec. Raz te wpadszy do Maryni zacza mwi z radoci i godnym wszelkiego uznania popiechem:
- Wyobra sobie, rozoy paluszki u jednej rczki, a drug, przysigaby, e je liczy. Bdzie z pewnoci matematyk!
Marynia za odrzeka z zupen powag:
- To bdzie mia po ojcu.
I ona jednak zrobia odkrycie, wczeniejsze nawet pod wzgldem daty wszystkich pani Bigielowej, mianowicie, e to jest "bardzo kochane stworzonko". Co do Poanieckiego, ten w pierwszych chwilach patrzy na nowego znajomego ze zdziwieniem i pewn nieufnoci. W swoim czasie bardzo sobie yczy mie crk, z tego gwnie wzgldu, i bdc z usposobienia i serca wielkim dzieciarzem wyobrazi sobie, e t ca tkliwo, jak si ma w sobie, mona odda tylko dziewczynce. Nie wiadomo dlaczego tkwio w nim pojcie, e syn to bdzie zaraz jakie chopisko, nieledwie z wsami, mwice basem, wierzgajce jak rebak, do ktrego z tkliwoci nie warto i przystpowa, bo on j ma - w pogardzie. Stopniowo dopiero przypatrujc si tej drobnej, picej w poduszkach, figurze pocz dochodzi do przekonania, e to nie tylko nie jest adne "chopisko", ale po prostu godna litoci bieda, taka maa, saba, bezbronna, tak potrzebujca opieki i kochania, jak i wszystkie w wiecie dziewczyny. Zreszt mwi sobie: "Taki on tam jeszcze i chopiec!", i od tej chwili rozczula si dla niego coraz wicej, a po kilku dniach prbowa go nawet sam nosi do Maryni, co zreszt czyni z takim nakadem zgoa zbytecznych ostronoci, a zarazem tak niezgrabnie, e doprowadza do miechu nie tylko Maryni i pani Bigielow, ale, z ujm swej powagi - nawet i mamk.
I miech rozlega si teraz w mieszkaniu Poanieckich niemal od rana do wieczora. Oboje budzc si rano budzili si z tym bogim poczuciem, e dzie przyniesie im now rado. Bigiel, ktry od czasu, jak Marynia wstaa, dopuszczany bywa wieczorem razem ze swoj wiolonczel, przypatrujc si ich yciu rzek kiedy, po chwili odpowiedniej rozwagi:
- Na dobrych ludzi, jak i na kadego, moe przyj nieszczcie; ale za to, jak im dobrze, tak, dalibg, nikomu nie jest lepiej.
A im byo rzeczywicie dobrze. Marynia, wedle tego, co syszaa w swoim czasie od pani Bigielowej i co mylaa sama, sdzia, e przyczyn tego ponownego rozkwitu mioci ma jest dziecko, ktre ich zwizao nowymi wzami... Ktrego dnia pocza nawet o tym mwi z Poanieckim, lecz on odrzek jej z ca prostot:
- Nie! sowo ci daj! Jego swoj drog kocham, ale ciebie kochaem ju bajecznie, nim on na wiat przyszed - dla ciebie samej, dlatego, e jeste taka, jak jeste. Spojrzyj naok, pomyl, co si na wiecie dzieje i z kim ja ciebie mam porwna?...
Tu wziwszy jej rce, pocz je caowa nie tylko z ogromn mioci, ale zarazem z najwiksz czci - i doda:
- Ty sama nigdy nie bdziesz wiedzie, czym ty dla mnie jeste i jak ja ciebie kocham!
Ona za przytuliwszy si do niego pytaa z twarz jasn od szczcia, jak soce:
- Nie? naprawd, Stachu?... powiedz!..:
Rozdzia szedziesity szsty
Przyszy chrzciny. Mody czowiek by ju ochrzczony z wody, albowiem uczynia to zaraz po jego przyjciu na wiat pani Bigielowa, ktrej pod wraeniem choroby matki wydawao si, e i may umrze lada minuta... Lecz on ani o tym myla - i w najlepszym zdrowiu i apetycie czeka na termin uroczystoci, w ktrej mia odegra gwn rol. Poaniecki posprasza wszystkich znajomych: bya wic, prcz domowych i dziadzi Pawickiego, pani Emilia, ktra na ten dzie zebraa reszt si, byli oboje pastwo Bigielowie z maymi Bigieltami i profesor Waskowski, i wirski, i Zawiowski, i panna Ratkowska. Pani Poaniecka, zdrowa ju, wystrojona i szczliwa, wygldaa tak uroczo, e wirski ujrzawszy j wzi si obu rkoma za wosy i ze zwyk sobie szczeroci rzek:
- To przecie przechodzi wszelkie pojcie! Dalibg, oczy mona straci!
- Co! - zawoa Poaniecki, sapic z zadowolenia i z tak zarozumiaoci, jakby zawsze utrzymywa to, o czym inni teraz dopiero si przekonali.
A wirski odrzek:
- Klkajcie, narody! Nie powiem nic wicej!
Ona suchaa tego z zakopotaniem, ale ponc zarazem z radoci w poczuciu, e wirski ma suszno. Musiaa si jednak zaj gomi i ceremoni, a to tym bardziej, e z pocztku wkrado si pewne zamieszanie. W pierwsz par miaa trzyma maego Stasia pani Emilia i Bigiel, w drug za malarz z pann Ratkowsk. Tymczasem ten ostatni pocz robi niespodzianie trudnoci, wynajdowa przeszkody i wykrca si, nie wiadomo dlaczego. "Rad by bardzo - po to umylnie z Woch przyjecha... jake! to rzecz uoona; ale, e nigdy przedtem dziecka do chrztu nie trzyma, wic nie wie, czyby mu si chrzeniak zdrowo chowa, a zwaszcza, czyby mia szczcie do kobiet." Na to Poaniecki pocz si mia i nazywa go przesdnym Wochem, lecz Marynia, ktra najprdzej domylia si, o co chodzi, korzystajc z chwili, w ktrej chcc si wymkn wycofywa si do okna, rzeka pgosem:
- Kumostwo w drug par nie jest w danym razie przeszkod.
wirski powid za ni oczyma, nastpnie umiechn si ukazujc swoje mae zdrowe zby i nagle rzek zwracajc si do panny Ratkowskiej:
- Prawda, e to tylko w drug par, wic... su pani!
I wszyscy otoczyli teraz maego Stasia, ktry na rku niani, przybrany w powczyste muliny i koronki, wyglda dzielnie razem ze swoj ysin i wytrzeszczonymi okrgymi oczkami, w ktrych wiat zewntrzny odbija si tak mechanicznie jak w zwierciadle. Bigiel wzi go teraz na rce i rozpocz si obrzd.
Obecni suchali w naleytym skupieniu powanych sakramentalnych sw, lecz mody poganin okaza wyjtkow zatwardziao. Naprzd pocz wierzga tak, e wysun si na wp z rk Bigiela, po czym, gdy Bigiel wyrzeka si w jego imieniu czarta i jego nieprawoci, uczyni wszystko, co byo w jego mocy, eby go zaguszy. Dopiero ujrzawszy niespodzianie wrd krzyku okulary Bigiela uci nagle, jakby chcc da do zrozumienia, e jeli na wiecie istniej tak zdumiewajce przedmioty, to w takim razie co innego.
Zreszt obrzd si skoczy i zaraz potem oddano go w rce niani, ktra po chwili uoya go w przepysznym eczku majcym ksztat wzka, darze wirskiego - i chciaa go wytoczy z pokoju. Lecz wirski, ktry moe dotd nigdy w yciu nie widzia z bliska tak maej osoby i w ktrego piersiach bio stsknione od dawna za ojcostwem serce, zatrzyma niani i pochyliwszy si do koyski wzi dziecko w ramiona.
- Ostronie! ostronie! - zawoa zbliajc si Poaniecki.
A malarz odwrci si do niego i rzek:
- Panie, ja miewaem w rku wyroby Luca della Robbia.
I rzeczywicie, podnis mae stworzenie i pocz je huta z tak zrcznoci, jakby cae ycie dzieci niaczy. Nastpnie przystpi z nim do profesora Waskowskiego i spyta:
- C? Co kochany profesor myli o tym modym Aryjczyku?
- A c? - odpowiedzia staruszek spogldajc z rozczuleniem na malca - naturalnie, e Aria! najczystszej wody Aria!
- I przyszy misjonarz? - doda Poaniecki.
- Nie uchyli si od tego w przyszoci, nie uchyli, tak jak i wy nie umiecie si uchyli! - odpowiedzia profesor.
Jako przyszoci niepodobna byo przesdza, na razie jednak mody Aryjczyk uchyli si od wszelkich misji w sposb tak niedwuznaczny, a nawet wprost obelywy, e trzeba go byo odda niani. Panie jednak nie przestay si nim bawi, cmoka na niego i zachwyca si nim, pki nie doszy do stanowczego wniosku, e to jest dziecko zupenie wyjtkowe, e cae zachowanie si jego dowodnie o tym wiadczy i e trzeba by chyba nie mie oczu, eby nie pozna, e to bdzie najprzystojniejszy w kraju mczyzna, a przy tym geniusz.
