Antonina Domańska
Paziowie króla Zygmunta
Wstęp
Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie paziów królewskich, przechodziło 
gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemny korytarz, ciągnący 
się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze 
cześci zamku krakowskiego. Za nimi stąpał cziężko pachołek, niosąc na 
plecach ogromny tłumok z pościelą.
— No a teraz którędy? — spytał paź biegnący przodem, zatrzymując się 
bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze krzyżowały.
— Prosto przed się, paniczku — odpowiedział parobek — dopiero na drugim 
zakręcie obrucimy się na lewo, potem przyjdą trzy schodki na dół, znowój 
prosto, potem pięć schodków do góry, jeszcze raz na lewo, no i już.
— Dobre mi już! Toć się człek niesczęsny może zgubić w labiryncie... — 
zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.
— Ino łaska Boża, że smoka nie masz! — dodał krępy, rudawy blondynek 
rzucając czapką w najbliszego kolegę.
— Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! — zaśmiał się tamten odrzucając 
czapkę dalej.
— Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?
— Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie, że ściany mają uszy!
— Ostroróg własnego cienia się boi!
— Nie boję się niczego! — krzyknął domnie zaczepiony, chłopak wysoki, o 
pięknych reguralnych rysach, śniady jak Cygan.
— Przecz więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?
— Słusznie czyni — zawyrokował najstarsz z paziów siedemnastoletnin Paweł 
Szydłowiecki. — Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po 
komnatach i donoszą co trza i co nie trza, komu trza i komu nie trza.
— Bogiem a prawda, dzieją się tu od niejakiego czasu różne cudeńka — rzekł 
z cicha Jaś Drohojowski oglądając się za siebie.
— Tłaj coże znów takiego?
— Dobranoc ci, Montwiłł, jcszcześ nie dospał, że jak wieloryb na Jonasza 
paszczękę na mnie rozwierasz?
— Nu gadaj, jakowe cudeńka?
— Ano, kichnie kto w swojej izbie, jużci w jedenastej komnacie wiedzą, że 
ma katar. Zabawi się jeden z drugim przystojnie, przez obrazy boskiej, ino 
że świeczkę bez noc wypala, oho, już jego miłość pań ochmistrz Strasz 
skoro świt wpada i łaje. A skąd się mógł dowiedzieć? Okno jego sypialni 
wychodzi na wirydarz1, a nasze wszystkie na podwórzec. Którędyź uwidział? 
I tak co dzień coś nowego.
— Et, głupstwo, taj koniec — rzekł Montwiłł — gorzej, że nas w takie 
zaświaty przenoszą. Czegoż nie pozostawili nas razem w kupie, cożeśmy to 
pośledniejszego od innych?
— Nie narzekaj, nie marudż, bo nie masz o co — tłumaczył Szydłowiecki — jeżeli cały dwur się ścieśnia, jeżeli nawet królewskie osoby nie wygody 
cierpieć muszą, to chyba nam, paziom, milczeć przystoi. 
— Jaże nic nie gadam, a taki mnie żal, że nas rozdzielono od towarzysz.
— Stare skrzydła burzą, nowy pałac ozdobny, wedle woli i gustu miłościwej 
pani, budowniczowie z Włoch sprowadzeni stawiać mają, to i nie dziw, że 
miejsca zabrakło ;a trochę ciasnoty zażyćsię godzi, zanim wspaniałe 
komnaty dla waszych miłościów zostaną wykonczone — kłaniając się z 
przesadną unirznością Litwinowi, rzekł Jaś Drohojowski. — Rzodzic mój 
powiada, że za jego młodości dwunasty było paziów i usługa króla jegomości 
szła składno, jak na kółkach. 
— Toć i za pierwszej żony miłościwego pana, nieboszczki królowej Zapolyi, 
także ponoć ich więcej. Dopiero z nową panią nowe nastasją czasy, zamek za 
ciasny, paziów dwustu a sługa licha parlare italiano?, utrapiare polono, 
wymyślare androno, nulla niente di buono i tak dalej... Czy mówię prawdę?
— Madrze i słusznie, Mikołajku!
— Na mily Bóg... pókiż tymi zaułkami wędrować mamy? — krzyknął 
zniecierpliwiony Szydłowiecki. 
— Wżdy gadałem waszej wielmożności — odparł pachołek flegmatycnie — że dwa 
razy na lewo, raz na dół, raz na górę, a my dopiero jedne schodki minęli. 
— Gedroyć!
— Boner! — krzykneli ze zdziwieniem chłopcy na widok dwóch paziów 
biegnących z przeciwnej strony ku nim. — Skądżeście się tu wzieli?
— Jędruś mi chciał pokazać naszą nową sypialnię — odpowiedział Konstanty 
Gedroyć — i zanimeście się spakowali, jużeśmy tu przybiegli. 
— Jakżeście trafili?
— Ja bym miał nie znać grodu, każdego krużganka, każdego zakamarka? — 
zaperzył się Boner. 
— Co on się tak buci ten krasnomędek?
— nie łajże mu, bo sprawiedliwie gada, 
— I nic mu za takowe wścibstwo?
— Wnuczek pana żupnika i wielkorządcy miasta... ino tyle rzekę. Pokąd był 
maluśki, to za panem dzidkiem bieżał a poły się imał; skoro zaś podrósł, 
wszędy go pełno, a ot, trzeci rok mija, jak paziem ostał. 
— Słuchjże, Jędrek... dobrze nam tam będzie
— Niezgorzej, niezgorzej; przestronno, ustronno, stary Strasz trzy razy 
się zatchnie i trzy razy spocznie, zanim do nas dolezie. WBogu nadzieja, 
że nieczęsto nas będzie nawiedzał. Jedno mi nie na rękę... 
— Coże?
— My na lewo w jednym kącie, a czwarte drzwi na prawo fraucymer. 
— Wiwat!
— Kamilla!
— Lauretta!
— Beatrycze!
— Hipolita!
— Geronima!
— Aha, cieszcie się, błazenkowie! Po pierwsze, takie dorosłe i przerosłe 
panny ani patrzą na nas, a po drugie, ich pokoje położone są w głebi, od 
strony zaś naszego korytarza ino komnaty signory Izabeli Papacoda i Mariny 
Arcamone. 
— Niechże cię nie znam z taką nowiną!
— Oho, stary Krabatius głowę beze drzwi wyścibia, widno go przeniesiono, 
jako i nas, na insze mieszkanie. 
— Któż to jest? — spytał Gedroyć, niedawno do Krakowa przybyły. 
— Medyk pana marszałka Kmity. 
— Nie znam go, muszę się mu przypatrzyć. 
Chłopcy doszedłszy do drzwi swego nowego miszkania, pchnęli Kubę z 
pościelą do izby, a sami nie kwapili się z wchodzeniem, obicując sobie 
jakąś śmieszną krotochwilę ze spotkania z magistrem Johannesem 
Krabatiusem. 
Tenż, człek niemłody, w czarnym aksamitnym długawym ubraniu i takiejże 
płaskij czapeczce na łysinie, stał we drzwiach swej komnaty i poglądał w 
korytarz przez szkła osdzone w rogowch widełkoch na długim trzonku, które 
przysuwał prawą rękę do oczu, wyciągając jeszcze naprzód chudą szyję, 
ruchem właściwym krótkowidzom. Bocianiej cienkości nogi, o dużych plaskich 
stopach, tkwiły w czarnych pończochach i czarnych safianowych trzewkach, 
zakończonych według najnowszej mody niepomiernie szeroko.
— Pan Szydłowski, pan Boner, panowie pazia... dobry wieczór. Co tu oni 
mają za jaką robotę? — zapytał Niemiec łamaną polszczyzną.
Przez twarz Jasia Drohojowskiego przeleciało drgnienie złowrogie, zwykła 
zapowiedź mniej lub więcej szalonego figla. Podbiegł z uprzejmą minką do 
Niemca: 
— Dzień dobry, panie magister, my tu na nową kwaterę, wasza miłość takoż?
— Moja miłość takoż.
— Ach, co za szkoda, że sypialnia pana magistra wychodzi na północ... przy 
waszym niemocnym zdrowiu...
— Ja nigdy nie wychodzę na północ. Dwadzieścia jedna godzina, to ja już 
dawno śpię.
— Słusznie to waszmość czyni, ale co innego chciałem rzec, powiadam, co 
okna są od północy.
— Ach tak... to jest bardzo niedobrze... od północ...
— A zwłaszcza że wasza miłość od kilku dni taki blady, przymizerniał 
srodze.
Mówiąc to Drohojowski kopnął najbliżej stojącego za sobą kolegę wzywając 
jego pomocy. Jędruś Boner, jedyny do konceptów, w mgnieniu oka się 
zorientował i niby półgłosem do siebie, ale tak, że każde słowo wyraźnie 
było słychać, mruknął:
— Biedny człowiek... zmienił się nie do poznania.
— Co on mówi?
— Nic, nic, niech się wasza miłość ciepło odziewa, o febrę nietrudno.
— Nie stójcie w tym ponurym, wilgotny korytarzu, dobry panie Krabatius! — 
jęknął Krystek Czema z rozrzewnieniem w głosie.
— Kochane chłopcy... poczciwe dzieci... posłucham waszej dobrej rady I 
zaniepokojony medykus cofnąl się do swej izby licząc puls, natyralnie ze 
strachu mocno przyspieszony. Wyjąl z kieszeni małe srebrne lusterko, 
obejrzał język... brzydki, oczy wydały mu się dziwnie zaiskrzone, a białka 
żółte. Usiadł znękany na ławie i zadumał się gorzko. Chłopcy tym czasem 
wpadli z krzykiem i śmiechem do swego nowego mieszkania i zaczęli 
porządkować swe rzeczy zniesione na miejsce przez służbę i porozrzucane 
bezładnie. Siedem tapczanów z siennikami twardo wysłanymi słomą stało do 
koła ścian; reszta gratów, co prawda niezbyt misternych i właścicielom 
jedynie miłych, a niezbędnych, leZała lub stała na podłodze. Montwił 
najpierw jął przewracać między poduszkami, wyszukał swoją, porwał kilim 
gruby, wojłokowy, co mu za przykrycie służył, i w mig posłał sobie 
łużko.Ostroróg zawiesił róg tatarski i sajdaczek niewielki na haku nad 
swoim tapczanem; Gedroyć, porwawszy bałałajkę o trzech strunach, puścił 
się w prysiudy do Drohojowskiego.
Jaśkowi w to graj! Hrymnął podkówkami o podłogę i dalejże kozaka. Czema w 
niewnym uwielbieniu patrzał na nie znany mu, a ze strzsznym ogniem 
wykonywany taniec.
Jeden Pawełek Szydłowiecki, nie dbając na wrzaski do koła siebie, wyjmował 
z tobołów bieliznę i świąteczne szatki kolegów i jak dobra matka układał 
je systematycznie porządkiem w drewnianych, jaskrawo pomalowanych 
skrzynkach, ustawionych przy łóżku każdego chłopca.
Boner, rozpalony widokiem kozaka przez prawdziwych Rusinów tańczonego, 
porwał mosiężna miednicę i rzemień ze sprzączka od tłumoka i walił w 
przyśpieszonym tempie, ile sił starczyło...
— Che orgia! Che demoni! Che bestie infernale! Czicho mi saras! L'orecchie 
mi crepano! Taki tańcy to piekło balet... powi saras miłościwa królowa!
Piekielny balet zamarł w jednej sekundzie, miednica i bałałajka wypadły z 
rąk, oczy wszystkich chłopców skoczyły ku drzwiom otwartym, w których 
stała przemożna i przegruba, najstarsza dama dworska królowej Bony — 
Izabela Papacoda.
— Powi miłościwa pani, che pazie diaboli incarnati... zawoła pan Strasz... 
— piszczała przeraźliwie czerwona ze złości Włoszka.
Pawełek Szydłowiecki, jedyny, który umiał po włosku, pokłonił się z 
uszanowaniem i przepraszał za siebie i za towarzyszy, że przez nieuwagę i 
zapomnienie dopuścili się takiej niegrzeczności.
Donna Izabela przestała sapać, uprzejme słówka, płynnie wypowiedziane, 
złagodziły jej furię, spojrzała nawet dość mile na przystojnego i 
układnego pazia i całe zajście byłoby się ku zadowoleniu wszystkich 
zakończyło, gdyby nie... Kupido! Nie ten malutki bożek skrzydlaty z 
zawiązanymi oczkami, ach nie!
Był to inny Kupido, czworonożny, z wydłużonym pyszczkiem i cieniuchnymi 
nóżkami... najukochańszy charcik signory Rapacody. Przez nie domknięte 
drzwi komnaty wybiegł za swoja panią, a usłyszawszy wrzaski wpadł, 
szczekając zajadle, między paziów, rzucił się na oślep z wściekłością i 
ostrymi ząbkami rozdarł jedwabna nogawicę małego Czemy, kalecząc go przy 
tym w nogę.
Wtedy Krystek, acz cichy i ślamazarny, nie pozbawiony jednak ludzkich 
uczuć, kopnął psa z całej siły tak, aż na łokieć w górę wyleciał i skomląc 
żałośnie, skrył się w gęstych fałdach sukni donny Izabeli.
Włoszka syknęła przez zęby jakaś specjalna klątwę, chwyciła pieska na ręce 
i trzasnąwszy drzwiami, aż szyby zadzwoniły, pobiegła do siebie.
— Nu, ależ baba wąsata! Chciałby ja za rok mieć pół takie wąsy! — dziwował 
się Montwiłł.
— Wąsy, nie wąsy... — westchnął Szydłowiecki — będzie jutro bigos.
— Komu? Chyba nie nam, ino tej starej włoszczyźnie — zapiszczał Krystek 
oglądając swą zadraśnięte łydkę. — Wżdy ludzie ważniejsi od psów!
— Ale pies panny Papacody to coś wcale przedniejszego niż jakiś tam dumy 
paź — drwił Ostroróg.
— Patrzcie, patrzcie, jak się Czema zaindyczył...
— Kto by się spodział, takie to zawżdy potulne...
— Jam go miał za ciepłe piwo... — podjudzali malca koledzy.
— Dumy paź? Ja wam pokażę durnego pazia! Jeszcze mnie dotąd nie znali!
— Krzysztofie Czemo, zaklinam cię, wyznaj, co zamyślasz uczynić? — z 
udanym patosem zawołał Drohojowski.
— Wspomnieciemoje słowo,zapłacę ja onemu Kupidynkowi z nadsypką, rodzic by 
się mnie wyparł, gdybym się nie pomścił.
— Na psie? cha, cha, cha!...
— Jemu doczynię a jego pani zapłacze.
— Akto on zacza ten malec? — spytał z cicha Gedroyć Drohojowskiego.
— Syn kasztelana gdańskiego, ród możny i wielce szanowny w województwie 
pomorskim.
— Ojoj, chłopcy... Odmiwąs idzie! -krzyknął Montwiłł wskazująć na 
przypiecek.
— Cóż znowu? Co ci się uwidziało?
— A prawda, chrząka na umor, ażę grzmi w całym korytarzu.
— Chrząka? To zły znak.
— Jużmu ta stara jędza nabijała co wlazło.
— O rety!... Szydłowiecki... Stań na wierzchu, on cię lubi, mmniej będzie 
łajał.
— Bóg ci zapłać, wolę nie.
Hhhrrrum... zahuczało donośnie i jegomość pan Stanisław Odrowąż Strasz. 
Wszedł majestatycznie z groźną miną do izby.
— Matko najśliczniejsz... wie wszystko... — szepną Czema na ucho ostrogowi.
— Cóż, chłopcy, roztasowaliście się. Wy skrzynkach groch z kapustą? Hhhrum.
— Już poskładane podług rozkazów waszej miłości, może raczycie zajrzeć do 
skrzynek, jak porządnie wszystko leży: bielizna po jednej stronie, a ...
— Dobrze, dobrze; nie zapraszał byś tak skwapliwie, gdyby co szwankowało.
— Nie wie o niczym — mruknął Drohojowski.
— A gdzież to Mątwił? Raz na zawsze przekazywałem, po zachodzie słońca 
wychodzić nie wolno i basta.
— Oooch... — Dało się słyszeć stęsknienie za kapą komona — głowa mię tak 
strasznie rozbolała, więc ległem co niebądź zdrzemnać się, za pozwoleniem 
waszej mości.
— Za moim? Kiedy żeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema co się tak 
wciskasz za Miołkę?
— Nogawicęm rozdarł, proszę waszej mości.
— Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum. 
— Nie widział się z Papacodą... — zaszemrało w stronie Bonera.
— Na gwoździu zaczepiłem. 
— Oddaj w czas rano do szatni, to ci Salomeja albo Grzybowska naprawi. A 
przykażcie Kubie, co by was skoro świt pobudził, Szydłowiecki i Gedoryć 
jutro na służbie przy osobie miłościwej pani..
— Za łaską pana ochmistrza, Mógłbym się zapytać, ktorzy wraz z nami na 
pokoje iść mają?
— Zbędna ciekawość, dowiesz sięjutro. Zresztą drobnostka to, nie 
tajemnica. Herbut, Zbilitowski, Pieniążek, Stadnicki, Tarnowski, 
Zborowski, Korybut, Kazanowski, Bielski i Czarnowski. 
— Dziękuje waszej miłości. 
— Barwa odświętna, ciżmy nowe, zachowanie jak najprzystojniejsze, bym się 
was nie powstydził! 
— Panie ochmisrzzu, toć... 
— Milczeć! wiem co mówi. Niejedniokrotnie już dochodzą mnie słuchy o 
nieokiełznanych swawolach waszych, nie próbujcie mej cierpliwości, bowiem 
wątła jest i łacno się zrywa. Jak wam to zresztą z dawna wiadome. 
— Wasza miłość nam przygania, zawżdy ino nam... wszak paziów jest 
dwunastu! 
— Tamci stu dziewięćdziesiętu trzej to baranki bieluchne naprzeciw was, 
Boner jeden obstoi za czterdziestu. 
— Żebym ino złapał tego, co o mnie takowe oszczerstwa sieje! 
— Milczeć! Już ja was znam jak złe szelągi, niecnoty jedne! Gedroycia 
mniej, bo za krótki czas; że się ano was czepił od pierwszego wejrzenia, 
to mi starczy, poznał swój swego! Co sięzasiętyczy nowego mieszkania, 
ostro przykazuje sprawiać się skromnie, przez haasów, przez krzyków; w 
pobliskości są sypialnie panów medyków, komnaty panów medyków, komnaty 
panien dworskich. 
— Bóg tak łaskaw na sługi swoje... nie widział się z tą czarownicą. 
— Ale, nie, Krystek... chodż ino bliżej -rzekł pan ochmiszcz i pokręcił za 
ucho nieszczesnego Czemę -jakrze pieskowi signory Papacody?AMOR... 
Kupido... nie pomszczę 
— Bo on mnie ugryzł do krwi! Niech wasza miłość pojrzy... 
— Ugryzł cię? A... to co inszego; ale po cóż kłamałeś, żeś rozdarł na 
gwożdziu? Dzwonią na wieczerze, marsz! i ruszył przodem, a chłopcy w 
podskokach za nim. Nie wszystkihm jednak tak pilmo było, Jedruś Boner i 
Krystek Czema wkleił się na ostatku, zawzięcie o czymś rozprawiając. 
— Jędrek... mojeś ty, póbjdziesz ze mną jutro rano nie mam, skoczymy do 
miasta jak po ogień i w tęe pędy z powrotem. 
— A jakże, nie pomógł bym? Naczynie jakie dobre masz? 
— Jak będziemy wracali z miasta, można będzie kupić garnek po drodze. 
— U Kasprowej? 
— Lepiej u Maguliny, co pod Dhigoszowym domem z garnkami siedzi, prosto od 
niej skoczymy na górę i jużeśmy w domu.
— Słuchaj no, o kiełbasie nie zahacz21.
— Ho, ho, kupię choć z pół łokcia.
— Czy się ino da zwabić?
— Ij... kiełbasa wszystko sprawi, zobaczysz, jak mnie umiłuje, ino 
gwizdnę, przyleci, a potem... chi, chi, chi... żeby się tylko udało!
— Co się nic ma udać? Dołoży się wszelkiego starania, no już moja głowa w 
tym, że go i rodzona matka nie pozna.
Rozdział I
Figiel Krzysztofa Czemy
Już od pierwszych chwil przybycia do Polski złożyła sobie królowa Bona 
szereg zmian, upiększeń przeróbek w starej, wiekowym trwaniem czcigodnej 
siedzibie Piastów i Jagiellonów, a Zygmunt, zakochany w młodziutkiej 
żonie, wszystkim jej zachciankom przytakiwł, na wszystkie nowości 
pozwalał. 
Jak już z rozmowy chłopców dowiedzieli się czytelnicy, pierwotna liczba 
paziów pomnożona została blisko dwadzieścia razy, najstarsze części zamku 
burzono, by na ich miejsce wznieść nową, piękną budowlę, pałac stylu 
odrodzenia.
I urodzajne sady, rozsiadłe od wieków na stokach wawelskiej góry, nie 
znalazły łaski przed obliczem młodej pani.Stare grusze i jabłonie,w 
pobliżu komnat królowej, padły w pierwszym zaraz roku pod ciosami 
siekiery. Ogrodnicy włoscy sadzili co wiosne i co jesień, z niezmiernym 
trudem sprowadzane krzewy południowe, kopali, urządzali fontanny, 
grupowali piękne klomby, a w cieniu wonnych krzaków migdału wyznaczali 
miejsce na ławki, które znów kamieniarze, ociosawszy foremnie, jak 
najśpieszniej wkopywali w ziemie.
Na szczęście wirydarzyk maleńki, ulubiony zakątek królowej Barbary 
Zapolyi, wciśnięty w załomie góry u stóp Baszty Sandomierskiej, uszedł 
bacznych oczu ogrodników, czyli też może jedno słówko z ust króla, 
powstrzymało ich zapał, dość że parę lip rozłożystych, jabłonka,śliwek i 
wiśni kilka ocalało od śmierci, a w miejscach do słońca zwróconych kwitły 
kowalie wiosenną porą, później róże, lilie, malwy i ostróżki na grządkach, 
a w głębi pod numerem srebrzystozielone mięty, ruta drobnolistna i 
fiolkowe główki macierzanek.
W tym to ustronnym ogródku bawiły się całymi dniami sierotki po Barbarze, 
malutkie królewny Jadwiga i Anna, pod dozorem pani Szczepanowskiej,starej 
doświadczonej slużebnej, które jeszcze nieboszczkę królowę była 
wyniańczyła.
Gdy w roku 1520 umarła młodsza dziecinka, czteroletnia księżniczka Anna, 
starsza Jadwiga, nieco zaniedbana pszez obojętną macochę, rosła swobodnie 
pod opieką najzacniejszej i całą duszą pszywiązanej nianki, która jednak 
mimo najlepszej woli nie umiała wychować córki królewskiej tak, jak tego 
jej wysokie urodzeńie i pszyszłe stanowisko wymagało. Pani Szczepanowska 
była kobietą prostą i jedynie skutkiem długiej służby przy dworze nabrała 
trochę ogłady. Od śmierci Anusi mineło lat cztery, a jedenastoletnia 
księżniczka Jadwiga prócz pacierza, łatwych ręcznych robótek i odrobiny 
włoskiej mowy — nie umiał nic więcej.
Nazajutrz po przeprowadzce paziów dobrze już było z południa, gdy drzwi 
przedsionka zamkowego, prowadzące na ogród, służba otwarła na rozcieź, a w 
nich ukazała się królowa z orszakiem swych ulubionych Włoszek i kilkunastu 
paziów.
Sześć lat minęło, odkąd piękna księżniczka mediolańska poślubiła Zygmunta 
I, a uroda jej wspaniała nie tylko nic nie straciła na swej świetności, 
ale jeszcze wzmogła się i przyodziała majestatem. Królewski małżonek, 
zakochany nieledwie do szaleństwa, uwielbiał jej wdzięki, jej 
wszechstronne wykształcenie, jej dowcip wykwintny, a nie widział — czy nie 
chciał widzieć — licznych wad i brzydkich stron jej charakteru, którymi w 
późniejszych latach zatruwała mu życie i ciężko się dała we znaki nie 
lubianemu przez się narodowi.
W czasie owym jednak była Bona zjawiskiem przecudnym, jedna z 
najpiękniejszych niewiast na świecie.
Szła tedy wysoka, kształtna, pełnej a smukłej kibici, w każdym calu 
królowa. Główkę jej wieńczyły faliste zwoje bujnych złotych włosów, zdobne 
upięciem splecionym z pereł, delikatna płeć blondynki w przeciwieństwie do 
hebanowych brwi i ciemnych wielkich oczu olśniewała białością, długi, 
zgrabny nos i bródka ślicznie zaokrąglona tworzyły całość nad wszelki 
wyraz piękna. Suknię miała z jedwabiu srebrzystego, haftowana w girlandy z 
róż. Stanik głęboko wycięty w kwadrat, a krojem swym przedłużający 
niepomiernie kibić, miał z przodu trzy równoległe wyszycia z drobnych 
pereł. Rękawy bardzo wąskie rozszerzały się powyżej łokcia, a ściągnięte 
srebrna wstęga sterczały na ramieniu sztywna bufa. Spódnica, układana w 
grube fałdy, rozciągała się po ziemi, co było uważane za konieczne 
dopełnienie stroju i nazywało się powłokiem. Złoty łańcuszek, wysadzany 
drogimi kamieniami, otaczał szyję Bony i przytrzymywany u góry diamentową 
przepinką, spadał aż do pasa, gdzie zakończała go klamerka z rubinów.
Królowa przebierała od niechcenia palcami ogniwa łańcucha, okazując przy 
tej niby bezwiednej zabawce wąziutka mała rączkę i pierścionki drogocenne 
na długich, różowo zakończonych paluszkach. W lewej ręce trzymała 
cieniuchną chusteczkę z szerokim szlakiem koronkowym.
Damy dworskie, same Włoszki, towarzyszyły królowej. Izabela Papacoda 
niosła krosienka najjaśniejszej pani. Marina Arcamone, ochmistrzyni dworu, 
miała w pogotowiu duży wachlarz od słońca; Laura Bdtrani, Icktorka, 
dźwigała kilka tomów poezyj do wyboru; Beatrycze dc Macris — kosz z 
jedwabiami i perełkami; Lukrecja Caldorra i Hipolita de Opulo, najmłodsze 
z dam dworskich, nie zaszczycone w tym dniu żadnym poleceniem, szły na 
ostatku i szeptały sobie widno coś bardzo wesołego, bo to jedna, to druga 
zasłaniała usta chusteczka, tłumiąc niestosowne w pobliżu królowej 
chichotanie. Sześciu paziów w barwie Sforzów postępowało po obu stronach 
alei równolegle z paniami, drugich sześciu zamykało orszak królowej.
Pań ochmistrz wybierał zazwyczaj najurodziwszych i najzręczniejszych ze 
swych wychowanków do usług miłościwej pani. Ani ospały Montwiłł, ani 
przysadzisty Czema, ani Wiśniowiecki jąkała, ani czerwonowłosy Kosta nie 
dostępowali tego zaszczytu. Za to król jegomość nie zwracał uwagi na 
powierzchowność, dla każdego z malców zarówno bywał łaskawym i 
sprawiedliwym.
Na co dzień nosili paziowie szaraczkowe lub granatowe sukienne ubrania; od 
święta i na służbie musieli być strojnie przyodziani. Dziś więc każdy z 
dwunastu miał berecik jasnoszafirowy, aksamitny, z białym strusim 
piórkiem, koszulę biała, atłasowa, z koronkowa krezka, suto namaszczona i 
szlywnie przylegająca do szyi aż pod same uszy. Szalka zwierzchnia z tego 
samego aksamitu co beret, nisko wycięła wzorem kobiecych sukien, a 
wdziewana przez głowę i dlatego zwana nasuwaniem, nie miała wcale zapięcia 
ani guzików; w pasie zaś przytrzymana była złota taśma, u której wisiała 
jedwabna torebka. Sute rękawy ujęte były w trzy bufy i ponacinane szeroko 
w kilku miejscach, przez które to przecięcia wyglądał biały atłas 
koszulki; od ramienia po łokieć aksamitne, od łokcia do ręki białe 
atłasowe, zakończone koronka dokoła ręki. Nogawice bardzo obcisłe, z 
niebieskiego jedwabiu, takież safianowe ciżernki.
Donna Marina Arcamone, wysoka siwiejąca brunetka, złagodziła swe zazwyczaj 
złośliwe skrzywione usta słodkawym uśmiechem i z wyrazem uwielbienia 
słuchała słów królowej, rzucając od czasu do czasu jakieś krótkie zdanie 
dla podtrzymania rozmowy. urli jej nos, zapewne bardzo kształtny za młodu, 
zaostrzył się z biegiem lal i począł mieć niejakie konszachty z broda, 
która się ku niemu uprzejmie wysuwała. Brwi, podniesione wysoko nad 
wypukłymi oczami, nadawały jej twarzy wyraz wiecznego pytania. I 
rzeczywiście pytanie, a raczej badanie i podpatrywanie były treścią jej 
życia i zajęcia przy dworze. Z lubością wywiadywała się o ważniejszych, 
mniej ważnych i zupełnie błahych zajściach, snuła domysły, a czasem nawet 
przędła leciuchne, pajęcze nici intrygi.
— Warto by zajrzeć do nowego ogrodu — rzekła Bona — ciekawam, jak się 
sprawiają moje pinie i cyprysy i co Paolo posadził dokoła altany.
— Wasza królewska mość raczy sobie skrócić drogę przez wirydarzyk czy woli 
obejść wzdłuż murów? — spytała Beatrycze de Macris.
— Ach, oczywiście, że lepiej prosto niż kołować — odparła Bona, i całe 
towarzystwo skierowało się ku ogródkowi księżniczki Jadwigi.
Dziewczynka klęczała właśnie przed krzakiem róży i ostrym nożykiem 
obcinała przekwitłe kwiatki. W cieniu lipy na ławce darniowej siedziała 
Szczepanowa i szyła jakaś bieliznę. Na widok przechodzącej królowej 
staruszka dźwignęła się z trudem i skłoniła pokornie, mała królewna 
przerwała także swe zajęcie, powstała z klęczek i złożyła ukłon nie 
przynoszący niestety wielkiego zaszczytu jej wychowawczyni.
Bona skinęła z lekka głowa, i uśmiechnęła się do signory Arcamone ze 
wzgardliwa litością. Gdy jednak minęły wirydarzyk, przystanęła, coś sobie 
jakby przypominając, i rzekła do ochmistrzyni:
— Zechciejcie poprosić królewnę, by się połączyła z nami i przeszła do 
nowych ogrodów, gdzie zasiądziemy z robotę i słuchać będziemy zajmującej 
lektury.
Stara dama zawróciła skwapliwie i pobiegła, o ile jej nogi starczyły, do 
wirydarza.
— Przychodzę z zaproszeniem od najmiłosciwszej pani na robótkę i czytanie 
w nowym ogrodzie — wyrecytowała urzędowym tonem, bez cienia uprzejmości.
Dziewczynka skrzywiła się nieznacznie i spojrzała pytająco na niańkę.
— Proszę pójść za mną, najmilościwsza pani czeka.
Na twarz Szczepanowej uderzył ciemny rumieniec, płótno zadrżało w jej 
rękach.
— Czy waszmość panna nie wiesz, jak się przemawia do królewskiego dziecka?
Swojej równej gadaj, wasza miłość, "proszę pójść ze mnę". Gdyby król 
jegomość słyszał podobne zuchwalstwo!
— Nie przyszłam tu po nauki do pani Szczepanowej — odparła ochmistrzyni 
drwiąco.
— Jeżeli się tak rozumiecie na dworskich przepisach, to lepiej nauczcie 
jej królewska wysokość wytwomiejszych ukłonów... bardzo by się to 
przydało, bo istotnie chyba nikt nie odgadnie, patrząc na nią, że ma z 
księżniczka, do czynienia.
— Cicho, nianiu — głaszcząc staruszkę po rozognionej twarzy, szepnęła 
Jadwiga i dodała głośniej: -ja nie zważam na mowę tej pani, słyszę ino, że 
jej królewska mość matka najmiłościwsza prosi mnie do siebie, więc chętnie 
idę.
Podniosła główkę dumnie, nie racząc spojrzeć w stronę donny Mariny, i 
wybiegła szybko, ani się na nie oglądając. Włoszka zbladła i zacisnęła 
pięści w bezsilnej złości... Nie ona jedna, zacisnął je także Konstanty 
Gedroyć, przechodzący w orszaku paziów za królową. Widział i słyszał 
wszystko i gniewem wezbrało mu serce.
Księżniczka Jadwiga przysunęła się do królowej i szła ciągle tuż przy jej 
boku, z pogodna, twarzyczka, jakby niepomna tylko co doznanej przykrości.
Nowy ogród zawiódł nadzieje Bony, piękne krzewy południowe, z największa, 
troskliwością zasadzone o wczesnej wiośnie, do starannie przyrządzonej i 
użyźnionej ziemi, strzeżone i pielęgnowane umiejętnie przez ogrodników, 
nie chciały się jakoś przyjąć, wyglądały słabo i wątło, marniały w oczach, 
a niektóre z nich uschły na dobre i wznosiły w górę nagie, czarne badyle. 
Królowa spoglądała z gorzkim uśmiechem na biedne karłowate roślinki, 
obeszła kilka ścieżek, dotknęła ręką więdnących liści, pochyliła się nad 
grządkami zamorskich kwiatów, wreszcie ruszyła ramionami i rzekła z gniewem:
— Zaiste, martwe stworzenia rozumniej sią zachowują od ludzi, nie chcą żyć 
w tym kraju bez słońca i ciepła. Stęsknione oczy moje nie ujrzą już pinii 
rozłożystych ani cytryn o połyskliwych liściach i złotych owocach, ani 
wysmukłych cyprysów, ani srebrnozielonej oliwy... Ach, co za kraj! 
Niedźwiedzi i tyrów ojczyzna... jakże dumną jestem, że danym mi było 
urodzić się w słonecznej Italii.
— Słowa najmiłościwszej pani znajdują ech w naszych sercach — rzekla z 
przymileniem donna Arcamone — lecz komu los pozwolił zażyć szczęścia z 
przebywania w pobliżu waszej królewskiej mości, ten jako żywo nigdy dziwić 
się nie będzie, że dla kwiatu tak doskonałemu ino boska Italia mogła być 
ojczyzną.
— Gdy sobie spomnę — mówiła dalej Bona z łaskawym wejrzeniem na 
ochmistrzynię — to nasze niebo z ciemnego szafiru, tak przecudne, tę 
wieczną zieleń i z różnobarwnego kwiecia kobierce, to słońce pełne żaru, 
te wonne gaje pomarańczowe, a patrzę na smętne szare obłoki, 
przysłaniające przez połowę roku blade słońce Północy, próżne siły 
żywiącej, gdy widzę one wierzby i brzozy ze zwieszonymi żałobnie gałęźmi, 
to mi jakiś lęk serca ogarnia i zda mi się, że nie wytrwam na tym wygnaniu 
i raczej królowanie porzucę, byle...
— Najmiłościwsza pani... król jegomaść przechadza się po tamtwj ścieżce z 
mistrzem Bereccim, zapewne ku nam się zwrócą. 
— Lauretta... pojrzyj no, kto jest ten przygarbiony człek, co się tam na 
ławie w słońcu wygrzewa. Głowę wsparł na ręku, nie widzę twarzy.
— To magister Johannas Krabatius, miłościwa pani.
— On? Przecz tak znękany?
— rozkaże najjaśniejsza pani spytać go?
— Nie trzeba, sama go zagadnę.
Jedną ręką wspierają się na lasce, drugą na poręczy ławki, z ciężkim 
wysiłkiem powstał stary Niemie na powitanie królowej.
— Dzień dobry, signore Krabatio — rzekła Bona uprzejmie — cóż tam u was 
słychać?
— Pokorne służby u stóp waszej królewskiwj mości składam, ze mną jest 
bardzo źle.
— Cz kłopoty, czy zmartwienia jakie?
— To jest największy kłopot... to jest największe zmartwienie... ja jestem 
bardzo słaby.
— Nie trapcie się waszmość, wżdy, jako medyk, łacno zwyciężycie chorobę.
— To jest właśnie największe nieszczęście, że ani przyczyny zrozumieć, ani 
symptomatów poznać dotąt nie mogłem. Jak piorun to na mnie nagle spadło... 
wczoraj w południe zdawało mi się, że ja jestem zdrów jak jedna ryba.
— A dziś?
— Na przemian ogień mię pali, to jest mi zimno jak lód, głowa chodzi w 
kółko, żaden apetyt, serca pukanie, ani godzina snu... ach, darujcie mi. 
najjaśniejsza pani. nadto się rozgadałem, lecz wiadomo: ex abudantia 
cordis...
— Życzliwym uchem słucham i chętnie bym ulrzyła.Ńie prubowaliście żadnych 
leków?
— Zaraz wieczorem puściłem sobie sześć uncyj krwi,dziś południe jeszcze 
raz tak wiele
— Powinno się okazać polepszenie,co by to była za chorość? Ni stąd ni 
zowąd, cznie zawianie,a prędzej jeszcze molocchio... nie macie posądzenia, 
by was kto urzekł podstępnie?
— Żaden ślad takiej myśli, miłościwa pani! Chorość już z dawna we mnie 
skrycie musiała tkwić, ino nie dawałem na to uwagi.
Przed wieczorem dopiero paziowie, co podle mej sypialni od wczoraj 
zamieszkali, spostrzegli że idzie mi źle i wiele mi przychylności okazali. 
Niech, jak się to nagle obiawiło, Szydłowiecki sam powie, prawda? 
Waszmościowie ze mną siąsiadujcie, ten drugi młodzieniec takoż.Bardzo 
poczciwe chłopcy.
Gedroyć i Szczydłowiecki na poły zmieszani na poły rozbawieni widokiem 
choroby z przywidzenia, którą Jaś Drohojowski jednym nie bacznym żartem 
wywołał, stali zaczerwienieni po uszy i milczeli.
— A czy by nie było dobrze ,gdybyś waszmośc wyjechałna południe?
Często zmiana powietrza gubi chorobę. Ot, wysyłam w tych dniach zaufanego 
a wielce uczonego męża do Itali, by zakupił dla Akademi Krakowskiej dzieła 
autorów greckich i łacińskich, świeżo wydane w typografi weneckiej. 
Moglibyście się wybrać razem.
— Silvius, Siculus?
— Tak jest, wyjeżdża w przyszłym tygodniu.
Miły byłby dla ważmości towarzyszem, a podróż dla ukochanego kraju mego, 
ojczyzny wszelkich auk wyzwolonych, kolebki sztuki i poezji, odświerzyłabu 
i podniosła ducha waszego.
Choćbyście nic więcej widzieć nie mieli, jak największe dzieło mistrza 
Leonarda, malowidło przedstawiające Wieczerzę Pańską, tuszę śmiele, że od 
zachwytu dusznego zdrowie by wam w pełni powróciło. A tu... Czyż w tym 
barbażyńskim kraju wiedzą, czują, wiedzą, rozumieją, cośkolwiek? Czy tu 
jest jaka nauka albo sztuka?
— Wdzięcznie przyjmę Akademia dar waszej miłości — rzekł król stając 
niespodzianie między rozmawiającymi. — Cieszyć was będzie małżonka miła — 
mówi dalej — gdy spomnicie,że w godne ręce dostaną się one księgi 
uczone.Toć przeszło od wieka szkoła krakowska wydaje męża mądrością 
sławne, a jej uczeń , Mikołaj Kopernikus nieśmiertelną chwałą polskiego 
imienia, właśnie napełnia świat cały. Bona słuchała słów męża ze 
spuszczonymi oczyma, zmieszana i zawstydzona.
Prośbę mam wielką miłościwy królu — zawołał z nienacka Stańczyk, 
nieodstępny trefniś Zygmunta I i pokłonił się do samej ziemi. Aż dzwonki u 
czapki zabrzęczały.
— Coż tam nowego umyśliłeś?
— A ha zgadłeś królu o nowość mi chodzi.
Wybieram się jutro do Włoch, dasz mi pieniędzy na drogę?
— A ty tam poco?
— Po błazeństwo.
— Zaliż go mało masz w Polsce? — ostrym głosem spytała Bona.
— Jest ci ta cos niecoś na codzienne potrzebę, lecz gdy wszystko zdaniem 
pani najmiłościwszej znamienitsze jest w tej krainie wybranej, przeto i 
błazeństwa nowomodnego, a doskonalszego nie gdzie indziej dostanę. Daj, 
królu, na drogę, zobaczycie, jakim ja to arcybłaznem powrócę.
Roześmiał się Zygmunt, zachichotali paziowie, królowa skrzywiła usta z 
niesmakiem, a panny dworskie, znalazłszy się między młotem a kowadłem, 
stały sztywne, poważne i bez wyrazu, istne lalki drewniane.
— A gdy chodzi o sztukę — mówił król nawiązując przerwana rozmowę — nie 
tak znów ubodzy jesteśmy, byśmy się aż trapić mieli, toć mistrza Wita 
piękne dzieła nie maja sobie równych. Co się zaś tyczy nowej sztuki, radzi 
ją w naszym kraju zaszczepimy. Oto właśnie mistrz Bartolomeo wykończył 
abrysy do budowy nowego pałacu, jaki wasza królewska mość mieć żądasz. 
Oglądałem to już i właśnie zdania waszej miłości przyszliśmy zasięgnąć, 
czy krużganki kolumnowe, okalające podwórzec, należy dać ino na pierwszym 
i drugim piętrze, czy takoż i na dole?
Mistrz Berecci rozwinął przed królowa plany i tłumaczył, co te lub owe 
linie oznaczały, a król, zadowolony z delikatnej nauczki, jak^ dał żonie 
za jej niesprawiedliwe mowy, uśmiechał się nieznacznie i w roztargnieniu 
głaskał po główce mała księżniczkę Jadwigę.
Król Zygmunt, mężczyzna wówczas pięćdziesięciokilkoletni, robił wrażenie 
człowieka jeszcze młodego, w całej pełni sił męskich. Wyniosłej budowy 
ciała, szeroki w ramionach, dobrej, lecz proporcjonalnej tuszy, postacią 
swą uosabiał potęgę i silna wolę. Głowę miał bardzo foremna, profil 
rzymski, oczy przenikliwe i mądre, ocienione gęstymi brwiami, usta dumnie 
zarysowane z wysunięta naprzód dolna warga, wspólne Jagiellonom 
dziedzictwo po Elżbiecie austriackiej. Ciemne włosy nosił ówczesna moda 
długie, lecz dla wygody lub w gorące dni letnie podczesywał je nieco w 
górę i pokrywał nagłownikiem siatkowym, z cienkich jedwabnych sznurków 
złocistych plecionym. Toteż dziejopis jego robi wzmiankę, że "w czepcu rad 
chadzał".
Nosił się zazwyczaj ciemno i dziś więc odziany był w szubę z cienkiego, 
cynamonowej barwy sukna, bramowana sobolami. Nogawice obcisłe, ciemne, 
ciżmy naturalnego koloru skóry. Tak przedstawiał się król Zygmunt na 
zewnątrz.
Dusza królewska równie wspaniałe i imponujące miała cechy, jak ciało. Z 
natury małomówny bardzo, roztropny i sprawiedliwy, nad czynem każdym, jak 
i nad słowem rozważał długo, za to raz powziawszy jakiś zamiar lub 
wypowiedziawszy stanowcze zdanie, trzymał się go uparcie i nigdy nie 
zmieniał. Gdy co przyrzekł, dotrzymywał święcie i za największa chlubę 
uznawał, jeżeli sprawdził, że na czyimś słowie polegać było można.
Jedyne, co gokiedykolwiek zastraszało, to myśl, czy ten lub ów postępek 
zgodny jest z prawem i z chrześcijańską uczciwością. Nawet w rzeczach 
małej wagi pytanie: uchodzi? nie uchodzi? -było mu zawsze probierzem. 
