W końcu ma być mowa o utworach wyższego rzędu czyli gatunkach literackich; innymi słowy ostatni tom dzieła ma przedstawić rozwój tych wszystkich psychologicznych i socjologicznych dążności ku dzisiejszym rodzajom literackim sztuki, zarówno górnej, jak ludowej. 
Stałe uwzględnianie psychologii myślenia. Krytyka dawniejszych gramatycznych i syntaktycznych podziałów. Wynikiem jes, a raczej ma być, nowy system gramatyczny, w którym znajdzie wygodne i właściwe miejsce zarówno prostacki żargon uliczny, jak najwznioślejszy język poetycki, gdzie się pomieszczą wszystkie logiczne i nielogiczne odchylenia  
Muszę zaznaczyć, że cała druga część zdaje się dotąd 2 się nie ukazała, ale układ przedstawia się dosyć szczegółowo i jasno w zapowiedzi autora, a następnie w układzie, jaki przyjął dla swych sprawozdań z ogólnego językoznawstwa w Indogermanisches Jahrbuch. 
. Cóż zatem powiedzieć. o tym ujęciu i o tym planie? Widzimy, że w dziale, nazwanym strukturą socjologiczną, autor daje społeczne, etniczne i kulturalno-historyczne podstawy, na których-wyrósl-dany język kulturalny, co - przynajmniej po części - dotychczas było traktowane w osobnych «dziejach języka)-. Zaś dział, nazwany strukturą. psychologiczną, zawiera właściwą «gramatykę>, tylko w bardzo szerokim ujęciu. Autor wciela w swój system także to, co dotychczas było przedmiotem stylistyki, retoryki i poetyki, także patologii mowy, ale ogólny podział pozostał. tu ten sam co dawniej: głosownia, nauka o wyrazach (= morfologia w zwykłej terminologii), nauka o zdaniu (= składnia z wyłączeniem nauki o użyciu form i kategorii gramatycznych). O ile chodzi o głosownię, to stosują się zatem do niego te same zarzuty, któreśmy już podnieśli: nie ma racji nazywać głoski i inne czynniki fonetyczne «najmniejszymi składnikami psychicznymh), a wyrazy „najmniejszymi jednostkami językowymh); bo jedne i drugie są tworami językowymi, różnego rzędu oczywiście: Nie ma też racji do wyłączania niejako głosowni z systemu gramatyki: traktowania jej na całkiem innych prawach. W działach następnych układ nie jest ani przejrzysty, ani dosyć przemyślany; nie wiadomo np., czy części morfologii, nazwane «Wortbildun) i «Wort-. gebrauch), odpowiadają częściom głosowni, nazwanym «opis) i «historia; i jak, czy też nie; nie wiadomo, dlaczego w dziale składniowym mają osobne miejsce przysłowia, a inne utarte powiedzenia nie; i dlaczego to ma figurować w składni.
Słusznie robi autor, że zwraca uwagę na literaturę, ale jest to na razie tylko zapowiedź, i nie wiadomo, jak chce pogodzić językoznawstwo z nauką o literaturze. Rozszerzył też autor ramy swego układu tak, że łatwo może pęknąć, a przynajmniej przestać być systemem.
Jako gotowa całość leży przed nami książka znanego francuiego gramatyka Ferdynanda Brunota pt. «La pen£ee et la langue. Methode, principes et. plan d'une theorie nouvelle du langage' appliquee au franais) 1, potężny tom o XXXV 954 stronach wielkiej ósemki. Autor przedstawia we wstępie genezę swego dzieła. Jest to wielki akt oskarżenia dotychczasowej «gramatyki>, w szczególności nauki -języka ojczystego w szkołach i byłoby z pewnością rzeczą bardo zajmującą także dla czytlników Języka Polskiego zapoznać się z biegiem myśli i zarzutów Brunota, ale ponieważ te wywody mają tylko pośredni związek z przedmiotem mego artykułu, więc pozostawiając może innej sposobności zaznajomienie czytelników z nimi, przedstawię krótko, jak autor określa swój cel i zadanie i jak je rozwiązuje. otóż autor nie miał zamiaru dać «gramatyki przejrzanej i poprawionej), tylko {<metodyczny wykład danych myślowych (des faits de penEe), rozważonych i uporządkowanych w stosunku do języka oraz środków wyrażenia, im odpowiadających) 1. Toteż zasada jego brzmi: między najróżnorodniejzymi formami wyrażenia, między najbardziej niewspólmiernymi znakami tworzy związek wspólna myśl (iede), którą te znaki mają wyrażać, to więc, sens, należy wziąć za ośrodek i podstawę podziału 2. Trzeba się zatem zdecydować na metodę grupowania faktów nie wedle znaków, tylko wedle myśli, oczywiście nie myśli samych w sobie i samych dla siebie, tylko w stosunku i ze względu na ich znaki 3. 