Geniusz jednak usn wreszcie, jak gdyby odurzony kadzidami, a tymczasem podano niadanie. Marynia, mimo caej przyjani dla malarza, posadzia jednak koo panny Ratkowskiej Zawiowskiego. Chciaa, jak zreszt i wszyscy nie wyjmujc nawet wirskiego, eby si co w ich stosunkach wyjanio. Zawiowskiego postpowanie byo bowiem dziwne. wirski utrzymywa, e on nie jest jeszcze zupenie normalny. By zdrw, sypia i jada dobrze, nawet nieco uty, mwi rozsdnie, cho powolniej ni dawniej, ale pojawiaa si w nim jaka niemoc woli, jaki brak inicjatywy, ktrej przedtem byo w nim tak peno. We Woszech rozpromienia si na wspomnienie panny Ratkowskiej i gdy o niej mwi oczy czasem zachodziy mu zami. Po powrocie, gdy mu kto czasem napomkn, e warto by pj z wizyt do panny Ratkowskiej, a zwaszcza gdy ofiarowa si i z nim razem, mwi: "A prawda" - i szed z radoci. Poza tym jednak zdawa si jakby nie pamita o jej istnieniu. Widoczne czasem byo, e jakie inne myli nurtuj go w gbi duszy i pochaniaj wszystkie jego duchowe wadze. wirski przypuszcza przez jaki czas, e to moe pami o pannie Castelli - przekona si jednak z pewnym zdziwieniem, e tak nie jest, i wreszcie zacz mniema, e Zawiowski dlatego nigdy jej nie wspomina, i straci poczucie jej rzeczywistoci, albo te, e wydawaa mu si ju czym tak odlegym, jakim wraeniem tak rozwianym, e wspomnie o niej nie mg zwiza w yw, realn cao. Nie by jednak smutny. Owszem, chwilami zna w nim byo zadowolenie i rado z ycia, jakby si dopiero po powtrnym odrodzeniu na nim pozna. Prawdziwie smutn, coraz bardziej zamknit w sobie i coraz cichsz bya panna Ratkowska. Moe, prcz braku wzajemnoci, niepokoiy j w Zawiowskim i inne rzeczy, ale nie mwia o swych niepokojach z nikim. Marynia i pani Bigielowa sdzc, e wycznym powodem jej smutku jest zachowanie si Zawiowskiego w stosunku do niej, otaczay j najserdeczniejszym wspczuciem i gotowe byy uczyni wszystko, by jej przyj z pomoc. Marynia, od czasu powrotu Zawiowskiego z Woch, widziaa go po raz pierwszy, ale pani Bigielowa mwia z nim codziennie o pannie Ratkowskiej unoszc si nad ni, wspominajc, ile jej winien wdzicznoci, i dajc mu coraz wyraniej do zrozumienia, e powinien si jako z takiego dugu uici. Poczciwy wirski wbrew wasnym nadziejom powtarza mu to samo - i Zawiowski wszystko przyznawa, tylko jakby nie chcc lub nie umiejc wyprowadzi ostatecznego wniosku, mwi o rychym swym powtrnym wyjedzie, o planach jeszcze wikszych podry na przyszo, sowem: o rzeczach, ktre z natury swej wyczay udzia panny Ratkowskiej.
I teraz siedzc obok niewiele do siebie mwili. Zawiowski jad obficie - i z zajciem, a nawet pewn niecierpliwoci przeprowadza oczyma nowe dania, ktre podawano naprzd starszym; panna Ratkowska zauwaywszy to spogldaa na niego chwilami jakby z bolesnym wspczuciem, a Maryni poczto to troch korci, wic chcc zawiza midzy nimi rozmow rzeka przechyliwszy si przez st:
- Pan tak wieo z podry, nieche pan co opowie mnie i Stefci o Woszech. Wszak ty, Stefciu, nie bya tam dotd?
- Nie byam - odpowiedziaa panna Ratkowska - ale niedawno wanie czytaam jak podr... tylko e czyta a widzie to co innego.
I zarumienia si lekko, spostrzega bowiem, i si zdradzia, e czytywaa o Woszech wanie wwczas, gdy Zawiowski tam bawi.
On za rzek:
- Mnie pan wirski namwi a do Sycylii, ale tam byy jeszcze upay; tam by trzeba teraz jecha!
- A! - rzeka Marynia - dobrze, e mi si przypomniao! A moje listy? Pyta pan przecie przez pana wirkiego, czy chc, by mi pan spisywa swoje wraenia a potem nie odebraam ani literki!
Zawiowski zaczerwieni si nagle, zmiesza, a potem rzek jakim dziwnym, niepewnym gosem:
- Bo... jeszcze nie mogem... Ja bd ogromnie duo pisa, ale pniej...
wirski posyszawszy te sowa zbliy si po niadaniu do Maryni i rzek ukazujc Zawiowskiego oczyma:
- Wie pani, jakie on mi czasem robi wraenie? e to jest kosztowne naczynie - rozbite.
Rozdzia szedziesity sidmy
W par dni po chrzcinach wirski odwiedzi Poanieckiego w biurze, by si dowiedzie o zdrowie Maryni, a zarazem pogada o rozmaitych rzeczach, ktre mu leay na sercu. Widzc jednak, e si spni i e Poaniecki zabiera si do wyjcia, rzek:
- Niech pan dla mnie nie zostaje. Pogawdzimy na ulicy. wiato dzi tak ostre, e nie mog nic robi, wic odprowadz pana do domu.
- Musiabym pana w kadym razie przeprosi - odpowiedzia Poaniecki. - Moja Marynia dzi po raz pierwszy wychodzi i idziemy do Bigielw na obiad. W tej chwili musi by ju ubrana, ale mam jeszcze ze dwadziecia minut czasu.
- Skoro wychodzi, to wida, e zdrowa.
- Chwali Boga, jak ptak! - odpowiedzia z radoci Poaniecki.
- A Aryjczyk?
- Aryjczyk take tgo si trzyma.
- Ach, szczliwy czowieku! - rzek wirski - ja, ebym mia w domu tak ab, nie mwic ju o takiej onie, to nie wiem... chybabym po dachach chodzi!
- Tote nie uwierzysz pan, jak mnie ten chopak bierze za serce... Co dzie wicej - a w ogle tak, e anim si spodziewa, bo trzeba wiedzie, e ja sobie yczyem crki.
- Jeszcze nie wieczr! przyjdzie i crka! - odrzek wirski. - Ale pan si pieszysz, wic chodmy.
Poaniecki wdzia futro i wyszli na ulic. Dzie by mrony, jasny. Wok rozlega si popieszny brzk dzwonkw od sanek. Ludzie mieli kolnierze na uszach, szron na wsach i z ust wyrzucali supy pary.
- Wesoy jaki dzie - rzek Poaniecki. - Ciesz si dla mojej Marylki, e pogoda.
- Panu wesoo, wic wszystko bierzesz jasno - odrzek wirski biorc go pod rk.
Lecz nagle puci rami Poanieckiego i zastpiwszy mu drog rzek z tak min, jakby si chcia z nim kci.
- Czy pan wiesz, e pan masz za on najpikniejsz kobiet w Warszawie? To ja panu powiadam - ja!
I pocz stuka si rk w piersi, jakby chcc powikszy pewno, e to mwi on, nie kto inny.
- Ba! - rzek miejc si Poaniecki - i zarazem najlepsz, najpoczciwsz w wiecie; ale chodmy, bo mrz.
Gdy za wirski wzi go pod rk, doda z pewnym wzruszeniem:
- Com ja jednak przeszed podczas jej choroby, to Pan Bg jeden wie... Lepiej o tym nie wspomina... Zrobia mi po prostu niespodziank swoim powrotem do zdrowia, ale te jeli Bg da doczeka wiosny, zrobi i ja jej niespodziank, z ktrej bdzie rada.
- Jej nie ma z kim porwna - odpowiedzia wirski.
Tu zatrzymawszy si znowu rzek jakby z pewnym zdziwieniem:
- I, jak Boga kocham, ile w niej przy tym prostoty!
Przez jaki czas szli w milczeniu, nastpnie Poaniecki pocz wypytywa wirskiego o wyjazd.
- Zatrzymam si ze trzy tygodnie we Florencji - odrzek malarz. - Mam tam jak robot. Prcz tego stskniem si do wiata na San-Miniato, do Ginewry, w ktrej si niegdy kochaem, i do Cimabuego. Pamitasz pan w Santa Maria Novella, w kaplicy Rucellai?... Po trzech tygodniach pojad do Rzymu. Wanie chciaem o tym z panem pogada, bo dzi rano by u mnie Zawiek z propozycj, ebymy znw jechali razem.
- A! - rzek Poaniecki. - I zgodzie si pan?
- Nie miaem serca odmwi, cho - midzy nami - on bywa czasem ciki. Pan przecie wiesz, jak go pokochaem i jak mu wspczuem, wic samemu mi przykro to mwi, ale bywa bestia cika!... Co tu gada: zmieni si ogromnie! Na chrzcinach powiedziaem pani, e on chwilami wydaje mi si jak kosztowne naczynie - rozbite. I to prawda! Albo to ja raz widziaem, jak on si mczy nad tymi listami, w ktrych chcia opisywa dla pani Wochy. Chodzi caymi godzinami po pokoju, tar swoje postrzelone czoo, siada, wstawa, a papier, jak by czysty, tak i pozosta. Daj Boe, eby odzyska dawny lot. Teraz jednak on wszystkim wokoo powtarza; e bdzie pisa, ale sam ju zaczyna o sobie wtpi i gryzie si. Wiem, e si gryzie.