Szczęście osobiste, pomyślność kraju niczym mu były, gdyby je przyszło 
okupić czynem nieprawym. Przysłowiowe wyrażenie "dedecet" (nie uchodzi) 
często bardzo miał na ustach. Gorliwy chrześcijanin, brzydził się 
nowatorstwami relijgijnymi i wzgarę miał dla odstępców od Kościoła 
rzymskokatolickiego. 
Gdy tak stali przy sobie oboje z Boną, tworzyli parę małżonków skończenie 
piękną i fizycznie jak najdoskonalej dobraną. Rozum i wykształcenie Bony 
również znakomitymi nazwać można było, jedynie dusza jej i charakter 
odbiegły od ideału, którego żywym wcieleniem był Zygmunt.
Budowniczy, odebrawszy pewne wskazówki i zanotowawszy sobie życzenia 
królowej, oddalił się; król pozostał z całym towarzystwem.
— Wybrałyście się, wasze moście, jak widzę, z robotkami do ogrodu na 
pogawędkę. Gdzież dziatki? Czy w sądzie?
— Belina kaszle, a Zygmunt lękam się wypuszczać z komnaty, powietrzeza 
ostre.
— Pieścisz je wasza miłość nad miarę, ciepło, sucho, powietrze zdrowe,ja 
bym radził nawet Zosieńke wynosić na parę godzin na słońce, a starsi 
śmiało po całych dniach bawić się mogą z Jadwisią przy Sczepanowej.
— Obawiam się...
— Pomnijcie, Królowo moja, że nie ino włoska, ale pełna wigoru 
polsko-litewska krew płynie w żyłach naszego potomstwa. Nie wygrzewać przy 
piecu, nie chronić od lada powiewu, zdrowe córy chcę mieć i syna 
dzielnego, a nie panięta z morskiej piany!
— Jutro nie omieszkam spełnić wolę waszej miłości, dziś zda mi się już za 
późno.
— Zapewne. Aa... księgi na stole! Jejmość panna Beltrani przeczyta nam coś 
pięknego. Zasiądźmy i słuchajmy.
— Na czymżeśmy to stanęli? — spytała Bona.
— Czytałam wczoraj, jako Rugier zwyciężył Eryfilę dziewięćsiłkę i szedł do 
pałacu Alcyny — odpowiedziała Laura.
— Ariosto? — spytał król.
— Tak jest, proszę waszej królewskiej mości, Orland szalony.
— A Jadwisia rozumie do tyla włoską mowę?
— Przysłuchuję się ciekawie i rozumiem bez mała, najmiłościwy ojcze — 
odpowiedziała dziewczynka całując króla w ręke.
— Zacznijcie. proszę, słuchamy.
Laura szukała chwilę po strofach oczami i tak zaczęła:
Zbiwszy bohatyr z konia sprosną białogłowę
Dobył miecza...
— To już było... — przerwała czytanie królowa.
Mrucząc półgłosem, lektorka przebiegła parę strof i czytała dalej:
Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością
Przechodzi, jako słońce, gwiazdy swą jasnością.
Stan tak piękny i tak ma dobrze pomierzony,
Jaki tylko zmaluje malarz nauczony;
U długiej i na węzły powiązanej kosy
Lśniły się jako złoto jej żółtawe włosy.
Róże się, wychowane w sabejskich ogrodach,
Z fijołkami rozeszły po gładkich jagodach;
Zgładzonych alabastrów ma wyniosłe czoło,
Którem po wszystkich stronach obraca wesoło.
Pode dwiema cienkiemi, czamemi łukami
Są dwie oczy, ale je lepiej zwać gwiazdami,
Oczy, pełne litości, samy w się ubrane,
W których skrzydlata Miłość gniazdo ma usłane,
I widać prawie dobrze, kiedy z nich wychodzi
I łuk ciągnie, i w serce widomie ugodzi.
Twarz dzieli nos tak piękny — wolę was nie bawić — Że sama Zazdrość nie wie, gdzie by go poprawić.
pod niem wdzięczne, w nie mniejszej zostawując chwale,
Są usta, w przy rodzone ubrane korale.
W nie dwa rzędy wybranych pereł...
— Morisco!... Dio mio... sono morta!... — przeraźliwy pisk Lukrecji 
Caldorry przerwał czytanie.
Najmłodsza z panien dworskich tak się czegoś przelękła, że nie bacząc na 
majestat i osoby królewskie, wskoczyła na ławkę i drżąc na całym ciele, 
krzyczała wniebogłosy. Wszyscy patrzyli na nią ze zdumieniem; biedactwo 
było tak nieprzytomne, że nawet Bona nie poczuła się obrażoną jej 
niesfornym zachowaniem.
— Czego krzyczysz?
— Co ci się stało? Czy cię żmija ugryzła? — pytały towarzyszki 
przestraszone.
— Tam... tam... potwór... ach! sunie ku nam... Santa Margueritta! San 
Giorgio! Diffendete mi! — wzywała świętych skutecznych przeciw smokom.
Inne panny, spojrzawszy w kierunku jej oczu osłupiałe zapatrzonych, 
zerwały się jak oparzone i chórem zawiodły wrzask nieludzki.
A na samym końcu ścieżki, tuż za wirydarzykiem królewny Jadwigi, poruszało 
się ciężko jakieś istotnie niesamowite stworzenie...
Mała księżniczka przytuliła się do ojca, który ją objął ramieniem i 
patrzał ze śmiechem na dziwaczne miny i konwulsyjne podskoki panien 
dworskich.
— Idźże waść, zobacz, co tam takiego! — krzyknął na Stańczyka. 
Ale ten padł na trawnik i tarzał się ze śmiechu, wierzgając nogami jak 
źrobek, rozhukany w szale wesołości. 
— Co za uszy kłapciaste! — wołała jedna.
— Czerwone jak płomień! — wrzeszczała druga. 
— Pysk biały, ślepia w krwawych orbitach!
— Cielsko obmierzłe!
— Pręgi jak u tygrysa!
— Co za sierść niewidzialnej maści!
— Zielona niczym trawa, a smugi po niej ceglaste!
— Ogon ptasi!
— Na nogach guzy jakieś czy narośle!
Potwór, co z początku wlókł się ocieżale i wahająco, nagle spuścił łeb ku 
ziemi, a uszy olbrzymie opadając łeb mu cały zasłoniły i biegł... 
pędził... leciał... aż... skoczył w objęcia na wpół omdlałej signory 
Izabeli Papacody. Nie ma na świecie pióra, które by zdolne było odtworzyć 
martwymi literami skrzypienie ochrypłe, jakie wydała z siebie nieszczęsna 
dziewica. 
Znalazłszy się w bezpiecznej przystani straszydło wspieło się na tylne 
łapy, przednie oparło na szyi donny Izabeli i jeło ją lizać po twarzy 
różowym językiem. 
— Kupido!... Poverino mio! Carissima bellezza mia! — oblewając pieska 
strumieniami łez gorących, wołała dama. 
A łzy te serdeczne zmywały po części farbę, przenosząc ją na stanik, a 
nawet, o zgrozo, na wygorsowaną szyję i wąsate oblicze signory.
— Jedno urodne i drugie niczego — dziwował się Stańczyk potrząsając 
dzwonkami.
A król Zygmunt rozbawiony, jak morze od młodości mu się nie przytrafiło, 
śmiał się, do rozpuku. 
Guardate che disgrazia. Pomalowali cudni kupidu! Uszy doprawili... do 
śliczny ogonek pióry koguta... la mia! Lapeczki mala owiązali con conce 
briganti! Maladetti!
— Nie domyślasz się, wasza miłość, kto może być sprawcą tak niecnego figla?
— Jedno urodne i drugie niczego — dziwował się Stańczyk potrząsając 
dzwonkami.
A król Zygmunt rozbawiony, jak może od młodości mu się nie przytrafiło, 
śmiał się, śmiał, śmiał do rozpuku.
— Guardate ehe disgrazia! Pomalowali cudni Kupidu! Uszy doprawili... do 
śliczny ogonek pióry kogutu... la mia povera bestiolina! Lapeczki mała 
owiązali con conce... Briganti! Lazzaroni! Maladetti!
— Nie domyślasz się, wasza miłość, kto może być sprawcą tak niecnego 
figla? — spytała królowa ochmistrzynię.
Lecz nim signora Arcamone zdołała zebrać rozpierzchłe myśli, Papacoda 
krzyknęła łkając:
— Kto? Ja przysięgała na główka mój piesek, co to pazie uczynili... nie 
kogo innemu, ino pazie! A nawet powiedziała który: questa canaglia di 
Cristophoro, ii piccolo barbaro Czi... Cza... mi ramento gia! Czema! 
Certissimo!
— Zaraz się to wyśledzi i bądź wasza miłość przekonaną, że z całą 
surowością wymierzymy karę — uspokajała rozszlochaną Włoszkę królowa — 
mocno mię ino dziwi, że wam, najmiłościwszy panie, ucieszną i śmiechu 
godną widzi się psota, która dokuczyła aż do rzewnych łez osobie tak 
zacnej i tak bardzo mi bliskiej, jak signora Papacoda. Gdyby coś podobnego 
Polkę spotkało, znalazłaby się sprawiedliwość.
Król spojrzał surowo na żonę, lecz nie odpowiadając wprost na niesłuszny 
zarzut, dał znak ręką jednemu z paziów:
— Hej, Zbylitowski! Biegaj co żywo do pana ochmistrza Strasza, powiedz, że 
go prosimy tutaj w bardzo ważnej sprawie. Z nikim po drodze nie mówić 
słowa! Rozumiesz?
— Słucham, najmiłościwszy panie!
Pobiegł paź, sprowadził ochmistrza i wytoczono przed jego trybunał całe 
zajście z Kupidynkiem. Jegomość pań Strasz, zarówno jak i Papacoda, 
sumiennie był przeświadczony, że to zemsta Krystka Czemy za pokąsana 
łydkę, lecz na żądanie króla, który nic poszlak i podejrzeń, ale niezbitej 
pewności się domagał, postanowiono zwołać wszystkich dwustu paziów do 
ogrodu i badać jednego po drugim. Który by nie umiał się wytłumaczyć, co 
robił od godziny obiadowej do tej pory, będzie prawdopodobnie winowajca. 
Przy obiedzie bowiem najmilejszy Kupido kręcił się jeszcze po pokojach 
fraucymeru, we własnej swej, nie zmienionej postaci.
Paziowie, zajęci cały dzień na służbie u króla jegomości i u 
najmiłościwszej pani, nie wchodzili oczywiście w rachubę, gdyż ani na 
krótki czas nic opuszczali pokoi królewskich, 'lak więc nazwiska tych 
dwudziestu czterech szczęśliwców wypisano na karcie papieru, a resztę 
zwołano. Pokazało się, ze wszyscy mieli lekcję łaciny zaraz po obiedzie aż 
do godziny czwartej, czyli podług ówczesnych zegarów do godziny 
szesnastej, następnie grali w palcaty na wielkim podwórcu i prosto stamtąd 
zawołani przybiegli do ogrodu. Pan bakałarz, mistrz Ambroży z Olkusza, 
zaręczał, że na początku lekcji czytał ich nazwiska i nic brakowało 
żadnego, to jest właściwie trzech tylko nie stawiło się.
— Aha... hhhrrrum — odchrząknął ochmistrz — którzyż to?
— Dymitr Montwiłł, Andrzej Boner i Krzysztof Czema.
— Nie mówiła? Nie mówiła? — krzyczała Papacoda wznosząc w górę pięści i 
dysząc zemsta.
Pań Strasz i pań bakałarz pośpieszyli na górę zrewidować mieszkanie 
obwinionych i osadzić ich w karceresie. Lecz niestety, ani resztek farby, 
ani zrzynków czerwonej materii, ani piórka jednego... nic nie znaleźli. Na 
oknie ino leżał ogryzek kiełbasy, atoli nikomu na myśl nie przyszło, by 
ten drobny szczegół miał jakikolwiek związek ze sprawę biednego Kupidynka. 
W izbie nie było nikogo prócz Dymitra Montwiłła śpiącego twardo. Szarpali 
nim i trzęśli — ledwie się ocknął, a każde jego słowo i całe zachowanie 
się wobec sędziów świadczyły wymownie, że jak do łaciny, tak i do sztuki 
malarskiej nic posiada najmniejszej zdolności. Wzięty w krzyżowy ogień 
zdradliwych pytań ochmistrza i bakałarza, odpowiadał spokojnie, patrzył im 
prosto w oczy, a ziewał przy tym lak serdecznie, że chcąc nie chcąc, 
musieli mu wtórować.
Gdy prześladowcy odeszli, zadumał się Dmytruś głęboko, chodził sumując 
wzdłuż komnaty i parę razy wyrwało mu się z ust pytanie:
— Taj czego oni chcieli ode mnie? Coźe mnie wykręcali na wszystkie boki? 
Ot, tobi masz z taka robota!
Nagle stanął, uderzył się ręka w czoło...
— Mamoż ty moja mileńka! Głupi ja, ze nie zgadł od razu! Chłopcy nabroili 
znowuż i stary Odmiwas obławę robi. Ani wątpić, Jędrek... jakbym go 
widział... a może i który jeszcze... tak, coźe oni myśleli? Ze ja im wydam 
kolegów, jak Judasz? Zęby mi się byli przyznali, tak może bym i obronił, 
ale co gadać, kiedy nic nie wiem. Wpadliście, sierotki, w kałabanię... nic 
to, nie bójcie się, już ja was wytaszczę, choćby się sam miał stalapać.
Zostawiam wyobraźni czytelników odtworzenie onej pracowitej godziny, w 
której dwie pary pilnych rak przeistoczyły zgrabnego Kupidynka w potwora 
apokaliptycznego, a uprzedzając astmatycznego Straszą i pulchnego, na 
krótkich nóżkach bakałarza, biegnę śladem złoczyńców. Nieśli oni cichaczem 
jak najustronniejszymi schodkami i korytarzami kosz z pokrywa do ogrodu. 
Tam również zapadli w boczne ścieżki gęsto zarosłe, dopiero przy Baszcie 
Sandomierskiej, tuż obok wirydarza królewny, skrywszy się za skarpę, 
wypuścili swoja ofiarę.
— Teraz nie ma co dłużej popasać, drała nad rzekę! — zakomenderował Boner.
— Jak to... bez mur? Wżdy nas kto pewnikiem spostrzeże.
— Głupiś... czy ci kazuję bez mur? Stoi przy furtce i pyta się.
— Nie zamknięta?
— Po zachodzie słońca dopiero straż zamyka wszystkie wyjścia na kłody, 
teraz ino zasunięte na skubel.
— A z koszem co?
— Weźmiemy go do rzeki, wypłukać trzeba dobrze, bo się ano cudnie 
usmarował i mógłby nas niechybnie zdradzić.
Wymknęli się tedy przez furtkę i zbiegli pędem po pochyłości góry nad 
Wisłę.
Tam Jędruś, który miał w całym mieście przeróżne stosunki, skoczył do 
znajomego rybaka.
— Pożyczcie mi dwóch wędek, Szymonie. A spieszcie się na miły Bóg!
— Toli są, paniczku, ledwiem co z Frankiem od wody powrócił.
— Rety... ryby może macie?
— Juści mam, pełen koszyk.
— Co za nie?
— Ile ta paniczek dadzą, tyle wezmę.
— Dwa złote chcecie?
— Dorzućcie ta parę groszy, bo ładnie mi się ułowiły.
— Na, macie, dawajcie chyżo. A niech was Bóg broni jedno słówko pisnąć 
komukolwiek, żeście je nam sprzedali! Złamanego szeląga nie dałbym wam już 
nigdy zarobić!
— Co bym miał gadać, pojem se ano i spać legnę, bo od rana w gębie nic nie 
miałem.
— Pamiętajcież!
Zbiegli chłopcy trzydzieści kroków nad sam brzeg rzeki, wypłukali kosz 
skrzętnie, przesypali doń ryby, kobiałkę Szymona wrzucili do jego łodzi, a 
sami zasiedli do pracy i zapuścili wędki.
— Panie ochmistrzu...tędy, tędy, prosto nad rzekę — szeptał bakałarz — 
przeczucie mi mówi, że ich tu gdzieś znajdziemy. Pewniakiem polecieli 
wykąpać się, bo to i ręce, i twarze musza mieć uwalone jak nieboskie 
stworzenia.
— Pst... widzisz ich waszmość?
— Toli siedzą z wędkami, jak niewiniatka...
— Ha! Tuście mi, niewstydniki! Ciężki sąd i kara was nie minie!
— Ach, najdroższy panie bakałarzu! Wżdy nigdy niejesteście srogim dla nas!
— Miłosciwy panie ochmistrzu! My się jutro wszystkiego wyuczymy expedite...
— Tak nas coś kusiło dzisiaj na rybki...
— No, no, bardo proszę, przez krotofil... nie pomnażajcie swojej winy!
— Niechże nas Bóg broni przed takowym pomnażaniem! Wzdy błagamy o 
przebaczenie po stokroć, żesmy lekcję łaciny opuścili, ale na cześć naszą 
przyzekamy powetować to jutro w dwójnasób.
— Milczeć! Hhhrrrum... o pieska donny Papacody chodzi, niecnoty jedne!
— A to łotr bezecny... — oburzył się Krystek — kogóż znowu pokąsał?
— Dosyć jóż wykretów... nie na gadanie do was przyszedłem, marsz na górę! 
Król jegomość wie o wszystkim i będzie was sądził.
— Co? Za parę werbów?
— Za jedną lekcję? Sam król?
— milczeć! Marsz na górę powiadam.
— Ale idziemy, idziemy, ino kosz z rybami trza zabrać.
— Z jakimi rybami?
— A o... tyle ślicznych karpi, karasi, nawet dwie szczuki...
— Od samego obiadu człek siedzi, pełen kosz nałowiliśmy.
— Wżdy ich nie wrzucimy na powrót do wody — burkną zuchwale Boner.
— Wasza miłość pozwoli odnieśc to do marszałkowskiej kuchni.
— Chcieliśmy się Serczykowej podchlebić, pieknieśmy wyszli!
— Za taką błachostkę do samego króla!
— Gdyby wasz miłość niebył tak zagniewanym, przysiągłbym, że sobie ino 
dworuje.
— Niechże pan ochmistrz ulituje się ostatni raz, każe nam wlepić po 
dziesięć batów na kobiercu, pocałujemy go w ręke i sza!
— Jak Boga kocham, nijakiej uciechy biedny paź zażyć niemoże!
Malcu paplali bez wytchnienia, jak najęci, a biedny strasz i mistrz 
Ambroży stali zmieszani, zupełnie zbici z tropu i poglądali na siebie, 
ruszając ramionami.
— Alibi...- westchnął ochmistrz.
— Słyszałeś, co muwili? — w samo ucho sykną Jędruś Krystkowi. — No, to 
jagże... czegoż czekamy? Idziemy na ta górę czy nie? — domagał się Czema z 
odwagą męszennika wiedzionego na tortury.
— Idźcie precz na złamanie karku! I niech was moje oczy niewidzą!
— Bóg zapłać waszej miłosci, trzymajże i ty kosz, bo ciężki.
— Codźmy — rzekł Strasz — trzeba królowi jegomości zdać sprawę.
— Właściwie rzekłszy, nie między paziami trza szukac winowajcy — zauważył 
Ambroży. 
W zamkowym ogrodzie niewesolo się bawiono: królowa, rozdrazniona, mówiła 
niby do swoich toważyszek, wtrącając jakiśprzytyk do męża, tonem 
szorstkim, zjadliwym. Robiła to jednak o tyle zrecznie, że można bylo 
nierozumięć tych słówek i król, nie chcąc doprowadzić do powazniejszego 
nieporozumienia, starał się nie słuchać tej niebezpiecznej rozmowy.
Signora Papacoda pobiegła ze swym ukochanym zwierzątkiem do komnaty, by za 
pomoca mydła iwody przywrócić Kupidynkowi jego pierwotną urodę. Poczciwy 
Stańczyk silil się rozbawić króla, ale w powietrzu ciągle wisiała burza.
I paziów rola łatwą niebyła, jeśli nie oni osobiście, to kilku z ich grona 
obraziło ulubioną damę dworu, a obrazę odczuła gniewnie królowa. Stali 
więc pocichu w szeregu, nieśmiejąc nawet po cichu rozmawiać ze sobą.
Wtem wielkie zdziwienie odmalowało się na ich twarzach, najpierwsi 
spostrzegli coś niebywałego, oto na ścieżce, wiodącej od strony podwórza, 
ukazał się Dymitr Montwiłł...nie wołany, w szarym codziennym ubraniu. 
Kołpaczek barankowy miał w rekach i szedł z jakims wachaniem, to 
przyszpieszając kroku, to stając, to wlokąc się noga za nogą... W końcu 
przemogła silna wola nad obawą, doszedł do królai upadł na kolana.
— Raczcie, najmościwszy panie — zaczął, jąkajac się — raczcie rozkazać, 
bym to ja został ukarany, bo... to... ja zawiniłem.
— Ty? Wszak ochmistrz...
— Jam to uczynił, przyznaję waszej królewskiej mosci.
— Dwadziescia pięć korbaczów! — krzyknęła Bona.
— Dlaczegoś to zrobił? Powiedz szczerze.
Montwiłł milczał.
A Stańczyk, wsparty na poręczy ławy królewskiej, rzucał badawcze 
spojrzenie na twarz chłopaka.
— Wiedziałżeś, ze to koń milościwej pani, gdyż mu ogon obcinał? — spytał.
— Jak możecie posądzać mnie o podobne bezeceństwo! — krzykną paź z 
oburzeniem. — Obciąłem ogon, ale mniemałem, że to wierzchowiec panny de 
Opulo, te siwki takie do siebie podobne.
— Wstań i pójdź bliżej — rzekł król. 
Położył rękę na ramieniu Dymitra i spytał:
— Dlaczego kłamiesz?
— Ja... praw...
— Kłamiesz. Przyznajesz się do winy, a cale nie wiesz, o co chodzi. Konie 
wszystkie zdrowe, żadnemu ogona nie brakuje. Przecz skłamałeś?
Chłopak milczał.
— A to Litwin uparty! — szepnął król do Stańczyka. — Jeżeli powiesz 
prawdę, choćbyś i winien był, nie spotka cię kara. Nie chcesz, to cię każę 
natychmiast odesłać rodzicowi.
— O panie najmiłościwszy... najlepszy... tak już powiem. Jego miłość pań 
ochmistrz, jego miłość pań bakałarz przyszli do naszej izby, a zbudziwszy 
mnie nagle ze snu, rozpytywali, a trapili, a wyciągnąć ze mnie duszę 
chcieli, aż mnie z tego wszystkiego w głowie zakręciło się. Dopiero, kiedy 
się zabrali z komnaty, jasność mnie ogarnęła... chyba gdzie niektóry z 
paziów co przeskrobawszy. Także ja rzekę do siebie: "I nic nie zrobisz dla 
dobrych kolegów, Montwiłł? Choćbyś i bicie dostał, nu to i co? Lepiej 
tobie wytrzymać, coś twardy i zęby ściśniesz, niż Boże broń na słabszego 
by padło". Tak ja i przyszedł przyznać się najmiłościwszemu panu, jedno 
bieda, że nie wiedział do czego.
I znowu runął do nóg królowi.
Zygmunt spojrzał przeciągle na żonę i rzekł:
— Zbyt pochopne sady najczęściej okazują się mylnymi.
A gładząc dobrotliwie płowa czuprynę Dmytrusia, dodał:
— Zaiste warto paziem zostać, by zyskać takiego przyjaciela.
KONIEC ROZDZIAŁU
Rozdział II
Figiel Jana Drohojowskiego
Nazajutrz rano w izbie paziów żywa toczy się rozmowa przy ubieraniu.
— Wiesz, Jędruś — zagadną Kostuś Gedroyć Bonera — że o włos, o pajęczynę, 
a byłoby się wszyswtko wydało.
— Juści, jakim sposobem?
— Sprawiliśmy się tajemnie, zrzynki, strzępki, szmatki pozmiatałem własną 
ręką i do cna spaliłem na kominie, popiół nawet rozgarnołem aż do samej 
głębi.
— A miednicę z wodą, cośmy sobie ręce z farby myli — dodał Czema — 
wyniosłem na strych i het porozlewałem po polepie.
— Co nas miało zdradzić? Ciekaw jestem — puszył się Boner.
— Zaraz ci powiem pani Szczepanowa.
— Ona? Aniśmy jej nosa nie widzieli.
— Za to ona widziała wasze oba i koszyk, i Kupidynka. Zabaczyliście o 
wirydarzu królewny, babina tam siedziała cichuśko, no i miała sobie 
najpierwsze miejsce w onym teatrum, jakieście Papacodzie sprawili.
— Rety... wyrzucą nas ze służby! — wrzasną Krzysiek.
— Z jednej ręki strapienie i z tejże otrzymacie pociechę! — zadeklamował 
Gedroyć.
— Gdyśmy z ogrodu wracali po niefortunnym śledztwie, królowa jejmość 
kwaśna i nachmurzoma, panny złe, jak jędzonki, a król i my wszyscy 
rozmilowani w Montwille na umór...
— Masz gadać co mądrego, to gadaj, a pleść nie wiedzieć jakie głupstwa, to 
lepiej...
— Wżdyś chyba nie zapomniał, jako cię miłościwy pan pięknie pochwalił? A 
żeśmy cię dopiero wczoraj naprawdę poznali, że nasze serca k'tobie się 
kłonią, to i mówić nie trzeba... każdy to czuje.
— Et... nie marudziłbyś.Cożeś zaczął o szczepanowej? 
— Ano, wyszła naprzeciw nas po królowę Jadwigę, a skorom ją mijał [szedłem 
w ostatniej parze], szepneła mi na ucho : "Kłaniaj się waść ode mnie panom 
malarzom i doradź, coby na drugi raz pilniej sięstrzegli, bo gdyby tak kto 
inszy, a nie stara Szczepanowa, toby było krucho ". "Dla Boga, nie 
wydajcie ich!" szepnąłem. Zaśmiała się, machnęła ręką :"Śpijcie spokojnie 
". I rozeszliśmy się.
— Prawdziwa łaska boska, że to ona była, a nie na ten przykład wielebna 
dzwonnica Serczykowa. 
— Ale co tam rozmyślać o przeszłorocznym śniegu! Dobrze było, udało się, 
nie wydało się, po całym grodzie huczek poszedł, miłośćiwy pan przykazał 
szukać pilnie onego mistrza od piesków malowania, więc też pilnie 
szukają... wiatra w polu. A waszmość panowie, sercem umiłowani, radujcie 
się, iże Andrzeja Bonera macie pośród siebie, jako chwałę i piękną ozdobę 
stanu paziowskiego.
— Zarozumialec jakiś! — żachnął się Czema. — Wżdy pieska ja sam, przez 
twojej rady umyśliłem.
— A był byś co wskórał, matusina kukiełko, gdyby nie ja? Po dziesięćkroć 
dałbyś się złapać na uczynku.
— Słuchaj no, Jędrek — przerwał mu Ostroróg — nie masz się z czego bucić, 
bo do figlów i psot wszyscy skorzy, ilu nas tu jest, i gdy ino zechcemy 
dokazować, to starego Odmiwąsa w żółtaczkę wpędzimy.
— Oho, w gębieście mocni, robotym nie widział!
— To zobaczysz. Słuchajcie wszyscy, zali wam się zda, co powiem.
— Pst!
— Czego chcesz?
— Coś się szmera za drzwiami...
— Podejdźmy wszyscy na palcach... dość już tego podsłuchawania, trza 
ptaszka złapać. 
— Ty, Szydłowiecki, stań przy oknie i gadaj głośno, niby że to rozmawiamy 
ze sobą, coby się w izbie cicho nie zrobiło, bo gotowo uciec.
Gedroyć na przedzie, tamci za nim, podsunęli się ostrożnie do drzwi, 
otwarli je znieniacka... Signora Marina Arcamone w czepcu nocnym na głowie 
i luźnej kwiaciastej sukni stała w korytarzu o pół kroku ode drzwi i tak 
złapana niespodziewanie, że nawet odskoczyć nie miała czasu.
Ostroróg, Montwiłł, Czema, Drohojowski i Boner parsknęli śmiechem 
szyderczym, a Gedroyć pokłonił się w pas jak przed królową.
— Cóż za niewysłowiona i niczym nie zasłuzona łaska, że czcigodna pani 
ochmistrzyni raczy nawiedzić marnych paziów o tak rannej dobie?
— Prosimy, prosimy! — wrzasną chór jednogłośnie.
— Schiocchi senza vergogna! Somari! — drżąc z wściekłości, zapiszczała 
dama i pobiegła do swej komnaty.
— A tośmy babę przychaczyli! Cha, cha, cha...
— Nieprędko się chyba drugi raz odważy.
— Dobrze jej tak, niech się myszkuje.
— A co tam wygadywała na nas? Nie słyszałeś, Pawełku?
— Przezwała nas niewstydnymi głupcami i osłami — przetłumaczył 
Szydłowiecki.
Gedroyć uderzył silnie pięścią w stół.
— Poczekaj, stara sowo! Jużem ci wczoraj nakarbował w pamięci za królewnę 
Jadwigę, dziś znowu... osły! Doznasz ty mojej wdzięczności, aż ci one osły 
bokiem wylezą!
— A teraz zasiądżcie spokojnie i posłuchajcie — zaczą znowu Ostroróg.
— Słuchamy pilnie.
— Jędruś Boner się szczyci, że ino on jeden ma w głowę do trefnych figli, 
ja zasię twierdzę, że nie ma w tym nijakiej sztuki, a przy dobrej woli 
kazdy z nas mu dorówna albo i prześcignie.
— Powtarzam swoje: w gębieście mocni!
— Twdy ustanówmy związek alboli bractwo i niech każdy własnym pomysłem, 
własnymi siłami popisze się, jako zdoła najlepiej.
— Figlikowe turnieje! — zawołał Gedoryć.
— A po włosku jak?
— Nie wiem, concorso chyba.
— Jak się zwie, tak się zwie, ja przystępuję do bractwa! — zawołał Jaś 
Drohojowski.
— Nu, to i ja — zawtórował dziwnie ożywiony od wczoraj Montawił.
— I ja — wołali wszyscy
— Ale poczekajcie, to jeszcze nie koniec; zrobimy siedem gałek z chleba 
sześć jednakich, a siódmą usmarujemy sadzą, co by była czarna. Będziemy je 
wszyscy ciągnąć, który dostanie czarną, nie należy do współzawodników, ino 
będzie naszym sędzią.
— Ojoj!
— Czyją on sprawkę uzna za najtrefniejszą, ten zostanie naszym hetmanem na 
cały rok.
— E... ja tak nie chcę...
— Wielka łaska mi być sędzią...
— Ale zaszczyt nie lada!
— A to ci go darujemy
— A gdyby tak sędziego do pomocy w robocie wołać?
— O, nie wolno! Sprawiedliwy sędzia nie może się w takie rzecy wdawać.
— Rety ... co by to ja ino nie był!
— Robcie gałki, spieszcie się!
— Już są.
— Czarna także?
— Juści, o... niczym diabeł.
— Ale, ale, jedną odrzucić, bo Krystek już wczoraj swoje spełnił.
— No, wsyp je do kołpaka, przykryj połą, a wy nie patrząc ciągnijcie.
— Biała!
— Biała!
— Biała!
— Biała!
— O nieszczęsna godzino! — jęknął Szydłowiecki.
— Taj dosyć, bo mnie na ostatku takoż biała znalazła się.
— Więc, Czemu, ad acta.
— Szkoda!
— kto co ma do powiedzenia? — rozpoczął z powagą swe urzendowanie 
Szydłowiecki.
— Ja — rzekł Drohojowski. — Upraszam pokornie waszą wielmożność, miłościwy 
sędzio, co by mi przyznane było prawo zakończenia sprawy z Niemcem. Gdy za 
moim to jednym słowem stało się, iże ów medyk legł powalon ciężką 
chorością, tedy niech go już do końca operuję, za czym zdrowego i 
wesoluchnego waszym miłościom okazać nie omieszkam.
— Przyzwalamy! Pierwszy tedy numerus:Krzysztof Czema, drugi: Jan 
Drohojowski.
— Ja proszę o trzecie miejsce.
— Konstanty Gedroyć. Już wpisane.
— Zapisz wasza wielmożność, Mikołaj Ostroróg — czwarty.
— Tażeż mnie nie pchajcie na sam koniec! Cierpliwemu zawżdy krzywda! 
Niechajże będę choć piąty... narzekał Montwiłł.
— A ja tam nie żalę się — skromnie oczki spuszczajac, cichym głosem 
odezwał się Boner. — Przyjmuję najpośledniejsze miejsce. Od dzisiejszego 
dniazacznę się ćwiczyć w pokorze.
— O ty Judaszu!
— Pan sędzia nie wierzy?
— Mikołka, chodź ze mną do Krabatiusa, wczoraj mu już wszelakie niemoce 
dolegały, godzi się odwiedzić biedaka.
— A my?
— Was się póżniej przywoła albo sami z własnej woli zgłoście się do 
pielęgnowania.
No chodźże!
Przebiegali na drugą stronę korytarza, zapukali do drzwi. Słabym głosem 
odpowiedziano "proszę".
— Przychodzimy zapytać, jak zdrowie waszej miłości — zaczął Drohojowski.
— Zawsze gorzej... zawsze gorzej, już mnie ostatnia nadzieja opuszcza — 
jęknął Niemiec.
— Niech pan magister daruje moja śmiałość, ale czy nie pomnarzacie swej 
słabosci imaginacją?
— Żadną drogą. przytomność mam, Bogu dzięki, stale pełną i z każdego 
uderzenia pulsu zdaję sobie sprawę... bije coraz słabiej.
— Przyczyna tego, łacno zrozumieć, jest krwi puszczenie. Jako medyk, 
wiecie lepiej od nas, że takowy środek siły odbiera.
— Ale zarazem chorość wigor swój traci. Najjaśniejsza pani raczyła w jej 
wielkiej łaskawości przysłać mi własnego doktora.
— Signora Bisantizzi?
— Tak jest, a bawiący tu w przejazdu signore Giulio di Santa Croce 
nawiedził mnie również z własna przchylność. Uczoność tych mężów 
zdumieniem mnie napełnia.
Wyjrzyjcie ino, chłopcy, w antykamera i zobaczycie, jak wiele mi leki 
signore Bisantizzi przysposobił, zda się niepodobieństwem, by najsroższa 
febris tylu specyfikom oprzec się miała.
Zaciekawieni paziowie skoczyli do alkierzyka (pracowni Krabatiusa) i teraz 
dopiero Jaś Drohojowski zdrętwiał na myśl o możliwych skutkach swego 
płochego żartu: na okrągłym drewnianym stole w pośrodku izby stała bateria 
flaszek, puzderek, słoiczków,itd.; było tego około trzydziestu sztuk.
Rzucili okiem dokoła.. półki z księgami i rękopisami piętrzyły się przy 
dwóch ścianach,długi, wąski stółpod samym oknem zarzucony był 
instrumentami lekarskimi, retortami do badań chemicznych. Na ścianie nad 
stołem wisiałydwie wagi, jedna na pospolitszy użytek, druga maluchna 
aptekarska. Moździerz czarny, marmurowy, do ucierania proszków, drewniana 
forma do kręcenia pigułek, zioła suszone w o gromnych pękach, słowem, 
laboratorium alchemiczne i lekarskie.
Ale te mikstury czerwone, białe, zielone, brunatne! Te jakieś driakwie czy 
balsamy... Zaliż to wszystko miał spożyć nieszczęsny chory z urojenia? 
Jasiek jednym susem wrócił do sypialni i stanął przy łożu Krabatiusa.
— O kochany panie magister... miejcie litość nad sobą! Nie tykajcie tych 
podłych leków! Ino leżcie spokojnie, krwi już więcej nic puszczajcie, my 
warn z kuchni samego króla miłościwego dostarczymy rosołu i kurczątka w 
polewce lub wędliny świeżej. Wypoczynek, zdrowe jadło, to najlepsze leki. 
Chciejcie mi wierzyć!
— Ty jesteś dobre dziecko — odparł chory wzruszonym głosem — ale się tyle 
znasz na medycyna, co ja na teologia. Chorość moja tkwi w żołądku, 
podkrada się ku pluć, chce zając moje nerki i moja wątroba, zanieczyszcza 
żyły. To wszystko jasno i uczenie wyłożył mi doktor Bisantizzi, ano i ja 
sam, o ile mnie wybadać mogę, te symptomata rozumiem nie inaczej.
Odpocząwszy chwile, chory mówił dalej żałośnie:
— Przeto najpierwej Organismus należy skrupulatnie wyczyścić, co, dzięki 
uczynność lego zacnego męża, nad wyraz dokładnie uskuteczniłem. Następnie 
mamy się wziąć do każdej wnętrzności &#149;Ł osobna; Bóg miłosierny ulitował 
się nade mnę zsyłając mi taka jednał przemadii^ pomoc. Może choć powoli 
odzyskam moje zdrowie.
— Na Boga was zaklinam, dobry panie Krabalius... wstrzymajcie się choć do 
jutra z tą straszną kuracją! Wspomnicie moje słowo, że się wam polepszy 
jak amen w pacierzu, ino nie pijcie tych bezcenych jadów ani kropelki.
— A ten drugi medyk nic wam nie zalecił? — spytał Ostroróg.
— Santa Croce? O, to jest jeden maż także niepomiernej nauki! Ale jego 
metoda jest cale jedna inna: przepisał mi ciepłe kataplazmy45 na całe 
ciało, twierdzi bowiem, że wszelakich dolegliwości przyczyna aa wilgotne 
wapory, które daj^ się wyprowadzić i precz usunąć przez gorące jedynie 
okłady.
— No, to chyba nieszkodliwe — szepnął Jaś do Mikołki i zaraz tonem pełnym 
przekonania prawił:
— Taki lekarz to piawdziwa gwiazda jaśniejąca, jego rady się trzymajcie, 
panie magister! A wiecie dlaczego? Śmiało wam doradzam, gdyż właśnie (tu 
się zaciął, szukając konceptu) stryj mój rodzony, który śmiertelnie 
zachorzał był przed miesiącem i przez nadziei nieprzytomny już a konający 
leżał, kataplazmami jakby cudem uleczony, krzepki i rzeźwy po czterech 
dniach z łoża powstał. 
— Może i dobrze radzisz, mój kochany chłopiec, będę tedy zostać przy 
kataplazmach. Zaiste, już pierwsza doza mikstury omndlenie mi 
przyciągneła, a przykazał mi z sześciu flaszek, kolejno co godzina trzy 
łyżki... lecz gdy nadejdzie Bisantizzi, a spostrzeże żaden ubytek leków... 
— O taką drobnostkę trapilibyście się, miły panie? Poulewamy z każdej 
flaszki po trosze, niech, ano ma uciechę, że was uzdrowił. Kataplazmy 
gorące... — to mi rada! Tego się trzymajcie, a rosół i wina dobrego 
kieliszek jeszcze nie zaszkodzi. Przyniosę wam, dobrze?
— Apetyt by się znalazł, niesmak czułem srogi po miksturze, ale to już 
przeszło; ino ten straszny żoładek kurcz. 
— Z głodu, panie magister, z głodu. 
— Ha... ja zaryzykuję... rosołu parę łyrzeczki. 
— Zobaczcie, jak się wam polepszy! Lecę, a wrócę jak najrychlej. Spokój i 
ciepłe okłady! Tymczasem zaś przyjdą moi koledzy posługować waszej 
miłości, grzać i odmienić kataplazmy. 
— Zaliżby chcieli?
— Oni? Jeszcze nas, panie magister, nie znacie, zabawę rzucą, a do was 
przybiegną. 
— A tom sobie piwa naważył! — zaśmiał się z cicha Jasiek do kolegi, 
wychodząc z mieszkania chorego. 
— Ino przypilnujemy, co by go ten truciciel nie przerobił na swoją wiarę, 
to wszystko będzie dobrze — odparł Ostroróg. 
— Bogiem a prawdą żal mi starego i nie spocznę, póki go nie uleczę. A co 
się wyleży, przpości, wygrzeje pod kataplazmami, to ino na donre mu się 
przyda, a nam ku zabawie. Krzyknij no po drodze na tamtych, nie mieszkając 
do Niemca i godnie mu posługują. Dogonisz mnie przed kuchnią. 
— A gdzież to paniczom tak pilno? Co za sprawa do królewskiej kuchni? Czy 
was kto posłał, czy może ino po jaki przysmaczek dla siebie?- zaczepiła 
paziów Serczykowa,klucznica i gospodyni drugiego stołu, zwanego 
marszałkowskim,przy którym jadali przedniejsi dworzanie i armia paziów. 
Pani Serczykowa pędziła przy dworze królewskim życie niezmiernie czynne, 
bo i zaopatrywanie spiżarni w różnorodne zapasy, owocowe serki i powidła 
na zimę, wędliny, wydawanie kucharzom, doglądanie, przyznać, trzeba nader 
troskliwie, by uczestnikom drugiego stołu na nicstm nie zbywało, zabierało 
jej wiele czasu. 
Dobrowolnie zaś stwarzała sobie jeszcze ubocznie zajęcie, gdyż — będąc 
ciekawą jak Ewa, żona Lota i wszystkie siedem żon Sinobrodego, a 
gadulstwem nieokiełzanym przewyższając midasowego balwiarza — wtrącała się 
z zapałem do spraw cudzych, wypytywała slużbę na prawo i na lewo i 
puszczała w świat plotki nipodobne do prawdy. 
W tym o tyle się różniła od Mariny Arcamone, że nie w celach złośliwych to 
czyniła. jeśki zaszkodziła komu swą gadatliwością co się często zdarzało, 
spłakiwała się potem rzewnymi łzami i starała się złe naprawić, z czego 
prawie zawszsze jeszcze większy kłopot wyrastał, i tak bez końca. 
— O co chodzi? Oco chodzi? — terkotała jak na kołowrotku. — Niech się 
panicze nie trudzą, ja usłużę. 
— Bóg zapłać pani gospodyni, rosołu mocnego i wina potrzebujemy — 
odpowiedział Drohojowski. 
— Rosołku? A jakże, w tej chwilusi przyniosę... dobrego, a jakże, jest 
wyborny, dla panny Papacody, osobno się gotuje. Ale Bog jeden raczy 
widzieć, czy się na co przyda, bo już tej biedaczce niewiele się należy. 
— Co pani Serczykowa powiada?
— A tak, tak, święta prawda, jak nieboszczykowi memu wiecznego zbawienia 
pragnę. 
— Cóż jej się stało?
— Jak to, nie słyszeliście panicze? W żdy do jednego z was o tym 
nieszczęściu się dowiedziałem. 
— Od pazia?
— Sprawiedliwie gadam, a jak że. Pan Piotruś Stadnicki mi się zwierzył, 
Kochany aniołeczek! Ino zmiłujci się, wasze miłoście, bo stroga 
tajemnica... najmiłościwsza pani śmiercią zagroziła, gdyby kto śmiał mówić 
o tym. 
— To niechże pani gospodyni ściśnie zęby i ucieka cym prędzej. 
— Nie, nie, ja wiem, że paniczoei powiedzieć, to jakby w studnię wrzucić, 
powiem wam, a jakże... ino że to straszne dziey, uwierzyć nawet trudno. 
— Powiadajciez prędzej, bo nas pali!
— Ano, wczoraj w ogrodzie, gdy króloea jejmość przechadzała się z pannami, 
nagle ziemia rozpękła się na dwoje, jak raz ponad tymmiejscem, gdzie jest 
smocza jama, dym smrodliwy buchnął jak z piekielnych czeluści, za czym 
wyskoczył poteór ognisty i rzucił się na jej miłosć pannę Papacodę i 
pokąsawszy ją, uciekł na powrót do onej pieczary. Dym się w powietrzu 
rozpłyną, ziemia skleiła się gładziutko, rzekłbyś wszystko przewidzenie, 
gdyby nie onobiedactwo tak srodze pokaleczone. 
