ROZDZIAŁ TRZECI. 
Pierwsza doba historyczna (1100 — 1500). Nazwy polskie w spisach łacińskich; bila papieska z r. 1136. Ślady dawnych narzeczy. Różnice narzeczowe: mazurzenie, wałczenie i i. Jakie zaszły zmiany w głosowni, w formach, w słownictwie? W pływy obce, germanizmy. Oddziaływanie języka polskiego na pruski.
BRNĘLIŚMY dotychczas przez pomrokę dziejową; odtąd stąpamy po gruncie lepiej oświetlonym, chociaż oświetlenie, nie tylko z początku samego, jest jeszcze bardzo niepewne. Nie posiada bowiem język źródeł własnych; zawsze jeszcze jesteśmy ograniczeni do tego, co ze stołu łacińskiego odpada. Mnożą się dokumenty, choćby łacińskie, a z nimi okruchy polskie i przypuszczenia nasze opieramy już na jakichś pewnikach i podstawach. Osobliwsza okoliczność nie daje w całej pełni korzystać z tych okruchów polskich, z imion i nazw miejscowych i opłat książęcych w dokumentach łacińskich. Tę okoliczność stanowi trudność pisowni.
Alfabet łaciński posiadał w sam raz połowę znaków, jakichby polski dla oznaczenia wszystkich brzmień wymagał. Ponieważ nikt nie myślał o nowych znakach lub o odróżnianiu dawnych kropkami czy kreskami, nie pozostawało nic innego, prócz oddawania brzmień polskich tylko w przybliżeniu t. j. całkiem niedokładnie. Nie odróżniał łacinnik, bo ich nie znał, ś, sz, i, i, więc i Polak bez tego obejść się musiał. Ubóstwo łacińskie zatłoczyło bogactwo polskie; jeden znak mógł, a raczej musiał sześć polskich zastępować. Znoszono tę niedogodność cierpliwie. Nieraz pisarz dokumentu był obcokrajowcem i nie rozróżniał brzmień polskich. Rozstrzyga! fakt, że nie pisano wcale po polsku; przy obfitszem piśmiennictwie potrzeba jakiegoś pomnożenia alfabetu łacińskiego byłaby się nieodzownie wcześniej nasunęła. Skoro jednak po polsku nikt nigdy nie pisał, po cóż było się mozolić z obmyślaniem jakiegoś systemu, jakiegoś zaradzenia temu niedostatkowi? Zadowalano się więc pisownią najniedokładniejszą, bylejaką, ukrywającą raczej brzmienia, niż je wyrażającą. Pomimo tego walnego braku wdzięczniśmy za każdy dokument, uchylający nam nieco zasłony z nad staropolskiego języka.
Najważniejszy z tych dokumentów jest też najdawniejszym, więc wszystkie inne zastąpić nam może i pokazać, jak wyglądała polszczyzna na początku XII wieku. Bula, jaką u papieża arcybiskup gniezdzieński r. 1136 dla potwierdzenia swych posiadłości wyjednał, jest zarazem złotą bulą języka polskiego; obejmuje spis kilkudziesięciu miejscowości i kilkuset ludzi — same nazwy więc, ale i z nich język poznać możemy. Spis ów ułożono naturalnie w Gnieźnie, notaryusz rzymski przepisał go tylko i może tu i owdzie w obcych brzmieniach się pomylił; zresztą spis bardzo dokładny, sumienny, odbija od innych nie tylko wiekiem, ale i starannością. Z niego więc najlepiej przykładów dobierać. Otóż pokazuje się z dokumentu 1136 roku, że wszystkie właściwości »polskie« już były ustalone; ie jedno przeszło w ia, a więc Balovanz (t. j. Białowąs), Balossa (Białosza), Sulidad (Sulidziad); drugie ie przeszło w io, a więc Siosłroch, Jezior i t. d.; »nosówki* przeważnie przez an, am się wypisuje, Gamba (Gęba, wymawiaj Gąba, z ą = an francuskie), Chaianła (Czajęta), Vilchanta (Wilczęta), Miranta (Mirzęta), Vssebant (Wszebąd), Bedanta (Radzięta, pisze się i Badenta) i tak najczęściej. Inne samogłoski te same, co i dzisiaj; uderza tylko używanie re- zamiast ra-, co po narzeczach istnieje, szczególniej po mazowieskich, a więc Beck t. j. Raczk, Bedanta t. j. Radzięta, Bedos t. j. Rados, Bedonk t. j. Radonk — ale obok nich są i formy z Ba. Ruchome e nie jest jeszcze koniecznem, czytamy więc, całkiem jak w Kaszubszczyźnie, Dome (Domek), obok Crostavez i Crostavz (Krostawiec), Darsc, Blizc (Blizek, Darzek), ale Cosussec (Kożuszek), Bedec (Radek), Curassec (Kuraszek), Clobuchec (Kłobuczek t. z. kapelusz, kłobuk prastara pożyczka wschodnia, z tego samego wyrazu, który później bez zmiany t. j. bez przestawki, znowu jako kołpak zapożyczyliśmy); wreszcie Kwiatek, Kwasek, Strzałek, ale znowu Krzesk. R i l już poprzestawiane, a więc Drogomysł, Broda, Główka, Trzebomysł i t. d., ale są jeszcze wyraźne ślady innej normy: Dargorad, nie Drogorad! Lederg (zamiast Ledarg t. z. na poły czy ledwie drogi, nazywanoż synów własnych i Nielubami!); Dułgota jeszcze, nie Długota; Polk t. j. pułk? To wszystko jasne i zrozumiałe; niejasnem i niezrozumiałem może się wydawać, czy 1136 r. już miękkie t, d, r poprzechodziły w dzisiejsze ć, dż, rz, czy ostały jeszcze w pierwotnym stanie? Na pozór dowodzi rękopis bezsprzecznie tego drugiego, pisząc stale Tessimizl (Cieszymysł), Teples (Cieplesz), Tyrpis (Cirpisz), Candera (Kędzierza), Costol (Kościół), Bezcorist (Bezkorzyść), Piscor (Piskorz), Techuta (Ciechuta, por. Ciechocinek), Crepc Krzepk, Mislentino Myślęcino, Jarotici Jaroeicy, Bospra (Rozprza), Podgorino i t. d. A więc wymawiali Polacy jeszcze 1136 r. ti, ri? Bajki to; pisownia tego nie dowodzi. Najpierw dlatego, że obok znajdujemy także pisownię przez cie, np. Cessimizl, Cecer (ciecierz!), Ciz (Cis, jest jednak i Tys); powtóre dlatego, że np. jeszcze w XIV wieku, kiedy już od dawien dawna wymawiano rz i dzie, polskie rękopisy (Kazań świętokrzyskich i gniezdzieńskich) piszą stale grech, idesz, chociaż ani na chwilę nie wątpimy, że pisarz wymawiał tak, jak my. Nie wolno po prostu od człowieka, piszącego np. Mieszek przez Mesec, wymagać, aby Męcisza czy Cieszętę inaczej napisał niż Mantis lub Tessanta! Jeżeli jeszcze w 250 lat później piszą u nas najspokojniej idesz, grech, cóż wymagać lepszego o tyleż lat wstecz? Teraz rozumie czytelnik skargę na niedokładność pisowni, tak znacznych wątpliwości nie rozstrzygającej; nie waham się jednak, mimo pozornego świadectwa przeciwnego, już polszczyźnie z początku XII wieku przypisać nasze dzisiejsze ć, dż, rz i czytam w buli gnieździeńskiej Nemiris Niemirzycem, Deventliz Dziewiętlicem (por. Dziewięciele), Dal i Dalost Działem i Działostem, Vrest Wrzeszczem, Nadey Nadziejem i t. d.
