Semantyka a gramatyka
Nauka o znaczeniu w obrębie nauki o języku 

Przystępując do omówienia zjawisk, będących przedmiotem semantyki czyli nauki o znaczeniu tworów językowych, wypada zacząć od ogólnych rozważań na jej temat, i to w związku z pojęciem i składem gramatyki. Sprawa wchodzi bowiem bardzo głęboko w pojęcie, stan, zadania i układ całej nauki o języku i nie można jej pominąć, zwłaszcza że inaczej trudno zrozumieć, dlaczego dotychczas semantyka ma pewniejszy tytuł niż treść samą. Żeby jednak nie rozrywać ciągu mych artykułów o zjawiskach językowych i nie rozsadzać ich treści, daję to, co można uważać za wstęp do omówienia zjawisk semantycznych, osobno. 
Od końca XIX wieku podjęto z różnych stron energiczne usiłowania, aby głębiej wniknąć w istotę zjawisk językowych, i to nie tylko w ich rozwój, przeorażanie się czyli ewolucję, ale także w ich aktualną rolę, funkcję i znaczenie. Te usiłowania, aby zdać sobie lepiej niż dotychczas sprawę z przedmiotu badania, z dotyczących pojęć i celów, i żeby, w ślad za tym, wydobyć ogólne prawa językowe, przybrały oczywiście po części postać walki z panującymi dotąd zapatrywaniami i sposobami przedstawienia. Nic zatem dziwnego, że rozgorzała też walka i robią się wysiłki, aby odwieczną skorupę tradycyjnej gramatyki, w XIX wieku nieco odnowioną, rozbić i zastąpić nową, stosowniejszą formą. Burzenie rozpoczęto z kilku stron i, o ile przynajmniej mowa o gramatyce naukowej, można powiedzieć, że stara budowa jako całość leży już prawie w gruzach. Ale nowej jeszcze nie ma; ba, nie ma jeszcze ustalonego i powszechnie przyjętego projektu, jest dopiero, żeby się tak wyrazić, wystawa projektów, a raczej pomysłów do projektów. Sądzę też, że dzisiaj jeszcze mało kto zdaje sobie sprawę z tego, do jakiego stopnia musi się zmienić stara, a jak będzie wyglądać nowa postać gramatyki. W ogóle najlepiej by było i samą nazwę gramatyki pozostawić na wyłączną własność praktycznym podręcznikom, zwykłym zbiorom wzorów odmiany itd. 
W samym niejako środku tej wytężonej, nawet gorączkowej pracy stoi sprawa semantyki. Mówiąc z ręką na sercu, trzeba przede wszystkim bez ogródek wyznać, że semantyki naprawdę dotąd nie ma. To, co powiedziałem w r. 1903 we wstępie do pracy «Semazjologia czyli nauka o rozwoju znaczeń wyrazów. jej stan obecny zasady i zadania", że wprawdzie się dużo mówi i pisze o semantyce, ale że jej samej jak nie ma tak nie ma, można i dzisiaj powtórzyć. Przybyło od tego czasu wiele prac, ogólnych i szczegółowych zajmujących się zagadnieniami znaczeniowymi, ale semantyka w postaci ogólnie uznanej dotąd się nie wytworzyła. Ten dział jest ciągle prawdziwym utrapieniem językoznawców, a zwłaszcza gramatyków to jest tych biedaków, co chcą lub muszą pisać podręczniki gramatyki, które by były ostatnim wyrazem nauki, no a także mody i elegancij. 
Wiadomo, że są od dawna mniej lub więcej ustalone działy: głosownia czyli fonetyka, odmiana czyli fleksja, słowotwórstwo i składnia czyli syntaksa; wiadomo, ż te działy wyglądają inaczej w gramatykach praktycznych, a inaczej w naukowych, inaczej w opisowych, a inaczej w historycznych, itp.; wiadomo, że obecnie wygląd i układ tych działów są już mocno zachwiane, ale ostatecznie trwa jeszcze ciągle ich postać tradycyjna i używa się jej w braku lepszej. Ale o ile chodzi o semantykę, to równie dobrze wiadomo, że dotąd w ogóle nie było i nie ma jakiegoś ustalonego jej planu i że gramatyki tego działu zazwyczaj wcale nie zawierają. Mamy wprawdzie kilka książek mieniących się semantykai ogólnymi, mamy mniej lub więcej obszerne rozdziały; poświęcone tym zjawiskom w ogólnych dziełach o języku; jest cały szereg rozpraw i książek, poświęconych szczegółowym dziedzinom i zagadnieniom semantycznym oraz ich teorii i systematyce; co więcej, jest kilka wielkich, najnowszych «gramatyk» z osobnym działem, zatytułowanym «nauka o znaczeniu», a nawet w szkolnych podręcznikach spotykamy coraz częściej ustępy o znaczeniu wyrazów. Ale cóż z tego! Wszystko to są dopiero śmiałe lub nieśmiałe próby, a tak bardzo różnorodne, że na razie zwiększają zamieszanie, tym więcej, że przeważnie łączą się z próbami nowego układu czy to gramatyki, czy to nauki o języku w ogóle. 
Może najlepiej będzie przypatrzyć się przede wszystkim paru takim próbom. 
Postawmy na czele, jako najłatwiejszą do oceny, wielką gramatykę francuską duńskiego lingwisty Nyropa: Grammaire historique de la langue frar:aise, która na pozór rozwiązała zadanie, bo na pięć tomów całości jeden, czwarty l, jest poświęcony semantyce, która w ten sposób już zewnętrznie, rozmiarami swymi, staje 'równorzędnie obok głosowni, odmiany, słowotwórstwa i składni. Ale óż?! Po pierwsze: podczas gdy tamte działy są rzeczywiście i niewątpliwie głosownią, odmianą i składnią specyficznie języka francuskiego, to semantyka nie jest wcale specyficznie francuską, tylko ogólną z przykładowym luateriałem francuskim, a to gruba różnica. Jest to całkiem inne nastawienie, zupełnie innego rzędu niż w stojącej obok głosowni itd. Z semantyką francuską Nyropa ma się rzecz podobnie jak z psychologią języka polskiego prof. Baudouina de Courtenay, która wcale nie jest specyficznie polską, tylko mniej lub więcej ogólną z polskimi przykładami. A po wtóre: nie ujmując wcale prof. Nyropowi zasługi, bystrości, dowcipu, wielkiego oczytania oraz daru zajmującego przedstawienia, trzeba powiedzieć, że całe ujęcie jest powierzchowne, w układzie brak jakiejś istotnej zasady podziału (z czego zresztą autor sobie zdawał sprawę), tak że ani pod względem systematyki, ani pod względem wnikania w istotę zjawisk ta ogólna semantyka z przykładami francuskimi nie może być przewodnikiem. Układ jest taki: I. Znaczenie wyrazu. I I. Zmiana znaczenia. I I I. Wartość wyrazów. IV. Zakres wyrazów. V. Metonimie. VI. Metafory. VI I. Eufemizmy. VI I I. Asymilacja. IX. Imiona własne. X. Wyraz a rzecz. . 
W szczególności: 
I. Znaczenie wyrazu: dźwięk a znaczenie; względność znaczeń; wieloznaczność; homol}irriia (tak zwana dwuznaczność); synonirrJa (bliskość semantyczna, znaczenia podobne); antonimia (znaczenia przeciwne); jednostki semantyczne; elipsa; znaczenie ukryte (tzw. les idees latentes, elementy znaczeniowe, nie wyrażone bezpośrednio). 
I I. Zmiana znaczenia: uwagi ogólne; przyczyny zmian (rzecz; ugrupowanie społeczne; nastrój psychiczny; wyraz tj. zmiany znaczenia pod wpływem związków i postaci wyrazu); szerzenie się nowych znaczeń; zmiany zewnętrzne tj. zmiany znaczenia, którym towarzyszą także zmiany w wyglądzie, odmianie, akcentacji, pisowni i td. wyrazu. 
I I I. Wartość wyrazów: wzmacnianie i słabnięcie; degradacja (pogarszanie się, podupadanie znaczeń: wyrazy oznaczające ilość, stopień, jakość itd.; nazwy zawodów, rzemiosł, zajęć itd.; tytuły zaszczytne; rozmaite wypadki); polepszenie; wyrazy obojętne. 
IV. Zakres wyrazów: uwagi ogólne; zwężanie znaczenia; rozszerzanie znaczenia; wyrazy konkretne a oderwane. V. Metonimie: uwagi ogólne; całość a część; przedmiot a jego . zawartość; materiał a rzecz zrobiona; wytwórca a wytwór; metalepsa <to co poprzedza -za to co następuje); wyrazy oderwane (nazwy czynności, jakości, uczuć, wyrazy konkretne). 