— Ach, straszne wydarzenie! — westchnął Ostróg zasłaniając twarz rękami, 
by gospodyni nie dostrzegła, że się ksztusi od śmiechu. 
— Zaraz ją rozebrali, a jakże, do łóżka połozili, no... i e Bogu jedna 
nadzieja. Ale na tym padole ziemskim jednemu piołun, a drugiemu miód, a 
jakże. Panna Arcamone ino przed zwierciadłem siedzi, głowa sobie 
przytakuje, a piosenki włoskie z cicha nuci. 
— Cóz za uciecha niewczesna?
— Ano jakoż się nie ma radować, gdy bez ten szpetny trafunek jasno się 
okazało, że Papacoda z całego frauctmeru najstarsza. 
— Nie może być!
— Wcale to nieładnie przeczyć starszym, a nawet grzech, a jakże. W całemu 
światu wiadomo, że smoki i insze ludozery rade rzucają się ino na leciwe 
niewiasty. O. święte panny i wdowy... czegóż ja po rosół i po wino nie ide!
— Niech się pani gospodyni śpieszy!
Za krotką chwilę przybiegł zdyszana, z garnuszkiem wrzącego rosołu i 
buteleczką wina. 
— A dla kogo rosołek? Dla kogo? Czy który z paniczów może?
— Ej, dziękować Bogu żaden z nas, ino medyk pan Kmity zachorzał ciężko.
A Drohojowski dodał ciszej:
— Uroki.
— I rosołem chcecie go waszmościowie kurować? Wżdy lepiej od razu nóż wbić 
w samo serce, toć urzeczonemu kropli wody podać nie wolno, pokąd się wedle 
przepisu uroku nie odczyni. 
— Naprawdę?
— Każde jadło kamieniem, każde picie smołą diabelską się staje. 
— A to kłopot!
— Powiedz waszmość raczej śmierć, a nie zmylisz. 
— Więc jakaż rada?
— Odczynić. 
— Nie umiemy. 
— Szczepanowa umie.
— Aaaa!
— Ach, to wybornie!
— Dziękujemy pani gospodyni. Lećmy czym prędzej, bośmy się już i tak 
srodze zapóżnili. 
— A ponnicie, co wam o jedzeniu mówiłam! — wołała za nimi Serczykowa. 
— Juści, juśzi nie zobaczymy!
Wbiegli na schody po trzy stopnie na raz, potem do pacjenta. Zastali przy 
nim Szydłowieckiego i Gedroycia, bardzo pilnie grzejących kataplazmy na 
małej kuchence i pocieszających strapionego Krabatiusa, Ze mimo tak 
ciężkiego przebiegu choroby, wszystko się na dobre odmieni.
Jaś Drohojowski przystąpił do łóżka i treochę na mową, trochę przemocą, 
zmusił Niemca do wypici garnuszka doskonałego rosołu i pół kieliszka wina. 
Chory z urojenia, który od trzydziestu kilku godzin nic nie miał w ustach 
prócz ochydnej mikstury, strachał sią w praedzie i bolał nad swą 
lekkomyślnością, ale pił ze smakiem. 
— Za prawdę... jedno nowe życie wstępuje we mnie... żołądka kurcz minął, 
lżej mi oddychać...
— A widzi pan magister? To wszystko sprawiły kataplazmy, trzeba słuchać 
doktora Santa Croce. 
— O dla Boga... ktoś wszedł do antykamery... sprzątnijci czym prędzej 
wino, wynieści garnek. 
Słuszna była ostrożność pana magistra, gdyż nikt kto inny pojawił się w 
komnacie, ino sam znamienity i wielce poważany nadworny medyk królowej 
Bony, doktor Ferdinando Bisantizzi. 
Był to mężczyzna lat średnich, bardzo niskiego wzrostu. Rączki miał 
starannie utrzymane i kosmetykami wypieszczone, nóżki w ciękich jedwabnych 
nogawicach i ciżemkach z najdelikatniejszej skóry. Niezwykle wysokie 
obcasy miały zapewne przysparzać wzrostu panu doktorowi, alev niestety 
nawet mimo tego sztukowania signore Bisantizzi wydawał się niemal 
karzełkiem. Nosił się czarno, jak to przyjętym było u lekarzy i w ogóle u 
ludzi uczonych, a strój jego cały był wzorem wykwintu i ostatniej mody.
— Kto by pomyślał — szepnął Drohojowski do Ostroroga — że taka pchełka 
potrafi człeka o ziemię powalić.
— Witam, witam, sługa oddany pana magistra! Cóż tam słychać dobrego od 
wczoraj?
— Żadne polepszenie... idzie mi źle — jęczałchory, bojąc się przyznać do 
nowego doktora i smacznego lekarstwa z królewskiej kuchni. 
— Nie lepiej, powiada wasza mość? Byłem tego pweny... za słabo 
przepisałem, za delikatne kombinacje. A jednak powinny leki trochę 
poskutkować; widziałem, przechodząc, że z ordynowanych sześciu flaszek 
sporo ubyło. czy waszmość co godzina zażywałeś?
— Skrupulatnie — jęknął chory.
— Uhum — odezwało się coś z kącika. 
— Jak to... i nic?
— Ale gdzież nic! Straszne cierpienie!
— To ślicznie!
— Mdłości...
— To mi się podoba. 
— Osłabienie śmiertelne...
— Otóż to, otóż to właśnie, czego było potrzeba. Zatem wzmocnię ino dozę i 
nie z sześciu, a z siedmiu flaszek będziesz kolego zażywał!
I wznosząc oczy w górę, jakby na powale recepty szukał, doktor Bisantizzi 
mruczał pod nosem:
— Rumbarbarum... senes... jalapa... nux vomica... tak, nie dodam nic 
więcej, nadmiar leków mógłby zaszkodzić. A więc czcigodny kolego: trzy 
łyżki co godzina. Pierwszą dawkę zażyjemy zaraz.
"Ty sobie zażyj, jeżeli chcesz, a od mojego chorego wara!" — pomyślał Jaś 
Drohojowski, a głośno zaprotestował:
— Za łaską waszej wielmożności zwrócę uwagę, że tuż przed przyjściem pana 
doktora sam podałem lekarstwo jego miłości panu magistrowi.
— Tylko co trzy łyżki ja wypiłem — zaświadczył chory z wdzięcznym 
spojrzeniem na swego młodego opiekuna.
— A, to oczywiście można się wstrzymać; ale za godzinę koniecznie.
— Nie omieszkam.
— Do widzenia zatem jutro rano, a nie troskajcie się, kolego, wcale, choć 
kurcze powrócą silniejsze. A omdlenie, nawet dłuższe, jest nader pożądane.
— A bodaj cię omdlenie chyciło i do jutra trzymało! — syknął Jasiek 
zamykając drzwi za doktorem, a Szydłowiecki dodał:
— Błogosławieństwo boskie, że królowa jejmość żelaznym zdrowiem się cieszy 
i dla zwyczaju ino medyka nadwornego utrzymuje, bo...
— Ale, ale, co jeszcze chciałem dodać — wracając z pośpiechem do sypialni, 
z cicha rzekł Bisantizzi — gdyby tu przyszedł doktor Santa Croce... nie 
radzę... to światły i wielkiej nauki człowiek, sława jego rozbrzmiewa 
szeroko, ale... nie radzę; gdybym chorował, nigdy bym go nie wezwał. 
Genialny człowiek, mędrzec po prostu, ale nie zdarzyło mi się spotkać 
uleczonych przez niego. Nie ma szczęścia; kuracje jego zawsze smutno się 
kończą. Uciekam... śpieszę... dieta zupełna, nic prócz mikstury; do 
widzenia, najjaśniejsza pani czeka. Nie radzę!
— A niech cię wszyscy! Dobry, kochany panie Krabatius, ja warn nie dam ani 
powąchać tych diabelskich dekoktów; choćbyś waszmość prosił i płakał, nie 
dam. Za to winka dobrego napijecie się zaraz, i to pełny kubek.
— Zaszkodzi...
— Niech mnie kołem łamią, jeżeli zaszkodzi! Pijcie, wasza miłość, przez 
obawy... Na zdrowie wam! Teraz obróćcie się na prawy bok. Oho, a tam kto 
znowu?
— Tanti saluti... tanti saluti... zanim odjadę, raz jeszcze przychodzę do 
kolegi. Posłuchaliście, jak widzę, dobrej rady, kataplazmy się grzeją, 
benissimo. Cera zaróżowiona, oczy żywe, bardzo ładnie, benissimo! Grzać, 
okładać, nie przestawać przez tydzień co najmniej... benissimo. A leków 
wewnętrznych ani się ważyć! Mikstury do cebrzyka, proszki wszelkie, 
pigułki za okno... benissimo! Są jeszcze — prawił dalej — nieuki, idioty, 
co zalewają pacjentów laurami, nadziewają pigułkami, trują, zabijają; na 
hak z nimi, pod topór, na pal... benissimo! Do widzenia! Kataplazmy od 
rana do nocy, benissimo!
Wpadł jak wicher, wyleciał jak z procy, nie dał nikomu przyjść do słowa, 
nagadał się, co wlazło, i gdzieś się podział.
— To był... ten drugi? — spytał Gedroyć.
— Uhum... — zaszemrał Krabatius prawie przez sen. Druga porcja Jasiowego 
lekarstwa, podana na osłabiony postem żołądek, sprawiła swoje: pan 
magister zasnął snem twardym i smacznym.
— Zawołajcie Montwiłła, niech sobie tu drzemie przy onym męczenniku, a 
my... po co tu aż czterech. Odmiwąs gotów gdzie z kąta wyleźć i znowu brać 
na spytki, a mamy co innego do roboty jeszcze. Ja sam pójdę do 
Szczepanowej; jak ułoży do snu królewnę, musi tu przyjść odczynić owe 
uroki. Stary uparciuch zawziął się chorować, żeby mu się sam Eskulap 
ukazał i przysięgał, jeszcze nie da wiary, że mu wcale nic nie brakuje. 
Jedyna ucieczka w Szczepanowej; a z trojakich bredni, gdy jedno parzy, 
drugie truje, najlepsze trzecie, bo nic nie wadzi, choć zarówno głupie.
Tak więc chłopcy, zostawiwszy magistra pod opieką Montwiłła, rozbiegli się 
w różne strony: Jasiek na poszukiwanie Szczepanowej, Mikołka Ostroróg, 
Krystek Czema i Pawełek Szydłowiecki do kolegów na boczny dziedziniec, 
gdzie najstarsi z paziów objęli przywództwo i urządzali bitwę pod 
Grunwaldem.
Największą przeszkodą w zabawie było naturalnie to, że ani jeden z 
chłopców nie chciał być zwyciężonym, zginąć sromotnie lub iść do niewoli. 
Przy każdej bitwie powtarzały się te zatargi i rozmaicie sobie radzono. 
Dziś także — dopiero Aleksander Korybut, którego jednogłośnie mianowano 
Jagiełłą, podzielił stu siedemdziesięciu kolegów na dwa obozy; z tych 
dwóch hufców wybrał po jednym wojowniku i kazał im ciągnąć losy; czarny 
kamyczek oznaczał Krzyżaków, biały — Litwinów i Polaków.
Spod czapki króla jegomości wyciągnęli wyrok przeznaczenia: 
osiemdziesięciu czterech chłopaków z Korybutem (Jagiełłą) i Tarnowskim 
(Witoldem) na czele stanowiło wojsko polskie. Krzyżacy mieli dowódcami 
Pieniążka (Ulrich Jungingen) i Czarnkowskiego (Konrad Lichtenstein).
W obozie polskim oczekiwano tylko na szydercze poselstwo od rycerzy 
krzyżowych z mieczami dla Jagiełły i Witolda, by rozpocząć walkę 
wiekopomną, gdy od strony zamku ukazali się Szydłowiecki i Ostroróg. 
Powitano ich okrzykami radości i bez namysłu wręczono złowrogie miecze, 
jako posłom krzyżackim. Nie było wykrętów, musieli słuchać.
Czema zaś, który szedł o parę kroków w tyle, dostał się jako Oleśnicki do 
wojska polskiego. Niebawem przeraźliwe krzyki, dzikie wycia, tupotanie stu 
siedemdziesięciu par nóg na boisku, wrzaski zwycięzców i jęki rannych 
zwiastowały światu, że dwie potęgi przemożne ścierają się z sobą w 
śmiertelnym boju.
Pań ochmistrz Strasz zezwalał zawsze na tego rodzaju wojenne zapasy, 
rozwijające siły i zręczność ruchów, najczęściej nawet brał duchowy 
współudział w utarczkach, przypatrując się z niezmiernym zapałem 
przebiegowi walki. Pod jednym tylko względem bywał nieubłagany, a 
mianowicie żadnej innej broni używać nie pozwalał prócz rąk, rękom zaś nie 
wolno było tykać twarzy. Ktokolwiek ze znamienitych rycerzy przekroczył 
ten surowy zakaz, całymi tygodniami za pokutę bywał wyłączany od zabawy.
Kostuś Gedroyć tymczasem, pogrążony w myślach nad ważnym zadaniem, jakie 
go czekało, przechadzał się po starym ogrodzie królewskim; zeszedł aż do 
murów od strony południowej i tam w ciszy a odosobnieniu trapił się, że 
jakoś żaden, nie tylko świetny, ale nawet wcale pospolity koncept nie 
przychodzi mu do głowy. "Ach, szczęśliwy ten Krystek! — myślał — już 
swoje zrobił, i powiodło mu się... i nic go nie zdradziło... i Papacodzie 
zapłacił... czemuż ja nic wynaleźć nie mogę dla tej suchej wierzby z 
opuszczonym nosem! Jużem jej wczoraj za królewnę ślubował... i dziś rano 
takoż, ano głowa pęka z tego myślenia i nic."
— Paniczku wielmożny, usuńcie się krzynę, jeźli łaska, bo droga wąska, 
fura ciężka, a osły uparte.
— Mam... mam! Już nic lepszego nie wynajdę... jak matkę kocham! — krzyknął 
rozradowany paź i poleciał dalej w ogród, jakby go kto gonił. A parobek z 
furą pełną ziemi popędzał swoje osiołki i rozważał, jakie to dziwactwa u 
panów trafiają się. "Nawet taki młody, a ot, go mamony obsiadły i 
wyrozumienie odbierają."
— Tak, tak, doskonałe, wybornie... — powtarzał Gedroyć podskakując jak 
młody wróbel — ino wszystko trza sprawnie wymiarkować, obmyślić jak się 
patrzy, coby się udało, aż ha! Ale choćbym Salomonową mądrość posiadł, sam 
jeden nie dam rady, muszę się zmówić przynajmniej z dwoma. Jędruś 
najważniejszy, jego mi trzeba.'
Zapanował trochę nad swą uciechą i pozornie poważny, przypatrywał się 
robotnikom kopiącym ziemię i innym, zakładającym rury, którymi miała być 
prowadzona woda do fontanny w modnym ogrodzie królowej. Jakby spod ziemi 
wyrósł, stanął nagle Boner po drugiej stronie rowu.
— Kostuś, nie poszedłeś pod Grunwald?
— E... miałem coś ważniejszego do roboty.
Przeskoczył do Bonera i zaczęli szeptać z sobą a śmiać się, w ręce klaskać.
— Słyszeli też panicze, cośmy tu wykopali pod złodziejską basztą — spytał 
jeden z robotników.
— Skrzynie ze złotem?
— Bogać ta, bogać... przydało by się i srebro, a choćby i grosze miedziane.
— Więc cóż takiego?
— Kośći ludzkie.
— O rety... a bardzo stare?
— Dosyć ta sczerniałe, ze sto lat mają.
— A trzymały się kupy, czy całe były rosypane? — spytał Jędrek.
— Jekeśmy kopiąc o nie zawadzili i ziemię potem ostrożnie zebrali, to 
sobie leżały ze wszystkim, jak cały człowiek. Dwa szkielety były.
— Ino kużden głowę miał pod stopami.
— O święty Hieronimie, poratuj mnie w tej godzinie! A kołki w piersiach 
mieli?
— Jak mi Bóg miły — szepnął Boner — tej Serczykowej to wszędy pełno. Pani 
gospodyni coś dobrego w koszyku nieśie? — dodał głośno.
— Nowalijka, nowalijka, a jakże, będziecie, paniczkowie, zajadać na obiad.
Karafioły, co najmiłośćiwsza pani wraz z innymi osobliwymi jarzynami ze 
swego kraju sprowadzić raczyła w przeszłym roku.Z warzywnego ogrodu idę, a 
jakże. Ale nie bałamućcie, waszymośćiowie, bo tu o ważniejsze sprawy 
idzie, więc pytam was powtórnie, Wawrzyniec, zali one kośćotrupy miał 
kołki w piersiach wetkne?
— Lichoż ich wie, miały czy nie miały, może ta i była jaka trzaska 
zbutwiała, kto by się temu przypatrywał.
— O ludzie przez upamiętnienia! — jękneła gospodyni, stawiając kosz nad 
rowem i załamując ręce — Wżdy o spokojność naszą o życie chodzi!
Jędruś słuchał z zajęćię, siwe oczy tryskające wesołośćię utkwiły w twarzy 
gospodyni, a ta lamętowała dalej:
— Toć pierwszy lepszy nieumiejący człek, dziecko nawet wie, że upiorem 
głowy się kładzie w nogi, coby nie wstały z grobu i nie straszył.Adla 
wszelkiego spokoju i pewność wbija się takiemu kołek oikowy w piersi, to 
już do sądnego dnia leży cichutenko jak Pan Bóg przykazał.
— E, niech się jejmość nie boja, już się ano i przez kołków obejdzie, 
kościska spróchniałe, skrzynkę drewniana cieśla przyniósł, ksiądz 
jałmużnik z polecenia najmiłościwszcgo pana był tutaj, pokropił święcona 
woda i poszli spać na powrót pod złodziejska basztę, tam gdzie pierwej 
byli. Jutro msza na Skałce za ich dusze.
— Święta Urszulo z towarzyszkami! Ileż razy wam gadać jedno i jedno! 
Pożałujecie wy gorzko takowej letkomyślności; jeszcze się wam one upiory 
srodze dadzę we znaki, wspomnicie moje słowo, a jakże!
— A wiecie wy, pani gospodyni — zawołał Wojtek ogrodniczek — że to 
pewnikiem był maż i żona albo siostra i brat, bo jedno miało głowę wielka 
i piszczele grubaśne, a drugie takie cieniuśkie niczym patyczki i główkę 
jak u dziecka.
— Wielka głowę czy mała, pros Pana Jezusa, cobyśjej o północku nie 
nadybał. Ino tyle ci gadam.
— Święte słowa pani gospodyni — przyświadczył Boner — już ja czuję, że nas 
ciężkie godziny czekają. — I chwyciwszy wpół Gedroycia, pobiegł z nilu w 
boczna aleję, na dalsze jakieś bardzo ważne konszachty.
Po obiedzie, na którym pani Scrczykowa popisała się dwiema nie znanymi 
dotąd potrawami, a mianowicie zupą pomidorową i kalafiorami podanymi na 
małym półmisku jak na lekarstwo, rozeszli się dworzanie, chwaląc lub 
ganiać nowe włoskie jarzyny, paziowie zaś prosto od stołu pocwałowali do 
mistrza Ambrożego na lekcję łaciny, która się odbywała w wielkiej izbie 
szkolnej, ponad archiwum królewskim.
Krystek Czema i Jędruś Boner nie zapomnieli o danym wczoraj słowie 
szlacheckim, umieli lekcję tak wybornie, że zdumiony bakałarz raz po raz 
pochylał głowę i spoglądał na nich spoza okularów, jakby chcgc się 
przekonać, czy mu się nie przesłyszało i czy lo naprawdę ci sami 
roztrzepańcy, z których dotąd nie miał żadnej pociechy.
Po skończonej nauce Jaś Drohojowski zwołał swych sześciu 
najserdeczniejszych przyjaciół i solennie zaprosił na uroczystość 
odczyniania uroków u chorego Niemca.
— Pani Szczepanowa radym sercem przyrzekła swoją pomoc, a nawet ma przyjść 
na górę nie czekając wieczora — mówił — królewna bowiem dziś, tak samo jak 
wczoraj, ma spędzie parę godzin z robótka przy najmiłościwszej pani.
— A więc śpieszmy, ho już blisko siedemnasta godzina.
— Spieszmy, śpieszmy!
— Łatwo to powiedzieć, ale mnie jeszcze wielka przeprawa czeka.
— Cóż takiego?
— Stary Krabatius, człek roztropny i uczony, w nijakie uroki nie wierzy, 
nawet wczoraj, gdy sama królowa o tym napomknęła, ośmielił się zaprzeczyć 
jej słowom. Chorobę dał w siebie wmówić, poszło jak po maśle, ale teraz 
ciężka będzie sprawa.
— Nu to jakże? Taki, powiadasz, uczony, a o urokach nie nauczył się? Ot, 
nie wiedzieć co!
— A ty, Dmytruś, wierzysz?
— Takoż pytanie! Co dzień rano, pacierz ino zmówiwszy, jeszcze nim do 
śniadania zasiedli, babunia nas wszystkich stawiała pod rząd: i rodzica, i 
matkę, i nas dziewięcioro. Jewdocha przynosiła wodę w dzbanku, węgle, ot, 
co gadać, wszystko co należy się. A babunia dopiero odczyniała uroki 
każdemu z osobna, l zaraz my z tego dowiadywali się, komu potrza było, a 
komu na zapas. Ja dlatego taki zdrów i spokojny, bo tam babunia co ranka o 
mnie pamięta. Śmiejcie się, śmiejcie, mnie wszystko równo, a tak moja 
babunia by wam przydała się.
— Dmytrnś, serce moje, nie z ciebie my się śmiejemy, nie. Od wczorajsza my 
z tobą w ogień, ale jak możesz wierzyć w takie brednie?
— Ojce i praojce wierzyli, ja takoż.
— Dajcie mu spokój... łzy ano ma w oczach. Cicho!
— Wszystko to dobrze, ale...
— Nie gadać dużo, a brać się do roboty!
— Chodźmy!
Wbiegli z hukiem i rumorem na schody, ale w korytarzu zwolnili kroku i 
cichutko, delikatnie weszli do mieszkania pana magistra.
Doktor Johannes Krabatius, pokrzepiony mocnym rosołem, starym winem i 
trzygodzinnym snem, czuł się o wiele zdrowszym, a wiara jego w geniusz i 
głęboka'wiedzę medyka miłościwej królowej mocno była zachwiana.
Powitał mile siedmiu okrutników, których przychylności tak był pewny, a 
którzy istotnie z serca już teraz pragnęli naprawić zło żartem popełnione, 
i wszyscy, a zwłaszcza Jaś Drohojowski, dobrym słowem i usługa przymilali 
się choremu.
— Więc lepiej, chwała Bogu? Spodziewałem się tego... jutro będzie zupełnie 
dobrze, a pojutrze uprosimy gospodynię o Sardanapalową ucztę na cześć pana 
magistra.
— I choć król miłościwy sam nijakich trunków nie lubi prócz piwa, może się 
przecie znajdzie w piwnicach jaki taki gasiorek z zielona pieczęcią, gwoli 
wypicia za zdrowie waszej miłości.
— Dodajecie mi otucha z wasza wesołością, głowa czyni mi straszny ból, 
dzwonienie uszu bezustanne, usiąść o moich siłach nie zdołam.
— Już ja wam powiadam — mruczał Jaś odwracając się do łóżka plecami — że 
on gotów trzy tygodnie kawęczyć, gdy raz sobie ona ciężka niemoc umyślił. 
Jeśli uroki nie pomogą, to chyba mi przyjdzie klęknąć przed łóżkiem i 
przyznać się do wszystkiego. Ale wtedy...
— Ani się waż! Król jegomość nigdy by ci tego nie darował.
— Panie magister...
— Co, Jasiu?
— Nie śmiejcie się ze mnie i nie mówcie, żem głupi, ino posłuchajcie 
spokojnie, co wam rzekę.
— Prefacja zacna, słucham oracji.
— Tedy krótko i węzłowato, cała wasza chorość to nic inszego, tylko uroki.
— Dzieciństwa pleciesz; wstydziłbyś się!
— Nie wstydzę się, bo słusznie mówię, wasza miłość był zdrów jak rydz, 
wesół, silny, nic mu nie brakowało, w jednej godzinie przyszła niemoc, a 
spomnijcie ino, czym się objawiała? Chodź, Montwiłł, gadaj, co się dzieje 
urzeczonemu?
— Co gadać... taże wiadomo, nasamprzód w głowie kręci się...
— Miałeś waszmość zawrót głowy?
— No tak, ale...
— Cóż dalej, Dmytruś?
— Później ciężkość, nudność, wstręt do jadła.
— Było tak?
— Ależ to nie dowodzi!
— A teraz najważniejsza rzecz, osłabienie i ból głowy. Nad oczyma czy w 
skroniach?
— I tu, i tu.
— Niechże wasza miłość nie zaprzecza, bo tu ślepy dojrzy, jako są bezecne, 
przez człeka zdradliwego rzucone uroki. No, chłopcy... pomagajże mi 
który... — szepnął ze złością do kolegów — godzinę już kłamię, a wy 
stoicie jak kukły.
— Tak, tak, słusznie Jaś wam doradza; dajcie sobie odczynić, mój złoty 
panie! — zapiszczał swym wróblim głosikiem Krystek, a Montwiłł dodał:
— Odczyni się wedle przepisanego obrządku, w jednej chwili złe sczeźnie, a 
pan magister wstanie z łoża, jakby nie chorowawszy.
— Do takie niemądre praktyki nie mogą ja się zgodzie.
— O cóż waszej miłości chodzi? Jeżeli to zabobon, to ani pomoże, ani 
zaszkodzi, a jeżeli... więc dlaczegoż nie spróbować? Jużeśmy nawet 
uprosili panią Szczepanowa, która jest białogłowa znająca, właśnie tylko 
co ktoś wszedł do alkierza, pewno ona.
— Ależ, chłopcy... pozwalacie wam za wiele!
— Prosimy, prosimy, wejdźcie do komnaty, nasz biedny chory oczekuje was z 
upragnieniem!
— Jędruś... dam ja tobie! -jęknął Krabatius.
— Co wasza miłość rozkaże?
Pani Szczepanowa ukłoniła się Niemcowi z szacunkiem, lecz w poczuciu dumy 
ze swej tajemniczej umiejętności trzymała się trochę sztywno i spoglądała 
z góry na zgromadzonych.
— Jeśli wasza wielmożność zgadza się, to nie zwlekając możemy rozpocząć, 
bowiem dłuższego czasu potrzeba na próbę, przekonanie i odczynienie, a ja 
muszę się kwapić do mojej królewny.
Krabatius milczał, ale siedmiu paziów kręciło się i gadało tyle, że 
staruszka nie zauważyła tego niemego oporu.
— Proszę o kubek z woda, ale musi być szklany, bym widziała wyraźnie, jako 
się urok przydarzył i przez kogo był uczyniony.
— W alkierzu na półce stoją szklane kielichy — z westchnieniem rezygnacji 
objaśnił chory szukającego po katach Jasia.
— Wszystko inne przyniosłam z sobą, oto ręcznik, proszę stół nakryć i 
zapalić dwie woskowe świecie.
— Gdzie świece, panie magister?
— W alkierzu na oknie — jęknął męczennik.
— Teraz proszę być cicho i nie kręcić się po izbie.
Szczepanowa z mina kapłanki, rozpoczynającej modły do jakiegoś złowrogiego 
bóstwa, patrzyła badawczo w szklankę z woda, postawiona na białym 
ręczniku, między dwiema świecami. Ostrożnie, by wody nie poruszyć, 
wpuściła kawałek węgla do szklanki i szepcząc jakieś tajemnicze zaklęcie, 
trzymała nad nią lewa rękę zaciśnięta mocno, po skończonym egzorcyzmie 
otworzyła ja nagle i wyprężyła palce.
Następnie wrzuciła kawałek chleba i znów powtórzyła te same słowa i 
ceremonię z ręka, ale już nie lewa, lecz prawa. Wreszcie oparła się 
łokciami na stole, małe palce obu rak przyłożyła do skroni i znowu 
patrzyła w wodę, a patrząc mówiła cicho:
— Jest urok... oj, jest; węgiel wypłynął, chleb opadł, niewiasta urzekła, 
a nie maż. Chleb obrócił się skórka do góry... wielka pani. Węgiel stuknął 
o szklankę, tu gdzieś blisko... zda się, ktoś ze dworu chyba. Kiedy już 
tyle powiedziało, powie i więcej; ino jeden raz karty rozłożę: 8, 7, 6, 5, 
4, 3, 2, l, aha... nie mówiłam? Stara niewiasta... tuz czerwienny pod nią, 
więc pod tym samym dachem... dwójka żołędna z prawej strony, to znaczy, co 
jest wysoka a chuda... tuz dzwonkowy po lewej stronie... wielki urząd 
piastuje.
— Ochmistrzyni dworu? Panna Arcamone? — krzyknął Krabatius, zapominając na 
śmierć, że w zabobony nie wierzył.
Szczepanowa skrzyżowała ręce na piersiach i spuściła oczy, a zagadkowy 
półuśmiech poruszył na jedno mgnienie oka jej pomarszczona twarz:
— Niechże mnie Bóg broni... wżdy nie wymówiłam niczyjego nazwiska... nie 
wiem nic. A teraz niech wasza miłość napije się z tej szklanki trzy razy, 
ino prędko, bo skuteczność w powietrzu się rozpłynie. Pijcie, pijcie, nie 
ociągajcie się... raz... i dwa... no, jeszcze kropelkę... teraz wam prysnę 
w oczy lewa ręka... ot tak, a wasza miłość otrzyjcie się rąbkiem własnej 
koszuli. Bardzo ślicznie! Aha... byłabym zahaczyła, jeszcze jedno, żeby 
trojakie siły w wasze ciało wstapiły.
Tu Szczepanowa złożyła koniec swego fartucha w trzy grube fałdy, stanęła 
przed chorym i biorąc kolejno jeden fałd po drugim w palce, mówiła:
— Święta Zofia trzy córki miała... jedna przędła, druga motała, a trzecia 
— tu rozciągnęła wszystkie fałdy naraz — świętym pańskim uroki odczyniała, 
amen. Wasza miłość może teraz jeść i pić, ile się żywnie podoba, a jutro 
raniuchno wstać i świętej Zofii za zdrowie podziękować. Mnie zasię me 
dziękujcie, boby urok dziewięcioraki spadł na mnie. Ostańcie z Panem 
Jezusem!
— Jasiu... jakoś mi dziwnie lekko i wesoło... tak bym coś zjadł... — mówił 
Niemiec.
— Biegnę, lecę, zaraz coś dobrego przyniosę!
Wszyscy chłopcy wybiegli na korytarz za Jasiem, a on śmiał się, aż się za 
boki trzymał.
— Biedaczysko! Z głupstwa zachorzał, błazeństwem się uleczył... ot i 
koniec krotofili...
A Krabatius, rozważając w samotności wieszcze słowa wyroczni, mruczał 
potrząsając głowa:
— No, no, ale ta Arcamone... zawsze mówiłem, co ta baba brzydko na mnie 
patrzeć.
Rozdział III
Figiel Konstantego Gedroycia
Król Zygmunt wstawał zazwyczaj wcześnie i skoro się tylko ubrał, szedł na 
czczo do kościoła krytymi schodkami, które wiodły wprost z komnat 
królewskich do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu, dziś zwanej kaplica 
Batorego.
Tam, usiadłszy na krześle tronowym z różowego marmuru, słuchał z wielka 
pobożnością mszy świętej, odprawianej przez księdza kapelana, ojca Wita z 
zakonu dominikanów. Dworzanie, służba pokojowa i paziowie mieli surowo 
nakazane codzienne nabożeństwo w kościele i pań ochmistrz Strasz dobrze 
pogladał i pilnował, czy którego z jego wychowanków czasem nie brakło. 
Dopiero po powrocie z kościoła spożywano gorąca polewkę winna, piwna lub 
kluski z mlekiem, po czym każdy szedł do swego zajęcia.
Królowa i jej damy przychodziły w trzy godziny później, a mszę dla 
miłościwej pani odprawiał ksiądz Battista Trivulzio, nadworny kapelan 
Bony. Zaś w trzeciej komnacie za sypialnia królowej znajdowała się jej 
prywatna kaplica, gdzie za dyspensa biskupa krakowskiego dozwolonym było 
odprawiać nabożeństwo w razie niezdrowia najjaśniejszej pani.
Bona lubiła bardzo tę kaplicę, zaścielała ołtarz pięknie haftowanymi 
obrusami, przystrajała go co dzień świeżymi kwiatami, w ciężkich srebrnych 
lichtarzach, o bogatych ornamentach, paliły się grube świece z 
najbielszego wosku, a ornaty i inne aparaty kościelne, złotem i perłami 
wyszywane, były dziełem jej rak, z mała tylko pomocą dam dworskich 
wykonanym.
W zagłębieniu za ołtarzem stała bogato rzeźbiona skrzynia z dziwnego 
drzewa, perłowcem i koralami inkrustowana (jeden ze sprzętów wyprawnych 
Bony), a w niej monstrancja o dwunastu promieniach sadzonych diamentami, 
ampułki złote, krucyfiks z kości słoniowej misternie rzeźbiony, kielich z 
wyobrażeniem Przemienienia Pańskiego u góry, a oskrzydlonymi główkami 
aniołków na podstawie, robota młodego, a już wielkiej sławy mistrza 
Benvenuta Celliniego. W puzdrze skórzanym, wyłożonym purpurowym atłasem, 
złożona była najcenniejsza perła tego skarbca, relikwie św. Andrzeja, 
apostoła i męczennika, w złotej skrzynce ze szklanym na wieku okienkiem.
Mikołaj Ostroróg, jeden z dwunastu paziów wyznaczonych na dziś do obsługi 
króla jegomości, stał przy drzwiach i czekał, aż miłościwy pań skończy 
pożywać gramatkę piwna z grzankami, zwykłe swoje śniadanie. Janusz 
Zebrzydowski karmił ulubiona wiewiórkę Zygmunta I, a Bogusz, Kamkowski, 
Drohojowski, Łaski, Gorayski i inni siedzieli w przedpokoju, czekając 
rozkazów.
— Możesz to zabrać, ale wracaj natychmiast — rzekł król do Mikołki, 
odsuwając próżny talerz.
— Słucham, miłościwy panie.
Wybiegł na korytarz, oddał naczynie pachołkowi i już był z powrotem.
— Pójdziesz na dół do kancelarii, do pana sekretariusza Rylskiego, powiesz 
mu ode mnie, by zaraz rozpisał kartelusze foremne do ich miłościów: pana 
hetmana Tarnowskiego, pana wielkorządcy Bonera, pana marszałka Kmity, do 
księdza biskupa, do pana Justa Deciusa i do tych wszystkich panów 
senatorów, o których obecności w mieście miał się za moim rozkazem 
dowiedzieć. Niech uprzejmie wyrazi w swym piśmie, jako im najłaskawiej 
przypomina, że jutro o piętnastej godzinie odbędzie się uroczystość 
poświęcenia dzwonu, po czym przewiezienie go na Wawel, a następnie skromna 
wieczerza, na której ich wszystkich rad widzieć będę.
— Weź ze sobą — dodał po chwili — Łaskiego, Bogusza i Gorayskiego, 
poczekajcie w kancelarii, a gdy kartelusze będą gotowe, rozdzielić je 
między siebie i w tejże godzinie poroznosić gdzie należy. Pana Justa nie 
szukać na Woli, bowiem dziś rano miał być u księdza biskupa tam go 
znajdziecie.
— Słucham, miłościwy panie.
Ostroróg zabrał po drodze wymienionych przez króla paziów i zbiegli ze 
schodów, nie... zsunęli się po poręczy, jeden za drugim.
Kancelaria królewska mieściła się na dole, w dwóch izbach sklepionych, z 
oknami na wewnętrzne podwórze. W pierwszej siedziało sześciu pisarków, 
ludzi niższej kondycji, umiejących tylko wprawnie władać piórem, tych 
używano do kopiowania metryk, robienia wyciągów z aktów, przepisywania na 
czysto listów urzędowych do starostów, itd.
Druga komnata równie obszerna jak pierwsza, zastawiona dokoła ścian 
wysokimi szafami i stanowiąca część archiwum królewskiego, była siedziba 
regenta kancelarii, jegomości pana Marcina Niemętowskiego, i 
wicesekretariusza, pana Floriana Rylskiego.
Pań regent lubił się spóźniać, ale podwładni wcale się o to nie gniewali, 
uważali bowiem, że robota nie ptaszek, nie ucieknie, więc w nieobecności 
przełożonego bawili się gawędka, opowiadaniem ploteczek dworskich, a 
najstarszy z nich, pań Łukasz Wiórko, miał nawet zacny schowek za skrzynia 
z zapasami papieru i pergaminu, gdzie ukrywał wspólna własność panów 
braci, pękata kamionkę i kilka kubków.
Gdy pań Niemętowski, przejrzawszy urzędowe pisma i wydzieliwszy każdemu 
skrybie zajęcie, wychodził do króla po dyspozycje na jutro, wiedziano już 
z doświadczenia, że nie pokaże się w kancelarii, aż za dwadzieścia cztery 
godziny. Wtedy upragniony gasiorek wysuwał się na światło dzienne, w 
kieszeni każdego kubraka znalazł się chleb z twarogiem lub z kiełbasa i 
następowała przekąska, zakrapiana wytrawnym miodkiem, co prawda wcale nie 
hojnie szafowana przez pana Łukasza.
Pan Rylski zaś, zamknięty w drugiej komnacie, błogosławił również 
nieobecność pana regenta i korzystając z chwil swobody, rozczytywał się 
zapamiętale w jakichś starych jak świat księgach, wyblakłym inkaustem 
pisanych. Foliały te przechowywał pań Florian w większej jeszcze tajemnicy 
niż pisarze swój niebezpieczny gasiorek.
Gdy paziowie wbiegli z impetem do kancelarii, wywołali wielkie przerażenie 
i zamieszanie wśród pisarków, którzy dziś właśnie wyjątkowo przed 
przyjściem pana Niemętowskiego zamierzali łyknąć po pół kubka za zdrowie 
pana Wawrzyńca Kotowicza — solenizanta. Imieniny jego były wprawdzie 
przedwczoraj, ale z powodu zaziębienia i ciężkiej chrypki pań Wawrzyniec 
dwa dni siedział w domu i dziś dopiero ukazawszy się w biurze, przyjmował 
życzenia i oracje kolegów.
— A bodaj waszmościów ubito! Napędziliście mnie strachu niemało!... — 
zawołał pań Łukasz zatykając gasiorek. — Ażem zdrętwiał, że to pan regent.
— Nie ma go jeszcze? — spytał Mikołka.
— Ale pań wicesekretariusz Rylski jest już.
— My też ino do niego mamy sprawę.
I weszli do drugiej komnaty.
Na ich widok pań Florian przyrzucił płatem pergaminu księgę, w która 
właśnie czytał, i odpowiadając uprzejmie na ich ukłony, zapytał, czego by 
sobie życzyli.
— Od miłościwego pana przychodzimy z poleceniem — rzekł Ostroróg i 
wyjaśnił, o co chodziło.
Pań wicesekretariusz napisał prędko rodzaj formularza, wydobył z szuflady 
przyrządzony już pierwej spis senatorów i znaczniejszych osobistości, 
którym zaproszenia miały być rozesłane, i podał to wszystko, uchyliwszy 
drzwi, skrybom do jak najrychlej szego przepisania.
— Spocznijcie, waszmościowie — rzekł do paziów — osiemdziesiąt kilka 
inwitacji napisać, to długo potrwa, chociaż ich siedmiu tam siedzi i 
kwapić się maja, zawżdy to nie palcem przekiwać.
— Za godzinę będzie? — spytał Bogusz.
— Może.
— Toby należało skorzystać z czasu i do sadu skoczyć, mówił mi Kuba, że 
tam dziś lubaszki trzęsą.
— No to lećcie na jednej nodze i wracajcie czwałem — rzekł Ostroróg — a 
mnie tam jaka przygarść niech każdy przyniesie. Boję się odchodzić, bo 
jakbyście się, broń Boże, zapóźnili, tobym ja jeden przynajmniej zabrał 
większa część listków, a wy byście mieli mniej do roboty.
— Chodźcie, chłopcy!
— Pomnijcie ino, że rozkaz królewski to nie żarty, i wracajcie niebawem.
— Straszniem ciekaw onego poświęcenia dzwonu — rzekł Ostroróg przysuwając 
zydel bliżej stołu pana Rylskiego — mistrz Hans Behem wprawdzie na cały 
świat słynie jako ludwisarz najpierwszy, ino brat jego Tebaldus w 
Norymberdze może się z nim zrównać, ale... takie odlewanie to zawżdy 
trafunek. A nuż się forma po brzegi nie wypełni, a nuż bańka z powietrza w 
którym miejscu ostanie? A nuż nierówno zastygnie albo gdzie rysa, czyli 
szpara się znajdzie? Gadał mi o tym wszystkim towarzysz z ludwisami 
mistrza Hansa i zaręczał, ze choć jego pań zna wszelkie sposoby i przepisy 
tajemne, zawżdy pewności pełnej nie ma i z niepokojem onego jutra wygląda.
— Ino że w pomyślnym miesiącu dzieło poczynał i w dobrym je skończył, tym 
się może w swej niepewności krzepić — rzucił jakby sam do siebie pań 
wicesekretariusz.
— Jak to waszmość rozumie?
— Lipiec, miesiąc najsporszego kwitnienia wszelakiej rośliny, miesiąc 
pszczołom sprzyjający, w łacińskiej mowie miano rzymskiego cezara noszący, 
pomyślny jest każdemu przedsięwzięciu. Sierpień zasię mianem swym żniwo 
oznacza, a po łacinie "August" takoż imię cezara. Przeto wiedział dobrze 
mistrz Behem, zwłaszcza że i gwiazdy najlepiej się ninie układają, 
powtarzam, wiedział mistrz Behem, co czyni, gdy się w takowej sposobnej 
porze wziął do dzieła.
— Waszmość, jak widzę, astrologię uprawia? — spytał ciekawie Mikołka.
— Po trosze, niewiele — odparł pań Florian — ani czasu, ani ksiąg 
potrzebnych nie mam, a kupić, choćby się i grosz po temu znalazł, wielce 
trudno, bo te nowsze pisma, co ich to w każdej typografii dostanie, mała 
wartość maja i głębokiej nauki w nich nie szukać. A starodawne... na wagę 
złota.
— Ja zasię słyszałem, że uczeni mężowie powiadają, jako właśnie one dawne 
astrologie, alchemie, magie ino kłamstwa i bałamuctwa szerzyły i ze człek 
oświecony ku zabawie tylko a rozweseleniu odczytywać je może.
— Brednie... jako żywo... bez nieuków a zarozumialców głoszone. Nie wierz 
waszmość temu! Ino w zaufaniu wam się zwierzę, zatrzymajcie to przy sobie, 
ja sam cośkolwiek się na magii rozumiem, ale to nauka tak wielka i 
nieprzystępna, że całego żywota nie starczy, by ja zbadać, a nie tych 
marnych kilka lat, jakie jej dorywczo poświęcam.
&#132;Oho, bratku, toś ty taki!... — przeleciało, jak iskra, przez głowę 
Mikołki — to mi woda na mój młyn!" — Nie obawiacie się grzechu, czcigodny 
panie? — spytał strojąc zalękniona minę.
— Ach, grzesznego w tym nic nie ma; zaraz ci to wyjaśnię. Starożytni 
Persowie, Medowie, Egipcjanie znali już tę naukę, która magia zowiemy, 
stad sobie imaginuj i eksplikuj, że nie lada mędrcy zgłębiali swymi 
umysłami tajemnice niewidzialnego świata.
