Stefan eromski
Popioy
Tom I

 W grach
Ogary poszy w las.

Echo ich grania sabo coraz bardziej, a wreszcie utono w milczeniu lenym. Zdawao si chwilami, e niky dwugos jeszcze brzmi w boru, nie wiedzie gdzie, to jakby od strony Samsonowskich lasw, od Klonowej, od Bukowej, od Strawczanej, to znowu jakby od Jeleniowskiej Gry... Gdy powiew wiatru nacicha, wynurzaa si cisza bezdenna i nieobjta na podobiestwo bkitu nieba spomidzy obokw i wwczas nie sycha byo nic a nic.

Naok stay jody ze spaszczonymi szczytami jakoby wiee strzeliste, nie wyprowadzone do samego krzya. Ich pnie sinawe janiay w mroku. Mchy stare zwisay z olbrzymich gazi. Wrsszy midzy gazy, w niezmiern awic skalisk a do gruntowej posady serdecznym korzeniem, wszczepiajc pazury pobocznych skrtw w kady zuchelek ziemi i wysysajc kad kropl wilgoci, wielkie jedle chwiay krlewskie swe szczyty w przecigu niejednego ju wieku pomidzy mgami ysicy. Tu i owdzie staa samotnica, ktrej gazie uschy i sterczay jak szczeble obcite toporem. Sam tylko jej wierzchoek jasnozielony, z szyszkami w gr wzniesionymi, niby gniazdo bocianie, buja nad przestworem: Gazie wierkw, na ktrych leaa cika pociel niegowa, zwieszone ku ziemi powyginay si w pak. Te wycignite zewszd, z bliska i z daleka, kosmate apy w biaych oponach, wyoone jak gdyby perow macic, zdaway si czai i czyha. Radosna zielono najmodszych, kocowych igie janiaa niby wysunite pazury. Co chwila, ulegajc wasnemu ciarowi, czue na kade westchnienie wiatru, sypay si puchy niegowych owaw i giny w podcielisku na ziemi tak bez ladu jak krople deszczu w toni jeziora. Ze szczytw zlatywa pyek ledwie dostrzegalny, tak lekki, e sta dugo w powietrzu migocc swymi krysztay, nim spyn ku ziemi.

Okoo poudnia agodna odwil pocza rozgrzewa niegi. Wskro bladoniebieskiego przestworu pyny biae oboki, przeniknite od blasku soca. Na najwyszych, krzyowych spawach wierkw stopniay ld zamienia si na olbrzymie krople, ktre w ciemnej zieleni igie wieciy jak wielkie diamenty. Tam i sam dugi sopel, zwisajc ze zdrewniaego mchu, z kory popkanej i chropawej, miota snopy zimnych iskier. Niej, pod niadym cieniem gazi by dawniejszy, ranny chd. Niektre mode rsioki, w sobie czerwonobrunatne, a tawe u szczytu, zgite pod nadmiernym ciarem niegu, trzymay wysokie gowy u samej ziemi nie mogc oderwa od niej przymarzych gazi. Gdzie indziej sterczay wykroty pniw wysiepanych z ziemi przez srogie witokrzyskie wichry, tworzc pod zaspami strachem zionce pieczary.

Rafa, plecami oparty o pie grubego buka, sta bez ruchu i nasuchiwa.

Nad sob i przed oczyma mia tgie, powykrcane, obmarze gazie o barwie uski okonia. Cienkie, stalowe rzgi byy nieruchome, a wielki niat, ze skrtami i kbami jak wyprone minie czowieka, zda si by duchem mrozu. Olbrzymi buk sta samotny, twardy i zimny, jakby nie nalea do drzew. Krl na ysicy! Nie dr przed wiatrem jego gazie, pie si nie schyla. Rozoysty, nad lasy wyniesiony wierzchoek patrzy si z wadczego cypliska w szerokie niziny na pnoc i na poudnie; oglda si po grach jednoramiennych. Pustki wszdy, niwki, wsie.:. Daleko, za ostatnim wzgrzem acucha, za Strn, cign si w poprzek role, a do Kraj na, a na szczyt gry Kamienia. Odwieczny buk pamita za wiosen swej modoci br nierozdarty w nizinie Wilkowa, Ciekot, Brzezinek, po grach a ku Kielcom. Zginy za jego ywota pod siekier dbrowy, oschy midzy dziakami chopskiej nowiny mokre, zakise, nieprzebyte gozdy, z ktrych si wieczne wody sczyy. Tam gdzie kosmaty rsiok wiekami rs i gni-wiatr po badylach wiszcze. Poanki rl wary si w sam kniej, liszajem pezn w strzpy jej paszcza, z roku na rok wdzieraj si wyej a popod szczyty zawalone gazami Psar, Radostowej... Wysycha u stp grskich nieciecz, drzew ywicielka, zostaje grunt czerwony i szczerzy si kamieniami pod socem. Tylko jaowiec osania jego nago i rany. Ju coraz rzadziej niedwied ociera si kudatym ciaem o pie starego buka; coraz rzadziej przychodzi ni w cieniu jego gazi wielkorogi jele  i wilk-kobylarz nie tak czsto czatuje tutaj na dropiate jagnitka ani. Ju nie wiszcz ponad konarami skrzyda orowe i sp tylko kiedy niekiedy przylata popatrze z wierzchoka w zgrozie i gniewie na zniweczon dziedzin.

Wbrew srogim myliwskim zasadom Rafa zeszed by ze stanowiska i chykiem dotar do szczytu gry. Przez chwil sta tam u wejcia na gooborze i, przejty guch trwog, patrza w to miejsce, gdzie wiedmy, strzygi, bdnice zlatuj si o pnocku i gdzie si ukazuje sam Zy. Gadkie boki olbrzymich zomw kwarcytu iskrzyy si w socu ziarnistym szkliwem, jakby sam mrz. Obmarze kije, sterczce spod niegu, byy podobne do broni wykutej z krysztau. Stare jody rzucay cie na poow urwiska.

Wrciwszy na swe miejsce mody myliwiec wyty such... Gdy go do ostatniej granicy na zwiady posa, udzio mu si, e i las z nim razem sucha. Cisza bya wci ta sama, gboka, gboka, zaiste niezgruntowana...

Ale oto z kracw lenych wypyn gnuny powiew, ze snu twardego obudzony szept, tchnienie rzewne, przecige dugo wstrzymywanego oddechu puszcz ysogrskich. Szczyty drzew pochylay si przed nim jakby we czci, gdy pyn w bory w piew niewysowiony. Brzmienie jego, ledwo wydobyte z nicoci, jak paczem cichym zdradzone wyznanie wzrusze przedwiecznych, jako jk bez nadziei, szo z samotni lenych p wtre, po trzecie i, sczc si cichymi odcieniami dwikw, nicestwiao w otchani. Zdao si, e ten piew zaklty, mieszkajcy w drzewach, co wypomina, e woa... W jasnym powietrzu, midzy zielonymi kpami igie pyn pod niebem. Knieja obejmowaa go tajemniczym ramieniem swoim, puszcza go znowu braa, matka rodzona, puszcza  dusza praojcowsk, puszcza  siostra-mionica. Zamiera jak westchnienie w aosny wist-powist... Gdzie zamiera?

Moe na zburzyszczu wysokich ska, ktre si po odejciu fal i pian morza rozpady w rumowie gazw mchami rudymi porose... Moe w kolisku dbowych pniw, do gruntu zmurszaych, ktre zwart stra otaczaj prochy z przyciesi witej kontyny, gdzie przed wiekami Pogoda askawie przyjmowaa obiaty... Moe na czole kamiennym, na twardych piersiach boyszcza Lelum-Polelum, ktre pi w dole nieznanym, mchem tysica zim i tysica wiosen okryte, i spa bdzie nikomu nie znane na wieki wiekw... Moe w tropach wiecznego jelenia, ktry midzy rogami nosi po lasach drzewo krzya witego, a ukazuje si ludziom raz na sto lat...

Kiedy nadcigaa z daleka owa pie lasw, zdao si Rafaowi, e pyn bdzie przez jego ciao tak samo jak przez drzewa. Zapomina wwczas, gdzie jest i co si z nim dzieje. Snuy si w nim wspomnienia nieujte, niedotykalne, zamglone, przedziwnie ebrzce o pami. By daleko od tego miejsca, nie pod szczytem ysicy, na stanowisku. By w ogrodzie swego dziecistwa. Tajaa kra i oki wszystkiego, co rzeczywiste... Ogrd zapomniany, na tyach starego dworu. Rozoyste jabonie z pniami w pewnych miejscach zwonymi od dawnych szczepie, jak butle. Pki, bukiety rowych kwiatw... Bujny agrest, gste porzeczki obrosy kad droyn. Nad wysokimi trawami, ktre jeszcze powleka kroplista rosa, wznosz si nienobiae dziewicze drzewka winiowe. Zda si, e to chmurki wiosenne, oboczki ranne z kracw nieba a tu przyegloway i midzy wysokimi topolami, midzy starymi parkany bezradnie osiady. Brzcz pszczoy, osy, muchy, napeniaj cay sad gwarem, a serce dla niewiadomej przyczyny czci i groz. Och, jake mio, jak radonie w tym cienistym sadzie rodzinnego domu! Za drzewami owocowymi cign si niedostpne zarola, gaje wiktw i rokiciny. Na kpach, wrd zapleniaej wody, strasz oczy kudate wierzby o pniach sprchniaych i lesie bujnych prtw, olchy smutne, czarne z krwawymi odziemkami. aby kumkaj w wodzie lnicej grzybieniem i skrzekiem, a niezliczone ptaki pogwizduj. Szmer lici, pogwar owadw i ledwie dajce si uj przyciszone szepty, szmery, syki, ledwie dajce si ciaem wyczu westchnienia czy ciche jki, jakoby mrowienie i echtanie przechodzi w poprzek i wzdu.:. May chopczyk, gaduka zdrowy, szczliwy, wes i rozpiewany, biegnie ciekami tego ogrodu. Skacze u ng ojca nioscego nabit strzelb i dba o to tylko, eby w rosach ng nie zamoczy. Tu rzuca mu si w oczy biedronka pezajca po mokrym liciu, tam limak zaczernia w biaej rosie; promie soca pad na psowy kielich tulipana, wieo rozkwity tego poranka... Cicho, cicho... W gszczach rozlega si sodki i wesoy jak sama wiosna, jak dusza dziecica, gos wiwilgi. Wtem z oskotem piorunu wybucha strza i huczy w drzewach. Serce drtwieje i staje w biegu. Radosne ciao cae dry... Z wyyny wizu rosncego w kcie ogrodu spada trzepocc skrzydami zotolita wiwilga i broczy krwi mokre trawy. Ach, jeszcze wida jej otwarty dzib i straszne, przeraliwe oczy! Sycha jej seplenicy syk, zdawiony, gdy po ni chciwie rk wycign. I nagy w strach! Nagy, przeszywajcy strach, rado, zemsta, rozkosz i niewysowiony dziecicy bl. Trzepie si ptak i miota z boku na bok. Wstaje na nogi... Oczy jego zmtniay, kilkakro wytyy si jeszcze. Patrz. Co je zamazao, zawleko...

Kiedy to byo i gdzie? Czy byy naprawd, czy mu si niy tylko te okrutne ptasie oczy, wbite w pami jak gwodzie wbite w rany, ktre na samym pocztku ycia istniej?

Ale oto cisza nastaje, a pospou z ni, niby chmurki w wyynie, inne przepywaj widzenia.

Las ciemny, srogi, owietlony blaskiem ksiyca. Ogromne niegi na nim le, na czarnym lesie. Dzwoni janczary i echo ich odbija si w kniei jak zuchwae wzywanie do boju. Ksiyc w zimnym przestworze krluje. renice nie mog oderwa si od jego tarczy i przedziwne szepty, psowa, wreszcie jakie wyrazy pyn do niego z piersi. To .bezlitosne wiato woa ku sobie, wciga na wysoko ku sodkiej harmonii, ku rozkosznym, jako ta lena, melodiom... Ojciec lubi tamtdy jedzi, drog "na las", mao znan. W tych ostpach wczyy si stada wilkw. Tote gdy wjedano w pospne gszcze drzew zwartych, podsypywano prochu na panewki dwu flint i dobywao si zza pasa podwjne pistolety. Sycha jeszcze szept modlitw matki... Dreszcz zimny do szpiku przejmuje i niby czyje skostniae palce podnosi wosy na gowie. Janczary rzegocz coraz goniej, coraz goniej, im dalej w kniej; wreszcie, zda si, e bij jak dzwony. Cztery konie mkn drog, ktrej nie przetara sanica. Od uderze kopyt rozpryskuj si zadmy niegu, jak gry pytlowej mki. Kiedy niekiedy co pod saniami trzaska. W lesie sycha niepojte gosy... Cay br wre i huczy od echa janczarw. A oto w pewnym miejscu zasona wierkw na krtko si rozchyla: z wskiej lenej polanki wida gr, a na niej poszczerbione ruiny. Ksiyc owietla nieg i ld, ktry na gzymsach zburzonych cian, na krawdziach wybitych okien ley.

To ruiny ariaskiego kocioa.

Jaki dziwny, niespodziewany al!...

Gdzie jest ten dzie, gdzie si na wieki zosta?...

A ta wiosenka... Po witach Wielkiejnocy powrt z rodzicami od krewnych do domu. Jad t sam drog. Wolno wlecze si bryka po korzeniach i ciemnych bagnach szlaku. Naok las gsty, mokry, dymicy si od pary. Wszdzie w mroku poddrzewnym Lni stojca woda. Olizge, czarne kije ze zgniymi gaziami le w ciemnych bajorach drogi. I oto znowu ruiny ukazuj si na grze. Konie wstrzymano i rodzice pozwalaj dzieciom wej na szczyt wzgrza. Brat starszy i siostry biegn na wycigi...

Niegdy wdzieraa si na t gr szeroka jezdna droga dla landar, bryk, kutych wozw, ale ju i na niej sosny wyrosy. W kolejach stoj grube wierki, na zakrtach stany jody stuletnie, z przykopy biegncej rodkiem strzeliy biaopienne brzozy. Las zamkn dostp do ruin, wzi w posiadanie, co we weszo, i na powrt sta si sob. Ju ani okien, ani drzwi. Nikt nie strzee wykltej wityni, oprcz wysokich kp ostu. Dzika ra po nagich skarpach peza z wysoka i wyciga kolczaste, ebracze badyle. W tym miejscu, gdzie moe by otarz, gdzie oczy wyznawcw szukay widomego znaku  czarny szkielet jeyny. Niestrudzona woda gryzie ceg i kamie, a mech rozsypane ich prochy grzebie pod sob. Na zewntrz murw, w gbi wityki i w lesie jakie mnstwo podlaszczek! Ubogie kwiatuszki, siwe biedotki lene, s jakby kroplami bladego nieba pnocnej wiosny, ktre spady z wysoka na ziemi i rozprysy si w ksztat kwiatka. Jaka rozkosz, jaka tajemnicza, niedostpna rozkosz  niby w las... A jakie co drapiene, bolesne, olizge od deszczw i straszliwe od echa kadego kroku w tej ruinie kocioa! Co w niej jest, co pacze i woa z ziemi za odchodzcym dzieckiem? Oczy nie mog si z ni rozsta i nogi nie mog odej. Zerwane kwiecie z rk wylatuje i w uszach odzywa si jak gdyby syk seplenicy wiwilgi zabitej w ogrodzie...

Nagy, daleki, jadowity gos drgn w lasach. Za pierwszym ozwa si drugi, rzewny i czysty niby miszy tenor. Rafa ockn si jak ze snu i machinalnie dwign strzelb do twarzy. Po chwili oprzytomnia i napastnicze oczy w las wlepi. Pierzchy marzenia. Soce przypiekao, wzmogy si powiewy ciepego wiatru i ze wszystkich drzew leciay raz w raz na ziemi ogromne paty lepkiego niegu.

 Psy goni...  szepn do siebie.

W istocie sycha ju byo dwik dwu gosw, Niemna i Wisy, ale tak daleko, gdzie w ciepej kniei, na poudniowym stoku acucha gr, e tylko mode ucho mogo rozrni to granie. Echo pyno z wolna, jakby w znueniu, ale zbliao si cigle. Nim jedno kracw lenych dosigo, ju pyn w pocigu rzewy huk niby muzyka zowroga, pena dzikiego czaru, gwatu i siy. Mody mczyzna obejrza starannie panewk swej broni, troskliwie pryjrza si suchym i lnicym ziarenkom prochu: Zaczai si i cay przeistoczy w narzdzie mierci. Tsknota, jaka mogaby zdusi ycie; osiada w jego oczach i zmienia je we dwa pociski. Serce gono bio w piersiach i kadym uderzeniem zdao si rwnie czatowa.

Psy nadcigay bliej; bliej... Ju mona byo rozrni same gosy.

W pewnej chwili od szczytu gry da si sysze tpy, jednostajny, rytmiczny odgos biegu  duch-duch, duch-duch.... Serce w suchajcym zamaro i ustao. Trzasa w pobliu gazka. Przez chwil gciej, obficiej nieg si posypa... Oto spomidzy zaroli modej wierczyny wysuno si stado sarn, a na ich czele szed z wysunit gow ciemnoorzechowy rogacz. Rafa wzi go na oko, przycisn kolb do szczki i pooy palec na cynglu. W tej samej chwili sarn stan. Przedni lew nog podnis, odwrci liczn gow z rokami i uwanie nasuchiwa. Z caego stadka para sza .gsta.

Na komor...  marzy Rafa kierujc luf pod przedni opatk koza.

Nagle olbrzymia czapa mokrego niegu runa na jego rce, twarz, kolb i panewk. Pocign za cyngiel. Krzemie sucho trzasn; ale iskra nie zapalia zmoczonego prochu. Gdy modzieniec przetar oczy, ujrza ju tylko sarnie nogi, wytone jak stalowe spryny, i biae ich "talerze". Przesadziy najwysze stojce szczyty chojakw i zniky. Tylko te szczyty zielone i gitkie jeszcze dugo dray i kiway si, a nieg lecia niespokojnie z potrconych gazi.

Ujrzawszy, e znowu jest sam na tym miejscu, gdzie przed sekund odbyo si co jak misterium tajemne, Rafa ze wciekoci cisn strzelb w zarola, a sam run na ziemi duszc si od kania.

Ocuci go strza, po nim drugi. Jak gromy rozlegy si i dugo huczay w lesie. Po ostatnim dao si sysze z dou, w poowie wysokoci grskiej, nawoywanie:

 Na-hohoho! Na-hoho! Na-hoho!

Psy uciy. Zaraz potem drugi gos, bliszy Rafaa, odpowiedzia jednokrotnie tym samym sposobem.

Mody myliwiec jeszcze przez czas pewien lea na ziemi, pkajc ze zoci: Po chwili jednak zerwa si na rwne nogi, strzepn nieg z siebie, odszuka w krzakach pojedynk. Wytar oczy i, na podobiestwo sarn skaczc przez choiny, pomkn na d.

W odlegoci kilkuset krokw sta nad zabitym rogaczem ogromny chop w krtkiej brunatnej sukmanie i oglda uwanie swoj ma fuzyjk.

 Zabilicie, Kasper!  szepn Rafa zdyszany od biegu.

 Ij... tak mi si ta nawin... Sam nawet nie wiem, jako to by mogo. Mylaem se, e tego kozieka to przecie janie panicz pooy.

 A kiedy nie wyszy na mnie... -rzek Rafa, czerwony jak burak.

 O, hery! Widzicie wy, moi ludzie... A na to miejsce przecie wag miay. Nie wyszy, i pokj! A ju ta pod tym bukiem niejeden wygarn. Czasem to tam nawet duej przystan i wezm szuka wrzosu abo chwyc wargami, ile zdol, modych koniuszkw jedli. Poszy, sobacze, bokiem...  mwi stary wyga wlepiajc z jawnym miechem w modzieca swe wypeze oczy.

W tej samej chwili jeszcze raz odezwa si w dole niecierpliwy gos:

 Na-hoho!

 O, nasz pan woa! -z trwog mrukn Kacper. -Chodwa.  A c zrobicie z rogaczem?

 Trza go bra na rami tytego konia!...

Zabity sarn, trafiony w samo serce, lea martwy. Dokoa niego zamrz odtaja i krople wody sczyy si ze wierkowych gazi. Pyszna jego gowa, rzucona bezwadnie, patrzaa w Rafaa umarymi oczyma. Modzieniec uczu nagle poryw wciekoci, chwyci za kordelas, ktry mia przy sobie, i byby zada zdechemu zwierzciu cios jeszcze jeden, ale ju strzelec podsadza si pod nie. Dowlk rogacza do ssiednich wykrotw, dwign go w gr i, ujwszy rkoma po dwie jego nogi, zarzuci sobie na plecy to brzemi ze zdumiewajc si. Poszli na d. Co chwila nogi ich zapaday w szczeliny midzy zomami bry kamiennych, w rumowiska stoku gry pod mchem ukryte. Rozwalali zgnie pnie, mikkie jak ciasto, o prchnie rudozielonym od pleni. Skomlenie psw w zagajnikach na dole wskazywao im drog. Rafa, wielkimi kroki postpujcy przodem, ujrza wreszcie wuja. Chudy szlachcic, niewielkiego wzrostu, siedzia w kucki nad sarn i patroszy j. Skrwawionymi rkoma wyrywa dymice jeszcze wntrznoci i ciska psom. Gdy nadeszli, pan Nardzewski obejrza si zowrogo na strzelca, zmierzy okiem rogacza i z lekka seplenicym gosem zauway:

 To, kundlu, koza musia dla siebie zostawi...  Ale bo...

 Nie wiedziae; prawda? e ja tu czekam na stanowisku. Gdzieby ty o takich rzeczach mg pamita! ebym ja kozy po tobie strzela, chamska szyjo!

 Ale bo szy jakosi krzywo...

 Krzywo szy od buka!... esz!

 Jeszcze, rzek, psiedusze wiatr owieje. Wiatr szed od Klonowa, akuratnie. Takem se ozmyla...

 Jak ja ci dam ozmylanie, to si nogami nakryjesz! Kad koza! A c ty, Rafciu, jako nic nie niesiesz z ysicy? askawie zwrci si do siostrzeca.

 Nie wyszy na mnie. Syszaem tylko, e wal za drzewami, a ziemia stkaa.

 Ts... Nie przeszy koo wielkiego buka... Syszane rzeczy!... Patrosz...  mrukn do strzelca.

Gdy ten otwiera may skadany koziczek wiszcy u jego pasa na rzemyku, Nardzewski spyta go opryskliwie:

 Skde strzela?

 A spod znaczonej jedli, kajetu sta. Wylaz mi sarn pod luf, jakby go tam pastuch przygna. Jeszcze ta bya cita jedla, okrzesana, to se stan, ma-li skoczy.

 Skde si tam wzia jedla okrzesana?

 Skd jedla? A to j, wielmony panie, ci ten chop z Porbek, co to z Miemcem mia spraw.

 Nic nie wiem o adnym Niemcu ani o sprawie.  O, dy to we wszystkich, we wsiach gadaj.

 No, to i ty gadaj, kiedy wszyscy.

 Dobrze. To tak byo, eby to z koca... Przyjecha chop z Porbek, Jamrozek ma na przezwisko, par koni doskonaych i goym wozem, e to tylko koa byy i ozwora, w sam szczyt ysicy po such jedl, eby ta ju bya dobra jedla, smolna, we wiatrach wysuszona. Robi krbki na sl-to mu potrza suchego drzewa. No, dobrze. ci on se jedlic tyl co wiea na witym Krzyu, odziaba wszystkie gazie precz, jak si patrzy. Ma se kloc tylony, e byby z niego wa do myna. Wzieni mj Jamrozek rozsunli wz jak najduej, e si polednie koa ino-ino trzymay za ozwor, sworze se wyrychtowali, eby zatka, patrz, a tu z krzakw wyazi dozorca leny. Odzienie na nim zielone, na gowie ma skopeczek z jakimsi guzikiem, w rku strzelba. Spojrza ino raz na Jamrozka, tram opatrzy, wymierzy go jakimsi tym okciem i zacz pisa na papierze. Jak skoczy, dopiero zacz gada do chopa niby po naszemu, ale jakosi frymunie. Chop zdj czapk; drapie si... Myli se: "le!" Wzi do niego Miemiec szwargota z polska, a wreszcie zawrzasn:

"Marsz do Supia!"

No, dobrze. Chop wdzia czapk, okiezna konie i pojecha z gry t drk, co ta idzie nad strug ku Porbkom. Miemiec szed przy wozie, sapa i fajk kurzy. Jak wyszli z lasu, s ta poanki wykarczowane, a id z pieca na eb po grze jeden za drugim. Jamrozek zdjli czapk, pokonili si i pedaj:

"Nieche ta wielemozny pan feter daruj..."

Miemiec swoje:

"Marsz do Supia!"

A no pojechali znowu noga za nog miedzami abo i prosto bez pola. Ujechali kawaek drogi, chop zdj czapk i gada: "Nieche ta cho wielemozny pan feter wlez na wz, bo tak to na jutro na rano do Supi nie zajedziewa."

Miemiec se pomyla, wytrzsn faj i siad na wz. Polednie koa byy kawa od przodka. Wzi si pluder za konice, trzyma si krzepko, za obie. Jamrozek to samo wleli na przodek, kulasy postawili na orczyki i zacili szkapska, ale tak, eby przecie poczuy. Ale c ta mieli jecha "do Supia" drog?  poszli na przeaj, a potem na ukos bez rol, po zagonach, po skibach. Wziy polednie koa tycowa na prawo, na lewo, pra z zagona w zagon, z przykopy w przykop. Miemiec si trzyma garciami, wrzeszczy. Chop nic, jedzie, kaj mu kazali... Co si ma oglda? Ino sprzaj zacina... A jak ta konie poszy co duchu, jak tylne koa wytn w skib czy ta w kamie... Jakosi si Miemiec uciszy.

 Jak to uciszy si?  pyta Rafa.

 A ja sam tego nie wiem, bo si ta i oni, cho i Jamrozek, nie ogldali. Myleli se: "Co mi do tego? Kaza pan feter jecha, to jad. I pokj." Dopiero, jak ju w Porbki wjechali, we wie, obejrzeli si: nie masz Miemca. Zamartwili si. "Ale, pedaj, noc sza  cem ta mia robi?..."

 Kt Niemca znalaz?  spyta Nardzewski agodniejszym gosem, puszczajc kby dymu z krtkiej fajeczki.

 A musi go kto znalaz, bo cigiem po lasach azi. Kwardy.  Dobrze wam tak, pode chamy!  mrukn szlachcic-cay bycie las wycili!

 Ij, wielmony panie, kt ta tyli las wytnie? Nie byo nas, by las, nie bdzie nas, to samo las na ysicy bdzie. Jak wiat wiatem ludzie ze sol jedz. Trza j w krbkach trzyma. Zawdy ludzie krbki robili, jedle na nie cinali, a las stoi. A c ta dopiero za prawo ma do niego taki pluder! Las je krlewski. Starostwo je i pokj. Tu my takie stada dzikw gonili, jelenie my poszyli z Lisowskich lasw a po Siekierno... Ile razy ja tu na ysicy niedwiedzia widzia, jakem jeszcze by maym berbeciem! Aby to jest dwierz piekny  niedwied. Abo jele... Mocny Boe! Jak rogi pooy po sobie, jak lasem pjdzie  okropnie pieknie patrze! Aby tylko na witego nie trafi... Panie, zachowaje te...

 Jak to na witego?  dopytywa si Rafa.

 A to wida paniczek nie wie o naszym jeleniu...-mrukn strzelec niechtnie.

 Nie wie, skoro si pyta  rzek Nardzewski.  Ludzie gadaj tacy, co widzieli...

 Ktry widzia?

 A akomiec widzieli. Powiadaj to samo o starym Szafracu, co mia ze sto lat abo wicej, e go to samo lepiami widzieli.

 Jake to byo?

Chop spoglda pospnie i zwleka.

 akomiec nama gadali i zaprzysigli si. Wyli, pedaj, ze swoj fuzyjczyn i stanli na stanowisku, jak ogary pana krajczego Olchowskiego...

 Aha...  wtrci Nardzewski.

 No, przecie nie ja sta, ino oni, cho ta ju na Boskim sdzie, Panie wie... Stoj se oto pode drzewem z cicha i czekaj. Ae sysz: duch-duch! Idzie. A dzie by wietrzny, ciemny. Idzie na d po kamieniach, a przed nim jakiesi wiato, tak jakby do dnia pod zim, kiej sonie z lasu wychodzi. Zda im si pojrze ku niemu: widz, idzie wolnego jele stary, wielki jak ko cugowy i okropnie piekny. Rogi pooy... Wzieni go na oko, a prosto w eb. Dopiero co si nie dzieje!... Trzymaj kolb przy pysku i nie widz jelenia, tylko wiato, tak jakby czerwone sonie wyszo z lasa i prosto im we lepie luno. Strzelba im z rk wypada, a i samych omot o ziemi. A jele poszed kole nich, bokiem. Dopiero zobaczyli, e mia midzy rogami krzy zoty i e z onego takie wiato w las walio.

 Duy by krzy?  powanie pyta Nardzewski.

 Biedy-ta duy! Pasyjka niewysoka, ino gruba na dwa palca. Dopiero mj akomiec za luf i w nogi co duchu! To ich jeszcze na trzeci dzie tarmosi strach, jak se wspomnieli, e oni do takiego gada chcieli wygarn... A jakby go te czowiek zabi... Rany!

 Ty, eby go i z krzyem spotka, toby nie cierpia.

Chop uda, e nie syszy, i cign dalej:

 Tera taki psia para jedli ci nie da! Sadzi j tu, czy co? Nic, ino kamera. Wszystko, pada, do kamery naley.

 A tak, teraz wszystko do kamery... -westchn Nardzewski.  No, skoczye?

Strzelec wyprostowa si i wytar rce w niegu.

 Wielmony panie, ony nama tu i zapolowa z pieskami nie dadz!...

 To nie twoja rzecz.

 A przecie gadaj, e Grno, Krajno, Porbki, Brzezinki, Masw wszystko precz niemiecki krl puci w dzieraw modemu panu z Olchowa.

 No, wic c z tego?

 A to i do lasw ma wrb, cho i rzdowe dozorce bd drzewa pilnoway. A on ju koltka nie popuci  cho i janie pan Olchowski.

 Zobaczymy, a teraz we no, rozpal troch ognia. Rce mi zgrabiay.

Strzelec w mgnieniu oka wyczyci miejsce, nieg zgarn, nanis suchych tych gazek jaowcu i soniny. Skrzesa ognia i umiejtnie, szybko, z dziwn wpraw rozdmucha pomie. Igy poczy trzaska i niewidoczny bkitnawy pomyczek biega to tu, to tam po zgitych pakach. Rafa pomaga Kacprowi, znosi suche gazie i rzuca w ogie. Stary pan siedzia na wystajcym gazie nieruchomy i chmurnie patrza w ognisko. Ju wtedy nadchodzi szybki wieczr styczniowy. Wiatr si odwrci i d z pnocy. Z drzew nie leciay ju kpy niegu, a spadajce strugi wody nagy mrz zamienia w sople.

Strzelec upatrzy modego wierka i pocz go cina u samej ziemi ma siekierk, ktr nosi za pasem. Okrzesa prdko gazie, ci wierzchoek i przygotowa drg kilkuokciowy. Wwczas zwiza do kupy rzemiennymi pasami przednie i polednie nogi dwu zwierzt i drg w midzy nie wsun. Gdy to wszystko zaatwi, zbliy si do ognia i rozgrzewa nad nim rce. Wanie wtedy pan Nardzewski wycign z kieszeni kapciuch i nabija "galicyjskim" tytuniem sw glinian fajeczk. W trakcie tej czynnoci, nie patrzc, poda strzelcowi du szczypt tytuniu. Chop zdj czapk i piknie podzikowa. Zaraz te roztar tytu na lewej doni, zwily go lin obficie, ugnit palcami i dopiero tak przygotowan mas naadowa fajk. Potem ca fajk wsun w gorcy popi, peen czerwonych wgielkw. Gdy zwilony tytu dobrze zaprza, wyj fajk z popiou i jeden z wgielkw umieci na wierzchu.

Rafa, zaciekawiony, spyta go, czemu to wszystko robi.

 Czemu? A bo tak dopiero bdzie prawdziwie tgie paliwo. To je dopiero tutiun! eby te tak janie paniczek zaprbowa... Ju si ta z tym nie zrwnaj ani debrejskie licie, ani knaster niekrajany, ani ta i nasz powszedni w obertuchach.

 No, pokacie.

 Rafciu, ostronie!  zawoa Nardzewski.

Podraniony modzieniec starannie otar cybuszek i pocign, ale natychmiast puci go z rk i zatoczy si jak uderzony drgiem w gow. Przez pewien czas tchu zapa nie mg, a cho si wreszcie uspokoi, dugo jeszcze czu ogie w piersiach i w gardzieli.

 Takie je chopskie paliwo, janie paniczku, he he...  No, do ju twego palenia. Chodmy.

Zdeptali ognisko. Strzelec chwyci jeden koniec drga, Nardzewski drugi; schylili si obadwaj i jednoczenie, jak na komend, podnieli zawieszone zwierzta. Chop szed pierwszy. Koniec drga by wparty w jego rami. Niszy wzrostem Nardzewski dotrzymywa mu kroku, cho si zatacza w prawo i w lewo. Kiedy Rafa, palony dz wspdziaania, dopomina si, eby mu wuj miejsca ustpi, szlachcic go ofukn:

 Daj no pokj! Pilnowaby strzelby...

Szli tak do dugo z gry w kierunku klasztoru. Nie dochodzc do rda witego Franciszka skrcono na lewo. Nardzewski ochrypym gosem da rozkaz, eby stan, i wrczy siostrzecowi tak upragniony koniec pawzu. Rafa z pietyzmem opar go na ramieniu, ale w tej samej chwili zgi si i przysiad pod ciarem. Dozna wraenia, e mu w barach koci pky. Ze cinitymi zbami, oddechem zapartym i twarz brunatn od nabiegej krwi, szed jednak twardo a do drogi bodzentyskiej. Tam go znowu zluzowa stary myliwiec.

By ju mrok prawie, gdy na skraju lenym stanli przed kurn chat, zadt ze wszech stron przez grskie niegi. Para koni zaprzona do prostych fornalskich sanek staa ju przed niskimi drzwiami. Wwalono sarny na sanie przy pomocy oczekujcego parobka i zagrodnika, i wszyscy trzej myliwi ulokowali si jako tako w ssiedztwie zwierzyny. Mode konie skoczyy z miejsca i poszy w gr. nieg po odwily przymarz wierzchem; okrya go re, cienka skorupka lodowa. Podkute kopyta trzaskay ostro w szklist powok. Ogary biegy z trudem i kaleczyy si, zapadajc w niegu. Obydwa byy senne, znudzone i odbyway t podr resztkami siy. Nardzewski podnieca je co chwila pieszczotliwymi dwikami, cieszy pogwizdywaniem.

Za lasem, na szerokie j drodze, ci jak kos wiatr pnocny, ostry i przenikajcy do koci. Gdy stanli na przeczy, ktrdy sza droga, wida byo na prawo i lewo ogromne przestrzenie, dwie rozlege doliny  i lasy, jak okiem sign. Jedna z tych dolin, paska, od strony Kielc, bya krajem dawno uprawnym, zaludnionym, poprzerzynanym przez olbrzymie wsie, dwory, kocioy. Druga bya jeszcze starodawn gusz. Wida w niej byo siedliska na wydartych w puszczy polanach. Wsie te o nazwach lenych, wspominajcych krlestwo i dzieje borw, jak Brzezinki, Klonw, Wilkw, Psary, Siekierno, Dbrowa... say w czysty lazur odwieczerza wysokie drzewa dymw. Wyniose gry dwoma pasmami spyway ku ysicy i wrastay w ni, aeby dalej i jednym grzbietem wysokim i najeonym skaami. Sta jeszcze po nich wszdzie las, jak wadca, i rozpociera swe panowanie. Granatowe jego any osdziay od niegu. Giy si na odlegych garbach gr i niby dugie srebrnoszare zwoje spyway przestronnymi wwozami ku dolinom, gdzie ju osiad zimny cie wieczora. Na kracach lenych rozpoczynaa si dziedzina jaowcu, rwnie dzika i rozlega. Zasnute niegiem jaowce zday si by z mrozu samego utkane i tak przedziwnie zudne, jakby na nie w biay jeszcze dzie padao wiato ksiyca. Ta ziemia, opasana borem, skryta w jego tajemnicy, miaa w sobie groz i wspania dum. Rafa wlepi w przestrze oczy, widzia dokadnie kady zakt i szczeg, ale w tej samej chwili wspomina j i obejmowa jak inn, z dziecicych lat. By tu dawno, dawno, wiosn... Zielone smugi k leay na jego oczach i cigny si ku cudnej rzece, ku Czarnej Nidzie, ktra ze strumieni grskich urasta. Powia ku niemu woniejcy wiatr z gbokich wwozw Gry Radostowej, z przecudnych wwozw, nad ktrymi wisz brzozowe gaje. Chry sowikw przeryway cisz tej nocy wiosennej, kiedy tamtdy jecha za dawnych lat z gow lec na kolanach matki. Teraz rozmawia z wujem, ale jednoczenie nio mu si, e przez t dalek, pic, martw dolin jedzie na dzikim koniu. elaznym wdzidem rozdziera mu wargi i trzyma jego eb zgity ku ziemi. Jedzie ku socu, ku socu, ktre tarcz ognist zachodzi za lasy bkitnawe, okiem nie dosione. Dalekie lasy, dalekie lasy, odwieczne...

liskie sanice co chwila leciay w zatoki na rozbitym gocicu, gdy konie poszy z gry.

 Te, trba!  woa Nardzewski na furmana, gdy si sanie, zbyt ostro toczyy w wyboje.

W pewnym miejscu, gdzie stao jeszcze kilkanacie sosen i bukw po wyrbanym lesie, wskaza jedno z tych drzew i rzek:

 Tu pi lat temu zabiem spa.

 Spa?!

 A tak. Szedem sam z polowania. Byo to jako na jesieni. Soce zachodzio jak teraz. Patrz: na buku co si rusza. Nie chciaem oczom wierzy... Miaem luf nabit lotkami. Zoyem si i palnem.

 Skrzyda te to mia, skrzyda! Jezus ci Maryja... -wtrci Kacper.  Jak my go rozcignli na ziemi, to psy, przecie nie bele jakie, poszy w pola ze skomleniem i strbi ich do domu nie byo sposobu.

Rafaowi twarz tak naziba, e nie mg mwi. Z gocica skrcono na boczn, karkoomn drog, ktra sza tu nad brzegiem grskiej rzeki. Wartka woda kbami toczya si w obmarzych brzegach, bijc w tafle lodu, ktry ywe jej ciao schwyci usiowa. Konie chrapay i wyprone ich nogi silnie biy kopytami w tward drog, eby si na niej utrzyma.

 No i c, Rafciu, u was tam w Sandomierszczynie nie ma ani takich drg ndznych, ani takich wertepw. Prawda? Droga jak po stole...

 Ale te za to lasu ani odrobiny.

 Co wam po lesie! Pszenic za to macie jak nasz br. Jeszcze wam mao?

 Ju ja bym wola tu mieszka! Tu to dopiero ycie.

 Tu wolaby mieszka? Co gadasz? He, bracie, tu nieatwo wysiedzie. Tu tylko taki jak ja wytrzyma.

 Ju ja bym tam wytrzyma!  Tak powiadasz?

 A tak.

 No, no, pamitaj sobie, ebym ja ci za sowo nie chwyci i nie osadzi w tej norze.

 Nic si nie boj.

 Eje!... Ale wiesz?... to mi cieszy, e matczysko bdzie kontente. Co? jak mylisz? Wasze kuligi, bale czy reduty powinny dobrze wypa. Mamy rogacza, mamy sarn, jest w piarni dziesitek zajcy, jest warchlak. Bdzie na ten wasz wieczr?... Powiadaj krtko! Bo jak nie, to jutro od witu idziemy w kniej.

 A nadto, wuju.

 Nadto, nie nadto. Skoro jedziesz tyli wiat, to z byle czym wraca nie sposb. Nieche si i dzika okolica pochwali.

Po chwili doda:

 Poczciwa Anusia... My z twoj matk najbardziej zawsze z caego rodzestwa paalimy ku sobie afektem braterskim. Trudno o lepsz siostr. Ech, Boe miosierny...

 Gdyby to wuj zjecha do nas na ten kulig, dopiero by to mama i... tatka...

 Aby za tatk nic nie obiecuj! Z tatk to ju cakiem inny sentyment. Amicus Plato...

 No, niech tam, ale eby tak wuj na ten kulig...

 Zwariowae, dyscypulusie? Ja na kulig! Ja z Wyrw! Trzydzieci lat z domu nie wyjedam, a teraz dopiero na kulig wyrusz, i to jeszcze a gdzie za Klimontw, we wiaty! C ty gadasz?

Raptem szorstko doda:

 Nie wyjad. Nie, nie wyjad. Mam dosy!

By ju mrok. W nizinie ukazay si drzewa ciemne, aleje, budynki, wiateka w majtku Nardzewskiego. Wkrtce sanie pdem wjechay na dziedziniec i stany przed gankiem dworu. Z okien tryskao w noc rzsiste wiato. Gdy konie osadzono, z ganku i zza wgw domu wybiego kilku ludzi. Jedni wysadzali pana, inni zabierali si do wydobywania z sanek zwierzyny. Na gumnie panowa ruch: do pichlerza znoszono w workach omot dzienny, zadawano bydu som, koniom obrok i siano. Psy podwrzowe, jeszcze uwizane na acuchach, wyy wniebogosy, szczekay myliwskie kundle, wyy, jamniki. Jaki olbrzymi kundys co chwila rzuca si do Rafaa, eby go z czuoci lizn po twarzy.

 Co takie wiato na pokojach?  spyta Nardzewski.  Jakisi przyjecha...

 Kto przyjecha?

 Miemiec czy co. Trudno go ta wyrozumie. Przyjechali ae z samych Kielc z drugim. Tamtego furmanka powioza do Bocina, a ten osta i siedzi.

Nardzewski czmycha nosem w sposb wcale niegocinny. Wreszcie nie mg wytrzyma i popchn pierwszego famulusa z brzegu, dodajc:

 Diabli ci z twoim Niemcem!

Wpord wciekle szczekajcej gromady myliwi weszli na ganek i do pokojw. Na ich powitanie wsta zza stou mczyzna mody jeszcze, wygolony, przystojny, ubrany z dajczerska w krtkie, czarne suknie z klapami, w grube poczochy i pytkie trzewiki. Kania si zgrabnie, mierzc Nardzewskiego uwanym spojrzeniem. Po chwili rzek, z trudem wymawiajc sowa i miesznie je akcentujc:

 Czy honor mam z dziedzicem, z jegomoci panem Nardzewskim?

 Nardzewski jestem, do usug... Kog, jeli aska, mam zaszczyt... w tych ubogich... te... progach?

 Moje miano jest Hibl. Z kieleckiego krajzamtu...

 A tak... Mio mi... Racze waszmo rozgoci si jak u siebie. Su zaraz.

Komisarz Hibl usiad w obdartym krzele i przy blasku drgajcego pomienia dwu wiec ojowych, obojtnie, zimnymi oczyma przypatrywa si Rafaowi, ktry sam na sam zostawiony z gociem przez wuja nie wiedzia, co ma robi. Nie zdj nawet z ramienia swej pojedynki. Dopiero Kacper przyszed mu z pomoc. Rafa usadowi si w ciemnym rogu duej stancji i zaraz poczu, jak mu si straszliwie chce spa. Gd skrca mu kiszki, ale senno i nad tym growaa. Oczy chopca dostrzegay jeszcze "Niemczyka" i pomyki topniejcych wiec, ale w przedziwnie wielkiej odlegoci...

Cae stado psw wasao si po pokoju. Jedne z nich wskoczyy wnet na sof przy stole i oko w oko przypatryway si gociowi, inne rozkaday si na dobre obok wielkiego pieca. Niemen i Wisa, bohatery dnia, miao ukady si do snu w rogu kanapki, ktra bya miejscem spoczynku Rafaa. Tymczasem Nardzewski zrzuciwszy lisiur wyszed z ssiedniego pokoju w lejszych butach i osiej kurcie ze srebrnymi guzami. Twarz jego bya czerwona i oczy przekrwione od wiatru. Siad przy stole naprzeciwko niemieckiego przybysza. Nim znowu zacz z nim rozmawia, rzuci rozkaz:

 Wieczerza!

Kacper znik we drzwiach wejcia, prowadzcych do sieni . i kuchni na drugiej stronie wielkiego dworu.

 Siadaj, Rafale  rzek Nardzewski. Zwracajc si do Hibla, przyda:

 Mj siostrzeniec, Olbromski, z Sandomierskiego. Na poetyce w szkoach sandomierskich iuventutem marnuje...

Go skoni si w milczeniu, nie podnoszc oczu. Nardzewski patrza we nieruchomym spojrzeniem, w ktrego wyrazie nie byo cienia przyjani.

 Rad bym wiedzia  rzek z cicha, uprzejmie i prawie z pokor  czy mamy zaszczyt nalee do tej samej nacji, co waszmo, panie komisarzu, czyli te niestety...

Obcy podnis gow. Umiech nieokrelony wypyn na jego wargi. Rzek ostronie, z namysem:

 Jestem w miecie stoecznym, Wiedniu, urodzony. Tam mj ojciec zamieszkay by, gdy przyby z czeskiej strony...

 Z czeskiej strony? prosz...  Tak jest. My s Sowianie.  Rozumiem.

 Kiedy ja byem sze lat stary, rodzice moi przybyli do Wschodniej Galicji i .w jarosawskim krajzamcie osiedli. Tam si wychowaem. Ojciec mj by mandatariuszem w dobrach ksicia Olelkowicza.

 I to rozumiem.

 Teraz ja... Ja jestem prawie Galicjanin. Wiednia nie pamitam, umiem po polsku.

 Doprawdy?

 Bardzo jestem przywizany do tutejszych zachodniogalicyjskich obywatelw i do tego kraju Zachodniej Galicji. Ja do tego kraju ze Lwowa wydelegowany, kiedy po nieszczliwych przypadkach i smutnych zamieszkach ten kraj uywa nareszcie zacz bogiej pomylnoci pod panowaniem najjaniejszego cesarza i krla Franciszka Wtrego, zostaem.

 To wapan dobrze powiedzia.  Bardzo to jest pikny kraj!

 A tak, dosy pikny, tylko troch niewesoy i, jak to sam spostrzege, zej konduity...  mwi szlachcic kiwajc gow.  Na lepszym poytkowaniu rl zbywa...  niemiao wtrci urzdnik.  adne drogi tu s, osobliwie w kieleckim krajzamcie. Ach, co za drogi! Ja mylaem, e tylko w Karpackich Wielkograch takie drogi bywaj.

 To s, moci panie, polskie drogi. Ale jako i takimi zajedzie, skoro si uprze. Co mwi? Wjedzie tam, gdzie, zdawaoby si, tylko czarownica na opacie doleci...

Dalsz rozmow przerwao wkroczenie wieczerzy. Drzwi si otwary i tusta gospodyni wniosa salaterki z kiebas w zawiesistym sosie. Dwie dziewki niosy pmiski z kartoflami, suto kraszonymi skwarkami soniny. W mgnieniu oka st nakryto obrusem i ustawiono fajansowe, powyszczerbiane talerze. Sztuce byy bardzo pospolite, w oprawie z jeleniego rogu. Go ostronie zabra si do niewielkiego kawaka kiebasy, a reszt momentalnie podzielili midzy siebie myliwi, zgodniali po caodziennych marszach i pocie. Dymice kartofle zniky. Znika take druga potrawa: zajc pieczony na ronie. Przy drzwiach sta wci strzelec Kacper i yka lin, a mu si grdyka ruszaa. Zajty by wykrcaniem ze strzelb nabojw i przemywaniem luf ciep wod.

Rafa, syszc pocigajc muzyk szorowania wntrza flint mokrymi pakuami, okrconymi o stempel, nie tkn ju wina, ktrego kieliszek wuj mu podsuwa. Przysiad w kucki obok strzelca i sennymi oczyma patrza, jak czarna woda strzyka w misk z panewek. Nudzia go rozmowa i obecno Niemca, a spa jeszcze nie byo sposobu, gdy sano mu zawsze w tym wanie pokoju na sofie.

 Waszmo dobrodziej hoduje, jak widz, pikne psy. To bardzo pikne psy s  mwi przybysz gaszczc z widoczn odraz eb Niemna, ktry mu poufale na kolanach apy opiera.

 A nieze psiska. Dzi si ju podstarzay, ale jeszcze z pola nie schodz. Jeszcze i cuch, i rozum przedni maj. Osobliwie suka. Chod no tu do pana, Wiseka.

Przygarn suk i gadzi j pieszczotliwie.

 Ona to wydaje si na oko niby melancholiczka, a to jest psisko bardzo a bardzo wietrzne i goca pierwszej wody. I on tam, Niemen, ma ochot i upr, ale za ni tylko poprawia. Spojrzyj no waszmo, co to za przestronne nozdrza! jakie wilgotne! Jak waci pies takim nosem wiatr wemie, to tam ju ma co trb poda do mzgu. A jaki za to u tego grzbiet! Bo i pieczeniasty, i dugi, zwa wapan. A za to u tej... noga. Co? Stopka podugowata, widzisz wapan? Ona mi si jeszcze ani razu nie podbia...

 Ale!  wtrci Kacper  gdzie si to taka suka podbije. To idzie po niegu czy po grudzie jak ten lis.

 On, cho jest pies cnotliwy, nieraz si znosi i milczkiem, zdrajca, nakada, a j zawsze sycha: idzie rwno lasami jak dylians po gocicu. Gos jak u modej wdwki. Co ona wiatrem i prdzej, to ten musi kopytem, leniwiej, na rozum i nie tak rczo, a za ni, za ni!

 To bardzo pikne psy... A czy i tamte kundle take jakie zalety maj? -z odcieniem ironii pyta Hibl wskazujc wielkie, kudate psiska pod piecem.

 Tamte? A to samo psy zacne. Na dzika  jedyne! To zeszego roku w sam Wili wzilimy z nimi dzika prawie ywcem.

 A tak?  dziwi si Galicjanin.

 Bylimy we dwu z tym oto strzelcem. Wyszlakowa by dziki w lasach, tu na Bukowej Grze. Nocoway w maym smugu, w oparzeliskach. Poszlimy raniutekiego. Pucilimy te pieski w zagajnik. Cicho, cicho... A jak wrzanie oto ten  Rozbj: ai-ai-ai! Na oko wszystkie i zbcami! Wyganay dzika tylego jak baw wprost na niego, na Kacpra. No, zacz mierzy, celowa, przykada si i, dasz wapan wiar? -chybi. Artifex! On i takie sztuki potrafi, cho przecie ze mn trzydzieci lat za zwierzem chodzi, a chwali si, e kszykowi, jaskce w lot nie zborguje. A psy swoje: stanowi dzika w gbokich niegach. eby waszmo widzia ten: obraz! Jeden si wszczepi w ucho, przelaz na bayku przez besti i wisi, ani pinie. A lepie u niego  ywa krew! Drugi trzyma za lewe ucho; przednimi apami wora si w nieg, w ziemi, i nie popuszcza. Trzeci, Kusy, dopada; dopada... Dzik toto wszystko wlecze na sobie i brnie niegami. Ale kem, rozumiesz to waszmo, nie moe, ani-ani, bo Rozbj... Czasem tylko dmuchnie nosem albo ciapnie pyskiem... Ja tu strzeli nie mog, bobym psa, czego Boe bro, zabi. A ju wolabym sobie w nog paln ni w takiego psa. No, a dzik mi idzie w lasy i my jak gupcy za nim. Dopiero si przecie mj Kacperek odway. Przeegna si i wlaz na dzika okrakiem, siad se na nim mocno jak na koniu, obcasy wpar w ziemi. Tym oto kozikiem, co go ma u pasa, zacz mu podrzyna gardzioek. Namiaem si te wtedy! Bo to jecha na dziku ze siedm pacierzy, nim mu wszystkie yy i arterias poprzerzyna...

 Szelma te to bya sroga, cho i ten dzik!  westchn Kacper.  Znalem ja si z nim! Dopad ci mi on jednego razu na Lisowskiem, a jak mi zaora kem po ydach, to do samej koci miso ozdar, jak cygankiem, ae w kolano. Pod siebie mi przecie o mao nie wzi, ciortu brat, bom go si by bardzo przelk. Teraz jeszcze, jak se spomnie, to czowiekowi seremno. A ja ju bywaem pod dzikiem. Ju mi ta jeden ora kouch na plecach to prawym, to lewym kielcem, i depta po mnie raciami: z tego wiem, co taki ma w sobie za si! winia! lepiem na mnie, zatracony, pojrza tylim, jak odzia upina, a krew czowiekowi w yach zmarza i w gardzieli gos zatkao... Alem ja i tamtego to samo poechta po szyjce...

 Ba! my tu rozprawiamy  wtrci Nardzewski  a waszmo, panie komisarzu, moe i owo zgoa nie myliwy?

 Ja wcale myliwy nie jestem. Gdzie czas na takie zabawy znale bym mg? Zawsze na subie... Oto i teraz delegowany na komisj do wielmonego pana, jako do zwierzchnoci gruntowej, jestem.

 Do mnie? Na komisj?  Tak jest.

 A w jakieje sprawie, jeli aska?  Spraw bardzo wiele.

 Nawet bardzo wiele. To ciekawe...  Czy maemy zacz w tej chwili?  Noc to... Ale prosz, prosz...

 Ja przybyem za dnia i czekaem cierpliwie. Jutro musz jecha dalej.

 Tote ciekawie sucham.  Primo, konskrypcja dusz.

 Dusz konskrypcja? Chopskich?  Tak jest.

 Syszane rzeczy!

 Baron von Lipowski, pierwszy cyrkuowy komisarz kieleckiego krajzamtu, nie mogc sam osobicie; mnie wysya...  A c waszmociom, u Boga Ojca, do moich chopw? Urzdnik z lekka a szczerze umiechn si nie podnoszc oczu. Nie odpowiedzia te na to pytanie, lecz zada inne:

 Czy wielmony pan na fundamencie dekretu rat ofiary styczniowej dziesitego i dwudziestego grosza na rce egzaktora w Chcinach, urodzonego Czaplickiego, zapaci by?

 Rat ofiary? C to za ofiara?

 Po wstpieniu wojsk Jego Cesarskiej i Krlewskiej Moci w kraj tutejszy  mwi urzdnik gosem kaznodziejskim odezw do obywatelw feldcajgmajster de Foullon z daniem skadania ofiary bez najmniejszej zwoki wyda by. W styczniu zeszego, 1796 roku przez duchownych z ambon ten cyrkularz publikowany jest, a kady pleban udziela go obywatelom za rewersem. Czy wielmony pan to publicandum otrzyma?

 By moe. Ale ja do papierw adnej zgoa wagi nie przywizuj. Mnie papier potrzebny tylko na przybicie prochu i rutu, i to jeszcze przekadam flejtuchy z paku nad papierowe.

 Ot, przeciw lepszemu spodziewaniu, wielmony pan jeden z niewielu zaleg w opacie.

Nardzewski siedzia na swym krzele z rkoma w kieszeniach rajtuzw. Twarz jego, schostana przez wiatry, bya teraz szkaratna, wargi odte. Milcza dugo.

 Bardzo by moe... przeciw lepszemu spodziewaniu wycedzi wreszcie przez zby.

 To ad primum. A teraz co do homagium. Pan baron von Lipowski, pierwszy cesarski komisarz kieleckiego krajzamtu, ebym wyrazi wielmonemu panu niezadowolenie z powodu jego absentowania si w tej tak wanej sprawie, poleci mi by..

 Do diaska! sia grzechw, jak widz, ciy na moim sumieniu...

 Tak jest. Wielmony pan nie tylko nie uda si osobicie do Krakowa...

 Ja do Krakowa! Ale czeg to waszmo wymagasz ode mnie

 To nie byo wymagane.

 Nie wymagane znowu! Wic jak?

 To byo oczekiwane od obywatelw.

 Raz wymagane, drugi raz oczekiwane!... Ja, moci panie, trzydzieci lat z tych oto Wyrw nie wyjedaem i nie wyjad. Nie wyjad, chociaby kije z nieba leciay! Tu siedz, i skoczona rzecz. O niczym nie wiem... A pierwszy von Lipowski komisarz... Mam ju do Krakowa  i wszystkiego wiata!

 To wszystko bardzo by moe...

 Ostatni raz byem w Krakowie anno Domini 1768. Porachuj no waszmo, ile to lat.

 Rzeczywicie  wykrztusi Hibl przegldajc jakie papiery.

 Dawne to ju, ubiege czasy, moci panie. Jeszcze wwczas wasze nawet Wschodnich Galicjw nie oglda.

 Wielmony pan tam do szk zapewne?...  mwi urzdnik segregujc w dalszym cigu stosy swych notat.

 Do szk? Ale co znowu! Ja szkoy traktowaem w Sandomierzu, w sawnym po wsze czasy kolegium ojcw jezuitw, cho ju z niego ani dymu, ani popiou. Ale nie do nauk byem stworzony. Szczerze mwic, ledwiem si przez infim, gramatyk i syntaxim przebi nie bez trudu, a poetyki i retoryki owo zgoa zaniechaem. Krakw!...  mwi w zadumie  nigdy tam noga moja nie postanie. To waszmo moesz owiadczy pierwszemu baronowi z czego tam kieleckiego.

 Z kieleckiego cyrkuu  wyranie i zimno owiadczy urzdnik.

 Mnie te nazwy ani pachn, ani mierdz... Hibl nieznacznie co zanotowa w pugilaresiku.

 Powiem wapanu-cign szlachcic-czemu Krakowa nie lubi. Sam pojmiesz.

 Prosz; prosz...

 W modocianym wieku osierocony przez rodzicw, wzity byem przez opiekuna caej mojej pucizny, krajczego-Panie wie nad jego dusz!  Olchowskiego ze szk, gdziem si tyle e wakoni i po wagarach chodzi. Na dworze jego, w Sieprawicach, modo strawiem. Siostr moj, matk tego oto modzieca, wychowaa nieboszczka krajczym. Pan Olchowski, jako sam czek ongi rycerski, bo z krlem Janem bywa, widzc we mnie ochot do szabli, udzieli mi bogosawiestwa w imieniu rodzicw, a na znak i zakad posuszestwa antiquo moce kaza rozcign na kobiercu i wasn sw senatorsk rk wyliczy mi pidziesit batogw. Zaraz te sto obrczkowych wsypa do trzosika, da dwu pocztowych, dwa konie wierzchowe jak diaby, ryngraf na piersi, i sam odwiz do chorgwi pancernej, co si wwczas uwijaa koo Miechowa. Wtedy oto pierwszy raz widziaem Krakw. A ostatni raz, ostatni... I niech go tam jasne pioruny spal, cay wasz Krakw! Wicej tego wszystkiego kosztowa nie myl...

Go zamia si z cicha, chytrze rozszerzajc powieki. Szepn z udanym zdziwieniem:

 Dlaczego? Wielmony pan obieca wyjani...

Szlachcic sysza ten okrzyk i widzia umiech, ale nie zraony mwi dalej:

 Dlaczego? A no dlatego... Wytrzymaem by w tym Krakowie oblenie pospou z braci z wojewdztwa sandomierskiego, krakowskiego jako te i ziemi sanockiej. Wytrzymaem dziesicioniedzielny szturm do miasta. Byem przytomny, kiedy nieprzyjaciel zdrad wpuszczony by do grodu, a my wszyscy sromotnie podda si przymuszeni bylimy. Zoylimy jak barany rynsztunek wojenny i dwie niedziel zamknici w zamku krakowskim czekalimy na rezolucj, co tez z nami uczyni. Trzy nasze zwizki konfederackie, Boe mj, Panie miosierny! rozczono, a kady do innej sali na zamku graf zamkn kaza. A skoromy do tych sal weszli, warta z ukrytych miejsc pokazaa si, u drzwi i okien miejsca zajmujc. Nazajutrz przyszed placmajor z rezolucj, aebymy do podry byli gotowi. Dwustu siedmdziesiciu nas samej szlachty oficjerw w marsz wyszo przez Grodzk Bram. A za on bram zastalimy konwj z karabinierw: Ci nas wiedli botami i drog z w naznaczon podr. Pniej dopiero dano nam podwody i tak oto z wolna jechalimy w oczach ludzkich przez Skalbmierz, Staszw, Iwaniska... Za Staszowem idzie tam droga szeroka lasem. No, mj ta ju by blisko kraj. Z dala wity Krzy wida... Zdarzy si by nocleg w miasteczku Bogoryi. Dokoa zajazdu, gdzie my w stajniach pokotem leeli, warta czuwaa. Wstaem ja w pn noc, przyszedem do karabiniera pier w pier, gdy si nie spodzia, i wziem mu z rk bro si a w mgnieniu oka.

 Spa?  cicho szepn urzdnik.  Co mia spa?... Czuwa!

 Wic jake

Szlachcic umiechn si bolenie i strzepn palcami.

 Nie pamitam ju dobrze, jak si to stao... Do, e mi... te... puci. Rzuciem si we drzwi, midzy domostwa, wypadem w pola i dopiero co mocy w nogach! Gwat uczynili onierzykowie, dalej sypa za mn w ciemnoci kulami, tylko mi koo uszu gwizday. Rka Boska odegnaa... Lasami przyszedem do tych moich Wyrw bosy, obdarty do naga, godny. A stanwszy w tych progach, takem sobie rzek: "Teraz Ci, Panie Jezu, lubuj, e ju nie wyjd!" Ot i siedz jak leny wilk. Widzisz waszmo, e jadem do w tym Krakowie chleba, na poy z plewami spieczonego... Zwa waszmo, e dziaa si ta sprawa w roku Paskim 1768. Gdzie mnie teraz do Krakowa? Co bym tam ujrza?

 Wielkie zmiany, podane zmiany. Ten dzie 17 sierpnia zeszego roku na zawsze zostanie w pamici wszystkich, co go widzieli. Najprzedniejsze obywatelstwo Zachodniej Galicji zgaszao si do nadwornego komisarza, pana barona Margelika, z yczeniem asystowania przy wjedzie jegomoci pana hodowniczego, ksicia Auersperga.

 Najprzedniejsze obywatelstwo, mwisz waszmo? Patrzajcie!

 Tak jest. Nie wszyscy mogli by przyjci, osobliwie na dzie samego wjazdu 9 sierpnia. Co to za festyn by! Szy naprzd ku miastu przez most z przedmiecia Josephstadtu...  Skd, prosz?

 Od przedmiecia Podgrze dawniej zwanego.  Dawniej zwanego!... a teraz Josephstadtu...

 Cechy, korpus kawalerii, stangreci obywatelw asystujcych bez koni narcznych, berajterowie, trbacze, pniej szlachta polska na piknych koniach...

 Berajterowie, trbacze i szlachta polska na piknych koniach...

 Damy polskie w powozach, dwr jegomoci pana hodowniczego, wreszcie on sam  i znowu korpus kawalerii.

 Pikne widowisko, przez Bg ywy!

 A w dniu hodu! Od Paacu Spiskiego do kocioa Panny Marii i do katedry na Wawelu stana infanteria i kawaleria w prostych liniach. Wyszli mieszczanie ze swymi cechami, wieckie i zakonne duchowiestwo, deputowani z cyrkuw i wszystka obecna szlachta w paradnych strojach, dalej personel Gubernium krajowego, wszystkie urzdy, Akademia. Wszyscy uszykowali si w swych miejscach. Cisza jest, bardzo wielka cisza. Wtedy pocz dzwoni na Wawelu wielki, starodawny dzwon Zygmunt.

Nardzewski sucha uwanie. Z podziwu czy zachwytu gowa jego chwiaa si na prawo i na lewo, a z garda dobywa si co chwila przemoc trzymany gos.

 W wieczr  cign komisarz  byo cae miasto iluminowane, a w Sukiennicach ksi jegomo Auersperg da wielki bal, gdzie si a do samego rana bawiono. Zjazd by tak wielki z obydwch Galicjw, e Sukiennice nie mogy wszystkich goci ogarn. Blisko sze tysicy szlachty w nich si z najwiksz radoci bawio. Przy stole byy spenione toasty z wielkim zapaem, przy odgosie armat...

Nardzewski wci mia si. W pewnej chwili mrukn nie odwracajc gowy:

 Zawie mi kart.

Strzelec natychmiast porzuci rozkrcone strzelby i do wahada zegara, ktry naprzeciwko miejsca, gdzie siedzia Nardzewski, wisia na cianie, przyczepi asa odnego. To uczyniwszy, prdkimi kroki i z obaw, jakby si palio, pobieg do ssiedniej izby, przynis stamtd dwa pikne pistolety dziwerowane, z kolbami bogato srebrem nabijanymi, i pooy je przed dziedzicem na stole.

 Kontynuuj waszmo, jeli aska... Mio mi sucha tego, co mwisz, mio mi, przez Bg ywy! He-he... Wic tedy powiadasz jako wiarogodny wiadek, e sze tysicy najprzedniejszej szlachty do rana z radoci hulao, e te... I toasty, i okrzyki... A krlewski, starodawny dzwon Zygmunt...

Urzdnik zamilk i zblad. Oczy jego kilkakro bysny zowrogo i znowu skryy si pod powiekami. Prawa rka ociaym ruchem skrada si w zanadrze jedwabnej sukni i wydobya stamtd wski, wenecki sztylet tak szybko, e ten ruch ledwie zdoay pochwyci bystre oczy Rafaa. Nardzewski cign:

 Mwe waszmo, miociwy panie, z aski swej... Niech i moje serce napoi si po brzegi radoci tych dni! Ja tu w lasach, pord wilkw i lisw ywic, gdym rad, strzelam do tego znaku. Waszmoci pewno dym prochowy nie szkodzi... Cha-cha... Na wiwat!

To rzekszy uj pierwszy z brzegu pistolet i spojrza w oczy Niemca. Po twarzy snu mu si umiech, a spomidzy warg wypada szorstki w chichot, podobny take do czkawki czy kania.

Hibl mia twarz spokojn, tylko jakby sta. Prawe jego oko byo przymknite i dolna szczka nieco wysunita. Mwi z wolna, gosem pewnym i spokojnym:

 Cay ten wiekopomny akt przysigi na wierno monarchom dynastii Habsburskiej odby si w najwikszym porzdku.

Nardzewski podnis pistolet i strzeli.

Dym napeni pokj. Wapno przez kilka chwil sypao si ze cian i poway.

Rafa podszed do zegara i sprawdzi, e czarny znak odnego asa by z karty wystrzelony. Gdy si dym rozwia i zacz odpywa do izb przylegych, mody chopiec ujrza w polu odchyle wahada mnstwo kul, ktre siedziay w modrzewiowych belkach. Niektre byy wpakowane jedna na drug i rozpaszczone.

Komisarz nie interesowa si wcale wynikiem strzau. Siedzia na swoim miejscu i kiedy niekiedy macha rk dla odpdzenia dymu. Widzc, e Kacper z popiechem nabija wystrzelony pistolet, mwi oschle, wyranie i miao:

 Mnie dym prochowy nie szkodzi, ale moe wielmony dziedzic zaniecha strzaw. Jeszcze wane sprawy... Podug osnowy rozkazu mej wadzy ogaszam jako zwierzchnoci gruntowej, e liczba dni roboczych, jakie odtd komornicy wiadczy bd rocznie bez rnicy pci, trzynacie, a liczba dni chaupnikw dwadziecia sze wynosi ma. Chopi posiadajcy grunta, o ile pac okrelone podatki, pracowa na rzecz wielmonego pana nie wicej nad trzy dni w tygodniu maj. Duej jak om godzin w zimie, a dwanacie w lecie aden pracownik w polu czy w gumnie robi obowizany nie jest. wito, gdy przypada w dzie paszczyniany, liczy si na korzy pracowitego chopa.

 No i c jeszcze?  mrukn Nardzewski.

 Presshafte Leute  mwi urzdnik  to znaczy podupadli na zdrowiu; starcy powyej lat szedziesiciu wolni od robocizny by maj.

Nardzewski znowu uj pistolet i strzeli. Nie czekajc, nim si dym rozejdzie, wyrwa bro z rk strzelca. Ostatni sucha tak ciekawie tego, co mwi urzdnik, e ledwie ruch pana spostrzeg.

 Nabijaj!  wrzasn Nardzewski  bo ci tu na miejscu eb roztrzaskam !

 aden poddany...

 Co jeszcze? Co jeszcze?

 Aby aden kmie, skrzywdzony przez pana, adn drog samowadnie sprawiedliwoci dla siebie forytowa nie omieli si, rozporzdzono jest, eby do krajzamtu w Kielcach, wprost do penomocnego komisarza ze skarg szed-cign urzdnik gosem ochrypym, ukryty ju prawie w dymie prochowym.

 Niechaj sprbuje !

 Rozporzdzono dalej...

 Co waszmo chcesz mwi?  z cicha, gosem suchym rzek szlachcic wstajc ze swego miejsca. -Ja tu jestem panem, ja prawem! Naddziady tu moje siedziay... Moja to jest ziemia i moi ludzie. Te Wyrwy to jest mj kraj. Mj i niczyj wicej! I przez Boga ywego tu nikt...

Komisarz mia si.

 Za Jana Kazimierza, po wojnach, przyby tu prapradziad mj, Jzef, i te pustka lasami porose kupi za grosz w boju na kresach ranami zdobyty. Sam wasn rk, wyszorowan w cigu lat przez pancerz i rkawic, karczowa te role, rwa pniaki i jaowce. Sam zrwna nowiny, wynis kamienie. Id wa i obacz one kamionki dokoa moich pl! Latami ten czowiek... Na tych to rolach moje chopy siedz. Nie mia na zawoanie najemnikw, a choby i byli, to czyme by ich opaci? Przyszli za nim ludzie bezpascy z dobrawoli, ndzarze przymierajcy godem, i za kaway gruntu, za budynki i gospodarski dobytek zobowizali si do staej daniny w pracy. Lepieje im moe byo tua si po sotach, nie mie dachu nad gow? Lepiej byo poniewiera si w czeladzi po duych dworach czyli te siedzie tu w jasnych domostwach, na witej, posplnej ziemi, z ktrej nie pacili przecie pienidzy? yli tu jako jedna rodzina. Babka moja, jak zapamitam, matka i moja, Panie, wie nad jej dusz, ona, byy ich lekarkami. Spytaj waszmo, kogo chcesz, czy i ja sam, chociem czek twardy...

Hibl kiwa gow.

 Jeli zagrodnik trzysta zagonw roli paskiej posiada  mwi z umiechem ironii  niech paci od kadego zagona po groszy miedzianych trzy, jak jest zwyczaj. Przypadnie za wszystk jego rol zotych szedziesit. Rachujmy dzie roboczy najtaniej po groszy miedzianych pitnacie, przypadnie za wszystkie dni robocze w roku zotych siedmdziesit om. Dobrze mwi?

 Mw wasan.

 To jake? Gdzie reszta? Kto bierze omnacie zotych? A przecie to nie koniec! Musz przecie nadto str po nocach odbywa, na posyki chodzi. A daniny? Za c jeszcze daniny skadaj? Czy take z gruntu pradziadowskiego? Przecie go prac na paskim z czubem okupili. Daj rne gatunki zboa, daj kury, jaja, poow miodu od pszcz, musz znosi do dworu okrelon ilo lnu, jagd, orzechw, grzybw. Nawet gdy si orzech w lasach nie urodzi, da go musz, bo tak prapradziadom za Jana Kazimierza dawali...

Nardzewski sucha tego wszystkiego jakby w osupieniu. Rce jego bezwadnie leay na pistoletach.

Rzek spokojnie:

 Skde to waszmo wiesz? Skd wiesz? Dranisz mi liczc na to, e pod dachem szlachcica polskiego... Ale, przez Boga ywego, nie czy tego duej...

 Ja si broni nabitej nie boj...  rzek komisarz z dum, wstajc ze swego miejsca.

Po chwili zwrci si do strzelca ze sowami:

 Zawiadomi wjta i awnikw, eby si jutro caa wie zgromadzia na dziedzicu dworskim. Urzdowe rozporzdzenia przeczytane bd. Ad tertium... Co do gromadzkiego pichlerza...

Nardzewski spojrza na strzelca okropnymi oczyma i z cicha mwi:

 Niech mi Jawr obbni po wsi, e jutro maj si zej wszyscy, kto yw. Na mj rozkaz, syszae! Bdzie bra kar Tomek Zalesiak za to, e si dobiera do mego lamusa. Otrzyma przy caej wsi i w oczach tego oto pana komisarza sto pidziesit mioteek brzozowych, jak za Jana Kazimierza, Michaa Korybuta i innych bywao.

 Owiadczam uroczycie wielmonemu panu, e to si nie stanie  mwi komisarz.  Bi zabrania si wszelk miar. A teraz pragnbym uda si na spoczynek.

Szlachcic konwulsyjnie chwyci si za gow i co jak szczekanie wyamao si z jego zduszonej gardzieli. Wsta ze swego miejsca i zacz chodzi po izbie z rkoma w kieszeniach rajtuzw. Twarz jego bya straszna, o kolorze dymu, ktry j owiewa. Co pewien czas piersi jego jk wstrzsa, a wargi ciskay wyrazy bez zwizku.

Rafa w postawie siedzce j chrapa w kcie sofki, jak zarznity. Sen jego by tak twardy, e nawet nowy strza wuja tylko go na chwil ocuci...

By ju dzie biay, kiedy Nardzewski zacz budzi siostrzeca. Modzieniec nierycho podnis gow. Zdao mu si, e dopiero co zasn i chwileczk drzema. Ze zdumieniem te spostrzeg, e jest rozebrany i ley pod kodr.

 No, kochanku, szkapy zaprzone: komu w drog, temu czas  mwi Nardzewski.  Droga daleka, dzie may... Chopiec wyskoczy z ka i zacz si ubiera. Na dworze sycha byo gwar ludzki, szczekanie psw i donony gos urzdnika przemawiajcego z ganku. Stary szlachcic chodzi po pokoju szarpic czupryn i wsy. Twarz jego bya szara, oczy zdziczae. Nagli siostrzeca do popiechu tumaczc mu ochrypym gosem, e dzie krtki. Zmusi go do prdkiego wypicia winnej polewki, otuli niedwiedzi kierej, wyprowadzi na dwr i wsadzi do szerokich sanek, naadowanych zwierzyn. Cztery dzielne konie, w lejc zaprzone, wochate i dymice na mrozie, niepokoiy si wrd tumu chopw w rudych sukmanach, bab w weniakach i dzieci. Kiedy wonica by gotw, Rafa uciska wuja i zasiad si dobrze w somianym siedzeniu.

Tak mu byo al jecha, tak niewymownie... Palia go nienasycona ciekawo, jak w lesie, gdy si odezwa gos ogarw. Co te to bdzie? Co si tu stanie?

Widzia rozognione twarze chopw, byszczce ich oczy, ktre nic nie dostrzegay poza figur urzdnika. Hibl w krtkim futerku, oparty o sup ganku, co dobitnie rozpowiada.

Nardzewski da znak furmanowi i sanie, gono skrzypic na mrozie, ruszyy z miejsca.

 Przyprowadzi Zalesiaka!  krzykn wtedy szlachcic przerywajc tym sposobem wykad komisarza.

Rafa nastawi ucha.

 Sotys, bbni!...  woa Nardzewski. Da si sysze ponury, grony gos bbna...

Konie Rafaa, cignite dugim batem, pomkny z kopyta torem iskrzcym si od mrozu.


 Kulig
Z Opatowskiego w kierunku Koprzywnicy i zotopszenicznej niziny Powila, wskro jedynego na wiecie Sandomierskiego Paskowzgrza, gna kulig. acuch kilkudziesiciu sa budzi ca okolic radosnym gosem dzwonkw, brzmicym oskotem janczarw, trzaskaniem batw na cztery konie, wrzaw okrzykw, bbnw, fujarek, melodi pieww i muzyki. Kilkunastu pajukw rwao na folwarcznych szkapach, trzymajc w garciach pochodnie, w lad za saneczkami arlekina w czarnej masce, zakopanego w wielkie niedwiedzie, ktry na czele orszaku pomyka. Blask zotych ogni w dymie  patami rozdzierajcych noc, o kilka wiorst na paszczynie widoczny, kad przed oczy zaspy, parowy, urwiska i wskazywa wrd nich przetart drog.

Noc bya widna, ksiycowa, mrona.

Wielkie niegi, przemarze w tgich mrozach, leay pierzastymi zaspami. Tu i owdzie wypeniy po brzegi wwz, ktrych tyle w tamtej okolicy; gdzie indziej zady opotki, a nawet wioszczyny przytulone do urwisk. Mglistymi kpy i drgajcymi ywo wiatekami znaczyy si dwory na przyczkach paroww. Konie po brzuchy zapaday w wywary, roznosiy w puch najwiksze zadmy, ktre ledwie przeora arlekin. Kulig nie zna przeszkd. Tworzc ogromny korowd leciay sanie najrozmaitsze. Jedne byy snycerskiej roboty, pozacane lub posrebrzane, z czasw jeszcze saskich i stanisawowskich, w ksztacie abdzi z dugimi szyjami, w ksztacie gryfw i orw, pozaprzgane czwrkami w pirach i czubach; inne -zgoa prostackie, ledwie przez domowego ciel pomalowane lubryk lub na zielono, a cignione przez fornalki rozmaitej maci i wzrostu. Zarwno pyszne rugi jak chety z jednak brawur i yciem rzucay si w zaspy, niby czna w fale jeziora.

Rado kipiaa w sercach.

Kapela, zoona z klimontowskich ydkw, rzna od ucha mazury, oberki, krakowiaki, drabanty. Chwilami porywajca melodia przygasaa jak od zachwytu, co dech zapiera, i tylko z jakiej gbi, jakby spod niegu, dolatywaa do uszu i serc. Wtedy odzyway si pieni. Wic z jednej strony sycha byo tkliwe dyszkanty damskie:

cieni dbek, cieni, ju si nie zieleni...

Daam chopcu sowo, ju si nie odmieni!

A z innej naigraway si potne basy mskie:

A ja sama nie wiem, co to za przyczyna:

Gustuj w bronecie, wzdycham do blondyna!

Zaraz odcina si chr panieski:

Granatowy fraczek, woskowane buty.

Teraniejsza modzie same baamuty.

I znowu z gry dononie, siarczycie zanosiy si skrzypce, basy i flety, guszc, wszystko.

Rafa, jak wikszo najmodszych kawalerw, jecha konno. Pierwszy to raz w yciu dosta od ojca pozwolenie zaycia faworytalnej "Baki", modej klaczki swego chowu. Baka liczya sobie dopiero trzy wiosny. Pochodzia z ojca czystej krwi araba i matki polki. Bya pocha, ywa, a przecie nad wszelkie sowo rozumna. Gwk miaa malek, liczn. Siwa sier pokrywaa jej skr, cienk jak jedwabnica. Klacz sza w plsach, stroia ogniste skoki. Bawia si jak czowiek: to, nastawiwszy uszka i rozdymajc nozdrza z chrapaniem, suchaa muzyki, to za ni w artkich lansadach sza niosc jedca rozkosznie jak w kolebce. Rafa by szczliwy co si zowie. Kieliszek starego wgrzyna, wypity gdzie w ostatnim dworze w Grkach, Ossolinie czy Nasawicach, rzuci jego uczucia jakoby na ptasie skrzyda. Ko nis go wskro tych zasp, ktrych zimny oddech tak mionie mu twarz ochadza... A w saniach leccych przed nim  te dwie panie... Jedna starsza, matka czy wdowa; druga  modziutka dziewczyna. W blasku ksiyca widzia ich gowy i kopaczki: u jednej  staroytny, sobolowy, z kitk osadzon wrd brylantw; u drugiej  okrgy, suty, z gronostajw cynkowanych.

Osobliwie ta starsza, w salopie zotego koloru z puszystym futrem... Taczy z ni krakowiaka i mwi ju kilka wyrazw. Sta mu w oczach cudny czar tej osoby, jej oczy zachwycajce, ktre, zdawao si, nie widz go wcale, i umieszek, ktry si z jego pomyek w tacu tak przedziwnie naigrawa. Wtedy nawet, gdy on, Rafa Olbromski, ywy i trzewy, na ni patrza w futro otulon, widzia j w gbi siebie inn, odmienn. Wspomina, jak z nim taczya w sukni greckiej purpurowego koloru, rozkosznie ciskajcej stan i piersi, potoczystej, z ogonem i obszyciem ze zotego masyfu.

Pamita liczne rce w bufiastych rkawach ze liskiego atasu, ktre si do niego w tacu wycigay, i wosy z grecka trefione. Podnieca konia do skoku i kiedy si rwna z saniami, wwczas brylanty na kopaczku, zwrconym w jego stron i migotay w blasku ksiyca. Oczu nie byo wida, i Rafa pewien by, e nie patrz. Jake czarodziejsko, jak rozkosznie mieniy si byski drogich kamieni!

Zdao si pomimo wszystko, e to umiech w skryty, niewidoczny, schowany i wzgardliwy, a przecie nad wszystko powabniejszy, przez noc si ku niemu przebija. Schyla si niby to poprawiajc trzl lub pulisko, ale i tak oczu nie widzia.

Sam by przebrany w strj niby wiejski, krakowski, w upan granatowy z karmazynowym konierzem, lamowany srebrnymi galonami z szychu, w zuchwa czapk karmazynow, rogat, z pawim pirem. Pas z kkami pobrzkiwa na nim, a stalowe podkwki trzaskay o strzemi.

Co chwila odwraca si ku niemu i drugi kopaczek. Ta gowa dziewicza bya bliej. Nie krya wcale swych spojrze. Widzia oczy i rozchylone usta, mae, psowe, czu nawet unoszcy si nad saniami w czystym powietrzu zapach L'eau de la reine d'Hongrie, tak poczciwie zwany larendogr. I byy chwile, e jak przykuty, jak we nie, sam nie wiedzc czemu, wpatrywa si w te oczy, ktre si do niego miay z serdecznoci i szczciem.

Bo nie masz krainy, nie masz takiej strony,

Gdzie by nie kochali chopcy cudzej ony...

 wyleciay jak z procy skd, a z ostatnich sanek, swawolne sowa. Niby groty z ognia uderzyy w Rafaa i jakoby oczywiste prawdy zatrzsy nim a do samej gbi duszy. Pochyli si na kark konia i tylko si wstrzyma rce, eby go nie obj i ust poncych nie przycisn do wzdtej jego grzywy.

Jeden gos mski, potny, drcy od siy i wesela, piewa w nocy:

Nie bd si eni, nie bd si pieszy...

 Jeszcze czego!  woa drugi.

Bd si umizga i dziewczta cieszy...

 cign pierwszy z tak szczer prawdomwnoci w kadym tonie, e wszystkie sanie wybuchny miechem radosnym, prawdziwym a do samego dna. By to jak gdyby akord tej samej pieni, jakby okrzyk zgody czuej, jakby potwierdzenie prawdy nieomylnej, a dugo zamcanej przez kamcw.

Z dala, z dala, od przednich sa leciaa piosenka:

 A ja si stan ma ptaszyn

I okryj si gst krzewin...

Jednak ja twoj nie bd!

 Maj cielowie takie topory,

e wycinaj lasy i bory...

Jednak ty moj by musisz!...

Pie ta w inn stron jak wiatr poniosa dusz Rafaa. Donie jego cisny jak gdyby toporzysko siekiery i rami kurczyo si, eby z caego duchu ci owe "lasy i bory". Ujrza je w oczach jak ywe: bory niezmierzone, guch witokrzysk puszcz. Wion na niego smutek i al...

 Tak-e to nas wapan zabawiasz, moci kawalerze -rzeka nagle starsza z pa,

 Ale bo ja... wanie w tej chwili...  bka Rafa zmieszany, nie mogc znale sowa odpowiedzi.

 Ani nam nie piewasz piknych piosenek, ani grzecznym dyskursem nie rozweselasz. Niemy wapan jeste jak ten worek skrzany, w ktrym nogi trzymamy. Tyle e z nami jedziesz, jak i on...

 Nie umiem piewa. I dlatego wanie...

 To to kulig, nie pogrzeb. Wapan jedziesz na swym koniu za naszymi saniami jak za trumn.

Rafa pon ze wstydu, ale w tonie mowy piknej pani nie czu gniewu ani odrazy. Tote pod wpywem nagej decyzji zeskoczy z konia i stan w tyle sanek. Przez chwil myla, e za ten krok bdzie cierpia srogie jakie kary, ale byo mu wszystko jedno.

 O, nie zasuye wapan, ebymy ci na naszych saniach wiozy! Nieprawda, Heleno?

Modziutka towarzyszka miaa si z cicha i co chwila wykrcaa si na swym miejscu.

 Ju si na pewno poprawi!  szepn.

 Wic akomoduj si wa, bo le bdzie...

Wrzawa na saniach jadcych przodem wzmagaa si coraz bardziej. Bliej, rozgoniej sycha byo jedn i drug kapel. Pochodnie uwijay si gdzie w dole.

 C to za zgiek? Dlaczego?  pytaa pikna pani.

Rafa podnis gow i spostrzeg, e cay acuch sanek zjeda w dolin rzeki Koprzywianki. Z urwistych brzegw, omijajc zadte wwozy, sanie pdem zlatyway na d wrd krzyku kobiet i nawoywa mskich.

Klaczka Rafaowa niechtnie sza za saniami. Musia j cign za uzd, a wsi na siodo ju nie mg. Ani sposobu! Przyrs do miejsca w tyle sanek. Owiewa go czarodziejski zapach i jasny blask tych dwu zjawisk, ktre mia przed oczyma. Teraz ju widzia umiechy obydwu twarzyczek, zwrconych ku niemu...

 Gdzie jest dom rodzicw wapana?  pytaa pani.  Z tamtej strony, za rzek.

 Czy go ju wida?

 Ledwo, ledwo! wiata si daleko w nim byszcz.

 Gdzie to?

Rafa nachyli si nisko i wskazywa rk. Sobolowe futro musno go po twarzy.

 Ach, wic to tam s Tarniny?  prdko wypowiedziaa panna Helena, nie wiadomo, czy do swej towarzyszki, czy do Rafaa.

On czu, e musiaa si przy tym strasznie zaczerwieni, e caa stana w ogniu, bo i jego ogie ogarn. Sodki, melodyjny gos brzmia w jego uszach, w caej gowie, w piersiach. Te to przecudne, janie wielmone usta nazway jego wie rodzinn...

 Tak, to Tarniny...  odpowiedzia z pozornym spokojem.  Musimy tam zajecha...-mwia starsza pani-a przewrcimy wszystko, moci mruku, do gry nogami. Prawda, Heleno?

 Ja sam bd dopomaga, bo dom nasz stary, niski i niepikny. Musiaby rodzic drugi dom wystawi.

Powiedziawszy to gupstwo z do wielk brawur, obejrza si mimo woli, czy aby rodzic nie sysza aforyzmu.

Wonica stan w saniach i wstrzyma sw czwrk. Cztery spasione konie okryte lamparcimi skrami, w szorach nasadzonych licznymi dzwoneczki, z czubami psowych pir na bach, stay w blasku nad brzegiem urwiska jakby senne widziado. Po chwili, gdy ruszy lejcami, zapady w d, idc zrazu kusem, pniej galopem. Wierzchwka Rafaa nie chciaa ich naladowa i modzieniec, pragnc nie wypuci z rk wodzw, musia skoczy na ziemi. Run w nieg i ledwo utrzyma cugle. Po chwili namaca kocem stopy strzemi i gna za saniami.

W nizinie, nad brzegiem rzeki, utworzy si istny zator pojazdw i koni. Mostu w tych miejscach nigdzie nie byo. Jedono od pocztku wiata w brd. Pierwsze sanie, przebywajc rzek po lodzie, oberway wielk jego tafl i ledwo-ledwo wydobyy si z wody. Brzegi rzeczki byy spadziste, obmarze, nie do przebycia. Jedyne agodniejsze miejsce zostao zniszczone. Czekano na chopw z najbliszej wioski. Tymczasem zjedao sa coraz wicej. Dwie kapele zczyy si teraz i od ucha ciy zawoanego mazura. Okazao si, e pierwsze sanie wioz napotkanego w drodze "turonia", czyli "kapacza", tj. chopa przebranego za straszydo z wysok szyj jak u yrafy i ruchom paszczk, czerwonym suknem wybit. Na wybrzeu Koprzywianki powsta gwar, zgiek, haas. Dzwonki, janczary, krzyki, piewy, muzyka zleway si w ogromny wybuch wesela. Turo posuwa si z wolna midzy saniami, kapic doln uchw i nachylajc si to tu, to tam. Rafa na widok tego stracha, tej przeraliwej chimery, uczu w sobie dreszcz, ktry si wskro miechu przebija. W tej samej chwili panna Helena, obok ktrej sta wanie, z naga ujrzawszy poczwar, krzykna, rzucia si na olep, a lew rk pochwycia rami Rafaa: On instynktownym ruchem przysun si ku niej. Tak przez chwil stali obok siebie, zczeni mierteln groz, gdy turo nachyli si ku ich twarzom i kosk swoj paszcz szeroko otwiera. Po chwili miali si do rozpuku, zaznajomieni z tob wskutek tego zdarzenia; jakby od wielu lat chowali si pod jednym dachem.

 Boisz si wapanna turonia?  zapyta cicho.

 Ale nie... Co znowu! Tylko tak na mnie zakapa...

 Ja si dawniej baem. Och, bardzo, strasznie! ni mi si po nocach ze swoim czerwonym jzykiem. Po Boym Narodzeniu przyszed raz do nas, do Tarnin. Byem wtedy chory, a w dodatku may smarkacz. Drzwi si otwary i wsun si eb... Wie pani, taki okropny, bez oczu...

 Och, wiem! Nagy eb, jakby si wyni albo jak czasem z ciemnego pokoju..: wiesz wapan, co takiego wyazi...

 Czasem jeszcze i teraz, cho to mieszne, zdaje mi si, e stoi za oknem na deszczu, na wichrze, i sycha kapanie. A oczu strach podnie... Spojrze?  Za nic! Prawda?

 Za nic! A to tylko wiatr wyje w ciemn noc, w jesie... To po prostu topole jcz i skrzypi, a stare lipy hucz. Przejdzie chwila i wszystko nacichnie.

Gromada chopw, zwoana przez umylnych na miejsce, ja si pracy. Usiowano przeprowadzi konie i sanki w innym dostpnym miejscu, ale znowu ld nie wytrzyma. Radzono tedy, co czyni. Jedni utrzymywali, e wypadnie objecha a na Koprzywnic; inni byli zdania, eby si cofn w gr rzeki, gdzie jakoby przed laty by jaki lekki mostek.

 Chopcy!  zawoa nagle kto z tumu szlachty  a nam co po mocie? Ktry si podejmie przenie sanki razem z paniami na drugi brzeg rzeki, dostanie natychmiast czerwony zoty jeden, pojedynczy!

 Zimna woda, janie panie!  rzek pierwszy chopowina z kraja.

 A ja id!  krzykn drugi cigajc z ramion zwierzchni kouch.

Po chwili ju kilkunastu rozzutych i na p odzianych brao na bary pierwsze sanie. Furmani siedli oklep na wyprzone konie i w drugim brodzie przejedali wod. Powsta krzyk dam siedzcych w saniach, miechy i oklaski zgromadzonych na brzegu. Przenoszenie dugo trwao. Wkrtce jednak na przeciwlegej stronie zgrupowa si zastp niemay. Zmcona woda chlupaa, gdy chopstwo podsadzao si pod sanice i brno rodkiem.

 Zimno!  woali dwigajcy.

 Dalej go! czerwony zoty na gow... -zachca projektodawca.

 Kapel nam tu dawajcie, kapel!  dopominaa si modzie  co tu mamy prnujcy czeka...

 Pochodni!  nastaway panie.

 Ej, chopy pracowite!  ozwa si gos mody-a wecie no jeden z drugim opaty, ubijcie nam tu nieg, a rwno, twardo!...

 ydy, mazura!

 Pejsate ydy, naszego!

 Kulig!  wykrzykn arlekin, podniesiony przez modzie nad gowy wszystkich.

ydki urzny od ucha.

Wkrtce nieg ubity by twardo i zrwnany niby najdoskonalsza posadzka. Oczekujc na przybycie wszystkich puszczono si w plsy, zatoczono mazura, jakiego wiat nie widzia.

Matrony i starcy otaczajc koo przyklaskiwali, a md hulaa co tchu. Wnet futra, opocze, bekiesze poczy zawadza, wic je rzucano w sanie. Hajduki wysoko wznosiy pochodnie i gruby, bujny, migotliwy blask owietli miejsce. Zabysy kka pasw, barwne kierezje, wyszywane gorsety, biae rkawy koszul.

Rafa taczy z pann Helen. Wyglda szatno i szumno. Krzesa houbce jak aden. Krew w nim kipiaa.

 Olbromszczak... -,gwarzono naok z aprobat i poklaskiem.

 Dobra krew...

 Wida zaraz, e dumna sztuka...

 Po ojcu, po starym czeniku. To samo tancerz by ongi, a towarzysz nie lada jaki, chocia dzi kutwa nad kutwami.

 Patrzajcie no... Co to za pls! co za gracki ruch!

 To mi tan!

 Diablo i piknie!

 Ej, dzi dzi! ej, dzi dzi!

Panna Helena zrzucia futerko i kaponi rkawek. Miaa na sobie sukni niebiesk z krtkim stanem, z fartuszkiem linowym w paski, bez adnego upikszenia. Nie wpia nawet kwiatu we wosy, spuszczone na czoo. Gdy od taca zakwity jej policzki, oczy, zdao si, pochony migotliwe blaski pochodni i otrzymay ich si palenia. Rafa nie mg od niej oderwa wzroku, zapomnia o wiecie caym. Taniec by dla niego ju nie zabaw, lecz wybuchem radoci, plsaniem ze szczcia. Oczy, zczone z oczyma licznej panienki, pene byy zachwytu i poczy wypowiada to, czego na pozr nie byo wcale w duszy, co tam leao jak ruda kruszcu bez ceny, martwym pokadem. Teraz bi stamtd blask i wznosi si pachncy dym. Kiedy najbardziej rozkosznie wciga w nozdrza ten krlewski zapach i najsiarczystsze krzesa houbce, usysza gos ojca. Stary czenik mwi:

 Kto, mobrodzieju, na mj grunt dnia dzisiejszego, kto, mwi, na mj grunt nog stpi, tego, mobrodzieju, ju nie wypuszczam za granice woci: takie u mnie z dawien dawna ius terrestre  dnia dzisiejszego...

 A to taczymy, ssiedzie dobrodzieju, na waszym gruncie, a w caej parafii dudni...  kto z boku zawoa.

 Nie nasza to rzecz, mobrodzieju, sub divo hula!  Dlaczego, panie bracie?...

 Dlatego, e to despekt dla szlachcica, mobrodzieju. Cho u mnie pod strzech izdebki, cho, mwi, nie do taca, ale, miociwe panie i askawi ssiedzi, Bg widzi, jako si rzeko...

Rafa zatrzyma si w tacu i wmiesza w tum. Nierad by wcale nasuwa si rodzicowi na oczy. Stary tymczasem ju go by dostrzeg i obrzuci szorstkim wejrzeniem.

 Raczcie  cign  miociwe mobrodziejki, raczcie, ssiedzi panowie i bracia... zaszczyci...

By to starzec zgarbiony latami, ysy, z krtkim, mlecznym wsem i grub brwi nad wspaniaymi jeszcze oczyma.

W koo taczcych wtoczyy si saneczki arlekina i czarna jego maska wynurzya na wiato.

 Do Tarnin, kto yw!  woa gono, trzepic sw rzg wokoo, a szczeglnie mczyzn blisko stojcych.  Do Tarnin!... c tu stoicie, mazgaje?

Wszyscy ruszyli si do swoich sanek. Powsta cisk, gwar, wyszukiwanie i wdziewanie rzuconych futer i burek.

Krlowa miech. Buchna w rozmowach bezmierna wesoo. Zakipiay miae arty, migny tu i owdzie ukradkowe causy po rku, jak cieniem zakryte obraz, ktra trwa przez mgnienie oka, umiechy, ktrych pikno i rozkosz gbia nocy pochania i yczliwie zataja. Gdy Rafa dopad wierzchwki i mia skoczy na siodo, ujrza ojca tu przy sobie. Czenik nieznacznie zmaca rk kark klaczy, badajc, czy bardzo zgrzana, i co pod nosem mrukn. Rafa wiedzia, e z tych bada dobrego nic nie wypadnie, ale tylko przekrzywi krakusk na gowie. Co ma by, to tam ju jutro... Klacz sama stana obok sanek, w ktrych siedziay znajome panie. Chwil stali na miejscu, nim ogromny w zaprzgw ruszy si z miejsca. Widzieli znowu przed sob rwcy si w kierunku Tarnin barwisty acuch. Ognie, okrzyki, piewy znowu napeniy dolin.

W dali, na wzgrzu midzy drzewami, wrd Sandomierskiego Paskowzgrza, ktre si skania ku dolinie Wisy, paliy si wiata w oknach starego dworzyszcza. Kiedy nareszcie i pojazd Helenki ruszy z miejsca, Rafa usysza gos ojca, ktry gramoli si do maych saneczek.

 Rwij mi, dnia dzisiejszego, z kopyta do dom i przyjmuj na ganku!

Kawaler z blem podci klacz, ze wciekoci przechyli si na siodle i wymijajc pochd ruszy cwaem. W mig by na ganku. Ju tam pierwsze sanie staway, i matka w kontusiku drojetowym, z siostrami w odwitnych sukniach, witaa goci, bagaa o zaszczycenie niskich progw. Rafa stan przy matce, kania si, zdejmowa futra, szuby, wprowadza panie, znosi krzesa. Wkrtce zjawi si i ojciec. Nikt nie mg pozna starego Olbromskiego, ktry nigdzie nie bywa i nikogo prawie nie przyjmowa u siebie. Dzi stary zmieni skr. Przybrany w pikny kontusz, Bg wie jakie czasy pamitajcy, "na opaszki" wrzucony  w drogi upan  gi si w ukonach, muska wsa jak za dawnych, pijackich czasw, umiecha si, prawi komplementy i sumitowa. Gdy wstpia na ganek jedna z najpowaniejszych matron okolicznych, stary czenik poda jej rami i z krygami, muskaniem wsa oraz odrzucaniem wylotw wid j uroczycie przez tum, zgromadzony ju nie tylko w bawialni, w alkierzach, w ciasnych i niskich izdebkach dworu, ale nawet w sieni, na ganku, w bokwkach starych ciotek, sistr-panien odwiecznych i rezydentek.

Rafa dopilnowa, eby godnie przyj swe damy. Poda rami pani stolnikowej i wprowadzi j do domu. Sam nie wiedzia, skd mu si wzia pewno taka, miao ruchw, ukonw, ktre wykonywa, i sw grzecznych, ktre mwi. Pani stolnikowa trzymaa za rk sw towarzyszk, pann Helen, i miaa si wesoo. Stanli za progiem izby bawialnej, gdzie by ju tok taki, e obrci si nie byo sposobu, gdy czenik przeprasza wanie swych goci i zaklina, eby si bawili, jak mog.

 uczywa nam tylko ssiad dobrodziej nie poskpisz!  woa kto z tumu.  Wyjdziemy na dziedziniec i jak nad wod, hulaj dusza!

Stary zwrci si w stron tego gosu i mwi z piknym ukonem, miejc si chytrze:

 Dom ciasny, na miy Bg, ciasny, mobrodzieju! Sam to widz i bolej, ale nieraz tu ju krzesano houbca pod t strzech nisk za dobrych starych czasw. Haba by to dla mnie, dnia dzisiejszego, bya, gdyby na dziedzicu tak znakomici gocie...

 C, kiedy ciasno, ssiadeczku dobrodzieju nasz!... c, kiedy ciasno...

 Ciasno, nieciasno!  zawoa kto inny.  Szlachecki dom ciasny, a miejsca w, nim do taca, dla braci, nie brako, jak wiat wiatem. Jako si rozsuniemy...

 Mobrodzieje!  woa goniej czenik zarzucajc w ty wyloty starego kontusika  mobrodzieje! ciany ka wyj z tych oto pradziadowskich wgw!...

 Co znowu! Miejsca dla nas  wiat!

Muzyka, ustawion za oknami, graa krakowiaka i kilka par pucio si w tany. Dla stojcych nie byo ju tam miejsca. Toczono si tedy z izby do izby.

Suba folwarczna, ad hoc poprzebierana w liberyjne kubraki, roznosia wino na tacach i domowe ciasta. Gwar rozmw napeni dom cay a do ostatniej sionki, gdzie na ogrody wychodzcej. Byo wesoo, ale czuli to wszyscy, e o tacach w tym domu nie moe by mowy. Tote szeptano po cichu, eby chwil jeszcze z grzecznoci pobawi i ruszy dalej dla odszukania dworu wikszego.

W bokwce, gdzie wisia wielki obraz Matki Boskiej Sulisawskiej ze sczerniaymi od staroci ramami, w bokwce, ktra zamkna w sobie niejedno ju zapewne dugie ycie, cakowite, od kolebki do grobu, starosta i starocina kuligu prawili dug oracj do gospodyni domu, czenikowej Olbromskiej, czstujc j desk wyrobion na wzr pszenicznego sandomierskiego placka.

Wskro tonw muzyki przebijay si do dalszych izb ledwie strzpy tej mowy:

 "C tedy czyni  woa starosta  kiedy kogo astra necesytoway urodzeniem, i odj si nie moe naturze i do wesoej przywykn konwersacji? Sili si ars, rne media i remedia podajc... Ale fluctuantur podczas i same nawet nadzieje, kiedy tenax propositi czowiek uchwyci si kresu i portu swego, susznie zaprawd gratulari sobie moe..."

Gwar zaguszy cig dalszy. Ale za chwil znowu daa si sysze rzecz miodopynna:

 "Jako prdzej niebotyczne cedry zajadym czas zbem skosi, prdzej kwitnce zwidniej laury, anieli rozkwita w serdecznych wirydarzach przyja jakiejkolwiek podpadnie alteracji..."

W ssiednich izdebkach modzie taczya jak moga, krcc si na miejscu. Zbliaa si ju chwila stanowcza i ogldano si ju tylko na arlekina, eby wyda haso do odjazdu. Rzeczywicie przedar si przez tum w swej masce, krzyczc i trzepic rzg naok po sprztach, cianach i plecach. Stan na rodku obszerniejszego pokoju, zatrzyma taczcych i jeszcze raz wykrzykn krcc si na picie:

 Hej! kulig, kulig!

Wtedy stary Olbromski znowu z gracj poda rami swojej matronie. Muzyka urwaa i z naga, niespodzianie ucia wspaniaego poloneza. Wszyscy z podziwieniem oczekiwali, co bdzie dalej. Czenik wystpowa z niewymown precyzj i nadzwyczajnymi ceregielami. Min jedn izb, drug, jakie alkierze, bokweczki, sienie, a wreszcie zatrzyma si przed szczelnie zamknitymi drzwiami. Tu zarzuci wyloty, musn wsa i z naga klasn w rce. W mgnieniu oka drzwi si na ocie rozwary. Oczom idcych ukazaa si dua, pusta, wysoka i doskonale owietlona sala. Arlekin wyrwa si naprzd i w podskokach j przebieg woajc:

 Kulig, kulig!

Pary wkroczyy do wielkiej izby. Muzyka umieszczona w przeciwlegych drzwiach zagraa krakowiaka i cay tum z okrzykiem wesela puci si w tany. Nierycho spostrzeono, e jest to prosta, stara kuchnia z piekarni dla czeladzi, przybudowana w tyle dworu. Czenik w przewidywaniu kuligowego najazdu kaza j z sadzy oczyci, wprawi now i wywoskowa do taca podog. ciany zawieszono festonami z jedliny,, olbrzymi komin i piec chlebowy zastawiono wierkowymi drzewkami, tworzc z nich pewien rodzaj lenej altany. Woskowe wiece w drewnianych lichtarzach, ktre przybito do cian, rzucay rzsiste wiato.

 Ot, to mi figiel gracki!  woano ze wszech stron.

 To po naszemu!

 To lubimy!

 W gr gospodarza! Ot, to prawdziwa niespodzianka!

 W to nam graj!

Teraz dopiero wyzwolia si zabawa co si nazywa. Wszystko co modsze znalazo si w sali i hula zaczo. Byy tam i modne fraczki, i starodawnym krojem szyte kontusiki, gowy w lokach i podstrzyone. Wikszo panien miaa ju na sobie suknie odkrywajce ramiona, a czoa zakryte puklami wosw, ale nie brako dziewic odzianych w staromodne suknie, w lewitki i bufonki, w krtkie rkawki z dugimi angaantkami z koronek. Wszystko to mieszao si w tum barwisty, utkany mnstwem kierezji chopskich, krakowskich "suk", gorsetw i biaych bufiastych rkaww. W pierwszej chwili tulia si po ktach modzie ubosza, ale wnet rado powszechna wcigna w wir i najmniej odwanych. Chwilami ta rozbawiona md sprawiaa wraenie zdrowej, dzielnej, urodziwej stadniny, pdzcej z kraca w kraniec po boniu. Nowa podoga dudnia jak skra na bbnie, wiato jarzcych wiec chylio si poziomo to w t, to w inn stron, zawieszone festony chwiay si do taktu, a caa izba, zdao si, trzeszczaa w swych wgach. Wrzawa uciechy huczaa w niej jak spieniona woda. Zdrowie, modo i kipice ycie przemieniy ten taniec w wylew radoci. Bawiono si z penego serca, hulano z potrzeby dusznej, taczono w caym znaczeniu tego wyrazu do upadego. Sycha byo tylko miech i krzesanie houbcw.

Otwarto drzwi, gdy byo duszno nawet w tak wielkiej izbie. Kto sprbowa odemkn okna, a gdy si okazao, e s na gucho zabite gwodziami, wyrzuci je razem z futryn. Wnet z dwu czarnych otworw wiony biaawe oboki i ukazay si w nich liczne gowy czeladzi, dziewek i parobkw wiejskich, co z rozdziawionymi ustami patrzali nieruchomo na to paskie "granie".

Starsi z goci, nacieszywszy si rozkosz modych, natupawszy w miejscu i po wyadowaniu westchnie za ubiegymi laty, rozpezli si po stancyjkach dworu. Wszystkie alkierzyki i przybudwki z niskimi powaami, o wapnem wybielonych belkach, pene byy gwaru i miechu. Kada z tych skrytek miaa ju swj choby najmniejszy st i grono biesiadnikw. Niektre czyy si midzy sob nakryciami, tworzc jadalni dziwnie powykrzywian, ktra sza wskro caego dworzyszcza. Jedzono na porcelanie, na cynie, na holenderskiej farfurze, na wszelkim naczyniu, jakie w domu byo. Przepyna ju bya kolejka gdaskich wdek, obnoszono potrawy i strug la si zacz wgrzyn. Szlachta pia. Wikszo przyjechaa ju dobrze podochocona, a teraz weselia serce do znaku. Gospodarz, gospodyni, dwie ich crki i syn obsugiwali goci. Rafa, obchodzc stoy z dzbanem wina, sysza mimo chci szeptane rozmowy.

 Beczk wgrzyna sprowadzi na saniach z Krakowa stary kutwa, syszelicie?

 Cuda, cuda...

 Starsza crka skwaniaa im na ocet siedmiu zodziei, wic teraz z modsz umylili sprbowa z innej beczki.

 Sarnie combry jad!  Widziae ssiad... Jak mi Bg miy  sarnina!

 Combry, ale baranie.

 Mnie aby waszmo powiesz! Ja wchem poznam cuch sarni, kiedy si jeszcze na brytfannie smay, a dopiero na pmisku...

 Gdzie indziej mwiono jeszcze ciszej: .

 Tace w kuchni, a przyjcie w bokwkach.

 Piastowskim obyczajem...

 Pastuchy od prosit w lejbikach z galonami.

Rafa pon ze wstydu, gdy nie postrzeony sucha sw takich. Najbardziej go zabola szyderczy miech piknej pani.

Skoro tylko mg si wymkn, bieg do izby bawialnej. Tam ciga oczyma bkitn panienk. Smutek uciska mu serce w chwili kiedy spostrzega, e taczc z kim innym bya wesoa i rozbawiona. Kiedy go spostrzegaa, oczy jej miay si jeszcze bardziej, jako promiennie i z radoci. Wwczas na jedn sekund nie rozstaway si ich oczy. Byy cigle zwrcone... Nawet podczas drabantw i anglezw, ktre usiowaa zainaugurowa modzie wykwintniejsza i bardziej wiatowa (od strony Zawichosta), panna Helena odwracaa gow w tym kierunku, gdzie by jej kawaler. Gdy w przerwach midzy jednym tacem a drugim przechadzaa si z towarzyszkami, Rafa przycza si do niej na chwil. Nie mg, po prostu nie by w monoci oderwa oczu od tego widoku, jak usta jej umiechaj si z dziecinn szczeroci, a jednoczenie sowa s napuszone i przymusowy wyraz powagi nadaje twarzy sia woli.

Kiedy tak bdzili midzy ludmi, nie wiedzc, co do siebie mwi, omielali si kadym spojrzeniem i oczyma mwili sobie rzeczy niewysowione. Byy chwile nadziemskie, e szli obok siebie z utopionymi w renicach renicami, zaczarowani przez umiechy omdlae ze szczcia. Zdumienie przenikao ich serca a do samej gbi i trwoga nieznana, a nie przekraczajca czasu mgnienia powieki. Oczy jej, bkitne jak w dzie letni dalekie lasy, staway si z naga ciemnymi i nabieray siy ognia, na obraz pomieni prdko wybuchajcych. Wtedy przez krtkie chwile iskrzy si w nich jak gdyby gniew, dray jakie pragnienia, al powstay z niczego... Nie wiedzce o sobie wzruszenia, gorce, namitne, dziecico niewinne i naiwnie lubienie, przepyway szybko przez twarz i gasy nagle w wybuchach miechu niespodzianego, a ostrego jak toczony sztylet. Wszczynali jak rozmow, nie wiedzie dlaczego pgosem prowadzon, o wszystkim i niczym, o niebie i ziemi, o frakach i najadniejszych imionach, o acinie i gbokim niegu... Od tej rozkoszy cigle odryway Rafaa wskazwki ojca, nawoywania matki lub sistr. Dawa tedy szturchace i rady sugusom, zaprasza co znaczniejsze osoby do jedzenia i picia, a nawet podawa fajki i wasnorcznie zapala fidybusy. Kania si, mwi niezliczon ilo sw grzecznych, ledwo-ledwo rozumiejc, co mianowicie mwi. Ten stan niepewnoci jzyka bardzo potgowao cige przepijanie do modych ssiadw. Pierwszy to raz w yciu Rafa pi bezkarnie, i to starego wgrzyna. Gwarzy te coraz goniej, mielej, pynniej, kwieciciej. Biega midzy tumem i coraz jawniej szuka oczyma panny Helenki.

Tak mina noc.

Nad ranem, po duszym odpoczynku, muzyka znowu zagraa. Mody gospodarz wychyli jeszcze kilka kieliszkw wina w rce jednego z ssiadw, rwnie jak on dorastajcego i z naga uczu tak mio do tego modziana, e razem z nim uda si do ssiedniego pokoju i zacz mu ze zami wyjawia najsekretniejsze swoje tajemnice. W trakcie tych zwierze spostrzeg, e przez sionk przyleg przesuna si jaka osoba niby oboczek niebieski. Co tchu pobieg za ni pragnc jej suy, w razie gdyby czegokolwiek potrzebowaa. Rozdzieli tum szlachty, gono, z plastycznymi ruchami rozmawiajcej, i szybko ,wszed do zacisza przeznaczonego na gotowalni damsk. Byo tam pusto. Woskowe wiece sabo paliy si przed starym, sczerniaym zwierciadem. W kcie tego pokoju panna Helenka klczaa na ziemi i wyrwnywaa, jak moga, oberwan w tacu plis swe j sukienki. Rafa zobaczy j raptem. Ujrza jakby pierwszy raz w yciu kolor jej lic, nie dajcy si z niczym na wiecie porwna, wybuch psowego ognia policzkw spywajcego w delikatny nienobiay mat czoa. Zobaczy jasne, puszyste wosy... Spostrzegszy go wyprostowaa si i wlepia we przestraszone, upajajce .oczy, oczy o aosnym bkicie kwiatu lobelii.

Co wyrzek, wyszepta...

Zbliy si do niej bezradnie stojcej. Posuna si, eby wyj stamtd. Wtedy bezwiednym ruchem uj jej rce, nachyli usta i dotkn wargami jasnych wosw. Przez chwil trwa ten piekcy, namitny pocaunek. Cichy okrzyk wyrwa si z jej piersi. Odsuna go w zdumieniu i wysza. Rafa sta plecami o cian oparty tak, jak go zostawia. W gowie jego, w piersiach, w uszach, w sercu zleway si oddalone, rzewne, namitne dwiki mazura i jeden szczeglnie, najwyszy, najrozkoszniejszy spazm skrzypiec. Szalonym szczciem napeniao go drganie caego domu od taca i zgiekliwy gwar przechodzcy w bezadn wrzaw. W czaszk waliy moty krwi, a w oczach pomienie wiec migotay jak sama wcielona, widoma rozkosz miotajca si w sercu.

Zamia si na cay gos i twardym krokiem wyszed stamtd.

Zdawao mu si; e teraz ju z radoci nie wytrzyma. To ju koniec! Rozwali piciami, nog rozkopie i na drzazgi rozsiepie ten cay dom, wyzwie tu wszystkich i zeklnie. Bdzie si z kadym bi na mier, kto by mia... Tak postanowiwszy pad w ramiona pierwszego z brzegu brzuchatego szlachcica, ktry go z miejsca, a bez adnej racji, zacz dusi w ucisku i ku po twarzy ogolon brod. Rafa wypi z nim braterski, na wieczne czasy, kielich i paczc ze szczcia rzewnymi zami szed dalej.

W ssiedniej izbie ujrza rodzonego swego ojca zczonego dziwnym uciskiem z ksidzem dziekanem, ktry si na ten kulig przypadkowo zaplta. Gruby dziekan trzyma starego czenika za ramiona, a czenik dziekana za ebra, i obadwaj, rzadko kiedy jednoczenie, ale z wielkim usiowaniem zachowania taktu mazura, skakali pod powa na jednym miejscu, w ciasnym kciku midzy stoem i szaf, piejc zupenie cudzymi gosami:

 Hej, dzi dzi! Hej, dzi dzi!

Nikt na nich uwagi nie zwraca. Przy stole siedziao kilkunastu biboszw, ktrym ju z czupryn tgo si kurzyo. Porozpinali kontusze i siedzieli w upanach z kitaju, sagatysu, kamlotu. Niektrzy co krzyczeli ochrypymi gosami. Jeden podnosi co chwila cybuch, gruby jak maczuga, groc nie wiadomo komu. Naprzeciwko niego sta szlachcic, chudy, mizerny, zawidy, i woa:

 A, mwi, tak! To tak, mwi! Czekaje, rybeko... Od razu rym go w pysk, rym z drugiej i to arte. Dopiero wtedy rura mu zmika... Do ng mi. "Wielmony panie, powiada, wszystko jak przy witym konfesjonale..."

Kto spa na rku, caym ciaem rzuciwszy si na st. Okna byy otwarte i jasne wiato ksiyca dogasao ju przy sabym blasku daleko wstajcego soca.

Z izby, gdzie taczono, dolatywa piew krakowiaka, tak rzeki, szczliwy i radosny, e a same nogi drgay:

W Krakowie na sali

Niemcy tacowali...

Polak wsem ruszy

Wszyscy uciekali.

Naok przyklaskiwano, przytupywano. Z kta ozwa si jaki zapity, ochrypy gos:

 Aby to jedno prawda... Ogromnie te Niemcy pouciekay, i to z Krakowa.

Ale go zaraz skarci i zaguszy okrzyk powszechny:

 A toby wa siedzia i cign likwor, skoro go masz przed nosem. Oto filozof...

Rafa poszed do sali tanecznej, opar si tam plecami o cian i rozpalonym okiem ledzi kady ruch panny Heleny. W pewnej chwili ujrza, e tum mczyzn stojcych przed nim rozsun si i e jedna z panien taczcych wybraa go w mazurze. Poda jej rk i przebieg sal niezupenie waciwymi skokami. Po chwili uczu w swej rce do panny Helenki. Oprzytomnia. Krew zbiega mu do serca. Gos zupenie obcy, jakby duch jaki postronny, szatan czy anio, przemwi przez jego usta tak cicho, e tylko ona moga posysze te straszliwe wyrazy, ktre mu pier rozdzieray:

 Przyjad do Dersawic!... W nocy. Na koniu. Czekaj mi przy oknie od ogrodu. W tym naronym. Od ogrodu!... Zastukam trzy razy w szyb, w to miejsce, gdzie w okiennicy jest wykrajane serce. Przy oknie czekaj... Syszysz?

Panna Helenka spojrzaa na niego, na dzikie oczy zmcone do dna, na yy jak strki, czerwon twarz, wzburzon wosy, i parskna miechem tak niesychanie szczerym, e wszyscy obejrzeli si i nie wiedzc, o co chodzi, wtrowali temu gosowi.

Syszc dokoa miech powszechny, Rafa ruszy przed siebie z gow schylon, jakby mia zamiar uderzy ni w tum cay niby taranem. Nie wiedzia tylko, gdzie mu si ten tum sprzed oczu podziewa. Nogi si pod nim giy, jakby w nich nie mia koci. Usysza wtedy nad uchem dobrotliwy szept matki:

 Rafciu, Rafciu, chod ze mn, bagam ci na wszystko. Ojciec zobaczy!

Dwik wyrazu "ojciec" dwign go z omdlenia.

 Przyjad na koniu... Syszysz? Zastukam trzy razy... w serce...  szepn matce do ucha tym samym demonicznym gosem.  Przyjedziesz, przyjedziesz, tylko chod co tchu, bo ojciec...

Rafa posun si naprzd, ale w niewaciwym kierunku i tak lekkomylnie obwisymi ruchy, e matka zmuszona bya wesprze go si i wycign prawie z domu. Gdy go owiao mrone powietrze zimowego witu, zupenie straci si w nogach. Opad na ziemi jak paszcz. Kilku parobkw odnioso go do tak zwanego belwederu i tam zoyo na posaniu. Belweder  by to dawny dwr, gniazdo prapradziadowskie z modrzewiowego drzewa. Sta w gbi ogrodu. Ze staroci zapad. si w ziemi, ciany jego zgiy si; dach prawie gruntu dotyka, a dzikie krzewy, zasaniajce okna, do poowy wielkiego dachu wystrzelay. Byy tu pokoje gocinne, piarnie i skady gospodarcze. W najwikszej izbie stao kilka posanych ek, a na ziemi przez ca szeroko leao pokotem na somie rozcignite posanie dla goci. Ju tam kilku braci szlachty co sabszych w gowie chrapao dobranym chrem. Piec by dobrze napalony, a stary dwr, co jeszcze krla Jana pamita, trzyma ciepo; tote spao si tam nie najgorzej. Rafa, wasnorcznie przez matk rozebrany a do bielizny, przykryty. dobrze, usn jak koda.

O jakiej godzinie dnia zbudzi si i usiad na posaniu. Dokoa na ziemi i na kach chrapali ssiedzi. Rafa nie wiedzia, gdzie jest i co si z nim dzieje. Gowa mu z blu pkaa, w oczach si mio. Spostrzeg picych, ale nikogo nie mg pozna. Dra na myl, e jest sam jeden w jakim miejscu wiecznego potpienia. Widzia gowy, rozrzucone rce i nogi, poroztwierane usta, wreszcie blask wiecy poncej w rogu izby na stole... Wlepi oczy w to miejsce i po dugim badaniu z ulg i pociech dojrza ywego czowieka. Pozna go nawet. By to Wicu Jawrysz, syn ubogiego szlachetki spod Winiowej, drab wielkiego wzrostu, siy i bardzo dzikiego charakteru. Ten Wicu, z czupryn zwis na czoo, siedzia na somie i jad, a waciwie poera mazurki, kruche ciasta i strucle przekadane, ktre kolejno wydobywa spod poduszki. Skoro wyciga stamtd niepoledni mazurek, ama go na dwie czci i kad z nich unicestwia kilku ciosami ogromnej uchwy. Rafa dugo i z osupieniem wpatrywa si w t jego czynno.

Widzia, jak Wicu Jawrysz wchonwszy wszystko, co mia pod rk, uda si na palcach do ssiedniej piami, ktrej drzwi zostawiono otworem, i przynis stamtd nowe narcze mazurkw i strucel, jak to wszystko umieci pod poduszk, siad w kucki i ze zdwojon energi zabra si do dziea. Rafa widzia to wszystko, domyli si wreszcie, gdzie jest, ale nie mg przyj do siebie. Wspomnia sobie co rozkosznego, ale nie by w stanie zrozumie, co ma czyni. W rozterce takiej run na wznak i nim gowa jego dopada poduszki, zachrapa na amen.

wieca dopalia si i zgasa.

Niky promie wiata wpad przez otwr w ksztacie serca przymknitej okiennicy. Z dala, ze dworu, dochodziy tony muzyki grajcej od ucha. Skrzypce zanosiy si, basy niestrudzenie wtroway, a klarnet rzewliwie przypiewywa.

Rafa ockn si znowu. Siad na posaniu i natychmiast przypomnia sobie pann Helenk. Wszystko w nim zagrao, jak ta rozkoszna, z dala dochodzca muzyka...

Co tchu zacz si ubiera, co si! co si! Namaca w ciemnoci buty i wzu je co prdzej, wyszuka po omacku jedn z najbardziej niezbdnych czci ubrania i zacz wciga na nogi. Nie mg wyj z podziwienia, czemu czynno tak prosta tyle mu czasu zabiera. By wcieky, bo mu si pieszyo, tote wciga na si nieodzown szat z caej siy, bez wzgldu na to, e zowrogo trzeszczaa. Dugo w ten sposb pracowa nie mogc sobie da rady. Dugo szuka wszystkiego, co byo konieczne, aby mc stan przystojnie wobec panny Helenki. By pewny, e znalaz ju wszystko, gdy znowu ogarnia go zacza bezwadno i po wtre usn jak kamie.

Okoo poudnia nazajutrz znaleziono go picego na ziemi, o kilka krokw od posania, z lew nog wbit w rkaw modnego fraka, ktry powyrywa wprawdzie i rozdar, ale zdoa wcign na ydk a do kolana.

Tak dziwny by los jednego z najpikniejszych fraczkw, jednego z pierwszych w Zachodniej Galicji granatowych fraczkw ssiada Targowskiego spod Zawichosta.


 Poetica
Rafa siedzia na krzele ze skurczonymi nogami, palce wbi we wosy i na podobiestwo meameda wykrzykiwa:

 Tetrameter dactylicus catalecticus in bisyllabam, seu versus Alcmanius...

A pniej odmiennym gosem:

 Ibimus, o socii comitesque...

Znowu cienko, a z gry:

 Trimeter dactylicus catalecticus in syllabam, seu versus Archilochius minor...

A potem:

 Interitura simul...

Na chwil przerywa, z chytroci spoglda na koleg i kuzynka Krzysztofa Cedr, umiecha si w sposb bazeski i czterykro za wysokim gosem deklamowa:

 Dimeter trochaicus catalecticus in syllabam, seu versus Euripidaeus...

Kuzynek Krzy skandowa, piewajc jak kleryk:

 Truditur dies die...

 Dimeter trochaicus acatalecticus cum anacrusi, vel versus Alcaicus enneasyllabus...

Cedro wyciga:

 Fastigit umbrosamque ripam...

Za chwil dla rozrywki zmieniali porzdek. Kuzynek zaczyna miym, melodyjnym gosem, z prawdziwie dowcipnymi minami:

 Versus simpliciter dactylicus vel Aristophaneius... A Rafa odpowiada:

 Lydia, dic per omnes...

 Lydia, Lydia, Lydia...  szepta Krzy przymykajc oczy.  Id do wszystkich Arystofanesw!

 ,,O Lydio, czemu, powiedz, chcesz przez miostki zgubi tego oto Sybarysa? Czemu do Marsowego Pola wstrt powzi, tak cierpliwy niegdy na kurzaw i upa soneczny..."

 Id, mwi, bo mierci zginiesz!

 Przeczytaj sobie, Sybarycie, z uwag i namaszczeniem dzieko starego adwokata Marka Tuliusza Cycerona De consolatione.

 Skoczysz dzisiaj?! Versus Archilochius maior, tetrameter dactylicus...

Z gbokim smutkiem, wzdychajc, jakby wypowiada egzort, wbrew radosnym dwikom wionianej piosenki Horacego, Rafa ogasza:

 Nunc decet aut viridi nitidum caput impedire myrto...

A niby dalszy cig, z najpospniejsz w wiecie min, grobowym gosem skandowa:

Nie bd si eni, nie bd si pieszy...

Bd si umizga i dziewczta cieszy...

 Powiniene zrozumie t wanie gow "wonnociami zlan", e innej rady nie ma. Musisz si zgodzi na tak niewinny i sodki pewnik ysego kpiarza: ut homines mortem vel optare incipiant, vel certe timere desistant. Przecie to takie proste i do wykonania atwe...

 Ja dzisiaj zobacz, czy boisz si mierci, czy nie.  Rafaku, nie boj si!

 Macte!

 Powiedz mi: dugie wosy, jasne, jasne, jasne... Lydia dic, per omnes te deos oro, cur properes amando perdere...

Rafa podpiera brod piciami i nieruchome oczy wlepia w szyby okna. Daleko, daleko widzia. Olbrzymia, szeroko rozlana woda Wisy gubia si we mgach i deszczu. Zatopione w nich wierzby bdnie szarzay. Bonia obrose wiklin, daleka przestrze tamtego, prawego brzegu z jego miasteczkami, smugami wsi i skrzydami lasw ukazyway si niekiedy jak odbicia chmur. Daremnie oczy szukay domw Nadbrzezia, Trzeni i kpiastych, a jak lasy rozrosych parkw Dzikowa.. Z tego widoku wynurza si szczeglny rodzaj niepokoju. Jak ciemna chmura deszczowa bez wyranych granic pynie przez niebo, tak pyna wskro ciaa nieokrelona dza zjawisk, stanw i rzeczy tajemnych, wielkich, rozkosznych. Pyna cicho, milczkiem, z wolna. Bya niby nud i z naga stawaa si natarczywoci, uderzajc jakby przeraliwy szczk elaza o elazo.

Przesza, przepyna...

Szlakiem wyobionym przeze cigny si wdziczne dumania, dugie, bezdenne, marzycielskie wspominanie spraw, ktrych nie byo wcale i nigdy, cudna tsknota pena ez i woa, eby przysza istno szczcia ukryta za mgami. Przda si w gowie wta myl i nika w sennych obrazach: Noc ksiycowa, pena biaej jasnoci... Nad kami wisz pasko rozcignite opary. Wpada w taki tuman mgy co si w klaczy, z lekka tylko trzymajc si strzemion kocami butw. Cudnie pachn skoszone potrawy, zwilge, zimne siana jesienne. Od Wisy tchnie wiklowy chd. Zda si, e to miejsce, przez ktre jedzie sam w nocy, to jakie inne, obce, nieznane. Jakie to straszne miejsce! Rosa i pajczyny biel si w miesicznym wietle. Cisza w gbokich wwozach... Co nimi, ziemi idzie za czowiekiem, co leci ladem cwaujcego konia. Snuje si jako pajczyna, a gdy stan i sucha, bez wydania gosu zamiera. Gdy spojrze poza siebie  nic, tylko srebrzysta rosa pi pod zason nocnych tumanw...

Deszcz to mtnymi, pynnymi falami zanosi widnokrg do szcztu, to si ucisza i znika. W takich minutach ukazyway si bure wody pdzcej rzeki, a zimna kra trupio wrd nich szarzaa.

Gdy si na pewien przecig czasu rozjanio, Rafa goniej pocz wykrzykiwa wiersze Horacego, zbliy si cicho do szyb i dugo, z wyton uwag w dal patrza. Z naga radosnym, a sennym z rozkoszy gosem wyszepta do towarzysza:

 Ten chudy rybak, Bobrzyk, przybija do brzegu! Nunc decet aut viridi nitidum caput... Boe, ten dopiero wiosuje! Czy ty widzisz? Czy widzisz? To majster!

 Wanie e nic nie widz...  z rozpacz szepta Krzy wbijajc na prno krtkowzroczne oczy w zamazane szyby.  Wiosa si pod nim wyginaj jak pira. Ach, Boe... Ten pynie! Krzy, bd gotw...

W ssiednim pokoju daa si sysze goniejsza rozmowa i przyjaciele zaczli znowu powtarza swe pensa.

Krzy posmutnia. Dolna warga jego licznych ust oda si i blade, ciche oczy smutek owia.

By to daleki kuzyn Rafaa, jedyny syn bardzo zamonego szlachcica znad Wisoki. Obydwaj z Rafaem mieszkali na stancji u profesora Zawadzkiego, w dworku stojcym pord ogrodw, niedaleko od ruin kocioa witego Piotra. Cedro by szczupy, mizerny i nie bardzo silny. Uczy si doskonale, aczkolwiek nie zawsze z rwn wytrwaoci. Uwielbia Rafaa za jego si, mstwo i bardzo czsto odrabia za niego rne prace szkolne.

Ustali si by niepisany zwyczaj, e gdy wieczr zapada, obadwaj pensjonarze wychodzili na przechadzk do ogrodu zbiegajcego ku Wile po zboczu gry. Tam o zmierzchu gonili si, ciskali piguami w siebie nawzajem, ile si dao, w przechodzcych izraelitw, a nawet, ze smutkiem wyzna to trzeba, w przechodzcych katolikw. Szczegln nienawi w nich, studentach austriackiego gimnazjum, budzili wychowacy tak zwanego sztyftu, czyli szkoy onierskiej, ktra miecia si w tyme gmachu pojezuickim. Skoro tylko za murem ogrodu ukaza si malec ze sztyftu, dostawa niezliczon liczb pigu, wymoczonych ad hoc w wodzie i zamroonych umiejtnie.

Tego dnia znalazszy si w sdzie profesorskim obadwaj zbiegli szybko wwozem a na samo dno doliny wilanej. Szerzy si ju mrok zimny i prdki, spywajc z chmur. Sam by jak chmura.

Rafa obejrza miejsce i przylegoci. Nigdzie nie byo ywej duszy. Da znak Krzysiowi. Przesadzili parkan ogrodu. Stali o kilkadziesit krokw od brzegu rzeki. Z burych fal szo zimno i przejmujce seplenienie kry, ktra si w nich gsto koysaa. Modziecy chykiem szli w kierunku Zotej i widnego z dala Samborca. Co tchu przekroczyli Jagiellosk drog i, brnc w bocie, stanli nad wod. Zmierzch ju nadcign i olbrzymimi fadami osiada ziemi.

W dole rzeki by zator lodowy.

Kto o nim wspomnia przy obiedzie jak o rzeczy okropnej. Szli tedy obejrze wasnymi oczyma, czy tak jest, jak mwiona. Rafa znalaz d, ktr by widzia przybijajc do brzegu. Jeszcze raz rzuci okiem...

Sandomierz pitrzy si wyniole. Byskay ju wiata na przedmieciu zwanym Rybitwy i w grze.

Odwiza d, wyszuka w wiktach wiosa i skoczy pierwszy. Krzy poszed za nim i siad w tyle,

Bya to d paska i pytka, zalana wod. Nie zdyli pochwyci wiose, kiedy ju prd wodny porwa j i wynis na rzek. Rozparli si nogami, zanurzyli wiosa i, co tchu w piersiach a mocy w barkach, poczli wygarnia z gbin kby wodne. Dzib czna twardo, z oporem, jakby ora w piachu, zwrci si w stron Trzeni.

 Raz, dwa!  zakomenderowa twrca wyprawy gosem nieswoim, surowym, z gbi piersi.

Zomy lodu pyny szybko a ciko, jakoby potrzaskane ciany ciosowych kociow. Z odzi wydawao si, e w okrg sunie zniszczony jaki ld, niepodobna ziemia, zorana skibami, ruda, sczerwieniaa od martwych piachw, od ladw rozptanych czarnych nawanic zimy. Byy momenty, e pyna wprost na d tafla olbrzymia jak strop wielkiej sali, ostrymi krajami swymi godzia zdradziecko w burty stateczku. Wwczas Rafa wznosi wioso i zadawa jej miertelne pchnicie z czoa. Grona, pywajca szyba posusznie usuwaa si na bok. Inne, sabsze, od jednego trcenia rozpaday si w drobne uamki jak trucho bezwadne. W ostatnim blasku dnia widzieli w pkniciach czarno-zielone pasy narosych warstw. Syszeli dokoa siebie cichy syk lodu. Wybuchay z tych gbin banie i skrty wirw, niby olbrzymie rdliska kipice z rozwartego dna. Kiedy niekiedy d draa od niespodziewanych uderze i trzeszczaa zowrogo. Co chwila wiosa wyrzucay z pienistego betu tafle kry lodowej i ze liskim szczkiem miotay je w gr. Zdarzao si, e jaka gruba tafla jak skaa mkna na wartkich falach rodkowego nurtu. Wtedy skuta, podwaona wiosami, odskakiwaa w bok i sza w ukonym kierunku.

wiato, zapalone w jakim oknie na grze miejskiej, cigao ich amic si i chwiejc na wichrzatej fali ostr iglic. W tej szczelinie wietlistej ujrzeli pierwszy raz dzik otcha, z guchym furkotem zapamitale ciekc.

Mrok gboki owia dusze, ale nie wygna z nich radoci. Czuli rozkosz fizyczn niesychanego pdu w mikkiej kolebce przepaci. Chwytali j wiosami za gardziel i wykrcali jej stawy...

 Raz, dwa!  krzycza Rafa ze wciekoci w gosie i namitnym ukontentowaniem.

Wiosa wyginay si jak od wiatru prty wiklowe,, ale d potnie gniotc wklse wiry i banie wodne sza na ukos w wierzy wodnej. Migotliwa iga na falach znika i noc miertelna otoczya czno. Ramiona saby. Pot la si z cz. Krew bia w skronie.

Drewniany statek lecia. Nie mogli ju zawrci jego dzioba ani dokd wola kierowa. Z naga zatoczy szalenie prdki krg, garnc ogonem wiszczc fal  i zwolni biegu.

By gdzie przed nimi guchy, przeraliwy szum. Wszystek ryczat wody grzmia tam ponuro niby zlatujcy wodospad z jakich niezmiernych stawide.

 Rafa, gdzie my jestemy?  cicho spyta Krzysztof.

 Ty czasem masz pyszne pomysy co do pyta! Skde ja mog wiedzie, gdzie my jestemy?

 Co to tak huczy?

 Woda.

 Patrzaj, a to co?...

Drwice sowo odpowiedzi trwoga wgniota Rafaowi do garda. Twarzy, piersi, rk jego dotkno co, jakby ciemne, wilgotne szpony olbrzymiej apy. Obadwaj modziecy achnli si w ty i ku obronie dwignli z wody wiosa. Krypka wolno posza naprzd. Wtedy poznali, e s w koronie strzelistego drzewa, ktre, wida, woda wydara z ziemi i zwalia. Na wystajcych gaziach i cienkich, bezlistnych prtach wisiay szmaty i torby zgniej trawy i siana, ktre oblepio znienacka ich twarze i okrcao szyje.

Odepchnli si wiosami i d wolno, jak komiga ze zboem, posza tam, dokd j skierowali, z lekka tylko przez gociniec wodny unoszona w jakim rnym od poprzedniego kierunku. Byo tam peno kry pyncej ospale, strzyy drobnej, kilku warstwami spitrzonej. Rafa stan w odzi, rozstawi nogi, wspar je na burtach i zacz d huta. Krzy rozumia, e pragnie j uchroni od oblepienia przez kr, ale truchla na my o tym, gdzie si znajduj.

Pynli tak dugo.

Huk trzaskajcych wd, ktre si dokd waliy z przeraajcym oskotem, zblia si ku nim. Szed na nich z nocy.

Z naga uczuli obadwaj, e ich znowu gwny wart porywa. Woda dara si w lewo, z szelestem prc kry. Ciekli chwil wrd lodu, . ktry si szybko dokoa skupia. Dopiero caym wysikiem rk zdoali go odtrci wiosami raz, drugi, trzeci. d znowu cofna si na cichsze mielizny, zawalone przez strzy. Wtedy instynktownie poznawszy gwny strumie Wisy, szeregiem gwatownych wirw pod kdzierzawymi falami leccy, pomykali si co si w przeciwn stron. Wiosa ich miesiy kr, rozgarniay j, z oskotem tuky si w niej, a wreszcie ty odzi twardo uderzy w co nieruchomego.

 Czy to brzeg?  zapyta Krzysztof.

Rafa zmaca to miejsce wiosem i znalaz, e to jest jednolity ld, zachowany przy brzegu. Mieli przed sob otcha gwnego toru, dokoa stuczon kr.

Rce ich ustay, byli przemokli do suchej nitki. Zzibli. Rozwarte szeroko oczy wlepiali w t noc bez gruntu, ale nic dostrzec nie mogli.

 Sta w odzi  rozkaza Rafa  a ja wyjd na ten ld i zobacz, czy brzeg daleko. Tu wanie musi by zator. Bylibymy w takim razie u celu.

Krzy z posuszestwem wykona rozkaz. Uczu, jak d gibna si, gdy Rafa z niej wyszed, usysza szklisty szelest jego pierwszego kroku i pewny siebie gos:

 Chod, ld twardy. Wycigniemy bark na brzeg. Ja ju nie mog robi wiosami.

Krzy stan na lodzie.

Naok sycha byo chrzst strzyy; chlustanie i szelest odbitych fal. Deszcz pluska bez ustanku.

 Wycigniemy d na brzeg i zostawimy j tutaj  rzek Olbromski  a sami pjdziemy piechot. To jest lewy brzeg...

 d nie jest nasza!  zawoa Krzysztof stanowczo.

Musimy j odstawi na miejsce.

 A to j odstaw. Z najwiksz pochwa akceptuj projekt.

 Moglibymy j docign idc po brzegu...

 Moesz i to zrobi. Ja nie bd cign.  C tu pocz?...

 A to te to! Tu j zostawimy. Powie si jutro rano przed lekcjami Bobrzykowi, da mu si na piwo.

 Ja mu zapac! Masz suszno. Ja mu dam tyle, e bdzie nawet zadowolony z tej afery.

 Wanie, ty mu dasz. 1 ja tak mylaem.

 No to j tylko wycignijmy na brzeg...

 Zaraz. Musz nasamprzd zobaczy, gdzie to jest ten brzeg.

Odszed brodzc po wodzie, ktra cienk warstw staa na tym lodowisku, zmurszaym i przemokym od dugich deszczw. Gdy wrci z wiadomoci, e do brzegu bdzie kilkadziesit krokw, ujli obaj za acuch przykuty do dzioba barki i zaczli j z caej mocy na ld windowa. Poszo to z trudem, ale ostatecznie dao si wykona. Czno wsuno si na pomost lodowy do szybko.

Znienacka Rafa zauway, e jego nogi wolno zanurzaj si w wodzie. Przeraenie wosy mu zjeyo na gowie, bo uczu, e to caa ta olbrzymia kra ugina si pod nimi i idzie na dno.

 Krzy, uciekajmy!  wrzasn na towarzysza i chcia go chwyci rkoma, ale donie jego objy prn ciemno. Wzdty bawan wodny pchn go w piersi i dokd odtrci.

Cedro krzykn nagle, a potem kilkakro zabekota w wodzie. Rafa wpaw rzuci si w to miejsce na olep i zapa rkoma wosy i ramiona. Wywlk go z fali i pchn przed siebie jak drewno.

Ochyn si cay z gow. Poczu, jak tafle, zomy, okruchy lodu obsiadaj go ze wszech stron, z dou, z bokw, z gry, jak przystawiaj do garda ostrza swych krajw i garn si w usta. Pync w tym gstym roztopie, uderzy ramieniem o d. Trzymajc si jej bumu lew rk, dowlk Krzysia do calizny lodowej i wwali go na ni. Pniej sam si tam wczoga i, lec na brzuchu, sun po paszczynie, ktra si uginaa i zanurzaa w wodzie. Cedro ockn si z jkiem i zacz gramoli... Widzieli, e gin bez ratunku, bo znowu szli na dno razem z uaman tafl, gdy Rafa chwyci rkoma prty wiklowe i rokity na brzegu. Wwczas dopiero pomyla o ocaleniu. Wywlk Krzysia z topieli na brzeg. Odetchn. Pot la si z niego. Grube zimowe ubrania nasiky wod do ostatniej nitki, nogi w butach gono chlupay.

 Cedro, zimno ci?  rzek szeptem.

 Zimno.

 Musimy lecie, bo zginiemy. Uciekajmy!

Rzucili si w zarola wiklowe i poczli wyej kolan grzzn w rozkisych bagnach nabrzenych. Prty smagay ich po twarzach, pniaki jakie raniy nogi, ostre kije z kolkami rozdzieray rce, ale po dugiej mczarni uczuli, e niski ld staje si coraz twardszy. Wreszcie wybrnli i znaleli si na pochyych zagonach.

Rafa usysza, jak zby Krzysia szczkaj. Dotkn go rk i uczu, e dry. Sam take ledwie mg stamsi przeraajcy dreszcz w sobie, Woda sczya si z kadego ich wosa.

Wtedy ogarna go miertelna rozpacz. Nie wiedzia ju, w ktr stron i: straci wszelki zmys i rozumienie kierunku. Nastawi uszu, ale sysza tylko wcieky, przeraajcy szum wody, szum-mier.

 Ty si nie orientujesz, gdzie Sandomierz?  mwi do towarzysza.

 Nie.

 Moesz i sam?

 Nie.

 Krzy!

 Id sobie. Ja tu zostan.

 Krzy!

 Zimno mi, zimno, zimno...  zaskomla jak mae dziecko. Usiad na ziemi.

Kostniejcymi rkoma Rafa chwyci go wp i zacz wlec dokd, przed siebie. Ale uszed tak zaledwie kilkanacie krokw. Potkn si i run w rozmiky zagon. Przez chwil lea bez si, z twarz w brudzie penej roztajaego lodu, zimno i martwo mylc, e ju nic nie poradzi. Dreszcze wyrway si spod jego woli, amay go i trzsy. W gowie zatli si krwawy pomie.

Ruchem niezawisym od wiadomoci, myli i woli, guchym aktem bezdennej rozpaczy zacz zdziera z siebie mokry, obmarzy kubrak, ktry go tym strasznym zimnem przejmowa  i raptem zacz to czyni co si, co tchu, co mocy w palcach. Zdar ze siebie koszul, spodnie i zacz mocowa si z rozmikymi butami. Rzemie przywar do ng. Zdao si, e cholewy s skr ciaa. Cigny si jak guma. Po dugiej mczarni zwlk wszystko z siebie i zosta nago. Wtedy to samo zacz robi z Cedr. Poszarpa na nim ubranie w pasy i odar go ze wszystkiego. Tamten lea bez si w mikkim zagonie, dygocc caym ciaem, gdy zzuwa z niego buty. Kiedy Krzy by ju zupenie nagi, Rafa zacz go pra piciami, szarpa za ramiona, bi z caej mocy po nogach i zmusi do walki ze sob. Okadali si piciami na dobre, gdy Rafa wrzasn, e musz lecie Co tchu, bo inaczej zgin obadwaj. Znalaz w ciemnoci . rk Cedry i j go cign. Z pocztku tamten wlk si padajc co krok, szed ociale, pniej coraz prdzej, a wreszcie pobieg. Lecieli jak obkani przez niewiadome pola, przeazili przez poty, mijali wwozy, zarola, krzaki, doy. Byo im coraz cieplej i z kadym krokiem przybywao si. Jelenimi susami sadzili przez rowy, nie baczc na to, gdzie noga stanie. Biegnc tak obok siebie na wycigi, trafili na grunt twardszy, wznoszcy si ku grze, i poznali, e s na Sandomierskim Paskowyu. Rafa zamia si z cicha.

Ju teraz nie lka si topieli. Byo mu dobrze rwa tak co pary w piersiach, nurza si w mierteln om nocn, grza si jak ogier w biegu.

W pewnym miejscu, lecc bez przerwy w nieznanym kierunku, z naga usyszeli poza sob daleki, daleki dwik. By to gos zegara na wiey kolegiackiej. Skoczyli w t stron i wnet nozdrzami poczuli dymy. Sandomierz!

Zbliali si do niego od Opatowa. Gdy przybiegli do ogrodw miejskich, szli po zapociu ich a do swego, w skok wdarli si na gr i stanli przede drzwiami domostwa, ktre byo ich czasow siedzib. Teraz nareszcie groza pooenia zajrzaa im w oczy.:.

Rafa duma przez chwil i z lekka poprbowa drzwi wiodcych do sieni. Ku jego wielkiemu zdumieniu-ustpiy. Weszli cicho jak upiory i sunli si obok cian po dobrze znajomych dylach. Z sieni wchodzio si do stancji profesora. Trzeba j byo min chcc dosta si do ich studenckiego pokoiku.

Otwarli drzwi, uczuli ciepy dech zimowego mieszkania i niby widma szli przez t stancj. Sycha byo tylko bicie ich serc... Wtem Krzy run razem z krzesem, na ktre wlaz w ciemnoci. W mgnieniu oka dom si poruszy. Zabysy wiata. W ssiedniej izbie kto skrzesa ognia, zapali wiec i, nim zdoali dopa drzwi, zastpi im drog. By to profesor, ich mentor i chlebodawca. Sta przed nimi w bielinie, wysoko wznoszc wieczk ojow. Gdy ujrza dwie postacie nagie, jak je Bg stworzy, unurzane w ciemnym bagnie, otwar usta i dugo im si przypatrywa. Powieki jego drgay, a szlafmyca trzsa si jak w febrze. Winowajcy stali przed nim, zachowujc cyniczne milczenie, i brutalnie przypatrywali si jego chudym ydkom. Wreszcie sowo skrzydlate wyfruno z jego aciskiej gardzieli:

 Olbromski!... to ty, ptaszku! Twoja to jest nowa sprawka...

 Panie profesorze!  zawoa Cedro wycigajc ku niebu zabocon prawic  przysigam, e to ja jestem winien.

 Czemu jeste winien, kochanku?

 Ja sam tylko! Winien jestem! Ja to go namwiem, Rafaa, ja wymyliem...

 Cicho! Bdziesz mi tu si stroi w bohatera, mnie uniewinnia... Mnie!...  rzek Rafa z pogard, ktra kierowaa si waciwie nie do towarzysza niedoli.

 Olbromski!  wykrztusi belfer trzsc si z zimna i wciekoci  odpowiesz ty mi za to w dniu jutrzejszym. Wielki Boe! nago azili po miecie w nocy, zimow por. Wszystko si to wykryje!

 O, wykryje si niezawodnie! Wszystko na wiecie moe by wtpliwe, to tylko jest pewna, e ta sprawa si wykryje.

Oczy jego bysny zowrogo i okropna ironia zawiecia w nich pomieniem.

 Chod spa! Za mn!  krzykn rozkazujco jak wdz na Krzysia i majestatycznym krokiem, zostawiajc na idealnie wymytej pododze dokadne odbicia spracowanych stp, ruszy w stron oa.

Z jak rozkosz uczuli obadwaj kodry na grzbietach! Rafa wtuli gow w poduszk i j rozmyla o stanie rzeczy. Wiedzia, e go nic dobrego nie czeka. Z nauczycielami od dawna dar koty, jako ucze wcale nie wietny i pierwszy w szkole obuz, nota bene, obuz pod wsem. Wiedzia, e nazajutrz bdzie zmuszony da dowody bohaterstwa, ktre zadziwi ca sztub, sztyft, wreszcie miasto i dugo zostanie w koleeskiej powieci. W dali ukazyway si Tarniny i ojciec. Na to wspomnienie przejmowa go dreszcz, zimniejszy ni w rzece. Chcia zasn. Zamkn oczy... Ale sen uciek od jego powiek za dziesit granic. Noc wloka si, trwaa bez koca. Rafa sysza, jak Krzy usn, jak si rzuca we nie, mamrota, budzi, znowu zasypia. Sysza jego oddech nierwny, prdki, zdyszany, jakby wci jeszcze biegli przez czarne pola...

Rozpalona gowa leaa nieruchomo na poduszce i wrd ciszy nocnej zaczy si w niej budzi, wstawa i do kolosalnych rozmiarw urasta widziada. Nadchodziy z ciemnoci zdarzenia tak bliskie, e byy niemal rzeczywistoci, wysuway si z mroku osoby prawie dotykalne, brzmiay sowa, potoki krzyku, wybuchy jkw. Jakby wiato przez wsk szczelin do podziemnej pieczary spada z naga blask wystpku dokonanego i owietla surowe przepisy, ktre takich a takich czynw zakazyway. Rafa teraz dopiero spostrzega, co zrobi. Bada, co te go za to czeka, e wzi cudz d, e pywa w niej nocn por, e t d zatraci, e o may wos nie utopi Cedry, i e, o straszliwa zgrozo! nagi wszed z towarzyszem do izby profesora... Teraz dopiero zaczo wyazi zagadkowe znaczenie takich czynw, jak wczenie si nago po miecie. Gorco bio na, gdy sobie wspomina rozmaite wzmianki niegdy syszane o podobnych, ledwie podobnych wypadkach, wzmianki szeptem ze zgroz zawsze mwione. C go za to czeka? Jaka jest za to kara? Kt wie, moe to jest najwiksza ze zbrodni ludzkich? Gdyby ktokolwiek mg mu powiedzie, oznaczy jednym sowem wielko tego wystpku! Czy to waciwie jest zbrodnia? Zbrodnia! Wysuwa w ciemno cay mzg i jakoby nowym narzdziem bada nieznan dziedzin, owietla sobie drog nowo odkryt, po ktrej teraz samemu i wypadnie.

Sysza nierwny, tchncy arem oddech Krzysztofa i noga za nog schodzi w gbokoci przeraenia: on umrze...

Wlk si mylami po schodach w gimnazjum i na ich szczycie widzia prorektora oraz wszystkich Minosw i Radamantesw, a nade wszystko... pedelw. Nowy zimny sylogizm wypywa kroplami lodowatego potu na jego czoo: bd mi bili. Skrca si w sobie i czu wcieke, bezgranicznie bolesne, do cna rozszarpujce mo duszy smaganie upokorzenia.

Ale nade wszystko, nad przewidywane mki i ble, czu gdzie daleko spojrzenie ojca. I wtedy truchla jak zabity trup. Ca si woli, rozumowa, pociesze odpycha ten widok, zamazywa go, ciera uywajc skamanych wiadomie usprawiedliwie, wysnuwa ze siebie ciche bagania do kogo, kto go wybawi. I znowu, jak powiew gorczki nie wiadomo skd wychodzcy, snuy si widma, wywody, myli, przeczucia.

Pomimo jednak cay ten proces upadku, w gbi, za wszystkim, stao co, czego unika. Nie chcia tego wyzna przed sob, ba si wyjawi wobec modlitw, aeby ich nie sposzy, nie rozbi i nie odwrci, ale wiedzia to zatajon, obudn pewnoci, e tam jest rado z dokonania tego wystpku, za duma, gbokie, tgie, mode szczcie, ktre dry, kipi, rwie si i gono a bezbonie chichoce. Za westchnieniem modlitwy, ktra si z serca odrywaa jak wonny dym, chowa si gony, pkajcy miech siy z tego, e Krzy chory, d wdruje do Gdaska, a buty i mokre szmaty le na brzegu.

W zmaganiu si uczu odmiennych i rnicych si od siebie tak bardzo, jak wiato i mrok, upywaa ta noc nieskoczona. Widziao si, e ju wit blisko. Ju wszystko si rozstrzygnie. Tak czy inaczej, ale zaraz...

Zwinity w kbek na posaniu, rozarza w sobie odwag, przewidywa zapytania i ku odpowiedzi, a nadto w sekrecie przed sofizmatami udrczonej gowy ciska picie i wypra minie przedramion.

Bezdenna cisza nocy zimowej pochaniaa wszystkie te uczucia chwiejnie ponce, pene upadkw i wybuchw. A oto w jej gbi, jakby w czarnych niebiosach, rozleg si dwik zegara na wiey. Uderzy raz, po chwili drugi raz...

Wosy zjeyy si na gowie Rafaa.

 Dopiero druga...  wyszepta prawie gono.

Opanowa go taki przestrach jak nigdy jeszcze w yciu. Rzuciy si na wszystkie ze myli, wszystkie fatalne kombinacje, przewidywania-obdnice, i rozpacz chwycia go za gardziel. Wbi czoo w poduszk i przypatrywa si swemu nieszczciu. Onego czasu widzia, jak polowy w Tarninach apa na skoszonej ce jadowit mij. Widzia, jak rozwidlonym kocem gazki brzozowej przycisn do ziemi jej szyjk, jak potem uj dwoma palcami ebek od tyu, cinieniem otworzy paszcz... Wcieka mija oplota si dokoa rki. Wtedy polowy kocem patyczka zacz wyciska jad z pcherzykw pod jej zbami. Rafa wspomnia sobie t chwil. Dowiadcza w ciele podobnego drenia, jakby mija oplataa go caego, jakby zwracaa ku niemu rozwart paszcz i za chwil ostre zby utopi miaa w jego oczach.

Skulony, zwinity w kbek, tak e kolanami dostawa nosa, trzsc si w febrze, drzema i budzi si na dwik zegara. Kade uderzenie, surowe, obce, w gos elazny, wychodzcy z rzeczy martwej, przelatywa puste i ciemne dziedziny jego rozmyla i spada na piersi jak cios kamiennej kuli. Nareszcie blady wit ukaza w mroku powierzchnie cian. Wkrtce wszcz si w domu zwyczajny ruch. Familia profesora, jego gadatliwa ona, siostry, a nawet crki zajy si chorym Krzysiem. Posano po lekarza. Rafaa otaczay zimne spojrzenia tych osb, wyciskajc na jego czole pitno haby. On sam czu si winowajc. Wypi zwyczajny kubek gorcego mleka z takim popiechem, e o mao warg sobie nie sparzy, i nim si ozwa dzwon szkolny, z wizk ksiek pod pach ruszy do liceum. Wszed na schody, ktre widzia by we nie, i pierwszy zasiad w pustej sali. Sprzty jej, ktre jeszcze wczoraj byy wyrazami wesooci, przybray teraz szaty zowrogie. Wyniosa katedra z drewnianym baldachimem bardziej ni kiedykolwiek tchna surow groz konfesjonau; czarne awy miay w sobie pospn cisz pyt grobowych. Wpad do klasy jeden z kolegw, drugi, trzeci; wkrtce wielka izba pena bya wrzawy, gwaru i miechu. Rafa siedzia zatopiony w sobie, z oczyma utkwionymi we drzwiach. Jak przez sen widzia, e jego towarzysze kuj zamach na acinnika, wlepiajc midzy rzebione ornamenty baldachimu katedry dobrze ubit pigu niegow. Nieywy umiech przesun si po jego duszy na myl, jak to nieg, gdy si powietrze ogrzeje, zacznie topnie i pysznymi kroplami kapa na ysy czerep nudziarza...

Dreszcz wewntrzny wstrzsa jego ciao, a myli zamieniy si w bdny dym. Wesoo towarzyszw, ich zapytania pene swawoli, koncepty i okrzyki zawieray w sobie podwjn, potrjn sum boleci, spychay go jeszcze bardziej w ciemny d rozpaczy. Chwilami ogarniao go nage i miae postanowienie ucieczki. Jedna tylko sekunda  i w czyn si zamieni. Ucieka! Ucieka... do domu. Ale oto jaki dwik, szmer, sowo zmieniay nastrj w inny a do rdzenia. Tymczasem zeszli si profesorowie: Szczepaski, Zawadzki, Orowski, ksidz Kozubski, przyby prorektor Kubeszewski. Toczyli w gabinecie ostatniego jak narad. Oprcz Rafaa nikt na to uwagi nie zwrci, ale on ze cinitymi zbami liczy ju teraz sekundy.

Z naga dostrzeg pana Filipa i gboko wcign w piersi powietrze.

Pan Filip by pedelem szkolnym, zwierzchnikiem bezporednim kalafaktora Michaka i stra szkolnego Jana Kapistrana. Pan Filip by niewielkiego wzrostu, szczupy, ylasty, na pakowatych nogach, ale silny jak ko. Dugo suy w kawalerii austriackiej, odbywa liczne pochody na nieprzyjaciela, by wielokrotnie ranny i, jak zwyk by mawia, wicej krwi na rozmaitych polach wyla, ni jej obecnie mia w sobie. Trudno byo okreli, w jakim jest wieku. Wyglda na lat trzydzieci kilka, a mg mie wicej ni pidziesit. By to twarz szara, ciemna, otoczona baczkami. Chodzi w jakiej resztce obcisego munduru, w sukiennych kamaszach, ktre sigay za kolana, umia wista przecigle, cienko i grubo, posikujc si dziurami sprchniaych zbw jak otworami klarnetu. Modzie szkolna draa na widok tej wiotkiej postaci. Jej due czarne oczy, przejmujce do szpiku koci, zapieray oddech w kadym studencie.

Pan Filip umia siec rzg w szczeglny sposb. Jednych ci do krwi od pierwszego uderzenia, innych do trzydziestu prawie bez blu tylko smaga. Wiedziano, e kogo nienawidzi, tego rznie "z wiedeska", wolno, ze strasznymi przestankami i piekielnymi ciosy. Wtedy to pogwizdywa swoje aryjki. Wtedy take zdejmowa z szyi kolorowy szaliczek, rozpina mundur, koszul na piersiach i ostronie wyjmowa z kieszeni cybulasty zegarek. mia si przy tym i co do siebie gwarzy z niemiecka czy z polska. Pan Filip wszystko wiedzia, Zna ycie kadego wychowaca jak wasn kiesze.

W pewnej chwili przeszed si z wolna obok drzwi poetyki. Zajrza w nie i ze strasznym umieszkiem szuka kogo oczyma. Znalaz Rafaa i z lekka cmokn.

Potem odszed, wezwa do siebie kalafaktora Michaka, chopa dziobatego, z kotuniastym bem i plecami jak kariatyda. Ten Michaek stan obok drzwi prowadzcych na schody i obserwowa miejscowo oczyma wou. Pan Filip gwizda niedbale, stojc pod cian ze skrzyowanymi rkoma i przymknit powiek.

Rafa domyli si, e on to jest zwierzyn, ktr osaczaj w ten sposb. Byo mu wci zimno, ale szczeglny lodowaty spokj z wolna si w nim zasiada i rozpiera.

W pewnej chwili wszed do klasy jeden z nauczycieli i zawoa Rafaa do salki prorektora. Gdy tam weszli, oczom skazaca ukaza si areopag nauczycielski, ywo dyskutujcy. Prorektor ubliy si do studenta i, surowo patrzc mu w oczy, zapyta po niemiecku:

 Gdzie bye dzisiaj w nocy z Cedr? Rafa milcza.

 Jeszcze tylko szczera skrucha i wyznanie wszystkiego moe twoj kar zagodzi. Gdzie bylicie obadwaj? Mw zaraz i prdko. To jedno... Czy ty syszysz, co mwi?

Zamie kamstw leciaa przez gow winowajcy i tysic myli, ale adna nie zamienia si w sowo.

 Czy ty bdziesz odpowiada? Wiemy wszystko. Gdzie bye dzi w nocy?

 Na rzece.

Wszystkie twarze wyduyy si i oczy rozwary.

 Na jakiej rzece?

 Na rzece Wile.

 Co tam robi?

 Raki apaem.

 Oszalae! W zimie! W roztop... Drwi tu miesz z nas wszystkich, otrze! Mw, co tam robi!

 Pywaem dk.

 Czyj?

Rafa umilk znowu, wsun gow w ramiona, jakby wszystko, co mia do powiedzenia, wciga w siebie i zamyka na klucz.

 Kto kogo do tego namwi: ty Cedr czy on ciebie? Rafa milcza.

 Ktry ktrego namwi? syszysz?

 Sysz.

 No, wic?

 Ja jego.

 To go zgubi. Ten chopak umrze. Odpowiadaj: po co wyszede z domu w nocy i czemu tamtego cigne z sob?

Naga duma i furia wydwigna si z nicoci w piersiach Rafaa. Co w nim zakoysao si i runo.

 Wyszedem z domu i robiem to, co mi si podobao!  rzek gono, zuchwale, pokazujc w umiechu wszystkie zby.

 Tak ci si podobao... Aha!...  wysepleni prorektor.

 Tak ci si podobao.,. Czekaje; bratku, powiesz ty mi zaraz nieco odmiennym tonem.

 Nie powiem wam nic, chobycie mi porznli na kawaki!

 Powiesz!...  wybekota zwierzchnik.

 Ani jednego wyrazu!

Prorektor w pasji ledwie zdoa namaca doni klamk. Otwar drzwi i piskliwym gosem rzuci w korytarz wezwanie:

 Filip!

W momencie, kiedy to czyni, Rafa przelizn si jak w za jego plecami i szerokimi kroki odszed w przeciwlegy koniec dugiego korytarza. Tam zatrzyma si w gbokiej okiennej framudze. Za nim szed ju bez popiechu Filip, a o kilka krokw dalej, walc obcasami juchtowych butw, koysa si na ogromnych biodrach kalafaktor Michaek. Z kadej sali poglday na scen roziskrzone oczy uczniw, ale nauczyciele rozbiegli si po klasach, zamykali drzwi i tylko sam prorektor oraz pedele zostali w korytarzu. Gdy Filip by zaledwie o kilka krokw oddalony, Rafa wydoby z kieszeni dugi skadany n w kocianej oprawie, cenny dar wujaszka Nardzewskiego. Otworzy go sekretnym gestem i skulony czeka cierpliwie.

 Moe by lepiej po dobroci... -rzek cicho Filip umiechajc si agodnie.  Wyadministruj mitk trzydziestk i fenig. Sowo honoru: mitkie drajsig  i sza.

 No, chod, anioku, Filipku. Chod...

Pedel spostrzeg, wida, n ukryty w rkawie, bo trupia; zielona blado twarz mu okrya. Straszna wcieko ziona z oczu.

 Z noem...  rzek pgbkiem do prorektora.

Wraz kaza swemu pomocnikowi, eby zaszed z drugiej strony.

Rafa chrapliwie mrukn przez zby:

 Precz ode mnie, chamy, bo z was kiszki powypuszczam!

W tej sam chwili Michaek sapic ruszy na niego z wycignitymi apami. Prorektor, obserwujcy spraw z pewnej odlegoci, ujrza bysk ostrza i krew, ale niezwocznie spostrzeg, e n wydarty zosta z rk Rafaa. Michaek jedn rk cisn ten n daleko od siebie, a drug, z ktrej krew rzygaa, trzyma obiedwie donie studenta. Pan Filip narzuci na te rce, cinite do kupy jak gdyby klamr, ptaczk ze swego szalika.Ale olepiajco porywczym ruchem Rafa wydar si z obj kalafaktora, skoczy na bok i w chwili prawdziwie lwiego susa potrafi doda ramienia i. zwinit pici trzasn go tak midzy oczy, e ten olbrzymi chop run na wznak i formalnie nakry si juchtowymi butami. Rafa skoczy przeze jak przez kod, w biegu hukn w brzuch prorektora i zmiata korytarzem. Ale nim dopad drzwi, dopdzi go na gitkich nogach zwinny Filip i chwyci wp.

W tej minucie skrzywdzony prorektor widzia tylko skbione ich ciaa na ziemi. Za chwil ujrza may ebek i gardo Filipa w piciach i pazurach Rafaa. Z biaych nosw obudwu laa si krew, z ust toczya piana, z kurt, kamizelek, koszul dynday strzpy. W pewnej chwili pedel wydoby si z obkanymi oczyma, z sinymi prgami na szyi, oblany krwi, i, zniywszy gow, na olep rzuci si do walki. Nadcign Michaek ze swymi krwawymi rkoma i Jan Kapistran. Mieli ju Rafaa, gdy ten skokiem znalaz si za oszklonymi drzwiami korytarza. Wszystkie szyby wyleciay z drzwi, piorunowym ruchem zatrzanitych. Pocig z Filipkiem na czele rzuci si na te drzwi, nic nie zwracajc uwagi na krzyk prorektora, ktry zbolaym brzuchogosem nakazywa zawieszenie broni. W mig wysadzono drzwi z zawias. Filip dopad zbiega w przedsionku, ale zwinny chopak, rozjuszony jak ranny dzik, zwali go z ng jednym ciosem w skro. Filip odbi si od ciany i, potykajc kilkakro, run twarz na ziemi. Kiedy wsta chwiejc, si na nogach, z oczyma zasanymi bielmem, z gb pen krwi, obkany, zacz maca rkoma dokoa, bekota i szuka Rafaa.

Ale tego nie byo ju ani w przedsionku, ani na schodach, ani na dziedzicu. Za chwil nie bdzie go ju nawet w miecie.


 Na pokucie
Na cztery wiatry zaocznym werdyktem wypdzony ze szk sandomierskich, niewesoy wid ywot w Tarninach. Stary czenik widzie go nie chcia. W cigu pierwszych dwu tygodni nie dopuszcza do ucaowania rki, nie spostrzega wcale jego obecnoci i nie mwi do niego ani sowa. Winowajca jada obiady i wieczerze sam w naronej izdebce, gdzie te sypia na sienniku rzuconym w kcie. Z rozkazu starego pana do dnia budzi go podstaroci Piotr i zabiera ze sob. Szli po ciemku wieci latarni w oczy zaspanym parobkom i dziewkom, wyciga wszelki ywio suebny z barogu, spod koucha, otwiera stajnie, obory, stodoy. Rafa dozorowa, kiedy bydu zadawano som i odmierzano koniom obroki, wydziela chaupnikom przychodzcym na paszczyzn oznaczone iloci snopw do mocki itd.

O wicie spotyka si z modsz siostr, Zofk, idc w grubych butach, krtkiej spdniczce i futrzanej bekieszy pilnowa dojenia krw  i zamienia kilka sw milszych.

W innych porach dnia i to byo wzbronione. Nikt bez wyjtku, nawet matka, nie mia prawa rozmawia z "zaka, z "wrzodem", z "infamisem" rodu. Garnuszek mleka z kromk sitnego chleba "infamis" spoywa stojc w swej klecie i zaraz musia wraca na gumno. A do obiadu siedzia w stodoach, w zapolu, z nogami grubo koci i targan som oboonymi. Tak pilnowa chopw mccych zboe. Poobiedzie a do zmierzchu, a do upragnionej chwili wiania omotu, odbierania zgonin, poladu, mierzenia i odnoszenia ziarna do pichlerza, spdza w ten sam sposb na milczcym, sennym wsuchiwaniu si w oskot cepw o klepisko. Gdy dokonany zosta oprzt wieczorny koni, byda, owiec, wszystko zamknite i klucze odniesione do kancelarii starego pana, mia rozkaz zjadszy kolacj spa natychmiast.

To samo zreszt czyni dom cay. Od szeregu lat szo wszystko tak mechanicznie patriarchalnym trybem, "jak w zegarku". Ju po upywie tygodnia Rafaek omdlewa z nudw. W czapce nasunitej na oczy, z domi wbitymi w rkawy lisiurki sucha chopskich gadek, bani, przypowieci, patrza niby na to, co si dokoa dziao, czy nikt z robotnikw "nie stoi..." Mylami by na innym wiecie. Dopiero wrzaskliwy gos ojca, grzmicy gdzie po gumnie, sprowadza go znowu na klepisko. Wwczas skazaniec zbiera rozwleczone myli, ukada przytomne i krtkie odpowiedzi na pytania, ktrych mu zreszt czenik nigdy nie zadawa. Tylko straszne spojrzenie starca spod naspionych brwi witao go zawsze i egnao. Jeeli zaszo co nie tak jak trzeba, wtedy otrzymywa takich spojrze drwicych, mciwych, okrutnych kilka z rzdu, na odchodnym jedno, dwa "mobrodzieju", wycedzone w taki sposb, e skra cierpa jak od razw praojcowskiego kaczuga. Tym porzdkiem upywa dzie za dniem.

Przy kocu stycznia, w niedziel rano, Zofka, ulubienica rodzicielska, wesza do stancji Rafaa i rzeka krtko:

 Jegomo tatucio kaza, eby z nami siad do kocioa...

Rafa drgn z radoci.

Kiedy czterokonne sanie stany przed drewnianym kociokiem w Sulisawicach, znowu Zofka Rafaowi szepna do ucha:

 Nie chod z nami przed otarz. Masz zosta na kociele. Tak jegomo tatucio rozkaza.

Krew zakipiaa w modziecu. Haba prawie nie do zniesienia: sta na kociele, midzy chopstwem, rami w rami z kotunami, kiedy caa szlachta okoliczna znajdowaa swe miejsca w prezbiterium!... Musia jednak by posusznym.

Stan midzy tymi kouchy za krat oddzielajc naw od wielkiego otarza, zagryz wargi i ze wstydu nie podnosi oczu. Czu, e motoch rozstpuje si raz w raz, czynic ulic dla przejcia nowo przybyych, sysza szelest krokw idcych ku otarzowi, ale oczu wci nie podnosi. Udawa, e si modli arliwie, cho ani jednej litery ksiki, ktr trzyma w rku, nie widzia. Dopiero przed Podniesieniem dwign ukradkowo oczy.

Wrd matron i personatw parafialnych bokiem zwrcona siedziaa panna Helenka. Oczy jej skierowane byy w stron Rafaa, cho nie patrzay... Oczy bkitne jak dalekie lasy w soneczny zimowy dzie. Wspaniae strumienie jasnych wosw wymykay si spod futrzanego toczka, ktry gow okrywa. Twarz bledsza, jakby starsza od owej chwili, kiedy j Rafa widzia ostatni raz, bya gboka, pikna, niewymowna... Przymi oczy jak gdyby smutek. Ale za nim stay uczucia dziecicej radoci, szczebiotliwego miechu, niemiaych a wesoych pyta, z cicha rzucanych. Podziw, a moe al odwraca t twarz, te upajajce dziewicze oczy... ku organom.

Rafa zacich w sobie, wsucha si sam w tony organw czy w muzyk ich mrc jak echo w gbi serca. Kiedy znowu wznis oczy, spotka wejrzenie krtkie, pachnce jako dym z przecudnych kadzide snujcy si pod sklepieniem. w to dym wonny, czarodziejski, uroczysty oddalacz, zasnu przestrze midzy ich oczyma. Nim ukoczya si ta wita msza, odbyo si w sercach tajemnicze misterium. Miny dugie dzieje, zalega w duchu otcha zdarze, od pierwszego zachwycenia, ktremu towarzyszya trwoga, a do r wiernego umiechu, wykwitajcych na ustach, a do byskawic szczcia w przelicznych oczach, a do wyzna zaprzysionych i pokornego lubu.

Ani sowa nie przemwili wtedy do siebie. Zaraz po sumie Rafa odjecha do domu.

Ta niedziela staa si jakby granic nowego czasu. Od niej inne zaczo si ycie. Budzi si i zasypia wzburzony. Dokonywaa si w nim fizyczna i moralna przebudowa. Nie mia apetytu. Istotna choroba ogarna cae jego ciao. Bya to, rzekby, moralna trawica gorczka. Mio szerzya si w nim jak zaraza. Kocha si caym ciaem i ca dusz, a kada komrka ciaa i kade drgnienie duszy pene byo krzyku. Zdarzay si dni, e zamienia si w ywio bezduszny, przykuty do miejsca, i wwczas wszystkie wysiki woli rozbijay si o jeden promie wiata, o jedn smug bkitnego dymu, ktry onego dnia wznosi si ze witych kocielnych kadzielnic.

Byy dni, e czas lecia jak jaskka na skrzydach, kiedy indziej wlk si jak ebrak na kulach. A w cigu takich dni Rafa y poza wszystkim, jakby na zewntrz dnia, prac, zaj, nawet myli, nawet uczu. ywio go czucie niematerialne, pynce z dala na podobiestwo owego jada, ktre pustelnikowi kruk nieznany przynosi. Przymyka powieki i wpatrywa si w oczy rozsiewajce iskry, z ktrych kada tworzya nowy wiat. Oto wszystko. Sam nie mg ani poj, ani zrozumie, ani nazwa poda, blw nieokrelonych, lepych i ciemnych, palcych si namitnoci. Jedno tylko odczuwa, e tskni do wydobycia si  do szalestwa. Krzycza na siebie jak na otra i w tej samej chwili nurza si w szelmowskiej dumie, kpa w marzeniach grzesznych, niewiadomych, w snach nad snami. Dla zniszczenia w sobie tajnych zgryzot zamierza wykra z apteczki karafk z gdask wdk i pi, pi na mier. To znowu marzy o mierci, o zgubie, o zbrodni, o szalestwie.

Ju po jakich dziesiciu dniach takiego ycia wychud, zk, sczernia i wyglda obrzydliwie. O nic nie dba. Spojrzenia ojca najbardziej srogie zacz lekceway. Owszem, pragn, eby go bili, eby go prali, eby cierpie a do obkania. niy mu si katusze ojcowskie, baty na mier... Ani pinie! A powstawszy z kobierca, zrobi to samo, co takiego, e zapamitaj... Otwieray si przed jego wzrokiem coraz to nowe powiaty zuchwalstwa. Straci poczucie granicy midzy wpojon wiar w rzeczy dobre i ze. Zna teraz tylko jedno: pachncy, uroczy, kwiecisty cie. Przychodziy na chwile, e chcia na rzeczy wite, czczone, drogie dla wszystkich i dla niego samego a do tych dni, pooy donie haby, wanie na te sprawy, dziea, uczucia, sowa najdrosze, najwitsze... Rwa, szarpa... Wloka go i cigna ku sobie sia, ncia bole, zachwycaa potworno. Z wewntrznego musu chcia wydrze ze siebie sam natur ludzk. Brzydzi si ni jak starym, zgniym prchnem i bezgranicznie gardzi jej przepisami. By zdrowym, stara si o ask dobrych uczynkw, unika chorb i mierci  jakie to ndzne i gupie! Przez cinite jego usta buchaa teraz lawa wyrazw zelywych, zych, nikczemnych, jakoby krew zgnia, co si z ciarem po yach przesuwa. Nie umiaby odrzec, skd znane mu s takie sowa, jaki wiatr przynis je do uszu z karczem rybackich, z plugawych siedlisk miasta. W takich momentach optania bi o byle co, czstokro niesprawiedliwie, chopw paszczynianych i rozkrwawia gby parobkom.

Kiedy znalaz si wpord rodziny, dra czsto na caym ciele, czujc, jak si w nim objawia ch rzucania cikich przedmiotw i sw okrutnych, niepowetowanych, sw-zabjstw. Nieraz w biay dzie opanowywaa go gboka senno, to znowu gwatowna dza ruchu, blasku, wiate, haasu, orgii. Czu w sobie to pacz dziecka najaobliwszy, to miech cyniczny, to pociganie bez kierunku, bez celu, nieokrelone. Tysic ju razy silnie pragn, eby te dziwne chwile umary, zbiera do kupy wol, eby je wygna i zedrze ohydn bon przywar do serca. Ale nie chwile biece umieray, tylko wanie wola. Jedno czarujce wspomnienie bladej twarzy byo w nim stae, wieczne, niezmienne, wcielone w jego dusz jak ycie.

miy si te oczy od wichrw wsplnych, wewntrznych jak pomienie, ktre si od jednego wiatru chwiej. Przychodzi z naga, niespodzianie, w chwilach najbardziej niestosownych, bo w obliczu ojca, zapach wosw, aksamit twarzy, upa rk...

Dusza staa si czarn i rozpalon. Nieraz budzi si w nocy z uczuciem, e w nim jest przepa niezgruntowana, ziejca gbi. W godzinach poudniowego wytchnienia szed cichaczem do stajni i ksy swego chleba oddawa klaczce Basi. Bya to jedyna jego powiernica. Przypatrywa jej si z rozkosz. Bya duga, na niskich, delikatnych, suchych, przepysznie foremnych nogach, ktre stawiaa mikko niby po kobiercu i z dziwn gracj. Miaa boki wpade jak wilczyca, kb wysoki, opatki tak dugie, e ich minie wystaway nad piersi, a muskuy udowe podkasane i wyduone. Szyja jej bya paska, duga i zgita w pak, gwka maa i ogromnie mdre, gbokie oczy, osadzone w nadzwyczaj szerokich kociach czoa. Oczy te byy pene sdu, pewnoci siebie i  przysigby: dumy...

Cienka skra, przez ktr zna byo wszystkie yy, suche cigna i minie, bya ubarwiona mikk aksamitn sierci. Biaa grzywa, obfita, bujna i wzdta, burzya si, a nie strzyony nigdy ogon wietnie od tuowia odsadza. A ruchy! Wia si jak w: mona ni byo zawrci na stole. Umiaa plsa w miejscu, wolno i lekko, i do rki jak pieszczone dziecko, ale umiaa rwnie wydrze z rk cugle perskiego munsztuka, z rozwartym pyskiem, wziwszy na kie krygowe wdzido, rwa jak dziki wicher przez rowy i poty, choby jej rk jedca dara elazem wargi.

Rafa pamita Basi od pierwszej chwili jej ycia.Mia j w oczach, gdy bya wochatym rebitkiem i biegaa na chwiejnych nogach za matk; tg, rozros, bia wierzop; pamita, gdy bya rebic o krtkiej grzywie, kiedy hasaa swobodnie na pastewniku... On pierwszy dopad, pierwszy siad na jej grzbiecie bez uzdy i sioda. Pierwszy j na udzienicy otarga i objedzi oklep, nocami, w sekrecie przed czenikiem. Nie dziesi, nie dwadziecia razy prasna nim o ziemi, e ledwie wsta. Nieraz go ponosia bezdroami, w nocy, a obojgu dech zamiera i serce stawao. Ugaska j wreszcie. Teraz klacz go kochaa. Potrafia rozpozna jego kroki, gdy ju z daleka nadchodzi, raa z cicha, radonie, gdy si zblia, a bia nogami, kiedy si oddala. Panicz pieci j, karmi, pielgnowa, sam czesa zgrzebem, sam poi i przeprowadza.

W tych czasach, skoro jej odda przyniesione smakoyki, siada w jej obie, splata rce na jej szyi, opiera czoo o jej eb i siedzia nieruchomy, w zamyleniu. Klacz wycigaa ku niemu wilgotne, szeroko otwarte chrapy o czarnych jamach, a mdre spojrzenie jej oczu jakby z pytaniem czuym i trwonym na nim spoczywao. Czsto przychodzi teraz do niej bez chleba, bez jabek... Siada tak samo i, patrzc w oczy Baki przymruonymi oczyma, z dziwacznym umiechem piewa jej z cicha guch piosenk swej duszy, piewk bez sw, jeszcze nigdy i przez nikogo nie syszan, dwiki z samej gbi serca pynce tak bez woli i wiedzy, jak zy pyn z oka...


 Noc zimowa
Jednego z pierwszych zaraz dni marca Rafa, dopuszczony ju w drodze aski przed rodzicielskie oblicze, wszed wieczorem do sypialni, skd wanie wynis si podstaroci otrzymawszy codzienn, przepisan niejako doz aja, wymysw i krzyku. Nowy Rafaa obowizek polega na czytaniu urywkw starych gazet, ktre czenik poycza z ssiedztwa. Lektura trwaa zazwyczaj krtko, jakie najwyej p godziny. Czenik lea ju w ku. Podstaroci Piotr zoy by wszystkie klucze na stoliku. ojwka topia si ju w blaszanym lichtarzu od do dawna i niewiele jej zostao. Gdy Rafa wszed po cichutku i zatrzyma si przy drzwiach, wnet stary krzykn na niego:

 Co si tam czaisz? Znowu moe knujesz jakie otrostwo... Bierz gazet i czytaj mi wyranie od tego miejsca, gdzie wczoraj stan. Na czymmy skoczyli?

 Na "Dekrecie pochway dla ksidza Zdziechowicza z Piekoszowa"...

 Wiem. Dobrze. Pochlebcom zawsze dobrze, w gazetach ich bd drukowali! Jed dalej! Wyranie i, mobrodzieju, tak eby sens byo wida.

Rafa wzi w rk podarte i zasmolone, lune szcztki "Gazety Krakowskiej" z roku 1796 i zacz gono, patetycznie czyta:

"List generaa Buonapartego do Dyrektoriatu. Z gwnej kwatery! Werona, dnia 29 Briumer"...

 Czego?

 Napisano: Briumer.

 C to to jest ten Briumer?

 Ja nie wiem.

 Ty by te co wiedzia, dryblasie! Warto byo pienidzem gotowym za ciebie w szkoach paci. Noem pru pedelw to si tam expedite wyuczy, niczym rzenik cielta, ale co znaczy takie zagraniczne sowo, to nie twoja rzecz. labizuj dalej!

"Jestem tak zmczony fatygami, obywatele Dyrektorowie..."

 C to za jedni ci obywatele dyrektorowie?

 No, ja... tego nie wiem.

 eby mi si wsta chciao, tobym ci tak, mobrodzieju, hukn w ucho za to "nie wiem", eby zaraz zmdrza!

"...i nie jestem w stanie donie wam o wszystkich poruszeniach wojskowych, ktre poprzedziy bitw pod Arcole, co teraz zdecydowaa los Woch. Dowiedziawszy si, i feldmarszaek Alvinzy..."

 Wyranie! Dnia dzisiejszego!

"Feldmarszaek Alvinzy zblia si do Werony..."

 I Werony pewno nie wiesz, co jest?

 Wiem. Werona jest takie miasto we Woszech.

 Mje, mdrala...

"...dla zczenia si z dywizjami jego armii, ktre s w Tyrolu, poszedem z dywizjami generaw Augereau..."

 Jak?

"...Augereau i Masseny, wzdu rzeki Etsch..."

 esz!

"...Etsch... Tymczasem dowiedzia si nieprzyjaciel o naszych poruszeniach i wysa regiment Kroatw i kilka regimentw wgierskich do wsi Arcole, ktra dla swego pooenia wrd bagnisk i moczarw jest bardzo mocna. Ta wie zatrzymaa cay dzie 15 przedni stra armii. Generaowie, znajc wano czasu, nadaremnie rzucali si na czele kolumn dla przebycia maego mostu pod Arcole. Wszyscy niemal byli ranieni. Generaowie Verdier, Bon, Verne, Lasne musieli by z miejsca boju sprztnieni"...

 Widzielicie...  mrukn czenik.

"...Genera Augereau"...

 Znowu swoje!

"...uchwyci chorgiew, zanis j a na koniec mostu, zosta tam kilka minut, ale bez najmniejszego skutku".

 Masz teraz! Tak, wida, Austriak pra tgo. Zlky si Francuzy, rozumiesz, gapo?

 Rozumiem  rzek Rafa.

W chwili gdy to mwi, patrzc ojcu w oczy z rzewn serdecznoci, sign rk po klucz od stajni, cign go niepostrzeenie ze stolika i schowa do kieszeni.

 Czytaje dalej. C si te stao?

"...Z tym wszystkim potrzeba byo przej ten most lub kilka mil obchodzi, co by byo nasze dziaanie zepsuo. Udaem si sam..."

 Kto si sam uda? Kto si gdzie uda, mobrodzieju?

 Uda si ten, co na pocztku, jake si tam zwa... Buonaparte... "Zapytaem si onierzy: czy jeszcze s zwycizcami spod Lodi? Przytomno moja... takie sprawia... poruszenie... w wojsku..."  czyta Rafa gosem coraz cichszym, widzc, i ojciec ju tylko jednym okiem, i to sabo, na niego spoglda.

Nim doczyta do koca szpalty, ju czenik wpad w guche sapanie. Za chwil chrapn raz i drugi. Wtedy modzieniec zgasi wiec i na palcach wyszed, cicho zamykajc drzwi izby ojcowskiej.

Min kilka ciemnych ju stancyjek, znalaz w mroku drzwi do swojej, zamkn je i upad na posanie. Lea bez ruchu. Co w nim teraz ostygo i zaczo z wolna wysuwa si z piersi, wysuwa jak dusza. Zosta w nim tylko zimny rozmys i ta elazna pewno, e klucz ma w kieszeni. Klucz w by to paski uomek kutego elaza, majcy co najmniej wier okcia dugoci, wykrzywiony w ksztat litery . Obadwa jego koce miay kwadratowe wyimki, czyli zby do chwytania nimi mutry zakrcajcej rub.

Cisza ogarna, ju dwr. Bezdenna zimowa cisza. Ostatnie szelesty zginy... W kuchni zgaszono uczywo. Sycha byo, jak drobny nieg sennie podzwania padajc w otwr drewnianej okiennicy, jak po szybie lizga si kada jego drobina... wierszcz nocny skrzypia trwonie gdzie w trzecim pokoju...

Wiatr ostry u wgw domu zakwili, a pniej z aoliwym szmerem wasa si pod cianami. Chwil nacichnie i znowu z rykiem i wistem piciami bije w ciany, usiuje wyrwa okiennice, tupie jak ko po somianej strzesze...

Rafa, wycignity na swym sienniku, czeka patrzc w ciemno. Zdawao mu si chwilami, e tak ju ca noc przelea, e wita, to znowu nabiera pewnoci, e nie ma godziny od chwili, kiedy z izby czenika wrci. Kilkakro dwign si i nasuchiwa. Serce targao si w nim jak wizie silny i mody, ktry w mce piciami usiuje rozwali ciany swej celi. Gowa pona, a krew bia w skroniach. Dusi si w gorcu, ktre szerzy piec z rogu izby.

Przed pnoc siad na posaniu i na co oczekiwa. Przysza wreszcie tajemnicza chwila i dwigna go na nogi, jak rozkaz. Wcign na zwyczajne, sukienne ubranie, w ktrym by, spodnie ze skry osiej, wdzia na kubrak krtki barankowy kouszek z tej, twardej skry, cign si mocno rzemiennym pasem szerokim i grubym, wzu buty dugie, za kolana, doskonale poprzednio wysmarowane ojem, i wcisn na gow futrzan czapeczk. Gdy to skoczy, wyla na siebie flaszk larendogry, ktr by skrycie zabra siostrom. Zapach doda mu si, tchn we zuchwalstwo, potg i sza. Trzymajc w rce klucz od stajni Rafa pchn okienko swego pokoju. Okiennica, umylnie sabo przytwierdzona, podaa si w ciemno, oknem wiatr j szarpa. Awanturnik skoczy w nieg. Skoro przymkn powki okienne, eby w nocy nie stukay i nie zbudziy picych, skoro podpar okiennice przygotowanym drgiem, by ju pewny swego. Wiona dokoa jego twarzy wichura, zatoczya si jak pijana wiedma, osypaa go niegiem dymicym z dachu, caego od stp do gowy. Wcign w nozdrza w nieg rozpylony, echccy jak tabaka. Rado go niosa przez zaspy. Pawi si w nich i kopa, nim wybrn z ogrodu. Gdy wszed na dziedziniec, obskoczyy go psy, olbrzymie brytany i kundle wochate, mokre, pospuszczane z acuchw. Skakay mu na piersi, aszc si, lizay rce. Odpdzi ca gromad precz od siebie i, ju stojc przed stajni, bada pogod. mia si z radoci widzc, jak nieg dmie coraz lepiej, i marzy o tym, jak zasypie, zaniesie, zniszczy wszelkie lady. Dobra, poczciwa, ukochana zamie...

Drzwi stajenne zawieray si na sztab elazn, ktra z wewntrz na ukos je przypieraa. Koniec tej dgi przytwierdzao si rub, ktra przewiercajc odrzwia wychodzia na zewntrz i moga by zamknita na mutr, wkrcan na owym kluczem dopiero co skradzionym. Rafa podway mutr kluczem, odkrci j prdko, pchn drzwi i wszed do stajni. Przez chwil, stojc w gorcym koskim oddechu, nasuchiwa, czy nie obudzi si ktry z parobkw. Ale chrapali wszyscy jak zarznici, jedni pod obami w ssiedztwie drzwi, inni pokotem picy w tak zwanej grdzy. Baka parskna kilkakro, gdy do niej szed, i dotkna go wilgotnymi nozdrzami.

 Basiu, Basiu...  szepn do niej na przywitanie.

Szybko jej na eb zaoy trzl, na grzbiet podkad i siodo. Wywid j szybko ze stajni. Klacz chrapaa na zimnie i bia kopytami. Za progiem cign i mocno, z drobiazgow pilnoci pozapina poprgi sioda, urwna puliska i przymkn drzwi. Bez pomocy drugiego czowieka, ktry by sztab dwign i wsun rub w otwr, nie mg ich zamkn, tote zostawiajc je na ca noc, a do chwili swego powrotu, otworem, spenia czyn straszny. Chwil namyla si, czy elazny klucz wzi ze sob, czy go rzuci w nieg obok drzwi i za powrotem odszuka. Chwil namyla si... I oto piorunem zlecia we napastniczy, obmierzy, jakby wochaty i cuchncy lk... Podszepn mu, eby go zabra. Wsun tedy w kiesze od rajtuzw ten duy kawa elaza, chwyci w gar wodze i by na siodle.

Baka w podskokach przeleciaa podwrzec. Psy cigay j za bram, ale si wkrtce cofny. Rafa wypad w pole. Jecha topolow alej, do obkania szczliwy. Suche prty starych, wyschych drzew huczay w ciemnoci. Bya to pie szczliwa, krzyk ze wzdtej piersi i caej gardzieli. nieg wali zewszd: rwa si z ziemi i smaga z boku. Trwaa ciemno tak zupena, e Rafa o ks nie mg w ni wszczepi wzroku, nie widzia drzew, o ktre si ociera... Potne granie wichury na olbrzymich strunach lip i topl nadwilaskich zaczo znia si i przygasa. Z tego wnis, e ju min alej. Droga tam sza na may wzgrek, gdzie omijane przez yjcych, w cieniu kilkunastu brzz leao samotne cmentarzysko cholerycznych, dawno, dawno, przed wieloma laty tu schowanych. Rafa rozezna powist nagich rzg brzozowych, odmienny, przedziwnie odmienny od wszystkiego na wiecie. Posysza, jak tam wiatr szlocha na ramionach zmurszaych krzyw, co si chyl midzy zarola, jak chichot wichrowy szczeka spomidzy badylw dzikiego gogu. Woao na niego to straszne miejsce przeraliwymi sowy, ktre wosy na ciemieniu podnosz i lodowat seremno ciskaj w serce. Wzyway ku niemu z ziemi wzgardzone mogiy... Uderzy Bak w bok nog i min je galopem. . Zostay za nim w polach, ucichy, umilky...

Baka niosa go wskro wiatrw siekcych twarz, w poprzek mikkich niegw. Lecieli oboje w dzielnej rozkoszy. Rafa chyli si na jej grzyw, obj rkoma przepyszn szyj i szepta:

 Zanie mi...

Spostrzeg po chwili, e wiatr mu sprzyja: d z tyu, podnieca koby do biegu, a zarazem dawa mono utrzymania kierunku drogi. Rafa czu zreszt doskonale, e jedzie szlakiem, i skoro tylko Baka wkraczaa na zagony, sprowadza j w kolej. W pewnym miejscu, w stronie Godzisawic, krzyoway si drogi i bya tam na rozstaju figura z Panem Jezusem. Rafa czu to, e powinien by zbliy si ju do niej. Napry oczy i wycignit rk szuka w powietrzu supa. Basia drgna i zboczya. Rafa zmusi j do powrotu i dotkn rk supa oblepionego niegiem. Wiatr tam wy przedziwnie. Zdawao si, e w istocie, jak gosi ba ludowa, diabe owija si dokoa figury, okrca si dokoa niej jak badyl, peza jak bluszcz, pki wicher witego obrazka nie zedrze ze supca.

Teraz jedziec pewny ju by, e nie bdzi. Skrci na prawo i z godzin rwnym kusem jecha a do opotkw, ktre byy zadte i pene niegu jak ssieki zboa. Wyprowadzi Bak na pole i przez czas pewien brn noga za nog. By ju zdyszany. Czu, e i klacz zagrzaa si tgo, e w niej krew kipi. Wkrtce, jak si tego spodziewa, napotka stg siana. Zeskoczy na ziemi, wydar spor porcyjk, zwiza j mocno i przytroczy do sioda. Wywid koby za brg, w cisz, gdzie wiatr ledwie milczkiem ksa, przystawi j bokiem do ciany, sam si skuli, plecami opar i da w objcia pochwyci marzeniom.

Czyhay na t chwil, gonic stadem nieprzeliczonym. Skoro tylko wytchn, stany przed nim jawniejsze i oczywistsze ni wszystko, czego dotyka rkoma i mg dosign oczyma. Widma cudowne! Nieskoczon rado odczuwa na myl, e ju zbliy si do miejsca swojego szczcia. Pochania je oczyma, jakby ciemno dookolna nie istniaa, i rzeczywicie widzia to, co byo tylko utworem imaginacji. Widzia owietlone pokoje, meble, sprzty, osoby, ich ruch, sysza rozmowy... Widzia j, a raczej ogarnia wzrokiem wcielon pikno, marzenie ziszczone, dusz swej duszy, kwiat cudnobarwny ywota. Janiaa przed nim w mroku nocy wszystka wietlista, przeistoczona w obok zotobiay i w umiech. Rozkosz widzenia jej tak cielesnymi prawie oczyma nie miaa granic, aska mioci przechodzia tu szczyt swj najwyszy. Sucha melodii, ktr budzio jej przyjcie, i unasza si sam ponad sob jak duch.

Klacz zdawaa si wiedzie, co si to dzieje. Staa cicho, ujc wdzido i z lekka lotn zasp rozgarniajc kopytem. W pewne j chwili Rafa ockn si ze swych snw, wspi na siodo i z ciszy wyjecha w wicher. Teraz ju sama Baka niosa go przez bezdroa. Przystana czasem i wycignwszy szyj braa chrapami powietrze. Wwczas jego rka gadzia pieszczotliwie pikn grzyw. Z ust mu si wymykay dwiki pochwalne. Jake wielbi sw Bak! Staa si oto dla niego wszystkim: nie tylko powiernic szczcia, lecz i dobroczynn potg, ktra niesie w jego strony...

By teraz na granicy rozdou Koprzywianki, w pobliu wielkich lasw Greckich. Gdy tam sta chwil, pierwszy raz ogarno go niemie uczucie. Do domu byo ju daleko, a i do celu podry nieblisko. Cmokn na klaczk. Omija dwory i wsie albo je przebiega cwaem, skraca sobie drog ile si dao, wreszcie zbliy si da Dersawic. Szum drzew i szczekanie psw zwiastoway, e ju blisko, ale gwnie zwiastowao wiateko byszczce midzy drzewami w dole. Rafa jecha polem noga za nog a do miejsca z dawna przewidzianego.

Oczy przywyke do ciemnoci wyrniy czarn mas budynku. Wtedy zeskoczy na ziemi i sprowadzi klaczk z wyniosoci na drog niej pooon. Basia sza chtnie, z cicha chrapic i ostronie badajc powietrze nozdrzami. Stanli obok murowanej budowli. Bya to kunia stojca z dala od folwarku, w alei.

Teraz, w nocy, bya zupenie pusta. Przede drzwiami jej istnia pewien rodzaj portyku na dwu otrconych u dou filarach z cegy, gdzie w czasie deszczu stawiano konie do kucia. By tam nawet w kcie wygryziony may obek i drabinka. Rafa umieci przy nim Bak, wytar j silnie zwitkiem siana, a ca wizk rzuci w b, do ktrego uzd przywiza na gucho. Basia zacza skwapliwie u siano...

Mia ju i od niej... Otrzsn si, przecign... Chwil duma i nasuchiwa. Wreszcie odszed. Duymi krokami przeby w poprzek szerokie pasmo gocica, ktre si zniao midzy rzdami lip, i szed obok potu otaczajcego bardzo rozlegy sad. Znalaz wreszcie miejsce dogodne i wkroczy na obszar dworski. Sta w ulicy ogrodowej, ktra prowadzia do dworu. Niskie drzewa owocowe byy okryte czapami niegu dopiero co spadego. Musia zniy si, eby go nie strca. nieg wi si tutaj midzy gaziami w tysicznych kierunkach.

Byo tak ciemno i panowa taki chaos ruchu, jakby miliardy istot wiroway w tym miejscu. Rafa posuwa si na olep. Zdawao mu si, e nie trafi do dworu. Raz sdzi, e ten dom jest dalej, to znowu, e go ju dawno min. Tymczasem wycignit rk z naga dotkn si ciany. Dreszcz rozkoszy przenikn cae jego ciao. Stpa obok kilka krokw, z rozpacz marzc, e to ju wszystko, e ju trzeba wraca.

C jeszcze wicej by mogo? Nic. Chyba nieszczcie... Ale za uderzeniem powtrnym myli, e dotyka rk wgw domu, gdzie ona jest na pewno, e moe za t cian ona oddycha, we nie pogrona, e to on, we wasnej postaci, nie we nie ani w marzeniu idzie obok drzew, ktre ona jutro ujrzy oczyma, kipiao w nim obkanie. Wciga w siebie nozdrzami przedziwn atmosfer, ktra jak podniecajcy zapach zdawaa si ten dom otacza. Czu bezsilno rozsdku, niedol woli... Nic wicej nie pragn oprcz tego, eby jeszcze przez chwil oddycha powietrzem tego ogrodu. Sta w gszczu krzeww bzu, ktre zacieniay okna, teraz na gucho przykryte okiennicami. Tu obok bya naturalna altanka, utworzona przez kpy leszczyn, gogu i dzikiego chmielu. Pod cieniem bzowego krzewu, ktry w grube drzewo si rozrs, bya darniowa awka, tej nocy zadta do znaku. Naokoo sypay si puchy niegowe z cichym szelestem, ale na to miejsce prawie nie paday, gdy utworzy si tam na gaziach jakby dach z okici. Westchn z gbi serca. Zatrzyma si tam i twarz ukry w doniach. Serce rozdzierao si w nim od myli, e ju i trzeba. Dwign gow, zrobi jeszcze dwa kroki naprzd... I oto znalazszy si za wgem domu ujrza wiateko w cianie prostopadej do tej, przy ktrej sta.

Biay promie wydziera si z serca okiennicy i nikym krgiem swoim ciemno rozprasza. Patki niegowe wiy si w nim i poyskiway miliardem brylantowych wiateek.

Doem tej ciany cign si darniowy odkos, jakby duga awka. Rafa wszed na ni i, cicho brodzc w puchu niegowym, dotar do otworu wycitego w drewnianej okiennicy. Spojrza we i zdrtwia. Tu, o dwa kroki przed nim siedziaa Helena. Na ukos od okna, przy maym biureczku, wygodnie lec w fotelu, czytaa ksik: Woskowa wieca drcym lnieniem oblewaa jej rozpuszczone wosy, jej przecudowne czoo, liczn twarz, odkryt szyj i piersi. Miaa wrzucon na ramiona futrzan szubk, ktr okrya si bya, wida, przed chwil zabierajc si do snu. Powieki spuszczone rzucay dugi cie rzs na biae, zadumane policzki. Oczy Rafaa przywary do jej ust rozchylonych, do jej czoa, na ktrym osiada melancholia, pynca z kart ksiki. Zdawao mu si, e umrze pod tym oknem, e w nim, silnym i modym, co kona i wydaje ostatnie tchnienie. Nienasycone oczy zaszy zami. I oto jak mordercza kula przeszyo mzg postanowienie. Wsun palec w otwr okiennicy i trzykro cicho stukn w szyb. Z wycignitymi rkoma rzucia si w ty i chwil staa przeraona, bez ycia, patrzc w okno. Wwczas znowu trzy razy zastuka. By teraz spokojny. Czu zimno w piersiach. Szczcie, jak zotopiry ptak zabity w powietrzu, spado i martwe leao w jego duszy. Smutnymi oczyma patrza w gb pokoju...

wiato zgaso.

Poszed z wolna od tego okna. Przymkn oczy i wsysa dusz pierwsz rozkosz wspomnienia jasnego pokoju, wiata, ktre go olepio, szczcia, ktre przyszo nie woane, jak sen, i niewysowionej, czystej rozkoszy, jak tylko uczu mona. W oczach jego stao tak wyrane widziado wntrza tego zacisza, cudnego blasku, na ktry zewszd nastpowaa otcha mroku, e znowu je dotykalnie widzia i po wtre zamiera, zastyga, jak od pierwszego wraenia. Zudzony do ywego, wlepia w nie znowu oczy...

Zniko z wolna widziado. Wwczas nage wybuchy ez, jak gniazda mij wylgych pod sercem, zdusiy go za gardo. Serce nie bolao. Przepado pragnienie widzenia osoby szczcia raz jeszcze. Oto jaka wysoka, niedosiga troska, co nadludzkiego i nadziemskiego przez chwil go nioso w dali od tego miejsca. By gdzie indziej, z ni razem, w przedziwnym zanieniu, na witym, przedwiecznym onie. Budzi si i dziwi syszc, jak szemrze nieg osiadajc na zaspach, jak wiatr wydyma z dachu dugie jego agle, jak szeleszcz suche rzgi drzew.

Mwi sobie po stokro, e trzeba i. Ju odej, jak zodziej nocny...

Nagle w milczeniu rozleg si powolny zgrzyt otwieranych drzwi. Stojc na wichrze Rafa usysza go, uczu w piersiach jak ostrze elaza utopionego rk. By pewien, e jest zgubiony: zbudzia sub... Ale i w nim ockno si Iwie serce. Wyprostowany, pewnymi kroki szed naprzd pragnc jednym ciosem zwali na ziemi kadego, kto zechce zakca jego marzenia. Zawieci im w lepie paskim miechem! Czeg, kogo mgby si ulc po tym, co ju widzia? Co zego mogoby go spotka`? Zbliy si do kamiennych stopni ganku i wycignitymi rkoma dotkn jednego z filarw, na ktrym spoczywaa wystawa dachu. Czu, e we drzwiach stoi czowiek. Wpar oczy w to miejsce i milczcy czeka. Wtedy usysza szept, gos cichszy od szemrania wiatru. Po stopniach zasanych niegiem Helena zesza wolno jak cie. Zstpia ku niemu jak niewidzialna dusza, jak sama mio. Spyna w jego ramiona. Objli si rkoma. Gowy schyliy si ku sobie, wspary. Szli nie mwic.

aska mioci napenia i razem wyniosa serca obojga. Dokoa ich zczonych dusz i cia kipiaa zamie coraz potniejsza.

nieg zasypywa ich od stp do gw. Obok darniowej aweczki, pod rozoystym bzem, w tym miejscu, gdzie serce jego najboleniejsza mio cisna i gdzie al pyn z najgbszej rany, stanli. Gowy dwigny si, uniosy ku sobie, a usta spoiy pocaunkiem wiecznoci.

W pewnej chwili wargi jej cofny si. Nasuchiwaa przez chwil, a pniej szepna cicho, zemdlaymi sowami:

 Jakim sposobem wapan si tu znalaze?

 Przyjechaem.

 Na koniu?

 Tak.

 Wic jake wtedy powiedzia, w tacu?

 Tak.

 Gdzie on jest? ko?

 W kuni stoi przy obie.

 Sam?

 Sam. Chodmy do niego...

 Nie, boj si tam i. Bardzo si boj.

Rafa schyli gow. Wargi jego znalazy znowu lica, usta, oczy. Rozsun haftki kouszka i przywar ustami do piersi odkrytych. Usuna natrtn gow mikkimi rkoma, a gdy spragnione jego wargi dotkny policzkw, szepna:

 Mokre wsy...

W istocie mech pod nosem natrta wci si okrywa twardym szronem.

 To moe na przyszy raz przyjecha ju bez nich?

 Bez czego?

 A bez wsw...

 Nie trzeba.

 Co nie trzeba?

 Nie trzeba... i tyle!

 A kiedy niemie...

 Mokre... powiedziaam...

miech obojgu nie dawa mwi. Rafa jak mg osusza swe "wsy". Pomagaa mu odchylajc jedwabnego szala, ktrym gowa jej bya nakryta. Zanurzy usta we wosy, na wze zwizane jednym ruchem, utopi je w wonnych, suchych kdziorach. A kiedy znowu znia si do ramion, nie dozna ju oporu.

Uszy jego syszay, jak rwie si i kipi to wzburzone serce. Rce pieciy nie dziewicze, ponce ciao, lecz jakby ywe szczcie, ucieleniony zachwyt. Traci rozum, odsaniajc ustami przecudowne, niewinne ono, pene radoci i upojenia. Wydziera jeden jeszcze pocaunek, tylko ten jeden, z ochot marzc, eby go za to spotkaa mier. I oto drogie rce otoczyy jego szyj, ukochane, arliwe usta wpiy si w jego usta z cichym, bolesnym szeptem... Caa posta zgia si, zamaa i przytulia do piersi. Przygarn j ze czci, przyj do siebie ufn, cich, posuszn. Wtedy dozna na chwil szczcia jakby cudzego, rozkoszy niedocigej, zgoa czystej, zaziemskiej, nieprzemierzonej jak niebo. Pragn zwierzy jej, co czu, nazwa sowem czar rozkoszy zblion do ust, zawrze w nazwie w niespodziany gos rodzcy si w sercu, ktry go przenika a do szpiku koci. Duch jego pracowa wtedy, jakby wiat ramieniem spycha mu przyszo z posady. T samotn i potajemn chwil rozkoszy z naga roztrcio co jak uderzenie... By to gos piszczaki wartownika nocnego.

Helena drgna, raz jeszcze na mgnienie oka przywara do niego w pocaunku cia i ucinieniu dusz... Znika w ciemnoci. Szelest jej krokw zaguszyy powisty wichru. Rafa sysza przez chwil, jak rozmawiaa na ganku ze strem nocnym i wabia do siebie psy. Nie wszystkie jednak do niej przyszy. Kilka z nich ze szczekaniem skoczyo ku Rafaowi, ktry umyka co siy w nogach. Ledwie, ledwie zdy przypa do konia, odwiza supe cuglw i stan w strzemionach, gdy go opady. Baka rzucia si naprzd jak strzaa. Sadzc jelenimi susy wypada w pole i usza psom. Dugo niosa go w podrzutnym skoku wskro wichru i niegw po niewiadomej przestrzeni. Nie ciga wodzw, nie mg kierowa jej chodami.

Dokoa wrzaa rozptana burza. Cae pole, skro ktrego lecia, zrywao si jak oszalae jezioro. Falami hutay si sypkie tumany i na ksztat bryzgw strzelistych pian wylatyway do gry, ponad konia. Kiedy niekiedy zrywa si jakoby schylony filar, sta chwil w powietrzu i rozlatywa raptownie jak kupa piasku. Wicher d zaciekle. Wypada z gwizdem, jak gdyby z jakich szczelin w ziemi. Bya ciemno nieprzejrzana, straszliwa, pena tylko kbw biaawych, wzmagajcych si wrd powistu. Co kilka chwil rozlega si tpy wrzask zawiei, ryk zdawiony jakoby przez ptlic z rzemienia. Wybuchay niewiadome siy, chwytay si w ciemnoci za bary mige, gibkie, lecce ciaa. nio si, e grzmoc wzajem pier w pier straszne picie, e zduszone garda charcz i wyrzyguj krew, e w ciemnych jaskiniach nocy co zdycha i daremnie prosi o ask.

Wierzchwka, puszczona wolno, sza w zawd z wichrami. Osnowa jej grzywy trzepaa kiedy niekiedy schylon ,nisko twarz Rafaa. Teraz dopiero czu upojenie. Surowymi kltwami podnieca rebic i burz, eby obiedwie wytay siy. Lecie, stwory! Co duchu, co mocy! Polotny skok Baki zmieni si w cudny bieg. Dziko parskaa. Zdao si, e chce wyrzuci konchy nosowe, e rozwarte jej chrapy zion krwi i pomieniem.

Nie czu ju byo podrzutw, gdy spryste nogi odbijay si od zmarzej ziemi: pawia si w tumanach niegowych jak w rozbujaej wodzie.

Rafa, schylony nad jej szyj, nie mg si jeszcze otrzsn ze snu. Mia wci w objciach gibkie ciao cudnej dziewczyny, ruchliwe jak powieka. Przywiera ustami do stromych piersi i w oczarowaniu miosnym szepta jeszcze ciche wyrazy. Sumienie w nim zgaso. Cay si zmieni w noc i burz.

Rozkosz mioci rzucia na szal czuoci niedawnej miecz swj elazny. Rozleg si w duszy jej zwierzcy ryk, skierowany do wysokich poszeptw i tajemniczych trwg: Vae victis! Podmuchy myli, jakie nigdy jeszcze nie postay w jego gowie, leciay teraz na wycigi z wiatrami.

Kobya przez czas pewien biega po niewiadomej paszczynie. Rafa nie wid jej wcale. Znienacka polizny si kilkakro jej tylne kopyta. Jechaa na zadzie, zrywajc si na nogi... Poderwa j uzd, wstrzyma i puci wolnym kusem. By w jakim nieznanym miejscu, na boniach zarosych iwin i chrustami, ktre przeraliwie w wichrach gwizday. wierzopka brna przez dawne niegi, do piersi jej sigajce. Nogi jej lizgay si na lodach jakowych rozlegych. Rafa pomyla, e jedzie bez celu, i teraz dopiero przypomnia sobie, e ulegajc klaczy mknie wci za wiatrem, wic si od domu oddala. Rozejrza si na wsze strony badajc, czy jeszcze nie wita. Ale mrok by naokoo niezgbiony. Skrci tedy bachmank pod wiatr i pojecha przed si miernym kusem. Baka mkna chtnie, bujaa w polach. Stroia skoki, chrapaa czasami, cofaa si czujc przed sob urwiste wwozy, nieraz zapadaa w rowy i wyrwy, przedzieraa si zarolami tarek i gogu, ktre w nocy huczay jak lasy.

Rafa, zatopiony w marzeniach, z lekka j tylko zwraca do wiatru. Wspominanie byo dla niego dzieem sto tysicy razy waniejszym ni sprawa powrotu. Widzia Helenk, ale dawniejsz, z kuligu i kocioa. Dzisiejsz musia sobie utworzy w myli. T wanie spraw by zajty... Jakie byy jej oczy, jakie usta. w tej minucie? Rozgarnia ciemno i na samym jej dnie znajdowa tajemnic... Z daleka przylatyway wspomnienia. Wchodzia do serca jej wesoo tak szczera jak blask soneczny, minki w czasie tacw na kuligu, udajce obojtno lub zamarsowanie i obraz, a koczce si wybuchem miechu. Ciemnoszafirowe, niezrwnane oczy, gbokie i dumne, marzce i pene pomieni, ukazyway si w nocnej ciemnoci: Przenikliwym, szybkim ruchem uderzay go drgnienia brwi prosto zakrelonych...

W pewnej chwili usysza szczeglny huk. Zrazu sdzi, e jest na brzegu Wisy, ale wnet zorientowa si, e Wisa stoi okuta przez lody. Baka sza krokiem wolnym, ostronym, nasuchujc i chrapic niespokojnie. Wkrtce Rafa rozrni w tym huku trzask i skrzypienie drzew. Podjeda tedy do wielkiego lasu, a z takiej strony, e wcale nie mg osdzi, gdzie jest. Byo tu zacisznie. Las go zasania od wichru, by wic midzy nim a domem. Takiej szeroko rozwartej kniei nie byo w caej okolicy...

Niewiadome zastpy drzew woay w ciemnociach. Wylatywa stamtd to przeraliwy gos spadajcych ska, to huk wd, ktre lec w bezdenn prni z wysokoci obokw. Sycha byo stkanie caych porb, trzask bukowych konarw i wist siekcy rzg brzozy, zgitych do samej ziemi... Nade wszystkim wszake panowa martwy pomruk. Rozdyma si albo zacicha, ale trwa cigle. Przez chwil Rafa sta przed t cian niewidzialnego boru i niechtnie rozmyla, co ma czyni, w ktr stron jecha. Co prdzej chcia to przedsiwzi i wraca do swych widze miosnych. Byo mu wszystko jedno. Byleby si tylko wit nie pokazywa...

Wtem Baka skoczya w bok, jak ciosem raona. Rafa cudem tylko nie zlecia z sioda. W oczach mu co zamigotao, tam, w tych lenych gbiach. Przez sekund ni, e to migoce wiateko w dersawickim dworze, i rado go owiaa. Ale prdzej od ruchu renicy zmieni si w sen w postrach gwatowny, ktry go przebi na wylot jak gdyby lanca. Kobya z ryczcym chrapaniem stana pod nim dba, piorunem zwina si na tylnych nogach, wyszarpna mu z rk cugle i skokiem z miejsca posza w przestwr, precz od lasu, za wiatrem, co pary w piersiach. Stao si to tak nagle, e Rafa uczu tylko uderzenie krwi do gowy. Schyli si, rce wspar na ku, nogi wycign, zoy po boku klaczy... Na pustych polach, wrd taczcych niegw Baka kopna si w przecwa coraz bardziej chyy. Jedziec mia teraz pene usta niegu. Mokre szmaty zamieci chlastay mu twarz, duga koska grzywa sieka policzki. Wicher go do koci przej. W tym biegu nad biegi sysza cigle poza sob cmokajce kacanie, jak gdyby zgodniaych psw.

 Wilki za mn...  wyszepta.

Wosy mu si jeyy na gowie i lodowate mrowie szo po grzbiecie. Wtedy cichym a ostrym gosem, przychylajc gow do szyi kobyy, przez cinite zby mwi jej nad uchem:

 Basia, ratuj, Basia!...

Klacz jakby rozumiaa, co mwi. Nie by to ju galop, nie cwa. Leciaa nad ziemi we fruwajcych pianach niegu z chyymi wilkami w przegony. Nozdrzami jej strzela ostry wist. Wycignita szyja okrya si gorc pian. Bya jak godzcy pocisk...

W jakiej chwili Rafa zgarn nieg z oczu. Dwign gow, wykrci si na siodle i spojrza w ty. Ujrza cztery byski migocce gdzie w gbi. Gdy tak wzrok nata, e widzia prawie cielska cigajcych go wilkw, wiatr zdar mu z gowy czapk. Rafa schyli gow i uczu wnet, e ma pomie we wosach, pomie pegajcy na szyi, na krzyu. Lecia majc grzyw ognia na sobie. Bi teraz obcasami koby w zapade boki, smaga j kocami lejcw. Rozpacz okraa jego czaszk, z wolna j oplataa jak dugie, zimne skrty mii. Wnet z piersi jego wylatywa krzyk martwiejcy na ustach, wnet dziwaczny, gupkowaty miech. Klacz przesadzaa krzaki, poty... Drzewa leciay obok, stronami, ze wistem, krzaki miotay w leccego miech urwany jak oklask, chichot diabelski. Tu i wdzie wierzchwka skrcaa nagle pod wiatr i z rozwartymi nozdrzami kopaa si w dzikich rzutach przez zaklse parowy, a zbierajc nogi do kupy wypadaa z nich lwimi susami. Czasem stkaa jak czowiek, czasem co jak czuy wyraz ze szlochajcym krzykiem ziono z jej pyska. Byy chwile, e cmokanie nacichao. Na goych polach Baka ubiegaa wilki o staje albo i dwa, ale wrd paroww pocig j dogania. Gdy do jej uszu dolecia osuch wilczego cmokania, gnaa znowu ze zdwojon si, migaa jak ptak, skrzyda orle majcy u kadej pciny, brzuchem rozgarniaa nieg na ziemi. Rafa utraci rozumienie czasu. Chwilami zdawao mu si, e leci ju przez ca noc. W gowie jego utworzy si oziby i pusty bl, ktry co chwila wybucha patami ognia. Niekiedy ciemno rozdzielaa si przed rzuconym spojrzeniem i ukazywao si w jednym bysku widziado chat, rodzinnego domu, dnia... Za chwil bya to ju tylko straszliwa, ciemna otcha. Nie wiedzia ju wcale, czy jest cigany, czy nie. Lecia w powietrzu...

