KORNEL MAKUSZYŃSKI 
SZALEŃSTWA PANNY EWY 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
w którym autor jest zdumiony i przerażony, albowiem stał się wspólnikiem 
niezliczonych zbrodni 
Ja, Kornel Makuszyński, nieszczęsny autor Panny z mokrą głową i posępny autor 
Awantury o Basię, siedziałem spokojnie w zacisznej komnacie, rozmyślając nad jedną jeszcze 
powieścią dla „dorastających panienek” 
Jest to sprawa wymagająca niezmiernego wysiłku ducha. Uczeni wiedzą, co się dzieje 
na Marsie, jakie minerały znajdują się na księżycu, jaka jest temperatura słońca i ile waży 
ziemia. Wiedzą filozofowie, co się odbywa w ludzkiej duszy i dlaczego człowiekowi śni się 
właśnie kobieta z długą brodą, a nie piec grający na harfie. Największy jednak uczony, 
najsłynniejszy nawet filozof nigdy nie widział, nie wie i nie będzie wiedzieć do skończenia 
świata, co się dzieje w kolorowej duszy” dorastającej panny”. Jest to niezgłębiona tajemnica. 
Miałem przeto głowę w chmurach zadumany i od czasu do czasu wydawałem 
siedmiozgłoskowe westchnienia. Na biurku leżały białe niezapisane karty papieru, a potężny 
kałamarz nalany po brzegi czekał cierpliwie i czarnym okiem spoglądał, czy pióro jak bocian 
zanurzy w nim dziób. Czekałem na tę wspaniałą chwilę, w której z udręczonej mojej głowy 
wyskoczy „dorastająca panienka”, jak Pallas Atene z dostojnej, kędzierzawej i brodatej głowy 
Zeusa. 
Zamiast „dorastającej panienki” wtoczyła się do mojej komnaty niewiasta służebna, 
nosząca przedziwnie wonne imię Narcyza. Powiedziałem „wtoczyła się” i nie cofnę tego 
słowa. Narcyza tym tylko różniła się od armaty, że sama zajeżdżała na pozycję, bez pomocy 
trzech par tęgich artyleryjskich rumaków. Poza tym miała wygląd burzącego działa, głos 
potężnej kolubryny i jej straszliwe zwyczaje. Na jej widok uleciały myśli, krążące nad moją 
biedną głową jak złote pszczoły, a cisza skuliła się w kącie jak przerażony pies. Nigdy imię, 
złożone z pięciu śnieżystych płatków i złotego oka, nie zostało nadane z większą 
lekkomyślnością. Kobieta ta powinna była nosić imię wulkanu, a nie kwiatka. 
Spojrzała na mnie z wysoka i rzekła głosem tak czarnym, że smoła kapała z niego 
ciężkimi kroplami na prawie perski dywan: 
- Przyszła jakaś taka i takie coś... 
Każdy inny, nie znający przedziwnych obyczajów tej armaty, niecierpliwymi 
pytaniami otworzyłby bramę piekła i wyzwoliłby najmniej siedmiu ognistych szatanów. Z tą 
lubą istotą należało postępować oględnie, ze wzniosłem spokojem, z beznamiętną 
cierpliwością i z wyrozumiałością mędrca, albowiem luba istota czekała pożądliwie okazji do 
piekielnej awantury. Należy wiedzieć o tym, że jej wroga i zuchwała postawa wobec świata i 
wszystkiego, co żywe, pochodziła z bolesnej udręki i ciężkiego zawodu. Od owego dnia 
gniewu i klęski, w którym wierna przyjaciółka „odbiła” jej narzeczonego, dusza rzewnej i 
tkliwej Narcyzy obrosła kolcami jako jeż. Szczególną nienawiść poczęła żywić do wszelkiego 
stworzenia rodzaju żeńskiego. Znając te piekielne tajemnice wiodłem z nią dialog nie jak z 
ciężką armatą, lecz jak z niewinnym ptaszkiem. Usłyszawszy przeto przedziwną czarną i 
niechętną wieść o tym, że „przyszła jakaś taka z takim czymś!”-pojąłem w lot, iż mowa jest o 
rodzaju żeńskim. Pan Bóg - na szczęście - nie odmówił mi bystrości. 
- Ach! - rzekłem dobrotliwie. - Jakaś taka?... 
- Przecie mówię po polsku! - odrzekła hardo armata i spojrzała na mnie posępnie. 
- Tak, tak, rozumiem... Jakaś pani? 
Osobą, którą w niezrozumiałym szaleństwie nazwano Narcyzą, wzruszyła ramionami, 
dając mi tym ruchem pogardliwie do poznania, że bystrość moja niewiele się różni od 
zdumiewającej bystrości pieca albo szafy. 
-Aha, więc nie pani -mówiłem szybko, ze słodkim akcentem pojednania. -Któż to 
mógł przyjść? Skoro nie pani... 
- Pannica! - zawołała ona głosem rozdzierającym. 
- Patrzcie, patrzcie! - mówiłem w wybornie udanym zdumieniu. 
Mąż niecierpliwy i nie znający zawiłych zagadek życia byłby chwycił strzelbę i 
dwoma strzałami zakatrupił lubą Narcyzę, tym by się to jednakże skończyło, że ledwie kule 
odbiłyby się od niej jak od hipopotama, ona zaś zabiłaby niedoświadczonego człowieka 
jednym potężnym spojrzeniem. 
Rzekłem przeto z uśmiechem należycie tkliwym: 
- Narcyza była łaskawa wspomnieć coś o tym, że ta panna przyszła z kimś jeszcze... 
- Z nikim nie przyszła - odrzekła ponuro. 
- Ej, a mnie się coś zdaje, wedle tego co słyszałem, że z tą panną ktoś przyszedł... 
- Bo przyszedł! 
Wzniosłem spojrzenie ku niebu i wezwałem je na świadka mojej niewinnej męczarni. 
Zdawało mi się, że ujrzałem anioła, dającego mi rozpaczliwe znaki, abym cierpiał, bo jeśli 
wdam się w bój z Narcyzą, sam przed wyznaczonym mi czasem znajdę się pośród aniołów. 
Zazgrzytałem przeto łagodnie zębami, lecz roztropnie uciszyłem serce, które chciało zawyć 
rozsrożonym głosem tygrysa. 
-Więc któż to przyszedł? -zapytałem takim głosem, którym płacze wiolonczela. Jakiś 
pan? 
- Żaden pan! - zakrzyknęła armata. 
Coś w niej jednak musiało zależeć albo też moja nieprzebrana słodycz musnęła jej 
twarde i zapiekłe serce, bo w przepaścistych oczach tej rzewnej kobiety dojrzałem cień cienia 
litości. Pytałem przeto czym prędzej: 
- Skoro nie pan, więc kto? 
-Pies! -odrzekła mi z niezmierną męką. I aby mnie nie włóczyć wśród mgieł 
niepewności, dodała ze śmiertelną powagą: - Pannica czupiradło, a pies pokraka! 
Widać, że jej ulżył cokolwiek ten okrzyk, ale nie na długo. 
Odważyłem się na ciche pytanie: 
- Czy Narcyza nie wie przypadkiem, czego chce ta panienka z psem? 
Ona spojrzała na mnie z politowaniem i zagrzmiała głucho: 
- A skąd ja mam o tym wiedzieć?! 
Tak uderzyła w słówko „ja”, jak właśnie piorun w uschłe drzewo. 
-Dobrze, już dobrze! -powiedziałem szybko. -Istotnie, skąd Narcyza mogłaby o tym 
wiedzieć... Ludzie sami czasem nie wiedzą, po co przychodzą. A gdzież jest ta panienka? 
- Siedzi w przedpokoju i gwiżdże! - głosiła Narcyza z boleścią. 
- Gwiżdże? Dlaczegóż ona gwiżdże? 
-Teraz wszystkie takie! -rzekła ona głosem zwęglonym. -Co z nią zrobić? Może by 
tak na łeb ze schodów!... 
- Ależ, Narcyzo! Jakże można?! Dowiemy się, czego chce... 
Powiedziałem z szatańską chytrością, że „dowiemy się”, niebezpiecznie bowiem 
byłoby użycie liczby pojedynczej. Straszliwa ryba połknęła przynętę z wrodzonej ciekawości, 
którą i tak zresztą zaspokoi w sposób należyty, gdyż będzie podsłuchiwała z czujną wprawą. 
Powiedziała jednak z rezygnacją: 
- Jak pan chce! Ja bym z taką osobą nie gadała... 
Obróciła się na osi i powoli zjechała z pozycji. Przed nią szła groza, za nią szło 
przerażenie. Moja komnata stała się po jej wyjściu obszerniejsza i bardziej widna. 
Z przedpokoju słychać było dwa splątane głosy jeden cienki jak jedwabna nitka i drugi 
gruby jak lina okrętowa. Jeden był śpiewaniem słowika, drugi głuchym pomrukiem 
rozsrożonego wulkanu. Potem drzwi otwarły się gwałtownie i obłąkanym pędem wpadł przez 
nie pies. Nie, to zbyt wiele powiedziałem! To nie był pies... Można było za Słowackim i 
Odyńcem zakrzyknąć w zdumieniu: „Czy to pies, czy to bies!” -był to przedziwny stwór 
przyrody, której coś musiało uderzyć na rozum w chwili stwarzania tej kreatury. Miał on 
cztery krótkie krzywe łapy i haniebnie kosmaty ogon, z czego można było sądzić, że to jednak 
pies. Gdyby posiadał urzędowy rodowód, napisano by w nim: syn jamnika i kanapy”. 
Kreatura pokryta była ostrą i długą sierścią dobrze urodziwej kozy, a oczy jej -mądre, 
sprytne, małe i wesołe -pożyczone były od świni. Posiadała tylko jedno ucho całe i obwisłe, 
drugie bowiem było marną pozostałością po jakiejś krwawej walce. Zwierzak ten na pierwsze 
spojrzenie, pomimo swej diabelskiej urody, wyglądał sympatycznie. Długi, niski, śmiesznie 
kosmaty, a tak zabłocony, jak gdyby brzuchem czyścił ulice, śmignął przez drzwi, obiegł 
pokój i zwinnym susem wskoczył na fotel. Wybrał oczywiście stary stylowy fotel, 
przepięknym pokryty materiałem. Gwałtownie oburzenie tak mną zatrzęsło, jak czasem 
urwipołeć trzęsie jabłonią obsypaną jabłkami. Chwyciłem nożyk do rozcinania kartek i grożąc 
nim zuchwałemu psu krzyknąłem z należytą pasją: 
- Kundlu, precz z mego fotela! 
Kundel ani drgnął, łypnął jedynie lewym świńskim okiem i wyraźnie był ubawiony. 
Równocześnie ozwał się cienki, ostry, gniewem powleczony głos: 
- Czemu się pan znęca nad moim psem? 
Mordercze narzędzie wypadło z mojej ręki. Pomiędzy moim słusznym gniewem i tą 
lichą imitacją psa stanęła osoba rodzaju żeńskiego i rozkrzyżowała żeńskie ramiona. Miała 
piętnaście albo szesnaście lat, płowe włosy, roziskrzone oczy, po których latały złote błyski, i 
zadarty nosek, po którym nic nie latało. Ani brzydka ani ładna, ale smukła, gibka, zgrabna i 
zapewne silna. Na gołych nogach, tak opalonych, jak gdyby były posmarowane czekoladą, 
widniały liczne ślady zadrapań i stłuczeń. Przebiegła mi przez zdumioną głowę myśl, że ta 
pannica chodzi po ziemi jedynie w niedzielę i wielkie święta, w dnie zaś powszednie łazi po 
drzewach albo przedziera się przez ciernie. Nie mogłem zajrzeć jej do ust, mógłbym jednak 
przysiąc, że jej brak kilku zębów wybitych w nagłym zetknięciu się z jakimś płotem. 
Bynajmniej by mnie nie zdziwiło, gdyby ta osoba wjechała była do mojego domu konno, 
siedząc na oklep. Jaki pies, taka pani... Dobrana para... Pannica zuchwała, a pies opryszek. A 
nad tym psem - ja się znęcam! 
Powiedziałem twardo: 
- Niech pani powie swojemu psu, aby natychmiast zlazł z fotela! 
-Dobrze, dobrze, proszę pana! -odrzekła ona wesoło. -Nic się takiego nie stało. 
Rolly! Bądź łaskawy zejść... 
Kreatura zowie się Rolly! Kreatura zsunęła się niechętnie i wrogo na mnie 
spojrzawszy, ułożyła się na dywanie. 
Sprawa z psem była jako tako załatwiona, czekało mnie jednak gorsze przejście z 
„zadartym nosem”. Jestem człowiekiem niepospolicie spokojnym i opanowanym, jak gdyby 
mnie w młodości trzymano na lodzie, z trwogą przeto myślałem o tym, że zostałem osaczony 
i że będę się musiał bronić jak dzik w leśnym ostępie. Spojrzałem na panienkę spode łba i w 
tejże chwili poczułem gniew: panienka patrzyła na tragiczną miną doskonałość ze ślicznym 
uśmiechem, który wyrastał z dwóch dołeczków na zuchwałym jej obliczu. Pannica raczej 
brzydka, a uśmiech naprawdę prześliczny i jakiś taki miękki, tkliwy i czuły, jakim się poranne 
wiosenne uśmiecha słońce. Niemądre moje serce już się chciało uśmiechnąć do tego 
uśmiechu, lecz w sam czas powstrzymałem je groźnym napomnieniem. Ja nie dam się 
oszukać tak łatwo... Za stary jestem wróbel na takie złociste plewy! Nie, moja panienko! 
Znam te zgoła diabelskie sztuczki, którymi osoba rodzaju żeńskiego, mająca nawet lat 
szesnaście (i psa), umie zwieść nawet mędrca. Za takim uśmiechem kryć się może 
przemyślany podstęp i misterne szalbierstwo. Cygan nie ocygani tak Cygana, jak to snadnie i 
bez najmniejszego trudu może uczynić figlarna osoba, mająca w twarzy dwa dołeczki. 
Najeżyłem się jak jeż i rzekłem głosem suchym jak pieprz: 
- Czemu się pani śmieje? 
- Bo mi bardzo wesoło, proszę pana! - odrzekł „zadarty nos”. 
Nawet w gniewie nie mogłem odmówić słuszności tym słowom, z których każde było 
radosnym wykrzyknikiem. Postanowiłem jednak, że będę nieustępliwy i zmienię każde moje 
słowo w ostry sopel lodu. Zanim jednak zdołałem je zamrozić, panienka z niebywałą i 
podejrzaną zręcznością zmieniła tonację i powlókłszy głos warstwą smutku powiedziała 
patrząc mi prosto w oczy: 
- Czy pan się na mnie gniewa? 
Zacząłem się zastanawiać, czy się gniewam. 
- Bo jeśli się pan gniewa, to ja sobie pójdę. 
Ale przedtem się rozpłaczę! A skoro ja beknę, to się tu zleci cały dom. 
-Niech pani nie płacze! -krzyknąłem. -Wcale się nie gniewam... Trochę mnie ten 
pies wyprowadził z równowagi, ale już przeszło... 
Otóż to! Nie mogła uśmiechem, pokonała mnie groźbą łez, a ludzkości wiadomo 
przecie, co w tym zakresie potrafi szesnastoletnia dama, która ma zadarty nos (i psa). Tego 
jeszcze tylko potrzeba, aby ten kundel pomógł jej w koncercie. Poddałem się -o, boleści! -i 
pragnąc zachować pozory rzekłem niby niefrasobliwie: 
- Jak się ta psina nazywa? Rolly? Czemu tak z angielska? 
Panienka wyżłobiła od razu dwa dołeczki, błysnęła oczami złociście i powiada: 
-Ten ogoniasty nazywa się Rolly tylko na wizycie. Na co dzień zwie się Rolmops. 
Czy pan wie, co to takiego? Jest to śledź zwinięty w kłębek, nadziany cebulą i przekłuty 
patyczkiem, aby się nie rozwinął. Ogoniasty, gdy śpi, bardzo jest podobny do rolmopsa. 
Niech pan spojrzy! 
Ogoniasty zwinął się w kłębek i zapadł w sen, czasem tylko usłyszawszy swoje 
fałszywe imię łypnął świńskim okiem. 
Wyznanie to obudziło na nowo moją zasypiającą czujność. Nie podobało mi się to 
niewinne na pozór szalbierstwo z imieniem kosmatego indywiduum. Wprawdzie panienki 
mają przedziwny zwyczaj przekręcania własnych imion, wskutek czego Petronela w metryce 
zowie się na użytek domowy Kazia, a Magdalena - Dolly, jednakże niepojęty ten proceder nie 
był nigdy dotąd zażywany wobec psiego pokolenia. Uczciwemu psu wystarczało jedno 
niewzruszone psie imię. 
Przeniosłem bacznie spojrzenie z psa na panienkę, która zdołała już zapomnieć o 
gadaniu na temat swojego niewydarzonego kundla i z żywotnością muchy przeniosła się na 
inny temat. 
- Jak tu u pana ładnie! - rzekła patrząc na ściany zawieszane natłokiem obrazów. 
- Tak sobie - bąknąłem. 
-Wcale nie „tak sobie”! -zawołał z przekonaniem „zadarty nos”. -Ślicznie jest u 
pana! 
Nagle ją coś poderwało. Zbliżyła się szybko do ściany, na której złocił się i czerwienił, 
i gorzał żywą purpurą obrazek malarza, który sam był płomieniem gorejącym i zdawało się, 
że malował płomieniem. Malarz ten od dawna już malował świty i zachody na niebie, bo od 
dnia jego śmierci niebo było świetniej niż zazwyczaj kolorowe i grało kolorami. Obraz nie był 
podpisany, panienka zaś wymówiła nazwisko malarza głosem, w którym drżało wzruszenie i 
tkliwość. 
Zdumiało mnie to cokolwiek. 
- Widziała pani kiedy jego obrazy? 
- Tak. Widziałam dwa, a ten jest trzeci. 
To był cudowny malarz! 
- Mój przyjaciel - rzekłem cicho - Umarł młodo... 
- Ja wiem... 
- Skąd pani o tym wie? 
- O, ja wiem bardzo wiele o malarzach. 
Wszystko panu opowiem ale nie tak od razu. A ten obrazek... Boże miły! Przecie to 
Zawidzki... 
- Tak, to Zawidzki. Ładny, prawda? 
- Śliczny, a nie ładny. Przepraszam pana... Czy pan kupił ten obraz? 
- Niestety, nie. Dostałem go od malarza. 
„Zadarty nos” spojrzał na mnie jak gdyby z wyrzutem i rzekł niby do siebie: 
-Potem się ludzie dziwią, że malarze chodzą bez butów! Niech się pan nie gniewa dodała 
głośniej -ja właściwie nie do pana to mówię. Malarz i literat to jedna rodzina, więc 
sobie robią podarunki, chociaż żaden malarz jeszcze w życiu swoim nie przeczytał książki, 
którą dostał od literata. Czasem nią tylko pali w piecu albo rzuci za psem... Ale innych to bym 
utłukła w moździerzu... 
- Kogo na ten przykład? 
-Tych wszystkich, co umieją od niemądrego malarza wycyganiać za darmo obraz. 
Proszę pana! Pan nie ma pojęcia o tym, ile Zawidzki rozdał obrazów! 
- Czy być może! 
- Może być, skoro ja panu o tym mówię. 
- Pani go zna osobiście? 
Panienka rzuciwszy klątwę na wszystkich opryszków krzywdzących malarzy 
rozpogodziła się niespodzianie, uśmiechnęła lekko, potem ciężko usiadła w fotelu. 
- Czy ja go znam?! Pan skona ze śmiechu, skoro się pan dowie, jak ja go dobrze znam. 
-Dlaczegóż mam od razu skonać?-rzekłem ciemnym głosem. -Czy nie mógłbym się 
o tym wszystkim dowiedzieć za mniejszą cenę? 
-Bardzo pana przepraszam, ale mi się tylko tak wyrwało. Ja mam gębę, że nie daj 
Panie Boże! Ale panu przecie też nic nie brakuje sądząc po tym, co pan wypisuje. 
Czy mnie słuch nie myli? Ponura Narcyza niezbyt się pomyliła oznajmiając przyjście 
„pannicy”. Zuchwałość „zadartego nosa” zaczynała przekraczać wszelkie granice 
przyzwoitości. „Zadarty nos” obrażał mnie na moim własnym terytorium, jednym tchem 
przypisując mi swoje własne pyskate właściwości. Do stu tysięcy kosmatych Rolmopsów, 
mam tego dość! Zadzwonię na Narcyzę, dam jej niewidoczny znak, a „zadarty nos” wraz ze 
swym paskudnym kundlem rozwieje się we mgle, w czasie i przestrzeni. Straszliwa ta myśl 
musiała się odbić w moim spojrzeniu, panienka bowiem -znowu z niewypowiedzianą 
zuchwałą odwagą! -pogłaskała niespodziewanie moją rękę i nie powiedziała, lecz zakwiliła 
cichutko: 
- O, pan się znowu gniewa! 
-Bo chciałbym wreszcie wiedzieć...-zacząłem twardo i nieuprzejmie, ale nie miałem 
czasu, aby skończyć. 
Oczy panienki zwilgotniały, pociągnęła zadartym nosem trzy razy, a po chwili, jak 
gdyby przypomniawszy sobie, że trzeba to uczynić do pary -po raz czwarty, złapała się ręką 
za zuchwałą głowę i zawiodła smętnie, nawet z żałością: 
-O ja nieszczęśliwa... Cokolwiek zrobię -wszystko źle, cokolwiek powiem -jeszcze 
gorzej...Ja się chyba zabiję... Niech się pan nade mną nie lituje! Ja jestem przeklęta przez los i 
Pan Bóg mnie się wyrzekł... 
- Ależ, proszę pani... 
- Nie, nie, niech mnie pan nie pociesza. Ja chcę umrzeć! 
- Nie tu! - krzyknąłem przerażony. 
-A gdzie mam umrzeć? - rzekła ona rozdzierającym głosem. -Nie mam ani domu, ani 
nikogo. 
- O biedne dziecko! 
Tak najpierw zakrzyknęło moje niemądre serce, a potem dopiero ja, co się razem 
splątało w okrzyk tak żałosny i rzewny, że panienka z wdzięczności za współczucie położyła 
głowę na mojej piersi i cienko pochlipywała. Kosmaty kundel, zwiedziony tym ruchem i 
przekonany, że mam zamiar uduszenia jego umiłowanej pani, począł ujadać jazgotliwie, co 
musiało z kolei wywołać wilka z lasu, czujnym uchem złowiłem bowiem groźne pomruki 
Narcyzy za drzwiami. 
W gorączkowym pośpiechu szukałem rady w bystrym moim rozumie, lecz rozum nie 
wiedział, co mi czynić należy. Zapytałem serce - serce było pełne przerażeń. Gdybym zawołał 
przenikliwie mądrą Narcyzę i ją zapytał o radę, rzekłaby niewątpliwie: „Ją niech pan zabije, a 
psa niech pan zastrzeli!” 
Trwałem przeto w bezruchu i mimo woli gładziłem ręką głowę tej dziewczyny, która 
spadła na mój spokój tak właśnie, jak czasem dachówka spada z dachu na niewinną głowę 
przechodnia. Trwałem jak posąg w kamiennym, niewzruszonym spokoju i bezgłośnie 
przysięgałem niebu i ziemi, przyrodzie i żywiołom, że póki życia -nie pozwolę wypuścić 
panienki, która ma kosmatego psa; ani panienki która się zna na obrazach; ani takiej, która ma 
znajomego malarza. Nie ulega wątpliwości, że malarz potrafi zwichnąć rozum najbardziej 
sprawny i potężny, jakżeż tedy łatwo mógł przyprawić o utratę mizernej i piątej klepki 
nierozważną dziewczynę! Znałem dobrze tego Zawidzkiego, świszczypałę i lekkoducha, i 
wiedziałem, że dobry Pan Bóg niejeden raz zakrywał ręką twarz, nie mogąc patrzeć na jego 
szaleństwa. Skoro Zawidzki znalazł się w jakiś nie znany mi sposób na drodze tego 
dziewczęcia, z wszelką pewnością nikt inny, tylko on pomieszał jej rozum i wobec tego 
dziewczę godne jest litości. Myśląc o tym serdeczniej gładziłem jej głowę, co ją znacznie 
uspokoiło, spojrzała bowiem na mnie po chwili spojrzeniem wymytym we łzach i rzekła 
cichutko: 
- O, jaki pan jest dobry, a ty, Rolly, uspokój się, ciężki idioto! 
Jeden wykrzyknik wyrósł jak cyprys równocześnie nade mną i nad kundlem, ale już 
mi było wszystko jedno. Poczęła mnie ogarniać miła i ciepła radość, że panienka u mnie nie 
wyzionie ducha z boleści i nie zostawi mi w spadku kundla, który by mnie ścigał przez całe 
życie jak szczekająca klątwa. Zdołałem już pojąć, że panienka łatwo i bez głębszego namysłu 
przerzuca się z nastroju w nastrój, od uśmiechu do łez i z powrotem, co jest niezmiernie 
zajmujące w teatrze, nigdy w domu; zrozumiałem, że nic mnie już przed nią nie uchroni i 
będę musiał wytrwać do epilogu tragifarsy; wiedziałem niezbicie, że postępując łagodnie, 
ustępliwie i z niefrasobliwą na pozór pogodą -jest to metoda z powodzeniem stosowana 
wobec wariatów - dowiem się wreszcie, dlaczego dachówka spada mi na głowę. 
Wiedziałem już, jak się zowie ogoniasty, nie znałem jednak imienia i nazwiska 
panienki, a był już chyba czas największy, abym się o tym dowiedział. 
Począłem się zbliżać do tego zagadnienia ostrożnie, nie widząc, czy panienka 
uczyniwszy takie wyznanie nie położy znów głowy na mojej piersi i nie załka, chociaż 
rozsądne kobiety nie mają tego zwyczaju wymawiając swoje nazwisko. Zacząłem tedy mówić 
chytrze: 
- Bardzo ni smutno, że się pani tak wzruszyła, panno Zosiu! 
Liczyłem na to, że zwyczajem rodzinnym na dziesięć osób rodzaju żeńskiego jest 
siedem Zofii. 
- Kiedy ja wcale nie jestem Zosia! - zaśmiała się panienka. 
- A wolno wiedzieć, jak pani na imię? 
- Wolno! Tatuś nazywa mnie Wu, a koleżanki nazywają mnie Miki... 
- A jak mama? 
- Ja nie mam matki - rzekła ona cicho. - Moja matka umarła, kiedy miałem osiem lat. 
- Biedactwo...- szepnąłem. 
Spojrzałem serdecznie i tkliwie na jej twarzyczkę, co nagle zagasła, dziewczynka zaś 
podziękowała mi ślicznymi smutnym uśmiechem. 
- Mnie na imię jest Ewa - powiedziała. - A nazywam się Tyszowska. 
- Tyszowska? Znam to nazwisko. Jest głośny lekarz bakteriolog... 
- To mój ojciec! - zawołała radośnie panna Ewa. 
- W takim razie ja znam ojca pani. 
-Ależ tak, tak! I ja o tym wiem. Pierwszą książką, którą dostałam od ojca, była 
książka pana. Ojciec często mi mówił o panu... Pan o tym może wie, że mojego ojca nie ma 
teraz w Polsce? 
- Wiem, bo to głośna sprawa... 
- Tak, a teraz ojciec wraca... Wraca za dwa tygodnie. 
- No to świetnie! 
- To wcale nie świetnie. 
- Jakże to? Pani się nie cieszy? 
- Czy ja się cieszę? O Boże drogi! Od dwóch dni, od kiedy dostałam wiadomość, zdaje 
mi się, że oszaleję z radości. Ale, proszę pana, ja się boję... 
- Czego? Co się stało? 
Panna Ewa „zrobiła ponurą twarz”. 
-Stały się straszne rzeczy. Ojca nie było w kraju przez półtora roku. Pan nie może 
mieć nawet wyobrażenia o tym, co ja zdołałam zdziałać przez ten czas. O rany! Jeżeli ojciec 
nie osiwieje, to będzie cud boski. Co ja narobiłam, co ja narobiłam! I ja, i ten pies. 
- Cóż pani mogła takiego zrobić? - pytałem zaniepokojony. 
-Co ja zrobiłam? Gdyby pan miał włosy na głowie, to by...O; bardzo pana 
przepraszam... 
- Nic nie szkodzi. Kobieto, mów dalej, byle prędzej! 
-To się nie da tak od razu powiedzieć. I na wołowej skórze też by nie spisał. I dlatego 
właśnie przyszłam do pana. 
- A cóż ja mam z tym wszystkim wspólnego? 
-Niby nic. Pomyślałam sobie jednak tak: ja panu wszystko uczciwie opowiem, a pan 
mnie obroni przed tatusiem i wszystko mu pan wytłumaczy. 
- Ja? Dlaczego ja? 
-A któż inny? -odrzekła panienka zdziwionym pytaniem na moje niemądre pytanie. -
Przecie pan nas kocha? 
- Kogo to: „nas”? 
-Wszystkich, co mają jeszcze kiełbie we łbie, więc i mnie. Czy pan myśli, że ja nie 
wiem, jakie rozmaite podlotki pisują do pana listy? My w szkole wszystko wiemy. 
- Owszem, pisują i cóż z tego? 
-To z tego, że pan powinien nas obronić w nieszczęściu i nie pozwolić nikogo 
skrzywdzić. 
Długo byłem spokojny. Długo byłem cierpliwy. W tej chwili jednak ogarnął mnie 
gniew. 
-Cóż ty sobie wyobrażasz, szalona dziewczyno -urągałem niewątpliwie -że ja będę z 
uczciwymi ludźmi wojnę toczył o sto tysięcy podlotków, którym się podobało narobić sto 
tysięcy głupstw? Cicho bądź, kundlu! -ta apostrofa zwrócona była w stronę Rolmopsa, który 
niebezpiecznie zawarczał i łypał oczami na moją stronę. -Co sobie panienka wyobraża? Nie 
wiem, o co idzie, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Niech pani uspokoi tego psa, bo go 
wyrzucę przez okno!... Skoro panienka nawarzyła piwa, niech je teraz wypije. Może pani 
kogo zamordowała? 
- Nie miałam czym - rzekła ona zuchwale. 
- To całe szczęście. Zresztą to wszystko jedno! 
Panna Ewa patrzyła na mnie przenikliwie, a równocześnie z uśmiechem nieco 
drwiącym. 
-Pan jest bardzo kochany! -rzekła wreszcie. -Pan niezbyt udaje takiego, co się 
okropnie złości. 
-Ja udaję? Wypraszam sobie te poufałości... Oświadczam pani stanowczo, że nie chcę 
słyszeć o niczym, że wezmę udział w żadnej awanturze i nie zamienię z ojcem pani ani 
słowa... 
- I nie obroni mnie pan przed ludzką złością? 
- Nie obronię. 
-Ha to trudno... Rolly, chodź! Bardzo pana przepraszam za najście. Żegnam pana i 
niech Bóg ma pana w swojej opiece... 
- Żegnam panią... 
- Przepraszam, nie skończyłam jeszcze: panu będzie boska opieka bardzo potrzebna... 
- Czemuż to? - mówiłem drwiąco. 
-Zaraz panu powiem. Otóż cała młoda Polska dowie się jutro, że pan odmówił opieki 
i pomocy jednej z tych, wobec których od tylu lat udaje pan miłość. My panu wierzymy, my 
w pana wierzymy, my pana kochamy, a kiedy się zdarzyło, że jedna z nas przyszła do pana, 
aby się wypłakać, pan ją wygnał na mróz... 
- Na jaki mróz?! - krzyknąłem w pasji. 
-Wszystko jedno. Mrozu nie ma, bo jest lato, ale tak mi się powiedziało. Najpierw 
jakiś potwór chciał mnie zakatrupić w przedpokoju, a teraz pan szuka, czym ciężkim mógłby 
we mnie rzucać. I to wszystko za to, że ja do pana jak do rodzonego ojca... Jutro wszyscy się 
dowiedzą, jaki pan jest naprawdę. W książkach to nie sztuka, proszę pana... Ale teraz 
będziemy wiedziały... Rolly, choć, bo pan Makuszyński jeszcze nas zamorduje. 
Ona spojrzała na mnie z wyrzutem, kundel spojrzał na mnie z pogardą i machnął na 
mnie ogonem. Czułem, że świat się ze mną zakręcił najpierw w prawo, a gdy się zmęczył, 
zaczął kręcić się w lewo. 
Panna Ewa skłoniła się głęboko i szła ku dziwom. 
- Potworze, stój! - wrzasnąłem przeraźliwie. 
Przed oczami udręczonej mojej duszy zaczęła defilować armia stu tysięcy panienek. 
Jedne patrzyły na mnie ze zgrozą, inne ciężko wzdychały westchnieniem zawodu, a kilka 
tysięcy krzyczało piskliwymi głosy: „Zdrada, zdrada!” -Uczyniło mi się gorąco. Zimny pot 
spływał po moim czole. Będę wkopany w ziemię, będę przywalony najcięższym głazem 
wzgardy. 
- Potworze, stój! - powtórzyłem konającym głosem. 
Potwór odwrócił się z uśmiechem od drzwi, błysnął białymi zębami, ozłocił gębę 
uśmiechem i rzekł: 
- Strasznie pana kocham! 
Potem usiadł i zaczął opowiadać. 
Przyszedł nazajutrz i znowu opowiadał. Potwór opowiadał tak długo, że Narcyza 
usnęła raz pod drzwiami, znudzona podsłuchiwaniem. Ja słuchałem, albowiem miałem pannę 
Ewę zasłonić własną piersią, gdyby jej szanowany rodzic chciał jej urządzić gęsim za 
wszystkie zbrodnie i awantury. Od czasu do czasu przykładałem sobie lód do głowy, aby się 
w niej mózg nie zagotował. Czasem wydawałem niezrozumiałe okrzyki. W ten sposób 
dowiedziałem się o szaleństwach panny Ewy i spisałem w tej książce. 
Nie ma wprawdzie w tej chwili na świecie dwóch większych przyjaciół niźli ona i ja 
(Rolmops pozostał opryszkiem), mam jednak do niej głuchy żal; kiedy się bowiem wybrałem 
do jej ojca, aby w jej obronie wygłosić taką mowę, jakiej świat nie słyszał, ten człowiek 
uściskał mnie i rzekł: 
-Ewa opowiedziała mi o wszystkim i niech się już pan nie trudzi. To dzielna 
dziewczyna. Czy napije się pan wina? 
- Nie! - odrzekłem. - Ale jeżeli ma pan truciznę... 
ROZDZIAŁ DRUGI 
w którym na scenę wchodzą uczciwi ludzie, bakcyle cholery i złodziejski pies 
Hieronim Tyszowski miał niewiele ponad lat czterdzieści, a już europejską cieszył się 
sławą. Głośne były jego badania zarazków dżumy, cholery i innych ich bliskich kuzynów 
trapiących ludzkość. Prace jego na te ponure tematy tłumaczone były na wiele języków. Obok 
słynnych matematyków polskich, którzy zdobyli światową sławę, Tyszowski zdobywał ją w 
swojej dziedzinie dla wspaniałej polskiej nauki. Pracował z tą namiętną rozgorzałą 
zapamiętałością, bohaterstwu największemu równą, wobec której nawet posępna okrutność 
przyrody staje bezradna i musi zdradzić człowiekowi swoje tajemnice. W tej walce 
nieustępliwej i nieustającej, którą rozpoczął Prometeusz, wykradłszy ogień dla struchlałej w 
mrokach i zimnie ludzkości, padło już wielu wspaniałych ludzi. Skazywali sami sobie na 
męczarnie, na kalectwa i na śmierć; lecz jak miejsce poległego żołnierza natychmiast zajmuje 
żołnierz inny, tak na stanowisku, na którym padł wielki uczony, zjawia się w tejże samej 
chwili ktoś nowy, młodszy, równie odważny. Tak jak nieodmiennie od wieków. Jeden z 
bohaterów pada, „aby poległym ciałem dać innym szczebel do sławy grodu”. Ten, co zajmuje 
opróżnione stanowisko, zjawia się bez lęku: radosny, jasny, słoneczny i szczęśliwy. 
Rozpoczyna dzieło w tym miejscu, w którym tamten je przerwał. Dzieło musi być spełnione, 
choćby śmierć zabijała legiony uczonych. 
Tyszowski badał najstraszliwsze drobnoustroje ani przez chwilę nie myśląc o tym, że 
sto razy dziennie dotyka śmierć zamkniętej w szkiełku. Jasne jego oczy patrzyły z usilnym 
natężeniem w mikroskop, czujne, mądre i bystre. Było w nim coś z dziecka, gdy wychodził z 
pracowni. Nikt by nie przypuścił patrząc na tego radosnego człowieka śmiejącego się do 
słońca, że przed chwilą zgłębiał najbardziej posępne, najgłębiej ukryte tajemnice życia i 
śmierci. Uczciwie swoje serce dzielił uczciwie pomiędzy naukę i córkę. Po stracie żony nie 
miał niczego droższego na świecie, nie dbał zaś o siebie jedynie. Było mu wspaniale obojętne, 
czy jadł obiad i czy jest przyzwoicie odziany. Brodaty Czas wydzierał sobie włosy z sędziwej 
brody, widząc, jak ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z prawidłowego następstwa godzin i 
żyje bez zwracania uwagi na dowcipny przyrząd zwany czasomierzem. Tyszowski, zasiadłszy 
w miłym choć głucho milczącym towarzystwie zarazków dżumy, nie zauważył czasem, że 
minęła noc i że nowe ukazało się słońce. Zarazki były znudzone i zmęczone, on nigdy. 
Patrzył przez chwilę w rozjaśnione światłem okno i starał sobie przypomnieć, czy to jeszcze 
wieczór, czy to już rano? Dopiero dobrzy ludzie w białych kitlach, zjawiający się w 
laboratorium, podawali mu ścisłe o tym wiadomości. Powracał przeto do domu mocno 
zatrwożony oczekiwaniem zgiełkliwej awantury, którą mu z wszelką pewnością urządzi 
córka. 
Panna Ewa, nieco większa od zarazka dżumy, lecz równie ruchliwa i groźna, 
wychowywała się pod opieką dobrej kobiety, którą z matką Ewy łączyła cienka pajęczyna 
jakiegoś pokrewieństwa. Pani Halicka miała wielkie serce, lecz nieco mniejszy rozsądek, 
który sztukowała nieprzebraną poczciwością, co miało ten nieoczekiwany skutek, że nie ona 
wiodła przez życie brzdąca, zwanego Ewą, lecz brzdąc, zwany Ewą, wiódł przez zasadzki 
żywota pulchną i wieczyście jakby zatrwożoną panią Halicką. Nie ulegało natomiast żadnej 
wątpliwości, że gdy ją Bóg kiedyś powoła do Swojej chwały, każe jej dać w niebie 
najbardziej zaciszny kącik w nagrodę na niepoliczone utrapienia, które były jej udziałem w 
domu spokojnego pana Tyszowskiego i niespokojnej panny Ewy. 
Wieczysta trwoga na rumianym obliczu dobrej kobiety mogła się wywodzić z jej 
owczej bezbronności wobec podstępnej złości świata, nierównie więcej jednak przemawia za 
tym, że owego strachu nabawił ją pan Hieronim Tyszowski. Wiadomo jej było, że on i 
cholera to jedno. O cholerze miała z dawna wyrobione zdanie, któremu trudno było odmówić 
słuszności, była zaś głęboko przekonana, że jeśli nawet lekkomyślny ten człowiek nie połyka 
cholery dla zwyczajnej igraszki, z pewnością jednak nosi ją przy sobie. Zdarzyło się czasem, 
że siedząc w jej towarzystwie przy stole wyjmował nagle z kieszeni kamizelki maleńką 
szklaną probówkę i pilnie się w nią wpatrywał. Wtedy uciekała z krzykiem, pytając Boga 
zbielałymi ustami, w jakim celu stworzył takich szaleńców. Za żadne skarby świata nie 
byłaby dotknęła odzienia pana Tyszowskiego, któż bowiem mógł zaręczyć, czy nie siedzi na 
nim dorodny bakcyl dżumy, ojciec licznej rodziny? Ze strachem patrzyła, jak Ewa rzucała się 
na szyję ojcu, powracającemu z pracowni pełnej „morowego powietrza”. Kochała dziewczynę 
wszystką mocą opasłej duszy i dlatego jedynie nie uciekła dotąd z tego domu śmierci, w 
którym wedle jej głębokiego przekonania tak latały bakcyle, jak w innym domu mole. 
Potajemnie, gdy zostawała w nim sama, paliła paskudne kadzidła, tak zwane „trociczki”, 
które miały samym zapachem zakatrupić nienawistne zarazki. Zaprawdę, obrany z rozumu 
byłby srogi bakcyl, gdyby się podczas palenia tych wonności zbliżył na odległość kilometra. 
Żaden się przeto na to nie ważył, największy nawet lekkoduch, za to jednak dobra pani 
Halicka kładła się do łoża na trzy dni z głową owiniętą mokrym ręcznikiem i jęczała cichutko. 
Takie bowiem potężne zapachy biły od owych kadzideł. Pan Tyszowski na próżno tłumaczył 
zacnej kobiecinie, że będzie żyła szczęśliwie sto siedem lat, jedenaście miesięcy dwadzieścia 
dziewięć dni. 
Pani Halicka miała bliską rodzinę gdzieś za Krakowem i od lat ośmiu, spędzonych w 
domu Tyszowskich, wybierała się do niej w każde wielkie święta, w zimie jednak było na 
podróż za zimno, na wiosnę zaś padał zwykle deszcz, więc odkładała podróż do sposobnej 
pory. „Tymczasem” prowadziła gospodarstwo domowe i zastępowała Ewci matkę. Ewcia 
zwała ją „ciocią”, chociaż niewiele prawnych podstaw istniało do tego czcigodnego tytułu. I 
pan Tyszowski, nie wiedząc, jak jej wyrazić serdecznością i tkliwą wdzięczność, mianował ją 
też „ciocią”, tak że po kilku latach nikt nie używał ani jej imienia, ani jej nazwiska i dla całej 
ulicy, dla sklepikarza i listonosza, dla stróża i dla całego domu była ciocią. Pamiętano jednak 
o jej imieniu, gdy się zaczerwieniło w kalendarzu, Ewcia bowiem na ten dzień, zapewne i w 
niebie obchodzony uroczyście, ze śpiewami i tańcami, dziergała jakąś koroneczkę, a pan 
Tyszowski przynosił z cukierni tort z marcepanowymi kwiatkami na górze i z zakalcem w 
środku. Ciocia patrzyła na ten potężnych rozmiarów smakołyk podejrzliwie i gdyby umiała po 
łacinie, zakrzyknęłaby niewątpliwie: Timeo Danaos et dona ferentes! -co oznacza w 
katolickim języku: „Trwożę się Danaów nawet i wtedy, gdy przynoszą dary!”. Gdyby 
wypadało, oblałaby tort na wszelki wypadek formaliną albo innym żrącym płynem, 
zabijającym zarazki, ale nie wypadało. Oblewała go przeto łzami rozczulenia, co wzgórzu 
słodyczy nadawało smak wybitnie słony. Nawet jednakże i w tym dniu promienistym, w dniu 
powszechnej wymiany serc, zacna ciocia nie pozwoliła na to, by ją uściskał „ojciec 
zadżumionych”, i uciekała z krzykiem, zauważywszy jego zuchwały gest otwierania ramion. 
Z przyzwoitej odległości umiała ciocia zdobyć się na odwagę. Należy przyznać 
rzetelnie, że do dnia dzisiejszego nie rozlegałby się ani jeden strzał na świecie, gdyby cioci 
polecono wynalezienie prochu, lecz w sercu jej mieszkała odwaga, skoro szło o Ewcię. Pan 
Tyszowski umiał liczyć bakcyle na miliardy, straszliwie jednak mąciły mu się rachunki, gdy 
liczył pieniądze. Znał je zapewne ze słyszenia, a wydawał dość rzadko. Uważał je za 
wynalazek tępy i nieudany. Często się dziwił niesmacznej natarczywości ludzi, żądających 
pieniędzy za cukier, bułki i mięso. W głębi duszy dziwił się zapewne i temu, że czasem sam 
otrzymywał pieniądze za swoją ogromną pracę, sprawiającą mu niebywałą rozkosz. Brał je, 
przyglądał im się przez chwilę uważnie, rozmyślając nad tym, ile i jakiego gatunku snuje się 
po nich zarazków, poczym oddawał je Ewci, a Ewcia oddawała je cioci, która nigdy nie 
byłaby ich przyjęła z rąk Tyszowskiego. Ponieważ Ewcia nie umarła w srogich mękach, był 
to znak, że „banknoty są zdrowe”. 
Zawsze jednakże było ich za mało. Ciocia mogłaby wprawdzie być mistrzem skarbu w 
jakimś pomniejszym państewku, a najsprawniejszy marynarz nie umiał tak zawiązać liny 
okrętowej, jak ona umiała związać koniec z końcem, zazwyczaj jednak na nowiu księżyca 
ciocia stawała osłupiała, podobna do żony Lota, zamienionej w słup soli, i spoglądała z 
głębokim przerażeniem na pusty skarbiec domowy. Pan Tyszowski uciekał rano z domu do 
swej cholery, Ewcia biegła do szkoły, a ciocia trwała w tragicznym bezruchu. Po dłuższej 
chwili wydawała z siebie rozdzierający jęk, co ją powracało do życia i zagrzewało do walki. 
Czekała powrotu Tyszowskiego i wszystko jej było jedno, kiedy powrócił. Zjawiła się przed 
nim z kamienną twarzą i mówiła. „A słowa jej były żelazne”. 
- O! - wykrzykiwał Tyszowski. - Czemuż to ciocia jeszcze nie śpi? 
A ona odpowiadała: 
- Gdybym leżała nawet w trumnie, też bym nie mogła zasnąć! 
Noc bladła z przerażenia, słysząc te okropne słowa. 
- Czy się coś stało? - pytał Tyszowski zaniepokojony. 
- Stało się. Ewcia wieczorem nie jadła. 
- Boże drogi, chora? 
-Ewcia nie jest chora i mogłaby zjeść całe cielę. Tylko że nie było co jeść... Pan może 
jeść ten bulion, którym pan żywi swoje bakcyle, bo panu jest wszystko jedno, ale dziecko 
trzeba nakarmić uczciwie. Czy pan słyszy? 
- Słyszę, słyszę, niech ciocia nie krzyczy. A czemuż to nie ma u nas co jeść? 
- Bo manna nie spadła z nieba! 
-O, to źle, to źle! -mruczał Tyszkowski, z czego można było wnosić, że narzeka na 
niebieskie urządzenia. 
Pan Tyszowski jednak martwił się na inny temat. Strach go chwycił, że Ewcia nie 
jadła. Było to wierutne łgarstwo, ciocia bowiem nie dopuściłaby przenigdy do okrutnej 
głodującej ostateczności, prawdą natomiast niezbitą była ponurość najbliższej przyszłości. 
Ciocia z niewypowiedzianym sprytem pragnęła wzbudzić w Tyszowskim zabójczą i 
zdobywczą energię, więc przyniosła przed jego oczy blade widmo Ewci, którą srogi głód 
zamieniał powoli w jasnokościsty szkielet. 
- Co robić, ciociu złota, co robić? - pytał Tyszowski. 
- Pieniądze! - odrzekła ciocia krótko i rozumnie. 
Znakomity uczony spojrzał na nią ze strachem, przyszło mu bowiem na myśl, że go 
ciocia namawia do fabrykacji banknotów, co jest źle widziane przez władze, ciocia jednak 
nawet podczas przypływu grozy miała minę tak poczciwą, że go ta myśl odbiegła. 
-Do pierwszego jeszcze kilka dni -mówił zadumany. -Ale, ale! -zakrzyknął 
radośnie. - Przecież ni się coś należy od wydawcy. Jutro będziemy mieli pieniędzy w bród. 
-Od wydawcy? -zaszemrała ciocia. -To znaczy: od księgarza? Myślałem, że pan 
wpadnie na lepszy pomysł. Od dwóch lat wciąż ma pan coś przynieś od wydawcy, ale dotąd 
pan nie przyniósł. 
Machnęła ręką na znak beznadziejności, co Słowacki wyraził przy innej sposobności 
słowami: „Kto tam odejmie co, ten będzie mądry!” 
- Jednak spróbować nie zawadzi... 
- A jeśli się nie uda? 
- Ha! - zakrzyknął Tyszowski. 
Była w tym zwartym okrzyku groźba śmierci, potępienie i szaleństwo, co jednakże 
najmniejszego wrażenia nie uczyniło na cioci. Znała ona zbyt dobrze zapobiegliwość i 
przedsiębiorczość tego najłagodniejszego z ludzi, którego każdy wydawca sprzedałby bez 
najmniejszego trudu do Egiptu, gdyby tam jeszcze robiono takie interesy. Wiedziała jednak, 
że głuchy na wszelkie rozumne perswazje dobędzie z siebie niebywały zapas pomysłowości, 
skoro tylko idzie o Ewcię. Razu pewnego ciocia bez żadnych dramatycznych objaśnień 
postanowiła na jego nocnym stoliku bucik Ewci. Tyszowski wrócił pożną nocą, spojrzał 
wielce zdumiony i pomyślał w pierwszej chwili, że to dziwnego kształtu popielniczka. 
Ujrzawszy jednak straszliwe w buciku rozdarcie, zasromował się i jęknął głucho. Nazajutrz 
przyniósł tryumfalnie nowe obuwie. Ciocia wiedziała, że teraz też dokona jakiegoś 
bohaterstwa, odebrawszy od genialnej głowy te mądre opary, które się snują nad ludźmi 
uczonymi. 
Na wszelki wypadek, na tak zwaną „czarna godzinę”, chowała ciocia swój jedyny 
złoty skarb. Miała kiedyś dwóch mężów, których Bóg powołał do Swojej chwały, uznawszy, 
że na ziemi nie ma z nich zbyt wielkiego pożytku. Po każdym z nich pozostała złota obrączka. 
W „dniu gniewu i klęski” zanosiła ciocia do zakładu zastawczego najpierw tę, na której 
wyryta była data pierwszego ślubu, potem drugą, żałując czasem, że nie poszła w zamęście po 
raz trzeci. Ciocia była niezmiernie chytra i przed czwartym dniem mówiła na wszelki 
wypadek tak sobie, od niechcenia: 
- Palce mi puchną, muszę zdjąć obrączki... 
A to nie palce jej puchły, tylko głowa puchła jej od trosk i zmartwień. 
Składała potem grosz do grosza i obrączki wracały na swoje prawowite miejsce, co 
wielce radowało w niebie obydwóch nieboszczyków. 
Smętne te historie powtarzały się kilka razy do roku i gdyby nie owe dni chmurne, 
radośnie byłoby w domu pana Tyszowskiego. Kochał on Ewcię, tak gorąco, jak gdyby 
pragnął oddać jej i miłość matczyną. Wiedział, że sto nawet serc, chociażby tak miękkich i 
tak czułych jak zacne serce cioci, nie zastąpi dziecku jednego uścisku i jednego uśmiechu 
matki, więc serce własne otworzył szeroko. Był nie tylko ojcem dziewczynki, lecz jej 
starszym bratem, przyjacielem, rówieśnikiem i kolegą. Znakomity uczony zmieniał się 
czasem w rozbrykanego urwipołcia, który wraz z Ewcią wywracał uczciwy dom do góry 
nogami. Zdumiałyby się wszystkie uniwersytety świata widząc, jak głośny uczony siedzi na 
wzgórzu szafy i zachęca niewinne dziecko, aby się wgramoliło na tę samą przeraźliwą 
wysokość albo jak czasem rzuca w swoją latorośl poduszkami, wydając przy tym odarte ze 
skóry okrzyki. Trzecim wspólnikiem tych zabaw był straszliwy kundel, Rolmops, 
indywiduum bez czci, wiary, wstydu, dobrego smaku, bez wychowania, bez poczucia 
odpowiedzialności, bez piątej klepki. Podrzutek, znaleziony w sieni, od najpierwszych swoich 
dni był jawnie opętany przez złego ducha i dotknięty nieznanego rodzaju szaleństwem. Ciocia 
biegała czasem ze łzami w oczach pana Tyszowskiego, aby tę lichą i bezczelną imitację psa 
nakarmił cholerą i dżumą w słusznym mniemaniu, że sama cholera nie da rady temu 
oberwańcowi. Pies ten najwyraźniej wszystko rozumiał, z natury zaś swojej był zawodowym 
złodziejem, który cioci kradł wszystko spod ręki i takie stroił miny, jak gdyby był wiecznie 
krzywdzonym sierotą, na którego dobrą sławę ciocia niesłusznie nastaje. W lot pojął, że 
ciocię można oszukać w żywe oczy, że jedynie z panem Tyszowskim nie trzeba żadnych 
robić ceremonii i że w pewnej mierze liczyć się należy jedynie z Ewcią. Dzieje świata nie 
zanotowały większego opryszka i oczajduszy psiego pochodzenia. 
Ewcia składała się z duszy, z ciała, z prochu, siarki, dynamitu i jeszcze siedmiu innych 
ingrediencji wybuchowych, każdej chwili grożących spokojnemu światu zagładą. Ciocia 
przypisywała tę wybuchowość temperamentu zadartemu nosowi, czego jednak sposobem 
naukowym dowieść się nie dało. Wiele jednak w tej hipotezie mogło tkwić słuszności. Ewci 
wszędzie było pełno; obejmowała przy każdej sposobności przewodnictwo w koleżeńskim 
gronie; bystrość jej była zdumiewająca; inteligencja dorównywała czasem szatańskiej 
inteligencji Rolmopsa; wesołość jej była huczna, roześmiana, rozperlona i nieustanna. 
Rozmowy z ojcem, który zapominał niemal zawsze, że rozmawia z małą dziewczynką, i gadał 
z nią jak z brodatym profesorem uniwersytetu, napełniły jej drobną głowinę wyborną 
mieszaniną, zwaną przez ludzi prostego ducha „grochem z kapustą”. Wielkim wysiłkiem 
bystrego rozumu poczęła Ewcia z czasem oddzielać groch od kapusty i porządkować 
zatłoczoną spiżarnię. W szkole budziła podziw łakomstwem nauki i jasnością myślenia. 
Więcej jednak niż zalety umysłu budziło zachwytu jej serce. Zdawało się, że posiada ono 
jedynie „południową stronę” tak nagrzaną uśmiechem jak słońcem. Cudzy ból był jej bólem. 
Cudze nieszczęście było jej osobistym nieszczęściem. Widok katowanego na ulicy konia 
przyprawiał ją o wstrząs i rozpacz. Zdarzyło się pewnego razu, że mała dziewczynka w 
szkolnym mundurku rzuciła się jak młode tygrysiątko na ogromnego draba, co drzewcem bata 
tłukł nieszczęsnego konia po oczach. Przyglądająca się temu gromadkę nieśmiałych ludzi 
ogarnął wstyd. Draba przytrzymano, a ktoś rzekł do Ewci: 
- Niech cię Bóg błogosławi, dzielna dziewczynko... 
Dzieciarnia całej ulicy była pod komendą Ewy, od tych najmłodszych, za którymi 
powiewała prawie biała chorągiewka prawie białej koszuli, aż do tych, co tłamszą górną 
wargę, aby przyśpieszyć porost wąsów. Kochało się w niej na zabój osiemnastu uczniaków, 
co powodowało groźne pomruki, potężne obietnice połamania kości rywalom, rozmowy pełne 
błyskawic i gromów i takie spojrzenia, po których pojawiają się sińce na obliczu wroga. 
Primadonna jednakże mało zwracała uwagi na wzdychania i madrygały. Największą jej 
miłością, najwierniejszą i jedyną, był pan Hieronim Tyszowski, arcyojciec, arcyprzyjaciel i 
arcytowarzysz. Tych dwoje umiało z sobą gadać i słowami i, jeśli było trzeba, na migi jak 
sztubacy, jeśli było do przewidzenia, że ciocię coś oburzy. 
Pan Tyszowski przychodził z rozwianymi nieporządnie włosami, z krawatem 
wykrzywionym ze środy na piątek i z uśmiechem tak szerokim jak brama miasta Gazy. O tak 
roześmianym człowieku rzekł raz ktoś obrazowo, że „mógłby jeść szparagi na poprzek”. 
Ewcia wołała potężnie: 
- Witaj, witaj, Hieronimie, zimny w lecie, ciepły w zimie! 
Hieronim najpierw przestał się śmiać z nadmiernego zdumienia, po czym odpowiadał: 
- Witaj, witaj, lube dziecię, głupie w zimie, głupie w lecie! 
- Jak śmiesz obrażać damę, Hieronimie! 
- Damo! Jak śmiesz znieważać rodzonego ojca? 
- Kobiecie wszystko wolno! 
- A rodzicom wolno położyć kobietę na kolanie i ... 
-Nie kończ, luby Hieronimie! -wołała dama z nosem nieprzyzwoicie i niemodnie 
zadartym i rzucała się ojcu na szyję. 
Czasem mówiła: 
- Tatusiu, czy wiesz, że poszłabym za tobą do piekła! 
-O, zła i niewdzięczna córko, jak możesz mówić rzeczy tak okropne?! Skoro 
zapowiadasz, że pójdziesz za mną do piekła, z tego wynika, że przedtem musiałbym ja się 
tam znajdować. Czy ja będę w piekle? Odpowiadaj: tak czy nie? 
-Słusznie! Jesteś aniołem i nie pójdziesz do piekła, wobec tego i ja nie miałbym tam 
nic do roboty. Za to na każde twoje wezwanie skoczyłbym w przepaść. 
-To też na nic! -śmiał się Tyszowski. -Najbliższa przepaść znajduje się w 
Zakopanem. Trzeba by jechać daleko, długo i za wielkie pieniądze. Rozmyślilibyśmy się 
oboje, zanim byśmy dojechali. Pozwalam ci na moją cześć skoczyć z pieca na łeb. 
- Chcesz? 
- Nie chcę, nie chcę! Wierzę ci na słowo. Kochasz mnie? 
- Och! - jęknęła Ewcia tak głęboko, że głębiej nie było można. 
- Ewuniu moja! - mówił Tyszowski z gorącym rozczuleniem i gładził jej głowiznę. 
Potem rozpoczynali uroczysty taniec, do którego na trzeciego przyłączył się paskudny 
Rolmops, rytmicznie i wdzięcznie pokrzykując. 
Ewcia zauważyła jednakże, że od niewielu dni uczony Hieronim powraca do domu 
wcześniej niż zwykle i dziwnie zamyślony. Wprawdzie już od progu rozpoczynał obłędny 
dialog, lecz czynił to bez zwyczajnej werwy i na próżno starał się sklecić dwuwiersz, aby nim 
pognębić wyrodną córkę. Przy stole siedział zamyślony i zdarzało mu się, że wsypał sól do 
herbaty. 
„Coś gryzie Hieronima!” - pomyślała Ewcia z niepokojem. 
Patrzyła pilnie w jego oczy, zadumane i patrzące z uporem w jeden punkt, lecz nie 
śmiała pytać, co się z nim dzieje. Wiedziała, że powie jej sam. Odbyła natomiast naradę z 
panią Halicką. 
- Ciociu! Tatusiowi coś dolega... 
-Cóż znowu? -rzekła ciocia. -Najadł się wczoraj wieprzowiny z kapustą, więc mu 
dolega... 
- Ależ nie... Tatuś ma jakieś zmartwienie. Ja wiem, że coś go dręczy! 
-Dręczy go? Skąd ja mogę wiedzieć, co go dręczy? Może zagubił pakunek z cholerą 
albo co? Czytałam, że się takie wypadki zdarzały. Czemu nie zapytasz ojca? 
- Bo może nie chce, aby go pytać. 
- W takim razie ja sama go zapytam! 
- Ciociu złota! Tylko delikatnie.... 
Ciocia się obruszyła. 
- Jeszcze się nikt nie skarżył na moją delikatność. 
Wobec tego, chytrze okrążając pana Tyszowskiego, Zagadnęła go ciocia znienacka: 
- Zamordował pan kogo czy co? 
- Dobra kobieto! - odrzekł on. - Skąd takie posądzenie? 
- Skąd, że pan wygląda jak siedem nieszczęść. Co pana gryzie? 
- Troski mnie gryzą... Ależ ciocia ma oko! 
-To nie ja, to Ewcia spostrzegła. Ja mam co innego do roboty niż patrzeć na pańskie 
miny. 
- Ewcia? Ta dziewczyna ma tyle oczów, co mucha. Cóż ona cioci nagadała? 
-Nic nie nagadała. Nam, kobietom, starczą dwa słowa i już wszystko wiemy, a Ewcia 
to mądra dziewczyna! 
-Aha! -mruczał Tyszowski w zamyśleniu. -Prawdę mówiąc, już czas, aby wam 
wszystko powiedzieć. Najpierw powiem jednak pani. Czy Ewcia już śpi? Tak? Niech się 
ciocia zbliży, to się z ciocią naradzę. 
Ciocia spojrzała podejrzliwie i choć ciekawość tryskała z jej spojrzenia jak fontanna, 
rzekła dobitnie: 
-Nigdy do pana się nie zbliżę, bo mi życie miłe. Chce pan gadać, niech pan gada 
głośno, a nie, to nie. 
Tyszowski zaśmiał się cicho. 
-Dobrze, ciotko całego świata! Niechże się ciocia dowie, że mam ogromne 
zmartwienie. Nie wiem, co mam uczynić... Zaproponowano mi, abym na rok albo na dłużej 
pojechał do Chin... 
- Matko Boska! - krzyknęła zdławionym głosem ciocia. - Ja nie pojadę! 
- Otóż właśnie! Ani ciocia, ani Ewcia. Musiałbym jechać sam. 
- A po co? Czy panu życie niemiłe? 
- Pojadę i wrócę, niech ciocia będzie spokojna. W Chinach wybuchła cholera... 
- A my pijemy chińską herbatę! Świat się kończy! 
-I o to niech ciocia będzie spokojna. Ta herbata, którą my pijemy, z wszelką 
pewnością nie była nigdy w Chinach. Ale mniejsza z tym! Więc, widzi ciocia, w Chinach jest 
cholera, a że ja się trochę na tym znam, więc chcą, abym tam pojechał i zakatrupił tę cholerę. 
- I pan chce jechać? 
-Nawet bardzo! Tu mam cholery jak na lekarstwo, ledwie odrobinę, a tam miałbym 
jej, ile tylko dusza zapragnie. 
- Boże, nie skaż tego człowieka! - krzyknęła ciocia. 
-Niech ciocia pomyśli tylko, ile bym się nauczył, ile bym wyratował nieszczęśliwych 
ludzi. Może by mi się udało znaleźć to miejsce, w którym się ona tam lęgnie, może bym 
znalazł taki środek... 
- Oby przedtem cholera nie znalazła pana! 
-Bóg jest wielki! -odrzekł Tyszowski z cichą powagą. -Co ma być, będzie, i nie to 
jest moim zmartwieniem. Od kilku dni rozmyślam nad tym, co zrobić z Ewcią i co z panią 
zrobić, droga ciociu! 
Pani Halicka milczała przez dłuższą chwilę i patrzyła na Tyszowskiego miękkim 
spojrzeniem. 
-Z pana jest dziwny człowiek -rzekła wreszcie cicho. -Sam się pan narazi na śmierć, 
aby ratować innych. Ma pan własne troski, a myśli pan o tym, co będzie ze starą babą. 
- Z jaką starą babą? - zdumiał się Tyszowski. 
-Ze mną, ze mną...Młoda nie jestem, więc to ja, i wąsów nie mam, więc to też ja. To 
ładnie, że pan udaje, jakby pan rozumiał, o kim ja mówię. O mnie jednak niech się pan nie 
troszczy... Mam do kogo pójść i mam się gdzie schronić. Rok albo półtora -powiada pan? To 
długo, ale można wytrzymać. Gdzieś tam na ten czas przypadnę, ale zapowiadam panu 
uroczyście, że jeśli nie umrę, powrócę! 
- O, ciociu kochana! 
-Tylko niech się pan nie zbliża... Pana nic się nie czepi, ale mnie może czepić się od 
razu. Powiadam, że wrócę, bo nikt inny, tylko ja wydam Ewcię za mąż! 
- Och! - zaśmiał się Tyszowski. 
-Co w tym śmiesznego? Pan by ją wydał za byle połamańca, boby mu się pan nawet 
nie przyjrzał. Ale to będzie ze mną sprawa! Na to jednak jest czas. Ważniejsze jest to, co pan 
zamyśla zrobić z dzieckiem przez czas pańskiej nieobecności. Za pozwoleniem! Czy panu 
zapłacą za te chińskie ceremonie? 
- Oczywiście, i bardzo wiele zapłacą. 
-Spodziewam się, że nie herbatą, tylko pieniędzmi. Starczy tego i dla pana, i dla 
dziecka? 
- Chyba starczy... 
-I to też ja zadbam, bo pana oszukują. Takiego niedorajdy w pieniężnych sprawach, 
jak pan, nie ma drugiego na bożym świecie. Pieniądze to nie cholera, do tego trzeba mieć 
głowę. Chociaż, co ja mówię! Czasem pieniądze gorsze są od cholery...Ale co dalej? Co pan 
postanowił zrobić z Ewcią? 
Tyszowski rozłożył bezradnie ręce. 
-Otóż właśnie, że niczego nie postanowiłem. Po prostu -nie wiem! Ewcia musi 
pozostać w Warszawie, musi chodzić do szkoły, a dom trzeba zwinąć. Na całe gospodarstwo 
by nie starczyło... Najchętniej ucałowałbym ręce cioci i prosił, aby została z Ewcią, ale wiem, 
że to niemal niemożliwe. Ciocia zamartwiłaby się z czasem na śmierć, a złote obrączki... 
-Jakie obrączki?! Co pan wygaduje! Nie mam żadnych obrączek...-krzyknęła ciocia, 
czerwona jak cukrowy burak, bo byłoby ponurą krzywdą porównanie jej z nieszlachetnym 
burakiem pastewnym. 
-Tak, to prawda -mówił Tyszowski wzruszony -że ciocia nie ma żadnych obrączek, 
bo obie są zastawione. Czy ciocia myślała, że ja już o niczym nie wiem? Czy ciocia myślała, 
że ja nie wiedziałem, jak te obrączki zsuwały się same z palców, a ciocia mówiła, że jej palce 
spuchły? Niech to Bóg pani zapamięta, dobra, złota, serdeczna kobieto... Jutro obrączki będą 
w domu z powrotem! 
- Nie ma się czego śpieszyć! - mruknęła pani Halicka. - Kiedy pan chce wyjechać? 
- Za jakieś dwa tygodnie... 
-Mamy czas. Od tej chwili zacznę myśleć, co zrobić z Ewcią. I pan też niech o tym 
myśli, chociaż to tylko strata czasu... A o tych Chinach czy pan ją zawiadomi, czy ja mam to 
uczynić? 
- Pani, pani, droga ciociu, bo ja nie mam odwagi. 
-Nie ma pan odwagi? Chińskiej cholery się pan nie boi, a boi się pan własnego 
dziecka? 
To rzekłszy uciekła w mrok, albowiem pan Tyszowski taki uczynił ruch, jak gdyby 
chciał ucałować jej rękę odartą ze złotej ozdoby po dwóch sprawiedliwych mężach. 