- Byoby to nieszczcie i dla niego, i dla panny Heleny - odpowiedzia Poaniecki. - Gdyby pan wiedzia, jak jej rozpaczliwie chodzio nie tylko o jego ycie, ale i o jego talent!
- Byaby szkoda oglna - odpowiedzia wirski. - Kogo mi jednak najbardziej al, to panny Ratkowskiej. Ona te poczyna ju wtpi, czy on bdzie tym, czym by, i to j drczy, moe wicej od innych smutkw.
- To biedna dziewczyna - rzek Poaniecki - i tym biedniejsza, i z tych wszystkich jego zamiarw podry jedno wida jasno: e on o niej ani myli. Szczcie, e panna Helena zapewnia jej byt niezaleny.
- Ja rok czekam - odpowiedzia wirski - a po roku owiadczam si powtrnie. Wzia mnie! nie zna co gada! Uwaae pan, jak jej licznie z tymi krtkimi wosami. Powinna zawsze tak chodzi. Rok czekam i milcz, ale potem bd uwaa, e mam rozwizane rce. Niepodobna te, eby i w niej przez rok co si nie zmienio, zwaszcza jeli tamten nie da znaku ycia... Wszystko to jest ogromnie dziwne! Mylisz pan, e ja nie robi wszystkiego, co w mojej mocy, eby w nim rozdmucha jak iskr dla niej? Dalibg, e czowiek nigdy chyba wicej nie robi przeciw wasnemu sercu. Pani Bigielowa robi take, co moe. Ale trudno! Nikt znowu nie ma prawa powiedzie mu wyranie: "e si!", skoro on jej nie kocha. I to jest jeszcze dziwniejsze, e on i o tamtej, zdaje si, nie myli. Jedna panna Ratkowska wicej jest warta ni cay zagajnik takich "Topolek" - ale to inna rzecz! Mnie o to chodzi, eby ona nie mylaa, e ja umylnie wywo Zawiowskiego. Nie odmwiem mu, bom nie mg, ale, mj drogi panie, jeli tam kiedy bdzie mowa o naszym wyjedzie, wspomnijcie jej, e ja, dalibg, nie namawiaem Zawiowskiego do podry i e oddabym wicej, ni ona przypuszcza, byle jej byo dobrze, choby kosztem starego brysia jak ja.
- Oczywicie, e tak zrobimy - odpowiedzia Poaniecki.
- To i dzikuj! Przed wyjazdem bd jeszcze u pani z poegnaniem.
- Koniecznie - i to wieczorem, ebymy mogli duej posiedzie. Myl te, e jak pan latem wrci, to czas jaki zabawicie u nas z Zawiowskim.
- W Buczynku?
- W Buczynku albo i nie w Buczynku; to jeszcze nie wiadomo.
Dalsz rozmow przerwa im widok Osnowskiego, ktry w tej chwili wychodzi z owocarni trzymajc w rku zwinity w rg biay pakiet.
- Patrz pan: Osnowski! - rzek wirski.
- A jaki zmieniony! - odrzek Poaniecki.
I rzeczywicie, Osnowski by ogromnie zmieniony. Spod futrzanej czapki wygldaa twarz chuda, poka i jakby wiele starsza. Futro zdawao si na nim wisie. Ujrzawszy dwch przyjaci stropi si; widocznym byo przez chwil, e si waha i namyla, czy nie przej koo nich, udajc, e ich nie poznaje. Ale na chodniku byy pustki i zeszli si nadto blisko; wic nagle zmieni zamiar - i zbliywszy si pocz mwi z nienaturalnym popiechem, jakby w chci zagadania tego, o czym wszyscy trzej wycznie myleli:
- Dzie dobry panom! O! to wypadek, emy si spotkali, bo ja siedz w Przytuowie i w miecie rzadko bywam. Kupiem sobie wanie winogron, bo mi teraz ka je winogrona. Ale sprowadzaj je w trocinach, wic wszystkie czu trocinami; mylaem, e tu bd lepsze. Mrz dzisiaj - prawda? Na wsi doskonaa sanna.
I poczli i razem - wszyscy trzej zakopotani. Poaniecki wreszcie spyta:
- Pan podobno wybiera si do Egiptu?
- To dawny zamiar, ale teraz moe si wybior. Na wsi w zimie nie ma roboty, a samemu nudno.
Tu urwa nagle, spostrzegszy, e wchodzi na lisk drog.
I szli dalej, w milczeniu jeszcze ciszym, czujc t niezmiern przykro jak czuj si zawsze, gdy na mocy jakiego milczcego ukadu mwi si o rzeczach bahych skrywajc gwne i zarazem bolesne. Osnowski rad by by ich poegna. Ale ludziom, przywykym przez cae lata do zachowywania pewnych form, chodzi mimowiednie, choby w najwikszym nieszczciu, o pozory, wic te i on pragn znale jaki atwy i naturalny sposb do rozstania si z nimi. Tymczasem nie mogc nic znale, przedua tylko trudne pooenie. W kocu te pocz ich egna tak niespodzianie i nienaturalnie jak czowiek, ktry traci gow.
Lecz w ostatniej chwili postanowi nagle inaczej. Ta jaka komedia wydaa mu si nieznon. Mia jej dosy! Przyszo mu do gowy, e wanie nie powinien robi z niczego tajemnicy i e w tym unikaniu kadej wzmianki o nieszczciu jest co ndznego. Na twarzy jego zna byo przymus i mk, lecz zatrzymawszy si pocz mwi przerywanym gosem, tracc co chwila oddech:
- Moi panowie... Przepraszam, e was jeszcze zatrzymuj... Ale panowie wiecie, em si rozsta z on... Nie widz powodu, dla ktrego nie miabym o tym mwi, zwaszcza z ludmi tak uczciwymi i bliskimi... Owiadczam wic panom, e to byo... e stao si tak... to jest... to jest, e to ja sobie yczyem i e onie mojej nic...
Lecz gos uwiz mu w gardle i nie mg mwi dalej. Widocznie chcia wzi win na siebie, ale nagle uczu cae nieprawdopodobiestwo, cay bezmiar i ca rozpaczliw czczo tego kamstwa, ktre musiaoby by tak pustym dwikiem sw, e nawet ni poczucie jakiego obowizku, ni adne wzgldy wiatowe nie mogy go usprawiedliwi.
I straciwszy do reszty gow odszed w mce, razem ze swymi winogronami i ze swym nieszczciem - bez dna!
A wirski i Poaniecki szli przez jaki czas pod wraeniem tego nieszczcia - w milczeniu.
- Dalibg! - rzek wreszcie Poaniecki - serce si kraje.
A malarz odrzek:
- Takiemu chyba mierci yczy.
- I przecie ten na podobny los nie zasuy.
- On? - rzek wirski. - Daj panu sowo, ilekro go sobie przypominam, tylekro widz go caujcego jej rce. Czyni to tak cigle, e inaczej nie umiem go sobie wyobrazi...
Po chwili za doda:
- I co mnie jeszcze zastanawia, to, e nieszczcie przecina stosunki ludzkie podobnie jak mier, a jeli nie przecina zupenie, to rozlunia. Wy si niedawno znacie, ale ja, na przykad, yem z nim blisko, a teraz on mi jaki dalszy i ja mu bardziej obcy. I nie ma rady, a to takie smutne!
- Smutne i dziwne...
Lecz wirski stan nagle i zawoa:
- Wie pan co? Nieche t pani Osnowsk piorun zapali! Panna Helena mwia, e o czowieku nie wolno wtpi, pki yje, ale t niech piorun trzanie!
A Poaniecki odrzek:
- Nie byo moe w wiecie kobiety wicej ubstwianej ni ona.
- Ot, masz pan! - rzek zapalczywie wirski. - Kobiety, panie, biorc w ogle...
Lecz nagle uderzy si rkawiczk po ustach.
- Nie! - zawoa. - Do diaba ze starym naogiem! Daem sobie sowo nie robi adnych oglnych wywodw o kobietach.
- Ja wspomniaem dlatego, e on j tak ubstwia - rzek Poaniecki - e teraz po prostu nie rozumiem, jak on potrafi y bez niej.
- A musi! - zakoczy wirski.
Osnowski za rzeczywicie musia a nie umia. W Przytuowie i w Warszawie, gdzie peno byo wspomnie o niej, ycie stao mu si wkrtce niemoebnym, wic w miesic pniej wybra si w podr. Lecz wyjechawszy niezdrw ju z Warszawy, zazibi si w zbytnio ogrzanym wagonie - i w Wiedniu zapad tak ciko, e musia si pooy. Zazibienie, ktre poczytano z pocztku za influenc, zmienio si w gwatowny tyfus. Po kilku dniach chory straci przytomno i lea w hotelu na asce obcych lekarzy i obcych ludzi, daleko od domu i swoich. Lecz potem, w gorczce, ktra zwarzya mu mzg i pomieszaa zmysy, zdawao mu si, e widzi koo siebie jak twarz - najdrosz w yciu, kochan zawsze, kochan w osamotnieniu, kochan w chorobie i wobec mierci. Zdawao mu si to i nawet wwczas, gdy ju odzyska przytomno, lecz tak by osabiony, e nie mg jeszcze ni poruszy si, ni mwi, ni nawet zadzi swych myli.