W jednej chwili, nie wiedzie kiedy, usysza trzask. Tczowe ognie napeniy mu gow i oczy. Magn koza przez eb kobyy, ktra runa na ziemi, i zlecia w gbok zasp. Przez chwil lea na wznak, po szyj zanurzony w mikkim niegu, bezwadny i prawie rad z tego, co si stao. Wtem buchajcy par, wochaty potwr z przeraliwym sapaniem, jak ko, zwali si na niego. Rafa uczu wszczepione w siebie pazury i ky. Straszliwa, duga paszcza wara si w kouch na jego piersiach, przeja kacami grub sukienn kurt i, miotajc bem olbrzymim, targaa w prawo i w lewo. Ky woray si w ciao. Jakoby obuchem siekiery druzgotay mu piersi, ramiona, rce  ciosy tego czarnego ba. Czynem rozpaczy Rafa chwyci nagimi domi w czerep za nastroszone grube kudy okoo stojcych uszu. Zdusi elazne, ogniem zionce gardo. Klczc w niegu, zacz teraz boryka si, wodzi na mier i ycie ze zwierzem. By to pod nim, w objciu jego stalowych ap, .w jego pysku, to lea na nim. Wkrtce jednak wyda wrzask przeraliwy, gdy rce znalazy si w rozwartej paszczy. Lnice widzenie przeraliwych oczu wilka oziono go mrozem mierci. Wtedy obie rce wydar z paszczy i zada w owe lepia cios zwinit pici. Ale prawa do trafia w rozwart paszczk i wbia si a po gardziel. Piorunowym ruchem Rafa rozwar pi i wszystkimi palcami, silniej ni sp szponami, wpi si w to ogniste gardo u podstawy jzora. Dar go na zewntrz. Wilk rozwar pysk, wygi si jak nacignity uk. Wszystkie cztery nogi wszczepi w piersi Rafaa. Pazury zdary w szmaty, w strzpy kouch i oray ywe ciao od gardzieli do brzucha. Tylko gruby pas rzemienny kiszki od nich osoni. eb targa si w oszalaych rku Rafaa ze mierteln potg. lepia kooway. Z naga straceniec usysza w gowie swej myl pegajc jasnym wiatem, dwik krtki jak ostatnie uderzenie dzwonu: klucz. Cichym, zodziejskim ruchem lewej rki, z cudownym przebyskiem nadziei mordu w duszy, ktra jak pomyk ciepy stana w jego mzgu, skrad si pomidzy rozwcieczonymi ruchami ng wilczych do kieszeni rajtuzw i w mgnieniu oka wywlk z nich elazo. Uj je porodku dugoci. Z gry, co siy w zamachu, potnym ciosem, chichoczc wbi je w lewe lepie. Ujrza, e zgaso. Wtedy podwjnym ciosem w drugie, a si po do zatopia krzywa sztaba. Gdy zgasy przed nim straszne kagace, zacz bi w czerep, midzy uszy, w kuf. Ostre koce klucza wizy midzy komi nosa i w czaszce. Miady je teraz pty, a si klucz na poy we bie wilczym nurza. Czu, e zmasakrowa koci i e rozwala mzg. Wtedy sztychem spodnim pocz bi w brzuch. Rzygajca jucha oblaa go wrzc strug jak z cebra. Wilk wci jeszcze by na nim, wygity, pazury ap szarpay go, ale ju sabiej, coraz sabiej. eb siepa si coraz wolniej. Wreszcie wrd nieustajcych uderze Rafa bez tchu run na cielsko wilcze. Nie wydobywa jeszcze z pyska prawej rki, zgitej skurczem miertelnym. Usta. Bezwadnym ju ruchem ga zwierza, coraz mniej ruchomego. Sysza gdzie obok siebie miertelne renie Baki. Sysza w samej gbi serca i w szpiku koci jki jej ostatnie, jakoby woanie o pomoc. Sysza, jak j drugi zwierz rozdziera yw, jak rozrywa jej szlachetn szyj, drze gardziel, jak chepce pomienn krew i mlaszczcym pyskiem re dostojne piersi. Nie mia odwagi wsta. ka lec w gorcej topieli krwi wasnej i uchodzcej juchy wilka. Resztkami wiedzy i si ku jeszcze raz za razem. apy zaczy drga bezwadnie, wreszcie opady. Zbliy do zdruzgotanej mordy twarz i mwi w ni:

 Znaj pana, znaj pana!... Za Bak!

Wyrwa z paszczy rk jakby z cieni ognistej. Leg na gorcym trupie i spocz na nim jak w pocieli.

Nierycho, tknity jak bdn myl, cisn w rce elazo i dwign si z ziemi. Czu mier nad sob i niewymwiony mrz strachu. Serce ciskao si w nim odlegymi, lepymi i bezdwicznymi wybuchy. Chwilami ustawao jak zabite. Zacz i wskro zaspy, z krzykiem chwytajc w piersi powietrze. Brn potykajc si. Stawa. Zrywa si z kolan i na chwiejnych nogach szed, ucieka, zmyka od kajcego renia kobyy. Usysza wietrzny szum i przypad do drzewa. Obj pie rkoma, obapi go jak chop wszechwadne nogi paskie.

By to samotny jarzb przydrony, do p zadty przez wiotkie niegi. Rafa schowa klucz do kieszeni, wdrapa si na drzewo i usiad midzy dwiema rozwidlonymi gaziami. Teraz dopiero poczu i spostrzeg, e piersi jego s nagie i e s jedn otwart ran. Dopki lea na wilku, nie czu ni zimna, ni blu.

Teraz zakry si rkoma, skuli, przywar do drzewa. Rozum jego wydarty by z korzeniem. Cierpia w sobie jedn jedyn myl, ktra nad czym pakaa. Chcia oddali usta napenione rozkosz pocaunkw, wdziczne, uchylone ku niemu wargi. Otaczaa mu gow senna agodno wonnego szeptania, rozkosz dwiku tkliwych sw, ktre z ucha nie mog odlecie, a z serca nie chc si oddali.

Mia przy ustach przecudne kdziory, okurzone dymem zapachu. Duszy jego uchwyci si bd. Objo go wp i za szyj dumanie o tej cudnoci dziewiczej, ktr by poj tej nocy, i rozkosz mocniejsza ni sama mier, przewyszajca sam zatrat... Bezsilna gowa zwisa i wspara si o lodowat kor gazi. Oowiem cice powieki kleio drzemanie, pene widziade. oe tajemniczego szczcia, oe bezcielesnej rozkoszy odsania si o krok... Wycign tylko rk, tylko zawoa... Ate donie rk nie mog ju dosign. Donie spuche s i twarde, z grubego lodu. Palce nie mog si zgina. Ogie buzuje si w piersiach, jzorami oplata ebra. Z piersi wyrasta jarzb. Gruby pie wrs w nie wszystkimi korzeniami, midzy odkryte koci i yy, w rany gboko porozdzierane. Pie rozwidla si w grze na konary o barwie stali, ze strony wiatru oblepione puchowym barankiem niegu. Wysoko, w grze wiszcz nagie prty. Wysoko, w niebie... cisk i mczarnia opasuj szyj rzemiennym pasem. Powlok go bezsi, bez woli, z olepymi oczyma po tej straszliwej cieynie, po tajemnym chodniku, ktry wiedzie do umarych...

 O, Boe! O, wszechmogcy Boe...  szeptaj wargi, zwiotczae i bielsze nili nieg.

W zrzedym, w niadym pmroku wida zaspy, zaspy... Jedne jak zboe w ssiekach, jak somiane strzechy chaup z kalenicami, jak plewy rozwiane na boisku, jak mogiki po zapomnianych, starych cmentarzach. Bkitne niegi porywaj si z ziemi, a nieprzejrzane pustkowia dymi od kurniawy. Rafa zadygota.

Jake on widzi te pola? Jake widzi tarniny krzak zadty, ktrego kada iga skowyczy, kady prt kurczy si i wyje? Nierycho, nierycho poj...

To dnieje.

Podnis gow ponc w ogniach niebieskich, zielonych, fioletowych, szkaratnych i j patrze dokoa. Pola! Pola bez koca! Nage kanie wyrwao si z jego ust. Buchno jak ywa krew z przerwanej yy. Ujrza Bak. Leaa na boku, rozcignita, ze bem odwalonym bezwadnie. Wilk rozszarpa jej brzuch, wlaz we ze bem i przednimi apami. Czarny jego kadub, unurzany we krwi; wysuwa si z niej co chwila, wlekc na zewntrz niade i psowe jelita. W obdzie zaciekej zemsty Rafa skoczy na ziemi i wielkimi krokami poszed w tamt stron. Bielmo zalepio mu oczy, usta ciskay przeklte wyrazy. cinite krwawe picie biy w wiatr. Ju za chwil pocz ucieka w przeciwnym kierunku. Wlk si po zagonach, pada na twarz w lotne zaspy, dwiga si i znowu wstawa. Za kadym krokiem otwieray si rany jego piersi i skrzepa, zastyga krew znowu broczya. witao. Odsaniay si pola coraz dalej i dalej. Modra powiata przenikaa nien zawiej. Rafa egna si z tym wiatem ostatnim dreszczem serca. Ciao jego ze dreniem walio si na ziemi. Myli z czaszki ucieky. Widzia dokoa siebie tysice mar, tak samo jak on podrywajcych si z zagonw i mkncych w lekkich niegach. Chwilami wyta wszystkie siy, eby krzycze, ale tylko schrypy jk z garda jego wypada. Straci wreszcie ostatnie dreszcze woli. Nie wiedzia ju owo zgoa, czy idzie, czy stoi. te krzye z rwnymi ramionami zaczy wystpowa dokoa. Dzie biay, wity, z koca wiata wstajcy pocz gasn... Jakoby pokrywa ukuta z ciemnoci, niezmierzonej myl, nieobeszej wyobraeniem, krg z brzegi obrbanymi zawis nad polami i szed na jego czoo. Ostatni raz oczy pene ez spoczy na widnej jeszcze wstdze wiata. Bezmierne obrzydzenie, awersja, wzgarda przyniosy obraz mierdzcego wilka. Co czarnego przebijao tam niegi, wloko si z wolna... Za nic na wiecie walczy ju nie chcia. Nie, nie!

Tymczasem czarna zjawa zbliaa si cigle i oto Rafa z podziwem ujrza par szkapit, tak maych, e wielkie ich by i chude tuowia ledwie byo wida midzy zaspami. Za komi suny goe sanie chopskie, a na poprzecznej listwie przodka siedzia skulony chop w wielkiej rogatej czapie i tym kouchu. Wiatr poddyma kotuniaste grzywy i ogony zbiedzonych, wochatych rebit i zasypywa je niegiem.

Rafa woa na wonic stojc na miejscu, ale tamten nie sysza wcale, gdy magier wsunit mia na uszy i gow owizan szmatami. Konajcy ostatnim rzutem si, z wycignitymi rkoma posun si ku niemu i wlk za saniami z woaniem coraz cichszym. Konie szy noga za nog torujc sobie drog ku opotkom, na ktrych Baka zaamaa si bya i zgina. Z dala poczuwszy wilka konita dwigny by i zatrzymay si w miejscu, pene niepokoju. Chop stan na sanicach i wpatrywa si w dal. Wtedy Rafa przyczoga si do niego i run na z boku.

Ujrzawszy pnagie widmo; od stp do gowy staplane we krwi, zagrodnik z wrzaskiem cisn powrzki lejcw, bat i ucieka w pole. Dopiero ubiegszy kilkadziesit krokw opamita si i ostronie zacz przyglda.

Kiedy po dugich namysach wrci do zestrachanych koni, znalaz Rafaa lecego w poprzek sanic bez duszy.


 Mary
Ogie trzeszcza i strzela ywo na kominie, dym kbami wywala si spod okapu na izb i grub, gst warstw wisia pod stragarzem. Pierwszy raz otwarte na chwil oczy Rafaa ujrzay przed sob rogat gow krowy i byszczce spokojnym janieniem jej oczy zwrcone w stron ognia, grube, biae wargi, ociale miamlce straw... Wyej nad krow ujrzay okno zabite deskami i ogacone cik len, ma szybk, ktr szron tak powlk, e wygldaa jak wprawiona tafelka lodu. W kcie, daleko, za dymem, kto na wyrku stka i niemowl z krzykiem popakiwao.

Zaraz wszystko to wcign w siebie dym.

Wielkim kbem znia si, znia coraz bardziej, sigajc niemal gowy, to znowu chon niewidzialn czeluci sam siebie, maga okrge pzwroty, cofa si, chwia, odchodzi. Gdy bysk ognia pad w jego czarne przepacie, co rozwidniao si w nim i wietliste widma pyny.

Rafa sysza, e obok komina ludzie mwi, ale dusza jego, jakby w dym rozproszona, syszaa tylko wycia wichru. Chata, z kokw, rzynw, chrustu, z gliny i ziemi uklepana, draa, gdy w ni bi wziy rozjuszone podmuchy. Nawa wichrw siek j i pra, podwaa liche jej przyciesi, prbowa zruszy wgy, pdzi dokoa kwiczc przecigle, tuk w ni stumilowymi skrzydami i wszczepia midzy belki elazne swoje pazury. Zdao si, e ta kurna zagroda stana na wiatrowisku, gdzie si zbiegaj z czterech stron wiata zamiecie, chery, nawiewy i chachaice.

Sycha byo, jak krokwie nad dymem trzeszcz i pr꿹 si przeciwko burzy, jak gonty skrzypi, a zardzewiae gwodzie skowycz, wywaane ze swoich szczelin. Co pewien czas wiszczce, szumnolotne wybuchy zamieci pary wszystek dym w jeden kt izby albo napeniay nim ca budowl. Za chwil cigncy dech wysysa go szczelinami. "Zy", dmc w wielk gwizd, sypa w okienko jak gdyby suchym piaskiem.

Rafa sucha.

Gony jego oddech podwaja, potraja sw szybko. Obkana krew wydara si ze swych upustw i niestrudzonymi ciosami gruchotaa serce. Myl, myl ostatnia, samotna, przelatywaa upierzona strachem nieskoczone pola albo zmieniwszy si w czucie bryy kamiennej, potrzaskanej na zomy, wirowaa w przestworzu bez koca. Gowa staa si gazem leccym w przepa, jakby w ciasn, ognist studni. Pochliwe skrzydo zudzenia kurczyo si co minuta... Oto schylone kby dymu, a z nich patrz twarze nieznane, mordy zwierzt, wysnuwaj si pajki wielkie jak wizy, z nogami duszymi od erdzi...

Dwiga wtedy bezsiln gow z szeptem bezdwicznym warg. Usiowa spojrze w okienko, bo Baka ry. Baka ry... Daleko, daleko w zaspach... A nim wzrok do szyby przylecia, porywa go ze sob wiatronogi lot jakoby sen w czasie burzy na szczycie masztu, sen peen trudu, w ktrym nie ma czasu na pochwycenie tchu z powierza. Lecia tak po przestworzu omy i przeraenia, u boku mierci. A oto dobrotliwy, askawy i miosierny wylew potu jakoby wod zla jego czoo, rce i nogi. Przyszed na na wzr anioa mionika, pokropi spalone ciao hyzopem, tak samo jak obfity deszcz ratuje od mierci zgorzae ziele.

Serce uciszyo si i wytchno na krtk miareczk czasu. Wtedy uciszao si wszelkie uczucie. Cisza i spokj... Sysza gos mwicy:

 Jeden zomierz z naszych stron be i w piekle, i w niebie... A to tak beo. Ten zomierz szed od wojska, a suy sia laf pod niemieckim krlem. Przelaz brodami bez Wis i mia jeszcze przechodzi bez wielkie lasy, bez Golejowskie. No, dobrze. Wchodzi do tego lasu i patrzy: stoi dziad staruszek, a prosi go o jamun. Zomierz pada: "Mj dziadku, id od wojska, przesuyem sia lat, a dostaem od krla ino trzy dukaty, hal niech ta, dam woma jednego". A we rodku tych lasw Golejowskich zdyba drugiego dziada na drodze, i ten go znowu] prosi. Tak n znowu to samo powiedzia i da mu drugiego dukata. A jak ju wychodzi z lasu, tak znowu zobaczy dziada. Wtedy ten dziad wstaje i powiada: "C ty, zomierzyku, chcesz ode mnie za te trzy dukaty? Czy Krlestwo Niebieskie, czy skrzypki i torb?" "A jakie to, dziadku, macie skrzypki, e ta ae za Krlestwo Niebieskie obstoj?" "Takie mam skrzypki i tak torb, co jak zawoam:  to ci samo wpadnie; co ino chcesz..." Tak ten zomierz powiedzia, e woli skrzypki i torb. Ten dziadek da mu toto. Ha no, zomierz idzie, idzie, ae przyszed do wielkiego miasta, do Krakowa. Wlaz na rynek i syszy, jako ludzie gadaj, e w tym miecie zbudowa krl spaniay zamek, ale w tym zamku nik mieszka nie moe, bo kto tam nocowa przydzie, to mu zgra cosi eb urwie. Krl ogosi, e jakby taki si znalaz, co by tych diabw wypdzi, toby mu da swoj crk za on. Zomierz powiedzia, e n si podejmie to zrobi. A i poszed. Siad se, obstawi si dokoa wicon kred, wzion te skrzypeczki i nic nie pyta, ino gra. Hale, o straszna godzino! O pnocku drzwi si otwary i do tego zomierza pakuje si dwonastu diabw. Zomierz nic nie pyta, ino gr, a diaby prosz go taczy. n gada: "Nie mam ta ochoty, hale jeli chceta koniecznie, to pjd, ale mi, psiekrwie, musicie pierwej przynie wr pienidzy". Lucyper wyprawi kilku diabw  i przynieli wr. Hale zomierz gada: "Za taki may woreczek nie opaci mi si z wami tycowa! Przynieta jeszcze jeden". A jak widzia, e ju ma dosy pienidzy, jake nie zawrzanie: "Chinajta, psiekrwie, do napsaka!" Tak wszystkie diaby bach do torby! Zomierz wtedy zwiza torb nurem, buchn w ni pierzci, i wszystkie diaby rozlay si w ma, e ino by zostay, a jednego takiego ba czterech chopw nie mogo potem udwign...

Burza bia we drzwi i okna kbami niegu. Skostniae jej apy zgrzytay po szybce, a gos rozjuszony skowycza. Chorego obejmowa sen. Budzio go tylko dalekie, dalekie w huku wichrowym woanie... Ujrza przed sob starca pomidzy dwoma rumakami, ktre si wspinay jak tygrysy. Straszny dziad o twarzy jakby wykutej z piaskowca, o dugich siwych kudach, rozczesanych na ciemieniu we dwie strony, trzyma je u pyskw i szed krokiem elaznym. Rafa uczu w rkw rzemie udzienicy. Starzec siad na ko i ukaza si na nim w caej swojej wielkoci. Rafa uczu strzemi pod podeszw i z dzikim miechem skoczy na siodo. Piersi mu pkay od szalonego tchu i sowo wido na wargach. Schyli si do widma z szeptem:

 Zawie mi, zawie...

Nie mg wymwi nazwy. Zapomnia, jak si to zowie. Widzia tylko w gbi swych oczu, czy w mrocznych czeluciach nocy, blad twarz... Przytuli do siebie ten widok, pochon go dusz tak, jak woda chonie trupa topielicy. Poczli teraz obaj z dziadem wia i wista polami, polami, polami, z najprdszym wichrem w przegony. Zmienili si w kamienne bryy z piaskowca, lecce na obkanych koniach. Rce ich stay si grube, opuche jak u przydronych figur, oczy nie widziay nic, nawet ciemnoci...

Jaka to dobroczynna sia dwigna gow cisz ni gra? Jaka to wadza poruszya skay rk? lepe oczy widz... Siedz ludzie na niskich piekach dokoa komina. Chopy kudate w kouchach. Baby w weniakach przd i skubi pierze. Czerwony blask pada na ich zamylone twarze, pospnie wsuchane w gos starego chopa, ktry co mwi. Zgarbiony dziad mwi:

 Gd do mnie ten Franek Dylg, e mu gwer nie wypali. A tu ogie gsty, kule pier raz kole razu. Tak ja mwi sekretnym sposobem: "Kul wyjm, cinij na ziemi i zadepcz w piachu nog". Ale si zlk: "Zobaczy, pada, kapral, to mi puszcz bez yw ulic". "No, rzek, jak ta chcesz!" Ogie szed, a on precz gwer nabija. Wtem zawoali: "Ruht! "-to niby na odpoczynek. Mnie feldfebel pozwoli z glitu wyj. Wyszedem ja z glitu, a tu akuratnie wtedy Francuz nastpi, sam ich najpierwszy naczelnik dalej w nas! Zawoali ognia dawa! Dylg zoy si i wypali. Wzieno mu gwer ozerwao. Zabi i siebie, i koleg, co kole niego sta. Ja wracam na to miejsce, gdziem gwer ostawi, widz, Dylga ju nie masz: inny zomierz stoi. Tamtych zabitych w ty wywlekli. Nasz glit odstpi, a inne na to miejsce przyszy. Patrz, mojego Dylga, cho ju z niego ino zimny trup osta, rozcignli na ziemi i bili tgo laskowymi kijami w plecy, w brzuch, po bie, dla postrachu innych...

Gowa Rafaa zsuna si znowu na wizk somy, okryt zgrzebn pacht. zy gorzkie paday z oczu na Dylga trup krwawy, zy pomienne, nie wiedzie czemu pynce.

Gosy rozmwcw oddalay si wci i sycha je byo jak przez grub cian. Jeden mwi:

 Za tamtego, za krla, chopa cho do wojny nie gnali. Pan z panem szed bi si we wiaty...

 A ty, chopie, zdycha wedle zagona, jako ta krowa i k...

 Tako i dzisiaj jak i za tamtego, za krla...

Dym burymi kby wali w izb i wisia nad gowami. Co chwila zsuwa si a na ubite klepisko.


 Wiosna
Ziemia sandomierska kpaa si w majowym poranku. Okno w naronej izdebce Rafaa byo otwarte i zapach wiosenny, gwar ptakw, dalekie szczekanie psw we wsi przylatyway do niego. Ledwie je sysza i ledwie widzia. Od chwili do chwili ciska nim niezwalczony, nerwowy pacz. Piersi jego rozrywa bl fizyczny, a ciki ucisk gnit je jak gaz.

Po dugiej chorobie, ktra go przez marzec, kwiecie i cz maja trzymaa u drzwi mierci, Rafaek wychud do cna i sczernia. Ale dopiero gdy zacz przychodzi do zdrowia, zrodzia si druga choroba: mczarnie duszy. Oto poprzedniego dnia powzi od sistr wiadomo, e z jego winy Helen wywieziono do Krakowa czy do Warszawy, do Parya czy do Berlina, e pado jakie podejrzenie, jaki domys. Bya to rzecz oczywista, e straci j na zawsze. Wiedzia o tym a nadto dobrze moc tajemnych przeczu, moc uczuwania w pnie, w drzemaniu, nieomylniejsz od rachunku. Sta si teraz brzydki jak trup. Nos mu si zaostrzy i wysun naprzd. Zapade oczy pony w swych doach, jakby si miay do znaku wypali. Nie sypia w nocy, a jeli we dnie popad w nienie, miewa widzenia, ktrych potgi, plastyki, dotykalnoci nie sposb wyrazi sowami. Byo to drugie ycie, bardziej rzeczywiste, bardziej istotne ni na jawie. Tam si rodziy pewniki, trwogi, nadzieje, decyzje, stanowice ycie ducha. Rzeczywisto bya tylko jaowym, suchym, ndznym obszarem tsknoty. Tam i j widywa. Uczuwa jej obecno wrd drenia ciaa... W dymach bkitnych sysza jej gos, miech-wesele, nadchodzce kroki, a budzi si do tej straszliwej prawdy, e tego wszystkiego wcale nie ma, nigdy nie bdzie, e to by sen. Teraz o tym wietlistym poranku od pierwszego witu, od piciu godzin chodzi po swej izbie tam i z powrotem, tukc si od ciany do ciany. Na pododze zaczerniay tu i owdzie czarne krople spadych ez. Byy tak bolesne, tak spod serca, e je omija, ba si na nie nog nastpi, jak na rzeczy, w ktrych samoistne tkwi ycie. Spotykajc martwe przedmioty, oczy jego cierpiay jak od ukucia noa, a myli zamieniy si w zazdro. Zazdroci skibom ziemi, kamieniom, zagonom, dalekim przykopom i rowom ich losu. Lee, spoczywa bez blu, nie czu... Ale spokj na wieki, zda si, odlecia. Wbrew woli, na przekr wszystkim wysikom zazdro przeistaczaa si w bezrozumn zacieko, w dzik pasj rozdzierania ran wasnych, w chu nieustann uprzytomniania sobie niedoli.

Wszystko pomagao mu w tym z szydercz usunoci. Ojciec wypdzi go z domu, zezwalajc na przebywanie w nim tylko do chwili wyzdrowienia. Osobliwie kiedy rozesza si po dworach plotka-domys, tumaczca przyczyny nocnej wycieczki Rafaa i katastrofy z koby, stary czenik popad w stan dzikiej, zajadej wciekoci. Dom cay dra z trwogi. Przypomniano sobie straszny stosunek czenika do starszego syna. Przypomniano sobie w sdny dzie, kiedy to w starszy, mody podwczas oficerek, dopiero wypuszczony z korpusu kadetw, w sprzeczce z ojcem o wieo ze stolicy przywiezione nowinki, gdy ten zagrozi mu bizunami i kaza woa parobkw, pooy do na rkojeci szpady... Matka i crki chodziy teraz na palcach i usioway tyle ju wyrobi, wygaska, eby modszy mg przyj w domu do zdrowia. Rany z poksa wilczych zabliniy si, a straszna jaka choroba, ktra z tego wynika, gdy go na p martwego znaleziono w chopskiej lepiance dalekiej wsi, wreszcie przemina. Ale wwczas dopiero zaczo si pieko. Starzec dra. Skrzywione jego wargi miotay przeraliwe wyrazy, rce ciskay w przechodzcych, co si zdarzyo. Wszyscy mieli krtko i wzowato zapowiedziane, a osobliwie matka, e skoro tylko "wyrodek" bdzie mg sta na nogach, ma si z domu wynosi na cztery wiatry i wicej nie pokazywa na oczy a do dalszego rozkazu. Sta ju na nogach i tego te dnia mia po niadaniu odjecha z domu. Matka saa go skrycie do owego starszego brata, ktry mieszka daleko, w lenej okolicy, gdzie w pobliu Maogoszcza. Biedna matka wiedziaa; e i tamten syn jest ciko chory, pragna tedy, wysyajc do niego modszego, ratowa jako obudwu. Powzi zreszt wie jak... Sama nawet pomyle, nawet zamarzy nie moga, eby tam pojecha. Owszem, musiaa udawa, e do tej chwili nie przepucia mu w sercu. Udao si tyle przynajmniej przez podstarociego, paskiego zausznika i faworyta, wyrobi, e wyznaczono fornalk, najlichsz, rzecz prosta, i najlichsz bryczk do wywiezienia Rafaa. Czenik zgadywa, dokd to powdruje wypdzony z domu. Moe nawet w tajemnicy przed samym sob pragn take powzi wiadomo o tamtym, o pierworodnym, o ukochanym niegdy, ktry, nie widziany od tylu lat, za wiatem... pono umiera. Wie tylko gucha, obojtna, z dziesitych ust, jak pies milczkiem ksajcy, dobiega ucha i jadowitym zbem wieczn w sercu rozdara ran. Stary kutwa bka si co dzie miedzami, po doach, po kach, rolach od witu, a kiedy stawa na progu domowym i kiedy zaczynaa si naok panika, rzuca zawsze wrzaskliwe, dreniem wszystkich kto y przejmujce pytanie, skierowane nie wiedzie do kogo:

 Czy ten zodziej nocny, czy ten gach jest tu jeszcze?

I tego dnia Rafa sysza ju w krzyk, ale nie zwraca na uwagi. Mka jego wewntrzna bya po stokro, po tysic razy gbsza od wszystkiego, co go ze strony ojca spotka mogo.

al mu byo matki. Ale by to al drugi, daleki, jakby przybkany... Sucha jej prb, zakl, cichych, szeptanych skama, sw wyowionych z morza ez, zaczerpnitych z nocy bez snu. Odpowiada z przymusem, bolenie, naprdce skomponowanymi kamstwami. Co przyrzeka, zaprzysiga gbokim, najuroczystszym szeptem. Zaatwia rozmaite czynnoci, bra, wiza, ukada sekretnie znoszone posyki dla Piotra brata, ktrego prawie nie zna. Notowa jakie lekarstwa, uczy si na pami pozdrowie, bogosawiestw, sw-talizmanw, ktre zawieray wszystk od pocztku do koca matczyn mio. W tej samej chwili wstrzymywa pod powiekami zy krwawe, dusi w sobie szlochanie rozsadzajce piersi albo z caej siy woli krzywi usta w sposb cudaczny, w wesoym, niby to modzieczym umiechu. W czasie tych wanie rozmw z matk i siostrami, gdy by zmuszony zajmowa si swoj podr, cierpia najbardziej. Myli, porzucone przez chwil, mciy si, czucia nieszczsne tysicem wciekych rk szarpay go za wosy. Czasami jednak przychodziy na chwile przedziwne. Zatapia si w najwysz ekstaz mioci: upada na twarz przed szczciem utraconej. Schodzio na co nadziemskiego i nadludzkiego: zapomnienie o sobie. Wwczas, w czasie tych mgnie bogosawionych, cho zy lay si z oczu, nie bolao nic a nic serce. Widzia wprawione w dusz sw i patrzce wskro ciemnoci bkitne oczy z dzikczynieniem.

Pogronemu w tak zaspione marzenia danej zna, e konie na gumnie czekaj i e czas ju jecha. Wytar oczy i nie ogldajc si za siebie szed z izby. Matka, paczca z cicha w sieni domu, daa mu znak, e ojciec nie chcia go widzie przed odjazdem.

Majc przed oczyma tylko sen swj wieczny, mody wygnaniec ledwo zrozumia, co do niego mwi. Poegna matk, siostry  niby to czule, i szerokim krokiem ruszy na gumno. Stamtd wyprawi go w wiat podstaroci.

Para starych, wychudych szkap, odwieczna dropiata kobya i gniady, lepy waach, leniwo wlokc gnaty, na ktrych tylko skra wisiaa, wycigny w pola rozeschnit bryczk. Naok, wzdu i wszerz paskich wyyn i okrgych, lekkich wzgrkw, zbone niwy rozcigay si jak okiem sign. Opar gorcy migota. Suchy i ciepy wiatr chwia mikk ru jasnego yta, ciemnej, anami rozesanej pszenicy, ledwo wychodzce z szarej roli pira jczmienia. Dech wielkiej przestrzeni wia z tych dorodnych pl, odsonionych ku niebu; w pieszczotach soca. Rozlege wwozy, czyli bonia kierujce si ku dolinie Wisy, okryte ju byy darni zielon. Struki i poniki kowe stay si tymi szlakami jaskrw, a suchsze wzniesienia zasiao nike, bkitne albo biae kwiecie. Poprzeczne parowy, co si zbiegaj ku kademu rozdoowi, wieciy w socu jasnotymi placami i ebrami szczerej gliny. Gdzieniegdzie uczepia si cian tych uroczych rozpadlin kolczasta tarnina albo krzak dzikiej, powikanej jabonki. Obiedwie tego dnia biay i rowawy kwiat okry jakoby kom witeczn. Niskie doki midzy polami napeni yjcy poysk gazi. Biae brzozy stay tam po maych zboczach. Dotknite arem wiosennego ognia pawiy czuby swoich gazek w powiewach, omglone modymi limi. Oziminy spyway ku nim cudnymi zgiciami zagonw, jakoby gosy przerozmaite a wysokie jednego chru. Chaty, gniedce si w zaamaniach paroww albo przylepione do wyniosych cian z gliny, odbijay jasnoci od zieleni sadw. Ju czujny modrzew, tam i sam stojcy, okry ramiona cudnoci zieleni, jakoby tuwalni pajcz. Ju krzywe, grubane pnie wierzb nad mokradami puciwszy nowotne rzgi stay w nich nikiej wiece jarzce si od wielkiego blasku. Jeszcze tylko olchy martwo smutniay w jasnej przestrzeni, a czarne kpy rokicin rzucay mrok na zielon muraw. Zdao si, e nawet ndzne lepianki zakwity na wiosn. Dachy ich wielobarwne od somianego poszycia, na kalenicach przegniego jak stary aksamit, zociy si na socu. Wiklowy potek pleciak, snujc si od jednej zagrody do drugiej, sam jeden tylko utrzyma szar barw zimy. Zatacza si krzywo i martwo, wspiera na wierzbach... A dokoa niego wszdzie ju radosny jar okry szar ndz ziemi. Od zetknicia prtw z wietrzykiem wytryskay licie. Nawet na niebie kwity cakiem nowe, nieznane, jare i zadzierzyste, niade oboczki...

Jedn z wskich, mylnych droyn sandomierskich suna bryczka wlokc za sob chmur szarego kurzu. Zapadaa na dno gbokich, zimnych wwozw, wdrapywaa si na szczyt paskowzgrza... W jednym miejscu Rafa obejrza si poza siebie i obj widny z dala dom i okolic. Wpatrzy si w t stron rodzinn i w tumie myli bezadnych uczu dokuczliwy al. al ten ucisn jego dusz, jak obcy przychodzie z nieznanego kraju, i znik. Wzmogy si po jego odejciu wszystkie gorejce uczucia i nowy ich ywot si zacz. Rafa czu, e nic sobie poradzi nie moe, oprcz tsknoty nic nie zyska, a jednak, ujrzawszy siniejce w dali na horyzoncie aleje w Derstawicach, radonie westchn. Droga jego nie tamtdy wioda i furman mia ju skrci na lewo, gdy panicz rzek:

 Wincenty... czy to my... tego... na Dersawice jedziemy?

 Gdzie za! Na Bazw, na lasy Golejowskie.

 Suchajcie, jedmy tamtdy... na Dersawice.

 A i po c my, tylony wiat?! Jak si wielmony pan dowie...

 Nie dowie si!

 Hale, n si ta nie dowie!... Bd baty bra.

 Wincenty! Dostaniecie ode mnie strawne i jeszcze kieliszek wdki. Dowiedzie si nikt nie dowie... Jedmy tamtdy!

 La Boga witego; po c my, paniczku, na Dersawice? Tu droga jak strzeli. Zapowiedzia podstaroci, jak i co mam robi...

 Na moje sowo!

 No, juci jakbym lea pod gankiem...

Z rezygnacj zawrci i pojecha w stron Dersawic.

Bya to ta sama droga. Na rozstaju staa figura. Ostre zapachy modych pl teraz j owieway, cierpkie kwiatki przydrone, te i siwe, say si wiankiem u jej podna. Rafa zwrci na ni oczy pene ez. Cae ycie przesze i przysze, wszystko, co byo i by mogo, wydao mu si niegodnym jednego oddechu tamtej godziny. Na sam myl, e ta droga, w marzeniu milion razy widziana, przebyta, uproszona w snach i widzeniach, ju do celu nie doprowadzi, e jest jedn z wielu drg ndzy czowieczej, czu, e nie mio ma w sercu, lecz tylko pragnienie mierci. Zachwycajcych spojrze nigdy ju ujrze nie mona, urok jej obecnoci komu innemu si udziela oto wszystko. Zarazem rozwaa cich, kryjom, badawcz myl, e wiozc w sobie miertelnie chor, na p umar dusz, nie umrze teraz, lecz dopiero po nieskoczonych latach.

Przebywa z wolna wszystkie szczeble tsknoty a do ostatnie go. Byo to cikie utrapienie ducha. Dwiga bowiem w sobie wroga wasnego i jej szatana kusiciela, wiekuistego zdrajc i obudnika: zazdro. Wszystka robota ducha upadego na siach nie miaa ju podniet.

Ostatnim sensem wszystkich wysikw byo sowo: stao si. Nadaremnie otacza si fosami, rowami i bastiony rozsdku, jak obkany, ktry by toczy walk na pici z samym sob. Wszystko rozsypywao si w proch i przemieniao w ndz.

Zaszumiay nad jego gow dersawickie aleje. Olbrzymie lipy z prawiekw, nadwilaskie topole o cielskach na poy wyschych, ledwie gdzie u szczytu okryte modymi limi, z cicha szemray. Rozlega si w caym ogrodzie gwar ptakw budujcych gniazda. Gosy wywielg, srok, zib, trznadlw kryy si w mokrych gstwinach. Droga, zniajc si na d, zaprowadzia wkrtce przed kuni. Rafa kaza tu stan i zaleci furmanowi, eby obejrze stan podkw koskich. Zdziwiony Wicek zlaz z koza i zacz ze zoci podnosi kulasy jasnokocistym szkapskom. Okazao si, e istotnie zdarte elaziwa ledwie si trzymay u kopyt. Rafa nastawa, eby je poprzybija nowymi hacelami. Gdy kowal zabra si do tej roboty, zeskoczy z bryki. Ociale zbliy si do sztachet ogrodu i stan u przeazu, wspartego na dwu supkach. Ujrza dwr, sad,wysokie nad nim lipy... Samorodna altana pod baldachimem starego bzu paaa zieleni darni okrywajcej ziemn awk. Wybujae zarola jaminu i dzikich r zakryway j i tworzyy ywe ciany. Widzc to miejsce oczyma, Rafa cisn sobie gardo, eby nie ka gono. Stojc tak dugo, ksa si wasn wciekoci, smaga kadym spojrzeniem oczu. Na rabatach przed oknami domu wieciy si kwiaty, ozdobione niezgasymi kolorami. Okno wynione byo otwarte i dwie jego poowy wonny wiatr z lekka koysa. Biae ciany domu uroczycie i tajemniczo milczay w rozkwitych koronach wini i jabonek. Pnie drzew czereni stay dalekim rzdem, rozwidlone u samej prawie ziemi, powikane w konary, ze zwieszonymi gaziami. Stara na nich kora pkaa niby przyodziewek zetlay, rozacy si to tu, to tam. Uliczka mokra jeszcze, brunatna od wilgoci, biega popod biae rzgi, w ustronia odlege, w klomby dzikich wielkodrzeww, w cienie:

Dugie i subtelne licie winiowe i grubsze liwin lniy si jakoby miodem powleczone. Ostry zapach kwiatw, piew niezliczonych ptakw, raszek, kosw, wywielg, nad tym ciemnym, szerokim dachem, wszystko to cigao teraz i szczuo serce widokiem swoim. Skrpowany czarownymi wizami nie mg ruszy si z miejsca. Wdycha jeszcze zapach tego ogrodu i pochania go oczyma na zawsze... Oglda widome drogi szczcia i sodyczy pene cienie osaniajce wite jego szaty... Tylko szczcia samego ju nie byo. Ulega zudzeniu, e widzi siebie idcego z Helen w stron niewysowionej altany. Gowa styka si skroni z jej gow, a dokoa szelest i gwar wiosenny. Kwietne si sypi puchy, biaorowe niegi rozkwitych wini i jabonek. Z ran, do ywego zadanych drzewom przez obcinanie gazi, sczy si aromat oskoy...

Czu w sercu szczcie tamtego dnia i nadziemsk moc wyobrani przynosi je cae, olbrzymie jak wiat, a do tej chwili i miejsca. I nagle jeden podmuch wietrzyka wszystko w proch rozbija. Zlatywao na ziemi jako kwiat czereniowy. Dom by pusty, niemy. Ramy okienne chwiay si sennym koysaniem, a szara, wypeza od ddw okiennica zgrzytaa do taktu z ich melodyjnym plsem, zgrzytaa z cicha starczym, zjadliwym, przemdrzaym miechem zardzewiaych zawias. Nie ma, nie ma, nie ma... -naigrawa si ten staroci gos wyziby. Okrutny wyrok rozleg si w gowie, jakoby gos dzwonu, ktry mier zwiastuje. Zasklepiona od balsamw wiosennych rana rozdara si na nowo. Ukazywaa si spod zudy uczu, spod mikkich wielobarw kwiatw, z gbi prochw i dymw wonnych rzeczywisto chropawa, istotny, szorstki byt i wszystka jego gupia ndza. Wloko si z gbin cienistych mdre, liczce straty i zyski rozczarowanie. Ze cinitymi zbami, z oczyma penymi ognia prosi si o cud powtrny, o widok drogiej postaci tylko przez mgnienie oka, o zudzenie widoku... Daremnie...

Trzeba byo wraca na bryczk.

Ju kowal zaatwi si z podkowami, a Wincenty chrzkaniem dawa zna, e czas w drog. Rafa zawar powieki i z obojtnoci wrczy rzemielnikowi nalene cwancygiery. W trakcie tej czynnoci rzuci ukone spojrzenie na kuni, na wygryziony u wejcia obek... Nie obejrza si, gdy bryczka ruszya z miejsca, klekocc wyschymi sprychami, i nie odwraca gowy, gdy mijaa dugi ogrd. Miejsce to mia w sobie, zamyka je pieszczotliwie w duszy swej na siedm zamkw.

Boczna droga, na ktr z gocica skrcili, powioda ich w lasy. Jechali wolno w poprzek pl otoczonych borem, pniej znowu lepsz drog, a do Staszowa. Po kilkogodzinnym wytchnieniu, ktrego szkapska nieodzownie potrzeboway, ruszono dalej. Zmierzch zasta ich na granicy jakich k bardzo rozlegych, wrd ktrych say si wody staww, daleko jak gdyby jeziora byszczce. Nigdzie, jak oko sigo, nie byo wida ani wsi, ani nawet chaty. Kpy lasw stay tu i owdzie nad owymi gami, ktre ju kwiecie zacigno. Po nadrzeczu czerniay smugi olch, wyniosych brzostw, kpy drzew liciastych, czyli, jak mwi furman Rafaw, ywych. Przypiaskowa, to znowu bagnista droga sza brzegiem lasu. Konie wloky si noga za nog, utykanego, w sposb coraz bardziej niepokojcy, a wreszcie zgoa ustay. Nie skutkowa ani bat, ani biczysko, ani kucie, ani gaskanie i posiepywanie za kantary. Zwiesiy stare biska dwa ywe trupy i z wlepionymi w ziemi oczyma pogryy si w spokj zupeny, obojtny na wszystko, nie wyczajc cierpienia i nie wyczajc mierci. Rafa tknity zosta widokiem tych koni. Zsiad z bryczki, obejrza zwieszone czerepy i zadecydowa, e trzeba w tym miejscu nocowa. Fornal wydoby zaraz worek z chudym obrokiem, odprzg szkapska i urzdzi im b w przodzie wzka, a sam chtnie wzi si do mitoszenia uchw partyki razowego chleba oraz skiby sera zzieleniaego od staroci. Rafa nie by godny. Ciao jego, rzekby, przestao istnie. Dusza, rozpomieniona, w udrczeniach, spalia je na wgiel. Zacz chodzi nad k w pobliu bryki tam i sam, duszc w sobie wszystkie szay miosne i zawierajc je w sercu, ktre si szarpao i bio lepymi ciosy.

Z dala, nad kami, dogasaa zorza. Niknce zglisko jej lnio jeszcze przez czas pewien na wodach nieznanych, na latorolach z, ktre z wielkiej odlegoci oko ujmowao jak gdyby promienie wietlne, na szczytowych liciach wyniosego biaodrzewa, sokor i wizw. Gdy tak przygaso, e tylko ceglasty brzask po nim zosta, Rafa poleci sucemu nazbiera suchych patykw i roznieci ognisko. Wnet wzbi si w gr piropusz sinego dymu i mae jadowite pomyczki zaczy poera suche igy jaowcu.

W maym krgu ogniska Rafa, stojcy z dala, widzia bezmylnie, cielesnymi oczyma, zwisy nad opak eb narcznego konia, wysch czaszk z ruchomymi powyej orbit doami. Surowy i zimny czerep nasuwa si jako ksztat cierpienia, jakoby jego wizerunek i obraz prawdziwy. Po niewoli wzrok znowu przywiera do zgasych koskich oczu, do ich siy wyczerpanej, do oczu przeytych, a tak niedocigle mdrych, tak udrczajco wielomwnych, e w ich wyrazie mieci si cay jaki wiat, alfa i omega bytu. W mowie tych renic aosnych, ktre przymusowo widziay pomie ogniska, bo je razi i nka, mona byo wysucha sowa, i Rafa ostrym zmysem cierpienia zacz sysze wzdychanie ich z ciemnoci:

"O nie wieczny, nie, wieczny!

Na pograniczu cichego lasu i k od wilgoci, k od wielkiego bogactwa traw pachncych we dnie i w nocy, nie wieczny... O dobrotliwy spoczynku koci znuonych!

W witej ciszy nocnej, pod ros z niebios zstpujc, w poudnia, w socu, co pali a do zgnicia wszelkiego trucha, pod ulewnymi deszczami, ktre bez wytchnienia pracujc obmyj, co si ostoi.

O puchy mikkich traw, ktre przyniesie wiatr wiosny! Kwiaty, majce si z nas urodzi... Bogosawione nasionka, ktrymi proch nasz zapodni ptacy i motyle...

Wewntrz odyg, w tkankach badyli kry bdzie nasza krew i nasze ciao.

O woniejca rodzino nasza, bracia i siostry! Dzwonki polne, maki, bawatki, bratki kowe... O usta nasze i oczy umare... W was bdzie kanie naszych piersi, w was bicie serc, w was pomie miosny naszych y..."

Rafa odszed. Rozgrzany piasek jeszcze nie ostyg. Nogi  luboci zatapiay si w nim, a torfiasta w gbi ziemia gucho dukaa. W dali rechotay aby. Chr ich tworzy melodi koyszc, senn. Niekiedy z jej gbi dawa si sysze przecigy, guchy, cudzy pobrzk. Wwczas mimo woli nasuwa si na oczy odlegy widok. Wznosia si z bagien olbrzymia gowa porosa tatarakiem, grzybieniem i skrzekiem, opleciona chwasty wodnymi, wywracaa do gwiazd rozbyskujcych w niebie przejrzyste, jasnobarwne oczy. nio si, e leniwym ruchem dwiga boniast rk i niesie do ust piszczaeczk, wykrcon z najmodszej rzgi wierzbowej, ktra si w cigu poprzedniej nocy urodzia. Lepkie abie palce przebiegaj po dziurkach ligawki, i leci w zroszon dal przygrywka abiego chru. Leci, bka si, ginie midzy wysokimi drzewami...

W pobliu czernia iglasty br. Nieruchomy, nieywy, bez gosu sta cignc z k i wsysajc w siebie ciemno najgstsz. Z dalekoci, z zarzecznych pagrkw, ktre w nocy dawno zginy, dolatywao czasami ywe naszczekiwanie psw. W innych momentach wybijaa si na wierzch cisza. Ledwie-ledwie mcio j suche trzaskanie poncych igie, brzk niewidzialnego komara. Czasem ko goniej. chrupn albo dmucha nozdrzami z umysu, eby odwia sieczk i snadniej warg trafi na nieliczne ziarna owsa. Od dalekich biaodrzeww, z ona wd, spord rokicin, iwiny i tataraku nadcign powiew szelestny, wiatr zwilgy, nasiky oywcz woni, rozszerzy si po suchym gooborzu i obudzi szum leny, szum czarny, gsty od tustoci ywicznej, parny, ciki i gnuny. Ale za chwile z suchych piaskw ucieka i znowu cisza przypywem niepostrzegalnym wracaa na dawne miejsce.

Rafa wycign drugi worek z obrokiem, rzuci go wzdu bryczki i pooy si na wznak. Patrza w niebo rozwartymi oczyma. Mia jeszcze w sobie osupienie i niemoc nabyt w chorobie. Od gwiazd sypa si w ciemno nocy pylny brzask, srebrny posiew wiata. Biae smugi pary, mgawice obokw, nie skupione jeszcze pierwociny chmur cicho i sennie przepyway midzy gwiazdami. Ciaka ich mleczne niko janiay od brzasku-powiaty gwiazd, by nieco dalej posunwszy si w otcha, rozwia si w niedocig dla oka form, sta si niebem.

Noc bya parna. Migay z rzadka szybkie i bezdwiczne, suche byskawice, ktre lud zowie zwiastunkami pogody. Zostaway po nich w oku tylko przeliczne, niebieskawe wizje fioletowych lasw, wsi usypiajcych midzy sadami, pl zielonych. Wzrok i myl zatapiay si w nieprzeniknion noc, szukajc nadaremnie widzianych przez chwil zarysw.

Fornal usn jak koda w pobliu gasncego ognia.

Kiedy Rafa lea bezczynnie, rad, e nic nie czuje, e nawet nie wie, gdzie jest i co si z nim dzieje, w pobliskiej kpie olszyny rozleg si dwik... Jeden, po nim drugi, trzeci... Modzieniec zerwa si i usiad. Sucha tonw sowiczych, caowa je z radosnym umiechem, przyciska do serca wszystk moc duszy, wszystkimi siami ciaa. Z wolna te dwiki metaliczne, tony pierwotne, tak lekkie, jakby je wywoywao dotknicie strun cytry przez rnobarwne piro pawia, poczy zapada w niego, lecie wskro, jak ostry krzemie przelatuje gbin wody. Wwczas posysza wyrazy... Wyrazy niematerialne, nazwy-pieszczoty, pogaskania, dotknicia pene czci, pocaunki oddane duszy przez dusz wpord ukonw a do ziemi i wpord dymw wonnego kadzida. Wyrazy nowe, o ktrych nic nie wiadomo, czym s: czy mioci, czy nienawici, czy litoci, czy wzgard i potpieniem. Usysza cae dzieje swojej mioci w owych powistach przecudownych, leccych jakoby brylantowe strzay w jasny lazur a do samego zenitu, w zagiciach dwiku, ktry w boleci na dawne miejsce powraca jakby niewolnik w jarzmie z krzyem zgitym, poszarpanym batem siepacza, w strzelistych pieniach samotnych, penych siy i dumy, w dwikach wolnych, oszalaych z zachwytu, najpotniejszych na ziemi, niedocigych. Zdawao mu si chwilami, e to w nim samym, sobie samemu piewa w niewysowiony zotostron i e to on sam wyrywa z niego zdrtwiaymi palcami owe krzyki duszy, przecige, dugie, padajce jakoby ptaki zabite u jakiego kresu boleci. Posysza imi kochanki, nazw jej wosw, barw jej oczu. Zoy umczon gow na jej piersiach, trzscych si od paczu, przycisn usta do policzkw, do powiek mokrych i sonych od caonocnych ez.

Pierwszemu sowikowi, ktry t tonik zacz, odpowiedzia z dala drugi, tamtemu trzeci... Do tego trjdwiku przyczy si czwarty tworzc z pierwszymi akord niewysowiony. Daleko w gstwinach nadwodnych piewa ostatni.

Byy to jak gdyby czaty, nocne wojska uczu, wigilie czyhajce po nocach na samotn mio, ktra by si zabkaa przechodzc tymi stronami.

Skoro tylko dnie zaczo, zbudzi Wincentego i jecha w dalsz drog. Wypoczte i popasione konie szy raniej. Z prawej i lewej strony wida byo wsie i folwarki spalone przed dwoma laty do przyciesi. Stay jeszcze szerokie, czarne place zgorzaej ziemi, ktrych murawa przej nie zdoaa. Leay stosy opalonych belek, krokwi na wgiel zetlaych. Rozwarte paszcze okien we dworach, drzwi powyamywane, okiennice wiszce krzywo na ostatnim haku, sufity zwise nad zburzonymi cianami, do p strcone kominy i piecowiska przywalone zeschym popioem wida byo naok. Tu i owdzie wznosiy si na popieliskach domostwa, stodki, obory. Tam i sam nowy dwr dwiga si midzy zwglonymi lipami, ktre jak czarne pochodnie biy w oczy ze rodka zielonych pl. Wikszo wiosek staa jeszcze pustkowiem, gniedzia si w budach.

Z poudnia Rafa min Chciny. Stary, strzaskany zamek, baszty czarne, pknite, mur trupi unosi si przed nim w powietrzu niby czaszka rozbita. W jechali w okolic grzyst, len i dyli do miejsca przeznaczenia. Nigdy tu jeszcze Rafa nie by. Ukaza mu si kraj zgoa inny: cichy, zapady, smutny. Przestrzenie wzgrz bezuytecznych, o glebie czerwonawej, zarosej sonin albo jaowcem, piaski na wzniesieniach, sapy nad rzekami. Z traktu skrcili na boczn drog i wskim lenym szlakiem jechali a do wieczora. Korzenie wierkw jak we przerastay drog, a gdy si od niej cofny drzewa, to otwieraa si przed oczyma ta smuga litego piasku z dwiema koleinami, ktre daleko, daleko w las si cigny. Dookoa stay smuke wierki, jak strzay zaopatrzone w bety dla bardziej chyego lotu. Zielony, wieccy si mech wiosenny otula rudawosin ich kor. Soce wnikao do gbi lasu i promienie jego przeleway si nie tylko przez gszcz gazi, ale nadto przewietlay nowe, tegoroczne ich wyrostki. Mode, mikkie, zielonote igy byy przeroczyste jakoby krople wody. Cie od drzew by na modych murawach dziwnie uroczy, lkliwy, pochy i czuy. Zdawao si, e niechtnie znosi ludzkie spojrzenie, e istnieje tylko dla siebie, a cofa si i kryje, gdy na patrze. Rafa ledzi go spod nawisych powiek.

Szepta do niego jak do brata:

 Cieniu, mj cieniu...

Rowe, wiosenne szyszki zday si topi i rozpywa w cieple soca. Pachnca ywica wylewaa si z nich i zapach jej spywa ku ziemi. Jeszcze si trawa bujna nie pucia w lasach. Zeszoroczne igy i suche licie zacieay grunt barw cmentarn, ale ju tu i tam mokra droga w gbokim cieniu lnia istnym szmaragdem zieleni. Miejscami grunt by twardszy. Tam w gszczach jedliny dymiy si mode brzzki niby oboczki wiosenne. W gbi lasu drzewa si przerzedzay i wida byo samotne obrby, gdzie na znacznym obszarze spokojnie usypiay smugi pytkiej, stojcej wody. Warstwy spadych igie leay na jej dnie, rudziejc ywo jak bursztyn. Dookoa takich zalewisk z wybuchem krzewia si ziele borwek, mode, jasnozielone wierczki taplay si w niej jak gsita, a jaskry ze wszech stron ram obejmoway pomienn. Na zwilgym w pobliu sapie barwiy si niebieskie kwiatki Matki Boskiej i kpy niezapominajek.

Szkapy szy noga za nog. Koa bryczki zeskakiway z korzenia na korze albo zarzynay si w gbokim piasku. Wwczas bryczka ledwo podawaa si naprzd, monotonnie skrzypic. Suchy piasek sun po sprychach jak w klepsydrze. Dla Rafaa bardzo miymi przyjacimi byy te lene gbiny. Czu si tu skrytym ze swoj dusz, niewidocznym i jakby przygarnitym. Tsknota jego, jak niewolnica na powrozie, znuona dugim jarzma uciskiem sza w kraj naznaczony, patrzc z aob na miejsca, ktre mijaa. Po uprawnych niwach sandomierskich, gdzie wyzyskan bya kada skiba a do przykopy, te zapomniane obszary lasw, rosnce samowadnie takie jak przed wiekami, takie same, by moe, jak na zaraniu wiata, byy bliskie jego duszy, chorej z mioci. Pchao go, eby wyskoczy z bryki, rzuci si tu na ziemi i samemu zosta w cigu dugich dni i dugich nocy, dotyka rkoma tylko drzew, a ustami kwiatw. Sucha, jak wiatr sennie przygrywa na gaziach sosen...

By na granicy, na samym progu rozumienia przedziwnej mowy owych lenych, pytkich jeziorek i drzew, ktre w nie patrz przez lata, sysza dwik, szept, westchnienie... Wiedzia dobrze, jakby by swoim wasnym profesorem, e jeli teraz gosu owego nie zrozumie, nie pochwyci go w dusz swoj, to ju nigdy, przenigdy nie odezwie si do niego ta mowa... Jecha dalej a dalej, dziwic si samemu sobie, uczuciom, ktre si w nim z wolna przetwarzay, ywym, twrczym gosom wiata.

Miao si ju pod zachd soca, kiedy wyjechali z lasw.

Otwara si przed nimi jakby ogromna polana, wykarczowana w boru. Rozdzielay j piaszczyste wzgrza porose karowat sonin, jaowcowe przestwory i uprawne pola. W dali, na kracu tego obszaru, pod przeciwlegym lasem, byszcza w zachodzcym socu ogromny jaki staw i rzeka, ktra dug tam blasku wia si w nizinach zarosych olchami. Miejsce, gdzie znajdowaa si bryczka, byo pod wzgrzem i ca rozleg dolin widziao si stamtd jak na doni. Daleko, nad owym stawem, bieli si w kpach drzew biay dwr.

 To je Wygnanka, paniczu  rzek Wincenty obracajc si na kole.  Tam mody pan mieszka.

 To jest Wygnanka  powtrzy Rafa.

Teraz dopiero przypomnia sobie, e wkrtce ma powita brata. Nie zna go prawie, gdy w brat, porniony z ojcem, nigdy w Tarninach nie bywa. Wiedziano tylko o nim, e raniony ciko, bliski by mierci i e pniej osiad w owej Wygnance. Te wiadomoci, Bg raczy wiedzie od kogo, jakby od guchej ziemi, miaa matka. Wiedziao tym i ojciec, ale nigdy ani jedno sowo o synu Piotrze nie byo wymwione gono w Tarninach. Rafaowi przysza teraz do gowy myl, e i brat moe go le przyj... C wwczas? Nie odpowiada sobie na pytanie, ale mia je wyryte w sercu. Wwczas zostaje... Krakw, Warszawa, Berlin...

Soce zeszo za dalekie lasy i stumiony zosta ostatni jego promie. Znuone konie wloky si tak ociale, e furman co chwila wyraa obaw, czy aby znowu nie ustan. Jak na zo, droga bya jak najfatalniejsza. Niezgbione bajoro stao midzy dwiema dugimi pryzmami kamieni, ktre wyrzucono z roli. Kamionki te osonione byy kpami tarniny, ktra ju okwitaa. Na przypiaskowych gruntach wida byo mizerne pira yta i owsw. Gdy zmrok zapad, w owym dalekim dworze wybysy wiata w trzech oknach. Rafa dziwnego dozna cinienia w piersi. Patrza w te okna, ktrych wyduone odbicia wida byo w pobyskliwej wodzie stawu  i nie mg od nich oderwa oczu. Bya to pierwsza chwila, w ktrej cigu nie cierpia.

W nocy ju przywlekli si nad brzeg wody. Droyna, podarta przez wiosenne ulewy, zniya si za grobl i sza midzy gajami olszyn, w brd przecinajc strumienie, ktre pyny z upustu i myskich pogrdek. Koniska same j znajdoway w ciemnoci. Cay ten obszar przesiky by wod i napojony jej ciekawym, nccym, uroczym szelestem. Mrok peen by wieczornego oparu. Zarysy drzew, krzeww, kp i gszczw wynurzay si i giny w ciemnicy. Wyej nad poziomem stawu srebrzy si biaawy, rzadki tuman. Serce Rafaa bio niespokojnie. Rozglda si w ciemnoci jeszcze niezupenej i zapoznawa sercem z tajemnic tego zaktka. Widzia przed sob cigle na wzgrzu wiecce przez gszcze drzew owe trzy okna. Minwszy czarn, lit mas myna, bryczka zwrcia si w gr i stana przed zamknitymi wrotami.

Naok nie byo ywej duszy. Wincenty zacz woa, ale nikt nie nadszed, wic sam odnis na bok wrtni. Dziedziniec wci si dwiga ku grze a do dworu. Bez turkotu, bez szelestu prawie zajechawszy pod cie ogromnych drzew przed gankiem, Rafa niemiao zeskoczy z bryczki i wszed do sieni. Gdy stuka w ciemnoci, poszukujc wejcia, drzwi otwary si przed nim i czowiek wysokiego wzrostu zapyta w sposb wskazujcy niezwykego jka:

 Kt ta?

Rafa nie wiedzia, co ma odpowiedzie, gdy nie brata mia przed sob. Zapyta wreszcie:

 Czy pan kapitan Olbromski jest w domu?

 W w... w... domu. A kt ta?

 Brat.

w czowiek odsun si i Rafa wszed do pokoju. Gdy si znalaz za progiem, ujrza brata wychodzcego z ssiedniej izby. Kapitan Olbromski by wysoki, szczupy i nieco naprzd pochylony. Mia twarz bardzo pikn, zupenie wygolon. Dugie wosy z czoa w ty zaczesane spaday a na konierz jego biaego surduta. Gdy rozpozna Rafaa, umiech gbokiej radoci, prawie zachwytu, prawie szczcia ukaza si na jego twarzy. I w sercu Rafaa co drgno na widok tej postaci, ktr z dziecistwa ledwie-ledwie jak przez sen pamita. Kapitan przycisn go do piersi i bez sowa, dugo caowa w usta. Gdy go wreszcie posadzi przy stole, jeszcze dugo, zasaniajc oczy od blasku wiecy, patrza na niego w milczeniu.

 Sam przyjechae?  zapyta wreszcie przyduszonym gosem.

 Sam.

 A mama, ojciec yj?

 yj, prosz brata.

 I zdrowi?

 Zdrowi.

 A siostrzyczki: Zofka, Anusia?

 Zdrowe...

 Zdrowe... Mama tu do mnie za tob nie przyjedzie?

 Nie.

 Nie przyjedzie... Ale ty zostaniesz duej, prawda? Nie zaprzecz! Prawda? zostaniesz?

 Zostan.

Kapitan pooy rk na rce Rafaa i cisn j mocno. Po chwili odwrci si do sucego, ktry sta przy drzwiach, ze sowami:

 Michcik, zajmiesz si komi panicza i pomyl o wieczerzy.

 We-we-dug...  mrukn tamten szczknwszy przy tym zbami, jakby chcia uksi co zawieszone w powietrzu, wykrci si na picie i poszed.

Gdy zostali sami, kapitan Piotr spoglda za nim we drzwi przez czas niejaki, a potem zwrci si do Rafaa : zapytaniem:

 Czy ojciec dobrodziej, czy... nie kaza powiedzie mi... To jest...

 Nic a nic! -rzek Rafa prdko i zaczerwieni si, jak gdyby go schwytano na uczynku kradziey. Czu w sobie niesychane jakie wzburzenie, nie dowiadczane nigdy. Pierwszy raz w yciu sta w obliczu czego, co byo niby nim samym, a byo razem obce, wyniose, dostojne.

Piotr powtrzy jak echo:

 Nie, nic a nic!

W dwiku tym brzmiao tyle krwawego cierpienia, e Rafa znie go nie mg. Czu, e musi zagodzi to, co powiedzia:

 Jakem wyjeda-zacz tonem objaniajcym-to nawet nie widziaem jegomoci, bo by wanie... w polu.

 W polu by...  umiechn si starszy.

 A tak, wyszed...

 I nie poegna si z tob?

 A nie, bo nawet... musz powiedzie...

 Mw ze mn miao. Ja ci nie bd sdzi surowo...  umiechn si Piotr.  Musiae co tatuciowi przeskroba.

Rafa wyszczerzy si cynicznym, niemiym miechem, ktry ukaza wszystkie jego zby.

 A rzeczywicie...

 Mwe miao!

 Jegomo tatucio kaza mi precz jecha z domu! Tyle e mi da lepego waacha i koby Margol do wywiezienia, jak trupa na mogiki:

 O! I za c to?

 A bo zajedziem wierzchwk.

 Zajedzie koby... I za to tylko?

 A no... mwi bratu.

 C to za kobya takiej ceny?

 "Baka", co to rebica po Popielatce.

 Nie widziaem jej... Dawnom ju w domu nie by. Ale nie martw si, Rafciu. I ja wyjechaem, a raczej wyszedem, bez poegnania, prawie psami wyszczuty. Dawne to rzeczy... Mylaem, e ojciec przysya przez ciebie...

Kapitan wsta i pocz chodzi z kta w kt izby. Rafa wodzi za nim oczyma i z nadzwyczajn ciekawoci wchania w siebie jego figur, sposb mowy, kady ruch, gest, kade skrzywienie twarzy. Nie mg sobie da rady z uczuciem nieporozumienia, jakie go ogarniao na widok postaci tego brata... Nie mg na to przysta, e w brat tajemniczy, ktry poza dom rodzinny gdzie na wiat si wynis szeroki i sta symbolem rzeczy okrytych milczeniem, groz, rzeczy wielkich i straszliwych, mieszka oto w tak ndznym starym domu. "To to jest on? Piotr?"  myla przypatrujc mu si ukradkiem. Ale jednoczenie, gdy znikaa owa gruba zasona, usuna si razem jakby zapora dzielca. Nienasycona ciekawo i co innego jeszcze, nowego, bliskiego, miego, kazao mu zapomnie o wszystkim na wiecie. Oczy mu si wieciy jak dwa ognie ywe.

Piotr stan przed nim. Zacz mwi:

 Widzisz, braciszku... Jeste jeszcze bardzo mody i nie powiniene moe wiedzie o tym wszystkim, co ci wyjawiem. Ale... kt wie, co si stanie jutro... Chciaem ci otwarcie powiedzie, dlaczego tak dawno u was nie byem, eby nie myla le o moich sentymentach dla rodziny.

 Nie, gdzie tam!

 Tak byo ze mn... Odda mi ojciec do szkoy kadetw. Nie byem w domu bardzo dugo, bo na lato zwykle zabiera mi do siebie jeden przyjaciel ze szkoy. Przyjechaem do Tarnin pierwszy raz, gdym ju by gefrejterem. Miaem gow naadowan mylami... Nie wiem, czy mi bdziesz rozumia...

Eks-student przybiera miny jak najbardziej odpowiednie, cho w istocie nie by pewny swego.

 Ju w szkole, uwaasz, zacza si bya komocja w umysach. Duomy czytali... Uwagi nad yciem Jana Zamoyskiego, ywot Chodkiewicza, to byy jakby wiata pochodni w noc ciemn. Dam ci te ksiki... Na opresj kmiec, na kurs sprawy publicznej krwawym patrzalimy okiem. Kady zaufa w szpadzie i na ni poprzysig. Wierzylimy, e caa Rzeczpospolita na naszym ley ramieniu i e to my j wydwigniem. Gdym wrci do dom i zacz rozmawia z ojcem, porwaa mi desperacja. Ojciec sta po stronie i w szeregu tych, ktrych na mier nienawidziem. Kaza mi tak postpowa, tak nawet myle jak on i oni. Nastawa, ebym si zapar samego siebie. W jednej rozmowie zely mi, w drugiej zagrozi...

 Wiem, wiem...  jkn Rafa.

 Syszae o tym w domu?  pyta Piotr schylajc si nad nim.

 Syszaem.

 Mama ci mwia?

 Mama, Anusia...

Piotr oddycha szybko i ciko... Policzki mu paay. Prdko chodzi po izbie i kiedy niekiedy rzuca wyraz cichy jak oddech:

 Zdepta mj oficjerski honor. To nic! Ale dusz wszystk nogami... W strasznym gniewie, w dzikoci wzburzenia... gdy parobkw:.. krzyknem, em oficjer, e si nie dam... wyrwaem z pochwy! Boe mj!...

Usiad prawie bez tchu. Siedzia tak, chwytajc oddech piersiami prdko i z trudem. Mwi jeszcze:

 Noc wyszedem. Tyle ju lat! Gdymy z Bracawszczyzny pod Grochowskim dniami i nocami ku Poacowi... z dala widziaem nasz stron... A potem... eby te sowo!

 Ojciec nic o bracie nie wiedzia i my to samo.

 A i c mielicie wiedzie? To co o kadym. Na Szczekociskim placu... skuy mnie bagnetami Prusaki... Krew mi usza... Leaem midzy trupami. Ten oto onierz, co go widzia, wrci si po mnie w nocy, nalaz mi pywego. Na rku wynis... Leaem po dworach w Krakowskiem, a jakem wreszcie wsta, w gruncie rzeczy... nie byo ju po co...

Strzepn palcami i rzek prdko:

 Och, nie mog... gada!

Po chwili jednak zacz znowu:

 Przyszedem tu z tym onierzem, skd on rodem. Wziem w dzieraw t oto wioszczyn i tak siedz. Ziemi tu mao, wic karczujemy jaowce. Smutek mi zagryza... A z domu... eby te sowo!

Rafa, pobudzony przez szczeglne uczucie, zacz mwi o domu, rozwodzi si o wszystkim, co zaszo i zostao w pamici. Piotr zatrzyma si znowu przed nim i paajcymi oczyma roznieca w nim swad. Porozumiewali si za pomoc dwikw urwanych, zda ledwie zacztych, okrzykw, naladowa gosw ludzkich i zwierzcych. Piotr pyta si, jak chopiec, o drzewa przed domem i w ogrodzie, szczeglnie o pewien stary brzost w dole sadu, o konie i psy, o sprzty w domu, o pola, drogi, o parobkw i chopw. Oczy jego i usta miay si teraz tak samo jak oczy Rafaa. Stali si teraz zupenie podobni, byli jak jeden we dwu osobach. Czasami, wrd powieci o czym domowym, przerywali sobie cichym okrzykiem, jakim ledwie pocztkiem miechu, i niby na skrzydach lecieli do czego innego. Piotr zadawa pytania o stare ciotki, o rezydujcych niedogw, a o kadego i kad dowiadywa si jednym jakim ruchem naladujcym, jednym charakterystycznym zmrueniem oka albo samym bezsownym dwikiem gosu. Niekiedy w rodku ywego miechu twarze obudwu krzepy jakby zmroone, gdy przesuwao si jakie bolesne, bez sw wiadome wspomnienie, jaka klska znana i wiecznie, pomimo wszystko, ywa i wielka.

Michcik nakry st maym obrusikiem i ustawi talerze, a oni tego nie dostrzegli prawie. Wieczerz wicej ni biedn spoyli prdko, nie zwracajc uwagi. Michcik posa Rafaowi na sofie obitej zielon skr i stojc przy drzwiach niekiedy pomrukiwa.

 Id spa, stary:..  rzek do niego Piotr nie przerywajc rozmowy.

onierz znowu wyjkn swoje: "Wedug!"  i odszed. wiece spaliy si w blaszanych lichtarzach. Piotr wyszuka i zapali nowe. Dopytywa si, pomimo wszystko, gwnie 0 ojca. Zadawa tysice pyta o jego zdrowie, chcia posi wszelkie szczegy o tym, jak te wyglda.

Rafa, brnc w opowiadaniu, traci z oczu granice, ktrych dotychczas nigdy nie przekracza. Pierwszy raz w yciu by tak szczery. Sam nie wiedzia, kiedy mu przysza myl, eby powiedzie Piotrowi prawd o nocnej przygodzie, o walce z wilkiem, eby wyzna mio dla Heleny. Wtem niespodziane uczucie, jakby jej rozkaz, zalecio mu milczenie.

Piotr sucha wszystkiego z oczyma szeroko otwartymi. Po dziesi razy kaza sobie powtarza szczegy. Od jednej sprawy rozmowa skakaa do zgoa innej. Nie spostrzegli si, kiedy blask wiec poblad i sprzty bardziej widocznymi si stay. Przez otwarte okna wpywa chd rzewy. Gazie i prty ich, pawmy z limi ledwie rozwinitymi, szedziwe od rosy nadrannej, bez ruchu leay w pustkach okiennych, snem nieprzepartym objte. Kiedy niekiedy wszake jaka gibka rzga nowotna zadraa niby od przenikajcego chodu i nagle kroplisty deszcz z niej si sypa szeleszczc w dwjnasb przestraszajco, jak zwykle we nie... Kiedy niekiedy zimny i zwilgy wietrzyk nadwodny wiesza si midzy gaziami hiszpaskiego jaminu i tuli w mokre licie, eby pod dachem ich, na liskiej, ledwie zrodzonej odnce usn na chwil, wytchn poywnym drzemaniem nadrannym. Z mglistej daleczyzny wynurza si agodny, mikki gos kurki wodnej. Dniao.

W ramach okien rozpociera si cichy bkit, a w nim ciemnymi smugami. zarysowywa poczy dalekie wzgrza i pasma lene na rwninach. Wysoko, na bezchmurnym niebie, jak lilia wiecia si ostatnim blaskiem gwiazda poranna zwiernica. Ju zorza rdzaw un zza wiata idc obejmowaa rb ziemi. Piotr rzek:

 Nie widziae nawet, Rafu, jak tu jest u mnie. Chod no, zobacz. Ju wita.

Stanli obaj w otwartym oknie.

W dole, tu za potem ogrodu, wida byo skro gazi upiony staw. Z wd jego biao-niebieskich, jak stal zsiniaa od ognia, dymiy si mgy cudnobarwne. Pokrewne ziemi i niebu, opuszczay wod dla nieba, oddzielajc si od niej z alem, jak dusza, kiedy rzuca wasne swe ciao. Ale nim odeszy, stay nad ni, jak gdyby w modach utopione. Zdao si wtedy patrzcym, e ta chwila trwa winna wiecznie, e ona to jest wiecznoci, e tak wanie jest nieskoczono. Ale wiato z dala nadchodzca pokropia hyzopem cienie, i na jej wszechwadny znak woda samotna zostaa w dole, a mgy porzucay jej ono. Zwijay swe cudne, powczyste szaty, rozszerzay przezroczyste skrzyda i mdlejc, wijc si z alu, giny w bkicie. Tam gdzie jeszcze wit nie dotar, w gbiach olszowych, siostry ich bkitne niy wczoraj zaczty, guchonocny sen. Drzewa wrd nich byy inne: jasnoniebieskie miay licie, a pnie ich zdaway si wyrasta ze nienego oboku. Dalekie mielizny piasku na pytkim wybrzeu wody byy rowe jak policzki zbudzonego dziecitka. Za stawem, na paskim wzgrku, staa nieruchom tarcz szmaragdowa oranina, lnica zasiewem jarego yta, ktre ju w niw yjc wasnym ywotem zmienia si poczo.

Piotr obj Rafaa wp lew rk. I Rafa niemiao ogarn brata rwnie ramieniem. Zamilkli. Nieruchomo przetrwali owo witanie patrzc si w cudne wody, w niewysowion barw niebios, ktra z wolna pon zaczynaa, w ywe jej odbicie na nieruchomych odmtach. Byo tak cicho, e wzajem syszeli, jak ycie w kadym z nich pynie...


 Samotny
Przemina wiosna.

Rafa spdzi j w Wygnance. Brat Piotr zostawi mu zupen swobod. Wygnanka leaa za borami, z dala od szerszych drg, w pustce zupenej. Roli tam byo niewiele, i dopiero kapitan, wziwszy wiosk w dzieraw, pocz wyprawia i obsiewa nieuytki. Tu za stawem, na wzgrzu, rozcigaa si dua przestrze bezpodnego pastwiska. Ta gleba, zarosa jaowcem, wrzosem, brzezin, a pachnca macierzank, bya, wida, przed wiekami orana, gdy zna po niej byo wyrane bruzdy i zagony. Gdy Rafa przebywa j po raz pierwszy, zdyba yda z krzyw nog, ktry kilofem, majcym niejakie podobiestwo do niego samego, wydziera z ziemi jaowce. Rafa wda si ze starcem w rozmow i dowiedzia od niego wielu szczegw. yd nazywa si Uriasz ("ale to tylko na papierze"), "naprawd" zwano go Ury. By z fachu szewcem, ale robi take i inne roboty. Jak kilof do Urysia, tak znowu Ury z caej swojej figury podobny by do drzewa, do wierzby, do pnia z krzywymi korzeniami. Skate jego rce okryte byy duymi plamami piegw, jakby zastyg ywic. Broda i pejsy tak spowiay na socu i w czasie pluchot, e przypomina mogy bardziej mech drzewny ni ludzkie wosy. Odzienie gagaskie upodobnio si cakiem do kory.

Teraz, gdy pan kapitan zacz trzebi pustki, jego do tej roboty najmuje. Dawniej, przed dwoma laty, pan kapitan czasami przychodzi na nowin i wasn rk dar jaowce. Ale pan kapitan i wtedy nie mia potrzebnej siy, a jaowiec ma korze dugi jak ludzka bieda. Nie. Nie mia siy. Moe mia dawniej, pewnie mia, ale teraz to ju cakiem nie ma. Jak mona mie si po tak wielkiej saboci? Teraz ju ani razu nie przychodzi na rol. Pan kapitan jak wolnym krokiem przyby, to on lubi usi na kamieniu i patrze, jak Ury pracuje. On nie dlatego przychodzi, eby t robot dopilnowa... To nie jest taki czowiek, co drugiego pilnuje... Urysia nie trzeba pilnowa. On siad na kamieniu, podpar gow na rce i patrza. On patrza, on milcza. Ale za najmdrzejsz mow obstoi takie niemwienie, jeli czowiek tak patrzy na czowieka. Z przeproszeniem panicza, czemu taki chrzecijanin nie urodzi si na ydowskiego rabina? Duo si trafi mdre rabiny midzy zakonnymi, ale najmdrzejszy rabin midzy rabinami, sam magiet, nie bdzie taki mdry jak pan kapitan. On wszystko wie ze swego rozumu. Jego kade sowo mona sprzeda za gotwk, jak najlepszy towar. Par razy to on si odezwa nie o te karczowanie, nie o zarobek, nie o jado i napitek, nie o tutejsze, ale o tamte ycie... Ury nie pamita, nie umie powtrzy, co on powiedzia o tamte rzeczy, o samym Adonaj, ale od tej chwili, kiedy kadzie mierteln koszul i zacznie mwi pacierze, wie mocno, e on mwi czyst prawd. On nie mwi, jak zawsze mwi  bez urazy goj do yda, on nie mwi nawet jak yd do yda. Raz to on przyszed, dugo milcza, a w kocu zapyta si Urysia o tamte ycie, o wieczno... Co jest, jak czowiek umrze? Czy Ury wierzy w Jahwe? Niech mu powie... Ury si bardzo przelk, Ury dygota, ale powiedzia mu prawd. A potem on mwi takie wielkie sowo do najbiedniejszego ydka z Wygnanki, e Ury dopiero zobaczy jego rozum. To yto ozime, co je tam wida, to pan kapitan sam wsia, ale tamto jare to ju sia Michcik. Gdzie to kto widzia, eby taki szlachcic sia albo karczowa? On si przepasa pacht i sam sia. Urysiowi jest bardzo przyjemnie, e on karczowa t nowin, a pan kapitan j zasia...

Pikny owies rs tam na nowej ziemi, jak dzikie ziele. Wrd jasnego zagaja wybuchay gsto czarne, wyniose jego kpy o pirach szerokich, rozwiewnych i mienicych si w socu.

Rafa nie by tak askaw na Urysia jak brat Piotr. Opuci go ze miechem i tylko czasami, z gbi brzozowego gaju, ktry wrd pl dawniej wyprawionych pozosta, przypatrywa si nieraz jego twardej pracy.

W tym gaju, w rozlegych kach, w dziewiczych i niedostpnych rokitach nad stawem, przepdza dni albo i wieczory, pogrony w gnune marzenia. Zdarzao si, e nieraz p dnia przelea na wznak w dbrowie, patrzc w niebo, w oboki sunce wskro lazuru. Zdarzao si, e dugie godziny trawi skurczony na kpie wrd wiklin i tatarakw, niby to czatujc na kaczki. Dopiero gd pospolity wyrywa go z marze i pdzi ku domowi. Czstokro opltany przez swe myli tak rozwleke, e byy prawie niczym, nie sysza dzikich huka Michcika powoujcych go na onierski obiad. Innym razem przychodzi w dobie cakiem niewaciwej, pewny, e si stawia w terminie.

Jedyn rzeczywistoci byo dla niego to, co wrzao w sercu. Dlatego tak rado sprawiaa mu kada chwila samotnoci. Widoki stawu, zakrtw rzecznych, k w czerwcu, gajw i dzikich odogw miay dla niego powab niewymowny. Ich ycie; opuszczone przez ludzi, czarowao smutkiem swoim wasnym, tamtejszym, przed wiekami osiadym, a tak duszy znajomym! Trafiay si w cigu tych dni chwile zdziwie prawie bolesnych, a jednak sam radoci bdce, skd miejsca te posiaday co z niego samego, jak cz z gbokoci jego duszy, jakim cudem stay si widomym obrazem niepochwytnego sekretu miosnej nocy. Byy tam czarne olchy nad wod... Nie, nie olchy. Byy czarne, z krwawymi pniami przeczucia nad wod bkitn i ruchom, zmienn i sab, ktrych widok rozdziera dusz smutkiem okrutnego rodzaju. Byy mode dalekie brzzki... Gdy Rafa zwraca stsknione oczy ku ich wierzchokom srebrzcym si w socu, ku sypkoszelestnym listeczkom, ku biaopiennym ciaom, ktre si wstydliwie kryj w przejrzyst szat, sysza w gbi siebie jak gdyby obietnic tajemnicz, wyjawion przez gos obcy, gos peen aski miosnej. Nie umiaby nikomu powiedzie, czemu patrzc na widok czarnych rokit, gstym zastpem wiecznie pospniejcych nad wartkim nurtem rzeki, sam w sobie narzeka bkajc si w poprzek wszelkich ustaw rozumu.

Gdy nieraz lea na suchych pagrkach, otaczajcych niskie ki nadrzeczne, zatopiony w cisz niezgruntowan, i gdy w nim budziy si i rosy marzenia o szczciu, serce mskie i myl wspaniaa, wysoko pod chmurami dawa si sysze chrzst skrzyde bujajcego bekasa, jakoby miech szyderczy, peen zych zapowiedzi. Osoba Heleny znika z jego wyobrani, nawet wspomnienie o niej wypezo. Zostaa si w duszy prnia niejasna; usadowiona poza obrbem wyobrae, przez ktr pyny strugi ez...

Kapitan Piotr spdza te dni w zupenej rwnie samotnoci. Od rana Michcik wynosi mu obszerne karo pod lipy na dziedzicu, skd byo wida ca okolic, i ustawia je na kobierczyku. Kapitan spdza tam dzie cay, sennymi oczyma patrzc w przestwr. Blada jego twarz, otoczona bujnymi wosami, bez ruchu spoczywaa na doni. Czciej wszake wsparta bya bezwadna gowa o tyln porcz krzesa i oczy zwrcone w niebo. W konarach odwiecznych lip gray roje pszcz. Pachnia odurzajco subtelny, zotolity kwiat lipowy. Z rabat kwietnika, gdzie stay rzdem wte balsaminy, godziki i kpy bratkw, bia wo rezedy.

W dali za stawem wida byo ki okryte jeszcze trawami, ktre dopiero kosi zaczynano. Od myna, nieruchomego w tej porze roku, dolatywa cieky szmer wody cedzcej si ze stawide, ktry w zupenej guszy co wiecznego powiada. Gospodarstwo prowadzi Michcik. Pod jego przewodem wychodzili ludzie na paskie, on pilnowa parobkw i dziewuch folwarcznych, doglda koni i byda, stod i pichlerza, piami i kuchni.. Sam take gotowa obiady.

Wie, zoona z jedenastu chaup, wiecia na czerwonym, kamienistym wzgrku ndz swoich przegniych dachw i cian zmurszaych.

Jednego dnia w kocu czerwca, zaraz po obiedzie, Rafa siedzia w cieniu lip obok brata i mia za chwil wyruszy na dalsz wdrwk. Strzelba staa obok niego, torb mia pod rk. Czeka tylko, eby poudniowy upa nieco zela. Wtem psy drzemice dwigny by i poczy naszczekiwa. Za budynkami, na drodze, da si sysze turkot i wkrtce w tumanie kurzawy stan przed wrotami jaki pojazd. Za chwil wpada na dziedziniec para kusych kasztanw w lnicych szorach z herbami, zaprzona do wolantki suto platowanej. Z powozu wyskoczy na ziemi smuky modzieniec. Rzuci na rce lokaja pcienny kitel i z piknym ukonem zblia si do siedzcych.

 Ksi Gintut  szepn do brata kapitan:

Rafa z oniemiaym zachwytem przypatrywa si nieznajomemu panu. Zapomnia odda ukon, a jzyka w gbie. Nie mg oczu oderwa od jego kostiumu z ciemnego sukna i lnicego obuwia. Ksi Gintut podszed z umiechem do kapitana i serdecznie ciska jego rk. Piotr wsta, ale przybyy osadzi go zaraz na dawnym miejscu, a sam siad na brzegu podanego krzeseka. Gdy zdj kapelusz, Rafa mia mono podziwiania jego przelicznych jasnych wosw, ktre w lokach spaday, i wdychania zapachu wdek, ktrymi pikny pan by zlany.

 Moci kapitanie, przybywam powtrnie dowiedzie si o twe zdrowie, cho mgbym gniewa si do woli za wstrt, jaki ywisz, a co gorsza okazujesz. Wszak nie oddae mi wizyty w Grudnie...  mwi ksi.

 Nie mogem w istocie by w Grudnie. Si mam coraz I mniej...  tumaczy si kapitan.

 Czy istotnie tak le si czujesz?  le si czuj. Upadek si.

 Ach, to niedobrze! A jakie s symptomata twej choroby? Bo na oko...

 Najbardziej widoczne symptoma to bicie krwi do piersi, do garda, z czego czste krwotoki. Felczer z Woszczowej krew mi puszcza kilkakro, ale i to nie przynioso zdrowia. Czuj po kadym krwie puszczeniu jeszcze wikszy si ubytek.

 Czemu nie wezwiesz mego lekarza z Kielc, jak ci prosiem?

 Albo to lekarz moe siy wrci?... Quand la poire est m+re, elle tombe... No, a u ksicia pana co nowego sycha?

 Nic nie sycha. Nudz si... Poluj, czasami troch szalej, a nade wszystko nudz si... Czsto przychodzisz mi namyl, stary towarzyszu.

 Dzikuj.

 Przemino wszystko! Jak nocny sen przeszo w dziedzin mierci. Nie ma nic... Pamitasz nasze kadeckie czasy? Lekcje na szpady u Mamina Dechamps? A Chillet i francuszczyzna przymusowa? A Kreys poczciwina z niemieckim? A stary tancmistrz Davigni?

 Davigni...  powtrzy kapitan jak echo.

Umiech smutny jak za spyn z jego oczu i zawis na wargach.

 liczna modo nasza... Posuchaj! Czy nie chciaby innej wzi ode mnie wioski? Puszcz zastawem, ktr zechcesz, na warunkach powszechnych, ale dogodnych, w weselszym gdzie miejscu. Bliej Grudna i wiata! Chciabym czciej by z tob, Piotru. Tu pusto w tych lasach i piaskach, jako pospnie i nieswojo.

 By moe, ale, jeli wola ksicia, nie chciabym si std rusza. A e czynsz pac do skarbu grudzieskiego accuratissime, wic  doda z umiechem  nie masz racji eksmisji. Zreszt pilnie karczuj pustki jaowcowe, staw szlamuj i zarybiam, ki osuszam. Rowy...

 Zgoa jak w... Cincinnatus.

Ordynarna, niczym nie okryta ironia wiona przez twarz pana, gdy to mwi.

 Cincinnatus...  rzek Piotr oschle i rwnie szorstko  nie osiadby by...

Ksi otar czoo wonn chustk. Chowajc j do kieszeni, schyli si i znaczco powiedzia:

 Jestem mocno przekonany, e basis twojej choroby  to nie bicie krwi, tylko... myli. A na to istotnie ani felczer, ani lekarz najzawoaszy nic nie pomoe.

Piotr podnis na niego oczy znuone i rzek z niechci:

 Nie. Ju zastalio si serce. Myli ustay.

 Jeli tak, to czemu tu siedzie w guszy? Czemuby si wzdraga patrze w ycie i poi nim, pki mody? Czytam w tobie jak w ksidze. Te same tamsisz w sobie zaskrne myli, jak wwczas, gdy mi na lekcjach skiego, Hubego, Steynera albo pniej nocami w namiocie pozbawia snu. Pamitam straszne twoje rozmowy...

 Nie wiedziaem, e byy tak straszne...  rzek Piotr i zamia si szyderczo dugim i ostrym miechem.

Oczy ksicia omglia duma i wzgarda. Mwi z wolna i grzecznie:

 Dzi ju mowa twoja nie potrafiaby wyrzyna na mym sercu owych bolesnych hieroglifw.

 Bo te i obiektu samego rozmowy nie masz. O czyme tu mwi? Najlepsza, co kady z nas uczyni moe, to milcze. To jest sors takich jak my...

 No, mia si jeszcze przynajmniej pozwl. To naturze ludzkiej nie wadzi... C u licha! Il ny a si miserable, qui ne puisse se consoler dans ses malheurs... Kiedy wstecz patrz, czy wiesz, czego najbardziej auj? Oto tego, em przez czas tak dugi mia si tak mao, em tak dugotrwale by sensatem!

 Dobrze mwi nasze chudopacholskie przysowie: "Wolno panu, jako panu".

 No... pewnie. To pamitam, e kiedy nas z korpusu, dla braku kawalerw do taca, zapraszano na pokoje krlewskie, ty mi zawsze odmawia i sam... za nic, cho obaj licznie taczylimy. Powiedz, czemumy si wtedy nie bawili? Czemu nie poznawalimy dworu, wiata, cudnych kobiet?

Rozmowa urwaa si. Ksi chodzi si, z lekka pochylajc kapelusz. Oczy jego z natarczyw uwag spoczyway na twarzy Piotra, ktry siedzia patrzc w ziemi z tak grzeczn obojtnoei, jakby przed chwil rozmawia o upale albo o szemraniu pszcz. Po dugim milczeniu ksi rzek twardo i sucho:

 Jest to sztych nieodbity. Wreszcie  c pocz! adnej rady, adnej, adnej! Ziemia tylko pod stopami zostaa, niebo nad gow. Soce i nam wieci. Podnie oczy winni jestemy i y. Piotrze, mwisz, e wzi determinacj po dojrzalszym namyle, a mnie si widzi, e wci krzywo mylisz.

 Wszake to nikomu szkody nie przynioso i dzi nie przynosi.

 Tobie przynioso szkod! Zabio w tobie dzielne, przyjemne, czynne uczucie.

 Wdziczny jestem ksiciu za wyraon kompasj... Ale, jak sam mwisz, c pocz? Qui ne sait nager, va au fond. Ja nale do bardzo zych pywakw. O jednego te mniej. I to wszystko. Niech inni podnosz gowy  i yj.

 Nie chciabym miesza si i wchodzi w twe ycie... Tylko... Na jednej awce siedzielimy, w jednym glicie stawalimy w szkole i w polu. Widziae mi przy sobie w bitwach. Przecie sam dobrze wiesz, jak ci kochaem...  wybuchn.  Moci ksi...

 Wiem, co mwi! Nikt nie by bardziej ni ty gotw do hazardu ycia. Ale te... Gdy teraz na ciebie opuszczonego tutaj patrz, zda mi si, e speniam zbrodni. Dlaczego jeste taki? Tak inny? Smutny? Czego chcesz? Cemy mogli czyni wicej? Stalimy oko w oko, pier przeciw bagnetowi, na grobli, w opotkach Chebdzia... Ty zrobi swoje nie gorzej od kiewskiego...

 Milczaby oto wapan!  rzek Piotr grubiasko i ordynarnie.  kiewski nie odszed ywy z placu honoru. Wapan nie wiesz, czy jak? Da gow. Tak jakby j kaza wbi na spis dla wiekuistego przestrachu pokole. Nie wyprzysig si pod mieczem swego Boga.

 Bo te i byo o co karku pod cios nadstawi. Ale ty, mospanku, wspomnij tylko, co za dni swych widzia. Bya to pospolita rzecz kiewskiego? Te stada ludzkiego byda z szablami u boku, ktrymi na sejmikach rbao kad gow mdrzejsz. Gdy sobie wspominam owe bandy jurgieltne, owe pyski ryczce na rozkaz, owe puste, nikczemne, golone by, ktre miay wadz stanowi  al si Boe! -prawa... wyznaj, wyznaj...

Na twarz Piotra Olbromskiego wydoby si umiech spod serca, co jak przykre tchrzostwo. Ksi cign dalej.

 To pamitam a do tej chwili sejmiki. Sejmiki! -powtrzy gosem najbardziej zjadliwym, jaki tylko by moe.  Mj ojciec.., kandydowa. Wyszedem by wwczas ze szkoy i na owe sprawy patrzaem ze czci, jako na rzeczy wite. Towarzyszyem ojcu. Pomn, gdymy przejedali obok podmiejskiego bonia, gdzie si miecio obozowisko panw braci, rwnych wojewodzie... Nigdy nie wyjd z mej pamici owe namioty na drgach okrytych brudnymi pachtami, budy z gazi, erdzi i darniny, gorejce ogniska, gdzie zarzynano woy naszego kontrkandydata i pieczono wierci na ronach. Beczki piwa i miodu, kufy gorzaki  cha, cha!  stay tu i owdzie, a dokoa nich taczaa si z garnkami, ze szklankami, z dzbankami i skorupami w rku istna horda tatarska, zwana parti naszego antagonisty. Chude szkapska wasay si tu i owdzie, udzc do reszty, e si jest w obozowisku kipczackim. Panowie bracia w kapotach, w opoczach, burkach, w butach wysmarowanych dziegciem albo i bez butw, ujrzawszy nas jadcych poczli co wniebogosy rycze i wyrywa z pochew szable. Tego dnia wzili si do rabunku sklepw ydowskich, do wybijania szyb, odrywania okiennic...

 Po c to wskrzeszasz, moci ksi?

 Po to, u licha, eby nie paka nad rozwizaniem praw onego byda, twojego raju. Prawo to musiao by rozwizane.

 w raj by waszym, magnackim. Sam to mwisz.

 Mj ojciec przepaca, ywi, rozpaja swoj band, to prawda, ale w jakime celu? eby walczy w sejmie o dziedzictwo tronu. Zaiste czyni to wbrew wasnemu interesowi. Bo jeeli kto, to pan mg si czu dobrze na tej drodze otwartej, ktra go wioda; jeli chcia, a na tron.

 Dawnom to ju wszystko rozway i na jedno przysta.

 Temu wanie, na co przysta, zaprzeczam.

 Ju nic nie zmieni tego, co w sobie zamknem.

 Siedzc w samotnoci, wrd niegw i lodw, mylaem i ja take dniami i nocami. Mylaem gwnie nad tym, e w samej istocie rzeczy przestaem by sob, panem. Nie przewyszaem otaczajcych niczym a niczym. Ja ich -niczym! Jeli chcieli, gardzili mn. Gdy byli nastrojeni wspaniaomylnie, maczali koniec palca w wodzie i zwilali moje zgorzae wargi. Wonczas powinienem by wielbi ich, gdy mogc nie uczynili mi nic zego. Nie ratowaa mi nawet rodowa duma, bo gdym w ni z rozpacz bi piciami, wydawaa nie dwik miedzi, nie szczk stali, nie wzgard wszystkich, czym bya przez wieki, tylko jk twoich dugich, mdrych wywodw. Wtedy to olnia mi ta myl, ktr czcz teraz. Znalazem w sobie ska i na niej stanwszy uczuem moc w duszy i si w oczach. Przestaem by niewolnikiem i oczy moje nabray blasku. Ujrzaem ycie, ujrzaem je cae. Trzeba w sobie mie wszystko, trzeba samemu dumn gow przewyszy wszystkich, mie w sobie mod si, mocniejsz mieli mier. Trzeba w swoich wntrznociach nosi potg lwa szalonego, a o reszt wcale nie dba. Powiedz no, waszmo, zaprzecz, jeeli moesz, czy kiedy czue si bardziej czowiekiem nieli wwczas na stepie podolskim, kiedymy wanie tak czuli? Nic, tylko  my! My  to wiat! Reszta niech posusznie milczy. Taki w tych samych miejscach by i twj kiewski, kiedy krla i wszystk Rzeczpospolit na rku piastowa. Byo co w twoim yciu lepszego ni owe noce nasze hulaszcze czasu kampamentw pod Bracawiem, powroty do obozu nad ranem z nocnych patrolw? W c si obrciy troski nasze, mki, vulnera, vincula, exilium? Nic z nieh.dla duszy. Tylko strupy haby, wypomnienia zniewag budz i dzi jeszcze po nocach. Tskny w dumaniu nawrt wiedzie do tych rozkosznych futorw okolonych sadami winiowymi, ktre si taiy w przestrzeni stepu. Do rozkosznych miostek, do hucznych pijatyk, dzielnych harcw! Gdy nam powiedziano radosne sowo powrotu, pierwsza moja myl bya: inne ycie. Ju mi surowe twoje obowizki nie zmami. Syszysz wapan?

 Sysz dobrze.

 I nie myl, em spodla. Nie! To, co ty nisz, to jest zudzenie, bd za dugi. Ze wszystkiego najgorsze jest to, e si sam zabijasz. Jedno jest ze na wiecie-to mier. Wszystko, co jest yciem  jest dobrem.

Piotr obojtnie milcza.

 Gdy wrciem  mwi ksi  zastaem wszystko daleko lepiej, niem sdzi. Warszawa pusta  to prawda. Pusta i opuszczona jak stary cmentarz. Dziedzice paacw traw zarose, okna wybite albo zasonione. I moje tam wasne gniazdo takie samo. Ale za to materialne interesy nigdy tak nie stay jak dzi. Byo kiedy zboe w takiej cenie albo ziemia? Uszom wasnym wierzy nie chciaem, gdy mi komisarz warto kluczw przedstawi; Samo Grudno dwa razy tyle jest warte, a w trjnasb powikszya si moja fortuna, osobliwie w Prusiech Poudniowych...

 W Prusiech Poudniowych... Skoro tak, to moe i mnie atwiej bdzie odegra rol Cincinnata na twj koszt, moci ksi...  rzek szybko Olbromski.

Oczy jego wieciy si jak pomyki, a lica paay barw ceglast.

 Z ochot... O c to idzie?

 onierz, ktry mi z pola wynis na rku, jest twj poddany, z twej wioski rodem. Suy teraz u mnie za huzara, za kucharza i podstarociego. Chciabym mu si odwdziczy, a nie mog, jak bym pragn. Ot...

Ksi Gintut patrza mu w oczy ze skrytym zym umiechem.

 Uwolni "obywatela"... jake mu tam?... z poddastwa, zrwna ze sob, podnie, uszlachci...

 Niestety! nie tylko jego. Pragnbym zratowa ca t wiosk. Jest to wo ndzna i bardzo biedna. Paszczyzna w takich warunkach... Wanie wygotowaem na pimie plan, obliczenie...

 Czy moesz wtpi? Z najwiksz gotowoci ka rozpatrzy warto i jako ich ziemi, znie paszczyzn, skoro sobie yczysz, oczynszowa. Jedno tylko: majtek nie jest mj wasny, mam braci i siostry nieletnie, tote rada opiekucza bdzie musiaa potwierdzi moj decyzj..Duej to potrwa. Ale bd w tym...

Olbromski dwign si z krzesa, jakby si chcia schyli do ng ksicia. Rafa, ktry z dala, bez ruchu, sta obok potu przypatrujc si tej scenie, uczu na widok tego gestu pokory brata wcieky w sobie gniew i taki poryw dumy, jak nigdy jeszcze w yciu. Co w nim wybuchno jak sup ognia. Nie mg zrozumie, skd ta sualcza czoobitno w zimnym i wyniosym oficerze, nie pojmowa radoci, ktr na twarzy brata jawnie si palia.

Uczucie sympatii jego w tej sprawie byo po stronie ksicia. Piotr, tak na poy stojc z rkoma opartymi na porczy krzesa, woa:

 Michcik, Michcik!

W gosie jego bya co niebywaego. Oczy mia szeroko rozwarte i pene ez. Rozchylone usta miay si wszystkimi zbami. Po chwili zwrci si do ksicia i przeliczn chud rk cisn jego kolano z szeptem:

 Dziki tobie mam... mam na tej ziemi... jeszcze jeden dzie...

Michcik zbliy si wyprostowany, z domi wzdu bioder.

 Do ng panu dziedzicowi!... Pan kapitan... ksi... darowa ci...

Zaledwie onierz zdy schyli si i obj kolana ksice, nowe uczucie zawiecio w oczach Piotra. Ksi Gintut z cae j siy odtrci chopa. Wzrok jego by peen gniewu i szyderstwa.

 Nie znosz tych scen czuych! Wiesz chyba wapan... Nie jestem stworzony do bukolik. Szczeglnie po tym wszystkim... Oto w tej chwili najbardziej ywo uczuem nienawi do tego wszystkiego, czyme mi wapan przej swego czasu. Mam nieprzeamany wstrt do tych szlachetnych saboci, do owej dobrej niemocy, ktrej tyle lat uczye mi nie bez skutku. Zaprawd, wstrtna to jest rzecz... Wierzaj mi, waszmo.

 Nie rozumiem... Zgoa nie wiem...

 Mwi  cign ksi porywczo  e moja zdrowa, wielka, silna rasa, a i twoja, przypuszczam, otrzsa si jak po emetyku, po owych ckliwych cnotach... Dusiem si zawsze, dzi ci otwarcie powiem, w owym powietrzu sejmu, a teraz to ju do cna... Przekadam potg ducha, wol, si, dum, krlewsko takiego prymasa Poniskiego nad wasze ckliwe sentymenty...

 C to za nierozwane sowa!...

 Gdym teraz patrza na twoje oczy szczliwe a do mierci, zapalane po dawnemu, bo teraz ju zagasy, najwyej uniesione, jak tylko to by moe, uczuem w sobie twoje wanie dawne oczy, uczuem w sobie owe sabe i godne wzgardy obszary ducha, ktre zepsu, zatru niskimi wzruszeniami. Takie szczcie naley si czemu innemu. Takie wzruszenia winny poprzedza dziea Warneczyka, Chodkiewicza, Sobieskiego... C by czowiek by wart, gdyby cigle chodzi w twoich kajdanach obowizku wzgldem maluczkich, w dybach litoci wzgldem sabiusiekich, wspczucia wzgldem cuchncych? Jaki to czyn mona wwczas wykona? Powiedz... Czy mona? Ty si tak radujesz, e chopa wyprosi z poddastwa, jakby gry dwign z miejsca.

 Istotnie, moja rado nie ma granic.

 Z tego, e nie jego dwign, bo on zostanie sob, tym, czym jest, ale e sam na d zeszed z wyyny, na pad, na ndzny jego pad. Ty sam, ktry jeste wiat, zamiast i ku wyynie, zamykasz swe aspiracje w wiateczku Michcika czy kuchcika. Jemu samemu krzywd czynisz, bo go dwigasz, niesiesz na sobie. Wol jego, si, potg ducha skazujesz na los wozu, ktry ko cignie.

 Sowa, sowa...

 Nie sowa. Gdy teraz spojrz w wiat, w mj wiat, ogarnia mi duma, e do niego z krwi, z misa, z koci, z kadego wkna nale. Co za ludzie! Kady inny, kady odmienny, kady sam w sobie jedyny na wiecie, kady zaiste  pan. Gdzie by kiedy na ziemi wiat podobny? Samuel Zborowski, aski, Radziwiy!... A Czarniecki? a Sobieski? Kto kademu z nich kaza czyni to, co czynili? Wszystko ze wspaniaego serca... Kada do Rzeczypospolitej droga zawalona trupami ich, po Dzikich Polach pamitki, od Warny pod Wiede szlak drogi. Wycie to zniewayli pami tego wiata, mdrkowie. Co gorsza, wyzwolilicie motoch, eby si omieli rk podnie na pany.

Twarz Olbromskiego targna si i prawa rka zacza niecierpliwie szuka, maca koo siebie.

 Jeste chory... wic milkn...  rzek ksi.

 Zranie mi...

Tyle tylko Piotr wyrzek, ale wzroku od ksicia nie odwraca. Oczy jego przybray dziwny wyraz; ktry Rafa widzia ju ze dreniem. Patrzay jakoby wystygy popi, w ktrym ani jedna ju iskra utrzyma si nie moe. Jeli si roznieci, to zagasa po krtkim, po szalonym drganiu w sypkiej martwicy. Ksi rzek patrzc mu prosto w oczy:

 Dowidbym ci, gdyby zdrowie mia lepsze, e te twoje palladia byy jak owa aba Lafontena.

 Nie mw ju wicej do mnie, moci panie...  cicho wykaszla chory.

Ksi Gintut leniwym ruchem dwign si z krzesa i rzek przez zby cinite:

 Zdaby mi wapan rachunek z takiego rozkazu, gdyby oto... mg sta na nogach.

 Rachunek!  piorunujcym gosem zawoa Piotr.  Rachunek zda jeszcze jestem gotw! W tej chwili... Michcik!

 To widzisz chyba swj stan, e zabibym ci od jednego sztychu.

 Mam prawo wyboru. Dawaj pistolety!... S wiadkowie.

 C za wiadkowie? Nie widz...

 Brat.

 A... pan brat. No, to pewno twj. Dla mnie askawie zostawiasz "obywatela" Michcika.

Olbromski milcza dziwnie. Rzek jeszcze z cicha:

 To onierz...

Wtem gowa jego upada na porcz. Twarz staa si blada jak masa gipsowa. Na wargach pokazaa si krew, a pot kroplisty na czole. Ciao poczo drze. Suche oczy z wolna oglday dalek przestrze.

Michcik, ktry sta ramieniem oparty o pie lipy, zbliy si do swego pana i zacz do niego co mwi jkajc si tak bardzo, e ani ksi, ani Rafa nie zrozumia sowa. Po pewnej chwili, wida, kapitan da znak schyleniem powiek, bo Michcik wsun pod niego rce, wzi go jak niemowl i nis do domu. Pikna gowa Piotra zwisa na jego ramieniu. Rafa szed za Michcikiem, sam nie wiedzc, co czyni. Ksi pozosta na miejscu. Nie spojrza nawet za odchodzcymi. Gdy onierz wszed do pierwszej stancji i by na jej rodku, niespodzianie ostrym i dzikim gosem czego wrzasn raz i drugi. Rafa przypad do niego.

Michcik z wolna, ostronie upuci Piotra na sof stojc pod oknem. Chory uklk na niej bezwadnie, siad na nogach. Barki jego osuny si na ram otwartego okna, a gowa jak lity kamie odwalia si i gucho wspara o futryn. Rafa zajrza z przeraeniem w t twarz. Ujrza doln warg przygryzion przez odkryte zby grne j szczki, umiech nieopisany zawarty w tych ustach  i oczy. Nieruchome przeroczyste renice patrzay w staw czy w pola. Patrzay agodnie i ciekawie, z aosnym przymileniem. Zdao si Rafaowi, e brat zapatrzy si w co, jak to bywa czasu smutku, w barw dalek, e si zasucha w szmer ciekcej wody, e si moe wmyli w tajemnicze westchnienie serca, na rozstajne drogi zbkane... Ale oczy Piotra, patrzc tak w odogi, zmierzchy, zastygy i skostniay. Wte jego ciao leao bez ruchu jak porzucona przez wdrowca opocza. Michcik troskliwie wsun rk pod bezwadn gow i chcia zoy zmarego na sofie, ale Rafa oderwa jego rce. Uczu w sobie nagle tak niezgbiony bl, jakby mu wilk rozszarpywa piersi i wydziera serce.

 Niech sobie patrzy...  zdoa wyszepta.

Przysza na wiadomo, e moe zmary brat jeszcze widzi ziemi i wod. Moe syszy ostatni raz szelest lici i cauje go w mrokach ostatnim dreszczem serca...

Nabona trwoga odezwaa si w nim jak gos surowy, mwic w gbi ducha, e nie wiadomo, co w owej chwili odchodzcy czyni, nie wiadomo, czy nie egna si z polami, z prac sw, czy si nie modli...

Odstpili tedy obaj ze czci i, z dala stojc, modlili si sami w cichoci. Ale wnet chop pocz ka i stka. Bi si w piersi tward pici oniersk. Sylaby, urywki sw pacierza wyamyway si z jego warg sczerniaych, jakby straszliwa, zacieka groba; jakby pozywanie na sd i zaprzysiganie wobec ycia. Wtem usyszeli za sob szczk klamki:

Ksi Gintut wszed do izby. Cicho zbliy si do zwok kapitana, schyli si... Po chwili sykn jak po sparzeniu, strzepn palcami i kaza Michcikowi pooy zmarego na sofie.

Wkrtce zwoki odziano w owo codzienne ubranie, gdy nawet wojskowego munduru nie byo. Szpad tylko ze srebrnym feldcechem, zdjt znad ka, pooono mu u boku, a may portret dowdcy na piersiach. Dwoma wytartymi miedziakami przycinito oczy...

Ksi Gintut siedzia w zamyleniu na krzele i przypatrywa si nieboszczykowi. Rafa wyszed do drugiej izby, ktra zmaremu za sypialni i kancelari suya. Przysiad tam na kufrze. Oblegy go teraz myli innego porzdku. Zacz rozglda si w rzeczach i uczu akom dz posiadania rozmaitych sprztw brata. Przede wszystkim rzucay si w oczy przybory myliwskie, rzemienie, baty, dobre siodo... Pod oknem mieci si stolik do pisania z szuflad zamknit na klucz. Ta wanie szuflada zaja imaginacj Rafaa. Ubierajc zwoki Michcik wyrzuci by z kieszeni klucz od tego stolika. Rafa widzia w klucz wypolerowany od czstego uycia, lnicy stalowym poyskiem, i czeka chwili waciwej, eby go chwyci. Ba si jednak poruszy, lka goniej odetchn... Na sam myl, e ksi Gintut pocznie z nim rozmawia w taki sposb jak z bratem, e zada mu jakie pytania, czu przestrach i ch ucieczki. Tymczasem dza zagarnicia klucza i otworzenia szuflady, ciekawo, co te tam by moe, palia go i podrywaa z miejsca. Wtem do izby wszed znowu Michcik z parobkami w celu wysunicia sofy na rodek. Spostrzegszy klucz na ziemi, podnis go i odda Rafaowi mamroczc i wskazujc gestem, e to jest klucz od stolika. Rafa natychmiast wysun szuflad. Nie byo tam nic ciekawego:

Trocha pienidzy i papiery, przewanie oficerskie, jak szare, ordynanse, rozkazy, plany, mapki pirem rysowane i listy. By take osobny zeszyt z grubego papieru, oprawiony w zielon skr, w ktrym kilka pierwszych stronic byo zapisanych rk zmarego.

Wszystkie te papiery Rafa zoy systematycznie, zwiza sznurkiem i postanowi zatrzyma dla siebie. Pienidze wsypa do kieszeni z niemaym zadowoleniem. By tak zajty gromadzeniem spadku, otwieraniem szafy i kuferka, a nade wszystko rozpatrywaniem rzemieni, e ledwie spostrzeg, kiedy ksi wyszed i odjecha. Wwczas zlustrowa dom cay. Niektre rzeczy wspaniaomylnie darowa Michcikowi, inne parobkom, kilka przeznaczy w myli dla matki i sistr. Zajcia tego rodzaju zabray mu cay czas a do zmierzchu.

ciemniao si, kiedy z kocioa w Grudnie, odlegego o wiorst kilka, przywieziono, wida na polecenie ksicia Gintuta, wiece kocielne i bab-trupiark. Wnet zapalono wiece osadzone w wysokich czarnych lichtarzach i ustawiono je dwoma rzdami obok ostatniego posania mieszkaca tego domu.

Wz odjecha z powrotem. Sycha byo klekot jego k, oddalajcy si w gbie mroku... Michcik urzdzi Rafaowi oe w pichlerzyku, zupenie pustym w tej przednwkowej porze. Rozoy tam wizk siana wieo zwiezionego z ki, zasa je pociel. Ale Rafa nie myla o spoczynku. Siedli obadwaj z onierzem we drzwiach pichrza, jeden na wysokim progu, drugi na klocku drzewa, ktry za stopie suy, i nie mwic do siebie patrzeli w noc. Jarzce wiato bio z okien dworku. Umilko wszystko, nawet psy nie szczekay w wioskach ssiednich.

Zrazu, po zachodzie soca, panowaa ciemno zupena. Nad wzgrzami, ktre za dnia wida byo w gbi horyzontu, wisiay teraz ciemne osony nieruchomych chmur. Tylko woda sabo lnia od powiaty gwiazd byszczcych w zenicie. Okoo pnocy nad owymi spitrzonymi chmurami ukaza si brzask wschodzcego ksiyca. Zarysoway si brzegi ciemnych obokw i wynikny niezliczone ich pokady, a midzy jedn a drug bry jakoby poprzeczne doliny w niezmiernych grach. Dalekie przestrzenie, otchanie i wysokoci ukazay si oczom w tej odlegej jakoby ziemi. Zoto-biaa obwdka, zrazu niejasna i pena lku, pocza si na szczycie oboku. Wkrtce staa si wietlista i silna niby namitny, daleki, daleki piew... Pierwszy nadmierny jej bysk zway si na Cyplu i rozpdziwszy ciemnoci zlecia w gbokie doliny midzy chmurami. Wwczas przedziwna una rozwietlia gnune oboki, ukryt ziemi, lasy, pola, pustkowia i wszystkie tajemnice nocy. Wolno wypyn ksiyc na firmament bez skazy. Skro rozlegej powierzchni stawu strzelia prga ognista, drca, jakoby droga daleka, droga, grubym szczerozotem wysana do onego przedwiecznego kraju gr. Solenna cisza nocy staa nad tym szlakiem, poncym w nocnej gbi. Olchy wybujae schylay si ku niej spod nieba, patrzc we przeraonymi gami. Nadbrzene wierzby, stojc w promieniu ksiyca, odbiy w wodzie wizerunki swych pniw strupieszaych z zielonymi gowami. Ani jeden wietrzyk nie dotkn wody, ani jeden powiew nie udwign schylonych mieczw tataraku. Chwilami lustrzan to rozdzieray ostre skrzele grzbietowe okonia. Wrzynay si jak pia w zocist drog. Kiedy niekiedy plusna potka igrajc z radosnym blaskiem ksiyca. Cieszya si, gdy szy od niej wolno, rytmicznie a jakby przez sen krgi lekkie, nicestwiejce, obcione grubym, falistym zotem, i znikaa w ywiole ciemnoci. Wida byo muchy wodne na szczudlastych nogach z wielkimi stopami, depcce jedwabn gbin, i daleki, daleki kwiat lilii wodnej, nieruchomo picy na brzegu szerokiego licia. Kropla rosy nocnej wiecia si w zotym kielichu lilii jak ywa gwiazda.

Czasem z zaroli, z szuwarw, z gszczw olszowych wydobywa si nieuchwytny gos, echo radoci, rozkoszy, rozpaczy, walki, gos nie wiadomo czyj... Czasem zlatujca woda wydaa dwik gbszy, ktry przepyn okrg i co mu nakazywa czy gosi. Suchacze nastawiali uszu, eby pochwyci jakowy szmer spod fal... Ale ju wwczas cisza bya wszdy a do nastpnego momentu, kiedy znowu we nie westchnie woda...

Rafa wyj z kieszeni ksieczk oprawion w zielon skr z wyciskanym zotym brzegiem, otworzy j na pierwszej stronicy i przy jasnym blasku ksiyca czyta pismo brata.

"Zosta poza mn ojciec i poza mn zostaa matka. Jestem sam i sam id, podobnie jak same jedne odchodz za bramy cmentarne zwoki czowieka.

Oto w mrokach nocy koataa si gowa moja po wezgowiu, a w niej wasay si myli, niby kroki obkanego czowieka, idc i powracajc od ciany do ciany, bez koca, po izbie ndzy i nicoci.

Najlepszy towarzysz i ostatni przyjaciel, sen, bka si bosymi nogami dokoa mojej pocieli, schyla si nad cigle trzew, nad nieustannie otwart renic i, wzdychajc bolenie, odchodzi z cicha szumic sukniami cieszymi ni wkna pajcze.

Zesza na mnie straszliwa niemoc: fizyczne cierpienie duszy. Zamieniem si w byt obcy samemu sobie, nie istniejcy w naturze, zbkany w zewntrznym wiecie. Jestem jak wiat sobie samemu nieznany, przemierzy dla rozumu czowieka. Jestem jak wiat, ktry by si sta samym tylko i dla swego celu istniejcym cierpieniem.

Ty si ze mn pozosta!

Jako cel mojego krzyku bye wwczas, gdy w dniach utrapienia ludzie poczli zostawa za mn, jedni z obojtnoci zdrow dla nich, a tward dla mnie jak rzemienny bat, a inni ze wspczuciem przystajcym, gdym si nie spodzia, a inni z miosierdziem, ktre wylewa krynic dobrych ez, ale nie ma siy wyty kroku, i ci wreszcie, ostatni, ktrzy szli za mn trop w trop na gr udrczenia, dopty a si na poy umarli, bez si i tchu, u stopy mojej wiecznie idce j, twarz w proch walili, lad mj caujc.

Odraza spada na moje oczy, bdzce po ziemi z cypliska gry udrczenia. Ten cudny wiat mojej modoci zmieni si w wydm piaszczyst. Boli mi szelest lici, nka zapach kwiatw, dokucza mi widok zorzy porannej i zorzy wieczornej. Usyszaem cichy szelest godzin nieywych. Usyszaem cichy krok rozpaczy idcej ku mnie...

Ratuj mi, o Przyjacielu duszy mojej!

Miaem Ci koo siebie wrd wistu oowianych kul, wpord trzaskania granatw z elaza, pomidzy byskiem schylonych bagnetw, w szczku szabel i lanc pdzcej konnicy, gdy oszalae rebce trzs si i stkaj, a zdrowy i tgi onierz dygoce na caym ciele.

Gdy gry oowiu zwaliy si na moje piersi, a ognie zapony we wosach, uczuem Ci w oczach penych tej ciemnoci, jako wiato przychodzce.

Gdy myl nie wymwiona, sama siebie stwarzajca, jedyna, straszna strasznych ywota:  Oto umieram!  przebia na wskro moj gow, poznaem Ci, o Bracie, stojcego w gowach moich...

Ty wezwa chopa z szeregu, ktry w popochu ucieka, eby si twarz w twarz przeciwko idcej mierci obrci. Ty woy w jego piersi mstwo nadludzkie, na jego rku udwigne mi z ziemi.

Ty to uczyni, ktry jest Bg, czyli Mio.

Czemue przed wiecznoci zamyli ten uczynek, a wtedy go wykona?

Czemue si uniy a do ran moich wylewajcych krew zropia, a do wzdrygnie i tchrzliwych skule ciaa, do wstrtnego cierpienia, do przestrachu rozsiewajcego milczenie, do potu zmazujcego czoo i do nikczemnych ez?

Czemu skinieniem bogosawionym oddalie mier, a jednym chopskim spojrzeniem i jednym pogaskaniem uciszye wszystk burz mczarni?

Ty wiesz, Ty jeden wiesz, jak byo ywym piersiom oddycha powietrzem, a zbudzonym oczom patrze na wit wol dusz w ykach.

Ty wiesz, e lepiej by gowie mej byo na skrwawionych kociach w posplnym dole...

Dzisiaj, gdy uspokojony le bezczynnie, tylko senne i ndzne przeczucie mwi mi o Tobie. Jestem jak uciszona woda stawu, w ktrej odbio si niebo z jego wichrzatymi chmurami i z jasn otchani lazuru. Ale jak przemija odbicie chmury w toni stawu, tak ucieka przeczucie z duszy mojej, i tylko ciemno bardziej okrutna ni kiedykolwiek przenika j a do samego dna.

O, Boe, ktrego stopy dotknem renic i ustami spalonymi przez mczarni, uka raz jeszcze trzewym oczom powszedniego dnia bytowanie Twoje.

Wyrwij z piersi przebiege zwtpienie i chytry rozmys, ktre si unosz w kole widnokrga, a wracaj nie do mzgu, lecz do serca, i wal si w spracowane, cisze od gazu, na podobiestwo westchnienia.

Wyrwij z serca westchnienie, ktre w nim ley cisze od gazu, i daj mu odpocz u stopy Twojej, jak w dniach pomiennych pozwolie odpocz krzykowi rozpaczy.

Ty. ktry mocen jeste uczyni to, co uczyni, wyrwij z serca niewiern myl i wlej w nie bogosawion potg ciszy i zaufania.

Niech si raz jeszcze rozraduj w mioci jednej, posplnej z Tob, niech wyznam na onie Twoim krzywd m i niechaj zazna serce moje wiecznego spokoju na Twoim sercu, ktry jest Bg, czyli Mio..."


 Drzewa w Grudnie
Cay dzie nastpny zeszed na zaatwianiu spraw tyczcych si pogrzebu. Michcik ruszy do miasta Woszczowy po trumn, a Rafa do proboszcza w Grudnie. Tam jednak wszystko ju byo zadysponowane przez ksicia. Rafa dowiedzia si tylko, e zwoki maj by tego jeszcze dnia przeniesione do kocioa. Wrci tedy do Wygnanki i zaj si wysaniem listu przez umylnego do rodzicw. Nim napasiono konia i nim si sam goniec odpowiednio najad a wypyta o drog, nim wreszcie Rafa list obmyli i wystylizowa, miao si ju ku wieczorowi. Deszcz, ktry zacz by pada okoo poudnia, la strugami. Michcik, przemoky do suchej nitki, wrci z trumn i uoy w niej na wieczny spoczynek ciao swego pana a towarzysza.

Ledwie to wszystko byo zaatwione, wpado na podwrze ze sze pojazdw, kilka bryk, bryczek i wozw. To ksi Gintut z ca swoj rodzin i dworem przyby dla asysty w czasie przewiezienia do kocioa zwok kapitana. Rafa by tak oszoomiony mnstwem tych niezwykych figur, e ledwie zdoa wyle ze swego pichlerzyka. Przed oczyma jego wyskakiway z karet, bastard i powozw mode i stare, przeliczne i paskudne kobiety, wspaniali panowie... Wszyscy z przybranym wyrazem najgbszego uszanowania wchodzili we drzwi niskiego dworu. By take proboszcz z organist i sub kocieln.

Dzie si ju koczy, wic hajduki, suba lena, stangreci i lokaje zapalili smolne kagace. Przy blasku pospnych pomieni, ze piewem kocielnym wyniesiono trumn. Wrd dziedzica sta prosty, czterokonny wz, wysany som i okryty wielkim kobiercem. Na nim ustawiono i przymocowano powrozami trumn. Ksidz zakasawszy poy sutanny ruszy przodem. Za nim szli ludzie z pochodniami. Tu przy trumnie brn ksi Gintut, za nim owe pikne i brzydkie panie. Szaty ich brudziy si, a nogi tony w bocie rozmikej drogi. Mimo to adna do powozu nie wsiada. Dopiero za t wspania czered szed z dala oniemielony Rafa. Przy nim Michcik. Gdy orszak pogrzebowy mija wie, wychodzili z chat chopi w brudnych koszulach, w zgrzebnych wystrzpionych portkach, baby we wstrtnych krtkich spdnicach, kotuniaste, pnagie dzieci. Wszystko to z otwartymi ustami dziwowao si patrzc na wspaniay pochd, a dopiero gdy ognie byy ju daleko, wioska ruszya si i postpowaa w dali od paskiego orszaku. Za wsi droga zniaa si midzy dwie lesiste gry nad rzek i brzegiem jej cigna. By to w owej chwili szlak botnisty, porznity wyrwami, a tu i owdzie zawalony mnstwem kamieni. Mimo to wszyscy wytrwali w pochodzie. Uboceni do kolan, w nocy ju zbliali si do Grudna. Deszcz nacich, cho szemra jeszcze. Gdy orszak zblia si do alei grudzieskich, Rafa szed tu obok paskiego tumu. Omieli si. Gowa jego bya pena niedorzecznej pychy z tego tytuu, e to on wanie, na ktrego nikt uwagi nie zwraca, jest rodzonym bratem tego, komu takie honory czyni. Pragn w jaki sposb da zna o sobie, zwrci uwag... Odzywa si pgosem do Michcika, pyta go o rne szczegy, dawa zlecenia. onierz podnosi wwczas gow i blade, osupiae oczy wlepia w niego, co tam mamroczc. Na twarzach wikszoci pa i panw malowaa si szczera wcieko, gdy trzeba byo brn w poprzek bajorw nigdy nie wysychajcych. Szczeglnie jedna podstarzaa dama, zachlapana, z rozkrcon fryzur, zmoka, rzucaa naok takie spojrzenia, e mogaby nimi zabi najsilniejszego. Ksi Gintut szedi sam na przedzie, z gow podniesion. Przebywa najgbsze bagna nie wiedzc o tym, zatopiony w mylach. Nareszcie droga polepszya si. Sza w gr, ku kocioowi stojcemu na szczycie pagrka. Po obudwu stronach szerokiego traktu stay przedwieczne lipy, nadwilaskie topole, graby, klony, dby i buki.

Teraz, gdy w ich wntrza, wyrywajc si z kbw siwego dymu, paday migotliwe blaski pochodni, zdaway si by podwjnie wielkimi. Konary, gazie, rzgi, czuby ich sigay do czarnego nieba, a licie szemray w chmurach. Bya nieskoczona potga w owych widach, odnogach, trj i czterozbcach, w splotach gazi wytonych ku niebu, w owych jakoby barach, piersiach, plecach, ramionach i rkach, ktre co dwigaj...

Ale nade wszystko  bya potga w ich szelecie.

Jedno z tych prastarych drzew, ogromna paczca brzoza, zwieszao si caym kadubem nade drog, a korona jego, bogata w ogrom lici, schylaa si ku ziemi jak kudata gowa chopa-starca. Gdy wz otoczony latajcymi blaskami wjecha pod nie, zaszemrao... zaszemrao... Wyszed z jego gbokiej czeluci sykliwy, przestraszony szelest, pszept zbudzonych ze snu i zdumionych lici...

Rafa zlk si i zadra.

Ach, jake straszny, jak nieopisany gos by w tym szelecie! Ale wnet gwara schylonego drzewa zostaa si w mroku, korona jego cofna si i ukrya. Teraz inne przemawiay z wysoka. I dziwna rzecz! Jedne wchaniay w siebie wie o widoku, wlokcym si u ich korzeni, z zimn wzgard, inne z obojtnoci najgbsz, z obojtnoci wiadom swej guchej i lepej siy, a byy przecie i takie, co pakay jak ywy, czujcy czowiek. Serce Rafaa dwigno si i podnioso ku owym drzewom. Ogarn spojrzeniem wyniose gazie... Pnie zielone jak trawnik od dawnego mchu albo obwieszone mnstwem drobnych gazek, jakoby dziady zgrzybiae, obsiade przez prawnuki... Pnie pokryte splotami sznurw kory, zbrudone, o barwie deszczu i szarugi... Rzgi chwiejce si pod niebem...

Wtedy nagle poj, e ju nie yje dobry brat Piotr. Z mozoem przypomnia sobie chwil, ktra przed nim jak chybka mysz uciekaa, chwil, gdy patrza na bezwadne oczy brata. Dusza jego wcielia si w w moment, wesza tamtdy w niewiadome, tajemne, nikomu nie znane powiaty...

Wtem kto na jego ramieniu lekko opar rk. Rafa otrzsn si i ujrza przy sobie ksicia Gintuta. Mody pan przypatrywa mu si uwanie.

 Wszak nie myl si  rzek  wapan jeste bratem zmarego kapitana Olbromskiego?

Rafa ledwie zdoa wydusi z siebie gos:  Tak jest.

 Prosz mi powiedzie... wapanowie macie jeszcze rodzicw yjcych?

Znowu:

 Tak jest...

 A czy waszmo dae im zna?

 Tak jest.

 auj, e to mi nie przyszo na myl. Trzeba byo lepiej zaczeka.

 Zaczeka z pogrzebem na rodzicw?

 Zaczeka... z pogrzebem...

 O, rodzice prawdopodobnie nie przyjechaliby na pogrzeb  wypali Rafa.

 A to dlaczego?

 Bo s wiekowi... A zreszt...

 A zreszt co?

 A zreszt... mieszkaj daleko.

 Tak. No, a wapan po pogrzebie dokde masz zamiar uda si? Czy do domu?

 Nie, bro Boe!

 Nie? I.. bro Boe?

 Prosz ksicia pana... my obadaj z bratem nieboszczykiem...

 C takiego?

Rafa zajkn si i teraz dopiero ujrza w gowie gupstwo, ktre nis na jzyku.

 Prosz wapana po pogrzebie do mego domu  rzek ksi uprzejmie, patrzc zreszt gdzie daleko.  Chciej uwaa trudno za dom wasny... Zupenie jakby by u brata. Zabawisz, dopki zechcesz, odjedziesz, kiedy zechcesz...

Odchodzi ju, gdy wtem wrci si jeszcze i doda z umiechem:

 Moesz to napisa, jeli wola, rodzicom, e miaem z Piotrem rachunki pienine. Winien mu jestem. Wapan tu staniesz jako sukcesor? Nieprawda?

 Tak, mog...  wybkn Rafa.

 A wic wanie, bdziemy si rachowali... Zosta tedy w Grudnie.

Ksi przywoa do siebie skinieniem jakiego podstarzaego szlachciur, wskaza mu Rafaa i wyda jakie zlecenia. W tej samej chwili spomidzy drzew na szczycie wzgrza wyama si dwik dzwonu za umarych. elazne serce uderzao w bok piowy. Ciosami coraz mocniejszymi wyczyniao ze srogich dwikw, z martwego gosu przeraajce miamlanie, sowienie tej nazwy, ktra mocniejsza jest nad dzie i noc, nad przestrze niedocig mylami ludzkimi, nad soce, ksiyc i gwiazdy...


 Dworzanin
Paac grudzieski lea w gbi starego parku. W kocu siedmnastego stulecia jeden z ksit Gintutw zaoy by t siedzib na wzr francuski. Z biegiem lat rozrost wielkich drzew zniszczy dawn symetri ogrodu, a tu i owdzie gaje modej leszczyny wtargny nawet w ulice, gracowane niegdy z pilnoci. Paac, przebudowany na fundamentach starego zamczyska, otaczay zbiorniki spleniaej wody. Mury jego byy kilkuokciowej gruboci, szczeglnie na dole, gdzie pozostay izby sklepione jak w wizieniu i okna zakratowane. Grube, ukone szkarpy, niby potworne nogi, grzzy w podstpnych wodach starej, gbokiej; obmurowanej fosy. Pitro dopiero, z korynckimi kolumnami i architrawem ozdobionym sztukateriami, byo dzieem czasw nowszych. W chwili kiedy Rafa zobaczy pierwszy raz ten dumny paac, ciany byy mocno zdrapane, figury otuczone, kolumny czarne i ogoocone jak supy wiorstowe. W gbi parku kryy si tu i owdzie midzy drzewami murowane i drewniane domki, ozdobne i ksztatne. Jeden z takich marszaek przeznaczy modemu samotnikowi na mieszkanie. Bya to chatka o jednej izbie, z wejciem w stylu gotyckim i oknem jak w kaplicy. Nade drzwiami stao w niszy popiersie Wenus z zielonymi oczodoami i utrconym nosem, osaniajcej wstydliwie ono zapleniae i mchem wilgotnym porose. Tu cigna w gszcze szeroka, botnista droga. Nad dziwnym domkiem wznosiy si sokory, lipy, a za oknem zwieszaa a do ziemi gazie przecudna, wyniosa brzoza. Wprost z tego okna wida byo gbok alej, ktra dokd, jakby w ziemi, zanurzaa si i krya. Rafa nie mg od niej oderwa oczu. Nigdy nic podobnego w yciu swym nie widzia. Bardziej ni paac, ni przepych ksicego dworu przemwi do niego magnackim urokiem ten szpaler. Kiedy mody samotnik pierwszy raz wszed tam, z cicha stawiajc niemiae kroki, otacza go lk rozkoszny w swej natarczywoci, prawie bolesna dza poznania tajemnic tego miejsca, przywaszczenia sobie wiadomoci o tym, co tu byo.

Gbokie marzenia wypyway z cieniw tych drzew i, przemieniajc si niemal w ksztaty, w osoby przelicznych kobiet, niemal w figury dziewic z cudnymi wosami, cicho idce po twardej, gliniastej ziemi, znikay od uderze zimnego rzutu oka. Drzewa nad tym ciennikiem i w gbi parku, z dala stojce guchym, dumnym, uprzywilejowanym zastpem, zdaway si nie rosn, nie wznosi, nie dwiga z tej ziemi, lecz na skrzydach lecie ku niebu. liskie, prgowane pnie grabw o barwie mii strzelay w gr, wyginajc si wowo jak gibkie i zwinne race, ktre pod chmurami rozpryskuj si w deszcz lici, w pomyki konarw. Prawdziwie w chmurach byy ich wierzchoki. A lipy! Lipy, z ktrych kada miaa kilkaset lat, o pniach zakutych w kolczugi grubane, powleczone ze strony pnocnej siw patyn mchu... W jednym miejscu sta db zwany abdziem" dla ksztatu pnia wygitego jak szyja ptasia. Ogromna dziedzina jego zaspionych konarw, gazi, prtw i lici rozepchna kniej brzz, sokr, brzostw, topl i lip. Oczy ze czci i pokor spoczyway na jego pniu, bulwach, gnatach, skach, jakich potwornych ranach i bliznach...

Do tej alei spywao z gry wiato zielone, jakby do groty lodowca Rodanu.

Pierwsz noc Rafa spdzi wrd uczu najdziwniejszych. Pooenie w liczbie uczestnikw tego dworu nabawiao go trwogi i niepewnoci, a zarazem ten cay rozhukany, a tak nowy wiat cign ku sobie z nieprzeaman si. Dopiero nad ranem usn snem twardym. Gdy si obudzi, znalaz koo swego ka tack z przyborem do kawy i z bukami. Kawa bya wystyga, ale Rafa pochon j arocznie. Obawa trzymaa go na miejscu, wic przed samym sob udawa, e jest senny, znuony, cho pragn zetkn si z owym wiatem, ujrze go i pozna. Kiedy tak waha si i namyla, oszklone drzwi uchyliy si i wsun przez nie gow kozaczek w suto szamerowanej liberii. Spostrzegszy, e Rafa nie pi, wszed do izby i rzek:

 Pan marszaek kania si i prosi do obiadu...

 Do obiadu?  krzykn pioch z przeraeniem. Chopiec umiechn si chytrze i doda:

 Zaraz bd podawa.

Rafa wyskoczy z ka i zacz si gorczkowo ubiera. Wkrtce by gotw i z niecierpliwoci tysic razy szarpa na sobie, poprawia, obciga i czyci zniszczone odzienie.

Widzia w oddali, naprzeciwko paacu, stoy zastawione pod cieniem dbw tak grubych, e ledwie czterech ludzi obj by zdoao ich pnie, a tak rozoystych, e rzucay cie na wier dziedzica. Uwijao si tam kilkunastu lokajw w liberyjnych frakach, kozakw w psowych kabatach z galonami i herbowymi blachy, biegali pachokowie i kuchciki. Wkrtce ozwa si dzwonek i z rozmaitych stron, a przede wszystkim z paacu, pocigno ku stoom kilkadziesit osb. Chopak, zahukany w domu i szkole, wprost dra na myl, e ma si zczy z tym obcym mu tumem, ale jednoczenie prostowa si i przybiera poz "rwnego wojewodzie". W pewnej chwili gono otwar drzwi i poszed miao ku stoom. Nikt na niego uwagi nie zwrci. Panowa tam gwar jak w ulu. Sycha byo miechy, okrzyki i weso rozmow, przewanie w jzyku francuskim prowadzon. Usyszawszy te dwiki ledwie zrozumiae Rafa cierp w gbi. Za chwil zbliy si ju tak, e zaczto zwraca na niego uwag. Ten i w rzuci okiem i ani myla przerywa rozmowy. Jednej twarzy znajomej! Od grupy do grupy Rafa posuwa si dystyngowanymi pzwroty, z umiechem gupio-niedbaym, prezentujc swj wyszarzany kostium. Ani jednej twarzy znajomej!

Miejsca zajmowano z haasem, wrd wesoych miechw, spojrze wiele mwicych i ywej rozmowy. Rafa byskawicowo przeczuwa ostatni chwil, ktra miaa nadej za mgnienie oka: stojcy sam jeden zostanie poza krzesami! C wtedy?

Krew mu uderzya do gowy... Zosta midzy lokajstwem... Czy z powrotem wraca do swej kryjwki?

Gowa mu pkaa z rozpaczy: nie widzia ju nigdzie miejsca wolnego! Wreszcie, gdy owa ostatnia chwila nadesza i gdy w rzeczy samej ze stojcymi wosami i oczyma krwi zalanymi szed omdlaym krokiem poza plecami osb siedzcych, kto si podnis przy drugim kocu stou i j go wskazywa lokajom. Rafa odetchn. Wkrtce siedzia ju na krzele i zatopi oczy w talerzu. Sysza tylko huk w gowie i bicie serca. Nierycho podnis yk do ust. Zrazu tak mia wzrok zmcony, e gdyby naprzeciwko siedzia znajomy, nie byby go pozna. Kiedy si nieco z pooeniem oswoi, zacz wodzi oczyma po tumie. Przede wszystkim uderzya go obecno kobiet o rysach jakby cudzych, twarzach ciemnych, smagych, oczach czarnych i poncych, kobiet bardzo piknych i porywajcych ku sobie. Damy te byy wystrojone i mwiy po francusku, tote Rafa domyli si, e to musz by owe "emigrantki", na ktre tak wyrzekaa kotuniasta szlachta po dworach. Obok jednej z Francuzek, a najpikniejszej, bokiem do niej siedzia ksi Gintut. Oczy mia utkwione w twarz tej ssiadki, a na wargach umiech, ktry Rafaowi wyda si szczeglnie sympatycznym. W bliskoci siedziay siostry ksicia, podobne do niego bardzo, szczeglnie trzecia, ostatnia z brzegu. Bya to jeszcze dziewczynka, jeszcze nie panna, lat moe szesnastu. Przynajmniej robiono z niej mdk.

Miaa wosy jasne, tak jasne jak ziarno dojrzaej sandomierskiej pszenicy. Przecudne, subtelne rysy, proste a wykwintne, drgay cigym miechem. Oczy szafirowe, czyste i ogromne jak firmament, otwieray si ze zdumieniem, wlepiay bez ruchu w twarz starszego brata, z ktrym nieustannie szeptem rozmawiaa  i oto dawa si sysze wybuch miechu tak niepowstrzymanego, e cay st wpada w wesoo, sam nie wiedzc czemu. Chuda Angielka, siedzca obok tej licznej blondynki, zwracaa wwczas sw dug gow i na chwil miech panieski przycicha. Obydwoje, brat i siostra, przybierali uroczyste miny, eby za chwil zwrci na si oczy pene wrztku wesooci. Jeden jaki wyraz, dwik cichego sowa wyrywa now kaskad, nowy, jeszcze bardziej gony wybuch. W pewnych momentach, gdy mieszka najbardziej zanosia si swym przecudnym cha-cha-cha, ksi Gintut odwraca z trudem oczy od swej ssiadki i wesoe, wilgotne od wzrusze renice zwraca na rozbawion siostr z szeptem:

 Eli...

Nie wiadomo wszake byo, czy potpia t zbyt gon wesoo, czy tylko prosi uprzejmie zebranych, eby pikna jeszcze dugo moga si tak mia bez przeszkody. Ale nie tylko brat ksiniczki mia w oczach w szczeglny wyraz. Wszyscy, na kogokolwiek Rafa zwrci ukradkiem spojrzenie, byli zajci jedn jedyn spraw  i wanie owym radosnym weselem dziewczcym. Na pozr wiodc midzy sob stateczne rozmowy, wszyscy mczyni, wida to byo w ich twarzach, mylami i uczuciami kryli obok przelicznej. Dla jednych byo to skryt rozkosz, dla innych skryt boleci, a dla wszystkich oderwaniem si od spraw, ktrymi na pozr yli. Nawet starzy ludzie nad czym gboko dumali. Odraza i guchy na wszystko zabjca-al marszczy ich czoa. C warte byo ycie cae?  mwiy te zmarszczki  po co istnie tyle lat, skoro si wiek swj cay spdzio bez tego, co jest wszystkim, bez niej? Na twarzach modziey leaa blado mki. Rafa uczu, e jest w jakim zamknitym kole, ktre sekretnie duma i z rozpacz ni. Jakoby muzyka niedosyszalna, tajemnicza, przepywaa wskro tego grona potga, wadza, tyrania piknoci. Kady ruch dziewcztka odbija si w oczach patrzcych jako uniesienie. Ruchy te byy niewysowione. Odzwierciadlao si w nich wszystko ycie duszy. To, co kady czowiek chowa w zamknitej skrzyni, u niej stao w oczach, w ustach, na czole, w drgniciach brwi i ust. Bya samym weselem i dreszczem szczcia, a bieg od niej na ludzi smutek i udrczenie.

Rafa nie widzia wcale, kto siedzi przy nim. Jeszcze nie ukoczy zanoszenia z sakramentalnym namaszczeniem zupy do ust, gdy wtem gruby gos zaskrzecza tu nad jego uchem:

 A c u Boga Ojca tak asan wodzisz za t yk oczyma, jakby si ba, eby ci jej rka do ucha nie zaniosa? Modzieniec podnis oczy i ujrza obok siebie dugie oblicze z wosami i wsiskami zwieszajcymi si z niego jak z buczuka.  Jeste asan, jak sysz, bratem onego, Panie mu ta wie, filozofa z Wygnanki, Olbromskiego.

 A jestem.

 Piknie u Boga Ojca brat waci gospodarzy na tej wioszczynie, nie ma co mwi!

 Jak to?

 A toem patrza, bo obok niego na Policu od lat siedz. Chopw, farmazon, rozpuci, rozamorowa, e mu na pole wychodzili jak z aski, i koniec kocw do garnka nie mia co woy.

Rafa wrza wszystek od niewymownej zoci, ktra nie moga wydoby si na zewntrz. Milcza z oczyma wlepionymi w pusty talerz.

 C asan milczysz? Prawd mwi, cho i gorzk.

 Ja nie wiem, czy to prawda.

 Nie wiesz. No i pewnie. Wsw asan caych nie masz, to skdeby mia zna si na caej prawdzie! Ale nie o to idzie... Suchaj no, moci panie, gdzie to zamierzacie podzia owe graciny nieboszczyka ze dwora, cho ich ta tyle, eby ydowska koza ucigna? Zabierzecie toto w Sandomierszczyzn? Widziaem tam chomta, siodo, rzemienia fornalskiego co nieco. Kiepskie to wszystko, ale jakby niedrogo, tobym kupi. Mwili mi tu, e to niby asan dysponujesz, jak i co.

 Zabierzemy do domu.

 A to zabierajcie wnet, bo ja w tych dniach dwr zajm.

 Waszmo pan niby?

 A ja. C si wasanu nie widzi? Ja, Chuka z Polica. Tak waran napisz do swoich, e Nikodem Chuka z Polica bierze on Wygnank od ksicia w dzieraw. Folwark gagan, ale e to blisko... A i o te chomta si spytaj, tobym kupi, jeli niedrogo, mynek bym to samo kupi, a nawet i te szkapska...

 Ja napisz, a teraz wszystkim si opiekuje Michcik.

 He, opiekun! Faworyt... Dawno ja na tego draba mam chrapk. Czapki gagan nie zdejmuje ze ba przede mn. Folwark waci brat rozpapra, chopa zepsu na nic...

 Folwark nieboszczyk rozpapra! A ziemi to kto dar spod jaowcw?

 Widzicie, jaki to asan masz rezon w potrzebie! A nawet powiem: prawd ci si udao chwyci za uszy. To jedno ten nieboszczyk, Panie mu ta wie, zrobi. Chopa zepsu na nic, ale to do odrobienia, to ta ju moja rzecz. Co za do ziemi, to nie mona powiedzie: wyprawi ziemi niemao! Gdzie dawniej, jak ludzie zapamitaj, trznadle si jeno gziy, teraz owies jak mur.

 A staw to nie brat wyszlamowa? Myn puci, upust wystawi, rowy porzn?

 Nawet i to, powiedzmy, prawda.

W chwili, gdy si ta rozmowa toczya, zabrzmia znowu upajajcy szczebiot miechu ksiniczki. Szlachcic Chuka przerwa frazes, ktry mia wyrzuci, i wiechy swych wsw zwrci w stron "jasnego" koca stou. Sapa dugo i tamsi w sobie jakie wzdychania, a w kocu rzek do Rafaa:

 Ta si mieje, h?

 Jaka to pikna bardzo!  zdradzi si modzik.

 Pewnie, e pikna.

 Co to za wosy!

 A i to, powiedzmy, prawda. wieci si bestia czowiekowi w, lepiach, jak ten miesic po nocy.

 A jakie to oczy!...

 Wa by jej da rad  chy! Jezus ci Maria!

 Co te to waszmo pan!... Wstyd doprawdy...

 Asan mi powiesz! Znam ja si na was, dryblasy Mylaby kto, e si do korda porwie, tak si przecie zsierdzi, a lepie mu ogniem zion jak czubatemu diabowi.

 Kto to jest taki?  cicho szepn Rafa.

 Jake, u Boga Ojca, to asan ksic yk ksic zup zawijasz, a nie wiesz tego, kto to jest taki! To Gintutwna, modego siostra, najmodsza. Elbieta jej. Ale dzieucha! e si te to pod szlacheck strzech nie urodzi taka... Ju by o ni dziesiciu czuby se powyrywao i lepie na nic podbio. Tu bdzie wyczekiwaa na swego, a ci osmtnieje z tego, jako wierzba u drogi. Wtedy przylezie wywoka abo i zgoa Francuz...

 Ksiniczka Elbieta...  powtrzy Rafa z przedziwnym upojeniem wewntrznym i z drobiazgow uwag, jak gdyby przywaszcza sobie na zawsze liczn melodi, przypadkiem w smutku zasyszan.

Do samego koca obiadu Rafa siedzia jak na szpilkach. Mnstwo myli kcio si w jego gowie i przemkno bardzo wiele postanowie. Nikodem Chuka kad mu w gow Bg wie jakie wiadomoci i gono wyrzeka, kiedy Rafa ledwo pite przez dziesite rozumia. Skoro ruszono od stou, marszaek dworu skin na Rafaa, przywoa go do siebie i owiadczy, e ksi yczy sobie z nim mwi. Wezwa zaraz jednego z lokajw i poleci mu zaprowadzi modego panicza do gabinetu, gdy si tam ksi uda. Sporo jednak upyno czasu, nim ta chwila nadesza. Ksi, otoczony gronem piknych pa, poszed na spacer do parku i znik midzy drzewami. Rafa wyglda jego powrotu z gbi swej izby, nie spuszczajc oka z gwnego wejcia paacu. Nareszcie, a miao si ju ku wieczorowi, wyfraczony sugus wszed do stancji z grubiaskim prawie zawiadomieniem, e ksi jest u siebie. Rafa poszed za nim przez szereg sal, z ktrych jedne byy mozaikowane, purpurowe ze zoconymi gzemsami i z pysznymi stiukami na stropie, inne w barwach ciemnych, adamaszkowe z listewkami, albo bladoniebieskie. Przechodzi jak we nie obok wielkich obrazw, z ktrych spoglday na niego nagie kobiety, otwieray si krajobrazy zupenie wyrwane ze snu, walczyy dziwaczne chimery, ucztowali bogowie... Oszoomiony przepychem naczy i mebli, ktre zdaway si by stworzonymi dla wityni, brzowych yrandolw, wielkich porcelanowych waz, lustrzanych okien, piknoci podg wysadzanych marketeri z hebanu, cytryny i tego bukszpanu, skromnym i niespodzianie przyjemnym piknem drzwi i odrzwiw z mahoniu, olniony widokiem grup marmurowych i kominkw z rzebami, usiowa zachowa na twarzy wyraz doskonaej obojtnoci, jak gdyby te rzeczy, pierwszy raz widziane, wcale mu obce i dziwne nie byy. Tymczasem gdziekolwiek zwrci oko, spostrzega co, co przykuwao do miejsca, chwytao za ramiona, wabio ku sobie, jak kobiecy umiech, a nieraz jak pocaunek. Niewymowna rozkosz zastpowaa tu drog na kadym kroku. Rafa czu bolesn, a do zemsty podniecajc mk-uwielbienie. Straszna praca, niewysowione katusze tworzenia ideau piknoci w twardym kamieniu, w drogocennym drzewie, pot wysiku i zy wiecznego zawodu artystw, gnanych przez przymus, przez cik paszczyzn twrczoci, ogarniay go postrachem. To niedocige nigdy pikno, wyrwawszy si z powrozw pracy, czekao tu w utajeniu od dawien dawna, czyhao w obrazach, w porfirowych stolikach, we drzwiach tajemniczo okutych, w prnych krzesach, w wskich, skromnie przepysznych kanapkach, tsknic za uwielbieniem tyle nocy i dni. Kiedy niekiedy dostrzega w ogromnych lustrach sw posta w wyszarzanym ubraniu z werdragonowego sukienka i wwczas niewymowna awersja do wasnej postury, rozpaczliwa wzgarda dla swych rk wiszcych jak bijaki cepw, ng, gowy, lepiw i nosa oblewaa go caego ukropem. W pewnym maym saloniku, stosunkowo skromnie urzdzonym, sucy kaza Rafaowi oczekiwa. Gdy grube ydki fagasa przestay miga na posadzkach, a szelest jego pantofli oddali si zupenie, Rafa usiad w gbokim fotelu i zasun si w siebie, zagrzeba si sam w sobie. Spojrzeniami sigajcymi do dna przejrza wszystko, co dotychczas wiedzia i widzia, czym by, co si z nim dziao, co na wiecie znaczy. miech podnosi si z jego piersi, miech przemdrzay i bezlitosny. Nie wydoby si na wargi, tylko jak fala wzdta przez wicher krtko zahucza i usta. Ociae spojrzenie weszo w gb tego szeregu sal, cicho, sennie drzemicych w rozkoszy. Naok byo cicho jak w wityni.

I oto niespodzianie gdzie za trzecimi drzwiami rozleg si miech, w jedyny na ziemi... Rafa zakry twarz domi i sucha w zachwycie. Liczne, wesoe gosy jak burza zbliay si, a wreszcie zabrzmiay w ssiednim saloniku. Puchylone drzwi daway Rafaowi mono uczestniczenia w tym, co si tam dziao. Jak wiosenne gdziolenie ptakw pieway radosne, drgajce yciem, zdrowiem, weselem okrzyki najmodszych sistr ksicia, ich towarzyszek i przyjaciek. Jedna z nich woaa:

 Koniecznie jeux de socit! Koniecznie... Jeux desprit  to nudne. Zupenie jak lekcja gramatyki.

 Jak to? Le secrtaire?

 Nie, nie! Jeux desprit, jeux dexercice  to zupene lekcje.

 Wic dobrze...

 A moe by najlepiej  Jeux de poules. Co mylicie? Na przykad: Chnif-chnof-chnorum? Co?

 Nie, nie! Jeux de socit!  domagaa si ksiniczka Elbieta kaprynym gosem, roztopionym w miechu.

 No, wic dobrze... Decydujmy!

 Zaczynamy...

 Czy s wszyscy?

 Kto si spni, sam sobie win przypisze.

 Bawimy si...  Mwcie! Co kto yczy?

 Ja proponuj Le corbillon...  ozwa si gos pierwszy.

 Ja Les propos interrompus...

 Monsieur le Cur!

 La toilette.

 Czekajcie, czekajcie! Tyle da... Gosujmy jak na sejmiku.

 Ja chc koniecznie  l'Avocat. Koniecznie, bardzo koniecznie ! ...

 Kto jest za Avocat?

 Nie, nie! Avocat to nieprzyjemne. Lepiej ju La toilette albo Combien vaut l'orge?

 A moe by Le Capucin? To zabawne. Pamitacie Kamila w postaci capuchon, a Cecylk jako la barbe?

 Sprbujmy naprzd La toilette.

 No, dobrze! La toilette! Wszyscy si zgadzaj?

 Wszyscy...

 Wszyscy!

 Tout le monde est assis...

 Ju jestem gotw!

 Ja bd le miroir... Lubi, eby we mnie patrzono  cha-cha!...

 Ja la bote ? rouge...

 Skryta, skryta buatka!...

 Ja la bote ? poudre...

 Eli bdzie la bote ? mouches...

 A Kamil  le flacon!

 Ach, to wyborne, Kamilek  le flacon!

 Cecylka, czekajcie, czekajcie: Le faux chignon...

 Gabriel  le fer ? friser.

Rafa, ogarnity przez ciekawo, zapomnia, gdzie jest. nio mu si, e i on uczestniczy w tej zabawie. Siedzc nieruchomo w swoim fotelu, widzia w szczelinie midzy nie domknitymi poowami drzwi rodek salonu, gdzie liczne dorastajce panienki z twarzami cherubinw, otulone w lekkie muliny i gazy zsuny szczelnie mae fotele i utworzyy zwarte koo. Nogi ich, ustawione na dywanie, niecierpliwiy si, oczy rozsypyway iskry, z ust sfruwa miech, a obnaone ramiona podnosio gwatowne drenie. Dwiczny gos najmodszego ksicia Kamila rozlega si jak delikatny rozkaz:

 Madame demande son ter ? friser!

Kto zerwa si z miejsca, a zaja je osoba stojca na rodku.

 Madame demande son faux chignon!

Znowu szelest i miechy.

 Madame demande son miroir!

 Madame demande toute la toilette!  zawoa ksi Kamil.

Foteliki rozsuny si na wsze strony i tout le monde z wrzaw, szelestem i miechem przemienia miejsca. Oklaski i miechy jak grad obsypay jedn z uczestniczek, ktra zostaa w kole.

Rafa nie spostrzeg si, kiedy nie domknite drzwi szybko si otwary. Ksiniczka Elbieta wybiega z nich i stana na progu. Spostrzega bya wida Rafaa do ju dawno, ale nie przestawaa mia si. Uczynia to dlatego, jak si domyla, aeby da mu pozna, e ledwie go widzi. Wsta niezgrabnym ruchem, ukoni si z sandomiersk (od strony Klimontowa) elegancj, co nawet wymamrota, czego by sam nie umia powtrzy raz drugi. Ksiniczka przez chwil na kogo jak gdyby czekaa... Nikt nie nadchodzi. Przeliczna, niewiarogodnie urocza, nie miaa si ju. Rysy jej zmieniy si do niepoznania. Twarz przybraa wyraz chodu i powagi, ale nie wyuczony, nie chwilowy, och, nie! Rafa uczu si tym wyrazem zmiadony, zabity na duszy. Uczu t instynktown dum, wyniose, obojtne spojrzenie i, co najgorsza, w grzeczny, askawy, paski umiech, gdy z wolna odwrcia si i wysza do ssiedniego pokoju zamykajc drzwi za sob. Przepyn przed nim widok licznej szyi i ramion  lekka odkrytych, wzniesionej gowy, na ktrej kady wos by nici lnicego zota. Wwczas przez chwil czu co bardziej jeszcze ni w miech cudzego, nieprzeamanego, wrogiego w swych piersiach. Skoczy ku niej, chwyci rkoma to krlewskie, mikkie zoto. Rzuci j przed siebie na kolana...

Sta obok swego fotela jak na pytach rozpalonego elaza. Wyszedby by, wylecia stamtd bez czapki, jak wwczas ze szk, ale na myl, e moe si jeszcze spotka z t pann, e jeszcze raz, w taki sam sposb, moe jej osob swoj przerwa miech, zepsu chwil radoci, nie mg si ruszy z miejsca. Spojrza na swe buty, na rkawy kubraka i znowu usysza w sobie wybuch dwigajcy si z samego dna. Sta tak dugo, wpychajc sobie ohydn wzgard w piersi, gdy wtem drzwi boczne uchyliy si. Sta w nich ksi Gintut. Na ustach-mia pumiech taki sam jak siostra. Ruchem grzecznym, ale przewidujcym chwile duej nudy, wezwa Rafaa do pokoju, z ktrego wyszed przed chwil, i wskaza mu miejsce. Sam chodzi chwil tam i sam.

 Czy wapan pisae do rodzicw o mierci brata? -zapyta nareszcie.

 Pisaem.

 Jednak nikt nie przyjecha?

 Nikt.

 A jake wapan sdzisz: czy przyjad pniej?

 Nie zdaje mi si. Mam zamiar odesa rzeczy pozostae po bracie do domu...

 Tak, tak! To bdzie najlepiej. Co si da, na miejscu sprzeda. Ja wydam mojemu komisarzowi polecenie, eby ta sprzeda... A moe ju wydaem?... Zaraz sobie przypomn... A sam nie jed. Zosta tu lepiej, u mnie. Przyjrzysz si troch wiatu, pniej zobaczymy, jak i co. Nieprawda?

Rafa skoni si pokornie.

 Trzeba tylko  mwi ksi zniecierpliwiony i prdkim gosem  ogarn si, ubra po ludzku. Tak nie sposb! Jak to ju mwiem, brat wapana ma, to jest mia u mnie pienidze. Poyczy mi sum... Wee je sobie, t troch uciuanych dusiw, i spraw odzienie podug mody i naszego tu zwyczaju... To tam marszaek...

Mwic to ksi zarumieni si z lekka, wydoby z otwartej szuflady biurka sakiewk ze zotem i poda j Rafaowi. Chwil trwao kopotliwe milczenie. Wreszcie ksi, jakby ocigajc si, rzek znowu:

 Brat waci by mi przyjacielem i powiernikiem za dawniejszych lat suby obozowej. Dlatego to dyskursy nasze miay nieraz charakter ostry dla tych, ktrzy nie znali bliskiego stosunku. Moe to i waci wydao si niemiym, em do ostro, do cierpko przymawia bratu... wtedy...

Rafa trwoliwie, na poy potakujco, na poy przeczc, co mrukn.

 Nie trzeba o tym w ogle mwi z nikim...  z cicha rzek ksi  bo to ludzie zaraz by roznieli po wiecie, jakobymy si z nieboszczykiem pornili. Sam wa wiesz, e rozstalimy si w zgodzie, aczkolwiek dyskutujc...

Rafa znowu niewyranie potwierdzi.

 Nade wszystko nie naley nic mwi rodzicom, unika wszelkich ekswisceracji w tym przedmiocie. Mogliby w alu wyobrazi sobie...

 O, ja nic, moci ksi...

 Tak, tak  rzek pan umiechajc si dziwacznie.  Gdy si wa pobawisz i poznasz nieco wiata, sam si przekonasz, em dobrze radzi zmaremu.

Zamilk i z wolna licznymi ruchy zacz chodzi po kobiercu tam i z powrotem. Przez chwil zatrzyma si u otwartego okna i patrza w gb dzikiego ogrodu.

 Kochaem go...  rzek cicho.  Ju go nie ma na wiecie. Horror, horror! Nie dopowiedziana sentencja, nie wyoony ostatni, najdobitniejszy efekt prawdy, a jego ju nie ma. Ju go nie ma wcale! Ani nie zaprzeczy, ani tymi oczyma, co to... nie spojrzy. Ani po swojemu nie zmilczy. Garsteczka popiou i tyle. Och, Boe!

Podnis na Rafaa oczy szklane i twarz porznit nagymi bruzdami, starsz o wiele, wiele lat. Chwil tak przyglda mu si z uwag, jakby teraz dopiero spostrzeg, e tu kto stoi i e go sucha. Umiechn si wreszcie owym umiechem wdzianym na twarz jak maska, umiechem przyj. Czeka.

Modzieniec zrozumia, e moe nareszcie odej. Ukoni si ruchem pewnym, zgrabniejszym daleko bardziej ni poprzednio, i ciskajc w rce gar dukatw w jedwabnej sakiewce, peen wzruszenia szed przez wspaniae sale.


 Egzekucja
ycie w Grudnie pyno jak romans ciekawy, z dnia na dzie przyjemniejszy. Polowania na zwierza w lasach, na kaczki w odziach, na bekasy, dubelty, kszyki z wyami, konne wycieczki caym dworem, harce po boniach  oto byy zajcia codzienne. Kiedy niekiedy zjedano olbrzymi hurm ludzi do pierwszego lepszego dworku dzierawcy, zjadano wszystkie zapasy ywnoci i, namiawszy si do sytu z prostactwa, co ko skoczy ruszano dalej. Francuzi i Francuzki goszczcy u ksicia nudzili si pomimo to wszystko. Wieczorami grywano w karty, nieraz do pna. Siostry ksicia Gintuta uczyy si jeszcze i. niby to pozostaway pod cisym dozorem Francuzic-nauczycielek, ale bray udzia we wszelkich zabawach. Rafa, odziany w modny fraczek, w obcise piaskowego koloru ineksprymable, wysoki kapelusz i wiecce buty z twardymi cholewkami, uczestniczy we wszystkim na prawach niby gocia, niby domownika. Dopuszczano go z lekka do towarzystwa, ale czasami posano tu i owdzie albo wyrczono si nim w potrzebie. On godzi si na wszystko. y tu, oddycha, upaja si wolnoci. Nigdy przez jego gow nie wion cie pytania: co bdzie dalej? Bez myli o tym wiedzia jedno, e nie wrci do domu z Grudna! Przenigdy! By tu u siebie, na swej drodze. Szed naprzd z zadart gow  i kwita. Kady dzie, kady wypadek zblia go, czy, zespala z now krain. A co raz posiad, tego adna ju potga nie byaby w stanie wydrze mu z pazurw. Uczy si form towarzyskich, mowy francuskiej, zwyczajw, regu ycia, zabaw, metod wybryku, ksztatw modnego kaprysu, kultury zepsucia. Kocha swoj izb, ubranie, konia, na ktrym jedzi zazwyczaj -i ksicia. Mniej lubi modszych jego braci, ktrzy do wzgardliwie na spogldali, chocia strzegli si wyjawienia niechci. Jeden by rwienikiem Rafaa i ten wanie by najnieprzystpniejszy.

Przy kocu sierpnia, po niwach, weszy w mod codzienne prawie jazdy konno. Nad wieczorem siodano wszystkie konie wierzchowe i kto yw dosiada pysznych rumakw. Rafa mia cigego gniadego anglika. atwo mu byo na nim trzyma si w pobliu ksiniczki Elbiety.

Nie kocha si w niej, och nie! Mona by prdzej powiedzie, e jej nienawidzi. Jej radosny, szczliwy miech odbiera mu sen i dusz ca napenia zimn namitnoci. Z niewymownym szczciem byby pochwyci i na zawsze zapamita jaki w niej szczeg brzydoty, co, co by napenio wyran odraz. Ale nie byo takiego nic.

Bya cudowna. Co gorsza, co nieznoniejsza, mylami jej obj nie mg ani ogarn wyobraeniem. Cigle bya poza jego wiedz, wci coraz bardziej odmienna w swym czarodziejstwie. Jeeli wyuczy si ju jakiego jej przymiotu i mg do woli wymiewa z niego w gbi siebie, nagle zjawiaa si z czym innym, czego jeszcze na ziemi nie byo, z umiechem niebiaskim, p smutnym, p litosnym, z jakim cichym dumaniem, przez ktre agodny mrok pyn jak cie biaej chmurki przez lazurow wod jeziora. Z jak rozkosz byby j za to rozszarpa, z jak nienawici zdusiby pocaunkami owe zaziemskie troski i radoci prawdziwie anielskie! Marzy o niej cigle. Szed z ni zawsze przez jakie knieje, gdzie noga ludzka nie postaa, gdzie tylko ona i on... I tchu mu w piersiach nie stawao na sam myl o tym, co do niej mwi.

Widzia wwczas strach na jej twarzy, przeraliwy okrzyk z ust jej wyrywa i sysza go z upojeniem, fruwajcy wkoo gowy. Przy stole nigdy otwarcie nie patrza w jej stron, ale w kadej chwili ledzi j tajemnie. Na spacerach stara si by w pobliu, ale nie udao mu si nigdy przemwi do niej jednego wyrazu. Z dala odpowiadaa na jego gboki i pokorny ukon. Pomimo jednak, e zdawaa si nie zwraca na jego osob uwagi, skoro tylko si skoni, spostrzega ten ruch i z martw grzecznoci, wyniole, oddawaa mu dalekie skinienie gow. Nigdy si nie odwrcia w t stron, gdzie by, ale on doskonale wiedzia, e caa jej osoba uczuwa jego obecno, e osobliwe cienie przepywaj przez t twarz i e w szczeglny sposb widz jego figur, jeli nie oczy, to jak gdyby spuszczone powieki. Rzadko kiedy bdzce po tumie spojrzenie przesuno si i po nim take. Wtedy czu gagask uciech, rozkosz kradziey, tryumf zdobywcy. Zawsze czysty miech ksiniczki zmienia si w tonie, kiedy Rafa by blisko, zmienia si tak samo jak wwczas u drzwi salonu. Nie brzmia jui jak samo szczcie, lecz zowrogo dwicza jak straszny krzyk wzgardy. Tak byo za dnia. Nocami Rafa bka si po alei, ktra od jego domku sza w ogrd. Przesycony wariack ambicj, nadty dzami, peen namitnoci wybujaych a do szalestwa, pi si coraz wyej i wyej. Zuchwalstwo rozparo si w nim tak dalece, e ksiniczka, pani przemona z tego domu, siostra rodzona ksicia, staa mu cigle w oczach. By tak przearty od wewntrznego ognia, e swe sny i furie poczytywa za rzeczywisto. Ile to razy czeka w ustroni szpaleru podczas ksiycowych nocy, ufajc, e ona musi -zna jego mczarnie, e takie same czuje i e w to miejsce przyjdzie wiedziona przezciemnego anioa! A gdy chodna, sierpniowa noc mijaa, gdy oszalay od wewntrznych szlocha wraca do izby, ksa poduszk, dusi si i zanosi od alu: Kilkakro tylko gocia w jego gowie myl, e wszystkie te zajcia ducha s zudzeniem. Moe ksiniczka wcale nie wie o jego egzystencji. Wtedy zaciska picie i zdolen by rwa wosy z gowy. Traf zrzdzi, e si przekona o prawdzie.

Ksiniczka Elbieta jedzia konno jak amazonka. Na siodle posta jej o agodnych i wolnych ruchach przeobraaa si jakby w modego chopca z gestami zdecydowanymi, nagymi, piorunowymi. Angielski rebiec Unreclaimed, na ktrym jedzia, lnicy kasztan o nogach ze stali a miniach z elaza, szed przodem w kadym wycigu. Pod jesie, gdy otworzyy si rozlege cierniska, urzdzano te gonitwy bardzo czsto.

Pewnego dnia wypada gromadna wyprawa wanie w okolice Wygnanki, gdzie zmar brat Rafaa. Wzi w tej zabawie udzia ksi i jego siostry. Rafa niechtnie zblia si do tych miejsc; ktre mu przypominay sprawy odrzucone z niedbalstwem. Jecha wszake w pobliu ksiniczki. Na jednym z pagrkw otaczajcych rozleg paszczyzn towarzystwo zatrzymao si. Po deszczach do dugotrwaych dzie by jak wiosenny, peen woni jaowcu, wrzosu i macierzanki. Bkit nieba okrywa si co chwila obokami icie wiosennymi, ktre byy delikatne i urocze jak wosy dwuletniego dziecka. Gdy cae towarzystwo zajte rozmow skupio si w pewnym miejscu, kilka osb zjechao niej ku polom. Ksiniczka chciaa puci konia i zwracaa si z daniem towarzyszenia jej to do tego, to do owego z jedcw. Ale modzi jej bracia i kuzyni byli znueni. Wreszcie dwu z nich pucio w skok wierzchowce. Midzy nimi Rafa, ktrego nikt nie wzywa, skoczy niby to poniesiony przez konia. Anglik ksiniczki, rozgrzany, odsadza si coraz bardziej; nis coraz wcieklej, wreszcie poszed w lot niepohamowany. Mczyni zostali w tyle. Wpadli na szerok wyboist drog, ktra prowadzia do brzozowego lasu. Rafa pocz smaga swego gniadosza i gna co tchu. Spostrzeg, e ksiniczka usiuje osadzi Unreclaimeda, e szarpie si z nim nadaremnie. Wtedy podwoi ciosy i w lesie, ju na gocicu, zacz si do niej zblia. Ale szybkobiegacz amazonki, cho zdarty munsztukiem, rwa jeszcze skokami, od ktrych boto na obie strony pierzchao w las. Rafa widzia ju tylko lnice kby konia, aksamitny kapelusz i zote wosy. Krew w nim kipiaa. W pewnej chwili usysza gos ksiniczki, jakby wzywajcy na pomoc. Usysza to raz, drugi. Wwczas co mocy w rku cign konia szpicrut i w kilkunastu susach dopad. Zrwna si z ni. Ujrzaa go zdumiona, wielkimi oczyma. Ale i on pierwszy raz utopi w ni dzib i pazury oczu. Czu to, e j przeszywa potnym, licznym wzrokiem.

Poprg!  krzykna, ca piersi i ustami chwytajc oddech.

Jednym zamachem chwyci cugle jej konia, zdar go i osadzi. Ogiery otary si o siebie, a nogi ksiniczki arem owiony nogi jedca. Wwczas czartowskim podbechtaniem wiedziony schyli si i obiema rkami porwa cudown dziewczyn. Chwil mia jej wosy na chciwych ustach, a ramiona i piersi na piersiach...

Ale z naga stao si z nim co niesychanego. Ksiniczka porwaa si jak byskawica. Uczu tylko, e si dwigna na siodle.

 Imbcile! krzykna przez zwarte zby i zadaa mu przez pysk cios szpicrut tak niesychany, e mu si ciemno w oczach zrobio, a w uszach rozleg si dzwon. Zlecia z konia.

Pierwszym jego czynem, kiedy przetar powieki, byo skoczy na siodo. Ksiniczka Elbieta znika, Sysza tylko za brzozami huk, ttent kopyt jej konia i lepki szelest roztrcanego bota. Wcieky bl od czoa a do brody w pobliu nosa targa mu twarz. Rozpacz runa na niego jak ciana kamiennego domu. C dalej? ciga j i zabi, czy ucieka? Chwil jecha trupiomartwy, jakby go przed chwil rozstrzelano. Kiedy noga za nog posuwajc si naprzd wybrn z lasu, zobaczy cae towarzystwo na skraju. Nie byo sposobu ucieka. Wwczas zostao ju tylko cyniczne, czerstwe mstwo. Tote wolno podjecha do zbliajcej si czeredy. Obok ksicia Gintuta jechaa ksiniczka. Rafa raz tylko rzuci na ni okiem.

 A wasan skd przywozisz tak prg?  ze miechem zawoa ksi, gdy si o kilka krokw zbliyli.

 Wina to siostry ksicia pana...  rzek Rafa.

 Jakime to sposobem wina mej siostry?

 Kiedy dopdzaem Unreclaimeda, pragnc wstrzyma... przelatywalimy obok drzewa. Ksiniczka odgia ga brzozy i askawie pucia j na mnie.

 Ot i masz nagrod za galanteri! Tak to fortuna opaca wysugiwanie si biaogowom!

Ksiniczka w milczeniu, ze spuszczonymi oczyma, suchaa opowiadania Rafaa. Gdy skoczy, parskna krtkim wzgardliwym miechem i odwrciwszy konia odjechaa.

Ksi tkn konia obcasem i przysun si bliej do kamcy. Wtedy krew z wolna ustawa zacza w jego yach. Czeka blady i zimny jak na mier. Przemkno mu przez gow widmo ojca. Tymczasem ksi natar na koniem i rzek pgono:

 Jeste wapan cay w bocie zawalany. Przyznaj si: spade z konia? co? prawda?

 Ale gdzie tam!

 Daj no pokj! Skocz, prosz ci, do Chuki, wszak go znasz?

 Znam...

 Oczy si, obmyj, bo ci wezm na jzyki i wymiej. My wracamy do Grudna. Powiem wszystkim, em ci posa na Wygnank w swoim interesie.

 Sucham ksicia...

 Z daleka oddaj towarzystwu walet, jak gdyby nigdy nic, i ruszaj. Wr wieczorem o zmroku. Twarz na noc ob wod... Adieu...

Nic nie powiedziaa  myla Rafa z niewymown rozkosz. Zadrgaa w nim jak gdyby struna; wypiewa si krtki, osobliwy gos i upad w nico.

Nic nie rzeka, ani wyrazu...  marzy odjedajc. Popdzi w przeciwn stron, ku Wygnance. Gdy si pode wsie obejrza, ju mu kawalkada grudzieska znika z oczu. Ostrym kusem mija wiosk.

Chaupy wociaskie ze zmurszaego drzewa, kryte gontem, jak ebracze achmany wycigay si wzdu drogi. Najlichsza z nich, krzywa i rozsypujca z siebie prchno, bya siedliskiem starego yda, Urysia. Sam krzywonogi ydowin sta przede drzwiami i patrza w stron dworu z takim przeraeniem, e nawet pdzcego Rafaa nie dojrza. Inne chaupy byy poroztwierane i puste. Dopiero na kocu wioski wida byo zbiegowisko ludzi. Z kolein drogi podnosia si tam kurzawa, a w niej migay jakie figury. Krzyk dolatywa. Chargot chopstwa... W pewnej chwili przebiega obok jedca stara jaka baba, umykajca w popochu, z bekiem i z gonymi sowami pacierza w drcych, sczerniaych, wywidych wargach. Dalej wpady pod nogi koskie dzieci czarne, zeschym gnojem okryte, a rozpierzche jak stado sposzonych wrbli. Gdy Rafa blisko podjecha do koca wioszczyny, ujrza w kbach pyu huzarw austriackich. Kilku siedziao na koniach, trzymajc cugle wierzchowcw, z ktrych zsiedli towarzysze. Tamci uwijali si w tumie posplstwa. Chopi tworzyli koo wzburzone, kipice stumionym gwarem. Rafa nie mg si przecisn, gdy cae opotki byy zapchane przez lud i konie. Pilno mu byo do dworu, ale zmuszony by wstrzyma si, zwrci uwag. Sign z konia i pocign za rami pierwszego czeczyn z brzegu:

 Ojciec, a co si to tu robi?

Podnis na niego oczy spod obdartego, zgniego ju kapelusza ze somy czowiek stary tak bardzo, e by istotnym grzybem.

 H?  wymiamla.  Nie sysz...

 Co si to tu dzieje?

 Gadaj, mali gada, bo nie sysz:..

 Czeg was tu taka kupa?

w stary, trzscy si dziad trci w bok ssiada i wskaza mu Rafaa. Sam znowu wlepi w rodek koa oczy wygnie, stuletni pewno mzg i stuletni umiech obojtnoci. Tamten drugi spojrza bdnymi oczyma, jakby go dopiero co zbudzono ze snu. Po chwili ockn si i rzek:

 A to, prosz aski panicza, onierze chopa bij.

 Za co go bij?

 A no... gzekucja i tyla.

 Ale za co go bij?

 Za to go bij, e, prosz aski panicza, na paskie nie chce wychodzi i wie bontuje. Pada, e my som niby wolne. A tu sam pokaza, jaki to... Cie wy, moi ludzie...

Rafa ruszy koniem, rozepchn motoch i wjecha dalej. Ujrza pospne, guche i nieme twarze onierzy. Wejrzenia ich kamienne stay wkoo jak nastawione bagnety. Rafa stan w strzemionach i przez gowy otaczajcych, midzy wysokimi czapami, zobaczy twarz Michcika. Chop sta obdarty ze szmat, pnagi, z koszul rozerwan, z odkrytymi piersiami. eb jego by rozkudany i osuty kurzaw drogi. Wosy wisiay mokrymi, skrwawionymi strzpami. Z rozbitej czaszki, z nosa, z ust krew cieka. Wargi mia czarne, oczy podbite i zamknite, policzki sine od zniewag.

Wleko si krwawe, wyczekujce milczenie. Tylko dokoa lud wci midzy sob gada; gada, gada...

 No, Michcik, ostatni raz si pytam... -rzek jaki czowiek w urzdowym kaszkiecie.

Chop milcza.

 Michcik, upamitaj si, na rany Pana naszego Jezusa Chrystusa, bo jeszcze jedna chwila, i klamka -napadnie. Pjdziesz w onierze, jak amen w pacierzu. Na oczy wicej tej oto Wygnanki nie obaczysz. Ja ci to mwi, mandatariusz ci to mwi. Pan Chuka to teraz jest twj prawowity pan. C ty, czowieku? Na pana swego rk podnis? Na paskie wychod, jak Bg wszechmogcy przykaza, danin oddaj, jak wite prawo kae  i nikt na ci palca nie zakrzywi. Jeszcze jedna chwila oporu, i rozgniewa si w sercu swym pan Chuka, da ci na wieczny czas w kamasze, jak amen w pacierzu. Ja ci to mwi, mandatariusz ci to mwi!

Nastao znowu milczenie.

elazne oczy onierzy zawisy nad Michcikiem. Kady z nich trzyma w rku laskowy kij ogoocony z lici. Gwar chopski ucich. Na dany znak pierwszy onierz z brzegu chwyci Michcika za rce. Ale skazaniec odepchn go od siebie jednym podwigniciem ramienia i, jakby do niego tylko kierujc mow, w niego wlepiajc bielma zabitych oczu swoich, zacz jka si z przeraliwym krzykiem:

 Pod Na... pod Na... suyem... psiekrwie... Miemce!... Szanuj mi, psie! onierza! W bitwach, w bitwachem-em be, psiekrwie! W omi! Pod Kozubowem...

Na dany znak chwycono go za bary, z tyu poderwano mu nogi, rzucono na ziemi. Wzniosy si kije i zaczy wista a rypa. Co chwila Michcik zrywa si z ziemi z krzykiem coraz straszniejszym. Nie sycha ju byo sw, ktre z krwawych jego ust leciay, tylko sylaby jakie porozdzierane. Rafa rozumia je dobrze. Sysza, e Michcik wzywa nadaremnie brata, i to zdanie w strzpach wci powracajce:

 Szanuj mi, psie, czowieka wolnego!

yy Rafaa ulegy zacinieniu, a krew ich zamienia si w dziki pomie. Oczy olepy i widzie nie chciay. Ucho byo z drewna. Wzgarda wzgldem wszystkich rzeczy wiata, do tego chopa, do siebie, owiona go od stp do gowy jak fetor nie do zniesienia. Wspomnienie ciosu szpicrut werzno si we nagle z ca potg towarzyszcych mu myli i niewysowiona rozpacz wwalia si do serca. To, co mia przed oczyma, to, co wamywao si w uszy, pomnaao tylko od chwili do chwili bezdenne i guche obszary ndznej boleci. w dawny chichot, wyamujcy si z poncych bebechw wciekoci, zatrzs nim caym. Ko, szarpnity z caej siy, cofn si i a przysiad na zadzie. Rafa nawrci go, wydoby si z tumu i jecha z powrotem t sam drog, ku Grudnu. Sysza, mijajc wie, e kto za nim biegnie, jczy i skamle o pomoc dla Michcika, ujrza nawet szar twarz yda Uriasza, ale sabo rozumia, co bekoce szlochajc ten mizerny twr. W oku, w kcie ust, w policzku, w czole wzmaga si narywajcy bl od cicia szpicrut. Gow mia pen dymu, w kociach paajce zarzewie, a przed ca dusz jakby d wykopany.

Soce zachodzio za lasy. Ko szed noga za nog. Rafa go nie popdza. By spragniony nocnej ciemnoci, jak czowiek spalony od .gorczki pragnie wody. W bezludnych polach, midzy opustoszaymi cierniami siedzia na koniu z obwisymi rkoma, patrzc w tarcz ognist. Czu, jak tego dnia uderzyo na soce caym swoim poarem. Udawa si jeszcze sercem to tam, to sam...

Brat Piotr... Michcik... Role przez nich wykarczowane... Dwiga rk cik jak kamie. Czu, e nic sobie pomc nie moe... Z obszarw zasanych jaowcem, ze ciernisk pachncych macierzank i cierpkimi woniami chwastw jesiennych dwigao si ku niemu owo bolesne, straszliwe szemranie chopstwa, dygota w uszach niepochwytny gwar wciekego motochu, rozjuszone skamanie, jk nie do zniesienia. Fizyczny bl w policzku przypiek go do ywego niby rozpalonym elazem. Rafa wznis szpicrut, zacz ci konia i zdziera go uzd, siek jego lnic zgit szyj, smaga mu kby i brzuch... Ko stkn gucho, wspi si, zwin w sobie i rwa z miejsca, gdy ciosy coraz wcieklejsze, obkane, spaday na jak byskawice, a munsztuk nie popuszcza...


 Chiesa Aurea
Na jesieni roku 1797 ksi Gintut jako tako zaatwi obowizki gowy rodziny i wyjecha z kraju. Siostry zaopatrzy w opiek dalekich ciotek tudzie w legion nauczycielek, dwu braci odwiz do szk publicznych w Krakowie, udzieli penomocnictwa do dziaania folwarcznego komisarzowi, a wadz kierownicz nad interesami zla na krakowskiego mecenasa Dorszta. W tym samym czasie pozby si z domu wielu rezydentw, a midzy innymi Rafaa. Przyda ostatniego za pewien rodzaj towarzysza braciom. Przy protekcji paskiej udao si, z cik wprawdzie bied, tyle dokaza, e Olbromski zda wymagany egzamin do klasy pitej i umieszczony zosta na poetyce w liceum witej Anny. Duo trudu kosztowao ksicia uzyskanie w Wiedniu paszportu do Woch, a mianowicie do krajw Rzeczypospolitej Weneckiej, na dwr papiea, do krajw krla Piemontu, wielkiego ksicia Toskanii, ksicia Parmy i Burbonw Neapolu. Przerwana ju bya na pozr w Leoben wojna, ale tlaa jeszcze zarzewiem. Wszelako rozlege stosunki umoliwiy otrzymanie drogocennego papieru z mnstwem podpisw, winiet i pieczci. Ksi wyjecha. Chyo mija gry Styrii i Karyntii, przeduone odnogi Alp tyrolskich. Jecha wielkim, starodawnym traktem grskim, ktry przecina rzeki Saw, Draw i Mur. Dosta si nareszcie w pustyni Krasu, midzy wapienne wyniosoci i zawaliska, gdzie woda w gb ziemi ucieka, tworzc w jej onie pieczary, podziemia, jeziora i rzeki. Ten bezludny, zapadajcy si wiat kamieni peen by jeszcze wojsk republikaskich, ktre pod dowdztwem Masseny, Guieux, Chabota, Seruriera i Bernadottea z wolna cofay si ku Palma Nuova opuszczajc Gorycj i Karynti. W miejscu tym wielki trakt styka si z drogami idcymi ze wschodu. Z wyyn wida byo biae ich tamy, amice si po bezdrzewnych i bezwodnych acuchach gr. Jak oko sigo, say si po nich ruchome kurzawy, a w nich brny ku poudniowi i na zachd kolumny za kolumnami. Grskie wioseczki byy popalone i zrwnane czstokro z ziemi. Ludno witaa podrnika nieufnym, podejrzliwym okiem, wycigajc wychud rk po datek. Sowo ze sczerniaych warg padajce byo sowiaskie... Ksi nie poda bynajmniej widoku dzie Marsa, tote ile si dao zbacza z traktu wojennego i co tchu dy w stron Triestu. Sdzi, e ju wszystkie szlaki strategiczne wymin. Tymczasem na jednej z najwyszych przeczy, w miejscu spotkania si rozstajnych drg, wonica obrci si na kole, potrzsn gow i wskaza biczyskiem zbliajce si tu-tu oboki kurzawy. Nie byo sposobu ruszy dalej, gdy wojska wwaliy si z bocznej na gwn drog i zajy ca szeroko. Zatrzymano si pod wysok ska wapiennego szczytu na zakrcie drogi. Ksi wysiada wanie z powozu dla uniknicia kurzu, kiedy zza tej skay wynurzyy si pierwsze rzdy infanterii. Szli ludzie przywaleni kurzem od gw do stp, jak ruchome jego supy. Ledwie w dymach pyu wapiennego wida byo zgorzae na wgiel ich twarze, zamknite oczy, zacite usta. Szli wielkim, twardym, modym, niestrudzonym krokiem. Przesuway si w maych odstpach jedna za drug kompanie grenadierskie. Gdy ksi wzwyczai oczy do kurzu, ujrza, e ci ludzie byli oberwani, prawie bez butw. Znienacka dokuczliwy bl zarzn go do ywego... Widok kroju mundurw tych grenadierw do zudzenia przypomina dawne czasy.

 To to mundur kawalerii narodowej!  mamrota ksi. Szed batalion strzelcw odziany w achmany udzco podobne do regimentu marszakowskiego strzelcw wgierskich, w mundurach niby bkitnych z psowymi wyogami, w pozocistych giwerach z psow kit. Cignli wci, wywalajc si zza gry jakoby ze straszliwego jej ona. Wizja bolesna, sen dugi i duszcy... Widok kadego oddziau noem pada w piersi i utyka w sercu. Oto id znowu, id znowu! oskot ich krokw grzmi na tej ziemi wewntrz prne-" Regiment fizylierw, co jak regiment Dziayskich, a wreszcie regiment pierwszy imienia krlowej Jadwigi. Psowe mundury, biae kolety, biae pasy i czarne kapelusze. Wszystko to obdarte, w atach rnokolorowych, w szwach, w gaganach. Nogi pbose dzielnie i twardo wytrzymyway takt na tej nieskoczonej drodze midzy morzem a ldem, wlokc strzpy "czarnych butw niemieckich". Bro szczkaa. Obok ludzi, idcych miarowo, brny do taktu chude konie oficerw wyszych. Oni sami jak czarne znaki, rwno koyszc si, znikali w kurzawie. Na prawo i na lewo zygzakiem schodzili w gbie pustej doliny. Czarne ich widma zniky z oczu, i sama chmura pyu z wolna osiadaa na drodze. Jeszcze dugo koysaa si rytmicznie w gbi, a pniej posza w gr, na dalekie, bkitnawe pasma, we wiaty...

Ksi ockn si jak ze snu. Popdzi w swoj drog. W Triecie trafi szczliwie na odchodzcy tego dnia do Wenecji dwumasztowy okrt z pomalowanymi aglami  trabaccolo, i puci si na morze.

Ju kiedy przepywano obok fortu w. Andrzeja, na grobli Lido i u wejcia do portu Malamocco okrt poddany by nadzwyczajnie cisej rewizji. Podrnych badano jak zbirw, a ich paszporty ogldano na wszystkie sposoby. Osobliwie ksi, jako przybywajcy z Austrii, by przez celnikw francuskich obserwowany bardzo podejrzliwie. Gdy si te wszystkie ceremonie skoczyy, wyldowa wprost na may rynek. By tu za lat wczesnej modoci swej, z rodzicami, kiedy jeszcze, nosi bkitny mundur kadecki. Dzi by zupenie sam. Ojciec i matka spoczli pod ziemi. Te miejsca ukazay si teraz oczom jak widok tamtych minut, jak widok samych umarych... Mode szczcie godzin, straconych na zawsze, taio si w tych murach. Nie widzc wcale ludzi przechodzcych ksi brn przez Piazett ku kocioowi witego Marka z oczyma penymi ez, z ustami penymi sw mioci, z piersi pen westchnie i alu.

 Pax tibi, Marce...  szepta do wityni z najgbsz czci. "Zota witynia" stana przed nim znowu. ni patrzc na ni, e go niby urzd duchowy, niby trybuna sdzcy zapytuje o lata ubiege, o ycie przebyte, o szczcie odepchnite, o pogrzebane w ziemi zwoki i o cauny uczu, co je do snu wiecznego otuliy. Przywar plecami do muru Kampanili obok biaej lodiety Sansovina, skuli si i z wlepionymi w koci oczyma na dugo tam zosta. Mia wic znowu to, za czym tskni. Balustrad z kilkuset kolumn o ozdobach gotyckich, poczon z kaprynymi supami saraceskimi, nad ktr strzelaj minarety arabskie i pi jasnych kopu greckiej cerkwi. Nasyca znowu oczy widokiem przedsionka okrytego mozaikami na zotym dnie... Tam w. Marek w ubiorze biskupim, tam Zmartwychwstanie, tam Wskrzeszenie azarza... Oto chimeryczne korynckie konie nad gwnym portalem rodkowym wspinaj si i rw w wiat. Dokd? Byy ju przy pogromie Grecji i jako symbol tryumfu rway si w wiat na tryumfalnych bramach Rzymu. Byy przy upadku Rzymu i stany na tryumfalnych murach Carogrodu. Byy wiadkami zwycistwa Wenecji nad Bizancjum i stany tu, u drzwi w. Marka, na piset lat...

Nim wszed do bazyliki, ksi mia pod powiekami jasnowidzenie jej zotego wntrza, wizj cakowicie zot, pene oczy zotego mroku. Sysza w gbi swej duszy szelest sukni dawno zmarych rodzicw, echo, brzmice pod ciemnym sklepieniem, rozmowy prowadzonej midzy wonnymi dymami czci i pokory. Podnis oczy ze dreniem. Obcy ludzie snuj si naok... Wszed tedy co prdzej na mozaikowe posadzki, na owe dywany z kamienia, gdzie tylekro hulay bawany morza, e same mozaiki powyginay si na obraz fal i pian. Ale stuoka pami i tam z kadego kta, zza kadego filara wysuwaa obraz albo dwik dawno umary. Jake straszliwie patrzay teraz w przybysza wielkie, jak gdyby senne oczy samotnych witych, oczy pene smutku-niesmutku, alu-niealu, oczy pene mdroci, oczy, ktre widz przez wieki, oczy wieszcze! Ksi czu, e to od nich zstpuje ku niemu w szept niezrozumiay. Jake rozdzierajc bya mowa ich zeschych ust, prawda, ktrej wyzna nie mog, zamknita w skurczach cz i lic, w okrutnych gestach skostniaych rk. Mowa ta usiowaa wyjawi wie z tamtego wiata, wyzna straszliwe ostrzeenie, jedno i to sarno dawaa zna przez tysic lat trwoliwym spojrzeniom rzesz ludzkich, ktre tu przychodziy ze wszystkich koczyn ziemi. Zdawao si, e gbokie uki, arkady, sklepienia i kopuy nad filarami, odzianymi w polerowany, ciemnoczerwony marmur, arz si i wiec wasnym zarzewiem zotym, ktre wybucha ze cian, gdzie w czworograniastych supach przepala si czarodziejski ogie grecki.

Ksi bka si po wityni z miejsca na miejsce, wodzc po twardych liniach bizantyjskich przymruonymi oczyma. Jake si to dokonao, e wszystko naok jest takie samo jak za poranku jego modoci, a on sam... Gdzie si podzia modzieniec, ktry to widzia pierwszy raz? Nie ma go ju. Ten, co oglda to samo, to inny zgoa czowiek. Radosne uczucia tamtego przeistoczyy si w strupieszay al, podobnie jak w trupa przeistacza si ywy czowiek. I oto rozszerzy si al. zabrzmia niesychanym, zawiatowym echem, na podobiestwo gosu rozlegajcego si pod sklepieniem chrzcielnicy w Pizie. Gdzie si podziay ludy z ich wol, czynem i spraw Gdzie pastwa ich i krlowie? witynia ta staa ju taka sama, kiedy Mieszko I na tron wstpowa. Zostaa taka sama... Przeszli tdy rycerze idcy odbiera grb Chrystusowy. Tu, na kamieniach przedsionka, Fryderyk Barbarossa klcza u stp papiea. Niezliczone tryumfy weneckiego ludu nad Genu, Konstantynopolem, Vicenz, Weron, Belluno, Padw, Bergamo, Istri, Dalmacj, More, Kandi, Cyprem i wysp Lemnos, nad caym carogrodzkim morzem...

 Przeye i sw Wenecj, wity Marku...  zamia si wdrowiec patrzc z niecn radoci w mroczne gbie kocioa.  odak francuski zerwa z masztw twoje szkaratne chorgwie, wiszce w chwale od czasw Henryka Dandolo, roztrci skrzydlatego lwa...

Poruszony do samej gbi ducha wyszed z kocioa. Uderzya go, jak nieznony ciar, myl o zwycistwie francuskim.

Widzia w marzeniu pust lagun, zalewisko zgniych wysp, gdzie krlowa przypyw morza. Lud uciekajcy przed dzicz Attyk stworzy tu ludzkie siedlisko. W cigu trzynastu wiekw potomkowie tych, co tu przybyli, wbijaj w mu miliony dbowych palw, na nich wznosz blisko trzydzieci tysicy domw, czterdzieci rynkw; przywo z dalekich gr ciosany granit, czerwony, biay i ty marmur, wycieaj kamieniem czterysta kanaw, dwigaj blisko piset mostw z marmuru. W miecie tym wyrasta niezmierna liczba wity i paacw, wykwita biblioteka Sansovina, Prokuracje, Kampanila, paac dow i sama owa bazylika. Niestrudzeni eglarze, waleczni onierze, najprzemylniejsi kupcy zwo w darze dla witego Marka wszystko, co gdziekolwiek byo cennego. Z Egiptu, Grecji, Bizancjum  kolumny z porfiru i serpentyny, alabastry, wazy, paskorzeby egipskie, snycerskie dziea Persw, supy z mistycznym pismem ze wityni Saba w Akrze. Wydali ze , swego ona niezliczony poczet artystw a do wielkiego Tycjana, byli szerzycielami umiejtnoci i kunsztw... I oto jednego dnia przybywa z ziemi twardej samotrze w gondoli adiutant francuskiego generaa, sam jeden z nakryt gow wstpuje na "olbrzymie" i na "zote" schody i wchodzi na posiedzenie Wielkiej Rady, do sali, skd suchay wyrokw dalekie ludy morza, podniesionym gosem odczytuje w obliczu doy i wszystkiej Wenecji list zwiastujcy wojn, a waciwie deklaracj zniszczenia ich ojczyzny, ktr tyle pokole wasnymi rkoma zdziaao...

W par tygodni pniej zota ksiga ponie u podna drzewa wolnoci, doa chroni si do swego domu, a patriarcha Giovanelli asystuje przy ceremonii zniszczenia ustaw Wenecji i zanosi do Boga mody...

Wyszedszy na, plac ksi otoczony zosta przez tum natrtnych przewodnikw. Ci wskazywali mu jeden przed drugim wie zegarow. Rzuci okiem i spostrzeg to, z czym tak uporczywie chcieli go zaznajomi. Na karcie ksigi, ktr trzyma przez wieki zoty w bkitnym polu lew Wenecji, zmazane byy sowa: Pax tibi, Marce, Evangeliste meus! i wyryte inne: Droits de Ihomme et du citoyen. Inni, podkrelajc stokrotnie dowcip gondolierski, e nareszcie po tylu latach zoty lew odwrci jedn kart swej ksigi, wskazywali rozpoczte z rozkazu "wielkiego generaa" budowanie Fabrica nuova, ktre miao zamkn plac w. Marka i w jedn cao zczy Prokuracje. Bito tam w kana pale, wznosiy si rusztowania. Ksi odpdzi zgraj i z wybrzea Piazetty popyn w gondoli do hoteliku, dokd ju by rzeczy odesa.

Tego jeszcze dnia zacz skada wizyty w celu poznania stanu rzeczy. czyo go dalekie po przodkach kuzynostwo z jedn rodzin magnack Wenecji. Skorzysta z tego i odnowi znajomo zawart czasu pierwszej z rodzicami bytnoci. By przyjty bardziej yczliwie, bardziej gorco, ni przewidywa. Due jeszcze koatao si w pywajcym miecie zgromadzenie emigrantw francuskich, ktrzy szukali tutaj nie tylko schronienia przed motochem swej ojczyzny, ale rwnie rozniecali namitnoci patrycjatu weneckiego przeciwko Francji, jej rzdowi, generaowi i niezwycionej armii. W chwili gdy ksi Gintut stan w tym miecie, emigracja francuska zabieraa si do odwrotu... Sceny paryskie powtrzyy si na placu w. Marka i na mocie Rialto. Lud przez pi wiekw, od czasw doy Piotra Gradenigo, praw pozbawiony, pozbawi praw szlacht i sam, w osobach szedziesiciu przedstawicieli, zasiada w sali di Pregadi i w Cedrowej, i w izbie Rady Dziesiciu, a nawet w izbie, gdzie zasiadali Inquisitori di stato. Ludwik Manim skry si w zaciszu domowym po wzruszeniach pierwszego i szesnastego maja. Eks-prokurator Franciszek Pesaro, ogoszony za wroga ojczyzny, wygnany zosta z kraju. Lud, rzdzcy pod oson bagnetw francuskich, zadekretowa przede wszystkim otwarcie wizie  zarwno Pod Oowianym Dachem, jak Pod Wod  oraz zniszczenie Inkwizycji Stanu. Trzso si po placach, tawernach, kawiarniach i gondolach od powieci o winiu, ktry mia w lochach przeby czterdzieci trzy lata. Tote na gmachu Prigioni widnia teraz napis: "Wizienia barbarzystwa tryumwiratu arystokratycznego, zniszczone przez municypalno tymczasow Wenecji w roku pierwszym wolnoci woskiej, 25 maja 1797 roku". Wszystkie te szczegy jak grad sypay si na przybysza podczas jednego z zebra towarzyskich w paacu Morosini. Zdawao si, e pozbawieni wadzy chlubi si tym wszystkim, co rozpowiadali. Dawao to sposobno do niezrwnanych dowcipw, wietnych drwin z motochu rozsiadajcego si w paacu, a nawet do rzewnych legend. Jake doskonale natrzsano si z sekretnych artykuw "podyktowanych" w Mediolanie 16 maja, a szczeglnie z pitego punktu, ktry da wydania dwudziestu najprzedniejszych obrazw i piciuset manuskryptw! Z dum i wzgard istotnych patrycjuszw lono dowcipami ow aroczno republikask, ktra za nic zdzieraa z miasta sze milionw kontrybucji, trzy statki wojenne i dwie fregaty z zaog. Jedni rozpowiadali z najdrobniejszymi szczegami o zajciu fortu witego Andrzeja, Chiozzy, arsenau i waniejszych punktw przez cztery tysice "zaogi", o zagarniciu wadzy nad flot, o odwoaniu ministrw i wysyaniu do dworw monarszych... demokratw... Ci omieszali "traktat" za zniesienie kary mierci, tamci za otwarcie wizie, skasowanie "lwiej paszczy", dziesiciu i trzech; za wywrcenie starej konstytucji, ogoszenie swobody sumienia, wolnoci prasy i zupenej amnestii...

Ksi Gintut dowiadcza zudzenia, e ju raz widzia takich ludzi za swego niedugiego ywota. Umiech wystpi na jego usta. Z uwag przysuchiwa si wszystkiemu. Patrza badawczo, jak mowie trzewi, politycy przebiegli, natury po wosku gibkie, znawcy rzeczy tego wiata, czciciele faktu dokonanego, teraz dobrowolnie udzili si, na p wiadomie przeceniali rzeczy bahe. Jeden w cigu godziny mwi o sile partii ludowej, przywizanej do witego Marka, drugi szepta o monoci sprowadzenia raz jeszcze najemnych komunikw soweskich, trzeci o koniecznoci sprbowania raz jeszcze walki, jak na mocie Rialto. Inni rozprawiali z zapaem o takich sprawach i zabiegach, z ktrych przed rokiem mialiby si szyderczo. Oni, ktrzy pochwalili zamordowanie kapitana Laurier pod Lido na statku "le Librateur de 1Italie", co byo ostatnim, najbardziej bezporednim powodem, a nadto zrozumiaym pretekstem zemsty Buonapartego, szukali teraz oparcia... w ludzie! Wzdychali do jego wierze. Budowali now Wenecj na lagunach uczu ludu. Umiechali si z wyrazem niezachwianej wiary w jego przywizanie do skrzydlatego lwa. Jedna z dziewic, pikna jak marzenie, uproszona przez wszystkich, miaa wypowiedzie w gwarze utwr nieznanego poety z ludu o wykradzeniu relikwii witego Marka przez "francuskiego zodzieja". Ksi sucha ciekawie. Recytatorka mwia:

 "Zodziej wszed do dzwonnicy witego Marka i wstpi na wysoko lwa zoconego. Usun duy kamie, ktry si sam obrci, i zobaczy mae wydrenie w murze. Tam lea lew brzowy, ktremu przedni odrubowa ap. We wntrznociach tego zwierzcia znalaz pi kluczw zotych, zarubowa na powrt ap, kamie na swe miejsce zasun, a klucze zabra. Uda si prosto do bazyliki i porachowawszy supy zaszed do kaplicy sobie wiadomej. By tam ciki konfesjona drewniany roboty snycerskiej, ktry si na czopie obraca. Gdy go zodziej obrci, znalaz kamienn nisz, w ktrej gbi znajdowaa si pyta. Zdj j, wszed i znalaz si w korytarzu wydronym w grubym murze. Mia fosfor sycylijski i jeden kamie przezroczysty, wydajcy z siebie jasno soca. Uy go do owietlenia i ciasnymi zeszed schodami. Tu, bdc ju pod powierzchni morza, zbliy si do wielkiej sali, dokd wiody wielkie drzwi dbowe, sztab elazn okute. Otworzy je kluczem i przeszed. By w sali, ktrej sklepienie wspierao si porodku na grubej kolumnie. Wyciosana tam bya historia witego Marka od Aleksandrii a do tajemniczego grobowca. Wida tam byo kupcw weneckich nabywajcych ciao wite; dalej wida byo, jak je okrywali sonin, jak muzumanie przestraszeni uciekli. Wida tam byo dalej, jak szli na okrt, jak ich napada straszliwa burza. Wida byo, jak wyldowali w Wenecji, wchodzili do kocioa, do podziemnego grobowca. Wida byo, jak doa sam jeden skrycie krypt odwiedza... Zodziej francuski odrubowa kolumn i znalaz w podstawie okrge schody. Zeszed po nich i ujrza ogromn przestrze, strachem przejmujc. Ale by tam guzik w murze okolicznym. Przyciska go, i oto spada most elazny. Bez tego mostu zleciaby by w przepa, gdzie koa. obracay si cigle, gdzie ostre noe i kolce elazne posiekyby witokradc. Przebywszy most znalaz trzy kraty elazne, ktre umia otworzy sekretem symbolicznym. Wwczas stan u ostatnich drzwi z brzu, ktre zotym kluczem otworzy. Tu olni go widok kaplicy. Ujrza tam wazy, urny, lichtarze, kadzielnice zote, srebrne i z drogich kamieni. Sto wiec woskowych pono, woni napeniajc powietrze. W rodku by otarz zrobiony z tego metalu, z ktrego jest piercie dla doy zalubiajcego morze. Na nim by posg witego Marka ze lwem przy nogach. Lew mia paszcz otwart, a zamiast oczu  diamenty. Klucz grobowca by w paszczy Iwa. Gdyby go wzi ty albo ja, wystrzeliby ze straszliwym hukiem, a przez tajemnic magiczn poruszyby dzwony witego Marka. Doa nadbiegby z patriarch. Ale zodziej wiedzia dobrze, co czyni. Obrci cztery razy ucho lwa i klucz sam wyszed z grocej paszczy. Wtedy wkada klucz w zamek grobowca, otwiera... wite koci przed nim le!

witokradztwo! Przeklestwo! Wieczne potpienie! Bierze wite koci, obwija je w paszcz swj. Korzysta z przejcia, ktre na dnie grobowca znajduje. Wstpi na korytarz. Korytarz obraca si, podnosi. Dalej znajduje schody. Dugo otwiera drzwi ostatnim zotym kluczem i oto wchodzi do bazyliki na balustrad nawy, gdzie zwykle nikt nie patrzy. Czeka nocy, aeby uciec. Ucieka. Noc upywa..."

Cae towarzystwo suchao tych sw w bolesnym wzruszeniu. Twarze byy jak skrzepe, oczy zdrtwiae. Ten i w ukry twarz w doniach. Jeden ksi Gintut sucha obojtnie.

Ogarniao go nie wspczucie, lecz wanie pogarda wzgldem tych, ktrzy zdolni byli wzrusza si tak tym, co ich najbardziej habio. Wydali mu si jak szalbierze, ktrzy usiuj zrobi interes na ostatniej resztce wasnoci ludu. Nie zdyli wydrze korzyci z bdnych jego wierze i gupich plotek, bdnych i gupich z ich winy, wic czyni to teraz w chwili stosownej, kiedy nie pora ju osiga korzyci wyszego rzdu. Ci sami, ktrzy przedsibrali wszystko przez szeset lat dla zdawienia i zniszczenia praw motochu, odwoywali si do motochu, gdy przyszo kar ponie za winy. Czyli  myla  nie s jak ebracy wycigajcy rk? Udaj ludzi wierzcych w doskonao praw swej rzeczypospolitej... Gdybym te teraz wsta i zapyta ich: jak si zapatruj na maksymy Fra Paola Sarpi, na owe wytyczne zasady udzielane prokuratorom? Pierwsza zasada: trzyma w stanie cigego ubstwa stan szlachty zuboaej. Druga zasada: poprawi artykuy konstytucji w taki sposb, eby mona byo posugiwa si nimi w miar potrzeby. Trzecia zasada: schlebia gupocie, namitnociom, a nawet wystpkom motochu.

Nie wsta jednak. Wystarczyo mu wspomnienie sw mdrca, najgbszego znawcy rzeczy dokonanych, Nicola di Bernardo dei Machiavelli. Oto byy te sowa, zawierajce prawd dowiedzion:

"Jeeli potny nieprzyjaciel wstpi w kraj jaki, nawczas wszyscy malkontenci z rzdw swojego kraju przycz si do nieprzyjaciela. Ten, kto panuje, powinien ich mie na oku i nie dopuci tego poczenia si, ale owszem pocign malkontentw ku sobie i siy ich obrci przeciwko potnemu nieprzyjacielowi, aby sam jeden by panem w kraju. Jeeli tego nie uczyni, narazi si na zgub, poniewa wszystko go opuci".

Ksi siedzc na uboczu i niby to przysuchujc si rozmowie widzia przed oczyma w zastp bagnetw znad sodkich wd Piawy, jako wynik naturalny formuy Machiavellego. Zdawao mu si, e ni, e dostrzega blade oblicze czowieka, ktry tak pozna sprawy ziemskie... C by da za to, aeby z nim przepdzi jedn godzin ycia, usysze odpowied na zadane pytania!...

W tej samej chwili kto z goci przysiad si do niego i zacz rozmow. W trakcie jej zapyta:

 Wszake to rodak paski, adiutant Buonapartego, pierwszy nam przynis zapowied zniszczenia, deklaracj wojny lub tak zwanego pokoju? Sam jeden wszed na "olbrzymie" i na "zote" schody, do sali Cedrowej, gdzie zasiadaa wszystka dziedziczna arystokracja Wenecji.

 Rodak mj? Kt taki?

 Oficer, nazwiskiem Sukowski.

 Czy by moe?

 Tak jest.

Ksi dotknity by t wiadomoci. Jzef Sukowski by jego przyjacielem z lat obozowych. Razem niegdy uczyli si, fantazjowali, toczyli rozmowy. Ksi pamita go z czasw rydzyskich... Peen nieprzyjemnego uczucia ironii, ktra co chwila przeciwko niemu samemu ostrze bolesne zwracaa, wyszed z tego zebrania. Unika te odtd nastpnych. Spdza dni sam; najczciej w gondoli. Jeeli morze byo niespokojne, wasa si w obrbie lagun od Giudecci po Murano, zwiedza brzegi twardego ldu od Fesine do Mestre. Codziennie pozdrawia ulubiony swj most dei Sospiri. Ksztat tego mostu by jakby wmurowany w jego myli i sta si symbolem pewnych zaj duchowych. Niby dziwne, magiczne szko dawa widzie ca prawd ycia. Z gbi jego okien, dzierganych w kamieniu, zdaway si patrze bolesne oczy Jakuba Foscari, kiedy wraca do swego wizienia... Nad swobodnymi wodami staa ta droga wzdychania w obliczu mierci  midzy tym, co jest najbardziej rozkosznego w yciu ludzkim, a tym, co jest najwikszym zem. Dzieje nieszczcia uczyniy j pikn i godn myli nigdy nie uprzykrzonych. Dzieje niepodlegej siy ducha owiay westchnienia rodu ludzkiego. Gdy zdarzy si dzie cichy, ksi wyrusza o aglu na morze i spdza tam dzie cay. Szczeglnie uda si jeden dzie pogody zupenej, jasnoci zupenej, dzie senny po jesiennemu, przejrzysty i niezwyky. d nie koysaa si wcale. Morze byo tak ciche, e tworzyy si na nim w matowych polach wietliste miedze i drogi, niby polne szlaki midzy rolami zredlonymi pod wiosn. Byy momenty olnie szczeglnych, kiedy ruchliwe wody straciy wyraz ciekoci, staway si bezwadne, zastyge, przejrzyste a do samego dna, jak niezmierzony utwr wyszlifowany i drony w grskim krysztale. Wszystkie dokoa odzi nie fale, lecz krgi i okrge zwoje wody miay jednakow barw bez cieniw. Brzeg Lido i Malamocco roztapia si i gin w morzu. Ld by okryty biaymi mgami, a niene Alpy Julijskie zday si by przemijajcym obokiem. Daleko z poudniowej strony leay nad ponymi wodami chmury pasko rozcignite, mamic oczy, jak gdyby bliski ld, na ktrym siniej, pasma gr ukrytych w tajemniczych tumanach. Tylko jaki samotnie stojcy w niebiosach oboczek tej samej barwy kam zadawa zudzeniu.

Wracajc z tej wycieczki ksi ostrzeony by przez gondolierw, e na plac wysiada nie mona. odzie jak stado rozbitych kaczek miotay si u wejcia do wielkiego kanau i tuky pod brzegiem kamiennym. Istotnie, przebiwszy si przez tum czarnych stateczkw, ksi spostrzeg na wybrzeu Piazetty linie wojska z bagnetami, zwrconymi ku morzu, a nadto paszcze dzia i kanonierw z zapalonymi :omami. Kaza podjecha do brzegu i wysiad. Ale gdy chcia wstpi na plac, pierwszy onierz z brzegu kolumny skierowa ku niemu bagnet. Ksi spojrza na jego mundur, w oczy i na chybi trafi rzek po polsku:

 Niech bdzie pochwalony Jezus Chrystus...

 Na wieki wiekw...  rzek tamten z niekaman radoci i wszystek si przemieni w umiech przyjazny. To samo jego koledzy z szeregu.

 Pucicie mi, panowie bracia, na plac?

 Nie moemy...  odpowiedzieli szeptem.  Nikogo na plac nie puszczamy.

 To czemu? Wczoraj byo wolno, a dzi nie?

 Cay garnizon pod broni.

 A wy jakieje broni jestecie?

 My s strzelcy z pierwszego legionu generaa Kniaziewicza. Dwie nas kompanie drugiego batalionu pod szefem Forestier.

 Kto dowodzi?

 Major Chopicki dowodzi.

 A ktrzy oficerowie subalterni?

 A jest adiutant Sielski, Bolesta. Jest kapitan Downarowicz, Kozakiewicz, Borowski, Kocza i Koszucki.

 A reszta legii gdzie?

 Posza w Breciaskie i Mantuaskie, i a w sam Boloni, co teraz zrobiona stolic nowej republiki.

 C znowu za republika?

 Transpadan. La Rpublique Transpadane si nazywa.

 Mio to zetkn si ze swoimi... Moe bycie wapanowie pucili mi na plac.

 A kiedy nie mon...

 E... rozsu si ta!... Nieche id, aby chykiem po podcieniu, a wele paacu...

 eby za Bolesta nie zobaczy!

Ksi przesun si i wydosta na rynek. Dopiero minwszy paac dow ujrza przyczyn zbiegowiska. Przed samym wejciem do katedry stay tgie supy rusztowania, a na nich biegali onierze. Olbrzymie liny na blokach snuy si w cigym ruchu. Nie mona byo zrozumie w pierwszej chwili, co si to dzieje. Plac peen by ludu, ktry przerwa by kordony i przez rumowie Fabrica nuova, przez zauki Prokuracjw wtargn do rodka. Teraz miota si bandami ku bazylice. onierze omotali napastnikw kolbami i bronili przystpu, ale, w tum zmieszani, nie mogli mu da rady. Szarpany na wsze strony, znajdujc si co moment.to midzy gawiedzi, to wrd onierstwa, ksi spostrzeg nareszcie przyczyn. Na linach niezmiernej gruboci, wci wod zlewanych, spywa na d drugi z rzdu ko grecki. Liny sprycie drgay, toczc si z wolna po blokach, a wielki ko, wacy blisko dwa tysice centnarw, bokiem do ludu zwrcony, posusznie szed na d... Byo co nad wszelki wyraz tragicznego w tym zstpowaniu wielkiego znaku, ywego pomnika czasw Aleksandra Macedoskiego, byo co wstrzsajcego w tej wdrwce nowej... Ksi nastawi uszu. Sysza, e onierz naok sucha rozkazw polskich, midzy sob mwi po polsku. Dojrza ludzi w mundurach tej samej barwy, cigncych tumem liny... Zatrzs si od strasznego gniewu. Ockn si w nim pan. Twardym krokiem, lask rozpychajc przed sob onierzy, ktrzy na widok jego bladej twarzy i oczu bezwadnie opuszczali bro, wszed w sam rodek, pod rusztowanie. Tam piorunujcym gosem zawoa:

 Kto tu wami dowodzi?

Kilku oficerw, syszc mow polsk, wysuno si z rnych stron, bezradnie patrzc. Nareszcie z dala, bez popiechu, wyszed z tumu oficer starszy z pytaniem:

 A co tam? Nie puszcza!

 Wa tu dowodzisz?  zawoa ksi w kierunku tego czowieka.

 Ja dowodz. O co idzie?

 Nazwisko waci?

 Moje nazwisko?... Co to jest? Co to za jeden?

 Nazwisko waci?! To miesz onierza polskiego do takich dzie!...

 Kto wasan jeste? Mam rozkaz ludzi uy, wic uywam.

 Masz rozkaz imi polskie habi na wieki!...  pocz na krzycze jak na ekonoma, dawic si sowami ze wciekoci, idc na z lask.

 Co to jest? Kto to? Jak mie! Baczno!

 Kondotiery!

 Rabusie!

 Daj go tu!

 Pachoy, siepacze!