Nazajutrz zaś pomieszały się w równych dawkach łzy Ewci ze łzami cioci. 
Dziewczynka usłyszawszy piorunującą nowinę najpierw zastygła w bezruchu zdumienia, a po 
krótkiej chwili wybuchnęła płaczem tak rzęsistym jak wiosenna ulewa. Była to zbyt dobra 
sposobność dla cioci do serdecznego wypłakania się, aby jej miała zaniedbać. Rzucały się 
sobie w objęcia, gęsto pochlipując, po czym odpoczywały przez chwilę i tym rzewniej 
rozpoczynały na nowo, jedna bardziej cienko, druga nieco grubiej, tworząc wybornie 
zharmonizowaną smętną arię. Ewcia łkała jak skrzypce, ciocia płakała jak wiolonczela, która 
- maluczko mogłaby być basem. 
Pierwsza, jak się zresztą rozumie należało spodziewać, powróciła do przytomności 
ciocia i zapytała wcale roztropnie: 
- Ewciu, czemu ty właściwie płaczesz? 
Dziewczyna spojrzała na nią z oczywistym zdumieniem i rzekła lejąc łzy na słowa jak 
deszcz na kwiaty: 
- A czemu ciocia płacze? 
- Bo ty płaczesz! 
Wynikało z tego, że skoro jedna kobieta płacze, druga bez namysłu też to uczynić 
powinna, inaczej nie będzie żadnej na świecie solidarności. 
Nie to jednakże było najważniejsze. Szczytem wzniosłości był udział Rolmopsa w 
pospolitym ruszeniu serc. Paskudny kundel widząc splecione boleśnie ramiona i głowę 
ukochanej pani na miękkim posłaniu piersi cioci, słysząc rzewną muzykę i smutne narzekania 
najpierw szczeknął krótko, jakby strojąc ton, po czym zawył wzruszająco, przeciągle i tak 
smutno, jak gdyby mu miało pęknąć złodziejskie serce. Taka już jest psia dola, że dobre chęci 
nigdy nie zostaną należycie zrozumiane, ciocia bowiem posadziwszy łagodnie Ewcię na 
fotelu rzuciła w śpiewającego żałobnie psa najpierw gniewne spojrzenie, a potem książkę z 
wierszami, której nikt nie przeczytał, ale którą zawsze ciskano w Rolmopsa. Niepozorny ten 
ruch był jakby hasłem powrotu do rzeczywistości i do zakończenie smutnej opery. 
Ciocia skorzystała z chwili i poczęła dobywać z bogatego spichrza słowa dojrzałej 
rozwagi. Chociaż nie uległo wątpliwości, że gdyby żyła w historycznym okresie „pięciu 
panien mądrych i pięciu głupich”, nie zaliczono by jej przenigdy do serii pierwszej, w tej 
chwili, wiedziona tajemną wiedzą mająca siedlisko w sercu, znalazła od razu właściwą drogę. 
Rzekła do Ewci: 
- Pomyśl, drogie dziecko, ilu nieszczęśliwych ludzi ocali twój ojciec! 
Ewcia przymknęła wilgotne oczy, jak gdyby ujrzała z nagła błyskawicę. 
- I jaką zdobędzie sławę! 
Druga świetlna błyskawica przebiegła przez niebo. 
-Do nikogo się nie zwrócili -mówiła ciocia jakby w natchnieniu. -Nikogo się nie 
wołali: ani Francuza, ani Anglika, ani Włocha, tylko Polaka! Słyszysz, dziecko? 
- Słyszę! 
Oczy dziewczęce szybko schną po ulewie łez i oczy Ewci patrzyły już promieniście. 
Czuła, jak rozżalone w niej serce uśmiecha się radośnie. 
Rozpoczęła z ciocią rozmowę długą i złożoną z samych wykrzykników. Okazało się 
po godzinie (siedemdziesiąt siedem słów na minutę), że obowiązkiem Ewci jest mężnie 
przecierpieć rozstanie i rozłąkę, że obowiązkiem Polki jest gorące zachęcenie Polaka, aby 
imię polskie rozsławił i nie gryzł się w tym czasie myślą o córce, bo córka da sobie radę, 
mając w odwadze kobietę tak wspaniałą i niezastąpioną jak ciocia (wieś Koliba, poczta 
Maków, woj. krakowskie, u państwa Janeckich, dwór). 
Pan Tyszowski był zdumiony najczulszym powitaniem, gdy przybył do domu niemal 
chyłkiem w oczekiwaniu burzy. Mało brakło, aby Ewcia powitała go po chińsku. Mrugnął 
porozumiewawczo w stronę cioci i wyraźnie szczęśliwy począł tłumaczyć dziewczynie, że 
czas przebieży szybko, a powrót będzie tryumfalny. Od tej chwili dom katolicki 
chrześcijański nabrał cech pogańsko-chińskich. Temat każdej rozmowy miał warkocz i 
skośne oczy. 
- Tatusiu! - mówiła Ewcia. - Uważaj abyś nie zjadł psa. 
Ciocia krzyknęła z wyraźnym niesmakiem, a paskudny kundel najeżył się i począł 
pilnie nasłuchiwać. 
-Niech się ciocia nie oburza, bo tam psie mięso uważane jest za przysmak. 
Opowiadają, że pewien europejski dyplomata posłał mandarynowi pięknego psa rzadkiej rasy. 
Nazajutrz otrzymał list, w którym mandaryn, gorąco dziękując, pisał, że nie jadł dotąd równie 
smacznej psiny. O, czy cioci słabo? 
- Przestań, na Boga, przestań! - jęczała ciocia. 
- Dobrze. A czy wiesz, ojcze Hieronimie, jak należy być grzecznym po chińsku? 
- Nie wiem, córko Ewo! Ale skąd ty wiesz o tym? 
-Zdobyłam przedziwnie mądrą księgę o chińskich obyczajach. Dowiedz się przeto, że 
skoro chcesz być grzecznym po chińsku, zmieszaj zawsze się z błotem, a pod niebiosy 
wysławiaj tego, z którym rozmawiasz. Gdybyś mówił o swej szlachetnej i nieporównywalnej 
córce Ewie, będziesz musiał, choćby ci serce pękało z boleści, nazwać ją „głupim 
prosięciem”. 
- Ha! Nigdy tego nie uczynię! 
-W takim razie będziesz uchodził za gbura. Co kraj, to obyczaj. Przeczytałam w tej 
rozkosznej książce o takim zdarzeniu: raz pewien Chińczyk odziany w najświetniejszą swoją 
szatę przyszedł do pewnego domu, w którym na belce pułapu stało naczynie z oliwą, a oliwę 
chłeptał szczur. Przestraszony szczur, uciekając, przewrócił naczynie z oliwą na gościa, 
którego najświetniejsze odzienie w straszliwym znalazło się stanie. Gość wpadł we 
wściekłość, a wtem wchodzi gospodarz. Gość odrobił nakazaną ilość ukłonów i z uprzejmym 
uśmiechem powiada: „O panie! W chwili gdy wchodziłem do twego szanownego domu, 
przestraszyłem niepotrzebnie twego szanownego szczura, który w ucieczce przewrócił twoje 
szanowne naczynie z oliwą na moją nędzną szatę, co tłumaczy pogardy godny stan, w jakim 
śmiem się znajdować w twoim szanownym domu!” 
- O szanowny idiota! - rzekła ciocia z goryczą. 
-Ciociu! cicho... Chińczycy słyszą, jak trawa rośnie -rzekł śmiejąc się pan Hieronim. 
- A jedno chińskie przysłowie powiada: „Gdy masz przejść w bród przez rzekę, nie mów źle o 
matce krokodyla!” 
Ciocia nie mogła pojąć, dlaczego pan Tyszowski ma przechodzić w bród przez 
chińskie rzeki i dlaczego krokodyle podsłuchują, co ludzie mówią o ich matkach. Miała już 
zresztą dość chińszczyzny, szanownych szczurów i szanownych psów, przeznaczonych na 
pieczyste; dręczyła ją natomiast sprawa, dokąd się odda Ewcię „na przechowanie”. Odbyła na 
ten temat wiele poufnych konferencji z własną duszą, z wieloma ludźmi i wreszcie z 
Tyszowskim. Ponieważ ojciec dżumy, wuj cholery i bliski krewny tyfusa niczego nie 
wymyślił (co było przewidziane), ciocia rzekła mu dnia jednego: 
- Nie ma innej rady - Ewcia zamieszka u Szymbartów! 
-Oj, ciociu! -zakrzyknął Tyszowski i tak się skrzywił, jakby już jadł obiad u 
prawowiernego Chińczyka i popijał octem. 
ROZDZIAŁ TRZECI 
przy którego czytaniu oczy się łzawią jak przy obieraniu cebuli 
Gdybym opisał pożegnanie Ewci z ciocią, mogłoby „na pęknięcie serca” zginąć 
siedemdziesięciu siedmiu czytelników. Gdybym się lekkomyślnie ważył na opisanie sceny 
rozłąki Ewci z ojcem, zginęłoby w ten sam żałosny sposób siedemset siedemdziesięciu 
siedmiu czytelników, którzy mi nieopatrznie zaufali. Byłoby przeto rzeczą słuszną, gdyby 
władze, powołane do ochrony zdrowia i życia obywateli, kazały spalić tak żałosną książkę, a 
przy jednym ognisku jej autora. Zamilknij przeto serce moje! 
Zdławiwszy boleść moją powiedzieć to jedynie, że Ewcia Tyszowska wraz z kundlem 
Rolmopsem została przeniesiona do państwa Szymbartów, mieszkających w tym samym 
domu w którym mieszkał Tyszowski, tylko że nie na wysokim parterze, przy bardzo cichej 
bocznej uliczce. 
Mieszkania w warszawskiej kamienicy niczym się od siebie nie różnią; w każdym z 
nich pokój tzw. „stołowy” jest należycie ciemny z tego zapewne powodu, aby nikt nie mógł 
dojrzeć, co zjada, bo czasem, gdyby ujrzał, odeszłaby go ochota do jedzenia. Ów „pokój 
stołowy” posiada balkon wiszący nad studnią podwórza, a rangę mieszkania poznaje się po 
tym, co wisi lub leży na tym balkonie: przeto w zimowym czasie na balkonie pysznego 
pierwszego piętra wiszą trzy zmarzłe na kość zajęcze zwłoki, na drugim piętrze wiszą 
głowami na dół już tylko dwa zające, a na trzecim piętrze nie wisi żaden zając. W lecie 
natomiast następuje przedziwna zmiana dekoracji: na trzecim piętrze płoną na balkonie trzy 
pelargonie, na drugim stoi beczka z kiszonymi ogórkami, a na wspaniałym pierwszym piętrze 
balia do prania. Ewcia została przeniesiona z „balkonu dwóch zajęcy” na sam dół czeluści, na 
balkon, na którym ze względu na pobliże ziemi i ludzi żaden zwierz martwy i jadalny nie 
mógłby się zachować. Skromne meble pana Tyszowskiego oddano na skład, Ewcia zaś 
zabrała ze sobą książki, odzież, fotografie i złamane serce. Mądry kundel szedł również jak na 
ścięcie, podkuliwszy pod siebie kosmaty ogon i jęczał bezgłośnie w kosmatej duszy. 
Poczciwa i dobra ciocia z drugiego piętra utrzymywała sąsiedzkie stosunki z panią 
Szymbartową z parteru. Zdarzało się czasem, ze owa pani pożyczała od cioci wałka do ciasta, 
a ciocia, od pani Szymbartowej pół cytryny w nagłych wypadkach bólu głowy, gdyż -jak to z 
medycyny wiadomo -dwa plasterki wybornego tego owocu, przyłożone do skroni, 
„wyciągają” migrenę. Był to początek zażyłości bardzo sprytnej pani Szymbartowej z bardzo 
łatwowierną panią Halicką spod Makowa. Obie damy spędzały czasem długie godziny na 
wytwornie olśniewającej wymianie damskich myśli, na rozważaniu zawiłych zagadnień 
politycznych i bolesnym narzekaniu, że cielęcina podrożała wskutek tajnych machinacji 
cechu rzeźnickiego. Primadonną w tym duecie była zawsze pani Szymbartowa, znająca 
złośliwość świata i ohydne praktyki życia. Ciocia wzdychała jedynie do wtóru lub podnosiła 
ręce ku niebiosom ruchem zbolałej rozpaczy. Zdarzyło się jednak ku cichej jej radości, że 
pani Szymbartowa zdawała się mówić: „tobie przed sobą dank w poezji dawan!” -Działo się 
to wtedy mianowicie, gdy pani Szymbartowa miała nagłe zmartwienie z mężem i nie umiała 
sobie dać rady na własną rękę z jego bujną i nieokiełznaną indywidualnością. Ciocia która 
miała dwóch mężów, zdobyła w tej mierze większe doświadczenie i chętnie wyjaśniła pani 
Szymbartowej tajemnice hodowli wąsatego potwora. Pan Wacław Szymbart nie był -prawdę 
powiedziawszy -naturą nazbyt złożoną i trudną do przeniknięcia, było w nim jednak coś, co 
nawet roztropną i mądrą jak siedmiu szatanów jego prawowitą małżonkę doprowadziło do 
głuchej rozpaczy. Wykoncypował on sobie ponurą metodę reakcji na małżeńskie przeżycia. 
Pani Szymbartowa rozumiała, że w uczciwym i kochającym się małżeństwie koniecznie są 
bujne i hałaśliwe starcia, inaczej bowiem małżeństwo będzie sennym stawem, a nie zajmującą 
instytucją. Wedle spostrzeżeń największych filozofów i znakomitych myślicieli tak jak 
drobne upominki utrwalają przyjaźń, tak drobne walki czynią to samo z małżeństwem. Nagła, 
niespodziana, huczna, burzliwa utarczka powinna być „kwadransem dla zdrowia” w 
uczciwym małżeństwie, z tym oczywiście warunkiem, żeby mąż zawsze schodził z placu boju 
pognębiony, a żona ostatnie dzierżyła słowa, tryumfalne i zwycięskie. Musiał jednak walczyć, 
bo tak czynić powinien mężczyzna. Tymczasem dziwaczny ten człowiek, pan Szymbart, 
usłyszawszy pierwszy pomruk burzy, pierwszy -jeszcze cichy -głos lwicy, zamiast się 
nasrożyć i stanąć przeciwko piorunom twarzą w twarz -uśmiechał się głupkowato i słowa nie 
wypowiedziawszy patrzył tępo w tępa ścianę albo w szafę, albo w okno. Pani Szymbartowa 
usiłowała szaleństwem i okrutnością zniewag obudzić w nim tygrysa. On na to nic. Gadała 
jak dziad do obrazu. Ta niepojęta metoda napełniała ją żalem i goryczą. Dlatego szukała rady 
u cioci, co czynić należy, albo tchnąć w niego wściekłość i krzykliwe szaleństwo. 
Do powierzenia Ewci opiece pani Szymbartowej skłoniło ciocię wiele powodów, a ten 
był najważniejszy, że pani Szymbartowa miała córkę w wieku Ewci. Była to dziewczyna 
blada, zabiedzona i cicha. Patrzyła na świat wielkimi szklanymi oczami, pełnymi zdumienia i 
trwogi. Ponieważ ojciec trwał zazwyczaj w milczeniu, na poły wzniosłym, na poły 
pogardliwym, a mama gadała sama do siebie, panna Zosia Szynbartówna wiodła dziwny 
żywot we własnym świecie, pełnym wojen i widzeń. Ukryta w najciemniejszym kącie, 
przesiadywała godzinami rojąc o tym czego nie było nigdy i nie będzie na tym smutnym 
świecie. Dziewczynie tej wciąż się coś śniło w biały dzień. Wciąż jej się coś malowało na 
ścianie, coś w jej urojeniu łaziło po pułapce, spało w cieniu, drżało w smudze światła. 
Zdawało się, że nie widzi ludzi z ciała i kości, nie słyszy ich gadaniny, a czasem wrzasków, 
lecz wpatrzona jest nieustannie w widma, snujące się dookoła niej. Chorobliwie blada, sama 
była podobna do chudego zabiedzonego ducha. Pani Szymbartowa karmiła ją surowymi 
jajami i poiła tranem w takiej znakomitej ilości, że płynne te smakołyki zmieniały się w kości, 
a ta kość stawała w gardle nieszczęsnej dziewczyny. Straszliwe te zabiegi znosiła z pokorą i 
poddaniem. Matka chroniła ją przed przeciągiem i najlżejszym zefirkiem, kazała jej natomiast 
wdziewać na noc mokre pończochy co wpływać miało znakomicie na szybkie krążenie krwi. 
Pani Szymbartowa kochała córkę tą okrutną miłością, która wymyśliła najdziwniejsze tortury, 
mające uszczęśliwić ofiarę. Nieprzyzwoicie i chorobliwie skąpa, nie żałowała nigdy niczego, 
byle zdobyć uśmiech swego jedynego dziecka. Dziecko jednak nie uśmiechało się nigdy. 
Chyba wtedy, kiedy tego nikt nie widział kiedy dziewczynka leżała z otwartymi oczami 
przyglądając się cieniom. Zbudzona z zadumy ostrym zapytaniem, co się z nią dzieje nie 
umiała nigdy odpowiedzieć od razu, potem zaś opowiadała niestworzone historie, których 
pani Szymbartowa słuchała ze zgrozą i trwogą. Wtedy po tajemnej naradzie z duszą matka 
dała córce na przeczyszczenie, przenikliwie rozumując, że chorobliwa wyobraźnia rodziła się 
w żołądku, żołądek bowiem „uderza na mózg”. 
Pani Szymbartowa ze skwapliwym zadowoleniem zgodziła się na pobyt Ewci w 
swoim domu w nadziei, że jej córka znajdzie w Ewci towarzyszkę. Drugim powodem, równie 
pociągającym była dość pokaźna suma, z góry zapłacona przez pana Tyszowskiego. Układy 
trwały jednak przez dwa tygodnie, pani Szymbartowa bowiem nie chciała w żaden sposób 
zgodzić się na przyjęcie do domu psa. 
Demokrata, który rozumiał mowę zwierząt, mógłby dowiedzieć się snadnie, 
zamieniwszy kilka krótkich słów z Rolmopsem, że i on wcale nie pragnie pobytu w domu, w 
którym kość wygotowywało się do ostatniego tchnienia, a jemu na pociechę zostawi pani 
Szymbartowa tylko muchy, dlatego tylko, że są dla ludzi niejadalne. Ciocia stanęła jednak 
twardo przy warunku: „Albo Ewcia z psem, albo ani Ewcia, ani pies!” -Pani Szymbartowa 
spojrzała na kundla ponurym spojrzeniem, które go oburzyło i ubodło, po czym jęknęła na 
temat: „ Niechże będzie moja krzywda!”.- wreszcie uśmiechnęła się tkliwie i rzekła głośno: 
- Ach, droga pani, czego bym ja nie zrobiła dla tego dobrego dziecka! 
„Dobremu dziecku” oznajmiła pani Szymbartowa już nazajutrz, że je spotkało 
największe szczęście, o jakim mogło marzyć. Głosem ani zimnym, ani gorącym, lecz letnim i 
takim mdłym jak deszczowa woda, wyjaśniła Ewci, dostała się do szanownego domu, w 
którym mieszka uczciwość, pobożności i powaga. Nad domem tym polatuje jak różowy obłok 
wspomnienie dawnej chwały i świętości. 
- Musisz wiedzieć, że moja babka miała wyjść za hrabiego i już wszystko gotowe było 
do ślubu. I ja byłabym dziś z domu hrabianką, gdyby nie straszne nieszczęście. Hrabia 
spiesząc do narzeczonej spadł z konia i w trzy dni potem go pochowali. Ha! Co wyprawia ten 
pies? 
Zdumiony ten okrzyk wybujał jak cyprys na żałobnym grobie hrabiego, lecz był 
rozumnie uzasadniony. Kosmaty Rolmops, mądry ponad psie pojęcie, otworzył sprytnie łapą 
dolne drzwi Kredensu, w którym zwietrzył woń przyjazną i tłustą. 
- Zdaje mi się, że zjadł kotlet - rzekła Ewcia z wesołym podziwem. 
Pani Szymbartowa z trudem schwytała powietrze jak karp, który się dowiedział, że się 
zbliża Boże Narodzenie i przez chwilę nie mogła wydać głosu, co jej się zdarzyło po raz 
pierwszy od lat czterdziestu dziewięciu. Wiadomo jest z dziejów ludzkości, że człowiek, 
który z nagła zaniemówił, używa gwałtownej wymowy rąk. Pani Szymbartowa wiedząc, że w 
kredensie leżą trzy kotlety, zatrwożona o los dwóch, co dotąd ocalały, chwyciła w szaleństwie 
trwogi ciężki przycisk i cisnęła nim z furią w stronę łajdackiego psa. Zdumiewające jest 
jednak, jak rzadko kobiety, istoty słodkie i mało wojownicze, trafiają do celu! Zamiast dobrze 
obliczyć parabolę, pani Szymbartowa trafiła pociskiem o dwa rumby w lewo, czyli w szklane 
naczynie, w którym pławiły się dwie złote rybki. Niepomierna kruchość szkła nie zdzierżyła 
potężnego naporu żelaza, szkło przysnęło jak tęczowe marzenie, złote rybki, zdumione ponad 
wszystkie pojęcie, znalazły się na dywanie, a kundel, który jadł już śledzia, lecz nigdy 
wytwornych rybek, rzucił się na nie z nieprzyzwoitą łapczywością. 
Zwabiony szklanym hałasem pan Szymbart stanął we drzwiach i przyglądał się 
figlarnie niezwykłemu widowisku. Ewcia rzuciła się na ratunek złotych rybek, groźnym 
krzykiem przywodząc Rolmopsa do opamiętania. 
Tymczasem pani Szymbartowa odzyskała głos, przetykany piorunami: 
- Wacławie! Zabij natychmiast tego psa! 
Pan Szymbart wykonał w odpowiedzi mnóstwo dziwacznych i wymownych ruchów: 
najpierw zmarszczył brwi, potem kiwaniem głowy od strony lewej ku prawej oznajmił światu, 
że namawianie go do zbrodni i morderstwa jest i będzie usiłowaniem daremnym, potem 
rozłożył szeroko ręce, czym powiedział, że nie on rzucał pociskiem w ryby, wreszcie 
wzruszył ramionami, co u ludów dzikich, że nie myślą sobie mącić spokoju cudzymi 
sprawami, wreszcie się odwrócił i wyszedł z miną granda obrażonego na hiszpańską królowę. 
Wtedy pani Szymbartowa, z domu niemalże hrabianka, wyszła też, ale z siebie. Jest to 
czynność bardzo złożona i polega na chwilowym odłączeniu rozsrożonego ducha od 
bezsilnego ciała. Ciało trzęsie się oniemiałe, a duch bardzo krzyczy i nie przebiera w słowach. 
Chwyta każde, które mu się nawinie pod rękę, i zmienia je w trzaskającą petardę. Pani 
Szymbartowa zapomniawszy, że mogła przez babkę być spokrewniona z arystokracją, 
zapomniawszy, co przyrzekła pani Halickiej i panu Tyszowskiemu, zapomniawszy o tym, co 
przystoi damie, wymierzyła działo swojego gniewu w stronę Ewci, jako prawnej właścicielki 
straszliwego psa. 
Z serdecznie rozżalonym zdumieniem wysłuchała Ewcia wielkiej mowy, która, choć 
źle i nieskładnie zbudowana, odznaczała się jednak niepospolitą siłą wyrazu i dobitnością 
porównań. Wynikało z niej jasno i niewątpliwie, że pani Szymbartowa musiała stracić zdrowy 
rozum w owym dniu, w którym się zgodziła na przyjęcie pod swój uczciwy i blachą kryty 
dach dziewczyny z psem; że dziewczyna jest krnąbrna, zuchwała, źle wychowana, pomylona, 
a pies wcale nie ustępuje swojej pani; że pobyt w jej domu dziewczyny z psem skończy się 
smutno dla dziewczyny, a zgoła tragicznie dla psa; że ona (pani Szymbartowa) nie pojmuje, 
jak mogła się dać usidlić kobiecie tak przewrotnej jak „ciocia” (pani Halicka). I do tego za 
jakie pieniądze?! Za grosze! A ten złodziejski pies sam więcej zje, niż to wszystko warte. 
Całe szczęście, że srebra nie zje ani porcelany. 
„Trzeba by lutni Homera” -aby wyśpiewać w krótkim streszczeniu wielką mowę pani 
Szymbartowej. W Ewci zamarło serce. Wiedziała coś niecoś o potężnej indywidualności 
swojej obecnej opiekunki, nic się bowiem ukryć nie mogło w ciasnym i mrocznym ulu 
warszawskiej kamienicy. Gadano to i owo, dość tkliwie wspominając dolę pana Szymbarta i 
pojonej tranem panny Zosi. Dość często słychać było przez mury lub przez otwarte okno 
gwałtowne pokrzykiwania pani Szymbartowej, grożącej niewieście służebnej wszystkim 
mękami piekła i nie dającej jej nawet odrobiny nadziei na czyściec. Z oddalenia nie było to 
jednak zbyt groźne, ponurą niespodzianką stało się dopiero z bliska. Ewcia, wychowana w 
jasnej i najtkliwszej atmosferze dobroci, poczuła zamęt w głowie. Zawsze garnęła się do ludzi 
i tak im otwierała serca uśmiechem, jak się zamek otwiera kluczem. Pani Szymbartowa na 
uśmiech była nieczuła. Minęło zaledwie kilka dni, ciocia zdążyła dopiero zajechać pod 
Maków, ojciec nie dojechał jeszcze do Suezu, Ewcia zaś zdążyła już dojechać do jakiejś 
mrocznej i smutnej krainy. Wesoło i z radosną ufnością patrząc na świat byłaby i złe humory 
pani Szymbartowej przerobiła na radość, a ocet zmieniłaby w jakie takie wino. Przyszła tutaj 
z taką samą ufnością, z jaką zjawiłaby się wszędzie. Gdyby pani Szymbartowa otoczyła ją 
ramieniem, gdyby ją ucałowała i rzekła miękko: „Zastąpię ci matkę, drogie dziecko!” zyskałaby 
od razu drugą córkę, najlepszą i najwierniejszą. Ewcia była honorowym 
człowiekiem, płacącym miłością za miłość, wiernością za wierność. Tymczasem pani 
Szymbartowa uczyniła z psiej historii brzydką historię. Zawiodła i obraziła śmiertelnie jej 
ciepłą ufność. Twardo, nielitościwie i bez namysłu. 
- Może się rozpłaczesz? - zapytała. 
- Nie, proszę pani - odrzekła Ewcia. 
Rozmyślała nad tym w swoim mizernym pokoiku, że będzie miała ciężkie życie. 
Postanowiła jednak unikać wszystkiego, co by mogło rozjątrzyć lub rozgniewać panią 
Szymbartową; ponieważ nie ulegało wątpliwości, że ona wytrwa w szlachetnym zamiarze, 
nikt jednak nie może przewidzieć, co uczyni pies, postanowiła rozmówić się z nim poważnie. 
-Rolly! -rzekła w wielkim zaufaniu. -Jesteś opryszkiem, jakiego świat nie widział. 
Mogłeś nim jednak być na własnych śmieciach, ale tutaj nie wolno. Pani Szymbartowa to nie 
ciocia, którą mogłeś ocyganić. Błagam cię, bądź przyzwoity i zachowuj się nie jak świnia, 
lecz jak uczciwy pies. Wcale nie pragnę, aby z twojego powodu wybuchały awantury. 
Rozumiesz? 
Kundel nie spuszczał z niej oczu i słuchał z ludzką niemal roztropnością. Zrobił 
skruszoną minę potakującego złoczyńcy i polizał rękę Ewci, która poświadczyła później 
uczciwie, że odtąd przez cały czas pobytu u państwa Szymbartów nie zdarzyło się nic 
zdrożnego, co by można było zapisać na jego rachunek. Żył na dobrej stopie z całym domem, 
unikał jedynie pani Szymbartowej. Spotkawszy ją na swej drodze znikał jak duch i potrafił 
przeleżeć przez dwie godziny pod kanapą, wyczekując sposobnej chwili do zniknięcia. Jeśli 
kradł, czynił to z niebywałą przezornością i nie można mu było niczego udowodnić. Był, ale 
jakby go nie było. Nigdy nie zaszczekał w domu. Wychodził z Ewcią z domu, odprowadzał ją 
do szkoły i znalazł się zawsze przed szkołą, oczekując jej wyjścia. Ewcia karmiła go, sama 
nie dojadając , zresztą pies ten był przedziwnym oryginałem, który prócz rzeczy ze szkła, 
drzewa, żelaza i stali zjadał wszystko, zbytnio nie przebierając. Pani Szymbartowa, która mu 
zaprzysięgła zemstę, zdumiona była jego magiczną zdolnością znikania. Wiedziała, że jest w 
jej domu, czasem bowiem mogła go ujrzeć wymykającego się z Ewcią o bardzo wczesnej 
porannej godzinie. Poczęło ją to gniewać, że nie może znaleźć żadnego pewnego powodu do 
wystąpienia. 
Ewci okazywała całkowitą obojętność, chociaż dziewczyna czyniła nieraz jeszcze 
próby pozyskania jej życzliwości. Stanęło wreszcie na tym, że wzajemna wymiana słów 
ograniczała się do uprzejmych powitań i pożegnań Ewci, połączonych z uprzejmym ukłonem, 
i do mrukliwych odpowiedzi pani Szymbartowej. Zdawało się, że zanim pani Szymbartowa 
odpowie: „Dzień dobry!” -kładzie przedtem te dwa słowa na lodowni, aby je odpowiednio 
ochłodzić. Nie dowiadywała się, co się dzieje z Ewcią w szkle i co dziewczyna robi poza 
domem. Nie obchodziło jej zdrowie Ewci, co zresztą nie było zbytnim przestępstwem, bo 
Ewcia promieniała zdrowiem rumianym i bujnym. Zdarzyło się czasem, że pani Szymbartowa 
patrzyła długo na bladą, wymizerowaną twarzyczkę córki, po czym przenosiła spojrzenie na 
rumianą jak rzodkiewka gębę Ewci i wtedy wydawała ciche westchnienie. Ewcia wiedziała 
dobrze, co oznacza ten cichutki głos matczynego serca. Ujrzawszy pewnego razu niezwykle 
zatroskany wzrok pani Szymbartowej, zebrała się na odwagę i rzekła: 
- Proszę pani, to przejdzie... 
- O czym mówisz? - zapytała szybko pani Szymbartowa. 
- O Zosi... 
-Pilnuj swojego nosa! -mruknęła pani Szymbartowa, ale jakoś ciszej niż zwykle i 
jakoś niepewnie. 
Natomiast pan Szymbart spojrzał na Ewcię z wdzięcznością. Zdawało się, że jeszcze 
chwila, a coś do niej powie, bo było widać, jak miętosi wargami jakieś słowo, lecz w czas się 
opamiętał i nie dokonał bohaterskiego czynu. 
Bystrym rozumem Ewcia odgadła, że te kwasy, co się pienią w sercu pani 
Szymbartowej i w jej słowach, pochodzą ze zgryzot i troski matki, drżącej o zdrowie 
jedynego dziecka. Gdyby miała dość odwagi lub gdyby żyła z panią Szymbartową na 
serdecznej stopie, byłaby jej powiedziała, że nie należy biednej Zosi karmić tranem i jajkami, 
lecz słońcem i powietrzem; nie ogrzewać jej jak pisklęcia, nie trzymać w wacie i w dusznym 
pokoiku, lecz pozwolić jej na ruch, na bieganinę i na te wszystkie awantury, które sprawiają, 
że podlotek zachłannymi ustami pije zdrowie i życie. Pani Szymbartowa jednakże nie chciała 
nawet słyszeć o tym. Trwoga jej o dziecko była tak wielka, że nie posyłała go do szkoły, 
obawiając się, że z wielką pewnością przyniesie stamtąd „zarazę”. Zosia uczyła się w domu. 
Uczyła się z wielkim trudem, niechętnie i z wyraźnym smutkiem. O oznaczonej godzinie 
zjawiła się zdyszana zabiedzona nauczycielka, siwa dobra kobiecina ze zmęczonymi oczami. 
Na inteligentnej twarzy miała wypisane wszystkie udręki, jakie tylko istnieją na świecie. 
Usiadłszy przy stole z Zosią przymykała na chwilę oczy i przez krótki moment trwała w 
bezruchu, jak gdyby czekała, aż ucichną w jej znużonej głowie wszystkie brzęki i szumy. Po 
chwili zaczynała mówić głosem równym i jednostajnie ściszonym, jak gdyby go chciała 
oszczędzać, bo go musi starczyć na długie jeszcze godziny tego dnia. Nauczała roztropnie i 
mądrze. Przy małym stoliku siedziały obok siebie dwie smutne, udręczone, ciche istoty, 
przyjazne i tkliwe. 
Nauczycielce pomagał z własnej pilności pan Szymbart, który jako emeryt miał wiele 
czasu. Czynił to z przyjemnością, nie tylko dlatego, że bardzo kochał córkę, lecz i dlatego, że 
lekcje z nią były wyborną sposobnością do używania wspaniałej ludzkiej mowy, której 
posiadanie uparcie ukrywał przed panią Szymbartową. Umiał wiele i jasno wykładał swoją 
umiejętność. Czasem, kiedy ogarniały go wątpliwości albo gdy jakieś szkolne zagadnienie 
nowoczesne było dla niego zbyt zawiłe, prosił Ewcię. 
- „Pomoc dajcie mi rodacy!” - wołał strapiony - bo jestem bałwan. 
- Niech czcigodny rodak powie, co trapi jego i to polskie dziewczę! - mówiła Ewcia. 
Czasem wolną schwytawszy chwilę sama zjawiła się w pokoiku Zosi, gdzie Rolmops 
przyjmowany był na prawach przyzwoitego gościa. Pomogła biednej dziewczynie z całej 
duszy. Zosię jednak wszystko męczyło. Tak była bledziutka, że już bardziej zblednąć nie 
mogła, lecz zaczynały jej drżeć ręce i grube krople potu ukazywały się na jej czole. Ewcia 
ścierała go miękkim dotykiem chusteczki i czym prędzej zamykała książkę. 
- Nie męcz się, Zosieńko...Może otworzyć okno, bo tu duszno? 
- Nie można. Mama będzie się gniewała, bo może być przeciąg. 
- A może dać ci szklankę wody? 
- Wody, nie... Och, jak bym się napiła mleka! 
- Więc czemu się nie napijesz? 
- Mama nie pozwala... 
- Mama nie pozwala ci pić mleka? Czemu? 
- Bo mleko robi kwasy w żołądku i dlatego jest szkodliwe. 
- A cóż ty pijesz, nieszczęsna dziewczyno? 
- Tran. Ja już nie mogę patrzeć na tran. 
- A dzisiaj piłaś? 
-Już piłam, a wieczorem muszę wypić jeszcze trzy łyżki. O, tam stoi flaszka! Och, 
Ewciu, ja bym chciała umrzeć... 
-I co ci z tego przyjdzie? -zapytała Ewcia z niezwykłą roztropnością. -Pewnie, że 
lepiej jest umrzeć, niż pić tran, ale umieranie nie ma sensu. Nie chcesz tranu? 
- Nie, nie! 
Ewcia myślała przez chwilę, głęboko coś rozważając. 
- Czy mama jest w domu? 
- Nie. Mama poszła do apteki. 
- Po nowy tran? 
- Nie. Po sól morszyńską, bo ja muszę zawsze w dni nieparzyste.... 
- Słuchaj, Zosiu! Daruj mi ten tran... 
Zosia spojrzała na nią z bezmiernym podziwem. 
- Wypijesz go? 
-Ja nigdy! Nie cierpię tranu, ale Rolmoops zje i wypije wszystko. Od razu mu 
wszystko nie dam, bo mi się jeszcze psina wykopyrtnie, ale przez trzy dni da temu radę. A ty 
napijesz się mleka! Czy u was w domu jest mleko? 
-Jest, bo tatuś bardzo lubi. Ale skoro ja wypiję, a dla tatusia nie będzie, mama od razu 
spostrzeże - mówiła Zosia ze strachem. 
- Jakoś się to zrobi! - rzekła Ewcia. - Wrócę za chwileczkę. 
Mogła powiedzieć panu Szymbartowi, że Zosia pragnie napić się mleka i żeby on 
wziął je na swoje sumienie, nie uległo jednak wątpliwości, że pan Szymbart nie ulegnie 
panience i nie zgodzi się ze strachu na taką awanturę. Trzeba to będzie urządzić inaczej. 
Ewcia znalazła w spiżarni naczynie z mlekiem, pokrytym kożuchem jak woda w stawie. 
Przyjrzała mu się srodze zamyślona, jak człowiek, który ma za chwilę wiekopomny uczynić 
wynalazek. 
- Mam! - zakrzyknęła cicho. 
Zabrała naczynie i zaniosła je do pokoiku Zosi, patrzącej na to wszystko 
zastrachanymi oczami. 
- Nie pij! szepnęła. 
Pobiegła do swojego pokoju i powróciła ze szklaną rurką, używaną w cielęcych 
dniach do puszczania baniek z mydła, a przeniesioną z pamiątkowymi rupieciami na nowe 
mieszkanie. Z wielką ostrożnością wetknęła rurkę tuż przy brzegu naczynia, przebiwszy 
grubą powłokę kożucha. 
- Teraz sobie pociągnij - szepnęła jak spiskowiec - Śmiało! 
- Kiedy się boję - mówiła również szeptem Zosia. 
- W takim razie ja wypiję! 
-Dawaj! -zawołała Zosia z determinacją. Poczęła łakomie wyciągać napój przez 
rurkę, ku niebywałej radości Ewci. Rolmops patrzył zdumiony i oczarowany, zrozumiawszy, 
że chytrość ludzka jest niepojęta. 
Zosia odjęła na chwilę usta od rurki. 
- To świetnie! - szepnęła z przejęciem. - Może jeszcze? 
- Może, ale ostrożnie. Uważaj, kobieto, abyś nie zniszczyła powłoki! 
- Uważam.... 
Policzki jej zaróżowiły się i z radości, i ze zbytniej gorliwości. Piła długo i łakomie. 
- Oj! - zawołała, spojrzawszy z trwogą w naczynie. 
- Co się stało? 
- Zdaje mi się, że wysączyłam do ostatniej kropelki. 
- To źle, trzeba było coś zostawić. A może rurka się zatkała? Spróbuj! 
Zosia „wyciągnęła w głąb pół brzucha” jak Wojski w Panu Tadeuszu grający na 
myśliwskim rogu, a w rurce zabulgotało powietrze. 
- Widać, że dawno nie piłaś mleka - rzekła Ewcia wcale ponuro. 
- Co my teraz zrobimy? 
-Postawimy garnek tam gdzie stał....-Co innego można zrobić? Czy ci przynajmniej 
smakowało? 
- O Boże! 
Ewcia odniosła do spiżarni puste naczynie, niosąc je niezmiernie ostrożnie, aby zbyt 
nagłym ruchem nie rozerwać powłoki kożucha, mizernej w tej chwili dekoracji zakrywającej 
pustkę. 
„Dzisiaj będzie koniec świata!” - pomyślała z trwogą. - „Ratuj się, kto może!” 
Obie dziewczyny oczekiwały z biciem serca najpierw powrotu pani Szymbartowej, 
potem nasłuchiwały każdego odgłosu, kiedy się zbliża pora wieczerzy. Pan Szymbart 
dostawał na kolację resztki z obiadu i szklankę mleka, który o, nieszczęsny samobójca! -nie 
dbał o kwasy w żołądku. 
Dziewczęta siedziały przy stole wymieniając ostrożnie spojrzenia. Pani Szymbartowa 
postawiła na stole jakieś mizerne jadło, pokrajała cienkie kromki chleba i smarowała je 
masłem, czyniąc to w sposób przedziwny: nabierała odrobinę masła na koniec noża i tym 
końcem dotykała chleba ostrożnie i ruchem powolnym, po czym szybko wysuwała nóż tak, że 
jego „omaślony” koniec znajdował się poza chlebem, a kromki „smarowała” gwałtownymi 
ruchami środkiem noża. 
„Ciocia ze wstydu wyskoczyłaby przez okno” -myślała zawsze Ewcia patrząc na tę 
operację. 
Dzisiaj jednak nie myślała wcale o cioci Halickiej. Patrzyła pilnie na zwyczajne, 
dokonane powtarzające się praktyki pani Szymbartowej, obliczając dokładnie, kiedy dojdzie 
do nalewania mleka. 
„Bomba pęknie za minut pięć.. Za trzy... Za dwie minuty...” 
Pani Szymbartowa zmąciła jednak zwykły porządek rzeczy, gdyż w pewnej chwili 
spojrzała na córkę i coś ją w jej widoku zastanowiło. 
- Czemu jesteś taka podniecona? - zapytała powoli. 
- Nie, mamusiu... 
- Źle się czujesz? 
- Lepiej niż kiedykolwiek. Czemu mamusia pyta? 
- Bo ci oczy błyszczą. Piłaś tran? 
- Jeszcze nie... 
Ewcia kopnęła ją lekko pod stołem, dając jej znak, aby czuwała i aby „zgasiła oczy”. 
Pani Szymbartowa uspokojona przecięła zimny siekany kotlet z obiadu, w którym 
były trzy czwarte rozmoczonej bułki i jedna czwarta mięsa, jedną połowę położyła przed 
Ewcią, a drugą przed małżonkiem. 
-Trzeba to przytrzymać, aby tego wiatr nie porwał -mruknął sam do siebie pan 
Szymbart. 
- Co powiedziałeś? 
- Że nie przełknę tego bez mleka! - odrzekł on odważnie. 
Pani Szymbartowa siedziała przez chwilę nieruchomo, chcąc dać do poznania, że 
rozdzierający krzyk mężowskiego serca domagającego się napoju nie czyni na niej 
najmniejszego wrażenia, po czym z własnej i nieprzymuszonej woli podniosła się z 
westchnieniem i poszła do spiżarni. 
- Tatusiu, ratuj! - szepnęła Zosia. 
- Przed czym? - zdumiał się spokojny pan Szymbart. 
Nie było jednak czasu na odpowiedz, bo na mrocznej scenie ukazała się pani 
Szymbartowa, stąpająca jakoby w śnie somnambulicznym. Tak zawsze kroczy lady Makbet, 
patrząc nieruchomym spojrzeniem na swe okrwawione ręce. Pani Szymbartowa natomiast 
patrzyła jak urzeczona w garnek. Miała wyraz taki, jak gdyby się jej coś pomieszało w 
rozumie, albowiem dnia onego przestały działać wszystkie prawa fizyki: oto trzyma w ręku 
garnek pełen mleka, a garnek jest przedziwnie lekki. Dlaczego jest taki lekki? Przecie kożuch 
jest nienaruszony, przeto powinno pod nim być mleko. Postawiła naczynie na stole, nie 
odwracając od niego zdumionego spojrzenia. Obydwie dziewczyny czyniły to samo. Zdawało 
się, że najgłupszy z głupich garnków z jednym uchem stał się ni stąd ni zowąd największym 
dziwem świata. Jedynie Pan Szymbart, rzeczy nieświadom, zachował rozumne spojrzenie na 
świat i na garnek. Chwycił go gwałtownym ruchem za ucho, jak to czasem czyni majster 
szewski z uchem terminatora, i przechylił naczynie nad szklanką. W tej chwili król Salomon, 
siedzący na chmurze i przyglądający się tej scenie, zawołał zapewne: „Z próżnego i ja nawet 
nalać nie mogłem, kochany panie Szymbart!”. 
Zakwilił cicho pan Szymbart i rozumne jego spojrzenie przybrało ciemną barwę 
nagłego ogłupienia. 
- Czary, czy co? - mruknął zdumiony. 
-Czarownice zwykle wypijają mleko...-odezwała się Ewcia głosem tak chwiejącym, 
aż się zataczał. 
Pani Szymbartowa odegrała gwałtownym ruchem mgłę majaków, co owiły jej głowę, i 
powróciwszy do życia krzyknęła: 
- Kto wypił mleko?! 
Wysunęła palce w stronę męża. 
- Ty?! 
- Obrażasz mnie! - odrzekł pan Szymbart z bezmleczną godnością. 
- Dobrze... Zosia nie wypiła, ja nie wypiłem... 
- Może Rolli? - podszepnęła nieśmiało Zosia. 
-Nie! -wołała pani Szymbartowa. -Jest to pies złodziejski, lecz nawet on takiej 
sztuczki nie potrafi, aby wypić mleko, a zostawić kożuch. Zostaje tylko jedna podejrzana 
osoba... Ewcia poczuła, jak ją policzek zaczyna piec od gorącego spojrzenia pani 
Szymbartowej. Przymknęła na chwilę oczy i skoczyła w ciemną przepaść. 
- To ja wypiłam... - powiedziała potężnie. 
- Ewciu! - krzyknęła Zosia. 
Pan Szymbart spojrzał ciekawie na Ewcię, a blady uśmiech usiadł mu na wąsach jak 
senna mucha. 
„I była chwila ciszy. I powietrze stało głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało” jak 
w Panu Tadeuszu przed burzą. 
Potem twarz pani Szymbartowej przybrała barwę szkarłatną; grały na niej nagłe i 
przemijające błyski zdumienia, gniewu, oburzenia, rozpaczy i bezmiernej pogardy. 
-Ładny przykład dla mego dziecka! -krzyknęła wreszcie z boleścią. -Miłą 
dziewczynę przyjęłam pod swój dach!... Ale zrobi się porządek z miłą dziewczynką! Przede 
wszystkim panienka nie dostanie jutro śniadania... 
- Oho! - zawołał pan Szymbart. 
Nikt jednak nie zwrócił uwagi na ten szlachetny głos protestu. 
- Poza tym trzeba będzie zaprowadzić inne środki ostrożności przed włamywaczami... 
-Oho! -zawołał pan Szymbart po raz drugi, pragnąc przywieść żonę do należytego 
umiaru w wytrysku straszliwych słów. 
- A teraz spać! - zakomenderowała pani Szymbartowa. 
Okazało się jednak, że głupie mleko wygnało z tego domu sen spokojny. Pani 
Szymbartowej nie pozwoliło zasnąć oburzenie, Ewci odrobina strachu, co to będzie jutro, 
Zosi wyrzuty sumienia, a panu Szymbartowi zdumienie, pomieszanie z podziwem. 
Raniutko czatował na Ewcię i zapytał ją szeptem: 
- Ewciu, jak ty to zrobiłaś? 
- Przez rurkę, proszę pana. Ale to nie ja wypiłam mleko... 
- Tylko kto? 
- Zosia... 
- I nie umarła? - zaśmiał się pan Szymbart. - To nadzwyczajne! 
Nagle coś mu musiało przyjść do głowy, gdyż zmarszczył czoło i ściszył głos jeszcze 
bardziej. 
-Powiedz mi, dziewczyno... ale tak w zaufaniu... czy nie dałoby się w ten sam sposób 
z butelką?... Z koniakiem na przykład.. bo to, widzisz, czasem człowiek jest zaziębiony... Ty 
masz wyborne pomysły! 
Bardzo żałośnie był zawiedziony, gdy mu Ewcia odmówiła pomocy w zbrodni, lecz 
nie umniejszało to jego podziwu jej wynalazczości. 
Sprawa z „kroplą mleka” stała się początkiem okresu przedziwnie burzliwego. Pani 
Szymbartowa byłaby odżałowała wszystkiego, tego jednak nie mogła przeboleć, że ją 
okpiono. Wielki jej rozum nie przewidział tak misternego cygaństwa i to ją zabolało 
najwięcej. Stała się przeto czujna i była wiecznie na czatach. Zbierała pilnie ziarnko do 
ziarnka i zapisywała wszystko w pamięci. Odkryła tłuste ślady tranu na murze za oknem 
izdebki Ewci; przypatrywała się z niepokojem niepokojowi swej córki; z uśmieszków męża 
wywnioskowała, że o czymś wie i że jest cichym wspólnikiem niezwykłych zbrodni. Poczęła 
wychodzić z domu głośno, a po krótkiej chwili powracała cicho i wpadała do pokoiku Zosi. 
Po takiej jednej zasadzce zdarzyła się awantura druga, zgoła piekielna. Nie chciała wierzyć 
własnym oczom otworzywszy cicho drzwi: Ewcia stała na łóżku i trzymała nogi Zosi, stojącej 
na głowie. Krzyknęła pani Szymbartowa rozdzierającym głosem i rzuciła się na pomoc 
jedynemu dziecku. 
- Zbrodniarko! - zawołała ostatnim tchem, - Zamordujesz mi dziecko! 
Ze straszliwego sądu, odbytego na miejscu przestępstwa, okazało się, że Ewcia 
postanowiła wyleczyć Zosię z ustawicznej bladości przez zabieg prosty i na pierwszy rzut oka 
jedyny. Rozum chłopski dawno doszedł do nieodpartego przekonania, że jeśli kto stanie na 
głowie, ten się zaczerwieni, gdyż wtedy krew z całego ciała spływa ku głowie. Nie należy, 
oczywiście, dopuszczać się w tym kierunku przesady, albowiem krew dobroczynna może się 
zmienić w tak zwaną „nagłą krew”, zalewa nieszczęśliwca z kretesem i na amen. Jedynie 
lotnicy umiejąc latać przez dłuższy czas głową na dół, nie należy jednak zalecać tego 
panienkom. Ewcia nie żądała od swej przyjaciółki niezwykłości, pilnym ćwiczeniem 
doprowadza ją jednak do tego, że w pewnych chwilach, po kilku minutach utrzymywania się 
w pozycji zgoła przeciwnej naturze, blada Zosia przypominała buraka i dojrzały pomidor. 
Wierząca jednak tylko w tran i sól morszyńską pani Szymbartowa nie mogła pojąć świetnej 
metody Ewci, przeto i ją, i jej wyborny pomysł obrzuciła słowami wielkości kurzego jaja, jak 
się zwykle mówi o straszliwym gradzie. W następstwie tych okropności zostały zakazane 
wszystkie stosunki towarzyskie obydwóch panienek i Ewcia została skazana jako wybitnie 
„trędowata” na samotność gorzką i smutną. Ponieważ Rolmops, choć tak wybitnie mądry, był 
dość tępy w rozmowie, Ewcia snuła swoje samotne godziny jak pajęczynę. Czasem pan 
Szymbart dodał jej ukradkiem otuchy i szepnął jej przy spotkaniu: „Czuj duch, dziewczyno!” 
- nieznaczną jednak było to pociechą. 
Ewcia przycichła w swoim kącie jak mysz i rozmyślała nad zawiłością życia. Z Zosią 
utrzymywała łączność przez listy, podsuwane pod drzwi, nagłe bowiem wmieszanie się pani 
Szymbartowej do dziewczęcych spraw przerwało brutalne jej szorstkie i śmiałe zamysły, by z 
bladej i wynędzniałej dziewczynki uczynić hożą dziewoję z twarzą koloru świeżej polędwicy. 
W jednym z tajnych listów zaklina ją na honor, przyjaźń i solidarność kobiecą, by się 
postarała o przedmiot należycie ciężki, najlepiej srogi kamień, i by kładła go sobie na 
brzuchu, po czym oddychała miarowo i głęboko. Jest to wyborny sposób, używany przez 
śpiewaków na wzmocnienie przepony brzusznej. Zosia dała jej znak przy obiedzie, że rada 
jest wspaniała i zostanie wprowadzona w czyn. Dziewczętom wolno było rozmawiać jedynie 
w obecności pani Szymbartowej, czasem zaś poczciwy pan Szymbart był posłem i 
powiernikiem, lecz czynił to tak niezręcznie, że został przyłapany i wieczorem miał minę 
taką, jak gdyby go utłuczono w moździerzu jak cynamon. 
Jeden dzień Ewci tak był do drugiego podobny, jak dwie łzy z tego samego oka. Za 
żadne jednak skarby świata nie byłaby się przyznała w listach do pani Halickiej, że ją 
cokolwiek trapi. Uspokaja w nim ciotkę, że czuje się jak w raju i że jeśli brak jej jedynie 
ptasiego mleka, to tylko dlatego, że wróble są zbyt ruchliwe i trudno wróbla wydoić jak 
spokojną kozę. Trzeba było jednakże poskarżyć się komuś na smutną samotność. W tym 
dobrym celu wymyśliły panienki tak zwane „pamiętniki”, w których zapisują wieczorem 
wszystkie uśmiechy i łzy, wszystkie radości i smutki, nadzieje i tęsknoty. Pamiętnik jest 
tajemną księgą zamkniętą na siedem pieczęci. Jedynie właścicielka i autorka pamiętnika ma 
prawo odczytania go pośród głębokiej nocy, kiedy nawet Anioł Stróż się zdrzemnął. Tak 
czyniła i Ewcia ze swoim pamiętnikiem, w którym zostało zapisane wszystko aż do 
najcichszego westchnienia. Przypominał on wiosenny ogródek, kolorowy i śliczny, na który 
czasem padał deszcz. Deszcz ten nie padał jednak nigdy z nieba, lecz zawsze spływał z 
oczów. Książeczka ta była najserdeczniejszym, największym skarbem dziewczyny. Ukryty 
był głęboko i przemyślnie dobywany z zachowaniem niezmiernych ostrożności, odczytywany 
ze wzruszeniem, pisany z wypiekami na twarzy. Gdy ojciec powróci, odczyta w nim „dzieje 
samotnego żywota”, niezmierną miłość i tęsknotę, dowie się o cichych utrapieniach i o każdej 
myśli córki. Tylko dla własnego serca i dla niego pisana była ta książeczka. 
Dnia jednego, na samym początku wakacji, kiedy już wszystko w domu ucichło, 
Ewcia otworzyła okno, aby spojrzeć na majowe niebo. Potem przekonawszy się, że drzwi 
zamknięte, poczęła grzebać na dnie szafy, aby spod rupieci wydobyć swój skarb. 
Serce zaczęło w niej łopotać. Ręce drżały. Poczęła szukać gorączkowo, szybko, coraz 
szybciej. Pamiętnika nie było. 
Wtedy stało się z nią coś dziwnego: zdawało się, że jej ktoś zimną ręką wyrwał serce z 
piersi i że musi umrzeć, bo nie może przecież żyć bez serca. 
Przeminęły długie chwile, zanim poczuła, że jednak żyje, z czego postanowiła 
skorzystać w sposób gwałtowny. Zapukała zuchwale do drzwi pani Szymbartowej i weszła 
nie czekając na odpowiedź. Pani Szymbartowa zerwała się z krzesła i usiłowała zasłonić sobą 
leżący na stole kajecik. Ewcia spojrzała na nią dziwnym wzrokiem, rzuciła się ku stołowi i 
porwała swój skarb. 
Potem rzekła z trudem: 
- Niech Bóg pani przebaczy! 
Jedynie Szekspir mógł opisać tę burzę, która się rozpętało owej nocy. My możemy 
jedynie oznajmić niezdarnie, że pan Szymbart cucił panią Szymbartową, lejąc na nią kubły 
zimnej wody. Czynił to bez zbytniego pośpiechu, ze wzniosłym spokojem, i nie da się tego 
ukryć, że nie żałował wody. Można by nawet przypuszczać, że się uśmiechał jak szatan. 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
w którym malarz goni dziewczynę, a dziewczyna bieży za psem 
Jerzy Zawidzki przyjechał z Zakopanego zaspanym pociągiem o godzinie szóstej rano, 
zarzucił na plecy tobołek, w którym tkwiło malarskie pudło z farbami, i zdążał piechotą z 
dworca do domu. Nie chciał ani swojego młodego wieku, ani też swojej malarskiej godności 
zhańbić użyciem mechanicznego pojazdu. Poranek był zresztą prześliczny i rzeźwy, na 
ulicach jeszcze był pusto, droga niedaleka, a tęcze ukryte w pudełku były lekkie. Ponieważ 
każdemu malarzowi jest zazwyczaj lekko i na duszy, przeto pan Jerzy kroczył raźno 
uśmiechając się do słońca, które -jako malarz -haniebnie okradał z blasków. Uśmiechał się 
tez i do spotykanych ludzi, mało który jednak odpowiadał mu uśmiechem, podejrzewając 
słusznie, że indywiduum, które o szóstej rano okazuje przyjaźń całemu światu, musi być albo 
oszustem, albo też pozbawione jest zdrowych zmysłów. 
Malarz wszedł w cichą boczną uliczkę, na której -nie licząc siedemnastu wróbli -nie 
było widać żywego ducha. Uliczka była tak senna i cicha, że wesoły pan Jerzy przestał 
pogwizdywać. Gdyby był tego nie uczynił z troski o spokój śpiących Polaków, byłby musiał 
to uczynić z innego dziwnego powodu. Przystanął i patrzył z nagłym zajęciem na tajemnicze 
sprawy, rozgrywające się w szarym, liszajowatym, sennym domu. Jedno z okien na parterze 
otwarto ostrożnie i bez szmeru. Ukazała się w nim głowa dziewczęca, nakryta uczniowską 
czapeczką. Malarz zdołał dojrzeć bystrym wzrokiem, że rozczulającą ozdobą tej głowy był 
zadarty nosek. 
Znane są wypadki w dziejach ludzkości, że czasem ktoś o godzinie szóstej rano 
otwiera okno, dlatego też w nikim nie budzi to już zdumienia. Zazwyczaj jednak ukazuje się 
w oknie postać ludzka niezupełnie odziana, ziewająca i rozgoryczona, że ją zmuszono do 
wczesnego powstania. Musiało to przeto zdumieć roztropny umysł malarza, że osoba, która 
przed chwilą otworzyła okno, jest odziana, a -sądząc z ożywienia na obliczu -wcale nie jest 
senna. Ponieważ jednak ludzie miewają nieoczekiwane pomysły, byłby malarz po krótkiej 
chwili machnął ręką i poszedłby swoją drogą, gdyby osoba w uczniowskiej czapce nie 
poczęła wyprawiać zdumiewających awantur. Przez okno spuściła na chodnik najpierw 
zawiniątko, a potem -o dziwo! -śmiesznego psa. Położyła ostrożnie palce na ustach, dając 
znak kundlowi, aby pary nie puścił z gęby, potem rzuciła się w objęcia jakiejś drugiej żeńskiej 
istoty, co w białym obleczeniu wyglądała jak widmo nagłe zjawione. 
- Co to wszystko znaczy? - zagadał malarz sam do siebie. 
Ukrył się we wnęce bramy i patrzył ciekawie. 
Obie żeńskie istoty ściskały się rozpaczliwie przez dłuższą chwilę, po czym „zadarty 
nos” wyjrzał na ulicę i pilnie patrzył, czy kto nie nadchodzi, wreszcie siadł okrakiem na oknie 
i zaczął przełazić ostrożnie. 
„To jakaś nieczysta sprawa!” - pomyślał malarz. 
Dziewczyna aż przysiadła skoczywszy na chodnik, raz jeszcze skinęła ręką w stronę 
białego widma, porwała szybko zawiniątko, gwizdnęła cicho na psa i poczęła oddalać się 
szybkim spłoszonym krokiem. 
Nagle stanął na jej drodze Zawadzki, który spojrzał posępnie i również posępnie 
zapytał: 
- Przepraszam bardzo, ale chciałbym wiedzieć, co to wszystko znaczy? 
Panna Ewa Tyszowska wydała okrzyk bardzo cichy i tak okrągły, że w druku można 
go wyrazić okrągłą literą „o”, która wykrzyknięta w odpowiedniej tonacji oznacza: 
zdumienie, nieoczekiwaną trwogę lub też oburzenie pomieszane z jedną trzecią pogardy. 
Mniej więcej to samo usiłowało wyrazić jej spojrzenie. Młodzieniec jednakże wcale go się nie 
uląkł, z czego można było wyprowadzić nieomylny wniosek, że jest to młodzieniec zuchwały. 
Ponieważ panienka nie chciała odpowiedzieć na pytanie, więc je powtórzył, już 
groźniej. Wtedy dopiero odpowiedziała: 
- A co to pana obchodzi? 
Tyle było słuszności w tych słowach, że młodzian stropił się, ale nie na długo. 
-Osobiście wcale mnie to nie obchodzi -rzekł po namyśle. -Nawet gdyby pani zlazła 
po rynnie z dachu, jednak skoro obywatel widzi tajemnicze historie, może słusznie 
przypuszczać.... 
- Proszę mi zejść z drogi! - rzekła Ewcia cicho, ale dobitnie. 
Z niewielkim trudem, przy odrobinie mizernego czarodziejstwa można było każde jej 
słowo zmienić w niewielki kamień. Równocześnie kundel pilnie przysłuchując się rozmowie 
dał warczeniem znak, że czuwa i że rozdarcie spodni zuchwałego zawalidrogi nie będzie dla 
niego zbytnim wysiłkiem. Zawalidroga jednak był uparty. 
- Uciekamy z domu? - zapytał „przez pół drwiąco, przez pół serio”. 
- To nie jest pańska sprawa! Proszę mnie nie zatrzymywać... 
-Rozumiałbym, gdyby to robił chłopak, który chce uciec na okręt do Gdyni, ale 
panienka... Czy pani nie myśli, że to będzie z korzyścią dla pani, jeśli i panią, i tobołek, i tego 
kundla zawiodę z powrotem „na ojczyzny łono”? 
Ewcia spojrzała na niego z mieszaniną rozpaczy i gniewu. Na oczach miała siedem 
błysków, tyle właśnie, ile wedle przepisów mody powinien ich mieć świetnie wyprasowany 
cylinder, słynne nakrycie głowy dyplomatów i kominiarzy w Poznańskiem. Bezczelny 
młodzieniec uśmiechał się jednakże i nie zląkł się spojrzenia, przed którym byłby zadrżał 
człowiek nieco mniejszego ducha. Z właściwą mężczyznom chytrą przewrotnością zmienił 
drwiący ton na ton niby przyjazny i dobrotliwy: 
-Niech pani nie robi głupstw -mówił cicho. -Niech pani wraca... Siostra czy też 
przyjaciółka otworzy okno, a ja pani pomogę wejść z powrotem. Niech pani pomyśli, co się 
będzie działo w domu, skoro spostrzegą pani ucieczkę! Po co mamusię przyprawiać o rozpacz 
i łzy? Tego psa niech pani wyprawi na koniec świata, a pani niech wraca... Proszę mi dać ten 
tobołek! 
Ewcia nie słuchała tej świetnej i fałszywej przemowy, lecz bystrze badała sytuację. 
Nagle, zbadawszy wszystkie możliwości, gwizdnęła na kundla i uczyniła skok antylopy na 
brzeg chodnika, po czym zaczęła biec niezrównanym krokiem długodystansowca podczas 
„biegu narodowego na przełaj”. Kundel, we wszelkich sztukach zaprawny, przemyślnie 
uskoczył w drugą stronę, aby zmylić napastnika, który jednakże okazał całkowitą obojętność 
wobec jego kosmatej osoby. 
-Ach, więc to jednak nieczysta sprawa! zakrzyknął malarz i wprawił w ruch swoje 
długie nogi. 
Panienka zdołała znacznie go wyprzedzić i biegła jak sarna. Sarny jednakże mało 
kiedy dźwigają ciężkie zawiniątko, dlatego już po niedługiej chwili świetnie to porównanie 
zaczęło tracić wartości. Dobiegła jednak do najbliższego skrzyżowania ulic i zginęła za 
węgłem domu. Rolmops dreptał z gwałtownym i zdyszanym pośpiechem w jej ślady. 
Malarz uczynił kilkanaście ogromnych kroków ponad miarę wyrośniętego dryblasa, 
lecz nagle zatrzymał się na moment, nieco oszołomiony, że się przez niemądre wścibstwo stał 
przyczyną jakiejś smutnej awantury. Ujrzał scenę niespodzianą: uciekająca z tobołkiem Ewcia 
wpadła w gościnnie rozwarte ramiona policjanta, który dlatego może być z odrobiną 
słuszności przyrównany do kwitnącej jabłoni, że jak ona zawsze wyrasta spod ziemi. Należy 
przy tym zauważyć, że policjant odznacza się niezdrową ciekawością, która o wczesnych 
godzinach rannych jest szczególnie zaostrzona. Wprawdzie panienka z zadartym noskiem 
nawet o tej dziwnej porze mało przypominała potężnego włamywacza wracającego z 
wyprawy na bank i nie było dość poważnych powodów do mniemania, że wybiera się wraz ze 
śmiesznym kundlem na urządzenie społecznego przewrotu, jednakże wybujała ciekawość 
stróża porządku publicznego pragnęła za wszelką cenę zaspokojenia. Policjant miał 
wprawdzie łagodne spojrzenie na świat i minę raczej rozbawioną wesołym spotkaniem, lecz 
bystry obserwator byłby łacno zauważył, że pod Ewcią ugięły się nogi i chwila jeszcze, a 
padnie „ jak kwiat kosą podcięty”. Tak zawsze padały wszystkie uciśnione dziewice w 
dawnych romansach i autor musiał sobie zadać wiele trudu, aby je za pomocą soli 
trzeźwiących lub rozsądnych perswazji znowu przywrócić do życia. 
- A czemu to tak prędko? - zapytał ciekawy posterunkowy. 
Zanim Ewcia miała czas na odpowiedź, że bieży do najbliższej trzystumetrowej 
przepaści, aby się w nią rzucić głową na dół, zadudniły szybkie kroki pierwszego jej 
prześladowcy, który -widać -osłupiał jedynie na krótką chwilę. Zwróciła się przeto szybko 
ku niemu i rzekła mu mało czułym spojrzeniem: „Widzisz teraz, cos narobił, idioto!” -
Ostatnie to słowo, którego nie używa się nigdy jako wyrazu gorącej pochwały i oznacza w 
greckim oryginale „człowieka nie piastującego żadnego urzędu”, Zawidzki zobaczył, bo go 
nie mógł usłyszeć, co zresztą na jedno wyszło, było bowiem skierowane niechybnie pod 
osobistym jego adresem. 
Zadyszany zwrócił się do posterunkowego z uprzejmym zapytaniem: 
- Czemu pan zatrzymuje moją siostrzenicę? Biegniemy na dworzec kolejowy... 
Rzecz była oczywista, że dwoje młodych ludzi, objuczonych tobołkami, spieszy do 
pociągu. Posterunkowy spojrzał na wszelki wypadek w oczy malarza, a spotkawszy wesoły 
uśmiech, doszedł w zacnej duszy do przekonania, że chociaż czasem słynni opryszkowie 
przybierają chytrze postać niefrasobliwą i ujmującą, jednakże w tym młodym człowieku mało 
jest ze zbrodniarza. Chyba że się z czasem wyrobi. Szósty zmysł granatowego policyjnego 
koloru powiedział mu, że śmieszną tę parę, i psa na dodatek, może puścić spokojnie, toteż 
pożegnał ich życzliwym uśmiechem. 
- Do widzenia! - zawołał malarz. - Irka, bierz nogi za pas, bo późno! 
Ewcia mimo niezgłębionych starań uśmiechnęła się z uznaniem i zaczęła biec 
truchcikiem, a wesoły dryblas podążał za nią. 
- Nie tak prędko - rzekł półgłosem - bo następny policjant zakuje panią w kajdany. 
- Ale teraz może się pan już odczepi! - odpowiedziała Ewcia nie odwracając głowy. 