VI. Metafory: uwagi ogólne; używanie przenośni; źródła przenośni. 
VI I. Eufemizmy: uwagi wstępne; środki eufemiczne; eufemizmy abobonne (istoty wyższe, rzeczy święte, zwierzęta, choroby, śmierć); eufemizmy grzeczności (wady i kalectwa, zbrodnie, kary, bicie, różne wypadki); eufemizmy przyzwoitości (części ciała, miłość, odchody itd., choroby); fałszywe eufemizmy; eufemizm a moralność; eufemizm a gramatyka. . 
VI I I. Asymilacja: uwagi wstępne; etymologia ludowT\a; spływanie i pochłanianie; podstawianie; wpływ rymu. 
IX. Imiona własne: uwagi ogólne; nazwy (imiona) osób, narodów, miejsc. 
X. Wyraz a rzecz: przyrodzoność, przejrzystość i konwencjonalność znaczeń (wyrazy rozpatrywane jako na1wania danych rzeczy); wyrazy opisujące (tj. właściwe nazwania, dające lnniej lub więcej ścisły opis rzeczy); przebranie (deguisement: są to wyrazy nie nazywające rzeczy wprost, zatem niewłaściwe); znaczenie dosłowne a rzeczywiste (zanik znaczenia etymologicznego; rozbiór etymologiczny; znaczenie dosłowne); dysproporcja (niestosowność) i katachreza;_ niedostateczność wyra'zów; apoteoza słowa. 
Już z tego przeglądu widać, że cały układ jest przypadkowy i zewnętrzny; autor nazywa skromnie swój podział praktycznym, ale on jest raczej chaotyczny. Mnóstwo w książce ciekawego materiału, lektura łatwa i z2jmująca, ale rozjaśnienia problemu, zgłębienia zjawisk itd. nie znajdziemy. Co do całości dzieła, to poza włączeniem doń semantyki układ jego jest mniej więcej tradycyjny. 
Całkiem innym rzutem jest ogromne dzieło prof. Noreena, poświęcone językowi szwedzkiemu, ojczystemu językowi autora! Noreen łączy świadomie gramatykę szwedzką, pojętą bardzo szeroko, z nauką o języku w ogóle, traktując rozpatrywanie zjawisk językowych w ogóle jako podkład i tło, na którym się wznosi przedstawienie języka szwedzkiego. Całość jest podzielona na trzy części: fonologię, semologię i morfologię, podział całkiem naturalny i stosowny wedle Noreena, bo język jest wytworem sztuki, może być zatem rozpatrywany jak każde dzieło sztuki ze stanowiska materiału, treści i formy; materiałem są głoski, treścią (zadaniem, celem) znaczenie, formą budowa języka i wszystkie jego formy. Stosunek tych trzech działów gramatyki objaśnia N. konkretnym porównaniem, jak ten sam gmach można rozpatrywać jako kompleks materiału, cegieł itd., dalej jako kawiarnię, wreszcie jako tak a tak urządzony i wzniesiony budynek w stylu maurytańskim. 
Każdy dział gramatyki Noreena rozpada się, prócz ogólnego ufundowania i wprowadzenia, na dwie części: a) opisową (deskryptywną) i b) etymologiczną względnie historyczną. 
N. słusznie czyni nadając pojęciom i terminom morfologia i semologia (semantyka) znaczenie i rolę ogólniejsze niż dotychczas i rozumiejąc przez pierwszą nie tylko odmianę i słowotwórstwo, ale także składnię, przez drugą nie tylko historię znaczenia wyrazów, ale w ogóle znaczenie wszelkich tworów językowych, form, kategorii i powiedzeń. Toteż jego semologia wygląda całkiem inaczej niż np. semantyka Nyropa albo jakakolwiek inna semazjologia. Tylko, pytam, co znaczy w takim razie ten trzeci dział, fonologia? Jeżelt to nie jest ani morfologia, ani semlogia, to czymże ma być? Jeżeli twór głoskowy (głoska, grupa głoskowa, zgłoska, wyraz, powiedzenie) czyli fonem(a), jak go nazywa N.l, nie jest morfemem, ani sememem, jak N. nazywa znaczeniowy odpowiednik morfemu, to czymże jest w takim razie? Noreen powiada: materiałem fizycznym. Przepraszam, materiałem mowy ludzkiej jest głos i elementarne czucie. Sam N. zresztą sobie zaprzecza sprzeciwiając się np. nazywaniu głoski elementem językowym, skoro z innego stanowiska trzeba by tak nazywać także wyraz jako elementarny składnik w morfologii i «wypowiedzenie» jako element w semologii. N. przeciwstawia fonologię semologii, a morfologię nazywa najważniejszym centralnym działem gramatyki, ale ponieważ podstawą wyróżniania morfemów jest znaczenie i ponieważ N. w semologii rozpatruje znaczenie wszystkich tworów morfologicznych, przeto fonologia pozostaje de facto na zewnątrz. N. stara się zalecić swój podział i wykazać jego wyższość nad wszystkimi dotychczasowymi: «ponieważ -powiada -przyjmuję jako najmniejszą samoistną jednostke w semologii wypowiedzenie (Ausspruch) jak w mot:fologii wyraz, a w fonologii głoskę, ponieważ zatem w pewnym sensie dzielę graJnatykę na naukę o głosce, o wyrazie i o wypowiedzeniu, mogłoby się na pierwszy rzut oka zdawać, że mój podział zgadza się przynajmniej zasadniczo, ze zwykłym podziałem szkolnej gramatyki (na głosownię, naukę o wyrazie, naukę o zdaniu). Ale to się tylko tak zdaje, bo różnica jest istotna. A mianowicie: przy podziale na naukę o głoskach, wyrazach i zdaniu te trzy części zajmują się różnymi przedmiotami, to jest składnikami wyrazów, wyrazami samymi i połączeniami wyrazów; natomiast u mnie wszystkie trzy części mają z tym samym przedmiotem do czynienia, to jest z językiem jako całością, tylko rozpatrywanym z trzech różnych stanowisk: mianowicie jako materiał, forma i treść, zupełnie tak jak można np. budynek rozpatrywać w jego trojakiej właściwości jako kompleks ceglany, piętrowy dom w stylu maurytańskim i lokai kawiarniany». 
Różnica i postęp są istotne, ale tylko w porównaniu ze zwykłym podziałem, natomiast rozpatrując układ Noreena sam w sobie, trzeba zrobić mu zarzut, który on do innych stosuje, że brak mu jednolitej zasady podziału. Słusznie zrobił, rozciągając pojęcie morfologii i semologii także na składnię, niesłusznie, wyłączając z .nich fonologię, która w ten sposób znalazła się za drzwiami. Tymczasem nie ulega najmniejszej wątpliwości, że głoski, a tym bardziej ich grupy (zgłoski itd.) są tworami, układami wprawdzie elementarnymi, ale niemniej rzeczywistymi układami, zatem należą do morfologii, pojętej jako nauka o tworach językowych. Jest oczywicie jasną rzeczą, dlaczego mimo to głosownia nawet u tych uczonych, którzy uznają, że system gramatyki i jej podział muszą się opierać na zasadniczym rozróżnieniu formy (postaci) i treści (znaczenia), znajduje się poza nawiasem. Bo w głoskach i ich połączeniach, o ile nie tworzą wyrazów, form i powiedzeń, a także ich części mających mniej lub więcej samodzielne znaczenie, czyli używając terminu już powszechnie przyjętego, o ile nie tworzą m o rfe m ÓW, trudno jest odkryć znaczenie. Dlatego też głosek i grup głoskowych nie uważa się za morfemy. Przyznaję, że jest to zrozumiałe; ale nie, jest słuszne. Że trudno określić znaczenie tworów głoskowych, to jeszcze nie racja, żeby im go odmawiać, bo, gdyby głoski nic nie znaczyły, to jakimże cudem mógłby język w ogóle coś znaczyć. Niewątpliwie znaczenie głosek a znaczenie wyrazów jest innego rzędu, ale jest - zresztą wystarczy na razie wspomnieć o akcentuacji, w ogóle o rytmice fonetycznej, którą traktują w głosowni, a która przecież całkiem oczywiście coś znaczy! 