— Niewidzialnego świata?! — krzyknął paź.
— Strachasz się waszmość? To zaprzestanę, w istocie, za młody jeszcze 
jesteś.
— Nie, nie, mówcie śmiele, to ino pierwsza chwila.
— Tedy, przez długich wstępów, ino co się tyczy grzechu, powiem ci, ze 
dwie są magie: czarna, czyli związek ducha człowieczego z duchem złym, 
pakta zawarte z piekłem, mocą których całe plemię diabelskie staje na 
służbę człowiekowi — to jest grzechem śmiertelnym i potępieniem wiecznym. 
Biała zasię magia, gdzie ino uczy się człowiek przenikać siły przyrody i 
poznawać duchy pośrednie.
— Cóż to za jedne?
— To są... jak b) ci rzec... duchy ludzi jeszcze nie narodzonych, nie ich 
miejsce w niebie, gdyż na nie zasłużyć nie miały czasu. Do czyśćca im się 
takoż iść nie należy. a już najmniej do piekła, gdyż nie popełniły wcale 
grzechu. Tych duchów smętnych a błędnych są między niebem a ziemia 
niezliczone roje i one to właśnie chętnie poddają się woli naszej, służą 
nam i wszelakie nasze rozkazy spełniają.
— Rozumiem — kiwając poważnie głowa, rzekł Mikołka — z samego uprzykrzenia 
a nudów, aby ino nie latać z kata w kat.
— W' tym atoli cała sztuka, by je umieć zagarnąć pod swoje panowanie i 
tego uczy biała magia.
— Rety!... Gdzież ja miałem głowę! — zawołał chłopak bijać się w czoło. — 
Chyba to jakie mamidła, iżem tak na śmierć zahaczył... wżdy ja mam takowa 
księgę! U rodzica na strychum ja znalazł, ino żem nijakiej wagi do onych 
bredni nie przywiazował.
— Nie pomnisz waść tytułu?
— Zaraz... aha, na pierwszej karcie stało napisane:
Arcana magiej białej. Czyli zaklęcie przednie, By cię, człeku, słuchały 
Wszelkie duchy pośrednie.
— Czy być może? Co za zrządzenie losu!... Nigdy m o takiej księdze nie 
słyszał... musi być bardzo stara?
— Okropnie.
— Przynieś mi ja waszmość zaraz jutro.
— Oho, ho, ani myślę — butnie sprzeciwił się Ostroróg — pierwej sam 
spróbuję onych zaklęć, może mi się uda przywołać jakiego ducha.
— Ależ dziecko nierozważne, bez długoletnich przygotowań nic nie sprawisz, 
a ja już niejedna tajemnicę zgłębiłem.
— Nie, za darmo jej nie dam, coś przecie za tak wielki skarb w zamian 
muszę dostać.
— Więc gadaj waszmość, ile chcesz?
— Pieniędzy mi nie trza. mam ich dość od rodzica. Dajcie mi ten wasz 
pierścień z rubinem.
— Co? Podarunek najmiłościwszego pana? Nigdy!
— Dziwny z was człek, wżdy nauczywszy się czarów, tysiąc takich pierścieni 
na dzień mieć będziecie.
— Zaiste, prawdę mówisz, więc księga za pierścień, pierścień za księgę, 
słowo?
— A co... wróciliśmy na czas? Patrz, ile śliwek! Nastaw połę! — 
wrzeszczeli jeden przez drugiego. Łaski, Gorayski i Bogusz. wpadając do 
kancelarii.
Pań Łukasz wścibił głowę przeze drzwi.
— Kartelusze gotowe, mogą waszmościowie zabrać.
Pokłonili się grzecznie i wylecieli jak wicher.
— Żeby mi ino chycić onego czarodzieja na wędkę! — mruczał pod nosem 
Mikołka i pobiegł w miasto z zaproszeniami.
Powyżej klasztoru oo. Franciszkanów, wzdłuż murów miejskich, cisnęły się 
tłumy ludu nieprzeliczone, z każdej strzelnicy, z każdego okienka baszt 
wyzierały głowy i główki ciekawych. -Y było czego się cisnąć, było za czym 
wyglądać! Toż to dziś właśnie, dziś. za pół godziny, z formy do ziemi 
wkopanej i przed tygodniem wrzący m spiżem napełnionej, wyłonić się miał 
na powierzchnię ziemi, ukazać po raz pierwszy słońcu złocistemu i 
królewskiemu majestatowi, dzwon wspaniały, jakiego dotąd jeszcze Polska 
nie widziała.
Niedaleko murów, między Baszta Prochowa a Baszta Iglarzy. stały duże 
trybuny bogato przyozdobione. % chodziło się na nie po trzech stopniach 
czerwonym suknem wy słanych. Mniejsza, przeznaczona dla rodziny 
króleyyskiej. okolona była z trzech stron bariera takimze ożenionym suknem 
obita. Na wzorzvstych kobiercach ustawiono trzy krzesła, pod adamaszkowym 
szkarłatnym baldachimem, dla miłościwego króla jego małżonki i dla 
biskupa. Za nimi w głębi opierała się o barierę szeroka ława dla panien 
dworskich. Na stopniach od przodu mieli siedzieć paziowie. Drugie 
wzniesienie, o wiele obszerniejsze od krółewskiego, przeznaczone było dla 
zaproszonych senatorów i wysokich urzędników państwa.
Tuż ponad "gruba" (tak się nazywało miejsce, gdzie sprawa odlewania dzwonu 
się odbywała) pobudowali cieśle rusztowanie wysokie, kształtem do wieży 
podobne. Były to wkopane na kilka stóp yy ziemię, pokrzyżowane i skośnie o 
siebie oparte tramy ze stuletnich dębów, przybite jedne do drugich 
bretnalami3' i hakami kilkucalowej długości, prócz tego spięte gęsto 
żelaznymi klamrami. Potężnej bowiem wytrzymałości musiały być ramiona, 
które bodaj na czas krótki miały piastować olbrzyma. Na bloku w samym 
szczycie rusztowania zarzucone liny grube, kręcone z konopnych powrozów, 
zwieszały się podwójnymi końcami ku ziemi.
Tuż obok stał Hans Behem z czeladzią i z sześćdziesięcioma ludźmi 
wypróbowanej siły, którzy mieli dzwon wyciągać do góry. Po wyrazistym 
obliczu rzemieślnika-artysty przesuwały się kolejno blaski i cienie... 
obawa, radość, duma. niepewność, zwątpienie, a w końcu spokojna ufność i 
mocne przekonanie, że wielkie dzieło, którego się podjął, nie było wcale 
zadaniem nad jego siły i że dzień dzisiejszy nazwisko jego nowe sława 
okryje.
Oparł głowę o jedna z potężnych belek rusztowania i czekał.
Zanim strażnik z wieży Mariackiej otrąbił na cztery strony świata godzinę 
piętnasta, już wszystkie miejsca na trybunie gości królewskich były 
pozajmowane. Straż miejska i służba grodzka utrzymywały porządek wśród 
tłumu, nie dając mu podsuwać się zbyt blisko i utrzymując szeroka drogę, 
aż pod same górę wayłelska.
— Jadę już, jada! — dały się słyszeć okrzyki.
Wszystkich oczy zwróciły się ku zamkowi, skąd istotnie widać już było 
zbliżający się orszak królewski. Paziowie jeno i przyboczni dworzanie szli 
pieszo, królowa, damy dworskie i duchowieństwo jechali w lektykach, król i 
starszyzna dworska konno.
Okrzyki powitalne, wołania: "Niech żyje miłościwy król!", "Niech żyje 
miłościwa pani!" — rozbrzmiewały w powietrzu i ucichły dopiero, gdy oboje 
najjaśniejsi państwo zasiedli na swych krzesłach.
Olśniewający przepychem strój królowej pociągał ku sobie oczy wszystkich, 
zdumiewano się, zachwycano, ci, co lepiej widzieli, opowiadali z cicha 
tym, którzy dojrzeć nie mogli, niewiasty zwłaszcza gorzały uwielbieniem.
— Gadajcie, kumosiu, boście wy między nami niczym bocian między 
kaczkami... gadajcie, ino nie zmylcie, wszystko za porządkiem, cóż ma na 
głowie?
— Cieniuchne, białe, ni czepiec, ni rańtuch, widno włoska moda 
uczynione... opaska złota przytrzymane, a co na niej kamyków iskrzących... 
ognie się ino migocą! Na szyi łańcuch złoty i krzyż diamentowy.
— Dźwignijcież mnie krzynę, boście mocna, niech aby raz okiem rzucę... 
Jezu! Szata jak samo słońce! Wżdy nie ze złotej lamy, bo cale inaczej 
świeci niż suknia miłościwego pana.
— A nie, to jedwab taki przedni i barwa o wiele jaśniejsza niż u króla w 
żupanie..
— Kwiaty po niej aksamitne, na podobieństwo żółtych róż.
— Przyjrzyjcie się dobrze, Kasprowa, czy mi się ino widzi, czy w osnowie 
nić fiołkowa wmieszana, bo się ano mieni raz żółto, a raz jak malwa ciemna.
— Juści prawda.
— Córeczka po nieboszczce stoi wedle niej za krzesłem.
— Ta bledziuchna, w niebieskim aksamicie?
— Aha, a przy nogach na poduszce to jej rodzona, królewna Izabela. To 
zasię po lewicy, maluśkie...
— Gdzie, gdzie?
— E, nie dojrzycie. To będzie chyba synuś najukochańszy... ani chybi 
królewicz Zygmunt. Najmiłościwszy pań rękę na główce mu położył.
Chwilę jeszcze trwały rozmowy, szmery, falowanie głów ludzkich, wreszcie 
wszystko umilkło, nastała cisza, lecz cisza pełna niepokoju i oczekiwania.
— Tak mi serce wali... czegoś się boję... — szeptał Krystek Czema do Jasia 
Drohojowskiego.
— A mnie w uszach dzwoni i huczy.
— A mnie ręce i nogi drżą — rzekł Szydłowiecki.
— Mnie z tego czekania tak nudno, aż spać się zachciało.
— Montwiłł, zmiłuj się, nie ziewaj tak głośno!
— Taże nie obraza majestatu. Ot, patrzaj, sam ksiądz biskup tak sobie 
ziewnął, aż strach, a wedle króla siedzi.
— Cicho! Już się zaczyna...
Czeladź mistrza Behema usunęła deski zasłaniające otwór &#132;gruby"; w głębi 
ukazało się ogromne ucho, wysoko sterczące ponad sam dzwon. Zadzierzgnięto 
w nie dziesięć lin, które sam mistrz poplątał w misterne węzły, a te węzły 
jeszcze osobnymi sznurami pościagano i omotano.
Każdy koniec liny chwyciło sześciu muskularnych chłopów. Hans Behem 
wstapił na belkę od zewnątrz rusztowania stercząca, podniósł obie ręce w 
górę i zawołał:
— Baczność!
Sześćdziesiąt par oczu wlepionych w twarz jego czekało znaku.
Opuścił ręce z krzykiem:
— E-hej!
Dziesięć lin wyprężyło się równocześnie, a w głębi "gruby" coś zaszemrało.
— E — hej! E — hej! — powtarzali teraz chórem robotnicy wytężając ramiona, 
chyląc żylaste karki i rozstawiając szeroko nogi.
— E — hej! E — hej! — powtarzał tysiącem głosów lud zgromadzony, pracując 
myślą, wola, cała dusza razem z nimi.
Dźwignął się olbrzym leniwie, jakby mu żal było opuszczać swoje łoże 
podziemne, i z wolna, zrazu niedostrzeżenie, wznosił się ku otworowi 
"gruby". Nareszcie ponad powierzchnia ziemi ukazało się ucho oplatane 
linami, za czym szary, lśniący kopulasty grzbiet dzwonu.
Dalej trwały nawoływania, wyżej podnosiło się spiżowe dzieło mistrza 
Behema. A on stał na rusztowaniu z rękoma wzniesionymi w górę, krople potu 
wystapiły mu na czoło... jego praca była w tej chwili najcięższa.
Gdy nareszcie cały dzwon oparł swe krawędzie na czterech głazach, u stóp 
rusztowania ustawionych, puścili robotnicy liny i dysząc ciężko, 
odpoczywali.
Wtedy ksiądz biskup Tomicki, odziany w złotolita kapę i infułę św. 
Stanisława, zbliżył się tuż, za nim asystujący księża nieśli kociołek ze 
święcona woda i dwie złote puszki ze świętymi olejami.
Biskup odmówił najpierw przepisane do tej ceremonii psalmy, po czym woda, 
do której wmieszał szczyptę święconej soli, umył cały dzwon z zewnątrz, a 
asystenci otarli go ręcznikami. Nastąpiły nowe modlitwy i biskup olejem 
świętym dla chorych namaścił dzwon w siedmiu miejscach znakiem krzyża.
Gdy się pierwsza część obrzędu skończyła, wyciągano dalej na rusztowanie. 
Zaś po raz drugi zbliżył się doń ksiądz biskup, umył wnętrze jego tak 
samo, jak to czynił poprzednio z wierzchu, oraz namaścił krzyżem świętym 
cztery razy i rzekł donośnym głosem:
— Błogosławię cię i poświęcam ku czci świętego Zygmunta, w Imię Ojca i 
Syna, i Ducha świętego. Amen. Pokój tobie!
W szeroka przestrzeń między tramami rusztowania wjechał wóz przemocny, 
umyślnie ku temu zbudowany, opuszczono liny i w samym środku na grubej 
pościeli ze słomy ustawiono dzwon.
Wspaniała procesja, w której uczestniczyło całe duchowieństwo krakowskie, 
zakonne i świeckie, z biskupem na czele, ruszyła ku zamkowi, następnie 
szedł król z rodzina, dygnitarze, senatorowie, dwór cały, potem wóz 
umajony gałęziami, wiozący nowo ochrzczonego, i wreszcie cała prawie 
ludność Krakowa. Dwanaście par wołów ciągnęło z wysiłkiem wielkim ten 
ciężar niezmierny pod górę. Z nie mniejszym, jak powyżej opisany, trudem 
zawieszono dzwon w nowej wieży, od dnia tego Zygmuntowska nazwanej.
Ostatecznym zakończeniem ceremonii poświęcenia, czvii chrztu dzwonu, jest 
akt uderzenia weń sercem po raz pierwszy, która to czynność przypada jako 
zaszczyt w udziale fundatorowi lub ojcu chrzestnemu. Tutaj jednak musiano 
odłożyć ten obrządek do jutra, ponieważ mimo pośpiechu i wytężonej pracy 
robota na wież) przeciągnęła się aż do późnego wieczora, a serce, na 
osobnej podw odzie przewiezione, zawieszone zostało zaledwie po północ}.
Najjaśniejsi państwo i ich goście nie mogli czekać tak długo, po 
skończonej tedy procesji i nabożeństwie w katedrze udał się król z 
zaproszonymi do swych pokoi, przekazując surowo służbie kościelnej, by 
nikt nie ważył się tknąć dzwonu jutro rano, póki on sam na wieżę nie 
przejdzie.
Niebawem podano wieczerzę, która, ze względu na opróżnione i skazane na 
zburzenie wschodnie skrzydło zamku, nie mogła się odbyć w wielkiej sali 
stołowej, lecz w izbie Syrena. nazwanej tak z powodu złocistego 
świecznika, wiszącego na trzech łańcuchach u stropu, a przedstawiającego 
Meluzynę o rybim ogonie, z bukietem świec woskowych w każdej ręce.
Pań ochmistrz Strasz wydał rozkaz, b) wszyscy paziowie stawili się zaraz 
po zachodzie słońca w antykamerach najmiłościwszych państwa, by mieli 
przysposobione świece do przeprowadzenia dostojnego towarzystwa przez 
ciemne korytarze do sali jadalnej, a potem stali za krzesłami gości, 
gotowi do posług i baczni na każde ich skinienie.
Prócz królowej i jej dam sami tviko mężczyźni zasiedli do stołu, miłościwa 
pani wyraziła dzień przedtem życzenie, by żadnej z niewiast bywających u 
dworu nie zapraszano, przeczuwa bowiem, że nadto będzie znużona. bv 
uczestniczy ć w wieczornym przyjęciu. Tymczasem wspaniała uroczystość 
jakoś jej wcale nie zmęczyła, owszem w wyjątkowo dobrym usposobieniu i 
wesołym humorze weszła na czele gości swego małżonka do komnaty Syreny.
— No i co ja pocznę, nieszczęśliwy — szepnął Kostuś Gedroyć do Bonera — 
tak wszystko wybornie ułożyliśmy, nawet i ta wieczerza była jakby li dla 
naszej wygody umyślona, a tu jak na złość Odmiw asowi strzeliło do głowy 
spędzić nas tu wszystkich co do nogi.
— Ot, zamiast lamentów i wyrzekań, radować się ano powinieneś — odmruknał 
Jędrek — ale nie każdego Pań Jezus roztropnością obdarował.
— Co gadasz?
— Cichaj. pań hetmań po sól sięga, muszę mu podsunąć.
Psa pierwsze danie wniesiono ozory z polska podlewa, do tego makaron 
włoski. któn z rozkazu miłościwej pani całymi pakami sprowadzany, co dzień 
musiał być na stole. Następnie sześciorakie jarzyny. dzięki włoskim 
ogrodnikom królowej od roku uprawiane w ogrodach, a mianowicie: kalafiory, 
szpinak, pomidory, kalarepę, fasolkę szparagowa i karczochy. Ksiądz biskup 
Tomicki odchwalić się nie mógł tvch nowalijek i coraz to sobie dobierał, a 
miłościwa pani łaskawym okiem pogladała na niego i na wszystkich, co w 
onych przysmakach gustowali.
Signora Papacoda, bardzo jeszcze mizerna po przebytych cierpieniach 
moralnych. siedziała smętna obok starego Bonera i choć ja namawiał a 
częstował, ledwie jak ptaszek dzióbnęła dwa listeczki karczocha i jeden 
strączek fasoli. Za to panna Arcamone z Justusem Deciusem szermowała 
zawzięcie językiem, lecz przy rozmowie nie zapominała o żołądku i jadła za 
dwie. Inne damy dworu siedziały poniżej i... uczyły się po polsku od sw\ch 
młodych sąsiadów.
— No. gadajże. coś miał gadać — zaczął znów Gediwć do Bonera. któn się ku 
niemu nieznacznie podsunął.
— Cóżem miał gadać? Wżdy jasne jak słońce, że nas dwustu, a gości ani 
połowy przv stole. tedy łacno dwom. trzem, a nawet i czterem wymknąć się 
choćby na pół godziny.
— Zahaczyłeś, letkoim ślniku bezmierny, jakoś mi sam wczoraj ze srogim 
umartwieniem zwiastował, że Arcam...
— Koniecznie ci potrza na głos wszystkie nazwiska wy krzy kować?
— Ale gdzieżby sły szała!
— Więc cóż z tego. że klucz od swej sypialni w torebce nosi? Zali torebka 
przykuta? Wżdy na wstędze uwiązana wisi. Czasem przy posłudze spadnie 
sztuciec na ziemię, trza go podnieść, niechże trafunkiem wstęga... się... 
sama rozwiąże, no i tego... A za jakie pół godziny Konstanty Gedroyć 
spostrzeże zgubę, nie... lepiej Koniecpolski, bo ten mydłek u całego 
fraucymeru w łaskach, on tedy zobaczy kieszonkę na ziemi (już się taki 
najdzie, co mu palcem pokaże), oczywiście skoczy na wysługi, podniesie z 
dwornym ukłonem odda — i sprawa skończona.
— A dasz radę?
— Juźem wvmiarkowal. co ino koniuszek leciuchno pociągnąć, to się samo 
rozwiąże.
— Klucz weźmij, na mnie mrugnij...
— A ty Drohojowskiego z sobą zabierz!
— Ostroroga nie trzeba?
— E. wystarczy nas trzech.
Rozmowa przy stole coraz bardziej się ożywiała, nie tykano spraw 
poważnych, żartobliwe ino anegdoty i opowieści sypali biesiadnicy jak z 
rękawa, a pań hetmań Tarnowski prym trzymał. Słuchano go z zajęciem, 
czasem nawet z niedowierzaniem, bo niejedno mniej wykształconym z 
biesiadników pomieścić się w głowach nie mogło. Czego ten człowiek nie 
widział, gdzie nie bywał, iloma jeży karni mówił! I Paryż znał prawie jak 
Kraków, i na hiszpańskim dworze długie miesiące spędził, i Włochy zjeździł 
całe!
O Wenecji, cudnej oblubienicy morza, umiał pięknie rozpowiadać, w Padwie u 
grobu św. Antoniego złote serce zawiesił, florenckich mistrzów znał 
osobiście, z Leonardem da Vinci przyjaźń zawarł, w Rzymie papieskiej mszy 
słuchał, pod Neapolem górę ziejąca ogniem widział. Czy na tym koniec? 
Gdzie zaś — do Afryki się przeprawił, a że o ciemnoskórych Maurach 
zasłyszał, to mu ich na własne oczy oglądać pilno było.
Król umyślnie rzucał pytania, bv zmusić przyjaciela do tych zajmujących 
opowieści.
Aż tu wniesiono kurczęta ze śmietana i włoska soczysta sałatę.
— Wszelkie uciechy na jeden dzień! — zawołał Zygmunt wesoło. — Czy jest na 
świecie lepsze jadło, jak kurczęta ze śmietana? Strzeżcie się. 
waszmościowie, byście głodno od stołu nie wstali, bo gdy tę potrawę 
uwidzę. niemal o wstrzemięźliwości zapominam.
— Zakonotuję te słowa waszej królewskiej mości — rzekł biskup Tomicki z 
uśmiechem — bo ano pora wielka wypić za zdrowie mego chrześnika, 
najmłodszego z Zygmuntów. Wznoszę kielich i piję w ręce wasze, miłościwy 
panie!
— Tak że mi przewielebność wasza źle życzycie? — z udanym żalem zawołał 
król.
— Wiadomo wam, że wina dla zdrowia nigdy nie pijam.
— Gotów jestem do ustępstw, zmieszamy je z woda.
— Ustąpcie jeszcze krzynę, księże biskupie... zali moje ulubione piwo 
piotrkowskie nie stanie za wino z woda?
— Uważaj waść! Daru boskiego nie umiesz uszanować — oburknęła zgryźliwie 
ochmistrzyni Jędrusia Bonera, który tuż przy jej krześle upuścił koszyczek 
z nakrajanym chlebem.
— To niechcący, raczcie wasza miłość darować, pośliznąłem się ino — 
przepraszał paź pokornie — wyzbieram co do okruszynki.
Rzucił się na kolana i również niechcący sparł się jedne ręk^ na powłoku 
donny Arcamone, by ciągnąc suknię, mógł odwrócić uwagę od lekkiego 
szarpnięcia przywiązanej na wstędze torebki.
— A cóż za niepolityczny chłopak! Teraz mi znowu suknię z fałdów wyrywa, 
usuńże się waść!
— Już, już idę po świeży chleb do kredencerza.
I pobiegł ku drzwiom od sieni.
— I cóż? Jest? — spytali z biciem serca Gedroyć i Drohojowski.
— O! — lakonicznie odparł Jędruś uchylając poły.
— O rety... po cóżeś wszystko zabierał? Nie lepiej ino klucz?
— Aha, miałem ci klęczeć i rozpinać torebkę, za powrotem znowu padać na 
kolana przed starą sową i chować klucz na swoje miejsce? Toć by ślepa i 
głucha być musiała, żeby nie zmiarkowała, co się święci.
— Hola! hola! nie czas na rozhowory, musimy się sprawić piorunem.
Zbiegli ze schodów, potem chyłkiem, muru się trzymając, w sam kat ku 
stajniom, od których wozowniami oddzielona stała szopa niewielka, na 
nocleg dla osłów naprędce z desek zbita.
— Szmaty grube masz?
— Starci derkę ze strychu zabrałem.
— Podrzyj na czworo.
— A nie wierzga?
— Oślica zła, kasa i wierzga, ale osioł cale łaskawy, chleba pół bochenka 
capnąłem, będę łamać i bez całą drogę podawać, to ani piśnie.
— Owińcież mu kopyta starannie, coby szedł cicho po kamieniach i po 
schodach.
— Ja sam poprowadzę — rzekł Kostuś — ty mu podawaj chleb.
I znowu z całe ostrożnością, boczkiem, chyłkiem, przekradli się do nie 
zamieszkanego wschodniego skrzydła i do starych schodów obecnie również 
nie używanych. Gedroyć trzymał osła za grzywę i prowadził pod górę, gdyby 
nie chleb, ciężko by się dał uparciuch nakłonić, a tak co parę stopni 
dostawał przysmaczek i jakoś wcale prędko wdrapali się na drugie piętro. 
Obrócili się w swój kochany ustronny korytarz, dotarli do drzwi pokoju 
ochmistrzyni i...
— Święci patronowie, ratujcie!... A Krabatius w drugiej izbie... ino drzwi 
dzieła, usłyszy nas...
— On? Jeszcze mu się nieco chorość przywidywała, dałem mu przed wieczorem 
dwa kubki starego wina, śpi ano, aż chrapi. Słyszycie?
— No, to otwieraj na gwałt, bo czas ucieka!
— Już?
— Już.
— A nie będzie ryczał?
— E, ciemna izba, ciepło, najadł się, pewnikiem zaśnie.
— Na dwa spusty muszę zamknąć, tak, jak było.
— Lećmy na miłość boskei w te pędy, bo mi się zda, że już wszyscy goście 
zauważali, że nas na sali nie ma.
— Bo ci się rozum ze strachu miesza, ani pół godziny cała robota nie 
trwała.
— Słuchaj, Drohojowski, ja się nie mogę narażać na przyłapanie, bom się 
już pierwej dość wedle Arcamony kręcił, idź więc ty, trzymaj torbę pod 
nasuwniem, a przechodząc podle jej zydla, upuść z lelka na powłok i nie 
oglądając się cale, wolnym krokiem stąpaj dalej. Zaś Kostuś chyci się 
Koniecpolskiego lub Korybuta, który z nich będzie pod ręka, i niby 
niechcący pokaże mu ona torebkę na podłodze. Pierwej by się ziemia 
zapadła, zanimby który z tych dwu był o jak^ psotę posadzony.
Wśród gwarnej rozmowy, wśród śmiechów i toastów, wśród bieganiny służby, 
nikt, nawet czujny jak Argus pań ochmistrz Strasz, nie zauważył 
nieobecności trzech chłopców am ich powrotu na salę. Bawiono się jeszcze z 
godzinę przy stole, na wety obnoszono słodkie dania i marcypany, wreszcie 
królowa jejmość powstała z krzesła, dając znak do rozejścia się. Oboje 
królestwo żegnali najłaskawiej każdego ze znamienitych gości jakimś 
uprzejmym słówkiem, przy czym król Zygmunt przypominał, że jutrzejsze 
święto Wniebowzięcia Matki Boskiej nowy dzwon o szóstej rano swym śpiewem 
powita.
Pogaszono światła, sześciu paziów nocnci służbę pełniacych poświeciło 
królowi do jego komnat, drugich sześciu odprowadziło królowę.
Bractwo figlikowych turniejów pobiegło czwałern do swej sypialni, by nie 
zapalając w niej światła, stać u przymkniętych drzwi, czyhać na przejście 
panien dworskich i widzieć powitanie panny Arcamony z ukrytym w jej 
komnacie osłem. Szydłowiecki, jako sędzia i przełożony związku, troskał 
się o bezpieczeństwo swoich braciszków.
— Słuchajcie no, chłopcy — rzekł — pamiętaliście też o tym, by was ciągle 
przy obsłudze widziano, a krótkiej wycieczki nie spostrzeżono? Bo na tym 
właśnie sztuka. Taką już mamy złą sławę (Bogiem a prawda całe zasłużona), 
że i dzisiejszej psoty autora, czyli sprawcy, najpewniej między nami 
szukać będą. Choćby ino dlatego, że tutaj mieszkamy, a tamci daleko, a po 
wtóre, żaden by tu nawet nie trafił w one zakrętasy i zakamarki, jeszcze 
by które z paniatek nóżkę złamało. Więc ja najstarszy i sędzia zapytuję 
was, jakeście się sprawili.
— Ja — rzekł Gedroyć — bez caluśka wieczerzę, aż do samych kurcząt, stałem 
na jednym miejscu, bo tak najroztropniej.
— A kto znamienita może zaświadczać, że cię widział?
— Ano, niech wasza wielmożność osadzi: stałem za krzesłem pana Firleja i 
miłościwa pani dwa razy do mnie przemów iła. bym mu cos tam podał. 
Nalewałem piwa królowi jegomości, gdy pił zdrowie swego imiennika, i 
umyślnie przelałem wierzchem. a miłościwy pań odwrócił głowę i połajał: 
&#132;Uważaj, co robisz!" A gdym z oślej wyprawy powrócił, znowu skoczyłem na 
to samo miejsce i ani drgnąłem już do końca wieczerza. Zali dobrych mam 
świadków? Sam król i królowa!
— A ja posługowałem z całego serca pannie ochmistrzyni — roześmiał się 
Jędruś — aż jej nudno było, takem wedle niej skakał. Nie moja wina. że mi 
się noga na onej powłoku skręciła i z piętnaście skibek chleba na ziemię 
spadło. Rzuciłem się wy zbierać, a ta jeszcze mruczy, że jej suknię 
depczę, jakożbym inaczej mógł wstęgę rozwiązać i torebkę uszczknąć... chi. 
cłu, chi...
— A nie zauważała?
— Ani krzty.
— No, a ty Drohojowski?
— Ja się razem z Krvstkiem uczepiłem krzeseł panien de Macris i de Opulo i 
wyprawialiśmy krotofile. aż się pokładały ze śmiechu.
— Ja zasię — rzekł Ostroróg — trzymałem się duchownych osób. księża 
biskupi obaj mogą przysięgać, jako ich na jeden pacierz nie odstąpiłem.
— No. a mnie także niezgorzej się działo — dodał Szydłom iecki — bo sama 
panna Papacoda przyzwała mnie do siebie i prosiła, bym się nie oddalał, 
bowiem ze służba nie umie się zgadać, a ja po włosku rozumiem. To i stałem 
trzy godziny wedle niej. A ty, Dmytruś. nie boisz się posadzenia?
— Tażeż ja niczym dziecko przy matce stał sobie podle samego Straszą i 
coraz to do niego ręce składał, żeby mnie puścił co niebadź przespać się. 
Niech no on powie, czy mnie przv nim nie było.
Korybut, Koniecpolski, Stadnicki i Łaski, najwykwintniejsi z paziów, 
ofiarowali swe usługi damom dworskim; w starym korytarzu bowiem, którędy 
miały iść do swych tymczasowych sypialni, ceglana posadzka bardzo była 
nierówna, powybijana, niespodziewane schodki i zakręty utrudniały drogę po 
ciemku, bo jedna świeczka w ręku ochmistrzyni nie rozjaśniała ponurych 
ciemności. A że korytarz był wąski, więc po dwoje iść mogli i to z wolna, 
ostrożnie, uważając na nierówności i dziurv w podłodze. Korybut z Łaskim 
szli ze świecami przodem. Koniecpolski ze Stadnickim na ostatku.
— Co to tak zgrzypi czy jęczy? — spytała Hipolita de Opulo wzdrygajac się.
— Gdzie? Nie słyszę.
— Aha, jakieś dziwne głosy, niby w samym końcu korytarza — rzekł Stadnicki.
— Co? W samym końcu? — zawołała Laura Beltrani. — To ja kroku dalej nie 
idę.
— Coś krzyczy... co za ryk piekielny!
— Niechże się wasze moście nie boja, to może z podwórca jakie głosy 
dochodzą, przecie w korytarzu nie ma żywego ducha prócz nas.
— W istocie nic teraz nie sły chać.
— Zupełna cisza.
— Zresztą, przystaniemy tu, póki wasze miłoście do swoich komnat nie 
wejdą. Panna Arcamone -ťłożyła klucz do zamku, żaden szmer złowrogi nie 
ostrzegł jej o grożącym niebezpieczeństwie.
— Dobrej nocy życzymy waszym miłościom!
— Grazie, grozie, pomówię jutro z miłościwa panią, opowiem jej. jako 
y^aszmościowie uprzejmi baliście dla nas i jako na całe zgraję trutnióyy i 
zuchwalców bezczelnych wy czterej tylko to prawdziwe panięta i veri 
gentiiuomini. Buona notte.
"Ehe, ehe, pogadasz ty o niejednym jutro z miłościwa panią..." — szydził z 
niej yy duchu Gedroyć wyzierając przez szparkę.
Ochmistrzyni obróciła klucz dwa razy. otwarła drzwi i weszła do swej 
komnaty. Signora Papacoda żegnała się jeszcze z paziami, a Beatrvcze 
szukała w torebce klucza od sąsiednich pokoi, gdy nagle stanęli wszyscy 
jak gromem rażeni... z ciemnej anty kamery biegła cofając się donna 
Arcamone, z lewa ręka sztywnie przed siebie wyciągnięta, jakby coś 
wstrętnego odpychała, podczas gdy prawą bezustannie i prędko kreśliła 
krzyże w powietrzu.
— Congiuro te... la dia! va via! — zatoczyła się i padła w objęcia 
Lauretty i Stadnickiego. którzy stali najbliżej.
— Co wam jest? Czy złodziej? Czy przywidzenie jakie? — pytali ze 
współczuciem.
— Może niemoc nagła? — szepnął Korvbut do Beatryczy, pokazując palcem na 
czoło.
— Idźcie, kto w Boga wierzy!... wygnajcie go... święcona woda przy 
drzy\iach.
— Od rzeczy gada, uderzenie do głowy. Uspokójcie się, wasza miłość.
— Nie uspokoję się. póki... on... tam jest!
— Kto?
— Diabeł! Ahi me... diabeł najstraszniejszy... łeb ogromny, rogaty...
Nie domówiła ostatnich wyrazów, zagłuszył je wybuch niczym niehamowaneg,. 
nieokiełznanego, spazmatycznego śmiechu... Łaski aż przy siadł na ziemi, 
Korybut wił się, jakby go tarantula ugryzła. Koniecpolski i Stadnicki 
tupali nogami i kwiczeli nieludzkim głosem, a panny skakały jak piłki w 
górę...
Spokojnie, z namysłem i rozwaga kroczyło ku nim niewinne, długouche 
zwierzątko, przyczyna całego zamieszania.
— Znowu oni! — zdławionym od wściekłości głosem wyszeptała ochmistrzyni.
Donna Izabela, która od niepamiętnych czasów, czyli od lat młodości, 
zawsze pozostawała na skrycie wojennej stopie z donna Marina, klasnęła w 
ręce:
— A to ucieszni krotofila! E veramente una wyśmienita figla! Osioł nella 
camera pani okmiczini... barzo wesoła zabawka!... cha, cha. cha...
— Równie wesoła zabawka, jak z pieskiem waszej miłości, ino że wtedy myśmy 
się śmiały, a kto inny płakał. Panie Koniecpolski, zechciejcie wyprowadzić 
to bydlę — dodała z udane obojętnością.
Osiołek tymczasem szedł sobie wcale swobodnie przez korytarz, a na widok 
wesołego i hałaśliwego towarzystwa uczuł się również mile podnieconym, 
zadarł łeb zuchwale i ryknął, jakby go żywcem obdzierano ze skóry.
— Hi haaaau!
Rozdział IV
Figiel Mikołaja Ostroroga
Nazajutrz król Zygmunt wstał raniej niż zwykle. Ledwie doczekał wschodu 
słońca, tak mu pilno było dostać się na wieżę i własne ręka zbudzić do 
życia śpiącego olbrzyma.
Przed godzina szóste wyszedł z przedpokoju królewskiego Aleksander 
Chodkiewicz, jeden z paziów, i spiesznie biegł najkrótszymi drogami do 
mieszkania kościelnego Marcina Grudy, by go zawiadomić, ze król jegomość 
kończy się ubierać i za mała chwilkę będzie na wieży.
Marcin ze swojej strony zawołał czterech pachołków, bo wczoraj jeszcze 
pouczył go mistrz Behem, że co najmniej czterech lub pięciu ludzi trzeba 
do rozhuśtania dzwonu.
Miłe było zdziwienie króla, gdy wyszedłszy po stromych schodkach na 
dzwonnicę, zastał tam nie tylko mistrza Hansa, co było zupełnie 
naturalnym, a nawet koniecznym, ale hetmanów: Tarnowskiego, Firleja i 
marszałka Kmitę.
— Witajcie waszmościowie, z wielkim rozradowaniem was widzę — rzekł król 
łaskawie.
Przypatrzył się z bliska napisowi, biegnącemu dokoła dzwonu, i pięknym 
płaskorzeźbom, które wyszły w odlewie nader ostro i czysto, i rozpytywał 
ludwisarza z wielkim zajęciem, jakie kruszce wchodzą w skład spiżu, czy 
długo się mieszanina owych metali roztapia, zanim jest gotowe do wlania w 
formę, jak długo trwa ostyganie. A mistrz Behem odpowiadał szczegółowo na 
pytania, tłumaczył cały przebieg ciężkiej tej pracy, której pomyślnego 
wyniku nigdy nie można oczekiwać na pewno, i dodał w końcu:
— Ot i dziś jeszcze wątpliwości z serca nie wygnałem... dzwon odlany jest 
wprawdzie bez błędu, ni skazy, przyjął wszystkie ozdoby najdokładniej, na 
pozór w niczym nie chybia, a jednak... jeszcze to nieme stworzenie... 
dopiero odetchnę swobodnie, gdy przemówi.
— Czegóż się obawiacie? — pytał król.
— Wiele się lękam, miłościwy panie, może być trafunkiem rysa i to niejedna 
w ścianach dzwonu, warstwę napływającego spiżu po wierzchu zalana. Ja jej 
nie widzę okiem, ale wszelkie ucho ja pozna, bo dzwon niejednolicie odlany 
głucho a chrypliwie dźwięczyć będzie.
— Więc po co się długo dręczyć? Zaczynajmy w imię Boże!
I król dał znak pochołkom, by zaruszali dzwonem. Stanęli czterej rzędem, 
ujęli za liny i pociągnęli co sił... ani drgnął.
Kościelny, chłop setny, wyższy nawet od króla jegomości, skoczył im na 
pomoc — nie dał rady.
A mistrz Behem, oparty plecami o mur chwycił rękoma za skronie i zapatrzył 
się rozmiłowanym wzrokiem w swoje dzieło, o bożym świecie niewiedzący.
— Hej, panie! — zawołał Gruda pociągając go za rękaw. — Nie chce się 
ruszyć, czy posłać po więcej chłopów?
— Posłać? ... gdzie... a tak... to jest nie... nie trzeba, pomogę. Raz, 
dwa, wszyscy razem... trzy!
Zatrzeszczały belki, dzwon usłuchał rozkazu i zakołysał się ku górze. 
Jeszcze raz... i jeszcze raz...
Gdy już za każdym pociągnięciem lin wznosił się regularnie i opadał, król 
skinął rękę na pachołków, ustąpili na bok, a sam pan miłościwy, trzej jego 
najwierniejsi przyjaciele i mistrz Hans z natężeniem sił swoich pociągali 
za sznury w coraz szybszym tempie, by zmusić serce do uderzenia.
I uderzyło! Dzwon przemówił!
Zatrzęsło się wiązanie, zadrżały mury... ze śpiżowej puszczy dzwonu 
buchnął huragan dźwięków. Tętniące fale głosu przeniknęły wszystkich aż do 
wnętrzu, gromko dudniły im w uszach, muskuły ich po twarzach niby powiew 
brzmiący przedziwną harmonię. Cała wieża pełna była śpiewu, który na 
skrzydłach wiatru porannego popłynął ku miastu. Zdawało się niemożliwym, 
doprawdy niepodobnym, by te akordy tak bogate, ten chór jakby cudnie 
dobranych instrumentów muzycznych był... tylko głosem dzwonu.
Hans Behem płakał.
Oddano sznury dzwonnikom, król stanął w oknie zwróconym wprost na miasto, 
słuchał modlitwy dzwonu, patrzał...
Patrzał na baszty obronne, na wieżyce kościołów, na strzelającą wysoko pod 
niebo, najwyższą w Polsce wieżę Mariacką, dalej poza miastem widział 
wioski gęsto rozsypane, łąki zielone, pola ze zbożem w kopy poskładanym i 
czarne szmaty lasów na horyzoncie, widział mrowisko ludzkie zdążające 
drogami i ścieżkami na nabożeństwo do miasta...
Widział tym oknem całe dziedzictwo swoje, dwa ludy niegdyś obce sobie i 
wrogie, związane nie przemocą i orężem, lecz wiarą i miłością w jeden 
naród. Widział ten naród zdążający pod jego błogosławionym berłem do 
światła, szanowany przez sąsiadów, straszny wrogom, swobodny, szczęśliwy; 
czuł, że imię jego przechodzić będzie z pokoleniu na pokolenie, jasne jak 
słońce, potężne jak słońce... i dziękował w pokorze Bogu, że go uczynił 
wielkim królem.
Z powodu uroczystego święta, miłościwy pan, oprócz zwykłej cichej mszy, 
wczesnym rankiem odprawionej, był jeszcze na wotywie o dziewiątej godzinie 
przed ołtarzem Wniebowzięcia Matki Boskiej, po czym wstąpił do zakrystii 
zapytać księdza Krzyckiego o wrażenia, jakich doznał słuchając po raz 
pierwszy głosu "Zygmunta".
Ksiądz Krzycki, biskup przemyski, lecz mniej na swej stolicy niż w 
Krakowie przemieszkujący, był człowiekiem uczonym i dworakiem wytrawnym, 
rozwodził się nad arcydziełem mistrza Behema i chwalił je wymownymi słowy, 
u zakończył pochlebnym zwrotem:
— Godzien jest król dzwonów nosić wasze imię, najmiłościwszy panie.
Wychodząc, spostrzegł król we drzwiach zakrystii nieznajomego szlachcica, 
który błagalnym wzrokiem nań spoglądał i pokornie się kłaniał.
— Z prośbą? — spytał krótko Zygmunt.
— O sprawiedliwość! — równie krótko odpowiedział szlachcic.
— Idź waszmość za mną, wysłucham i rozważę.
Weszli do kaplicy Przenajświętszego Sakramentu i krytymi schodkami wprost 
do komnat królewskich.
W pół godziny później szlachcic z otuchę w twarzy wychodził z zamku, a 
Starowolski, paź dyżurny, biegł do królowej jejmości z zapytaniem, czy 
może przyjęć odwiedziny miłościwego pana. Oznajmił się w antykamerze 
pannie de Macris, która zajrzawszy do bawialni, gdzie miłościwa pani listy 
nadeszła z Włoch odczytywała, przedstawiła jej życzenie króla.
— Uprzejmie proszę! — rzekła Bona i żywo przebiegła do sypialni poprawić 
uczesanie przed zwierciadłem i zapiąć na szyi sznur wielkich bladoróżowych 
korali, w których wyglądała uroczo a skromnie, co najjaśniejszemu jej 
małżonkowi najbardziej się podobało.
— Dnia dobrego waszej miłości z ser(:a życzę — rzekł król wchodząc, a 
przybliżywszy się do żony, powitał ją powtórnie i ucałował.
— Czemu lub komu zawdzięczam tak miły dnia początek, że waszą królewską 
mość u siebie widzę?
— Zapytać was chciałem w pewnej sprawie, ale to później, cóż pisze 
wicekról Neapolu?
— Powołuje się na cesarza i przyrzeka zastosować się do jego rozkazów. W 
każdym razie ufam, że moje prawa do księstwa Bari są święte, a że po 
śmierci najmiłościwszej pani, matki mojej, niesłusznie je wicekról objął w 
posiadanie, przeto cesarz Karol powinien uczynić, co sprawiedliwe, i 
powrócić mi dziedzictwo.