-Nie mogę. Nie ulega wątpliwości, że posterunkowy patrzy za nami i bardzo by się 
zdziwił, gdyby wuj opuścił siostrzenicę. Ja wprawdzie sprawiłem na nim wrażenie miłe i 
dodatnie, lecz na moim osobistym kredycie nie można polegać. Niech pani skręci w tę ulice 
na prawo... Pani chce w tę na lewo? Doskonale! Możemy pójść na lewo... Tam łatwiej o 
policjanta.... A!... Więc przecie na prawo! Widzę, że moje rady są roztropne... 
Ewcia szła szybko, nie odpowiadając. Zajęta była rozmyślaniem, w jaki sposób 
pozbyć się tego jegomościa. Jegomość nie był wprawdzie opryszkiem i sądząc po wesołej 
gębie, był może nawet człowiekiem przyjemnym, lecz gmatwał wszystkie jej plany głębokie i 
śmiałe. I wciąż gadał. 
-Niech pani posłuch jeszcze jednej uczciwej rady i niech pani wróci tam, skąd pani 
wyszła. Brama jest już otwarta, więc nie trzeba będzie włazić przez okno. Radzę to pani z 
całego serca... Panienki nie są stworzone do awanturniczych przygód. Wprawdzie mają swój 
urok, a pogoda jest brylantowa, ale wreszcie wakacje się skończą i zacznie padać deszcz... 
Czy pani słucha, o czym ja mówię? 
Ewcia nie odpowiadała. 
- Bardzo mi smutno, że pani jest uparta. Widzi pani, moje dziecko... 
- Nie jestem dzieckiem! - zawołała Ewcia z różowym gniewem. 
-A jednak pani słucha... Oczywiście, nie jest pani dzieckiem, ale nie jest pani kobietą 
dorosłą. W tym wieku -niech się pani nie gniewa! -miewa się jeszcze tak zwane „kiełbie we 
łbie”... Łatwo się coś zacznie, a kończy się ze łzami... Ale, ale... Czy nie mógłbym prosić, aby 
pani tak nie biegła, bo ja dźwigam ciężki plecak, a poza tym wiele ciężkich zmartwień i 
ołowiany dowcip. Możemy sobie powoli skręcić w tę stronę, w której jest dom pani i gdzie 
nieszczęśliwa mamusia pani woła w tej chwili z rozpaczą: „Gdzie jest moja córka?” 
Ewcia przystanęła i spojrzała mu w oczy. 
- Od matki nigdy bym nie uciekła - rzekła cicho, lecz dobitnie. 
- Ach, przepraszam - odpowiedział Zawidzki, zgasiwszy światełko uśmiechu. - Bardzo 
panią przepraszam. 
Jak gdyby im od tych słów przybyło ciężaru, zaczęli oboje iść powolnej i w milczeniu. 
Zawidzki rozmyślał nad tym, co smętnego mogło się przydarzyć tej miłej 
dziewczynie, co wybrała tak niezwykłą drogę ku wolności? Wstyd mu było, że dręczył jakieś 
biedactwo i że się sam mianował niepowołanym jej stróżem. -„Od matki nie uciekłaby 
nigdy”. -Przeto albo nie ma matki, albo znajduje się ona gdzieś daleko. Nie śmiał o to pytać. 
Najwłaściwsze by było pozostawić tu dziewczynę w spokoju wraz z jej tajemniczymi 
sprawami, Zawidzki jednak po szybkiej chwili rozwagi doszedł do przekonania, że jednak nie 
powinien tego uczynić. Dziewczyna ma jakąś ciężką zgryzotę. Czyni wskutek tego dziwne 
historie, a przez dumną zapalczywość młodości gotowa uczynić coś, co się nie da naprawić. 
Ileż ona może mieć lat? Piętnaście najwyżej szesnaście. Jest to wiek nieoczekiwanych 
pomysłów. Wprawdzie panienka ma w oczach wyraz hardy i twardy, bywały jednak i takie 
cudy, że z najtrwalszej skały wytryskała woda. Nie... Nie można jej zostawić samej. 
Wprawdzie gdyby los szukał opiekuna dla biednej samotnej dziewczyny, wybrałby z braku 
kogoś lepszego raczej niedźwiedzia niż malarza, przypadek jednak ma w sobie często coś z 
krotochwili. Lepszy malarz niż nikt. Zawidzki postanowił przeto, że z pozwoleniem 
dziewczyny lub wbrew jej woli nie opuści jej przynajmniej do czasu, w którym będzie pewny, 
że nic jej nie grozi. Niemal się rozkrzewił swoją rolą. Spojrzał na dziewczynę ukradkiem i 
spotkał jej również ukradkowe spojrzenie. 
-Proszę pani! -zaczął mówić z jakąś serdecznością wesołością. -Czy pani nie może 
przystanąć choćby na krótką chwilę? 
- Po co? - odrzekła Ewcia sucho. 
- Bo chciałbym się przedstawić.... 
- Mógł pan to zrobić już dawno. 
-Nie było czasu, bo pani biegła, ja biegłem, więc jak? Proszę teraz przystanąć, bo 
muszę zdjąć kapelusz, podać pani rękę i głośno, wyraźnie wygłosić moje nazwisko. 
Dojrzał uśmiech w okolicach zadartego noska, a po chwili Ewcia spojrzeniem 
spojrzała w jego oczy, nic nie mówiąc. 
- Nazywam się Jerzy Zawidzki i jestem ku rozpaczy ludzi rozumnym malarzem. 
- Ach, to dlaczego... - zawołała Ewcia nie kończąc zdania. 
- Co dlaczego? Proszę mówić śmiało! 
- ...to dlaczego tak gładko zełgał pan przed policjantem, że jestem pańską siostrzenicą. 
-Proszę nie obrażać szlachetnego zawodu! To moja osobista sprawa... A teraz, kiedy 
mnie pani już zna, czy mogę panią prosić o rękę? 
- Co takiego? - wykrzyknęła Ewcia zdumiona. - Pan mnie prosi o rękę? 
-Broń mnie, Panie Boże! Chciałem jedynie, abyśmy sobie podali ręce. Tak mi się 
tylko uroczyście powiedziało. 
Ewcia miała przez krótką chwilę taką minę, jak gdyby w nią piorun trzasnął, ale w 
tymże samym momencie cofnął się z okrzykiem: „Przepraszam, ale chciałem trzasnąć w kogo 
innego! Niech pani to trzaśnięcie uważa za niebyłe”. -Z trudem pokryła bladoczerwone 
zmieszanie i nadrabiając miną wyciągnęła ku niemu rękę. 
- Nazywam się Ewa Tyszowska. 
-Ewa! Patrzcie... patrzcie -zaśmiał się malarz. -A ja nazwałem panią Irką, a wie pani 
czemu? Mam naprawdę kuzynkę Irkę, podlotka, który łazi po drzewach sprawniej niż małpa. 
Kiedy zobaczyłem panią gimnastykującą się na podstawie okna, wtedy ni się to 
przypomniało. Aha! Irka ma też taki nosek, że mogłaby bez charakteryzacji grać naczelnika 
Kościuszkę w amatorski teatrze... O, przepraszam... 
- Mój nos nie jest piękny, ale wcale go się nie wstydzę. 
-Słusznie! Ja mam nogi jak czapla i też sobie nic nie robię. -Panno Ewo! Pogadajmy 
teraz jak dwaj przyjaciele. Dokąd pani idzie? 
Ewcia walczyła przez chwilę sama z sobą. 
- Na dworzec kolejowy - rzekła cicho. - Muszę wyjechać. 
- A wolno... 
- Na co panu ta wiadomość? 
-Bo to widzi pani... Ja jestem malarzem, trudno... Żadna praca nie hańbi. Każdy 
malarz ma jednakże takie śmieszne serce, że nie może patrzeć obojętnie na cudze 
zmartwienie, a pani ma jakieś wielkie zmartwienie. Byłbym ostatnim łapserdakiem, gdybym 
pozwolił, aby się pani czymś gryzła. Widać to los tak chciał, skoro mnie o godzinie szóstej 
rano zawiódł przed pani okno. Bo to ze mną jest tak... 
Nagle przerwał i uderzył ręką w czoło z takim rozmachem, jak gdyby chciał na nim 
zatłuc uporczywą muchę. 
- Co się panu stało? - zdumiała się Ewcia. 
-Co się stało? Nic. Przywołuję zmysły do porządku. Moje przypominają często 
gromadkę wróbli, kiedy na nią wpadnie rozbiegany pies. Niech pani przystanie raz jeszcze! 
Na chwileczkę... I niech pani odpowiada wyraźnie; jakie pani powiedziała przed chwilą 
nazwisko? 
- Tyszowska... 
-Odpowiadać proszę powoli i z namysłem. Wyskoczyła pani przez okno z domu, w 
którym mieszka głośny uczony Hieronim Tyszowski. Tak czy nie? 
- Tak! - odpowiedziała Ewcia coraz bardziej zdumiona. 
- Hieronim Tyszowski, znany „człowiek- dżuma”? 
- Tak. 
-Więc: Tyszowska wyskakuje oknem z domu Tyszowskiego. To nie ulega 
wątpliwości. Jak to jednak być może, skoro Tyszowski, „człowiek -dżuma”, mieszka, o ile 
dobrze pamiętam, na drugim piętrze, że Tyszowska wyskakuje z parteru? Jeśli Tyszowska, 
powinna była wyskoczyć z okna drugiego pietra. Czy rozumuje logicznie? 
- Najzupełniej! 
-Bo ja mam rozum, tylko że tak na oko to spostrzec. Wracajmy jednak do rzeczy. 
Czemu pani nie wyskoczyła z drugiego piętra? 
- Bo za wysoko! - roześmiała się Ewcia. 
- Też racja! - zawołał malarz z zapałem. 
- A czy pan zna Hieronima Tyszowskiego? - zapytała Ewcia z nagłym zajęciem. 
-Znam go i błogosławię. Przed kilku laty matka moja, którą ubóstwiam, była 
śmiertelnie chora. Tyszowski czynił takie jakieś dziwy, takie jakieś preparował szczepionki, 
że nikt inny, tylko on ocalił mi matkę. 
- To mój ojciec! - powiedziała Ewcia gorąco. 
-Boże miły! Dziewczyno, i pani teraz mi dopiero o tym mówi?! A cóż za spotkanie! 
Gdyby to można uczynić na ulicy, odtańczyłbym pewien taniec radosny, którym zawsze 
czczę chwile osobliwe. Uczynię to później, bo i tak ludzie na nas patrzą. Ale jednak ojciec 
pani mieszkał wyżej. 
- Tak, ale wyjechał do Chin, a mnie umieszczono na parterze. 
-O, arcykardynale! Przecie od własnej matki słyszałem o tym, a ona wyczytała to w 
gazecie. Panno Ewo! 
- Słucham... - rzekła Ewcia przyjaźnie. 
-Nie możemy tak chodzić dookoła miasta, tym bardziej że ja niedługo zacznę mocno 
krzyczeć i wymachiwać rękami. Czy pani wierzy, że jestem uczciwym człowiekiem? 
- Wierzę, nawet bardzo wierzę! 
- A czy pani już jadła śniadanie? 
- Nie było czasu. Najpierw uciekłam, a potem pan mnie gonił... 
-Prawda. Wobec tego zanim odbędziemy naradę nad tym, jak pokierować losami, 
pójdźmy na śniadanie do jakiejś mleczarni. Gorące mleko niezwykle zaostrza wyobraźnię. 
Najlepsze byłoby kozie mleko, bo Jowisz wykarmiony przez kozę nie tylko zrobił karierę, ale 
i niezwykłym zajaśniał rozumem. Czy pani widzi, jaki ja jestem wykształcony? 
Ewcia zaśmiała się głośno. Po godzinie awantury okazało się, że straszliwy 
prześladowca jest wybornym towarzyszem i najmilszym zawalidrogą. Schwytał ją za kołnierz 
i wydobył z dna rozpaczy na jasność słoneczną. Oczy mu się śmieją i nieustannie gada. 
Śmiech jego jest wyraźny i wesołość szczera. Wprawdzie ma nieco zbyt długie nogi, lecz 
poza tym jest niepospolicie przystojny. Posiada jakieś nakrycie głowy, lecz to coś w rodzaju 
czapeczki wystaje mu z kieszeni, a poranny rzeźwy wiatr rozwiewa mu włosy mocno 
wybujałe. Zasadniczo posiadają one kolor jasny, lecz nad prawą skronią grają wielu barwami, 
których poważna przyroda nie używa do barwienia głów ludzkich. Nie ulega przeto 
wątpliwości, że pan malarz w pośpiechu pracy ociera pędzle o własne uwłosienie. Stąd 
zapewne pochodzi i tęczowa barwa jego myśli, wirujących jak kolorowe szkiełka w 
kalejdoskopie. Od chwili, w której się dowiedział, kim jest Ewcia, wciąż powracał do 
hymnów na cześć jej ojca. Niebyły to hymny prawidłowo zbudowane, lecz strzeliste okrzyki 
połączone z tak gwałtownymi ruchami rąk, jak gdyby malarz podbijał każde słowo, aby wyżej 
poleciało. Ewci uczyniło się ciepło w okolicach serca. Od czasu do czasu spoglądała 
ukradkiem na tę jasną, szczerą, uczciwa gębę, po której biegały słoneczne błyski, i wtedy 
przymykała oczy, jak gdyby własnym oczom uwierzyć nie mogła. Jakżeż to? Przed godziną 
uciekała przez okno, zrozpaczona, samotna, i bezradna, a po godzinie idzie wesoło w 
towarzystwie człowieka, którego spotkała po raz pierwszy w życiu i o którego istnieniu nigdy 
nie słyszała. Nie czuje żadnej trwogi, nie chce myśleć o tym, co się stanie. W tym 
długonogim dryblasie, mającym włosy pomalowane jak Indianin wstępujący na „ścieżkę 
wojenną”, jest tyle pogodnej, radosnej siły i tyle pewności, że Ewcia nie waha się ani przez 
chwilę. Ufa człowiekowi, który wielbi jej ojca. Jeszcze dość będzie czasu, aby się 
zastanawiać nad tym, co ma uczynić za godzinę. 
Gdy weszli do małej mleczarenki, zdawało się, że malarz napełnił sobą całe jej 
szczupłe pomieszczenie. Uśmiechnęła się do niego chmurna dotąd, posługująca panienka, a 
pokaźnie gruba pani, licząca właśnie bułki za bufetem, spojrzała na niego z tkliwą 
życzliwością, rozumując słusznie, że jeśli ten wspaniały młodzian nie zje za jednym 
zamachem wszystkich nagromadzonych w mleczarence produktów, w takim razie należy 
wątpić o wszystkim i przekląć złudne pozory. Malarz uradował jednakże jej zatroskaną i 
mleczną duszę: jadł tak potężnie, że nawet jak na malarza było to zdumiewające. Z bujną 
wymową namawiał i Ewcię, aby „mlekiem zalała robaka”. Ze szczodrą rozrzutnością 
nakarmił w przerwie kundla, który spojrzał na niego z gorącym uznaniem i mrugnął 
wrażliwie lewym okiem, jak gdyby chciał powiedzieć: „Pan jest pierwszym malarzem na 
świecie, przy którym może się pożywić pies, dotąd bowiem przy malarzach umierały z głodu 
nawet muchy!” 
„Milcząc, żwawo jedli”, lecz malarz zwracał większą uwagę na część drugą 
spostrzeżenia wieszcza Adama. W milczeniu nie wytrwał zbyt długo. Gadał o wszystkim do 
Ewci, do usługującej panienki, do grubej pani za bufetem, do psa, do obrazu na ścianie, 
wreszcie sam do siebie. Każde zdanie pokropił zawsze złotym deszczem śmiechu. Od czasu 
do czasu patrzył jednak bystro w twarz Ewci, jak gdyby własną gadaniną chciał ją zachęcić 
do mówienia. 
Ewcia milczała. Widać było wyraźnie, że coś wazy w duszy i nad czymś rozmyślała. 
Kilka razy zdawało się, że już słowo jak złota pszczoła drżała na jej ustach, lecz natychmiast 
odlatywało jak pszczoła. Teraz dopiero poczuła znużenie po niezwykłych przejściach i po 
gorączce porannych godzin. Ze znużenia narodził się smutek i nieporadne przygnębienie. 
Myślała, że się rozpłacze. Niedawna podniecona wesołość zagasła jak nikłe światełko. 
Niezmiernie miły jest ten młody człowiek, lecz zbliża się chwila, kiedy on pójdzie swoją 
drogą, a ona swoją - tylko jaką? O, jak łatwo jest uciec, jak trudno jest uciekać!.... 
Nagle malarz spojrzał w jej oczy głębokim spojrzeniem i rzekł ściszonym głosem: 
- Odwagi, dziewczyno! 
Zdawało się jej, że malarskimi bystrymi oczami widziały każdą jej myśl. 
A on mówił niemal szeptem: 
-Skoro pani wyskoczyła przez okno, musiała pani mieć do tego ważne powody. Nie 
wygląda pani na taką, co skacze z pieca na łeb dla samej przyjemności skakania. Teraz jednak 
nie należy płakać.... 
- Przecie ja nie płaczę - odrzekła Ewcia niepewnie. 
-W tej chwili nie, bo nie chce pani wlewać łez do mleka, ale dam sobie uciąć nikomu 
niepotrzebną głowę, że stanie się to niechybnie o siódmej trzydzieści trzy. Kobiety najobficiej 
plączą rano i o zmierzchu. Ja rozumiem doskonale, że pani się musi wypłakać, bo inaczej 
byłby to stracony dzień, ale niech to pani na jakiś czas odłoży. Ewo, córko Hieronima! Nic a 
nic mnie nie obchodzi to, co się stało, ale nie pozwolę, aby się miało stać coś, czego można 
uniknąć. Dokąd się pani wybiera? 
Pytanie to wygłosił tonem tak groźnym i tak nagle, że Ewcia odrzekła bez namysłu jak 
przepłoszony uczeń odpowiadając nauczycielowi: 
- Do Makowa... 
- Przebóg! - zawołał malarz ze zgrozą. To niemożliwe! Tam pani nie pojedzie! 
- Czemu? 
-Bo w Makowie leje jak z cebra. Przecie ja wczoraj przejeżdżałem przez Maków. Do 
kogo pani chce jechać? 
- Do ciotki... Do pani Halickiej... 
-Nie mam przyjemności znać szanownej ciotki -rzekł malarz z serdecznym żalem. -
Czy jednak przypadkiem owa szanowna, a w tej chwili zmokła ciocia nie będzie odrobinę 
zdziwiona nagłym przyjazdem? 
- Będzie bardzo zdziwiona. 
Ewcia odpowiadała jakby sennie, sama sobie nie zdając z tego sprawy, dlaczego 
odpowiada. 
-Otóż właśnie!.... Ciocia jest zapewne przekonana, że pani śpi na łabędzich puchach, 
spokojna i szczęśliwa, gdy wtem spadnie jej na głowę katastrofa w postaci panienki pełnej 
zwątpień i rozpaczy. Jeśli ciocia znajduje się w wieku dojrzałym, może jej pęknąć serce. 
Szlachetna Ewo, musimy wymyślić coś innego... Ratujmy dojrzałą ciotkę! 
-Ja nie mam nikogo poza nią! - wybuchnęła Ewcia w nagłym podnieceniu. - Ojciec na 
drugim końcu świata, a tu.... 
Przestała mówić, jak gdyby oczekiwała pytania, ale chytry malarz nie zapytał o nic. 
Wiedział dobrze, ze w tej chwili jedynie trzęsienie ziemi mogłoby spowodować krótką 
przerwę w zwierzeniach dziewczyny. Odmierzone krople jej słów zaczęły przybierać i 
wkrótce popłynęły rwącą strugą. 
Malarz słuchał bez drgnienia. Nie poruszał się nawet, aby nie spłoszyć roztkliwionego 
ptaka. Mogło się zdawać, że patrzy obojętnie na ogłoszenie wzywające naród do spożywania 
sera śmietankowego. Słuchał skarg na samotność, na oschłość serca obcych ludzi, na 
odtrącenie jej serca, które chciał ofiarować za odrobinę życzliwości, i dowiedział się 
wreszcie, ze dziewczyna wychowana w jasności nie mogła wytrzymać w mroku. 
-Ja wiem, że zrobiłam głupstwo... -mówiła Ewcia, a słowa padały spokojnie jak 
ostatnie krople po nawale ulewy. -Ojciec mnie nie pochwali, a ciotce to chyba to chyba 
naprawdę serce pęknie... Ale ja już dłużej nie mogłam.... Po tej awanturze z pamiętnikiem 
pani Szymbartowa zamknęła mnie na trzy dni w pokoju... 
- A cóż na to pan Szymbart? - zapytał malarz po raz pierwszy. 
- Nic nie mógł zrobić, bo także był zamknięty. 
-Chwała mu, bo cierpiał za ludzkość... Spokojnie, dziewczyno, spokojnie! Ale, ale... 
Czy nie zjadłaby pani śmietankowego sera? Przypadkiem zauważyłem bardzo namawiające 
ogłoszenie. Niechże się pani Ewa uspokoi, albowiem w przeciwnym razie zmuszę panią do 
zjedzenia dwunastu jaj na surowo. Teraz wiem o wszystkim i wiem, co pani zrobi. Za 
pozwoleniem... Czy ten kundel zawsze tyle zjada? Niech mu idzie na zdrowie, ale i pies 
powinien mieć odrobinę taktu i pomiarkowania... Dziwaczna psina! Ale my już musimy iść, 
Ewuniu... 
Powiedział ostatnie słowo tak tkliwie, tak serdecznie i ciepło, jak by je powiedział 
starszy brat do siostry bardzo kochanej. I po raz pierwszy powiedział: „Ewuniu”. Nie miał 
najmniejszego prawa do tej poufałości, a jednak brzmiało to tak naturalnie, jak gdyby inaczej 
mówić mu nie wypadało. 
- Dokąd? - spytała dziewczyna z zapartym oddechem. 
- Jak to „dokąd”? Do nas! 
- Do nas? 
-Oczywiście. Do mojej matki i do jej syna, który mieszka razem ze swoją matką. 
Posłuchaj, kobieto: moja matka uwielbia pana doktora Tyszowskiego, jej syn znalazł na ulicy 
jego ukochaną córkę, która chciała pojechać do ciotki, wobec czego moja matka zawoła: 
„Dobrze zrobiłeś, mój synu, że przyprowadziłeś córkę ojca, który ocalił twoją matkę!” - Może 
doda jeszcze jakieś ciepłe słowo na temat psa, ale na to zbytnio liczyć nie należy. Pani nie ma 
pojęcia, jak cudowną kobietą jest moja matka! Prawie przez lat trzydzieści ma przy sobie 
takiego ananasa, jak ja, i tylko odrobinę posiwiała. Nie ma rzeczy, której by mi odmówiła, co 
zresztą nie jest jedynie jej zaletą, gdyż ja potrafię wszystko wycyganić, co zechcę. 
Mieszkamy sobie razem w małym domku w okolicach ulicy Wawelskiej i jest nam tak 
dobrze, że czasem anioły zaglądają w lecie przez otwarte okno, bo myślą, że przez pomyłkę 
zaleciały do raju. Dopiero na widok mojej diabelskiej gęby cofają się w popłochu. Widzi pani, 
że nie będzie u nas źle. Posiedzisz, dziewczyno, dopóty, dopóki „ojciec -dżuma” nie powróci 
i wtedy oddamy mu córeczkę znacznie tłustszą, bo u nas się doskonale jada, i znacznie 
mądrzejszą, bo kto przebył czas jakiś w moim towarzystwie, nabiera niebywałej mądrości. 
Czemu się pani śmieje? 
Ewcia śmiała się, ale dziwnie: z rozrzewnieniem. Słuchała radosnego hymnu na cześć 
matki, ułożonego wprawdzie oszalałym stylem, lecz pełnego nieprzebranej tkliwości, i serce 
w niej drżało. To ponad przyzwoitą miarę wyrośnięte malarzysko zmieniło się w serdecznego 
chłopca, kochającego wszystko, co jest jasne i uczciwe. O, jacy dziwni są ludzie... Od jednych 
ucieka, bo ściął ją wśród nich dotkliwy mróz oschłości, a na ulicy, przypadkiem, spotyka 
takiego, od którego bucha życzliwość i przyjazna wzruszająca dobroć. 
- Śmieję się - odpowiedziała Ewcia po chwili - bo panu się pali w głowie. 
- Woda rzadko kiedy się pali! - zawołał malarz. - A poza tym, co to ma znaczyć? 
-To, że się panu roją zabawne historie. Jakże pan może przyprowadzić do domu 
kogoś z ulicy i do tego, że tak powiem, „na dłuższą wizytę”, nie zapytawszy przedtem matki o 
pozwolenie? 
Malarz przymrużył lewe oko jak ulicznik, niezmiernie czymś ubawiony. 
-Proszę pani! -rzekł ze śmiechem. -Jednego razu wróciła moja złota matka do domu 
po dłuższej nieobecności. Patrzy, a przy stole siedzi trzech dzikich ludzi i pożera potrawy 
mocno tłuste i mocno korzenne. Ja wyszedłem po papierosy. Dżentelmeni, widząc dostojną 
osobę, zapytali gościnnie: „Może szanowna pani też coś przekąsi?” -„Z przyjemnością!” odrzekła 
dostojna osoba. A oni dalej: „A szanowna dama też nie ma mieszkania, że się 
zjawiła w tym wybornym hotelu?” -A dama na to : „Mam wprawdzie w tym domu miły 
pokoik, ale nie wiem, czy nie zajęty?” -„A który to pokój?” -pytają. -„Na dole!” odpowiada 
dama. -„Wolny, wolny!” -zakrzyknęli. -„Jurek wszystkie pozwolił zająć, ale do 
tamtego nie wolno nawet wejść, bo to pokój pani mamy!”-„W takim razie pójdę się tam 
przebrać po podróży!” -Wtedy w nich trzasnął jasny piorun, bo zrozumiały buszmeny, że to 
sama pani Zawidzka, ale wkrótce przyszli do przytomności, zaczęli śpiewać „sto lat, sto lat 
niech żyje, żyje nam!” i chcieli moją rodzoną matkę podnieść do góry, ale na szczęście ja 
wróciłem w sam czas. A mama mnie zwymyślała, że zostawiłem gości samych, a goście 
mogli czegoś potrzebować. Słyszy pani? Zostawiłem trzech malarzy samych, a oni -mili 
barankowie, dzieciaki nieporadne -nie wiedzieli, co począć. A potem czyniła mi wyrzuty, że 
przytuliłem tylko trzech, bo znalazłoby się i miejsce dla czwartego, bo gdyby go tylko dobrze 
wykąpać, mógłby w czasie jej nieobecności zamieszkać w jej pokoju. 
- To nadzwyczajne! - zawołała Ewcia z entuzjazmem. 
-To nic nadzwyczajnego. Moja matka wie, że biedny malarzyna też musi czasem 
pomieszkać. Powiadam pani, że moi koledzy tak ją kochają, jak to tylko malarz potrafi. 
Rodzicielka ma ze sześćdziesiąt swoich portretów i na każdym jest coraz młodsza, a pod 
każdym mogłaby napisać, jak to uczynił jeden ojciec święty, co pod swoim kiepskim 
konfesjonałem napisał: „nie bójcie się, to ja!” Złoto moje kochane! I pani może przypuścić 
choćby, że nie przytuli biednej dziewczyny, córki takiego człowieka... Co to? Łzy? O, 
niewieścia kreaturo! Proszę w tej chwili wytrzeć ten zadarty nos, bo będzie nieszczęście! I 
niech młoda osoba zbiera manatki. Bez żadnego gadania, bez łez, bez jęków i szlochów.... 
Hej, kundlu, zbieraj się i ty! Niech pani patrzy, ten potwór jeszcze je... Dziwny pies... Chętnie 
bym go namalował, ale jako martwą naturę. Żywy jest okropny... Otarła pani nos? 
- Już! Pan jest straszny.... 
-Może być. Ale gdy wpadnę w gniew, jestem jeszcze straszniejszy, bo kąsam ludzi. 
Czego pani szuka? 
- Pieniędzy... Przecie trzeba zapłacić... O mój Boże! 
Ewcia zaczęła gorączkowo potrząsać kieszonkę. 
- Zgubiłam pieniądze! - jęczała z rozpaczą. 
- Dużo? 
- Mało, ale zgubiłam... Kiedy pan mnie gonił. 
- Nigdzie nie ma? 
- Nigdzie... O Boże! 
-Niech pani przeszuka jeszcze kundla, bo temu psu nie można dowierzać. Ale ja się 
strasznie cieszę, że pani je zgubiła. Do Makowa już pani nie pojedzie i musi pani pójść do 
nas. Zbierać się do pochodu! Będziemy sobie po drodze śpiewali: „Choć burza huczy wkoło 
nas!” 
I zaśmiał się tak głośno, że mucha łażąca po stoliku zerwała się przerażona. 
- A właśnie że znalazłam! - zawołała Ewa grzebiąc w tobołku. 
- Ten kundel musiał je nieznacznie podrzucić! 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
w którym dzień szczęśliwy otrzymał cios w samo serce 
Kobietą wielkiego ducha musiała być pani Klementyna Zawidzka, skoro nie spadła z 
krzesła na widok powrotu syna. Pani Zawidzka (lat nieco ponad pięćdziesiąt, wysoka, siwa, 
rysy jakby wyrzeźbione, twarz pogodna, oczy mądre, bystre, orzechowej barwy, o złotym 
połysku, odzienie czarne, bardzo skromne, lecz świetnie wytworne) zawiadamia, że jej 
pierworodny miał powrócić o szóstej rano, czekała nadaremnie ze śniadaniem. Dopiero po 
upływie dwóch godzin ujrzała dziwaczny pochód trzech bożych istot, a jedną z nich był 
niewątpliwie jej syn. Ponieważ mogło się zdarzyć, że wesoły ten i bujną wyobraźnią 
obdarzony młodzian mógł przyjechać równie dobrze na wielbłądzie i pomalowany na czarno, 
wobec tego bynajmniej nie zdumiał jej ten skromny orszak, na którego czele szedł raźnie i z 
miną tryumfalną. Natomiast podążająca za nim truchcikiem panienka miała minę żałosną i 
cokolwiek wystraszoną. 
„Mój syn miewa śmiałe pomysły” - pomyślała wytworna matka jedynaka malarza. 
Dziki syn, ujrzawszy ją, uczynił trzy ogromne kroki i porwawszy wytworną matkę, 
uniósł ją w ramionach z krzesła i począł całować z taką radosną furią, jak gdyby jej nie 
widział przez lat sto siedem. Wyborna ta operacja połączona z niebezpieczeństwem uduszenia 
wiotkiej damy trwała długo i została przerwana jedynie dzięki gwałtownym jej 
zapowiedziom, że za chwilę jej oszalały syn zostanie sierotą. To go dopiero nieco 
zastanowiło, więc ze zgrabnością niedźwiedzia, co przed chwilę wyrwał drzewo z 
korzeniami, ustawił ją w przyrodzonej postawie na niewzruszonej ziemi. 
Ewcia patrzyła na tę scenę z takim zachwytem, że z bladej jej i wymizerniałej twarzy 
zniknęła trwoga. Coś ją jednak po chwili musiało schwytać za gardło, bo zaledwie 
wstrzymała rwący się z jej piersi szloch. Byłoby się to stało niechybnie na widok tak 
miłowanej matki, gdyby jej nie przywołało do przytomności pytanie: 
- Czemu się ze mną nie przywitasz moje dziecko? 
Głos, który zadał to pytanie, brzmiał głęboko, pełnią tej słodyczy, z jaką śpiewa 
wiolonczela, która swojego śpiewu nauczyła się od człowieka, co wiele przecierpiał. 
Ewcia spojrzawszy na twarz pani Zawidzkiej dostrzegła uśmiech tak niewysłowionej 
dobroci, że bez namysłu rzuciła się do rąk tej kobiety, która zanim zapytała, kim Ewcia jest i 
skąd przychodzi, pragnie ją uściskać. Tak się jakoś stało, że całując jej ręce, osunęła się na 
kolana... Tak by niewątpliwie uczyniła wobec matki własnej. Ręka pani Zawidzkiej 
pogłaskała ją miękko po głowie, potem pani Zawidzka powiedziała: 
- Tak nie można, tak nie można, dziewczyno... 
Delikatnym ruchem pomogła Ewci podnieść się, objęła ją ramieniem i ucałowała. 
- Deszcz będzie, bo się baby całują! - krzyknął malarz. - Dość tego! Matko wyrodnego 
syna, czy pragniesz wiedzieć, kto jest ta smarkata? 
- Jerzy, czyś oszalał? 
- To jest córka doktora Tyszowskiego! 
- Nie może być! - zawołała z głęboką radością pani Zawidzka. 
-I jak tu żyć, skoro rodzona matka nie wierzy własnemu synowi -rzekł malarz z 
czarną boleścią. - Niechże pani poświadczy! 
- Tak jest... - potwierdziła nieśmiało Ewcia. 
Pani Zawidzka przez długą chwilę przyglądała się dziewczynie z upodobaniem, potem 
rzekła: 
-Po raz pierwszy przez długie lata zdarzyło się, by Jerzy uczynił coś rozsądnego i 
przyprowadził do domu kogoś podobnego do ludzi. 
- Niezupełnie - zaśmiał się malarz. - Mama nie przyjrzała się jeszcze temu psu. 
Kundel ustawił się jak do fotografii i wykrzywił złodziejski pysk. 
- Och! - zaśmiała się pani Zawidzka. - Czy to jest naprawdę pies? 
- Tak jest, proszę pani - odrzekła Ewcia również z uśmiechem. 
-Patrzcie, patrzcie! przyroda ma znakomite poczucie humoru. Widziałam w moim 
życiu wiele psów i najdziwaczniejszych psów, ale takiego psa pod psem, jak ten pies, jeszcze 
nie widziałam. Trzeba go będzie zaprowadzić do kuchni. A my może pójdziemy zjeść 
śniadanie. 
Malarz oznajmił, że i on, i Ewcia „gwiżdżą” na śniadanie, albowiem przezornie już 
jedno zjedli, a do załatwiania są sprawy nierównie ważniejsze. 
-Jeżeli mama -rzekł -pragnie spędzić kilka chwil na rozmowie z człowiekiem 
niepospolicie rozumnym i dowiedzieć się o niebywałych awanturach, niech mama przede 
wszystkie, pomówi ze mną. A panna Ewa niech odetchnie tymczasem w mojej pracowni. 
-Wszędzie, byle nie tam! -zawołała pani Zawidzka. -Tam są przecie twoje obrazy... 
Jeśli ta dziewczyna ma poczucie dobrego smaku, na widok tych straszliwości wyskoczy przez 
okno. 
-Nie byłoby to dzisiaj po raz pierwszy! -zaśmiał się Jerzy. - Niech pani w takim razie 
spocznie wobec tego w tym pokoju, w którym wisi mój wizerunek. Panny powinny raczej 
włazić przez okno, aby spojrzeć chociaż przez krótką chwilę na moje promieniste oblicze, a 
nie wyskoczyłaby żadna. Pójdź, matko, albowiem chociaż udajesz markizę, nie możesz ustać 
na nogach, tak cię pożera ciekawość. Panno Ewo? Niech pani zerwie trochę kwiatów, potem 
niech pani pójdzie przez hall na lewo i przystroi nimi mój wizerunek. 
- Dobrze! - zaśmiała się dziewczyna. 
Pozostała na tarasie, usiadłszy w trzcinowym fotelu. Słyszała z niewielkiej odległości 
wykrzykniki Jerzego, który opowiadał matce o całej historii. Ani razu natomiast nie usłyszała 
głosu pani Zawidzkiej. 
Ewcia była znużona. Zuchwała wyprawa wyczerpała ją do cna. Przez połowę nocy nie 
zmrużyła oczów, układając rozpaczliwy swój plan. Od północy naradzała się z Zosią, 
przerażoną i równocześnie zachwyconą. Dziesięć razy co najmniej liczyła Ewcia pieniądze, 
które jej miały starczyć na podróż do pani Halickiej. Wiedziała, że ucieczka jej będzie dla 
cioci nie byle jakim ciosem, skoro się dowie, że pani Szymbartowa źle spełniła obowiązek 
opiekunki. Trzeba jej będzie wyjaśniać długo i pracowicie, czemu Ewcia zwodziła ciotkę 
doniesieniami, ze jest jej dobrze. Dobrze się stało, że do tego wszystkiego nie doszło, lecz co 
się stanie teraz? Pani Zawidzka jest wspaniałą kobietą i zapewne mądrą, więc jej poradzi, jak 
ma postąpić. Żeby tylko ten wesoły chłopak dokładnie i wyczerpująco powtórzył matce 
wszystko, o czym się dowiedział od Ewci. Strasznie dobre jest to chłopisko. Mogłoby się 
zdawać na pierwsze wejrzenie, że myśli jego latają obłąkanym jaskółczym lotem, 
niespodzianymi zygzakami, a jednak nie ulega wątpliwości, że jego rozigrany sposób gadania 
to tylko taki „fason”. Przez jasne oczy widać jego dobre serce... Coś oni tam oboje -pani 
Zawidzka i jej syn -przecie wymyślą, a ona postąpi tak, jak jej polecą. Byle tylko nie 
powracać do pani Szymbartowej, byle tylko nie to! 
W tej chwili wychylił się z okna Jerzy i wrzasnął tak, jakby chciał pół Warszawy 
postawić na nogi. 
- Panno Ewo! Na przesłuchanie! Kundel później... 
Ewcia poszła z bijącym sercem. Trafić było łatwo, bo śmiech Jerzego wyraźnie 
wskazywał drogę. Ten śmiech dodał jej otuchy. 
Pani Zawidzka siedziała na kanapce, a Jerzy krążył po pokoju, wciąż gadając. Na 
widok dziewczyny zamilknął i mrugnął do niej wesoło. 
- Bliżej, bliżej, moje dziecko! - powiedziała łagodnie pani Zawidzka. - Usiądź... 
-Ewo, siadaj! -wrzasnął malarz. -Kobiety zazwyczaj mdleją w ważnych chwilach, 
więc niech to raczej robią na siedząco. 
-Jerzy, bądź łaskaw nie przeszkadzać -rzekła pani Zawidzka. -I nie krzycz, bo cię 
wyrzucimy za drzwi. Moja kochana dziewczyno -zaczęła po chwili z powagą -mój syn 
opowiedział mi o wszystkim. Z jego nieskładnej gadaniny... 
- Oho! - zawołał Jerzy. 
-....zdołałam zrozumieć, że umieszczono cię dość nieszczęśliwie w smutnym albo też 
równie nieszczęśliwym domu. Sądząc z moich osobistych chociaż krótkich spostrzeżeń, nie 
jesteś lekkomyślna. Skoro aż uciekłaś z tego domu, musiało ci być bardzo źle... Trudno. Stało 
się. Ojciec ma powrócić dopiero za kilka miesięcy. Tak? 
- Tak. Za pół roku.... 
-Otóż to. Przez pół roku nie dasz sobie rady sama. Do Makowa czy gdzie tam jechać 
nie powinnaś, bo po wakacjach musisz pójść do szkoły. Przeto ja i mój syn uradziliśmy, abyś 
przez te pół roku do powrotu ojca zamieszkała u nas... 
- O Boże! - szepnęła Ewcia składając ręce. 
-Miejsca jest dość. Nikomu przeszkadzać nie będziesz. Jeden jest tylko szkopuł: 
pani... pani... jakże jej tam? 
- Szymbartowa! - krzyknął Jerzy. 
- Właśnie, właśnie... Pani Szymbartowa. 
Zostałaś jej powierzona i ona będąc za ciebie odpowiedzialna może się sprzeciwiać 
naszym zamiarom. Może się też i zgodzić, co jest nawet bardzo prawdopodobne, ale musi być 
o wszystkim zawiadomiona. Należy ją zresztą natychmiast uspokoić. Pani Szymbartowa 
znajduje się niewątpliwie w tej chwili w rozterce. Nietrudno jej było zapewne odgadnąć, że 
uciekłaś, lecz mogło ci się potem przydarzyć coś, co by nawet ją mogło pogrążyć w rozpaczy. 
- Niebo zesłało mnie! - krzyknął Jerzy. 
-Niebo zastanowiłoby się głęboko, zanimby tobie powierzyło jakakolwiek misję. 
Siedź cicho i nie przerywaj! Otóż, moja Ewciu, wszystko dobrze, tylko z panią Szymbartową 
nie jest dobrze. Czy ta pani ma telefon? 
- Nie ma. Pani Szymbartowa dzwoni ze sklepiku... 
- Wobec tego ja natychmiast pójdę do niej sama - rzekła pani Zawidzka. 
- Sama? Nigdy! - wołał Jerzy. - Pójdziesz ze mną, a ja pójdę ze strzelbą. 
- Ty zostaniesz w domu i zajmiesz się Ewcią. 
- Niech ona się mną zajmie, bo ja jestem mężczyzną! Nie umiem piastować dzieci! 
Bardzo był uradowany, że się tak wszystko stało. Cieszył się, że uwielbiana matka 
będzie miała choć przez kilka miesięcy przyjazną w domu duszę. Jego zazwyczaj nosiło 
światami, jak gdyby gonił za słońcem. Cieszył się też widoczną radością dziewczyny. Na 
twarzy jej ukazały się lekkie rumieńce od nadmiernych wzruszeń, a oczy błyszczały. 
Ucałowała ręce pani Zawidzkiej i chciała jej dziękować, ale nie mogła znaleźć słów. 
- Pan ma cudowną matkę! - rzekła gorąco po wyjściu pani Zawidzkiej. 
-To stąd pochodzi -odpowiedział Jerzy z powagą -że mama stara się mnie 
naśladować we wszystkim. Czemu się pani tak drwiąco uśmiecha? Zaczyna to być irytujące, 
że zawsze się wszyscy śmieją, skoro mówię poważnie. Ale pani ma rację: moja matka jest 
morowa! 
- Mój ojciec też! 
-To nie jest żadna sztuka, bo kto ma do czynienia z morem dżumy czy cholery, temu 
łatwo być „morowym”. Moja matka ma tylko jeden rodzaj epidemii, to znaczy mnie, ale już 
zdołała przywyknąć. Zobaczy pani jeszcze, co to za kobieta! Kiedy chciałem pójść do 
akademii malarskiej, w całej rodzinie zrobił się taki wrzask, jak gdybym już z góry skazany 
na kryminał, a później na szubienicę. Miałem jedną ciotkę, która już jest w niebie, co na tę 
wiadomość zemdlała, a kiedy powróciła do przytomności, powiedziała uroczyście: „W rodzie 
naszym bywali senatorowie i biskupi, lecz nigdy nie było pijaka i przestępcy. Teraz będzie. 
Widać, że Bóg chce nas ukarać za jakieś ciężkie grzechy!” - Chciała mnie nawet przekląć... 
- I co, i co? 
- I nic. Były wielkie narady i sejmy. Niektórzy byli zdania, że skoro mam już umrzeć z 
głodu, lepiej by było, abym został nie malarzem, lecz literatem, bo atrament i papier tańsze są 
od tych farb i płótna. Mojej matce bardzo się wreszcie sprzykrzyły owe gadania, zapytała 
przeto krótko: „Czyj to syn, mój czy wasz?” -„Na szczęście twój!” -zakrzyknęły oburzone 
ciotki. -„Wobec tego ja mu daję moje błogosławieństwo!” -a jednej, bardzo zawziętej, 
powiedziała: „Pana Boga cieszy więcej piękny obraz niż skwaśniała ludzka gęba!” 
- A co mówił ojciec pański? 
- Mój ojciec dawno już nie żył... Mój ojciec poległ w dwudziestym roku... 
- Och, nie wiedziałam... 
-Miałem w tym czasie dopiero sześć lat. Mój ojciec kupiłby mi pierwszą paletę i 
pierwszy pędzel. Wspaniały to był człowiek! I jeszcze weselszy ode mnie! 
- Czy to możliwe? Czy można być weselszym od pana? 
-Można, bo ja jestem wesoły tylko w dni nieparzyste. Poza tym jestem smutny, gdy 
pada deszcz, zły jestem, gdy jestem głodny, a wyglądam jak dojrzały nieboszczyk, gdy jestem 
zakochany...A zresztą co to obchodzi rozmaite niedowarzone osoby? Niech lepiej 
niedowarzona osoba obejrzy nasze mieszkanie, zanim mama wróci. Chodź, licha imitacjo 
kobiety, a wyborna imitacjo podlotka! Czy pani wie, co mi przypomina podlotek? 
- O, bardzo proszę! 
-Młodego legawca. Zawsze mi się wydaje, że taki stwór ma za wiele nazbyt długich 
nóg i wciąż mu się to wszystko plącze. 
-Jeżeli idzie o długie nogi, to pan mógłby stanąć jedną nogą na lewym brzegu Wisły, 
a drugą... 
- Przestań, posępna kreaturo! - śmiał się Jerzy, ubawiony zadzierzystą miną Ewci. 
Oprowadzał ją po niewielkiej, lecz uroczej willi, otoczonej ogródkiem, w którym 
czerwoną pychą pyszniły się róże. W oknach i na tarasie płonęły żywym ogniem płomyki 
pelargonii. Cicho było w tym domu i przytulnie. Na pierwsze wejrzenie mogło się zdawać, że 
jest to mieszkanie ludzi zamożnych, pędzących tu życie pogodne i bez trosk, ktoś jednak 
bystrze patrzący mógłby zauważyć, że wnętrze domu sprawia wrażenie dogasającej minionej 
świetności. Sprzęty mają swoją rasę: są albo szlachetnego pochodzenia ze ślicznym 
znamieniem dawności, albo pospolite, fabrykowane z pośpiechem, klecone bez tej czułości, z 
jaką wyrabiał sprzęt dawny mistrz rozmiłowany w swym rzemiośle. W willi Zawidzkich 
więcej było sprzętów bez rasy, błyszczących wprawdzie, lecz nowoczesnym szychem, 
wygładzonych maszyną. Jedynie tu i ówdzie stał na honorowym miejscu sprzęt poniektóry 
wysokiej klasy, o liniach prześlicznych, o zarysie pełnym niewypowiedzianego wdzięku. 
Najbardziej pyszniła się szeroko i wygodnie rozparta szafa gdańska, rozłożysta, lśniąca 
przyćmiona blaskiem, opatrzona kutym wielkim żelaznym zamkiem, w którym tkwił klucz 
potężny. Prześliczna staruszka, najmniej dwieście lat licząca, przeznaczona do 
przechowywania rzeczy cennych sama była skarbem. W jej pobliżu rozkraczał się stół 
„niskiego” pochodzenia i pospólstwo krzeseł z fałszywego mahoniu. Towarzystwo było 
niedobrane i nie było wśród niego zgody. Tu i ówdzie błysnął jakiś drobiazg cenny i 
przedziwnie piękny, jakaś upadła gwiazda, co z nieba świetności dostała się na niziny 
pospolitości: mała skrzyneczka z okuciami z brązu, zegar -cacko niezrównane ze słynnej 
epoki, dzisiaj oniemiały i bez wskazówek, jak gdyby czas własne i śliczne pożarł dziecko. 
Jakaś dawno miniona świetność, ocalona z pogromu, wyrwana ze zniszczenia tułała 
się tutaj, skazana na współżycie z czymś, co jeszcze nie było tandetą, lecz się nią przecie 
stanie, skoro tylko pracowita i baczna ręka przestanie to gładzić i czyścić, i dodawać temu 
blasku. Udawanie fałszywej świetności byłoby się temu zbiorowisku łatwiej udawało w 
mroku, dom jednak był jasny i pełno w nim było słońca; widać było, że staranie pani 
Zawidzkiej czyni wszystko, by zatrzeć zbyt dotkliwe różnice między czcigodną w pięknie 
rozkochaną dawnością i nowoczesnością zuchwałą, byle jaką i nie ukrywając swego 
mizernego pochodzenia. Z niezrównanym smakiem starała się pani Zawidzka odsłonić w 
starzyźnie to, co w niej było piękne, a na wszystkim nowym zakryć to, co w nim było 
pospolite. Śliczne koronki i subtelne hafty stroiły sprzęty smętne i tanie. Mnóstwo kwiatów 
wołało spojrzenie ku sobie, aby nie powędrowało gdzie indziej. 
Ewci podobało się wszystko, nawet stół z fałszywego mahoniu, który jej się wydał 
meblem królewskim wobec stołu w pracowni jej ojca. Z owego stołu nie wolno było nigdy 
zabrać najdrobniejszej rzeczy, stał się przeto po latach zbiorowiskiem papierów, książek, 
probówek, pudełek i pudełeczek, flaszek i flaszeczek, stosów listów i odwiecznych gazet. 
Geolog czytając z pokładów tego obfitego śmietnika mógł łacno odczytać jego wiek, jak wiek 
ziemi. Jedno ją tylko zdziwiło: Jerzy wodząc ją po wszystkich pokojach przystawiał i głośne 
wydawał okrzyki, wskazując jej rozsiadłą szafę, zegar i jakiś fotel dziwnego kształtu, bez 
słowa zaś mijał czeredę innych sprzętów. Na te starożytności patrzył jakby z rozczuleniem. 
Pogładził lśniącą gorącym blaskiem szafę i rzekł cicho: 
-Moja matka dostała ją w wyprawie ślubnej... A przedtem dostała ją moja babka... A 
przed babką... Chodźmy na górę! -rzekł niespodzianie. -Ale, ale... Czy Ewcia jest gotowa na 
śmierć? 
- Na śmierć? Czemu? 
-Bo teraz pójdziemy do mojej pracowni. Ha! Zdarzało się czasem, że człowiek, który 
tam wszedł niespodzianie, dostawał pomieszania zmysłów najmniej na trzy dni. Nieboszczka 
ciotka, ta, która mi przepowiadała niesławny koniec w kryminale, krzyknęła i spadła ze 
schodów. Pani się nie boi? 
- Nic a nic! - zaśmiała się Ewcia. 
- Ależ tam są moje obrazy! 
- Tym chętniej tam pójdę. 
-Dziewczyno! -mówił Jerzy ponuro. -Wielka odwaga ma swoje granice. Czy pani 
wie, dlaczego dookoła nas wzdłuż całej ulicy różne opryszki kradną róże, a u nas nigdy? 
- Bo zapewne w ogrodzie jest pies! 
-Nie ma żadnego psa. Natomiast moja genialna matka wpadła na genialny pomysł i na 
cały dzień wystawia w ogrodzie dwa albo, trzy moje obrazy. Złodziej przełazi przez 
ogrodzenie, spojrzy i jakby w niego piorun trzasnął. Potem ucieka nie mogąc znieść 
przeraźliwego widoku. W nocy jest gorzej, bo obrazu nie widać i wtedy ja czasem wychodzę 
do ogrodu i muszę szczekać na rozmaite głosy. 
- O, jaki pan jest zabawny! - śmiała się Ewcia. - Chodźmy czym prędzej do pracowni. 
-Dobrze, ale proszę pamiętać, że panią ostrzegałem i jeśli pani postrada zmysły, 
będzie się pani musiała leczyć na koszt własny. Proszę uważać, bo tu schody są tak strome jak 
drabina Jakuba, co wiodła do nieba. Raz zaprosiłem do mojej pracowni jednego straszliwego 
krytyka, który o mnie napisał, że gdyby krowa malowała ogonem, byłaby wobec mnie 
Rafaelem. Krytyk miał bardzo krótki wzrok, więc, miałem nadzieję, że na tych schodach 
zrobi sobie jakąś krzywdę. I nic sobie nie zrobił! Potem napisał, że niebacznie obraził nie 
mnie, lecz krowę, która jest zwierzęciem dobrotliwym i nikomu nie czyni krzywdy 
malowaniem. Tutaj jest moja pracownia... 
Jerzy bredził bardzo wesoło, lecz Ewci się wydawało, że czyni to z przymusem. 
Spojrzała na niego ukradkiem i zauważyła z największym zdumieniem, że jest jakby 
wzruszony. Długo szukał klucza, a gdy wkładał go w otwór drzwi, ręce mu nieco drżały. Po 
jasnej jego twarzy przebiegła smuga cienia i pomalowała ją powagą. Otworzył drzwi i bardzo 
powoli, jakby z namysłem, i rzekł cicho: 
- Proszę, niech Ewcia wejdzie... 
Ewcia poczuła się dziwnie; odniosła niespodziewane wrażenie, że to zgoła inny 
człowiek. Wesołość jego zgasła jak nagle zdmuchnięta lampa, ściszył mowę, jak gdyby jej 
wysokie rozgłośne tony stłumił surdyną. Hałaśliwy przed chwilą i mocno stąpający, wchodził 
do pracowni ściszonymi krokami. I jej się udzielił ten nastrój. Nie wiedziała nigdy w życiu 
malarskiej pracowni. Pewnie taki sam pokój jak inny, tylko z większymi oknami. Pewnie i tu, 
pod opieką pani Zawidzkiej, jest tak czysto, że się wszystko szkli i błyszczy, a na stoliku 
goreją róże. 
Gdy weszła, przystanęła zdumiona: od razu stanęła jej przed oczami pracownia ojca, z 
całym obłąkanym nieładem. Pracownia była niewielka, a jedną całą ścianę miała ze szkła, tak 
zaś była zatłoczona, że trudno się w niej było poruszać. Na „honorowym” miejscu sterczała 
zabrudzona paka, a na pace rozkraczony fotel. Na ścianach obrazy bez ram, krzywo 
zawieszone, pod ścianami dziesiątki obrazów, które przyjęły jako hasło wołanie: „Frontem do 
ściany!” Ostra woń farb, oleju i terpentyny przesyciła powietrze. 
- Śliczna pracownia, nieprawda rzekł cicho malarz. 
Ewcia domyśliwszy, ze ten człowiek kpi albo pyta o drogę do zakładu obłąkanych, 
spojrzała na niego szybko, lecz ujrzawszy na jego twarzy szczęśliwy uśmiech cichego 
zachwytu pojęła, że nigdy nie mówił poważniej. 
- Trochę tu jakoś... - mówiła niepewnie. - Trochę nieporządku... 
-A ja bym tego śmietnika -odrzekł on z roztkliwieniem -nie oddał za wszystkie 
pałace świata. 
- A może by okno... Może by otworzyć... 
- Po co? 
- Bo tu czuć terpentynę. 
- No to co? Róże nie pachną piękniej... 
Mówiąc to, zaśmiał się niskim bulgocącym śmiechem, najwyraźniej szczęśliwym. 
- A matka pańska pozwala, aby tu tak jakoś... 
- Moja matka wie przecież, że jestem malarzem. 
- A czy u każdego malarza jest tak, jak tu? 
-Broń Boże! Niektórzy malarze mają pracownie świetniejsze niż najświetniejsze 
salony. Ja jednak jestem na dorobku... Ja muszę najpierw nauczyć się malować, a potem 
dopiero... 
- A czy pan mi pokaże swoje obrazy? 
Zuchwały dryblas, co ją gonił dzisiejszego ranka jak ogar zająca, miał w tej chwili 
minę nieśmiałej panienki. Wprawdzie gdyby jakakolwiek panienka miała jego wzrost i jego 
nogi, i jego oszalała czuprynę, obwiesiłaby się czym prędzej na wysokim drzewie z rozpaczy 
i wstydu, lecz każda -najpiękniejsza nawet panienka -pożyczyłaby od niego na wielkie 
wstępy tego uroczego uśmiechu, na poły nieśmiałego, na poły niewinnego, i tego lekkiego 
rumieńca, co zabarwił jego twarz. 
-Jeśli pani to zniesie... -rzekł ściszonym głosem. -Niech się Ewcia wygramoli na tę 
pakę po mydle i niech Ewcia usiądzie w fotelu. Tylko proszę się bardzo nie wiercić, gdyż 
podstawa jest chwiejna i grozi skręceniem karku. Sędzia Heli w Starym Testamencie też 
zleciał tylko z krzesła i wyzionął ducha. Już? 
- Już! 
Malarz był wyraźnie poruszony. Znowu zaczął nadrabiać humorem, lecz widać było, 
że jest przejęty; wprawdzie na pace siedział tylko podlotek z zadartym nosem, znający się na 
malarstwie tyle, co przysłowiowa kura na pieprzu (czego już nie można powiedzieć o 
indykach, które przemyślni ludzie leczą masłem pomieszanym z pieprzem), lecz malarzowi 
było wszystko jedno. Każdy widz byłby go napełnił niezrozumianą trwogą. Wyszukał pod 
ścianą jakieś płótno i ustawił w świetle. 
- Boże, jakie to śliczne! - wykrzyknęła Ewcia. 
Na płótnie namalowana była jedna jedyna gałąź brzozy, skręcona jakby z bólu. 
Wichry zapewne taki nadały jej kształt, że przypominała ramię forminigi, a długie gałązki 
spływały ku dołowi jak struny. Listki zaznaczone były tak delikatnie, jakby tylko 
muśnięciem. Całe płótno było srebrzyste, jak gdyby światło z niewidzialnego lało się 
księżyca. Niewysłowiona subtelność tego obrazu przypominała zamglone, jakby wiotkimi 
mgłami malowane obrazy japońskie. Jedna gałąź stała się malowanym poematem. 
- Naprawdę? - zapytał cicho Jerzy. 
-O, naprawdę! -powtórzyła dziewczyna z taką nieobłudną szczerością w 
zachwyconym wykrzykniku, że się malarz zarumienił. 
Spoglądał na swój obraz przez dłuższą chwilę i ustawił go potem pod ścianą z cichym 
westchnieniem. Teraz już się nie ociągał i nie czynił gadanych wstępów. W milczeniu 
poważnym i skupiony wybierał ze sterty płócien te, które mu się wydały godnymi 
„publicznego” pokazu. Wypatrzywszy w ścianie potężny hak, zawieszał na nim obraz jeden 
po drugim. Za każdym razem Ewcia pokrzykiwała gorąco sławiąc wschody i zachody, góry, 
lasy i wodę. Na widok obrazu, przez który przepływały ogromne nabrzmiałe białe wysokie 
letnie chmury, taki w niej rozgrzały zachwyt, że zatrząsł nią, ona zatrzęsła fotelem, a fotel 
zatrząsł paką po mydle. Malarz jednak tak był przejęty, że najmniejszej na to nie zwrócił 
uwagi, jak gdyby zapomniał, że w pracowni jest jeszcze ktoś prócz niego, prócz chmur i 
słońca. On sam nie oglądał tych obrazów już od dawna, więc sobie przypomniał, kiedy i jak je 
malował. Ewcia widząc, że malarz zaczyna gadać o czymś sam do siebie, ucichła i patrzyła w 
oszołomionym zdumieniu na te kolorowe bogactwa. Jedynym świetnym obrazem, jaki 
widziała w niedawnym czasie, było malowidło w domu pani Szymbartowej, wyobrażające 
bardzo czerwony sosnowy las, po którym przechadzały się sarny serdecznie zdumione 
widokiem ogromnych jak damskie kapelusze nakrapianych muchomorów. Sarny miały 
bardzo wypukłe ślepia, a drzewa rosły tak przedziwnie, że perspektywa lasu była -wedle 
pewnego wybornego określenia -„perspektywą biblijną”, gdyż: „pierwsze były ostatnimi”. 
Teraz zaczęły przed jej zdumionymi oczami kłębić się tęcze, perliły się świty i czerwieniły się 
zachody. Malarz coraz więcej pokazywał obrazów. Ten i ów ocierał z kurzu rękawem lub też 
przyglądał mu się z niechęcią; poniektóry ciskał z niecierpliwą pasją pod ścianę. 
Pokaz trwał już chyba całą godzinę. Ewci zaczęło się zdawać, że mała pracownia 
zarosła lasem, a pod pułapem kłębiły się chmury. Kolory zaczęły krążyć przed jej oczami i 
wirować, omotały ją i owinęły jak wstęgi. W pracowni było gorąco i duszno, a od obrazów, 
napojonych słońcem, zdawało się przybywać ciepła. Jerzy widać wcale tego nie odczuwał, bo 
otarłszy pot z czoła począł grzebać w nowej stercie. Odrzucił trzy obrazy wzruszywszy przy 
tym ramionami, lecz w pewnej chwili twarz mu się rozjaśniła. Dźwignął wielkie płótno i z nie 
byle jakim trudem zawiesił je na haku. 
- Niech Ewcia patrzy! - rzekł z dumą. 
Ponieważ Ewcia nie odpowiadała na wezwanie cienkim okrzykiem grubego zachwytu, 
Jerzy spojrzał w jej stronę, przez krótką chwilę żywiąc nadzieję, że oszałamiająca piękność 
jego obrazu odjęła dziewczynie głos, ale może niebotyczny swój zachwyt wykazuje rękami. 
Ewcia spała. 
Oparła głowinę o grzbiet fotelu i zapadła w sen jak w głęboką wodę. Oddychała 
spokojnie i równo. 
Malarzem w pierwszej chwili zatrzęsło oburzenie, było bowiem wielce 
prawdopodobne, że dziewczyna śpi już od dłuższego czasu, podczas kiedy on pokazywał jej 
dziesiątki płócien. Patrzył na nią zagniewany, lecz powoli twarz mu się rozjaśniła. Pomyślał 
dobrotliwie, ze ten berbeć przeżył tyle niezwykłych zdarzeń i tak się pewnie umęczył, iż 
dzielny jej duch musiał w niej wreszcie opaść jak żagiel bez wiatru. A on wpadł na pomysł, 
aby pokazywać obrazy! 
- Koń by tego nie wytrzymał, cóż dopiero takie damskie chuchro! - rzekł sam do siebie 
wcale rozumnie. 
Ostrożnie, aby nie czynić hałasu, postawił obraz pod ścianą i wyszedł na palcach z 
pracowni. 
Ewcia spała mocno jak stróż nocny, któremu polecono pilnować domu, albo jak 
rodzona siostra siedmiu braci śpiących. W pewnej chwili jednak opadły ją senne widziadła. 
Śniło się jej, że siedząc okrakiem na chmurze ucieka jak na koniu, a ogromny potwór na 
niezmiernie długich nogach ściga ją zawzięcie i ciska za nią obrazami. Można to by 
zdzierżyć, jak długo to czynił z obrazami przyzwoitych rozmiarów, kiedy jednak ów 
straszliwie zamierzał się w jej stronę okropnym malowidłem, wielkim jak pół nieba, 
krzyknęła z trwogi i zleciała z chmury na łeb. Bystry rozum ludzki byłby jej wyjaśnił, że 
rzucając się w niespokojnym śnie wprawiła w ruch pustą i wskutek tego niestałego charakteru 
pakę po mydle, a złośliwość rzeczy martwych, do których nauka musi zaliczać i pakę, jest tak 
wielka, że owo pudło nabrało znienacka brzydkich przywar dzikiego mustanga, co staje dęba, 
aby z grzbietu rzucać jeźdźca. Fotel, na którym spała Ewcia, runął tak, jak czasem padają 
trony, a ona znalazła się w straszliwym poniżeniu straconej królowej, co zadartym nosem 
dotknęła prochu ziemi. 
Ewcia wydała okrzyk trwogi, który nie zmienił się od chwili, w której wydał go 
człowiek przedpotopowy bardzo jeszcze kosmaty: 
- Aj! aj! 
Rozszerzonymi oczami patrzyła dookoła siebie, nie mogąc zrozumieć, gdzie się 
znajduje. Należy przyznać z uznaniem dla jej bystrości, że przypomina sobie o wszystkim 
niezwykle szybko, obejrzała się przeto poza siebie, szukając malarza. 
- O, nędzna istoto! - szepnęła z goryczą pod osobistym adresem. 
Malarz odszedł - oczywiście - z sercem rozdartym i pełnym żalu. Słusznie uczyni, jeśli 
ją obrzuci spojrzeniem pogardy i już nie przemówi do niej marnego słowa. 
Gdy zeszła cichutko z wysokości „siódmego nieba”, w którym mieszkał jedyny, ale za 
to wątpliwy anioł - malarz, usłyszała jego rozmowę z matką. 
-Niech mama patrzy -zawołał na widok Ewci. -oto idzie ta, którą tak oślepiły moje 
obrazy, że z zachwytu wpadła w głębokie omdlenie! 
- Bardzo pana przepraszam... - bąknęła Ewcia. 
-Za co? Inni ludzie na widok moich obrazów dostawali kręćka i albo wyrywali sobie 
własne włosy z głowy, albo też w przystępie szaleństwa usiłowali je wyrwać z mojej. Jak się 
spało? 
- Dziękuję... Byłam bardzo zmęczona. 
-Nie martw się, moje dziecko -wtrąciła pani Zawidzka. Trzeba takiego barbarzyńcy 
jakim jest Jerzy, aby do twoich zmartwień dodawać jeszcze jedno, i to najgorszego gatunku. 
- Matko! - zawył Jerzy - syn twój cierpi! 
-Niech cierpi, skoro jest pomylony. Słuchaj no, Ewciu, rozmówiłam się z panią 
Szymbartową. Usiądź i posłuchaj. Pani Szymbartowa jest kobietą popędliwą, ale to 
nieszczęśliwa istota. Zgryzoty wytrąciły ją cokolwiek z równowagi. Jej córka jest mocno 
chora, a matka zamiast ją uczciwie leczyć, na najdziwniejsze wpada pomysły. Wiesz zresztą 
sama o tym. Biedna kobieta, ale jeszcze biedniejsza jej córka. 
- Czy pani ją widziała? - zapytała Ewcia z pośpiechem. 
-Tak, widziałam. Płakać mi się chciało, ale nawet na to nie było czasu, bo pani 
Szymbartowa płakała.... Z twojego powodu! 
- Czemu proszę pani? - pytała Ewcia z przestrachem. 
-Z powodu twojej rzekomej niewdzięczności. Twierdziła, że było ci u niej jak u 
rodzonej matki. 
- Dobra mamusia! - mruknął Jerzy. 
-Stanęło wreszcie na tym, że pozostaniesz u nas ale na jakiś tydzień przed powrotem 
ojca wrócisz do pani Szymbartowej. 
-Przez czyściec wejdziesz do nieba! -mruknął Jerzy. -Zresztą odrobina smoły 
takiemu diablęciu nie zawadzi. 
-Jerzy, nie przeszkadzaj. Myślę, moje dziecko, że na to trzeba się będzie zgodzić. Co 
to jeszcze? Aha! Listy do ciebie będą w dalszym ciągu przychodziły do pani Szymbartowej, a 
jej mąż będzie je tu odnosił. Twoje rzeczy też ci tu odniosą. Pozostała poza tym sprawa 
najdrażliwsza do załatwienia: pieniędzy. Twój ojciec zapłacił z góry za twoje utrzymanie.... 
- Taki mądry człowiek, a tak lekkomyślny! - krzyknął Jerzy. 
-.... otóż pani Szymbartowa nie może ci zwrócić tych pieniędzy, chociażby nawet 
chciała, bo już ich nie ma. Trudno! Nie należy się dziecko, tym przejmować. Podzielimy się z 
tobą, drogie dziecko, tym, co mamy, a z ojcem jakoś się potem porachujemy. 
-Dla kilku krytyków potrzebować będę trochę cholery... -mruczał Jerzy. -Myślę, że 
mi szlachetny rodzic nie odmówi. 
Pani Zawidzka machnęła w stronę niesfornego syna ręką, jak gdyby opędzała muchę. 