Tyle co do głosowni, zyskującej najwięcej z tego materyału. Słownictwo dowodzi już wpływów obcych, najbardziej naturalnie między imionami, gdzie chrześcijańskie już częste, Piotr, Jan (Gan), Szyman, Krzton (t. j. Gristian), jest i Kościół, i Pella (peła, z ołtarza); przeważają jednak słowiańsko-polskie nazwy i rozmaite apellativa, Komor (dziś Komar), Smogor t. j. torf, Goły, Trup, Chełst t. j. szum, Jeż, Płastk, Sioło, Jezior, Żerzucha (Serucha), Grochot, Osłab, Żuk (? raczej Suk) i t. d.; uderza częste Krost i Krostawiec. Nazw odojcowskich sporo, np. Sarbinowie, Niemirzyc, Dureviz (Dziurzewic), Małozimic, Rusowie (Rusów, od włosów, jest dosyć). I jeszcze kilka nazw: Swircz (Svircs, przez cs oddaje niezręczny pisarz i cz, pisze np. Scaple t. j. Czaple), Niegłos (częstsze, oznacza głupca, neveglas innych słowiańskich języków), Zmarsk (my o zmarszczkach mówimy, dawniej stale tylko zmarski) i t. d.
Najdawniejszy to pomnik języka polskiego i dlatego uwagę czytelnika tak długo nim zaprzątaliśmy. Dowodzi nam, że mimo wszelakich cech starożytnych, jakich dochował, polszczyzna na początku XII wieku z dzisiejszą w głównych, stanowczych rysach zupełnie się zgadzała — a o przeprowadzenie tego wniosku najbardziej chodziło. Uczy nas i czegoś innego: że późniejsze różnice narzeczowe już wtedy zaczynały występować, więc naprowadza nas na rzecz o gwarach polskich wogóle, którą jak najkróciej poruszymy.
Różnic tak silnych, jakie napotykamy w innych językach, np. w niemieckim, francuskim lub włoskim, próżnobyśmy w polskim szukali; mało tylko różnią się u nas narzecza, najwięcej chyba w rzeczy najobojętniejszej, w słownictwie. Są odcienie wymowy, np. w nosówkach; tracą je widocznie miejscami, szczególniej na końcu słów giną one stale, ależ to samo i między sobą w mowie potocznej, niedbałej, spostrzegamy, gdy zamiast będą np. po prostu bedo mówimy; zanik nosowego brzmienia bywa nawet bardzo stary, przedewszystkiem nasze rękopisy a nawet druki XVI wieku stale sie zamiast się piszą, tak i mie, cie, zamiast mię, cię,jeśli na nich niema przycisku. Oto nasze przccie(ź) powstało z przedsię, a zasię, zasic skróciliśmy w zaś. I w rzeczownikach nijakich typu imię i książę ginie nosówka; imie, książę, to pisownia dawna i wcale stała. O wiele ciekawsze, niż takie zamieranie powolne nosowego brzmienia, jest przetrwanie dawnego ą t. j. an francuskiego na zachodniej głównie połaci językowej, od Śląska do Kaszubszczyzny, owe ganś i t. p.; albo powstawanie nowych nosowych dźwięków, j zamiast im, mą zamiast mam i t. p. Inne odmiany dotyczą brzmień pochylonych, owego a, wymawianego jak o (pon), ó jak i i ó jak u; są okolice, gdzie pochylonych zupełnie już niemasz albo w drobnych śladach ocalały, szczególniej na wschodzie; w