Pniej widzenie niko.
Ale on pocz o nie wypytywa sistr miosierdzia, ktre nie wiadomo kto przysa, a ktre otaczay go teraz najtroskliwsz opiek - i pocz tskni bez miary.
Rozdzia szedziesity smy
Po uroczystoci chrzcin i po wyjedzie wirskiego i Zawiowskiego Poanieccy zaczli znowu y yciem zamknitym i domowym nie widujc niemal nikogo, prcz Bigielw, pani Emilii i profesora Waskowskiego. Ale dobrze im byo w tym ciasnym kku bliskich przyjaci, a najlepiej ze sob. Poaniecki by w tych czasach mocno zajty; przesiadywa w biurze i duo za biurem zaatwiajc jakie sprawy, o ktrych nikomu nie wspomina. Lecz po ukoczonej robocie przybiega teraz do domu z wiksz jeszcze skwapliwoci ni wwczas, gdy, jako narzeczony, lata kadego dnia do mieszkania Pawickich. Wrcia mu dawna ywo, dawny humor i dawne zaufanie do ycia. Niebawem te uczyni odkrycie, ktre jemu samemu wydao si dziwnym: oto, e nie tylko on kocha z caych si, jak on i najblisz gow, ale e kocha si w niej, jako w kobiecie, bez niepokoju i targaniny, bez przeskokw od radoci do rozpaczy i zwtpie, ale ze wszelkimi wzruszeniami szczerego uczucia, z caym mrowiem pragnie, z wiecznie jednak, wie wraliwoci na jej kobiece uroki i z nieustajcym baczeniem, ktre czuwa, przewiduje, jedna, uprzedza chci i ustawicznie zabiega, by szczcia nie zrazi i nie utraci. "Zmieniam si w Osnowskiego - mwi sobie wesoo - ale mnie jednemu wolno by Osnowskim, dlatego, e "moja maa" nigdy nie zostanie Osnowsk!" Czsto te mwi teraz do niej "moja maa", ale byo w tym tyle czci, ile pieszczoty. Rozumia take, e nie byby jej tak pokocha, gdyby bya inna, e to wszystko jest dzieo jej ogromnej dobrej woli i tej jakiej dziwnej prawoci, ktra bia od niej tak naturalnie, jak ciepo bije od ogniska. Poaniecki wiedzia, e jego rozum by sprystszy, mylenie rozleglejsze i wiedza gbsza ni wiedza jej, a jednak czu, e przez ni - i jedynie przez ni - wszystko to, co byo w nim, stawao si jako bardziej wykoczone i szlachetniejsze. Przez jej rwnie wpyw te wszystkie zdobyte przez niego zasady przechodziy z jego gowy, gdzie byy martw teori; do jego serca, gdzie staway si yciem. Pomiarkowa, e nie tylko szczcie, ale on sam jest poniekd jej dzieem. Byo w tym nawet troch rozczarowania do siebie, widzia bowiem teraz bez adnej wtpliwoci, e gdyby by dosta byle jak kobiet, to i sam mgby wyj na byle kogo. Czasem dziwi si nawet, jak ona moga go pokocha - przypomina sobie jednak wtedy jej wyraenie "suba boa" - i to tumaczyo mu wszystko. Dla takiej kobiety maestwo byo take "sub bo", a zatem i mio nie jak dzik si lec poza wol ludzk, ale wanie aktem dobrej woli, sub przysidze, sub boemu prawu, sub obowizkom. Marynia kochaa go dlatego, e by jej mem. Taka bya - i skoczyo si! Poaniecki dugi czas nie mg pomiarkowa, e to wszystko, co w niej tak uwielbia, nakazuje po prostu pierwszy lepszy katechizm, a w niej wychowanie nie zabio katechizmu. By moe, e nie chowano jej do starannie, nauczono j jednak, e ma suy Bogu, nie posugiwa si Bogiem.
Lecz Poaniecki nie rozumiejc dobrze powodw, dlaczego ona taka jest, jak jest, coraz bardziej j podziwia, czci i kocha. Co do niej, biorc rzecz bez przesady, nie wpadaa w zbytnie o sobie rozumienie; pojmowaa jednak, e nie byo zawsze tak dobrze jak dzi, e przesza przez pewne prby, e postpowaa w czasie owych prb poczciwie, e je przetrwaa z cierpliwoci i e Pan Bg j za to wynagrodzi. I poczucie to napeniao j pogod. Zdrowie jej wrcio zupenie. Czua si przy tym bardzo adn i bardzo kochan! w "Stach", ktrego si dawniej troch baa, pochyla teraz czsto swoj ciemn czupryn do jej kolan, niemal z pokor, a ona mylaa z radoci, e "ten pan wcale nie jest z natury pokorny, a jeli tak robi, to dlatego, e okropnie kocha!" I a rosa. Co dzie zbierao si w niej wicej wdzicznoci, i pacia mu za t mio caym sercem.
Mody "Aryjczyk" spenia te przednio swoj rol promyka w domu. Czasem wprawdzie bywa to promyk wrzaskliwy, natomiast gdy by w dobrym humorze i gdy lec w ulubionej pozycji, z nogami podniesionymi pod ktem prostym, poczyna wydobywa z siebie okrzyki zadowolenia, caa mska i eska ludno w domu zgromadzaa si koo jego eczka. Marynia przykrywaa mu nogi nazywajc go "brzydkim chopcem", on za skopywa co chwila koderk uwaajc widocznie, e czowiek z charakterem, skoro raz postanowi wierzga, powinien w przedsiwziciu dzielnie wytrwa. mia si te przy tym ukazujc swoje malutkie bezzbne dzisa, pokrzykujc, wierkajc jak wrbel, gruchajc jak gob, miauczc jak kot lub piszczc jak uistiti. Niania i matka rozmawiay z nim teraz po caych godzinach, profesor Waskowski za, ktry cakiem straci dla niego gow, utrzymywa z ca powag, e to jest "mowa ezoteryczna", ktra powinna by przez uczonych fonografowana, albowiem mogaby albo zupenie odsoni tajemnice bytu astralnego, albo przynajmniej dostarczy co do niego walnych wskazwek.
I w ten sposb spyway zimowe miesice w domu Poanieckich. W lutym sam Poaniecki zacz wyjeda za jakimi interesami, a po kadym powrocie odbywa dugie narady z Bigielem. Ale od poowy lutego siedzia stale w domu nie wychodzc nigdzie, tylko do biura, albo wyjedajc czasem z Maryni i Stasiem na krtkie przejadki powozem. Jednostajno ycia, a raczej jednostajno pogody i szczcia przeryway tylko wiadomoci z miasta o znajomych, ktre, najczciej przynosia pani Bigielowa. W ten sposb Marynia dowiedziaa si, e panna Ratkowska, ktra w ostatnich czasach nie pokazywaa si nigdzie, zaoya z dochodu zapewnionego jej przez pann Helen ochronk dla dzieci, a nastpnie, e pan Osnowski wyjecha rzeczywicie do Egiptu, ale nie sam, tylko ze swoj "Anetk", z ktr po przyjciu do zdrowia ostatecznie si poczy. Pan Kresowski, dawny sekundant Maszki, widzia ich nawet w Triecie i opowiada ironicznie Poanieckiemu, e "pani ma min kornej pokutnicy". Ale Poaniecki wiedzc z dowiadczenia, jak czowiek kruszeje w nieszczciu i ile moe by szczeroci w pokucie, odpowiedzia zupenie powanie, e skoro pani Osnowsk m przyj, to aden porzdny czowiek nie ma prawa by surowszym od niego.
Ale pniej przysza z Woch wie jeszcze dziwniejsza i tak niesychana, e staa si przedmiotem rozmw nie tylko Poanieckich i Bigielw, lecz i caego miasta, mianowicie, e malarz wirski owiadczy si w Rzymie o rk panny Castelli i e lub ich ma si odby zaraz po Wielkanocy. Marynia bya tym tak poruszona, e namwia ma, aby do wirskiego napisa i zapyta si, czy to prawda. Odpowied przysza po upywie dni dziesiciu i gdy Poaniecki wszed wreszcie do pokoju ony trzymajc za rg koperty i ze sowami: "List z Rzymu!" - powana pani Poaniecka przybiega z czerwonymi od ciekawoci uszkami, po czym ze skroni przy skroni czytali co nastpuje:
"Czy to prawda? - Nie, drodzy pastwo - nieprawda! Ale ebycie zrozumieli, dlaczego nie mogo si to sta i nie stanie si nigdy, musz wam mwi o Zawiowskim. Przyjecha tu przed trzema dniami, poprzednio namwiem go, by zosta we Florencji, a potem zobaczy Sien, Parm, a zwaszcza Rawenn. Std wyprawiam go do Aten, i jutro wyjeda via Brindisi. Tymczasem przesiadywa u mnie od rana do wieczora, ja za widziaem, e mu co dolega, i chcc naprowadzi rozmow na rzeczy, ktre go najbliej obchodz, wczoraj spytaem niebacznie: czy czasem nie ma w tece z p tuzina raweskich sonetw. I wiecie, co si stao? Z pocztku poblad i odpowiedzia; e jeszcze nie, ale e wkrtce zacznie pisa - a potem rzuci nagle kapelusz na ziemi i pocz szlocha jak mae dziecko. Nigdy chyba nie widziaem wybuchu podobnej boleci. Po prostu wi mi si w rkach powtarzajc, e zabi swj talent, e ju w nim nic nie ma, e nigdy ju nic nie napisze i e wolaby by sto razy, eby panna Helena nie bya go odratowaa. Oto, co si z nim dzieje, podczas gdy ludzie powtarzaj zapewne, e nie pisze, bo ma pienidze. I to tak ju zostanie. Zabili tego biedaka, zamordowali w nim dusz i talent - zgasili duy ogie, przy ktrym mogoby by ludziom widno i ciepo. I tego - widzicie - ja nie mgbym zapomnie. Bg z pann Castelli! ale nie godzio si wyrywa takich pir, by sobie zrobi z nich wachlarz, ktry si potem wyrzuca przez okno. Tak! tego bym nie mg zapomnie! Mniejsza o to, co tam gadaem w Warszawie, e teraz pozostaje jej tylko szuka ksicia Crapulescu, bo nikt inny jej nie wemie. Na wiecie nie brak take i zalepiecw. Co do mnie jednak, nie jestem ani ksiciem Crapulescu, ani zalepiecem. Wolno odpuszcza tylko swoje wasne krzywdy, ale nie cudze, albowiem byoby to zbyt atwo. I oto wszystko, co w tej kwestii mog wam powiedzie, gdy reszt sami wiecie. Czekam do roku, a potem powtarzam moj prob pannie Ratkowskiej. Zechce mnie czy odrzuci, niech j w kadym razie Bg bogosawi! - jest to jednak moje nieodmienne postanowienie."