-Uważajmy przeto całą sprawę za skończoną. Ach, jeszcze jedno tylko... Moje 
dziecko! Myślę, że mimo nieporozumień z panią Szymbartową powinnaś jednak od czasu do 
czasu odwiedzić jej biedną córkę. To naprawdę nieszczęśliwe stworzenie... 
- Najchętniej, proszę pani! Będę udawała jak gdyby nigdy nic. 
- Doskonale! Wiedziałam, że tak odpowiesz. 
Jestem bardzo, bardzo zadowolona. A teraz chodźmy na obiad. 
Przedtem jednak Ewcia rzuciła się na szyję pani Zawidzkiej. 
- Czym ja się pani odwdzięczę, droga, złota pani! - szepnęła cicho. 
-Dość, straszliwa kreaturo! -wrzasnął Jerzy. -Udusisz mi matkę! Poza tym mogłabyś 
uściskać i mnie, bo gdyby nie ja... 
- Najchętniej! - zawołała Ewcia. 
-W takim razie właź panna na krzesło, bo ja cię podnosić nie będę -rzekł Jerzy 
ponuro. 
Ewcia jednak jednym sprężystym skokiem odbiła się od matki ziemi i zawisła na jego 
szyi, znajdującej się na takiej wysokości, że jej chude nogi wisiały w powietrzu. On się 
zarumienił jak panna i postawił ją na ziemi. 
-Czy mama pozwoli -rzekł głosem z brzucha -aby rozmaite podlotki wprawiały się 
na mnie w całowaniu wybitnych przystojnych mężczyzn? 
- Głupi jesteś, przystojny mężczyzno! - śmiała się pani Zawidzka. - Chodźmy jeść. 
- Straciłem apetyt! - rzekł Jerzy. 
- Ja tym bardziej! - rzekła Ewa wesoło. 
Jerzy na widok potraw chwycił się rękami za głowę. 
- Matko jedynego Grakcha! - wołał. - Znowu post? 
- Post, bo piątek... 
-Znowu piątek? Może być zresztą, że dzisiaj jest piątek, ale jutro będzie sobota i też 
będzie post, a pojutrze będzie niedziela i znowu będziemy jedli jakieś rybie zwłoki. Ha! 
czemu się ta osoba ze mnie naśmiewa? Ta osoba nie wie, ale wkrótce się dowie, że moja 
mama każe pościć uczciwemu malarzowi nie tylko we środy i nie tylko w piątki, ale przed 
świętem i po święcie, przed plombowaniem zęba, przed kupnem nowego parasola, przed 
zrównaniem dnia z nocą, przed zaćmieniem słońca i księżyca, przed podróżą, w czasie 
podróży i po podróży, przed dniem dobroci dla zwierząt.... 
- Człowieku, przestań! 
-Nie mogę. Dusza we mnie łka... Krwi, krwi! Mięsa i krwi! Matko, co to za martwa 
natura? 
- Szczupak. 
- Hańba temu idiocie! Niech mama powie tej osobie, że jeśli się będzie śmiała podczas 
jedzenia wieloryba, łatwo się może udławić. Dziury w niebie nie będzie, bo na świecie będzie 
spokojniej... 
- Och, jaki pan śmieszny! 
-Słyszy mama? Wykarmiłem węża na własnej piersi! Wąż to też postne indywiduum. 
Czy można jeszcze wziąć kawałek tego bałwana szczupaka, czy ma zostać na jutrzejszy post? 
- Można, można - śmiała się pani Zawidzka. 
Ewcia była rozpromieniona. Tak tu było wesoło i miło, że dziewczyna śmiała się ze 
szczęścia. Ten Jerzy jest rozkoszny. Przez cały czas stroił mordercze miny, a spojrzenie miał 
rozigrane i pełne radosnej pustoty. Patrzył na matkę z niezmierną miłością, a ona na niego ze 
słodka czułością. 
Tak było i nazajutrz, tak było dnia następnego. Zdawało się, że szczęście jak jaskółka 
ulepiło gniazdko pod okapem tego domu. Malarz napełniał go zgiełkiem i śmiechem. Gdy się 
zamknął w pracowni, słychać było stamtąd jego okrzyki, chociaż był sam. Dobrotliwie 
naigrywał się z Ewci, której się zdawało, że zna tych dwoje od najpierwszych swoich dni i że 
mieszka w ich domu od wielu lat. Na łajdackie przymówki Jerzego odpowiadała wesoło, lecz 
zazwyczaj pyskaty malarz nikogo nie dopuszczał do słowa. 
-Odpowiedz wreszcie -rzekła pani Zawidzka -co robiłeś w Zakopanem? Dużo 
namalowałeś? 
-Dwa barany. Chciałem namalować trzy, ale jeden uciekł. Nie podobała mu się moja 
gęba. Poza tym starałem się policzyć Żydków, ale straciłem rachubę. 
- A pstrągi pan jadł? 
-Pstrągi? Przecież to ryby! Mam w domu dość ryb! Codziennie jadłem kiełbasę, od 
rana do wieczora jadłem kiełbasę. Słyszysz, matko! Zjadłem ze trzy kilometry kiełbasy. 
Słuchaj, Zadarty Nosie, jeśli mi nie wierzysz... 
- Telefon! - rzekła pani Zawidzka. - Podejdź, Jureczku, po co bierzesz widelec? 
-Bo jeśli to jeden z moich przyjaciół, który mi od siedmiu lat winien siedem złotych, 
to mu wydłubię oko. Halo! Kto tam wisi na sznurku z drugiej strony?... Kto?... Och, bardzo 
przepraszam... myślałem, że to któryś z moich kolegów... Bardzo przepraszam... Tak, 
Zawidzki... 
Telefon stał na małym stoliku obok kredensu w tym samym pokoju. Ewcia zauważyła, 
że Jerzy spojrzał znacząco w stronę matki. Potem słuchał uważnie. W pewnej chwili widelec 
wypadł z jego ręki, odpowiadał półsłówkami, pociemniałym głosem, bujna wesołość tak 
znikła z jego twarzy, jak gdyby ją zwiał nagły wiatr. 
Ewcia spojrzała na panią Zawidzką i zdjął ją lęk. Pani Zawidzka, jak gdyby już coś 
zrozumiała z tych półsłówek, wyraźnie pobladła; przestała jeść i nasłuchiwała czujnie. 
Jerzy mówił: 
-Tak, proszę pana... Pamiętamy... Lecz... Czy nie byłby pan tak dobry odwlec 
termin... Przecie to lato... Pisałem do pana z Zakopanego... Będzie trudno, bardzo trudno... 
Może część może cokolwiek?... Mój Boże! 
- Mój Boże... - szepnęła pani Zawidzka jak smętne echo. 
Ewcia wstrzymała oddech w piersi. 
-Niech pan będzie dobry -mówił Jerzy głosem ciepłym, serdecznym i jakby 
błagalnym. - Będziemy się starać, choćby spod ziemi.... 
Słuchał przez dłuższą chwilę głosu z oddali, po czym zakończył smutno: 
- Trudno... Jak pan chce... Żegnam pana! 
Stał przez chwilę ze słuchawką w ręce, jak gdyby nie wiedział, co z nią począć. 
Położył ją wreszcie na widełkach, jak gdyby nie wiedząc co czyni. Spojrzał na matkę 
wzrokiem zgasłym i rzekł cicho:- Mudrowicz. 
-Wiem... -odpowiedziała pani Zawidzka. Wesołość wyleciała przez otwarte okno jak 
spłoszony ptak. Oboje milczeli. 
Ewcia rozumiejąc, że stało się coś bardzo przykrego, podniosła się z krzesła i 
powiedziała cichutko: 
- Czy ja mogę wyjść do ogrodu, proszę pani? 
Pani Zawidzka spojrzała na nią jakby nagle obudzona. 
- Tak, tak, moje dziecko... My tu jeszcze chwilę pozostaniemy... 
Ewcia starała się wyjść bez szmeru. Zdawało się jej, że na jej serce spadło coś 
ciężkiego. Na uśmiechnięte, od wielu dni po raz pierwszy szczęśliwe serce. 
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
w którym nieustraszona dziewoja czyni wyprawę do jaskini smoka 
Ewcia siedząc przy otwartym oknie swojego pokoju, który się znajdował na tej samej 
wysokości geograficznej co i pracownia Jerzego, zanurzyła się w zadumę jak w ciemne 
stylowe wody, Smętny stan jej ducha nie miał wprawdzie wpływu na lekkomyślny i zuchwały 
zarys jej nosa, na czole jednak usiłował wyorać dwie bruzdy. Starzy filozofowie mają zawsze 
poorane czoła, młode panny jednakże ulegają tej katastrofie jedynie w najwyższej rozterce 
ducha, gdy na nie pada jastrząb troski, czad melancholii, sadza smutku, puchacz rozpaczy i 
gdy owego niewyrośniętego ducha gryzie szczur rozterki. Zwyczajny kmiotek rzekłby, że 
Ewcia miała ciężkie zmartwienie. Było to jednakże zmartwienie tak zagmatwane, splątane i 
wymyślne, że byle jak, skróconym sposobem wyrazić tego nie podobna. Od trzech dni 
pociemniało w jasnym domu, wszystko w nim zblakło i ścichło. Tak nagle cichnie wszystko 
w domu, w którym ktoś jest śmiertelnie chory. Pani Zawidzka wychodziła rano, wpadała z 
powrotem w okresie obiadu, znowu wychodziła i powracała dopiero wieczorem, znękana, 
straszliwie znużona i jak gdyby poszarzała. Długo w noc wiodła jak gdyby na nagłe wyprawy, 
czasem coś rozmawiał przez telefon głośno wykrzykując początek rozmowy, niezmiennie 
jednak kończył je głosem złamanym. Wczoraj sprowadził dorożkę, umieścił w niej sześć 
obrazów (Ewcia policzyła je pilnie) i wyjechał z nimi na całą połowę dnia. 
„Pan Jerzy jedzie sprzedać obrazy...” - pomyślała Ewcia. 
Gdy powrócił, pomyślała z rozpaczą: 
„Pan Jerzy nie sprzedał ani jednego obrazu. Nawet tej cudownej brzozy...” 
Zrozumiała w sprytnym rozumie, że jakaś pieniężna klęska wisi nad domem. Uczyniło 
się jej strasznie. Przecie ona ma korzystać z niewysłowionej dobroci tych ludzi, a oni się 
szamocą i zmagają niedostatkiem. Sprawa musi być ciężka. Widziała niejednokrotnie 
wspaniałe szalbierstwa cioci Halickiej, kiedy w pięcie pończochy używanej jako skarbonka 
ukazało się dziurawe dno. Było to smutne, lecz nie było straszne. Sprawa Zawidzkich 
wygląda nawet we mgle domysłów na tragedię, spod której nie podźwignąłby się nawet 
finansowy geniusz cioci. 
Co robić? Jak się zachować w tym rozpaczliwym położeniu? Przecie nie można 
siedzieć wygodnie i bezmyślnie patrzeć, jak się ci najlepsi ludzie miotają niespokojnie jak 
ryby w sieci. Pani Zawidzka przy spotkaniu gładzi ją po głowie i usiłuje się uśmiechnąć, 
czyni to jednak jakby mimowiednie, krążąc myślą gdzieś daleko. Pan Jerzy chciał wczoraj 
zagadnąć do niej swoim zwyczajem wesoło, lecz słowa mu się cokolwiek pomieszały, nie 
dokończył zdania i zagłębił się w grubej książce telefonicznej. Nie wolno Ewci zapytać go 
wprost, co się dzieje. Gdyby chcieli, powiedzieliby jej sami. Nie są to jednakże ludzie, którzy 
się chętnie dzielą swoimi zmartwieniami. Radością podzieliłby się w tej chwili. 
Pani Zawidzka wyszła rano i nie powróciła na obiad. Jerzy jest w domu, gdyż słychać 
jego kroki. Chodzi i chodzi po pokoju. Zatrzymał się na chwile w swoim pochodzie, bo zajął 
go widocznie zgiełk przed sąsiednim domem, przedzielony od willi Zawidzkich niskim 
muren, zarosły dzikim winem. Ewcia też spojrzała. Zajechał wóz meblowy wielkości arki 
Noego. Ktoś się sprowadzał do sąsiedniej willi. Niech się sprowadza... Mamy nieco większe 
zmartwienia niż przyglądanie się ludziom wnoszącym meble. 
Ewcia rozpoczęła nowy okres gwałtownych rozmyślań i „robiła głową” -jak mówił 
pan Zagłoba. Po dłuższej chwili bardzo wytężonej pracy ducha powzięła jakieś rozpaczliwe 
postanowienie. Poczęła grzebać w swoim zawiniątku, niezmiernie poważna i wielce 
zatroskana. Zaszła ociągając się na dół, przystanęła przy drzwiach, poza którymi słychać było 
kroki Jerzego, i lekko zapukała. 
- Kto tam do stu tysięcy! - krzyknął Jerzy. 
- Oj! - jęknęła Ewcia i chciała uciec. 
W tej chwili Jerzy otworzył gwałtownie drzwi. 
- Ach, to Ewa... Proszę wejść. 
Dziewczyna weszła cisnąc do chudej piersi jeszcze chudszą torebkę. 
- Ja tylko na chwileczkę, proszę pana. Ja chciałam tylko... 
- Niech pani siada. Czy Ewci słabo? 
-Troszeczkę... Proszę pana! -powiedziała głosem, w którym było równie tyle 
panieńskiego pisku, co dorosłej rozpaczy. Ja muszę się z panem omówić. 
Jerzy spojrzał ciekawie. 
- Bardzo proszę. Czy to coś ważnego? 
- To jest śmiertelnie ważne! 
Jerzy uśmiechnął się blado i wskazał jej ręką krzesło. 
- Może jednak łatwiej będzie na siedząco. 
- Mnie wszystko jedno! - rzekła Ewcia wcale prężnie. - Mogę usiąść.... 
- No? I cóż się stało? 
-A właśnie, że coś się stało, a ja nie wiem co. Wiem to jedynie, że i mamusia pana, i 
pan mają jakieś okropne zmartwienie, a ja na to nie mogę patrzeć, bo mi się serce kraje. 
-Dobre dziewczynisko! -rzekł Jerzy serdecznie cichym głosem. -Trudno 
zaprzeczyć... Mamy oboje małe zmartwienie, ale Ewcia na to nie poradzi.... 
- A może...może chociażby w części... 
- Nie rozumiem! 
- Ale ja rozumiem. Panie Jerzy kochany! Czy ja mogę mówić otwarcie? 
- Bardzo proszę, ale cóż Ewcia... 
-Więc będę mówiła... Bo ja nie mogę patrzeć... Płakać mi się chce na widok pani 
Zawidzkiej. 
- Może i na mój widok też? - usiłował Jerzy mówić żartobliwie. 
- A żeby pan wiedział! Wygląda pan jak po ciężkiej chorobie. Panie Jerzy! Ja wiem, że 
idzie o pieniądze! - wykrzyknęła Ewcia niemal z rozpaczą. 
-Przypuśćmy, to i cóż z tego? Niech Ewcia idzie do ogrodu i policzy róże. Albo niech 
zobaczy, kto się tam sprowadza. Widziałem jakąś pannicę...A o tamtych sprawach nie 
mówmy! 
-A właśnie że będziemy mówili. Chyba że mnie pan wyrzuci za okno... Niech się pan 
tak nie marszczy, bo ja się nie boję i jest mi wszystko jedno. Słyszy pan, mnie jest wszystko 
jedno! 
-Niechże Ewcia tak nie krzyczy, bo słychać na całą ulicę. Więc o cóż idzie? -dodał 
nieco opryskliwie. 
- Idzie o to, że ziarnko do ziarnka... 
- Czy Ewcię głowa boli? Co znaczy to „ziarnko do ziarnka”? 
-To znaczy, że ja nie wiem, ile państwu trzeba pieniędzy. Ale pomyślałam sobie, że 
jeśli się wszyscy złożymy...że jeśli każdy razem z kucharką da, ile może, to się coś z tego 
zrobi... Przecie ja wyraźnie mówię...Niech się pan na mnie nie gniewa... ja mam trzydzieści 
siedem złotych... Pamięta pan? Myślałam, że zgubiłam, ale się znalazły. Ach, i ten zegarek! 
Na co mi w lecie zegarek? Dobrze, że sobie przypomniałam ten zegarek... O, niech pan tak na 
mnie nie patrzy... Przysięgam, że nie mam więcej! Ja wiem, że to śmiesznie mało, ale gdyby 
tak grosz do grosza.. Aha! ja mam bardzo zamożną koleżankę, która mi chętnie pożyczy 
nawet dwadzieścia złotych. Mogę sprzedać książki... A wie pan co? To będzie naprawdę 
świetnie! Nasze meble są na składzie do powrotu tatusia. ja sprzedam te meble! nie są one 
wprawdzie zbyt wspaniałe, ale jest tego mnóstwo. Zrobione! A tymczasem niech pan weźmie 
te pieniądze i niech pan sprzeda ten zegarek. 
Szybkim ruchem położyła na stole biedniutką portmonetkę i jeszcze szybszym 
ściągnęła z przegubu ręki mizerny przyrząd wieczności. 
Jerzy słuchał zdumiony i z równym zdumieniem patrzył. Obiema rękami oparł się o 
stół i spoglądał na nią dziwnym spojrzeniem. Ewcia była czerwona ze wzruszenia i bliska 
płaczu z wielkiej trwogi. Rzekła cichutko: 
- Może mnie pan nawet zabić, ale to pan wziąć musi. 
- Dziecko drogie... - mówił Jerzy głębokim głosem. - Dziecko drogie... 
Słowa te były takie jakieś okrągłe jak łzy. 
- Więc pan się na mnie nie gniewa? - spytała śmiało. 
Jerzy usiłował uśmiechnąć się, lecz nie mógł i wyprawiał z miłą gębą rozmaite sztuki. 
Czynił to przez dłuższą chwilę, zanim powiedział: 
-Niech ci, boża kreaturo, Bóg zapłaci... Strasznie Ewcia jest dobra. Taka jak i 
ojciec...Wzruszyłaś mnie, kobieto... Weź jednak, cudowny małpiszonie, i te pieniądze, i ten 
śliczny zegarek, nie sprzedawaj książek i nie sprzedawaj mebli, bo ci tego nie wolno. Gdyby 
można sprzedać twoje złote serce, można by za to kupić najmniej połowę świata, ale tą ofiarą, 
droga dziewczyno, niczego nie dokonasz. 
- Jezus Maria! - jęknęła szeptem Ewcia. 
-Tak, tak... -mówił Jerzy zamyślony. -Sto takich zegarków też by było mało. 
Chociaż widać czemu? Dobrze! Należysz do rodziny... 
- O Boże! 
-Teraz tym bardziej, po tym co uczyniłaś, Ewuniu. Powiem ci wszystko. Otóż 
widzisz, dziewczyno, znalazłem się z matką w srogich tarapatach. Chciałem, żeby moja 
matka miała ten dom. Harowałem śmiertelnie, więc postanowiłem, że będzie miała spokój, 
słońce i kilka róż. Przeceniłem jednak siły. Był czas, że sprzedawałem mnóstwo obrazów, 
wiec mi było łatwo, od dłuższego czasu jednakże pies nawet nie zapyta o obraz. Cudami 
boskimi trzymałem tę chałupę w garści... Teraz jednak nie dam rady... Nie piję, nie palę, nie 
gram w karty, tylko pracuję, a wszystko na nic. Widziałaś moją pracownię... zamalowałem 
wiele kilometrów płótna i żywię nimi muchy. Muszę do końca roku zapłacić dziesięć tysięcy, 
a z tego dwa do dnia pierwszego lipca. Za dni pięć. 
- W banku? 
- Otóż właśnie, że nie w banku. Kto inny nas naciska... 
- Pan Mudrowicz... Ja słyszałam niechcący... 
-Tak, pan Mudrowicz. Ten człowiek wykupił nasz dług od naszych przyjaciół. Robił 
to w tajemnicy, a dlaczego w tajemnicy i dlaczego to uczynił, nie wiem. Było mi to zresztą 
obojętne, komu mam płacić, a że pan Mudrowicz jest jakimś dalekim krewnym mego ojca, 
zdawało mi się nawet, że w razie jakiegoś nieszczęścia łatwiej będzie krewnemu pójść nam na 
rękę niż bankowi, który nie ma zwyczaju rozczulać się nad kimkolwiek. Niestety, pomyliłem 
się, pan Mudrowicz ma twarde serce i ciężką rękę. I słusznie. Jest w swoim prawie. A ja nie 
czasy. Któż się mógł spodziewać? Znalazłem się w potrzasku. Pan Mudrowicz zabierze dom. 
- O Boże! Naprawdę? 
-A dlaczegóż by nie? Jeśli mu do pięciu dni nie przyniosę dwóch tysięcy, a potem 
ośmiu, trzeba będzie... Nie ma o czym mówić... Trudno! Mierzyłem siły na zamiary i 
dostałem po łbie. 
- Czy nie można by uprosić tego pana? 
-Nie. Ze mną nie chce gadać, a mojej matki wczoraj też nie przyjął. To naprawdę 
twardy człowiek. 
- I bogaty? 
-Bardzo bogaty i sam jeden na świecie. Zgorzkniały i smutny. Ma jakiś żal do całego 
świata i tak jest wpatrzony w pieniądze, że nigdy nie spojrzy na coś, co ich nie przypomina. 
W tym wypadku jednak tkwi jakiś mroczny zamysł. Czasem na ten temat nachodzą mnie złe 
myśli. Nie chciałbym krzywdzić nikogo niesłusznym posądzeniem, czasem jednak takie mam 
wrażenie, że on kupił nasz dług w nadziei, że nie będziemy mogli oddać, jak gdyby chciał, 
nas mieć w ręku... Zawsze był niemile zdziwiony, ile razy przynosiłem mu część długu. Ale 
to chyba moje przywidzenie... 
- I co teraz będzie? 
-Czy ja wiem? Mama biega w poszukiwaniu pieniędzy, ja dzwonię do wszystkich 
handlarzy znajomych i nieznajomych. Nikogo już prawie nie ma, bo lato się zaczęło. U kilku 
byłem osobiście z obrazami... 
- Wiem. Pan woził sześć obrazów... I tej ślicznej brzozy nikt nie chciał kupić? 
-Nie chciał. Ten obraz jest wart między braćmi tysiąc złotych, gdyby bracia kupowali 
obrazy. Chciałem go sprzedać za trzysta. Nie udało się... 
- O Boże jedyny! To jest straszne... A może pan Mudrowicz wziąłby obrazy? 
-A jemu to na co? W jego mieszkaniu wisi litografia, którą sobie wyciął z jakiegoś 
pisma, i dwie stare fotografie. Teraz, Ewuniu, wiesz wszystko. Ha, trudno... Mamy mi tylko 
strasznie żal. Ten dom to jej cała radość, a wiele radości w życiu nie miała, biedactwo. Od 
razu nas stąd nie wyświęcą, ale wreszcie trzeba będzie wziąć kij pielgrzymi. 
- Żadnej, żadnej nadziei? 
-Odrobina. Trochę pieniędzy już mamy, poza tym może się jeszcze matce uda dzisiaj 
coś pożyczyć. Pojechała na wieś do przyjaciółki. 
Ewcia zmarszczyła czoło już wedle maniery najtęższych filozofów. Ważyła coś we 
wspaniałej duszy, wreszcie powiedziała dotkliwym szeptem spiskowca: 
- Czy pan mi powie, jak się mamie udało? 
- Mogę dziewczynce powiedzieć. Ale czy to dobrze, że ja to w ogóle powiedziałem? 
- Bardzo dobrze! Ja sobie teraz pójdę i będę myślała... 
- Nad czym? 
-Wszystko jedno. Będę bardzo myślała. Potem się będę modliła... Do widzenia, panie 
Jerzy! 
-Do widzenia, drogie dziecko. Podaj mi rękę. Jesteś zacna kobiecina. Wiedziałem, 
kogo gonić po ulicy. Aha! jutro będzie Ewunia sama w domu, bo oboje z mamą pójdziemy na 
dalsze poszukiwania. 
- Doskonale! 
Z wypiekami na twarzy i ze srogą ciężką tajemnicą w duszy wymknęła się Ewcia do 
swojego pokoiku, aby mroczne sprawy w mrocznej rozważać samotności. 
Pod wieczór usłyszała skrzyp furtki i kroki na ogrodowej ścieżce. 
„Pani Zawidzka wraca!” - pomyślała gorączkowo. - „O Boże!” 
Zobaczyła ją dopiero wieczorem i spojrzawszy na jej twarz, drgnęła. Nie potrzeba już 
było beznadziejnego znaku Jerzego, aby pojąć, że wyprawa była daremna. Pani Zawidzka 
była bardzo zmęczona i niemal wyczerpana, starała się jednak uśmiechnąć. Ewcia czuła, że 
coś ją ciśnie za gardło i że się za chwilę rozpłacze. Nie mogła przełknąć jedzenia, które się jej 
wydawało gorzkie. Widziała, jak Jerzy spoglądał na matkę ze wzruszoną troską i z 
przejmującym smutkiem. Rozmowa chwiała się niepewnie, jakby słowa były bezsilne. 
Niespodziana wizyta przyniosła im nieco ulgi. Przyszedł pan Szymbart, który 
przyniósł Ewci list od ciotki. Bardzo był przejęty i wciąż się kłaniał. Ciągnąc za włosy 
wyrazy zdołał wypowiedzieć, że pani Szymbartowa wynalazła dla Zosi nowe wyborne 
lekarstwo, które jej doradziła pewna roztropna przekupka. Lekarstwo jest niepospolicie 
proste, gdyż należy posiekać drobno dwa śledzie, rozgrzać tę ingrediencję na patelni i 
przykładać na noc do chorych piersi dziewczyny. Ma ono wybornie działać na prężność płuc i 
wywołuje gwałtowne poty, sól zawarta w śledziowych zwłokach posiada też moc 
dobroczynną. 
- Czy nie lepiej by było zawezwać lekarza? - rzekła pani Zawidzka. 
-Oczywiście -rzekł nieśmiało pan Szymbart. -Ale żona boi się lekarzy. Powiada, że 
naturalne środki mogą zdziałać cuda, a dopiero z lekarzem wchodzi do domu choroba. 
- A cóż pan na to? 
-Ja? -zdumiał się pan Szymbart. -Ja się nie liczę. Moja żona ma nade mną niejaką 
przewagę wymowy. 
- Ale tak nie można... Przecie zgubicie dziecko... 
-Bóg je ocali -rzekł z powagą pan Szymbart. -A ja czekam takiej chwili, w której 
bym mógł zawezwać lekarza. I uczynię to! Uczynię! Używałem już dziesięć sposobów, aby 
żonę wyprawić z domu na czas dłuższy, ale mi się dotąd nie udało. Ja wiem, że to straszne, 
proszę pani. Na zaślepioną miłość nie ma jednak rady. Nikt by nie uwierzył, aby to wszystko 
było możliwe, a jednak tak jest... 
-Ja panu pomogę -rzekła z nikłym uśmiechem pani Zawidzka. -W tych dniach 
uczynić tego nie mogę, ale w najbliższej przyszłości zaproszę żonę pańską do siebie i do 
Ewci, a pan niech wtedy.... 
-Rozumiem! -zawołał pan Szymbart. -Tak się stanie! Czy to nie śmieszne, żeby w 
dwudziestym wieku leczono biedne dziecko posiekanym śledziem? Ale ja się postawię! Daję 
pani słowo, że się postawię. Mam tego dość! 
- Nareszcie! - mruknął Jerzy. 
Pan Szymbart odchodził pokrzepiony na zwiędłym duchu i z gorącym zarzewiem 
buntu w zapadłej piersi. Ewcia odprowadzała go za rękę i zaczęła szeptać: 
-Panie Szymbart! Mam do pana wielką prośbę, ale niech się pan nie zdziwi! ---Mnie 
już nic nie zdoła zdziwić na tym świecie. Skoro mnie nie zdziwił śledź na gorąco... 
- Niech pan mówi ciszej. Nie trzeba, żeby nas słyszano. 
- O! - zdumiał się pan Szymbart niezwykle treściwie. 
- Czy pan ma czas jutro rano? 
- Ja mam zawsze czas. Gdyby czas był naprawdę pieniądzem, byłbym milionerem. 
- To dobrze. Pan mi musi jutro pomóc. 
- Jestem do usług. Co mam czynić? 
- Nic wielkiego. Niech się pan tu zjawi o dziesiątej rano. 
- Z rewolwerem? Ja nie mam rewolweru. 
- Obejdzie się. Potem coś stąd zabierzemy i pójdziemy razem. 
- Przez drzwi czy przez okno? Bo jeśli znowu przez okno... 
- Przez drzwi. Ja sama nie dam rady. 
- Czy to pachnie kryminałem? 
- Albo ja wiem? 
- Ty, dziewczyno, masz czasem straszliwe pomysły. 
- To uczciwa sprawa! - szepnęła Ewcia z oburzeniem. 
-Dzięki Bogu! Wprawdzie w więzieniu miałbym odrobinę spokoju, ale lato 
zapowiada się upalne. Więc o dziesiątej! Dobrze! Gdybym w nocy nawet umarł, to na rano 
zmartwychwstanę. Do widzenia! 
Ewcia miała noc niespokojną, bo myśli jej latały obłąkanym lotem nietoperzów. 
Leżała z otwartymi oczami, gadając sama ze sobą ściszonym głosem, jak ktoś, co 
przygotowywuje wielką mowę, którą ma wygłosić nazajutrz. Późno już było, lecz na dole 
jeszcze się nie ułożono do snu, na ogrodowej ścieżce bowiem jaśniała blada smuga światła z 
oświetlonych okien. Ewcia usnęła wreszcie z myślą o dwojgu najlepszych, nad którymi w 
dzień kryształowobłękitny zawisła ciężka chmura. 
Obudziło ją ciche pukanie do drzwi. 
- Ewciu! - mówił Jerzy za drzwiami stłumionym głosem. - Czy Ewcia śpi? 
- Nie, nie! Słucham. 
-Ewcia wie, że się nie udało... Teraz ja z mamą wychodzę i nie wiem, kiedy 
powrócimy. Proszę pilnować domu i odbierać telefony. Gdyby dzwonił pan Mudrowicz... Ale 
to nie możliwe... W każdym wypadku proszę zapisać, kto dzwonił. Dobrze? 
- Dobrze, panie Jerzy! 
- Więc do widzenia. 
- Zaraz, zaraz, jeszcze jedno. Niech pan poczeka! 
Uchyliła drzwi i szepnęła: 
- Proszę pana, a co ja mam robić, gdyby kto przyszedł i chciał kupić obrazy? 
- Co takiego? - zaśmiał się Jarzy smutno. - Sprzedaj wszystkie! 
- Pan mi pozwala? 
- Pozwalam, obłąkana dziewojo, pozwalam! Bądź zdrowa, bo mama woła. 
Ewcia poczęła odziewać się gorączkowo i szybko zbiegła na dół. Porwała książkę 
telefoniczną i szybko przerzucała kartki. 
- Aha, jest! - szepnęła. 
Przeczytała kilka razy bardzo uważnie, jak gdyby chciała sobie zapamiętać jakiś adres. 
Poszła potem do kuchni, gdzie dobrotliwa z zatłuszczonym sercem kucharka tłumaczyła 
gorączkowo Rolmopsowi, że tak złodziejskiego psa nie spotkała w wędrówce żywota, 
jednakże z zadowolonego jej oblicza i z przyjemnie uśmiechniętej psiej mordy można było 
wywnioskować, że para ta żyje w przykładnej zgodzie, albowiem łajdacki i nad wielki podziw 
mądry kundel wniósł wiele urozmaicenia w nudny żywot kuchni. Ewcia oznajmiła 
dobrotliwie niewieście, że musi wybiec w pilnej sprawie i pozostawia dom na jej roztropnej 
głowie; ponieważ zaś dobrotliwa niewiasta zgodziła się chętnie na ułożenie tego ciężaru na 
wskazanej części ciała, Ewcia pobiegła na górę do pracowni. Zastanawiała się długo i 
głęboko. Napracowała się ciężko, przestawiając obrazy, wybrała wreszcie dwa dużych 
rozmiarów: ową brzozę, którą uwielbiała, i huculską dziewczynę, co odziana w przebogaty 
barwny strój patrzy w dal wzrokiem pełnym słodkiej tęskniącej za czymś zadumy. 
-To są arcydzieła! -powiedziała sama do siebie. Zawiązała je i z trudem zniosła na 
dół. 
Za jakąś godzinę miał się zjawić pan Szymbart, godzina ta jednak dłużyła się Ewci 
nieprawdopodobnie. Dziewczyna biegała od okna do okna, siadała i wstawała. Usiłowała 
zjeść śniadanie, ale nie mogła. 
„A może by się pomodlić?” - pomyślała. 
W chwilę po tym klęczała przed obrazkiem św. Tereski i modliła się jakąś dziwną 
modlitwą, która było krótką i pogmatwaną historią zmartwień pani Zawidzkiej i gorącym 
wyrazem nadziei, że przecie taka cudowna święta, jak św. Tereska, nie dopuści do 
niesłychanej niepoprawności, którą chce urządzić niejaki pan Mudrowicz. Nazwisko to 
wyszeptała dobrotliwie i wyraźnie, aby nie było pomyłki, gdyż pani Zawidzka mogła mieć 
inne zmartwienia, to jednak było na pierwszym planie, inne mogą poczekać. Na wszelki 
wypadek powtórzyła tę niezwykłą modlitwę kilka razy. Co pewne, to pewne. Podniosła się z 
klęczek znacznie spokojniejsza i za chwilę pobiegła otworzyć furtkę panu Szymbartowi, który 
z punktualnością pośpiesznego pociągu zajechał przed dom. 
- Jestem, jak widzisz! - rzekł zgoła niepotrzebnie, bo i on był, i Ewcia to widziała. 
- Bardzo panu dziękuję. Bardzo! Teraz musimy sprowadzić auto. 
-Auto? Patrzcie, patrzcie... To my mamy jechać? Doskonale? Czy zastanowiłaś się 
jednakże, Ewciu miła, że tylko Pogotowie wozi ludzi za darmo, a tak się jakoś złożyło, że ja 
w tych czasach.... 
- Ja mam pieniądze - rzekła Ewcia z pośpiechem. - Zresztą nie pojedziemy daleko. 
- A dokąd to my mamy jechać? - pytał pan Szymbart ostrożnie. 
- To jest wyprawa tajemnicza! - odpowiedziała Ewcia cicho. 
-Oho! Może trzeba było nałożyć maskę na twarz? Mówiłem ci już wczoraj, że za 
twoje pomysły mogłabyś dostać złoty medal od stowarzyszenia wariatów. Gadajże, 
dziewczyno, co i jak? 
-Wszystko panu powiem po drodze. Teraz weźmiemy z domu dość ciężki pakunek, 
wsadzimy do auta i pojedziemy na Stare Miasto. 
Pan Szymbart wzruszył ramionami. 
-Jedźmy na Stare Miasto. Uprzedzam cię jednak, że jeśli mnie wciągniesz w jakąś 
kabałę, wrzucę cię do Wisły, a ze Starego Miasta do Wisły niedaleko. 
- Dobrze, ale teraz ja pobiegnę po auto, a pan niech tu czeka. 
- A skoro wyjdzie ktoś z domu, co mam robić? 
- W domu nikogo nie ma! - zawołała Ewcia wybiegając na ulicę. 
„To wszystko razem jest mocno podejrzane” -myślał pan Szymbart ponuro. -„Ale to 
mądra dziewczyna...” 
Mądra dziewczyna wydawała po chwili gorączkowe polecenia, które pan Szymbart 
wykonywał w posłusznym milczeniu. Umieścił obrazy w wozie i dzierżył je pieszczotliwie, 
bo szczególnie na zakrętach okazywały skłonności burzliwe. 
-Proszę pana -mówiła Ewcia ściszonym głosem. -To, co robię, robię z wiedzą pana 
Zawidzkiego. Jadę, aby sprzedać te obrazy. 
- Aha! 
- Ale to nie takie proste... Ten, komu chcę je sprzedać, wcale ich nie chce kupić. 
- To ciekawe! To musi być dziwak... 
- Wszystko jedno. Otóż pan mi pomoże wnieść te obrazy aż do drzwi jego mieszkania. 
- Które piętro? 
-Nie wiem. Zresztą to wszystko jedno. Potem ja wejdę, a pan stanie po przeciwnej 
stronie ulicy i będzie patrzył w okna. 
- A po cóż ja mam patrzeć w okna? 
- Na wszelki wypadek. Muszę się panu przyznać, że ja się tego pana trochę boję. Może 
mi wyrządzić jakąś krzywdę. Gdybym przeto nie wyszła z tego domu po upływie godziny, 
niech pan woła o pomoc i sam prędko przybiegnie. 
- A mówiłem, że bez rewolweru się nie obejdzie! - mruknął pan Szymbart - Więc mam 
czekać przez godzinę? 
-Tego nie wiem. Jeśli będę pewna już po krótkim czasie, że nic mi nie grozi, wtedy 
dam panu znak chusteczką przez okno, trzykrotny znak. 
- A wtedy co? 
- Wtedy pan może pójść do domu. 
-Bardzo ładnie. Powiedz mi jednak, co ja mam zrobić, jeśli cię ów jegomość z 
miejsca udusi, o czym ja nie będę wiedział, bo dowiem się o tym dopiero po upływie 
godziny? 
-Prawda, o tym nie pomyślałam...Ale chyba tego nie zrobi... Zaraz, zaraz, niech 
pomyślę... Aha! tak będzie najlepiej. Gdy będę rozmawiała z tym panem, będę wciąż w 
pobliżu okna, w ten sposób będzie mnie pan wciąż widział. 
-Niezupełnie. Okno może być od podwórza albo na bardzo wysokim piętrze. To też 
źle. Powiadam ci raz jeszcze, że mi się to wszystko nie podoba. Po co ty to wszystko robisz? 
- Aby ratować dobrych ludzi od nieszczęścia. 
-Ach, to tak? W takim razie wszystko w porządku, moje dziecko. A teraz ja wiem, co 
zrobię. 
- Co, co? 
-Od czasu do czasu zadzwonię do mieszkania tego pana pod byle jakim pozorem i 
spenetruję jak i co. 
- Doskonale! 
- Musisz mi jednak powiedzieć, jak się ów jegomość nazywa? 
- Mudrowicz. Stanisław Mudrowicz. 
- Co takiego? - zawołała pan Szymbart. - Każ zawracać! 
- Czemu? - spytała Ewcia z niepokojem. - Czy pan go zna? 
-Wiem o nim dość, by ci oświadczyć uroczyście, że szkoda każdego twego słowa. To 
ponura osobistość - mówił pan Szymbart powoli, jak gdyby sobie coś przypomniał. -Odludek 
i człowiek dziwny, któremu zdaje się jedyną sprawia przyjemność, jeśli on może komuś 
innemu uczynić nieprzyjemność. Zdaje się, że to jedyne jego zajęcie. Kiedyś podobno był 
inny, lecz od wielu lat zamknął się w swojej skorupie i dyszy nienawiścią do całego świata. 
- Skąd pan o tym wie? 
-Miałem przyjaciela, który był z nim spokrewniony. Przyjaciel mój wpadł w ruinę, 
chociaż pan Mudrowicz mógł go uratować jednym kiwnięciem palca. Mój przyjaciel błagał 
go i prosił.... 
- Ja mam zrobić to samo. O Boże! On jest też krewnym państwa Zawidzkich. 
-Z tego widać, że doprowadzenie do ruiny krewnych jest jego szczególną zaletą. I ty 
jeszcze masz siłą wetknąć te obrazy? Biedna dziewczyno... 
- Nie mam innego sposobu. Tak postanowiłam i tak zrobię. To jedyny ratunek dla pani 
Zawidzkiej, jeśli mi się nie uda wybłagać trochę litości u tego człowieka. Gdyby był inny 
sposób, wróciłabym natychmiast, ale go nie ma. Wszystko mi jedno, proszę pana! Przecie 
mnie nie zabije. A może to wszystko nieścisłe, co o nim mówią. 
- Dałby Bóg! Więc się nie cofniesz? 
- Nie! 
-Dobrze. Jesteś dzielna dziewczyna. Powiadają filozofowie, że gdzie diabeł nie może 
tam ciebie pośle. Zrobione! Ja będę stał na straży i gdyby ten bandyta śmiał cię obrazić 
chociaż jednym słowem, ciężki będzie jego los. Ja, uważasz, Ewciu, tylko w domu jestem 
cokolwiek nieśmiały, lecz poza domem... Wszystko jedno... Dojeżdżamy... 
- O Boże! Serce mi bije... Proszę pana, a jeśli go nie będzie w domu? 
-Ślimak zawsze jest w domu -odrzekł niezwykle roztropnie pan Szymbart. -On 
podobno nie wychodzi ze swej pieczary. To już tutaj... Wyłaźmy! Trzymaj się, dziecko, bo 
cokolwiek zbladłaś. Myślę, że na takiego najlepiej od razu z gębą, a sądzę, że to potrafisz. 
Wynieśli obrazy z auta, Ewcia stanęła na straży przy skarbie, a pan Szymbart poszedł 
na zwiady. 
-Pierwsze piętro od frontu -szepnął powróciwszy. Ja sobie tam stanę przed tym 
sklepikiem. Czy mam cię pobłogosławić? A pamiętaj o chustce. Nie bój się! Uważaj tylko, 
aby obrazów nie zabrał, a ciebie nie wypchnął na schody. Wtedy krzycz: „ratunku! bandyci!” 
-albo coś w tym stylu. Gdybyś go mogła łagodnie zakatrupić, każdy sąd cię uwolni. Jazda! Ja 
poniosę obrazy... 
- Potem pana ucałuję! 
-Obejdzie się, jestem dzisiaj nie ogolony. Pan Szymbart poniósł obrazy po 
drewnianych schodach sędziwego i mrocznego domu aż pod drzwi, na których widniała 
tabliczka z nazwiskiem Mudrowicza. Położył palec na ustach Ewci, jakby jej chciał dodać 
odwagi, po czym zszedł cicho, stąpając ostrożnie, jak gdyby uciekał z więzienia. 
Ewcia oddychała ciężko. Kilka razy chciała nacisnąć dzwonek, lecz cofała rękę. Pan 
Jerzy mówił o Mudrowiczu jedynie, że to twardy człowiek, pan Szymbart ją jednak 
przestraszył. To jakiś ponury człowiek. Ponury i złośliwy. Zdziwaczały i zły. Trudno! Niech 
będzie nawet najgorszy, a cofać się nie należy. 
„Nic się gorszego stać nie może” -myślała Ewcia -„skoro się nie uda. Nikt nie będzie 
wiedział o niczym... W imię Ojca i Syna...” 
Dotknęła dzwonka leciutko, tak że ledwie zabrzęczał. Nikt nie otwierał i nie było 
słychać z mieszkania żadnego głosu. Zadzwoniła śmiało po raz drugi. Coś słychać. 
Skrzypnęły jakieś drzwi, wreszcie dały się słyszeć jakieś posuwiste kroki. Ewcia oparła się 
ręką o ścianę, bo się nogi pod nią zachwiały. Po długich zmaganiach się z drzwiami 
zabrzęczał łańcuszek ochronny. Ktoś uchylił nieco drzwi i starczy głos zapytał przez szparę: 
- Kto tam? 
- Do pana Mudrowicza - odrzekł niepewny i dziwnie cienki głos. 
Niezwykła jego cienkość musiała zdumieć osobę poza drzwiami, osoba bowiem 
zapytała po chwili zdumienia: 
- Panienka? Do pana Mudrowicza? 
- Tak, w bardzo ważnej sprawie. 
- Pan Mudrowicz chory, nikogo nie przyjmuje. 
-Mnie musi przyjąć! -zawołała Ewcia głosem już nieco grubszym. -Zresztą ja coś 
przyniosłam - dodała szybko kusząc niewidzialnego czarta. 
Ów rozważał coś przez chwilę, po czym rzekł: 
- Mogę pójść zapytać... 
- Niech pan pójdzie, mój złocienki! - poprosiła Ewcia gorąco. 
Tamten musiał po raz pierwszy w życiu usłyszeć tak cudownie pieszczotliwe słowo, 
bo wydało się Ewci, że poszedł nieco szybciej, niż się zbliżał ku dzwiom. 
Po długiej, bardzo długiej chwili powrócił i otworzył drzwi szeroko. 
„Raz kozie śmierć!” - pomyślała Ewcia i chwyciła obrazy. 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
w którym panna Ewa handluje obrazami, chociaż chciano przypiec jej pięty 
Zdawało się jej, że się za nią zatrzasnęły drzwi więzienia, tyle bowiem słychać było 
przy ich zamykaniu szczęku i brzęku zasuw i łańcuchów, i że jednym jedynym krokiem 
przebyła granicę pomiędzy latem i zimą. Lato było na świecie, na schodach jesień, a tuż za 
drzwiami zima chłodna i ciemna. Dziewczynę ogarnęło niemiłe uczucie, że jest odcięta od 
przyjaznego świata, zalanego w tej chwili słońcem, i że to mieszkanie, do którego weszła, nie 
ma z jasnością i ze światłem nic wspólnego. Wiedziała, że jest w jakimś przedpokoju, do 
którego żadne światło nie dochodzi, ten bowiem poblask mlecznomętny, co usiłował się 
przebić przez szybki nad jakimiś drzwiami, był najlichszą i urągliwą imitacją światła, 
blaskiem udanym, blaskiem pożyczonym. W tej chwili ten ktoś, który ją wpuścił, przekręcił 
kontakt i zapalił elektryczną lampkę. Ewcia ujrzała niskiego starowinę w czarnym ciężkim 
pracowicie zużytym obleczeniu. Przypominał kościelnego sługę, co zapala świece. Twarz 
miał wcale poczciwą, we wzroku natomiast zamarzłą niebieskoszklistą objętość, jak gdyby 
jakaś nieskończenie trwająca nuda zgasiła na jego oczach wszelkie blaski. Patrzył bez 
wyrazu, jak gdyby te starcze, niemal porcelanowe oczy były sztuczne. Ani się uśmiechnął, ani 
się zdziwił, ani najmniejszego nie okazał zajęcia. Zdaje się, że byłby patrzył tak samo, gdyby 
zamiast tej dziewczyny wszedł wilk na dwóch nogach albo Murzyn wkraczający na rękach 
głową w dół. Spojrzał bez drgnięcia najpierw na osobę, potem na obrazy i takim ruchem, jak 
gdyby podniesienie ręki kosztowało go wiele trudu, wskazał na drzwi do jakiegoś pokoju. 
- Może mi pan pomoże... - szepnęła Ewcia nieśmiało. 
Ów człowiek, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dawno już był 
nieboszczykiem i wstał z grobu jedynie na natarczywy głos dzwonka, znowu spojrzał na nią 
martwym wzrokiem i, słowa nie wypowiedziawszy, dotknął ręką kontaktu, jakby chciał jej 
oznajmić, że jeśli będzie dłużej bawiła się zbędną rozmową, zgasi lampkę, bo szkoda światła. 
Ewcia ciężko westchnąwszy dźwignęła obrazy i uderzeniem kolana otwarła wskazane jej 
drzwi. Ponieważ pierwszą spotkaną na tej drodze istotą przyjazną był piec, oparła o niego 
swój ciężar, a że w pokoju, w którym się znalazła, było jasno, gdyż okna wychodziły na ulicę, 
rozejrzała się szybkim ciekawym spojrzeniem. 
Nie było nikogo. Czym prędzej na palcach pobiegła do okna. Pan Szymbart stał pod 
latarnią, nieruchomy jak i ona, i wzrokiem sroki wpatrzonej w kość spoglądał na dom. Dała 
mu znak ręką, że jeszcze żyje, na co on w odpowiedzi położył rękę na serce, co wprawdzie 
nie było znakiem umówionym, znaczyło to jednak zawsze, że sercem jest przy niej albo że 
wydrze serce z pana Mudrowicza. Ewcia cofnęła się i spłoszonym spojrzeniem obejrzała 
miejsce kaźni. Był to pokój niezmiernie długi i wąski, jak zwykle w starych domach. Powałę 
miał sklepioną. Wyglądał przeraźliwie: zapuszczony, smutny, odrapany, poczerniony nalotem 
kurzu, opstrzony przez zajadłe pracowite nieprzeliczone pokolenia much. Ktoś posiadający 
zwyrodnioną i na poły obłędną wyobraźnię mógłby się w tej ponurej więziennej celi 
dopatrzeć czegoś takiego, co ma być pracownią. Na te manowce mógłby ją naprowadzić 
ciężki stół, rozparty szeroko jak zmarnowana kobyła, na którym leżały sterty papierów, gazet 
i książek. Aparat telefoniczny pośród tego natłoku makulatury wskazywał, że w strasznym 
tym pokoju przebywał człowiek żywy. Pod ścianą stała kanapa kryta ceratą, nabijana żółtymi 
gwoździami. Przed nią leżał kilim tak wytarty jak pieniądz, jak szablon, jak słowa pośród 
banalnych najbardziej banalne; mogło się zdawać, że ten kiedyś zapewne barwny kawał 
tkaniny zgasł przed stu laty i przybrał kolor popiołu. W kącie stało żelazne wieszadło szeroko 
rozgałęzione, a tak ogromne, że mogłoby udźwignąć kilku równocześnie wisielców. Ściany 
były puste; na jednej tylko, z lewej strony okna, wisiał z obrazkowego pisma wycięty 
kolorowy druk, wyobrażający zielony las, a nad nim dwie fotografie, zdaje się, że tej samej 
kobiety. Biedna ta kobieta, skazana na dożywotni pobyt w więziennej celi, na jednej fotografii 
trzyma w ręku wachlarz, a na drugiej oparta była o bambusowy fotelik. O tych to 
wspaniałościach mówił Ewci Jerzy. Fotografie były spełzłe i wyblakłe, chociaż słońce nie 
zaglądało tu nigdy. Gdyby nawet mogło zajrzeć tu przez wysokie okno, cofnęłoby się z 
niesmakiem, lecz że pokój patrzył na północ, więc oszczędzono słońcu tej udręki. 
Ewcia stała cichutko niedaleko przyjaznego pieca stojącego w zimnej zadumie, jakby 
chciała pilnować obrazów. Posłyszała jakieś szmery i szepty dolatujące z pokoju obok, do 
którego drzwi były zamknięte. Stamtąd zapewne wejdzie pan Mudrowicz. Czekała tej chwili 
z wielką trwogą. Oby już wszedł! Zdaje się jednakże, że w tej chwili słucha sprawozdania 
starego człowieka, co ma w oczach skład niebieskiej porcelany, albo też spogląda chyłkiem 
przez dziurkę od klucza. 
Usłyszawszy głośniejszy szmer Ewcia posunęła się nieznacznie ku oknu, aby mogła 
być widziana przez niezłomnego strażnika obozowego, pana Szymbarta. Później, po wejściu 
Mudrowicza, mogła nie mieć na to czasu. Myślała gorączkowo, jak zacznie mówić i co mu 
powie? Czy wpaść na niego od razu, jak radził roztropnie pan Szymbart, czy -zależnie od 
przyjęcia -ocyganić go najmilszym uśmiechem i pokorą pełną słodyczy przebić twardą 
skorupę żółwia? Przybyło jej cokolwiek odwagi na widok żałobnego staruszka, który jej 
drzwi otworzył, gdyby bowiem jemu pan Mudrowicz polecił uczynienie jej krzywdy, 
staruszek ów dokonać tego nie zdąży, zaledwie bowiem porusza nogami. Będzie można uciec 
zawsze. 
Na chwilę przestało jej bić serce. Zaczęła nasłuchiwać. Głos jakiś powiadał za 
drzwiami: 
- ....Zajrzyj tam, czy czego nie kradnie! 
Ewci krew uderzyła do wzburzonej głowy. 
-....Chyba piec ukradnie... -odrzekł głos drugi, smętny jak żałość i jak jesienna 
szaruga. 
Nikt jednak nie wchodził. Widać, że pan Mudrowicz pocieszył się nieznacznie 
niemożliwością ukradzenia pieca. Mimo pociechy stęknął jednakże dwa razy, co mogło 
znaczyć, że wdziewa buty, albowiem niezłomna ta czynność połączona jest w podeszłym 
wieku z niejakim trudem, a ilość postękiwań odpowiadała parzystej ilości butów. 
„Zaraz wejdzie...” - pomyślała Ewcia. - „Boże, miej mnie w Swojej opiece!” 
Jeszcze to serdeczne westchnienie nie miało czasu, aby dolecieć do nieba, gdy drzwi 
otworzyły się z nienaoliwionym piskiem. Ewcia spojrzała i w pierwszej chwili chciała 
krzyknąć. Mocnym wysiłkiem opanowała się i na jeden moment przymknęła oczy, aby 
chociaż w ten sposób podzielić przerażenie na raty. W drzwiach stanął człowiek ogromnej 
postaci, niezwykle chudy. Tak samo w niechlujną czerń przyodziany jak i jego famulus, 
chudą wyniosłością przypominał Don Kichota, który jednak wobec tego człowieka musiał 
być aniołem piękności. Zjawa we drzwiach mogła się przyśnić. Pan Mudrowicz był potwornie 
brzydki. Różne bywają brzydoty, a ludzie wymyślili sobie na pociechę wątpliwe porzekadło, 
że mężczyzna byleby był nieco przystojniejszy od diabła, nie przeraża świata. Ten człowiek 
był jednak brzydszy od diabła. Brzydota jego była posępna. Na twarz tę nie można było 
patrzeć bez dreszczu. Zdarza się czasem, że najciemniejszą brzydotę ratuje jakiś ciepły błysk 
oczu, jakiś poblask uśmiechu albo nalot ciepłego smutku. Na posępnej twarzy pana 
Mudrowicza nie było nawet śladu bożej łaski. Zdarza się, że przyroda jak gdyby sama 
zatrwożona brzydotą swojego tworu daje mu czasem w formie odszkodowania jakiś drobiazg 
szczególnie piękny i w ten sposób zdobyła na ten przykład ropucha oczy podobne do 
klejnotów. Dla tego człowieka przyroda była nielitościwa. 
Musiał już mieć pod siedemdziesiątkę, lecz trzymał się prosto i głowę nosił z dumną 
hardością -zapewne z odwagą rozpaczy. Musiał wiedzieć, że jest potwornie brzydki, więc na 
widok obcego człowieka nie kulił się, nie chował, nie malał, lecz spoglądał wyzywająco z 
blaskiem wściekłości w szarych nielitościwych oczach. Zdawało się, że szuka zaczepki z 
całym światem; że jest pewny zdumienia i obrazy, więc od razu grozi. Nie mógł jednak ukryć 
zdziwienia na widok niepozornej istoty z zadartym nosem. Wiedział od swojego cerbera, że 
się zjawiła osoba rodzaju damskiego, nie przypuszczał jednak, że w tak niedoskonałej jeszcze 
i niezupełnie wyrzeźbionej postaci. Spojrzał na nią z góry i zdawać się mogło przez chwilę, że 
się namyśla, co ma począć. Nie zelżał jednak, lecz zapytał głośno: 
- W jakim celu panna mnie nachodzi? 
Ku najwyższemu zdumieniu Ewci głos zabrzmiał dziwnie przyjemnie i dźwięcznie. Z 
postaci takiej powinien wypłynąć głos czarnej barwy, poza tym szorstki jak derka na konie i 
zjeżony jak szczotka do szorowania podłogi, głos zaś tego dziwacznego starca miał miękkość 
aksamitu. Ten głos był przeto miłosiernym darem przyrody. 
Ponieważ Ewcia milczała, powtórzył pytanie. 
- W bardzo ważnej sprawie! - odrzekła wreszcie i uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 
-W ważnej sprawie... W ważnej sprawie... -powtórzył brzydki człowiek. -Każdy 
włóczęga przychodzi zawsze w niezmiernie ważnej sprawie! 
Ewcia zwilżyła językiem zaschłe wargi. Powoli wracała jej nieco spłoszona 
przytomność i odważna dusza, wciąż gotowa do odlotu w jakieś bezpieczne schronienie 
(doświadczona ludzkość wynalazła je w okolicach pięt), powróciła do swego zwyczajnego 
siedliska. 
W tej chwili wyniosły człowiek uczynił coś dziwnego: położył ciężkie ręce na jej 
ramionach, pochylił się nad nią i zbliżył potworną swoją twarz do jej twarzy. 
- Proszę spojrzeć na mnie! - zawołał jakby z rozpaczą. 
Ewcia spojrzała w jego oczy i wytrzymała spojrzenie. 
- Nie boisz się mnie, dziewczyno! - mówił on stłumionym głosem. 
- Nie! - krzyknęła Ewcia. - Dlaczego mam się bać pana? - dodała po chwili ciszej. 
Człowiek ten wydał z siebie głuchy jęk, patrzył na nią długo, długo, potem zdjął ręce z 
jej ramion. 
Przez roztropny rozum Ewci przebiegła błyskawica. 
„Ten człowiek jest strasznie nieszczęśliwy, bo jest potwornie brzydki! Dlatego pyta, 
czy go się boję... Ach, to tak?” 
Największy filozof często nie znajdzie prawdy, którą odkryją sprytne i niczym nie 
zamglone oczy dziecka. Ewcia już wiedziała, co wiedziała. Już się nie bała tego człowieka. 
Poczuła do niego wielką litość rozumiejąc, że jego złośliwość i twardość są kolcami jeża, 
broniącego się przed zębami wroga. Ten stary, do murzyńskiego bałwana podobny starzec 
bronił się w ten dziwaczny sposób przed urąganiem i pośmiewiskiem. 
Ewcia uśmiechnęła się z niejakim trudem i rzekła ze zdumiewającym spokojem: 
- Czy pan mi pozwoli usiąść? 
Myślała, że znowu się na nią rzuci, bo drgnął i podniósł długie ręce. Nie rzucił się 
jednak ani nie wypowiedział słowa, lecz zmarszczywszy czoło, jakby w nagłym zamyśleniu, 
usiadł za stołem i patrzył, co ona robi. Ewcia udając, że tym sposobem zaprasza i ją do zajęcia 
wygodnej pozycji, usiadła na centralnej kanapie wprost niego. Patrzyła śmiało, uśmiechając 
się kącikami ust. Była blada i czuła na czole kropelki potu, czuła jednak, że najgorsze 
przeszło. Co jednak będzie dalej? On nie mówił nic, ona nie wiedziała, jak ma zacząć. Wesoła 
ta scena trwała bardzo długo. Wreszcie on rzekł: 
- Pani jest odważna dziewczyna.... 
- Czemu, proszę pana? - zapytała niewinnie. 
- Ile panienka ma lat? - mówił niskim głosem, nie odpowiadając na jej pytanie. 
- Prawie szesnaście! A pan? 
- Co to panią obchodzi? 
- Przepraszam pana za pytanie. Nie chciałam pana dotknąć... 
- Mnie nikt nie może dotknąć! - krzyknął ni stąd, ni zowąd i grzmotnął pięścią w stół. 
-Już nie zapytam o nic...-powiedziała Ewcia z takim niezmiennym smutkiem, jakby 
ją spotkało okropne nieszczęście. 
Stary człowiek wzruszył ramionami i patrzył w nią przeraźliwym świdrującym 
spojrzeniem, i coś mruczał niewyraźnie. Musiało się w nim jednak gotować jak smoła w 
diabelskim kotle, bo bulgotował przez czas dłuższy, potem znowu wybuchnął 
niespodziewanie. 
- Jak się pani nazywa? 
- Ewa Tyszowska. 
On zerwał się nagle z krzesła, jak gdyby chciał na nią wywrócić stół, potem znowu 
ciężko usiadł. 
- Ewa? Powiedziała pani : „Ewa”? - mówił głosem dziwnie zdławionym. 
- Tak proszę pana. 
Zapadło milczenie. Dziewczyna patrzyła zdumiona, jak ogromny człowiek potarł ręką 
czoło. Po chwili nieznacznie, jakby ukrywając spojrzenie, kątem oka spojrzał na dwie stare 
fotografie. 
„Ta pani musi mieć na imię Ewa”! -pomyślała dziewczyna. -„Głowę dam, że to też 
Ewa...” 
Nie powiedziała jednak nic. 
On znowu spojrzał na nią i chciał coś powiedzieć, lecz urwał, bo w przedpokoju 
odezwał się natarczywy dzwonek. Słychać było posuwiste jak w polonezie kroki famulusa, 
potem jakąś żywą rozmowę i trzaśnięcie drzwiami. 
- Pawle! - krzyknął pan Mudrowicz. 
Strażnik piekielny ukazał się we drzwiach. Kto to był? 
- Jakiś pomylony. Pytał, czy tu mieszka najgłówniejszy kanonik od Świętego Jana. 
- Jaki kanonik? 
- Nie wiem. Mówił, że najgłówniejszy. A zaglądał przy tym jak szpicel. 
- Wyrzuciłeś go za drzwi? 
- Nie wyrzuciłem, bo sam poszedł. 
- Dobrze... 
Mumia nosząca apostolskie imię zamknęła drzwi. 
:Dzielny pan Szymbart!” - pomyślała Ewcia. - „Doskonale wymyślił tego kanonika”. 
- Czemu się pani śmieje? - zapytał nagle pan Mudrowicz. 
- Ja? Tak sobie... Bo mi bardzo przyjemnie... 
Stary człowiek spojrzał na nią podejrzliwie i pokręcił głową. 
„Czuj duch!” - pomyślała Ewcia. - „Teraz się zacznie.” 
On wstał i znowu usiadł, jakby sam nie wiedział, co począć. Zdaje się jednak, że coś 
wreszcie postanowił. 
- Kto panienkę tu przysłał? - zapytał szybko. 
- Nikt. Ja przyszłam sama. 
- Po co? Proszę mówić prawdę! 
- Z interesem. 
- Ja nie robię żadnych interesów, więc dlaczegóż właśnie do mnie? 
- To długa historia... Jeżeli pan pozwoli... 
-Na nic nie pozwolę! Słyszy pani? Nie nic! W tym wszystkim jest jakieś krętactwo! krzyczał 
coraz donośniej. -Jestem za stary wróbel... A panna jest zbyt młoda, aby umiała 
zręcznie cyganić. Słyszy pani? Nie chcę słyszeć o niczym! O niczym! O niczym! Czy panna 
zrozumiała? 
Ewcia patrzyła na niego spokojnie, chociaż nogi pod nią drżały. 
-Proszę pana -mówiła głosem dość bladym -czemu pan tak na mnie krzyczy? Muszę 
z panem omówić bardzo ważne sprawy i dopóty stąd nie wyjdę, dopóki mnie pan nie 
wysłucha. Nie przyszłam ani kraść, ani żebrać. A jeśli pan będzie tak na mnie krzyczał albo 
zechce pan mnie stąd usunąć siłą, wtedy zemdleję. I będzie pan miał wielki kłopot. 
Tamten otworzył usta z niezmiernego zdumienia. 
- Pawle! - wrzasnął w stronę drzwi. 
Zjawił się Paweł jak duch z mroków. Ewcia patrzyła i słuchała z lękiem. 
-Ta panna chce tutaj zemdleć. Słyszysz? Weźmiesz pogrzebacz od pieca i rozpalisz 
go na gazie do czerwoności. Miej go w pogotowiu! Skoro ta panna zemdleje, zdejmiesz jej 
obuwie i przypalisz pięty. Idź i czekaj, aż cię zawołam. 
Zwrócił się potem do Ewci. 
- Czy ona słyszała? 
- Ona słyszała... - odrzekła Ewcia. 
- A teraz pójdzie sobie? 
- Nie! 
- Nie pójdzie? 
-Nie. Jest mi tu bardzo przyjemnie. Pan jest bardzo wesoły, a ten Paweł to jakiś 
poczciwy człowiek. Wie pan co? Na gazie będzie grzał ten pogrzebacz najmniej z pół 
godziny, więc mamy czas. W piecu byłoby prędzej, ale po co w lecie rozpalać piec? Zresztą 
tu jest i tak duszno. Proszę pana! Tu się chyba nigdy nie wietrzy... Czy można otworzyć 
okno? 
Nie czekając odpowiedzi poczęła tarmosić stare spaczone okno, zerkając 
równocześnie w stronę latarni. Jest pan Szymbart! Zobaczył ją i najwyraźniej mruga. 
Okno zostało otwarte i miłe lato weszło przez nie niechętnie i z ociąganiem się do 
smętnej izby, w której w tej chwili było dwoje ludzi niebotycznie zdumionych: Ewcia 
dlatego, że jej pan Mudrowicz dotąd nie udusił, i pan Mudrowicz skamieniały, bez ruchu, 
zamieniony w słup soli, jak gdyby ogłupiały. Pierwsza odzyskała zmysły straszliwa 
dziewczyna. Usiadła na ceratowej kanapie, uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic i rzekła: 
- Znacznie tu teraz przyjemniej. Przynajmniej będzie ciepło, bo w tych starych murach 
nawet w lecie jest zima. 
Obejrzała się po pokoju i udając, że nie zwraca uwagi na potworną minę pana 
Mudrowicza, gadała przyjaźnie: 
-To bardzo piękny pokój, tylko zaniedbany, straszliwie zaniedbany! Nie wiem, ile pan 
płaci Pawłowi, ale ten Paweł nie ścierał tu kurzu od stu siedmiu lat. Jeżeli mi pan pozwoli, 
wpadnę tu raz na tydzień chociażby i zrobię porządek. Pawła trzeba wziąć pod kuratelę... Co 
się panu stało? 
Pan Mudrowicz najwyraźniej rzęził. Wydawał dziwne głosy podobne do jęków i od 
czasu do czasu przecierał ręką oczy, jakby im nie dowierzał. A kiedy je dokładnie przetarł i 
przekonał się, że nie jest igraszką piekła, wpatrzył się w Ewcię takim wzrokiem łakomym, 
jakim głodny diabeł patrzy na grzeszną duszę. 
- Może panu dać wody? - zapytała Ewcia niespokojnie. 
Pan Mudrowicz uczynił znak, że nie chce wody, bo za chwilę wypije dwa litry krwi. 
Położył prawą rękę na stole i zakrzywił palce jak szpony. Ręka ta drżała. 
-Nic panu nie jest? -uśmiechnęła się Ewcia tkliwie. -Bardzo mnie pan przestraszył... 
Ja jestem wprawdzie córką lekarza, lecz taka jestem głupia, że nigdy nie wiem, co trzeba 
robić, gdy się komuś zrobi słabo. Pan się niepotrzebnie wzruszył... Jeśli pan chce, to ja 
zamknę okno, ale ja myślę, że panu dlatego się zrobiło jakoś tak, bo tu było nieznośnie 
duszno... Już dobrze? Proszę pana, niech się pan uspokoi! 
Mówiąc to, uniosła się z kanapy, zbliżyła do stołu i ręką poczęła gładzić jego rękę. 
Po starym człowieku przebiegł nagły krótki dreszcz, jakby uderzył w niego mocny 
prąd elektryczny. Chciał cofnąć rękę, ale nie mógł. Stężała tak, jakby była z ołowiu. Stary, 
straszliwie brzydki człowiek przymknął oczy. 
Ewcia usiadła znowu na kanapie i patrzyła w niego z nie udaną litością. Nie mówił 
nic. Siedział nieruchomy, jakby mocą nieznaną pobity, do niczego niezdolny. 