Przechodzę teraz do semantyki u Noreena, czyli; jak on ją nazywa, semologii. Podobnie jak fonologia i morfologia, rozpada się u niego semologia przede wszystkim na dwa działy: 
l. opisowa, której przedmiotem są różne rodzaje sememów, ich ugrupowanie i ich stosunek do reprezentujących je form językowych; 
2. etymologiczna, która się zajmuje historycznym rozwojem sememów i wynikającym stąd ich stosunkiem. Opisową czyli deskryptywną semologię dzieli N. na dwie części: 
A. nauka o kategoriach, której zadaniem jest przedstawić, jakie kategorie znaczeniowe dany język posiada; tu stoją na pierwszym planie kategorie odmiany, to jest kategorie, które wywołały określone odmiany czyli typy fleksyjne i w nich znalazły swój wyraz; 
B. nauka o funkcji, mająca przedstawić, które kategorie 
znaczeniowe wyrażają się w poszczególnych formach językowych. Co się tyczy stosunku tak pojętej semologii, której lwią część tworzy nauka o znaczeniu kategol ii i form wyrazowych i innych, to N. podkreśla, że to co Francuzi zazwyczaj nazywają semantyką, a Niemcy semazjologią, odpowiada ogółem biorąc tylko etymologicznej semologii jego systemu czyli historii znaczeń wyrazów. W każdym razie trzeba zaznaczyć, że u N. na pierwszym planie stoi nie indywidualne znaczenie wyrazów, jego struktura i rozwój, tylko znaczenie kategorii i form wyrazów i zdań, i to tak dalece, że właściwie niewiele już pozostaje dla morfologii. Można zatem powiedzeń, że semalogia NJreena to przede wszystkim rozpatrzenie wszelkich kategorii, typów i form wszelkich wyrazów i powiedzeń; zatem jego ogólna semologia stara się dać podstawty nauki o znaczeniu tego, co jest przedmiotem morfologii i składni w zwykłym użyciu tych pojęć. N. rozwija przy tym wJielką bystrcść, zdolność ścisłych rozróżniań i określeń, ale także pewt-ne zClmiłcwanie do schematów i logistyki. 
Zupełnie innego rodzaju jest, względnie ma być, olbrzymie dzieło znanego holenderskiego duchownego, van Ginnekena. Autor sam tak je określa [...]. Zasadniczy podział jest: A. Struktura socjologiczna. B. Struktura psychologiczna. W szczególności: 
Struktura socjologiczna: 
1. narzecza lokalne (rodzime i napływowe), familijne (język dzieci, kobiet, starców) i socjalne (języki różnych grup społecznych, zawodów itd.) w zwtiązku z psychologią dyferencjalną; 
2. współdziałanie tych różnych narzeczy w języku powszechnym i piśmiennym pod wpływem 
a) historycznych przesunięć w tych grupach, 
b) umyślnych (świadomych) dążności językowych (szkoła, poprawność i usuwanie obcych naleciałości, reformy ortograficzne), 
c) stosunków międzynarodowych. 
Struktura psychologiczna: 
l. głosownia, 2. nauka o wyrazach, 3. nauka o zdaniu. W szczególności obejmuje: 
Głosownia najmniejsze psychiczne składniki, ma więc działy: 
a) opis artykulacji i głosk, 
b) głosownia historyczna, 
c) nauka o akcencie i ekspresii (także o wierszu, rymie itd.), 
d) mowa gestów i mimika, 
W ogólnym przedstawieniu także e) pisanie i czytanie, f) elementarne zaburzenia językowe. 
- Nauk' o wyrazach, to jest o najmniej.szych jednostkach językowych i ich strukturze:
a) urabianie + i budowa wyrazów, 
b) używanie wyrazów (energetyka itd.>., 
c) zmiana znaczenia, , 
d) indywidualny zasób językowy, 
e) wyrazy dla poszczególnyc dziedzin pojęciowych, . 
f) kategorie wyrazów i poddziały. 
Nauka o zdaniu i innych tworach: 
a) mówienie a myślenie, 
b) . przysłowia, 
c) gramatyka, 
d) składnia ogólna, 
e) składnia szczegółowa i indywidualna, 
f) złożone zaburzenia językowe. . 
W końcu ma być mowa o utworach wyższego rzędu czyli gatunkach literackich; innymi słowy ostatni tom dzieła ma przedstawić rozwój tych wszystkich psychologicznych i socjologicznych dążności ku dzisiejszym rodzajom literackim sztuki, zarówno górnej, jak ludowej. 
Stałe uwzględnianie psychologii myślenia. Krytyka dawniejszych gramatycznych i syntaktycznych podziałów. Wynikiem jes, a raczej ma być, nowy system gramatyczny, w którym znajdzie wygodne i właściwe miejsce zarówno prostacki żargon uliczny, jak najwznioślejszy język poetycki, gdzie się pomieszczą wszystkie logiczne i nielogiczne odchylenia  
Muszę zaznaczyć, że cała druga część zdaje się dotąd 2 się nie ukazała, ale układ przedstawia się dosyć szczegółowo i jasno w zapowiedzi autora, a następnie w układzie, jaki przyjął dla swych sprawozdań z ogólnego językoznawstwa w Indogermanisches Jahrbuch. 
. Cóż zatem powiedzieć. o tym ujęciu i o tym planie? Widzimy, że w dziale, nazwanym strukturą socjologiczną, autor daje społeczne, etniczne i kulturalno-historyczne podstawy, na których-wyrósl-dany język kulturalny, co - przynajmniej po części - dotychczas było traktowane w osobnych «dziejach języka)-. Zaś dział, nazwany strukturą. psychologiczną, zawiera właściwą «gramatykę>, tylko w bardzo szerokim ujęciu. Autor wciela w swój system także to, co dotychczas było przedmiotem stylistyki, retoryki i poetyki, także patologii mowy, ale ogólny podział pozostał. tu ten sam co dawniej: głosownia, nauka o wyrazach (= morfologia w zwykłej terminologii), nauka o zdaniu (= składnia z wyłączeniem nauki o użyciu form i kategorii gramatycznych). O ile chodzi o głosownię, to stosują się zatem do niego te same zarzuty, któreśmy już podnieśli: nie ma racji nazywać głoski i inne czynniki fonetyczne «najmniejszymi składnikami psychicznymh), a wyrazy „najmniejszymi jednostkami językowymh); bo jedne i drugie są tworami językowymi, różnego rzędu oczywiście: Nie ma też racji do wyłączania niejako głosowni z systemu gramatyki: traktowania jej na całkiem innych prawach. W działach następnych układ nie jest ani przejrzysty, ani dosyć przemyślany; nie wiadomo np., czy części morfologii, nazwane «Wortbildun) i «Wort-. gebrauch), odpowiadają częściom głosowni, nazwanym «opis) i «historia; i jak, czy też nie; nie wiadomo, dlaczego w dziale składniowym mają osobne miejsce przysłowia, a inne utarte powiedzenia nie; i dlaczego to ma figurować w składni.
Słusznie robi autor, że zwraca uwagę na literaturę, ale jest to na razie tylko zapowiedź, i nie wiadomo, jak chce pogodzić językoznawstwo z nauką o literaturze. Rozszerzył też autor ramy swego układu tak, że łatwo może pęknąć, a przynajmniej przestać być systemem.
Jako gotowa całość leży przed nami książka znanego francuiego gramatyka Ferdynanda Brunota pt. «La pen£ee et la langue. Methode, principes et. plan d'une theorie nouvelle du langage' appliquee au franais) 1, potężny tom o XXXV 954 stronach wielkiej ósemki. Autor przedstawia we wstępie genezę swego dzieła. Jest to wielki akt oskarżenia dotychczasowej «gramatyki>, w szczególności nauki -języka ojczystego w szkołach i byłoby z pewnością rzeczą bardo zajmującą także dla czytlników Języka Polskiego zapoznać się z biegiem myśli i zarzutów Brunota, ale ponieważ te wywody mają tylko pośredni związek z przedmiotem mego artykułu, więc pozostawiając może innej sposobności zaznajomienie czytelników z nimi, przedstawię krótko, jak autor określa swój cel i zadanie i jak je rozwiązuje. otóż autor nie miał zamiaru dać «gramatyki przejrzanej i poprawionej), tylko {<metodyczny wykład danych myślowych (des faits de penEe), rozważonych i uporządkowanych w stosunku do języka oraz środków wyrażenia, im odpowiadających) 1. Toteż zasada jego brzmi: między najróżnorodniejzymi formami wyrażenia, między najbardziej niewspólmiernymi znakami tworzy związek wspólna myśl (iede), którą te znaki mają wyrażać, to więc, sens, należy wziąć za ośrodek i podstawę podziału 2. Trzeba się zatem zdecydować na metodę grupowania faktów nie wedle znaków, tylko wedle myśli, oczywiście nie myśli samych w sobie i samych dla siebie, tylko w stosunku i ze względu na ich znaki 3. 