małoi wielkopolskich dzielnicach zato, np. w krakowskiej, uderzą cię nieraz jeszcze w ustach wykształconych osób, przywykłych od młodości do tych brzmień, odczuwających je żywo. Są i drobne, acz stare odmiany w szczegółach. Niegdyś, nie występowało o po miękkiej spółgłosce, po jocie np., lecz odmieniało się w e; stąd różnica między kolo a pole, o przeszło tu w e od czasów prasłowiańskich; więc kogo, ale jego, komu, ale jemu i t. d. z pierwotnego jogo, iomu; stąd różnica między synowie, bogowie a królewie, węźewie, żmijewie i t. d., panować, ale królewać; Kraków, ale Golejeico, Nieyolewo i t. d. Otóż język, pomimo tego, że do ie przed w nawykł, że nie odmienia go ani w ia ani w io (chlew, pletva i t. d.), dał się skusić w końcówkach przynajmniej przemagającej ilości owych -ów, -owie, -ować i zaczął je kosztem -ew, -ewie, -ewać rozszerzać; zaczęto już w XIV i XV wieku mówić Goleniowa, królowie i królów, królować, nie wszędzie jednak i nie od razu. Najwcześniej w śląskiej i krakowskiej dzielnicy, najpóźniej i najmniej w wielkopolskiej. Język piśmienny idzie za małopolskim trybem mówienia, stąd więc z Kijewa zrobiliśmy Kijów i polskiemi są tylko formy Mohilów, Berdyczów i t. d., przenigdy Mohilewski, Berdyczewski, o co niedawno spór toczono. Czasami i tu dziwna niekonsekweneya się objawi, mówimy tylko królowie, królowa, królować, ale królewna, nie królówna (jak po narzeczach), i królewięta, nie królowicta, lcrólewic, nie królowie — ale ojcowie, przenigdy ojceicic, w języku naszych sławetnych panował już od XV wieku. Jeszcze Górnicki (1566) używał stale form na -ewi i t. d., rycerzewi, królewej.
O wiele więcej rażą ucho nasze różnice narzeczowe u brzmień spółgłoskowych, najbardziej tak zwane (acz całkiem niesłusznie) mazurzenie, t. j. wymawianie c, z, s zamiast cz, ż, sz, zaba zamiast żaba, clowiek i ciek (ściągnięte) zamiast człowiek, dusa zamiast dusza, puscam zamiast puszczam, jezdzę zamiast jeżdżę; w niektórych okolicach nawet rz, wymawiane powszechnie jak ż, wymawiają jak z (s), np. dobze (dobrze), kozec (korzec), ksywda (krzywda), psysed (przyszedł). Nazywają to mazurzeniem, bezzasadnie, skoroź rozlega się po całym obszarze etnicznej Polski, jest w Zakopanem jak w Krakowie, na Śląsku jak w Lubelskiem. Bywa na Śląsku, że o miedzę graniczą wsie, mazurzące i nie mazurzące i wyśmiewają >źabiacy« -zabiaków*. Nie mazurzą na zachodzie, w Wielkopolsce i Prusach zachodnich, ani gdzie się ludność polska z ruską styka: w Galicyi od Wisłoka, w Królestwie pod Lublinem. Wystrzegają się mazurzenia klasy miejskie; bywa jednak, że wyrobnik lub służąca, z okolic mazurzących Drzvhvwszv <ln m iasta, stara sie mówić nonrawnie, nowe błędy robiąc, szam zamiast sam, a są i okolice, gdzie sz, cz, ź i