— Przez nijakiego wątpienia — zapewnił Zygmunt -lecz gdybyś wasza miłość 
zażądała mego zdania, radziłbym wysłać z listem do cesarza człowieka 
wymownego i erudyka, by ustnie dopowiedział i wyłuszczył, czego by się w 
piśmie nie dało wyrazić.
— Raczcie mi wskazać takiego człowieka.
— Ksiądz kanonik Stanisław Borek odpowie godnie waszemu zaufaniu, mąż to 
dziwnej przenikliwości, bywalec i polityk wielki, a wymowy niepospolitej i 
dowcipu bystrego. Jemu zawierz, wasza miłość, a czego by nikt nie zdolił, 
on sprawi.
— Dziękuję po stokroć waszej królewskiej mości, zaraz jutro zawezwę 
księdza Borka.
Ale przejdźmy teraz do owego pytania, które mi macie zadać, a któregom 
ciekawa mocno.
— Chodzi tu o nieporozumienie, a zrządzeniem przypadku pełnię u waszej 
miłości podobną służbę, jaką u cesarza Karola sprawiać będzie wysłannik 
wasz, ksiądz Borek.
— Zaiste, zaciekawiacie mnie, miłościwy panie.
— Sprawa jest, zda mi się, jasna, dobra koronne, które wyznaczyłem waszej 
miłości jako oprawę, a w razie mej śmierci dożywocie wdowie, przynoszę 
dochody cale znaczne. Zda mi się tedy niesprawiedliwością, że zarządcy, z 
ramienia waszego ustanowieni, gnębię przez wiedzy waszej dzierżawców i 
czynsze coraz to wyższe wyznaczają. Tak nie ma być... dedecet! I właśnie 
po sprawiedliwość przychodzę do waszej miłości, by skarciła samowolę swych 
sług i zagroziła wydaleniem. Proszę, uczyńcie to dla mnie.
— Słusznie użyliście słowa "nieporozumienie", miłościwy małżonku — 
odpowiedziała powoli i dobitnie Bona -lecz istnieje ono li między wami a 
mną, co zaraz wyjaśnię. Czynsze dzierżawne, Za życia ojca waszej 
królewskiej mości ustanowione, a sądzę, że nie zaręczylibyście mi słowem, 
czy jeszcze nie za dziada Waszego, króla Jagiełły, Są śmiesznie niskie. 
Nakazałam memu pełnomocnikowi Grzymale przed trzema laty, by je podniósł, 
Il W tym roku otrzymał takież samo polecenie i rozkaz, by wolę moją ściśle 
wypełnił.
Zygmunt zmarszczył brwi i przygryzł usta, lecz nie unosząc się gniewem, 
mówił łagodnie:
— Niedobry to rozkaz, chciejcie mi wierzyć. Czynszownicy mieli bardzo 
ciężkie lata ostatnie, grady W zeszłym roku wybiły wszystko, wiadomo wam 
również, jako tegoroczne srogie mrozy popsowały oziminy, śniegi do Świątek 
stały na polach, a po wsiach ludzie chwastami się żywili, nierzadko i 
pożary się trafiają. Zaliż król jest tyranem, a nie ojcem swoich poddanych?
— Pięknie i rzewnie przemawiacie, najjaśniejszy panie — z lekkim 
szyderstwem w głosie rzekła Bona — kłamcą byłby ten, który by was lub 
najmiłościwiej w Bogu spoczywających przodków waszych tyranami ośmielił 
się mienić. Królowie polscy w ogóle, a wy Jagiellonowie najbardziej, 
szlachetną wspaniałomyślnością się rządzicie... darowywać na prawo i na 
lewo, nagradzać, kupować miłość poddanych, nie bacząc na jutro, a gdy to 
jutro zapuka do skarbca waszego, znajdziecie... klejnoty cnót wszelakich, 
lecz szkatuły puste. Nie tak postępują mocarze w moim kraju i nie na waszą 
modłę mój rozum urabiano. Gdy mam skrzynie pełne pieniędzy, kupuję wojsko 
i trzymam lud żelazną ręką. Królowie polscy zasię kupują serca, sieją 
dobrodziejstwa, a zbierają niewdzięczność!
— Tace, fatua! — jak piorun padły Z ust króla dwa słowa.
Pierwszy raz W życiu Zygmunt stracił cierpliwość. Wstał ciężko zagniewany 
z ławy i rzekł surowym głosem:
— Grzymała pójdzie precz, rządcę sam zamianuję, czynsze wyznaczę. Biada 
temu, kto mi się na jotę ośmieli sprzeciwić!
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, Bona zerwała się z krzesła i czując swą 
bezsilność wobec twardej woli męża, zapałała gniewem, niemal 
wściekłością... Nazwał ją głupią i ziemia go nie pochłonęła! Kazał milczeć 
i ust nie otworzyła. Co się to stało?
Gdzie się podział ów mąż wyrozumiały i pobłażliwy? Jeno króla srogiego 
widziała przed sobą.
— I nic nie mogę... nic... muszę słuchać... wszystko się stanie, jako 
rozkazał... — krzyczała biegając po komnacie jak szalona. Za upokorzenie, 
za niemoc swoją chciała wywrzeć zemstę na kimś czy na czymś, zadać ból, 
zranić, podeptać... Szarpnęła oburącz korale na szyi, Pękła nić jedwabna, 
a korale rozsypały się z suchym łoskotem po posadzce...
Damy dworskie miały zawsze łatwy przystęp do królowej, otaczała ona swe 
rodaczki łaskawością wielką. Najstarsze zwłaszcza, Izabela Papacoda i 
Marina Arcamone, które długie lata na dworze jej matki spędziły i na 
rękach ją dzieckiem nosiły, cieszyły się przyjaźnią miłościwej pani.
W parę minut po odejściu króla ochmistrzyni weszła do antykamery, 
ustrojona już świątecznie na sumę do kościoła, korzystając Z przywileju 
przywiązanego do swego urzędu, otworzyła swobodnie drzwi do pierwszej izby 
— nie było nikogo. Z bawialni dochodził ją niewyraźnie głos królowej 
"Zapewne rozmawia z którą z panien" — pomyślała i przyłożyła ucho do drzwi.
"Gniewa się... — szepnęła — krzyczy... łaje... ciekawam, która znów coś 
przeskrobała... dobrze trafię, jak jest zła, to rada się znęca, za piołun 
wczorajszy wyproszę łacno plagi dal tych łotrów paziów. Ale których 
obwinić? Ostroróg i Boner... najpewniej oni... zresztą wszystko mi jedno, 
byle plagi dostali. Ona także nie będzie dochodzeń czynić, zawoła Strasz a 
i każe ich oćwiczyć".
Delikatnie, jak przystało na osobę wykwintnych obyczajów, nie poruszając 
prawie klamką, wsunęła się do komnaty i ku niemałemu swemu zdziwieniu 
przekonała się, że królowa jest sama.
Wyczerpana złością, krzykiem i płaczem, Bona stała przy oknie z czołem 
opartym o szybę — odpoczywała.
Na swe nieszczęście donna Arcamone nie mogła dostrzec jej twarzy, pewna 
dobrego przyjęcia, odezwała się słodko:
— Najuniżeńsze służby moje składam u stóp miłościwej pani.
Milczenie.
"Zamyślona, nic nie szkodzi, zacznę wprost..." — Ze skargą przychodzę do 
mej ubóstwianej monarchini... — przerwała.
Lecz nie mogąc doczekać się słówka od królowej, mówiła dalej:
— Paziowie, te nikczemniki zuchwałe, obrazili mnie wczoraj śmiertelnie... 
racz najjaśniejsza pani wydać wyrok jak najsurowszy.
Bona odwróciła się ruchem gwałtownym od okna i krzyknęła, nie hamując 
furii:
— Idź precz! Nic mnie twoje strapienia nie obchodzą!... Czego tu stoisz i 
wytrzeszczasz na mnie te sowie oczy'?
— Najjaśniejsza pani...
Bona tupnęła nogą.
— Czy już nawet własnej sługi wyrzucić za drzwi siły nie mam? Precz, 
mówię! Jednym skokiem ochmistrzyni znalazła się za drzwiami i padła na 
ławkę bliska omdlenia.
"Kto mnie oczernił... kto mnie zabił... w niełasce... ja, Marina Arcamone. 
Dio mio lascia morire!... Czy mi każe natychmiast opuścić pałac? Zawlokę 
się do mego kąta i tam będę oczekiwać strasznego losu... Jedyna pociecha, 
że nikt... ach, ulitował się Bóg nade mną... nikt mego poniżenia nie 
widział. Beatrycze i Lukrecja dokazują z Koniecpolskim, drzwi do 
antykamery zamknięte, reszta paziów biega po korytarzu, nikt nie widział, 
nikt nie słyszał". 
Donna Marina uprzedziła swe towarzyszki, że słuchając łaskawej rady 
miłościwej pani, idzie się położyć, gdyż po wczorajszym przestrachu czuje 
się bardzo, bardzo słabą.
Minął atoli ranek, minęło południe, zapadł wieczór, żadna wieść hiobowa 
nie nadchodziła, zbolały duch donny Mariny spoczął w pokrzepiającym 
uśpieniu.
Nazajutrz, gdy o zwykłej rannej godzinie paziowie wychodzili z kościoła po 
mszy księdza Wita, pan ochmistrz Strasz, zatrzymawszy ich na podwórzu, 
przeliczył, czy którego nie brakło, i kazał się stawić w tym samym miejscu 
zaraz po śniadaniu. Gdy się zeszli, wywołał po nazwisku dwudziestu 
czterech na codzienną usługę dla miłościwych państwa, resztę zaś posłał do 
sali szkolnej na naukę. Mistrz Ambroży bowiem narzekał bardzo na 
próżniaków i leniwców i pod tym względem zaprowadzono od tygodnia surowszy 
dozór.
Zamiast uczyć się jak chcą i kiedy chcą, musieli chłopcy przygotowywać swe 
lekcje rano, odpowiadać je dziesiętnikom, najpilniejszym i najzdolniejszym 
spomiędzy wszystkich paziów, wybranym przez pana bakałarza. Dopiero gdy 
zadania były napisane, a pamięciowe lekcje korepetytorom "wydane", wolno 
było się bawić, iść na przechadzkę, z wędką nad Wisłę lub w odwiedziny do 
znajomych. Po obiedzie zaś półtorej godziny lekcji z mistrzem Ambrożym, 
potem wspólna zabawa na podwórzu zamkowym, jakieś turnieje, bitwy, zjazdy 
monarchów, itp.
— Gdzie lecisz? Czemu nie na górę? — pytał Jerzy Opaliński Stacha 
Czarnkowskiego, który zamiast do szkoły, skręcił w bok na korytarz.
— Mam sprawę do kancelarii.
— Ehę, już umykasz, byle się nie uczyć, w mojej dziesiątce jesteś i jak 
nie będziesz umiał, to na mnie spadnie!
— Jako żywo nie uczynię ci tego, ale, widzisz, i tak strachu mam niemało, 
miłościwy król wczoraj wieczorem, gdym ze służby schodził, przykazał mi 
szukać zaraz dziś rano pana wicesekretariusza i zawezwać go na górę, jako 
jest ważna sprawa, nie cierpiąca zwłoki. A ja w kościele byłem i 
pośniadałem, a o rozkazie na śmierć zabaczyłem.
Więc ino pobiegnę, powiem mu i w te pędy do szkoły.
— Tak, to co inszego, muszę cię puścić.
Ostroróg, który idąc obok, słyszał tę rozmowę, aż się za głowę chwycił.
— O Jezu... Jasiek, Jędrek, na pomoc!
— Co się dzieje?
— Musicie radzić. Mówiłem wam wczoraj, jaką sobie krotofilę umyśliłem, 
gwoli zadworowania z pana wicesekretariusza.
— Aha, z onego, co to w czary i w magię wierzy?
— Juści właśnie. Jużem wszystko przysposobił pięknie, składnie, nie 
wiedziałem ino, kiedy mi się nadarzy najforemniejsza chwila. Wżdy 
rozumiecie, że musi być ułożone tak trefnie, aby się nie poznał przed 
czasem, że to ino figiel.
— Więc cóż?
— Dziś właśnie taka wyśmienita sposobność się przygodzi, bo posłyszałem 
tylko co, że pan Rylski do króla jegomości jest wezwany. Pewnikiem jakie 
ważne pismo ma przysposobić, więc czy szedł będzie do króla, czy wracał, 
muszę go przypadkiem gdzie po drodze nadybać. A tu nie sposób wyrwać się 
ze szkoły, bo dziesiętnicy nie puszczają. Was bym obu zabrał jako 
świadków, i Szydłowieckiego, bo on sędzia.
— To może by się najpierw lekcji nauczyć?
— Co ci się uwidziało? Ani za godzinę nie będziemy gotowi, Rylski nam się 
wymknie i czekaj że dopiero Bóg wie pokąd, zanim go ściągniesz w to 
miejsce, gdzie potrzeba.
— Wiecie co, Russocki użyczliwy chłopak, w jego dziesiątce wszyscy czterej 
jesteśmy, ino mu na rozum rzekę, to nas wypuści.
— Myślę, że nie, bo strasznie zawzięty do onej łaciny.
— No to chodźcie, spróbujemy.
— Marek, mójeś ty, poczwórna suplika do ciebie idzie.
— Nijakiej supliki nie słucham, znam się na waszych wykrętach, zabierajcie 
się do roboty!
— Słuchajże, musisz nas wypuścić na dwie godziny koniecznie.
— Ani myślę.
— Nie przerywajże, póki nie skończę. Słowem szlacheckim ci ręczę, że nim 
na obiad zadzwonią, odpowiemy ci lekcję bez zająknienia i pensa napiszemy, 
jeno przejrzysz, czy dobrze.
— Mamli zawierzyć?
— Niech no byś nie wierzył!
— Zatem zgoda, ale podajcie każdy rękę. Teraz idźcie!
— Bóg zapłać, nie zrobimy ci wstydu.
— Wiecie, chłopcy, gdzie nam będzie najskładniej? Na wielkich schodach, 
tamtędy iść musi, a trudno by było szukać go i czyhać po komnatach.
— Oj, licho nadało Serczykową!
— Uciekajmy!
— Paniczki miłe... gdzie tak pilno? A to biegną na złamanie karku... 
Stójcież!
Okropności się dzieją!
— Posłuchajmy — szepnął Boner — jakieś nowe bajki baba umyśliła.
— Dobrze, ino stańmy tuż przy schodach, coby dawać pozór.
— Niechże pani gospodyni mówi, co się stało?
— Ano, jakem rzekła... okropności, ale nie dziwota, gdy ludzie sami na 
siebie nieszczęście sprowadzają, to ono i przychodzi, a jakże. Ino za co 
ja niewinna pokutuję, to ani mój stróż anioł tego nie wie.
— Gadajcież raz!
— Wżdy nie co inszego robię, ino gadam. Łaska boska, że mi jeszcze mowy 
nie odjęło. A głupie dwa kołki osikowe i byłby człek miał noce spokojne. 
Ale czy to taki jeden z drugim posłucha dobrej rady?
— O cóż pani Serczykowej chodzi?
— Jeszcze paniczek nie wyrozumiał, że o upiorach gadam?
— Przeszkadzają? Naprawdę?
— Powiadam paniczkom, Sodoma, Gomora, a jakże! Wszędy tego pełno... w 
biały dzień na strych idę, to ci tak coś piszczy za mną nad samym uchem, 
że się odwrócić nawet nie śmiem.
— Szczury.
— Uhum, szczury, z piekła rodem. Idę z dziewką do wędzarni po kiełbasy, 
buch...
jak nie wytnie drzwiami...
— Przeciąg naturalnie.
— Cóżem to dziecko trzyletnie, cobym nie wiedziała, kiedy przeciąg, a 
kiedy niesamowite sprawki? Bez podwórze wieczorem do krów idę, oho, popod 
nogi się plącze...
— Nie wiecie to, że pełna psiarnia młodych szczeniąt? Wyrwie się które z 
szopy, to i biega, dokazuje, łasi się człowiekowi, a jejmość ze strachu 
zaraz upiory upatruje.
— Jaja mędrsze od kury... ja bym ino chciała, coby pana Pawełka tak za 
nogawice szarpało, jako mnie wczoraj zapaskę chciało urwać. A w nocy... 
myślałam, że ranka nie dożyję.
— Do izby wlazły?
— A niedoczekanie ich! Toć kropielniczka we drzwiach, palma nad łóżkiem, 
przecie się boją świętych rzeczy. Choć i to nie zawsze pomaga. Ale się 
tłukły do okna, że niech ręka boska broni!
— Tłukły się? Ojoj...
— A jakże, strasznie ciemna noc była i wicher niesłychany.., taka pogoda 
najlepiej im się udaje. Słyszę, coś oknem łomoce, przeżegnałam się, 
otwieram oczy, stoją oba w oknie!
— Jakżeście widzieli, kiedy ciemno było?
— Juści ta musieli jakim diabelskim ogniem przyświecać, bom widziała. Ten 
wielki trzymał głowę w rękach i bębnił nią w szyby, omal nie potłukł, a to 
małe, co gadał ogrodnik, że siostra alboli żona onego, trzęsło głowisią na 
wszystkie strony, klekotało zioberkami, a oblizowało się, widno mu srodze 
ludzka krew pachniała.
— Jak to... miało język? Widziała pani Serczykowa?
— Tak, jak pana Jędrusia przed sobą widzę. Ozór czerwony i pełna gęba 
ognia. Co się dziwić, że takowe piekielne upały chce świeżą krwią 
przygasić.
— No i jakże się skończyło?
— Zapaliłam gromicę, zmówiłam trzy "zdrowaś" za dusze zmarłych, kur zapiał 
na to szczęście i gdzieś się podziały. Ino się łyskało kilka razy i spokój.
— Całą noc była burza — mruknął Drohojowski.
— Zgasiłam światło, nakryłam się z głową i usnęłam. Dziś sobie wezmę 
Nastkę z szatni, to się i samego Lucypera nie boję.
— Takaż to mocna ona Nastusia?
— Gdzie zaś... Dziewczyniątko niczym patyczek, a bledziuśka, żal patrzeć. 
Ino że rodzic jej zwał się Adam, matka Ewa, przyszła na świat w borsuczym 
gnieździe.
— Co pani Serczykowa wygaduje?
— Jakże to może być?
— Widno, że może być, kiedy jest. Dziewczyna się przysięga, jako nie 
zmyśla.
Człowiek urodzony między zwierzęty wielkie ma przywileje w całym życiu, 
zdrową nogą bez płomienie przejdzie, na morzu nigdy nie utonie, z wieży 
spadnie i pójdzie śpiewający dalej, a już upiory to go na dziesięć kroków 
poczują i umykają, aż im się gnaty łomią. A jakże.
— Najlepsze lekarstwo spać twardo i o bożym świecie nie wiedzieć.
— Kto by tak spał, to pewno, ale ja... Chryste Panie! wszystko na mojej 
głowie...
i o tym pamiętać, i onego dojrzeć, i służbę dopilnować, i dziewki 
pobudzić, i zakupić co trzeba, i strzec pańskiego dobra... mój sen to ino 
drzemanie, jedno oko śpi, drugie czuwa; jedno ucho spoczywa, drugie 
słucha. Ot, jakie moje spanie! Bądźcie zdrowi, paniczkowie, źle się stało, 
żeście mnie zatrzymali, bo się spóźnię do lodowni po mięso.
— My ją!
— To ci kołowrot dopiero!
— A teraz do naszej roboty! Marsz na górę. Uważajcie, jak sobie umyśliłem, 
zostanę tu w przedsionku na pierwszym piętrze, usiądę na oknie, niby sobie 
wyglądam, niby na kogoś czekam. Jest li już pan sekretariusz u króla 
jegomości, to mnie uwidzi, gdy będzie wracał; nie był tam jeszcze, to się 
zjawi za chwilę. Wy zaś, łacno się ukryjcie i będziecie się przypatrować, 
jaki to z Mikołaja Ostroroga czarodziej sławny.
— Ktoś idzie z dołu... — szepnął Szydłowiecki.
— Uciekajcie na drugie piętro, zostańcie na schodach i poglądajcie bez 
barierę.
— A, a, pan Mikołaj! Co tu waszmość na schodach porabiasz?
— Czekam na pana ochmistrza. Powiedziano mi, że poszedł do kogoś na drugie 
piętro, nie wiem, gdzie go szukać, więc siedzę i uglądam go, bo mam 
prośbę. A wasza miłość także z jaką sprawą, do kogo?' — Drugi raz już do 
miłościwego pana idę. Kazał mi przysposobić pismo do imci pana Grzymały, 
zarządcy dóbr królowej jejmości, i oznajmić mu, jako najjaśniejszy pan 
uwalnia go w łasce z tej służby, mianując go zasię żupnikiem bocheńskim. 
Kazał sobie przynieść do przeczytania i własnoręcznego podpisu, więc 
śpieszę. Ale, ale... a gdzie księga, coś mi ją przyrzekł kiedyś jeszcze?
— Mylicie się, panie sekretariuszu, wyście się ino chcieli umawiać, ja nic 
nie obiecowałem.
— Jak to, cofasz się waszmość? Pięknie to?
— Nie cofałbym się nigdy, raz przyrzekłszy, ale przypomnijcie sobie, jak w 
onym momencie, gdyście mi domawiali i pierścień w zamian dać chcieli, 
drzwi się otwarły i wbiegli moi towarzysze... pamiętacie? Śliwek mi ze 
sadu przynieśli...
— No tak, ale...
— I już słowa nie rzekłszy, pokłoniliśmy się waszmości i pobiegli na 
miasto z królewskimi inwitacjami. Więc nie obiecowałem nic i srodze temu 
rad jestem, bo...
— Bo co?
— Ee... nic, król jegomość się tam pewnikiem niecierpliwi, co was tak 
długo nie widać.
— Sprawiedliwie mnie waszmość ostrzegasz, nie ociągając się biegnę, ale 
nie odchodź, ino podpis, to krótka chwilka, zaraz będę z powrotem.
— A cóż waszmości po mnie?
— Pogadać chciałbym.
I oddalił się szybkim krokiem, a Mikołka wybiegł do kolegów na schody.
— Ino teraz bacznie uważajcie, jako mu czary będę pokazował.
— A nie boisz się, że go pogniewasz?
— E, pogniewa się, to go przeproszę, a nauczka mu się przyda, po co w 
głupstwa wierzy? 
— Ot, żeś prawie jak dziecko — rzekł Szydłowiecki — zda ci się, że takiemu 
co pomoże? Rylski do śmierci czarów będzie szukał, tak jak Serczykowej 
upiorów z głowy nie wybijesz.
— Oho, uciekam, bo muszę jeszcze zalatwić, co najważniejsze.
Pobiegł do okna, otworzył je z hałasem, wychylił się i zaczął gwizdać 
jakiegoś krakowiaka. Po krótkiej chwilce odsunął się w głąb przedsionka, 
usiadł na ławie i przybrał znudzoną minę.
— Jestem... — zawołał nadbiegając Rylski.
— Łaska boska, bo mi się już ano spać zachciało, ani pana ochmistrza, ani 
waszej miłości. Cóżeście mi mieli powiedzieć?
— Ja waszmości nic, to ty mnie. Więc zaglądałeś do księgi? Pojąłeś jakowe 
tajniki?
— Oho, i jak jeszcze! Jakbym sobie ino spomniał one zaklęcia, toby m 
niechybnie zdolił niejedno.
— Pycha bez ciebie gada; ja od czterech lat magię uprawiam, a jeszczem do 
niczego nie doprowadził.
— Bo nie macie takiej księgi zacnej, jak moja.
— Założyłbym się, że ani tej ławy nie zaczarujesz, coby się sama pod drugą 
ścianę przesunęła.
— W takie drobiazgi ani bym się bawił. Szukajcie co trudniejszego.
— Czekajże waść, co by tu umyślić?
— Dobrze, dobrze, ale ja chcę zakładu.
— Zgoda, i te same stawki co kiedyś, ty księgę, ja pierścień.
— Pamiętajcież. — I nieznacznie, wśród rozmowy zbliżał się do otwartego 
okna, a Rylski za nim.
— Ot, ludzie chodzą po ulicy, zaczaruj waszmość którego.
— Dobrze, ino kredy święconej trzeba.
— Ja mam! Zawżdy noszę przy sobie. Czasem probuję wywoływać duchy (jak 
dotąd nadaremno), to się należy w poświęconym kole stać. A wiesz, jak to 
się robi?
— Ino mnie już nie uczcie, bardzo was proszę. Dajcież tę kredę. Powiedzcie 
teraz, co mam uczynić? Czy kazać, by się okno w tym domu naprzeciw samo 
zamknęło? Czy żeby ten człek, co stoi pod drzewem, zaczął tańczyć i 
śpiewać, czy żeby nowa przekupka pod Długoszowym domem wszystkie swoje 
garnki i misy na drobne okruchy potłukła?
— Okno, nie dziwiłbym się... wiatr wionie i zamknie, człek tamten może być 
pijany i zatańczy... to nie czary. Lecz gdybyś mocą magii zmusił tę 
niewiastę do potłuczenia swego towaru, to zaiste... chybabym uwierzył, żeś 
posiadł wiedzę czarnoksięską. Ale wszystkie garnki?
— A jakże, co do jednego, cały kram.
— Zobaczymy, zobaczymy... — mruczał pan wicesekretariusz z niedowierzaniem.
Ostroróg, zmarszczywszy brwi, szeptał jakieś wyrazy, zwracając się kolejno 
w cztery strony świata. Po tym wstępnym obrzędzie zakreślił tuż przy oknie 
koło święconą kredą, otoczył je trójkątami, stanął w nim i znowu odmówił 
jakieś formułki tajemnicze, wśród których Rylski, nasłuchujący bacznie, 
ledwie parę oderwanych słówek podchwycił,
Zamilkł czarodziej, wydobył chustkę z torebki u pasa, otarł czoło zroszone 
zapewne zimnym potem udręczenia dusznego... przykląkł na jedno kolano, 
rozpostarł chustkę poza obrębem koła i zawołał drżącym głosem trzy razy:
— Bilitis, wzywam cię, przybądź!
Po czym złożył cztery rogi chusteczki do środka ostrożnie, jakby coś 
niezmiernie wątłego w niej się znajdowało, ujął ją delikatnie w dwa 
palce...
— A teraz idź... uczyń, coć rozkazałem, i wracaj w spokoju do twych sióstr 
i braci!
Wychylił się poza okno, przytrzymał chustkę za jeden rożek i strzepnął ją 
kilka razy.
— No, no, w mojej księdze nie ma wcale takowych obrząd... rety... tłucze! 
Jak mi Bóg miły o ziemię wali... rozbija! Rozkażże jej, waszmość, by dała 
pokój! Szkodę straszną sobie wyrządza... wszak tych statków jest za 
kilkadziesiąt złotych! Spiesz się waść! Patrzaj, jak wali garnek o 
garnek... cegłę porwała... tłucze przez pamięci... powstrzymaj ją!
— Nie mogę — ponuro odparł chłopiec. — Bilitis tam jest i nie spocznie, 
póki mego rozkazu nie wypełni.
— To ją odwołaj!
— Nie mogę; sroga pomsta by mnie spotkała za lekceważenie tak dostojnego 
ducha.
— Ach, jakże sobie wyrzucam, żem takiej próby zażądał od waszmości! Już 
lepiej było zgodzić się na okno albo na taniec owego człeka.
— Już się nie odmieni, rozkaz wypełniony... Bilitis uleciała w przestworza 
nadziemskie.
— Zginęliśmy!... król jegomość...
Istotnie, w otwartych drzwiach, wiodących z komnat do przedsionka i 
dalszych pokoi, ukazał się król Zygmunt, a za nim wielkorządca Boner.
— Załatwiłeś waszmość moje polecenie czy wracasz jeszcze z jakim pytaniem?
— Wszystko w porządku, miłościwy panie — zająkliwie odpowiedział Rylski.
— A ty, Ostroróg, co się tu kręcisz przez potrzeby? Czemu nie w szkole? 
Bardzo mi się nie podobasz.
— A... to znów co za magiczne koło i trójkąty po podłodze? Kto się ośmiela 
błazeństwa jakoweś wyprawiać? Mości Rylski... dochodziły mnie słuchy o 
zakazanych praktykach waszmości, nie chciałem dawać wiary, lecz gdy mi 
prawda sama przed oczy staje, rozkazuję, odpowiedzcie, co to wszystko ma 
znaczyć?
— Najjaśniejszy panie...
— Przez długich ceregiel ów, ino prosto gadać!
— To nie ja...
— Co nie wy?
— To Ostroróg... Arcana magiej białej... czyli zaklęcia przednie...
— Czy waść na zmysłów pomieszanie cierpisz?! — krzyknął król 
zniecierpliwiony.
— Jako żywo zdrów jestem, najmiłościwszy panie, i prawdę świętą wyznaję. 
Ostroróg mocą duchów pośrednich i zaklęć wypowiedzianych w święconym kole 
sprawił, że niewiasta owa, naczyniem glinianym handlująca, sama własną 
ręką cały swój towar potłukła. 
— Ależ ten człowiek chory jest ciężko, od rzeczy plecie — wmieszał się 
Boner do sprawy.
— Wżdy raczcie wyjrzeć, dostojny panie, i król miłościwy niech okiem 
rzuci, jako przekupka pod Długoszowym domem siedzi wśród potłuczonych 
przez się garnków, aż ją ludzie otoczyli i dziwują się.
— Cóż ten przykry trafunek ma wspólnego?
— A ma, najmiłościwszy panie, właśnie że ma! Poszedłem o zakład z 
Ostrorogiem, który bucił się, że zna magię i oną przekupkę zdoli tak 
zaczarować, by uczyniła, co on zamyśli. Nie wierzyłem mu, założyłem się 
i... przegrałem.
Zygmunt spojrzał bacznie na pazia, a Boner coś mu szepnął do ucha.
— Zbliż no się, mości czarodzieju — rzekł król surowo.
Lecz uradowany Mikołka dojrzał uśmiech na twarzy króla.
— No, czego się ociągasz? Pójdź tu do okna, widzisz tę drugą przekupkę, co 
wprost nas siedzi?
— Widzę, miłościwy panie.
— Dla mojej uciechy spraw twymi czarami, by i ta druga swoje garnki 
potłukła.
— Stanie się wedle rozkazu waszej królewskiej mości, ale dopiero jutro.
— Ja chcę dziś.
— Dziś nie potrafię.
— Dlaczego?
— Bo muszę wpierw z oną pogadać i garnki jej zapłacić.
— Trefny psotnik z waści — rzekł król śmiejąc się i pożegnawszy Bonera, 
udał się do łazienki.
— Nie wstydzisz się waszmość? — z goryczą zawcłał Rylski. — Dla drwinek i 
pustoty zadworowałeś ze mnie, naraziłeś na gniew króla jegomości... tego 
ci nigdy nie zapomnę!
— Zapomnijcie, panie sekretariuszu, i darujcie, całym sercem, a pokornie 
was o to proszę. Ani godziny bym was w błędzie nie trzymał, ino bym się 
przyznał do wszystkiego. Przy tym z korzyścią dla was skończyła się ta 
krotofila.
— Daj waszmość pokój! Drugi raz nie dam się złapać!
— Jak mi Bóg miły, nie w głowie mi nijakie żarty, ino prawdę mówię. 
Uważaliście gniewne słowa królewskie na widok magicznego koła na podłodze? 
Widno niechętni wam (a któż ich nie ma, zwłaszcza u dworu?) podszepnęli 
najjaśniejszemu panu o waszych próbach, księgach, o zamiłowaniu do magii. 
Wiecie lepiej ode mnie, jako jest pod tym względem surowy i wszystko, co 
ino gusłami zatrąca, ma w nienawiści. Na pewno dochodziłby, ile jest 
prawdy w onych doniesieniach, że zaś w rzeczach większej wagi nie zdaje 
się na nikogo, tedy pewnego ranka, cale niespodzianie, wszedłby do 
kancelarii, no i oczywiście zastałby waszmości nad ulubionym foliałem. 
Chyba nie zaprzeczycie mi, że ani biała, ani czarna magia, ani duchy 
pośrednie nic by waszmości nie pomogły wobec gniewu najpotężniejszego 
ducha, jakim jest król jegomość.
— Ten gniew spadł na mnie już dzisiaj, za sprawą głupiego figla waszmości. 
Ani chybi zostanę wydalony z urzędu.
— Ani wam włos z głowy nie spadnie. Wżdy zrozumiejcie, że właśnie dzięki 
memu głupiemu figlowi, o który się tak źlicie na mnie, cała rzecz okazała 
się błahostką i wywołała śmiech miłościwego pana. Wy zaś, korzystajcie z 
przestrogi — to moja rada.
— Panie Mikołaju...
— A co, panie sekretariuszu?
— Chyba wam już ta księga niepotrzebna. Dajcie mi ją... pierścień wasz, 
słowa nie cofam.
— Ależ, panie sekretariuszu, ja księgi wcale nie mam i nigdy jej nie 
miałem.
— Jak to? Wszak nawet... znowu się waszmość wykręcasz?
— Jako żywo!
— A tytuł?
— Zmyśliłem. Chłopcy! Hej, łacina! Czwałem do szkoły!
— Do roboty! — zawołali tamci z góry i cała czwórka pomknęła ze schodów 
przez podwórze do sali szkolnej.
A pan Florian Rylski stał dalej w oknie i poglądał na piramidę skorup pod 
Długoszowym domem.
— Ot, Bilitis mi zaaplikował, bodaj go ubito! Jednakowoż sprawiedliwie 
gada, że mogło być gorzej. Do śmierci się człowiek rozumu uczy... Jakże 
nie mieli wypatrzyć nikczemni donosiciele, skoro okna mej sypialni 
niziuteńko, a w okiennicach szpary na palec! Speculum magiae albae zabiorę 
dziś jeszcze z kancelarii, derkę grubą kupię w Sukiennicach, zasuwę 
sprawię u drzwi podwójną, zje diabła, kto co wypatrzy!
Rozdział V
Figiel Dymitra Montwiłła
— Dmytruś, serceż ty moje — przedrzeźniając mowę Litwina, przeciągle 
śpiewał Szydłowiecki — takeś się dopominał o swoją kolej, narzekałeś, że 
na czwarte miejsce cię zapisałem, a, teraz co? Ostroróg wczoraj przed 
samym królem najmiłościwszym egzamin zdawał r na pochwałę zasłużył, twoja 
pora nadchodzi, no i nic?
— A tobie kto powiedział, że nic? Już mam bez pół wszystko gotowe.
— I milczysz, jak ten kamień?
— Taj czego gadać, póki nie czas? Swoim porządkiem ja chciał co niebądź 
zemścić się na was i dlatego cicho siedział.
— Za co, miły Boże! Kto cię krzywdzi?
— Ot, zaraz i krzywdzi nic wielkiego nie stało się. Naposiedliście się na 
mnie, żem ospalczuch, Drohojowski gadał niedawno, co u mnie w głowie samo 
pierze jest. Tak ja zadumał się, jak by to wam pokazać, że Dymitr Montwiłł 
wcale nie takie drańcie do niczego, jakby kto myślał, ot i wynalazł coś 
nie najpośledniejszego.
— A jakie to zawzięte Litwinisko! — zapiszczał Krystek Czema. — Rzeknij 
choć dwa słówka!
— Powiem i trzy, dlaczego nie, a tak i nie odgadniecie nic. Widział który 
z was w tych dniach gospodynię?
— Serczykową?
— Serczykową.
— Szydłowiecki, Ostroróg, Boner i ja widzieliśmy ją wczoraj — rzekł 
Drohojowski.
— Nu dobrze, tak co ona wam gadała?
— O strachach, upiorach, takie tam brednie prawiła.
— A o Nastusi wspominała co niebądź?
— O jakiej Nastusi? Aha, o tej, co się jej nijaka przygoda nie ima?
— Właśnie. Chcecie wiedzieć, to wam powiem, że Nastusia to moje dzieło.
— Nie rozumiem.
— Taj obejdzie się, że to ja rozumiem.
— Mój złoty, mój śliczny!
— Mojaś ty jagódko rumieniuśka!
— Aha, przyszła koza do woza? Słuchajcież, gospodynię ja sobie umyślił; 
jej co spłatać, bo śmieszna jest i niemądra. Tak co, dowiecie się później, 
dziś wam tyle rzekę, że robota będzie ciężka i wszyscy musicie mi pomóc.
— A cóż Nastusia?
— Jak mamuńcia przywiozła mnie w królewską służbę do Krakowa, tak zabrała 
razem z sobą małą dziewczynę Nastkę, żeby jakiego mądrego medyka zaradzić 
się, bo u niej co wiosna febra była i choć zgubili, to znów wracała się.
— A ta Nastka to krewna twoja?
— Ta gdzież? Ciągle wam gadam, biedna dziewczyna, sierota z ojca i z matki.
A stąd my ją znali, że Kołtuniszki o miedzę z Bajd u na mi, tak ona 
przychodziła do naszego dworu i ze mną zawsze bawiła się. Taj mamuńcia 
zabrała ją, bo żal strasznie robiło się, że tak nieustając choruje.
— A jak przyjechała, to i ostała potem w Krakowie?
— A jakże. Trafiło się, że do szatni szukała Grzybowska robotnicy, 
Nastusia szyje, haftuje, łata pięknie, tak ją wzięli i już trzeci rok tu 
jest.
— No i co dalej?
— To dalej, że co ja powiem, to dla niej święta ewangelia. Przykazałem 
więc, żeby rozpowiadała głośno, jakie to ona ma przywileje, jako raz z 
dzwonnicy spadła i nie ubiła się, a do studni wpadłszy nie utopiła się, i 
jeszcze różne inne cudeńka.
— A to u was na Litwie wolno kłamać'?
— Nie rozdziawiaj się na mnie, kiedym jeszcze nie skończył. Z dzwonnicy 
skoczyła z ochoty na stertę koniczyny, a do studzienki suchej wpadła, co 
ani w niej błota nie było. Ale opowiadać można, dlaczego nie. Że z Adama i 
Ewy rodzi się, takoż nie łgarstwo, niechże mnie kto powie, czy to nie 
najpierwsi nasi rodzice? Nu, tak nie od inszych ona pochodzi.
— Aha, a borsucze gniazdo?
— Ojoj, jakiż ty niedomyślny! Taże Bajduny, wieś pana podstolego Borsuka, 
z dziadów pradziadów oni tam rodzą się, żyją, umierają... zali nie 
borsucze gniazdo?
— No, dobrze, ale na co to wszystko?
— Tak wam już powiem na co, mnie zachciało się wynieść gospodynię w nocy z 
łóżkiem na podwórze.
— Czyś oszalał?
— To niepodobieństwo!
— Ona ma strasznie letkie spanie!
— Obudzi się!
— Ojojoj... nie warto z wami gadać, jak Boga kocham! Pierwsze, nie 
oszalałem, drugie, trudniejsze rzeczy już człek w Kołtuniszkach dokazował, 
taj udało się, trzecie, baba śpi jak niedźwiedź na zimę, skórę z niej 
zedrzesz, nie zbudzi się.
— Skąd wiesz?
— Aha, widzisz, tak zaraz pokazało się, po co ja Nastusię na nią nasłał. 
Swojego człowieka muszę mieć w izbie, coby mi drzwi otworzył i co niebądź 
dopomógł. Więc mi Nastusia powiedziała, że dokrzyczeć się do niej nie 
mogła, jak ją dzisiaj wedle czwartej rano zbudzić probowała..
— Po cóż ją budziła?
— Ot, matoł z ciebie, za łaską rzec, właśnie na przekonanie, czy przede 
dniem twardo śpi i czy się sztuka uda.
— Wszystko rozważasz, przewidujesz, statysta z ciebie, kanclerzem kiedyś 
zostaniesz. 
— Daj ci Boże zdrowie; postarawszy się, może i zostanę; tak ciebie na 
podkanclerza nie pośpieję zawezwać.
— Dobrze, dobrze, ale gdzie oną nieszczęsną niewiastę wyniesiemy'?
— Oho, dosyć powiedziałem. Nad miaręś ciekawy, nie uchowasz się.
— Chłopcy, chłopcy. Mistrz Ambroży będzie łajał, dawnośmy po obiedzie, a 
na lekcję nie idziemy.
— Wżdy najpilniejsi jeszcze na podwórzu stoją.,. widzisz? Opaliński, 
Korybut, Potocki, Fredro, Russocki... jak oni pójdą, to my za nimi.
— A kiedyż to zamyślasz wykonać swój zamiar, Dmytruś?
— Jak będę miał nocną służbę u króla.
— Coooo?
— Toooo! Nu powiedz sam, kiedy może być łacniej? Miłościwy pan zdrów jest, 
aże serce raduje się, na jednym boku do samej piątej doleży, gdy się 
ocknie, w jednej chwili jest trzeźwy, ale pokąd śpi, to śpi twardo. Trzy 
lata służę, ze czterdzieści razy noc na mnie przypadała, a jeszcze ani 
razu którego z nas nie wołał. Więc głupi taj mądry przyzna, co 
najpiękniejsza pora właśnie ta jest, jak gadam. Nikt nie posądzi, nikt nie 
przeszkodzi, pójdziesz, zrobisz swoje, zawrócisz się do antykamery, 
zdrzemniesz się na kobiercu, król zawoła rano, a ot i jesteś. Anioła 
Rafała pierwej podejrzą niż ciebie.
— Dobrze, słusznie gadasz, no a my?
— Z wami gorzej. Chyba Kubę po was poślę na górę.
— Kubę? A niechże Bóg broni! Wygada się.
— Nie wygada się, mani na niego wędzidło, miłuje srodze Nastusię, ona 
takoż podobnie patrząc na niego... jedno bieda, że serca gorejące, a 
kalety puste. Tak ja im obiecał napisać do Kołtuniszek, żeby mamuńcia moją 
gniadoszkę tatuńciowi sprzedała (nie rychłożbym ja ją i tak oglądał), a 
sprzedawszy, przez pierwszą zręczność do Krakowa mi pieniądze posłała. To 
będzie posag dla Nastusi, wy zaś dorzućcie co dla Kuby, taj dadzą na 
zapowiedzi. Jedno i drugie pracować zdoli, dobrze im będzie razem.
— Jako Litwie z Koroną.
— Ot i dlaczego Kuba nam do pomocy stanie.
— A to wyśmienicie! Wiesz, Dmytruś, ohydnie się raduję na oną wyprawę po 
Serczykową.
— Wiedział ja, wiedział, czego mnie tak serce ku tobie rwało się... tażeż 
ty dusza moja rodzona!
— Tyle lat pod jednym dachem i dopiero teraz wiem, coś ty wart.
— Beczkę soli trza zjeść razem, zanim się poznawszy.
— Chłopcy, szkoła!
— Oho, miałem ci się zwierzyć, com za figiel wymyślił, a tu wołają. To już 
potem, jak będziemy sami. Wiedz ino, że dwóch na to trzeba, i ani mowy, 
bym kogo innego szukał, tylko ciebie.
— Nie pożałujesz!
Mimo opróżnienia całego szeregu komnat we wschodnim skrzydle zamku, 
skazanym na zburzenie, pokoje królewskie wcale nie wyglądały na mieszkanie 
tymczasowe. Obszerne, wygodne i jota w jotę na wzór dawnych były 
urządzone,. by najmiłościwszy pan miał pod ręką wszystko, czego 
potrzebował, i nie odczuwał niemile najmniejszej odmiany.
Więc w sypialni o pięknym gotyckim sklepieniu stało pod wysoko wzniesionym 
karmazynowym baldachimem łoże długie i szerokie, głowami na wschód 
zwrócone (takie położenie bowiem uważane było od wieków za najlepsze dla 
zdrowia). Podłoga przed łożem zasłana skórą niedźwiedzią. Między oknami 
stolik przykryty bogato haftowanym ręcznikiem, przed nim zwierciadło z 
wypolerowanej srebrnej blachy.