Z zarzutów, tóre autor przewiduje i na które z góry odpowiada, jeden nas szczególnie zajmuje ze względu na uwagi, zrobione wyżej co do głosowni. Oto, powiada Brunot, zrobią mi taki zarzut. W języku są całe kategorie faktów, a zwlaszcza fakty fonetyczne, w których duch nic nie znaczy, a więc nie będą mogły wejść do tej klasyfikacji. Ale, pyta B. słusznie czy one miały jakikolwiek związek z dotychczasowym układem? A po wtóre, równie słusznie, zauważa, że w miarę rozwoju nauki odkrywaj ą się istotne związki między myślą a intonacją powiedzenia, które wyjaśniają ważne fakty w rozwoju głosek, i w ogóle coraz widoczniejszy się staje wpływ czynników psychicznych na fonetykę. 
A teraz, jak wygląda ten nowy system w wykonaniu? Dokładny spis treści obejmuje 30 stron dużej ósemki, i to drobnego druku, nie podobna go zatem tu dawać, byłoby to zresztą dla naszego celu zbyteczne. Trzeba pamiętać, że B. nie ma wcale pretensji kraczać tu w dziedzinę ścisłego językoznawstwa, bo mu chodzi przede wszystkim o reformę nauki języka ojczystego. Toteż fonetyką nie zajmuje się wcale, odsyłając do książki Grammonta, zapewne dlatego, że fonetyka gra bardzo małą rolę - słusznie czy nie - w podręcznikach i w nauce szkolnej, więc też niewiele w niej jest do reformowania. Cała zaś książka Brunota daje obszerny materiał wyrazów, form, zwrotów, zdań itd. francuskich, ułożony wedle znaczenia, przy czym uwzględnia wiele rzeczy, których w zwykłych, szkolnych gramatykach wcale nie ma. Semantyka jest zatem u niego, żeby się tak wyrazić, w organicznym połączeniu z morfologią i składnią, ale - ogółem biorąc - uwzględnia tylko kategorie, a nie indywidualne znaczenie wyrazów. Tego zatem, co się zwykle przez semantykę rozumie, u niego - znowu ogółem biorąc - nie ma. To co powiedziałem wystarczy może dla charakterystyki książki i układu względnie metody. Nie wdając się w ocenę tej metody ani przesądzając jej przyszłości, zaznaczę, że materiał jest ogromny, oryginalnie przedstawiony, wiele nowych rozróżnień i stanowisk, tak że mimo woli ma ię ochotę porównać całą klasyfikację Brunota z klasyfikacją Noreena. Byłaby to ciekawa i pouczająca praca. 
Po przyjrzeniu się tym czterem wybitnym dziełom zagranicznym rzućmy jeszcze okiem na znaną dobrze naszemu nauczycielstwu książkę prof. Szobera, która niedawno się ukazała w drugim wydaniu.1. Ma to być podręcznik uniwersytecki w układzie systematycznym, który tak się przedstawia: 
Głosownia: A. opisowa, B. funkcjonalna 2, C. wiadomości z głosowni historycznej. 
Nauka o znaczeniu wyrazów: podstawowe kategorie znaczeniowe wyrazów, a mianowicie, po kolei, 9 tzw. części mowy, od rzeczownika począwszy a skończywszy na partykułach. jest to zatem tylko semantyka głównych kategorii. 
Nauka o budowie wyrazów obejmuje tak zwane słowotwórstwo z wciągnięciem różnych rzeczy, zazwyczaj omawianych w odmianie, np. liczby i rodzaju, postaci czasownika (aspektów), przy czym autor uwzględnia stronę znaczeniową.
Nauka o odmianie wyrazów.
Nauka o zdaniu zawiera po staremu także znaczenie przypadków i form czasownika (z wyłączeniem rzeczy omówionych w słowotwórstwie). 
Widzimy zatem, że 'autor dowolnie ograniczył pojęie znaczenia do wyrazów, i to tylko do tzw. części mowy, wskutek czego rozdział, nazwany. nauką o znaczeniu wyrazów (semantyką), obejmuje wszystkiego kilkanaście stron; zresztą zaś znaczenie jest podporządkowane momentowi formalnemu. Lepiej było trzymać się w całości tradycyjnego układu, bo wtedy nie miałoby się do autora szczególnych pretensji. Zresztą nie zatrzymuję się dłużej nad systemem prof. Szobera, bo jego krytyczna oceną wynika po części z dotychczasowych uwag, a po części wyniknie z dalszych. 

Prawda, że łatwiej jest mówić, jak się coś powinno zrobić, niż to rzeczywiście wykonać, ale prawdą jest także, że chcąc coś dobrze i celowo wykonać, trzeba dobrze wiedzieć czego się chce, jasno sobie zdawać sprawę z zadania. Tymczasem omówione próby pokazują wyraźnie, że językoznawstwo jeszcze nie wie dobrze, jak ma naukowa gramatyka wyglądać. Dlatego może lepiej było dyskusję, rozpoczętą w Niemczech przez Riesa, dalej i wszechstronniej prowadzić, niż to rzeczywiście zrobiono.
Ries ogłosił w r. 1894 książkę. pt. «Was ist Syntax?), która wywołała żywy ruch wśród lingwistów. Wprawdzie Ries poddał przede wszystkim krytyce pojęcie i układ składni, ale w ścisłym związku z układem całej gramatyki oraz z uwzględnieniem pojęcia semantyki. Występując energicznie przeciw dotychczasowym metodom badań syntaktycznych i dotychczasowemu układowi, przedstawił R. następujący system gramatyki: 
[tu jest tabela] 
R. oparł tedy swój system na zasadnczym wyróźnieniu l) formy i znaczenia, 2) wyrazu (Einzehłvort) i zespołu wyrazowego (Wortgę-. fiige). Równorzędnie obok par: «wyraz - nauka o_ wyrazach» i «zespół wyraowy - składnia» stoi para: «głoska - głosownia», ale nią się R. dalej wcal nie zajmuje. Co się tyczy działu I I, to nauka o znaczeniu wyrazów, ich rodzajów i form odlniany obejmuje wedle R. synonimikę i zmianę znaczenia oraz wszystko, co się da w dziedzinie znaczenia wyrazów systematycznie opracować; synoniikę i zmianę znaczenia należy także przy formach fleksyjnych .wyraźnie uwzględniać.  
Książka Riesa znalazła żywy oddźwięk w kołach językoznawców; uznając dodatnie strony jego wystąpienia, słuszność krytyki dotychczasowych systemów składni oraz zaniedbanie działów I I i I I I, twierdzono, że się nie da w praktyce przeprowadzić rozdział między działem' I I i IV w duchu żądań Riesa. Mówiono, że R. ma zapewne teoretycznie słuszność, stosując ściślej zasadę układu gramatyki wedle «formy i treśch), co zresztą odpowiada staremu rozróżnianiu «aussere und innere Sprachform» Humboldta, oraz przeciwstawiając wyraz i zespół wyrazowy, ale że praktyka stawia nieprzezwyciężone trudności. jednakowoż Ries podtrzymuje swoje stanowisko jeszcze i teraz, a ma wieniego wyznawcę w Blilmelu. 
Trzeba przyznać, że zasada, aby znaczenie form i różnych kategorii wyrazowych należało do składni, to jest do jej działu znaczeniowego, o ile, al tylko o ile rzeczywiście wchodzi w pojęcie tzw. rządu i zgody, zresztą zaś do nauki o wyrazach, jako jej dział znaczeniowy, przedstawia w praktyce ogromne trudności. Bo np. każdy prawie przypadek musiałby figurować w obu działach, np. biernik dzień i noc w zwrocie on pracuje dzień i noc należałby do nauki 'o znaczeniu wyrazów, jako luźne określenie czasowe, ale w zwrocie on bawił w mieście dzień i noc do nauki o znaczeniu tworów składniowych, jako obiekt związany z czasownikiem. Ale trzeba uznać, że zarówno dotychczasowa praktyka, aby to wszystko traktować w składni, jak i nowsza, aby to wszystko wyłączyć ze składnii traktować jako dział nauki o wyrazach, także nie wytrzymują ściślejszej krytyki. 
jak wielki jest kłopot i jak wielkie pomieszanie pojęć, widać z dwu artykułów ludzi, uważanych powszechnie za «bystrych i myślących) jeden -to artykuł zmarłego w czasie wojny R. M. Meye ra pt. «Der Aufbau der Syntax) 1, który miał usunąć trudności układu Riesa i dać system bezsporny, drugi -Lercha odpowiedź pod takim samym tytułem. 
Układ Meyera: 
1. Głosownia = nauka o elemen tach i czynnikach 3 zgłoski. Elementy: głoski; czynniki: akcent, asymilacja... 
2. Nauka o formach = I)auka o elementach i czynnikach wyrazu. Elementy: pierwiastek i pień, prefiks i sufiks; czynniki': wyrównanie, różniczkowanie... 