s, c, z pomieszano, gdzie i tak i siak mówią, »szadzą«. Szydzono o to z Mazurów już w XV i XVI wieku; do języka literackiego dostało się to samo w kilku wyrazach, np. cacko; jeszcze Rej i W. Potocki mawiali czaczo (por. imię Czacki), prastary to wyraz, niegdyś oznaczał kupę — nagrodę zwycięzcy, potem każdą kupę, w jaką coś zrzucano, aż do gwary dziecięcej zeszedł (Kociewiacy mówią czacznieć zamiast zwietrzeć, wyczaczniałe piwo i t. p.). Inny prastary wyraz, dziś zupełnie zarzucony, to zązel dla powrozu; jeszcze W. Potocki trzym a »psa na zązelu«. Prasłowiański to wyraz (żoźel w cerkiewszczyżnie), już w XV wieku strykiem zastąpiony (dziś stryczek, z niemieckiego); zachował się więc w formie »mazurskiej« tylko (w tej pojawia się i cędo t. j. dziecko w literaturze XVI wieku). Coś podobnego zaszło i z ziobrem albo ziebrem, zamiast dawnego żebra, a to zamiast rzebra (czeskie febro, niemieckie Rippe); zielazo zamiast żelaza ogólnie w Wielkiej Polsce mówią już w XVI wieku. Podobnie mówimy dziś roztasować sic, zamiast dawnego roztaszować t. j. rozwieszać tasze na jarm arku, ale ponieważ u nas zawsze z jarmarku do karciąt tylko rękę podać, więc podprowadziliśmy dawny wyraz kupiecki pod karciarski (tasowanie kart). Co ciekawsze i ważniejsze, i inni Słowianie znają podobne »mazurzenie«, szczególniej cz i c mieszając (w Serbii, na Rusi północnej); u nas jedynych to przesunięcie artykulacyi ogólnem się stało i niemal trzy ćwierci naszego obszaru etnograficznego objęło. Mamy i narzecza, gdzie tylko cz (nie sz, i) m a z u r z e n i u ulega, albo gdzie nie w wszystkich słowach mazurzą.
Dla Mazurów właściwych jest bardziej charakterystycznem wsuwanie pasorzytnego s, z, my używamy go w zbitkach cle, dzie, rze z tje, dje, rjc, oni nawet w zbitkach z wargowemi, mówią więc bziały, bziałka (kobieta); stróż warszawski nieraz się zapomni i wskaże do pana na psiętro (piętro) i t. d. A ciągnie się ta nawyczka aż do Mazurów Prus wschodnich i rośnie niemal po drodze; tam usłyszymy nawet zino zamiast wino i ziecor zamiast wieczór, mimo wpływu języka pisemnego, jakim niektórzy filologowie chcieliby, np. z Kaszubszczyzny, wszystko, co prawdziwie polskie, wyeskamotować.
Bardziej rozpowszechnione jest tak zwane wałczenie t. j. niewymawianie ł, labializacya tegoż ku w, zamiast głowa mówią guowa na Śląsku, w Krakowskiem i t. d.; w literaturze wprowadzają »wałczących* chłopów już w XVII wieku (np. Wacław Potocki). I to rzecz wcale nie odosobniona, i inni Słowianie utracili dawno nawet wszelką możność wymawiania prastarego ł, Czechom zastąpiło je l, na co już Hus u Prażan sarkał; u Rusinów, u Serbów i Charwatów nastąpiła po labializacyi (daw, kupyu) zupełna wokalizacya dao, kupio (źiwio t. j. niech żyje, właściwie żywił).