Kilka zydli kilimkami przyrzuconych stało pod ścianami jedwabnym 
adamaszkiem wybitymi. Drzwiczki ukryte w obiciu prowadziły do izdebki, 
mieszczącej umywalnię i szafy z bielizną i z sukniami. Naprzeciw łoża 
wspaniały ołtarz polowy norymberskiej roboty, w kształcie tryptyka, cały 
ze srebra kuty. Wewnątrz sceny z narodzenia i życia Pana Jezusa, na 
zamkniętych zaś skrzydłach obrazy Męki Pańskiej.
Król Zygmunt tak był do tego ołtarza przywiązany, że gdy tylko wyjeżdżał z 
Krakowa, w bliską czy daleką podróż, zawsze go z sobą zabierał.
Do tej komnaty nieprzechodniej prowadziły drzwi z gabinetu I królewski 
królewskiego. Ten był o trzech oknach, z pięknie rzezanym , drewnianym 
pułapem, u którego zawieszony był świecznik, podobną robotą jak w komnacie 
Syreny, tylko o wiele mniejszy i nie na złoconych, lecz żelaznych 
łańcuchach. Duży komin kamienny z okapem zajmował niemal połowę ściany. 
Zdobiły go bogate rzeźbione ornamenta, a na środku widniał Orzeł 
Piastowski i Pogoń Jagiellonów. Makaty złotolite zakrywały ściany, 
kobierce tureckie zaścielały podłogę.
Przy dwóch ścianach przez całą ich długość stały szerokie ławy dębowe, 
przed kominem zaś zydle z podobnymi kilimkami jak w sypialni. Niedaleko 
okna, trochę ku środkowi komnaty, wysunięty był stół do pisania, przykryty 
do samej ziemi materią srebrem przetykaną. Leżały na nim pióra gęsie, 
ćwiartki papieru i pergaminu, kilka listów otwartych, inkaust w srebrnej 
zamykanej czarce, w drugiej miałki piasek do zasypywania pisma.
Przy tym stole, w wygodnym krześle, siedział król Zygmunt. Głowę oparł na 
ręku i czytał. W twarzy jego znać było, że jakieś troski i kłopoty myśl mu 
zaprzątają I ze księgę rozłożył przed sobą chyba na to, by się oderwać od 
tego niemiłego myślenia.
Wodził oczyma po wierszach, przewracał karty; ale od czasu do czasu 
przestawał czytać i smutno dumał. Gorycz osiadła na zaciśniętych ustach, a 
z oczu żal ciężki wyzierał.
Szlachetny, mądry, a tak dotąd w swych zamiarach, pomysłach i czynach 
szczęśliwy król pierwszy może raz w życiu karmił się zgryzotą.
Przeczytawszy parę kart, odwrócił je wstecz i westchnął:
— Daremnie się zmuszam, nic dziś z mego czytania. Nie skupię uwagi!
Pogłaskał ulubioną wiewiórkę, zwierzątko tak oswojone i poufałe, że na noc 
tylko dawało się zamykać do klatki, a całymi dniami przesiadywało w 
zanadrzu u króla. Gdy skacząc mu po ramionach, czasem i po głowie, 
dojrzała rozpięty na piersiach jeden guzik u żupana, wsuwała się czym 
prędzej do tego kącika r wysypała się smacznie, nie dbając wcale na cześć 
należną miłościwemu panu. Jeżeli suknia była przypadkiem szczelnie 
zapięta, wiewiórka wpadała w y złość niezmierną, drapała pazurkami guziki 
i piszczała póty, aż postawiła na swoim. Rozparta wygodnie, jak w 
gnieździe, wyścibiała od czasu do czasu rudą główkę i spoglądała na króla 
bystrymi oczkami. Czasem dostawała palcem po nosku, wtedy cofała się z 
godnością w głąb swej izdebki, utulała się na piersiach króla i spała.
Wszedł paź i stanął przy drzwiach.
— Czego chcesz?
— Jego przewielebność ksiądz biskup Tomicki, jego przewielebność ksiądz 
biskup Krzycki, jego wielmożność pan hetman Tarnowski pragną się pokłonić 
najmiłościwszemu panu.
— Prosić, prosić! — z rozweseloną twarzą zawołał król. — Nie mogliście 
waszmościowie nic lepszego uczynić, jak to, że mnie nawiedzić 
przychodzicie. I nie dziwota — dodał żartobliwie — duchowne osoby miewają 
natchnienia, aniołowie im doradzają, wy zaś, panie hetmanie, sercem 
czujecie, kiedy mi ciężko i kiedy tęskniąc wyglądam przyjaciela.
— Gdybyż w naszej mocy było spędzić chmury z waszego czoła, miłościwy 
panie — rzekł ksiądz Krzycki, przybliżając się do stołu. — Widzę, w 
czytaniu szukacie rozrywki wolno spytać, co za księga.?
— Żywot Pana Jezu Krista.
— Tłumaczenie ze św. Bonawentury, przez Baltazara Opecia. Mam i ja to 
dzieło, ino ze pierwsze wydanie w tak niedługim czasie rozchwytano, 
zapóźniłem się i z drugiej edycji dopiero kupiłem.
— A sprawiliście też sobie, księże biskupie — spytał hetman Tarnowski — on 
sławny mszał, arcydzieło drukarni Hallerowskiej? Oglądałem go kiedyś w 
zakrystii katedralnej, ksiądz kanonik Borek chlubił się nowym nabytkiem.
— Ale oczywiście, co dzień na nim mszę świętą odmawiam. Człek się tak 
psowa tymi nowymi ulepszeniami r wygodami, że nawet służbę Bożą chętniej 
sprawuje czytając druk wytworny niż stare, wyżółkłe i często nieczytelnie 
pisane księgi. A co za inicjały kunsztowne! Niczym miniatury!
Król klasnął w dłonie, dwóch paziów poskoczyło na usługi.
— Podsuńcie zydle tu do stołu. Usiądźcie, mili goście, powiadajcie, co 
słychać.
— Nowego nic. To. rączej wy, najjaśniejszy panie, odkryliście dziś rano 
sprawki znamienitego czarodzieja — rzekł biskup Tomicki. — Powiadał nam 
Boner o onej przygodzie Rylskiego, Ostroroga i przekupki z przeciwka.
— Bardzom rad, że się ta krotofila niemal przed mymi oczami rozegrała, bo 
mogłem. przez wielkiej surowości zganić wicesekretariusza, a że i chłopiec 
zadrwił sobie z jego. umiłowanej magii, może przeto zabobonny ów człek 
upamięta się i rzuci w piec głupie szpargały.
— Dałby to Bóg — odparł biskup — jednakowoż niełatwo wykorzenić gusła i 
praktyki zakazane, gdy raz się kogo czepiły.
— Ale mu Ostroróg grzecznego figla spłatał! — dodał hetman.
— Już to wszyscy oni raźni do psot wszelakich — rzekł król — w ostatnich 
dniach za wiele nawet tego dokazywania. O pomalowanym piesku słyszeliście 
waszmościowie?
— A jakże! — zawołali wszyscy ze śmiechem.
— Przedwczoraj zasię panna ochmistrzyni znalazła w nocy osła w swej 
komnacie, co najgorsza nie. sposób nijak wyśledzić onych przemyślnych 
robotników, bo tak się zręcznie kryją, ze chybaby wszystkich dwustu 
ukarać, to się między niewinnymi
i winnemu dostanie. Ze starym Krabatiusem także jakieś zajścia były, inom 
się już bliżej nie dopytywał.
— Młodość szumi i burzy, ano trza bez palce patrzeć, póki nie nadto 
przykre lub szkodliwe bliźnim one żarty — rzekł biskup.
— Wszelako nie każdy młody ma pstro w głowie zauważył — ksiądz Krzycki — 
najdują się i tacy, którzy w zaranku życia okazują wielkie cnoty lub do 
nauk się garną, a nawet w sztukach pięknych się kochają.
— Lub dzielnym sercem i odwagą ponad wiek swój młodociany górują, jako 
nasz wielki król Bolesław Krzywousty o bohaterskiej duszy! — zawołał z 
zapałem Tarnowski.
— A w starożytnych dziejach cóż czytamy o Aleksandrze Macedońskim — poparł 
król mowę hetmana — maluczkim dzieckiem był, gdy dosiadł. Nie 
poskromionego Bucefała, a wstępując na tron w dwudziestym pierwszym roku 
życia między najoświeceńsze męże swoich czasów może być policz on.
Jakichże synów cnotliwych wychowała ona zazdrości godna Kornelia, 
Grakchusów matka, co wskazując z dumą na swe dziatki, klejnotami je swymi 
zwała!
— Wżdy sięgając po lak dalekie przykłady — przerwał Krzyckiemu Tomicki 
pomijacie piękne kwiaty we własnym ogrodzie. Jako lilia najbielsza z 
kwiatów, tak jaśniał wśród grzechów i zepsucia tego świata brat wasz, 
najmiłościwszy panie, Kazimierz święty. .
— Przewielebność wasza przedstawiłeś nam w pięknych słowach wzniosły 
przykład cnót wszelakich — zaczął znowu ksiądz Krzycki — lecz i nauka swe 
świeczniki wczesną porą rozjarza. Pilnoż się przykładał do pracy uczeń 
akademii naszej, Mikołaj Kopernikus, gdy już dziś swą niezmierną mądrością 
stary porządek świata przeinacza i cyframi dowodzi, czego najśmielsza myśl 
pojąć nie... o ty, zbytnico, nicże ci nie jest poszanowania godnym, ani 
korona królewska, ani suknia duchowna.? .
Wśród poważnej rozmowy wiewiórka wysunęła się nagle z rękawa królewskiego, 
gdzie dla odmiany przez chwilę drzemała, i w dwóch susach znalazła się na 
ramieniu księdza Krzyckiego, a zobaczywszy na jego szyi złoty łańcuch 
biskupa, ujęła go w łapki i próbowała gryźć ostrymi ząbkami...
— Uderzcie ją, wielebny panie, palcem po nosie, to was natychmiast w 
spokoju zostawi — rzekł król. — Srodze jest obraźliwa. Widzicie, już 
uciekła.
— Cały dzień ją tak cierpicie przy sobie, miłościwy panie?
— Pokąd sama chce, zwierzątko to nader przystojnie się zachowuje i 
roztropne jest.
Dość długo już spała, teraz chce pobiegać, kosteczki rozprostować, 
patrzcie, jak prosto ku drzwiom susy daje.
— Wypuszczę ją — rzekł Krzycki.
— Nie trudźcie się, wasza wielebność, w antykamerze są paziowie, a ona 
zwykła na zasuwie uwisnąć i piszczeć, wnet usłyszą i wypuszczą. Teraz 
pomówmy o sprawach poważnych, nad którymi .
właśnie rozmyślałem, gdy mi wasze przybycie oznajmiono. Otrzymałem list z 
Węgier od króla Ludwika, przed tygodniem zaś i cesarz pisał do mnie w tej 
samej kwestii.
— Domyślam się — rzekł biskup Krzycki — że o Albrechta chodzi.
— Zgadliście, wielebny panie, obaj oni monarchowie wstawiają się za 
siostrzanem moim, bym zadośćuczynił natarczywym jego prośbom i Prusy 
Królewskie, Krzyżakom 
przez przodków moich w lenno użyczone, dziś, po rozwiązaniu Zakonu, jemu, 
Albrechtowi, w takimźe lennie pozostawił.
— Nigdy bym tego nie uczynił! — porywczo wyrwały się słowa z ust helmana.
— Tak i mnie rozum doradza — odparł król — gdy ano serce głos podniesie, 
popadam w wahanie, wszakci to syn rodzonej siostry mojej!
— Krzywoprzysiężca!... Bogu najwyższemu ślubował i wiarę złamał — surowo i 
twardo rzekł biskup Tomicki.
— Lecz gdy miłościwy pań odejmie z jego posiadania ono księstwo Zakonowi 
dane — wtrącił z cicha Krzycki — gdzie się obróci i czym będzie?
— A niech idzie do swoich! — zawołał Tarnowski. — Mało to niemieckich 
książąt wiesza się u cesarskiej klamki? Znajda mu jaki urząd lub darują 
zamek i wiosek parę, będzie sobie panem, a Prusy wrócą do Korony, tak jak 
to się boskim i ludzkim prawem przynależy.
— Zalibyście nie znali miłosierdzia, panie hetmanię, gdyby o wasza krew 
chodziło?
— Najmiłościwszy królu, przyjmijcie radę sługi wiernego, nie pora serca 
się pytać. O, wierzajcie mi... sposobność to jedyna przywrócić królestwu 
polskiemu tę prowincję piękna, od tak dawna od niego oderwana. Z Zakonem 
była umowa. Zakon rozwiązany, nie macie obowiązków nijakich.
— Pomnijcie, że mu wujem jestem.
— I ja mój glos łączę z głosem hetmana — rzekł biskup Tomicki. — 
Niegodzien ów książę być siostrzeńcem waszym, najjaśniejszy panie! Mnich 
wywloką, nowej nauce bez Lutra szerzonej gorąco sprzyja...
— W tym się myli przewielebność wasza — żywo zaprzeczył król — i cesarzowi 
niemieckiemu zaręczał, i legatowi papieskiemu w Wiedniu na krzyż 
przysięgał, że ani mu w myśli postało od Rzymu odrywać się.
— Wszak ci mu nie nowina przysięgi łamać? Rzucając precz płaszcz 
krzyżacki, podeptał święte śluby. Jeden raz więcej, jeden raz mniej, co to 
waży? A Luter mu nowinki swoje zaleca, małżonkę pojąć doradza, świeckim 
księciem ostać i dynastii fundamenta położyć.
— Chociażby się tak stało nawet, jak przewidujecie — znowu łagodząc 
dyplomatycznie odezwał się ksiądz Krzycki — zali nie byłoby korzystnym dla 
Polski mieć sąsiada przychylnego i wdzięcznego po wiek wieka, niż 
odebrawszy Prusy Albrechtowi, osadzić w nich z własnego ramienia zarządców 
i granicząc wprost z Rzesza, nieustannie mieć z tamtej strony zatargi i 
niepokoje?
— Zda mi się, że mamy w historii naszej dość przykładów, jak się z 
Niemcami wojuje i Niemców zwycięża — dumnie odparł Tarnowski — to by mnie 
już najmniej frasowało.
— Darujcie, miłościwy panie, że się jeszcze odezwę — rzekł Tomicki. — 
Albrecht przysięga wierność Stolicy Apostolskiej, lecz o tym wspomina, że 
prawie cały kraj przejął heretycka naukę i że niemal na palcach zliczyć 
można prawowiernych katolików w pruskiej prowincji.
— Czyliź to jego wina? — spytał Krzycki.
— Nie bierzesz mu tego za winę? Ja zasię twierdzę, że dobry syn Kościoła 
stawiałby jakieś tamy odszczepieństwu w swoim państwie. Czemuż pod berłem 
naszego Pana hydra owa nie zadziera łba zuchwale i da Bóg nigdy się to nie 
stanie.
— Widzę — rzekł król smutnie — że nie znajdę nawet u przyjaciół moich ulgi 
w tej ciężkiej wewnętrznej rozterce. Wszystko to, co mi mówicie, mości 
hetmanię, i wy, księże biskupie, ja sam sobie po stokroć powtarzam, a 
jednak... nie mam spokoju. Głos cesarza Ferdynanda i króla Ludwika za 
Albrechtem przemawia, głos krwi na jego stronę wolę moja przeciąga, toczę 
walkę sam z sobą i nie wiem jeszcze, co postanowię. To jedno wiem, że raz 
postanowiwszy, nie cofnę się.
— Bóg ześle wam dobre natchnienie, miłościwy królu — rzekł biskup Krzycki 
powstając z krzesła. Towarzysze jego uczynili to samo, a król pożegnał ich 
łaskawie.
Gdy się znaleźli w przedsionku, ksiądz Krzycki zatrzymał się chwilkę, 
pogłaskał po głowie paziów i gwarzył z nimi dobrotliwie, tamci zaś szli 
powoli naprzód.
— Jak myślicie, księże biskupie — spytał Tarnowski — na która stronę szala 
przeważy?
— Krzycki sprawiedliwie powiedział: Bóg ześle natchnienie, ino przychodzi 
mi na myśl, czy odwiedziny nasze u króla nie były właśnie owym 
natchnieniem z woli Bożej zesłanym. Obaj radziliśmy mu jedno, obaj w 
usunięciu Albrechta z Prus widzimy dobro państwa.
— Nie chcę ja przepowiadać, co się stanie, bom nie prorok ani wpływu na 
wolę królewska nie mam, ino to przyznajcie mi, wasza przewielebnośč, iż 
prawda jest, jako Jagiellonowie zawżdy bywali miętkiego serca.
— Nie mam i ja dobrej otuchy co do końca owej sprawy — rzekł biskup — ino 
sobie ku rezygnacji powtarzam, ze cokolwiek się stanie, za wola^ Boża lub 
za dopuszczeniem Bożym się stanie.
— Ot, Jędruś serce, stary Odmiwas chyba zawziął się, obliczyłem kolej 
mniej więcej, już onegdaj na mnie noc przypadła, a tu nie. Tak myślę, nic 
to, nazajutrz zawoła... nastawiam uszy wczoraj, a ten gada: Skrzetuski, 
Psarski, Tarło, Korsak, Mielecki, Zebrzydowski. Taj co robić, czekać trza, 
choć człowiek zły, jak psa zjadłszy.
— I ja myślałem, że przy wieczerzy dzisiaj co wspomni, ale nie odzywał 
się, chyba już wyznaczył dyżur czy co? A z Serczykowa, nie wiesz, co 
słychać, Nastusia dobrze się sprawia?
— Ta żeby tak o co, jak o to. Nastusia jej w oczy patrzy, usługuje jak 
mogąc, a rozpowiada dziwolągi. Wszelako upiory znowuż któregoś dnia 
zwidywały jej się.
— O, to źle, gotowa ja przed czasem Grzybowskiej odesłać, kiedy taka 
nieskuteczna.
— I ja tego bal się, ale ni. Nawet o Kubie dowiedziała się i nie 
zaszkodziło. Widno polubiła dziewczynę.
— Jak to o Kubie? Co takiego?
— Jako się chcą pobrać i od maniuńci posag dostana mojej. Ucałowała 
Nastusię, spłakała się, ino powiada, że bardzo lęka się, by jedna z druga 
od upiorów nie były zjedzone. Takie bowiem dziewczęta, co kochanie maja^ w 
głowie, już nad strachami nie władna.
— Wiesz ty, że to wyborne, jak ona przygoda Serczykowę spotka, nie będzie 
się źlić na Nastusię.
— Już ja to myślał.
— Chłopcy — zawołał Chodkiewicz wpadając do izby — pan ochmistrz woła!
— Kogo?
— Wszystkich siedmiu.
— Ta coże znów zachciał? Ale przysięgam Bogu, jeżeli dziś nie idę na 
służbę...
— Pewno się poskarżysz samemu królowi — dokończył Chodkiewicz ze śmiechem.
— Myślałem, że wolisz wyciągnąć się i chrapać we własnym łóżku, niż 
drzemać w antykamerze na ławie.
— Nu, ma się rozumieć, że wolę, nie o to mi chodzi, a o sprawiedliwość, 
już czwarty raz mnie Odmiwąs pomija... najspokojniejszemu cierpliwość 
urwie się.
— Chodźcie, chodźcie, nie ociągajcie się, strasznie zły jakiś dzisiaj.
— A gdzie jest?
— W swojej komnacie.
— Ino nas kazał wołać? Nikogo więcej? — spytał Szydłowiecki. — O, to źle, 
czy broń Boże jakowej pamiątki na kobiercu nie myśli nam przylepić.
— Chyba nie, siedzi chmurny za stołem i parę bez wąsy puszcza, ale 
nijakich przygotowań ani Macieja z rózgą nie widziałem. No, idźcie w imię 
Boże, ja lecę w swoją stronę.
Weszli skromnie, cicho stąpając i stanęli rzędem przed srogim obliczem 
pana ochmistrza.
— O, jakie mi trusie — mruknął stary szyderczo — jagniątka, trzech 
zliczyć, rzekłbyś, nie zdolą, a co jeden, to gorsze ziele. Co ja z wami 
pocznę, niecnoty, urwipołcie najęte! Wam to zawdzięczam, że król jegomość 
już dwa razy w tym tygodniu przykre słówko mi powiedział. Mamże jak niańka 
na pasku was wodzić? Co dzień nowe psoty, co dzień nowe skargi na paziów, 
niczym piskorze się wykręcacie, ułapić was nie można... ino, jakem 
Odrowąż, słowem ręczę, że wszelakie one psikusy, co od dziesięciu dni 
sypie ktoś jak z rękawa, to ino wasze sprawki, wasze, jak mi Bóg miły! 
Gdyby wszyscy dwustu wam byli podobni, to do trzech dni obwiesić by się 
przyszło. Rano wstając, już wiem, że lada chwila spadnie na mnie jakaś 
przykra nowina, spać idę, nie wiem, czy mnie wśród nocy nie zbudzą bez 
wasze dokazywanie. Żywot się przykrzy... podziękuję chyba miłościwemu panu 
za oną służbę specjalną, w której człek dnia ani godziny niepewny, czy go 
żółć nie zaleje. Tak mnie już to wszystko znużyło, że chcę aby jedną noc 
wyspać się, jak Bóg przykazał, wywczasować się po onych gorzkościach 
ochmistrzowskiego urzędu. Wszyscy, jak tu stoicie, trutnie bezecne, marsz 
do antykamery króla jegomości!
— Ino sześciu na noc chodzi... — bąknął Gedroyć — któryż ostanie.?
— Żaden nie ostanie, bo i ten jeden gotów by nabroić za dziesięciu. 
Wszyscy pójdziecie i basta! Godzina dwudziesta pierwsza bije właśnie, iść 
mi zaraz prosto, nie zatrzymując się po drodze, dziennych zluzować, 
odprawić, a na ich miejsce pozostać.
— Niech wasza wielmożność raczy zajrzeć do anty kamery późnym wieczorem, 
przekonać się, jako przystojnie służbę pełnimy, wżdy gorzko na sercu 
słuchać łajania, gdy się człek do złego nie poczuwa.
— Lepiej byś uczynił na oczy mi się nie nasuwając, mości Ostroróg! Komu to 
o niewinności koszałki opałki wyplatać! Patrzcie go! Dawnoś Magulinie 
garnki potłukł?
— Ot, jak nas w każdym sposobie przed waszą wielmożnościa czernią i 
szkalują! — zawołał Mikołka patetycznie. — Wżdy miała sowicie z góry 
wszystkie skorupy opłacone! Z wielkim rozradowaniem, od śmiechu się 
zanosząc, sama własnymi rękoma tłukła, äze się rozlegało.
— Juz nie rozmazuj sprawy, ho nieczysta!
— Żeby wasza miłość był widział, jak się król jegomość siniał z duszy 
serca, toby mi złego słowa nie mówił.
— Dość próżnej gadaniny, uczynić, com rozkazał!
— Słuchamy waszej wiehnożności.
Ach, gdybyż jakie wieszcze przeczueie kazało Straszowi wyjrzeć na korytarz 
za idącymi niby spokojnie paziami, kto wie, czyby ich był nie zawrócił i 
we własnej sypialni nie wolał zamknąć.
Ledwie odeszli kilkanaście kroków i znaleźli się w przedsionku pokoi 
królewskich, porwali się za ręce i kołem zatoczyli młynka iście 
diabelskiego, licz słówka. bez szeptu nawet, łecz taniec len szalony i 
twarze chłopców o nicinym a triumfalnym uśmiechu zapowiadały nowe brzemię 
strapień i tak już nieszczęśliwemu ochmistrzowi.
— Pierwej ja się śmierci spodziewał niż tego! Taże rodzony ojciec lepiej 
l>y mnie nie dogodził! — rzeki Montwiłł.
— Cicho... antykamera blisko! — poskromił jego radosne wybuchy Boner.
— Musimy zluzować dzienną dwunastkę i tak się pokazać przykładnie, by 
nawet nieżyczliwe oko nic w nas nie upatrzyło.
— Właśnie dziś — dodał Drohojowski — nakazana jest senatorska powaga.
Szydłowiecki przodem, trzy dwójki po żołniersku wyprostowane za nim, 
weszli do antykamery. Ze względu na sąsiedztwo gabinetu króla nie wdawali 
się przybyli z odcho dzącymi w rozmowę, podano sobie ręce, parę ust 
szepnęło "dobranoc", drzwi się otwarły i zamknęły, zostali sami.
— Teraz czekajmy zawołania — rzeki Gedroyć — lada chwiła król zechce się 
rozbierać.
Przysiedli na ławach blisko drzwi od komnaty i nasłuchiwali.
— Oho! miłościwy pan klasnął w ręce... niech Montwiłł idzie, dobrze, by go 
uwidzial.
— A ja drugi! — prosił Czema.
— Idźcie, idźcie, a przypilnujcie, by wszystko było pod ręką.
Za kwadrans byli z powrotem.
— Nie zabaczyliście niczego? Kubek z wodą przy łóżku jest?
— A jakże.
— Światło w sypialni?
— Po oóż o takie rzeczy pyląc się? Lampka przed ołtarzem dzień i noc się 
świeci, dolałem oleju z bańki, taj koniec.
— Okiennice zamknąłeś? Szary brzask gotów króla zawczasu zbudzić.
— Chciałem, ale nie zezwolił.
— Ano darmo, musimy się uwinąć w oslalniej chwili, gdy jeszcze wszystko 
śpi, nijakiego ruchu na podwórcach, zanim jeszcze ptaki w sadzie 
świergotać zaczną.
— A znów nic za wcześnie, boby elllód poranny niewiastę zbudził, i to, na 
co najwięcej raduję się, spełzłoby na niczym.
— A o cóż ci chodzi?
— Żeby naród ono dziwowisko oglądał, tego ja chciałby, służba wstaje o 
piątej, gdzie niektórzy z dworzan takoż rano zrywają się, jeżeli z 
narażeniem karków napracujem się, to przynajmniej uciecha z tego dla nas 
ma być. A teraz wiecie co.? Pięciu niech śpi, a dwóch będzie czuwać do 
północy. Potem znów dwóch do godziny drugiej, wreszcie ostatnia straż 
przed czwartą kończy się. Zejdziemy na palcach na dół i do roboty.
— A Nastusia biedaczka nie wie, że to dziś. Odmiwąs tak nas niespodzianie 
złapał.
— Już ja i o tym pomyślał. Zbiegnę potem na chwilkę, zapukam do szyby, a 
Nastce już wiadomo, co to znaczy się, że ma zostawić drzwi nie zamknięte.
— A jak śpi i nie usłyszy?
— Już ja poczekam, póki rygiel nie stuknie. No, nie baraszkować, przyłożyć 
się do ławy i spać, a najstarszy z najmłodszym straż trzyma.
Szydłowiecki i Czema stanęli w oknie, by ich sen nie zmorzył zdradziecko, 
reszta zaś pokładła się na ławach i chrapnęła aż miło.
Cisza zaległa antykamerę. Stróż nocny otrąbił dwudziestą trzecią godzinę — 
czyli jedenastą. Zaszemrały kroki w korytarzu, zgrzypnęła klamka i głowa 
pana ochmistrza ukazała się we drzwiach uchylonych. Policzył oczyma 
śpiących, spojrzał na otwarte okno i opartych o futrynę paziów — dzięki 
Bogu wszystko w porządku... jedni drzemią, dwóch czeka na każde zawołanie. 
"Dziś chyba usnę spokojnie" — pomyślał i cofnął się zamykając ostrożnie 
drzwi za sobą.
O samej północy zbudził Szydłowiecki Drohojowskiego i Gedroycia, a Czema 
Montwiłła. Lecz musieli go wszyscy czterej szarpać i potrząsać, zanim się 
opamiętał, gdzie jest i czego chcą od niego. Przecierał oczy, ziewał, 
przeciągał się, wreszcie wstał z ławy, spojrzał po wszystkich na wpół 
przytomnie, westchnął ciężko, nasunął kołpaczek na głowę i pomaszerował. 
Niebawem powrócił i spał dalej snem sprawiedliwego.
Reszta nocy przeszła według ułożonego porządku. Na kilka minut przed 
czwartą sześciu chłopców schodziło cichuteńko po schodach na dół. 
Szydłowiecki pozostał w przedpokoju, na wypadek przebudzenia się króla. 
Tak więc dowcipny pomysł Strasza, by wszystkich zawadiaków dać razem na 
służbę, okazał się wielce pożytecznym, ale dla nich, nic dla niego. Mogli 
bowiem dokonać bezkarnie swojej zbrodni, a nadliczbowy kolega wystarczał 
aż nadto do posługi przy królu, zwłaszcza że noc jeszcze była ciemna i 
miłościwy pan ani myślał się budzić.
— Chłopcy... jak najciszej... na miłość boską... — szeptał przezorny 
Gedroyć. Czema! Nic szurgaj nogami! Nie umiesz chodzić jak człowiek?
— Pod ścianą się trzymajcie, co by was jaki ranny ptaszek nie dojrzał.
Stanęli.
— Otwarte?
— Uhum.
— Pst... Nastuś...
— Co?
— Śpi twardo?
— Jak sani kamień. Ino bym radziła nakryć czym ciepłym i wedle głowy takoż 
zatulić, bo jak ją powietrze owionie...
— No, to dawaj jakowe chusty i zrób, jak zdolisz najlepiej, bo my cale nie 
znamy takiej roboty.
— A łóżko szerokie? Mierzyłaś, jakom ci kazał?
— Nie frasujcie się, panoczku, przejdzie beze drzwi leguteńko. No, teraz 
się nie zbudzi, chustę gruba na nogi jej dałam, a dokoła głowy i na uszy 
rańtuszek wełniany, śnić ano będzie, że się na kominie wylęga.
— O rety... Dmytruś... — jęknął Drohojowski.
— Czegóż?
— Może nas psy obskocza.
— Wżdy nas znają, to szczekać nie będą, a po drugie, idziemy bez pałacowa 
bramę na tamto podwórze, gdzie psów nie puszczają, coby nie szczekały pod 
królewskimi oknami.
— A my tam po co?
— Zobaczysz. No, chłopcy, brać łóżko, ino ostrożnie, powoli, żeby gdzie 
nie szturchnąć. Na początek dźwigniemy we czterech, dopiero tam dalej 
przypomożecie nam. A ty, Nastka, zasuń rygiel, okno otwórz, śpij i 
pamiętaj, co nie wiesz o niczym.
— Ani okiem nie mrugnę, panoczku.
— Nu, ale baba sobie niczego ważna... jakby tak z milę ponieść, toby człek 
zasapał się co niebadź. Ostrożnie, Czema, nie chybotaj łóżkiem!
— Matko... ktoś idzie...
— Nie, to ino wiatr gałęźmi taki szum czyni. Już się nie bójcie, cały gród 
śpi, jeszcze się ani na wschodzie nie rozjaśnia... gwiazdy świeca.
— Gdzież ten Dmytruś nas prowadzi?
— Zwariowałeś? Do sadzawki?
— Nu, a gdzież dla niej lepiej byłoby?
— Woda bryźnie i baba zbudzi się.
— To nie bryzgaj... sto razy powtarzam, ostrożnie!
— Głęboko...
— A tobie kto powiedział, że głęboko? Dno cegła wybrukowane, wody ino 
tyle, co z fontanny bez dzień uleje się, a fontanna zamknięta na noc i 
rurkami woda odpływa. Łóżko wysokie, ani do pół nogi nie zamacza się. 
Ostrożnie, powiadam... letko stawiać... nu, już po wszystkiemu. Ot, jak 
pięknie... aż miło patrzeć... Świtezianka czy co?
— Chi, chi, chi, chi...
— Teraz na górę, co koń wyskoczy! Aby nas kto ze służby nie spostrzegł... 
lada chwila stajenni się zbudzą.
— Ojoj... na jednom głupi był... taże my ciźmy w wodzie zamaczali.
— Biegajmy do siebie i zmieńmy.
— Nie ma czasu, zresztą, szukaliby w naszej izbie i wykryłoby się, a na 
nogach może i wyschną. Skóra ciemna, nie będzie znać, że mokra, chyba 
pomacawszy, a da Bóg, Strasz nie padnie na to, coby macać. Nu, tak 
wracajmy! Szydłowiecki z okna wychylił się... biedneńki on, chciałżeby z 
nami być!
Wybiła piąta. Służba zamkowa budziła się powoli... od czasu do czasu 
przebiegnął któryś z parobków stajennych lub ogrodniczków przez podwórze. 
Zaczynało dnieć...
zaledwie znać było jakiś ciemny przedmiot przy brzegu sadzawki. Zajęci 
robotą parobcy nie zwracali uwagi. Dopiero kuchcik, biegnąc po drewka do 
szopy, rzucił okiem na prawo i stanął jak wryty. W pierwszej chwili nie 
zrozumiał... potem nastraszył się i uciekł jak oparzony.
— O rety... Kasper... Walenty... cosik leży wielgiego na wodzie... idźcie 
zobaczyć... cosik na podobieństwo łóżka!...
— Ot, przyśniło ci się i tyla — zgromił go stary kucharz. — Jeszcześ nie 
dospał, to sobie oczy przemyj, a po drwa mi w te pędy biegaj!
— Nie pójdę, boję się.
— Walek, idźże zobacz, a jak nic nie ma, to daj brzdącowi za kark, coby 
tydzień popamiętał.
Pobiegł Walek, wrócił ze śmiechem, aż czkawki dostał, ledwo zdołał wybąkać:
— Serczykowa!
— Cóż Serczykowa?
— Ano śpi w łóżku na wodzie.
Tedy poszedł i Kasper. Nadbiegł Wojtek ogrodniczek... Kuba i Pietrek ze 
stajni, Hanka z pralni, Ewka z Maryną z piekarni, Basia, U lina, Jagnusia 
i Krysta z obory, słowem, z każdą minutą powiększała się liczba widzów 
zaciekawionych, a wszyscy jakby się zmówili na jedno, sprawiali się 
cichutko, krztusili się, by nie parsknąć śmiechem, rozmawiali szeptem i 
czekali, co się to stanie, jak się gospodyni przebudzi.
W sypialni królewskiej także dzień się poczynał.
Szydłowiecki, przywołany przez miłościwego pana, skrzesał ognia i zapalił 
dwie świece. Za czym wraz z Bonerem, który na szczęście nie wchodził do 
wody i ciżmy miał suche, posługiwał królowi przy ubieraniu.
Tamci zaś, nie dbając na szkodę, ocierali swe obuwie kobiercami 
rozesłanymi na podłodze i przekonywali się ku swej pociesze, że ślady 
wodnych igrzysk ulatniały się wcale prędko. Za godzinę nikt im już nie 
dowiedzie udziału w zamachu na gospodynię.
— Otwórz okno — rzekł król do Bonera. — Słońce już weszło?
— Już, miłościwy panie... chi, chi, chi, przrzsk.
— Zali w tym co śmiesznego widzisz, że słońce weszło?
— Darujcie miłoś... przrzsk...
— Przecz się krztusisz? No, no, nie bój się, głupiś, boś młody, 
Szydłowiecki mądrzejszy... Nie! I ten pięściami gębę zatyka... Cóż to ma 
znaczyć? Błazeństwa się was trzymają... Mniemam, że po nieprzespanej nocy 
każdemu raczej ziewać niż śmiać by się chciało. Wyjrzyj, kto chodzi po 
tamtej komnacie?
— Stańczyk, miłościwy panie.
— Wołaj go. Cóżeś tak rano przybieżał? — spytał król zdziwiony. — Nie 
zwykłeś pojawiać się równo ze słońcem.
— Bo też nie co dzień zdarza się to, co dzisiaj, a tak dawno już nie 
widziałem a nie słyszałem waszego śmiechu, miłościwy panie, żem po trzy 
schody na raz skakał, by ino na porę trafić, a nie zapóźnić się.
— Jakoś was dzisiaj cale nie rozumiem, chłopcy płaczą od hamowanego 
śmiechu, ty zaś pleciesz przez ładu i składu...
— Wżdy nie moja wina, że król nawet tego nie wie, co się pod jego oknami 
dzieje.
— O cóż chodzi?
— Wyjrzyjcie, panie...
— Zbiegowisko przy sadzawce.. ci ludzie takoż się śmieją... Stańczyk, 
gadaj mi u zaraz!...
— Nie widzicie, panie? Gospodyni marszałkowskiego stołu, na podobieństwo. 
Mojżesza z kołyseczką wyrzuconego na rzekę, śpi ano w swym łożu wśród 
sadzawki.
— Ona? Skądże się wzięła. 
— Zda mi się, że raczej Strasza, niż mnie należałoby zapytać.
— Co? Znowu paziowie? Chyba mnie nie posłuchał... lamencił wczoraj jak 
dusza w czyśćcu, że dzień i noc nie ma spokoju, a wszystko bez siedmiu 
urwisów, bo reszta wzorowo się sprawia. Tedy mu doradziłem, by onych 
łotrzyków bez kilka nocy do mojej służby zapędził. Gdy się miasto spania 
przemęcza raz i drugi, przestaną broić, a po wtóre przekonamy się, że 
ucichną głupie figle, gdy sprawców zabraknie. Hej, Szydłowiecki, wszakże i 
ciebie między najgorszymi wymieniał... Którzyż są w antykamerze?
— Boner, Gedroyć, Montwiłł, Czema, Ostroróg i Drohojowski, miłościwy panie.
— Tedy kto babę włożył do wody? — roześmiał się król.
Stańczyk pocałował go w kolano.
— A co, nie mówiłem, że warto wstać przed wschodem słońca?
— Biegaj mi zaraz na dół i przypilnuj, by niewiastę odniesiono na powrót 
do jej izby. A śpiesz się, będę oknem patrzył, jako się to stanie.
— A nam wolno zobaczyć? — spytał Boner strojąc minę niewiniątka.
Król spojrzał nań, potrząsając głowni.
— Ot, zagadka nowa dla Straszą... idźcie.
Stańczyk zbiegł na podwórze, paziowie za nim, gromadka służby rozstąpiła 
się na dwie strony, a błazen, nie bacząc na rozkaz królewski, pewny ino, 
ze mu wszystko ujdzie bezkarnie, krzyknął potrząsając swe laseczka z 
dzwonkami:
— Pani Serczykowa... śniadania czekamy!
— O raju... w tej chwilusi!...
Usiadła na łóżku z zamkniętymi oczyma, przeżegnała się... i jedna nogę 
chlupnęła w wodę.
Powitał ja gromki wybuch krzyków i śmiechów. Zgromadzona gawiedź pokładała 
się, wiła, kurczyła z gwałtownego chichotu.
W oknie na górze stał król i głębokim basem wtórował powszechnej wesołości.
— Rety... ludzie, ratujcie! co to? Matko!... Aha, juści, już wiem... no 
jakżeby... dwa głupie kołki osikowe i byłby spokój do sądnego dnia. Święta 
Urszulo z towarzyszkami... za co ja pokutuję!
Dmytruś szturchnął w bok Szydłowieckiego:
— Tak trza lecieć do króla miłościwego i popytać się, który lepiej zdał 
egzamin, Ostroróg czy Montwiłł? Niech nas król sadzi. Nu, Pawełku, nie 
idziesz?
Rozdział VI
Figiel Andrzeja Bonera
— Widzicie, panie ochmistrzu, że niesłuszne były wasze posądzenia — mówił 
król do Strasza, który przybiegł zrozpaczony sprawą Serczykowej — 
wyrzekałiście na zgraję zbereźników, a oni spędzili noc przykładnie na 
moich usługach, psotę zaś niesłychaną, do której i rozmysłu, i umowy, i 
kilku par rąk było trzeba, znowu nieznani sprawcy popełnili!
— Nie odstępuję od swego, miłościwy panie.
— Czyli że?
— Że o godzinie dwudziestej trzeciej widziałem onych zuchwalców śpiących w 
antykamerze, o piątej stawili się na zawołanie waszej królewskiej mości, 
lecz pozostaje nam jeszcze sześć pełnych godzin, w których mogli broić, 
jako im się żywnie podobało!
— Dlaczegoż koniecznie mają być ci, a nie inni.?
— Bom już dawniej sidła zastawiał i dzisiejszej nocy tak samo się 
zaczaiłem, gdy wszyscy paziowie spali już po swych sypialniach (o czym się 
przekonałem, zachodząc: do każdej i zaglądając do łóżek), przeciągnąłem 
cienkie nici w poprzek drzwi i uwiązałem do przeciwległych zawias. 
Ktokolwiek by wychodził w nocy, musiałby nić zerwać. Przed szóstą, czyli 
przeszło w godzinę po wyłowieniu onej utrapionej syreny, pobiegłem niby to 
sprawdzić, czy chłopcy wstają, w rzeczy zaś obejrzeć nici na drzwiach... 
ani jedna nie była zerwana. Gdy tedy li w młodych głowach podobne 
błazeństwo uląc się mogło, a prócz nocnej służby najmiłościwszych państwa, 
wszyscy paziowie okazali się niewinnymi, jakoż nie mam obstawać przy 
swoim.?
— Posądzajcież zarówno i dyżurnych najjaśniejszej pani.
— Nigdy w świecie! Tam dałem sam kwiat i chlubę moich wychowanków, pierwej 
bym chyba ja, stary, łamane sztuki pokazował, niżby oni cośkolwiek 
nieprzystojnego uczynili.
— Ha, może i macie słuszność, lecz dowodów żadnych, karać nie wolno! 
Zechciejcie, proszę waszmości uprzejmie, powiedzieć, przechodząc, któremu 
w antykamerze, by zawiadomił jego wielmożność pana Kmitę, że go pilno 
oczekuję. A nie trapcąie się zbytnio... młodzi są, jak dotąd nikomu się 
tak dalece krzywda nie stała, tedy srogością wielką na zewnątrz okazować, 
a w sobie ino śmiechem to wszystko zbywać należy.
Pan Strasz pokłonił się nisko i odszedł układając w duszy, że nie daruje i 
póty czyhać będzie, aż winnych odkryje.
— Jego wielmożność pan marszałek Kmita! — oznajmił paź otwierającą podwoje.
— Otom już na rozkazy najmiłościwszego pana — rzekł Kmita stającą przed 
królem.
— Siadajcie, dobry przyjacielu — odpowiedział Zygmunt witając gościa. — 
Nie miałem czasu pomówić z wami rano, a ciekaw jestem, co za sprawę 
mieliście do mnie.
— Czekają waszą królewską mość niezbyt miłe odwiedziny, oczywiście, jeżeli 
zechcecie przyjąć gościa, miłościwy panie.
— Zaliżbym mógł okazać się tak nieludzkim gospodarzem i drzwi zamknąć 
przed gościem? — z uśmiechem zapytał król.
— Bywają przykłady... — powoli mówił Kmita. — Zjechał do Krakowa wczoraj 
pod wieczór hrabia Kuno von Bergow, komtur Rhedeński, wysłannik księcia 
Albrechta, przyjąłem go w moim domu, komnaty poselskie bowiem, we 
wschodnim zamkowym skrzydle, już są cale nie do zamieszkania, robotnicy 
poczęli burzenie murÓw.
— Sprawiedliwie rzekliście... niemiłe to odwiedziny, czegoż chce?
— Pokłonić się miłościwemu królowi — powiada. — A co więcej, zachowuje 
zapewne dla waszych, nie moich uszu, najjaśniejszy panie.
— To się myli, bo w tajemnicy przyjmować go nie będę, ino waszą miłość 
pospołu z onym grabią zapraszam, wy zaś zechciejcie uprzedzić wojewodę 
Firleja, księdza biskupa i pana hetmana, jako ich również pragnę mieć przy 
sobie.
— O której godzinie raczy wasza królewska mość przyjąć Krzyżaka?