. Dwa działy: a) nauka o odmianie, b) nauka o słowotwórstwie. 
3. Składnia = nauka o elementach i .czynnikach gotowej mowy (der fertigen Rede), to znaczy rzeczywi3cie mówionej. Elementy: klasy i formy wyrazów, zespoły wyrazowe, zwłc:szcza zdania; czynniki: szyk, ton i rytm... 
4. Nauka o znaczeniu (semiotyka) = nauka o elementach i czynnikach języka (der Sprache), wziętego jako jednolity organizm. Elementy: zasadnicze wyobrażenia (Grundanschauungen), kategorie; czynniki: specjalizacja, uogólnianie, zmiana zabarwienia (Umfarbung). 
jest to układ bardzo słaby; przytaczam go jako żywy przykład panuj ącego chaosu, skoro nawet bystrzejsze i śmielsze głowy mogły w taki nikły sposób reagować na wystąpienie Riesa. 
A teraz Lerch, uczeń Vosslera. Występuje stanowczo przeciw współrzędnemu umieszczaniu nauki o znaczeniu jako czwartego działu obok tamtych trzech. Nie, powiada L.: składnia jest nauką o znaczeniu. Fonetykę i morfologię można od biedy traktować czysto formalnie, ale składni nie można pisać, nie wchodząc w zna:" czenie zdań i ich członów. A skoro syntaksa = nauka o znaczeniu, to nie ma osobnej semantyki jako czwartego działu gramatyki. Gramatyka naukowa należy przecież do nauk duchowych (humanistycznych) powinna być zatem nauką o sensie i treści tworów językowych, czyli nauką o znaczeniu; a więc nauka_o znaczeniu (= skład-, nia) nie jest jakąś sobie częścią gramatyki, tylko właściwą gramatyką. Reszta gra rolę poprzędną; fonetykę i morfologię można traktować w fonnie dodatków czy wstępnych uwag, jeżeli w ogóle da się je traktować bez względu na moment treściowo-znaczeniowy! Głoski i formy zmieniają się tylko w związku mowy; przy głosowni trzeba ciągle wkraczać w morfologię i składnię, a przy morfologii w składnię. Toteż jedynym ściśle naukowym sposobem przedstawienia gralnatyki jest układ ściśle historyczny czyli chronologiczny, zastosowany przez Brunota w «Histoire de la langue franlise» i przez Vosslera w «Frankreichs Kultur im Spiegel seiner Sprachentwicklung&, gdzie zjawiska fonetyczne, fleksyjne i syntaktyczne nie są rozrywane. Obok tego jednak jest uprawnione przedstawienie, polegające na tym, że mówiący noszą w duszy (w wyobrażeniu) system głoskowy, fleksyjny i zdaniowy. Ale podczas gdy przedstawienie głosowni i odmiany, które chce nawiązywać do znaczenia, ciągle musi wkraczać w składnię, to przedstawienie składni ma tę wyższość, że ma wystarczające uzasadnienie samo w sobie (dass sie rein aus sich selbst und in sich selbst geschehen kann): zdanie ma bowiem zupełne, skończone w sobie znaczenie, które głoska i wyraz posiadają tylko wtedy, jeżeli noszą charakter zdaniowy, a wtedy należą do składni. 
A więc L. przeprowadza w gruncie rzeczy zrównanie: gramatyka = składnia = nauka o znaczeniu. Rozpoczyna od zdania, włączając w przedstawienie sukcesywnie wyrazy i ich formy. I to ma być wedle niego «system naturalny, organicznie wyrosły, bo zdanie wyprzedza swoje części>! Szkoda, że autor nie dodał: tak jak kura wyprzedza swoje jaje! Nawiasem wspomnę, że ten sposób przedstawienia spotyka się od dawna w szkolnych podręcznikach na Zachodzie, zwłaszcza angielskich i amerykańskich. 
Nie przeprowadzam szczegółowej krytyki, bo ta będzie zawarta implicite w poniższych ogólnych uwagach zasadniczej natury. Wspomnę tylko jeszcze, ponieważ i tak już było wymienione nazwisko Vosslera, że ten monachijski romanista bierze wybitny udział w całym ruchu odnowienia językoznawstwa, zarówno teoretycznymi rozważaniami, jak przeprowadzaniem w praktyce swych zapatrywań. 
Vossler jest wyznawcą Crocego, przeciwnikiem pozytywizmu ewolucjonizmu, psychologizmu i wreszcie - socjologizmu. Jego stanowisko w patrzeniu się na zjawiska językowe to indywidualizm, moment twórczy, styl i sztuka, co wszystko określa mianem idealizmu. Dla niego właściwą, zasadniczą postacią gramatyki jest odpowiednio pojęta stylistyka - to dopiero jest właściwa nauka o języku i przez to staje ona obok nauki o literaturze. Vossier przeprowadza swoje zapatrywania, a zwalcza przeciwne, w sposób żywy, zajmujący, bardzo cięty i pełen siły pzekonania - nic dziwnego, że ma licznych zwolenników, i to nie tylko wśród swych uczniów. Ale, kiedy czytelnik zacznie się zastanawiać i chce sobie jasno zdać sprawę z zapatrywań Vosslera, to nieraz znajdzie się w kłopocie i w wątpliwości Zresztą już a priori można tego oczekiwać. Bo jasna, niewątpliwat bezpośrednio do, wszystkich przemawiająca prawda musi być w zgodzie z przedmiotem, z istotą i całością odnośnych zjwisk, innymi słowy, z rzeczywistością, a jakieś ciasno określone i przez ,to, amo ogrodzone stanowisko tym być nie może. Twórczość? zapewnewszakże życie całe, jest twórczością; kultura? oczywiście, bo cóż innego wytwarza człowiek? indywidualizm? naturalnie, przcież bezpośrednio rzeczywistość życiowa objawia się jedri6stkowo; intuicja, wyobraźnia, sztuka? niewątpliwie, boć to chyba w życiu przeważa. Można zatem i trzeba widieć i szukać- tego wszystkiego w języku, ale to nie wyklucza wcale automatyzmu i mechanizmu psychicznego i społecznego, ani roli życia zbiorowego, ani czynnika praktycznie-racjonalnego, ani nawet logiczno-poznawczego... Nie tylko nie wyklucza, ale nie może w żaden sposób wykluczać: gdyby. tego nie było wcale w. języku, toby w ogóle nie było tworów językowych. 
A więc patrzmy zawsze na całą rzeczywistość - nie możemy jej chwycić w sposób absolutny, to wiadomo - jesteśmy wobec niej zawsze jakby wobec bardzo odległego łańcucha górskiego, widzimy ją tylko przez gęstą zasłonę naszego jednostkowego bytu, ale starajmy się przynajmniej z całą siłą i z całą świadomością, ną jakie nas stać, nie przytykać nosa- do jednego miejsca zasłony, nie wbijać oczu w jedno jej mętne oczko i nie wrzeszczeć przy tym: ja, ja widzię rzeczywistość - bo wszakże to samo mniej więcej robią inni, nazywając się nawzajem osłami i kłamcami; robi się tylko zgiełk i wrzask, a wreszcie zaczynają argumentować pięści! Trzeba przede wszystkim zobaczyć zasłonę, odsunąć się od niej i jej się dobrze przypatrzyć. 
Wracając do Vosslera: jak nas nie zbawiło zrównanie Lercha \)semantyka = składnia (= gramatyka»), tak nas nie zbawi jego zrównanie «gramatyka = stylistyka». Bo dla wielu ludzi, nie najgłupszych, stylistyka jest jeszcze = x. A. teraz próbujmy się posunąć naprzód. 
Słusznie podkreślono energicznie i z różnych stron konieczność jasnego przeciwstawiania, a zarazem stałego i konsekwentnego uwzględniania obu stron faktu językowego, jakimi są postać i znaczenie. Twór językowy jako taki jest właśnie znakiem pewnej treści, istnieje razem z nią i przez nią i nadaje jej zarazem pewien obiektywny byt. jest więc rzeczą jasną, po pierwsze, że oba te momenty, te obie strony tworu językowego, trzeba mieć zawsze na oku, a po wtóre, że trzeba je uwzględniać przy wszystkich tworach językowych. Wynikają tedy dwa pojęcia nakowego rozpatrywania: nauka -o postaciach czyli formach w szerokim tego słowa znaczeniu, albo -morfologia, a z drugiej strony nauka o treściach czyli znaczeniach albo semantyka. Pojęcie postaci stosuje się do wszystkich tworów językowych, nie tylko do wyrazów, ale równie dobrze do głosek i do zdań; wszędzie mamy przed sobą określoną postać i strukturę. To "jest tak jasne, że wystarcza zwrócić tylko ria to uwagę, aby uznać, -że pojęcia morfologii nie można zacieśniać do wyrazów, bo ono się .stosuje do wszystkich tworów językowych, od względnie najprostszych do najblfdziej złożonych. 