Z zarzutów, tóre autor przewiduje i na które z góry odpowiada, jeden nas szczególnie zajmuje ze względu na uwagi, zrobione wyżej co do głosowni. Oto, powiada Brunot, zrobią mi taki zarzut. W języku są całe kategorie faktów, a zwlaszcza fakty fonetyczne, w których duch nic nie znaczy, a więc nie będą mogły wejść do tej klasyfikacji. Ale, pyta B. słusznie czy one miały jakikolwiek związek z dotychczasowym układem? A po wtóre, równie słusznie, zauważa, że w miarę rozwoju nauki odkrywaj ą się istotne związki między myślą a intonacją powiedzenia, które wyjaśniają ważne fakty w rozwoju głosek, i w ogóle coraz widoczniejszy się staje wpływ czynników psychicznych na fonetykę. 
A teraz, jak wygląda ten nowy system w wykonaniu? Dokładny spis treści obejmuje 30 stron dużej ósemki, i to drobnego druku, nie podobna go zatem tu dawać, byłoby to zresztą dla naszego celu zbyteczne. Trzeba pamiętać, że B. nie ma wcale pretensji kraczać tu w dziedzinę ścisłego językoznawstwa, bo mu chodzi przede wszystkim o reformę nauki języka ojczystego. Toteż fonetyką nie zajmuje się wcale, odsyłając do książki Grammonta, zapewne dlatego, że fonetyka gra bardzo małą rolę - słusznie czy nie - w podręcznikach i w nauce szkolnej, więc też niewiele w niej jest do reformowania. Cała zaś książka Brunota daje obszerny materiał wyrazów, form, zwrotów, zdań itd. francuskich, ułożony wedle znaczenia, przy czym uwzględnia wiele rzeczy, których w zwykłych, szkolnych gramatykach wcale nie ma. Semantyka jest zatem u niego, żeby się tak wyrazić, w organicznym połączeniu z morfologią i składnią, ale - ogółem biorąc - uwzględnia tylko kategorie, a nie indywidualne znaczenie wyrazów. Tego zatem, co się zwykle przez semantykę rozumie, u niego - znowu ogółem biorąc - nie ma. To co powiedziałem wystarczy może dla charakterystyki książki i układu względnie metody. Nie wdając się w ocenę tej metody ani przesądzając jej przyszłości, zaznaczę, że materiał jest ogromny, oryginalnie przedstawiony, wiele nowych rozróżnień i stanowisk, tak że mimo woli ma ię ochotę porównać całą klasyfikację Brunota z klasyfikacją Noreena. Byłaby to ciekawa i pouczająca praca. 
Po przyjrzeniu się tym czterem wybitnym dziełom zagranicznym rzućmy jeszcze okiem na znaną dobrze naszemu nauczycielstwu książkę prof. Szobera, która niedawno się ukazała w drugim wydaniu.1. Ma to być podręcznik uniwersytecki w układzie systematycznym, który tak się przedstawia: 
Głosownia: A. opisowa, B. funkcjonalna 2, C. wiadomości z głosowni historycznej. 
Nauka o znaczeniu wyrazów: podstawowe kategorie znaczeniowe wyrazów, a mianowicie, po kolei, 9 tzw. części mowy, od rzeczownika począwszy a skończywszy na partykułach. jest to zatem tylko semantyka głównych kategorii. 
Nauka o budowie wyrazów obejmuje tak zwane słowotwórstwo z wciągnięciem różnych rzeczy, zazwyczaj omawianych w odmianie, np. liczby i rodzaju, postaci czasownika (aspektów), przy czym autor uwzględnia stronę znaczeniową.
Nauka o odmianie wyrazów.