— Niech przyjdzie o szesnastej. Bogiem a prawdą, wolej bym go na oczy nie 
widział, a tu i gadać z nim, i ugościć go trzeba. Wspomnijcie mu, że po 
audiencji na wieczerzę go zapraszam.
By nie użyczać rozmowie uroczystości i wielkiej wagi, Zygmunt nie 
oczekiwał Krzyżaka w sali przyjęć, lecz w swoim prywatnym mieszkaniu, tym 
bardziej, że i poselstwo komtura miało cechę
Przebiegłszy pismo oczyma, król Zygmunt położył je na stole i rzekł:
— Usiądźcie, mości pośle.
Po czym zwracając się do senatorów, dodał:
— Pisze mi Wielki Mistrz, iż jego miłość grabię Kunona von Bergow, komtura 
Rhedeńskiego, mocuje do układów z nami. Słucham was, panie von Bergow.
Krzyżak, zaskoczony chłodnym przyjęciem, siedział sztywno, muskając 
końcami palców brodę dla nadania sobie pewności.
— Śle mnie do waszej królewskiej mości pan mój, jaśnie oświecony książę 
Albrecht pruski, gwoli porozumienia w sprawie hołdu lennego, który wam 
winien złożyć, najjaśniejszy panie.
— Mistrz Albrecht hołd mi już złożył.
— Ale książę poczuwa się do tej powinności, jako że chce ostać i on sam, i 
przyszły ród jego, wiernym korony polskiej lennikiem.
— Dziwnie skory dziś do hołdów mistrz... lub jak pana swego zwiecie, 
jaśnie oświecony książę. Nie tak to ów "lennik wierny" kwapił się z 
hołdem, gdy został głową Zakonu. Joba, biskupa pomezańskiego, nasyłał mi, 
odwłócząc powinność do św. Marcina. A któż to trzy lata później poddane i 
kupce moje łupił i zabijał, chłopy z królewszczyzn do więzienia imał.? Kto 
mistrza inflanckiego na zajęcie Żmudzi mojej wyciągał, kiedy Moskwicin 
Litwę mi pustoszył? Jeno że skóry swej własnej nie byli pewni, 
zasięgnąwszy języka, że starosta żmudzki zęby im gotów pokazać, Dopieroż 
do mnie w listy a wymówki!
— Za łaską pana mego najmiłościwszego — rzekł Firlej, ostry wzrok topiąc w 
oczach posła — miałbym ci ja niejedno dorzucić od siebie, głową bowiem i 
ręką w onych rzeczach narabiałem. Pamiętasz, mości hrabio von Bergow, rok 
pański 1520? "Wierny Korony Polskiej wasal", Brunsberg miasto od 
biskupstwa warmińskiego urwawszy, swoim je ludem obsadził, jako zawsze 
korzystając, iż w tymże roku Moskwa ponowne zagony po całej Litwie 
rozpuściła, aż o Wilno się oparłszy. Dopiero wy, najmiłościwszy panie, 
wonczas mnie z wojski swymi wyprawiliście, iżby m siostrzanowi waszej 
królewskiej mości miast i miasteczek naszarpał, a drogę mu z granic 
Rzeczypospolitej orężem do domu pokazał. A toć pomiędzy nami z waszej 
przyczyny bez rok cały krew się lała!
— Dozwólcie, miłościwy panie, że i ja swoje dołożę — wtrącił hetman 
Tarnowski nie dając przyjść do słowa Krzyżakowi — choć zapadło już wonczas 
postanowienie, wojnę przeciw Zakonowi obrócić, a "wiernemu wasalowi" lenno 
do cna odebrać.
— Umiał wtedy Wielki Mistrz kajać się i zginać, w Toruniu przed sejmem po 
rękach mnie całował.
raczej poufną.
Ledwie u króla zebrali się Tomicki, Firlej i Tarnowski, gdy z antykamery 
roztwarły się drzwi i pan Kmita wprowadził Krzyżaka.
Poseł niósł się z godnością, choć jak na członka Zakonu wcale nie hardo. 
Był to mąż poważnego wzrostu i postawy, o rzadkiej, trochę już siwizną 
przyprószonej brodzie, twarz miał układną, na pozór spokojną, w oczach 
tylko łyskały przelotne ogniki.
Odziany był po wierzchu w suty biały płaszcz z czarnym komturskim krzyżem 
na ramieniu i w równie mlecznobiały habit, przekreślony na piersiach 
drugim czarnym krzyżem. Rycerskie rzemiosło mnicha poznać można było tylko 
po mieczyku bogato oprawnym, zawieszonym u pasa i po srebrnym hełmie 
ocienionym wachlarzem piór pawich.
Dopiero we drzwiach królewskiej komnaty hrabia Kuno uznał za stosowne 
zdjąć szyszak z głowy. Skłonił się przy tym głęboko, ale nie spuścił oczu, 
które spod brwi śledziły oblicze królewskie, po czym przystąpił ku 
Zygmuntowi. Ten łaskawym skinieniem ręki powitał posła.
Von Bergow list złożony i przypieczętowany sygnetem, z ponownym ukłonem, 
wręczył królowi, który bez jednego słowa pieczęć rozłamał i pismo jął 
odczytywać. Twarz jego wspaniała nie okazywała wewnętrznego wzburzenia, 
domyślali się go tylko polscy panowie po nieznacznym ściągnięciu potężnych 
czarnych brwi.
— Kto wam u króla łaskę i pobłażanie w tak ciężkim terminie wyprosił, 
jeśli nie ten, komu ninie płaszcze z krzyżami pod nogi rzucacie? Ojciec 
Święty! — zawołał wzburzony biskup Tomicki.
Pod gradem coraz cięższych zarzutów komtur nawet nie drgnął. Patrzył 
śmiało w oczy mówiącym i tylko brodę nieco prędzej gładził.
— Trudno mi, najmiłościwszy królu i panie — rzekł po chwili — z tak 
mnogimi, światłymi, a Bóg widzi niesłusznie uprzedzonymi krasomówcami73 
szermować74. Niesnaski graniczne... rzecz na tym świecie zwyczajna i 
między najlepszym i są siady, gdyby Zakon wyliczać chciał krzywdy i 
uciążliwości, uchowaj Boże nie od waszej królewskiej mości, ale od 
urzędników polskich różnymi czasy płynące, toby się chyba sporo pergaminu 
zapisało, nie żałować się ani dawnych żalów odnawiać nam teraz.
— Jakie krzywdy? — żachnął się Tarnowski. — Nadania polskich książąt i 
królów? Ziemie chełmińska, dobrzyńska, lubawska, nieszawska, wsie i miasta 
podarowane szczodrze przybyszom, to krzywdy zadane waszej miłości?
Nie patrząc na Tarnowskiego, zwrócił się Krzyżak do biskupa:
— Jaśnie oświecony książę, acz suknię duchowną zdziewa jako w czasach 
nowszych i oświeceńszych przestarzałą, wszelako znamienia krzyża pańskiego 
z duszy ni z serca nie maże. Prosi o wybaczenie przykrości zadanych, 
doznane po chrześcijańsku puszcza w niepamięć, do serca najmiłościwszego 
swego pana jako siostrzan apeluje.
— Z całej odpowiedzi — rzekł pomyślawszy król — usłyszałem jedno tylko 
słowo "siostrzan". Ale pan katolicki, ale król polski winien pamiętać o 
tym jedynie, co się godzi, a co się nie godzi.
Krzyżak nieporuszony odezwał się:
— Zali niegodziwym byłoby do zgody skwapliwie75 wyciągniętą rękę przyjąć, 
między chrześcijańskimi ludy pokój utrwalić, Rzeczypospolitej na wieczne 
czasy łaską kupić przyjaciela? Toć sam Zbawiciel nasz powiedział: 
"błogosławieni pokój czyniący"...
— Uszło widno pamięci waszej poselskiej mości — rzekł cicho ksiądz Tomicki 
— co na innym miejscu Chrystus Pan o pobielanych grobach powiada, i 
przepomniałeś chyba, że frymarczące ziemskimi dobytki sam powrozem ze 
świątyni wygnał. — Tu biskup skłonił się przed królem znacząco.
Król milczał.
— Mam nadzieję — rzekł słodko Krzyżak — że najjaśniejszy pan nie gorzej 
obeznan jest z Ewangelią od was, księże biskupie, i że w niej znajdzie 
słowo miłości, które bym odnieść mógł mojemu księciu.
Zygmunt zwrócił się do Tomickiego.
— Dzięki Bogu nie wyzułem się jeszcze z wiary ojców moich, iżby m sobie 
rościł prawo do lepszego tłumaczenia ksiąg świętych niż Kościół i biskupi. 
Wam zaś, panie von Bergow, powiem jeno, że słowo miłości w waszym Zakonie 
byłoby czymś zgoła nie znanym. Tą cnotą rycerze krzyżowi nigdy nie mogli 
się chlubić, jako świadczą dzieje
i strumienie krwi niewinnie przelanej. Mistrzom niełacno było dawać wiarę, 
jakoż ją dać ostatniemu, który daną Bogu przysięgę pospołu z płaszczem 
zdeptał'?
— Zali tę odpowiedź waszej królewskiej mości odnieść mam księciu 
Albrechtowi?
— Zaiste, byłaby nie inna, gdyby nie pamięć miłej siostry mojej, Zofii. Na 
odpowiedź nie pora. Rozważę.
Wysłannik księcia Albrechta, wychyliwszy w imieniu Zakonu kielich goryczy 
na posłuchaniu u najjaśniejszego pana, nie mógł wcale narzekać, by jego 
samego, to jest hrabię Kunona von Bergow, najmniejsza uraza ze strony 
monarchy lub senatorów była spotkała. Otaczano go uprzejmością wyszukaną, 
wprawdzie zimną jak lód, ale w niczym nie wykraczającą przeciw przepisom i 
regułom nader gościnnego przyjęcia.
Na drugi dzień rano, pod pozorem oddania czci relikwiom świętych patronów 
polskich, wyszedł Krzyżak na miasto i bystrym okiem sprawdzał dobrobyt 
mieszkańców starej stolicy, przypatrując się wspaniałym strojom, bogatym 
sklepom zaopatrzonym w towary wszelakie, dworcom senatorów i domostwom 
zamożnych mieszczan.
Zajrzał do kilku kościołów, niebotyczna wieża Panny Marii, symbol 
wszechmocy króla królów, a naszej małości, przywiodła na na myśl potęgę 
polskiego władcy i świeży, a tak marny majestat mnicha-apostaty, któremu 
służył.
Po godzinnej przechadzce zawrócił do kamienicy Kmitów i w towarzystwie 
marszałka udał się do katedry. Przed trumną św. Stanisława przyklękli 
obaj, a komtur ledwie ukryć zdołał gorycz na widok czterdziestu sztandarów 
krzyżackich spod Grunwaldu.
Zwycięzcy rozwiesili je byli jako hołd dokoła kaplicy świętego męczennika.
Gdy von Bergow podniósł się z klęczek, marszałek, nie okazując wielkiej 
wewnętrznej uciechy, jaką mu to sprawiało, zatrzymał się z bogobojnym 
zakonnikiem dłuższą chwilę przy sarkofagu Jagiełły. Zawiódł go potem ku 
wielkiemu ołtarzowi, milcząc wskazał palcem napis i przykląkł przed 
obwieszoną licznymi wotami płytą grobową królowej Jadwigi. Krzyżak 
przygryzł wargi, zbladł i ugiął kolano.
Środkiem głównej nawy szedł paź królewski, szukając kogoś widocznie, bo 
się rozglądał na prawo i na lewo. Przeminąwszy kaplicę św. Stanisława, 
dojrzał klęczących u grobu Jadwigi i przyśpieszył kroku.
— Miłościwy panie marszałku... król jegomość prosi na słowo.
— W tej chwili idę. Jako żeś mnie tu wynalazł?
— Biegałem do domu waszej wielmożności, powiedziano mi, że tu jesteście.
— Darujcie, wasza miłość — rzekł Kmita do Bergowa — muszę was na krótki 
czas opuścić, najjaśniejszy pan mnie woła. Ostań tu i bądź na usługi pana 
hrabiego!
Jędruś Boner odpowiedział dwornym ukłonem i zapytał komtura, czy był już w 
skarbcu.
— Wczoraj rano oglądałem owe liczne bogactwa, klejnoty i pamiątki. 
Kościoły krakowskie pozostawiłem sobie na dziś, tym więcej, że pan 
marszałek życzył sobie sam katedrę mi okazać i objaśniać. Rad bym się 
powrócić jeszcze do grobu św. Stanisława, bo go z bliska nie oglądałem. 
— Zechciejcie od tej strony się przypatrować, wielmożny rycerzu. To 
właśnie ta kaplica w pośrodku kościoła, kratą mosiężną otoczona. W tej 
trumnie ponad ołtarzem spoczywają kości świętego. Co dzień się tu odprawia 
nabożeństwo śpiewne.
— Piękna trumna, czy cale srebrna, czy ino blachą powleczona?
— Z kutego jest srebra — odpowiedział paź — sto sześćdziesiąt funtów waży.
— Hm... — odchrząknął Krzyżak i podnosząc oczy w górę, z zaciekawieniem 
spytał:
— A cóż za znaczenie mają te drzewce ze zwisającymi pękami włosów, 
umocowane dokoła kaplicy? Siwe, rude, brunatne, czarne, co to takiego?
Jędruś przełknął ślinę głośno i zaczął skubać palce w srogim pomieszaniu.
— Prawdę mam powiedzieć?
— Jak to? Dlaczegoż nie?
— To są... wota dziękczynne...
— Wota, włosy?
— Tak jest... brody krzyżackie spod Grunwaldu.
— Krist mein Gott!
Kuno von Bergow rzucił się wstecz, zasłaniając oczy rękoma.
— Spocznijcie, szlachetny panie! — przemówił paź uprzejmie — oto wygodna 
ława, musieliście wiele chodzić od rana, zbytnio znużeni jesteście.
Krzyżak usiadł ciężko, spod namarszczonych brwi nie widać mu było oczu, 
drżącymi wargami szeptał coś sam do siebie.
W tejże chwili w głównych drzwiach kościoła ukazał się marszałek i 
pośpiesznie szedł do gościa, a Jędruś Boner, skoczywszy za filar, tak się 
gdzieś nagle podział, jakby go ziemia pochłonęła.
— Już jestem — rzekł Kmita — zapewne paź dobrze się sprawił, widzieliście 
wszystko, co godne uwagi?
— O tak! — z goryczą odparł komtur — wszystko, nad miarę nawet.
— Dziwno mi, co się waszej miłości mogło tak nie podobać?
— Dziwno wam? Zaiste, omal trupem nie padłem...
— Przebóg!
— Hetman Tarnowski nie dał mi wczoraj wspominać o krzywdach zadanych nam 
przez Polaków, wżdy za słabe to słowo do odmalowania srogiej dzikości 
waszej.
— Panie hrabio... jakkolwiek gościowi dużo jest wolno, jednak ostrzegam, 
że moja cierpliwość ma granice. Zechciejcie wytłumaczyć, o co wam chodzi?
— O to! — z piekielną nienawiścią zawołał Krzyżak wskazując ręką w górę.
— Nie rozumiem...
— Jakoż mam jaśniej mówić? Paź waszego króla dokładnie mi powiedział, co 
to są za wota i skąd pochodzą.
— Nie wota, lecz trofea to są, mości hrabio. Każdy taki buńczuk na 
Tatarach zdobyty jest chlubnym świadectwem dzielności naszego rycerstwa. 
zaliżby zazdrość paliła wam serce, że podobnych u siebie nie macie?
— Buńczuk... co to... jest? — wyjąkał von Bergow osłupiały.
— Nie wiecie? To są odznaki pułków tatarskich. Przed każdym dowódcą watahy 
(zwą się oni mirzami albo agami) noszony bywa buńczuk z końskich ogonów 
uwity, godło jego dostojeństwa. Za cenę krwi naszej, w tylokrotnych bojach 
z pohańcy przelanej, kupiliśmy te trofea... czyż niesłuszna, że się nimi 
przed Bogiem Wszechmogącym wdzięczni szczycimy?
— Ten dzieciak śmiał zadrwić ze mnie... — szepnął Niemiec zaciskając 
pięści.
— W jakim sposobie?
— Iże to są brody krzyżackie, powiedział.
Nie będąc w stanie powstrzymać wesołości ani powagą świętego miejsca jej 
przytłumić, Kmita parsknął na cały głos i podnosząc ramiona ku szyi, 
zanosił się od gwałtownego śmiechu.
— Nie dziwię się teraz, mości hrabio, żeście mniemali, jako snadź 
ludożercami jesteśmy. Powiedziałbym zasię, im mimo błazeńskiego żartu 
chłopca onego, nie należało wam się myśli takiej dać miejsca w głowie. 
Żaden Polak nie obraziłby Zakonu podobnym posądkiem.
— Chyba już lepiej nie mogło się złożyć, co, Dmytruś? Odmiwąs nam 
przeszkadza... nie ma Odmiwąsa!
— A wiesz, mnie zdaje się, że nie tak on do brata na chrzciny zachciał, 
jak od nas uciec i co niebądź odpocząć, jak Boga kocham, taże my jemu do 
siódmej skóry najedli.
— A rychło ma wrócić, nie słyszałeś?
— Gadał Kuba, jako on pachołek pana Marka Strasza, co po naszego 
ochmistrza przyjechał, rozpowiadał jemu, że to pierwszy syn, że całe 
sąsiedztwo na dziesięć mil sproszone, taj bawić się będą choć z miesiąc.
— Dajże im Panie Boże, niech się bawią zdrowi nawet i dwa!
— A my tymczasem?..
— Ho, ho, to nie żarty, ciężka nasza praca i strach niemały. Ja sam nie 
mogę iść do Sukiennic po płótno, boby w razie czego doszli kłębka po 
nitce, kto kupował i kiedy.
— Ma się rozumieć. I ja nie mogę, tak Nastusię poślę. A przykażę jej, co 
by nie w znajomym kramie kupowała i nie wygadała się, że na grodzie służy. 
Dużoż tego płótna?
— O dużo... muszą być płachty długie srodze, niechby się nawet po ziemi 
wlokły, a pozeszywać choć we trzy półki, żeby starczyło owinąć się sowicie.
— Powiem Nastusi, to już obliczy, ile będzie trza, i wolnym czasem, jak 
Grzybowska na prymarię pójdzie, bodaj jak zeszyje, aby się ino trzymało.
— No, to już jedno załatwione, a drugie jeszcze ważniejsze, musimy dziś 
pod wieczór przed samym spaniem zbiec na dół i obejrzeć wejście, czy się 
da wyleźć na górę i na wszelki wypadek zapewnić sobie ucieczkę drugą 
stroną, jakowym okienkiem lub dziurą w murze. Kto głupi, będzie się bał, 
ale mądry pójdzie na samo miejsce i złapie nas.
— Nu dobrze, a dalej co?
— Strasz wyjeżdża jutro, a mistrz Ambroży go zastępuje, to właśnie tyle 
znaczy, jakby nikogo nie było. Przykażę Kubie, coby nas budził rano, bo 
samemu wstać się nie chce, zje z nami obiad, odbędzie lekcję, zje 
wieczerzę, powie nam dobranoc i zamknie się do drugiego ranka w swoim 
alkierzu. Serczykowej gorzej bym się bał niż jego.
— O wilku mowa, a wilk tuż.
— Pani gospodyni na miasto wychodzi, co taka strojna?
— Oj, paniczkowie mili, idę dać na mszę do Panny Marii z podziękowaniem za 
ocalenie życia.
— Wżdy nijakiego niebezpieczeństwa nie było, szpetne wydarzenie i więcej 
nic!
— Ot, jak to młodemu zawżdy pstro w głowie, za łaską pana Jędrusia, 
czyście, paniczkowie, aby na jedno okamgnienie rozważyli tę diabelską 
przygodę? Włosy na głowie stają! Nastusia biedniątko słabuje od 
wczorajszego rana, zaziębiła się bez to otwarte okno.
— Jej przecie upiory nic nie uczyniły?
— Jeszcze by czego brakowało, żeby ją śmiały palcem ruszyć! Mówiłam ano 
kiedyś paniczkom, co ona za jedna i jakie ma przywileje, ino że w święty 
stan małżeński wstąpić zamyśla, to już mocy wiele utraciła, dlatego mnie 
obronić nie mogła. Tedy wpadły te przeklętniki do izby, ją poraziły swym 
tchem jadowitym, że leżała niczym umarła, a mnie porwały z łóżkiem i bez 
okno wyleciały. Przyjdźcie, paniczkowie, którego dnia zobaczyć, ile węższe 
okno od łóżka, jakim to diabelskim przemysłem zdoliły one straszydła 
przedostać się tamtędy.
— Koniecznie oknem? Może drzwiami?
— Ale jakże? Drzwi zasunięte na skubel, a okno rozwalone. Nie chciało im 
się nawet zawrzeć za sobą.
— No, ale dzięki Bogu nic się nie stało.
— Gadanie na wiatr, letkoduch z pana Jędrusia. Nie stało się? Ale stać się 
mogło. Wżdy mnie już niosły w swych szponach, ani chybi na pożarcie sobie 
i swoim przyjaciołom. Jakąś daleką widno drogę miały, a nie na rękę by im 
było, gdybym się przed czasem obudziła i na ten przykład pacierz zaczęła 
mówić; tedy mnie pookrywały, pootulały, niczem najtroskliwszy ojciec albo 
matka... ino się piekielniki i tak zapóźniły z dopuszczenia boskiego, kur 
zapiał i musiały porzucić. Więc zemściły się na niewinnej duszy 
chrześcijańskiej i wraziły z łóżkiem do sadzawki, gwoli śmiechu i 
dziwowiska całej służby. Na to przeżyłam pięćdzieś... chciałam rzec 
czterdzieści lat cnotliwie i w poważaniu u ludzi, by mnie bez one 
potępieńce błazen dzwonkami nad głową pobrzękiwał... upiory zatracone!
— Myśli pani gospodyni, że się na tym skończy? — z tajemniczą miną bąknął 
Jędruś.
— Wżdy, dziękować Panu Jezusowi, przy zdrowych zmysłach jestem i dobrze 
wiem, jako nie ustaną nas prześladować, póki się z onymi porządku nie 
uczyni. Idę już, bo przed zachodem słońcu zakrystię zamykają, musiałabym 
do jutra odkładać i w Śmiertelnych potach bez całą noc oka nie zmrużyć. 
Kłaniam się paniczkom!
— Szczęśliwej drogi pani Serczykowej!
Prócz miłościwych państwa, którzy nie wiedzieli o niczym, i ich 
najbliższego otoczenia, z niedowierzaniem przyjmującego bajeczne 
opowieści, cała służba zamkowa i podrzędniejsi dworzanie żyli od kilku dni 
w strachu, niepewności i jakiniś oczekiwaniu pełnyni grozy.
Coś się działo.
Wawrzek stajenny przysięgał, że idąc spać wczoraj w nocy, słyszał 
najwyraźniej brzęk łańcuchów w stronie Baszty Złodziejskiej. Krysia o tej 
samej mniej więcej porze widziała coś ogromnego, białego, pełznącego pod 
murem, kucharzowi Walentemu "coś" gasiło kaganek przez cztery wieczory z 
rzędu, Jaśkowi dało w kark zimną ręką, aż się przewrócił i guza na głowie 
nabił. Serczykowa dzwoniła zębami, bo mimo anioła stróża w osobie Nastusi, 
co noc "pukało" do okna i śmiało się szatańskim rechoteni. Pan Jacek 
Rożen, masztalerz, ruszał ramionami na te wszystkie gadania i mruczał:
— Ach, gdyby każdy chciał językiem młócić, a co uwidzi, w uszy drugim 
wytrębować, już by ani jednej baby zdrowej na grodzie nie zostało. Takowe 
upiory, wilkołaki, strzygonie i inne widziadła, acz cale prawdziwe i 
niemal co dzień się przytrafiające, najlepiej krzyżem świętym odganiać a 
nikomu o tym nie wspominać. Żebym ja ino gębę otworzył, tobyście tu chyba 
jak muchy padali. Gdy się one... tfy... lepiej nie wymawiać przed nocą, na 
kogą uwezmą, to niech ręka boską broni. Z tegom też ano przed czasem 
osiwiał, a juści.
Tydzień minął od wyjazdu Strasza, coraz głośniej ludzie sobie rozpowiadali 
o duchach pojawiających się około północy na szczycie Złodziejskiej Baszty.
Serczykowa triumfowała.
— A co, nie mówiłam, nie radziłam, nie zaklinałam? Wyśmieli, wydrwili, 
pochowali, aby zbyć, tyciusi kołeczuś wetknąć było każdemu między żebra, 
to by wystarczyło, gdzie zaś... Serczykowa głupstwa plecie — a jakże! 
Biedna sierota, najpierwsza za was zapłaciłam, a teraz macie i wy... niech 
wam skóra cierpnie!
Nastusia jedna wśród spłoszonej gromady kobiet i dziewcząt zachowywała 
zimną krew i odwagę z zuchwalstwem graniczącą, póty się śmiała, żartowała, 
aż wlała odrobinę otuchy w struchlałe serca.
— Wiecie co? — rzekła pewnego popołudnia do Hanki, Marysi, Uliny i Baśki. 
Musimy raz przecie napatrzyć się onym duchom.
— Rety!... — wrzasnęła Marysia.
— Właśnie, powtarzam, napatrzyć się. Każdy ino powiada, że ten i ów 
widział, drugi słyszał, a Bogiem a prawdą nikt nie wie, co było i czy co 
było. I cóż nam jakie duchy zrobią? No i co? On y na baszcie, a my z dala 
w sadzie, na podwórcu albo najlepiej na korytarzu w oknie, co ku baszcie 
wychodzi. Niechże sobie dokazują po murze, co nam zrobią? Wżdy macie każda 
krzyżyk na szyi, to śmiejcie się z wszelakich duchów. Coś więcej wam 
jeszcze rzekę: panny Laura i Hipolita umówiły się ze mną na dziś wieczór. 
Same by się bały, bo są zarówno tchórzliwe, jak wy, ale staniemy w kupce, 
to nam będzie raźniej.
— Co to gadacie? Co będzie raźniej? Nastuś, ja dosłyszałam coś niecoś... 
bój się Boga, nie rachuj na swoją moc, nie rachuj, że baszta od okna 
daleko, "taki" skoczy jednym susem do łokci, porwie cię i zje.
— A ja dufam pewnie, że i pani gospodyni do nas się przyłączy. Jest nas 
siedem, to szczęśliwa liczba, a pani gospodyni ósma, to znów nieźle, bo do 
pary. 
— Chyba że bez zamknięte okno będziemy patrzyć i gromnicę w kąciku 
postawimy. Kusi człeka takowe straszydło choć raz w życiu na własne oczy 
oglądać, ale... oj, Nastuś, Nastuś, a jak życiem przypłacimy?
— Niechże się pani Serczykowa nie boi, wżdy już was trzymały i bez 
powietrze z wami leciały, i do wody wrzuciły, a stało się wam co? No, 
widzicie! Zresztą "ony" nie są zawzięte; jak im się raz nie udało, to już 
się was nie chycą. Wierzcie mi, ja z takiego kraju, co srodze jest od 
strachów nawiedzany, to znam wszelakie onych obyczaje.
— Więc kiedy? — spytała trochę drżącym głosem, lecz z błyszczącymi 
ciekawością oczyma, Hanka, — Jak tylko krowy podoicie, zaraz przyjdźcie do 
izby pani gospodyni, ja tam będę.
Teraz jeszcze pobiegnę do panny Hipolity.
"Ot, gdyby wiedziały, dlaczego ja się nie boję... — śmiała się Nastusia 
sama do siebie, idąc do mieszkania fraucymeru. — Ach, Jezus... dopiero by 
mnie zbiły! Dwadzieścia siedem łokci płótna zeszyłam na dwa ubiory, ale mi 
pan Dmytruś obiecał darować potem na koszule." Wybiła dwudziesta trzecia. 
Mimo próśb i ostrzegań Serczykowej, dziewczęta rozzuchwalone przykładem 
dzielnej Nastusi i obecnością dwóch panien dworskich otwarły oba skrzydła 
okna w korytarzu i stanęły ciaśniutko jedna przy drugiej, wstrząsane 
dreszczem strachu i ciekawości.
— Ach... tyle gadają i gadają, każdy niby to widział Bóg wie jakie duchy, 
a jak przyjdzie co do czego, to oczy ano wypatrujemy i nic.
— Jeszcze się tu pośpimy z onego czekania.., — A bo to wszystko bajki — 
szemrały dziewczęta.
Jedna Serczykowa stała milcząca, ze splecionymi jak do pacierza rękami, 
zapatrzona wzrokiem rozgorączkowanym w Basztę Złodziejską, oblaną światłem 
księżyca płynącego po niebie od strony klasztoru św. Andrzeja.
— No i gdzie te duchy? Krysta gada, że widziała.
— Musi widziała, kiedy się bała iść z nami.
— Śliczna noc... — szepnęła Hipolita do Laury — tak tajemniczo szumią 
drzewa w sadzie, a białe promienie przedzierają się przez gałęzie...
— Rada jestem, żem cię usłuchała, tak lubię... ach!... Widzisz? ...
— Widzę... — ledwie poruszając ustami wyjąkała Hipolita.
Dziewczęta służebne chwyciły się bez słów za ręce; Serczykowa skamieniała.
Dwie postacie bezkształtne, w długich szarych oponach, wysunęły się z 
wolna spoza hełmu baszty i na tle ciemnego w tej stronie, bo dalszego od 
tarczy księżycowej nieba, stały chwilę nieporuszone. Zdało się patrzącym, 
jakoby owe powiewne szaty rozpływały się w powietrzu, bo z nieokreślonych 
przed chwilą mgieł wyłoniły się dwie głowy o trupio bladych twarzach, 
ukazały się kościane ręce szkieletów. Jedno widmo objęło ręką szyję 
drugiego i położyło mu głowę na ramieniu.
Wysoko urodzone damy dworu i dziewki z obór i pralni śledziły z niejakim 
współczuciem niemą, a tak wymowną scenę rozgrywającą się na szczycie 
baszty, w srebrnym świetle księżyca.
Nastusia zasłoniła oczy fartuchem i drżała od tłumionego... łkania.
Duchy obeszły ganeczek baszty dokoła, mniejszy załamał ręce, wyższy 
podniósł prawicę ku niebu... strażnik wytrąbił na wieży północ... wszystko 
znikło.
— Tragedia!... — jęknęła Hipolita.
— Dwa serca wierne, których śmierć nie zdołała rozdzielić — dodała Laura.
— Onić to, oni — stanowczo zawyrokowała Serczykowa — Jedno mąż, drugie 
żona; musieli kogo zabić albo kościół okraść, katu głowy oddali, a teraz 
pokutują za grzechy, a jakże! Ino lepiej o tym nie wspominać ani drugi raz 
tu nie przychodzić... a nuż się spostrzegą, że ich kto wypatruje, ho, ho, 
on y takich ciekawców nie lubią... już ja mam dosyć na całe życie! Chodź, 
Nastuś, do izby!
— Ajaj... gdzież my się podziejemy!
— Ja się boję...
— Ja tu zostanę... — wołały dziewki.
— Głupie... wżdy już poszli, po północy już im nie wolno.
Laura i Hipolita nie pozowały na bohaterki, tylko błagały pokornie 
gospodynię, by je odprowadziła do sypialni.
Nazajutrz rano cały zamek dowiedział się od naocznych świadków, że na 
Baszcie Złodziejskiej naprawdę się duchy ukazują. Laura i Hipolita 
opowiedziały towarzyszkom, donna Papacoda ośmieliła się napomknąć o tym 
nawet najjaśniejszej pani, a Marysie i Hanki rozwodziły się długo i 
szeroko w pralni, piekarni i oborze, jakie też to wielgośne one upiory, 
miasto oczu dziury jak talary, zębcami ci tak klekotały niczym bociany na 
gnieździe, a jak się objęły rękami za szyje, to im te trupie głowy 
pospadały na ziemię... ano jakże nie miały opaść, kiedy były ścięte.
Upiory ukazywały się co noc. Przerażenie, jakie te zjawiska wywołały, 
ogarniało wszystkich mieszkańców zamku.
Przez pierwsze dwa czy trzy dni wystarczała im godzina przed północą i 
ganeczek szczytowy Baszty Złodziejskiej, w miarę bezkarnego powodzenia 
rozzuchwaliły się niepoczciwe szkielety do tego stopnia, że nie było 
prawie spokojnego kąta na zamku, prócz pokoi najmiłościwszych państwa. 
Starzy i młodzi bali się ruszyć z izby po zachodzie słońca, by w jakim 
ciemnym kącie nie napotkać ducha. Straszyło na zakrętach korytarzy, hukało 
pod schodami, jęczało w nie zamieszkanych izbach, koło których trzeba było 
czasem przechodzić. Wiotkie cienie snuły się wszędzie, a ktokolwiek 
dojrzał mknące ku sobie z głębi krużganka wielkie szare widmo o martwej, 
bladej jak chusta twarzy, nie czekał ani się namyślał, tylko brał nogi za 
pas i uciekał, krzycząc wniebogłosy.
W dzień żartowano z siebie nawzajem i nazywano strachy zabobonnym 
przywidzeniem, z nadejściem szarej godziny upiory obejmowały panowanie.
Aż w końcu i król jegomość dowiedział się o wszystkim. Ani chwili nie 
wątpił, czyja to sprawka, i naturalnie posłał po mistrza Ambrożego.
— Także to waszmość dajesz sobie kołki ciosać po głowie? — rzekł zaraz po 
przywitaniu. — Pupilkowie waszmości przewrócili mi gród do góry nogami. 
Dowiaduję się ano, że wszystko co żyje, w strachy jakoweś wierzy i przed 
strzygoniami opędzić się nie może. 
— Wżdy nie raczcie mnie winić, miłościwy panie... nad upiorami władzy nie 
mam... to są sprawy zagrobowe... stary Obidius powiada: "Max etiam lemures 
ani mas dixere silentium...82" Czy cytata, czy wyraz twarzy, czy 
bezgraniczna naiwność bakałarza rozbroiły w jednej chwili zygnrunta, 
skinął ręką z pobłażliwym lekceważeniem i rzekł śmiejąc się:
— Zaiste uznaję, że nie wasza wina, i zwalniam waszmości od trudu 
strzeżenia... upiorów, tym bardziej, gdy Koniecpolski przybieżał właśnie z 
pokłonem od ochmistrza, którzy przed godziną powrócił.
Strasz aż się za głowę chwycił, gdy mu ten i Ów na powitanie o przykrych 
zjawiskach rozpowiadał. Nauczony jednak tylokrotnym doświadczeniem i 
bezowocnymi śledztwami, wziął się na inny, znany, oklepany, a zawsze 
niezawodny sposób. Przy wieczerzy swobodnie i po przyjacielsku rozmawiał 
ze wszystkimi paziami, wcale nie robiąc wyjątku, owszem, zwracał się 
umyślnie do Bonera i Gedroycia, z Ostrorogiem pożartował. Montwiłła o 
wiadomości z domu pytał, słowem, jak to mówią, do rany go można było 
przyłożyć.
— Teraz bywajcie zdrowi, idźcie spać nie baraszkując — rzekł na odchodnym 
a pomnijcie nie broić, żebym wstydu za was nie ucierpiał, bo uprosiłem 
mistrza Ambrożego, by mnie do jutra jeszcze wyręczył.
— Czy znowu gdzie wyjeżdżacie, panie ochmistrzu? — zapytał Jędruś z 
radosnym biciem serca.
— Wyjeżdżać to już nie, ale z bratem, który mnie do Krakowa odwiózł, 
wieczór przepędzę i z nim w gospodzie zanocuję. Daleko mieszka, kto wie, 
jak rychło się znowu zobaczymy. Dobranoc!
— Kłaniamy się posłusznie waszej miłości! — zapiszczeli chłopcy chórem.
— Szydłowiecki, skocz no do mojej izby, bo mi nie warto po schodach łazić, 
i przynieś opończę, chłodny wieczór, a mnie kaszel łacno się ima.
— Biegnę i wracam natychmiast — odparł z gotowością zawołany i w dwóch 
susach był za drzwiami.
— No, to jeszcze dziś mamy spokój — mruknął Gedroyć do Bonera po odejściu 
ochmistrza. — Jutro bym radził nie kusić licha, bo aczkolwiek dotąd 
wywijaliśmy się Odmiwąsowi jako tako, lękam się, że dzban za długo wodę 
nosił i ucho gotowe się urwać.
— Jedno suponuję, niepodobna, by mu kto o upiorach cudeńków nie 
naopowiadał — rzekł Drohojowski — tedy wącha on dobrze pismo nosem i gotów 
obudzić srogość nawet w onym jagnięciu Ambrożym. Cóż uczynicie na taki 
przypadek, gdyby pan bakałarz zajrzał przed północą do naszej sypialni? 
Dwa łóżka puste, hę?
— Oj, Bożeż mój święty, ta nawet gadać nie warto... dwa snopki słomy, dwa 
prześcieradła, foremne kukły uzwijać, głowy z bądź czego dorobić, derką 
przykryć, taj niech sobie leżą. Ani Ambrożemu do myśli nie przyjdzie 
przypatrować się, który paź żywy, a który słomiany.
— Ja ino powiadam, co zawżdy lepiej być na wszystko przygotowanym.
— No juści!
Paziowie powstali od stołu i dzieląc się na gromadki, gwarzyli o swoich 
projektach na jutro, o swoich dziecinnych kłopotach, pilniejsi rozprawiali 
o zadaniu łacińskim, tych niestety było siedmiu czy ośmiu tylko. 
Szydłowiecki zaś na czele osławionej szóstki pożegnał kolegów, skarżąc 
się, że muszą zawczasu uciekać do siebie, gdyż na starym korytarzu 
najbardziej straszy.
— Teraz ano przez długich rozhoworów do roboty! — zawołał Boner zamykając 
drzwi od sypialni za sobą.
— Nu dobrze gadać "do roboty"! Tak słoma gdzie?
— Do usług waszej wielmożności, w komórce na prawo od Krabatiusowego 
alkierza stoją przy ścianie cztery sienniki zbytnie, coby na przypadek 
jakowych gości lub innej potrzeby pod ręką były. Z jednego słomę wyjąć i 
kukły poczynić.
— A jak nas Niemiec zobaczy?
— Z korytarza wejdziemy małymi drzwiczkami, stary już dawno śpi, nie 
posłyszy.
— Nu, to chodźmy.
Od razu w komórce porobili chłopcy jakie takie bałwany, powdziewali na nie 
koszule, żeby móc, rękawy trochę słomą wypełniwszy, jako ręce ułożyć. 
Ścisnęli krajką przez pół, by leżąc na łóżku pod kocem, choć trochę do 
ludzkich kształtów miały podobieństwa.
— Głowy najgorsze! — westchnął Boner.
— Mam ja coś w skrzynce, może się przyda — rzekł Montwiłł. — Nastusia 
myślała, co one duchy muszą mieć brody, i przyniosła mi kiedyś jeszcze z 
dwóch kądzieli konopi. Obaj mamy jasne czupryny, tedy skręcić jakowe gały 
z ręczników i onymi kudłami powiązać, jak się położy na poduszce, to... 
zresztą po co się właściwie trapimy?
Dziesięć dni Ambroży nie zaglądał do nas, to i dziś nie przyjdzie.
— Któraż to godzina?
— Niezadługo już, niezadługo.
— A jakże wy robicie, że takie straszne gęby macie? — spytał Czema.
— Wszystkie przybory pod schodami w baszcie, płachty, garnek z wodą, drugi 
z mąką i sadze w stłuczonej miseczce. Pomacza się twarz wodą, tak zaraz 
mąką na to, żeby się dobrze trzymało, potem bierze się sadzy na palec i 
dokoła oczu smaruje się takowe czarne plamy, całuny na siebie i już.
— A nie spotka was kto, jak do baszty idziecie?
— E, późna godzina, rzadko kto przechodzi. Zresztą zawżdy pod samym murem 
idziemy, od drzew ze sadu cienie padają. A jednak przedwczoraj bieda była, 
pamiętasz, Dmytruś?
— Jakżeby nie!
— Skradamy się — ciągnął Boner dalej — tak cichusieńko, że sami własnych 
kroków nie słyszymy, aż tu ze stajni wychodzą wprost na nas Kuba i 
Pietrek. Do baszty dziesięć kroków, niech ino uwidzą nas, chłopcy 
niegłupi, wszystko odgadną.
— Tak powiedzcież — wpadając mu w mowę zawołał Montwiłł — co my nie robiąc?
Rośnie lipa z tamtej strony muru, a gałęzie wiszą nisko, pod sam nos, tak 
ja porwał za jedną. Jędruś nie w ciemię bity za drugą, zahojdali się, 
nogami od ziemi odbili, taj za wyższą gałąź złapali. Konar był mocny, 
posunęli się rękami bliżej pnia, jak ci nie wrzasnę: hi, hi, hi, a Jędruś: 
hu, hu, hu, tak one parobki takoż pięknie zawrzeszczeli i w nogi.
— Za chwilę już upiory były na baszcie — dokończył Boner. — No, ale komu w 
drogę, temu czas, kładźcie się spać, jużeście nas tyle razy widzieli, to 
nawet lepiej, że zostaniecie w izbie. Przyszedłby pan bakałarz, niech 
widzi, że wszystko w porządku.
Bywajcie zdrowi!
Pan ochmistrz, który wcale z domu nie wychodził, ale od godziny pod 
strychem na schodach, niedaleko sypialni paziów cierpliwie czekał, zeszedł 
był właśnie przed chwilką i nić zdradziecką od zawiasy do zawiasy 
przeciągnął. Po czym umknął ku bocznym schodom, zbiegł na pierwsze piętro 
i wstąpił do izby panów Jakuba i Stanisława Karczewskich, dworzan 
królewskich, z którymi się już był poprzednio umówił i do pomocy w obławie 
zaprosił.
— Uważcie, waszmościowie — tłumaczył im swój zamysł — pójdziemy na przełaj 
ku baszcie, by łacniej widzieć, ktÓrą stroną urwisy będą zmykali, czy w 
prawo, czy w lewo biec poczną, już my ich dogonimy!
— Wstrzymajmy się jeszcze krzynę — rzekł pan Jakub — dajmy im zajść na 
miejsce, jeżeli, jak powiadacie waszmość, wszyscy przed chwilą byli 
jeszcze w sypialni, to widno albo są niewinni, albo też czekają sposobnej, 
czyli późniejszej godziny.
— Niech i tak będzie, wstrzymajmy się.
Widma zbrodniczych małżonków dokazywały dzisiejszego wieczora na szczycie 
baszty z prawdziwie szatańskim animuszem. Rzucały się sobie w objęcia, 
klękały, załamywały ręce, rozwiewały szeroko opony jakby olbrzymie 
skrzydła i fruwały jedno za drugim.
Nagle niższy upiór stanął.
— D m y truś, patrzaj no... wżdy to Odmiwąs do naszej baszty wali! Miesiąc 
mu prosto na twarz świeci...
— A ci dwaj pewnikiem pomocnicy... zmykajmy!
— A jak obstąpią dokoła?
— To przepadniemy. Ale może nie wiedzą o dziurze, to się uda. Zrzuć 
płachtę, bo się nogi plączą... rety... ino prędko... w pół schodów dziura, 
pamiętaj cegieł się chytać... potem skoczyć... trawa gęsta, nie będzie 
słychać.
— Biegaj ty wprzód.
Tupnęło coś głucho z tyłu baszty przy murze, puc... spadło coś długiego...
— Drała na lipę! Tam siedzieć, póki sobie nie pójdą.
Ochmistrz i bracia Karczewscy dobiegli tymczasem do furtki.
— Zostańcie waszmościowie na dole, ja sam po nich pójdę — rzekł Strasz i 
drapiąc się z trudem po zniszczonych schodach, krzyczał:
— Ha, zbereźniki przez sumienia! Nauczę ja was... uff!... upiory udawać... 
nauczę ja was... po nocach ludzi niepokoić... nauczę ja... panie Jakubie, 
trzymacie ich? Bo zbiegli z góry.