Tak samo rzecz się ma ze znaczeniem i z semantyką, ale tu różne przyczyny złożyły się na daleko większą trudność jasnego 'zdania sobie sprawy ze stanu rzeczy. Jedną jest odwieczne pomieszanie pojęć i terminów, spowodowane tradycyjną gramatyką. Od Wiekó\tv cała masa faktów znaczeniowych była utopiona w nauce o wyrazach i w składni i eo ipso wyłączona z góry z semantyk i Gramatyka, zajmując się przede wszystkim tak zwan) mi form a mi ucząc ich i podając dla nich reguły i wzory, używa naprawdę ciągle pojęć i podziałów znaczeniowych, bo wszakże stwierdzanie, wyróżnianie i określanie form polega na ich znaczeniu albo na tak zwanej funkcji gramatycznej. Części mowy, przypadki, liczby i rodzaje, osoby, czac;y i tryby, strony i aspekty (postacie) czasownika, zdanie i różne jego rodzaje, części zdania itd., itd. - wszystko to są pojęcia znaczeniowe, a nie formalne, a raczej znaczeniowo-formalne, W każdym zaś razie nie czysto formalne. Ale z jednej strony są to pojęcia bardzo ogólne, oderwane i funkcjonalne albo stcsunkowe, nie uwzględniające indywidualnej treści odnośnych tworów, tylko ich treść kategorialną. Tak zwane formy językowe są to ogólne kategorie pojęć i stosunków, jakie w danym języku - po części w ogóle w mowie ludzkiej - się wyrobiły i dlatego właśnie, że konkretnej treści wyobrażeniowej jest w nic bardzo mało, albo i nic zgoła, uważa się je za formy. Z drugiej zś strony trzeba pamiętać, że cały zasób tych «form» wraz z odnośnymi nazwami odziedziczyliśmy po gramatyce klasycznej, grecko-łacińskiej, czyli że system, wyrosły na języku greckim, i to niezbyt doskonały, został przeniesiony na inne języki, mające po części bardzo różną budowę i system. I wskutek tego owe pojęcia i terminy grecko-łacińskie stawały się po częśi naprawdę czysto formalnymi, pozbawionymi wszelkiej treści, jakimś kiepskim rusztowaniem, po którym ludzi zmuszano chodzić, wmawiając w nich, że to wyborna gimnastyka! 1 
Koniec końców przyzwyczajenie do patrzenia się na tak zwane formy przede wszystkim właśnie jako na formy było tak silne, że nawet kiedy stary system zaczął nie wystarczać, kiedy się zdecydowano z nim zerwać i kiedy zaczęto słowotw1órstwo układać wedle momentów znaczeniowych, a ze składni wyłączać naukę o użyciu przypadków, form czasownikowych itd. i wcielać do mortologii jako naukę o znaczeniu i używaniu form wyrazów, to i tak nie połączono tego z semantyką czyli nauką o znaczeniu tworów językowych w ogóle! Ten brak związku widać nawet u Noreena, chociaż w innej, niejako odwrotnej postaci, jak o tym już mówiłem. 
A stylistyka i retoryka? Tu leży druga przyczyna owego pomieszania pojęć, bo znowu całe mnóstwo materiału znaczeniowego było z dawien dawna rejestrowane w stylistyce i retoryce, a przez to samo z góry już niejako z ewentualnej semantyki wyłączone. Powodem było logiczne i estetyczne określanie i klasyfikowanie odnośnych faktów, zajmowanie się nimi dla celów praktycznych (nauka wymowy, poprawnego stylu, interpretacja poetów) przeoczenie, że te same zjawiska występują nie tylko w sztuce, to jest w tworach literackich, ale równie dobrze, koniecznie i stale w języku w ogóle, bo cała różnica w używaniu np. przenośni w poezji a w mowie codziennej polega tylko na większym lub mniejszym stoprju świadomości i tak zwanej «sztuczności). 
Tymczasem zaś, po trzecie, w kołach językoznawców zaczęto coraz usilniej myśleć o semantyce, zwłaszcza wskutek rozwoju i rosnącej ważncści, a zarazem trudności badań etymologicznych. Znajdujc się wobec nieprzejrzanego bogactwa znaczeń wyrazów i najróżnorodniejszych, nieraz zgoła nieoczekiwanych zmian i przejść znaczeniowych, zaczęto odczuwać coraz żywiej potrzebę wprowadzenia w ten chaos jakiegoś ładu, systemu i znalezienia jakichś zasad praw ogólnych. Semantykę łączono z wyrazami i ze słownikiem, a rozumiano ją przede wszystkim jako naukę o zmianach czyli o ewolucji znaczeń wyrazów. Zaczęto więc określać logiczny i historyczny stosunek znaczeń wyrazu i szukać przyczyn rozwoju semantycznego we wpływie treści całego powiedzenia (czyli w tak zwanej sytuacji) na znaczenie poszczególnych wyrazów oraz we wpływie całych grup znaczeniowych, w skład których wyrazy wcho-dzą, dalej w rozwoju (zmianach) kultury albo tak zwanych rzeczy, we wpływie nastrojów, itd. Najwięcej zrobiono oczywiście w dziedzinie najłatwiejszej, to jest w zakresie wyrazów kultury materialnej, badając wygląd i przeobrażanie się różnych grup przedmiotów i rzeczy w związku z odnośnymi nazwami i ich etymologią. Powstało nawet, jak wiadomo, w Niemczech osobne czasopismo, poświęcone tym badaniom, pt. Worter und Sachen. TH jednak gromadzono właściwie tylko materiał, uzupełniając słowniki. 
Kiedy jednak chodziło o jakieś ogólniejsze ujęcia i «prawa), oraz o wcielenie semantyki do gramatyki, napotykano nieprzezwyciężone trudności. I tak zostało bez mała do dzisiaj. Semantyka wydaje się ciągle jeszcze działem nauki o języku, nie mającym żadnego związku z innymi, co dowodzi jakiegoś zas1dniczego braku i fałszywego stanowiska czy ujęcia. Ja osobiście starałeln się wydobyć i jasno określić przynajmniej związek między słowotwórstwem a «nazywaniem) rzeczy i zmianą znaczenia w wymienionej już pracy <Semazjologia...) i w niemieckiej «WortbiIdung und Wortbedeutung» l, ale, chociaż po długim prawie ignorowaniu obecnie coraz częściej ,spotyka się przyznanie, że te prace posiadają zasadnicze znaczenie, to na ten punkt bodaj najmniejszą zwracano uwagę. Właściwie -do dziś dnia pozostało tak, jak -gdyby nie było żadnego związku między tworzeniem nowych wyrazów a zmianą znaczenia, jak gdyby to były dwie dziedziny i dwa przebiegi, nic ze sobą wspólnego nie mające. A to przecież nonsens. 
Po wtóre zaś: ponieważ z góry niejako znaczenie kategorii (części mowy itd.), form i zespołów składniowych, było wyłączone z ewentualnej semantyki, jak o tym wyżej mówiłem, więc nie tylko znowu był brak związku między tymi dwoma działami, ale powstała taka sytuacja, że dla tego, co zazwyczaj nazywano semantyką, pozostawało jako przedmiot to, co po części jest najtrudniejsze, a po części i w pewnym sensie najobojętniejsze, mianowicie całe bogactwo szczegółowych, indywidualnych znaczeń. I silono się też to bogactwo opanować. Zapomniano przy tym, że w życiu w ogóle, a tak samo w nauce i w sztuce, chodzi przede wszystkim o gatunki i typy; że ich rozwój odbywa się właściwie przez nieskończone powtarzani się niezliczonych jednostek, które dlatego, chociaż są właściwe dla rozwoju i dyferencjacji gatunków i typÓw konieczne i ważne, to brane z osobna, dla siebie samych, prawie nic nie ważą, prawie żadnej roli nie grają, jak to dawno stwierdzono w naukach przyrodniczych, a jak należy stwierdzić, także w naukach duchowych wbrew przesadnie wybujałemu indywidualizmowi XIX wieku! Chcieć niejako wyczerpać bogactwo indywidualnych znaczeń wyrazów i ich indywidualnych przesunięć, i to uważać za zadanie nauki i szukać jakiegoś tajemniczego sposobu na to, to wygląda tak, jak gdyby kto chciał wszystkie dziesiątki, setki tysięcy i miliony ciągle na nowo robionych i używanych przedmiotów, dajmy na to wozów lub pługów, wszystkie ich egzemplarze co do jednego przeglądnąć, zarejestrować, opisać i potem w jakiś wygodny sposób to skondensować i ułożyć. To przecież niemożliwe i niepotrzebne, bo nie chodzi wcale o jednostkowe przedmioty, tylko o typy, które tym samym już tworzą klasyfikację, a reprezentują je typowe okazy; po wtóre zaś chodzi o ogólne, jednolite prawa rozwoju, to jest znowu o typologię ewolucj i w tym ciągłym następowaniu nowych jednostek i ich nieustannym przeobrażaniu. I język jest właśnie systemem typów i kategorii z nieprzejrzaną ilością jednostkowych tworów, nieskończoną ilość razy powtarzanych; ba, każdy wyraz. z osobna, każda forma i każde powiedzenie jest już typem i pojęciem gatunkowym obok swej jednostkowej wartości w każdorazowym użyciu jest to zarazem system znaków. 