Nauka o zdaniu zawiera po staremu także znaczenie przypadków i form czasownika (z wyłączeniem rzeczy omówionych w słowotwórstwie). 
Widzimy zatem, że 'autor dowolnie ograniczył pojęie znaczenia do wyrazów, i to tylko do tzw. części mowy, wskutek czego rozdział, nazwany. nauką o znaczeniu wyrazów (semantyką), obejmuje wszystkiego kilkanaście stron; zresztą zaś znaczenie jest podporządkowane momentowi formalnemu. Lepiej było trzymać się w całości tradycyjnego układu, bo wtedy nie miałoby się do autora szczególnych pretensji. Zresztą nie zatrzymuję się dłużej nad systemem prof. Szobera, bo jego krytyczna oceną wynika po części z dotychczasowych uwag, a po części wyniknie z dalszych. 

Prawda, że łatwiej jest mówić, jak się coś powinno zrobić, niż to rzeczywiście wykonać, ale prawdą jest także, że chcąc coś dobrze i celowo wykonać, trzeba dobrze wiedzieć czego się chce, jasno sobie zdawać sprawę z zadania. Tymczasem omówione próby pokazują wyraźnie, że językoznawstwo jeszcze nie wie dobrze, jak ma naukowa gramatyka wyglądać. Dlatego może lepiej było dyskusję, rozpoczętą w Niemczech przez Riesa, dalej i wszechstronniej prowadzić, niż to rzeczywiście zrobiono.
Ries ogłosił w r. 1894 książkę. pt. «Was ist Syntax?), która wywołała żywy ruch wśród lingwistów. Wprawdzie Ries poddał przede wszystkim krytyce pojęcie i układ składni, ale w ścisłym związku z układem całej gramatyki oraz z uwzględnieniem pojęcia semantyki. Występując energicznie przeciw dotychczasowym metodom badań syntaktycznych i dotychczasowemu układowi, przedstawił R. następujący system gramatyki: 
[tu jest tabela] 
R. oparł tedy swój system na zasadnczym wyróźnieniu l) formy i znaczenia, 2) wyrazu (Einzehłvort) i zespołu wyrazowego (Wortgę-. fiige). Równorzędnie obok par: «wyraz - nauka o_ wyrazach» i «zespół wyraowy - składnia» stoi para: «głoska - głosownia», ale nią się R. dalej wcal nie zajmuje. Co się tyczy działu I I, to nauka o znaczeniu wyrazów, ich rodzajów i form odlniany obejmuje wedle R. synonimikę i zmianę znaczenia oraz wszystko, co się da w dziedzinie znaczenia wyrazów systematycznie opracować; synoniikę i zmianę znaczenia należy także przy formach fleksyjnych .wyraźnie uwzględniać.  
Książka Riesa znalazła żywy oddźwięk w kołach językoznawców; uznając dodatnie strony jego wystąpienia, słuszność krytyki dotychczasowych systemów składni oraz zaniedbanie działów I I i I I I, twierdzono, że się nie da w praktyce przeprowadzić rozdział między działem' I I i IV w duchu żądań Riesa. Mówiono, że R. ma zapewne teoretycznie słuszność, stosując ściślej zasadę układu gramatyki wedle «formy i treśch), co zresztą odpowiada staremu rozróżnianiu «aussere und innere Sprachform» Humboldta, oraz przeciwstawiając wyraz i zespół wyrazowy, ale że praktyka stawia nieprzezwyciężone trudności. jednakowoż Ries podtrzymuje swoje stanowisko jeszcze i teraz, a ma wieniego wyznawcę w Blilmelu. 
Trzeba przyznać, że zasada, aby znaczenie form i różnych kategorii wyrazowych należało do składni, to jest do jej działu znaczeniowego, o ile, al tylko o ile rzeczywiście wchodzi w pojęcie tzw. rządu i zgody, zresztą zaś do nauki o wyrazach, jako jej dział znaczeniowy, przedstawia w praktyce ogromne trudności. Bo np. każdy prawie przypadek musiałby figurować w obu działach, np. biernik dzień i noc w zwrocie on pracuje dzień i noc należałby do nauki 'o znaczeniu wyrazów, jako luźne określenie czasowe, ale w zwrocie on bawił w mieście dzień i noc do nauki o znaczeniu tworów składniowych, jako obiekt związany z czasownikiem. Ale trzeba uznać, że zarówno dotychczasowa praktyka, aby to wszystko traktować w składni, jak i nowsza, aby to wszystko wyłączyć ze składnii traktować jako dział nauki o wyrazach, także nie wytrzymują ściślejszej krytyki. 