- Czy mogę coś powiedzieć? - spytała dziewczyna po chwili. 
Starzec nie odpowiadał i wciąż miał oczy zamknięte. 
-Wtargnęłam tutaj -mówiła Ewcia nie doczekawszy się pozwolenia -bo ja mam 
naprawdę wielką i ważną do pana sprawę. Ale nie będę teraz o tym mówić... Jeżeli pan 
pozwoli, przyjdę z tym jutro... Ale przedtem muszę panu powiedzieć, że mi pana serdecznie 
żal... 
Stary człowiek otworzył nagle oczy i patrzył w nią jak urzeczony. 
- ... a tak - mówiła dziewczyna cicho. - Jestem tu od godziny i już wiem wszystko. Pan 
jest bardzo biedny, bo pan jest sam. 
Tamten drgnął. 
-Ten Paweł to się nie liczy... Co tam taki Paweł!... Nie wiem dobrze, ale niemal 
pewna jestem, że pan jest bardzo samotny. Gdyby tak nie było, to mieszkanie nie byłoby takie 
okropne... Bardzo pana przepraszam, ale jest okropne. Słowo panu daję, że ja naprawdę tu 
jeszcze przyjdę. Ja nie robię z gęby cholewy. Gdybym była wiedziała, jak tu jest u pana, 
byłabym przyniosła trochę kwiatków. Za dwa złote można o tej porze kupić tyle kwiatków, że 
byłoby tu wesoło. I pelargonie powinny być w oknie... Żeby pan miał chociaż psa! Ja mam 
takiego opryszka, że boki można zrywać. Przyprowadzę go do pana... Ale teraz to już sobie 
pójdę... Ten pakunek, co stoi pod piecem, zostawię, bo to ciężkie, a sama przyjdę jutro... Czy 
pan pozwoli? 
Stary człowiek, który tej gadaniny słuchał jak nieprzytomny, westchnął ciężko i długo 
nie odpowiadał. Patrzył na dziewczynę, a jej się wydawało, że w jego spojrzeniu zamgliło się 
wreszcie coś żywego: smutek. 
- Nie odchodź... - rzekł wreszcie bardzo cicho. 
Nie powiedział ani „pani”, ani „panna”, ani bezosobowo, pogardliwie. 
- Mogę jeszcze zostać? - zapytała Ewcia łakomie. 
- Nie odchodź, dziecko! - powtórzył bezbarwnym głosem. 
- Dobrze, proszę pana. 
Jak gdyby sobie cos przypomniała, zaczęła szukać czegoś w torebce, położonej na 
kanapie. Zmarszczyła czoło, bo nie mogła znaleźć. Z niepewnym uśmiechem zwróciła się do 
pana Mudrowicza: 
- Czy pan może mi pożyczyć chusteczki? 
On jak gdyby w pierwszej chwili nie rozumiał, zastanowił się, skinął głową i wydobył 
z kieszeni zagniecioną i prawie białą chusteczkę. 
-Tego Pawła powinno się wziąć na męki -mruknęła Ewcia przyglądając się smętnej 
chuście. 
Poszła spokojnie do okna i wionęła nią trzykrotnie jak sztandarem. Pan Szymbart na 
ten widok odczepił się od latarni, skinął ręką na pożegnanie i rozwiał się w srebrzystą mgłę. 
Stary człowiek patrzył na te praktyki bez zdziwienia. 
- To znak dla odsieczy? - zapytał głosem ogromnie zmęczonym i wysilonym. 
- Tak, proszę pana! - odpowiedziała Ewcia śmiało. 
- To ten sam, co pytał o kanonika? 
- Tak!- odpowiedziała z uśmiechem. - Nie wiem, skąd mu to strzeliło do głowy. 
- Kto to był? 
- Mój znajomy. Dałam mu znak, aby sobie poszedł, bo jestem bezpieczna. 
- Bałaś się, gdy szłaś do mnie? 
- Trochę się bałam... 
- Ktoś cię uprzedził. Czy to zmowa? 
W pięknym jego głosie zadrżał smutek. 
Ewcia podniosła się i mówiła z wielką powagą: 
-Przysięgam panu na Boga, że przyszłam do pana bez niczyjej wiedzy. Jak mego ojca 
kocham, bo ja nie mam matki... Dowie się pan, po co przyszłam i dlaczego właśnie ja. Ten 
pan, co tam czekał na ulicy, pomógł mi przynieść ciężki pakunek i sam się zaoferował, że 
będzie na mnie czekał. Przecie pan mnie mógł wyrzucić przez okno, a ja się naprawdę dziwię, 
że pan tego nie uczynił. Teraz mu dałam znak, bo już się niczego nie boję i wiem, że pan 
mnie wysłucha. Czy mi pan wierzy, dobry, kochany panie? 
Ewcia była bliska płaczu. 
Zdawało się, że stary człowiek przygląda się każdemu jej słowu pilnie i natarczywie. 
- Wierzę ci - rzekł wreszcie cicho. - Może jestem głupi, ale ci wierzę. 
-Ale pięty to mi pan chciał przypiec -uśmiechnęła się Ewcia przez łzy. -Niech pan 
powie temu Pawłowi, aby nie marnował gazu. 
- U mnie nie ma gazu. 
-Nawet gazu nie ma? Ładne gospodarstwo! Pan jest bardzo wesołym człowiekiem... Z 
tym pogrzebaczem to było paradne. Czemu pan tak na mnie patrzy? Niech się pan chociaż raz 
jeden do mnie uśmiechnie. Ja się śmieję do wszystkich jak kto głupi, ale za to ktoś się czasem 
do mnie uśmiechnie. I niech pan powie coś miłego. Czy pan wie, że pan ma śliczny głos, o ile 
pan nie krzyczy?... 
Stary człowiek spojrzał na nią jakby z przerażeniem. 
- Jaki ja mam głos? 
- Niezmiernie miły... Prawie jedwabny... 
Z panem Mudrowiczem działy się jakieś nadzwyczajne historie. Podniósł się i zaczął 
krążyć po pokoju tam i z powrotem, tam i z powrotem. Już nie miał tej hardej zaczepnej 
postawy, co przed godziną, bo głowę, straszliwie brzydką głowę wtulił w ramiona, jakby ją 
coś przygniotło, ręce założył poza siebie i tak wędrował jak człowiek, za którym wlecze się 
troska, a on przed nią uchodzi. Nie może jednak ujść daleko, bo wędruje jak więzień od 
ściany do ściany. Zdawało się, że zapomniał o obecności dziewczyny. W pewnej chwili 
znalazł się przy otwartym oknie i z widocznym lękiem, i jakby z odrazą wyjrzał na ulice. 
Cofnął się i znowu powrócił do okna. Spojrzał spode łba na błękitne niebo i zmrużył oczy. 
-Śliczny dzień, proszę pana -rzekła Ewcia. -Oj, jest mi tak przyjemnie, że panu coś 
zaproponuję: chodźmy na spacer! 
Dzień był istotnie śliczny, lecz z nieskazitelnym błękitem nieba musiało być jakieś 
szachrajstwo, albowiem z tego jasnego nieba strzelił w tej chwili piorun i ugodził wprost w 
głowę pana Mudrowicza. Nie było wprawdzie błysku, nie było huku, ale coś piorunnego być 
musiało, bo stary człowiek zachwiał się, odwrócił i spojrzał błędnie. Sprawiał wrażenie 
chorego, a od niejakiego czasu bardzo chorego. 
- Ty... ty... poszłabyś ze mną na spacer? - wyjąkał cicho. 
-A czemu by nie? Nawet pod rękę! Z ojcem chodziłam zawsze pod rękę i zawsze go 
szczypałam w ramię, ile razy miał się komuś odkłonić, bo taki zawsze był zamyślony, że się 
czasem kłaniał drzewu, a nigdy znajomym. 
- Ja nie mam żadnych znajomych... - mruknął on. 
-W takim razie będzie mi pan dawał znaki, do kogo mam zrobić oko... Więc co, 
pójdziemy? 
Zdawało się, że pan Mudrowicz walczy potężnie sam z sobą na tak błahy temat; widać 
było wyraźnie, że dla niego jest on sprawą niezwykłą. 
- Nie dziś... - powiedział wreszcie - jeszcze nie dziś... 
-Dobrze! -szczebiotała Ewcia. -Ale trzymam pana za słowo! Pójdziemy którego 
pięknego dnia, tylko... 
- O co idzie? - zapytał starzec z niepokojem. 
- Powiedziałabym, ale się boję. 
-Czy ty się kogokolwiek boisz!? -zawołał on niemal ze zdumieniem. -Niech Ewcia 
mówi śmiało. 
Po raz pierwszy nazwał ją „Ewcią”. 
„Dobrze jest!” - pomyślała ona. 
Uśmiechnęła się do niego uroczo i zaczęła mówić: 
-Chciałabym jedynie zwrócić uwagę pana...A widzi pan, że się boję!... Chciałabym 
zwrócić uwagę pana, że pański strój jest cokolwiek osobliwy. O, już się pan będzie gniewał! 
Uwaga była podstępna. Pan Mudrowicz wcale się nie gniewał, bo jeśli można było 
odczytać cokolwiek ze straszliwie brzydkiego oblicza, trochę się zawstydził. A Ewcia mówiła 
z pośpiechem: 
-Po co się pan na taki upał odziewa tak ciężko i tak czarno? To straszny strój i 
cokolwiek starożytny. Paweł jest tak samo odziany, ale mnie to nie obchodzi. Ale pan... 
- Cóż ja? 
Można było przypuścić, że w głosie pana Mudrowicza coś zadrżało. 
-Pan powinien być ślicznie odziany. Nie jaskrawo, oczywiście, ale doskonale. Dla 
pana byłoby wymarzone ubranie ciemnogranatowe i krawat ze złotymi prążkami. Widziałem 
onegdaj na ulicy jakiegoś starszego pana tak odzianego i powiadam panu, że można się było 
zakochać... 
Pan Mudrowicz słuchał jakby głosu z tamtego świata. 
- ...I musi się pan ogolić. Koniecznie, proszę pana! Mój ojciec mówił mi kiedyś, że ten 
angielski pisarz, który powiedział, że „myśli człowieka ogolonego są inne niż tego samego 
człowieka nie ogolonego” -jest niezmiernie mądrym znawcą życia. Wyborne, co? Jak gdyby 
szczecina brody wyrastała nie z ciała, lecz z duszy. Czy pan jest tego samego zdania? 
- Być może - odparł pan Mudrowicz - być może. 
Dotknął ręką zjeżonej swej brody i drgnął. Ewcia patrzyła pilnie na każdy jego ruch i 
szukała jego spojrzenia. Strach odleciał ją już dawno. Przez jakąś szczelinę w twardej 
skorupie tego człowieka zdołała się przemycić i zdawało się, że widzi jego serce: skostniała 
albo pełne jakiejś goryczy, a jednak ludzkie. Przez długie lata samotności czy też nieznanych 
klęsk człowiek ten zdziwaczał, lecz w tej chwili, kiedy mu ona przypomina, że za tą stęchłą 
izbą jest jeszcze świat jasny i barwny, musiała w nim obudzić jakieś wspomnienia. Widać 
było, że się jeszcze miota, walczy ze sobą, że jest zalękły i zadumiony. Czy nikt z nim nigdy 
nie rozmawiał? Zdaje się, że w tym mrocznym domu jest tylko on i ta karawaniarska kreatura, 
Paweł. 
Ewcia tak była przejęta straszliwym stanem swojego niespodzianego pacjenta, że 
zapomniała o celu swojej śmiałej wyprawy. Rozgadała się szeroko i było jej przyjemnie, że 
ten potworny wielkolud słucha jej cierpliwie. On zaś, wysłuchawszy jej traktatu o pożytku 
golenia brody, począł znowu krążyć wielkimi krokami po swej klatce. 
„Znowu go bierze...” - pomyślała Ewcia ze strachem. 
Pan Mudrowicz zmarszczył niskie czoło i chodził, chodził. Dziewczyna wodziła za 
nim spojrzeniem. 
Wreszcie przystanął nad nią i jak gdyby żałował wszystkich dotychczasowych słów, 
rzekł szorstko: 
- Proszę mi powiedzieć, po coś tu przyszła? 
- W sprawie pani Zawidzkiej! - odpowiedziała dziewczyna jednym tchem. 
On zmrużył oczy i jak gdyby się uśmiechnął, ale mniej było widać uśmiechu, a więcej 
zajadłości. 
- Ach, to tak! - powiedział cicho. - A ja głupi... 
-Za pozwoleniem! -krzyknęła niemal Ewcia, czując, że wszystko się wali. -Dałam 
panu słowo, że nikt o tym nie wie. Pani Zawidzka także nie wie. Niech mi pan pozwoli 
powiedzieć o wszystkim, na litość boską, niech mi pan pozwoli! 
W głosie dziewczyny tyle gorącego błagania i tak uczciwej prawdy, że w tym 
człowieku musiało coś zależeć. 
- Gadaj! - rzekł. - Masz dziesięć minut czasu. 
Znowu usiadł za stołem i patrzył w nią jak sędzia śledczy w zbrodniarza. 
Ewcia przymknęła na chwilę oczy, jakby chciała się skupić i zaczęła mówić: powoli, z 
namysłem, jasno i treściwie. Opowiedziała wspaniale uproszczonym sposobem swoją 
historię, wprawdzie przez okno i wejście przez drzwi do domu Zawidzkich. O jego telefonie. 
O rozpaczy i pogoni za pieniędzmi. O szarej twarzy pani Zawidzkiej i o jej nocnych 
rozmowach z synem. 
-Oni -mówiła cicho, lecz dobitnie -nie znajdą tych pieniędzy. Pani Zawidzka 
zmarnuje się do reszty, bo nie tak dawno była śmiertelnie chora. Nie chcę nawet myśleć o 
tym, ile tam wyleje się łez. Wtedy pomyślałam sobie tak: Pan Mudrowicz -bo ja pańskie 
nazwisko usłyszałam, kiedy pan telefonował... -pan Mudrowicz nie zechce przecie ludzkiej 
krzywdy, Ja pogadam z panem Mudrowiczem! Znalazłam pański adres w książce 
telefonicznej i przyszłam. Przyszłam pana błagać na kolanach, aby się pan zmiłował. Ja wiem, 
że to nie moja sprawa i pan Jerzy może mnie natłucze, skoro się o wszystkim dowie, ale mnie 
wszystko jedno. Mnie mój ojciec tego nauczył, żeby skakać nawet w ogień, jeśli można kogoś 
ratować. A pani Zawidzka jest najsłodszą kobietą na świecie i tak mnie przygarnęła jak 
matka... Nic o mnie nie wiedziała, a przytuliła mnie do serca. Czy pan słucha? Co by pan 
sobie o mnie pomyślał, gdybym ja opuściła przyjaciół w nieszczęściu? Mógłby pan 
powiedzieć, że jestem zwyczajna małpa. Oto dlaczego tu jestem! 
Przerwała na króciutką chwilę, aby nabrać oddechu. 
-...I będę pana tak długo prosiła, aż się pan ulituje. Może pan robić jakie chce miny, 
ale mnie to nie przerazi. Ja wiem, że pan jest dobry i że pan tylko udaje takiego, co jest niby 
zły. Tak jak z tym pogrzebaczem, którym pan chciał przypiekać uczciwą dziewczynę. No i 
gdzie ten straszny pogrzebacz? Aha! Ja pana już dobrze znam. Przede mną nic się nie ukryje... 
I to wiem, że skoro pana z całego serca poproszę, to pan odwlecze termin tego płacenia. 
Chociażby do jesieni, bo jakże w lecie pani Zawidzka znajdzie pieniądze? Ale ja mam na 
wszelki wypadek inny jeszcze sposób. Proszę pana, zróbmy interes! Dla pana będzie to nawet 
złoty interes. Czy pan słucha? 
Pan Mudrowicz nie odpowiedział. Nie przeczył, przeto słuchał. 
-Otóż historia jest taka: pan Jerzy chciał sprzedać prześliczne obrazy, aby zdobyć dla 
pana pieniądze, ale nie mógł tego uczynić w pośpiechu i w wyludnionym mieście. Wtedy ja 
mu powiedziałam, że ja spróbuję je sprzedać. Wzięłam dwa najpiękniejsze i przywlokłam je 
tu do pana: Tam pod piecem... niech pan spojrzy!... tam stoją te obrazy. Teraz dopiero widzę, 
że to była wprost świetna myśl! Powiadam panu, że skoro je tu powiesimy w tym smutnym 
pokoju, będzie cudo! Od razu rozjaśni się wszystko i rozweseli. Oczów pan nie będzie mógł 
oderwać od tych obrazów. Przecie obrazy to jest cudowna rzecz! Niech pan chwilę poczeka... 
Podskoczyła w stronę sympatycznego pieca i ciężko stękawszy przywlokła obrazy w 
okolicę niesympatycznej kanapy. Rozwiązała gorączkowo sznurki i po chwili ustawiła 
obydwa płótna na kanapie, na wprost milczącego starszego człowieka. Była cała w ogniach i 
w rumieńcach. Ręce jej drżały i głos drżał, kiedy zaczęła mówić gorąco: 
-Niech pan tylko spojrzy! Widział pan kiedy cos równie pięknego? Ta brzoza tak się 
srebrzy, że aż strach... Śliczna brzoza! Czuje pan, jak wiosna pachnie? A teraz ten... Ta 
dziewczyna patrzy w niebo. Ja nie wiem, co jej jest, że taka smutna, ale Pan Bóg ją pocieszy... 
Płakać się chce na widok jej spojrzenia... Widzi pan? To naprawdę wspaniałe. O, jak się jasno 
uczyniło w tym pokoju. Czy panu nie uczyniło się jaśniej na duszy? Proszę pana! Nie ma o 
czym gadać! Te obrazy tutaj pozostaną. Niech pan tylko spojrzy: złocone ramy! Ten będzie 
wisiał nad kanapą, a ten drugi nad stołem. Ten las drukowany pan wyrzuci albo da Pawłowi 
na imieniny, a te fotografie... Zaraz, zaraz! Fotografie tej smutnej pani oprawi pan w piękne 
ramki i postawi na stole... Więc co, proszę pana, zrobione? Radzę panu uczciwie, niech pan 
nie wypuszcza z ręki takiej okazji. Pan jest nie tylko dobrym, pan jest z pewnością i mądrym 
człowiekiem! Zrobimy tak: pan weźmie te obrazy za dwa tysiące złotych, które pani 
Zawidzka ma panu zapłacić za trzy dni. Panie, kochany, drogi panie! Złoty mój, mój jedyny! 
Niech pan tak srogo nie patrzy... Mnie się płakać chce... O Jezus Maryja! I dobrych ludzi pan 
poratuje, i mnie zrobi pan niezmierną radość... Niech się pan zgodzi... Będę pana bardzo, 
bardzo kochała. 
Pan Mudrowicz raz jeden spojrzał na obrazy, ale nie odejmował od niej spojrzenia. 
Słuchał wspaniałego przemówienia uważnie, oparłszy głowę na rękach, wciąż w nią 
wpatrzony; jak gdyby się zdumiał, że z tak niepozornego stworzenia może się wydobyć tyle 
słów, z których każde podobne było do rozżarzonego węgla. Raz jeden przymknął oczy, 
kiedy go Ewcia nazwała „kochanym, drogim panem” -Ale znów je otworzył, jak gdyby nie 
chciał niczego uratować z widoku wiercącej się, podrygującej, machającej rękami, 
zarumienionej, z błyszczącymi oczami pannicy. A ona po ostatnich słowach, nagle znużona, 
do cna wyczerpana, usiadła na kanapie, tak że za jej głowiną srebrzyła się śliczna brzoza. 
Czuła zamęt w głowie i burzę w sercu. Uczyniła wszystko, co było w jej mocy, a teraz to już 
chyba umrze. Ten straszliwy człowiek pozwolił jej mówić przez pół godziny, a teraz patrzy, 
wciąż patrzy. Coś w sobie waży, nad czymś rozmyśla. Ale Ewcia czuje, że już nie wypowie 
do niego ani jednego słowa, bo wygrzebała wszystkie, do ostatniego, z samego dna serca. 
Jeżeli ten człowiek każe jej odejść, odejdzie jak zbity pies. I już chyba na wieki wieków straci 
wiarę w ludzi i w serce człowieka. Gdyby ten człowiek powiedział chociażby jedno jedyne 
słowo, nawet najgorsze, ale niech je powie! On jednak milczy posępnym milczeniem. 
Wreszcie drgnął. 
Ruchem ręki odsunął leżące na stole rupiecie, wynalazł czystą kartkę papieru i zaczął 
na niej coś pisać szybko, bardzo szybko. Podniósł się potem powoli, zbliżył się do Ewci, raz 
jeszcze zajrzał jej w oczy i powiedział cicho: 
- Weźmij to moje dziecko... 
Ewcia przeczytała łakomym spojrzeniem i krzyknęła. On chciał się cofnąć, jakby 
zalękły, lecz dziewczyna chwyciła jego rękę i ucałowała ją gorąco. 
Stary brzydki człowiek jęknął, wyrwał rękę i zaczął się jej przyglądać tak zdumionym 
spojrzeniem, jak gdyby tę własną rękę ujrzał po raz pierwszy w życiu. 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
w którym przędzie się radość i pachną róże 
Mieszkańcy miasta słonecznego Warszawy patrzyli z uśmiechniętym zdumieniem na 
istotę rodzaju żeńskiego obdarzoną niepospolitym wdziękiem osobistym i noskiem z lekka 
zadartym, idącą szybko, lecz w sposób osobliwy. Istota bowiem szła krokiem tanecznym, od 
czasu do czasu zręcznie podrygując. Mniej więcej w odstępach pięciominutowych wydawała 
okrzyk i śmiała się w głos szczęśliwym śmiechem. Ponieważ trudno było przypuszczać, by 
istota ta, w wieku lat szesnastu, a do tego w biały dzień uległa zamroczeniu wskutek 
nadużycia nadmiernej ilości napojów alkoholowych, myślał poniektóry przechodzień, że 
dziewica ma zajączki na młodej głowie. Nikt jednakże nie wpadł na najprostsze rozwiązanie, 
że Ewcia Tyszowska jest w tej chwili osobą najszczęśliwszą w Europie środkowej. Należy 
bowiem zauważyć, że ludzkość na widok człowieka, od którego bije radość jak żar z 
żelaznego pieca, szuka przede wszystkim mętnych i podejrzliwych powodów tej radości. 
Ewcia nic sobie nie robiła ze zdziwionych spojrzeń, bo nic na świecie nie obchodziło 
jej w tej chwili. Świat nie zając, nie ucieknie przeto ze swoimi zaśniedziałymi sprawami. 
Zająca przypomina wielkie szczęście mające naturę płochliwą i skłonną do ucieczki. Dlatego 
Ewcia ściskała kurczowo torebkę, bo w tej torebce ukryta była biała karteczka, a na tej 
karteczce...O, Boże! Gdyby tę śmieszna dziewicę spotkało wielkie szczęście na jej własny 
rachunek, nie cieszyłaby się nawet w drobnej części tak, jak się cieszyła tym, które niesie w 
torebce dla dobrych i kochanych ludzi. 
Ewcia ni stąd, ni zowąd wybuchnęła głośnym śmiechem tak serdecznym, że gruby 
jakowyś pan, co się o nią otarł, odskoczył jak oparzony i spojrzał na nią niezmiernie 
dotknięty. 
- Przepraszam! - zawołała Ewcia. - To nie z pana! Tylko że mi jest strasznie wesoło. 
- Dzięki Bogu... - mruknął człowiek, który przypominał beczkę. 
A Ewci dlatego uczyniło się niezwykle wesoło, bo sobie pomyślała: 
„Jureczek, niebożątko długonogie, zleci z krzesła... Słowo daję, że zleci z krzesła!” 
Biegła szybko do tramwaju, aby jak najprędzej ujrzeć tę wyborna sztukę. Zresztą była 
tak głodna, że aż ją mdliło. Jest to bowiem sprawą tajemniczą i godną uwagi największych 
nawet myślicieli, że wielkie wzruszenie, zarówno bolesne, jak i radosne, zawsze przede 
wszystkim nastają na organ tak pospolity, jakim jest żołądek i namawiają go do buntu. Całe 
szczęście, że zbliża się godzina obiadowa. Ewcia zauważyła teraz dopiero, że spędziła na 
dziwnej rozmowie z panem Mudrowiczem niemal cztery godziny. 
-Co oni sobie niebożątka pomyślą nie zastawszy mnie w domu? A ten bałwan 
tramwaj wlecze się jak Paweł u pana Mudrowicza - gadała sama do siebie. 
Pani Zawidzka i Jerzy istotnie byli zaniepokojeni i zdumieni, dowiedziawszy się od 
kucharki, że Ewcia zabrała dwa wielkie obrazy i odjechała autem z jakimś panem. 
- Co to był za pan? - pytał natarczywie Jerzy. 
Dobra kobieta nie umiała na to odpowiedzieć, zauważyła jedynie przez kuchenne 
okno, że jakiś taki „przygłupek” i że się dwa razy złapał rękami za głowę. 
-Po co ona wzięła obrazy? I jakie obrazy? -pytała syna pani Zawidzka. -Czy wiesz 
coś o tym? 
-Nic nie wiem. Zwariowana dziewczyna... Pytała mnie, czy może sprzedać obrazy, 
skoro przyjdzie ktoś, co by je chciał kupić. Powiedziałem oczywiście, że może, bo i kto miał 
przyjść? 
- Więc Ewcia wiedziała o wszystkim? 
-Niestety! -odrzekł Jerzy. -Cokolwiek wywnioskowała sama, a ja powiedziałem jej 
resztę. Nie przypuszczałem jednak nigdy, że urządzi jakąś awanturę z obrazami. 
-To złota dziewczyna -rzekła pani Zawidzka w zamyśleniu. -Namęczy się tylko jak i 
my. 
-Nie tylko się namęczy, ale ją jeszcze do tego stłukę! Jak mi Bóg miły, że z niej 
zrobię kwaśną marmoladę! 
- Nie potrzeba jej było niczego mówić. To byłoby rozsądniejsze. 
Zaskrzypiała furtka i szybkie kroki słychać było na ścieżce. 
- Teraz jej dam bobu! - mruknął Jerzy. - A jesteś smarkulo! Gdzie byłaś? Prosiłem cię, 
abyś pilnowała telefonu, a panienka lata jak kot z pęcherzem! Gdzie obrazy? 
Ewcia, która stanęła w progu rozpromieniona i jeszcze dysząca po szybkim biegu, 
zgasła nagle jak świeca. Chciała cos powiedzieć, ale się powstrzymała. Spojrzała na Jerzego z 
nagłym rozżalonym smutkiem. Potem powoli zwróciła się do pani Zawidzkiej i powiedział 
cicho: 
- Bardzo panią przepraszam... 
- Czekamy z obiadem - bąknął Jerzy. - Potem pogadamy. 
- Dobrze - szepnęła Ewcia. 
Usiadła przy stole i spojrzała nieznacznie na panią Zawidzką, tak smutną jak i 
wczoraj. Na Jerzego nie zwracała najmniejszej uwagi. 
Obiad jedzono w milczeniu. Jerzy cisnął głośno widelec, jakby nie mógł opanować 
zniecierpliwienia. 
„Poczekaj, dryblasie!” - pomyślała Ewcia. - „Zaraz zlecisz z krzesła”. 
Nie miała w tej chwili innych pragnień, tylko to jedno. Postanowiła zachować 
tajemnicę jak najdłużej, gdy jednak w pewnej chwili spojrzała spod oka na panią Zawidzką, 
uczyniło się jej jakoś bardzo miękko koło serca. Nie będzie męczyć dobrej pani Zawidzikej za 
to, że ma syna ludożercę. 
- Aha! - zawołała nagle. - Ja tu mam coś dla pani... 
Pani Zawidzka spojrzała zdziwiona. 
-Niech pani tylko nie pokazuje pewnym osobom, którym się zdaje, że im wolno 
napastować bezbronne dziewczęta. 
Gdy podawała karteczkę pani Zawidzkiej, serce w niej na chwilę bić przestało. 
Pani Zawidzka wzięła kartkę znużonym ruchem i zaczęła czytać. 
- Boże drogi! - zawołała w najwyższym zdumieniu. 
- Co to? Co się mamie stało? - krzyknął Jerzy. - Co ten brzdąc znowu zmalował? 
Pani Zawidzka była przeraźliwie blada i ręce jej drżały. Nie miała nawet tyle siły, by 
podać kartkę synowi, więc on wyjął ją z jej ręki i czytał półgłosem: 
Oświadczam, że w dniu dzisiejszym otrzymałem od pani Klementyny Zawidzkiej dwa 
obrazy i równowartość ich w wysokości dwóch tysięcy złotych odpisuje od należnej mi sumy. 
Zawiadamiam równocześnie, że reszta długu w sumie ośmiu tysięcy złotych może być w 
dowolnych ratach spłacona w ciągu lat trzech. Tym samym termin poprzednio ustalony został 
unieważniony. W Warszawie 27 czerwca 1938 roku. Stanisław Mudrowicz. 
Jerzy chciał się zerwać z krzesła, lecz uczynił to tak gwałtownie, że wywalił się na 
ziemię z niezmiernym hałasem. 
-Bóg jest sprawiedliwy! -krzyknęła Ewcia i zaczęła się śmiać tak, że kucharka 
otworzyła drzwi od kuchni, a Rolmops rozpoczął ujadanie. 
Nagle wszystko ucichło, bo dał się słyszeć szloch pani Zawidzkiej, zbiedzonej, 
znużonej, śmiertelnie wyczerpanej, a nagle ponad ludzką miarę szczęśliwej. 
Ewcia przestraszona przypadła do niej, uklękła i zaczęła ją całować po rękach. 
-Niech się pani uspokoi... moja złocieńka... moja najdroższa... niech się pani 
uspokoi... 
- O, dziecko jedyne! - zdołała wyszeptać pani Zawidzka i gładziła ja po głowie. 
Powoli pomiędzy łzy czyste, rzęsiste zaczął się wciskać złoty szczęśliwy uśmiech. 
Popłynęło jeszcze około siedemdziesięciu siedmiu łez (czterdzieści cztery pani Zawidzkiej i 
trzydzieści trzy, jak obszył, panny Ewy Tyszowskiej) i już tylko ciche łkanie, ale suche, 
wstrząsało piersią szczęśliwej kobiety. Ewcia już się dawno śmiała nieludzko rozradowana. 
Obie damy nie mogły jeszcze dobyć głosu, więc się tylko tuliła jedna do drugiej, obejmowała 
jedna drugą i całowała jedna drugą. Żadna nie chciała skończyć, żadna bowiem nie chciała 
zostać drugiej dłużna. 
-Och ty, ty - jąkała treściwie pani Zawidzka, słusznie mniemając, że nie ma w bogatej 
mowie polskiej godnego Ewci nazwania. 
Wyborny ten wykrzyknik stał się znamienitą sposobnością do nowych pocałunków. 
Wreszcie pani Zawidzka zawołała radosne w gorączce słowa i rzekła: 
- Pan Bóg cię do nas przysłał! 
- Ale ja ją przyprowadziłem... - powiedział dość nieśmiało Jerzy. 
Ewcia zerwała się na równe nogi, bo ze względu na prawidłowa budowę ciała trudno 
jej było zerwać się inaczej. Oczy się jej zaiskrzyły i rumieniec o mocnej czerwieni świeżej 
polędwicy zalał jej twarzyczkę. 
-Proszę pani! -zawołała. -Niech pani powie temu panu, który rzuca widelcami, żeby 
nie mówił ani o mnie, ani do mnie! 
- Jerzy, słyszałeś? - śmiała się już głośno pani Zawidzka. 
-Słyszałem -odrzekł Jerzy głosem czarnym jak najczarniejsza smoła. -Niech mama 
powie tej pani, że jeśli mi natychmiast nie przebaczy, tym samym widelcem przebiję sobie 
serce! 
- Ewuniu! Czy pragniesz śmierci tego złotego człowieka? 
-Śmierci nie! -odrzekła Ewa z głuchą boleścią. -Ale niech się ukorzy, bo jeżeli tego 
nie uczyni... 
Długonogi nie dał jej dokończyć, lecz rzucił się jak tygrys, chwycił ją w ramiona i 
podniósłszy wysoko, zaczął tańczyć z tym ciężarem. Ewcia wczepiła palce w jego 
buszmeńską czuprynę, jak topielec, i wrzeszczała wniebogłosy. A on nic! Tańczył posuwiście 
dokoła stołu ze śmiertelną powagą. 
- Proszę mnie puścić! - krzyczała Ewcia. 
- Przebacz, a puszczę! 
- Dobrze, dobrze! - piszczała Ewcia. 
Wtedy dopiero postawił ją na podłodze i krzyknął: 
-Matko! Każ podać szampana! Nie ma szampana? Więc każ dać jakiś sok, bo ja 
muszę z tą kobietą wypić braterstwo. Prędko, bo znowu zacznę tańczyć! 
Pani Zawidzka, jak gdyby odmłodniała, przyniosła jakiś czerwony napój, nalała do 
szklaneczek i rzekła: 
- Ewuniu, uczyń ten zaszczyt mojemu straszliwemu synowi! 
- Mogę - odrzekła Ewcia. - Ale jeżeli ta osoba myśli... 
- Osoba nic nie myśli, osoba cię uwielbia! - krzyknął Jerzy. 
Spełnili uroczysty obrzęd ku niesłychanej radości pani Zawidzkiej i ku czerwonemu 
jak krew zdumieniu Ewci, gdyż Jerzy z nagła ucałował ją w obydwa policzki. 
- Inaczej nie byłoby ważne! - zawołał. - A za to, drogi małpiszonie... 
- Proszę pani, on znowu zaczyna! 
- ... a za to jutro zacznę malować twój portret! 
Ewcia znowu pokraśniała i oczy jej się zaśmiały. 
- Naprawdę? 
-Jak mamę kocham! Nawet nos zrobię ci elegancko... Niech mama uważa, bo ona 
chce rzucać we mnie czymś ciężkim, a może trafić w moją nieszczęśliwą matkę. Ewuniu! 
Uwielbiam cię, kocham cię, szaleję za tobą! Jesteś wielka, wspaniała i wzniosła! Niewart 
jestem zawiązać rzemyka u twoich sandałów! Za to, żeś mi tę oto matkę rodzoną pocieszyła, 
żeś zwyciężyła potwora... 
- Pan Mudrowicz nie jest wcale potworem. Pan Mudrowicz jest zacnym człowiekiem rzekła 
Ewcia gwałtownie. 
- A ze mną gadać nie chciał! 
-Wobec tego jest i mądrym człowiekiem. Pan Mudrowicz nie zadaje się z byle kim, 
ale gdy zobaczył wytworna damę, rozumną i pełną dystynkcji, od razu zmiękł. 
- Trzymajcie mnie, dobrzy ludzie! - krzyczał Jerzy. 
- Cicho bądź! - powiedziała pani Zawidzka. - Niech Ewunia wszystko opowie. 
Ewcia zaczęła opowiadać o spisku z panem Szymbartem i o zuchwałej wyprawie. 
-... Trochę to mnie strach obleciał -mówiła. -Powiedziałam sobie jednak: nie taki 
diabeł straszny, jakby go pewien kiepski malarz namalował... 
- Gwałtu, nie wytrzymam! - stęknął Jerzy. 
-Pan Mudrowicz -mówiła Ewcia spokojnie -przyjął mnie trochę groźnie i w pewnej 
chwili zawołał o rozpalone żelazo, aby mi przypiec pięty... 
- To istotnie mądry człowiek - mruknął malarz. 
- Nie może być! - krzyknęła pani Zawidzka przestraszona. - I co, i co? 
- Nic strasznego, proszę pani. zaczęłam z nim gadać na rozum... 
- Gadał ślepy o kolorach - rzekł malarz niezmiernie smutno. 
- Dlatego pan nie mógł z nim rozmawiać! 
- Przede wszystkim nie pan, tylko ty, a następnie... 
-Następnie wylecisz za drzwi -rzekła pani Zawidzka. -Dajże jej mówić! I co dalej, 
Ewuniu? 
-Dalej było wszystko dobrze. Pan Mudrowicz jest moim zdaniem nieszczęśliwym 
człowiekiem, którego coś gryzie. Nie wiem co, ale myślę, że samotność. Mieszka strasznie, 
odziany jest okropnie i bardzo... bardzo jest brzydki... Wolę jednak brzydkiego człowieka, 
który ma duszę, niż przystojnego ananasa, któremu się zdaje, że mu wolno całować uczciwe 
dziewczęta... 
- Słyszy mama? To było o mnie! 
-Cicho bądź, bo każę przynieść rozpalone żelazo -zaśmiała się pani Zawidzka. Długoście 
gadali? 
-Bardzo długo. To znaczy ja wciąż gadałam, a pan Mudrowicz słuchał. Zdaje mi się, 
że czasem chciał wybuchnąć, ale wtedy mi się zbierało na płacz... 
Krokodyl też płacze - szepnął Jerzy. 
-Wszystko mu opowiedziałam -mówiła Ewcia nie zwracając uwagi na krokodyla, -
Bardzo się nam przyjemnie rozmawiało. Wreszcie jednak przyszła straszna chwila.. 
Naprawdę straszna... 
- O Boże, co się stało? - zapytała z niepokojem pani Zawidzka. 
-Wiedziałam, że z tego będzie nieszczęście -mówiła Ewcia powoli i wyraźnie, łypiąc 
okiem w stronę Jerzego. - kiedy mu pokazałam obrazy... 
- Oho! 
-... wtedy pan Mudrowicz wpadł w szał. Myślałam, że mnie z miejsca udusi. Strasznie 
krzyczał: „zabierz natychmiast te kicze!” -Co to znaczy „kicze”, panie Jerzy? Nie wie pan... 
nie wiesz? To musi być jakaś obelga... 
- Krwi, krwi! - krzyczał malarz. 
-Wciąż tak krzyczał... „Patrzeć na to nie można! Oszaleć można na widok tych 
bohomazów!” 
Jerzy zakrył rękami twarz, a Ewcia mrugnęła wesoło w stronę pani Zawidzkiej, która 
się uśmiechnęła. 
Nagle malarz zerwał się z krzesła i mówił szybko: 
- A jednak wziął obrazy? ha! 
Ewcia stropiła się na krótką chwilę. 
-Owszem, wziął.. Ale... ale powiedział, że je powiesi w przedpokoju. On się świetnie 
zna na obrazach! 
- Ach ty żmijo nakrapiana! - wrzasnął Jerzy i skoczył ku niej. 
Ewcia zaśmiała się głośno, skoczyła ku oknu, a on za nią. Dziewczyna zwinna jak 
wiewiórka wyskoczyła przez okno do ogrodu, a długonogi najpierw przerzucił przez 
obramienie okna długie nogi, potem wyskoczył w okazałej całości i począł ją gonić po 
ścieżce. 
- Ratunku, bandyta! - krzyczała Ewcia uciekając. 
Coś się jednak musiało stać, bo Jerzy stanął nagle i ogłupiałym wzrokiem patrzył w 
inną stronę. Ewcia spojrzała i też przystanęła. W oknie sąsiedniego domu ukazała się jakaś 
bardzo piękna panienka i słusznie rozumując, że potężny dryblas usiłuje zbić uciekającą 
dziewczynkę, zawołała rozdzierającym głosem: 
- Tatusiu, na pomoc! To rzezimieszek... O ten... ten... 
Spoza panienki ukazała się potężna głowa, sądząc po wspaniałych wąsach, męskiego 
rodzaju. 
-Ej, panie, panie! -krzyknęła głowa zsiadłym basem. -Czemu pan prześladuje to 
dziecko? 
Jerzy po raz pierwszy od lat dwudziestu kilku zapomniał języka w gębie i stał jakby 
namalowany przez samego siebie. Z rozpaczą spojrzał na Ewcię, jak gdyby szukając u niej 
ratunku. Wtedy Ewcia zwróciła się do zsiadłego basa i zawołała wesoło: 
-My się tylko tak bawimy, proszę pana. Przepraszam, żeśmy państwa zaniepokoili... 
Jurek, przeproś panią! 
Jerzy spojrzał na piękną panienkę i rzekł: 
- Bardzo panią przepraszam! 
Panienka uśmiechnęła się, a potężny bas wzruszył ramionami i zniknął. 
Ewcia skinęła w stronę panienki ręką, uśmiechnęła się i uciekła do domu. Jerzy stał 
jeszcze przez chwile, jeszcze raz się ukłonił i powlókł się jej śladem. Panienka patrzyła 
ciekawie, bo ten zbrodniarz wydał się jej bardzo przyjemnym młodzianem. 
Przyjemny młodzian, chmurny jak Achilles w pierwszej pieśni Iliady, ukrył się w 
pracowni wraz ze swoim wstydem, a Ewcia pobiegła do pani Zawidzkiej, o, jakże wspaniałe 
odmienionej! Roześmiała się wesoło na widok rozbrykanej kozy i rzekła: 
- Gdzie Jurek? 
-Płacze gdzieś na strychu! -odpowiedziała Ewcia. -Ale mu dałam łupina, co? O, 
proszę pani, jaka ja jestem szczęśliwa! Jaka szczęśliwa. Ale mam głowę, prawda? 
-Mniejsza o głowę - powiedziała pani Zawidzka. - Rzecz najważniejsza, że masz złote 
serce. Ale powiedz mi, dziewczyno, teraz już poważnie, bo Jurka nie ma, w jaki sposób 
potrafiłaś udobruchać pana Mudrowicza? 
- Mam wrażenie - odrzekła Ewcia - że to było dość łatwe. Zrozumiałam od razu, że się 
ni stąd, ni zowąd zrobiło wielkie święto z tego, że ktoś do niego przyszedł i po ludzku 
zagadał. I o obrazach wcale tego nie mówił, co ja nabredziłam. Ja tylko tak, żeby sobie 
pożartować. A do mnie to nawet raz jeden powiedział „Ewuniu”. Był bardzo dziwny i niby 
nie chciał ze mną gadać, a gadaliśmy przez cztery godziny. I tylko patrzył i patrzył mi w 
oczy... Czasem to mi było aż dziwnie... Proszę pani, jak to jest naprawdę z panem 
Mudrowiczem? Kto on taki? Co mu się stało w życiu, bo że coś się stało, za to dam głowę. 
Prawda to, co mi się wydaje, że on nie jest zły, tylko bardzo nieszczęśliwy? 
Pani Zawidzka zamyśliła się. Potem zaczęła mówić powoli i jakby z głębokim 
namysłem: 
-Cośkolwiek o tym wiem, chociaż wiem niewiele. Powiem ci, dziecko drogie, bo 
zdaje się, że sama dobrze odgadłaś. Mnie mój nieboszczyk mąż mówił o panu Mudrowiczu. 
Nie bardzo go wprawdzie lubił, twierdził jednakże zawsze, że mu się stała krzywda. Z 
Jurkiem o tym nie mówiłam, bo i po co, tobie jednak powiem. To człowiek naprawdę 
nieszczęśliwy. Pierwszym jego nieszczęściem była jego zdumiewająca brzydota. Zawsze mu 
się zdawało, że ludzie patrzą na niego z odrazą i że każdy uciekłby chętnie na jego widok... 
- Od razu tak pomyślałam, gdy mnie zapytał, czy go się boję. 
-Tak, tak... Ta brzydota była powodem jego rozpaczy. Ludzie uciekli od niego, a on 
jeszcze chętniej unikał ludzi. Był biedny, ale nie samotny, bo nawet rodzina nie utrzymywała 
z nim zbyt serdecznych stosunków, postanowił wybić się w jakikolwiek sposób i pokazać przede 
wszystkim swoim najbliższym -że można być brzydkim, a jednak dokonać 
niepospolitych rzeczy. Wybrał drogę najpospolitszą, Umyślił sobie bowiem, ze skoro mu się 
uda zrobić wielki majątek, ukorzy tych, którzy jego chcieli ukorzyć. Pracował 
niezmordowanie, aby się przygotować do tego dzieła. Zamierzył wyprawę na Wschód, do 
Chin czy do Mandżurii, nie wiem tego dokładnie. Zanim jednak tam wyruszył, zdarzyła się 
rzecz najmniej podobna do prawdy. Znalazła się młoda dziewczyna, jakaś sierota, przezacne i 
przedobre stworzenie. Jak się to stało, tego nikt nie wie, dość że to słodkie biedactwo 
wzruszyło się jego losem. Była to raczej litość nad człowiekiem odtrąconym niż miłość, tak 
przynajmniej przypuszczał mój mąż. Obiecała, że za niego wyjdzie po jego powrocie ze 
Wschodu. Dziewczyna ta... 
- Na imię jej było Ewa? Czy tak? 
- Tak! Skąd o tym wiesz? 
-Gdy pan Mudrowicz usłyszał moje imię, spojrzał nieznacznie na fotografię bardzo 
miłej osoby. 
- Więc ma do dzisiaj jej fotografię, mój Boże! 
- Nawet dwie. 
- Biedny człowiek! - mówiła pani Zawidzka wzruszona. - Jeszcze nie zapomniał... 
- Czy to było dawno? 
-O, bardzo dawno! Pan Mudrowicz był młodym człowiekiem. Wyjechał niemal 
obłąkany z wielkiego szczęścia i nie było go przez trzy lata. Opowiadali, że robi wielki 
majątek na handlu. 
- A co się działo z tą panienką? 
-Otóż to! Co się działo z tą panienką? Źle się działo. Ponieważ pan Mudrowicz nie 
pisał do nikogo z rodziny, tylko do niej, więc u niej zasięgano o nim wiadomości. Najczęściej 
czynił to jego brat stryjeczny, podobno piękny chłopak i jeszcze wspanialszy lekkoduch. 
Zdaje się, że mu przyszło bardzo łatwo wyleczyć ją ze złudzeń litości. Piękny pan Mudrowicz 
był w Warszawie. Tamten pisał krótkie listy, a ten mówił wiele i zapewne pięknie. Pomińmy 
bowiem szczegóły... Piękny Mudrowicz, myśląc zapewne, że to, co uczyni, będzie doskonale 
mściwym żartem wobec bogatego i niemiłego krewnego, tak opętał dziewczynę, że wyszła za 
niego... 
- O Boże! Jakże mogła to zrobić? - krzyknęła Ewcia. 
-Tego ja ci, moje dziecko, nie wytłumaczę. Serce ludzkie jest pełne tajemnic. Litość z 
niego wywietrzała, a miłości w tym nie było. Ale najstraszniejsze rzeczy stały się potem 
dopiero. Piękny Mudrowicz porzucił żonę pół roku po ślubie, a ta nieszczęśliwa kobieta, o 
której Mudrowicz na Dalekim Wschodzie nic nie wiedział i do której wciąż pisał listy... Nie 
chcę opowiadać ci szczegółów tragicznych... Nie znam ich zresztą sama zbyt dokładnie i to 
tylko wiem pewnie, że serce tej kobiety, które oszukało się samo i które oszukali inni, nie 
mogło znieść nazbyt wielkiej udręki... 
- Matko Boska! 
-Gdy pan Mudrowicz wrócił bardzo bogaty i szczęśliwy, zastał grozę, pustkę i śmierć. 
Czy możesz sobie wyobrazić, co się z nim działo? Podobno zapamiętał się obawiano się, że 
popełni jakieś szaleństwo. Stało się jednak inaczej. Zdawało się, że ten człowiek stężał w 
rozpaczy i że skamieniał. Całe dnie przebywał na grobie kobiety tej jedynej, która się do 
niego uśmiechnęła i którą uwielbiał jak świętą. Jej nie winił. Całą nienawiść skierował 
przeciwko sprawcy tragedii i przeciwko całej swej rodzinie, bliższej i dalszej, uznawszy 
wszystkich za wspólnych winowajców. Że się nikt za nim nie ujął i że nikt go nie zawiadomił 
o tym, co się działo. Dowiedział się przy tym, że jego listy pisane w ostatnich czasach jego 
brat stryjeczny przejmował i głośno je odczytywał wśród rodziny. 
- Ależ to wstrętne! 
-Któż mówi, że to nie wstrętne? Na świecie jest wiele złych ludzi, Ewuniu... 
Wyrządzają sobie potworne krzywdy, czasem nie wiadomo dlaczego i po co. Na krzywdzie 
jednak nikt od początku świata nie zbudował swojego szczęścia... Nie wiadomo po co 
złamano życie dzielnego człowieka, który wierzył w ludzką uczciwość. Zrobiono z niego 
nieszczęśliwego dziwaka i nauczono go złości. Ten człowiek wszystko postanowił zamienić 
w zemstę, którą ścigał winnych i niewinnych. I to stało się może największym i 
najdotkliwszym jego nieszczęściem. Zemsta nigdy serca nie nakarmi... Nienawiść jest 
śmiertelną chorobą. Wypija krew z człowieka i oślepia go, bo człowiek, który żyje tylko 
myślą o zemście, ma na oczach mętną mgłę. Przestaje odróżniać ludzi sprawiedliwych od 
ludzi złych... I z kolei on wyrządza ciężkie krzywdy. A pan Mudrowicz zapamiętał się w 
zemście i jakoby postanowił ścigać swoją własną rodzinę do najmłodszego pokolenia. Od 
trzynastu lat dręczy się nieludzko i nic w nim nie zależało. My na przykład nie zawiniliśmy 
mu w niczym, a jednak nas by nie oszczędził... Gdyby nie ty, moje dziecko. Może się tobie 
udało przypadkiem dotknąć w jakiś sposób jego serce? Może się w nim na twoja prośbę 
uczynił, jest tak dziwne, że się jeszcze uspokoić nie mogę... Szkoda, straszna szkoda tego 
człowieka. Okropnie go skrzywdzono, ale i on nie zna miary w tym, co dotąd czynił. 
-Nieszczęśliwy pan Mudrowicz -szepnęła Ewcia w zamyśleniu. -Pani nie ma 
pojęcia, w jakim on jest stanie. 
Milczał przez chwilę, myśląc o tym człowieku. 
- Napisałam do niego list tak serdecznie, jak tylko umiałam - rzekła pani Zawidzka. 
- Och, to bardzo dobrze! - zawołała Ewcia. - Trzeba kuć serce, póki gorące. 
- Słusznie! - uśmiechnęła się pani Zawidzka. 
- A czy pani pozwoli, abym ja zrobiła dopisek? 
- Ależ oczywiście! Masz ten list i pisz! 
Ewcia usiadła z pośpiechem przy stole i niezmiernie starannie dopisała: 
Drogi Panie! Gdyby Pan wiedział, ile radości sprawił Pan nam wszystkim, toby Pan 
chyba skakał też z radości. Kocham Pana strasznie. Ewa Tyszowska. 
- Czy tak dobrze? 
Pani Zawidzka śmiała się czytając. 
-Nie należy starych ludzi namawiać do tego, aby skakali, ale niech i tak będzie. A 
teraz, Ewuniu, musisz mi obiecać, że Jurkowi nie powtórzysz ani słowa z tego, co ci 
mówiłam... 
- Mogę obiecać, bo z nim nie gadam! 
- Jeszcze będziecie gadali! A teraz zawołaj go, bo on ten list zaniesie. 
- Bardzo słusznie! Kto ma takie długie nogi, powinien być listonoszem. Już pędzę... 
Usłyszawszy dzikie pokrzykiwania za drzwiami pracowni, zawołała potężnie: 
- Panie Jerzy!... Jurek! Natychmiast na dół do mamy! 
- Całuj psa w nos! - odegrzmiał malarz. 
- Mama mówiła, że masz pójść kupić wino, bo dzisiaj będzie uroczysta kolacja. 
Jurek otworzył drzwi z pośpiechem. 
- Naprawdę? Gotów ci jestem przebaczyć dziewico stepowa. Już idę! 
Wpadł z hałasem do pokoju matki, wołając: 
- Matko, jesteś wielka! Ile butelek? 
- Jakich butelek? - zdumiała się pani Zawidzka. 
- Wina! 
- Jakiego wina? 
-Przecie Ewcia mówiła, że mam pójść po wino... I to zaraz, bo będzie wspaniała 
uczta. Czy aby ten brzdąc... 
- Ależ tak, tak! - rzekła pani Zawidzka z pośpiechem. - Będzie i kolacja i będzie wino! 
- Więc brzdąc nie zalewał po raz pierwszy w życiu! 
-Kupisz wina -mówiła matka ukrywając śmiech -a przy sposobności zaniesiesz ten 
list do pana Mudrowicza. 
- Podziękowanie? Bardzo słusznie... Ale obrazy mu się nie podobały... 
- Bardzo mu się podobały! Ewcia żartowała. 
- Mówiła mamie? 
- Przed chwilą. 
-Zapowiadam mamie, że skoro tylko powrócę, wsadzę ją w pokrzywy. Oho! Widzi 
mama?! Jest! Przyszła mi ciosać kołki na głowie. 
- Wynoś się! 
Jerzy przechodząc koło Ewci stanął i usiłował zrobić straszną minę. 
-Wychodzisz, Jerzy? -zapytała Ewcia niewinnie. -Wracaj prędko, bo po godzinie 
uschnę z tęsknoty. 
- Wobec tego wrócę dopiero jutro! - krzyknął Jerzy. 
Powrócił jednak po dwóch godzinach, rozradowany, z szeroko roześmianą gębą i 
zwycięsko pokazał Ewci dwie butelki. 
- Co to jest? - spytała Ewcia. - Trucizna dla mnie? 
-Jest to złota krew słońca, którą pospólstwo nazywa winem. Dwie butelki! Po jednym 
kieliszku dla istot słabych, reszta dla mnie. 
- Naprawdę wino? - zdumiała się Ewcia. 
-Czy niemowlęta nigdy nie widziały butelki? Zapytaj mamy! Gdzie jest moja 
rodzicielka? 
- W kuchni. Przygotowuje kolację. 
- A co będzie na kolację? 
- Jakieś niesłychane rzeczy, kucharka też wychodziła i wróciła przed chwilą. 
-Ale chyba dzisiaj nie będziemy pościć? Matko! -zwrócił się do wchodzącej pani 
Zawidzkiej. -Wino kupiłem, list oddałem. Nie widziałem oczywiście samego pana 
Mudrowicza, bo otworzył mi jakiś Ramzes z dwudziestej trzeciej dynastii ze spojrzeniem 
morskiej krowy... 
- To Paweł! - zaśmiała się Ewcia. 
-Może być Paweł. Zajrzałem do przedpokoju, w którym podobno zostały powieszone 
moje obrazy, ale okazało się, że rozmaite jaszczurki łgały na potęgę. Ponieważ jednak jestem 
w znakomitym nastroju i nie potrafię żywić w sobie zemsty w obliczu dwóch butelek wina, 
gotów jestem po raz ostatni zawrzeć z tobą przymierze, Ewo, matko rodzaju ludzkiego. Czy 
odtańczysz ze mną taniec pojednania? Podaj mi rękę, księżniczko perska! 
-Służę ci, książę czerniakowski! Niech tylko książę nie czyni zbyt wielkich kroków, 
bo nie tańczy z szafą. 
Wesoła para zaczęła pląsać dookoła stołu, potem wysunęła się do hollu, wreszcie do 
ogrodu i tańczyła na ścieżce. 
- Jerzy... - szepnęła Ewcia - spojrzyj na lewo... Widzisz? 
- Owszem, widzę mur! 
- Spójrz wyżej... Panienka! - szepnęła Ewcia. 
- Jeżeli znowu urządzisz jakiś kawał, to cię uduszę... 
- Nie rób tego, bo panienka po raz drugi narobi krzyku... 
Panienka z okna sąsiedniej willi patrzyła z uśmiechem na tych dwoje, którzy się bili o 
godzinie drugiej, a tańczą o godzinie siódmej. 
- Jerzy, wiesz co? 
- Co? 
- Rzuć jej różę... 
- Rzucę, ale doniczkę na twoja głowę! 
-A ja ugryzę cię w ramię. Mówię ci: rzuć jej różę! Patrz, jaka ona śliczna...Nie taka 
śliczna jak ja, ale prawie. Nie szczyp mnie, bo ci podstawie nogę! 
W tej chwili wyrwała mu się z ramion, podbiegła do różowego krzewu, zerwała 
purpurową różę i zawołała: 
- Niech pani łapie! To od tego pana z przeproszeniem za awanturę. 
Róża poleciała w stronę okna, a panienka chwyciła ja w locie. 
-Bardzo, bardzo dziękuję! - zawołała mocno zarumieniona i prędko cofnęła się w głąb 
pokoju. 
- Ty diable! - mówił cicho Jerzy. 
- Zwracam panu uwagę, że pan przemawia do damy! Ach, jaki galant! 
- Po coś to zrobiła? Co sobie ta pani pomyślała? 
-Ja wiem, że pan by rzucił w kobietę nie różą, tylko cegłą albo kamieniem. Malarz! 
Jeszcze nie pił wina, a już wyprawia awanturę... O, ja nieszczęśliwa! 
- Będziesz płakać? - zapytał niespokojnie. 
- Będę, jeśli mi się zechce. Słyszy pan? 
- Przede wszystkim nie mów do mnie „pan”... I nie płacz! 
- A właśnie, że będę, bo ta panienka stoi za firanką i patrzy... 
Panienka bynajmniej nie stała za firanką, ale Jerzy spojrzał ze strachem i uciekł. 
Zjawił się dopiero na kolację i przyniósł dwie róże: jedną wręczył uroczyście matce, a 
druga z zakłopotaniem Ewci, która uśmiechnęła się jednym okiem tkliwie, a drugim 
szelmowsko. Jerzy usiadł z powagą, ale oczy mu się śmiały. Wszystkim było wesoło i jasno 
na duszy. Gdy rozlano wino w kieliszki, Jerzy chrząknął i podniósł się. 
-Czcigodna matko i ty szlachetna, wielkiego rodu dziewico! -prawił.-Kiedy przed 
kilkoma dniami o godzinie szóstej rano goniłem po ulicach prastarej stolicy naszej pewnego 
brzdąca, nie przypuszczałem przenigdy, że było poznać po zadartym nosie i po chudych 
pedałach... 
- Oho! - zawołała Ewcia. 
-...i chudych pedałach, powtarzam! Natchnienie jednak, które jest znamieniem istot 
nadprzyrodzonych, wielkich poetów i wielkich malarzy, podszeptało mi, że jest to rajski ptak, 
którego należy chwytać za ogon, aby nie uciekł. Proszę mi nie przeszkadzać, bo jestem w 
transie!...Schwytałem go i tutaj przywiodłem. I oto tej istocie, która tylko na pozór cierpi na 
rodzaj kręćka, zawdzięczamy, o matko moja rodzona, te szczęsne chwile, ten nastrój 
niezmiernej radości, te kurczęta i te szparagi, i to wino, bez niej bowiem -przyznaj to, matko 
wielkiego malarza! -ujrzałbym własne ucho niźli te kurczęta, te szparagi i to wyborne wino 
po dwanaście złotych butelka. Ta dziewica, u której stóp złożyłem przed chwilą 
najwspanialsze kwiaty z naszych niezmiernych włości, sprawiła, że źli stali się dobrymi, a 
smutni się weselą . Wznieśmy przeto kryształowe puchary! Panie ministrze! Panowie, panie! 
Na cześć tej, co się zowie Ewa i ma buzię jak cholewa, ale serce wielkie, złote, kryształowe i 
pełne słodyczy. Matko! Unieś z krzesła swoją dostojność i wypij... Masz babo placek! A ta 
beczy! 
Ewcia płakała śmiejąc się równocześnie. Rozpoczęła się dnia tego po raz drugi seria 
uścisków i pocałunków. 
-Kiedy ja przemawiam -wołał Jerzy -zawsze wszyscy płaczą? Co, jeszcze wina? zdumiał 
się widząc, że Ewcia podstawiła swój kieliszek. 
-Odrobinę! -mówiła Ewcia. -Bo ja chciałabym wypić jeszcze jedno zdrowie... Pana 
Mudrowicza - dodała nieśmiało. 
- Świetnie! - rzekł Jerzy. - Czy mam wygłosić mowę? 
- Nie, nie! Ale wypijmy... 
Uczynili to z milczącą powagą, po czym Jerzy wpadł w szał. Gadał, bredził, śmiał się i 
szalał. Tyle w nim było radości i złotej pustoty, że biły od niego ognie. Pani Zawidzka 
patrzyła na tego przemiłego chłopaka z tkliwością, a Ewcia tak serdecznie, jak na 
najukochańszego brata. 
W tej chwili zaterkotał dzwonek. 
- O tej porze? - zdziwiła się pani Zawidzka. - Kto to może być? 
- Ktoś, kto poczuł wino! - odrzekł Jerzy. 
Honorcia poszła otworzyć. 
Czekali w naprężeniu, wreszcie weszła Honorcia. 
-Przyszedł, proszę pani, ten co był rano. Ale on jest jakiś pomylony! Pyta się, czy tu 
mieszka najgłówniejszy kanonik? 
- Kanonik? Najgłówniejszy! - zdumiała się pani Zawidzka. 
- Pan Szymbart! - krzyknęła Ewcia radośnie. - Przyszedł się dowiedzieć... 
- Ale dlaczego pyta o kanonika? 
-Ach, bo to cała historia, potem ją opowiem. Niech Honorcia powie, że mieszka tu 
kanonik. 
- Dzieciom nie należy dawać wina! - Mruczał Jerzy, 
A pan Szymbart wszedł rozpromieniony jak gwiazda wieczorna. 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
w którym Ewcia rzuca butem i zapowiada, że stanie na głowie 
Pani Zawidzka siedziała przy otwartym oknie, dziergając jakąś koroneczkę, 
spoglądała czasem na syna malującego w ogródku portret Ewci. Model siedział piekielnie 
znudzony w trzcinowym fotelu, Apelles zaś, ćmiąc fajeczkę, którą mu wolno było zatruwać 
powietrze jedynie w przyzwoitej odległości od siedzib ludzkich, ustawił sztalugi na trawniku i 
przedziwne wyprawiał awantury. Zbliżał się do obrazu, odskakiwał i przechyliwszy głowę 
patrzył znużonymi oczami; potem wpatrywał się długo, bardzo długo w twarzyczkę Ewci, jak 
gdyby chciał ją sobie zapamiętać na wieki wieków i znalazłszy w jej wyrazie coś, czego 
długo szukał, zaczynał gwałtownie jeździć pędzlem po płótnie. Serdecznie z tego zadowolony 
albo śmiał się głośno, albo gwizdał, albo cicho sobie podśpiewywał. W pewnej chwili 
straszliwie zdumiona Ewcia zaczęła słuchać pilnie, albowiem malujący ją dryblas zanucił 
bezcennie: 
„Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana!” 
Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie dźwięki słonecznego krakowiaka, a już spotwarzona 
Ewcia zerwała but z lewej nogi i cisnęła go wspaniałym rzutem w dorodną postać. 
„I całus, i policzek ozwały się razem” - jak mówi Mickiewicz w Panu Tadeuszu. 
Malarz, zręcznie jak małpa, odbił obelżywy pocisk w locie jak piłkę, pocisk zaś, 
znając z natury rzeczy prawa fizyczne, odbity z wielką siłą zmienił kierunek, łagodnym 
łukiem paraboli przeleciał poza mur i uderzył w szybę sąsiedniej willi. W szybie musiało ze 
strachu pęknąć serce, bo zabrzęczała smutno i wyleciała z oprawy w siedemdziesięciu 
siedmiu ułamkach. 
- Co się stało?! - krzyknęła pani Zawidzka 
- Nic - odrzekła Ewcia. - Jerzy stłukł szybę w tamtym domu. 
- W jaki sposób? - zdumiała się pani Zawidzka. 
Jerzy chciał coś odrzec, ale nie mógł dokonać tej pospolitej czynności, bo zranione 
okno zostało otwarte i ukazała się w nim zdumiona panienka, trzymająca w prawej ręce bucik 
z lewej nogi, jakby na dowód, że życie dziwnie się kręci raz w prawo, raz w lewo. I ona 
chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, ujrzawszy już po raz trzeci w krótkim czasie 
przerażona minę Jerzego i zauważywszy, że Ewcia daje jej jakieś tajemnicze znaki, błagając 
dość wyraziście o milczenie. Panienka mrugnęła wobec tego figlarnie i znikła. 
Pani Zawidzkiej zdawało się przez chwilę, że się jej coś zakręciło w głowie. Niczego 
nie rozumiała. 
- Dlaczego ta panienka trzyma bucik w ręce? - spytała zdumiona. 
- Bucik? - rzekł Jerzy. - To ciekawe! Czy się mamie nie zdawało? 
-Może być, że mi się zdawało... -mówiła pani Zawidzka. -Ale co było z tą szybą? 
Czy to naprawdę ty ja stłukłeś? Co to wszystko znaczy? Czemu Ewcia się śmieje? 
- Ona tak zawsze... Czy mama nie zna Ewci? 
W tej chwili w głębi domu zadzwonił telefon. Pani Zawidzka podniosła się i kręcąc 
głową udała się do telefonu. Ewcia korzystając ze szczęśliwie nadarzonej przerwy 
podskoczyła do muru i zawołała zduszonym głosem: 
- Proszę pani, proszę pani! 
Panienka ukazała się w oknie. 
-Niech mi pani prędko rzuci but... Oj prędko.. A za szybę zapłaci ten dryblas.. 
Dziękuję! 
Po raz trzeci Jerzy zmienił się w słup soli i spojrzał na Ewcię, jak morderca, który 
obmyśla dal niej rodzaj najokrutniejszej, siedmiokrotnej śmierci. musiał jednak odłożyć na 
czas niejaki straszliwe zamysły, gdyż pani Zawidzka zawołała z okna dziwnie ponurym 
głosem: 
- Ewuniu! Prędko do telefonu... 
Ewcia pobiegła zdumiona. Po chwili słychać było nawet w ogródku jej pisk w 
nieprzyzwoicie wysokiej tonacji: 
-...O, jakże się cieszę, proszę pana... Aha! Świetnie... A pan? Doskonale!...Kiedy? 
(Dłuższa chwila słuchania).. W niedzielę?.. Oczywiście!... Po południu.. Pójdziemy na lody!... 
Musimy pójść... Mowy nie ma, mój złocieńki... (Pisk ustał na czas dłuższy). Prawda, że 
ślicznie?... Nie mówiłam?... Dobrze, dobrze... dziękuję.. Z wszelką pewnością... Murowane!... 
Do widzenia, do widzenia! 
Powróciła od telefonu z wypiekami na twarzy. 
- Pan Mudrowicz! - ogłosiła zwycięsko. 
- Poznałam go po głosie - mówiła pani Zawidzka. - To zdumiewające. 
- Prosił, żeby panią pozdrowić... Zaprosił mnie na niedzielę po obiedzie... 
- Pójdziesz? - zapytał Jerzy. 
-Oczywiście, dlaczegóż nie miałabym pójść? Powiadam wam, że go jeszcze pogodzę 
z całym światem! A tym skwapliwiej go odwiedzę, że coś się temu biedakowi porobiło z 
oczami. Zdaje się, że traci wzrok... 
- Mówił ci o tym? - spytał Jerzy. 
-Tego mi nie mówił... powiedział mi tylko, że im więcej przygląda się twoim 
obrazom, tym więcej mu się podobają... 
-Ja jednak zabije tę poczwarę! -krzyknął Jerzy. -Niech ją mama nie zasłania, bo 
przecież to niesłychane, ile ja cierpię przez tego bąka. 