Karabiny zamigotay w oczach ksicia. Sto pici chwycio go za bary. Rzucony na ziemi, z piersi przyduszonej kolanami, ze cinitej gardzieli, krzycza ostatkiem si:

 Nie pozwalam!


 onierska dola
Ju nastpnego dnia ksi Gintut wyjecha z Wenecji. Powzi by wiadomo, e wdz legiw w Weronie albo w Montebello znajdowa si musi. Mwiono szczeglnie o Montebello, gdy tam przebywa genera en chef, otoczony jak koronowane ksi przez ministrw Austrii, Rzymu, Neapolu, Sardynii, Genui, nieszczsnej Wenecji, Parmy, kantonw Szwajcarii i wielu pastewek niemieckich. Ksi Gintut jecha z postanowieniami zaniesienia protestu przeciwko czynnociom rabunkowym, na korzy Francji, batalionw weneckich. Stan na ldzie peen furii i pogania swego wonic, ale nim do Padwy dotar, ju zacz odzyskiwa spokj. Pdzc od witu starym gocicem wzdu kanau de la Brenta, pod niebem ciepym a smutnym, zasanym wilgotnymi chmurami, wrd pl jak oko signie zarosych szczepem winnym o liciu przywidym, srebrnoszarym, jak gdyby szronem okrytym, wrd gajw drzew oliwnych, ktre od poowy wysokoci Gr Euganejskich zstpujc ca ziemi paszczem osaniaj, ucisza si z wolna. Mroczne ju licie morw z festonami wina, drzewa migdaowe, figi, sodkie kasztany, brzoskwinie i dziki granat tworzyy sploty rnoksztatne nad yzn; rodzc ziemi. Spracowane gaje oddawszy czowiekowi owoc pogray si w bogosawion dob spoczynku. Jeszcze tylko grona winne, brunatne i jasne, tu i owdzie ciyy na wtych gaziach. Sennymi oczyma ksi wita i egna wonne pagrki otaczajce Padw, wapienne zomy Vicenzy. Gdy min te okolice, wjecha w kraj morwy. Tego dnia dotar szerok drog, wysadzon lipami, do Werony. Nim rozpocz kroki w celu dowiedzenia si o miejscu pobytu generaa, chcia rzuci okiem na miasto, ktrego nie zna. atwo trafi do amfiteatru rzymskiego, na plac dellErbe i ssiadujce z nim dziedzice dei

Signori oraz do grobw Scaligerowskich. Nie tego wszake szuka. Ju w drodze opanowao go szczeglniejsze utsknienie do Werony. Z gbi myli wzburzonych, bdnych i bezadnych raz w raz wypywao jedno i to samo imi: Julia... Ksi uczu niewysowiony urok tej Julii, przez poetw wynionej, cichej dziewczyny weroskiej. Widzia niemal cielesnymi oczyma jej twarz, pamita kade jej sowo, tak pene miosnego mstwa, tak prawdziwe i tak nieomylne, e kadego czowieka dzieje w sobie zawieraj. Pod przedziwnym jesiennym niebem Werony, ktre nie chodem, lecz rzewoci owiewa i dodaje mocy a wiary w siebie jak ucisk dobrego przyjaciela, szed ulicami szukajc na olep. ni na jawie... Czeka go tutaj szczcie... Mrok ju zapada. udzio go omamienie, dyszce sam rozkosz i radoci, o ktrym przecie wiedzia, jak okrutn jest igraszk, e to jego samego czeka w czarodziejskim paacu Julia z Capulettich rodu.

"Jeszcze ranek nie tak bliski. To sowika, nie skowronka pie. Ten sowik piewa noc codziennie tam, w liciach ciemnego granatu. Wierzaj mi, e to by sowik"...

Do niego wyrzeczone s te sowa pene szczcia i szalestwa. C to tak szlocha w sercu? Tak rwie si i kona?...

"Jest to skowronka gos, zwiastuna dnia. To ju nie pie sowicza! Widzisz na wschodzie te smugi zazdrosne, co zoc jasnoci obok poranny? Wypaliy si pochodnie nocy tej. Dzie rczy wspina si ju po mglistych wzgrzach".

Ju przesza czarodziejska noc modoci. Wypaliy si jej pochodnie...

Zapyta jednego z przechodniw o dom Julii i wkrtce przyprowadzony zosta do jego bram. Zamia si szyderczo i dugo. Odrapana buda, w ktrej mieci si szynk ostatniego rzdu i co jeszcze gorszego. W gbi czarodziejskiego paacu kupy gnoju szerzce fetor nie do zniesienia.

"Bogosawiona, o bogosawiona po dwakro nocy! Czyli to wszystko, dokonywujc si w tobie, nie jest tylko mar? Co tak lubego moe by istotnym?"... Cha-cha...

Powlk si nieznanymi ulicami, dwigajc na ramionach brzemi rozczarowania cikie jak gra. Bdzi to tu, to tam. Noc bya ju zupena, przechodniw coraz mniej, a ci, co si jeszcze wasali, nieli zapalone latarnie. Ksiiyc wypyn na nibo. W nikym blasku jego kwadry ukazyway si z cienia fantastyczne gmachy i wiee. Oto rozesal si w bladej powiacie marmurowy dziedziniec. uki i gzymsy okien, wyskoki balkonw, wielkie obki portykw utkane ciemnymi plamami medalionw prokuratorskich, szczeglne zamania dachw tworzyy na biaych licach ssiediego paacu niewymowne linie, wyrwy i znaki. Biae ciany z marmuru, ktre ksiyc wiatem oblewa, byy takiej samej barwy jak on. Przysigby, e je wykuto ze skamieniaej wiatoci miesicznej. W zagbieniu przed kocioem Santa Maria Antica, midzy jedn bia mas a drug, wynurzay si z czarnej czeluci dreszczem przejmujce grobowce Scaligerw. Tam pod gotyckim poddaszem pi wyprostowany, miecz swj piastujc, ksi Mastin Drugi. Obok niego wszystek z biaego marmuru ley Can Signorio.

Na obraz sennych marzyde, niby z otwartych grobw, wybuchao to przedziwne snycerstwo. Baldachimy, uki, krcone kolumny, ramiona i rzebione wyogi ciskay na ocienne mury jakoby cyfry jakie i napisy, znaki niepojte i sowa...

Ksi bka si tam w samotnoci, nie spotykajc nikogo, ani ywego ducha. Miasto byo jak umare. Nawet z jego gbi, z oddalenia nie dochodzi turkot. Wszystko naok leao w martwocie, jakoby cmentarz olbrzymi, peen grobowcw.

Podrny usiad na przymurku i zapad w swoje marzenia. Wtem z ciemnego przejcia od strony Adygi wynurzy si miarowy oskot krokw i rozleg gono na oniemiaych placach. Z cieniw uliczki wysuna si kolumna onierzy i sza wprost na ksicia. Iskry zalniy na bagnetach. Gintut usun si z drogi i chcia oddali w kierunku placu dellErbe, kiedy dowdca oddziau co zacz mwi do niego. Ksi nie zrozumia i szed dalej. Wwczas kilku onierzy otoczyo go ze wszech stron i si pocigno przed oblicze oficera. Ten srogim gosem pyta go kilkakro w amanej woszczynie, czemu nie ma latarni, jak si nazywa, skd i dokd idzie... Poniewa badany nie odpowiada, wtrcono go w rodek kolumny i przymuszono do marszu pospou z ni. Zaledwie oddalili si z tego miejsca o kilkadziesit krokw, kiedy ksi usysza obok siebie szept jednego onierza do drugiego w najczystszej mazurskiej mowie:

 Pnocek, psia dusza, za pasem, a ty si uganiaj po dziurach, ap wczykijw...

 Spa si chce, e to nosem si podpierasz, nie  ganiaj!

 Wypisz si jeszcze, aby jeno za rzk a dopa barogu...

 Cichajta! W szeregach nie mamrota!

 Ale!

 Wycie za, chopcy, z jakich okolic?  rzek ksi z niechcenia a gono.

Wraenie tych sw byo tak mocne, e kolumna bez rozkazu stana. Sam srogi dowdca zmiesza szyk i wlaz w rodek oddziau.

 Polak?  mwi z ogromnym marsem na dwudziestoletniej twarzy, gdy bysna latarnia i mg zajrze bracowi w oczy.

 A Polak.

 Nazwisko?

 Na c to waci potrzebne?

 Pytam si! Nazwisko?

 Nie powiem nazwiska.

 Co tu wapan robisz sam jeden na ulicach Werony?

 Szedem na schadzk z Juli Capelletti rodkiem jednej z ulic Werony. Ale co tu wapastwo robicie w charakterze drabw nocnych? I wa na ich czele w tak wielkim kapeluszu i konierzu? Pytam si!

 Bez przymwek, ho wsadz na areszt o chlebie i wodzie!  Wiedz wa, .em starszy oci ciebie rang wojskow, latami suby i tam dalej.

 Dowody?

 Pytam si, co tu robicie.

 Speniamy rozkaz komendanta placu.

 To jest czyj?

 Teraz generaa Kilmaine...  niezdecydowanym ju gosem odpowiedzia rycerzyk. .

Pocign Gintuta na bok i szepn:

 Miasto wre. To w kwietniu, od 17 do 24, wyrznli piciuset Francuzw. W samym szpitalu chorych zamordowali 400, bezbronnych. Pomimo zdobycia go i kapitulacji 24 kwietnia emeuta w nim nieustajca. Std surowo. Patrol za patrolem. Nikomu nie wolno noc z domu wychodzi. Musimy ich trzyma za gardo...

 A was tutaj duo?

 Byo 2600 ogem wiary, w Mantui pod Wurmserem siedzcej. Z nich to zaoga. e wdz zabra oficerw zdatnych, wic imion midzy nami znajomych nie byo. Przysza potrzeba atakowania Werony, kiedy ju genera Balland pi dni broni si przed Wenecjanami, zbuntowanym motochem weroliskim i chopstwem z okolic. Po caych dniach bili z tortw Saint-Pierre i Saint-Felix, z cytadeli. Posali zdrajcy Wenecjanie po Laudom, eby ich przyszed ratowa.

 Wapan tu bye?

 Jake! Ju my w starym zamku nie mieli nadziei. Je nic byo co, amunicja wysza. Genera-komendant Beaupoil zacz si ukada... Nie byo adnej nadziei... dali, eby my zoyli bro i przeszli wszyscy co do nogi przez Porta Vescovo. Byliby nas ywcem zarznli. A tu nadchodzi wie: pokj zawarty z cesarzem. Z Laudom nic! Rado nas ogarna...

 Rado was ogarna, e pokj...  zamia si ksi szyderczo.

 Zaraz te ze szczytu fortu Saint-Felix rozpoznali kolumn zbliajc si. To by genera Chabran. Wnet szturm do bramy San-Zeno, bo mia dwanacie armat! Tam to szli i nasi z szefem Liberadzkim na czele. Ale e mu prorok w Awinionie mier przepowiedzia od pierwszej kuli, wic te pad pierwszy.

 Co te to waszmo?

 Prawda wita! Ale nie czas tu i miejsce na gawd. Prosz ze mn. Taki rozkaz!

 Moe by mi wapan puci na oficerskie sowo. Jestem tu przejazdem. Nie bd robi emeuty w Weronie. Nazwisko Gintut. Z ksicego rodu...

 Nie przemawiaj do mnie rody ksice, com zoy przysig nienawidzenia tyranw!  rzek ze srogoci oficer.

 Do licha! Id posusznie.

Ruszono w drog. Ksi mimo chci obszed cae miasto. Znuony te by potnie, ale nie aowa, e si tak stao. Maszerowa w onierskiej kolumnie twardym, chodziwym krokiem. w poszept onierza w marszu, podniecajcy oskot stpania, szczk broni... Wprowadzony do koszar w cytadeli, znalaz si wkrtce w izbie wtpliwego przeznaczenia, a mocno naladujcej psiarni. Zaraz jednak wywoany zosta z tej kani, gdzie po ktach chrapay jakie twory ludzkie, i wprowadzony, oczywicie w drodze aski, jako rodak, do sali oficerskiej. By to rodzaj kasyna , widocznie, a zarazem jadodajnia oficerw w subie czynnej. Mieciy si tam stoy do kart, fajezarnie i bilardy. Sala bya pena modzi oficerskiej. Jeniec z placu Scaligerw tak by znuony, e na nikogo nie patrzc rozsiad si na awce i wycign nogi. Dopiero gdy cokolwiek odpocz, podnis gow. Dym tytoniowy ar w oczy i zasania przestrze zupenie. wiece ledwie w nim byo wida. Rozmowy, wrzaski, okrzyki, spory w jzyku polskim, francuskim, woskim, niemieckim tworzyy wrzaw nadzwyczajn. W jednym miejscu banda obsiadszy st pia, ryczaa i piewaa chrem jak pie wosk arcyspron. Obok przy dugim stole grano w karty, gdzie indziej z wrzaskiem i plastyczn a do zbytku mimik kto opowiada niemoliwe anegdoty francuskie, a suchajce koo pokadao si od miechu. Wci dawa si sysze brzk szka, szczkanie paaszw, walenie piciami do taktu... Gdzie za fajczarniami, za karcianym stoem, tamsia si osobna kupa. Co tam tajemniczego robili, pochyleni nad stoem osobnym. Gra cicha, to znaczy na grub stawk... pomyla ksi i ruszy w tamt stron, Ale ju z dala pozna, e nie graj. Doszy jego ucha znajome polskie matematyczne terminy... Stary oficer z krtko przystrzyonymi wosami i maym wsem, a twarz tak surow, jakby bya z kamienia wykuta, z czoem porytym w bruzdy i cignitymi brwiami, spokojnie cign wykad. Dookoa, za jego plecami, obok i przed nim, notesy podsunwszy ku wieczkom ojowym, tum cierpliwie notowa. Ksi przysun si do nich, znalaz kcik za wszystkimi i ciekawie sucha. Patrza spod oka na niezgrabne mundury z ndznego sukna, na owe naramienniki z napisem: Gli uomini liberi nono fratelli... Obj gow rkoma i, na poy syszc wrzaw, uton w mylach. Te anegdoty, swada, art ze wszystkiego, owo tgie oficerskie dufanie w siebie, cze dla zgrabnoci swych ydek i siy w gnatach  wszystko to wrcio go ku dawnym chwilom. Ta kapitalna duma onierska! Co w nim zadrao. miech buchn z piersi. Wodzi oczyma po ubraniach, po twarzach. C za zuchy! co za bestie czubate! Kady z pewnoci zaprzysig si na nienawidzenie tyranw...

Do stu tysicy bomb!-myla ksi-musz i ja wyimaginowa sobie jakiego tyrana i znienawidzie go potnie, eby mie prawo do wstpienia w szeregi tych diablt.

Kiedy spostrzeg, e wykad z zakresu fortyfikacji, o budowie "dziea rogowego", na chwil przerwany zosta, a ten i w ze suchaczw nachyla ku swej szklanicy szyjk wsplnego fiasco, skoni si przed pierwszym modziecem z brzegu i spyta:

 Racz mi waszmo objani, jaka to jest bro, ktrej mundur nosisz?

Mody oficer zmierzy go oczyma, ale odpowiedzia z galanteri:

 Mio mi powita rodaka... Czy moe kandydata do stanu wojskowego?

 Wanie, wanie...

 A no! Co do broni, to najwiesza formacja. Strzelcy augzyliarne. Battaglione cacciatori legione polacca ausiliaria delta Lornbardia  wyrecytowa jak lekcj.

W chwili, gdy to mwi, wszyscy jego koledzy zwrcili si raptownie w stron drzwi wejciowych. Oficer rozmawiajcy z ksiciem  rwnie. Gintut poszed oczyma za ich wzrokiem. Od wejcia przez rodek sali przebija si oficer wyszy, lat czterdziestu z gr. By tak wielkiego wzrostu, e jego ogromna, dug, wygolona twarz ukazaa si nad caym tumem. Paszcz, cakowicie okryty kurzaw, zwisa z jego ramion, kapelusz by mocno nacinity na oczy. Ksi od jednego spojrzenia pozna tego wojownika. Bez namysu poszed za nim. Dbrowski min sal, prdko i z dala oddawszy pozdrowienie wojskowe na ukon podkomendnych. Wstpowa po kamiennych schodach na pitro. Za nim szo kilku towarzyszw, ktrzy widocznie skd dopiero co przybyli. Nie dajc im wyprzedzi si, ksi poszed za dowdc, szybko postanowiwszy od jednego razu zaatwi sw spraw. U wejcia do jakiego korytarza na grze Dbrowski obrci si i spostrzeg obok siebie przybysza. Zlustrowa go twardym i zaczepnym okiem.

 Panie generale, pragn prosi o chwil rozmowy...

 Kto prosi?

 Jestem ksi Gintut.

 Gintut... Gdzie widziaem...

 Pod Powzkami.

 Es ist... ja... Pan przybywa z Parya? Moe z hotelu Diesbach?

 Bynajmniej! Przybywam wprost z kraju, a w tej chwili z Wenecji. Wanie w interesie rodakw tamtejszych chc koniecznie sw par...

 Czy co wanego?

 Tak jest.

Genera otwar drzwi i wpuci go do pokoju o niskim stropie. Stao tam na ceglanej posadzce ko i kilka sprztw. Dbrowski poszuka oczyma miednicy i, przeprosiwszy gocia, zacz ciga z olbrzymich ramion kurt, przypominajc mundur kawalerii narodowej, ktry nosi by w brygadzie Byszewskiego i na wyprawie wielkopolskiej. Rzek popiesznie:

 Jestem na wsiadanym. Dzi jeszcze mam sporo do zaatwienia, tote mw prdko, moci ksi.

Gintut nie tracc czasu zacz rozpowiada o tym, co widzia w Wenecji, wykada ca afer. Z pocztku wyrazy wizy mu w gardle i nie szy na usta, ale wprdce gniew wczorajszy j go przypieka. Tote imno formuujc zarzuty, ciska w suchacza nieodparte argumenty. Genera zawin wysoko rkawy koszuli i zlewa sobie obficie gow wod. Ksi zniecierpliwiony tym przerwa. Alc wdz zawoa:

 Sucham, moci ksi, sucham uwanie.

 Moe nieco pniej...

 Mam adne pniej! Jutro id z moimi w marsz.

 Dokd, jeli wolno zapyta?

 Jak to dokd? Twarz ku pnocnemu wiatrowi.

Zby mu bysny.

 Przecie zawarte preliminaria...

 Ale pokj jeszcze nie zawarty. Zwlekaj. Szczk ora powie nam, czy chc podpisa, czy nie.

Ocierajc wielk, czerwon twarz swoj rcznikiem, spyta:

 Wic zdjli konie Aleksandra Wielkiego?...

 Mwi to, co widziaem na wasne oczy.

 A hultaje!  dorzuci z mnieman indygnacj.

 Panie generale... To nie moe by! Nigdy jak wiat wiatem nie splami si nasz rd takim uczynkiem. W nadziei, e pan genera moc i wadz sw nakae tym ludziom wyamanie si z haniebnych sub, przyszedem tutaj. Jeste to rola polska depta cudze rzeczypospolite? Po to wysza w te kraje owa wiara?

Dbrowski wdziewa z obojtnoci sw kurt. Zbliy si do ksicia i rzek twardo:

 Wapan do mnie w jakim charakterze to mwisz?

 Mwi to jako szlachcic polski z prawiekw.

 Ja jestem take obywatel polski! Oto masz moj rezolucj: onierz nasz musi zajanie cnot na mier gotow, konduit, elan subordynacj i energi. Dopiero wtedy zaufaj mu ci, ktrym ja honorem swoim za onierza raczyem. Wa mi radzisz, ebym co tchu zdusi gorliwo oniersk i zaczyna od rokoszu?

 Nic nie zaczyna, jeli droga haniebna!

 Wdzia taki oto strj paski podrny i wyjecha na woja. Mgbym ju przerwa dysertacj, skoro mi ksi obraasz, ale e ci pamitam z pola, wic powiem, jak jest. Mwisz, e ja i moi idziemy drog haby. I co? Wskazujesz na pokonanie Wenecji. A Wenecja to co? To tajny sojusznik Austrii, to wrg przebiegy i chytry. Przez usta Giustinianiego, Pesara i innych, zapewniajc o neutralnoci swojej, za plecami, kiedy wojska republikaskie weray si w kamienn Pontebb, rzny w Sterzing, oblay si krwi pod Klagenfurt organizowa na tyach rozruch Werony, uzbraja ca ludno swych krajw i zamordowa oficera Laurier w swym porcie. A co to jest Wenecja? al ci tak, moci ksi, tej szlachty, ktra do zotej ksigi pisaa si nie krwi, lecz za cen dziesiciu tysicy cekinw zupionych w handlu albo z cudzego dobra w Cyprze, w Istrii, Gorycji... eby na fundamencie kupionego szlachectwa mie prawo do plucia z loy w teatrze na lud. Znasz chyba doskonale prawa ich, kodeks karny, wizienia, zasady moralne. C to zego uczynia Francja niosc w te kraje swe wielkie prawa? Lud wenecki pieniami powita onierzy francuskich. A twoje brzowe konie, moci ksi... artuj zdrw! Te konie, zwiastujce zwycistwo, komu nale si dzi, jeli nie wielkiemu wodzowi? Azali Wenecjanie maj do nich prawo? Skd je wzili? Pici, przemoc. To jest wojenny up. Tote jako up id dalej. Ja zreszt... Ale ci mwi: konie Lisippa nale z prawa do wielkiego wodza, Buonaparty. onierze nasi nie uczynili nic zego suchajc rozkazu swych dowdcw.

 Widz, e moja sprawa przegrana. Nie pozostaje mi nic innego, tylko poegna pana generaa.

Dbrowski wycign rk. Poczciwy umiech z serca rozjani jego twarz.

 Nie chciabym rozsta si z ksiciem panem w gniewie. Zosta chwil. Powiem ci jeszcze sowo.

Prawie si odprowadzi go do drzwi otwartych na balkon i tam wtrci. Tymczasem weszli do pokoju sztabsoficerowie z dou. w starszy, ktry wykada nauk o szacach i mostach, zbliy si do wodza z ukonem. Ju rozesza si w sali wie o marszu od towarzyszw, ktrzy przybyli z Montebello.

 Pisz, bracie, rozkaz na jutro. Idziemy wprost a na Palma Nuova. Mamy si z naszymi poczy w wwozach Gorycji. Oficerowie obstpili st. Dbrowski usiad przy nim, wspar okcie i czoo ukry w doniach. Zacz dyktowa rozkaz dzienny. Tamci z popiechem pisali. Ksi, suchajc tych kategorycznych sw, mimo wiedzy prostowa si jak podkomendny. Znowu pjd te tumy niepatne, godne, obdarte, w kurzu obcych gocicw, forsownymi marszami, lepo wierzc, e Wiede jest ich drog... Z gbiny nocnej dochodzi plusk Adygi ujtej w brzegi z granitu. W dole upione miasto bielio si od sabego blasku ksiyca.

Skoczywszy rozkaz, wydawszy cay szereg ustnych polece genera podnis si i zwrci z poegnaniem do swoich. Wszyscy zaraz wyszli. Kiedy za ostatnim drzwi si miay zamkn, rzuci jeszcze: .

 Eliasz, obud mi jutro do dnia...

Za chwil by we drzwiach prowadzcych na balkon.

 Daruj, moci ksi... Spa, spa! Ale jeszcze sowo...

 Nie chciabym by natrtnym.

 Musz powiedzie to, co si naley.

Uj go pod rk i olbrzymim przedramieniem przycisn go do swego boku. Zacz szepta:

 Ty jeden cierpisz nad wszystkimi obiektami, jakie oczy widziay? Ciebie jednego al nocami budzi? Ech, bracie! Ja si to samo przez krwawe zy przypatrzy wszystkiemu, gdym z Garde de corps elektora przyszed. A pniej, a pniej! Ale moja dusza nie do alu destynowana, moje oczy nie do ez. Wszystko w sobie trza zaprze na zamki, na klucze. Myl teraz nad tym: te legie, ta chopska i maoszlachecka masa -to kt to jest? Ludzie z prizonw i zbiegi. Gniew w tobie kipi na sam myl, e oni w subie Buonaparty czyni, co im dzienny rozkaz przepisze... Myl nad tym, co by cisami czynili w austriackim glicie. Azali nie lepiej...

 W klubach przemocy, z musu, nie z dobrej woli!

 Nie ma ju dobrej woli! BcSgda, Bg wzi. Wybij to sobie z gowy. Teraz praca na mier. Wszystko od samego pocztku zaczniesz i udwigniesz ciar dziesiciokrotny! Ile krwi, mki, trudu, sawy wsiknie w obce pola  kt to odgadnie? Ale zostanie reszta. Ze wszystkich rozstajnych drg jedna jaka bdzie prowadzia! yy bd pka, krew zza pazurw trynie, ale to darmo. I trzeba wiekuistym pochodem. Trza w karach odrobi wszystko i w mkach wyczyni wielkiego ducha. Co do mnie, znajd mi wszdzie i zawsze, dopki siy w tych gnatach, a krwi w yach. Nic mi nie zwrci z drogi. Mnie stu akuzatorw denigruje, em Niemiec, bom si u Maurycego Bellegardea i u mdrego Bliichera od fahnjunkra uczy, jak lepo sucha rozkazu, jak szyk sprawia i jak wojsko wie do batalii. Ba, on mam Niemk! Kondotier! Szuka chleba i awantur. Nie ma haby, ktrej by mi nie zadali. Wiem, e zedr ze mnie ostatni strzp dobrego imienia. Nie oszczdzili mi nawet ostatniego postrzau, zarzutu zdrady. Wszystko, co czyni, to to za pruskie talary. Ale nieche tarn! Niech si Chadzkiewicz wygada! Towarzysze niedoli...

...la compagnia malvagia e scempia

Con la qual tu cadrai in questa valle,

Che tutta ingrata, tutta matta ed empia

Si far contra te...

jak Dante wygnany pisa tu wanie, w tej samej Weronie.

 Pogardzi.

 Ale i z drugiej strony, moci ksi, rozkosz to niemaa wystawa pode drzwiami francuskich potentatw, wczy si po cudzych schodach, wyebrywa dla onierza swego od, buty, odzie byle jak, prawo do walki i prawo do mierci. Rozkosz to nie byle jaka: z poszeptw o sabostkach dyrektorw paryskich i cisalpiskich poznawa swe drogi, cieki sekretne i przeazy. Tamtdy wasnymi sposoby i bez tchu i odpoczynku, dniem i noc, midzy tysicem zgryzot. Nie wyspa si i nie doje, a ywi si i konsolowa nadziej. To mogem pj w aski krla pruskiego, w sub tak czy inn. Ostatnie gniazdo, Pierzchowiec, sprzedaem. Ju teraz onierski chleb jeno zosta, taki sam jako i ojcu. Kondotier! Jed, moci ksi, na woja swj, bo moe by ci ch wzia kosztowa naszego chleba i soli. A mwi ten stokro mdry poet, e gorzki to chleb pono, "lepiej si nie rodzi!..."

Z umiechem drwicym patrza w oczy ksiciu i na poegnanie ciska jego rk.


 Zuchway
W miesicu nivse VI roku Rzeczypospolitej "obywatel" Gintut zda w zakrytej budzie jednokonnego fiakra o zachodzie mrocznego dnia styczniowego na wybrzee Lunettes. Ju od miesica z gr bezczynnie siedzia w Paryu. Zna go dawniej przed ywioowym wybuchem. Obecnie rozpatrywa si dugo w tym samym miecie, jak gdyby w zjawisku nieznajomym wcale. Unika starannie rodakw wszelkiego autoramentu, zarwno stronnikw Barw jak Mniewskiego, ktrzy zreszt w owej dobie czyli si w myli zwoania sejmu. Wszystek swj czas ksi obraca na zagldanie w ywe oczy Rzeczypospolite j jednej i niepodzielnej.

Tego dnia by dziwnie nieswj.

Mokry, zimny, tajcy nieg zalewa i brudzi ulice. Mury byy przemoke, twarze ludzkie niemie i jak gdyby spakane. Sam ksi przezib do szpiku koci i do gbi duszy. w wiat, ktry teraz poznawa, a waciwie nagle w caoci zobaczy, zjawiska ogromne, sprawy lecce na skrzydach, wieci wypezajce z zaukw, odgosy rzeczy dawnych, szepty nowe, wci nowe, nagie i potworne w swej nagoci, poruszyy w nim z przyciesi wszystko, co nawyk uwaa za istniejce na swoim miejscu, za pewne i za swoje wasne. Wszystko stao jeszcze w jego duszy na tych samych fundamentach, wzniesione osobistymi siami wrd cikich dni ywota, a przecie owe nadchodzce nowe zjawiska, mieszne tak bardzo na pierwszy rzut oka, mczyy do gruntu. Rodzi si, prawda, w duszy nieustanny miech i tryska na zewntrz krysztaowym dowcipem, a jednak towarzyszyo mu westchnienie bezsilne, niespokojne i znikome, prawdziwie jako cie. Wszystko stao na miejscu. Nic nie runo i nie rozbio si w gruzy. ycie szo, pdzio naprzd, wrzao od rozbudzonych si.

Wtulony w kt karetki, owinity paszczykiem, ksi mia si patrzc na postacie biegnce ulic, skulone od zimna. W myli jego przelatyway podarte obrazy, na wasne oczy widziane daleko. Jaki olbrzymi skok z koca w koniec wiata uczyni! Chwilami wloky si w pamici widoki straszne, nieznone, odpychajce. Tu obok stany myli dopiero zbudzone w gowie pod wpywem pism przeczytanych na bruku paryskim, rozmw i widokw nowych, sylogizmy obronne, doskonae a do tej chwili niby szpady wyborowe, i nagle rozlatujce si w proch, jakby byy ulepione z popiou. Z gbokich rde duszy wypywao nie znane dotychczas, obudne znuenie, ktre wewntrz siebie zawierao coraz bardziej ostrzejszy niepokj.

Powozik zatrzyma si przed bram  domu sawnego zegarmistrza Bregueta i ksi z niechci wysun nogi na bruk zalany wod. W sieni odnalaz portiera i ze sw zwyk, wyniole grzeczn postaw zada wskazania lokalu ksicia Sukowskiego. Zaspany i brudny czowiek, ktry sta przed nim, przypatrywa mu si w sposb tak oryginalny, e ksi zbudzi si jak ze snu.

 Ksi Sukowski?  zapytywa portier uprzejmie, gdy oczy jego przybieray wyraz coraz bardziej ciekawy, przebiegy i sobaczy.

 Ksi Sukowski  powtrzy Gintut zagldajc mu midzy rzsy wzrokiem rwnej siy  aide-de-campe generaa Buonapartego.

 Tak, tak... generaa Buonapartego...  wymamrota tamten.

 Co mwisz, obywatelu?

 C ja bym mia mwi o tak wielkim generale Buonaparte? Ksi u niego suy za adiutanta  he-he...

 Ksi, rzeczywisty ksi.

 Bagatela! U tego samego generaa Buonaparte, ktry kaza swoim siepaczom wali z armat do ludu nie dalej jak dwa lata temu...

 I pobi cztery armie wrogw.

 A niech on zginie ze swymi zwycistwami! Cztery armie... Co to mnie obchodzi? Oto rami strzaskane uamkiem kartacza... Kaza armaty wytoczy pod Tuilerie! Ten sam genera Buonaparte...

Ksi nie sucha duej. Wraenie obmierzej troskliwoci o wasny spokj, pewna posta niepowstrzymanej wzgardy, ktra natychmiast mogaby si zamieni w policzek albo plunicie w natarczywe lepia, pchno go na schody. Sam znalaz w ciemnoci drzwi wskazane i zastuka. Dugo mu nie otwierano. Wreszcie, na odgos coraz silniejszego koatania, day si sysze kroki i kto klucz przekrci. Ksi wszed do ciemnego pokoju i ledwie zdoa dostrzec przed sob stojcego czowieka.

 Chc si widzie z obywatelem Sukowskim...  rzek sykajc pod naciskiem dopiero co odczutej zgniej dumy czy zgniej obawy.

 Kto chce si widzie?

 Pewien... Polak.

Czowiek w oddali si. Po chwili wrci niosc w rku wiec. Ksi poszed za nim przez zimne i ciemne pokoje. Ostatnie drzwi onierz otwar i cofn si zabierajc wiato. W kcie obszernego salonu siedzia na sofie mody mczyzna w uniformie wojskowym. Ujrzawszy wchodzcego wsta i czeka nie ruszajc si z miejsca.

 Czy mi poznajesz?  rzek Gintut podchodzc do stou. Sukowski zbliy si do niego z umiechem szczerej radoci i ucaowa go po bratersku. Usiedli na sofie i przez czas pewien przypatrywali si sobie. Gospodarz by modziecem dwudziestokilkoletnim. Pikny by jak urocza dziewczyna przebrana po msku. Dugie, jedwabne, faliste wosy odczesywa z biaego czoa na ty gowy. Oczy mia wielkie, nadzwyczajnego wyrazu, cudnie ocienione dugimi rzsami. May ws ozdabia jego usta, pene teraz umiechu. W oczach i w tej piknej twarzy, nim pozna towarzysza walk ubiegych, malowa si przecie nie kobiecy wyraz. Byo w nich przenikajce zimno.

 Wracasz z wizienia?  spyta z cicha.

 Z wizienia? A... tak, prawda. Ale to ju dawne dla mnie czasy. Waciwie przybywam z Woch, to jest  doda z drwicym umiechem  z Rzeczypospolitej Transpadaskiej.

 Przepraszam, e ci od razu zapytam: wszak z zamiarem wstpienia do wojska? Do legiw czy moe na ochotnika? Ksi zastanowi si przez chwil, do zakopotany nagoci pytania, wreszcie stanowczo rzek:

 Nie.

 auj, e z rwn si nie powiedziae: tak! Przecie otrzymae specjaln i doskona instrukcj wojskow w korpusie. Ale nie uwaaj z aski swej tego, co mwi, za werbunek.

 Bro Boe! Tylko... Szczerze mwic, do mam ju wojny.

Sukowski powolnym ruchem przelicznej gowy chcia zakry przykre zdumienie, ktrego dowiadczy usyszawszy te wyrazy.

 Ja nie...  rzek po chwili z zimnym umieszkiem.

 Prosz ci  mwi Gintut wygadzajc koronk swego abota  nie chciabym, eby mi le zrozumia. Straciem zaufanie do wojny nie z lenistwa, a nawet nie z tchrzostwa. Po prostu wygasa we mnie wiara w jej donioso.

 Czy to moliwe?

 Po dugim rozwaaniu i samotnej deliberacji doszedem do wniosku, e kada wadza ma swoje wady, kady system swe dobre strony, a rewolucje najbardziej upragnione niczym innym nie s, tylko zamian bardzo kosztown pewnych naduy i wad na innego rodzaju, innego ksztatu naduycia i wady. Wszake  cign spokojnie i obojtnie  zamordowanie wpord tumu jednego czowieka wskutek tego, e by zym zwierzchnikiem, tyranem, zdzierc, oszustem, jest wikszym stokro zem ni jego tyrania, zdzierstwo i oszustwo. A ze zego, ktre jest wiksze ni poprzednie, dobro wykwitn nie moe. Po c si bi? Naleaoby wypowiedzie zaciek wojn, ale nie ludziom, tylko samej tyranii, samemu zdzierstwu, samemu oszustwu.

 Doskonale! Tylko jake to uczyni nie tykajc ludzi, tych wanie zdziercw i tyranw?

 Bardzo to niedaleki wrg. Naley poszuka go w samym sobie.

 Ach, dziecko!...

Ksi Gintut zmieni przedmiot rozmowy.

 Syszaem  zapyta  e w ostatniej kampanii bye przy wodzu?

 Tak.

 Wic poznae go bliej?

 Czy poznaem? Zapewne...

Po chwili doda z umiechem:

 Chocia bardzo czsto wydaje mi si, e go nie znam wcale.

 Czy tylko nie jeste oczarowany`? Wszak w mioci zalepiamy si tak dalece, e widzimy w piknej kobiecie tyle tajemnic i takich...

 Ta jest rnica, e ja nie kocham Buonapartego. Nie jestem rwnie jego poplecznikiem.

 Wiem, wiem. Ale uwielbiasz go jak onierz onierza, co czstokro przewysza mio dla najcudniejszej kobiety. Wiem to z dowiadczenia. Ja sam tak kochaem.

 Mylisz si co do mnie. Chciaem by przy nim, byem i bd, jeli mi nie odpdzi dla innych powodw.

 Domylam si, domylam...

 Tak jest. On strzee swoich piorunw! Czujnie je trzyma w doni. Ale mogem przecie i mog jeszcze patrze na ich trzaskanie, mierzy si ciosu, zamach rki, blask, no i sam wadz ciskania  cyrklem wyczuwa.

 Czy to prawda, e ufa ci tak dalece, ie w jego imieniu wydawa rozkazy, jakie uznae za stosowne`? Mwiono mi w Mantui, e podpisywae z jego zezwolenia nawet imi jego na swych rozporzdzeniach i rozkazach dziennych. Syszaem to i tutaj, w koach bardzo wpywowych.

 Tak, to prawda. Bywao tak w chwilach stanowczych. Ale to s rzeczy maej wagi. Wic mwisz, e do masz ju wojny?  rzek nagle w zamyleniu.

 Tak, tak. Wida, nie byem stworzony na onierza.

 To dziwne. Nie by stworzonym na onierza! Dla mnie wprost niepojt jest taka natur. Ja jestem tylko onierzem.  Ty, kochany bracie, jeste uczonym, nic onierzem. Jakim Kwintylianem, delia Mirandol... Czy to onierza mieszkanie te gry ksiek?... Jestem pewien, e w apartamencie Buonapartego ksiek nie ma...

 Znowu si mylisz. Ot, teraz; od pitnastego frimaire'a, to jest od przybycia do Parya po zawarciu pokoju w Campo-Formio...

 Ach, to Campo-Formio... -zamia si Gintut jadowicie.  Okrutn sprawi wam niespodziank tym Campo-Formio! I to za tyle nadziei, po tylu przyrzeczeniach!

 Jeszcze nie skoczone, nie skoczone rachunki!  zacz krzycze prawie Sukowski.  Jeszcze yje, jeszcze nie umar, jeszcze przed nim i przed nami lata stoj otworem. Nare si pych, natka zaszczytw adwokacki syn z Ajaccio  i musi wrci do roli onierza, ktra mocniejsza jest w nim ni dza sawy. Ale wracajc do rzeczy... Teraz cae dni spdza sam jeden w gabinecie, zamknity sur les cartes immenses, tendues ? terre. Jeeli gdzie bywa, to chyba w teatrze, i to dans une loge grille. W cigu tych dni czoga si od mapy do mapy z kompasem, cyrklem i owkiem w rku. Tam, w tym zacisznym pokoju, czai si, waha, zsiada i w cios z wolna zmienia straszna myl: Napa na wybrzea Anglii-syszysz?-elazny marsz na Londyn czy na wybrzea Egiptu...

 Szepc o tym, a wic to prawda?

 Bywam u niego kiedy niekiedy, wzywany w sprawach specjalnych, taktycznych, do oblicze, zestawie... Widziaem dawniej w jego cyfrach i w kakuach, ktre z nich ukada, tylko uderzenie Anglii au coeur, olbrzymi pomys, eby j zwali z piedestau przez nag inwazj, zdepta potg kupcw i na gruzach oligarchii zapali ogie rewolucji, eby nauczy swobody ten lud, ktremu wydaje si, e jest wolny, dlatego e mu to wmawiaj. Teraz ju tego nie ma. Znam ju plan inny: plan zwrcenia nacji francuskiej imperium nadnilowego, wyrwania Anglii organw jej siy. I jeszcze jedno, jeszcze jedno. To drugie est dcid dans son esprit...

 Czy tak?

 Ale teraz pozostaje... Mam nadziej, e zatrzymasz wszystko, co mwi, w zupenej tajemnicy.

 Moesz ufa mojemu sowu.

 Teraz pozostaje... transporter un rve dans le rel! Porucza mi rozebranie rzeczy wykonalnych z kupy marze. T bezmiern spraw, najwiksz spraw od czasu krucjat. Tego si ucz ze wciekoci, dniami i nocami.

 Tego?

 Tak. Ucz si tworzenia potgi.

 Tworzenia potgi...  powtrzy Gintut.

 Mona nauczy si uderzeniem nog w ziemi wywoywa z niej legiony, jak Pompejusz.

 Chciae powiedzie:  jak... Dbrowski.

Sukowski skrzywi si kwano. Po chwili rzek:

 Nie. To przypadkowe zgromadzenie zbiegw, awanturnikw i poczciwcw. Dbrowski jest pionem czy tam laufrem w rce pierwszego lepszego Berthier albo Brunea. Miny czasy Czarnieckiego, i darmo go usiuje naladowa. Oto masz przed sob trzy tarany: L'armee du Nord, l'arme du Rhin, l'arme dItalie...

 Widz  rzek ksi z umiechem bladej ironii na ustache sam prawd zawiera zdanie Buonapartego o tobie...

Ponce oczy Sukowskiego szybko przygasy.

 Jakie zdanie?  zapyta gucho.

 Podobno, mimo pooonych zasug, nie otrzymae adnego wyszego stopnia, adnego odznaczenia...

 Tak, tak! Nie dbam o odznaczenia,

 A kiedy kto z twoich przyjaci zapytywa Buonapartego, czemu, patrzc na wszystko, co czynie, pozostawi ci przecie w tym samym co przed wojn stopniu kapitana-adiutanta, mia odpowiedzie: "Dlatego nie awansowaem Sukowskiego ze stopnia kapitana, e od pierwszego dnia pod Mantu na przedmieciu San-Giorgio, kiedym go pozna, uwaam go za godnego jedynego awansu, to jest awansu na stopie naczelnego wodza".

Sukowski rzek z opryskliwym miechem:

 Nie on mi w kadym razie bdzie nim mianowa, tylko ja sam siebie! San-Giorgio! Pewno, em mu pokaza sztuk. We dwustu grenadierw wziem fort, klucz fortecy. A zreszt, w jego opinii jest najfatalniejsza omyka. Ja nie jestem jeszcze godnym awansu na naczelnego wodza. Ja w mym jestestwie. To ju ja wiem lepiej od niego. Nie jestem jeszcze naczelnym wodzem, a gdy nim bd, to nie tutaj.

 Buonaparte musia wiedzie, co mwi.

 Mj drogi, znam ja siebie a nadto dobrze. Wiem, czego we mnie wcale nie ma. Tego dotychczas naby nie mogem. Nie mam w sobie organu, ktrym mgbym wyczuwa... Tylko on jeden na ziemi, midzy tylu onierzami, ma w swych kociach ten cigle pczniejcy lwi szpik. Umiem ja ju nie gorzej od niego przechodzi wzgrza trupw, umiem pracowa spokojnie w rodku ognia i by nieporuszonym w boju, kocham dym armat i huk ich paszcz ognistych, trzymam w skupieniu uniesienie jak na munsztuku dzikiego konia...

C wic jest owa wadza, mj dragi?

 Nie wiem. Przed ni jedn dr mi kolana.

 Nie rozumiem.

 Oto genera Francji, suga ojczyzny, obroca rewolucji, raz do mnie rzek w zaufaniu, z umieszkiem Wocha, Korsykanina, p-Francuza z "Aaksi", e trzeba, by ta sama Francja popada w nierzd wikszy ni teraz. Poniekd dlatego idziemy do Egiptu, dlatego zarzniemy tysice ludzi...  szepta prawie z rozpacz.  Zapomnia ju na mier o uliczce Saint-Charles, o domu, z ktrego wyszed. Ani ju mowy o powrocie za zbate wysepki Iles Sanguinaires u wejcia do portu Ajaccio. Mary mu chodz po gowie... "Tym gorzej dla republikanw  rzek mi wtedy  jeli spal na panewce swoj rzeczpospolit". Syszae! Tym gorzej dla republikanw...

Ksi Gintut zamia si sucho, krtko, dyskretnie.

 To mwiem...  rzek.

 Czy sdzisz moe, e to jest w nim tylko pospolita pycha, ndzna podo dorobkowicza, ktrego oszalay tum ludzki wypchn a tak wysoko? Mylisz si: to nie jest tylko pycha. Jest to wanie owa nadludzka potga. Ja wiem, e on kocha siebie samego tak. mocno, jak wity Antoni Padewski kocha Boga, e dla wasnego celu napenia ziemi swoj straszn, niezmierzon saw. Ale w tym jego celu mieci si nowy wiat, nikomu nie znany. On do niego zmierza bez przerwy, jak Kolumb do swej Ameryki. Tam si poczynaj i cign nowe dzieje okrgu ziemskiego. Pomyle!... Gdybym ja wanie mia, posiada t jego tajemnicz si...  mwi z umiechem dziecicej boleci.  Nowa ziemia. Moja nowa, odrodzona ziemia, ktr widz tak, jak t oto map. Gdybym mg stawa si bez drenia, kiedy zechc, ndznikiem, wwczas gdy trzeba by bardziej potnym dla celw olbrzymich, tylko mnie jedynemu wiadomych! Wada swoj dusz i jej maymi, ndznymi cnotami tak samo jak wojskiem ludzi!

 Znienawidziem wojn i widz, em susznie zrobi-rzek obudnie Gintut.  "Milcz, tam prawa, gdzie lni or". Tak niegdy rzek Cezar do Metellusa, gdy mu ten zabroni rusza skarbu publicznego. Doda jeszcze, e na wojnie prawo jest prnym sowem.

 Wojn! Ten jedyny pug, ktry drze ugory ziemi, eby siewca mg w rozerwane jej ono rzuca nowych zb ziarna, wydobywa z niej, zamiast chwastu, pszenic.

Ksi Gintut umiecha si wci sabym, ironicznym umieszkiem. Sukowski zamyli si i rzek po chwili:

 Znienawidzie wojn. I to po tym, comy widzieli! Znienawidzi wojn po tym, com uczu stojc pod gradem kul u mostu Zelwy! Po tej habie, ktra mi kopytami zmiadya dusz! Wic mam przej przez to krtkie ycie jak obserwator? Nic nie uczyni?...

 Kt to powiedzia?

 Ty! Bo tylko z mieczem w doni mog sprawi, com zamierzy. Inaczej  nic! Jestem do tego stworzony, tak samo jak do tego, ebym jad i pi. Jelibym mia siedzie bezczynnie, pracowa dla siebie, dla jakiej ambicyjki, rodziny, familii, wsi, powiatu, uczy si dla samej nauki, nie dla spenienia wielkiego czynu, czynu-skoku ludzkoci, to zabij mi jak ndznego psa! Pamitam, kiedym przyby  Konstantynopola, za pno, na pogrzeb, kiedy ju trup pochowany w ziemi, a spadek rozerwali wierzyciele. Pamitam, kiedym odchodzi, a za mn na caej ziemi dymia si krew wylana. O, nie! Kocham wojn! Nade wszystko! Ja si jej naucz caej, posid na wasno wszystkie jej znane i tajemnicze siy tak samo jak obejmuj i zabieram na wasno arabski lub angielski jzyk, ujm j w gar jak t szpad. Wtedy wrc. Ja wtedy wrc!

Skromny umiech nie ustpowa z warg ksicia Gintuta. Sukowski spostrzeg go wida, gdy zamilk, jakby si w siebie cofn i wejcie zapar. Wwczas go jego rzek cicho:

 W miar jak trac wszelki gust do wojny, zaczynam go nabiera  czy uwierzysz?  do dyplomatyki.

 Dyplomacja  mwi Sukowski innym gosem, prdko, sucho i prawie niegrzecznie  przypomina mi zawsze mego poczciwego stryja, Augusta, ktry mnie mizeraka sposobic na ma stanu zabrania mi surowo uczy si matematyki, fizyki, chemii, twierdzc, e to czas zabiera i e powinna mi wystarcza tak zwana oglna wiedza o tych materiach. Natomiast gwny nacisk kad na umiejtno muzyki, piewu, malarstwa, gry w szachy i sztuk odgadywania zagadek. To s umiejtnoci dyplomatyczne. Gdyby nie Sokolnicki, ktry po nocach, w sekrecie, wyucza mi trygonometrii, inynierii, matematyki... bybym dzi wciekym dyplomat. Mj stryj by czowiekiem sprchniaym, aczkolwiek wykl mi i wydziedziczy za objawiony jakobinizm z werw i yciem, ale dyplomatyka mniej wicej pod postaci sztuki odgadywania zagadek i dzi mi si przedstawia. To dyplomatyzowaem... Jeeli zostaniesz mem stanu, zwr uwag na jedyn w tej dziedzinie si faktyczn: na polityk wojenn.

 Bardzo powtpiewam, czy kiedykolwiek zostan dyplomat. Nie sdz, eby do tego przyszo. Mwiem tylko, e mi si to podoba. Ja stoj sobie z boku i patrz na wiat jak na pikn oper, cokolwiek by o tym powiedzia, twrco uczynkw. Jest to z pewnoci zajcie godne czowieka o wiczonym i wyszym rozumie: zapuci si w kniej zdrad, matactw, oszustw, podej takiego na przykad Talleyranda Perigord, ministra des relations extrieures waszej rzeczypospolitej, poznawa je, psu w sposb rwnie dowcipny jak straszliwy dla caych krain, dla dziesitkw lat.

 By moe. A czy widziae tego Talleyranda?

 Byem nawet na balu wydanym przez niego na cze Jzefiny po jej przybyciu z Woch w dniu 2 stycznia.

 W hotelu Gallifet?

 Tak.

 To musiae widzie tam i Buonapartego?

 Widziaem. Miaem to szczcie. Nie dowiadczyem wprawdzie wzrusze tej dziewczynki, ktra zbliywszy si do niego ze dreniem i przyjrzawszy mu si szczegowo, zawoaa do swej matki, pena gbokiego zdumienia: Maman cest un homme! Przypatrywaem si wicej obyczajom demokratycznym i samym demokratom. Stroje dam! Jzefina Buonaparte ubrana w tunik greck i coiffe en came. Panie Tallien, de Chateaurenaud, Adrienne de Cambis, de Crny... Te jak Sapho de Mytilene, inne ? la Cleopatra. I to wszystko w poczciwie sankiulockim miesicu nivse...

Sukowski siedzia w kcie sofy zamylony.

 Byem take  cign Gintut  w hotelu de la Chantereine.

 Bagatela!

 A tak. Podziwiaem z zachwytem salon z fryzami i malowidami, wykonanymi przez uczniw Davida, stylobates en pltre sur les bas-reliefs przez de Moittea, meble w stylu greckim wedug de Perciera... Nadzwyczajne! Zarczybym, e ty sam, ktry dzieckiem bawie si w Wersalu na kolanach Marii Antoniny, a chowae w modoci wrd przepychu dworw monarszych Europy, niewiele widziae rzeczy bardziej przedziwnych. No i zrabowanych w sposb tak republikasko-prostoduszny nie widziae tam na pewno. Les cames, les statues, les tableaux, les antiquits... Nadzwyczajne!

 Mao mi to wszystko obchodzio dawniej i nic mi dzi nie interesuje.

 Jednak... dla tego... take prowadzi si wojny.

 Ja jej dla takiego celu nie prowadz. Jako oficer niskiego stopnia  nie mam prawa wstpu na te salony...

 No, ale posiedzenie tej Rady panw w turbanach, du Conseil de cinq-cents, musiae widzie! Tego si pewno nie zaprzesz...

 C ci w nich tak bawi?

 Zmiuj si, czybym mia! Piciuset mw w biaych spdnicach do samej ziemi, w paszczach tajemniczego ksztatu, a szkaratnego koloru, w turbanach de velours bleu!

 Widziae?

 Byem na posiedzeniach, ukryty w tumie "obywateli" na jednej z galeryjek, suchaem, gdy przemawiali z gestami zarazem srogich Rzymian jak rwnie cnotliwych handlarzy cielciny, gdy dawali lessor ? leur imagination. I nic dziwnego: "la carričre est ouverte au gnie", wic korzystaj.

 Przedstawiciele interesw ludu...

 A dopiero Conseil des anciens w robach i tokach fioletowych, w biaych paszczach i pantoflach! Nie miaem szczcia ujrze adnego z czonkw du Directoire excutif w wielkim kostiumie, ale moe to i lepiej, bo zapewne nie bybym w stanie znie sabymi oczyma piknoci tego stroju. Z pewnoci przewrcibym si ze strachu. S oni przecie plus puissants que les Monarques. Raz tylko, gdy wystawiano w teatrze Horatiusa Coclesa, by w loy le Directeur Barras, ale ten, aczkolwiek najgwniejszy, nie sprawi na mnie wraenia czego potniejszego od monarchy. Owszem, wyglda na to, czym zapewne by i jest z przyrodzenia i woli Boej: jak tusty siepacz, szlachetnie udrapowany i odpowiednio rozdty przez imaginacj. Ale czy nie sprawiam ci przykroci mwic w ten sposb?

 Nie. Mylaem teraz o czym innym.

 Ach, tak?

 Syszae pewno o Joubercie?

 Genera Joubert?

 Tak jest. Czy te powtrzy si to samo tam, w czerwonych wydmach, u brzegu pustyni? Czy te spotkamy tam dzik wcieko chopw Tyrolu? Gdyby to widzia! Tych ludzi mocnych, wyniosych, zwinnych, w ciemnej odziey, przepasanych szerokimi pasami, nabijanymi byszczc cyn! Tak pewno elaznym legiom Cezara ukazyway si w wwozach Gaster, u podna lodowatej gry Glernisza, w puszczy Helweckiej plemiona Orgetorixa. Tak pewno mnie zstpowali ku aciskim zastpom z Adula mops Germanowie nieprzemierzonych gr, odziani w skry krw i jaowic, z rogami bykw na gowach, z bukowymi maczugami w rku, jak ku nam ten lud grski, ukazujcy si z pieczar ukrytych na wysokoci midzy niebem a ziemi. Byo to nowe starcie rodu aciskiego z plemieniem germaskim. Szli przeciwko naszym czworobokom najeonym bagnetami, wielkimi kroki, w najgbszym milczeniu. Bili si na mier, nie wydajc jku ni krzyku zachty. Ani jeden nie prosi o darowanie ycia. Tarzajc si po ziemi, walczyli na ciaach konajcych towarzyszw. Porywali onierzy naszych za bary, wydzierali im z rk karabiny i chwytajc je za bagnety zadawali z niewidzian si ciosy jak maczug. Tysice ich zasay ciaami pole bitew. onierze nasi patrzeli na te trupy ze czci. Starzy wojacy nasi mwili, e porozszarpywane bagnetami ciaa ich wyleway ze siebie nadnaturaln, jakby podwjn ilo krwi.

Ksi Gintut w milczeniu sucha ze zwieszon gow. Gdy Sukowski skoczy, rzek z westchnieniem:

 Suchajc tego, zdaje mi si, e czytam histori dzikich walk Cezara z Pompejuszem.

 Prawdziwie, Joubert, ktry przeszed strasznymi dolinami Sterzingu, pchajc przed sob Laudona wrd wzburzonego ludu gr, Joubert, ktry, otoczony ze wszech stron, zdoa wtargn do kraju nieprzyjaci i otworzy drog do stolicy, wart porwnania z Pompejuszem.

 Wszystko to niewarte jednego wiersza Dantego.

 Ciesz si do woli t pewnoci! Cha-cha! Niewarte jednego wiersza Dantego... Wiem to nie z ksiki, nie z mdroci cudzej, lecz ze siebie, ze swego wasnego przejrzenia, e wszelkie sowo w istocie swej .jest czcze i prne. Nawet sowo najgenialniejszych poetw. Nawet spisane natchnienie proroka. Oblectamenta et solacia servitutis... Wielkimi s tylko czyny. One jedne rwnaj si siom przyrody, niwecz ich wszechmoc i wszechmoc naszej, ludzkiej mierci. Tote ycie bez wielkiego czynu jest ndz i gupstwem. Takie ycie przepdza kuna, pies, motyl. A zreszt... Oto zbudziy si w nas ambicje Antoniusza, i ju ich mowa ludzka nie zaegna. Przechadzamy si po ldzie ziemskim dyktujc mu nowe, wysokie prawa. Idziemy z kolei obaczy, jak wojuj lotne, bezdomne ludy Masagetw, Parsw i Numidw. Wyrywamy na rk potomka Masynissy, pogromc, co w spalonym od soca stepie dopada, ujarzmia miedzian pici i osiada ldwiami z elaza dzikiego konia Arabii. Pieni si ju nasze dalekie, dzikie, ciemnobarwne morze. Tucze si z gniewem o czerwone skay Korsyki, o t Kapraj, o bkitn Elb, o granitowy brzeg Malty. Przez wieki na nas czekao. Idziemy, eby wzi we wadanie jego bawany a po zdradzieckie mielizny Syrtw, po te piany Suezu. Wiatrom, nie znajcym nad sob przemocy, kaemy rycze w nasze biae agle. Niechaj dwigaj wielkie korwety bojowe. Rozkosz mi sprawia myl o sonych, bkitnych samotniach morskich, nad ktrymi pod chmurnym niebem rozlega si krzyk dzikich gsi leccych z pospnych ciernisk Pnocy, o tym tajemniczym egipskim ldzie, ktry poar wielkie ludy, piaskiem zasypa ich dzieje, a skostnia ich mdro poruczy liktorskiej stray hieroglifw. Czuj tsknot do powieww sonego wiatru pustyni, kamsinu, co opala niade skronie Ramzesa Drugiego Miamen Sezostrysa, ktry zdepta barbarzyskie ludy a po Kolchid i Phasis, a na dugich okrtach swoich wzi w posiadanie morze a po erytrejskie wybrzea. Czuj rado na sam myl, e wcign w puca ten wicher, ktry genialnymi mylami upaja czoo wodza Antoniusza i czoo wodza Aleksandra, ktry owiewa najcudniejsze lica tej ziemi, krlewskie jagody Kleopatry, i zesche oblicze Pawa, pierwszego pustelnika, niemiertelnego jako duch i niemiertelnego jako ciao. Dotykam we nie stopami gorcej ziemi pustyni, odbywam piaszczyste przeprawy... Dawi mi po nocach niezrozumiaa, pena trwogi tsknota do straszliwej, beznosej czaszki Sfinksa.

Ksi Gintut wsta niecierpliwie, przecign si... Chwil si waha, jakby w zamiarze wyznania Sukowskiemu ostatniej, najgbszej calizny swych myli, lecz nagle zamilk. Ujrza w jego twarzy zimne, elazne upojenie, w oczach si rozumu, ktrego rozwini niepodobna byo ogarn ani odeprze, a w cinitych ustach lodowaty poysk czynu. Przeszedszy tedy tam i z powrotem po izbie, wzi kapelusz i poegna przyjaciela uciskiem doni.

Gdy wyszed na ulic, deszcz zmieszany ze niegiem wiczy go zacz po twarzy i zala oczy. Ksi owin si w paszcz, kapelusz nasun na czoo i bieg ciemnymi ulicami. W piersiach jego szerzya si owa cudna w swej mocy i szerokoci rana, z ktrej, niby krople krwi, sczyy si westchnienia. Szed krokiem coraz bardziej przypieszonym, zaciska picie i mamrota do siebie jakie wyrazy urwane, ktre si w jk guchy, w zduszone kanie przeleway.


 Utrum Bucephalus habuit rationem sufficientem?
Z wielk bied i narzekaniem profesorw Rafa de Olbromski przebrn zawioci wersyfikacji Horacjuszowskiej oraz innych wieszczw Rzymu  i ukoczy "chlubnie" poetyk. Tym sposobem zdoby prawo wstpienia do Akademii. W rzeczy samej, ku zdumieniu kolegw i reszty wiata, zapisa si na filozofi. Ten jego niepoledni zapa do nauk austriackich oraz umiejtnoci powszechnie acisko-niemieckich mia swoje wasne przyczyny. Ksi Gintut opaci by za swego wychowaca wikt i mieszkanie tylko za rok jeden, i siedzia gdzie w obcych krajach. Ani wiedziano, ani syszano, gdzie si obraca. Rafa zosta na ulicy. Do dom wraca nie mia ochoty ani monoci, a uda si do Grudna nie mia. Modzi ksita umieszczeni w pensjonacie prywatnym, prowadzonym przez emigrantk Francuzk, gdzie mieli konwersacj i odbierali lekcje poloru, nie trzymali z chudeuszem kompanii. Zreszt, dla oka tylko i zadowolenia zwierzchnoci, ktra daa koczenia gimnazjw politycznych, uczszczajc do szk, rzadko go widywali. Po ich wyjedzie na wakacje, nie zaproszony wcale, Rafa zosta na koszu. Nie mia, co prawda, chci wyjeda z miasta. Bawi si tu arcywesoo. Mecenas Dorszt, prowadzcy interesy grudzieskie, u ktrego mieszka, wcale nie zajmowa si jego edukacj ani tym mniej konduit. Ze swej izdebki obok kuchni de Olbromski mia mono wymykania si na miasto w kadej porze dnia tudzie w kadej porze nocy. Tote uywa, osobliwie w karnawale. Miasto Krakw a drao od zabaw, huczao od muzyki. Zamona szlachta zjechaa z caej Nowej Galicji. Reduty i bale nie ustaway. We fraczku francuskim, jaki studenci retoryki i poetyki nosili z urzdu dla odrnienia si od niszych, z polska odzianych uczniw klas aciskich, dostawa si tu i owdzie na bale, wprowadzany przez zamoniejszych kolegw, i hula do upadego. Umia ju prowadzi angielskie kontredanse, francuskie kadryle, strasburskie i styryjskie sztajery. Bardziej wszake ni tace wcigno go i porwao ycie publiczne w kafenhauzach, z niemiecka urzdzonych. Bilard, karty i tajemne uczszczanie na pijatyki byy przez ca zim na porzdku dziennym. Nadaremnie prorektor gimnazjalny Himonowski (od powtarzanego czsto przysowia zwany Nempe) ciga obuzw dniami i nocami. Umieli zawodzi znakomicie jego czujno i przyprawia ciao pedagogiczne o zgroz, rozpacz i przedwczesne ysiny. Zadymiony i cuchncy kafenhauz Gerersdorfa z olbrzymi fajczarni, zatuszczonymi stoami i podartymi bilardy mia tajemniczy urok, ktrym przyciga. Tylnym wejciem po brudnych schodach wpadaa codziennie moda banda, opanowywaa bilard i spdzaa tam rozkoszne godziny, dopki stra stojca na czatach nie daa zna, e nadciga "Himcio" lub ktrykolwiek z belfrw. Nie mniej namitnie grano w karty. Szulernie takie tworzyy si u kolegw mieszkajcych pod opiek krewnych, a kwity take i na pensjach utrzymywanych przez profesorw. Zaczynao si niewinnie od stawiania na kart kilku czeskich, a koczyo nieraz straszliw przegran kilkudziesiciu reskich. Wygrane daway mono tajemnego uczszczania na teatr niemiecki i, co stanowio rozkosz najwysz, na balet, wieo przez Niemcw dla szerzenia cywilizacji zaoony. Kilku z modziey koczcej szkoy miao opini, o czym miasto szeptao ze zgroz, uczszczajcych za kulisy.

Do ostatniej kategorii Rafa nie nalea z braku niezbdnych po temu funduszw. Gdy mina zima i zblia si czas drugiego w roku szkolnym egzaminu, trzeba byo przysiedzie fadw. Ale rozbudzona imaginacja i zastarzae prniactwo wytrcay z rk ksik. Skoro ziemia obescha, Rafa pocz wymyka si za miasto, do okolicznych lasw, na gr witej Bronisawy, w stron Krzeszowic i Bielan. Zbudzia si upiona tsknota. Obce, jakby przez wiatr wiosenny przyniesione uczucie ockno si w piersi. Zdarzao si, e szed polami o niczym nie mylc i nic nie wiedzc, z oczyma wlokcymi si po szarym gruncie, a oto jk w sobie sysza aosny, wyrzut tak dokuczliwy, e stawa zdjty trwog najgbsz, strachem i okropnoci zjawiska. Twarz -nakrywa rkoma, eby nic widzie w mylach samego siebie.

Helena, Helena...  wistay mode trawy, przez wiosenny wiatr koysane. Ale nim dzie upyn, wszystko przywali gruz i zasypao suche wapno. Mijay znowu tygodnie guchego zapomnienia, zupenej ciszy i rozpustnej nicoci serca.

W tym czasie najblisze pobratymstwo Rafa zawar z kolek Jarzymskim. By to zamony chopiec, sierota, zostajcy na opiece swego stryja, byego rotmistrza kawalerii narodowej. Opiekun mia duy majtek w okolicach Siewierza i usiowa cile kontrolowa wydatki pupila, ktry rzuca pienidze na prawo i lewo. Mody Jarzymski czeka tylko chwili dojcia do penoletnoci, eby si wyprzc z twardego jarzma opieki stryjowskiej. Nim wszake to nastpi mogo, musia, w braku gotowizny na reprezentacj bilardow i baletow, poycza, skd si dao. U niego te odbyway si najbardziej hazardowne gry po nocach oraz pijatyki. Od niego wyruszano na reduty. Jarzymski mia zawsze u siebie kilka butelek doskonaego wgrzyna ze skadu Kraussa, on dla studentw gimnazjalnych by wyroczni mody i twrc tyzny. Olbromski by jego praw rk, pomocnikiem i powiernikiem. Kas mieli wspln. Dzielili si ni w sposb wzruszajco arkadyjski, rwnie bezinteresownie jak kadym zapaem dla nowej gwiazdy baletu albo zawodem w karcianych przegranych. Wanie dziki tylko tej przyjani z Jarzymsiem de Olbromski wstpi na filozofi. Rotmistrz-opiekun, wymaga natarczywie studiw, chcia widzie swego wychowanka na jakim urzdzie, ktre si otwieray po dystryktach, pragn, eby koniecznie zda egzamin na komornika, co dawao bardzo dobre akcydensu. Nakania przeto Jarzymskiego prob i grob do wstpienia na Akademi i do suchania lekcji prawa natury, ktre wykada utriusque iuris doctor Nemetz, oraz na prawo cywilne, tumaczone przez adwokata Litwiskiego. Jarzymski, pragnc y w zgodzie z opiekunem, z boleci przysta. Namwi dla towarzystwa i Rafaa do skadania egzaminu z piciu klas do Akademii. Pod jesie, spdziwszy lato w miecie, ju obadwaj zdali "chlubnie" i otrzymali wiadectwa upowaniajce ich jako alumnw do suchania filozofii. Rafaa nie bawio wcale to przeniesienie si z liceum witej Anny do kolegium. Znudzony ju by do syta acin, niemczyzn, ksikami i kajetami. Nigdy nie zadawa sobie trudu zrozumienia, po co si to wszystko odbywa, czemu wolno w rozmowie z nauczycielem niezrozumiay wyraz aciski zastpi niezrozumiaym wyrazem niemieckim, a nie wolno zastpi go zrozumiaym polskim. Nigdy si nie rozpada ani nad aciskimi wierszami, ani nie bra do serca nauki o sylogizmach, wic i teraz szed w gronie koleeskim z obojtnoci i wzgard do paplania belfrw. Niektrzy z jego wspdryblasw czytywali ukradkiem ksiki polskie (Pierwiastki Anuli, Przygody i awantury markiza itd.), zabkane z dawnych czasw. Niektrzy pisywali nawet wierszyda do bogdanek, rymy okaleczae wykrzywion a nierozwinit mow, wedle przypadkowego wzoru starych pieczeniarzy i panegirystw doby Stanisawa Augusta, ktrzy teraz, dziwnym losu zdarzeniem, byli mimowolnymi siewcami mowy naddziadw. De Olbromski nie chwyta nigdy za lutni. Myla wprawdzie po polsku, ale przez czas pobytu w szkole nie syszc zgoa wyrazu rodzimego, po skoczeniu gimnazjum nie umia godziwie listu napisa i ledwie czyta we wzgardzonym jzyku. Daleko lepiej wada pirem w mowie niemieckiej i wcale dobrze mwi tym jzykiem. Mocno nim zreszt pogardza, rwnie jak wszechobecn i zawsze nudn acin.

Jednego dnia w porze zimowej lektorie kolegium miay suchaczw daleko wicej ni zwykle. Nawet na wykadzie pana Lody, "profesora Logiki i Metafizyki", wida byo drabw z Proszowskiego i Skalbmierskiego, ktrzy zazwyczaj wiecili nieobecnoci, zalegajcych ostatnie awy. Pan Lody zwraca si do nich z mioci i czsto im zadawa obiekcje, usiujc przyuczy zachodnich i wschodnich Galicjan do piknego kunsztu wadania wykwintnymi sylogizmami. atwo tumaczenia si po acinie (a wszystkie obiekta w tym jzyku byy wykadane na krakowskiej filozofii) nie na wiele si przydaa, wrodzona dobro poczona z niezgbion nauk nic nie pomogy, gdy wikszo suchaczw graa najspokojniej pod awami w karty. Ciepo w salach kolegium zwabio tego dnia tak wielki zastp filozofw. Jedni z nich drzemali, inni przypatrywali si grajcym, jeszcze inni zajci byli lektur rzeczy znacznie od poczonej z Logik Metafizyki weselszych (Pierwiastki Anuli itd.). Do grona zajtych gr w karty przyczy si i Rafa. Czy profesor spostrzeg szczeglne oywienie na jego licu i wytumaczy je sobie jako skutek gbokoci wykadu, czy, zatopiony w bezdennych gbiach dociekania, uczyni to bez namysu, do, e zada nagle Rafaowi kwesti:

 Utrum Bucephalus, equus Alexandri Magni, habuitrationem sufficientem?

Olbromski wada acin znacznie lepiej, z czasw jeszcze sandomierskich, ni starsi od niego uczniowie z reformowanych przez Komisj szk polskich, ale zaskoczony znienacka, z kartami w rce, pragnc co prdzej pozby si nudziarza, zacz wywodzi niestworzony sylogizm i dowid wreszcie, e ko Aleksandra by obdarzony rozumem. Nie wszystkie subtelne wizania przesanek sam spodzi. W znacznej mierze przyczyni si do tego Jarzymski zdradzieckim podpowiadaniem. Rafa tak zosta wzburzony miechem, ktry wzbudzio jego dowodzenie, e zapomniawszy si do ywego, machn rk, w ktrej wanie trzyma karty. Profesor spostrzeg ten objaw zepsucia i z rozszczepionymi palcami oddali si z okrgu sodomitw, otrzsajc py z trzewikw, a puder z francuskiej fryzury, ozdobionej szynionem na tyle metafizycznej gowy. Dugo jeszcze nie mg przyj do sowa. Pier jego falowaa pod abotem i usta wyrzucay (aciskie zapewne) wyrazy oburzenia i zgrozy. Cae zajcie stracio na tragizmie wwczas dopiero, gdy profesor wyszed, a miejsce jego zastpi staruszek, mocno ju pochylony laty, kanonik Andrzej Trzciski, profesor fizyki. Przyszed zzibnity jak ko, w swej wytartej sutannie, z powichrzon siw czupryn. Dla rozgrzania si kaza sucemu przynie sobie szklank kawy i buk. Mia wanie wyoy zebranym dowodzenie de porositate corporum. Kawa i buka znakomicie nadaway si do uzmysowienia filozofom prawdy dowodze. Ucieszony tak doskonaym zbiegiem wydarze, nie chcc czasu traci, sawny autor Zakusu nad zaciekami wszechnicy krakowskiej popija ciepy napj, a maczajc w nim ciasto, z zapaem gosi prawd o wsikaniu kawy z cukrem w nadgryzion buk. Tymczasem Jarzymski, ktremu karta nie sza, mrugn na jednego z kolegw, a tamten pocz zagadywa fizyka. Kanonik zbliy si do awek i wda w dyskurs zajady. Wwczas poza jego plecami Jarzymski wysun si na rodek, wypi kaw i zjad buk. Gdy reszt poyka, staruszek przypomnia sobie filiank.

 Ubi est mea caffa? spyta ze zdumieniem, zwracajc si do audytorium.

Jarzymski otar usta, skoni si grzecznie i odpowiedzia:

 Caffa et bucella per attractionem corporum venit ad meum stomachum.

Poniewa materiau do dowiadcze nie stao, kanonik zafrasowa si i pocz uskara na zimno. Wreszcie, nie czekajc koca godziny, ruszy na kaw do domu.


 Skrytka
Na wiosn tego roku Rafa pokci si z przyjacimi, a osobliwie z Jarzymskim, i straci w Krakowie grunt pod nogami. Wymwiono mu mieszkanie, zgra si w karty do nitki, spado na tyle od razu nieprzyjemnoci, tak mu obmierzo uczszczanie do kolegium, e postanowi emigrowa... Ale dokd? Dugo ze sob walczy, a wreszcie powzi decyzj: nikomu sowa nie mwic ruszy do domu. Zjawi si tam w pierwszych dniach kwietnia, przed wielkanocnymi witami. niegi ju byy spyny, cho jeszcze czarnymi szmatami leay tu i owdzie w parowach. Drzwi chat byy ju otwarte, jakby na przyjcie idcej wolno Marzanny. Z dala na wzgrzu ujrza rodzinn habend. Jake mu si ten niski, szary, biaocienny dom wyda upragnionym i drogim! Gdy najte szkapita zajechay przed ganek, Rafa z wolna wysiada i nie kaza wonicy odjeda. Ale na spotkanie wyszed sam stary czenik, kaza furmanowi wraca do siebie, a nawet dooy zotwczyn na piwo. Rafa zosta askawie przyjty. Otoczono go koem i ogldano jak Wgra z towarami. Matka dotykaa rkoma jego wosw i gadzia je nieznacznie, siostry dziwiy si i admiroway przetarty mocno fraczek oraz wyszarzane poczochy. Nawet stary pan, cho nadsany i chmurny, pozwala synowi mwi do syta i z penego serca, nadto mia si raczy, pyta askawie i czsto przytakiwa. Gdy wspomniano Piotra  pacz si rozleg. Serce Rafaa zmiko i oczy zaszy zami. Mia chwil tak dziwn, e pragn rzuci si do ng rodzicielskich, wyzna na wzr syna marnotrawnego wszystkie swe najtajniejsze winy, spenione w Grudnie i Krakowie. Chwila ta przemina szybko i do wyzna nie przyszo.

Po witach wielkanocnych, w czasie ktrych Rafa by osob interesujc cae ssiedztwo, nasta czas siewu, robt w polu.

Stary czenik kaza fraczki i poczochy eks-filozofa schowa do szafy, a do naronej izby zanie strj ziemiaski: drelichow katank, takie hajdawery uszyte przez nadwornego Judk, grube buty, spodzone przez nadwornego Wsika, i somiany kapelusz uywany ju w roku zeszym przez czonkw familii, a wypleciony z wasnej somy pszenicznej przez owczarza Joachima. Buty byy potworne, o stopach jak szufle, obcasach niestruganych, z podkwkami i cholewami, ktrych nagi jucht przebija spod oju i jakiego cuchncego czernida. Wcigajc na wydelikacone nogi te statki Rafa zatrzs si z obrzydzenia i owiany zosta pomieniem wstydu. Przysza mu na myl ksiniczka Elbieta.

Warto, eby mi zobaczya w tym kostiumie!  pomyla wrd dreszczw dokuczliwego szyderstwa.-Miaaby przynajmniej dobry pretekst do pomiania si prawdziwego...

Mimo to przywdzia domow odzie i szed na pole, gdzie mu kazano. Wszystko w sobie zagusza, umylnie przyciemnia najmilsze wspomnienia. Cae dni trawi na polu, wrd szarych, z lekka ju pylcych rl sandomierskich. Chodzi za pugami, dozorowa siewu, jedzi na folwarcznych wozach z workami i na szkapie folwarcznej z byle interesem. Wnet ogorza, rce mu zgrubiay, fryzura a la Titus zmienia si na czupryn a la Bartek. Powiedzia sobie, e wszystko, co byo dotychczas, byo ze. Postanowi sucha we wszystkim rodzicw i nic zgoa przed nimi nie tai. Tak bdzie myla jak oni, tak bdzie postpowa, jak oni sobie ycz. Jak najsilniej zdecydowa si zapomnie o miostce dla Heleny, ktra ze sw opiekunk bawia wci ju to w Berlinie, gdzie prowadziy jakie procesy spadkowe, ju latem u wd w Bardyjowie na Wgrzech.

W celu zupenego wygnania z pamici tej panny odprawia trudne nad sob egzorcyzmy. Umylnie wyjeda na szkapie daleko w pole, skd wida byo Dersawice. Stawa tam i patrza na siwiejce w dalekim krajobrazie kpy drzew, podobne do obokw. Kpy te miay zawsze ten sam ksztat, zawsze jednako byo je wida, niby zudne marzenia, ktre ostygy w powietrzu i rozwia si nie mog. Rafa nie chcia pozwoli sobie na mylenie o dersawickieh drzewach, o tamecznym ogrodzie, nie chcia zmiowa si nad sob i da folgi tsknocie do kwiatw, ktre si tam rozwijay na rabatach pod cichym zgrzytem okiennicy. Nakazywa sobie obojtno, mia si ze siebie, drwi dowcipnie ze swej gupoty i rozumowa tak mdrze; jakby go suchaa caa familia w komplecie. Zawraca konia i jecha do domu spokojny i pewny siebie. Zdarzay mu si jednake chwile niepewnoci.

Jednego dnia zaszed niespodzianie na kraniec niwy lecej na paskowzgrzu, ktre z dwu stron okala gboki rozd. Byo to w kocu kwietnia, kiedy murawa ledwie si pucia. W gbi parowu,, u stp swoich, Rafa ujrza przezroczyst, pierworodn ziele moczaru. Soce wskrzeszao stamtd omdlae, pprzejrzyste mgieki o barwie perowej muszli, zarazem bkitnawej i jakby rowej. Kilka malekich fal fiokowej wody drgao i lnio si tam midzy nowotnymi badylami, jak samo soce. W owej to chwili cudna mga zarzucia na dusz praktykanta w trzewoci swe niewidzialne, nieujte rce. Uczu na sobie smugi jej rozkosznych pokus, niejasnej, nadmiernie uroczej wzgldnoci wszystkiego, co mogoby by inne ni jej wola tajemnicza, pena radoci. Patrza zdumionymi oczyma, penymi mgy wiosennej, w jasn k, obejmowa j wzrokiem duszy, z krzykiem uniesienia, ze dreniem przygarn do ust jej widok... Za wrzecidzami rzeczywistoci, ktre go trzymay w wizieniu, otwar mu si przez szczelin pozr na niewysowiony dreszcz trawy i wodnego zalewiska, na przedwieczny a najwyszy cud wszystkich si wiata, na rodzenie si, na wschd wiosenny ycia. Krynica pierwiastkowego uczucia i dokadnej wiedzy o nim na chwil rozchylia si przed jego dusz, ukazaa cudowne kby wody wiekuistej. Spywa stamtd tajemny, bojani i wzruszeniem tworzcym przenikniony powiew i nakaz, prawie szept czy piew: "Mdlmy si..." Bya to chwila tak osobliwa, sama jedna, pustelnicza, e si jej przelk. Ale nim si obejrza, ju znika. Znika bez ladu, bez znaku, bez cienia swego bytu, niby bruzda wyorana w powierzchni jeziora przez uderzenie wiosa, ktre dokd, u boku szybkiej odzi, w dal niezgbion odpyno.

Wrci do roboty i w cigu wielotygodniowych zaj zapomniaby by o tym dziecistwie na zawsze, gdyby nie siostra, nie Zofka. Za ogrodem, ktry pokrywa strome zbocze wzgrka, lea szmat nieuytku, zarosy w dole gszczem olszowym, wyej tarnin. Stao tam jedno wielkie drzewo na urwisku gliniastym, brzost stary, rozrosy i na poy uschy. Spomidzy jego korzeni wypywao rdlisko wody zaskrnej i kilkoma strumykami cieko midzy olchy. Na wiosn, w maju, byo to miejsce przecudne. yzne wyziewy wznosiy si stamtd, karmic chciwie nachylone krzewiny i zielska. Brzegi stoku bramoway si za tych dni kpami niezapominajek, a strumienie pyny midzy tymi ogniskami jaskrw. Cudne kwiaty wznosiy si nad wod i schylay ku niej rozmarzone gowy. Wyrastay tam kwiaty nigdzie nie widziane w tych stronach, fantastycznego ksztatu, jak dziecice nocne marzenia. Strzelay z grzzawiska sity martwice, jak koczan obych strza elazno-zielonych, gibkich, koczystych, opatrzonych u boku w kistki ciemno-dzikie; rozwidlay si jak drzewka wysokie dudy, odygi wewntrz puste, o cianach nasikych wod, z ktrych samotne dziecko paszczynianego chaupnika czyni sobie piszczak i gra na niej jednostajn, ubosz ni ptasia piosneczk. Samotnie stay paki o wskich liciach, dugich na kilka okci, podobnych do mieczw, a sporodka nich wyrastay proste prty z ciemnoszarymi weniakami, ktre soce w perzyn obrci. Po mokrym zboczu nad stokiem zwisa mech barwy tak ywej, e zaciera rozkoszny bkit niezapominek, a spomidzy jego zwojw czogaa si ku wodzie masa szerokich lici, niby monstrualnie rozrose abie nogi z mokrymi bonami. Byy to licie szorstkie, najeone mnstwem chropawych kolcw. Zdawao si, e te ywozioa wci sycz i wci dr w bezsilnym gniewie, e trupie ziewy chuchaj spod ich bon zielonych i martwe oczy lni pod nieruchomymi powiekami. Tam take rosy kosace botne, zwane ponymi, a nade wszystko rosy "jaskki": kwiaty o szerokich liliowych kielichach. Gdy Rafa ujrza pierwszy z nich, nagle mu przyszo na myl, e ten kwiat to ksiniczka. Nadobny kwiat sobie samemu piknoci przywieca w tym zaciszu. Wynurza si z mokrych traw i zatapia w duszy czowieka cudnej siy niezwalczony urok. Rafa zama kruch odyg, przycisn do warg subtelny kielich i zdusi go, zdruzgota, spali pocaunkami.

Jednego dnia zasta przy rdeku siostr. Zofka przez czas jego nieobecnoci dojrzaa, wyrosa i staa si pikn dziewczyn. Rzadko si widywali na osobnoci. Schodzia teraz z gry ma ciek wyobion w glinie. Nie spostrzega go i nucc z cicha posza na prawo od rda. Rafa widzia jej gow z powymi wosami przesuwajc si midzy tarnin, ktr oblewa kwiat niegowy. Dziwnym mu si to wydao, e siostra moga wej z tak swobod w ten bugaj dziewiczy, ktrego on sam nigdy jeszcze nie przekroczy. Uda si tam i ze zdumieniem zobaczy gboko w ziemi wyryt midzy cierniami ciek, ktra chykiem sza w gr do skrytej w gszczach altanki. Darniowa awka zajmowaa poow tego schronienia. Nad ni zwartym, nieprzeniknionym gszczem stay czarne ciernie, okryte kwiatem. Dziki chmiel przerzuca tu i owdzie swe mocne nici, i jedna tylko biaa brzzka o pkajcej biaej korze wzdychaa nad tym miejscem, gdy cichy wiatr czesa jej dugie srebrnozielone wosy.

Zofka zarumienia si, sczerwieniaa ujrzawszy brata. Ona, praktyczna gospodyni, od witu do nocy zajta krowami, cieltami, kurami, gmi, piarni i kredensem, siedziaa tu, schwytana na gorcym uczynku "egzaltacji", tak zgubnej i tak oglnie potpionej... Sama wykopaa t ciek, sama zniosa kamienie i okrya je ziemi a darni. Po co? Na co? eby przychodzi tu na wiosn i siedzie "sobie". Jake teraz aowaa tego, co si stao, gdy brat patrza na ni drwicymi, mskimi oczyma! Nic nie urosa powiedzie na swe usprawiedliwienie nic a nic. Ani jednego praktycznego wzgldu! Nie byo to ani dla dobra krw, ani dla wygody cielt, ani dla gsi, ani dla czeladzi. Dla nikogo... Spucia oczy i ponury wyraz bezsilnej haby odmalowa si na jej twarzy. Siedziaa tak do dugo, skubic palcami traw. W kocu rzeka:

 Rafa, nie mw tatuciowi dobrodziejowi, e mi tu zasta...

 Nie mwi?

 Nie mw!

 A to mi ty powiedz, po co tu siedzisz!

 Nie mw! Zobaczysz, e nie bdziesz aowa. Nieraz ci si odwdzicz.

 Powiedz, po co tu siedzisz?...

 No, tak siedz i koniec. Jak si zmcz w kuchni, przy praniu, to tego... To przyjd tu i odpoczywam sobie.

 A to nie moesz odpoczywa w ogrodzie? Nie tutaj, midzy tarkami?

 No, a c ci to przeszkadza albo komu? Tu mi nikt nie widzi, a tam zaraz ktra z dziewek zobaczy i woa a to do obory, a to do piekarni...

Rafa umilk. Sta jaki czas u wejcia, rozgldajc si. Po chwili usiad obok siostry na awce. Srokosze kuy dokoa swe metaliczne piosenki, z trwog odpdzajc natrtnych ludzi od gniazd skrytych w gszczu pod kwiatami. Trznadle zanosiy si od gminnych melodii. Dwa pospolite biae motyle unosiy si w przestrzeni jak gdyby skrzydlate patki kwiatu. Po pewnym czasie Zofka podniosa si i nie powiedziawszy sowa wybiega. Rafa zosta jeszcze dugo, leniwie wycignity. Kilka godzin przeszo, a on nie wiedzia o tym wcale. Zdawao mu si jak przez sen, e jest w Wygnance. Zapomnia si i zbka w puszczy dawnych marze. Byby przysig, e dolatujcy do ucha oskot-to echo Urysiowego kilofa, e sycha woanie Michcika...

Kiedy spostrzeg si i schwyta na uczynku tak niecnego prniactwa, co prdzej wyszed i ruszy w pole, postanawiajc do tej dziury nigdy ju nie wraca. Ale po upywie dni kilku niechccy znowu tam trafi. Dobrze si jako w tym miejscu mylao. Wspar tedy gow na rku i myla. Zbudzi go szelest... To Zofka skradaa si na palcach, badawczo wychylajc gow zza tarniny. Gdy go spostrzega, chciaa ucieka, ale ju j zobaczy i miechem rubasznym przytrzyma. Wesza tedy i usiada. Nie bya ju tak strwoona jak wwczas, gdy j wytropi. Owszem, na twarzy jej malowaa si ywa jaka i zawzita ciekawo. Wszcza z bratem rozmow, nieznacznie naprowadzia j na Krakw i Grudno. Zbywa j szczegami, ktre ju kilkadziesit razy publicznie caej familii by obwieci. Zofce to nie wystarczao. Umiaa ju to wszystko na pami.

 Ty mi wytumacz  mwia patrzc w ziemi ze zmarszczonymi brwiami  jaki jest ten ksi.

 Jak to jaki? Mwiem ju: wysoki, szczupy...

 To ja wiem doskonale, jakbym go sto razy widziaa, ale eby wicej o nim opowiedzia!

 Jaem si tysic razy rozwodzi.

 To mi wytumacz, jak to on tak nagle wyjecha... I eby te nikt nie wiedzia, gdzie on jest!

 No, nikt.

 Ale to jest tak dziwnie adne...

 adne nawet?

 Znik i nie ma go. U nas  rzeka ze wzgard  jeeli kto wyjeda, to do Klimontowa albo do Sandomierza. Wszystkie chaupy wiedz wtedy, e wyjecha do Klimontowa czy do Sandomierza, wrci nad wieczorem albo jutro przed obiadem. Wszystkie ydy w miecie pamitaj o tym przez dwa dni. Raz tatucio jedzi a do Opatowa, tomy si do tego zdarzenia tydzie przygotowywali, konie pali, kurczta smayli. A taki ksi pojecha w wiat  i znik. Moe przyjedzie, a moe nie. Jego janie owiecona wola! Jaka to musi by satysfakcja tak z oczu ludzkich znikn!

 C ci znowu strzelio do gowy?

 Nic nadzwyczajnego. Mnie si wydaje, e i ty sam chciaby tak skoczy we wiaty.

 Nie, wcale nie!

 Eje...

 Gupia jeste sroka i tyle. Ty mylisz, e wiat to akuratnie tyli, co Klimontw z Koprzywnic. Wleziesz za greczk, schowasz si i  nie ma! Zobaczyaby ty, co si to tam dzieje.

 Nie zobacz, nie masz mi co straszy.  A eby wiedziaa, e nie zobaczysz!

 Ech, co ty wiesz... Mnie si wydaje, e on musi by jaki... puszysty, jasny, cichy... Jakie to cudne sowo: janie owiecony pan, janie owiecony ksi pan...

Rafa nie odpowiada. Ale w chwili, gdy siostra mwia na poy do niego, a waciwie do siebie te sowa, uczu w sobie tsknot, spywajc niby kropla zjadliwa, ktra rozgryza i kruszy wszystko, co na swej drodze spotka.

 Powiedz mi  gwarzya Zofka  to on nieboszczykowi bratu Piotrowi, Panie wie nad jego dusz, takim by Socjuszem, a czy to nie powinien przyjecha tutaj i z tatuciem si politycznie rozmwi?

 O czym?

 A bo ja wiem o czym, ale powinien.

 Wiesz co, ty zbyt dugo przestajesz z krowami...

 O, rozumie si  rzeka powanie, opierajc przechylon gow na rce i patrzc w ziemi.

 Jake taki pan -tumaczy jej Rafa dla zaagodzenia tego, co powiedzia  mgby przyjeda do pomiernej szlachty jak my? My sobie panowie na kilkunastu wkach, a to magnat. I z jakiej racji?...

 A z tej racji, e chciaabym go zobaczy. Przypatrzyabym si, czy te taki sam...

 Jeszcze dawniej  cign  za polskich czasw, to podobno zajeday poszstne karoce i najwspanialsze bastardy przed nasz dwr, bo chodzio o kreski na wyborach albo tam o co. Ale teraz! eby ty wiedziaa, jacy oni s...

 Nigdy nie bd wiedziaa  rzeka z gnunym a jadowitym miechem  wic c mi z tego, e ty wiesz!

 Cay taki dwr, rodzina, siostry..

.  To on ma siostry?

 Ma...  szepn.

W owej chwili Zofka spojrzaa na niego i podniosa gow.  Czemue mi nigdy o tym nie mwi?

 A czy to jest dla ciebie wana wiadomo?

 Czy to jest dla mnie wana wiadomo?... cha-cha!... Tak, to jest dla mnie... duej wagi.

Rafa zamilk i od usta. Byo mu nieswojo i gupio siedzie z siostr w tej tarninie. Wsta tedy i wyszed. Leniwie wlk si ciek obok rda i stan tam w zamyleniu. Nie odwrci si, cho sysza, e Zofka idzie za nim podpiewujc. Sdzi, e go wyminie, pjdzie sobie i da mu sposobno powrotu do altanki. Ona tymczasem pocza wdziera si po stromym zboczu nad rdem, depcc silnymi i zwinnymi nogami aksamity mchw i wielkie licie. Z radoci i szczeglnym entuzjazmem woaa do siebie pgosem:

 Ksi, mj ksi!

 Co ty pleciesz?  sykn na ni zniecierpliwiony  czego cigle gadasz o tym ksiciu?...

Zofka zerwaa wysoko rosncy przeliczny kwiat "jaskki". Z daleka, z gbok powag i przymruonymi oczyma, w ktrych gorza ogie szczery, rzeka pokazujc mu kwiat:

 To jest ksi...

Rafa zmiesza si i cakiem spon.

 Spojrzyj  mwia Zofka  czy nie jest najpikniejszy ze wszystkich kwiatw? Cudniejszy ni konwalia, okazalszy ni storczyk. Dlatego nazwaam go tak: ksi. Janie owiecony kwiat. Mj umiowany, mj kwiat... C z tego, e nie pachnie? C z tego, e nie ma adnego zapachu?...


 Mantua
Okno szczelnie zatarasowane wewntrzn, skadan okiennic... Lipcowy promie soca wama si ju do wntrza i, pezajc po wydeptanych cegach posadzki, kruszy gbok ciemno. Najmniejszego turkotu, adnego szelestu... Jaka rozkosz! Cisza tak zupena, e smtne nucenie mantuaskich komarw bka si po izbie i cakowite, od pocztku do koca, brzmi w uchu. Ksi Gintut, przebudziwszy si ze snu, odczuwa trwanie tej ciszy jak doskonae szczcie. Nie wal gromy, nie dzwoni tskliwie szyby, nie sypi si pacyny ze cian i sufitu. Pogronemu w askawe drzemanie widziao si, e to jest pierwsza chwila po przybyciu do tego miasta, e to jeszcze kwiecie. Wystawia sobie, e wolno idzie z Porta del Beluardo przez grobl prowadzc do szacw przedmostowych San-Giorgio, aeby ujrze cmentarz, miejsce czynu Sukowskiego. Po to jedynie przyby. Ujrzy to miejsce, rzuci jakoby lauru li na czoo upojone marzeniami, ktrego ju nie ma, i odjedzie std co prdzej. Wody wiosenne napeniy po brzegi Lago di Mezzo i Lago di Sotto. Modre fale ywo chwiej si, goni i chlaszcz pianami po rudych murach. Ze dreniem pdz do portu Catena i do portu Ankony. Ciekawie zajrz w ich wntrza obmurowane i uciekaj na eb na szyj, przeraone dzikoci starych bastionw. Za grobl droga idzie pod bramami fortu, pniej na prawo ku niewielkiemu wzgrzu. Wiosenny wiatr lekko poddyma py drogi... O cudne trawy, ktrecie wwczas kryy foremne stoki i narone bulwy szacw, nasypy, skarpy i przeciwskarpy obmurowanych roww! Drzewa platanw z agodnymi limi, Wirgiliuszowe ulubiece "miujce sodkie wody... Myli strudzone od malarii plcz si i gubi: To, co oczy widz w marzeniu, leci stronami. Jakie to miejsce tam daleko wida?

Szwajcaria to, gdzie u pytkich zalewisk Zurychu jeziora, gdy idzie nawanic grska wiosna? Trzciny szelestne, suche, jasnote nad ruchliwym fioletem toni... Moe to u nas? Moe to Woy? Widome przedmioty dalekie i bliskie, drzewa i trawy, zamglone rysy domw i siniejce gry s jak gdyby dwiki najsubtelniejsze nie na zewntrz nas, lecz w gbi duszy. Nie pochwyci ich pami ni myl. Tul si do sennych wspomnie. Nazwa bolesna bka si i ka w pamici, kry dokoa mzgu, szeleci w uszach, w oczach, w uciech mciwie cinitych. Kurczem do zwiera!... Mantua! Mantua!

Szpaler wierkowy cignie si gr ku cmentarzowi za murem starej twierdzy przedbramnej. Nieoczekiwane napastowanie alu na widok tych wierkw, ktre korzeniami wyssay krew tysica rycerzy. Cicha, przyziemna brama cmentarna. To tam.

Ksi otwar oczy i ze wstrtem myla o czekajcej go pracy. By znuony do cna, peen gbokoci smutku. Cigy widok oczu gasncych na wieki... Z innymi zgoa celami wrci z Egiptu, Ziemi witej i Grecji. pieszy do kraju. Do ycia, do ycia! Rozpoczyna prac dug i tward, zmaga si ze sprawami wiecznymi! Kaprys oto losu uwika go w sprawy najbardziej przemijajce.

Nie mg w Ankonie doczeka si na statek, ktry z racji wybuchej wojny utkn w jakim porcie. eby czasu nadaremnie nie traci, ksi pomkn na pnoc dyliansem, pewien, e legalny paszport uatwi mu przekroczenie nawet acuchw armii walczcych.

Byo to w kwietniu roku 1799, czasu kampanii neapolitaskiej, po bitwie pod Weron, czyli Magnano. Baron Kray zama ju by lewe skrzydo armii Scherera i napastowa go ca si. Wojska republikaskie ustpoway na poudnie. Batalion polski (pierwszy) pod szefem Dembowskim zasania cofanie si prawego skrzyda ku Vigaccio, a genera-adiutant Kosiski osania lewe skrzydo na drodze ku Nogara. Prawe skrzydo udao si do Mantui. Caa armia francuska moga by w owej chwili odcita przez Brescia od Lombardu. Nie pozostao nic innego, tylko umieci zaog w Mantui, a gwny korpus cofn za Oglio. Tak te uczyni genera Scherer. Odczy cz wojska na garnizon do Mantui, a sam popiesznie ruszy w kraj lombardzki. Ksi Gintut mia wanie wyjeda z ojczyzny Wirgiliusza, gdzie si na nocleg w drodze swej zatrzyma, kiedy zdyszane wojska przyszy j zaj. Ujrza niespodziewanie w ostatnich szeregach swojakw. By to batalion artylerii polskiej pod szefem Wincentym Axamitowskim, zczony z drugim legionem pod komend generaa Wielhorskicgo. W bitwach, ktre owo wejcie do fortecy poprzedziy, legion polski tysicem bez maa trupw usa woskie pola. Dogorywa w drodze do Mediolanu genera Rymkiewicz, zgin major Lipnicki, kapitan Daszkiewicz, podporucznik Paciorkowski. W furgonach wieziono rannych: kapitana Bogusawskiego, Zabockiego, Zeferyna, Zieleniewskiego, Godebskiego, Kirkora, Berensdorfa, Markiewicza, porucznika Tomaszewskiego  i innych. Wiedzieli to yjcy, e nie na zabaw id do Mantui. Zaoga spdzona z rozmaitych stron, skadajca si z rodowitych Francuzw, Piemontczykw, z gardo de corps krla Sardynii, ze Szwajcarw, dezerterw Niemcw, z "cisalpinw" i jednolitego korpusu polskiego, wynosia zaledwie okoo dziesiciu tysicy ludzi. Z tej liczby poowa najwyej moga sta pod broni. Fortyfikacje starej twierdzy byy nieuyteczne i uszkodzone. Niezdobyta zapewne w czasach katapult i baszt na koach, moe nawet w epoce marszaka Vaubana, Mantua bya osoniona jedynie wysunitymi fortami Miglioretto, del T i szacami przedmostowymi Pradelli ze strony zachodniej i poudniowej. Z pnocy i wschodu miasto siedziao, jak przed wiekami, za jeziorem di Mezzo i zwykym, niskim murem bez nasypu. Dowdca caej zaogi, genera Foissac-Latour mia na przeprowadzenie wszelkiego rodzaju ulepsze sto tysicy liwrw. Tymczasem baron Kray cign z si 39 batalionw piechoty, 4 batalionw grenadierskich, 9 kompanii dragonw i 6 kompanii lekkich. W szeregach republikaskich szeptano, e 600 dzia ma ze sob, e id z nim wszyscy znaczniejsi generaowie: Klenau, Elsnitz, St. Julien, a na czele artylerii posikowej Rebinder z 270 kanonierami.

Ksi Gintut, przypatrzywszy si z uwag stanowi rzeczy, przyszed do przewiadczenia, e na nic mu si nie przyda pilnie wizowany paszport, e wbrew chci trzeba wdziewa zielony mundur artylerzysty i stawa w szeregu. Tak te uczyni. Zacz dosugiwa si od kanoniera, aeby midzy zgonionych oficerw, idcych z pola bitew, nie wnosi wani o stopnie i nie korzysta z prerogatyw nazwiska. Wkrtce jednak spostrzeono jego wiadomoci wojskowe. Powoany zosta do boku generaa Bortom, naczelnika artylerii, pniej wyznaczony do biura Jakubowskiego, starego nauczyciela z Werony, ktry pod generaem Meyerem wsplnie z kapitanem Millerem, porucznikiem Hornowskim i Maurycym Hauke fortyfikowa przedmiecie San-Giorgio. Piciuset onierzy polskich pracowao tam co noc pod ogniem. Sdzono powszechnie, e atak moe nastpi tylko od strony tego przedmiecia, tote kiedy nieprzyjaciel gromadzi swoje siy od poudnia i zachodu, z tamtej strony Mincio, uwaano to za podstp i tym usilniej sypano szace, wycinano drzewa i zbrojono si wedug planw gronego "Amilkara" Kosiskiego. Od chwili wielkiej powodzi majowej, kiedy rzeka Mincio zatopia wejciowe i wyjciowe luzy jeziora Payolo, podniosa wody we wszystkich jeziorach otaczajcych Mantu, wic w Lago di Sopra, di Mezzo i di Sotto, tak dalece, e grobla San-Giorgio znika zupenie w gbokoci kilku stp pod powierzchni, sklepione przejcia Molini, wiodce do cytadeli, pogryy si w wodzie do poowy, a powyej k myskich  ksi przenis si w interesach suby do rodka miasta.

Miglioretto i wyspa T z szacami bramy Pusterli stay si samoistnymi ldami. Byy to chwile najbardziej niebezpieczne. Nieprzyjaciel zgromadziwszy mnstwo odzi i promw usiowa podsun si ku zatopionym murom. Wynika potrzeba czuwania nieustannego. Ksi mia polecenie obserwowania wysokoci wd w pewnych rewirach. W maym czenku kry nieustannie we wszelkich kierunkach. Noc, w zupenej ciemnoci, w deszcze, dociera czstokro a do Angeli na wybrzeu Lago di Sopra, gdzie Austriacy zaczli nocami w najwikszej ciszy sypa ostatni, najbardziej w lewo wysunity barkan swych robt podkopowych. Przed brzaskiem wraca ju to przez jezioro Payolo, ju przez Corso delie Barche, pod samymi bramami miasta do luz wyjciowych.

Kiedy jeszcze stay nad topielami ranne tumany i tuky si dymy po caonocnym bombardowaniu, sun nieraz w szuwarach i trzcinach a pod Belfiore, skd raz w raz wywalay si niespodziane dymy kanonady dla zamaskowania prac gdzie indziej prowadzonych. Gdy wkrtce zacz si szerzy w wojsku z racji zatopienia mynw nie gd jeszcze, lecz doskonay pgodek, gdy onierz z dobrawoli odda ze swego odu dwie czci na fortyfikacje, ksi zaj si w chwilach wolnych na wasn rk urzdzaniem arn i wydawaniem porcyjek chleba onierzom, zrazu swojej kompanii, potem szerszemu kou wiary, a wreszcie kademu, kto przyszed. Widziano go pracujcego dzie i noc za dwu, za trzech, a potem za dziesiciu i dwudziestu na wszystkich niemal miejscach. Nikt nie wiedzia i nie pyta przy wzrastajcym rozprzeniu, kto to jest waciwie, u kogo mianowicie adiutantuje, gdzie suy. By i w biurach Bortom, i przy Axamitowskim, w skadach zboa i przy obronie. Przyzwyczajono si do jego zabiegliwych, popiesznych czynnoci, do jego figury, przymknitych oczu, skrzywionych ironicznie ust i paskiego tonu. Ale mozoy waciwe zaczy si wwczas dopiero, gdy w poowie czerwca wody zaczy spada, gdy wylazy dalekie brzegi botne pod Putole i Vergiliana, gdy ukazaa si grobla Cerese przez jezioro Payolo i druga naprzeciwko bramy Pradelli. Co tchu zamknito luzy od jeziora di Sopra, a otwarto wyjciowe do Mincio dla utworzenia z jeziora Payolo trzsawisk nie do przebycia. Przyszy straszliwe upay. Stche bota zadymiy si. Komar jadowity zadwicza nad uszami ludzi zamknitych w murach, fosach, szacach i wieach. Wyziew botny ogarn ich miosnym ramieniem. Wnet tum onierzy zwali si na pociki lazaretw z febry i szkorbutu. Z dniem kadym przyhywato ndzy. Ci nawet, ktrzy stali jeszcze pod broni, trzli si z zimna. Twarze pociemniay i zmora wiona wskro miasta...

Ksi wzi si teraz do roboty z caego ramienia, co si nazywa, z polska po warcholsku. By wszdzie, gdzie go nie posia. Nalea do rzdu tych oficerkw polskich, ktrzy z wasnej woli a fantazji penili na waach i w szacach pozasubowe nocne strae. Jake polubi owe wigilie! Owe dla odegnania snu i smutku ciche pogwary o ziemi dalekiej i sprawie... Owe powieci grone a proste o miejscach krokiem przemierzonych, o ldach i morzach, o rzeczach straszliwych i pracach niezmiernych zniszczonych, o czynach wielkich, ktre si ponad wszystko wydwigny, o sile fizycznej i cnocie cichej... Stali si wwczas midzy sob wszyscy bardziej ni rodzeni bracia solidarni, otwarci, zronici. Ustay pospolite spory i zawici. Niczyje sowo i czucie nie byo dla drugiego gupie, niczyja, najbardziej prosta, dusza wzgardzona...

Ksi Gintut nosi starym wiarusom, ktrych "wujaszek" szkorbut zagryza, butelczyny wina pod paszczem artyleryjskim z piwnic, ktre, jak twierdzi sprzedawca, samego Wirgiliusza pamitay. Gdy wylizny si ostatnie rk w kieszeni namacalne dytki i gdy zosta jeno stary mundur na grzbiecie, zielony paszcz i huty niezupenie foremne, wynalaz w dzielnicy ydowskiej pewnego znawc, ktry nawet o Grudnie co nieco wiedzia. Dzie w dzie szed teraz do pugilaresu tego finansisty rewersik na wioski w Prusiech Poudniowych i w Zachodniej Galicji w zamian za miso, mk, wino, leki. Ksi sypia teraz tylko czasami. Gdzie w drodze, na przymurku, w kucki, wpord workw mki na promie, do dnia midzy jaszczykami dwu obusiw Czechowskiego, wiecznie miotajcych nawisowy ogie z bramy Pradelli, gdzie pod platanem w drodze do Redela, ktry ze swymi ry wci rowy i bi palisady za klasztorem San Francesco sui Te na prost bramy Pusterli.

Gdy od 4 lipca Austriacy poczli rozciga swj front aproszw od Certosy przez Pallagina, Dosso del Corso i Chiesa Nuova, przez Simeone i Valle a do Sparavera i, zatrudniajc co noc po kilka tysicy chopw z okolicy oraz swoich wasnych onierzy, wznosili wci nowe linie dwuramnikw zczonych kurtynami, a w tyle sypali czworoboki zamknitych redut, gdzie kolejno umieszczali swe baterie od pierwszej do smej, prace i czuwania dosigy szczytu. Ksi Gintut sam pocz zapada na zdrowiu. Niespodziewane, w najwikszy upa lodowate dreszcze, ble gowy, rozum i przytomno wyszarpujce z czoa, a nade wszystko niech miertelna do jada i napoju, do wiata, soca i powietrza. Rka skostniaa podnosi do oczu szka perspektywy, a oczy widz nie to, na co patrz. Dalekie smugi wyrzuconej ziemi, rwnie ogniowe szacw darni ju odziane, dalekie gstwiny platanw i morw, trzciny, wierzby i eukaliptusy na pobrzeach, a z naga... c to? Jak ywa ronie przed upadymi oczyma wydma piaszczysta gdzie w kraju, jasna, ta, sypka, usychajcym jaowcem tam i sam porosa...

wiat zewntrzny oddarty jest od czowieka, zwisa z duszy jak achman ciki i bolesny, nie do odtrcenia, a nad siy, nic z ni nie majcy wsplnego... Ludzie snuj si i wierc naok, jak gdyby pogreni w falach szczeglnego eteru, w cienkich mgach-smtnicach. Czyny ich gupie, ordynarne, wrzaskliwe, kamieniami wal si na gow, na ciemi jej, na piersi i na ramiona. Tymczasem ju ludzie przyzwyczaili si do posugi. dali jej natarczywie, jak od robotnika patnego na dniwk. Szed tedy wci tymi samymi szlakami, ale ju jak wz bez koni, pchnity z gry w wyobione koleje. Coraz mniej majc w oczach wiata, coraz sabiej rozrniajc kontury spraw, a nawet twarze, czyni przecie swoje. Policzki przybray barw popiou, koci ich wylazy. Oczy wwaliy si w swe doy. Usta zamilky. Wreszcie czyny rki byy to ju raczej znaki woli ywego ducha ni akty ciaa.

Oto teraz siedzc po przebudzeniu na swym leaku, zawinity w paszcz i wtulony w siebie, myla, e musi wsta i i na sub. Niemoc przytuka go jak wiea. Rce i nogi leay cisze od klocw dbowych.

Po ce tu, gupcze, zosta? -zadrwi z niego nagy, postronny miech szataski.

Usuna si wraz przed wewntrznym okiem duszy ciana domowa na obraz kotary, a za ni wida byo nico, ndz i mieszn trywialno powicenia. Patrza przez chwil na cae rzeczy, na pocztek i koniec ich, na wierzch i rodek. Wszystko, co tu przedsibra, wsiknie w ziemi tak samo, jak wsika deszcz, tak samo, ,jak wsika w ziemi krew zastrzelonego czowieka. i zginie. ladu nie bdzie. Kt jest, kto by odrni drzewo czerpice soki ze ddu od drzewa wyhodowanego ze krwi? Czyje oczy wylej z? Czyje piersi westchn? W mrok si rozprasza ostatni brzask wytrzymaoci.

 Ju nie pjd nigdzie! -cisn sowo gone jak kltw na nieszczliwych, ktrzy szelestu jego krokw wygldaj. Run na wznak i zamkn oczy.

 Zdychajcie! Wszystko mi jedno. Teraz i ja nareszcie bd prnowa.

Owin si starym, zielonym wojskowym paszczem i niweczy swe dreszcze szeregiem skule i wypre ciaa. Sen go opta twardy...

Wtem run gromem strza armatni. Okna zadray w swych zawiasach wszystkimi futrynami. Szyby aonie dwiky. Ledwie pochwytny szmer w cianach przenikn je jakoby dreszcz tyfusowy. W luftach kominw zaopotay strcone skrzyda sadzy.

 Jeste...  wyszepta.

Zarazem rozrzuci poy paszcza i wsta. Ulegajc nakazowi starego naogu siad po umyciu przy tualetce podrnej, ostatnim wykwintniejszym sprzciku, ogoli si starannie i uczesa. Potem oczyci porzdnie mundur, ju podczas ryku kilkudziesiciu armat. Skoro wyszed na ulic, huczaa niesychana kanonada. Tak zna si na tonie armat, zalenym od oddalenia, e wnet odrni bateri Redela i jednorogi Axamitowskiego od naszczekiwania dzia Moneta z cytadeli i Jakubowskiego z San-Giorgio. Oto dzwoni pociski z bastionu St. Alexis, z bastionu Lutherien, z retranchements Charles... Szed ulic Garety, mechanicznie, prawie bez udziau myli liczc pociski. Kry si przed socem. Pod murami sta ju cie woski, martwy, jak opocza nieruchomo zwisy z wysokoci nagich cian. Ulice byy puste jak wymit. Tam i sam wyjrzaa z bramy kdzierzawa gowa ulicznika albo wlizna si w ciemn i wilgotn sie strwoona kobieta. Przyzwyczajony do codziennego huku armat od czterech miesicy, ksi szed ospale, ze zwieszon gow. Nagle osobliwy, nieznany oskot uderzy go w dek piersiow jak cios pici. Oto z naronego domu na przeciciu dwu ulic, z domu cichego, picego w cieniu swych drewnianych aluzji, run olbrzymi naronik. Kupa cegie z futrynami okien zwalia si na rodek ulicy o kilkadziesit krokw przed idcym. Zrazu nie mg zrozumie, co to si stao. Ale jaka blada twarz w wyrwanym oknie... Wraz paln w t sam cian pocisk, buchn pomieniem. Wyrwa drug dziur, rozlecia si na tysic skorup wartkich, ledwie dostrzegalnych, wierccych si w kilkudziesiciu miejscach na przestrzeni jakich stu sni. Szczcie chciao, e ksi sta o pidziesit co najmniej krokw od miejsca wybuchu; wskutek czego czerepy bomby przeleciay ju nad jego gow. Jeden z uamkw krci si dugo na kamieniach ulicy. Gdy spocz, ksi, czajc si mimo woli, podszed ku niemu i wejrza na z tak ostronoci, jakby oko zapuszcza w przepa. Zobaczy podugowaty zom elaza, urywki na nim kutych obrczy, resztki tlejcego drelichu i smolnych sznurw...

 Karkas...  wyszepta ze dreniem.

Ale nim spojrza, nim to pomyla i wymwi, ju kilka nowych piorunw pado na ulic. Pray j straszliwe kilkopudowego wagomiaru brandkugle, wyrzygujce ogie przez trzy swoje "oczy", ryczay lane walce knyplw, suce do targania wiza wszelkiego rodzaju spltanych przez prac ludzk, pkay w powietrzu, okoo drzwi i okien z hukiem goniejszym od armatniego wystrzau "wiecce kule", wyrzucay z bruku i ziemi leje sniowej rednicy wielopudowe, jednookie, uszate bomby, i skakay naokoo, jak gumowe piki, lepe granaty. Ksi dysza prdko. Nogi si pod nim trzsy, serce przestao bi i trzepao si jak dzwon na trwog. Widzia by dotychczas walki fortw z fortami na kule, bitwy pukw na bagnety, ataki konnicy na konnic. Teraz co innego...

 Bombarduj miasto...  wymiamla do siebie, brnc dalej sposzonymi kroki.

Rozbija mu gow, miady oczy, dusi oddech przeciwny naturze grzmot walcych si domw, wrzask miertelny niewidzialnych ludzi, omot i stki wyrwanej ziemi, buchanie prochu, trzask drzewa, oskot kamieni. Zielone drzazgi okiennic, zbce, krzye, ramiona potrzaskanych ram okiennych i futryn, strzpy i zwitki rynien z malowanej blachy, gruz czerwony glinianych dachwek, jak licie pierzchao to wszystko bryzgami w powietrzu. W rozwarte jamy okien i drzwi skakay kby ognia. Zaduch smoy, dziegciu, prochu, gaganw palcych si od zaprawy otacza kady dom ponc atmosfer. Ksi, wtulony we framug przy studni ulicznej, ypa na wszystko oczyma i przeciga si od zimna.

 Madonna! Madonna!,..  rozleg si za nim, gdzie u stp, krzyk czowieka na ziemi.

Rzuci okiem na czarn twarz, biae zby, wysadzone na wierzch straszliwe oczy, na rce bdzce bezradnie po nagim bruku. Wtuli si w mur jeszcze gbiej, przylgn do niego jak paskorzeba. Nie podnosi oczu...

eby cho prdzej...  szepn mu do ucha jego wasny duch. Myl t usysza tak wyranie jak gos owego czowieka, ktry si wi coraz ciszej na kamieniach. Zmczone ciao wzdrygno si od kilku szlochw urwanych. Przycisn paszcz do piersi i wrd wzmagajcej si orgii pkni, strzaw dookolnych, wrd piachu z cegie, czarnego dymu i ognia poarw, zacz usilnie nakazywa spokj rozbieganemu sercu. Namaca wreszcie wol obojtno w ciemnociach wewntrznych duszy, a doni rkoje szpady. Odszed stamtd. Ale dalej w ulicy, przed kocioem San Rocco, przejcie byo zagrodzone. Zapchaa je barykada zwalonych cian i gruzw buchajca poarem. Wiodc rk po murze, obok ktrego postpowa, trafi na bram otwart czy otwr wyamany. Wszed do ogrodu. Ujrza dokoa siebie drzewa porozrywane, konary z owocami rzucone o kilkadziesit krokw od pnia, srebrne zagajniki cytryn i bardziej ciemne pomaracz, pokrzywione drzewa figowe skwarzce si we wasnym ogniu. Licie, gazie, kwiaty stratowane... Przez chwil zaduma si sennie nad wynios grubolistn magnoli, ktr kula cia w poowie wysokoci. Jeszcze, zdawao si, dry pie... Raz w raz walia w ten liczny ogrd piciopudowa bomba. Zapadszy si w mikk, skopan i wynawoon ziemi na ptora snia, wyrzucaa stg ziemi z korzeniami fig i migdaw, wykroty obwieszone gruzami czarnej prchnicy, miecc na wsze strony donice z kwiatami, rododendrony i ywopot z bukszpanu, kamelie i biay bambus. Ksi szed przed siebie na olep. Ujrza nagle ciemnik z winoroli rozpity na obkach i na drzewach morwowych. Tu u wejcia siedzia na paskich kamieniach czowiek jaki i trzyma w ramionach umierajcego chopca lat piciu, a raczej zmiadone szcztki chopice. Oczy dziecka zaszy ju mg, ciao rozerwane, krwawe zwiso jak rzecz wiotka. Jeszcze ebra wznosiy si i opaday, a maleka gardziel, biaa jak kameliowy kwiat, ykaa powietrze. Czowiek siedzcy koysa si naprzd i w ty jak wahado. Caowa konajcego w usta, wysysa jego oddech ulatujcy w milczeniu straszniejszym tysic razy ni huk kanonady. Nie podnis oczu na ksicia, gdy ten zadrepta koo niego, eby co pomc, nie wiedzcy w czym i jak. Wci tylko zgrabiaymi palcami przyciska do piersi, coraz mocniej, coraz trwoliwiej, skrwawione szcztki. Chucha nadaremnie w otwarte usta dech ywota czy moe przyjmowa w swe rozdarte serce ostatnie tchnienie... Skrzypiay wokoo drzewa, pkao i palio si miasto. W gbi czarnych ulic kotoway si straszliwe, nieustajce womity murw. Ksi wpatrzy si olepymi oczyma w w szczeglny, jedyny na wiecie bekot mierci miasta. W dymie, pod sklepieniem z poncych kul, zbity kamieniami, ociekajcy krwi od zranie uamkami kul, czarny od prochu, z paszczem tlejcym w kilku miejscach, przyszed do bramy Pradelli. Z tyu, od miasta waliy si teraz perzyny, czad spalenizny i upa poarw. Nie stao powietrza na oddech. Kanonierowie ledwie mogli usta w dymie. Pod murem lea porucznik Kobylaski, ktremu urwao rk w krytej drodze dwuramnika przedmostowego Pradelli. Ksi musia stan do roboty u boku Czechowskiego, niegdy w kraju majora, awansowanego obecnie na kapitana. W t bram najzacieklej biy pociski ze wszystkich baterii austriackiej paraleli. Sycha byo guche stkanie odwiecznych murw i nieustanny oskot bry cegy walcej si w zgni fos. Dwa jednorogi, bronice gruzw wiey; rzetelnie tego dnia pracoway. Sam kapitan celowa chodzc od jednego do drugiego. Gdy Gintut stan przy nim, spojrza przez rami, wskaza rk granatnik, sam rzuci si na ziemi pod murem. Ksi uj doni dwa drki celownicze oa, nastawi, uregulowa mosin suwaczk w dioptrze i, ledwie dostrzegajc dalekie pola ogniowe szacw austriackich, wykrztusi zeschymi uszy:

 Pal!

Czarny od dymu kanonier przyoy ywy, mocny, koczysty wgiel lontu. Pokrgy ogon oa skoczy w ty i szczkn powstrzymany w klinach legarw. Run potny, dwiczny strza. Ksi by przy drugim dziale. Schyli si, wlepi oko w dioptr i znowu sennym gosem:

 Pal!

Kiedy kanonierowie rychtowali pierwsze dziao, wsun gow midzy policzki strzelnicy i wyjrza. Grobla przedbramna bya pusta, zalana przez biae soce. Dale j pod dymem rozesao si boto Payolo tak zielone, kwietne od porostw grelowych, od lilii wodnych, od mokrych szuwarw i tataraku, e oczu nie mona byo oderwa. Z okopw austriackich, ktre stay w drugim rzdzie za lini barkanw i kurtyn, pkay co chwila w morzu dymw nowe stokowate, nienobiae ich supy. Cae powietrze wstrzsao si od dwicznego oskotu, a ziemia trzsa si nieregularnymi drgawkami. Ksi wrci do roboty, midzy kanonierw, ktrych biae ze zgrzebnego ptna lejbiki przemieniy si w ciemne achmany. Pot czarn plam wylaz na ich plecach i barkach. Rce mdlay od wprowadzania  na miejsca. Tylko biaka oczu byskajce wiadczyy o rozptanej i wciekej sile.

Nadjecha genera Borton ze sztabem. Ju wwczas saba kanonada. Miasto pono. Ludno, schroniwszy si do piwnic i lochw, nie ratowaa swego mienia. Nad wieczorem tego dnia, po obustronnym zaprzestaniu walki, ksi Gintut szed przed samym zachodem soca do Miglioretto, gdzie byo czoo boju. Min bram Pusterla, most arkadowy na Corso delie Barche al Palio. Zielona od skrzekw woda, zakisa i nieruchoma, gnijca pod kouchami grzybienia, pena bya gruzw i strzpw. Wierzby i eukaliptusy, wysysajce wilgo z bot, byy pocinane albo podarte. Na poszarpanej drodze tarzay si niebieskawe od spalenizny czerepy bomb i rozprysych kul. Smutek mierci ciska serce elaznymi klamrami na tej drodze samotnej. Minwszy Palazzo del T ksi szed ku Miglioretto liczn niegdy, platanow alej. Nie ocalao tu ani jedno drzewo. Ogrody byy zryte, same groble i forty uszkodzone nadzwyczajnie. Byy to lady bombardowania tych miejsc specjalnie poprzedniego ranka, kiedy nieprzyjaciel wyrzuci  114 pociskw granatnikowych i 824 bomby. Idc po groblach obok upustw, midzy cuchncymi kanaami, ksi nie znajdowa w adnym z fortw Axamitowskiego. Mia polecenie od generaa Bortona owiadczy ustnie szefowi baterii polskiej, e nazajutrz cae przedmiecie San-Giorgio bdzie bez strzau oddane nieprzyjacielowi. Zaoga wyjdzie w nocy, bez szelestu. Wszystkie siy naley wyty ku obronie Miglioretto. Przybywszy do strzaczanu, dwuramnika wysunitego na czoo ukadu wszystkich szacw, bastionw, redanw, kurtyn, lunet i biretw, znalaz olbrzymie zmiany. Wszystkie podmurowania Miglioretto byy na poy zburzone, palisady zgorzae.

W chwili gdy ksi przyszed, Axamitowski po kilku dniach i nocach walk nieustannych spa snem kamiennym. Oficerowie i kanonierowie byli tak spracowani, e drzemali stojc, plec, zwisajc z , wozw prochowych i armat. Noc zapada. W ostatnim blasku dnia wida byo z bliska najszersz ga bot, zginajcych si ku Mincio. Jezioro Payolo przeobraone teraz w bagna, ktrych rodkiem cieka leniwie zgnia rzeczka, poronite byo gajami nieprzejrzanymi trzcin jasnotych, szelestnych, sitowiem, tatarakiem i rokicin. Gwar szpakw rozlega si tam na caej przestrzeni. Grobl prowadzc przez bota do wioski Cerese na zajezierzu widziao si w caej dugoci.

Ksi tak przecie by zmczony, e ledwie spostrzega i sysza, ledwie wiedzia, gdzie jest. Powtarza sobie w myli raz za razem zlecenie i czeka. Wszystkimi siami ciaa stara si, aeby usta na nogach. Wszed po drewnianych stopniach na banquette szaca, miejsce wyniesione nad poziom, gdzie staj obrocy, eby strzela ponad ziemne przedpiersie. Przechadza si tam i na powrt midzy jednym dziaem a drugim. Te pospne, spracowane spie zday si w tej chwili drzema, tak samo jak ludzie. Posaniec uczu, e jest tu midzy wszystkimi sam, sam jeden czuwajcy. Zajade wierkanie szpakw przemieniao si w dzik melodi... Roje komarw wiroway tu i rzuciy si na twarz. Wstrtne myli rzuciy si na dusz. Gdy tak bka si, gow przewyszajc hauteur dappui nasypu szaca, i gdy zabrn w najciemniejsze pieczary smutku, dano mu zna, e szef wsta i czeka.

Ksi zda mu raport i zarazem prosi o pozwolenie udania si na spoczynek. Axamitowski usyszawszy wie hiobow chwyci si za gow i siedzia przez chwil bez ruchu. Potem dopiero przypomnia sobie drug prob i zaprowadzi ksicia do baraku w gbi ssiedniego bonnet de prtre; gdzie spa niedawno. Gintut przycupn na wygniecionym posaniu i wnet usn. Mia sny straszliwe, sny niezapomniane na cae ycie, w ktrych zamknite s wiaty samoistne, prawdy nam tylko samym wiadome i zjawiska prawdziwie nieziemskie. W tym nie pamitnym ksi przebieg jakie inne, cakowite ycie od jego pocztku do koca. Zapamita niektre tylko ksztaty, uamki, blaski widzianego wiata i jego mglist cao. Kilkakro skakay na jego piersi pociski przeraliwe. Uderzay wypadajc z ciemnoci, naprzd w ziemi, jak lane kule, a potem mkny koo uszu na podobiestwo wielkich chrabszczw, skarabeuszw niezwykej wielkoci. Wraenie ich przelotu, ich muskania twarzy szorstkimi skrzydami byo nie do zniesienia. Z przezsennym jkiem, ktrego z piersi nie mona wyrzuci, ucieka przeczuwajc, e znowu padnie, odbije si od ziemi i skoczy kula skrzydlata... Wtem t trwog senn, straszliwsz ni wszystko na rzeczywistym wiecie, zgnit gromadny wrzask, jki, oskot broni. Ksi, wyrwany z twardego snu, ockn si, ale nie wiedzia nic o sobie. W malaryjnej pwiedzy siedzia na posaniu i patrza przed siebie. W czoach i barkach biretu, w naronikowych szczeglniej ktach ujrza tok artylerzystw, mocujcych si jakby w czasie wicze gimnastycznych. onierze wielkiego wzrostu przeazili przez wierzchoki przedpiersia i tu, raeni miertelnie wyciorami, drgami, bagnetem, darli si do armat. Gintut nie mg poj, co to za ludzie. Widzia w blaskach ognia ich niskie czarne kapelusze z bia obwdk, biae z ciemnymi potrzebami mundury, szerokie czerwone pasy, ciemne spodnie i czarne kamasze.

 Guaje! Bij, zabij! -wrzeszcza obok niego jaki podoficer pdzc naprzd z bagnetem.

Regiment Franza Guilay...  myla ksi rozumiejc teraz dopiero, co si dzieje.

Tymczasem ju wszystkie armaty byy opanowane. Infanteria austriacka, prowadzona do szturmu przez pukownika Ridt von Lattermann, pchaa si ze wszech stron na okopy. Olbrzymi kanonier austriacki w ciemnopiaskowym mundurze obuchem mota wbija bretnal w zapa granatnika... Ale jednoczenie przez wsk szyj szaca krokiem elaznym a cichym nie wbiega, lecz zaiste wskoczya jak pantera kompania grenadierw polskich. Ksi zerwa si ze swego miejsca, znalaz szpad i bieg do szeregu. Szerokie bagnety werzny si w Austriakw. Zwarty zastp przebi najbliszych napastnikw. Ale wdzieray si nowe ich szeregi. Zawrzaa bitwa nie na bagnety ju, lecz na kolby. Rozwcieczona gar signa po gardziel wroga. Zrzuceni w ciemno przez wierzch szaca, tonli w fosach. Bili si na moc, szarpic broni mundury. Rosa kupa trupw i rannych. Wreszcie wntrze biretu opustoszao. Napastnik zgin albo wyrzucony zosta na zewntrz. Kompania grenadierska chyym krokiem wysuna si przez szyj i wsika w ciemno. Gintut szed z nimi. Bro do ataku, krok elazny, oko wlepione w mrok. We wszystkich naczelnych szacach wrzaa walka miertelna. W fosach, midzy palisadami, w martwych ktach naronikw sycha byo ciosy i jki. Kompania idca naprzd przez rowy, przez zway rannych i trupw, dojrzaa przed sob biae mundury. Wzia je ciga wilczymi susy. Wnet byli w bagnach. Ju stamtd dochodzi szczk i ryk boju. Dopadli. Wrzask z tyu przebitych, rozkazy oficerw szczujce do rzezi, przeklestwa, skomlenie rannych. Chyo z dobyt szpad szed ksi, porwany przez uniesienie. W pewnym miejscu kupa biaych obskoczona przez Cisalpinw i Polakw bia si po pas w bocie.

W trzcinach wyniosych, suchych, trzeszczcych onierze tworzyli zwarte koo. Kogo bagnet dosign, tego spycha w bagno, w ywy grb. Kolba go dotuka, a obcasy wdeptyway w bajoro. eby nie zapada si w bocie, stawali na ywych jeszcze ciaach i z nich prali w tum uciekajcy. W pewnej chwili kule ogniste owietliy cae Payolo. To Redel wyczu swym ogniem skradajcych si pod wodz kapitana artylerii Szmita oraz inny oddzia pod kapitanem Martynowem wpaw przebywajcy rzek. Strychowana z bateriw del T runa na nich kanonada. W wybuchach prochowego ognia ksi widzia dokoa zbroczone bagnety i lufy, rzygajc z ran krwi zlane piersi i gby, wyszczerzone zbce, wywalone, straszliwe oczy. Krwawe szpony wszczepiy si w czyje wosy... Nowy blask! Wasna szpada caa jak piorun! Czerwieni si i cieknie gorcy ogie krwi. Nowy cios... Po rkoje! Donie, palce kurczowe chwytaj idcego za nogi z gbi trzsawiska. Zduszone rzenie gardzieli, bekot ust w bocie. Trzask trzcin. Kto ucieka. Szczk kolby o czaszk i cichy pacz. W samym kanale Payolo zapanicy siepali si pier w pier, dusili si wzajem za garda i spychali na wieki do jam mierci. Coraz ju rudziej, ale coraz wyraniej rozdzieray ciemnoci gromy nieludzkich rykw i krzyki zemsty.

Dopiero nade dniem wycieczka bya odepchnita na caej linii. Grenadierowie wlekli ze sob gromad niewolnika schwytanego w szuwarach. Ksi stapiany w bagnie plta si midzy ludmi, dwigajc gow cik jak kowado. Mrz go przenika od stp do gw. Nogi si giy. Ledwo widzc drog i przedmioty, zawlk si rano do swej w miecie izby i nieprzytomny zgoa upad na ko.

Spa teraz jak drewno, pogrony w potach, dreszczach i ciemnoci. Gdy si kiedy niekiedy ockn, znajdowa przy wezgowiu proste, gliniane naczynie z winem rozcieczonym wod. Nachylaa si ku niemu ohydna twarz lichwiarza, ktry mu poycza pienidzy. By to yd z twarz mantuask, popielatoczarn. Ksi widzia w pnie, e lichwiarz przeszukuje kieszenie jego paszcza, e przewraca w tualetce, gdzie nic cennego nie byo. Bawi si tym widokiem. Byleby cisza... Dwa czy trzy razy zjad skibk chleba, popi wod i znowu spa! Pitego dnia yd wbieg do izby w popochu i z krzykiem. Targajc chorego wrzeszcza przeraliwie, e Francuzi poddali miasto i wychodz, e Miglioretto ju obsadzone przez Austriakw, a w bramie Cerese piciuset ludzi. Ksi zrazu nie chcia ruszy si i nie wierzy, ale koniec kocw wsta z ka. Ogarn si jak mg i wyszed. yd za nim. Mwi prawd.

Piechota z jednym sztandarem generaa Foissac-Latoura cigna wolno w stron mostu Molini ku cytadeli, za ni artyleria z dziaami. Furgony generaa dowodzcego i innych, a nawet powozy oficerskie i ekwipae ich on szy dudnic midzy gruzami. Przerznwszy si wskro motochu, ksi zobaczy nareszcie i swoich. Szli w porzdku z obnaon broni. Artyleria na przedzie, za ni konnica, kompanie piesze na ostatku. Oznajmiono mu, e garnizon podda si i z honorami wychodzi przez cytadel, a legia ma rozkaz zamyka kolumn.

Stan w szeregu, doby szpady i postpowa obok dziaa. Puki lekkie francuskie zajy sklepione mosty, miny je, ale nie posuway si dalej. Wskie przesmyki gruntu midzy jeziorami i na przedmurzu fortecy, zastawione ndznymi domostwami, tak byy pene wojska, e noga ludzka wcisn by si tam ju nie moga. Artyleria Axamitowskiego i jej armaty weszy na most, w ciemn czelu murw grubych, bezksztatnych, trupio szarych od wielowiekowych pyw mki. Kompanie piesze wci jeszcze stay w ciasnych ulicach. Ksi by w szeregu midzy onierzami. Oczy jego wczyy si bezradnie po starych pajczynach, ktre mka obarczya, po ladach powodzi i owych pospnych oknach-strzelnicach, co wychodz na stche jeziora. Milczce w tej chwili myny byy wstrtne jakby tortury redniowieczne.

Gdy tak w ciszy strudzone wojsko czekao na chwil wyjcia z przekltego miejsca, biaa kolumna austriacka ukazaa si z dala w ulicy. Oficerowie szli rwno z ni krokiem chyym. Zbliywszy si sformowali szyk w dziwny sposb. Naprzd klinem weszli midzy artyleri i piechot polsk, a potem wzili bro do nogi. Nikt z Polakw nie przeszkadza im ani protestowa. Wychodzili z honorami na podstawie kapitulacji jawnie zawartej i odczytanej w szeregach. Drugi jej paragraf wszem wobec gosi, e wojska cisalpiskie, szwajcarskie; polskie i piemonckie bd uwaane i traktowane pod kadym wzgldem jak wojska Rzeczypospolitej Francuskiej. W pewnej chwili na rozkaz Austriacy pochwycili za bro i nastawili j przeciwko grenadierom, woltyerom i artylerii. W teje chwili ze wszystkich zaukw, z dziedzicw, zza murw rzucia si na nieprzygotowanych piechota olbrzymim tumem. Wydzierali zdradziecko napadnitym z rk karabiny, czapki wbijali na oczy albo je zdzierali i wlekli obezwadnionych po bruku. Wizali rce powalonym na ziemi. Oficerowie w pierwszej chwili oniemieli z przeraenia. Ale i ich nie oszczdzono.

Ujrzeli, jak napadnitym w ciasnych zaukach onierzom i podoficerom zdzieraj naramienniki i bij nimi po twarzy, jak szarpi za wosy, kopi nogami, tarzaj w bocie ulicznym, wi rce i nogi. Ujrzeli wreszcie, e zdzieraj mundury oficerskie z tych, ktrzy je mstwem w bitwach przed oczyma dwu armii zdobyli, wi donie do lufy karabina, eby puszcza przez kije.

 Do broni!  rozleg si krzyk.

Byo ju za pno. Kolumna bya rozerwana na kilkanacie czci, a kada z nich obskoczona. Bro wydarto. Z kompanii najbliej mostu stojcych kilkuset onierzy chykiem przemkno si ku cytadeli i uszo losu wspbraci. I na grup dwudziestu oficerw artylerii zwalia si masa piechoty austriackiej z nastawionym bagnetem. Obstpiono ich, piercieniem grubym na dziesiciu chopa. Poznawszy, co si dzieje; wyrwali szpady. Sparli si brat w brata ramionami i utworzyli piercie obronny. W milczeniu poczli bi. Szpady ich trzaskay w karabiny i bagnety, mynem ognistym warczc. Raziy i przeszyway. Kto zacz komenderowa. Byskawicami nagych ciosw parli chopstwo i otwierali sobie drog. Wnet jednak ten i w, zajechany bagnetem, osun si na ziemi. ywi rozwciekli si od mki, od krzywdy; na widok tej haby, niesychanej w dziejach wiata. Bili si w szale. Gintut nie widzia wiata. Werzn si sam midzy odactwo, w tum zbity; i pra, na mier idc. Wtem tum na rozkaz rozchyli si przed nimi we dwie strony. W dali, z ulicy wyjeda orszak generalski, a najdalej, w otoczeniu wspaniaego sztabu, na pysznym koniu genera baron Kray de Krayova. Major Krlikiewicz bez czapki, ze skrwawion szpad w rce, blady jak trup poszed na jego spotkanie i z dala, wskazujc, co si dzieje, woa o rozkaz zaprzestania zbrodni. Feldmarszaek z wyrazem wzgardliwego szyderstwa przymruonymi oczyma spojrza naok i rzek niebale:

 Wszystko, co si dzieje, dzieje si na mocy paragrafu sekretnego, dodatkowego, kapitulacji z dnia 28 lipca. Nie ma tu adnego bezprawia. Zbiegowie spod sztandaru Jego Cesarskiej i Krlewskiej Moci bd wydani kady z osobna pukowi i batalionowi, do ktrego nale.

Tkn konia ostrog i chcia w bok odjecha. Ale major Krlikiewicz chwyci gronie cugle jego konia i nie puci, cho nad nim szable zawisy. Gos mu zaparo. Krwawe oczy wlepi w dowdc.

 Zapewniam kademu ycie...  wycedzi marszaek.

W tej samej chwili z przeciwnej strony przymuszony jecha w tumie oficerw polskiej konnicy blady Foissac-Latour. Zbliajc si do koca mostu zamkn oczy. Oficerowie polscy miotali mu w twarz obelgi. Ksi Gintut zama sw szpad i ze wzgard cisn mu j w piersi.

Woano z szeregw:

 Zdrajco!

 Krzywoprzysizco!

 Spenie najwiksz zbrodni na ziemi: podstpnie, na hab wydae zbiegw!

 Patrz teraz w oczy tym, ktrzy z ognia wyszli, gdzie bez drenia umierali ich bracia.

 Dawalimy ci ycie za nasz spraw i honor. Mwilimy ci jak rycerze: Jeli nas chcesz rzuci na pastw wrogom dla ratowania Francuzw i siebie, miej odwag uczyni to jawnie. My wiemy, co czyni mamy. Skamae pod przysig.

 Mwilimy, e gdy jawnie nam wyznasz, co zamierzasz, zamkniemy si w wiey prochowej i braterskimi domi wszyscy wraz rzucimy ogie, eby si wysadzi w powietrze. Haba ci, zdrajco!

Foissac-Latour podnis oczy. Potem bia, drc rk. W milczeniu, patrzc w zhabiony tum jecw, salutowa ich dugo.


 Tom II

 W Warszawie pruskiej
Na obraz pierwszych po powrocie miesicy domowego ywota Rafa spdzi w Tarninach lat cztery. Ora, sia, kosi, , zwozi snopki, mci zboe i sprzedawa. Pod kierunkiem ojca, ktry nim rzdzi jak podstarocim, eks-filozof zmieni si na lepe i guche narzdzie tej wyszej a wszechwadnej woli. Nie otrzymywa do rki na swe osobiste potrzeby wicej nad troch koprowiny, i to w przypadkach wielkiego faworu, wszystko za, czego potrzebowa, udzielane mu byo w naturze, z rozmysem i zastanowieniem. Jedynym rodkiem osignicia jakiejkolwiek gotwki, niezbdnej na sprawienie ubrania cho troch modnego, na pohulank w miecie, byy tajemne sprzedae zboa z ssiekw, haracz nakadany bezprawnie na chopw; ujmowanie obrokw koniom folwarcznym i tym podobne procedery. Tote osiada w duszy poddziedzica gucha wcieko na szaty, ktre nosi musia, na zajcia, ktre spenia, na wszystko, co go otaczao. Nikt go nie rozumia i on nie ceni nikogo wedug istotnej wartoci. W cigu tego czasu Rafa nie wyjeda prawie z domu i najbliszej okolicy. Ledwie kilkakro by w Sandomierzu. Zimow por, w karnawale, hula po dworach okolicznych, i to byoby najszczytniejsz jego rozrywk, gdyby nie mczarnie doznawane przy spotkaniu si tam z ssiadami ubranymi wedug najwieszej mody.

Na jesieni roku 1802 od jednego z takich wanie ssiadw, ktry tuk si po rnych stronach Galicji i Prus Poudniowych, Rafa powzi wiadomo, e ksi Gintut jest w kraju, e przesiaduje bd u siebie w Grudnie, bd w Krakowie. W duszy Rafaa zrodzio si wwczas rozpaczliwe postanowienie. Napisa do ksicia obszerny list, niby to z dzikczynieniem za wszelkie dobrodziejstwa, a w gruncie rzeczy skarg na obecne swe pooenie. Dugo, bo kilka tygodni, smay ten list w najwikszym sekrecie pnymi nocami, a gdy go wreszcie uoy i tysic razy odczytawszy przepisa na czysto  dowiadczy uczucia niebywaej ulgi. Nie myla wcale o skutku tego przedsiwzicia, wiedzia nawet, e nic z niego wynikn nie moe, a jednak sama myl, e list ten dojdzie rk ksicia, sprawiaa mu szczegln rado. Sam odwiz w drogocenny skrypt na poczt w Sandomierzu. Przez kilka tygodni myla jeszcze o nim, pniej, gdy odpowiedzi nie byo, zacz aowa tego, co napisa, a wreszcie popad w dawn apati.

Tymczasem odpowied nadesza, ale na rce starego Olbromskiego. Ksi pisa do czenika, nie wspominajc o odezwie Rafaowej, z uprzejmym zapytaniem: czyby to familijnym widokom nie dogadzao, gdyby Rafa mg, na czas pewien, obj miejsce sekretarza przy osobie ksicej? Zapewnia w sposb jak najpochlebniejszy, e postara si godnie wynagrodzi jego prac, a zarazem rzuca mglist obietnic pokierowania losem modzieca. Jeeli zgoda na to nastpi, ksi prosi, eby Rafa przyby do Warszawy jeszcze tej samej jesieni. Stary czenik w cigu kilku dni nosi ten list przy sobie i gboko si nad propozycj zastanawia. Dogadzaa jego ambicjom, czynia zado pojciom o trzymaniu si paskiej klamki, ale z drugiej strony miaa pozbawi folwark takiej jak Rafa siy roboczej. Zwyciya wreszcie pokusa kariery. Jednego dnia, po obiedzie, czenik zatrzyma wszystkich i odczyta list ksicy. Nadyma si przy tym setnie, jako taki, do ktrego ksita familiariter pisuj. Pod Rafaem nogi si ugiy, gdy to usysza. Czenik niby to zadawa onie, Rafaowi i crkom pytania, jak si na t spraw zapatruj, ale w rzeczywistoci tylko odwleka chwil ogoszenia dawno powzitej decyzji. Nareszcie wyrok zosta ogoszony. Ze wzdychaniem i rozkadaniem rk czenik zgodzi si na wyjazd syna. Od tego dnia zady si przygotowania, szycie bielizny, pranie, reparowanie i starania o paszport do Prus Poudniowych.

W listopadzie Rafa wyjecha z domu. Rzuca go z uczuciem radoci. Nie al mu byo nikogo i niczego. Wszystko rwao si w nim i kipiao lecc naprzd. Swoimi komi zajecha na granic prusk, a stamtd do Warszawy pdzi dyliansem pocztowym. Wprost z pocztamtu uda si do paacu ksicia Gintuta. Bya to stara siedziba magnacka, ukryta w ogrodach, z dala od gwnych ulic miasta i ich zgieku. Opuszczony paac, ze cianami, z ktrych tynk oblata, z pordzewiaymi kratami bram a dziedzicem traw zarosym  by jako niegocinnie zamknity, gdy Rafa stan u jego podwojw. Wszystkie okna byy na gucho zasonione sczerniaym ptnem firanek, drzwi pozamykane. Po upywie znacznego przecigu czasu stary odwierny dostrzeg wasajcego si przychodnia i zapyta, czego sobie yczy. Gdy Rafa, peen nieprzyjemnych uczu, opowiedzia, kim jest i co go sprowadza, w czowiek powid go do bocznych skrzyde paacu. Szli przez dugie korytarze, minli jedn i drug sal i znaleli si wreszcie w obliczu ksicia. Rafa ledwo go mg pozna. Twarz jego sczerniaa, zescha i okrya si zmarszczkami. Oczy przygasy. Ten sam tylko grzeczny umiech j rozwidnia, jak gdyby sztuczne wiato rozpraszajce zmrok wieczoru, ktry nastpuje niepowstrzymanymi falami.

 Z dawna mylaem-rzek ksi po przywitaniu-eby ci mie przy sobie. Kiedy napisae do mnie, ucieszyem si prawdziwie. Jeste mi potrzebny.

Rafa kania si, z radoci syszc, e ksi mwi do niego: ty.

 Musisz jednak wiedzie  cign Gintut  e si zaprzgniesz do pracy niemaej i cigej. Zajty jestem ksikami, pisaniem. Codziennie bdziesz zmuszony kilka godzin spdzi ze mn na robocie. Pniej moesz czyni, co ci si podoba. Wic jake?

 Jestem do dyspozycji ksicia pana.

 Dobrze. Umiesz po niemiecku?

 Tak. Umiaem dosy dobrze, ale przez cztery lata w domu nie miaem w ustach jednego wyrazu.

 To nic! Chodzi o to, eby umia w razie potrzeby napisa. Potrafisz?

 Potrafi.

 Wszake  cign pan z umiechem  chodzie na filozofi?

 A tak... Chodziem.

 Po acinie umiesz take?

 Umiem.

 Ot to wanie! Poniewa ja w acinie jestem prawie ignorant, a musz teraz duo czyta w tym jzyku, wic ty mi bdziesz na polskie tumaczy.

 Jestem do usug.

 I jeszcze jedno. Wkadam na ciebie obowizek milczenia o tym, co tu bdziemy pisali, czytali, mwili i robili, obowizek milczenia zupenego. Nie powiesz o tym nikomu ani jednego wyrazu. Dasz mi na to uroczyste szlacheckie sowo. Czy moesz mi da takie sowo?

 Daj na to sowo honoru.

 Mwi ci to zaraz, gdy chc, eby od pierwszej chwili przyzwyczai si do tego, e nic o mnie nie wiesz, nic nie syszae, nic wreszcie nie rozumiesz.

 Sucham ksicia pana.

 Teraz id spa i posili si. Masz tu pokojw bez liku. Wybierz sobie, ktry ci si podoba, i zajmij. Musisz tylko poprzesta na jednym sucym, ktry i mnie obsuguje. Gdy si wypisz po drodze, przyjd do mnie...

Rafa, oszoomiony tym wszystkim, nie mg zebra myli. Najbardziej podobaa mu si perspektywa spania po kilkodniowym trzsieniu si na wzku i w dyliansie. W jednym z pobliskich salonw stary kamerdyner przygotowa gociowi pociel i oddali si. Obudziwszy si nazajutrz rano i nie syszc nigdzie w pobliu najlejszego ruchu, Rafa ubra si prdko i zacz rozglda. Szerokie okno byo zasonione wyniosymi drzewami, z ktrych sypay si zote licie. Gruby mur otacza ze wszech stron ten osamotniony park i zamyka go od strony Wisy. W dugich alejach, zaspionych cieniami lip i grabw, gdzieniegdzie przesuwa si blady promie soneczny. W caym domu panowaa cisza tak gboka, e sycha byo szelest lici upadajcych na zesch traw. Rafa odwrci si od tego widoku i szmeru. Na palcach wyszed ze swej sypialni. Ssiednie sale byy puste. By w nich pmrok, gdy zasonione okna nie przepuszczay wiata. Meble byy obszyte pokrowcami, lustra osonione, yrandole, wieczniki w pciennych futeraach. Zimno i nieprzyjemny odr wntrza w cigu wielu lat zamknitego  odstraszay przychodnia. Idc tak naprzd z pokoju do pokoju, Rafa trafi na uchylone drzwi z kutego elaza i wszed do sali olbrzymiej, wysokiej na pitro. Bya to biblioteka. W szafach wpuszczonych w mur, za drzwiami z drucianej siatki albo szka, wida byo mnstwo ksiek, ustawionych na pkach kilku rzdami. W poowie wysokoci tej wielkiej izby biega ozdobnie rzebiona balustrada galerii. Tu i owdzie stay posgi, globusy, leay olbrzymie teki i zwoje. Rafa szed cicho, rozgldajc si po tych bogatych cianach i sprztach, gdy wtem z jednego kta rozleg si gos ksicia:

 Jeste, moci sekretarzu! Przychodzisz w sam por. Wanie mam chwil czasu i ch do gawdy. Wic siae na wsi pszenic sandomierk, yto, a nawet jczmie?

 Tak jest.

 I znudzio ci to do cna?

 Znudzio.

 I zatsknie do wiata?

 A zatskniem.

 Masz zupen suszno. Trzeba koniecznie tskni do czego innego, przenosi si sercem z miejsca na miejsce, z zawodu do zawodu, odmienia same podania, bo inaczej ziemia by nas obsiada i poara. Widzisz, j a w tym czasie, gdy ty siae i e, nabraem manii do czytania ksiek. Dawniej ta yka nie odzywaa si we mnie. Wystarczao mi samo ycie czowiecze, nasze obecne, a to, co jest w ksikach, uwaaem za straw godn szczurw, robakw i ysych staruszkw. A oto nagle przyszo i trzyma... Waszmo, moci czenikowiczu, do ksiek nie masz gwatownej inklinacji? Co?... powiedz szczerze...

Rafa zaczerwieni si jak zbrodniarz schwytany na uczynku pierwszej kradziey.

 Nie wstyd si tylko, mj drogi. Nie ma w tym haby. I mnie pewne okolicznoci wepchny na t mudn i zakurzon drog. Wczyem si ostatnimi czasy po wiecie, zawadziem o Egipt, wiesz?... ten, co to w Afryce...

 Och, wiem!  rzuci Rafa, dotknity do ywego.

 Udaem si w t podr po wojnie, ktra si tam rozegraa. Chciaem odszuka grb jednego przyjaciela, tam pod beznos czaszk sfinksa polegego. Tymczasem te piramidy, obeliski, sfinksy, pustynia, miasta zaginione i wszystko, co si tam dziao, tak mi, uwaasz, wzio, e zaczem z ksiek dochodzi, co i jak. Moi przyjaciele, a osobliwie jeden, ktrego bardzo kochaem, zostali tam zamordowani...

 Zamordowani!  krzykn Rafa, ogarnity przez gbok, porywajc ciekawo.

 A tak. Ten, ktry by Polakiem, wyszy oficer w subie francuskiej, nazwiskiem Sukowski, zosta rozsiekany przez Arabw w bitwie, gdzie we dwudziestu onierza bi si na mier z kilku pukami. Drugi, Francuz, niejaki Venture...

 I ten zosta rozsiekany?

 Tak, pono z woli wodza, owego Napoleona, o ktrym musiae co sysze.

Rafa spon znowu ogniem wstydu, gdy sysza przecie niemao, ale opinii najsprzeczniejszych. Ksi zamilk na pewien przecig czasu i siedzia bez ruchu, z gow podpart na rku. Usta jego byy odte, a szkliste oczy pospne. Rzek wreszcie:

 Brat twj umar tak modo w sprzeczce ze mn... Tamten, genera, zgin, ledwie si do niego zbliyem i ledwiem pozna jego dusz. Nawet ciaa jego nie znalazem. Nawet szcztkw. Krew zmoczya spache piasku Sahary  i po wszystkim. Kwiat na tym miejscu nie wyronie, gdzie zgasy oczy krla w rodzie ludzkim... Tak, bracie. Ot bdziemy, jeli twoja wola, spisywali razem rne rzeczy o tych dalekich krajach, szczeglnie o pustyni, Egipcie, Ziemi witej, Azji Mniejszej, Syrii. Bdzie ci si to wydawao dziwne, ale zapomnisz o tym i nie bdziesz myla. Pniej ci to wytumacz. A teraz we oto ten sekstern i pisz wyranie na pierwszej stronicy te sowa:

Z Pierwszego Listu witego Hieronima do Heliodoru:

"O puszczo! kwieciem Chrystusowym kwitnca...

O osobnoci, gdzie one rodz si gazy, z ktrych w Objawieniu miasto wielkiego krla wystawione zostaje!

O pustynio, po przyjacielsku z Bogiem si cieszca!"

 Taka bdzie dewiza tego pisma, a teraz zaczniemy...

W chwili, gdy to mwi, elazne drzwi szczkny i bez szelestu wszed do sali sucy, cicho wymieniajc jakie nazwisko. Ksi da mu znak skinieniem gowy. Kamerdyner odwrci si, uchyli drzwi i wpuci do sali wysokiego, barczystego pana. Nowo przybyy mia ogromn gow z nadzwyczaj wydatnymi rysami twarzy. Oczy jego byy wypuke i natarczywie uwane, po dziecicemu patrzce. Wosy nad czoem, sklepionym tak jako twardo i niewzruszenie jak odamy skay, byy poskrcane i spitrzone w naturalne loki, niby u Murzyna. W tyle gowy, ujte w kitajkowy czarny worek, tworzyy dugi harbajtel, zwizany na kocu wstkow kokard. Ten wieki mczyzna ubrany by w mundur oficera pruskiego z czerwonymi wyogami. Szed wyprostowany, gono stukajc obcasami trzewikw v marmurow posadzk. Gdy spostrzeg Rafaa, na jego twarzy odmalowao si zdziwienie, prawie zdumienie. Przez chwil nie odrywa od niego oczu i przykry niepokj w nich si odmalowa. Rafa uczu od razu dla tego czowieka niewytumaczon yczliwo i przyja. Ksi wsta ze swego miejsca, skoni si przed wchodzcym i zaraz, wskazujc mu Rafaa oczyma, rzek tonem uspokajajcym; po francusku:

 Mj nowy sekretarz, Olbromski...

Po chwili zwrci si do Rafaa:

 Moesz teraz i na miasto i zabawi si, robi, co chcesz. Zadaj od ukasza pienidzy i powiedz mu, kiedy ma ci przygotowa posiek.

Rafa wyszed co prdzej. Na ulicy zapomnia o wszystkim. Czu tylko, jak nadzwyczajnie zardzewia. Nie umia chodzi po miejskich kamieniach, wiedzia o sobie, e jest niezgrabny, sztywny, przygarbiony i prostak w kadym ruchu. Gdy go wymijay pikne pojazdy eleganckich pa i panw, prostowa si, ile mg. Miasto zrobio na niego wraenie. By przygnieciony jego wielkoci i, jak mu si zdawao, niesychanym majestatem. Mija jedn ulic za drug, dworki otoczone parkanami, zza ktrych rozoyste drzewa wychylay si na botniste koleje ulicy, paace gdzieniegdzie za elaznymi kratami byszczce, kocioy, nowo wzniesione domostwa. Gdy tak, wlokc si bez celu, oglda jedn budowl za drug, kto go niespodzianie zawoa po imieniu i nazwisku. Rafa podnis gow i ujrza stojc na rodku wiedesk basztard, cignion przez pi licznie dobranych szpakw, a w niej z pask gracj rozwalonego koleg z filozofii, Jarzymka.

 Rafu  woa tamten  jeeli jeszcze ywisz ku mnie akowskie gniewy, to nie wysiadam wcale, ale jeli przeprosie si ze mn w myli, to spadam w twoje objcia...

 Chode, chod!  krzykn Rafa ze szczer radoci. Jarzymski wyskoczy na kamienie i zacz ciska koleg. Ju jednak po chwili zawoa:

 Po stroju od strony Opatowa czy Sandomierza wnosz, e przyjedasz wprost ze swego dystryktu.

 Nie inaczej, a ty?

 Ja tu mieszkam.

 Tu? W Warszawie? I dawno?

 Od lat trzech, to jest od chwili, gdym si uwolni z pazurw stryjaszka i zwali z karku jego opiek. Ale o tym potem. Przede wszystkim siadaj no, jedziemy do krawca.

 Ale zaraz...

 Ani jednego sowa! W takich szatkach mona robi furor, ale nie tutaj. Jedziemy do krawca i do szewca.

 Nie, stanowczo! W tej chwili jest to niemoliwe...

 Jak chcesz, ale... jak ci widz, tak ci pisz. Przecie to my w Krakowie nie dawalimy si zje w kaszy, a nawet... No, ale skoro inaczej sobie yczysz... Do domu! -rzuci rozkaz stangretowi.

Rafa nie mg si oprze i siad do powozu. Rumaki powodowane przez zrcznego stangreta szy z wolna, w plsach, i potrajay okazao ekwipau. Jarzymski z niedbaoci rozpar si w siedzeniu i rozmawia z Rafaem, ktry mimo woli bokiem si do niego usadowi. Wwczas przybysz spostrzeg ca wykwintno stroju kolegi. Jarzymski, pomimo jesiennego chodu, mia na sobie dugopoy frak ciemnozielonego koloru z czarnym konierzem, zoconymi guzikami i t podszewk, spodnie papuzie, kamizelk koloru somy, pluszowy cylinder i lnice buty z tymi sztylpami. Nie by to ju lekkomylny mokos, chykiem wymykajcy si spod wzroku opiekunw, lecz wykwintny, zimny i pewny siebie panek. Uty i zmnia, aczkolwiek by wydelikacony jak kobieta. Jego czoo, biae jak alabaster, odbijao od rdzawej twarzy, nasyconej yw barw krwi. Twarz ta, spojrzenie oczu, umiech i ruchy, wszystko oznaczao si, rwnowag, spokj.

 Powiedz no mi  cedzi nie spieszc si  gdzie ty mieszkasz? W jakim tanim zajedzie, co? Przyznaj si... Ja nikomu nie powiem. W jakim zajedzie, ktrego dobra opinia grasuje wci midzy Koprzywnic a Zawichostem od czasw Wielkiego Sejmu? co?

 Nie, ja mieszkam u ksicia Gintuta.

 Gintuta!  zdziwi si Jarzymski tak bardzo i gboko, e a wyprostowany usiad.  Tam, w tym paacu pustym jak trupiarnia?

 A tak.

 A skde, przepraszam, taka konfidencja?

 Ja dawno ju znam tego Gintuta.

 Prawda, prawda! teraz przypominam sobie, e to ty jego poniekd wychowanek. Bo tu, uwaasz, nikt z nim nie ma szczcia... Za wysokie progi, a jake!

 No, ja jestem u niego sekretarzem.

 Sekre!... A nieche ci!

 C ci to?

 No, nic nie szkodzi. Jako to bdzie...

 Nie rozumiem, co mwisz.

 E, nic! A c ten Gintut tak u licha sekretnie pisze, e a ty musisz mu pomaga? Przecie urzdu adnego nikt teraz nie piastuje, wic co za aparencje?

Rafa przypomnia sobie nakaz ksicy i odrzek:

 Nie wiem, bo jakem ci wspomnia, od wczorajszego dnia tu dopiero jestem.

 Opowiadaj o nim duby smalone. To jaki dziwak i nudziarz. Nie naley do towarzystwa, a nawet do adnego z tutejszych towarzystw ani stronnictw. Siedzi sam w domu, a jeeli si gdzie zjawi raczy, to tyle zawsze pokae ludziom efronterii i wyniosoci, e kady gortszy kipi. Tote tu modzie ostrzy sobie na niego pazury.

 Zmiuj si!... o co?

 No; o co! Wariat jaki jest, sensat, nudziarz, powiedziaem ci. Chodzi jak paw, nie poznaje najtszych ludzi.

Po chwili doda:

 By niby we Francji, by podobno we Woszech, jedzi do Egiptu, tuk si po Arabiach i Azjach i stamtd przywiz te jakie farmazoskie banialuki, ktrymi si tak rozpiera. To o nim rozpowiadaj wiadomi rzeczy. Ja draba nie znam, co moe jest i lepiej, bobym z miejsca zekpa.

 Powiedze mi: a ty co tu porabiasz? jak czas spdzasz?

 Ja, kochanku... Ja mieszkam tutaj, w Warszawie.

 A w Nieporcicach kt gospodaruje?

Jarzymski umiechn si smtnie i dmuchn w palce.

 Jak to?

 Nie ma, braciszku! Poszy Nieporcice...

 Bj si Boga!

 A no...

 C ty mwisz... Taki majtek!

 Prawd mwi.

 No, a jednakowo sta ci na taki ekwipa.

 A widzisz.

 Jake sobie dajesz rad?

 Ekwipa mam i dom prowadz. yje si w wiecie, moje dziecko sandomierskie. Wiesz co?... szkoda, e ty jeste tym jakim tam sekretarzem. To tak gupio brzmi, e a abominacja bierze. Ale to si odrobi, bd w tym.

Powz wjecha w obszerny dziedziniec i zatrzyma si przed lustrzanymi drzwiami parterowego domu. Wybieg sucy w liberii i pomg panom wysi. Za chwil znalaz si Rafa w mieszkaniu do obszernym, a urzdzonym w sposb nieco dziwny. Obok mebli wykwintnych stay tam graty najpospolitsze. Nie byy to salony mieszkalnego domu, lecz mskie, kawalerskie pokoje. Niektre z nich byy brudne jak numery zajazdu. Dopiero z kilku ostatnich, ktre wychodziy na puste place, sycha byo zgiek rozmw czy swarw.

Jarzymski uj Rafaa pod rk i prowadzi tam wanie. Po drodze stay ogromne fajczarnie, . tu i owdzie porozrzucane przybory do czarnej kawy, tace i butelki. Dym tytuniowy gstymi zwojami wasa si po ktach. W ostatnim, najobszerniejszym salonie byy porozstawiane stoy do kart i kilkunastu modych mczyzn grao tam, wida, od bardzo dawna. Kupy dukatw leay przed nimi. Jedni z graczw byli wybladli po nocy niespanej, inni porozbierani do koszul. Byy wpord nich twarze pikne i ohydne, ale przewanie pikne, wykwintne, modociane. Na Jarzymskiego i Rafaa nie zwracano prawie uwagi. Ten i w wita si z wchodzcym przez rami i pgbkiem rzuca pierwszy lepszy frazes. Twarze to byy zimne i pozornie obojtne, niektre jakby znudzone, ale wszystkie oczy gorzay od tego szataskiego ognia, ktrym, wedug chopskiej legendy, przepalaj si zote pienidze zakopane w ziemi. Trwao milczenie. Niekiedy tylko przerwa je gos tego lub owego gracza:

 Va banque!

Rafa by oniemielony, a zarazem wstrznity do gruntu. Co go ciskao za gardo. Tak ju dawno nie gra, a podobnych gr zota nie widzia w yciu. Dym wyborowych tytuniw przenika go na wskro i otumania mu gow. Jarzymski posadzi go na krzele w bliskoci cigncych bank, a sam znik w przylegych pokojach. Przez czas pewien Rafa czu si bardzo oniemielonym, ale z wolna oswoi si z sytuacj, tym snadniej, e nikt na uwagi nie zwraca. On za to z pilnoci przyglda si twarzom, jednej po drugiej. W pewnej chwili Jarzymski wrci. Przysiad si do Rafaa i opar si o niego ramieniem o rami, jak to mia zwyczaj czyni, gdy obok siebie wysiadywali godzinami na szkolnych awach. Teraz to namacalne uprzytomnienie szkolnej zayoci byo dla Rafaa szczeglnie przyjemne. Po niejakim czasie Jarzymek nachyli si i zapyta szepcc, zupenie jakby byli na lekcji starego Nempe:

 Chciaby zagra, stary?

 Nie, nie!  odpowiedzia mu szeptem Socjusz  dopiero przyjechaem... A zreszt... ja nie mog gra tak hazardownie.

 Jakby si te stary czenik dowiedzia, Jezu Chryste, Panie miy!

 Ale nie o to, tylko,..

 Tylko o co?

 To magnacka gra!

 Moje dziecko...  umiechn si Jarzymski  nie wchodzilibymy te do gry tych ichmociw. Ja sam przecie nie przysiadam si do nich. Masz najzupeniejsz suszno. To s grube sumy. Kady nalecy do motii musi przynie spory worek. Gdyby chcia, zagralibymy sobie po staremu, w wicika, jak to na Kleparzu bywao, pamitasz?

 No, w wista... Cho ja tyle ju lat nie graem...

 Ale gra zostaa ci w gowie, tego nie skamiesz.

 Gra mi nieobca, to prawda.

 A wic widzisz...

Jarzymski wyszed, kaza przewietrzy ssiedni pokj i rozstawi tam stoliki. Zarazem poszepta protekcjonalnie z modziecami, ktrzy rwnie jak Rafa przypatrywali si grze oglnej. Zapozna ich z Rafaem. Byli to Litwini, synowie obywatelscy, przecierajcy si w Warszawie. Zasiedli we czterech do stolika i, gdy dano kart, Rafa, zaczerwieniony po same uszy, odezwa si: po czemu graj? Jarzymski rzek z niedbaoci:

 Jak tu zwykle  po dusiu, a zakady po trzy na partie. Rafa mia przy sobie kilkanacie dukatw, ktre mu z rozkazu ksicia wrczy kamerdyner jako rat przyszej pensji sekretarskiej. Wstyd nie pozwala wsta od stolika, a zimne poty biy na czoo, gdy myla o straszliwej cenie kart.

Jarzymski nachyli si i szepn mu do ucha:

 Nie turbuj si o pienidze. Pac za ciebie.

Po chwili znowu mu szepn:

 Graj miao.

Ale Rafa i bez zachty odzyskiwa ju spokj i pewno siebie. Z samego procesu gry wiao na niego dawno, dawno zapomniane upojenie. Jakoby dwiki muzyczne, przypominajce ubieg modo i zczone z ni szczcie, dziaa ten wist. Machinalnie rzucajc, biorc, tasujc karty, przebiega marzeniem, ktre o bycie swym nic zgoa nie .wie, rozlege chwile ubiegych zdarze. Uczucia, pogrzebane w ziemi, dwigay si ze swoich oysk i grunt dra wokoo. Dziwnym kaprysem losu szalenie sza mu karta. Nie zastanawia si ani sekundy nad adn kombinacj, nie wiedzia nic o tym, co robi, a wykonywa wszystko przepysznie, jakby za dyktandem szatana. Litwinkowie grali wci obojtnie, ale twarze ich byy coraz bardziej sztywne i oczy coraz silniej przymglone. Jarzymski mia si niekiedy, niedbale gwarzy o Sandomierszczynie, o szlachcie spod Koprzywnicy... Kiedy niekiedy oczy jego wpijay si jak szpony w rce i twarz Rafaa, pragnc wyledzi i chwyci w lot tajemnic tak dziwnego szczcia. Po chwili jednak te jastrzbie spojrzenia giny w dobrotliwie filisterskich umiechach. Wszystkie te okolicznoci budziy w szczliwym graczu tylko mtn rado. By tak pewny swego szczcia, e gotw by stawia jak najwiksze sumy z najzupeniejsz pewnoci, e je w trjnasb odbierze. Nie chciao mu si tylko zaczyna takiej sprawy. Mrok zapada. Wniesiono wiece i Rafa wwczas dopiero spostrzeg, e cay prawie dzie spdza przy stoliku. Wanie przerwano gr. Z dziesiciu robrw wygra siedm wikszych i zakady, co mu dao w zysku okoo setki dukatw. Gdy od niechcenia zgarnia do kieszeni w stosik zota, Jarzymski odcign go na bok i z przyjaznym umiechem mwi:

 C, Rafaku?... weselej tu y mona ni pod okiem staruszkw.

 No, pewnie...

Rafa umiechn si bezmylnie.

 Teraz powiniene stanowczo wej w koo towarzyskie. Bd w tym, eby ci pomc. Nie bardzo tylko rozgaszaj o tym sekretarstwie u Gintuta...

 Ale ba!...

 Daje pokj. Ju ja to urzdz. Przede wszystkim musisz si po ludzku przebra. Dzi mamy jecha do klubu i na teatr. Mgby z nami... ale w tych szatach nie sposb. Wiesz co, w dzi moje suknie, jak to dawniej bywao. Jestemy jednego wzrostu...

Rafa przysta i poszed za gospodarzem do garderoby. Wypyn stamtd ubrany czarno we frak i poczochy, z modn chustk na szyi. Karciarze rozjedali si i wkrtce Rafa zosta sam z Jarzymskim. Przechadzali si po zadymionych pokojach, rozmawiajc, dopki nie zaoono koni do karety. Wkrtce maa, wygodna karetka niosa ich do perukarza, a stamtd, wywieonych i uczesanych wedug ostatniego wzoru  do klubu. Rafa, wyczuwajc na ldwi ucisk cikiej kupy zota lecego w kieszeni, by tak pewny siebie, jakby do owego klubu jedzi codziennie w cigu lat. Uczucie owej pewnoci upodobnio si do uczu Jarzymskiego i przemoc wdaro si na wyyn. Rafa istotnie zna wszystkie sprawy, ktre dopiero mia pozna, rozumia okolicznoci, o ktrych istnieniu dopiero mia si dowiedzie. miao, z elegancj i wyniosoci przeszed midzy szeregiem lokajw zginajcych grzbiety, roztwierajcych drzwi, i znalaz si w salach rzsicie owietlonych. Stary paac, przez sprytnego kamerdynera-dorobkowicza zamieniony na klub tak zwany angielski, nosi jeszcze dawn, stanisawowsk cech. Te same jeszcze zostay ciany, obicia, gzymsy, odrzwia, stare portrety i meble, tu i owdzie wkrad si jaki haniebnie racy, icie szelmowski przybysz, jaki kredens sosnowy, ledwie powleczony siarczyst ochr, jaki st rozsuwany, jaka szafa-kulfon z kieliszkami. Meble byy zniszczone, obamane, pokryte brudem. W kadej z tych sal byo jeli nie peno, to haaliwie nad wyraz. Gocie klubowi, podzieleni na grupy, zasiadali przy stoach i stolikach, gwarno ucztujc. W kilku miejscach w gwar zamienia si na zwad i haas, ale najbardziej wrzaskliwie byo za drzwiami, do ktrych wanie zmierza Jarzymski. U samych prawie podwojw nasun si buczucznie idcym przed oczy czowieczyna w haftowanym fraku, z gow upudrowan i czerwonym nosem. Kania si do samej ziemi, nie spuszczajc z Rafaa oka badawczego w sposb napastniczy.

 "Blacha" ucztuje...-mwi z boleci, przyciskajc donie do piersi.

 Mj przyjaciel. Ja prowadz. Syszysz, Kaczorosiu? Sysz, ach, sysz! Przecie nie mog... Tu tyle salonikw, dam cudowny gabinet hrabianki Rozalii, per...

 Ide, Kaczorosiu, ode drzwi, ebym ci snad nie skaleczy  prosi go rzewnie Jaczymski.

 Boj si! Wyznaj to ze skruch. Na miy Bg, boj si! Rotmistrz mi przestrzeli na wylot zatrut kul.

 Dawno ci si to, kochanku, naley za zmarnowanie tak piknego paacu. Syszysz chyba przecie, co do ciebie mwi. Ja prowadz!

Gospodarz klubu wznis oczy w kierunku sczerniaego sufitu, jakby wzywa Boga za wiadka swej niewinnoci, i usun si. Jarzymski otwar drzwi z haasem i wszed pierwszy, prowadzc Rafaa pod rami.

Niewielka owalna sala, na ktrej progu stanli, bya pena goci. Szeroko rozsunity st zajmowa jej rodek. Stosy butelek, kosze z owocami, dzbany, piramidy cukrw, poprzewracane olbrzymie bukiety jesiennych kwiatw pitrzyy si na tym stole, dokoa ktrego siedzieli i stali towarzysze zabaw ksicia Pepi. Wszyscy ostrzyeni byli ? la Titus albo ? la Caracalla. Wikszo bya w towarzyskim kostiumie. Ci ludzie dobrego wychowania, dziedzice wielkich dostatkw, spadkobiercy historycznych imion, piewali i krzyczeli jak optani. Skoro tylko drzwi si otwary, barczysty wsal olbrzymiego wzrostu przywita wchodzcych tubalnym okrzykiem:

 Kto mie?

A po chwili, ujrzawszy Jarzymskiego, miota we krzykliwe Ii sowa:

 Z kim tu wchodzisz, starosto przemylski?

 Z przyjacielem, moci odwierny!  odparowa Jarzymski rwnie wrzaskliwie i prezentowa Rafaa wszystkim:

 Kolega mj i najbliszy przyjaciel, Olbromski, dziedzic I z Sandomierskiego.

 Z Sandomierskiego...  mrukn wsaty.

 Prosimy...  ozwa si jeden gos w tumie.

Rafa wid po zgromadzeniu ogniste oko, jak gdyby szuka, kogo ma chwyci za gardo, i dopiero po chwili z lekka skoni I si wszystkim. Krzyki na chwil umilky. Kto niezrcznie I zakaszla, inny usun si z krzesem. Znalazy si dwa miejsca przy stole.

 Mwimy tu  woa do Jarzymskiego przez st w wsal, ktrego zwano rotmistrzem  o Stasiu Woysiatyczu, co to pragn wej do najpierwszego towarzystwa, przybywszy wprost spod Kobrynia...

 A trafi na zebranie niby masonw...  przerwa mu mody blondynek mielcy ju jzykiem  a te farmazony zaczy go wodzi po piwnicach... Kazali mu  he, he  dotyka z naboestwem gw kapucianych i wymawia przy tym jakie gupie sowa, zanurza rce po okcie w garnkach kwanego mleka i rysowa kocem palca krzye na pociach soniny. Trzymajcie mi!... umr ze miechu...

 Ty go musisz zna, Jarzymski, tego tam Woysiatycza, bo ty znasz przecie wszystkich bez wyjtku.

 A ty, rotmistrzu, co si nie wstydzi z tylimi wsami suy pod Zajczkiem, znasz tylko bogatych.

 Masz suszno. Ja nie ze wszystkimi zabiera zwykem... Mam, uwaasz, krtk z przyrodzenia pami co do hooty.

 Osobliwie, gdy przyjdzie dugi oddawa.

 Karciane, arystokrato  woa rotmistrz coraz goniej wrd powszechnego haasu  zacignite w twoim atelier...

 Dowiedziaem si, e atelier Jarzymskiego mieci si nie tam w prywatnym mieszkaniu, lecz zgoa gdzie indziej -z cicha wycedzi wysmuky, wytworny w kadym ruchu mody mczyzna, licznie odziany i szeleszczcy jedwabiem.

 Ba, to rzecz wiadoma!  prawi rotmistrz-rzecz wiadoma, e ma dwa, ale mwi o karcianym.

Jarzymski z lekka poczerwienia i niedbale strzepywa py z klapy fraka.

 Suchaj no, Szpilka, za wiele gadasz...  rzek do owego modnisia o szyderczej twarzy.

 Za wiele? artujesz!... Jestem powcigliwy jak ksidz , Baudouin. Jeeli mwi, e baronowa...

 Szczliwy!  zarycza rotmistrz  stokro szczliwy! Baronowa drze starego kasztelana, a on...

W owej chwili Jarzymski nagym ruchem rki porwa wielki, obmoky bukiet ze stou. Kto z boku siedzcy chwyci w lot jego rk i przydusi j do serwety. Cae towarzystwo nie przestawao chichota. Rotmistrz ociera spocon twarz i z wolna mwi:

 Staniesz mi jutro przy szopie i odpowiesz za ten bukiet, ktry ruszy.

 Uszy ci obetn, stary tchrzu!

 Dobrze zrobisz. Nie bd przynajmniej nic ju sysza o tobie, twoich koniach i twojej baronowej. A teraz dosy! Woa Kaczora...

 Kaczor!  krzyczano.

We drzwiach pokaza si upudrowany czerep gospodarza.  Wina tu przyno, zbogacony lokaju! Spase si, gruby jeste jak sownik Forcelliniego, pisz sam na hetmaskim ou i o panach swych zapominasz!  woano.

Wnet ukazay si nowe kosze. Brodem znowu popyno wino szampaskie, biay burgund, stare wgierskie.

Kto piewa:

Je ne trouve rien de charmant

Comme tes belles;

Je ne pourrais un seul moment

Vivre sans elles,

Mais sans jamais trop mengager

Je les courtise...

Kto inny pijanym dyszkantem koczy:

Toujours aimer, souvent changer 

'est ma devise...

 Jarzymski, to si do ciebie nie stosuje...  drwi z kta zezowaty mokos  ty jeste stay.

 Syszaem od wiarogodnych matron...  gada rotmistrz niby to do przyjaciela zwanego "Szpicem", ale tak, e wszyscy syszeli  na pewno... karmi go yeczk. Daje mu trzy razy dziennie tokaj zgstniay. I tylko dlatego...

 Ale te i oszczdza na tym, bo on jej znowu suy i za korneciark, i za pucmacherk...  szepta Szpic.

 Mylicie si!  woa zezowaty.  Nie std on czerpie gwnie swoje zyski. Co to dla niego! ycie tak wystawne wymaga sum niemaych. Ja nie chc rozgasza, ale mam wiadomoci. To czowiek pracy, zasugi, obowizku. Ma ukryty browar, tylko jeszcze nie wiem gdzie, na Kopockiem czy gdzie w okolicy Wareckiego. Wyrabia szlacheckie piwo, jako e i sam jest szlachcic z prapradziada. Rankiem, kiedy my wszyscy bezbonie pimy, rozwozi je po ydach, przebrany za fornala. Tak ten czowiek pracuje!

 Zamilcz! zamilcz...  woano.  Czemu go dranicie?

 Bo chc i mog...  zaperzy si Szpic.

 Takecie ju zgaganieli  zacz rycze rotmistrz  e chcecie wybi ostatni renic wolnoci klubowej; wyrwa wolne sowo z garda! Przenigdy! Trupem si tu uwal, a bd gada, co mi si podoba!

 Dajcie mu si wygada...  rzek Jarzymski.

 Bd gada, i to wci o tobie. Wiem, a przynajmniej syszaem, e w Borchowskim Ogrdku na Miodowej uatwiae...

 Chce mi nie tylko jutro przy szopie zgadzi swoj straszn szpad, wsawion w dwunastu ucieczkach z placu boju  drwi Jarzymski -ale jeszcze zdyshonorowa przed mierci dla uniknicia spaty dugu.

 Mylisz si. Bd taczy na twoim grobie, to prawda, ale ci wystawi pomnik ze stosownym napisem w jzyku aciskim. Wylicz wierszem jambicznym twe zasugi.

 Tego nie rb, bo i w krtkim wierszu nie wytrzymasz, eby nie zega.

 Zauwayem  przekrzycza innych zezowaty wyac ze swego kta  e Benedykt dy do absolutum dominium.

 Nikt nie zauway tego  odpar nazwany Benedyktem  prcz ciebie, bo ty masz wpraw. Nie rozumiem tylko, czemu si teraz martwisz tym, z czego niedawno radowae si tak gono.

 C znowu ci plot?

 Przypominam tu bladookiemu, e jest mieszczaninem, naley do stanu trzeciego, nie do nas, ktrzy tyle win dwigamy na frakach i fryzurach.

 Dowied mu tej haby, bo inaczej skaemy ci na zapacenie caej kolacji.

 Przecie to oczywiste. Juem by wwczas wyszed z koyski na szerszy horyzont, a nawet stawiaem pierwsze pas na nieatwej wcale posadzce umizgw, gdy obecny tutaj bladooki zapisywa si na ratuszu warszawskim w poczet mieszczan, do cechu cnotliwych szewcw czy nawet do grona arcywymownych krawcw.

 Kamiesz!  zawoa zezowaty.

 Pjdziemy na ratusz i sprawdzimy!

 Walmy na ratusz!

 Kaemy Koehlerowi pokaza ten dokument.

 Wic jake?  krzycza mwca  jeeli znajdziemy tam jego podpis z odpowiednio patriotycznym zakrtasem, co wtedy? Gdzie sprawiedliwo?

 Wrzucimy go do otchani biaoskrnikw, zjednoczonych z szewcami.

 Kazali mu zanurza rce po same okcie w sojach z kiszonymi ogrkami i wymawia po trzykro: Mak be nak! bekota blondyn siedzcy obok Rafaa.

Patrza mu w twarz zupenie zamglonymi oczyma i czepia si rkoma ramienia. Jarzymski, bynajmniej nie zmieszany mnstwem zaczepek rotmistrza i innych, dba o Rafaa z pilnoci. Nalewa mu z grubej butli burgunda, podsuwa talerze i potrawy. Rafa pi chtnie, byleby nie siedzie z bezczynn niezgrabnoci, ktr (czu to dobrze) wszyscy widzieli. Wino dodao mu odwagi i wesela. Coraz bezczelniej i niedbale] wlepia oczy w twarze siedzcych, wsuchiwa si w rozmowy, a raczej w ktnie wrzaskliwe, w opowieci i grube anegdoty. Francuzi emigranci prym trzymali w tym wzgldzie, cho i krajowcy dotrzymywali im kroku. Po drugiej stronie stou rozwali si by i siedzia z okciami daleko na st wysunitymi czowiek lat czterdziestu z gr, o twarzy czerwonej i surowych oczach. Rozpi koszul, rozluni chustk i gono sapa. Oczy mia wlepione w Rafaa.

Rzek do niego:

 A waszmo z jakich Olbromskich, jeli aska?...

 Syszae, e z Sandomierszczyzny  burkn Jarzymski przerywajc rozmow z kim innym.

 Ciebie si pytaj, filozofie? Z Sandomierskiego? Jeli z Sandomierskiego i Olbromski, to powinien by bratem czy krewniakiem Piotra...

 Brat jestem.

 Ano! Gdzie on teraz siedzi, ten mizantrop?

 Umar kilka lat temu.

 Umar...  rzek tamten ze spokojem, jakby si dowiadywa, e brat Rafaw inny folwark wzi w dzieraw.  Szkoda chopa, oficer by, co si zowie, z instrukcj, cho pedant i kaznodzieja. Sta w mojej okolicy. ylimy. Febris go trzsa z indygnacji, kiedymy, modzie okoliczna, sprowadzali sobie guziki modne do frakw, szlaczki do kamizelek, sprzki do trzewikw, paryskie trzewiki i worki do wosw od Carpentiera, kiedymy o tym gadali, sprzeczali si, dysputy wiedli. Bywa u mnie w Olenicy, kiedy to pod Poacem leeli.

 W Olenicy!  ywo zawoa Olbromski.

Jedno z najpikniejszych wspomnie ywota, noc sowicza z przecudownymi gwiazdami, jakich ju nigdy potem oczyma nie widzia, przemkno w lotnym widzeniu.

 No, w Olenicy, w moim gniedzie. Znasz moe waszmo to miejsce?

 Tak. Jedziem tamtdy do brata pod Maogoszcz.

 A to sobie wasze tward drog wybra... Ze Staszowa na Brody, co?

 A wanie! Wielkie tam stawy, trzciny, dalekie ki.

 A stawy pikne, to prawda. Knieja tam teraz, bracie, otworem staje... Psy skoml! Tylko patrze, rycho pierwszy przymrozek pobieli suche licie...

Podnis si, wycign rk i, patrzc w Rafaa swymi cikimi oczyma, mwi:

 Skoro wa dobrze o Brodach wspomnia, a Olenic znasz, z mojej strony jeste, a nadto brat dawnego towarzysza, to sam towarzysz i brat. Pij w twe rce, bracie... jak ci na imi?  Rafa.

 W twoje rce, Rafa! Nasamprzd za tamtego, za Piotra. Niech sobie odpoczywa w pokoju wiecznym!

 Niech odpoczywa... w pokoju wiecznym...  rzek Rafa rozrzewniony, wychylajc wielki kielich do ostatniej kropelki.

 Iterum, bracie!

 Iterum atque iterum!

 To nie by otr, pies i zawalidroga taki jak ja i ty! Bo i ty otr, pies i zawalidroga, skoro siedzisz midzy tymi urwipociami i opiesz wisko, zamiast psiarni puszcza. Ty mylisz, e ci psy nie zale pola, e ty godnego psa moesz latami trzyma w zamkniciu. Bajki!

Rafa kiwa dobrodusznie gow i przez zy patrza w twarz mwcy.

 Tamten to by statysta, mdrala. Ho-ho! Jak nam nieraz zacz de publicis baja, to my si mao nie pobeczeli. Chocia co do szermierki, to nie. Nigdym si z nim, dzikowa Bogu, nie skada ze zwady i w kolerze, alem te zimnym okiem snadniej widzia. Poszatkowabym go na kapust, gdyby do rzeczy przyszo, bo rki, powiem ci otwarcie, nie mia...

Rafa pomyla sobie, e pewnie dlatego nieboszczyk brat wybra pistolety po sprzeczce z Gintutem. Zlk si walki na szpady. Ze strachu umar... Niemie rozczarowanie co do brata, obrzydliwe rozstrzygnicie zagadki przewino si w jego sercu. Uderzy w kielichy i pi tgo, eby z siebie wygna zmor wspomnienia. Wnet zacz mu imponowa nowy przyjaciel. Pragn rzuci mu si w objcia, czymkolwiek wyrazi swoje uczucie. W pewnej chwili wsta i zawoa na cay gos, uroczycie wznoszc szko do gry:

 Wnosz ten toast na cze psiarni w Olenicy!

 A ten co znowu?  woano.

 Syszelicie!

 Kto to jest?

 Dojedacz Kalinowskiego...

 Ja wnosz ten toast  woa zezowaty naladujc do zudzenia drcy nieco gos Rafaa  nie tylko na cze psiarni w Olenicy, lecz i na cze kurnika w Pacanowie!

Gosy te giny w nadzwyczajnej wrzawie. Rafa ze cinitymi piciami zacz si przedziera do zezujcego przemiewcy, ale nie mg roztrci zbitego tumu. Dwaj przeciwnicy rzucali si tutaj na siebie z krzykiem:

 Twoje dobra na Litwie! Kamco, dryj ! Wiadomo przecie, e si dorobi jako hecmajster na Brackiej ulicy.

 Cha, cha, cha!  rycza tum zgromadzony.

 To ci zajecha! Tej plamy nawet Caren z ciebie nie wywabi.

W caej sali nie byo ju oglnej rozmowy ani rozmowy w ogle.. Przekrwione oczy ledwo widziay. Jedni ciskali si z niezmiern serdecznoci, inni patrzyli na si wzajem spode ba.

Przez rozwarte okna wia przejmujcy chd jesienny. Rotmistrz przekrzycza wszystkich:

 Czy tu mylicie do rana siedzie? Teatr!

 Prawda  woano  teatr! Teatr si zacz. Co ywo! Zbierajcie si. Koczcie!

Jak na zawoanie, okrgy gospodarz zjawi si we drzwiach. Nisko schyli wypudrowan gow... Wymieni jak sum, a wnet ten i w zacz rzuca na st dukaty obrczkowe. Gospodarz zgarnia je z rzewnym umiechem, schylajc kark i przymruajc oczy w taki sposb, jakby tylko-tylko oczekiwa ciosu katowskiego topora. Zjawili si lokaje podajcy kapelusze, laski, paszczyki, okrywki. Caa banda z haasem mina salony klubu i wypada na ulic. My drobny, zimny deszczyk. Ciemnoci niezgbione panoway naok. Nigdzie nie byo wida ani fiakrw, ani przewodnika z latarni, wic cae towarzystwo gono haasujc ruszyo rodkiem ulicy po bocie. Jarzymski chwyci Rafaa pod rk i pocign go naprzd:

 Idziemy na teatr...

 Teatr... Czy to tego Bogusawskiego?

 Co pleciesz?!

 A przecie go wszyscy chwal, co widzieli...

 U was na wsi?

 A no...

 Wiedze o tym, e tamto jest buda, o ktrej si nawet nie mwi. Dobre to sobie jest dla stangretw, lokajstwa, ykw i wszelkiej gawiedzi z miasta. Nigdy si z tym nie odzywaj, e chcesz to widzie, boby si finalnie skompromitowa. No i mnie przy tej okazji... Idziemy na thtre de socit, do Radziwiowskiego paacu...

 Ale dobrze! Nie wiem o niczym...

 Trzeba, eby wiedzia, skoro jeste midzy ludmi nalecymi do socjety. I tam chodzi wprawdzie banda Sotykowska i Sapieyska dla pokazania na zo nam swej polakierii, ale gwny kontyngens widzw  to motoch. Uwaasz?

 Jeszcze jak!

Wlekli si rodkiem ulicy, skrcali za drugimi z zauka w zauek, utykajc w doach i kauach. Idcy przodem piewali jak pie awanturnicz. Rafa, ju w klubie zamroczony, na powietrzu traci coraz wicej wadz w nogach i rkach. Gdyby nie Jarzymski, runby by w pierwsz lepsz kau. Dugo nie wiedzia wcale, gdzie jest. Dopiero wprowadzony na schody wiodce do sali teatralnej  przyszed nieco do siebie. Banda toczya si przy drzwiach zamknisych, usiujc wej, chocia ju pierwsza komedyjka Dorata pt. Le feinte par amour miaa si ku kocowi. Kiedy Rafa za innymi wtoczy si do sali, spostrzeg, e bya pena po brzegi. Znalazszy si na parterze, w ssiedztwie l zajtych przez damy, towarzysze wyprawy przycichli i uspokoili si. Wejcie ich zwrcio uwag wszystkich. Spostrzeono wyrazy ich twarzy i we wszystkich loach poczto szepta. Rotmistrz zauway to i mwi swym basowym szeptem:

 Widz nas na wskro. Jestemy mieszni. Wychodmy, jak tylko sztuka si skoczy.

 Wychodmy!

 Duszno...

 Anizetka  szepta rotmistrz  podaj myl: chodmy in corpore do budy Bogusawskiego. Tam take dzi pokazuj. Mona bdzie zabawi si.

 Dobra myl!

 Wychodmy!

 Dalej w drog!

Wkrtce, skoro tylko zasona spada, cae gremium wysuno si chykiem. Wikszo miaa tu oczekujce przed teatrem powozy, karykle i lokajw ze wiatem, ruszono tedy na plac Krasiskich gwarno i z pieniami. Jarzymski jecha w powozie z Rafaem i kim jeszcze, kogo zwano Bursztynkiem. w towarzysz wyprawy cigle co gwarzy zanoszc si od miechu.

 C oni tam bd odstawiali? Jarzymek, ty wiesz pewno?

 Jakiego prawdopodobnie Cyda albo Hamleta. Kto ich tam wie? Moe jak niemiecko-czu oper, jaki Flet zaczarowany...

 Pikne, ach, dekoracje "pdzla" pana Smuglewicza i wycie tych oberwacw w jzyku przodkw... C my tam bdziemy robili?

 Zobaczy si. Jest bufet.

 No, bufet... Ale ja nie jestem spragniony ich lokajskiego piwa... Przepraszam, moe tam sprzedaj piwo szlacheckie?...

 Wyrzuc ci z powozu!

 Wobec tego...

 Sied spokojnie i czekaj!

 Podejrzewam ci od dawna, e jeste owadnity przez wulkaniczne ognie patriotyzmu d'antichambre i dlatego mi tam wieziesz w chwili, kiedy otoczon jestem przez mdoci.

 Mog ci, powtarzam, zaraz wyrzuci, jeli ci o to idzie.

 A, przepraszam! Nie masz po temu prawa, skoro w perspektywie jest bufet.

Za chwil wszyscy znaleli si w ciemnych,, ojowymi wieczkami ndznie rozwidnionych przejciach i sionkach teatru. Z haasem i wrzaskami kazali sobie sprowadzi aktora sprzedajcego bilety, ktry ju by kas zamkn, i rozmawiajc na gos weszli do sali. Byo tam peno, tylko publiczno bya zupenie inna. Grano tragedi Racinea pt. Brytannik. Ponure gadanie wierszem rymowanym rozlegao si ze sceny, sabo rozwidnionej wieczkami.

 To jest ogromnie wzruszajce, moci panowie, nieprawda?  mwi gono do kolegw rotmistrz, ledwie wszed na sal i nim spojrza na scen.

 Jestemy poruszeni do gbi odkw...

 Mnie wtroba wyskoczya z klubw i chodzi samopas.

 Rozepchnijcie, jeli aska, tych rodakw z Podwala i Krzywego Koa!  woa Anizetka.  Nie po to przyszedem do tej otchani z zapaconym biletem, eby mieli sposobno deptania po moich wypielgnowanych nagniotkach.

 daj natychmiastowego zadosyuczynienia od tej chudej aktorki, ktra do reszty zgupiaa ujrzawszy bole wyryt na twym obliczu.

 Wielki Boe! widz mego fagasa. Ogromne uczucia miotaj jego piersi, gdy sucha tych piknych banialukw... A jednak tytu kradnie mi wci tak samo, nie baczc na doznan podnioso wrae.

 Gdzie jest bufet zapowiedziany w programie widowiska?  woa towarzysz, ktry przyjecha w karetce Jarzymskiego.

 Bufet jest w izbie ssiedniej!  gono odezwa si jaki mczyzna siedzcy w loy parterowej.

 Dzikujemy za tak dramatyczn wskazwk nieznanemu przyjacielowi naszej niedoli...  mwi impertynencko rotmistrz w kierunku owej loy.

Rozepchn tum, ktry w milczeniu przysuchiwa si awanturze, i szed w stron bufetu. Wikszo towarzyszw udaa si za nim, niektrzy zostali na rodku parteru. Rafa znalaz si w bufecie i znowu pi duo. Sabo wiedzia, e czego krzyczano, a sam mia przed oczyma to sal widzw, to znowu przekski i flaszki, rozoone na stole bufetowym. Rzuca na ten st dukaty wygarnite z kieszeni, lea w czyich ramionach... Kuy go po twarzy ogolone brody, muskay wsy, wieciy si przed nim roziskrzone oczy i przyjazne gosy mwiy mu jakie zdania, na ktre zgadza si bez zastrzee. Przez pust ju sal teatru, ktr owietlaa samotna wieczka w latarni, pno w noc wyszed w towarzystwie innych osb, z ponc gow. Wlk si po bocie ulicznym, haasujc tak samo jak inni. O jakiej porze zobaczy przed sob w grubej ciemnoci dwie latarnie nadjedajcego powozu. Furman krzycza ordynarnie z koza, eby si z drogi usuwa. W tej samej chwili Rafa ujrza w wietle prawej latarni eleganckie te sztylpy i buty unurzane w bocie, a stojce na szprychach koa. Gruby pomruk rotmistrza rozleg si nad gowami idcych i furman z krzykiem przeraenia run z koza w kau. Nogi w sztylpach znalazy si na miejscu furmaskich. Konie, cignite potnym ciosem bata, skoczyy z miejsca jak oszalae i kareta poleciaa w zauek. Sycha byo przez chwil rozpaczliwe wrzaski zamknitych w niej kobiet.

Kto mwi:

 Nic si wam, baby, nie stanie! Rotmistrz odwiezie was na miejsce dwa razy prdzej ni to bydl...

Ulice byy zupenie puste i ciemne jak pieczary. Strcenie z koza furmana byo dla tumu, idcego dotychczas w spokoju, jak gdyby pobudk do czynu. Opanowaa wszystkich istna furia. Rafa sysza ciosy lasek spadajce na eb i grzbiet furmana i zanosi si od miechu syszc jego wrzaski. Gdy stangret wydar si z rk napastnikw, laski poczy spada na ciany kamienic, drzwi sklepw, elazne kraty ogrodw. Co chwila jaka szyba; pica skromnie w ciemnoci, wydawaa dziewiczo przeraliwy wrzask rozlatujc si w kawaki. wistay w powietrzu zerwane ze cian blaszane szyldy, dudniy bramy szczelnie zamknite, w ktre omotano piciami, kijami, obcasami. Kto skrzesa ognia i przez chwil Rafa podziwia czterech ze swych nowych towarzyszw, z ktrych dwaj stali na balkonie pierwszego pitra wskiej kamieniczki. Dostali si tam po elaznych sztachetach otaczajcych ssiedni ogrdek. Dwaj inni stali jeszcze na szczycie ogrodzenia, przechyleni nad ulic. Tak wsplnymi siami wyrywano ze ciany szyld przytwierdzony do elaznej sztaby nad zamknitymi drzwiami sklepu. Kilka par tych potnych rk szarpao sztang do gry i na d. Gruz sypa si w oczy... W tej samej chwili trzeszczay podwaane drzwi i wydaway znakomity oskot talerze felczerskie strcone z wysoka, ktrymi kto wydzwania marsza. Tu i owdzie w oknach zapalao si wiato. Przeraone biae figury snuy si i biegay za wybitymi szybami...

Dopiero poowa ulicy zostaa w ten sposb oporzdzona, gdy naraz z gbi ssiedniego zauka day si sysze kroki ludzi rwno maszerujcych. Jak byskawica  cisna w ciemnoci swj nagy strza wiata lepa latarnia.

 Zybenknopfy!  wrzasn przyjaciel Rafaw, waciciel olenickiej psiarni.

 A otry, jestecie!

 Bij pludra!

 Hab Acht! rozleg si w ciemnoci spokojny gos. Tum pijany zbi si w gst kup. Gdy nowy sztylet wiata latarni przebi mroki gbokie, Rafa zobaczy w nim potne rce, trzymajce niby sztandar wyrwan sztab z szyldem. W chwil potem blacha szyldu zgrzytna w powietrzu. Rozleg si furkot drga i urwany ryk. Po nim drugi, trzeci... onierze patrolu dobyli szabel i poczli z ramienia rba na lepo. Anizetka, Bursztynek, Szpic, Szpilka i wszystek tum towarzyszw run na nich z laskami, z kamieniami znalezionymi na ziemi. Wnet elazny drg siacza z Olenicy przeway szal zwycistwa na stron awanturnikw. Ront rozsun si i cofa pod cianami kamienic. Rozlegay si wistki, krzyki niemieckie woajce o pomoc, jki i przeklestwa.

 Do kupy!  woano.

 Do kupy, moci panowie!  komenderowa przygodny wdz.

 Wzi si za rce, i w ty!

 Osacz nas, w ty!  woali wszyscy.

Rafa nie mia nic w rku, nawet laski. Mimo to z wycignitymi rkoma szed naprzd, co chwila ciskajc domi ciemno. Gniew ukropem kipia w nim i gna go do boju. Szukajc tak w mrokach rkoma, uj mizerne drzewko przywizane do wysokiego i tgiego koka. W mgnieniu renicy owa erdka pocza miga i szeroko gra w powietrzu, zataczajc obszerne krgi. Koniec jej trafi wreszcie na ywe miso.

Wwczas dopiero Olbromski wzi wali z sandomierska. onierz, z ktrym si zmaga, patn go do krwi raz i drugi paaszem w szyj i w rk. To podniecio animusz a do wciekoci. Wymacawszy go dobrze obudnymi ciosami, Rafa rypn z gry, w eb, od jednego razu i obezwadni. Prusak osun si na ziemi. Wwczas zwycizca znalaz go nagimi rkami i pocz ku w zby. Gdy tamten na dobre omdla, powlk go ze sob po bocie, mamroczc sobie pod nosem.

Wedle rozkazu wodza gar walecznych awanturnikw cofaa si popiesznym marszem ku wylotowi ulicy. Patrol, nie czujc przed sob napastujcych, zacz posuwa si naprzd, wiecc sobie latarniami, dwigajc z ziemi poturbowanych, cucc omdlaych.

Tymczasem "Blacha" uchodzia coraz szybciej zwart kolumn. Kiedy dosignito placu i ulic z niego wychodzcych, wszyscy czym prdzej dla zmylenia pocigu rozeszli si w rne strony. Rafa jako otrzewia i zdoa dopyta si o Jarzymskiego. Szli w kilku, prdko, bocznymi ulicami, zaukami, przejciami, wziwszy si za rce. Nie zatrzymali si wczeniej, a dosigli bezpiecznego schronienia. Znaleli je w wiadomych Jarzymskiemu rozkosznych gajach asyryjskiej Mylitty.


 Gnosis
Nazajutrz Rafa ockn si bardzo pno w jakim ciemnym schronieniu. Bya to sypialnia Jarzymskiego, ktry obok chrapa na sofie. Z niewysowionym podziwem Rafa zacz liczy czas i spostrzeg, e okna stancyjki nie byy zasonione. By to wic wieczr dnia nastpnego. W przylegych pokojach sycha byo gwar rozmw osb grajcych w karty. Olbromski lea na swej pocieli z oczyma przymknitymi, peen takiego do siebie wstrtu, e z najgbsz wdzicznoci powitaby kata i jego propozycj przechadzki na szafot, byleby z zawizanymi oczyma. Nie by w monoci znoszenia fizycznych uczuwa wczorajszego dnia, a osobliwie nocy. Chowa przed nimi gow to tu, to tam, odwracajc si ku czemu janiejszemu, ale w kadym miejscu ciemnoci bielao straszliwie  miejce si podle, ocieke cynizmem, nagie cielsko dnia wczorajszego. Miliardy uku bezsilnego alu ksay piersi jak nocne komary botnistej okolicy. Nie mona byo ani ich odegna, ani spostrzec. Tylko da ich zostaway w czowieku i rozlega si cichy, bezmylny, obrzydy gos.

W jednej chwili Rafa zdecydowa si, e musi wyj z tego lokalu. Znalaz po ciemku ubranie i wdzia. Narzuci paszcz na ramiona i wyszed. W kieszeni namaca jeszcze kilka dukatw. Jednego z nich wcisn w gar lokajowi, ktrego w przedsionku zdyba, i kazao si odprowadzi do paacu ksicia Gintuta. By pewny, e go tam ju wcale nie wpuszcz, a jednak tam wanie dy.

Jeli  myla  nie zechce mnie wicej widzie, no, to co innego... Wtedy poszukam jakiego hotelu, zajazdu...

Pragn t noc za jak bd cen przepdzi w samotnoci, nie sysze obok siebie chrapania Jarzymskiego. Nie myla o tym wcale, co bdzie czyni pniej; chodzio mu jedynie o chwil biec, o zdarcie koszuli Dejaniry. Gdy wreszcie stan przede drzwiami paacu i zadzwoni, wydao mu si to rzecz tak gupi, e kaza sucemu Jarzymskiego czeka na siebie. By pewien, e go krtko i wzowato wyprawi tam, skd przyszed. Tymczasem stary ukasz otworzy mu drzwi z tym samym powinnym i grzecznym ukonem, prowadzi go z yczliwymi ruchami. W pokoju, gdzie Rafa pierwsz noc spdzi, byo ciepo. Sucy zapali dwie woskowe wiece i cicho oddali si. Rafa czu dla niego wielk i rzewn wdziczno. By oto nareszcie sam w cichym i powanym miejscu. Co tchu rozebra si, zakopa w pocieli i mia zamiar zdmuchn wiec, gdy drzwi si znowu z cicha otwary i ukasz wnis na tacy du szklank jakiego napoju. Ustawi to na stoliku obok ka z agodnym i uroczystym wyrazem twarzy, a z ukonem wyszed. Rafa skosztowa owego napoju i znalaz, e jest dobry nad wszelki wyraz. Wypi do dna.

Zaledwie zgasi wiec, uczu si znowu w mocy niezwycionego wstrtu. Nie byy to wspomnienia, gdy te pieciy go raczej i waday nim jeszcze, nie byy wyrzuty sumienia, tylko nieznone, przemierze uczucie obecnoci zego.

Zamyka oczy, poczyna myle o czym innym, budowa plany na przyszo, nerwowo gra w karty, wykonywa w marzeniu bohaterskie napady w gronie elegantw pierwszej wody, gdy oto nagle zjawia si na jego piersiach ohydna gowa. To byo wanie samo, w osobie swojej -ze. Co jak gowong-omiornica z kostnymi ssawkami, potworne, bez ksztatu, zimne, olizge, opasujce... Nie dawao si odtrci ani zedrze z piersi. Zimny pot osiad kroplami na czole penym oowiu, a na duszy owa tajemnicza zmaza, ktrej adna z potg nie moga zniweczy. Gdy ciki sen zawar powieki, i wwczas cierpienie zostao na piersiach. Gowong przemieni si w kobiecego trupa, w rozdte, opuche, liskie i lepkie ciao topielicy. Straszliwe zwoki oploty szyj picego grubymi rkoma, wygnie oczy wlepiy si w je-go sen, i dawno struchlae usta przywary do jego ust. Sysza w gbi swej duszy przemierzy podszept miosny...

Obudzi si pno w nocy i usiad na pocieli, wstrznity czym obcym, jakby rk mocnego czowieka. zy pyny z jego oczu, zaleway twarz, zy dobywajce si z najgbszego dna duszy. Ale zarazem wylewy ich oczyszczay tajemnicze, podziemne gbie, z ktrych pochodziy. Cae ciao trzso si, gdy tak spyway, podobnie jak dry ziemia, gdy burza w dal i noc uchodzca grzmi i strzela piorunami. Nagle z mrokw psnu wywina si jasna myl, zupenie jak postrzegalny dla oczu, ksztatny gzygzak wiata:

C mi to jest?

Ale odpowied nie wysuwaa si z ciemnoci. Tylko nowy potok bujnych, silnych wzrusze, niby moda krew z rany zadanej egadem zbja, spyn i obmy twarz skryt w doniach. I tak ju prawie do samego rana trwao bezksztatne dumanie, walka nie dajca si wyrazi sowami, jakoby zawd choroby z chorob o cae bary i piersi, jakoby zapasy siy z si. Na podobiestwo przelotnych obokw widziada przemierze objaniay straszliwe dzieje tych rzeczy, spraw i ludzi, z ktrymi styka si wczoraj. Dolatywao do niego z prni niewysowione skowyczenie ndz ludzkiego motochu, zion z pojedynczych chwil wczorajszych, jak gdyby z zaklsych grobw, fetor gnojowisk podoci, upadku, pomsty, zbrodni, zdychania w habie. Co kiedykolwiek sysza o tych sprawach, to teraz z si roztrzaskujc gow rwao obok, stronami. Rce drtwiay z ohydy, e si nimi dotyka tych ran broczcych sin, zgni krwi, gowa pona od myli, ktrych rozum, zdawao si, nie by w stanie obj i zmieci w sobie.

Nazajutrz wsta z ka blady, zdruzgotany na duszy, sam dla siebie odmienny i niezupenie zrozumiay. Obojtnie szed do sali, gdzie poprzednio zasta ksicia. Ju zbliajc si do drzwi elaznych usysza rozmow, ktra pod wysokim sklepieniem dononie si rozlegaa. Ksi rozmawia ze swoim towarzyszem, owym majorem wojsk pruskich. Obadwaj pochyleni byli nad ksigami wielkich rozmiarw, oprawionymi w bia skr. Gdy Rafa wszed, na chwil zamilkli i przerwali sw prac. Wojskowy, podobnie jak za pierwszym razem, skierowa na niego swe oczy naiwne i badawcze, zdumiewajce oczy olbrzymiego dziecka. Na ukon Rafaa odpowiedzia przyjaznym pochyleniem wielkiej gowy i umiechem tak szczerym, penym dobroci, zachty, jakiej niemiaej przychylnoci, ktra narzuca si nie chce, lecz przyjt by pragnie, e Rafa znowu uczu si wzruszonym. Tylko dzi w daleko wikszej mierze...

 Miaem ju zaszczyt-rzek ksi wskazujc Olbromskiego oczyma  przedstawi mego sekretarza.

 A tak... Bardzo mi przyjemnie pozna waszmo pana.

 Bdziemy teraz mieli mono szybszego dociekania w Augustynie...  szepn jeszcze ksi jakby proszco.

 To bardzo dobrze, osobliwie dla mnie. Wapan przyjedasz wprost ze wsi?  spyta major.

 Tak, nie by tu wcale i nigdy. Nikogo w Warszawie nie zna. Wszak prawda?

 Tak, prawda...  wyszepta Rafa.

 Przez kilka lat sam gospodarowa, wasnorcznie sia, ora... Wszak prawda? Take mi wasze donosi w licie?

 Tak, donosiem....

Na twarzy majora zawieci si umiech dobry, gboki, jakby do dna rozwidnia cae jego ciao. Zarazem jakie prdkie zachynicie, dajce si czsto zauway u niemiaych chopcw, wstrzsno kilkakro jego olbrzymi, niedwiedzi figur.

 Praca na zoranej roli  zacz mwi gosem wstrzemiliwym, dopraszajcym si o askawy posuch  wydaje mi si by najwyszym szczciem, jakiego czowiek dostpi. Tak sdz, tak w gbi serca mniemam. Nigdy sam nie byem do tyla szczliwy, eby tej aski dostpi. Jestem onierzem... Mie w rku swych mono wyprowadzania z nagiej ziemi czego tak tajemniczego, cudnego w swej budowie, w swym yciu i mierci, jak kos pszeniczny, nie jeste to by wsptwrc cudu?

Rafaowi nie trafia do przekonania ten wywd. Tote na twarzy jego odmalowa si mtny jaki wyraz. Major nie zraony mwi dalej gosem cichym, z niemiecka akcentujc wyrazy i zdania:

 Nigdzie potga, niewysowiona mdro, mio jednako zawsze silna, bez pocztku i koca, wiekuicie ta sama, wielki duch Budownika wiata, nie objawia si bardziej ni w dojrzewaniu ziarna, w rodzeniu si traw na ce, gdy przygrzeje soce wiosenne  i w umieraniu ostatniego potrawu, gdy soty padziernika zasania je zaczn. Czy waszmo kiedy widzia tak chwil, czy okiem wewntrznym z gbi siebie patrza na to, jak naga ziemia dry pod socem, jak wody stojce na niej trzs si i raz w raz polniewaj, a mech drobniutkiej trawy schyla si i wasa za wiatrem jakoby niky dymek?

 Widziaem...  rzek Rafa ze dreniem.

W myli jego jak ywa stana taka chwila. Zdawao mu si, e wypuke, przymglone oczy majora widz t chwil dokadnie, jasno, nie gorzej od niego. Jaki nieprzyjemny lk obszed go dookoa.

 Ju w duchu dawnych, mg czasu zakrytych plemion ya ta sama trwoga i wytryskaa z niej cze dla trawy rodzcej si z maego ziarna, ktre wiatr nosi, dla drzewa wypuszczajcego liczne licie i niedocige gazie, dla kwiatu, co kielich swj ksztatuje w mrokach nocy, przed zimnym porankiem...

Zaduma si na chwil, jakby zapomnia, e ma suchaczw, i z umiechem niemal radoci, z oczyma zaszklonymi sennymi zami, mwi:

 Dawny, zapomniany bg... Mithras! Wadca, od ktrego woli zaley barwa modych listeczkw, kicie zb, kielichy kwiatw na tej caej cudownej ziemi... Boski ogrodnik! On, ktry sprawia, e owoc gruszki dojrzewa, e jabka wonne wyciekaj z y prtw, e czerwieniej pod zwidymi limi, zwidymi tak samo, jak widnie pikna matka z nienasyconej mioci dla czerstwego synka... On sprawia, e ciemne liwki okrywa cudowna, jedyna barwa, a winograd zwisa z wtego szczepu i ciy, jakby si koni do snu. U pelazgijskich, pono, plemion wykwito inne widziado, ktrym tylekro poilimy si z ksiciem. Nieprawda?

 Tak jest, Mistrzu...

 Widomy ksztat Demetry, zwanej "Pelasgis", to jest niby to osoby, ducha tego, czym jest rodzenie si z ziarna. Demeter jest symbolem ziarna nasiennego, ostatniego tworu caego ywota wszystkich na ziemi rolin. W ziarnie ustaje twrczo roliny, a ono samo staje si twrc, macierz, rodzc niezliczone, niezliczone pokolenia. Ziarno nasienne jest obrazem prawzoru, z ktrego pierwsza rolina pocza si przed wiekami. Demeter jest obrazem praziarna i wszystkich jego potomkw, jest zarazem widomym znakiem siy, ktra nigdy si nie wyczerpie, potgi, ktra bya, jest i bdzie a do skoczenia wiata. Ja... przepraszam, e naduywam wacinej cierpliwoci... Ja tak jestem porwany t bosk opowieci o dziejach Demetry i, co jest najciekawsze, o jej uroczystociach w Eleuzis, e czsto  moe zbyt czsto?  rozpowiadam. Czy waszmo raczysz przebaczy tej gadatliwej naturze onierskiej?...

 Ale, miociwy panie!...  bekota Rafa.

 Czyme jest znane wapanu porwanie Persefony-Kory? Sawny katodos? To dzieje ziarna kadego po szczegle, wic dziecicia Demetry. Pochonicie zasianego przez skib ziemi. Cika aoba matki Demetry  to zima, szeregi dni mrocznych i ddystych, w ktrych cigu ziarno ley ukryte w gruncie. Persefona przebywa tam u swego podziemnego maonka. Ale nadchodzi radosny anodos. Niewolnica w penym blasku piknoci wydostaje si nad ziemi i czy z rozkwitym Dionizosem. Ziarno wypuszcza ze siebie kie, przebija ziemi, wystrzela jako odyga, ozdabia si kwiatem i nowe rodzi ziarna. W Eleuzis oddawano cze tej wanie wiecznej sile natury, jej przecudownej nieskoczonoci. Przez hymny, wite tace, sceny mimiczne, nage zjawianie si ksztatw przy brzmieniu w tej samej chwili sw uroczystych, nakazw wygaszanych przez hierofanta z rodu Eumolpidw, wleway si do serc i otaczay czci nalen wszystko ywice promienie soneczne, ktrej my zapomnielimy zgoa...

Demeter szuka swej crki po caej ziemi przez dni dziewi, a dziesitego przybywa do Eleuzis...  mwi major, coraz bardziej zwrcony do ksicia i zapominajc zupenie o obecnoci Rafaa.  Niesie w rku swych dwie pochodnie, znak widomy oczyszczajcej siy ognia. Spoczywa w Eleuzis i amie dugotrway post przez popijanie napoju z wody i miodu, zwanego kykeon. To wszystko dziao si przed noc tajemnic. Ci, ktrzy s mystaj, bez rnicy pci pozostaj sami, oddzieleni od profanw. Z pochodniami w rku zwiedzaj miejsca boleci Demetry, wic zdrj Antion i Smutny Kamie. Tajemnicz cz uroczystoci zwiastowa gos hierokeryksa, nakazujcy tym, ktrzy s mystaj, zupene milczenie... Milczenie, milczenie...  mwi z wolna, topic wzrok w oczach ksicia.

Obaj siedzieli naprzeciwko siebie umiechajc si prawie ze szczciem do jakich myli, Rafaowi nie znanych.

Pierwszy ksi odwrci gow i schyliwszy j nad ksik rzek z cicha:

 Poniewa jest sekretarz... wrcimy moe do Augustyna...  Ach, tak... Poniewa jest sekretarz... Ilekro zetkn si z piknym wiatem Grekw, staj si poganinem...

Ksi przez chwil wygadza niecierpliwie w rku kart wielkiej ksiki, a wreszcie rzek obracajc si do Rafaa:

 Chciaem ci wanie prosi, eby mi wytumaczy ten oto ustp z aciny na polskie.

To mwic posun ku niemu olbrzymi wolumin.

Rafa skwapliwie j si tej roboty, uszczliwiony, e nareszcie zyskuje w tym towarzystwie jak wyran rol. W tej samej chwili ksi mwi do majora:

 wiat grecki... Co do mnie, nic mi jeszcze nie mogo zastpi wspomnienia odludnych pieczar pustyni. Kryjwki dzi drapienych zwierzt tam, gdzie wykoysa si duch ludzkoci, gdzie w bezgranicznym odosobnieniu Pawe z Tebaidy sto lat przepdzi, pierwszy pustelnik, gdzie Antoni w witych marzeniach wyhodowa nadziemsk dusz swoj! Nigdy i nic ju na wiecie nie mogoby przewyszy uczu zdumienia, skruchy i trwogi, jakich si tam doznaje.

 Na pewno tak jest, na pewno, jak mwisz, Bracie Straszny, a jednak... Ja si do tej wysokoci wznie nie mog. Jestem ciki jak koda citego drzewa, jestem jak gaz na pastwisku, ktry tylko od wasnego ciaru w ziemi wrasta. Oto wszystko. Wzruszenie moje jest tak leniwe, tak poziome... Jeeli co jeszcze wzruszy mnie jest w stanie, to wiosna. Gdy  jak mwi stary Hezjod w Dniach i pracach  "w liciach dbu pierwsza kukuka zakuka i rozraduje ludzi na ziemskim przestworze"... moje zbutwiae serce uderzy jeszcze. A kiedy indziej...