jak wielki jest kłopot i jak wielkie pomieszanie pojęć, widać z dwu artykułów ludzi, uważanych powszechnie za «bystrych i myślących) jeden -to artykuł zmarłego w czasie wojny R. M. Meye ra pt. «Der Aufbau der Syntax) 1, który miał usunąć trudności układu Riesa i dać system bezsporny, drugi -Lercha odpowiedź pod takim samym tytułem. 
Układ Meyera: 
1. Głosownia = nauka o elemen tach i czynnikach 3 zgłoski. Elementy: głoski; czynniki: akcent, asymilacja... 
2. Nauka o formach = I)auka o elementach i czynnikach wyrazu. Elementy: pierwiastek i pień, prefiks i sufiks; czynniki': wyrównanie, różniczkowanie... 
. Dwa działy: a) nauka o odmianie, b) nauka o słowotwórstwie. 
3. Składnia = nauka o elementach i .czynnikach gotowej mowy (der fertigen Rede), to znaczy rzeczywi3cie mówionej. Elementy: klasy i formy wyrazów, zespoły wyrazowe, zwłc:szcza zdania; czynniki: szyk, ton i rytm... 
4. Nauka o znaczeniu (semiotyka) = nauka o elementach i czynnikach języka (der Sprache), wziętego jako jednolity organizm. Elementy: zasadnicze wyobrażenia (Grundanschauungen), kategorie; czynniki: specjalizacja, uogólnianie, zmiana zabarwienia (Umfarbung). 
jest to układ bardzo słaby; przytaczam go jako żywy przykład panuj ącego chaosu, skoro nawet bystrzejsze i śmielsze głowy mogły w taki nikły sposób reagować na wystąpienie Riesa. 
A teraz Lerch, uczeń Vosslera. Występuje stanowczo przeciw współrzędnemu umieszczaniu nauki o znaczeniu jako czwartego działu obok tamtych trzech. Nie, powiada L.: składnia jest nauką o znaczeniu. Fonetykę i morfologię można od biedy traktować czysto formalnie, ale składni nie można pisać, nie wchodząc w zna:" czenie zdań i ich członów. A skoro syntaksa = nauka o znaczeniu, to nie ma osobnej semantyki jako czwartego działu gramatyki. Gramatyka naukowa należy przecież do nauk duchowych (humanistycznych) powinna być zatem nauką o sensie i treści tworów językowych, czyli nauką o znaczeniu; a więc nauka_o znaczeniu (= skład-, nia) nie jest jakąś sobie częścią gramatyki, tylko właściwą gramatyką. Reszta gra rolę poprzędną; fonetykę i morfologię można traktować w fonnie dodatków czy wstępnych uwag, jeżeli w ogóle da się je traktować bez względu na moment treściowo-znaczeniowy! Głoski i formy zmieniają się tylko w związku mowy; przy głosowni trzeba ciągle wkraczać w morfologię i składnię, a przy morfologii w składnię. Toteż jedynym ściśle naukowym sposobem przedstawienia gralnatyki jest układ ściśle historyczny czyli chronologiczny, zastosowany przez Brunota w «Histoire de la langue franlise» i przez Vosslera w «Frankreichs Kultur im Spiegel seiner Sprachentwicklung&, gdzie zjawiska fonetyczne, fleksyjne i syntaktyczne nie są rozrywane. Obok tego jednak jest uprawnione przedstawienie, polegające na tym, że mówiący noszą w duszy (w wyobrażeniu) system głoskowy, fleksyjny i zdaniowy. Ale podczas gdy przedstawienie głosowni i odmiany, które chce nawiązywać do znaczenia, ciągle musi wkraczać w składnię, to przedstawienie składni ma tę wyższość, że ma wystarczające uzasadnienie samo w sobie (dass sie rein aus sich selbst und in sich selbst geschehen kann): zdanie ma bowiem zupełne, skończone w sobie znaczenie, które głoska i wyraz posiadają tylko wtedy, jeżeli noszą charakter zdaniowy, a wtedy należą do składni. 