Pani Zawidzka nie zwróciła jednak uwagi na to, że w najbliższym czasie będzie matką 
mordercy, gdyż zapomniawszy i o szybie, i o dziwnej panience, co się w oknie ukazuje z 
butem w ręce, bardzo głęboko się zamyśliła. 
- Chodź, Ewciu - rzekła po chwili - mam ci coś do powiedzenia. 
-Jerzy! -zawołała Ewcia odchodząc -zaczekaj na mnie w ogrodzie, bo ja ci też mam 
coś do powiedzenia. 
- Dobrze, tylko pójdę przedtem po truciznę na szczury... 
Pani Zawidzka zamknęła się z Ewcią w swoim pokoju i przez czas dłuższy tajemnie 
nad czymś radziły. Dziewczyna musiała być niezwykle z tej narady zadowolona, gdyż wyszła 
bardzo przejęta i uśmiechała się sama do siebie. 
Odnalazła swego śmiertelnego i najmilszego wroga w pracowni, lecz nie weszła tam 
od razu, zbójca ten bowiem mógł albo zwyczajem wielu malarskich pracowni umieścić nad 
drzwiami kubeł z wodą, albo też stanąć w ukryciu z pędzlem umoczonym w czarnej farbie i 
przejechać nim po niezwykle inteligentnej jej twarzy. 
-Jureczku -mówiła spoza drzwi tonem słodko przyjaznym -nie rób awantur, bo 
mama się położyła. Otwórz drzwi! 
- Otwórz sama, diable wenecki! 
- Kiedy się boję, Jureczku.... A muszę z tobą pomówić! 
- Napisz podanie, bo ja nie gadam z byle kim! 
Ewcia na wszelki wypadek otworzyła drzwi nogą, sama zaś cofnęła się przezornie. 
Ponieważ nic nie zleciało z góry, a Jurek siedział na dole na pace po mydle, więc weszła 
ostrożnie. 
- Słuchaj, Jureczku - rzekła ona - musimy się naradzić, co zrobić z tą szybą. 
- Szyba została stłuczona twoim butem! 
- Moim butem, ale ja nie mierzyłam w szybę, tylko w poetę od siedmiu boleści. 
-Nic mnie to nie obchodzi! Po raz trzeci naraziłaś mnie na pośmiewisko wobec jakiejś 
pannicy. 
-Ja? Ja w nią rzucam różami, a ty butem. Ale wszystko jedno... Musimy zapłacić za 
szybę i zapłaćmy po połowie. Dobrze? Mama poszła na drzemkę, więc chodźmy teraz do tej 
panienki... 
-Nigdy! -zawołał Jerzy gwałtownie. -Nienawidzę panienek! Po co w ogóle to 
tałatajstwo wałęsa się po świecie i zatruwa ludziom życie? 
-Naprawdę? -uśmiechnęła się Ewcia niewinnie. -Jureczku... Przepraszam za 
pytanie... Czy ty się nigdy nie kochałeś? 
- Ja? Cha! Cha! - zaśmiał się Jerzy jak szatan z Siedlec albo z Radomia. 
- Ach, więc nigdy? A mnie mówiono.... 
- Kto ci mówił? - zapytał malarz czerwony jak zachód słońca zrobiony akwarelą. 
-To obojętne. Mówiono mi, że pewien znakomity, choć długonogi malarz bardzo się 
kochał w pewnej panience, ale ta panienka powiedziała, że wolałaby skoczyć z dziesiątego 
piętra, niż wyjść za malarza. 
-Nieprawda! Przede wszystkim nie ona to powiedziała, tylko jej matka, i nie tak było 
powiedziane, tylko podobnie. Ta panna zaś napisała mi, że gdyby to od niej zależało... Czemu 
się śmiejesz? A przede wszystkim kto ci to opowiedział? 
-Nikt. Pierwszy raz o tym słyszę, właśnie od ciebie. Powiedziałam tak sobie i jakoś 
się zgadzało! 
Malarz najwyraźniej osłabnął. 
-Słuchaj, dziewczyno - rzekł konającym głosem. - Ty naprawdę nie zginiesz w sposób 
naturalnie przyzwoity. Znowu mnie ocyganiłaś... Tańczysz, jaszczurko, po moim sercu... 
Dobrze, dobrze! Przyjdzie jednak kiedyś taki dzień i wtedy będziesz skwierczeć na ogniu... A 
ja ani drgnę! Poczekamy, ja mam czas! 
-Doskonale, a teraz chodźmy do tej panienki. Ile może kosztować taka szyba? Ze 
cztery złote? Dawaj dwa i ja dam dwa. 
- Nie dam! 
- I nie pójdziesz? 
- Nie pójdę! 
- Dobrze. Wiec ja pójdę sama, ale co powiem, to powiem. Będzie ci gorąco. 
Jerzy spojrzał niespokojnie. 
- Od razu ci uwierzą - zaśmiał się niepewnie. - Idź sama. 
-Jureczku! Błagam cię: chodź ze mną. Przeprosimy, zapłacimy i pójdziemy. To jakieś 
strasznie miłe stworzenie. I mądre! Od razu zrozumiała, kiedy jej dałam znak, że ma siedzieć 
cicho. I ma prześliczne orzechowe oczy... 
- Kiedyś ty mogła widzieć jej oczy? 
- Już wtedy, kiedy mnie chciałeś zabić. 
- Tak od razu zobaczyłaś? Dziwne! Kobieta, choćby pędrak, ma tyle oczów co mucha. 
Po półgodzinnych namowach i zaklęciach Jerzy poszedł jak na ścięcie. 
- Nie powiem jednak ani słowa! - rzekł przedtem ponuro. 
-Byłeś nie stłukł lustra albo nie wywrócił stołu, możesz nie gadać... Aha! Weźmij 
jakiś mały obrazeczek... 
- Po co? na co? Obrazek za szybę? 
-Oczywiście. Założę się z tobą, o co chcesz, że ta panienka nie zechce przyjąć 
pieniędzy... Wtedy ty powiesz: „W takim razie proszę to wstawić zamiast szyby!” - To będzie 
heca koło pieca! O, zabierzemy ten... Wielce nie stracisz, bo obrazek wart jest niewiele więcej 
niż cztery złote. 
Panienka z naprzeciwka była szczęśliwie zdumiona. 
„Ona ma istotnie orzechowe oczy...” - pomyślał Jerzy. 
Ewcia gadała za wszystkich, spryskując śmiechem każde słowo, a Jerzy czasem 
cichutko jęczał. 
-Ten pan -terkotała Ewcia -jest cudownym malarzem... A kiedy nie maluje, usiłuje 
mnie udusić. A ja tłukę szyby... Ładne towarzystwo, co? 
Panienka oświadczyła z radosnym śmiechem, że szybę wprawi z własnych kapitałów i 
jeśli tylko Ewci zrobi to przyjemność, niech jeszcze kilka szyb wytłucze, bo taka przyjemna 
znajomość warta jest odrobiny szkła. 
-Słyszysz, Jerzy?-rzekła z tryumfem Ewcia dając mu tajemne znaki. Jerzy odwinął 
obrazek i powiedział głucho: 
- W takim razie proszę to wprawić zamiast szyby! 
Panienka z laskowymi orzechami zamiast oczów spłonęła wielkim pożarem radości i 
na czas niejaki straciła głos z wielkiego wzruszenia. Bardzo jej było z tym do twarzy i Jerzy, 
patrząc spode łba, zauważył to z niezwykłą przyjemnością. 
-Ja nie mogę przyjąć za mizerną szybę tak cudownego obrazka -rzekła wreszcie 
panienka tak ciepłym głosem, że może było ugotować na nim jajko na miękko. 
-Musi pani! Pan Jerzy oświadczył mi uroczyście, że do tak ślicznej osoby nie pójdzie 
z pierwszą wizytą z pustymi rękami. 
-Ja wcale nie jestem śliczna... To obrazek jest śliczny! -wołała z zapałem panienka, z 
której oczów można było zrobić tort orzechowy. 
I nie wiadomo ściśle wy jesteście dobrzy! -mówiła ściskając Ewcię i patrząc na 
Jerzego, który zauważył, że słońce wyrabia przedziwne cuda z płowymi jej włosami, że 
panienka ma głos podlany złocistym miodem i niezwykłej piękności ręce. 
Ewcia oświadczyła z głęboka powagą, że ona sama jest straszliwym drapichrustem i 
jedynie zbawienne rady pana malarza kierują jej duszę na spokojne wody. 
(Jerzy słuchał ze śmiertelnym zdumieniem) 
- ...To ja rzuciłem butem, bo mi się zdawało, że jakiś dziki kot chce porwać wróbla. 
(Jerzy zakwilił cicho jak ptaszyna polna) 
- ...Więc pan Jerzy kazał mi tu przyjść i przeprosić panią jak najserdeczniej... 
(Jerzy dotknął ręką czoła badając, czy pięć klepek głowy trzyma się kupy) 
-To cudownie, to cudownie! -mówiła panienka. -Czy ja mogłabym spodziewać się 
kiedykolwiek, ze poznam tak sławnego i tak znakomitego człowieka... 
(Jerzy zadrżał jak sejsmograf poczuwszy trzęsienie ziemi w niedalekim pobliżu) 
Pożegnanie odbyło się wśród okrzyków i wielu nawrotów. Ewcia musiała przyrzec 
panience, której orzechowe oczy mogły doprowadzić do zgłodniałej radości każdą wiewiórkę, 
że ją odwiedzi choćby jutro, Jerzy zaś usłyszał raz jeszcze, że ile razy panienka spojrzy na 
jego obrazek, tyle razy zobaczy niebo, choć na obrazku kwitły drzewa i nieba nie było widać. 
-Czy wiesz -mówił Jerzy do Ewci po powrocie -że ty możesz człowieka przyprawić 
o utratę zmysłów? 
- Aha? Widziałam, jak się chwytałeś ręką za głowę... Żałujesz obrazka? 
-Wcale nie żałuję! To jakieś dobre stworzenie... Ale po co ty jej tak zakręciłaś w 
głowie? 
- Ja? - zdumiała się Ewcia. 
- A kto? Czy to ja łgałem? 
-Ja też nie łgałam, tylko mówiłam poetycznie.. Ależ ona śliczna! Tylko że cokolwiek 
przesadza... 
- Czemu przesadza? 
- A żeś ty taki „sławny”, taki „znakomity”... 
- Tak mówiła? - rzekł Jerzy cichutko. 
- A ty, biedactwo, nie słyszałaś? 
Jerzy nie odrzekł nic, bo się zadumał. potem wzruszywszy ramionami poszedł do 
pracowni, zapewne po to, aby ukoić wzburzona duszę. 
„Co by on zrobił beze mnie!” - pomyślała Ewcia. - „Wszystko na mojej głowie...” 
Wesołe awantury z wesołym Jerzym były pierwszorzędna zabawą. Jerzy, malarz 
istotnie znakomity, obdarzony talentem zdumiewającym, miał w sobie tyle chłopięcej 
niefrasobliwej pustoty, że Ewci się wydawało, jakoby znali się od stu siedmiu lat. Roztkliwiła 
ja jego wzruszająca miłość do matki, uwielbiała jego obrazy, nic sobie natomiast nie robiła z 
jego powagi. Wiedziała od dawna w chytrym rozumie, że Jerzy za nią przepada, od czasu zaś 
świetnej wyprawy do pana Mudrowicza skoczyłby za nią w ogień. I o tym też wiedziała z 
wszelką pewnością, że w tym wesołym malarzu tkwi serce niewypowiedzianie dobre, którym 
by się podzielił bez wahania z każdym cierpieniem i każdą rozpaczą. Prostota zaś i ufność 
tego serca były tak wielkie, że wesołego malarza można by snadnie za tanie pieniądze 
sprzedać do Egiptu, on by zaś zauważył to szachrajstwo dopiero po przybyciu na miejsce. Na 
szczęście Jerzy nie miał braci potrzebujących gwałtownie pieniędzy. 
Wybuchnęła śmiechem przypomniawszy sobie jego pogańskie miny podczas 
odwiedzin u panienki z sąsiedniego domu i jego słowa, gdy ofiarując obrazek powtórzył 
dokładnie zdanie wedle jej przepisu. Było to wcale zdumiewające, biorąc pod uwagę 
znakomite jego wygadanie, skoro bowiem dostał bachmata wymowy, musiał gnać na nim na 
złamanie karku. 
„Cos mu upadło na rozum!” -pomyślała Ewcia ze śmiechem, -„Ale temu też..” dodała 
szybko, widząc z ogródka, że jakiś młody człowiek stojący przed bramą wyprawia 
dziwne historie. 
Był to bardzo wyrośnięty młodzieniec lat około dziewiętnastu, z płową czupryną 
niczym nie okrytą, choć słońce paliło niemiłosiernie. Sprawiał wrażenie bardzo zabiedzonego, 
odziany zaś był tak smętnie, że jako strach na wróble dostałby od razu zajęcie u każdego 
kmiotka. Twarz miał jasną i spojrzenie tak pogodne, jak gdyby niby nie deszczu, chmur i 
nocy. Stał przed bramą od dłuższego czasu, i już ze dwadzieścia raz skierował palec ku 
dzwonkowi przy bramie i tyleż razy go cofał, jak gdyby guzik dzwonka rozpalony był do 
czerwoności. Wreszcie, żeby sobie dodać odwagi, przeżegnał się i wyciągnął rękę z takim 
strachem na sympatycznej fizjonomii, że Ewcia zawołała: 
- Zaraz panu otworzę! 
Młodzieniec spojrzał i chciał uciec w pierwszej chwili, bo zachwiał się na piętach. 
Zarumienił się, ujrzawszy Ewcię tuż przed sobą, i prawą nogę dzielnym ruchem przysunął do 
lewej, co miało oznaczać, że się nisko kłania. 
- Do kogo pan? - spytała Ewcia uprzejmie. 
-Do pana Zawidzkiego -bąknął młodzian i skłonił się raz jeszcze sposobem 
posuwistym. 
- Proszę wejść! - rzekła Ewcia. 
Młody człowiek po przejściu przez bramę ukłonił się po raz trzeci. 
„Bardzo grzeczny człowiek!” -pomyślała Ewcia, a głośno rzekła: -A pan Zawidzki 
zna pana? 
- Doskonale, proszę pani - odrzekł młodzian, zarumienił się raz jeszcze i ukłonił się po 
raz czwarty, zapewne, żeby było do pary. -Niech mu pani łaskawie powie, że przyszedł 
Rogalik. 
- Kto przyszedł? 
-Rogalik... Bo ja się tak nazywam, proszę pani. Nieco wesołe nazwisko, prawda, 
proszę pani... 
-Bardzo smaczne! -zaśmiała się Ewcia. -Och, przepraszam pana... Tak mi się 
wyrwało! Pogodny Rogalik uśmiechnął się pięknym uśmiechem i rzecz prosta - ukłonił. 
-Nie szkodzi! -Rzekł wesoło. -Proszę pani.. Może ja tu w ogródku poczekam na 
pana Zawidzkiego. Och, jakie to śliczne! -zawołała nagle ściszonym głosem, wskazując 
palcem na sztalugi z portretem Ewci, dotąd stojące w ogrodzie. 
- To ja! - rzekła Ewcia z odrobina dumy. 
-Boże, Boże! Jaki to talent z pana Zawidzkiego... Ten ci dopiero maluje, cholera! O.. 
przepraszam... 
-Za cholerę? To drobiazg... -rzekła rozradowana Ewcia. -Zaraz przyprowadzę pana 
Zawidzkiego. 
Pobiegła szybko do pracowni z wesołą nowiną, że jakiś niezmiernie miły, chociaż 
mocno zabiedzony Rogalik czeka w ogrodzie. 
- Rogalik?! - zawołał Jerzy. - Przyszedł biedaczyna? przynieś go tutaj! 
- Sam go sobie przynieś. A kto to jest ten Rogalik? 
-Złoty chłopiec -mówił Jerzy układając obrazy, które przeglądał. -Syn biednego 
szewca, dlatego chodzi bez butów, jak to zapewne zauważyłaś. Chce za wszelka cenę zostać 
malarzem... Bardzo, bardzo zdolny chłopiec... I ja, i moi przyjaciele pomagamy mu od czasu 
do czasu, ale nikt z nas nie wie, co on w ogóle jada... 
- Biedactwo... 
-Wielkie biedactwo... Najgorsze z nim jest to, że nie będzie miał za co skończyć 
Akademii... Przebrnął przez gimnazjum i jeden rok przetrwał w malarstwie, Bóg jeden wie, 
jakim sposobem. Ojciec, mizerny szewc, sam chyba smołę gryzie... Młodzieniec ma jakiś tam 
krewnych w Krakowie, którzy by go może przytulili i tam mógłby się uczyć dalej, ale za co 
będzie się uczył? Obiecałem mu, że jadąc z Zakopanego wstąpię do Krakowa i rozpatrzę się 
w sytuacji. 
- I co, Jureczku, i co? 
- Istotnie, mieszkać miałby gdzie, bo tu w suterenie u ojca nawet tego nie ma. Ale co z 
resztą? Biedny Rogalik... 
- A taki miły... Na widok mojego portretu aż zawył z zachwytu... 
- To dobry chłopak. Gdzie on jest, w ogrodzie? 
- W ogrodzie. A przed brama stał przez pół godziny. 
Jerzy wyszedł na schody i wyjrzał przez niewielkie okienko. Powrócił do pracowni 
zatroskany. 
-Przecie z tego chłopca wszystko leci! -rzekł zamyślony. -Słuchaj no, Ewuniu! 
Wiesz, gdzie stoi szafa, z moją garderobą? Wisi tam brązowe ubranie, nieco sfatygowane, ale 
jeszcze dobre. Dobry kolega nie obrazi się.. Zawiń to starannie, aby nie było widać, co jest 
wewnątrz, i połóż w przedpokoju na krześle... Musimy sprawić, aby szlachetny Rogalik 
wyglądał jak arcyksiążę. 
- Rozumiem! 
-Sama się już nie pokazuj, aby mu nie było przykro, bo to ambitny gość. Od malarza 
przyjmie, ale jeśli nikt o tym wiedzieć nie będzie.. Zrobisz to? 
- Z całego serca! 
- A teraz przyślij go tutaj. 
Rogalik, uprzejmie proszony, aby się raczył wspiąć na szczyty domu, ukłonił się, 
zarumienił, uśmiechnął i poszedł. 
„Idź złoto do złota!” - pomyślała Ewcia i pobiegła badać wnętrze szafy. 
Bardzo starannie przygotowała zawiniątko i po głębokim namyśle odwiedziła Honor 
cię w kuchni. 
-Pani Honorciu kochana -powiedziała z najmilszym uśmiechem. -Pan Jerzy prosi o 
herbatę do pracowni... O dwie herbaty... Bo to widzi Honorcia, pan Jerzy ma gościa. Ach, 
byłabym zapomniała! Czy nic nie zostało od obiadu? 
- Jeżeli Rolmops nie ukradł, to coś się znajdzie. Albo co? 
-Bo widzi Honorcia... ten gość.. z daleka przyjechał...i jest bardzo głodny. Więc pan 
Jerzy mówił...Rozumie Honorcia?... Gdyby tak coś do zjedzenia... Ale dużo! Ja dzisiaj nie 
mam apetytu, więc niech Honorcia weźmie i to, co miało być dla mnie. Honorciu najdroższa, 
dobrze? 
Honorcia spojrzała na nią bystrze. 
-Niech panienka nie kręci! -rzekła dobrotliwie. -Jeżeli przyszedł do pana Jerzego 
gość, to ten gość jest malarz. A jeżeli on jest malarz, to po co tyle gadać? Czy to pierwszy? 
-Honorciu złota! -zawołała Ewcia ściskając poczciwą kobietę. -Jaka Honorcia jest 
mądra! 
Zdumiał się Jerzy ujrzawszy przenośną restaurację, z którą Honorcia wkroczyła do 
pracowni. Zdumiał się, ale pomyślał wesoło, że Ewcia jest wprawdzie koza, ale kuta na 
przednie i tylne nogi. Rozmawiał przeto wesoło z kolegą Rogalikiem, który na wszelkie 
pytania odpowiadał ruchami głowy, rąk, nóg i tułowia, albowiem właściwy przyrząd 
przeznaczony przez naturę do gadania zajęty był nieustannym jedzeniem, na co Jerzy patrzył 
z rozrzewnioną przyjemnością. 
Po upływie godziny ujrzała Ewcia stowarzyszenie malarzy złożone z dwóch osób 
(święty Łukasz, patron malarskich cechu, był oczywiście obecny, ale niewidzialny) zdążając 
ku bramie. Starszy i już sławny odprowadzał grzecznie malarskie pisklę, mierzące na oko 
metr dziewięćdziesiąt, ale jednak pisklę. Kolega Rogalik był przejęty, szczęśliwy, 
uśmiechnięty i wciąż się kłaniał, zaś kolega Zawidzki klepał go po plecach i coś do niego 
wesoło gadał. Młody malarzyna cisnął do wezbranej piersi tobołek takim serdecznym ruchem, 
że mocno zastanowiłby się ten, kto by wyrwać usiłował. Musiałby przedtem wyrwać serce z 
miłego Rogalika. 
Ewcia rozrzewniała się tym widokiem. 
„Jurek” -myślała -„zacny chłop! Ale ten Rogalik też nadzwyczajny... Kamienie 
będzie gryzł, a malarzem zostanie”. 
Zaczęła się głęboko zastanawiać nad tym, jaka straszliwa moc tkwi w sztuce, skoro 
człowiek ponosi dla niej najcięższe ofiary. Sama tego nie odgadnie, ale musi na ten temat 
pogadać z Jerzym. Jerzy dużo wie. A ona dałaby za to głowę, że gdyby Jerzemu ofiarowano 
nawet skarby za to, by się wyrzekł malarstwa, on w odpowiedzi na to wybiłby ofiarodawcy 
pokaźną ilość zębów w gwałtownym i słusznym gniewie, chociaż go można do rany 
przyłożyć. 
-Ewuniu! -szepnął Jerzy, niespodziewanie stanąwszy przy niej i przy jej zadumie. -
Nie chcę robić plotek, ale zdaje się, że spadłaś miłemu Rogalikowi na głowę jak cegła z 
dachu. 
- Nie rozumiem - odpowiedziała Ewcia, zarumieniwszy się jak zorza polarna. 
-Skoro nie rozumiesz -zaśmiał się Jerzy chytrze -dlaczego się w takim razie 
rumienisz? Ale ci powiem. Mój kolega najpierw jadł, ale kiedy przestał jeść, gadał tylko o 
tobie. Nie bałamuć Rogalików, przewrotna kobieto! 
- Każ przenicować swój dowcip, bo już bardzo znoszony! - parsknęła Ewcia i uciekła. 
Doniesiono jej wkrótce, że w kuchni czeka na nią jakiś chłopczyna z listem. List 
pochodził od pana Szymbarta i brzmiał tragicznie krótko: 
Droga Ewciu! Przyjdź do nas natychmiast. Jest bardzo źle. Szymbart. 
Ewcia miała zamiar odwiedzić Szymbartów w niedzielę rano, po południu zaś udać się 
z uroczystą wizytą do pana Mudrowicza. Postanowiła jednak natychmiast stawić się na 
wezwanie, jeżeli bowiem „jest bardzo źle” -nie ulega wątpliwości, że źle może być tylko z 
Zosią. Wprawdzie i panu Szymbartowi bywało czasem „bardzo źle”, jednakże jej nie 
wezwałby pan Szymbart na pomoc. 
Wybrała się natychmiast w drogę, zostawiła karteczkę z wiadomością dla pani 
Zawidzkiej i już miała wybiec, lecz przypomniała sobie o czymś w ostatniej chwili. Zapukała 
do drzwi Jerzego i objaśniwszy go krótko o wezwaniu pana Szymbarta, powiedziała cicho: 
- Jureczku, pożycz mi osiemdziesiąt groszy! 
- Nawet całego złotego - rzekł Jerzy wyjmując portmonetkę. 
Ewcia była u drzwi, gdy wtem Jerzy zawołał: 
- Za pozwoleniem! 
- Gadaj prędko, bo się śpieszę... 
- Zaraz, zaraz... Jeszcze wcześnie. Powiedz mi, na co ci te osiemdziesiąt groszy? 
- Na tramwaj na dziś i od razu na jutro. Albo co? 
-Na tramwaj... A przecie pani hrabina miała własnego majątku trzydzieści siedem 
złotych... 
- No to co? 
- Niby nic.. Gadaj natychmiast, co się z nimi stało? 
-Przede wszystkim nie trzydzieści siedem, tylko trzydzieści jeden. Miałam istotnie 
trzydzieści siedem, ale pięć wydałam na auto, kiedy woziłam rozmaite twoje smarowidła, a 
resztę wydałam na tramwaje. A poza tym czyje to były pieniądze? 
-Oczywiście, że twoje, ale ponieważ ja jestem twoim opiekunem, mam prawo 
wiedzieć... Czemu ty, brzdącu, tak się rumienisz? Ha! To jakaś nieczysta sprawa! Pokaż mi 
natychmiast twoją torebkę! 
Zamiast torebki, której widok nie jest obelżywy, Ewcia pokazała mu język, co u 
niektórych ludów oznacza wysoki stopień obrazy. 
Po chwili nie było jej w zasięgu pocisku, którym za wytworną damą mógł rzucać 
szalony malarz. 
Ewcia zdążała z odrobiną trwogi w sercu, jak ją powita pani Szymbartowa. Po 
dłuższym namyśle doszła jednakże do przekonania, ze należy wszystko ścierpieć wobec tego, 
że Zosi stało się zapewne coś złego, że trzeba jej śpieszyć z pomocą. 
Nagle przystanęła, jak gdyby coś ją zatrzymało w drodze. 
- Tak, tak będzie najlepiej! - rzekła sama do siebie. 
Zmieniła kierunek i idąc szybko wzdłuż prawej strony ulicy Wspólnej, Przyglądała się 
pilnie umieszczonym obok bram wywieszkom i tabliczkom. Jedna z nich oznajmiała czarno 
na białym, że w tym mieszka pan doktor Różański. Był to kolega i serdeczny przyjaciel pana 
doktora Tyszowskiego, za czym zaprzysiężony przyjaciel Ewci, którą znał od chwili 
zbędnych jej narodzin i miłował gorąco. Zdumiał się na jej widok i oświadczył na wstępie, że 
musiała zajść do niego przez pomyłkę, on jest bowiem specjalistą od chorych płuc, nie od 
pomylonych głów i zadartych nosów. Wysłuchał jednak cierpliwie splątanej historii pani 
Szymbartowej śmiertelnie obawiającej się lekarzy i leczącej jedyną córkę okładami z 
posiekanych śledzi; frasobliwie kręcił głową słuchając szczegółów ucieczki przez okno i 
poradził jej serdecznie, aby w dniu powrotu ojca przyszła znów do niego, a on jej da 
doskonałą maść, która wybornie goi miejsce karzącą ręką ojcowską dotkliwie znieważone. 
Ponieważ sobotnie popołudnie wolne było od przyjęć, pan doktor oznajmił gotowość 
natychmiastowej wyprawy do Szymbartów, wyraziwszy nadzieję, że go pani Szymbartowa 
jednak nie obleje wrzącym ukropem. 
- Ja wejdę pierwsza, a pan poczeka u pana Szymbarta - rzekła Ewcia. 
- Czy jego mam też zbadać? 
-Nie, ale gdyby mu pan przepisał buteleczkę koniaku, poczciwy ten człowiek byłby 
panu serdecznie wdzięczny. Ja bardzo lubię pana Szymbarta. 
Właśnie on otworzył im drzwi, co Ewci dodało otuchy. Pan Szymbart wzruszył się 
głęboko, dowiedziawszy się, kim jest jej towarzysz... Objaśnił ich pośpiesznym szeptem co i 
jak i wprowadził lekarza do swojego pokoju. 
Ewcia zapukała cichutko do izdebki , w której przy łóżku ciężko chorej Zosi siedziała 
od wielu, wielu ciężkich godzin pani Szymbartowa. Patrzyła na córkę oczami, w których nie 
było spojrzenia, lecz samo tylko przerażenie. 
Ręce splotła tak kurczowo, że na przegubach palców widać było białą bezkrwistą 
skórę. Nieszczęśliwa matka nie śmiała głębiej odetchnąć, aby nie spłoszyć tej miękkiej ćmy 
snu, która czasem zlatywała na jej obłędnie ukochane dziecko. Mogło się zdawać, że pani 
Szymbartowa zamknęła się w boleści; wszystko dookoła niej -żywe czy martwe -przestało 
istnieć, a świat cały zmniejszył się przeraźliwie do kształtów biednej, biedniutkiej 
dziewczyny. Leżała ona blada z zimnymi kroplami potu na czole. Usta jej, białe niemal, lekko 
były rozwarte. Ręce chude, do cna wynędzniałe, leżały bez ruchu na ciężkiej kołdrze, a przy 
jej jaskrawo rozkrzyczanej czerwieni białość dziewczyny była tym przeraźliwsza. W pokoju 
był mrok: duszny, ciężki, nagrzany -jak suta draperia zwisająca z pułapu. Śmiertelnie smutny 
był widok leżącej nieruchomo nędzy i nieruchomo siedzącej rozpaczy, rozpaczy już do 
niczego niezdolnej, zmartwionej, już nie siedmiokrotnej, lecz stukrotnej. Zdawało się, że ta 
matka czeka bez ruchu na ukazanie się śmierci, aby drgnąć na jeden moment i całą treść życia 
zmienić w słowach: „Weźmij mnie, nie zabieraj tego dziecka!” 
Ewcia, nie usłyszawszy odpowiedzi na pytanie, weszła cicho, cichuteńko. Stanęła we 
drzwiach i ujrzała w mroku dwie plamy śmiertelnie białe: Twarze matki i córki. Pani 
Szymbartowa powoli i bez śladu zdziwienia skierowała na nią spojrzenie i coś jak gdyby 
niewyraźny szept zadrżał na jej ustach. Widać jednak, że nie mogła się ani podnieść, ani 
sklecić jednego słowa. Ewcia ukłoniła się i spojrzała na nią z bezmierną tkliwością. Potem, 
stąpając na palcach, podeszła do łóżka i pochyliła się nad ukochaną przyjaciółką. Zosia nie 
mogła słyszeć jej wejścia, lecz coś w jej serduszku ledwie bijącym musiało zadrżeć, bo 
powoli, jakby z trudem podniosła powieki. Zdawało się, że coś sobie z trudem przypomina i 
że sobie wreszcie po chwili przypomniała, bo uśmiechnęła się bledziutko i wyszeptała: 
- Ewcia... Ewcia... 
Ewcia odpowiedziała jej złotym uśmiechem, położyła palec na ustach, niby że jej 
mówić zakazuje i mówiła sama cichutko: 
-To ja, Zosieńko, to ja... Usłyszałam, że udajesz chorą, więc prędko przybiegłam i 
wciąż będę przychodziła. 
Położyła swoją rękę na rączynie Zosi i poczuła, że ta rączyna jest wilgotna. Coś ją 
chwyciło za gardło, lecz opanowała się szybko. 
-Zosieńko -mówiła z taką słodyczą, że głos jej brzmiał jak cichutka muzyka strasznie 
się za tobą stęskniłam... 
- Ja też... - starała się mówić dziewczyna. 
I znowu się uśmiechnęła. 
Pani Szymbartowa, ujrzawszy dwa uśmiechy na woskowej twarzy córki, zadrżała, jak 
gdyby te uśmiechy, nikłe jak tchnienie, blade jak świt jeszcze nie narodzony, wielkim były 
szczęściem. Zdawało się, że się stał jakiś cud. Od dwunastu godzin patrzyła w twarz córki i 
widziała na niej jedynie stężały na wosk smutek. Zdawało się, że teraz dopiero poznała 
Ewcię, spojrzenia ich się spotkały i wtedy Ewcia dała jej znak, że jej ma coś do powiedzenia. 
Pani Szymbartowa, myślą z jakichś mroków powracająca, podniosła się ciężko z 
krzesła. 
- Złocieńka - powiedziała Ewcia - zaraz tu wrócimy. Ja tylko coś pokażę mamusi... 
- Dobrze... 
Ewcia ujęła panią Szymbartową za ramię i łagodnie zwróciła się ku drzwiom. Zbolała 
kobieta, jak gdyby opuściła ja wola, szła pokornie. Ewcia zawiodła ją do dawnego swego 
pokoiku, posadziła na krześle i poczęła mówić gorąco: 
-Proszę pani... Przepraszam za to, co zrobiłam. Ale to teraz nie ma znaczenia... Zosia 
jest bardzo chora i to jest najważniejsze. Widzi pani, co się dzieje... Proszę pani... Ja 
przyprowadziłam lekarza, znakomitego lekarza... Jest u pana Szymbarta... 
Mogło się wydawać, że nieszczęśliwa kobieta nie rozumie ani słowa. 
- Przyprowadziłam lekarza! - rzekła Ewcia dobitnie. 
- Lekarza... - powtórzyła pani Szymbartowa głucho. - U nas nikt... nigdy... lekarza... 
-Otóż to! -mówiła Ewcia gorąco. -Byłabym to uczyniła już dawno, ale nie 
przypuszczałam, że pani do tego doprowadzi... przepraszam panią... nie przypuszczałam, ze 
Zosia jest aż tak chora. Na litość boską! Czemu pani... 
Nie dokończyła, spojrzawszy na twarz tej dziwnej matki, co dałaby sobie uciąć rękę za 
każdy rumiany uśmiech dziecka, a trwożącej się, że każdy obcy je skrzywdzi. 
- Mogę go zaprowadzić do Zosi? Słyszy mnie pani? 
- Tak, słyszę.. Czy to... czy to dobry lekarz? 
- Jeden z najlepszych! 
- Pozna się na wszystkim? 
- Tak, oczywiście... 
- Ewciu... - szepnęła pani Szymbartowa. - Ona nie umrze? 
- Niech pani odpuka! - zawołała Ewcia. - Ani jej się śni! 
Pani Szymbartowa tak patrzyła na jej usta, jak gdyby to one miały wygłosić 
nieomylny wyrok. Potem nagle rzuciła się Ewci na szyję ze szlochem. 
Ewcia przytuliła się do niej i mówiła szybko: 
-O, droga pani!... Wszystko będzie dobrze... Spokojnie, spokojnie... Niech pani nie 
płacze... Niech pani nie płacze, bo Zosia jeszcze usłyszy... 
Szloch pani Szymbartowej ustał jakby siłą zdławiony. Otwarła oczy i rzekła: 
-Bóg cię nagrodzi, Ewuniu...Bóg cię nagrodzi... Jak ona się do ciebie uśmiechała!... 
Chodźmy. Zawołaj lekarza...Może on... może on... Ja wszystko zrobiłam... Pewnie źle... 
Ewcia nie słyszała już ostatnich słów. 
Pan doktor Różański zadrżał wszedłszy do pokoiku, w którym leżała Zosia w martwej 
duszności powietrza. Spojrzał ciężkim spojrzeniem na stojącą we drzwiach, pełną 
śmiertelnego lęku panią Szymbartową. Niecierpliwym ruchem rozgarniając firanki i wezwał 
Ewcię do pomocy. Uśmiechnął się do Zosi dobrym, serdecznym uśmiechem i zagadał do niej 
wesoło: 
-Przyjaciółki naszych przyjaciółek są naszymi przyjaciółkami... Zaraz zobaczymy, 
czego dziewczynce brak? Ewci brak piątej klepki, ale chyba nie wszystkie panny skaczą przez 
okno jak kozy... Ewciu, podnieś poduszkę... Tak...tak...Kiedy teraz zapukam palcem w plecy, 
proszę mi nie odpowiadać: Proszę, a kto tam?” -bo powiem: „Swój!” -Ho, ho! Dziewczynka 
się śmieje, a Ewcia też się ze mnie natrząsa... 
Wciąż tak gadał niby wesoło, lecz w spojrzeniu miał troskę. 
Zosia zdziwiona i przejęta uśmiechnęła się naprawdę, gdyż pan ten był niezmiernie 
miły. Pani Szymbartowa patrzyła jak na czary i na gusła. Skoro ujrzała uśmiech córki, który 
się zjawiał coraz częściej od chwili wejścia Ewci i tego człowieka, serce w niej zadygotało z 
niezmiernego wrażenia. Ucichło jednak gwałtownie, gdy lekarz ukończył badanie 
pożegnawszy Zosię wesołym i żartobliwym pozdrowieniem, poszedł do sąsiedniego pokoju. 
Wszyscy poszli za nim. Pani Sztmbartowa blada i zaklęta stanęła na uboczu. Lekarz usiadł i 
przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Raz jeden spojrzał twardo i ciemno na zaślepioną matkę. 
Wreszcie rzekł cicho, jak gdyby się obawiając, że go może usłyszeć chora 
dziewczyna: 
- Proszę państwa, jest bardzo źle... 
- Jezu!... - jęknęła Pani Szymbartowa. 
-...Gruźlica mocno posunięta... Zbrodniczo zaniedbana... To dziecko zabijano na 
raty... 
W tej chwili lekarz napotkał błagalne spojrzenie Ewci, która mu wskazywała oczami 
panią Szymbartową. Zrozumiał je i dodał szybko: 
-...Dziewczynę można jednak uratować.. Nawet z wszelką pewnością można 
uratować... 
Pani Szymbartowa, bliska omdlenia, szeptała coś, czego nie można było rozumieć. 
Ewcia przysunęła się do niej i objęła ją miękko. 
-...Trzeba jednak zabrać ją do leczenia natychmiast, gdyż każda chwila jest bezcenna. 
Dziewczynę należy wysłać do sanatorium do Otwocka na czas długi, najkrócej na rok. Wtedy 
będzie uratowana. Słyszy pani? 
Pani Szymbartowa patrzyła w niego rozszerzonymi oczami i skinęła ciężko na znak, 
że słyszy. 
-Panie Szymbart! -rzekł lekarz. -Kładę panu na serce troskę o ten wyjazd. 
Natychmiastowy wyjazd! Wyjazd taki pośpieszny, jak gdyby to były wyścigi ze śmiercią. 
W pokoju drżała cisza smutna i przygniatająca. 
Lekarz zaczął po dłuższej chwili mówić znowu powoli i dobitnie. Pisał potem długo 
recepty, wreszcie podniósł się i zbierał się do odejścia. Wtedy pan Szymbart zbliżył się do 
niego nieśmiało i zaczął szeptać. 
-Nic! -odrzekł lekarz. -Przecie to przyjaciółka Ewci.. Moje honorarium ofiaruję na 
auto dla tej biednej dziewczynki. Bądź zdrowa, smarkulo.. Idź do licha, czemu się mnie 
czepiasz? Wynoś się! Daj mi od czasu do czasu znać, co słychać... Odczepisz się wreszcie, 
czy nie? Dość, dość, bo mi żebra połamiesz! Moje uszanowanie... 
Pan Szymbart poszedł odprowadzić lekarza do drzwi. Gdy powrócił, miał twarz szarą. 
Usiadł ciężko i mówił: 
-Bóg cię zesłał, Ewuniu.. I ten lekarz, zacny człowiek... Lecz co my zrobimy, co my 
zrobimy? 
- Z czym? - spytała Ewcia. 
- Na miesiąc pobytu w sanatorium może się znajdzie, a co potem? 
Ewcia zmarszczyła czoło w głębokim zamyśleniu. 
- Znajdzie się! - zawołała ściszonym głosem. - Żebym miała stanąć na głowie! 
Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego w tej dziwacznej pozycji Ewcia potrafi zdobyć 
pieniądze. Jakoś lżej jednakże westchnął pan Szymbart, a pani Szymbartowa spojrzała na nią 
z takim zdumieniem, jak gdyby Ewcia już stanęła na głowie. 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
w którym Ewcia przysparza stolicy dwóch elegantów najwyższej klasy 
Jerzy nie uszanował świętej niedzieli i rozpoczął dzień od awantury. 
-Gdzie jest mój czerwony jedwabny krawat? -wołał, wsadziwszy zatroskaną głowę w 
głąb szafy. 
Ponieważ szafa nie odpowiadała, powtórzył pytanie, zwróciwszy się w stronę matki i 
Ewci, siedzących przy śniadaniu. Pani Zawidzka wyraziła domysł, że może Jerzy zgubił 
krawat w podróży do Zakopanego. Malarz oświadczył w tonie rozjęczanym, że 
najwspanialszego swojego krawata nie zabierał w góry. Ewcia nie złożyła żadnego 
oświadczenia. 
- Ha! - zawył Jerzy. - A gdzie jest moja jedwabna koszula? 
Ponieważ i tego nikt nie mógł odgadnąć, poczęto snuć śmiałe przypuszczenia, wśród 
których najśmielszym było posądzenie Rolmopsa o kradzież, było to jednak posądzenie 
oczywiście niesłuszne, bo chociaż mogło się zdarzyć, że kundel w przystępie nagłego obłędu 
mógł zjeść krawat, nie mógłby jednak pożreć i strawić koszuli. Wobec tego Jerzy był bliski 
zrozpaczonego zamiaru rozwalenia głową twardej szafy, zanim to jednak wykonał, krzyknął 
po raz trzeci, zauważywszy brak jednej pary pończoch, jednej pary rękawiczek odświętnych i 
jednej chustki do nosa. Wtedy dopiero osłabnął, zatoczył się, jak gdyby na szlachetną jego 
głowę spadła z piątego piętra cegła, usiadł na krześle i głucho jęczał. Jawnym się stało, że 
niepojęta strata najwytworniejszych części garderoby musiała mu coś pomieszać w rozumie. 
Pani Zawidzka zawezwała Honorcię, która przysiągłszy na cienie ojców i dziadów, że 
nie ma pojęcia, kto mógł poczynić te straszliwe spustoszenia, poradziła życzliwie Jerzemu, 
żeby odmówił gorącą modlitwę do św. Antoniego, patrona rzeczy zgubionych. Malarz 
zamiast usłuchać dobrej rady, łypał oczami i od czasu do czasu chwytał się rękami za głowę 
mołojecką. Nagle znieruchomiał, bo ostatnim błyskiem świadomości zauważył, że milcząca 
Ewcia nasypała do herbaty trzy łyżeczki soli, a na jajko na miękko, z którego nie odtłukła 
skorupki, sypie cukier. Czujny jak szatan czyhający na zbladła z trwogi duszę, począł patrzeć 
pilnie i spostrzegł jeszcze bardziej zdumiony, że Ewcia zaczęła mieszać herbatę widelcem, co 
mu się wydało wynalazkiem całkowicie nowym. 
- Oho! - mruknął. - W tym coś jest... 
Ale co mogło być? Przecie Ewcia nie mogła zabrać ani krawata, ani potężnie 
rozrosłych rękawiczek, za obszernych nawet na jej nogi. Coś jednak wie! Jerzy postanowił nie 
spuszczać z oka tej zbrodniczej duszy. Przyszło mu na myśl, że Ewcia mogła ukryć jego 
odświętne stroje, aby mu urządzić psotę. Gdyby jednak tak było, uśmiechałaby się „pod 
wąsem”, a nie posypywałaby skorupki jajka cukrem, co dowodziło niewątpliwej rozterki 
ducha. 
Czując na sobie świdrujący wzrok Jerzego, Ewcia zaczęła mówić bez ładu i składu o 
wczorajszej awanturze u Szymbartów i o dzisiejszych odwiedzinach u pana Mudrowicza. 
Zwracała się tylko do pani Zawidzkiej i ani razu nie spojrzała w stronę Jurka. 
„Coś ty kręcisz, małpiszonie!” -pomyślał Jerzy, a głośno złożył uroczyste 
oświadczenie: -Jeżeli moje rzeczy nie znajdą się do wieczora, zapowiadam mamie, że 
podpalę dom! Czy wszyscy słyszeli? W tej chwili jest godzina dziesiąta piętnaście. O 
godzinie ósmej wieczorem stanie się nieszczęście. Ktoś sobie żarty ze mnie stroi! 
- Ani ja, ani Ewcia! - rzekła pani Zawidzka. - Poszukaj jeszcze w pracowni. 
-W pracowni byłem przed godziną. Nie widziałem tam żadnej koszuli. Jedwabnej 
koszuli! Kogo tam znowu przyniosło? - zakrzyknął, usłyszawszy dzwonek. 
Honorcia oznajmiła, że niejaki pan Rogalik zapytuje z ukłonem, czy może być 
przyjęty, chociaż o tak wczesnej porze, na minut pięć? Zanim Jerzy zdołał odpowiedzieć, że 
gotów jest udzielić nadzwyczajnego posłuchania panu koledze Rogalikowi, stało się coś 
niezwykłego: Ewcia zerwała się z krzesła i uciekła pędem sarny, która otrzymała wiadomość, 
że wilk jest w pobliżu. 
- Czemu ona uciekła? - zapytała zdumiona pani Zawidzka. 
-Furie ją gonią! -odrzekł jej syn głosem z grobu. -Za chwilę się dowiemy. Niech 
Honorcia poprosi pana Rogalika. 
Do pokoju nie wszedł pan Rogalik. Do pokoju weszło słońce. Do pokoju wszedł 
królewicz z bajki. Wszedł arbiter elegantiarum, świetny dandys, kawaler d'0rsay, książę 
Walii. Pan Rogalik, lecz jakże odmieniony: w pięknym, brązowym ubraniu, z czerwonym 
jedwabnym krawatem na niezłomnej szyi, w koszuli jedwabnej w czerwone paski i we 
wspaniałych, niezwykłej cienkości pończochach. Z kieszonki na piersi jak płomień wychylała 
się jedwabna chusteczka. Musiało być coś płomieniście olśniewającego w tej wybornej 
postaci, bo Jerzy zaniemówił ze zdumienia, albowiem kolega Rogalik pysznił się jego 
krawatem, jego koszulą itd., itd. Przywitawszy się dwornie z panią Zawidzką, wyszczerzył w 
uśmiechu niesłychaną ilość zębów (zęby nie były własnością Jerzego) i rzekł nieśmiałe: 
-Przyszedłem się panu pokazać w tych wszystkich wspaniałościach... Nigdy nie 
marzyłem o czymś podobnym... Bo to, proszę pani, pan Jerzy ofiarował mi i to ubranie, 
koszulę, i to wszystko... 
Pani Zawidzka uśmiechnęła się do świetnego dandysa, na syna jednak spojrzała z 
odrobiną smutku, słusznie rozumując, że jej syn pierworodny zwariował od samego rana 
najpierw bowiem ofiarował miłemu Rogalikowi rozmaite rzeczy, a potem groził spaleniem 
domu, jeżeli się nie znajdą do wieczora. Po czym pozostawiła młodzieńców samych i poszła 
szukać Ewci, aby jej oznajmić, co i jak się stało. 
Kolega Rogalik uśmiechnął się raz jeszcze, jeszcze raz uścisnął dłoń Jerzego i rzekł: 
-Proszę pana! Pan jest najzacniejszym człowiekiem na tym złym świecie. Ja zaś długo 
się wahałem, czy mogę przyjąć rzeczy tak kosztowne, lecz pomyślałem sobie, że nie wolno 
mi odmową robić panu przykrości. Jednego jednak przyjąć nie mogę! 
-Czego pan nie może przyjąć? -zapytał Jerzy głosem, który i ciemną barwą, i niską 
temperaturą przypominał mrożoną kawę. 
-Pieniędzy -rzekł cicho Rogalik. -To już za wiele. I ubranie, i koszula, i krawat, i 
jeszcze do tego pieniądze 
- Ja panu dałem pieniądze? 
-Niech pan nie udaje -zaśmiał się serdecznie Rogalik. -Włożył pan do kieszeni 
kamizelki trzydzieści jeden złotych... Byłbym już onegdaj je odniósł, ale dopiero dziś 
znalazłem... Dlatego przyszedłem o tak wczesnej porze. 
- Trzydzieści jeden złotych! - krzyknął Jerzy. - O żmijo! 
- Co pan mówi? - zdumiał się Rogalik. 
-Nic, nic... Ja tak do siebie... Panie Michałku kochany! Przyjął pan ubranie, musi pan 
przyjąć i to, co było w ubraniu. 
- Ależ to niepodobieństwo! 
-Musi pan! Żadne niepodobieństwo... Między nami malarzami... Daję słowo, że gadać 
z panem nigdy już nie będę, jeśli pan nie weźmie tych parę groszy. 
Tak długo prosił, że Rogalik rzekł wreszcie: 
- Dobrze, wezmę je, ale tylko jako pożyczkę. To rzekłszy, poprawił nabożnym ruchem 
jedwabny czerwony krawat, wygłosił siedem słów górnie brzmiących i pełnych uwielbienia 
dla Jerzego, ukłonił się również siedem razy i wyszedł na ulicę, na której przechodnie tylko 
dlatego nie padali przed nim na twarz, że właśnie nikt ulicą nie przechodził. 
Jurek zaś schwycił się raz jeszcze tego dnia rękami za głowę i wył cicho, a boleśnie: 
- Stracony na wieki mój przecudny krawat, stracona na wieki moja jedwabna koszula! 
- Czemu tak zawodzisz? - spytała wchodząc pani Zawidzka. 
- Czemu tak zawodzę? Posłuchaj tylko... 
I opowiedział, jak to ten potwór, ten wąż, ten czort, ta młoda czarownica, słowem: ta 
Ewcia miała na jego prośbę przygotować dla Rogalika ubranie i jak samowolnie dodała do 
ubrania najwytworniejsze części jego garderoby, żeby zaś Rogalik wspaniale wystrojony 
mógł wieść życie ponad stan, włożyła do kieszeni ubrania cały swój majątek. 
-Już mnie coś tknęło, kiedy wczoraj pożyczyła ode i mnie osiemdziesiąt groszy na 
tramwaj! Słyszała mama o czymś podobnym? Trzydzieści jeden złotych ofiarowuje biednemu 
chłopcu, którego widziała przez pięć minut, a sama pożycza na tramwaj. 
- Ona oddałaby biednemu ostatnią koszulę - rzekła pani Zawidzka. 
-Niech oddaje, ale czemu przy sposobności oddaje i moje? Jak chciała zrobić kawał, 
mogła wybrać inną, ale ona - ziółko! - starannie wybrała wszystko najlepsze. 
Zaraz na ten temat z nią pogadam, że jej oko zbieleje. Gdzie ona jest? 
-Jureczku! -rzekła pani Zawidzka. -Tylko bez awantur! Tobie zostało jeszcze wiele i 
koszul, i krawatów, a ona oddała ostatni swój grosz. Poza tym pojęcia nie mam, gdzie jest 
Ewcia. Chyba pod ziemię się zapadła! 
-Nie może być! -zawołał Jerzy zaniepokojony. -Ależ trzeba szukać jej natychmiast... 
Wszędzie jej mama szukała? 
- Wszędzie. 
- Z domu chyba nie wyszła? 
- Nie wiem. Musiała się ciebie przestraszyć... 
-Ona mnie? -zaśmiał się Jerzy boleśnie. -Ona tak się mnie boi jak koza kapusty. 
Przecie ona wczoraj zmogła nawet panią Szymbartową. A nie ma jej przypadkiem na strychu? 
- Strych zamknięty, piwnica też... 
-Oj! -myślał Jerzy głośno. -Licho wie, co jej może strzelić do głowy... Przez ten 
głupi krawat i jeszcze głupszą koszulę. 
Pani Zawidzka uśmiechnęła się. 
-Nareszcie! Idź jej teraz szukać. Biedactwo miało wczoraj przejścia u Szymbartów, 
dzisiaj wybiera się do Mudrowicza, a w międzyczasie musi uciekać przed tobą. 
Jerzy poskrobał się w głowę i poszedł na poszukiwania. Przetrząsnął cały dom, 
obszedł wszystkie zakamarki, wreszcie wyszedł -już naprawdę zatroskany -do ogródka, aby 
spojrzeć, czy jej nie ma na dachu, dość słusznie rozumując, że osoba tak sprawna i 
pomysłowa mogła tam wleźć po rynnie. Na dachu siedział jedynie wróbel. 
- Ewciu! - zawołał Jerzy. - Ewuniu! Wróbel uciekł, a Ewcia się nie ukazała. 
-Zdaje się, że narobiłem bigosu -mówił Jerzy sam do siebie. -Ewuniu! -wrzasnął 
dodatkowo, niemal z rozpaczą. 
-Czy pan kogo szuka? -odezwał się głos poza nim. Jerzy obejrzał się szybko i 
zobaczył pannę z orzechowymi oczami, wyglądającą spoza niskiego muru, co dzieli dwie 
sąsiadujące wille. Musiała stać albo na drabince, albo na krześle. 
-Tak, proszę pani! -odrzekł Jerzy kłaniając się. -Ewcia gdzieś mi się zapodziała... 
Nie widziała jej pani przypadkiem? 
-Niedawno widziałam jedynie wychodzącego od państwa jakiegoś świetnego 
młodzieńca, który miał prześliczny, czerwony krawat... 
Jerzy spojrzał szybko na panienkę, badając, czy z niego nie kpi, panienka jednak 
uśmiechała się tak niewinnie, jak gdyby próbowała przed chwilą doliczyć do trzech i nie 
zdołała dokazać tej wspaniałej sztuki. Chciał krzyknąć wniebogłosy: „To był kiedyś mój 
krawat!” - ale zdławił w sobie boleść tego okrzyku i zapytał podejrzliwie: 
- Czy pani dawno siedzi na tym murze? 
- Dość dawno... Albo co? 
- I nie widziała pani Ewci? 
- A czemu pan jej szuka? Czy pan ją chce zabić? - mówiła śmiejąc się. 
„Ta też kręci... - pomyślał Jerzy. - Oho! Baby zrobiły spółkę...” - Potem rzekł głośno: -
Gdyby pani przypadkiem zobaczyła Ewcię, niech jej pani powie, że wszystko się wyjaśniło i 
że moja matka bardzo jest zaniepokojona jej zniknięciem. 
- A pan? 
- Ja to jakoś przeżyję - odrzekł Jerzy ponuro. 
- A czemu pan zaglądał aż na dach? I czemu pan wołał tak ślicznie: „Ewuniu”? 
- Kobiety są strasznym wynalazkiem! - jęknął Jerzy w głębi duszy. 
-Widać, że i pan jest zmartwiony -mówiła panienka z takim uśmiechem, że zdawało 
się: złoty promyczek spływa z prześlicznych jej oczów. -Ale niech się pan nie martwi! Ja 
jestem upoważniona do rozmów na temat wieczystego pokoju... Czy pan złoży na moje ręce 
przyrzeczenie, że pan nie pociągnie Ewci do odpowiedzialności za krawat, koszulę... 
Zawahała się na chwilę, jak gdyby zapomniała roli, lecz gdy następne słowa 
podszepnął jej niewidzialny sufler, dodała szybko: 
- ...aha! Za pończochy i rękawiczki? Czy pan przyrzeka? Jerzy zaśmiał się głośno: 
-Niech pani powie temu potworowi, co tam siedzi za murem i zapewne ciągnie panią 
w tej chwili za nogę, że na razie ujdzie z życiem, do następnej awantury oczywiście. Aha! I 
niech jej pani powie, że zawdzięcza to jedynie pani, Ewciu, słyszysz? 
Na murze ukazały się dwie ręce, a za chwilę ponad murem zadarty nosek, wreszcie z 
małpią zręcznością wygramoliła się na mur cała osoba, po lewej stronie oblicza jeszcze 
zatrwożona, po prawej już uśmiechnięta. 
- Panno Basiu! - zawołała. - Pani jest aniołem! A ty szatanie, łap mnie, bo skaczę! 
Jerzy nie miał czasu wyciągnąć ramion, a Ewcia już skoczyła. Wprawdzie Jerzy 
chwycił ją w locie, lecz pocisk był tak ciężki i z takim cisnął się rozmachem, że najpierw na 
trawę wykopyrtnął się Jerzy, a na niego, potem przez niego przekopyrtnęła się Ewcia. 
-Widziała pani? -zawołał Jerzy podnosząc się z ziemi. -Tak się z nią zaczyna 
wieczysty pokój. Ewcia zaś już tłumaczyła pani Zawidzkiej, dlaczego tak rozrzutnie wystroiła 
Rogalika. Jerzy zbliżył się i słuchał. 
-Proszę pani! Jerzy powiada do mnie najpierw, aby Rogalikowi dać ubranie. A potem 
to się zamyślił i dodał: 
„Zróbmy tak, żeby wyglądał jak arcyksiążę!” -O, jesteś, Jureczku! Zaprzecz, że tak 
nie powiedziałeś. 
- Powiedziałem i cóż z tego? 
- Jak to „cóż z tego”? Czy arcyksiążę może mieć ubranie i nie mieć koszuli? Czy może 
chodzić bez krawata? Zrozumiałam, że pragniesz naprawdę go jako tako odziać. Jednego mi 
tylko żal... Tego mianowicie, że mu nie dałam butów, a już je miałam w rękach. 
-Buty sobie kupi -odrzekł Jerzy zjadliwie. -Znalazł przecie w kamizelce trzydzieści 
jeden złotych. 
- Och! - jęknęła Ewcia. - Skąd o tym wiesz? 
- Rogalik jest honorowym człowiekiem. Przyszedł je zwrócić... 
Na twarzy Ewci ukazało się nagłe przerażenie. 
- I ty je przyjąłeś? 
-Chciałem, pomyślałem sobie jednak, że nawet arcyksiążę bez pieniędzy byłby 
zwyczajnym łapserdakiem. 
-Jureczku! -zawołała Ewcia. -Gotowa jestem powtórzyć za Basią, że jesteś 
znakomitym człowiekiem. 
- Za jaką znowu Basią? - zdumiała się pani Zawidzka. - Co wy wygadujecie? 
-Basią, proszę pani, jest to panienka z naprzeciwka -mówiła Ewcia niewinnie -do 
której Jurek robi wciąż oko i dlatego - pamięta pani? - chciała w niego rzucić butem. 
- Jerzy, co to wszystko znaczy? 
-To znaczy, proszę mamy, że ja tego brzdąca upiekę na rożnie, potem ją położę na 
lodzie, aby ostygła, i znowu będę piec. 
-Wart Pac pałaca! - zaśmiała się pani Zawidzka. - Ewciu! Czy ty byłaś przed chwilą u 
tej Basi? 
-Tak, proszę pani. To rozkoszna panienka i bardzo mądra. A oczy ma jak marzenie. 
Zdaje się, że będziemy w wielkiej przyjaźni... 
- A cóż ona robi? 
-Zdaje mi się, że studiuje historię polskiego malarstwa. Wciąż się wpatruje w jakiś 
obrazek. 
- Oszaleję! - mruknął Jerzy i wyszedł z taką miną, jak gdyby szedł na własny pogrzeb. 
Pani Zawidzka patrzyła i słuchała wszystkiego zdziwiona. 
- Co jemu się stało? - spytała. 
Ewcia zamyśliła się, pokręciła głową i rzekła z powaga: 
- Proszę pani... Już wielki czas, aby Jurka ożenić! 
- Co takiego? 
- Ja wiem, co mówię... I chyba ja się tym zajmę, on sam nigdy się na to nie zdobędzie! 
Pani Zawidzka wzruszyła ramionami, głęboko przekonana, że i jej synowi, i Ewci upał 
pomieszał coś w głowach. Nie mogła zastanowić się nad tym głębiej, gdyż przyszedł pan 
Szymbart z uroczystą wizytą do Ewci, aby jej podziękować za wczorajsze bohaterstwo i 
oznajmić, że Zosia wyjedzie za trzy dni i że sama nadzieja wyjazdu znacznie ją ożywiła. 
Zwierzył się następnie ściszonym głosem, że pani Szymbartowa przyszła wreszcie do siebie, 
wypłakała się serdecznie i obficie, a wspominając Ewcię, wznosi oczy w stronę nieba. 
-Moja żona kazała ci powiedzieć, Ewuniu, że gdybyś chciała do nas powrócić, kwiaty 
rozsypie przed drzwiami. 
-To na nic -odrzekła uszczęśliwiona dziewczyna -bo wyszłam oknem i wrócę przez 
okno, ale dopiero przed samym powrotem ojca. 
- Zresztą - mówiła śmiejąc się pani Zawidzka - musiałaby i od nas uciekać przez okno, 
bo my jej nie wypuścimy. 
-Siedem miast walczy o moją osobę! -zawołała Ewcia radośnie. -Panie Szymbart! 
Czy wie pan, dokąd ja idę dzisiaj po obiedzie? Niech się pan trzyma mocno krzesła, bo pan 
zleci: do pana Mudrowicza. 
- Ha! - rzekł ów zdziwiony. - Czy mam stanąć na straży? 
Ewcia poszła do pana Mudrowicza bez zbrojnej asysty, niosła natomiast kilka róż z 
ogródka pani Zawidzkiej, która szepnęła jej przy pożegnaniu: 
- Ewciu, pamiętasz? 
- Oczywiście! Niech Jurek przygotuje mowę. 
Już z ulicy zauważyła Ewcia, że okna w mieszkaniu pana Mudrowicza są szeroko 
otwarte, czyli że do posępnej twierdzy obojętnego na wszystko smętku mógł wpłynąć świeży 
powiew. Ba! Z podstawy tych okien wytryskały płomienie: czerwone pelargonie. 
„Jeżeli jeszcze ten wilkołak Paweł -pomyślała Ewcia -będzie miał kwiat w 
butonierce, nastąpi koniec świata”. 
Człowiek-widmo nie przystroił się jednak kwiatem, lecz -co było dziwniejsze usiłował 
z niebieskiej porcelany swoich oczów wykrzesać przyjemny błysk na widok 
dziewczyny. Wprawdzie z równym powodzeniem mogłaby krowa morska zaśpiewać 
neapolitańską piosenkę, Ewcia jednak oceniła w locie dobre chęci tego żałobnika, który zdawało 
się - nosił w sobie wszystkie bóle, cierpienia i zmartwienia Starego Miasta. 
- Jak się miewamy, panie Pawle? - rzekła Ewcia przyjaźnie. - Pan jest? 
-A gdzieżby się podział? -odpowiedział ten żywy karawan i tak był głęboko 
przekonany, że udało mu się zrobić niesłychany dowcip, że z zachwytu zamknął oczy. 
Ewcia weszła śmiało i z odrobiną hałasu do znanego jej pokoju, lecz przystanęła w 
drzwiach i zawołała: 
- Panie Boże Wszechmogący! 
Nie: - „Boże!” - ani nie: - „Ach Boże!” - bo taki wykrzyknik choć nabożny, byłby zbyt 
chudy na widok rewolucyjnych zmian poczynionych tu w przeciągu tygodnia. Przez pokój ten 
musiał przejść Herkules i dokonać w nim swojej trzynastej pracy. Musiał przez ten pokój 
przewiać tajfun, co wymiótł zakurzoną stęchliznę. Smutna pieczara smoka zmieniona została 
w przybytek wcale radosny: na ścianach wisiały wspaniałe obrazy Zawidzkiego; ceratowa 
kanapa została wyniesiona i zapewne spalona nad brzegiem Wisły; na miejscu rozkraczonego 
i zarzuconego szpargałami stołu pyszniło się biurko, na którym w srebrnych ramkach stały 
dwie fotografie i wazon z kwiatami; podłoga pokryta była wzorzystym dywanem; zniknęły 
stare krzesła; nawet sympatyczny piec został dokładnie wymyty jak komin w okresie 
Wielkanocy. Ewcia nie wierzyła własnym, w tej chwili bardzo szeroko otwartym oczom. 
W tym pokoju nie było nikogo, lecz drzwi od sąsiedniego były uchylone. Ewcia czuła, 
że stoi za nimi pan Mudrowicz i wiedziała z całkowitą pewnością, że nie śmie wejść na jej 
przywitanie, sam zapewne zatrwożony swoją rolą króla Odnowiciela. Jest z pewnością 
wzruszony, a może, może nawet odrobinę szczęśliwy. Ewcia zaś była naprawdę wzruszona. 
Przecie ten stary, smutny człowiek uwierzył jej słowom zielonym, niedowarzonym słowom, 
lecz mającym kształt serca. 
-Proszę pana, proszę pana!... - zawołała gorąco. Pan Mudrowicz wyszedł spoza drzwi, 
nieśmiały i jakby zawstydzony. Ją coś pchnęło, bo nie namyślając się rzuciła się w jego 
objęcia. A on mówił cichym, głębokim głosem: 
- A co, Ewciu, a co?... Tak, jak mówiłaś... Witam cię drogie dziecko... 
Tulił jej głowinę do piersi i gładził ją ręką. 
- Co to? Przyniosłaś mi róże?... Co ci się stało? 
Pytanie było uzasadnione, bo Ewcia nagle aż usiadła na nowym fotelu i patrzyła na 
niego jak na zamorskie dziwo. Pan Mudrowicz czy nie pan Mudrowicz? W 
ciemnogranatowym odzieniu niemal wytworny; krawat w złote prążki. Ogolony chyba 
najostrzejszą brzytwą świata. Wysoki, prosto się trzymający pan Mudrowicz był imponujący. 
Nowej twarzy kupić wprawdzie nie mógł, lecz na tej dawnej, starej i brzydkiej zjawiły się 
przebłyski radosnego zakłopotania. Uśmiechnął się wstydliwym uśmiechem i rzekł: 
- Kapelusz też mam nowy... 
- Nie może być! 
- I laskę... 
- Nie może być! 
Pan Mudrowicz przykrył oczy powiekami i dodał bardzo cicho: 
- Zdaje mi się też, że i duszę mam jak gdyby nową... 
-A nie mówiłam? Tylko się ogolić! Usłyszawszy to, zaśmiał się głośno były pan 
Mudrowicz, a Ewcia za nim. 
- Widzisz, Ewuniu - mówił on - rozmyślałem długo nad wszystkim... Nad tym, co było 
i co jest... To ty, dziecko, pokazałaś mi światełko... jedną iskierkę... Ale to wystarczyło. 
Zacząłem się zastanawiać, czy warto unikać słońca i ludzi? Gnuśnieć, obrastać mchem, 
oddychać stęchlizną, rozdrapywać rany... Ty nie znasz mego życia -(Ewcia przybladła) wiedz 
o tym jedynie, że było ono bardzo, bardzo smutne... Przyszedłem do przekonania, że 
pławienie się w czarnej wodzie smutku jest sprawą nierozumną. Nie powiem ci od razu 
wszystkiego, co mi przyszło na myśl. Wiele, wiele rzeczy! Kiedyś może się dowiesz... Te 
wszystkie nowe graty i te kwiatki, i ten mój strój to drobiazg. To tylko teatr... Wiesz ty 
jednak, Ewuniu, czego ci się udało dokonać?. .. Udało ci się poruszyć we mnie coś... 
Glos mu zadrżał i pan Mudrowicz przesunął ręką po czole. 
-... Po co ja żyłem na tym świecie? -mówił gwałtownie, z nagle obudzoną 
namiętnością i jakby z żalem. -Byłaś tu przed tygodniem, a ja przez siedem nocy 
rozmyślałem nad tym: co ja czyniłem przez tyle, tyle lat?... Mówię o tym do ciebie, choć 
jesteś maleńka, choć masz dopiero szesnaście lat. Ale to przecie wszystko jedno! Zanim ty 
przemówiłaś do mnie, nie przemawiał do mnie nikt. Ja byłem zły czy oschły, czy jaki tam! 