- Tak - przerwaa Marynia - ale skde si takie wiadomoci wziy?
Lecz w dalszym cigu listu wirski dawa na to odpowied.
"Te wszystkie plotki - pisa - mogy powsta z tego powodu, i widywano mnie do czsto z tymi paniami. Pamitacie, e za poprzedniej bytnoci w Rzymie pani Broniczowa pierwsza do mnie pisaa, a nastpnie, gdym by u nich, panna Castelli, zamiast szuka wykrtw, sama oskarya si przede mn. Wyznaj, e mnie to ujo. Niech co chc, mwi, jest jednak w otwartym wyznaniu winy jakie rozbudzenie si uczciwoci, jaka odwaga, jaki zwrot, jaki jk alu, ktry, jeli nie odkupuje winy, to przynajmniej moe odkupi dusz. I wierzcie mi, e w tym, co mwi, tkwi co wicej ni moje malane serce. Pomylcie take, e im si naprawd le dzieje. Mao to razy widziaem, z jakim one wahaniem zbliaj si do ludzi i jak ich przyjmuj ci, ktrzy maj odwag swych zasad. Zebrao si w nich tyle goryczy, e, jak susznie przepowiedzia niegdy Waskowski, same poczynaj si na siebie rozgorycza. To jest straszne pooenie, w ktrym naley si jeszcze niby do wiata, a dwiga si ju brzemi gonej awantury. Bg z nimi! Duo by o tym pisa, ale ja pamitam teraz zawsze, co powiedziaa panna Helena, e o czowieku nie wolno wtpi, pki yje. Ta biedna Lineta zmienia si ze zgryzoty, schuda i zbrzyda, a mnie tym bardziej jej al. al mi nawet i pani Broniczowej, ktra wprawdzie wykamuje ludziom dziury w uszach, czyni to jednak z przywizania do tej dziewczyny. Sam przecie dopiero co powiedziaem, e tylko wasne krzywdy wolno odpuszcza, ale byby czowiek chyba jakim gorylem, nie chrzecijaninem, gdyby nie odczu troch litoci nad ludzk bied. Czy teraz, gdym wieo zobaczy rozpacz Ignasia, bd mia jeszcze serce pj do nich - nie wiem - nie auj jednak, em bywa. Ludzie pogadaj i przestan, a za jaki rok - jeli Bg da doczeka mnie i tamtej sodkiej dziewczynie - poznaj, e gadali gupstwa."
List koczy si wzmiank o Osnowskich, o ktrych poczeniu wirski ju wiedzia i sysza nawet rozmaite szczegy, nie znane Poanieckim. "Ja myl - mwi - e Bg jest mocniejszy ni ludzka przewrotno, a zarazem bajecznie miosierny, i e czasem pozwala dlatego nieszczciu bi w czowieka jak motem, eby z niego jak poczciwsz iskr wykrzesa. Ja teraz wierz nawet w odrodzenie si takiej Osnowskiej. Moe to jest naiwne, ale chwilami przypuszczam, e cakiem zych ludzi nie ma na wiecie! Patrzcie, e jednak co zadrgao i w takiej pani Anecie i e go pilnowaa w chorobie. Oj te kobiety! tak mi ju przewrciy w gowie, e wkrtce nie bd mia zdania nie tylko o nich, ale o niczym."
Dalej byy zapytania o Stasia i serdeczne sowa dla jego yciodawcw, a na koniec obietnica powrotu w pierwszych dniach wiosny.
Rozdzia szedziesity dziewity
A wiosna rzeczywicie sza i w dodatku czynia si zarwno ciepa, jak wczesna. Poaniecki w kocu marca i na pocztku kwietnia pocz znowu wyjeda i spdza czasem po kilka dni za domem. Obadwaj z Bigielem byli tak zajci, e niekiedy do pnego wieczoru siedzieli w biurze. Pani Bigielowa przypuszczaa, e musza co przedsibra na wielk skal, dziwio j to jednak, e m, ktry zawsze mwi z ni o wszystkich interesach i niemal myla przy niej gono, a nawet czsto si jej radzi, tym razem milcza jak zaklty. Marynia zauwaya rwnie, e Stach ma zaprztnit gow w niezwyky sposb. Tkliwszy by dla niej ni kiedykolwiek, ale jej si zdawao, e nawet w tej jego tkliwoci, jak rwnie w kadej rozmowie i w kadej pieszczocie, jest jaka tama, inna myl, ktra go zajmuje tak cakowicie, e ani na chwil nie moe si od niej oderwa. I ten stan jakowego roztargnienia powiksza si z kadym dniem, a z nadejciem maja przeszed w co gorczkowego. Marynia pocza si teraz waha, czy nie zapyta ma, co mu jest. Baa si troch by natrtn, ale chodzio jej rwnie i o to, by nie pomyla, e j jego sprawy zbyt mao obchodz. W tej niepewnoci postanowia czeka na sposobn chwil majc nadziej, e on sam zacznie mwi o swoich zajciach, cho z daleka.
Jako wkrtce potem zdawao jej si pewnego dnia, e stosowna chwila nadesza. Poaniecki wrci tym razem wczeniej z biura i wrci z twarz tak jako dziwnie rozpromienion, cho powan, e spojrzawszy mu w oczy prawie mimowolnie spytaa:
- Co ci si musiao zdarzy pomylnego, Stachu?
On za siad przy niej i zamiast odpowiedzie wprost, pocz mwi jakim troch dziwnym gosem:
- Patrz, jaka pogoda i jak ciepo. Mona by ju okna otwiera. Wiesz, o czym ja cigle mylaem w ostatnich czasach? - e i dla twego zdrowia i dla Stasia trzeba nam wczenie z miasta wyjecha.
A Marynia rzeka:
- Jeli Buczynek nie najty?...
- Buczynek sprzedany - odpowiedzia Poaniecki.
A nastpnie wziwszy jej obie rce i patrzc jej w oczy z ogromn mioci pocz mwi:
- Suchaj, moje drogie stworzenie, ja mam ci co powiedzie - i co, co powinno ci ucieszy, ale przyrzecz mi, e si nadto nie wzruszysz?
- Dobrze. Co, Stachu?
- Widzisz, dziecinko, Maszko uciek za granic, bo mia wicej dugw ni majtku. Wierzyciele rzucili si na wszystko, co po nim zostao, by cho cokolwiek odzyska. Poszo to na licytacj Towarzystwa. Magierwka zostaa rozparcelowana i przepada, ale Krzemie, Skoki i Suchocin byy do uratowania - wic - tylko si nie wzruszaj, kochanie - wic - ja to dla ciebie kupiem.
Marynia patrzya na niego czas jaki mrugajc oczyma i jakby uszom nie wierzc. Ale nie! Sam by tak wzruszony, e nie mg artowa. Oczy zamiy si jej zami i nagle zarzucia mu obie rce na szyj.
- Stachu!!
I w tej chwili nie moga si zdoby na inne sowa, ale w tym jednym okrzyku byo i podzikowanie, i wielka mio, i kobiece uwielbienie dla dzielnoci tego czowieka, ktry wszystkiego potrafi dokaza. Poaniecki za zrozumia to i w poczuciu tak ogromnego szczcia, jakiego nigdy dotd nie dozna, pocz mwi trzymajc j cigle przy piersiach:
- Ja wiedziaem, e ci to ucieszy, a Bg jeden wie, e i dla mnie nie ma wikszej uciechy jak twoja rado. Pamitaem, e aowaa Krzemienia i e to bya krzywda dla ciebie - a e mona j byo naprawi, wicem naprawi... Ale to nic! Gdybym ci dziesi takich Krzemieni kupi, jeszcze bym ci si nie wypaci za to dobro, ktre mi wyrzdzia, i jeszcze bym ciebie nie by wart.