 Naley wyty siy...  mwi ksi gosem przejmujcym, a tak cicho, e ledwie go byo sycha.  Skierujmy dusze ku wzniosoci! Pomylmy tylko, zanurzmy wszystek umys w ten potny widok, gdy Fortunatus, kapan manichejski, po dyspucie ze witym Augustynem odchodzi z Hipponu. Znowu na puszcz! Wczoraj czytalimy dysput. Cae zdania witego stoj mi w pamici, jakby promieniami ognistymi wysmalone. Te proste sowa: versatur ibi quaestio  unde sit malum?... To nie dwaj ludzie mocuj si w sowie, nie dwaj kapani, nie wyobraziciele dwu kultw, lecz zaiste dwa olbrzymie symbole, dwa ywioy. Unde sit malum? wity biskup, ktry tak susznie nosi miano divus; czyli M z Boga... mdry i myli przezroczystej jako krynica w grach, twierdzi, e ze urodzio si w czowieku z jego wolnej woli. Czowiek sam jest winowajc. On jest grzesznikiem przed wiekuistym Panem. A tamten przychodzie z pustyni, gdzie ze swej pieczary w cigu wielu lat wpatrywa si w niebiosa, gdzie przez szereg dni i nocy w samotnoci rozwaa, omiela si gosi, e natura zego wspwieczna jest Bogu. Rzuca przed rodem ludzkim ten olbrzymi cios, to brzemi myli, tak cikie, e, zda mi si, ziemia pod nim zadre musiaa. Ale nastpnego dnia, po dwu stoczonych dysputach publicznych, Fortunatus wyznaje, e nie znalaz dostatecznych odpowiedzi na kwestie zadane mu przez biskupa. Wyznaje, e jest zwalczony w sowie. Zarazem wszake zaznacza, e nie jest przekonany w duchu i do katolikw si nie przycza. Dzi ju owego miasta Hippo regius, gdzie numidyjscy krlowie wadali  wcale nie ma. Kamienne domki, zamki, termy, witynie, place  zasypa piasek. Przekrelona jest potga miecza i zmazana. Zosta przecie kady dreszcz dwu duchw spierajcych si o poznanie wiecznoci, i nas tak samo jak ich przenika. Ci, ktrzy odtrcili wszystko, a do napoju i jada  yj wiecznie.

Oto w zwtpieniu stokrotnym, tysickro rozbity i Niepewny bardziej, ni do miasta przyszed, Fortunatus oddala si na pustyni, by znowu w samotnoci ga, podnieca i wyostrza myl swoj, pali j srogimi agwiami godu, biczowa i udrcze ciaa. Zacznie tam na nowo zgbia, way i przenika duchem widziada staroparskie Azji... Spojrzyjmy, jak samotnego; niby gste oboki, otaczaj Angramajniu i Ahuramazda in exordio duae substantiae a sese divisae... Jake si nie ulitowa nad nim, gdy w ciemnej nocy spoglda na ziemi gbokoci mroku okryt i renic wlepion w niebiosa usiuje zobaczy cie przedbytu, pierwsze ciaa ogniste, wiaty rozproszone, sysze huk wichrw straszliwych pdzcych wiaty i gos jedynego wodza ich, jak mu kazano uwierzy. Jaskini jego otacza lad lwa i hieny, przelatuje nad ni cie ora i spa, gow okra myl o krokodylu i skorpionie, ktrzy si pas mordem sabych, a ywi mierci niewinnych. Przelatuj nad nim samum i kamsin, dzicy, bez rozumu, zabjcy wszystkiego, co ywie. We dnie pali go soce a do mierci, a w nocy udrcza zimno, za ktrym czai si choroba. Mda mucha roznosi mier wyssan ze zwierzcego trupa i zaszczepia j w ciao dziecitka, ktre ju mwi i myle zaczo, ktrego oczy staway si cudniejsze ni zote wino, a zby bielsze ni mleko. Kt jej nakaza taki uczynek?

Patrzmy, jak oczy Pustelnika, wysche i spalone, wznosz si do niebios szukajc tego, ktry jest Propater, czyli , co znaczy Gbia, ktry jest Arretos, co znaczy Niewypowiedziany... Za plecami swymi ma plemi ludzkie. Widzi cae jego dzieje i wszystek ywot. Wiekuisty tryumf liktora i wiekuicie zdeptany duch. Widzi, e wszystko, co jest, jest materi swaru, przyczyn bitwy, e zaiste wojna bez koca, Polemos propater, jest losem czowieka, a ginie w niej sabszy i lepszy. W sobie samym ma ywioy nieznane, gdzie rozkosz splata si z boleci, gdzie mdra myl wyrasta wolno i wrd wikszego mozou ni palma w szczerej puszczy, a jeden wybuch namitnoci do cna amie i niweczy przez setk nocy i dni trudu wypielgnowan...

Gdzie wzrok obrci? W dziecinne lata... Tam, dokd chodzi najchtniej ludzka niedola, eby si wrd ez uciszy? Ale przenikajce i badawcze wejrzenie mdroci ujrzy tam jeno bytowanie cielesne, pene dziedzictwa zoci, wyniesionej z y ojca i z ona matki. Spojrzy w idc bezlitonie staro i z przeraeniem zobaczy ze najstraszniejsze: choroby ciaa, jak z bezrozumn gupot  motem z elaza rozbijaj przemdrze zbudowane koci i doskonae tkanki. Ujrzy ruin ducha, rwnego Bogu, ktry wrd ndzy i rozpaczy upada, dry i skamle... Kt uczyni to wszystko ze? Kt je wysnu ze swego ona? Skd si poczo trzsienie ziemi i burza na szlakach morskich? Azali czowiek stworzy jadowit mij i pod hien? Azali on wymyli mier?

Skierujmy dusze nasze ku wzniosoci! Idmy za wzrokiem Fortunata... Oto wpatruje si ze swej pieczary w najwysz potg ziemi, w najzawilsz spraw wiata, w spraw odrodzenia rodu ludzkiego. Widzi na brzegu morskich zalewisk pelikana, ktry bka si nad falami i znosi dzieciom swym straw. Jest on, jakoby znak hieroglificzny wszego ywota, napisany w chwili poczcia ziemi midzy morzem a ldem suchym. Mwi dawne legendy, e pelikan krwi y swoich wskrzesza zabite dzieci, e rozdziera dziobem pier swoj... Stamtd wychodzc, Fortunatus przejrza wszystko, przemyla wszystko. Widzia w dumaniu szczliwego ojca, ktremu los da koci twarde, a w nich niepoyty szpik. Widzia go, jak si doczeka siwizny syna, jak w nim po wtre przey dojrzay ywot, zamkn w pamici ogrom zdarze, od dziejw pierwszej mioci a do dziejw ostatniego zudzenia. Z nich wysnu niewzruszon mdro msk. Widzia go, gdy si doczeka wnuka, i w jego szczebiocie trzeci raz usysza gwar swego niemowlctwa.

Widzia go wreszcie zaszego w lata, w gbok, "dobr", jak mwi Pismo, staro, kiedy z wolna, a chtnie i z .pociech, stawa si jakoby rol nisk i pask; gruntem spokojnym i niemym, prchnic, glin i piachem bez imienia, w ktry wrastaj korzeniami rozoyste, szumice drzewa. Z niego idzie w gruby niat, w tgie konary i w owe gibkie gazie, w lotne, powistne za kadym wietrzykiem rzgi i witki  sok ywota... Widzia go, gdy si w guchej tajemnicy przed reszt ludzi koni do snu wiecznego i chtnie marzy o wypoczynku w mierci, nad ktrym unasza si bdzie gwar i szczebiot pokole. Widzia t jego chwil, kiedy znuony dugoci a niskoci zabiegw i zdobyczy ywota zapragn odpocz i usn tgo. Pooy, jako Jakub patriarcha, spracowane i osabe nogi na ou i nie wstawa ju, lecz na wieki umrze.

Katodos Persefony!... Ale wnet wspomnia mu si inny... Tamten, dojrzaych lat, ktremu grozi rozstanie z synkiem malekim. Patrzy nieszczsny ojciec na biae kudeki swego jedynaka, na okrge rczki i nogi, na mae barki, ktre bd musiay dwiga wszystk niedol ycia, wszystkie jego mczarnie, zbrodnie, krzywdy, widziane i przeyte w cigu ubiegych lat. Wdycha oddech bezwonny, przenika wzrokiem krynice oczu, piknoci rwne gwiazdom wieccym po nocach. Przytula do ust jasne czeczko, w ktrym przegldaj si myli modociane na obraz biaego oboku, kiedy stoi nad toni jeziora w grach, do koci piersiowych przyciska gwk, jakby j pragn wgnie, wprowadzi na powrt we wntrznoci y swoich, wtuli caego w serce rozszarpane od boleci i z nim razem uj w zawiaty, na pagrki wiecznoci. Widzi z pieczary swej Fortunatus nieszczliwego, kiedy dojrza ju mier idc ku wezgowiu i bawi si po raz ostatni rczkami dzieciny swojej, zlewa na bogosawiestwo, jak mwi Pismo, piersi i ywota, a ona krekorze i gdzioli wesoo jak ptaszek w wiosenne rano, pyta si o ndzne rzeczy biecej godziny, nic a nic nie wiedzc, jaka to rka nad ni si wznosi. Nie mg doczeka pitej rocznicy urodzin swego jedynaka, jako w Hektor, ktry w szyszaku bojowym, syna drogiego caujc i pieszczc rkoma, mwi modlitw do Zeusa i bogw: "Niech o nim kiedy powiedz: O wiele by lepszym od ojca".

Kt stworzy dzieje tamtego ywota? Azali ta sama rka tworzy dobro i ze? Czemu tak bez rachuby skrzywdzony jest umierajcy na korzy szczliwego Jakuba? Jaka to nagroda niebios okupi bole opuszczenia bezsilnego dziecka, stracenia go z oczu, wydarcia z ramion? C jest gorszego pod socem nad ow przepa cierpie ojcostwa? Puci samotne chopitko w wiat owadnity przez krokodyle i skorpiony, na ld, w ktry uderza niespodziane trzsienie ziemi, na morze, ktre gonitwa wszechwichrw zamienia na bezrozumnego kata... Myle konajc, e pjdzie samo jedno pomidzy zbiry ludzkie, e je bezbronne otocz przemdrze, chytrze ukryte, niezbadane choroby  trd i syfilis, ospa i tyfus, e stokro gorsze od chorb otocz je zbrodnie ludzkie, nieprzeliczone wymysy ajdactwa, co si ju form ywota stay, rozuzdane chuci i brudy... Myle, e czystymi oczyma, w ktrych zamknity jest firmament niewinnoci, bdzie widziao ow walk zbjcw ze zbjcami, e z czasem stanie si samo jedn wicej sztuk jakiej gromady...

Oto powiedzia w duchu swym Fortunatus, e zem jest ojcostwo i rodzenie. Zaprzysig przed swoj dusz, e nie chce mie syna, e zamordowaby zrodzonego wpord grzechw. Sam wyniesie ducha swego w pustyni ponad ludzie, jedynego urobi na obraz Ahuramazdy, i wwczas wyda wojn ciemnociom. Wywiedzie duch swj z bagna grzechw ludzkich, wydwignie z bot Arymana i stanie ponad wiatem jako wiekuista pochodnia...

Rafa mia oczy spuszczone na wiersze ksiki, ale rozmowa, chocia pgosem w jego obecnoci prowadzona, przeszkadzaa mu rozumie tekst owego rozdziau Contra Fortunatum quendam Manichaearum presbyterum.

Ksi, wypowiadajc zdania na p rozumiane przez nowego suchacza, co chwila zwraca na oczy swe przymglone, ciemniae, nie widzce, skierowane do wewntrz. W pewnej chwili oczy te oywiy si i ksi rzek innym gosem:

 Tu ci bdziemy przeszkadzali rozmow nasz. Zdaje mi si, e wygodniej ci bdzie w pokoju, ktry jest obok.

Rafa zabra ow ksig, cik jak narcze bukowego drzewa, i wyszed do ssiedniego pokoju. Bya to pracownia. Na rodku mieci si ogromny st, a dokoa niego stay fotele obite skr. Okno byo otwarte i na prost niego suna si w d stara grabowa aleja. Rafa przymkn drzwi i usiad w fotelu. Skoro tylko poczu, e jest sam, zaraz upad w oe duchowego lenistwa, da si ogarn doskonaej bezwadnoci woli. Gowa jego zsuna si na rozoone karty ksiki jak ciki, lity, ndzny kamie. Ani jednej myli, ani najsabszego uczucia! Jedno jeszcze, co by mogo dwign i podnieci; to znowu burgund. Z wolna, jak parny obok, przesuna si utajona dza w czystej swojej postaci, nie pochwycona jeszcze przez myl ani nawet przez ch. Czu to, e skoro si tylko obatwi z tumaczeniem aciny, pjdzie znowu do Jarzymskiego. Nic to, e przychodzi w nocy obmierze uczucie zego...

Z najwiksz niechci zabra si do przekadu. Przyszo mu to z atwoci, wiksz nawet ni przewidywa. Nawyky w szkoach do zagadnie sofistycznych, z pewnym rodzajem satysfakcji wcign si w przedziwn dysput w. Augustyna z przeciwnikami Kocioa.

Mino poudnie i jesienny wieczr nadchodzi, gdy wreszcie skoczy wyznaczon prac. Odsuwa j z dziwnym uczuciem.

Zdawao mu si, e myli, ktre przeoy, oyy i e si we wpatruj zastygymi oczyma... Z kart tej olbrzymiej ksiki wiona ubiega noc, jej widma i wzdychania. Licie o barwie jasnego mosidzu i licie o barwie rdzy elaza, wolno spywajc z grabw, z topl i lip, zasay sob ca dugo i szeroko alejki. Roztrcay promienie soca, ktre przez miejsca ogoocone, przez pustki wieo powstae wlewao si do gbi. Chd zimny powiewa z wskiej, dalekiej uliczki...


 Loa ucznia
W mrony wieczr marcowy Rafa jecha z ksiciem saniami na ulic Mazowieck do penego tajemnic "czerwonego domu". Otulony w niedwiedzie futro, wzdryga si jednak od przykrych dreszczw wewntrznych i napadw gorca. Zdawao mu si, e konie biegn za prdko, pragn nawrci jeszcze, prosi o chwil przejadki po miecie... Jeszcze, jeszcze... Tymczasem furman zatrzyma konie na rogu ulicy i modzieniec podda si koniecznoci. Wyskoczy z sanek, zrzuci z ramion szub i miao wszed za ksiciem w ciemne przejcia za bram. Kiedy przewodnik jego zastuka do pierwszych drzwi, otworzy je stary, zgarbiony sucy, odebra paszcze i wskaza rk korytarz prawie ciemny, ba rozwidniony tylko przez pomyk latarni daleko umieszczonej. Mimo woli Rafa zapina swj czarny frak na wszystkie guziki i przyciska do boku kapelusz.

Napotkane drzwi otworzyy si. Ksi wprowadzi swego sekretarza do maej salki i wyszed. Gdy za chwil powrci, by we fraku zapitym na wszystkie guziki, w czarnych poczochach i pytkich trzewikach ze stalowymi klamrami. Spod jego fraka wysuwa si biay fartuch z jedwabiu, nie dosigajcy kolan, a z lewego ramienia na prawy bok sza szeroka, biaa szarfa. Na rku mia rkawiczki.

Przeszli teraz w milczeniu przez dwa puste i zupenie ciemne pokoje. Z naga drzwi si piorunujco otwary i Rafa znalaz si sam jeden w sali wysokiej, sklepionej, ciemnej prawie, obitej suknem. By tam st czarny dziwnego ksztatu, a na nim trupia gowa, w ktr wstawiana wieca tlia si bynajmniej nie tajemniczo. Przychodzie powid oczyma wokoo i nie bez drenia zobaczy w ktach czaszki, piszczele, gnaty ludzkie. Zamiast wszake spodziewanego dawniej wzruszenia dowiadczy raczej drgawek gniewu. Wcieka si, e oto zostawiono umylnie trupie piszczele i gowy dla przestraszenia go jak durnia.

Wspomnia swoje nocne przeprawy i zamia si czaszkom w oczy. Zamiast modlitwy i skupienia, tylekro zalecanej mu na t chwil przez ksicia, czu niecierpliwo sprzeciwiajc si wszelkiemu naboestwu. Za drzwiami sysza gwar przemw uroczystych, wygaszanych podniosym tonem, albo okrzyki chralne, jakby onierskie na placu mustry potwierdzenia. Ale oto po ciszy chwilowej wydwigna si z mroku i ciszy pie. Zrazu przez jeden gos zaczta, rozlaa si w chr szeroki:

O, selig war dieses Pilgerleben

An meines Freundes Arm durchlebt,

Fest steht er wie ein Fels im Meere,

Von Ungemach sein Haupt erhebt...

Jeszcze brzmiaa pie, gdy byso wiato jakoby w rozdzielonym murze. Mikko odsuny si niewidzialne drzwi i stanli w ich wietle trzej mowie ubrani tak samo jak ksi. Znajdujcy si porodku mia na ramieniu obnaon szpad. Zbliywszy si do Rafaa w m rodkowy pocz mwi po polsku gosem cichym i agodnym. Z dugiej jego przemowy suchajcy zapamita powtarzane wielekro wyrazy: zaufanie i szczero, miosierdzie dla ubogich, posuszestwo, agodno, cierpliwo, odwaga i milczenie. Na zapytanie, czy trwa w zamiarze penienia wszelkich wymaga  odpowiedzia twierdzco. Wwczas trzej mowie znikli, znowu pozostawiajc go w samotnoci. Nim wszake zdoa przyj do siebie i uczu przyjemno odosobnienia, drzwi, jak poprzednio, rozstpiy si i te same osoby weszy powtrnie. Stojcy porodku zacz mwi na temat wymienionych siedmiu obowizkw, kadego z nich znaczenie, wano i rozcigo oznaczajc w dugim wywodzie. Gdy na zadane w kocu pytanie: czy chce nalee do zgromadzenia praktykujcego te cnoty?  znowu twierdzco odpowiedzia, mwca da znak, a jego towarzysze przystpili do Rafaa i zaczli go rozbiera. cignli z niego frak, kamizelk i obnayli lew pier; cignli trzewik, poczoch i obnayli do kolana lew nog. Szerok i grub chust zawizali mu oczy. Wwczas usysza gos mwcy:

 Zabieram kapelusz wapana, szpad, zegarek i wszelkie metale, jakiekolwiek masz przy sobie.

Drzwi cicho zaszemray i da si sysze podniesiony gos, a po nim trzykro haaliwe przyklaskiwanie i chralny okrzyk:

 Huze, huze, huze!

Po chwili Rafa uczu, e stoi midzy dwoma ludmi, e kto jest przed nim i dotyka jego piersi kocem szpady. Gos tak agodny poprzedniego mwcy brzmia teraz dziko i nienawistnie w brutalnym zapytaniu:

 Czego tu chcesz?

 Chc by przyjty do spoecznoci wolnych mularzw...  rzek Rafa.

 Stanie si zado twej woli  odpowiedzia ten sam gos moe z niezmiernym narzekaniem twoim. Bacz, co mwi.

Dwaj towarzysze, stojcy u boku przychodnia, poprowadzili go naprzd. Idcy przed nim zastuka. Obcy jaki gos znowu kilkakro zapytywa Rafaa: kim jest? z jakiego kraju? ile ma lat? czy trwa w zamiarze wstpienia do towarzystwa?  a gdy udzieli odpowiedzi na kade z tych da, z trzaskiem drzwi si otwary i pytajcy przed chwil pchn go w rce dwu dozorcw stojcych obok, z woaniem:

 Precz, nieszczliwy! Oddaj ci losowi twemu...

Wwczas Rafa uczu, e go prowadz do sali wielkiej, ciepej, penej ludzi i wiata. Ustawiony twarz w jakim kierunku, ktrego ruchami nakazano mu trzyma si cile i cigle, usysza znajomy sobie dobrze gos ksicego przyjaciela, majora wojsk pruskich. Ten mwi:

 Zuchwalco wiatowy! Jakie przedsiwzicie wiedzie ci tutaj? Moe prosta ciekawo? Moe ch przeniknicia skrytoci? Dryj! Dryj, nieszczliwy! Stoisz nad brzegiem przepaci, ktra ci si odgraa zgub ostateczn. Odpowiedz! Czyli prosta ciekawo wioda ci tutaj?

 Nie.

 Sowa twe nie starcz za dowd. Bracie Dozorco! przy koniec szpady do serca zuchwaego! Ka mu dla poszukiwania wiata odby drog z Zachodu na Wschd, a gdyby ujrza najlejszy w nim upr, przeszyj mu na wylot zdradzieckie serce!

Wwczas Rafa uczu znowu mocno o pier sw oparte ostrze szpady w tym miejscu, gdzie bije serce. Kto uj go za praw rk i prowadzi w pokrg sali. W pewnym miejscu kaza mu zoy gboki ukon, o kilka krokw dalej zaleci, eby si nisko schyli, jak gdyby si przechodzio pod nawisym sklepieniem, to znowu wysoko podnosi nog, jak dla ominicia przeszkody. Gdy go nareszcie prowadzono, jak sdzi, na dawne miejsce, dao si sysze tpe uderzenie drewnianego motka  i zaraz potem haas, krzyk, szczk broni. Rozlego si drugie uderzenie  i wszystko ucicho.

Wtedy kto po niemiecku pyta drugiego: jak si "przychodzie" sprawowa?  a tamten odpowiedzia, je z odwag.

Da si sysze gos majora mwicego po polsku:

 Prowadcie go pod stalowe sklepienie...

Modzieniec usysza szczk wielu szpad uderzajcych jedna o drug i szed pod stalowym szczkiem schylony, w pokrg. Na kocu drogi znw odda pokon.

Po raz trzeci ozwa si major:

 Prowadcie go w te okropne strony, do ktrych my sami zbliamy si ze dreniem. Kacie mu dowiadczy skutkw paajcego ognia. Tak, Bracia moi! Dajcie mu pozna gwatowno wszystkich ywiow, a jeli zadry, rzucie go w otcha obok niego krc!

Rafa uczu, e okoo jego twarzy ponie sucha ywica, to znowu, e z dwu stron leci na wiatr z miechw. Za chwil obalono go na taczki i wieziono po nierwnej pochylni. Wreszcie, pozostawiony na chwil w spokoju, zaj miejsce w kocu szeregu osb, ktre si wci naprzd posuway.

W pewnej chwili usysza gos majora:

 Ka mu zgi lewe kolano, pooy rk na Ewangelii, daj mu cyrkiel w rk. Niech koniec jego do serca swego przyoy...

W tej chwili po raz pierwszy Rafa dowiadczy niewymownego, panicznego uczucia przestrachu. Sucha agodnej przemowy Mistrza, ktry mu tumaczy wano zoonej przysigi... Zawaha si. Jeszcze chwila, jeszcze jedno mgnienie oka i zerwie si na rwne nogi, zedrze z oczu zason. Precz! Zimny pot obla go caego...

Wtem rozlego si drewniane uderzenie motka i wol jego przetrcio. Uczu, e w tej samej chwili na ciemieniu gowy jego spoczy zimne koce kilkudziesiciu szpad. Zosta tym dotkniciem jakby do ziemi przybity, jakby przykrcony mutrami. Wola zgina do ostatniego dba, do znaku. Tu nad nim rozleg si mikki, dobrotliwy gos ksicia Gintuta, ktry czyta sowa przysigi. Rafa uradowa si do gbi, do cna, jak wwczas, kiedy spostrzeg, e uratuje Krzysia Cedr. Zacz powtarza cudze sowa z owym gbokim, przeraliwym, a przecie wcigajcym niezrozumieniem, z trwog dochodzc znw do szalestwa, do furii, do zanikania tchu, jak wwczas w Sandomierzu, kiedy pierwszy raz mia przystpi do konfesjonau.

 Przysigam  powtarza  przed Bogiem Najwyszym, caego wiata Budowniczym, na zbawienie moje i na honor mj nieskalany, jako skrytoci Mularstwa z jak najwiksz dochowam pilnoci. Przysigam, i pki ycia mego, nie dam adnej pobudki, aeby skrytoci rozniesione byy, nie dopuszcz, eby do wiadomoci publicznej bd napisane, sztychowane lub innym jakim bd sposobem podane byy. Nadto przysigam i obiecuj jak najwitobliwiej dochowa, a w razie koniecznoci krwi i yciem wszystkich statutw najpowaniejszej spoecznoci broni. W przypadku przestpienia pozwalam mie gardo przerznite, serce i wntrznoci wyszarpane i do morskiej rzucone przepaci, ciao moje na popi spalone i po wszystkich czciach wiata od wiatru rozproszone. Niechaj mi Najwyszy wiata Budowniczy udziela swej pomocy! Na potwierdzenie przysigi cauj sowa Zbawiciela mego...

Ledwie nowy mularz ostatnie sowa wymwi, rzek Mistrz katedry:

 Bracie Powicicielu, przybli czar do krwi!

Rafa rozpozna, e to ksi stoi obok niego i e on nosi miano Powiciciela. Przystawiono mu pod serce chodne naczynie mosine. Zarazem usysza gos majora, ktrego ju w myli nazywa Przewielebnym Mistrzem katedry. Mistrz przytkn ostrze cyrkla do lewej piersi nowego ucznia i mwi po niemiecku:

 W imi Najwyszego Budownika wiata...

Nacisn mocno cyrkiel i goniej rzek:

 Im Namen der gesetzmssigen, verbesserten und vollkommenen St. Johannis-Loge,. genannt "Zum goldenen Leuchter"...

Trzeci raz nacisn cyrkiel i wygosi:

 Moc powierzon mi, za zezwoleniem wszystkich Braci, przyjmuj ci jako ucznia Mularza. Podnie si. Prowadcie go na Zachd.

Ucze mia znowu obok siebie dwu ludzi.

 Bracie Dozorco!  mwi Mistrz  zapytaj go, czy pragnie dostpi pierwszego stopnia wiata?

 Pragn...  rzek Rafa.

Poczu gaszenie wiate, swd wiec i zadmuchiwanie pomienia ywicy. Zarazem usysza, e wszystkie kroki kieruj si ku niemu; i uczu ostrza wszystkich szpad na swoich piersiach. Znowu Meister vom Stuhl rzek uderzajc motkiem.

 Bracie Dozorco, daj mu pierwszy stopie wiata.

Wwczas odsunito nieco z oczu Rafaa przepask.

Ujrza pomie spirytusu palcy si na wzniesieniu, gdzie siedzia Mistrz. Twarz majora, owietlona kiedy niekiedy przez migotliwy pomie, ukazywaa si jakoby w chmurze. Rozlego si drugie uderzenie i znowu wyej odsunito opask. Gdy po raz trzeci mia uderzy motek, Mistrz mwi grone sowa gosem tak niegronym, e Rafa peen by wesooci i figlarnych konceptw.

 Dryj wapan, gdyby mia zosta wiaroomc! Dryj! Nie dra ani troch.

 Wszystkie zwrcone ku tobie ore przeszyj zdradzieckie serce twoje, gdyby kiedy zama przysig!

Z wolna zaczto lo owieca, a w caym zgromadzeniu stala si solenna cisza. Rafa znowu zosta sam midzy dwoma dozorcami, ci za ktrzy przed chwil kierowali przeciw niemu swe szpady, uszykowali si we dwa szeregi, inni zajli poprzeczne awy, jeszcze inni  odosobnione miejsca przy stolikach. Stojcy w szeregu trzymali szpady w rku.

Najprzewielebniejszy zapyta:

 Czego chcesz, moci panie?

 wiata  rzek Rafa.

 Dozorcy! udzielcie przyjtemu wielkiego wiata!

Za trzecim uderzeniem zdjto z oczu Rafaa zason.

 Bracie mj  rzek Mistrz swoim dobrym, radosnym gosem  jeste do nas za ucznia przyjty. Jeli na to zasugiwa bdziesz, nie tylko te wydobyte, ale wszystkie na caej ziemi ore Braci popiesz ku twej obronie.

Brat Rafa ogarn to miejsce ciekawym spojrzeniem.

By w sali obitej suknem niebieskim. W gbi jej sta tron ze zotymi ozdobami. Przed tronem by otarz, a wyej st ze wiecznikiem trjramiennym. Po bokach wznosiy si dwie piowe kolumny. Na jednej z nich dostrzeg liter B, na drugiej J. W pobliu kolumn stay dwa wielkie lichtarze z poncymi wiecami, w gbi, obok otarza  trzeci. Tu przed sob mia kobierzec z dziwnymi znakami.

 Zur Ordnung!  rzek Mistrz.

Wszyscy schowali szpady do pochew. Nareszcie zasoniono nowemu uczniowi rami i kazano mu i naprzd, stawiajc stopy pod ktem prostym. Gdy postawi siedm takich krokw, rzek Mistrz:

 Postawcie go na cyrklu mdroci, na wgielnicy szczeroci, na gwiedzie pomienistej.

Wykona znowu trzy trudne kroki we wskazanych miejscach. Mistrz zwrci si do niego z dug i serdeczn przemow, wrczajc mu podane przez mistrza obrzdw na aksamitnej poduszce: fartuch haftowany z jedwabiu, biae rkawiczki mskie i biae rkawiczki damskie (znak czci dla kobiety), a wreszcie nauczy go znaku ucznia, to jest przykadania do garda rki zoonej w ksztat wgielnicy, oraz powitania braterskiego.

Gdy te wszystkie ceremonie zakoczyy si pocaunkiem Mistrza, Rafa, oddany dozorcom, wysucha dugiego i zagmatwanego wykadu kobierca. Niewiele z tego zrozumia. W gowie mia szczeglny szum i ogie, w skroniach czu bicie krwi. Nie znane mu twarze Braci przejmoway go teraz uczuciem nieokrelonym. Wiedzia, e jest ju z nimi zczony na zawsze, a przecie byli dla niego obcy i jakby wrogowie.

Przewielebny uderzy motkiem i zapyta:

 Bracie Pierwszy Dozorco, ktra jest godzina?

 Pnoc.

 Poniewa jest pnoc, owiadcze w rzdach swoich, e zamylam t sprawiedliw i doskona lo ucznia zamkn przez trzy uderzenia wielkie i otworzy lo stoow.

Trzy uderzenia Mistrza, powtrzone przez dozorcw, zamkny posiedzenie. Zgromadzeni przeszli korytarzem do innej sali, gdzie ju byy zastawione stoy. Bya to duga izba z nagimi cianami. Mistrz katedralny zasiad porodku, obok niego z prawej strony ksi, a tu przy tych dygnitarzach posadzono Rafaa. Stoy byy ustawione w podkow i nowy mularz widzia ze swego miejsca wszystkich wspbraci. Sdzi, e teraz skocz si ju obrzdy, ale si zawid. Mistrz, zwrcony do dozorcw, owiadczy uroczycie:

 Loa stoowa ucznia jest otwarta i kady Brat moe pracowa wedle projektu pracy, jaki dany bdzie.

Gdy uderzy motkiem, milczce a dotychczas towarzystwo poczo rozmawia. Bracia sami roznosili potrawy. W drugim rzdzie poza nakryciami stay butelki z winem i szklanki okrge dziwnego ksztatu, ze rznitymi symbolami, a dnami grubymi na cal. Po trzecim daniu Mistrz uderzywszy motkiem mwi:

 Bracia, napenijcie strzelby prochem tgim!

Bracia usugujcy napenili szklanki winem biaym.

 Czy wszystkie strzelby nabite s prochem tgim?

 Wszystkie  rzek Brat Dozorca.

 Damy ognia ten pierwszy raz za zdrowie krla i pana naszego Fryderyka Wilhelma! Rka prawa do strzelby, strzelba do lica, do ust, ognia!

Wszyscy spenili puchary. Ujrzawszy to Mistrz komenderowa:

 Strzelba do lewej piersi, do prawej, do rodka piersi, dwa razy uczyni trjkt!

Bracia sprawnie, jak jeden, wykonali t komend. Stawiajc szklanki uderzyli nimi jednoczenie wszyscy z gonym haasem. Po wtre w ten sam sposb wypito zdrowie Wielkiego Mistrza, Landes-Gross-Meistra, Brata Fryderyka von Castillon, profesora filozofii w krlewskiej Akademii Berlina, pniej zdrowie Wielkiego Wschodu, Mistrza katedry, urzdnikw loy "Zoty lichtarz" i wieo przed miesicem powstaej "na wschodzie" Warszawy loy pod nazw Friedrich Wilhelm zur Sule, wreszcie zawizujcej si loy sistr masonek. Wypite wino dziaao na Rafaa w sposb nadzwyczajny. Nie by pijany, nie by nawet podochocony. Teraz jego myli zaczy y. Widzia jasno, rozumia jak nigdy w yciu, co si z nim dzieje i by wszystkiemu rad. Mska, potna sia pyna teraz w jego yach, ramiona dwigay si do czynu, umys by ostry jak topr. Spoglda w oczy nowych swych Braci, w jedne oczy po drugich, w twarze Niemcw i Polakw, po raz pierwszy widziane, i w kadym oku widzia si nieubagan, tak sam jak w sobie.

Wtem Mistrz katedry wsta mwic:

 Ostatni ten raz wystrzelimy za zdrowie wszystkich masonw, od bieguna do bieguna ziemi, wic przed wystrzaem uczycie, Bracia, na znak tej tajemniczej ligi, cigy acuch, czc ogniwo z ogniwem.

Wwczas rozlega si pie Braci, mwicych po polsku:

Jedno jest kamie wgielny

I przybytek okazay,

Gdzie Budownik Niemiertelny

da od nas wiecznej chway.

W nim to moralni Mularze,

Wzgardziwszy przesdem wiata,

Cnocie stawiaj otarze,

W cnotliwym uznaj Brata...

Wszyscy stanli w otworze stou i podali sobie rce. Mistrz poda rce Dozorcom, ci Braciom sucym, urzdnicy midzy sob wszyscy a do Rafaa, najnowszego ucznia. okie prawej rki kadego czy si z lewym okciem ssiada, a do spocza na jego ramieniu. Wszystkie oczy skieroway si ku oczom Mistrza, utopiy w nich i tak na dugo zastygy. Jake dziwnymi stay si te oczy Mistrza katedry! Jake byy wzniose, potne, jake byy silne i wszechobejmujce! Ogromny, straszliwy dreszcz jak cios zatrzs caym ciaem Rafaa, spad powoli do jego stp i zdao si, jak gdyby wsik w ziemi...


 Loa profanki
Ksi Gintut przy pomocy "brata" Rafaa pisa swe dzieo szczeglne. Bya to niby historia zakonu templariuszw, ale dzieje stanowiy tylko to rzeczy. Waciwie za by to wykad systematu filozoficznego. Rafa z koniecznoci, wbrew woli, pogrony zosta w surowe studia rde do tej pracy, poczwszy od zamierzchych kultw religijnych Azji i Afryki, badania sekt u ich rde, a koczc na materiaach do historii Jakuba Bernarda Molaya, arcybiskupa z Bordeaux Bertranda de Got, pniejszego Klemensa V, Filipa z przydomkiem "le Bel" i ony jego, krlowej Joanny. Osobliwie krl Filip sta si osobistoci, z ktr si niemal przestaje. Cigle rwnie mia przed oczyma dziea w. Bernarda, nade wszystko jedno z nich, mianowicie Exhortatio ad Milites Templi. Czsto pisa te sowa, ktre z dziwn rozkosz to tu, to tam, w rnych miejscach tekstu ksi mu dyktowa:

"yli nie majc adnej wasnoci, a nawet wasnej woli. Prosto odziani, pyem zakurzeni, opaleni sonecznym promieniem, zdawali si by niemiertelnymi za ycia, jak wiara, co ich ywia. Nic ich odwagi zachwia nie mogo, adna przeciwno nie ozibia. Wielko niebezpieczestwa zdobia im zwycistwo. Kady krok ich by krokiem ku potomnoci".

Te studia niewiele wpyny na usposobienie Rafaa. Ani jeden krok jego nie zmierza ku potomnoci. Znuony i znudzony pisaniem wymyka si wieczorem w sekrecie do Jarzymka. Gra i hula. Ksi yjcy odludnie nie wiedzia o tym trybie ycia swego "brata" sekretarza, a jeszcze mniej mg wiedzie gruby a ciki Meister vom Stuhl. Zreszt Rafa ukrywa si doskonale. Mia wasny klucz od mieszkania i nikt, z wyjtkiem starego sugi, nie wiedzia o jego nocnych wycieczkach. Do loy uczszcza jak najpilniej i nigdy nie zasuy na kar za spnienie. Sumiennie paci skadki (z pienidzy wygranych w karty) i z wolna zyskiwa sobie opini dobrego brata u ludzi najlepszego towarzystwa. Wprowadzony do loy przez ksicia poniekd z koniecznoci, dla zupenego utajenia prac i schadzek z Mistrzem katedry, sta si nie tylko czonkiem najlepszego towarzystwa, lecz i poprawnym mularzem.

Nikt nie zwraca teraz uwagi na jego sekretarstwo. Wszyscy wiedzieli, e jest to rola przygodna, jak urzd w loy.

Na uroczysto witojask loe warszawskie niemiecko-polskie: Zum goldenen Leuchter i Friedrich Wilhelm zur Sule pragny wystpi okazale, by mie o czym donosi Wielkiemu Wschodowi "na wschodzie" Berlina. Postanowiono tedy powoa do ycia rozsypane loe Sistr masonek i zczy je w jedn. Kilkanacie Sistr z l dawnych Wschodu polskiego mieszkao w Warszawie. Byy nowe kandydatki, pragnce z. nudw i dla mody wstpi do loy, byleby si jaka otwara, wic Polacy, pracujcy pospou z Niemcami, zakrztnli si ywo. W pocztkach czerwca powsta zawizek loy niewieciej i wnet by "afiliowany" do loy mskiej na wschodzie Warszawy, pod nazw Zum goldenen Leuchter. Odbyo si wkrtce pierwsze wsplne posiedzenie, wzbudzajc nadzwyczajne zainteresowanie w wiecie masoskim. Szeptano cigle, e Mistrz katedry pragnie wprowadzi do loy sw mod maonk, przed rokiem polubion, z ciekawoci wyliczano imiona sistr, ktre miay przyby. Rafa z zapaem wybra si na t niezwyk uroczysto. Loa tego wieczora bya przybrana nieco inaczej ni zwykle, cho tymi barwy. Mistrz zasiad na wzniesieniu. Brat Straszny stan za nim z mieczem i acuchem w rku. Wrd oglnego naprenia Mistrz katedry zabra gos i poleci Mistrzowi ceremonii oraz Wielkiemu Przewodnikowi uda si do sali ssiedniej i prosi zgromadzone tam siostry dawnych l polskich, aby weszy do wityni. Nim si ukazay, na dany znak Bracia zanucili piew:

Witajcie, siostry swobody,
Witajcie w wityni chway,
Ktr rce witej zgody
Dla dobra wiata zdziaay!
Wznocie z bratnimi ofiary
Podstawy cnoty otarzy
I zcie na nich te dary,
Co zdobi wolnych Mularzy!

Po odbyciu ceremoniau wkroczyo do sali kilkanacie przekwitajcych albo ju zupenie przekwitych piknoci z ostatnich lat stanisawowskich. Siostry zoyy naprzd gazki oliwne u stp otarza, a pniej zajy miejsca w kolumnach. Wielki Mistrz otworzy lo i wygosi w jzyku francuskim powitanie i nauk. Gdy wyrzek ostatnie sowo i pikro uderzy motkiem, ktry dnia tego by przewizany wstg bkitn, z cicha, jakby oniemielony, zapyta, czy nikt nie ma adnego przedoenia. Mistrz ceremonii odpowiedzia, e. jest profanka, ktra pragnie by przyjt do towarzystwa masonek. Na pytanie: czy nikt si nie sprzeciwia tej probie, gdy zgromadzeni powstawszy wycignli prawe rce ku obrazowi, Przewielebny wysa jednego z Braci, aby kandydatk przygotowa. Rafa dowiadcza silnego uczucia niesmaku i zawodu.

Damy, ktre mia przed oczyma, nie budziy w nim entuzjazmu, a i kandydatka, jak naleao przypuszcza, powikszy miaa liczb tych malowanych i fryzowanych zwalisk, przyoy nowy grymas zalotnoci do sumy wystudiowanych, ale dawno bezskutecznych umieszkw. Tote z jawn niechci myla o dugich ceregielach czekajcych go tej nocy w loy, dusznej jak ania rzymska. Brat Stuart znik by za drzwiami sali rozmyla, dobrze Rafaowi pamitnej, i dugo nie wraca. Tymczasem Mistrz zadawa Siostrze Mistrzyni masonek pytania z rytuau, na ktre ona wprawnie i z wyprchniaym wdzikiem odpowiadaa:

 Que fant-il pour rendre une loge juste et parfaite?

 Trois la composent, cinq la rendent juste, lept la rendent parfaite

 Qui Bont-ils?

 Le Vnrable, deux Surveillants, deux Compagnons et deux Apprentis.

 Dans quelle loge avez-vous t reu?

 Dans la loge Saint-Jean.

 Pourquoi nos loges Bont-elles ddies ? Saint-Jean?

 Parce que les Frčres Maons qui stoient unis pour la conqute de la Terre Sainte avoient choisi Saint-Jean pour patron...

Wtem rozlego si twarde uderzenie we drzwi i po zwykych pytaniach oraz odpowiedziach stana na progu profanka. Oczy jej byy zawizane bardzo szerok przepask, ktra prawie ca twarz od czoa a do ust zasaniaa. Zota frdzla przepaski spada na ramiona nienej biaoci, na piersi obnaone. Spod zasony wida byo tylko przepych bujnych pozocistych wosw, w grecki pukiel krobylos zwizanych, i uchylone usta. Niepewne wiato szeciu lamp spirytusowych rzucao na t posta przerywany blask. Rafa spostrzeg uchylenie ust, trwoliwe uchylenie jak u trzyletniego dziecka, spostrzeg je i zamar w oczekiwaniu, tsknym a do boleci. Ani jedna myl nie bya w stanie wydwign si z jego mzgu. Serce bio coraz wolniej i tylko same wargi bezdwicznie kay:

 O, wosy, wosy zote... O, usta, o, moje usta...

Bracia i siostry na widok profanki trzykro przyklasnli uderzajc rk po prawym biodrze. Dwaj Bracia Stuarci oprowadzili przybywajc dwakro dokoa loy, trzymajc j pod rce, po czym, umieszczona naprzeciwko Przewielebnego Mistrza katedry, z pochylon gow czekaa.

On rzek:

 Kobieto, kim jeste?

 Nazywam si Helena de With.

Usyszawszy ten gos Rafa o mao nie krzykn. Zdawi gos w piersiach i tylko palce jego prawej rki wpiy si jak szpony w do lew. Rozpacz i szczcie pyny przeze jak wiatr przez gazie drzewa.

Przewielebny mwi co do profanki i plta si w tej przemowie jak aczek wydajcy lekcj. Nareszcie po nieskoczenie dugich pytaniach i odpowiedziach, po ceremoniach, ktre, zdawao si, trway dziesi lat, Rafa ze dreniem usysza te jego sowa:

 Damy ci pierwszy promyk wiata, ktry ma kierowa twoimi krokami. Niech dadz pani de With pierwszy promyk wiata.

Mga ez zasonia oczy Rafaa. Widzia, e kto zblia si do pani de With i odwizuje przepask. Machinalnie podnis sw szpad jak wszyscy, eby nad kandydatk utworzy stalowe sklepienie. Byski kling zasoniy mu twarz odkrywajc si spod przepaski, ale j ujrza za chwil. Bez oddechu, jakby bez wzruszenia, zimnym, obkanym wzrokiem zobaczy t twarz, oczy krlewskie, uki brwi i policzki cudniejsze od woni kwiatw wiosennych. Usysza znowu gos jej, gdy przysigaa wobec Stwrcy wszechrzeczy i na wszystko, co moe by witego dla kobiety uczciwej, e dochowa tajemnic pod kar miecza Anioa Niszczyciela. Rafa trzs si i dygota z zimna syszc te wyrazy. Wosy jeyy mu si na gowie, a wiatr miertelny owion czoo. Ky i pazury wilcze werzny si w jego gardo, motem biy go w dek piersiow, wamay si pod ebra, a zielony blask lepiw ozion go wychodzc ze strasznej nocy. Przecudny gos brzmia jakoby pie spod nieba:

 Oby ogie panujcy w wyszych powietrznych sferach ogarn moj dusz, a oczyszczajc j owieci na drodze cnoty...

Brat Straszny potrzsn acuchem, zaoy go na szyj nowej uczennicy. Rafa nie widzia, co si dziao, nie rozumia, czemu wstpujcej Siostrze przypito biay fartuch i dano biae rkawiczki. Nie rozumia ani jednego sowa z przemowy Mistrza; patrzc nie widzia, jak Mistrz z umiechem szczcia odda nowej Siostrze, a onie swej, pocaunek pokoju, mwic:

 Pozwl, abym ci da pocaunek pokoju, a ty go oddasz Braciom i Siostrom, rwnie jak sowo, znak i dotknicie.

Rafa by wtedy w sobie samym. Na nieznanym, tamtym wiecie. Krwawymi oczyma patrzy si w dusz swoj lec na dymicym niegu wrd pl. Widzia mier, ktra idzie. Nowo przyjta siostra posuwaa si z wolna, jak pikny duch, jak wzniosy a rozkoszny dwik wydobyty z najczarowniejszych strun wiolonczeli, oddajc braciom i siostrom pocaunek pokoju. Wycignit rk dotykaa palcw kadego i z cicha, z uszanowaniem i pokor wymawiaa tajemnicze "sowo" Feix, co znaczy: "Szkoa". Oczy jej byy spuszczone, a cudne, prawie odsonione piersi oddychay gboko. Kiedy zbliaa si, obszedszy rodek, do kolumny, w ktrej na samym kocu sta Rafa, powioda okiem z wyrazem lekkiej, mglistej niechci. Sza przecie dalej, wykonywajc rozkaz Mistrza. Tak przysza przed Rafaa. Wycigna rk i dotkna staww jego rki, podniosa oczy z szacunkiem i cich trwog, pewnie dla zbadania, czemu ta do tak dry, podniosa oczy jak na twarz kadego z Braci... Ale ujrzawszy tego ostatniego w szeregu, oniemiaa. Oczy jej nagle zastygy, twarz odchylia si jeszcze bardziej w gr. Kolana pod ni zgiy si. Zdawao si, e padnie w ty. Wolno udwigna lecc gow. Wtedy umiech...

 Feix  wyszeptaa drc jeszcze, ale w umiech caa pogrona jak w blask miesica.

Usta jej zbliyy si do warg Rafaa i dotkny ich cichym, straszliwym municiem rozkoszy. W tej samej chwili szept, szept szczcia przemieniony w strach piorunowy, spyn z nich w usta kochanka:

 O, Boe...


 Pokuszenie
Helena de With bkaa si po swym buduarze. Gruby dywan tumi szelest jej krokw, adamaszkowe ciany zasaniay od zewntrznego szmeru. Byo dokoa niej cicho, cicho i ciemno. Parna noc czerwcowa zesza na ogrd i dom, obja wszystko wrzcym uciskiem. Licie drzew zasaniajce okna wisiay nieruchomie i ciko, jak pyty motem wykute z elaza... Helena zbliaa si do okien, wychodzia na balkon wiszcy ponad trawnikiem, znowu cofaa si w gb pokoju, miotajc si bez wiedzy, bez woli...

Palia j suknia na ramionach i biodrach, cisny j cimy ze liskiego atasu, dolegao jej zwizanie nieobjtych, nieogarnionych, cikich wosw. Tysic ju razy pomylaa, eby zrzuci suknie i rozpuci wosy, ale za kadym razem rce jej opaday bezwadnie i splatay si z boleci. Spogldaa w czarn noc stojc midzy pniami drzew, w noc sabo poczerwienia u brzega od nie zastygej jeszcze arnicy wiec/ornej czy nadchodzcego ju wschodu, w noc upaln jak elazo, gdy stygnie, i usta jej szeptay ciche, sekretne, zakazane, w tsknocie poczte wyrazy. Wlepiaa wzrok w aleje niewidoczne, ktrych gbokie jaskinie przejmuj zmysowym lkiem, rozkosznym strachem, i suchaa, jak przed ni i za ni nieruchom i wieczn jest cisza nocy. Wycigaa ku ogrodowi stsknione rce i stsknione usta, przycisna do pustki czoo pragnce wsparcia, kada je na ramieniu nocy, a rozchylonymi nozdrzami chwytaa cierpk wo narcyzw, guch, niem, bezdenn wo tsknoty. Jake dziwn bya dla niej ta duszna noc, jake bya osobn, odmienn i jedyn w yciu! Porywaa ku sobie, ku gbiom penym rozkoszy niewysowionej, ktrych przecie nie da zazna nigdy... Dugie pogody, suche wiatry i morze upau skaday si na ni, tworzyy j od tygodni. Staa teraz nad ziemi straszna i urocza, mocna a nieprzemoona, woajc z gbokich ciemnoci. Rado wznosia si na kbach zapachw z mroku jej, rado wszystko ogarniajca, wspaniaa, olbrzymimi ruchy wyzwalajca ciao i dusz. Ale nie sama ta rado dawaa szczcie Och, nie! Bya tylko jak gdyby nadziej szczcia, ktre jest w pobliu, kry dokoa domu, czai si w supach dymicych aromatw, czeka i lkliwy krok stawia hez szelestu. Serce bio w Helenie de With twardymi ciosami, a uderzenia jego rozlegay si w uszuch jak kroki szczcia nadchodzcego. W jednym miejscu, midzy obokami lici, wida byo czyste, granatowe niebo i miliardy na nim gwiazd. Gwiazdy byy jaskrawe, bliskie ziemi, brylantowe. Zdawao si oku, e widzi ich bryy i ostre kanty. Helena wzniosa oczy ku wiekuistej nieskoczonoci nieba i staa tak dugo, koyszc si agodnym, melodyjnym ruchem. Syszaa w sobie jakoby melodi gwiazd, piew ich wdzierajcy si do serca niewidzialnymi drogami, jak wdziera si do duszy zapach kwitnacego ogrodu. Mwiy gwiazdy:

Czyme ty jeste, ktry chciae nazwa mi on? Kto ty jest i skd wzie prawo nad moj piknoci? C mi ty w darze przyniesiesz? Czy masz oczy, ktre bym kochaa a do mierci za dziewiczo moj? Czy masz wosy, ktre si ni upione i w nocy i w zamyleniu chodzcej we dnie?

Potworny jeste i obmierzy w twojej mdroci i dobroci, z umiechem cnoty na ustach i od szukania po ziemi prawdy ze zmarszczkami na czole! Gowa twoja jest zimna i cika, sowa twoje elazne, mdre i obojtne. Nie pachnie ani jeden wyraz, nie obudzi alu ani tsknoty.. Gardz wszystkimi sowy twoimi wysnutymi ze starych ksig, wspaniaym, wszystkowiedzcym umiechem i gorzkimi a szczerymi zami nad ndz i maoci czowieczego rodu! Gardz twoim niezwycionym rozumem i wspaniaym sercem!

Jeli jest wyszy nade mnie, to tob za to wanie gardz!

Jeli jest lepszy ode mnie, to tob gardz po stokro!

Nie chc, eby mia prawo do jednego palca mej rki, do jednego wosa mej gowy. Wszystkam jest jego w marzeniach caej modoci, wszystka jestem od stp do gowy, od wosa na gowie do maego palca u nogi, wszystkam jest jego! Sowa jego szeleszcz za mn, wzdychaj we mnie i pograj si w moje oczy. Czy patrz na fal morza, na widoki ziemi, na oboki nieba  widz jego spojrzenie. Usta jego czerwieni si od krwi jak re w moim ogrodzie, czarne brwi zsuwaj si potnie od wadzy strasznej i sodkiej nade mn, nad moj dusz i ciaem, od wadzy, ktr tak kocham. Za jego szczcie na ziemi daabym sobie bez alu uci t rk, za jego tak sam mio daabym sobie wyrwa piersi, a za to, eby w guche noce by jego, daabym sobie wyupa oczy...

kaa nie ronic zy z oczu. Szarpaa cudnymi palcami elazne ozdoby balkonu jakoby powrozy niedoli, ktre j opasyway, i wia si na miejscu jak nadeptana mija.

Ale oto ramiona jej zadray od niewiadomych dotkni zapachu klombw. Wzburzona nienawi ucicha w sercu. Co jak wietrzyk lekkie i wonne owiono jej czoo, gow, poruszyo wosy i spyno na obnaon szyj. Uczua w sercu swym z niewymown pokor powiew szczcia. Zoya rce na piersiach, schylia gow... Przez serce jej pyny wtedy marzenia:

Widz usta jego przy moich piersiach, a czoo przy nagim ramieniu. Wosy jego gowy s na rce mej obnaonej, a biae czoo naprzeciwko ust. Czerwone s jego wargi jak re z mego ogrodu, a ruchome s i arliwe jak krew, kiedy wytrynie ze wieej rany i uchodzi. Biae zby byskaj midzy umiechnitymi wargami jak krtka wiosenna byskawica. Kt to mi cauje w tej ciszy i ciemnoci? Czy to ty mi caujesz, byskawico? Czy to wy, re? Czy to ty mi caujesz, mody mj cieniu? Echo moje w grach, bkitne widmo na drogach morza, oboku mj na niebie? Duszo mej duszy?...


 Tam...
W pierwszych dniach lipca pani de With wyjechaa z Warszawy na kuracj do Bardyjowa. Do granicy austriackiej nad Pilic jechaa swymi rozstawnymi komi, a dalej odbya podr dyliansem pocztowym. Niezwykle krtko zatrzymaa si w Krakowie. Co dziwniejsza, powzia nage postanowienie odwiedzenia swych stron macierzystych, Dersawic, dbr swoich w Sandomierszczynie. Ochmistrzyni i pannom sucym kazaa czeka na siebie w Krakowie, a sama wczesnym rankiem wyjechaa, gdy suce jeszcze spay. Uczynia to tak niespodziewanie bez poprzedniego rozwaenia sprawy, jak to miaa we zwyczaju, e stara Balbisia, ochmistrzyni, ktra j wyniaczya i wychowaa, z podziwu wyj nie moga. Tymczasem pani de With jechaa co prdzej, ale nie w stron Sandomierza. Suto pacia pocztylionom od stacji do stacji, zmieniaa konie i pdzia w tumanach kurzu po urwistych grskich drogach. Gdy w ostatnim miasteczku, ktrego ju w nocy dosiga, wysiada przed ndzn ydowsk ober, bya okryta pyem od stp do gowy. Rozognione jej oczy szukay czego  i znalazy. Rafa Olbromski stan przy drzwiczkach powozu i uciskiem mocnym jak wieczny lub obj jej rk. Zamiaa si krtko, gardowym miechem, i rwnie mocno rk jego przygarna do serca.

 Pojedziemy dalej...  szepna.

 Nie! Tu zostamy  baga pochylony ku niej.

 Pojedziemy dalej!  rzeka stanowczo, zamknwszy oczy przed jego oszalaym spojrzeniem.  Czy s konie?

 S... ale tu zostamy...

 Jedziemy!

Rafa odszed, eby wyda rozkaz. Helena wyskoczya, wesza do obery i usiada w kcie pustej izby. wiecia si tam ju na szynkwasie ojowa wieczka. Po chwili on przyszed i stan w taki sposb, eby j od wiata i ydowskich oczu zasoni. Ale korzysta z tej samej chwili: patrza na ni. W pciemnoci widzieli wzajem tylko swe oczy i tonli w nich zapamitawszy si na mier. Bya to rozkosz zaiste miertelna, wyzwolona, naga, szczcie jednej chwili, trwajce przez wieczno. Teraz dopiero czuli oboje, jak straszliwie i nad ycie si kochali. Gdyby jedn chwil trzeba byo odda, cofn, odj sobie za cen ycia, zrzekliby si ycia z drwicym miechem. Sowa, jak ciary bez wartoci, zwayy si i upady na dno dusz. Tylko anielskie umiechy wzajemnego pozdrowienia, jak o wicie mga sucha z ziemi ukwieconej, wstay i rozszerzyy si w oczach i ustach.

Da si sysze na brukowanym podcieniu radosny ttent kopyt koskich i hulaszczy a do gromu podobny turkot k. Rafa uczyni znak gow, e ju czas. Ale jego towarzyszka nie podnosia si z miejsca. Odsun si od wiata i zajrza w oczy. Siedziaa nieruchoma z oczyma idcymi za nim, z umiechem zaczarowanym. Rondo kapelusza zwizanego pod brod oskrzydlao jej twarz. Tylko niektre pasma wosw wymykay si wzdu policzkw. Szary paszcz podrny z pospolitego ptna okrywa j ca od stp do szyi. Rce leay bezwadnie, splecione na kolanach. Bya tak przecudowna, tak nieznana, tak obca, a zarazem tak do jego istoty naleca, wydarta z gbi piersi, e jak skamieniay nie mg si poruszy. To jest Helena z Dersawic?

Sta w oboku powietrza uszczliwionym przez jej obecno i powtarza stokro w pewnik, e ona jest na pewno tu, gdzie na ni czeka tyle godzin w spazmach tsknoty i paroksyzmach zwtpienia. Nierycho, nierycho przesuna si w jego duszy smuga askawego wiata, ciepa i wonna myl, e to jest pierwsza chwila, pierwsza godzina i pierwszy dzie, e nastanie szereg godzin bogosawionych, dni szczliwych szereg nieskoczony.

Ta sama myl odbia si w jej oczach, w ustach i na czole.

Ujrza j wszystk rozkwit jak jerychoska ra. Serce nie bio w jego piersiach, lecz drao, rce same si sploty i bogosawiestwo wypezo na wargi. Tak samo sploty si jej rce i oczy zasoniy powiekami. Sta patrzc w swe ziszczone szczcie i modli si bez sw, bez poruszenia zastyg warg.

Za chwil, rzuciwszy karczmarzowi sztuk zota, wsiedli do kutej krakowskiej bryki. Tgim kusem ruszyy z miejsca spasione, rose konie. Na gocicu za miastem poszy jeszcze lepiej z kopyta. Zakochani siedzieli przytuleni do siebie, czujc, jak w ich yach przepywaj te same strumienie ognia. Kiedy niekiedy tylko oddawali sobie wzajem kilka sw, sw-pieszczot, sw-ucinie. Konie parskay na rwnym, wyschym gocicu. Obok kurzawy wstawa spod ich kopyt, otacza wasg i podrnych. Noc bya ksiycowa, widna. Nie postaa na niebie ani jedna chmurka. Wiatr rzewy cign od gr, gdzieniegdzie wywabia z dolin wilgotne opary, mgieki w tych miejscach zrodzone i nie chcce odej. Dwiga je po zboczach i garbach wyniosych regli. Gociniec bieg dolinami gr, ktre wierzchoki swoje wznosiy coraz wyej i wyej. Szerokie lasy, czarne puszcze przeleway si z gry na gr, wznosiy i zniay. I droga  to leciaa w d, ku rzece byszczcej na kamieniach, to znowu wspinaa si na przecze, wdzieraa na strome zbocza. Tu i owdzie wyziera ze szczytu gry kadub skalisty i szarza w wietle miesicznym. Czasami droga sza przez modrzewiowe aleje, przez jaworowe ulice i wierkowe podgaja. Czsto bryka leciaa z oskotem wzdu upionych wsi podkarpackich, midzy stadami psw, skaczcych na wysoko drabinek wozu. Wsie spay, byy puste i jakby wymare. Ani jedno wiateko nie zapowiadao w nich ycia. Psy ze wciekoci odpdzajce wdrowcw od tych schronisk rosy w oczach i zdaway si by potwornego ksztatu i ogromu. W jednym miejscu konie krtko wytchny przed zatarasowan we wsi karczm. Obok karczmy staa chata pod cieniem wielkich modrzewi. wiato ksiyca przenikao ruchome, mikkie, delikatne, tawe w tym blasku gazie, ktrych szczyty chwiay si z wolna, stykajc si i rozchodzc pomidzy sob. Jedna ciana domostwa i poamane linie gralskiego dachu z szerokim okapem oblane byy wiatem ksiyca, a cay dom w mroku gin. Na tej cianie ubogiej wiato uczynio sobie krlewski przybytek. nio na niej przedwieczny swj sen. Widzieli kad od lat sczernia belk, kady w niej cios siekiery, kad okrg wypa ska, rysunek rdzenia i warstw drzewa. Pazy te miay teraz nie swoje barwy. Kt wie  moe niy tej cudnej nocy sen o yciu na pochyoci urwiska gry, w szumie.gazi, w powistach zielonych igie, gdy hucz trby grskiego wiatru...

 To nasza droga, nasza biaa, szczliwa droga...  szepna Helena.  Tam pojedziemy. Ta jest droga prowadzca do szczcia...

 Patrz, a ta biaa ciana domu...  mwi Rafa cicho, jakby zwierza tajemnic i nie chcia przerwa zaczarowanego snu ciany.

 Nie, nie! Tam...

 Przecudna, biaa ciana...

Gos obojga by inny, odmienny, zgoa niepodobny. Suchali si wzajemnie z radosnym zdumieniem, a kade sowo, kady dwik spada w tajemnicz skarbon, jak diament bez ceny. Wonica skoczy na kozie i ruszyli dalej. Gociniec bieg teraz chyo w d, ku rzece lnicej, z szumem i zawodzeniem rwcej po kamieniach. oysko jej, wysane szeroko rozmiecionymi gazami, wida byo z oddalenia. Nad brzegiem stay wierzby o wskich a dugich liciach, ktre teraz w wietle ksiyca janiay od rosy szarobiaej. Licie te chwiay si i wyginay ku wiatu, udzc, e to one szemrz tak gono.

Wysoko wzbi si ksiyc. Byo po pnocy. Szczyty lenych gr odrzynay si w zrzedym bkicie nieba kudat i potargan albo kdzierzaw i wenist lini. Zimno byo coraz bardziej, jak na nizinach w pnej jesieni. Na prawo i na lewo leay przy biaej drodze cienie tak gbokie i czarne, e zday si by otchaniami bez dna. Szy przed oczyma w gboko gruntu jakby wskro ziemi jaskinie dolin. Tam to rzucaa si droga w rozwart paszcz. Oczy wierzy nie chciay, e ta jasna, srebrnolita wstga tam pjdzie, e tam wanie omieli si powie za sob. Serca woay na ni, gdy nagle zwracaa w br czarny i zimny, w gsty jego mrok, w kniej ziejc mronym oddechem. Olbrzymie wierki wychylay niespodziewanie kolosalne swe szczyty jak gotyckie wiee otoczone bogactwem kwiatonw. Sycha byo, gdy konie szy pod gr noga za nog, szept drzew, ni to mow wysiu tych miejsc nie zdobytych przez czowieka, ni to przestrach pustyni ze snu ocknionej. W cieniu nice gazie, cicho zwieszone ku ziemi, wzdrygay si niespodzianie i pochylay z cichym a zowieszczym sykiem. oskot k bryki hucza, a porywczy ttent kopyt rozlega si na sennej drodze. Lecia stamtd w martwy las na podobiestwo tysica toporw rozrbujcych kamienn cisz.

Strach-niestrach owiewa dusze. Patrzali w ten kraj jakoby w obraz mioci swej, w tajemnic swego ycia. Skde przysza ku nim ta ziemia przedziwna? Kto j dla nich uczyni? Oczy nurzay si w ni, nurzay bez koca i, zapamitawszy si w cudnym blasku miesicznym, nie mogy obj piknoci. W sercach powstawa niesychany al, przeobraa si w krzyk przeraenia czy radoci, w hymn wity, na ktry w mowie ludzkiej nie ma sw. Dusze, jak niemowy, chciay z siebie wydrze choby jeden dwik, jedn nazw, jedno imi, a tylko gbokie westchnienie, do stworzenia sylaby niezdolne, zawierajce w sobie cakowite czucie  wyrywao si ku gwiazdom rozsypanym w niebiosach.

Wtem droga zawisa nad urwiskiem i skrcia si w miejscu. Las uciek sprzed oczu i, jakoby ciemne skrzydo, chyo polecia w bok, na d. Helena krzykna. W dali, w przestworzu, w odlegej dolinie midzy dwiema grami, ktrych czarne puszcze zleway si ze sob, ukaza si inny wiat. Zdao si, e si odchyla kraina ksiyca...

Z daleka, z nieskoczonoci, zza czarnych lasw pyn poziomo zoty dym oboku i rozwiewa si w bkitn nico. Nad nim, spomidzy mikkich zwojw podnosiy w niebo kamienne gowy bezlene turnie, rozszarpane, jakby byy skamieniaym na wieki wiatrem. Zimne ich oblicza umiechay si w zotawym niebie. Helena przycisna rami swe do ramienia kochanka i nachylia ku niemu usta. Usysza jej szept:

 Widzisz! Tam jest nasze szczcie. Widzisz? To jest szczcie...

Cichy miech, cichy miech zadra w jej krtani. Po chwili znowu szeptaa:

 Czekaam na ciebie tak dugo, przez ca modo, o szczcie, o zote moje, o niebotyczne, o najwysze, umiechnite!... Tu, na twoich piersiach by wilk, tu, gdzie tak bije serce! Ale go zabi. O, panie mj! Straszna morda wilcza i biae ky byy tu, obok garda. Krzywe pazury wbijay si midzy ebra, a lepie patrzay w twe oczy! Jake jest mny, silny i straszny! Jake jest niezwyciony! Mocniejszy jeste ni zima, ni ld, ni wicher! Mocniejszy jeste ni wilk. Ty si nie boisz nikogo na ziemi! Masz przy sobie sztylet, nabit kulami bro, ale nade wszystko ty jeden masz serce z elaza. Drwisz sobie i miejesz si wesoo z ludzi, z przysig i lubw. Nie boisz si nikogo, nikogo, nikogo na ziemi. Ani ludzi, ani zwierzt! Kt moe wyj naprzeciwko nas? Powiedz... Nikt! My jestemy sami jedni na wiecie! Jeste straszny! Jeste pikny! Dr na sam myl... Jestem twoj suebnic... O, miy... Tam...


 Gry, doliny
Wysoko, wysoko ponad szerokim, rozlegym lasem leeli tego dnia u wejcia do pieczary. "Okno" skalne wychodzio na przepaciste zbocze grani. Stamtd dopiero wida byo dolin, jak duga i szeroka. Wewntrzna ciana wapiennej skay, wznoszcej we mg swj poupany szczyt, otwieraa si w pewnym miejscu i ciasny otwr prowadzi tamtdy do skalistego asylum, jakby na straszny dziedziniec zburzonego zamczyska. W grze, na zrbach podobnych do pir skrzyda pancernego rycerza, chwiay si odwieczne kpy wierkw i zwisa rudy mech. Z owego kota skalnego schodzia dokd w d grota cignca si dugim a ostro sklepionym korytarzem. W cieniach jego lea ld ziemi okryty, a ze cian sczya si wilgo obmierza. Dzikie ciany tej niedosigej fortecy i czarny las nad nimi stay nad rozkoszn soneczn dolin, ktra leaa nisko, otulona w jasne hale, w nadrzeczne murawy, wzdychajc cigle odmiennym szumem Dunajca, podobna do umiechu srogich i straszliwych gr. Strome turnie wychylay si ponad urwisko, wychodzc poza swoj podstaw, jakby mierzyy przepa u ich stp. Dziwnie uroczy mech przykrywa ich szczeliny. Wszczepiay w nie aroczne korzenie mae wierczki i nike drzewka jarzbiny.

Na bujnych trawach o szerokim liciu, na kpach zeschych borwek, co otulay luzem lece kamienie, wypoczywali jak na puchu. Wygrzewali si w socu przy otworze pieczary i w szczelinach skalnych.

A gdy soce zbyt doskwierao nagoci pomieni, z chichotem kryli si przed nim do wntrza jaskini, zawierajcego w swej gbi bry wiecznego lodu. mieli si w gos ze soca, wyczuwajc plecami jadowity chd pieczary. Chwytali czerstwe zimno zdrowymi pucami i spalone twarze znowu obracali ku socu. Tak im dugie godziny spyny na wypatrywaniu ziemi i nieba. Sennymi oczyma witali pracownikw grskiego poudnia, lekkie, wyduone pomody, biae oboczki, jakoby tchnienia wiatru stae i w ksztat zaklte, kiedy z gr w cichoci witej wychodzc przepywaj nad najpikniejsz dolin wiata. Ociaymi renicami wodzili po otchaniach lenych szarozielonych, skd pojedyncze skay wynurzaj si niespodzianie, skd wykwitaj yw barw kicie bukw. Od szczytw gr leciay ich oczy w d za cieniami, penymi czarnego bkitu. Setnym i tysicznym spojrzeniem pozdrawiali pionowe skay, obwieszone subtelnym zotem zkej jarzbiny. Napotykay ich oczy miejsca tak cudne, niewiarogodnie pikne, e Helena zaamywaa rce i pakaa z zachwytu. Kiedy niekiedy rzucali w ten wielki a bezludny przestwr, w ten olbrzymi kraj niczyj, krzyk zgodny i piewny.

Wywoywali swe imiona spieszczone, przemienione w pocaunek i, zachwyceni, z nabon rozkosz suchali, jak wysmuke, rzebione szczyty wapniakw i niedostpne zway dalekiego granitu, jak niezgbione lochy i podziemia, lasy i potoki, hale i cieki skaliste woaj ich po imieniu, wzywaj ku nim zewszd. Rozkoszny dwik imienia Heleny oblata przestwr daleki, a jak melodia najcudniejsza tej ziemi wraca do nich i owiewa radoci niewypowiedzian. Wydawao si im wtedy, e to gry woaj same, e si gry i rzeki tak sama w nich kochaj jak oni w sobie. Osigali chwile szczcia najwikszego na ziemi. Cay wiat zewntrzny przemieni sw istot na rozkosz, a rozkosz bya na usugach mioci. Wywoujc tak po drugie i po trzecie echo swych imion, wyrzucali zarazem z piersi bogosawiestwo nieba i ziemi, wychwalanie wszystkiego, co jest pod utwierdzeniem, hymn dusz wzruszonych do samej gbi, owo, jak mwi Pismo, bogosawiestwo niebieskie z wierzchu, bogosawiestwo przepaci lecej w dole, bogosawiestwo piersi i ywota. Nie byli w stanie odej stamtd. Nie mogli oderwa si od doliny, bali si straci z oczu najmilsze turnie, rozkoszny szum potoku i swoje echo kochane.

Zostali tam na noc. U wejcia do pieczary rozoyli ognisko i zwyczajem swoim, paszczem wsplnym okryci, usnli. witao, gdy Rafa zbudzony zosta z twardego snu przez straszne uczucie. Targn si z ziemi... W mgnieniu oka poczu, e jest zwizany. Chcia praw rk dosign sztyletu, ktry mia w zanadrzu, ale rka nie ruszya si z miejsca. Uczu, e sztyletu ju nie ma. Lea twarz ku ziemi, z rkoma w okciach i doniach, z nogami w kolanach i stopach sptanymi powrozem, przywizany do wierkowego pnia. Gdy to w pnie uczuwa i zacz rozumie, nagle usysza rozpaczliwy jk Heleny. Szarpn si ze wszech si, wygi jak mija i zdoa odwrci gow. Ujrza wtedy w pomieniach buchajcego ogniska band zbjcw, zoon z siedmiu czy omiu osb. W przeraeniu, ktre mu jzyk wbio do gardzieli, nie chcia uzna rzeczywistoci, wlepia w ni oczy i nie by w stanie uwierzy temu, co widziay. Przypatrywa si rzekomo sennemu widziadu, wysokim czapkom tych ludzi, do ktrych jeden przyczepi sobie ogon lisa, drugi skrzydo wyrwane zabitemu orowi, trzeci ky i paszcz niedwiedzia, czwarty pazury wilcze... Widzia, nie wierzc oczom, ich bro: zakrzywione sztylety, strzelby nabijane srebrem i mosidzem, za pasem wskie siekiery, paki-bunkosze w rku. Oglda ich koszule czarne, wysmarowane tuszczem, portki czerwone, cyfrowane bogato, szerokie pasy, wspaniae cuchy...

Wydar si raptem, z tak moc, e postronki werzny si w niego a do koci, a same koci zatrzeszczay. Ujrza midzy tymi ludmi Helen, jak j jedni drugim wydrze usiowali. Ryk, jak n z elaza, rozdziera jego piersi i gardo, gowa, siepic si lepymi rzuty, trzaskaa w pie smereka, a oczy wywracay w doach. Krzyk Heleny wzywa go na pomoc... Zobaczy, jak j jeden z chopw powali na ziemi. Widzia, jak si zaciekle, straszliwie, zbami bronia, jak rce zbja zdzieray z niej suknie, szarpay koszul, a wreszcie to najstraszniejsze, co mg zobaczy na ziemi. Pocz re kamienie obkan gb, zanosi si od wciekego wrzasku, od bydlcego ryku, od wycia wariata. Ciao jego wio si w sznurach, palce wszczepiy w wir skalny. Kto siad mu na plecach i potn doni przydusi eb do ziemi. Nie sysza ju wtedy nic i nie mg nic widzie. Paty krwi zaczy bi go w oczy, a ogie buchn w mzgu. Udao mu si dwign gow. Dojrza, e Helena z rk drugiego zbja, ktry j wrd chichotu bandy powtrnie obali chcia na ziemi i jak poprzedni, posi, wydara si. Westchn z ulg, gdy pnaga, skrwawiona, jednym susem skoczya przed siebie na wystajcy, najwyszy brzeg turni, a stamtd  w przepa.


 Okno skalne
Wysoko, wysoko ponad szerokim, rozlegym lasem leeli tego dnia u wejcia do pieczary. "Okno" skalne wychodzio na przepaciste zbocze grani. Stamtd dopiero wida byo dolin, jak duga i szeroka. Wewntrzna ciana wapiennej skay, wznoszcej we mg swj poupany szczyt, otwieraa si w pewnym miejscu i ciasny otwr prowadzi tamtdy do skalistego asylum, jakby na straszny dziedziniec zburzonego zamczyska. W grze, na zrbach podobnych do pir skrzyda pancernego rycerza, chwiay si odwieczne kpy wierkw i zwisa rudy mech. Z owego kota skalnego schodzia dokd w d grota cignca si dugim a ostro sklepionym korytarzem. W cieniach jego lea ld ziemi okryty, a ze cian sczya si wilgo obmierza. Dzikie ciany tej niedosigej fortecy i czarny las nad nimi stay nad rozkoszn soneczn dolin, ktra leaa nisko, otulona w jasne hale, w nadrzeczne murawy, wzdychajc cigle odmiennym szumem Dunajca, podobna do umiechu srogich i straszliwych gr. Strome turnie wychylay si ponad urwisko, wychodzc poza swoj podstaw, jakby mierzyy przepa u ich stp. Dziwnie uroczy mech przykrywa ich szczeliny. Wszczepiay w nie aroczne korzenie mae wierczki i nike drzewka jarzbiny.

Na bujnych trawach o szerokim liciu, na kpach zeschych borwek, co otulay luzem lece kamienie, wypoczywali jak na puchu. Wygrzewali si w socu przy otworze pieczary i w szczelinach skalnych.

A gdy soce zbyt doskwierao nagoci pomieni, z chichotem kryli si przed nim do wntrza jaskini, zawierajcego w swej gbi bry wiecznego lodu. mieli si w gos ze soca, wyczuwajc plecami jadowity chd pieczary. Chwytali czerstwe zimno zdrowymi pucami i spalone twarze znowu obracali ku socu. Tak im dugie godziny spyny na wypatrywaniu ziemi i nieba. Sennymi oczyma witali pracownikw grskiego poudnia, lekkie, wyduone pomody, biae oboczki, jakoby tchnienia wiatru stae i w ksztat zaklte, kiedy z gr w cichoci witej wychodzc przepywaj nad najpikniejsz dolin wiata. Ociaymi renicami wodzili po otchaniach lenych szarozielonych, skd pojedyncze skay wynurzaj si niespodzianie, skd wykwitaj yw barw kicie bukw. Od szczytw gr leciay ich oczy w d za cieniami, penymi czarnego bkitu. Setnym i tysicznym spojrzeniem pozdrawiali pionowe skay, obwieszone subtelnym zotem zkej jarzbiny. Napotykay ich oczy miejsca tak cudne, niewiarogodnie pikne, e Helena zaamywaa rce i pakaa z zachwytu. Kiedy niekiedy rzucali w ten wielki a bezludny przestwr, w ten olbrzymi kraj niczyj, krzyk zgodny i piewny.

Wywoywali swe imiona spieszczone, przemienione w pocaunek i, zachwyceni, z nabon rozkosz suchali, jak wysmuke, rzebione szczyty wapniakw i niedostpne zway dalekiego granitu, jak niezgbione lochy i podziemia, lasy i potoki, hale i cieki skaliste woaj ich po imieniu, wzywaj ku nim zewszd. Rozkoszny dwik imienia Heleny oblata przestwr daleki, a jak melodia najcudniejsza tej ziemi wraca do nich i owiewa radoci niewypowiedzian. Wydawao si im wtedy, e to gry woaj same, e si gry i rzeki tak sama w nich kochaj jak oni w sobie. Osigali chwile szczcia najwikszego na ziemi. Cay wiat zewntrzny przemieni sw istot na rozkosz, a rozkosz bya na usugach mioci. Wywoujc tak po drugie i po trzecie echo swych imion, wyrzucali zarazem z piersi bogosawiestwo nieba i ziemi, wychwalanie wszystkiego, co jest pod utwierdzeniem, hymn dusz wzruszonych do samej gbi, owo, jak mwi Pismo, bogosawiestwo niebieskie z wierzchu, bogosawiestwo przepaci lecej w dole, bogosawiestwo piersi i ywota. Nie byli w stanie odej stamtd. Nie mogli oderwa si od doliny, bali si straci z oczu najmilsze turnie, rozkoszny szum potoku i swoje echo kochane.

Zostali tam na noc. U wejcia do pieczary rozoyli ognisko i zwyczajem swoim, paszczem wsplnym okryci, usnli. witao, gdy Rafa zbudzony zosta z twardego snu przez straszne uczucie. Targn si z ziemi... W mgnieniu oka poczu, e jest zwizany. Chcia praw rk dosign sztyletu, ktry mia w zanadrzu, ale rka nie ruszya si z miejsca. Uczu, e sztyletu ju nie ma. Lea twarz ku ziemi, z rkoma w okciach i doniach, z nogami w kolanach i stopach sptanymi powrozem, przywizany do wierkowego pnia. Gdy to w pnie uczuwa i zacz rozumie, nagle usysza rozpaczliwy jk Heleny. Szarpn si ze wszech si, wygi jak mija i zdoa odwrci gow. Ujrza wtedy w pomieniach buchajcego ogniska band zbjcw, zoon z siedmiu czy omiu osb. W przeraeniu, ktre mu jzyk wbio do gardzieli, nie chcia uzna rzeczywistoci, wlepia w ni oczy i nie by w stanie uwierzy temu, co widziay. Przypatrywa si rzekomo sennemu widziadu, wysokim czapkom tych ludzi, do ktrych jeden przyczepi sobie ogon lisa, drugi skrzydo wyrwane zabitemu orowi, trzeci ky i paszcz niedwiedzia, czwarty pazury wilcze... Widzia, nie wierzc oczom, ich bro: zakrzywione sztylety, strzelby nabijane srebrem i mosidzem, za pasem wskie siekiery, paki-bunkosze w rku. Oglda ich koszule czarne, wysmarowane tuszczem, portki czerwone, cyfrowane bogato, szerokie pasy, wspaniae cuchy...

Wydar si raptem, z tak moc, e postronki werzny si w niego a do koci, a same koci zatrzeszczay. Ujrza midzy tymi ludmi Helen, jak j jedni drugim wydrze usiowali. Ryk, jak n z elaza, rozdziera jego piersi i gardo, gowa, siepic si lepymi rzuty, trzaskaa w pie smereka, a oczy wywracay w doach. Krzyk Heleny wzywa go na pomoc... Zobaczy, jak j jeden z chopw powali na ziemi. Widzia, jak si zaciekle, straszliwie, zbami bronia, jak rce zbja zdzieray z niej suknie, szarpay koszul, a wreszcie to najstraszniejsze, co mg zobaczy na ziemi. Pocz re kamienie obkan gb, zanosi si od wciekego wrzasku, od bydlcego ryku, od wycia wariata. Ciao jego wio si w sznurach, palce wszczepiy w wir skalny. Kto siad mu na plecach i potn doni przydusi eb do ziemi. Nie sysza ju wtedy nic i nie mg nic widzie. Paty krwi zaczy bi go w oczy, a ogie buchn w mzgu. Udao mu si dwign gow. Dojrza, e Helena z rk drugiego zbja, ktry j wrd chichotu bandy powtrnie obali chcia na ziemi i jak poprzedni, posi, wydara si. Westchn z ulg, gdy pnaga, skrwawiona, jednym susem skoczya przed siebie na wystajcy, najwyszy brzeg turni, a stamtd  w przepa.


 Moc szatana
By jasny dzie, kiedy si ockn z morderczych obj snu. Lea dugo bez ruchu, bez zdolnoci udwignienia rki, nogi, powieki. W chwili tej wspomnia, co si z nim stao... A kiedy wszystko przeszed mylami, otwar oczy, eby zobaczy, gdzie jest, z niedbaoci tak wielk, e nie sprawiaby mu zmartwienia wiadomo o mierci wasnej. Ujrza dokoa siebie jam skalist, czarn i zaciszn. Olbrzymia wanta, jak wystajcy okap, zwieszaa si nad t doskona i ciep koleb.. Pod gow mia obfit kp naniesionego mchu, na sobie obszern, zbjeck cuch. Soce wiecio, a zielone upazy agodnie zniajc si w d umiechay si dobrotliwie. Gdy dwign gow i odsun brunatn cuch, spostrzeg, e jest odziany w jakie cudackie ubranie, w czerwone spodnie obcise i wyszywany serdak. Obok posania lea n koczysty wygity niby turecki jatagan, oprawiony w rkoje z cisowego drzewa, z mosinym okuciem. Tu leaa, cieszym kocem podsunita ku rce, jesionowa maczuga z bulwami w grubszym kocu, ktr od jednego razu mona by zabi konia. Leay dwa due placki, owczy ser i trocha wina w grubej, brzydkiej butelce. Rafa uczu na gowie swej i na ciele bandae, a pomacawszy rozezna, e gow ma obmyt i rany jej zawizane czystymi szmatami.

Prbowa wsta, ale skoro si z miejsca poruszy, uczu po raz pierwszy, e Heleny nie ma. Bole runa na niego, jakby si zwalia owa nawisa skaa. Lea pod ni bez protestu, zabity i rozmiadony. Dugo to trwao, tak dugo, jak tylko zmysy mogy udwign. Ale po upywie niewiadomego czasu bole zacza przemienia si i doskonali. Nie zechciaa by duej ndznym gazem, ktry rozgniata lepym i gupim ciarem. Staa si jakoby chytrym a podym czowiekiem. Wyrosy z jej kamiennego cielska dwa organy: wspomnienie i marzenie. Tymi dwiema rkoma uja gow zbudzonego z niewiedzy i pocza j rwno, agodnie koysa. Raz j obracaa oczyma ku ubiegemu szczciu, drugi raz ku przyszoci toncej we mgle marze. Midzy jednym a drugim ruchem, jak mechaniczne wahado, wydawaa z elaznych trzewiw swych szczk suchy, przeraliwy w zimnej agodnoci, mikki, dokonany gos: Nie ma...

Rafa lea zrazu jak przedtem, zwyciajc wszystko si ciaa, ale ona bya mocniejsza nad wszelk si. Jej duga praca bya nieskoczenie wytrwaa, obrachowana przed wiekami, zastosowana do wszelkiego oporu w ludzkim gatunku. Gos jej wdziera si do skrytoci duszy niepostrzeenie jak do komara, a dziaa straszliwie jak uderzenie kuli dziaowej. Nadesza za chwila. Nieszczliwy zerwa si ze swego posania. Wyszed z koleby. By w jakim miejscu nieznanym, w zacisznej dolinie otoczonej lasami. Patrza w te miejsca sposzonymi oczyma. Uczu katowskie przeladowanie, jakiego dopuszcza si na jego duszy ten obcy widok. I oto nagle rzucia si na niego rozpacz. Zwali si na ziemi, zacz rwa wosy, zdziera bandae, targa na sobie szmaty, tarza si po kamieniach... Zacz krzycze wniebogosy, byleby nie sysze cichego szczku, melodyjnego poszeptu boleci: Nie ma... Czaszka jego tuka si o kamienie i bujna krew znowu broczy zacza na jasne kwiatuszki hali, ktrym na socu tak dobrze byo wysysa przedpoudniow ros. Gboki bl w gowie, cho sprawia ulg zaguszajc nieszczcie, opamita go i wytrzewi. Przycicho zarwno marzenie jak wspomnienie. Wsta tedy, zwiza gow szmatami, wzi w rk bunkosz, za pas wetkn n. Z popiechem wypi wino i zjad podpomyk. To uczyniwszy poszed przed siebie z zamiarem szukania miejsca, na ktre spada Helena. Dziwi si, jakim sposobem nie uczyni tego a do tej chwili. Szed wielkimi krokami, rozwalajc po drodze piargi, miadc mode smereki, wbijajc w ziemi stopami grskie zioa. Byo poudnie, gdy wyszed z owej doliny. Skoro stan u jej wylotu, spostrzeg natychmiast, e jest w bliskoci podna skay, na ktrej spdzi ostatni noc. Rozgarniajc rkoma gazie wierkw, szed do podna niebotycznej krzesanicy...

Schyla si ku ziemi, ku kwiatom jeszcze w wilgoci pogronym. Wszystkie byy wiee, soczyste, szczliwe... Szuka na nich ladw krwi sercem zatwardziaym, okrutnym, penym zbjeckiego mstwa, patrza znieczulonymi oczyma. Przebiegy by w chwili tej jak pies, a wada wszystk si swych zmysw, jak czowiek zimny i mny. Tam jednak, gdzie przewidywa, ladw nie byo. Dopiero gdy po stokro wzdu i w poprzek obszed podne skay, wci oddalajc si od niej, i stan u brzegw strumienia, nagle uczu uderzenie w serce. W tym miejscu gazie wierka byy oddarte od pnia, murawa zdeptana licznymi ladami stp i umylnie zatarta surow ziemi. Wznis oczy i dojrza miejsce: podchmurny w zrb na skale, wystajcy daleko.

Pocz szuka wyraniejszych dowodw i znalaz je w zdeptanej ziemi... Czarne, wilgotne zlepki gruntu byy przesycone tak obficie krwi, e uwierzy. Zniko ostatnie zudzenie. lepy topr ci ostatni sen czuwajcego, czyli nadziej. Serce poczo na nowo szarpa si w piersiach, jakoby istota osobna, nie naleca do czowieka, jakoby sia samoistna, jakoby druga nieuyta wadza. Czynio teraz rzecz swoj w piersiach nagle i strasznie, jak grabarz z trumn najdrosz. Wyblady, na drcych nogach, zlany potem, sta na tym miejscu z oczyma wlepionymi w ziemi. Sucha. udzio mu si, e jest przed sdem, e mu czytaj wyrok. Sysza nie sowa, lecz przeraliwy sens wyroku. Teraz dopiero zrozumia, czemu wszystko stao si tak, jak si stao. Teraz dopiero wiedzia, co z nim samym byo, co jest i bdzie. Jake si niegdy udzi sdzc inaczej! Ale gos przebrzmia.

Dawa si sysze naok tylko szorujcy, kamienny szum potoku, pynna jego melodia, jak si przez wilgotne igy wierkowe przelewa. Stojc tak bez si, na cudzych niejako nogach, dziwi si i zdumiewa, e w yach jego nie pynie ju zdrowa krew ludzka, lecz e byskaj i trzeszcz pryskajc iskrami gibkie pomyki, e w kociach gowy buzuje si poar, a mzg trawi ognisty wybuch. Rce konwulsyjnie cisny narzdzia suce do zadawania mierci, a pena aru gowa o czym strasznie skutecznym w struchleniu, w podnieceniach, wrd rachunku i ez zacza marzy...

Poszed na prawo i poszed na lewo dla. odszukania najgorszej prawdy. A gdy powrci w to samo miejsce, upad na nie gow, ustami i sercem, sercem samowadnie teraz chodzcym po bezmiarach niedoli, po ojczynie trwogi, wrd pmroku narodzin nowego dnia, straszliwej doby niewiadomoci.

Zblia si wieczr, gdy powsta i z trzewoci drugiego czowieka, ktry dawno, przed secinami, zdawao si, lat, z jego ciaa zosta wytrcony, zacz szuka mogiy Heleny, ciaa jej, ladu zabjcw. Niekiedy wrd tej cudzej trzewoci przelatywaa gupkowata ch zemsty, jak gdyby ch rozrywki u czowieka, ktry si nudzi. Wtedy szed prdzej, dopki nie zacz mia si ze swych krokw, ze swej rki obwisej, niezdolnej do wywleczenia zza pasa sztyletu, do podwignienia paki. Z atwoci odnalaz lady zbjnikw na trawie, cho ju bya wyscha i odprostowaa si w cigu upalnego dnia. lady szy w gr doliny i potoku. Tam i sam znajdowa miejsce, na ktrym skadano ciao zabitej. Spostrzega krew zasch na kamieniach i trawie. Ale w pewnym miejscu lady weszy na kamienist per i prawie zginy. Gdzieniegdzie czerniaa jeszcze na szarym gazie grudka ziemi wilgotnej, przyniesionej na podeszwie kierpca, roztartej i dotychczas nie wyschej. Raz jeszcze znalaz du kropl krwi. Potem wszystko ustao. Szed tedy naprzd i wraca, szed i wraca. Szuka miejsca, w ktrym banda zboczya ze cieki, i nie mg go ju znale.

Przelk si bardzo, gdy ujrza dokoa siebie nagy grski mrok. Porwa si naprzd i poszed perci w gr, bieg szybko, co prdzej, jakby uciekajcych przed nim ciga na oko. Zdziwiony i peen strachu stan nagle u brzegw "Zmiennego" jeziora. Gos obcy, gos okrutny, jakby gos ska otaczajcych, powiedzia mu, e w t wod musieli wrzuci ciao zabitej, przywizawszy do szyi, do rk, do ng nadbrzene gazy wielkoci myskiego kamienia. Pragn odszuka potwierdzenia tej prawdy w zdeptanych szuwarach, w tatarakach i trzcinach, w zmconej muem wodzie, ale noc ju schodzia z turni, noc ciemna.

Jake straszliw wydaa mu si ta noc zbiegajca szybk stop ze szczytw grskich! Wietrzyk przenikajcy doliny, chodnawy, rzeki podmuch, nie mocniejszy od powiewu wachlarza z koci soniowej skropionego woni fiokw, by ju dla jego zmysw nie wiatrem, lecz ywym zbjc, ktry si skrada, eby zdradzieckie pchnicie zada pod serce. Nim chwila upyna, ten sam wiew odmienia si, przeistacza w wytrysk mdroci, przy ktrego dwiku ubiege rzeczy ukazyway si olepiajco wyranie jako uomki caoci, jako fragmenty i ziarna olbrzymiej a wszechmocnej sumy. Cicho w ostatnim blasku zorzy lnia woda jeziora. Czasami zakoysaa si wta fala w tej samej chwili zrodzona, poruszya wysmuky badyl trzciny i, uwikana midzy szuwary, zasna wrd ich zastpu. Kiedy niekiedy co na powierzchni plusno cicho, e ucho ledwo mogo rozezna ten gos. A nim serce zatrwoy si zdoao, nim zdyo zacz oczekiwanie, ju szmer w na wieki wiekw uton w milczeniu. Rafa siedzia na brzegu jeziora objwszy rkoma kolana. Tak tu zawsze siadywa z Helen. Wszystko wiedzia, wszystko pamita. Na czuych wagach ducha wszystko z kolei przewaa. Bezsilne nadzieje sczyy si z jego serca. Obiecyway przez mgnienie oka, e z fal tej wody wyjdzie utopiona, e si na paskiej tafli zakoysze. Ale nim jedna chwila przemina, nadzieja spada na ziemi, jak za spada z rzsy, a towarzyszy jej miech, potpiajcy j jako gupstwo:

Ponad gow, w ktrej myli huczay i grzmiay, rozwalao si milczenie na prawo i lewo, milczenie wiksze i cisze od gr. Szeroka ciemno ogarna wszystko, ukoia snem wszystko, daa wszystkiemu spoczynek, z wyjtkiem jednej boleci. Na ciemnym niebie czerniejce ostrza wierkw wrzynay si w dusz jak pia i rozszarpyway j na drzazgi. Niejasne zarysy ska zawisy nad gow jakoby moty i obuchy siekier. Czarne niebo zaciyo na ciemieniu, niby wieko skrzyni z elaza, ustawionej midzy zachodem a wschodem soca. Wtedy z piersi wydar si gos, rwnie twardy, zimny i wyzywajcy, jak byy te zjawiska:

 Cem wam uczyni? cem uczyni?

Czemu przeladujecie mi, grozicie mi i mcicie si nade mn w straszliwej mojej mczarni?

Kochaem was nie tylko swoim sercem, ale i jej sercem, ktra w porodku was zostaa zamordowana!

Mczarnia moja straszniejsza jest ni wszystko, co przecierpiane byo na ziemi... Zmiujcie si nade mn, gry skaliste! zmiujcie si nade mn, drzewa czarne i ostre! zmiuj si nade mn, wodo cudowna, wodo straszliwa, ktra mio nasz widziaa... I ty, o niebo...

Ale gdy te westchnienia wyryway si z jego piersi, uczu w sercu i w mzgu, e nie syszy go nikt i nic. Pustynia na zachodzie, pustynia na wschodzie... wierszcz tylko nocny w suchej trawie ukryty skrzypia. Wwczas krwawa, bezrozumna, z kad chwil coraz dziksza pomsta wybuchna w piersiach, zapalia mzg i oczy.

 Precz odejdcie, widziada!

Kt was uczyni wsplnikami mojej mczarni w cigu jednego dnia! Kt was przemieni w czci przeladowania, w narzdzia rozpasanej tyranii!

Stacie si tym, czym jestecie...

O gry, gry-stacie si na nowo zimnymi grami, budzcymi mode siy i rado...

Ty, lesie, bd znowu szumicym Lasem...

O zmienna wodo, bd t, ktra nas oboje kochaa...

Ty, niebo wieczne, bd sob, ktre wzrok nieszczliwego ku sobie przyciga i kad bole umierza...

Odejdcie od mego serca! Niech spocznie w dobroci nocnej, niech wytchnie na posaniu lasw, na wodzie cichoci, niech si spacze i ukoi w niebie wiecznym...

Mrok zachowa swoj niezmienion potg.

Tak noc mina. Nade dniem zaczy wstawa z jeziora mgy. Wiotkie postawy rozpocieray si nad nieruchom wod. Nike ich wkna opltyway wyniose badyle trzcin, o suche szypuy zaczepiay si nimi wiotkimi. Koyszc si sennie, tkay jak wiadomo, hutay na ptnach swych bezdwiczny wyraz niedocieczonej tajemnicy. Nim udrczone oczy mogy obaczy prac ich, dostrzec, co czyni, pltay j chyymi ruchy. Burzyy drogocenne, niade tkaniny, zryway nici subtelniejsze od ksiycowych promieni i ciskay je na wielki stos. Wznosiy si kby dymw, okrge fale czyniy szybkie obroty, zataczay si bystre, rozpdzone koa. Faliste, a za chwil wzdte opony jak agle unosiy si nad czarn toni. Oto wypywa spomidzy nich oboczek lecy na wznak, senne ciao, ktre woda niesie, dokd chce. Plcz si dugie, faliste wosy dokoa bladej twarzy. Pyn na ono odsonione aosne zwoje. Dr i stulaj si ze wstydu a trwogi okrge barki, ksztatne biodra zanurzaj  w wodzie czarnej, w wodzie miedzianej, ktr janiejca ple rannej zorzy powleka. Coraz janiejsz, coraz bardziej wyran stawaa si mga nadwodna. Mrok spywa z wierzchokw lenego ostpu niby szata pospna. W dali, na rozjanionym niebie ukazay si szczyty gr. Oblicza ich byy przepikne, ozdobione wspaniaoci wschodu. Trupie czoa turni wdziay diademy ze zotych blach, uwieczone kwiatami. Szaty mgie owieway ich tuowia, gbokie cienie fioletu spyny po nagich piszczelach. Nieszczliwy na widok tej nowej zimnej piknoci, obojtnej na mier, ktra si tu dokonaa, zapon gniewem, jakby i jego w zimn bry bytu przeistoczy pozocisty ogie poranku. Chwyci rkoje noa i poszed przed siebie mocnym, wytonym krokiem, krokiem-czynem. Gniew spali w nim wszystko prcz pragnienia ruchu i gwatu. Jak kozica wdar si na wyniose pasmo. Stanwszy na przeczy j orlimi oczyma wypatrywa wrogw. By teraz silny, zwinny, peen potgi. Rzuci w kamienny wiat krzyk z caej piersi. Na wschd, na zachd, na pnoc i na poudnie... Gos nieszczliwy lecia w ciemne doy, w bkitne przepacie, jak anio z wtymi skrzydy, rozbija si na krawdziach, roztrzaskiwa o strome gzymsy i skona w oyskach otchani.

Wrcio echo imienia Heleny, aobne i przebite, wrcio z pnocy i poudnia, ze wschodu i zachodu. A pniej cisza... Ale ju wywaone zostao z zawias wszelkie czucie i runo w proch. Szed przeczami, szczytami. Mija puste doy granitu, gdzie wiekuista pustka ley. Spoglda w lasy dziewicze, gdzie tytaniczne drzewa rosn nie dotknite siekier. Przeskakiwa przepaci, w ktrych czeluciach marzy cmentarny nieg i skd ciek wody ku ziemi, zaglda w bkitne, zielone i litworowe jeziora... Ze lebw, rozpadlin wdziera si na nowe, coraz wysze wierzchoki. Widzia w drodze swej niedwiedzia i ora, ale nie zwraca na nich uwagi, poszy tu i tam stado kozic, ale nie ledzi ich oczyma. Pki soce w bkitnym niebie wiecio, szed naprzd. Dawno zjad resztk chleba i okruchy sera. Nie czu godu. Usta mu wyschy i potrzaskay si, gardziel mia pen ognia, a w piersiach dwik i ttent rozszalaego serca, ktre teraz oskotem swoim napenio obszar pustyni. Nieraz zdawao mu si, e ju te same turnie widzia, e ju je depta i przeklina, e z ich wierzchokw strca ju gazy, ktre tylko mg udwign. Ale o tym wiedzia jakby przez sen. Szuka teraz ludzi. Ludzi! Wbija w ich piersi ostry sztylet, miady ich gowy jesionow maczug, rozdziera pode garda i depta nogami nikczemne trupy! Po okcie uwala rce w dymicej krwi i plu w nikczemne, zastyge, wywrcone oczy! Nigdzie ludzkiego ladu... Nigdzie w nocy nie wida ogniska... Otaczay go krzesanice, turnie, wirchy  te, szare, czarne i niebieskawe. Wic je wymija lub zdobywa, co siy w kolanach. Wbiega na nie jak na pagrki. W nocy nie spa. Przytulony do skay czatowa na zbjcw.

nio mu si na jawie, e jest lisem, do ktrego jamy wdary si jamniki. Widzia oczyma, caym mzgiem i wszystkimi nerwami skoki lisa, sztuki jego i fortele. Widzia, jak si pomyka na coraz wysze pitra i kominki jamy i, cierpliwie siedzc, bada niebezpieczestwo. A gdy niestrudzone psy podkopi jego kryjwk, skacze na inn, na inn, a do ostatniej. Nie opuszcza go nadzieja, wyrachowanie, wiara... Ale oto wydarte zostay ostatnie podstawy i najwyszy, ostatni kruganek lada chwila runie. Wwczas lis chybkim i pewnym susem skoczy na by psw przywalone glin, i przebiegszy po nich, popdzi do wylotu jamy. W struchlaym sercu syszy huk strzau myliwca, ktry tam nieruchomy czatuje.

Nim wysunie gow, przez mgnienie oka mierzy przestrze, a pniej rzuca si naprzd, wyczekujc strzau nastawionym uchem, strzau, ktry ju zna, ktry ju wielekro zada mu rany straszliwe. Oto on sam jest lisem i czeka na huk strzau. Za chwil ma skoczy z nory i wlec si pniej z odstrzelonymi nogami i przetrconym krzyem. Za chwil, za mgnienie oka... Bo teraz ciki jest jak gaz. Rce jego, nogi, gowa, a osobliwie stopy  to gazy takie same jak naok. Tym si tylko rni od otaczajcych granitw, e w nich ani na sekund nie zasypia cierpienie. Skoro tylko wsta nad dalekimi kracami wit i pierwszym promieniem ukaza mu dug drog, nieprzebyty szlak, wsta z miejsca swego cierpienia i szed co prdzej. Tak min trzeci dzie i czwarty... Soce budzio go i popdzao ognist rzg do pochodu. Sta si podobny do czarnego cienia, do zgorzaych zwok, w ktrych ponie duch i oczy... Lecia w pustyni, nie widzc ju ska ni drzew...

Nareszcie spotka ludzi...

Szed onego dnia w d rozlegego zbocza, ktre gdzieniegdzie porastaa niska wierczyna. Okrge gazy wymiecione przed wiekami si lodowca leay tam i sam. Krysztaowych przestworw nocnego jeszcze chodu wszystka potga modocianego soca nie moga przeama. Z rzadka stojce wyniolejsze wierki rzucay na krtk traw, jeszcze mlekiem rosy okryt, nadzwyczaj dugie cienie. Sczerwieniae badyle goryczki zdobiy oddalone zaktki, jak kwiaty samotne, pene smutku... Las w dole zapeniony by mg porann o barwie ziarn jaowcu wczesn jesieni.

Wyniosy czub buka zabkanego midzy wierkow czered zdawa si spywa z chmur. Rafa z wolna szed w las i trafi na potok pyncy z boku gry. Pozna go... Zwalone drzewo i wodospad... Stan nad jego brzegiem i patrza, jak wartki nurt niesie midzy gazami licie przez wiatr zdarte z czoa buka, jak z nich tworzy rude groble, wiry krce po paniach i szerokie zatory.

Myla aobnie o liciu buka, ktry by niegdy maleki u ona matki-gazi, penego sodyczy sokw, o burzach wiosny, co nad modym liciem przeleciay, w kociste turnie trzaskajc ogniami piorunw, o halnych wiatrach, wydzierajcych z ona gr przepikne chmury... Ten sam li pdzi teraz pospou z innymi, by stworzy kup gnoju, z dala od matki-gazi, z dala od rodzimej, wapiennej gleby buka, nawet z dala od ziemi.

Wtedy, gdy o tym myla zwilajc zesche wargi kwanym owocem dzikiej maliny, z naga otoczyli go ludzie. Nareszcie ich widzi! Porwa za sztylet, ale ju byo za pno. Kilkanacie rk chwycio go za ramiona, wydaro n zza pasa. Poczu, e mu rce skrpowano na plecach, czc donie za pomoc spojenia wielkich palcw elaznym piercieniem. Gdy mu nogi zakuwano w kajdany, obejrza tych ludzi wzgardliwym spojrzeniem. Byli to onierze. Pozna, jakiej s broni. Widywa za szkolnych czasw tych augsburskich piechurw. Kazano mu i na d. Nie chcia. Wwczas przystawiono do niego kilkanacie bagnetw. Nie chcia. Wtedy dwigny go z ziemi razy bata. W dolinie za lasem obaczy rozoony obozem oddzia kirasjerw lotaryskich. onierze przypatrywali mu si ciekawie i mwili do niego po niemiecku. Rozumia ich doskonale, ale milcza zobojtniay na wszystko, co nie miao stycznoci z jego dusz. Cieszyli si, e pojmali zbjnika... Szeciu jedcw przywizao go do swych siode. Skoczyli na ko, dobyli szabel i poprowadzili go midzy sob w dalek drog. Szed teraz rozdoami, po podgrzu wgierskim, mija ki, wsie pikne, lece spokojnie pod cieniem jaworw. Przebywa czyst, zielon rzek po drewnianych mostach, sztucznie wizanych. Tu i tam sennymi oczyma widzia bydo rozrose, z niezmiernymi rogami. Kilkakro w grskiej wiosce onierze przystanli na chwil, eby si napi wody. Czasami ktry z nich wymieni nazw wsi: Krasnohorka, Krywe, Lekotka... Byy to jedyne dwiki, ktre od nich sysza. Gnali go dalej a dalej... Coraz czciej trafiay si wsie dugie, ciasno zabudowane, z bielonymi chaty o dachach ze somy albo sczerniaego gonta. Z dala wrd nich wida byo biae, grubomure kocioki z gontowymi dachami i baniami pokrytymi zardzewia blach. Naok wida byo pod grami folwarki z murowanymi budynkami. Wyej lasy wierkw, bukw i dbw. Sza obok drogi wierna towarzyszka rzeka, zasana abkami. W jednym miejscu siedzia w cznie kudaty dziad czekajc na tych, co by si na drugi brzeg przewie chcieli. Zgonionemu przyszo na myl sowo "Charon"... Ale co znaczy to sowo? skd przyszed taki do gowy dwik?... Gryz oczy i wargi biay kurz gocica. Twarda i duga jest droga nieszczcia. Zaamuje si w stu kierunkach, zwija si w tysic piercieni. Najeya si wszystka ostrym gazem jakoby grotami wczni i stana nieprzyjazna a mciwa przeciwko bezbronnym stopom.

Oto w trakcie tego pochodu wytrysn w rozlegej dolinie zamek na stromej skale. Krty, kamienisty dostp prowadzi konwj do jego elaznych drzwi. W dole szumiaa zielona Orawa, w dali wida byo polskie wielkogry. Jeniec ujrza przed sob mocne, kute drzwi, odwieczn rdz pokryte, krzywe zawiasy i haki z elaza... Ciasne przejcia pod murem niezmiernej gruboci, idce w pokrg, zamknite dziedzice... Potem potworne podobizny dwu lww z szarego kamienia, schody kamienne, wyszczerbione, ciemne przejcia, ganki, lochy podobne do kominw, wreszcie zimno podziemi, wydre omurowanych i jam we wntrznociach turni... Trzask zardzewiaego rygla, przed oczyma niky jaki brzask wiata, nad gow strop pokrgy, wykuty w skale, z ktrego cieknie szkliwo wilgoci... Cisza nareszcie i legowisko...


 "Wada"
Zostawiony w ciemnoci, usiad na ziemi i z uciech wspar plecy o zimn cian. Guche mroki lochu roztrca w jednym miejscu promie wiata padajc spod sklepienia. W skale niezmiernie grubej wybita bya kwadratowa jama. Kraty w niej kazay wierzy, e to okno. Do tego rda wiatoci prowadzia framuga tak gboka, e zdaa si by drug izb. Na warstwach skay, zwojami idcych, na wsparciu. ich i umocnieniu z granitu, przyniesionego pracowit rk czowieka, wiato dnia pezo niepewne, wylke, kamienne jak wszystko naok. Wizie spocz. Nie biegnie ju krwaw stop midzy cuchncymi kadubami zgrzanych koni, nie syszy ttentu kopyt, dzwonienia paaszw i ostrg, trzaskania strzemion i trzli, nie czuje dzy oporu ani wybuchw gniewu szlachcica, ktrego chamy... Gowa leniwo zwisa na piersi, wosy zsuny si na czoo i wrd delikatnego mrowienia na skrze czoa, gdy si zsuway, przepywa aosna myl:

Czemuemy si wtedy sznurami z sukni nie zwizali i nie rzucili razem?...

Straszliwe widmo alu, infelicissimum genus infortunii, stano obok i napj z ci a octu przykada do warg. W tej samej chwili kto w pobliu wyszepta, wysycza sowo, drugie, trzecie... Wizie z odraz i trwog dwign gow i znuonymi oczyma j patrze w daleki kt ciemnicy. Gdy oczy jego przywyky do mroku, zobaczy czowieka. Nieznany towarzysz siedzia na ziemi. Przykuty by do swego miejsca, do haka, poza nim wbitego w cian. Kilkakro szepta co z cicha, wymawia sowo tajemnicze. Gdy nie otrzyma wcale odpowiedzi, rzek gono po polsku:

 Ce jest za jeden, czowieku?

Rafa z najgbsz odraz usysza w tym miejscu mow ludzk. Milcza.

 Ce jest za jeden, czowieku? Wgier, Liptak czy nasz z Polskiej?

I teraz przybysz nie da adnej odpowiedzi. Ale tamten nie przesta mwi. Gos jego dygota z rozkoszy. Co w tonach jego drgao i zanosio si od wytryskw uczucia. Zadawa nieskoczon liczb pyta prdkich i namitnych, dowiadywa si, czy te ju jesie, czy buki po reglach czerwieniej, czy te ju kurniawy jesienne byy, czy nie. Pyta si i odpowiada sobie, e pewno kierdele zeszy w d, a bace id przy koniach, perciami. Hale puste, ino si ta niedwied kole schronisk wasa...

Ten szepccy gos by tak silny, tak potny, e zdawa si hucze pod sklepieniem i w ktach ciemnego lochu, ale w tej samej chwili Rafa usysza w szumie swej gowy, ktry go na chwil nie opuszcza, w oskotach i osupiaych wzdrygnieniach serca  inny gos, Tamten rozlega si midzy niebem a ziemi, strzela jako moty gromu i trzaskanie piorunu w guch noc, lecc nad wielkim obszarem w odgosach wistu bicza i ciosw rzemienia. Czowiek sucha zdrtwiay w sobie a do ostatniej kropli krwi, a do korzeni wosw:

 Wyrw ci z serca ostatni pociech, jakobym wyrywa lepcowi kij z rki, gdy si do przepaci przyblia.

Otocz ci trwog tak nieprzejrzan, jak ciemno gbokiej nocy, dug jak al.

A pniej spuszcz na ci nie wt trwog, lecz smycz zgodniaych ndz a do nieznanej, a do ostatniej, ktrej jeszcze nawet wrd snu cikiego nie ogldae w mglistym przeczuciu.

Spojrzysz wtedy przy blasku piorunu w moje otchanie, nad ktre grska koza nie chodzi, gdzie ptak w locie truchle je, gdzie w nie peza, gdzie promie soca na mgnienie ludzkiej renicy chykiem zaglda, gdzie odrtwiaa ciemno ley przez wieki. Tam przebywa zemsta, ktra jest moj.

Wezm na wasno kad chwil, ktr swoj przywyke nazywa, wycign j na dugo rozleglejsz ni wszystka wadza twej wyobrani.

Zatrzasn drzwi mego zamku i zatarasuj okiennice, eby ani jeden twj jk nie dolecia do mego ucha.

Zapomn, e jest na ziemi.

Niech ci upadajcego potrca w samotnoci twoja za dola, jako chce.

Przepadnij! Zimne ciao suchacza zsuno si na ziemi. Gowa upada na twarde kamienie, a spalone na wgiel usta uczuy smak wiziennej wilgoci. Do serca spyway krople gorzkie jak  i ocet. Ciemno, ta ciemno, w ktrej przebywa zemsta, ogarna jego gow, a kolana swe wgniota mu w piersi. By jak kamie na drodze, ktry kada noga potrca. Wtedy to poczy mu si wspomina odlege, odlege poszumy, jakoby wist-powist na lenej grze ysicy w witokrzyskim pasmie. Przyjd z daleka, nadcign z koca wiata, przepyn dookoa ze piewem i zgin. Oto dwik askawy twarz mu owia len jodow woni. Nim nadpyn drugi, czoa dotkn bogosawionymi rkoma i trzeci, tamtych dwu towarzysz. Uczuwa powiew i ich zapach, dotknicie, uczuwa na ustach, w sercu  tak byo dobrze. Pyny przyniesione na skrzydle anielskim z dziecinnych lat... Zeschymi wargami, nie wiedzc czemu, wymwi do Niego:

 Boe, bd miociw...

Serce nie szalao ju teraz jak zamie zimowa, nie burzyo wiza piersi,, nie szarpao si jak niewolnik w ykach. Szo znuonym, obojtnym krokiem wdrowca przybywajcego do guchej mety, ktra gdzie jest i jaka... komu wiadomo?... Zdao mu si tylko przez niewyrane drzemanie, e owa meta to wskie, dugie, z czarnego piachu i ska midzymorze, gdzie jedynie drapieny ptak czasami spoczywa. Zdawao mu si za chwil, e on sam to jest nie co innego, tylko wicher bezgraniczny leccy nad morzami. Way pod nim morskie, brunatne, rwnie pod nim, porznite w szkliste skiby. Granatowe ciemnowode weny ubray si w piany. Ld zgin. Skacz olbrzymie potwory, wiekuicie mode gry morza, przez niski ld z okrzykiem swoim straszliwym...

Hucz zielone fale przypywu przebiegajc wydmy czarnych piachw, pkaj u tej samej mety i z niepowtrzonym jkiem, z okrutn skarg wydaj z on ten sam gos odwiecznej aoci, gos wypywajcy z ludzkiej duszy... W sercu zostaje pusta ciemnica, miejsce, skd odszed nawet al, nawet wyrzut, niby miejsce w domu, z ktrego wcito na barki i wyniesiono trumn.

Nie jest ju wichrem, lecz topielcem wywleczonym za dugie mokre wosy z niezgbionego odmtu. Rce ma zimne jak woda, nogi zdrtwiae, oczy z lodu, serce nieruchome i obojtne bardziej ni podwodny kamie, przez ktry spienione skacz fale. Gowa spoczywa jakoby na czyjej doni dobrotliwej, zaznajc ciszy i nicoci. Tymczasem drzwi si dawno otwary i dozorca wizienny, przestpiwszy prg kani, postawi obok Rafaa posiek i wod. By to. chop barczysty, w jakim wyszarzanym urzdniczym kostiumie. Skoro tylko stan w progach, wizie przykuty zacz go o co baga jczc i skamlc.

Dozorca przez czas pewien mia si oschle. Miamla przy tym rne wyrazy niemieckie i wgierskie, polskie i sowackie:

 Die schwerste! Jo... Die schewerste! Die Kerkerstrafe des dritten Grades..: Ne mohu...

Wizie znowu zaskomla jak pies. Stranik ruszy ku niemu i kluczem elaznym odemkn obrcz, ktra w poowie korpusu obejmowaa skazaca. Zbj, spuszczony z acucha, stan na nogi i zawy radonie. Wycign rce do gry i rozprostowa zgity krzy. Dozorca cofn sil do drzwi i zapar je swoj osob. Wtedy uwolniony zacz biega w kko po izbie, dzwonic kajdanami rcznymi i nonymi. Zawraca w miejscu i skaka a do sufitu, zwinnie, pomimo kajdan, wyrzucajc nogi. Splt rce i zaoy je na ty gowy...

 No, Mocarny, potacuj...Zbjnickiego!-mrucza dozorca miejc si po swojemu.

Gral puci si w tan. Przegina si w ty, ciska naprzd, wywija rkoma i skaka w prawo, skaka w lewo, od jednej ciany do drugiej. Jego nogi w mgnieniu renicy dokonyway byskawicznych skurczw i wygi nie do uwierzenia. To elastycznie giny, to znowu, jak doskonaa stal, kuy kamienne pyty posadzki. Prdko, coraz wcieklej miotaa si jego oszalaa gowa. Bya i pod stropem, i nad ziemi, leciaa koem. Czarna koszula migaa to tu, to tam. Z piersi wypada obkany krzyk, ptasie czy zwierzce pogwizdywanie, pochutnywanie sylabowe, wilcze czy rysie. W pewnej chwili ten ogromny chop jednym skokiem znalaz si we framudze okna. Nim dozorca zdy sowo rzec, gest uczyni, wdrapa si po murze, wszczepiajc bose stopy w szczeliny midzy gazami. Uchwyciwszy si rkoma elaznych prtw maego okienka, zawis pod sufitem jak pantera. Jego wychuda twarz, obwieszona pozlepianymi kudami, przywara do elaznej kraty, a cae ciao znieruchomiao nagle i zastygo.

 Mocarny! Halt! Mocarny, ja tobie mwi! Nieder!-rycza dozorca chwytajc go za bary.

Gral nie poruszy si i nie odpowiada. Oczy jego byy wlepione w widne na niebie, dalekie polskie gry. Dugi, czarny policzek przywar do zardzewiaych krat, wosy zwisy w tyle zadartej gowy dugimi strzpami jak nastroszone ptasie pira. Tak wiszc w oknie zapiewa, zakl, zaszlocha:

Ej, wirsycku, wirsycku, ej, dabyk ci ozoci,

E, kieby mi si moga, ej, moja wola wrci!...

By to krzyk przecigy, prawdziwy krzyk z gbi duszy, woajcy na gry, ktre yj i czuj. Cae podziemie, cay zamek napeni ten gos. Zdawao si, e zatrzs jego podmurowaniami i sufitem kowanym w skale. Dozorca siepa si z winiem. Ten jakby zapomnia, gdzie jest i co si z nim dzieje, piewa jeszcze mocniej:

Ej, wirsycku, wirsycku, ej, dabyk ci ozoci...

 Mocarny!  wrzasn dozorca bijc go kluczami.

Ej, wirsycku, wirsycku...

Udao si wreszcie stranikowi grodu chwyci zbja za konierz i zwlec na d. Stanli obaj w smudze wiata, tu nad gow Rafaa. Gral wstrzyma pilnowacza i pokazujc lecego spyta szeptem:

 C to za czowiek?

 A kto jego wie? Taki sam pewnie zbj z gr jako i ty.

 To ta nie zbjnik.

 No?

 To jakisi sponiewierany ceper. Ka ta takiemu!...

 A skde na nim cyfrowane portki zbjnickie, cucha i pas?

 Czy ja wiem skd? Moze kany ukrad...

 Zbjom ukrad! To musi by chwat!

 Chwaty som ta jest wselnijakie.

Za chwil gral, wtoczony w obrcz, przykuty do haka, na swoim miejscu siedzia ju w kucki. Podbite obcasy stranika zadwiczay na chropawych gazach, zgrzytna zasuwa we drzwiach. Ucich odgos krokw na schodach.

Rafa od dawna ockn si ju by ze swego upadku, widzia taniec i sysza rozmow. Wszystko, co przecierpia, cae nieszczcie, ktrego udwign ju nie mg, zwali na gow towarzysza kani. Gniew osobniczy wilka skupia si w nim. Poczu w duszy now si, jakoby w mocnej doni poczu nagle jedlca cikiego miecza. Z wolna przez jego gow walia si olbrzymia myl, e to jest moe jeden z tych, ktrzy si powayli na ni, na t, ktrej ju nie by w stanie wspomnie... Za krew zalaa mu mzg i ogniem dymicym napenia yy. Wsta ze swego barogu i twardymi krokami zbliy si do grala. Czu w garciach dzik si do zduszenia gardzieli, ktra przed chwil napenia to miejsce podym krzykiem.

 Suchaj!  rzek stojc nad zbjem  zadusz ci jak psa! Jeste skuty. Nie ruszysz si. Zadusz ci. Mw prawd... Gral skuli si, zwin w siebie. Patrza we z mroku stalowymi oczyma. Milcza.

 Dawno tu siedzisz?

 Musi dawno!

 Ile czasu?

 Od siedmi rokw siedzem.

 Od siedmi...  powtrzy Rafa gosem szyderczym, ktry si z niego samego natrzsa jako wrg.

Spyta jeszcze:

 Za co siedzisz?

 Za co? A tobie na co wiedzie?

 Nie powiesz?

 Co mi ta! Ceku! Powim. Za cz byk mia siedzie, kiek dezenterowa!

 Kiedy?

 He! Kie ja z wojska! Ks czasu, bracie. Wzieni me w halak. Kiecki nam koo usy pozaplatowali, portecki cyrwone dali i hybaj! Do pandurw. Poli my we Wgry, het! ku morzu, w takie strane rwnie, pustacie, co nie daj Boze. Wytrzymaek bez jeden rok, bez drugi, alek ni mg docka koca, kraju... Telo me docliwio, cok wzion i zdezenterowa. We dnie jek sie kry, a na mroku lecia ku halom. Ale sie w jednym miecisku, na wgierskiej stronie, do mnie przyznali. Wzieni apa. Dopadli me w takiej wskiej ulicce, zaparek sie do muru plecami byek chop!  wzionek skalami pra, bybyk to popra na kupe, nie daliby rady. Ale me tukom wzieni. Zali me ze zadku, postronek na syfie zarucili -i apili. Toz to w seci me bez miasto wlekli. Musiaek bez takom ulice biega, co me z dwok stron bili. Cosi pieset kijw wsypali. Dobrze! Juci odesali me z wartownike do Preburku, do regimenta. Ale w drodze useptali my sie z jednym wojakem, co me wid, co by z Luptowa, juci zdezenterowali my oba. Kaz byo i? He, bracie! Co ino raz wiater nas oblecia, wiedzieli my ka! Dopadli my do hal, uzdobierali sie, Luptak by za harnasia, i poli na zbj. He, to byo zycie honorne! li my w Polskom cy ta na Wgry, na lsk, na Morawe, sedy nas byo peno, ale po kmorak ludzkich pusto... Pandury a wojaki wse nam deptali po pitak a lakowali. Na ostatek le. nam wyso. A syko bez babe! Kto sie frajerek rad trzyma, ten niedugo zbjowa. Zabawili my sie ha u jednej nieskoro w nocy i po mie nas przysiedli. Piecioro ucieko  ja za w pazdurak im osta.

 C wtedy?

 W sifcug, bracie.

 C to jest?

 Nie wis? To sie lepiej ani nie pytaj...

 Ja si niczego nie lkam. Powiadaj.

 Sifcug, wis, to je tak: Ha nad okrutnom wodom, nad Dunajem, ka Sigedyn,.wis? som ta jest macyska, bory strane, topiele, co ik ani nie zgruntujes, ani nie przeres, bo to kansi idzie, aze do kraju wiata. No, toz to nas ha przywiedli, leje kie koniowi zarucili i wprzgli do takiego sifu ze siaciem, psenicom  jako pado. Sif wodom se, a ty sie po kraju potyka cigncy... Kie nie wytrzyma a pad i skapia, no, to cie hnet w tym bocisku zagrzebli. Ale to ta nic. Dy lekce ha na dnie w borze gni z pniakami, nili tak zy. Gorzej byo, kie zesab, a nie zdek i nie zdole i, kie cie postrza ozbi abo ci gicale w tej mace pokrcio, abo gad uzar. Prali cie na tym sifie, i tame ceka abo koca kary, abo mierzci. Kie przysa noc, to, jako sta, pokalany po syfie, w tyk stoplanyk gaganak, see spa. Ale przd ci acuski na rce, na nogi wozyli, a do belki przykuli. I take gni w tym gnoju i gawiedzi, a zima cie trzsa. Bo w tyk macyskak, kie sie zmirkao, sa ze ziemie taka mga gsta, brzyka, z takim pukem-to cie tak przejmo, co zbami piknie kapa jako wilk. A na raniu, lemze maluko namieniao na witanie, hybaj! we wode, w macysko! A nie kces, to cie tak kijem dobili, co nie kcia, a wsta i se, cho ci packi z c durkay...

 No, dobrze, dobrze... Suchaj! A eby tak sprbowa wyda kryjwki tamtych wszystkich. Lej by ci sdzili.

 Ni! To ta nic nie paci. Choby sto razy prawde powiedzia, to telo bedzie, co i przez niej. Wezmo cie na spytki, na mki.

 Na mki?

 Zje ba jakoz! To ino zabawa, kie ci myske na ppek pod garnusiem pucili. Wicej nie trza. Ale ja ta wolem dobrom, bo krtkom mke, nili dugi krymina.

 Suchaj, a jake wytrzyma, jake wyy tyle lat?

 Jakek wyzy? He, bracie, powiem ci, jako... Mas tu siedzie  ani nie wiem, co za jeden  ale coby wiedzia: syko przetrzymies, ino trza wiedzie sposb.

 Sposb?

 Na jedno musis przysta: abo sie godem zamrz, eb se o mur ozwal, abo kie chop, kie mas sie w zyak i kociak, to se upatrz takie jedno misce w sobie, chy si nego pazdurami i trzym, a powiedz se tak: Niekze ta! Niekze... Bij, kie mas wolom...

 Nic mi z twojej nauki...  rzek Rafa miejc si ze swej doli gorzkim, ostatnim miechem.

 Bedzie cie bio rok, bedzie dwa. Ty sie trzym! Nic nie pytaj. Stpi sie to ze, kij mu sie na drzazgi ostrzepie, straci wade i pjdzie se w dyjasi. Nie dam ci rady-rzece-bo chop! Insy bedzie niby w sobie tgi, ale go bieda w miesic stpi, bo siy nijakiej ni ma, jako ten pniak w lesie: po wierchu mocny, ale go kopnij  ozleci sie prchno  niego jak ciasto. Taki se bedzie banowa, a to na nic  to nagorse. Ty sie trzym! Cho i pono, cho i boli... Wytrzymies, nie bj sie nic. Ha, kie juz telo zdoles wytrzyma, to sie w tobie, bracie, sia zsiednie jak krzemie. Wada na Cie przydzie telo, co kazdej biedzie do garda skocys... A zdusis! Hej!


 Arcykapan
Pomimo uwag wonicw i rad najdowiadczeszych a najmielszych grali ksi Gintut upar si, eby jecha dalej. De With ani si nie opiera, ani go nie zachca. By wci tak samo obojtny, tak samo pozornie wesoy. Umiech, niezomn potg woli wydobyty, umiech stworzony chceniem z nicoci wesela, uprzejmy i trway, pozosta na jego ustach taki sam, jak w zaraniu podry. Wczenie wyruszono z Waasen. Kilku wieniakw szo przodem, eby odwala zaspy, jeli gdzie drog przeciy, a obadwaj podrni wybrali si w ich tropy pod opiek trzech silnych Szwajcarw. Kiedy wstpili w czelu kamienn Reussu za Gschenen, przewodnicy nakazali surowe milczenie. Wszyscy szli wolno, skradajc si na palcach. Pod chmurami, midzy szczytem a szczytem krzesanic, na zrbach i gzymsach, lekko i wdzicznie przechylone w d, marzyy w socu lawiny. liczny poranek wyzaca ich apy zoone na krawdziach, szyje i gowy zwisajce dla zasyszenia grzmotw, skowycze, dzikiego szumu i samotnej pieni grskiej rzeki, ktra przeraliwymi skokami miotaa si w czarnych turniach, w nienobiaych zaspach, midzy zielonymi soplami i wrd tafel lodu olbrzymich jak same skay. Ze dreniem, odsoniwszy gowy, mijali Szwajcarowie diabelski most, olizgy przesmyk w otchani, gdzie przeszywajce gwizdanie Hutschelma oddech tamuje. Dwaj podrni szli z przymknitymi oczyma. Trwoga miertelna obchodzia ich wokoo. Spod cian, z gbi bulw i garbw zielonych soplw patrzay w nich oczy polegych w tym miejscu.

Potga szumu zdziczaej wody powiadaa dzieje boju. Kiedy noga za nog idc przebyli most i kamienne galerie, de With podnis oczy po swojemu, sennie, w uroczystym uczynieniu przypatrywa si temu miejscu, skaom, rozjuszonej rzece i tajemnicom przeszoci drzemicym w czarnym cieniu.

 Jaki to urok!...  rzek do towarzysza.

 Prawdziwie...

 Mwie mi, e miejsce bitwy. Lecourbe?...

 Tak jest, miejsce bitwy. Czy chcesz moe, kochany, pozna dzieje zdarzenia?

Skin gow z wyrazem mniemanej ciekawoci, sztucznego zajcia. Rzuci popiesznie oczyma po skaacli, po drodze, po mocie... Ju za chwil oczy jego utkny w prni i powloky si ze wstrtem na kulach niedoli, sw wasn drog, jak ebrak idcy bez celu szlakami wiata. Ksi zamilk.

Ruszyli dalej, ale tylko do Hospenthalu udao si im dotrze. Wnet soce zaszo za garby Furki. Nikt z mieszkacw nie chcia sysze o drodze. Wypado tedy nocowa w tej ostatniej miecinie przed acuchem gotardzkim, dokd siga gwara niemiecka. W maej staroytnej izdebce z krzyw podog byo duszno nad wyraz. Ksi nie spa. Sysza w drzemaniu wersety litanii do Wszystkich witych, ktrymi, gono je wypiewujc, str nocny zaznacza kwadranse mijajcych godzin. Skoro wit ruszono dalej.

Sza ju przez przecz gotardzk nowa, w roku 1800 zbudowana droga, ale w tym dniu ladu jej nie byo. Zamiecie przywaliy dolin niezmiernymi zaspami. W poprzek drogi i rozdou, wiodcego na szczyt, runy nowe lodowate gry, nowe przecze, acuchy i doliny. Byy to twory rwnie bezcelowe i niepojte jak wze acuchw grskich, ktre si tu schodziy z czterech stron wiata. Jechali zrazu konno, potem przesiedli na sanie. Ale zimno nie dawao pobaania. Na poowie drogi do szczytu pucili si piechot. Brnc w sypkim niegu, a torujc sobie wci drog opatami, posuwali si w gr.

 Jestemy w samym siedlisku przyrody, na kalenicy dachu Europy. Jake si to tutaj gmatwa kb jej pomysw! Sama nie wie, co robi...  mwi ksi.

De With umiechn si agodnie.

 Po c s te gry, te bezgraniczne, ledwie ogarnione myl acuchy kamienia i przepacie? Po c s te zaspy? Na co bya okropna zawieja, ktra je tu przyniosa?

Mistrz katedry patrza w pole niene czystymi oczyma, jakby szukajc tam sw, ktre wyrzec naley. Wzruszy po dziecicemu sw wielk gow i chrapliwym gosem, naraz zwrciwszy si do ksicia, rzek:

 Nie wiem.

 Dla czowieka, aeby czowiek...

 Nic teraz nie wiem.

Na szczycie, okoo martwych jezior, ktre o tej dobie zginy bez ladu pod lodami i zwaliskiem niegw, zerwaa si zamie tak straszna, e obaj podrni zwtpili o swym ocaleniu. Stali w samych chmurach, w lodowatej pracowni niegu. Nie wiedzieli, czy dokoa nich kry noc, czy dzie. Wicher straszliwy rycza w trby jaski niewidzialnych. Przelatujc tamtdy z pnocy na poudnie globu ziemskiego, gra na harfie acuchw grskich, wista w szczeliny lodowych pieczar, gdzie ju nie masz ycia. Gardziel przepaci wyrzucaa w chmury chichotem drgajcy dech.

Serca biy przypieszonym ttnem, a nogi dray. Na p skostniali, miertelnie znueni, upadajc co krok w lotne zaspy przywlekli si do schroniska. Tam przewodnicy po dugich mozoach rozniecili ogie, zgotowali wody i jaki taki posiek. Zawinici w futrzane paszcze, podrni spdzili t noc na drzemaniu w pobliu ogniska. Nastpnego dnia z rwnym mozoem zeszli do Airolo na woskim zboczu Alp. I tam leay zaspy, a zadymka krya wiato. Najtymi komi ruszyli co prdzej w d przez Biasca, Bellinzon, Lugano. Dopiero w lombardzkich nizinach wiony ku nim powiewy italskich ogrodw i ciepych mrz. Ziemia bya jeszcze szara i zimna. Sennie nad jej mokrymi paszczyznami, dokoa nieskoczonych roww, stao drzewo oliwne, podobne do wierzb Pnocy. Ale ju tu i owdzie lnica murawa ponia si w ciepym zaciszu przykop zwrconych ku poudniowi. Wieniak wychodzi do pracy w polu i z umiechem zdumienia a mimowolnej wzgardy poglda na ciep, zabawnie obszern odzie ludzi przybywajcych zza gr. Nigdzie nie zatrzymujc si duej, rozstali si podrni na nizinach z rzek Ticino, ktr byli widzieli, gdy zlataa potokiem ze nienych jaski Gothardu. Przebyli leniw, muem i kamieniami zawalon Po.

W pierwszych dniach marca dosigli liguryjskich Apeninw i wjechali w ich wwozy. Po grskich drogach wloky si adowne zaprzgi o dwu olbrzymich koach i prastarym, starorzymskim hamulcu, cignione przez osy, muy i konie. Wonica trzaska wesoo z bata, pdzc w doliny, gdzie sta perowy zmrok wiosennych mgie, wdzierajc si na skaliste przecze, i znowu lecc dou. Gdzie rzuci okiem, say si oliwne gaje powlekajc srebrn szaroci wysche, kamieniste pagry. Lniy si pod socem chropawe jak zescha ziemia ciany domostw wieniaczych. Po nadrzeczu tulio si tam i sam zwarte, spitrzone miasteczko o domach jasnotych. Zwisa z ogrodowych murw przypoudnik o trjgraniastym liciu, a tu i owdzie kwiat jakoby naszego ostu wytryska z jego zwojw. Potworny kaktus wwierca w szczeliny ska i cian szpony swych korzeni i wystawia na soce krzywe pazury ap rozpaszczonych. Za elaznymi kratami domw zalnia kiedy niekiedy rabata lewkonii, przemkn dokoa twarzy cudowny odor gajw ranych, musn oczy daleki widok kamelii w kwiatach, siejcych dokoa swych licznych osb biae i psowe patki uwide. De With, ktry by w tym kraju po raz pierwszy w yciu, patrza na wszystko okiem zgasym tak samo, jakby mia przed sob ciany i piec zimowego mieszkania. Na szar barw jego twarzy gorcy wiatr, przylatujcy zza mrz, wywabi sabe rumiece. Midzy zsunitymi brwiami zostaa pospna rysa. Wjechali w granice Rzeczypospolitej Liguryjskiej, niegdy Genueskiej. Gry byy coraz wysze, coraz bardziej skaliste...

Nareszcie po tylu dniach rozwary si wyloty dolin, rozstpiy si skay. Na widnokrgu lnio si morze dalekie. Ksi mia w oczach pomie, a okrzyk szczcia w cinitych ustach. Nie mg powstrzyma myli, ktra, jako prawda nieujta, niejasna, nie dajca si zawrze w sowie, rozpieraa mu piersi. Rzek wreszcie:

 Jake obmierzymi s kraje, w ktrych los postawi nasz kolebk! Oto jest ziemia godna czowieka. W niej si zamyka wiat i jego dzieje. Przybieglimy do tych brzegw nie tylko cielenie, ale duszami, tak samo jak tu cigny barbarzyskie plemiona ze wszelkich obszarw i stron Pnocy, ze Wschodu i Zachodu. Nie mog si zaprze...Kamabym mwic inaczej: jeeli kocham jak krain, to tylko t. To jest ojczyzna mojej duszy... Spojrzyj...

Na kracach widnokrgu wygina si lnicy uk morski, wiecznie napity. Promienista strzaa soca leaa w jego ciciwie. Wzrok nurza si w zieleni obszarw wodnych z tak rozkosz jak w powietrzu. Chwiay si fale w wietle, podzielone przez wstgi bkitne jakoby na chry anielskie, piewajce pie morza.

Daleko, ze skalistych w dole brzegw, olbrzymie pinie wychylay nad wodami czarne korony, a najdalej na cyplu kamienistym strzelaa w niebo kpa cyprysw na podobiestwo piciu czarnych pomieni. Z nicejskiego brzegu we mgle bielay liguryjskie Alpy, a na lewantyskim czarn mas rozsiady si Apeniny, chropawe od piargw, czarne, jakby spalone przez sirocco gry Rocca, Giugo, Santa-Croce...

 Genueska Zatoka...  mwi ksi do siebie.  Melodi fal swoich wykoysaa dziecice i modziecze wichry marze, straszliwe burze dz czynu Krzysztofa Kolumba. Jej to nawanice ciosay w jego duszy wol straszliw. Ta to zatoka wywioda go w tajemnicze pustynie wd, w nieskoczony, siwy ocean, w szlaki jego modocianych marze, do Indiw... My ndzni ledwie wtymi mylami zdoamy obej te drogi przeze odkryte, przepynione a do ostatniej granicy, skd mg napisa do krlowej Izabeli te dumne, zaiste krlewskie sowa:

"Ziemia nie jest tak wielk, jak pospolity lud mniema, przeciwnie, ziemia jest maa". To samo bkitne morze wyrzucio ze swoich pian na ld starego wiata Korsykanina, pierwszego konsula, co teraz zbrodniami tyranii napenia groz Francj...

De With grzecznie potakiwa albo sucha cierpliwie. Powz skierowa si na prawo i wbieg na gwny gociniec prowadzcy do Genui. Wkrtce podrni znaleli si w jej wskich ulicach, w tych ciasnych lochach, wiodcych z gry w otwarte morze. Krtko tu jednak bawili. Celem ich podry bya posiado "brata" Vicini w okolicach miasta. Przebrawszy si w hotelu w suknie lejsze i ciesze podyli we wskazanym kierunku. Willa Vicini leaa na grze obrosej krzewami. Byo poudnie, kiedy stanli u wejcia.

Wpuszczeni do ogrodu przez staroytn elazn bram, szli przez czas pewien w gr wskim korytarzem, utworzonym przez dwa wysokie mury. Fale bluszczu przesadziy szczyty murw i pync, kapic, wiszc soplami dugimi a do ziemi, uczyniy z tej drogi majestatyczny, a zarazem cudnie przychylny kruganek. U kraca jego byy drzwi domu. Joskie i korynckie kolumny bielay na socu, barwic dalekie to ciemnych gajw niewymown plam. Sucy prosi przybyszw, eby zechcieli zaczeka na przebudzenie starego margrabiego w salonach dolnych czy w ogrodzie. Wybrali ogrd i poszli w gr po ciece wysypanej wirem drobnych kamykw, ktre morze z dalekich stron przynioso i na brzeg wyrzucio, a pracowity czowiek na tej drodze rozsypa. Mae jaszczurki przebiegay soneczne place, zatrzymujc si chwilami i patrzc zielonymi oczyma na nieznanych ludzi. Ludzie Pnocy szli krok za krokiem, wielbic oczyma cudne drzewa, a raczej niewysowion ich pikno. W jednym miejscu mur by niszy i mona byo, wspinajc si na palce, zajrze na drug jego stron. Rs tam na poudniowym stoku, ze wszech stron okolony cianami wirydarz owocowy. Wiosna go ju dotkna.

Jak senna rozkosz ukazay si przed oczyma pod przeciwlegym murem wysmuke rzgi brzoskwini, oblepione jasnorowym kwieciem, ktre same licie wyprzedza. Stao pod socem. Ksi zmruy oczy od przelatujcego ciao dreszczu. Marzy. Zdao mu si wskutek osobliwego zudzenia, e widzi jasn, niewinn, zawstydzon dziewczynk lat pitnastu. Byaby to jego siostra, czy inna, obca? Widzia j kiedy czy nie? Taka wanie jak te gazie: wszystka rowa, skromna i siostrzanej duszy... Ma j w oczach, a od tego widoku bezcennymi kroplami szczcie spywa w zaskorupiae rany serca.

 Bd pozdrowione, drzewko...

Ca przestrze zwartym gszczem zarosy rozoyste pomaracze i cytryny. Kada gazka bya obarczona pomiennymi kulami dojrzewajcego owocu. Jasnosrebrzyste cytryny liczne byy jak licie. Ju figa pucia ze swego szczytu nowotne, wte, prawie biae listowie, a sodki kasztan pki, ktre ozdobiy koce jego nagich a powikanych gazi.

Weszli do parku. Stan przed nimi eukaliptus z pniem prostym i wyniosym jak maszt, ukaza si jego cielisty odziemek, ktry zrzuca kor na podobiestwo czowieka pod zwrotnikiem, zrzucajcego ciep odzie. Sign od stp do poowy, zda si, wysokoci gry. Tam, w wyynie rozpostar swe nieogarnione konary i gazie, prty i licie zwisajce jak u topoli, ciemne i twarde niby pergamin. Wychyli si z gszczw bukszpanu laur kamforowy z maym i wtym liciem i magnolia, olbrzymia jak lipa wielowiekowa. Co krok zastpowao drog i zasaniao p nieba inne zjawisko. Wic w jednym miejscu chwia ciemnymi sukniami i tymi kwiaty, limi jakby wyciskanymi ze skry  bukszpan, dziwny obraz wierka i mirtu... W innym, midzy garbami gry, dumay brazylijskie i afrykaskie palmy. Ich pnie chropawe i wochate, najeone tarczami i kleszczynami, ksi przywita westchnieniem. uszczaste kaduby wydwigny si w przestwr i miotay tam kity pir. Wrd ich gazi leay ju na zotych prtach te, okrge, tgie gruzy niedojrzaych daktylw. Wkroczyli w gboki cie. Podnisszy oczy ujrzeli niezmierne widy, odnogi i pdy libaskiego cedru o korze brunatnej ze srebrzyst tam i sam powiat mchu, ze zotymi bulwami ywicznego obaru. Obwieszony niezmiern liczb szyszek, obszar korony cedru tworzy sam z siebie puszcz. Stojc na wyniosoci tej gry patrza ju moe w liguryjskie wybrzea tysic lat, a moe dwa tysice, bo dugoci jego wieku nikt nie wie i nie zbada... Moe gazk jego zasadzi tutaj pierwszy eglarz fenicki, moe rzuci ziarno idcy wiatami yd Wieczny Tuacz...

Tu i owdzie otwieray si midzy gajami rozlege, pochye trawniki, zamknite ze wszech stron czki, usiane kwieciem tymianku i rozmarynu. Zza drzew dochodzi wesoy i niespokojny plusk maej fontanny i ciche szemranie wody, uchodzcej w gb paskiej cysterny z biaego marmuru. Kt by si zdziwi, gdyby na jego spotkanie wyszed z wilgotnych, lnicych zaroli nagi faun o ciele brunatnym i wochatym, gryzc zot pomaracz i miejc si z otrowsk rozpust? Kt by si zdziwi ujrzawszy na gzymsie marmurowym biae jak on ciako nimfy? Ucho suchao, czy nie odezwie si radosny gos piszczaek i krzyk wiosennej radoci...

Przezieray w istocie z gbin lici biae ramiona. Ale bya to podobizna czowieka wykuta w marmurze. Kiedy zbliyli si do tego wizerunku, ujrzeli, e renice jego i powieki byy wyarte przez czas i deszcz. Patrzay bezksztatnymi doami. Ust ju nie byo, a spicie togi na obnaonym ramieniu byo tak samo porose mchem jak czoo i brwi...

 pij w spokoju, potny patrycjuszu...  rzek Gintut odchodzc z tego miejsca.

Z zadumy i znuenia wyrwa ich szelest listkw cienkich jak jedwab, wtych, gadkich i subtelnie krelonych niby wodnymi znakami, a ruchliwych i czuych na kade tchnienie bardziej ni puch. Szept koczystych listkw, gdy si jedne do drugich z trwog tuliy ostrymi w brzegu powierzchniami modrawej barwy, wzbudza szczegln lito. Biae, rwne, okrge pdy, poprzedzielane obrczkami kolan, rosy tu w kpach odosobnione od reszty rolin, jak cudzoziemcy wyrzuceni na niegocinny ld. By to biay bambus. A dalej o kilka krokw czerniay, lnic i wiecc, dzwoniy t sam zaiste mow kpy czarnego.

Wskutek cigej wdrwki pod gr podczas upau przybysze byli bardzo znueni. Siedli na kamiennej awce. Ksi Gintut wydoby teczk i j przeglda listy polecajce i papiery, ktre naleao wrczy "bratu" Vicini, skoro go wedug znakw poznaj.

Wtem podnis oczy  i papiery upady mu z rk na kolana. Naprzeciwko awki, po drugiej stronie placyku zasypanego szarym wirem, stay cyprysy w grupie tworzcej jak gdyby czarn i ciemn kaplic. Szczyty ich strzeliste, zionce w niebo ostrymi jzyki, schodziy si w grze. W gbi, pomidzy ich pniami, w mrocznej nawie, skd ranna rosa jeszcze nie odesza, stao rozoyste drzewko rododendronu, na wysoko nie przechodzce wzrostu czowieka. Caa jego korona bya w olbrzymich kwiatach, a wte listki giny midzy nimi. Barwa kwiatw bya karminowa, a w gbi kielichw ciemniejca a do najtszego karmazynu. Wytryskaa z cyprysowej ciemnicy jak gdyby krzyk symboliczny, znak-zwiastun prawdy, pierwszy raz spadajcej midzy rzesze ludzkie. Ten krzak ognisty, zioncy najpotniejszym ogniem przyrody, sta w swym ciemnym odosobnieniu jakoby arcykapan, wznoszc ku niebu tajemniczy, najwzniolejszy gos ycia.

Obaj podrni wstawszy zbliyli si ku niemu. Z rozkosz i czci patrzali na jego kwiaty olbrzymie, ktrych gb purpurow nakuwaj czarne znaki, jakoby ukszenia ciemnoci. Ksi Gintut podnis rk i uama jedn gazk otoczon kwiatami. Poda j Mistrzowi. Ten wzi j i przez chwil trzyma w rku cinitych. Oczy mia spuszczone na kwiaty.

Z naga cikie drenie przebiego cae jego wielkie ciao od stp do gowy. Upuci ga na ziemi i sta nad ni ze zwieszan gow jak nad otwartym grobem. Ksi pozna jego cierpienie.

 Nie ma ju, bracie, tej  rzek de With  ktra bya godn tych kwiatw. Dla niej tu rosy. J wysawiaj. Duch mj pozna...

Schyli si jeszcze bardziej, zgarbi. Splecione kurczowo rce przycisn do piersi. Z niewidocznych oczu jego pado na kwiaty kilka samotnych ez, a z ust te sowa ciche:

 Ktra wzgardzia mn i odesza, ktra zdeptaa gow moj i serce, i dusz moj... Odpuszcza ci si twa wina... Tak ywej jako i umarej. Niech bdzie bogosawione szczcie twoje... We wszystkim, co uczynia dobrego i zego... A jeli ju odesza z ziemi, bd bogosawiona... na wieki... Na wieki...


 Niziny
Jednego z pierwszych dni wrzenia 1804 roku Rafa Olbromski wyszed z dolin i lasw i zmierza ku nizinom. Rok z gr przesiedzia w wizieniu na zamku orawskim jak pospolity zbrodniarz, aczkolwiek nie popeni czynw, o ktre go posdzano. W cigu kilku pierwszych miesicy milcza wzgardliwie i nie chcia wymieni nawet swego nazwiska. Jako odmawiajcego wszelkich zezna, wedug nowej procedury austriackiej z roku 1803, karano go cikim wizieniem za samo milczenie. Nie mg przecie inaczej. Musiaby by odsoni ca nago swego nieszczcia, wykry tajemnic mierci Heleny de With, opowiedzie dzieje mioci i mierci. Musiaby by wydoby z lochw wspomnienia cay sekret, zniesawi po mierci t, ktra z jego winy zgina, dla uratowania swego ycia, ycia, co obmierzo... Powiedzia sobie, e lepiej tak, jak jest. Lee w barogu wizienia, a koniec jaki bdzie! I wzgardziwszy sam mierci czeka na ni obojtnie. mier nie przysza. Wysaa naprzd suebnic swoj, chorob. Tyfus wizienny porwa go w szpony i trzyma tak dugo, jak chcia. W trakcie tej choroby sprawa wykrya si nagle i prosto. Oddzia piechoty drugi regiment pandurw, Panalisten Croaten grafa von Nadasti, w kierpcach, czerwonych majtkach i baranich czapach, "lakujcy" zbjnikw nowotarskich  wykry podczas rewizji w chacie gazdy, u ktrego Rafa czasu szczcia przemieszkiwa, jego paszport i niektre rzeczy. Zabiegliwy gazda pienidze na wszelki wypadek dobrze ukry, a o papiery dba niewiele. Sdzia obieralny, prowadzcy na Wgrzech w komitacie najbliszym sprawy zbjeckie, otrzyma te dokumenty po upywie znacznego przecigu czasu, domyli si jednak od razu, e nale do tajemniczego winia. Stwierdzenie tosamoci osoby byo ju tylko kwesti czasu. Kiedy w chwili badania sdzia wymieni jego nazwisko, ten zadra i wlepi we oczy lepe z boleci. Ale za chwil, gdy go pytano, gdzie jest kobieta, z ktr, wedug wiadectwa gazdy, mieszka na Podhalu, skama z prostot, szczeroci dziecka i nadzwyczajnie bezczelnym sprytem, jakoby to byo dziewcz lekkich obyczajw, spotkane przeze na ulicach Krakowa. Sprzykrzywszy j sobie, wygna. Oto wszystko. Posza do miasta z paczem. Gdzie jest obecnie, tego nie wie. Zapewne w spelunkach miejskich prowadzi swe rzemioso. Przebranie swoje za zbjnika wytumaczy atwo i jasno, umiejtnie przeinaczajc szczegy rzeczywistego wypadku. We wrzeniu puszczony zosta na wolno. Jako szlachcic nie otrzyma nawet zwykej porcji kijw, ktr prawo austriackie egnao swoich pupilw wiziennych. Z caego dostatku otrzyma paszport swj pruski i kilka strzpw zbjeckiego ubrania, w ktre nie sposb byo si odzia. Dozorca wizienia z litoci darowa mu, co mg zby bez alu: zdarte zawadiackie buty wgierskie z cholewami, kaszkiet urzdowy pozbawiony oznak, wreszcie krtki i wyszarzany spencerek furmaski. Tak odziany, Rafa wzi kij w rk i ruszy z tego miejsca. Kiedy min elazne drzwi zamczyska, nie obejrza si poza siebie. Czmycha jak lis, ktrego rana si podgoia. Co pary w piersiach, dolinami Wagu... przed siebie! By zniszczony do ostatniej koci, zniweczony do ostatniej yy. Twarz mia t z sinymi plamami, nalan, opuch, wosy przerzedzone, brod zaros. By tak saby, e nogi w goleniach wyginay si pod nim, kolana same raz w raz leciay ku ziemi, a w doniach czu wci ogie, jakby w nich ciska dwa pomienie ywe. Jedna w nim tylko bya ch mocna i niewzruszenie twarda: Ucieka! Rwa te bez wytchnienia. Czasem na wozie Sowaka, wspinajcego si w gr po drzewo, odpocz i skrci sobie drog o zuchelek. Czasem przysiad na rozworze bryki ydowskiej i nie postrzeony przemkn kilkaset krokw. Wrd nieopisanego mozou przedosta si dolinami ku Czacy. Mia w tym miejscu odpocz, ale ujrza przy drodze kamienny sup z obroami na acuchach do zamykania szyi a rk skazanego na prgierz, wic w nocy kopn si dalej. Na przeaj, rzadko kiedy dopytujc si o drog, cign ku Krakowu. Omija trakty, szersze drogi, ludne wsie, aby go za kto nie pozna i nie zaczepi. Jeli noc bya ciepa, nie ddysta, sypia w stogach siana, w kopach potrawu, pod stertami zboa. Poywia si, jak mg. Zachodzi na odludne plebanie kocielne i udajc wdrownego Sowaka, ktry w "Polskom" idzie za zarobkiem, zdobywa misk warzy albo kromk chleba. Lepiej nieco podjad sobie u braciszkw w pewnym klasztorze, gdzie mu dano nocleg pod dachem; pniej tylko w ostatniej potrzebie zblia si do ludzi. Kilkakro udao mu si nakopa rzepy albo kartofli w odlegym stajanku i upiec je na zaraniu w jaowcowych gszczach. Do chopskich mieszka wstpowa kilkakrotnie w ostatnim godzie. Sowo proby, zwrcone do paszczynianego chaupnika, nie mogo mu przele przez gardo. A jednak musia ebra i jad chopskie kluski z mlekiem, zapraszany yczliwie do misy. Rozpowiada kmetonom aosne, a z przedziwnym artyzmem zegane historie i bawi si ywo rozdziawionymi gbami suchaczw.

Nareszcie wzgrza poczy si znia, doliny rozciga szeroko. We mgach stany przed okiem rwnie omglone...

Rafa powita je z niewysowion radoci. Jego nienawi do gr rwnaa si teraz ich wysokoci. Niziny zapowiaday co lepszego, odmian, nadziej...

By pochmurny dzie. Oboki o ksztatach ledwie dostrzegalnych grub nawa zacieay niebo. Pospna ich barwa cigaa i tpia wypieki schorzaego wiata, co si gdzieniegdzie chykiem przekradao w przestrzeni. Pnocno-zachodni wiatr nadlatywa i zacicha miecc po polach przewide i zesche dba. Naok stay cierniska opustoszae, czerniejce, brunatne od krwawnika. Tylko zarola wysokich ostw zostay na miedzach po to, eby wiatr mg obdziera ich posiwiae kudy i roznosi po wiecie. Tam i sam stojce wysmuke brzozy nie straciy jeszcze letnich lici, ale kuliy si ju i giy bez dziewiczego wdziku, gdy wicher podwiewa ich nadobne, strzpiaste suknie. Rzadko gdzie leay jeszcze na zagonach krwawe garcie tatarki i gsto czerniay badyle ziemniaczanej naci.

Szed przez bezpodn piaszczyst okolic. Wlk si suchymi lasami po niezmierzonych wrzosowiskach, ktre, jak oko sigo, okry przeliczny kwiat liliowy, po zeschych mchach trzeszczcych pod nog. Czasami las si otworzy i okazywa rud przestrze piachw, poros ciemnymi kpami jaowca.

Wski szlak przemyka si krto midzy krzakami, a na nim dwie zastyge koleiny, wyorane w piasku i dawno przybite od deszczu, prowadziy do wsi dalekiej, z chatami krytymi som, szarymi, jak szarym jest piach i mech. Niekiedy wrd tej przestrzeni, tak pustej, jakby po to tylko istniaa, eby deszcz przelatujcy tymi stronami mia na co pada, ukazywao si stojce midzy wydmami miasteczko, to znaczy  koci wyniosy, a dokoa niego komunikiem zwartym tawe tyy stod. Nad dachami kilka wielkich drzew obamanych u dou. A dalej znowu przymglony widnokrg. Z niego przywyke oko wydzieli mgliste smugi lasw, bliej niebieskie ich pasma, i szare, suche szkielety topoli a wizw, sterczce na stray jakiego folwarku. Guch cisz przerwie tylko z dala niesione naszczekiwanie psiny, ktra kwanym, ochrypym dyszkantem zoci si na swoj dol. Czasem wrona przelatujca wystraszy si miertelnie, ujrzawszy niezwyk postur wdrowca, i z wrzaskiem poszybuje do najbliszej kniei.

Ta chmurna, spowiaa strona o barwie oboku, nie zawierajca w sobie nic zgoa, przygarna wdrownika jak ywio rodzimy. Wciga pucami jej powietrze i nie mg si nasyci widokiem. Po stokro przystawa; nakry, bywao, rk oczy od wiata i patrza. Czu pieszczot tego widoku prawie fizyczn. Byo mu cieplej. Odczyniao si samo przeklestwo uroku. eby tak jeszcze posysze swoj wasn, sandomiersk gwar, swj domowy akcent, eby tak dobrn do swego dnia i swojej nocy!

W pewnym miejscu droyny uboczne wywiody go na ludny gociniec, na bit, szerok drog. Boczn cieynk, twardym szlaczkiem ludzi ubogich, szed szparko, ng nie aujc. By do kolan zbocony, schlastany przez wiatr, przeziby do szpiku koci, a godny jak pies bezpaski. Raz w raz walia tym gocicem to kareta czterokonna, to bryka krakowska, to lekka wolantka. Szy fury frachtowe, wlekli si najtymi szkapami pejsaci ydzi. Pod wieczr ukazaa si przy tej drodze w szczerym polu murowana obera, przed ktr niemal wszyscy podrni zatrzymywali si na duej. Rafa niewiele mylc, aczkolwiek zamanego cwancygiera nie mia przy duszy, przesadzi rozciapane bajora wejciowe i wkroczy do gwnej stancji. Bya to izba ogromna, wilgotna, zimna i pusta. Pod cianami stay szerokie awy i cikie stoy na skrzyowanych nogach. W jednym rogu mieci si szynkwas z wdk, piwem i pewn kolekcj zardzewiaych kiebas. W subtelnych pcieniach antakw uwija si chudy czeczyna z oczyma krzywoprzysizcy, biegajcymi na wszystkie strony. Indywiduum to milczao zawzicie i byo ze, jakby jego gocie byli czonkami band karpackich.

Rafa kiwn karczmarzowi niedbale gow i usiad sobie wygodnie w ciemnym kciku. Zapach kiebas przewraca mu kiszki i doprowadza do godowych mdoci, a odor wdki sprawia szum i zamt w gowie. W karczmie siedziao kilkoro prostactwa. Jaki furman gra w zatuszczone karty ze sugusem w liberii, drc si i swarzc. Leay przed nimi pienidze. Obok stay pkwarcia z piwem. Kurzy si na misce tusty schab i wdka szklia w zielonej flaszy.

Olbromski podlega napadom potyfusoweg godu. Domyla si, e za chwil co przedsiwemie: wydrze miso foszmanom albo zerwie kiebasy wiszce w pmrokach szynkwasu i poknie je w mgnieniu oka... Siedzia przecie jeszcze znieruchomiay jak jastrzb na erdzi i przewraca oczyma szukajc, co by rozszarpa. W pewnej chwili, daleki od samowiedzy, co si z nim dzieje, wsta ocigajc si, poziewajc nieszczerze, i z odlegoci a hardo spyta oberyst:

 Suchaj no... te... jegomo, masz tam co do jedzenia?

Szynkarz zatrzyma si w swych kieliszkowych czynnociach i, wykuwajc zby z karygodn niedbaoci, odpar zapytanie zapytaniem:

 A c by tak... te... jegomo... kaza?

 No, co z misiwa. Z misiwa! Z gotowanego, smaonego...

Karczmarz pomilcza chwil, jakby wylicza sobie w gowie szeregi potraw, nastpnie zmierzy drapichrusta wzrokiem nikiej okciem i odrzek:

 Nie. Nie mam misa ani gotowanego, ani pieczonego.

 A to, co zajadaj tamci? To skd?

 Co jedz tamci? Tamci jedz gotowane.

 No, to i mnie podasz zaraz, co tam masz upitraszonego, i kwita!  wrzasn rozkazujcym tonem.  Syszae, wasan?

 Sysze, syszaem...

 No, to ywo! Bo czasu nie mam.

Karczmarz wyciera pracowicie jak szklank.

 Mylisz moe, e nie mam czym zapaci za twoj chabanin?  doda Rafa z pogard tak szczer, jakby mia kieszenie pene dukatw, zgoa nie wiedzc o tym, e nie ma przy duszy jednego grosza.

 Ja nic nie myl -mrukn oberysta. -Paci to paci. Co mam dawa?

 Dawaj, co masz, tylko ywo!

Mwi to z najzupeniejszym spokojem, ani mylc, co bdzie dalej. Byleby tylko je! Je kup misa, ktre si dymi, chleba, co trzeszczy w zbach...

Grajcy w, karty nie przerywajc swej zabawy zwracali spojrzenia w stron sierdzistego oberwaca. Z umiechami pobaania i mrueniem ironicznym powiek zwierzali sobie nawzajem jakie o nim ciche pswka.

Karczmarz wyszed maymi drzwiami do tajemniczych ostpw swoich, a jego miejsce zaja blada dziewczynina w brudnym fartuszku i zdartych trepciach. Rafa szybkim ruchem zbliy si do graczw i kiwn gow na przywitanie, jak to szlachcic, posiadacz ziemski, kiwnie czasami z aski a dobrej woli gow, odpowiadajc na ukon pracowitego wieniaka. Tamci odpowiedzieli na ten niby ukon w sposb niezdecydowany, ni tak, ni owak, i grajc wci, pochrzkiwali i pokaszliwali, nie wiedzc, jak sobie pocz. Rafa zajrza w karty z wyniosoci, ktrej mimo usiowa nie mg w sobie przytumi.

 Ndzna jaka dziura to karczmisko.

 A bo i pewnie...  odrzek furman.

 Wasan tutejszy jeste? co?

 Nie, ja nietutejszy.

 A z daleka?

 Z daleka.

 To jest skd

 No, a wasane skd?

 Ja id od wgierskiej strony wprost na Krakw.

 Od wgierskiej strony?  z niejakim szacunkiem zapytali gracze.

 Ba, ba! Od Pesztu... Od... Czacy  doda ciszej.

 Sztuk drogi! Nawet nie umiem wyrozumie, gdzie to by moe.

 eby wiedzia! Czowiek si setnie zmitry, a tu jeszcze ten ajdak jada nie daje

 No, on tu pewnikiem w te pdy wyniesie..

 Jak te to on przyrzdza?  zada sobie pytanie, spogldajc z ukosa na "boczek" wieprzowiny lecy na misce.

Nie pytajc si o pozwolenie, odama partyk chleba, ukraja porzdny gnat misa i zacz prdko i kategorycznie prbowa, jak te smakuje. Okazao si, e owszem, jako tako. Wobec tego nala sobie kieliszek wdki i wychyli go, niedbale przepijajc do oszoomionych dworakw.

 Je mi si chce diablo, a tu jeszcze ta pokraka marudzi...  mrucza zabierajc si do lepszej, tuciejszej czci boczku.

Chleb znika w jego ustach ogromnymi skibami

 Wasan u kogo suysz? -zapyta furmana nalewajc sobie drugi kieliszek z jego butelki.

 A ja tu czekam na pana.

 Co za pana?

 A czekam z rozstawnymi komi...  odrzek wonica, w gupkowatym osupieniu patrzc na praktyki Rafaowe.

 Pan wasanw skd jedzie?

 Z Wiednia.

 Jake si, u kaduka, ten pan nazywa?

Furman zawaha si przez chwil, a pniej udajc, e nie dosysza pytania, zwrci si do towarzysza:

 No, tera ty dajesz...

Olbromski nie nastawa.

Karczmarz wynis wreszcie ze swego Laboratorium elazn rynk na trzech nogach i poda gociowi skwarzcy si w czarnym tuszczu kawa diabelskiej kiebasy oraz partyk razowego chleba. Przedziwny by smak i uroczy zapach tej potrawy! Rafa zmit j do ostatniej kruszyny, a tuszcz do kropli wytar chlebem, godu jednak nie uspokoi. By o tyle pewniejszy siebie, e mg pomyle, co przedsibra dalej. Zacz od ogldzin karczmarza i wymiaru jego si na wypadek walki, gdyby przyszo bez poegnania z karczmy czmycha. Mia zamiar znowu si zbliy do stangretw i skorzysta z nich w jaki sposb. W tym celu przysuwa si do nich, gdy przed gospod rozleg si oskot i ttent zajedajcego powozu. Furman i jego towarzysz wyjrzeli przez okno i na eb na szyj rzucili si do drzwi.

Wdrowiec ywi marzenie, e uda mu si skorzysta z rwetesu i wypa za drzwi, ale przezorny waciciel kiebas sta sobie pobonie u wejcia i skania ju grzbiet przed niewidzialnymi jeszcze przybyszami. Nie pozostao nic innego do zrobienia, tylko zaszy si w ciemny kt i czeka na umiech fortuny. Drzwi otworzono szeroko i z wolna wszed do stancji wysmuky pan, modnie i piknie ubrany. Jego kapelusz, paszcz, wysokie buty z cholewami, aczkolwiek zabocone i pomite w drodze, czyniy w tej karczmie wraenie przepychu. Modzieniec rozejrza si po izbie przymruonymi oczyma i zacz jednego ze sucych rozpytywa si o zdrowie swej rodziny, o dom i tysice drobiazgw. Zna byo, e wraca z dalekiej podry i po dugiej nieobecnoci.

Olbromski przypatrywa mu si z bolesnym strachem. Od pierwszego rzutu oka pozna tego czowieka, ale jeszcze pociesza si, ile mg, e go oczy myl. By to Krzysztof Cedro, towarzysz ze szkoy sandomierskiej, powiernik i przyjaciel... Guchy wstyd, ruszt rozpalony, wsun si pod ciao byego winia. Ogarna go jakoby matnia wielkiego woku niedoli. Oto najgorsze, co mg jeszcze przey: zetkn si z dawnym koleg w takiej odziey, w takim pooeniu i w takiej chwili! Nie mg ju nawet ucieka, gdy haba jego staaby si jeszcze bardziej gon i jawn. Zakry twarz domi.

Tymczasem Krzysztof Cedro zrzuci paszcz i chodzi po izbie, zadajc sucym pytania. Gdy tak z kta w kt defilowa, spostrzeg Rafaa. Zwrci si zaraz do oberysty i zapyta, czy na czas swego pobytu w zajedzie moe by sam. Zapaci za to, ale chce zje posiek bez wiadkw. Karczmarz w podskokach przybieg do Rafaa i wicej ni dobitnie da zapaty tudzie wyniesienia si za drzwi. Wdrowiec wolno dwign gow i rzek mu przez zby, e nie myli wychodzi.

 Zapac ci, kiedy zechc, i wyjd, kiedy zechc, a teraz bd askaw odej ode mnie, jeli chcesz nadal mie cae oko i wszystkie zby.

Oberysta skrzywi si, a jego szczki zadray jak u psa.

 Suchaj no, czeku  rzek szeptem, dobrotliwie  id zgod. Zawoam parobkw i na przykadek ka ci gnaty poama. Co ci to po tym?

Odraza do tej ndzy zbudzia w piersi Rafaa wybuch postanowienia. Pojedynczym ciosem z dou hukn karczmarza w brod z tak si, e ten odlecia a pod szynkwas. Potem wsta i zbliy si do Cedry. Stan w wietle okna i rzek:

 Czy te mi poznasz, koleko Krzysiu?

Cedro z okrzykiem achn si w ty i, wydobywszy szkieko w rogowej oprawie, zacz mu si przypatrywa, z lekka otwierajc usta.

 Krzy!... Sandomierz, Wisa, nocna wycieczka pod Zawichost...

 Rafa...  rzek tamten z cicha, zbliajc si ku niemu i wytrzeszczajc swe krtkowzroczne oczy.

 Ten sam, bracie...

 C ty tu robisz?  mamrota z przeraeniem, ogldajc jego kostium z gry na d, z dou do gry, unikajc widoku twarzy.

 Historia duga, a wiadkw zbyt wielu. Czy chcesz mi dopomc w nieszczciu?

 Ale!... Na miy Bg... Rafu... Olbromski... To on!

 Wszystko ci powiem z czasem, tylko mi o nic nie pytaj.

 Jedno mi powiedz, na Boga! Skd si tu wzie?

 Id w stron Krakowa.

 Idziesz?

 Tak.

 Czemu, na Boga! idziesz piechot?

 Bo jestem w ostatniej ndzy.

 Rafa!

 Umieram z godu.

 Miosierny Boe! Jacek, puzderko! Walu...-woa Cedro nachylajc przed Rafaem sw pikn twarz, jakby z zamiarem oddania mu pocaunku.

Wnet jednak cofn si gwatownie i z odraz, uczuwszy fetor bielizny zgniej na ciele i okropnego potu winia.

Suba wniosa puzdro z zapasami podrnymi, rozoya obrus, .i za chwil Rafa wobec zdumionych wiadkw jego ndzy pi chciwie burgunda, poera kurczta, pieczyste i przysmaki. Cedro sam usugiwa mu z nerwowym popiechem. W pewnej chwili odwrci si do sucych i namyla... Rzek do karczmarza:

 Nie macie tutaj osobnej stancyjki?

 Nie, janie panie, osobnej nie ma.

 W takim razie...

Podniesionym gosem zakrzykn:

 Prosiem, do pioruna! eby std wszyscy wyszli. Chc zosta sam na sam z przyjacielem. Przynie mi tu waliz, i wszyscy precz!

Wkrtce Rafa ujrza bielizn kolegi rozoon na stole.

Cedro rzek:

 Sam nie wiem, co robi... Niepodobna, eby mj czowiek i furman widzieli, e przebierasz si w moje suknie. Chyba zosta w tym, co masz na sobie. Tylko co tchu zmieniaj bielizn!

Odwrci si i zacz pilnowa drzwi, a Rafa przebiera si tymczasem. Ohydne, zgnie gagany, ktre mia na sobie, zwin w kb i zatrzyma pod po kubraka.

 Dawaj tamto!  sykn Cedro.  Suga wyrzuci...

 Nie!

 Dawaj, to ja sam...

 Nie, to tylko ja sam mog wyrzuci...  wyszepta Rafa z umiechem krwawego szyderstwa.  To jest moje dotychczasowe ycie. Tylko ja sam mog je odtrci...

Wsta od stou i wyszed na dwr. Obszedszy karczmisko dookoa, znalaz gnojwk i rzuci tam swoje wstrtne zawinitko. Uczyniwszy to opar si o mur i w cigu krtkiego momentu przemyla bardzo wiele. Czu wci na piersiach swych lec zdrad, jak pyt z granitu. Chcia si otrzsn i w nadchodzcy spokj uwierzy, ale mg to czyni o tyle, o ile chore rami moe dwign bry granitu. Ciko westchn i wrci do towarzysza. Ten ju zabiera si do dalszej drogi.

 Mwie mi  rzek  e dysz w stron Krakowa. Ja pdz wprost na Tarnw, do siebie. Krakw omijam. Ale jeli ci na tym zaley, walmy na Krakw.

 Bro Boe!  zawoa Olbromski.  Nie pragn bynajmniej widoku Krakowa.

 Powiedz mi.., Czy pniej... to jest... czy miae zamiar wraca do domu, do Tarnin?

Rafa namyla si gboko. Rzek z wolna:

 Prawd mwic, to adnego nie miaem zamiaru dzi, wczoraj, onegdaj... Mylaem o tym, eby z godu pod potem nie zamrze...

 Zlituj si!

 Juci pewnie, e trzeba bdzie do domu.

 Suchaj!...

 Cho w tym nadzwyczajnym kostiumie wraca w progi rodzinne... Brr!

 Ot to wanie, ot wanie!  woa z popiechem Krzysztof.

 Ale c mam czyni? Jestem jak trup. Przebyem bardzo cik chorob...

 To samo wanie miaem na myli. Suchaj  jed do mnie!...

 Jak to? do Olszyny?

 Do Olszyny nie do Olszyny, ale wprost do mnie. Mam wasny folwarczek.

 Masz wasny?

 Jake? Stokosy!

 Bj si Pana Boga... Wstyd mi wraca do rodzinnego domu, a jake ja pojad do ciebie? Co na mj widok powie twj ojciec?

 Przede wszystkim pojedziemy do Tarnowa. Tam si przedzierzgniesz w eleganta pierwszej wody. Chodzi tylko o to, eby suba nic nie wiedziaa. Co za do ojca, to wierz mi, e przyjmie ci jak rodzonego syna. Wszake jestemy w kuzynostwie. A zreszt... Rafaku, bagam ci...

Powiedzia to gosem dawnym, dziecicym, sandomierskim.

 Rad bym z duszy-serca, ale zwa tylko...

 Wszystko rozwaam. Przecie mwi ci, e mam swj wasny folwark. Tam mieszkam i robi, co mi si ywnie podoba, wrciwszy z Wiednia.

 Wrciwszy z Wiednia... Czy ty stale w Wiedniu mieszkasz?

 Czy stale? Prawie...

 Co tam robisz?

 Co robi?

Przecign si i umiechn z gorycz.

 Robi nic nie robi, ale... staram si...

 O pann?

 Na szczcie, jeszcze nie o pann, Cho i to wkrtce spadnie na moje barki.

 Jake to?

 Na teraz, uwaasz... staram si o szambelani...

 Bagatela!

 Ale ? propos... Dochodziy nas wieci, e bawisz w Warszawie, e si ocierasz o najlepsze towarzystwo. Kto nawet wspomina, e naleysz do kompanii spod Blachy.

 Tak, tak... byem w Warszawie... Ale to ju dawne rzeczy.

 A masz zamiar wraca tam kiedy?

 Do Warszawy? Przenigdy!  zawoa z ponurym na czole marsem na wspomnienie ksicia Gintuta, masonw i ich przewodniczcego.

Teraz dopiero pomyla, e powrt do Warszawy i w ogle w granice Prus Poudniowych groziby mu kryminaem, a co najmniej ledztwem z powodu zaginicia pani de With. A na samo wspomnienie wizienia krew cinaa si w jego yach. O tak! Znikn w odlegym folwarku przyjaciela, zaszy si w guszy, przypa w kotlinie midzy zagonami jako zaszczuty szarak. Nie wiedzie o niczym, o niczym... Podnis na Krzysztofa oczy i rzek:

 Jeeli ci to bdzie na rk, to z rozkosz, z prawdziw rozkosz pojechabym do ciebie.

 Voil?. To lubi. Jacek, zakada!

Wkrtce wygodna wolantka, cigniona przez kasztany w lejc zaprzone, unosia ich tym samym gocicem w dal zasnut sinymi lasami. Olbromski mia teraz to, czego tak pragn: nie wiedzia o niczym. Okryty by burk przyjaciela i ta go chronia od deszczu, ktry tego dnia by mu wrogiem osobistym. Nie czu godu ani pragnienia. Znuenie wyciga ze strudzonych koci miarowy, rozkoszny ruch.

Zanosio si na deszcz i lekkie krople niekiedy muskay po twarzy. Wiatr rzewy i coraz surowszy powiewa. Wskutek odrbnych dziejw uczucia Rafa teraz dopiero zacz pojmowa swoj niedol. Patrza na ciek biegnc brzegiem botnistego gocica i widzia tam siebie. Czu swe schorzae nogi w achmanach uebranych w wizieniu, jak id po twardym gruncie. Spoglda na gliniane przykopy i widzia w nich miejsca swego spoczynku. Spoglda w odlege strony i dostrzega jeszcze swe pode, ndzne, plugawe uczucia, achmany gnojowe. Wzbiera w nim bezprzykadny gniew i bunt. Z caej duszy i ze wszystkich si szuka winowajcy, ofiary...

Dzielne konie parskay, wawo i ostro sadzc gocicem. Kaduby furmana i lokaja miarowo, sennym ruchem koysay si w prawo i w lewo, do taktu z wahaniami pojazdu. W miar tych ruchw w duszy Rafaa tworzy si poczy fale myli tak niestae jak nachylenia wolantki, zalene od czego z zewntrz, od byle trcenia do taktu. Pyny dugimi smugami jak muzyka niestaa; podarta, poszarpana, niepewna minuty, niepewna sekundy.

Oto pola, pola aobne pod jesie. Zbrudziy je ju nowe zagony. ta, czerwonawa glina wybija si w nich spod jaowej szaroci piachu, sama bardziej od niego jaowa. Przewracaj, pracowity kmiotku, ten szczery piach i szczery i, przewracaj do ostatka drewnian soch! Zlewaj go potem i zami, zasypuj chudym ziarnem, odjtym od ust dzieciskom w brudnych gaganach...

W szczerym polu, na ugorze, pas si dwie krowiny, a obok nich kuca na ziemi pasturka, workiem od deszczu i zibu nakryta; podobna z dala do szarej skiby czy do kamienia polnego. Bose nogi, nagie kolana podwina pod si, rce wtulia w zanadrze, okrya si wystrzpion spdniczyn. Grzeje si jako moe, to workiem, to paczem, to piosneczk dziewczysk:

Oj, da moja, da-da-da!

Oj, da-da-da da moja...

Oto ugr, tak wida ndzny, e go tkn nie chc rce niczyje. Trawa go ledwo-ledwo porasta. Na zagonach strzelaj proste, wysokie zote dziewanny. Teraz okrywa je jasnoty kwiat-zotogw. Kwiat-ndza. Zatknij go sobie za mierdzc czapczyn, kmiotku pracowity, gdy idziesz z karczmiska na rozstajnych drogach! Niech si serce twoje rozweseli, a oczy rozemiej do szczerozotej dziewanny  ndzy...

Jarzb przydrony. Nisze gazie obamane rk pracowitego, gdy idzie z karczmiska na rozstajnych drogach. Wydarte z pnia wisz i suchymi listkami szeleszcz. Na wysokich, na niedostpnych rzgach pon cierpkie jagody, wyszczerzajc si spomidzy lici tych i rumianych, jak miech obrzydy, nie do zniesienia...

Z obu stron drogi zbliay si coraz bardziej ku jadcym skrzyda rozlege szerokiego lasu. Pada zmierzch, kiedy bryczka znalaza si u jego skraju. Gociniec zanurza si w ciemn gbin i gin zupenie, jakby tam kres ostatni znajdowa. Las by suchy, na piachach. Ndzne, cienkie sosny ledwie byo wida w smutnej omie, co wolno zewszd spywaa. Zdawao si, e niady, bkitnawy dym napenia przestwr i widok drzew z oczu wydziera. Smutek si flata na tej gincej, na niepewnej drodze. Niemia odraza oblaa wszystkich: furman co szepta do lokaja, Cedro przecign si i tgo zawin w paszcz. Byo cicho, chocia gr, po szczytach drzew, przewraca si wiatr i koysa je w prawo i w lewo. Na gbi spokj panowa jak pod dachem i midzy domowymi cianami. Sycha byo nieustajce powistywanie pnych konikw polnych.

Rafa uczu, jak serce w nim ciska si i drtwieje. Pierwszy to raz przestaa go bi dola od tamtej chwili. To ciche, niecierpliwe wierkanie zdao si biec za nim, czepia si wartkich k bryczki i elaznych podkw koskich, a woa z ziemi za uciekajcym...


 Powrt
W kilka dni pniej, dobrze po pnocku, obadwaj przyjaciele dojedali do Olszyny. Zabawili dzie w Tarnowie, gdzie Rafa przeistoczy si w eleganckiego modzieca, a nastpnie w cigu caej niemal doby, dwa razy przeprzgszy konie, dyli ku ostatecznemu celowi podry. Jaki czas jechali brzegiem rzeki pyncej w do wskiej dolinie, ktr zasypa kamieniec, wir i piasek. Nad wieczorem dopiero powz zjecha z wyniolejszych paskowzgrz, z garbw bezlenych w sam rozd Wisoki. Rafa poczu nozdrzami powiew z ziemi nasikej wod, zadrzewionej, wiklowej. Oczy jego nie mogy dojrze w szarzejcym krajobrazie przeciwlegych, zawilaskich brzegw... Kady szczeg by dla nich tutaj poniekd znajomy. Mijali wsie dugie, zamone, gsto zabudowane, gdzie pleciak wiklowy wygradza kady zaktek, kad ciek. Pdzili alejami wierzb i brzz, zoonymi z drzew tak grubych, wyniosych i rozoystych, e zdaway si by utworami ludzkiego snu o widziadach. Latarnie powozowe ciskay w zapocia, w podwrza i sady wiejskie raptowne smugi wiata. Widzieli wtedy ogromne tarcze sonecznikw, jakby przestraszone gby prostacze, gapice si zza parkanw... Wysokie, badylaste malwy i jaskrawe georginie przypominay Rafaowi wsie z tamtej strony... Tak samo jak tam liwkowe drzewa giy si wp pod ciarem owocu i, podpierane drgami, chyliy ku przechodniowi gazie z nieskoczonych sadw. Gruszki jak dzbany i liczne jabka migay midzy strzechami. Suchy li opota ju wszdy po drzewach i przejmowa serce szczegln tsknot do rodzinnego domu, trosk o swoich.

Krzysztof opowiada przyjacielowi o tych miejscach szczegy co ciekawsze, legendy, dawne podania i dzieje. W umyle suchacza tworzy si jakoby welon, zasona drogocenna, osaniajca tajemniczo te sioa ledwie widoczne, wzgrza, gi, lasy, krzye przydrone...

W nocy powia ostrzejszy wiatr od Wisoki i odwieczne aleje wyday z gbin swych gos stary i potny. Rafa nastawi twarz przeciwko temu powiewowi rzecznemu. Rzewo serce uderzyo mu w piersi, ale wnet je zdawiy wspomnienia... Znowu zamkno si w sobie.

Dojedajc do Olszyny, Cedro nie mg usiedzie na miejscu. Stawa w bryce, przechyla si to na t, to na tamt stron, o co wypytywa wonicw... Czasami wyskakiwa i szed prdko pod gr, wesoo gwidc i popiewujc. Z pewnego pagrka day si widzie w oddaleniu wiata.

 Nie pi!  zawoa Krzysztof dziecicym prawie dyszkantem.

Zawstydzi si zaraz tej swojej czuostkowoci i doda tonem sztucznie chodnym a drwicym:

 Bdziesz musia, kochanku, asystowa przy ministranturze czuych scen familijnych od pocztku do koca...

Powz stoczy si ze wzgrza i chwil zatrzyma przed bram. Ale nim sucy zlaz z koza, eby otworzy, ju wierzeje rozwary si z trzaskiem. Sycha byo zajade naszczekiwanie psw, wrzaw i woania ludzi z latarniami biegncych do powozu. Wprdce obadwaj przyjezdni znaleli si na stopniach szerokiego przedsionka. Krzysztof rzuci si w ramiona kogo, co sta w cieniu. Szepta najczulsze nazwy, oddawa najrzewniejsze pocaunki. Rafa zaenowany sta z boku. By oniemielony i wcieky na przyjaciela za te czuoci.

Zaczyna si ministrantura...  myla w pasji.

Krzysztof porwa go za rami i cign ku drzwiom. Tam przedstawi go ojcu mwic:

 Oto papa ma przed sob mojego wybawc z nurtw Wisy. Sam we wasnej osobie  Rafu Olbromski!

 Prosz, prosz... Witam!  mwi przyjanie stary pan, ktrego Rafa mia przed oczyma.

 Si go zabraem z drogi...

 Wchodcie, wchodcie do pokoju, bo zimno. A gdzieecie si to zdybali? To dobrze, e przybywasz, panie Rafale... Ciesz si podwjnie, bo jestemy w kuzynostwie, aczkolwiek dalekim. Ojca paskiego pamitam jeszcze z roku... czekajcie...

Rafa widzia to doskonale, jak wielkiego wysiku owocem byo zastosowanie wzgldem niego koniecznej grzecznoci w chwili, gdy stary pan tak dalece by zajty synem, e si potyka na progach, potrca o odrzwia i zawadza o rogi stow. By to szczupy mczyzna lat okoo szedziesiciu, z twarz schorowan, wydelikacon, subteln i jeszcze pikn. Gow jego osaniaa gadka peruczka bez pudru, a grn warg okrywa may, podgolony i przyczerniony wsik. Ubrany by we francuskie jedwabne szatki, w poczochy i pantofle. abot i chustka na szyi, koronkowe mankiety, utrzymanie paznokci i rk, sposb trzymania ich na stole, nawet wwczas gdy oczyma i sowami pieci syna, dawao mono w starszym panu Cedrze pozna eleganta pierwszej wody, czowieka najlepszego towarzystwa. Oczy jego byy przymglone zami szczcia, gdy patrza a patrza na syna, ale i wwczas nie usta w nich wyraz badawczoci i siy. Wrd najczulszych sw i najrzewniejszych uciskw paday z jego warg rozkazy, ktre w mgnieniu oka wykonywali lokaje krccy si dokoa stow. Gdy przybyli zasiedli do wieczerzy w wskim pokoju przylegajcym do wielkiej sieni, z drzwiczek ukrytych w kcie za szaf kredensow wybiega moda panienka lat czternastu, pitnastu, w nocnym szlafroczku. Rzucia si w ramiona brata.

 Mery!  zawoa mody Cedro z uczuciem radoci. Panienka wnet podniosa gow i spojrzaa na niego z zabawnym umieszkiem. Za chwil szepna:

 Czy przywioze?

 Naturalnie! A teraz patrz no, trzpiocie...

 Jakem szczliwa!

 Jeste ubrana jak pasterka Filis, a tymczasem... Przedstawiam ci naszego kuzynka Rafaa Olbromskiego.

 Kuzyna...  wyszeptaa z najgbszym zdumieniem, odgarniajc loki i wlepiajc w Rafaa oczy tak oszoomione, jakby jej przedstawiano biaego niedwiedzia albo jaguara.

 Masz go czci, szanowa, powaa i comme de raison kocha, jest to bowiem wybawca z nurtw Wisy twego brata, szambelana Jego Cesarskiej Moci, rozumie si, szambelana in spe, a oprcz tego jest to przedstawiciel socjety warszawskiej, ktry wanie wyda wyrok o twoich koafiurach. Ale prawda, gdzie Kurtiwronka?

 Elle dort...  szepna siostra nie spuszczajc oczu z Rafaa.  pi licznie, zoya rce...

Krzysztof z bazesk min pokaza, jak to Kurtiwronka trzyma rczki zoone nadobnie na szedziesicioletnim onie dziewiczym.

 Ile razy ziewna przed zaniciem?

 Siedmnacie grubo i trzy w wiolinie.

 Siadajcie, siadajcie do stou!...  woa ojciec.  Jutro bdziecie mieli dosy czasu na plotki wiedeskie i olszyskie. Patrz no, Krzy, co to tu podaj...

Najstarszy z lokajw, umiechnity z tak szczer radoci, jakby to jego rodzony syn zawita pod strzech domow, wlewa pieczoowicie na talerz Krzysztofa zup z owocw, zaprawion mietan. Modzieniec ujrzawszy to widowisko wycign rce ku niebu i zawoa:

 Garus! Nareszcie, nareszcie... O, Niemcy! jeli wam kiedy przebacz, e blisko rok nie kosztowaem ludzkiego jedzenia... O, Niemcy, narodzie filozofw i kiepskich generaw! Skarz mi, gromowadny Jowiszu, pozbaw mi nadziei otrzymania klucza szambelaskiego, wydrzyj mi z piersi serce hrabiowskie...

 Krzy, ju drugi raz... lekkomylnie...  sykn ojciec wznoszc uroczycie palec do gry.

 Milcz, papo, gdy jem i jestem wzorem kochajcych synw... A czy s i kartofle ze skwarkami?

 Ze wieutek mod sperk!  szepn mu prawie do ucha w najstarszy midzy lokajami.

Kilku modszych z nabonym niewolniczo zadowoleniem przypatrywao si, jak to janie panicz uwija prostack zup.

 A gdyby te tak domniemany szambelan... przepraszam, papusiu!...  mrucza Krzysztof  gdyby te wasz mody pan i dziedzic, przybywajcy z dalekich Niemcw, dosta jeszcze "pdzirybi"? C wy na to?

 Jest gotowe...  umiechn si lokaj stawiajc nowy talerz.

Za chwil Krzysztof z byszczcymi oczyma kraja na wierci pain de gibier, mrugajc na Rafaa, eby czasu nie traci. Ojciec i siostra w milczeniu i zachwycie przypatrywali si modemu. Mery czasami odrywaa wzrok od jego twarzy i zabawnie ledzia Rafaa.

 Czy papa widzi, co za koafiura!  mwia parskajc miechem i wskazujc ostrzyenie gowy brata z pozostawieniem na ciemieniu wysokiego, ufryzowanego czuba.

 Nie miej si z elegantw wiedeskich, bo zostaniesz star pann i bdziesz wtedy przed zaniciem ziewaa siedmnacie razy grubo i trzy w wiolinie.

 Rafu! czemu nie jesz?  woa rzucajc si z noem i widelcem na ulubione potrawy.  Zlituj si, nie zwlekaj, bo ja za nic nie rcz. Mog zje wszystko. Tylko jeszcze pieczone kartofle...

 Ju podaj...

 Mylaam, e zgubisz nareszcie w Wiedniu swe furmaskie gusta...  szydzia siostra.

 Tylko jeszcze pieczone kartofle!... Herr Je! c za kartofle!... Tylko w Polsce, to jest Zachodniej Galicji, ta amerykaska sierotka... Niemcy, jeli w ogle jedz...

 Pniej bdziesz obmawia Niemcw, teraz musisz, musisz opowiada. Ju moge zaspokoi gd, wic zaczynaj. Ostrzegam, e jeli nie bdziesz mwi rzeczy ciekawych, wcale nie dostaniesz ciastek cioci Matyni.

 Opowiem wszystko, tylko dawajcie duo ciastek cioci Matyni, duo, jak dla chorego! Rafu! nie ye jeszcze na wiecie, jeli nie znasz ciastek...

 A propos... gdzieecie si panowie zetknli?  spyta stary pan.

 W Tarnowie  szybko rzek Krzysztof.  Rafa powraca wanie z Bardyjowa, gdzie na wodach bawi z przyjaciomi, szukajc... czy mam wyzna?

 Tu ley sekret...  mia si starzec.

 Ale nic sobie nie upatrzy. Niemeczki, Czeszki, Wgierki... To nie dla nas. Mia ju z Tarnowa wraca da siebie w Sandomierskie, ale go namwiem, eby zamiast gnunie u rodzicw zawita do mnie, eby pozna oryginaa Trepk. Obiecaem mu dla zachty, e papu obmyli dla niego jak doskona karier...  doda bez wahania, widzc dobrze, jak ojciec skrzywi si i wzruszy ramionami.

 Opowiadaj...  nastawaa Mery przypatrujc si wci Rafaowi jak dziwowisku.

 Zaraz, zaraz... Nie mona od razu, mocia panno... Ale skoro si tak wszyscy niecierpliwi, wic incipiam... Od czeg? Naturalnie... Skoro zjawia si w domu rodzicielskim "hrabia" Krzysztof Cedro...

Policzki starego pana wolno si zabarwiy i rado miaa si w jego oczach, z lekka przysonionych rzsami.

 Skoro zjawia si w domu rodzicielskim hrabia Krzysztof Cedro, to od czeg ma zacz swe wiedeskie epos? Naturalnie od poszukiwa w archiwach. Okazao si, e Marcin Cedro...

 No, tak, tak...  rzuci ojciec z nieszczerym lekcewaeniem  wiemy dobrze, kto by Marcin Cedro...

 Ale kiedy wynalazem now jego misj, jakiej oko nie widziao ani ucho nie syszao. Za Michaa Korybuta jedzi w misji sekretnej...

 Kto tam dzi na takie rzeczy zwraca uwag!...  rzek ojciec sentencjonalnie.  Dzi dla nas powinno by maksym to samo co za Rzeczypospolitej: rwno szlachecka. Szlachcic na zagrodzie rwny wojewodzie. Posuchaj, co mwi Trepka. Nieprawda, kuzynie?

Rafa mrukn co niezdecydowanego. Uczu tylko po tym pytaniu bardziej, ni przed chwil, jak go twarz pali, zarwno od schostania drogowego przez wiatr, jak od nawau wrae.

 Filut z papusia...  szepn Krzysztof nachylajc si ku ojcu i caujc go w rk.

Po chwili rzek gono zwracajc si do lokajw:

 Od dnia dzisiejszego macie, zbiry, tytuowa janie pana nie inaczej, tylko janie panem hrabi, panienk  pann hrabiank, a mnie... Mnie tymczasem jeszcze nie! Jak ma by rwno, to rwno. I tak jestem szlachcic na zagrodzie, wic rwny temu oto... panu hrabiemu i pannie hrabiance.

Stary pan poprawia mankiety, umiecha si, ale i syka niecierpliwie.

 Jeste hrabiank z mojej aski...  rzek Krzysztof zwracajc si do siostry.  Przynie za to jeszcze ciastek. Gdyby nie ja, siedziaaby midzy parafialnymi makolgwami jako rwna pierwszej lepszej na zagrodzie. Aha! Naka Kurtiwronce, eby do ciebie nie przystpowaa bez comtesse'y.

 No, teraz ju opowiadaj o Wiedniu, Krzy...  bagaa siostra wieszajc si u jego ramienia.

Rafa przypatrywa si tej panience, gdy tak z roziskrzonymi oczyma braa udzia w rozmowie, z uczuciem nieuchwytnej prawie odrazy. Jej loki, biae czoo, rowe policzki, adna, ciga twarzyczka przypominay mu o istnieniu kobiet i napeniy gow niejasnym udrczeniem, piersi szlochaniem, ktrych opanowa nie ma czasu wrd oywionej rozmowy. Nade wszystko gdy pochylaa si z szeptem gorczkowym ku bratu, gdy zatapiaa w nim oczy, Rafa wzdryga si i cierpia na caym ciele. Czu, jak si w nim wwczas zatapiaj niewidzialne ky mczarni.

Na szczcie, po wieczerzy wszyscy przeszli do pokojw paradnych, znajdujcych si po prawej rce od wejcia. Byy wieo, wida w przewidywaniu penoletnoci Mery, wyrestaurowane w gucie angielskim. Wszystkie meble byy z drzewa mahoniowego, a proste, bez ozdb. ciany pomalowano w arabeski albo widoki ruin i bladych pejzaw. Dwa niewielkie gabinety odznaczay si szczeglnie ow modn simplicite: byy powleczone nikym kolorem z wtymi szlaki, a ozdobione niewielkimi obrazami szkoy woskiej. Ale w gbi domu istniay jeszcze stare, nie odnowione, zapomniane pokoiki, saloniki, nie na pokaz, gdzie ocalay podniszczone, staromodne obicia szpalerowe i brokatele, dawne meble w gucie francuskim, esowate, na wygitych nkach z rzebionymi kwiatami i bukietami. Tam jeszcze marzyy o ubiegej wietnoci i dniach tryumfu chiskie stoliczki, poobamywane i starte inkrustowane szafki i cacka. Straciwszy prawa modnego bytu i aski w salonie, zdaway si kry swoj ndz po ktach najmniej widocznych. Przechodzc obok duego zwierciada w pierwszym salonie, Rafa rzuci w tafl spojrzenie  i cofn si na widok swojej osoby. Pomimo przebrania w przyzwoite, a nawet wykwintne suknie wyglda na zamaskowanego zoczyc. Nalana twarz bya w tej chwili pokryta sinymi i szkaratnymi plamami, rzadkie wosy oblepiy czoo poorane w bruzdy, a oczy spoglday z dzikoci i drapienym brutalstwem. Wszed prdko do ssiedniej salki. Staremu panu sprawiao to oczywist przyjemno, e przed dalekim a niezamonym krewniakiem moe pochlubi si nowomodnym urzdzeniem domu. W istocie salon by obszerny i piknie umeblowany, ale Rafaowi nie zaimponowa. Lokaje zapalili wiece w kandelabrach ciennych, w wiecznikach wiszcych i stojcych. Krzysztof obrci si do pantaleonu stojcego w rogu i zagra ulubion, wida prawie domow piosenk:

La nuit tomboit dans la prairie,

L'Echos dormoit dans le vallon,

Pres du ruisseau chantoit Amlie...

Stary pan usiad w fotelu, przymkn oczy i z umiechem rozkoszy, z niewymown radoci w zazawionych renicach oddycha t melodi. Nogi jego, obute w pytkie pantofle i poczochy, nieruchomo spoczyway na dywanie; splecione i zacinite rce zdaway si przytula do serca oddalone gowy dzieci.

Panna Mery, wsparta na ramieniu brata, z pocztku niemiao, a pniej coraz wyraniej, pikniej zacza nuci bez sw. Gowa jej, otulona obokiem lokw, nachylona bya zrazu ku bratu, ale stopniowo wznosia si, zwracaa ku ojcu, wreszcie ku niemu, ku gociowi. Z piersi dziewiczej pyna coraz wyej i wyej, uroczyciej i pikniej, bujna melodia piosenki. Wreszcie popyny wyrazy:

Au matin dans les prs de Flore

La rose a l'instant de 'ouvrir

Attend que la vermeille Aurore

Sur son char amene Zphir...

Ale Krzysztof przerzuci si wnet do innej melodii. Siostra z pocztku nie moga jej znale w pamici. Zawoa nie przerywajc gry:

 Air: "Dans un bois solitaire et sombre..."

 Aha, ju wiem!...

Zacza piewa:

Auprs d'une fconde source,

D'ou coutent cent petits ruisseaux,

L'Amour fatigu de sa course

Dormoit sur un lit de xoseaux...

Stary pan nie mg udwign powiek ani rozerwa umiechu lecego na ustach. Nie chcia moe sposzy chwili gbokiego, piewnego szczcia, co napenio po brzegi zaciszne pokoje wiejskiego domu...


 Dziwak
Tylko kilka dni modzi panowie zabawili w Olszynie. Krzysztof wyrywa si do swoich Stokosw, folwarku odlegego o dobre pi wiorst od Olszyny. Aczkolwiek niele mu byo w domu rodzicielskim, pragn przecie pochwali si przed Rafaem sw wasn chudob i uwolni go od dosy ceremonialnego ycia we dworze.

Pojechali nareszcie. Folwark lea w lasach, midzy dwoma paskowzgrzami, a w dolinie niewielkiej rzeczki wpadajcej do Wisoki. Trudno byo wyobrazi sobie co pikniejszego nad owe lasy. Kady parw napeniony by ostpami bukw, dbw, brzz, grabw, klonw. Kady pagrek by piknym parkiem. Teraz, na jesieni, owe wzgrza i wwozy pony od tej i rdzawej barwy. Jadcemu tamtdy pierwszy raz serce bio ze wzruszenia. Zdawao si, e pomienie i dymy kbi si, buchaj z tych wyniosoci i rozdow. W gbi kryy si zimne polanki, tym zielesze, im bardziej pomienist bya barwa zwisajcych lici. Sam dwr w Stokosach sta w lesie, midzy sosnami, na wysokim brzegu rzeki. Dach jego by ju mocno zmurszay, wielokro reparowany wieym gontem; a mocni tu i owdzie wygity. Modrzewiowe ciany zasuway si w ziemi. Dookoa rozsiada si ogrd, przechodzcy w las. Tu za oknami kwity, podobnie jak obok chopskich chaup, wysokie malwy, te albo brunatne georginie, jasne nagietki i ogniste krzaki nasturcji. Gdy bryczka zatrzymaa si przed gankiem, na spotkanie przybywajcych wyszed jegomo redniego wzrostu, zawidy, w wieku, ktry trudno by byo okreli, gdy mg waha si midzy czterdziestym a szedziesitym rokiem ycia. Twarz mia smag, ciemn. Gste jego wosy zwizane byy staromodnie, z niemiecka, w tyle gowy. Wystajcy, cienki nos stercza nad ustami tak wskimi, e stanowiy niemal linijk.

Podobnie oczy zna byo jakoby dwie szpary pod czarnymi i grubymi brwiami.

Jegomo w mia na sobie dosy dziwaczne ubranie, bo akiet, niegdy wykwintny, krojem francuskim, z jedwabnymi wyogami i kamizelk, a na nogach grube buty z cholewami do kolan, dobrze ojem smarowane dla uchronienia stp od wilgoci. Zamiast abotu, niezbdnego .przy francuskim surducie, mia szalik weniany, obwizujcy konierz koszuli najzupeniej sarmackiego kroju.

 Upadam do ng pana hrabiego!...  woa schodzc ze stopni ganku bez zbytniego popiechu.  Nareszcie pan hrabia raczy sobie przypomnie dziedzin swoj... cha, cha!... Pewny ju byem, e pan...

 Hrabia...  dorzuci Cedro.

 e pan... cha, cha!  nigdy do nas nie zjedzie.

Byo rzecz oczywist, e podkrela owe tytuy i e z nich wanie mia si tak wesoo. Ku zdumieniu Rafaa Krzysztof pocz mia si rwnie, cho nieszczerze i z przykroci.

 Witam i ja pana posa, dobrodzieja mojego, mentora... Jake cenne zdrowie?...  krzycza wyskakujc z bryczki.

 Pan hrabia askawo swoj roztacza raczy jako to soce. Mio mi jest ogrza si w promieniach aski.

 Pan pose siwiejesz nie na arty...

 Z troskw o dobro paskie... cha, cha!... Omiel si zapyta nawzajem o zdrowie... cho to od jednego rzutu oka wida, e tyjemy na niemieckim chlebie...

 Czy by moe?

 Prawd mwi. Zupeny butrym!

 Cha, cha!...  mia si Krzysztof stajc naprzeciwko i biorc si pod boki.

 Jake si ciesz!

 Pozwoli pan pose dobrodziej, e mu przedstawi przyjaciela a najbliszego socjusza od serca, koleg z lat szkolnych, i e poprosz dla niego o gocin w Stokosach. Jest to im pan Rafa Olbromski. Rafaku  im pan Szczepan Nekanda Trepka, ci-devant posiadacz wielkiej fortuny, ktr na polityczne interesa przefacjendowa, prawie pose na Sejm Wielki, peregrynant, wolterianista, encyklopedyk, tudzie szyderca z rzeczy, e si tak wyra...

 Ciesz si mocno z poznania przyjaciela pana hrabiego i suby moje pokorne polecam. Zarazem musz zaprzeczy nadawanej godnoci: nigdy w izbie poselskiej nie byem.

 Ale moge by. By wybrany... Ale uwaasz, upr, co tego... cyrkumstancje...

 Zbyt wysoka godno jak na chudopacholski rozumek. Nec sutor... A co do uporu, to moe i prawda. Twarde by i karki rodzia nasza ziemia lubelska. Prosz pokornie do pokojw...

Weszli do izb wybielonych wapnem, o maych oknach i wielkich belkach podtrzymujcych powa. Stare, drewniane sprzty, bardzo dawne kara, stoy, awy i szafy byy w porzdku utrzymane. Krzysztof Cedro zrzuci paszcz z ramion i obj Trepk serdecznie a czule. mieli si obadwaj do rozpuku, lec w ramionach.

Dugo te pan hrabia myli zabawi w tej dziurze?

 O, dugo, stary adherencie diabw, bardzo dugo! Wazimy ci na kark obadwaj oto z Rafciem. Bdziemy gospodarowali. Bierzemy si do roli.

 Pan hrabia take!

 Sdzisz moe, Szczepanku, e tylko ty masz prawo do gospodarki na roli dlatego wanie, e swoj lekkomylnie puci z dymem?

 E, c tam moje sdy. Oto przyjaciel pana hrabiego mgby w istocie myle, em wielk jakow fortun diabom przynis w ofierze. Bynajmniej! Mierna to bya, porednia fortunka szlachecka. Fenomena klimatyczne tudzie inne zmniejszyy jej okrgo, a ostatecznie lubelski upr popchn wy wzmiankowan Wlk z przylegociami nad nieprzyjemn rzek Kocytus. Dzi nie masz dla mnie nic z niej innego okrom pragnienia, aeby teraniejszy waciciel udawi si jej dochodami. Oto wszystko.

 Nie wszystko. Opowiedz historycznie.

 Tre niewarta formy. Chyba na rozkaz hrabiowski. Byem wanie w stadium peregrynacji po obcych krajach, kiedy z mego dziedzictwa zostao jeno pewne quantum drukw, traktujcych o uzdrowieniu tego, co ju byo na dobre strupieszao w grobie. Wwczas ten oto tutaj przytomny rodak, im pan Krzysztof Cedro spotkawszy mi w cikiej opresji na ryngach wiedeskich, zaprosi po ssiedzku. Chod, prawi, stary wczykiju, na rezydenta do Stokosw... Poszedem volens nolens. Co wiksza, fornalw posa a do Wlki i ze starego lamusa zabrane kaza przywie dwa pkoszki drukw oraz skryptw do tego oto Tusculum. Syszane rzeczy. Przybywszy ja za personaliter, aby poegna paterna rura, i zapakawszy...

 Ty zapaka, szyderco!...

 A obaczywszy siedzcego w pradziadowskim gniedzie szczygieka udaem si za ksikami i razem z nimi znalazem gocin...

 eby to gocin! Zacz si tu, Rafaku, rzdzi jak szara g! Wada majtkiem, wtrca si w interesa caego dominium, rachuje nas jak fiskus, akcydensa wydziela jak skpy dziadzio. To z Wiednia musiaem go zasypywa sodkimi listami, eby mi przysa cho par czeskich na makagigi. Pdza nam mandatariuszw tak dalece, e ani jeden wytrwa przy nim nie moe...

 Przesada!

 W sztuce ekscytowania pejzanw przeciwko zwierzchnoci gruntowej przeszed samych urzdnikw krajzamtu. Chaty im buduje z paacowatymi oknami, felczerw sprowadza, gdy si w karczmie pokrwawi, dni na paskim zmniejszy usque ad absurdum...

Trepka cmoka ustami.

 Ale co najzabawniejsza... cha, cha!... szko umyli wybudowa tu w Stokosach. Sam powiedz, Rafaku, mog pozwoli na takie marnowanie mienia? Sam ja tu teraz popatrz na twoje sprawki!

 Naprzd trza byo waci same sprawki obaczy we wzorze. Ale tego w Wiedniu nie znajdzie.

 A gdzie to trza jedzi, eby obaczy? Do Parya?

 Nie, na honor, tylko do Puaw, do Wostowic, do Pooga, do Koskowoli, Celejowa... cha, cha!...  mia si Trepka.

 C bym zobaczy w owej Koskowoli?

 Wielk kultur. Jak mam kocham! Wielk polsk kultur... Warsztat pracy dawno ju rozpoczty, a sprawki dokonane. No, ale po temu trza by wielkim panem... May panek polski szuka, czego nie zgubi, po caym wiecie, a jeli co znajdzie, to...

 Tytu hrabiowski...  rzek Cedro do Rafaa.

 A waszmo rwnie z Wiednia zstpujesz w te powiaty? zapyta Rafaa.

 Nie, on nie z Wiednia, tylko z Warszawy.

 Reprezentanci dwu stolic na mnie jednego. Eheu me miserum! A jake te pan hrabia myli bra si do roli, jeli spyta wolno?

 Rkami, chudopachoku, rkami i nogami.

 Nowe jakie podrygi mody wiedeskiej?

 Niech sobie bdzie...

 Pewnie jaki Thurn-Taxis zakopa si w swoich folwarkach i teraz moda runa na modzie.

 Jakby wiedzia. Powiniene chodzi po odpustach i zbiera cwancygiery za prorokowanie.

 Kiedy znowu z powrotem do naddunajskiej stolicy?

 Nic nie wiadomo. Aj, Nekando, Nekando! eby ty wiedzia...

 Do diaska!... C takiego?

 eby ty wiedzia, jak ja jestem znudzony... Powiedz no mi, bralicie te ju psy w pole?

 Tdy go wiedli!...

 Mwe!

 Bra si brao.

 Lotk?

 Bya Lotka, by i Doskocz.

 Kt jedzi?

 Ja, nie chwalcy si, i Grzesik.

 Powiedze, na czyme ty jedzie?

 Na karym.

 Mj ko kochany! Chodzi?!

 Chodzi chodzi!

 A czy ja z moimi lepiami nie zwal si z niego pierwszego dnia?

 Ko uwany, mdry... Reszta zaley od jedca.

 A w ktrej te stronie zakadalicie?

 Od Jaowcowego Smugu ku Bielom.

 Paradne pole! Rafciu, bdziemy szale co si nazywa! Powiesz mi, co mylisz o moich chartach...

 Charty!  zapali si Trepka, a mu oczka zabysy  charty lekkie jak upiory!

 No, moci panie pole, c tam teraz badasz, studiujesz? Powiedz prawd.

 Pan hrabia przybywasz z jednej ze stolic wiata i mnie, chudeusza, wypytujesz o nowiny? To ja winien bym dowiadywa si czego nowego!

 Wiesz dobrze o mnie, e nie jestem szczurem ksikowym, wic czego si ze mn droczysz! Jeeli chcesz nowin, to ci o jednej wspomn: przywiozem ci w darze taki sztucer dziwerowany, jakiego jeszcze twoje oko nie ogldao na tym padole. Teraz na ciebie kolej: mw, co czytasz?

 Sztucer...  szepn Trepka przymruajc oko -to mogoby by ciekawe. Ale gdzie on jest?... niech go obejrzy moje oko na tym padole! Co do mnie, to czytam sobie na przemiany... Raz odczytuj jaki rozdziaek z Miasta mistycznego Marii Agreda a Jesu, to znowu dla odmiany jakie kazako ksidza uskiny... Oto i wszystko.

 Ty wolterianisto! czytujesz ksidza uskin... Kto by ci nie zna, toby ci kupi. To lada dzie diabe ci porwie w nocy i tylko kaua mazi w tym dworzyszczu po tobie zostanie.

 Pan hrabia artuje sobie nieprzystojnie.

 Skocz no, prosz ci, z tym hrabi!..

 Albowiem?

 Trepka! ebym ja ci koci nie nadwery...

 Moe tedy mona pana tytuowa przynajmniej szwabskim, niemieckim, austriackim hrabi, bo jake tak bez niczego?... Nie przystoi szlachetce na dwu wioskach w Zachodniej Galicyjej by bez tytuu, a c dopiero dziedzicowi tylu kluczw!...

 Nie jestem ani niemieckim, ani adnym innym! Nie jestem wcale hrabi!  zawoa rumienic si dziewiczo.  Wiesz sam dobrze, e to ojciec mj yczy sobie tego tytuu, no wic, przyznasz... musiaem... Ma, czego pragn.

Trepka spuci gow i spode ba widrowa Krzysztofa ironicznymi spojrzeniami. Ostra drwina czaia si w jego wargach zacinitych, jakby na zamki zawartych.

 C tak patrzysz?  krzykn Cedro.

 Patrz i tyle.

 Nie radz zbyt dugo!

 Postanawiam i ja kupi sobie tytu austriacki. C u diaska! Przecie to wiadoma rzecz, e Trepkowie Nekandy, Toporezyki z Grzegorzewic, ba! ba! Najstarsze w Polszcze nazwisko: za Lechw byli wojewodami!

 Moe nie wiesz, Rafa, e Rzepicha bya Trepczanka z domu?

 A wanie!

 Oni take witego Stanisawa ze miaym krlem zasiekli.

 Kamstwo!

 I std wszyscy s wolteriany... C tak patrzysz?

 Patrz, ktrdy z waci niemiecki rozum wylezie.

 Mylisz, szlachciuro, e dam ci si zje w kaszy... ni ci si, e bd taczy, jak mi zagrasz. Wezm ja si teraz do ciebie, Szczepanku!

 Moe i to by.

 Zaczn ja ci edukowa w polityce.

 Wszystko, okrom polityki. Nie bawi si. Teraz dopiero widz, em do polityki od urodzenia by dure. Nie mam ucha do tej melodii. Sadzi ziemniaki, ora, , konie leczy, a nawet owce  oto moja dziedzina.

 Wcale nie przecz. A po co si do moich spraw wtrcasz! Ja politykuj...

 A no, wyznaj, nie wiedziaem.

 Musimy, uwaasz, y. Rozumiesz?

 Rozumiem.

 Samym sadzeniem i kopaniem ziemniakw nie wyyjesz.

 I to rozumiem.

 Gdybymy si wszyscy zamknli w borach, w polach, schowali midzy kupy nawozu i sterty yta, tobymy do reszty zmarnieli.

 Racja! Powinnimy le do Niemcw.

 A tak! Ty sam nie azi? Nie wczye si po Francji, po Woszech, po Niemczech?

 Jam si wczy z rozkazu, starszych, jam ebra. I nie przypominaj mi wa drg moich, do wszystkich diabw! Ndza, wywczenie gaganw, dziur i skamanie  bodaj to!...

 Ja...  mwi Cedro przez cinite zby  nie ebrz i nie bawi si z wasnej woli. Ojcowski rozkaz jest dla mnie najwysz witoci. To wszake jest moja myl, e musimy poznawa wiat, rozumie europejskie ycie. Powinnimy i do Niemcw! Wanie do nich, do ich domu, przypatrywa si ich ywotowi, poznawa ich si. Jake inaczej odwrci ciosy? Trzeba zawizywa stosunki, aby je wyzyska. Gdyby wiedzia, ile razy ja ndzny przydaem si... Nie dla chwalby mwi, ale wyznaj jak bratu, eby wiedzia. Palce nieraz do krwi gryzem czekajc w poczekalniach, skadajc wizyty, jedc, chodzc, wyczekujc, proszc...

Twarz Trepki bya dziwacznie wykrzywiona. mia si szyderczo.

 Bynajmniej mi waszmoci nie al...  cedzi zmruywszy oczy.  Wcale to jest zbyteczna fatyga.

 Zbyteczna fatyga!

 Owo zgoa.

 Tak...  przedrzenia go Krzysztof, szybko chodzc po pokoju.  Zamkn si we dworze, zatarasowa gumno i niech si wali! Albo to moja rzecz?... nie przy mnie si zaczo i nie za mnie si skoczy!

 A eby waszmo wiedzia, e szydzc sobie lekce, prawdy samej dotykasz. Tyem si odwrci i swoje robi  oto wszystko. adnych a adnych podae i tych tam agodze. Pyszne sowo powiedzia: nie przy nas si zaczo i nie za nas si skoczy! Nie tak to atwo zmiamla, jak si byle atutowi wydaje. A odrobi! Ba! Miazga dopiero... Sama jeszcze nowina, nie tknita soch. ycia mao, eby j w tylej czsteczce przeora, a wa swj czas, si, dusz i rozum tracisz na wysiadywanie w antyszambrach. Starczy honoru na wyrabianie za pienidze cudzoziemskiego tytuu, ale go nie ma na tyle, eby w sobie zbudzi dum.

 Jeeli moesz powiedzie, e ja tylko tego...

 Jeszczem nie powiedzia, e tylko... Ale ja znam natur ludzk. Ta natura  to jest szelma co si zowie. Wiem po sobie, a i napatrzyem si wiata. Widziaem duchy czyste, jak przemieniay si w glin pod, ktr rzekomo gardziy. rodek w przecigu niewielu lat staje si celem, osobliwie pod mikk doni podwiki.

 Aha, ju swoje!

 A swoje... Bo zawsze, ilekro waszmo wracasz znad modrego Dunaju, patrz z abominacj, czy nie jad za tob niemieckie bety i koyski.

 Ech, Rokito! nie bd z tob rozmawia. Rafa, chod no, poka ci skrytk tego szczura.

 C znowu!

 Tak, odkryj ci w caej nagoci.

To mwic mody Cedro otworzy drzwi do ssiedniej stancji i ukaza j Rafaowi. Pokj ten dawno, wida, nie by bielony, bo nagie, jdrne, brunatne belki z modrzewia gsto przeglday spod wapna. Caa ciana w gbi zastawiona bya ogromnymi pkami najprostszej, ciesielskiej roboty, a na nich bez adu i porzdku stay i leay ksiczyska. Stosy pism i bibulastych gazet pitrzyy si na szerokim stole porodku izby. Tu i owdzie wisiay na cianach mapy, stare sztychy i karykatury. W ciemnym kcie stao sosnowe ko z lich pociel, a nad nim wisiaa bro: pistolety, sztucery, dwururka i przybory myliwskie.

 Tu siedzi i knuje swoje przemierze myli.

 O chorobie pyska i racic, o ksigosuszu i koowacinie...  odci si Trepka.

Rafaa na widok tych ksiek ogarn nieprzeamany wstrt, waciwy jego naturze od pewnego czasu. Uczu duszenie jak we nie. Trepka, bystry spostrzegacz, nie dopuci, eby to uczucie rozwino si w gociu. Zaj si nim ze starannoci czowieka zdrowego, ktry baczy na wszystko, a nerwy swoje trzyma na wodzy. Zacz pokazywa fuzj i rzemienie, eby odwrci uwag obecnych od ksiek, tak niemiych szlacheckiemu oku.

 Wic o samych jeno zozach i zawokach traktuj te wszystkie bibuy?  czepia si jeszcze Krzysztof.

 A nie, owszem  i o motylic zawadzaj...

 Polityki ani za szelg?

 Za szelg moe by i kupi, ale sam sprzedajcy nie radzi tentowa o towar tak ndzny.

 Tak-e si to zrazi, przez tyle lat on ndz si bawic?

 Prawdziwie... Politycy, przewidywacze, znawcy! Jedno pole naleycie zorane, jeden rw z loik wybrany, eby przerzn i wygoi sapowat od wiekw niw, wicej mi znaczy ni sto broszur o rzdzeniu narodem.

 Zalepienie! Sto razy powtarzam: zalepienie!  krzycza

Cedro zbliajc twarz a do twarzy przyjaciela i wlepiajc w niego krtkowzroczne oczy.

 Nie! Wiem, co mwi.

 Nie wiesz! Nie znasz Niemcw! To jest nie nard, ale wprost zakon straszliwy, zorganizowany mdrze i bezwstydnie do wytpienia takich oto jak my rolnikw i marzcych na jawie. Nad ab, nad Wetaw! Suchaj!...

 Widziaem toto wszystko. Drwi ja sobie z Niemca, dopki siedz na roli, na swojej czy na cudzej. I c poradzi, choby sto razy podpatrzy ich zakonne statuta, jeli sam swoich nie tworzysz? Czy mylisz, e sowiaska nasza dusza przeistoczy si w dusz niemieck od patrzenia i nauki? Nigdy! Jestemy inni, odmienni. Ty traf w to, co jest twoj natur i twoj si, w rolnicz potg, ktr bezuytecznie trzymasz w rku. Jeli potrafisz wydoby z niej wszystkie zasoby, to cay zakon niemiecki na tobie jednym zby sobie wyamie.