— Stoimy we drzwiach, nie ma tu nikogo — odpowiedziano z dołu.
— Niech pan Stanisław zajrzy pod schody, tam się ukryli.
— Pod schodami ino jakieś skorupy, więcej nic.
— A ja tu mam dwie płachty. Nie mogli uciec, trzeba szukać.
— Gdzież mamy szukać? Wżdy w baszcie ich nie masz.
— Oho, wracajcie, panie ochmistrzu, już tu nic po nas.
— A bo co?
— A bo dziura w murze tuż przy schodach.
— Piskorze przeklęte... myślicie, że was nie dostanę? — przez zęby syknął 
Strasz, po czym głośno dodał: — Dobranoc waszmościom i dziękuję za pomoc, 
choć się nie udało. Jutro, da Bóg doczekać, lepiej się powiedzie.
— Uhum, juści — zaszemrało na lipie — już ty swoje ucho pierwej uwidzisz 
niż upiory na baszcie.
— Poczekaj, D m y truś, nie złaźmy jeszcze, niech się ono biedaczysko spać 
położy, wtedy bezpiecznie pomkniemy do nory.
A pan ochmistrz ani myślał o spaniu, pobiegł, o ile mu astma pozwalała 
najprędzej, do sypialni "utrapionych zbereźników" (jak ich zawsze 
nazywał), poświeciwszy latarką, sprawdził zerwaną nitkę i pewny już 
zwycięstwa, drzwi otworzył... Potoczył wzrokiem po łóżkach, wszystkie 
zajęte.
— Czy mamidła jakie, czy ano ktoś obcy duchy udaje? — mrucązał kręcąc 
głową. Ale nie, wychodził któryś z izby, mam dowód niezbity... — i 
poświecił latarką nad pierwszym łóżkiem.
— Drohojowski... — szedł dalej i zaględał: — Szydłowiecki, Ostroróg, 
Czema, któryż to? Zakrył się z głową, ino mu czupryna sterczy... aha! 
Urwipołeć jeden... — szarpnął ze złością derkę, a słomiany manekin zleciał 
z łóżka, pozostawiając głowę na poduszce. Na drugim łóżku obok takaż sama 
lala, na ostatnim Konstanty Gedroyć chrapał, leżąc na wznak z otwartymi 
ustami.
"Tedy już sprawa jasna: Montwiłł i Boner. Że Jędrek, byłem pewny, ale ta 
niuńka litewska... kto by się był spodziewał!"
Wyśliznął się cicho z izby, latarkę opończą przysłonił, wsunął się w 
zagłębienie muru i czekał... Dość długo czekał, bo i chłopcy schowani 
wśród lipowych gałęzi bali się zleźć za wcześnie.
Wreszcie doleciał go jakiś szelest z dołu... ciche stąpanie... szepty... 
tłumione chichotanie... już wchodzą w korytarz... zbliżają się... 
zaświecił im latarką w same oczy:
— A to skąd Pan Bóg prowadzi?
— Chorość mię chyciła... wyszedłem otrzeźwić się na podwórze... — próbował 
bronić się Boner.
— Widzę, widzę — szydził ochmistrz z okrutnym uśmiechem śmiertelna to 
chorość i zaraźliwa... wedle oczu plamy czarne, a z gęby skóra białymi 
płatami odpada. Straszna zaiste niemoc! Wyglądacie obaj jak... upiory! 
Cha, cha, cha! Aa... baranki wy moje niewinne, przeciem was nareszcie 
wyłapał! Dziękowałem za służbę królowi jegomości, do kolan mu się 
kłoniłem, że mi już zdrowia nie staje, takowych basałyków być wychowawcąą, 
dziś jeszcze za powrotem ze wsi prosiłem pokornie, by mnie w łasce z 
urzędu usunął... Ciekawiście odpowiedzi miłościwego pana? Rzekł mi, że ani 
mowy, by miał puścić od siebie sługę wiernego, ino ci precz pójdą, których 
ja za najgorszych sprawiedliwie uznam. Śpijcie tedy smacznie, jutro 
pogadamy!
I wyszedł.
— Oj, Bożeż mój, Boże!... to dopiero nieszczęście... — jęczał Montwiłł — a 
jedenaście dni dobrze było... i cały gród trząsł się przed nami.
— Mądryś, nie ma co mówić — burknął ze złością Szydłowiecki — nie tego 
żałujesz, że cię ze służby wypędzą i sromotnie rodzicom odeślą, ino ci 
markotno, co dworska służba nie będzie kwikać na twój widok.
— Ale Jędruś może mieć pociechę — wtrącił Gedroyć — że chyba wszyscy 
jednogłośnie ustąpimy mu pierwszeństwa i uznamy go hetmanem naszym.
— Ani wątpienia — rzekł Drohojowski — choćby już dlatego, że jego figiel 
trwał najdłużej i co dzień mieliśmy wyśmienitą zabawkę.
— No tak, hetmanem został i pohetmani, gdy nam na kobiercu odprawę dadzą, 
a potem za bramy grodu wyrzucą, — A może się Odmiwąs ulituje — szepnął.
— On? Nigdy w świecie! Ty byś się ulitował, gdybyś był panem ochmistrzem i 
siedmiu urwipołciów za nos cię wodziło?
Jędruś Boner nie słuchał sprzeczki, słowa jednego nie przemówił, stanął w 
otwartym oknie, głowę oparł na rękach i łykał gorzkie łzy, wstydząc się 
płakać i jęczeć jak Czema. Smutne myśli snuły mu się po młodej głowie, a 
głupia psota przybierała w jego wyobraźni rozmiary zbrodni...
Obiją, napędzą, wyrzucą, dziadek tego chyba nie przeżyje... Król jegomość 
taki był nań zawżdy łaskawy, nie panem, a przyjacielem mu się okazował... 
znajomi zazdrościli dziadkowi, że prawą ręką miłościwy pan go nazywa, ach, 
co się stanie teraz!... Dziadkowi, kto wie, może król jeszcze kiedyś 
przebaczy, ale jemu... Coś mu w piersiach się szarpnęło, coś chwyciło za 
gardło... zapomniał, że już jest bardzo "duży", że ma lat czternaście, i 
po cichu zapłakał.
Naraz... przetarł oczy rękawem... skąd takie światło jaskrawe? Idzie od 
księżyca chyba... czerwone... co to takiego? Chłopcy! Jezus Maria! Pali 
się!
Przyskoczyli do okna.
— Gdzie, gdzie?
— Co takiego?
— Pali się! Patrzcie... naprzeciwko... w oknie kaplicy królowej, jakie 
migoty po szybach latają... zbierajcie się... na dÓł, co żywo, do 
sadzawki... porwijcie dzbanki, konwie, co napotkacie, krzyczcie, że gore, 
niech się służba pobudzi... ja biegnę prosto... będę wołał po drodze. Dmy 
truś, chodź ze mną! Tyś mocny... może zdolimy co uratować. Jezus... blask 
coraz większy... lećmy!
— Ot, pohetmanił nam pierwszy raz! — pomyślał Montwiłł patrząc, jak 
chłopcy cwałem zbiegli na dół po wodę, a on sam, posłuszny żołnierz, 
leciał za hetmanem w ogień.
Skręcili w korytarz północnego skrzydła, gęsty gryzący dym ciągnął się ku 
nim ciężko.
Przedarli się do antykamery... sześciu paziów, zaskoczonych we śnie, 
leżało pokotem na podłodze.
— Otwórz okno... pobudź ich, ja biegnę dalej!
W pierwszej komnacie Beatrycze de Macris, odurzona dymem, również 
nieprzytomna, leżała na szerokiej, kobiercem zasłanej ławie. Potrząsnął 
nią, nie mógł zbudzić... chwycił ze stołka mały kilimek, zasłonił nim rękę 
i zwijając się, jak iskra, wybił dwie szyby w oknie.
— Teraz może się ocuci sama... królowa najważniejsza... nie wolno 
wchodzić...
pewno łeb zetną... ale nie mam i tak już nic do stracenia...
Stanął we drzwiach sypialni i wrzasnął:
— Najmiłościwsza pani... raczcie się zbudzić i uchodzić czym prędzej... w 
kaplicy gore!
Tu najmniej było dymu i królowa na krzyk pazia od razu się obudziła.
— Kto woła? Co takiego?
— Ja... Boner, uciekajcie, najmiłościwsza pani... gore!
— Gdzie Beatrycze?
— Zaczadzona. Biegnę do pożaru!
Rzucił się z powrotem w korytarz. Paziowie cucili się z wolna, owionięci 
powietrzem, ale ani patrzał na nich, leciał prosto do kaplicy.
— Dmytruś! — — Jestem!
— Chodź! Tamci z wodą już są?
— Dopiero Gedroyć dwie konewki przyniósł, reszta jeszcze nie.
Drzwi już były otwarte, lecz prócz Kostusia Gedroycia nie zastali nikogo. 
Nie można było czasu tracić na budzenie służby.
— Och... co za skwar! Aha, ołtarz płonie... Kostuś lej, nie pytaj... 
chlupaj w górę... ot, Czema wodę niesie. Dobrze, lać co sił! Zalewać, 
gdzie największy płomień.
— Gryzie w oczy!
— Głupstwo! Lej! Ostroróg, woda? Lej! D m y truś, zmiłuj się... a skrzynia 
z relikwiami i naczyniem kościelnym...
— Matko Boska... za ołtarzem... nie dojdziemy!
— Co takiego? Chodź zaraz! Bierz od dołu... chyć dobrze...
— Kiedy mi łzy ciekną... nie widzę...
— Prędzej! Schyl się... wziąłeś już? No to chodź a, żywo, bo i mnie już 
coś strasznego się dzieje...
— Dla Boga... Jędruś! — wrzasnął Drohojowski i miast gasić płonący ołtarz, 
oblał Bonera strumieniem wody. Wielki czas było po temu, cały żupanik 
obsypany iskrami tlił się na dobre.
Zataczając się, dławieni dymem, z osmalonymi czuprynami, wysunęli się dwaj 
przyjaciele z ciężką skrzynią spoza ołtarza. Wtem... wielki srebrny 
lichtarz, rozgrzany płomieniem, runął z przepalonej mensy prosto na ramię 
Jędrusia, osunął się po ręce, znacząc ją krwawą pręgą.
Cudem jakimś nie omdleli w dymie, nie stracili przytomności, nie rzucili 
ciężaru mimo bólu i poparzenia i przedzierając się przez głownie, 
rozsypane po kamiennej posadzce, wynieśli skrzynię w bezpieczne miejsce. 
Któryś z kolegów podał dzbanek z wodą. Jędruś wyciągnął poń rękę, zatoczył 
się i padł jak kłoda. 
Tymczasem nadbiegli parobcy z wiadrami, cebrzykami, skopcami. Ogień 
wprawdzie zniszczył doszczętnie kaplicę, lecz nie puszczono go dalej, parę 
godzin jeszcze tliło się i dymiło, na rano było już po wszystkiemu.
A w izbie przyszłych wygnańców, na tych samych łóżkach, na których tej 
nocy jeszcze wysypiały się lalki słomiane, leżeli nieprzytomni i ciężko 
chorzy — Andrzej Boner i Dymitr Montwiłł, dwie ofiary pożaru. .
Twarz Jędrusia, popieczona, sczerniała i opuchnięta, obłożona była 
płóciennymi płatkami z gojącą maścią, na prawej ręce rana od rozpalonego 
lichtarza, na szyi i plecach czerwone znaki.
Dmytruś mniej ucierpiał, ale nałykawszy się gorącego dymu i opaliwszy 
włosy do żywej skóry, dostał także gorączki, rzucał się po łóżku z 
krzykiem i wyrywał się do pożaru. Kuba i Nastusia trzymali go z całej siły 
i gwałtem wlewali do ust lekarstwo na uspokojenie, przepisane przez pana 
magistra Krabatiusa.
Bardzo smutno wyglądała sypialnia małych rozbójników, tak niedawno jeszcze 
pełna gwaru i śmiechu. Król jegomość do łez był rozczulony bohaterstwem 
malców, zwłaszcza gdy się dowiedział bliższych szczegółów, jak dzielnie i 
z zimną krwią sprawiał się Boner od pierwszej chwili aż do końca. Królowa 
zaś wyrażała się z wielkim uznaniem i łaskawością o paziach, a najmilej o 
Jędrusiu.
Strasz w jednej chwili zapomniał o swej ciężkiej obrazie i sprawiedliwej 
pomście i prawie nie odchodził od biednych chorych.
Stary Boner przybiegł w nocy jeszcze.
— Precz wyrzucą... wypędzą... — majaczył Jędruś. — Panie ochmistrzu... 
nigdy nie darujecie? ... Głowę zetną... o jakaż ta skrzynia ciężka... 
Najjaśniejsza pani, uciekajcie!... Oj, skończyło się paziowanie... już 
nigdy miłościwego pana nie zobaczę!
A spod białych szmatek na twarzy spływały wielkie gorące łzy.
— Dziecko moje, wnuczku umiłowany... śpij spokojnie, wszystko będzie 
dobrze!
— Oj, nie będzie, dziadusiu, nie będzie... pan ochmistrz... Czemu stoisz 
jak głupi i nie zalewasz? ... Ława się pali... nie widzisz? ... Kto 
zbudził królowę? .., Ja. Gniewa się miłościwy pan.? ... Cóżem miał 
robić... Wypędzą i tak... precz pójdę...
— Nie pójdziesz, nie, słyszysz, ja także jestem przy tobie.
— Pan ochmistrz? — trochę przytomniejszym głosem spytał chory.
— Ja tu jestem i przyrzekam ci, że cię nikt nie wypędzi, rozumiesz? 
Zostaniesz nadal i ty, i twoi przyjaciele. Już się wcale nie gniewani.
— Ani król jegomość?
— Ani król jegomość. — I Dmytruś zostanie?
— I Dmytruś, i wszyscy, król bardzo łaskaw, lubi was, rozumiesz?
— Lubi nas... — powtórzył Jędruś, odetchnął głęboko i... usnął.
Zakończenie
Upłynęło przeszło pół roku. Książę Albrecht nasyłał posłów za posłami, 
korzył się i błagał króla polskiego o wysłuchanie gorącej jego prośby i 
nadanie mu prowincji pruskiej w lenno dziedziczne. Zygmunt odraczał 
odpowiedź z miesiąca na miesiąc, wahał się, walczył sam z sobą. Wreszcie 
serdeczna dobroć, wrodzona Jagiellonom, zwyciężyła, zgodził się. Erhard 
Queiss, biskup pomezański, ostatnie poselstwo sprawujący, odwiózł pomyślną 
odpowiedź Albrechtowi.
Ułożono i spisano warunki następujące:
Pokój między Prusami Zakonnymi a Koroną Polską. 
Wzajemny zwrot miast i zamków pobranych oraz amnestia dla poddanych 
obopólnych, obwinionych o zdradę. 
Złożenie hołdu lennego. 
Margrabia brandenburski Jerzy, w imieniu własnym i braci, dotknie przy 
hołdzie chorągwi, uzyskując w tym następstwo, w razie wygaśnięcia 
potomków męskich Albrechta. Dopiero po wymarciu całego rodu Albrechta i 
braci lenno powraca do Korony. 
Król zapewnia Prusom Książęcym prawa i opiekę. 
Książęta nie będą mogli drogą sprzedaży, zastawu lub innych układów 
uszczuplać swego lenna. 
Książę obowiązany jest w razie wojny stawać królowi z pomocą stu 
jezdnych. 
Jakie były uczucia króla Zygmunta po załatwieniu ostatecznym tej sprawy, 
niepodobna było dociec, nawet ci z senatorów, z którymi żył najbliżej, 
Tęczyński, Kmita, biskup Tomicki, hetmanowie Tarnowski i Firlej, nie 
umieli poznać z jego mowy ani wyczytać z twarzy, czy rad albo strapiony. 
Małomówny zwykle, teraz był jeszcze bardziej zamknięty w sobie i prawie 
nieprzystępny.
Dzień hołdu naznaczono na dziesiątego kwietnia 1525 r.; ósmego pod wieczór 
zjechał książę Albrecht z braćmi, z biskupem pomezańskim i kilku 
najstarszymi rycerzami rozwiązanego Zakonu. Hrabia Kuno von Bergow był 
między nimi także.
By okazać siostrzanowi, że o wszystkich jego dawniejszych przewinieniach 
naprawdę zapomniał, a dziś widzi w nim tylko bliskiego krewnego, 
przyjaciela i wiernie oddanego wasala, król Zygmunt zarządził jak 
najwspanialsze przyjęcie na zamku w dniu przyjazdu, zaś ucztę wieczorną po 
złożeniu hołdu, w której uczestniczyć miało wielu książąt zaprzyjaźnionych 
tak z królem polskim, jak z księciem pruskim, a także posłowie sąsiednich 
mocarstw.
Będąc zapalony ni myśliwym i wiedząc o Albrechcie to samo, umyślił dlań 
zabawę łowieckę, gdy na prawdziwe łowy w Niepołomickiej Puszczy za mało 
już było czasu. 
Właśnie przed kilku dniami przysłano z Litwy do Krakowa niebywałej 
wielkości niedźwiedzia, którego ze względu na olbrzymią siłę i dzikość 
zamknięto w skrzyni dębowej okratowanej i tak z niemałym kłopotem 
kilkadziesiąt mil prowadzono.
9 kwietnia rano wielki łowczy oczekiwał w zwierzyńcu królewskim na 
przybycie najjaśniejszych państwa i ich gości. Miano wypuścić niedźwiedzia 
do zwierzynieckiego lasku, poszczuć psami, po czym każdy z myśliwych, 
uzbrojony w oszczep, miał baczyć, w którą zwierz stronę poskoczy, by albo 
nań godzić samemu lub stanąć do pomocy sąsiadowi w razie niebezpieczeństwa.
— Dziwno mi na takiej zabawie niewiasty spotykać — rzekł książę Albrecht 
do królowej, obok której jechał. — Miłościwa pani za małe i za słabe 
rączki macie do oszczepu.
— Ani mi to w myśli postało starożytną boginię Dianę naśladować i waszym 
miłościom w drogę wchodzić. Choćbym nawet z przyrodzenia tak wielką 
dzielność miała w sobie, pan mój i małżonek nigdy by na tak niebezpieczne 
igraszki nie zezwolił. I to mi się z trudem ledwie udało wyprosić, że tu 
jestem i z dala przebiegowi zabawy przyglądać się mogę.
— Wyznaję, że na niedźwiedzia mało polowałem — mówił książę — toteż 
pierwej popatrzę, jak doświadczeńsi poczynać sobie będą, a dopiero sam 
spróbuję.
— Lauretto i ty Lukrecjo, wiem, że wam serce słabnie od strachu — rzekła 
śmiejąc się Bona do swych panien — zesiądźcie więc z koni i wyjdźcie na 
ganek w domu dozorcy, tam bezpiecznie przypatrywać się można. Tak wysoko 
niedźwiedź nie wyskoczy, chybaby upodobał sobie którą z was na śniadanie.
— Jeżeli najjaśniejsza pani istotnie nie ma nic przeciw temu, to wolimy 
być jak najdalej od tej potwornej bestii — wdzięcznie rękę królowej 
całując rzekła Lukrecja.
— Spieszcie się, bo ano już psy ze smyczy spuszczają — a zwracając się do 
paziów stojących przy jej koniu i trzymających go z dwóch stron za uzdę, 
dodała: — Niech który skoczy pomóc paniom, a potem wierzchowce odeśle do 
stajni.
— Idź ty — szepnął Montwiłł do Bonera — nie chce się mnie patrzeć na 
takowe gęsi, co byle czego zaraz się boją.
— Gdzież klatka? — spytał książę jednego z naganiaczy.
— Tam na prawo w krzakach. Zaraz go wypuszczą, straszny zwierz, stary 
samiec...
i czterech się nie zlęknie, pilno trza dawać pozór.
Ustawiono myśliwych w wielkie koło; chłopi z oszczepami stali w pobliżu, 
gotowi na zawołanie, drudzy krzykiem, trąbkami i gwizdkami mieli drażnić 
niedźwiedzia i kierować go na myśliwych, gdyby nie miał humoru do walki.
Konie, poczuwszy dzikie zwierzę, strzygły uszami i wstrząsały się nerwowo.
Korzystając, że królowa rozmawia z wielkim zajęciem z hetmanową Tarnowską 
i z podkomorzyną Ożarowską, Boner spytał cichuteńko:
— Dmytruś... nie cierpnie ci skóra.?
— Taj czego? Chyba ze złości, że tak daleko stoimy. Co tu człowiek uwidzi?
— A jakby na nas wyskoczył? Wżdy broni nie mamy nijakiej.
— Et, czy to jest sprawiedliwość na tym świecie! Lada jaki Krzyżak to ci 
poczesne stanowisko dostał i oszczepy dwa do zmiany, a ty stój wedle 
konia, jak baba, i trzymaj go przy pysku. Ot, tobie szczęście czubate!
— Tak ci się ino zdaje, a jakby przyszło co do czego, pewno byś umykał, to 
przecie straszny zwierz, widziałem go.
— A skąd on się tu wziął? Nu skąd? Tak z Litwy. Biedny ano kraj, nawet na 
własne niedźwiedzie go nie stać. U nas w Kołtuniszkach, choć prosty 
szlachecki dom, to jeden jest u bramy na łańcuchu, coby strzegł od 
złodziei. A u pana podstolego w Bajdunach, kto drwa rąbie do piekarni? 
Taże niedźwiedź, za parobka go mają. A ona, znaczy się niedźwiedzica, to 
znowuż jest za dziewkę, do stołu posługuje. Ino jak ciasto na miodzie 
upieką, to w szopę oba trza zamykać, bo z rąk wydzierają i ryczą strasznie.
Raz pani podstolina zapomniała się i szła bez podwórze, piernik 
pogryzając. Miśka hyc za nią; dogoniła i odbiera gwałtem. Tak pani ją 
kułakiem w pysk raz i drugi, dobrze co rękę ma ciężką, bo ledwie że 
odegnała.
— Jakże to... a niedźwiedzica nic?
— Coże miała robić, uciekała skomląc jak pies. Ale co kawał piernika 
udarła, to udarła.
Po prawej ręce króla Zygmunta stał w pewnym oddaleniu jeździec i myśliwy 
zawołany, Hieronim Ożarowski, podkomorzy królewski, blisko niego łowczy 
wyznaczył stanowisko księciu Albrechtowi, dalej był Janusz Tarło, hrabia 
von Bergow, hetman Tarnowski, inni panowie polscy i goście z Prus, 
cesarstwa i Węgier.
Z lewej strony króla harcował Stańczyk, wielki lubownik polowania.
— Pomnij waść — rzekł doń król żartobliwie — że na twoich ramionach losy 
łowców spoczywają, i pokaż, co umiesz.
— A moją służbę tymczasem kto pełnić będzie? — odciął błazen — pewnikiem 
któremu z twych zaufanych rajców ten urząd powierzyłeś odwdzięczając pomoc 
w układach z jutrzejszym lennikiem.
Zygmunt udał, że nie słyszy, i zwrócił się w stronę wielkiego łowczego, 
który, pokłoniwszy się nisko miłościwemu panu, dał umówiony znak parobkom.
Odsunięto zakratowaną ścianę klatki, lecz niedźwiedź, przemęczony drogą i 
ciasnym więzieniem, leżał z łbem spartym na łapach, ani myśląc się ruszyć. 
Zbliżyli się naganiacze z tyłu klatki i poczęli tłuc w nią kijami, 
krzyczeć, piszczeć. Zwierz zachowywał się obojętnie. Puszczono psy... lecz 
te zoczywszy potężnego nieprzyjaciela nierade narażać skóry, szczekały 
tylko zajadle... z daleka. Któryś z pachołków zaciął je harapem... stuliły 
pod siebie ogony i uciekły w krzaki.
Wreszcie ktoś rzucił oszczepem, byle tylko ukłuć i podrażnić niedźwiedzia.
To poskutkowało, mruknął groźnie, wysunął się ze skrzyni na czworaku i 
patrzył ospałym okiem na gromadę chłopów z oszczepami. Pachołek pana 
łowczego, sprytny i mniej od innych tchórzliwy, przystąpił z boku i 
śmignął niedźwiedzia batem... trafił w ucho, co zadało zwierzowi ból 
dotkliwy. Porwał się z rykiem na tylne nogi i tak wyprostowany, ogromny, 
szedł prosto na Ożarowskiego, jakby rozumiejąc, że ten właśnie jest mu 
godnym przeciwnikiem.
Podkomorzy cisnął oszczepem z wielką zręcznością i siłą i byłyby się na 
tym jednym rzucie łowy zakończyły, bo mierzył prosto w piersi, lecz 
równocześnie gdy grot zabójczy biegł z ręki myśliwego, niedźwiedź potknął 
się na grubym korzeniu, sterczącym wśród mchu i padł na cztery łapy... 
oszczep przeleciał mu nad głową. 
Teraz jakoś i psy podszczuwane i batem Pędzone, zdobyły się na odwagę, 
doskoczyły całą hurmą i jęły targać niedźwiedzia za kudły. Odwrócił się, 
pochwycił najbliższego, zdusił w łapach jak muchę; porwał drugiego za kark 
i wyrżnął nim o ziemię, trzeciego za tylne nogi i łeb mu o drzewo 
roztrzaskał, reszta skomląc uciekła.
Tymczasem i myśliwi nie próżnowali, nim się niedźwiedź z trzema psami 
rozprawił, już w nim tkwiły dwa oszczepy, jeden z ręki króla, a drugi 
Tarnowskiego. Rycząc, otrząsnął się kilka razy, wyrwał oszczepy z ran i 
już rozwścieczony biegł z rozpostartymi łapami na myśliwych, obierając 
sobie tym razem księcia Albrechta. Ów skoczył raźno z koniem, zamierzył 
się celując w szyję, lecz chybił nieco, oszczep drasnął tylko niedźwiedzia 
znowu w najboleśniejszy dlań sposób, bo w ucho.
Teraz nie było żartów, rozjuszony zwierz walił potężnymi łapami na 
wszystkie strony.
Koń Tarły nie chciał słuchać ani stać spokojnie, w strachu rzucił się do 
ucieczki, musiał jeździec zeskoczyć i pieszo biegł na niedźwiedzia. Ten, 
nie namyślając się długo, rzucił się nań, wytrącił mu oszczep z ręki, 
powalił myśliwca na ziemię i byłby go poszarpał na sztuki, gdyby chłopi 
nie doskoczyli kłując bestię ze wszech stron, odwrócili złość jej od mocno 
już poturbowanej ofiary.
I znowu pędził niedźwiedź na oślep... Ożarowski drogę mu zabiegł, lecz 
zanim nawet mógł oszczep ścisnąć w dłoni, już leżał raz cm z koniem na 
ziemi. Niedźwiedź biegł dalej, napotkał Stańczyka, ten nie czekał 
bynajmniej na nieprzyjaciela i czmychnął z wielką skwapliwością. Lecz po 
nierównej leśnej ścieżce nie mógł pędzić, niedźwiedź go dogonił, a koń, 
odrzucony silnym uderzeniem łapy, upadł na bok, przygniatając sobą 
jeźdźca. Mimo kilkunastu ran i utraty krwi, niedźwiedź nie dawał jeszcze 
za wygraną i walił w swoim wściekłym biegu ludzi po drodze, jak snopy.
Poroztrącawszy kilku jeźdźców, pędził znowu z rykiem w stronę, gdzie w 
towarzystwie kilku odważnych niewiast przypatrywała się łowom królowa. 
Spłoszyły się konie, zaczęły uciekać, skakać, dęba dawać, wierzchowiec 
Bony, z natury bardzo drażliwy, nie dał się paziom utrzymać, wspiął się na 
tylne nogi, potem skoczył gwałtownie naprzód, padł na kolana i królową z 
siodła zrzucił. Wielkie jej życiu groziło niebezpieczeństwo, bo niedźwiedź 
był tuż, lecz nadbiegli chłopi i dobili go oszczepami.
Przerażeni chłopcy, niosącą prawie, doprowadzili najjaśniejszą panią do 
miejsca, gdzie stały lektyki przygotowane na wszelki wypadek. Zabrały one 
prócz królowej i Janusza Tarłę, któremu niedźwiedź bardziej jeszcze dał 
się we znaki. Lecz że potłuczenia nie były niebezpieczne, przeto w dobrych 
humorach, wesoło gwarząc, wracano do Krakowa. Stańczyk skrzywiony, kwaśny, 
bo go boki bolały, wlókł się na swym również poturbowanym koniu za innymi. 
Zygmunt obejrzał się szukając go oczyma, żal mu było biedaka, lecz trochę 
mu chciał odpłacić za dogryzek raniejszy, więc przystanął chwilę i gdy 
niefortunny myśliwiec z nim się zrównał, rzekł doń ze śmiechem:
— Pięknieś mi się waszmość spisał, prawdziwie nie jako szlachcic, lecz 
jako błazen, kto słyszał przed zwierzem uciekać?
— Czyli ci się nie zda, królu — rzekł Stańczyk cierpko — że większym jest 
błaznem ten, co mając niedźwiedzia w skrzyni, sam go wypuszcza na własną 
szkodę?
Nazajutrz, ledwie świtać poczęło, już cieśle i rymarze krzątali się na 
rynku.
Między ratuszem a kościołem św. Wojciecha, trochę w skos od wylotu ulicy 
Brackiej, budowano wielką, szeroką, a na osiem stopni wysoką trybunę, na 
której starszyzna senatorów otaczać miała tron Zygmunta przyjmującego hołd 
pierwszego księcia pruskiego, wczoraj jeszcze Wielkiego Mistrza Krzyżaków, 
Albrechta.
Zbijano deski mocno i układano je na kozłach i belkach, by mogły utrzymać 
bezpiecznie ciężar kilkudziesięciu ludzi. Gdy już rusztowanie pokryto 
podłogą i umocowano stopnie, wzięto się do obijania trybuny czerwonym 
suknem, którego dziesięć postawów z grodu na wozie razem z innym 
potrzebnym do uroczystości sprzętem przywieziono.
W miarę postępu roboty powiększała się gromada gawiedzi ulicznej, 
przyglądającej się ciekawie przygotowaniom.
Ustawiono krzesło tronowe z rzeźbionymi w drewnie i złoconymi ozdobami, 
samo zaś siedzenie i oparcie obite było poduszkami krytymi złotolitym 
adamaszkiem. Wysoko ponad tronem, tak by ni królowi, ni stojącym rycerzom 
lub senatorom w niczym nie zawadzał, rozpościerał się baldachim z grubej 
materii szkarłatnej złotem haftowanej, ze złotą frędzlą i takimiż 
chwastami.
Hejnał na wieży Mariackiej otrąbił już jedenastą, gdy w tłumie zebranych 
na rynku i wśród dostojniejszych widzów mieszczańskich, którzy obsiedli 
ganek Sukiennic i okna przeciwległych domów, wszczął się ruch i gwar:
— Jadą... jadą! — powtarzano sobie z ust do ust.
Jakoż Grodzką ulicą kroczył blisko dwutysięczny zastęp zbrojnych z 
rusznicami, dzidami, berdyszami. Otoczyli oni podwyższenie, a część ich 
rozwinęła się dwoma rzędami, tworząc szeroką drogę ku zamkowi. Postępowało 
nią przodem dwunastu świetnie przybranych trębaczy, za którymi jechał 
senat. Więc w srebrzystej zbroi Jan Tarnowski, hetman wielki koronny, a 
obok niego wielki hetman litewski, kniaź Ostrogski, z długą siwą brodą, 
który w zadumie pokręcał zawiesistego wąsa. Pan Firlej, wojewoda 
sandomierski, a od niedawna hetman polny, miał pod sobą gniadego dzianeta, 
co lekko stąpał równie bogato strojny, jak sam jeździec. Na siwym koniu 
jechał obok Przecław Lanckoroński w pełnej zbroicy i wielkim dwuskrzydłym 
hełmie.
Ogromną chorągiew purpurową ze srebrnym orłem wiózł na wysokim drzewcu 
zatkniętym w tuleję u strzemienia, pan z Tęczyna, wojewoda krakowski, a 
Hieronim Łaski trzymał oburącz wielki miecz państwa, dwóch paziów 
prowadziło mu rumaka.
Jabłko i berło wiózł na poduszce kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, temu 
również paziowie królewscy wiedli wierzchowca. Kmita z laską marszałkowską 
jechał przy nim dumnie w bok podparty. Za panami świeckimi szła poszóstna 
kolasa, a w niej prymas Łaski i ksiądz Piotr Tomicki, biskup krakowski, a 
zarazem podkanclerzy koronny.
Naprzeciw nich znajdował miejscąe w kolasie ksiądz Andrzej Krzycki, biskup 
przemyski, ktÓry na starość zajść miał wysoko, bo aż na tron prymasowski.
Potem szóstkami szło odświętnie przybranych stu paziów królewskich, pod 
nadzorem imci pana Stanisława Odrowąża Strasza.
Siedmiu przyjaciół, przed kilku miesiącami przedmiot wyrzekań pana 
ochmistrza, a dziś jego cąhluba i wzór stawiany innym do naśladowania, 
trzymało się razem. Jędruś Boner, raz na zawsze hetman uznany, przewyższał 
kolegów pilnością, karnym posłuszeństwem rozkazom pana Strasz a i tak 
roztropną a bystrą usługą, że wprost nie miał sobie równego. Oboje 
królestwo dopominali się o niego często i darzyli wielką łaskawością. 
Szydłowiecki, Ostroróg, Montwiłł, Czema, Gedroyć i Drohojowski szli tedy w 
jednej szóstce, a zaraz w następnej Boner, by móc im szeptać w ucho swe 
spostrzeżenia i uwagi.
— Widziałeś — szepnął Gedroyć korzystając, że pochód z przyczyny paru 
płochliwych koni musiał na chwilę przystanąć — jak się ten Jerzy 
brandenburski wystroił?
— Margrabia? Co mu to pomoże, pierwszy lepszy dworzanin naszego pana 
bardziej na księcia podobny niż on.
— Już wolę Albrechta — dorzucił Drohojowski — ten przynajmniej rycerską ma 
postać.
— Ino że w oczy nie patrzy prosto — rzekł Boner — wczoraj na polowaniu i 
potem na uczcie, niby i wesoły był, i gadał z panami, a one oczy to mu tak 
na boki uciekały, aż dziwno.
— A tenże twój, coś go brodami krzyżackimi poczęstował?
— Nie poznał mnie. Wżdy już pół roku minęło i blizna pod okiem widno mi 
twarz zmieniła, bo patrzał na mnie, o piwo przy wieczerzy prosił, a 
nijakiej złości nie okazał.
— Ach.., czy oni wszyscy mogą się nawet mierzyć z naszym najmiłościwszym 
królem! — zawołał Ostroróg. — Kto raz nań spojrzy, musi przyznać, że to 
pan z panów, z dziada pradziada wielki monarcha. To mi szczęście pod jego 
berłem urodzić się! Dla niego żyć, jemu służyć, za niego umrzeć, tak chcę 
i tak mi Panie Boże dopomóż!
— Cicho, Mikołka! Pan ochmistrz zauważył nasze gadanie, marszczy brwi, 
umilknąć trzeba.
Król Zygmunt dziwnie był tego dnia ponury. Uległ wprawdzie głosowi krwi i 
dobrotliwego serca, lecz mądrość jego i tylokrotne doświadczenie mówiły 
mu, że może przyjdzie chwila, w której następcy jego winić go będą o 
słabość. Stało się, nie pora teraz na rozmysły.
Strojny szatą szkarłatną, przetykaną w złote kwiaty, okryty płaszczem ze 
złotogłowiu, na skroniach miał czerwoną aksamitną czapkę obszywaną 
perłami, którą w uroczystej chwili miała zastąpić korona, na szyi łańcuch 
wyrabiany wzorzysto. Siwego rumaka, który szedł pod nim dumnie, prowadzili 
masztalerze, a nad królem niesiono baldachim.
Obok ojca ukazywał z lektyki dziecięcą rozbawioną twarzyczkę czteroletni 
Zygmunt August, któremu pieszo towarzyszył ochmistrz Opaliński.
Za królem pan Janusz Tarło niósł zwinięty i złocistymi sznurkami owiązany 
sztandar lenny Prus Książęcych, który w chwili hołdu miał Zygmunt wręczyć 
Albrechtowi.
I znowu stu paziów poprzedzało królowę. Otaczały ją wszystkie damy 
dworskie, wystrojone z największym przepychem. Bona jednak gasiła dwór 
swój cały majestatem urody i wspaniałością jasnozielonej, przetykanej 
srebrem i obszywanej klejnotami szaty. Nawet czaprak na jej białym rumaku 
mienił się w słońcu od drogich kamieni.
W przystojnym oddaleniu za królową postępował barwnie odziany tłum 
dworzan, a rota halabardników zamykała pochód.
Oto w zacnym ubierze i w złotej koronie
Siadł pomazaniec boży na swym pańskim tronie,
Jabłko złote i złotą laskę w ręku mając,
A zakon Nawyższego na łonie trzymając.
Miecz przed nim srogi, ale złemu tylko srogi,
Niewinnemu na sercu nie uczyni trwogi.
Pod baldachimem, po lewicy króla, zajął miejsce Zygmunt August, którego 
pan Opaliński trzymał na krześle, by dziecko wszystkiemu lepiej napatrzyć 
się mogło.
Za królem stali gromadnie panowie, a u stóp tronu rozsiadł się nieodstępny 
Stańczyk. Nogę założył na nogę, brodę podparł na dłoni i patrzył przed 
siebie, jakby nic nie widział. Cierpki był, snadź chmura, przesłaniająca 
królewskie oblicze, cieniem padła i na czoło błazna. Uszata czapka, 
brząkająca dzwonkami, dziwnie wyglądała przy tej posępnej twarzy, na 
której malował się ból i troska.
Opodal, na wprost tronu, na podwyższonym krześle siadła Bona, obok niej 
stały damy dworskie. W pobliżu królowej zajęli miejsca goście przybyli na 
uroczystość i posłowie: cesarski i węgierski.
Na niższych stopniach trybuny widać było podskarbiego koronnego w 
złocistym czepcu na włosach i zielonej szubie podbitej sobolami. Miał on, 
Ówczesnym zwyczajem, po dokonanym hołdzie pomiędzy tłum zalegający rynek 
rzucać garściami na pamiątkę złote monety z misy, którą przed nim oburącz 
dzierżył brodaty pachołek.
Poprzed hufcem zbrojnych stając, otoczyli paziowie podwyższenie dokoła. 
Montwiłł naturalnie tuż obok najmilszego sercu swemu Bonera. 
— Fatrzaj no, Jędruś — szepnął — czego oni wszyscy tak zafrasowali się? 
Kniaź Ostrogski wąsy przygryza, jako zawżdy w złości zwykł czynić, pań 
Tarnowski chory czy co, blady a skrzywiony, aż niemiło pojrzeć.
— A pań Firłej jeszcze gorszy — odparł Jędruś — przymknął oczy, jakby 
nierad widział, co się dzieje.
— No, a Stańczyk — zauważył Szydłowiecki — zamiast wyskakować a dzwonkami 
brząkać, to się ano skurczył we czworo i raczej na płacz mu się zbiera.
— Chyba co nie na rękę poszło królowi jegomości, boć i on nie taki jak co 
dzień. Brwi marszczy, aż mu się do cna zeszły na czole. Jeszczem go tak 
posępnym nigdy nie widział.
Stosownie do zwykłego w takich razach ceremoniału, wystapili przed króla: 
ksiądz Erhard Queiss, biskup pomezański, i Heydeck, kanclerz książęcy, 
prosząc wśród głębokich ukłonów o dopuszczenie księcia do hołdu. Biskup 
Tomicki przybrany już w infułę i kapę, z pastorałem w ręku, dał imieniem 
króla odpowiedź przyzwalająca. Tarło, przystapiwszy do tronu, rozwinął 
chorągiew pruska.
— Nu, można pochwalić, piękna chorągiew! — rzekł Dmytruś. — Tło biało 
adamaszkowe lśni się w słońcu jak srebrne.
— Jakiż ten orzeł? Tak wiatr zawija sztandar ku Sukiennicom, że nic nie 
widzę.
— Ano czarny, jednogłowy, szpony złote.
— A co to złotego na szyi?
— Nie dojrzę... aha... korona złota.
— Czemu tak?
— Widno, coby mu się kiedy nie przyśniło z polskim orłem równać, tedy nie 
na głowie, a na szyi wolno mu nosić koronę.
— A na piersiach srebrna litera S, prawda?
— Aha, a wiesz, co to znaczy? Pamiętaj po wiek wieka, że polskiemu królowi 
wszystko zawdzięczasz. Sigisnumdus twym panem a dobrodziejem!
— I bez tego nie zapomni, wżdy ostatnim przeniewierca byłby.
Wśród huku trąb i bicia we wszystkie dzwony szedł po stopniach wzniesienia 
książę Albrecht z braćmi.
Miał na sobie polerowana zbroję rycerska, a dostojeństwo książęce 
znamionował jedynie wspaniały płaszcz z białego brokatu, z szerokim 
kołnierzem gronostajowym. Kraj płaszcza nieśli dwaj strojni paziowie. Pół 
kroku za nim stąpał Jerzy, margrabia brandenburski, i najmłodszy z braci, 
Kazimierz Hohenzollern.
Margrabia, zwalisty, rudobrody, z szeroka czerwonawa twarzą, wystroił się 
w białe i błękitne atłasy. Kazimierz, młody i wytworny, miał na sobie 
aksamitna fioletowa szatę z żółtym płaszczykiem i takimiż nogawicami.
Wszyscy trzej zatrzymali się na kilka kroków przed tronem i oddali 
królestwu niski pokłon, po którym już głów nie nakryli.
W całej postawie Albrechta przebijała się natura krzyżacka, obłudna i 
butna zarazem, której nie zwlókł z siebie, wraz z habitem ostatni Wielki 
Mistrz mnichów, co:
Nie pomny dobrodziejstwa dopiero wziętego
Obrócili swe groty, nad ludzkie nadzieje,
Nie na pogany, ale na swe dobrodzieje,
Psów przykładem wyrodnych, którzy z wilki maja.
Dobry pokój, a stado zmierzone drapaja.
Na łaskawe skinienie króla Albrecht zbliżył się i ukląkł na oba kolana. 
Monarcha i lennik spojrzeli sobie oko w oko, pod przenikliwym wzrokiem 
Zygmunta, który zdawał się pytać: dotrzymasz ty przysięgi? — zmieszał się 
książę pruski i spuścił oczy, a głowa jego łysiejąca i twarz wyniosła, 
okolona czarna broda, pochyliła się ku ziemi, Dźwignął ją dopiero, by 
prawicę na otwartej Ewangelii położyć, a lewicą ująć sztandar podany ręka 
królewska. Powiek nie śmiał jednak podnieść na swego pana i króla; 
bezdźwięcznym głosem powtarzał słowo za słowem rotę przysięgi, którą mu 
czytał biskup Tomicki:
— Ja, Albrecht, książę pruski, margrabia brandenburski, ślubuję i 
przysięgam Bogu wszechmogącemu, iż począwszy od tej chwili, wiecznie chcę 
być wiernym, podległym, lennym i posłusznym, wraz ze wszystkimi swymi 
podwładnymi duchownymi i świeckimi, najjaśniejszemu i najpotężniejszemu 
monarsze i panu, Zygmuntowi Królowi Polskiemu, jego następcom i Koronie 
Polskiej w zupełności, a to jak przystoi na pokój miłującego lennego i pod 
hołdem zostającego ksiażęcia i według stosunków uporządkowanych. Tak mi 
dopomóż Boże w Trójcy jedyny przez Twe Święte Ewangelią.
KONIEC KSIĄŻKI