I mwi szczerze, lecz Marynia oderwaa gow od jego ramienia i podnoszc na niego oczy, zarazem mokre i jasne, rzeka:
- To ja ciebie nie jestem warta, Stachu! i nawet nie spodziewaam si, ze bd taka szczliwa!
Poczli si wic sprzecza, kto wicej wart, ale byy w tej sprzeczce czste milczce przerwy, albowiem Marynia, co chwila obejmujc go, podsuwaa mu swoje liczne, nieco za szerokie usta, a on wpija si w nie, a nastpnie caowa na przemian jej oczy. Przez dugi jeszcze czas chciao jej si to mia, to paka z radoci, gdy rzeczywicie szczcie jej przeszo wszystko, czego si kiedykolwiek spodziewaa. Oto matka napisaa jej niegdy sabnc ju rk: "Nie dlatego powinno si wychodzi za m, by by szczliw, ale dlatego, by speni obowizki, jakie Bg wwczas nakada, a szczcie to tylko przydatek i podarek boy." Tymczasem tego przydatku byo teraz wicej, ni si mogo w sercu pomieci. Byy prby, byy chwile i smutku, i nawet zwtpienia, ale to wszystko przeszo - i wreszcie ten "Stach" nie tylko j pokocha jak renic wasnego oka, ale speni wicej, ni kiedykolwiek przyrzeka.
I w tej chwili oto chodzc wielkimi krokami po pokoju wzruszony jeszcze, ale rad z siebie i z wyrazem pewnej chepliwoci na swojej czarniawej twarzy, mwi:
- C, Mary! Teraz si dopiero zacznie robota! - co? Bo ja o gospodarstwie nie mam najmniejszego pojcia i to bdzie twoja rzecz. Ale myl, e administrator bdzie ze mnie niezgorszy! Bdziem oboje pracowali, bo to dua rzecz ten Krzemie.
Ona za odrzeka skadajc rce:
- Mj Stachu zoty! ja wiem, e ty to dla mnie zrobi. Ale czy aby to tobie nie zaszkodzi w interesach?
- W interesach? Mylisz moe, e ja si daem obedrze. Ale gdzie tam! Tanio kupiem! bardzo tanio! Bigiel, ktry si wszystkiego boi, przyznaje jednak, e to dobry interes. Zreszt zostaj dalej w spce... Ty si tylko, Mary, nie bj biedy na Krzemieniu ani dawnych kopotw. Bdzie za co gospodarowa - i powiem ci szczerze, e gdyby si dzi cay Krzemie w ziemi zapad, jeszcze bymy mieli z czego y, razem ze Stasiem.
- Ja - rzeka Marynia patrzc na niego tak, jak mniej wicej patrzaaby na Napoleona lub innego podobnej miary zdobywc - jestem pewna, e ty potrafisz wszystko, co zechcesz, ale wiem, e to tylko dla mnie kupie Krzemie.
- A spodziewam si! - odpowiedzia Poaniecki. - Dlatego, e tam ley twoja matka, dlatego, e ci kocham, i dlatego, e ty kochaa Krzemie. Ale swoj drog, ty mnie nawrcia do ziemi. Przypomniaem sobie, co mwia w Wenecji, gdy Maszko chcia sprzedawa Krzemie Bukackiemu. Nie masz pojcia, jak ja jestem pod twoim wpywem. Czasem co powiesz, a ja na razie nic! - ale to we mnie zostaje i pniej si niespodzianie odzywa. Tak byo i w tej sprawie. Teraz samemu mi si dziwnym wydaje, eby mieszka na tej planecie, niby co mie, a nie mie trzech okci kwadratowych tej ziemi, o ktrych mona by powiedzie: "moje"! To ju bya rzecz postanowiona, to kupno. Moe zauwaya, e od kilku miesicy krciem si jak mucha w ukropie. Nie chciaem ci tylko nic mwi, pki nie bdzie wszystko skoczone: wolaem, eby miaa niespodziank. I masz! To za to, e mi zdrowa i taka kochana!
Tu chwyciwszy jej rce pocz je znowu przyciska do ust i do czoa; ona chciaa rwnie ucaowa jego rce, ale nie pozwoli na to, i wreszcie poczli biega za sob, jak dzieci, po pokoju mwic przy tym do siebie sowa dobre i jasne jak promienie. Maryni tak si chciao jecha zaraz do Krzemienia i tak nie moga myle o czym innym, e on w kocu zagrozi jej, e stanie si zazdrosny o Krzemie i e go sprzeda.
- Oj, nie, sprzedasz! - odrzeka krcc gow.
- Bo co?
Ona za wspiwszy mu si do ucha szepna:
- Bo kochasz...
A on pocz kiwa gow na znak, e tak.
Umwili si jednak, ku wielkiej radoci Maryni, e w kocu tygodnia pojad caym domem do Krzemienia, co byo zreszt zupenie moebne, gdy Poaniecki urzdzi dom tak, aby by cakiem gotowy na przyjcie "dziedziczki". Zapewni te j, e prawie nic nie zmieni - i e stara si tylko, by pokoje nie trciy zbyt pustk.
Nagle pocz si mia.
- Ale! - rzek - ciekawym, co te papa na to powie? Przypuszczalne zdziwienie "papy" byo nowym powodem radoci dla Maryni. Nie trzeba byo zreszt dugo na pana Pawickiego czeka, gdy po upywie p godziny przyszed na obiad. Ledwo si pokaza, Marynia rzuciwszy mu si na ramiona wypowiedziaa jednym tchem szczliw nowin, a on istotnie zdumia si nadzwyczajnie i nawet wzruszy. Moe odczu szczcie crki, moe ozwao si w nim znienacka przywizanie do tego kta, w ktrym tyle lat przey, do, e oczy mu zwilgotniay; naprzd wspomnia o swoim pocie, ktrym ta ziemia bya przesiknita, po czym pocz mwi co o "starcu" i o "przytuku na fulwarku", a wreszcie cisnwszy za gow Poanieckiego rzek:
- Daj ci Boe, przy wikszym szczciu, tylko tak dawa sobie rady, jak ja dawaem - i bd pewien, e ani pomocy, ani wskazwek nigdy ci nie odmwi.
Wieczorem za u Bigielw Marynia, upojona jeszcze szczciem, mwia do pani Bigielowej:
- No i powiedz! Jak takiego czowieka nie kocha? Powiedz sama!
Rozdzia siedemdziesity
Nazajutrz po przybyciu Poanieckich do Krzemienia wypada niedziela. Sam Poaniecki wsta pno, gdy wczorajszego dnia przyjechali po pierwszej w nocy. W Krzemieniu czekaa na nich suba z chlebem i sol; potem Marynia miejc si i paczc na przemiany ogldaa wszystkie kty w domu, a nastpnie nie moga usn ze wzruszenia prawie do witu. Z tych wszystkich przyczyn Poaniecki nie puci jej z ka, poniewa za chciaa pojecha na sum do Wtorw nieco wczeniej, aby pomodli si przy kociele za matk, obieca, e kae zaprzc i da jej zna, gdy bdzie czas. Tymczasem po niadaniu wyszed troch popatrze na swoje nowe dziedzictwo. Bya druga poowa maja i dzie wyjtkowo pikny. W nocy pada deszcz, a teraz soce przegldao si w maych kauach na dziedzicu i przy zabudowaniach folwarcznych, amao si w brylantowe poyski w kroplach zawieszonych na liciach i rozwiecao mokre dachy stod, obr i owczarni. W tych blaskach i w jasnej majowej zieleni drzew krzemie przedstawia si wcale pontnie. Wrd zabudowa folwarcznych nie byo z powodu niedzieli prawie adnego ruchu, tylko przy stajni krcio si kilku fornali, ktrzy mieli jecha do kocioa. Poanieckiego dziwnie uderzya ta cisza i to upienie. Przed niedawnym czasem zamierzywszy kupi Krzemie by w nim kilkakrotnie i wiedzia, e jest to majtek opuszczony. Maszko pocz wprawdzie wznosi pichlerz, kryty czerwon dachwk, ale go nie skoczy. Sam nie mieszka tu nigdy i w kocu nie mg nic w majtek wkada - wic opuszczenie widne byo na kadym kroku. Ale nigdy nie przedstawio si ono Poanieckiemu tak wyranie jak teraz, gdy ju mg sobie powiedzie: "To moje!" Budynki byy jakie krzywe; ciany w nich niezbyt szczelne, poty krzywe i rozgrodzone; pod cianami walay si szcztki rozmaitych poamanych sprztw gospodarskich; wszdy ziemia zdawaa si chcie wcign w siebie to, co na niej stao, wszdy widoczne byo jakie bierne pozostawienie rzeczy samym sobie, wszdy widoczna niedbao. Poaniecki o gospodarstwie wiedzia tylko tyle, e trzeba by ostronym z wkadami - zreszt, prcz jakich oglnych wiadomoci, ktre mu si obiy o uszy jeszcze za lat dziecinnych, nie mia o nim najmniejszego pojcia. Jednake spogldajc na swoje krlestwo domyli si, e i pola musz by uprawne w prostym stosunku do tego niedbalstwa, ktre naok widzia; mia wyrane poczucie, e jeli tu si co robio, to raczej ze zwyczaju, z rutyny, jakby dlatego tylko, e co si robio lat temu dziesi, dwadziecia i sto. Tego natenia, tej nieustajcej czujnej energii, ktra jest podstaw handlu, przemysu i w ogle spraw miejskich, nie byo tu ani ladu: "Gdybym nic wicej nie przynis do tej martwoty - myla Poaniecki - to ju by byo bardzo wiele, bo tu tego bezwzgldny brak. A ja mam prcz tego pienidze i przynajmniej tyle rozumu, e naprzd wiem, e nic nie wiem, a po wtre wiem, e si trzeba uczy i pyta." Pamita jeszcze, ze swoich czasw belgijskich, e nawet tam, w Belgii, dusza ludzka i napicie woli wicej znaczyy od najpotniejszych maszyn. A pod tym wzgldem liczy na siebie - i mg liczy. Czu si czowiekiem uporczywym i sprystym. Wszystko, co dotd bra w rce, musiao i, czy chciao, czy nie chciao. Czu prcz tego, e w interesach ma gow nie fantastyczn, ale cile rachunkow, i dziki temu poczuciu, nie tylko nie straci otuchy na widok opuszczenia, ktre przed sob widzia, ale znalaz w nim co na ksztat bodca. Ta martwota, to zaniedbanie, ta inercja i ta senno zdaway si go wyzywa, a on wodzc naok oczyma, mwi im niemal z uciech: "To dobrze! to si sprbujemy!" I byo mu nawet pilno do tej prby.