Dlaczegóż ktokolwiek miał być inny wobec mnie? Może mi się uda teraz przekonać 
chociażby ciebie tylko, mała dziewczynko, że na coś się przydam jeszcze... Uwierzyłem ja 
tobie, teraz ty uwierz mnie... 
- O, jak panu serdecznie wierzę! 
-To dobrze, to dobrze... Nie mówmy już o tym... Stało się! Przenicowałaś mnie na 
stare lata... Może jednak wiedział Pan Bóg, co robi, że przystał do mnie takiego złotego 
pędraka... Nie wysłuchałbym zapewne pierwszego nawet słowa, gdyby ktoś inny przyszedł 
mnie gromić i nawracać. A z tobą, mała dziewczynko... Ale naprawdę nie mówmy już o tym! 
Powiedz mi, co ty robiłaś i co się z tobą działo? 
Pan Mudrowicz, były odludek, mało -widać -znał kobiety, skoro tak nieopatrznym 
pytaniem odkręcił kurek wodociągu. 
Ewcia, zaprawna w długodystansowym gadaniu, przeszła sama siebie. Jak Wojski 
zaczerpnąwszy oddechu, rozpoczęła opowieść siedmiu dni, zacząwszy ją od owego 
wspaniałego pokropionego winem wieczoru, podczas którego troje istot ponad miarę 
szczęśliwych wzniosło zdrowie pana Mudrowiecza. 
-Doskonałym winem! -terkotała Ewcia. -Musiał pan mieć czkawkę... A pani 
Zawidzka miała łzy w oczach. Czy pan wie, że ile razy wspomni kto u nas pańskie nazwisko, 
to wszystkim oczy się śmieją?... My pana uwielbiamy, słyszy pan? -uwielbiamy! A ja panu 
przysięgam, że pani Zawidzka codziennie modli się za pana. 
Pan Mudrowicz słuchał w oszołomieniu. Chciał coś rzec, lecz roztrajkotana Ewa nie 
raczyła go dopuścić do słowa, wobec czego dowiedział się: o portrecie i o wybitej szybie, o 
biednej Zosi Szymbartównie, o ślicznej pannie Basi i o Rogaliku, o stu rzeczach i jeszcze 
jednej. Każde słowo Ewci było maleńkim lusterkiem, co odbiwszy w sobie promień 
słoneczny, rzucało nagły błysk na twarz pana Mudrowicza. Z brzydkiej tej twarzy można było 
odczytać bardzo bystrymi oczami, że temu człowiekowi jest w tej chwili dobrze; że jeszcze 
nieśmiało się cieszy, lecz coraz więcej oswaja się z niespodziewanym szczęściem; że 
dziecinnej, śmiesznej i wesołej, i smutnej opowieści dziewczyny słucha zachłannie jak 
wielkiej nowiny. A dziewczyna ani myślała kończyć swojej opętanej gadaniny. W ten sposób 
dowiedział się stary samotnik, co dotąd jedynie wieczorami wychodził z domu i uciekał przed 
każdym spotkaniem, o wszystkim, co się działo o dwa kroki, za najeżonym murem jego 
samotności, wśród dobrych ludzi. Chcą oni być dobrzy nawet dla niego, nawet dla niego... 
Ponieważ najbardziej wygadanej damie potrzebna jest chwila odpoczynku, przeto i 
Ewcia zatrzymała się w potężnym pędzie wymowy, którym można by przez miesiąc poruszać 
niewielki młyn lub elektrownię. Skorzystał z tego pan Mudrowicz, „wziął słowo i rzekł”: 
- Czym ja się tobie, dziewczyno, odwdzięczę? 
- Za co? 
- Za wszystko... Chociażby za to, że tu jesteś... Ewcia zaśmiała się srebrzyście. 
-Znam ludzi, którzy wiele daliby za to, aby mnie czasem nie było! Nagle zamyśliła 
się i dodała szybko: 
-Chce mi się pan odwdzięczyć? Dobrze! Ale niech pan to weźmie pod uwagę, że 
jestem piekielnie chytra. 
- Nie może być! - zawołał już naprawdę wesoło pan Mudrowicz. 
-Może być, bo jest. W każdym razie w szkole w mojej klasie jestem najchytrzejsza. 
Proszę pana: zróbmy układ. 
- Zrobione! 
-Niech się pan nie śpieszy! Ostrzegam pana... Zróbmy tak: niech mi pan przyrzeknie, 
że pan nie odmówi dzisiaj mojej pierwszej prośbie. 
- Jakaż to prośba? 
-Otóż właśnie, że jeszcze nie wiem. Myślę jednak, że pana o coś poproszę. Na lody to 
mnie pan sam zaprosił przez telefon, więc to się nie liczy. 
-Sama się zaprosiłaś! -zaśmiał się stary człowiek i patrzył wesoło na najchytrzejsza 
kobietę stulecia. - A co do tej twojej prośby - zgoda! 
- Ręka? 
-Ręka! -zawołał pan Mudrowicz. Uderzyli w dłonie, jak to czynią dwaj przemyślni 
Cyganie po ukończeniu targu o konia. 
- Już szósta! - rzekła Ewcia. - Niech pan weźmie nowy kapelusz i laskę. Panie Pawle! 
Czarne widmo ukazało się na zaklęcie. 
-Proszę podać panu kapelusz i laskę! Ach... jeszcze jedno... Co Paweł przygotował na 
kolację dla pana? 
Widmo odrzekło, że kwaśne mleko z kartoflami jest zwyczajnym pożywieniem 
wieczorowym i pana, i sługi. A gdyby i panienka zapragnęła wybornej tej potrawy, znajdzie 
się i dla panienki. 
-Dzisiaj będzie Paweł jadł sam kwaśne mleko z kartoflami. Pan nie będzie dzisiaj jadł 
w domu. 
-Dlaczego? -zdziwił się pan Mudrowicz, wobec czego Paweł nie powtórzył tego 
pytania, lecz zdziwił się też na rachunek własny. 
Ewcia uśmiechnęła się najpierw de patrona, następnie do jego famulusa i rzekła 
wesoło: 
- Jeden Pan Bóg wie, gdzie my dzisiaj będziemy jedli. Idziemy? Zaraz, zaraz... 
Wyjęła z wiązki jedną różę i wspiąwszy się na palcach, włożyła ją w klapę ubrania 
pana Mudrowicza. Widok ten tak oczarował Pawła, że oparł się w zdumieniu o piec. Nie 
uczynił tego pan Mudrowicz jedynie dlatego, że starym zwyczajem w pokoju był jeden tylko 
piec. Bąknął tylko: 
-Ależ, Ewuniu! Ona jednak, nie zwracając na nic uwagi, wetknęła swoje ramię pod 
jego ramię i mrugnąwszy wesoło w stronę nieruchomego jeszcze Pawła, wywiodła lekko 
opierającego się starego swego przyjaciela „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. 
Mogłoby się wydawać, że pan Mudrowicz szedł jak na ścięcie. Gdyby był damą, 
mógłby powtórzyć: „I chciałabym, i boję się”. Ewcia czuła wyraźnie, że dla tego 
nieszczęśnika, co żył jak puchacz w swojej mrocznej dziupli i bał się dziennego światła, 
wyprawa ta w biały dzień jest udręką. Poczęła gadać niezmordowanie o wszystkim i o 
niczym, byle tylko odwrócić jego uwagę od śmiałego czynu. Widziała kącikiem oka, jak pan 
Mudrowicz patrzy dokoła siebie spode łba, jak gdyby badał, czy ktoś się na jego widok nie 
wzdrygnie. Przechodnie jednak mijali tę dziwną parę obojętnie. 
„Widać, że na świecie jest pokaźna ilość brzydkich ludzi”-pomyślał pan Mudrowicz i 
zaczął stąpać raźniej. 
- Pojęcia pan nie ma, jaki pan jest elegancki! - szepnęła Ewcia. 
Stary dziwak wyraźnie się zarumienił. 
-Tylko niech pan nie stawia takich potężnych kroków, bo ja będę musiała biec. Proszę 
pana! Idziemy naprawdę na lody, czy to było tylko takie lodowate gadanie? 
-Idziemy, oczywiście, że idziemy -odrzekł on szybko. -Tylko dokąd? Nie 
chciałbym... 
Ewcia spojrzała na niego spod oka. Wiedziała, czego by nie chciał: wielkiej cukierni i 
tłocznej ludzkiej ciżby. 
-Ja znam -mówiła Ewcia -taką świetną mleczarenkę, w której zjadłam niedawno 
cztery bułki, a mój pies siedem. Jureczek Zawidzki mnie tam zaprowadził, kiedy mnie 
schwytał na ulicy. Tam muszą być też i lody! 
W mleczarence istotnie były lody, natomiast całe szczęście że tym razem nie było psa, 
gdyżby ich zabrakło. Okazało się natomiast, że nawet wyborne lody „w trzech smakach”, z 
których jeden niczym nie różnił się od drugiego, a drugi od trzeciego, chyba barwą, nie 
zdołały zamrozić ognistej wymowy Ewci. Dziewczyna była szczęśliwa, ale i ten siwy, 
sterany, brzydki człowiek promieniał na swój sposób. Dwa razy zaśmiał się głośno, a trzy 
razy cicho. Patrzył na dziewczynę z takim gorącym rozrzewnieniem, że lody topniały. 
Siedzieli w ciemnym kąciku, lecz tam było w tej chwili najjaśniej. 
Nagle Ewcia chwyciła pana Mudrowicza za rękę. 
- Oj, bo skonam! - szepnęła. 
I nieznacznie pokazała panu Mudrowiczowi ruchem głowy świetnego młodziana, 
który z pięknym ukłonem poprosił o szklankę czystej wody sodowej. 
-To Rogalik! -szepnęła Ewcia. -Pamięta pan, co panu opowiadałam? To ten kochany 
biedaczyna, syn szewca, co chce zostać malarzem. Prawda, jaki śliczny wycyganiłam dla 
niego krawat? Ależ szaleje nieboraczek! Musiał się długo namyślać, nim się odważył na tę 
wodę sodową za dziesięć groszy... 
- Ewuniu! - również szeptem mówił szybko pan Mudrowicz. - Zaproś go na lody. 
- Naprawdę? 
Miły Rogalik byłby wypuścił szklankę z ręki, gdyby nie straszliwa moc jego ducha. 
Stanął cały w płomieniach, jak stóg siana podczas pożaru, i wciąż się kłaniał. 
-To jest -mówiła Ewcia ze wzruszoną powagą -pan Rogalik, malarz, a to jest... to 
jest mój najukochańszy wujaszek... 
Dwaj wspaniale wytworni panowie skłonili się sobie i -o, dziwo! -uśmiechnęli się 
wzajemnie. Ewcia zaś wołała o największe lody, jakie ludzkość widziała kiedykolwiek. 
Rogalik, na skrzydłach wichru niespodziewanie wyniesiony aż pod sam pułap 
siódmego nieba, nawet nie zauważył, że Ewcia do rodzonego i najukochańszego wuja mówi 
wciąż: „proszę pana!” - bo najpierw zajął się niebiańskim smakołykiem „o trzech smakach”, a 
następnie począł się pilnie wpatrywać w twarz pana Mudrowicza. Stary człowiek poczuł 
niepokój, a Ewci uczyniło się przykro. 
Nagle wniebowzięty Rogalik rzekł gorąco: 
- Och, jakżebym ja chętnie pana namalował, gdybym umiał! 
- Czemuż to? - zapytał sucho stary człowiek. 
-Bo pan ma tak wspaniale wyrazistą twarz! Strasznie wyrazistą! Bardzo męską... A 
oczy niebywale przenikliwe! 
„Niech ci Bóg da zdrowie. Rogaliku!”- pomyślała Ewcia, głęboko odetchnąwszy. 
A pan Mudrowicz wpił się spojrzeniem w jasną, szczerą, cudownie chłopięcą, otwartą 
twarz chłopca i długo patrzył. Ale nie znalazł w niej zdrady. 
- Dobrze! - rzekł cicho. - Pogadamy o tym. A czy pan ma jakieś swoje obrazy? 
- Mam, oczywiście! - zdumiał się Rogalik. 
-W takim razie niech je pan do mnie przyniesie... Rad je zobaczę... Mam już dwa 
obrazy Zawidzkiego... 
-W takim razie ma pan dwa arcydzieła! -wykrzyknął malarzyna. -Gdzie mnie do 
Zawidzkiego! 
„Chłopcze drogi!” - pomyślała Ewcia. 
Musiało i panu Mudrowiczowi podobać się pokorne oświadczenie Rogalika, bo 
spojrzał na niego życzliwie. 
-Przyniesie pan obrazy! -rzekł z uśmiechem.-Ewcia powie panu dokąd. Ewuniu, 
czemu patrzysz na zegarek? 
- Bo na mnie już czas... 
Wyszli z cukierenki, za czym Rogalik ukłonił się dwa razy panu Mudrowiczowi, a 
trzy razy Ewci i poszedł pokazać swój krawat tej reszcie mieszkańców Warszawy, która go 
jeszcze dotąd nie widziała. 
-A teraz pan mnie odprowadzi... -mówiła Ewcia jakoś dziwnie niepewnie. -To 
niedaleko... To już bardzo niedaleko... Miły chłopak, prawda? 
- Bardzo miły! 
-Tędy... tylko przez tę ulicę jeszcze... Pan Mudrowicz spojrzał na nią uważnie, bo 
Ewcia stała się jakaś niespokojna, ale nic nie powiedział. 
-To już tu...-mówiła ona cicho. -O, ten dom, który pan ocalił... Prawda, jaki 
przyjemny dom?... 
-Ewuniu! -szepnął stary człowiek. -Zrobiłaś mi dziś wielką, wielką przyjemność... 
Dziękuję ci z całego serca. Kiedy się znowu zobaczymy? 
- Alboż my się już żegnamy? Proszę pana... 
- Co moje dziecko? 
- Czy pan pamięta, co mi pan przyrzekł? 
- Pamiętam... 
- I dotrzyma pan? 
- Zapewne... 
-W takim razie... Oj, jak mi w gardle zaschło!... Ja mam do pana jedną szaloną 
prośbę... Gwałtu, jak mi serce bije... Pan wie, jak ja pana kocham... Otóż jest taka sprawa... 
Pani Zawidzka... 
- Co pani Zawidzka? 
-Pani Zawidzka błaga pana przeze mnie... błaga pana, aby pan był tak dobry... Bo 
widzi pan, pani Zawidzka chce panu podziękować osobiście... Więc powiada do mnie: „Uproś 
pana Mudrowicza, niech dzisiaj w niedzielę...” 
Pan Mudrowicz cofnął się w zdumieniu. 
- Co w niedzielę? 
-„...niech odwiedzi nasz dom... Jako największy przyjaciel... Przyjmiemy go całym 
sercem...” To pani Zawidzka tak powiedziała... A ja jeszcze serdeczniej proszę... Proszę pana! 
Pan mi przyrzekł... Ja nie mam żadnej innej prośby, tylko tę jedną. Pojęcia pan nie ma, jak 
panu będzie dobrze! O, drogi panie! 
Pan Mudrowicz patrzył w twarz Ewci i zdaje się, że sam nie wiedział, czy śmiać się, 
czy gniewać? Ujrzawszy jednak jej minę i zastrachaną, i pełną nadziei, i smutną, i wesołą, 
rzekł: 
-Istotnie! Tak chytrej kobiety, jak ty, dotąd jeszcze nie widziano. Czy nie zwolnisz 
mnie z przysięgi? 
- Nigdy! - zawołała Ewcia. 
- I to jest wdzięczność za lody! - zaśmiał się pan Mudrowicz niepewnie. 
- A czy pan wie, co u nas dzisiaj będzie na kolację? - rzekła Ewcia z dumą. 
Pan Mudrowicz nie słyszał jednak tej zachęty, bo się sam z sobą mocował. 
-Chodźmy! -rzekł cicho. -Jestem przekonany, że mnie kiedyś zaprowadzisz do 
piekła. 
- Mnie nawet w piekle nie przyjmą! - krzyknęła Ewcia straszliwie szczęśliwa. 
ROZDZIAŁ JEDENASTY 
w którym jeden malarz został pogorzelcem, a drugi z wielkiego szczęścia omal nie 
postradał rozumu 
Pan Mikołaj Zawiłowski, wielki przemysłowiec, przybył do Warszawy w celu 
leczenia żony, której groziła utrata wzroku. Powierzono ją opiece najznakomitszych 
specjalistów, lecz leczenie miało trwać długo i nieprzerwanie; dlatego pan Zawiłowski kupił 
willę obok Zawidzkich, spokojną i zaciszną, dokąd sprowadził meble z prowincji. On z córką 
zajmował parter, pani Zawiłowska zaś przebywała stale w zaciemnionych pokojach 
pierwszego pietra. Panna Basia, anioł opiekuńczy uwielbianej matki, nie odstępowała jej 
prawie nigdy i z największym trudem udawało się czasem ojcu namówić ją na wyjście do 
miasta, całą jej przeto radością był niewielki ogródek przy willi. Radość ta, dotąd smutna, 
powiększała się wspaniale po poznaniu Ewci. Wprawdzie panna Zawiłowska miała już lat 
dwadzieścia dwa, lecz pozbawiona towarzystwa całym sercem przylgnęła do tej uroczej 
dziewczyny, ponad wszelki podziw inteligentnej i bystrej, wesołej i pełnej prześlicznej 
pogody. Pannę Basię wzruszyło głębokie współczucie Ewci, kiedy usłyszała o nieszczęściu 
pani Zawiłowskiej. Dziewczyna, czuła na wszelka niedolę, miała łzy w oczach. Widok tych 
łez wystarczył, by panna Basia pomieniała się na serca z Ewcią, która jako że z lekarskiej 
pochodziła rodziny, poczęła wymownie i gorąco przekonywać starszą przyjaciółkę, iż jej 
matka wzrok odzyska. Przyjaźń, pokropiona serdecznymi łzami jak kwiat srebrna rosą, rosła 
też jak kwiat. Wesoła awantura z wybiciem szyby i ciche porozumienie podczas ucieczki 
Ewci przed Jerzym przez „mur graniczny” były śmiesznym wstępem do gorącego 
przywiązania. Radosna z usposobienia Basia, na którą gęstym cieniem padł smutek sącząc się 
z zaciemnionych pokojów matki, poczęła każdej wolnej chwili wypatrywać tego wesołego 
bąka z zadartym nosem, co zawsze na wszystko miał czas, zawsze był gotów do 
najwymyślniejszych awantur i wiódł srogie boje ze znakomitym malarzem. 
-Nie masz pojęcia, najdroższa Barbaro, patronko górników i ciężkiej artylerii mówiła 
Ewcia, która już po tygodniu była z Basią po imieniu -jak ja strasznie kocham tego 
dryblasa. Na świecie nie ma chyba bardziej dobrego chłopca. 
- A czemu rzucasz w niego bucikiem? - śmiała się Basia. 
-Bo inaczej on rzuciłby we mnie swoim butem, a przypatrz się tylko jego pedałom! Ja 
musiałam jego wziąć za łeb, aby on tego ze mną nie zrobił. Trzeba umieć postępować z 
mężczyznami. Nie masz zresztą pojęcia o tym, jak się z Jurkiem wesoło wojuje. Wczoraj 
byłam troszkę zmęczona, więc mi się nie chciało urządzać żadnych awantur, a ten przychodzi 
bardzo markotny i powiada: „Ewelindo! Zróbmy jakiś kawał, bo nudno”, -Pani Zawidzka też 
była zaniepokojona, gdyż w domu było cicho. Na szczęście jednak wieczorem cały dom 
zaczął chodzić na głowie. 
- Co się stało? Mów prędko, co się stało? 
-E... Nic wielkiego! Jurek narysował moja karykaturę i oparł ja o szklankę przed 
moim nakryciem. 
- To przecie żadna awantura - rzekła Basia zawiedziona. 
-Żadna awantura? A czy ty wiesz, co on ze mnie zrobił? Na obrazku byłam ja, 
strasznie podobna, ale z rogalikiem w ręku, który przyciskam do serca. Miało to oznaczać, że 
mi ten przyjemny malarz Rogalik leży bardzo na sercu. 
- A co ty na to? - zaśmiała się Basia. 
-Ja? Nic... Poszłam do kuchni, wyciągnęłam od Honorci dwa orzechy i bez słowa 
położyłam przed nim. Pani Zawidzka myślała, żeśmy oboje postradali zmysły, bo niczego nie 
mogła zrozumieć, ale Jurek od razu zrozumiał. Zaczerwienił się jak rak i zaczął robić wrzask, 
że mnie powiesi za nogi i inne takie obiecywał przyjemności. 
- Cóż miały znaczyć te orzechy? - spytała zdumiona przyjaciółka. 
-Aj! -pisnęła Ewcia i zaśmiała się cichutko. -Nic, nic nie miała znaczyć.. Bo to nie 
szło o orzechy, tylko o orzechową barwę. Mam wrażenie, że Jurek dostał kręćka na ten temat. 
Trudno to wytłumaczyć.. Ale on wie, że ja wiem! 
- Nie rozumiem! 
-To nic nie szkodzi, może kiedyś zrozumiesz. Ja ci tylko mogę powiedzieć, że gdyby 
Jurek musiał namalować anioła, to ten anioł miałby oczy orzechowego koloru. 
- Ewa! - szepnęła ze zdumieniem panienka. 
-Co się stało? -zapytała Ewcia. Istotnie przecie wielu ludzi mających taki dziwny 
kolor oczów. Czy tobie słabo, Basieńko? 
- Nie, nie... 
- Bo mi się zdaje, że trochę zbladłaś. 
- To z gorąca! - szepnęła Basia. 
- Oczywiście! - rzekła Ewcia z głęboką powagą. - może odpoczniesz? 
- Tak, tak.. - mówiła Basia bardzo zamyślona. - A co ty będziesz robiła? 
-Najpierw muszę napisać list do mojego Chińczyka, zajdę do pani Szymbartowej 
zapytać o Zosię, a po południu przyjdzie Rogalik, który się ze swoimi obraziętami wybiera do 
pana Mudrowicza. Muszę go pouczyć o wszystkim. 
Panna Barbara znała dobrze ostatnie rozdziały bujnej historii Ewci, która zdołała w 
krótkim czasie wytrajkotać wedle słynnego schematu siedmiu pytań rzymskich: „Kto? co? 
gdzie? kiedy? jak? dlaczego? z czyją pomocą?” -o wszystkim, co było, co jest i co będzie. 
Basia znała nazwiska, i załączone z nimi opowieści. „Nic co Ewci, nie było jej obce”. -I pan 
Zawiłowski znał Ewcię, i pani Zawiłowska, niezmiernie radzi, że ich córka, zmuszona do 
przebywania podczas upalnego lata w Warszawie, znalazła duszyczkę tak przyjazną i tak 
uroczą. „Urocza duszyczka”, znająca sto siedem sposobów zdobywania sobie ludzkich serc, 
złowiła ojca Basi w swoją sieć jak ogromna rybę, przypominając opasłego i wąsatego suma. 
Sum gadał wprawdzie ciężkim armatnim basem, co nie jest zwyczajem ryb, lecz czynił to 
bardzo rzadko, zawsze nad czymś frasobliwie zamyślony. Bardzo pracowity człowiek 
skazany na długotrwałą bezczynność, nie wiedział, co z sobą począć; dlatego z radosną ulgą 
odkładał książkę czy gazetę i przysłuchiwał się nieco oszalałej rozmowie swojej córki z 
Ewcią, która czasem zwracała się do czcigodnego sąsiada z należytą powagą, zapytując 
chytrze o jego fabryki i o stosunki w ciężkim przemyśle. Pan Zawiłowski serdecznie 
uradowany, że może dosiąść swojego rumaka, rozpędzał się jak wielkie koło dynamomaszyny 
i wspaniałym basem gadał wspaniale i sypał cyframi jak drobnym makiem, nie bacząc, że 
uprzejmą Ewcię tyle to właśnie obchodziło, co teoria względności lub najgłębsze tajemnice 
chemii. Po każdej jednak takiej rozmowie mówił do swej córki: 
- To nadzwyczajna dziewczyna! Nadzwyczajna! 
Tego samego zdania, chociaż z innych powodów, była i biedna pani Zawiłowska. 
Ewcia odwiedziła ją raz jeden tylko w ciemnym jej pokoju. Bystre i widzące ręce pani 
Zawiłowskiej, które dotknęły twarzy dziewczyny, ujrzały tyle, ile by mogły dojrzeć oczy. Z 
tym cudownym uśmiechem, którym uśmiechają się ludzie bardzo cierpiący, słuchała matka 
Basi szczebiotania jej małej przyjaciółki, „przyjaciółki całego świata” -jakby ją był nazwał 
Kipling. Gdy Ewcia po długim pobycie w ciemnym pokoju wyszła, pani Zawiłowska rzekła 
do córki: 
-Pragnęłabym jak najczęściej rozmawiać z tą dziewczyną, ale, niestety, nie będzie to 
możliwe. 
- Czemu, mamusiu? - zapytała zdumiona Basia. 
-Bo ja muszę przebywać w ciemnym pokoju, a kiedy ona tu była, miałam wrażenie, 
że jest w nim jasno. 
Gdyby jak Indianin skalpy Ewcia nawlekała na sznurek zdobyte serca, byłby to 
różaniec pokaźnej długości. Pierwszorzędnym okazem godnym złotego medalu byłoby na 
tym sznurku serce Rogalika, który patrzył w Ewcię jak w tęczę, chociaż ludzie pozbawieni 
poetyckiej wyobraźni mogliby rzec ponuro, płasko i bezbarwnie, że patrzy w nią urzeczony 
jak cielę na nowe wrota. Z drugiej strony przesadą było jadowitą narysowane twierdzenie 
Jerzego, że Rogalik „leży Ewci na sercu”, nie można było zaprzeczyć jednakże, że na widok 
młodego przystojnego wytwornego i wciąż kłaniającego się młodziana serce Ewci 
przypominało rzecz zgoła nieprawdopodobna: jajko na miękko. Jakoś dziwnie miękko 
bowiem robiło się jej w tym organie, który toczy odwieczną walkę z bystrym rozumem i 
nigdy nie chce być z nim w zgodzie. Serce jest to istota niezwykle zarozumiała i dlatego 
przekonana, że posiada własne siedlisko rozumu i własną radiostację. Tym tylko można 
wytłumaczyć, że największy filozof, mądry jak siedmiu ogoniastych szatanów, w 
niezmiernym swoim rozumie gardzący miłością, zakocha się często jak uczniak; albowiem 
serce jego powiedziało: gadaj zdrów, filozofie, a ja wiem, po co mnie Pan bóg stworzył!” 
Miły Rogalik zjawił się z kilkoma obrazkami pod pachą i nie wchodząc do domu, 
odbył z Ewcią walną naradę w ogródku. Ewcia patrzyła na obrazki, a Rogalik patrzył na 
Ewcię, wskutek czego Ewcia nie mogła spokojnie patrzeć na obrazki i czasem spod oka 
patrzyła na to, jak Rogalik patrzy na nią, wskutek czego patrzenie to zostało dziwacznie 
zmącone, na co z niezmiernym podziwem z okienka przy pracowni patrzył Jerzy. Aby zaś 
nieopatrznie nikogo nie zabrakło na tym widowisku, mruknął zapatrzony Jerzy: 
- Patrzcie, patrzcie, państwo! 
Obrazki Rogalika były jeszcze niezdarne i może je było nazwać „podlotkami 
malarstwa polskiego”. Człek biegły w sztuce dojrzałby w nich jednak od razu bujny talent, 
chociażby na jednym z nich słonce przypominało przejrzały pomidor, a na drugim woda była 
ze świecącej blachy. Ewcia jednak była głęboko przekonana, że Matejko cicho w grobie 
śpiący otworzył oczy i szepce niespokojnie: Ho, ho! Żeby tylko ten wytworny Rogalik nie 
zapędził mnie w kozi róg!” -Powiedziała o tych projektach na obrazy kilka słów 
purpurowych jak róże, następnie wyjaśniła kłaniającemu Rogalikowi, jak się ma dostać do 
pana Mudrowicza, który jest człowiekiem zacnym, wbrew pozorom tępym rylcem 
wypisanym na twarzy. Pożegnała go potem ciepło i nie wiadomo czemu dodała uroczyście: 
- Niech pana Bóg prowadzi! 
Słowa te tak wzruszyły drogiego Rogalika, że chciał paść na kolana, lecz nie uczynił 
tego, bo głos Jerzego chwycił go jak arkan i zatrzymał w nieprzytomnym ruchu. Starszy 
kolega zbiegł do ogrodu wesoło i witał młodszego, klepiąc go po łopatce tak żywo, jak gdyby 
chciał przetrzepać własne ongi ubranie. Równocześnie mrugał zgoła bezecnie w stronę Ewci, 
co wygłosiwszy błogosławieństwo, chciała już odejść, ujrzawszy jednak małpie miny Jerzego, 
rzekła zwracając się do Rogalika, i tylko do Rogalika: 
- Niech pan przyjdzie jutro i zda mi sprawę z przebiegu audiencji. 
-Dobrze, panno Ewo! -zawołał Rogalik z zapałem, porwał obrazki, ukłonił się jej, 
Jerzemu, domowi Zawidzkich, domowi Zawiłowskich, jednemu drzewu i wybiegł. 
- Na jaką to on wybiera się audiencję? - zapytał zdziwiony Jerzy. 
-U ministra -odpowiedziała Ewa chłodno. -Minister chce zakupić wszystkie jego 
świetne obrazy do zbiorów państwowych. 
I odeszła z godnością bociana, który połknął żabę. 
Przez dwie godziny pisała list do ojca -jak na kobietę dość treściwy, bo tylko 
dziewięciostronicowy z trzydziestoma dopiskami, zaklinając go w ostatnim, by nie zapuszczał 
chińskiego warkocza, bo mu nie będzie do twarzy. „Chińskie listy” Ewci były poematami: 
czułości, miłości, tkliwości, rzewności i tkliwości itd. Pisała w nich o wszystkim, co się dzieje 
w jej sercu, bardzo jednak mętnie, dyplomatycznie i ozdobnie wspominała o przeraźliwych 
historiach swojego żywota. Nieznacznie tylko i w słowach lotnych zapowiadała, że po 
powrocie zastanie niejakie zmiany i „dowie się o mnóstwie rzeczy”. W chytrym rozumie 
pomyślała sobie słusznie, że byle tylko była zdrowa, nie złamała ręki lub nie skręciła karku, 
inne jej „tragedie” nie bardzo zajmują ojca, który zresztą jako przedstawiciel rodzaju 
męskiego nie zna się na wielu subtelnych sprawach. Nie może mu przecie napisać, że Rogalik 
chciał dzisiaj paść przed nią na kolana, czemu sromotnie przeszkodził ten niedźwiadek Jurek, 
który zawsze czyni to, o co go nie proszą. 
Odniósłszy list na pocztę, wstąpiła Ewcia do państwa Szymbartów. Okazało się 
jednak, że pani Szymbartowa pojechała do Otwocka, gdyż był to dozwolony dzień do 
odwiedzin u chorych. Zastała tylko pana Szymbarta, który pilnował mieszkania i z nudów 
obliczał, gdyby żył siedem tysięcy lat. 
- Jak z Zosią? - wołała Ewcia jeszcze się nie przywitawszy. 
-Dzięki Bogu, coraz lepiej! Żona moja własnym oczom nie wierzy... Nie poznasz, 
Ewciu złota, mojej żony. Czy ty wiesz, co się u nas stało? 
- Cóż się stało? 
-W niedzielę była moja żona w Otwocku i wróciła bardzo szczęśliwa, bo sam 
naczelny lekarz sanatorium powiedział jej, że Zosia będzie jeszcze zdrowa. I pomyśl sobie, co 
zrobiła pani Szymbartowa! Od czasu naszego wesela zostało w domu pół butelki koniaku, bo 
moja żona jakimś cudem ocaliła go przed gośćmi... 
-Wiem, wiem -zaśmiała się Ewcia. -To ten koniak, do którego chciał się pan dostać 
przez słomkę. 
-Ten sam! Otóż moja żona nalała duży kieliszek tego bezcennego płynu, podaje mi go 
i powiada: „Masz, wypij za zdrowie Ewci!” 
- Nie może być! 
- Jak mnie tu żywego widzisz... 
- Co za kobieta! 
- Co za koniak! - wykrzyknął nie dosłyszawszy pan Szymbart. 
Wnet jednak zgasła promienność tego wspomnienia i dobry ten człowiek zachmurzył 
jasne czoło. Zagadnięty o powód, o niczym mówić nie chciał, lecz Ewcia zrozumiała od razu, 
co go trapi. 
-Proszę pana -powiedziała serdecznie -ja wiem, czym się pan martwi: będziemy 
szukali, będziemy bardzo szukali. Przecie Pan Bóg nie dopuści, aby Zosieńka nie mogła 
leczyć się, jak długo trzeba. Ja wierzę w cudy. Pan wie, jak mi się cudownie udało wyratować 
panią Zawidzką i trafić do pana Mudrowicza... 
- Wiem, wiem. To był naprawdę cud! Widujesz go czasem, Ewuniu? 
-Pana Mudrowicza? -zaśmiała się Ewcia. -A jakże! Tego pan jeszcze nie wie, co się 
u nas stało przed tygodniem. Pan Mudrowicz był u Zawidzkich przez cały wieczór. 
- Nie może być! 
- Był, bo ja go przyprowadziłam. 
- I co, i co? 
-Z początku ciężko i pan Mudrowicz wyglądał trochę tak, jakby przerażony, ale pani 
Zawidzka taka jest dobra i słodka, a pan Jerzy taki wesoły, że pan Mudrowicz niechętnie, 
zdaje się, odchodził. Bardzo mu się podobało pomiędzy ludźmi. Nazajutrz przysłał pani 
Zawidzkiej mnóstwo kwiatów, a mnie całą cukiernię i teraz będzie przychodził w każdą 
niedziele. Dobrze to zrobiłam, co? 
- Nadzwyczajnie! 
- A ja wpadam czasem do niego, nagadamy się, naśmiejemy... 
- Naśmiejemy? 
-A cóż pan myślał? Pan Mudrowicz, biedaczyna, nie śmiał się od tylu lat, że teraz 
musi to odrobić. Jedno mi się tylko nie udało. Widział pan lokaja pana Mudrowicza, Pawła? 
- Aha! Przecie z nim gadałem. 
-Otóż ten człowiek ani razu jeszcze się nie uśmiechnął! Ani razu. Piec już by się 
zaśmiał, a on nie. To już chyba taki kaleka. 
Rozmawiali o tym i o tamtym i uzgodnili swoje stanowisko wobec świata i ludzkości. 
Wreszcie Ewcia rzekła niespodzianie: 
- Proszę pana, prawda, że pan jest mądrym człowiekiem? 
-Ci co mnie dobrze znają -odrzekł z uśmiechem pan Szymbart -są przeciwnego 
zdania, ci zaś, co mnie znają mniej, są pełni wątpliwości. 
-Mnie się jednak zdaje, ze pan jest bardzo mądry. I dlatego chciałabym pana zapytać 
o radę... Niech mi pan powie, jak to zrobić, aby ożenić młodego człowieka ze śliczną panną, 
chociaż oni oboje o tym nie wiedzą! 
- Co takiego? 
-Mówię wyraźnie: on nic o tym nie wie, ona nic o tym nie wie, tylko ja bym tego 
bardzo chciała. 
-Dziewczyno! -zawołał pan Szymbart. -Co ty nowego zamyślasz? Chcesz żenić 
ludzi wbrew ich woli? Co się tobie stało? Ej, nie igraj z ogniem, bo się sparzysz! Powiada 
pewien wschodni mędrzec, że można jeździć na tygrysie, ale niebezpiecznie jest z niego 
spaść, a ja widzę, że ty już siedzisz na tygrysie. I zlecisz! Słowo daję, że zlecisz! 
-Widzę, ze się pan na tym nie rozumie -rzekła Ewcia zawiedziona. -Kobieta 
zrozumiałaby mnie od razu i dałaby mi doskonałą radę. Gdyby wszystkie moje koleżanki nie 
rozjechały się na wakacje, zrobiłybyśmy naradę i wszystko byłoby gotowe. Przecie trzeba 
pomagać ludziom, którzy sami nie wiedzą, jak to zrobić, aby się ożenić. 
- Czy ten młodzieniec chce tego? 
- Przyznaję, że nie wiem. 
- A ta panna? 
-Któraż panna nie chce wyjść za mąż? Musi się oczywiście przed tym zakochać na 
śmierć! A mnie właśnie o to idzie, aby się tak zakochała. 
Ponieważ pan Szymbart, wszystkie zmysły wysiliwszy, nie mógł znaleźć sposobu na 
śmiertelną miłość panieńską, Ewcia pozostawiła go w wirze zwątpień i przerażeń. Spokojny 
ten człowiek, któremu przed dwudziestu laty rzekła chłodno matka przyszłej pani 
Szymbartowej: „Od dwóch miesięcy zjada pan u nas obiady, myślę więc, że się pan dzisiaj 
oświadczy mojej ukochanej córce - patrzył za odchodzącą Ewcią wzrokiem osłupiałym. 
-„Niektórym ludziom” -myślał posępnie pan Szymbart -„brak jest piątej klepki. Ta 
dziewczyna jednak ma ich najmniej sześć. Czy to jest lepiej, czy to jest gorzej?” 
Odpowiedź na to niezmiernej wagi zagadnienie znalazł Jerzy, który z ogródka willi 
malował z dala widniejące ogromne topole, co jeszcze w tych stronach ocalały przed 
kamiennym zalewem miasta. Ewcia, powróciwszy ze swoich wędrówek po mieście, tak 
napęczniała cudzymi zmartwieniami jak czarna chmura deszczem, przysiadła obok na trawie i 
przypatrzyła się w milczeniu, nie śmiąc żadnym słowem zmącić przyszłej ciszy. Wreszcie 
Jerzy przerwał pracę, usiadł na składanym krzesełku i wydobył fajeczkę. Kopcący ten 
przyrząd miał tę własność, że wciąż gasł. 
- Jureczku.. - odezwała się Ewcia tak czule, że malarz spojrzał na nią zdumiony. 
- Czego pragniesz, Ewelizardo? 
- Nie pogniewasz się na mnie, skoro cię zapytałam o jedną dziwną rzecz? 
- Jestem dzisiaj łagodnie usposobiony i dlatego wspaniałomyślny. Gadaj! 
-Powiedz mi... Ale naprawdę się nie pogniewasz?... Powiedz mi, czy byś się chciał 
ożenić? 
- Nigdy! - krzyknął Jerzy. - A zresztą co to ciebie obchodzi? 
-Pewnie, że mnie nie obchodzi -odrzekła Ewa słodko. -Ale dlaczego nie chciałbyś 
się ożenić? 
-Bo mój duch wolny i nieśmiertelny nie znosi tyranii! To jedno. A następnie: malarz 
nie powinien się żenić, bo jest istota wyższego gatunku i musiałby szukać przez sto lat godnej 
siebie kobiety. Rozumiesz, bąku? - mówił śmiejąc się głośno. 
-Rozumiem, oczywiście, że rozumiem -odrzekła Ewa dziwnie zgodliwie. -A gdyby 
jednak znalazł taką wyjątkową istotę, to co wtedy? 
- Wtedy także nic. 
- Są jednak malarze żonaci... 
-Podobno są, ale to nieszczęśliwi ludzie. Żony każą im strzyc włosy, zjawiać się o 
swojej porze na obiad, nie pozwalają im wycierać pędzla o ubranie, nie pozwalają 
niedopałków papierosów wtykać w zagłębienie fotela, jakby to komu szkodziło, każą im w 
przedpokoju zdejmować zabłocone buty, gdy malarz malował na zoranym polu, każą im łazić 
na wizyty, a dochodzi nawet do tego, ze żona jednego z moich przyjaciół malarzy kazała mu 
przeczytać powieść swojej przyjaciółki. Czy dobrze słyszałaś, rajska Ewo? Powieść 
przyjaciółki! Ten człowiek płakał, prosił, groził i tłukł głową o ścianę. Omal że się nie 
rozchorował. I żeń się tu, człowieku! 
-No, dobrze - zaśmiała się Ewcia. - Ale gdyby przyszła żona przyrzekła malarzowi, że 
mu nie każe strzyc włosów i czytać powieści to co? 
- Nie ma aniołów na tym świecie! 
- Jureczku...A gdybym ja ci znalazła takiego anioła, ożeniłbyś się? 
Jerzy spojrzał na nią przenikliwie i rzekł: 
-Słuchaj no, Ewo, córko Hieronima! W mojej pracowni pod szafą leży książeczka z 
obrazkami, której używam czasem do tępienia much. Weźmij sobie te książeczkę i zajmij się 
czytaniem wierszyków i oglądaniem obrazków. To w sam raz dla ciebie. A jeżeli jeszcze raz 
zaczniesz ze mną gadać o moim małżeństwie... 
-Dobrze, dobrze... Już nie będę. Ja tylko tak sobie... Bo co mnie to obchodzi, czy ty 
się ożenisz czy nie? Prawda? Ja myślałem tylko, że mama to by się strasznie ucieszyła...O, 
znowu ci fajka zgasła... Basia mówiła mi onegdaj, że ci bardzo do twarzy z fajeczką i że 
wyglądasz jak młody angielski arystokrata. 
- Kto, ja? 
-Przecie ja fajki nie palę. Aha! I prosiła mnie, abym cię zapytała, czy dobrze kazała 
oprawić twój obrazek, bo dała srebrna ramę. Cieniutką srebrną ramę... I gdzie go powiesić? 
Czy w słońcu, czy w cieniu? 
- A gdzie go powiesiła? 
-W swoim pokoiku, nad łóżkiem. Powiedziała mi, że skoro się obudzi, musi od razu 
spojrzeć na ten obrazek, bo wtedy nawet dżdżysty dzień wydaje się jej pogodny. Co się stało, 
Jureczku? 
Pytanie było uzasadnione, gdyż Jerzy schował gwałtownie fajkę do kieszeni, nie 
zauważywszy, ze tli w niej wyjątkowo ogień, porwał paletę i począł szybko jeździć pędzlem 
po płótnie. 
Ewcia zapadła w mroczne milczenie i siedziała ze zmarszczonym czołem, co jest 
zewnętrznym objawem potężnej niemej pracy ducha; po chwili przerwała to filozoficzne 
zajęcie i zawołała z przestrachem: 
- O, Jerzy! Zdaje mi się... 
- Siedź cicho! - odkrzyknął Jerzy nie dając jej dokończyć zdania. 
- Ależ ja ci mówię, Jureczku... 
- Siedź cicho! - powtórzył malarz. - Znamy się na twoich kawałach. 
- To żaden kawał, tylko... 
Jerzy wzruszył ramionami i zaczął gwizdać w dość fałszywej tonacji. 
- Doskonale! - zawołała Ewa. - Zobaczymy, co z tego będzie. Ja już ani pisnę. Słychać 
było jedynie szorstki dotyk pędzla i ćwierkanie wróbla, który przysiadł na rynnie. Z tymi 
skąpymi głosami natury poczęła się mieszać różnorodne jej zapachy, dotąd nikłe i ledwie 
wyczuwalne, od pewnej chwili jednak wzbił się ponad nie jeden mocno drażniący i niemiły. 
Jerzy pociągnął nosem i mruknął: 
- Coś się pali... 
- Aha! - rzekła Ewcia. - Cos się pali. 
- Jakiś papier czy pierze? 
- Mnie się zdaje, że wełna. Coś jakby ubranie. 
- Ubranie? Czyje? 
-Twoje - odrzekła Ewcia spokojnie. -Pali się już od dziesięciu minut. Chciałam ci już 
dawno powiedzieć o tym, ale ponieważ ty się znasz na moich kawałach... 
-Aj, aj! -wrzasnął Jerzy i zerwał z siebie kurtkę, w której zawsze gasnąca fajka 
wypaliła kieszeń i poczęła okazywać dalsze żarłoczne zamiary. 
-Gdybyś miał żonę, może by ci to naprawiła! -rzekła Ewcia, lecz szybko zerwała się 
z trawnika, gdyż Jerzy zdradzał obłąkane zamiary uczynienia jej jakiejś doraźnej krzywdy. 
Przystanąwszy w bezpiecznej odległości, mówiła dalej z powagą: -Trzeba zawsze, mój 
chłopcze, słuchać tego, co mówią ludzie rozsądni i zrównoważeni, choć nie umiejący 
malować, co na jedno wychodzi. 
Nieszczęsny pogorzelec zabił ja spojrzeniem najpierw prawego, potem lewego oka, po 
czym począł oglądać szkody dokonane przez fajkę. 
-Ewciu, Ewciu! -ozwał się przez okno głos pani Zawidzkiej. -Choć no prędko, mam 
dla ciebie niespodziankę. 
- Przez drzwi czy przez okno? - zawołała Ewcia. 
- Nawet przez komin, byle prędko! 
Pani Zawidzka podała jej gazetę i wskazując palcem niedługi artykuł, rzekła: 
- Czytaj, drogie dziecko, a bardzo się ucieszysz. 
- O tatusiu! - krzyknęła Ewa, ledwie rzuciwszy okiem. 
Poczęła czytać korespondencje z Chin, w której pośród czerni liter błyskało od czasu 
do czasu promieniście nazwisko jej ojca; korespondent oznajmiał całemu polskiemu światu, 
że doktor Hieronim Tyszowski zdobył sobie w Chinach sławę szeroką i zasłużoną, że mądrzy 
Chińczycy błogosławią jego działalność, a najwyższe władze składają mu hołdy; że polski 
uczony pomnożył niepospolicie chwałę imienia polskiego i że nie szczędził sił, by zamierzone 
swoje dzieło doprowadzić do końca. 
Czarne literki zaczęły tańczyć przed oczami Ewci, migotać, złocić się i promienieć. 
Potem spadła na nie niespodziewana ulewa łez czystych i rzęsistych, a jeszcze potem Ewcia 
ucałowała gazetę w tym miejscu, w którym czarno na białym wypisano nazwisko jej ojca. Nie 
było dotąd wypadku, aby gazetę, w którą dobrzy ludzie zawijają śledzie, całowano z 
rozczuleniem. Może dlatego pani Zawidzka uśmiechnęła się nieco dziwnie, bo też jakby przez 
łzy. 
- A co? - wołała Ewcia. - Udał mi się Hieronim! 
Artykuł został głośno odczytany siedem razy, tak że nawet Rolmops cośkolwiek 
wreszcie z tego zrozumiał i zawył z wielkiego ukontentowania. Gazeta została wzięta przez 
Ewcię na własność, gdyż należało ją odczytać jeszcze: Basi, panu Mudrowiczowi, 
Szymbartom i należało ją wysłać pani Halickiej. 
Jerzy, wzruszony serdeczną radością Ewci, zapomniał o spalonej kieszeni i rzekł: 
- Jutro pójdę do redakcji i kupię ci kilka egzemplarzy tej gazety. Znaj pana! 
Dnia tego nie mówiono oczywiście o niczym innym, tylko o chińskiej cholerze, lecz 
prędko wyczerpano temat ze względu na dość skąpe o niej wiadomości. Przybył wprawdzie 
niespodzianie nowy światły umysł, lecz nie mógł wziąć udziału w naukowej dysertacji, sam 
bowiem zdradzał objawy jakiejś niepokojącej i gwałtownej choroby. Oto do pokoju wszedł 
miły Rogalik, lecz jakże odmieniony! Musiało mu się coś zakręcić w rozumie albo serce 
przeskoczyło w nim na prawą stronę, albo też zwykła cegła na niezwykłą upadła głowę. Na 
twarzy miał wypieki, a w poczciwych oczach wyraźny obłęd. Ukłonił się, bo ukłonić się 
musiał, nikomu jednak z żyjących, lecz gdańskiej szafie. Potem się zatoczył i padł na krzesło i 
ciężko dysząc. 
„Upił się Rogalik!” - pomyślał Jerzy z trwoga. 
- Co się panu stało? - rzekła zaniepokojona pani Zawidzka. 
- Może wody? - zawołała Ewcia. 
- Nie...nie... - zaszemrał Rogalik. - Ja zaraz... Biegłem prędko.. O panno Ewo! 
Ewcia zdumiona, że jej imię zostało wypowiedziane z łzawym wzruszeniem, zerwała 
się z krzesła. 
- Czy pan jest chory? - szepnęła. 
- Nie, nie! - krzyknął Rogalik z mocą. - Ja jestem szczęśliwy! Przez Panią! Przez panią 
jestem szczęśliwy! 
Ewcia spojrzała na niego z widocznym przejęciem, a błagalnie na panią Zawidzką, 
która niczego nie rozumiejąc, spojrzała z kolei na Jerzego, wzywając na ratunek męskiej 
pomocy. 
-Panie kolego! -rzekł Jerzy dobitnie. -Niech się pan uspokoi. Jeżeli pan jest 
szczęśliwy, to dobrze. I ja się cieszę, i moja matka, i Ewcia... 
Miły Rogalik słuchał go uważnie, jak gdyby każdemu słowu przyglądał się z osobna. 
Widać, że coś zdołał pojąć resztką niezwarzonego rozumu i jakby teraz dopiero 
zrozumiawszy, że oprócz gdańskiej szafy i Ewci ktoś jeszcze znajduje się w pokoju, zerwał 
się, ukłonił ze wspaniałym rozmachem i rzucił się do rąk pani Zawidzkiej. 
-Przepraszam, bardzo przepraszam -mówił gorąco. -Ale ja jestem taki szczęśliwy, o 
Boże, jaki ja jestem szczęśliwy. 
- Dobrze już, dobrze! - powiedziała pani Zawidzka. - Ale co się panu przydarzyło? 
O, proszę pani!... Niedawno w cukierni panna Ewa jadła lody i mówi: „niech pan 
siądzie z nami!” 
- Ach! - szepnęła Ewcia zaczynając pojmować. 
- Nic nie rozumiem! - rzekła pani Zawidzka. 
- Niechże mama uważa - zaśmiał się Jerzy. - Pan Rogalik był w cukierni z Ewcią... 
-Wcale nie! -zawołała Ewcia. -Ja byłam w cukierni z panem Mudrowiczem... -Tak, 
tak! - potwierdził gorąco miły Rogalik. - I pan Mudrowicz kazał mi przyjść... 
- A mówił pan, że Ewcia... 
-Panna Ewa kazała mi przyjść do stołu, a pan Mudrowicz do siebie. Mówił: „Niech 
mi pan pokaże swoje obrazki, panie Rogalik!” - I ja tam dzisiaj byłem. 
- U pana Mudrowicza? - zdumiał się Jerzy. 
-Tak, tak! Zaniosłem mu obrazy, a on patrzy, patrzy i mówi: -„Jeszcze nie to, co być 
powinno, ale z ciebie, chłopcze, coś będzie! Patrz, jak maluje Zawidzki, i ucz się!” 
- O! - szepnął Jerzy. - Tak powiedział? 
-Tak... A potem długo myślał, poklepał mnie po ramieniu i powiada: „Słuchaj, 
chłopcze! Ja mam, a ty nie masz, wiec się podzielimy... Na trzecim piętrze jest tu wolny 
pokoik....Tam sobie będziesz mieszkał. A żebyś miał co jeść, dostaniesz ode mnie stypendium 
do czasu ukończenia nauki!” 
- O Boże! - zdławionym głosem wykrzyknęła Ewcia. 
-Ja też tak zawołałem, proszę pani -mówił zadyszanym gorącym głosem Rogalik. Świat 
się zakręcił razem ze mną... Zacząłem mu dziękować, a on powiada: „Nie mnie dziękuj, 
nie mnie, ale pannie Tyszowskiej musisz podziękować!” -i bardzo się cieszył...A ja 
zawołałem: „Pannie Tyszowskiej? Już lecę!” -I wybiegłem...Tak biegłem, że zostawiłem u 
pana Mudrowicza kapelusz... O panno Ewo!... O panno Ewo!... Bo gdyby nie pani... 
- Na kolana, Rogalik! - wrzasnął Jerzy przeraźliwym głosem. 
Zdawało się, że ten głos był wystrzałem armatnim, co ugodził Rogalika w szlachetną 
pierś i powalił go do stóp Ewci, która pisnąwszy cieniutko, skryła się w ramiona pani 
Zawidzkiej. 
Pani Zawidzkiej zaś zdawało się, że jest w teatrze na tak dziwnej sztuce, iż nie 
widziała: czy się śmiać, czy płakać? 
ROZDZIAŁ DWUNASTY 
w którym roztropna głowa rozmyśla, jak zbliżyć do siebie dwa serca 
-Co pan z nami wszystkimi wyprawia?-mówiła Ewa do pana Mudrowicza, który był 
najwyraźniej zawstydzony. -Najpierw uszczęśliwił pan panią Zawidzką, a przez to Jerzego i 
mnie. A wczoraj Rogalik postradał ze szczęścia zmysły... 
Rogalik zostawił u mnie kapelusz...- mruknął pan Mudrowicz. 
- I kapelusz, i głowę, i serce. Pan nie może sobie wyobrazić, co się z nim działo. 
- Ach, mówić nie warto... 
- O, żeby wszyscy byli tacy jak pan! 
- Wtedy byłoby smutno na świecie - bąknął pan Mudrowicz. - Przestań, Ewuniu. 
I wierz mi, że mnie było znacznie przyjemniej niż temu Rogalikowi. Ale, ale... Czy 
zostaniesz u mnie na obiedzie? 
- Nie mogę, bo jadę do Otwocka do Zosi Szymbartówny. 
- W takim razie ja jadę z tobą! - rzekł pan Mudrowicz z mocą. 
Nie dał się odwieść od tego zamiaru, twierdząc, że od wielu lat nie wyjeżdżał poza 
Warszawę, wiec szalona wyprawa aż do Otwocka będzie dla niego wyprawą do Ziemi 
Obiecanej, czemu trudno było zaprzeczyć, gdyż „Otwock żywicą pachnący” dziwnie 
przypominał izraelskie rubieże. Nie zgodził się też na jazdę pociągiem i ku niesłychanej 
radości Ewy kazał Pawłowi sprowadzić automobil. 
-Niech mu to pan wyraźnie wytłumaczy -rzekła Ewcia -gdyż Paweł gotów 
sprowadzić karawan. 
Oleisty smutek nie zalał jednakże całkowicie rozsądku Pawła, więc pojechali 
automobilem. Pan Mudrowicz wstąpił po drodze do sklepu, w którym sprzedają słodkie 
rozkosze żywota. 
-Dasz to swojej przyjaciółce -rzekł wręczając Ewci pudełko wielkości młyńskiego 
koła. 
Ona nie podziękowała słowami, lecz spojrzała na pana Mudrowicza takim 
spojrzeniem, że się staruszek uśmiechnął dziwnie jakoś nieporadnie. Zastanowiło ją to, że pan 
Mudrowicz, dotąd puszczyk, unikający dziennego światła, przemykający się chyłkiem przez 
resztę swojego niezmiernie smutnego życia, sam się teraz z gorącą skwapliwością garnie do 
ludzi. Odmieniła się nie tylko zbolała i skostniała wśród zgryzot dusza tego człowieka, lecz 
stał się z nim cud inny jeszcze: brzydki pan Mudrowicz przestał się trwożyć swojej własnej 
twarzy. Rozwiało się chorobliwe jego urojenie, że ludzie będą się odwracali ze zgrozą na jego 
widok. Od czasu kiedy go Ewcia wywiodła „z ziemi egipskiej, z domu niewoli”, samotności i 
udręczeń, nie zdarzyło się jeszcze, aby go ktoś obraził lub dotknął zalęknionym lub 
zdziwionym spojrzeniem; nabrał przeto odwagi, a gdy był w towarzystwie Ewci, stawał się 
bohatersko odważny. Za to wszystko był jej nieskończenie wdzięczny. I dlatego na dnie serca 
jak na dnie wyschłej studni odnalazł uśmiech, którego zapomniał. Jadąc teraz z tą dziewczyną 
czuł się jak szalony żak, co jedzie na wakacje. Pomrukiwał z zadowolenia, gadał o tym i 
owym i pytał, wciąż pytał. Wiedział o wszystkim co się działo dookoła ukochanej Ewuni, lecz 
mu wszystkiego było za mało. Wiedział też o czarnych zgryzotach państwa Szymbartów, nie 
mogących utrzymać córki przez cały rok w sanatorium. 
Biedniutka Zosia nie mogła w pierwszej chwili przemówić z radości i zachwytu. 
Ponieważ dzień był prześliczny, leżała na werandzie, otwartymi usteczkami pijąc to zdrowie, 
co się jak złota żywica sączy z gęstwiny karłowatych sosen. Wzdłuż długiego ogromnego 
budynku leżało mnóstwo takich jak ona, dotkniętych podstępną, straszną, jadowitą chorobą: 
gruźlicą. Byli to przeważnie ludzie młodzi, czepiający się życia łakomym, często aż 
drapieżnym spojrzeniem szeroko rozwartych oczów. Wypatrywali nadziei, co się wychyli z 
tego sosnowego lasu, co przyleci spod słońca, co przypłynie Wisłą. Na bladziutkich, często aż 
sinych ustach drżały niesłyszalne szepty, modlące się cicho, cichuteńko promienistą łaskę 
życia. Ręce niektórych dziewczynek leżały nieruchomo na kołdrze, blade i długie jak łodygi 
nadwiędłych kwiatów. Niektórym kropelki poty zwilżyły czoło barwy słoniowej kości, jak 
gdyby całe ciało płakało z trwogi, co w tej chwili białością dnia porażona odeszła i przyczaiła 
się gdzieś w mroku, lecz powróci w nocy, wypełznie z kąta i chyłkiem się podkradłszy, 
chwyci biedniutkie zrozpaczone serce aby je w zimnej kościstej dłoni zdławić jak 
bezbronnego ptaka. Śmierć w postaci posępnego cichoskrzydłego jastrzębia krąży nad tą 
okolicą i nieruchomymi oczyma wypatruje ofiary wśród tych piskląt. Bóg ich strzeże i ci biało 
odziani, przez Boga dobrotliwego posłani ludzie, co się snują tu i ówdzie, baczni, bystrze 
patrzący, czujni na każdy odgłos zniszczonych płuc. Są to apostołowie świętego miłosierdzia. 
Cichutka, ze ślicznym uśmiechem na słodkiej twarzy siostra, która temu miłosierdziu 
poświeciła życie, stąpa powoli wzdłuż szeregu leżących dziewczynek. Jednej rzuci słowo 
promieniste jak kwiat, drugiej pogładzi czoło ręką, innej podniesie poduszeczkę, aby jej było 
wygodniej. Przechodząc obok Zosi uśmiechnęła się i do niej, i do Ewci, i do pana 
Mudrowicza, który odkrył szybko głowę i skłonił się jej z głęboką czcią. 
Dziewczyna zaczęła rozmawiać: Zosia powoli i z trudem, Ewcia szybko i perliście. 
Pan Mudrowicz patrzył i słuchał. Nie chciał przeszkadzać przyjaciółkom i nie chciał im 
zabierać ani jednej chwili. Ewcia wygadała przez pół godziny dwa grube tomy, w których 
było wszystko: i o Zawidzkich, i o Basi, i o panu Mudrowiczu. Zosia spojrzała na niego 
szeroko rozwartymi oczami pełnymi mądrej tkliwości cierpiącego człowieka, potem 
uśmiechnęła się bladziutkim uśmiechem i położyła rękę na jego ręce. Starszy człowiek 
zadrżał. 
- Pan musi być strasznie dobry - mówiła cichuteńko - skoro Ewcia pana tak kocha. 
Pan Mudrowicz chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Na szczęście przypomniał sobie 
o pudełku ze słodyczami, które położył przy sobie na ziemi, podniósł je niezręcznym ruchem 
i położył obok Zosi. 
- Boże złoty! To dla mnie? 
- Od Ewci - zamruczał dziwnie pan Mudrowicz. 
-Od Ewci, od Ewci! Wszystko zawsze od Ewci! - zaśmiała się Ewa. - Nie wierz panu, 
Zosieńko! To pan Mudrowicz ci przywiózł, a dlatego takie małe pudełeczko, bo w całej 
Warszawie nie było większego. 
Okazało się jednak, że ogromne pudło było zbyt małe, gdyż poszło ono natychmiast w 
okrężna drogę do sąsiadek. Ewcia biegała z nim na polecenie Zosi i karmiła biedne 
dziewczęta jak wróble. Zdawało się, że każda czekoladka jest „pigułką szczęścia”, która 
wywołuje uśmiechy i ciche okrzyki. Pan Mudrowicz pomyślał ponuro, że jest złym 
człowiekiem, bo przywiózł tylko jedno pudełko. Nie wiadomo czy z tego, czy też z innego 
powodu podniósł się nagle i rzekł: 
- Pogadajcie tu sobie, dziewczęta, a ja obejrzę sanatorium. 
Szedł powoli z odkrytą głową, jakby jej nie śmiał nakrywać w obliczu cierpienia, i po 
chwili zniknął za zakrętem. 
Podczas powrotnej drogi był zamyślony i milczący. Raz tylko powiedział tak, jak 
gdyby głośno rozmyślał: 
-Człowiekowi zdaje się zawsze, że jego osobiste cierpienie jest największe na 
świecie. A to jego cierpienie jest tylko kropelką w oceanie... Niech mi Bóg przebaczy... 
Ewcia nie przemówiła ani słowem, nie chcąc mącić jego zatroskanej zadumy. 
Wiedziała, o czym mówił sam do siebie, pomyślała jednak, że może on nie pragnie, aby 
wiedziała. 
Dopiero gdy już dojeżdżali do Warszawy, pan Mudrowicz jak gdyby się obudził. 
-Powiedz mi, Ewuniu -mówił nie patrząc na nią i jakby od niechcenia -kto są ci... 
jakże im tam? no! ci! ci Szymbartowie? 
-To biedni ludzie -odrzekła. -Pan Szymbart jest człowiekiem roztropnym i żyje z 
małej emerytury, a pani Szymbartowa jest kobietą nieszczęśliwą. 
- Tak, tak, wiem...Mówiłaś mi o tym. Biedna ta Zosia... A gdzie to oni mieszkają? 
Ewcia odpowiadała bardzo ściśle, nieco zdziwiona, po co panu Mudrowiczowi ta 
wiadomość. Jeszcze więcej zdumiały ją następne jego słowa: 
-Ewuniu -mówił powoli i z namysłem. -Chcę cię o coś bardzo serdecznie poprosić. 
Otóż rzecz jest taka: może się zdarzyć, że rodzice Zosi otrzymają przyjemną wiadomość... 
Wszystko jedno jaką... Ty się o niej oczywiście dowiesz. Przyrzeknij mi, drogie dziecko, że 
nie będziesz robić żadnych przypuszczeń i że nie będziesz żadnych snuć domysłów. Najlepiej 
będzie, jeśli oświadczysz, że o niczym nie wiesz, co zresztą będzie prawdą. 
- Skoro nie wiem, to nie powiem! - zaśmiała się Ewcia. 
-Tak, ale ty wiesz z pewnością, ile jest w Warszawie much, więc tak długo będziesz 
szukać, aż znajdziesz. Proszę cię, nie czyń tego! Dobrze? 
- Dobrze! 
- Słowo? 
- Po co słowo? Jak pana kocham! 
- Znakomicie, wierna duszo! I już o tym nie mówimy. 
Pożegnali się bardzo czule, jak gdyby pan Mudrowicz miał wieczorem odpłynąć na 
wieki do Ameryki, a ona do środkowej Afryki, i rozeszli się niezmiernie z siebie radzi, bo 
takich zaprzysięgłych przyjaciół nie było w tym czasie we wszechświecie z najbliższą 
okolicą. 
Dopiero nazajutrz o liliowym zmierzchu zrozumiała Ewcia, czemu to piekielnie chytry 
pan Mudrowicz kazał jej składać przysięgę. Przed dom pani Zawidzkiej zajechała dorożka, do 
której przyczepiony był koń tak mizeracki, że zdawało się, iż to jego dorożka popycha, a nie 
on ją ciągnie. Mieszkańcy domu ze zdumienia „wyszli z siebie”, ujrzawszy, że z dorożki 
wychodzą państwo Szymbartowie i wchodzą do willi. Oboje byli podnieceni i niespokojni. 
- O Boże! - szepnęła Ewa. - Może to już po mnie? 
- Skądże znowu! - odrzekł Jerzy. - Po ciebie przyszliby z koszem albo z workiem. 
- Chyba ciotka przyjechała albo przyszła depesza od ojca - mówiła zatrwożona Ewa. 
Pani Zawidzka powitała uprzejmie niespodzianych gości, którzy z bliska sprawiali 
wrażenie ludzi obłąkanych, bo pan Szymbart nie mógł wydobyć głosu, a pani Szymbartowa 
padła na najbliższy fotel i zaczęła płakać bez najmniejszej uwertury, bez przygotowania, bez 
zapowiedzi, bez ostrzeżenia, bez wprowadzenia słuchaczów w nastrój. 
- Co się pani stało? - zawołała z niepokojem pani Zawidzka. - Czy jakie nieszczęście? 
- Nie, nie! - rzekł pan Szymbart z pośpiechem, schwytawszy oddech. - Przeciwnie! 
- W takim razie czemu pani płacze? 
- Ze szczęścia! - krzyknął pan Szymbart. 
- W tym domu zaczynają się dziać cudy - szepnął Jerzy do Ewci. - Oho! Pan Szymbart 
daje oznaki życia. 
Pan Szymbart wydobył z kieszeni portfel, a z portfelu karteczkę, którą podał drżącą 
ręką pani Zawidzkiej. 
- Niech pani czyta! - rzekł zdławionym głosem. 
Pani Zawidzka odczytała cicho, że sanatorium w Otwocku potwierdza odbiór 
należności za czas jedenastu miesięcy od panny Zofii Szymbartówny. 
-To doskonale! -rzekła pani Zawidzka z miłym uśmiechem. -Dlaczego mi pan to 
pokazuje? 
W odpowiedzi pani Szymbartowa zapłakała na oktawę niżej, a pan Szymbart podniósł 
obie ręce ku niebiosom. Potem jedną z nich wymierzył w stronę Ewci i rzekł: 
- Ona obiecała, że stanie na głowie! Słyszy pani? 
- Co takiego? - zdumiała się pani Zawidzka. - Dlaczego Ewa miała stanąć na głowie? 
- Nadzwyczajne! - zaśmiał się Jerzy. 
Ewa zbladła i patrzyła na wszystkich ze strachem. 
-Ewcia -wyjaśnił zdyszanym głosem pan Szymbart -wiedziała, że my nie możemy 
spłacić sanatorium. I wtedy powiedziała, że stanie na głowie, a pieniądze muszą się znaleźć. 
Teraz się znalazły, a nikt z nas nie wie, kto je dał. 
- Ach, tak! - zdziwiła się pani Zawidzka. - A skądże ten kwit? 
-Dostaliśmy go przed godziną pocztą. O czymś podobnym nie mogliśmy marzyć... 
Dlatego moja żona tak płacze...A ja chyba oszaleję ze szczęścia.... 
-Teraz rozumiem -rzekła pani Zawidzka. -Państwo chcą się dowiedzieć od Ewci, kto 
jest tym dobroczyńcą? 
- Tak, tak! - krzyknął pan Szymbart. 
Wszyscy spojrzeli na Ewę, która usiadła czym prędzej, jakby ją siły opuściły. 
- Ewuniu złota - mówiła serdecznie pani Zawidzka - kto dał te pieniądze? 