Oto garść faktów, świadczących o tworzeniu się różnic gwarowych w obrębie polszczyzny. W najdawniejszych pomnikach są już najrozmaitsze ślady gwarowe, np. w przekładzie praw łacińsko-polskich, dokonanych na Mazowszu przed rokiem 1450, wahanie się między a i e; sławetny »burgmistrz« warecki pisze tu janako, jano, junytn słowem, slachainy, jadnacza, miaszkać zamiast mieszkać, i odwrotnie rena, renić, od zarenku (zaranku). Daleko sięga uproszczenie i mieszanie aspirat, chw (t. j. właściwie chf) zmieniają w f, chwałę w fałę, lichwę w Ufę, chwilę w filę (i odwrotnie, z fiołka robią clifiołka, z parachii parafię i parachfię; dostało się do języka ogólnego, np. w krotofla, krotoflny (Kurzweil, germanizm); w imionach Fałko zamiast Chwałko (porównaj Fałkowskich i Falkowskich, Falęckich, Faleńskich). Dalej zuchwały, z czego nawet zucha urobiliśmy, zastąpił zufałego, co ufać przestał, desperat, — zresztą ufać (por. poufały i dufać zamiast doufać, dufny) samo nie pierwotne, od u-pwać (por. pwa, nadzieja, pewny i t. d.) poszło. Cli i chw, f i ch grają u nas ciągle gonionego, chrost z chwrostu (por. ruskie chvorost) musiał powstać (jak sroka z swroki, por. świerkać, swirzkotać dawniej), ale mamy i chorego zamiast chworego (ruski chvoryj), Zawichost zamiast Zawichwostu, choję i choinę zamiast chwoiny od chwiania, ochotę zamiast ochwoty od przymiotnika dawnego ochivy, rzeźki (może stąd i ochwity, okfity, obfity poszedł? ale dawne źródła piszą go oplwitym i nasuwają inny wywód). Dawniej było to w polskiem nadzwyczaj rozszerzonem zjawiskiem, później bardzo się skurczyło; piszemy dziś fałszywie krewki zamiast krefki, boć to miejsce krechkiego t. j. kruchego zajęło i z krwią w najmniejszym związku nie stoi; język w własnych sidłach się ułowił i w krewkim sangwinika dziś upatruje, chociaż niegdyś krechkim tylko ułomnego tłumaczył, krechkość, ułomność np. płci niewieściej (i zamiast kruchki mówiono krufki); podobnie mówią w narzeczach fto i chto zamiast kto, w n if zamiast w nich (śląskie i wielkopolskie). Ale chwycić zamiast dawnego chycić przybrało w od chwatać (chwat, chwacki; dziś fałszywie chwytać), a stosunek między nimi zachodził taki, jak między kisnąć a kwas, być a bawić, słynąć i sława, kipieć i kwapić i t. d. Odmian narzeczowych było wiele.
Aby nas nie pomówiono o gołosłowność, przytoczmyż np. mnogi, u ludu miejscami młogi z ułatwieniem artykulacyi; co do takich ułatwień, nigdy się o gusty spierać nie można; jest i wieś Młogolice zamiast Mnogolic. Zamiast wszego, wszemu, wszystek przez cały XIV i XV, a miejscami i do XVI wieku ulubiono sobie po całej Polsce przestawkę szwego, szwemu, szwyciek — u Serbów i Charwatów jedyne to formy, svega, svemu i t. d. (jak i mlogo u nich), u nas czasowo trwały, poczem zanikły; został po nich ślad w nazwach miejscowych, np. Siepraw powstał z Swiepraw = Wszepraw, Swiemir ze Wszemira, Sierad z Wszerada. Zupełnie jednostajną mowa polska nigdy nie była; ślady odrębności narzeczowych sięgają daleko w przeszłość, ale nie wystarczały, aby rozbić albo poważnie wstrząsnąć jednolitą budową języka.