Te pierwsze ogldziny i rozmylania nie popsuy mu humoru, ale zabray sporo czasu. Spojrzawszy na zegarek spostrzeg, e jeli chc by przed sum w Wtorach, to zaraz czas jecha; kazawszy wic zaprzga, wrci piesznie do domu i zapuka do drzwi Maryni:
- Pani dziedziczko! - rzek - "suba boa!"
- Mona! mona! - ozwa si przez drzwi wesoy gos Maryni - jam ju gotowa.
Poaniecki wszed i ujrza j w jasnej wiosennej sukni, podobnej do tej, w jakiej j widzia za pierwszej bytnoci w Krzemieniu. Ubraa si tak umylnie, on za, ku wielkiemu jej zadowoleniu, zrozumia jej intencj, albowiem zawoa wycignwszy do niej rce:
- Panna Pawicka!
A ona zbliywszy si opara, jakby zawstydzona, swj rowy nosek o jego policzek i rk ukazaa na eczko, w ktrym spa Sta.
Po czym wraz z pap Pawickim pojechali do kocioa. Dzie by wiosenny, jasny, peen ciepych tchnie i radoci. W zagajnikach odzyway si kukuki, a na kach wida byo brodzce bociany. Wzdu drogi dudki i sroki przelatyway przed powozem z drzewa na drzewo. Od czasu da czasu zrywa si powiew i lecia po runi jak po fali, pochylajc dba traw: tworzc chybkie cienie na zieleni pl. Naok pachniao ziemi, traw i wiosn. Oboje Poanieckich ogarn rj wspomnie. W niej odzywaa si przytpiona ju nieco yciem miejskim mio do ziemi i do wsi, do lasw, do zielonych grudzi, do grusz na polach, do zwajcych si w oddaleniu zagonw, do szerokich powietrznych przestworw i do tej daleko rozleglejszej ni w miecie przestrzeni nieba. Wszystko to napeniao j na wp uwiadomion, ale graniczc z upojeniem, rozkosz. Poaniecki za wspomina, jak niegdy jecha tak samo z panem Pawickim do kocioa i jak tak samo dudki i sroki przelatyway przed nimi z drzewa na drzewo. Tylko teraz czu przy sobie to rowe stworzenie, ktre wwczas go raz pierwszy zobaczy, t dawn pann Maryni Pawick. W jednej chwili uprzytomni sobie w myli wszystko, co midzy nimi byo: i pierwsz znajomo, i w czar, jakim go optaa, i dalsze nieporozumienia, i ten dziwny udzia, jaki w ich yciu wzia Litka, i lub, i pniejsze poycie, i wahania si szczcia, i zmiany, jakie pod wpywem tej jasnej duszy w nim zaszy, i dzisiejsze wypogodzenie si ycia. Mia zarazem bogie poczucie, e zo przeszo, e znalaz wicej, ni marzy, i e obecnie mog wprawdzie przyj na niego wszelkiego rodzaju nieszczcia, ale pod wzgldem stosunku z ni ycie stao si ju raz na zawsze pogodne, ogromnie cne, jednoznaczne niemal ze "sub bo", i o tyle soneczniejsze ni dawne, o ile ten widnokrg, ktry ich otacza, soneczniejszy by od miejskiego. Na t myl serce zalewao mu szczcie i mio dla niej. Przyjechawszy do Wtorw odmawia Wieczny odpoczynek za dusz tej matki, ktrej zawdzicza tak on, z nie mniejsz gorliwoci ni sama Marynia. Zdawao mu si, e kocha ten proch, pochowany pod kocioem, takim samym synowskim uczuciem, jak prochy wasnej matki.
Lecz tymczasem zadzwoniono na sum. W kociele znw dawne wspomnienia poczy si Poanieckiemu cisn do myli. Wszystko, co go otaczao, byo takie jakie znane, i chwilami mia zudzenie, e by tu wczoraj. W nawie tak samo peno byo szarych gw chopskich i zapachu tataraku; ten sam ksidz celebrowa przy otarzu, te same gazie brzozy poruszane wiatrem biy od zewntrz w okno - i Poaniecki znw tak samo myla, e wszystko mija - mija ycie, mijaj ble, nadzieje, porywy, mijaj kierunki myli i cae systemy filozofii - a msza po staremu si odprawia, jakby w niej jednej bya wieczysta niepoyto. Now postaci w starym obrazie bya tylko Marynia. Poaniecki spogldajc chwilami na jej spokojn twarz i podniesione ku otarzowi oczy odgadywa, e si modli ca dusz za przysze ich ycie na wsi, wic dostraja si do niej i modli si z ni razem.
Lecz po mszy, na dziedzicu kocielnym otoczyli ich ssiedzi, dawni znajomi pana Pawickiego i Maryni. Pan Pawicki jednak na prno oglda si za pani Jamiszow, albowiem od kilku dni bawia w miecie. Natomiast radca Jamisz wyleczony zupenie z kataru odka, zatem zdrw i odmodzony, wpad na widok Maryni w prawdziwy zapa:
- Jest moja pupilka! - woa caujc jej rce - jest moja gosposia! Jest "zota Marynia"! Aha, wrciy ptaki do starego gniazda. A jakie to zawsze adne! Dalibg, istna panienka, czysty podlotek, a przecie wiem, e jest chopak na wiecie!
Marynia czerwienia si z zadowolenia, lecz w tej chwili zbliyli si pastwo Zazimscy ze swoim szeciorgiem dzieci, a wraz z nimi i pan Gtowski, vulgo "Niedwiadek", dawny nieszczliwy konkurent Maryni i niedoszy zabjca Maszki. Pan Gtowski zbliy si niezgrabnie i z pewnym zmieszaniem, jakby olniony Marynin urod i zdjty alem po szczciu, ktre go omino. Jako i Marynia przywitaa go z pewnym komicznym zakopotaniem, natomiast Poaniecki wycign do niego przyjanie rk ze wspaniaomylnoci tryumfatora i rzek:
- Ot, i ja tu znajduj znajomych jeszcze z lat dziecinnych. Jak si pan ma?
- Po staremu - odpowiedzia pan Gtowski.
A pan Jamisz, ktry by w wybornym humorze, rzek spogldajc przekornie na modego czowieka:
- Ma kopoty z uregulowaniem serwitutw.
Pan Gtowski zmiesza si jeszcze bardziej, gdy caa okolica mwia o tych kopotach. Od lat kilku biedaczysko ledwie dysza na swoim Jabrzykowie. Uregulowanie serwitutw i sprzeda lasu mogy go jeszcze wyprowadzi na rwn drog, c, kiedy w poprzek wszelkim, nieraz ju bliskim zawarcia ukadom, stawa wiecznie jednaki zarzut ze strony jabrzykowskich wspssiadw: "ze pon dziedzic na bioem koniu jedzi, z pistolcw se strzylo i dziewkom w lepia patrzy".
Pan Gtowski, jakkolwiek przywyky od modych lat do rozmaitych wiejskich korowodw, traci jednak czasami cierpliwo i woa z prawdziw rozpacz:
- No, co to - psiakrew! - ma jedno do drugiego! Aeby was najjaniejsze pioruny zatrzasy!
Ale po tak przekonywajcym dictum rajcy jabrzykowscy skadali zwykle now dojrza narad i po statecznym rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw owiadczali znw, drapic si w potylice, e wszystko byoby dobrze:
"ino ze pon dziedzic na bioem koniu jedzi, z pistolcw se strzylo i dziewkom... etc."
Ale tymczasem Marynia, ktra do pana Jamisza miaa takie przywizanie jak do czowieka z rodziny, dowiedziawszy si, e jest somianym wdowcem, zaprosia go na obiad. Niespodzianie jednak pan Pawicki, zy, e nie znalaz w Wtorach pani radczyni, a razem pomny dawnych niedzielnych partyjek z "Gtosiem", zaprosi i "Gtosia" - wskutek czego Poanieccy wyruszyli naprzd i bardzo piesznie, aby Marynia miaa czas wyda odpowiednie rozporzdzenia. Za nimi zabra si pan Pawicki z radc, Gtowski za pocign na ostatku na swojej bryczce, zaprzonej w chud jabrzykowsk fornalk.