 Nie wiem, co mi ty mwisz. Ja si dusz z rozpaczy widzc, co si dzieje, czujc w rozmowach pomysy zagady, wytpienia. On ze mn politycznie mwi, grzecznie si bawi, a zarazem sond zapuszcza...

 Wytpienia!  mia si Trepka  zagady... Mnie tu kto zgadzi, mnie wytpi w Stokosach? A no, owszem, nieche przychodzi ze swoim planem i zamysem. Chopw, ktrych ja pracowa, y, myle naucz...  rzek chwytajc Cedr za rk.

 Ot ja ci mwi, e si udzisz okropnie! Jam zajrza w dusz ich, gupca udajc podszedem ich skrytoci. Wrd szelestu jedwabiw w salonach, wrd koronkowych balw ledziem ich zamysy. Ludzie ci nie cofn si przed niczym. Czy wiesz?  krzykn blady i przeraony.  Ci ludzie mog to sprawi, e ci oto twoi chopi podejd w nocy pod dom, wywlek ci z ka i eb ci utn toporem!... Ich polityka tak daleko siga...

Trepka mia si wesoo.


 Zimorodek
Kilka dugich tygodni Rafa spdzi w Stokosach w zupenym prniactwie. By chory. Trepka, ktry wrd mnstwa wiadomoci mia niemao lekarskich, nie mg odgadn, co mu jest. Tote nie zaleca adnego lekarstwa. Kaza tylko wynosi dla niego pod sosny ko polowe, i Rafa lea w ubraniu, z oczyma zwrconymi ku niebu. Sam nie mg odgadn, co mu dolega. Nie czu adnego blu i nie dowiadcza adnego pragnienia. Jedno, co go pocigao, gdy si budzi, i co zamykao jego dzie, to bya leniwa ch: nie by...

Otaczajce ycie, zarwno bliskie jak dalekie, nie miao dla niego adnej literalnie wartoci. liczne konie, w ktrych tak si dawniej kocha, psy gocze, bro, myliwska wrzawa, opowiadania o przygodach Krzysztofa i Trepki, gdy nad wieczorem z chartami wracali, wszystko to mczyo go tylko i przyprawiao o coraz wiksze zamknicie w sobie. Ze wszech si przymusza si do umiechu, do rozmowy, a szczeglnie do tonu i trybu ycia ludzi tgich i zdrowych. Na szczcie, nikt go o tajemnice ycia nie pyta.

Cudna bya jesie.

Codziennie, gdy otwarto okiennice, wlewao si do bielonych izb roztopione w zocie, chodne powietrze. Gazie sosen zaglday do okna, kiwajc si sennie i szumic w w gos rozkoszny, ktry zagusza myl i nakazuje poddanie si przelicznej woli swojej. Ze wschodniej strony pnie sosen obite byy jakoby zotolitymi blachami. Sroki pokrzykiway na ich gaziach, wiewirki przychodziy a do futryn okiennych, ziby i cieciorki pogwizdyway nad dachem, okrytym grubo mchem. Caa ziemia w lesie odziana bya suchymi igami, po ktrych noga lizgaa si jak na parkiecie. Wo grzybw i wo ywicy, pyncej z obarw na sosnach, napeniaa powietrze.

Rafa budzi si daleko wczeniej ni wszyscy w obejciu. Sysza, jak piej pierwsze koguty; nie otwierajc oczu, przy zamknitych okiennicach, wiedzia, kiedy soce wstaje. Poznawa to po szumie drzew wzmoonym, po odmianie gosw natury. Sysza kady dwik, kade we wsi szczeknicie psa, krzyk wrony, kady powiew wiatru. Wszystko to odbijao si w nim jak w kamieniu. Czasami z jego piersi wydzierao si westchnienie  i na tym koniec. Kamie lea na sercu. Ale w niskoci swego ucisku nie umaro serce. W gbinach nocnego milczenia, kiedy ostatni szmer rozproszy si i oniemia, ono jedno syszao odgos krokw niepewnych, lkliwych, przemierzajcych prni czasu. Echo woania z gbi gr wychodzio z ciemnoci. Wtedy serce dwigao kamie swj i samo nasuchiwao bez nadziei usyszenia po wtre, patrzao krwawym wzrokiem w ciemnoci bez wiary zobaczenia i kao w cigu gadzin nie dlatego, eby si ukoi. Bo taki pad mu ciki los, e im duszy by pacz jego a narzekanie, tym wiksz bole. Dopiero fizyczna wola, wysiek ciaa, odporna moc zwierzcego bytu bya w stanie ukrci melodi tsknoty. Ale bya to czynno tak okropna, jak gdyby kto gardziel dwuletniego dziecitka dusi muskularn garci chopsk, eby umierzy jego aosne kwilenie. Serce upadao w swj grb i leao w uspokojeniu niemocy a do nadejcia nowego powiewu. W czasie trwania tych zapasw usiowa nieraz naprawi swoj odraz do gosw ycia, do barw rolin, do wdziku niewysowionego wiata i cienia. Na prno! Usta w nim wzrok yjcy i such szczliwy, ktry pozwala widzie i sysze. Teraz obce byo dla niego wszystko. Kady przedmiot, kady promie soneczny i kady cie, kady zapach i ksztat sta si sob tylko. Przesta ju suy duszy. I oto zostaa sama jedna. Sza, jakoby wrd ruin strzaskanych przez trzsienie ziemi, wrd rzeczy odraajcych dla niej i bezuytecznych. Stopniowo kada z tych spraw, wszystko, co mogo by dosignite przez spojrzenie, tracio swoj warto i stawao si bytem nieprzyjaznym. Aeby nie czu ciby tych wrogo nastrojonych zjawisk, zamyka oczy, zaciska usta, zacina zby i pogra si w sztuczny letarg milczenia. By wtedy jak pomie zagasy. Ale gdy si udzi pewnoci, e rozszerzy t chwil mocy na godzin, na dzie, rozlega si daleko szept, gos, imi wymwione mionie... Wiatr zniszczenia odzywa si w przestworzu i pustoszy wszystko, co pracowita wola z popiechem i mozoem dwign zdoaa.

Jednego ranka, w samym ju kocu wrzenia, nie mogc zgoa da sobie rady, nie bdc w monoci ulee w barogu, wsta o wicie i wyszed z domu. Byo chodno. Wiatr poudniowy wzbudzi szum sosen oblewajcy ciao zimnym strumieniem. Rafa sam nie wiedzc czemu poszed nad rzek, ktra w odlegoci kilkudziesiciu krokw od domu pyna w korycie daleko niszym od poziomu piaszczystego paskowzgrza. Jeszcze tam nigdy nie by. Szeroko, pytko rozlana woda bez najlejszego szelestu toczya swe migotliwe, bystre, drobne fale pomidzy dugimi smugami piachw, ktre jej oysko tu i tam przegradzay. Cay horyzont by tu szczelnie zasoniony przez zwarte olszyny, wyrastajce ju w drzewa. Rzeka snua si w ich cieniu, jakby ukryta przed wiatem. Dou wida byo, jak zakrcaa si i gina pod zwieszonymi gami, niby w grocie czarnozielonej, zostawiajc po sobie wspomnienie w ksztacie srebrzystego szlaku. Tam byy ju drzewa bardzo wysokie: strzeliste, nachylone brzozy, olbrzymie nadwilaskie topole i wierzby, wici swe taplajce w ruchomej wodzie. Spomidzy nich buchaa w przestwr wynios koron rozwidlona, stuletnia sosna. Bliej, wrd samego koryta rzeki, byy ostrowy z dawien dawna porose drzewami, nad wszelki wyraz urocze ogrojce, dziewicze kpy, ktrych czowiek nie przej jeszcze w posiadanie od ptakw. Blisko i w dali rozcigay si mielizny, uzbrojone w suche pale, w skate tramy i korzenie citych olch, w zesche karpy, sterczce z wody na obraz potwornych kw. Obwiesza je luz szuwarw, zesche jelita grelw, kpy zmulonego siana, chrusty i trzciny-pamitki ubiegych powodzi. Okoo tych miejsc woda zwijaa si wartkimi, mrwczymi skrty, bez szelestu, bez szmeru, bez gosu. Suche awice piasku leay bezwadnymi smugami, jakoby trzewia i pocie rwno rozcite toporem, a rzucone tutaj na wieczn pastw czasu. Najlejszy chwast nie czepia si ich bezpodnej nagoci.

Soce ostrymi grotami padao ju na rzek, przestrzeliwszy gste zarola. Woda ywa spona barw ognist. Tym gbszymi stay si cienie tam, gdzie nie dosigo soce. Olchy stany nad czarnym zakrtem jako ciana niezdobyta. Odr czerniejcych lici przenikn powietrze. Rafaowi wydao si, e to tak dziwny zapach ma rosa, biaym szronem leca na ziemi i liciach...

Wspomnienie czego bardzo dawnego  Wygnanki, Wyrw czy Tarnin, a raczej nie wspomnienie, tylko na nowo przeyte szczcie straconych na wieki dni dziecistwa objo go za szyj niby rce siostry, ktr jedno i to samo ono wypielgnowao. Na chwil odda si temu uczuciu. Skruszya si odrtwiao serca i oczy zaszy zami ulgi. Z rozkosz, jakiej zawsze dowiadcza na widok nowych miejsc w kraju, z ow rozkosz nienasycon, zbliajc si a do granic blu, wlepi oczy i przez zy patrza w owe zakrty rzeczne, w dzikie kpy olszowe. Wcign w piersi wilgotny zapach i nasuchiwa pierwszy raz od tak dawna, jak z cicha jesienne licie szeleszcz. Z dala, z pl, polata chodny wietrzyk.

Rafa zatrzyma si w miejscu jak wryty i pierwszy raz od tylu czasw rozemia si z gbi, z gruntu duszy, do myli nowej dla niego, nieznanej jakoby obcy wiat.

Zaduma si nad tym, jak to dobrze jest y... Pocz wolno sam z siebie przemyliwa, jak pikny jest i jak niewysowiony wiat, jak wielkim a bogosawionym cudem jest ycie, jak dziwnymi sposoby godzina cierpie przeistacza si w stokrotne bogactwo radoci, pynce z widoku ziemi...

W tej samej chwili nad wodami, wzdu gazi, wskro caego bugaju brzz i olch, sosen i wierzb, zimorodek przelecia z ostrym, zgiekliwym, dononym piewem. Lot jego ledwie byo mona pochwyci okiem, tak bardzo prdko przeszy powietrze. Wydao si tylko, e to szafirowa czy lazurowobkitna ni, e cudnobarwny krzyk radoci opasa, obj i zwiza ten bukiet ziemski. Krzyk ten przeszy dusz suchacza, na wskro, do dna. Cisza ju bya zupena, a gos ten dugo jeszcze w nim dra i na zawsze pozosta w duchu...


 Rankiem
Jak z bicza strzeli, upyn rok pobytu Rafaa w Stokosach. Jesie jako go przepolowa, zim przetaczy, a na wiosn gospodarowa, ju jako wsprzdca, w towarzystwie Trepki, a poniekd i Krzysztofa. Zdrowie i kawalerski humor nie zawodziy go w tym czasie. Osobliwie zimow por czu si jak w raju. Nie byo tygodnia, eby w okolicy nie wypada zabawa, zabawa co si zowie, do biaego dnia, do ciemnej nocy i znowu do biaego dnia. Rafa by rozrywany, jako dobry tancerz, gadki kawaler i polerowany warszawiak. Tote tu i owdzie puszcza si w konkury, szukajc duego posagu. Przebiera, namyla si, a tymczasem bawi jak nigdy.

Trepka polubi go bardzo. Na wiosn, w lecie i pod jesie stopniowo oddawa mu gospodarstwo w Stokosach. Sam kopa si coraz gbiej w swych ksikach. Polowanie, leczenie chopw i byda a peregrynacje od chaupy do chaupy-to byy jego rozrywki. Mody Cedro zim spdzi z ojcem i siostr we Lwowie, gdzie panna Mery w wiat wchodzia. Trepka nadrwi si niemao z tego karnawaowania lwowskiego, cho w gruncie rzeczy rad by, e mody jego przyjaciel nie siedzi w Wiedniu. Tymczasem na jesieni roku 1805 Krzysztof, posuszny woli ojca, znowu si uda do naddunajskiej stolicy. Trepka i Olbromski spdzali dni tej jesieni na koniu, za chartami, wieczory na grze w szachy albo na czytaniu.

Trepka wywiera duy wpyw na towarzysza. W rozmowach, w miechach, w drwinkach i uszczypliwociach jego siedziay szczeglne da. eby nie dowiadcza ich kucia, Rafa pocz zagbia si w myli starego dziwaka i im bardziej w nie wchodzi, tym wiksz znajdowa satysfakcj. Trepka by miym czowiekiem, ciekawym na dug met. Mona z nim byo rozmawia o wszystkim, o rzeczach najbardziej trudnych, nie wacych do gowy, a do najbahszych, a nawet do rubasznie tustych. We wszystkim by majster. Umia tak owietla przedmioty i sprawy tego wiata, e si wydaway zupenie innymi, a tyle mia dowcipu, e nawet obcujc bez przerwy nie mona go byo zgruntowa.

Po dugich sotach, jako w kocu padziernika, rozwidni si cieplejszy dzie. Mga jesienna leaa na polach i na zwidych ju liciastych lasach. Drogi byy tak rozkise, e tylko konno, i to na zgrabnym koniu, mona byo przemkn si wrd bagnisk. Obadwaj w dugich butach, zachlastani a do czapek, jechali wczesnym rankiem z zamiarem puszczenia chartw, gdyby si okazao, e na polach paskowzgrza role obsiky. Mieli zamiar dotrze do gocica cigncego si w stron Tarnowa, a stamtd boczn, len droyn przerzn si na owe pola przez lasy bukowe. Nieodwiedzana drka na gliniastym gruncie w lesie bya twardsza, ale jak ld liska.

Zimna, aoliwa trawka ostro si zielenia pod ciemnymi drzewami. Licie na bukach, na dbach i klonach byy ju ciemne, przemoke, nasiknite zgni ciecz. Zwieszay si ku ziemi bezsilnie i z gnunym bezwadem. Gdy wiatr powia z pl, leciay za jego wol te chore licie, jedne ju zaraone t barw mierci, inne tknite dopiero szar bladaczk. Na ziemi, pod kopytami koni, szemray dawno spade. Cay las peen by uczucia lku i rozstania, rozki i alu.

Trepka jecha przodem i nuci, sobie nie komu, star a ulubion swoj i jedyn romanc:

Kiedy twoje spotkam oczy,

Nim postrzeg, em widziany,

Ju si na bok wzrok twj toczy

I martwe przebiega ciany...

A mnie wwczas z gbi duszy

Wszystkie czucia al poruszy...

Smutne, lene milczenie, cicho paszczyzn okrytych jesiennymi mgami, w pospny dzie domagay si niejako tej piosenki. I Rafa chtnie jej sucha... Gdyby by Trepka przesta j piewa dla siebie, sam by j zacz nuci...

Wyjechali z lenej droyny na rwnin i skierowali si w stron gocica. Charty, idce samopas, skoczyy w mgnieniu oka i poszy lotem w d. Rzucili si za nimi w mg poln. Z naga stanli jak wryci. Z tej mgy, na caej widzialnej dugoci gocica, wywalaa si zwarta masa ludzka poyskujc tysicem kolorw. .

 Jakie wojska...  wyszepta Trepka osadzajc wierzchowca.

Po chwili pilnego wpatrywania si doda:

 Ale to nie Austriaki!...

Nozdrza jego drgay nerwowo i zmruone oczy wieciy si dziko ze swoich szparek. Puci wolno konia. Obadwaj jedcy noga za nog zbliali si ku gocicowi. Charty, wycignite jak struny, szy chykiem w tamt stron, ale stany wnet, jakby ich nogi w ziemi wrosy. Z nastawionymi uszyma i wytknitymi szyjami wietrzyy bez ruchu.

Porzuciwszy bagnisty gociniec szy obok niego po niwach nieregularnie wycignitymi kolumnami roty grenadierw z cikimi karabinami na ramieniu a tornistrami na plecach. Olbrzymie, proste, dwubarwne kity na ich kaszkietach, ksztatu wiadra przewrconego dnem do gry, chwiay si jak las. Biae nogi w sukiennych kamaszach a do kolana nurzay si miarowo w rzadkiej glinie. Za grenadierami suny puki jegrw pozbawione kit u czapek tego ksztatu, objuczone wielkimi tornistrami, adownicami, manierkami i paaszami. Bagnety ich tworzyy jak gdyby ruchliwe jezioro, ktre wrd chmur i mgy idzie w nieskoczono, koysze si stalowymi falami w ciszy i milczeniu.

Tam i sam fale jeziora zataczay pkole, zwijay si wirem w miejscu, kbiy dookoa jakiego orodka. Nekanda domyli si, e tam ugrzzy dziaa. W istocie, przyzwyczaiwszy oczy, spostrzegli cay szereg armat zarznitych w bocie. Okoo nich uwijali si artylerzyci w ciemnych kusych fraczkach, wyej kolan taplajc w bajorze sukienne kamasze. Szerokie biae pasy, na krzy przecinajce ich piersi, byy uciarane w bagnie, a wielkie czapy dotykay ziemi, gdy podkadajc lewary dwigali z topieliska koa, oa i przodkary, ogony i jaszczyki. Z dala za piechot i artyleri cigna bokiem konnica. Dragoneria ze strzelistymi kitami, uani w czworograniastych czapkach, ozdobnym poyskujcy strojem, wreszcie puki biaych kirasjerw na olbrzymich koniach. Wielkie ich czaka z wochatymi grzebieniami polnieway. Zdawao si, e to elazne legie rzymskich wojownikw id i id falami bez koca z nieprzejrzanej nocnej mgy...


 Na wojence dalekiej
Dzie dogasa nad spowiaymi rolami. Tu i owdzie pona ju ozimina, ale na og ziewao w polach pustkowie odogw jesiennych. Na pastwiskach po nadrzeczu lnia si jeszcze jaskrawa zielono trawnikw, a na rwnych kach jednostajnie poyskiwa ostatni, szorstki pokos otawy. Wrd drzew otaczajcych stary dom w Stokosach rozpostara si przejrzysta, niada mgieka. Nieprzeliczone gromady wrbli obsiady nagie konary lip i zanosiy si od jednostajnego szczebiotu. Stado wron z opotem skrzyde i krakaniem, spychajc po ssiedzku jedna drug, drapao si na wysche szczyty woskiej topoli. Stosy podmiecionych lici obejmowaa w niepodzielne wadanie wilgo cmentarna. A z oddali, z poudnia, powiewa wiatr cichy i ciepy.

Trzej przyjaciele  Trepka, Cedro i Olbromski  siedzieli na ganku dworu, w milczeniu cieszc si tym ostatnim dniem ciepa w pnym listopadzie. Kady z nich przeywa wasne myli, natrtn cib oblegajce gow. Otwarte pola cigny oczy czowieka w daleki, daleki widnokres. Piaszczysta droga w alei lip prowadzca do dworu, przyklepana od niedawnych deszczw, a teraz wyscha i staa, z wolna tona w cieniu grubym i tsknym pniw osierociaych.

 Czy te zwaacie, mocipankowie, jak si to czule egna z nami Favoni?...  rzek Trepka.

 Icie cauje...  szepn Cedro.

 Panu hrabiemu causy zawdy nasamprzd do imaginacji przychodz, kiedy mowa...

 Nie jestem jeszcze starcem zgrzybiaym, wic dlatego.

 Co innego Olbromsio! Ten myli, dam gow, o kolacji.

 A bo i prawda! odek le wychodzi na medytacjach i kontemplacjach.

 Miy wietrzyk! To wam powiadam pod sowem, e takiego oto dnia z takim wianiem wiatru w adnych Florencjach nie napytacie, choby latami czeka.

 Bo te pewnie nikt nie prbowa latami we Firenze na jeden wietrzyk czeka.

Wtem psy, drzemice na piasku przed gankiem, dwigny by i nastawiy uszy. Szczekn jeden, podnis si ywo drugi i wnet jak na komend zerway si wszystkie zajadle pdzi w alej. Gowy przyjaci ociale dwigny si w tamt stron w oczekiwaniu. Psy z naga ucichy i z podwinitymi ogonami trwonie pojkujc cofay si w podwrze. Z pmroku alei wolno wysuwa si na jani ebrak na kuli drewnianej, w achmanach. Ciko utykajc zblia si do roztwartej bramy. Tam si zatrzyma. Soce ju gaso i ostatnia jego fala poziomo przepywaa nad ziemi. Trepka nakry oczy doni od blasku czerwonego, ktry mu prosto w renice pada, i rzek:

 ebrak.

Mody Cedro wydoby z kieszonki cwancygiera i da go kuchennemu chopcu wskazujc dziada rk.

 Da mu tam w kuchni rynk warzy...  dorzuci Trepka. Niech dziadowina podje i przed noc wdruje dalej, bo tu psy ze i dziadom przeciwne.

Kuchcik skoczy ku wrotom i dugo o co z dziadkiem si spiera. Zadziwio to wszystkich, e wrci niosc pieniek na doni. Ju z dala mwi ze miechem:

 Nie chce, janie panie, ten dziadek bra pienidzy. Pyta mi si, czy janie panowie nie s z Niemcw przypadkiem... Nie mie, pada, wej na dziedzin.

 Jaki to hardy dziad!

 Grosza nie bierze i w kwalifikacje dziedzicw si zapuszcza...

 Prawi, e chciaby prosi o nocleg.

 Jeszcze czego!

Mody Cedro zwyczajem swym popdliwie skoczy do ubogiego. Za nim dla rozerwania monotonii ruszy si Trepka, wreszcie od niechcenia Rafa. Gdy do wrt dziedzica podeszli, ujrzeli czowieka w achmanach, z sakwami na krzy przewieszonymi przez piersi, prostego i w rednim jeszcze wieku. Twarz jego bya ogolona a ogorzaa tak bardzo jak u niwiarza, co przez lato cienia nie zazna. Wos powy, od sot i poaru soca wypezy, wida byo spod czapczyny dziwnego ksztatu; opocza i but zdrowej nogi pyem byy zasypane do cna. Patrzay na nich oczy siwe, miae a do zuchwaoci i czyste jak powietrze. Nie kania si dziadowskim obyczajem, nie skama ani stka. Czeka wyprostowany. Jasne jego oczy przechodziy z jednej twarzy na drug, badajc je do gbi. Wreszcie duej spoczy na obliczu najstarszego.

 C to, dziadku, tak nas bierzesz na spytki?  mrukn Trepka.

 Chciaem zapyta si...  rzek ubogi piewn podlask czy litewsk mow  czy z wapastwa ktry wojskowo nie sugiwa?

 A to ci na co wiedzie?

 Wojskowy czowiek przyjby w gocin kamrata, a postronny czowiek nie przyjmie. Noclegu szukam. Strudziem si drog idcy kikut-tukut, och, bardzo...

 A skde idziesz, czowieku, e si tak utrudzi?

 Z daleca ja, kulhawiec, id, bracia rodacy, z bardzo dalekiej strony.

Wszyscy trzej zamilkli i, szczeglnym, prawie bolesnym uczuciem przejci, patrzali w te prawdomwne, szorstkie i czyste oczy.

 Ta...  rzek nierycho Trepka cicho i yczliwie  jeli o nocleg chodzi, to moesz przenocowa w tym domu, bracie rodaku.

 Bg zapa, mili, e nie odpdzacie od swego proga ebraka wdrownego. Ale, jeli wola wasza, odprawcie dalej sub, aby nie rozpowiedziaa, e od was aski takiej dowiadczam. Niedobrze by to dla was by mogo. A i dla mnie...

 Bd spokojny! Wos ci z gowy nie spadnie pod dachem tego domu...  rzek Cedro znionym gosem.

Weszli w dziedziniec. Soce si kryo za pagrkami i od wielkich drzew, od ciemnych sosen i wysokich lip cie ju pada tak gruby, e w guch noc przepywa. Kazano ebrakowi poda wieczerz. Panowie swoj z popiechem spoyli. Trepka wyda rozkaz, eby suba sza spa. Przyjaciele sami pozamykali okiennice. Wdrowny dziad usiad w kcie Nekandowego pokoju i zdj swe sakwy. Spod grubej opoczy wyjrzay resztki uniformu.

 Skde teraz idziecie? skd wracacie?  pytali wszyscy trzej otaczajc go koem.

 Do dom, do swego kukrzyska id z miejsca Austerlitz zwanego, gdzie my niesychan batali wygrali, a ja nog oto postrada.

 To w grudniu zeszego jeszcze roku ta batalia bya!

 Prawd mwisz, panie bracie, ale ja po szpitalach polowych przelea t cik zim. A od wiosny wlek si z miejsca na miejsce, z miejsca na miejsce...

 Mwe, bracie, jak to byo. Powiadaj!

 Duo by mwi... Cesarz zrobi swoje. le mwi-swoje. Dziewi ja lat na jego sprawy patrzajcy, .takiego dziea...

 Dziewi lat, mwisz?

 Dwanacie ju lat upynie w tym listopadzie miesicu, jak ja z towarzyszami odszed z jakimowieckiego placu. Tak, zda si, jakoby wczoraj byo. Z rozpacz my bro cisnli, zamali my bro na kolanie, o wit ziemi strzaskali. A oto z modego draba ja dziad starzeki powracam z dalecyny... sam jeden. Wszyscy moi kamraci... gdzie nie wiedz... Za grami, za lasami, za morzami...

 Za morzami nawet?

 Za morzami, tak ja mwi. Prawd mwi, panowie bracia. Bo i ja, powiedzmy otwarcie, szlachcic herbowy, cho i na jednej habendzie, na jednym zagonie, ta szlachcic dobry. Ojrzyski Sariusz Jelitczyk moje zawoanie, a przydomek nasz starodawny  Mieczyk. Za morzami, -panowie bracia! Na bardzo dalekich morskich wyspach Antylw... Jedni w San Domingo, drudzy w auzoskim kraju, inni w grach niemieckich, inni we francuskiej stronie. Na ziemi paskiej i na dnie morza niezgruntowanym pi braciszkowie serdeczni, dobra szlachta podlaska, tgie me, spaniae onierze, zabici czasem przez obce, a nieraz przez bratersk rk z obcego szeregu rzucone groty. Jam, najszczliwszy ze wszystkich, zosta na wiecie.

Wracam oto w swoje paszczyzny. Id obaczy ojcowski dom, barniaki swoje po piachach, a tak sobie idcy myl, e ju pewno ani ojcowskiego budowia, ani brata, ani siostry. Zapomnia ja ju, co to dom, co brat, co siostra. Id, ta cikie myli przed sob tocz, panowie bracia.

 Braciszku!  rzek do niego z popiechem Krzysztof drcymi usty  gdzie stpisz, na czyj prg, tam dla ciebie wszdzie otwarty dom rodzinny.

 Bg zapa za dobre sowo...

 Powiedze nam o swoim yciu, o tym, co przey i widzia  nastawa Trepka  bo my tutaj na zagonie wiemy ledwie co nieco, ledwie ze sychu, z wieci.

 Dobrze. Powiem wam wszystko, od pocztku do koca. Niech jeno myli pozbieram. Ha, no suchajcie... O scenach ja radoszyckich wspomniaem... Bardzo ja si ju otrzaska z wojn, a na myl tamten dzie jak przyjdzie, serce od nowa gore! To tak dzi, a c wtedy! Moda krew bya w yach i wrzcy honor w sercu. Byo nas takich w szeregu do, co my powiedzieli sobie: do dom wraca, ptorak broni, spokojnie gryk sia, zwady z ssiadem o snopek prowadzi?... Taki koniec i skutek? A niedoczekanie! Jak ja dzi wspomn a zlicz, panowie bracia, jak ja dzi pomyl... Rada my w rad po zaciankach, gwaru dzie i noc peno, krzyku midzy nami poczciwego. "Ta choby brukanem z pola!"  woa ten, woa drugi...

Dziwne to, dziwne zdarzenie  mia si onierz kiwajc gow.  Zwacie ino, panowie bracia: midzy sob, widziao si, paplali my, we swoich cianach. A oto jednej i tej samej nocy we wszystkich okolicach szlacheckich wojsko na egzekucj zwalio. Kto ino goniej me jzykiem, tego w rekruty... Ju nas w Siedlcach, w ukowie rozdzielili na partie, potem ubrali w kamasze i marsz, marsz w austriackie dziedziny. Ja nie byem w gbie ostatni, wic, jak si patrzy, oparem si ae w regimencie grafa von Koenigsegg-Rothenfels. W trzecim batalionie, ae w miecie Pilsen, w Czechach wytchnem po marszu. Wdziali na mnie biay mundur pfraczasty, biae pantalony, biae kamasze. eby nie pytkie czarne cimy i pytki czarny kapelusz, eby nie mankiety, konierz i podszewka malinowego koloru  nic ino anio.

Karabin, adownica, biay pas przez piersi  i na mustr. He, szelmy! Ile to kary, nim czowiek poj, co taki kapral mamroce, co se pod nosem mruczy leda oficerek! Nie upyn rok czasu, poszli my w grn Austri, w gry Tyrol bi Francuza i papiea broni. Ale nie samego Ojca witego. We bie si przewracao, kiedy przed frontem wzili z polska po wgiersku wyczytywa, kto to na one nasze mstwo wyczekuje. Uczyli my si tego jak pacierza. A to  pamitam-Karol Emanuel IV, sardyski krl, ktremu szubienicznik Buonaparte wydar jakisi Piemont, a to ksi Parmy, to samo Karol i to samo czwarty, ale ju nie Emanuel, a to ksi Herkules z Modeny i sama krlowa Karolina z Neapolu. Niemao ja z kamratami ziemi zdepta, onych person bronicy. Jak ja dzi wspomn a zlicz, panowie bracia, to my wonczas ze trzysta mil nieustajcym przemierzyli krokiem. Szli my piechtami przez kraje niemieckie, zielone, lene a rolne, przez bardzo pikne sioa, przez one szumne rzeki-strumienie... Boe mj, Boe! Doami onych pagrw, precz w wyyny, pomidzy skay i ae ku biaym niegom... Zrazu nawet wierzy czowiek z drugim, e wit osob Najwyszego Pasterza jegomoci piersi swoj osania idzie. Z kim si byo zrozumie, komu zaufa, zwierzy si a ugwarzy? Nard zegnany ze wszech stron, z czterech kocw wiata. Wilkiem patrza jeden na drugiego i jako ten zbj czyha na oficera, a oficer znowu jak wilk szczerzy zbce na podkomendnych. Nie zostawi ta zreszt komendant pobratymca jednego z drugim w glicie, ba! w kompanii! Nieche to kapral wypatrzy, e si dwaj midzy sob w guch noc zszeptuj, e jeden do drugiego niby to przypadkiem, z gupia frant szlusuje w bitwie, e do si z dala gadaj oczyma albo przez znaki: pierwszy raz bd oba biegali bez yw ulic, a drugi raz  kula w eb. To ta i jzyk umia dobrze trzyma za zbami, a lepie pod powiek...

A taki swj swego gdzie nie wiedz, w dziesitym regimencie po oczach, po kociach lica, po smtku a milczeniu rozezna. Ile to razy, braciszkowie moi, na pobojowiszczu gonisz zajady, wity ugr zranionych przemierzasz twardym krokiem i skrzywdzisz obcasem bratersk pier czy gow! Dopiero krzyk rodzimy, dopiero jk przebije ci a. dou jako ten bagnet. A ile takich pl przemierzy ja w pierwszej wojnie! ile w drugiej! W drugiej wojnie zeszli my byli z gr w pola lombardzkie. Tam to one drzewa oliwne, jakoby wierzbin swoj obaczy, tam to brzoskwiniowe sady... Sama bya wiosna. Jedni z naszych kamratw pod arcyksiciem Karolem poszli w d Renu na Jourdana, inni darli w Szwajcary na Massen, a my pod felcajgmajstrem baronem von Kray zeszli nad Adyg rzek. Wnet baron rozpar si lewym skrzydem w Legnano, a prawe odda pod komend generaa Kaim, i tamto stano za Weron. Sam rodek opiera si o to stare miecisko. Generaowie Elsnitz i Gottesheim z siedmioma batalionami piechoty i trzema szwadronami huzarw zajli stanowisko Bossolengo i Polo na prawym brzegu Adygi. acuch graniczny od modrego jeziora Garda a do miejsca zwanego Mamalagna trzymay dwa bataliony wojska granicznego, cztery kompanie strzelcw i szwadron huzarw. W tej wsi Polo postawili na Adydze dwa mosty, a przed nimi usypali szace ziemne. Dnia 26 marca od samego rana zwaliy si na nas dywizje francuskie. Mode bestie, onierz z pieluch, tote to szo w budy, sigao ci do garda, jak we szkole. Dywizja Grenier! Ale i cesarscy nie dawali si zje w kaszy. onierz stary, wywiczony, w stu bataliach si tera. Tam to zawrzao! Skbiy si i zagmatway te dwa wojska, waro si jedno w drugie. Dawaj bi! Bagnet szczka w bagnet, oczy ypi w oczy. A staremu wiarusowi spod Melasa czy spod Kraya nie tak znowu atwo bro z garci wytrci bele smyk, choby, bestia, i modymi zbami kapa. Ale by ta midzy nimi kto inny ku pomocy. W przedniej stray szed batalion od innych odmienny. Wali rodkiem, zaprawd jak ywy mur. Chop w chopa, rami w rami, puklerz przed nimi z bagnetw...

Panowie bracia! Spojrz ja na tych ludzi krwawym lepiem w boju spracowany... Bd si gowy czepia, gwer z rcw leci, wosy na gowie staj! Jezusie Maryja! Tae to nasze barwy i znak! Sysz, przez Bg ywy, swoja komenda! Pierwszy ja raz tak ich oko w oko zobaczy. Nim sowo rzec  ju ci locham w gbi szeregu. Nim sowo rzec, ju ci z trupa bratniego mundur zwcz i na ramiona wcigam. A dokoa mnie swoi ludzie. Sysz rozkaz. Wtedy! Myl sobie: "A skoro mi, Panie Jezu, takowego dnia da doy i takowym miosierdziem nad dol moj zawieci, to i ja Ci poka, em przecie sroce spod ogona nie wypad!" Z tym samym austriackim gwerem w apach jak pjd! Jak stan w szeregu, jak wezm pospou z braci rzn w batalion Koenigsegg-Rothenfels! mier to mier! Tam w oczach moich poleg szef batalionu Lipczyski. Siedmdziesicioletni starzec, pukownik za naszych czasw, Darewski, walczc na ochotnika jako prosty onierz w tym samym co i ja szeregu grenadierw, mierci mn skona. To samo porucznik Rafaowski, to samo dwaj Zaderowie na szacach, to samo podporucznicy Borys i Majewicz u mostw na Adydze, a onierzy i podoficerw 150 chopa. Ale dywizje Delmas i Grenier po czterogodzinnym boju wziy pazurami szace z kompletem armat, wypary moich Austriakw, przegnay ich na lewy brzeg, wziy szturmem oba mosty i nie pozwoliy ich zniszczy. W dywizji Victor by drugi batalion polski pod Rymkiewiczem generaem, co w wigili tego dnia przyby z dalecyny, bo a, mwili, z Konstantynopola. Mstwem swoim ten batalion samych zadziwi Francuzw. Gnali my biaasw a pod mury Werony. Ale bitwa tego dnia kosztowaa legion polski 750 zabitych.

Tak to ja drog poszed w one legiony... Wliczyli mi do trzeciego, co by ostatkiem, szczteczkiem. Genera Scherer zacz si cofa. Bataliony pierwszy i drugi w swoich dywizjach, trzeci z pbrygad francusk i dwiema armat pod rozkazem Kosiskiego skada wystawion stra w Rolta-Vecchia dla zasonienia obozu dywizjw Victor i Grenier od Marengo do Casteletto. A gdy armia francuska nie moga duej usta w tym pooeniu bez obawy, e j otocz, wtedy Bartki francuskie uradziy, eby si cofa. Genera Scherer  bodaj z pieka nie wyjrza!  kaza nam dwustu nowym rekrutom, gdy gwna sia naszych posza do Mantui, zamkn si w twierdzy mediolaskiej, co ledwie kilka dni broni si moga. Wiedzieli my, e leda dzie obsacz nas Austriaki jak to morze, a skoro si poddamy, by nam ukrc. Na nasze szczcie, splamiony Scherer opuci dowdztwo. Zaraz genera Moreau cofn barbarzyski rozkaz. Wzi nas ze sob, gdy za Ticino uchodzi. Legion Wielhorskiego zamknity by w Mantui i nasza z nim komunikacja zerwana. Poszli my z armi wosk. Byti my w boju pod Valence... Dawne mstwo odyo, dawne si wspomniay czasy. Wnet genera Macdonald, uchodzc z Neapolu przez wielkie woskie gry, przyszed na nieszczcie swoje pod Trebio i stoczy on bitw straszliw. Zczy si potem z armi wosk i poszed pod komend generaa Joubert. Bj pod Terzo i Medesima! Zgin mny Joubert, prawdziwy onierz, gdy rankiem o godzinie trzeciej w pierwszym brn szeregu...

Bili my si tego dnia od witu do pnej nocy we trzydzieci tysicy przeciwko omdziesiciu zjednoczonych. Genera Colli z jednym batalionem francuskich mazurkw i dwiema secinami naszych, co my si zwali legi trzeci, zasania rejterad. Po Joubercie  Championnet genera, a gdy ten umar  Massena.

Legia pierwsza pod Dbrowskim do poowy wybita przysza w genueskie gry. Tam my si spotkali. Oyy nadzieje. Buchna w szeregi wie o powrocie z egipskiej wyprawy "najstarszego Bartka", jak zwali wtedy wielkiego wodza nasi onierze-wiara.

Or wrasta w donie od samego pomyka nadziei, e lwia dzie, leda chwila przybdzie przed nasz front i powiedzie poprzez struchlay Wiede. Ju my widzieli zjaw karpackich gr, krakowski rynek... Ju my w pieni przemierzali dalekie ziemie... Wrd onych chrobrych dni wkroczyli my do Genui miasta, a bramy jego zatrzasy si za nami. Z ldu, ze wszystkich dolin i gr, obleg nas genera Ott, a okrty angielskie lorda Keitha z morza. Usta dowz ywnoci. Ziarnko zboa nie doszo ju od tej chwili do miasta. Zrazu dawali nam poowic porcjw, potem wiartk, a koniec kocw po dwa uty mierdzcego misiwa na czeka, po gloneczku chleba. Przysza ndza bardzo wielka. I nie tylko na wojsko, ale na cae miasto Genu. Ludzie poczli mrze jak muchy, i nieli ich ta tumem na owo pikne Campo santo.

W par tygodni wymaro ze zgniej strawy i z zaraliwych chorb dwadziecia tysicy ludzi. Z nas znowu, z onierzy wdroonych do biedy i twardzizny ywota, zostao w kupie om tysicy prawdziwych kociotrupw. Siedzieli my na tych grach grzebieniastych ponad grodem, czyhajc jak te spy. Nasz tam, wiecie, Polak krtko si martwi. Wzdycha se wzdycha w najgorszej chwili, jako i zaklnie, a w kociach trzeszczy, ale wnet si przecie skrzepi bele czym. I juci syszysz, piewa swoje... Aby ino razem, aby w kupie, to i dobrze. Samego zostaw na dwa dni  juci si tak rozstka, e najtszy chop na nic. Widzieli my austriackie zastpy rozwleczone w dolinach i het  precz! po suchych goograch, jak se ta na nasze trupy ostrzyli bagnety. Woali my na nich: "Chode, chod, nienasytku, a po drodze przemie si w kruka, eby nas przecie caych pozera!" W dali przed nami byo wielkie morze. Jak je sobie wspomnie!... Dalekie, modre ldy id stamtd we dwie strony wiata, na wschd i na zachd soca, a gin i rozpywaj si we mgach niebiosw i we mgach wd. Jest takie miejsce, gdzie ich ju oko nie chwyci  wypsn si najbystrzejszemu  a dugo patrzysz, eby je gwatem, jak id midzy niebo a wod, wyledzi, to ci ino za z oka pociecze. Najbliszy zb gr, Portofino, wrzyna si w morze z lewej strony, a na prawej, za miastem Savon, ju ledwie zna byo ziemi. Morze dalekie byo stamtd wida, jak chodzio szumne, gromkie, zmiennobarwiste. Och, morze moje, morze!... Tam ja si pozna z tob... Zatoko moja, zatoko... Jak to tam nad ni stay zomy nagie, w ktrych spalone szczeliny wszczepia jastrzbie knykcie szary, drapieny kaktus. Jak to tam le w rozpadlinach usche oa potokw, drogi, ktrdy ino chodzi zo a furia burzy wylgej w morzach. yli my w porodku rumowisk, gdzie cienia nie znale przed mciwym socem. Czasem si tam zabka pokrcony krzew bukszpanu i tuli pod sob cie tyli, e w nim gowy nie schowasz. Przyszed na nas w ostatnich dniach obrony gd nie leda jaki. Spadziste ulice Genui! One ciemne a wskie jamy, gdzie soce nigdy nie dociera!... Puste byy, gdy tam szed ku portowi, eby cho z morza co nieco wyowi na haczyk ze pilki  jakby ju wszyscy do nogi wysnli.

Gdy my si tam szwendali jak psy bezpaskie, szukajc byle ochapa, eby cho ducha odwiey, nieraz mier w oczy zajrzaa. Skoro ino ostronie wsun nos i oczy z ulicy w czarn i zimn sie, wnet na ci warkn Woszyn zielony z godu abo ci luf krcicy wprost midzy lepie wstawi, abo ta na paluszkach szed z noem w rkawie jak pies-milczek. To nieraz taka desperacka fantazja pchaa czowieka, e wanie szed od nory do nory... Skutek zawdy by jeden: pustka w jelitach.

Kapituloway wreszcie nasze "Bartki"  Massena i Soult. Resztki legiw wyszy z miasta w stron Marsylii. Bez tynfa w wacku, bez butw i odzienia, w rdach starganych i zetlaych szmat, pnadzy i o godzie, cignli my w wiat francuskimi grami. Zima bya, deszcz, bieda! Gdy si na bosaka podbi, stuk a porani noyska, e popuchy jak bochenki chleba, brao si deszczuk za podeszw, szpagatem j  przytwierdzao do stopy  i dalej. Gagany zlatyway z gnatw... Idziemy, bywao, przez woskie w Morskich Alpach siedliska, miej si z nas pikne dziewki stojc przed progami murowanek i pokazuj palcami nasze stroje. Tornistry na nas ino cae a czapki. Reszta dziury. Wstyd! Dopiero panowie dowdcy dawaje nas w ambit wbija! Idzie oto nasz Soski, chop osobisty, walny, z jednej sztuki, krokiem twardym a buczucznie, a hardo. Mundur na nim bia nici w stu miejscach zecibany, buty je wrzeszcz, e to w szeregu caym sycha. Kiszki w nim takiego marsza graj, e adnej nam orkiestry nie trza... Wszystko  bajki! Ws drze do gry, nad si jak po trzech obiadach, mina jak sto tysicy diabw.

"Trzymaj si jeden z drugim!  wrzanie, gdy mu w glitach stkaj.  Rwnaj si! Wiedz jeden z drugim, e najjaniejsz Rzeczpospolit w tornistrze dwigasz!"

Zaraz si ta mniej nogi ruszay i gd si nie way doskwiera.

Trepka chodzi po izbie cichymi kroki. Czasem stan i, plecami oparty o cian, koysa si tam i sam. Przez zacinite jego zby wydobywao si bezwiedne wistanie ulubionej melodii:

 Kiedy twoje spotkam oczy,

 Nim postrzeg, em widziany...

Wdrowiec westchn i zamilk.

 C si z wami stao pniej?  szepn Cedro.

 W Marsylii rwna nas czekaa bieda. Rzd Dyrektorw nic o nas wiedzie nie chcia. Za swj wasny ostatni grosz oficerowie sprawiali onierzowi chusty, odziewali przybyszw w uniform i stawiali pod dawne chorgwie.

Przybyli oficerowie, w niewol roku sidmego wzici w Mantui, co w pustym klasztorze pod Leoben jedenacie miesicy przetrwali. Uzyskawszy wolno, od razu ruszyli do nas. Za nimi cignli onierze, co w czasie kapitulacji uszli byli i, przebywszy gr Cenis, tuali si po Francji. Potem nie byo ju dnia, eby po jednemu, po dwch nie przybywali towarzysze wzici w niewol, co to w kajdankach rozesani byli po regimentach austriackich, a teraz znowu, po wtre, uszli z cesarskich szeregw i o setki mil szukali swojej komendy w legionie. Obj nad nami komend genera Kralewski, a po nim Karwowski. Nierycho, nierycho przeczytali nam wodzowie dekret Pierwszego Konsula, e idziemy na od Rzeczypospolitej Francuskiej. Na dwa my si rozpadli legiony. Pierwszy, z siedmiu batalionw piechoty i jednego artylerii, dosta si pod komend naszego generaa-porucznika i przyczon do armiw woskich, a drugi, ze czterech batalionw pieszych, regimentu kawalerii i dwu kompanii artylerii konnej, pod komend Kniaziewicza poszed do armii nadreskiej. Wkrtce nasz pierwszy legion liczy sze tysicy ludzi. Ruszyli my si z Marsylii w Mantuaskie pod starego Massen.

Rok dziewity! Odparci cesarscy za Mincio. Cz naszej legii posza do obwodu Peschiery, a ja w drugiej pod Mantu. Dziwne losu zrzdzenie! Zwacie jeno, panowie bracia: przyszli my w te same wdoy, nad one zgnie rowy i murowane fosy, co je krew naszych braci zbroczya. Mieli my mono hojnie odpaci za pod zdrad roku sidmego, za sekretny paragraf Kraya. Krzyk si w szeregach rozszerzy: "Nie darowa!"

Gdy my wycignli lini na wier mili, a biae wojska miay z murw wychodzi, legia jak jeden czowiek cia zby i w bram wlepia krwawe oczy. Ci tu stali, co na tym miejscu hab ponieli. Chwila, i rzuc si jak jastrzbie na schorowan i bezsiln zaog. Bro u nogi, ale mier zieje z oczu... Wtem, jakoby na komend, stan przed szeregami panowie oficerowie i przemwi krtkim sowem do duszy wojska... Haba by to, prawi, bya i zmaza na honorze niepokalanym rycerzy plugaw i ndzn zemst si para. Nie faszywymi przysigi, nie zdeptaniem sabego, nie pobratymstwem z zakonem zbjcw walczy Polak. Honor onierza rozkazuje rwn wrogowi a kamienn pokaza stao w niedoli i w chwili tryumfu.

Nie sprzeciwi si onierz legionowy swemu dowdcy. Stanli my w porzdnym szyku, gdy nieprzyjaciel wychodzi zacz z twierdzy przez cytadel. Zada tylko nasz pan genera, eby wojsko austriackie nie krokiem paradnym szo, lecz eby go odmienio na prdki. Tak si te stao. A gdy tak szli bez sztandarw, a ywo, ywo  raz w raz z ich glitw wystpowa onierz-Polak, roztrzaskiwa bro w oczach komendantw i stawa w naszej kolumnie.

Ostatnia to bya nasza pikna chwila. Pokj w Lunewilu! Zachmuliy si dusze... Widzieli my, e przekrzcia i opada. ostatni kwiatek nadziei. Tak jakoby spod onych bram Wiednia... Legion drugi otrzyma rozkaz i znad Renu w dziedzin Toskanii, ktra Krlestwa Etrurii wzia tytu. Rzuci mundur genera Kniaziewicz i co ognistsi jego oficerowie. Sokolnicki wid legi przez Szwajcary trzema szlakami na miejsce prze znaczenia. My w sile psiodma tysica gw zajmowali Moden i Reggio.

Nikt ju teraz nie wiedzia, co bdzie dalej. Mwiono, e mamy i w sub krla Etrurii, to znowu, e na od cyzalpiski. Zlkli si ludzie. Wdaa si dezercja, nasta bezad. Szeptali co wiadomsi, e zrobi z nami to samo, co jaki Wielki Fryc z najemnym wojskiem po siedmioletniej wojnie, a e nikt dobrze nie wiedzia, co za za Fryc i co on zrobi z onymi wojskami, wic strach szed coraz wikszy. Wtedy to powsta plan obrony...

Jeden mocny nasz batalion sta zaog w Mantui i by najsilniejsz czci garnizonu. Myl obronna bya taka, eby opanowa bram Pradelli, gdzie tyle krwi naszych wycieko w fosy  i przez to miejsce wpuci drug dywizj wojska pod Sokolnickim. W tym samym czasie mia regiment kawalerii pochwyci Peschier i ca lini nad Mincio, wszystkie mocne i niezdobyte miejsca. Wtedy garnizon puci na parol i i w biady czy w ukady z Rzeczpospolit Francusk. To bya myl Fiszera. Wezwano do rady oficerw po kilku z kadego batalionu. Wszyscy w jeden gos okrzyknli, e si zgadzaj, i z zapaem najgortszym owiadczyli gotowo do dziea. Ale si opar sam pan genera. Inn myl poda. Wyjdmy, prawi, cichaczem z Modeny do Otranto, pochwymy statki, usidmy na nie i pymy zbrojnie na Korfu, Cefaloni i inne wyspy, co skaday Rzeczpospolit siemiu wysp Joskiego Morza. Tam radzi opanowa silne punkty, ogosi wysp niepodlego, jako ich armia osi i czeka a do czasu. Z tym planem uda si pan genera Dbrowski do Pierwszego Konsula.

Kiedy takie zamysy nurtoway w naszych korpusach, przyby z kwatery gwnej do Modeny genera Vignolle dla wykonania nowej organizacji. Przywiz nam sowo Pierwszego Konsula, e skoro legiami by ju nie moemy, a wzdragamy si i w suby krla Etrurii, eby nas za najemnych szwajcarw nie poczyta wiat, tedy on proponuje nam, abymy przyjli poddastwo Francji. Kto z was, mwi genera, nog stanie na ziemi francuskiej, otrzyma wszystkie prawa francuskiego obywatela. Zawierzono. Zaraz tedy odjto nam tytu legiw polskich i zamieniono na pbrygady wojsk cudzoziemskich. Jedenacie batalionw piechoty zredukowali do dziewiciu, to jest zmienili na trzy pbrygady. Stu blisko oficerw stracio miejsce w nagrod zasug. Dwa puki przeznaczone zostay do suby cyzalpiskiej, a trzeci mia zosta w Etrurii. Sztab legionowy odsunity od komendy. Pierwszej pbrygadzie natychmiast kazano maszerowa do Mediolanu... Tak to korpusy nasze zostay rozerwane. Usiowania pana generaa adnego nie odniosy skutku. Projekt ambarkowania si na siedm wysp i opanowania Morei nie znalaz aprobaty chytrego ministra. W smutku powrci wdz, oznajmiajc upadek legionw. Kiedy ju si to dokonao, wwczas przez kilka miesicy od trzeciej pbrygady zosta wstrzymany; a kiedy oficerowie dla wielkiego niedostatku nie byli w stanie z miejsca si oddali, wysza pita i szedziesita sma pbrygada, stany obie pod broni z rozkazem uycia gwatu w razie naszego oporu. Otoczono nas si przewyszajc i poniemusem, pod paszczami armat przymuszono wsiada na fregaty w Livornie...

 Dokd?  wyszepta Cedro.

 Dokd? Zrazu mwili, e do Tulono, a wreszcie wyznali wprost.

 Na Antyle?...  mrukn Trepka.

 Tak jest, panowie bracia.

 I to wy, co si honorem chlubicie, onierze z broni w rku!

 Z broni w rku...

 Trza byo skona, a nie i poniemusem.

 Sowo atwiej powiedzie, ni rzecz sam wypeni. Onych i wtedy nie opucia nadzieja. Mwili sobie: "Zgin nas jeden tysic, drugi, zginie trzeci  a taki zatrwamy!" Dziesity tysic, a nie, to dwudziesty z kolei przyjdzie na miejsce swoje. Wielki wdz sowo da. A onierz wodzowe sowo na czuej szali way. Tylko wida tego ostatniego tysica, mwili wtedy, jeszcze nie wybia godzina. A panowie oficerowie! Posuchaj, panie bracie, chtnym sercem, a uwa...

Panowie oficerowie naszej pbrygady, cho wiedzieli, co ich czeka, nie chcieli si chykiem uwalnia ze suby, nie chcieli w tej bardzo zej godzinie opuci onierza, ktremu przewodzili w boju, a z ktrym przeszli gry, niziny. Ani jeden nie uszed z Livorna, eby gow ocali, cho byy po temu sposoby.

Sowem honorowym polskim sprzysigli si dzieli los z braci. Prawda, by pniej, syszaem, jeden, co towarzyszom naszym w drodze do Genui, gdy szli naszymi tropy ambarkowa si za morze, przystawi z bokw i z tyu szwadrony kawalerii francuskiej, eby snad aden ucieczk si nie salwowa, Z jego take naprawy wyszo posdzenie oficerw o spisek i bunt, co przypieszyo rozkaz wsiadania. Sam w zosta na ldzie, gdy fregaty wojenne od brzegu genueskiego odbiy. Pierwsze to byo i ostatnie zamanie wiary w legionach.

 Mwe wapan, co z tob  nastawa Cedro.

 Jam ci nalea do 113 pbrygady, co w dniu 13 czerwca 1802 roku wstpia na pokad w Livornie. Ostrono generaa Rivaud, ktry z piechot, konnic i artyleri otoczy nas piercieniem i pcha do portu, bya cakiem zbyteczna. W porzdku stanli my na kamieniach portu. Rzdem czekay szalupy. Rozpacz tuka nam piersi jak ona burza... Bo burza sroga wstawaa tego dnia w morzu! Pomn... One mury zimne, samotne poty kamienne w morzu z poudnia, za cich zatok, jak na nie z czarnych dow chlaszcz piany biae. Niebo wpord dnia czarne, jako o pnocku, a w nim niedaleka, zda si, tu tu, grozi ponura skaa Kaprai. Latarnia morska poyskuje na niej raz za razem, raz za razem, nikiej bolesny znak na trwog. Ptactwo na elaznym niebie z piskiem si chyba. Padnie piorunem w siwe, chodzce gry, w ze doy, w one dymy sieczne i palce  i znowu] lotem w gr, na skrzydach, a ta zginie. U ng twoich, czowieku, morze midzy zomami chepa a locha. Jakie to ta w nim gosy! Jakie ta krzyki!

Stoi domek straniczy na samym kocu molo. Przysiad, zda si, i czeka. Tyem si wykrci, mchy kamiennego daszku na si  i cierpi. Strzeli w niego bawan rozbiegany z prawej, leci na z daleka od Elby czy Korsyki gra wodna, jakoby dziki, zjuszony ko... W porcie wiatr przyciszony. Poszarpuje ino nasze korwety. Wydmie dolne agle, nacignie, ae zawarcz, zawiszcz liny. Grne zwinite do cna. Wielki agiel, co go nazywaj marynarze grand wual de mizen, czasami ino rozcignie si, jakoby siy swojej mocarskiej prbowa.

Dali rozkaz: "W szalupy!"

Ka nam wyciga kotwic kontradmiralskiej fregaty. Werzna si bya w dno i zahaczya o gazy. Stu kilkunastu nas dooyo ramienia. Wreszcie posza. Okrt manewruje aglami i nastawia si... Wnet idzie spomidzy kamiennych grobli na pene morze. Nasza korweta dybie za nim trop w trop. Heje, hej! Ledwie my si pokazali na gbokich toniach, na wiatrowisku, porwie nas i poniesie. W szyj midzy Elb a Korsyk! Zda nam si krtko widzie kamienny, pusty, ciemnorudy brzeg. Syszymy, jak to tam dzwoni w skay rozwcieczone weny, jak tam wiszcz lasy po grach, jak graj skay czerwone. Wnet jeden maszt zamany, jakby ten prt leszczyny, i pospou z aglem cinity w fale. Z trzaskiem lec na pokad latarnie urwane z grnych masztw! Burza! Pjdzie nasz okrt w gr i na d. Pocznie go zagon morskich waw z boku na bok ka, bi w pier jakoby belk! Straszne, siwe morze! Och, wcieke!

Duo ja w yciu twardych dzie widzia, a nigdy jako wtedy. Strach me obszed, wokoo. Bliska a niespodziewana mier zajrzaa w oczy, tchna w twarz... Rozmiota burza nasz flotyll z trzynastu okrtw zoon w cztery strony wiata. Dwa tylko zdoay na powrt do portu zawin. Trzy wpdzone zostay do kanau Piombino midzy wysp Elb a ldem suchym, okrt grecki rozbi si cakiem o skay i ze stu szedziesiciu ludzi tylko jeden kapitan Kastus ze sw on na brzeg si wydoby z toni. Reszta okrtw, a midzy innymi nasz, lataa w morzach, miotana wciekoci ywiow. Ani przez ten czas strawy, ani napitku. Kto lea bez duszy i tacza si z koca w koniec sali pod pokadem, tego kapitan nie mg bra do roboty, ale ktry mg usta na nogach, tego na pokad i do lin! Niejednego bawan hukn w piersi i pokn pianami na wieki wieczne. Bosy, przemoky do ostatniej nitki, spracowany a zeszarpany od womitw, bez siy w sobie cign czek one liny. Jednego razu w ciemn noc grzmotno okrtem w jakie skay. Zatrzeszcza, zadygota i leg na boku. Stan.

Usyszeli my krzyk kapitana: "Siekiery! Tnij liny! Tnij drugi maszt! Armaty z zatopionego kraca w morze!" Dali go wtedy, co mocy w ramieniu! Plusny nasze dziaa, wszystkie sze jak jedno  i okrt wolno, wolno wsta, sprostowa si. Po czterech dniach i czterech nocach zacz wreszcie ywio naci cha. Dopiero ja z towarzyszami  spa. Zimnica trzsie, sny straszne... Pi... Nie wiedziae, czeku, owo zgoa, gdzie jest, co si dzieje. Tymczasem rozbite nawy znalazy si midzy Wyspami Balearskimi a brzegiem Hiszpanii. ata si tam nasz statek, stroi w agle. Po kilkunastu dniach zebra si wreszcie i popyn ku Maladze. Tam ju i inne czonki flotylli zdyy. Dopdzi nas okrt, na ktrym by szef batalionu Bolesta starszy, ktry to okrt pod Syrty afrykaskie by zapdzon. W lipcu okrt nasz podnis kotwic, a sterujc po podldziu, midzy brzegami Gibraltaru i Algesiras a Ceut w Afryce, szed wolno w stron naznaczon. Widzieli my goym okiem z pokadu star ziemi... Cicho byo i piknie. Ledwie si marszczy, ledwie gzi morze. Jeszcze mi w oczach do dzi dnia stoj one dwa brzegi dalekie. Brzeg hiszpaski, z ktrego strzelaj w niebo gry skaliste, nagie, gdzieniegdzie porose pini i cyprysem... Pierzaste licie wierzchokw palmowych wznosz si z kujaw piachu, pasko rozcignitych na brzegu Afryki. Jakoby wiklowe chlusty widz si z dala, jak u nas po nadrzeczu. Jeden za drugim szy okrty. Ludzie nasi odkryli gowy. Milcz i egnaj si oczyma z ldem, co ich wyda. Straszny al...

Nazajutrz zawinli my do Kadyksu. Pbrygada, majca si przesi na inne okrty, wysiada w Kadyksie i dwanacie dni stracia na przygotowania do odjazdu. W sierpniu dopiero z pomylnym, pnocno-wschodnim wiatrem opucili my port, ominli cypel Tangeru... Idziemy midzy wysp Mader a Kanaryjskimi, potem jeszcze dalej. Wiater si odmieni, weszli my na wody krcego oceanu. Odtd stateczny, wschodni wiater przy niebie pogodnym dozwoli nam sterowa prosto po kdzierowatych falach ku Antylom. Upay nastay najstraszliwsze. Noce tylko przynosiy chwil odetchnienia. Pod sam koniec sierpnia taka cisza nastaa w morzach, e nawy stay jak na murowanym fundamencie, na litym zwierciadle. Czekali my z upragnieniem zachodu soca. Ledwie si utopio w onych stojcych rwninach, wznosi si w tym miejscu, gdzie zgino, blady, sinawy pas wiata zodiaku. Dygota wtedy kady, bo byo tak, jakby z trjkta nachylonego nad wodami patrzao w nas oko wieczne. Podobne my widywali dzieckami w kocioach rodzinnych wsiw. Ale wtedy! Deska onego trjkta bya u podstawy rozlega jak samo morze, a szczyt jej gubi si w schodzcej nocy... Nocami wieci nam ksiyc. Nieraz my go opasali oczyma i tak oto ca noc leym na pokadzie czuwajcy, dokiela blady i zimny nie odszed w odmty zachodniej strony. wiecia nam gwiazda wieczorna tak wielka, e si od niej strzaa pozocista kada na poprzek morza.

Nieraz, bywao, wyjdzie z topielw bdna, sucha chmura i wszystkie oczy powiedzie na wschd, w niezmierno oceanu, rzuci na nas widzenie senne ldu ojcowskiego... Zmniejszono nam racje jada i wody. Woda staa si brudna, cuchnca, pena robactwa, a i tej tylko kwart na czowieka dziennie dawali. Par sta si taki, e mdla najtszy. Smaga w ustach dniem i noc, e si wargi raz kole razu trzaskay. Jzyk wysech na such drzazg. onierz jako to onierz. Skaka z pokadu w morze dla ochody. le si to najczciej koczyo: jedni dostawali kurczw, a inni od rekinw i morskich wilkw poarci.

Okoo pierwszego wrzenia ockn si wiater wschodni i z najwiksz szybkoci pogna nas ku wyspom. Ale dopiero w poowie padziernika ujrzeli my przyldek Samana. Wkrtce wpynli my do zatoki Mancenilla i pod miastem Cap-Franais rzucili kotwic. Odtd zaczy si nasze dzieje. Ju wtedy wdz zbuntowanych Murzynw, Tussen-Luwertiur, zdrad pochwycony zosta, odesany do Francji i tam w jakimsi ponurym zamku ywota tgiego dokona. W sierpniu 1802 roku rozesza si po uciszone j wyspie szeptana wie o zaprowadzeniu pomidzy Murzynami niewoli. Takie postanowienie francuskiego rzdu wzbudzio powszechn zgroz i stao si hasem rokoszu. W grach San-Domingo stanie na czele Kreolw Murzyn Lamur de Rans, w Walier wzbudzi bunt San-Susi, w Dondon Nol, w Plesans  Sylla, w okolicach Port diu Pe  Makaja. Istotnym przecie wszystkich wodzem by Karol Beler, a tego siedliskiem byy gry Kaho. Prawie caa ludno murzyska na wyspie zczya si z Mulatami i chwycia za bro. Kapitan jeneralny Leklerk, podszczuwany przez naczelnikw murzyskich, co jeszcze w subie pozostali, takich jak Dessalin, ten sam, co si potem za cesarza wyspy Haity pono ogosi  postanowi szerzy wrd nieprzyjaciela postrach morderstwami. Pastwiono si na jecach wojennych. Wysza taka zasada, e kady jeniec wojenny ma skona wrd tortur. Murzyn zapany z broni w rku, a nawet i bez broni, ale w .polu, wszystko jedno: winny czy niewinny, mierci kona. Przeciwna strona czynia to samo. Nowy to dla nas by sposb prowadzenia wojny. Okropne choroby trupami zacieay pole, a nade wszystko straszliwa "ciotucha"  ta febra. Dziwna to bya sabo. Jednych zabijaa na miejscu, jak piorun, bez adnych poprzednich oznak, a dla innych bya dugim, bezlitosnym konaniem. Tak to nagle, pamitam, umar nasz podporucznik Bergonzoni na pokadzie fregaty. Pewnego poranka, o samym witaniu, wszed by do kajuty kapitaskiej, w ktrej przebywa szef Maachowski. Gdy go ten spyta, czego by da, Bergonzoni, jako e by subista, wyprostowa si i owiadczy, jako przybywa owiadczy, e umiera. Wzi go szef pociesza i uspokaja. Nic nie rzek i wyszed na pokad. Tam postpi kilka krokw naprzd, pad i skona. Woyli go w wr, kul wielkiego kalibru uwizali przy nogach  i w morze. Inaczej byo z przewlek chorob. onierz czu w marszu jakoby cios od kuli. Nieraz przysigay si stare wiarusy, e ich kula przebia, gdy naok byo cicho, a nieprzyjaciela nigdzie. Zaraz nastpowao wielkie osabienie, dochodzce a do omdle. Rce i nogi przeszywa bl, jakby byy poamane. Trzsce zimno. Wszczyna si wielki trzask w czole, potem we wszystkich stawach i w krzyu. Nieszczliwi syszeli uderzenia pulsu w skroniach, oczy im wysadzao na wierzch i przemieniao w sup. Straszliwa boja i wielka, niezgruntowana tsknota nie daje pono spocz biednej myli. Nigdzie ulgi. Dech pdzi, jakoby ci Murzyn piersi zgnit kolanami. Ju po upywie dnia twarz nabrzmiewa i zaczyna czerwieni si jak u czowieka mocno spitego winem. Myli okropne hulaj, a sen za oceany ucieka. Wnet skra knie, a biaka oczu stan si jak szafran. Na trzeci dzie zwidzi si choremu, e ju przeszo, ju lepiej. Duch mniejszy, oddech wolniejszy. Ale oto zacznie ustami, nosem, uszami, a nieraz wprost ze skry na szyi, na policzkach ciec wolno krew rzadka, czerwonoruda. Nogi zimne jak marmur, oczy ze szka. Pot zimny, czarne womity, gangrena rk i ng  i wreszcie ju upragniona mier. Ilu to ja tam kamratw wypatrzy w onych pochodach! Ile ja cierpie ich, zwierze, spowiedzi wzi na barki! Och, a tamten okrt...

Jednego razu zawin z oceanu do przystani Cap-Franais okrt pasaerski. Siedziaem ja wtedy na brzegu morskim, zabity na ciele i na duchu. Ju to byo po raku naszego wojowania na wyspie. Byem zranion w nog i kurowaem j ta, zasypujc ran miako tartym prochem strzelniczym, zalewajc winem co najtszym, a dla odmiany wod morsk. Kula murzyska nadara mi misa niemao, stuka i roztrzepaa ko. Spuch kulas jak baran, wic pozwolili mi naczelnicy siedzie i wylegiwa si u brzega. A no siedzimy co w dziesiciu czy we dwunastu towarzysza, wszystko kalek, i gwarzymy o naszej wyspie. A ju my si na niej wyej czuba nayli. Co ktry powie zdarzenie, to jedno od drugiego lepsze, jakby je sam diabe wymyla. Duszy swojej to ju aden nie czu czy nie mia... Kademu wszystko jedno: mier to mier, a ywot  to ywot. Darowa komu ycie czy mu je skrci-jedna jedyna chwila. Ani ta przedtem zastanowienia, ani potem krzyny alu. Przygnay tedy fale pod brzeg okrt z daleka. agle na jego rejach rozpite wisiay trzema rzdami, jeden nad drugim. Czarne byy, mokre, dziurawe jak achmany na zbju. Wietrzyk je czasem rozd, i wtedy statek szed kadysi w morze, to znowu rodkowa poa aglw zaczynaa si flata i zwisa, a nawa do nas wracaa, bezradna jak ten korek na fali. Podpyn ta ku niej Murzynek portowy na swej pirodze z dbu korkowego, wdrapa si jak mapa po linach na pokad. Patrzymy: zrobi na nim krok, zrobi dwa  i jake nie pjdzie w d! Buch w dk i we wiosa! Tylko si miga. Wyskoczy na brzeg... Patrzymy: cay na popi zbiela ze strachu. lepie mu kouj, kouj, gba si trzsie, kolana tuk jedno o drugie. Dopiero gdy my mu zagrozili, e kul w eb wemie, jeli nie bdzie gada a ywo, wybekota, co widzia. Caa zaoga, kapitan, sternik, wszyscy podrni do ostatniego majtka, wszystko, co tchnie powietrzem, wymare na t febr, ley pokotem. Widzieli my go z dala, w cmentarz chodzcy po morzu, i mieli my si z niego midzy sob:

"Na taki ci to gupi koniec przyszo  mwili my  pikny okrcie!..."

Fale byy ciche i dobre, jak bywaj nieraz rankiem w dzie jasny na jesieni. Przypyw je dopiero zacz pogania ran gazk, eby taczyy dokoa kamieni sterczcych pod brzegiem, eby z pluskiem leciay w kamienne ostoje. Kada nowa fala rzucaa nam pod stopy swj niezapomniany dwik, w ktrym sycha gos znajomy, jakoby prdkiego wiatru w podlaskim lesie. Zaraz po niej grzmiaa druga, za tamt pdzia trzecia. Jeden gos wlewa si w drugi; przenikay si wzajem, obejmoway wp i dzwoniy nad naszymi gowami, jak daleko huczce dzwony w podlaskim kociele. Na tych bkitnych wenach, na bkitnych albo powleczonych barw ywego srebra, przypyn potpiony okrt tak blisko, e my we oczyma zajrzeli. Szalupa zaczepiona bia go w bok, tuka si i kapaa. Zwisajc bander wiater kiedy niekiedy wyd... Kadub okrtu szed ku nam to prawym, to lewym bokiem, to krci si w koo, przechyla, jak gdyby pragn koniecznie pokaza nam swj pokad i taczajce si po nim te, rozdte trupy. miali my si z niego i z nich... Mino poudnie. Wzmg si wiater. A si w statek wemie i wciecze ze zoci. Wyd tgo agle, przechyli si na bok, zatoczy koo wiszczce i poszed w morski ocean. Widzieli my go, jak si stawa may, coraz mniejszy, czernia, znika, jak si zawlk sin mg i przepad.

"Id straszy innych, gupcu!  woali my za nim.  Id innym mierdzie swoimi trupami! Nam ta trupy nie dziwne..." Jzyk ludzki tego opowiedzie nie potrafi, co za bezrzd opanowa wojsko francuskie. Trzecia ledwie cz onierzy trzymaa si na nogach. Kady zniechcony, draas, w zniszczonym ubiorze, smtny, wypatrywa miejsca, w ktrym go mier dopadnie. Jeden tedy oddawa si najwcieklejszej rozpucie, swawoli i bezprawiom, jakich rozum nie obejmie, hula, pi, rozbija bagnetem, wydziera majtek i cnot, noce spdza wrd Kreolek, Murzynek, Mulatek, a drugi gotowa si na mier w postach i trawi noce krzyem lec obok. posania. Szpitale pene byy chorych, zalegajcych pokotem na ziemi bez dozoru, pomocy i opatrzenia. Wszelka subordynacja ustaa, porzdki wojskowe zgoa zniky. Szeregowiec rwny by wodzowi. Nikt ta ju nie zajmowa si myl o wygrywaniu bitew, o sawie. Serca zlodowaciay, dusze si objawiy zbjeckie. Bagnet sta si ostatnim prawem. Kady si tylko podle, haniebnie lka albo jeszcze nikczemniej ajdaczy. Bya przecie jedna dusza, dusza bez trwogi... To Paulina Buonaparte, siostra Pierwszego Konsula a ona kapitana generalnego Leklerka. Nie stracia w owych czasach ani odrobiny fantazji. Przenisszy si z Cap-Franais do wiejskiego ustronia, wpord nieustajcych uczt, zabaw, tacw, muzyki staraa si zapomnie o tym, co si rozgrywao dokoa. By czas, kiedy my trzymali stra przy tej siedzibie. W lekkim i przewiewnym paacu midzy palmami huczna muzyka, piew. Wino lao si brodem. Czsto wprost z balu, z bezcennych kobiercw podjli my trupa tancerza, wynieli za ogrody paacu i zakopali w ziemi. Ale takie sprawy nie przeryway taca. Mwio si piknym paniom i wesoemu gronu oficerw, e ten a ten poszed spocz na chwil pod cieniem palm i magnolii.

Och, wyspo, wyspo!

Ziemskim zdaa nam si rajem, gdy my z dala ujrzeli tw pikn gr Cibao, okryt piniami i woniejc jod. liczne twe rzeki wypyway stamtd  Neira, Artibonit, Juna  o wodach przezroczystych jak drony kryszta. Wilgotne ciepo bio na nas z niskich sawannw, z gstwin lasw palmowych... Ona dzika, nie widziana obfito zi, co pokrywaa wilgotne brzegi, poszarpane od fal morza. Oczy nie mogy si nacieszy widokiem rowobarwnych ptakw, flamingw, jakby kwiatw latajcych, co uganiajc si za rybami rozweselay paszczyzny zatok. Ledwie my stanli nog na tym ldzie, oczu my oderwa nie mogli od palm wachlarzowatych i trzciniastych, co tworz szemrajce gaje i puszcze, od paproci wysokich jako nasze sosny i wierki. Szli my do pierwszego miasta szerokimi ulicami, ktre byy wysadzone drzewami pomaracz, cytryn i brezyli. Gdzie okiem rzuci, widziae z radoci figi, pola trzciny cukrowej, drzewa kakaorodne, tytu, ry, proso, kukurydz...

Ale wprdce przyjdzie straszne ocknienie. Owe nadmorskie sawanny s tak nisko pooone, e si nie dwigaj ponad mielizny zatok. Porasta je drzewo manyles, podobne do blekociny. Te to smugowia mokn w porze deszczw, ktre si lej gwnie w porze naszych godw zimowych. Kraby znowu, jaszczurki a gady zdychaj i gnij zalane w swych karpach i dziurach od wylewu rzek. Takim tedy porzdkiem wstaje zimow por ponad morzem jedno bezgraniczne bajoro pene oknisk niezgruntowanych, duchowim, skd wywala si ziew zgniy z zapachem smoy niesmoy... Komar, zwany moskitem, tnie tak, e na miejscu ukszonym zostaje krosta i bbel jak od sparzenia ukropem. A dopiero gdy z wiosn pocznie ogniste soce przepala powietrze na wskro! Nastaje taki par, e koniec wiata. Rzuca si na czowieka kleszcz zaskrny, zwany Bzik, skada pod paznokciami torebk z zarodkiem, a te we dwadziecia cztery godziny urastaj w gruczo tyli jak laskowy orzech. Dopiero to sklamantes! Bl okropny, a po nim czsta gangrena i mier. Mrwki skrzydlate a po cianach, po stoach i tn czowieka. eby umiera ze strudzenia po caodziennym marszu, skoro ci si do ka dostan, wstawaj, bratulu, i umykaj w pole! Potem nauczyli my si radzi sobie z nimi, ale w pierwszych pocztkach, cudeki, co my cierpieli. Potem nie kadli my si spa inaczej, tylko w szaasach, gdzie mahoniowa deska zastpowaa st, ko byo z surowej skry bawou, zawieszone na supach, a przez ca noc dla odpdzenia komarw tliy si pniaki sprchniae.

Och! noce, noce!

Nieraz ju dawno wiater pocz wia od ldu, noc pna, a ty, czowieku, usn nie moesz. Drzemiesz niby, a przez sen syszysz, e aby rechocz jakoby u nas w parn a krtk lipcow noc... Konik polny poskrzypuje.

Przelatyway straszne burze, ktrych sowo ludzkie nie wypowie. Wtedy w lasach, powizanych lianami, wyrywao dukty na par wiorst, las wali si pokotem jak yto po ulewie. Zwierz ucieka jak oszalay, a cae Litwy ptactwa wicher straszliwy gna w ocean i ciska w wod. Czowiek, nawyky do jagw a do elaznej kaszy, mia ci teraz ile chcia pomaraczw, ananasw, moreli, cynamonowych jabek, granatw. Moge rabowa w brd po plantacjach banany, pistacje torowe... Ale nasz onierz i tego nie czyni. Jak my pierwszego dnia po wyldowaniu dostali placki z manioku, zwane kasaw, tak my tym yli cigle, a do ostatka, bo nam chleb swojski, sitny przypominao.

Ile to walk, ile pochodw, utarczek, miertelnych bojw! Od pierwszej do ostatniej chwili... Pierwszy batalion pod dowdztwem Murzyna, generaa Klerwo, przyczony do pbrygad murzyskich, ju w om godzin po wyldowaniu ruszy do boju. Wnet przecie w murzyski genera zdradzi naszych i ze wszystkim czarnym wojskiem swoim przeszed na stron powstacw. Polacy pod kapitanem Wodzyskim zatarasowali si w kociele i mny dawali odpr, a pniej ze strat stu kilkudziesiciu onierzy wymknli si z puapki i uszli do fortecy pod Cap-Franais. Dziki tylko ramieniu polskiemu to miasto ocalone zostao od napaci i zagady. Ale ten pierwszy batalion, walczc tam wanie pod Cap-Franais, uleg zarazie. Z tysica ludzi, ktrzy weszli do miasta, w przecigu jednego miesica zostao omdziesiciu kilku. Drugi batalion pod wodz starszego Bolesty, gdziem i ja suy, wyruszy pod rozkazy Dessalina, generaa murzyskiego, w kierunku rzeki Exter. Przeprawili my si przez rzek Artibonit w cznach pirogowych z jednego kloca mahoniu i przyszli my do miejsca St. Marc. W kilka dni pniej Dessalin z ca dywizj Murzynw przeszed w nocy na stron powstacz, ktrzy stali naprzeciwko nas pod komend Krzysztofa i Pawa Luwertiur. Ech, bieda, bieda!... Jeden batalion tych Murzynw, czterystu chopa jak heban, nie zdy uda si w pochd za Dessalinem. Ledwie na dowitku dnia spostrzeona zostaa zdrada tamtego. Jeden jedyny nasz polski batalion Bolesty nie by w stanie utrzyma w karbach i zmusi do boju z rodakami kilkuset tgich a uzbrojonych Murzynw. Co z nimi robi? Puci na wolno, to powiksz armi wroga, wlec ze sob, to zdradz w najgorszej chwili. Genera Fressinet, nasz nowy dowdca, Francuz rodowity, rozkaza czarnym wystpi do apelu, jak co dnia. Zwyczaj wojskowy kae stawa do apelu bez broni. Skoro na plac wyszli, nasz batalion z rozkazu Bolesty otoczy ich ze czterech stron. Genera Fressinet wyszed. Da znak. Murzyni nie spodzieli si nawet. Chwycili my za bro i wykuli my bagnetami bezbronnych, wszystkich czterystu, co do nogi. Nie upyno p godziny, ju ani jeden nie zipa.

 Milcz!  wrzasn Trepka zataczajc si na cian.  Milcz, nie mw do mnie!...

onierz patrza na niego chodnym, obojtnym okiem. Na chwil zamilk.

 Po tocie tam popynli...  jcza walc w st piciami.

 Wojna jest wojna  rzek Ojrzyski.  Bg nasz sdzia, nie waszmo. W par tygodni czasu z naszego batalionu, ktry tysic mia ludzi, zostao nas stu kilkunastu. ta febra... Och, ze to czasy! Tam my w gorcej ziemi zoyli starszego Bolest, kapitanw Oskowskiego i Rbowskiego... Ze to czasy!

Trzeci batalion 113 pbrygady wyldowa by w Port-au-Prince. W cigych marszach, utarczkach, walkach, znojach, gdy dzie i noc trza byo z wrogiem bra si za orzydle, z chorb samych utraci szeciuset ludzi. Tak to, panowie bracia: z 3700 chopa jak dzwona bukowe, ktrzy wysiedli na ld w San-Domingo, zostao nas ywych trzystu, a oficerw naszych kilkunastu.

Po mierci Leklerka przyszed nad nami przewodzi Roszambo. Ten powzi myl  psy rozjuszone, wiczone godem i chost, puszcza na Murzynw. Wtedy ju druga nasza legia, czyli 114 pbrygada, wsiadszy na statki w Genui przypyna do Antylw. Pamitam, jak zawijay z oceanu do zatoki wolno idce okrty: ,,le Fougueux", ,,Hros", ,,la Vertu", ,,la Serpente", "lArgonaute" i inne. Staa nas garsteczka na brzegu, eby przybywajcym odda honory i przywita ich w progu wyspy. Ujrzawszy nas zadreli. C dopiero, gdy posyszeli z ust kapitana Przebendowskiego, ktry by osobistym adiutantem generaa Roszambo, e przed nimi stoi poowa pierwszej legii... Wkrtce nowi przybysze wyruszyli przeciwko Murzynom. Rozdzieliy si nasze drogi. Wnet usyszeli my o mierci porucznika Weigla i dzielnego adiutanta-majora Krlikiewicza w bitwie u redut Carvahanac... W tym to czasie ja sam przebyem t febr, alem si z niej wyliza. Leaem w barogu dugi czas midzy yciem a mierci. Nie wiem, co si dziao z brami na przekltym ldzie. Dusza moja sczerstwiaa wtedy i uczyni si z niej jakoby pytki brzeszczot, co krwi ocieka. Udao mi si wreszcie dosta z kilku towarzyszami zwolnienie i wrci do Europy. Wsiedli my na fregat idc do Brestu i dopiero w morzach czowiek westchn. Szczliwie przybyem do Francji. Wyznaczono nam na mieszkanie Chlons-sur-Marne, dano p odu. Ale skoro czowiek przyszed do siebie, natura pocigna w szeregi. Obwiecili now kampani. Wcignli my si w kilku do szeregw francuskich  i znowu marsz-marsz! Zabio serce, bo my szli wprost na Wiede. I weszli my w otwarte jego bramy. Austerlitz! Oto ja ujrza te czeskie i morawskie wzgrza, com je jako piechur austriacki przemierzy. W dali, w dali siniay nasze wysokie gry. Ale nie sdzono mi byo wstpi na swoj ziemi. U samych jej drzwi musiaem przyklkn i czeka: strzaskao mi nog, urznli...

 Sprawiedliwie mwisz... -rzek twardo Trepka. -Niegodne byy wasze nogi, eby na ziemi t wstpiy. Bg pewnie karze za takie czyny jak wasze na wyspie.

 Zemsta jest moj, mwi Pan...  gucho odpar onierz.

 Na skinienie uzurpatora, wskutek intrygi jego wspszalbierzw depta wolne ludy, dusi plemiona...

 Zemsta jest moj, mwi Pan. Nic waszmo nie wyrokuj! Spojrzyj no, co si stao... Dwanacie lat my przelewali krew w zawrociach wiata. Bracia moi co do jednego prawie wwalili si w mogiy z guch rozpacz. A teraz... Rakuskie mocarstwo roztrcone jak kupa zgonin. Doda ramienia pod Jen, pod Auerstadt  i pruskie pastwo roztrcone! Uzurpator! ten sam uzurpator jest panem Berlina i panem Wiednia. Nie wiesz waszmo owo zgoa, co mwisz... Niech yje Cesarz! Po stokro! Po tysickro! Chwaa mu wieczna! A teraz, syszysz waszmo, dopada mi tu wie w jednym miasteczku: idzie w Poznaskie, w Mazowsze... Do Warszawy! Przez ywy Bg tak bdzie! Armie przemierzaj rwniny moje, gdzie rzdzi Prusak. Obok nich wstaj ze snu powiaty, miasta, wsie. I teraz dopiero pjd w bary! Niemca tam ju jednego czowieka nie masz! Ja tylko jeden jedyny, com obszed wiat czekajc na t chwil, nie pjd z nimi. Ale nim piach mi oczy zasypie dowiem si reszty. Niech yje Cesarz!

Rzekszy te sowa onierz wsun gow w ramiona i cay si zgarbi, jak gdyby w sobie samym ukry chcia reszt myli. Ju ranny wit przecieka zacz przez szpary okiennic. Woskowe wiece dawno pogasy. Trepka pchn okno jedno i drugie. Mokry, rezed pachncy chd ciemnego rana jesieni buchn do dusznego pokoju.

Mody Cedro ukaza si w owietleniu poranka jak inny czowiek. Sta na tym samym miejscu z rkoma splecionymi na porczy krzesa. Twarz jego bya blada i szczeglnie wyduona. Wosy byy podniesione jak od wichru. Spod nawisych powiek surowe, zamylone renice nie schodziy z twarzy onierza.

Z naga westchn i wstrzsn si gwatownie. Zimny umiech przelecia po jego twarzy.

 Rafa!  zawoa gosem gromkim, szukajc towarzysza oczyma.

Tamten siedzia na niskim stoeczku, z gow bezwadnie lec na doniach. Podnis leniwie i niedbale czoo. Rzek z wyrazem szczeglnej wzgardy:

 Wiem, wiem...

Obadwaj umiechnli si do siebie czy do jakiej myli nowej, nieznanej.

 Bodaj to wszyscy diabli!  zgrzytn Trepka wychodzc z izby i z trzaskiem rzucajc drzwi za sob.


 Strzemienne
Rzeka Pilica, na ktr w dniu 28 listopada 1806 roku spad niespodziewany zaszczyt stanowienia granicy midzy Krlestwem Galicji a szecioma departamentami popruskimi, bya tak uwanie i pieczoowicie przez Grenzregimenty strzeona, e o przeprawie nawet mowy by nie mogo. Rozstawione wojska, nie przepuszczajc nikogo zgoa, nawet poczty listowej, strzelay bezwarunkowo do kadego, kto si do rzeki zblia. Kara gwna, to jest mier przez powieszenie, naznaczona przez rzdy Galicjw na miaka, ktry by si omieli przekrada "do Polakw", paraliowaa wykonanie zamiaru, dawno powzitego przez Cedr i Rafaa. Wielokrotnie Szczepan Trepka wymyka si bryczk to tu, to tam, upatrujc dyplomatycznie znonego miejsca przeprawy. Wraca przemarzy, zmoknity, godny i zy, a kl na czym wiat stoi. Trzy tygodnie czasu zeszy na przygotowaniach i przeszpiegach. Nareszcie w poowie grudnia nadesza sekretna wiadomo, e granica po Nadwilu od strony lska mniej jest strzeona, a przynajmniej, e kordon tamtejszy nie jest tak gsty jak nad Pilic. Postanowiono tedy korzysta ze sposobnoci i nie traci ani chwili czasu. Dla niepoznaki obadwaj awanturnicy postanowili wyruszy niby to na polowanie, konno i z psiarni. Spod Tarnowa dopiero mieli wsi w dylians jako modziecy lekkomylni, zdajcy na karnawa do Krakowa. Trepka zostawa w domu. By ju, jak mwi, za stary do tego rodzaju wypraw i co tam jeszcze na swoje usprawiedliwienie przycza bardzo uczonego, o czym modzi jego przyjaciele sysze nie chcieli.

Co ostatecznie uradzono, zaraz weszo w ycie. Osiodane w nocy konie stay u obw. Strzelec Walek ze sfor chartw wyjecha poprzedniego dnia do znajomego myliwca pod Tarnw. Wstao wreszcie owo Bodnia zimne, wietrzne...

Deszcz ze niegiem, chamerami przelatujcy, powleka grud na drogach acuchem oknisk i kau, liskich jak ld. wiato nie byo w stanie wydrze si z powrozw nocy, cho dawno ju by poranek. Zdawao si, e dzie nie nadejdzie... Ogie dymnie i z oporem pon w czeluci pokojowego komina. Obadwaj spiskowi krztali si z popiechem po izbach starego dworu, czynic ostatnie przygotowania. Byli ubrani w grube buty, w kurtki myliwskie. Harapy mieli w rku, kordelasy u pasa. W zanadrzu odziey kady z nich pieci ukryt krtk bro.

Trepka by zy, rozjtrzony, dokuczliwy. Mwi, e jest niezdrw, i o byle co wcieka si na sub. Siedzia w rogu sofy i co chwila zrywa si na rwne nogi jakby z zamiarem ogoszenia wielkiej tajemnicy. Koczyo si przecie na wybuchu przeklestw, w ktrych mieszay si w chaos wyrazy niesalonowe polskie, francuskie, wgierskie, a moe nawet i tureckie.

 W kadym razie  pomrukiwa  kiedy otrzymacie krtki a wzowaty rozkaz wyrznicia co do nogi klanu jakich Kafrw czy Botokudw w domniemanym interesie skoatanej... hm, hm, miejcie rwnie niejak klemencj na oku. Po prostu przez zaskrne wyrachowanie. Zawicie sobie wzeki na kocach wsw, eby nie zapomnie o tej przestrodze. Dobrze jest by tyranem wzgldem ssiada w swoim czy swoich interesie, ale przezornie jest zostawi sobie cho skromn furteczk na wypadek, czego Boe bro, sdu historii. Magistra vitae, uwaasz, Olbromski?

 Ka no dawa niadanie...  przerwa Cedro.

 Dobrze jest wydrze jzyk nieprzyjacielowi w sprawie przyjaciela Napoleona, ktry idzie na Berlin, ale darowa kiedy niekiedy ycie rwnie nie zawadzi. Wszystkich pru  stanowczo nie radz. Nieche cho na zarybek zostanie. A nu midzy uaskawionymi trafi si Klopstock albo i zgoa Gutenberg?

Ostatni raz wniesiono do jadalnej komnaty winn polewk i przyjaciele zasiedli do wsplnego stou. Trepka odsun kubek, poszed do swej nory i wynis stamtd niewielk, star butelk. Kaza j sucemu otworzy i nala trzy kieliszki. Podnis swj w gr i usiowa wygosi jaki toast czy wypi czyje zdrowie. Dugo w ustach miamla najrozmaitsze wyrazy, ale poza owe wgierskie i francuskie kltwy nie wyszed. Jego febra udzielaa si Krzysztofowi. Padli sobie w ramiona i dugo ciskali si w milczeniu, nim w toast spenili. .

 Nekanda!  woa Cedro.

 Czekaj! Oto... na star nasz w dziejach wiata racj bytu!... Do pioruna, gupio mwi... ebycie, do milion set ndz! nowej haby nie dodali...

 Suchaj, zaklinam ci!  woa swoje Krzysztof.  Skoro tylko wyjedziemy, siadaj na bryczk i le do Olszyny zawiadomi ojca.

 Dobrze, dobrze...

 Zrobisz to dla mnie. Chodzi o to, eby go przebaga, wystawi ca istot sprawy. Powiedz mu to, syszysz? powiedz mu to, em wyjedajc wiedzia, jak speniam wzgldem niego nikczemno.

 Powiem mu, powiem, do stu tysicy...

 Szczepanie, chyba rozumiesz, jak misj wkadam na ciebie? Wiem, e nie zgadzasz si z ojcem, e nie moecie ze sob przestawa, ale w tej chwili, gdy ja sekretnie uchodz...

 I boj si swoj drog papy... Nie ucz mi pan hrabia z aski swojej, o czym powinienem pamita! W tej chwili!... W kadej chwili mego ycia wiem, co powinienem robi. Pojad do Olszyny i uniewinni ci. Powiedziaem, e pojad. Mam zdolnoci dyplomatyczne, wic nie bdziesz wydziedziczony ani pozbawion dziedzicznego tytuu.

 Czy i w tej chwili nie moesz mu przebaczy maych sabostek?

 Czy i ja mog albo nie-przebacza sabostki? to ju chyba ja najlepiej!... Mj Rafale, bd sdzi, czy ja w ogle...

 Ka nam, stary. konie podawa  szepn obojtnie trzeci  widz bowiem, e zaczynasz si alterowa.

 Wcieke si! Niech soce wzejdzie! Bdziesz zby po ciemku zbija i konia jeszcze hrabiemu skaleczysz. Niech si rozwidni.

 Nie marud!

 Chopak je niadanie. Dajcie ludziom zje, do stu piorunw! e sami si natkacie i opijecie grzanym winem, to nie racja, eby ludzie o suchej gbie przemarzali dla waszych wybrykw!

 Lepiej, eby nas wyjedajcych jak najmniej oczu widziao.

 Nie rbcie no tylko wielkich rzeczy z tych spraw akowskich! Wiem, e wrcicie z drogi! Na trzecim popasie zajczy strach was obleci i za uzdy przyprowadzicie te same wierzchowce pod ganek. Tyle e dedy zgonicie.

 Prosz ci, Trepka...

 Wielkie mecyje... Moje-e wojaki!

 Niech podaj  mrukn Cedro.

Przywoany chopiec pobieg ku stajniom i za niewielk chwil dao si sysze miarowe po grudzie stpanie omiu kopyt. Trzej przyjaciele w milczeniu podnieli kielichy, znowu napenione starym wgrzynem. Spojrzenia ich skrzyoway si jak szpady przysigajcych. Nakryli gowy futrzanymi czapkami, wybiegli i skoczyli na sioda. Trepka z odkryt gow szed za nimi jaki czas przez podwrze, ale konie skoczyy ywo, pomkny i zniky za stodoami.

Dzie by ohydny. Da nieyca, to znowu sypay krupy, raptownie przechodzce w zimny deszcz. Trepka chwil przystan i sucha, jak to wiatr wiszcze za kadym wgem domu, jak si z jkiem wasa pod drzewami ogrodu, jak leci olizgymi polami i gnie zesche badyle.

Usysza w jego gwidzie polotnym co jakby dwik ludzkiego gosu, jakby sowo na p wyrzeczone, ktre twarda sia na wieki urwaa. Gos ten przebd mu serce. Oczy zmruyy si, eby nie widzie pustki roztoczonej dokoa. Uczu w sobie staro i opuszczenie. Dawna mio, ktra tyle ju sercu zgotowaa zawodw, owa mio-krzywda, znowu dwigna si w piersiach, jako w feniks z popiow. Nowe zaega ognisko zgryzoty.

 Jak wtedy, jak wtedy...  szepta, duymi kroki wracajc do domu.

Usta jego drgny i sowa bez zwizku, wasne, prawie niedorzeczne sowa-symbole, wiadki dawnych udrcze i starych rozmyla, sowa-westchnienia porwa mu z warg lotny wicher:

 Plemi moje, plemi... Najbiedniejsze moje...

Tymczasem dwaj modzi ostrym kusem przebywali bezludn drog, ktra prowadzia do szerokiego traktu. W dali czernia las, a pod nim wioska. Ogieniaszki byskay ju tu i tam w maych, przyziemnych oknach grubo ogaconych chaup. Na prawo i na lewo szy w dal zagony, obleczone w czarne, zgnie cierniska. W bruzdach tuliy si smugi wody drc i marszczc si z zimna. W pewnym miejscu oko Krzysztofa pado na kamionk wrd miedzy, okryt szkieletami uwidych pokrzyw. Ostatni, mokry, czarny li jak achman plta si dokoa odygi na falach krtego wiatru.

 egnaj i ty...  wyszeptay usta.

W gbiach ciemnego powietrza staa samotna gruszka polna z krzywymi a kolczastymi gami. Pamita j z najwczeniejszego dziecistwa, widzia z okna swego pokoiku, gdy jeszcze by malekim Krzysiem. Wspomnia mu si jaki dzie odlegy, kiedy zbudzone ze snu jego oczy, jeszcze pene ez po dziecicej, sennej boleci, powitay widok jej daleki jako znak ycia i pozdrowienie szczliwego bytu. Teraz krzywe prty zadrgay, nagie gazie poczy ka, i guche, ciemne szlochanie starej gruszy rozlego si wrd pola.

Zguszy je miay i potny ttent konia pdzcego po liskiej grudzie. Przybyli do miejsca, gdzie si drogi rozstaj idc w cztery strony wiata. Sta na rozdrou sprchniay sup, niegdy pomalowany ciemn farb. Pod jego szczytem widnia obrazek na blasze, przybity czterema gwodziami. Patrzay z niego oczy miociwe, zamazane jakoby zami, wypakane i skostniae od alu. Patrzay w ciemna jaskini nocy, uchodzcej za bory, lasy, w pustk ugorw, w al sennych drg. Krzysztof cign cuglami konia i osadzi go w miejscu. Zwrci go bem do supa. Zdj czapk i wznis oczy na wity obrazek. Westchn... Nie z gbi cielesnego serca, lecz z dna duszy wypyna krtka modlitwa. Nie za siebie, nie o zachowanie ycia, nie za ojca, nie za siostr i nie za dusz matki, lecz za one niskie i mokre zagony, za nieobeszy, spracowany kraj...

Wnet lecieli polem, wichru majc pene uszy i pene gowy. Minli w skok drog prowadzc do Olszyny. Z dala na uboczu zosta rodzinny dom. Krzysztof raz tylko rzuci w jego stron ukone spojrzenie. Wrd mglicy nadrannej i przelatujcych panet mtnie czerniay tyy stod z murowanymi supami, dachy ich szeroko rozsiade, a nad nimi wielkie ogoocone drzewa, ktrych szczyty chyliy si za wiatrem. Z gbin ogrodu wznosiy si dwa biae kominy dworu, a z nich dym ju si wymyka i rozwiewa midzy chmurami. Krzysztof stan w strzemionach, poprawi si na siodle i cign konia harapem. Mieli tylko jeszcze przeby las brzozowy, eby wyjecha na gwny gociniec, zbliali si wanie do skraju...

Wtem Rafa zdar konia z okrzykiem przeraenia.

Spomidzy gstych drzew wyszed stary Cedro i brn rodkiem botnego szlaku wprost na jedcw. Policzki jego byy zapade, oczy wwaliy si w oczodoy, nie uczernione wosy siwymi kosmykami paday spod kapelusza. Ubir by naprdce, krzywo woony. Idc nieprzerwanie starzec przywlk si do szyi koskiej, do strzemienia, w ktrym bya noga syna. Ujrza go Krzysztof. Rka wydelikacona, biaa, przeliczna, zgrzybiaa rka zacza lizga si bezsilnie po uboconym pulisku, po zachlastanej cholewie buta. Gowa z wysikiem dwigna si w gr i oczy zalane zami, olepe z rozpaczy, szukay twarzy dziecka. Usta, te usta zawsze umiechnite, usta nigdy nie skaone gminn boleci, teraz pene byy kania, szlochu i bezzbnego bekotu:

 Krzysiu, Krzysiu...

Ramiona wzdrygay si, a rce trzsy jak od przypalania biaym elazem.

 Krzysiu, Krzysiu...

Stopy pltay si bezadnie, nastpujc jedna na drug. Wida byo, e nie ustoi, e jak badyl zamany od wiatru padnie za chwil na ziemi. A rce bezwiednymi ruchami usioway cign syna na drog, czepiay si jego rkaww, kieszeni...

 Ka zawoa... parobkw... zwi ci... zamkn ci...  miamlay usta.

Krzysztof puci wodze wolnym, obkanym ruchem. miertelna blado okrya jego twarz.

Oczy mia pzawarte, usta zacite. Schyli si pomau i uj rce dziada, jakby go obezwadnia, jakby te rce bolesne i cudne chcia zwiza, skrpowa na zawsze. Podnis je obie i z jkiem przycisn) do piersi. Gowy ich zetkny si, oddechy zmieszay i bezsilne ciaa cigna ku sobie niewysowiona potga.

Zdao si Rafaowi, e ta chwila nigdy si nie skoczy. By pewien, e ju wszystko przepado.

Ale z naga Krzysztof si ockn i dwign. Oczy mu si rozwary szeroko i straszliwy wyraz mocy z twarzy uczyni jak gdyby mask elazn. Twardym ruchem odsun rozwarte ramiona ojcowskie. Westchn. Zdzieli konia straszliwym ciosem harapa. Oba rumaki stany dba, skoczyy z miejsca i runy naprzd. Krzysztof swojemu nie przestawa zadawa ciosw. Lecieli z guchym, cikim ttentem, na wycigi z wichrem, schyleni na siodach. Chwytali zimn zawiej kajcymi piersiami. Pdzili coraz szybciej, szybciej, szybciej... Zanurzali si we mg oddalenia, w bezbrzeny tuman, w wiszczce wiatry.


 Stara ciotka
W mrony, grudniowy dzie, okoo poudnia, przybyli do Krakowa. Tgie konie cugowe zaprzone do kutej bryki krakowskiej byy dobrze zgrzane, a podrni zniecierpliwieni. Pragnli co tchu a niepostrzeenie wjecha do miasta i stawi si u pewnego jegomoci, kuzyna Trepki, ktry dalszymi losami ich mia kierowa.

Podjedajc do Bramy Floriaskiej, z dala ju spostrzegli znaczny ruch posplstwa, a w pewnym miejscu za zburzonymi murami miejskimi  zbiegowisko.

Nagle Rafa cisn niepostrzeenie przedrami przyjaciela i niemym ruchem gowy wskaza co w oddali. Krzysztof wytrzeszczy oczy, ale dla krtkoci wzroku nic osobliwego nie dojrza. Wtedy Olbromski nachyli si ku niemu i z dziwnym umiechem rzuci mu do ucha sowo:

 Ciotunia...

Cedro raz jeszcze skierowa oczy we wskazanym kierunku... Dostrzeg wreszcie dziwaczny znak... Wyniosy sup z dugim poprzecznym ramieniem... Tum dokoa tego miejsca kry i wrza a wrza. Leciao stamtd echo gwaru-chargotu.

Wrzawa wznosia si, wznosia wci jako wwczas, gdy burza idzie z boru w br. Chwila jeszcze i strzeli piorun. Straszliwy grom zwali si w miasto i zatrzsie posad ziemi. Wtedy gwar cichnie, przygasa, upada. Sycha jeno guche krenie szeptu.

Poniewa Brama Floriaska bya zawalona wyjedajcymi i wjedajcymi wozami, wic przyjaciele zeskoczyli z bryki i poszli w kierunku widomego ksztatu. Wmieszali si w tum i zaczli nasuchiwa. Tylko urywki rozmw dochodziy ich uszu, bo kady czowiek, aczkolwiek gada namitnie, przecie usiowa, eby go sysza tylko ten, komu szepta do ucha.

Usyszeli jednak nazwiska. Dwa powtarzay si cigle: Wysiekierski, Baum, Wysiekierski, Baum... Co par krokw przystajc za grupami rozmawiajcych i coraz lepiej nastawiajc uszu, zrozumieli wreszcie, e wkrtce maj by przyprowadzeni na to miejsce tracenia trzej modziecy, skazani na mier za to, e si "do Polakw" przekra usiowali. Ujci na granicy przez patrol, pod goymi szablami cignici do Krakowa, w par godzin osdzeni, mieli oto zawisn na hakach wieo wkrconych dla postrachu setek i tysicy.

Mrz przeszed si po kociach suchajcych. Na usta Rafaa wypeza z wolna wizienny umieszek, ktry ju dawno, dawno znik by z nich, czasu wytchnienia w Stokosach.

 Baum, Baum... Ciekawo, czyby to mia by syn konsyliarza?...  mwi moszterdziej, w ciepe futro po same uszy zakutany.

 A jakby jegomo wiedzia: wanie syn konsyliarza...  odpowiedzia kto z tumu.

 E, to mu ta stary ask wyprosi!

 ask u wojskowego sdu wyprosi  a jake! Bdzie j widzia.

 Wysiekierski to samo ma brata urzdnika, wic mgby na protekcj rachowa, ale gdzie! Trzy haki w "ciotk" wkrcone!  Powiedzcie mi, ludkowie, kt to na trzecim ma dynda?

 Nie wiem tego, moja imo.

 Potrzebne to byo chystkom!

 Ba-ba! We bach si pali, mocipanku! Chu do wojaczki gnaa...

 Mode a gupie.

 Naci wojaczk, jeden z drugim!

 Prawd jegomo mwisz. Mondur z galonami osom si spodoba. Zachciao si parte franse. A tu dragon w te tropy i za po! Teraz ci po podgarlu powrz zrobi parte franse.

 al serce ciska...

 Ale za to co naucz, to naucz...

 Inaczej nie ma sposobu, boby kuden w derdy lecia za Pilic, robi by si adnemu nie chciao.

 Bo i prawda! Sam smyka mam pod wsem. Ae po sercu ga, jak se pomyle. O, stoi, patrzy... Stj, patrzaj! Odechce ci si, jak poczujesz, jak powchasz, czym takie chtki pachn!

 Powiadali, e szo toto midzy posterunki, jak ja z imoci midzy stragany na Kleparzu.

 I co te to w takim bie usidzie! eby te tego rozumu nie mie!

 To ta modo szelmowska, widzisz pani. Krew takiego kuje cigiem: id, id... Mierzi go, widzisz pani, miejsce...

 Jedzie, jedzie!

 Kto jedzie?

 Dragony jad! Konnica! Zielone dragony Loewensteina!

 Biae dragony za nimi!

 Heskie dragony!

 Karabinierzy za nimi!

 Biae Althany za nimi!

 Bbny wal...

 Syszycie... Za umare!

 Co to?

 Dzwon!

 Dzwon, dzwon!

W ulicy Sawkowskiej rozleg si guchy, gboki oskot bbnw i strasznym urokiem melodii swojej pogna lud. Gwar coraz goniejszy, coraz ywszy rozciekawionej tuszczy, zdawao si, e go zaguszy. Byo co niewymownego, co elazn obrcz ciskajcego serca suc haczw w tym pokrzyku tumw coraz bardziej natonym, coraz silniej podbechtanym i jak gdyby radosnym. Cedro i Olbromski, potrcani i pocignici przez cib, szli, a raczej pynli w masie z oczyma utkwionymi w nagie, tawe drewno z poprzecznym ramieni em. W oddali, w mrocznych czeluciach ulic, za opustoszaymi placami, w zdawionej piersi miasta, rozleg si samotny, piowy gos dzwonu.

Tum wychyn z ulic i wwali si na way, rozpierzch po gruzach murw i okry je sob. Wolno suna konnica dzwonic podkowami, uprz꿹 a broni. Za ni piechota rodkiem ulicy. Bbny melodyjnym oskotem biy wci jakoby wzburzone serce tumu. Znienacka ponad zbit mas gw ukazay si trzy postacie. Trzy blade widma. Rce ich zwizane w ty, szyje obnaone... miao wyszli...

Motoch zamilk, wtuli dobrze gow w ramiona, znieruchomia i zastyg. Wwczas i bbny raptownie urway. Cisza miertelna. Nie usta tylko samotny dzwon.

Da si sysze jaki jeden gos, dochodzcy z dala, jakoby dziecice gwarzenie, gos dziwny i okrutny, mieszny w tej wielkiej gromadzie. Dugo brzmia, zlewajc si w szereg dwikw niezrozumiaych... Ucich.

Wtedy na pomocie szafotu ukazaa si czwarta posta. Wicher zduszonego westchnienia przelecia po tumie. Zdawiony strach zatrzs ludzkim jeziorem od brzega do brzega.

w czowiek zbliy si do skazacw i pierwszemu z brzega rozwiza rce. Potem go uj za rami i sprowadzi z pomostu. Tum westchn. Szept najcichszy, na obraz szelestu lici w brzozowym lesie przed burz, lecia z ust do ust, z koca w koniec placu:

 Wysiekierski, Wysiekierski, Wysiekierski...

Oprawca wrci z wolna po schodach. Sycha byo w miertelnej ciszy, jak wieo zbite stopnie skrzypi pod jego mocnymi stopami. Drugiemu skazacowi z kolei rozwiza rce i sprowadzi go ze schodw.

Lud goniej, radoniej zaszemra:

 Baum, Baum...

Wszystkie gowy drgny i z ust do uszu leciaa bogosawiona wie:

 Chwaa bd Bogu!

 Pan z nami...

 Do wojska oddali!

 Na wieczny czas!

 W kamasze ich!

 Darowali ycie.

 Darowali ycie, darowali ycie.

Kat po raz trzeci wszed na rusztowanie i ze spokojem na wielkie donie kad czerwone rkawiczki.

Trzeci skazaniec sta nieporuszony. Gowa jego bya zadarta do gry: Due wosy czarnym puklem spaday na szyj nag. Biae mia czoo. Nieruchome oczy jak dwie gbokie jamy patrzay w lud.

 Ten ci jest winowajca!...  szept si rozszerzy.

 Tamtych podmwi.

 Wywid ich z domostw rodzicielskich.

 Bronik si w polu.

 Milcza w sdzie.

 Winowajca!

Kat zbliy si do niego agodnymi kroki. Bardziej mu szyj obnay. Zrcznym ruchem zarzuci stryczek.

Nagle wypry si powrz.

Nim si posplstwo opatrzy zdoao, nim zdyo westchn i oko przetrze doni, ju nieznajomy w czowiek zawis na haku. Nogi jego w kolanach zgiy si, pity stuliy i leniwym cigiem dwigay ku grze. Oprawca agodnym ruchem przytrzyma ciao i mocno je za ramiona szarpn ku doowi. Za czym zdar szybko z doni rkawiczki i cisn je na szafot.


 Jaz
Dawni przyjaciele i powinowaci Szczepana Trepki uatwili Cedrze oraz jego towarzyszowi mono uzyskania paszportu do Wiednia, dokd obadwaj rzekomo pieszyli na karnawa. Czste wyprawy Krzysztofa do stolicy naddunajskiej, zadokumentowane wizami na dawnych paszportach, nieposzlakowanie lojalne stanowisko ojca i inne postronne okolicznoci uatwiy zadanie. Nieco trudnoci byo z paszportem Olbromskiego, ale i te przeamano, a waciwie przebyto sposobem podlezienia. Rafa nosi teraz inne nazwisko. Przyjaciele zaopatrzyli si w kostiumy podrne z sukna ciemnozielonego, gdy, jak wiedzieli, o takie sukno trudno w "kraju Polakw" za Wis i Pilic. Najli sanie do pierwszego popasu, ktry, wedug uoonego misternie planu; mia wypa nad Wis w majtku Jazie  i w wigili Wigilii ruszyli w drog.

Osoby uatwiajce wybray kilka punktw po nadrzeczu, ktrdy mona byo przemkn si za granic. Jedno z pierwszych miejsc w tej licie zajmowa Jaz, majtek szambelana Oowskiego. Dla obudwu spiskowcw bya to rzecz najobojtniejsza w wiecie, ktrdy maj si przemyca, ale oto Rafa z ust pewnego modnisia, kuzyna Trepki, usysza, e on owego pana Oowskiego jest ksiniczka Gintutwna, jedna z sistr ksicia Jana Gintuta grudzieskiego. To go troszeczk podniecio. Od niechcenia, bez ladu, nawet bez chci nacisku, skierowa tak akcj, eby do Jazu jecha naprzd i tej drogi przede wszystkim prbowa. Byo to dla niego obojtn rzecz, ktr z ksiniczek mgby przy tej sposobnoci zobaczy, ale ciekawo, leniwy pocig, eby spojrze na dawno nie widzian twarz... Obadwaj wygldali przepysznie w swych, jakoby w Wiedniu najbardziej modnych, fraczkach i obcisych ze sprzkami ineksprymablach, ktrym tylko brakowao galonw i kantw, eby mogy by przeksztacone na artyleryjskie mundury.

Cenne to byy mundury! W kadym z nich zaszyte byy umiejtnie rulony dukatw. W zanadrzu mieli weneckie sztylety i ma paln bro na wypadek. Za to modne kapelusze i futra czyniy z nich pustych mokosw, pdzcych hulaszczo w poszukiwaniu zabawy.

W Wigili Boego Narodzenia, pod wieczr, stanli w Jazie. Zatrzymali si w obery przy trakcie. Pitrowy paac, a raczej pitrow kamienic bez ozdb, niedawno wzniesion, wida byo wrd drzew na wzgrzu, w do znacznej odlegoci od Wisy. Olbromski szczegowo lustrowa okolic i natur gruntu pod pozorem troskliwoci o konie. Cedro, niby to zabierajc si do noclegu w obery, pocz rozpytywa karczmarza jak przejezdny ze stron dalekich: kto mieszka w paacu? jak si zowie? czy ma dzieci?... Chodzio o zatarcie wszelkich podejrze. Z tej rozmowy z oberyst wyonia si smutna prawda, okazao si bowiem, e w ostatnich dniach przysano do Jazu oddzia dragonw austriackich z oficerem na czele dla jak najcilejszego patrolowania nad Wis. onierze  prawi karczmarz  rozstawieni s we wsi nad sam rzek, a nawet oficer ma sw kwater nie we dworze, lecz w chopskiej chacie. Patrol styka si z patrolem wsi ssiedniej. Pal noc ogniska na caej linii i czuwaj co si nazywa. Jeeli si kto zblia do rzeki z tej czy z tamtej strony  kula w eb, i skoczona zabawa. Tym sposobem Wisa, odgraniczajca lsk, ju zajty przez Francuzw, od Galicji, bya strzeona nie na arty. Cedro nie tracc tgiej miny, pysznej obojtnoci i werwy, jakby te wiadomoci ani odrobin go nie obchodziy, zacz rozpytywa si o dziedzicw majtku.

Powzi tedy wiadomo, e sam dziedzic bawi w Wiedniu, ale oczekiwany jest na wita, e pani dziedziczka daje wielki bal, na ktry zjedzie wiele osb z okolicy, a nawet zaproszony jest oficerek komenderujcy oddziaem dragonerii. Przyjaciele porozumiewali si gono w obecnoci suby i oberysty, czyby nie warto przez uszanowanie dla tak wielkiego wita zoy wizyty pani dziedziczce i prosi jej o gocinno przynajmniej na pierwszy dzie wita, skoro ju podr do Wiednia w takim czasie odbywa wypado. Po dugim namyle i gonej naradzie zdecydowali, e naley pj niezwocznie do paacu. Udali si tam piechot. Mrok ju zapada, gdy weszli w aleje parku.

Rafaa ogarn teraz pewien niepokj. wiat dawno zamary, zdrtwiay, odtrcony stanowczo i z mod si wrd mocowa ducha, teraz by tak blisko... Nie obeszoby go bardziej, jeliby to bya nawet sama ksiniczka Elbieta. Ale ujrze kogo z tamtych przedziwnych czasw modoci znaczyo tyle, co ockn si w zimie i ujrze dokoa siebie dzie wiosenny. Ciekawo wzmagaa si bez przerwy... Po chwili przemkna trwoga graniczca z odraz i, co najdziwniejsza, popychaa naprzd. Raz pragn dowiedzie si tylko i cofn od niedorzecznych widm i wspomnie, to znowu mia zamiar podmwi Krzysztofa, eby wcale nie wchodzi... A jednak, gdyby, tak przyszo cofn si naprawd, zranioby go to do gbi jak rozkosz wydarta.

Gdy szli z wolna pomidzy rzdami nagich drzew, ktre w zimnym wietrze huczay jednostajnie, Rafa zapyta towarzysza gosem najobojtniejszym, jaki mg wydoby z siebie:

 Czy nie wiesz czasem, jak na imi owej pani Oowskiej?

 Na imi? Nie wiem. Skde mgbym?... Nie znam wcale.

 Moe to jej imieniny pojutrze?

 W wity Szczepan? Mocno wtpi, czy jaka dama jest imienniczk naszego, ach, Trepki.

 Prawda, e to Szczepana...

 Jeste troszeczk, o ile sobie przypominam, nastrojony... Czy ci, jak tamten przewidywa, strach nie zaczyna oblatywa z czterech stron wiata? Moe chcesz wrci?

 Za adne skarby na kuli ziemskiej... -rzek Rafa przecigajc si leniwie.

 Ale czekaje, bd wiedzia imi tej pani. Zawsze to potrzebne, moe si przyda. Nawet powinnimy to sobie obecnie wzi za maksym, e naley zwraca piln uwag na wszelkie, na najmniejsze drobiazgi.

 We sobie za maksym, co chcesz, tylko naprzd powiedz, skd... to imi...

 No tak, naturalnie... Mam przecie do niej bilecik, rekomendujcy nas, od tego utrefionego kuzynka Trepki.

 Poka.

Cedro wydoby z sekretnego przedziau w pugilaresie maleki karteluszek niadego papieru, misternie zoony. Przy gasncym wietle dnia usiowa przeczyta adres. Obadwaj nachylili si nad tym pismem i Rafa pierwszy dojrza: "Madame, Madame Elisabeth de Oowska"...

Zimne mrowie przemkno po jego kociach... Pniej wrci pozorny spokj i pozorna wesoo. Podnis oczy na okna paacu, w ktrych wanie tu i tam wiata byska poczy. Gwne wejcie z portykiem, lnu ktremu si zbliyli, byo na gucho zamknite. Stopnie balkonu omarznite i zasypane wieym niegiem... Rafa szed obojtnie, z uczuciem wesoej ciekawoci, prawie z rozczarowaniem. Podda si ju pewnej miej, mistycznej niejako myli, e to sta si musiao, e inaczej w jego yciu by nie mogo. Musia tu przyby. Dowiadcza nawet nikego wraenia, jakby na jego ramieniu co spoczo, nikiej zimna rka... Sprawio to w nim szybki i trwog mi szerzcy rozruch. Tym uczuciem teraz oddycha.

Okryli rg paacu szukajc dostpu i trafili wreszcie na uczszczane, ciepe, boczne drzwi. Byy zupenie otwarte i wiody do ciemnej sieni. Zajrzeli na prawo, zajrzeli na lewo do pokojw suebnych, a wreszcie trafili na starego lokaja w codziennym stroju i zbudzili go z drzemki. Ten dowiedziawszy si, e przybyli z Krakowa i maj spraw do pani dziedziczki, j krzta si, przeprasza; drepta i zaprowadzi ich nareszcie do pokojw. Znaleli si w maym, doskonale ogrzanym saloniku, ktrego sprzty ledwie byo wida przy gasncej ju zorzy wieczornej. Gdzie w mrocznym kcie, na szczycie niskiej szafki napoleoskiej, wesoo szed stojcy zegar, obdarzony gosem, ktry, zdawao si, suy do mierzenia dugoci trwania tych uroczych, radosnych momentw ycia. Sucy zapali kilka woskowych wiec, wzi dwie karty wizytowe z wypisanymi nazwiskami przybyych, a ozdobione cudnymi winietami, ktre sztychowa na miedzi najmodniejszy w Krakowie artysta  i oddali si. Pomyki wiec, zrazu przygase, rozszerzyy si z wolna i te ich wiato napenio salon.

Rafaowi marzyo si, e jest jakby w Warszawie... Czeka na Helen de With czy co... Za chwil wejdzie, za chwil si ukae... Czy to moliwe? Helena de With... Rozkosz czekania roztrcaa ciosy przytomnoci i wtedy przez zacinite zby szepta w gbi do siebie:

 Milcz, milcz... Ucisz si, ucisz...

Za oknami, ktrych szyby powczy mrz krysztaowymi drzewkami, gucho i jednostajnie huczay nagie konary drzew. Krzysztof siedzia zadumany z gow wspart na rce i oczyma zatopionymi w pomieniu wiecy. W pewnej chwili, gdy oczekiwanie przecigao si bardzo duga, rzek podnoszc gow:

 C u licha! Nikt nie przychodzi...

Rafa drgn cay, tak dalece gos przyjaciela by ciosem obcej istnoci w tym wiecie, wskro ktrego bkaa si jego dusza. Z niechcenia dotkn rk albumu oprawionego w skr, ze licznymi zoceniami wycinitymi na rogach i grzbiecie. Otworzy je i zaraz na pierwszych kartach zobaczy akwarelowe widoki Grudna. Przerzuci kilka kart i znalaz "swoj" alej. Artysta usiowa pochwyci i zatrzyma na zimnej karcie w ywy, zielony blask wpadajcy do gbi ciemnika, i odda niewysowione pikno jego melancholii... Ale pochwyci tylko same barwy, surowe kolory. Ndzne i bezsilne byy jego zamysy, chocia niepospolitym by malarzem. Tote w jednym tylko widzu wywoa uczucie rzeczywistoci, wspomnienie jasne tego, co nigdy ju nie miao powrci, wezwanie przed oczy ducha jeszcze raz chwili modej, ktra ju umara na wieki. Widzem tym by Olbromski. Zapomnia, gdzie jest. Oczy jego utony w karcie. Przebywa w kole zaczarowanym dni, kiedy to po mierci brata sam jeden by na wiecie, wypdzony z domu, kiedy wrd ludzi obcych mu zgoa i nowych dla niego od stp do gw znajdowa swoj wasn drog, torowa dla duszy swej szeroki gociniec.

 Alejo...  szepta teraz  alejo moja...

W gbi, w zamglonym oddaleniu rysunku, wida by wylot szpaleru. Tamtdy z czarodziejskiego wiata wyszo si w wiat rzeczywisty...  marzy z gorzkim umiechem na ustach. Co do niego mwi Krzysztof. Nie mg i nie chcia dosysze jego sw. Pragn wypatrzy z akwareli, ktr mia przed oczyma, wszystko, co w niej byo za oson barw. Sta si jak czowiek zasuchany w ulubion melodi, ktra mu budzi i nka dusz, ktra porusza i wskrzesza obumare serce. Ile by za to da, by posi na wasno ten bezcenny wizerunek!

Krzysztof znalaz na stoliczku rwnie co dla siebie. Leao tam kilka ksiek. Jedn z nich otworzy w tym miejscu, gdzie bya zaoona haftowan zakadk  i pocz czyta, nosem, wedug swego zwyczaju, jedc po stronicach. Tre znaleziona tak go zaja, e w poszukiwaniu lepszego wiata wsta ze swego miejsca i nachylony do pomienia wiecy, ktry profil jego dobrze uwydatnia, na amen odda si lekturze. Kiedy niekiedy zwraca si odruchowo do Rafaa, eby mu zakomunikowa te niezwyke myli, ktre teraz opromieniay mu czoo niby blask samoistny, ale napyw nowych, tryskajcy wida z wierszw ksiki, w coraz go gbsze, pikniejsze i bardziej zupene pogra zdumienie. Byli teraz oddzieleni od siebie niezmierzonymi przestworami...

Tymczasem u portiery salonu rozszerzy si jedwabny szelest. Nacinita lekk stop ktra z tafelek topolowej posadzki ostronie trzasna. Przyjaciele nie zwrcili na to uwagi. Szelest ucich. Nastaa znowu ta sama cisza. Tylko may, marmurowy zegar wesoo mierzy szczliwe czasy...

Wtem Krzysztof nie mg wytrzyma i prawie krzykn:

 Posuchaj! posuchaj! Jest to co fenomenalnego... Przecie ja to tysic... co mwi!... sto tysicy razy mylaem...

 Co, co mylae? Nie krzycz!

 To samo mylaem!

 Ale co mianowicie?

 To s moje wasne myli!... Rafa! Gdybym ci to mg sowami wyrazi, jakie to szczcie i jaki dziwny bl znale swe myli potwierdzone i wykryte, wycignite z mroku!

 Jakie to myli takie znw fenomenalne?

 Oto tu nareszcie znajduj samego siebie! Wydawao mi si zawsze, e jestem niespena rozumu, gdym marzy takie rzeczy, a on to samo gosi tak ju dawno! Ju to wszystko przemierzy niewymownym rozumem! Jake to mwi! Posuchaj tylko... O, Rousseau, Rousseau!... Posuchaj...

Podnis na Rafaa oczy i nagle spuci ksik. Stropi si i w eleganckim ukonie cofn si o dwa kroki. Rafa spostrzegszy jego pomieszanie i ruchy wsta z miejsca i obrci si.

Staa przed nim ksiniczka Elbieta.

Nie, nie dawna ksiniczka. Staa pani Oowska, dwakro, trzykro, dziesikro pikniejsza jako kobieta, ale nie dawna ju ksiniczka Elbieta. Bya to dwudziestoszecioletnia pikno, wspaniaa i rozkwita jak najcudniejszy kwiat przy kocu wiosny.

Rafa nie mg si nadziwi, napatrzy tej zmianie, owemu przedzierzgniciu si jednej formy pikna w inn, jeszcze bardziej zachwycajc. Pani Oowska ubrana bya w najmodniejszy szlafroczek jasnoceglastego koloru, nie dosigajcy kolan, i w bia, do krtk sukni. Na odsonionej szyi i ramionach miaa szal zielony z suto haftowanymi brzegami. Inne ju teraz byo uczesanie jej wosw, ktrych loki ocieniay twarz, a olbrzymi pukiel by zwizany w wze na tyle gowy.

Przez chwil mierzya przybyszw do wyniosym, cho filuternym spojrzeniem, nim odpowiedziaa na ich ukony. Wreszcie posuna si uprzejmie ku Krzysztofowi oddajc mu ukon za ukon. Rzeka:

 Rada jestem, e mog powita Wasze Mocipanw...

Rafaa przyja nieco odmiennie, ale inaczej ni w Grudnie. Wspomniaa w urwanym pswku, e miaa ju przyjemno spotyka go dawniej. Suchajc tego gosu i patrzc na t posta Olbromski liczy chwile, ktre pozostay do odjazdu. Cieszy si, e ju ich niewiele zostao. Niezwyky ciar uciska mu piersi. Spuci oczy na ziemi i, kiedy Krzysztof bawi gospodyni grzeczn rozmow, ton w obrzydych mylach. Gdy tak w ich tumie bka si tam i sam, trafi na jedn, ktra mu si od razu staa pocieszycielk:

Id sobie do wojska  i kwita! Bd sobie tgim onierzem. Co mi tam. "Nie masz pana nad kuana, a nad lanc nie masz broni!"

Podnis oczy z dawnym, grudzieskim zuchwalstwem i spotka si ze spojrzeniem pani Oowskiej.

I ono nie byo ju dawne. Dugo, spokojnie i miao patrzay w jego twarz te oczy przeliczne, te same, a jednak inne. Nie zmierzchy i nie zaszy gstym obokiem od ognia duszy ani nie zasoniy si mgami wstydu od tajemniczej ciby uczu. Teraz ju nie! Patrzay badawczo i napastniczo. Chwilami lnienia dzikie i pene grozy migotay w nich jak byskawica w chmurze. Usta miay nieprzebrany zasb umiechw dla Cedry. Z warg spyway sowa askawe i dobroci pene.

 Byam uprzedzona  mwia  o wapanw zamiarach i wszystko skadao si jak najlepiej, ale teraz zaszy niespodziewane przeszkody... Jak to przykro...  cigna z niechcenia, odczytujc bilecik kuzyna Trepki.  Wojsko jest we wsi. Jest take w ssiedniej. I to tyle ich, takie hordy... onierz onierza widzi, niemal rk dotyka. Ognie wci pal po nocach i krzycz, e spa nie mona.

 Tak, syszelimy o tym przybyciu wojska idc do paacu...  rzek Cedro z ukonem.

 I nie odwodzi to wapanw od ryzykownego przedsiwzicia?

 Nie, ani odrobiny!

Istotnie... to po rycersku. Szczerze podziwiam... ich mstwo...

Powiedziawszy te sowa zmierzya Rafaa drwico napastniczym spojrzeniem. Po chwili rzeka:

 Skoro tak, to musimy brn dalej...

 Pani szambelanowo...

 Sowo si rzeko, a raczej napisao. Ale uprzedzam, e teraz sprawa istotnie jest grona. Na wypadek ujcia zbiegw wadze ani myl artowa. Syszaam od osb najwiarogodniejszych, e po prostu w sposb najordynarniejszy zao stryk na szyj i wieszaj na szubienicy, a nawet, w braku szubienicy, na belce w pierwszej lepszej spotkanej stodole.

 Mielimy mono widzie ju t procedur austriack... rzek Krzysztof ze swym bezwiednym dygiem.

 Wieszanie na belce, w stodole?

 A nie, na szubienicy.

 Na domiar zego mj m nie wraca z Wiednia. Mia ju by... Wprawdzie on na nic by si w tej sprawie nie przyda jako czynny pomocnik, gdy innych jest pryncypiw, a Napoleona za cesarza dotychczas nie uzna...  dodaa z umieszkiem ledwie-ledwie znacznej ironii.  No, ale w razie powanego wypadku musiaby uy jakiego szczegu ze skarbnicy swych stosunkw i wpyww, ktrych ja...

 Pani szambelanowa raczy by z nami zupenie otwart... mwi Cedro.  Gdyby nasza przeprawa miaa dla niej pocign jakiekolwiek przykroci...

 O, nie, nie. Ja lubi zwalcza przeszkody i lubi tego rodzaju przykroci. Trzeba cho raz, okoo Boego Narodzenia, zay odrobiny emocji. Bez tego lekarstwa ycie by w nas zastygo, krew by stana w biegu.

 Czy w tych stronach tak trudno o emocje?

 Biaogowom trudno jest zawsze i nie tylko w tych stronach przeywa niepokoje wstrzsajce wiatem. Ja ju daam wszelkie wskazwki i polecenia. plenipotentowi mego ma, ktry t spraw podj si przeprowadzi. Plan jest, a przynajmniej by taki: w wity Szczepan odbdzie si w tym domu zjazd i zabawa taneczna. Wapanowie, jako podrni, raczycie zabawi tu przez wita, a w czasie balu bdziecie taczyli duo i ochoczo. Ale w nocy na dany znak trzeba wyj chykiem i bez chwili oporu, namysu i zwoki uda si za przewodnikiem, w nocy na odzi przepyn Wis... Czy zgoda?

 O, pani...  rzek Cedro unoszc si z krzesa.

 Jeszcze nic nie mwmy, gdy jeszcze sprawa nie zaatwiona. Wisa tu nie szeroka, ale jej nie przeskoczy tak atwo.

 Dla nas to tak, jakbymy ju byli na tamtym brzegu. Ju si tedy pojutrze zacznie wojna! -rzek nachylajc si do Rafaa ze swym entuzjastycznym, szczerym i dziecicym prawie umiechem.

 I to waszmo, ktry, jak syszaam, miae w Wiedniu takie aspekta i takie moge roci nadzieje, puszczasz si na liskie pola zdradnej Bellony! Bez alu i skruchy rzucasz jednego cesarza dla innego...

 Pani szambelanowo! ze zdumieniem sysz o moich wiedeskich sukcesach... Wicej w tym famy ni prawdy, a co do cesarza, to uwielbiam tylko jednego. Niech yje Cesarz!

 Syszaam o powodzeniach paskich od ma, ktry znowu wie wszystko, co si w Wiedniu dzieje, wie, co tam pantofle skrzypi, co fraki szeleszcz, co mwi klamki i zgrzyty drzwi. Czy to moe towarzysz wapana pocign go na pole chway?  spytaa po chwili.

 Prawdziwie nie wiem. Zdaje mi si, e obudwu nas tkna jedna iskra. Za Pilic cay kraj na ko siada!

 Tak... syszaam. A waszmo, kiedy o siadanie na ko idzie, zawsze pierwszy?  rzeka pikna pani zwracajc si do Rafaa.

 Tak...  rzek zagadnity gosem twardym i nieswoim zdaje si, e do konia byem i jestem stworzony.

Znalaz gbokie zadowolenie w dwiku tych wyrazw, w ich szorstkoci. Jeszcze przez chwil z upodobaniem zatapia myl w kontemplacji swej siy. Zdao mu si, e dusza w nim zwiksza si i rozrasta. Nie by ju teraz chopcem szlacheckim, na ktrego z ukosa patrzano. Hardo podnosi oczy i tyle tylko ustpowa ze swej onierskiej ju sztywnoci a buty, ile byo niezbdnie dla zachowania form salonowych. Ani cienia dawnego lku.

Wskutek niewytomaczonej zbienoci nastrojw pani Oowska jak gdyby odczua stan jego duszy. Bya prawie zwyciona. W jej ruchach, sposobie mwienia, w pochyleniach gowy, kiedy zwracaa si, aeby sucha, co bdzie mwi, przebijao si co jak uszanowanie czy sama dno do naprawienia zego. Ale zarazem mod jej sposobu bycia pocz cechowa niewymowny powab, co pocigajcego, naturalnego, piknego, bez adnej rachuby i wysiku. Oczy miay wyraz wikszej sodyczy, cho w pierwszych momentach byska w nich piorun.

Rafa pocz wpatrywa si w nie, ile si dao, ile byo mona. Ani si spostrzeg, kiedy uleg niebezpieczne j wadzy tych oczu, pokornych prawie i oniemielonych. Coraz duej trway te chwile, w ktrych cigu nie by w monoci oderwa wzroku od ukw powiek ocienionych bkitnawym cieniem przelicznych rzs, od wyrazu oczu, w ktry spyno wszystko czarodziejstwo nieba nad ranem i wszystek urok wiosny rozkwitej. Ogarn go poryw niewysowionej ciekawoci, jakoby na widok nagle odsonionego nagiego morza, pustyni czy acucha nieystych gr. A w lad za tym uczuciem pierwiastkowym pyna do piersi wonnymi falami nieprzezwyciona rado zachwytu. Teraz dopiero pocz uczuwa prdzej ni widzie niezrwnany tok czoa lnicego biaoci niegu czy kararyjskiego kloca, czoa, w ktrym taiy si myli niewiadome, nieznane, subtelne, pikne jak z ciszy nocne j wychodzca muzyka i mode jak kby zdroju. Teraz dopiero pocz przyswaja sobie, na wasno bra rowy cie policzkw, ktry wpywa w biao lic niepostrzeenie jak zorza ranna w bkit dnia. Przed chwil jeszcze nie widzia by nic prawie prcz surowego, jednolitego w swej treci wspomnienia. Teraz nie uszy jego oka cudne przemiany wiate i cieniw krce okoo rozkosznych ust ani grubo warkocza wosw, ktrego nie zdoaby pewno obj oniersk sw garci, Kady ruch rk wydelikaconych, przejrzystych prawie od prniactwa, mia w sobie niepokojcy powab. W piknoci tej byo co duszcego; co, co tamowao oddech i oszoamiao gow. Im wicej si zdumiewa patrzc bez przerwy, tym bardziej si unosi w gbi siebie. Ale nade wszystko czarowa go naturalny wdzik bez ladu sztuki, chci podobania si i kokieterii, owa atwo, z jak mona rozsiewa najsubtelniejszy, najtrudniejszy, zdawaoby si, krlewski urok. Ciche, askawe spojrzenie, kilka agodnych, niejako swojskich wyrazw  i oto Rafa poczu w sobie ucisk przeraenia tak wielki jak za najciszych swych dni. A kiedy dochodzi prawie do obkania nie wiedzc, co si dzieje, sysza wci spokojne, powabne wyrazy, pene niewinnej wesooci i naturalnej ciszy ducha. W yach jego pocza wrze i rwa owa krew odmienna, jakby cudza, tryskajca z wiecznego rda rozkoszy. Wwczas bardzo musia zmieni si wyraz jego twarzy, gdy pikna pani kilkakro duej na nim zatrzymaa spojrzenie.

Wszed sucy i zasoni okna grubymi firankami. Spoza tych oson i szyb dochodzi teraz przyduszony huk wiatru, miy jak poduszczenie, pochutnywanie a oklask. Blask wiec napenia salonik rozkosznym, tym wiatem. Wszed inny sucy i zawiadomi swoj pani, e plenipotent oczekuje. Kazaa go prosi. Za chwil wszed mczyzna wysoki, w polskim stroju, z wsami blond jak wiechy. Twarz mia tg, tust, czerwon z wiatru, oczy wypuke i ogniste. Sapa jak w polu, mao sobie robic ze wszystkich.

 Jegomo pan Kalwicki, nasz kochany opiekun  rzeka pani Oowska.  A oto dwaj zdrajcy. Czy mam wymieni ich nazwiska?

 Nazywaj si Polacy, a miny maj niczego... Po c mi tam ich nazwiska?...  wysapa wsal.  Skoro mi wwal na tortury, przynajmniej bd mia sposobno niewydania nazwisk i sowem honoru nie bd po prnicy wywija.

 Mio nam pozna waszmo pana...  kania si Cedro.  Wanie jego opieka i pomoc...

 A ba... pomoc! Tu si wanie rozazi. Bardzo mi mio... pozna... Myl ju od wczorajszego wieczora, skoro pani dziedziczka wyrwaa si.., te!... z t gotowoci pomagania wapanom. Bo to z pani dziedziczk sprawa nieatwa. "Nudz si, nudz si"... A potem rb, co chcesz... Upr...

 Panie Kalwicki, panie Kalwicki, trzymaj si, z aski swej, w ryzach!

 Ju milcz. Ju trzymam jzyk za wsami!

 Cofnije go wa jeszcze gbiej, bo mog przyci, a to boli.

 Ale bo pani dziedziczka nie zwraca uwagi, a to pachnie najgrubszym powrozem. Moemy w tak wle kalafutryn, e nie tylko buty, ale i nogi w niej zostan.

 A niech sobie zostaj wacine nogi, a osobliwie... te buty...

 Chciaem co jeszcze powiedzie...

 Nic ju nie sucham.

 Musz przecie powiedzie, em onego oficjerka zaprosi wreszcie na wity Szczepan. Com ja mia z tym brzydactwem!

 Bardzo to dobrze. To chwal.

 A i ja tak sobie myl, e to jest dobrze.

 C jeszcze, staruszku? Tylko ywo, bez elokwencji!

 O, zaraz: staruszku! To si nie godzi...

 Co jeszcze? pytam swego plenipotenta.

 Zaraz z ksica! Musz jeszcze doda, e dla dragonw trzeba bdzie postawi co najmniej kuf piwa. Panie Boe, mao mi udar nie zwali, jak pomyl...

 Postaw im waszmo kuf.,.

 Wosy mi staj na gowie, pani dziedziczko, na sam myl, gdy dziedzic przyjedzie  co to bdzie?

 Nic mi nie obchodz wosy waszmoci.

 Stao si tedy, e ja na stare lata musz; jeli nie piersi, to plecw nadstawia pod kule, bo otwarcie mwi, pludry nie artuj. Sam wapanw noc powioz, ale jaki to wyda owoc...  doda szeptem, zbliajc si do Krzysztofa.

Kiedy ci dwaj zamieniali ze sob ciche wyrazy, pani Oowska odesza od nich. Poprawia od niechcenia liczny ekran ? la Psich, a pniej stana od razu tu przed Rafaem. Przez chwil miaa oczy spuszczone, na ustach przecudny umiech.

Z wolna podniosa bkitne renice i zatrzymaa je na twarzy gocia. Umiech z jej warg nie schodzi, a stawa si coraz wietlistszy, coraz bardziej uduchowiony. Nozdrza szybko drgay. Kiedy Cedro wzi pod rk starego szlachcica i zacz z nim wrd oywionej rozmowy chodzi tam i sam po saloniku, pani Oowska zbliya si jeszcze o krok i nie spuszczajc oczu z twarzy Rafaa wyrzeka przez cinite zby, tak e tylko on mg te wyrazy posysze:

 Szukam... ladu... mojej szpicruty...

Olbromski sta nieporuszony, aczkolwiek zachwia si syszc te sowa. Pomie ognia buchn mu na twarz, na szyj i czoo. Zadzwoniy mu w uszach te wyrazy prawdziwie jako wist stalowej rzgi. Krew wolno spyna do serca.

W chwili gdy dwaj rozmawiajcy zbliyli si do stou, pani Oowska otwara z umiechem album rysunkowe i wskazujc Rafaowi pejza po pejzau rzeka z uprzejm obojtnoci:

 Grudno.

Przewracaa kart po karcie przypatrujc si to tej, to innej kombinacji barw. Gdy otwar si widok alei, Rafa przytrzyma go duej i spyta:

 Czy mona wiedzie, kto malowa ten oto widok?

 Mona.

 Kt to?

 Ten sam, co malowa cae album; to wida.

 Kt to?

 Ja to malowaam.

 A czy mona zapyta, dlaczego wybraa pani t alej? W Grudnie byy miejsca daleko pikniejsze.

 Dlatego, e to by najulubieszy mj kt. Tu najczciej chodziam.

 Ach, tak...

Podczas wieczerzy, do ktrej w jednym z ssiednich pokojw we czworo zasiedli, Rafa znalaz si obok starego plenipotenta i musia wda si z nim w rozlegy dyskurs de omni re scibili. Tymczasem gospodyni domu bawia si z Krzysztofem tak ywo i przyjemnie, jakby od dawien dawna byli przyjacimi. Rafa sysza t ca rozmow. Zdusi w sobie wciek zazdro, bezlitosn wol wpakowa j na dno. W pewnej chwili raz jeden pomyla z postanowieniem elaznym: "Zadusz tego chystka!" Pniej mg ju rozmawia swobodnie. Ani na jedn chwil, na jedno mgnienie oka nie zwrcia si ku niemu krlewska gowa, obciona przepysznymi splotami wosw. Ani razu nie dostrzego go oko. Teraz dopiero pozna, e to jest ta sama ksiniczka Elbieta, ktra go napawaa udrczeniami bez granic, a ktrej przecie wyzby si by za pomoc skutecznych rodkw. Ta sama. Widzi i nie widzi, sucha i nie sucha, wie o nim i nie wie... Przyszed tedy na dawne miejsce, z dala obszedszy tak wielki kawa wiata. Dziwi si wewntrz siebie temu porzdkowi zdarze, temu jak gdyby prawu rzdzcemu w ciemnociach. Ni to nienasycona chciwo tych dawnych cierpie wznosia si w jego piersiach jak rozwcieczona burza. Wyzywa j na rk, szarpa wol ku sobie. Po dawnemu j ledzi spod nawisych powiek, z zasadzki rzs, powab tej twarzy i tajemnice przecudnego ona. Oczy jego z manowcw tych szpiegowa wracay niemal z rozpacz, gdy znajdoway si wobec niezbitej prawdy, e pikno ta nie zmniejszya si, lecz wzmoga, e teraz staa si rwn nieskoczonoci. Co najgorsza, bya teraz wiadoma swej potgi i wadaa ni, jak wdz wada mieczem. Wobec tego w gowie mia taki zamt, e na pytania plenipotenta Kalwickiego ledwie-ledwie mg dawa odpowiedzi przytomne. Z oczu, kiedy je na pikn zwraca, buchay ognie wewntrznego poaru, ktrych adnym wysikiem zdusi nie mg. Obojtno pani Oowskiej doprowadzaa go do szalestwa. Tote prawie z radoci wsta od stou i w jak godzin pniej uda si na spoczynek. Jak bdny szed za lokajem, ktry im przywieca po schodach na pitro, mija pokoje i znalaz si wreszcie w niewielkiej ogrzanej komnacie. Z t ssiadowaa druga" gdzie mia spa Krzysztof. Rafa rozebra si i rzuci na ko. Zaraz usn. Pno w nocy zbudzi si i podnis.

Okraa go woniejca girlanda myli, e jest w tym samym domu, co i ksiniczka Elbieta, e po tylu latach spotka j stokro pikniejsz, ni bya dawniej, tylko jeszcze bardziej w piknoci swojej straszliw. Ta myl najgwniejsza obchodzia dokoa jego pociel jak ciche kroki szatana. Bya tak olbrzymia, tak rozmaita i wielostronna, e jej gow ogarn nie mg. Przybieraa coraz bo inn posta i form, miaa tysice paszczyzn i granic. Bya wspczenie czarujcym kuszeniem, tak oczywiste nasuwajcym obrazy, e widzia tu przed spalonymi ustami niemierteln pikno wpatrzonych oczu, wargami dotyka ust i chciw rk nagich ramion. Bya take zachwycajc nadziej, ktra wiedzie jakoby na skrzydach motylich poprzez czas i przestrze a do bkitnych krain, ktrych nigdzie nie ma, i bya alem nie do zniesienia rozwaajcym, jak zegar, utrat tych minut bez ceny, ktre wanie, szepcc w popiechu niezrozumiae a grone wyroki, uchodz w ciemn sztolni nocy. Da si unie marzeniom. Przebywa w szczciu i zlatywa w guche doy odtrcenia, gdzie wicher potpieczy wyszarpuje :ze strun swej lutni nikczemne jki. Cay wiat porywao mu co chwila sprzed oczu nieoczekiwane wahanie si uczu. Jak zdroje dotychczas nie znane wybuchay z duszy postanowienia, by za chwil znikn w podziemnych swoich cieniach i oyskach, skd nigdy ju nie powrc. Oto marzy dugo i namitnie, eby za jak bd cen tu zosta. W jakiejkolwiek roli! Przerzuci si na stron austriack, prusk czy diabelsk, sta si odakiem, czyimkolwiek jurgieltnikiem  wszystko jedno! Zosta w pobliu tego domu szczcia, gdzie kady sprzt wrasta w dusz, kamienieje i zamienia si w jej skarb, gdzie chropawe ciany s zasonami rozkoszy, gdzie kady szelest moe by ukochanym zwiastunem aski.

Usysza oddech picego Krzysztofa i oto ju drugi raz uczu w sobie nienawi. Przeszy mu gow jego wesoy miech sprzed kilku godzin, ugodziy go spojrzenia rozmarzonych oczu, ktre by pochwyci podczas wieczerzy. Dla niego bya askaw. On tutaj odnis tryumf. Kt wie, moe naprawd odniesie go jutro, pojutrze? Gdyby tak byo!... Pchna go z ka naga myl... C trudnego? Wanie s okolicznoci po temu. Wyjd w nocy. Puszcz si w manowce nadrzeczne. Tam krtki strza w ucho gupca, trupa w wod i pod ld. Wtedy  wrci, wrci... Och, i teraz nie byoby to trudne chwycie gardziel tego szczyga, zatrzyma na zawsze oddech. Za cen jednego ucisku, za cen jednego sam na sam  czeg by nie uczyni! Za cen jednego takiego umiechu, jakich tamten tyle dzi odebra!

Ale po c to czyni? po c to czyni? Wszake mona raz jeszcze sprbowa napaci. Czy zna na twarzy lad twojej szpicruty`? Przyjrzyj si, mijo! Wzniesiesz znowu rk do ciosu? To i c std? Dotkn ustami przed odtrceniem, przycisn j do piersi i zote wosy mie sekund na ustach. A potem nieche strzela w eb, kto chce-Niemiec czy Francuz, m czy kochanek!

Bezwiednym ruchem zacz ciera z szyby zamrz nocny i spojrza w wiat. Ksiyc raz w raz wypywa spomidzy chmur szybko pdzcych. W dali, za szczytami nagich drzew parku, rzeka w blasku miesicznym to lnia wszystkimi lodami, to gasa w cieniach. Nad jej brzegiem pony tu i owdzie przygase ogniska, od nich dugie, drce smugi wiata spaday na wod. Rafa rozemia si patrzc na te ognie. To on tam ma si uda... Midzy te ognie... Tysic strzaw wymierz, gdyby kiedykolwiek chcia wrci do tego domu. Speni to dobrowolnie, eby ju tutaj nie mie prawa powrotu. Ju nigdy! Rozemia si powtrnie. Kady najndzniejszy parobek ma prawo przebywa w tym okrgu rozkoszy, kady pies ma prawo pooy gow na tym progu  tylko nie on, ktry za to prawo gotw jest odda poow ycia, nie, zaiste, cae ycie! Ogarnity bezrozumem i wichrem mioci, olepy od jej byskawic, strachw i niezwycionych poduszcze, zacz chodzi tam i sam po komnacie cichymi, popltanymi, szalonymi kroki.


 Noc i poranek
Muzyka umieszczona na galerii stroia instrumenty. Z gbokiego westybulu raz w raz wynurzay si nowe postacie i wolno szy w gr po marmurowych schodach. Szelest jedwabiu, zapach perfum pyn z dou. Szmer rozmw...

Tysice wiec woskowych rzucay blaski na supy z ciemnego marmuru podtrzymujce strop wspaniaego przedsionka. Przy jednym z tych supw sta pan Oowski, czowiek jeszcze mody, z twarz subteln, wydelikacon i pikn. Niebieskie jego oczy byy zapade pod bladym czoem, a przymusowy umiech w krtkich przerwach midzy jednym komplementem a drugim, midzy jednym a drugim powitaniem nowo przybywajcych goci, zsuwa si z twarzy jak maska.

Obok drugiego filaru sta plenipotent Kalwicki w najwspanialszym ze swych kontuszw; jeszcze niej na platformie, gdzie si zawracay schody, kania si przed kad wkraczajc par kamerdyner i okazaym ruchem prawicy wskazywa pana domu.

Kalwicki oczekiwa wanie na oficera, ktrego ju sam osobicie by przywiz i w bocznej gotowalni na dole umieci, eby si tam dostatecznie po swojemu wymuska i oczyci. Wreszcie ukaza si w porucznik. Szed wawo po schodach w swym pfraku wieccym od naramiennikw i ozdb, w obcisych ineksprymablach i cimach, dumnie i swobodnie wydymajc usta. Kamerdyner skoni si przed nim we dwjnasb nisko i poprzedzi go bokiem o kilka schodw, eby snad Niemiec nie pomyli si co do osoby gospodarza. Kalwicki aman, z aciska-polsk, a pan Oowski wymienit niemczyzn przyjli gocia i z wielk atencj, komplementami, wrd ukonw prowadzili do salonu.

Tam ju rozstawione pod cianami kanapki i krzesa napeniy si doborem najpikniejszych dam okolicy. We drzwiach do ssiednich salonw toczy si zastp tancerzy. rodek sali by pusty. Pani Oowska w pobliu gwnego wejcia witaa przybywajcych.

Wosy jej utrefione tego dnia w sposb szczeglny, objte byy dwiema gazkami lauru. Szyja i ramiona wyaniay si spomidzy szerokich buf rkaww. Lekka, przeliczna suknia, z wpitymi w przd spdnicy rami, rebe de gazo ? raies de satin, koloru morskiej wody, nie dosigajca ziemi, otoczona bya u dou limi kamelii i odsaniaa nogi powyej kostek. Dugie a do ramion rkawiczki osaniay obnaone rce. Za przepask, pod odsonionymi piersiami, drga yciem bukiet fiokw z Parmy. Kiedy wszed porucznik i z wyszukan elegancj wiedeczyka skoni si przed ni, przyja go, rwnie jak m, z honorami. Zadaa, aby jej poda rami, i przesza z nim przez oprniony rodek salonu do grupy powanych obywateli, wymieniajc jego nazwisko.

Za chwil jej atasowe cimy przelizny si po parkiecie sali ku rozwartym podwojom gwnego wejcia.

W grupie modziey, u przeciwlegych drzwi salonu, stali Olbromski i Cedro. Ujrzawszy Niemca poczuli, e zaczyna si ich epos. Krzysztof przyj ten widok jako modziecz podniet, a Rafa jako pchnicie kindaem.

Naleao decydowa si szybko.

W cigu tych dwu dni twarz Rafaa osuna si, a oczy pegay niezdrowym poyskiem. Z godziny na godzin zwikszaa si jego namitna, rozszalaa mio, dza, przesycona poczuciem utraty. Nie czu patrzc na pikn gospodyni radoci ani zachwytu, lecz bezradn, stratowan rozpacz. Wszystko mia teraz postawi na kart. Tak lub inaczej zdecydowa w cigu tych godzin o caej swojej przyszoci. Nie spa by nocami, a we dnie szuka, szuka, szuka spotkania. Wci peno byo goci, przybyszw, ssiadw, z ktrych kadego i kad rozszarpywa i wiertowa wzrokiem takiej nienawici jak najzacitszego wroga. Wci musia z kim rozmawia, wita si, egna, ukrywa w sobie spiskowca i, co najgorsza, mia si. Tote mia si czasami tak oryginalnie, e zimno przejmowao rozmwcw. Czasami spostrzega j gdzie daleko, w tumie. Wtedy usta jego szeptay prawie gone wyrazy uwielbienia, pochway i pieszczotliwe bezmysy albo guche i niebezpieczne przeklestwa, przywaro do uszu i serca w wizieniach orawskiego zamczyska. Nieraz w szale, bez wiedzy, przedziera si ku niej, eby nareszcie wyzna, co si z nim dzieje... A kiedy si zblia i sysza mwic wesoo, zalotnie, rozkosznie, odchodzi z dusz rozstrzelan jej miechem, umiechajc si z cicha.

Tak przetrwa te dwa dni witeczne.

Teraz sta w tumie wystrojony wedug ostatniego wzoru mody i nie spuszcza oka ze swego boyszcza.

Jake bya pikn!

Gowa jej staa si podobn do odwiecznej kamei, wyrytej rk Greka w biaych wstgach onyksu. Wosy, ujte w laurowe gazie, wiy si jak barwne jego zwoje. Bure brwi stykay si jedna z drug nad lini nosa niepostrzeenie, ledwie dostrzegalnej barwy mchem, a to ich rozkoszne zczenie byo jak obraz pocaunku. Nigdy cudniej nie wyrniay si niene skronie od poncych cichym zarzewiem rumiecw lica. Nigdy rozkoszniej nie uchylay si usta.

W pewnej chwili Rafa uczu, e nie pojedzie na projektowan wypraw za Wis. Dowiadczy zaraz znamienitej ulgi. Kamie spad mu z serca. Miaeby jeszcze tylko par godzin j widzie, a za par godzin utraci na wieki? C za bezgraniczne gupstwo! Przenigdy! Zostanie tutaj za wszelk cen. To, co raz w nocy prdko pomyla, teraz wykona. Uda, e ma gorczk, e jest chory, umierajcy. Wrci po witach do Krakowa. Stamtd bdzie przyjeda. Wymyli interesy, do Kalwickiego, do Oowskiego, wemie tu folwark w dzieraw. Bdzie si tu wczy po polach. Bdzie zachodzi niby to z polowania do rzdcy. Z pl wida ten paac. Oglda przysze dni i noce swoje, przeszpiegi i przygody, jak na doni.

Chodzio tylko o to, jak rozmwi si z Krzysztofem. A moe i on zostanie? Wy si przed Trepk trudnociami... Bo czyli to istotnie nie trci obdem i prosto w ptl stryczka? Czy nie widzieli w Krakowie? Czy nie lepiej pracowa na roli jak Bg przykaza, zamiast szuka wiatru, a raczej pewnej mierci  na szczerym polu? Bdzie z pewnoci troch wstydu, troch szepta i miechu, troch gawd i wytykania palcami, ale potem wszystko pjdzie w zapomnienie. Rzecz ludzka. Ci sami, ktrzy bd wytykali palcami, niegdy sto razy gorzej dawali nurka.

Tylko jak zacz z guptaskiem Krzysztofem? Jak wyrazi pierwsze sowo po tylu dniach i nocach zapau? Ziewn skrycie od przeszywajcych dreszczw. Wycign do ze sztywnymi palcami, eby ku sobie przycign Krzysztofa. Zdawao mu si nawet, e go przycign... Tymczasem Cedro sta wyprostowany wpatrujc si pilnie le widzcymi oczyma w figur austriackiego oficera. Rka Rafaa spocza na ramieniu towarzysza, a, skrzywione usta wykaszlay:

 Krzy... boisz si?

Tamten drgn jak od dotknicia nagiego ciaa soplem lodu.

 Nie boj .si!  rzek zupenie jak dziecko, gdy mu w ywe oczy zadaj kamstwo.

 A ja...

 Co ci jest?

 A ja mylaem, e si boisz.

 Lepiej by westchn do Boga za pomyln noc dzisiejsz, zamiast mi nka i osabia.

 Gupcze...  szepn mu w samo ucho Rafa.  Trzeba zaczeka  pomyla  jeszcze czas.

I oto niespodziewanie olni go genialny pomys. Gdy nadejdzie chwila odjazdu, skry si w paacu i zmarnowa dogodn chwil. Uda, e si spi. Czowiek pijany nie odpowiada za swe postpki i nie traci na honorze. Wylezie wwczas, gdy wszystko bdzie stracone, o wicie. Krzysztof, jeli chce, niech idzie sam. Ale owszem, niech idzie, nawet niech si przeprawi szczliwie w myl swoich modlitw albo niech z chwa zdechnie od kul dragoskich! Ale owszem, niech  cha, cha!  idzie za Wis, do wszystkich diabw! Do ju tutaj i tak nazbiera umiechw i swek...

Dozna gbokiej znowu ulgi. Pachncy wiatr rozkosznej przyszoci wion na jego czoo. Ujrza przed sob szereg wietlistych dni.

Wanie kapela zagraa polskiego i wyniose, wspaniae dwiki porway na skrzyda swoje nowe postanowienie Rafaa. Unosi si wrd szczcia odzyskanego, pyn wrd blasku. Jak w sennym zudzeniu widzia szereg par z wdzikiem i powag okrajcy sal. Stary jaki jegomo, z pani Oowsk marszakujcy temu tacowi, znika mu sprzed oczu w ssiednich salach i ukazywa si znowu. Odkryte ramiona i piersi, wosy przetykane perami i przeplecione wstgami, trefione i lnice od kamieni, poysk i szelest cennego atasu, migotanie brylantw, zapach perfum, czarodziejstwo spojrze a umiechw  i muzyka  przepyway dokoa jakoby fale rozkoszne. Oto przesuwaj si pary jedna za drug... Przemyka si, jak mga, dziewica w przystroju gowy l'oiseau de paradis... Dalej szeleszcz suknie bramowane futrem en lapin de Moscovie, gowy pokryte, w tokach de gaze argente, w turbanach ? pointe mameluck, w szatach lewantyskich i egipskich.

Ledwie skoczono poloneza, melodyjny walc ponis w wir wszystk modzie. Rafa pragn taczy z pani Elbiet, ale nie mg pochwyci ani jednej tak szczliwej chwili. Zawsze z ni walcowa kto inny albo znikaa mu z oczu penic obowizki gospodyni. Taczy tedy z osobami, ktre byy w pobliu, eby przynajmniej na miejscu nie sta. Raz jeden, ju okoo pnocy, przez krtk chwil udao mu si przebiec salon trzymajc swj skarb w objciu. Znikny wwczas z jego mzgu sowa, ustay, zdawao si, myli. Ani jednego wyrazu nie znalaz, cho sili si, eby go wymwi. Milcza ze cinitymi zbami.

Mina pnoc i Krzysztof coraz czciej pocz szuka towarzysza oczyma. Rafa sysza bicie nadchodzcej godziny w sercu, w gowie, w szpiku koci. Modzieniec prowadzcy tace zapowiedzia nowomodny taniec angielski country dance, w ktrym miao wzi udzia cae niemal towarzystwo. Pomimo wszelkich usiowa nie udao si Rafaowi taczy z pani Elbiet. Dopiero los szczliwy zdarzy to w nastpnym Lansjerze. Zna w taniec jeszcze z Warszawy, wiedzia tedy, e taczc na vis-a-vis bdzie mia mono obcowania z ni w pewnych chwilach. Z przymknitymi oczyma marzy o tym, co bdzie.

O, gdyby mg wyzna jej mk swej duszy! Odej i odej bez jednego sowa... Tancerk swoj, pierwsz lepsz pann z brzegu, zasypywa mnstwem sw wesoych, dowcipnych, miych, bezmylnych. Bawi j jak wesoy trzpiot, jednoczenie drwic z niej oczyma penymi odrazy i wzgardy i klnc j wewntrz siebie najwstrtniejszymi przezwiskami. Wrd kaskad sw skierowanych do tancerki marzy o tamtej, crze

I nieba i dnia. Zacz si taniec. Zaraz w pierwszej figurze, kiedy z pani Oowsk sam na sam zosta, rzeka do niego cichaczem:

 Za par godzin...

 Co, ksiniczko?  wyszepta biaymi usty.

 Tak niegocinnie musz przypomnie... Za par godzin pjdziecie wapanowie.

 Wolabym tu umiera ni na rzece:

Rozczy ich pynny, powabny pls. Odesza wrd ukonw, z umiechem na przecudnym obliczu. Tylko niky rumieniec... Ale za par chwil znowu mu j da taniec. Wtedy z gbokoci serca, targajcego si w powrozach swych, wyszepta:

 Ksiniczko...

 C to?...

 Ksiniczko...

 Nie jestem ju ksiniczk, moci panie. Dawno ju przeminy tamte czasy...

 Dawno ju przeminy tamte czasy, a tylko moje nieszczcie...

 C to wapanu?

 Kocham ci... Na mier, do zatracenia duszy! Umieram z alu za tob... ksiniczko!

Zoya mu ukon peen wdziku, dyg peen czaru, jak kaza taniec, i zostawia go z inn kobiet, z tancerk, ktr sobie by wybra. On szed w taniec jedwabnymi krokami, z umiechem na cinitych wargach. Bielmo zasaniao mu oczy, a krew ostyga w yach. Zdawao mu si, e ju nigdy nie nadejdzie ta chwila, eby mg dotkn tamtej rki. Widziao mu si, e wiata gasn, muzyka niemieje i ludzie staj zdumieni wokoo. Mijaa chwila czekania. Setki w niej wiekw przepyny. Mwia co do niego tancerka i on wesoo jej odpowiada. Umiech wesoy wdzia na twarz...

Nie, nie nadchodzi... Wabi j ju muzyka, wesoa jak miech serdeczny. Czy nigdy ju nie nadejdzie? Czy nie uczuje doni jej w swej doni i lazurowych oczu nie przyjmie z uwielbieniem? Odmienn fal opyna go muzyka, jak mowa zrozumiaa, zwrcona bezporednio do niego. Nie wiedzc o tym wcale wykona prawidowo figury taca.

Nareszcie...

Pozna j po bkitnym powietrzu, w ktrym bya dla niego zawsze. Pozna j po zapachu wosw i po szelecie szat. Nie mg wasnego spojrzenia udwign z ziemi. Widzia jej stopy w biaym atasie i biae wstki skrzyowane... Oto trzyma rk je j w swej doni, nieruchom, dug, trwoliw, mikk i subteln jak wizka nikej rezedy. Oczy wci jeszcze nie mog obj postaci, nie widz. Dusza tylko nasyca si ni, jak kwiat nasyca si mg nocy.

Oto mwi do niego tak cicho, ciszej ni szelest jedwabiu:

 Nie powinnam bya...

 Co, ksiniczko?

 Nie powinnam bya pozwoli, eby wapan jedn godzin przebywa w progach tego domu. Tylko wzgld wyszy...

 Jeszcze tylko par godzin... Odejd zaraz i ju na wieki.  Niech si tak stanie.

 Ani jednego sowa litoci...

 O litoci wspomina ten bezczelny, ktry si porwa...

 Pani, pani... Kochaem ci nade wszystko w yciu moim. Dlatego... To tylko chciaem powiedzie...

 Ju si dokonao.

Odesza znw. Jak woniejcy dym okurzy go dwik tych wyrazw.  "Ju si dokonao".  C mog znaczy te sowa? co mog znaczy te sowa? co mog znaczy? Wszystk wadz rozumu wyty, eby zrozumie. Ale nim cokolwiek uoy w myli, przesuna si obok niego wrd nieustajcych zblie i oddale taca. Gdy na moment znowu byli razem, rzeka:

 Nigdy wapan nie wrcisz tutaj? Wszak to ju sam wyrzeke?

 Tak wyrzekem.

 I honorem rczysz swoim?

 Co prdzej, co prdzej uchod  cha, cha...

 Nigdy nie bdziesz si wapan stara, eby mi widzie?

Milcza.

 Mwe wapan...

 Nie mog tego przyrzeka. Jeli y bd, wszelkich owszem doo stara, eby skrycie widywa to miejsce. Ale o tym nikt wiedzie nie bdzie.

 Przysignij wapan, e tego nie uczynisz, a moe by usysza co takiego, co ci do gbi...

 Przysigam na moje ycie, na mj honor, na dobr saw, e nie mog... Kocham ci...

 Zamilcz.

Po chwili mwia znowu:

 Suchaj, co mwi. Chciaabym zawsze tak wspomina moj w Grudnie alej, jak j dotd wspominaam. Chciaabym zawsze tak samo... Lubi t w sobie pasj. Tam to chodziam wieczorami do szalestwa gardzi twoj zbjeck napaci. Tam to chodziam patrze w mrok i niby na jawie widzie twe wilcze oczy wbite we mnie jak haki, twe miertelnie umiechnite usta, sucha, jak w piersi serce omoce... Jak teraz...

 Jeszcze sowo...

 Chodziam sama w puste ciemniki tskni, eby raz jeszcze sprbowa napa tak samo i ebym ci moga zabi od jednego ciosu, ale nie rzemiennego prta, nie! ebym ci moga zabi od jednego ciosu sztyletem w huczce serce. Miaam go zawsze w pogotowiu...

 O, gdyby teraz... Od jednego ciosu!...

 Ju teraz nie chc. Przemino.

 Jeli rozkaesz, to dzi nad ranem dam si rozstrzela, ale wysuchaj wszystkiego.

 Ciszej wapan szeptaj, bo nam si przypatruj...

Gboki ukon.

Brak wzroku i tchu. Ockn si widzc, i naley taczy now figur. ni przez chwil; i inny zgoa czowiek jest w nim samym. Spoglda wokoo jasnymi, uciszonymi oczyma. Pilnowa w sercu pomyka cichego szczcia. Ju nie zbliya si w tych figurach. Dopiero w ostatniej, gdy razem na chwil stanli, rzeka mu:

 Bdzie gawot. Czy taczysz go wapan?

 Tak.

 Czy dobrze?

 Dobrze.

 Ale czy bardzo dobrze?

 Zdaje mi si.

 Zapro mi wapan pniej do tego taca.

 Ksiniczko, daruj mi jedn jedyn chwil, nim std odejd, jedn chwil na osobnoci.

 Zamilcz.

Skoczy si taniec i nastaa chwila przerwy. Rafa oddali si do jednej z ssiednich sal i tam ukry we framudze okna. By znuony, jakby wszystkie koci mia poamane. By obojtny na wszystko, nawet na to, co si przed chwil dokonao. Wiedzia tylko tyle, e te sekundy, ktre przemijaj, to najrozkoszniejsza doba ycia. Samej ich rozkoszy nie czu wcale. Otrzsn si ze swego stanu wwczas dopiero, gdy spostrzeg pani Oowsk w otoczeniu kilkunastu osb, panw i pa. Wszyscy j o co usilnie prosili, a ona zaprzeczaa miejc si srebrnym swym miechem. Rafa zbliy si take i posysza wwczas, e j proszono, by taczya tamburino. Nie chciaa za nic. Trwao to dosy dugo. Nareszcie Rafa przypomnia sobie, co mu polecia. Przecisn si tedy ostronie przez tum, skoni si przed gospodyni i prosi, eby raczya taczy z nim gawota.

 Ach, wic jedni chc, ebym taczya Szal, ci, eby tamburino, a jeszcze waszmo pan... gawota. Nie. Wynajd sama inn tancerk.

 Pomimo ponowionych prb?

 Nie mog  et tout est dit.

Rafa pocz nalega, nastawa, prosi.

Po dugim wahaniu si, ktrego na pozr nie mogy przezwyciy nawet proby pana Oowskiego, przystaa wreszcie na odtaczenie gawota. Zagraa muzyka.

Krelc w przestrzeni linie i szlaki niepewne, jakoby lady bujania w kraju widze, zataczajc zwroty koujce wrd niespodziewanych ukonw, owych zaprzecze penych uprzejmego powabu, co s niby znaki symboliczne wstydliwoci i bojani, tancerka staa si podobn do muzycznego instrumentu, do harfy czy lutni, tworzycielki wzniosej i piknej melodii. Samemu zdawao si, e tworzy i pierwszy raz w yciu gra. Ruchy jej byy z kad chwil wdziczniejsze, coraz bardziej pewne swej piknoci, jak tony muzyczne od wiekw lece w milczeniu, ktre teraz, po wyrwaniu z nicoci, okazuj wszystek swj przepych i potg wadzy pikna. Bezkarnie i bez przeszkody, jawnie a w myl przepisw taca, mogli obejmowa si miosnymi umiechy, ton w sobie nawzajem oczyma. Kady ukon i kady przegub ciaa wicej oznacza, wypowiada i dokonywa w sprawie miosnej ni sonet uoony ze sw i zawartych w nich pragnie.

Rafa, ledwie kilkanacie postawi liskich a wytwornych krokw, midzy jednym a drugim zblieniem cia usysza wyrazy:

 Pjd...

 O, pani...

Przebiega licznymi ruchy przestrze salonu, wrcia znowu. Oto ujwszy palcami gaz spdnicy uniosa jej lekko i agodnymi rytmy, cichymi skoki mijaa tancerza. Wtedy szept:

 Boj si ciebie...

 Kocham...

Ukon i szept:

 Pjd...

Znowu szept:

 Przez szereg pokojw...

Musia teraz oddala si od niej i wraca, oddala i wraca wci. Sucha, sucha, sucha. Bya obok i milczaa. Nic, tylko ciosy wasnego serca... Mijaa go w milczeniu. Nareszcie, kiedy si najmniej spodziewa, kiedy oszalay traci ju wszelk nadziej, posysza znowu wyrazy ledwie si dobywajce spomidzy nieruchomych warg:

 Pjd... do siebie...

Za chwil znowu:

 Stamtd zejdziesz...

Szereg ukonw i cichych, rzewnych krokw do taktu muzyki gawota, a znowu szept, gos cichy a wstrzsajcy do szpiku koci:

 Na d schodami... tak... ktre s w kocu korytarza.

 Co dalej?

Muzyka nieco odmienna. Taniec znw. Umiech. Oczy zemdlae w zanieniu. W ranych wargach zby z trwogi szczka j :

 Bd tam potwarte drzwi.

Nic ju nie rzeka a do koca. renice oczu skryy si w cieniach rzs. Na ustach wyraz bolesny. Wosy, rozrzucone w tacu, tworzyy dokoa zbielaej twarzy zotolit burz.

Rafa wcisn si w tum mczyzn i stan w przejciu wiodcym do sali ssiedniej. Ty gowy wspar o liskie odrzwia mahoniowe i otwartymi oczyma patrza w dal. Zbliy si do niego Krzysztof i rzek:

 Bd gotw.

Rafa spojrza na niego z ukosa i umiechn si dobrodusznie. Rzek cicho gosem spokojnym i agodnym:

 Bardzo mi si podobasz dnia dzisiejszego.

 Ale z ciebie tancmistrz nie lada...

 Tak sdzisz?

 O, wierz mi, powiniene by dawno wstpi do baletu w Krakowie... Nie byby si tua po gocicach...

 Jeste, ile sobie przypominam, zoliwy, moci Cedro. Lubi dobry dowcip, a Gez zoliwoci nie ma dowcipu. Obawiam si, e dzi rano zginiesz. Wiesz co, id do ssiedniego pokoju, napisz testament wedug regu procedury austriackiej, a mnie moesz, jeeli ci to w smak pjdzie, zrobi generalnym spadkobierc.

 Zapisz ci, ale nie tak znowu wiele...  rzek Krzysztof ze zym umiechem.  Co najwyej mog ci w pucinie przekaza ten frak, ktry masz na sobie i w ktrym tak misterne stroie piruety. Poczochy rwnie i trzewiki...

 Jake miesznym jest m, ktremu zazdro dziurawi skorup mzgu!

 O ciebie...  szepn Cedro ze cinitymi zbami, ale Rafa odsun go od siebie agodnym i askawym ruchem. Na przeciwlegej stronie sali, w odosobnionym krzele siedziaa jego ksiniczka z gow opart o kraj marmurowego kominka. Patrzali si w siebie zakltymi oczyma przez dugi, niewymowny czas. Nie umieliby powiedzie, ile go upyno, nie umieliby okreli, co si dziao na wiecie otaczajcym ani w gbokoci ich dusz. Nie wiedzieli nawet o tym, e upywajce minuty niosy na falach najwysze zudzenie rozkoszy.

Zakcaa cisz muzyka i zajmowaa przestrze moda, pikna panna, z wdzikiem taczca solowy taniec  Szal. Przebiegaa sal to tu, to tam, rozcigajc nad gow bkitny szal z Kaszmiru. Jeli stawaa na zotolitej drodze spojrze obkanych z rozkoszy, przywierali na mgnienie powieki, by za chwil z tym straszniejsz mioci upaja si sob.

Wreszcie, nim pikno ukoczya swj taniec, Rafa podnis gow. Od niewypowiedzianego umiechu zamiy si i ciemniay jego oczy i stay si do oczu ksiniczki podobne. Usta obleky si wyrazem potgi i cudownej siy. Sta si pikny, wspaniay i niezwyciony. Wolnymi kroki, z wdzikiem i zwinnoci tygrysa poszed skro sal nie widzc miejsc ni osb. Przeszed wskazane korytarze, schody, sienie, znowu schody. Wszdzie byo pusto i cicho. Daleki gwar zagusza odgos krokw. Pchn potwarte drzwi i wszed do buduaru. Panowa tam prawie mrok. Na kominku arzy si stos bukowych wgli. Okry je ju popi fioletowoperowy. Z dala, zza dziesitych cian, dochodziy tony stumione i szczeglnie urocze w tym oddaleniu. Olbromski zamkn za sob drzwi i usiad przed ogniem. Zapad w zadum przesycon woni r i jaminu. Oddycha westchnieniami, ktre pyny z tajemniczego zdroju na witej grze szczcia.

W pewnej chwili bysna jasno w przeciwlegej cianie. Pani Oowska stana we drzwiach. Zamkna je za sob. Gdy wsta z fotela przed ogniem, zaja to miejsce i przez chwil nieruchoma siedziaa z rkoma na porczach lecymi bezwadnie. Ujrza przed sob, w sabych brzaskach wiata wgli, jej twarz, szyj, rce. Ujrza j przed swoj dusz. Kiedy podniosa na niego oczy i kiedy znowu spocz w spojrzeniu, przerwanym odejciem z sali, upad przy niej na kolana, obj jej nogi rkoma i pozwoli pyn nieutulonym zom szczcia.

Nie odtrcaa go ani si poruszya na swym miejscu. Dopiero nierycho, nierycho, kiedy ju serce jego byo spokojne i oschy zy na powiekach, dotkna rk jego czoa. Podnis gow.

 Speniam wszystko, czego chciae.

 Tak jest.

 egnam ci.

 egnam ci, pani.

 Przyniosam ci ten z albumu widok alei w Grudnie. Sama go niegdy zrobiam... W latach moich szczliwych, w domu moich snw na jawie... We go sobie i miej na sercu. Nie przebij go kule.

 Czy nie chcesz, ebym dzi umar?

 Nie.

 Czy nigdy wicej nie mam ci ujrze?

 Sysz w tym pytaniu... Nie chc powiedzie... Id ju std.

 Ksiniczko!

 I c jeszcze!

 Ciebie jedn kochaem w yciu! Wysuchaj mi!

 C chcesz, ebym jeszcze uczynia?

 Dzi rano umr, jeli zechcesz... dam si w rce dragonw. Grb zachowa tajemnic... Na wieki, na wieki!

 Przenigdy!

 Wic kochasz kogo innego?

 Nie powiem!

 Powiedz, na Boga!

 Sam wiesz najlepiej.

 Nic nie wiem.

 Bye i jeste jeden. Bdziesz zawsze.

Wstaa i odsunwszy go skierowaa si ku drzwiom, ktrymi bya wesza. Ale nim ich dosiga, zawoa na ni cichym szeptem oszalaej rozpaczy, lepej niedoli, niezwycionej mioci. Zatrzymaa si u proga. Zawahaa si... Potem wrcia jczc cicho i gryzc zbami chustk...

O jakiej porze usyszeli w pokojach na pitrze ywe, gwatowne kroki i oskot. Rafa wiedzia, co to oznacza. Szukaj go. Myla o tym z umiechem nie odrywajc ust od czary swego szczcia, nie budzc si z omdlenia. Wszystko jedno. Czy umrze ju, czy jeszcze y  jednego to niewarte umiechu. Ale na rozkaz, e ma si uda z Krzysztofem na ow wypraw, odszed w okamgnieniu i stan w swoim pokoju. W istocie szukano go na wszystkie strony. Kalwicki kl na czym wiat stoi. Krzysztof by ju gotw.

 Gdziee ty by, wariacie, a do tej pory!  woa z najwikszym gniewem.

 Jak to? Czy ci nie wiadomo? Byem, byem na balu.

 Dzie si ju za jak godzin zrobi! Przez twe guzdralstwo moemy wszyscy zgin.

 Ale daje pokj! Nie zginiesz. Zego diabe tak znowu chtnie nie bierze! Kto idzie na wojn, mj krwioerczy rycerzu, musi mie odwag w kadym calu duszy i w kadej yle. Chcesz, to pjdziemy w dzie. C mi to szkodzi?

 Ubieraj si co tchu. Chwila najstosowniejsza, a tego nie ma!

 Dla mnie kada chwila nocy czy tam dnia zarwno stosowna.

 Wapan sobie fanfaronuj i baraszkuj, ale innym razem!  zoci si Kalwicki.

 Biada mi!

 Oficeram ju napoi szampanem do zupenej miary, ley mi w poczekalni jak pie olszowy, konie czekaj... Ech, ja bym wasanu zada, ebym tak by twoim ojcem!

 A no... Bg strzeg.

 Jeli za dwa pacierze nie wyjedziemy, to nie ma co zaczyna, ja nie jad. I niech was diabli!... Jestem stary czowiek, mam dzieci i wnuki.

Rafa kiwa gow. Od jednego zamachu zdziera z siebie balowe szaty. Wszystkie, nim je odrzuci, to abot, to rkawy fraka, przesuwa koo ust, chwyta wargami, wdycha zapach i caowa. Po raz ostatni upaja si cielesn woni dotkni, ktra jeszcze nie uleciaa, ciepem rozkosznych oddechw, co jeszcze nie ostygo. Cisn wreszcie wszystko w otwart waliz jak w grb, zatrzasn wieko i w kilka minut wdzia swj obcisy rajtrok, do ktrego brakowao tylko obszlegw, eby si sta artyleryjskim mundurem. Zatrzyma kart papieru z darowanym pejzaem i schowa j wedug rozkazu. Wpakowa za pas par dubeltowych pistoletw, wsun pugina. By gotw. Wdziali swe krtkie kouszki, czapki-i wyszli z cicha bocznymi schodami.

Muzyka wci jeszcze graa i paac hucza od tacw, teraz dopiero na dobre rozhukanych.

Miao si ju pod witanie, ale noc jeszcze staa. Prszy lotny nieek. Mrz pod nogami skrzypia.

Kalwicki znik im z oczu, a za chwil podjecha sam ku bocznemu wejciu saniami zaprzonymi w par koni jak wcielone diaby, szczkajcych podkowami po zmarzym niegu. Wedug umowy Rafa siad na kole i uj lejce. Krzysztof stan w tyle sanek jako lokaj. Kalwicki wrci do paacu. Czekali chwil. Konie na miejscu kuy nogami i pryy si do biegu. Para z nich bia kbami. Rafa widzia j w promykach wiata padajcego ze szczelin w okiennicach.

Cae jego ciao jeszcze marzyo, a gowa wci leaa na obokach, w niebie rozkoszy. Sodkie szepty snuy si bez koca po wargach i jako nici pajcze oplatay wzrok, such, dotykanie. Wargi jeszcze byy przyduszone od pocaunkw nawiecznych, a wszystka dusza przemienia si w supy dymw wonnoci.

Otwary si drzwi. Kalwicki wyprowadzi, a raczej wynis oficera ubranego ju w futro. Docign go w swych barach a do sanek, usadowi w gwnym siedzeniu, otuli mu nogi bardzo starannie i krzykn:

 Ruszaj!

Rafa puci konie. Polecieli w skok. Kalwicki krtkimi rozkazami wskazywa kierunek jazdy. Oficerek spity jak bela gada wci do plenipotenta:

 Bin doch ganz knall... Sacra! Wer bist du eigentlich?

 Ale tak... jawohl... panie lejtenancie!

 Sind Sie vielleicht Olowskis Freund?

 Freund? A jakie! najzupeniejszy! Jed tam ostro, te, guzdraa! Koniom po bacie!

Rafa zaci konie.

 Niech si pan porucznik niczego nie lka  woa Kalwicki Niemcowi nad uchem  mamy niezego furmana, a i lokaj jest jaki taki, cho safandua. Dojedziemy z parad.

 Frau Olowski ist ja... Sind Sie vielleicht ein sogenannter Kalwicki? Frau Olowski ist aber schn...

 O, to si wie!

Konie wpady w opotki prowadzce do wsi i skokiem kopay si w gbokim niegu. Mdy brzask pocz si nieci na wschodzie. Wiatr nadranny ockn si w polach.

 Co pary w koniach!  woa Kalwicki gosem tak rozkazujcym, e Rafa podda mu si mimo oporu.

Wpadli midzy stodoy, w ulic wiejsk. Najtszym galopem lecieli czas jaki utart drog. W pewnej chwili plenipotent kaza zawrci na lewo, w wski, wygrodzony wygon, wiodcy w d ku rzece. Sam stan w saniach i poduszcza konie. Dom zajty na kwater oficera sta znacznie dalej, we wsi. Gdzie u koca tej drogi, ktr lecieli, palio si ognisko, i z dala ju wida byo przy nim szyldwacha na koniu. Gdy si ku temu ogniowi sanie pdem zblia zaczy, jedziec skierowa ku nim swego konia i ostrym kusem nadjeda krzyczc z caej siy:

 Wer da! Wer da!

Ujrzeli go tu przed sob, osdziaego i lnicego od polerowanych rzemieni, od wyczyszczonej stali...

Kalwicki stan w saniach i woa gono:

 Herr Offizier! Herr Offizier!

Odsoni przy tym konierz futra, pokazujc kapelusz i twarz upionego oficera, ktry lecia mu przez rce. Dragon stan w strzemionach, schyli si i dobrze, szczegowo, uwanie rzecz wybada. Potem odda swemu dowdcy honory wojskowe szabl, ale si z miejsca nie rusza.

 Gdzie jest kwatera komendanta?  wrzeszcza Kalwicki straszliw niemczyzn.

Dragon wskaza szabl kierunek i daleki dom.

 Prowad nas! Komendant zasab. Wraca z balu. Wieziemy go do domu! Prowad!

Dragon zawaha si, jeszcze raz obejrza kapelusz oficerski, wreszcie trci konia ostrog, eby wjecha w opotki czy da zna do drugiego posterunku. Skoro tylko odwrci si tyem do sanek, Rafa i Krzysztof zsunli si ze swych miejsc i chykiem, wp zgici skoczyli za ognisko. Do wau rzecznego byo kilka krokw. Minli go jednym susem. Po drugiej stronie tego jazu rosy wikle. Cae to zbocze od strony rzeki pokryte byo skorup lodu, ktry wezbrana czasu powodzi rzeka wyniosa bya i zostawia na chaszczach. Pomidzy t skorup a jazem umykali teraz jak lisy w d rzeki. wistali z cicha, wiadomym sposobem, wedug instrukcji. Kiedy tak dopadli poowy odlegoci midzy jednym a drugim ogniskiem, usyszeli tu za waem ttent konia leccego w skok. Przycupnli. Ko przelecia.

 To z drugiego posterunku...  szepn Rafa.  Leci na znak do tamtego.

Tu pod, nimi rozleg si trzykrotny wist jakby kulika. Rozsunli rokity i ujrzeli w pobliu pod rozoystym pniem starej wierzby, ktrej pie wisia nad nurtem, deczk. Chop w kouchu chwyci silnie kadego z nich za rce i wcign do odzi. Mrukn ze srogim gniewem:

 Pno! Dzie wylaz...

Kaza im przytuli si do dna, sam siedzc w kucki na przodzie, pchn d tak potnym rzutem wiose, e od razu wypada w wart. Tam jeszcze raz wmiesi wiosa w nurty. Jeszcze jeden caoramienny zamach wiose, jeszcze jeden... Wtem na brzegu rzeki rozleg si krzyk z kilku stron. Stao si to w mgnieniu oka. Zbiegi tyle e zdoali odwrci gowy, kiedy im prosto w lepie trzasn bysk jeden, drugi, trzeci... Tu koo nich przecigle gwizdny kule.

Jedna z nich musna wod koo burtu odzi. Cicho i bolenie jka druga. Nieustraszony lzak-przewonik wsta teraz na nogi. Wiosa dwiky i zagray w jego potnych rkach. Ujrzeli przed sob ogromn jego posta, od .gowy do stp zamknit w wielkim kouchu. d pomkna w d, ukonie tnc strza rodka rzeki. Lecieli nad wyraz chyo. Ale na opuszczonym brzegu rozleg si nowy grzmot kanonady i rozwali cisz nocy.

Przewodnik raptem siad na nogi swoje w tym miejscu, gdzie sta, zakaszla si straszliwym chrzypieniem. Wiosa wypady mu z rk. Przez chwil w zdumionych oczach zbiegw kiwa si to w ty, to naprzd, charczc i cignc w piersi powietrze, a run na dzib odzi, zwieszonymi rkawami koucha trzepic i chlapic po wodzie. Silnie od pocztku pchnita d przebia wiry gbokiego koryta i leciaa za wod bez wiose po drugiej ju stronie wartu wodnego. Rafa wychyli si i zapa jedno wioso. Lecy chop zawali cae miejsce. Nieporcznie, wydzierajc sobie wioso, to docierali do skorupy lodowej tamtego brzegu, to odpadali od niej ku rodkowi rzeki. Lodowisko tamtej strony sigao daleko w wod i bronio przystpu. Rafa w rozpaczy zwali je wiosem, ale tylko zadwiko jak dzwon mierci. Ciekli jeszcze w milczeniu i zgrozie, coraz szybciej, coraz szybciej... Wiry wleky ich w rodek rzeki... Wtem ujrzeli wyom midzy lodami. d spodem docieraa mielizny, wic ze wszech si wpierajc ocalone wioso w awice piasku podwodnego dobijali. Ju przedwit powleka pdzc wod niad barwic. Coraz wyraniej byo wida rzek i przestworza. Na galicyjskim brzegu gromadzi si zastp onierzy... Udao si Rafaowi werzn d w piach i utwierdzi j tyle, e mogli wyle w wod. Kaza Krzysztofowi brn na brzeg, sam szarpn bark za acuch i wywlk z wody na mielizn w ostoje midzylodowe. Kiedy byli w ozach tamtego brzegu, runo kilkadziesit strzaw. Kule gwizdny jak osy, trzaskay z ostrym brzkiem w ld i rozpryskiway go na wsze strony. Dwignli co tchu chopa. Obrcili go twarz ku niebu. Oczom ich przedstawi si widok brunatnej twarzy, z ktrej rozwartych ust walia si fal ciemna krew. Oczy ju zaszklone bielmem mierci patrzay w nich spojrzeniem tamtego wiata: Ujrzawszy niewysowion mow boleci w tej twarzy staej wrd ycia, wrd siy, wrd potnej pracy, Krzysztof zachwia si na nogach. Kolana jego gboko werzny si w nieg. Z zaamanymi rkoma, z wyrazem rozpaczy bezdennej, stokro mocniejszej ni wwczas, gdy egna ojca, patrza i patrza w lecego trupa. Z naga zatrzs si cay i pocz ka jak dziecko. Gowa jego pada do ng zabitego, rce kurczem objy mokre, staplane buty. Pocz w boleci skomle i wyrzeka:

 To ja... To moja wina... Tej: ja ci zamordowaem!... Dlatego, e mi si spodobao i na wojn, ty tu leysz! Boe, Boe! C ja teraz poczn? c ja teraz poczn, nieszczsny! Boe wielkiego miosierdzia!...

Wznis obkane, skostniae oczy na Rafaa i pyta go z ogupiaym skamaniem:

 C teraz bdzie? Zlituj si nade mn! C ja teraz z nim poczn?...

 Wiesz co  rzek Rafa cigajc przemoke buty  ty nadzwyczajnie nadajesz si do stanu onierskiego. Bardzo sobie waciwy zawd obmyli. Bardzo! Jeeli nad kadym trupem wojny bdziesz tak pikne wigilie piewa, to z ciebie bdzie najtszy oficer w armii... Przedstawi ci generaowi Napoleonowi, jako onierza nad onierze, do stosownej nagrody.

Krzysztof sucha uwanie. Wytrzeszczonymi oczyma patrza, jak Rafa drze sw koszul i suchymi onuczkami przewija sobie nogi, jak znowu wdziewa buty...

 C my poczniemy?  szepta coraz ciszej.

 Przede wszystkim cignij buty, udrzyj z koszuli pat i zawi nogi.

Speni to wszystko co prdzej, siedzc za jazem rzecznym, jakby w istocie taki by rodek ratunku, o ktry si pyta. Gdy ju byli obuci, Rafa kaza mu jeszcze bardziej wycign d na brzeg, sam okrci acuch jej o pie wierzby. Wtedy zdj czapk, zwrci si twarz do trupa i przez sekund modli si cicho.

Dzie wstawa. Wyszli z zaroli nadbrzenych i wielkim krokiem wdarli si na wynioso pobrzea. Ale skoro tylko ukazali si tam, znowu warczc i buczc gr przeleciay kule i rozleg si huk wystrzaw. Rafa parskn miechem. Krzysztof patrza na niego bezsilnymi oczyma, do ktrych spyway jeszcze zy.

 Niemce!  wrzasn Olbromski nastawiwszy doni koo ust.  Austriaki! Gagany! Strzelaje jeden z drugim, a celnie! Godzin celuj, a traf przecie raz w yciu!... Na szubienicy toby wiesza, austriacki wojaku! Celuj! Niedogo!

wisno dokoa ze sze, ze siedm kul. Wleli obadwaj na biay piaszczysty wzgrek. Tam Rafa rozkraczy nogi i wrzasn:

 Niech yje Cesarz! Przyjd ja tu do was, psy kulawe!

Poszed naprzd wielkimi kroki, gwidc ca gb. W pewnej chwili zwrci si do Krzysztofa:

 Wci jeszcze beczysz?

 Suchaj no, daj mi pokj...

 Jeeli chcesz becze, to id sobie osobno, bo gotowi ludzie pomyle, e to ja ci za uszy cign do wojska:

Krzysztof by ju od dawna spokojny. Szed takimi samymi krokami jak jego mentor. W milczeniu przebyli paszczyzn i zaczli wstpowa na wzgrki, dugim waem wyznaczajce dolin Wisy.

 Krzy  rzek szybko Rafa gosem wesoym  a wiesz ty, bratku, o tym, e my ju bylimy w bitwie! Syszysz, gazda! Kule nam koo uszu gwizday jak najprawdziwszym onierzom. Syszae, jak gwizday?

 Syszaem.

 Ale ty nie pij, tylko odpowiadaj przytomnie!

 Mwiem ci ju raz, eby mi zostawi w spokoju.

 Dobrze, czuy Galicjaninie, zostawiam ci w spokoju. Gdzie u licha jest ta chaupa? Kalwicki tu nam kaza si zgosi. Powiedzia, e na wzgrzu... Chodmy jeszcze wyej.

Weszli na najwyszywy dmuch, ledwie teraz owiany szronem i niegiem. Czarny, zmarzy piach ustpowa pod ich stopami... Rozejrzeli si wokoo. W dali, za Wis, w brunatnych zarolach z bkitnawych mgie witu wyania si paac w Jazie. Dach jego z ciemnej dachwki przerzyna brutaln plam jasny bkit nieba. Rafa zatrzyma si, znieruchomia. Przyglda si dalekiemu widokowi pospnym spojrzeniem. Gdy tam sta zastygy i oniemiay, widziao mu si, e yje w chwili tak bardzo dawnej od jego ycia, jakby w dziecistwie. Albo to, na co patrz oczy, istnieje? C to go zajmowao wczoraj, dzi w nocy? Uczu w sobie brak, pustk, loch ciemny. Czyli naprawd istnieje ten wyniosy dom? Czy byo w czasie szczcie, ktrego ten ksztat widomy jest wyrazem? Rane zorze zabarwiay .przelicznie w daleki, niebieskawy spache ziemi. Poyskiwaa rzeka, szybko pdzca wrd brylantw lodu. Odwrci si raptem od tego widoku i poszed ku domostwu, ktre stao w pobliu. Na wzgrzu nagim sterczao to siedlisko rybackie czy miejsce ucieczki dla powodzian. Do resztek dawnego muru karczmy czy schroniska dla ndzy zalanej wod przybudowa teraniejszy mieszkaniec lepiank z wiciny i rzecznego muu, z kawaw belek, szcztkw desek, krokwi a at odebranych wilanym falom. Nad poow tego budowania wysoki i piczasty niegdy dach zapad si zgniymi krokwiami i zwisa dziurawym achmanem. Niskie drzwi byy obite somian plecionk, ciany ogacone mchem i nawozem. Okienko z jednej szybki, jak ciepe usta dziecka, wychuchao sobie gbok donic w zaspie, ktra je przyda. Dym wywala si ju spomidzy czarnych, olizgych gontw.

Zakoatali we drzwi piciami. Nie zaraz otwaro je babsko wysche, czarne, kudate. Za nim pokazay si gowy dzieci o twarzach jakoby kobuzw i kukuek.

Rafa odchyli cae drzwi i mimo smrodliwej pary, ktra ich owiaa, wszed do rodka. Rozejrza si naokoo w mroku i dziko umiechn. Wspomnienie Baki i tamta noc...

 Wasz przewozi bez Wis?  zwrci si do baby.

 Ja ta nie wiem, przewozi czy nie przewozi...  odmrukna niechtnie.

 No, nas przewiz, wic wiadomo.

 Nie wiem, co i jak gadaj. Mj jest rybak. Kto jego wie, czy przewozi? Teraz wojsko stoi i z gwerw bije. Ja o niczym nie wiem.

 No, my tu mieli do niego interes.

 To przydzie pod poednie, a ja nie wiem.

 Kaza warna powiedzie, matka...  rzek Rafa liczc ponuro oczyma dzieci  e te... e przydzie dopiero na odwieczerz. Teraz nie przydzie. Rozumiecie?

 Czy ja niby rozumiem?

 No!... A co mu si od nas za przewz naley i za to wino, co je to przemyca, to wam kaza da w rk. Necie...

Wyj z kieszeni gar pienidzy, odliczy kilka dukatw i da jej w rk.

 Trzymaj to, babo, garci, bo to nie koprowina, ino samo zoto!  krzykn na ni.

Otrzsn si i co prdzej mia ku drzwiom.

Ze dworu ju wrci po wyjanienie, gdzie tu najblisza wie czy dwr, eby mona furmank naj. Wtem ujrza, e Krzysztof kozikiem pochwyconym ze stou rozdziera brzeg swego rajtroka i wygarnia zaszyte zoto.

 Co robisz, wariacie, co robisz?!-sykn na niego.-Za c ty kupisz konia, mundur i najmiesz pocztowego?

Tamten nie odpowiedzia ani sowa. Dar noem podszewk dookoa i co wymaca dukata, to wszystko, a do ostatniej sztuki, kad na stole. Baba z rozdziawion gb przypatrywaa si wszystkiemu przekrzywiajc obojtnie gow to na prawe, to na lewe rami. Wreszcie gdy Krzysztof wyrzuci z kieszeni wszystko, co mia, a do sztyletu i krcicy, Rafa go chwyci za rk.

 Pytam ci si, co masz zamiar czyni?

Krzysztof nie odpowiedzia. Cae jego ciao wstrzsao si co chwila od wewntrznego rozruchu, szczki byy zwarte, oczy przysonione powiekami.

 Zbierz te pienidze ze stou i schowaj, syszysz! -rozkaza Rafa szeptem.  Dasz jej pi dukatw; i tak bdzie bogata. Czy ty syszysz, co ja ci rozkazuj!

Szarpn go za rami. Ale znienacka Krzysztof odtrci go precz od siebie ruchem i gestem tak nieoczekiwanym, spojrza takim wzrokiem, ze Rafa uchyli si do pokornie. Opucili domostwo.

Szli w milczeniu po niegu z wierzchu obmarzym i przyprszonym ponownie  ku wsi, ktr wida byo w przestworze. Soce wznosio si nad lasami, nad garbat i pogit ziemi i zwijao w rozdoach bkitnawe tabory nocy.


 Po drodze
Nie postrzeeni przez nikogo dostali si jaowcowymi zarolami a do wioski. Wesoe jej dymy bkitnymi smugi przerzynay row przestrze. Rafa wyprzedzi towarzysza i wszed do pierwszego z brzegu siedliska z zapytaniem: czyby nie mona wynaj koni do Mysowic? Kiedy Krzysztof nadszed, ju go przyjanie woano do izby. Obszerne domostwo, otoczone z pola parkanem, a ode drogi zasonione sadkiem rozrosym, kpao si w porannym socu. Drzewa byy okryte niegiem od korzenia a do najwyszej gazki i udziy oko, e maj potrjn liczb owych biaych a spltanych konarw. Dom by murowany z cegy, pod gontem. Na kominie wietlicy trzaska ogie i przez drzwi uchylone do sieni zdawa si woa do rodka. Tgi rolnik naradza si po cichu z Rafaem, stojc w progach domowych.

 Do Mysowic jednym cigiem, bez noclegu?... Sztuk drogi! Nad sam polsk granic...

 Ech, jak konie dobre, niekutymi saneczkami przeleci jak ta jaskka!  nastawa Rafal.

 Moje fuchsy ta nie ostatnie, treka je, ale wito...

 Widzicie, gospodarzu, witowanie dobra rzecz, ale i zarobek co znaczy.

 Jo, recht. A kielo dadz?

 Damy trzydzieci zotych.

 A tryngield dadz?

 Damy.

 Jeli wywal nie papierkami, ino twardym pienidzem, jeli tryngield zaprzysign...

 Damy samymi niderlandzkimi talarami.  No, no... Nieche wstpi...

Weszli do obszernej wietlicy i powitali gospodyni krztaj c si dokoa komina. Gospodarz by chop mody, wesoy i kuty, wida, na cztery nogi. Spod oka przyglda si swym gociom, cho nie dopytywa si, co s za jedni, skd i dokd zdaj. Z malowanej szafy wydoby sodk gorzak w kolorowej karafce, chleb kominy i pikny, maso, strucle witeczne, ser lski, a z komory wynis gsiorek przemycanego wina. Pyka ywo z glinianej fajeczki, kania si i zaprasza:

 Nieche te nie pogardz, nieche przecie jedz jak za swoje pienidze.

Rafa nie da si prosi i tgo zajada. Krzysztof wypi kilka kieliszkw wdki i w milczeniu u kawaeczek chleba z sol.

 C wasze Niemcy, dobrze wam si sprawiaj?  rzuci Rafa zapytanie, gdy gospodarz wrci ze stajni do stancji, eby si do drogi odzia.

 Niemcy? Nasze? E, jak to Niemcy...

 Teraz tu, podobno, u was chodzi. kto chce: s Niemcy, s Francuzy. Co kto lubi...

 Jo... trafiaj si rozmaici... Co kto lubi. miesznie to powiedzieli...

 A kt, u diaba, teraz panuje nad tym waszym lskiem?

Gospodarz rozejrza si chytrze, pykn kilkakro ze swej fajeczki i rzek wesoo:

 Kto ich wie? Panuje kto chce, a tak sprawnie, jakby adnego nie byo.

 O bitwie jakiej nie sycha?

 Co nie ma by sycha? Goni si z miejsca na miejsce.

 Kt kogo?

 Trudno wiedzie. Ale tak Goci miarkujem, e nasz Niemiec po wsiach nierad siedzi. Woli w miecie. A ju najprdzej ku takiemu lusuje, gdzie garnizon i festung.

 Patrzajcie!

 Byem ta zawczoraj w kociele, w Tarnowskich Grach. Wyszli my po sumie, syszymy, atu tumult, za miastem strzelaj, ae szyby w kociele dzwoniy. Kto? co? A no lec ludzie i gadaj, e z Polski lachta bije si z krlewskimi.

 No i c?

 Polecieli ludzie w Krakowsk, w Lublinieck, w Gliwick ulic patrze, ale ju mao co byo wida. Wypary si wojska w pola jedne za drugimi. Ino si za nimi po zagonach dym wlk ae po rzek, po Mapanew. Powiada ta nad wieczorem jeden mieszczan, e podobno Polakw Prusaki pobiy, a zaraz potem same ucieky.

 Takie bitwy to a mio!

 He, he! a bo i pewnie.

Wprdce zaprzono zwize kasztanki do niekutych, lekkich sanek, wysano siedzenie kilimkiem i obadwaj przyjaciele ocknli si w polu. Wonica zacina szkapki i galopem prawie dopad lasu. Dopiero gdy wjechali w dobr gstwin, zwolni nieco i odwracajc si bokiem rzek:

 Tak mi si widzi, e pewno wol nie spotyka si z Prusakami:..

 E, nam wszystko jedno..:  rzek Rafa obudnie  ale zawsze lepiej si nie spotyka.

 A no, i ja ta nierad ich widz. Pojedziemy lasami.

 A czyje to lasy?

 Furt grafskie lasy.

Wska droynka, zasypana sypkim niegiem, ktrego nie tkno jeszcze kopyto ani sanica, przeciskaa si wci lasem zwartym. Jechali ju kilka godzin i miao si dobrze pod poudnie, kiedy wonica rzek, jako niezadugo ujrz trakt z Tarnowie do Siewierza, idcy na Niezdar, a przy tym trakcie bdzie austeria, gdzie warto by koniom wytchn, a samym si posili. Jako las pocz rzedn i ukazaa si murowanka. lzak ostronie jak lis okry zajazd lasem, a nim podjecha, wyjrza na trakt i dugo zapuszcza bystre oczy w jedn i w drug stron. Przed karczm nie byo nikogo, na drodze rwnie. Wrble stadem roztatryway siano i resztki obroku przed wrotami zajazdu: Nie wypuszczajc z rki bata wonica wszed w progi karczmy i zlustrowa jej wntrze. Wwczas dopiero podjecha, gdy si uspokoi zupenie. Kiedy podrnicy weszli do szynkowni, za lad jej, w otoczeniu antaw i beczek, ujrzeli tylko pejsatego ydka, tak dalece pogronego w medytacje, e ledwie ich dojrza. Jednak marzce jego oczy z niechci i odraz niejako zatrzymywa si poczy na figurach modych mczyzn, na ich twarzy, odzieniu... Zadali gorzaki. Przynis usunie i milczc podawa, co kazali. Spoyli po kawaku chleba z serem i misiwem z zapasw wonicy. Cedro by gniewny i oburkliwy. Na troskliwe pytania Rafaa odpowiada, e jest niezdrw. Teraz, po wypiciu kilku nowych kieliszkw wdki, zwiesi gow na rce, opar si caym ciaem na stole i drzema czy udawa, e pi. Olbromski wycign si na dugiej awie pod cian i bezmylnie lepia w powa izby. ydek powolnym, melancholijnym krokiem, nie chcc, widocznie, przeszkadza panom obecnoci swoj, wynis si zza szynkwasu. Po chwili jeszcze ciszej wrci. Konie wprowadzone pod dach, do stajni, ktra stanowia jakoby przedsionek obery, parskajc chrupay obrok.

Do ju dugo trwa ten cichy wypoczynek, gdy wtem da si sysze oskot od gwatownego zatrzanicia obudwu wrtni stajennych. W tej chwili furman, blady miertelnie, rozwar drzwi do stancji i rzuci wyraz:

 Jogry!

Rafa zerwa si na rwne nogi i chwil sta w bezczynnoci, nie wiedzc, co przedsiwzi. lzak hukn na jak na sug:

 Drzwi tarasowa!

Rzucili si obadwaj do stajni i zarwno wierzeje bramy wjazdowej jak furtk boczn jli podpiera znalezionymi koami, drgami, drabin, obem, pkoszkiem wozu, co jeno byo pod rk. Na dworze sysze si da wesoy gwar, szczk broni i oskot koskich podkw po grudzie. Wnet pchnito drzwi: Rozlego si koatanie, krzyk, rozkazy. Wonica skoczy do izby i szuka yda. Karczmarz siedzia spokojnie w cieniu beczek. Oczy jego wieciy si jak kocie.

 Masz bro?

 Ja... bro?

 Dawaj, co masz, naboje, ywo!

 Skd ja mam mie naboje?

Chop nie mieszkajc chwyci go za gardziel i trzasn raz, drugi, trzeci. Izraelita, skoro zapa nieco powietrza, Wskaza oczyma dyl w kcie. Podnieli t desk z trudem i wydobyli nabit fuzj oraz jak zardzewia karabel. Gdy si to dziao, ju we drzwi karczemne omotano szablami i bito sposobem szturmowym. W zamarze okno hukna pi Prusaka i wybia szyby. Kb biaej pary buchn na dwr. Dua apa w rkawicy wsuna si przez wybity otwr i ujmowaa wanie ram okienn, kiedy zaczajony lzak ci z caej siy w rkaw wyrwanym szabliskiem. Krzyk i zgiek wszcz si na dworze. W otwr wsuno si kilka na raz luf i razem w rnych kierunkach hukny supy dymu. Olbromski wetkn Krzysztofowi, ktry wci osowiay i bezczynny siedzia na swym miejscu, krcic w praw rk, szabl w drug i postawi go z boku, pod oknem. Chopu z kobylic wyrwan ze stpy kaza pilnowa drzwi, a sam chwyci yda za eb i powlk go ze sob krzyczc, eby wskazywa, gdzie jest wejcie na strych.

W mgnieniu oka wtargn po szczeblach drabiny na gr, stan we drzwiach wystawy, przez ktr podawano som na poddasze stajni. Uchyli owe zwieruszone drzwi i przypatrzy si. Zliczy oczyma zielonych jegrw. Byo ich siedmiu ze stray nadgranicznej. Trzech siedziao jeszcze na koniach, a czterej walili w bram i podchodzili do okna murowanki. Kiedy Rafa wyjrza, wszyscy trzej z konia .opatrywali rk kolegi. Trwao to chwil, bo oto zdjli z plecw karabiny, podsypali prochu na panewki i mieli razem hukn ponownie w wywalone okno. Zoyli si. Rafa zmierzy w kup i wypali. Razem hukny strzay i poszy w las jak oskot piorunowy. Jeden z onierzy pad na ziemi. Trzej, siedzcy jeszcze na koniach, skoczyli ku niemu. Inni rzucili si z paaszami do okna. Rafa znowu zmierzy w kup i strzeli. Nowy jk. Rzucili si mnie w otwr okienny. Tam Cedro ujrzawszy ich przed sob paln z krcicy wprost, o krok. Rafa, speniwszy swoje na grze, lecia ku niemu na pomoc. Wlk yda za pejsy, eby go nie zdradzi. Teraz we trzech przypadli do okna. lzak hukn w otwr sw kobylic i zwali dwu jegrw a na rodek drogi. Cedro niespodziewanie skoczy w to wywalone okno i poow ciaa by na zewntrz, gdy go chwyci Olbromski z krzykiem:

 Co robisz?

 Puszczaj! Chc zgin, do wszystkich diabw!

Szarpn si naprzd i bezuytecznie wypali w tum onierzy ostatni strza, jaki mieli. Rafa i przewodnik si wywlekli go z okna na rodek szynkowni. yd pod grob mierci nabija strzelb, gdy Rafa sta zaczajony pod oknem z paaszem w rku, a lzak rychtowa do ciosu swj taran.

Na dworze zalega cisza. Kiedy chykiem wyjrzeli przez szczelin we drzwiach, zobaczyli z pociech, e jegry siadaj na ko i e wcigaj na sioda rannych czy trupw. Nim odjechali, nabili jeszcze bro i z konia dali pi strzaw w karczm, celujc w okna, we drzwi i wrota. Potem w skok pomknli w kierunku Tarnowie. Idc za rad lzaka Rafa z Cedr wymknli si z karczmy na piechot, skoro tylko konie zaoono do sanek.

Brnli zrazu niegami unikajc gocica w obawie spotkania z nowym oddziaem patrolujcym. Ale drogi tu nie byy wonicy znane. Wkrtce tedy wypadli na trakt i, pilnie patrzc naprzd i poza siebie, pomknli co ko wyskoczy. Drzewa lene tylko-tylko migay im si w oczach. Chop wtuli czapk na uszy i pogwizdywa a gna. W pewnej chwili rzek wesoo:

 Rychtyg my tak bitw zwojowali jak ty pod Tarnowskimi Grami. Prusakw my pobili, a teraz sami w nogi co pary w szkapach.

 Dobra i taka, bracie! Bg ci zapa. Gdyby nie ty, zgniliby my w lochach abo na szubienicy krukom za er suyli.

 No, no... eby mi ino ten yd nie wyda, nic by ta nie byo frymunego.

 A jake wrcisz, bracie?

 Wrci wrc lasami. Ino ten ydek... Oczy ma pogan psie, paskudne  uch! Trza go bdzie poprosi, eby nie szczeka...

 Poprosisz go?

 Ju jak ja go poprosz, to nie pinie.

 A no rb ta, jak chcesz...  mrukn Rafa niechtnie.

Krzysztof, podobnie jak na pocztku dnia, by wci niemy i odrtwiay. Wida wskutek wypitej w obery gorzaki drzema na saniach i kiwa si w prawo i w lewo. Przez sen cigle co mamrota i otrzsa si niespokojnie. Gdy otwiera oczy, wodzi nimi ze zdumieniem po lesie i twarz jego miaa wyraz przykrego uszczliwienia, dziecicej prawie uciechy.

Nad samym ju wieczorem przypadli do Mysowic.

Tam ju byo bezpiecznie, gdy w miasteczku i w majtku hrabiego Mieroszewskiego sta oddzia szaserw francuskich. Zaraz przy wjedzie ujrzeli onierzy w zielonych mundurach, w szerokich jak sto diabw bermycach, z czerwonymi nochalami i z wsem co si zowie. Krzysztof, mwicy po francusku bez porwnania lepiej od Rafaa, sta si teraz pierwsz osob. lzak, zapacony grubo i sowiciej, ni si umwi, poegnany po bratersku, wesoo ruszy przed siebie i znik w zauku. Wdrowcy poszli do dworu, gdzie mieszka komendant placu. w komendant, pijanica, wida, i awanturnik, zrazu pocz obudwu bada sierdzicie, z niedowierzaniem, ale wkrtce zagodnia. Nie tylko e da im kart dron na Siewierz do Czstochowy, ale nawet z wasnej ochoty wyjedna stancyjk we dworze na nocleg dla ochotnikw.

Przed zachodem soca wyszli obadwaj dla przyjrzenia si okolicy. Stojc na wzgrzu widzieli przed sob za .rzeczk Przemsz rozlege niziny lene, ktre przedzielaa fala wzgrz gincych w siwym oddaleniu. Soce ju gaso, a poziome jego rzuty zotem i czerwieni obleway ca t dalek, jaowcow niw. Obadwaj modziecy zadumali si patrzc w ten kraj pierwszy raz widziany, ktry mieli teraz przemierzy krwawymi krokami. Guche, zagmatwane przeczucia gray w kadym z nich niby uudny gos muszli, na ktry darmo ucho nastawia...

O zmierzchu zwiedzili kunice niemieckie, zaoone niedawno, i cichaczem wrcili do swej stancyjki.

Nazajutrz skoro wit pucili si najt furmank w drog do Siewierza. Przybywszy do tego miasteczka, wedug zlecenia komendanta placu w Mysowicach, poczli dopytywa si o mieszkanie komendanta placu miasta Siewierza, kapitana Jarzymskiego. Nazwisko nie byo Rafaowi obce. Tajona nadzieja mwia mu, e spotka w komendancie  koleg z liceum. W lokalu tego dygnitarza dowiedzieli si, e kapitana mona widzie dopiero o jakiej godzinie poudniowej, gdy obecnie pogrony jest we nie. Radzi nieradzi poszli w miasto. Zwiedzili stary zamek biskupw krakowskich, sypicy si w gruzy... W pobliu ruin usyszeli zgiek wojskowy i wdrapawszy si na pewn wysoko spostrzegli jazd odbywajc wiczenia. Pobiegli tam co tchu. Krzysztof teraz si dopiero oywi. Bya to chorgiew pospolitego ruszenia z porucznikiem na czele, nie caa, bo tylko z pocztowych zoona. Pidziesiciu parobkw siedziao na niezych szkapach. Mieli na sobie granatowe kurtki i takie rajtuzy z czerwonymi kantami, barwy wojewdztwa krakowskiego, czapki czarnym suknem obszyte, a przy nich kitki wosiane na kilka cali wysokie. Niektrzy rajtuzy mieli szarego koloru, a kilku, miasto mundurw, byo odzianych w zgrzebne lejbiki z rkawami. Jedni byli uzbrojeni w paasze, pistolety, karabinki i adownice, a inni, ktrych w osobnym glicie musztrowano, tylko w piki drewniane, szeciookciowe, z dzidami i elecami na kocu. Nie byo to wojsko efektowne, niezgrabnie jeszcze sprawia si jego szyk na boniu, ale widzowie dreli na jego widok. Skate garcie twardo dzieryy drzewca pik i z ogniem machay szablicami najrozmaitszej miary i pochodzenia.

Zbliao si poudnie. Ochotnicy przypomnieli sobie o terminie wizyty u komendanta placu i poszli ku miastu. Do dugo musieli czeka na ganku, potem wpuszczeni zostali do pierwszej stancji i tu znowu czekali blisko godzin. Nareszcie posugujcy wiarus da im zna, e pan kapitan pije ju kaw i e za chwil nadejdzie. Drzwi si wreszcie otwary i powanie wyszed w mundurze z byszczcymi bulionami a z min srog Jarzymski.

Ujrzawszy przed sob tak dawno nie widzianego a tak zmienionego koleg, Rafa nie mg sowa przemwi i nie wiedzia, jakie teraz obra dla siebie stanowisko. Jarzymski, wida, to samo odczuwa, gdy nie od razu gos zabra. Jako jednak owadn sob i zbliywszy si do Krzysztofa ze zmarszczonym czoem zapyta:

 Nazwisko wapana?

 Cedro.

 A twoje Olbromski, to wiem. Znamy si przecie e szk. Czego to wapanowie yczycie sobie ode mnie?

Podali mu swoje marszruty i wyjanili z uszanowaniem, e udaj si do Czstochowy dla zacignicia si do wojska. Kapitan przygadzi wsika i sucha z umiechem, patrzc niekiedy na koleg spod oka. Gdy mu ju wszystko wytumaczyli, chwil duma i rzek wreszcie:

 Czemu to koniecznie do Czstochowy?

 Tak nam poradzono.

 Tak poradzono... Ha! Bo moglibycie i tutaj przecie znale miejsce. Wszyscy przecie ruszymy pod owicz. Mamy tu dosy tego, jak je Cesarz Jegomo nazywa, la pospolit. Sprawnie si to dosy szykuje.

 My pragnlibymy dosta si do artylerii  wtrci Cedro.

 Do artylerii, a! to co innego. Uprzedzam jednak, e takie ywic zamiary, trzeba mie pienidze. Na onierskie umundurowanie, i to najprostsze, trzeba mie 73 zote, nie liczc bielizny i rekwizytw. C dopiero oficerskie!

 Przyjaciel mj jest czowiekiem zamonym  rzek Rafa.  A jeli tak, to co innego. Przepraszany, nie wiedziaem. Zaraz wapanom ka wyda karty drone. Owszem, w Czstochowie jest szeciuset naszych, ktrzy j w posesj wzili i garnizon skadaj. W gruncie rzeczy jednak tobie, Olbromski, radzibym tutaj zosta. Bybym w tym, eby mia stopie oficerski od razu i awans zapewniony. A i wapanu take. Mamy tu modziey tgiej, dostatniej  kup... Patrzcie, koledzy, na mnie! Miesic trwa ruchawka, a ja ju jestem kapitanem i komendantem placu.

 Tak... To bardzo szczliwie...

 Rozumie si, e szczliwie. Mam tu krewnych, moja to jest okolica, wobec czego...

 Uatwiono ci...  mrukn Olbromski.

 A vrai dire...  tumaczy si Jarzymski z min skupion i powan  waciwie, mj drogi, czego kto silnie pragnie, to osiga na pewno, dooywszy starania. Otoczeniu mogoby si wydawa, e ja po prostu sam si mianowaem, ale tak nie jest, bo mianowa mi Mciski, rotmistrz, dowdca pospolitego ruszenia tej czci wojewdztwa krakowskiego. Czas jest gorcy, nagy. Kraj potrzebuje ludzi, a tu brak zupeny. Trzeba byo pych z serca zoy, porzuci mikkie szaty, i na sub, przyoy rki...

 Co do mnie... nie wiem, jak tam Rafa...  rzek raptem Cedro cay czerwony i ze spuszczonymi oczyma  ja... postanowiem dosugiwa si stopni od najprostszego kanoniera.

 A!

 Nic nie umiem, wic jakebym mg by oficerem? Nawet nie mwi o wyszych stopniach...