Czwarta, względnie piąta przyczyna niepewności i niejasności co do stosunku semantyki do całości gramatyki leży w pojmowaniu fonetyki, jak o tym już wspominałem. Kiedy stwierdzono czystą znakowość, konwencjonalność i nieisfotność fonetycznych zespołów czyli brzmienia wyrazów i powiedzeń w stosunku do oznaczanej przez nie treści l, przeoczono, że mimo to te fonetyczne szeregi są naturalnego, biologicznego pochodzenia, że są nierozefwalnie związane z funkcjami całego psychofizycznego organizmu. Przeoczono, że nie tylko przebiegi, stany i nastroje psychiczne wpływają na postać fonetyczną tworów językowych i jej przeobrażanie to rzecz oczywista i wiadoma, ale że także fonetyczna strona tworów językowych nie tylko pierwotnie coś znaczyła, ale zawsze coś znaczy. Tylko że twory fonetyczne takie jak głoski itd., chociaż niewątpliwe twory, to jest złożone układy, są prostsze, niż twory wyrazowe i zdaniowe i przyzwyczajono się od wieków uważać je za elementy, za czysty fizyczny materiał! Tymczasem to niemożliwe: gdyby moment znaczenia» głosek itd. był zasadniczo równy zeru, toć chyba, żeby nie wiem ile ich do kupy naskładać, nie powstałby z nich twór znaczeniowy. Że to «znaczenie” tworów fonetycznych jest innego rodzaju, a raczej innego stonia, to rzecz oczywista, ale przecież znaczenie całego powiedzenia jest także innego rzędu niż znaczenie osobnego wyrazu lub formy, wchodzących w skład jego. 
Nie można zatem w żaden sposób wyłączać fonetyki z dualistycznego rozpatrywania zjawisk językowych pod hasłem «forma i znaczenie», stawiać ją na zupełnie innych prawach, niż resztę działów gramatyki i w ten sposób wyłączać ją de facto z jednolitego naukowego systetnu, bo w ten sposób sami sobie ten jednolity system od razu burzymy. 
Piątą, względnie szóstą ważną przyczynę dotychczasowego chaosu i niejasności poznamy przy omawianiu pojęcia tworów językowych. 
(Uwaga. Jako mniej ważne przyczyny, łatwiejsze do wydobycia, ale bardzo rozpowszechnione, można wymienić jeszcze mieszanie ogólnej nauki o języku ze szczegółową gramatyką pewnego języka, cośmy już spotkali u Nyropa albo w systeluie Meyera, a następnie szkolną i praktyczną gramatykę z jej specjalnym zadaniem. Jeżeli słusznie można się dziwić, że semantyce tak trudno się ukonstytuować, skoro przecież, przystępując do znaczenia, przystępujemy do zasadniczej strony języka, bo treść tego co się mówi jest właśnie tym, co wywołuje mowę, zatem istotą języka i wszelkich powiedzeń, to na to można by dać taką «praktyczną» odpowiedź, nie pozbawioną pewnego uzasadnienia. Znaczenie, to jest właśnie najważniejsza strona języka, nie gra w gramatyce prawie żadnej roli, bo ona uczy właściwie i przede wszystkim form językowych, to jest odmiany wyrazów, używania ich form różnorodnych, budowy zdań itd. A nabycie potrzebnego zasobu gotowych wyrazów i zwrotów oraz używanie ich we właściwym znaczeniu pozostawia się praktyce i ćwiczeniom, lekturze, słownikowi, rozmowie. Tu trzeba sobie przyswoić i wbić w głowę dostateczną ilość faktów i już, a na to żadna nauka o znaczeniu nie pomoże. Nawet urabianie wyrazów czyli słowotwórstwo, chociaż da się ująć w reguły, odgrywa w gramatyce szkolnej i praktycznej przeważnie rolę niewielką, bo i tu trzeba przede wszystkim nauczyć się dostatecznej ilości gotowych wyrazów, a nie myśleć o tworzeniu nowych. Ten stan rzeczy ma za sobą odwieczną praktykę, musi mieć zatem swoje uzasadnienie. Jeden moment leży w jednostronnym pojmowaniu tak zwanych form jako czystych form, o czym już była mowa Ale poza tym jest także słuszna racja. Bo rzeczywiście: póki chodzi o praktyczną stronę nauki języków, a więc o to, co stoi na pierwszym i wyłącznym planie uczenia się ich w szkole i w życiu, póty ta metoda jest jedyną - wszystko jedno, czy jest lub czy ma być przy tym mniej lub więcej bezpośrednią, zbliżoną do sposobu, w jaki się uczymy języka ojczystego, czy też bardziej gramatykalną. Bo w każdym razie chodzi o przyswojenie sobie a) struktury danego języka, b) zasobu wyrazów i wyrażeń, a to drugie musi się zostawić wyłącznie praktyce i ćwiczeniom. Ze znaczeniami ma się do czynienia na każdym kroku, ale, żeby się tak wyrazić, nie tyle przy języku, ile przy przedmiotach szkolnych w ogóle, przy formułowaniu myśli, opowiadaniu, pisaniu zadań, poznawaniu rzeczywistości, w ogóle w życiu. Język gra przy tym wszystkim rolę narzędzia, niezmiernie ważnego i nieodzownego, a chociaż ostatecznie jest tylko systemem znaków treściowych, a nie systemem rzeczywistości, to jednak pospolicie zastępuje jeżeli już nie rzeczy same, to ich pojęcia i wyobrażenia, i dlatego właśnie teoretyczne zajmowanie się wyrazami i w ogóle tworami językowymi wydaje się, a po części i jest, takie nudne. Uczymy się przecież w życiu i w szkole znaczeń jako mniej lub więcej bezpośrednio danych treści, co przecież wychodzi właściwie poza język; więc po cóż te treści rozpatrywać jeszcze raz osobno, językowo czy gramatycznie? I jest coś na tym stanowisku zwykłego rozsądku, a w każdym razie ten stan rzeczy, odbijający się w gramatyce szkolnej, mimo woli wpływał także na grarnatykę naukową.) 
A teraz, czy to stanowisko «treść i forma, postać i znaczenie» mamy stosować jako zasadę podziału? Otóż nie i nie! To, że rozróżniam te dwie strony, nie znaczy wcale, że je mam rozcinać! Wszelki system naukowy musi odpowiadać rzeczywistości, jeżeli ma być dobry, a rzeczywistością są twory jednostkowe, przy całej swej złożoności jednolite, tak a tak wyglądające, tak a tak się zachowujące, innymi słowy: mające taką a taką żywą postać i taką a taką żywą treść, ale nie rozcięte na dwie połowy osobne! Tak samo twory językowe. Nie m3żna ich zatem, każdy z osobna i wszystkie razem, rozkroić i raz patrzyć na ich «postać>, a drugi raz na ich «znaczenie», czyli rozłożyć cały zasób tworów językowych na dwie «nauki>, bo to śmierć, pseudosystem, nonsens, a w dodatku tautologia; tylko trzeba patrzyć na każdy twór od razu jako na jednolity twór z obu tych stanowisk. 
I w gruncie rzeczy przewodnikiem, wskazówką, a zarazem przestrogą jest tu ta stara, tradycyjna, nieudolna gramatyka, która wydobywała i nazywała formy na podstawie znaczenia. Jak to jest pouczające, jak to prowadzi w sam środek filozofii, ten fakt, że ta stara, dla nas tak przestarzała i naiwna gramatyka sprzed dwu tysięcy lat zawiera także coś niecoś z istotnego poznania; że mimo to była przez długie wieki zaporą i że trzeba było tyle czasu i wysiłków, aby to sobie uświadomić i nareszcie móc w sposób rozsądny nawiązać do owych starych początków, bardzo jeszcze pierwotnych i grubych, ale polegających na nieuprzedzonych jeszcze (żeby się tak wyrazić) obserwacjach i stwierdzeniach?! 
jakże zatem układać dane językowe i jaki system obrać? 