A więc L. przeprowadza w gruncie rzeczy zrównanie: gramatyka = składnia = nauka o znaczeniu. Rozpoczyna od zdania, włączając w przedstawienie sukcesywnie wyrazy i ich formy. I to ma być wedle niego «system naturalny, organicznie wyrosły, bo zdanie wyprzedza swoje części>! Szkoda, że autor nie dodał: tak jak kura wyprzedza swoje jaje! Nawiasem wspomnę, że ten sposób przedstawienia spotyka się od dawna w szkolnych podręcznikach na Zachodzie, zwłaszcza angielskich i amerykańskich. 
Nie przeprowadzam szczegółowej krytyki, bo ta będzie zawarta implicite w poniższych ogólnych uwagach zasadniczej natury. Wspomnę tylko jeszcze, ponieważ i tak już było wymienione nazwisko Vosslera, że ten monachijski romanista bierze wybitny udział w całym ruchu odnowienia językoznawstwa, zarówno teoretycznymi rozważaniami, jak przeprowadzaniem w praktyce swych zapatrywań. 
Vossler jest wyznawcą Crocego, przeciwnikiem pozytywizmu ewolucjonizmu, psychologizmu i wreszcie - socjologizmu. Jego stanowisko w patrzeniu się na zjawiska językowe to indywidualizm, moment twórczy, styl i sztuka, co wszystko określa mianem idealizmu. Dla niego właściwą, zasadniczą postacią gramatyki jest odpowiednio pojęta stylistyka - to dopiero jest właściwa nauka o języku i przez to staje ona obok nauki o literaturze. Vossier przeprowadza swoje zapatrywania, a zwalcza przeciwne, w sposób żywy, zajmujący, bardzo cięty i pełen siły pzekonania - nic dziwnego, że ma licznych zwolenników, i to nie tylko wśród swych uczniów. Ale, kiedy czytelnik zacznie się zastanawiać i chce sobie jasno zdać sprawę z zapatrywań Vosslera, to nieraz znajdzie się w kłopocie i w wątpliwości Zresztą już a priori można tego oczekiwać. Bo jasna, niewątpliwat bezpośrednio do, wszystkich przemawiająca prawda musi być w zgodzie z przedmiotem, z istotą i całością odnośnych zjwisk, innymi słowy, z rzeczywistością, a jakieś ciasno określone i przez ,to, amo ogrodzone stanowisko tym być nie może. Twórczość? zapewnewszakże życie całe, jest twórczością; kultura? oczywiście, bo cóż innego wytwarza człowiek? indywidualizm? naturalnie, przcież bezpośrednio rzeczywistość życiowa objawia się jedri6stkowo; intuicja, wyobraźnia, sztuka? niewątpliwie, boć to chyba w życiu przeważa. Można zatem i trzeba widieć i szukać- tego wszystkiego w języku, ale to nie wyklucza wcale automatyzmu i mechanizmu psychicznego i społecznego, ani roli życia zbiorowego, ani czynnika praktycznie-racjonalnego, ani nawet logiczno-poznawczego... Nie tylko nie wyklucza, ale nie może w żaden sposób wykluczać: gdyby. tego nie było wcale w. języku, toby w ogóle nie było tworów językowych. 
A więc patrzmy zawsze na całą rzeczywistość - nie możemy jej chwycić w sposób absolutny, to wiadomo - jesteśmy wobec niej zawsze jakby wobec bardzo odległego łańcucha górskiego, widzimy ją tylko przez gęstą zasłonę naszego jednostkowego bytu, ale starajmy się przynajmniej z całą siłą i z całą świadomością, ną jakie nas stać, nie przytykać nosa- do jednego miejsca zasłony, nie wbijać oczu w jedno jej mętne oczko i nie wrzeszczeć przy tym: ja, ja widzię rzeczywistość - bo wszakże to samo mniej więcej robią inni, nazywając się nawzajem osłami i kłamcami; robi się tylko zgiełk i wrzask, a wreszcie zaczynają argumentować pięści! Trzeba przede wszystkim zobaczyć zasłonę, odsunąć się od niej i jej się dobrze przypatrzyć. 