Zaznaczyliśmy, że wszelkie ogólne, typowe przemiany zakończyły się już przed wiekiem dwunastym. Gdyby zapytano, jakie powstały między XII a XVI, wskazalibyśmy następne. Najpierw, zdaje się (bo brak nam pewnych podstaw), utracił język polski wtedy ostatecznie i swobodę przycisku, akcentu, ocalałą w resztkach w Kaszubszczyźnie, i iloczasowe różnice, przestał długie od krótkich samogłosek odróżniać i tylko w kilku pochylonych brzmieniach ślady pierwotnej różnicy zatrzymał. Wprawdzie zapewniają nas jeszcze pisarze XV wieku, jakoby spółczesna im polszczyzna odróżniała iloczas tak, jak łacina; ale to myłką się zdaje. Łacina tak przygniatała język ojczysty, że do jej stosunków naginano po prostu język własny. Jeżeli jeszcze w sto lat później nie domyślił się pierwszy gramatykarz polski, że polszczyzna ma więcej przypadków, niż łacina, siedm, nie sześć, nie dziwić się mistrzowi krakowskiemu, że, odbierając przez wiele lat ciężkie plagi za długie i krótkie »sylaby* łacińskie, odnalazł je i w polszczyźnie. O wiele znamienniejszym, niż twierdzenie Parkosza, byłby fakt, że rękopisy nasze piszą podwójne samogłoski zamiast pojedynczych w tych niby razach, gdziebyśmy się długich spodziewali. Najobficiej szafuje nimi znany już nam »burgmistrz* Suled, ale i w biblii królowej Zofii bywa ich sporo; piszą więc Boog, rąąk, w meem, koos (koz), wziąął, staać, chorążaa, przebyivaacza i t. d., nieraz na jednej stronicy (u Suleda) po pięćdziesiąt i więcej przykładów. Uderza z góry nadzwyczajna chwiejność czy dowolność; jednę i tę samą formę pisze raz po raz tak lub inaczej, a prócz tego myli się ciągle, t. j. pisze podwójne samogłoski, gdzie tylko krótkie istnieć mogły. Ponieważ te podwójne znaki z reguły tam kładzie, gdzie dziś (lub dawniej) pochylone samogłoski mamy, rodzi się mimowoli wątpliwość, czyż te podwójne znaki nie oznaczają właśnie tylko pochylenia? Jakżeż bowiem mogłoby być, żeby język polski około r. 1450 jeszcze długie obok krótkich samogłosek posiadał, a w XVI wieku już ani śladu po nich nie zostało? Że w XVI wieku długich nie było, wszystkie samogłoski jeden iloczas miały, o tem nikt nie wątpi; żadnego świadectwa niktby przeciw temu odszukać nie zdołał. Jeśli tak było przez cały XVI wiek, to nic nas nie upoważnia, aby dla XV zupełnie odmienne stosunki przypuszczać. Gdyby nasz XV w. znał różnicę między długiemi a krótkiemi, taką np., jaka u pobratymców naszych, u Czechów istnieje, dlaczegóźby ograniczał on tę pisownię podwójną do a, o, ą, e? dlaczegóż nie znał jej np. przy i, u, y? Wydaje się więc z upełnie nieprawdopodobnem, żeby nasz język jeszcze w XV wieku długie samogłoski posiadał, żeby dopiero po 1450 r., po świadectwie Parkosza, nastąpił nagły przewrót co do całego iloczasu i język z jednego dnia czy dziesięciolecia na drugie pozbył się długich; niechybnie po narzeczach zostałyby ślady iloczasowości; kaszubskie nam nie wystarczają. To wszystko upoważnia nas do wniosku, źe nie nastąpił żaden przełom w XV wieku, ani na punkcie iloczasu, ani na żadnem innem polu; że stopniowe pozbywanie się iloczasu dawno przed tym wiekiem, może już w XII ukończono albo źe na ukończeniu było; że pozorna pisownia długa, wypisywanie p o d w ó j n y c h samogłosek, tylko ich pochylenie, nie ich długość oznaczać miała; że i tu więc, jak na innych polach, przykład pisowni czeskiej, iloczasowej istotnie, pobróździł w naszej. Wspominaliśmy wyżej, że długość, względnie pochylenie, wywoływał zanik półsamogłosek, że formy róg obok roga (t. j. niegdyś róg obok róga), rąk obok ręka (t. j. niegdyś rank obok ranka), jednozgłoskowe z dawnych dwuzgłoskowych roge, ranki, rodzajem zastępczego wyrównania powstała: długość samogłoski wyrównała poniekąd krótkość, jednozgłoskowość całego słowa. Więc chociaż półsamogłoski na końcu słowa od wielu wieków zanikły, pozostał po nich ślad w odmiennem traktowaniu tej samej samogłoski (róga ale róg, róg). I u spółgłosek wpływ ten przetrwał wieki i do dziś się odzywa.