- Ja nie wiem o niczym! - odpowiedziała Ewa gwałtownie. 
Pani Szymbartowa przestała płakać z nadmiernego zdumienia, pan Szymbart zaś 
zbliżył się do Ewci i mówił błagalnie: 
-Dziewczyno złota! My musimy wiedzieć... Przecież my musimy kiedyś zwrócić te 
pieniądze... 
-Ja nie wiem o niczym! -powtórzyła Ewa, już bliska łez i spojrzała na Jurka, 
wzywając go wzrokiem na ratunek. 
-Moi państwo! -mówił Jerzy. -Skoro Ewa twierdzi, że o niczym nie wie, 
niepotrzebnie ją dręczycie. Sama tych pieniędzy nie dała, bo tyle ma majątku co turecki 
święty. Mogę na to przysiąc, bo mnie osobiście winna jest osiemdziesiąt groszy... 
- Właśnie! - zawołała Ewa. 
-Obiecała wprawdzie, że stanie na głowie -mówił dalej wesoło -ale dotąd jeszcze za 
to nie płacą, bo gdyby tak było, cała ludność ze mną na czele stałaby do góry nogami. Moim 
zdaniem znalazł się ktoś zacny, który nie chce, by o nim wiedziano, a pan Szymbart postąpi 
najrozsądniej, skoro go nie będzie szukał. 
- Ale ja muszę... chciał wtrącić pan Szymbart. 
-Oddać? Mój Boże! Cóż łatwiejszego? Gdy pan wygra los albo otrzyma spadek po 
nieznanej ciotce, zwróci pan te pieniądze w ten sposób, że pan opłaci sanatorium za jakąś inną 
Zosię czy Marysię. Powiedz, matko jedynego syna, czy mówię rozumnie? 
-Jedyny mój syn mówi wyjątkowo rozumnie. Niech kochana pani nie płacze. Niech 
się pani raczej ucieszy, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie... O tak, tak... Niech się pani 
uśmiechnie raz jeszcze. 
Pan Szymbart nie dał się jednak przekonać. 
-Ale ona powiedziała, że pieniądze się znajdą! -mówił zamyślony. -Nie przestanę 
twierdzić, że to Ewunia sprawiła... 
- Proszę pana...Ja naprawdę nie wiem o niczym... 
-Nie łżyj! -szepnął jej Jerzy. Głośno zaś rzekł: -Panie Szymbart! Niech pan da na 
mszę za nieznanego dobroczyńcę, a Ewci niech pan nie dręczy. Napiją się państwo herbaty? 
- Moja żona twierdzi, ze herbata... - jęczał pan Szymbart 
-Ja już niczego nie twierdzę -odjękła pani Szymbartowa. -O, proszę pani! Jaka ja 
jestem szczęśliwa. 
Po odejściu tych dwojga szczęśliwych mówił Jerzy: 
-Czy mama zauważyła, że od pewnego czasu wszyscy, którzy przychodzą do tego 
domu, przybywają z oznajmieniem, iż są szczęśliwi? Najpierw my oboje uniknęliśmy ciosu, 
potem robił dziwne miny pan Mudrowicz, potem wytańcował tu Rogalik, a przed chwilą z 
wielkiego szczęścia płakała pani Szymbartowa, pan Szymbart zaś łapie się za głowę. 
Śmieszne historie! Istnieją na tym padole łez tacy, za którymi biegnie szczęście. Mam 
wrażenie, że ta oto niewyrośnięta osoba posiada tę właściwość. Ewelindo! Czy nie mogłabyś 
sprawić, aby i mnie osobiście spotkało coś wspaniałego? 
Ewa spojrzała na niego bystrze. 
- To się da zrobić! - rzekła. 
-Choćby miała stanąć na głowie? Nie czyń tego, księżniczko chińska, bo wreszcie 
skończysz w cyrku. 
Skoro jednak pani Zawidzka odeszła, Jerzy zmrużył lewo oko i rzekł cicho: 
- Ewuniu, powiedz prawdę: pan Mudrowicz? 
- Zupełnie nie rozumiem, o co pytasz - odrzekła Ewa zapłoniona. 
- Nie chcesz gadać, to nie gadaj. Są tajemnice których się nie zdradza. 
-Właśnie to samo chciałem ci powiedzieć. Są tajemnice, których dżentelmen nie 
wyjawi nawet na mękach. Dlatego publicznie ogłoszenie przed całym światem, że jestem ci 
winna osiemdziesiąt groszy, nie przynosi ci zaszczytu. Trudno jednak żądać od malarza... 
- Nie kręć, Ewelizardo, nie kręć! - zaśmiał się Jerzy. 
Nie ukrywał swojego podziwu dla tego brzdąca, który w godzinę potem odbył długą 
telefoniczną rozmowę z panem Mudrowiczem, rozmowę wielce tajemniczą, prowadzoną 
ściszonym głosem, pełną jednak zdławionych okrzyków radości i stłumionego śmiechu, 
zakończoną zapewnieniami wieczystej miłości. Pan Mudrowicz sprawił niespodziankę nie 
tylko Szymbartom, lecz i Ewci. Radość jej była tak niebotyczna i nieludzka, że przez całą 
resztę dnia nie chodziła sposobem powszechnie przez ludzkość na codzienny użytek 
przyjętym, lecz podskakiwała i podrygiwała krokiem tanecznym, ulubionym wśród wróbli. 
Niosło ją z kąta w kąt, wreszcie wieczorem poniosło ją do ogrodu. Wnet z drugiej strony, 
jakby wywołana tajemnym wołaniem, zjawiła się panna Barbara. Ponieważ sprawą zbyt 
pospolitą dla umysłów uskrzydlonych byłoby spotkanie na udeptanej ziemi przy jednej lub 
przy drugiej willi, uskrzydlone umysły wygramoliły się na mur graniczny i usiadły wśród 
dzikiego wina. Księżyc srebrzył się we wysokiej swojej pełnej chwale, a przeczyste rosy 
szkliły się jak brylanty na różach. Gdzieś w oddali wielkie miasto brzęczało i szumiało, w tym 
zakątku jednak było cicho i srebrzyście. Dziewczęta, przytulone do siebie, rozmawiały 
szeptem; ponieważ nie widziały się od rana, wiec treści do niezmiernie poważnej rozmowy 
nazbierało się na jakie trzy dni, a jeszcze nie wszystko zdałoby być dokładnie omówione. 
Dowiedziała się przeto Barbara, co uczyniła a o czym myślała Ewa, Ewa dowiedziała się co 
uczyniła i o czym myślała Barbara, gdy zaś zakończono uczciwą wymianę bezcennego 
towaru, wymieniono kilka uścisków i pokaźną ilość westchnień, należy bowiem zauważyć na 
podstawie głębokich doświadczeń, że dusze szczęśliwe podobne są do owego worka, w 
którym wedle wyobraźni Greków zamknione były wiatry, które czasem wydostają się na 
świat i wieje swobodnie. 
Szczęśliwa duszyczka Ewy tę niezwykłą posiada właściwość, że zaczynała być 
nieszczęśliwa, skoro się własnym nie mogła podzielić szczęściem. Przedziwne dlatego 
przędła pomysły, zawsze bujne i cokolwiek niespodziane. Dziewczyna wpatrzyła się w 
księżyc -mądry, bo zawsze samotny, uśmiechnięty, bo w tej zimnej samotności pełen 
cierpienia - i myślała nad czymś bardzo głęboko. 
-Basieńko - szepnęła. - Jakby to było cudownie na świecie, gdyby wszyscy ludzie byli 
dobrzy... 
- O tak! 
-A jakby to było cudowne, gdyby się wszyscy kochali -Wtedy nie byłoby ani złych, 
ani nieszczęśliwych, ani smutnych... Bogaty podzieliłby się z biednym, a szczęśliwy 
podzieliłby serce i połowę oddał nieszczęśliwemu. 
Basia westchnęła głęboko, lecz smutnie, jak gdyby chciała rzec, że tylko w serdecznej 
przyjaznej poświacie księżyca mogę się snuć takie marzenia. Pomyślała, że w tej chwili 
pełnej słodyczy i troskliwości krople rosy na różach są dziwnie podobne do łez. 
Ponieważ księżycowa filozofia Ewuni wyczerpała się doszczętnie, więc znowu 
wysłała pracowite myśli jak pracowite pszczoły na srebrny świat po nowe miody mądrości, że 
jednak nie powracały zbyt długo , rzekła cicho: 
- Wiesz Basiu, co powinnaś zrobić? 
- Co, Ewuniu? 
- Powinnaś namówić ojca, żeby złożył wizytę pani Zawidzkiej. 
- Wizytę - rzekła Basia przeciągle. - Pod jakim pozorem? 
- Nie trzeba żadnego pozoru. Sąsiedzi prawie zawsze odwiedzają sąsiadów. 
- Tak, na wsi... 
- Przecie to tak jak na wsi. A właściwie to Jurek był już u ciebie z wizytą. 
- Nie bardzo. 
- Ale twój ojciec powinien przyjść... Z tobą oczywiście... 
Basia najwyraźniej drgnęła. 
-Pani Zawidzka -mówiła Ewcia -będzie bardzo rada. Pojęcia nie masz, jaka to 
kochana osoba, a przy tym prawie zawsze sama. Mnie wciąż nosi, a Jurek nie wyłazi ze swej 
pieczary, tylko wciąż maluje. Przyjdźcie do nas, Basieńko, koniecznie przyjdźcie! Potem pani 
Zawidzka odwiedzi twoją matką i pogadają sobie kobieciny. Nie myślisz, że to byłoby 
świetnie? 
- Być może - odrzekła Basia zamyślona. - A jeżeli ojczulek nie zechce? 
-Mojemu Hieronimowi nie potrzeba by długo gadać. Wzięłabym go pod rękę i nawet 
by nie wiedział, dokąd idzie. Później wprawdzie też by nie wiedział, gdzie był i u kogo, ale 
już by było po wszystkim. Myślę, że z twoim nie będzie o wiele trudniej. Ojcowie powinni 
słuchać swoich córek, jeżeli na świecie ma być jaki taki porządek. Zrobisz to, Basieńko? 
- Spróbuję... 
- Tylko spróbuj! Najlepiej będzie pojutrze około piątej... 
-Pojutrze... około piątej... -powtórzyła Basia bardzo cicho, lecz dobitnie, jak gdyby 
chciała sobie te słowa zapisać w pamięci ostrym księżycowym promieniem. 
Musiała to uczynić bardzo starannie, gdyż we czwartek około piątej Ewa, zdradzająca 
od czasu obiadu wyraźny niepokój, zawołała patrząc w okno: 
-Pan Zawiłowski idzie do nas! -Potem dodała szybko: -Pewnie z wizytą, bo czarno 
odziany... 
Jerzy, czytając gazetę, porwał się z krzesła 
- Ja tu nie jestem potrzebny, proszę mamy... Nie cierpię wizyt! 
Chciał już czmychnąć kiedy Ewa oznajmiła: 
- Ach i Basia idzie też! Proszę pani, niech Jurek nie ucieka, bo nie wypada... 
- Co to znaczy „nie wypada”? Zresztą mogę zostać, bo mi się tak podoba. 
Wszedł pan Zawiłowski w uroczystym obleczeniu, potężny i wspaniały. Wąsy miał 
starannie ułożone, a brwi tak bujne, że gdyby mu wąsów zabrakło, mógłby je zastąpić 
brwiami. Basia, odziana była w śliczną sukienkę, tak barwną, że powinny za nią gromadą 
latać pszczoły. Ponieważ o tym czasie na rodzinnej ziemi dojrzewały właśnie pomidory, nie 
dziwota przeto, że i na jej twarzy zjawiły się z niewiadomej przyczyny rumieniec o złocistej 
głębokiej czerwieni. 
Gdy ceremoniał pierwszego uroczystego powitania został wyczerpany, pan 
Zawisłowski zasiadł w fotelu z wprawą wielokrotnego prezesa wielu komitetów, nabrał tchu i 
„zagaił posiedzenie”, Objaśniwszy, że wedle odwiecznego zwyczaju sąsiad co osiadły winien 
jest złożyć hołd i uszanowanie sąsiadom zasiedlonym. Ciągnąc tę wyborną perorę wpatrywał 
się pilnie w twarz pani Zawidzkiej, która też nieznacznie krążyła spojrzeniem dokoła jego 
twarzy, ozdobionej dwiema parami wąsów. nagle pan Zawiłowski uderzył dłonią w kolano i 
zawołał uradowany: 
- Ej, pani dobrodziejko, czy my się przypadkiem nie znamy? 
- I mnie się coś tak zdaje... - odrzekła z uśmiechem pan Zawidzka. 
- Coś tak przed trzydziestu laty w Kutnowskiem... 
- Tak, tak! 
- Panna Gronowska z domu, w której kochało się cztery powiaty... 
- Gronowska z domu, ale czy cztery powiaty... 
- Powiedziałem i nie cofnę! - uradował się pan Zawiłowski z całego serca. 
Radość podzielili wszyscy obecni, a Jerzy pomyślał: 
„Teraz powinienem powiedzieć: <góra z górą się nie zejdzie, a...>„ 
-Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze! -zawołał pan 
Zawiłowski. -A wie pani, że gdyby mi kto jeszcze jedną cukrownię podarował, mniej by 
mnie to nie uradowało! 
Pani Zawidzka, tak wspaniale oceniona, najwyraźniej ogarnięta była wzruszeniem. Z 
żywą przyjemnością zaczęła słuchać rozwichrzonej opowieści o dawnych czasach, o ludziach 
i zdarzeniach. Pan Zawiłowski dosiadłszy rączego bachmata wspomnień całował raźno 
poprzez lata dawno osiwiałe wywoływał duchy zmarłych, na potężne jego wezwanie 
budzących się niechętnie z wieczystego snu. Troje młodych przysłuchiwało się temu z 
należytym szacunkiem, skoro jednak w pokoju zaczęło być tłoczno od rozmaitych babek i 
ciotek, skromnych dziewic i siarczystych kawalerów tańczących mazura, Ewcia mrugnęła 
znacząco w stronę Jerzego, który jednak nie zauważył tajemnego znaku, albowiem wpatrzony 
był chyłkiem w Basię. Ewa postanowiła przeto wystąpić na rachunek własny i rzekła do pani 
Zawidzkiej: 
-Proszą pani! Basia chciałaby bardzo zobaczyć pracownię Jurka...Czy możemy 
wyjść? 
-Ależ oczywiście! -odpowiedziała pani Zawidzka i mimo woli spojrzawszy na Basię 
pomyślała, że dawno nie widziała piękniejszej i bardziej uroczej dziewczyny. -My tu sobie 
jeszcze pogadamy... Idźcie, dzieci! 
Basi na myśl nawet nie przyszła wyprawa do malarskiej pracowni, a Jurek spojrzał na 
Ewę ze zdumionym podziwem. Podniósł się niezgrabnie i wskazując Basi kierunek, rzekł 
niepewnie: 
- Służę pani... 
-Chodź, Basieńko -mówiła cicho Ewa.-Pan Jerzy nie wszystkich zaprasza do swojej 
pracowni. Dawno jednak marzył o tym, żeby tobie pokazać obrazy. Prawda, Jureczku, że 
marzyłeś o tym? 
Żaden baran od stworzenia tego gatunku nie spojrzał bardziej wyłupiastym 
spojrzeniem na zuchwałego człowieka. Wobec nagłego otępienia jednego w tym gronie 
mężczyzny przewodnictwo swoim zwyczajem objęła Ewa i po krótkiej chwili urządziła scenę 
wedle wzoru zapamiętanego od owego dnia, w którym zasnęła na pace po mydle. Na tym 
samym chwiejnym tronie usadziła Basię nieco zalęknioną, Jerzemu zaś rozkazała: 
-Do roboty! Pokazuj obrazy, ale tylko dobre. Mnie mogłeś ocyganić, ale z Basią tak 
łatwo ci nie pójdzie. 
- Ewuniu! - szepnęła Basia ze słabym wyrzutem. 
-Wiem, że gadam głupstwa -zaśmiała się Ewa -ale jest mi dzisiaj strasznie wesoło. 
gdzie wam podać herbatę: tutaj, czy zejdziecie do senatorów? 
- Ja myślę... - zaczęła Basia. 
-Że tutaj -dokończyła szybko Ewa. -Jurek też zawsze pije w pracowni, bo zapewne 
ma tu gdzieś schowany koniak. 
Jerzy chciał krzyknąć wielkim głosem, że nigdy tu nie pijał herbaty ani koniaku, gdyż 
w tym zakątku z płynów przechowuje tylko terpentynę do mycia pędzli, ale nie miał już komu 
o tym powiedzieć, bo Ewa zbiegła po schodach, głośno dudniąc. Z kolei chciała krzyknąć z 
miłego zdumienia pani Zawidzka, która od dłuższej chwili myślała nad tym, co by podać tym 
miłym gościom, którzy jej tyle sprawili radości. Wprawdzie rozmaite urzędowe hrabiny 
wydały prawo, że gościa, co się zjawi w domu po raz pierwszy, nie należy karmić niczym ani 
poić, prócz uprzejmym bredzeniem o teatrze, w którym się nie było, i o książkach, których się 
nie czytało, pani Zawidzka jednak nie była hrabiną. Przybycie Zawiłowskich jednak było 
niespodziane i w domu prócz resztek z obiadu nie było niczego smakowitego, najmilszym zaś 
gościom nie należy na podwieczorek podawać siekanych kotletów z młodą kapustą. Pani 
Zawidzka uśmiechnęła się przeto radośnie ujrzawszy, że do pokoju wkracza pochód, 
przypominający powrót wywiadowców izraelskich, co wracają z żyznej ziemi Chanaan, 
niosąc winne grona wielkości obrotnej żydowskiej głowy. Na czele szła Ewa, dźwigając tacę 
zastawioną ciastkami i owocami, za nią zaś z ostrożną powagą kroczyła Honorcia z herbatą. 
Pani Zawiłowski oznajmił, że się pani Zawidzka niepotrzebnie rujnuje, lecz wielce był rad, że 
będzie miał sposobność do gorących wspomnień o jeszcze jednym wspólnym znajomym z 
Kutnowskiego, co potrafił wypić jednym tchem butelkę wina, a wyborną sztukę pokazywał 
tak często, że razu jednego nie on dokończył butelki, lecz butelka jego dokończyła, wskutek 
czego odbył się pogrzeb bardzo tłumny i ponad wszelkie spodziewanie wcale wesoły. 
Taki sam pochód podążał do pracowni, okazało się jednak nieco później, że wciąż 
rozmawiający dostojni ludzie na dole zjedli trzykrotnie więcej niż milczący młodzi na górze. 
Na to jednak zwróciła uwagę jedynie Ewcia, którą po odejściu gości pani Zawidzka uściskała 
gorąco mówiąc: 
-Strasznie, strasznie było miło! Ale skąd tobie, Ewuniu, przyszło do głowy 
przygotowanie ciastek i owoców? Jestem ci za to niesłychanie wdzięczna! Czy wiedziałaś o 
tej wizycie? 
-Coś mi Basia o tym mówiła -odpowiedział Ewcia niewinnie. -Prawda, proszę pani 
jaka to rozkoszna panienka? 
- Bardzo, bardzo miła... 
-I mądra! -rzekł Jerzy dobitnie. -Pojęcia mama nie ma, jakie ona doskonałe uwagi 
robiła o moich obrazach. 
„Wzięło cię, robaczku!” -pomyślała Ewa, a głośno powiedziała: -Jurek! Tutaj palić 
nie wolno... 
- Ach! - mruknął Jerzy. - Przyszedłem z ta fajką z pracowni i zapomniałem zgasić... 
- Paliłeś fajkę przy Basi? - zapytała Ewa z ponurą grozą. 
- Dlaczego nie miałem palić? Sama mnie o to prosiła. 
„A, to dlaczego taka mądra...” - pomyślała Ewa. 
Gdy została z nim sama, rzekła: 
- Bardzo się cieszę, że się pani Zawidzkiej tak goście podobali. A tobie, Jureczku? 
- Owszem... Podobali się... 
- Pan Zawiłowski to wyborny typ. 
- Aha...Wyborny... 
- Ale czy zauważyłeś na twarzy Basi... 
- Niczego nie zauważyłem, bo się jej nie przyglądałem! 
- To dobrze, bo coś się biedactwo zrobiło nad lewym okiem. Jakiś guz czy co? 
-Jaki guz?! -krzyknął Jerzy. -Nie bądź złośliwa. Zła jesteś, że ona taka ładna. Może 
nieprawda? Czoło ma bez najmniejszej skazy, gdzieś ty ujrzała jaki guz? 
-Może mi się tak tylko wydawało, ale skąd ty o tym wiesz, skoro się jej nie 
przyglądałeś? -rzekła Ewa szybko i jeszcze szybciej wybiegła, albowiem ujrzała w jego 
oczach śmierć nagłą i niespodziewaną. 
Podobnemu śledztwu została później poddana panna Barbara, która uścisnęła Ewę 
goręcej niż zwykle, czemu brakło filozoficznego uzasadnienia. 
-Ach, jak u was jest miło, mój Boże! -mówiła z zapałem, sponad którego uniosła się 
para jak nad gorącą wodą. 
-U nas zawsze jest miło. Pani Zawidzka jest najlepszą kobietą na świecie. Szkoda 
tylko, że Jerzy czuł się jakoś nieswojo. Nie zauważyłaś, że był dziwnie blady? 
-Nie zauważyłam -odrzekła Basia szybko. -Oglądałam z takim zajęciem obrazy, że 
nawet na niego nie spojrzałam. 
-To dobrze, bo coś mu się zrobiło z prawej strony ust...Jakaś zmarszczka czy coś 
takiego... 
-Jaka zmarszczka? Co ty opowiadasz, Ewuniu! Nie widziałam żadnej zmarszczki... 
Zresztą pan Jerzy ma przepiękne usta... 
- Ach, tak? Muszę mu się lepiej przyjrzeć...A obrazy? 
-O Boże! -zawołała Basia podnosząc obie ręce ku niebiosom. -Pan Jerzy to genialny 
malarz! 
- Czemu mówisz o nim „pan Jerzy”? 
- A jakże mam mówić? - zapytała Basia ze strachem. 
- Po prostu: Jerzy, albo jeszcze lepiej: Jurek. On mówi o tobie: Basia. 
- On ...mówi... Basia? 
- Trzymaj się, bo zlecisz za mur! - zawołała Ewa. - Co ci się stało? 
- Nic... nic... 
A na pożegnanie uściskała Ewę jeszcze gorącej niż przy przywitaniu, chociaż też nie 
było po temu filozoficznej racji. 
Ewa rozmyślała głęboko, albowiem potężna jej głowa nie mogła trwać w 
bezczynności. Wynikiem tej zadumy było niespodziewane pytanie skierowane do Jerzego: 
- Jureczku, powiedz mi, jak powinien być odziany mężczyzna do ślubu? 
-A czy ja wiem? Jeden wdziewa frak, drugi czarny pogrzebowy strój. Po co ci ta 
wiadomość? 
- A w czym ty będziesz brał ślub? 
- W kaftanie bezpieczeństwa! - wrzasnął Jerzy. - I w żółtych butach! 
-Dobrze, ale czemu krzyczysz w obecności damy z najwyższego towarzystwa? 
Dlatego o to pytałam, bo zauważyłam, ze w twoim fraku mole założyły sobie jadłodajnię, 
klub i prywatne lotnisko. Gdybyś więc nagle potrzebował fraka... 
Jerzy chwycił własną głowę w obie ręce, jak gdyby ją chciał zerwać z karku i cisnąć 
nią w straszliwą damę z najwyższego towarzystwa. 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
w którym „dwa serca złączone na wieki”, a Ewa skacze z okna po raz drugi, ale zapewne 
nie ostatni 
Ewcia dostała list od cioci Halickiej spod Makowa adresowany do willi Zawidzkich. 
Jak to się mogło stać? Skąd ciocia wiedziała cośkolwiek o Zawidzkich? List został rozerwany 
drżącymi rękami, a z listu wypadła tajemnica: ciocia wiedziała o wszystkim. Oto pani 
Szymbartowa odmieniona na duchu, jak gdyby go leczyła okładami z posiekanego śledzia, 
chciała mu ulżyć wyznaniem grzechów i napisała do pani Halickiej szeroko i długo i o tym, 
jak zatruła Ewci promienisty żywot, i o tym, jak Ewcia dała drapaka, i o tym, jak serdecznie 
Ewcia zaopiekowała się Zosią. Ciocia przyjęła to wszystko do wzburzonej wiadomości i 
oznajmiła Ewci w liście, w którym wykrzykniki rosły jak nad Wisłą topole, że rada jest z 
tego, co się stało. 
Ewci spadł kamień z serca i potoczył się z hukiem w przepaść. Ciążyło jej to 
nadmiernie, że szczęśliwe jej dni u Zawidzkich omotane są pajęczyną kłamstwa. Odmieniona 
pani Szymbartowa uczyniła jej wspaniałą przysługę, że winę jej szaleństwa wzięła uczciwie 
na siebie. Było to z jej strony bohaterstwo. W niebie, gdzie -jak wiadomo -większa jest 
radość z jednego nawróconego grzesznika niźli z dziewięćdziesięciu dziewięciu 
sprawiedliwych, musiały dnia tego anioły tańczyć z radości. I Ewie chciało się tańczyć. 
Napisała do cioci list tak wspaniały, że powinien być wyryty na miedzi. Była to właściwie 
powieść. „Oto jest romans życia nieskładny w niczem” -jak rzekł Słowacki. Poczciwa ciotka 
będzie go zapewne czytała przez trzy dni, siedząc nad brzegiem strumienia, który jej obficie 
łzy poniesie do morza. 
Pani Zawidzka też była bardzo uradowana, że pani Szymbartowa piorunem swojego 
listu oczyściła powietrze. Tylko Jerzy był nie bardzo rad. 
-Źle się stało! -rzekł posępnie. -Gdyby wszystko niespodzianie wyszło na jaw, może 
złoiliby ci skórę, a tak może ci się tylko upiec. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. 
Ewa nie miała jednak czasu na kłótnie z tym buszmenem, który nie miał zielonego 
pojęcia o delikatnych i subtelnych sprawach kobiecych. Odbywała tajne narady z Basią, co 
było połączone z koniecznością wyłażenia na mur graniczny. Ewie przyszło jednak do głowy, 
że Bogiem a prawdą mur ten jest z goła nikomu niepotrzebny, że jest przykrą zawadą i 
powinien być zburzony. Wprawdzie droga przez dwie furtki nie była daleka, lecz mur 
graniczny między dwoma zaprzyjaźnionymi domami był złym symbolem. Przyjaźń 
obydwóch domów stawała się coraz głębsza. Po wizycie pana Zawiłowskiego odwiedziła 
dom sąsiedni pani Zawidzka z adiutantem Jerzym i tak sobie przypadły do serca z biedną 
panią Zawiłowską, że od pewnego czasu nie było dnia, aby jeden dom nie przysłał do 
drugiego serdecznego poselstwa. Po co tedy ten mur? Ewcia odbyła naradę z Basią. Nazajutrz 
Basia przyczepiła się do ojca i łaziła za nim jak cień, bardzo zresztą gadatliwy i wymowny. 
Tłumaczyła mu pracowicie konieczność zburzenia muru, co -jak wie o tym od Ewy -jest 
również marzeniem pani Zawidzkiej. W tym samym czasie Ewa oznajmiła pani Zawidzkiej, 
że zburzenie mizernego a tak zbędnego muru będzie -jak o tym wie Basia -z entuzjazmem 
przyjęte przez pana Zawiłowskiego. 
- Nie mam nic przeciw temu! - zgodziła się pani Zawidzka. 
-Skoro pani Zawidzka się godzi, ja nie mam nic przeciw temu! -rzekł pan 
Zawiłowski. 
Ewcia pomyślała, że -w celu uniknięcia wydatków -obdarzony potężnym basem pan 
Zawiłowski powinien powtórzyć jerychońską sztukę i w braku mosiężnej trąby zwalić mur 
jednym wspaniałym okrzykiem. Trudno było jednak prosić go o tak przedziwny wysiłek i 
dlatego wezwano jakiegoś burzymurka, który za nieznacznym wynagrodzeniem rozebrał 
część ogrodzenia. Przez nowa bramę przebiegł Rolmops i napadł znienacka kurczęta w 
ogrodzie Zawiłowskich, które cudem uszły z życiem przed szczekającą śmiercią. Opętany 
kundel wpadł wobec tego niespodziewanie do kuchni skąd smakowite wiały zapachy, i 
śmiertelnie przeraził kucharkę, która na widok kosmatego czorta „buchnęła, zawrzała i 
zgasła” jak kopcąca lampa. Działo się to wszystko bardzo rano, burzymurek bowiem zjawił 
się do pracy o świcie. Oba domy, posłyszawszy narzekanie drobiu, rozpaczliwy krzyk istoty 
ludzkiej, bojowy wrzask kundla i okrzyki podziwu murarza porwały się ze snu. Uroczysty akt 
otwarcia granicy odbył się wobec tego „przy tłumnym współudziale” obywateli. Jeden 
obywatel jednakże był przeraźliwie zdumiony: Jerzy, który nie wiedział o niczym. Ujrzawszy 
zwalone cegły, pomyślał w pierwszej chwili, że spokojną polską ziemię nawiedziło trzęsienie 
ziemi i że wszyscy uciekają w niedbale odzianym popłochu. Śmiertelna trwoga musiała 
niektórym pomieszać zmysły, ujrzał bowiem przez okno, jak Basia ugania się po ogrodzie za 
kurczętami, a Ewa chwyciwszy za kark swego pięknego kundla, niesie go do domu 
Zawidzkich. Obie dziewoje miały miny wprawdzie cokolwiek niepewne, lecz równocześnie 
roześmiane, nieszczęście przeto nie musiało być zbyt wielkie, tym bardziej że bas pana 
Zawiłowskiego zahuczał na chwilę, lecz wkrótce ucichnął jak oddalony grzmot. 
Skromnie odziany malarz wybiegł do ogrodu. 
- Ewciu, co się tu dzieje, u Boga Ojca! 
- Pomóż Basi złapać kurczęta! - krzyknęła Ewa. - Basiu! Jerzy biegnie na pomoc! 
- Panie Jerzy, prędko! - wołała Basia. 
Malarz przelazł przez wyrwę w murze niebotycznie zdumiony. 
- Przecież to dopiero szósta... 
- Wszystko jedno! Niech pan łapie te kurczaki, bo ja muszę cucić kucharkę. 
Wobec tego Jerzy począł łowić kurze potomstwo, które zdradzało wyraźnie objawy 
obłąkania i pierzchało na widok wielkoluda, słusznie przekonane, że schwytawszy je, będzie 
połykał na surowo i z pierzem. 
W tej chwili wyszła z domu obudzona pani Zawidzka i patrzyła jak urzeczona: jej 
rodzony syn uganiał w cudzym ogrodzie za kurczętami zrozumiawszy zaś, że przemocą nie 
poradzi, począł je wabić chytrze rozlicznymi głosy, udając, że im sypie ziarno. 
- Jerzy, co ty wyprawiasz? - zawołała zdumiona. 
-Basia kazała mi je schwytać... -odrzekł Jerzy zdyszany. -Niech ni mama powie, jak 
się wabi takie tałatajstwo? 
Pani Zawidzka nie śmiała się serdeczniej od lat dziesięciu. Dnia tego jednakże 
zadziwiła się po raz drugi, kiedy jej pan Zawiłowski oznajmił że jej pomysł zburzenia muru 
bardzo mu przypadł serca. Właśnie ona chciała to samo powiedzieć panu Zawiłowskiemu, 
który też byłby zdziwiony, gdyby się dowiedział, że pomysł pochodzi od niego. Jasnym było 
przeto, że pomysł ten zrodziło jednoczesne szczęśliwe natchnienie. Jerzy jednak pilnie 
przyglądał się Ewci i kręcił głową. 
- Czy nie myślisz przypadkiem o podziemnym przejściu na wypadek deszczu? 
- Co ma być, będzie - odrzekła Ewa. 
Podziemne przejście było zbędne, gdyż na wypadek deszczu wystarczy parasol, 
oczywiście dla dostojnych osób, młodzież bowiem nie zwraca uwagi na przeszkody tak 
mizerne. Przejście w murze okazało się najbardziej uczęszczanym traktem w Europie. 
Pannice wydeptały wkrótce białą ścieżkę, a osoby dostojne przechodziły nią bardzo często. 
najbardziej nieśmiałym wędrowcem był natomiast długonogi. Wesoły 
Jerzy dziwna posmutniał. zamknął się na długie godziny w pracowni i często słychać 
było, jak gada sam ze sobą. Jest to rozrywka dość monotonna i zdradza niepokój ducha. W 
towarzystwie matki i rozgadanej Ewy Jerzy zapadał w zamyślone milczenie. Było ono 
objawem mniej zatrważającym niż nagły brak apetytu. Pani Zawidzka spoglądała z 
niepokojem na syna, dla którego za dobrych czasów potężny indyk był ptaszkiem niewielkich 
rozmiarów. 
- Ewuniu, nie wiesz, co jest Jurkowi? - pytała zatroskana. 
- A co ma być, proszę pani? 
- Od pewnego czasu jest jakiś nieswój...Nie rozmawia, nie je... 
- Drobnostka! - odrzekła Ewa. - Wzięło go! 
- Co to znaczy? Co go „wzięło”? 
- To znaczy, że Jurek ma jakieś zmartwienie. 
- Zmartwienie? Ale jakie? 
-Ja myślę, że coś mu się zdaje, ale jeszcze nie jest pewny. I nie ma dość odwagi, aby 
się przekonać. 
- Nic nie rozumiem! 
-Bo to się nie da tak od razu wytłumaczyć...Jeśli pani pozwoli, to ja go zbadam i 
wszystko pani powiem w swoim czasie. 
- A czy ty cos wiesz? 
-Ja? Skądże znowu! Od pewnego czasu Jurek w ogóle za mną nie gada. Ale to 
przejdzie! 
Minęły dwa tygodnie, ale jakoś nie przeszło. Ewcia zajęta była niesłychanie „życiem 
towarzyskim”, wyjazdami z panem Mudrowiczem od Otwocka, odwiedzinami u Szymbartów. 
Zdawało się, że nie zwraca żadnej uwagi na to, że Jerzy przez całe godziny tkwi w oknie i 
spogląda czujnie na willę Zawiłowskich, ani na to, że w oknie naprzeciwko tkwi Basia jak 
okienna pelargonia i widać przygląda się harcom wróbli. 
-Niemądre dzieciaki! -rzekła sama do siebie z odrobiną gniewu w głosie i machnęła 
ręką z wyraźnym lekceważeniem. - Mogą tak stać w oknach do skończenia świata, a żadnemu 
nie przyjdzie do głowy... Ech! Wszystko ja i zawsze ja... 
Na ten temat odbywa naradę z panem Mudrowiczem, przed którym nie miała 
tajemnic. 
-Jestem pewna -mówiła -że Jerzy kocha się w Basi, a ona w nim. Może oni jeszcze 
sami o tym nie wiedzą, ale ja wiem! 
- A skądże ty możesz wiedzieć, pędraku? - śmiał się pan Mudrowicz. 
-Jak to „skąd”? Czy pan myśli, że ja nie wiem, jak się objawia zakochanie? Ja sama 
kochałam się w życiu już dwa razy i dwa razy śmiertelnie. I dwa razy zostałam haniebnie 
zdradzona! - dodała ponuro. 
- O biedna maleńka! 
-Bynajmniej... Przekonałam się, co to jest męska słabość i co jest warta fałszywa 
przyjaźń. Moje dwie najlepsze przyjaciółki zbałamuciły tych, za którymi byłabym poszła na 
koniec świata. Jeden z nich tak cudownie udawał radio, że można było skonać ze śmiechu... A 
drugi pisał wiersze...Ale nie mówmy o tym, bo mi się chce płakać. Chciałam panu to tylko 
powiedzieć, że wiem dobrze, co to jest wielka i śmiertelna miłość. I to wiem, że ani Jerzy nie 
zdradzi Basi, ani Basia Jerzego, bo to cudownie uczciwe serca, ale z tego chyba nic nie będzie 
i to mnie okropnie martwi. 
- A dlaczego nic nie będzie? 
-Bo Jerzy jest tylko w gębie mocny, a naprawdę jest bardzo nieśmiały, a ona też. 
Zresztą Jerzego martwi co innego jeszcze. Ja to doskonale czuję. Widzi pan, pan Zawiłowski 
jest bardzo bogaty, a Jerzy jest malarzem i nie ma nic. i dlatego Jerzy, choćby miał cierpieć 
nie wiem jak, nigdy się nie oświadczy na nic, bo jest piekielnie ambitny... 
-Piekielnie głupi! -zgniewał się niespodzianie pan Mudrowicz. - I ty też, jeśli myślisz 
tak samo. 
- O, proszę pana! 
-Głupi jest! Nie wiem, jak bardzo bogaty jest pan Zawiłowski, o tym jednak wiem z 
pewnością, że Zawidzki jest od niego stokroć bogatszy. Rozumiesz? 
- Nic nie rozumiem. 
- Boś cielę! Słuchaj, dziewczyno ... Ten pan Zawiłowski ma fabrykę czy coś takiego? 
-Trzy fabryki i majtek ziemski 
-Aha! Fabryki mogą spłonąć, mogą się rozwalić, licho wie zresztą co się może stać z 
tym wszystkim, co posiada pan Zawiłowski. Znam bogatszych od niego, co w krótkim czasie 
nie mieli grosza. A kto może zabrać ten ogromny, ten wspaniały majątek, który posiada 
Zawidzki? 
- Jaki majątek? - zdumiała się Ewcia. - pięć złotych? 
- Talent, talent! - zakrzyknął pan Mudrowicz. - Olbrzymi wspaniały talent! 
- Ach! - szepnęła Ewcia. 
-Zawidzki jest znakomitym artystą, a będzie wielkim. Ten chłopak jest już głośny, a 
będzie szeroko sławny. Pan Zawiłowski za cały swój majątek nie zdołałby kupić ani cząstki 
tego, co posiada Zawidzki. Talentu nie można kupić za wszystko złoto świata. Rozumiesz 
- Tak, teraz rozumiem... - szepnęła Ewa w zamyśleniu. - Pan jest bardzo mądry! 
-Nie ja jestem mądry, tylko inni są głupsi ode mnie! -rzekł pan Mudrowicz. Majątek... 
majątek... - sierdził się w dalszym ciągu. -Ja też mam majątek i co mi z tego? Tyle 
mi z niego przyszło, że żyłem jak szczur w norze... Nie pożywiłem nawet bezdomnego psa.. 
Nie wiedziałem, że na świecie świeci jeszcze słońce... A ten twój malarz rozsypuje je 
garściami, upiększa świat, wyzłaca szarość... Biedny malarz! Aha! A ren drugi malarz, ten 
Rogalik... 
- Co, co? 
-Siedzi u mnie na poddaszu i przez cały dzień śpiewa. Maluje i śpiewa ... Radość 
chodzi za tym golcem i ten golec jest szczęśliwy... Tak kiedyś wył z jakiejś wielkiej radości, 
że posłałem Pawła, aby go uciszył, a Paweł się zbuntował i nie chciał iść: -„ niech sobie 
biedaczysko pośpiewa!” - powiada mi ta kreatura. 
- Paweł tak powiedział? 
-Tak. Zdaje się, że jest z Rogalikiem w ogromnej przyjaźni i zanosi mu połowę 
swojego jedzenia. Nie przysięgnę, ale mi się zdawało, że się onegdaj obaj zaśmiewali jak 
obłąkani. 
- Nie może być! 
-Może być. Zdaje się, że są zdziwieni, dlaczego ja jeszcze nie śpiewam -rzekł pan 
Mudrowicz z odrobiną goryczy. 
Ewcia bardzo była zamyślona po tej rozmowie. Przez kilka dni następnych 
przyglądała się Jerzemu, który pracował niezmordowanie nad wielkim obrazem. Chciała do 
niego zagadać, lecz nie miała odwagi. Nie był to już ów Jerzy, co stawał na głowie, śmiał się 
do całego świata i najbliższej jego okolicy i huczał, i pokrzykiwał. Zaczął tak wyglądać, jakby 
nie spał od wielu nocy. Wprawdzie na widok Ewy uśmiechnął się mile, nie był to jednak 
zawiesisty uśmiech, delikatna, subtelna i ledwie widna. Żal ścisnął serce Ewy. 
-Jureczku -rzekła wreszcie z wielkim strachem -zdziwi cię to, co ci powiem... 
Niedawno rozmawiałam o tobie z panem Mudrowiczem. 
- Bardzo mi miło - odrzekł Jerzy z bladym uśmiechem, lecz spojrzał na nią ciekawie. 
-Pan Mudrowicz powiedział... pan Mudrowicz powiedział, że ty jesteś jednym z 
najbogatszych ludzi... 
-Co takiego? Czy przypadkiem mój przyjaciel Rogalik nie nauczył pić pana 
Mudrowicza? 
-Twój przyjaciel Rogalik -rzekła Ewa podniesionym głosem -ani sam nie pije, ani 
nikogo nie uczy pić. Pan Mudrowicz mówiąc, że jesteś jednym z najbogatszych ludzi, miał na 
myśli twój talent. 
- Ach, tak? 
-Tak. Pan Mudrowicz jest mądry i mówił, że teraz już jesteś znakomity, a niedługo 
będziesz sławny i że ani talentu ani sławy za żadne pieniądze nie kupi. Takiego bogactwa nikt 
ci nie odbierze i więcej jest ono warte... więcej warte nawet niż trzy fabryki. To tylko 
chciałam ci powiedzieć. 
Jerzy spojrzał na nią jasnym pociągłym spojrzeniem. 
- Kochane z ciebie dziewczynisko! - powiedział wreszcie cicho i odszedł. 
„Zdaje się, że jednak zrozumiał” -pomyślała Ewa. -„Wszystko mu trzeba wkładać 
łopatą do głowy...Ale trzeba zajrzeć do Basi!” 
Basia była u matki, natomiast pan Zawiłowski zawsze rad z przyjścia Ewy ucieszył się 
dzisiaj niezwykle gorąco. zawiódł ją do swego gabinetu, starannie zamknął drzwi i 
położywszy palce na ustach na znak, że zostaną omówione sprawy niezwykle ważne i 
tajemnicze, rzekł: 
-Panno Ewo, doskonale się złożyło, że pani przyszła, bo ja właśnie wybierałem się do 
was... Chciałem panią o coś zapytać, ale niech to zostanie między nami... 
- Oczywiście! 
Pan Zawiłowski pomazał swój bas oliwą szeptu, aby słowa nie skrzypiały i mówił: 
- Panno Ewo! Z Basia coś się dzieje, a ja nie wiem co. 
- A co się dzieje, proszę pana? 
-Nie wiem...nie wiem...Pani wie, ile w Basi jest radości, a teraz poznać jej nie 
można... Smutna, wzdycha i gada przez sen. 
- Gada przez sen? Oj, to niedobrze. A co gada? 
-Tego nie wiem. To jednak nie jest najgorsze -(„mówił ojciec o swej Basi, cały 
zapłakany”) -to nie jest najgorsze... Niech pani sobie jednak wyobrazi, co się działo wczoraj! 
Powiadam: „Co ci jest, Basieńko?” -Ona najpierw na to nic, potem patrzy, patrzy, wreszcie 
wybuchnęła płaczem i zawołała: „O, jaka ja jestem nieszczęśliwa!” -I uciekła. Słyszy pani? 
Basia jest nieszczęśliwa! Ona! Czemu Basia ma być nieszczęśliwa? 
- Z wielkiego szczęścia - odrzekła Ewa z powagą. 
- Z czego? 
- Z wielkiego szczęścia - powtórzyła. 
Pan Zawiłowski spojrzał na nią spod ogromnych brwi wybałuszonym wzrokiem 
śmiertelnie zdumionego karpia. 
- Nie rozumiem! - jęknął i rozłożył ręce. - To dla mnie za mądre. 
Ewa uśmiechnęła się ślicznie. 
-My kobiety -mówiła pouczającym tonem -używamy bardzo dziwnych sposobów w 
wyrażaniu uczuć. Żaden mężczyzna tego nie pojmie. Czy pan wie, że kobieta nieszczęśliwa 
płacze, a kobieta szczęśliwa też płacze, tylko obficiej? 
- Przyznam się, że po raz pierwszy... 
-Proszę pana... Był pan oczywiście na niejednym ślubie? Zapewne pan był? Czy 
pańskim zdaniem panna młoda jest szczęśliwa? 
- Chyba jest... 
-Jest bardzo szczęśliwa! A co robi! Płacze! Mama płacze, babcia płacze, ciotki płaczą 
i ona płacze. 
- Może być. Co to jednak ma wspólnego z Basią? Przecie Basia nie myśli o ślubie! 
-Ja nie jestem tego tak bardzo pewna - rzekła Ewa tajemniczo. - Czy pani Zawiłowska 
czuje się dobrze? 
- Dzięki Bogu coraz lepiej. 
- A pan jest zdrów? 
- Jak byk! To znaczy... Przepraszam za wyrażenie... 
-Nic nie szkodzi. Z tej strony przeto nie pochodzą jej zmartwienia. Ponieważ nie 
zdarzyło się żadne nieszczęście, które byłoby słusznym powodem płaczu, a Basia jednak 
płacze, czyni to przeto z jednego rozsądnego powodu: ze szczęścia. 
-Z jakiego szczęścia? Panno Ewo! Nie słyszałem, żeby ją spotkało jakie szczęście. Co 
się pani roi? 
-Mnie nic ale zapewne Basi się roi. Proszę pana... Pozwoli pan, że zapytam pana 
jeszcze o jedno? 
- Bardzo proszę! 
- Jak pan myśli: kiedy młoda panna jest nieszczęśliwa? 
- Czy ja wiem? Nie byłem nigdy młodą panną... 
- Ja panu powiem: kiedy się zakocha! Ale nie tak, byle jak, na patatajkę, ale na śmierć. 
Kiedy ja się zakochałam po raz pierwszy, płakałam tak, że trzy ręczniki były mokre. Drugi 
raz przeszło nieco lżej, ale też płakałam. 
- Nie może być! - zawołał nagle rozweselony pan Zawiłowski. - I przeszło? 
- Przeszło - odpowiedziała posępnie. - Ale chyba znowu wróci - dodała szeptem. 
- I pani myśli, że Basia... 
- Myślę, że Basia jest zakochana na umór! Słyszy pan: na umór! 
- Basia? 
- Basia. 
- Na umór? 
- Tak mi się zdaje. 
- Ale w kim, dziewczyno, w kim? 
-Pewnie w jakimś mężczyźnie, bo to już taki nieznośny zwyczaj... Proszę pana... 
Zdaje się, że Basia nadchodzi!... Czy to prawda, że pojutrze są jej urodziny? 
- Ależ tak! - przypomniał sobie pan Zawiłowski. 
- Doskonale... Przyjdziemy wszyscy o piątej. Wtedy panu powiem może coś więcej. 
- Dobrze! 
Panna Barbara powitała Ewcię serdecznie, lecz jakby z roztargnieniem. W 
orzechowych jej oczach nie było rozigranych złotych błysków; smutek osnuł śliczną jej twarz 
lekką mgiełką. 
Zaciągnęła Ewcię do swojego pokoju, w którym barwną plamą gorzał obrazek 
Jerzego. 
- Co się tu dzieje? - Spytała Basia. - Nie widziałam cię od dwóch dni. 
-Nic nadzwyczajnego -odrzekła Ewa przyglądając się pilnie pułapowi. -Tylko Jerzy 
jest jakoś chory... 
-Pan Jerzy chory? Nie może być! Wczoraj wieczorem chodził po ogrodzie prawie do 
północy. 
- Ach tak? Widać na tym polega jego choroba, że chodzi po ogrodzie przy księżycu. A 
skąd ty o tym wiesz, że on taki lunatyk? - spytała Ewa niewinnie. 
Zdawało się, że odpowiedzią na takie pytanie powinno być: „Widziałam 
przypadkiem...” albo „nasza Martusia widziała” lub coś podobnego na ten temat. 
Najbystrzejszy jednakże filozof, mądry jak diabeł, nie mógłby przewidzieć odpowiedzi Basi, 
która nagle zakryła twarz rękami i szeptała gorąco: 
- O Boże! Chciałabym umrzeć... chciałabym umrzeć... 
Świadomi rzeczy twierdzą uparcie, że na dziesięć potężnie zakochanych panien: trzy 
chce pójść do klasztoru, dwie do filmu, pięć objawia niezłomną chęć śmierci. Wprawdzie 
owych pięć wzywających śmierć podniosłoby ogromny wrzask na widok myszy i wzywałoby 
ratunku, nie zmniejsza to jednakże grozy sytuacji. Basia w tej chwili istotnie żałosny 
przedstawiła widok. 
„Basię wzięło jeszcze mocniej niż Jurka!” -pomyślała Ewa z gorącym współczuciem. 
-„Tak mądra, taka dobra, taka zrównoważona i co z tego? Na miłość nie ma i nigdy nie 
będzie lekarstwa... Och jak straszny jest nasz los!” 
Zaczęła pocieszać Basie, głaskając ją po głowie, po twarzy i po rękach i szepcząc 
słowa pełne słodyczy. Nie dała jej jednak do poznania, jaki to „robak lęgnie się w tym 
bujnym kwiecie”. Pomyślała równocześnie, że nie może pozwolić na to, aby się uczciwie i 
niezaradne serce tak gryzło i męczyło. 
Przez dzień następny była Ewa rozgoryczona i opryskliwa. Znienacka napadła na 
Jerzego: 
- Czemu wciąż tkwisz w tej zatraconej pracowni! Mógłbyś odwiedzić Basię! 
- Albo co? - z widocznym zapytał Jerzy. 
Ewcię ogarnęła pasja znana w psychologii pod nazwą „pasji szewskiej”. 
- Powiedz mi, po co ja właściwie włożyłem tyle trudu w rozwalenie muru? 
- Ach więc to jednak był twój pomysł? 
-A czyj? Tobie przez sto lat nie przyszłoby do głowy. Pomysł był mój, bo myślałam... 
Ech! Wszystko jedno... Róbcie sobie, co chcecie! 
Jerzy nie widział nigdy jeszcze swej przyjaciółki w takim gniewnym uniesieniu, w 
którym walny udział wziął jej zadarty nos. Nie rozumiał dobrze, co znaczy owo groźne 
„róbcie sobie, co chcecie!”, więc się zaczął nad tym głęboko zastanawiać, lecz Ewa przerwała 
rozmyślania gromkim rozkazem dziennym: 
- Jutro są urodziny Basi. Zbiórka o piątej po południu! 
Rzekła i odeszła jak zagniewany duch. 
Pani Zawidzka zawiadomiona o uroczystości w sposób łagodny i uroczysty wydobyła 
z tajemnego schowka naszyjnik z czeskich kamieni, który jakąś prababka nosiła na łabędziej i 
wstydliwej szyi. Lubiła Basię serdecznie; przypadła jej do serca dziewczyna prosta, jasna i 
czysta jak łza. Przeczuwała coś mądrym sercem i coś widziała mądrymi oczami, lecz nigdy 
nie powiedziała o tym słowa. Od chwili kiedy to Ewa powiedziała, że Jurka „coś wzięło”, 
zaczęła patrzeć pilnie, udając jednak, że nic nie widzi. Czasem tylko uśmiechała się 
najsłodszym uśmiechem na świecie: uśmiechem matki. Nazajutrz Ewa jak chorąży 
poprowadziła pochód przez otwór w murze, głośnymi oznajmiając się okrzykami. Przed 
samymi drzwiami domu Zawiłowskich szepnęła do Jurka: 
- Wyglądasz, jakbyś miał żółtaczkę... Głowa do góry, dryblasie! 
Chociaż dzień był niezmiernie zwyczajny i taki powszedni jak chleb, ni stąd ni zowąd 
uczyniło się święto, tym większe, że pani Zawiłowska w czarnych okularach wyszła ze swojej 
ciemnicy. Pan Zawiłowski grzmiał zawiesistym basem, Ewa trajkotała jak młynek do kawy, 
śmiała się pani Zawidzka. Jerzy coś bąknął ni w pięć, ni w dziewięć, a Basia odpowiadała bez 
słów: kolorami twarzy, która raz bladła, raz czerwieniała się, i strwożonymi spojrzeniami. 
„Oczy Basi” -pomyślała Ewa -„podobne były do laskowych orzechów. Teraz 
przypominają raczej włoskie”. 
Po pewnym czasie szepnęła do pana Zawiłowskiego, chytrze zawiódłszy go w kąt 
koło pieca: 
- Widzi pan? 
- Widzę... Więc to Jerzy? 
- A pan myślał, że chiński cesarz? - zaśmiała się Ewa. 
- Muszę zwrócić uwagę żonie - usiłował szepnąć pan Zawiłowski. 
-Po co? Niech pan będzie pewny, że Basia wyspowiadała się przed matką najmniej 
dziesięć razy. 
- Więc oni się kochają? 
- O Boże, jacy mężczyźni są naiwni! - jęknęła Ewa.- A czy to pana martwi? 
-Przenigdy! -rzekł pan Zawiłowski gwałtownie. -Uwielbiam panią Zawidzką... To 
cudowna kobieta... A skoro matka taka, to pewnie... 
-Jerzy jest nadzwyczajny, a niedługo będzie sławny na cała Polskę! -mówiła Ewa z 
mocą. - O, rany! A ten skąd się tu wziął? 
Pytanie było zgoła przeraźliwe, albowiem pośród gości zjawił się umorusany, 
zabłocony i skudłaczony Rolmops w słusznym przekonaniu, że Uczciwi Polacy maja zwyczaj 
jeść obficie podczas każdej uroczystości i że nie odtrącają z pogardą biednego kundla. 
Z przewidzianej krótkiej uroczystości uczyniła się długa uroczystość z przyjęciem 
wieczornym, podczas którego okazało się, że Jerzy nie nadaremnie łowił niedawno kurczaki. 
Być może, że wspomnienie tego polowania pełnego trudu, lecz nie połączonego ze zbytnim 
niebezpieczeństwem, ożywiło w nim zamierającego ducha, albowiem ożywił się i począł 
błyskać jak za najlepszych czasów. Ewa czujna jak bóbr cięgami zapytaniami podtrzymywała 
jego ferwor. Jerzy zaczął opowiadać o tym wszystkim radosnym i cudownie jasnym, co się 
wydarza w malarskim żywocie; o włóczęgach i wędrówkach w pogoni za słońcem i tęczą; o 
zgryzotach i klęskach, o uniesieniach i wzlotach tych najwspanialszych obłąkańców, co się 
zaprzedali sztuce całą duszą. W pokoju było niemal mrocznie i bladozłociście, albowiem ze 
względu na wzrok pani Zawiłowskiej nie zapalono lamp elektrycznych, lecz świece, które 
przędły złote poświaty i malowały nią ludzkie zasłuchane twarze. Pani Zawidzka słuchała ze 
szczęśliwym uśmiechem; pan Zawiłowski słuchał, jak gdyby mu opowiadano bajkę o 
żelaznym wilku; pani Zawiłowska w głębokim ciemnym skupieniu, lecz jakby łakomie. A 
Basia słuchała cała zamieniona w słuch. W spojrzeniu jej była bezgraniczna tkliwość i taka 
miękka rzewność, że jeszcze chwila, a zdało się: wielkie przeczyste łzy zjawią się w tych 
oczach. 
Wieczór ten był dziwny i niezwykły. 
Nazajutrz jednak Ewa spostrzegła z przerażeniem, że Jerzy jest chyba naprawdę chory. 
Nie malował, lecz łaził z kąta w kąt, jakby szukał zgubionego parasola. Czasem kopnął 
niewinnie krzesło, które mu stanęło na drodze. Tej nocy nie zmrużył chyba oka, tak bowiem 
wygląda, jakby się sam własnymi farbami pomalował na szaro. Człowiek, który stale 
przypominał niedzielę, w tej chwili był środą popielcową. 
„Oj, źle!” - pomyślała Ewa. Potem rzekła: - Jureczku, ślicznie było wczoraj, prawda? 
Jerzy spojrzał na nią, jakby zobaczył zieloną owcę albo cielę z trzema głowami. 
- Co się stało, Jureczku złoty? 
- Nic mi się nie stało! - odrzekł Jerzy. - Głupi jestem i tyle! 
- Dlaczego się oczerniasz? A dlaczego niby masz być głupi? 
-Dlatego? Bo jestem mizerny malarzyna. Bo jestem marny oleodrukarz. Rozumiesz? 
Bo jestem wartogłów, nicpoń, niezdara, pustak, słowem: fujara. Głupi jestem, bo mi się 
przywidziało...A co tobie zresztą do tego? 
Ostatnie słowa wrzasnął w tonacji przeraźliwie wysokiej i wyszedł. 
-To gorzej niż myślałem -mówiła Ewa sama do siebie. -Jedną ten człowiek 
powiedział o sobie prawdę, tę mianowicie, że jest fujara... Źle, źle, bardzo źle! Zakochał się 
jak wariat, a teraz nie wie, co ma począć. Nie ma co: fujara! Biedna Basia... 
Tak ją to wszystko zmartwiło, że zaczęła chodzić po pokoju jak Jerzy przed chwilą i w 
nagłej rozpaczy też kopnęła niewinne krzesło. 
„Trzeba pomóc tej małpie zielonej, bo on sam nic nie zrobi!” -pomyślała z 
serdecznym rozczuleniem. 
Wobec tego postanowienia ona z kolei spędziła noc prawie bezsenną. Poranne słońce 
ujrzało na jej obliczu niezwykłą powagę. 
-Ewo! -rzekła sobie. -Na wielkie ważysz się rzeczy. Pchasz palce między drzwi! 
Zastanów się, bo może być źle... Gdyby się potem Jerzy zabił, nie mogłabyś mu nie przyznać 
słuszności...Ale trudno! Nie mogę patrzeć, jak pchły gryzą Rolmopsa, tym bardziej nie będę 
spokojnie patrzyła na to, jak zgryzoty gryzą Jurka... Niech się dzieje, co chce! Ludzie mnie 
może natłuką, ale Pan Bóg mi przebaczy! 
Przemknęła chytrze przez ogród i przez kuchnię weszła do willi Zawiłowskich. 
Dowiedziała się od kucharki, że pani Zawiłowska śpi, Basia wyszła do kościoła, a pan 
Zawiłowski stawia pasjansa. 
-Oho! Panna Ewa -zawołał uradowany właściciel trzech fabryk. -A czemuż to taka 
markotna? 
- Bo ja w bardzo ważnej sprawie, proszę pana... W śmiertelnie ważnej sprawie! 
Basem gęstym jak bita śmietana pan Zawiłowski wyraził nadzieję, że chyba nikt nie 
zachorował. 
- Powiem panu wszystko... wszystko!... Pan już wie, że oni się kochają? 
- Moja żona bardzo się z tego cieszy, ja też oczywiście... 
-To doskonale. Oświadczam panu uroczyście; pan Jerzy Zawidzki chce prosić o rękę 
panny Barbary Zawiłowskiej. 
Zdumiał się pan Zawiłowski. 
- Rozumiem, ale dlaczego Ewcia mi o tym mówi? 
- Dlatego, że Jerzy nigdy się nie oświadczy! 
- Na miły Bóg! Jakże to: kocha Basię, Basia kocha jego i on się nie oświadczy? 
- Sam się nie oświadczy. Ożeni się choćby jutro, ale nie oświadczy się nigdy! 
Pan Zawiłowski chwycił się rękami za głowę, aby mu się nie rozpadła. 
- Dlaczego? 
-Bo się boi. Boi się, słyszy pan? Ubrdał sobie, że nie jest Basi godny. Sam mi dziś o 
tym powiedział... Boi się, że pan go nie zechce, że to i owo... Taki cudak! 
- Ależ ja najchętniej... Mówiliśmy z żoną... 
-To świetnie, ale on się boi. Tak cierpi, proszę pana, że się serce kraje, że patrzeć na 
to nie można, a sam nie przyjdzie... I Basia taka sama! I ona cierpi, a słowa nie powie. 
- Ależ to sensu nie ma! 
-Ja też wiem, że to sensu nie ma, dlatego ja przyszłam prosić o rękę Basi dla Jurka. A 
on przyjdzie potem, jeżeli... 
- Jeżeli co? 
- Jeżeli pan go wezwie. 
- Tak przecie nie można! Dziewczyno, pomyśl tylko... 
-O ja myślałam przez całą ubiegłą noc! Mój najdroższy panie! Niech pan zrobi tak: 
niech go pan poprosi niby tak sobie, niby na pogawędkę i niech mu pan doda ducha. Pan jest 
mądrzejszy ode mnie i będzie pan wiedział, jak się gada z takim, co się kocha, a boi się to 
wyznać. Niech pan o tym pomyśli, że uczyni pan dwoje ludzi tak szczęśliwymi, tak 
szczęśliwymi... 
- Dziewczyno, czemu płaczesz? 
-A pan też ma mokre oczy... Ja już sama nie wiem, co począć! Ale jeżeli pana nie 
obchodzi los rodzonej córki... 
-Kto to powiedział? -zdumiał się pan Zawiłowski. -Dobrze! Skoro on taki mało 
odważny, niech przyjdzie.. Ha! - przypomniał sobie. - Przecie on musi zapytać Basi... 
-Po co? On zapytał Basię siedemdziesiąt siedem razy, a Basia tyleż razy mu 
odpowiedziała, że żyć bez niego nie może. 
- Kiedy? Przecież on ani słowa.... 
- A któż twierdzi, że oni rozmawiają słowami? Proszę pana, Jurek dzisiaj dziesięć razy 
kopnął krzesło... To chyba wyraźnie powiedziane! 
Pan Zawiłowski nie mógł zrozumieć tego związku, lecz Ewa nie pozwoliła mu na 
rozważanie. 
-Więc sprawa załatwiona... Dziękuje panu w imieniu Jerzego. Pani Zawidzka będzie 
w siódmym niebie. Jurek będzie u pana jeszcze dzisiaj wieczorem.... Niech pan przygotuje 
wodę, bo Baśka zemdleje... Do widzenia! 
Panu Zawiłowskiemu zdawało się, że dom zaczął chodzić, jak gdyby miał nogi, a Ewa 
miała wrażenie, że świat zaczął się kręcić. Powróciła znużona i wyczerpana. Po obiedzie 
zapukała cicho do pracowni i rzekła: 
-Jureczku, żebym nie zapomniała... Spotkałam pana Zawiłowskiego... I pan 
Zawiłowski prosił przeze mnie, abyś się zobaczył z nim dzisiaj wieczorem. 
- Co się stało? - zapytał Jerzy słabym głosem. 
- A czy ja wiem? Prosił, żebyś koniecznie przyszedł... 
Zeszła powoli ze schodów bardzo zamyślona. 
Gdy się zaczęło zmierzchać, poczuła gwałtowne bicie serca: Jerzy szedł przez ogród 
ku willi Zawiłowskich. 
„Za chwilę zacznie się awantura...” - pomyślała. 
Napisała karteczkę: 
Byliście dla mnie strasznie dobrzy. Ale uciekam, bo narobiłam bigosu i Jerzy mnie 
zabije! Serdecznie panią przepraszam!!!! 
Karteczkę położyła na widocznym miejscu, gwizdnęła na Rolmopsa i chciała wyjść. 
We drzwiach stanęła kucharka. Ewa wyjrzała przez otwarte okno, chwyciła kundla pod pachę 
i wyskoczyła. 
-Takie to już moje przekleństwo! -pomyślała biegnąc ulicą. -Zawsze przez okno... 
Byleby tylko Jurek nie wyskoczył przez okno od pana Zawiłowskiego. 
Po godzinie wpadła do mieszkanie pana Mudrowicza. Nie wiedziała, że mu 
przeszkodziła w ważnej pracy: pan Mudrowicz układał właśnie dokument, w którym 
zapisywał cały swój majątek na ratowanie dzieci zarażonych gruźlicą. Omal nie wywróciła 
Pawła, któremu na dobitkę Rolmops zaplatał się między nogi, i wbiegła zdyszana do pokoju. 
- Wszelki duch! - zawołał radośnie pan Mudrowicz. - A tobie co się stało? 
- Ożeniłam Jerzego i uciekłam! - szepnęła Ewa z rozpaczą. 
- A dlaczego uciekłaś? 
- Bo skąd ja wiem, czy on się chciał żenić?! 
Pan Mudrowicz nie mógł pojąć tych zawiłości, więc ja zaczął łagodnie wypytywać. 
Ewcia oznajmiła mu, że nie mogła patrzeć na mękę dwóch serc, z których kapały krwawe łzy, 
więc użyła chytrego sposobu, aby je rzucić w objęcia. 
- Dobrze zrobiłaś, więc czemu się martwisz? - śmiał się pan Mudrowicz. 
- Może dobrze, ale nikt mnie o to nie prosił. A jeżeli z tego będzie tragedia? 
-Tragedia będzie, bo pani Zawidzka nie wie, co się z tobą stało. Siedź tu spokojnie, a 
ja zatelefonuję. 
- O Boże! Co to będzie? 
Nic nie było, bo telefon Zawidzkich nie odpowiadał. 
- Pewnie myślą, że to ja dzwonię i dlatego nie podchodzą do telefonu. Dobrze mi tak! 
Pan Mudrowicz chodził po pokoju zatroskany. 
- Chyba tam pojedziemy, co? - zapytał. 
- Nie, nie! Jerzy mnie zatłucze na śmierć! 
-Jeśli to uczyni, to ja jego zatłukę, ale mniejsza o to. Nie można jednak niepokoić 
pani Zawidzkiej. Która to godzina? Dziesiąta... O której zwiałaś? 
- Około siódmej... 
- Zbieraj się, jedziemy! Co to? 
- Dzwonek... - szepnęła Ewa. - Już po mnie! 
W przedpokoju ozwały się liczne niecierpliwe głosy. Zdaje się, że Paweł zapadłą 
piersią bronił komuś przystępu, lecz najeźdźca był nieustępliwy. 
-Jerzy! -zdławionym głosem krzyknęła Ewa nasłuchując. -I pani Zawidzka... O 
Boże! 
Drzwi otwarły się gwałtownie i stanął w nich Jerzy, blady i z rozwianymi włosami. Na 
widok Ewy oczy mu się rozjaśniły z bezmiernej radości. Za nim stała pani Zawidzka, na 
której twarzy widać było przestrach. 
Pan Mudrowicz nie widząc co zamyśla długonogi i mocny dryblas, zasłonił Ewę, lecz 
dryblas usunął go i zawył dzikim głosem: 
-Ewuniu! Złota Ewuniu!...Jesteś!... Szukaliśmy cię u Szymbartów... A ty tu... 
Ewuniu! Dziewczyno najdroższa! 
Ewa spojrzała na niego wzrokiem, w którym było dwie piąte strachu i trzy piąte 
obłąkanej radości. 
- Wszystko w porządku? - zawołała. 
- W porządku! - wrzasnął Jerzy i chwyciwszy ją w objęcia, zaczął całować. 
- Przestań! - krzyknęła Ewa. - Przestań, małpiszonie! 
A że on nie chciał przestać, dodała: 
- Przestań, bo powiem Basi! 
Wtedy dopiero jak gdyby w niego piorun trzasnął, wypuścił ją z objęć tak gwałtownie, 
że usiadła na ziemi. 