 A chyba e wapan nic nie umiesz...  odpali z miejsca Jarzymski  to co innego. Ja sdziem... Jeeli si nic nie umie, ha! w takim razie trudno rzeczywicie zaczyna od czego innego, tylko od najprostszego kanoniera.

 Tak. Ja postanowiem, e bd sucha rozkazu  i basta.  Bardzo dobrze...  rzek Jarzymski.

Rafaa miech ogarnia, ale i zo na Krzysztofa buzowaa w nim jak ogie. Niemie uczucia wzbudzio w nim to spotkanie. Co trupiego wyazio jak spod ziemi...

 To jednak musi by ogromna satysfakcja tak szybko wykierowa si na dygnitarza...  rzek patrzc Jarzymskiemu prosto w oczy.

 Ja sdz. Oczywicie mwio si to figurment... Samemu!  odpar kapitan niestropiony wcale i nadymajc si jeszcze bardziej.  Kade sto koni wybiera trzech oficerw, jak za Rzeczypospolitej. Midzy oficerami kto przecie musi by starszy, kto modszy...

Otrzsn si, wyprostowa po wojskowemu i patrzc na nich bestyjskimi oczyma, z dobrotliwym i wyrozumiaym umiechem cign:

 Owszem, owszem, jest to bardzo zacna myl dosugiwa si wyszych stopni od prostego kanoniera. Pochwalam t myl... A nawet bd was mia w pamici, szlachetni modziecy! Potrzebujemy, ale to potrzebujemy gwatownie, ludzi z charakterem, ludzi oddanych, ktrzy by szli do szeregu nie dla kariery, nie dla piknej szlufy i brzmicego tytuu, lecz dla suby! Przecie to i ksi Jzef, niegdy wdz naczelny, stan potem do apelu jako szeregowiec... S to rzeczy znane... Bardzo to chlubnie wiadczy o szlachetnoci uczuciw waszych! Bardzo!

Byo mu jednak troch nieswojo, gdy obadwaj, wyprostowani, z oczyma wlepionymi w jego oczy, milczeli. Zmieni tedy nieco ton i rzek:

 auj, e w tej onierskiej kryjwce nie mam nawet czym kolegw poczstowa. Ale wiecie co... Jest tu resursa Greka, Pescarego, raczcie si tam uda na przeksk. Rafa, ty po starej znajomoci, a wapan przez sentyment dla splnego przyjaciela.

Dawna przeciw woli przyja, zastarzaym naogiem leca w duszy, ockna si w pamici Rafaa. Ile to lat zbiego od awy w Collegium, od pohulanek w Warszawie! Z prob o zgod w oczach spojrza na Cedr i rzek:

 A no, dobrze, owszem... O ile ty, kapitanie...

 No, no, przecie nie bdziemy si tytuowali za kadym wyrazem, my, stare urwisy warszawskie...  szepn mu do ucha.  Skde si ty tu wzi u diaska? Psujesz mi szyki, rujnujesz powag...

 Tote jad, jad!

 Przysta, mwi ci, na porucznika. Dam ci pidziesiciu drabw i bdziesz ich gania po boniu. Znajd takiego, co ci odstpi swej rangi, a nawet konia i munduru, za niewielki grosz. Tak tedy...  cign gono  bdcie askawi, koledzy, i tam za przewodem mojego famulusa, a ja zaraz nadejd.

Z cukierni, ledwo drzwi uchylili, buchno na nich duszne powietrze i gwar. W ciasnych stancyjkach chmur wisia dym, a wszystkie miejsca byy zajte. W gbi, w ciemnej izbie, kule bilardowe szczkay, gone rozmowy i piewy towarzyszyy naok grze w domino, w warcaby i kostk. Przybyszom zrobio si nieswojo. Znaleli si wrd samych oficerw. Wszyscy mieli na sobie mundury prosto z igy, a galony wprost od szmuklerza. Kurtki mieli granatowe z wyogami w barwach wojewdzkich, rajtuzy z wypustkami i biae kolety. Czapki tego koloru z czarnym barankiem i biaymi pirami. Sami to byli porucznicy, podporucznicy, chorowie i namiestnicy, modzie zamaszysta, tga, buczuczna, zdrowa, wszystka, wida, z niedalekich okolic, gdy mwili do siebie po imieniu albo po przezwisku. Szukajc w tumie jakiego osobnego stoliczka Rafa i Krzysztof znaleli si w kcie wobec dwu modych ludzi zranionych. Jeden z nich wspiera si na kuli wieo wystruganej i mia gow przewizan bandaem, drugi trzyma rk na chustce. Obadwaj siedzieli w zapomnieniu i nic nawet nie mieli przed sob do jedzenia ani picia. Cedro wrd swoich niemiaych ukonw zapyta ich, czy nie mgby si z przyjacielem przysi do tego stolika. Ranni do niezgrabnie przystali. Wnet si zawizaa rozmowa. Byli to, jak si po prezentacji wzajemnej okazao, dwaj ssiedzi, synowie szlachty uboszej, dzierawami siedzcej na maych folwarkach w okolicy Kurzelowa, w Galicji wczesnej, za Pilic rzek. Po rozesaniu wici przez wojewod Radzimiskiego, zasignwszy jzyka, od razu siedli na ko i przybyli w miejsce wskazane.

 My ludzie niebogaci  mwi starszy  konie nasze dobre, ale bez rasy. Mamy to, co kazali: ko, powiadaj, dobry, mocny -no jest; munsztuk, powiadaj, grzebielec, szczotka, dera-no jest jak si patrzy. Ale to nie oficerskie; tylko jak na onierza. My ludzie nietutejsi, obcy. Jak ycie nasze, my za Pilic nie byli. Za obszarem naszej woszczowskiej czy kurzelowskiej parafii my koligacjw nie mamy. Przybyli my tutaj, miejsca ju pozajmowane; co miejsce oficerskie, eby cho tego namiestnika, to ju szczelnie obsadzone. No, c my`? Wpisali my si do chorgwi na proste rycerstwo. Wydali my resztk grosza na mondury swoje i na pocztowych, i teraz te... czekamy, co dalej bdzie. Dziesiciu nas w chorgwi rycerstwa, a pidziesiciu pocztowych.

 Tocie wapanowie z Galicji tak samo jak my!

 A no! My spod samego Kurzelowa. Historie my mieli z t nasz wypraw. Bo to my wyjechali niby na jarmark do Secemina gocicem szczekociskim. Dopiero z drogi buchnli my w lasy chrzstowskie i precz ju samymi lasami a pod Koniecpol. Dopiero jednego razu wyjedamy z lasu: rzeka okropna przed nami! Pilica! Czekalimy w lesie nocy i po ciemku w t rzek omot na koniach. Tak to my uli za granic. To potem wiatami, Bg wie gdzie, na Lelw, na Irzdze, na Mrzygd przerznlimy si do tego Siewierza.

 Alecie, koledzy, ju, widz, w potrzebie byli!

 A no, nie chwalcy si, ju my troch omotali Niemiaszkw.

 Jake to byo?

 A no stoimy tu ju ze dwa tygodnie w tym Siewierzu i musztrujemy si na boniu. Raptem przysza wiadomo do tych panw dowdcw (tu wskaza nieznacznie gow na haasujc kompani), e jeden batalion Prusakw zosta wykomenderowany z Wrocawia dla wzmocnienia zaogi w Kolu. Od razu zabrali nas okoo stu czowieka wraz z pocztowymi i poli my na Niemcw noc. Zabrnli my lasem a pod Tarnowskie Gry. Rzeczywicie li forsownym marszem.

W ciasnym miejscu, pod samym miasteczkiem Tarnowskie Gry, skoczyli my na nich z ukrycia. Piki, szable, sztucery co kto mia  wszystko w kup  i bij, zabij! Nawet-em sam skrobn z konia piechura szabliskiem, e a nogi zadar. Ale gdzie to! Komendant ich, jak tylko zobaczy, e nas tyla ruchawki, jake ci nie zawrzanie na nich po swojemu! A to, wida, tresowane jak pudle... Od razu sformowali w szczerym polu czworobok  i ani we! Jake, hycle, nie wyrzn do nas! A nieche to wszyscy diabli! C za szelmowski bl, jak rypnie w rk! Ale i nas zo wzia. Bdziecie tu do nas jak do zajcy na stanowisku... O, pludry! Nie chwalcy si, jak skoczymy naprzd z kup rycerstwa, a choby ot i z Pawekiem, ssiadem Kuleszyskim! Jak zaczniemy upa we by! I nie my jedni. Kto mia konia tszego, a mg go spi ostrogami, rzuci si w szereg abo, czy ja wiem, by odwaniejszy czy co, to spata Niemcw do woli, no i dosta za swoje. Czternastu ich ta ley po mieszczanach, we dworach i tu w Siewierzu. Omiu na zagonach zostao. My jeszcze, dzikowa Bogu, nie najgorzej na tej aferze wyli. A kto mia konia cigego i nie czeka, to jako wyszed na cao...

To mwic, powtrnie wskaza oczyma dowdcw.

Tymczasem drzwi si otwary i z min marsow, tg i w miar wynios wkroczy Jarzymski. Od razu go otoczono zwartym koem. Krzyk si wzmg. Jeden z oficerw, mocno ju city, aczkolwiek nie od paasza, wychodzi z izby ssiedniej woajc:

 Kapitanie komendancie, obowizkiem to jest twoim, eby si nam wystara o drugi bilard  czy to nie skandal?

 Bilardu nie mam  z powag odpowiedzia Jarzymski  ale za to mam rad dla tych, ktrym si chce gra, a nie maj na czym. Niech zdejm mundury, odepn pira, obszyj sobie czapki suknem zamiast baranka i zapisz si u drugiego porucznika na szeregowych. Przynajmniej nie bd mieli prawa pcha si do resursy i zabiera miejsca.

 Racja! -zawoa kto z tumu. -Braknie wanie poczty do obrzdzenia koni tylu wodzw.

 Tote zacznij awans od siebie i id obrzdzi mojego waacha...  odci si tamten.

 Czemu nie, jeli o to chodzi, eby pokaza, jaki z ciebie hoysz, skoro ci nie sta nawet na najem parobka!

 Cicho, cicho, wodzowie!...  uspokaja Jarzymski.  Nie ma o co! Teraz onierze doprawdy lepiej si odznaczaj ni dowdcy. Wspomnijcie sobie tylko Wosiskiego i Czstochow.

 Ba! nie zawsze si ma do czynienia z Niemcem tak tchrzliwym jak ten komendant Czstochowy. Wspomnijcie sobie tylko Tarnowskie Gry!

 Cha, cha, ma racj! To prawda...  woano naok.

 Suchajcie -rzek Jarzymski, uroczycie podnoszc rk.  Mam nowe wieci. Ale naprzd... Daj no mi, Pescary, kieliszek. Chc wypi zdrowie starego Wosiskiego.

 Niech yje!  hukn cay tum.

 Takich nam!

 Bi Niemca!

 No, jak w tym wypadku, to chyba sztuk w pole wywodzi, bo co do bicia...  przekrzycza innych pierwszy mwca.

 W pole wywodzi! Filozof! Bi Niemca i kwita! Na kwane jabko pludrw!

 Zaraz, nie koniec jeszcze  mwi z wolna Jarzymski nalewajc sobie nowy kieliszek.  Chc wychyli ten drugi kielich za zdrowie Trembeckiego.

 Niech yje!

Wyj z kieszeni papier i na poy czytajc, na poy mwic z pamici, gosi:

 Komunikuje mi imci pan Mciski, rotmistrz-dowdca pospolitego ruszenia w tej czci wojewdztwa krakowskiego, e oddzia stu szlachty pod spraw imci pana Trembeckiego...

 Nasz oddzia!

 e, mwi, hufiec, do ktrego niektrzy z waszmociw panw mieli honor nalee w potyczce pod Tarnowskimi Grami, wzi grafa Henkla, landrata z Tarnowie, w zakad za panw Mieroszewskiego i Siemieskiego i odprowadzi go do twierdzy czstochowskiej. Midzy papierami tego landrata znaleziono odezw do lzakw, wydan przez grafa Gtza, fligel-adiutanta krlewsko-pruskiego, do czenia si z wojskiem pruskim i dostarczania koni oraz ywnoci. Ale co najwaniejsza, to to, e imci pan Trembecki zabra po drodze 118 koni przeznaczonych dla jazdy pruskiej, a co ju najmilsza dla ucha, to to, e wzi kas krlewsk.

 To chwacko, to wymienicie! Niech yje Trembecki!

 Ten trzeci toast  mwi z wolna Jarzymski  chc wypi prze zdrowie dwu modziecw z Galicji...

 Modziecw? C za ckliwe gdakanie...

 Gdzie? kto z Galicji?

 Panw Cedry i Olbromskiego...

Krzysztof, czerwony jak burak, wsta ze swego krzesa. Rafa poszed za jego przykadem.

 Koledzy! -mwi komendant-ci modziecy przekradaj si do naszych szeregw przez Wis! Ci modziecy nie auj swoich ognisk domowych, naraaj ycie  pragnc dotrze do Czstochowy, aeby wstpi w szeregi artylerzystw! Ci modziecy odrzucaj moj propozycj co do kariery w naszych szeregach i postanawiaj... suchajcie, suchajcie!... dosugiwa si stopni oficerskich od prostego kanoniera! Wnosz ich zdrowie!

 Vivant!  hukna kompania.

Nastaa chwila ciszy. Krzysztof podnis gow i rzek miao:

 Nie dziwcie si, wapanowie, e jestemy zmieszani. Ten toast zasta nas nieprzygotowanych. Jestemy w drodze do naszego celu  oto i wszystko. Dzikuj w imieniu swoim i towarzysza za yczliwo dla nas. Wywdziczajc si chciabym i ja wnie zdrowie, a raczej... Ju tedy wolne jest od niecnego wroga z prawiekw, od pruskiego zdrajcy, nasze pomorskie wojewdztwo, malborskie i inowrocawskie, gnienieskie i poznaskie, kaliskie i sieradzkie, ziemia wieluska, rawska i czycka. Wnosz ten toast na cze naszej prastarej, macierzy Maopolski. Na cze i. zdrowie...

 Patrzajcie no! Tgi chop...

 Macierzy Maopolski!...

 Dobrze gada!

 Gb ma, jakby si pod Somnikami rodzi...

 Bestia mia, mwi wam, e serce miknie... ,

 Z siebie, widzisz, gada, nie z wierzchu, tylko ze rodka...

 Ale  cign Krzysztof  nim ten toast wychyl w imieniu Galicji...

 Co za Galicji?

 Nie ma Galicji!

 Zbazgra si...

 Jest, panowie bracia, jest jeszcze, przez Bg ywy!  zawoa Krzysztof gosem twardym i nie znoszcym przecze.  Nim ten toast wnios w imieniu Galicji, musz naprzd speni poprzedni, ktry tu pito, Wosiskiego. Byo to zdrowie, wida, godne, skoro je tak zacna kompania chrem podtrzymaa! My przecie spod Austriaka, nie wiemy nawet, kogocie uczcili.

 Znowu z tym Austriakiem...

 Raczcie nas askawie owieci...

 Ktry tam w gbie najobrotniejszy? Koczewski! ty spod Wieloma... Rozkrcaj jzyk!

Wypchnito na przd namiestnika przysadkowatej statury, a tgiego co si zowie. Ten chwil si namyla musztrujc oburcz najeon szop na gowie, wreszcie da folg wrodzonej swadzie:

 eby w niewielu sowach rzecz zmieci... taka bya afera. Noc z 17 akuratnie na 18 listopada przyszo sto koni jazdy francuskiej pod dowdc Dechampsem do podna Jasnej Gry. Prawd mwi?

 Kto ci tam wie?... Ale jed dalej!

 A no! Trzeba za waszmociom wiedzie, e w murach warowni byo piset lutrw dobrze zaopatrzonych we wszystko. Francuzi za to nie mieli ani jednego dziaa. Jake tu dobywa twierdzy sam konnic? miech!

 Chyba pacz?

 Cicho tam, nie psuj mu porzdku, bo si zmyli i co innego opowie.

 Ale od czeg dowcip? Azali nie ma ju gw na karkach midzy Sarmaty`? Stary, jeszcze z naczelnikowskich czasw kapitan strzelcw, imcipan Stanisaw Wosiski, ktry prowadzi garsteczk pospolitakw z ziemie wieloskiej, nie chwalcy si, spdza w nocy chopstwo okoliczne pod mury forteczne, kae temu posplstwu rozpali mnstwo ognisk i uwija si pejzanom koo ognia, eby si wydawao, e liczne puki piechoty oblegaj Czstochow. Dechamps znowu ze swojej strony strzelcom konnym rozda znaki i epolety grenadierskie i parti ich wysa do Niemca, eby, prawi, twierdz poddawa bez namysu a zwoki, bo w przeciwnym razie natychmiast szturm przypuszczony bdzie i wtedy zaoga co do nogi w pie wycita. Nie myl, powiada, w polu, na zimnie zbami kapa. Dobrze. Poszli, powiadaj. Niemiec, ten komendant Kune, tak si przecie spietra, e tego samego wieczora pieronem twierdz podda. Dopiero o wicie, kiedy ju wojsko bezbronne stano na stoku i bro zoyo, a Francuzi z naszymi wchodzili w bramy i obejmowali Jasn Gr, przekona si, sierota, e wyda fortec, trzydzieci dzia, magazyny i kas nieprzyjacielowi pi razy sabszemu i bez jednej armaty. Zaoga niemiecka posza w niewol do Francji. Poznacie, wapanowie, dzielnego kapitana Wosiskiego, skoro idziecie do Czstochowy, bo on tam jest teraz komendantem fortecy. Dixi.

 Pijemy jego zdrowie!  rzek Krzysztof.

 Skoro wznosimy toasty  zawoa nagle Olbromski  to omiel si i ja prosi wapanw, ebycie wypili za zdrowie tych, ktrzy ju proch wchali pod Tarnowskimi Grami, a osobliwie za tych, ktrzy ju rany ponieli!

 Niech yj!  wykrzyknito.

 W gr ich! Tgie chopy co si zowie!

 A ba, jeszcze by te: spod Woszczowy!

Kto z drugiej izby woa:

 Zdrowia pij, a o Sieradzanach zapomnieli. Sieradzan zdrowie!... Oni pierwsi stanli jak jeden czowiek. Z kadych dwudziestu dymw, rachujc w czambu wszystkie kominy, jeden kantonista, czy tam z ochoty, czy tam przez cignienie losu. Z tego bdzie infanteria jak mur! Kady szlachcic posesjonat daje jednego. Masz konnic. Nie chcesz i personaliter, bo stary, niedoga, albo, uczciwszy uszy, tchrz, pa walor za umundurowanie i na od miesiczny! Wnet stanie kompania strzelcw.

 czycan zdrowie!

 Tych, ktrzy pod owiczem rami w rami z Frankami prali wroga na kwane jabko!

 Syszelicie? Ju jednego Niemiaszka, burmistrza z Goaczy, a drugiego Differta z Obrzycka rozstrzelali za to, e Prusakom ludzi wydali.

 Za polegych.:.

 Pod owicz!

 Wszystko pospolite rycerstwo  niech yje!

 Niezmordowany!...

 Jan Henryk!... Wielki Napoleon! Wielki Napoleon! Napoleon!

Wrzawa powstaa tak wielka, e zdawao si rozsadzi mury resursy Greka Pescarego...


 Nowy Rok
Stao si, e "Galicjanie" Cedro i Olbromski nie dotarli do Czstochowy i upragnionej artylerii. Krzysztof nie mia ani grosza, gdy wszystkie swoje pienidze zostawi w chacie rybackiej. Jego rwnie fundusz zaszyty w kurcie Rafaa po skrupulatnym obliczeniu nie mg pokry kosztw umundurowania artyleryjskiego obudwu. Zreszt Jarzymski wda si w t spraw i swoimi sposoby zdoa nakoni Rafaa do pozostania w Siewierzu. Na pozr wydawao si, e sami Galicjanie zepsuli sw myl zbyt dugo zatrzymujc si w drodze. Czas lecia na skrzydach, a dzie zwoki o wszystkim stanowi. Ju we dwa dni po witach owa czstka pospolitego ruszenia, ktra wiczya si w Siewierzu, wysza z "czci krakowskiej", dc na miejsce zebrania, pod owicz. Ochotnicy z koniecznoci, a nadto pod wpywem namowy caego skadu oficerskiego, przystali na pospolite rycerstwo w konnicy krakowskiej. Jarzymski sprzeda im dwa konie wierzchowe z wasnej stajni, jakoby tak niezrwnanej wartoci, e cena ich pochona wszystkie niemal dublony wygarnite ze szww Rafaowego rajtroka. Urzdzi nadto jakie zastpstwo z aski pewnego ssiada, co wola zosta w domu, a zgadza si za niewielkie wynagrodzenie zostawi tak zwane "mondury" na grzbietach dwu parobkw dostawionych do szeregu. Tym sposobem ochotnicy weszli na oprnione miejsca w regimencie przerzedzonym wskutek wyprawy pod Tarnowskie Gry. Znaczna cz tego oddziau wci jeszcze pod wodz Trembeckigo uwijaa si po lsku midzy Nys, Kolem, Gliwicami a Bytomiem.

Zajady komendant tamtego oddziau urywa, gdzie mg, oddziaki pruskie, zajmowa miasta i wioski. Stamtd na Kalisz ruszy w stron Torunia pod rozkazy generaa Zajczka.

Maleka armia siewierska, z konnicy samej zoona, wyruszya pod wodz rotmistrza wojewdzkiego Mciskiego w szyku i sprawnoci na Czstochow, Bechatw, Brzeziny...

Po drodze spotykali mae oddziay piesze i konne, cignce pod Stokowskim z ziemi wieluskiej, pod Lipskim z Sieradzkiego, pod Janem Gliszczyskim spod Kalisza. Nad wieczorem dnia 31 grudnia wkroczyli w nisk rwnin Bzury. Z dala, o dwie blisko mile, ujrzeli wiee kolegiackie owicza. Przebywszy rzek regiment krakowski wszed do miasta, ale tam, dookoa starego ratusza, gdzie mieci si sztab gwny, panowa cisk taki, e rycerze jak niepyszni musieli wycofa si i szuka schronienia a na przedmieciu Bratkowickim. Zmarzli jedcy, skoro tylko zdoali umieci we wskazanych im stajenkach konie swe i obrzdzi je ile mona, rzucili si w objcia snu.

Nazajutrz od samego witu gotowali si do wystpienia. Miejsce zebrania wyznaczono na polu marsowym wrd owickiego bonia. Ju przed godzin dziesit zaczy ciga si z muzyk wojskow poszczeglne regimenty. Chlubny tytu puku pierwszego otrzymaa konnica, prowadzona przez wieo mianowanego pukownikiem Jana Dbrowskiego (syna), zorganizowana przez generaa Niemojewskiego w Gnienie i Rogonie. Nadcigny zaraz wrd okrzykw ludu siy zgromadzone przez Walentego Skrzewskiego i przez Biernackiego. Niewietna bya bro tego wojska. Pochodzia przewanie z arsenau czstochowskiego. Karabiny byy nie nabite, brakowao kul, nabojw, skaek. Za to szabel i pik bya obfito. Ale porzdek i karno w rozwiniciu szyku, pikna czerstwo i malownicza sia, bijca z postawy tej modziey, zapa budziy w widzach. Okoo godziny dziesitej ju jazda w sile szeciu tysicy ludzi, czyli bez maa trzy regimenty liczc po sze dwukompaniowych szwadronw w regimencie, utworzya zbity czworogran. W gwnym jego ramieniu wida byo otwarty namiot z otarzem polowym.

Zahucza od strony miasta krzyk ludzki.

Wszyscy kawalerowie jak jeden zwrcili si twarz w t stron. Cedro i Olbromski, stojc obok siebie w strzemionach, wytyli oczy. Serca w nich stany jako i w tym caym tumie.

W otoczeniu generaw i adiutantw wjecha na pole, midzy ywe mury, Jan Henryk Dbrowski. Ciko szed ko cisawy pod jego olbrzymi postur. Genera wid oczyma po szyku i niezgruntowana rado byskawic strzelaa mu z oczu.

W milczeniu, ciko zlaz z konia. Poszed ku namiotowi. Wwczas otworzy si w innym miejscu szereg wojskowy i weszli tamtdy dwaj oficerowie: Roman Matusewicz, adiutant-major kawalerii, i Jzef Lubieniecki, rotmistrz. Pierwszy nis na psowej poduszce paasz krla Jana Sobieskiego, przez legiony polskie zdobyty w Loretto, drugi na wezgowiu buaw hetmana Czarnieckiego.

Za wodzem postpowa jego sztab wieo przez Napoleona mianowany, wic Maurycy Hauke, pukownik, niegdy wspdyrektor robt ziemnych w Mantui na San-Giorgio, obecnie pierwszy szef sztabu, za nim Tremo, podpukownik i adiutant polny, dalej Pakosz, Weyssenhoff, Godebski i Cedrowski, podpukownicy-adiutanci, za nimi porucznicy-adiutanci: Jzef Hauke, Andrzej Stoss, Lettow, Jankowski, Bergonzoni, Stanisaw i Jzef Dnhofowie.

Zacza si msza polowa. W milczeniu suchao jej wszystko rycerstwo. Gdy skoczyo si naboestwo, generaowie i oficerowie wysi popieszyli ku namiotowi. Nie baczc na porzdek kawaleria stana w strzemionach. Zwrci si teraz wdz twarz. Mwi:

 Rycerze!

Za najszczliwszy dzie ycia poczytuj ten, ktry po dwunastoletnim rozstaniu si poczy mi z wami, rodacy, ktry mi daje oglda sodkie owoce prac moich za granic podjtych ku utrzymaniu mnego ducha w Polaku. Jestem sowicie od niebios nagrodzony, kiedym was w istocie przekona, e nieponnymi ziomkw moich karmiem nadziejami. Ten rok 1807 jest pierwszym, w ktrym kady z was ycie swoje poczyna...

cisn Cedro rk towarzysza z caej siy i nie puszcza a do koca mowy. Ale oto ujrzeli obadwaj, jak generaowie kolej starszestwa id przysiga. Podnoszc trzy palce prawej rki do gry, a lew rk kadc na buawie Czarnieckiego, powtarzali uroczycie sowa.

Na dany znak wojsko podnioso do gry bro.


 Ku morzu
Okoo trzech tygodni pospolite ruszenie zabawio w owiczu. Kotowaa si tam sprawa formacji korpusw, a nawet przewodnictwa nad caym wojskiem. Nosi, co prawda, w dniu przysigi tytu naczelnika Dbrowski, ale szeptano na wszystkie strony o naczelnictwie ksicia Jzefa Poniatowskiego, ktry zdecydowa si wreszcie na krok przystpienia do Napoleona i jego sprawy. Tymczasem wojsko zgromadzone w owiczu podzielono z gruba na regimenty piesze i konne, i z nich w myl Dbrowskiego, wodza de facto, tworzono legie. Ju poznaska sia wojskowa stanowia najlepiej zorganizowan legi pierwsz. Skaday si na ni cztery regimenty piesze, jeden puk jazdy i nieco artylerii.

W tej pierwiastkowej formacji kady puk jazdy miaw sobie sze szwadronw. Szwadron tworzyy dwie kompanie. Kompania liczya 170 kawalerw. Sztab skada si z pukownika, szeciu szefw szwadronowych, jednego adiutanta-majora, kapitana i dwu adiutantw podoficerw. Na czele kompanii sta kapitan. Ten mia pod sob: porucznika, podporucznika, wachmistrza starszego, furiera, czterech wachmistrzw, omiu kapralw, dwu trbaczw, kowala i 150 jazdy.

Gorzej daleko prezentoway si wojska formacji kaliskiej. W batalionach pieszych mona byo widzie nie tylko, jak chciay odezwy i instrukcje generaa wojewdzkiego, modzie od lat omnastu do dwudziestu piciu, ale rwnie i staruszkw mocno zniedoniaych. Siaki taki possessionatus wola przecie wysa na pola zdradnej Bellony najniedoniejszego ze swych poddanych ni tg si robocz. Ubranie tej piechoty byo wielobarwne, a mio. Poniewa na miy Bg wzywano w oklnikach, eby dawa kantonistom majtki krtkie do kolan w takim tylko razie, jeli im si daje buty z dugimi cholewami, a trzewiki tylko w takim razie, jeli kantonista otrzyma majtki dugie do kostek i bardzo ciepe, wic siaki taki possessionatus zaopatrywa swego obroc w majtki przez pomyk krtkie, ale za to dawa mu nie buty, lecz trzewiki. Tym porzdkiem widziano w szeregach jakoby Tyrolczykw. Z szykiem i sprawnoci, do taktu narodowej muzyki, poyskiwali na mrozie z sarmacka  wtpliw biaoci goleni.

Bro prusk zwoono furami z twierdzy wrocawskiej, ktra si bya wanie poddaa, z Czstochowy i Kola. Bya to bro zapasowa rozmaitych kalibrw. Brakowao do niej skaek i nabojw, brakowao adownic i tornistrw. W torbach parcianych, po dawidowemu, onierze nosili adunki. Mimo to wszystko wojsko piesze wystpowao do apelu trzy razy dziennie, w gotowoci jak do wymarszu. Bataliony z rana byy egzercerowane en dtail, to jest po jednym rekrucie, a po poudniu plutonami i caym batalionem. Uczono gwnie najpierwotniejszych wicze i porusze bojowych, tych jakoby skurczw i odruchw ywego ciaa: formowania kolumny dywizjami i rozwijania jej w marszu, tworzenia z szybkoci czworoboku i rozprostowania go w linie. T wszystk si piesz podzielono na bataliony. Kady batalion skada si z dziewiciu kompanii, z ktrych jedna bya grenadierska i jedna woltyerska. Kompania liczya 140 gw. Na czele batalionu sta jego szef. Ten mia pod sob adiutanta-majora w stopniu porucznika i dwu adiutantw podoficerw. Kompani dowodzi kapitan, a mia pod sob porucznika, podporucznika, sieranta starszego, furiera, czterech sierantw, omiu kapralw, dwu doboszw i 120 piechurw.

Lepiej daleko na og przedstawiaa si jazda. Stali tu w szeregu ludzie lepiej odziani, zastpcy dziedzicw i dzierawcw, wic ekonomowie, pisarze, leniczowie, strzelcy, szlachta uboga, a nawet; powiedzmy, lokaje i kuchciki. Nie wszystkie konie byy osiodane, jako e odezwy mwiy jeno o koniu i udzie, tote niektre szwadrony wiczyy si i paradoway oklep. Jeszcze te prawie w tej armii nie byo podkomendnych i wodzw. Wodzami z natury rzeczy byli ci, ktrzy ywot sterali w bojach, legionici oraz jecy pruscy narodowoci polskiej. Sam wdz naczelny nie by przez nikogo wodzem mianowany ani potwierdzony. Ten nim by, kto by naprawd, to znaczy Dbrowski.

Obszlegi jeno a kanty kurtek znaczyy, skd ta kto rodem. Tu barwy papuzie  wic od Kalisza, tam psowe  to z Krakowskiego. Genera Krasiski przewodniczy caej jedzie kaliskiej, sieradzkiej, wieluskiej i krakowskiej. Tak te zwano w regiment  "kalisko-sieradzko-wieluski". Genera Niernojewski mia pod sob regiment modego Dbrowskiego, najcelniejszy, strzelcw poznaskich i kawaleri pock. Surowy, may, piczastonosy genera Fiszer albo raczej "Fiszerek", komenderowa ca infanteri i wiczy j  po polach tak akuratnie, e a chopom wieczki w oczach wieciy, a kolana tay jak zgonionym zajcom. Mimo wszelkie braki, mimo bied kwiczc, mimo nie zapacone lenungi albo wypacane fierkami i trojakami zamiast nalenoci waciwej i koniecznej na strawne  tgie to byo wojsko.

Cay owicz zmieni si w obz wojenny. Jak to tam uroczystoci byo przestrzeganie parolu i hasa, tajemniczego mot d'ordre i mot de ralliement! Tum cywilny, ktry nie mia prawa zna hasa ni parolu, umylnie przecie chodzi na przechadzk tam wanie, gdzie stay zacignite warty i gdzie nie wolno byo przystpowa. Chodzio o to tylko, eby sysze grone a surowe pytanie szyldwacha, czy trzeba byo o to pyta, czy nie:  Kto idzie?  i odpowiada gono:  Swj, Polak!

Zaraz na pocztku stycznia genera Dbrowski wyjecha do Warszawy, dokd przyby ju by wanie sam Cesarz Napoleon spod Putuska, Goymim, Czarnowa, Nasielska... Dnia 18 stycznia przyszed rozkaz wyruszenia dla wszystkich si owickich. Usyszeli, e maj i do Bydgoszczy jedni, do Torunia drudzy. Z radoci przyjy ten rozkaz regimenty.

 Ponad rzek! Z Wis! Na Prusaka!

Rozdzieliy si w owiczu drogi Rafaa i Krzysztofa. Cedro zosta w szeregu, na miejscu, ktre zaj w pierwszej chwili. Rafa nie chcia za nic suy w pstrej i przewanie chudopacholskiej jedzie krakowskiej. Zakrci si, pozawizywa znajomoci, stosunki, wynalaz koleestwa i zosta wreszcie wpisany do ksigi kompanicznej jazdy Dziewanowskiego, do najprzedniejszego szyku, ktry ju by chodzi w awangardzie Jana Henryka. Pocztek marszu na Bydgoszcz, wskutek tego e wojsko szo kup, Galicjanie odbywali, cho nie w jednym szeregu, lecz jeszcze razem. Kazano wojsku omin Warszaw. Z alem ten rozkaz spenili. Z dala, z dala jeno widzieli bure dymy, a jasn un po nocy. Tam ci by on wdz nad wodze, niezwyciony Napoleon...

Przyszedszy do nowego mostu na Wile midzy Zakroczymiem a Utrat, widzieli z dala we mgach zimowych w po Zawilu spache ziemi pod galicyjsk granic, ktrdy w puszcze nadnarwiaskie weszy wojska Francuzw. Bya przed nimi niedociga goemu oku, ale w nim krwaw kres, jakby ostrzem noa, wyryta granica galicyjska, od ujcia widra kierujca si na Miosn, na Zielon do Grzybowskiej Woli tu za Grochowem, eby dalej przeci rzeczk Dug, snu si przed lasami Supna i Radzymina, przez Wlk Radzymisk, eby od Wolicy raptownie wrci pod sam brzeg Buga, okry bliskie lasy Zaubic i za ujciem Narwi w Bugu uton.

Stojc przed szeregami uczyli swych onierzy wachmistrze, kaprale, furiery:

 Suchaj! Tamte oto czarne lasy, co pod Radzyminem wida, to ju, psia ich ma, w Galicyi, a te blisze  to nasze... Suchaj! patrzaj!

Ruszyli w swoj drog lewym brzegiem Wisy wielkimi marszami. Zima bya niestaa: dzie mrozu, naga odwil, wicher i deszcz, znowu przymrozek. Bota drg, dopiero co zgstniae i cite od przymrozka nocnego, ranna odwil przemieniaa w rozciecze i bagna. Infanteria w swych kamaszach, butach, nieraz krypciach, a nierzadko w obuwiu zostawiajcym na glinie lady piciu palcw i okrgej pity, brna z wysikiem i marza siarczycie. Jedca grzeje brat-ko, gdy pluta obu batem bije a wicher wiczy po udach. Piechura nie ogrzeje nic. Noclegi wypaday gdzie Bg da. Czasami w pobliu dworw lub wiosek, a nieraz w polu. Chwalio sobie wojsko, jeli kady cho pod borem, pod lasem. Jeli bya w pobliu wioska, wnet jazda zajmowaa dla zdroonych koni stodoy, szopy, stajenki i wozwki. Tam je pocztowi z miejsca rozkulbaczali, eby si za nie sedniy, a pali, czym si dao. Biada wtedy strzechom nie tylko chaup, ale i samych miejskich jurydyk! Nieraz i znaczny dworski dach piorunem zjecha na ziemi i przemieni si na kilkanacie przyziemnych budek.

Wydelikacony kandydat na dyplomat, Krzysztof Cedro, nauczy si wnet ceni, jakoby skarb, zacn mazowieck sonin. Skoro tylko wyznaczono obz i dla szwadronw stanowiska, czyli poczty, wnet schodzili si po staremu z Rafaem, zwinnie cinali chojary co najbardziej rozrose, wkopywali je w ziemi jeden przy drugim, eby zwart z nich cian uczyni od wiatru. Wierzchoki wizali mocno, tworzc z nich jakby kopu. By to styl "bizantyjski". W razie jeli strzechy wieniacze, a nawet o horror!  dworskie, byy w pobliu, mocili na wierzchu gazi grub strzech z koci nadartej w stylu niezupenie misternym. Na dno tego wigwamu, ktrego otwarta ciana zwrcona bya zawsze w stron duego ogniska, kadli umiejtnie gazie i wachlarzowate spawy wierkowe, zrazu wielkie, pniej drobniejsze, dopki si z nich nie utworzya wysoka a pod kopu a elastyczna pierzyna. Wwczas rzucali si na ni w piciu, szeciu, pewni, e bdzie unosia jak spryny i od zetknicia z botem mazowieckim na pewno uchroni. Gdy si nadto oparli jeden o drugiego plecami, a ponakrywali szczelnie dekami spod siode, zapadali w sen kamienny. W przymrozki odchodzio spanie kawalerskie. Wstawali rano weseli, wrd figlw, rzewi i czerstwi, jak z edredonowej pocieli. Ale w deszcz i wicher wyazili spod przemokej somy i spomidzy ociekych wod gazi w humorach niezbyt edredonowych.

O chmurnych i ponurych witaniach ostatnich dni stycznia wyrywa ich z legowisk gniewliwy a potny oskot ziemi, guchy i tpy, gbi gruntu idcy grom. Suchali go we czci i zdumieniu. Zdawao si sennemu wojsku, e to omoce w zmarz ziemi straszliwy kij-samobij, e wali w ni z gry, z wysoka mot-samogrzmot. Szed polem-lasem w grom daleki. Niosy go wiatry i dde, niegi a nocne mgy.

 Wiara, syszyta!  mruknie, bywao, starszy wachmistrz Jacek Gajko, co wiat obszed, jak dugi i szeroki  syszyta, jako to tupie!

 Syszymy, panie wachmistrzu! A kto te to tak moe tupa?

 E, gemajny! To i tego nie wiesz! Cesarz jegomo tupie. Zy!

 Zy?!

 Syszysz, jeden z drugim, jak bije nog w ziemi! Raz, raz! Jeszcze! Nie tak, jak kaza, nie tak, jak trzeba, zrobiy mu, wida, marszaki... Lec tera ku niemu na chybkich koniach, a kapelusze w garciach, a ydki pod nimi dygoc, jeden przed drugim szwargoce, e nie on winien...

 A gdzie te to Cesarz jegomo siedzi.tera, panie wachmistrzu?

 Bg jego sam wie, gdzie on. Suchaj, skd gos idzie. Tam Cesarz siedzi. Sto armat bije. Syszysz! My tu nad rzek, nad Wis, a tam, widzisz, Zawile, tam Bug, tam Narew przez podlaskie i mazowieckie piachy cicho pyn. Gdzie to ta wlaz  Jezusie, Maryja! W puszcze, w lasy, w Putuskie, w Przasnyskie, ponad jeziora, het  precz w pnocn stron! Ju si, tam zdrajca brandeburski rozsiad na pikne, kartofli nasadzi, faj zakurzy, a ty na swoim wasnym zagonie czapk przed nim trzymaj! Bo na to wyszo.  Na wieki, prawi; tu ostan i ciebie, prawi, std wygoni, a swoich Michakw na twoj ziemi sprowadz i Michakom twoj ziemi oddam. A ty id, precz mi si z tela wyno! Majn to jest, prawi, faterland, moje panowanie i rozkaz. Twoja ziemia to jest teraz moja ziemia... Warszaw wzi i zabra, Czstochow wzi i zabra, pod sam Krakw si podcign, ale gdzie! Za Gr Kalwari, do Warki, ponad Wis si wszczepi! A tera, pludrze, portki zgubi, tak zmykasz! Gdzie to je twoja ziemia? Poka no j! Berlina swego nie masz, zuchelka ziemi nie masz, zodzieju cudzego dobra! W gbokie morze chyba koza magniesz ze witej ziemi. Poznae, jako to pachnie, kiedy ci z pieleszw wykurz ojcowych?

 Musi by, e si Niemiec jeszcze w kup wenie...

 Nie pomoe mu nikt, eby ta nie jednego, ale dziesici zwoa, bo sam Cesarz idzie!

 A dokd te tak zajdzie Cesarz jegomo?

 Nie wa si o to pyta! Nie wa si! Sam jeno Bg Najwyszy t rzecz wie. Jemu jednemu po nocach kazuje, jak prawo na wiecie robi. On tylko jeden t rzecz wie na tym wiecie. A ty si nie wa pyta!

Cedro sucha tych bajdw-pogwarw z twarz surow i powan. Wspomina mu si Jelitczyk-Ojrzyski z przydomkiem Mieczyk. Czy te i on syszy, czy te syszy, jak wielki Cesarz gniewnie tupie nog w mazursk ziemi?...

Aczkolwiek mia pocztowego, Krzysztof sam pilnowa swego konia. Czyszczenie tylko i zadawanie obroku zostawia onierzowi, a zreszt wszystko sam peni. Uczy si suby obozowej i garnizonowej, skadu musztry, szyku i porzdkw. Ko jego nie by nadzwyczajny, ale i nie ostatni. Krzy mia elazny, boki zwize, mocny by w kolanach, kopytach i zadzie, eb trzyma prosto, a w pysku by mikki w miar. Krzysztof jeszcze od Jarzymskiego naby dek obszern, terlic, cho nie now, ale wytrzyma, wgierskim krojem. Dek zawsze sam skada we czworo pod kulbak, wedug zasad starszego wachmistrza, o pi palcw od przedniej opatki.

 A dek wytrzepa, wytrzepa nie raz i nie dwa!...  mrucza stary Jacek.  Ze somy, ze siana, z igw sosnowych ochdoy do znaku, bo my nie ydy i nie na jarmark do Bechatowa cigniemy. Terlic ka ostronie, eby si za pasmo grzywy pod kulbak nie zapltao, bo gupi konia znarowi, jak mu grzyw terlic przytnie. Poprgi upi nie mocno, bo gupi poprnic koniowi sfasuje, a znowu i nie za letko, bo kiep zleci ze szkapy w samym rodku ataku, jak lanc przyjdzie za koski eb wydali abo paaszem ci z gry a od serca. Abo i ten mantelzak! Mantelzak rwno i mocno przytroczy  to ta ju pierwsza rzecz! Rwno i mocno, a jak dobrze przypity, wtedy dopiero noga w strzemi. Stopa zgita, ostrog nie jak jajko. Trzy! No... Tercze na nas wychod, czarny jucho, abo i sam, czerwony huzarze!

Zaraz po przybyciu do Torunia maa armia bya rozdzielona na dwie czci. Jedna z nich posza dalej, do Bydgoszczy, a druga zostaa pod komend generaa Zajczka. Do tej drugiej gromady, ktra miaa wej w skad legii drugiej, czyli pnocnej, nalea Krzysztof Cedro. W Toruniu by ju spory zastp oficerw i onierzy polskich, sformowany w Hagenau i Lipsku z jecw pruskich wzitych w niewol pod Jen, Auerstaedt i Prenzlowem. Rafa ze swym pukiem pocign o mil od Wisy, do Bydgoszczy. Zasta tam ju nie naczelnika siy zbrojnej polskiej, lecz tylko generaa dywizji i komendanta legii pierwszej  Jana Henryka Dbrowskiego. Legia skadaa si z kompanii artyleryjskiej, czterech regimentw piechoty i jazdy pospolitego ruszenia. Mwiono wci o przeksztaceniu pukw jazdy. Trzy szwadrony miay si skada na puk. Czekano lada chwila na rozkaz w tej materii komisji rzdzcej  i ministra wojny. Zawrzao w Bydgoszczy gorczkowe, rzec mona, namitne ycie. Zwoono jeszcze bro, skry, szyto sioda i adownice. Krawcy nie mogli nastarczy, nad siodlarzami onierz sta dzie i noc. cigay si jeszcze pojedynczo oddziay najwieszego skadu. W jedzie pospolitego ruszenia fortragowano szybko i atwo onierzy na stopnie podoficerskie, a nawet na subalternw, byleby "obiekt" posiada cho jakie takie uzdolnienie. Ten i w ani si obejrza, kiedy otrzyma prawo na zamwienie u szmuklerza znakw szary oficerskiej i mia mono przyczepienia do prawego ramienia szlufy podporucznikowskiej z dwiema jedwabnymi prgami, kontrepoletu, feldcechu i kordonkw bez bulionu. wieo umundurowani porucznicy poyskiwali prgami przerobionymi granatowym jedwabiem na tamie przez ca jej dugo u szlufy, nowi majorowie z dum wznosili ramiona obcione dwiema szlufami, ktrych buliony trwog przejmoway gemajnw, a "przeciwna" tama urgaa samym kordonom u pukownikowskiego kapelusza.

W tym samym czasie trafiay si midzy onierstwem przypadki dezercji. Pojmano kilku, przewanie starych, jak zmiatali w stron domow na poy bosi, obdarci, z pustymi brzuchami. Tumaczyli si, e przy adnym wojsku nigdy nie byli, e gd marli, e duszy w sobie nie czuj. Sd wojenny, zebrany natychmiast, skaza ich na dugotrwae cikie roboty w acuszkach, do twierdzy czstochowskiej. Na gwat ustanawiane kresy midzy Bydgoszcz, Toruniem a Sieradzem do poczty listowej  musiay, w braku ludzi, odstawia na miejsce przeznaczenia pierwszy transport... zbiegw.

Krtko to wszystko trwao. Ju w pierwszych dniach lutego genera Dbrowski wyszed z Notecizny i pocign ze swoj si w marsz, pod rozkazy zrazu Bernadottea ksicia Ponte Corvo, pniej generaa Lefebvra-Desnouettes, operujcego na prawym brzegu Wisy. Rozesza si w legii wie: "Na Gdask! na Koobrzeg!" W marszu, na postojach, noc na pocztach uczy starszy onierza, co je w Gdask, gdzie i na jakiej ziemi stoi Koobrzeg. Nieli z sob i rozrzucali wszdzie odezw generaa Dbrowskiego z kwatery gwnej w Nowem wydan "Do Holendrw i wszystkich rodu niemieckiego mieszkacw na ziemi Polskiej", ktrej to odezwy gwne punkty gosiy:

"Holendrzy, Niemcy i jakiejkolwiek religii i rodu ludzie, zamieszkali na ziemi Polskiej, ktrzy si zachowaj w swoich domach spokojnie, adnego z nieprzyjacimi kraju nie bd mie porozumienia; zachowaj wierno dla rzdu polskiego, wypaca bd postanowione kontrybucje i podatki, dowiadcz wolnoci w wyznawaniu swojej religii, obrony swoich osb, majtkw i uwaani bd jako bracia i ziomkowie. Wy za, Polacy  gosia odezwa  ktrzy wyznajecie religi katolick, pomnijcie, e przychodnie, na waszej osiadli ziemi, przez wsplne dla kraju obowizki stali si waszymi braci; pomnijcie, e Ewangelia kae nam y po bratersku, zostawcie wolno kademu od Boga nadan wielbi go podug swojego przekonania i nie badajc rnicy wiary bdcie obywatelstwem poczeni z mieszkacami, ktrzy przemysem i prac kraj wasz zbogacaj..."

Lewe skrzydo korpusu polskiego szo pod rozkazami generaa "Amilkara" Kosiskiego, ktry grzmia teraz ponad Brd, w borach pomorskiego pojezierza, jak istotny Amilkar, cho wroga, jak na zo, nigdzie nie mg zdyba, tak przed nim chyo Niemce uciekay. Lewe skrzydo jego oddziau sigao Supska, przezwanego Stolpem, i przecinao Gdask od Koobrzega. Miasto Chojnice stanowio miejsce oparcia i punkt koncentracyjny wszystkiej siy Amilkara. Dopiero okoo dwunastego lutego genera ubieski z komendy Kosiskiego zmuszony by pod Szczecinkiem (Neu-Stettin), wrd wyyny pojezierza, atakowa nieprzyjaciela na czele rycerstwa z wojewdztwa rawskiego. Pokazay si znaczne siy Niemcw. Bya to nie tylko piechota liniowa pruska, ale nadto uzbrojeni mieszkacy miasteczek, owi "Holendrzy i Niemcy..." Siy te znacznie przewyszay co do liczby armi Amilkara, ale jazda rawska rzucia si na tum nastawionymi lancami, niewiele sobie robic ze strzelania, i skutek by pewny: dziesiciu pooono trupem, a pidziesiciu zagarnito w niewol.

W tym samym czasie gwny korpus wojska generaa Dbrowskiego nieustannie szed naprzd. Znajdowa si ju na wysokim brzegu Wisy, skd wida byo po tamtej stronie rysujce si w dwumilowej odlegoci mury Grudzidza i Kwidzyna. W przedniej stray, ktra zostawaa pod oglnym naczelnictwem generaa Niemojewskiego, szed regiment jedcw poznaskich pospolitego ruszenia pod Dziewanowskim. Tam wanie kwit Rafa Olbromski.

Ju pod Nowem, na brzegu Mtawy, w regiment, dybicy zawsze na sztychu, wpad na mocny patrol czerwonych huzarw. Bya to pierwsza utarczka Rafaa. Mao z niej odnis wrae. Z dala ujrza jedcw w burki owinitych, przemokych, wskakujcych na ko w popochu. Rzuci si za innymi naprzd, dobywszy paasza, ale jeno przecwaowa w kupie ze dwa stajania pola. Prusacy odrbujc si, strzelajc z rzadka, gdy mieli, widocznie, bro zamok, cofnli si ku miastu na rozkieznanych koniach pod oson piechoty i armat. Pniej dopiero Olbromski dowiedzia si, e wzito kilkunastu jedcw  i z podziwieniem oglda pospnych, bezbronnych, milczcych chopw niemieckich, gdy ich miano odstawia w kierunku na Bydgoszcz. Podobnie pomylna gratka trafia si poznaskim kawalerom pod Opaleniem, czyli Minsterwaldem, gdzie jazda dziewanowczykw dopada i wzia w jasyr 16 dragonw i omiu piechura z przedniej stray pruskiej.

Tego jeszcze dnia przyszo do bitwy. Dywizja polska musiaa si w niej cofn przed nieprzyjacielem, ktry z drugiego, prawego brzegu Wisy przeszed po lodzie. Grad kul sypaa artyleria konna pruska, stojc na prawym brzegu rzeki, w mod piechot polsk. Batalion pierwszy regimentu trzeciego pod wodz Fiszera i batalion pierwszy regimentu czwartego pod pukownikiem Wasilewskim zostay napadnite bagnetem. Pomimo caej nieumiejtnoci, braku skaek i nabojw, mode wojsko zdoao broni si przez cay dzie i odpierao napa, ile mogo. Pierwszy to raz szeciu trupw, polegych na placu, nocn por zakopaa wiara w zmarz grud. Kilkudziesiciu rannych wyniesiono z szeregw.

Runa ju bya midzy wojska wie o strasznej bitwie pod Prusk Iaw. Wie wychwalaa ten bj jako zwycistwo. Tote nowy duch wstpi w wojsko polskie, ktre przez zawieszenie blokady Grudzidza, przez wsteczny ruch wojsk prawego brzegu Wisy, majc odsonione i wskutek zamarznicia Wisy bezbronne prawe skrzydo, musiao byo skoncentrowa si o trzy z gr mile od Bydgoszczy, w wieciu. Po rozpoczciu okoo 15 lutego ponownego oblenia Grudzidza, przy czym dwie kompanie batalionu Fiszera przeszy pod gradem kul Wis i przyczyniy si do zdobycia twierdzy, genera Dbrowski ruszy znowu naprzd. Stan wreszcie kwater w Gniewie nad Wierzyc. Stare mury, fosy wod napenione daway tu niejak nadziej obrony. Mocne posterunki wysane zostay na trakt bydgosko-gdaski ku Tczewu i na drogi do Starogardu, ponad jezioro zwane Staw, ponad Wiejskie Jezioro do Rakowca, do Biay, czyli Gellen, i do Krlwlasu (Knigswalde) nad rzek Jonk. 2 Gniewa do Gdaska zostawao jeszcze sze mil drogi bronionej. Wojsko spoczo i miao tu przeby czas pewien na leach. Tylko 56 rycerstwa z jazdy sieradzkiej, ktra bya przebya Wis, eby wzi udzia w bitwie pod Kwidzyniem dnia 11 lutego, gdzie marszaek Lefebvre pobi na gow generaa Roquette, nie wrcio na miejsce swoje.

Niedugo jednak zostawiono Dbrowskiego w spokoju. Ju 18 lutego Prusacy z du si 3000 ludzi napadli zarwno z prawego flanku na Starogard, w rwninach midzy lasami na prawym brzegu Wierzycy, jak rwnie i na Pelplin. W Starogardzie tego wanie dnia stan korpus generaa Menarda w sile szeciu tysicy ludzi, przeznaczony do wzmocnienia generaa Dbrowskiego; w odlegoci niespena dwu mil od tego miasta sta puk Dziewanowskiego. Posyszawszy strzay Dziewanowski pchn szwadron ze swego regimentu pod wodz porucznika ojewskiego. Oddzia w szed ze wszelkimi ostronociami, majc o 200 krokw przed sob kwatermistrza dowodzcego tak zwan szpic. .

Dragoneria pruska wypada z lasu i obces, zwartym szykiem, rzucia si na w oddzia. Jedcy polscy, uzbrojeni w lance, nastawili si proporcami i skoczyli na nieprzyjaci z tak furi, e dwu pooyli trupem, a pitnastu wzili do niewoli. Sam puk Dziewanowskiego by w tyme czasie atakowany przez regimenty jazdy. Dzie by ohydny. Bi w oczy nieg z deszczem, wicher nis sotne chmury po samej ziemi. Z mroku, z lasw niewidzialnych w zamieci, jazda pruska wyrwaa si jak nowa chmura. Pukownik, trzymajcy swoich w pogotowiu i czuwaniu od chwili wysania ojewskiego, mg da dragonom silny odrzut, ale w regularnym starciu wieo zebrana jazda nie moga wytrzyma dugiego natarcia umiejtnie wiczonej kawalerii pruskiej. Wszczo si zamieszanie. Jedcy rbali szablami na odlew, z ramienia. onierz polski walczy przewanie lanc.

Gdzie mg kup si rzuci w skok z nastawionym proporcem, tam wywraca cay hufiec; Prusak zlatywa z konia albo chwyta si ostatniej obrony kawaleryjskiej: pali z pistoletw i umyka. Cz dragonw zostaa odparta, odpdzona a pod baterie, wegnana za nie i znika w tumanach zawiei. Wszelako i z polskiej strony byy straty. Jeli tylko dragoneria moga nagle a sprawnie uderzy paaszem, pdzc z kopyta i wbijajc si midzy konie polskie, tam zapewnione miaa zwycistwo. Z pistoletw i sztucerw ubito kilkanacie koni. Rafa wywija tego dnia szabliskiem co si zowie. Naciera ju dwakro i odrbywa si sprawnie. Nieszczcie jednak stao tego dnia przy nim. W mroku i wichrze, zapdziwszy si samotrze w starciu z kilk dragonw, nie spostrzeg, co si dzieje, i zosta otoczony. Ze zgroz rzuci spojrzenie na bok, w ty... Dragony na zewszd z szablami. Obok niego jeno trbacz i trzech rycerstwa! Chcia si w ostatniej minucie rzuci w luk midzy ludmi. Zdar konia. Do pistoletu! Wszystko za pno. Pierwszego trbacza chwyci dragon za kark i wykrci mu w ty rk. Wraz jemu samemu kilku ciosami obezwadnili rami i wydarli paasz. Wreszcie i trzech towarzyszw cinito koem i odebrano im lance.

Najstraszniejszy wstyd i gboka rozpacz buchny w piersi jedca. Mia jeszcze w olstrach pistolety, a dragonw byo Ledwie kilkunastu. Wzili jecw we rodek i co ko skoczy popdzili rodkiem mokrego pastwiska kierujc si w stron Starogardu. Wanie sypny krupy niene i caa ziemia utona w kurniawie. Kiedy tak rwali z kopyta i kiedy wanie z moczaru wypadli na trakt starogardzki, raptownie  ttent  krzyk:

 Bij! zabij!

Dragony wyrway szable i w bj! Rafa co tchu w piersi szarpn rk, wydar si, sign w mgnieniu oka po pistolet i pierwszemu kawalerowi z brzega hukn w eb, przyoywszy otwr lufy niemal do ucha. Szarpn wodze, ostrogi w bok, wykrci na miejscu i piersiami koskimi uderzy w najbliszego Niemca. Dym zasoni mu obrt sprawy. Wypad ze rodka. Za nim wrzaa utarczka. Prusacy rozpierzchli si, sycha byo szczk walki i chlustajcy plusk wody po boniu. Olbromski nie oglda si poza siebie. Gna pustkowiem, a zdao mu si, e caa ka pierzcha pod jego koniem. Dopiero w przylegym lesie wstrzyma si i stan. Ko jego robi bokami. Zgrzany od ognia, trwogi ubiegu dymi si teraz kbami pary. Sam jedziec mokry by, jakby ze stawu wylaz. Serce walio mu w ebra jak dobosz w bben. Wrzawa jeszcze trwaa. Sycha byo w lasach i mgle od Starogardu piorunowe oskoty strzaw i cige echa lene, jakoby pospne jki puszcz. Po dugiej chwili nasuchiwania Rafa stwierdzi nareszcie z radoci, e gwar cichnie i znika w oddaleniu. Wtedy wolno ruszy przez las i po dugich bdzeniach dotar do jakiej wioszczyny. Tam yczliwie przyjty od wocian, powzi wiadomo o drodze do Pelplina i trafi do swego szwadronu. Gdy przyby na miejsce, z niema radoci dowiedzia si, e jego trzej towarzysze wraz z trbaczem s ju na miejscu, odbici z niewoli przez podjazd modego pukownika Jana Dbrowskiego, i e on sam jednemu z eszelonw tego podjazdu winien jest swoje ocalenie.

Po odepchniciu natarcia Prusakw od Starogardu i Pelplina przez tydzie trway mao znaczce utarczki forpocztw, osobliwie na lewym skrzydle. Przednie strae, prowadzone przez porucznikw, podporucznikw i chorych regimentowych, wyjeday maymi komendami w kraj i czyniy wywiady. Tu i owdzie, skoro tylko byo to moliwe, zabierano ze sob burmistrzw i amtmanw, eby od nich powzi wiadomo o stanie okolic i sile wojsk pruskich, rozlokowanych na drogach ku Tczewu. Po upywie tych kilku dni genera Dbrowski zdecydowa si na krok stanowczy. W dniu 23 lutego wykona atak na miasto powiatowe Tczew, o trzy mile odlege od Gdaska, a stanowice niejako klucz tej fortecy. Gwnymi punktami koncentracji si niemieckich poza murami Gdaska by wanie Tczew (Dirschau), Miobd (Mihlbanz) i Skarszewy (Schneck) nad Wietcis, rzeczk zasilajc wody Wierzycy o dwie mile ku pnocy od Starogardu. Siy polskie i pomocnicze francuskie pod dowdztwem Menarda wypoczyway na leach w Gniewie, Pelplinie i Starogardzie. Ostatni posterunek wzmocniy wanie w cigu tych dni: regiment badeski, jeden batalion modej piechoty krakowsko-kaliskiej z legii pnocnej Zajczka oraz dwie armaty. Genera Dbrowski sta kwater w Gniewie, a przednia jego stra koczowaa na traktach bydgosko-gdaskich sigajc do Grblina na wysokoci lewego brzegu Wisy. Ta stra przednia skadaa si z regimentu jazdy poznaskiej, z czterech kompaniw strzeleckich i miaa ze sob cztery armaty. Ruch, wykonany w dniu 23 lutego, rozpocz z rozkazu gwnodowodzcego, Jana Henryka Dbrowskiego, genera Menard.

Wyruszy mianowicie ze wszystk swoj si ze Starogardu na Skarszewy gocicem starogardzko-tczewskim, wypar nieprzyjaciela ze Skarszew i pewnej czci swojej dywizji kaza je zaj. Sam pocign dalej. ,Przednia jego stra pod spraw generaa Puthod, skadajca si z dwu batalionw polskich i z jazdy badeskiej, uzbrojona we cztery granatniki i jedn armat, miaa rozkaz zawrci na pnoc i zagrodzi drog siom, ktre by z Gdaska na odsiecz Tczewa pieszy mogy. Bya to pierwsza kolumna wojska atakujcego. Z Gniewa i Pelplina sza druga, to jest korpus wojska generaa Dbrowskiego pod Amilkarem. Oprcz tego jeden batalion zda do Tczewa drog prowadzc z Rajkowy na Czyykowo (Zeisgendorf). Pierwsza kolumna, czyli lewe skrzydo, jak to przewidzia Dbrowski, wnet spostrzega siy pruskie cignce z gowa (Langemu), miejscowoci o dwie mile odlegej od Gdaska, bitym traktem tczewsko-gdaskim. Wnet przednie strae francusko-polskie zetkny si z Prusakami pod Dbrow (Domerau). Genera Menard popieszy na miejsce, a za nim caa jego komenda.

Zawrzaa bitwa.

W tym samym niemal czasie prawe skrzydo uderzyo na szace Tczewa. Piechota niemiecka, ukryta za starymi waami, razia napadajcych ogniem plutonowym, a dwie armaty, ustawione na prost traktu w bramie pnocnej, czyli Gdaskiej, oczyszczay drog. Wnet jednak pod silnym impetem napaci strzelcw polskich obrocy waw musieli cofn si na przedmiecia. Wypado zdobywa miasto wstpnym bojem. onierze pruscy i uzbrojeni mieszkacy, zaczajeni w dymnikach, we drzwiach, sieniach, oknach, za wgami, strzelali bez przerwy. Szef sztabu, Maurycy Hauke, na czele grenadierw i woltyerw poznaskich uderzy na te domy bagnetem. Idc na kule, w gsty dym, zdobywano dom po domu, stodo po stodole. Major Sierawski z batalionem pierwszego regimentu piechoty popieszy im na pomoc. Niemcy ustpili z lichych domostw przedmiejskich, ale uchodzc zapalili te wszystkie szopy i budy, eby uniemoliwi dostp do bram. Brama zachodnia zawara si przed atakujcymi, ktrzy teraz wystawieni zostali na strzay zza murw, a sami wili si midzy zgliszczami jak w piecu . ognistym. Przy bramie Gdaskiej, gdzie Prusakami dowodzi major von Bothe, wrzaa walka tym zacitsza, e tam biy bez przerwy armaty szeciofuntowe i strzelaa piechota liniowa. Genera Niemojewski i sam wdz naczelny wszelkich dokadali stara, eby zama wejciowe wierzeje. Z dachw, ze strzelnic, z dziur, dymnikw leciay na oblegajcych kule i ogie kartaczowy. Cztery armaty i dwa granatniki pod komend porucznika Charelot krok za krokiem zbliay si do tej bramy pnocnej. Drugi batalion regimentu piechoty, dybicy ladem tych armat, wytrzymywa z flegm i staoci wszystek ogie obrocw. Nareszcie porucznik Charelot zbliy si o tyle, e mg wrd gradu kul ustawi dwie swoje haubice naprzeciwko bramy i zacz w ni pra na wylot, raz za razem. Ale stara brama nie popuszczaa. Walka z ca zacitoci cigna si ju sze godzin. Trzydzieci trupw zasao drog prowadzc do Gdaskiej bramy, a szedziesiciu ciko ranionych wio si w rowach, pod przykopami, wrd zgliszcz. Dwunastu oficerw ciko rannych wyniesiono z placu boju.

Kiedy tak ciko walczyo pod dwiema bramami wojsko polskie i kiedy cigle grozi mu niebezpieczestwo odsieczy z Gdaska, gdyby Menard zosta pobity, zdarzy si wypadek, ktry na los oblenia wpyn od razu i decydujco. Miasto Tczew posiadao trzy bramy: Mysk, czyli Gdask na pnocy, Wodn, czyli Wilask na poudniu i Wysok na zachodzie. O istnieniu bramy Wodnej nikt z oblegajcych nie wiedzia. Z tej strony miasta; midzy ogrodami, wrd paroww stay tylko tu i owdzie na wyszych miejscach pikiety i podsuchy polskie. ywego czowieka nie byo w caej okolicy. Bka si tylko ponad Wis jaki niedorostek obdarty i pnagi. Kiedy zbliy si do podsuchu i by zapytany, co jest za jeden i czego tu azi, odpowiedzia, e jest winiarkiem, e suy u jakiego Steltnera i e ojcu jego na przezwisko wikliski. Skary si z bekiem, e go pan zbi i wygna z domu. Ojcu, powiada, boi si pokaza na oczy, panu to samo. Nie ma ju teraz dachu nad gow. Idzie przed siebie i tyla. Poniewa by z miasta i zna je wybornie, zaczto mu zadawa pytania. Wtedy rzek:

 Oj, ludzie, ludzie!... Wy tam strzelacie z przodka, a tu od Wisy miasto cakiem goe.

Rozpytano go szczegowo i wtedy jasno wyoy, e brama Wodna nie ma adnej stray. Pikiety odstawiy chopca do czat, te poday go dalej, a stan przed obliczem generaa Dbrowskiego, ktry z wyniosoci pagrka pod Sztembargiem przypatrywa si kolejom bitwy i lustrowa okolic. Wysuchawszy powieci chopca genera kaza podwoi ogie na bram pnocn i zachodni. Mody ksi Sukowski, ranny ju, na czele drugiego batalionu regimentu pierwszego, i major Brucken, jako dowdca piechoty badeskiej, natarli z ca fors na bram Gdask. W tym samym czasie genera Dbrowski, wziwszy ze sob batalion majora Sierawskiego i batalion pukownika Fiszera, ruszy chykiem wedug wskaza wikliskiego. Po wertepach, doach, parowach, przesadziwszy poty ogrodw, parkany i rowy, dotar do bramy Wodnej, czyli Wilaskiej. Brama w istocie bya na poy zepsuta i bez obrony. Bataliony wyamay j, weszy do miasta, przebiegy tylne ulice i z nastawionym bagnetem rzuciy si na osupiaych Niemcw. W tej samej chwili zdruzgotane kulami wierzeje bramy Gdaskiej runy i wojsko z pnocy wdaro si do miasta: Prusacy strzelali z okien i ze drzwi. Wreszcie kiedy i bram zachodni rozwalono, zaoga w sile piciuset ludzi z dowdc poddaa si. Zabrano dziaa. Kiedy po dokonanej kapitulacji Dbrowski wjeda na gwn ulic miasta, w pobliu kocioa katolickiego w. Krzya z okna kamienicy pado kilka strzaw. Jeden z tych zdradzieckich pociskw rani generaa w nog. Rozjtrzone wojsko rzucio si na ten dom i przetrzsno jego wntrze nie szczdzc nikogo. Chwytano niewolnika, zabierano bagae i bro, uprowadzano konie albo zabierano z nich uprz, cigano wozy do przewiezienia z pola rannych, chromych i osabych. Stany wreszcie wojska w miecie. Rozesza si wrd nich wie, e opanowane s Skarszewy i Miobd, a nieprzyjaciel z popiechem cofn si w mury fortecy. Wtedy jeden okrzyk rozleg si w szeregach:

 Na Gdask! ku morzu!


 Tom III

 Szlak cesarski
Dywizja generaa Zajczka, czyli tak zwana legia pnocna, podzielona zostaa na trzy brygady. Pierwsza z nich, pod dowdztwem generaa Fiszera, skadaa si z regimentu piechoty zapoyczonego z dywizji trzeciej, z pierwszego regimentu kawalerii krakowskiej i czterech sztuk armat szeciofuntowych. Cz tej siy, pod bezporedni komend generaa Fiszera, udaa si bya w lutym na pomoc generaowi Dbrowskiemu i wzia udzia w wyprawie na Tczew, pniej w marcu przesza Wis i wrcia do swej komendy. Druga brygada legii pnocnej suchaa rozkazu generaa Izydora Krasiskiego, poprzednio komendanta wszystkiej jazdy rycerstwa. Skaday j: regiment trzeci piechoty i puk kawalerii krakowskiej z dwiema armatami czterofuntowymi. Brygad trzeci dowodzi genera Woodkiewicz, a mia pod sob regiment czwarty piechoty, drugi kawalerii i dwa dziaa czterofuntowe. Wszystka ogem artyleria tej dywizji zostawaa pod dowdztwem i spraw szefa szwadronu Chopina.

Krzysztof Cedro nie wyszed ze swego szeregu. Po zaprowadzeniu nowej organizacji znalaz si w drugiej brygadzie generaa Krasiskiego. Puki te stay w Toruniu do 28 lutego 1807 roku. Wyruszywszy stamtd przeszy Wis i pocigny w marsz na Pokrzywno (Engelsburg) i Niborg (Neydenburg), gdzie genera Zajczek pozosta a do dnia 26 maja, nieznaczny biorc udzia w akcji. W okolicy Niborga stay naok wysunite bataliony piechoty i kompanie jazdy. W Maldze sta batalion piechoty, 50 koni kawaleryjskich i jedna armata heska; Dbowea strzeg drugi batalion piechoty i 40 koni; w miejscowoci zwanej Kot byo 50 koni i druga armata heska; w Przysowie 20 koni, w Omulcu 10, wreszcie 12 koni rozmieszczono midzy Omulcem a Orowem. Sia kawaleryjska tworzya acuch zakrywajcy posterunek gwny i osaniaa wszystkie drogi. Skoro tylko rozlokowano wojsko po chatach, budowlach i w ogle pod dachem, a dla koni urzdzono w stodoach i wozowniach grdze, zaczy si napaci lotnej konnicy nieprzyjaciela oraz podjazdowania odwetowe ze strony polskiej. Krzysztof Cedro znalaz si w Kocie na pocztku marca. Gajko wyszykowa tu dla konia dobre pomieszczenie a niezy siennik na pryczy w alkierzu wieniaka. Zrazu wszystko szo po dawnemu: musztry, egzercerunki, wiczenia gimnastyczne. Ale ju po upywie dwu tygodni zaczy si czasy niespokojne. Konnica nieprzyjacielska wpadaa do wsi w nocy, nad ranem, pod wieczr, w poudnie i przy niadaniu, z wrzaskiem i gwizdaniem mkna ulicami i gubia si w zimowej szarudze. Gajko szczeglnie lubi zabawy z tymi wojakami.

W dniu 25 marca o zmierzchu zdarzy si wanie jeden z takich napadw. Co najmniej cztery seciny jedcw nieprzyjacielskich wpady do wsi i usioway j podpali z czterech rogw. Podpukownik Skalski kaza trbi gwatownie "na ko" i w mgnieniu oka caa sia posterunku rzucia si na napastnikw. Atak by odparty rwnie szybko, jak si zacz. Krzysztof pdzi za innymi w mroku padajcego wieczora, widzia nawet przed sob konnego brodacza, ale pomimo caej siy konia dopa go nie mg. Po zebraniu si si obronnych uradzia starszyzna wykona niezwocznie podjazd. Okrzyknito w szeregach, e kto na ochotnika chce do wyprawy nalee, ma si zgosi do puku Dbrowskiego. Gajko z Cedr poszli wraz na ochotnika. Dowodzi pukownik Sienkiewicz. Szli podzieleni na partie, ciemn noc, polami, w nieznanym zgoa kierunku. Z dala pod lenym wzgrzem ujrzeli ognie, tote obeszli je cae w promieniu kilkuwiorstowym, wertepem a moczarem, Napadli z boku, z pnocnej strony. Oddziaem, w ktrym si Krzysztof znajdowa, dowodzi rotmistrz Zaborowski. Byli tu w kawalerii krakowskiej porucznicy: Gontkiewicz, Wychliski, Szymaski i Rzeciszewski. Cedro zna ich wszystkich jeszcze z Siewierza. Jechali w guchym milczeniu a do chwili stanowczej. Krzysztof nie mg zrozumie nic a nic z caej tej wyprawy. Najbardziej by zdumiony, kiedy porucznik Wychliski spi nagle konia i rzuci si naprzd z takim wrzaskiem, zaywaniem paasza i mocnych sw komendy, jakby go wcieky pies napad. Natychmiast wszyscy uczynili to samo, nie wiedzc, o co chodzi. Jazda ochotnicza rzucia si naprzd z lancami i wpada midzy tlejce ogniska na ludzi rozespanych, ktrzy si zrywali z ziemi i siadali na ko wrd wrzaskw, przeklestw i strzaw. Zwycistwo nad ow psenn zgraj nie przyszo jednak z atwoci. Z gbokiego mroku wypadli sformowani w lotne oddziay. Wszcza si walka na lance i piki, starcia mokrych koni i czarnych ludzi, bitwa w ciemnoci. Tam i sam wrd ognisk gonili si jedcy na oko i z wrzaskiem wysadzali z siode. Tam to oficer Zaleski, dowodzcy kompani jazdy kaliskiej, w oczach onierzy od razu salwowa si ucieczk i tak dalece zdecydowan, e Gajko wstrzyma konia. Splun za nim w ciemno raz, splun drugi raz jeszcze dalej, i tego. nie byo mu dosy. Trzeci raz splun w gar, chwyci ni jedlca szabli i dopiero! W trakcie utarczki wit nasta. W bkitnym mroku zimowym rozleg si szybki szczk i trzask lanc, wzmogy si miertelne krzyki, stkanie koni i ttent skokw ich po elaznej grudzie. Podjazd zosta panem obozowiska, kilkunastu koni, czterech trupw i siedmiu rannych jecw. Tamci odrbujc si i strzelajc ustpili z pola i znikli za lasem.

Nie upyn jeszcze tydzie od tego wypadku, kiedy dywizja przeya nowe wzruszenie wojenne. Bardzki, szef szwadronu jazdy kalinko-sieradzko-wieluskiej, stojcej na drodze ku Szymanowu, odebra od marszaka Masseny nagy rozkaz maszerowania bez zwoki, w kus, pod Szczytno. Sycha byo stamtd strzay i oskot bitwy. Szwadron, uszykowany en bataille, ruszy z kopyta i zaraz, ustawiony obok dragonii francuskiej, rozwin kolumn i atakowa z lewego skrzyda, Utarczki trway przez ca noc bez odpoczynku, wytchnienia i popasu koni. Z rana, o godzinie sidmej, szef Bardzki atakowa konnic nieprzyjacielsk dla zakrycia rejterady dywizji francuskiej ze Szczytna. Przed poudniem nieprzyjaciel w sile blisko trzech tysicy jazdy uderzy forsownie na Kaliszan. Cugi pierzchny od razu i szwadron o mao nie by oskrzydlony. Dowdca dywizji przysa rozkaz rejterowania si, co te wykonano z szybkoci, precyzj i, jak to mwi, z chwa, a pod oson lasu i kilkudziesiciu piechurw francuskich w nim ukrytych. Wielu oficerw i onierzy w tej sprawie dzielnie si spisao. Kapral Kwiatkowski dosta postrza w bok, sam sobie kul kozikiem spomidzy eber wyduba, ran opatrzy, a z pola bitwy nie zeszed. Tote zaraz nastpnego dnia fortragowany zosta na sieranta. Kapitan Ostrowski wietnie odznaczy si zarwno w chwili awansowania w akcji jak i podczas rejterady, ktra posza z chwa. Porucznicy Zabocki i Krasuski byli ciko ranieni.

W tydzie pniej, stosownie do planu wypracowanego przez generaa Fiszera, wykonano atak na obozy zimowe nieprzyjacielskie pod wodz generaw Fiszera, Krasiskiego i Mciskiego. W tej sprawie miaa udzia kawaleria krakowska i kaliska, Poznaczycy i Mazury. Pukownik Godebski uprztn niebezpieczestwa z bokw postpujcej konnicy i niepokoi nieprzyjaciela w sposb dranicy wysuwaniem oraz cofaniem jazdy. Skoro si przeciwnik rzuca gwatownie do pocigu, Godebski usiowa okry go piechot. Kapitanowie Krzyewski i Kreczmer przedarli si lasami a pod Burdingen, a kiedy jazda polska wywabia nieprzyjaciela i, wiadomie umykajc, skonia go, e si zapuci za daleko, rozwinli lini i rzucili si do walki na bagnety. Kapitanowie piechoty Dobrogoyski i Tatarowicz torowali drog pod Czarnym Piecem, zmagajc si bagnetem z nieprzyjacielem, ktry zagradza dostp do Jedwabny. Natarcie byo silne i mianie, z trzech stron. Cedro pierwszy raz w biay dzie widzia nieprzyjaci. Rwa w szeregu z nastawion lanc i jeden z pierwszych wpad w uliczk wiejsk. Podpukownik Skalski, dowodzcy si zdajc od strony Kota, widzia Krakowian, jak szli w ogie z kopyta, a strzelcw wdzierajcych si z nastawionym bagnetem pod konie nieprzyjacielskiej jazdy. Spotka ich te wkrtce wielki zaszczyt: zostali przeznaczeni do kompanii wyborowych, ktre formowa wanie z jazdy krakowskiej i z piechurw genera Izydor Krasiski. Cedro dosta szlufy psowe ze srebrnymi brzegami i o jeden grosz wicej gay na dzie oraz obowizek pozostawania zawsze w subie sztabu generaa. Wybrani zostali do kompanii wyborowej konnej za wzicie Jedwabny kaprale: Gaj ko, Malczewski i Myliski, onierze, prcz Cedry: Surym Modliski, Karpiski, dwaj bracia stryjeczni Kuleszyscy, Krasuski, Bieszyski, Leniewski, Grabowski i Stefan Szynka. Furier Zwierkowski za okazane mstwo otrzyma, prcz wyboru, zapewnienie pierwszego awansu, jaki si okae.

A do dwunastego maja dywizja nie otrzymaa adnego alarmujcego rozkazu. Tote ywot jej zewntrzny ogranicza si drobnymi utarczkami i maymi podjazdy.

Dwunastego maja rozbiega si po posterunkach wie-piorun, e pod Malg zaoga zostaa w pie wycita. Ludzie zerwali si do ora jak jeden, ale rozkaz trzyma ich w ptaczce na miejscu. Przysza wreszcie dokadna wiadomo z oddziaem generaa Fiszem, ktry chodzi napadnitym na odsiecz. Okazao si tedy, e na mynek pod Malg, gdzie konsystowa oddziaek zoony ze trzydziestu piechoty, napada znaczna wataha nieprzyjacielskiej konnicy. Podpukownik Krukowiecki, komenderujcy w samej Maldze, ruszy tamtym na pomoc z oddziaem 140 piechoty. Podchodzcego ju do mynka nieprzyjaciel obskoczy ze wszech stron, w sile dwu tysicy. Krukowiecki cisn swoj kolumn, sformowa czworobok, utworzy front z mniejszych onierzy na wszystkie strony i zaciekle pocz si broni. Na wszelkie ataki i propozycje poddania si odpowiada salwami wystrzaw i bagnetem. Walczy tym porzdkiem przez ptrzeciej godziny.

Z rozpaczliwego pooenia wybawi go genera Fiszer, ktrego konnica uderzya na nieprzyjaci i rozegnaa. Krukowiecki mia 25 onierzy polegych i 16 ciko ranionych. Nieprzyjaciel utraci pukownika, dwu oficerw i okoo stu ludzi zabitych. Prawdziwym mstwem, wytrwaoci i rozsdkiem odznaczyli si modzi oficerowie: kapitanowie Gras i Fontana, porucznik Cybulski; podporucznik Braun du Laurans, Jakobowski i Zalewski. Kapral Werbechowski i woltyer Mamiski, obskoczeni przez tum jedcw, wyrwali trzem z rk piki i bronili si bagnetem ze staoci godn najstarszych i najdowiadczeszych wojakw.

Chodzia w szeregach zazdro i gorycz budzca wie, e legia trzecia pod Giegudem, ktry ni dowodzi w zastpstwie wodza ranionego na rynku tczewskim, odznacza si wietnie pod Gdaskiem, e piechota pierwszego regimentu posza a nad morze, pod Koobrzeg... Wreszcie 26 maja przeczytano legii wiadomo o poddaniu Gdaska i o marszu, ktry legia Dbrowskiego ma wykona na wschd, w stron Niemna, dla poczenia si z Cesarzem.

Nareszcie i legia pnocna ruszya si ze swego miejsca. Dziesitego czerwca staa kwater w Ostradzie, stoczya potyczk pod Rud i Waami, czyli Wallendorfem; nastpnego dnia ruszya do Loken, 18 przysza do Dobrego Miasta (Gutstadtu). Tutaj w marszu midzy Gutstadtem a Oelsee odebrano od ministra wojny, majora wielkiej armii, ksicia de Neufchtel, jak niezwyczajn wiadomo. Dzie to by upalny. Z kurzawy dronej wynurzy si pdzc naprzeciwko kolumn oficer francuski z pocztowym. Obadwaj na nikogo nie zwracali uwagi. Szli wprost na generaa dywizji i jemu dopiero zwierzyli sekretny papier.

Chwil tylko jednak trwaa tajemniczo. Wnet starsi oficerowie wjechali midzy szeregi i czytali depesz o wielkim zwycistwie frydlandzkim. Wojska stay w milczeniu, jakoby zmartwiae. Krzysztof Cedro sucha tej wieci nikiej bani. udzio mu si, e syszy na jawie opowiadanie starego onierza, Ojrzyskiego Mieczyka. Tak wszystko, jak tamten zapowiedzia prost sw mow. Wszystko si spenio co do joty. Zwierzy si z tym wraeniem Gajkosiowi, a ten tylko wsiska rozgarn:

 A no i jake! Toby onierz onierza nie rozumia... Kapral by nie rozumia Cesarza! Kady go tak samo rozumie jak wasn dusz. Nasze go rce pchaj i nios tam przecie, dokd chc, a jego dusza  to nasza dusza.

Nadeszy wnet i ustne wieci. Gosiy o miaych czynach dywizji trzeciej, o zdobyciu przez ni dwu armat, o brawurze konnicy i zimnej krwi piechoty, o tym wreszcie, e "Genera-porucznik" znowu na polu frydlandzkim odnis ran.

Teraz dywizja Zajczka ruszya forsownym krokiem do Rastenburga dla pocigu za nieprzyjacielem i poczenia si z legi trzeci. Niedawna kawaleria krakowska i poznaska bya nieustannie na linii strzaw nieprzyjacielskich, w polu, w awangardzie. Krzysztof Cedro znalaz si w kocu czerwca w Olecku, 13 lipca stan w Hoynce okoo Sopoki, w pobliu ju Grodna. Tu z woli cesarza Francuzw Mciski, dowdca siy zbrojnej krakowskiej, mianowany zosta pukownikiem czwartego puku jazdy, a powstanie krakowskie przyczono do tego czwartegorpuku. Okoo 10 lipca przeczytano wojskom wie o pokoju tylyckim. Dywizja Zajczka otrzymaa rozkaz maszerowania ku Warszawie. Stana tam 15 sierpnia. Tego dnia wyszed rozkaz generaa dywizji owiadczajcy, e wszystka sia idzie na stay i dugotrwajcy pobyt do Kalisza.

Pokj tedy i koniec awantury...

Tak myla mody Cedro. Mia stan, a raczej zamieszka w owym Kaliszu jako onierz czy wreszcie oficer-baagua w czasie pokoju. Przewidywa, e dni upywa mu bd na grze w karcita, w bilard czy domino, na prniactwie, rozpucie i nudach w jakiej resursie Pescarego, w towarzystwie kolegw, ktrych widzia tylu. Nie ncio go to ycie.

Dla takiego ideau porzuci starego ojca? Dla tego podepta jego nadzieje i uudy? Dla tego przey w dzie grudniowy? Nie, nigdy! Wic wrci si do domu? Wrci jako rycerz, ktry wcha ju proch, ale bardzo z daleka? ktry odby konno do szeroko zakrelon wycieczk po kraju?... I to ju niemoliwe.

Widzia on ju z dala wojn i wrosa we, jak drzewo wrasta w ziemi niezmiernymi korzeniami, pasja do wielkiego a mocnego czynu. Wrci do cichych, rolniczych prac z Trepk, do pracowitego snycerstwa wzorw kultury w twardym klocu kamiennym, kiedy tu obok, za lasami ssiedniego powiatu, tworz si dzieje, ami i roztrzaskuj kamienne tablice praw pisanych, spychaj z przyciesi owe budynki i nowych plany misterne, z szataskim sprytem wysnute ze zdradzieckiego mzgu urzdnikw, ktre by w wiedeskich pozna przedpokojach?

Z Warszawy, ktra za tych dni bya jak peny ul, gdy we wyrojone pszczoy na prac wracaj, gdzie wszystkie siy ludu pryy si niby moc czowieka w jednej rozptanej prawicy, w pospnym i gorzkim nastroju ducha wyruszy do Kalisza. Ciepe byy, agodne, podjesienne noce. Gdy kolumny cicho i bezpiecznie cigny od zmierzchu do rana gocicem, a wyborowa kompania jazdy krakowskiej sza w tropy swego wodza, stary wachmistrz Gaj ko, dowodzcy t kompani, wnet szlusowa do modego i mamrota mu do ucha:

 Pokj, padaj, na wieczny czas  i tyla.

 A no przecie czytali.

 Bdziemy to w onym Kaliszu stoi?

 Taki rozkaz.

 licznoci my wojn zwojowali, ani sowa!

 Da Pan Bg doczeka... Jeszcze, jeszcze... Dopiero zucheleczek tyli jak gniazdo skowronkowe.

 Do stu par diabw! To ja na musztr mam jeda pod Grodno? Ja musztry nauczny. Lepiej chyba ydom gnj spod kz wyrzuca... Abo bab poj, eby czowiekowi znaki obdara i kopyci po bie praskaa.

 Cichajcie, wachmistrz!

 Paniczu! Widzia ja si we Warszawie z jednym.

 No?

 To samo spod Kniaziewicza jeszcze. Oba my z Neapolu przyli, ino ja wczeniej, bom gupszy i na mier mi dockliwio, a tamto szelma  jeden mur. Na lsko przyli. widerski ich przyprowadzi grosmajor.

 C to za bro?

 Z nadwilaskiej legii. Kamraty jeszcze  chy  gdzie! Spod starego jeszcze kochanka. Gdzie takie nie byway! Wszystkie boje z Austriakiem, Hohenlinden, wielka droga bez Szwajcary ze Sokolnickim. A potem w subach cyzalpiskich. Oni ta wreszcie pod krla Jzefa poli, a ja si do ziemie wydar.

 No, a teraz c z nimi?

 Pada mi ten kamrat: nasz star neapolitask legi od nowa sztyftuj. Jakisi ksi Hieronim w nich si pokocha.

 Co za ksi Hieronim?

 A diabe go ta rozezna, co on za jeden! Ksi Hieronim, powiedzia, i tyla wiem. Pewnie cesarski abo brat, abo zgoa szwagier.

 A za c to ich tak sobie ulubi ten Hieronim?

 Za co? A za to, co powiem. Wszystko mi kamrat porzdkiem opowiedzia, to i ja teraz paniczowi tym samym porzdkiem wyo. Id oni z ziemie woskiej, moje uany, do Polski i przyli na lsk ojczysty, do Lignicy. Id se traktem w szeset koni nocnymi porami, w maju... Dopiero im po tylu leciech zapachnie ziemia... Bya, powiada ten kamrat, gra znaczna w tych miejscach, to stamtd pierwszy raz dojrzeli daleki kraj. Ae chop gada nic mg, jak se wspomnia, cho ta i twardy w sobie na potg! No, dobrze. .lado! oni, jad gocicem, noga za nog, cicha noc, a ma si na witanie. Szed na szpicu kapitana Fijakowskiego oddzia. Alici traktem pdzi wprost na nich jakisi oficer wysoki ze sztabem. Wlecia obces midzy szeregi, patrzy po twarzach wielkimi oczyma, gorco od niego bije. "Cocie s za jedni, ludzie?  pyta si  skdecie si tu zjawili?"

Kapitan Fijakowski mwi mu spokojnie: tak i tak, e s, powiada, jedce polskie, e id wprost z Neapolu do Lignicy. Dopiero ten genera odkrywa mu si i powiada, e jest nie kto inny, tylko sam Lefebvre-Desnouettes. "Przez Wszechmocnego Boga jestecie mi, powiada, na ratunek zesani. Ja przecie z Prusakami bitw pod Kunt tocz. Samego mi tu, mwi, zostawili z Sasami, z Bawarami. Sasy mi podle zdradziy, nie chc si bi z Prusakami, a Bawary, cho si i broni, ale rady da nie mog. A tu, powiada, Wrocawia mog dobywa, a we Wrocawiu ksi Hieronim ma kwater. Brocie mi, Polacy!" Fijakowski mu rzecze na to: "Dobra! Prusakw upa  o jej!"

Puk ju si by rozkwaterowa w Lignicy, wic ino skocz, zatrbi wsiadanego:  Na ko! Wiara mylaa, e w miecie gore czy ki diabe, bo o nieprzyjacioach nie sycha byo w tej stronie. Ale w siedm minut puk stan w strzemionach jak mocny, stary las dbowy. Wyszli w kus traktem ku miejscu tak nazwanemu Jauer, a stamtd na rozstajne drogi od Wrocawia i Lignice. Akuratnie nadcign Prusacy do tego miejsca pocigiem a w wielkiej sile. Mieli okrge pi tysicy doborowej piechoty, mieli armat sztuk dwanacie, a oprcz tego huzarw swoich tabaczkowych szwadron, a oprcz tego boniackich pikinierw konnych to samo szwadron.

Dzie si robi. Genera Lefebvre stan w pierwszym szeregu uaskim. Szed przy nim kapitan Fortunat Skaryski, a oprcz tego byli tam starzy znajomi: by Hupet, by Szulc modszy, a z porucznikw  Rybatowski, Boski, Dziurkiewicz, Ledchowski, by brat wachmistrz, stary wyga, Pruski i drugi Skaryski. Pierwszy i trzeci szwadron polski skrci cugle. Bro do ataku! Run w Prusactwo z kopyta, po polsku, co duchu w szkapach. Lancami psubratw  durch! Ich tam genera wystawi na pagrku dwanacie swoich armat i dawaje w drugi a czwarty szwadron, co im z boku, polem, zachodziy...

Ale gadki! W jednym momencie konnica pruska, dragony, huzary, boniaki na eb, na szyj, w drzazgi! Wgnietli toto impetem jedno w drugie, e ich wasne konie stamsiy, skuli piechot lancami, wyupali jak oko dwanacie armat ze rodka szyku i odstawili w ty, poza swoj lini, dwanacie wozw kiesonowych to samo, cztery tysice piechurw w niewol i wszystkie, jakie ino byy, bagae. Dowdca tych Prusakw, jakisi ta Anhalt, na koniu w te pdy uciok. Dwch pacierzy by nie zmwi, juci byo po caej batalii. Bro piechurw w kozy zoona, jedcy na ziemi, apy po boku. Nim si dzie wysoki podnis, ju uani siadali na ko, eby do Lignicy i spa. Dopiero jak ze wszech piersiw buchnie nasza pie! Za to wszystko ich ten Hieronim tak pokocha. Pjd tera gocicami...

 Dokd?

 Gocicami, za Cesarzem.

 Ale dokd?

 Bi si i tyla.

 Gajko! To tu...

 E, mnie tu mierdzi midzy onymi, z przeproszeniem, kapitanami, porucznikami, a choby te i pukownikami. Panie odpu! Pukowniki... Nic ino pukownik na pukowniku, a za nim parobcy od gnoju. Widziaem przecie na wasne oczy jednego, jak wzi spycha kurek karabinowy garci z gry, a tak szczerze, a go i urwa. Pyta go si starszy delikatnie, czemu nie strzyla: "A jake, pada tamten, bede strzylo, kiej mi si kurcoba urwaa?" Dopiero mu w batalii pokazuj, e nie trza kurcoby z gry pcha, ino za cyngiel leciuko pocign, to samo strzeli galanto. To si przecie tak zdziwi i zamartwi, e mu ae gba otworem stana. Takie to chytre wojsko.

 Nie obmawiaj, nie obmawiaj, stary wczykiju!

 No, ja ta id do wiary, do swoich. Co mi tu za niewola ziewa z nudw! Z nas kudemu sto bitew stoi w pamici. Taki se Pawlikowski! W trzeciej jeich kompanii suy pod Fijakowskim. Sam, jucha, na syngieltona wzi w niewol 57 Szwabw piechotnych. To przecie wojska si zadziwiy i od kraja do kraja trzsy ze miechu. Chcia go Moreau, genera dowodzcy, natychmiast oficerem na placu mianowa. "Natychmiast, powiada mu, wdziewaj szlufy, przypasuj szabl oficersk!..." A na to Pawlikowski jeno ramionami wzruszy i powiada: "Ne se lir, ne se krir, ne pe ofisie..." Nagradzaje go! To mu dopiero karabin jakisi frymuny przysali z okuciami ze reba i z napisami dugimi we figlasach, jako e jest rycerz nad rycerze... A bo to jeden jedyny? Kuden widzia na oczy wiat szeroki, ziemi wosk, ziemi francusk, Niemce, gry, morza, wielkich bohatyrw i straszne dziea wojenne. C mnie po tym, eby mi mia bele ffel przewodzi, co jeszcze od smrodu prochowego poczciwie nie kichn!

 Taka to subordynacja!

 Jak jeno do Kalisza przyjdziewa, zaraz id do szefa i wykadam. Tam i oni w tym Kaliszu mieli mie swoje depot. Dopki my instruktorami  a no to ucz toto ciaciastwo dzie dnia. A tera pokj! Wyborowa kompania -miech! Ja bym im pokaza wyborow kompani, toby si w mysie dziury zmiecili ze wstydu. Nieche ich ta uczy, kto umie. A ja nie dyrektor. My s rycerze. Ja bez wojaczki  jak siodo bez konia. Jeszcze bym si rozpi albo, czego Boe zachowaj, obabi...

Po chwili szepta jeszcze ciszej:

 Paniczu! Chodwa se oba... Z was bdzie rycerz. Przeciem widzia wasz jazd i zoenie. Od malekoci woma noga stawaa w strzemi. Zmarnuj waju te guwernery.

 Nie ma strachu.

 Jakem spojrza na ubir tamtego kamrata, na moderunek, na paasz  Maryja!

 No?

 Takie same maj barwy, jakie my jeszcze w 1802 roku we Vigevano dostali, granat z tym. Czapka na bie wysoka, granatowa, sukienna, pikowana. Przy niej biae kordony. Kita! Tyla! Na froncie ma psoce z orem.

 Z jakim?

 A diabli go ta wiedz, z jakim!

 Z francuskim, bo to przecie nie polski puk.

 Juci, pewno e z francuskim, bo ze skarbu cesarskiego bd dzie dnia dziesi su lenungu brali. -Orze, mwi, a nad nim dwie lance skrzyowane. Ten jeszcze mj komiliton by z kompanii grenadierskiej, to mia przy czapie kit czerwon jak ogie. Kurtka na nim granatowa, Panie wity, jak ula, a wyogi, rabaty, wypustki i lampasy na paradnych spodniach precz wok te. Guzikw ma u kurty dziewi okrgych a wypukych. Huzarskie im tera guziki dali, odmienne od naszych dawniejszych. Spodnie paradne ma do samych kostek, na buty wykadane, z dwoma lampasami tymi, a na co dzie ma ci znowu szare rajtuzy z jednym lampasem granatowym. Codzienne rajtuzy wdziewamy, powiada, zimowym czasem na tamte paradne, a zapinaj si z boku nogi na omnacie guzikw. W deszcz, w plut jedziesz jak w futerale zapity. Nie przemokniesz, choby i chcia. Oficer ma paszcz granatowy, okrgy, z biaym konierzem, a onierz ma paszcz biay, obfity, bez rkaww. Rg prawy zadasz na lewe rami, to jak w kodr zawinity. Trzy doby moesz na ulewnym deszczu stoi! Strasznie to pikny strj... onierz ma ci akselbanty z lewego ramienia, eby mu w robocie lanc nie przeszkadzay, oficer ma je z prawego ramienia. Pendenty z biaej skry, klamry te. Na pendent ma jeszcze pas niciany w prgi biae z granatowym. Oficerski strj  ten by dopiero paniczowi pilowa! Na parad ma oficer szarfy srebrne, adownic przez piersi. Czapraki na siodach maj ostro cinane, z huzarska, granatowego koloru. Wypustki na nich te, a galony znowu srebrne. Na tylnych rogach cesarzowa litera z koron.

 Gadaj no: a lance jakie?

 Lance maj niewysokie. Nie wcznia ci to, nie dzida, nie pika, nie kopia husarska, ino bro ciga, prdka, do doni, do prawicy wraz. Letka! Pi okci bdzie miaa. Jak rosy chop stanie w czapie, tylec na ziemi postawi u nogi, to ma chorgiewk tej lancy nad samym denkiem czapy. Chorgiewki maj jako i my: gadkie, biae z czerwonym. Od tylca ma lanca pikne okucie. Porodku ma temlak z biaego rzemienia do zakadania na przedrami. Przy obu strzemionach stoi otworem i czeka na tylec lancy tulejka, trokami do puliska przymocowana. Bije si w paasze, to lanc rzuci w lew tulejk. A paasze maj sieczne, z tymi jedlcami. Temlaki przy nich z biaej skry... Paniczu, wam by pasowa okropnie ten lansjerski strj!

 Prno mi pochlebiasz.

 Po sprawiedliwoci mwi... Abom to nie widzia? Na koniu siedzi, jakby go mutrami przykrci, sam towarzysza obrzdzi, rozsioda i okulbaczy jak rataj, i jeszcze dotychczas nawet nie sierant, jako e jest niedbajcy. S w naszych szeregach takie niedbajce chopy. Niemaom ich widzia. Bije si na mier, kuden trud miertelny zniesie, zginie bez jednego sowa. Choroba wie, co to za ludzie s takie! Niejednegom ju, mwi, napotka we woskich legiach, a dotychczas nie wiem, skd si bier.

A s i inne. Bdzie ci jecha na szkapie jak yd z obwarzankami, nie wie, na ywy Bg, co zgani, a co pochwali w glicie, ale od razu z niego kapitan, bo ma folwark w tej samej parafii co grosmajor. A my midzy obcym narodem szewrony brali. Dopiero jake czterem, pici nacjom pokaza sarmackie mstwo, a najstarszych wiarusw zdumia, e japy rozdziawiali i szmer szed midzy pukami, dopiero jake dobre imi a honor caego legionu podwyszy walnym uczynkiem, dopiero ci ten galonik naszy kazali. Nasze sztaboficery z prostej wiary wyrosy. Paniczu, chodwa w lansjery!

 Cicho!

 Co nama! Abo nam to potrza zota-pienidzy? Za ten grosz miedziany lenungu wszdzie kupi torb obroku, wizeczk siana, skib chleba. Wszdzie wedle biaych gocicw studni napotka. A nieraz, prosty jedziec cesarski, takie wina pijesz dzbanem, jakich krlowie skpi krlom na ucztach...

 Ale dokde to chcesz i, stary wariacie?

 Dopkd on, paniczu, wiata jak si patrzy nie oporzdzi, wara nama ze strzemienia nog wywczy! Gdzie on, tam i my. On zaywa wczasu-spokoju  i nasza wiara pi. A skoro on na ko siada, bdziemy to spa? Tak starzy powiadali. Nie bele kto, paniczu! Tacy, co ju padli w krwawym boju twarz na siemi, a teraz w obcych ziemiach bez krzya-pamici i bez imienia le. Aboby to mogo tak by, eby w tym adnej sprawiedliwoci nie byo? Po obcych piachach one trupy rozwleczone na darmo? Abo my to nie przyli do swych strzech, w te lasy, gdzie ino trza? Z koca wiata my przyli, bo sowem wodzowym przysig. Obejdziemy ziemi het-precz, porzdek zrobimy i dopiero znowu] do ziemie, ale ju wtedy ostatni raz na dobre. Tak starzy powiadali...

Natarczywe podszepty starego wachmistrza byy dla Cedry ow wag ruciny, ktra czu szal przechyla. Niezwyciony wstrt do obudy ycia wiedeskiego, gdzie zmiadona duma szarpaa dusz na strzpy  popycha do kraju prostackich marze onierza.

W Kaliszu obadwaj z Gajkosiem podali si o uwolnienie z rycerstwa i prosili o translokacj do lansjerw. Dugo ich odwodzono od tego kroku, wyniky rne korowody subowe, ale koniec kocw w padzierniku przedostali si do twierdzy w Kolu, gdzie si szwadron lansjerw, zoony ze starych legionowych wiarusw, znajdowa. By to tum wsalw, ogorzaych wyjadaczw, mocarzw, cynikw i poszukiwaczy wszelkiego rodzaju awantur. Cedro musia si tgo wkupi do glitu i naje rozmaitych szykan, nim go przyjto. Stare wygi niechtnie widziay midzy sob mokosw, a osobliwie "cnotliwych", entuzjastw. Za to dla Gajkosia znalazo si miejsce otwarte i nadzieja prdkiego awansu.

W pocztkach zimy przyszed rozkaz wyruszenia ze lska i maszerowania do Osnabrcku, gdzie bya kwatera pukownika tego regimentu  Jana Konopki. Stamtd wymaszerowano do Westfalii. W Erfurcie kompanie, z rnych stron przybywajce, otrzymay jednostajne umundurowanie i wszystkie w tym miecie przepdziy zim. Znaleli si tam oficerowie wysi i nisi, zgromadzeni spod rnych znakw, starsi i modsi, wywodzcy si z dawnej kawalerii, a nawet i z piechoty. Przybyli tedy  Ignacy Ferdynand Stokowski, Jaraczewski, Kucki, Telesfor Kostanecki, Routier, Pruszak, Prendowski, Wincenty Konopka, Augustyn Przyszychowski, Adam Hupet, Wincenty Walewski, Szulc, Kajetan Stokowski, pniejszy patnik pukowy Gnatowski, Linkiewicz, Kazimierz Taski, Rybatowski, Skarzyski, Porycki, Fijakowski, Oyrzanowski, Trzebuchowski, Grecki, Niezabitowski, pniejszy adiutant puku Moszyski, Leszczyski, Piotr Doliski, ksi Woroniecki, Jagmiski, Kajetan Woyciechowski, Jzef Bogusawski, Luzignan, Jan Nestorowicz, Topolczani, Jagielski, Szarski Antoni, Dziurkiewicz, Karowicz, Ledchowski, Ulewicz, Ambroy Borakowski, Rostkowski, Wojciech Dobiecki, Stawiarski, Korytowski i inni. Midzy prostymi onierzami wielu byo posesjonatw i szlachty zagonowej. Midzy innymi zabkali si tutaj, idcy w tropy Gajkosia i Cedry, dwaj Kuleszyscy.

Na wiosn roku 1808 zorganizowany puk wyruszy w wielki marsz  a do Bajonny. Szed przez Gotha, Eisenach, Fuld, Hanau, Moguncj na Mziers, Charleville, Pary, Mans, Alenon, Bordeaux, Dax... Po przebyciu w kocu kwietnia szerokich ach Garonny pod Langom minwszy obszary piaskw ziemi Guyenne i Gaskonii, lasy dbu korkowego pod Roquefort a kasztanowe dbrowy pod Mont de Marsam weszli w departament des Landes, w smutne i usypiajce piaszczyste pola. Piechota pyna na odziach i tratwach rzek lAdour, toczc swe fale po lewej rce odwiecznego traktu na Tartas i Dax. Konnica sza z wolna owym gocicem. Bya to droga ponura, nie rozweselona ani jednym widokiem askawszym.

Krzysztof Cedro w cigu tych dugich kawaleryjskich pochodw, od brzegw Niemna do brzegw Garonny, ogorza, rozrs si, przyty i sczerstwia na duchu. Zgin jako osoba w szorstkim i grubiaskim tumie onierskim, zamkn si w sobie i umilk. By wci bez troski, wes, dobrej myli, zajty onierskimi sprawami. Ale w istocie rzeczy jecha w najzupeniejszej samotnoci. Pochody byy nocne. Gdy przed zmierzchem rozlegao si trbienie  "na ko", gdy szwadrony ludzkie wrastay w kulbaki, a puk si zbiera, formowa w kolumn i wolno puszcza w drog, Krzysztof poczyna y. Oddziay, znuone za dnia czyszczeniem koni, rewizjami wachmistrzw, reparacjami rynsztunku, kuciem koni-spay twardo na siodle. Spali ludzie, od chodu nocy wiosennej zawinici w swe paszcze, i spay wdrujce konie. Noga za nog szed senny puk topolowymi alejami "sodkiej" Francji. Szarobkitne obszary pl z wolna, z wolna giny w agodnym, kwietniowym zanieniu dnia, w uroczym zmierzchu. Odlege domostwa z szarego muru, wiee kocielne, fermy i miasteczka, stare zamki i lasy chona w siebie cicha, spywajca noc. Ziemia stawaa si z wolna jakoby rzecz niebya, jakoby lata przeyte, jak sen odegnany przez rzeczywisto. Jedynie przestwr napeniony powietrzem przezroczystym, tchncy jeszcze ledwo umilkym piewem skowroczym, jasnoci dopiero co zgas modych rl  wiadczy o tym, co byo. Ostry i mokry wiatr polny, cignc za sob ku nozdrzom zwiewn i umiech niecc mg woni fiokw  nie dawa modemu twardo zasypia. Nieskoczone aleje topoli, ktre ju nowe na si listki obleky i nowym zadrgay yciem  gosiy szelestnym szumem o wiecznej sawie. Szelest ten dusz przenika. Zdawao si, e sycha w nocy pogwary przedwiecznych, wdrujcych hord, e to modlitwy wieczorne Gotw idcych w Ibery sycha o zmroku. Id w pylnych polach Gaskonii na zachd, na zachd wiecznego soca. Brn z ciemnych i wilgotnych puszcz, z ponurych paszczyzn bez imienia, zza rzek tysica, zza gr Germanii w t stron, gdzie soce z niebios w morze zstpuje. Ku wiekuistemu id socu... Czyje ich bicz wygna z lenych legowisk, ktre mocnymi barkami wydarli byli zwierztom? Czy ich wrg, od, wilkw i ubrw mocniejszy, wygryz z dziedziny? Kt przed nimi niesie buczuk grabiey, haso gwatu, zbjecki miecz? Wstali z ciemnoci ziemskiej jak wstaje ogromny bawan na morzach, wydwignli si nad obszarem milczcym na obraz chmur szaraczy, cign z szelestem jako chorgiew nieprzemoona modoci i siy. Brn w piaskach, id w brd przez rzeki, ciekn przez lasy. Zer owoce cudzego posiewu u brzegu mrz ciepych i niebieskich, porw ony i crki nieznanych plemion i zasid na wonnych wzgrzach cyprysa, mirtu i pomaraczy.

Idziemy szlakiem Karlomana Wielkiego  marzy Krzysztof.  Od Niemna za Ren, z dziedzin niemieckich w ziemie Celtyberw. Szlakiem Cesarza...

Nigdy Krzysztof Cesarza na oczy nie widzia, lecz teraz w nocach wdrowania zdawao mu si, e go zna dawno. w wielki Cesarz, jak w pieni, co tysic lat przespaa  bardzo by stary  dobieg ju kresu -liczy na pewno z gr lat dwiecie. Po tylu krajach wczy ju stopy, tyle sw tarcz odpar pociskw, tylu ju krlw przywid do ndzy... Kiedy go znu te krwawe dziea?...

 Przenigdy!  szepc mode usta odpowiadajc szumowi drzew.

 A si ludowa wypeni wiara i speni swoje...

Oto minli ju seciny rzek, szumny i zgiekliwy Pary, sto miast, wyszli w paszczyzny gaskoskie. Gdy nastawa poranek, widzieli przed sob zrazu w mglistym niebie, a pniej coraz oczywiciej, jakoby odlege chmury.

Lecz chmur owych wiatr nie rozwiewa. Stay i stay. Zociste po nich snuy si szlaki, ciemne szy doy.

Senne zastpy onierzy wskazyway sobie nawzajem w kraj daleki, woajc, e wreszcie wida Pireneje. Cedro wlepia w dal oczy i szuka w grach swej drogi.

 Roncevalles!  szepta umiechajc si do jasnych widziade pieni owej, co usza cao, gdy ludy wraz ze swymi dziejami zginy. Bkitne widziado gr byo pikne jak sama pie o Rolandzie. Stao zamglone i niepewne jak ona. Oko skwapliwie chwytao ksztaty, z trwog ledzc, czy si nie rozchwiej i nie rozejd midzy chmury. Z onych to gr podniebieskich wylata gromowy gos rogu Rolanda:

"Przyoy Roland do ust rg zoty  potnie, z caej mocy uderzy. Zadray gry, trzs si skay  dwiki bojowe lec wirchami. Z tak boleci, z tak potg waleczny Roland zad w rg zoty, e krew czerwona z ust mu buchna, e mzg rozsadzi yy na skroniach. Lecz huk przelecia za gry, lasy..."

Serce drao w Krzysztofie. dza czynw, czynw Rolanda i Turpina, ktre si mierci wasn wywaa z nicoci, czynw, co si w nich rozkochuj pieni wiecznotrwae i pikne wiecznie, czynw oplecionych przez bluszcze legend, a przez westchnienia pokole zmienionych w banie  pona w jego duszy. Jecha na koniu nic na jawie. niy mu si sowa dawno zapomniane, z kraju niewiadomego pynce:

"Kiedy Karloman szuka Rolanda, widzi na ce kwiatw kielichy, sperlone w krople rosy czerwonej. Serce mu ciska bole straszliwa, lecz zy nie ujm piersiom aoby. Pod cie krl sosny przyszed zielonej, podnosi oczy, patrzy: na grze mieczem rbane szczerby w marmurze. Wtem na murawie postrzega ciao! Serce krlewskie z holu truchleje. Biegnie i domi jak li drcymi gow Rolanda podnosi z ziemi, a sam przy zmarym bez zmysw pada..."

Duma, w ktrej mrokach knuj si, kbi i przewalaj olbrzymie a jeszcze mgliste zamiary, wypenia mu piersi. Uczucie mstwa przejo i skrzepio wszystkie niezwalczone dze, duchowe porywy, podobnie jak czyste i yzne powietrze gr umacnia ciao.

W pierwszych dniach maja konnica legii nadwilaskiej stana w Bajonnie. Cesarz mieszka tutaj w zamku Marrac i trzyma przy sobie krlw hiszpaskich: Karola IV oraz Ferdynanda VII. Masa tu byo wojska, a kraj pusty. Zuchwae Gaskony nawet pod okiem Cesarza skpiy dostaw. Osobiwie paszy dla koni nie byo w okolicy ani nad rzek Nive, ani nad Adurem.

Tote gdy weszo do miasta blisko tysic koni lansjerw, ktre tu miay duej popasa, intendenci potracili gowy. Zaraz nastpnego rana wysano kompani uask dla furaowania i dostawy paszy a za Saint-Jean de Luz, na podgrze, w departament des Basses Pyrenees, pod sam granic hiszpask. Miay tam ju by bujne trawy. Krzysztof Cedro, jako onierz wadajcy doskonale. jzykiem francuskim, przeznaczony zosta do tej dostawczej kompanii.

Wyszli, ledwo-ledwo z kurzu obmyci, nie obejrzawszy miasta. Ruszyli star drog w kierunku na Irun. Po prawej rce mieli wci jeszcze diuny, wzgrza piaskw zasaniajce wiat, pospne pokrge zway i fale, ktre gdzieniegdzie sabo przesaniaa krzewina tamaryszku. Idcemu w znueniu oddziaowi przypomina si jaowiec rodzinny. Za Saint-Jean de Luz ju acuchy grskie zabiegay z lewej strony sigajc a do Ustaritz. Zmierzch si zblia, gdy oddziaek wyjecha na pierwszy wyniosy zakrt drogi. Chd bliskich gr powia.

W blasku zorzy wieczornej ujrzeli cakowity acuch nienych Pirenejw. Staa przed nimi na poudniu niezmierzona ciana, stromymi przepaciami walca si w d, jakby j piorun na poy rozupa. Na zachodzie wloka si nieskoczona linia Gr Kantabryjskich, stawaa si smug, modrym zamgleniem bkitu nieba, jakoby snem patrzcego oka, a wreszcie wymykaa si z niego  ginc w nicestwie oddalenia. Bliej cigny si ciemne, granatowe regle, niezmiernymi lasami sosny nadmorskiej okryte, kraju Guipuzcoa.

Przed oczyma stercza na skalnym zboczu zamek i chropawe mury twierdzy Fuenterrabia. Ciemna, czerwonawa, okrga wiea zamku porwaa wzrok Krzysztofa. Bya dziwnie straszna owa samotna wiea na wysokoci. Stan na miejscu i patrza w ni zaczarowany przez milczce jej dzieje, przez dzik, a tak niewymownie pikn zuchwao. Soce zachodu uwydatnio j ca, star twierdz, ktrej mury krew tylekro zbroczya.

Krzysztof sta na koniu. Olniony od majestatu gr, nie mg si ruszy. Przytuka go myl-uczucie, myl-cze.

Jake wielkim, silnym i potnym jest czowiek!  myla namitnie.  Ile uczyni na ziemi! Te niezmierzone skrzyda gr, ktrych prdkimi oczyma obj nie sposb, wzi krtk rk swoj w posiadanie, zamkn je w jedn ojczyzn. Nad niezgbion przepaci i ponad najwyszym szczytem rozsiada si jego wola. Fuenterrabia, rozparta w milczeniu na podcielisku gr, bya jak znak ora omignata czy spa, lwa czy wilka, wykuty w niezmiernej tarczy herbowej.

Ile on znaczy! Ile w sobie mieci! Ibery... Celty... Gotowie... Rzymianie... Maury...

Niezmylony zachwyt wynosi z gbi duszy imi ukochane: Viriates!

Mowie, niewiasty i dzieci miasta zgadzonego Numancji, po ktrym nie masz nawet miejsca, nawet okolicy, nic, prcz imienia i wiekuistej w ludzkich plemionach sawy... Wielki, pomienny siacz  Diaz Campeador Cyd... Cristobal Kolumb... Ferdynand Kortez i straszliwy Pizarro...

Zmierzch wolno pada na gry. Cedro spi konia ostrogami i popdzi za oddziaem. Wyjecha zygzakiem na jedno jeszcze zaamanie drogi. Staa tam wioska zoona z kilkudziesiciu murowanych domostw. onierze zsiedli ju byli z koni i niecili ognisko noszc na nie ze wszech stron drwa i such mierzw ol. Krzysztof umieci swego konia przy obie w jakiej pustej stajence i poszed za wiosk, eby si jeszcze lepiej przypatrzy. Zbliy si do ska ograniczajcych plko zasiane i stan nagle w zdumieniu. Od jego piersi spadaa pionowa ciana, a od jej podna cign si w nieskoczono  ocean.

Krwawy puklerz soca zapada prdko za wzdt i wynios prg: Tam daleko, tam nieskoczenie, tam za oczyma  to take ocean... Olbrzymie granatowe lechy, poradlone szarymi skibami, say si na caej dugoci, cigny si wszerz. Znikaa szybko barwa cieszca oczy i pozostawa z falami jednolity zwiastun nocy. Stamtd, gdzie tono soce i pony jeszcze jego krwawe zorze, szed po wierzchu zebrania wd biaawy pbysk o metalicznej, bez lnienia, zimnej i odpychajcej barwie cyny. Fale, wynurzajce si stamtd, nie miay ju cieniw i barw w sobie zamanych. Byy cikie i jednostajne, niby z jaowego metalu. Nurzay si w sobie coraz szybciej te skiby i bruzdy wodne, jedne w drugie wchodziy i poeray si wzajem, bez koca. W szerokim ujciu rzeki pogranicznej Bidassoa, zamknitym midzy przyldkiem w. Anny, od ska najeonym i liskim, a hiszpaskim ju Cap du Figuier  z wolna wleway si fale na awice niskich piachw, dc bez ustanku a niepostrzeenie a pod same mury Fuenterrabii. W oczach te niziny i brzegi rzebione staway si niczym, topniay i giny. Wnet przemieniy si w morze. Twierdza francuska Hendaye na tej stronie zatoki ukazaa si na brzegu morza, kiedy niedawno staa wrd rozlegej paszczyzny ziemskiej. Nad zielonkowatym obrusem wodnym unosiy si teraz z piskiem rybitwy. W skalnych zatokach, w tych ostojach, midzy wapiennymi nogami ska nadbrzenych, w przesmykach najeonych wyprchniaymi zbami, rozszerza si tuman nieruchomy. Nigdzie wesoego agla ani trwoliwej pracy wiose...

Skay tylko naok trupio szare, zupione przez czas i plut, wyssane przez wody, z dziurami jak w zeschej gbce. W ponej ich masie, w chropawej odraliwoci lniy si pod zorz biae yy marmuru, krysztau czy soli, wypuke, jakoby sie spltana badylw i kczw dawno uschych i zaginionych porostw morza. W szczelinach, przepkniciach, dziurach i niedostpnych lochach dogorywaa ostatnim poyskiem, barwna jeszcze od zorzy, a w rzeczy zdecha, gsta i gnijca woda, karmicielka mchw tych i szarych pnczw. Z daleka od brzegu i calca skay tkwiy w morzu odosobnione pnie kamienne, zbate szkopuy i wydatne bryy. Zdao si w zmierzchu, e to chropawe skorupy olbrzymich wiw, e to krokodyle upione, e to kaduby zabitych i zwalonych soniw, hipopotamw czy nosorocw z wycignitymi czonki, ze skbionymi zwojami trb, bw i karkw. Bliej ldu dwigay si z brzegw jak gdyby zwalone baszty zamczysk, pospne ruiny kociow, ktre zburzyo najcie barbarzycw. Sterczay zamierzajc si na morze piczaste urwiska i zrby rozwalone  ni to siekiery, ni to moty i piy poczwarne koczujcych w zaraniu wiata plemion ziemi, ni to groty spis, duta, widy, oski...

Wypyn z gbi gr biay, jasnoliczny, ostro zarysowany wietek ksiyca na pierwocinach nowiu i brzask swj pylny, sypki a niky z mroku pocz wywija i sia na topiele oceanu, na szerokowadne przestwory wodnej rwniny. Wygas powoli ostatni przebysk dnia...

Ciemna schodzia noc. Niewidzialne w niej zgonne odmty poczy szumie. Na rozogi bez granic zstpio srebrzyste wiato tworzc jak gdyby szlak i drog prost do tajemniczej a niezgbionej ciemnicy oceanu. Posza t drog za oczyma uniesiona myl czowiecza, sama jak bdny, mistyczny py blasku ksiyca. Posza w rdmorze, w samotnie zjednoczenia wd. Stana przeraona midzy otchani nieba a przepaci chonc oceanu-otoczywiata. Gbia pod ni wody, sze wiorst liczca od powierzchni do dna. Noc nad ni cika.

Lecz oto jedno sabe a podliwe lnienie ksiyca... Wzrusz si wtedy wody! Dwignie si z ciszy powierzchnej, nieruchomo nad bezgruntem lecej, olbrzymi wa. Powsta z odmtu ywy bawan. Skrzelami trzepie w topieliska, pluszcze ogonem. eb jego ostry umiecha si w piknym blasku wiecznej Seleny. Schyla si gruby kark, a grzbiet kudami pian porasta. Wydar si z wd, wycign w gr a do granicy ostatniej, kiedy ciar jego liskiej bryy sta si rwny sile cigncej nikych promieni. Wwczas olbrzymie cielsko zachwiao si w swojej posadzie: potworne apy, wielkie pletwy brzuchowe rzuc si naprzd i cay kadub skoczy i popdzi w lad za biaym rogiem miesicznym.

Po wtre, a stokro gbiej, rozpadnie si na dwoje ciemne odchlisko na obraz kbu rda, ktre by bio z gruntu mrz. Rozwali si paszczyzna i wstanie z niej bawan. Wycignie posuszne barki w stron soca, co w morza Zachodu zstpio, a ktrego droga ku ziemi zesza si teraz na nowiu w jedno z drog ksiyca. Te dwa weny morskie wychyn jeden za drugim z otworzeliska przepaci, roztrc pynne oe swe i pocign szereg nastpcw nieprzeliczony. Stan si wszystkie jako lotne wydmy i biegnce pagrki; poczn ciga si po okrgu ziemi, biegnc ze wschodu na zachd za blaskiem zwiewnym ksiyca. Z kolebki oceanu wypadn midzy szumne rozcieki mrz na pnoc i poudnie, na wschd i zachd. Popdz w swoj drog nad przepaciami szybciej od zbieganych koni, gdy skacz galopem, na przekr biegowi ziemi z zachodu na wschd: lot jej wieczny otamuj i zwolni zdyszanymi piersiami. Wyniose czuby i grzebienie ich bw, grzywy ich karkw rozbiegn si po rozdoach mrz i ocean stanie w pianach, siwy wszystek. Ten jest dzie syzygiw na nowiu, doba wd zzieleniaych. Dwakro dziennie zalew wychodzi z upustw swych i nosi wody spienione tukc si i koacc po brzegach ziemi suchej. Taka sama nastanie pora czasu peni, gdy soce i ksiyc zjawi si na przeciwlegych biegunach i gdy pocign nurty mrz we dwie strony, kade ku sobie. Trzykro wikszy wstanie wa soca ni wa ksiyca. Dwutygodniowa praca mrz skoczy si wwczas, gdy rozejd si drogi cia niebieskich i ksiyc zawieci w kwadrze. Wtedy rozdzielaj si wielkie ruchy fal, w rne si strony rozchodz i cichnie ywio. Fala, dwignita z oceanu przez ksiyc, strcona zostaje ze swej podstawy i powcigniona w sile przez wadz kierownicz soca, stokro moniejsz od ksiycowej. Gdy nadejdzie doba porwnania dnia z noc w porze wiosennej i druga w porze jesiennej  wzrusz si i zbetaj fale dwakro wyej. Zahucz weny sieczone basiorami tego samego wichru, ktre ich skoki z nicoci i ciszy wywiody. Pienistym i guchym szumem ubiel si skay. Ryczce prdy run w wwozy midzy nadbrzenymi wantami, rozszarpi piersi swe o ky samotnych szkopuw, po caych nocach szlifowa bd opoki najeajce dno zatok. Pian i jkiem napeni si skalne pieczary. Powstan wiry, zakrty wodne i prdy miertelne w kotach skalistych midzy pionowymi acuchami zatopionych gr. Wyjd wreszcie rzeki morskie najwyej, stworz sobie wyomy, przez ktre wali si zdradziecka napa odwiecznych si i klska. Rozszerzy si najwyej szlak monego morza, rozniesie ciemno, strach i jki po kracach portw i ujciach rzek.

Krzysztof Cedro sta sam jeden w ciemnoci i nie mg odej, zaczarowany przez gwatowne sprawy morza. Widzia z bliska fale wd ywych, o ktrych ni na jawie, rozuzdane i rozpasane z poprgw. Huczay przed nim idc z daleka. Co jakby szybki ryk grzmotu dzwonio w ich piersiach i trzewiach, gdy uderzyy o podwodne pnie. Oto bawan jeszcze widoczny w zmierzchu nocy.

Grzbiet mu si w pak wygi i porasta skbionymi kakami jakoby krlewskiemu zwierzciu, kiedy si w sobie do skoku zbiera. Lecia straszliwy i pikny, a wiekuicie mody od nadmiaru si. Skoczy przez krokodyle i sonie, przez hipopotamy i nosoroce, przez podobiestwa wielbdw i wiw; cigym podrzutem wtargn a na wysoki i cay ld. Bryy wodne runy w skalne czelucie pajc w nich i mlaszczc. Zamie wdzicznych, nienobiaych pian srebrnymi batami i nimi wycia w najwyszy kres, a za chwil wydaa przecigy syk musujc si na obeschych stolnicach pochyoci, w wyssanych dziurach wapienia...

Im natarczywsza zstpowaa ciemno, tym przestworniejszy stawa si gos mrz. Z dzikiego huku, ze zgiekliwego chaosu, ze zbiorowiska krzykw rozszarpanej fali, z szelestw i pluszcze coraz wyej wydobywa si gos goy, ni to solo dalekie, ni to wieszczba o sprawach przyszych, ni to pienie o dziejach przeszych. Otcha wodna wznosia ten psalm w przyciemnej i szarej powiacie miesicznej. Martwej twarzy ksiyca, ktrej druga poowa nigdy si nie ukazaa i nie ukae ziemi, gosia otcha powie, jak to w wiecznoci pracuj fale. W tej pieni-czynie bya wiadomo, jak si co dnia wszystkie powierzchnie mrz ukazuj z kolei przed martwymi oczyma Seleny. Jak posusznie wstaj z siedlisk okrgi oceanu, jak wdruj a bij w wysoki ld, i znowu, zawrciwszy si na czopach swych, uciekaj na gbie szeregiem opieszaych i martwiejcych strumieni. Brzmiaa wie-sprawa, jak morze jedne skay wyniszcza, a inne przez wieki ksztatuje i zdobi; jak jedne brzegi spimi szpony rozdziera, a inne daleko tworzy i hoduje; jak pracowicie zamula istniejce porty, a do innych oskardami kuje wrota w rozszarpanej ziemi...

Wzmoga si pie. Grzmi w niej wieszczcy gos o dziejach mrz i ldw. C jest susza, na ktrej czowiek rozpostar swoje dziedzictwo i herb swojej potgi wyry?

W onie si oceanu pocza jako pd i jednego dnia przez ocean moe by zniszczon. W onie oceanu tworzy si jej piasek, zsiadaa glina warstwami, rodziy si margle i gazy opok, gotoway wapienne skay, zrasta w tafle granit lecy na szczytach Alp i Pirenejw. Ciaem swym okrywa ocean najwysze wierzchoki gr. Przed zupenoci czasw wyda ze siebie ld, jak rodzic wydaje na wiat ojcowica. Rzuci go nago pod soce, ksiyc i gwiazdy, wyda sabego na hodowanie powietrzu...


 Za grami
W kocu maja, po trzytygodniowym spoczynku w Bajonnie, puk lansjerw Konopki ruszy sam w gry. Szed nie drog na Irun, lecz krtsz, prowadzc wprost do Aragonii, prastarym szlakiem Karola Wielkiego, na wwozy roncewalskie.

Tysic koni pod pukownikiem Konopk, a pod szefami szwadronw: Kostaneckim, Klickim i Routierem, zaraz za Bajonn wzi si na lewo idc dolin. Cignli midzy dwoma acuchami reglw na poudniowy wschd przez miejscowo zwan Macaye a do Jaxu. Tam spoczli na noc.

Droga stamtd zawracaa si stromo i sza na zachd w gr do Saint-Jean Pied-de-Port. Ju nastpnego dnia weszli w zawrotne wyyny kamiennych Pirenejw przez Valcarlos. Drogi byy tak wskie, spadziste, rano liskie od tajcych niegw, e cae to przejcie musieli odby piechot, konie prowadzc u pyskw.

Zimno byo takie, e uani powcigali na si wszelakie odzienie, co tylko kto mia. Wic kady onierz kad codzienne ubranie na paradny strj, a jeszcze na to wciga lejbik stajenny z drelichu, spodnie robocze, uywane w czasie czyszczenia koni, i zapina je na omnacie guzikw z boku nogi. Na czapki uaskie onierze powcigali czarne ceratowe futeray i odwinwszy ich klapy zawizywali je pod brod, eby osoni uszy i szyje od wciekych wiatrw i przecigw grskich. Na wierzch dopiero kadli paszcze i owijali si nimi. Oficerowie, ktrym moda i junactwo nie pozwalao nakada na czapki tych futeraw z ceraty, marzli okropnie. Tote czsto rozkadano ogniska.

onierz szed od strony przepaci i pcha do skay chrapicego bieguna z Mazowsza, ktry miota si w rku, dra z zimna i przeraenia na widok otchani. Kilkakro ukazali si na zaamaniach grale aragoscy, uzbrojeni we flinty. Strzelali z daleka i nie czekajc starcia ginli w szczelinach, czarnych jak oni. Szef Kostanecki, idcy ze swym szwadronem na czele, posya im salw kul z karabinkw, ktre oficerowie, podoficerowie i flankiery dostali byli w Bajonnie  i na tym koczyy si starcia.

Bardziej ni te epizody zajmowa przybyszw z Pnocy sam wiat grski. Piorunem spadajce w przepa boki krzesanic, arumienie, co si trzepi po nagich tarczach ska, jody i pinie na zboczach niszych, wreszcie olbrzymimi zagajami rozrosy krzew dzikiego rozmarynu, ktry cae doliny jak gdyby kobiercem wyciea, wszystko, na cokolwiek zwrcili oczy, w zdumienie ich wprawiao. Czstokro nad rozleg dolin, w ktr wkroczyli przebywszy najwyszy przesmyk, ukazywa si orze i zakrela olbrzymie koa lotem, ktrego szybkoci oko pochwyci nie mogo. Otworzy si przed oczyma, gdy tylko wyszli ze stromych przej, kraj garbaty od ska okrgych, zbawaniony od gr, kraj pochyy, stargany, leny, idcy w stron poudniow na przestrzeni blisko szeciu mil.

Cedro, peregrynujcy obok swego konia, dzwoni zbami z zimna, ale zarazem pali si z zachwytu. Dawao mu szczcie to przewiadczenie, e mija wwz Roncevalles. Zdawao mu si, e w tej chwili zdobywa ostrogi rycerskie.

W cigu dwu nastpnych dni puk lansjerw szed leniwo i ostronie w d drogami grskimi. Mijali z rzadka lece pasterskie siedliska, w ktrych najczciej drzwi byy pozamykane, a obory pustk stojce. Spoczli dopiero w Pampelunie, fortecy zajtej ju przez garnizon francuski, zostajcy pod dowdztwem generaa Lefebvre-Desnouettesa, starego przyjaciela Polakw. Wyszedszy z Pompejuszowskiej Pampeluny w przedniej stray maego korpusu generaa Lefebvrea na poudnie, puk uaski dnia 6 czerwca pierwszy raz spotka gromad uzbrojonego ludu. Zbiorowisko to za zblieniem si jedcw rozproszyo si. Szli tedy dalej na Tafalla, Olite, Caparroso w stron Valtierra, miejscowoci lecej nad brzegiem rzeki Ebro. Stamtd droga zwracaa si na wschd ku Tudeli, idc wci nad samym brzegiem rzeki w jej dolinie. Dopiero w Tudeli mia by most, a z tej strony rzeki za Tudel ju ani ladu drogi.

W tych to miejscach trafiono na wiosk opustosza. Wiara bya zgodniaa, konie zmordowane, wic po rozstawieniu placwek ludzie rozbiegli si po wsi w poszukiwaniu obroku i jada. Ktry z pldrujcych znalaz w kociele, za wielkim otarzem, ukryt pszenic. Sypnito jej obficie w puste oby. Kiedy ludzie zajli si gotowaniem dla siebie posiku, zgrzane konie chciwie chrupay hiszpask pszenic. Nazajutrz day si sysze strzay placwek. Puk zerwa si na nogi. Gdy zaczto sioda konie, spostrzegli wszyscy, e wierzchowce wstawa nie mog. Jedne z nich, podwignite, stay z trudnoci i nie byy w monoci utrzyma si na przodach kopyt. Kopyta ich byy gorce, jakby pene ognia. Dzielne rumaki wysuway teraz obrzydliwie przednie nogi naprzd, tylne podsuway pod brzuch dla utrzymania ciaru ciaa. by ich zwisay, a wreszcie cielska waliy si bezwadnie na ziemi.

Pomimo wszelkich rodkw, jak usilne wycierania, puszczanie krwi, struganie kopyt, tego jeszcze dnia okoo dwustu koni pado na miejscu. Inne ledwo si mogy ruszy z owej wioski. Maa armia Lefebvrea, ktra sza w tropy przedniej stray, wycigna teraz uanw zdajc chyo na wschd lewym brzegiem Ebru dla zajcia Tudeli. Krzysztof musia prowadzi swego konia za uzd i i obok niego piechot. Zrazu mia kilkunastu towarzyszw, z ktrych jedni wyprzedzili go jadc konno noga za nog, inni tak samo jak on wdrujc obok wierzchowcw. Obok poudnia puci si deszcz gsty, dokuczliwy, nie ustajcy ani na chwil. Konie jeszcze bardziej saby i saniay si na schorzaych nogach. Pod wieczr strapiony Cedro spostrzeg, e jest sam jeden na drodze. Nie widzia koo siebie nikogo. Jedne z koni jego towarzyszw pozdychay, inne legy bezwadnie z wycignitymi nogami. Idc wci pilnie przy pysku towarzysza, spotyka te konie pade, lece bez siode i uzd. Tym staranniej i prawie z rozpacz pilnowa swego. Szed coraz wolniej, byleby go nie utraci na drodze. Ko trzs si z gorczki, stawa na pitkach kopyt, sania si i ra gucho. Jedziec poszarpa swoj koszul, podar na pasy i uy ich na bandae, ktrymi obwizywa mokr glin na kopytach. Miao si ku zachodowi, gdy rumak zachwia si i run bezwadnie nad rowem drogi. Zbami gryz ziemi, nozdrzami miota poncy oddech. Szarpn si raz, drugi, trzeci. Dreszcz gboki przebieg go, pikna gowa gucho runa w mikk ziemi. Usta pomienisty oddech...

Peen gbokiego alu sta nad nim jedziec z oczyma utkwionymi w zmierzchych renicach, w dziwnym, jak gdyby szyderczym a nieskoczenie bolesnym umiechu pyska.

Pchna go w piersi ta niespodziana przeszkoda i obudzia z dumnych zamyle rycerskich. Przynis go tutaj ten wierny, kochany towarzysz z ojczystej ziemi, przeprowadzi przez tyle krain na jawie i przez taki ogrom widze, mia zanie go do miejsca sawy... Teraz mia si z tego wszystkiego gorzkim miechem mierci.

Spostrzegszy, e nigdzie na drodze nie ma towarzyszw, a noc si zblia, Krzysztof odpi obergort czapraka, poprg sioda, cign uzd, podpiersie... Gdy wyczuwa rkoma gorco we wzdtym brzuchu i krenie w yach krwiononych ba, trzs si sam i sania. Zarzuci der, siodo z czaprakiem i trzl na kark wasny, lanc uj w gar i ruszy naprzd gocicem. Szed teraz co tchu, eby dogoni puk. Rozglda si na wszystkie strony, a nie dostrzegajc nigdzie ywej duszy pocz rwno, miarowo biec z gry. Deszcz bi coraz rzsiciej. Okolica wci bya ta sama: garbata na pnocy i zjeona od stromych gr na poudniu, przerznita dolin Ebru. W pewnej chwili Krzysztof zjad kromk chleba, ktr mia by jeszcze z dnia poprzedniego w torbie skrzanej obok olstrw pistoletowych. Ale kromeczka bya maa, stanowia pierwsze niadanie i obiad, tote nie zaspokoia godu. Napi si wody ze rdeka, ktre zdyba wdrujc, i przepatrywa wci okolic. Stojc na niewysokim wzniesieniu, widzia przed sob na pewnej przestrzeni gociniec wijcy si jak wstga w dolinie rzeki. Z miejsca, na ktrym sta, zbaczaa na lewo ku rzece wsza okoliczna droga, ktra jak ciciwa przecina si zdawaa na ukos cay rozd rzeki. Wydao si Krzysztofowi, e tdy bdzie daleko bliej do szlaku gocica, ktry by widzia w oddali. Bez wahania puci si t boczn drog. Wyj w biegu z olstrw obawa pistolety, wpakowa je za pendent, lanc do boku przycisn, paasz przytroczy wysoko  i dalej, bez trwogi! Paszcz nasik od ddu i silnie ocia. Czaprak z biaych baranw, przykrywajcy siodo z wierzchu, namk take. Z granatowych obszy czapraka, idcych w zby, kapaa za konierz jaka zbata woda. Mantelzak, po wyjciu pistoletw z olstrw, przewaa teraz ciar na praw stron i uwiera rami. Tybinki kapay, rzemienie podogonia, podpiersia, uzdy, puliska i poprgi rozpezay si z rk co chwila i pltay dokoa ng. Ubieg tak ju z dziesi staja pola zarosego drzewem oliwnym, kiedy ostatnie brzaski soca, przesczajc si przez strugi deszczowe, ukazay mu dziwaczny w pobliu widok. Zrazu myla, e kto modli si pod krzyem nabonie zoywszy donie. Gdy podszed bliej, zatrzs si i cierp ze strachu. Stay tu midzy drzewami naprdce wkopane w ziemi supy parkanu z poprzeczn erdzi. Do tej poprzecznicy wanie byy przywizane rce woltyera francuskiego w tornistrze i mundurze. Donie mia zwizane w ty postronkiem, wykrcone do gry w ramionach i zadzierzgnite na poprzeczn erd w taki sposb, jak si wiesza na hakach piarni zabite sarny i dziki. Cedro zawoa na niego z odlegoci kilku krokw. adnej odpowiedzi.

Zbliy si powoli i wtedy dopiero szczegowo rozpozna wszystko. Te rce zwizane krcono, wida, woywszy koek w miejscu ich zczenia, gdy ramiona wylazy z rozpkego munduru, jak nagie kolana wya z podartych spodni. Usta byy zakneblowane gaganem zwinitym w koek, nos oberznity, uszy wyrwane ze ba, w obnaonych piersiach ze trzydzieci czarnych ran. Kiszki wywleczone z brzucha leay na ziemi. Do pasa trup owinity by czym, co jeszcze dymio si czarnym kopciem, cho ognisko pod stopami rozoone zgaso ju, przez deszcz zalane. Cedro pomaca wystajce rami. Byo ju chodne.

Jkn na widok czarnych, straszliwie rozpuchych od palenia ogniem gnatw nonych, okrconych som maczan w oliwie. Zdj trupa co tchu z owej erdzi, pooy na murawie. Gdy tak stan nad nim rozkraczony i patrza na lecego jakoby z grubym cygarem w gbie, rozdtego w szyi, z oczyma wywalonymi na wierzch przez straszliwy bl, e byy jak dwie gay z czerwonego kamienia, bez uszu i z brzuchem rozwalonym, a z kup kiszek, ktre zwisay jak obfita dewiza z brelokami, ogarn go szczeglny rodzaj wewntrznego miechu. Nie mylc o tym czu, e mieje si jak jego wierny ko, zdychajcy na pampeluskiej drodze. Pomylenie bdne, obce duszy, jakie niby to sformuowanie tego widoku nikle i prdko wypsno si w mzgu wpord wzdrygnie niezdrowego miechu: Do diaba! nie zawsze cierpienie jest pikne, nic zawsze, nie zawsze...

Chwyci lanc upuszczon na ziemi, siodo na barki, otoczy sobie szyj rzemieniami, eby mu nie zawadzay, i jelenimi skoki pomkn w swoj drog. Ju si wali na ziemi mrok szybkiej nocy. Wyta piechur uomne oczy, eby obj ca drog i nie zabdzi w ciemnociach. Otoczyy go po przejciu zmierzchu w noc szepty, szmery, szelesty drzew, szelesty oliw i platanw, obce uchu. Nigdy ich w yciu nie sysza... Daleki plusk rzeki Ebro... Polne koniki sykay w otaczajcej nawale ciemnoci. Dwiknie, znienacka uderzywszy si o elazo wdzida, rozetka napiernicy w ksztacie serca spajajca rzemienie... Zadzwoni nagle strzemi o strzemi, zaskrzecz sprzki poprgw  i w mgnieniu oka wosy staj na gowie. Id. Nadbiegaj... Serce bije... Banda chopw biey czajc si po zapociu... Wargi ich zagryzione, oczy od wciekoci przymknite, w rkach -egada. Gdyby przynajmniej mona byo widzie! Gdyby tytko mona byo dojrze miejsce i tych ludzi! Zmierzy oczyma ich liczb! Broni si, do stu piorunw! Przecie potrafi broni si i umrze jak si naley! Ale gin podle, wrd podej zgrai, wrd rozartych zwierzt tumem na jednego napadajcych, jak tamten... Mie w cigu godzin wykrcane rce, a nogi palone wolnym ogniem!

Szed w tym miejscu obcym na palcach, bez wiedzy, e to czyni, coraz ciszej, jakby na nogach ju spalonych. Czu kiszki wydarte niejako ze siebie i oczy wyupane...

 Tchrzu, tchrzu!  mamrota z cicha, przypieszajc kroku. Skutkowa taki okrzyk przez chwil, ale wnet odpraa si zasona, ukazywa spalony trup woltyera, i zgita ohyda walia si w serce. Kroki Krzysztofa stay si ciche, lisie, hienie. Wlepione oczy przebijay deszcz i mrok. Chwilami migay w nich ogniste widziada, jak gdyby od nagej byskawicy odsonione, to znowu kady si ksztaty paskie, kwadratowe, czarne. W pewnych miejscach sysza swe kroki z oskotem powtrzone dziesiciokro, jak gdyby stado ludzkie ju go dopdzao. Krzyk wydziera si z piersi, ale go wola dusia w gardle. Stawa wtedy i z odwiedzionym pistoletem w rce nasuchiwa.

Cisza wok nieugita.

Droyna owa, ktr szed, kamienista i poryta przez deszcze, bya z obudwu stron wygrodzona niewysokimi potami z surowych gazw. Te wanie kamionki chroniy wdrowca od zboczenia. Kilkakro wlaz ju to na praw, to na lew. Poczu, e idzie pod gr, w wodzie zlatujcej po kamieniach i stopniach z szelestem. By ju spocony, zdyszany od ciaru sioda. Stan na pewnej wyynie. Po ostroci przecigu wietrznego domyli si, e jest na samym wierzchoku wzniesienia. Uczyni jeszcze kilka krokw  i oto w niewielkiej odlegoci rzuciy mu si w oczy wiata. Wymacawszy rk przykop kamienn przysiad na niej i po stokro zadawa sobie pytanie: kto te to moe pali te ognie? Wrg czy swj? Sycha byo naszczekiwanie psa... Francuzi ani Polacy nie maj ze sob psa... Daleko zara ko... Czyj te to ko? Znowu cisza. Przerwao j co rozkosznego, jakby echo gry na organach  i znowu milczenie.

Krzysztof wypocz ju i nabra tchu. Ruszy ku owemu wiatu cichymi krokami zmory nocnej. Zstpujc wolno ku wzgrza usysza dalekie, w innej stronie woanie placwek: Qui vive!

Serce zabio jak mot. Droga rozchodzia si tutaj w rozmaite strony. Przecinay j szerokie kamienne schody. Na jednym z zaama zobaczy nagle z boku ogromny ogie tak blisko, e stan w osupieniu. Nie mg si ruszy z miejsca. Nie byo to wcale okno ponce od wiata, nie drzwi otwarte, lecz jakby szeroka czelu kwadratowa, prowadzca do ognistego wntrza.

Sysza gwar ludzki.

Natywszy ucho, ku najwyszej radoci swojej, posysza mow francusk, piosenki lekkomylne, obozowe, krzyki, ktnie... Pobieg tam skaczc przez mokre krzaki winne, przeac przez mury ogrodze i zapadajc w rowy pene wody. Wkrtce szyldwach przyoy mu karabin do piersi. Sam ledwie mg wykrztusi pytanie, tak by przeraony, gdy na z mroku naskoczyo siodo kryjce gow uana. Przybysz ledwie mg wykrztusi mot d'ordre, tak by strudzony. Obejrzano go ze wszech stron przy blasku latarni i puszczono ociekajcego wod do ognia razem z jego siodem i dzid. Tak dobrodusznie zdecydowa przywoany kapral. Krzysztof zbieg po kilkunastu stopniach i stan na progu gbokiej nawy wielkiego kocioa. Kilkanacie ognisk buchao pod jego rodkowym sklepieniem i w bocznych kaplicach, filarami oddzielonych od gwnego wntrza. Na otarzach pony zapalone wiece. Mnstwo ich rwnie jarzyo si w rozmaitych ktach pod chrem i na chrze, na ambonie i w kruchtach. Ze dwa tysice onierzy biwakowao tam z wrzaskiem i piewem. Jedni chrapali ju, lec pokotem na kocielnych dywanach, pod chrem, midzy filarami, dokoa otarzw, a nawet na otarzach. Inni piekli na ogniu pocie misa, prosita, indyki, koguty, inni zarzynali drb i odzierali go z pierza. Cedro dowiadcza uczucia niewymownej radoci. Nie grozi mu ju napa z tyu i straszliwa mier woltyera, nie otacza go samotno w czarnych polach, nie leje si po plecach zaciek deszczu. Ogie, wiato, suche pyty! Krzyk ludzki!

Naok sia i wesele ludzi zdrowych!

W pierwszych minutach nie mg si zorientowa, co si to tutaj robi, czym si zabawiaj jowialni kamraci. Wyszuka oczyma wolne miejsce pod boczn cian i zaj je prawem kaduka; z rozkosz wycigajc zdrtwiae nogi. Zaraz utworzya si dokoa jego figury kaua z osikajcego paszcza i odzienia. Dym ognisk zapcha gbie sklepie i cign ku drzwiom. Deszcz pryska przez wybite witrae. Ze dworu po ziemi szed mokry chd.

W kbach owego dymu, w blasku kilkunastu wiec przytwierdzonych do gzymsu ambony, ukazywa si co chwila grenadier francuski, ktry wdziawszy na mundur kom i zaoywszy na kark stu gosi kazanie o najsproniejszych objawach ycia, o najohydniejszych przestpstwach, jakie tylko zgromadzi moe w szczupe ramy anegdoty kawalerska imaginacja. Mow swoj ilustrowa najzabawniej w wiecie, skubic duego koguta i co chwila z gestami krasomwczymi rozsypujc na suchaczw obdarte pierze. Umia przy tym pia i udawa gdakanie sposzonych kokoszek w sposb icie zabawny. Cedro mia si do rozpuku mechanicznym, martwym miechem, bokami i gardem, aczkolwiek dowiadcza jednoczenie uczucia przykroci. Wci dokoa niego amano konfesjonay, rbano rzebione stalle i awki, katafalki, schody, drabiny i lichtarze, sprzty kruchciane, starodawne naczynia z drewna, bardziej ju przez sw staro symbole wiecznoci ni przedmioty rzeczywiste. Rzucano je wraz z chorgwiami, z mszaami w wielowiecznych oprawach, wraz z poczerniaymi obrazami w grubych ramach na stosy, i ognie pegay coraz ywiej. Krzysztof ociaymi oczyma patrza na biae place po zerwanych ze cian obrazach, gdzie nike pajczyny chwiay si od przecigu... Ziewa kurczc si w sobie aonie. Na marmurowej posadzce stay porodku rozlane kaue juchy prosit, cielt, kogutw i indykw. Za nogami chodzcych wczyy si istne korowody puchu i pierza. Sycha byo gwar przewanie francuski, ale przebijay si dwiki niemieckie, polskie, hiszpaskie, a nawet holenderskie.

Holendrzy w Hiszpanii jako zdobywcy...  pomyla leniwie Krzysztof ziewajc z caego serca.

W tej samej chwili rozleg si dzwonek u drzwi prowadzcych do zakrystii, tak znany uchu katolickiemu, a zwiastujcy wyjcie sumy. Wszyscy porzucili swe zajcia i zwrcili gowy w tamt stron. Istotnie wychodzi z zakrystii tum poprzebieranych onierzy. Naprzd szed szereg jakoby chopcw majcych suy do mszy, w komach i psowych pelerynkach. Kady z nich nis du butl omsza, z mink skromn i pokornie spuszczonymi oczkami. Ustawili butle na wielkim otarzu szeregiem i, zoywszy rczki, popiesznie zbiegli ku stopniom. Za nimi dopiero wylaz z zakrystii piechur z wsiskami jak dwa lisie ogony, w (nicej kapie i berecie, drugi za nim w ornacie, trzeci tylko w albie, ktr podnosi w sposb damski, zwany incroyable czasu wielkiej rewolucji. Kady z nich dwiga olbrzymi gsior z winem.

Tum odacki rycza z zachwytu i klaska w rce. Tamci, baznujcy, poustawiali przyniesione gsiory na otarzu. Przydwigan przez kilku beczuk z winem wtoczyli na otarz i ustawili na szczycie cyborium. Piechur w kapie wzi z rk kolegi kadzielnic i niespodzianie zacz wykonywa nieprzyzwoity taniec i odprawia jakie potworne naboestwo. Gdy wrd podrygw wyrzuca nogi, odgia si kapa i wykazaa, e celebrans jest wprawdzie w mundurze, ale bez innych, niezbdnych czci uniformu, ktre wanie suszyy si przy jednym z ognisk. W trakcie tych profanacji poubierani w komeki wypchnli przed otarz siwego czeczyn w nocnej koszuli i krtkich majtkach. Ubrany w kap wcign go na stopnie otarza i przedstawi widzom jako ksidza proboszcza.

 Hiszpan  woa gosem bazeskim  ale ksidz proboszcz! Zdawaoby si, e tak niewiele, a przecie jest to waciciel i twrca tej caej piwniczki winnej. Szanujcie, barbarzycy, tego waciciela! Nic nie wypito potajemnie. Nie chcia nam czcigodny ojciec dobrowolnie pokaza skarbu, ktry przez tyle lat pielgnowa, wic go cokolwiek zaznajomilimy z grzecznoci. Teraz ju jest grzeczny i sfrancuziay do gruntu. Pidziesicioletnia malaga w tym oto antaku...

Wrzask radoci rozleg si w caym kociele. Cedro cieszy si na rwni ze wszystkimi przemokymi i zzibymi kamratami, wbrew istotnym swoim uczuciom. Ceremonia wnoszenia butelek i gsiorw zajmowaa go prawdziwie i szczerze. Gdyby wiarusy wyprawiay stokro bezecniejsze orgie, uznaby jena przekr gosowi duszy za ciekawe, godne uwagi i w szczeglny sposb waciwe. Pi mu si chciao tak okropnie, e zda si kilka lat ycia oddaby za jeden z owych pkatych i omszaych gsiorw wina. Po wielkim zmczeniu, po trudzie dronym a do sidmego potu, po wykonaniu pracy ostatniej, ktra daje mono poznania forsy i trudu jucznego konia, jego znojw i niemal uczu  byo mu teraz na kamieniach odwiecznej posadzki zimno i obmierle. Woda wazia w koci.

Wczy spracowane oczy po pytach okolicznych. Sam lea obok marmurowej tablicy, wielkoci przewyszajcej wzrost czowieka. Wykute na niej byo niezgrabne wyobraenie rycerza w zbroi, z mieczem w doniach splecionych. Twarz z paskim nosem, pancerz i stopy  wszystko to dawno ju byo start podeszwami i obcasami wiernych parafian, wyniesione prochem przez niezliczone szeregi ng, ktre w cigu wiekw deptay dumnego rycerza. Teraz by z niego tylko lad, istne zwoki, znak wiadczcy o znikomoci pamici ziemskiej. Dalej leay tablice, ktrych litery, podobnie jak wojownik, zstpiy w kraj nicoci. Obok napisw byy okrge, elazne antaby do podnoszenia tych drzwi grobowych. Spod nich to wia w przejmujcy, zwilgy, trupi chd. Krzysztof ,nie mg wytrzyma. Zoy swe siodo, lanc, powiesi przy otarzu paszcz i uzd. Wszed midzy tum. Trudno byo przej koo ognisk, gdy wszdzie tam ludzie leeli na rozcignitych paszczach, dywanach, ornatach, kapach kocielnych, na suknie do paradnego katafalku... W stronie prezbiterium utworzya si zbita masa "przystpujcych" do antaka z winem. Wiarus w kapie rozdziela kielichy midzy pijcych. Krzysztof grza si i suszy, z dala stojc przy jednym z ognisk, i rozglda si naokoo. Dranio go rozkosznie skwierczenie prosiaka pieczonego na bagnecie. Wstyd go pali na myl, eby poprosi o ksek, ale gd kiszki skrca. Kamraci przypatrywali mu si spode ba. Zaczli midzy sob mamrota z niechci i zsunli si koo ognia w taki sposb, eby mu zagrodzi dostp. Cedro spojrza na nich wyniole i odszed z gow zadart do gry, w towarzystwie coraz doniolejszej symfonii kiszkowej. Zahuczay organy, na ktrych wygrywano skocznego sztajerka. W jednej z kaplic utworzy si pewien rodzaj sali balowej. Taczono tam z nadzwyczajnym oywieniem i ruchami. Szczeglnie odznacza si w tym kierunku jeden z grenadierw. Taczy trzymajc w objciach z pieczoowit i subteln elegancj sporego prosiaka. Udawa, e w zapamitaym szale wiruje w tacu styryjskim, unoszc w objciach nadobn i wiotk dziewic. Poniewa praw rk krci prosiciu ogon i szczypa je paznokciami, gdy kwiczao obrzydliwie -wic umierza jego bole namitnymi szepty. odactwo ryczao.

Przedzierajc si ku otarzowi przez zwarty tum, spostrzeg Krzysztof owego starego proboszcza. Ksiyna ypa oczyma stojc w ciemnym kciku pomidzy nagrobkami i wolniuteko kwapi si w pewnym kierunku, widocznie z tym zamiarem, e si niepostrzeenie zdoa wymkn, gdy motoch na dobre podpije sobie. Zgodniay lansjer przystpi do ksidza i zagadn go ostro, w twardym tonie, czy rozumie po francusku. Proboszcz skrzywi si zarazem bolenie i chytrze; kiwajc gow niby potwierdza, a niby zaprzecza. Po wyrazie twarzy Krzysztof pozna, e zosta zrozumiany. Zada wtedy, dobitnie wymawiajc wyrazy, eby mu ksidz przynis cokolwiek do jedzenia, gdy jest godny najokropniej, po prostu jak pies. Pleban wytrzeszczy oczy i prawie z paczem j bi si w piersi, przysiga na witoci i wskazywa z jkiem, e ju nic a nic nie ma, e jego oto prosita, cielta, krow, kury, indyki  i wino  doda, bokiem ze zgroz i okropnym umiechem zwracajc si ku otarzowi  zajada i zapija sawne po wsze czasy wojsko cesarskie. Cedro by tak zgodniay, znuony i bezsilny z czczoci, e namyla si tylko nad tym, jak by z tym klech pocz sobie najskuteczniej.

Uj go za konierz od koszuli i popchn przed siebie, midzy tum. Ksidz pomkn ywo, schylajc gow, jakby si chroni od ciosu. Dotarli do zakrystii. Tam wszystko byo powywalane razem z szufladami. Szafka ze witym naczyniem bya rozbita, szuflady jej wyrwane, a samych przedmiotw oczywicie nie byo ladu. Naok tarzay si po ziemi ornaty, kapy i bielizna kocielna. Ujrzawszy du, aobn kap z czarnego aksamitu Krzysztof narzuci j co tchu na ramiona z myl, e bdzie mu suya za kodr. Zamierza teras na dobre zabra si do ksidza. Obejrza si na niego... Zobaczy paczcego pod cian, z twarz ukryt w doniach. miesznie wydatny a doskonale okrgy brzuch ksidza midzy naiwnie pierwotnymi szelkami wstrzsa si w krtkich i obcisych majtkach od gbokich szlochw. Cae ciao targao si konwulsyjnym dreszczem.

Krzysztofa ogarna przelotna, krtka lito. Zbliy si do starca i dotkn jego ramienia. Gdy tamten podnis gow, spojrza mu w oczy z serca. Pokiwa gow, pokiwa gow... Pniej pocaowa go w rami i rzek mu do ucha:

 Wielebny ojcze, dawaj mi, co masz jeszcze do zjedzenia, bo zdycham z godu.

Ksidz podnis na niego zapakane oczy i z zaamanymi rkoma wskazywa owo zniszczenie sprztw, szat kocielnych, naczy... Byli ku sobie wzajem pochyleni, i wanie Cedro mia zamiar wytumaczy staremu kanonikowi dobrotliwie, z wyrozumiaoci, e to sam Bg karze go zapewne za w kult wina oraz cielt widokiem witego kadzenia przed wypielgnowan beczuk malagi, kiedy ksidz schyli si; zacz podnosi alby, kome, skada je sekretnie, popiesznie, ze czci, w szufladach. Krzysztof mu nie przeszkadza. Sam rozglda si po ktach, czy nie znajdzie jeszcze czego sprofanowanego albo czego do jedzenia... W trakcie tych swoich zabiegw usysza szczk klamki w najciemniejszym kciku zakrystii. Rzuci okiem i posun si w tamtym kierunku, ale ujrza ju tylko plecy i pity proboszcza. Drzwi zatrzasny si i klucz w nich szybko z tamtej strony zgrzytn. Cedru wzburzony skoczy, eby ciga ksiyn, ale za naciniciem klamki przekona si, e drzwi zostay z tamtej strony istotnie zamknite.

Kanonik niewtpliwie czmychn.

Nie pozostao nic innego, tylko wrci do prezbiterium i szuka tam poywienia. Stan za innymi przed otarzem. Tum rozgrzany wci za kolej klka na stopniach i chepta malag i andaluzyjskie wino Alikante, porzdkiem otrzymujc zoty kielich z rk onierza w kapie. Ju Krzysztof zbliy si do otarza, eby na stopniu klkn i pi za innymi, gdy na niego kolejka przyjdzie. Odchodzi od przytomnoci z godu, a gwnie z pragnienia. Nagle pogarda buchna z niego jak womity. Wypchna go duma z tego szeregu. Poszed precz wprost na swe miejsce klnc gono i bardzo brzydko. Zawin si szczelnie w aksamitn kap z tak wciekoci, jakby za chwila mia gow pooy na nou gilotyny, narzuci na such kap mokry, biay paszcz uaski, siodo ustawi jak wezgowie. Mia pod rk lanc i rzemienie sioda, pistolety za pasem. Wydoby jeszcze furaerk, podoy j pod policzek, eby cho gowa leaa na suchym. Godny jak pies bezpaski zamkn oczy i wrzepi gow midzy kule sioda, eby spa i nie patrze na wiat.


 Siempre Eroica
Blisko sze tygodni Cedro spdzi na siodle z rzemieniem lancy na rku, z ostrog wpart w bok bieguna. Mia teraz iberyjczyka, konia szybkiego jak wiatr.. Otrzyma go jeszcze w Tudeli, dokd na piechot przyby ze swym siodem. Od chwili wtargnicia z pukiem jazdy na prawy brzeg Ebra i w radosn po grskich pustkowiach dolin tej rzeki, nie zazna ju jednej chwili spokoju. Bra tedy udzia w niezrwnanych szarach lansjerw pierwszego puku pod Mallen i czternastego czerwca pod Alagon nad Xalonem, cudnym, bystrym, dzikim dopywem Ebra ze strony poudniowej. Szed w przedniej stray caego wojska, kiedy 16 czerwca zbliano si do Saragossy. Jeden z pierwszych przebieg we wszelkich kierunkach w ogrd pracowicie uprawny, zroszony licznymi kanaami, zajrza do kadego domu w podmiejskich wioskach  la Joyosa, Marlofa, Las Casetas, Utebo, Monzalbarba, pierwszy wreszcie dotar do klasztoru San Lamberto w Molviedro. Std ju nie byo trzech wiorst do aragoskiej stolicy. Molviedro stao si od tej chwili niejako domem puku. Tu po trudach wypraw odpoczywano w zimnych korytarzach klasztoru, tu nieraz mona si byo ukry przed natarczywoci dziennych upaw i zimna nocnego, std wreszcie wyruszano na setne i tysiczne ekspedycje, z ktrych kada bya zatraceniem. Zapomnia ju by Krzysztof liczby star, bjek, pocigw na gadkich szosach wapiennych, wysadzanych drzewem eukaliptusa i platanu w rozdole rzeki Ebro. Wid teraz ycie na spalonych od soca wyynach szosy madryckiej, wijcej si przez la Muela, przez Calatayud  i w dolinie Huerby na drogach przez Daroca, ponad kanaem krlewskim, i za rzek, za Ebrem, na lewym bagnistym brzegu, w dolinie Gallego i na grach jaowych, solnych, kruchych od zwietrzaego kamienia i sypkich od gipsu. Poniewa szczupa armia generaa Verdiera, ktrej zadaniem miao by opanowanie Saragossy, nie posiadaa wcale magazynw, wic uani nadwilascy musieli dostarcza dla caego wojska zapasw ywnoci i furau. Tote dzie w dzie, podzieleni na oddziaki, od wczesnego rana pomykali w gry. Bogata, mlekiem i miodem pynca dolina Ebra bya zupenie pusta. Jedna cz mieszkacw usza do Saragossy, inna w gry, zabrawszy ze sob dobytek. Trzeba byo szuka stad owczych, krw i kz w ich niedostpnych kryjwkach. W cigu tych szeciu tygodni uani wywiczyli w sobie instynkty tropicieli i zbjw. Cedro odnalaz w sobie dusz jakiego przodka z czasw Maka Borkowica. Zobojtnia ju na przykroci tego zawodu. Owszem, odszuka w nim pewien szczeglny urok, bezczeln dum, rozkosz tyranii, miech zdrowy z ludzkich jkw. Kada teraz chwila jego ycia upywaa pod ruchom ska grozy.

Czowiek w grach napotkany to by wrg godzcy noem w serce. Zza kadego krzaka czyhaa lufa strzelby, strza pada i kula wistaa zza kadego kamienia, a kady cie przelatujcy zwiastowa mier. Ale w tym wanie moda dusza znalaza dla siebie ywio. Bya to rozkosz: wyj w kilkanacie koni wczesnym, modrym, zimnym rankiem w lipcu, nim soce wstanie zza gr ziemi Monnegros, co ko skoczy przebiec chodne, mroczne aleje drogi pampeluskiej, wyjecha z obrbu oliw i winnic, zawrci na poudnie ku Placencji, a stamtd cichaczem rzuci si w bok, w zgorzae, sypkie, spadziste rumowia dolin. Wyj z obszaru cyprysa w rzadkie gaje pinii. Stamtd wida jak gdyby step zburzony, strzaskany, gdzie cisza i gusza, gdzie suchy, bezmglisty cie poranka ley nad dolinami jako wieko. Nagle wichrowym skokiem wpadn do jakich kamiennych zagrd, zastan tam ludzi, zapi stada. Przystawi ze miechem lufy pistoletw midzy czarne oczy tym chopom ponurymi zmusz ich, eby jak niewinne baranki pdzili swe stada na szos i a do samych bram oblonej Saragossy. Nie zawsze jednak udawao si tak atwo. Trafiay si dni, w ktrych cigu na prno pldrowali gry i wwozy a pod sam szczyt Puig Cervero za Huerb, w kierunku na Belchite i ponurego w grach zamku Daroca, e darmo rzucali si w pone paskowye ku Fuentes nie spotykajc na drodze ywej duszy. Ile to razy topic bydo wpadli na zaczajon band gerylasw, ktra rzucaa si na nich z krzykiem i noami. Byy to chopy proste i dzikie, przyzwyczajone do ywota w ziemi pustej i do wdrwek w Pirenejach z kontraband. Przeszywani bez miosierdzia grotami lanc, wieszali si u szyj koskich, ostrzem noa rznli kby rumaka i godzili w serce jedca. Wwczas to Cedro pozna, czym jest lanca i jak mdre s maksymy towarzysza Gajkosia. Nim wrg zdecyduje si na skok  pd konia i nastawiony grot! Struga krwi i jk miertelny stratowanego  oto wszystko. Zawsze niezwyciony puk lansjerski tratowa ju wielekro tumy. Nieraz ju Krzysztof pra w falach Ebra ptno swej chorgiewki, gdy si stao twarde i jednej barwy od zeschej aragoskiej krwi. Nieraz ju wpaw przeby pytkie, letnie fale rzeki. Wielekro miga po rwninach lewego brzegu w uroczej dolinie rzeki Gallego, pyncej z Pirenejw, eby wody swe poczy z wodami Ebra tu za murami Saragossy.

W tych wyprawach szeciotygodniowych ju wielekro okry star Caesaraugust ze wszech stron. Widzia j od strony wyniosoci Castellar z wyyn paskowzgrza Placencji, od strony poudniowej z la Torecilla, i ze wschodu z paszczyzny Val de Osera. Rysoway si przed oczyma niezliczone wiee: wyniosy szczyt katedry Del Seo; olbrzymie kaduby klasztorw  franciszkaskiego, w rodku miasta, za bram zwan Quemada, na prawym brzegu Huerby-witego Jzefa, na poudniu -czworokt zamku inkwizycji Castel Aljaferia, na zachodzie kapucynw, przed bram Carmen; okrge kopuy i strzeliste wiee Nuestra Senora del Pilar, nad samym brzegiem rzeki.

Widzieli dobrze most czcy przedmiecie Arcabal z gwnymi przecznicami grodu, ktre sigay a do placu Engracia i bramy tego imienia na poudniu; szerokie zagbienie midzy czarnymi gmachami w ksztacie litery   to jest Calle del Cosso, ktrego grube, rodkowe brzuce pod franciszkanami i szpitalem obkanych stanowio wyduony plac, dolne wyjcie kieruje si za gmachem uniwersytetu ku Puerta del Sol, a grne przechodzi w plac targowy i za klasztorem . Juan de los Paetes dosiga wsk uliczk rzeki Ebro.

Mamio ich i czarowao to miasto pospne. Nie byo fortec, bo je otacza jeno niski, dziesiciostopowy mur i liche bramy. Widzieli pierwsze targnicie si na Saragoss dnia 15 czerwca i atak w dniu 2 lipca, zdobycie wyniosoci podmiejskiej Monte Torrero, opanowanie klasztoru kapucynw. Byli przy zaciekym szturmie, obronie i spaleniu klasztoru witego Jzefa...

Poznali tu mstwo jeszcze nie widziane, upr stalowy. Rozumieli to ju, e maj przed sob nie oficerw i onierzy, nie lud burzliwy i leccy w rozsypk, gdy natrze wiczony batalion, lecz lud potg fanatyzmu przeistoczony w armi. Dowdca w tej olbrzymiej gromadzie nie by mianowany z gry. "Gry" nie byo.

Wodzem stawa si najtszy, najdzielniejszy i najzacieklejszy  przez jednomylny i jednogony rozkaz masy. Jeli le obmyli, nieskutecznie rzecz poprowadzi, sabo wykona, ndznie zarzdzi, za sabo i mikko natar, nie walczy, sowem, na mier, jak tego chciaa wola powszechna, wydawano na wyrok gorcym prawem, stawiano pod murem i jego wasna podkomendna gromada kulami przeszywaa mu serce. Tak zgin pukownik artylerii Pesino, tak zgin dowdca zamku Cinco-Villas  i inni. Gromady walczce nie byy wcale podzielone na regularne oddziay. Byy to kohorty, ktre przycign i kupi geniusz wodza. Im wydatniejsza bya sia tego geniuszu, tym oddzia liczniejszy. Wdz danego oddziau nie zalea waciwie od naczelnego dowdcy: spenia rozkazy wydane z gry o tyle, a ile je uzna za zmierzajce do celu. A jednak wszyscy jak jeden byli w danym razie posuszni wodzowi, na jakiego z woli ludu wyrs Don Jose Palafox.

Uani polscy stojc na grach i patrzc na pospne miasto myleli o nim jako o duszy znajomej i czujcej. Lubili tak stan oddziaem, patrze w nie dugo... Nieraz Krzysztof Cedro zatrzyma konia i zapamita si w dumaniu. Serce amao si w nim od tych rozmysw, rce si trzsy. Z duszy jego wybuchaa zacieko, a z ust rwa si mciwy okrzyk:  Musisz i ty zgin, mara! Nie bdziesz nam staa przed oczyma, zmoro przeklta! Przeciw karnym, przeciw regularnym, przeciw wiczonym czworobokom stawiasz dum swej woli, potg swojej wyniosej anarchii! Cha, cha! Musisz zgin!

Gdy przedsiwzito sprowadzenie z Pampeluny czterdziestu szeciu dzia waowych, haubic i modzierzy w celu rozpoczcia regularnego oblenia, puk uaski broni tego transportu od napaci gerylasw w czasie spawiania go Kanaem Aragoskim. W tej dobie nie byo spoczynku ani dniem, ani noc. Szli cigle wpaw raz na t, drugi raz na drug stron kanau. Zachodzili drog bandom zstpujcym z gr, siepali si z nimi w zasadzkach, po wyomach skalnych i w doach grskich. Nareszcie transport cignito pod Saragoss i oblenie zarzdzono w ten sposb, e opasano cz miasta z zachodu i poudnia, czyli od rzeki Ebro do fortu Monte Torrero. Cz wschodnia z caym przedmieciem i zarzeczem bya wolna.

Pod koniec lipca Krzysztof, jako znajcy jzyk francuski, wybrany zosta z szeregu do kompanii inynierskiej i artyleryjskiej, ktr ze zdolniejszych uanw i piechurw skada i formowa kapitan lansjerw Hupet. Liczba wykwalifikowanych artylerzystw bya tak w armii nieznaczna, e genera-inynier Lacoste, ktry mia kierowa robotami oblniczymi, rozporzdza kilku zaledwie oficerami. Bateria powierzana kapitanowi Hupetowi staa pod Monte Torrero. Artylerzyci mieli teraz za zadanie kierowa sypaniem baterii. Uatwiaa te prace wielka obfito roww irygacyjnych, wykopanych jeszcze przez pracowitych Moryskw, oraz naturalnych fos, przez ktre szluzy z kanau krlewskiego wyprowadzay wod do ogrodw. Przechodzio tdy rwnie wysoko obwaowane oysko rzeki Huerby. Drzewa oliwne rozcigay si a do samych murw miasta. Tote mieszkacy dniem cili kulami wypielgnowane gaje, rwali ogrody, burzyli w nich domki letnie, eby odsoni roboty Francuzw i kulami spdza zatrudnionych chopw.

Krzysztof porzuci konia i wyprawy, aczkolwiek nie zmieni uniformu ani nie przesta nalee do swego puku. Siedzia teraz w kanaach i dyrygowa powierzonym mu oddziaem chopw aragoskich, ktrzy pod kar mierci musieli budowa narzdzia mierci dla swych wsprodakw. Co chwila z bagnetem w rku odpiera wycieczki mieszkacw miasta napastujcych albo umierza wybuche w rowach na podobiestwo prochowych min bunty robotnikw. Z murw i wie klasztornych bez przerwy sypay si kule, wypaday brandkugle, kaway elaza i kamienie. Nocami uczy si sztuki stawiania dziaobitni, sypania przedpiersiw, rznicia strzelnic, ich policzkw i pokolankw, ukadania podoa armat, stawiania sworzniw i ukw wkopanych. Obleni otrzymali w tym czasie posiki w liczbie dwu tysicy ludzi gwardii hiszpaskiej, ale i Francuzi wzmocnieni zostali przez dwa puki liniowe, ktre z Francji nadeszy. Baterie zostay ustawione na legarach, ostatnie wbite gwodzie pomostowe, przedpiersia wyoone faszynami. Na danie poddania miasta Palafox odpowiedzia wyrazami: "Walka na noe!"

Trzeciego sierpnia rykny wszystkie armaty. Czwartego bito od witu w zamek Aljaferia, odwieczne wizienia inkwizycji, w bram Carmen i w bram Engracia. Zarazem strzelcy polscy ruszyli po drugiej stronie rzeki Ebro na przedmiecie Arcabal. Krzysztof Cedru sta w baterii naprzeciwko klasztoru Engracia. Poniewa przewidywano, e brama tego dnia musi by zatarasowana watuchami z piaskiem, bito wyomy obok niej z prawej i lewej strony w murach nalecych do klasztoru. Ogromne zabudowania jego stay na nieznacznym wzniesieniu i tworzyy cao odosobnion. Batalion puku siedmdziesitego i cay puk pierwszy piechoty polskiej stay w przykopach, czekajc na dany znak. Cedro z towarzyszami artylerzystami otrzyma rozkaz wzicia udziau w szturmie z karabinem w rku, gdy szwadron konny nadszed do asekuracji armat.

Ludzie byli spragnieni walki, kobiet, rabunku. Dreli do bitwy. Okoo godziny jedenastej z rana poczy wali si i w supy kurzu obraca mury klasztorne. Na prawo od bramy, w pierwszy wyom, rzuci si natychmiast kapitan Bal. Za nim przez most na rzece Huerba ruszya gar uanw artylerzystw. Wrd wciekego upau, w ogniu strzaw buchajcych jak gromy i pioruny ze strzelnic kutych w murze klasztoru, przypadli do wyomu. Ujrzeli tutaj oko w oko obrocw. Rzucili si jedni na drugich jak rozjuszone zwierzta. Rzygna z przebitych piersi krew. Wa trupw zagrodzi wejcie. Mury klasztorne z trzaskiem paday. Waliy si sufity i z piter leciay zastpy chopw w gb piwnic. Belki miadyy ich, oberwane piece i ciany zasypyway od razu. Krzysztof znalaz si nad brzegiem jednej z tych jam. Oniemia. W dymie i supach ceglanego pyu, w ruchomych gruzach pod swymi stopami widzia gmeranie si tej konajcej miazgi. Gowy obwizane czerwonymi chustkami w sposb witeczny na obraz duej obrczy; dugie wosy wysmarowane tuszczem, weniane paszcze w biae i niebieskie pasy, a sigajce do samej ziemi jak togi rzymskie... Wierzgay i roiy si nogi w biaych poczochach i czarnych aksamitnych spodniach, trepy drewniane z czarnymi wstkami zwizanymi w tyle nogi. Wycigay si jeszcze rce ciskajce dugie noe.

Z rozwartych jam w rozpkych cianach wypaday coraz to nowe szeregi wystrojonych witecznie; rzucay si na napastnikw ze lepym mstwem. Zamordowano ich bagnetem i zepchnito do wsplnego z tamtymi grobu. Piechota polska wtargna w wyomy klasztoru. Depcc ranionych i konajcych, biegnc po gzymsach obok piwnic penych konania, zbroczeni krwi, w poszarpanych ubraniach, z lufami lepkimi i ociekajcymi, chyo wypadli wreszcie na pierwszy plac.

Engracia!

Nareszcie wamali si do tego wciekego miasta!

Plac by pusty. Gdy wyszli na jego rodek, jak grad sypny si na nich strzay, runy z gry kamienie. W lepych murach, martwych, tylnych cianach domw powybijane byy od dawna oskardem wskie otwory. Z kadego z nich bkitny dym wybucha. Wskie ulice wiodce w miasto, istne szpary miedzy rzdami wysokich kamienic, byy wieo zamurowane albo zawalone worami piasku. Okna dolne w mieszkaniach, drzwi sklepw, wejcia do sieni byy rwnie zamurowane i pene niedostrzegalnych strzelnic. Nigdzie drzwi! Ani jednego ywego czowieka! Nieprzyjaciela jak gdyby nie byo!

Druga straszliwa salwa strzaw... Dym buchn z jednolitych murw i sczy si smugami... Kilkadziesit trupw pado na bruk. Oficerowie sformowali plutony i popod murami dyli co tchu nazad, ku bramie Engracia. Tu si ukryo wojsko za zrbami poszarpanego klasztoru. Znaleli bram zawalon niezmiern mas workw ziemnych, ktre tworzyy za wierzejami gr rwn ich wysokoci. Kazano batalionowi drugiego puku piechoty polskiej odcign owe wory spod bramy. Rzucili si do roboty, radzi, e nie id cho chwil na lepe, dymice mury. Miedzy innymi pracowa tam i Cedru. Gdy ju 2 dobr godzin norii ogromne sacs ? terre, omdlewa prawic z trudu. Cay by zlany potem, brudny i niemal lepy od dymu i kurzu. Dyszc ciko, usiad na worku i wycign nogi. Ani jednej myli... Gdzie to on jest i co robi? Co to za wory i do czego? Huk straszliwy armat grzmota raz w raz w czoo, w ciemi gowy. Przeraliwe jki umierania... Gdzie to on tu jest?

Tu obok pod murem, w jego fioletowym cieniu, chodzi tam i z powrotem niski oficer, szczupy, chudy brunet z piknymi oczyma. Szpad obnaon trzyma w rce. Cedru rzuci na niego przekrwawionym okiem i nie by pewny, czy rzeczywicie widzi tego czowieka, czy to moe mu si przypomina jaki wypadek z takim czowiekiem. Oficer stan nad nim i z umiechem ironii co mwi. Wrd buchania strzaw, wrd owych galopem pdzcych fal powietrza, wrd walenia w mury pobliskie oskardw saperskich, wpord rykw "na pomoc!", wrzaskw konania i przesmutnych jkw a woa  nic mg dosysze.

Zerwa si na nogi i wyprostowa.

 Skd si tu wzie, ufanie z wcit tali?  wkrzycza mu kapitan w ucho.

 Odkomenderowany do armat Hupeta kapitana...

 Rozumiem. Spracowae si wapan?

Cedro spojrza na niego ze zdumieniem.

 Znam waci z widzenia, z wieci, ze suchu, panie Cedro.

Krzysztof ukoni si po wojskowemu.

 Jestemy w dalekim powinowactwie. Nazywam si Wyganowski.

Rotowe salwy strzaw i nowy huk armat spod Aljaferii przerwa rozmow. Za chwil Krzysztof siedzia znowu na swym worku, a oficer chodzi wydu muru.

A nazywaj si i jak chcesz, diable czubaty...  rozmyla Cedro.  Powinowactwo...

Rzuci mimo woli wzrokiem w stron ruin klasztoru i znowu dojrza zawalone piwnice. Z rumowia wyazili ludzie. Gagany na nich krwawe, obdarte. Gby straszliwe, oczy w niego z daleka patrz. C za oczy!

 Wyganowski...  szepc usta  w dalekim powinowactwie... Cedro... Cha, cha! Cedro! Nie ma ju, bracie, Krzysztofa Cedry. Poszed, braciszku, i nie ma... Och, nic ma...

Niedugo pozwolono mu melancholizowa w tym sposobie. Wezwany ponownie do noszenia workw, musia z kolegami chwyci za pierwszy ciar z brzegu i dwiga go wrd niewysowionej spiekoty. Na placu Engracia rozwizywano wory i wywalano piasek na kup.

Ciekawym  myla Cedru ze miechem, biegajc tam i z powrotem jak ko w kieracie  jakie te to chopczyki bd znowu nasypyway ten piasek w worki? Czy moe my sami?

Skoro barykada zza bramy zostaa usunita, skruszono motami jej olbrzymie wrzecidze i rozwarto wrtnie na cieaj.

Puk czterdziesty czwarty wwali si teraz w ulic, na plac i w dziedzice klasztorne. Co jeszcze nie zgino pod gruzami muraw, to teraz konao pod bagnetem. Opuszczono zabudowania klasztoru witej Engracii wwczas dopiero, gdy ju nie zawieray w sobie ywego obrocy.

Wwczas caa sia francuska zebraa si w kolumn, eby wtargn do rodka miasta i doj do mostu. Z placu Engracia trzy wyjcia prowadziy w trzy strony. Pierwsze na zachd do placu i bramy Carmen obok klasztoru w. Jzefa Del Calzas. Na pnoc sza gwna arteria miasta-ulica Engracia, otwierajca si na Calle del Cosso i wraz z ulic w. Giliusza (od Cosso do mostu) przecinajca grd na dwie prawie rwne czci. Trzecie wyjcie wiodo na wschd, w ogrody i bocznice ku bromie Quemada.

Wojska musiay i wprost, w ulic Engracia. Wezwano saperw odzianych w zbroje oblnicze, zaopatrzonych w oskardy, i ruszono gromadnie na mur zagradzajcy wsk szczelin. Kiedy narzdzia z dwikiem uderzyy w kamienie barykady, istne pieko runo na napastnikw. Z dachw, z facjat, z nielicznych okien i strzelnic, z kadego pitra i zza kadego niemal kamienia runy gazy, bryy elaza, chlusny kadzie wrzcego oleju i wody. Dym karabinowy bucha zewszd, nawet z ziemi, z okien piwnicznych.

Francuzy i oddziay polskie biy w mur bagnetem. Rypali w nim szczerby, wszczepiali we paznokcie i koce stp, darli si na szczyt po wbitych karabinach jak po szczeblach. Skoro ruszono mur przecznicy z wierzchu, rzucili si na pojedyncze kamienie i rwali je go garci w ogniu i dymie, wrd walcych si gruzw.

Nim Hiszpanie zdoali wymordowa pierwsze szeregi, ju ta barykada bya roztrzsiona bagnetami i zamienia si na osypisko cegy i wapna. Oszalay zastp zdobywcw wlecia w wsk czelu ulicy jak wybuch, jak pocisk ludzki wyrzucony przez sia piekieln. Zemsta rzucia ich naprzd. Rozjuszony, lepy gniew elaznym kaczugiem gna do biegu. Ale skoro tylko wychynli z dou na wyyn gruzw zasony i pokazali si w ulicy, z gbi tego przejcia runy w nich strzay armatnie. Zatrzsy si i stokro odday huk olbrzymie, czarne bezokienne gmachy, mury klasztorw, dzwonnice i wiee kociow. Kartacze porway w sztuki pierwsze gowy i piersi. Jasna krew strug ciekaa po cegach w paskie rynsztoki ulicy. Caa ona jak duga bya poprzegradzana przedpiersiami. Wywalony bruk, pyty marmuru i porfiru, wywalona z gbin ziemia tworzyy jakoby schody olbrzymie, wiodce w d.

Miejsca nie zajte pod barykady podarte byy przez rowy. Za pierwsz bateri wida byo niej drug, dalej trzeci. Cztery blisze bocznice z lewej strony ulicy Engracia i trzy dalsze z prawej byy zabarykadowane nagim murem powyej pierwszego pitra. Wszystkie drzwi i okna zabite gazami. Entuzjastyczne, obkane zdumienie wosy napastujcemu tumowi zjeyo. Mieli i w t czelu wsk i sigajc obokw. Ulica ta wygldaa jak nieznaczne pknicie miedzy niebotycznymi murami. Wsteczk ognistego bkitu ledwo byo wida midzy gzymsem a gzymsem dachu. Tego jeszcze zdobywcy napoleoscy nie widzieli na szerokiej ziemi. cili zby, cisnli w rkach luty karabinw i czekali na znak komendy. Jednym susem skoczyli ku ziejcym paszczom armat na wzniesieniu. Dopadli. Ujrzeli oczyma ywych ludzi w tych murach ywych. Ujrzeli zimnych, spokojnych kanonierw, adujcych strza nowy. Tamci nie uszli przed leccym tumem. Z milczc, blad, nieustraszon pogard bronili si wyciorami. Na rozkaz poddania si odpowiadali mamrotaniem modlitwy miertelnej i miertelnymi ciosami. Powaleni na ziemi, bronili si noem wyrwanym zza pasa. Konajc od stu w jedne piersi pchni bagnetu, szarpali zbami rce i twarze ywych i umarych, jak psy oszalae z dzikiej mioci swojej, gdy nie daj napadnitego domostwa. Skute i roztrzsione na bagnetach krwawe ich trupy po przejciu zwyciskiej kohorty Francuzw zwisy na wznak, z rozkrzyowanymi rkoma, na oach, koach i osiach armat jak potargane strzpy sztandaru.

Pierwszy puk piechoty nadwilaskie j i batalion puku siedmdziesitego pod wodz generaw Verdiera i Lacostea przeszy przez pierwszy wa i rzuciy si na drug bateri. Zaledwie, trupami zawalajc ulic, wyminli jedn z przecznic, rzuci si na nich zza barykady tum Hiszpanw. Musieli teraz walczy na wsze strony, raeni z gry bez jednej chwili wytchnienia.

Krzysztof Cedru znalaz si w ulicy Engracia pod bezporedni komend generaa-inyniera Lacostea. Wkrtce jednak koleje walki rzuciy go midzy inne grupy. Oszoomiony, oguchy od huku, jak w twardym nie pdzi naprzd z innymi, przyciskajc figur swoj do murw niezmiernych kamienic. Przebrn rowy i ywe way pierwszej baterii i z naga trafi w wyamane wejcie trzeciej uliczki, skrcajcej od Engracia na lew stron. Woltyerowie; pierwszego puku zmagali si tu jeszcze z Hiszpanami. Rzuci si i on w tum. Obrocy, wymordowani w samym wyomie, poranieni i skuci, rozpierzchli si, i tylko z grnych okien wci jeszcze paday strzay. Kto ze starych wiarusw doradza, eby si kry popod murami i posuwa niepostrzeenie za wyom, ku zakrtowi uliczki. Krzysztof uczyni za innymi, co kazano. Przylepiony plecami do muru, posuwa si krok za krokiem z palcem na cynglu, ypic jeno oczyma, z ktrej te strony pocisk go trafi. Okna w tym caym przejciu byy na dole pozamurowywane do poowy, tote tam i sam mona byo przewidzie strza, gdy ukazywaa si czapka, koniec fuzji, gdy migny pomieniste, czarne oczy.

Przyszli nareszcie do rogu ulicy. Ich droga bya prostopada do kierunku gwnej drogi ataku. Z miejsca, gdzie si znaleli, sza wska bocznica pod ktem prostym, a rwnolegle do ulicy Sant Engracia w kierunku klasztoru franciszkanw. Nastawiwszy ucha syszeli gwatown wrzaw przy kocu trzeciej linii tego kwadratu, ktra to linia musiaa znowu czy si z ulic Engracia. Tam pdzili jeszcze pojedynczo ranni Hiszpanie, wlekli si upadajcy.

Siedmiu przypadkowo zgromadzonych piechurw, a miedzy nimi uan-piechur Cedro  pucio si na olep w te zauki. Przeczuwali. e trafi na barykad i zajm jej tyy. Byo tam mroczno i zupenie pusto. Szli cichaczem, nic postrzeeni przez nikogo. Skradali. si na palcach jak lisy po obudwu stronach przesmyki, plecami smarujc po murach. Bez straty i przeszkody dotarli do rogu.

W uliczce, ktra bya czwarta przecznic arterii Sant Engracia, a pierwsz od strony klasztoru franciszkanw, wyjrzawszy zza wga ujrzeli gar Hiszpanw walczc na murze. Trwaa i wysoka pochmurwka z cegy zamykaa t uliczk i dzielia j od gwnej krwawej arterii. Za murem leay na kupie klawikordy, kanapy, szafy, wozy, stosy wyrzuconych mebli i kupy worw z piaskiem. Na nich to czyhali ludzie pokrwawieni, przewanie ranni, i bez przerwy strzelali. Kobiety nabijay bro. dzieci po daway j obrocom. Na samym szczycie stao kilku modych i zdrowych onierzy. Ci bronili przystpu do tego miejsca karabinem. Woltyerowie porachowali w tumek oczyma... Za chwil wypadli zza wgw ulicy i z krzykiem rzucili si na barykad. Spostrzegli ich obrocy i przywitali strzaami, nim do podna barykady przypa zdoano. Zarazem ockna si ulica. We wszystkich oknach na grze i dole przed nimi ukazay siei gowy i lufy. Hukny strzay i dym zacign ulic. Obrocy barykady zeskoczyli z niej kilku susami i zwarli si z woltyerami. Przez grne otwory okien zaczli wyazi ludzie starzy, baby z siekierami, z tasakami, ukazyway si picie byszczce od sztyletw i biae wyszczerzone zby. onierze polscy utworzyli maleki czworobok najeony bagnetami. Woltyer stojcy w rodku pchn drzwi, przy ktrych sta. Otwary si z trzaskiem przymknite poowy. Ujrzeli za sob wsk sie i ceglane schody prowadzce w gr. W mgnieniu oka wliznli si czworobokiem do tej sieni i zwrcili wszystkie bagnety w ulic. Dwu nabijao bro, piciu woltyerw i szsty Cedru nie odejmowali kolb od szczki.

Utworzy siei za chwil dokoa tej sieni zator ludzki z obudwu stron. Cedru by na froncie czworoboku, sta na progu i osania kolumn. Tu za progiem od strony wschodniej, wiec od strony ulicy Engracia i nie zdobytej Jeszcze barykady, wysoki, czarny dum wystpowa w uliczk grub skarp na jakie ptora okcia. W tym to wystpie byy na wszystkich pitrach okienka jedno nad drugim. Byo take oknu na dole, zamurowane do poowy. W grnym otworze, ktry Cedro mg widzie, bo znajdowa si w linii jego strzaw, a na odlegoci co najwyej dwu luf karabinowych ukazywaa si raz po raz gowa. Dym stamtd bucha. Wziwszy w rce nabity przez kamrata karabin Krzysztof uwanie zmierzy w to okno. W tej samej chwili znowu migna tam biaa twarz. Zoy si lepiej do strzau... Tak oto z kolb przy szczce znieruchomia pod kulami nieprzyjaci. Nie mg cign cyngla. Prostu w jego oczy z mrokw owego otworu patrzay oczy jakby natchnionego anioa, straszne i cudowne, szeroko od uniesienia rozwarte. Czarna burza wosw nad bia twarz, ktr w mask zgrozy cigno mstwo i zdziczenie bojowe.

Jake jeste pikna...  marzy Cedro, peen pomienistego wesela i zachwytu, mierzc midzy te oczy, surowo w niego wlepione.

Run jego strza. Pocisk dymu osmali mu twarz i na chwil olepi oczy. Gdy dym si rozpad, bezwadnymi oczyma patrza uan w jam okna. Oto zza futryny wysuwa si cichaczem biae czoo i oczy widma ogarn napastnika. Szczcie owiao mu twarz. Umiech owadn jego oczyma i ustami. Stali przez mgnienie renicy, trwajce duej ni setki lat, naprzeciwko siebie z oczyma w oczy zatopionymi. Chwila ta trwaa krcej, ni zajmie czasu podanie z rk do rk nabitego karabin...

Bieg ku uwizionym w bramie zastp coraz wikszy. Ujrzawszy istny przed sob tum, piechur rzuciy we jeszcze jedn salw strzaw, a potem, nie mylc wcale, co bdzie dalej, zatrzasny drzwi owej sieni za sob, zaoyy ogromn sztang elazn od wewntrz. Nie wiedzieli, gdzie s. Ciemno ich teraz ogarna zupena. Nie majc nic do stracenia skierowali si w gb sieni. Trafili tam na owe schody ceglane. Kiedy Krzysztof wbiega pierwszy na wskie, krte, wydeptane tupnie z cegy, rozwary si przed nim w ciemnoci jakie drzwiczki. Kto krzykn o kilka krokw przed nitu. onierz pchn w to miejsce bagnetem, ale uderzy w szczery mur. Czajc si i wszystkie zmysy posyajc na wzwiady, szed w gr za szelestem krokw, ktre przed nim w mroku znikny. Cichu skradali si towarzysze. Sycha byo tylko ich gorce, spracowane, zowieszcze oddechy. Zbjeckie oczy przenikay ciemno. Byli jak jednoosobowe widmo mierci nawiedzajce cichy dom. Rkoma wiedli po ciemnych i chodnych cianach, szukajc drzwi do mieszka. Komin krtych schodw otwar si na pierwszym pitrze w niewielk platform. Drzwi prowadziy na zamknite podwrze, dookoa ktrego biega galeria drewniana. Chykiem wyjrzeli na dziedziczyk. Nikogo.

Trzy kury najspokojniej spaceroway w dole, na socu, pokrakujc i dziobic niewidzialne ziarenka. Na balkonie papuga zielona bujaa si w wysokiej klatce okrgej z czerwonych prtw. wiato soneczne ognistym, prawie tym patem leao na jednej ze cian i czstce malekiego dziedzica.

Nie wydao si rzecz bezpieczn wkroczenie z obrbu murw na w balkon drewniany. Posunli si wyej, na drugie pitro, schodami tak samo krtymi, po wydeptanych stopniach z cegy. Gdy byli w poowie wysokoci tego drugiego komina, posyszeli na jego szczycie lekki szmer. Stanli.

Bya cisza. Ale skoro pierwszy z idcych znalaz si w sferze wiata, zezem padajcego z gry, buchn w nich strza. Przodownik stkn i bez sowa, jak wr piachu bezwadnie siad na miejscu. Natychmiast przeskoczy go nastpny i wypad na wierzch. Za nim inni kolej. Rozleg si drugi strza. Po nim trzeci prawie jednoczenie. Ujrzeli przed sob kilku mczyzn uzbrojonych. Byli to ksia. Pistolety dymiy si jeszcze w rku tych sug otarza. W mgnieniu oka trzej starcy legli we wasnej krwi, charczc i pazurami szarpic nogi onierzy. Czwarty i pity ucieka we drzwi na prawo. Jednego dopad Cedro. Ksidz nagle odwrci si i jednym susem stan przy uanie. By to czowiek w sile wieku, z twarz szarobkitn, z siwymi wosami, krtko, przy samej skrze ostrzyonymi. Po lufie karabina zgrzytn i zelizn si siny promie sztyletu. Gdy tak raptem w przeraeniu i napastliwym szale znaleli si pier przy piersi, z rkoma wzniesionymi do ciosu, Cedru zobaczy jego straszne czarne oczy, rozdarte od zemsty i nieruchome, jego zby biae jak ser i rozdte przez furi nozdrza. Zdzieli go karabinem z dou w brzuch. od jednego zamachu ramion. Ksidz zgi si wp i z wolna pad w ty. Wtedy nie wiedzc wcale, co czyni, Krzysztof w mgnieniu oka dwign karabin, obrci go mycem kolb do sufitu i zada uderzenie w jczce piersi. Bagnet przebi wszystko i uwiz w pododze. Wyrwa go uan z trudem i poszed za innymi we drzwi napotkane, otrzsajc buty i spodnie zbroczone od krwi, ktra wytrysa i pierzcha na wsze strony.

 Kokoszki!  wrzasn woltyer idcy na przedzie.

Kiedy zajrzeli do pokoju, dostrzegli tam ze dwadziecia kobiet rnego wieku, starych i modych.

Stay skupione, zbite, jakby zlepione midzy sob w jednolit mas w ciemnym kcie duego salonu. Martwymi oczyma patrzyy we drzwi. Nim sowo rzec, gromada ta zostaa rozerwana, rozbita na sztuki, rozpatrzona w wietle okna. Stare i starzejce si wyrzucono za by, kolbami i kolanem za drzwi, do nastpnego pokoju. Zostawiono siedm sztuk, co najmodszych. Midzy ostatnimi Cedru ujrza twarz z okna na dole tej kamienicy. Domyli si, e ona to biega przed nim w mroku po schodach. Ona daa zna ksiom...

Przypad do niej skokiem. Porwa w ramiona. Zawar je z elazn sil. Nikt mu jej nie broni. Teraz wrd straszliwego milczenia. ktre t ciemn sal napenio, daway si sysze tylko jki, wzdychania i pacz konajcych. onierze zawarli drzwi jedne i drugie. Z rozwcieczonym popiechem zabarykadowali je stoami, stokami, wszystkim, co byo pod rk. Na chwil przerway cisz bagania. skamlce szepty o miosierdzie, o zmiowanie, zaklcia i szlochy. Wszystko to ucicho, gdy mazowieckie garcie cisny delikatne gardzioki Aragonek. Sabe, wypielgnowane ciaa nie mogy si oprze powaleniu pici na ziemi, nogi ugiy si. Zdarte zostay w mig suknie...

Cedro sta przed swoj wybrank i patrza na ni blady jak trup. Oczy jego latay byskawicami naok, badajc, czy ju wszyscy towarzysze obezwadnieni. Wtedy znowu bez trwogi mg spojrze na ni. Te same ujrza samowiecce oczy, czarne a przezroczyste jak jasna, niezgruntowana woda. Nie miaa wicej nad szesnacie lat. Bya wysmuka, widzialna prawie w swej sukni przejrzystej. Oczy jej skamieniay od straszliwego widoku, ktry si przed nimi roztoczy. Waka i szamotanie si jej sistr czy krewniaczek  zmiadyy j na proch. Usta rozpady si chwytajc szybki dech. Jakie dwiki w wiotkich wargach... Cedru postrzeg, e mzg w jej gowie wywraca si, yy si wij, a czaszka pka. Zatrzsa si, zaopotaa, wygia ramiona. Nogi zaplota jedn na drug, cisna ze wszech si dygocce kolana. Rkoma jak ptak konajcy grabiejcymi szponami szukaa koo siebie. Oto zaczy te rce obciska sukni na ldwiach, obciska z caej mocy, obciska... Zdawao si, e ze wstydu wlezie w mur, e si wwierci w ziemi.

Krzysztof co prdzej chwyci j za rami i pocign przemoc. Wlk j jak szczeni, ksajc mu rce, a do drzwi. Rozwar je uderzeniem nogi. Zatrzasn za sob po przestpieniu progu. Tam uwolni jej rami. Sta si z niego w mgnieniu oka wiedeski salonowiec. Zoy jej skromny, a najpikniejszy ze swoich eks-ukonw i gestem uprzejmym wskaza, e jeli taka jest jej wola, moe si oddali z tego miejsca, dokd chce. Tchu mu brako w piersiach. Ledwie zdoa wykaszla:

 Mademoiselle...

Staa przed nim blada, zbielaa jak nieg. Jej oczy, co wasny swj blask miay jak soce, tkwiy w jego twarzy. Dray usta. Nie mwic sowa zoya mu ukon panieski, dyg salonowy. Odwrcia si i odesza wolno w gb pokoju. Znika za drzwiami. On szed za ni o kilka krokw, niewiadom tego, co si z nim dzieje. By w owej chwili nie jak czowiek, lecz jak bezcielesne podanie widoku piknoci. Szed nic wiedzc o tym, e idzie.

Dowiadcza bogiego olnienia, ze si oddala w zawiaty za dusz swoj, ktra go wiedzie w bogosawione dziedziny. Byo szczcie dotykalne, ywe, cae w kadym z tych jego krokw. Znika ju, a on j jeszcze widzia przed sob oddalajc si szeregiem ruchw, ktrych piknoci pami nie moe w sobie zamkn, oko nie moe zmieci w swym polu, a sowo nie jest zdolne wyrazi. Kada z chwil, upywajca midzy jednym jej poruszeniem a drugim, trwaa jeszcze, jako wcielenie najwyszej rozkoszy. Pikna doncella nie obrcia si wchodzc we drzwi napotkane. Zostawia je otworem.

Zapomnia, e broni nie ma w rku, e karabin zostawi w pokoju szeciu ujarzmionych dam. Raz spojrzy, dokd te posza. Raz rzuci okiem. Moe jeszcze zalni przed nim te oczy wieczne, oczy ywota...

Wszed we drzwi i postpi kilka jeszcze krokw. Nagle zdao mu si, e mdleje, e straci przytomno. Zamio mu si w oczach. Usysza za sob oskot drzwi zatrzanitych. Palce-szpony, palce-pazury wpiy si w jego gardziel. Ze dwadziecia rk czepio si ramion, ng, bioder, kolan. Podbito mu nogi, chwycono go za konierz i akselbanty. Szarpnity niespodziewanie, straci rwnowag i run na wznak jak dugi.

Z nim razem zwalia si na ziemi i przydusia go kupa starych i podstarzaych bab, wyrzucona za drzwi. Zdradziecko go napady. Lea teraz pod istn stert zwalisk, usiujc przez chwil zapa cay oddech i pierwsz z brzega myl. Tymczasem wszystkie te wysche apy, kociste, poskrzywiane knykcie wbijay si we jak gwodzie, jak haki stalowe, szarpay go jak obcgi.

Nic to innego, tylko odwet za tamte damy...  myla sobie ociale, trzsc si ze miechu.  Ale, matrony... Nie jestem w stanie...

Pantofle zatupotay... Baby-truposze szepc, jedna przez drug, szepc, szepc... Jeden wyraz jaki syczy, wiszcze, rzegocze w ich sprchniaych zbach. Coraz natarczywiej, prdzej, namitniej bekoc to sowo...

Sprbowa poruszy si z jednego boku, z drugiego... Ani mowy! Rce rozkrzyowane i, zda si, bretnalami do ziemi przybite. Kad z nich dziesi ciotek trzyma ze wszech si.

 Jak to?  pocz mamrota do nich po polsku  wic ja jeden... Mame da zadosyuczynienie, o sympatyczne staruszki... Biada mi!

Zgromadzi w sobie siy, dugo nabiera pene puca tchu, a wreszcie porwa si z miejsca. Ruszy z posad kopiec babski. Kilka spado z wierzchoka. Poczy jeszcze zacieklej biega, szepta i znowu ka si na wierzch stosu. Nagle jaka straszliwa apa, sucha, z elaznymi stawami, ktre kuy jak trzpienie, chwycia go za gardziel. Wymacaa krta i zdusia. Paty krwi zaopotay mu w renicach, a ogie buchn w czerep. Ostatnim wysikiem zgi kark, hukn naprzd gow dla zapania tchu i trafi zbami na yy i cigna tej apy, co go dusia. Chwyci z caej siy i ci szczkami. Szarpn. Rozleg si krzyk. apa pucia. Wtedy co tchu w piersi zacz woa:

 Ratunku! Na pomoc! Na pomoc!

Dokoa jego piersi, gowy, szyi  ruch rk, szepty, gwar. Szarpi go, siepi, dr pazurami. Co sobie wzajem z rki do rki podaj, jedna drugiej z chargotem wydziera.

Zobaczy sztylet. Chwila ciszy. Sapi na nim wszystkie ze wistem. Oto jaka jedna rka sunie si od dou po jego piersiach. Szuka, medytuje... Wstrzymaa si nad sercem.

Ostrze skierowane wpiera si z lekka w mundur badajc pulsujce ttno. Rozwar przeraone oczy... Krew lodem si cina. Cudowne nad nim oczy... renica patrzy w renic. Potwarte usta ciko, miertelnie dysz. Teraz j dopiero pozna... Ona to na nim ley?

 Jake ci kocham...  szepn chwytajc dech w piersi. W tej samej chwili, nie mylc o niczym, udwign gow, wyty wszystkie siy i przysun usta do gorejcych warg. Sztylet w rku cudnej dziewczyny zachwia si, zakoysa, zawaha. Cedro szarpn w owej chwili praw rk. Wydar j z pazurw babskich, wywlk palce spomidzy rub i hakw, zgi okie nadmiernym wysikiem i do przycign ku sobie. Chwil gotowa cios. Zada go z dou we wszystek pokad babskiego prchna, ktre na nim leao. Za chwil wsun do midzy swe ciao i ciao dziewczyny, eby jej z rki wydrze niebezpieczny sztylet. Ale nie sztylet napotkaa rka. Zapomnia o mierci wiszcej, o nou na sercu. Cudna Aragonka rzucia si do gry najgwatowniejszym z ruchw dziewiczych. Jaka inna, dowiadczesza do porwaa w teje chwili rkoje puginau.

Ale oto rozleg si trzask wywalonych drzwi. Tupot ng! Krzyk przeraliwy... W mgnieniu oka na dywany posadzki rzygna krew. Woltyerowie wpadali kolej. Widzc towarzysza na ziemi i sdzc, e jest zamordowany, nie przepuszczali babom. By si dugo nie bawi, chwytali stare wiedmy, nim zdoay wsta z ziemi, jedn po drugiej we dwu za eb, za nogi wprost z progu drzwi ciskali za porcz balkonu na podwrze, z drugiego pitra.

Cedro lea do jeszcze dugo. Nareszcie dwign si z ziemi jak ciko pijany. We bie mu si mcio, w renicach biegay pomyki. Z mozoem zbiera si, prostowa, wyciga rce, kad czapk. Skoro stan na nogach i rozejrza si wokoo, co tchu pobieg po karabin, ktry by w ssiednich pokojach zostawi. Wracajc z broni w rku do towarzyszw ujrza liczn swoj panienk w raku jednego z piechurw.

Zbliy si wraz do tego wiarusa o krok i rzek z caej duszy:  Bracie, zaklinam ci  pu j!

Tamten ani myla puszcza. Mrugn tylko chytrze na kolegw, eby uana odcignli i zabrali ze sob. Ale Cedro pooy mu rk na ramieniu i rzek prosto w lepie:

 Mwi do ciebie drugi raz  pu j!

 A eby wiedzia, ty czapo, e nie puszcz! eby wiedzia! "Bracie, zaklinam ci..." Komediant z teatru... Miae czas... A teraz moja kolejka! Krzos, we ino na bok tego draba!

Cedro wyrwa zza pasa pistolet i w mgnieniu oka postawi mu luf midzy oczyma, mwic od jednego tchu:

 No!

 To ja ciebie, lepego, od haniebnej mierci wybawi, babw za ciebie ze sze sztuk bagnetem rozdar, a ty mi dzieuchy bronisz.!

 Broni!

 Chyba ja w puku jednego kamrata nie mam, jeli ty dzisiejszego wieczora doczekasz....

 Pucisz, psubracie?!

 Chybaby na wiecie adnej sprawiedliwoci nie byo, eby tobie to na sucho uszo! A i c wy, koledzy?

Hiszpanka wylizna si z rk woltyera. Czepiajc si drcymi domi sprztw, okien, drzwi, sza dokd. Piechury spojrzay po sobie strasznymi oczyma. Milczeli.

 To ju chyba chodmy...  rzek wreszcie jeden.

 Chodmy...  rzek drugi.

Krzysztof obciga na sobie kurtk i zabiera si do wyjcia.

 Suchaj no, panie jedziec, a tobie z nami wara! Ty idziesz z tela osobno...

 Osobno, osobno...

 No, eby za... My s piechota, a ty co tu robisz

 Dobrze, dobrze...

 Za rabunkiem z karabinem piechotnym chadzasz po domach? Rycerz!

 Id z rozkazu, jako i wy.

 Czego chcesz z nami azi?

 Takiemu, co sam bez komendy azi  kula w eb.

 A bo i pewnie: kula w eb!  wrzasn drugi.

 To strzelaj, gaganie!  zawoa Cedro.

 No, eby tylko drugi raz nie komenderowa...

 Chodmy, koledzy.

 A tobie wara z nami!

 Mje, kawaler...

 Jedziec!

 Francuski pudel!

 Galant!

 Hrabia!

 Tkliwy kokiet!

 Czekaj, szepnie si midzy lansjery, jak ci to stuletnie baby na pododze koziorem gay po ebrach, a ty im radeczki da nie mg...

 Byyby ci adnie oporzdziy, eby nie ja...

 Kto wie, co one z nim zrobiy?

 Trzech groszy bym nie da...

 Cha, cha... jak mam kocham!...

 Jake on teraz, towarzysze, przed obliczem swej bogdanki stanie?

 Konik polny...

 A jakiego to tonu ze siebie doby, syszelicie?

Ruszyli w t stron, skd przyszli. Cedro rzeczywicie nie myla i z nimi. Siad we framudze okna i bezmylnie patrza na stygnce trupy starych niewiast, na kaue krwi i poamane sprzty.

Zdawao mu si, e rozwaa w tej chwili, co czyni dalej. W gruncie rzeczy drzema, by w stanie p snu, p jawy. Widzia i sysza coraz niedokadniej... Zbudzi go oskot. Pkay gdzie daleko drzwi, waliy si stoy i szafy Zatarasowujce. Woltyerowie szli nazad z popiechem, woajc do Krzysztofa:

 Tum na nas idzie!

 Wyamay drzwi na dole!

 Banda!

 Id...

Pobiegli wszyscy na w balkon okalajcy podwrze. Obszedszy go do poowy, z drugiej strony dziedzica napotkali schody szersze od tych, ktrymi wdarli si do tego domu. Zaczli ostronie, baczc na wszystko, schodzi tamtdy w d. Gdy zstpili na wysoko pierwszego pitra i przechylili si przez balustrad schodw, ujrzeli wsk sie sklepion. W kocu tej sieni byy kute drzwi zamknite na sztab i zabarykadowane na gucho workami weny, watuchami piasku, kamieniami, elastwem i wszelkim rupieciem. Z tamtej strony, za t bram, wrzaa bitwa. Suchali chwil w milczeniu jej obkanych odgosw... Zrozumieli, e te drzwi prowadz wprost na ulic Engracia. Co tchu zaczli odkada na bok kamienie, odciga worki za zawitki, odwala graty. Ju mieli oderwa elazn sztab i rozewrze bram, kiedy Krzos rzek szeptem:

 No, wiecie, chopcy, e teraz albo nasza naga mier, albo nasza gona chwaa! To wam trza wiedzie, e za tymi drzwiami jest gwna sia Spaniolw. Tak miarkuj, e wyjdziemy w sam rodeczek, midzy dwie barykady... Ale ju nie ma nam kaj i. Za nami id i za moment tu bd. A jak zobacz, jakiego to my im ta piwa nawarzyli, co my zrobili jeich ciociom, a jakie kuku kuzynkom...

 Odwala!

 Czekajcie, czekajcie, jeszcze moment!  zawoa Cedro zstpujc za nimi z gry.

Gdy szed po schodach ostatni i z dala od grupy, zobaczy na prawej rce niewielkie drzwi, prowadzce do izby na pitrze. Otworzy je i co tchu przywoa towarzyszw.

 Czego targ?  woali.

 O co mu idzie?

 Jucha, Scypion Afrykaski Modszy...

 Std dopiero bdziecie mogli pray!...  woa Krzysztof.

 Co ty tam moesz wiedzie, skd pray...

 Blondyn!...

Pobiegli jednak ku niemu. W niewielkim pokoju, do ktrego weszli, znaleli kilkunastu zabitych onierzy hiszpaskich. Leeli na ziemi i na sprztach. Znoszono tu, wida, z ulicy i rzucano w popochu ciko rannych w bitwie ulicznej, a potem w zapale walki zapomniano o nich. Leeli, rzuceni na wznak i na twarz. Pezali, wida, w przedmiertnej agonii na wsze strony jak snce raki, a wreszcie wygali kolejno w dusznej, kamiennej izbie. Teraz, po wypuszczeniu z siebie kau skrzepej krwi, spali bladzi ze straszliwym natchnieniem w zwiedzionych brwiach, w rozwartych ustach, z ktrych krzyk zemsty jeszcze zdawa si lecie... Jednemu wywalio si z nozdrzy rozbitego nosa tyle krwi, e z niej powstaa na ustach i brodzie skorupa nikiej larwa opuszczona z zadumanego czua, z oczu we zach. Drugi mia gow rozwalon czerepem granatu, a usta skrzywione takim blem, e widok ich dwiga z piersi przemoc westchnienie.

Woltyerowie odgarnli ich z drogi uderzeniem ng i przedarli si do dwu wskich okien, zasonionych ud wewntrz drewnianymi okiennicami. Okna te, ze dworu opatrzone w elazne kosze ze sztab kutych ozdobnie, wychodziy na ulic Engracia, w miejscu jeszcze nic zdobytym przez nastpujce szeregi. Tu w ulicy bya barykada, na ktrej walczya banda obrocw. Naprzeciwko wznosiy si mury klasztoru Panien Jerozolimskich. Za tymi gmachami, ktre tworzyy ca dzielnic, prawie kwadrat opasany czterema przecznicami, wida byo przeliczne ogrody klasztoru, pene ciennikw cyprysowych, czarnych mirtowych kwadratw, podobnych z oddalenia do tkaniny przecudnej z bezcennego aksamitu, pene rozpierzchych palm i magnoliowych alei. W gbi czerniay budynki gospodarskie i sam konwent, frontem zwrcony do poprzecznej uliczki.

Od strony gwnej arterii Engracia wznosi si pospny czarny koci z wynios wici. Z tej to wiey waliy w szturmujcych Francuzw mae armatki, paday rczne granaty, spaday cegy i laa si wrzca woda.

Woltyerowie nabili starannie bron, zawarli za sob drzwi. Raptem, otwarszy obadwa okna, wydali gromki okrzyk.

Zarazem wytknwszy lufy karabinw zaczli strzela w Hiszpanw jak do celu, niechybnie. Dostrzeono ich zaraz na wiey Panien Jerozolimskich, na barykadzie i w szeregach francusko-polskich. Wzmg si atak. Zaczy koo gw trzaska kule i rypa kamienne obramowania okien. Jedna z nich trafia onierza Zieliskiego w skro. Run na wznak, trzepn rkoma. Gwatownie, przez kilka chwil, nogi jego kopay mur. Potem westchn i ucich.

Cedro nie mia dostpu do okna. Zacz chodzi midzy trupami nie unikajc bynajmniej ich widoku, ale ich prawie nie dostrzegajc. By ju obojtny na barw krwi, ksztat rany i obraz mierci. Zadawa sobie wci pewne pytania. Nieprzezwyciona nuda wleka si za nim, upltywaa stopy, jak, kajdany ciskaa rce.

Zadawa sobie pytanie, gdzie te jest w danej chwili doncella? W ktrym jest miejscu? Nie marzy wcale o tym, eby do niej mwi: ani u tym, eby j widzie... Tylko t posi wiadomo, e jest. Nie zdajc sobie wcale z tego sprawy cign chceniem do tego tylko, aeby wszystko raz skoczy, aeby nareszcie do licha usn. Run na twarz midzy takich oto  i spoczywa na wieki wieczne. Przeczuwa przecie, e si w pamici pud elaznym jej wiekiem pal wszystkie widziane sprawy, e si bez przerwy w mikkich zwojach mzgu, jakby pod nieubaganym rylcem sztycharza w twardej miedzi, obi wszystkie obrazy. Tyle tylko szczcia, e nie ma czasu, wic ich nie widno. Pa na twarz zgni jako i ci, ktrzy le. Zgni tak, eby razem zgasy i wygniy yjce potajemnie, zdradzieckie myli, myli tchrzliwe i zrozpaczone, nie onierskie, lecz zaiste babskie. dziewczyskie, chopice. Moe by usta w chytrze niemy kierat mzgu! Czemu nie pchna wtedy sztyletem do dna, do gruntu, po rkojeci poprzecznic? Czemu nie pchna i nie zabia po msku jako on starego ksidza? eby guchoniema podoga zmuszona bya odda gos: -Dokonae!

Wzdrygn si i rozejrza.

 Ach, umrze trzymajc w ramionach t siostr duszy swej, drc i kruch jak ty motyl w rubaszn gar zapany! Umrze przy tak czujnym sercu nie uczyniwszy mu krzywdy... Czu jedn mod dusz, pomieniste arzewie ycia we dwu innych ciaach... Pchn wasn dusz, umierajc, w te usta... Czemu ci si, siostro, zatrzsa mikka rczyna?...  mamrota gono, saniajc si ze szlochaniem wewntrznym z kta w kt, z kta w kt...

 Trzymaj, te  uan!  wrzasn mu nad uchem woltyer.

 Czego?

 Pjd ja patrze, co si dzieje od onego podwrza, bo nas tu zejd i wydusz jak gniazdo myszw. A pal celnie, bo ostatnie adunki nami wychodz.

Krzysztof chwyci z jego rk nabity karabin i z furi zacz strzela w tum. Dao mu to zapomnienie o chwilach poprzednich. Gow mia pen piachu i dymu, w ustach smak jakby centurii. Odrobina, ochap gupiej umiejtnoci, jak bro nabija, jak si skada, celowa i cign za cyngiel, stanowia wszystek jego rozum. Mierzy celnie i nad wyraz skutecznie.

Tymczasem woltyer Krzos wysun si na schody i znik w ich mroku. Cedro nie da jeszcze piciu strzaw, kiedy tamten wlecia na palcach z wiadomoci, e na podwrzu stoj Hiszpany.

 Na dole...  mwi chwytajc karabin zabitego towarzysza.

 Lemy!