Wracając do Vosslera: jak nas nie zbawiło zrównanie Lercha \)semantyka = składnia (= gramatyka»), tak nas nie zbawi jego zrównanie «gramatyka = stylistyka». Bo dla wielu ludzi, nie najgłupszych, stylistyka jest jeszcze = x. A. teraz próbujmy się posunąć naprzód. 
Słusznie podkreślono energicznie i z różnych stron konieczność jasnego przeciwstawiania, a zarazem stałego i konsekwentnego uwzględniania obu stron faktu językowego, jakimi są postać i znaczenie. Twór językowy jako taki jest właśnie znakiem pewnej treści, istnieje razem z nią i przez nią i nadaje jej zarazem pewien obiektywny byt. jest więc rzeczą jasną, po pierwsze, że oba te momenty, te obie strony tworu językowego, trzeba mieć zawsze na oku, a po wtóre, że trzeba je uwzględniać przy wszystkich tworach językowych. Wynikają tedy dwa pojęcia nakowego rozpatrywania: nauka -o postaciach czyli formach w szerokim tego słowa znaczeniu, albo -morfologia, a z drugiej strony nauka o treściach czyli znaczeniach albo semantyka. Pojęcie postaci stosuje się do wszystkich tworów językowych, nie tylko do wyrazów, ale równie dobrze do głosek i do zdań; wszędzie mamy przed sobą określoną postać i strukturę. To "jest tak jasne, że wystarcza zwrócić tylko ria to uwagę, aby uznać, -że pojęcia morfologii nie można zacieśniać do wyrazów, bo ono się .stosuje do wszystkich tworów językowych, od względnie najprostszych do najblfdziej złożonych. 
Tak samo rzecz się ma ze znaczeniem i z semantyką, ale tu różne przyczyny złożyły się na daleko większą trudność jasnego 'zdania sobie sprawy ze stanu rzeczy. Jedną jest odwieczne pomieszanie pojęć i terminów, spowodowane tradycyjną gramatyką. Od Wiekó\tv cała masa faktów znaczeniowych była utopiona w nauce o wyrazach i w składni i eo ipso wyłączona z góry z semantyk i Gramatyka, zajmując się przede wszystkim tak zwan) mi form a mi ucząc ich i podając dla nich reguły i wzory, używa naprawdę ciągle pojęć i podziałów znaczeniowych, bo wszakże stwierdzanie, wyróżnianie i określanie form polega na ich znaczeniu albo na tak zwanej funkcji gramatycznej. Części mowy, przypadki, liczby i rodzaje, osoby, czac;y i tryby, strony i aspekty (postacie) czasownika, zdanie i różne jego rodzaje, części zdania itd., itd. - wszystko to są pojęcia znaczeniowe, a nie formalne, a raczej znaczeniowo-formalne, W każdym zaś razie nie czysto formalne. Ale z jednej strony są to pojęcia bardzo ogólne, oderwane i funkcjonalne albo stcsunkowe, nie uwzględniające indywidualnej treści odnośnych tworów, tylko ich treść kategorialną. Tak zwane formy językowe są to ogólne kategorie pojęć i stosunków, jakie w danym języku - po części w ogóle w mowie ludzkiej - się wyrobiły i dlatego właśnie, że konkretnej treści wyobrażeniowej jest w nic bardzo mało, albo i nic zgoła, uważa się je za formy. Z drugiej zś strony trzeba pamiętać, że cały zasób tych «form» wraz z odnośnymi nazwami odziedziczyliśmy po gramatyce klasycznej, grecko-łacińskiej, czyli że system, wyrosły na języku greckim, i to niezbyt doskonały, został przeniesiony na inne języki, mające po części bardzo różną budowę i system. I wskutek tego owe pojęcia i terminy grecko-łacińskie stawały się po częśi naprawdę czysto formalnymi, pozbawionymi wszelkiej treści, jakimś kiepskim rusztowaniem, po którym ludzi zmuszano chodzić, wmawiając w nich, że to wyborna gimnastyka! 1 
Koniec końców przyzwyczajenie do patrzenia się na tak zwane formy przede wszystkim właśnie jako na formy było tak silne, że nawet kiedy stary system zaczął nie wystarczać, kiedy się zdecydowano z nim zerwać i kiedy zaczęto słowotw1órstwo układać wedle momentów znaczeniowych, a ze składni wyłączać naukę o użyciu przypadków, form czasownikowych itd. i wcielać do mortologii jako naukę o znaczeniu i używaniu form wyrazów, to i tak nie połączono tego z semantyką czyli nauką o znaczeniu tworów językowych w ogóle! Ten brak związku widać nawet u Noreena, chociaż w innej, niejako odwrotnej postaci, jak o tym już mówiłem. 