Obiektywną rzeczywistością językową jest wypowiedzenie (się), coś znaczące powiedzenie, całość względnie zamknięta tworów różnego rzędu, czyli układ coś znaczących razem i z osobna tworów. jest to zarazem prawdziwa, chociaż oczywiście, jak wszystko, względna, jednostka językowa, która się może równie dobrze składać z jednego, króciutkiego wyrazu jak z szeregu zdań. jeżeli przychodzę do domu, dzwonię lub pukam i słysząc, że ktoś wyszedł do drzwi, mówię: ja, to to jest powiedzenie. Jeżeli, wszedłszy mówię: żebyście wiedzieli, co się stało?!, a na zapytanie: no, cóż takiego? odpowiadam: zaraz, zaraz, tylko się rozbiorę, to to są trzy powiedzenia. Jeżeli potem opowiem, co się stało, to to może być także jedno powiedzenie czy wypowiedzenie się, złożone nawet z kilkunastu zdań. Zresztą nie chcę tu wchodzić w określanie, co należy uważać za jedno powiedzenie, stwierdzam tylko, że względną jednostką językową nie jest zdanie, w zwykłym tego słowa znaczeniu, tylko powiedzenie. 
Mamy zatem następujący szereg zasadniczych, obiektywnie danych tworów językowych: głoska - wyraz - zdanie - powiedzenie - utwór - mowa (narzecze). 
Wszędzie mamy do czynienia, po pierwsze, a) z prostymi tworami, b) z ich zespołami (grupami) 3; po wtóre, a) z ich stanem względnie samodzielnym, niezależnym, b) z ich odmianą; po trzecie, a) z ich stanem aktualnym, obecnym w danej chwili, b) z ich przeszłością czyli historią. 
A więc: 
twory głoskowe, głoski, grupy głoskowe (dyftongi, afrykaty...), zgłoski, grupy zgłoskowe;
twory wyrazowe: wyrazy jednolite (pierwiastkowe), sufiksalne, złożone, zrosty, grupy wyrazowe (naj rozmaitsze);
twory zdaniowe:. zdania jednolite (jednoczłonowe), proste dwuczłonowe, rozwinięte, grupy zdaniowe; 
powiedzenia: sądy, sprawozdania;. pytania, odpowiedzi, rozkazy, życzenia... (w tych kategoriach mieszczą się też: przysłowia, powitania i inne formuły językowe...); 
utwory: opowiadanie (relacja), pouczenie, rozmowa, polecenie, nagana... ; 
mowa (język), języki socjalne, zawodowe, narzecza... 
Te twory różnego rzędu, jako części żywej całości, jaką jest język, i jako części żywych całości, jakimi są powiedzenia, zachodzą jeden na drugi: twory głoskowe to nie tylko proste (niezłożone) gło.ski, ale także grupy głosek i zgłosek; twory wyrazowe to także jednostkowe twory jak - pomijając wykrzykniki - a, wskazujące o (np. tu o), w, -ż(e) itp.; a wreszcie podobne twory zdaniowe i powiedzenia. Ale zachodzą na siebie jeszcze pod innym względem. 
Przypatrzmy się mianowicie tradycyjnym pojęciom «fonetyka czyli głosownia, fleksja czyli odmiana i syntaksa czyli składnia». Otóż jest, a przynajmniej powinno być rzeczą jasną, po pierwsze, że fonetyka obejmuje dwie rzeczy: morfologię fonetyczną i semantykę fonetyczną, a po wtóre, że należy wyraźnie odróżniać fonetykę głoskową, wyrazową, zdaniową, powiedzeniową; dialekt . zną, żeby wylnienić tylko najważniejsze twory . Należy też odróżniać: «fonetyczny» = głoskowy, odnoszący się do tworów głoskowych, a «fonetyczny» = odnoszący się do brzmienia tworów językowych w ogóle. Niby to się samo przez się rozumie, a przecież wyraźne stwierdzenie i rozgraniczenie tych rzeczy jest nie tylko bardzo ważne, ale i bardzo potrzebne. 
A teraz pojęcie fleksji czyli odmiany, to jest funkcjonalnych modyfikacji tego samego zasadniczo tworu. Otóż, czyż nie ma takiej «odmiany» także w tworach głoskowych? Oczywiście, że tak, bo na tym polega przecież np. tak zwany zależny rozwój głosek. Jest dalej «odmiana» tworów zgłoskowych, wyrazowych (nie tylko przypadki itd.), złożeń itd., a także tworów zdaniowych (np. zmiana szyku) itd.. Do tego zważmy, że każda postać «odmiany» polega przecież na różnicy «fonetycznej» i w niej się wyraż]. To samo odnosi się wreszcie do «składnh), bo składnię, to jest fakt występowania tworów językowych w większych lub mniejszych szeregach i grupach, mamy równie dobrze poza zdaniem, w tak zwanej «fonetye», w słowotwórstwie, w powiedzeniach itd., i znowu każde ugrupowanie łączy się  faktami «fonetycznymi» i «fleksyjnymi», będąc z nimi koniecznie wlązane. 
Z tego wynika, jak wielka jest względność pojęć głosowni, odmiany i składni i jak wielką ich powszechna stosowalność; tymczasem związano je jakby jakimś istotnym, nierozerwalnym węzłem z poszczególnymi kategoriami tworów! Ponieważ za z tego powstaje ogromna niejasność i zamieszanie pojęć, przeto najlpiej dać tym terminom i nieścisłym pojęciom pokój - one tylko szkodzą. Wystarczą nam zupełnie ogólne pojęcia morfologii i semantyki. Fakty językowe rozpatrujemy jako jeden nieprzerwany łańcuch tworów, od najmniejszych do największych, zawsze od razu mając na oku ich wygląd i znaczenie. Jeżeli ktoś koniecznie chce dla «przejrzystości» wprowadzić podział, a nie mówić po prostu po kolei o głoskach, grupach głoskowych, zgłoskach... wyrazach jednolitych (pierwiastkowych), sufiksalnych, złożeniach, przypadkach itd., itd., to może się trzymać zasadniczego wyróżnienia głosek, wyrazów i powiedzeń, ale niech tego nie nazywa po kolei fonetyką, słowotwór:stwem, fleksją i składnią, bo to są mętne i krzywe pojęcia. 
To jest owa piąta (względnie szósta) ważna przyczyna dotychczasowej niejasności, o której przedtem tylko uprzedziłem. 
Nie wyobrażam sobie, żeby Powyższe uwagi załatwiały i wyczerpywały sprawę, iżby ta próba wyjaśnienia sobie i drugitn dotychczasowego stanu nauki o znaczeniu była wystarczająca; myślę tylko, że to jest jeden krok naprzód na dotychczasowej drodze, a raczej po dotychczasowym staniu w lniejscu - nic więcej. Na szczęście, jak to zwykle bywa, robią się teraz z różnych stron równocześnie wysiłki, aby naprawdę ruszyć z miejsca. . 
Na zakończenie tego przydługiego, chociaż tylko bardzo szkicowego artykułu jeszcze uwaga o stylistyce i rytmice. Zdaje. mi się, jest rzeczą jasną, że fakty, mniej lub więcej stanowczo w zakres tych pojęć wciągane, należą zarówno do morfoogii jak do semantyki (w ogólnym sensie tych terminów), a po wtóre, odnoszą się do wszystkich tworów językowych. jak niewątpliwie do faktów językowych, zarówno aktualnych, jak rozwojowych, należy nie tylko zwykły, powszechny typ języka kulturalnego, ale także jego różne odmiany, wyższe i niższe, a dalej wszystkie jego odmiany socjalne (kulturalne i lokalne), tak też należą do nich odmiany związane z momentem twórczości artystycznej, zarówno z jej stroną indywiduatnie twórczą, jak z jej gatunkami i typami; wyraża się to - w różnym oczywiście stopniu, ale - w całym zakresie tworów językowych. Moment nastrojów także wszędzie i zawsze gra pierwszorzędną rolę, nie tylko w tak zwanej stylistyce. A to samo, mutatis mutandis, można powiedzieć o zjawiskach rytmicznych, w szerokim tego słowa znaczeniu zatem także poetycznych. 
O zagadnieniach specyficznie znaczeniowych, o tym, co dotąd na tym polu zrobiono, o ich teorii i o teorii odnośnych badań - innym razem. 