Po drodze pan Pawicki rzek do radcy Jamisza:
- Nie mog powiedzie!... Crka moja jest szczliwa. On jest dobry czowiek i energiczna sztuka, ale...
- Ale co? - zapyta pan Jamisz.
- Ale narwany! Pamitasz ssiad, e on mnie tak przycisn o jakie marne dwadziecia tysicy rubli, e musiaem sprzeda Krzemie. A potem co? Potem odkupi ten sam Krzemie... Gdyby za by mnie nie przyciska, nie potrzebowaby kupowa Krzemienia, bo wziby go darmo po mojej mierci za Maryni. Dobry czowiek, ale tu... (i mwic to pan Pawicki stukn si palcem w czoo)... szumi jeszcze! Co prawda, to nie grzech!
- Hm! - odpowiedzia radca Jamisz nie chcc panu Pawickiemu czyni przykroci uwag, e gdyby Krzemie pozosta duej w jego rkach, to by nic nie pozostao z Krzemienia.
Pan Pawicki za westchn i rzek:
- A dla mnie na staro nowy trud, bo i teraz wszystko tam musi pj moj gow.
Pan Jamisz z trudnoci powstrzyma okrzyk: "Nieche Bg broni!" zna jednak Poanieckiego o tyle, i wiedzia, e naprawd nie ma niebezpieczestwa. Pan Pawicki te sam nie bardzo wierzy w to, co mwi, zicia si troch ba i rozumia dobrze, e teraz wanie wszystko pjdzie inn gow.
Tak rozmawiajc zajechali przed ganek; Marynia, ktra ju zarzdzia, co byo potrzeba do obiadu, przyja ich ze Stasiem na rku.
- Chciaam panu przedstawi syna, nim sidziemy do stou - rzeka - duy syn! ogromny syn! grzeczny syn!
I w takt do tych sw pocza go huta w stron pana Jamisza, pan Jamisz za dotkn palcami Stasiowego policzka, na co "grzeczny syn" naprzd skrzywi si, potem umiechn i wyda nagle okrzyk, ktry dla badaczy "ezoterycznej mowy" mg mie zapewne wyjtkowo doniose znaczenie, ale dla zwykego ucha dziwnie przypomina skrzek sroki lub papu.
Tymczasem nadjecha pan Gtowski i powiesiwszy okrycie w sieni na koku, szuka w nim wanie chustki do nosa, gdy dziwnym wypadkiem Rozulka, niania Stasiowa, znalaza si take w sieni i zbliywszy si do pana Gtowskiego, naprzd podja go pod nogi, a potem pocaowaa w rk.
- Ano, jak si masz! jak si masz! A co powiesz? - spyta dziedzic Jabrzykowa.
- Nic! chciaam si ino pokoni - odrzeka pokornie Rozulka.
Pan Gtowski przechyli si nieco w bok i pocz szuka czego palcami w kieszeni od kamizelki, lecz ona widocznie przysza si tylko pokoni dawnemu dziedzicowi, bo nie czekajc na datek pocaowaa go znw w rk i odesza cicho do dziecinnego pokoju.
Pan Gtowski za ruszy z gst min do reszty towarzystwa podpiewujc sobie basem:
- Um-dry-dry! Um-dry-dry! Um-dramta-ta!!!
Po czym siedli wszyscy do stou i rozpocza si rozmowa o powrocie pastwa Poanieckich na wie. Pan Jamisz, ktry sam przez si by czek inteligentny, a jako radca, musia by z urzdu mdry i wymowny, zwrci si do Poanieckiego i mwi, co nastpuje:
- Pan przychodzisz na wie bez znajomoci gospodarstwa, ale z tym, czego ogowi naszych ziemian gwnie brak, bo ze znajomoci administracji i z kapitaem. Dlatego ufam i jestem pewien, e nie wyjdziesz le na Krzemieniu. Powrt wasz to wielka rado dla mnie, nie tylko ze wzgldu na was i na t moj kochan uczennic, ale e to zarazem dowd na to, co ja zawsze mwi i twierdz, i wikszo nas starych musi wyj z ziemi, synowie jednak nasi, a jeli nie synowie, to wnuki - wrc. I wrc tsi, bardziej wyrobieni w yciowej walce, z rachunkiem w gowie, z tradycj pracy. Pamitasz pan, com ci niegdy mwi, e ziemia cignie i e ona jedna jest prawdziwym bogactwem. Pan wwczas mi zaprzeczae, a dzi - patrz - jeste wacicielem Krzemienia.
- To przez ni i dla niej - odpowiedzia wskazujc na on Poaniecki.
- Przez ni i dla niej! - powtrzy radca. - A mylisz pan, e w mojej teorii nie ma miejsca dla kobiet i e ja nie wiem, co one warte? One sercem i sumieniem zgaduj; gdzie jest prawdziwy obowizek, i sercem popychaj do niego. A prawdziwy obowizek, rwnie jak prawdziwe bogactwo to ziemia.
Tu pan Jamisz, ktry na obraz i podobiestwo wielu radcw mia t sabo, e si sam lubi sucha, przymkn oczy, eby si sysze jeszcze lepiej, i mwi dalej:
- Tak! wrcie przez on! Tak, to jej zasuga! i bodaj nam si takie kobiety na kamieniu rodziy; ale swoj drog, wycie wyszli z ziemi i dlatego ziemia was przycigna. My wszyscy powinnimy si naprawd piecztowa pugiem! I powiem wam jeszcze, e to nie tylko wrci pan Stanisaw Poaniecki, nie tylko pani Maria Poaniecka - to wrcia rodzina Poanieckich, bo si w niej odezwa instynkt caych pokole, ktre z gleby wyrosy i ktrych prochy t gleb uyniaj.
To rzekszy pan Jamisz podnis si i wziwszy kieliszek zawoa:
- W rce pani Poanieckiej, zdrowie rodziny Poanieckich!...
- Zdrowie rodziny Poanieckich! - zakrzykn pan Gtowski, ktry majc serce czue na wymow gotw by przebaczy w tej chwili rodzinie Poanieckich wszystkie serdeczne mki, jakie z jej powodu przeszed.
I wszyscy udali si z kieliszkami do pani Maryni, ktra dzikowaa wzruszona, Poanieckiemu za, gdy si do niej zbliy, szepna:
- Aj, Stachu, jaka ja szczliwa!
Lecz gdy cae towarzystwo znalazo si znowu za stoem, pan Pawicki doda ze swej strony:
- Trzyma si ziemi do ostatka - oto, co cae ycie gosiem!
- Bo pewno! - potwierdzi pan Gtowski.
Ale w duszy pomyla:
"eby tylko nie te psiekrwie, korowody!"
A w tyme czasie, w dziecinnym pokoju, Rozula piewaa do snu maemu Stasiowi smutn wiejsk piosenk:
Niescliwe te pokoje,
Oj, Jasieku mj!...
Po obiedzie gocie poczli si zabiera, ale pan Pawicki zatrzyma ich na "partyjk", tak e wyjechali dopiero pod zachd. Wwczas Poanieccy, nacieszywszy si naprzd ze Stasiem, wyszli na werend i dalej do ogrodu, albowiem wieczr czyni si cichy i pogodny. Wszystko, co im przypominao ow pierwsz niedziel, ktr tu spdzili razem, wydawao si im jak jaki sen cudny i sodki, a tego rodzaju wspomnie byo tu na kadym kroku bez liku. Soce zniao si tak samo wielkie i promienne, drzewa stay nieporuszone w wieczornej cisy czerwienic si na czubach od zorzy; z drugiej strony domu klekotay tak samo na gniedzie bociany; ten sam by nastrj - kojcy i nieszporny. Oni poczli chodzi wszdzie, przebiega wszystkie aleje, zblia si do sztachet, patrze na pola gince w oddaleniu, na ciemne pasma lasw zamykajce widnokrg, i mwi sobie rzeczy ciche, a zarazem tak spokojne, jak spokojny by w wieczr. To wszystko, co ich otaczao, to mia by ich wiat. Oboje czuli, e ta wie bierze ich w siebie, e poczyna si zawizywa jaki stosunek midzy ni a nimi i e odtd ycie musi im spyn tu, a nie gdzie indziej - pracowite, oddane "subie boej", z ludem - na roli.
Gdy soce zaszo, wrcili na werend, lecz jak niegdy tak i teraz pozostali jeszcze na niej, by si zupenego mroku doczeka. Tylko dawniej Marynia trzymaa si daleko od Poanieckiego, a teraz przytulia si cakiem do jego boku i po chwili milczenia rzeka:
- Bdzie nam tu ze sob dobrze, Stachu - prawda?
A on obj j mocno, tak aby j czu przy samym sercu, i pocz powtarza:
- Moja kochana! moja bardzo kochana!...
Tymczasem sponad spowitych w tumany olszyn podnis si rumiany ksiyc - i aby w stawach zwiedziawszy si ju widocznie, e wrcia ta panienka, ktr niegdy tak czsto widyway nad brzegiem, ozway si wrd wieczornej ciszy jednym wielkim chrem:
- Rade! rade! rade! rade!...
I odtd poczo si obojgu snu ycie, nie wolne od trosk, ale w ktrym byo jednak wicej miodu ni piounu.
Autor za niniejszej ksiki pi w mid - moc wyobrani.