Wyszli wszyscy na paluszkach i wrcili na balkon drugiego pitra. W istocie, na dnie podwrza kapay abarki, drewniane trepy aragoskie. Kryo tam kilku mczyzn z karabinkami w rku. Ogldali z krzykiem trupy kobiet wyrzucone za porcz grnego balkonu. Natychmiast trzech z nich lego na tym miejscu od celnych strzaw polskich, reszta w milczeniu pdzia na gr. Sycha byo oskot drewnianych postow po schodach. Ukazali si we drzwiach na balkonie drugiego pitra w swych krwawych szmatach na rozczochranych bach. W skok, tygrysimi susami, oblecieli drewniany balkon drugiego pitra. Wyjc i gwidc gnali ku woltyerom. We drzwiach na gwne schody zawrzao. Bratobjczo, pier w pier si zwarli. Odpady karabiny. Nag garci! Cedro ujrza bysk sztyletu toledaskiego. W tej samej chwili Krzos pad jak raony gromem. Tyem gowy wyrzn w kamienny prg i nie drgn ani razu.

Hiszpanw byo trzech. Zginli prdzej, ni tu przybiegli. Dwaj wyrzuceni zostali za porcz tak samo jak ich rodaczki, a trzeci, zmiadony ciosami karabina w eb, zmieni si po upywie kilku chwil w kup krwawego misa. Wiarusw byo teraz tylko piciu. adunkw ju nie mieli. Na podwrze wchodzili Hiszpanie.

 No, teraz, bracia, nie ma co!

 Do dziea!

 Drzwi na ocie!

Wielkimi krokami, z pieni na ustach rozszala zeszli na d. Poprawili na sobie adownice, pasy, lederwerki. Przekrzywili czapy. Mocno pod brod zczyli podpinki. Jeden drugiemu wyprostowa czarn kit na czapce.

 Uan! chod we rodek.

 Dajcie mi pokj! ja id osobno, sam!

 Chod we rodek! Ja ci kazuj, ja tu teraz wdz!  rzek pierwszy z brzegu.

 Karabina niezwyczajny i jeszcze, widzisz go, sam!

 Bro do ataku!

 Marsz!

Zerwali ze drzwi wejciowych od ulicy Engracia elazn sztab. Dwika jak miecz katowski elazna sztaba padajc na kamienie. Z trzaskiem rozwarli podwoje.

 Niech yje Cesarz!  wrzasnli jak jeden, elaznym krokiem wychodzc w ludzki tum.

 Na bagnety!

Padli w obrocw barykady i rozwalili tuszcz jak pkajca bomba. Gdy te rabaty zajaniay na tyach barykady, wrzask rozpaczy rozleg si na niej. Dosigli pierwszych workw i sprztw, tworzcych stopnie ulicznego szaca. W skokach, wrd piorunowych czynw bagnety i kolby, wstpowali na gr. Chyo przysiadajc, skaczc, kolc naprzd i w ty, w gr i na d, mycem i .sztychem czynili sobie ulic. Teraz kady walczy za siebie i za wszystkich piciu, i za cae wojsko.

Nim Hiszpanie zdyli zliczy ich, wtargnli przemoc na wierzchoek pozycji. Strcali stamtd obrocw lecc w podskokach, grzbietem szaca, po koach i oach armat jak ty piorun po zrbach ska. Krzyk podjudzonego mstwa na ich widok buchn z kolumn szturmujcych. Bataliony nadwilaskie ujrzawszy swoich u mety rzuciy si na barykad i wpady na ni wrd zapasw, tratujc wrogw na mier. Tysic luf nabili tymczasem Hiszpanie i tysic zmruonych oczu mierzyo we by tych piciu. Run te na twarz jeden, zachysn si krwi i rzygn ni w biegu drugi, przyklk trzeci jak kos podcity. Cedro, zimnym strachem gnany, z urwan poow czapki, skrwawiony w dziesiciu miejscach od kontuzji, lepy od prochu i uniesienia, zazi z barykady wielkimi kroki po worach, trupach, gratach, razem ju ze zdobywcami. Pie koo niego straszliwa... Widziaa go bya na czubie niezdobytej poprzecznicy caa kolumna, Lacoste i Chopicki... Wskazywali go szpadami, prc, gniotc i gonic Hiszpanw ku nastpnej baterii u wylotu ulicy Engracia, gdzie si ju zaczyna biay od soca, wyduony plac Cosso.

W miejscu zdobytym ulica Engracia stanowia wsk szczelin. Z prawej strony wznosiy si mury szpitala, z lewej olbrzymie czarne mury klasztoru franciszkanw. Wiea zdawaa si zwisa nad ciemnym przesmykiem. Zastp hiszpaski, ktry broni barykady, nie cofn si jeszcze w to przejcie, lecz podzielony na dwa oddziay, zaj w mgnieniu oka klasztory Panien Jerozolimskich i franciszkaski. Cedro wraz z tumem towarzyszw uderzy na pierwszy z tych konwentw. Furty i bramy byy zawalone, ale je wnet wyamano. Hiszpanie zostali wytpieni bagnetem u wejcia do kocioa, w jego kruchtach i nawach, w przedsionku i korytarzach klasztornych. Gdy Krzysztof wszed do gwnego budynku, ktry stanowi mieszkanie zakonnic, ju te miejsca byy zupenie opanowane. Dugie, niezmierne, krte korytarze, skd na prawo i na lewo wchodzio si do cel, byy zupenie ju puste. Panowaa tam ciemno i nieprzyjemna cisza. oskot kroku rozbija si jak gdyby w studni. Krzysztof by miertelnie strudzony.

Za jak bd cen pragn zasn przynajmniej na moment czasu. Myla wanie, eby w jednym z tych lochw pooy si pod murem i udawa zabitego, gdy wtem o par krokw od siebie, na zaamaniu przejcia na wysze pitro usysza okrzyk:

 Qui vive?

Da haso. Z gbokiego mroku pod wiato pokrgego okna ze starych przepalonych szyb wyszed oficer z obnaon szpad. Cedru pochyli si ku niemu i pozna go od razu.

Ach, to znowu ten jaki Wyganowski... Kuzyn...  myla z niesmakiem.

Kapitan przypatrywa mu si z umieszkiem ironii, oglda go od stp do gowy. Rzek wreszcie:

 Widziaem wapana na barykadzie.

 Bardzo by moe.

 Brawo!

 Znalazem si tam przypadkiem, waciwie wbrew woli.

 Coraz lepiej.

 Zginli ci. ktrzy j zdobyli. Chwaa im wieczna! Oni to mi wcignli...

 Co do chway... No tak. Skromno godna zazdroci! Ale mwi goniej od sw, napisw na papierze, pergaminie i, dajmy na to, piaskowcu  te chlubne czerwone plamy na portkach i butach. Odznaczasz si wapan, moci Cedru, niepomau. Bijesz Celtyberw a trzeszczy. Daj tylko jeszcze na tysic mszy u mnichw w Burgos, i bdzie z ciebie Cyd jak sto tysicy diabw! Podobasz mi si.

 Tak, zamordowaem dzisiaj niejednego czowieka...  rzek Krzysztof, tpo patrzc mu w ywe oczy.

 Bardzo piknie, modziecze.

 Szczeglnie jeden, ktrego zatukem wasnymi rkoma.

 Cha, cha... Od tego jest wojna, eby kady prawdziwy czowiek mia sposobno mordowania wrogw ile dusza zapragnie. Nie minie ci nagroda, ja w tym. Strze si tylko losu Hamilkara pod Saguntem, bo i to si na wojnie przytrafia.

Cedro grubiasko milcza.

 Czemu dalej nie odznaczasz si na arenie walki? Strze si jak mierci wypuszczenia raz z rki gazi wawrzynu! Inny j schwyci, a sawa nie czeka na opieszaych. Musisz jej w biegu dotrzymywa kroku. Czy moe do kokoszek? Co? Powiedz szczerze... onierz onierza rozumie jak baletnica baletnic. Jest tu, powiem ci na ucho, mniszeczek wybr arcygodny. S tak apetyczne, e klkaj kto yje! Bo to, widzisz, ascetki. Zakaz miertelny, marzenie i tsknota... rozumiesz mi? Panny Jerozolimskie... Widziaem na wasne oczy. Chod no, poka ci cay bukiet. Wybierzesz, co ci serce podyktuje. Jedna tylko przykro: blondynki ani jednej. No, eby na lekarstwo!

Wstpowali po schodach z paskich i ogromnych pyt. Szli dugo korytarzem zupenie ciemnym po drewnianej pododze, zawrcili w drugi. Doszed do uszu Krzysztofa gwatowny oskot bbna, bijcy w nie znany mu takt. Wkrtce stanli przed dbowymi drzwiami wielkiego refektarza. Tu stao kilku grenadierw na warcie. Otwarli drzwi przed kapitanem miejc si szelmowsko. Wyganowski wszed pierwszy torujc uanowi drog. Gdy si przez tum, tworzcy koo, naprzd przedarli, Krzysztof zobaczy kilkadziesit nagich kobiet, taczcych do taktu walenia pogrzebaczem w mosine rondle i miednice. Pod razami kolby i bagneta skakay dosy sprawnie.

 Mniszeczki...  szepn Wyganowski mlaszczc ustami.  Nie wszystkie, ale przewana wikszo. Nie powiem, eby to im nie sprawiao przykroci, i w danej chwili nie potrzebuj habitw, ale z drugiej strony nie widz w nich miesznego uporu dziewic numantyskich. Wprawdzie s wyjtki, ale o tym pniej...

W oczach jego, gdy to mwi, siedziao ponure szyderstwo. Dolna szczka bya wysadzona naprzd, a nozdrza drgay.

 Zostaniesz tu wapan zapewne?  rzek pieszczotliwie, zagldajc Krzysztofowi w oczy.  Bo ja, uwaasz, jestem na subie: komenderuj, sit venia verbo, tym... klasztorem. Chciaem powiedzie inny wyraz, ale boj si obrazi twe ucho.

 Nie zostan tutaj  rzek Cedro z przesadn wyniosoci.

 Czy podobna?  Ale c za przyczyna, jeeli godzien jestem?...

 Pragnbym przespa si, panie kapitanie.

 Przespa... tak uroczysto! Oh, 'est triste...

 Ju bardzo dawno nie spaem.

 Ale to doprawdy rzecz smutna... Wic pij wapan!

 Czy mog tu gdziekolwiek, na korytarzu?

 Moesz.

Cedro odda mu ukon wojskowy.

 Czekaj, przeprowadz ci i dam miejsce. Syszae, e jestem tutaj z polecenia zdobywcw komendantem klasztoru i jego okolic, korytarzw, cel, refektarza.

Wyszli z hucznej sali i wlekli si ociaymi kroki starcw zgrzybiaych po tych samych paskich schodach.

Znowu si ciemny nastrczy korytarz.

 Tu s cele...  rzek Wyganowski.  Mgby w ktrejkolwiek spocz wygodnie, gdyby nie to, e s chwilowo zajte. Mniszki goszcz u siebie nieznajomych rycerzy. Dawno im si to nie zdarzao na tym padole.

 S to onierze pana kapitana?  spyta Krzysztof.

 S moi, s Francuzi.

 Gdyby to ode mnie zaleao...  pocz z trudem bekota Cedro dyszc i nie mogc sw znale  gdybym to ja... Kazabym strzela we by tym gaganom, kazabym!... Na miy Bg... przecie to... wiesza jak kundlw!

 Mw, modziecze, mw miao. Zwrc jednak na jeden szczeg tw uwag: to jest, prosz ci, wojna, nie manewry na Placu Marsowym, pod okiem narzeczonej w bkitnej przepasce. Jeste, pochlebiam sobie, pierwszy raz przy zdobyciu miasta...

 Tak.

 Wanie i ja tak przypuszczaem...

 Z czego to mona przypuszcza?  zapyta Cedro wyniole i z lodowatym umiechem na ustach.

 Przeyem ju wiele szturmw forsownych, cho nigdy, wyznam, podobnie wariackiego. Bo to ani w kampaniach woskich od samego pocztku, ani w austriackich pochodach. Mog ci na podstawie dugoletniej praktyki zapewni, e gwacenie masowe przypiesza kapitulacj daleko bardziej skutecznie ni bombardowanie dziaobitniami, a ma zarazem t dobr stron, e oszczdza wiele ywotw ludzkich obudwu stronom walczcym. Wytrca or z rki cichaczem a nieodwoalnie ojcom, mom, braciom i narzeczonym, kryje onierzy przed kartaczami, a zapewnia kapitulacj. Przy tym, c chcesz? Tym, ktrzy id na niewtpliwe mary, na pod mier oniersk w rynsztoku, na gnojowisku, w piwnicach i wsplnych doach, co si, u pioruna, za to naley od tych, ktrzy yj! Naley im si ta chwila przed mierci... Tote wol, gdy tu moje Maki s po celach, ni eby ich dary kartacze, a oni sami mordowali bez pardonu. Rcz ci, e nastopny dom podda si nam dobrowolnie, gdy wie gruchnie midzy jego dziewoje, comy to tutaj czynili. Ale najwaniejsze to to, e znaczna cz ofiar przyja t kar Bosk z pokor i poddaniem si, rzekbym nawet, e chtnym a ochotnym sercem...

Cedro ju prawie spa, ramieniem wsparty o mur. Ledwie sysza, co prawi wymowny oficer. Tymczasem tamten stan przed cel bez drzwi, zajrza do rodka i pocign towarzysza za rkaw. Mwi zmienionym gosem:

 A tu mam co specjalnie dla twego serduszka. Wejd no! Chod no, chod!

Odsun drzwi wyrwane z muru wraz z zawiasami, przystawione do wejcia. Wkroczyli do malekiej celki, do niskiej jakoby krypty z ceglan podog. Na wskim tapczaniku leaa moda zakonnica. Rce jej byy zoone pobonie na piersiach, do z doni, jak to wyobraali redniowieczni rzebiarze na pomnikach zgasych krlewien. Gowa okryta bya kornetem. Habit na ciele potargany w strzpy, szmaty... Ale jego achmanami kto tak starannie okry ciao, e nago nie przewiecaa nigdzie. Wyganowski zbliy si do picej z potwornie bolesnym umiechem, nachyli si nad ni i rzek do Cedry:

 Patrz!

Podnis lew rk umarej. Krzysztof nachyli si... Zobaczy rkoje sztyletu, tkwic pod piersi dziewicz midzy ebrami. Bujna fala krwi oblaa t rkoje. dokoa niej skrzepa i czarn law zastyga.

Ciao ju byo zimnym truchem, nogi i rce ju zesztywniay, ale twarz spokojowi grobu i wadaniu mierci jeszcze si nie poddaa. Jeszcze wszystka naleaa do ziemi. Jeszcze spomidzy zwartych brwi, ze straszliwego skrzywienia ust ziony dwa pomienic: duma i bole. Wyganowski zoy ze czci ostyg rk na dawnym miejscu. Splt palce lewej doni umarej z palcami prawej. Czynu to pobienie, ze spokojem i ostronoci, jak gdyby wykonywa przepis obrzdku. Usta jego byy skrzywione zupenie tak samo jak u zakonnicy...

Po chwili wyprostowa si, odstpi dwa kroki w ty, stan w pozycji, wydoby szpad i sprezentowa przed umar bro. Wyszli stamtd.

Wyganowski maszerowa przed siebie duymi krokami mwic prdko i obojtnie:

 Napadli j w piciu czy w szeciu. Tam, w tamtym zaamaniu korytarza. Widziaem...

 Nie obronie, co?  cisn mu Cedro w twarz sowo jak rkawic.

Tamten zaprzeczy ruchem gowy. Rzek po chwili:

 Ucieka do swej celki. Zatrzasna drzwi. Do dugo je wywaali... Nareszcie wyrwali zawiasy wraz z odrzwiami. Rzucili si na ni i zdarli suknie. Alici naga przeszkoda... Do diaska! Cha, cha  pod liczn piersi naga przeszkoda! Wszystko przezwycione z wyjtkiem tego jednego drobiazgu! Zupenie jak Zaragoza: ju zdobyta, ju wzita, ju na niej yka. "Teraz ci, krzyczymy, niewolnico, poyjem!" Cha, cha... Naci! Cha, cha... Naci  trupa. Szargaj go, pody lisie, i poywaj na zdrowie!

Stan wrd korytarza, sam blady jak trup, i szepta w zapamitaniu:

 O zakonnico, zakonnico! Gdybym byt pierwszym wadc plemienia, ktre ci wydao, imieniem twoim nazwabym miasto, kraj mj, ziemi ca! Z osoby twej uczynibym herb narodu i piecz pastwa. Kazabym swoim armiom defilowa przed twoim trupem z rozwinitymi sztandarami...

Cedro, ktrego nudziy sowa tego oficera, patrza na niego sennymi, zgasymi oczyma i ledwie go w pmroku widzia.

 Czy mog si tu pooy?  rzek przerywajc potok szczodrobliwej wymowy kapitana.

Wyganowski ockn si i powid oczyma. Pchn rk drzwi na lewo i wszed do celki pustej zupenie i tak samo malekiej jak tamta, w ktrej leaa samobjczyni.

 Kad si, gnojku, i pij!...  rzek wskazujc tapczan.

 Pan kapitan nie ma w sobie, ile wnosi mog, nic z nieprzyjemnej twardoci Scypiona Afrykaskiego...  rzek Krzysztof z agodn ironi, zmierzajc do legowiska.

W tej samej chwili przypomnia sobie, e to jego kto dzi przezywa Scypionem Modszym.

Mia zamiar rzuci Wyganowskiemu prosto w nos inne przezwiska, jak: pudel, jedziec, blondyn  ale ju nie by pewny, czy rzeczywicie widzi przed sob kapitana, czy tylko o nim ni.

 Ja nie mam w sobie nic ze Scypiona adnego... Jestem proch i popi...

 To pij...  mrukn Cedro.

 Nie, ja tu sobie posiedz. Poczekam na ciebie. Obudz ci za kwadrans, gdy bd z moj kompani z tego domu wychodzi.

Krzysztof dopadszy gow posania w tej chwili zachrapa na cay klasztor. Zdawao mu si, e tylko co zamkn powieki, kiedy ju zaczto burzy we drzwi, koata kolbami i sowem wzywa kapitana Wyganowskiego do dziea. Cedro obudzi si tak samo nagle, jak zasn. Sucha przez chwil huku wystrzaw, wrzaskw bitewnych... Kapitan siedzia na krzele w tej samej pozycji, twarz do okna zwrcony. Zdawa si wcale nie sysze krzykw wzywajcych do boju. Zdj by czapk i jeszcze jej nie wdzia. Twarz jego teraz wydawaa si daleko mizerniejsz. By bardzo pikny.

Suche, kociste czoo, cigy nos, starannie utrzymany zarost mimo woli pocigny wzrok Krzysztofa. Nieruchome oczy kapitana zasane byy tumanem...

Cedro otrzsn si i wsta z tapczana silniejszy i zdrowy na duszy.

 Masz dosy?  spyta Wyganowski nie odwracajc gowy.

 Mam dosy.

 To idziemy.

 Jestem gotw.

Przed klasztorem, w jego zdeptanych wirydarzach stay kolumny, gotowe do dzie nowych. Rozwarto bram. Wojsko elaznym krokiem weszo w ulic Engracia.

Pod naronym z prawej strony budynkiem ujrzeli towarzyszw wywalajcych drzwi. Nikt nie wiedzia, co to za gmach. Bramy mia potne, zamczyste, okute, ze strasznymi ryglami, mury grube, kraty niezomne w oknach. Nowo przybyli z klasztoru wsparli oblegajcych potnym ramieniem. Przycignito jedn ze zdobytych armat, postawiono paszcz jej o kilkanacie krokw od wejciowych drzwi. Grzmotna kula we wrtnie, raz, drugi, trzeci. Kamienne obramowania wierzejw spkay si, wgiy do wewntrz i wywaliy wreszcie pospou z wrtniami. Szturmujcy rzucili si ciaem swym na pochylni wrt, wpezli przez grny otwr do ciemnego wntrza. Ujrzeli przed sob ogromn sie z szerokimi w gbi stopniami z marmuru. Poowa jego zawalona bya workami ziemi. Wcisnli si tam po jednemu i zaczli uprzta z drogi szykan. Nikt im w tej pracy nie przeszkadza wcale. Sdzili zrazu, e dom ten nie bdzie wcale broniony. Ale skoro wikszy tum woltyerw dosta si do przedsionka i postpi ku schodom, pady midzy nich rczne granatki rzucane zza balustrady schodw drugiego pitra, trzasny o krawdzie schodw bomby puszczone z wysoka. Przeraliwy ich bysk rozama pciemno, trzask czerepw rozbitych o nagie ciany zaguszy jki rozszarpanych. Huk wszystko pochon w siebie. Na biaych stopniach z kararyjskiego marmuru miotay si ciaa drgajce w spazmach miertelnych. Krew strug, jak psowy w wijc si po stopniach, w d spywaa.

Idcy ze dwom mieli w oczach ten widok. Wlecieli te zaraz na schody wciekym skokiem, sadzc przez rannych. Dopadli pitra. Tam ju na nich z dugiego korytarza czeka wysunity rzd luf. Huk strzaw, dym, byskajce w nim ognie... Korytarz pierwszego pitra zosta zdobyty. Zosta zdobyty, ale zapacono za niego drogo. onierze zasali schody i podog, ranni konali pod depccymi obcasami. W ciemnych ktach, we framugach zakratowanych okien ludzie dusili si rkoma, zarzynali noem. Nareszcie rozjuszeni napastnicy dosigli drzwi cel wychodzcych na prawo i lewo. Obrocy uciekli na drugie pitro. Sdzono, e to jest klasztor. Otwarto motami i wyamano za pomoc sztab elaza kilkadziesit cel. W mgnieniu oka wypadli na korytarz zamknici tam ludzie. Straszliwy wrzask napeni wntrze tego gmachu.

Jedni z wypuszczonych byli nadzy, inni mieli na rku kajdany, jeszcze inni odziani byli w gagany, przecierada, szmatki. Wszyscy mieli ogolone by.

Gdy Wyganowski z Cedr wchodzi na schody pierwszego pitra, ujrza przed sob w zwojach i kbach dymu prochowego dwu ludzi w gaganach, z biaymi czaszkami, ktrzy wzajem pochwycili si za garda i warli w siebie zbami. Runli wanie na ziemi. To jeden, to drugi by na wierzchu. Szarpali si paszczkami jak rozjuszone psy. Nagie ich rce, kolana, ldwie, brzuchy, opatki, ramiona, szyje latay, dygocc, z miejsca na miejsce. Wyrywali ze siebie nawzajem zbami yw krew, dusili si kolanami, darli ostrzem pazurw, sczepiali si razem tak straszliwie, e zdali si by jednym czowiekiem o dwu gowach, o wielu rkach i nogach. Podwajay si, potrajay, stokro mnoyy ciosy pici. Katowali si bijc czaszk w czaszk z chichotem zawzitoci. Dawa Si sysze trzask koci i rzenie, trzask i rzenie... Nareszcie jeden z nich zosta na wierzchu duej. Drugi charcza pod nim. Tylko jego gowa wci si jeszcze dwigaa, szyja prya do ciosu. Ale oprawca ju si nie da zdusi. Krwawa jego wcieko nie ustaa ani na chwil, nawet wwczas, gdy biaa, posiniaa czaszka zwycionego zwisa bezwadnie w kau krwi. Ssa jego broczce rany, podnosi powieki oczu i patrza w nie, zaglda do dna; czai si doni na kady z ostatnich oddechw i chwyta je w lot, kiedy jeszcze byy w tchawicy. Nareszcie wymierzy zabitemu ostatni policzek. Ostatni raz plun w bezwadne usta. Wsta. Powid dziwym misem swych oczu, piekem swego umiechu po szeregu zadumanych onierzy. Ujrza ich teraz. Zamia si, zaskowycza, zaka, zachichota... Dwign ramiona i jak radosny lew skocz  z gry w rodek tumu. Oficera, idcego w trzecim szeregu, chwyci za brod, onierza ssiedniego za gardziel i ryczc z uszczliwienia, z pian radoci w wyszczerzonych zbach, skona na bagnetach.

Z korytarza wypadli teraz jak wichrem pdzone licie taczcy, deklarnatorowie, piewacy, mwcy, zamyleni, obojtni, lepi z szau, podobizny psw czajcych si i podobizny drzew citych, ktre jakoby grzyb obojtnoci pors i zear, ludzie bez twarz;, a z rozszalaymi oczyma, inni z mordami, w ktrych nie ma oczu, przeraliwe chimery w ksztatach kobiet, okropne twory ze spojrzeniami wilkw i trytonw, z kajdanami na rku i w kaftanach zwizanych rkawami w tyle. Tum ten wyszed na onierzy i zagrodzi drog. Ryk zwierzt, gosy burzy, jk wiatru w puszczy lenej i pie zbieganego morza w nocy, na nowiu, krzyk najgbszej ptasiej boleci i miech szczcia, wydobyty z nicoci przez narzdzia muzyczne, pacz nad opustosza koysk i euforyczna pie duszy patrzcej w rozchylone niebiosa-wszystko to buchno w przychodniw z tego tumu. Ze rodka jego wyszed wielki starzec w krwawej pachcie, gow przerastajcy wszystkich, nagi, z olbrzymi na gowie wiech z jednej gazi cyprysa, z wycignionymi rkoma. Nie widzia nikogo. piewa rozpaczliwie jak pie guch, ktrej sowa giny doszcztnie w chaosie dymu, w huku strzaw i gosach konania. Zstpowa na d jak geniusz, wadca czy prorok ze swym krzykiem na ustach...

W tej samej chwili czarny, may, zwinny mapoczowiek, w zgrzebnych portcztach a bez koszuli, przelaz chykiem przez balustrad, mrugn na wszystkich i z rzegotem miechu takiej chytroci, takiego szczcia, jakby w tej chwili oszuka nareszcie rd ludzki, gwizdn przecigle i skoczy golon czaszk na d. Nim zdoano dojrze, jak si tam roztrzaska i rozprysn w krwaw fontann u drzwi wejciowych, ju inny zaj uwag idcych widzw. Oto czowiek muskularny i na pozr zupenie zdrowy, czajc si pod cian, dopad onierza, zabitego przed chwil, chwyci lew rk karabin i w mgnieniu oka rzuci si w kup obkanych. Pocz ich przebija piorunowymi ciosami, .miady kolb golone by. Na dany znak onierze wzili go na cel. Gdy zgin podarty kulami, roztrcili wariatw i pomknli na drugie pitro  w pocigu za zdrowymi. Byli na platformie zaamania si schodw z marmuru, kiedy z korytarza drugiego pitra da si sysze chr stokro bardziej ni na pierwszym ywy. onierze stanli.

Hiszpanie chcc widocznie midzy sob a zdobywcami utworzy now przeszkod, otwarli na drugim pitrze separatki obkanych kobiet. Ukaza si z czarnej czeluci skbiony wa potworw. Na przedzie sza megiera z siwymi i starganymi kudami ba, z wywalonymi na wierzch oczyma, z zakrzepym w gardzieli krzykiem na widok modych onierzy. Skrzywione palce jej kolawych rk lazy po murze. Bezzbna gba bya otwarta, wstrtne nagie piersi szybko dychay. Wa, toczcy si za ni, kipia. Szept w nim, klaskanie w rce, podrygi, renie, poszczekiwanie jakoby psie, kwik jakoby koby zhasanych w boniu, piew radoci, krzyk przeszywajcy, sto na raz sw. miech w tumie tym, miech, co wosy najea, straszniejszy ni widzenie mierci.

onierze zlkli si i umknli. Zajwszy pozycj obronn na pierwszym pitrze, czekali. Kobiety pezy na d chykiem, cichaczem. Jedne z nich wrzeszczc skoczyy jak hieny ku wyjciu ze szpitala, inne rzuciy si w korytarz pierwszego pitra. Odtrcone bagnetem przez onierski szyk, zayway rozkoszy z wariatami.

Kapitan Wyganowski skorzysta z chwili ustpienia tego hufca z grnych schodw, rzuci si powtrnie ze swoj kompani na gr. W korytarzu drugiego pitra straszliwa zawrzaa walka. Hiszpanie zamknli si w celkach kobiecych, w szawkach furiatek, dopiero co wypuszczonych na wolno. Przez okienka we drzwiach kutych i zaopatrzonych w zamki doskonae  razili napastnikw niechybnymi strzaami. Siedzieli jak w fortecy. onierze francuscy, ktrzy przyszli z dou na pomoc Polakom, z wciekoci bezsilnej, zdawao si, mur gry poczn zbami. Nadaremnie strzelali przez okienka we drzwiach: onierz hiszpaski kry si tu pode drzwiami. Nabija spokojnie karabin, wychyla luf i celowa niewidzialny. Przydwigano z dou elazne sztaby, legary, wyciory od armat, belki i drgi. Zaczto bi kolej w niezdobyte drzwi taranami. onierze przemienili si w oszalae katapulty. Drzwi jczay, szy w drzazgi i wiry, a pada zza nich nieubagany strza. Obleni Hiszpanie zdobyci zostali wreszcie jeden po drugim, ywcem. Wyrywano ich sobie i podawano z rk do rk. Wykuci zostali, zatuczeni kolbami, wytraceni w tych norach, co do nogi.

Trupy ich rozszarpano bagnetami, twarze zmiadono, piersi zamano obcasami. Wizani byli we wasne pasy za garda. Zaczepiano pasy u krat okiennych i duszono, tumem cignc za nogi w kierunku drzwi. Twardych w karku, opornych, dumnych, wrzeszczcych swoje: "Niech yje Ferdynand sidmy!"  dodawiano nagimi domi.

Reszta obrocw, trwoliwszej natury, przebiega bya bocznymi schodami na strychy szpitala. Tam podoono ogie. Kupy somy zapalono na schodach prowadzcych na poddasze. Kiedy ogie zacz si szerzy, reszta Hiszpanw wyskakiwaa z pomieni na bagnetu albo znalazo mier w ogniu.

Opanowawszy w ten sposb grn cz gmachu stumiono ogie i wojsko szo ku wyjciu. Wariatw i wariatki co posuszniejsze zganiano na kup, eby ich wypdzi z miasta i zamkn w gmachach Monte Torrero. w tum rozpierzcha si na wsze strony. Jedni nie chcieli opuszcza swych szawek, inni walczyli z onierzami jak najlepsi, najmniejsi onierze. Potworna walka z wciekymi babami do rozpaczy doprowadzia eskortujcych onierzy. Wrd tego zgieku, wrd potwornych scen, wrd mordw i bezecestw, miedzy rozszala tuszcz przesuwa si Cedro zstpujc ze Schodw. Stan wreszcie u drzwi na dole i spojrza w gr. Szuka oczyma kapitana Wyganowskicgo.

W owej chwili za band mczyzn i kobiet pdzonych bagnetem szed wysoki czowiek w ogromnym wiecu z cyprysowej gazi. Oczy jego, wzniesione do gry, i teraz nie widziay nic zgoa. Ani jednego zjawiska... Bose nogi brodziy do kostek we krwi skrzepej na schodach, lizgajc si deptay ciaa zabite i zimne. Goe rce spod pachty krwi utuszczonej wycigay si do gry. W twarzy okrutnej i tak dalekiej od ludzkiego wyrazu, jak dalek jest fizjonomia kamienia, w straszliwej, zimnej masce odbijaa si tylko jedna jedyna, niezmierna, wewntrzna dza. Krzywda obia j! latami, a tak pracowicie, jak bezsenna praca wulkanu urabia form krateru. opiewa, a raczej wzywa z gbi ducha, ze wszechwadzy serca, z caej piersi woa w przestwr sowami psalmu:

"Quis dabit mihi pennas, sicut columbae?... Et volabo et requiescam..".

By to okrzyk tak niewymowny, e suchajcemu zdao si by niepodobiestwem, by na to woanie nie odezwaa si natychmiast odpowied. Znowu ten gos:

"Quis dabit mihi pennas, sicut columbare?..."

Przeszed. Nie widzc drogi, murw, ulicy, wiata, ludzi, ktrzy go kuli popdzajc bagnetami i kijami, poszed wyniosy starzec w czelu ulicy Engracia i znik pospou z towarzyszami. Z dala, z ciemnoci zawalonej trupami i zawleczonej dymem prochowym, dolatywa jego nadludzki piew:  "Et volabo et requiescam... "

Zeszed wreszcie na d Wyganowski. Kiedy spotkali si u drzwi, Cedro wzi go za rk. Przycisn j do piersi nie wiedzc, e to uczyni. Kapitan spojrza na niego spod oka, nieufnie, pszyderczo, jak to byo w lego zwyczaju. Nagle zaszlocha bez uronienia zy, krtko i skrycie. Pokry to sztucznym a gonym i forsownym kaszlem. Zdarzao mu si to, wida, czsto, gdy natychmiast si opanowa. Powiedzia co pieprznie kawalerskiego...

Zniesiono trupy i rannych na wirydarz klasztorny i kolumna odesza ze szpitala. Skierowaa si teraz ku wylotowi ulicy Engracia, na Calle del Cosso. Z dala ju wida byo, e to miejsce pene jest szykan. Ale ludzie odetchnli. Bi si na powietrzu! I przed siebie i walczy z onierzem! Za rowami i przedpierniem z bruku, ziemi i workw czatowali obrocy. Migay tam ich okrge, czerwone czapki, z ksztatu podobne do ucitego stoka. Na rodku placu wida byo bateri z dzia waowych, wzniesion wysoko, paszczami zwrcon w czarny wylot ulicy.

Pierwszy puk polski pod Chopickim utworzy kolumna zbit niby lity tok i niezdobytym krokiem wyruszy. W jego tropy szed czternasty puk francuski pod pukownikiem Henriotem. Obadwa te tarany wbiy si w Cosso mas swoj jak dwa drgi katapulty. Uderzyy we wzniesion bateri i zmiadyy jej kanonierw. Bateria zamilka. Ale wwczas ze wszystkich stron, ze wszystkich okien i. niedostrzegalnych dziur w olbrzymich domach wyduonego placu sypny si na nich pociski. Stay tu pospne, wielkocienne gmachy, jak teatr, urzdy municypalne, a nade wszystko sd i mieszkanie niegdy, od czternastego wieku, najwyszego sdziego justizy, stra swobd unii narodowej Kastylian i Aragonw przeciwko wadzy Piotrw Okrutnych. Naprzeciwko ulicy Engracia, wylot w wylot, znajdowaa si lepa i wska uliczka Arco de Cineja. O kilkanacie krokw na prawo sza gwna arteria miejska po drugiej stronie Cosso-ulica witego Giliusza. Prowadzia ona obok kocioa tego imienia, obok klasztoru witego Piotra, zostawiaa na prawej rce katedr del Seo, na lewej koci Nuestra Senora del Pilar i wylot w wylot trafiaa na most.

Pukownik Chopicki sformowa swoj poszarpan kolumn pod strzaami caego Cosso i, zudzony pooeniem ulicy Arco de Cineja, rzuci si w ni; zamiast w ulic witego Giliusza. I w tym zauku, tak samo jak w caym miecie, domy zamienione byy na niezdobyte warownie. onierze ginli na rozdrou Cosso, u wejcia w uliczk i w jej lepej gbinie. Waliy si na nich ciany, umylnie z gry wywaone i strcone z czwartego pitra, belki opalone, dymice si jak gownie, fortepiany i szafarnie, skrzynie i rczne granaty. Sam Chopicki ciko raniony pad na placu. Wynieli go onierze z pobojowiska.

Noc wtedy spadaa na wrzce miasto.

Klasztor franciszkanw, zdobyty szturmem przez oddzia polski, z wyjtkiem wiey, gdzie usadowieni Hiszpanie razili wci granatami przechodzce wojsko, suy mia za punkt zborny, za szpital i miejsce spoczynku. Na zdobytej ulicy Sant Engracia palono ogie przy ogniu od samego zmierzchu. Warty stany gsto i opasyway wszystkie punkty zdobyte. Cedru znalaz si pod kolumnad klasztoru, ktra wychodzia na ogrody. Stay tu pod cianami dugie i szerokie awy z ciosanego kamienia. onierze powycigali si na tych miejscach sjesty mniszej...

Miasto kipiao wci jeszcze. W dzielnicy nadrzecznej, za placem Cosso, we wschodniej czci okoo Uniwersytetu i na zachodzie w okolicach Paacu Inkwizycji witej, sycha byo omot pracy, szczk motw, szarpanie ziemi i odwiecznych murw. Ale onierze francuscy i polscy syszc ten nocny rozgwar zbrojenia si miasta Fenicjan  Salduby, miasta Rzymian  Caesaraugusty, miasta Arabw  Zaragozy, miasta Aragonw i wreszcie zjednoczonych we wspln ojczyzn Hiszpanw  nie zwracali ju uwagi. Byli pewni, e wczeniej czy pniej zdepc i stratuj, cokolwiek by stworzya zrozpaczona praca.

Teraz podali snu i spoczynku.

W starym tumie franciszkanw pony ognie. Skwarzyo si miso na ronach. Stare, rumiane wino, rozkosz mnichw, kryo w zotych, kocielnych kielichach. Pie sawica si i przemoc, pie nakazujca popchn i zdepta to, co upada bez si, rozlegaa si w ciemnych korytarzach, pustych celach i pod kopu kocioa.

Okoo pnocy ostatnie echo rozmowy ucicho w klasztorze. onierze, otuleni w paszcze, spali lec w poprzek galerii portyku pokotem. By to sen twardy i zaiste kamienny. Cedru lea midzy innymi w szeregu, ale nie spa wcale.

Na kocu galerii, u wejcia do ogrodu, palio si due ognisko. Dugie smugi ruchliwego ognia rzucay w ogrd niepewne blaski. Chrapanie cielsk w caej galerii, w przestrzeni kilkudziesiciu krokw, byo nie do zniesienia. Zdawao si Krzysztofowi, skoro tylko oddala si mylami od tego miejsca, e trupy niedorznite koo niego charcz. Wzdryga si i z wciekym gniewem zawija w paszcz. Ale chocia zasoni oczy, nie mg zasoni pyncych myli. Dwign si jutro z tego potwornego snu do dziea mordowania albo na wieki legn po kanaach i rynsztokach miasta. Jaki te sen ni si temu lecemu motochowi? I oto ujrza sen tuszczy, sen idcy nad nimi w ciemnych zaamaniach sufitu. Widzia trzewymi oczyma ogniste, krte zwoje boleci, wlokce si po wskich schodach, ktrdy cieka krew...

Wszczepi mu we wosy kolawe rce swoje krzyk obijajcy si o ponure mury zaklsych dziedzicw, korytarzw, cel... Starzec, starzec w krwawym achmanie! Oczy jego, oczy patrz, wznosi si uscha rka... Wskazuje, wskazuje... Boe miosierny!  wskazuje rk... Ogarn go nieprzeamany wstrt. Ciaa spitych mordercw, stapianych we krwi, mierdzcych potem pracy od caodziennych siepa, owa bezwadno i nico silnych gnatw, ktre si teraz podle wiy i kurczyy pod ciarem widziade cennych, ohydne profile pyskw, rozwarte usta, porozrzucane rce i nogi, w trwodze i mczarni charczce gardziele i nosy  wzdrygnieniem go zimnym smagay. Nie by zdolny pozosta teraz na chwil sam ze sob. Wnet myli jego pdzi i ciga przestrach. Korpus cielesny wci musia by w ruchu, w trudzie, w pierwszorzdnym zmaganiu si, wci musia cokolwiek ciga forsownie. W kadej chwili spokoju zaczynay pyn w poprzek logicznych myli wichry sposzonych obrazw, haniebnych widokw, czynw spenionych.

I teraz oto uczu si zmuszonym do ruchu.

Pogadam z szyldwachem...  myla wyac z szeregu lecych.

Ale zanim stan na nogach, ju zmieni projekt. Czu, e rozmowa go nie zaspokoi. Wiedzia, e musi szuka niebezpieczestwa, jeli chce w sobie zaguszy paroksyzmy dawnej duszy.

C ja mam ze sob teraz robi?  myla bezradni, siedzc w kucki na miejscu i wodzc oczyma po ogrodzie i murach.

Wiesza mu si na ramionach paszcz bezsennego sumienia. Obojtne wiedzenie dawao zna, e wypadnie chyba przesadzi mur ogrodowy i pj samemu midzy szace hiszpaskie na niedostpne zauki Calle del Cosso...

Forsy, mocy, wytenia si! Walki z przemagajc liczb! Oczy badajce, ktrdy mur przeskoczy, zabrny w pomrok zaroli bluszczu, miedzy zaciszne uliczki strzyonego bukszpanu, w kty, gdzie gaje wyniosych kamelii dokoa siebie rozpraszay biae i czerwone kwiaty. Z gbiny ciemnej wytrysn przed oczyma ponad szarzejcy mur-czarny, strzelisty ksztat wonnego cyprysa. Bliej niko bielay przerywajc nieugito mroku krzaki rane. arzyy si w ciemnych wnkach czarnej nocy, jakoby wiata aosne, zwise girlandy przedziwnych r indyjskich, wiecznie kwitncych r z Bengalu, kwiatw rodzcej si Afrodyty i kwiatw krlowej Flandrii. Przezwyciay tam noc barwy ich nienobiae i bladote, koloru ciaa kobiety i koloru porannej zorzy. Zwartym kuszczem stay nad wydreniem starej cysterny, zawsze szemrzcej. Zapach ich dwiga si z ciemnoci, powstawa ze smutku szmerw leccej wody. Krzysztof uczu go niespodzianie.

Usysza mow wiec-m szmeru strumienia. Ze szczliwym zdumieniem westchn wcigajc nozdrzami bdny zapach. W owej chwili, jakby spomidzy kapicych w ciemno polni kp ranych, spomidzy biaych jak nieg skupie, wyjawia si twarz blada, z oczyma rozwartymi szeroko od dumy, od pogardy, od straszliwego uniesienia. Usta potwarte i wosy wzburzone niby chmura burzy wiosennej nad biaym czoem... Wida w chropawej ramie okna ze sczerniaego marmuru t gow niewysowionej piknoci, oblicze boskie, ksztat cry Diosa, Pallady Ateny. Ale wraz uwydatni si z ciemnoci inny ksztat i wyraz, gdy zbielaa i martwa na obraz niegu zamyka oczy przed ohydnym widokiem. Kropli krwi nie ma w jej ustach. wiato ucieko ze renic. Padaj powieki na zranione oczy jak drzwi bez zawias...

Krzysztof nie mg ju teraz przypomnie sobie tego oblicza. Staa si jak gdyby widmo we nie widziane. Staa si czym tak niedokadnym jak wspomnienie starca i tak wtpliwego istnienia jak widziadlany obraz cielistych r w mroku nocnym.

onierz wsta ze swego miejsca po cichu. Wysoko przytroczy szabl. Rce mia wycignite, eby zwiewny obraz zatrzyma... Na palcach zeszed ku cysternie. Oto mia przed sob upione krzaki rane. Wiotki zapach wzdycha ku niemu z ciemnoci. Zdao si idcemu, e to gowa niewidzialna spocza na jego piersiach, e wonne rce oplataj mu szyj. kay przed nim w nocy te bezsenne biae re. Same jego rce zanurzyy si w krzew mokry, midzy prty kolczaste, we wosy zimnych lici. Kaleczc sobie, drc i przebijajc palce, ama gazki obarczone kwiatami. Zerwa ich bukiet tak duy, e ledwo go doni skrwawion mg obj. Wolno, kryjc za sob pk zerwany, poszed ku ognisku. Szyldwach nastawi ku niemu bagnet i mrukn, jak niedwied, o haso. Krzysztof rzuci mu je nie patrzc i wyszed na ulic. Caa teraz pegaa od ogniw straniczych, rozpalonych co kilkanacie krokw pord ulicy Sant Engracia. Szyldwachy koatay si midzy jednym a drugim ogniskiem jak wahada. onierze pilnujcy ogniw znosili z domw meble i sprzty drewniane. Ciskali je bez przerwy w pomienie. Buchay jasnym ogniem porcze, boki i gzymsy mebli rzebionych z drzewa mahoniu, hebanu i czarnego dbu, moe w czasach szaw i gwatu na ldach i morzu zdobyte... Trzeszczay pryskajc iskrami bezcenne szkatuki, pene papierw, pamitek, witoci rodzinnych. Tliy si smrodliwie stare palimpsesty, pergaminy i foliay bibliotek klasztornych. Drzwi wejciowe od ulicy byy powyrywane z zawias, czarne sienie stay otworem i broczyy gbi ciemnoci jak rany wieo zadane.

Idc od ogniska do ogniska Krzysztof wypowiada jednym gosem haso i przeciska si co prdzej, co tchu za mury klasztoru franciszkaskiego. Min wylot bocznej uliczki, dwie czy trzy sienie, i oto stan u wejcia do domu, ktry poprzedniego dnia zdobywa w gronie woltyerw. I tu brama bya wyrwana z zawias. Dawno ju spona w ogniu ulicznym. W sieni jaki piechur pracowicie rba siekier szafy, stoy i stoki. Cedro wymin go szybko i wbieg na pitro po znajomych, szerokich schodach.

Znalaz si tam w zupenej ciemnoci. oskot siekiery sycha byo jako guchy, natrtny stuk w cian. Wycignite rce dotykay murw liskich jak ld. Oto drzwi prowadzce na wewntrzny, podwrzowy ganek drugiego pitra. Znalaz je omackiem. Wyszukawszy rk rygiel starego zamka podway go kocem pochwy paasza i wnet stan na balkonie. Chlusno mu w oczy wiato w oknach... wiato w tamtych oknach! Jacy tam ludzie...

Cicho jak zmora szed dookoa po deskach ganku, a zanim ktr nadepn, sto razy prbowa stop, czy nie zaskrzypi.

Szed nieskoczenie dugo... Sdzi, e nie dowlecze si nigdy do wietlistych okien... Ale nie skrzypna pod jego nog podoga, nie zaszeleci paasz. Przywlk si nareszcie. Pierwsze, potwarte okno zaoone byo na hak rodkowy. Zajrza przez szerok szczelin do wntrza.

Zna dobrze t sal. Na dywanie pod szaf leeli zamordowani. Starcy... Oto jego wasny ksidz... Siwa czupryna, niebieskawy podbrdek. Sutanna nowa. Do pioruna! sutanna nowa... Ani ladu... Zmiadone trupy bab obok niego.

Wielka, woskowa gromnica w rogu pokoju. Dwie ywe przy trupach istoty. Zakonnik, franciszkanin, stary jak grzyb, z ys, zk czaszk, nag jak kolano, tyem do okna zwrcony, klcza przed zmarymi i pgosem mamrota modlitwy.

Bliej okna, w gbokim starym krzele z szerokimi porczami, spaa doncella. Zasna, wida, niedawno. Gowa jej upada bez si na tyln porcz. Wosy rozpierzchy si; rozwizay i klinem, na podobiestwo czarnego cyprysa wierzchokiem zwrconego ku ziemi, zwisy ze spracowanej gowy. Bezwadne rce leay na kolanach. Mona byo mniema, e i ta kobieta nie naley ju do wiata ywych. Tylko jeszcze tchnienie uroczych piersi pod czarn szat wiadczyo o yciu.

Krzysztof wsun do midzy poowy okienne i odrzuci zamknicie tak cicho, e nie wywoa najlejszego szelestu. Roztworzy poowice okienne.

Ujrza teraz w caej prawdzie i peni t sal, ktr mia w mzgu jak widziado. Ogarn wzrokiem wszystko. Nie umiaby wyzna, jak dugo tam sta pogrony w dumanie. Najlejszy szelest nie przerwa ciszy. Prysn kiedy niekiedy knot gromnicy... Zadrzema, wida, stary zakonnik zwiesiwszy gow na rce wsparte o klcznik...

Ockn si Krzysztof z gbokiego zachwytu. Wydobya si jego dusza z wiza caunw, z pt zamylenia. Wzi przed si bukiet r, rozdziela troskliwie gazki sczepione limi i kolcami. Rzuci na kolana picej pierwszy kwiat tak wymienicie, e korona upada midzy donie splecione palcami.

Rzuci potem drug gazk, osypan nie rozwinitymi jeszcze kobuczkami, trzeci cudnie rozkwit, czwart i pit. Wszystkie a do ostatniej. Wtedy przymkn okno tak samo, jak byo. Sam zosta na swym miejscu.

Oczy mia utkwione. w twarzy picej. Dusza jego spywaa na powieki zawarte; na usta, na lica biae, na wosy czarnym pomieniem zwisajce.

Ostry chd nocy aragoskiej cisn mu ramiona i ebra. Pierwszy brzask przerzedza ju ciemno. Wida byo wystpujce z mrokw pospne mury, studzienn czelu podwrza, czarne okna i drzwi. Jake to wszystko okrutnym przemwio teras wyrazem! Te straszne nieme sienie, te straszne okna i drzwi wychodziy na spotkanie oczu jak ksztat pieka duszy widzialny z bliska.

Wtem jak piorun rozleg si oskot armatniego strzau. Jakoby wrzask tysica odpowiedziaa mu salwa karabinw. Cedro uczu taki bl, jakby to jego te wszystkie strzay przeszyy. pica dwigna gow, otwara szeroko oczy.

Powioda nimi po trupach.

Chwil suchaa strzaw z gow wtulon w ramiona, blada i struchlaa. Rka jej dotkna si mokrych i kolcych r. Bezmierne zdumienie usta rozchylio do krzyku.

Zniya gow gwatownym ruchem nad tymi kwiatami. Zatopia w nich oczy i siedziaa tak nieruchoma, jakby w tej chwili i j strzay armat o mier duszy przyprawiy. Zatrzsy si wte okna od ponownego huku. Gucho zadrgay mury, jky sienie i izby, korytarze i klatki schodowe...

Zawahay si ramiona dziewczce.

Biae, liliane donie trwoliwie a namitnym ruchem zgarny, objy, schwyciy re wszystkie bez wyboru, przycisny je do ona wstrznitego od ka. Wstaa dzieweczka ze swego miejsca, jak gdyby z tym zamiarem, e dokd pjdzie. Ale nie postpia ani kroku. Znieruchomiaa na miejscu.

Z zamknitymi oczyma, z ustami penymi aosnych sw, cisna coraz bardziej do serca kwiaty. Rozdzieraa biae palce o ostre kolki, rania mikkie donie...

Krzysztof na palcach pobieg balkonem dokoa podwrza, zdajc na swoje miejsce midzy walczcymi.


 Potyczka
W nocy z 14 na 15 sierpnia genera Verdier odstpi od oblenia Saragossy. Nie byo sposobu zdoby jej wstpnym bojem.

Krzysztof Cedro ju od dnia 6 sierpnia znajdowa si w Monte Torrero. W dniu 5 sierpnia zosta na ulicy Cosso raniony w udo odamkiem granatu, wskutek czego nie mg uczestniczy w dalszych dziaaniach. Lea w baraku szpitalnym a do chwili wymarszu wojsk francuskich w gr rzeki Ebro, a w stron Tudeli. Pod koniec tygodnia swego wypoczynku nalea zreszt do lejszych robt minierw przy zakadaniu prochw.

Trzeci szwadron lansjerw polskich wyszed ostatni z Monte Torrero z improwizowan artyleri Hupeta. Nie dochodzc do rzeki Xalon wojska francuskie zatrzymay si w oczekiwaniu na wybuch min. Cedro by jeszcze znuony chorob. Szczeglna w tym czasie zasza w nim zmiana: uspokoi si i wzmocni. Sta si jak gdyby dojrzay, stary, nieprzebagany i nieugity w swej obojtnoci. Znalaz bezwiednie w tym nastroju duszy wyjcie z labiryntu moralnych drga i niepokojw.

Oto nadesza chwila dugiej niepewnoci, napronego oczekiwania w milczeniu. Sycha byo tylko huk rzeki Xalon. Kapitan minierw, ktry by prochy zakada i zapaleniem lontw kierowa, wydoby z olstrw pistolet, eby w eb sobie strzeli, jeli wybuch wcale nie nastpi. Dla Cedry bya ta chwila daleko bardziej obojtna ni dla starych wyjadaczw, dla wytrawnych azgw woskich i modych wisusw a zbjcw z temperamentu. Tak cisz i spokojno wewntrzn przeywa we Francji czasu wielkich marszw pukowych. Czeka teraz na wybuch, jak w teatrze oczekuje si na owietlenie ogniem bengalskim efektownej grupy dziewic. Jeeli dowiadcza jakiej przykroci, to byo ni zwtpienie o tym wybuchu.

Ale oto, na szczcie dla kapitana minierw, gucho jkna i zatrzsa si ziemia, a oskot odday gry Aragonii. Supy ognia, fontanny dymu, gejzery kamienia i chmury gruzu buchny w niebo. W nich ludzie magali kozy w powietrzu jak zastrzelone w lot ptaki.

Ruszono w marsz dawn drog przez Alagon, Mallen ku Tudeli wrd nieustajcych napastowa chopw, zorganizowanych w bandy powstacze zwane guerrillas. Wojska regularne Don Jos Palafoxa y Melcy szy w te tropy. Puk lansjerw stan wreszcie obozem w budach drewnianych kleconych naprdce, nad sam rzek Ebro. By wysunity w stron nieprzyjaciela i nie mia chwili spoczynku. Konie stay w bocie i glinie rozmikej, tote dostaway grudy i ochwatu. Szczury wodne nie daway onierzom spa po nocach. A noce byy ju nadzwyczajnie zimne. Zaczy bi deszcze jesienne. Tote rozkosz niemal bya dla onierza kada wyprawa. Krzysztof uwolni si z artylerii, wrci do szwadronu i lancy. Robi ni ju od dawna i wietnie wszystkie maniements, wolty i piruety. Wykaza w potyczkach sprawno zupen. Kiedy poprzednio w grach otaczajcych Saragoss wyuczy si przede wszystkim przebija ordynarnych chopw w ognistym natarciu, teraz wiczy si w sposobach walki z regularn konnic. By tedy ju niezwalczony w zwykym, wysadzajcym z sioda "bro do ataku!"  w szarach en-avant-pointez! w parowaniu w lewo czy w prawo, w zdradzieckich, wciekych a niezwalczonych ciosach w ty i w bok. Uczy si tylko jeszcze pod Tudel od mistrza Gajkosia najtrudniejszych napaci par le moulinet, zadawanych z wysoka, sponad gowy, kiedy si lanc trzyma lekko midzy palcami, a caa moc cielesna i sia ciosu spoczywa w palcu wskazujcym. Byy to piorunowe, a lekkie pociski w twarz, midzy oczy, w gardo wroga, a raczej wrogw. Gaj ko mia mono codziennie pokazywa uczniowi, jak te "prztyki" rozdawa w obskoczeniu. Rzucali si tedy dla nauki, praktyki i przykadu w gstwin hiszpaskiej konnicy, guerrilleros, lub regularnej piechoty samowtr czy samotrze w moment po salwie strzaw, zanim tamci mogli bro nabi. Skokiem, co siy w bachmacie, wpadali w tum. Byli niedosigli ani dla bagnetu, ani dla szabli. Sztuka walki z przemagajcym stokro tumem polegaa na tym, e grot lancy niweczy opar nieprzyjaciela w odlegoci szeciu okci od piersi uana. onierz hiszpaski, pragnc cios zada, musia zblia si o dwa i trzy kroki. Furkot chorgiewki i bysk ostrza tworzy wnet wolne koa. Wok trzech jedcw na koniach powstaway trzy place, a pierwsza luka stanowia dla nich jakoby wyom w murze fortecy. Widziano te nieraz pod Tudel icie Fenomenalne zjawiska. Bataliony piechoty i szwadrony jazdy hiszpaskiej rozsypyway si i pierzchay w pole jak zgraja dzieci przed byle garsteczk uask pdzc z kopyta.

Dugo trway te codzienne lekcje i korepetycje nad rzek Ebro, bo a do wielkiej i sawnej bitwy pod Tudel w dniu 23 listopada. Po tej bitwie, gdzie bataliony piesze legii, pierwszy pukownika Ksinowskiego i drugi, w ktrym walczy kapitan Wyganowski  wsawiy si mstwem nieustraszonym, zlay krwi ziemi i przyczyniy si przewanie do wielkiego pogromu Hiszpanw  Krzysztof Cedo po szary w te j bitwie zosta oficerem. Zaliczono mu sub w przykopach pod Hupetem jako pierwsze awanse na brygadiera i na stopie marchal de logis. Zakwit teraz w swoim szwadronie jako pan lieutenant en seconde. Musia si wkupi do koa, naby od kolegw okucie srebrne do daszka, acuszek do podpinania, szlify i hafty munduru, czapraka, akselbanty przerzuci na prawe rami, rzemienie wszystkie safianem podszy...

Sprawio mu to niema rado, e nareszcie dosuy si stopnia. Oficerowie powitali go yczliwie, znali go ju bowiem dobrze, wiedzieli, co zacz jest na koniu, w rce, w polu i pod dachem. Niejednemu z prostszej sfery pochlebiao nawet koleestwo z tym austriackim "hrabi". Ujrza si te "hrabia" otoczony przyjacimi co si nazywa. Dusz gotowi byli za niego pooy... Wina nie brakowao w tych miejscach-mona si byo nim na mier zapi wyznajc sobie wzajem braterskie uczucia. Byy jeszcze i uboczne powody tak serdecznego przyjcia nowego porucznika. Oto z puku szwoleerw gwardii przysano w tym czasie do zajcia miejsc oficerskich szeciu jedcw. Byli to panowie: Stadnicki, Dominik Runowski, Sawicki, Adam Radowski, Jzefat Kadubiski i Teofil Mikuowski. Sztab uaski, a nade wszystko modzie bez stopnia, czyhajca na odznaczenie, z wielk nichci przyja gwardiakw. Ci przybysze zagradzali drog do awansu istotnie zasuonym, a nadto przybywajc od boku Cesarza i z wielkiego wiata mieli na obliczach marsa wyniosoci i protekcjonalne umieszki. Cedro, ktrego widziano, jak pracowicie dostawia do obozu cioki i owce, jak harowa w rowach pod Saragoss i dar si z karabinem na barykad, zyskiwa tym wiksz, na zo frantom szwoleerskim okazywan sympati.

W przeciwiestwie do szyku onierskiego, w ktrym y dotychczas, skadajcego si ze starych wilkw, lww, hien i dzikw-pojedynkw, w przeciwiestwie do surowych sualcw, do nieubaganych kondotierw i srogich a lepych odakw -znalaz si teraz w otoczeniu delikatniejszym, modszym i bardziej ludzkim. Czu to, e sam przewysza kompani oficersk zimn czerstwoci, ktr by nasik w tumie wiary. Mstwo w gronie, ktre powikszy, nie byo jeszcze ow kamienn dzikoci, sawa tu wiecia na ostrzach szabel, honor by dwigni i mio dalekiej ziemi zakonem dusz. Nie wszystkich zreszt... Cedro sta si oficerem ca gb, przyj ryczatem wszystkie zalety i wady tego stanu z pokor a bez zastrzee, jak prozelita wieo nawrcony przyjmuje nie tylko rytua, ale i zwizany z nim w yciu cakowity modus vivendi. Ju po upywie kilku dni w stanie nowego dostojestwa spostrzeg, e przewysz wielu kolegw wiedz wojskow i dowiadczeniem. Rzadko ktry z modszych by tak dugo jak on wanie prostym onierzem. Rzadko ktry walczy tak jak on w Saragossie i pod Tudel...

Spod Tudeli, w lad za cofajcym si w popochu dowdc Hiszpanw Pena, ktry zaj miejsce Castanosa, marszaek Ney pocign do Tarazona, a stamtd grami, drog rwnoleg do doliny rzeki Ebro, a do Placencji. Z Placencji wzdu rzeki Xalon cigniono ku poudniowi na Muela, El Almunia, Morata  starorzymskim szlakiem wojennym, odwieczn drog z Caesaraugusty do Mantui Carpetanorum, czyli Madrytu, na Bilbilis...

Wiedziano ju w wojsku, e Napoleon jest na ziemi hiszpaskiej i e rwnolegle zda do Madrytu na Burgos. Sto koni jazdy polskiej pod grosmajorem Kuckim poszo z marszakami Moncey i Lannesem znowu pod Saragoss, w lad za Palafoxem, ktry szed zamkn si w straszliwym miecie, aeby wypeni niemiertelne dzieo drugiej obrony...

Genera Lefebvre Desnouettes dowodzi jazd korpusu szstego, ktry szed przodem dla poczenia si z gwn armi. Pierwszy raz na wasne oczy ujrzawszy tak olbrzymi porak omdziesiciu tysicy hiszpaskiego ludu pod Tudel przez armie marszakw Lannesa, Neya i Victora, Cedro nabra pewnoci siebie i lepej wiary w szabl uask.

Byy cige deszcze i sroyy si wichry, gdy armia francuska sza grskimi drogami Aragonii w stron Calatayud. onierz polski odznacza si czerstwoci zdrowia i wytrzymaoci na zimno. Wic kiedy Francuzw tumy wleczono w furgonach, kawaleria nadwilaska sza wci, zdrowa jak rydz, w przednim szyku. We dwa dni po pogromie tudelskim podjazdy uanw zbliay si do Calatayud. Armia bya dosy daleko. Wrd deszczu i przelatujcych chamer nieycy widziano przednie strae jazdy hiszpaskiej. Kiedy szwadron trzeci zbliy si do tawerny zwanej Burviedro i wstpi na grsk paszczyzn otaczajc to miejsce, day si sysze z gr otaczajcych strzay armatnie. Szwadron stan na drodze i sformowa si w kolumn w oczekiwaniu na nadejcie siy gwnej. Deszcz bi ulewny. Gdy nieco cicha nawanica, ruszono kolumn w kierunku, gdzie widziano siy nieprzyjacielskie.

Cedro mia na sobie granatowy paszcz z biaym konierzem, ale go nie zapina pod szyj i nie otula nim ciaa. Zuchowi midzy lansjery nie mogo by zimno. Na czapk woy przejrzysty, ceratowy futera, eby j od deszczu uchroni, ale kocw nie zawizywa pod brod. Nie uywa rwnie srebrnej podpinki. Czynic zado kanonowi mody, ustalonemu wrd oficerskiej tyzny, utrzymywa czapk zsunit na prawe ucho bez niczego, "sposobem gowy", Gi wiatr czapl kit, ale czapka nie drgna. Oczy uana, przezroczyste jak jasne morze, nurzay si we mg, opar i zawiej. Konie wolno idce dymiy si i grzay pod czaprakami i oponami z paszczw rzuconych poza sioda. Wtem jak pistoletowy strza rozleg si gos komendy:

 Za bro!

Jak jedno machny prawe skrzyda paszczw na rami odrzuconych. We mgle ukazaa si jakoby gsta, czarna, po ziemi idca chmura.

 Bro do ataku!

Krzysztof wyrwa szabl. Wzi konia we wadz kolanami, lew doni, spiciem ostrg. Furkn myniec chorgiewek, podobny do przeszywajcego pisku jastrzbia...

 Flankiery naprzd!

 Szwadron do ataku!

 Plutonami  marsz!

 Marsz!

Zrazu wolno, miarowym kusem, szed szwadron rwnin, dopki na oko nie dojrza nieprzyjacielskich jedcow. Wtedy Cedro za innymi krzykn w uniesieniu:

 Skr cugle!

Grenadierski pluton flankierw na spitych koniach ruszy cwaem. Jazda Hiszpanw zbliaa si miarowo. Przypuciwszy pdzcy hufiec flankierw na strza, daa ognia z karabinkw. W mig po strzale, rozdzieliwszy si we dwa skrzyda, pierzchna rwnin w prawo i lewo.

Konie pod Polakami szy ju chyo. Cedru, widzc przed sob umykajcych na prawo, zakomenderowa:

 Pdem!

W tej samej chwili jedcy ujrzeli jasny piorun leccy po ziemi. By to strza linii piechoty ukrytej w rowach, w tyle za jazd. Tam i sam w rugu Krzysztofa, obok niego i za nim jkn czowiek. Dzwonic zbroj, z krzykiem wali si na ziemi. Chrapay straszliwie osierociae konie. Jedne bez kawalerzystw pdziy w skok, nie wychodzc z szeregw ani o cal, inne, samotne w polu, latay rc po kamienistej rwninie.

 Bij, zabij!  woa szef szwadronu, pewny, e teraz, po strzale, roztrci piechot i zmasakruje, ilekolwiek by jej byo. Puszczono bieguny w przecwa cigania.

 Bij, zabij!  krzykn Krzysztof uszczliwiony, e idzie na czele. Czu w doni paasz, paasz swj zoty, ukochany, potny, mocniejszy od bysku tysica zdradzieckich karabinw. Lecia coraz dla siebie wspanialszy, ogromniejszy, niezmierny, jak anio gromy ciskajcy.

Znowu zototy bysk. Bysk dugi, migotliwy, pdzcy fal zygzakowat... Ze szczcia, z uczu mocy  tchu a brak... Ju, ju  karabinierowie! O sto krokw! Wida ich twarze namarszczone, czapy... Nabijaj co tchu bro... Tchu brak! W oczach paty... Paty krwawe i czarne. Dymy... Krzye, migotliwe koa, szkarat i bkit... Ognie koliste buzuj si wszdzie, bijc fontannami czerwonych iskier. Mocny Boe! Gdzie paasz? gdzie paasz? Spada jasny paasz z bezwadnej rki w ciepy d... Gowa dokd leci jak gra kamienna... C to tak w piersiach zawadza? Co si w piersiach zamao i klekoce?... Tchu brak!

Mocny Boe, co si to dzieje? Ziemia przed oczyma w ogniach, ziemia kamienista, ziemia zryta kopytami, skopana od skokw, zdeptana... Ziemia w ustach, pena gba krwi. Ziemia ucieka...

Gowa trzaska w kamienie i w mokre bryy... Z garci konwulsj cinitych uciekaj kolczaste kaktusy i niskie tarniny... A oto pierwsza, przeraliwa myl:

Noga mi zostaa w strzemieniu. Trupa mojego zbiegany wczy ko...

Wtem cisza, spokojno, bogo. Mokra ziemia naok. Mrok gsty. Konie skd lec. R i kwicz. Brzuchy koskie w patach piany, wierzgajce ponad ziemi kopyta. Ttent! Grzmicy ttent dudni po ziemi... Jakie to konie r? Stadnina w Stokosach, czy co? Kt to mi sposzy rebce?

 Paniczu!  ryczy Gajko. ka. Dwiga ostronie z ziemi grubymi rcami omdla gow. Niesie, niesie na szlochajcych piersiach, na sercu rozhukanym.

 Panicza numa zabili!  ryczy na cay szwadron.  Panicza zabili! Naci, psiakrew, zwycistwo! Bodaj was jasne pierony zapaliy!...

Zwiotczae poszeptuj wargi:

 Paasz mj, zoty mj paasz...


 Widziada
Noc bya zimna.

Przejmujcy powiew cign rwninami od strony sterczcych ska Guadarramy i Somosierry, ktre jak pospny, ciemny pas zostay na pnocy horyzontu. Armaty, furgony, wozy z prochem toczc si po gocicu huczay i dudniy. Krzysztof lea na wznak z oczyma utkwionymi w chmurne niebo. Sysza wci trzaskanie bata, dziwaczne krzyki i pogwizdy mulnika, monotonny klangor dzwonkw, chrzst elastwa w zaprzgu furgonu, oskot miarowy k:.. Materac, zawieszony na elaznych hakach, chwieruta si do taktu zgrzytliwie, a przecie melodyjnie, tak samo zgoa jak pewna okiennica w naroniku dworskim w Stokosach. O okiennicy tej krya blisko i daleko wie, e przepowiada niepogod. Jeeli tylko w najcudniejsze susze czerwca, w najcichsze czasy lipcowe zaczynaa pozgrzytywa, jakby pokasywa od niechcenia, stka na strzykanie w zawiasach i chrzypie na amanie w zasuwach, ludzie przypieszali roboty, na eb na szyj grabili w kopki siano schnce na pokosach, rozwalon koniczyn czy wizali w snopy zboe i ywo zwozili ku stertom. Z odlegej nieraz wioski zachodzi, bywao, pode dwr karbowy albo wdarz posucha na odwieczerz, czy okiennica zego nie wry.

Krzysztof sysza teraz zgrzytanie hakw, ale nie bardzo wiedzia, gdzie jest. Ciemno nieprzyjazna, ciemno-klska, ciemno-krzywda leaa na nim. Otacza go lodowy obwd z szarymi wyrwami, skd wypezay cigle korowody figur. Cakowite ich ksztaty, ktre myl czy oko chwyci usiuje, wydostaj si z szaroci nie jak obrazy malowane na ptnie, nie jak rzeby z marmuru, lecz tak jakoby maszkary sztucznie oywione... Jedne s z chropawego filcu, o wkienkach lnicych pod sennym, smutnym, gorzkim wiatem... Rzsy maj z wczki przdzonej, z grubej frdzli, brwi na dwa palce wystajce, wosy druciane. Oczy ich nieruchome prosto w poncy mzg zadaj cios sukiennego spojrzenia i gin w tajemnicy i znikomoci, w otchani szlochw... Zaledwie jedna zniknie, wypywa inna i czuwa nad znuonymi mylami. adna nie da si odpdzi aktami woli... Gowa jest jako puste, rozlege, bezgraniczne niebo, po ktrym wlok si wieloksztatne oboki, niesione od skrytych wiatrw.

A jak wysokie chmury przypomn nieraz ksztat -niemi i dumaj nad nim niejako, tak samo myli nieszczsne niekiedy. wspomn rzeczywist ziemi. Widz z daleka te myli samowadne i bujne niby w dalekiej przeszoci, jak to w piersi tworzy si nagle a niespodziewanie przepa rany. Ruchoma stamtd bije pienista fala na obraz rda wyrwanego spod gliny. Serce szalonymi ciosy, serce-mot bije raz w raz w gbie mikkich, klekoccych fal! Puca zrywaj si, siepi i mocuj w nadmiernym trudzie. Miec ze siebie ogromne, galaretowate skrzepy i strugi cichej, sonej, pynnej krwi.

Senne, znuone, spakane widzenia zmierzchaj, cichn i topi si z wolna w ciszy. Szare opony rozprzgy si, znicestwiay i pierzchy. Nie sycha nic, nie sycha nawet krzyku poganiacza muw ani dzwonkw, ani zgrzytu hakw. Wszystko jest cisz. Ciao zmartwiao, serce zamiera i bezwadnie ley na obraz skrzypiec rzuconych. Ndzne to deski! Struny ywe, struny wszystkograjce nie zabrzmi ju! Skonaa na zawsze melodia wasza, skrzypki lipowe... Dym ciki bdzi przed oczyma, wlecze si po piasku, gdzie w zamyleniu bdzia stopa, po ile czerwonym, po siwych opoczystych caliznach... Sprzymierza si i czy dym ze skibami i wntrzem bry, dotyka ze dreniem ostrych kantw, ziarnistych wyd kamienia.

 Tye to jest, przeznaczenie moje?  skar si wargi.  Przyjacielu, przyjacielu... Ty to obejmiesz piersi moje, kamieniu? Ty to ostatnia ucaujesz me usta, ta bryo?

Nareszcie gbokie westchnienie. C to jest wokoo?

Zeszy si dokoa gowy, oblegy nozdrza, napyny ku piersiom dymy z kwietnika przed domem w Olszynie.

O, bogosawione a niewypowiedziane szczcie obcowania z kwiatami w dniu ucisku mierci!

 Tye to jest ze mn  szeptaj usta  siostrzyczko-rezedo? Tye to przysza na martwe ugory mej mierci? Bge ci zapa... Jeste zapach mojej modoci... Tak jak ty pachnie szczcie dziecistwa. Zapachu mj, otocz mi i przygarnij do ycia... We mi z ucisku gliny i kamieni...

Otwiera si przed oczyma cudne dziwactwo, widziane jakoby pierwszy raz, wypukych, caobrzegich, strzpiastych godzikw. Fiokowymi powczeniami cauj przekrwienia oczu bratki jesienne... Bladofioletowa lewkonia ley na piersiach, na pucach dziurawych, a dobrotliwy jej zapach chodnym a czstotliwym chuchaniem sczy si w jaskini rany. Wtem sycha, sycha...

Sycha, co si dzieje w uszach i gowie. Bij tam w dwiczne kowada mae, pracowite, zawzite kowaliki. Mae to musi by jak polne wierszcze... Szybko, szybko, z ramienia upi motami majsterkowie: raz-raz  raz-raz!

A potem jeden przed drugim, na wyprzdki! A tchu brak. Tworzy si z ciosw cigliwy szum, unosi si w pustyni gowy huk jak w gbokim, starodrzewnym boru-lesie...

Dech zamiera. Serce si zrywa i omoce skrzydami w gazie niby zapany sieci dziki orze-zyz. Gowa bezwadna chwieje si w prawo i w lewo po ruchomym materacu, palce rk bdz, chodz, wdruj. Nogi co ciska w rne strony, jak drwal w zoci ciska bierwionami...

Mzg si ywym pomieniem pali. W nim pon pira myli. Spalone na wgiel wargi szeptaj:

 Trepka... Szczepan... daje mi pi, daje mi pi... Ju my dzisiaj z tego strasznego lasu nie wyjedziemy... wity jele z krzyem midzy rogami spotka nas w lesie... Rafa do niego strzeli... Szczepan... daje mi pi, daje mi pi...

Wolno nasuwa si, sztorcem nastawia jak grot lancy zowrogie pytanie:

Skde tu, u Boga, ma by Trepka? Gdzie?

Wracaj trzewe i spokojne myli, przypywa jasna wiadomo:

nio mi si, wida, o Trepce...

I znowu niby ogromy chmur pdz myli innego porzdku, wychodz skdind sylogizmy namitne, pytania natarczywe, odpowiedzi rcze i dowcipne, cae komplety genialnych widze, odkry istotnych, wynalazkw w dziedzinie myli ludzkiej. miech dobrotliwy otacza je niby mga...

Nie jeste tak znowu gupi, Szczepanku, jak sdziem... Nie, doprawdy nie! Jest w tym sens pewien, jest tre w twoich gldzeniach. Wicej znaczy nowy rw przerznity w odwiecznych bajorach nad Wisok ni wygrana potyczka... Czy tak? Ni potyczka pod Burviedro, pod Calatayud? Wicej znaczy jeden przytuek, jeden szpital w twojej, prawi, dziedzinie ni zdobycie sztandaru... Czy tak? To rzeczy zgoa rne, braciszku miy... To przecie jasno wida...

Gowa si pali, gowa kipi i wre. Jako snopy ognia lataj w niej zdarzenia, obrazy, dowody, przykady. Snuj si acuchy myli:

Zabawny ty, stary, zabawny ty ze swoj przyziemn, chleboern filozofi! Poczciwa jest twoja gboka, wymylona gupota, zy mi gorzkie wyciska z oczu. Wyrzeke si bohaterstwa nie tylko za siebie, ale za cyny i wnuki, odpinasz na zawsze pira od przybicy i miecz rzucasz rycerski. Pracy si ndznej polubie, eby odkupi pradziady i prawnuki... Zabawny ty, stary, zabawny...

Mwisz, e nam to sdziy dzieje... Nie to nam sdziy dzieje, co gorsze albo lepsze, jeno to, co najpodlejsze, co nogami zdeptane, co na samym dnie ley. Sdziy nam dzieje ucieka, jak psom zerznitym batami, spod Krupczyc, spod Kobyki, a po bohatersku wchodzi na Calle del Cosso... Tak nam sdzono...

Albo to prawda?...  mieje si w ucho Trepka czy diabe z obrazu w bocznej nawie kocioa witego Jakuba w Saragossie.  Albo to prawda? Nikomu nic nie sdzono. Kady czyni, co chce, wola jego i rozkazanie. Chce y, to yje, a chce umiera, tak jak ty gupio i po zwierzcemu, to umiera...

W piersiach wywaa si co jak stawido trzymajce przemoc wody zdawione.

A wywala si i bucha nie woda, lecz ogie. Huczy krew. Lodowaty strach bdzi po piersiach. Nogi ma z soplw, lekkie jak zimny dech. Gdzie stanie, tam przeraliwy dreszcz lata. Schyla si i szepce:

Siadby rankiem w saneczki, w jednego konia... Kopna, nieprzetarta droga. Pierwszy nieg. Skoczyby cwaem zobaczy, co te tam w Olszynie sycha. Czy te zdrowi, czy ojciec... czy Mery...

Bij w swe kowadeka kowaliki: raz-raz  raz-raza.. Wszystko urwao si i zapado w ziemi. Szum i trzask. Wstrt... Kto pozywa na sd za owo wino w witym kielichu... Smak w ustach wina i goryczy centurii. Piasku i rozpalonego popiou pene oczy.

Wtem natarczywy gos poruszy pmartwe ciao:  Panie podporuczniku, panie podporuczniku!...  Kt tam?  odpowie z trudem.

 Ady ja...

 Kto taki?

 Ja... adiutant podoficer, Pruski.

 Nie wiem.

 Nie poznajecie mi to, panie podporuczniku?

 O niczym nie wiem.

 Przecie na mnie patrzycie?

 Patrz.

 No, my razem pod Burviedro zranieni. Mnie ap oberwao, a was durch przeszo. Razem nas wie. Gajkosia pamitacie?

 Pewnie, pewnie.

 Zaprzysigem mu, e was odchowam. Wiecie?...

 A co to za miejsce?

 Napijcie si tego bulonu, napijcie sir; duszkiem. Sam Hupka go warzy. Pijcie ca gb, bo dobry!

 A gdzie to my jestemy?  Ju my minli miasto.

 A jak si nazywao?

 Nazywao si Alcala de Henares. Droga si nam wykrcia na zachd. Wiatr usta. Powiadaj, e wielk stolic Madryt bdzie zaraz wida, jak. si tylko dzie dobry zrobi. Trzy mile niespena do tej stolicy. Tam nas zo w szpitalu, jak Cesarz stolic zdobdzie... Zib szelma pody... Krupy z deszczem biy, a teraz jako nacicho.

 A skd to my jedziemy?

 O, la Boga witego!... Przecie ju tydzie czasu jedziemy od Burviedro.

 Ju tydzie...

 Nic to nie pamitacie?

 Moe i pamitam, ale opowiedz...

 W Calatayud przeoyli nas na ten wz z materacami. Pamitacie? Jeszczecie, panie podporuczniku, gadali ze mn, jakemy jechali przez Ateca, przez Alhama, przez Sisamon, przez Medinaceli. W Medinaceli rozdzieliy si drogi. Prawa posza na jak Sigenz, a lewa wprost na poudnie do Guadalaxara. Z Guadalaxara jedziemy ju cae popoudnie i ca noc do Alcala...

Cedro przechyli do ust garnuszek, zanurzy wargi w pyn i pi chciwie, nienasycenie. Potem zaraz w moment usn, nim mu Pruski lew rk zdoa wyj zgite palce z ucha garnuszka.

Nie ockn si a pno w dzie. wiecio wielkie, zotolite, olepiajce soce. Uczu, e go ludzie na ruchomym materacu nios dokd w pole, w rwn, bezdrzewn przestrze. Koysa si na swym posaniu, nie mogc pochwyci taktu ich krokw. Mruy powieki przed olniewajcym wiatem i ledwie-ledwie myla:

Co te ze mn myl zrobi? Dokd mi te zanios?

Wtem postawiono ruchome ko na ziemi. Krzysztof rozejrza si na wsze strony i zrozumia, e jest w szeregach rannych, ktrzy leeli na ziemi pokotem, jedni na materacach, inni na kach polowych, na paszczach i derach wenianych. Wodzi po nich sennym, obojtnym wzrokiem. Ziewajc myla ospale, e pewnie tu wszyscy pomr z zimna na tej wyziewajcej chd i wilgo, na przemokej i ohydnej ziemi. Bez przykroci zagbia si w Tyczenie, wwiadywa w podanie, eby ju spocz na zawsze. Byle gboko! Nie bdzie si rusza, trzs, dra... Spa tgo, bez ajdackiego budzenia przez byle durnia... Tylko eby cho samemu! Wrd trupw obcych odakw gni we wsplnym dole i mierdzie pospou z motochem... Wnet cicha, daleka muzyka onych skrzypiec... Anielski ich gos przepywa w dusz jako struga wonnoci...

Wtem krzyk potny, oskot jednolity z mskich, zdrowych onierskich piersi grzmi niby dwiczny strza stu armat:

 Vive lEmpereur!

Za chwil drugi:

 Wiwat Cesarz!

Chwila cicho... Oto znowu bucha ten szalejcy orkan radoci, ten uniesiony hymn, w jedno sowo zawarte Atlantyckie Morze:

 Wiwat Cesarz!

Dreszcz odmienny przebieg ciao. Znik, a z nim razem myl o tym, co znaczy moe ten wszechpotny okrzyk.

Cisza nastaa.

Zjawi si w uliczce midzy rannymi, uoonymi szeregiem, oficer wielkiego wzrostu i czyta manifest cesarski gosem dononym, wyranym, potnym. Manifest gosi wszem wobec  zdrowym i konajcym onierzom, pracowitemu ludowi i bogaczom, ksiom i wieckim, Francuzom i Hiszpanom, wszystkim zgoa, kto oddycha na Pwyspie Iberyjskim, e w chwili tej cesarz Francuzw na wieki wieczne znosi i niweczy Inkwizycj wit, wypuszcza jej winiw, umarza sprawy, e liczb zakonw i klasztorw zmniejsza o dwie trzecie, e na zawsze odmienia i kasuje odwieczne prawa feudalne panw, e znosi i niweczy wszelkie przywileje...

Cedro sysza wszystko dokadnie i wszystko zrozumia.

 Teraz ju wiesz, Szczepanku  mamrota miejc si i ziewajc  dlaczego amalimy star Saragoss, kartel Aljaferi z jej winiami, czemumy broczyli lance pod Tudel we krwi ciemnego motochu. Nasz to krwi pisana twoja konstytucja, winiu hiszpaski!...

Przechyli gow na bok i patrza w soneczn przestrze. Patrza na kamienisty grunt okoo swego posania, na zmok w nocy i obsychajc dopiero glin, rozciapan od licznych butw. Czu, e klei mu oczy prdki, gorczkowy sen, powieki chodz jak po piasku, jak po pacynach zeschego wapna. Jeszcze jedno senne wok spojrzenie...

Kt to si zblia? Kt to idzie ku niemu? Zna przecie tego czowieka... Widzia go, na ywy Bg! Twarz blada i tajemnicza nikiej ksiyc ukryty w chmurach. Oczy w niej zagmatwane lataj, lataj, to znowu w cienie swe cofn si, eby czyha jak lwy w zasadzce...

Z barogw, siennikw, materacw, der, z nagiej ziemi dwigaj si porwane szcztki, potrzaskane gowy, wspieraj si na okciach przeszyte, bezsilne tuowia  i zesche garda, uszczliwione usta miotaj krzyk:

 Wiwat Cesarz!

Krzysztof podnis si z legowiska. Co w nim od tego ruchu zamao si, jak gdyby chrupno bez dwiku. Siad na posaniu straszliwie blady, zlany potem, z gb pen krwi. Oczy jego jak ky werzny si w nadchodzcego. Zatrzymay go w miejscu. Stan.

 Sire!-wymwiCedro.

Ciemne, wojenne oczy wodza uderzyy w spojrzenie Krzysztofa.

Spokojna twarz, jakby wykuta, z niewiadomego metalu, bya ku niemu wyczekujco i gronie zwrcona.

 Jakie jest twoje yczenie?  spyta guchym i zimnym gosem.

 Jeli umr...  pocz mwi Cedro w jzyku francuskim, spokojnie i gronie, z dum i odwag patrzc mu w oczy.

 Jakiej jeste broni`?  przerwa.

 Lansjer polski.

 Spod Tudeli?

 Tak.

 Nazwisko?

 Poszedem z domu mego ojca... Wierzyem, e moj ziemi... A teraz... na obcej:.. Wyrzecz, e nienadaremnie, e dla mojej ziemi... Cesarzu, Cesarzu!

Nieme i guche oczy zagbiy si i weszy w oszalae ze miertelnej mioci spojrzenie rannego. Nieruchomy, zadumany sta Napoleon. Kt wie? Moe w tych natchnionych oczach ujrza dusz sw mod. Moe rumiane niegi ska Monte Oro, pinie na cyplach Monte Rotundo, moe kamienisty brzeg wyspy w pianach rozhukanego morza zobaczy. Moe swoj korsykask mio wolnoci way przez chwil na szali z koron wadcy nad obcymi mu ludami i berem Karola Wielkiego. Moe wzdycha w utrapieniu za tym, co ju w duszy jego uscho, skruszyo si i od wiatrw rozwiane zostao jak badyl umarego kwiatu, za pochoniciem mod, sprawiedliw i dumn dusz  niedoli ojczyzny.

 Vive la Pologne!  usiowa krzykn Cedry padajc bez si w swj barog. Ale nie krzykn ju, tylko te wyrazy wyjcza prze-z. fale krwi broczcej z ust.

Cesarz sta jeszcze nad nim dug chwil. Kamiennym wzrokiem patrza w jego twarz. Wreszcie podnis rk do kapelusza i rzek:

 Soit.

Oddali si wolnym, miarowym, zimnym krokiem. Za nim gromada generaw. Znik midzy kolumnami wojsk pieszych, w tumach konnicy...


Val de Penas
Wieczr si robi, kiedy Krzysztof dociera nareszcie do wsi Val de Penas, gdzie mu przepowiadano obecno puku. W oczach mia jeszcze otaczajce t wie faliste any winnic o srebrnoszarym liciu, porysowane w nieskoczone linie od biaych palikw. Gasy w agodnym zamgleniu wiosennym wzgrza i szczyty Sierra-Moreny. W Ciudad-Real, Infantes, Almagro, Manzanares, Toboso i innych zaktkach Manszy stay siy francuskie, tote Cedro czu bezpieczestwo dokoa siebie i towarzyszw, z ktrymi ze szpitala w Madrycie wyruszy po przyjciu do zdrowia na poszukiwanie macierzystego puku. Cieszya go ziemia sucha i widok wiosennego nieba. Jake si radowa obrazem piaszczystych osypisk, w ktrych brzeg urwisty pinie wszczepiaj krzywe korzenie swoje, a poczwarne opaty kaktusa, najeone kolcami, koac od wiatru.

Gwizda i popiewywa witajc olbrzymie szare krzewiny ostu, co tworz bezpaskie, a nawet bezptasie gaje. Nareszcie wjecha w ulic wiejsk. Wita si oczyma z niewysokimi domami, twardo ubitymi z muu i chrustu. Dziwne wraenie sprawia obok tych niemal polskich chat ze somianymi strzechy widok dziedzicw zasadzonych pomaraczami, sadw wygrodzonych ywopatem z kamelii, r i bukszpanu. Okna domostw byy zakratowane i pospuszczane w nich zasony. Zaraz w jednym z pierwszych siedlisk Cedru zobaczy stojcego pode drzwiami lansjera. Ujrzawszy oficerka, o ktrym sdzono, e dawno ziemi gryzie, wiarus wyj z ust fajk i przypad do strzemienia.

Na krzyk jego z ssiednich domw wybiegli koledzy, i wnet Krzysztof jecha jak tryumfator wrd pieszego tumu.

 Witajcie, los infernos!  woa.

 Pan podporucznik niech yje!

 Teraz dopiero bdziemy brygantw upa!

 Na oficerski dwr...

Setki pyta, opowieci i setki odpowiedzi zasypay Krzysztofa. To o jakich haniebnych przejciach w grach Juvenes, to o zgubieniu sztandarw, o marszu nad rzek Gwadiana, o bezprzykadnym boju pod Ciudad-Real, o pocigu na Miguelturra, Amagro, Santa-Cruz...

 A pan pukownik tu z wami?  zdoa dopyta si Cedro.

 Pan pukownik Konopka? Gdzie! Ju we Francji nasz pan pukownik.

 Patrzajcie! A szefowie?

 Pan szef Routier do francuskich strzelcw konnych na pukownika fortragowany...

 To kt wami dowodzi?

 Sam jeno pan Hupet zosta nad nami.

 Do jego idziem kwatery...

W jednym z najwikszych domostw wsi Val de Penas miecia si kwatera pana Hupeta. By ju zmierzch, kiedy gromada eskortujca Krzysztofa wwalia si w podwrze domu. Na jej spotkanie wychyliy si ze drzwi i okien figury wiarusw w porozpinanych mundurach i koszulach tylko.

 Kto idzie?  woano.

 Daj haso!

 Moje haso: Saragossa i Burviedro...

Wnet wcignity do wntrza obszernego domu zwrzaskliwymi oznakami czci, Krzysztof posadzony zosta przy dugim stole. Z pocztku wodzi po tumie oczyma nie przyzwyczajonymi do blasku. Spostrzega dokoa siebie znajome twarze, srogie gby lansjerskie z wsem do gry zadartym albo pospnie zwieszonym, oczy wilcze i spie. Porodku siedzia w koszuli tylko i hajdawerach Niezabitowski z gow przez p obwizan chustk. Obok niego ponury Prendowski, dalej Grecki, Jan Nestorowicz, Szarski. Na widok przybysza Niezabitowski krzykn:

 Widzielicie, przecie ten wiszczypaa yje! Galicyjski hrabio, bywaj!

Siedzcy za stoem zerwali si z miejsc swoich.

 Witaje, witaj!  woali.

 Wina!

 Oto go!... Jakby spod ziemi wylaz...  Wdki mu dawajcie na otrzewienie!

 Gorza go czstujcie ojczyst!

 Nie wiesz nawet, bracie, nie przeczuwasz, jak tu gorzak Majewski z wina pdzi. Gorzelni, mwi ci, zaoy... Podoficerowie, a nawet onierze, napenili izb. Cedro wita si z nimi radonie. Rozgldajc si wkoo spostrzeg w rogu izby wysoko na gwodziach zawieszone dwa mundury oficerskie z czarnymi na plastronach znakami.

 Co to jest?  krzykn.

 To jest mundur Pczkowskiego z czwartego puku piechoty. Zamordowany w Consuegra, a tamto, bracie, mundur Czyskiego, porucznika z dziewitego puku. Ksidz go w Herencia zdrad zabi.

 Chowacie je na pamitk?

 Chowamy je na pamitk. Muzeum tu nasze fundujemy w tym przybytku. W Manzanares piechury pi, a my tu za nich na szpicu czuwamy dzie i noc.

 Te kandelabry to take muzealne?-pyta Cedro, ciekawie ogldajc srebrnolite, wieloramienne wieczniki, ktrych kilka w rnych miejscach dugi st obciao.

Wielkie, te wiece kocielne z wyciskanymi ozdobami rozmaitych kolorw pony pryskajc iskrami. Cienkie obrusy haftowane, cignite z otarzw, okryway st. ciana oddzielajca t du izb od nastpnej bya na p wywalona i przez okrgy w niej wyom cign si st do drugiej izby. Stamtd zawraca pod ktem i bieg dalej w gb domu. Cay zawalony by srebrem najkosztowniejszym. Roztruchany do wina, wszelkiego ksztatu i rozmiarw, kute i cyzelowane przez mistrzw, pyszne zote kielichy, dzbany i nalewki z dronego krysztau w ksztacie abdziw, pawic i krogulcw, w ksztacie dziwnych kwiatowych kielichw albo gryfw, rarogw i chimer; wielkie patery na owoce z malachitu i tego marmuru Sieny, bezcenne talerze porcelanowe z Limoges i czary pgarncowe do wina ze rznitymi w czeskim szkle herbami grandw hiszpaskich; pamitkowe kubki i kielichy z kokosowego orzecha, rogu bizona i wiej szkarupiny, dokonane przed wiekami przez nieznanych artystw Ameryki, wydarte przez konkwistadorw, zdobiy teraz, na nowo zrabowane, biesiadniczy st lansjerw. Czarne, cikie, szumice wino Val de Penas napeniao konwie, roztruchany i kielichy. Setki butelek stay pod cianami w koszach. Na srebrnych pmiskach i drogocennych talerzach dymiy si ogromne porcje kiebasy, ze sodkim sosem, po polsku przyrzdzonej; w dziwacznych naczyniach staroytnych onierze roznosili kiszk podgarlan na gorco, tuste salcesony na zimno, pekeflejsze i szynki z chrzanem.

 Ale to wy tu wielkanocne wita, widz, obchodzicie!  woa zachwycony Cedro.

 A ty co myla! Wprawdzie bab nie ma adnych, ani takich, ani owakich, ale za to kiebasy Skarzyski takie porobi, e cay puk drugi ju tydzie smakuje i nie moe si odje.

 Skdecie wi nabrali?

 A to si tam Skarzyskiego pytaj...

 Mylisz, e to ju wszystko! Pene ma chlewy wi, karmi je tak, e si ani jedna ruszy nie moe, a rznie tylko najtuciejsze.

 Jedno ma tylko zmartwienie  pokpiwa stary Szulc  e, mili bracia, cho czci tego wistwa nie moe pogna na jarmark do Wwolnicy albo Baranowa... Toby zbi kabz!

 Daleje, dawikufle! Pijmy zdrowie mokosa Cedry!... zawoa Prendowski.

 Skoro si, wiesz, z tego postrzau wyliza, to chwat. Koza magne jak pajac w cyrku, a farbowae, bracie, jak rogacz trafiony pod pite ebro...  mrucza Niezabitowski.

 Chociae z nami w podych grach Juvenes nie by, ale lansjer chrzczony. Pijmy za niego!

 Koem za niego pijmy!  krzyknli.

Wsta cay ppijany st. Cedro powid po nich okiem i zakipia cay od onierskiego wzruszenia. Gotw by by umrze za tych ludzi, dby si w sztuki porba za honor, jaki mu wywiadczyli pijc za i zowic go lansjerem. Chcia im powiedzie, e widzia Napoleona. Podnis kielich...

 Woa tu Dysa!  krzycza Prendowski  niech jucha piewa, bo markotno... mier w oczy zaglda...

 Dysa woa!...

Wszed zaraz onierz stary, niewielkiego wzrostu, z wosami bielusiekimi jak nieg i z biaym przystrzyonym wsikiem, ale czerstwy i czerwony jak wik.

 Stary! piewaj!...  woano:

 Tylko nie z tych nowych pieni...

 Stare nam piewaj! co najstarsze!

 Wedug rozkazu...  rzek wyprostowany Dys.

Usun si zaraz pod cian, odkaszln i powid rk po wsach. Za chwil wznis do uroczycie, jakby dyrygowa orkiestr, i niespodziewanie zacz piewa gosem tak szczerym, silnym i cudnym, e w caej kompanii nastaa grobowa cisza:

Ocknij si, Lechu, przerwij sen twardy,

Czuwa na twj kark bisurman hardy...

Czas przetrze renice, a toczy krynice

ez gorzkich!

W gosie tym brzmiaa najszczersza prawda, tryskay krynice ez gorzkich.

Ju pod armat ziemia przyklka,

Ju Ukraina pod Turkiem stka,

Ju braniec sptany, ju brzka kajdany,

A ty pisz!

Cay tum oficerw chrem, w uniesieniu, powtarza ostatnie wyrazy. Prendowski napeni sobie kielich i dolewa do niego ez gorzkich.

Orle Sarmacki! Gdzie s pierony,

Gdzie s ogniste grady Bellony?

Gdzie dziarska ochota?

Gdzie pradziadw cnota?

Gdzie mstwo?

Jeszcze brzmiaa ta pie, kiedy da si sysze gwatowny ttent, zgiek i krzyki. Tum onierzy rozstpi si we drzwiach i do biesiadnej izby wwalio si kilku olbrzymich lansjerw w czapach i penym uzbrojeniu, dwigajcych kogo na rkach. Wszyscy byli pokrwawieni, w potarganym odzieniu, z twarzami zdziczaymi i czarnymi od prochu.

 Kto to?  krzycza Niezabitowski.

 Pana Stokowskiego niesiemy...

 Kapitan!  woali oficerowie.

 yje?

 Zrbany, ale tchnie.

 Na gr z nim, do pokoiku.

 Chirurga!

 Stokowskiego zdrowie!

Tu za onierzami wkroczy do izby porucznik Mikuowski.  Widzielicie go!  zawoa Szulc.

 Cao wyszed?

 Bogu dzikowa.

 Jake to byo? Gadaje, nie stj!

 Boisz si, eby we mnie przypadkiem sowa nie pogniy jak w nieboszczyku Sanszo Pansy... Je mi si chce.

Siad do stou i przygarn ku sobie pierwszy z brzega pmisek.

 Gdzie to byo?

Mikuowski ruchem penym niewinnoci przyj z rk kaprala kopiast pater wieprzowego misiwa, popchn ksy kielichem Val de Penas i rzek midzy jednym haustem a drugim:

 A no, w Mora.

 C to za Mora?  zapyta Cedro.

Mikuowski spojrza na niego z ukosa i rzek:

 To acan yjesz? Mora to taki zamek jak w Chcinach abo i wikszy. Postawili nas tam ze Stokowskim na stracon poczt. Straszy, do diaba, w tym zamczysku... Okopalimy si odgrzebalimy fosy, co je podobno Maurowie z Andaluzji przeciw krlom Kastylii w skale pokopali...

 Co ty bredzisz o Kastyliach? Gadaj o rzeczy!

 No, tak. Napadli na nas jeszcze wczoraj, o pnocy, ze wszystkich stron. Byo tego byda z tysic ludzi, a nas pidziesiciu, zamknitych w starych basztach. Bronilimy si strzelanin, pki nam prochu starczyo. Potem kamieniami. Ale roni rozebrali mur, wybili dziur w baszcie naronej i podpalili schody.

 Jakecie wyszli?

 Czy ja wiem? Szlimy przez ogie. Paaszami... Stokowski, jucha, wojowa! Bodaj to!

 Kt zgin?  po dugim milczeniu, w czasie ktrego Mikuowski jad zawzicie, zapytano z tumu.

 Czy ja wiem? Poginli... Niejeden zlecia na eb w ogie. Jak my dopadli koni, to si tam jeszcze kotowao. No, ja si ju najad  jad!

 My z tob!  wrzasnli oficerowie.

Cedro roztrci tum biegnc do swego konia. Gdy si znalaz na siodle przed domem, pony ju smolne pochodnie, oficerom podprowadzano konie, w stajniach sycha byo renie i wrzaw. Za chwil trbiono wsiadanego.

 Chopcy! dzi nie dawa brygantom pardonu!  sycha byo w ciemnoci gos Niezabitowskiego.


 Nad brzegiem Rawki
Druga kompania pierwszego szwadronu uanw puku Dziewanowskiego wczesnym rankiem wyruszya na patrol gwny. Deszcz la przez ca noc. Nade dniem dopiero usta. Obwise chmury dwigay si z rwnin mazowieckich, ukazujc w oddali leny widnokrg.

Kompania miaa rozkaz przeby bota rzeczki Rawki poniej trzech staww w Michaowicach i od pierwszego skrzyda, z miejsca, gdzie staa ostatnia wedeta, wej w lasy, w rnych kierunkach je przejrze i zczy si ze swym szstym pukiem oraz z brygad konnicy Biegaskiego. Stu siedmdziesiciu jedcw z kapitanem, porucznikiem i dwoma podporucznikami wawo oddalao si od warszawskiego traktu. Zrazu co kilkaset krokw prbowali miejsca dobrego do przebycia, ale wszdzie na prno:

Po roztopie wiosennym i po deszczach nizina Rawki staa pod pytkim zalewiskiem, ktre podchodzio a pod suche pola. Zaraz pod Puchaami zaczynay si torfowiska, w ktrych ko od samego brzegu po tybinki zapada. Jedyne miejsce twardsze, z mostem, pod ogrodami folwarku w Michaowicach, mieli rozkaz omin. Szli tedy dalej. Pomidzy ich szlakiem a Pcicami stao bagno-gbia, bezgruncie paskudne, zawleczone wod i szerokie blisko na wiorst. Dugie rudawiska cigny si stamtd a po wie Tworki i Pruszkw. Ogromny park, drzewa dzikie, rozrose w las nad stawami Pcic; giny jeszcze w niadych tumanach. Kiedy niekiedy wynurzay si z nich wielkie zastpy drzew i kryy znowu w tajemnicze pmroki. Tylko aleje starych lip na piaszczystych wzniesieniach, prowadzce w stron Komorowa, stay ju w bkitnym przestworzu.

Ju wiea trawka puszczaa si wszdy, gdzie tylko grunt zetkn si z falami, a jasne pdy tataraku tryskay szeregiem, od spodu, jak arzewie ognia buchajce z gbin ziemi.

Olchy po nadrzeczu, w botach rozrose w kpy i laski, czarne byy jeszcze, jakby wrd modocianego wiata schorzae i opuche, ale ju i na nich tawe bazie tam i sam omgliy wierzchoek. Rowami i gbi skib z szelestem i szemraniem walia w nizin wiosenna i wieo spada woda. Nad dugimi szyjami i gardzielami torfowia, ktre warzyo si w cieple wstajcego dnia i kurzyo od oparw; migay wci wesoe pokrzyki i radosne loty czajek.

onierze z cicha naladowali ich gosy rodzime, niektrzy tak wybornie, e kompania miaa si jak jeden czowiek. Nawet marsowaty i straszny kapitan, Franciszek Katerla, szybko awansujcy jako najlepszy jedziec w armii, nie mg skry pod bujnym wsem umiechu. Srogo chrzka i oglda si jak zwierz gotowy do skoku, lecz ludzie dobrze wiedzieli, e wiosenk ma tak sam w sercu jako i wszyscy.

Podporucznik Rafa Olbromski wesoy by tego ranka. Ko pod nim zdrowiem parska i nis go miociwie. Kade czajki zawoanie przypominao co miego, jakow dawn, a ju, widziao si, na zawsze obc i zapomnian rado.

Na paskich wyniesieniach gruntu, po prawej stronie Rawki, kret wyry kilkadziesit wieych, czarnych kretowisk.

 Bdzie pogoda...  szeptali onierze.

 Ten saper nie bdzie ci wywala ziemi przed deszczami, dopiero jak wiosny pewny, cabas za opat i sypie.

 Takiego wzi, zaraz by za kocioem, pod Opacz, okop wywali na sto okci.

 Bdzie ta i bez niego, nie bj si...

Ziemia ju na tych przypiaskowych greczkach pachniaa ostrym, przenikliwym czadem wiosny. Jeszcze, prawda, paskie role nietknite szarzay daleko, w stron Warszawy, a piaski po drugiej stronie rzeczki szczerzyy si nagimi spachciami, ale ju ozime yta pony gdzieniegdzie zieleni.

Zbliywszy si do wioski Regu onierze spotkali chopw orzcych swe niwy. Mokre skiby, wieo odwrcone, lniy jak wypolerowane elazo. Chwilami powiew wiatru z poudniowej strony przynis odr nawozu, odr, co uderza i natychmiast gin w czystoci powietrza.

Kompania wysza na twardszy grunt i sadzia ugorami. Kopyta koskie zapaday si jeszcze po pciny i, wyrywane z tejcej ziemi, pojkiway do taktu. Pod wiosk Pruszkowem przebyto w brd Utrat, piachami ruszono na poudnie w lasy komorowskie i helenowskie. Zaraz za rzeczk kapitan Katerla zatrzyma oddzia i uformowa go do patrolowania. Dwadziecia pi koni da na awangard z porucznikiem na czele. Z tych dziesiciu miao patrolowa, a pitnastu i w kupie o dwa tysice krokw przed oddziaem gwnym. Dwudziestu jedcw z pierwszym podporucznikiem zostawi w ariergardzie o dwa tysice krokw za oddziaem gwnym. W takim tedy porzdku wszed w lasy.

Suche, na p liciaste bory ciche byy i nieme.

Podszewka lena grabina, dbczaki, kuszcze leszczynowe ledwie-ledwie dawaa znak ycia. Zeschy i truchlejcy li pod koskimi kopytami szelecia...

Wsk drk od Nowej Wsi w stron Nadarzyna przeciskaa si stra przednia. Oddzia rodkowy szed kup, majc po boku wachmistrza starszego, czterech wachmistrzw, furiera, kapralw i trbaczw. Szeregowi cignli rwno lasem. Milczeli gucho i dawali baczenie.

Soce ju wyszo i nagi las tak jakby przeciga si i dwiga ze snu. Tu i owdzie otwierao si pole jak zatoka werznita w las, i oko biego w pust, milow, mazowieck rwnin. W jednej z takich ostoi bydlia samotna wioska. Kilkanacie bielonych chaup pod somianymi strzechami. Siedliska mieciy si po obudwu stronach piaszczystej drogi. Nad strzechami groway nagie lipy i rosochate wierzby. Pustka i cisza... Na szczycie najwyszego z drzew bociek klekota. Pierwszego spotkanego chopa, tak jak sta, wzito midzy konie i kazano prowadzi oddzia najblisz drog pod Nadarzyn. Kupa dzieci w koszulinach wybiega patrze na jasne wojsko i sza za nim dugo, dugo z wlepionymi oczyma. Psy szczekay bez koca, gdy ju oddzia dawno w lesie uton.

Rafa wywid konia z koleiny i puci go lasem na skraju szeregu onierzy. Sucha z luboci, jak podkowy koskie rozmiataj brunatne, zgorzae zwoki zeszorocznych lici bukowych i ami zesche gazki. Myli biegy w dal, podobne do spojrzenia przebijajcego gsty las.

Niby na jawie, niby trzewymi oczyma ujrza ojca... Nigdy prawie o nim nie myla, ani razu chyba w yciu nie wspomina go sobie z tsknot. Skde teraz?... Idzie staruszek zgarbiony, jakoby pleni taw obrosy, kijkiem przed sob cieyn maca. Czapczysko na nim, bekiesza, buty wytarte, jak zawsze. Stary sknera, Olbromski z Tarnin. C za dziwny, c za cudaczny, niezgruntowany al!

Ach, bi go ten ojciec zawsze, od najpierwszego dziecistwa, zniewaa zawsze, nka, dokucza, poniewiera, zdradza. Z domu, spod dachu, na deszcz i sot wygna. A brata, brata! Na wieki wypdzi z dziedziny... Na wieki, na wieki wiekw... Serce mu nie zabio, nie drgno, gdy si brat tera po wiecie, w marszach, po leach, w obozowiskach. Nie przeczuo, gdy zestrzelany kulami na polu lea pumary, nie pko z alu, gdy umar nie zjednany, bez ucisku. Gnije teraz daleko, daleko...

Skde to ten dziwaczny, niezgruntowany al?

Zda mu si, e to nie on myli o ojcu, lecz e sam jest starcem zgrzybiaym z Tarnin, e wszystkie myli tamtego, najgbsze korzenie myli, najciesze nitki wiedze, uczuwa ma w sobie. Czuje, jak dr, jak si roj i cierpi. To nie jemu al, och, nie! To starca nka w ciemny, niepowrotny, niezgbiony ruch czucia.

Wiosna nowa nadesza, nowy jar trci i ze snu obudzi kad grudk ziemi, ciepy wiater powia zza Wisy na sandomiersk rwnin. Wszdy, jak oczy daleko zasign, ycie si rodzi. Tyle ju lat to samo ycie si rodzi... Tylko ju Piotr nie wrci.

Ju go nie ma. Sta si oto skib gliny, kopk nawozu, szczypt popiou. Ko ta ju jedna z niego nie zostaa. eby cho to wiedzie, ile z niego jeszcze tego prchna ocalao! eby to cho rk pomaca! Gdyby by lea na cmentarzu, co go w polu wida, poszedby teraz ku niemu, jak nikt nie widzi, i gadaby mu w mogi ojcowsk swoj wol i rozkaz. A tak... Jaka to straszna rzecz przey dziecko! Serce starca kurczy si, zwija i ciska w sobie, ale ju ani jednej zy wyda nie moe.

Powid oczyma po polach. Naok... Przystan. Patrzy w dal. Nie ma i drugiego. Kt wie, czy i ten wrci? Kiedy wrci? Zimne i twarde myli odtrcaj te trwogi. Wiatr wiosenny osuszy samotn kropl na obwisej dolnej powiece. Twarda wola wegnaa w kluby wzruszenie. Idzie znw starzec szybko, szybko kijkiem swym si podpiera. Zaczyna way w gowie pospolite, codzienne, folwarczne myli. Co bdzie sia na tej niwie? co na tamtej? czy jeszcze zawlec t podorywk? czy ora tamte uwrocia?

I oto znowu wypeza z niepostrzeonej szczelinki dawna wola, zawzita na mier i rozcinajca na dwoje, jakoby pytka damasceska stal. Nie, nie daruje, nigdy nie przebaczy! Niech ginie! niech przepada! Choby jak kundel wygnany przyszed i przyszwy buta liza, nie pogaszcze go rk. Szpadk z pochwy na ojca dobywa? Cha, cha!... Nieche na wieki przepada, kiedy tak!

Skiby ziemi sztorcem si nasuwaj przed ogniste, czerwone oczy. Zgadnij, w ktr te zmieni si teraz... Zgaduj, zgadula... Co w Rafale rozciga stawy duszy i gboki bl, zaklty bl lecy midzy ojcem a synem, bl, ktremu rwnego na wiecie nie ma, wykrzywi mu twarz. al mu tego starca, cierpi za niego i w nim, a al w rznie si wrd poczucia krzywdy, zniewagi, wskro wstrtu i gniewu.

Zdumionym okiem powid dokoa.

Soce janiao. Zotobiae poyski szy w zabkaniu po lesie. Spoczy na brzozach nagich i aonie uroczych, jakoby przeliczne niewiasty zhabione i obdarte z szat przez brutaln moc... Spoczy, zmierzchy, odleciay. Weszy midzy zielone gaje sosen i pod zgniymi limi, pod uschymi igami szukay pracowicie, zdyszanych od trudu, kw zi wiosennych.

Wtem przed oczyma zamglonymi dumaniem bkit szeroki zajania. Otwaro si pole idce milami w poudniow stron. Daleko w piaskach szarzay stodoy Nadarzyna i poyskiwa duy, miedziany dach kocioa oraz niewysoka jego wieyczka.

Rafa obojtnie patrza w piaszczyste ugory ledzc ledwie widoczne koleiny suchej ju drogi, gdy raptem usysza chrapliwy, przyduszony gos kapitana:

 Stj! .

Konie na ten gos, nim rka jedcw przykrcia cugli, stany jak wryte. Zotogniade pokryy si ciemnymi atami. Dymiy par wszystkie. Na niektrych piana si ju zamydlia.  Baczno  do zsiadania!

Olbromski z zadowoleniem cielesnym przerzuci cugle na praw stron, okrci grzyw okoo palcw lewej rki i z lekka wysun praw stop ze strzemienia: Wsparszy lew rk na kuli marzy jeszcze:

U nas si tam ju zazieleniy niwy. Rankiem po parowach mgy buzuj...

 Z koni!  wyrzuci kapitan.

Sam, jako niedocigy wzr, przenis genialnie praw nog, palcami w d, ostrog do gry, przez swego cudnego waacha. Jak jeden czowiek stana kompania na ziemi w pozyturze a do komendy:

 W miejscu  spocznij.

Rafa zostawi swego tresowanego Bratka samopas, z zarzuconymi na siodo wodzami, i wyszed z szeregu, eby rozprostowa kolana. Ale kapitan nie dla samego wypoczynku tu stan. Przeszed przed awangard mamroczc do siebie niezupenie salonowe wyrazy, wybra jednego z onierzy, Mazura jak wieca, i skin na; eby wyszed. Wybra drugiego i skin znowu. Kaza im odpi paasze, zoy na ziemi lance, zdj Czapki i wazi ostronie na najwysze dwie sosny stojce na skraju lenym.

Obaj poskoczyli i, jak wiewirki, idc wedug rozkazu z pnocnej strony pniw od ska do ska, dostali si na wierzchoki.

 Co wida?  pyta kapitan z cicha. Milczeli.

 Patrz jeden z drugim, gawronie! Wielki. gociniec widzisz, jak z lasu idzie do Nadarzyna?

 Widz, panie kapitanie!

 Za Nadarzynem trakt wida jeszcze, czy nie?

 Wida, panie kapitanie.

 Pola wszystkie ogldaj, dokoa... Patrzysz?

 Patrz, panie kapitanie.

 Puste?

 Pu...

Nagle obadwaj onierze jak na komend zaczli zsuwa si z drzew dzwonic ostrogami, piesznie odczepiajc z skw akselbanty.

 Czego?  zgrzytn na nich kapitan.

Obadwaj skoczyli na ziemi z wysoka. Biegli do koni chwytajc swe czapki i lance z szeptem:

 Konnica, konnica!

Kapitan rzuci si w kierunku, ktry wskazywali. Nic z pocztku nie dojrza. Pola porznite byy kpami brzozowych i sosnowych gajw. Od strony wielkiego lasu zwanego Dbakiem, przez rodek pl szed miarowy, chrzstliwy, dzwonny pogos. Serce Rafaowe zabio gwatownie i z wolna si uciszao.  Duch-duch, duch-duch...

Pony rozpierzche myli: Sarny z ysicy id, czy co?

 Baczno  do wsiadania!  zakomenderowa kapitan cicho, sekretnie.

 Na ko!

Rafa bezwiednie, z oczyma utkwionymi w dal, przenis nog przez grzbiet koski, wsun stop w strzemi do kostki wielkiego palca, rzuci koce cuglw na lew stron. Poprawi si w siedzeniu, zmocowa w sobie, wrs w siodo i stan jak wryty.

Bratek pochrapywa nozdrzami i strzyg uszyma.

Daleka muzyka kopyt koskich po mokrej, mikkiej ziemi gucho, gucho przepywaa polami. Oczy oficerw, wachmistrzw, kapralw, trbaczw, onierzy, jak ciciwa do ostatniego kraca nacignita, wytyy si w t stron, skd szed daleki takt. I oto w odlegoci co najmniej wiorsty, zza lasku, z wolna, pynnie, powabnie grajc w socu kolorami wysun si hufiec cesarskich huzarw. Kapitan sta na swym koniu zupenie skamieniay. Twarz jego bya jak gdyby z marmuru wykuta. Wszystek by w oczach.

Patrol austriacki szed w stron nadarzyskiego traktu, wracajc widocznie z rekonesansu. Ukonie mia przeci pole przed frontem polskiego oddziau. Gdy cay wyszed na plac i wida byo ca jego si, daleko od polskiej znaczniejsz, z ust kapitana pada jak strza komenda:

 Lance do ataku!

Prdzej, ni sowo rzec, prawe rce zsuny si po drzewcach kopii a do miejsca, ktrego mogy dosign bez pochylenia korpusu ciaa. Tam je chwyciy skate garcie mazurskie. Tylca lanc wyjli z rzemiennych u strzemienia tulejek. Pierwszy szereg schyli lance grotem w piersi wroga, drzewca na p okcia od koca wzi pod pach; przycisn do eber. Drugi szereg uj drzewca  i czeka.

Kapitan si zasiad mocno, rk pooy na gwni paasza. To oficerowie. Wielki dech w piersi...

wisny oficerskie szable, wyrwane z pochew jak jedna.  Przykr cugle!

Powid po ludziach okiem elaznym.

 Naprzd!

 Marsz, marsz!

Ostrogi woray si w boki koskie. Hufiec drgn i wypad spomidzy drzew. Zrazu szed nierwnymi skokami, jak gdyby szuka swego taktu, wsplnego dla wszystkiej siy. W jednym momencie go schwyci. Wtedy ludzie i konie stali si jak masa jednolita, jak zlepienie w bry olbrzymi, jak skaa oderwana z czuba acucha gr i lecca w doy przepaci. onierze pierwszego cugu schylali si ku szyjom koskim w miar wzrastania przecwau. Zafurczay chorgiewki: Bryy mikkiej roli, frygnite koskimi kopyty, gray w powietrzu.

 Nacieraj!

Rafa czu wciek rozkosz w tym wichrowym pdzie.

W zmruonych oczach mia bkitn i byszczc smug. Usyszawszy ostatni krzyk kapitana rozwar oczy. By o jakie omdziesit krokw od linii nieprzyjaci.

W pszwadronie kajzerhuzarw, jednym z szeciu w przedniej stray generaa feldmarszaka von Schauroth idcych, od dawna spostrzeono podjazd. Sformowany patrol lecia na spotkanie co ko skoczy. Oficerowie gnali z krzykiem na skrzydach jedcw, wycignitymi szablami dajc kierunek napaci. Gdy pierwsze dwa szeregi polskiej kompanii nacinite zostay przez nastpne tak, e by koskie wrzynay si midzy jedcw, a piersi rumakw napary w galopie na kby i wciskay si midzy uda koni pierwszoszeregowych, szyk huzarski, leccy pod ktem, strci si z polskim. Uani werznli si w pszwadron jak pocisk. Na wsze strony rozpierzch si pierwszy zbity cug. Kilkunastu zepchnitych z kulbak lancami wrzeszczao wrd kopyt koskich.

Ale drugie i trzecie linie natary w mig z elazn si i rbay si szabl, z konia. Podporucznik Olbromski wciesa si w ten zwarty, onierski tum. Mia szabl wrd wistu szabel i pocz w nie siec z furi i rozkosz. Oczy wkoo niego przywarte, brwi zwiedzione, nozdrza dysz. Biae zby poyskuj. wiszcze i praska brzeszczot w brzeszczot. Strzay si rozlegaj i dziki wokoo wrzask.

Przemgszy skutki pierwszej, lancami, napaci, sia huzarska rzucia si teraz wszystka z szablami. Rafa czu to doskonale, jak roztrcone przed chwil skrzyda Austriakw wci si zestpuj i cz, jak stary, wiczony i zwinny onierz palatyski dosiga nowo zacinego uana kordem na brusie toczonym i cina go z wpraw i zemst. Tote ujrzawszy przed sob miejsce i starego rbacza w boju, rzuci si na niego co duchu. Ci stojc w strzemionach raz i drugi z byskawiczn prdkoci. onierz w odparowa ciosy i pozornie umkn. Drugi najecha na jego miejsce jak sobowtr tamtego. Zwarli si komi pier w pier, wrbali w siebie nawzajem, a stal z trzaskiem zgrzytaa. Rafa pochwyci moment, wpar stopy w strzemi, stan i patn na amen. Nagle tamten drugi, pozornie dezerterujcy, zdarszy konia wdzidem tak wysoko, e z rozwartym pyskiem stan dba i rzuci si naprzd z impetem run w junaka.

 Wawrzek! A bije! A bije t psiokrew!  wrzasn gdzie z boku skrzydowy wachmistrz.

Rafa czu si na siach i odwali wszystkie cicia z pewnoci siebie. Paasz jego miota si byskawic, strzela wokoo i krzesa ogie. W pewnej chwili zgi si na bok pod strasznym ciarem.

Przetrci mi rami...  tyle zdy pomyle.

Paasz wylatywa mu z garci, spomidzy zmarzych palcw... Chwyci go jeszcze raz z caej mocy, z caej siy, z caej duszy i wznis zdrtwia i cik rk, ale nie mg ju zada ciosu. Mrwki; mrowisko w doni, w okciu, w ramieniu...

Huzar odsadzi si na siodle i pchn go wtedy sztychem w piersi. Ostrze zaorao po koci i ognistym jzorem waro si w bok. Jedziec austriacki szarpn si w ty i zlecia z sioda na bok, zajechany szabliskiem przez skrzydowego wachmistrza. Za chwil siedzia w kucki na zagonie, obiema rkami trzymaje rozwalon szczk. Straszne jego, siwe oczy patrzay w prni, z garda wydobywa si bydlcy ryk. Olbromski sekretnym ruchem wycign z olstrw pistolet i strzeli mu w eb z gry, prosto w te obkane lepie. Uczyniwszy to rzuci. okiem na swe spodnie i ze zdumieniem i zoci zobaczy, e lewa noga, kolano, but a do stopy zalane s krwi.

Kt to, u stu diabw, tak mi spapra?  myla jak przez sen.

Spostrzeg, e pole cae knie i e pomyki zielonawe wypadaj z niego rzdami. Puci wodze i lew rk zacz przeciera sobie oczy.

Z krzykiem i ttentem, robic lancami, strzelajc i tnc si w szable, otoczya go kupa bezadna uanw i zagarna w rodek. Sysza w tym tumie nieustajcy krzyk kapitana, porucznika i kolegi podporucznika: "Stj! rwnaj si!" Jak oszalay wywrzaskiwa to samo wachmistrz starszy. Cofali si ku lasowi odpychajc ze wszech si nacisk huzarski. Pojedynczo jedcy ganiali si jeszcze tam i sam, w polu. Patrol, ktry wreszcie zacz raliowa si pod lasem, uprowadza ze sob kilkunastu wzitych w niewol.

Rafa nie rozumia teraz dokadnie tego, co si dzieje. Byo mu nieprzyjemnie, mdo i gupio. Da si jak tchrz porba... Gdy wrzawa bitwy, szczk szabel i okrzyki ucicha poczy, rozproszeni uani dopadali co chwila w skok do tego miejsca. Byli zgrzani, na obkanych i spienionych koniach. Ten i w prowadzi rumaka wgierskiego, ten i w wlk rannego czy potuczonego huzara. Spostrzeono wreszcie, e podporucznik Olbromski jest co zanadto krwi oblany.

Broni si i udawa zucha. Ale cignito go z konia. Gdy mu starszy wachmistrz na rozkaz kapitana odpi rozwalony mundur, krew bujn fal broczy zacza z zanadrza. Bielizna bya we krwi, mundur przemk ni do cna. Pooono wojaka na ziemi, cignito garderob i opatrzono ran naprdce. Bya w piersi i w boku. Sza z dou pod pach. Sam kapitan zacz j wymacywa szorstkimi palcami, szukajc kuli. Gdy go ranny zapewni, e to rana nie z postrzau, przemyto rozdarcie gorzak i zawizano szmatami. Obandaowany tak mocno, jakby by wtoczony w gorset, podsadzony na ko, zasiad w kulbace nikiej w krzele. Kompania majc porodku swych rannych i jecw z wolna posuwaa si brzegiem komorowskich lasw w stron traktu. W dali, pod Nadarzynem, tumnie pieniy si wojska austriackie. Konnica wysuwaa si naprzd. Dolatywa daleki gwar i piowy dwik.

Szmat jeszcze drogi zostawa do gocica, kiedy w kierunku lasu wysuna si rwna, szeroka linia kawalerii austriackiej i ostrym a wzmagajcym si kusem sza wzdu drogi. Ujrzawszy ten ruch kapitan wcign swoj kompanijk w lasy, a sam z oficerami przypatrywa si z otwartego miejsca.

Ko Rafaa sta w pytkiej wodzie lenej i niecierpliwie kopytem rozpryskiwa j wkoo. Oczy jedca z przelotnym smutkiem taczay si po wybrzeach wiosennego smugowia. Dusza wspominaa sobie wiosenny swj sen: drog do Wygnanki. Tak ywe byo widzenie tamtejszej chwili, tak oczywisty by przed okiem tamten kraj, e teraniejszo prawie znika. Jak przeszkoda w uczuwaniu swych wasnych rzeczy nastrczay si okrzyki onierzy i mimowiedny, wbrew zakazowi, szczk szabel, ostrg, lanc, uprzy. Tum drgn i poda si ku lenemu wybrzeu.

I Rafa podnis oczy.

Na spotkanie huzarw od dawna wypad by z lasu drugi puk uanw, pod komend Tadeusza Tyszkiewicza. Po deszczach nie byo w powietrzu jednej drobinki pyu, tote cay w puk wida byo jak na doni. Zrazu szed rwno, spor ryci. Ale oto w oczach pocz si zrasta, skupia, jakby si w siebie wciga. Konie zlay si z komi, ludzie z ludmi. Barwa jeno zostaa, lecca w polu. Oto poszli co pary w koniach...

Kapitan Katerla nie wytrzyma. Zdar konia, nawrci nim w miejscu i stanwszy przed swym oddziakiem prdkie wyda rozkazy. Starszy wachmistrz z trzema dziesitkami szeregowych poprowadzi jecw i rannych w poprzek lasu, wprost do placwek pod Skocinem i do kwatery gwne j. Reszta w pole.

W moment wydzielono konwj, a zmniejszony pszwadron wyszed z lasu. Uszykowa si na roli i z kopyta polecia w bj. Te sto kilkanacie koni, lecc z ukosa do drogi, wspary znakomicie szar gwn i przyczyniy si do zamania austriackiego szeregu oraz uprowadzenia dwu setek niewolnika.

Rafa ju tego sukcesu nie widzia. Otoczony przez swych onierzy jecha len drog. Uani szeptali, z nadzwyczajn ciekawoci przypatrujc si jecom, ogldajc i taksujc pojmane konie i zdobycz. Starszy wachmistrz mia si pod wsem, ale wobec Rafaa nie way ust otworzy. Wreszcie, liczc oczywicie na niemoc podporucznika, nie wytrzyma i zagada do najbliszego Niemca:

 A nie masz znowu czego tak hergota, bo ci tu na ronie nie piek. Szable tocie sobie potoczyli na brusach, eby nas cina bez miosierdzia, psubraty!

Huzar podnis na niego oczy przekrwione i pokaza sw rozpatan gow. W istocie, skorupa krwi zwikszaa si cigle na skudanych wosach.

 A to tak gadaj!  rzek wachmistrz.  Boli ci? onierz co wymamrota po wgiersku czy po rumusku. Rafa domyla si, o co chodzi onierzowi, ale milcza.

Widok krwi tego chopa budzi w nim zimny, niezomny gniew. eby si odczepi od bagalnych spojrze, rzek oschle:

 Wachmistrz, zawiza mu ran i wzi go w ty, eby mi na oczy nie laz.

 Wedug rozkazu!

Zsiad wachmistrz z konia i zwrci si do huzara:

 Masz jak chustk? Hy?

Ranny wzruszeniem ramion pokazywa, e nie rozumie.

 Nawet gada adn gwar nie umiesz, kapcanie! Gibnij chustk, to ci eb zdrutuj, fersztanden? Odgibam ci t szmato;. nie bj si, jak eb naprawi.

onierz powtrnie wskazywa, jako nie wie, czego chc od niego. Wtedy jeden z uanw wydoby z mantelzrka czyst szmat i uroczycie poda j wachmistrzowi. Ten wprdce, nic zatrzymujc pochodu, obmy wdk i zawiza gow Austriarka. Gwarzy mu wci w oczy:

 Szable sobie wyostrzyli ,jak brzytwy! A ja ci i bez toczenia na brusie eb od zamachu zetn, wiesz ty o tym? Jak ci uan w pazury wemie, mw pacierz, i to prdki! Tylko e ty i o pacierzu pierwszy raz pewno syszysz, niemiecki sugo. O, juchy! Na Polakw idziecie, psubraty jedne? C wam to zawinili? Skrzywdzili was kiedy? Diabli ci wiedz, co za jeden, a moe i Wgier... Ja za ci powiem, e wcale nie Wgier, tylko wgrowata winia, kiedy na nas z Niemcami sypiesz! ebym tak nie by mitkiego serca, tobym ci wzi i tu na tym miejscu dorzn. Wiesz teraz?

Szli ostro, z ciekawoci, z przyjani i pewnym specjalnym uszanowaniem obserwujc swych jecw. Rafa nie czu si dobrze. Byo mu wci gupio i mdo. Nieprzyjemna senno ogarniaa go jak po bezmylnej pijatyce. Gow mia cik, a w rkach i nogach ogie.

Byo ju nieco po poudniu, kiedy wyszli z lasu i skierowali si na Skocin. Trafili w wir wojska. Zza piaszczystych wzgrkw okoo Lesznowoli i azw pokazyway si w lot i giny z oczu przednie strae brygady generaa Spetha. Okrajc las przebiegay nawet Mokrwol. Brygada generaa Ronieckiego z czterema dziaami staa nieruchomo pod Janczewicami, przy karczmie zwanej Wygoda, na drodze z Falent do Lesznowoli. Lasy falenckie jczay jak rozkoysany dzwon od huku bitwy, od strzaw rcznej broni i okrzykw Tyszkiewiczowskiej jazdy. Cay trakt warszawski przed Falentami zajty by przez najrozmaitsze rodzaje broni. Szed tamtdy w kolumnach, brnc w tgim bocie po kolana, trzeci puk fizylierw w kierunku Michaowie, inne wracay spod Komorowa czy Pcie do Pucha. Latali do jazdy Ronieckiego zbryzgani po czuby kit adiutanci. Co ko skoczy przelecia jaki podoficer w kierunku Jaworowa. Wszystkie wojska ustpoway przed idcym powoli konwojem. Cae bataliony spdzano w rowy z gocica. Oficerowie, nawet wyszej rangi, salutowali.

Pierwszy to raz w yciu Rafa uczu, co jest sawa. Dreszcz uniesienia nie znanego mu dotd przeszed po nim jak lew po puszczy. Oczy zamiy si od szczcia i dumy. Daby si w sztuki porba, ywcem spali, wczy komi za w tryumf, jakiego dozna na dwuwiorstowej przestrzeni miedzy Skocinem a Falentami. Sama wioska Falenty wolna bya zupenie od wojska. Las olszowy za ni i okolica zrujnowanego paacu, grobla i droga prowadzca do Raszyna  rwnie. Dopiero okoo kocioa w Raszynie, w domach jego z prawej strony gocica, a osobliwie za kocioem, gdzie kilkuset chopw sypao szaniec, byo tak peno, e ledwie si zdoali przecisn. Ustepowano i tu, ile mona. Piechota wycigaa szyje, eby zobaczy niewolnika, jazda podsuwaa si, oficerowie zachodzili drog.

Wszyscy biegli w nadziei, e zobacz pieszych pandurw z zaplatanymi warkoczykami koo uszu. Wszystko tu byo w ruchu. Nie wiedziano, czy maa armia wyruszy dalej, na spotkanie nieprzyjaciela, czy zostanie w tym miejscu. Nikt nie umia powiedzie, gdzie umieci rannych. W samym Raszynie miejsca nie starczyo, o Falentach nie mogo by mowy.

Nawin si wreszcie chirurg i wzi Rafaa w obroty. Jako pierwszym z oficerw rannym w tej okazji  zaj si w szczeglny sposb. Wywiz go o dwie wiorsty za Raszyn, w kierunku Warszawy, do Opaczy.

Wachmistrz tymczasem zabra jecw i powid do komendy swego puku, eby zda raport generaowi, wrczy mu raport i usysze rozkazy.

Olbromski byt znuony, widocznie wskutek duej utraty krwi. Obojtnie spoglda na dwr w Opaczy, ktry mu chirurg wskazywa, i obojtnie sucha zapewnie, e tu bdzie mu stokro lepiej ni w szpitalu przewonym, zaoonym w obery raszyskiej. Dwr w Opaczy sta w niewielkim, pustym ogrodzie. Od strony drogi warszawskiej i pola otoczony by parkanem. Rafa zapamita sobie ten na p rozwalony parkan, ktry tu i wdzie sprchnia i run. Zarazem czk... Byo mu lepiej i weselej na widok bielonego dworu. Co jakby rodzinne gniazdo stano przed oczyma. Mulinowe firanki wisiay w oknach "na drugiej stronie", gdzie zapewne musiaa by rzadko otwierana bawialnia. Z podwrza wychyla si gobnik. Wida byo w gbi gumno, obdarte zabudowania i kupy nawozu, wieo wyrzuconego i dymicego jak jaowcowe ognisko. Wejcie do domu stao zamknite.

Na botnistym gocicu cigny si linie bagaw i kotoway wozy amunicyjne. Chirurg zsadzi swego pacjenta z konia, pobieg w podwrze i huka tam, kogo szukajc. Rafa przez ten czas siedzia na ganku i duma. Polami przecigay kolumny wojska. Daleko pod Jaworowem, w stronie Piaseczna, rysoway si we mgle wiosennej ruchome linie batalionw idcych pod komend Jana Kamieskiego.

Nareszcie klucz zgrzytn w zamku i ranny wprowadzony zosta do sieni. Chirurg z wrzaskiem wymyla na jakiego czeczyn, ekonoma czy podstarociego, ktry spode ba, z odraz przypatrywa si Rafaowi wci pomlaskujc wargami. Gdy mu kazano otwiera drzwi do najlepszego pokoju "na drugiej stronie", ociga si dopty, a go chirurg porwa za konierz.

W saloniku dziwnie pustym, jakby z niego dopiero co wywieziono sprzty, byo powietrze mocno stche. Za pierwszym pokojem staa otworem stancyjka wygodniej urzdzona. Znalazo si tam ko z pociel zupenie czyst, z atasow kodr, mikkimi piernatami i stosem haftowanych poduszek.

 O, to wonic! Tego nam brakowao! _ ucieszy si lekarz.  Tu podporucznikowi bdzie lepiej...

 Ja tu nikogo nic puszcz!  zgrzytn w burgrabia.

 Nie pucisz, wasan?

 Nie puszcz. To jest ko samej pani dziedziczki.  Mam rozkaz strictissime zaraz to ko wywie.

 To ja strictissime kasuj tamten rozkaz.

 Ehe...

 Rwij mi acan po gorc wod na duej, czystej misce. eby mi za dwa pacierze bya w tym miejscu!  wypali dobroczyca Rafaa, chwytajc tamtego za rami po raz wtry i otwierajc nim drzwi na ocie.

Z sieni da si sysze gos bynajmniej nie pokorny:

 Ja id, ale wy, mokosy, popamitacie!

 Konia odwi od potu! Zaprowad go do stajni! Owsa mu daj peny b! Syszae?...

 A jake, syszaem...  mrukn tamten w kcie sieni.

Wkrtce Rafa zosta opatrzony przez chirurga. Nacierpia si niemao przy sondowaniu i myciu rany, ale si i pocieszy, gdy go lekarz zapewni, e ostrze huzarskiej broni niezbyt wiele przecio wizw. Zelizno si jakoby po kociach i naszarpao tylko niemao misa na boku i pod pach. Obandaowany i spokojny uan leg w puchu. Chirurg nakaza spokj i przy poegnaniu obieca odwiedziny swe nazajutrz rano.

Dzie z wolna rozproszy si i w nocy uton. Nikt nie przyszed, eby zapali wiato. Rafa nie mia o to pretensji: prawdziwie wypoczywa w zacisznej alkowie.

Byo mu dobrze nad wszelki wyraz. Myli przyjemne i wesoe schodziy si do niego i bawiy u wezgowia, niby gocie podani, niby ksztaty ulubione i najprzyjemniejsze, niby zapachy znajomych kwiatw z dawnych lat, z rodzonych okolic. Najtrudniejszych spraw swego ycia, najbardziej przykrych wypadkw pierwszy raz od tylu czasw zada wol ku sobie i oglda je wszystkie w promieniach radosnego spokoju ducha. Omieli si wej bez trwogi w Tatry, przeby znane drogi, z umiechem plitoci a pdrwiny kroczy na skalne zrby. Zajrza w przezroczyste, bkitne i litworowe jeziora. Usysza z luboci szum potoku napeniajcy doliny a do szczytu zbjeckich okien krzesanicy. Ogarn go agodny miech i pobaliwa lito nad wszystkim. Nawet dwik tamtego imienia nie przeraa ju duszy. Melodyjne sylaby, nie, raczej krople cichych ez, jedna zczona z drug, z trzeci... Patrz z ciemnoci tej izby modre renice... Ale nic ju nie ujrz, nic a nic.

Co mnie i tobie, niewiasto?  pyta si jej z dobrotliw mdroci ycie.  Ty ju jest popi, nie tylko jako ciao i krew, nie tylko jako pikno, nie tylko jako wspomnienie ywe piknoci, ale popi jako uczucie, a jam jest modo, sia i dza. Nic nie trwa wiecznie. Ostatni jeszcze przyjdzie wiatr i ostatni garstk popiou uczu w nico rozwieje.

Odsun si od tych myli jak od znajomych, ktrymi si ju nacieszy do woli. Przeszed do innych. Ach, to on, mistrz de With! Ujrza wyranie wielk figur, korpus, gow, oczy... Wspomnia sobie wkroczenie do Gdaska i  w blokhauz niezdobyty... Wspomnia wywalone podkopami mury, wyrwane okienka i wejcie, a wreszcie ostatni w ruinach walk.

"Major de With, pruski oficer piechoty"...  czyta z listy oficer, kiedy rannych z fortu wynosz. Rafa widzi jeszcze twarz blad; mas krwi w skudanych, krtych wosach, przygase oczy. Oczy te patrz we, gdy rannego dowdc blokhauzu nios na tragach. Patrz we uwanie, patrz z dou do gry. Spokojne, zimne, mne oczy!

Ale oto skrzywienie odrazy maluje si w ustach i wielka gowa z niechci odwraca si na widok "brata". Przymykaj si powieki, eby nie widzie twarzy "ucznia".

Mrok tej alkowy w Opaczy szepta si zdaje: Ciebie to pozna wtedy...

Zraniona duma szarpie si w piersi Rafaa. Buchaj niczym niezatamowane wyrzuty.

Nie, nie, o tym jeszcze z umiechem marzy nie sposb  marzy ranny odsuwajc od siebie widok trupa Mistrza katedry, taki, jak go ujrza w kostnicy nazajutrz po wziciu Gdaska. Pali go teraz spokj tego trupa, urga mu nieruchoma gowa i dumnie zacinite usta...

Zbudzi go z tych marze niezwyky haas.

Kto chodzi po sieni ze wiatem, gono kl, gada, wreszcie wkroczy do ssiedniej izby. Tu obejrza z fukaniem wszystkie sprzty, szturcha je i rzuca z miejsca na miejsce. Zbliy si wielkim krokiem do ka. Rafa z wciekoci patrza na tego natrta i mia wanie zamiar wygna go std, gdy oto spostrzeg jego odzienie i zamilk. w oficer mia na sobie krtki, granatowy traczek uaski z generalskim na rabatach haftem, dugie, amarantowe spodnie. Zdj by rogat czapko; z wysokim, czarnym pirem, suto galonowan i trzyma j w rce.

Wznoszc wysoko ojow wieczk w blaszanym lichtarzu schyli si sapic nad pierzynami.

 Diabli ci tu przynieli...  mrukn przez zby.

Bya to twarz duga, wygolona, o kolorze zrudziaego piaskowca. Zimne jak ld, wypuke oczy, obwieszone torbami powiek, patrzay z pogard i rozumem. Zacinite usta wskie i surowe, zdao si, przemoc zatrzymuj za zbami wyrazy zniewaajce. Ranny widzia by ju nieraz t gow z nosem grubym i dugim, porznit fadami idcymi wzdu twarzy, ale teraz przypatrywa si jej w dwjnasb ciekawie. Genera sta nad nim ze wiec przez czas pewien i bada go przeszywajcym wzrokiem. Potem raptownie odwrci si i wyszed do pierwszego pokoju. Tam, szurgajc stokami i stolikiem, zasiad nareszcie. Na jedynym stoliczku, jaki pozosta, rozoy wielk map i podparszy gow piciami uton w padaniu czy rachunkach. Chwilami co do siebie mrucza, to znowu co zapisywa na kartkach pugilaresu.

Rafa nie mg ju myle o spaniu. Mia przed oczyma pegajcy krg wiata, czarn, zwichrzon, kdzierzaw czupryn generaa i olbrzymi cie jego gowy na przeciwlegej cianie. By pewien, e lada chwila wyrzuc go z tych piernatw. Wcale go nie martwia ta pewno, by bowiem do wypoczty i wes. Rana nie sprawiaa mu wielkiej przykroci, a oglna ociao zupenie przesza.

Genera studiowa swoj map wicej ni godzin. Ukoczywszy, wida, jakie obliczenia, map zoy, zamkn notes, rozpar si na stoliku okciami, zoy gow na rku... Drzema tak przez czas pewien, ale gdy sen na dobre morzy go zacz, wsta i ociaymi ruchy zacz szuka miejsca, gdzie by si mg wycign.

Nie byo gdzie, chyba na ziemi. Zsun dwa krzywe krzeseka, ale nie zdoa zmieci si na nich. Raptem odwrci gow i patrza w ciemny pokoik Rafaw. Po chwili wszed tam. Omackiem znalaz chorego, odsun go do samej ciany i pooy si na poowie ka.

Rafa z uszanowaniem odsun si do ciany i ustpowa kodry.

 Nie potrzeba!  mrukn Sokolnicki.  Le, wasan, kiedy ci dobrze. Mwi mi chirurg, e ci ranili. Gdzie to?

 Mam ran w boku.

 Pytam si: w jakiej potrzebie? Chirurg niech si pieci twoj ran, nie ja!

 Pod Nadarzynem. To jest...

 Co jest?

 To jest pod lasem helenowskim.

 Wic gdzie ostatecznie? Bo Nadarzyn to miecina, a las to las.

 Pod lasem, panie generale.

 Godno wasana?  mrukn ju przez sen.

Rafa wymieni swe nazwisko.

 By kadet Olbromski w Rycerskiej Szkole, a potem oficer za Rzeczypospolitej.

 Brat mj starszy.

 Aha!...  ziewn genera.

W tej samej chwili zachrapa na cay dwr. Gowa jego leaa na brzegu poduszki, ogromna, duga, kudata. Olbromski nie spuszcza z niej oka  i w tak dziwnej pozycji przelea, a waciwie przesiedzia ze dwie godziny. wieczka, zostawiona w pierwszym pokoju, dopalia si i zgasa.

Twarda jeszcze bya noc, kiedy da si sysze guchy ttent kilku koni. Sycha byo kroki osb niecierpliwie chodzcych dookoa cian dworu i gon rozmow. Dobijano si do okien, szukano drzwi. Na pewien czas wszystko ucicho, a kiedy Rafa sdzi, e przybysze ju si oddalili, drzwi do pierwszego pokoju otwary si i kto na cay gos zawoa:

 Monsieur le gnral Sokolnicki!

picy genera ani drgn. Olbromski zacz go potrzsa. zrazu ostronie, potem coraz mocniej, a wreszcie Sokolnicki zgrzytn:

 Kto? Czego? Atakuj

 Genera Sokolnicki!  woa gos z ciemnoci.

 Vite, vite!

Nareszcie, rozespany, porwa si na nogi. Zatoczy koo, przecign si, a w nim, zda si, wszystkie koci zatrzeszczay, i skrzesa ognia. Zapalono now ojwk i ndzny jej blask owietli kilka postaci wchodzcych do pierwszej stancji. Byli to starsi oficerowie, zachlastani do ramion ciepych paszczw i utytani w bocie do kolan. Jednemu z nich podano krzeso. Gdy usiad za wiec, twarz naprzeciwko Rafaa, rozoono przed nim map, i ten sam gos, ktry woa na Sokolnickiego, ozwa si znowu.

Genera siedzcy zwraca na mwc ciekawe i uwane spojrzenie. Kiedy niekiedy sekretnie ziewa. By to wysoki mczyzna lat czterdziestu piciu, szeciu, z twarz tust, okrg i jeszcze pikn, cho ju rozlan i w policzkach obwis. Osobliwie pikne mia oczy: aksamitne, pomienne, pod szerokimi ukami brwi. Co chwila, pragnc ukry ziewanie, muska pieszczotliwie maego wsika. Pelletier wci wykada po francusku swj pogld.

 Co do mnie rzek ksi Jzef zwracajc si do Sokolnickiego  nie przestan aowa, em nie poszed wprost i gdzie za Nadarzynem nie rzuciem si na nich z ca si, jaka jest. Nic przestan aowa! Tylko chodkiewiczowski atak mgby nam da szans zwycistwa.

Sokolnicki ukoni si z obudn zgod na te sowa, z udanym wspubolewaniem. Po chwili, rysujc palcem na mapie dug lini, mwi:

 Chocia z drugiej strony te bota i rudawiska nie s do pogardzenia. Id tak dugim pasem i tak znakomicie nas broni! od osaczenia. aden szaniec nie oddaby tylu usug...

 Ach, daje pokj!

 Prosz tylko spojrze. Za Jaworowem, niemal od Piaseczna, zaczyna si nieprzebyta ga botna, a idzie a Bg wie dokd. Czowiek nie przebrnie tych moczarw, z wyjtkiem Raszyna i Michaowie, ko nie zgruntuje, chyba za Pruszkowem .i pod Piasecznem. Ku Piasecznu nie pjd z obawy przyparcia do Wisy. W Raszynie mamy szaniec, w Michaowicach...

 Ach, daje pokj! Sta nad tym rynsztokiem i czeka na los kraju, rozmylajc, w ktrym te miejscu nas obejd i obskocz...

 Mamy sumiennie rozstawione brygady konne a do Bonia, do Woli i do Piaseczna. Obej nas...

 Co to znaczy! Te brygady mog nam tylko zwiastowa, w ktrym miejscu przebyto bajora.

Mody, trzydziestoletni Francuz chwyta uchem obce mu dwiki. Snad co rozumia, bo kiedy niekiedy raptownie potakiwa. W pewnej chwili zacz mwi prawie to samo co Sokolnicki. Wywodzi tak bez przerwy a do przybycia nowej osoby.

By to Fiszer. Na jego widok ksi wsta ze swego miejsca i gorczkowo, wycigajc rk, mwi:

 Wci mi namawiaj do oczekiwania w tej obmierzej pozycji. Nawet Sokolnicki, ktrego zawsze trzeba tenir par la basque, eby zbyt daleko nie poszed. Co powiesz nowego, generale?

 Wracam z Michaowie. Zmarzem...  rzek may genera zacierajc siarczycie rce.

Po chwili doda:

 Trafi mi si tam pewien fygas Samios...

 No, no?  zapytali suchacze.

 Pewien Polaczek galicyjski zemkn ku nam fasami na Komorw, na Janki, Wolic. Przyszed o pnocku do Michaowie w ubraniu chopa, tak zaciapany, e ledwie go byo wida. Wziem go na dobre spytki, bom podejrzewa, czy to czasem nie jaki znawca, ale nie!  dobre czeczysko. Powiada mi detale.

Fiszer zbliy si o kilka krokw do stoliczka i mapy. Zimnym i jakby martwym okiem patrza na ni. Wreszcie rzek niby do siebie:

 Mao nas, bardzo mao. Wiecie wy, moci panowie?  Jeden na czterech.

 To niemoliwe!  krzykn Sokolnicki.

 Jeden na czterech!  powtrzy Fiszer.  Dziewiedziesit cztery dzia wyszo ju z Nadarzyna. To znaczy: trzy dziaa na nasze jedno.

 Mwiem, e i naprzd... -zacz ksi Jzef ze zmarszczonym czoem i zduszon w gosie rozpacz.

Po chwili zwrci si do Fiszem z kategorycznym pytaniem:

 Co mwisz?

 No, teraz ju i za pno. Trzeba byo nie puci ich za Pilic; napa od Inowodza czy Czerwonej Karczmy. Teraz nie ma ju o czym...

 Tylem zyska; e mi Gartenberg rozpdzi milicj w Kawie, zabra kas i magazyny. Mam raport. Zapasy w Nowym Miecie... Zrabowane wszystko w Sadkowicach, w Biaej...

 Ju teraz za Kawk si nie wydalimy, boby nas w ni wegnali i utopili. Nawet Roniecki musi si pilnowa i ustpujc i na zachd, ku Komorowu, ku Helenowu, piaskami. A tu, moci ksi, miejsce jest dobre.

Pocign such rk po wychudej twarzy, przetar blade oczy i mwi spokojnie:

 Gdyby tak na mnie, to stanbym w tym miejscu i bibym si a do mierci.

Pelletier usyszawszy z ust Sokolnickiego wytumaczenie sw szefa sztabu machn rk z zadowoleniem i zacz w tek swoj zbiera papiery. Ksi siedzia zamylony i patrza w pomie wiecy. Fiszer mwi zatopiony w sobie:

 Gdyby tak na mnie... Wyszedbym za grobl z przedni stra. Austriaki miejsca tego nie znaj. Raszyn wyglda od Nadarzyna jakoby wzgrek na tamtej rwninie. Biliby w Falenty i w Puchay nie przeczuwajc, e w celu zdobycia Raszyna trzeba przede wszyskim zdoby topiele Kawki. Topiele okryte olszyn tak szczelnie, e dopiero konajcy przekona si, jak to tam zdradnie a gboko. Falenty s jak szpic. Chaupy tej wsi stanowi najdalsze angles saillants caej naszej pozycji. Trzeba t wie zaj, mocno obsadzi, utwierdzi si w niej, no i bi si na mier. Grobla  to bdzie drugi etap, a Raszyn trzeci. Armaty nasze z szaca za kocioem raszyskim panuj ju nad grobl i mog bi w olszyn.

Ksi Poniatowski ockn si i rzek z umiechem:

 Panie generale brygady, zdaje mi si, e to do ciebie pito mwic o walce w Falentach...

 Jestem gotw...  odpowiedzia Sokolnicki z ukonem:

 Tak, tak, on zawsze gotw, kiedy mowa, eby lecie naprzd...  mwi Fiszer.

 A wic  decydowa Poniatowski  genera Biegaski z trzecim pukiem piechoty i czterema armatami stoi w Michaowicach i broni tamtejszych suchych przej pode dworem, midzy trzema stawami. Kamieski stoi w Jaworowie z dworna batalionami smego i drugim batalionem pierwszego puku. Ma 6 armat. Pan genera dzi jeszcze o wicie zajmiesz Falenty Mae i Due, paac, las olszowy, drogi i grobl. Wszak znasz te miejsca?

 Znam.

 Jakie wypadoby wzi bataliony? -zwrci si ksi do szefa sztabu.

Fiszer wydoby z portfelu spisy i obadwaj z Pelletierem zagbili si w dociekanie. Wkrtce szef czyta:

 Pierwszy batalion pierwszego puku piechoty, pierwszy batalion smego puku, wieo przybyy z Modlina pod wodz Godebskiego, jeden batalion szstego puku. Bateria modego Sotyka.

Sokolnicki sucha wyprostowany. Ksi liczy na palcach, kiedy Fiszer wyczytywa z papieru.

 Masz tedy, panie generale, czternacie kompanii fizylierskich, dwie grenadierw, dwie woltyerw. Razem dwa tysice piset chopa. Sze armat. Moesz si tgo broni.

 Osobliwie, e bd mia staw i bagna za sob, a do ustpienia w razie poraki grobl...  mwi Sokolnicki z ironiczn przechwak.

 Wicej da nie mona... -mrucza Fiszer. -Gdybycie byli otoczeni i wzici w niewol, Raszyn zostaby bez obrony.

 No, do bitwy tak zaraz nie przyjdzie. Austriacy nie decyduj si zbyt szybko...  mwi ksi.  Znam ich przecie. Co do grobli... to zapewne... Ale bdziemy was wspierali. My tymczasem jeszcze podsypiemy nasz zakop raszyski. Chciabym go przecign za drog warszawsk ku Michaowicom i nad staw raszyski, w drug stron. Ufortyfikujemy koci, mur kocielny i domostwa ydowskie, skoro ju tu koniecznie broni si mamy.

Sokolnicki usiad przy stole i za dyktandem Fiszem oraz Pelletiera pisa rozkaz dzienny. Ksi podpisa go i zaraz wyszed, prdko egnajc obecnych. Za nim Pelletier. Fiszer zebra swoje papiery, nacign paszcz na ramiona i mia si rwnie ku wyjciu. Ju we drzwiach stojc zwrci si do generaa brygady ze sowem:

 Szcz Boe!

 Daj Panie Boe!  odrzek brygadier.

Po wyjciu generaw zawrci co tchu do ka, na ktrym Rafa siedzia w kucki, suchajc wszystkiego.

 Nie pisz wasan?  mrukn Sokolnicki.

 Nie pi, panie generale.

 I nie masz zamiaru umiera?

 Ani myl.

 A jake si ma twoja tkliwa rana?

 Wcale dobrze.

 Teraz bdziesz spa czy nie?

 Nie bd spa, panie generale.

 Na pewno?

 Na pewno, panie generale.

 Suchaje, rycerzu. Rozkazy do marszu wyda szef sztabu, a ja si zdrzemn jeszcze do witu. Pojmujesz, co mwi? Zdrzemn si do witu. Jak tylko zacznie szarze, obudzisz mi. Obudzisz?

 Obudz, panie generale.

Namyl si. Bo gdyby mia zasn...

 Obudz, panie generale!

Sokolnicki rzuci si na ko, Rafa postanowi korzysta ze sposobnoci i robi karier. Rzek tedy miao:

 Panie generale, racz mi wysucha.

 Tylko prdzej, prdzej!

 Pozwl mi towarzyszy sobie w tej ekspedycji.

 W charakterze?

 W charakterze... w charakterze...

 Prdzej!

 W charakterze... po prostu podporucznika ? la suite.

 Nie mam do tego prawa i nie znam takiej rangi. Jestem tylko generaem brygady, a ty rannym oficerkiem. Jak zostan naczelnym wodzem in partibus infidelium, nie zapomn, emy spali pod jedn kodr.

 Jestem ju zdrw, a nie wiem, gdzie jest mj szwadron. Pono za Rawk. Pozwoli mi pan genera by w tej batalii przy sobie bez adnej rangi a do chwili, kiedy znajd swoj komend.

 Dobrze. Obud skoro wit, a teraz milcz z aski swojej i... niech ci wszyscy diabli!

Za chwil chrapa.

Skoro tylko ciemne rano dao widzie szyby okienka w duym pokoju, Rafa przelaz przez picego snem kamiennym i jak umia, jak mg najprdzej, wdzia swj uniform. Munduru nie zdoa zapi adn miar wskutek grubych powijakw bandaa, ktrym mia opasane ebra. Zacz targa generaa za rami.

 Kto? Czego?  wcieka si rozespany.

 Generale, dnieje!

 Id, bo ubij!

 Generale, nie dam ju spa ani chwili. Dnieje!

Widzc, e sowami nie poradzi, uy siy. Sokolnicki rozwar wreszcie ogromne powieki i kl na czym wiat stoi. Jeszcze niezupenie rozbudzony pyta:

 Czy atakuj?

 Atakuj, atakuj!

Ockn si wreszcie i siad na ku. Za chwil otrzsn si i porwa na nogi.

 No, chwaa Bogu i za t kruszynk snu! U kaduka! Ja si ju nigdy w yciu porzdnie nie wypi. A no! Zaczynamy!

 Pan genera raczy mi pozwoli, ebym mu towarzyszy?

 Prawda, co mi wasan w tej materii gadae. C ja mam z tob zrobi?

 Jako zwyczajny widz...

 Nie ma widzw w bitwach. A ja ci powiem sub rosa, e my nie na bal par idziemy za t grobelk. Gdzie twj puk stoi?

 Wanie tego nie wiem.

 To si dowiedz i kwita!

 Panie generale!

 Zaraz... Umiesz po niemiecku?

 Umiem.

 Ale czy na pewno?

 Umiem, panie generale.

 No dobrze. Bdziesz mi potrzebny jako tumacz... w razie pojmania, uwaasz, niewolnika. Ale czeg azisz rozpity jak mamka?

 Banda.

 Banda... Poka no si. To szsty puk. Z pierwszej formacji. Pod Tczewem bye?

 Byem.

 Pod Gdaskiem?

 Byem, panie generale.

 Jako "widz"?

 Waciwie...

 Rozumiem! To wiedz, e ja ci kurowa nie bd. Moesz przy mnie by i rb, jak ci si podoba. Olbromski. Pamitam tamtego! Zacny by oficjerek, cho mazgaj i sentymentalista. No, w drog!

Wyszli na wiat. Ciemne byy jeszcze pola. Pask otchani say si na wschd i na zachd. W stronie Jaworowa, na wodach szeroko rozlanych, na stawach nieci si saby brzask. Przejmujce zimno szo z nizin Rawki od strony poudniowej.

Rafa skoczy w podwrze i po chwili gwatownego koatania wynalaz ludzi, a ci mu w mig podali osiodanego Bratka. Genera kaza dla siebie zaprzc szkap do maej bryczulki. Wkrtce jecha do Raszyna, powoony przez brudnego parobka. Olbromski konno towarzyszy mu z boku.

Z dala ju, na gocicu i w obrbie szaca, przed kocioem raszyskim, spostrzegli rwne linie wojska stojcego w szyku. Rogate, czarne czapki z orami i jednakie pompony, krtkie kurtki z biaymi plastronami, biae spodnie, kamasze i cimy tworzyy dugie rysy w ciemnoci. Tabor armat i wozw formowa za plebani, nad stawem, u jego niskiego wybrzea, ciemne i chropawe wzgrze. Na prawo i na lewo od drogi, w polu, midzy Opacz a Raszynem, bielay namioty. Gdzieniegdzie wasa si jeszcze dym gasncego ogniska. Przy drodze, wzdu doliny, stay na koniach pikiety uaskie z chorgiewkami w futeraach, z pistoletem na pogotowiu, nieruchome, bkitne we mgle i ciszy. Rafaa ogarn dawno nie uczuwany lk i smutek wrd tego snu wojska. Czeka z niecierpliwoci na alarm, wystrza...

Ale cisza bya nieprzerwana. Mgy nad stawem kbi si poczy i bka. Czarne zamajaczyy w nich olchy, wierzby... Sokolnicki siedzia w wzeczku i bardziej do siebie ni do suchacza mwi:

 To to bateria artylerii konnej, Sotyka... Nieprawda? Cztery armaty omiofuntowe, dwa granatniki szeciocalowe. Sze wozw do tej baterii, sto koni, powiedzmy, sto cztery konie. Na prawo c to tam pi w tych wciekle biaych namiotach?

 Sasi, panie generale.

 Masz suszno, Sasi. Trzy bataliony, 150 huzarw. Dwanacie armat. A tamte ku Michaowicom dziaa... Widzisz? To kompania modych frantw, Ostrowskiego i Wodzia Potockiego.

Wzek wolno brn w kauach i koleinach bagnistej drogi warszawskiej. Nie dojedajc do szaca Sokolnicki zlaz z bryczki. Trzy bataliony ujrzawszy go uformoway si.

Wypadli z szeregw adiutanci i salutujc okryli generaa. Pukownicy  Godebski, Maachowski, Sierawski, dowdcy tych batalionw na ten dzie 19 kwietnia, dosiedli koni i zajli swe miejsca. Zabrzmia rozkaz, trzykro powtrzony. Migny oficerskie szpady jak jedna. Linia bojowa wraz sprezentowaa bro. Sokolnicki wyprostowa si. Twardym krokiem szed z wolna przed wycignitym frontem. Mijajc pukownika Godebskiego, ktry szlachetnym mstwem, krwi, ranami zdoby swe szlify we woskich i niemieckich wojnach, pozdrowi go rycerskim spojrzeniem i ukonem wodza. Mijajc pukownika Maachowskiego, ktry dowodzi brami we Woszech, na oceanie, na wyspie, ktry widzia wszystko od pocztku do koca i z San Domingo powrci, pozdrowi go ukonem wodza, ktry by razem ukonem czci. Mijajc pukownika Sierawskiego, ktry przeby, podobnie jak tamci dwaj, wszystk z onierzem dol-niedol, pozdrowi go rycerskim spojrzeniem i ukonem wodza. Przyprowadzono mu konia. Siad na ciko. W milczeniu przez chwil kilka patrza w gb batalionw.

Ju zorza ze soca, wstajcego daleko, spywaa na wody stawu Raszyna. Granatowe fale lelejay si cudnie i melodyjnie chlupajc taczyy dokoa badylw suchych trzcin. ywym pomieniem z gbin przezroczystej wody wybiegy jasne pdy tataraku. Byo tak cicho, e wojsko usyszao daleki szelest suchych zeszorocznych szuwarw.

Gorzko, aobnie, smutno szumiay. Ich jasnote, zotawe licie dotykajc si wzajem szerzyy w pustce ni to skrzeczenie, ni to piew. Chwiay si ostre kity nad gbiami. Mnstwo z nich wiatr ju obi, wicher obdar, a granatowa fala przyniosa a do grobli i uoya na jej krawdzi w rwne, zygzakowate mogiy.

Z gszczw oczeretu raz w raz wypyway dzikie kaczki, koysay si na modrych falach. Kurki wodne pokrzykiway w gstwinie. Nad dalekimi botami Jaworowa tuman sta gsty.

Po drugiej stronie grobli wyaniao si z mroku bajoro, jeszcze nie okryte traw. Zeschy chwast botny, rude chrusty rokicin i ciemnobrunatne olchy z czerwonymi dziuplami zacieay niski rozd przerznity przez strumie, ktry sczy si z upustu w przeciwlegym kocu grobli, od strony Falent. Grobowy, zimny wyziew wstawa z tego podziemia jakoby widmo. Wycignitymi rkoma, ktre w siebie wchodz i wychodz, obejmowa stojce rycerstwo. Schyla ku nim potworn gow i mrone usta przyciska do czerstwych policzkw modoci.

Sokolnicki noga za nog podjecha do batalionu prowadzonego przez pukownika Godebskiego. Rzuci pgony rozkaz:

 Przez grobl  naprzd!

Szefowie dwu batalionw obocznych po prawej i lewej stronie kazali zaj pplutonami, batalionowi na prawej stronie w lewo, a batalionowi na lewej stronie  w prawo. Jednoczenie batalion Godebskiego zaszed pplutonami w lewo i w prawo. Dwa pplutony, stojce na drodze midzy kocioem a murowanymi domami, gdzie mieci si sztab gwny, ruszyy naprzd na podwjny odstp pplutonu. Ujrzawszy, e przewodni zajli swe miejsca na prawym i lewym skrzydle pplutonw w pierwszym ich szeregu, genera Sokolnicki zakomenderowa do uskutecznienia:

 Kolumna  naprzd!

Szefowie powtrzyli rozkaz. Sokolnicki zwrci konia z rozkazem:

 Marsz!

Gdy powtrzony gruchn ten rozkaz, pplutony, stojce u wejcia na grobl, pomaszeroway naprzd krokiem taktowym. Kiedy ostatni z nich wszed midzy dwa rzdy drzew, Roman Sotyk, kapitan komendant parku artylerii, przeznanego do przedniej stray, rzuci rozkaz:

 Baczno! Na prawo do boju. Przewodni na prawo. Marsz!

Jezdni kanonierowie pucili konie. Ciko zahucza pi. Gowy, wyloty, czopy, puste komory, zielone oa, przodkary i koa dudniy potwornie w ciszy porankowej. Jkna do gbi pod kopytami wstrznita ziemia. Pnie i konary drzew dzikich, z jednej i drugiej strony obrastajce grobl, zadray, jakoby w ciemno bojani wtrcone.

Sokolnicki noga za nog jecha z dala od wszystkich, sam. Przed oczyma jego po prawej i lewej rce rozwieray si dwie niziny: staw i bota za grobl. W uszach mu szumia przykry szelest trzcin. Spokojnie spod nasunitych powiek patrzay kamienne oczy. Na wargi wyszed jad wrodzonego miechu. Przymkn wtedy oczy i myla:

Ja to was wiod w to miejsce zgnie, ja to was wiod...

Ja to waszymi trupami zapeni te niziny...

Rozkazuj, wodzu! Sucha twj podkomendny. Nie byo ci, wodzu, przy dalekich sprawach nad rzek Padus, nad rzek Tyber, nad rzek Ren, nad jeziorami Woch, w wwozach Tyrolu, w czeluciach Szwajcar. Spae w puchu za onych dni, wodzu nasz. egnajcie, egnajcie, mode moje lata! Ty, stary szwedzki okopie pod Grodnem, gdziem modymi trudami zwiza pi tysicy faszyn, trzy tysice uplt koszw, dwa tysice potw  na darmo.  Gdzie moje kwatermistrzostwo rami w rami z Sukowskim... Bd pozdrowiony, cieniu...

Zwiesi gow. Rce opar na kuli. Mgy snuj si w oczach, cienie snuj si w mylach.

Warszawa... Pod Toruniem, pod Sochaczewem, pod Drzewic, pod Radoszycami... Samotna, duga noc. Cisza. I widok w Kownie przysigi!

Kiedy to ja ci wyrbi, ziemio!

Kiedy ty przyjdziesz, dniu mojej wadzy, pocztku mojej pozgonnej chway?

Ale, o Boe mj, upokrz serce...

Daj mi w tym dniu rozkaz poczty w mdroci, ebym jego szacem zasoni braci. Daj mi rad w najgorszej chwili. Daj mi mstwo ostatniej godziny, kiedy popoch rozpdza onierzy jak zgraj dzieci.

Odwr ode mnie mier... Zmiuj si, Panie!

Ktry mi wywid spod Offenbach. i Bergen, spod gradu kul pod Hohenlinden, spod paszcz u Salzburga, spomidzy bagnetw nad Innem, nad Aachem, ktry mi ratowa pod Stolp, pod Heyburz, w dziele frydlandzkim...

Ty, co mi krzepi w przejciu alpejskim, kiedym by sam jeden niezomny wdz, kiedy odeszli wszyscy okrom Fiszem, kiedy tysic wiernych onierzy szo bez butw, dwa tysice na poy boso, poowa legii nie miaa koszul, a dwa tysice byy bez ubrania.

Dae mi ask walki na tych zagonach...

Zachowaj rami me, wspom serce!

Ale, o Wszechmogcy, jeli Twa wola...

Daj mi mier kiewskiego...

Ktry widzisz dusz moj w tej minucie a do samego dna...

Druga kompania artyleryjska konna przebya ca dugo grobli, mina upust i zstpia w paszczyzn.

Rafa da wwczas koniowi ostrog i ruszy spod Raszyna naprzd, wymijajc za grobl cae wojsko. Podjecha do dowdcy. Sokolnicki w przelocie rzuci na okiem i nie patrzc wyda rozkaz:

 Jed wapan do wsi Falent Wielkich, o p wiorsty za folwarkiem lecych przy drodze nadarzyskiej. Idzie w twe tropy kompania piesza. Kaesz babom i dzieciom wynie si ze wsi co tchu. Kada moe zabra ze sob wszystek ywy dobytek. Chopw co do jednego zatrzymasz. eby mi aden nie uszed. Za cztery pacierze spal wie ze szcztem. To im powiedz. Wszystko masz wykona natychmiast.

Odkomenderowana kompania grenadierw w bermycach z biaymi kordonami, o szlifie czerwonej z wczkow torsad ruszya botnist drog za paac falencki. Wysza z bagnisk porosych olchami i znalaza si u wylotu wioski. Dwadziecia siedlisk stao tu po obudwu stronach odwiecznej, grzskiej drogi, prost lini cignc si w kierunku lasw i najbliszej wsi  Laski. We mgle wida byo drzewa nastpnej  Janczewic.

Rafa wypuci konia. Za chwil by w rodku wsi.

Ludno Falent; obudzona ze snu, wylega z chat. Byy to wszystko domostwa drewniane, mazurskie, bielone, pod somianymi strzechy. Od dwu blisko lat posiadajc prawo "przenie si w obrbie Ksistwa Warszawskiego tam, gdzie jego dobra wola bdzie"  wieniak falencki pozosta przecie na miejscu. Zza potw, zza wgw, z ciemnych sionek wyglda teraz na wojsko maszerujce.

Olbromski dononym krzykiem pocz zwoywa chopw do siebie. Zbliali si lkliwie, niechtnie, noga za nog.

Kiedy ich zawiadomi w formie jak najbardziej stanowczej, ordynarnej i rozstrzygajcej, e baby i dzieci maj co duchu ucieka ze wsi, rozleg si straszny popoch, jk, pacz, zawodzenie. Jak spod ziemi wyrose, zjawiy si u jego strzemion kudate, na p odziane w weniaki, brudne wiedmy, dzieci z kotuniastymi czuprynami, wstrtni, schorzali starcy. Wszystko to skamlao jednym gosem:

 Zmiuj si!...

Wyrwa paasz, precz ich nim odegna i ukaza schylone bagnety kompanii pieszej.

 Ktra teraz, we dwa pacierze, nie wywiedzie dobytku, nie wypdzi gadziny, to ju straci na zawsze. Za cztery pacierze wie bdzie podpalona ze czterech rogw i pjdzie z dymem.

Rzucili si wszyscy do obr, do stajenek, do chleww. W mgnieniu oka napenia si ulica. Ryczay krowy, ray konie, kwiczay winie, gdakay kury, ggay gsi. Wrd przeklestw i okrutnych wyklina chopskich, przeraliwych jak sama chopska tylowieczna niewola, wrd modlitw, zakl, prb, cigniono na powrzkach krowiny-ywicielki, pdzono prosita z pieczoowitoci, jakoby dziecitka rodzone, zaganiano ze szlochem koguty, kaczta, gsi. Rafa patrza w ten obraz przygasym okiem. Oto kobiecina z najbliszej chaty, zawizawszy w pacht na plecy jedno dziecko paczce, drugie dwiga w koysce. ka, zanosi si od chopskiej, od zwierzcej rozpaczy. Pojecha rodkiem wsi i obnaonym paaszem dawa na prawo i na lewo znaki popiechu. Widzia w pierwszym na prawo siedlisku silnego chopa, jak w portkach i koszuli, wprost ze snu, z padziorami somy w kosmatym bie, wyrzuca przeze drzwi graty, statek, awy, kosy, widy, garnki, sczerniae od dymu i brudu wite obrazy, jak wyrywa rozpaczliwie ze ciany zabit gucho gwodziami ram pen przepalonych szybek i nis j dokd w pole niby najdroszy skarb. Ujrza w drugiej chacie bose dziecko wyrzucone pode drzwi. Chore byo na jakie krosty. Wyrwane z legowiska, drao oparszy si plecami o zmurszay supek potu. Przyciskajc kolano do kolana przestpowao z nogi na nog w fioletowym bocie gnojwki. Zamglony, zadymiony od gorczki wzrok jego skierowa si na Rafaa. Spalone usta wydaway nieznony dwik. Na progu innej chaty stare babsko z nieustannym jkiem pakowao pierze w rozdart pierzyn, co chwila chwytajc si oburcz za ogupia gow. Tam chop biega w dyrdy za wiosk, wynoszc swe bety, tam wytaczano beczuki z kapust, wynoszono worki, zdzierano co nowsze poszycia ze strzech i wizano je w snopki.

Kiedy wypdzono ju sprzaj i gadzin, wyniesiono z chaup, co tylko si dao, chopi zaczli rozgradza poty, wyrywa koki, wrzecidze, zawiasy...

Kompania piesza przesza wzdu ulic wioski. Oficer prowadzcy j zabroni chopom rusza si z miejsca. Kademu polecono mie w rce rydel, opat, widy, siekier.

Uszykowani w szereg, czekali. Tum bab, dzieci, zwierzt i ptactwa eskortowa odrbny patrol, wydzielony z kompanii, w kierunku Falent Maych, przy drodze ku Piasecznu. By ju dzie jasny, kiedy szlochajcy gwar oddala si zacz i wolno zacich. Na drodze, w kauach rozmazanych przez wojska, leay resztki gratw, wczyy si korowody pierza. Tam i sam wdrowaa zdziwiona, osierociaa kura. Poamane potki przed chatami odkryy lechy ugracowane ju i zasiane w ogrdkach. Rafa przelecia jeszcze raz wzdu caej wsi, zajrza to tu, to tam i w skok wrci do dowdcy. Sokolnicki tymczasem rozmieci ju by swe siy. W lesie olszowym, ktry dugim smugiem cign si od Falent Maych, zasania dwr i folwark, przedziela go od Falent Duych i siga a do wsi Puchay, postawi batalion fizylierw Godebskiego. Cz tego batalionu przeznaczy do zajcia Falent Duych, czyli Wielkich, wsi sztorcem wysunitej w pole. Midzy wsi Falenty Mae a przecinajc je drog do Piaseczna oraz wsi Falenty Due, na czele folwarku a jakoby u podstawy opustoszaej wioski, postawi batalion szstego puku pod Sierawskim i batalion Kazimierza Maachowskiego. Batalionowi pierwszej linii, bronicej lasu z pola, od strony Nadarzyna i bliszego Skocina, przyda dwie haubice i dwa wozy z konnymi kanonierami, czyli trzeci sekcj siy artyleryjskiej. Cztery dziaa Sotyka umieci obok drogi raszysko-falenckiej midzy dwoma ramionami wojsk swoich, na suchym wzgrku, a w taki sposb, e miay przed wylotami otwarte pole i dostp do wsi. Za armatami mia twardy dostp do grobli i schodzce si w tym miejscu drogi do Piaseczna, do Janczewic i do Nadarzyna.

Dwie armaty mogy by w kadej chwili przyczone do ktregokolwiek z batalionw. Wozy dostatkowe stay w pobliu, o dwiecie kilkadziesit krokw, pod zason drzew. Bliej, o jakie sto krokw, byy na drodze wozy prochowe, a o trzydzieci krokw  zabudowania folwarku.

 Wypdzeni?  zapyta genera z daleka jadcego uana.

 Wedug rozkazu.

Sokolnicki na czele kilku plutonw uda si sam do wioski. Skoro tylko piechota wesza w jej ulic, otrzymaa rozkaz zoenia broni w kozy i zabrania si do roboty. Pod kierunkiem oficerw onierze, a pod kierunkiem onierzy chopi zdzierali co tchu somiane strzechy i ko obdart wynosili z dala za wiosk. Tam j ukadali rzdem na polu dla przysypania ziemi i utworzenia przedpiersia. Kiedy krokwie wszystkich chat byy ze somy ogoocone, kazano chopom nosi na puapy nawz przygotowany na rol, obficie zlewa go wod i krowiecem z gnojwek. Po upywie godziny usilnej pracy wszystkie polepy  poway grubo okryte zostay grzskim nawozem. Wwczas wnoszono tam wyrwane drzwi, szafy, awy, beczki i tworzono z nich schrony i kryjwki dla strzelcw. Jednoczenie rozgrodzono wszystkie poty tworzce przede wsi zwarte opotki i wycito drzewa, ktre mogyby nieprzyjacielowi suy za oson w polu. Na poudniowym kracu wsi, a jeszcze w jej obrbie, chopi pod bagnetem kopali co tchu dwa szerokie a gbokie doy na ca rozlego drogi.

Wysypan z nich glin okrywano uoon som i tworzono naprdce przykop ziemn. W owe doy wprowadzono po osie drabiniaste wozy naadowane kamieniami, graciwem, gnojem i dobrze zasypane ziemi. cite grube sokory zza wioski, zbite na krzy klocami, wkopywano w ziemi w miejsca prne. Przestrze midzy nimi gorliwie zapeniano faszyn, ziemi, gnojem, opotkami wyrwanymi sprzed chat wewntrz wioski, eby przej i popiesznego ruchu nie tamoway.

W przejciach midzy jedn chat a drug, pomidzy gsto zabudowanymi stodoami, sypano rwnie fosy, wybierano rowy, stawiano za nimi podwjne palisady, wkopywano zasieki z przyciesi i belek. Niektre chaupy zostay rozebrane zupenie z tego wzgldu, e stay nieco na osobnoci i nie mogy by wczone do umocnionego obszaru.

Kiedy koniec poudniowy wsi z pola by ju nieco oszacowany, Sokolnicki uy dziesiciu kompanii onierskich do zniszczenia drogi w kierunku Nadarzyna. Zrwnano precz w polach rowy, przykopy, poty, cito wszystkie drzewa. Pozostae om kompanii zapdzone zostay do innej roboty. Poniewa od zatkania wej, a osobliwie poudniowego, do wsi zostao jeszcze nieco dylw, belek i wyrwanych wrtni, kazano je opiera o ciany wysunitych chaup i okada z zewntrz bardzo grubo mokrym nawozem. Rozbierano wci jeszcze niektre stodoy, umacniano miejsca co sabsze, podpierano z zewntrz zasieki i sypano, sypano ziemi bez koca.

Batalion puku szstego pod komend legionisty Sierawskiego, stojcy najbliej Maych Falent i grobli, okryty by lasem najszczelniej, tote ten batalion pracowa najciej okoo umocnienia wioski.

Byo ju popoudnie, kiedy przygotowania do odporu zostay jako tako uskutecznione. onierze od dwigania ziemi, nawozu na chopskich noszach, belek i ciarw byli zboceni, zgrzani, brudni, a nade wszystko zgodniali. Dano sygna na spoczynek. Pozwolono zje posiek. Wanie wiara siada na ziemi i zabraa si do mantelzakw i manierek, kiedy polem, po gboko mikkich zagonach, przypad w galopie oficer z jazdy Ronieckiego. Szybki zda raport dowdcy i co ko skoczy pogna na Puchay ku Michaowicom. Sokolnicki spokojnie posila si kromk chleba i kawakiem zimnego misiwa. Poszuka Olbromskiego oczyma i rzek do niego:

 Jed wapan brzegiem olszyny i bajorw a ku Puchaom. Bdzie tam droga prowadzca na cmentarz. Objed cmentarz z tamtej strony i wysu si ile tylko mona najdalej w szczere pola, na owe nieznaczne wzgrki na prost Raszyna. Patrz stamtd pilnie na wsze strony, a osobliwie w kierunku na Laski, na Janczewice, Lesznowol. Skoro co ciekawego zobaczysz, le ku mnie z raportem.

Rafa puci konia we wskazanym kierunku i wkrtce by za cmentarzem. Grunt tam by lejszy, przypiaskowy. Rola nie lgna ju, lecz nawet z lekka pylia. Ko szed po niej ostr ryci, a w jedcu bia, jak piowy, przepotny dzwon na trwog, rozkosz ycia.

Siy w nim wszystkie wzmogy si i podniosy. Czu w sobie ow rozkosz szczegln, podniecon a do najwyszej kresy, rozkosz niebezpieczestwa i zniszczenia, jak na widok poaru w ciemn noc, ktry obejmie drewnian wie, somiane, zwarte jej strzechy i oszalaych ludzi. Niby to jest al, strach, bole, a w rzeczy rado niesychana. Jk ludzki podaje duszy skrzyda, krzyk rozpaczy podjudza j jak wicher ptaka, a widok wysokich, krwistych kbw dymu szelmowsko j zaspokaja.

Pod karczm zwan Wygoda, na drodze do Janczewic, tak samo jak i dnia poprzedzajcego staa konnica Ronieckiego. Cz jej mona byo jeszcze dostrzec pod lasem nadarzyskim, za Skocinem. Nie widzc adnego w tej jedzie ruchu i wyczekawszy spor chwil Rafa posun si dalej, eby z paskiego wzniesienia szerzej okiem sign. W tej samej chwili konnica polska zacza wolno, wolno rozsuwa si szwadronami i cofa w kierunku Sokoowa, Komorowa, Pcic. Dalekie barwy gray w cudnym socu kwietniowym, w gstym oparze wysychajcych rl. Raptem dymice si supy drgny, jakoby wp noem przecite. Ogromny, bkitny kb wypad znad szwadronw uchodzcych i wraz po nim cudnodwiczny huk przelecia nad okolic niby drcy okrzyk. Rafa rozemia si wesoo. Zawoa prawie z rozkosz:

 Aha! Nareszcie!

Drugi huk, trzeci. Potem dwa prawie jednoczenie.

 No! No!  wyzywa je kawaler.  Bij, bij!

Jak na zawoanie runy: raz, dwa, trzy, cztery! Chwila ciszy  i znowu, a coraz czciej. Supy bkitnego dymu i cudnie okrge albo wyduone jego obrcze wzniosy si ociale w stron Lesznowoli. Linie jazdy polskiej amay si szybko, czyy ze sob i wci ustpujc szy miarowo w kierunku Pcic. Olbromski ujrza Wygod opuszczon, w paskich polach. Wyty w tamt stron wzrok i w dalekich oparach ujrza szarawe, ruchome chmury. Zupenie jakby bardzo daleki las; porznity w porby, zblia si polami.

 Id...  wyszepta.

Serce w nim zadygotao na widok nieprzejrzanych mas. Brzmienie sw bez sensu i zwizku pywao koo uszu. Oczy nie mogy si do napatrzy. Nogi zdrtwiay tak dalece, e nie mg trci konia ostrog.

Pozosta na tym polu dopty, a konnica Ronieckiego oddalia si i staa w oczach take wdrownym, szarym lasem.

Strzay armatnie ucichy. Tylko owe linie staway si coraz bardziej jawnymi. Widzia ju dokadnie ponce lini migotliw rzdy bagnetw, ruchy ng, barwy... Jedcy wysunli si naprzd spomidzy kolumn. Zrazu mona byo rozpozna jedynie ma koni, wkrtce ukazay si barwy huzarw palatyskich z kompaniami pandurw, z dwoma skrzydami kajzerhuzarw pod wodz generaa Schaurotha, a wreszcie brygada generaa Spetha. Wszystka jazda ostrym cwaem suna ku Wygodzie.

Rafa spi Bratka ostrogami i co ko skoczy polecia prosto ku olszynie. Zdumionymi oczyma szuka batalionw. Nie widzia ich nigdzie. Dopiero przed samymi zarolami ujrza wyprostowane linie pord drzew... W Falentach rwnie filie byo nikogo. Cae miejsce spao w pustce i ciszy. Ani jednego czowieka... Dziwnie bolesny al tkn jedca... Ko jego lecia po stratowanej, dziurawej od kopyt roli, do kolan zapadajc w glin. Na drodze botnistej midzy drzewami, w pobliu paacu i rezerwy Sierawskiego, sta na koniu Sokolnicki. Trzyma przy oczach perspektyw polow. Nie zwrci na Olbromskiego uwagi, gdy ten stan przed nim, z mistrzostwem i potn si osadziwszy konia. Ko w chwyta dech ze wistem, a oficer by w pocie. Czu, e rana pod pach i na boku krwawi, e krew idzie w banda obficie. By tak szczliwy...

Obok odprzodkowanych armat stali kanonierowie i pomocnicy, twarzami zwrceni do swych dzia. Pierwsi dwaj pomocnicy rwno z wylotem, drudzy dwaj rwno z osi, kanonierowie na prost grona, trzecia para pomocnikw rwno z osi przodkary, czwarta para o krok dalej w stron dyszla i pita o krok dalej. Jedenasty pomocnik sta z prawej strony przy samym kocu dyszla. Nieruchome konie od armat i wozw, zwrcone w kierunku Raszyna, strzygy uszami. Zapalone powrozy lontw tliy si w rku kanonierw ywymi, mocnymi, koczystymi stokami.

 Widziae wapan nasz konnic?  zapyta Sokolnicki gosem grubym, bezczelnym w tej ciszy i oczekiwaniu.

 Widziaem, generale.

 W ktrym miejscu?

 Okoo karczmy, w miejscu rozstania si drg, pniej w polu, gdy uchodzia na Sokow...

 Wszystka odstpia?

 Tak jest, panie generale.

Sokolnicki przesun lunet w innym kierunku. Po chwili przytrzyma j silniej, wreszcie odj od oczu i zoy. Twarz jego bya zamazana, jakby przemarza. Cmokn ustami... Oczy leniwie wloky si po dziwacznej karykaturze wioski Falent, po rowach, zasiekach, wilczych doach, naprdce tu i wdzie w ziemi wydartych i zarzuconych chrustem... Przeszy na zaczajonych w lasku onierzy smego puku, pierwszy raz do boju wiedzionych, szy po linii starych, pruskich karabinw z rozkoatanymi skakami...

Jak grom run w cisz strza armatni. Za pierwszym hukno ich z dziesi od razu. Drzewa zatrzsy si caymi pniami a do korzeni, zadygotay ich nagie gazie i delikatne bazie jakoby pistki wylkego dziecka. Z Raszyna wybucha naraz kanonada wszystkich dwunastu dzia saskich Dyherrna, szwadronu artylerii Antoniego Ostrowskiego i kompanii Wodzimierza Potockiego.

Sokolnicki skin brwiami na Rafaa i obadwaj ruszyli rodkiem drogi ku Falentom. W linii midzydrzewnej, idcej przez grobl wprost na Raszyn, widzieli tyralierw polskich czyhajcych na samym wybrzeu bagna. Dym z Raszyna wywala si ju nad jasne wody stawu i cikim cielskiem wpeza midzy trzciny.

 Sprbuj teraz le wprost przez boto na Raszyn, z pola... Nie znaj drogi...  mwi Sokolnicki otrzepujc szpicrut bryzgi bota ze spodni i cimw.  Przekonaj si, e nie przelez, bo to gboko, a wtedy run na nas w Falenty. C ty w tej zabawie mylisz robi, moci uanie? Skoczya si ju twoja rola...

Pomimo straszliwego huku Rafa sysza te wesoo drwice sowa. Nogi pod nim dray jak wczoraj, kiedy to osab w lesie nadarzyskim. Serce walio z niepowstrzyman si... Tchu nie mg zapa..: Bysny biae zby generaa.

 Boisz si, kiedy strzelaj nie do ciebie. Nie lubisz tego? C to bdzie, jeli zapoluj na twoje ydy?

 Nie boj si, generale!  krzykn dumnie i hardo.

 A widz.

Trzaskajcy oskot karabinowy wyrywa si spomidzy grzmotu armat; hucza coraz bliej i bliej, wzmaga si i potnia tu w dymie. Sokolnicki dwign si na strzemionach, przecign ramiona...

W tej samej chwili na zakrcie drogi ukaza si adiutant i, salutujc w biegu, ukazywa pole przed wiosk.

Genera nie czekajc na jego sowo poleci:

 Plutonami!

Zjechali obaj z drogi wolno, noga za nog. zbliyli si do batalionu Godebskiego. Wnet usyszeli komend:

 Dwoma szeregami!

 Pluton!

 Tuj!

 Cel!

 Pal!

Runy pociski batalionowe.

Za chwil dokoa jedcw warkny kule austriackie z daleka idce, cinajc gazie olch i gwidc przecigle po wodach. Sokolnicki wjecha w szeregi fizylierw i wesoo, gono zacz sam komenderowa trzaskajc w powietrzu szpicrut.

 Nabij!

 Do adunku!

 Odgry adunek!

 W rur!

 Za stempel!

 Przybij!

 Stempel na miejsce!

 Plutonami!

 Cel! Pal!

Wrzyna si swym koniem coraz gbiej midzy szeregi rogatych czapek a ku przodowi batalionu i pobrzeu lasku. Rafa, zostawszy w tyle, widzia go owianego bkitnym dymem i pomimo strzaw huczcych sysza wci skrcon komend:

 Nabij!

 Dwa!

 Trzy!

 Cztery!

 Cel! Pal!

Rafa by w stanie niesychanego podniecenia, ale ju nie dra tak caym ciaem jak przed chwil. Mordowaa go tylko jedna myl: czemu nie ma w rku karabina? Mie karabin! Bra go do nogi, nabija, wznosi, na oko  i znowu, znowu, bez koca. Sta w szeregu! Sysze rozkaz tego janie wielmonego gosu jak gdyby rozkaz rodzonego ojca: dwa, trzy, cztery!...

Wtem jedno z drzew w lasku olszowym zaskrzypiao, jakby je niewidzialna sia zacia do rdzenia u ziemi toporem. W tej samej chwili w rzadkie bagno paln ciar kuli dziaowej, rozdar je i wyrzuci w gr dwiema bryzgajcymi skibami jakoby dwie potworne wargi. Tu w pobliu Rafaa przelecia potny ziew powietrza i pocisk z jkiem grzmotn w grobl wywalajc w niej dziur.

Ko uana trwonie zadrepta na miejscu, stuli uszy i zatarga bem.

W dymie, daleko w polach, przez ktre niedawno lecia jego ko, Rafa ujrza na prost siebie zionce ognie i wybuchy kbw dymu. Ognie poziome i dymy, ognie i dymy. Po kadym ogniu  sysza huk tukcy tpo w ziemi, jakby w ni walia olbrzymia stpa.

Chaos otoczy mu gow. Huk ze wszech stron...

Zblia si, zblia. Widziao si, e za otaczajcym go laskiem ziemia raz w raz pka i e z jej gbokiej calizny wywala si ogie i dym.

Serce uspokoio si i miejsce trwogi zajo zdumienie. Ciekawo: co te z tego moe wynikn? co si jeszcze sta moe? zaguszya wszystko. Naok waliy si w bagno olchy cite kulami.

Niewidzialne siy ciskay konary, gazie, odszczepy, a nawet cae drzewa. W szeregach cigle rozlega si jk tak straszliwy, jakby kogo zarzynano noem. Dym zasania linie piechoty. Rafa chcc wszystko lepiej widzie tkn konia ostrog i podjecha do armat.

Kapitan komendant leniwym krokiem przechadza si od dziaa do dziaa, ktre byy ustawione o omnacie krokw jedno od drugiego. Naczelnicy sekcjw stali przy przodkarach midzy jedn armat a drug.

Oficer od wozw i ogniomistrze czekali na skinienie kapitana komendanta. W oddali stay osiodane konie kanonierw i naczelnikw sekcyjnych.

Z dymu wyjecha niespodziewanie Sokolnicki. Wyszuka oczyma Sotyka i da mu rozkaz:

 Ognia! ,

Sotyk grzmicym gosem zawoa na swoich:.

 Baczno!

Kady drugi pomocnik lewy uderzy lont w lewe rami dla strznicia ostrza popiou, przenis go w wycignitej rce o cztery cale przy kocu ladu prochowego...

 Pal!

Dotknli lontami podsypki-i cofnli si w swoje luki. Cztery dziaa wstrzsy si i skoczyy w ty. Dym osoni ich chmur. Rafa sysza tylko wokoo siebie komendy:

 Nabij!

 Za wycior!

 Przytkaj zapa!

 Po nabj!

I znowu:

 Wytrzyj!

 Za stempel!

I znowu:

 Przybij!

 Pocisk w dziao!

Mody jaki oficerek z twarz surow i natchnion, z okiem zimnym, schyla si nad dioptr.

 Na cel!

 Pal!

Migay w dymie wyciory, gowy kanonierw w rogatych czapkach, obsugujcych dziaa, zote hafty i akselbanty oficerw w zielonych mundurach, drgi, uzbrojenia  i ognie. W to miejsce zara skieroway si kule austriackie dwunastu armat przedniej stray generaa Mohra. Od huku (gdy i dwa granatniki polskie przy batalionie Godebskiego bi zaczy) nasta w uszach jednostajny dwik  jakby czowiek lata w rozkoysanym dzwonie. Bawany dymu gstniay wci, stay si z niebieskich bure, pene sadzy prochowej, ktra dusia i wyeraa oczy. Znieruchomiay jedziec nie porusza ani rk, ani nog. Sysza wokoo woania i krzyki straszne. Nic jednak, nic nie mogo zepchn go z miejsca.

Z naga jaki onierz w bermycy z biaymi kordonami znalaz si u jego strzemienia i wznis na niego oczy przeraliwe, tak dziko wywrcone, e Rafa ockn si jak ze snu. Tamten pchn go kolb karabinu i wegna midzy konie artylerii. Jeden z artylerzystw w rozpitym mundurze, spod ktrego ukazywaa si skrwawiona aksamitna kamizelka, wrzasn na niego, inny podnis szabl. Rafa zdar swego konia i stpa pojecha na prawo, ale tu o kilka krokw ko jego potkn si na lecych ludziach.

Olbromski schyli si, eby przez mrok dymu zobaczy, co to za jedni, gdy wtem ko jego skoczy, cisn si caym korpusem, jakby przeraony okropnoci widoku. Chrapn jak ongi zdychajca Baka, wspi si dba i z wysoka run na przednie kolana. Rafa wyrwa nogi ze strzemion i zlaz na ziemi. Ko jego dra cay. Kby jego kurczyy si, skra wytaa na nich. Pyskiem chwyta ziemi, a jzorem liza naok przestwr. Wtedy dopiero Rafa zobaczy, e ze zwierzcia wypywaj wntrznoci i krew si wali. Odszed stamtd i nie wiedzc zgoa, w jakim posuwa si kierunku, brn przed siebie. Za chwil znalaz si w szeregach woltyerw. Uderzyy jego oczy znane mu barwy: te konierze, to-zielone szlify i zielone pirka na czapkach.

Stali w bagnie prawie po kolana. Nabijali bez komendy. Strzelali. Rafa potyka si na kpach, pniakach, gaziach, wazi na ciaa zabitych i gnany si ciekawoci przeciska si naprzd. Twarzy niczyjej nie widzia. Tak doszed do plutonw, ktre biy si prawie na oko. Dziao si to o kilkadziesit krokw przed nim. Dym nie pozwala nic widzie. Przy kadym tszym drzewie czai si czowiek, nabija, strzela, nabija, strzela.

Rafa chwyci karabin lecy na ziemi i stan w szeregu.

 Rwnaj si!  krzycza wci mody oficerek usiujc sformowa tu kolumn i ruszy z ni naprzd.

Starania jego szy na marne. Ludzie walili si co chwila. Kule rzny jak grad. Spomidzy drzew wynurzyli si onierze o twarzach bladych, z wystraszonymi oczyma. Byy to bataliony Wukasowicza pod dowdztwem pukownika barona Pabelkovena. Zwartym szeregiem, ile byo mona wrd drzew, walili naprzd. Rafa w osupieniu patrza na ich wysokie czapy i skrzyowane na piersiach biae pasy.

To, u pioruna, oni...  tyle zdoa pomyle.

Na widok wrogw onierze batalionu Godebskiego chwycili bro i rzucili si naprzd. Rafa ogarnity szaem szed z nimi. Napadli na piechot Wukasowicza z chopsk furi. Kuli bez sztuki wojennej, po chamsku, bagnetem, bili kolbami... Rafa, nie umiejcy robi broni, chwyci star prusk landar za koniec lufy i zacz pra co siy w ramionach. Za nim to samo uczynili inni. Widzc koo siebie kup j nie komenderowa, lecz przewodzi, jako szlachcic chopom na poarze: A bije! A dy to Niemcy! A nie dajta si!  Wbijali si w szeregi najeone skrwawionymi bagnetami, rzucali si na lufy ociekajce krwi.

Krtko trwao ich mstwo. Za chwil musieli ustpi. olnierz austriacki szed na nich z wyniosoci w nizin, szed kolumn liczc trzy tysice chopa, zwart i grub. Byy to bataliony Weidenfelda, batalion Dawidowicza i puk siedmiogrodzko-wooski.

Woltyerowie uchodzili brnc coraz gbiej w bajora, odbijajc si, odstrzeliwujc, trupami zacieajc pole. Austriacy wbijali si w lasek olszowy potn mas i zagarniali cay. Fizylier polskie szy w ty coraz bezadnej. Panika padaa na nich z wolna jak rzsisty a stale wzmagajcy si deszcz. Darmo szablami oficerowie pdzili do boju. Nadaremnie z go szpad w rce par ich swym koniem Godebski...

Rafa znalaz si w truchlejcym toku, zbitym w mas, gniotcym czek czeka. W pas brnli w rudawicy ku grobli stawu, swarzc si ju midzy sob. Kiedy wydosta si na twardsze .miejsce i przetar oczy, ujrza przed sob szlak ku grobli, na ktrym sta niedawno z generaem. Teraz wali si na zdemoralizowany batalion. Wprdce napenili te miejsca chargoczc, gadajc, w kup zbici. Armaty huczay przed nimi. Kule bluzgay po wodach stawu i kosiy te trzciny.

Wtem od strony Raszyna pdem nadcign hufiec jezdny. Przewodzi mu ksi Jzef.

Za nim jecha Pelletier i kilkunastu adiutantw. Rafa pozna ich wszystkich oczyma, nie mylc wcale o tym, kogo widzi. Baczy tylko na to, eby nie by zepchnitym do stawu.

Anizetka, Szpilka...  myla przypatrujc si im przez ma chwil.

Ksi mierzy rozgromiony batalion ognistymi oczyma. onierze widzc go poczli si opamitywa, jako tako formowa i zwraca ku olszynie. Wdz zsiad z konia i nie wyjmujc z ust krtkiej fajeczki br+le-gueule stan pord onierzy. Od pierwszego z brzegu wzi z rk karabin i zawoa:

 Za mn, bracia!

onierze wydarli si mas z gstego bota i ruszyli jak jeden. Wpadli na piechurw austriackich z furi, z wciekoci, z szalestwem, tak nagle, jakby wyroli z ziemi czy wypadli z zasadzki. Ksi szed w szeregu, walczc jak prosty onierz. Nigdy furia bojowa nie bya wcieklejsza. Pierwsze szeregi austriackie wgnioty si w nastpujce i wdeptyway je w bagno. Nie byo miejsca na bitw. Kto by na placu, musia zgin. Sami oficerowie austriaccy, eby zyska miejsce, musieli wyda tylnym szeregom kolumny rozkaz odstpienia. W kilka chwil lasek olszowy zosta zdobyty a do wioski. Tam take wrzaa straszna walka. Austriacy wdzierali si na oszacowane chaupy, zdobywali kad pid ziemi, kady rw, zasiek. Z gry, z puapw, zza desek, zza wgw, z dziur, szczelin razi ich nieustanny grad kul. Ale ju z trzech stron, od Pucha, z pola i od strony Jaworowa, wioska bya osaczona. Cay drugi puk piechoty szed na ni gbokim szykiem.

Rwano ju deski rkoma, rujnowano zasieki, wycigano dyle. Ksi Jzef wezwa przez adiutanta Krasiskiego pierwszy batalion pierwszego puku, ktry pospou z artyleri strzela bez przerwy i dwunastu kompaniami natar na oblegajcych wiosk. Szed w pierwszym szeregu porucznik Skrzynecki. W cigu kilku minut oblegajcy zostali wypdzeni bagnetem i wyrzuceni w pole. Zarazem trzy lekkie armaty, przyprowadzone do Falent z Raszyna, wzmogy ogie artyleryjski. Fizyliery zamknite w wiosce, ktrymi kierowa sam Sokolnicki, pozdrowiy ksicia okrzykami chway.

On siad na ko i otoczony swym sztabem przejeda wrd szeregw. Teraz rezerwa wysuna si naprzd, dziewi dzia stano razem i poczy spod dworu w Falentach bi nieszczdnie.

Ksi cofn si do gwnego swego stanowiska w Raszynie. Gdy z wolna jecha przez grobl, kule wistay koo niego jak grad. Sokolnicki poleci umocni pod ogniem nieprzyjacielskim zburzone oszacowanie Falent i formowa znowu swoje trzy bataliony, eby, w myl tej samej co rano zasady, szczdzi onierza. Ale kiedy to speni i kiedy infanteria austriacka cofna si w pola, sypn si na jego piechot i artyleri grad kul szeciofuntowych.

To nadchodzcy korpus armii austriackiej, a mianowicie pierwsza jego brygada pod generaem von Civalard i Pflacher wzmocnia przednie strae Mohra. Waliy teraz dwadziecia i cztery armaty, sze nowych batalionw przyczyo swj ogie do dawnych piciu. Odpowiadao im dziewi tylko armat. Rafa by w ich pobliu. Sysza hurgot taczajcych si, spracowanych dzia. Caa bateria wia si teraz w kurczach miertelnej pracy, miotaa jak skorpion w rodku ognia. Uan dra nie jak na pocztku bitwy, ale jak wwczas, gdy szuka zabitej Heleny. Wrzaski rannych, jki, woania o pomoc, pacz i skomlenie zabiy jego dusz. ciskajc sobie gow sania si z miejsca na miejsce. Kto z artylerzystw kaza mu nosi wiadrem wod, wic j przydwiga kilkakro. Kiedy po raz trzeci bieg do zalewiska w olszynie, tu o kilkanacie krokw od niego wylecia w powietrze kieson prochowy. Sup ognia porwa w gr i roztrzaska o ziemi zielone zomy, zabite konie, rozrzuci koa, postronki, chomta. W ogniu ludzie poparzeni jczeli. Jeszcze Olbromski nie zdy nabra wody w wiadro, kiedy wybuchn drugi wz. Za chwil trzeci... Jaki kanonier w dymie krzycza:

 Granatnik zbity na ziemi!

Straszny trzask granatw rozlega si w tym miejscu. Wyrwana ziemia, lecc w wybuchu powietrza, grzmotna Rafaa w plecy i rzucia w boto stratowanej drogi.

W guchym pomdleniu lea wcigajc w puca wolniejsze od dymu przy samej ziemi powietrze.

Coraz blisze wybuchy dymu z kilku i kilkunastu naraz strzaw odtrciy bataliony polskie. I oto z naga ucichy. Lecz w teje samej chwili wyszy z kbw burej sadzy nieprzejrzane szeregi piechoty.

Lasek od strony Pucha znowu dosta si w ich posiadanie. W pobliu drogi wrzaa walka na bagnety.

Sokolnicki, w cigu caej bitwy kryjcy onierza za lichymi osonami, i teraz poow swej siy wtoczy do zabarykadowanej wioski. Rezerw kry midzy ni a dworem, a batalion Godebskiego w lesie. Artyleri trzyma wci na drodze i ca baczno zwrci na obron i bezpieczne posiadanie odwrotu przez grobl. Cay teraz nacisk artylerii austriackiej wywar si na wiosk. Kiedy piechota Mohra powtrnie wdzieraa si do gbi lasku, targajc bagnetami piechurw Godebskiego, armaty austriackie poza plecami tej piechoty zwrcone zostay paszczami na wschd, prostopadle do Wielkich Falent, i poczy bi w resztki siedlisk wieniaczych.

Rafa trafi tam wanie pospou z kolumnami zostajcymi pod wodz Sierawskiego.

Gruchna w tumie wie, e Godebski usunity zosta z pola z ran mierteln i e go cnotliwy Fiszer zastpi.

Nie wiedzie kiedy, wraz z tumem znalaz si uan midzy stodoami. Odetchn. Nie byo tu takiej ulewy pociskw. Do czasu... Na powaach chat, w stodoach, za wyrwanymi wrtniami siedzieli, stali, klczeli i leeli onierze, odpierajc strzaami szturm infanterii austriackiej uderzajcej na wiosk z poudnia. Jeszcze starczyo na pewien czas adunkw. Kady onierz wypali ich po szedziesit. Gdy kule armatnie rozwaliy ktr stodo, powycigay z wgw jej belki, wywayy przyciesi, wyrway z ziemi supy, onierze przenosili si kup do drugiej, do trzeciej, wazili na wierzch obdartych chat i bili znowu. Sokolnicki formowa sam partie. By wci na rodku drogi wioskowej i dyrygowa obron. Widzia stamtd przez tylne, pnocne, odsonione przejcie sw wieo zoon rezerw, do czego znowu powrci, i artyleri. Pewna partia onierzy nosia wci wod w konwiach, wiadrach, lusofach i zalewaa wzniecone poary. To tu, to tam bucha ogie. Gdy artyleria wystawiona na ogie cofa si zacza za paac, ku grobli, caa sia dwudziestu czterech armat napastniczych buchna w Falenty.

Piekielny zacz si ogie.

Belki, krokwie, aty trzeszczay i amay si, dary na szczapy i wiry. ciany wyginay si i waliy na ziemi jak dugie. Od poaru ratowa mokry gnj i ziemia... Tworzya si kupa ruin drewnianych, zlanych krowiecem, stos spitrzony wywrconych domostw. Za nim stawali wnet onierze i razili jeszcze wroga stojcego w polu i suncego wci naprzd z poudnia i wschodu.

Rafa podj karabin zabitego grenadiera, przypasa jego adownic i zachyliwszy si pod sterczc cian zacz nabija i wali. Dzika dza w nim bia jak ten nabj w rozpalonej lufie. Zapomnia, gdzie jest i co si z nim przytrafia. Chwilami mu si zdao, e bije w kuf wilka w nienym parowie i ma wszczepione w piersi jego pazury.

Sysza gos Sokolnickiego zachrypy:

 Podsypuj, bracie, podsypuj! adunkw nie gub! Mocno przybij! Nie auj! A zasie, pludry! Tu to przywdrowa, niemiecki ryju! Twoja tu ziemia, zodzieju? Bij, braciszku, jeden z drugim, nie auj!

To tu, to tam wzmaga si wrzask niebezpieczestwa, okrzyk rozpaczy. Zaczy pada w wiosk, a raczej w zdruzgotane jej gnaty, ponce bomby modzierzowe. Bomby te w chwili pknicia na ziemi albo w powietrzu miotay ogie we wszystkich kierunkach. Byy to wielkie wydrone kule z elaza, napenione prochem. Miay w sobie otwory zabite czopami, dugimi blisko na wier okcia, w ktrych mieciy si tuleje napenione materiami palnymi.

Ogie obejmowa stosy drzewa, mundury ywych i zabitych. Zalewano goi duszono nawozem, ale bomby zaprawne sztucznymi ogniami szy coraz gciej jakoby stada ognistych ptakw. Zapalaa si i gasa wioska Falenty w stu naraz miejscach. Szerokie agle pomienia wida byo na przodzie i w tyle, ponad gowami i u stp. Kule omiofumowe amay resztki rumowia. Sokolnicki wyj okrgy zegarek, rozejrza si wokoo.

Wytar piciami oczy pene piachu, dymu, sadzy. Odsapn z gbi piersi. Strzepn palcami. Bya blisko godzina pita po poudniu. Najbliszemu z oficerw rzek z cicha, nad uchem:

 Batalion w ty... prawym skrzydem... Marsz...

Woltyerowie wynurzyli si z ognia i dymw. Byli czarni, okopceni, z tlcymi si mundurami. Przez pnocne wyjcie z wioski toczyli si na drog pod paacem. Z trudem formowali oficerowie sekcje i pancerzowe roty z boku armat.

Sotyk otrzymawszy rozkaz woa w dymie ochrypym gosem:

 Baczno! Ognia w odwodzie! Pbateriami! Marsz!\

Wozy dostatkowe weszy na grobl pod oson dwu batalionw, zbitych w kup i wypartych z olszowego lasu. Bataliony te wci szarpay si z nieprzyjacielem. Pierwsza ptbateria, zoona z trzech armat i granatnika, wysza z dymnej jaskini i przez zawady rannych, przez kupy zabitych cofaa si w ty, a do linii wozw. Tam stanwszy przysposobia si do dawania ognia. Druga pbateria, zoona z trzech dzia (gdy dwa zdemontowane i rozbite zostay na placu), z popiechem dya do pierwszej.

Hukny jeszcze strzay... Armaty kolejno wchodziy na grobl. Za sprychy, za osie i grona cignli je onierze piechoty pospou z rannymi komi. Wikszo kanonierw czynnych upada pod kulami silnego nieprzyjaciela. Czerwone akselbanty zarumieniy drog falenck. Zielone kurtki zasay j jako wiosenna murawa. Z koni ledwie poowa zostaa.

Sokolnicki, uwiadomiony, e i Fiszer z ranami wyniesiony zosta za grobl, sformowa zdziesitkowany Godebskiego batalion. Stan w szeregu i, niezomn piersi zatarasowawszy dostp, osania odwrt armat. onierze jego szli nie tylko przez grobl, ale i obok niej, wskro bagien, po pas zanurzeni. Nieprzyjaciel wali si za nimi krok w krok, szed w ich tropy tym samym bajorem. Tu, wrd pniakw, suchych chrustw, w zeszorocznych kpach trzcin, zacz si bj na mier i na ycie. Ci, ktrzy szli grobl, wspierali walczcych. Cay zastp by skrwawiony, mokry i rudy od bota.

Rafa z innymi osania armaty. Ziemia walia si ogromnymi skibami z rozgniecionej grobli. Drzewa wjeday w bagno Kawki, gdy koa armat wytoczyy z grobli ich korzenie. Trzeba byo co chwila wywleka te koa z rozpadlin gruntu i z jam nagle powstaych, pcha i dwiga pie co tchu w piersi a siy w ramionach.

Po wielkim trudzie dosigli nareszcie twardego wybrzea przed kuni raszysk.

Stamtd same ju konie pocigny dalej dziaa. Spychajc piechurw austriackich w bagno, amic si z nimi oko za oko, zb za zb, wychodzia na susz piechota i dya pod kocioek.

Nieprzyjaciel przedziera si t sam drog. Ale teraz wszystkie siy polskie mia przeciwko sobie. Dwanacie dzia baterii saskiej, armaty Wodzimierza Potockiego i trzynasta kompania artylerii pieszej Ostrowskiego stany na szacu za kocioem, na polu od strony Michaowie i nad stawem od strony Jaworowa: Wszystkie paszczami zwrciy si na grobl. onierz austriacki musia przeby jej wski przesmyk. Tote najcisza tutaj wywizaa si walka.

Armatom polskim bardzo niewiele szkodziy baterie Mohra, Civalarda i innych, ustawione w nizinie falenekiej, za grobl. Tymczasem kady pocisk polski, rzucony wzdu grobli z raszyskiego wzgrka, wyrywa istne jaskinie w zwartych szeregach idcej piechoty.

Kocioek, otoczony czworobokiem muru, i domostwa z cegy przy placu kocielnym suyy za doskonae schrony dla piechoty polskiej. Na grobli z wolna wyrastay wzgrza rzuconych miertelnym pokotem polskich chopw zza Pilicy, Rusinw, Czechw, Sowakw, Wgrw, Cyganw, Woochw...

Wodzowie polscy stanli przy armatach. Ksi Poniatowski chodzi od jednej do drugiej, pracowicie, zimno i umiejtnie celujc. Co chwila sa adiutantw w stron Michaowie i w stron Jaworowa, gdy na obudwu tych punktach dziaa tgo grzmiay. Wieci wci byy pomylne, nigdzie nieprzyjaciel bota nie przeby.

Ju si wczesny, wiosenny wieczr nachyla, kiedy infanteria Wukasowicza przez wzgrza zabitych na grobli wtargna na brzeg raszyski. Ale potne natarcie batalionw Sokolnickiego, wypoczywajcych za kocioem, zepchno j znowu z grobli i wzgrza. Z podwjn moc zaczy pracowa armaty, dym zasoni wod jasnego stawu, grobl, drzewa i biedn przydron osad.

Noc zapadaa, a wci jeszcze wyzieway mier zdyszane i rozpalone pie. Dopiero gdy ciemno nastaa zupena, wolno, wolno przestay szczeka.

Dogasaa una nad zgliszczami Falent. Jki wieczorny powiew nis z grobli, z bagien, z wybrzea. Mga biaa; peznc powoli znad suchych trzcin, powczya te gosy mierci niby caun dobrotliwy.

Na grobli trupem legy dwa tysice Austriakw, a tysic z gr naszych skonao w falenckiej olszynie.

Noc ju bya gbok, gdy Rafa wydosta si z walczcych glidw  w potarganym mundurze, bez czapki, mokry a do ramion. Szed na olep przez zorane pola w stron Oparzy. Zdawao mu si, e tam jeszcze znajdzie swe wczorajsze legowisko. W Raszynie nie byo gdzie postawi ng, nie tylko przytuli gowy. Widzia odchodzc, jak do kocioa i domostw znoszono rannych. Na polach przy drodze pokotem skadano trupy.

Olbromski cay by w ogniu.

Szarpaa go wczorajsza rana. Teraz dopiero czu stuczenia od pchni bagneta. Pomienie mia w oczach i w gowie, a jednak zimno go trzso. Wlk w sobie miertelne cierpienie, dwiga w zamknitych oczach widok caego tego pola, mia w ramionach ruchome kupy cia na grobli...


 W Warszawie
Po nocy, spdzonej w pustej szopie na ydowskim przedmieciu Warszawy  a w pobliu szubienicy miejskiej, Rafa ockn si nade dniem. Szopa staa z dala od drogi, usysza jednak szczk i turkot idcych armat, taborw, piechoty. Wylaz ze swego legowiska i dopyta si u idcych piechurw, e to nasi odstpuj na caej linii. Ogarno go tpe zdumienie. Kiedy na pocztku tej nocy odchodzi z Raszyna, caa armia kipiaa od dumy z odniesionego zwycistwa. Teraz ze wszystk swoj si uchodzia z placu! Jake straszliwie dudniy armaty na tej nocnej drodze odwrotu! Jake ciki, znuony i grobowy by krok ustpujcego onierza!

 Sasi uszli!  tumaczono Rafaowi z szeregw.

 Niemiec Niemcu brat!

 Pode psy saskie! ze rodka bitwy w ty poszy...

 Tysic dwiecie gw, stu pidziesiciu huzarw, dwanacie armat, wszystkie swoje trzy bataliony zebrali w kup i uszli...

Rafa wmiesza si w szeregi i pocign z nimi. Po drodze rozpytywa si wci o brygad Sokolnickiego. Dopiero rankiem powzi wiadomo, e ten genera mianowany zosta naczelnikiem lewego skrzyda i e osania niziny Powila od strony Wilanowa za Czerniakowskimi i Mokotowskimi rogatkami. Olbromski z maym oddziaem piechoty, ktry brn samopas, powlk si za okopami w tamtym kierunku.

O wicie da si sysze daleki ogie tyralierski. Przemkn w rannej mgle jaki oddziaek konny i zjecha w nizin wilanowsk. Na wzgrzu w okolicach Mokotowa zaczepia Rafaa stra gwardii obywatelskiej i z wielkimi ceremoniami powioda do oficera komenderujcego wart. Stary w wiarus na pytania Rafaa o generaa Sokolnickiego nic pewnego powiedzie nie chcia i kaza mu czeka w obozie gwardii na skraju azienkowskiego parku. Wyroso tam istne miasteczko, wzniesione poprzedniego wieczora. Ze stow, drzwi, okiennic, awek i stokw pobudowali obrocy. miasta rodzaj chatek, szaasw, namiotw, a przede wszystkim kuczek. Spali w tych schroniskach nie tylko sarni, ale i ich rodziny, ktre przyniosy im zapasy i napoje. W chwili gdy Rafa nadszed, gwardia ju bya wstaa, przebudzona nadzwyczaj niedelikatnie przez pukownika ubieskiego i jego adiutanta Rokickiego.

Dowdcy ustawiali w szyku bojowym rozespanych mieszczan, gdy od strony Piaseczna sycha byo coraz bliej strzay karabinowe. Rafa zatrzyma si w jednym z przygodnych szaasw, usiad tam w kucki pod nakryciem drzwi wyrwanych skd z zawiasami i zapad w stan drzemania. Po dniu wczorajszym mia wci jeszcze huk w gowie. Z krtkiego snu wyrwao go silne targnicie za rami. Jaki nie znany mu oficer budzi go i woa do generaa.

Sokolnicki sta niedaleko na koniu. By schlastany bryami gliny do galonw i kity na czapce. Cimw i amarantowych spodni nie wida byo pod botem. Twarz mia czarn i pospn od znuenia. Ko jego cay by w pianach. Para sza z niego.

Gdy Rafa przybieg do strzemienia z ukonem, genera zaartowa:

 Tak to si sprawiasz, panie adiutancie? Po szaasach tej babskiej piechoty musz ci szuka! Co za czapk masz na gowie?

 Panie generale... czapka spada na grobli, gdymy dygowali armaty. Podjem pierwsz z brzegu na szosie, w nocy. A konia mi zabito koo Falent. Jestem niezdrw...

 Ech, piecuchy! czy dostae co nowego w lasku?

 Zdaje mi si, e mi szturchano, ale dokadnie nie wiem, gdzie i kiedy...

 C mylisz robi?

 Musz poszuka schronienia, bo mi trudno sta na nogach.

 No, rad sobie, jak umiesz.

 Panie generale...

 Czego jeszcze!

 Czy, gdybym wyzdrowia, mog mie nadziej suby pod jego rozkazami?

Sokolnicki pomyla przez chwil, obejrza go od stp do gowy i rzek niechtnie:

 Moesz zgosi si do mnie. Tylko nie piechot. Pomyl o dobrym koniu i lepszym uniformie. Moe si znajdzie dla ciebie miejsce adiutanta.

Rafa podzikowa mu ukonem i spojrzeniem. Genera w tumie. oficerw popdzi w kierunku Mokotowa. Olbromski ze zdziwieniem dowiedzia si, e to ju popoudnie. Mwiono w szeregach gwardii o zawieszeniu broni. Nie majc tu co czyni, strudzony uan poszed wprost przez park azienkowski ku miastu. Min noga za nog dolne aleje, wszed na grn i obok drewnianych domkw brn po bocie. Czsto przystawa, opiera si o drzewa. Kiedy wszed w miasto, by tak osabiony, e wci przysiada na ziemi. Wspomina sobie to gd, to pragnienie, ale przede wszystkim mia w oczach i myli wczorajsze pole. Blisko trzy dni nie jad.