A stylistyka i retoryka? Tu leży druga przyczyna owego pomieszania pojęć, bo znowu całe mnóstwo materiału znaczeniowego było z dawien dawna rejestrowane w stylistyce i retoryce, a przez to samo z góry już niejako z ewentualnej semantyki wyłączone. Powodem było logiczne i estetyczne określanie i klasyfikowanie odnośnych faktów, zajmowanie się nimi dla celów praktycznych (nauka wymowy, poprawnego stylu, interpretacja poetów) przeoczenie, że te same zjawiska występują nie tylko w sztuce, to jest w tworach literackich, ale równie dobrze, koniecznie i stale w języku w ogóle, bo cała różnica w używaniu np. przenośni w poezji a w mowie codziennej polega tylko na większym lub mniejszym stoprju świadomości i tak zwanej «sztuczności). 
Tymczasem zaś, po trzecie, w kołach językoznawców zaczęto coraz usilniej myśleć o semantyce, zwłaszcza wskutek rozwoju i rosnącej ważncści, a zarazem trudności badań etymologicznych. Znajdujc się wobec nieprzejrzanego bogactwa znaczeń wyrazów i najróżnorodniejszych, nieraz zgoła nieoczekiwanych zmian i przejść znaczeniowych, zaczęto odczuwać coraz żywiej potrzebę wprowadzenia w ten chaos jakiegoś ładu, systemu i znalezienia jakichś zasad praw ogólnych. Semantykę łączono z wyrazami i ze słownikiem, a rozumiano ją przede wszystkim jako naukę o zmianach czyli o ewolucji znaczeń wyrazów. Zaczęto więc określać logiczny i historyczny stosunek znaczeń wyrazu i szukać przyczyn rozwoju semantycznego we wpływie treści całego powiedzenia (czyli w tak zwanej sytuacji) na znaczenie poszczególnych wyrazów oraz we wpływie całych grup znaczeniowych, w skład których wyrazy wcho-dzą, dalej w rozwoju (zmianach) kultury albo tak zwanych rzeczy, we wpływie nastrojów, itd. Najwięcej zrobiono oczywiście w dziedzinie najłatwiejszej, to jest w zakresie wyrazów kultury materialnej, badając wygląd i przeobrażanie się różnych grup przedmiotów i rzeczy w związku z odnośnymi nazwami i ich etymologią. Powstało nawet, jak wiadomo, w Niemczech osobne czasopismo, poświęcone tym badaniom, pt. Worter und Sachen. TH jednak gromadzono właściwie tylko materiał, uzupełniając słowniki. 
Kiedy jednak chodziło o jakieś ogólniejsze ujęcia i «prawa), oraz o wcielenie semantyki do gramatyki, napotykano nieprzezwyciężone trudności. I tak zostało bez mała do dzisiaj. Semantyka wydaje się ciągle jeszcze działem nauki o języku, nie mającym żadnego związku z innymi, co dowodzi jakiegoś zas1dniczego braku i fałszywego stanowiska czy ujęcia. Ja osobiście starałeln się wydobyć i jasno określić przynajmniej związek między słowotwórstwem a «nazywaniem) rzeczy i zmianą znaczenia w wymienionej już pracy <Semazjologia...) i w niemieckiej «WortbiIdung und Wortbedeutung» l, ale, chociaż po długim prawie ignorowaniu obecnie coraz częściej ,spotyka się przyznanie, że te prace posiadają zasadnicze znaczenie, to na ten punkt bodaj najmniejszą zwracano uwagę. Właściwie -do dziś dnia pozostało tak, jak -gdyby nie było żadnego związku między tworzeniem nowych wyrazów a zmianą znaczenia, jak gdyby to były dwie dziedziny i dwa przebiegi, nic ze sobą wspólnego nie mające. A to przecież nonsens. 