Kiedy ostatni raz dwign si z ziemi i podnis oczy, ujrza przed sob elazn krat ogrodu, przerzucone przez ni suche jeszcze, popltane badyle dzikiego wina, a w gbi ogrodu front paacyku i balkon. Stany naprzeciwko jego oczu drzwi zamknite, okna z zapuszczonymi firankami, kamienne schody z lewej strony balkonu, byliny zeszorocznych kwiatw na klombach...

Wspar si piersiami i ramieniem na tpych grotach elaznej balustrady ogrodzenia i patrza uwanie w to miejsce. Tu za lustrzanymi drzwiami rozlega si szelest sukni Heleny de With. Tu szemray pod atasowymi stopy mae ziarenka piasku, zaniesione przez wiatr na gadkie skrzyale z marmuru, gdy zstpowaa cicho jak duch. Prawda to, o mocny Boe, e ju jej nie ma?... Serce tuko si o elazne kraty, przy ktrych bio niegdy w oczekiwaniu. elazne szczeble okrya ruda rdza. Rygiel furtki by zasunity, na ciece leay badyle i czarne licie. Na szybach, na stopniach ganku, za nieruchomymi firankami gnio niezbagane i niezomne milczenie.

Ulicami cigny podwody chopskie, zwoce do Warszawy w gnojnicach i drabinkach rannych spod Raszyna i spod Piaseczna. Gdy szpitale byy ju przepenione, mieszkacy zabierali do swoich domw nieszczliwych, odstawionych czstokro bez adnego opatrzenia, w opakanym stanie.

Jaki oddziaek gwardii spostrzeg Rafaa przytulonego do kraty ogrodu i zabra go ze sob. Ranny poszed bez oporu. Na pytanie, czy nie ma w Warszawie rodziny, krewnych, znajomych, nie umia odpowiedzie, przytoczony moc ostatniego wzruszenia. Ale wreszcie przypomnia sobie dom ksicia Gintuta i prosi, eby go tam odprowadzono.

Brama paacowa bya otwarta, a na podwrzu stao kilkanacie chopskich furmanek. Chude konita chrupay obrok w tobach i siano w pkoszkach tu pod oknami. Gwne wejcie, dawniej szczelnie zawsze zamknite, teraz rozwarte byo na cieaj. Rozmaici ubodzy ludkowie wchodzili i wychodzili tamtdy. Kiedy dwaj gwardzici wprowadzili Rafaa do przedsionka, na ich spotkanie wyszed stary kamerdyner z Grudna. Nie pozna wcale Rafaa i zaj si nim z ledwie ukrywan niechci.

W salonach dolnych i w przepysznej bibliotece stay teraz ka, ka i ka, jak w szpitalu, a na nich stkali ranni. Ciche, wykwintne pokoiki, zamienione na sale operacyjne, zalane byy kauami krwi, pene straszliwych krzykw ludzi operowanych na trzewo, wijcych si w konwulsjach pod pik i lancetem. W innych dogasali z jkiem konajcy. Kilku modych chirurgw w krwawych koszulach uwijao si midzy kami. Za nimi nosi wod w miskach, rczniki, gbki, przyrzdy operacyjne stary, na p olepy Andrzej. Rafa widzia to wszystko jakby we nie. Posadzony na krzele w jednym z przylegych pokojw, opar gow o cian i ni na jawie o pustym domu Heleny de With.

Wiosenne soce pono. Potok wiata wlewa si do ogrodu. Duga uliczka wysychaa w tym blasku i dymia si od wiosennego, przedwieczornego czadu.

 Oto jeszcze jeden ranny...  wyszepta jaki gos we drzwiach pokoju.

Rafa dwign cik gow i skierowa oczy w to miejsce. We drzwiach sta ksi Gintut. Ranny pozna go bardziej po wzruszeniu caego swego ciaa, po dreniu serca, po dreszczu rk i ng ni zamglonym wzrokiem. Ksi zmieni si prawie do niepoznania. Ciemnoszara twarz porznita bya bruzdami, oczy skryy si pod oson powiek. Zby powypaday, a ostatni z nich stercza zabawnie na przodzie.

Ksi Gintut zbliy si do Rafaa i dugo patrza na z odcieniem zdumienia.

 Przecie to jest Rafu Olbromski...  rzek wreszcie z cicha do swego starego sugi.

Andrzej chwil ypa oczyma, zanim zdoa wykrztusi:

 Ale co te to ksi pan!... Przecie to jaki oficer.

Rafa dwign si ze swego miejsca i wycign do ksicia rk.

 Rafu! na miy Bg... Wic i ty midzy wojaki? No, chwaa Bogu, e ywy i e si pod ten dach dosta. Andrzejku! ywo, ywo, dajcie mu osobny pokj, ten, w ktrym mieszka swego czasu.

Ranny znalaz si wkrtce w dawnym swym ku. Chirurg opatrzy jego star ran na nowo, przemy, oczyci i zalepi wieo otrzymane pchnicia, kaza mu da posiek i uoy do snu.

Rafa ockn si dopiero nazajutrz rano. Okna byy ju puchylone. Stary Andrzej w swych pantoflach z tej skry bezdwicznie sprzta w pokoju.

Rafa czu si daleko lepiej. Mia wprawdzie jeszcze bl gowy, ale ju ani ladu wczorajszego ucisku. Andrzej patrza na niego uwanymi oczyma i zgina sztywny kark w askawym ukonie. Wkrtce nadszed ksi z chirurgiem. Kiedy ostatni opatrywa rany, Gintut siad w nogach Rafaowego posania i przypatrywa si obojtnie tym czynnociom. Chirurg wnet wyszed oznajmujc, e chory za dwa, trzy dni bdzie mg wsta z ka.

 Ciesz si  rzek Gintut  e nie jeste ciej chory, gdy w takim razie musielibymy si zaraz rozsta.

Rafa nie zrozumia.

 Bd zmuszony wyjecha z Warszawy  cign ksi  a chciabym mie w tobie towarzysza podry.

 Niestety, jestem teraz skrpowany sub oniersk. Skoro tylko wyzdrowiej, musz si uda do obozu.

 Tam wanie i ja pod.

 Ksi pan wstpuje do wojska?

 Aha.

 Jake si ciesz!

 Nie masz czego... Ja nie z chci walczenia z Austriakami id do obozu. Powinien by mnie rozumie. Id speni powinno... Nie wiem, czy z tob mog mwi jeszcze jak dawniej. Postpie ze mn tak dziwnie... wyjechae bez sowa oznajmienia.

Olbromski pospnie milcza.

 Przyszedem tutaj nie po to, eby ci robi jakiekolwiek wymwki. Bg z tob. Rad jestem, e wracasz do zdrowia.

 Nie mog wypowiedzie w tej chwili wszystkiego, co mi skonio wwczas do nagego wyjazdu  to tylko wyzna jestem zdolny...

 Nie trud si.

 Ojciec mi wezwa...

Gintut umiechn si pobaliwie.

 Ojciec pisa tu do mnie po twym wyjedzie, zasigajc wiadomoci, gdzie jeste.

Rafa zamilk. I ksi siedzia w milczeniu. Po jakim dopiero czasie rzek:

 Nieraz wspominalimy ci z Mistrzem katedry...

 Czy przebywa tutaj major de With?  spyta bezczelnie Olbromski.

Ksi podnis na niego blade oczy i rzuci wzgardliwe swko:

 Nie.

 Gdzie jest?

 Przed Bogiem. Mistrz katedry zgin.

 Walczc z nami!

 Jeeli wiedziae o tym, to dlaczego trudzisz mnie i siebie niskim kamstwem?

 W jakim celu ksi pan udaje si do obozu? -wykrtnie spyta Rafa.

 W celu przypatrywania si, jak to mam zwyczaj, biegowi rzeczy ludzkich.

 Dziwny cel... W chwili nieszczcia kraju...  mwi Rafa ze spuszczonymi oczyma.

 Tak sdzisz?

 Wczoraj byem w bitwie. Widziaem, e tam nie ma miejsca na badania rzeczy ludzkich.

 Nie ma?

 Mona tam przynie dusz sw i ciao z wiar w skuteczno boju. Wtedy si jest potrzebnym. Kto by szed po to, eby patrze, jak inni umieraj...

 Jeli mi pami nie myli, mona dostrzec jeszcze jedno miejsce w bitwie, wanie dla siebie.

 Nie rozumiem.

 Bo te zym bye uczniem, twardego bye karku i zmysowych oczu.

 Dzi jestem onierzem i za jedyn cnot uznaj i wyznaj niezomne mstwo.

 Mwisz te jak odak.

 Kady dzi czowiek na tej ziemi powinien by onierzem. Widziaem, jak genera Sokolnicki po oniersku sta piersi ca naprzeciwko wroga.

 Widzisz, bracie, ja jestem ten, ktry o wszystkim i o tym mstwie Sokolnickiego chce mie swj wasny sd, wywaony z sumienia.

 Nie pora na to.

 Mnie zawsze pora.

 Nie! Teraz pora i na way! Kto yje! Czyni, co ka.

Ksi spochmurnia. Zamia si jego twarz. Rzek wstajc ze swego miejsca:

 Nie pora ju na to, co tak ordynarnie zalecasz mi, mj rycerzu, ale tylko z tego wzgldu, e podpisano konwencj: Warszawa bdzie ustpiona Austriakom.

 Kto podpisa?!  krzykn Rafa wyskakujc z ka.

 Le spokojnie.

 Za krew, co bluzna z tysica kilkuset piersi na drodze raszyskiej  ustpienie!

 Le spokojnie. Ju wojska nasze id na Prag.

 Wic jestem jeniec?!

 Ranni w potrzebie raszyskiej maj prawo po wyleczeniu si i do swych brygad. Gdy si wyliesz, pjdziemy obadwaj. A po drodze jeszcze ze sob porozmawiamy. Teraz masz jeszcze gorczkowe w gbie i moe dlatego brutalne sowa, a ja tego nie znosz.

 Raczy ksi przebaczy...

 Nie jestem wcale obraony, aczkolwiek lubi prowadzi roztrzsania bez krzyku.

 Kiedy std wyjdziemy?

 Jak tylko ty i twoi kamraci, a przynajmniej pewna ich garstka, bdziecie mogli sta na nogach.

 Czy nie wiadomo ksiciu, gdzie si obraca genera Sokolnicki?

 Poszed ju na Prag.

 Czy Austriacy s ju w miecie?

 Nie, jeszcze ich nie ma. Zapewne w tych dniach wejd. Konwencja jest zaszczytna i, ile ja wnosi mog sabym rozumem ze wszystkiego, nadzwyczajnie dla nas zyskowna.

 Jake to?

 Masa wojska cesarskiego uwiziona zostanie w stolicy, a nasz onierz wyruszy w pole...


 Rada
Nim upyno zawieszenie broni, rankiem dnia dwudziestego trzeciego kwietnia ksi Gintut schodzi ze wzgrz Dynasowskich w towarzystwie Rafaa dla przeprawienia si za Wis.

Ulice, przez ktre dyli, byy puste, a okna pozamykane okiennicami. Ju most na pontonach naprzeciwko ulicy Bednarskiej by zwinity, a i same krypy z materiaem wojskowym wyprawione w d rzeki. Mieli tedy przeby Wis odzi. Gintut zatrzyma si u stp wzgrza i wodzi okiem po swym paacu, ktry zostawia na asce obcego rzdu i kilku starych lokajw, peen chorych oficerw i onierzy. Nie byo tam ju miejsca dla niego, gdy liczba rannych trzystu dochodzia.

 Zdaje si  rzek z cicha do Rafaa  e ju wicej nie zobacz tego domu. Praga nie jest objta konwencj. atwo przewidzie, e nastpi bombardowanie Warszawy przez Prag i Pragi przez Warszaw. Urodziem si pod tym dachem, tam jest moja biblioteka, zbiory, pamitki... egnaj, stara chato...

Rafa usiowa sklei co pocieszajcego, ale ksi machn rk. Zeszli ku rzece i zdali jej wybrzeem, pustkami ulicy Dobrej a do rogu Bednarskiej. Obmurowany kana wodny, sigajcy od Wisy w gb ulicy Dobrej, dziwacznie teraz wyglda po zdjciu pontonw. Tuky si w nim odzie przewonikw, wrzaskliwie zapraszajcych do jazdy za wod. Ksi i Rafa siedli w jedn z nich i wkrtce stanli na tamtym brzegu. W okopach peno byo wojska. Rewidowano i sprawdzano tosamo osb przybyszw zza Wisy, cigniono ich do jakich wadz na ulicy Olszowej, ktre nie mogy sobie da rady i nie wiedziay, jak si waciwie zachowywa.

Po zaatwieniu formalnoci wyszli z dusznych izdebek w drewnianych barakach, gdzie ludzie dusili si czekajc na swoj kolej, i poczli szuka wyjcia z obrbu okopw. Szli tedy w ulic Brukowan, prostopad do Wisy, ale trzeba byo stamtd cofn si, gdy zabrnli w kt naronikowy trzeciej lunety. onierz-wartownik wskaza im waciw drog, ktra prowadzia midzy dwoma skrzydami koszar wojskowych, zdaa do szyi drugiego biretu, stamtd sza na prawo i wychodzia w stron ratusza oraz rogatek Brdzieskich. Wydostawszy si z obrbu szaca przedmostowego Gintut przystan na przeciciu drg i patrza na fortyfikacje. Zrazu twarz jego bya senna i bezsoneczna, znudzona i skrzepa w smutku. Ale oto wzrok mu si oywi.

 A wiesz ty  rzek szeptem, jakby si ba, e ich kto moe podsucha  e to jest wcale godny szaczyk! Na miy Bg... Widzisz ty tamten biret rodkowy, ostrzem zwrcony w rogatk Zbkowsk? To tga sztuka. Albo i tamta luneta zwrcona ku rogatkom Goldzinowskim i drodze do Nowego Dworu. Waciwie to ona jedna, sierota, i ku Warszawie si zwraca. Kt by pomyla, e taki los ci padnie, niebo, przeciwko matce Warszawie dzib swj i pazury nastawia...

Zawrci si na lewo w kierunku trzeciej reduty, zamykajcej dostp od ulicy Sprzecznej i rogatek Grochowskich. Z oywieniem popieszy wielkimi krokami w stron Saskiej Kpy i rozpatrywa szaniec nad ach obok drogi, okop na samej Kpie za promem achy tu nad Wis, a obok drogi do myna wodnego. Oglda teraz uwanie i szczegowo skarpy nasypw idcych ponad Wis od szaca przedmostowego a do zagicia achy. Wrci potem na drog i szed w zamyleniu, kierujc si ku klasztorowi bernardynw. W pewnej chwili zapyta:

 Czy nic wiesz czasem, jakie s szace za rogatk Grochowsk?

 Nie wiem.

 Pamitam z dawnych czasw... Szed tam nasyp od Kamionek, przecina drog okuniewsk i w pobliu traktu do Radzymina koczy si tgim barkanem.

 Nie wiem tego.

 Szkoda, e nie moemy zobaczy na wasne oczy, czy s jakie dziea w tamtej stronie, na prost Targwka. Ale nie ma ju czasu. pieszmy si!

Wielkimi kroki minli klasztor bernardyski i weszli w ulic Szerok. Toczyo si tu mnstwo furmanek, bud przekupniw, brna lekka piechota woltyerska. Ksi naj furmank nie pytajc si o cen. Wsiedli i przez rogatki Goldzinowskie wyjechali pod szaniec przedrogatkowy. Droga okraa go koem z prawej strony, tote ksi mg dobrze obejrze nasypy, rwnie jak gbok fos wodn, ktra sza od szaca do Wisy.

 Tga ksia rogatywka...  mwi na p do siebie.  Niczego... Nie mylaem, eby tutaj takich prac dokonano... Chopiec!  zawoa na wonic  jed no mi ywo, piesz si...

Wzek potoczy si traktem do Nowego Dworu. Na prawo wida byo przed rogatk Zbkowsk jeszcze dwa w polu szace, oddzielnie jeden od drugiego, rzucone na prost ydowskiego cmentarza. Mga jeszcze staa nad nizinami, nad achami, sza z wd, z zalewisk, z szeroko wycignitych ramion Wisy. Wzek szybko pomyka za wojskiem, ktrego stra przednia zostawaa pod rozkazami Sokolnickiego. Dopdzili wojska o jakie dwie mile od Pragi, na poowie drogi z Warszawy do Modlina. Bagae szy przodem pod eskort trzystu ludzi. Piechota miaa ywnoci na dni cztery, po szedziesit ostrych adunkw i po dwie skaki. onierze wyszli z okopw Pragi o ciemnej nocy. Teraz w marszu, prowadzcym w trjkt midzy Wis, Bug i ujcie Narwi, bez wiadomoci dokd i po co id, sarkali omal nie gono.

Brygada Sokolnickiego skadaa si z trzech regimentw: dwunastego, smego, szstego. Genera Kamieniecki na czele regimentw: pierwszego, drugiego i trzeciego dawa stra odwodow. Artyleria, przywizana do batalionw, sza w szyku bojowym, kada sztuka za swym batalionem. Awangarda i ariergarda szy o piset krokw tylko oddalone od kolumny. Co kwadrans dawano wojsku krtki spoczynek i uprowadzano je dalej a dalej forsownym krokiem. Bagae miay rozkaz nie wkracza do fortyfikacji Modlina, lecz wyj poza nie od strony Pocka i tam zatrzyma si w jednej linii. Furmanka wiozca ksicia Gintuta dostaa si midzy markietanw, z ktrych kady mia numer dajcy mu prawo do dwu wozw. Wnet piesi i jadcy markietanie oraz markietanki zaczli sarka i odwoywa si do dywizyjnego wagenmajstra, aeby usun now podwod za kolumn wojska. Po rekomendacji udao si przecie Rafaowi i ksiciu pozosta w kolumnie i zawiza rozmow z oficerami. Nikt z nich nie rozumia celu tego marszu. Przewidywali tylko, e zamkn si przyjdzie w fortecy. Zniechcenie byo oglne. Po poudniu czoo kolumny zbliyo si do Modlina, ale bryczka ksica dugo musiaa pozosta na miejscu.

Genera brygady Biegaski odamywa z kolumny swojej jeden batalion dla pilnowania mostu, ktry wanie z yew warszawskich przytwierdzono kotwicami i zacieano pomostem. Rafa powzi wiadomo, e genera Sokolnicki wskazuje brygadom miejsce ich w obozie, caa bowiem piechota otrzymaa rozkaz obozowania militarnie z zachowaniem wszelkich ostronoci wojennych. Po dugiej przerwie otwara si wreszcie droga i ksi Gintut powzi wiadomo o miejscu pobytu sztabu. Tam kaza jecha.

Zbliajc si traktem do Starego Modlina spotkali jadcego w gronie kilku oficerw rnego stopnia generaa Niemojewskiego. Stary legionista przypatrzy si dobrze ksiciu i zagadn go z konia:

 Jakim to prawem, moci ksi, na moje podwrko?

 Tak-e to szerokie zatoczyo poty? A po Modlin?

 Tak jest! Musicie z waszych Galicjw chodzi do nas w Wielkopolsk, chccy wytchn. Do kogo ksi?

 Mam interes do kogo z naczelnikw.

 Moe a do samego wodza?

 A pewnie, e i do niego przyjdzie dotrze.

 Nie wiem, czy si to uda, bo wanie zdam na rad wojenn.

 Och, to nie mam po co si pieszy...

 Osobliwie, jeli sprawa prywatnej natury.

 Prywatnej nie prywatnej, ale osobista. Chc da, co mam ze sob, na formacj szpitalw wojskowych, lepiej urzdzonych, niem to widzia w Warszawie po akcji raszyskiej. A nadto...

 Jelibym mg pomc...

Genera podjecha bliej do bryczki. Rafa wysiad z niej i szed ciek nad rowem. Ksi z generaem rozmawiali z cicha:

 Mam tu za widrem, w Galicji  mwi ksi  par wiosek. Byoby tam atwo utworzy jaki batalion, a moe i puk nie najgorszy, gdyby tylko jaki oddzia przekrad si za kordon i zwoa lud mody. Chciaem wanie rady zasign...

 Brawo, panie bracie! Ho-ho... Idziemy z tym do wodza. Tak-e nam gadajcie, Galicjanie!

 Dobrze wapanu dworowa sobie z naszej galicyjskiej niedoli, gdy masz dom i wiosk pod bokiem.

Wkrtce wjechali w opotki wsi i zatrzymali si przed murowan ober: Zaledwie Niemojewski otwar drzwi, posyszeli w ssiedniej stancji gwar ywej rozmowy. Ksi chcia zatrzyma si w pierwszej izbie, ale Niemojewski pocign go ze sob i przedstawi zgromadzonym. Mao kto zwrci na to uwag. Wida byo od rzutu oka, e na tym posiedzeniu musi by powzita decyzja zasadnicza. Wszystkie twarze byy pene niepokoju, skupienia i ciekawoci dochodzcej a do granic trwogi. Ksi Poniatowski, wtoczony na ma kanapk za okrgym stoem, zwija i rozkrca doni arkusz papieru. Obok wysoko zasanego ka sta Zajczek, z przesadn, umylnie podkrelan subistoci nie zajmujc miejsca, nie omielajc si usi. W kcie pokoju od ciany do ciany chodzi olbrzymi Dbrowski.

Wielka twarz jego, dugi, misisty, pakowaty nos, wygolone wargi grubych ust, kady musku drga i kurczy si od wewntrznych wzrusze. Wielka rka niecierpliwie wichrzya i tak ju nastroszone wosy. Sapa, przystawa, oglda zebranych oczyma i znowu zaczyna chodzi w swoim kcie. Pod cian sta ze skrzyowanymi na piersiach rkoma Sokolnicki, Biegaski, dalej Kamiski, Kamieniecki, Fiszer, Piotrowski, Hebdowski, Grabowski, Woyczyski, Izydor Krasiski, Roniecki, Hauke.

Kiedy Niemojewski z Gintutem wszed do pokoju, Dbrowski przypatrzy si gociowi i rzek pgosem:

 Gdzie ja go widziaem?...

Ksi ukoni mu si z dala. Stary genera pokiwa ku niemu gow i mrucza do siebie:

 Aha, ju wiem... Zestarzelimy si, moci panie, od tamtych czasw w Weronie, kiedy to mi tradowa o szkapy Aleksandra Macedoczyka...

Wszyscy zwrcili na przybyszw spojrzenia, w ktrych malowaa si myl nie o tym wcale, na co patrz.

 Moci ksi!  rzek Niemojewski do naczelnego wodza  idc tutaj spotkaem ksicia Gintuta. Ma on zamiar ufundowa puk jazdy na swj koszt wycznie. Sdziem, e wasza ksica mo raczy przyj...

 Ciesz si niewymownie z ofiarnoci obywatelskiej wapana. Ale czas nie po temu...

Po chwili, jakby dla naprawienia tego, co powiedzia, dorzuci:

 Suylimy pod dawnymi znakami, nieprawda? Przypominam sobie...

Gintut skoni si z dala.

 Racz, moci ksi, zaj miejsce. Mamy tu radzi o dalszych naszych krokach. Moe nam podasz myl szczliw... Gintut zatrzyma si u drzwi i gbokim spojrzeniem, penym mioci i alu, oglda tych ludzi.

 Tak tedy  rzek wdz naczelny  raczcie, wapanowie, da rad, co dalej czynimy.

To mwic podnis sposzone oczy przede wszystkim na Zajczka. Wyraz antypatii, dochodzcej do najwyszych granic, wyrywa si z tych oczu. Wyraz dumy i wzgardy drga w kadej sylabie sw:

 Prosz przede wszystkim o zdanie ichmo panw generaw dywizji.

Zalego milczenie.

 To, co przedstawiem, nie jest moim wasnym widzimisi  cign jeszcze ksi Jzef. -Ja osobicie gotw jestem na wszystko. Kazaem Hornowskiemu wali przede wszystkim mj dom "Pod Blach", jeli przyjdzie do bombardowania Warszawy.

Wyraz jadowitego szyderstwa przewin si po wskich wargach Zajczka.

 Sdz-rzek ten naczelnik dywizji-e nie przyjdzie a do takiej klski ostatecznej...

 Jak bombardowanie Warszawy... -wtrci Fiszer pragnc, widocznie, zagodzi sens sw starego zawistnika.

 Jak zburzenie paacu "Pod Blach"...  wyrba Zajczek zwracajc si ku Fiszerowi z tym samym umiechem, zmazanym w jadowitej zoci.

Wdz znis to spokojnie. Blady z ran Fiszer rzek dalej:  Dlaczego sdzisz, generale, e nie przyjdzie do tego?

 Tak sdz. Strzay z Pragi na Warszaw wegnayby Austriakw w bied nie lepsz od pamitnej sprzed lat pitnastu. Tote nie zaczn oni strzela na Prag. Ale c mi z tego, e zatrzymamy t fortec i skraweczek ziemi? Gdzie si tu podzia? Z czego wyywi onierza? Prusaki nad karkiem, tych trzydzieci tysicy z gr, miasto zajte, popoch, a Cesarz o setki mil, Jestemy jak acha przed przypywem.

 To wiemy, ale jaki wniosek?  rzek oschle ksi Poniatowski.

 Moje zdanie jest takie: zebra wszystkie siy co do nogi w hufiec, przej Wis i forsownym marszem dy przez lsk Cieszyski do Saksonii. Zczy si z Cesarzem i czyni, co rozkae. Oto wszystko.

 Ksistwa tak porzuci nie mamy prawa!  wtrci Fiszer porywczo.  C pomyli sobie mieszkaniec? Po jednej bitwie, po odstpieniu Warszawy precz uchodzimy z kraju!...

 Mnie przede wszystkim wcale nie obchodzi zdanie mieszkaca  odrzek Zajczek  tylko moje zdanie, to znaczy racja wojskowa. Jestem generaem Cesarza, nie mam prawa zmarnowa wojska, ktre mi powierzy, a tu mog je tylko zmarnowa.

Szmer niechci wion po zgromadzeniu.

 Tak, tak, tak! Ja powtarzam t sam myl: jestem generaem cesarskim i tylko cesarskim...

 A wapan co radzisz czyni?  zwrci si ksi Jzef do Fiszera, widocznie pragnc przerwa potok sw Zajczka.

 Prdzej bym wola zamkn si w fortecach i czeka. Jest Modlin, Gogowa, Gdask, Kistrzy. W kadej z tych fortec jest gar naszego onierza. Moemy si broni miesicami.

 O godzie  wtrci Zajczek zapisujc co w swoim notesie.

 Wolabym broni si o godzie ni uj z kraju. Ja znam si z godem, wic wiem, co mwi!

 Tote wapan moesz si godzi do woli, ale nie masz prawa godzi onierza. Kiedy mwi o wyjciu z kraju, to w tej chwili ywi nadziej powrotu majc Cesarza na czele armii. Nie ucieczk doradzam, tylko wyjcie z puapki, manewr wojenny. Sami tu nic nie zbudujemy. Stracimy tylko t garstk naszych rekrutw, dziaka i na tym nasz haniebny koniec.

 Widzielimy wszyscy tych rekrutw w boju...  zacz ksi Jzef.

 Cokolwiek ksi pan raczy powiedzie na pochwa tych, powtarzam, kantonistw, to tylko powinno zachca do wykonania mego planu. Zoymy ich tu kupami znowu w jakim Raszynie i znowu zawrzemy zaszczytny akt zoenia na kup pruskich karabinw. Powtarzam: to nie nasz onierz, tylko posikowy, wic cesarski.

Ksi by blady jak papier, ktry trzyma w rce. Generaowie milczeli, ale zna byo, e wikszo podziela zdanie Zajczka albo nie ma adnego. Po dugiej i cikiej ciszy mwca rzek agodniej:

 Ja tu zreszt syszaem, oprcz swego jedno tylko zdanie, Fiszera. Rad bym wysucha innych opinii.

 Sdzibym  zacz mwi genera Kamieniecki  e moglibymy posun si ku granicom litewskim i czeka tam sprzymierzeca.

 Syszymy o obywatelach galicyjskich, gotowych zoy nowe puki...  wtrci Sokolnicki.

 To ostatnie jest szczeglnie pocieszajc nowin. Nieprzyjaciel rozsiad si w naszej stolicy, a my werbujemy puki za jego kordonem, w jego kraju, pod jego okiem. To przynajmniej po polsku! -szydzi Zajczek.

 Rzeczywicie, e to po polsku!  ozwa si z kta Dbrowski grubym, chrapliwym gosem.  Tak robi stary Czarniecki: Ty, Rakoczeku, do mnie, na moje miecie, to ja, Rakoczeku, do ciebie! A tu jeszcze nie na cudze, mospanku, tylko na swoje wasne.

Wszyscy spojrzeli ku starcowi i wlepili oczy w jego oblicze.  "Ja"  to znaczy w puk jeszcze nie sformowany za cudz granic... Czarniecki!...  mrukn Zajczek, bokiem zwrcony do antagonisty i nie patrzc na niego.

 "Ja"  to znaczy my wszyscy, onierze, jak tu jestemy!  Zbyt to dla mnie enigmatyczne.

 To jasne jak soce. Wapan widzisz ten plan od czterech dni, bo lepy by go nie widzia, ale po zwyczaju z pychy mcisz w gowach i w sumieniach...

 Moci panie! -zapieni si Zajczek szarpic rk szpad.  ebymy nie zapomnieli, e midzy nami rang najstarszy  cign Dbrowski.  Pamitamy.

 Jestem rang najstarszy, to niewtpliwa. Nie dlatego jednak podaem zdrow i jedyn rad, tylko dla pospolitego dobra. Niech ksi Ferdynand pjdzie na ziemie pruskie i pobudzi Wszechniemce  co wtedy? Kto bdzie broni ludu, o ktrego mniemania tak wam chodzi? Rozdepc go wtedy i w obcy nam nard obrc.

 To samo mogliby zrobi bez chodzenia we Wszechniemce, gdybymy, stosownie do rady wacinej, szli marszem... w tropy Dyherrna.

 Jam ju wszystko powiedzia. Teraz sucham rozkazw.

Dbrowski przez chwil milcza. Potem cikimi kroki bezwiednie wyszed ku rodkowi izby. Olbrzymie jego ciao ledwie si miecio w ciasnym wojskowym uniformie. Ciko westchn. Obejrza pomieniami oczu twarze generaw i rzek:

 Moja rada jest taka: nie ustpi! Ani pidzi. Owszem napa!

 Dobra rada...  gn go szyderstwem Zajczek.

 Napa co tchu, nim przekrocz Wis. Jeszcze jej nigdzie nie przeszli. Mostu nie maj. Jeli tedy j przejd, to w brd albo na krypach, to znaczy garstk. T zgnie napaci. Nim most zbuduj, przej wider i ca si zagarnia Galicj po prawej stronie Wisy a do jej rda. Moemy po drodze zetkn si z Cesarzem i ksicia Ferdynanda wzi we dwie kluby. Ca Galicj skrzykn i podnie. Nasza to ziemia rodzona. Od wiekw... Na gos twoich krokw, wodzu, caa si zatrzsie po szczyt karpacki. Z tym onierzem, ktry sta nad botem raszyskim... Mocny Boe! Widziaem przecie tymi starymi oczyma, co ju nie na jedno patrzay... Id w kraj nie jako oficer, lecz jako zwiastun!

 Prawd powiedzia!  jak jeden krzyknli generaowie. Poniatowski po tych sowach wsta i oczy jego zaszkliy si zami rycerskiego uniesienia. Wszyscy zbliyli si ku Dbrowskiemu. Twarze ogniem gorzay.

 Za wygran bitw obstoi takie sowo!  rzek twardo Sokolnicki.

 Pjdziesz z nami, generale!  mwi wycigajc rk wdz naczelny.

 Nie  odpowiedzia twrca legionw.  Szczerze wyznam, co w sercu: stary jestem i do suchania rozkazu ciki. Rogata dusza  to darmo. Co robi, to robi sam ze siebie i wtedy dopiero z ramienia. Takim ju warcho. Na tym mi ycie zeszo. Oto, moci ksi, daj mi rozkaz. Tego usucham. Ka wsi na bryczk i jecha w Poznaskie. Moja to dziedzina. Nim dojdziesz do Krakowa, ja ci znad Gopa tum Mazura przywiod...


 Szaniec
Drobny deszcz sia bez przerwy na zielon ju nizin Wisy. Sosnowe lasy zapachniay wiosennym obarem. Brzoza mikk i lotn mgiek si zdaa midzy soniami Mazowsza. Bataliony dwunastego puku piechoty pod wodz pukownika Weyssenhoffa, drugi puk jazdy i dwa dziaa artylerii konnej, wszystko pod wadz naczeln Sokolnickiego, chykiem a lekko dybay spod okopw Pragi nad wider. Kolumna ta, ktra bagnetem puku Weyssenhoffa zdobya wiosk Grochw najeon austriackimi dziaami, wyszedszy z Radzymina 29 kwietnia, prawie bez przerwy sza forsownym marszem wzdu Wisy, starodawn drog na Gocaw, Lasy, Zerze, Miedzeszyn, Falenic i widry Dalsze. Lasy byy puste, piaski zdeptane przez ustpujcego Austriaka, porznite od k armatnich. Nikt nie wiedzia, jak si nieprzyjaciel przerzuci na prawy brzeg Wisy, czy mia gotowy most, czy tylko przewiz cz wojska na krypach. Chopi z Falenicy nie umieli nic powiedzie. Po wirach wieych, gsto w rzece pyncych, rybacy nadbrzeni wnosili, e most chyba gdzie w grze buduj. Jeden z przewonikw, ktremu udao si dotrze do tamtego brzegu, przywiz wiadomo, e Niemcy zabrali z Warszawy cielw, ilu znaleli, i wszystkich pognali do Gry Kalwarii. Wspomina take, jakoby pewien zdrajca Prusak wyda skad drzewa obrobionego na Szulcu, ale te wiadomoci byy mtne i trciy plotk. Na rwnych i jaowych piaskach, ktrych jeszcze trawa nie okrya, w pobliu Zagodzia, strwoeni wieniacy zeznawali, e Niemce dopiero co przeszy w stron widrw i e co musiay spali po drodze, bo dym wali spomidzy drzew. Ile na to pozwalay siy koni cigncych w piachu armaty, Sokolnicki popiesza w marszu.

Z rana 1 maja ujrzeli wynurzajce si z jednolitych sosnowych borw olbrzymie sokory Nadwidrza, dalekie piaski, wody Wisy, zamglone smugi drzew tamtego brzegu, pod Zawadami, Kp Oborsk i dalej a pod Oborkami, Jeziorn, giem, po Gassy i Czernido, tonce w oddaleniu. Wkrtce stanli nad brzegiem widra. Po wiosennym roztopie jeszcze woda nie opada. Wartko bulgotaa midzy pniami olch, w cieniu kilkusetletnich sosen wrastajcych w wydmy piaskw i w cieniu topoli nadwilaskich. Stanwszy ju nad rzek w pobliu jej ujcia do Wisy, naprzeciwko wioski widry Mae, ktra ley po tamtej ju stronie, a wic w wczesnej Galicji, zobaczyli przed sob most dopiero co spalony. pale jego byy jeszcze czerwonymi gowniami i kurzyy si obficie. Wieniacy ze widrw stali na wzgrku obok swoich chat ze somianymi strzechy i przypatrywali si w milczeniu. Ani jeden si nie ruszy, pomimo e ich wzywano znakami i krzykiem. Na boniu z tamtej strony rzeki zieleniy si ju pdy wierzbowe i pastuch dogldajcy krw wesoo wygrywa na fujarce. Przywoano go nad brzeg, eby pokaza, gdzie tu woda najpytsza. Prd lecia wartko, lecz wida byo piasek na dnie. onierze zzuwali wesoo cimy, kamasze i zawinwszy pantalony szli w brd za przewodem pastucha. Ciko byo z przepraw armat, ale je przecignito bez szwanku i wywleczono z wody. Za mostem droga sza wci lasem w stron Karczewia. Kolumna wytchna w widrach oraz na okolicznych wydmuchach litego piasku. Rado bya powszechna z tego tytuu, e stare wierzby ju zieleniej, e si wamano w granice Galicji i e pastuch tak po swojsku wycina na ligawce. Chopi miejscowi rozpowiedzieli dowdcy ca histori spalenia mostu i przemarszu Austriakw do Karczewia, nie potrafili tylko objani, gdzie istnieje. przewz na Wile. Okoo poudnia Sokolnicki ruszy w pochd. onierze szli rano. Pikiety nie daway adnego znaku alarmujcego. Wyszedszy z lasu na piaski wyniesione ponad Wis, ktre otaczaj Karczew zanurzony w tym sypkim morzu, nie dostrzegali nigdzie nieprzyjaciela. Gdyby nie zbyt wyrane lady armat, konnicy i piechoty, Sokolnicki skonny by by do przypuszczenia, e nieprzyjaciel czyha w zasadzce, gdzie w lasach otwockich, daleko, szeroko, jak oko sign zdoa, rozcignitych. Dopiero zbliywszy si pod same domy Karczewia i zajwszy pozycj na piaszczystych wzniesieniach poza Kp Nadbrzesk, spostrzegli wojska austriackie przeprawiajce si za Wis na krypach. Chopi wezwani z Nadbrzezia i Kpy zeznali, e caa sia austriacka, ktra przysza bya zza widra, teraz przeprawiaa si wanie. Sokolnicki odama od swej kolumny szwadron jazdy, dwie kompanie piechoty i rzuci si w nizin wilan. Gwna sia jego wojska zajmowaa Karczew. gi nadwilaskie, okryte ju runi wiosenn, cudowny wystawiay widok. Kwiat jary je ubarwi. Iwina przydrona wypucia z pniw jasne rzgi. Rozlana struga Jagodna tworzya modre jeziorka i pasmugi wietliste, po ktrych wiosenny wietrzyk chwia i przegania liczne fale. Gdy wojsko weszo w wie, nadziwi si nie mogo jej krasie. Jake ta Kpa odmienna bya od swoich siostrzyc na paskowyu piaszczystym, ktre stay o wiorst! Tusta ziemia, przesika wilgoci, czarowaa tu nieobliczalnym mnstwem rolin i pachniaa kwiatami. Z urodzajnej nad miar gleby strzelay w niebo drzewa jak z bani, rozrastay si sady owocowe tworzc jeden ogrd tak zwarty, e rd niego ledwo si moga przecisn wioskowa ulica. Obfito wikliny podaa wieniakom sposb wygrodzenia drg, cieek, ogrdkw, gumien i sadw. Kade siedlisko byo jak wiat odrbny. Bielone chaty wieciy si midzy rozkwitajcymi drzewami. Zamono, chopskie bogactwo wiao z kadego kta, dobytek przewala si przez prg i pot. Po zapociu stali parobcy jak dby, dziewczta jak anie, lud oswojony z hukiem wyleww Wisy, z groz i niebezpieczestwem.

Dopiero tdy przeszy Niemce. Koa ich armat i wozw rzny si po osie w glinie bezdennej a rozmokej na ur. Jeszcze leay w poprzek erdzie, koy, drgi, pawzy, ktrymi podwaali z bajora swe statki. Jeszcze cieky bryzgi bota rozpierzchego po cianach domostw. Kiedy Rafa, jako adiutant generaa brygady, wyjecha przy jego boku w ciemn ulic utworzon przez rozrose rzgi i pawmy wierzb, cay oddzia idcy przed nimi hukn z naga pie. Jak oskoty piorunu rozlegaa si midzy cianami chat:

Fortuna si do nas mieje,

Gosi szczcie i nadziej,

A w wyranym objawieniu

Pobyskuje promie w cieniu.

Ju zasona spada z gry,

Niebo jasne, zniky chmury,

Wida na wielkiej przestrzeni,

I si ziemia znw zieleni...

Ulica zawrcia w d, ku Wile. Zna tu byo jeszcze lady wiosennego wylewu. Na gazkach liwin i grusz dynday kaki zeschego szuwaru. Na przybach i przyciesiach zna byo lady iowatych fal. Opar szed z rozkopanych (ech, gdzie ju tkwiy czarne listki rozsady. Wkrtce z ciemnej i pogitej uliczki wydostali si jedcy dwjkami na zbocze wau wysypanego przez nadbrzezian. W dole taczcymi baniami mkna Wisa. Ziemia bya zdeptana, brzeg poobrywany od statkw, ktre niedawno spychano z mokrego wau. Chopi zbiegli si i pokazywali miejsce ku Dbowej, przez ktre przewioza si piechota. Dalej za wsi, na prost Czernida lecego z przeciwnej strony, wskazywano paskie miejsce, z ktrego wsiada konnica i wtoczono sze dzia. Sokolnicki nastawi perspektyw i dugo patrza w gr rzeki. Nie byo na niej wida mostu a do miejsca, gdzie si zaczynao kolano rzeczne pod Czerskiem, wklse z lewej strony. We mgle bkitniay drzewa Starego Otwocka i baszty marszakowskiego zamku wynurzajce si z koron. Genera pozdrowi chopw na poegnanie i chyo wyjecha z Nadbrzezia na wzgrek od strony pastwisk i Zagrnego Otwocka. W skok powracano z innej strony do Karczewia.

W tym samym czasie nadchodziy z pnocnej strony roty piesze i konne. Bya to kolumna generaa Dbrowskiego nadcigajca z Okuniewa. Stary wdz prowadzi trzy bataliony puku Sierawskiego i trzy szwadrony uaskie Dziewanowskiego. Rafa z dala pozna swe barwy. Na botnistym rynku zjechali si dowdcy. Wszystkie ulice mieciny, wszystkie jej domki drewniane zajo wojsko. Nie byo tu obszerniejszego budynku, gdzie by si wiksza kompania oficerw pomieci moga. Ruszono na plebani. Dbrowski niedugo wypoczywa. Komend nad przyprowadzon kolumn odda Sokolnickiemu, a sam kaza przysposobi sobie konie do odjazdu w Poznaskie. Pukownicy i szefowie z alem go egnali. Posiliwszy si, czym byo mona, Dbrowski kaza wystpi wszystkiej sile onierskiej i przemwi kilka wyrazw na cze dowdcy Sokolnickiego. Wojsko odpowiedziao mu pieni na jego cze i wieczn chwa. Stary wdz zdj czapk i sucha z pochylon gow. Zaraz potem odjecha.

Noc si zbliaa. Konnicy kazano zosta w Karczewiu. Cz piechoty stana obozem w Otwocku Zagrnym, a cz w Otwocku Wielkim.

Obozy obstawiono pilnie placwkami. Od placwek wykomenderowano wedety, a midzy nimi wystawiono podsuchy. Starszyzna rozlokowaa si w paacu i zabudowaniach otwockich. Rafa znalaz pomieszczenie w ssiedztwie swego dowdcy. Mia spa w malekim naronym pokoiku na grze, ktrego okno wychodzio wprost w korony lip. ciany tam byy malowane przez niepoledniego artyst, sprzty wykwintne. Paac, od lat nie zamieszkany, mia w sobie co z rozpusty saskiej, wszystek si w niej pocz i do niej nalea. Rafa nie mg usn. Wsta w nocy i na palcach poszed do parku. Drobny deszcz szemra po liciach. Ulice parku, wskie, dzikie, na p zarose, pene byy mgie, ktre chodziy z miejsca na miejsce. To wstaway jak widma, to nagle przed idcym niky jak cienie trwoliwe. Sowik daleko wista swe pierwsze, krtkie, niewymowne pienie. Mody szed za jego gosem i w ktrkolwiek zmierza stron, zawsze dochodzi do gbokich i szerokich wd. Stan w jednym miejscu nad paszczyzn wodn zastpujc drog. Drzewa olbrzymimi konarami giny w mrokach i sabo odbijay si w toni. Z dala, zza Wisy, kiedy niekiedy nadlatyway krzyki pikiet austriackich, rozcigajcych si od Warszawy a do Gry. I oto gdy natonym uchem wojaka wsuchiwa si w te zdradzieckie echa i wciga je wilczymi nozdrzami do mciwej piersi, rzucia si na wspomnienie. cisno mu serce boleci nie do zniesienia, jakoby pistka dziecka. Co poczo si czoga za nim... Szo-zaczajone za drzewami, wycigajc rce.

Przez krtkie chwile mniema, e jest w Grudnie i e wasa si w tamtejszym parku. Ale te pochliwe zudzenia znikay zupenie jak mgy nocne. Ani ju ladu dawnych, czynnych wzrusze, co rozpychay serce...

Wszystko przesiko ocia mdroci, kade wzruszenie z nieznonym trudem przedostawao si przez igielne ucho rozsdku.

Szed zadumany nad sprawami ycia, zatopiony w sobie, pord mokrych mgie, midzy wilgotnymi krzewy, pord gszczw szeleszczcych z cicha od drobnego deszczu. Zrobio si tak ciemno, e blisko wody rozpoznawa jedynie nozdrzami, a paacu nie mg przed sob dojrze. Pobdziwszy w ciemnoci, wyszed za most, midzy zabudowania folwarku. Niespodzianie tu obok niego rozleg si w mroku natarczywy gos:

 Kto idzie? Stj! Daj haso!

Bya to pierwsza pikieta obozowa. Da haso, parol  i zosta przepuszczony. Senny i nieswj szed jeszcze drog czas jaki, gdy wtem posysza ttent i zgiekliwe gosy od strony placwek. Nastawi ciekawie ucha. W tym rozstroju nocnym z chci usyszaby zapowied jakiejkolwiek awantury. Zawiody go jednak nadzieje: by to konny goniec z pismem do generaa od pukownika pitego puku jazdy. Trafi on na wysunit wedet i by prowadzony z ostronociami po groblach i okoo upustu przez onierzy podsuchu do oficera komenderujcego placwk. Rafa poszed za nimi z dala i sysza ca spraw. Kiedy goniec zlaz z konia w pianach, dymicego, schlastanego botem, i ledwie wyprostowa gnaty, dano zna do kwatery.

Za chwil woano ju do generaa. Rafa wsun si do paacowego przedsionka, gdzie Sokolnicki w paszczu czeka przy wieczce ojowej, przylepionej do krawdzi mozaikowego stoliczka. Skoro tylko oficer wszed i wycign si przed dowdc, genera zada pisma. Przeczyta je od rzutu oka  zagadn oddawc:

 Czy bye wapan pod Ostrwkiem?

 Tak jest, panie generale.

 Wczoraj?

 Wczoraj nad wieczorem.

 Z ktrej strony: z naszej, czy z gry rzeki?

 Poszlimy podjazdem w poprzek traktu z Pogorzeli ku Kpie Warszewickiej, w gr rzeki. Z dala postrzeglimy ywy wolno cignione przez flisw linami na naszym brzegu. Kapitan mojego szwadronu da rozkazy. Zaczailimy si w kpach ozy i gdy chopi ku nam podeszli, wzilimy ich ywcem. Musieli wywlec ywy na brzeg. Kada z nich miaa po piciu ludzi obsugi.

 Ile ich byo?

 Cztery. Miay dugoci po 18 stp, a po 5 stp szerokoci. Byy drewniane, obite blach.

 Tak. Co zrobilicie z nimi?

 Zrbalimy na drzazgi.

 Co dalej?

 onierze i dwaj oficerowie, ktrzy na krypach konwojowali te mostoodzie, dali do nas kilka strzaw, ale: zobaczywszy si rzucili si ku tamtemu brzegowi i po piaskach wyszli na susz.

 Czy nic udao si wam widzie mostu?

 Mostu  nie. Szaniec widziaem.

 Widziae wapan? Kiedy i jakim sposobem?

 Nad samym wieczorem wykonalimy rekonesans zarwno od strony Kosumcw, jak i od Kpy Glinieckiej.

 Wic most buduj naprzeciw Gry?

 Tak jest. Midzy Gr a Ostrwkiem.

 Ten Ostrwek ley w samej nizinie Wisy?

 W nizinie, ale na brzegu do wysokim.

 Ten brzeg wysoki daleko by moe od szyi szaca?

 Trudno mi powiedzie...

 Czy nie wiesz wapan, bo tego w licie nie znajduj, jaki moe by relief przedpiersia tego szaca?

 Co do mnie... Nie mog odpowiedzie, panie generale...

 Czy to jest rdan, barkan, czy bonnet de prtre?

Oficer, nowo zaciny szlachcic, tgi, wida, jedziec i szermierz, ale nowicjusz w rzeczy wojskowej, pocz wykrela rk na powietrzu jakie figury. Niewiele z tego mona byo zrozumie. Sokolnicki siad przy stoliku i zacz popiesznie pisa list do naczelnego wodza. Przerywa czsto pisanie i wolnymi kroki chodzi tam i z powrotem. W pewnej chwili kaza Rafaowi z uaskiego puku wybra kuriera, ktry by natychmiast gna do Okuniewa. Ledwie list skoczy i doczy do niego raport Turny, goniec by ju gotw. Genera wyszed do niego, sam obejrza konia i bro. Za chwil uan z kopyta ruszy w drog. Ciemno jeszcze byo na dworze, mga gsta nad ca nizin otwock, ale niady brzask roznieca si ju nad lasami. Z obozu sycha byo komendy i pieni. Wnet piechota wycigna starym traktem na Ostrowiec, Sobiekursk, Kp Glinieck ku Dziecinowu. Szed naprzd pluton saperw, dwie kompanie woltyerskie Weyssenhoffa i dwa szwadrony szstego puku jazdy. Ten oddzia tworzy czoo kolumny. Dalej maszeroway kompanie fizylierskie dwunastego puku z artyleri do niego przywizan. Dwie kompanie grenadierw i szwadron jazdy zamykay kolumn.

Pity puk strzelcw konnych pod dowdztwem Kazimierza Turny, ju poprzedniego dnia szerok sieci rozcignity, przenikn lasy w kierunku drg na Tabor, Podbiel, dotar do Osiecka, Pogorzeli i Warszewic. lady tego przejcia maloway si w opowiadaniach pastuchw chodzcych za bydem. Mwiono wci o jakim wojsku, ktre lasami powdrowao ku rzece. Na odwieczerz maa armia cigna do Dziecinowa i stana obozem militarnym, zajmujc trzydzieci kilka domw i bonie za wsi. Z dala wida byo wieyczk drewnianego kocioka w Ostrwku i kpy drzew otaczajce kilkanacie chat tej wioski. Za ni, od strony Kpy Glinieckiej, w niewielkiej odlegoci od brzegu rzecznego rudziay surowe linie szaca. Sokolnicki wziwszy ze sob kilku oficerw wyjecha ze wsi i puci si na ogldziny miejsca.

 Jeszcze go nie zdyli darni odzia... To dobra wrba...  mrukn do siebie.

Jecha z wolna, trzymajc lunet przy oczach. Kiedy na chwil odj szka, rzek do towarzyszw:

 Mia Turno racj. Nie widi palisad przy skarpie. Chybaby je bili przy przeciwskarpach, eby nam utrudni wyrbanie. Moe zreszt bior teraz wilcze doy w rowach i w nie pale bij. Zobaczymy...

Ruszyli cwaem po boniu zasanym cudn traw. Wie Ostrwek oddalia im si w oczach od Wisy i szaniec ostrym dziobem wysun si w pole ku Glinkom. Genera powstrzyma swego konia i goym okiem mierzy przedpiersia. Szyja mu si wtedy wycigna, nos zaostrzy, ciy usta, a oczy miotay ogie. Mia w sobie co z drapienego ptaka.

 Barkanik...  szepn z szyderskim umiechem.

Zamilk i znowu ry nasypy ziemi pociskami krwawych oczu. Dugo to trwao. Oficerowie, wyprostowani na swych siodach, bez ruchu czekali. Rzek odwracajc si do nich:

 Mog mie wewntrz naprdce zrobiony blokhauz. W tedy trzeba bdzie ka si pod nim stosami trupw, jak w 1807 roku pod Gdaskiem...

Rafa syszc te sowa ujrza blokhauz pod Gdaskiem i twarz majora de With, ale z tak obojtnoci, jakby mu si wspomnia sztych kolorowany, wyobraajcy t scen.

 Oni tymczasem-cign genera-mogliby most koczy. Zwrci znowu szka na szaniec i gwarzy do siebie:

 Kt naronikowy ma z dziewidziesit stopni. Czoa dugie, barki mocno kryj. Musimy ten szaniec im wydrze i most zniszczy, chociaby nas to miao diablo kosztowa. Jeli tego dzi nie zrobimy, jutro most skocz, przejd na nasz stron, otocz nas i rozdepc na miazg. Rw nie broniony, bez palisad, stoki bez darni. Jak wiadomo, wycinki przed naronikiem frontowym i przed naronikami ramiennymi ogoocone s z ognia. Powinno nam ludzi wystarczy. Jeli most nie jest skoczony, to nie moe by w tym barkanie wicej nad jeden puk. Dzi mamy drugi maja. ycie musimy postawi na kart, eby dzie jutrzejszy wici na szczycie tego szaca.

 Dzi tedy w nocy...  rzek kto z boku.

 Prosz o milczenie a do chwili rozkazu... -rzeki dowdca nie odwracajc gowy.  Sdziem, e ujrzymy przed sob linijk dwuramnikw albo biret. Mieli przecie czas i ludzi, w swoim s pastwie...

Zwrci konia i pomkn z towarzyszami ku Glinkom, a nawet ku Kpie Glinieckiej. Zmrok zapada. Krwawa una wiecia na wodzie Wisy, widocznej z dala. W tym wietle jak na doni wida byo setki ludzi pracujcych okoo szaca z taczkami, wycinajcych rzezakami darnin, zatrudnionych przy okolceniu spadkw i jak biae mrwki rojcych si w fosach. Przez chwil wszyscy w milczeniu przypatrywali si temu obrazowi i odczuwali cinienie serca na widok tego ludu, ktry nastawia rodzinn ziemi przeciwko rodakom.

Powracajc do obozu genera powzi wiadomo, e ujto kilkadziesit wozw z konwojem suby lenej, wiozcych z porb obrobione pale, dyle, deski, erdzie. Byli to chopi z Kpy Glinieckiej. Z niema radoci otrzymali pozwolenie skadania upu na stos i umykali do domw ze sprzajem. Sokolnicki kaza zatrzyma forsterw i gajowych i poleci bada ich w kwestii szaca. Niewiele powzi wiadomoci ponad to, co sam wiedzia, gdy furmanki zatrzymyway si przed krytymi drogami szaca i tam skaday budulec.

Mia siada w chopskiej chacie do wieczerzy, a wojsko ju j spoywao, kiedy od wart dano zna, e nadjeda wyszy oficer z kwatery gwnej. Sokolnicki wyszed naprzeciw i spostrzeg Pelletiera. Francuz by stuczony na siodle, gdy bez odpoczynku pdzi z kompani jazdy wprost z Okuniewa, ale jeszcze stopy nie postawi na ziemi, a ju pyta:

 Czy zaczynamy?

 Naturalnie.

 A szaniec?

 Widziaem. To luneta.

 A most?

 Mam wszelkie szanse, e nie jest skoczony.

 No, to dawajcie co do jedzenia. Mam rozkaz wodza...

 Trzymania mi za poy...

 Rozumie si.

 Ale my idziemy razem?

 Rozumie si.

Pelletier rzuci si na koguta, wychudego na przednwku w ktach paszczynianego podwrka, ktrego upitrasi naprdce kucharz generaa brygady. W trakcie amania gnatw kura zbami rzuca prady, ppytania:

 Posa by parlamentarza z daniem poddania szaca?

 Po co? na co?

 eby zobaczy, czy most skoczony.

 Jake on to zobaczy?

 Moe zmiarkowa z byle czego. Musimy dziaa ostronie. Wdz mia wiadomo z Warszawy, e dwanacie tysicy Austriakw gdzie przeszo Wis.

 Jeeli j przeszli, to tak daleko, e dzi mi we dwa ognie nie wezm.

 Most, most!

 Cztery pontony wzite.

 Posabym parlamentarza... Nic na tym nie stracimy, jeli si akcja o godzin opni.

Sokolnicki rozmyla przez chwil, a pniej kaza wezwa do siebie kapitana Siemitkowskiego. Gdy ten stan przed nim, uj go pod rk i zacz w ciemnoci chodzi po drodze tam i z powrotem, o czym go pouczajc.

Wkrtce kapitan znik w mroku. Upyn od tej chwili moe kwadrans czasu, kiedy w nizinie Powila da si sysze gos dwu bbnw bijcych bez przerwy. Gos ten lecia do obozu po rosie, ale si szybko od niego oddala. Pelletier koczy wanie sw uczt, gdy usysza takt pierwszy. Podnis tedy gow, skin oczyma i rzek:

 Dzikuj.

Pniej zapatrzy si w pomie wiecy. Sokolnicki wyszed z izby, gdzie mieszka, i wkroczy midzy szeregi. onierze spoczywali jeszcze, ale syszc oskot bbnw bijcych w ciemnoci, czuli, e to ich do boju wzywa ten srogi gos.

Milczenie lego na obz jak ciemna noc. Kady czowiek spojrza przez ciemno i przez milczenie w ycie swoje, w dalekie miejsce rodzinne. Guchy al i ciki smutek wszystkie ku ziemi nachyli gowy. Genera szed midzy szeregi tak samo milczcy jak oni wszyscy, tak samo ze zwieszon gow. I w jego sercu odbi si oskot bbnw jak dwik bry ziemi leccych na trumn. Coraz ciszej, coraz ciszej, coraz ciszej...

Wtem od jednego razu oskot zamilk.

Sokolnicki obrci si twarz w stron Ostrwka. Patrza w mrok i czeka. Tak samo dwign gow nard wojska. Krew odpyna od serc i na swj posterunek wrcio codzienne mstwo.

We wszystkich wsiach okolicznych byo ciemno. Ani jednego wiateka! Dopiero nieskoczenie daleko, gdzie za Wis, tliy si wiata zamglone i dugimi iglicami odbijay w wodzie. Okoo godziny dziesitej day si sysze gosy nadcigajcego puku Sierawskiego.

Puk ten stan obozem, ale pod broni. Wykomenderowane byy strae i acuch podsuchw wycignity. Kada kompania wyznaczya czwart cz swoich ludzi do wsi okolicznych po drzewo, som i wod, ale tymczasem wstrzymywano ich wyjcie. Cakowite trzy bataliony musiay spocz z broni w rku. Za pukiem cigny dwie podwody zajte pod medykamenty i chirurgi. Lekkich armat Sotyka, zapowiedzianych przez generaa Pelletiera, nie byo wida. Mina godzina dziesita, kwadrans, p godziny, trzy kwadranse, wreszcie jedenasta. Sokolnicki chodzi jak szyldwach, na kocu wsi. Gdy przy wietle zatlonej hubki zobaczy godzin na zegarku, raptownie zmobilizowa sw ma armi. Przybyy puk Sierawskiego wysun za wie i rozdzieli na trzy czci. Batalion Bogusawskiego, pierwszy, postawi na lewym skrzydle; batalion drugi pod Sierawskim wyprawi w stron Glinek, a porodku umieci batalion Blumera za wsi Ostrwek. Miaa to by pierwsza linia. W drugiej uszykowa si puk Weyssenhoffa z czterema armatami polowymi. Pity puk strzelcw konnych, cignity sztafetami na miejsce, rozpostar si jak wok i mia postpowa za infanteri dla obsaczenia szaca. Te przygotowania zajy z gr godzin czasu. Byo po pnocy, kiedy nareszcie rozlegy si daleko gosy bbnw. Zrazu zdawao si, e bij wci w tym samym miejscu, ale wkrtce wojsko rozrnio zblianie si ich dwugosu. Byo tak ciemno, e wracajcy kapitan Siemitkowski wpad na pierwsze sekcje Bogusawskiego. Natychmiast stawiono go przed generaami.

 A wic?  zapyta Sokolnicki po francusku, macajc rk w ciemnoci szlif parlamentarza.

 Zadaem, generale, w twoim imieniu poddania szaca bez zwoki.

 Odmowa?

 Tak jest.

 Z kim mwie?

 Z dowdc puku imienia Latour-Baitlet, pukownikiem Czerwinkiem.

 Jaki Czech-pobratymiec?

 Zapewne. Mwiem z nim po francusku.

 Opowiedz ze szczegami.

 Kiedy zbliylimy si do szaca, na gos naszych bbnw wyszed i otoczy nas oddzia pieszy. Doboszw zostawiono w polu pod siln stra, a mnie oficer dowodzcy zawiza oczy i pod stra zaprowadzi w przykopy.

 Jakie byo wejcie? czy po stoku kurtyny?

 Nie. Ile wnosi mog, szedem przez otwr w przedpiersiu, zastawiony z wntrza poprzecznic. Rkoma dotknem bariery. Szyldwach nas przepuszcza.

 C dalej?

 Prowadzono mi umylnie to tu, to tam, eby mi w gowie zamci. Wyprowadzony zostaem z przeciwnej strony.

 Tak samo przez otwr, czy moe przechodzie wapan aw dla dziaa?

 Nie.

 Dalej.

 Skoro rozwizano mi oczy, byem w namiocie. Sta przede mn tgi, starszy oficer. By to wanie pukownik Czerwinek. Wyoyem mu twoje, generale, zlecenie po francusku, a kiedy zacz do mnie mwi po niemiecku, odparem, e nie rozumiem ani jednego wyrazu. Kilkakro usiowa zagadn jeszcze po niemiecku, ale robiem wwczas jak najgupsz min i powtarzaem z naciskiem, e nie rozumiem. Wtedy zacz aman francuszczyzn podrwiwa sobie z naszego dania, mwi mi o nadzwyczajnej wielkoci szaca, o jego budowie, nie znanej nam wcale. Syszaem nieustajcy huk siekier i motw. Kocz, wida, most z nadzwyczajn fors. W pewnej chwili pukownik rzek nieznacznie do podkomendnego oficera po niemiecku, eby midzy krypami wybra dk niewielk dla piciu onierzy i oficera, ktry powiezie raport do Gry. Wtedy ju wiedziaem, e mostu caego nie ma, skoro musz do Kalwarii przeprawia si odzi.

Sokolnicki cisn mwicego za rami i co mrukn na jego pochwa.

 Pojechali tedy do Gry dk, a ja siedziaem w owym namiocie. Pukownik bawi mi rozmow. Chwali Warszaw... Wkrtce patem przyszo do tego namiotu kilkunastu oficerw. Wszyscy mwili po francusku nie tylko ze mn, ale i midzy sob. Ze zdziwieniem spostrzegem, e i ze zwierzchnikami swoimi rwnie po francusku si porozumiewaj, a po niemiecku wcale nie umiej. S to ludzie wykwintni, robi wraenie panw przebranych za oficerw. Wdali si ze mn w rozmow. Skoro tylko zaczem si przysuchiwa gosom pracy w szacu, podnosili umylnie rozmaite kwestie i tworzyli haas, eby zmci moje wraenia. Syszaem jednak, e w szacu i za jego szyj wre robota ciesielska. Po jedenastej dopiero posany oficer wrci z rozkazem na pimie. Pukownik Czerwinek przeczyta je i rzek mi, e powierzonego posterunku potrafi broni do ostatka. Grono owych oficerw, ktrych mam za jakich cudzoziemcw, przyjo jego decyzj okrzykami. miali si szyderczo, kiedy mi wyprowadzano. Znalazem si znowu midzy mymi doboszami. Warta nas odprowadzia o jakie dwa tysice krokw.

 Dzielnie si wapan sprawi...  rzek popiesznie Sokolnicki.

Zaraz wykrci si i wezwa do siebie pukownika Sierawskiego. Za chwil szef lewego, czyli pierwszego batalionu cicho zakomenderowa:

 Pierwszy batalion  naprzd, do boju! Marsz!

 Drugi batalion!

 Trzeci batalion!  brzmiay komendy w ciemnoci.

Puk ruszy w nizin z trzech stron wsi Ostrwka i bez szelestu prawie, podwjnym krokiem zda w mroku.

O kilkadziesit krokw za kolumn Sierawskiego jecha na koniu Sokolnicki. Rafa widzia przed sob jego czarn, pochylon figur, ledwo wynurzajc si z nocy. Za sob sysza jkliwy, szelestny w pytkich wodach krok koni, wist k armatnich, rzncych mokr ziemi. Gdzie w gbi mia za sob pochd puku Weyssenhoffa. W pewnej chwili genera skierowa swego konia na prawo i wraz z Raf cem po jecha za prawym skrzydem batalionu prawego, ktry wciska si w przestrze midzy Kp Glinieck a Ostrwkiem.

Chd powia od bliskiej rzeki. Usyszeli w ciemnoci wyrany oskot siekier i motw na rzece. Wparszy w mrok oczy ujrzeli poprzez ozy ostre pomyki wiata lnice na wodzie. Genera wstrzyma konia i szepn do Rafaa:

 Czy widzisz szaniec?

Olbromski rozpoznawa go ju od dawna na tle bardzo sabej uny wiata wychodzcej zza przedpiersiw i ramion barkanu. Wskaza wodzowi lini na horyzoncie.

Natarli komi na szeregi onierzy i w najgbszej ciszy, powstrzymujc oddech, skradali si dalej. Wkrtce szaniec pocz czarn lini wyrasta przed nimi. Jeszcze chwila i da si sysze szmer, zbiorowe sowo, podobne do szumu wiatru:

 Rowy...

Sokolnicki zatrzyma konia i rzek do Rafaa:

 Stj przy mnie.

Sycha byo, jak wiatr szeleszcze w zarolach nadwodnych, dalekie echa rozmw ludzi pracujcych na mocie... Rafa by znuony poprzedni bezsenn noc i caodziennym marszem. Mia such bardzo wyczulony i pewien w sobie obmierzy niepokj. Zdawao mu si chwilami, e jeszcze bdzi w parku otwockim i marzy o zmarych. Ale nie wiedzia prawie, o kim myli i kogo wspomina. Oto z dala, z dala, zza Wisy dolecia wrzask austriackich placwek: Wer da! Gos ten wia nad wod, znika w nocy, ton w sercu cierpym, penym gniewu i zemsty:

Och, eby prdzej!

Szeleszcz ozy, wiszcz na wietrze jakoby badyle na dawnym cmentarzu w rodzinnych stronach. Wargi nie wiedzc poszeptuj:

 Wieczny odpoczynek...

Wtem z przeraliwym oskotem run werbel doboszw caego puku, zgromadzonych przy trzecim batalionie, ktry przedostawszy si przez wie Ostrwek stan ju pod ktem naronikowym szaca.

 Hura!  rykn batalion Blumera.

 Na szaniec!  zakomenderowa Sokolnicki.

Sam zsiad z konia i prowadzc go za uzd doszed a do rowu. Wojsko zgino im z oczu. Syszeli salwy strzaw z naronikw i cz szaca, bijce w napastniczy batalion tyralierski, ktry wci krzycza, bi w bbny i strzela. Jak ciemna fala nadpyna z tyu cz puku Weyssenhoffa. Sokolnicki zatrzyma jednego onierza z linii i kaza mu pilnowa swego konia. Sam stan w szeregu midzy onierzami i ruszy naprzd. Olbromski dotrzymywa mu kroku. Wpadli po ciemku w przedrw, na sze stp gboki, walili si w doy, grzli w rozmikych kupach ziemi, ktra wraz z nimi zjedaa w jakie dziury najeone palami, w trjgran zaciosanymi.

 Co tchu naprzd!  woa kto w ciemnoci. -Tu mog by pozakadane fugasy, miny prochowe...

onierze czogali si po glinie i zarabiali w niej do pasa. W pewnym miejscu leay wkopane w stok szaca zasieki z drzew, citych u samego odziemka i wszystkimi gaziami w d zwrcone. Byy to jakby potworne apy i pazury, spychajce w jamy na dole, wace midzy ebra, gotowe do chwytania za gardziel. Kiedy zdeptali gazie i wdarli si nad nie, uderzyli piersiami w krtkie koki ostro zaciosane. Ale nareszcie pokonali i te szykany. Usyszeli przed sob wrzaw, oskot broni, przeraliwe krzyki, kltwy i jki. W pewnej chwili Olbromski znalaz si wraz z innymi na wierzchoku szaca. W sabym wietle latarni poncych niej ujrza miertelny bj. Bagnety w siwym blasku migotay. Ludzie skbili si w bezksztatn mas. Obadwa bataliony Sierawskiego walczyy ju w gbi szaca. Austriacy stali oparci o jak nisk, drewnian budowl. Przebiegajc obok awowego dziaa stojcego na barbecie, ujrzano kanoniera austriackiego, jak motem wbija ogromny bretnal w zapa, a za chwil pocz bi stemplem wewntrz kanau w celu zagicia szpica bretnala i zagwodenia dziaa. Rafaowi wydaa si tak pod ta jego czynno, e skoczy ku niemu ze szpad. Tamten podnis gow i w wietle latarni Olbromski ujrza twarz jakby natchnion, pen witej grozy i uniesienia. Szpada jego rozszarpaa mundur Austriaka. W tej samej chwili tum nadbiegajcych piechurw Weyssenhoffa roztrzs kanoniera na bagnetach, rozwali mu gow, przebi piersi, brzuch, boki, plecy... Rafa poskoczy ku miejscu bitwy pod barakami. Zwarty, podwjny, a za chwil potrjny szereg ga Austriakw bagnetem. Bronili si po bohatersku. Formujc trjkt oparty o budynek podstaw, dziaali z szalon furi. Natarcia niewprawnych rekrutw polskich niweczyli potn sztuk i kadli ich pokotem, waem jak szaniec midzy sob a nowymi szeregami napastujcych. onierze polscy patrzc na w trjkt niezwalczony poczli stroni od tego miejsca. Wanie zjawi si w szacu genera Pelletier. Dugo sta bezczynnie wpatrujc si w walczcych. Sokolnicki spostrzeg, e cz puku Sierawskiego cofa si ku szyi szaca. Zwoa tedy ludzi i bieg z nimi na tamtych. Pelletier poskoczy ku niemu i rzek wskazujc na mnych:

 We ich ywcem, generale...

 Czemu to ywcem?

 To moi rodacy, emigranci, nieprzejednani...

 C oni tu robi?

 Protestuj przeciwko straceniu ostatniego Kapeta.

Szary przedwit roznieci si i da widzie obraz morderczej bitwy. Klin arystokratw francuskich topnia pod bagnetami Makw polskich, ale i ostatni z walczcych zachowali zimn krew i niezomne bohaterstwo. Jaki ich oficer ze wzgard w skrzywionych ustach komenderowa po francusku, dopki nie run pod ciosami. Zalany krwi, zawalony umierajcymi szaniec zosta zdobyty. Dwa tysice jeca zoyy bro. Genera Schauroth umkn na krypie do Gry, eby stamtd bi ze wszystkich armat w zdobywcw pod Ostrwkiem.


 W starym dworze
Kiedy w pierwszych dniach czerwca genera Schauroth przeszed z lewego na prawy brzeg Wisy pod Poacem oraz pod Niekusz, Rafa Olbromski znajdowa si przypadkowo w tumie oficerw sztabu ksicia Poniatowskiego. By wysany przez generaa Sokolnickiego ze szczegowym raportem o wyprawie kawaleryjskiej pod Roki, o dziaaniach w polu na pnoc od Sandomierza pod folwarkiem Krukw i pod Mkoszynem.

Dnia dziewitego czerwca nastpia potyczka pod Mielcem. Wojska ksicia Jzefa musiay cofn si wobec przemagajcych si Austriakw i przekroczy Wisok. Rzeka, tak dobrze Rafaowi znana, wyscha bya teraz zupenie i nie moga stanowi przeszkody w przeprawie nieprzyjaciela. Rzucano te popiesznie wyduon smug jej piachu i kamieni.

Byo poudnie chmurnego dnia, kiedy tum elegantw sztabowych, w ktrym znajdowa si Rafa, wyjecha z lasw nadbrzenych, w pkrg otaczajcych Stokosy. Dalekie krajobrazy lene ju niebieciay pod pogod, cho pasma najblisze wci jeszcze nasycone byy wilgotnym, granatowym tumanem. Caa ziemia, odziana we zboa, staa si mokra i miszu od fali. W bruzdach lnia jeszcze zmulona woda. Wskie, polne drogi, ktre innego dnia ledwie by oko wytropi zdoao midzy anami zb, srebrzyy si teraz od pasmugw zlewnej wody. Deszcz usta. Oboki bure, pene w sobie biaych jam i dow, ciko zwisajc wloky si stronami. Gbokie, stubarwne, przemoke trawy k zaniosy si po tym deszczu od kwiatw.

Gromadka oficerska jechaa gwarzc o wypadkach dnia. Rafa, niewiele tutaj znajcy osb i nie majcy udziau w akcji ani adnego okrelonego charakteru po zaatwieniu zlecenia, kusowa obojtnie z boku drogi. Ujrza z dala Stokosy... Poniewa tam by nie mg, przepatrywa jeno zmiany w zasiewach pl, w koronach drzew, w barwach potw i dachw. Na zakrcie drogi, pod wzgrkiem, zdao mu si rzuci okiem na prawo  i oto ujrza tui tu samego, we wasnej osobie Szczepana Trepk. "Pan pose" jecha na koniu poln droyn-miedz ku gocicowi. Ko pod nim sta waciwie na miejscu, o tyle tylko przebierajc nogami, eby si wydawao, jako jedziec nie patrzy bezczynnie, jako za swoj dy spraw. Rafa zna doskonale w wyraz twarzy zobojtniay, p smutny, p szyderczy i owo niby to tpe gapiostwo prostaka... Serce w nim uderzyo na widok zgarbionej figury w zgrzebnym kitlu, w grubych butach, na widok twarzy szarej, zestarzaej, surowej i smutnej. Nie wytrzyma. Pchn konia ostrogami przez szeroki rw w mode zboe, pod wzgrek. Sadzc skokami zapiewa przejmujco, z serca:

Ledwie twoje spotkam oczy,

Nim postrzeg, em widziany,

Ju si na bok wzrok twj toczy

I martwe przebiega ciany...

Trepka wsadzi gow jeszcze bardziej w ramiona i wstrzyma konia. Patrza spode ba. Nawet poznawszy ju w oficerze towarzysza, nie zmieni wyrazu twarzy. Ukoni mu si kapelusin z wyrazem pokornej a chytrej grzecznoci.

 Pan pose nie poznaje, widz, starych przyjaci!...

 Ale gdzie tam... ale gdzie tam...  mamrota Trepka z uprzejmym, z unionym pochlebstwem.

 Przecie to wida...

 Krtki mam wzrok, nie mog dojrze od razu.

 Na wzwiady pan pose wyjedasz, siy narodowe zza yta lustrujesz... Kto ci wie?... Z nieprzyjacielem moe trzymasz...

 Cicho no, cicho, moci Olbromski... kapitanie...

 Czemu to cicho ma by porucznik Olbromski?

 Gono krzykniesz, poruczniku, i pojedziesz na bystrym koniu... A mnie tu mog powiesi... W tropy twoje przyjdzie na t sam miedz juci ten nieprzyjaciel. Ja za nie mog od niego uciec na bystrym koniu. Musz, widzisz, pozosta.

 A przyjdzie ten nieprzyjaciel do ciebie, przyjdzie i to niezadugo.

 Widzisz  ha! Przyjdzie...

 Ale ci przecie nie zjedz!

 Zje nie zjedz, ale z dymem puci mog dwr, gumno, chaupy...

 Wiecznie si strachasz o to, co by moe...

 Wiecznie si stracham...

 Istne si z ciebie strachajo zrobio, panie pole!

 Bardzo mi za modu, widzisz, straszyli, tote na staro jakby znalaz. Niejednegom stracha za ycia widzia, pikny wojaku... I taki teraz tchrz ze mnie.

 A to nie doda ci ducha? Stary przyjacielu, patrzaj no! Z lasu wszystkimi, zda si, jego midzydrzewnymi przestworami wypywa poczo wojsko siy odwodowej ksicia. Piechota sza szybko, sfornym marszem w brd trawami k, w pas zboami pl. Szerok drog migotliwie sun w konnicy. Gray na socu barwy wielorakie, a spltszy si z kolorami pl tworzyy obraz zachwycajcy. Trepka sta na koniu prawie na szczycie. wzgrka i patrza w owo cudnobarwne zdarzenie. Rafa na mocy starego przyzwyczajenia nie way si przerywa jego zadumy. Wspomnia sobie, jak to jesieni przed laty patrzali na inny pochd. Chcia wcisn midzy myli przyjaciela sowo przypomnienia o tamtej chwili, sowo ywicej otuchy. Trepka przeczu niejako jego zamiar. Umiechn si gorzko, gorzko, gorzko. Pokiwa gow... Zapyta nagle:

 To i Sandomierz oddacie, czy jak?

 Jak to oddamy?!  wrzasn na niego grubiasko mody.  eby kije z nieba leciay, eby w kup gruzw miao si zapa cae miasto! Jednej cegy nie da im darmo Sokolnicki! Aby on nie da! Wzi garci swoj, zdoby i garci zatrzyma!

 Pewnie, e naleaoby trzyma toto a do skutku... Miejsce bogate. "Bram cztery uomki, klasztorw dziewi i gdzieniegdzie domki..."

Rafaa przeszy do szpiku koci gniew. Teraz poczu, jak innym ju jest czowiekiem, jak si wyzwoli z libertyskich formuek mylenia tego dziwaka. Czu, e ma wyobraenie caoci, kiedy ten wci si zajmuje ulubionym sobie uamkiem. Walki widziane pod murami Sandomierza, szturm, bombardowanie wasnymi armatami starych kociow, prace ziemne po zdobyciu miasta  wszystko to jak wielki skarb duszy ukazao mu si od razu. Zamilk i razem z Trepk ruszy cwaem za oficerskim orszakiem, ktry zmierza w stron Olszyny.

 Czy to do Olszyny jedziemy?  spyta po drodze.

 Pono. Spotkaem tu w polu konnego, ktry lecia do miasteczka po sprawunki. We dworze, u starego Cedry, ksi dowdca stan kwater... No, chwilowo, bo periculum in mora. Obiad stary Cedro wydaje dla sztabu. Aby jeno midzy pieczystym a legumin diabli Schaurotha nie nadali w czarnotym sosie! Powiniene by na tej uczcie, moci poruczniku. Po pasku wystpuje stary. Chce si pokaza, cho ydki pod nim pewnie dr, cho grubo ryzykuje...

 Jedziesz tam przecie?

 Jad jako domowy jegomoci pana Cedry...

Spojrza dawnymi, drwicymi oczyma, zamia si w gos rubasznie:

 Na miy Bg!  oficer z ciebie najsroszego kalibru, Olbromski Rafale! Co za ko! co za statura! Wyglancowali ci, wyszwarcowali... Nie bye dawniej taki szczwany... Daleko zajedziesz! No, to i dobrze.

 A c waszmo mylisz? Obadwaj my z Krzysztofem na ludzi wyszli. wiatem rzdzimy! zamiast tu z wami wrd kup nawozu rzdy sprawowa...

Ledwie imi Krzysztofa pado, stary Trepka zmarszczy si i zmarnia w sobie. Sta si z niego w krtkiej chwili zgrzybiay safandua. Jecha na swym wierzchowcu zgarbiony, z obwisymi rkoma.

 Krzysztofa, powiadasz?...

Machn prtem w powietrzu raz, drugi. Wskaza nim co w polu. Potem w drugiej stronie, a gdy odwrci si ku towarzyszowi, ukaza mu twarz niemal zdziecinnia.

 Nie ma Krzysia... -wypowiedzia z cicha jak gdyby sekret aosny.

 No, tu go nie ma, bo jest we wiecie. Wojuje.

 Wojuje...

 Mielicie te od niego jakie wieci?

 Pisa z Parya listek jeden, a potem nic ju, ani sowa. Przysali tu gazet francusk z wiadomoci, e puk jego w Hiszpanii. I tyle wiemy...

Wjechali w szerok brzozow alej prowadzc do dworu. Stare pnie, spodem czarne, wyej nienobiae, prgowane jak marmur, nasuny si przed oczy niby wierzeje gocinnie rozwarte, niby sienie. Prawie niepochwytny szum zwieszonych lici wieci dum o tym, czego nic nie wyjawi krom niego, o uczuciach minionych. Ujechali ju kilkaset krokw t alej w milczeniu.

Rafa obejrza si poza siebie... Mia zudzenie, pzudzenie, niejasn sensacj cielesn, e z dala kto jeszcze pdzi na koniu w cwa...

Nie chciaby tego przed sob wyzna, e ma na myli Krzysztofa. Byo mu przykro i obmierle tym si zajmowa. Wylot alei, jakoby okno pokrge u gry, otwiera sil w pola rozlege. Ciemniejca w anach wielkim patem pszenica tworzya tam obraz niezrwnany. Zaczli chcc nie chcc przebkiwa o zbou, o urodzajach, o deszczach i rozprawiajc jak dwaj hreczkosieje ssiadujcy o miedz, ktrych nic zgoa oprcz urodzaju wsianego zboa nie obchodzi, wjechali na dziedziniec dworski. Jake si zmieni! Peen by koni pod siodem wojennym, z lekka tylko odpoprgowanych, peen onierzy, obiadujcych po ktach z popiechem, peen odackiego krzyku. Okna we dworze pootwierane, drzwi na ganek szeroko rozwarte... Sycha byo muzyk, piew, oklaski. Suba lokajska i onierze ordynansowi wbiegali i wybiegali ze dworu.

Obiad, naprdce podany dla ksicia i jego wity, ju si by skoczy. Wdz z kilku generaami by w ogrodowej altanie, gdzie toczono jak narad. Modzi oficerowie napenili wielki salon i przylege pokoiki. Kiedy Trepka prowadzc pod rk Rafaa wchodzi na ganek, ozway si znowu tony starego pantaleonu. Pan pose puci towarzysza do salonu, a sam na palcach przeszed sionkami w poprzek dworu na taras, z ktrego zstpowao si do ogrodu. Odchodzc z popiechem, wskazywa gestami swj kostium arcygospodarski i srodze zachlapane buty. Rafa wsun si do salonu. Powid oczyma po zgromadzonych.

Jeden z modszych oficerkw gra. Panna Mery staa obok instrumentu. To samo pochylenie gowy, ten sam wyraz twarzy. Oczy przymknite... Podniosa gow i zacza piewa:

La nuit tomboit dans la prairie,

LEchos dormoit dans le vallon,

Prčs du ruisseau chantoit Amlie...

Nie byo to piewanie podlotka, ktre by sysza przed laty, lecz pikny gos modej, zaywnej i silnej kobiety. Powioda uroczymi oczyma po zgromadzeniu mczyzn. Wida byo rado ycia, si serca i dz szczcia we wzroku tym, sycha j byo w piewie. Ta pie skarya si przed caym pokrewnym wiatem modoci jakoby przed sdem przenikliwym, znajcym istot rzeczy i penym sprawiedliwoci, na pustk i smutek tego domu, na gorycz lat modych a samotnych. Skarya si nie sowem, lecz dwikiem samym, szeregiem przedziwnych, muzyckich akcentw, a cae grono modziecze suchao jej w skupieniu ducha. Ani jeden ze suchaczw nie zosta obojtny na te przejmujce skargi, na te samotne gosy i okrzyki. Ale oto co zadrao w melodii tej piosenki, zakoysay si tony od najwyszego uniesienia... Rafa podnis oczy i ujrza wbite w siebie dwie brylantowe strzay oczu panny Mery. Uczu z rozkosz, e to jego wanie wita i pozdrawia dawna piosenka tym najwyszym uniesieniem... Umiech radoci, woniejcy blask szczcia kwit na ustach piewaczki.

W chwil potem zdarzyo si Rafaowi spojrze na prawo. Tam, wrd kilku najwykwintniejszych socjuszw ksicia, siedzia stary pan Cedro. Nie zmieniy go prawie lata ubiege. Ta sama pikna, starcza twarz, ten sam wykwintny ruch gowy, uoenie rk i ng. Siedzia w fotelu z wdzikiem lekkiego dandysa, umiecha si tkliwie lub askawie, sztywnie i foremnie trzyma korpus i nogi. Spojrzenie, zarazem pobaliwe i wyniose, padao na goci z paskich oczu. Ale oto przy dwikach radosnych piosenki, gdy wszystkie westchnienia modoci jej szlakiem uleciay, stare wargi zaczy si rozciga wszerz jak guma rozdartej piki, nos zetkn si prawie ze piczast brod, powieki zwisy i nabiegy krwi. Nie drgny rce, ozdobnie zoone na porczach, nie poruszyy si skrzyowane nogi, tylko spod powiek zaczy kapa na kolana zy piounowe, wielkie krople aoci. Nikt na nie uwagi nie zwrci prcz Rafaa. Po skoczeniu piewu rozlegy si frenetyczne oklaski i proby o now piosenk. Kiedy panna Mery na pozr wzdragajc si i wymawiajc szukaa nut w tece, stary pan Cedro wysun si z tumu.

Szed omackiem, grzecznie umiechnity, nikogo nie widzc. Przemkn si wrd zgromadzonych z ukonami na prawo i lewo, nie wiedzie do kogo skierowanymi, i wyszed na taras ogrodowy. Tam zatoczy si bezwadnie na awk. Podnis oczy i spostrzeg siedzcego Trepk.

 Ach, to wapan!...  wysycza ze wciekoci, z nienawici, przebijajc jak pchnicie noem w serce.

 Juci ja...

 Dziecko mi zabrae! Zgubie mi mdrkowaniem syna!

 Uspokj si, panie, uspokj.

 Tylu ich tu przyjechao, tylu naszo! Peen dom... Zdrowi, rumiani, weseli. A jego nie masz! Krzysia llie ma... Kazaem ich wszystkich godnie przyj na jego cze, ale c mi z tego?... Krzysia nie ma...

 Przyjedzie i on.

Starzec podnis oczy spakane. Pokorne pytanie, jakoby ubogiego chopa, ktry si doprasza aski, sowa-odpowiedzi od monego dziedzica, od janie pana, wypezo z warg:

 Kiedy przyjedzie?

 Przyjdzie taki czas, nadejdzie taki dzie, schyli si ku nam taka bogosawiona godzina, e przyjedzie niespodziewanie czerstwy i wes.

 Skde to wiesz?

 Tylu ich idzie na wojn i tylu wraca... Czemuby on, najlepszy spomidzy wszystkich, nie mia powrci?

 Tyle wiesz! Juem to sobie tysic tysicy razy mwi i przegadywa po nocach, juem w siebie stokro wmawia to wszystko. Czekam i czekam...

Syszc, e kto z pokojw nadchodzi, zeszli z balkonu na ulic ogrodow i wlekli si obaj, ramieniem o rami oparci. Tu za szpalerem i potem z tarniny koysa si w an pszeniczny, bardzo rozlegy; wiatr ju po nim ciemne smugi przegania, a po gaziach brzz wzdycha i smutne szumy przeciga. Wypukana od zlewy gliniasta ulica ogrodu bya twarda i niemal sucha. Nogi obudwu idcych stukay po niej jak po deskach. Przyszedszy do koca szpaleru stary Cedro powid oczyma i rk po widzialnych obszarach zboa, po drzewach sadu, ktrych gazie giy si ju od owocowych zawizkw, i pocz bezsilnie narzeka:

 Wszystko to jego, wszystko to mia... Dla niego ronie to zboe, dla niego dojrzewaj owoce, pachn kwiaty... Jego ta glina, ten wiatr, ten szum... Caa tu ziemia na niego czeka, dziedzina pradziadowska... Czego jeszcze chcia? Czego polecia szuka?...

 Pojecha szuka  mwi Trepka z umiechem dobrotliwym i nauczajcym  ziemi innej, nie mojej ani twojej, tylko naszej, gminnej, gromadzkiej. Modemu ni si ta wielka ziemia, ktra do nikogo nie naley, staremu ni si maa, ktra naley tylko do niego... Choby te najmniejsza, byle do niego tylko... A przyjdzie taki wiek w yciu czowieka, e go ju adna nie nci.

 Ty to go wywid z mojego domu tymi przemdrzaymi gupstwami! ty go podmwi do buntu!  na nowo zacz uala si Cedro.

 Nie jam go podmawia, tylko ocknienie, przebudzenie, sia ywota. Jam winien, em go nie wstrzyma, to prawda. Alem go nie wstrzymywa, to wyznaj.

 Wiedziaem, e to ty sprawi! Ty, nie kto inny! Czemu go nie zwiza sowami, skoro taki wpyw na niego sobie wyrobies? Gdyby cho bi si tutaj jak ci oto, ktrzy mj dom napenili weselem... Ale gdzie on jest? co czyni?

 Nie wstrzymywaem  mwi Trepka cicho, na poy do suchacza, a waciwie do siebie  bom nie mg. Straciem wiadomo rzeczy. Nic ju teraz nie wiem... Nic nie wiem! Zawiody mi wszystkie lekarstwa, wszystkie nadzieje rozbiy si i oszukay dusz. Widziaem spodlenie wszystkich instynktw, powolne znikanie zmysu plemiennego bytu. Poczucie haby zaro mi caego. Wspomnij, jak z pruskich bankw brali pienidze na ziemi, wiedzc, e j zaprzedaj na wieki. Niemiec drwi z nas czynami, instytucjami, pobudzaniem do rozpusty. Za pidziesit lat nogi by polskiej w tych Prusiech Poudniowych nie byo: chopw by zniemczyli szkoami, kultur, szlacht wysadzili z ziemi licytacjami, miasta zalali przemysem i handlem. Modzie zajdaczaa, gagastwo i gupota pady na cay nard jak morowe powietrze...  zacz szepta staremu do ucha tak, eby nikt nie sysza.

 Co mi ty bajesz! co opowiadasz! Kamstwa to twoje...

 A w tej Galicji...

 Przesta!

 Trzeba byo ratowa. Honor plemienny za jak bd cen musia si obudzi. Wolabym, eby zamiast uprowadzenia Krzysztofa ucito mi t rk, t nog, ale musiaem, przyjacielu, podmawia, eby szed.

Zstpowali w d, w najnisz cz ogrodu, ramieniem o rami oparci, ze zwieszonymi gowami, szepcc do siebie wci starcze pogawdki-pociechy, zgrzybiali obadwaj, starzy i bezsilni od smutku.

 Na c mi si to wszystko zda w mojej niedoli?...  mamrota Cedro.

 Musiao co lepsze ockn si i rzuci w krwaw kpiel. Mge to on spa w domu i wada kawakiem ziemi? Przypomnij sobie jego dusz... On, Krzysztof! Pomyle tylko... On, Krzysztof!


 Sandomierz
Rafa Olbromski zdoa dnia 9 czerwca w sam czas dotrze do Nadbrzezia i przeprawi si przez pokad na mostoodziach do Sandomierza. Nazajutrz rano cay most sprztnito, a bateri szaca przedmostowego ku Trzeni zburzono ze szcztem. Z natury swego stanowiska, jako adiutant trzeci generaa Sokolnickiego, Rafa musia cigle przebiega Sandomierz i jego cay obwd uzbrojony w najrozmaitszych kierunkach. Stary Sandomierz!... Zna go przecie od lat dziecinnych rwnie dobrze, rwnie szczegowo jak ogrd i gumno w Tarninach. Gna tedy konno to na Gry Pieprzowe, gdzie przy sypaniu okopw wyrzucano z ziemi urny staropogaskie ze sowiaskiego zgliszcza, to na pola folwarku kapitulnego Kamienia; za chwil co ko skoczy pdzi z rozkazami w stron zachodni, do fortalicjw zamku, i dalej w stron Rajeckiego folwarku na Krakwce, w stron Chwaek i Strochcic, to znowu ku Lenarczycom i Kobiernikom, by wkrtce rzuci pocztowemu cugle konia i na piechot zda ju to ku baszcie nad Rybitwami, ju ku posterunkom umocnionym za klasztorem w. Jakuba, za kocioem w. Pawa, w. Jzefa i w. Michaa, czyli klasztorem benedyktynek. w trjkt, ktry tworzyy powyej wymienione kocioy, zczony z miastem przepacistymi wwozami, stanowi punkt najbardziej umacniany. Nad ostatecznym ufortyfikowaniem tych miejsc pracowa pod rozkazami generaa dowdcy ksi Gintut. Przyprowadzi on ze sob do Sandomierza batalion ludzi, ktrych w swoich przewanie majtkach zgromadzi z tamtej strony Wisy. Ludzie ci nie byli dotychczas uzbrojeni ani umundurowani naleycie; wzito ich tak jak stali, w wieniaczych odzieniakach. Ksi sam nimi dowodzi, ale nie jako oficer, gdy do wojska nie wstpi, tylko jako cywilny inynier i dozorca. Teraz przy umacnianiu Sandomierza "batalion" Gintutowski osobliwie si przyda. Za jego to staraniem i nieprzerwan sapersk prac wzniesiono szace naokoo miasta, ktre stworzyy przedni stra obrony wewntrznej. Kocioy i klasztory zamiejskie byy wcignite do tej linii obronnej, a ich cmentarze, dzwonnice, wiee i mury do odporu umocowane. Parowy, stromo cite, stanowiy niezrwnany systemat drg krytych do komunikacji z szacami witego Jakuba, na Grze witopawelskiej, witego Jzefa i benedyktyskim. Szace odpolne poza tymi kocioami i przedmieciem opatowskim podsypano wysoko, a nadto, dla nadania im pozoru jeszcze bardziej strasznego, odziano w puste beczki, ktre przysypano ziemi. Stodoy folwarczkw Psaterzyskich w tych stronach pourzdzano do obrony w ten sposb, e wewntrz nich wydwignito wietnie zamaskowane ziemne przedpiersia, ktre daway mono uporczywej obrony. Podobnie wszystkie klasztory byy wewntrz przemienione w warownie. W samym miecie kierowa robotami genera Sokolnicki. Staroytny mur obwodowy dopenia nieustannie, a wyomy w nim nie do naprawienia zastpi palank. Poza murem bito jeszcze palisady w spadek gry, wcigano na pozycje austriackie omnastofuntowe armaty.

Ksi Gintut osobliw piecz darzy jeden z klasztorw zamiejskich, a mianowicie koci i klasztor witego Jakuba. Wznoszc w tamtej stronie, od zamku a po drog opatowsk, owe wysunite ouvrages extrieurs, w czasie dozorowania swych chopw dugie godziny trawi na kontemplacji odwiecznych romaskich murw kocioa, jego ceglanych cian, pokrytych szesetletni patyn czasu. Rozkopujc tak do gbi ziemi tych pagrkw, pokryt modymi zboami, gdzie drzewiej, przed wieki, na pocztku stao miasto Sandomierz, trafiano wci na lady waw, murowanych fos, resztki palisad. Moe to byy way sypane przeciw Tatarom przez wjta sandomierskiego Witkom i wojewod Dersawa z Obrczny... Rydel kopacza odwala zapade wejcia do lochw. W ich gbokoci i mroku szarzay wzgrza kostne.

Byy to jaskinie, w ktre przywioda Tatarw mna Halina, crka Piotra Krempy, i gdzie mierci zgina dla ocalenia ojczystego miasta?... Ludzie sandomierscy ogldali ze czci owe popioy zgasych pokole, dumajc sobie i zgadujc nadaremnie, czyje te s. Kt bo mg zgadn? Byy to koci Jadwingw czy Tatarw, Litwy czy Rusi, Szwedw czy Niemcw?... Nie byo czasu na szanowanie podziemnych cmentarzysk. Sypano stare koci wraz z ziemi grn na nowe szace... Tylko ksi Gintut, po skoczeniu dziennych robt, sam, w nocy, obwizany sznurem, puszcza si czstokro w owe podziemne chodniki. Znajdowa szczegln rozkosz w dotykaniu si rk, w obejmowaniu trwoliw renic sennego popiou przeszoci. udzi si dobrowolnie, postpujc w mroki podziemia, wiedziony przez ruchliwy krg wiata, przez bojaliw smug pochodni, e przepatruje tajemne szlaki mierci i bada przysze dzieje zgasego czowieka... Rozkosz znajdowa w tych zudach. Stawa si w gbi lochw sam dla siebie niezupenie zrozumiay, by sam dla siebie na poy czowiekiem, p duchem i dochodzi do stanu zudzenia utraty zmysw. Za dnia, wrd najpilniejszej pracy, wsuchiwa si bardzo ciekawie w pogwary ludku o tych lochach, w gadki o przejciach podziemnych, w legendy przysypane gruzem ciemnoty, zarose chwastem i darni powszedniego dnia, podobnie jak same lochy. Z wolna wytworzyo si w jego sercu askawe przyzwolenie na prawdziwo wiata, ktre tylekro w ciemne noce widzieli ludzie nad kocioem witego Jakuba. Ksi mia si dobrotliwie, radonie i szczerze, suchajc, jak to pukownik szwedzki ucieka co tchu z klasztoru, ujrzawszy o pnocku wiato jarzc, co wychodzia z okien, i usyszawszy piew nadziemski czterdziestu szeciu dominikanw z Sadokiem na czele, zamordowanych przed piciu z gr secinami lat. Powiada sobie wwczas w duchu, e przecie nie masz nic na tej ziemi sprawiedliwszego od wyroku bani cudownej... Jake gbok, jak zros z ziemi wydaa mu si powie o wiecznym piewie, o wiekuistej wigilii nocnej w tej wityce, gdzie si modlili za ycia wymordowani!... Omszae mury dominikaskie poczy promienie dla ksicia przeczyst wiatoci, niematerialnym janieniem, ktre otacza cnot mstwa, honor przysigi dotrzymanej i grb mczeski. Midzy jego dusz a owym murem, stromo wystrzelajcym ze szczytu wzgrka, midzy kopuk kaplicy-celi Jacka Odrowa wyrosa w tym czasie jak gdyby ya nierozerwalna.

Nieraz Rafa zdyba tak ksicia siedzcego pod przykop, na wystajcym kawaku erdzi, w miejscu gdzie w trzynastym wieku istniay winnice dominikaskie, zapatrzonego w uroczy portal pnocny, w ozdobne uki pkoliste okien, we floresy frontonu. Nietajne mu te byy zabiegi, eby ten klasztor osoni najbardziej zarwno od nieprzyjacielskich pociskw jak i od moliwego zbombardowania z miasta. Najwysze tu powysypywano odkosy ziemi po wzgrkach i najwyej powznoszono koszokopy. Wszystko to dziao si pod ogniem bombardowania i napadw, jak caodzienna kanonada 27 maja, siedmiogodzinna nocna z 4 na 5 czerwca, trzygodzinna popoudniowa 6 czerwca. Po powrocie swoim zza Wisy Rafa rzadziej widywa ksicia. Przebywa wci przy generale. Obserwowa dnia dwunastego czerwca z kopuy kolegiackiego kocioa przebieg bitwy na Dbrowiu, we Wrzawach i pod Gorzycami wysiadywa na dachu kolegium jezuickiego w dymnikach, tak dobrze sobie znanych, wypatrujc stanowisko Austriakw pod Dbin i cofanie si wojsk naszych pod Rachw. Czuwanie po nocach, dni na siodle bez poywienia i chwili odpoczynku zmarnoway adiutanta. Tote w nocy z 15 na 16 czerwca, kiedy toczyy si narady z przysanym parlamentarzem, postanowi wyspa si naleycie. Dopad jakiej stancyjki w domu ksiym, stojcym w gbi podwrza. Cae to domostwo byo sprchniae i bardzo stare, tote mieszkacy dawno z niego uciekli. Olbromski rzuci si w ubraniu na ko napotkane i gono zachrapa. Ale przed pnoc zbudzi go wcieky oskot. Przez otwarte okno wida byo mnstwo kul ognistych, puszczonych na Sandomierz z Nadbrzezia, z Zarzykowic i poburzonych szacw. Kule te migay jak race w dzie godowy, z hukiem pkay w powietrzu, miotajc ogie na wsze strony. Na p rozbudzony oficer usysza tu gdzie za cian wrzaski na trwog. Trzeba byo wsta. Dwiga si wanie z ka, kiedy mu przed oczyma wybuchn olbrzymi agiel ognia. Poar w podwrzu! Pali si jaki pichlerz czy lamus o kilkanacie krokw od okna.

 Pana Saniewskiego lamus gore!  wrzeszczay oszalae gosy.

Kiedy Rafa wybieg z domostwa, ju dach je okrywajcy sta w ogniu. Wiatr wion i oto pomieniste jzory musny dachy poaci domw w ulicy Panny Marii. Stare, wysche, poczerniae, powyginane, rnoksztatne dachy zajmoway si jeden po drugim z cicha, posusznie i uroczycie. Wszystkie ich zaamania, okapy, wygldy, dymniki i dziury wida byo teraz jak lica nieboszczyka szczeglnie wyostrzone, wydatne i oczywiste. Tyle lat osaniay skupione, ubogie ycie ludzkie od sot i wichrw! Teraz same, w jednej chwili wydane na up, giny od mierci nagej i rwnie strasznej jak ludzka. Potok ognia skaka z dachu na dach, przelewa si z jednej pochyoci na drug. Gdzieniegdzie tylko mkn z podwrza czowiek struchlay. Gdzieniegdzie wybucha pacz i wnet nacicha jakby przez ogie poarty. Krzyk tam i sam, a po nim cisza miertelna, bardziej przeraliwa od krzyku. Trzask w niej sycha wszechmocnego poaru... Szelest pomieni jakoby amanie koci ywych przez obcgi kata, jakoby czynienie wyroku tyrana. Rafaowi niewymowny al serce w piersiach zatarga. Dziecice i mode lata spdzi pod oson tych starych podcieni, tych wielkich, czarnych dachw zrosych w jedno, podobnych do siode i przeczy grskich... Teraz oto przed jego oczyma wszystkie bezsilnie konay. Zdj czapk i gorzko jak dziecko wzdycha. Ale przecie ockn si w mig.

Spojrzy, alici poar straszliwym zagonem siga do kamienicy Saula Diordiego, Greka. Poskoczy w rynek. Ujrza w pobliu ratusza tum onierzy polskich, wywczcych sikawki. Garstka mieszczan w koszulach i portkach na bosaka azia po rynku lamentujc i rwc wosy. W mgnieniu oka Rafa ich zaprzg do roboty. Kaza przynie drabiny i zarwno onierzy jak ykw popdzi na dach naronego domostwa zwanego Wjcikowszczyzn, z rozkazem odarcia go z gontw. ciany poczto la wod z sikawek, eby nie puci ognia w rynek. Teraz wszystek motoch pocz krzycze i powtarza:

 Nie puci ognia w rynek!

 La ciany! Rba wszystkie chlewy i stajnie od Wjcikowszczyzny!

Zatrzeszczay pod siekierami stare parkany, daszki i przyciesie,  w ziemi wrose. Caa ju poa na wzgrzu wraz z tyami gorzaa jak ywy stos. Perzyna stamtd posza jak nieg. ar straszny. Granaty poczn bi coraz gciej w pomienie. Na ludzi pada wraz z t perzyn i trzaskiem brandkuglw trwoga miertelna, popoch paniczny. Mieszczanie uciekali od wasnych domw, ode drzwi mieszka, z rk onierzy, chronic si do piwnic i murowanych kociow. A i sami onierze chykiem pomykali za mury. Opuszczony od wszystkich Rafa zaniecha ratunku. Idc w kierunku kolegiaty, usysza nagle szczeglny wrd tego zgieku i trzasku dwik. Przystan, leniwie pytajc siebie: co te to by moe?... Nierycho poj, e stary zegar, strcony kulami wraz ze szczytem wiey kolegiackiej, lecia przez powietrze. Pospny by rumor mierci tego miernika czasu. Dzwoniy przez chwil jego rozsypane koa po miedzianym dachu kocielnym, charczay i klekotay rozbite spryny i wagi, a w powszechnej ruinie zapady w nico. Przez kopu kolegiaty dym pocz bucha z granatw, ktre do kruchty i w rodek nawy popaday. Szeroka una rozpostara si nad plebaniami witego Pawa, ktre stany w ogniu, nad Krakowskim Przedmieciem, gdzie pony rzdy podmiejskich chaupek, nad folwarkiem klasztoru Panien Benedyktynek, nad wieo wystawionym folwarkiem miejskim.

Rozlega si co chwila krzyk, e gore browar na Czwartaku pojezuickim, e pali si pomieniem cay folwark na przedmieciu zawichostskim za sadzawk benedyktysk, e ponie wielka szopa cegielni kapitulnej...

Widno si zrobio na grze sandomierskiej jak w biay dzie. W dali, pod un, sterczay czarne widma spalonego w pierwszym szturmie kocioa reformatw i czerniay popieliska witego Wojciecha. Dymy biaymi zwojami osoniy miasto .i poczy maga si ponad czubami kociow. Ludzie z rynkw, z uliczek, z mieszka, z powierzchni ziemskiej poznikali. Wchony ich gbokie piwnice, lochy i chodniki, podziemne miasto trwogi.

Bya ju blisko pierwsza po pnocy, kiedy ozway si armaty austriackie na lewym brzegu Wisy, jednoczenie z trzech stron. Olbromski poszed z rynku w parw pnocny. Wiedzia, e tam znajdzie swego dowdc. Istotnie Sokolnicki wydawa w tym miejscu rozkazy. W chwili gdy Rafa zblia si, rykny z zamku i od bramy Krakowskiej omnastofuntowe dziaa, zdobyte na Austriakach, a teraz wymierzone w ich kolumny idce Jagiellosk drog na bateri drug i trzeci, czyli na zamek i bram. Rafa otrzyma rozkaz przyniesienia wiadomoci z baterii czwartej, to jest od kocioa witego Pawa.

Na przeciciu paroww spotka dwie kompanie grenadierskie pod wodz pukownika Weyssenhoffa, pdzce w cwa na wzgrze witopawelskie. Pobieg z nimi i trafi w wir najzacieklejszej bitwy. Kolumna nieprzyjacielska, ktr odepchnito od wzgrza Salve Regina, przesza rozdoem Piszczeli pod naroniki oszacowa kocioa witego Pawa. Szef batalionu Biakowski z dwiema kompaniami puku dwunastego wytrzyma tam atak bronic si zaciekle. Z prawego boku baterii na wale opalisadowanym biy armaty, kierowane przez porucznika Bilskiego i podporucznika Tykla. Ale ju jeden z granatnikw zosta zdobyty i zagwodony, palisady naronika wyrbane siekierami, kanonierowie wykuci bagnetem, a caa trzecia i czwarta kolumna austriacka wdzieraa si na nasypy. Grenadierowie Weyssenhoffa uszykowali si w kolumn na kocielnym cmentarzu. Z cicha otwarli bram. Zwarty ich zastp wyszed pod wyom i czeka tam z nastawionym bagnetem. Ledwie piechury austriackie zdyy rzuci okiem na wntrze szaca, grenadierowie rzucili si na nich z zaciekym mstwem. Powstaa mordercza bitwa na nasypach i w fosach. Zrazu umiejscowiona w wyomie baterii czwartej, stopniowo rozcigna si w obiedwie strony za koci witego Jakuba i a do klasztoru benedyktynek. Trzy silne kolumny austriackie, a wic jakie pi tysicy ludzi, spitych gorzak, kilkakro ju dopaday tego ostatniego klasztoru, a wreszcie zdobyy go wraz z czterema armatami.

Folwarki, szopy, stodoy, chaty palce si naokoo miasta, poar olbrzymi w rdmieciu, daway widzie jak na doni wszystko, co si dzieje.

Rafa pracowa wraz z innymi oficerami przy armatach baterii czwartej a do momentu zupenego odepchnicia napadu. Widzc, e pozycja na teraz jest bezpieczna, skierowa si wielkimi kroki w wwz witego Jakuba, aeby generaowi zda spraw, Gdy przebiega obok kocioa, kto go zawoa po imieniu. To ksi Gintut sta przy portalu i kiwa na niego rk. Bujne pomienie buchajce z miasta owietlay koci. Cie od figury Gintuta, ruchomy, olbrzymi i dugi, pywa po caej olbrzymiej cianie, pada na staj modego jczmienia, ktry tu za murem bujnie si pleni. Wewntrz kocioa stali zaczajeni chopi Gintuta, ciskajc gwery austriackie, nabite austriackimi adunkami niedawno wydobytymi z ratusza.

 Dokd idziesz?  krzykn ksi.  Do generaa.

 Z dobr wieci?

 Z dobr.

 Pamitaj, pamitaj, eby mi witego Jakuba szanowa!

 C ja mog...

 Pamitaj, pamitaj!...

Rafa, nie suchajc dalej, pobieg w parw, skrci na lewo i dy w gr midzy pachncymi ogrodami, midzy domkami, przyczepionymi do gry jak gniazda jaskcze. Znalaz generaa przy baterii gwnej. Sokolnicki wyda wanie rozkaz:

 Bi w klasztor benedyktynek na wyom!

Wielkie armaty waowe poczy miota kule w klasztor i ogrd kocielny, w mury cmentarza i dzwonnice zdobyte przez Austriakw. W tej samej chwili nadbiegli oficerowie przyboczni z doniesieniem, e silne kolumny atakuj miasto od strony Zawichosta, e szturmuj ca przestrze od murw klasztornych Marii Magdaleny a do zamku, e cign zarwno samym wybrzeem Wisy, jak i szczytem Gr Pieprzowych.

Zaledwie Rafa wybieg z parowu na jani, genera obcesowo zapyta:

 Bateria czwarta?

 Trzyma si.

 Co tam?

 Oficerowie rychtuj dziaa i strzelaj, bo kanonierw wybito. Pukownik sam pracuje. twarz ma spalon od prochu.

 wity Jakub?

 Nasz.

 Czy oblegany?

 W tej chwili jeszcze nie. Ale z zachodniej strony lada chwila...

 Biegnij tam i zach do wytrwania! To klucz naszych wwozw. Dasz mi zna, ale dopiero w takiej chwili, gdyby si nie mogli adn miar utrzyma. Pomocy im da nie mog, ani jednego czowieka. Rozumiesz?

Rozumiem.

 Gdyby si adn miar utrzyma nie mogli, niechaj wszyscy uchodz wraz, co do nogi, a ja ruder natychmiast zburz ze szcztem Austriakw pod ni pochowam.

 witego Jakuba!  zawoa Rafa przypomniawszy sobie zlecenie ksice.

Ale genera ju go nie sucha. Cay by pochonity ekspedycj kapitana Czajkowskiego na czele kompanii trzeciego puku dla odebrania ogrodw i murw Panien Benedyktynek, kapitalna Szymanieckiego na czele pidziesiciu ochotnikw dla zdobycia karczmy za bram Opatowsk i adiutanta swego, Jordana, ze stu ludmi na bateri szst i sidm.

Przybiegszy na miejsce wskazane Rafa zasta ju wrd obrocw zamieszanie. Piechota austriacka, wdarszy si po okrgym .pagrku od strony Wisty i starej Krakowskiej bramy murowanej, usiowaa zdoby szace, jeszcze przez generaa Egermana sypane. Kompania puku dwunastego, ukryta za nasypem, bia si ju z napastnikami na bagnety. Niewywiczeni chopi Gintuta, poumieszczani w oknach i korytarzach klasztoru, na poddaszach i w dymnikach, na wiey i za murem, strzelali ile wlazo.

Sam ksi, nie majc adnej broni, z lask w rku przechadza si midzy tumem udzielajc rad i wskazwek nie tylko onierzom, ale i oficerom. Ruchy jego byy zgorczkowane, sowa gwatowne i nieopatrzne. Wchodzi w rodek szeregw, krzycza, aja, rozkazywa. Kiedy Olbromski przebiega obwd umocniony w poszukiwaniu dowdcy oddziau, ktremu by zakomunikowa rozkazy generaa, jaki oficer pocign go za po i wskazujc ksicia mwi:

 Czy nic mgby, panie adiutancie, zabra ze sob tego Don Kichota?

 Rwnie dobrze wapan moesz go zabra, gdzie wola...

 azi tu i rozporzdza si jak ekonom. Jeszcze mu kto przez pomyk w eb strzeli...

 Gdzie ja go wezm?

 Zamknij go w kaplicy witego Jacka.

 To go sobie wapan zamykaj!

Najbardziej napastowany by wysunity naronik szaczyka. onierze austriaccy wdarli si ju na mas, postrcali puste beczki i powyrywali pale. Garstka onierzy polskich zmagaa si z nimi ze wszech si, ale nie bya zdolna odtrci naporu masy. Oficerowie widzieli, e tego miejsca nie utrzymaj bez pomocy.

Tymczasem adiutant generaa przynis im wiadomo, e pomocy nie otrzymaj. Ksi Gintut skoczy w stracony wyom i podnieca onierzy krzykiem do oporu. Tak pchajc ich piciami do czynu i faktycznie dowodzc, zagradza drog. Widzc, e spracowani onierze nie s ju zdolni dotrzymywa placu, chwyci z ziemi karabin i w gronie kilkunastu woltyerw poskoczy w fatalny kt. Zwarli si tam bagnetem z piechurami Schcklera. Z pocztku cofnito si przed ich wilczymi susami, ale chwil trwaa niepewno. Gintut polizn si na ruchomych glinach i run na twarz w rw za waem. W mgnieniu oka rzucio si na niego z dziesiciu chopa, eby go ywcem pojma. Ale si nie dat. Wsta w bocie rowu na kolana i goymi rkoma zacz si szarpa z pijanym odactwem. Krzycza o ratunek, widzc, e kilku onierzy, co mu na pomoc skoczyli broni si pod nasypem. Ale i tamci wnet zostali przez tum obezwadnieni. Wtedy opanowaa go miertelna podnieta. Hukn pierwszego z brzega draba midzy oczy, w piersi drugiego. Targn si z kupy ca si. Nie da rady. Powtrnie run w boto rowu na wznak, czujc, e traci siy. Plun w pysk najbliszemu, ktry go kadubem swoim cakowicie przywali. Charkn mu w lepie:

 Prdzej morduj, chamie!

Ale oto w odak garci zasania mu usta. Co do niego szepce, co sekretnie gada. Jka si, jka... Ksi otwar oczy. Nie moe pochwyci tchu...

 Cichaj... cichaj... janie panie...  szepce w odak austriacki.  Lei! Nie wa si rusza!

Gintut przymkn oczy. Pkay mu zduszone piersi. Piorunem leciaa myl szukajc miejsca, czasu, wypadkw, kiedy on widzia t gb, sysza ten gos. Znalaza wreszcie...

 Nie inaczej... Piotra Olbromskiego sekundant-cha, cha...

Naokoo szczk karabinw, wrzask, tupot ng... Depc po nich, lecych w rowie, wal si w jam zdobyt. W szacu krzyk, zgiek, strzay, omot pustych beczek, kamieni, padanie gruzu.

 Kto ty  wyjcza ksi.

 Cichaj!

Mijay tak minuty dugie jak stulecia. W pewnej chwili wysuchawszy, e gwna masa wojska wtargna do wntrza szaca, Michcik dwign si z ziemi, obejrza wkoo i jednym szarpniciem wywlk ksicia z rowu. Chyym krokiem, nie nagabywani przez odakw, ktrzy pdzili na zdobycie szaca, pobiegli, poskoczyli obaj fos zachodni a do koca murw klasztornych. Tam pochwyceni zostali przez chopw Gintuta, zaczajonych w poprzecznym parowie. Wnet byli w ich tumie. Ksi da si pozna i niezwocznie zeszed z Michcikiem na dno wwozu. Ju w ten wwz z obwodu murw witego Jakuba wywala si tum onierzy i chopw pod parciem zdobywczej kolumny austriackiej. Nadaremnie usiowali przedosta si do kocioa. Wir masy ludzkiej rozbitej i pdzonej odepchn ich w gb rozpadliny.

Stamtd syszeli, co si dzieje... Oto rodkiem tumu bieg z go szpad oficer komenderujcy i szykowa lud onierski w kolumn, ktra by wesza w obrb baterii czwartej witego Pawa. Oficerowie modsi stosownie do rozkazu oprniali teraz mury klasztoru witego Jakuba. Jednego  nich ksi zaczepi niezwocznie w sposb ostry i wyzywajcy: czemu to zamiast ludzi pdzi na obron starej wityni on ich wanie stamtd z takim mstwem wywczy? Oficer spojrza na niego z gry i mrukn, eby si odczepi:

 Kamie na kamieniu za godzin  tych murw nie pozostanie. Jake mam ludzi w nich trzyma!

 Czemu to ma z tych murw kamie na kamieniu nie pozosta?

 Bo bd z naszych bateriw armatami zdruzgotane. Wziy klasztor Austriaki, ale w nim zgin.

Ksi, nie suchajc duej, pobieg pdem ku grze. Michcik dy za nim. Gdy tak Gintut wbiega po gliniastych stopniach, mia chwil samowiedzy, e ju raz spenia co podobnego, e fatalno nieunikniona czeka na niego u szczytu tej gry. Wiedzia. e le. czyni sobie, czu gorzki al, e biec musi... Ale gniew nie da mu stan. Zwalany botem, bez czapki, z rozwianym wosem mija baterie. Ludzie, stojcy w milczeniu u armat i strzelnic, zwierzali sobie myl, e musi by to bardzo le, e to, wida, zwiastun nieszczcia. Ksi dopad miejsca generalskiego w tej wanie chwili, kiedy wydane zostay rozkazy zburzenia starego kocioa, eby z niego noga austriacka w wwz nie zesza.

Kanonierowie wyrychtowali dziaa na oach. Z zapalonymi lontami czekali na komend ogniomistrzw. Sokolnicki sta bez ruchu z lunet przy oczach i lustrowa jeszcze koci. witynia staa przed nim w lunie, w blasku ognistym, zgrzybiaa, straszna, jakoby grobowiec, na$ ktry nie masz do potnej siy, ktra by $o tkn moga. Oto przybieg zdyszany adiutant Rafa Olbromski i zdawa spraw, e wszystka sia wysza z murw witego Jakuba, e ju jest w baterii "numer czwarty", e tam ledwie i tych si poczonych starczy do obrony, e opuszczone mury nieprzyjaciel zapeni, e cignie dziaa w obrb klasztoru, aeby stamtd bi w Sandomierz. Genera skin gow i zoy lunet. Gintut stan przed nim.

 Czego?  krzykn Sokolnicki.

 wity Jakub ma by zburzony?

 Kto waci wzywa do mnie?

 Nikt mnie nie wzywa.

 A wiec?...

 Przychodz zapyta si...

 Pal!  rzek Sokolnicki odtrcajc natrta.

Nim komenda zostaa powtrzona, Gintut schwyci generaa za rk, za rami... Baga go z krzykiem:

 Patrz! wici si caa...

Rozleg si pierwszy strza.

 Wstrzymaj rozkaz, generale! Zbierz wszystkie siy, uderz na t pozycj, jeszcze j wydrzesz!

 Nie mam si adnych...  mrukn genera, oszoomiony napaci.

 Masz pi tysicy ludzi!

 Id precz, czowieku!

Hukn strza drugi i trzeci.

 wite popioy rujnujesz i depcesz!... Czyli nie widzisz, co zburzy te kult! Patrz!

 Widz nie gorzej od waci. Ale zburz wite popioy dla ocalenia ywego miasta. Syszae?

 Nie zburzysz!

Nowe rozlegy si strzay. Gintut chwyci Sokolnickiego za piersi, krzyczc, eby kaza zaprzesta. Oficerowie przyboczni oderwali go si i odepchnli. Wtedy w mce bezrozumnej skoczy ku armatom, wydar z rk kanoniera lont zapalony i cisn go na ziemi. Oniemiay onierz sta bez ruchu. Ksi przypad do drugiego... Ale oto oficer sekcyjny pchn go szpad w piersi. onierze odtrcili rozszalaego wyciorami. Jkny armaty od strzaw.

 onierze!  krzycza Gintut, lecy na ziemi  nie suchajcie tego rozkazu! onierze, onierze...

Huk wystrzaw by mu odpowiedzi. Wtedy ksi zebra ostatek si i zawoa z caej mocy cielesnej i ze wszystkiej mocy ducha:

 Do mnie, dzieci wdowy!

Rafa Olbromski usysza ten okrzyk jak trzask piorunu. Straszna trwoga wosy mu zjeya na gowie. Ujrza w duszy swej moc przysigi na ten okrzyk i ptl jej czarodziejstwa uczu na sobie. Bez tchu, z bielmem na oczach, wyrwa paasz z pochwy i przyskoczy do ksicia. Ten spojrza na niego pmartwymi oczyma i rozkaza:

 Wydrzyj im lonty i zga! Nie daj witych popiow! Rafa rzuci si na kanoniera i wyrwa mu lont z rki. Rzuci si na drugiego i wyrwa mu lont z rki. Skoczy ku trzeciemu, ale w tej chwili run na ziemi, powalony ciosami szabel i pici.

Kiedy po jakim czasie przyszed do siebie, spostrzeg, e ley pod murem, w wskiej uliczce, ktra prowadzia na sandomierski rynek. Obok niego lea skrwawiony ksi. Kilku onierzy przebiego tamtdy. Da si sysze oskot strzaw karabinowych, trzask dalekiego poaru... Kto podoy rce pod gow Rafaa, dwign go z ziemi i posadzi na kamieniu. Schylia si nad nim twarz jednego z kolegw. Czowiek ten szepce z popiechem:

 Uchod std! Skryj si co tchu! Za chwil bdziesz rozstrzelany, jeli nie ujdziesz. Ju ci szukaj... Umykaj!

Rafa zrozumia t rad. Powid oczyma po ziemi. To ksi Gintut... Nad nim pochyla si i twarz mu wod ociera onierz austriacki. C to ma znaczy?... Po chwili w onierz bierze ksicia za bary, zadaje go sobie na plecy, jego samego cignie za rkaw. Id wraz, biegn... Poar przed nimi. Olbrzymie zgliszcza rodz biay dym i lotne perzyny... Id jak we nie midzy domy spalone ju do przyciesi, midzy stosy gowni kopccych. Z Gr Pieprzowych bij w miasto armaty, zza Wisy padaj wci brandkugle, z pl sandomierskich puszczone wiszcz nad miastem pociski. Wokoo nigdzie ywego czowieka... Rafa, a za nim onierz nioscy ksicia, biegn w podskokach, rozgldaj si, lustruj miejsce. Zawrcili w jaki brukowany dziedziniec czy na cmentarz kocielny, ktrego po spaleniu okolicznych budowli nie byo sposobu rozpozna. Przyszli na olep do okrgego ogrjca czy kostnicy w gbi dugiego podwrza. Pchnli drzwi, zawarte na zardzewia klamk, i po schodach na poy zburzonych zbiegli w gb ciemnego lochu. Ujrzeli w podziemiu tym skupionych ludzi. Kobiety, siedzce w kucki nad koyskami, powitay ich krzykiem przeraenia, dzieci kryy si po ktach. Michcik da im znak rk, eby milczay. Rozejrzawszy si w mroku, ujrza dalszy cig tego podziemnego korytarza. Tam poszli. Zagradzay im drog kupy kamienia zwalonego ze sklepie. Szli chykiem przez duszne otwory, przez szerokie jaskinie, przez bramy i ciasne korytarze, w gstym mroku. A oto w jednym miejscu przyjmie ich wiato! Zimne, czystsze powietrze... Ujrzeli w grze sklepienia zakratowane okienko. Strudzony onierz zoy ksicia na ziemi. cign ze siebie zwinity paszcz i rzuci go na mokre pokady gliny, odpasa bro... Gintuta uoy na paszczu, Rafaa obok. Sam usiad w kcie.

Ksi z wolna przychodzi do siebie. Ciko dysza i kaszla, bezsilnie rza. Olbromski rozejrza si wkoo. Zrazu widzia tylko szar, jakby posiwia gstwin mroku. Ze szpary okiennej padaa jednolita smuga pblasku, w dole rozpraszaa si i nicestwiaa. Ale gdy oczy przywyky do mroku, dojrza w gbi jakoby wzgrze szare, jakoby kopiec pochyy...

Wsta ze swego miejsca i podszed bliej. Wielka w gbi pieczara bya zawalona komi ludzkimi. Nike wiato dawao widzie czoa czaszek i koci policzkw. Po ustach umiechnitych bolenie wiodo nici pjasne, ukazywao skurczone palce i bojowo wycignite piszczele rk. Zadzia przychodzie, bo mu si zdao, e gra koci mieje si z niego w ciszy...


 Narona izba
W nocy 30 czerwca, po zupenym opuszczeniu Sandomierza przez Austriakw, ktrzy go na mocy kapitulacji 19 czerwca posiedli, Rafa Olbromski, ksi Gintut i onierz Michcik cichaczem wymknli si z miasta. Wanie mieli je zaj Kozacy, przeprawiajcy si na odziach zza Wisy. Michcik, przebrany w mundur uana Dziewanowskiego, zdoby gdzie w miecie konia-chabet i wystara si o lepszego dla Rafaa. Uaski paszcz, zwizany midzy kulbakami koni, suy za oe dla ciko chorego ksicia. Wyjedali nad ranem przez Krakowsk bram. Do ju byo wiata, eby Rafa mg dojrze, co si stao z miastem. Ani ladu palisad! Wszystko zrwnane z ziemi i spalone na stosach. Doy i rowy pracowicie pokopane  zawalone, szacw ani ladu. Przez chwil czu w sobie gniew, gniew najbardziej ludzki, na widok ogromnej pracy zniweczonej bez ladu. Ale zmiady go w sobie motem potnej myli:

Teraz do Tarnin!

W skok zjechali z gry. W miecie bezpaskim, bezbronnym i spalonym nikt ich tej nocy o haso Igle pyta. Zorza ranna, szerzca si nad rozdoem Wisy, dawaa widzie zgliszcza wszdy, ziemi zjedon armatami, stratowane zboa. Pomknli ku Samborowi co pary w koniach, eby przed jasnym dniem wjecha midzy pola, w wwozy. Soce wschodzio, kiedy za Goryczanami wzuli si na prawo w wwozik i wjechali w mylne i wskie drogi. W dali, w dali na wzgrzu wida byo Tarniny. Konie jedcw weszy w koleje i ocieray si bokami. Wyej przytroczyli paszcz i podnieli chorego. Twarz mia koloru ziemi, oczy szkliste. Sowa bez zwizku snuy si w jego poczerniaych wargach. Rafa marzy jak o szczciu, eby nareszcie bez szwanku dopa do domu. W Sandomierzu nie byo gdzie trzyma rannego. Szpitale pene byy oficerw i onierzy, w prywatnych domach panowaa ndza i trwoga. Przylgno zreszt do nich obudwu jakie echo podejrzenia, ktre towarzyszyo kademu ich krokowi. W cigu straszliwych dni kapitulacji, wyjcia si polskich w stron Zawichosta i panowania austriackiego w miecie, Rafa zgbia swoje pooenie. Jake si to stao, e z oficera penego nadziei, stojcego u szczytu powodzenia, przeistoczy si niemal w zdrajc, w podkomendnego, ktry niweczy samowolnie rozkazy swego generaa? Jake si to sta mogo, e zamiast krzya zasugi zarobi sobie dobrowolnie na sd polowy i prawdopodobnie na haniebn mier? Sam to uczyni, o dziwo... Wraca oto znowu w progi domowe nie jak zwycizca i bohater, o czym tyle lat marzy, lecz jako wymazany z list pukowych... Sam to uczyni... Myla o tym patrzc na zboa rodzinne, falujce jak daleko oko signie, na niwy sandomierskiej pszenicy, czarne, zroszone... Skowroczy chr dzwoni pod niebem... Mgy poranne wstaway z paroww.

Za Chobrzanami wzili si w lewo ku Koprzywnicy. Z prawej i lewej strony drogi zboa byy pogniecione, wbite w ziemi przez puki konnicy idcej pod Poaniec. Z nadzwyczajn pieczoowitoci jedcy zbadali lasek sosnowy na wzgrzu, czy w nim aby nie czai si patrol austriacki. Ale las by pusty, peen tylko woni ywicznej, bkitnej mgy i powistu zib. Co siy w koniach zjechali w dolin Koprzywianki i zbliyli si do miejsca. Ogrd rodzinny przed oczyma Rafaa! Cay w gstym oboku... rodkiem jego biegnie w d, po zboczu gry, aleja wini utwek. Wszystka rubinowa od niezmiernej masy owocu, wszystka skpana w barwie. nad wszelkie sowo uroczej. Wilgi wykrzykuj w gstwinach starych winio spkanej korze, o liciu mikkim i miym jak wosy kobiece; sroki i wrony na szczytach drzew wyjadaj ju pracowicie od wczesnego runa, nim ludzie na dobre si zbudz, niezrwnany owoc. Cie jeszcze w sadzie, czad od tysica nocnych zapachw, mrok pod okapami wielkich jabonek, przy pniach grusz, ktrych owoce: ju cign gazie ku ziemi. Chmiel dziki wyrs bujnie, nie znany oczom Rafaa dziwaczny przybysz rozwlk si po zmurszaych balasach potu i zarzuca nici swe na gazie ssiedniej jody. Dzikie drzewa wyrosy na podziw. Mody modrzew buja wierzchokiem w lazurze nieba, a lnice licie klonu, ciemne licie woskiego orzecha poranny wiatr przegina. Z gbi, z rozdou. zapachniay grzdy truskawek. Tam, jeszcze dalej, gstwina malin nieprzebyta, wielki jaowiec, urwisko i czub starego brzostu...

Szybko wjechali po wzgrzu, obok dwu wyprchniaych siostrzyc-wierzb, na dziedziniec. Ju w ganku siedzia na drewnianym zydelku stary pan Olbromski w swej wyszarzanej bekieszy i odwiecznej rogatywce. Ujrzawszy z naga jedcw zerwa si na rwne nogi z najoczywistszym zamiarem wykonania przezornej rejterady. Ale ju byo za pno. Zstpowa tedy ze stopni z brwi namarszczon, zy i srogi. Czapk na gowie rk mitosi, niby to z gotowoci do ukonu. Piorunem oka przeszywa przybyszw. Ale naraz w zgrzybiaej, jakoby pleni pokrytej twarzy co bynie... Kurcz stuli usta... Szlocha starzec na piersi synowskiej jak dziecko...

Krzyk powsta w caym domu. Poczy wychyla si kobiece figury, wylega suba. Oto matka... Staruszka, babinka, ledwie j mona pozna... Twarz caa w zmarszczkach i fadach, oczy wypeze ledwie patrz. Zofka! Ogromna kobieta, na p ubrana, przy nadziei, w jakim smym miesicu.

Wszyscy ledwie mieli czas ochon z uniesienia na widok Rafaa, a ju w zdumieniu suchali wieci, e maj da gocin rannemu ksiciu Gintutowi. Gwat powsta w caym domu, bieganie, znoszenie pocieli do izby naronej, niegdy Rafaowej, woanie suby i rwetes nie do opisania. Na dworze przy koniach, za progiem, zosta jeno sam Michcik. Odziany w mundur uana zabitego na sandomierskim placu-wyglda jak stary wiarus. Oczy jego niespokojnie oblatyway okolic, pola, wwozy. Ksicia wniesiono do izdebki i uoono na czystej, wysoko zasanej pocieli. Otwarte okno wpucio do stancji wo ran. On lea z przymknitymi oczyma, na p przytomny, patrzcy w jeden kt. Czoo mia jednostajnie, nieodmiennie zmarszczone, jakby nad t sam wci myl gboko, gboko si biedzi. Dawno nie golony, siwiejcy zarost oblk wargi, policzki, podbrdek i uczyni z niego starca.

Wszyscy wyszli w nadziei, e chory bdzie spa. Chciano niby obmyli dla tak wielkiego gocia posiek jak najlepszy, najbardziej leczniczy; chciano powzi wiadomo o wszystkim naraz, a w gruncie rzeczy usiowano tylko bez przeszkody patrze w Rafaa. Staruszkowie obstpili syna z dwu stron, zagarnli pod wiato okna. Wycieraj do sucha oczy, eby jak najlepiej widzie, nastawiaj oguche uszy, eby za czego ze sw nie uroni... Drepc na miejscu, podgldaj...

Tymczasem Zofka mina powtrnie w sposb sekretny sie prowadzc do izby rannego. Uchylia drzwi, zajrzaa przez szczelink. Lea tak samo ze zmarszczonym czoem, z zagryzion warg, wszystek w jedn jak myl okuty jak w kajdany. Wsuna si za drzwi bez szelestu, wtulia w kt wedle pieca. Patrzy we. patrzy, napatrzy si nie moe... Przed rokiem wydali j za m za konkurenta, za przyjezdnego kawalera, za ssiada, ktry stanowi dla niej parti. Myli sobie teraz o tym. Bya narzeczon, uszyli jej wypraw, sprawili huczne wesele z muzyk i tacami, by lub, oczepiny, przenosiny. Wszystko jak sen. Teraz jest w ciy... I dopiero w takiej chwili zjawia si przed ni jej "ksi"... Tene to jest czowiek, ktrego we snach i radosnych jawach dziewiczych widywaa? To to jest marzenie jej spenione? Ksi ley w tej izbie, gdzie tylekro o nim po nocach nia.

Czemu stao si tak wanie, a nie inaczej?...

Wtem struchlaa ze wstydu! Zmarszczki elazne na jego czole zaczy si rozchodzi, rozpywa jak chmury od agodnego wiatru pod socem. Umiech, niby jutrzenka daleka, zajania na ustach i twarz rozwidni. Tylko oczy zostay szkliste i nic nie widzce. W caym obliczu odbio si ukojenie, spyna na nie aska ciszy i bogosawiony chryzmat pociechy. Zgrabiae, bezwadne race zsuwaj si ku sobie, palce jednej doni zaplot bez si na palce drugiej... Obiedwie przycisn piersi ciko dyszce. Usta szepc wyrazy, ktre w ucho Zofki padaj wyranie, jasno, kwiecicie. Zda si jej przez chwil, e rozumie wszystko, co szeptaj do siebie te wargi, e to ju dawno syszaa, e wie doskonale...

Powtrzy te sowa, powtrzy drugi raz i jeszcze:

Ad Rosam per Crucem,

ad Crucem per Rosam!

In ea, in eis

gemmatus resurgam...

Przytulia si do ciany i przemienia w cie nic nie wiedzcy, a przecie wierny a do ostatniego kroku...

Wtem poza domem rozleg si przeraliwy krzyk. Zofka buchna we drzwi. Rafa bieg na dwr wdziewajc po drodze czapk i zapinajc rzemienne. pasy uzbrojenia. Michcik wskazywa w oddali, po drugiej stronie rozdou Koprzywianki, austriack konnic i piechot, ktre wolno zmierzay w t stron. Skoczyli obadwaj do koni. Ale zarwno ko Rafaa jak Michcika by zgrzany, robi bokami i dymi si jeszcze z trudu. Stary Olbromski drepta za synem przynaglajc go do popiechu. Oczy starca pady na zbiedzone konie. obudwu jedcw. Co pocz krzycze... Pobieg nagle ku stajni rozkazujc:

 Michcik! Michcik! Dawaj tu szkapy... ywo!

Obadwaj z Rafaem pospieszyli za starcem, On tymczasem trzscymi si rkoma rozwar drzwi stajenne takim ruchem, jakby ze siebie wyrywa wntrznoci. Woa:

 Waacha gniadego pod panicza! Sobie t siw klacz zabieraj! ywo! Nie stj! Ty to mi syna Piotra tratowa.:. Przepinaj siodo... ywo! ju ich wida...

Michcik okiezna przepyszne konie, wyhodowane pod paskim okiem, w ciemnoci, wypielgnowane na chlebie i owsie, a chabety, na ktrych przybyli, wprowadzi w grdze. Rafa zapina poprgi. Za chwil siedzieli na siodach. Wparli ostrogi w boki biegunw.

 Michcik!  krzyczy jeszcze starzec.  Bge ci zapa... Bro mi chopca!...

Usyszeli za sob dziadowskie; kanie, ujrzeli wycignite z ganku rce.

Wypadli z podwrza olbrzymimi susami w wwozik kole cmentarza, stamtd na paszczyzn i w zielone, jasne, szerokie pola. Ku Klimontowu! W konie! Lec ,jak w ranny wicher na skrzydach wiatronogich koni, cigani dalekim krzykiem austriackim... Aby jeno do lasw Greckich! aby jeno do lasw!


 Pod ysic
Po stracie miejsca przy boku generaa Sokolnickiego wskutek zaj podczas szturmu Sandomierza Rafa powrci jak niepyszny do swego puku i na dawne miejsce. Tylko dziki szybkoci wypadkw, jak kapitulacja i wymarsz zaogi sandomierskiej do Puaw, udao mu si wyj niepostrzeenie z caej afery, bez sdu, degradacji i gorszych nastpstw.

W dniu 4 lipca, kiedy wszystkie siy polskie wyruszyy z Radomia na poudnie w lad za ustpujcym nieprzyjacielem, Olbromski na czele kilkudziesiciu uanw ze swego szwadronu szed na szpicy przedniej stray kawaleryjskiej w witokrzyskie Gry od strony Kunowa. Min szybko Bodzentyn, przez ktry dopiero co przecigna znaczna sia austriacka, i wkroczy ostronie w lasy. Zrazu wzi si na prawo przez wie Psary, aeby unikn gwnego gocica, gdzie mg atwo zetkn si z maruderami Mondeta. Chopi okoliczni zawiadomili go, e wojsko austriackie poszo gocicem i e zabiegajc mu drog spoza gry Strawczanej tym atwiej moe si zetkn z siami i by zaskoczonym w lesie. Ruszy tedy wolnym gocicem wprost na Wzorki i wit Katarzyn.

My letni deszczyk-kapuniaczek. Chodne ki w smugach i gazdach lenych jeszcze nie byy pokoszone cakowicie. Dopiero gdzieniegdzie pachniao siano przewide. Jeszcze si say po kach najczarowniejsze lene smki, kosace, jaskki i koniczyny. niade dymy rzadkich, ddystych obokw wasay si nisko po lasach, po acuchu gr, po puszczy zbjeckiej. ysica rozwina przed jadcym oddziakiem onierzy swoj granatow deli, utkan jasnymi kpami bukw. Tam i sam wzbijay si ku grze powczyste smugi chmur jakoby dech ywy, idcy w niebo ze witych bukw. Cigny si blisko mokre tumany midzy koronami przedawnych jode, ukazujc zdumionym oczom ich tytaniczne kolumny i rozpostarty ponad nimi czarny strop z koron wielkolasu. Im bardziej si zbliali do gry, tym bardziej pachniaa knieja. Stana przed oczyma jej gbia wewntrzna, jej gleba dziwna, pena wypukanych kamykw porosych rdz, rudzizn i zielonkowat pleni, jej pochya grska ziemia, ktr we wadz wziy olbrzymie korzenie. Naokoo stany odziemki jodowe, pokryte barw przymionego srebra. Z pnocnej. strony zwisy na kadym kouchy mchw twardych i suchych o barwie jaspisu, kosmate i potargane brody a kaki. W wilgotnym wietrze zachodnim zagray szerokie igy spaww, rozkoysay si chwianiem rytmicznym, poczy przegina ogromne pitra gazi, a szyszki wzniesione do gry wylay tajemnic swej woni. Ziby po gstwinach powistyway...

Oddziaek konny wymin lenictwo na Wzorkach, wiosk teje nazwy len, zbudowan w gbi puszczy, siedlisko ludzi krzepkich jak jody i twardych jak buki. Grunt by ku grze coraz twardszy, zoony z krwawego, amliwego kamyka. Ukaza si w ciemnicy jodowej wyniosy, czworograniasty sup wiey klasztoru i biae jego mury. Tu za kuni i za gospod klasztorn by wysoki parkan ogrodu. Olbromski zaczai za murowanic obery i kuni, stojcymi naprzeciwko siebie, cz swego oddziau i podzieli go na dwie partie. Jednej kaza i dalej drog a przed kocioek, a sam na czele drugiej postanowi zbada niepostrzeenie dziedzice klasztorne, czy w nich nie ma Austriakw. Zsiad z konia i to samo kaza uczyni dziesitkowi jedcw. Jedenasty zosta przy koniach ukryty za ober. Na dany znak przez trbacza mia z komi w las ucieka na lewo, a do wskazanej polanki. Rafa na czele swoich przeskoczy przez wysoki z daszkiem parkan tu za ober i znalaz si w ogrodzie. Gdy tam wszed, opucia go ch patrolowania, badania, poszukiwa... Stan w cichej altanie z dzikich drzew na kocu ogrodu i na chwil da wolno duszy. Ujrza jak gdyby dziecistwo swoje, ni o sobie widomy na jawie sen. By tu w tym ogrodzie maym dzieckiem, a wszystko; wszystko doskonale zapamita... Strumie witego Franciszka, ktry jest gwnym rodzicem Czarnej Nidy, biegnie przez ogrd z gwatem swych maych wd, z si i gniewem maych pian. Tam oto spada srebrzystym snopem z drewnianej rynny wprawionej w ogrodowy mur, tu dudni, jak gdyby wpada w gbin pustej stgwi, tam z szelestem i szemraniem biegnie przez ogrd pod biaymi mostkami, pomidzy korzenie liwin i grusz, ktre sodkie jego wody wypijaj. Dopad drugiego muru i znowu ujty w rynn, wyciosan w ppniu wierkowym, puszczony zosta na wolno.

Spomidzy drzew, w wylotach owocowych alejek, widniay biae mury. To, co niegdy tak uderzyo wyobrani dziecic niezwykoci swoj, uderzao i dzi z t sam si...

Klasztor! Z podziwem, zdumieniem i dawnym lkiem patrza na owo ziszczone wspomnienie dziecistwa. Te same szare skarpy rozkraczone, wyraajce niesychany wysi, moc, chopskie podsadzanie si ze wszej potgi. Te same kamienie, co od zwietrzenia ju to stay si czarne i okryte rdz jak elazo, ju zlasowane, powleky si bia, niezniszczaln polew i stay podobne do kafla wiecznotrwaego. Nad skarpami ciany zimne i wysokie, z maymi pod dachem oknami. Za myl nieci umiech, kiedy si duma mimo woli nad owym celem, ktry kaza okienka zakonnic umieszcza tak wysoko. Za myl przewija si i sama siebie zawstydzajc chykiem wbiega kdy w gste zastpy owocowych drzew, midzy rabaty kwiatowe, gdzie wysmuke lilie o strzpiastych i rozprysych patkach kielichw, o brunatnych pylnikach i lepkim, tawym soku, wylewaj odr czystoci. Plamy wilgotne w naronikach muru niby cie wiecznie obecny czyhaj na biao wapiennych cian, podobnie jak szyderstwo czyha na zachwyt, podobnie jak tusta drwina czyha na dziewiczo uniesienia. Blaszane rynny przy dachu, przyrzd tak niezwyky w tych stronach... Albowiem w tych stronach nieznane jest jeszcze nic, co by byo wymysem ku udogodnieniu ycia. Wszystko tu jest jeszcze jak za Chrobrego krla, jak za krla Krzywousta albo Mnicha. Pierwszy tu obraz domu murowanego z kamienia przyniosy mniszki za Bodzanty, kocielnego ksicia i owcy, mionika tych puszcz dzikich. Drog, ktra w te miejsca prowadzi, mniszkom naley zawdziczy, i cudny sad w dzikim boru, na kamienistym, zimnym gruncie. Im naley zawdziczy okrzesanie wioskowego ludu po sioach, tpienie przez szeregi wiekw witokrzyskiego zbjectwa, im zaoenie pierwszych sadw przy lenych izbach, upraw warzyw po Lechach, nauk tkania szmat z weny i haftowania lnianych chust.

onierze przebiegli prdko ogrd i wydostali si na obszerny dziedziniec. Stajnie klasztorne i podwrza byy puste, ale wzdu potu zna byo lady popasu konnicy. Na rodku jeszcze si tliy ogniska obozowe. Schwytali w stajni parobka i powzili szybk wiadomo, e w nocy, nad samym rankiem, stao w klasztorze wojsko niemieckie piesze i konne, e oficerowie kazali sobie da je w refektarzu, a potem wszystko poszo ku Kielcom, ino gdzie po drodze tgo strzelay.

Zbadawszy wszystko dokadnie Rafa poszed na spotkanie drugiej poowy swych si, ktra miaa czeka przed kocioem. Zmierza przez wirydarzyk midzy murem odpolnym a cian kocioa. Gruszki tam rosy osonione od wiatru i wygrzeway si w cieple zacisza. Biaa brzoza uderzaa dugimi splotami gazi w elazne prty kocielnego okienka. A okienko, okienko... Wydubane w murze niewiarogodnej gruboci, pokrge u gry, zaplecione tarnin kraty. Istna strzelnica przeciwko Jadwingom...

Nage wspomnienie oblao dusz... To przez to okienko wdar si ciemn noc zodziej-witokradca, kraty porozgina i wyrwa, zupa noem sprchnia szafk cyborium i ukrad kielich zoty. Dr jeszcze w uszach straszliwe sylaby sw kapelana, kiedy w niedzielny dzie stoi na niskiej ambonie i opowiada ludowi z grskich wsi o tym, co si stao w wityni. Blady, ze zwieszon na piersi gow, usta sobie stu zakrywa... A stua mu w rku dry.

Lud wszystek wzdycha i szlocha. Gdy ksiyna wskaza z dreniem na okno i wyamane kraty, wszystkie si oczy na to okno obrc, wyblade milczenie zalega cib. Oto rozwija sukienk kielicha i pokazuje, e wite komunikanty zodziej w ni zawin i na otarzu porzuci. Wtedy w jk i trwoga...

Lud pada na twarz i boi si wszystek, a grube mury kocioa w posadach swoich dr. Kt by si zdziwi, kt by wyrzeka, gdyby sklepienie zwalio si wwczas i wiea lecych przytuka? A pniej, a pniej... Kapelan po mszy wynosi monstrancj i intonuje pie, a sam przez wit Hosti patrzy w tum. Jest guchoniema wiara w tym tumie, e w takiej chwili kapan wszystkie zbrodnie ludzkie widzi jak na doni. Ale milczy, milczy a do grobu. Widzi oto w tej chwili czowieka, co kraty wyama i wite komunikanty w sukience kielicha rzuci, widzi go jasno przed sob, ale palcem wskaza nie moe...

Serce struchlaego dziecka omoce pod mundurem uana i niewymowna trwoga elaznymi obcgi ciska piersi, gdy wchodz tumem szumnym w progi kocioa. Jake wydaje si niski i may! jake ubogi i ciasny! Wszystko w nim z grubanego kamienia, mur wszdzie prostacki, krzywy.

Przy wejciu kropielnica, wydubana w gazie kwarcytu. W gbi, pod ambon, pomnik rycerza picego w zbroi, wykuty przed wiekami w piknym woskim marmurze, a teraz poczciwie i pracowicie zabielony wapnem i zabielany rokrocznie z troskliwoci na kade Godne wita.

W miejscu szumnego napisu pod lec postaci rycerza zna w wapnie wgbienia liter, co adn miar nie day si zabieli... Sic transu gloria mundi...

W otarzu wyzocony posek witej Katarzyny, ktra trzyma w rce koo swego mczestwa i krlewski miecz. Tak jej niegdy tego zotego miecza zazdrociy dziecice oczy!...

Nad otarzem znowu dwa okienka  strzelnice. Fioletowy smtek osiad na starych, sczerniaych obrazach. Sycha w ciszy jakowy szept... Jest to moe wierkanie pisklt w gniazdach jaskczych, a moe szelest owej brzozy, co o kraty kocielne wosy swe zielone czesze.

onierze poklkali w rodku kocioa, oficer siad w awce i zaton w marzeniu, we wspomnieniach. Podnis oczy i drgn. W szerokim oknie weneckiego ksztatu, ktre z tajemniczych korytarzw klasztornych na koci wychodzi, ujrza trzy cienie. Gowy obramowane w kwadraty kwefw zakonnych, w biae z zewntrz zaamanie kornetw, okryte ciemnym suknem... Na piersiach zoone rce. Oczy nieruchome... Bolesne, starcze, te twarze, jakoby widm zza wiata...

Wsta ze swego miejsca i szybko wyszed z kocioa. Rozkosz mu sprawiao dzwonienie szabli i ostrg, przepych ubioru wojennego w przeciwiestwie do zakonnej szarzyzny i ndzy. Prdko zbieg po szerokich stopniach midzy istnymi skaami biaych podstaw wiey. Da rozkaz do wsiadania i sam skoczy na siodo.

Teraz  marzy  do Wyrw... Do wujaszka Nardzewskiego w gocin, a potem dalej, na poudnie...

Pdzc na przedzie, powtarza sobie ze cinitymi zbami wci jedno sowo, jak haso:

 Jaz! Jaz!...

Skokiem wylecieli na gociniec z lasu ysicy na pierwsze wzgrze. Ale zaledwie Rafa rzuci okiem w nizin, zdar konia i stan w miejscu jak skamieniay. Z Wyrw wznosz si w niebo supy czarnego dymu! Dworu nie wida, dworu wcale nie ma, stod nie ma... Czerwone zgliszcze pega kiedy niekiedy w tym miejscu midzy czarnymi koronami drzew. oddzia popdzi przez pastwiska, przez ki, przez poty i wwozy, co pary w koniach. Przypadli jak wichura do wsi, w opotki, na dziedziniec. Wszdzie pustka. Ani jednego czowieka. Ze dworu zostaa tylko kupa zgliszcz, przyciesi opalonych, twardych gowni modrzewiowych i czarne rumowia piecowisk. W caej dziedzinie tylko murowany lamus ocala. Uany wpady do wntrza. Sycha byo stamtd ich krzyk. Rafa poskoczy za nimi. Zatoczy si jak pijany... Ujrza Nardzewskiego na ziemi w krwawej kauy, porbanego szablami tak straszliwie, e z niego tylko lad czowieka pozosta. Twarz bya zmasakrowana, ramiona, piersi i rce pocite. Ale naok, w pustych ssiekach, na grubych dylach podogi, przed progiem i za progiem, stay czarne strugi krwi. Stary szlachcic nie za darmo sprzeda swe ycie. Rafa przypad ku niemu ze szlochaniem. Kaza go dwign onierzom i wynie na dwr. Trup ju by ostyg. W rce ciska jeszcze swj cudnie dziwerowany pistolet. onierze przetrzli lamus. Jeden z nich spostrzeg drabin wcignit pod dach na wizanie krokwi. Wypatrzono siedzcego w dymniku czowieka. cignity na d, stawiony zosta przed oblicze oficera. By to stary Nardzewskiego strzelec, Kacper. Dugo si spode ba podejrzliwie przyglda onierzom i oficerowi. Milcza zawzicie.

 Co si tu stao?  krzycza na Olbromski.

 Pana zabili.

 Kto zabi?

 Wojsko.

 Jakie wojsko?

 Miemce.

 Kiedy?

 Dzisiaj rano. Przyszy od witej Katarzyny. Napchao ich si pene podwrze, peny dwr.

 Konnica czy piechota?

 Bya konnica, bya i piechota.

 Jak si to stao?

 Kazay wielmonemu panu, eby natychmiast pichlerz otwiera, stodoy to samo, eby im od piarni klucze dawa! Zarazem pozna, e le. Pan na mnie kiwn palicem i raz dwa kaza przez zby, ebym lecia we wie po chopach. Niech mi, pada, kto yje, idzie na pomoc z cepami, z widami, z siekier. Ja we drzwi, a tu, sysz, tych oficerw pan skl, zmaci sowem i kaza im, eby natychmiast precz szy ze dwora!

 Poszli?

 Ale!... poszli! Jakem od sotysa przez sadek do dworu przylecia, to ju szy na niego ze siablami. Pan wielmony ju wtedy w swoj najgorsz zo weszed. Uskoczy do maej stancji i drzwi za sob zapar. Dopiero ap za pistolety, za dubeltwk i przez sadek do lamusa. Mnie kaza wynie torby z prochem to samo do onego. Wszystkie te oficery za nami! Zatrzali my drzwi... Pan mi powiada: "Le w dymnik i bij z gry!" Poszedem i ukadem ta niejednego. Tymczasem drzwi wywaliy. Nie mia si, chudziak, kady oprze...

 To go nie mg broni, ajdaku!

 Dy ja go broni, chyla wlazo...

 A wie?

 Wyszy chopy z chaup, nawet niektre leciay obces, ale jak do nich wycelowali rzdem, skryy si, psubraty, po zapociu, a potem w nogi. Ja tu spojrz bez dziur w dachu: -dym! Stodoy si pal, ze dwora dym wali! Jezusie, Maryja... Ino tego pichlerza nie mogy podkurzy... Jak ju pan nie zipa, powywczyli trupy swoich kamratw za prg, zakopali w d i poszli ku Kielcom.

 Gdzie le?

 Wszystkich za lamusem pogrzebu.

Rafa bezmylnie poszed w t stron. Ujrza przed sob ziemi wieo narzucon, wysoki, okrgy kopiec.


 W gruzach
Zadaniem partii uanw pod wodz kapitana Fijakowskiego, idcej pod Calatayud i Saragoss w drugiej poowie grudnia 1809 roku, byo zniszczenie band gerylasw w Aragonii. Partyzant Porliera, zwany Marquesito, przeci by wszystkie drogi i przesmyki pirenejskie, tamowa komunikacj wojsk francuskich, przejmowa poczt i unicestwia wszelkie dostawy. Mody Cedro, ktry do tej wyprawy nalea, ciekawie zda ku starej Saldubie. Okolice z pnocnej strony Burviedro lubi wspomina jak rodzinne. Pikne w tych wwozach przey czasy. I teraz, w deszcz, rd wiatru i okrutnej soty, szed wesoo jak niegdy. Najbliszym celem marszu bya ju Saragossa. Wyglda jej z zaama drogi, wlepia oczy we mg. Wreszcie stary Gajko mrukn z drugiego szeregu:

 Wida ju, wida tamt juch.

 Doprawdy? A czego to, stary, tak j poniewierasz?

 Jucha to jest, panie podporuczniku! Ile tam naszego narodu zepsuy za pierwszego oblenia! Ile tam tego konierza ziemia zeara, a teraz woda gnoi!

 No, i Hiszpanw niemao!

 A co mnie Hiszpanie! Mao ich to? Naszych garsteczka. Gdzie jednego ubdzie, tam ci ju dziura na zawsze. Czyme to j zatka? Ich kupa zginie, zaraz druga kupa w to miejsce wyrasta.

Po chwili doda tajemniczym szeptem:

 Paniczu, mnie si widzi, e ja wykry prawd.

 No?

 Ony, cho to i chrzecijanie s, i katoliki prawowierne, ale nie moe inaczej by, tylko, musi, to s ydy chrzczone.

 C ty pleciesz?

 Sprawiedliwie! Nieraz ja ju trupy ich rewidowa na placu.

Juci tegom nie napotka, eby byy oczywiste ydy, bo ju snad za ojcw wychrzczone. Dawne wychrzty, jednym sowem. Nawet mi jeden Francuzim z woltyerw w Toledo gwarzy, jak to tam z nimi byo, tylko em nie mg wszystkiego wyrozumie, bo prdko kapa. Skdby za tyle tych gerylasw by mogo, eby si z ydw nie wywodziy?

Od Xalonu popdzili na wschd pampelusk drog pragnc zobaczy, co te si stao? W dolinie nad Ebrem, midzy oliwami, w pustych niegdy domach wida ju byo mieszkacw. Za klasztorem otwar si przed nimi widok, bo w caej prawie dolinie drzewa byy wycite. Pniaki tylko sterczay. Dopiero na podgrzach z tej i tamtej strony rzeki szarzay licie. Ju przed zamczyskiem Inkwizycji dopadli robt ziemnych, w poprzek przecinajcych drog, co prowadzi do kocioa kapucynw. Te niezmierne prace teraz byy ju puste i porzucone. Gdzieniegdzie tylko po nich wasa si szyldwach francuski. Wzili si w gr i przez pola skaczc w poprzek roww, dosigli Huerby. By na niej w jednym miejscu rzucony w grze most. Tdy wydostali si na drog do Belchite, prowadzc wprost do bramy Engracia. W zdumieniu i bojani cay oddzia stan bez rozkazu. Droga ta, jak wszystkie inne, jak droga z Monte Torrero do witego Jzefa i jak szosa walencka, bya po trzykro przerznita paralelami, nieprzerwanie idcymi a ponad Ebro. Stojc na grze, widzieli olbrzymie prace oblnicze francuskie. Na prost przed sob mieli szace przedmostowe na Huerbie, ktre zakryway cay dalszy widok. Na prawej rce, dookoa klasztoru witego Jzefa rysoway si zazbienia, gzygzaki, wariackie na pozr popltania linii aproszw, podobne do znakw przebiegu gorczki na karcie historii choroby. Jedna linia tych przykopw biega w d, stosujc si prawie do zagicia Huerby, druga sza do niej rwnolegle, pniej wypaczaa si w rozcignite, rozszalae zby, przeskoczya Huerb i straszliwym znakiem rya si w zotodajnych niwach na wschodzie, a pod sam klasztor witej Moniki. Gdzie oko pado, wida byo drogi kryte, szlaki koszokopw, zagwki, ganki narone... Dalej jeszcze sigaa linia drugiej rwnolegej, niezbyt gzygzakowata, zakoczona bateri, z ktrej sze armat bio swego czasu na most i przedmiecia zarzeczne. Podobn figur krtych roww i powyginanych nasypw przedstawiay za rzek Ebro roboty ziemne od wschodu przedmiecia. Wszystko to leao teraz zaniedbanym pustkowiem, moko na deszczu jesiennym. Caa ta ziemia bya jeszcze ta, wywrcona trzewiami do gry. Dumne klasztory przysiady. Ze witego Jzefa zostay jeno baszty i dziurawe ciany...

Uani w milczeniu szli gr na wschd a do samej rzeki. Dopiero tamtdy wjechali w miasto. Widok, ktry ich spotka, gdy wpuszczeni przez szyldwachw francuskich zbliyli si do bramy del Sol, przeszed wszystko, co sobie mogli wyobrazi. Ziemia zryta przez forty obronne hiszpaskie za klasztorem witego Augustyna, porwana w strzpy przez zdradzieckie ich fugasy, odupane przez kule armatnie powleczenia z cegy, domy spalone, straszne pustki mieszka, od ktrych oderway si frontowe ciany, sufity zwise ponad pustk pokojw, dachy zaklse... Mijajc Uniwersytet widzieli ogromne wyomy w murach biblioteki spowodowane przez wybuchy min prochowych. Przez te kanay i pknicia murw wywalaa si na ulic rzeka ksiek. Ulica Cosso bya od min i kontrmin porwana. Uani jechali gronym zastpem z czapkami na ucho, ze zmarszczon brwi. Kiedy przybyli przed wylot ulicy Engracia, kapitan Fijakowski, pod pozorem trudnoci przebycia terenu i pod pozorem koniecznoci rozpytania si o rezydencj komendanta placu, kaza oddziaowi stan. W gruncie rzeczy chcia si pospou z towarzyszami przypatrzy.

Ulica Engracia  znika. Na jej miejscu wznosiy si gry fantastyczne, co jakby widok z wyyny lodowca Rodanu na acuchy Alp Berneskich. Klasztor franciszkanw, roztrzsiony minami, ktre cay obszar jego posiadoci a poza ogrody, a do klasztoru witego Tomasza i z drugiej strony do kocioa San Diego objy strasznym ramieniem, lea wyrwany z wgw, zepchnity z przyciesi, zdruzgotany na szczapy i drzazgi. Szpital obkanych, klasztor Panien Jerozolimskich i wszystkie domy dzielnicy a do uliczki Recogidas stanowiy nieprzejrzane zwalisko. Tu i owdzie sterczaa jeszcze samotna ciana. Tkwiy w niej belki, wisiay okna, resztki drzwi... Gdzieniegdzie wznosiy si niewymownie pospne skupienia murw, z ktrych naroniki wyrwano minami. Trudno byo odgadn, do czego suyy ich wgy i sklepienia. Stay teraz przed oczyma jak trupy gnijce. Z caej tej otchani zniszczenia bia wo trupw, ktrych nikt nie pogrzeba. Rozoone w upay letnie-wznosiy teraz z gruzw powitanie i cze zwycizcom.

Cedro wykrci si na siodle, o bok wspar rk i patrza w zwaliska. Nie przychodzia mu do gowy nijaka myl. Ani jedno wspomnienie nie wasao si w pamici. Trzyma go w elaznych klubach fizyczny zachwyt. Osupiaymi oczyma wlk si z miejsca na miejsce, utwierdzajc w sobie pewno, e to jednak spenione zostao z potg. Wywalili z gruntu tyle mury jak klasztor franciszkaski! Rozsypali w drobny py gazy zoone przed wiekami! Strzaskali to, co przetrwao wszystkich emirw maurytaskich, wszystkich justizw i krlw Kastylii! Zmiadyli dum Aragonw. Urok potgi zniszczenia, pikno okrutnej wadzy powiao ku niemu z tej dzikiej pustyni. Wojenna duma podwigna si w nim na widok lecych gmachw.

Upokorzya si, Saragosso...  pomyla w gbi siebie.  Zoya bro u nogi obcych przychodniw. Nie stoisz wreszcie przed oczyma ze starodawnym krzykiem wolnoci  avi fuerza!  z hasem odwiecznych a niezliczonych rokoszw twoich. Niezwyciona, siempre heroica  spodlaa i ty! Leysz nareszcie w gruzach, a gardziel twoja w ptlicy...

Wysany po rozkazy marchal des logis wrci z rozkazem udania si na kwater do skasowanego klasztoru witego Tomasza. Oddzia ruszy tam niezwocznie i rozoy si po pasku w obszernych refektarzach i licznych celach. Wyborowe stajnie pomieciy wszystkie konie. Oficerowie i onierze poszli wnet spa, od tylu czasw po raz pierwszy bezpiecznie i spokojnie.

O zmroku Cedro nabi swe pistolety, wysoko przypi szabl i sam jeden poszed w miasto. Bi deszcz, wicher ze wistem i wyciem lecia ulicami. Bramy byy pozamykane, sienie puste. Tylko gdzieniegdzie przesuwa si czowiek, z uszami i oczyma zawinity w opocz. Biay paszcz, ktry by Krzysztof przypadkowo zarzuci, zwraca uwag tych nielicznych przechodniw. Ten i w z nich stan w biegu i wid oczyma bia posta. Charczce sowo jakoby zgrzyt ostrza puginau, ktry z pochwy wycign si nie da dla zakrzepej na nim w rdz krwi-gonio go wskro mroku:

 Carajo!

Uan nie zwraca na te gosy uwagi i nie raczy skierowa gowy, by dostrzec, kto na w ciemnoci szczeka,

Szed zawinity w swj paszcz, zadumany. Widzia w marzeniu Olszyn i Stokosy, dom rodzinny, ojca, Mery i Trepk. Przywiz im gocia z dalekiego Poudnia. Widzia Mery i nieznajom doncell, jak rozmawiaj w dzie letni pod cieniem wielkich brzz, ktrych dugie korytarze wychodz w pola zboowe, w any ywice. Azali spodoba si jej kraj pnocny, azali powita sercem yczliwym ubogi rozd Wisoki? Przyjmiesze go sercem, dziecino Aragonii? Zrozumiesze szept pl ytnich, szelest pokych zagonw owsianych, szum tamecznego lasu i plusk cichy tamtejszej wody? Pojmie ona sennej a mglistej rwniny wymow? Przyniesie midzy tamtych ludzi ogie i niezomn dum, zczy dusz swoj rozpalon i wznios z cisz i spokojnoci sowiask. Ona to bdzie arem i zapaem pod strzech olszysk! Widzia chwil powitania, prowadzi z Trepk rozkoszne spory o tego gocia nowego w Stokosach. Cha-cha! przewidziae dobrze, stary polityku... Przywioz ci niespodziank z obcych krajw. Konne polowania z chartami... Pdzi w marzeniu polem jesiennym obok niej, sysza wiatr cigajcy si z lotnymi komi. O, przeroczyste, niezgbione oczy! o, re jasne tamtej nocy!...

Szed obskoczony przez marzenia, na poy wiedzc, e zda ku miejscu, ktre by zdobywa ptora roku temu. Wszed w uliczki, pod prostym ktem zaamujce si w kierunku klasztoru franciszkanw. Min jedn z nich, drug i wstpi w trzeci. Nigdzie tu wiata nie byo, nigdzie ladu ludzkiego ycia. Krzysztof tak doskonale pozna odlego od rogu tej ulicy do wejcia w ciemn sie domu w dniu bitwy, e teraz wyczu j niewiadomie. Musia wyciga rce pragnc dotkn murw po przeciwlegej stronic ulicy. Ale kiedy zacz i w tamtym kierunku, potkn si i uderzy piersiami, kolanem i wreszcie czoem o gruzy. Chropawe bezksztatne bryy i zomy muru, kupy cegie otoczyy go ze wszech stron. Dotyka rkoma zwalisk olizgych od deszczu i mokrych wirw. Nogi jego wykrcay si w ostrych zbcach kamieni jakby schwytane w elaza, kolana tuky si i zbijay o nastawione urwiska. Wstpowa coraz wyej na gr zrujnowan, na poszarpane zburzyszcze. Szed zrazu naprzd, potem na prawo i mocujc si z gruzami laz jeszcze kilkadziesit krokw. Zapada w doy, wpeza na strcone mury, zlatywa w szczeliny, pada na twarz w gbokie jamy, a wreszcie obszed w rnych kierunkach t dzielnic ca, do Cosso. Wtedy, spracowany ciaem i duchem, zwali si midzy kamienie powiedziawszy sobie, e nic tu ju nie ma. Spada na zupena, dawniejsza obojtno. Czu tylko spracowanie si ciaa i duszy, znuenie i odraz. Z rzadka rozlega si w nim miech rozczarowania, miech nieznony i przeklty. Kt wie, myla obojtnie, lec bez ruchu na osypiskach wapna, moe tu ona gdzie pode mn gnije? Moe, gdyby rkoma piach ten rozgrzeba, trafioby si na jej zmiadonego trupa. Deszcz spywa midzy skruszone cegy, midzy zzieleniay piaskowiec. Kapie brudna woda w jej oczy, rozwarte od wielkiego przeraenia... Zatopiony w sobie, nie czu siekcego deszczu, nie sysza wycia wiatru. Ale oto uderzyy go szczeglne dwiki. Zbudzi si jak ze snu twardego. Czu wstrznienie ziemi, na ktrej lea, jakoby dreszcz gruzw i zwalisk. Leniwie podnis gow. W pobliu, gdzie obok, za urwiskiem cian sycha byo cikie omotanie elaznych drgw i ciosy kilofa. Krzysztof sucha tego przez czas pewien, a pniej zapomnia, e si rozlegaj. Przyszed do wniosku, e to ndznicy odzierajcy trupy rozkopuj zwaliska  i na tym poprzesta. Lea tak samo.

Tymczasem cikie kroki, szczk drga i szepty rozmowy poczy si zblia w jego stron. Wtedy gniew go dwign z ziemi. W nieprzejrzanym mroku nocy zamajaczyo kilka ciemnych figur. Krzysztof wycign zza pasa pistolet, odwid go i czeka znieruchomiay.

Ludzie nocni szli wolno, zgrzytajc po kamieniach podkutymi podeszwami. Pozna z rozlegoci oskotu, e jest ich co najmniej piciu w obrbie zwalisk. W kupie szo trzech. Dojrzawszy, wida, jego paszcz, stanli. Wszcza si cisza. Wicher tylko kwicza latajc po zomach. Wtem prdki bysk lepej latarni jak gzygzak piorunu pad na figur Cedry. Wtedy on podnis pistolet i rzek spokojnie po francusku:

 Kto tu jest? Milczenie. Po chwili drugi, popieszny bysk latarni oblecia przestrze za Krzysztofem, z prawej strony i z lewej, jakoby goczy pies, szukajcy, czy s poplecznicy. Jednoczenie ciemne figury rozpierzchy si i rozpyny w mroku w ten sposb, e bia figur uana osaczyy ze wszech stron. On wzi na cel pierwszy z brzegu czarny cie, ktry zdoa uchwyci oczyma. Parkro razy sprawdzi kierunek i szarpn cyngiel. Echo strzau runo w rozwalone mury jak pocisk armatni. Cedro wyrwa drugi pistolet zza pasa. W lew gar uj szabl. Sysza obok siebie i za sob skoki po jczcych kamieniach. elazny drg dosign go i wymaca. Wtedy odwrciwszy si Cedro nagle strzeli przystawiwszy luf niemal do piersi czowieka, ktry go chwyta rkoma. Tamten run na wznak z jkiem miertelnym. Krzysztof skoczy przez niego, tnc szabl, ktr w praw do chwyci, na prawo, na lewo, w ty i naprzd. Nogi jego wyamyway si i spaday z kamieni. Wali si na kolana, na rce, zrywa i odskakiwa od wrogw, ktrzy go dosigali. Gruzy, po ktrych ucieka, nie miay koca. Sta si z nich straszliwy labirynt zaukw, cian, izb i dow! W jednym z takich Cedro stan. Czu po zmienionym gosie wiatru, e si znajduje w ruinach jakiego domu. Oparty plecami o resztk komina, czatowa na napastnikw.

Przyszo z nich dwu w to miejsce i zawiecili mu wprost w lepie latarni. Przez jedno mgnienie renicy widzia straszliwe ich twarze. Skoczy susem na obu i ci olep paaszem ze wszystkich si, czujc, e nadesza okrutna godzina. Rami jego miotao piorunowe ciosy, krzyowe i sztychem. Tamci bili we drgami z gry, eby od jednego ciosu eb mu rozwali. Jeden z nich wrzasn przeraliwie i usta w walce, ale drugi zadawa razy okropne. Krzysztof czu jego chrapliwy oddech i odr jego ciaa. Idc za gosem skoczy na niego tygrysim rzutem, chcc zada cios w piersi. Obadwaj runli na ziemi. Na mier duszc si rkoma i zmagajc tarzali si po kamieniach. Raz Krzysztof by na wierzchu, drugi raz tamten. Gowy ich pray w gazy, zby wszczepiay si w ubrania targajc je ksami, rce jak elazne ky szukay nawzajem gardzieli. Hiszpan by chop gruby i elaznej mocy, tote Cedro nie mg mu sprosta. Ratowaa go zwinno i modo. Wyrywa si co chwila, wylizga z okrutnych obj, rzuca od nowa do garda ruchami prdszymi od myli. Broni si wci, szalenie napadajc. Czu jednak, e nie da rady. miertelny pot go obla.

Rozpacz rozdara mzg. Przez mgnienie oka decydowa: wyrwa si i ucieka co si! Targn si, wygi w krzyu i oderwa. Ale tamten poczu jego niemoc. Klczeli teraz obaj na ziemi z twarz przy twarzy i chwil czekali na mier sabszego. Hiszpan nabra w piersi tchu i rzuci si pierwszy na Cedr od razu caym ciaem. Rkoma chciwymi dosig jego szyi. W tym to momencie, tarzajc si w konwulsjach, zlecieli obaj w jak wsk czelu. Toczyli si po stromych schodach duszc si i rc wzajem. Na dnie, gdzie przeraliwy fetor trupw sta nieruchomo, Krzysztof wydar si z rk zbira. Odruchem, czuciem wieego tchu, trafi w czelu schodw i we dwu, trzech susach dopad powietrza. W tej samej chwili schyli si i porwa z ziemi olbrzymi bry, ktr stopami potrci, a kolanem pozna jako ruchom. Wznis j oburcz ponad gow si nie swoj, lecz jakoby szeciu ludzi, i z chichotem szczcia od jednego zamachu cisn nieomylnie w otwr schodowy. Usysza westchnienie-mier, stknicie-koniec, urwany szloch. Wtedy drug bry w to samo miejsce, trzeci, czwart! Szuka po ziemi coraz wikszych, nieudwignionych i nadludzk, oszala si miota je z wciekym popiechem w czarny otwr. Widzia teraz w otwr oczyma jakoby w biay dzie. Nie mia zgoa wiadomoci o tym, gdzie jest i co robi. Rypa nagimi rkoma przemoke skiby muru i wali je w d wci, bez koca, spycha rozpke gruzy kolanami.


 Posterunek
W cigu zimy kompania kapitana Fijakowskiego czynia wielokrotne wyprawy z Saragossy. Zazwyczaj kapitan zostawa w miecie z czci oddziau, a na wypraw sza partia pod wodz porucznika albo jednego z dwu podporucznikw. Czasami znowu kompania dzielia si na kilka czci, nad ktrymi brali dowdztwo obsugujcy j czterej wachmistrze, wachmistrz starszy, omiu kaprali, a nawet dwaj trbacze. Tym sposobem pilnowano drg prowadzcych z gr do Saragossy.

Jedne z tych maych partii chadzay drog pampelusk i dolinami do niej przylegymi, inne w rozd rzeki Gallego, jeszcze inne na wschd poudniowy drog walenck, ku sinemu morzu, na Fuentes de Ebro, przecinajc kana krlewski, na la Puebla de Hijar, na San Per, do Alcaniz i stamtd a pod Monroyo. Wracali z tych wypraw poranieni, zestrzelani nieraz potnie od gerylasw, zbici na siodach, zniszczeni od wichru i deszczu.

Krzysztof Cedro przez czas dosy dugi nie bra udziau w akcji ze wzgldu na fatalny stan zdrowia. Koci mia potuczone, puca i wtrob jakby odbite drgami. By drczony od smutkw i tsknot. azi po Saragossie w samotnoci zupenej, zy i zapamitay. Kiedy go towarzysze dawnych wypraw i zabaw rycerskich pytali, co z sob wyrabia i czemu si dziwaczy, mwi im krtko a wzowato, jako jest kuszony od diaba i e zmaga si z nim w opustoszaych kocioach, w ruinach klasztorw i w gruzach ludzkich domw. Na wiosn, pierwszych dni marca, gdy w zwaliskach puciy si trawy, a radosny krzew zdrzewistrcza-wistarii, barw nieba poudniowego wsysajcy w gruzy i torebki swych kwiatw, osania pocz zrby murw, przerzuca przez nie rce swoje, gdy z ziemi penej .trupw poduszonych w piwnicach, zgasych z morowej zarazy, trysny bujne rzgi drzewa miosnego cercis, gdy wybujay niesychane kpy fiokw, hiacyntw o tysicu barw, lilii i tulipanw, Krzysztof ockn si, zada wyznaczenia do czynu i na czele podjazdu uszed w gry. Mia pod sob jego wachmistrzowsk mo Gajkosia i dwudziestu chopa. Wskazano mu kierunek zgoa nowy. Mieli dotrze a do przesmykw grskich wiodcych w stron francusk, pod Vallee dAran w rodkowych Pirenejach. Przejcia te ogarnione byy przez siy powstacze. Naleao je wyledzi, zbada i, jeli to moliwe, drogi oczyci. Szli z pocztku wielkimi marszami wprost na pnoc, do Monzon, nastpnie do Barbastro. Trzeciego dnia znaleli si ju w bezdroach grskich okoo Puente Montagnana ponad rzeczk Noguera, dopywem Ebra z pnocy. Skoczyy si poszarpane grzbiety pagrkw wapiennych, osypiska gipsu, pone awy i wyniosoci przesike sol. Wskie barrancos, szczeliny tak puste, e nie byo w nich drzewa; krzaka, kpy ziela, wzniosy si w gr na paskowzgrze kraju Sobrarbe, midzy grnym biegiem rzeki Cinca i Noguera. Dosigli tu wiatru i nawau chmur. Odetchnli zimnym, ale wilgotniejszym powietrzem.

W wwozach, ktre minli, w owych ciasnych przepaciach, wskich od osypisk zwtlaej skay, byo cicho i duszno. Wiatr tam nie dolata, martwe powietrze stao nieruchomo jak w zapartej izbie. W grzystej krainie, na ktr teraz wstpili, czciej trafiao si ludzkie mieszkanie. Byy to przewanie chaty pasterskie z lasujcego si kamienia, poczone z zagrodami dla kz i krw. Kiedy niekiedy trafiay si domostwa okazalsze przemytnikw zawodowych, ludzi grskich.

Tam i sam, w miejscach najbardziej dogodnych do uprawy ogrodu, warzyw i pola, wida byo gruzy osad i folwarkw maurytaskich, od chwili wygnania przed wiekami moryskw tak ju pokryte bluszczami i traw, e trudno je byo odrni od zburzonych siedlisk hidalgw-rozbjnikw. Uani nie spotykali w tych stronach ludzi na swej drodze. Dugo nieraz musieli czatowa, nim zdoali pojma w chacie mieszkaca i wydoby od niego zeznanie. Jedni z tych jecw nielicznych byli zakamieniali, nieprzystpni i niezdobyci w uporze swoim, zupenie jak Gry Pirenejskie; woleli kona w mczarniach ni wyzna sowo o miejscu pobytu bandy powstaczej; woleli da si spali na wolnym ogniu ni wyjani, gdzie si zakrca albo rozwidla droyna, po ktrej dono. Trafiali si jednak i ludzie akomi na grosz albo jowialni i dobroduszni, za niuch dobrej tabaki wyjawiajcy wie podan, najczciej zreszt niedonie wymylon, niepotrzebn albo faszyw. Trafiali si politycy trzewi i przewidywacze nieomylni, zawsze uznajcy si i wadz tego, kto jej posiada najwicej. Byli i podli zdrajcy. Ci przychodzili sami, nie wzywani, chykiem w godzinie nocy i mroku, wiedli niedostpnymi szlakami i wydawali na mier bezpiecznie picych rodakw. W godzinie nocy i mroku brali za to zapat i znikali w szczelinach grskich.

Niedocigym inkwizytorem i badaczem co si zowie by Gajko. Umia tak zadawa pytania i tak je popiera argumentami, e niezwocznie okazywao si, co zacz jest czowiek. Po dwu, trzech "sposobach" ju byo wiadomo, czy naley kawalera ogieniaszkiem przypiec, czyli te ze sowiask gocinnoci uczstowa hiszpaskim winem. Gajko wada nawet jzykiem, wprawdzie nie hiszpaskim, ale z inkwizytorska aragoskim. Jego bekot, rzecz dziwna, by zrozumiay dla jecw wszelkiego usposobienia, charakteru i temperamentu, jak powszechnie wiadomy kodeks. Wyprawami dowodzi sam Krzysztof. Chodzili najczciej gsiego, jeden za drugim, zestrachane konie cignc za uzdy po zupenych bezdroach, upazami, gdzie sypki mia lecia spod stopy w guche przepacie. Skradali si przy blasku ksiyca i w najciemniejsze noce, czynili napaci rankami i z wieczora na obozy i wdrowne partie.

Po dugich trudach caej niemal wiosny udao si Krzysztofowi odegna bandy od przesmykw i szlakw grskich, otworzy acuch kresw pocztowych przez gry dla armii generaa Sucheta. Nareszcie oddziaek uwolniony zosta z tych miejsc diabelskich i otrzyma rozkaz przywrcenia komunikacji rwnie przez gerylasw przecitej -z zaogami francuskimi na poudniu, w acuchach iberyjskich za Ebrem. Prawie tedy z Valle dAran poszli na poudnie, na Lerid, dolin rzeki Segre do Mequinenzy. Tu duszy czas wrd wojsk francuskich wytchnwszy pomaszerowali now drog, ktr genera Suchet budowa wanie w celu oblenia Tortozy. Szybkimi marszami weszli w dolin rzeki Algas, a stamtd, idc wci grami, minli Monroyo. Celem ich drogi bya Morella, forteczka w grach, gdzie z dwiema secinami ludzi broni si przed zbuntowan okolic kapitan Wyganowski. Krzysztof mia przeama niemae trudnoci, nim si ku zameczkowi Morelli zbliy zdoa. Wsie, fermy, folwarki okoliczne, jak oto: Bellastar, Chiva, Rosel, Trayguerra, Tordelella, Mata, Herbes itd., byy zbuntowane i w stanie wojny. Oddziaek uaski musia si zwija jak skorpion otoczony arzewiem, eby nie ulec doszcztnemu zduszeniu przez wielkie siy. Prawie tedy nie sypiali w cigym marszu. Od miejsca do miejsca lecieli zazwyczaj galopem, eby napada niespodzianie i nie da si gerylasom spostrzec, ilu ich jest naprawd.

Nareszcie, po dugich jazdach naprzd i w ty, jednego dnia o zmroku dosigli bram Morelli. Rado to bya istotna, kiedy ujrzeli si w towarzystwie dwustu piechurw znad Wisy i pod tkliw stra ich karabinw. Cedro powita Wyganowskiego jak rodzonego brata. Kapitan by jeszcze bardziej zawidy ni w Saragossie.

Twarz jego w marszach i na wietrze sczerniaa i zescha. Wydatne koci policzkw i szczk nadaway jej wyraz grozy i surowoci nieubaganej.

Umiech anielskiego uradowania, ktry na ustach zmartwychwsta na widok modego Cedry, by czym nad wyraz dziwnym i niespodzianym w tej twarzy srogiej. Podobnie w sposb niezwyky brzmia gos jego, gdy przyszo wita i rozmieszcza przybyszw. Ale za chwil ju postawa i brzmienie gosu wrciy do dawnej sztywnoci.

Kapitan Wyganowski zajmowa w zamku Morelli ma izb naron z oknami wychodzcymi we dwie strony wiata. Wida byo stamtd miasteczko u stp gry rozoone i drogi do niego prowadzce. Kapitan mia tu ko, stoliczek i dwa krzesa. Kaza zaraz wnie do tej izby drug pociel i zacz goci mokosa. Krzta si po ktach przygotowujc straw, wyciera szklanki, znosi jakie przybory. Cedro przypatrywa mu si spod oka, lec na tapczanie.

Wyganowski rzek:

 Kto mi tu mwi, tfy! na psa urok, e ci w potyczce ubili. Na szczcie  kamstwo.

 Niezupenie. Byo mi trzy wierci do mierci.

 No, artuj zdrw! Wygldasz jak ko andaluzyjski, dobrze pasiony kukurydz.

 Kula mi durch przesza.

 Kula  to gupstwo. To jakby ci febryczny dreszcz przeszed.

 Nie radz takich dreszczw...

 Miaem ja je w sobie.

 Co? Dreszcze?

 Co to gada! Wiesz ty?  rzek nagle, zwracajc si twarz do suchacza  ja ju nie mog wytrzyma!

 Czego?

 Tego ycia.

 C znowu za sentymentalizm!

 Mwi jak onierz onierzowi, na honor ci niesplamiony przysigam, e mier by mi bya milsza...

 Dlaczego?

 ycie mi tu zmierzo do cna  oto dlaczego!

 Ale dlaczego?

 Nie mog wytrzyma tej suby. Nie mog! Zarzno mi to, zadusio. Ja nie po to do wojska poszed, eby hiszpaskich chopw ywcem pali, wsie cae z babami i dziemi do nogi wytraca, miasta umierza ogniem i mieczem. Szczerze ci mwi, e dusz jestem po ich stronie.

 To le!

 Tote dwa lata temu zadaem dymisji. Jak posza moja proba, tak do tej pory nie wraca. Cesarz wojuje w Austrii, siedzi w Paryu, a dla mnie abszytu jak nie ma, tak nie ma. Tymczasem musz przeciw sumieniu, przeciw wasnemu paaszowi suy. Bij si z samym sob, wojuj ze swoim wasnym rozumem. Sto tysicy razy szedem olep na zginienie, eby raz nie by ju podym ludzkim pachokiem... To mi omija! Teraz ju duej nie mog!

 Czy kapitan chcesz wraca do kraju?

Wyganowski prdko przekn powietrze.

 Czy ja do kraju?... Tak, ja... do kraju...  wyszepta suchymi wargami.

Wszed oficer subowy z raportem o rozmieszczeniu w zamku koni uaskich. Wyganowski rozmawia z nim ju gosem tak ostrym, nieubaganym i twardym, jakby to innego czowieka by dwik mowy. Po zaatwieniu formalnoci i wyjciu oficera wrci do poprzedniego wtku:

 Spade mi jak z nieba! Sam nawet nie wiesz, jak wielk mgby mi odda usug.

 Jestem gotw do kadej.

 Ba! Jeli si zdarzy, e pjdziesz std w stron waciw. Jaka jest dalsza twoja marszruta?

 Mam przej drog do Tortozy, da wie o tobie i innych po drodze zaogach. Potem wracam do Saragossy i do puku.

 Do Tortozy, do sztabu Sucheta!...  woa z radoci Wyganowski.

 O c idzie?

 Bracie! Przecie tam moe by dla mnie od dawien dawna dymisja i ley w jakiej kancelarii. Komunikacje nasze z Francj byy tak dugo zerwane... Mwie, e kresy pocztowe zostay dziki twoim staraniom nawizane... Moe wanie nadesza.

 W takim razie ruszam jutro.

Wyganowski rozpostar ramiona i zamia si w gos jak dziecko. Ale za chwil by ju sob.

 artujesz, braciszku! Gdziebym ci mg std puci bez wypoczynku.

 Jutro jad. Byem si dzi wyspa z onierzami. Konie wytchn...

Mwi to ju prawie we nie pogrony, cho widzia jeszcze Wyganowskiego twarz blad. Spa jak koda a do poudnia nastpnego dnia. Obudzi go straszliwy upa lipcowy, buchajcy do izby oknami. Cedro siad na posaniu rzeki i zdrw, silny rzeczywicie jak andaluzyjski rumak. Z rozkosz myla o przygodach, ktre go czekaj jutro, pojutrze, nim si do Tortozy przedosta potrafi. Wszed Wyganowski. Ju we drzwiach mwi:

 No, ale ten twj Gajko! Ja bym go, szelm, pierwszego przypieka kaza. Jeeli to prawda, co on tam moim Wickom rozpowiada...

 C takiego?  mia si Krzysztof.

 Wyszedem na lustracj zamku i zastaem ju wszystkich przy butlach. Pyszne rzeczy, bo nie oni jego, lecz on ich podejmuje: ma ze sob przednie wino.

 O, to wiadomo...

 Min ma jak byk przeznaczony na aren w Burgos. Takiego kwiatka juem dawno midzy naszymi nie widzia. Siedzi sam wrd moich piechurw, ssie dym z cybucha, kiedy niekiedy pocigajc tgie yki z kubka, a waciwie z pkwarcia. Gdy zaczyna mwi, dym cedzi mu si przez wiechy wsw i okra czerwony nochal. A zakwit mu rnobarwnie na drogich winach  ani sowa.

 ycie mi uratowa.  Gdzie?

 Pod Burviedro. Bybym stratowany na mier. Konia mojego zapa w biegu, gdym przestrzelony zlecia z sioda...  Przeklte wszystkie te bitwy, te wsie i miasta!  krzykn

Wyganowski chodzc po izbie.  Albo to i ja nie mam pod swoj komend zbirw, siepaczw, mordercw, a przecie ich szczdz i ceni, bo ci najlepiej umiej... Najpewniej ci wanie wywiod z nieszczcia w razie obskoczenia. Co my tu robimy, do pioruna! Ty dugo tu jeszcze mylisz przebywa?

 Dopki mi nie ka i gdzie indziej. To chyba jasne. Moe si przecie wojna skoczy.

 Ta wojna nigdy si nie skoczy. Jestem onierzem od tylu lat, wic wiem, jak wojn mona skoczy i kiedy. Napoleon nie cofnie przecie ora przed gerylasami, boby ca swoj saw postrada, a pobi ten lud-bajki wierutne! Przeszedem z t szpad niemao wiata, widziaem ludy walczce. Nie mona ich pobi, bo maj za sob racj i entuzjazm. To mwiem w oczy wszystkim moim zwierzchnikom, kiedym uzasadnia danie dymisji.

 Mona by z rwn susznoci dowodzi, e wcale racji nie maj.

 A to ciekawe!

 Wic tak nadzwyczajnie powinni broni Inkwizycji, nietykalnoci praw feudaw, dbr klasztornych i tej dynastii Burboskiej! To przeciwko tej samej dynastii broni si Aragon, Katalonia i Waleneja zbami i pazurami sto lat temu w wojnie o nastpstwo hiszpaskie. Jak dzi gwatem chc mie nad sob Ferdynanda VII czy Karola IV, obu Burbonw, tak wwczas na gwat chciao im si Karola, Austriaka, przeciwko Burbonom. Ciemny nard. Mymy takie idee kilkaset lat temu przeyli. Kto by si dzi u nas chcia bi z duszy za takie czy inne nastpstwo? Pomyl tylko...

 A ty si za kogo bijesz?  zadrwi krwawo kapitan. Cedro przyskoczy do niego z okrzykiem:

 Ja si bij z duszy za kraj!

 No, powiadaje sobie w dalszym cigu t dewiz przed sob i Panem Bogiem. Ja ju nie chc. Ja id.

Po chwili mwi z wypiekami na twarzy:

 Taki plan uknuem dzisiejszej nocy. Kiedy std bdziesz ze swymi ludmi wychodzi, dam ci przewodnika, Hiszpana. Zrobi mu si mundur podobny do waszego, eby go za nie poznali rodacy. Dam mu swego konia. Powiedzie was pewnym, najbliszym i zupenie bezpiecznym szlakiem do Tortozy.

 C to za czowiek? eby mi tylko nie sprzeda za jakie srebrniki. Bom widzia ju takich midzy nimi, co si to Francuzw trzymaj dla zysku, ale zarazem i od swoich radzi bior.

 Czowiek najpewniejszy! Gow ci za niego rcz. Dowiadczyem jego wiernoci w stu okazjach. Hiszpan to prawdziwy, ale szaawia i wolnomylnik. Std ma pasj do Francuzw. Wierzy, e z pomoc francusk prdzej w kraju zakwitn urzdzenia nowoczesne. Nie myl, eby to by patny zdrajca. Mwi, e to Hiszpan, ale ma kultur wysz, wic go fanatyzm chopw, mnichw i przemytnikw nie zadowala. Dowiadczy ode mnie wielekro dobrodziejstw. Niejedno ycie ode mnie wyprosi. Caym miasteczkom, caym wsiom na jego sowo przepuszczaem. Chce mi si teraz wielk przysug odwdziczy. Dasz mu w rk dymisj, jeli nadesza  i nic wicej. On mi j przyniesie.

Mwic to wspar rce na ramionach Cedry i umiecha si z gbi duszy.

 Dobrze  powiedzia Krzysztof  speni to wszystko. A jake mylisz std si wydosta? Bo sam jeden nie wyjdziesz, a oddzia, ile wiem, musi tu jeszcze dugo wartowa, a do rozkazu.

 Tak, a do rozkazu. Ten sam czowiek, don Jos, wywiedzie i mnie. Ma on ju dla nas obudwu przygotowane paszporty od generaw hiszpaskich, Villacampy i Barsoncourta, na przejcie do Tortozy. Zwierzyem mu si z caej duszy swojej. Poj mi jak brat rodzony.

 Ha, skoro tak, to dawaj go ywo. Dzi na noc id.

 Co znowu?  wzdraga si Wyganowski obudnie.

 Chc i ja by co wart w twoich oczach. Dobrzem si swego czasu przespa u Panien Jerozolimskich pod stra tej szpady.

 Chod ze mn do kraju...  zagadn cicho Wyganowski.

 Nigdy! Woaj tego czowieka.

Kapitan skin gow i wyszed. Cedro uda si do swoich ludzi z rozkazami:

 Konie tgo pa, zbroje trzyma w pogotowiu, o zmroku marsz  marsz!

Westchnli jeno pospnie i  bywaj! do koni.

Nad wieczorem tego dnia zjawi si Hiszpan. By wysoki, zwinny i silny. Mwi niele po francusku. Cedro wszcz z nim rozmow i bada go pilnie oczyma. Nie ufajc sobie powid go do Gajkosia i po polsku powiedzia wachmistrzowi, kto to jest i co ma za misj. Gajko go "uwaa" spod oka, nim pocz rozmawia. Nie przyszed jednak do zych wnioskw. Rzek tylko, e chop musi by sielny, wic go trza mie midzy komi i na oku.

Don Jos wdzia mundur jednego z uanw, a tamten zosta w ubiorze stajennym. Ciemnym wieczorem ruszyli za bram. Na odjezdnym Wyganowski prosi na wszystko Krzysztofa, eby na czeka w Tortozie, jeli dymisja nadesza. Cedro przyrzek.


 Dmisja
Kilka dni ju Krzysztof oczekiwa w Tortozie na przybycie Wyganowskiego. Dymisja, ktra leaa w kancelarii generaa Chopickiego, wrczona zostaa Hiszpanowi, a ten, przebrany w ludowe suknie, ponis j natychmiast do Morelli. Cedro pod rnymi pozorami, jak leczenie koni, reparacje siode itd., przedua swj pobyt w okopach generaa Sucheta. Ale dzie naznaczony mu do wymarszu zblia si szybko. Z wyyn La Roqueta wida byo miasteczko Tortoz rozoone na samym brzegu rzeki Ebro. Tu za nim cign si acuch gr skalistych, jaowych i wysokich. W pobliu klasztoru jezuitw, gdzie sta batalion trzeci polski i batalion puku sto pitnastego, wida byo szace francuskie otaczajce miasto. Dokoa rozciga si pas nieuytkw, z ktrym dziwnie harmonizowa widok zamku w rodku miasta, widok silnie obmurowanego fortu de la Tenexas oraz bram: Mostowej, del Rastro i pospnych bastionw: witego Jana, witego Krzya, karmelickiego itd. Daleko na wschd wysuwa si stary fort dOrleans. W tamtej stronie za rzek stay dwa bataliony polskie puku drugiego, dokd powinien by by skierowa swe kroki Wyganowski dla zameldowania si po przybyciu. Tote Cedro codziennie jedzi w t stron, wymijajc paralele idce ze wschodu po obudwu stronach rzeki. Pitego dnia pobytu swego pod Tortoz, z rana, kiedy spa w kwaterze polnej przyjaciela Rybatowskiego na La Roqueta, zbudzono go nagle wieci, e Wyganowski przyby. Cedro porwa si z pocieli i co prdzej pocz wdziewa odzienie. Ale ten, co mu wiadomo przynis, dorzuci:

 Przyby kapitan Wyganowski, ale go kto pod obozem drugiego puku zamordowa.

Krzysztof skoczy jak pchnity noem. Oniemia. Upad na posanie swe i lea bez ruchu, suchajc rozmw, przypuszcze, wnioskw.

Nierycho, jak przez sen, woy mundur, przypasa szabl, zarzuci paszcz i pojecha za Ebro. W pobliu obozu puku drugiego zobaczy kilku onierzy wrd pola. Po wzgrkach wieszay si tutaj zarola agawy i dzikie krzewy krpli. W dali stay nagie, spkane gry. Ju si upa sierpniowego dnia zacz. Soce przepalao na wskro te piaski nadrzecza, ogniem trawio usychajce pod skaami roliny. Na byszczcym piasku lea nagi zupenie Wyganowskiego trup.

Gdy Cedro skoczy z konia i przypad ku niemu, ujrza dwa ciosy sztyletu czy noa, zadane w serce na wylot, rk nieomyln. Morderca zdar z ofiary swojej suknie hiszpaskie i rzuci je niedaleko midzy krzewy. Czyni to w takim widocznie popiechu, e cignwszy koszul przez gow zostawi rce trupa wyprostowane w gr. Te nagie rce, bezbronne i bezsilne, cinite, rwnolegle jedna do drugiej wzdu gowy, zday si woa na Krzysztofa z ziemi. Roje moskitw, much i drobnych, ledwie widzialnych robaczkw szarozielonych z brzkiem kryy ju nad zwokami, wpijay si w zasch krew rany. Soce pomienne ju wydobywa zaczo z trupa wo mierci.

Ten i w z wiarusw zakopci fajk i splun. Pomedytowali, pogwarzyli o dziwnym zdarzeniu i odeszli. Cedro zosta sam. Przy gowie zmarego lea gaz. Uan siad na nim, okcie spar na kolanach, gow na doniach i patrza w twarz przyjaciela. Czasami jego oczy wasay si to tu, to tam. Wyschy piach, sypki i lotny, przepalony na okie, zdeptany obcasami ng, ktre si pr꿹 miertelnie. Tu walczyli ze sob. Tu go napad niespodzianie. Tu mu cios zada. Tu go wlk, eby pohabi przed oczyma caego wojska. Tu z niego zdziera szmaty pokoju...

 Don Jos...  wyszeptay usta.

Serce zaomotao jak jastrzb zgodzony i straszliwy. Gniew pogna krew. Ale z wolna j uciszya gorycz myli. Zamkno si serce i dusza znowu stana przed obliczem tego trupa.

Niewymowny upa przepala ciao, e byo gorce jak w piasek pod stopami. Trup cuchn.

Krzysztof wsta i wielkimi kroki poszed w stron obozowiska puku drugiego. Stanwszy tam, znalaz bataliony szykujce si do bitwy. Wyszed przed front i gromkim gosem zwrci si do oficerw i onierzy, eby pomcili mier towarzysza i eby poszli pogrze jego nagi trup. Woa:

 Ju go soce re, onierze, ju go porwao w pazury. Ley sam jeden przed wami wszystkimi, a nad nim soce niezbagane. Nie zlituje si nad nim soce i ognia swego nie przygasi. Piach pod nim ponie od aru. Krew si ju wzdyma i skr rozsadza. Komar i mucha ssie jego krew sprawiedliw. Idcie mu d wykopa, onierzowi  onierze! Cze mu bratni oddajcie!

Z szeregw odpowiedzia mu gos:

 Cze mu sam oddaj. I d mu sam wykop. Ju on nie onierz i nie towarzysz. Przypatrz si dobrze. Caymi batalionami idziemy w bitw tej godziny, a on dla siebie jednego zwolnienie wyprosi. Sprawiedliwie mu uczyni los! Niechaj gnije pode skwarem.

Uderzyy bbny. Bataliony, wykrciwszy si sekcjami w prawo, twardym krokiem poszy wraz w kierunku fortu orleaskiego. Wida byo wielki ich elazny szyk, bysk karabinw. Wkrtce ich py drogi i kurzawa dymu zasonia.

Krzysztof wrci do przyjaciela. Wycign z pochwy szabl sw i koniec jej twardo zanurzy w gboko rany zadanej sztyletem. Siad na kamieniu i gada do trupa:

 Taki to jest nasz Roncevalles, towarzyszu...

Nadszed czas, e wsta z miejsca i pocz wygrzebywa w lotnym piasku d grobowy. Zrazu nagimi rkoma, potem znalezionym uamkiem czerepa granatu. Tgo si zgrza, dobrze spracowa, nim nad wieczorem wybra d na chopa. Zoy tam zwoki. Wycignite rce skrzyowa na piersiach. Zasypa towarzysza gorc hiszpask ziemi, piewajc sobie i jemu pie poegnaln, pie bez wyrazw, pie samotn.


 Dom
W urzdzie regentowskim kieleckim od dawien dawna lea zoony testament szlachcica Nardzewskiego. Wedug brzmienia tego aktu dziedzic Wyrw cae ruchome i nieruchome mienie swoje zapisywa na wasno siostrzecowi swemu, Olbromskiemu.

Skoczya si wojna krajowa roku dziewitego i uan, w mizernym stopniu porucznika, mia z Krakowa powraca na lee ze swym pukiem. Alici kolega Jarzymski, ktry w Kieleckiem jakimi dobrami administrowa, zetknwszy si z nim obwieci mu radosn nowin. Rafa co prdzej wzi z wojska dymisj i popieszy do Kielc. Urzdowe otwarcie testamentu zicio wszystkie jego nadzieje. By samowadnym dziedzicem. Wiedzia o tym wprawdzie, e z folwarku zostaa tylko ziemia nie zaorana i trocha potw, e chopi uwolnieni z paszczyzny nie podtrzymaj ju teraz najmizerniejszego bytu... Mimo to ochotnie popieszy na miejsce. A gdy raz wkroczy w te gry, to ju i zosta.

W tym czasie do Tarnin sprowadzi si m Zofki i apczywie obj gospodarstwo, niby to chwilowo, niby to dla ulenia staremu. Rafa przeczuwa, e tylko ze srogimi walkami mgby now rodzin z Tarnin wysadzi. Tote usiowa wydoby jedynie stamtd co mona i nie kwapi si do domu.

W Wyrwach pocztkowo mieszka w czworaku, ktry po drugiej stronie sadzawki ocala z austriackiej poogi. Wyporzdzi sobie w kocu tego domostwa stancyjk i dwie zimy przepdzi w niej znonie. Wszystek teraz poszed w mylistwo. Strzelec Kacper i Michcik, ktrego z wojska do Wyrw zabra, stanowili dwr: Kacper jako strzelec, a Michcik jako kucharz, szatny i doradca. W rok po osiedleniu si ju Rafa wznis stodoy o murowanych supach, gontem kryte, wysokie, odbudowa stajnie, obory i do porzdku przywid pichlerz. Nastpnego roku ufundowa now grobl z upustem na palach bitych i odrestaurowa myn, a wreszcie od wiosny trzeciego roku budowa dla siebie dom.

Dom by z modrzewia i wielkiej jody. Od dawna wszystek sprzaj zwozi zimow por z ysicy, Bukowej i Strawczanej gry olbrzymie tramy modrzewia, buku i jody.

Obrobione z nich przyciesi i belki schy w porze letniej pod osobn wystaw. Z Klonowa zwieziono jdrne gonty, w Bodzentynie stolarz dopasowywa ju okna i drzwi. Przez cae lato sycha byo oskot siekier, a ju w lipcu zrb dworu z wizaniem belek, krokwi i at bieli si na okolic. Rafa przey dusz cae to budowanie. Sam kade z drzew, czasu wypraw myliwskich, obejrza i wybra na grach. By przy ciganiu go z wyyny na chopskich barkach, przy zwoeniu pod wystaw na rozworach. By przy rozpataniu kadej belki, przy oddzieleniu pnocnej jej czci od twardzizny poudniowej, kady cios topora widzia, kady sk, rdze i wypa pomaca rk. Cae dni wiosny i pocztku lata przepdza wrd traczw i cielw. Przywyk do tego, eby mu si nogi pltay w mikkich i cienkich wstkach heblowin, eby ucho chwytao szelest odciosanego toporem oszastu, lisk melodi hebla, dzwonienie duta w jdro rdzenia modrzewiowego. Nie byo przyciesi, ktrej by nie zbada do cna rachunkiem, okiem i rk. Gdy ciany z niezmiernych pniw wyrastay, cieszy si jak dziecko. Nowe ycie zakada tu sobie, mocne ciany na kamiennym murowaniu fundowa, zwiera zrb mocnymi belkami i niewzruszonym stragarzem na moc, na si przeciwko wiatrowi i wszystkiej burzy. Sam rok i napis na tym stragarzu wyduba. Nareszcie wyniosy dach z kupy rozrzuconych gontw i at zacz wyrasta. Jednoczenie z t budow domu prowadzony by forsownie karczunek nieuytkw, wydzieranie jaowcw i wynoszenie kamieni. Co z de brata Piotra, nie tyle dziaaniem przykadu na rozum i wol, ile moc niewiadomego dziedzictwa, przylgno do modego rolnika. Od wczesnej wiosny do pnej jesieni kurzyy si w obszarach tak zwanych odpadkw, po zboczach grskich, kupy wydartego z ziemi jaowcu, ktry palono wraz z pniakami jode. Oswobodzeni z niewoli, ale ubodzy zarobnicy darli z ziemi korzenie wielkich pniakw po wierkach, jodach i bukach, ktre tam niegdy szumiay. Wielkie wykroty, obwieszone kamieniami kwarcu oplecionymi przez niezliczone korzenie, sterczay na kadej szerokoci. Doy pod nimi zawalano ziemi i rwnano pracowicie. Dzieci i wyrostki zbieray niezliczone masy kamienia i wynosiy na przydrone kamionki. Gleba tam bya kamienista. Okrgy, siwy, twardy gaz lea nie tylko na powierzchni, ale i pod cienk warstw ziemi rodzajnej, ktr okrywaa trawa, mech, kwiatek leny. ysy jego czerep wyglda z gruntu, gdziekolwiek rzuci byo okiem, gdzie stpn nog. Kiedy poruszono gleb falist po wykrotach, stargan kilofami w gry i doy, kamienie zdaway si wyazi gronami, wyuskiwa si jak orzechy, rodzi w oczach i mnoy jak niezliczony owad. Pug, puszczony pierwszy raz w nowin, zgrzyta, skwiercza, wi si i prawdziwie walczy. Rwa korzenie, przecina nadgnie kije i rozrywa odwieczne legowiska gazw. Pierwsze skiby byy krzywe, tam pytkie, tu sigajce za gboko, a do podgleby skalistej, rzucane w prawo i lewo. Ziemia nie dawaa swego dziewictwa za darmo. Trzeba byo rozedrze jej zros calizn, wyrwa tysiczne spojenia, rozpata yy, wyora oporny kamie i z niemaym blem krzya odnie daleko.

Nadeszo lato dwunastego roku.

Rafa w tym czasie, po zciu yta, ku kocowi lipca, najusilniej karczowa nowin. Jeszcze stay powiejcymi pasami owsy po polach. By po starym lesie wielki szmat ziemi, otaczajcy szerokim ramieniem rozd k, przez ktre pyna rzeka. Niwa ta suya a dotd za pastwisko. Wyrosy ju na dawnych porbach nowe chrusty i mody lasanek, przewanie liciasty. Obok pniaka citego wysoko, ktry oblaz z kory, zbiela jak ko, stwardnia i wysech, mona tam byo spotka gaje leszczynowe, zwarte ostpy grabiny z buczyn, mode dbki lnice jak spasione rebce, najcudniejsze. gstwiny icie dzikich krzeww, kolczastych tarnin, ktre w drzewa porosy, tgich sumakw, dzikich gruszek, gogw i jeyn. W dawnych, zarosych wykrotach, gdzie teraz gniedzia si wilgo najduej, powystrzelay olbrzymie odygi kwiatw, dudy opianw, niezdobyte barykady dzikich malin i wielkich ostw. Cay w "stary las" kopci si teraz od ognisk, przyduszanych nowymi wci warstwami gazi, badylw, pniakw i korzeni. Ludzie w chodku, przejtym od drobnego ddu, pracowali chtnie i ywo. Kady rad by bra udzia w tym dziwowisku, jakie mia przed oczyma. Nie bdzie ju starego lasu! Ju po poziomki, po czarn jagod, maliny, dziady, orzechy nie pjdziesz w stary las, nie bj si!

Rafa zakada sobie wiele na uprawie tego anu. Mia zamiar sia z wiosn owies i pa nim stadnin, ktr w myli stale powiksza. Wanie siedzc na pniaku mi z maej, glinianej fajeczki tiutun i rozmyla o przyszym stadzie. Z lekka przemk od konierza i plecw, wic si zagrzewa fajeczk, wesoymi mylami i skurczeniem postawy. Dymy z ognisk wasay si przez pola ju przetrzebione i niosy wo jaowcow po pierwszych skibach. Michcik, pracujcy w pobliu na rwni z najemnikami, odchrzkn, wyprostowa si... Co mamrota.

 Co gadasz?  spyta porucznik nie wypuszczajc z zbw fajeczki.

 Melduj...

 C meldujesz, stary Austriaku?.

 Me.., melduj... jako go je... jedzie.

 Wcieke si czy co? Do mnie go jedzie?

 Wida ano, e z gry go jedzie...

 Prawda! Kto jedzie. Bryka w trzy konie...

 Bryka nie... nietutejsza... Bryka jak si patrzy... kra-kra-kowska...

 Prawda! Bryka krakowska. Konie wspaniae...

Z gry, po wertepach drogi, po wybojach i kamieniach, ostronie zjeda zaprzg solidny. Z dala wida byo, e wysoko schlastany jest botem. Para rosych koni sza w dyszlu. Trzeci na przyprzk podreptywa luno. W siedzeniu owinity w burk jecha podrny. Rafa nie spuszcza go z oka. W pewnej chwili zakrzykn:

 Eje, Michcik, eje! Czy to tylko nie pan Cedro do nas jedzie?

 Nie mog odpowiedzie, jako em nigdy takiego pana Cedra na oczy nie uwiadczy.

 Eje, Michcik!

Zbliya si bryka o staje, o dwa. Rafa stan na pniaku. Podrny ujrzawszy go przyoy szka do oczu. Ju teraz Olbromski nie wtpi. Jake nie huknie ku niemu z caej piersi:  Krzysztof! Krzysztof!

Podbiegli ku sobie i padli wzajem w ramiona bez sw.

Za chwil Rafa siedzia z przyjacielem na bryce, zdajc do dworu w Wyrwach. Michcikowi kaza wle na kozie. Nie mg si napatrzy na Cedr, ktry z wysmukego modziana sta si mczyzn muskularnym, o bujnym wsie zadartym w gr, o ruchach porywczych, onierskich. Zaledwie z miejsca ruszyli, Rafa zacz pyta:

 Skde w tej chwili jedziesz, braciszku?

 Z domu.

 A dawno wrci?

 Ju w marcu puk nasz przelaz przez Pirenejskie Gry. Z Francji wyprzedziem go dyliansem...

 Kiedye do Olszyny przyby?

 Dopiero w czerwcu.

 Przez cay czas przy ojcu bye?

 A do tej chwili. Ledwiem si oto wydar.

 Ale waacha masz, niech go pioruny! C za ko!  nie mg Rafa powstrzyma okrzyku, patrzc na rebca idcego przy koniach na przyprzk.

 Iberyjczyk... a jeszcze w Olszynie go pali  skromnie wtrci Cedro.

 Ale ko!

 Musiaem dobrego konia wzi na tak wielk wypraw.

 Na jak to znowu wielk wypraw?

Krzysztof popatrza na niego z ukosa i rzek:

 Na wielk wojn.

 A no tak, rozumie si...  poprawi si Rafa.  Ja bo siedz tak na uboczu...

 Rzeczywicie, tak si zaszye, em ledwo si dopyta.

 To ty idziesz znowu?

 Kpisz, bracie, czy o drog pytasz? Ju w kocu czerwca nasz pity korpus przeszed granic.

 O niczym nie wiem. Siedz tu, mwi ci, za grami, za lasami, ludzi prawie nie widz... skde mam?...

 Tote po ciebie umylnie zajechaem. Potniem zboczy z radomskiego traktu.

 Bardzo... bardzo si ciesz...  nieszczerze mrucza Olbromski.  A jake mylisz dalej? kiedy i dokd cign?

 Jutro, rozumie si, w kierunku Puaw na Lublin. Nasze wojska, jakem si w Kielcach dowiedzia, poszy z Serocka, z Putuska na om i Augustw pod Mir. Ale gdzie nasz puk sidmy by moe, ani wiem. Ty si dzi zbierzesz?

 Ja?!  krzykn Rafa.  Czy oszala? Patrzaje, co ja tu mam do roboty! Dom stawiam!

 Dom stawiasz! -wybuchn Cedro miechem tak wesoym i hucznym, e Rafaa a zo wzia. Zarazem jednak wstyd go ogarn.

 No, c ty mylisz!  zaperzy si.  Objem ziemi, musz si raz wreszcie j pracy. Wiecznie bd bki zbija?

 Pracy si imasz, kiedy na wielk wojn wszyscy idziemy?

Siedmdziesit tysicy naszych wyruszyo...

Olbromski mao nie paka. Naraz go obj al niewysowiony tych nowin, pl, potw... Spojrza na dom bielejcy w oddali midzy rozoystymi drzewami...

 Kiedy to ty chcesz jecha?  zawoa.

 Jak si tylko zbierzesz. Choby jutro.

 Kiedy ja si zbior!... Ale ja nie mam...

 Czego nie masz?

 Koni...  mrukn wymijajco.

 Mona by wzi Samo... Samosika...  wmiesza si do rozmowy Michcik czynic na kole foremny pzwrot w ty.

 Milcz, gupi! Sobie bierz Samosika.

 Wedug... wedug rozkazu.

 Kt to jest? Twj koniuszy?  spyta Cedro.

 To jest taki Michcik, jeszcze brata Piotra famulus.

 To Michcik...  rzek Cedro z uszanowaniem.  Syszaem o tobie, bracie, duo dobrego...  zwrci si do onierza.  Pjdziesz i ty na wojn?

 Skoro panicz...

 A ce to w tych czasach porabia?

 W austriackich glidach przeciwko nam suy!  wtrci Rafa, przejty nag zoci do Michcika.

 Do diaba!  mrukn Cedro.

 Dopraszam si aski pana porucznika... -pocz bekota onierz  sze razy dezer... dezerto... Kije braem trzy razy, w kajdanach... pod sdem bywaem... Nie udao mi si do swoich dosta.

 Przeszed na polsk stron dopiero pod Sandomierzem... -doda Olbromski. -Teraz u mnie na folwarku burmistrzuje.

 To, Michcik, i strony swoje zdradzi dla tego panicza?

 Trza byo, bo karczunku tu duo, a pan mody.  No, i podoba ci si w tych grach?

 Niczego. Miejsce dosy wesoe, ino...

 Ino co?

 Ino piachu. jak si patrzy, mao.

 Piachu mao?

 Kamienia duo, a piachu, po prawdzie, mao.

 Wic ze mn na wielk wojn obaj idziecie! _ rzek nage Cedro zmieniajc -przedmiot rozmowy.  Wielka to bdzie wojna. Wojna nad wojnami.

 Juci ja, wedug rozkazu pana porucznika... Jako e i Samosika... pan mi przyobieca pod siodo...

Rafa milcza pospnie. W pewnej chwili rzek nie patrzc na towarzysza:

 Id i ja... do pioruna!

Ju dom by blisko. Ledwie wysiedli, udali si zaraz do stajni oglda konie i wybiera dla Rafaa wierzchowca.


 Sowo honoru
W okolicach Orszy w poowie sierpnia korpus pod rozkazami ksicia Jzefa Poniatowskiego zczy si z wielk armi.

Tam odbya si rewia powszechna. Cedro i Rafa Olbromski spodziewali si ujrze Cesarza. Ujrzeli go te w samej rzeczy. We mgle wietrznego ranka dostrzegli stojcego nieruchomie daleko, daleko, na urwistym brzegu. Za nim byszcza barwami mundurw sztab i wyprone, poyskliwe gwardie konne. Wojska defilujce rwnin w dole, ujrzawszy szar kapot i trjgraniasty kapelusz bez ozdb, wznosiy jednolite okrzyki, podobne do salw dziaobitni. Mijay puki francuskie, holenderskie, woskie, niemieckie, polskie... Wszystkie oczy skierowane byy na ow nisk, krp posta szarego czowieka z ramionami wzniesionymi ku grze. Krzysztof Cedro nie spuszcza z niego wlepionych oczu. Widzia oto speniony na jawie swojego ycia wielki sen. Dotrzyma Cesarz sowa honoru, danego pod Madrytem najsabszemu ze swych onierzy, konajcemu w polu kalece. Dla tego jednego sowa wielkie puki zczy, umundurowa, wyywi i poruszy. Sprzg ze sob obce narody... Cofn si sztab. Podano buanego araba. Cesarz siad na i zjecha ze wzgrza. Gwardie szy przed nim, wita za nim, i znowu gwardie. Puki defilujce zatrzymay si na rwninie, wycigny w linie, kwadraty, podune kolumny. Jecha wolno przed wyprostowanymi frontami, wiodc oczyma po liniach ludzkich jakoby po nasypach martwej ziemi, po palisadach z drzewa, po rowach z kamienia. Twarz jego bya zimna i obojtnie ponura jak zom gazu. Spojrzenie oczu mijao twarze po twarzach, szo po spojrzeniach tysicy jako po martwym szlaku. Oczy straszliwe, w ktrych gromady ludzkie przyuczone zostay widzie jeno rado i gniew, byy w tej chwili nijakie, obojtne, zasonione olbrzymioci myli dalekich.

Rka pocigna cugle konia i jaki rozkaz pad z ust. Wstrzyma si Cesarz. Podnis oczy. Patrzy w puk. Widzi kad twarz, przechodzi kolejno jedn po drugiej. Spotka wlepione w siebie oczy Krzysztofa Cedry, oczy skamieniae z onierskiej wiernoci, oczy przysige. Przez chwil co zamigotao w twardych renicach cesarskich jak daleki bysk w burej, bezlicej, bezksztatnej chmurze. Wspomnienie stao si jasnym widzeniem rzeczywistoci. Przelotny, psmutny umiech spyn po granitowym obliczu...
